Wynik TenderHut za 2020 rok i plany giełdowe

Prawie 46 milionów złotych – z takim skonsolidowanym przychodem Grupa Kapitałowa TenderHut najprawdopodobniej zamknie 2020 rok. Mimo zawirowań w gospodarce spowodowanych globalną pandemią, spółka odnotowała zwiększenie przychodów na poziomie 9,55 mln zł, co stanowi 21,5 procentowy wzrost rok do roku. Według zapowiedzi, TenderHut ma szansę jeszcze w tym roku zadebiutować na giełdzie.

Kluczowe dane o spółce:

  • 45,85 mln zł – estymacja skonsolidowanego przychodu za 2020 rok (zmiana 21,5% y/y)
  • 8 centrów developerskich w Polsce
  • 9 zagranicznych oddziałów
  • 10 polskich spółek zależnych i 5 zagranicznych (Chiny, Dania, USA, Szwecja, Niemcy)

– Wejście na giełdę, najpierw na NewConnect, a następnie na główny parkiet warszawskiej giełdy – to plan TenderHut na 2021 rok – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu jednej z najszybciej rozwijających się spółek z sektora IT w Polsce.

2020 rokiem niepewności

Mimo, że branża IT stosunkowo łagodnie przeszła pandemię, to i tak nie obyło się bez zawirowań na globalnych rynkach, na których działa Grupa TenderHut. – Pandemia, a w szczególności jej pierwsza fala, to dużo niepokojów na rynkach, co skutkowało w naszym przypadku zamrożeniem realizacji kilku ważnych projektów. Niestety straciliśmy także klientów z branży travel, która z dnia na dzień runęła jak domek z kart. Jednak po chwilowym przetasowaniu zaczęliśmy odrabiać straty. 2020 rok spowodował przyspieszenie uruchomienia kilku strategicznych projektów w grupie, których owoce zaczęliśmy zbierać już w ostatnim kwartale ubiegłego roku – wyjaśnia Robert Strzelecki. Finalnie spółka uzyskała prawie 46 mln zł przychodu. – To mniej niż zakładaliśmy, jednak biorąc pod uwagę pierwszą trudną połowę roku uważam, że osiągnęliśmy świetny wynik – podsumowuje Strzelecki. Jak dodaje prezes firmy, był to także czas na uporządkowanie struktury grupy kapitałowej i przygotowania do debiutu na giełdzie.

2021 rokiem debiutu i rozwoju

Spółka jest w drodze na giełdę. Pierwszym etapem będzie rynek NewConnect. – Chcemy jak najszybciej pojawić się na małym parkiecie. To jednak tylko pierwszy krok – docelowo chcemy być notowani na głównym parkiecie, który umożliwiłby nam pozyskanie finansowania strategicznych projektów i wejście do grona dużych graczy IT na polskim rynku kapitałowym – podkreśla Strzelecki. Spółka nadal będzie realizować swoją strategię rozwoju. Nowe biura pojawią się między innymi w USA, aby wspomóc realizację idei obsługi klientów w myśl zasady “Follow the sun”, czyli w każdej strefie czasowej przez 24/h na dobę 7 dni w tygodniu. Rynki, na których grupa zamierza realizować sprzedaż, to głównie kraje skandynawskie, Wielka Brytania, Chiny i USA oraz Japonia. Oprócz swojej głównej działalności, jaką jest outsourcing usług IT, firma rozwija także własne produkty, które po fazie wewnętrznej akceleracji zasilają grono spółek zależnych od TenderHut, tworząc portfolio dla VenturesHut.

Wewnętrzny fundusz innowacyjności

VenturesHut to koncept, według którego wszystkie corp-up’y – czyli start-up’y powstające w Grupie TH, będą funkcjonowały w ramach własnego funduszu kapitałowego. Do tej pory spółka zrealizowała szereg projektów corp-up’owych, które już odniosły rynkowy sukces. Są wśród nich: Zonifero, Grow Uperion, czy najnowsze dziecko spółka Holo4Med. – Idea własnej kuźni start-up’ów, które skupione są wokół tworzenia rozwiązań dotyczących konkretnych zagadnień biznesowych, to ogromna przewaga całej grupy. Z obserwacji zachowań szwedzkich inwestorów giełdowych wynika, że Skandynawowie przeważnie inwestują w spółki posiadające gotowe skalowalne produkty – to kierunek, który z pewnością będziemy rozwijać – wyjaśnia Strzelecki. Nie bez powodu także w ubiegłym roku przejęliśmy 45% udziałów w szwedzkim akceleratorze Nordic Tech House – podsumowuje prezes TenderHut. Tworzone w ramach grupy start-up’y nie tylko szybko akcelerują i stają się samodzielne, ale także cieszą się ogromnym zainteresowaniem inwestorów indywidualnych.

Udany Crowdfunding

W 2020 roku dwie spółki z Grupy TenderHut zamknęły swoje rundy crowdfundingowe w mniej niż tydzień. Grow Uperion – start-up tworzący innowacyjne rozwiązania do motywowania pracowników zaledwie w 8 godzin zebrał 1 milion zł przy wycenie pre money na poziomie 10 mln zł. Natomiast spółka Holo4Labs tworząca autorskie oprogramowanie na HoloLens, służące do przeniesienia pracy w laboratoriach badawczych do świata Mixed Reality, zebrała 1,2 mln zł w 3,5 dnia. Oba start-up’y są przykładem tego, jak w korporacjach mogą powstawać innowacje.

Portfolio z myślą o przyszłości

Grupa rozwijając własne start-up’y lub spółki celowe, tworzy portfolio, które w przyszłości ma zapewnić jej zwrot z inwestycji. Przykładem takiego działania są wyniki spółki Solution4Labs wchodzącej w skład grupy, zajmującej się transformacją cyfrową w laboratoriach. Spółka w 2020 roku została ujęta wśród 50 najszybciej rozwijających się spółek technologicznych w Europie Centralnej w rankingu Deloitte Technology Fast 50. W latach 2016-2019 Solution4Labs wypracowała wzrost przychodów na poziomie 2367% i ten wynik zagwarantował jej 7. miejsce w Europie Centralnej oraz 3. miejsce w Polsce. Start-up’y rozwijane w ramach grupy takie jak Holo4Med, Zonifero, Grow Uperion czy Holo4Labs działają w branżach, które w wyniku pandemii rozwijają się w błyskawicznie.

Obszar działalności TenderHut oraz rozwój szybkorosnących spółek zależnych powoduje, że debiut na NewConnect może okazać się gratką dla inwestorów.

Jak Europa zyska na uregulowaniu internetowych gigantów?

W stronę nowej, europejskiej perspektywy – Yann Lechelle o unijnych dyrektywach regulujących platformy internetowe.

– Nowe regulacje zaproponowane przez Komisję Europejską mają na celu zmianę paradygmatu, który rządził internetem w Unii Europejskiej od około 20 lat. Mogą mieć realny, transformacyjny wpływ i pozwolą stworzyć godną zaufania, interoperacyjną, cyfrową gospodarkę, przy jednoczesnej poprawie konkurencyjności i naszej strategicznej niezależności – mówi o dyrektywach Digital Services Act (DSA) i Digital Markets Act (DMA) Yann Lechelle, CEO francuskiej firmy Scaleway, drugiego największego dostawcy usług w chmurze w Europie.

Digital Services Act (DSA) i Digital Markets Act (DMA) to nowe unijne regulacje, które nakładają na platformy internetowe szereg nowych obowiązków i ograniczeń – z jednej strony prokonsumenckich, a z drugiej zwiększających szanse konkurencji.

– Bogactwo coraz mocniej wiążę się obecnie z danymi – twierdzi Yann Lechelle, CEO Scaleway, francuskiej firmy zajmującej się rozwijaniem rozwiązań chmurowych. – Zwiększająca się koncentracja wpływów i bogactwa przez niewielką liczbę firm technologicznych pozwala im na wzmacnianie władzy, jaką sprawują nad naszą demokracją, tożsamością, prywatnością i suwerennością gospodarczą. Tak nie powinno być – uważa Lechelle.

O co chodzi w regulacjach?

DSA utrudni mikrotargetowanie i profilowanie reklam pod konkretnych użytkowników. A te komunikaty, które zostaną nam wyświetlone, będą musiały być opatrzone wyjaśnieniem, czemu właśnie my je widzimy. Dokument zajmie się też moderacją treści i mechanizmami, które podsuwają je użytkownikom. Platformy będą musiały informować konsumentów o głównych parametrach stojących za ich algorytmami. Firmy kontrolujące największe serwisy i usługi nie będą już mogły usuwać legalnych treści tak łatwo, jak do tej pory. Teraz każdy użytkownik, którego spotka ban lub usunięcie posta, będzie musiał otrzymać szczegółowe wyjaśnienie, a w przypadku odwołania od decyzji także zapewnienie, że finalnej decyzji nie podejmie algorytm.

Z kolei DMA zajmie się nieuczciwymi praktykami największych cyfrowych graczy i uderzy w praktyki monopolistyczne. Firmy kontrolujące więcej niż jeden serwis otrzymają zakaz łączenia informacji na temat danych osobowych z różnych źródeł, np. z YouTube’a i Gmaila (oba należą do Google’a) czy z Facebooka i Instagrama (ich właścicielem jest Facebook). Korporacje dostaną też zakaz narzucania użytkownikom własnych rozwiązań. Aplikacje instalowane fabrycznie np. w smartfonach będzie można usunąć (co obecnie często jest niemożliwe).

– Europa jest polem bitwy, na którym toczy się obecnie nierówny wyścig – mówi Lechelle. – Zasady są dyktowane przez dużych graczy, co pozwala im zdobyć dodatkowe udziały w rynku, a w przypadku chmury obliczeniowej – również kontrolę nad przetwarzaniem i przechowywaniem danych, których wartość rośnie wykładniczo. W ostatnich latach promowana była narracja win-win, o korzystnych dla obu stron aspektach reklamy behawioralnej. Padały twierdzenia, że jest to jedyny zrównoważony sposób finansowania sieci, przez co nie mogła się rozwinąć żadna alternatywa. W efekcie mamy do czynienia z lose-lose dla całej Europy. Przynajmniej do tej pory tak było.

Nowe regulacje mają na celu nie tylko większą ochronę użytkowników, ale również polepszenie warunków sprzyjających konkurencyjności. Obecnie mniejsze firmy mają niewielkie szanse konkurowania z największymi graczami. Jak twierdzi Lechelle, to szczególnie istotna wiadomość dla Europy.

– Często mówimy o suwerenności, ale zamiast tego powinniśmy raczej mówić o braku suwerenności europejskiej i naszej nieumiejętności kształtowania europejskiej infrastruktury jutra. Oraz – co gorsza – o naszym braku znaczącego wkładu w debatę zakotwiczoną w chińsko-amerykańskiej wojnie handlowej – wyraża obawy CEO Scaleway. – Nasza nieustanna zależność od internetu i rozproszonej infrastruktury chmur obliczeniowych powinna się osłabiać, ale dzisiejszy multilateralizm i sieć znajdują się pod ogromną presją, a każda z geopolitycznych sił ciągnie kołdrę w swoją stronę. Niezależnie od tego, czy nazwiemy to nacjonalizmem, protekcjonizmem, lobbingiem, ukrytymi monopolami, dumpingiem… – wszystkie te siły działają i zagrażają neutralności internetu, dążąc do zdobycia aktywów o wartości wykładniczej: danych. W rezultacie mamy do czynienia ze stromą krzywą, w której 90% wartości jest przechwytywane przez mniej niż 10% graczy, a Europejczycy odpowiadają na zaledwie około 10% zapotrzebowania.

Co mają szanse zmienić nowe regulacje? – Mają one na celu zmianę paradygmatu, który rządził internetem w Unii Europejskiej od około 20 lat – mówi Lechelle. – Mogą mieć realny, transformacyjny wpływ i pozwolą stworzyć godną zaufania, interoperacyjną, cyfrową gospodarkę, przy jednoczesnej poprawie konkurencyjności i naszej strategicznej niezależności. Poprzez zmianę układu sił w sferze cyfrowej i przywrócenie równowagi, stwarza miejsce na rozwój modeli uwzględniających ochronę prywatności w fazie projektowania oraz modeli zrównoważonych, co jest krokiem naprzód w stosunku do Europy i dla Europy – konkluduje CEO Scaleway.

Miraculum podsumowuje przychody w grudniu – wzrost o 29 proc. r/r

Notowana na rynku głównym GPW spółka kosmetyczna Miraculum w grudniu 2020 roku osiągnęła 1,7 mln przychodów netto ze sprzedaży, co oznacza wzrost względem analogicznego okresu 2019 roku o 29 proc. Narastająco, od stycznia do grudnia 2020 roku, przychody wyniosły 24,4 mln zł – jest to wzrost o 12 proc. r/r.

-Za nami czas intensywnych prac nad odbudową marki kosmetycznej, która istnieje na rynku od 1924 roku. Konsekwentnie realizowana strategia ma swoje odzwierciedlenie w wynikach finansowych. Systematycznie wzrastające przychody spółki to dowód na to, że konsumenci ponownie zaufali produktom marek z portfolio Miraculum – komentuje Sławomir Ziemski, członek zarządu Miraculum.

Miraculum to polska firma kosmetyczna z prawie 100-letnią tradycją. Kosmetyki Miraculum powstają w oparciu o własne, oryginalne receptury, bazujące na nowoczesnych składnikach pochodzenia naturalnego. Spółka skupia w swoim portfolio 11 marek, w tym m.in. Pani Walewska, Joko, Chopin i Tanita. Cały proces produkcyjny odbywa się z dbałością o  środowisko naturalne.

Rok 2021 będzie rokiem branży elektromobilnej

Branża elektromobilna spodziewa się dobrego roku 2021. Mają zacząć się procesy, którym w 2020 roku przeszkodziła pandemia. Branża spodziewa się szybkiego wzrostu – ponieważ i w Europie i w Polsce sektor elektromobilności rozwija się – pomimo ograniczeń związanych z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. W Polsce dotyczy to prac nad mechanizmami wsparcia – które mają pomóc w szybkim, skokowym powiększeniu się branży – dofinansowaniem do kupna samochodów, budową infrastruktury i wprowadzeniem odpowiednich legislacji.

– W Polsce szczególnie potrzebujemy jeszcze większej dynamiki rozwoju i wzrostu skokowego. Liczba samochodów elektrycznych i innych pojazdów zeroemisyjnych, takich jak samochody dostawcze i autobusy, musi być coraz większa. Mamy nadzieję, że przyczyni się do tego w 2021 roku zapowiadany system wsparcia – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazurdyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – System ten został wdrożony w obszarze komunikacji zbiorowej. Już 4 stycznia rusza nabór z budżetem 1,3 miliarda złotych. W ślad za tym konkursem pójdą także nabory w obszarze samochodów osobowych i samochodów dostawczych, a w następnej kolejności infrastruktury. To pozwoli, by rzeczywiście w roku 2021 elektromobilność wkroczyła w Polsce na salony. Obecne 80%-owe wzrosty rok do roku mogą być dzięki temu zdecydowanie wyższe, jeśli uda się uruchomić mechanizmy wsparcia, nad którymi prace trwają już miesiącami – zapowiada Mazur.

Poprawa sytuacji gospodarczej może być wolniejsza niż zakłada rynek

Gospodarczym wydarzeniem zeszłego tygodnia były piątkowe dane z rynku w pracy w USA. Niestety okazały się rozczarowujące i zamiast 60 tyś nowych miejsca pracy, ubyło blisko 140 tyś etatów. Mimo rozczarowującego pierwszego tegorocznego odczytu rynki akcyjne zakończyły tydzień wzrostami. Szczególnie mocno w nowy rok weszła GPW, która zakończyła tydzień wzrostami na poziomie 4,94%. Słabsze dane z rynku pracy odcisnęły piętno na notowaniach metali szlachetnych, których ceny w piątek dynamicznie spadały. Przecena to efekt przesunięcia oczekiwań, co do tempa wzrostu inflacji. Słabsze dane z rynku pracy wskazują, że poprawa sytuacji gospodarczej może być wolniejsza niż zakłada rynek, a tym samym pojawienie się wyższej inflacji może się opóźnić.

W tym tygodniu już w środę odbędzie się posiedzenie RPP na którym zapadnie decyzja dotycząca poziomu stóp procentowych. Spodziewamy się utrzymania stóp na niezmienionym poziomie. W czwartek z kolei zostaną opublikowane dane o inflacji w USA. W piątek na naszym lokalnym podwórku finalny odczyt inflacji CPI za grudzień.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Ponad 60 proc. Polaków odczuwa negatywne skutki pracy zdalnej. Skuteczniej radzą sobie z nimi pracownicy aktywni fizycznie

Prawie 2/3 Polaków pracujących zdalnie w pandemii odczuwa negatywne skutki home office. Są to przede wszystkim stres, problemy ze zdrowym odżywianiem oraz spadek efektywności – wynika z badania MultiSport Index 2020. Znacznie rzadziej z negatywnymi konsekwencjami pracy zdalnej zmagają się pracownicy, którzy mimo pandemii i ograniczeń pozostają aktywni fizycznie – już 4 na 10 zatrudnionych deklaruje, że sport  łagodzi stres związany z pandemią. W obecnej sytuacji wsparcie aktywności fizycznej pracowników przez firmę jest skutecznym rozwiązaniem, umożliwiającym zachowanie dobrego samopoczucia i wyższej efektywności.

– Pandemia sprawiła, że przenieśliśmy pracę z biur do domów, a negatywne skutki tej zmiany potwierdza już 63 proc. zatrudnionych. Jednocześnie z badań opinii wynika, że prawie połowa Polaków odczuwa negatywne skutki przedłużającej się pandemii i okresu izolacji społecznej w postaci zwiększonego stresu. W najbliższej przyszłości może to być jeden z głównych powodów rosnącej absencji pracowniczej. Przed COVID-19 pojawiały się szacunki ZUS pokazujące dziesiątki tysięcy utraconych dni pracy rocznie, m.in. z powodu nadmiernego stresu i chorób. Jednym z wyzwań dla pracodawców po pandemii będzie wyhamowanie tego trendu – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Józefiak, członek zarządu Benefit Systems.

Na home office pracuje w tej chwili ok. 40 proc. aktywnych zawodowo Polaków. Osoby, które odczuwają negatywne skutki pracy w domu, wskazały w badaniu MultiSport Index 2020, że najczęściej są to zbyt rzadkie kontakty z innymi ludźmi, zacieranie granic pomiędzy pracą i życiem prywatnym, zwiększony poziom stresu, problemy z żywieniem (np. nieregularne posiłki) czy spadek efektywności. Skutki pracy zdalnej są tym dotkliwsze, im więcej dni pracujemy poza biurem. W gronie pracowników, którzy na home office przebywają co najmniej trzy–cztery dni w tygodniu, negatywne konsekwencje odczuwa aż 74 proc.

– Wśród aktywnych fizycznie Polaków, którzy pracują zdalnie, aż 42 proc. wskazuje, że nie doświadcza takich trudności. Tymczasem wśród pracowników, którzy nie ćwiczą, taką odpowiedź deklaruje jedynie 29 proc. – mówi Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.

Według badania MultiSport Index 2020 aż 79 proc. aktywnych fizycznie Polaków deklaruje, że regularny ruch poprawia ich samopoczucie i efektywność w pracy. 4 na 10 pracowników w sporcie odnalazło też sposób na łagodzenie stresu związanego z pandemią COVID-19. W efekcie 3/4 nie zamierza rezygnować z aktywności fizycznej niezależnie od tego, jak rozwinie się sytuacja epidemiologiczna.

– Pandemia uświadomiła nam wszystkim, że profilaktyka zdrowotna jest jednym z najważniejszych elementów naszego życia. Nie ma tańszego i prostszego sposobu na zachowanie zdrowia niż aktywność fizyczna. Wierzę, że w najbliższych latach czeka nas boom na zdrowie i aktywność fizyczną. To trend, który na Zachodzie obserwujemy już od wielu lat – mówi Bartosz Józefiak.

Jak podkreśla, utrzymanie efektywności, zdrowia i motywacji pracowników jest w tej chwili jednym z największych wyzwań, z jakimi mierzą się firmy. Badanie MultiSport Index 2020 wskazuje, że ok. 60 proc. zatrudnionych oczekuje od swoich pracodawców większego wsparcia w zakresie zdrowego i aktywnego stylu życia. Jednocześnie prawie połowa (47 proc.) ocenia, że w tej chwili ich pracodawca nie podejmuje w tym obszarze wystarczających działań.

– Pracownicy oczekują w najbliższym czasie zwiększenia przez pracodawców nakładów na opiekę zdrowotną i aktywność fizyczną. Pracodawcy wspierają te obszary przede wszystkim przy wykorzystaniu pozapłacowych benefitów związanych ze sportem i rekreacją, a do najważniejszych i najbardziej pożądanych należy karta sportowa, którą ma już 60 proc. pracowników dużych firm i korporacji – mówi członek zarządu Benefit Systems.

Karty sportowe posiada w tej chwili średnio co czwarty pracownik w Polsce. To jeden z najpopularniejszych benefitów sportowych. Drugą, najczęściej oferowaną przez pracodawców formą wsparcia w tym zakresie jest infrastruktura rowerowa, np. stojaki na rowery.

– Dostosowujemy karty MultiSport do wymogów obecnych czasów i potrzeb pracowników. To już nie tylko możliwość pójścia na basen czy do siłowni, ale także możliwość skorzystania z treningów online, konsultacji z dietetykiem albo wykorzystania programu mindfulness, który pomaga radzić sobie ze stresem w warunkach domowych. Widzimy, że nasi użytkownicy coraz częściej korzystają z tych opcji – mówi Bartosz Józefiak.

Ze statystyk Benefit Systems wynika, że od początku pandemii z treningów online i ćwiczeń w warunkach domowych  skorzystało 74 proc. posiadaczy kart MultiSport. W październiku – kiedy działalność wielu obiektów sportowych została ponownie ograniczona – popularność treningów online wzrosła o ponad 100 proc. w porównaniu z wrześniem. Dzięki rozszerzeniu oferty online, np. o dostęp do platformy treningowej Yes2Move.com, użytkownicy Programu MultiSport mogą kontynuować treningi niezależnie od rozwoju sytuacji epidemicznej i dostępności infrastruktury sportowej.

Powstanie elektrowni jądrowej może obniżyć ceny prądu dla odbiorców. Wiele zależy jednak od przyjętego modelu biznesowego

Wybór modelu biznesowego dla polskich elektrowni jądrowych to jedna z najważniejszych decyzji gospodarczych, jaką podejmie rząd. Zaważy ona na rozwoju całej gospodarki na kolejnych kilka dekad. Może także wesprzeć jej odbudowę po kryzysie wywołanym pandemią – wynika z raportu Instytutu Sobieskiego „Energetyka jądrowa dla Polski”. Eksperci podkreślają w nim, że Polski nie stać już na węgiel, a koszty energii elektrycznej generowanej przez atom należą do najniższych, co może przełożyć się na rachunki dla odbiorców. Dlatego rząd powinien priorytetowo potraktować projekt budowy reaktorów jądrowych.

– Brak energetyki jądrowej w Polsce pociąga za sobą dość duże koszty. Dobrym przykładem są koszty opłat za emisję CO2. W 2019 roku polskie elektrownie zawodowe wydały na uprawnienia prawie 10 mld zł, natomiast w latach 2013–2019 było to ok. 21 mld zł. Łatwo policzyć, że przez siedem lat obowiązywania tej trzeciej fazy systemu ETS wydaliśmy, a w zasadzie puściliśmy z dymem, tyle pieniędzy, że moglibyśmy za nie postawić co najmniej jeden blok jądrowy o mocy 1000 MW – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Sawicki, ekspert ds. ekonomicznych energetyki jądrowej. – Jeśli założymy, że w kolejnych latach będziemy płacić za CO2 tyle samo co w 2019 roku, to praktycznie co dwa lata moglibyśmy stawiać jeden blok jądrowy o takiej mocy.

Koszty energii elektrycznej generowanej przez atom należą w UE do najniższych – podkreśla współautor raportu Instytutu Sobieskiego „Energetyka jądrowa dla Polski”. Jak wskazuje, elektrownie jądrowe w Europie wytwarzają energię, której koszt oscyluje wokół 20–25 euro/MWh. Najtańsze bloki pracują w Finlandii – w 2019 roku koszt energii wyprodukowanej przez elektrownię w Olkiluoto wynosił ok. 16 euro/MWh. W Stanach Zjednoczonych te wartości są zbliżone – największa elektrownia atomowa Palo Verde w stanie Arizona generuje energię, której koszt oscyluje wokół 15 dol./MWh.

– W przypadku tych najnowszych elektrowni jądrowych trzeciej generacji, które mają powstać w Polsce, koszt techniczny wytwarzania energii wynosi ok. 100 zł/MWh. Do tego trzeba doliczyć jeszcze koszty kapitałowe, które będą w dużej mierze uzależnione od przyjętego modelu biznesowego. Jednak przy dobrze skonstruowanym modelu będą to kwoty w miarę nieduże. Dlatego tak czy inaczej: energetyka jądrowa będzie najtańszym źródłem energii, a do tego stabilnym, niezależnym od warunków pogodowych i niegenerującym większych kosztów zewnętrznych – mówi Łukasz Sawicki.

Jak wskazują analizy przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Klimatu, uśrednione koszty całkowite wytwarzania energii w 2020 roku wynoszą  360 zł/MWh. W prognozach na 2045  rok najwyższe koszty będą w scenariuszu bez elektrowni atomowej (388 zł/MWh). Kontynuacja rozwoju energetyki jądrowej powinna przynieść dalszy spadek kosztów do 2050 roku (340 zł/MWh wobec 376 zł w scenariuszu bez EJ).

Eksperci podkreślają, że model biznesowy dla polskich elektrowni jądrowych będzie jedną z najważniejszych składowych tej inwestycji. Po pierwsze, zdeterminuje jej rentowność, a po drugie, określi, jak przełoży się to na rachunki odbiorców.

– Model biznesowy powinien być przede wszystkim zbalansowany, czyli uwzględniać jednocześnie interes inwestora i interes odbiorców energii. Chodzi o to, żeby inwestorowi opłacało się te elektrownie zbudować, a z drugiej strony żeby odbiorcy energii odczuli niski koszt wytwarzania energii na rachunkach za prąd – podkreśla ekspert.

Źle dobrany model może spowodować, że niskie koszty kapitału i nakładów inwestycyjnych pozwolą co prawda na wyprodukowanie taniej energii, ale nie wpłyną na obniżkę rachunków za prąd przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, a może nawet spowodują ich wzrost.

– W tym modelu na pewno musi znaleźć się gwarancja odbioru energii, a także w miarę możliwości gwarancja stałej ceny, bo elektrownia jądrowa ma pracować bardzo długo. Kolejny warunek to zgodność modelu z polityką i prawodawstwem UE, bo Komisja Europejska będzie musiała wyrazić zgodę na przyjęte rozwiązania – wymienia Łukasz Sawicki. – Dobrze by było, aby ten model nie przyczyniał się też do nadmiernego obciążania budżetu państwa, m.in. z uwagi na to, że jest on już mocno obciążony pomocą dla przedsiębiorstw w związku z pandemią koronawirusa. Przyjęty model musi być również kompleksowy – nie może obejmować tylko jednej elektrowni, ale finansowanie serii bloków jądrowych.

Ekspert podkreśla, że ważnym warunkiem jest też akceptacja społeczna dla modelu funkcjonowania polskich EJ. Według tegorocznego badania, które Ministerstwo Klimatu cytuje w zaktualizowanym PPEJ, przychylnych energetyce jądrowej jest 57 proc. Polaków. W rejonach potencjalnych lokalizacji odsetek zwolenników jest jeszcze wyższy i wynosi 71 proc. Co istotne, im lepiej społeczeństwo czuje się poinformowane w kwestii energetyki jądrowej, tym wyższy poziom jego poparcia.

Zgodnie z przyjętym w październiku ub.r. przez rząd programem polskiej energetyki jądrowej do 2043 roku w Polsce mają działać już dwie elektrownie atomowe o łącznej mocy od 6 do 9 GW. W latach 2040–2045 około 1/5 krajowej produkcji energii ma już pochodzić z atomu. Pierwsza inwestycja powstanie w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu (lokalizacjach wskazanych już we wcześniejszym PPEJ z 2014 roku), ale pod uwagę brane są również Bełchatów i Pątnów. Uruchomienie pierwszego bloku przewidziano na 2033 rok, kolejne będą oddawane w latach 2035 i 2037. Budowa drugiej elektrowni ma wystartować w 2032 roku, a jej trzy reaktory mają być po kolei uruchamiane w latach 2039–2043.

W zaktualizowanym PPEJ rząd nie określił jeszcze, jaki będzie pełny model biznesowy planowanych elektrowni jądrowych. Wybór technologii zgodnie z harmonogramem powinien nastąpić w tym roku. Program zakłada m.in., że Skarb Państwa wykupi 100 proc. udziałów w powołanej do tego projektu spółce PGE EJ 1, a po wyłonieniu inwestora strategicznego zachowa w niej 51 proc. Współinwestor zagraniczny miałby nabyć w spółce celowej nie więcej niż 49 proc. udziałów.

– Rola państwa w modelu biznesowym EJ może być różna. W najlżejszych sprowadza się do ukształtowania jasnej, klarownej i konsekwentnie realizowanej polityki energetycznej, w której określony jest miks energetyczny, perspektywa, projekty ewentualnych zmian prawnych, instrumenty i działania, które rząd prowadzi wspólnie z przedsiębiorstwami, inwestorami i branżą energetyczną, żeby ten miks zrealizować. Natomiast inne, trochę szersze narzędzia to np. udział państwowych funduszy inwestycyjnych, ograniczony udział budżetu państwa, poręczenia albo gwarancje Skarbu Państwa, ubezpieczenia kredytów. Myślę, że rząd niebawem ostatecznie zdecyduje się na któreś z dostępnych narzędzi, więc wkrótce się tego dowiemy – mówi ekspert ds. ekonomicznych w energetyce jądrowej.

W ocenie rządu bez włączenia EJ do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej w 2050 roku, a energetyka jądrowa przełoży się na radykalne obniżenie emisji CO2 w sektorze elektroenergetycznym. Zarówno budowa, jak i eksploatacja bloków jądrowych bezpośrednio i pośrednio przyczyni się do utworzenia co najmniej kilkudziesięciu tysięcy nowych miejsc pracy.

Coraz gorsze nastroje przedsiębiorców. Ostrzegają przed niekontrolowaną falą zwolnień i bankructw

Zgodnie z zapowiedziami ministra zdrowia Adama Niedzielskiego dotychczasowe obostrzenia w gospodarce zostaną utrzymane również po 17 stycznia. Wiele firm może nie wytrzymać przedłużającego się lockdownu. – Można się spodziewać zdecydowanie większej skali zwolnień, ale też fali niekontrolowanych bankructw – mówi Grzegorz Baczewski z Konfederacji Lewiatan. Upadłości obawia się co trzecia mała i średnia firma, a wśród przedsiębiorców, którzy działają na rynku mniej niż dwa lata, odsetek ten wynosi ok. 50 proc. – wynika z badania BIG InfoMonitor.

– Trzeci lockdown to są wymierne straty dla firm, które nie mogą generować przychodów, a jednocześnie są narażone na ponoszenie znaczących kosztów. Nawet w przypadku tych firm, które zostały objęte tzw. tarczą antykryzysową 6.0, można mówić o tym, że wsparcie zaoferowane przedsiębiorcom jest niewystarczające. Co ważne, to wsparcie i ten lockdown przychodzi w momencie, kiedy firmy są już bardzo wyczerpane wcześniejszymi okresami obostrzeń i zakazów działalności, jednocześnie ciążą na nich znacząco większe zobowiązania. Wiele branż będzie przeżywać bardzo poważne trudności i wiele przedsiębiorstw już tego trzeciego lockdownu nie przejdzie tak, jak to było poprzednim razem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Od 28 grudnia do 17 stycznia obowiązuje trzeci (po wiosennym i listopadowym) lockdown gospodarki, czyli zamrożenie działalności części branż, m.in. gastronomii, siłowni i innych obiektów sportowych, a także części obiektów handlowych w galeriach. Już wiadomo, że restrykcje te zostaną wydłużone do 31 stycznia.

Według Polskiej Rady Centrów Handlowych łączne straty w tym segmencie z powodu trzech lockdownów można szacować na 30 mld zł, z czego 17,5 mld zł przypada na pierwsze zamrożenie gospodarki, ok. 8 mld zł na listopad, a ok. 4 mld zł na obecne ograniczenia.

– Można się spodziewać, że firmy będą decydowały się na większą skalę zwolnień, pojawi się fala niekontrolowanych bankructw, bo firmy już nie będą w stanie dalej funkcjonować. Wiosną czy wczesną jesienią obserwowaliśmy w środowisku przedsiębiorców nadzieję na przetrwanie, teraz jednak widać, że rzeczywiście wiele firm zaczyna zawieszać swoją działalność, rezygnuje z najmowanych lokali, zmniejsza skalę działalności i prawdopodobnie wkrótce zacznie zwalniać pracowników – mówi dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Keralla Research dla BIG InfoMonitor, prawie 11 proc. MŚP wskazywało, że w 2020 roku zetknęło się  z ryzykiem bankructwa. Najczęściej wskazywały na nie mikro- i małe firmy. Obawy co do 2021 roku są jeszcze poważniejsze. Bankructwa boi się 36 proc. badanych, z czego 14 proc. uważa, że to ryzyko jest wysokie.

Jak wynika z analiz Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w 2020 roku w Monitorze Sądowym i Gospodarczym opublikowano 587 upadłości firm. To podobny wynik do 2019 roku, jednak na prawdziwą skalę firm zagrożonych niewypłacalnością mogą wskazywać dane na temat postępowań restrukturyzacyjnych. W całym ubiegłym roku wszczęto ich 800 (tylko w grudniu 144 – to najwyższy w historii wynik miesięczny), podczas gdy w 2019 roku było ich 465.

Sytuacji nie rozwiązuje także zaproponowana przez rząd tarcza branżowa, i to mimo poszerzenia spektrum uprawnionych do jej otrzymania firm według PKD.

– Negatywnych skutków lockdownu doświadczają nie tylko firmy objęte obostrzeniami, ale również ich kontrahenci. To jest podstawowy błąd podejścia tarczy 6.0. Bardzo wiele firm nie jest objętych pomocą – tłumaczy dyrektor Grzegorz Baczewski. – Natomiast te, które się do niej kwalifikują, też widzą wiele mankamentów w sposobie skonstruowania tej tarczy. Pomoc jest relatywnie skromna. Dopłaty do wynagrodzeń w okresie przestoju są na poziomie 2 tys. zł, czyli zdecydowanie poniżej przeciętnego wynagrodzenia, a więc nie pokrywa to całości kosztów zatrudnienia pracowników, którzy nie generują żadnych przychodów w wyniku obostrzeń.

W opinii Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług (ZPPHiU) kryterium przyznania pomocy powinien być przymus administracyjny zamknięcia sklepów i będący ich wynikiem spadek obrotów, a nie ich klasyfikacja.

O powrót do ogłoszonej w listopadzie ub.r. mapy drogowej dla gospodarki zaapelował wczoraj Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jak podkreślił w liście do premiera, w przeciwieństwie do bogatszych państw Zachodu, np. Niemiec, Polski nie stać na zamknięcie gospodarki. Jego skutkiem może być nie tylko względne zubożenie gospodarki, lecz także cofnięcie się w gospodarczym rozwoju o dekadę.

Pandemia zahamowała rozwój branży słodyczy. Głównie poprzez utrudnienia w transporcie

Bardzo istotna w segmencie spożywczym branża słodyczy ucierpiała podczas pandemii, przede wszystkim ze względu na początkowe zakłócenia w łańcuchach dostaw, ale też utrudnienia w transporcie. – Nawet jeśli mieliśmy produkt gotowy do sprzedaży, to były problemy z jego dostarczeniem ze względu na brak kontenerów. To zamieszanie cały czas się utrzymuje – mówi Marek Moczulski z Unitopu, producenta sezamków i chałwy. Według szacunków analityków PKO BP sprzedaż w sektorze słodyczy spadła w 2020 roku o 1,8 mld euro. Jednak w tym roku wzrost sprzedaży przez internet i odmrożenie rynków powinny przełożyć się na obroty wyższe niż w 2019 roku.

– COVID-19 ma olbrzymi wpływ na wiele segmentów gospodarki włącznie z branżą spożywczą i segmentem słodyczy. To jeden z największych segmentów branży, bo w całej Europie to jest około 160 mld euro. W Polsce rynek jest wart kilkanaście miliardów złotych i rósł do 2019 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Moczulski. – Segment związany z upominkami, gift and sharing, np. bombonierki okazjonalne, słabo się miewa, bo ludzie się nie odwiedzają, nie obchodzą hucznych imienin itd. Natomiast są segmenty, gdzie wręcz nastąpił rozwój, to np. produkty gotowe: ciasta, ciastka, wafle czy tabliczki czekoladowe. Tutaj widzieliśmy dosyć istotny rozwój, ale generalnie w branży słodyczy nastąpiło istotne zahamowanie rozwoju, a wręcz regres w 2020 roku.

Jak pokazuje raport PKO BP (dane za Statista) opublikowany w lipcu ubiegłego roku, rynek słodyczy w Polsce wygenerował w 2019 roku przychody w wysokości ponad 6,7 mld euro. Ze względu na pandemię i spowodowaną nią problemy szacowany spadek przychodów w 2020 roku wyniósł 7 proc. (do 6,3 mld euro). Spadki prognozowane były na większości kontynentów.

– COVID-19 poprzez brak podróży uniemożliwił albo bardzo spowolnił nam wprowadzenie produktów i nowości na rynki, na których już jesteśmy obecni, i na te, które dopiero otwieramy. W maju i kwietniu rzeczywiście cały świat zamarł, bo były przerwane łańcuchy logistyczne. Nawet jeśli mieliśmy produkt, to mogliśmy mieć problemy z jego fizycznym dostarczeniem z powodu braku kontenerów. To zamieszanie ciągle się utrzymuje, bo o kontenery jest walka prawie jak o ogień – mówi prezes Unitopu. – Nie mamy problemów z komponentami do produkcji. Myślimy, że niebawem powrócimy na ścieżkę istotnego rozwoju.

Optymistyczne prognozy dotyczą także innych rynków. Po pierwszym, najostrzejszym lockdownie globalny rynek słodyczy wzrośnie w 2021 roku do 769,6 mld euro. „Po nieznacznym spadku przychodów ze sprzedaży branży słodyczy w 2020 roku już w 2021 roku prognozowany jest powrót wartości sprzedaży powyżej poziomu z 2019 roku o 4,9 proc.” – informuje PKO BP.  W ciągu trzech kolejnych lat powinien przekroczyć wartość 836 mld euro.

Z kolei w Polsce w latach 2020–2023 prognozowany jest średni roczny wzrost na poziomie 6,8 proc. do 7,6 mld euro w 2023 roku. Przekładając to na konsumpcję, analitycy Statista szacują, że w 2019 roku statystyczny Polak zjadał ok. 51,1 kg słodyczy, podczas gdy w 2023 roku będzie to 57,8 kg. W wydatkach Polaków na słodycze także będzie widoczny wyraźny wzrost ze 177,7 euro rocznie w 2019 roku do 202,5 euro w 2023 roku.

Jak wynika z raportu PKO BP, eksport słodyczy z Polski wzrósł między 2015 a 2019 rokiem o 24,4 proc. (z 2,8 mld euro do 3,5 mld euro). Największy udział, prawie 50-proc., w 2019 roku miały w nim wyroby czekoladowe, ale największe wzrosty odnotował segment lodów. Głównym kierunkiem eksportowym pozostają Niemcy (26,1 proc.), a w następnej kolejności Wielka Brytania, Francja i Rosja (23,8 proc. eksportu słodyczy przypadło na te trzy rynki). Ze względu na wciąż obserwowane utrudnienia w transporcie rozwój nowych rynków jest pełen wyzwań, mimo to Unitop nie spowalnia ekspansji zagranicznej.

– W tej chwili otwieramy rynki azjatyckie, południowoamerykańskie – wymienia Marek Moczulski. – Eksportujemy produkty sezamkowe do wielu krajów świata, właściwie na wszystkie kontynenty. 80 proc. naszej produkcji trafia na eksport. Nasze produkty można znaleźć pod naszą marką chociażby w Kanadzie, gdzie jesteśmy numerem jeden, Stanach Zjednoczonych, Australii. Sprzedajemy olbrzymie ilości. 

W Polsce firma zapowiada dalsze inwestycje w automatyzację linii produkcyjnych. Wyjątkiem, którego one nie obejmą, jest produkcja chałwy, która jest wyrabiana ręcznie ze względu na włóknistą konsystencję.

– Ten proces ręczny zachowamy, bo to będzie nasz wyróżnik. Natomiast wszelkie inne procesy chcemy zautomatyzować. Przeznaczymy w tym roku obrotowym 5–6 mln zł na automatyzację pakowania – dodaje prezes Unitopu.

Jak podkreśla, internet generuje już kilkadziesiąt miliardów złotych obrotów rocznie w segmencie słodyczy i będzie się nadal rozwijał. To z tego powodu spółka w grudniu uruchomiła swój nowy sklep internetowy.

Biometryczna inwigilacja może stanowić zagrożenie dla demokracji i prywatności obywateli. Algorytmy nie zawsze też działają w sposób niezawodny

Identyfikacja odcisków palców czy skanów tęczówki i siatkówki, rozpoznawanie twarzy, głosu czy sposobu chodzenia, a nawet DNA i fal mózgowych – każda z tych technologii biometrycznych może być wykorzystana do efektywnego uwierzytelniania ludzi. Systemy, które bazują na danych biometrycznych, są znacznie dokładniejsze, mogą ograniczyć, a nawet wyeliminować przestępczość. Niosą jednak za sobą szereg zagrożeń. Przykład Chin pokazuje, że biometryczna inwigilacja może być stosowana coraz częściej. Najnowsze wykorzystanie technologii rozpoznawania twarzy przez sztuczną inteligencję pochodzi jednak z USA, gdzie władze usiłują wychwycić osoby odpowiedzialne za atak na Kapitol.

– Biometria to informacje, które pochodzą z naszego ciała. To odcisk palca, tęczówka, wygląd naszej twarzy. Coraz częściej biometria w wielu państwach, zarówno unijnych, jak i np. państwach Dalekiego Wschodu, jest wykorzystywana po to, żeby weryfikować to, kto i gdzie się przemieszcza za pośrednictwem kamer rozpoznających twarze. Jest to właśnie inwigilacja biometryczna, która de facto w zasadzie kończy z prawem do anonimowego przemieszczania się w przestrzeni publicznej obywateli i obywatelek danego kraju – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Klicki, prawnik z Fundacji Panoptykon.

Technologie biometryczne są obecnie wykorzystywane do sprawdzania, czy dany człowiek jest tym, za kogo się podaje, do odkrywania tożsamości, sprawdzania osób. W miarę jak stają się one tańsze, bardziej niezawodne, dostępne i wygodne, będą coraz częściej wdrażane na wszystkich poziomach, m.in. na potrzeby organów ścigania, fizycznej kontroli dostępu czy kontroli granicznej.

Już teraz kasyna wykorzystują techniki rozpoznawania twarzy, banki używają głosu do weryfikacji klientów przez telefon, rytm bicia serca może służyć do zabezpieczania płatności mobilnych lub uwierzytelniania ich w sieci korporacyjnej, a szpitale identyfikują pacjentów za pomocą unikalnych wzorów żył na dłoniach. Coraz więcej krajów stosuje programy identyfikacji biometrycznej przy przekraczaniu granic. Technologie rozpoznawania twarzy zwiększają bezpieczeństwo, są przy tym wiarygodne, niosą jednak ze sobą spore zagrożenia, przede wszystkim dotyczące prywatności.

– Walczymy, aby Komisja Europejska w przygotowywanej regulacji dotyczącej sztucznej inteligencji, bo rozpoznawanie twarzy także jest formą sztucznej inteligencji, wprost zakazała wykorzystywania technologii w nadmierny sposób ograniczającej prawa i wolności jednostki, np. w kontekście zgromadzeń. Wyobraźmy sobie sytuację, w której instytucje publiczne odpowiadające za bezpieczeństwo dysponują narzędziami, które pozwalają stworzyć listę wszystkich uczestników demonstracji, np. antyrządowych. Widać, jak bardzo głębokie ryzyko dla demokracji wiąże się z takimi narzędziami – przekonuje Wojciech Klicki.

Wspierana przez sztuczną inteligencję technologia rozpoznawania twarzy Clearview AI została wykorzystana przez amerykańskie organy ścigania do identyfikacji osób, które 6 stycznia szturmowały Kapitol. Dyrektor generalny firmy potwierdził, że wykorzystanie technologii rozpoznawania twarzy jego firmy przez organy ścigania wzrosło o 26 proc. dzień po tym, jak tłum zwolenników prezydenta Trumpa zaatakował siedzibę Kongresu. Wcześniej „Times” podawał, że Departament Policji w Miami używa technologii Clearview do identyfikacji niektórych uczestników zamieszek, wysyłając dane podejrzanych FBI. „The Wall Street Journal” doniósł z kolei, że wydział policji w Alabamie również używał Clearview do identyfikacji twarzy na zdjęciach z zamieszek.

Chociaż szybko rozwijające się technologie biometryczne wydają się oferować potrzebne rozwiązanie do identyfikacji i uwierzytelniania, ich stosowanie budzi również pewne obawy dotyczące bezpieczeństwa. Stąd potrzeba ochrony zebranych danych biometrycznych przed nadużyciami i niewłaściwym wykorzystaniem podczas ich gromadzenia, przetwarzania i uzyskiwania do nich dostępu.

– Najbardziej rozpoznawalnym i powszechnym zagrożeniem jest rozpoznawanie twarzy. Oczywiście w coraz większej liczbie miejsc stosowane są takie funkcjonalności jak rozpoznawanie tożsamości na podstawie odcisku palca, na podstawie źrenicy, natomiast jeżeli mówimy o masowej inwigilacji, to wiąże się ona przede wszystkim z rozpoznawaniem twarzy – podkreśla ekspert.

Kilka lat temu londyńska policja dokonała pierwszego aresztowania na podstawie rozpoznawania twarzy, porównując zdjęcia pieszych w popularnych miejscach turystycznych z bazą danych znanych przestępców. W Brazylii schwytano zaś handlarza narkotyków po tym, jak oprogramowanie do rozpoznawania twarzy wykryło go na stacji metra.

– Dla wielu osób potencjał tej technologii może wiązać się z nadzieją na redukcję bądź wręcz eliminację przestępczości. Jeśli nikt nie będzie mógł się przemieszczać w sposób anonimowy, jeśli wszędzie nasza obecność będzie rejestrowana, to może tak jak w filmach science fiction będziemy w stanie co najmniej wyłapać każdego przestępcę, a być może jeszcze złapać go za rękę, zanim popełni przestępstwo – mówi prawnik z Fundacji Panoptykon.

Ryzyko jednak jest znaczne, czego przykładem mogą być Chiny. Comparitech, badacz usług technologicznych, informuje, że liczba kamer monitorujących w Chinach wynosi ok. 56 na tysiąc osób. Niedawno pekiński artysta Deng Yufeng organizował wycieczki, podczas których uczył ludzi, jak najlepiej ukryć twarz przed kamerami monitorującymi zainstalowanymi na jednej ze stołecznych ulic. Artysta zbadał odcinek o długości 1,1 tys. metrów i sugeruje, że nawet połowa z blisko setki aparatów wykorzystuje rozpoznawanie twarzy.

– Entuzjaści tej technologii zapominają o jej czarnych stronach, nie tylko o zagrożeniach dla demokracji związanych z rozpoznawaniem uczestników demonstracji, ale także z tym, że inwigilacja biometryczna oparta jest na sztucznej inteligencji, a ta z kolei wiąże się często np. z dyskryminacją. Badania pokazują, że algorytmy rozpoznające twarz w znacznie lepszy sposób radzą sobie z białymi mężczyznami niż z osobami o innym kolorze skóry, czyli biały mężczyzna w mniejszym stopniu ryzykuje, że będzie rozpoznany jako przestępca, w przeciwieństwie do czarnoskórego – przekonuje Wojciech Klicki.

Niedawno głośno było w Europie  o programie „Horyzont 2020”, sztandarowym programie UE w zakresie badań naukowych i innowacji. W latach 20142020 w postaci grantów dla naukowców przekazano ok. 80 mld euro. Część z tych środków wsparło rozwój produktów bezpieczeństwa dla sił policyjnych i agencji kontroli granicznej w sektorze publicznym i prywatnym, m.in. wirtualny czytnik myśli w ramach projektu iBorderCtrl, do potencjalnego wykorzystania w ochronie granic Europy. Technologia na podstawie mimiki twarzy rozpoznaje, kiedy ktoś kłamie. W ocenie części ekspertów osoby o innym kolorze skóry, kobiety czy osoby niepełnosprawne mogą być częściej fałszywie uznani za kłamców.

– Jeśli algorytmy, chociażby służące rozpoznawaniu twarzy, wykrywaniu podejrzanych transakcji, wykrywaniu osób, które zachowują się w sposób nietypowy, będą coraz bardziej powszechne, ich wpływ na rzeczywistość będzie rósł, tym bardziej będziemy ryzykować, że to nie konkretny funkcjonariusz policji czy służby będzie decydował o zamrożeniu pieniędzy na koncie czy o zatrzymaniu, tylko będzie to robił algorytm. Kluczowa różnica polega na tym, że jeżeli funkcjonariusz popełni błąd, to jesteśmy w stanie go pociągnąć do odpowiedzialności, z algorytmem jest już trochę trudniej – ocenia prawnik z Fundacji Panoptykon.