Raportowanie umów o dzieło daje ZUS-owi większe możliwości ich kontroli i kwestionowania. Zakład może też naliczyć zaległe składki

Od stycznia przedsiębiorcy muszą raportować do ZUS-u wszystkie nowe umowy o dzieło. Rejestr pozwoli dokładniej oszacować liczbę takich umów na polskim rynku pracy i umożliwi ZUS-owi większą kontrolę nad tą formą wykonywania pracy. W razie stwierdzenia nieprawidłowości zakład może dokonać reklasyfikacji umowy i naliczyć zaległe składki. Jak szacuje GUS, w 2019 roku na podstawie umowy-zlecenia lub o dzieło pracowało ok. 1,2 mln osób i w porównaniu z 2018 rokiem ich liczba zmniejszyła się o ok. 8 proc.

Przy okazji wdrażania tarcz antykryzysowych uchwalono przepisy, które nakładają na przedsiębiorców obowiązek rejestrowania w ZUS umów o dzieło od stycznia 2021 roku.

 Obowiązek rejestracji umów o dzieło dotyczy tylko umów zawartych od 1 stycznia 2021 roku. Oznacza to, że płatnicy składek powinni zgłaszać tylko nowo zawarte umowy. Zgłoszenia należy dokonać w terminie siedmiu dni od dnia zawarcia umowy – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Tomanek, adwokat SSW Pragmatic Solutions. – Wyjątek stanowią umowy zawierane z własnymi pracownikami czy osobami, które wykonują dzieło na rzecz własnego pracodawcy, ale umowa została zawarta z innym podmiotem, np. podwykonawcą pracodawcy. Choć nie wynika to wprost z ustawy, zwolnionym z obowiązku rejestracji ZUS są także umowy zawarte z osobami prowadzącymi jednoosobową działalność gospodarczą, jeżeli wykonują te umowy w ramach świadczenia usług.

Umowy o dzieło należy wykazać w specjalnym formularzu ZUS RUD (zgłoszenie umowy o dzieło) i przekazać w ciągu siedmiu dni od zawarcia umowy, pod karą grzywny (do 5 tys. zł), osobiście w urzędzie lub elektronicznie przez PUE ZUS. W formularzu trzeba wskazać dane zamawiającego dzieło i osoby, która je wykona.

– Do formularza nie trzeba dołączać kopii umowy o dzieło ani także wskazywać wysokości wynagrodzenia wypłacanej z tego tytułu – zaznacza Bartosz Tomanek.

Jak wskazuje ZUS, rejestr pozwoli dokładniej oszacować liczbę zawieranych w Polsce umów o dzieło, a zgromadzone w nim informacje będą wykorzystywane do celów statystyczno-analitycznych. GUS szacuje liczbę osób, z którymi została zawarta umowa-zlecenia lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2019 roku, na ok. 1,2 mln.

Nowe przepisy dają jednak przede wszystkim ZUS-owi większe możliwości kontroli, czy dana umowa faktycznie spełnia warunki umowy o dzieło. W przypadku stwierdzonych nieprawidłowości urząd może zaklasyfikować ją jako zlecenie.

– Zakład uzna wówczas, że na potrzeby ubezpieczeń społecznych przychód z tej umowy powinien być traktowany jako przychód z umowy-zlecenia albo umowy o pracę. To spowoduje, że trzeba będzie zapłacić zaległe składki do ZUS. Trzeba pamiętać, że okres przedawnienia wynosi pięć lat, a zatem ZUS będzie mógł także kwestionować umowy zawarte w przeszłości – ocenia adwokat.

Co istotne, kontrole ZUS nie będą dotyczyć tylko umów o dzieło zawartych po 1 stycznia 2021 roku, pod lupę mogą trafić także umowy zawierane wcześniej. Kontroli mogą spodziewać się zwłaszcza ci płatnicy, którzy w ostatnim czasie rezygnowali z umów o dzieło i przechodzili na umowę-zlecenie.

 Jeżeli ZUS skontroluje wcześniejsze umowy o dzieło, porówna zakres obowiązków i sposób wykonywania tych umów i dostrzeże, że teraz nic się nie zmieniło, ale jest inny rodzaj umowy, to wysoce prawdopodobne, że zdecyduje się oskładkować poprzednie umowy o dzieło. Dlatego zalecam dużą ostrożność w zakresie przechodzenia drastycznie na umowy-zlecenia i przeprowadzenie wewnętrznych postępowań, aby wyjaśnić, czy do tej pory umowy o dzieło były stosowane właściwie, i zastanowić się, co zrobić dalej – radzi Bartosz Tomanek.

Obecnie składki płacone są z każdej umowy o pracę oraz z części umów-zleceń. Pojawiały się już pomysły, by także z umów o dzieło były odprowadzane składki, na razie jednak żadnych regulacji w tym zakresie jeszcze nie ma.

– W mojej ocenie warto byłoby jednak, aby rząd jednoznacznie określił się w tym zakresie. Z jednej strony umożliwia korzystanie z nieoskładkowanej umowy o dzieło, a z drugiej strony wyposaża ZUS w kolejny argument, aby te umowy kontrolować na większą skalę, kwestionować i naliczać zaległe składki w przypadku reklasyfikacji – podkreśla adwokat SSW Pragmatic Solutions.

Jego zdaniem trudno o jednoznaczną ocenę nowego obowiązku pracodawców.

– Z jednej strony mamy do czynienia z walką z nadużywaniem umów o dzieło tam, gdzie nie powinny być zawierane i gdzie wykorzystywana jest słabsza pozycja osób wykonujących dzieło. Ale z drugiej strony jest to dodatkowy obowiązek administracyjny, ciążący na pracodawcach, szczególnie w tym trudnym COVID-owym czasie – mówi Bartosz Tomanek.

dr Michał Sutkowski: Jesteśmy w trudnym momencie pandemii. Musimy wytrzymać jeszcze kilka miesięcy

Rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych dr Michał Sutkowski podkreśla, że Polska jest w tej chwili w trudnym momencie pandemii i społeczeństwo musi utrzymać reżim sanitarny jeszcze przez kilka miesięcy, aż akcja masowych szczepień nabierze tempa. Wskaźniki zakażeń i rozwój sytuacji epidemiologicznej w kolejnych tygodniach będą też w dużej mierze uzależnione od powrotu uczniów do szkół. Według oficjalnych danych Ministerstwa Zdrowia od początku pandemii w Polsce na COVID-19 zachorowało ponad 1,39 mln osób, a prawie 31,3 tys. chorych zmarło.

– Mamy dość dużą liczbę zakażeń, która wyraźnie pokazuje, że niestety epidemiologicznie źle przepracowaliśmy święta. Jesteśmy mistrzami kamuflażu, bo nawet byliśmy chwaleni za to, jak się w tym okresie zachowywaliśmy. Ale po wynikach widać, że wirus trochę przyspieszył i ten okres świąteczno-noworoczny może nam wyjść bokiem. Zobaczymy, jakie będą najbliższe wskaźniki dotyczące liczby zakażeń i zgonów – mówi dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce. – W tej chwili jesteśmy w niezwykle ważnym momencie pandemii. Musimy wytrzymać jeszcze kilka miesięcy, bo rozpoczęty w niezłym tempie proces szczepień w Polsce daje szansę na to, że tych zakażeń będzie coraz mniej.

W Polsce liczba aktywnych zakażeń COVID-19 przekracza w tej chwili 226 tys., z czego blisko 17 tys. chorych przebywa w szpitalach. Prawie 169,6 tys. osób jest z kolei objętych kwarantanną. Szef resortu zdrowia Adam Niedzielski we wtorkowym wywiadzie dla Radia Plus ocenił, że pandemia w Polsce jest w tej chwili w fazie stabilizacji, a wzrost zachorowań, który miał miejsce po świętach Bożego Narodzenia i Nowym Roku, nie oznaczał startu nowej fali zakażeń. Jeszcze w miniony weekend – pierwszy po Nowym Roku – liczba nowych przypadków COVID-19 była znacznie wyższa i oscylowała wokół 9–10 tys., podczas gdy w poniedziałek i wtorek było to ok. 5–6 tys.

– Myślę, że gwałtownego wzrostu zachorowań w najbliższych tygodniach nie będzie, chyba że dramatycznie źle zachowywaliśmy się w okresie noworocznym, do święta Trzech Króli. Gdyby na dodatek pojawiła się u nas grypa, to też byłby niebezpieczny okres. Ale mam wrażenie, że lockdown na tyle zmniejszył zakaźność społeczną grypy, że będziemy mieli mniej jej przypadków. Natomiast to jest względny powód do radości, bo niestety od dwóch miesięcy mamy płaskowyż zachorowań, z którego nie możemy wyjść. Dlatego – choć nie będzie gwałtownej trzeciej fali – to nie oznacza, że końcówka drugiej będzie mniej niebezpieczna – zaznacza dr Michał Sutkowski.

Jak ocenia, rozwój sytuacji epidemiologicznej w Polsce będzie w dużej mierze uzależniony od tego, kiedy uczniowie wrócą do szkół. Zgodnie z decyzją rządu w poniedziałek, 18 stycznia do nauczania stacjonarnego w szkołach (w reżimie sanitarnym) wrócą najpierw dzieci z klas I–III szkół podstawowych. W tym tygodniu rozpoczęły się masowe, dobrowolne testy nauczycieli tych klas w kierunku zakażenia SARS-CoV-2. Z ostatnich danych resortu edukacji wynika, że zgłosiło się do nich ok. 165 tys. osób w całym kraju. Zgodnie z opracowanym przez rząd Narodowym Programem Szczepień (NPS) nauczyciele będą mogli się zaszczepić w I etapie, do którego zapisy ruszają od 15 stycznia.

Jak poinformował we wtorek resort zdrowia, do tej pory w Polsce na COVID-19 zaszczepiono już ponad 257,8 tys. osób. Do Polski dostarczono zaś w sumie nieco ponad 1,051 mln dawek szczepionki (z których blisko 457 tys. trafiło do punktów szczepień, a pozostałe zostały zabezpieczone na drugą dawkę dla osób już zaszczepionych). Rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych podkreśla, że w tej chwili Polska jest w kluczowej fazie pandemii, a społeczeństwo musi utrzymać reżim sanitarny jeszcze przez kilka miesięcy, do czasu rozwoju akcji masowych szczepień. Pozytywną informacją jest ta, że nowo odkryte mutacje koronawirusa nie powinny mieć wpływu na ten proces.

 Nowe mutacje nie mają dużego wpływu na to, co wiemy o koronawirusie. W brytyjskiej mutacji genom wirusa został zmieniony w 24 miejscach, to nie jest dużo. To nie oznacza, że szczepionka nie działa. Oczywiście potrzebne są badania, bo dopiero zaczęliśmy szczepić, ale wszystko wskazuje na to, że dzięki tej szczepionce będziemy odporni również na te nowe odmiany i mutacje koronawirusa – mówi dr Michał Sutkowski.

Już w drugiej połowie roku ma ruszyć platforma GPW oparta na blockchainie. Aktywami cyfrowymi będzie można obracać w formie tokenów

Największe giełdy na świecie albo zaczęły już używać technologii blockchain do części transakcji, albo planują to w najbliższej przyszłości. Także Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie rozpocznie testy platformy opartej na tej technologii w drugiej połowie 2021 roku. Platforma ma kojarzyć ze sobą spółki na wczesnym etapie rozwoju z potencjalnymi inwestorami i działać na zasadzie crowdfundingu. Ma także umożliwiać bezpośrednie inwestowanie w tokeny projektów gier.

– Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie w swojej strategii GPW 2022 bardzo mocno zaakcentowała kwestie inwestowania społecznościowego, crowdfundingu, crowdinvestingu. Zgrupowaliśmy inicjatywy w tym zakresie w ramach takiego parasola, który nazwaliśmy GPW Private Market. W tym parasolu różnych działań pierwszym, które uruchomiliśmy, była platforma crowdfundingowa dla biur maklerskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Technologia blockchain znacząco zmieniła przyszłość pieniądza, finansów, zarządzania łańcuchem dostaw czy prowadzenia dokumentacji. Nie tylko obsługuje kryptowaluty, takie jak bitcoin i ethereum, może też zrewolucjonizować rynki giełdowe czy sposoby przechowywania i przesyłania danych finansowych. Blockchain wykorzystują już giełdy na całym świecie, m.in. Nasdaq, ASX, New York Stock Exchange, Tokyo Stock Exchange czy Deutsche Börse. Teraz po technologię sięga polska GPW. Platforma crowdfundingowa ma być sposobem na finansowanie biznesów poprzez zbiórki equity crowdfundingu.

GPW Private Market to projekt, dzięki któremu można skorzystać z różnych metod finansowania – głównie poprzez instrumenty kapitałowe i dłużne, współpracując ze zweryfikowanym inwestorem. Dzięki przegłosowanej w październiku 2020 roku zmianie limit zbiórek wzrósł z wcześniej dopuszczalnego miliona do 5 mln euro. Tym samym GPW liczy, że do platformy dołączy więcej biur maklerskich (dotychczas na taki krok zdecydowało się jedno biuro).

– To już, jak na warunki Europy Środkowo-Wschodniej, całkiem pokaźna emisja – ponad 20 mln zł. Liczymy więc, że kolejne biura maklerskie dołączą do naszej platformy crowdfundingowej – zapowiada Marek Dietl.

GPW Private Market działa poprzez crowdfunding udziałowy (emisja akcji, udziałów w spółce), platforma zapewnia emitentom dodatkowe funkcjonalności, w tym narzędzia, dzięki którym spółki prezentują ofertę inwestorom, oraz transfer wiedzy. Docelowo GPW Private Market ma być platformą obrotu wtórnego aktywami cyfrowymi w formie tokenów.

– Druga noga tego przedsięwzięcia to emitowanie tokenów, które dają prawo do udziału w korzyściach ekonomicznych, ale nie stanowią instrumentu finansowego. Zatem tokenów nie można wymienić na akcje czy na futures, ale dają jakiś zestaw korzyści ekonomicznych – tłumaczy prezes GPW.

W II połowie 2020 roku GPW uruchomiła platformę crowdfundingową Raisemana dla spółek gamingowych. Za finansowanie produkcji gry inwestorzy otrzymują tokeny blockchain. Warszawska giełda jest jedną z większych na świecie pod względem liczby notowanych firm specjalizujących się w produkcji gier, stąd stworzenie platformy specjalnie dla spółek gamingowych.

– Prawdziwe zainteresowanie inwestorów pojawia się wtedy, kiedy jest rynek wtórny. Tak jak w crowdfundingu naturalną kontynuacją postaci rynku wtórnego umożliwiającą wyjście z inwestycji jest NewConnect, tak dla tokenów coś takiego nie istnieje. Dzięki hojnemu wsparciu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju udało nam się stworzyć zespół, który buduje teraz taką platformę do obrotu tokenami opartą na elementach technologii blockchain. Liczymy, że uruchomimy ją w drugiej połowie roku – zapowiada Marek Dietl.

Przewagą platformy ma być łatwa dostępność. Dokonywać transakcji będzie można z poziomu smartfona, do transakcji czy handlu tokenami nie będzie potrzebne pośrednictwo, a dzięki technologii blockchain wszystko będzie rozliczane w czasie rzeczywistym. Dlatego GPW liczy na duże zainteresowanie projektem.

– Rynek buduje się bardzo wolno, natomiast jak się zbuduje, staje się swego rodzaju perpetuum mobile – sam się napędza – przekonuje prezes GPW. – Potrzebujemy kilka lat na to, żeby rynek mógł się rozwinąć.

Sztuczna inteligencja pomoże osobom po udarach. Tworzona przez Polaków aplikacja mobilna dostępna będzie za darmo w ciągu dwóch lat

Dzięki aplikacji mobilnej stworzonej przez polski start-up pacjentów po udarach będzie można objąć indywidualną terapią, która przywróci ich do pełnej sprawności. Dziś większość takich osób kończy leczenie po odzyskaniu podstawowej sprawności fizycznej, jednocześnie pozostając z poważnymi defektami poznawczymi. W ciągu najbliższych dwóch lat rozwiązanie może uzyskać status leczenia cyfrowego i zostać objęte refundacją w Niemczech. Polscy pacjenci najprawdopodobniej otrzymają aplikację w zamian za możliwość wykorzystania ich danych anonimowo do uczenia algorytmów.

– ABAStroke jest nowym podejściem do leczenia pacjentów po udarach, którzy doświadczają deficytów poznawczych. Dziś ci pacjenci są trochę zostawieni sami sobie. To, co my im proponujemy, to jest metoda w pełni niezależna i mobilna. Wierzymy w to, że będzie refundowana tak jak lek. Ma to być leczenie cyfrowe, oficjalnie zatwierdzone razem z walidacją kliniczną – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Ryś, współzałożyciel ABAStroke.

Rozwiązanie opracowane przez Polaków jest aplikacją mobilną, stworzoną na podstawie stosowanej analizy zachowania (ABA). Zasadniczą pracę z pacjentem poprzedza trening wstępny, którego celem jest rzetelna ocena poziomu umiejętności i dobór poziomu trudności. Po przejściu do właściwego trybu rozgrywki rozpoczyna się uczenie metodą wyodrębnionych prób (DTT). Sposób ten umożliwia podział umiejętności na niewielkie, łatwe do nauczenia porcje, a potem wykorzystywanie wzmocnień, podpowiedzi i powtarzania w celu maksymalizacji sukcesów. Elementem aplikacji jest system motywacyjny, oparty na wizualizacji postępów i nagrodach. Dzięki temu pacjenci są zachęceni do regularnej pracy.

– Analiza zachowania to metoda, która ma wykazaną sporą skuteczność w terapii dzieci z autyzmem. Istnieją bardzo duże przesłanki, że ta sama metoda może być skuteczna w przypadku osób po udarze – dodaje Dawid Maj, drugi z założycieli ABAStroke.

Standardowo pacjentami poddawanymi terapii ABA zajmują się wykwalifikowani terapeuci. W rozwiązaniu opracowanym przez polską spółkę MedTech rolę tę przejmuje algorytm uczenia maszynowego. Dzięki jego wykorzystaniu system w sposób dynamiczny dostosowuje się do potrzeb pacjenta. Zastosowanie rozwiązania w aplikacji mobilnej pozwoli dotrzeć z terapią do pacjentów, którzy w normalnych warunkach nie mogliby na nią liczyć.

– Pacjent wraca do domu, umie chodzić, ale dochodząc do pełni sprawności, na przykład nie rozpoznaje kształtów. I tutaj jest cała praca, która ma przywrócić mózg do takiej formy, która z powrotem pozwala na funkcjonowanie w społeczeństwie. Nierozpoznawanie takich trywialnych rzeczy jak kolory czy kształty sprawia, że nawet prosta praca staje się trudna. Taka osoba zamiast móc wrócić do pracy, zamyka się w swoich problemach, a społeczeństwo ją traci – wskazuje Michał Ryś.

ABAStroke ma szansę stać się leczeniem cyfrowym. To jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się obecnie gałęzi medycyny. Leczenie cyfrowe wykorzystywane jest już dziś np. do prowadzenia pacjentów z cukrzycą. Służą temu rozwiązania dostarczane przez m.in. firmę DarioHealth, dostawcę urządzenia do pomiaru poziomu glukozy we krwi, które automatycznie synchronizuje się z aplikacją na smartfonie. Aby rozwiązanie opracowane przez polski start-up mogło stać się pełnoprawnym leczeniem cyfrowym, muszą zostać spełnione określone wymagania.

– Kluczowym wymogiem jest walidacja kliniczna. Żeby móc mieć walidację kliniczną, trzeba mieć pełny produkt. Mamy stworzony działający prototyp, który zaczynamy testować w jednostkach szpitalnych. Na tej podstawie będziemy w stanie określić, jak powinna wyglądać i co powinna zawierać w sobie technologia docelowa – wyjaśnia  współzałożyciel ABAStroke.

Odpowiednie certyfikaty ABAStroke może zdobyć najwcześniej za około dwa lata. Wówczas, choć stanie się oficjalnie zatwierdzoną procedurą medyczną, i tak w Polsce nie będzie mogło zostać objęte procedurą refundacyjną. Możliwe to będzie jednak w Niemczech.

– W Polsce najprawdopodobniej damy to pacjentom do dowolnego użytku, ale nie do końca darmowo. Możliwe, że udostępnimy to w zamian za dane, które będziemy zbierać anonimowo. Nasze modele uczenia maszynowego będą się na nich kształcić. Będziemy dawać produkt jeszcze niezwalidowany klinicznie, ale przygotowany zgodnie z normami klinicznymi dla pacjentów, którzy będą chcieli go używać w domu w zamian za to, że będziemy mogli dzięki temu kształtować nasze modele sztucznej inteligencji – wskazuje Michał Ryś.

Analitycy Ebury ponownie zawojowali ranking Bloomberga

Ebury zakończyło 2020 rok z 1. miejscem w rankingu Bloomberg FX Forecast Accuracy Ranking obejmującym prognozy dla kluczowej pary EUR/USD. To drugi raz w ciągu 5 lat istnienia polskiego oddziału, kiedy analitycy fintechu najtrafniej przewidzieli ruchy walut w tej prestiżowej i mocno konkurencyjnej kategorii.

Analitycy Ebury są obecni w czołówce rankingu agencji Bloomberg regularnie od wielu lat. W przypadku pary EUR/USD pozycja lidera osiągnięta w zestawieniu za czwarty kwartał 2020 r. to puenta ostatnich dziesięciu kwartałów, podczas których prognozy Ebury aż siedem razy znalazły się w gronie dziesięciu najlepszych. Przykładowo w rankingu EUR/USD za trzeci kwartał 2020 i drugi kwartał 2019 r. analitycy fintechu zajęli 2. miejsce. Wcześniej w ciągu ostatnich 5 lat na pozycji lidera w tej kategorii Ebury znalazło się w ostatnim kwartale 2018 r.

Bloomberg jest jedną z największych i najbardziej opiniotwórczych na świecie agencji informacyjnych skupionych na tematyce finansowo-ekonomicznej. Od lat prowadzi rankingi najtrafniejszych prognoz dla najważniejszych, jak i bardziej egzotycznych par walutowych. W klasyfikacji brane są pod uwagę trzy rygorystyczne kryteria: margines błędu, czas publikacji (im wcześniejszy, tym wyżej oceniana prognoza) oraz dokładność kierunkowa, tj. wyznaczenie ruchów zgodnych z ogólnym kierunkiem waluty. W zestawieniach rywalizuje ze sobą kilkadziesiąt zespołów analitycznych największych banków komercyjnych i inwestycyjnych oraz innych instytucji finansowych z całego świata. Aktualizacje rankingów odbywają się co kwartał.

Globalna perspektywa

Analitycy Ebury na bieżąco śledzą otoczenie makroekonomiczne oraz ważne wydarzenia społeczno-polityczne, by możliwie najdokładniej przewidywać zmiany kursów walut. Wszystko to z myślą o ułatwieniu klientom firmy – głównie importerom i eksporterom z sektora MŚP – planowania przyszłych transakcji.

Wsparcie naszych analityków pomaga przedsiębiorcom lepiej zrozumieć zmiany zachodzące na rynku walutowym. Ich stała obecność na czołowych miejscach prestiżowego rankingu Bloomberga potwierdza, że w tym obszarze dajemy polskim firmom realne wsparcie. Ponadto z pomocą oferowanych przez nas instrumentów zabezpieczających przedsiębiorcy mogą lepiej zarządzać ryzykiem zmian kursów walut. Pomaga to im chronić marże osiągane na eksporcie i imporcie oraz skupić się na najważniejszym, czyli rozwoju biznesu – komentuje Jakub Łańcucki, dyrektor zarządzający Ebury Polska.

Obecnie Ebury ma 25 oddziałów w 20 krajach na świecie, rozlokowanych na czterech kontynentach. Twórcy prognoz Ebury pracują w Nowym Jorku (Enrique Diaz-Alvarez), Londynie (Matthew Ryan) i Warszawie (Roman Ziruk). Wszystko to sprawia, że zespół Ebury posiada globalną perspektywę i informacje z pierwszej ręki z kluczowych rynków. To zaś przekłada się na trafność ich przewidywań walutowych.

Analiza walut z całego świata

Zespół Ebury analizuje zarówno waluty gospodarek rozwiniętych, najistotniejsze dla światowej gospodarki (dolar, euro), jak i rynków wschodzących – w tym tych egzotycznych. Są wśród nich waluty azjatyckie (np. chiński juan, tajlandzki bat), południowoamerykańskie (np. brazylijski real, peruwiański sol) czy afrykańskie (np. południowoafrykański rand).

Nasi analitycy przewidują, że poprawa warunków makroekonomicznych, m.in. na skutek masowych szczepień przeciw COVID-19, może się przełożyć na dalsze wzrosty cen aktywów ryzykownych w 2021. W związku z tym oczekują dalszej wyprzedaży dolara amerykańskiego w relacji do większości głównych walut i szerokich wzrostów walut emerging markets. Będzie to miało istotne znaczenie dla polskich eksporterów i importerów, którzy coraz chętniej rozwijają biznes poza Europą – dodaje Jakub Łańcucki.

Według danych GUS w 2020 roku wartość towarów, które sprzedaliśmy z Polski do Afryki (I–X 2020 r.), przekroczyła 10,7 mld zł. To o 7 proc. więcej niż w tym samym okresie 2019 r. i aż 35 proc. więcej wobec okresu I–X 2018 r. Z kolei wartość eksportu do krajów Azji (I–X 2020 r.) sięgnęła 48 mld zł (+8,9 proc. r/r).

Employer branding A.D. 2021. 6 trendów, o których każda organizacja powinna pamiętać

Prognozy, predykcje, scenariusze… Wydarzenia z 2020 roku dobitnie pokazały, jak bardzo i jak szybko wszystko może się zmienić. W nowy rok wchodzimy ze szczególnym nastawieniem, na które złożyła się suma doświadczeń z ostatnich miesięcy. Również pracodawcy musieli przejść przyspieszony kurs budowania i utrzymania zaufania do marki. Jak im poszło? Właśnie po to potrzebny jest nam employer branding – aby móc powiedzieć „sprawdzam” i na bieżąco monitorować nastroje wokół marki pracodawcy.

Jakie trendy będą determinowały rozwój employer brandingu? Co w 2021 roku będzie szczególnie ważne, a co straci na znaczeniu? Jakie wyzwania czekają na EB-owców, HR-owców i liderów w nowym roku?

  1. Human2human w zupełnie nowym wydaniu

Pandemia zmusiła wiele osób do przewartościowania swoich priorytetów w pracy. Zamiast oceniać przestrzeń biurową czy benefity, kandydaci i pracownicy skupili się na bezpieczeństwie oraz stabilności. Decyzja o podjęciu, pozostaniu lub odejściu z pracy w mniejszym stopniu dotyczyła transakcyjności, a w większym doświadczania – emocji, relacji, zaufania. W 2021 roku zobaczymy jeszcze dobitniej, że zatrudnienie to interakcja – relacja zbudowana na bazie wspólnego pokonywania kryzysów oraz przechodzenia przez trudne zmiany. Ważne zatem będzie umiejętne komunikowanie zarówno kondycji biznesu, jak i tego, kto ten biznes tworzy i jakimi wartościami się kieruje.

  1. Biuro jako… stan umysłu

Rok 2020 był dla wielu rokiem pracy w domu. Wiele organizacji zaproponowało wstępne terminy powrotu pracowników do biura, a inne, jak np. Twitter, zadeklarowały, że pracownicy mogą kontynuować pracę na stałe z domu. Można przewidzieć, że wraz z rozpoczęciem masowej dystrybucji szczepionki na COVID-19, nastąpi częściowy powrót do biur. Tym bardziej, że w czasie dystansu społecznego i kwarantanny wiele osób tęskni za spotkaniami, rozmowami, kontaktem ze współpracownikami. Nie każdy odnajduje się w domowo-biurowej rzeczywistości. Jednak nawet jeśli powrót będzie bezpieczny, znajdą się ludzie, którzy będą chcieli skorzystać z biura tylko wtedy, gdy będzie to naprawdę konieczne. Pracodawcy myślący przyszłościowo powinni znaleźć odpowiedni kompromis i rozważyć hybrydowy model pracy. Firmy, które zaoferują pracownikom elastyczność wyboru tego, co im najbardziej odpowiada, będą przodować na rynku w 2021 roku.

  1. Nie bądź neutralny, bądź zaangażowany

Rok 2020 był pełen perturbacji – nie tylko tych związanych z COVID-19, ale również tych okołopolitycznych i społecznych. Na ulice wyszły miliony Polek i Polaków, by wykrzyczeć swoje niezadowolenie. Czy marki powinny krzyczeć równie głośno? Przykładów firm, które odważnie zamanifestowały swoje wsparcie dla Ogólnopolskiego Strajku Kobiet jest wiele. Przejawiało się to w przyznawaniu dodatkowych dni wolnych na udział w manifestacjach, publikowaniu oświadczeń w kanałach social media czy czasowym „rebrandingu” mającym na celu przemycenie symbolu protestu w logo firmy. Na ile były to działania wynikające z wyznawanych wartości, a nie tzw. „pod publiczkę”? Z pewnością kandydaci w 2021 roku będą szukać prawdy i potwierdzenia deklaracji u pracodawców, będą oczekiwać konkretnych przykładów skuteczności organizacji, np. w walce o prawa człowieka czy ochronę środowiska.

  1. Jeszcze więcej candidate experience

Kandydaci oczekują, że będą traktowani jak klienci. Potrzebują zaopiekowania już od początku procesu rekrutacyjnego, reagowania na pojawiające się wątpliwości czy zapewnienia „miękkiego lądowania” na firmowym pokładzie. Jest to szczególnie trudne do osiągnięcia w warunkach zdalnych. Jak bowiem dać kandydatowi możliwość „poczucia” klimatu organizacji, gdy ten nie może fizycznie pojawić się w biurze czy spotkać ze współpracownikami? Korzystanie z dobrodziejstw narzędzi online’owych jest w tym kontekście niezbędne, choć wciąż trudno będzie zastąpić wspólną kawę w firmowej kuchni czy integracyjne piwo po pracy. Dlatego uważne dbanie o doświadczenie na każdym etapie cyklu życia pracownika w organizacji jest bardzo ważne – szczególnie w kontekście zdalnego powitania na firmowym pokładzie. Pracodawcy, którzy będą inwestować swój czas w onboarding, który jest jednym z kluczowych procesów HR-owych, będą przodować w rankingach na najlepszych.

  1. Dywersyfikacja EVP

Z pojęciem marki pracodawcy nierozłącznie związany jest termin employee value proposition. Należy go rozumieć jako propozycję „wartości dodanej” oferowanej pracownikowi. Ostatnie miesiące wyraźnie pokazały, że EVP nie jest stałe i dane raz na zawsze, należy je monitorować i ewaluować, np. poprzez cykliczne pulse checki. Co więcej, w 2021 r. najprawdopodobniej nastąpi zmiana w odniesieniu do myślenia o EVP jako konstrukcie globalnym i parasolowym dla całej organizacji. Nastąpi przejście do spersonalizowanej komunikacji EVP w oparciu o rolę pracownika w firmie, jego wiek czy moment w życiu. Aby to osiągnąć, konieczne jest poznanie potrzeb pracowników na jeszcze głębszym poziomie (np. poprzez badania wewnętrzne), by w konsekwencji komunikacja była spersonalizowana i dostosowana do oczekiwań jednostki, nie ogółu.

  1. Cool story… pracodawco

Celem pozycjonowania marki pracodawcy nie jest wyłącznie rekrutacja talentów. Dobrze zaprojektowana komunikacja employer brandingowa pozwala zarówno pracownikom, jak i zewnętrznym talentom „zanurzyć się” w kulturze miejsca pracy. Ogłoszenie o pracę jest na drugim miejscu. Dlatego firmy, które są uznawane za najlepsze marki pracodawców, komunikują się z talentami poprzez historie o tym, dlaczego praca w tym miejscu jest tak ekscytującym i rozwojowym doświadczeniem. W 2021 roku zaobserwujemy większą ilość contentu w formie video, które daje wręcz nieograniczone możliwości pokazania firmowego DNA. Ponadto w erze zakłóconej atencji, fake news’ów i szumu cyfrowego strony poświęcone karierze w firmie i publikowane raz w tygodniu posty na LinkedInie nie wystarczą, aby pokazać swoją wiarygodność.

Employer branding już od dawna nie jest fanaberią działów HR, a w 2021 roku nabierze jeszcze większego znaczenia i będzie jedną z czołowych dziedzin strategicznych wielu organizacji dbających o relacje pracownicze oraz utrzymanie prawdziwych talentów.

Autor: Łukasz Jarota, Dyrektor Zarządzający, Agencja Grow

Finaliści 18. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku

Co roku polska edycja międzynarodowego konkursu EY Przedsiębiorca Roku pokazuje, jak wielki potencjał tkwi w polskich firmach. Za każdym razem jury przygląda się szczególnie uważnie ludziom, którzy stoją za sukcesami tych firm, przygląda się przedsiębiorcom. Trudne doświadczenia pandemii dotknęły każdego z uczestników konkursu, nieważne czy był to startup rozpoczynający swoją biznesową działalność, czy wielka firma od lat będąca na rynku. Z ekonomicznymi skutkami COVID-19 zmagali się wszyscy, dlatego w tym roku jury oceniało również działalność w okresie kryzysu gospodarczego. Nowa rzeczywistość, w której znaleźli się przedsiębiorcy wymagała przede wszystkim szybkich i zdecydowanych decyzji, odwagi do ich realizacji, ale też empatii i odpowiedzialności – nie tylko za własne firmy i pracowników, ale też kontrahentów. Czas pandemii jak w soczewce pokazał, jak ważna i złożona jest rola lidera – osoby, która nie tylko potrafi na co dzień sprawnie zarządzać organizacją, ale wie, jak zwycięsko wyjść z tej bezprecedensowej sytuacji. Tym bardziej cieszy nas, że w tym tak trudnym roku, mieliśmy tak wielu uczestników, a w gronie finalistów konkursu EY Przedsiębiorca roku znalazło się 15 przedsiębiorców, założycieli i zarządzających 12 firmami – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY Polska.

– Tegoroczna edycja konkursu przyniosła obfitość mocnych kandydatur do nagrody. Jury stoi przed nie lada wyzwaniem. Co szczególne, widzimy liczną reprezentację przedsiębiorców, którzy swoją działalność biznesową, a czasem nawet całe swoje życie, poświęcili zagadnieniom związanym ze zdrowiem, propagowaniem aktywnego stylu życia i poprawą jego jakości. Jest to znak najnowszych czasów, choć  dynamiczny rozwój tego segmentu rynku obserwowany był jeszcze przed wybuchem pandemii. Tegoroczni finaliści reprezentują różne branże, mają też różne doświadczenia. Oprócz założycieli firm, które działają na rynku stosunkowo krótko i wyrosły na gruncie najnowszych trendów, są wśród finalistów przedsiębiorcy z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, którzy swoje pierwsze firmy zakładali jeszcze w latach 80-tych czy 90-tych. Mamy więc w tym roku niezwykle ciekawe i zróżnicowane grono – dodaje Marek Jarocki, audytor konkursu EY Przedsiębiorca Roku.

W finale 18. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku znaleźli się:

Kategoria „Produkcja i Usługi”

  • Leszek Krysieniel, Arkadiusz Kozak – 4Kraft
  • Ewa Chodakowska – BeBio
  • Leszek Gierszewski – DRUTEX
  • Igor Klaja – OTCF
  • Jacek Sarnowski – PORTA KMI POLAND

Kategoria „Nowe Technologie/Innowacyjność”

  • Dawid Zieliński – Columbus Energy
  • Michał Mikulski – EGZOTech
  • Krzysztof Folta – TIM
  • Jacek Świderski – Wirtualna Polska Holding

Kategoria „Nowy Biznes”

  • Urszula Ośmiałowska, Anna Bieluń – Bieluń&Bieluń
  • Robert Stachurski – GlucoActive
  • Nicole Sochacki-Wójcicka i Jakub Wójcicki – Roger Publishing

Finansowe trendy i prognozy na 2021

Nowa rzeczywistość w dobie pandemii koronawirusa na dobre zmieniła zwyczaje finansowe konsumentów na całym świecie. Niemalże z dnia na dzień cały świat przeszedł na tryb zdalny – nie tylko w życiu zawodowym, ale i prywatnym, a zakupy online to już chleb powszedni. Zgodnie z danymi McKinsey, w pierwszym półroczu 2020 roku amerykańscy konsumenci wydali ponad 347 miliardów dolarów na zakupy online, co stanowi wzrost o ponad 30 proc. w porównaniu z tym samym okresem w 2019 roku.Taka sytuacja stawia coraz to nowsze wyzwania przed branżą  bankową i usługodawcami branży technologii finansowych.

Płynne przejście do sieci

Polski e-commerce nie pozostaje w tyle za zachodnimi sąsiadami – w  pierwszym półroczu 2020 roku przybyło ponad 3 tysiące sklepów internetowych, a sam polski rynek e-handlu wzrósł o ponad 30 proc.[1] Warto również zwrócić uwagę na znaczące zmniejszenie różnic demograficznych   w poszczególnych społeczeństwach.. Można zaobserwować znaczny zwrot osób starszych ku zakupom w sieci, co w znaczny sposób przyczyniło się zrównania ich poziomu udziału w rynku e-commerce z pozostałymi  grupami konsumenckimi.

Przejście do online’u to także całkowita zmiana nawyków w zakresie metod płatności. Według raportu banku Santander, zakupy w kanałach cyfrowych robi już ponad połowa Polek i 40 proc. Polaków, a liczba aktywnych użytkowników BLIK w drugim kwartale 2020 roku wyniosła blisko 16 milionów. Coraz większą popularność zyskują także usługi BNPL. Obecnie w naszym kraju dostępne jest 8 firm oferujących usługi odroczonych płatności, a ich udział w ogóle transakcji około 7 proc. Prognozy na najbliższe lata przewidują skok o minimum 15 proc.

Open banking zmienia zasady funkcjonowania rynku

Zauważalny skok zainteresowania technologiami finansowymi stawia przed open bankingiem coraz to większe wyzwania. Otwarta bankowość bez wątpienia posiada potencjał, aby zredefiniować zasady finansowania i przebiegu transakcji finansowych, dając tym samym zarówno przedsiębiorcom jak i konsumentom większą możliwość wyboru i swobodę w podejmowaniu decyzji konsumenckich. Nowe sposoby płacenia i aplikacje do obsługi finansów zostały masowo przyjęte na całym świecie, a konsumenci nieustannie domagają się rozwiązań jeszcze bardziej dostosowanych do ich potrzeb.

Statystyki pokazują, że ponad ⅓ konsumentów jest w stanie zrezygnować z transakcji, jeśli dany sklep nie oferuje preferowanej przez klienta, formy płatności. To bez wątpienia wywiera sporą presję na sprzedawcach i zmusza ich do stałego dostosowywania się do potrzeb lokalnego rynku. Wszystkie te dynamiczne zmiany stwarzają ogromną szansę dla otwartej bankowości, ponieważ konsumenci nieustannie będą poszukiwać coraz to nowszych  sposobów wygodnego i bezpiecznego płacenia – komentuje Marcin Sikora, Chief Sales Officer w Grupie LOANDO (właściciel pozyczkaportal.pl, loando.pl).

Otwarta bankowość to korzyści nie tylko dla konsumentów, ale także szereg nowych możliwości i zabezpieczeń dla sprzedawców online. Pozwala ona m.in. uniknąć opłat sieciowych związanych z płatnościami kartą oraz w znaczny sposób ogranicza nieuczciwe transakcje.

Jeśli płatność w ramach otwartej bankowości nie powiedzie się, może to oznaczać, że konsument nie ma wystarczających środków na transakcję. Sprzedawca może zatem wykorzystać tę informację i zaoferować inną formę płatności, np. płatność odroczoną. Jest to  sytuacja korzystną zarówno dla sprzedawcy, który utrzymuje przychody oraz dla klienta, któremu została zaoferowana spersonalizowana usługa, która sprzyja jego przyszłej lojalności- – komentuje Michał Dąbrowski, dyrektor zarządzający fintek.pl i KLANG! Media.

Czy pożyczki czeka odbicie?

Jedną z branż, która dotkliwie odczuła skutki trwającej pandemii są bez wątpienia pożyczki. Od kwietnia zeszłego roku instytucje oferujące finansowanie pozabankowe obserwują nieznaczną poprawę sytuacji, choć jak sami podkreślają – do powrotu do stanu sprzed pandemii jeszcze sporo brakuje. W tym okresie co trzecia pożyczka opiewała na kwotę powyżej 5 tys. zł. Przeważającą część stanowiły natomiast pożyczki do 1 tys. zł, ( ok. 41 proc. liczby udzielonego finansowania). Zgodnie z danymi BIK, w okresie od stycznia do listopada 2020 roku, firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 1 872,6 tys. pożyczek na łączną kwotę 4,305 mld zł.

Należy podkreślić, że wciąż panujące obostrzenia prawne jak i niepewna przyszłość znacząco  ograniczają działalność pożyczkodawców. Z miesiąca na miesiąc dostrzegamy jednak coraz większe zainteresowanie produktami pożyczkowymi. Przeważająca część wniosków dotyczy niewielkich kwot w granicach 1000-1500 zł. Przewidujemy, że w nowym roku zarówno ilość składanych zapytań jak i średnia kwota finansowania nieznacznie wzrosną – komentuje Marcin Sikora, Chief Sales Officer w Grupie LOANDO (właściciel pozyczkaportal.pl, loando.pl)

[1] https://www.rp.pl/Handel/308259897-Pandemiczne-rekordy-sklepow-internetowych.html

Litwa, Luksemburg, Holandia i Polska najmniej ucierpiały na skutkach kryzysu COVID-19. Jakie scenariusze szykuje 2021 rok?

W 2020 r. kryzys najbardziej uderzył w południe Europy. Stworzony przez Polski Instytut Ekonomiczny wskaźnik Economic Forecast Index (EFI) pokazuje, że Grecja, Hiszpania i Chorwacja najbardziej ucierpiały gospodarczo wśród krajów UE. W I fali pandemii kraje OECD ochroniły nawet 50 mln miejsc pracy, co m.in. przełożyło się na wzrost zadłużenia krajów rozwiniętych o 20 punktów procentowych. To główne wnioski z  najnowszego raportu PIE „Pandenomics 2.0. „Jak kraje Europy poradziły sobie z drugą falą pandemii, recesją gospodarczą i jakie scenariusze czekają nas w 2021 r.”

Ze względu na specyfikę pandemii bieżące porównanie aktualnej sytuacji w poszczególnych krajach wymaga bieżącej aktualizacji. W tym celu PIE opracował drugą edycję raportu Pandenomics, będącą próbą bilansu sytuacji ekonomicznej
i epidemiologicznej w krajach Europy w 2020 roku.

W ramach analizy skupień eksperci PIE wyłonili cztery grupy krajów o podobnej charakterystyce epidemicznej i porównywalnych danych pod względem zachorowalności, śmiertelności i skali wprowadzonych ograniczeń:

  • Grupa 1 – „kraje najmocniej dotknięte i zablokowane pandemią” obejmuje 7 krajów: Belgię, Francję, Irlandię, Włochy, Portugalię i Hiszpanię oraz Zjednoczone Królestwo, w których odnotowano najwięcej przypadków zachorowalności i śmiertelności podczas I fali pandemii. Podczas II fali wskaźniki te były średnie w porównaniu z innymi grupami krajów, jednak poziom ograniczeń gospodarczych był stosunkowo wysoki przez cały kryzys.
  • Grupa 2 – „kraje z pogarszającą się sytuacją ” składa się z 15 krajów: Austrii, Bułgarii, Chorwacji, Cypru, Czech, Niemiec, Grecji, Węgier, Litwy, Malty, Holandii, Polski, Rumunii, Słowacji i Słowenii. Miały one najniższą zachorowalność i śmiertelność podczas I fali, ze średnimi ograniczeniami w porównaniu z innymi grupami krajów. Kraje te jednak znacznie bardziej ucierpiały podczas II fali pandemii, przy wysokich poziomach zachorowalności i śmiertelności i stosunkowo umiarkowanych ograniczeniach rządowych.
  • Grupa 3 – „Szczęśliwi przegrani” – składa się z 4 krajów: Danii, Estonii, Finlandii i Łotwy. Miały one najmniej zarejestrowanych przypadków i stosunkowo niską śmiertelność zarówno podczas I, jak i II fali pandemii.
  • Grupa 4 – „Odstający duet” – Szwecja i Luksemburg.

Ekonomiczne konsekwencje walki z pandemią

Aby precyzyjnie ocenić spowolnienie gospodarcze w krajach UE27 i Wielkiej Brytanii, PIE opracował nowy wskaźnik – Economic Forecast Index (EFI). Łączy on prognozy PKB, stopy bezrobocia, deficytu i długu publicznego, a także importu i eksportu. Zidentyfikowanych powyżej sześć zmiennych wykorzystano do stworzenia rankingów krajów europejskich na podstawie: prognoz rozwoju gospodarczego na 2020 rok wydanych przed pandemią oraz w czasie pandemii jesienią 2020 roku.

Ranking krajów według indeksu Economic Forecast Index (EFI)Ranking krajów według indeksu Economic Forecast Index

„Rok 2020 stanie się punktem odniesienia w historii globalnej gospodarki. Kryzys wywołany pandemią COVID19 oznacza największe od dekad uderzenie w gospodarki zarówno rozwinięte, jak i te na dorobku. Z naszych analiz wynika, że kraje najbardziej dotknięte pandemią pod względem zachorowalności i zgonów i najsilniej zamykające gospodarki w największym stopniu ucierpiały na obecnym kryzysie. Z kolei kraje, które relatywnie dobrze radziły sobie z pierwszą falą lub miały mniejsze restrykcje, wypadają lepiej w ostatecznych zestawieniach” – powiedział Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora PIE.

Wyniki gospodarcze na tle śmiertelności w wyniku COVID19 (na 1 mln mieszkańców)Wyniki gospodarcze na tle śmiertelności w wyniku COVID19

Jakie scenariusze szykuje 2021 rok?

„Sytuacja epidemiczna w 2020 była bezpośrednio powiązana z aktywnością gospodarczą i wpływała na odczyty ekonomiczne. Myśląc więc o prognozach i perspektywach na 2021 rok, we wszelkich analizach kluczową rolę odgrywa dalszy rozwój pandemii. Według nas sytuacja może się rozwinąć w trzech możliwych kierunkach. Dla Polski na ten rok zakładamy realizację scenariusza realistycznego, którego spełnienie umożliwiłoby osiągnięcie wzrostu PKB na poziomie 4,2%” – powiedział Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora PIE.

Scenariusz optymistyczny zakłada, że  pandemia zostanie opanowana w pierwszej połowie 2021 r. Szczepionki zostaną zatwierdzone przez odpowiedzialne za to agencje pod koniec 2020 lub na początku 2021 roku. Faza wdrażania jest przygotowywana i implementowana bez znaczących zakłóceń, a większość ludzi na całym świecie chce się zaszczepić. W rezultacie szybkie szczepienia rozpoczynają się na początku 2021 r., a do połowy 2021 r. szczepi się większość grup szczególnie wrażliwych. W konsekwencji liczba przypadków COVID-19, które wymagają intensywnej terapii, znacznie spada, a po lecie 2021 r. nie są już potrzebne obostrzenia.

Scenariusz realistyczny zakłada, że pandemia zostanie opanowana w drugiej połowie 2021 r. W niektórych przypadkach procedury regulacyjne odnośnie szczepionek ulegają wydłużeniu, co oznacza, że ​​nie wszyscy producenci są w stanie wyprodukować tyle dawek, ile oczekiwano pod koniec 2020 r. Faza wdrażania szczepień jest spowolniona przeszkodami logistycznymi i organizacyjnymi. Znaczna grupa ludzi nie chce się szczepić. Obostrzenia są kontynuowane do jesieni 2021 r.

W scenariuszu pesymistycznym pandemia zostanie opanowana w 2022 r. Masowe wprowadzenie szczepień będzie opóźnione (np. z powodu braków w badaniach klinicznych lub z powodu pojawiających się wątpliwości odnośnie ich bezpieczeństwa). W rezultacie sezonowe szczyty zachorowań obserwowane są nie tylko w 2021 r., ale także w 2022 r. Obostrzenia i blokady są kontynuowane również w 2022 r.

Ozusowanie umów zleceń od 2022 roku? Rząd powinien już w lutym podjąć prace legislacyjne

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje do rządu o jak najszybsze zainicjowanie procesu legislacyjnego ustawy obejmującej wszystkie umowy zlecenia pełnym ubezpieczeniem społecznym. Przepisy powinny uwzględniać odpowiedni okres vacatio legis, pozwalający zarówno poszczególnym firmom, jak i całemu rynkowi na przystosowanie się do nowych warunków prawnych. W związku z tym prace legislacyjne powinny rozpocząć się najpóźniej w lutym bieżącego roku, a zmiany powinny wejść w życie wraz z początkiem 2022 r.

Obowiązkowa składka emerytalna wynosi łącznie 19,52% podstawy wymiaru, którą jest wynagrodzenie brutto osoby ubezpieczonej. Poświęcenie ok. 1/5 bieżącego dochodu na poczet przyszłej emerytury wydaje się odpowiednią relacją. Wartość kapitału emerytalnego Polaków czasami nie jest jednak adekwatna do poziomu dochodów z okresu aktywności zawodowej. Dlaczego tak się dzieje? Przyczyną jest niejednorodne traktowanie podobnych form zarobkowania na gruncie polskiego prawa ubezpieczeń społecznych. Osoba, która zarabia 4000 zł na podstawie umowy o pracę płaci wyższe składki niż ta, która taki sam dochód uzyskuje z tytułu dwóch umów zlecenia – pod warunkiem, że jedna z nich opiewa przynajmniej na kwotę minimalnego wynagrodzenia. Osoba, która zarabia 3000 zł z tytułu umowy o pracę oraz 1000 zł z tytułu umowy zlecenie zawartej ze swoim pracodawcą płaci wyższe składki od tej, która otrzymuje wynagrodzenie w identycznych kwotach, lecz umowę zlecenia zawarła z innym podmiotem niż jej pracodawca. Przyczyną tych różnic jest obowiązywanie tzw. zasady zbiegów tytułów do ubezpieczenia społecznego.

FPP wspólnie z NSZZ Solidarność już 4 lata temu postulowała ozusowanie umów zleceń – co pozwoliłoby na zabezpieczenie okresów składkowych dla osób wykonujących pracę na podstawie umowy zlecenia, a przede wszystkim na poprawę przyszłej sytuacji emerytalnej wszystkich zleceniobiorców, a nie jedynie losowo wybranych ubezpieczonych, dla których zleceniodawcy zapłacą składkę.

„W rozmowie z portalem Money.pl Prezes ZUS prof. Gertruda Uścińska słusznie zwróciła uwagę na czynniki wpływające na wysokość emerytury w polskim systemie ubezpieczeń społecznych. Wbrew obiegowej opinii, poziom świadczeń emerytalnych nie jest kształtowany w głównej mierze przez ich waloryzację – która służy przede wszystkim ochronie siły nabywczej emerytur w obliczu inflacji. Tym, co faktycznie determinuje poziom świadczenia otrzymywanego z ZUS po przejściu na emeryturę jest – po pierwsze – wartość odprowadzonych składek w okresie kariery zawodowej oraz – po drugie – wiek przejścia na emeryturę. Trudno znaleźć racjonalne uzasadnienie dla sytuacji, w której osoba uzyskująca taki sam dochód z dwóch umów płaci niższe składki, niż gdyby pochodził on z jednej umowy. Jak wskazała Fundacja Instrat w swym niedawnym raporcie przygotowanym dla ZUS, z podobnymi rozwiązaniami w zakresie zbiegów tytułów do tych obowiązujących w Polsce można spotkać się jedynie na Malcie. W pozostałych krajach Unii Europejskiej składki płaci się w równej wysokości od każdej umowy lub też istniejące wyjątki nie są tak daleko idące, jak w polskim systemie. W związku z tym potrzebne są zmiany przepisów ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, które powodowałyby, że umowy zlecenia podlegałyby takim samym zasadom oskładkowania, jak umowy o pracę. Takich zmian oczekują również przedsiębiorcy, dla których oznaczałoby to wyrównanie warunków konkurencyjnych na rynku oraz większą pewność prawa – co do tej pory była ograniczone ze względu na ryzyko zakwestionowania zbiegów tytułów, których stosowanie niejednokrotnie było warunkiem uzyskania zamówienia lub wygrania przetargu” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Konsekwencją obowiązywania zasady zbiegu tytułów jest bardzo niski poziom świadczeń emerytalnych osób, które przez znaczną część swojej kariery zawodowej wykonywały umowy zbiegowe. Do 2016 r. możliwe było nawet ograniczenie podstawy wymiaru składek do symbolicznej kwoty kilku lub kilkudziesięciu złotych miesięcznie, znacznie poniżej płacy minimalnej – co skutkowało pozbawieniem osób zatrudnionych w tej formie prawa do choćby najniższej emerytury. Także z tego powodu wciąż obserwujemy skokowy wzrost liczby emerytów bez uprawnień do minimalnego świadczenia. W 2020 r. wynosiła ona ponad 333 tys., podczas gdy jeszcze w 2011 r. było ich mniej niż 24 tys.