Jak się przygotować do kontroli skarbowej? Pytania i odpowiedzi

Jakie uprawnienia ma kontroler? Czy jego wizyta może być niezapowiedziana? Kiedy jest czas na poprawienie błędów? O odpowiedź na najbardziej nurtujące przedsiębiorców pytania, poprosiliśmy eksperta.

Wizyta kontrolerów urzędu skarbowego niekoniecznie musi być źródłem stresu dla przedsiębiorcy. Warto ułatwić sobie i kontrolującym pracę, odpowiednio przygotowując się do kontroli skarbowej. O to, jak to zrobić, zapytaliśmy Wojciecha Kosarzeckiego, Dyrektora Biura Podatków w Impel Business Solutions.

Czy kontrola skarbowa może być niezapowiedziana?

Wojciech Kosarzecki, Impel Business Solutions: – Przepisy stanowią, że kontrola podatkowa prowadzona przez urząd skarbowy, powinna odbywać się za zawiadomieniem, nie krótszym niż 7 dni. Od tej zasady są jednak wyjątki. Po pierwsze, kontrola prowadzona przez urzędy celno-skarbowe odbywa się bez zawiadomienia. Po drugie, urzędy skarbowe mogą nie stosować 7-dniowego terminu np. w przypadku, gdy kontrola wiąże się z podejrzeniem popełnienia przestępstwa lub wykroczenia.

Czy 7 dni wystarczy, by przygotować się do kontroli?

7-dniowy termin to przede wszystkim czas na zabezpieczenie spraw organizacyjnych, takich jak np. dostępność księgowego lub zapewnienie kontrolującym miejsca pracy. Oczywiście można i powinno się także w tym terminie przejrzeć deklaracje, upewnić się co do podjętych wcześniej decyzji dotyczących kosztów, przychodów itp. 7 dni pobieżnego przeglądania dokumentów nie zastąpi jednak rzetelnego i prawidłowego prowadzenia spraw księgowych i podatkowych na bieżąco w ciągu roku.

Jakie dokumenty podlegają kontroli?

W polskim prawie obowiązuje otwarty katalog dowodów, czyli kontrolujący może żądać przekazania wszystkich dokumentów, które mogą przyczynić się do wyjaśnienia sprawy. W pierwszej kolejności przedmiotem kontroli są oczywiście dokumenty księgowe i podatkowe, czyli deklaracje, faktury, rachunki, umowy etc., ale można spodziewać się, że kontrolerzy poproszą o dodatkowe informacje i wyjaśnienia.

Jakie jeszcze uprawnienia ma kontroler?

Uprawnienia kontrolujących urzędników są szerokie. Mogą żądać dostępu nie tylko do dokumentów, ale także do lokali kontrolowanego podmiotu, zbierać i zabezpieczać dowody rzeczowe. To nie koniec. Kontrolerzy mogą także przesłuchiwać świadków, dokonywać oględzin i zwracać się do różnych podmiotów, np. kontrahentów kontrolowanego przedsiębiorcy, o wyjaśnienia. Właściwe zabezpieczenie procedury i dopilnowanie, aby kontrolujący działali z przepisami, to zadanie dla doradcy podatkowego.

Poprawienie błędów w dokumentacji. Czy jest możliwe podczas kontroli?

Tak, jeśli podatnik zauważył, że popełnił błędy, np. wykrył nieprawidłowość w deklaracji podatkowej, to po zawiadomieniu go przez urząd skarbowy o kontroli, a przed jej rozpoczęciem, ma prawo do korekty deklaracji. Prawo takie przysługuje również po zakończeniu kontroli, czyli po otrzymaniu protokołu kontroli, oczywiście o ile kontrolowany zgadza się z ustaleniami kontroli.

Podsumowanie FutureTech Congress 2017

W Warszawie zakończył się FutureTech Congress – dwudniowe wydarzenie poświęcone innowacjom w branżach fintech, insurtech i big data.

Podczas dwóch dni debat i wystąpień, polscy i zagraniczni eksperci rozmawiali o wpływie technologii na przyszłość biznesu. W kongresie wzięło udział ponad 2,5 tys. uczestników oraz ponad 150 panelistów i mówców, reprezentujących takie branże jak fintech, insurtech i big data jak również finanse, bankowość, ubezpieczenia, IT, doradztwo, w tym grono startupów, inwestorów, liderów rynku jak i administracji publicznej.

Gość honorowy Kongresu, Wicepremier Mateusz Morawiecki, podczas swojego wystąpienia podkreślał, że polskie fintechowe rozwiązania przebijają się już na międzynarodowych rynkach. – Chcemy być Doliną Krzemową Europy Środkowo-Wschodniej. Coraz więcej twórczych projektów, wspólnych inicjatyw ma miejsce w Polsce i krajach Europy Środkowej – tłumaczył Morawiecki pierwszego dnia FutureTech Congress. – Państwo powinno tworzyć dla przedsiębiorców możliwie dobre warunki do rozwoju. Jeśli możemy też wspierać ich grantami czy inspirowaniem współpracy z uczelniami i innymi firmami to tak właśnie rodzą się nowoczesne ekosystemy gospodarcze – podkreślał Wicepremier.

Na FutureTech Congress, którego organizatorem było MM Conferences S.A., składały się trzy ścieżki tematyczne: FinTech Digital Congress, InsurTech Digital Congress, BIG DATA: Think Big CEE Congress. Podczas każdej z tych części omawiane były tematy dotyczące perspektyw rozwoju tych sektorów.

Mówcami Kongresu byli zarówno eksperci z zagranicy m.in.: Chris Skinner, Stephen Brobst, Spiros Margaris czy Ghela Boskovich, jak i czołowi polscy przedsiębiorcy i menedżerowie z sektora finansowego i technologicznego: Zbigniew Jagiełło, Łukasz Wejchert czy Cezary Stypułkowski.

Kongresowi towarzyszyło również FutureTech Night wraz z rozdaniem nagród FutureTech Awards dla najlepszych rozwiązań, produktów i usług w branży fintech, insurtech i big data. Wśród nagrodzonych firm znaleźli się ZenCard, Alfavox, Grupa Warta, Polski Standard Płatności, Vivus Finance, Currency One, Alior Bank oraz Samsung Electronics Polska.

Partnerami FutureTech Congress byli: Asseco Poland, Atende, Atos, Samsung, Visa, Blue Media, ITMAGINATION, G2A, PZU Inwestycje, EmiTel, Starter24, APA Group, Teradata, Swaper, KIR, Beyond.pl, PayU, Idea Bank, IBM, Grupa LEW, Vivus, OKI, dLK Legal, Qlik, BLIK, Iwoca, KPMG, Be Group, Abak, Profescapital, CallPage, SALESmanago, PiLab, MyTaxi, Netia, Cloud Credit, Benefit Solution Group, Bireta, Meeting Application, Balthazar.

Ile Wielka Brytania zapłaci za Brexit?

Już od dobrych kilku miesięcy trwa dyskusja, ile Wielka Brytania zapłaci za wyjście z Unii Europejskiej. W zależności od źródła liczby wahają się od 0 do 100 mld euro. Jednak finalna kwota prawdopodobnie nie będzie zależeć od jakichkolwiek wyliczeń, tylko od konsensusu politycznego pomiędzy Londynem i Brukselą – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Pierwsze analizy dotyczące „rachunku za Brexit” (Brexit bill) pojawiły się niedługo po brytyjskim referendum. W październiku 2016 r. „Financial Times” pisał, że za wyjście z Unii Brytyjczycy zapłacą 20 mld euro. Ledwie miesiąc później „FT” sugerował, że jest to już ok. 40-60 mld.

Najnowsze wyliczenie “FT” podbite przez żądania z Polski

Od początku roku serię analiz na ten temat przygotował także Bruegel. Wiodący europejski think tank nie podaje dokładnej kwoty, ale określa przedział od 25,4 do 65,1 mld euro. Najwięcej uwagi przykuły jednak najnowsze wyliczenia przygotowane przez szefa brukselskiego biura „FT” Alexa Barkera opublikowane na początku maja, gdzie cena Brexit bill rośnie do 100 mld euro. Dzieje się tak, podkreśla finansowy dziennik, z powodu dodatkowych żądań związanych z polityką rolną ze strony Polski i Francji.

Biorąc pod uwagę fakt, że czołowym argumentem w kampanii za wyjściem Zjednoczonego Królestwa z UE była kwestia wstrzymania płacenia składek do unijnego budżetu, kwota 100 mld euro może na Brytyjczykach robić olbrzymie wrażenie. Na Wyspach jest ok. 26 mln gospodarstw domowych. Z prostego rachunku wynika, że każde z nich za Brexit musiałoby zapłacić niespełna 4 tys. euro.

100 mld euro może brzmieć abstrakcyjnie dla Brytyjczyków, patrząc jaki wkład do wspólnego budżetu miało Zjednoczone Królestwo. Przez ostatnie pięć lat Wielka Brytania dokładała się do unijnej kasy po ok. 7,5 mld euro netto rocznie. Hipotetyczny rachunek wynosiłby więc dla Brytyjczyków ponad 13-letnią normalną składkę, co już z samego założenia wydaje się bardzo trudne do zaakceptowania.

Stare, bieżące i przyszłe rachunki

Jakie argumenty miałyby uzasadniać tak wysoką zapłatę od Zjednoczonego Królestwa? Płatności do Unii składają się z wielu składowych, chodzi o środki związane z bieżącym budżetem, a także kwoty wieloletnich zobowiązań wynikających z poszczególnych programów Wspólnoty.

Największą kategorią według kalkulacji Bruegel i “FT” są zobowiązania pozostające do spłaty (RAL), które zostały wygenerowane w poprzednich latach (np. projekty drogowe), a nie doszło jeszcze do faktycznej płatności. „FT” określa, że dla całej Unii wynoszą one 241 mld euro, z czego 36,2 mld przypada na Wielką Brytanię (na koniec 2018 r.).

Dużą częścią Brexit bill stanowią również inne planowane zobowiązania (OPC) na lata 2019 i 2020, czyli projekty inwestycyjne dla mniej rozwiniętych unijnych regionów. W tym wypadku udział Zjednoczonego Królestwa został oszacowany na 27,6 mld euro.

Ciekawą kategorią są również świadczenia emerytalne dla unijnych urzędników. Są one finansowane bezpośrednio z budżetu UE. Według wyliczeń think tanku Centre for European Reform średnie roczne świadczenie emerytalne wynosi ponad 67 tys. euro. „FT” ocenia, że zwiększa to koszty Brexitu dla Wielkiej Brytanii o kolejne 10 mld euro.

Unia ma także domagać się składki od Wielkiej Brytanii na roczne budżety w latach 2019 i 2020, z których podstawowym elementem są dotacje dla rolników. Miałoby to kosztować Zjednoczone Królestwo dodatkowe 27,4 mld euro. Ostatnia z głównych pozycji to zabezpieczenie od Brytyjczyków części kwoty na udzielone pożyczki innym krajom. Na koniec 2015 r. według danych Bruegel kredyty unijne udzielone kilkunastu państwom świata (przede wszystkim Portugalii, Irlandii, Rumunii czy Ukrainie) wynosiły 56 mld euro. „FT” szacuje, że Bruksela od Londynu będzie wymagała 11,9 mld euro na zabezpieczenie tych kredytów.

Co na to Brytyjczycy?

W zamówionej na początku roku przez Izbę Lordów analizie prawnej brytyjskie zobowiązania w stosunku do Unii w momencie opuszczenia Wspólnoty wynoszą zero. Prawdopodobnie więc Londyn zacznie negocjacje, stojąc na stanowisku, że Brytyjczycy zdecydowali się na opuszczenie UE i niczego już nie muszą płacić.

Jeżeli Bruksela będzie domagać się wypełnienia brytyjskich zobowiązań w kolejnych latach, to część środków powinna także wracać na Wyspy z unijnego budżetu i zmniejszać ogólny rachunek Brexit bill. Jednak, jak pisze Bruegel, Unia może domagać się od razu płatności z góry, a dopiero później stopniowo zwracać część swoich zobowiązań wobec Zjednoczonego Królestwa.

Stosunkowo wysokie wymagania mogą także wynikać z tego, że pozycja Brukseli jest zdecydowanie lepsza niż Londynu. Jeżeli negocjacje zostaną zerwane i Unia zamknie dostęp do jednolitego rynku brytyjskim towarom i usługom (zwłaszcza sektorowi finansowemu), wtedy Brytyjczycy stracą znacznie więcej niż mieszkańcy Unii.

Długie negocjacje i rozwiązanie polityczne

Do tej pory Bruksela nie przedstawiła dokładnych wyliczeń za Brexit bill. Ze strony unijnych przedstawicieli czasami pojawia się wartość 50-60 mld euro, ale zwykle w trybie potwierdzania sugerowanych przez dziennikarzy kwot, a nie przekazywania własnych kalkulacji. Również Brytyjczycy nie udostępnili żadnych wyliczeń oprócz powtarzających się opinii, że medialne rachunki są zdecydowanie za wysokie.

W najbliższych miesiącach Unia i Wielka Brytania prawdopodobnie nie sprecyzują swoich stanowisk. Gdy to w końcu nastąpi, dyskusja obejmie najpewniej nie tylko konkretną kwotę zobowiązań, ale też cały pakiet nowych relacji Londynu z Brukselą, co sprawi, że rozmowy mocniej oprą się na polityce niż na konkretnych wyliczeniach.

Powyższa kwestia może mieć także fundamentalne znaczenie dla funta. Gdyby wzrosły obawy, że konsensusu nie uda się wypracować i Wielka Brytania zmierza do twardego Brexitu, tracąc przy tym nieskrępowany dostęp do unijnego rynku, to wartość szterlinga może bardzo wyraźnie się obniżyć.

Sytuacja polityczna i gospodarcza w strefie euro sprzyja złotówce

Pozytywny sentyment do walut rynków wschodzących, w połączeniu z bardzo dobrymi danymi z polskiej gospodarki, pozwala umacniać się złotemu zwłaszcza w stosunku do dolara. Dodatkowo ustabilizowanie się sytuacji politycznej i gospodarczej w strefie euro sprzyja złotówce. Jednakże ten rajd ku umacnianiu się złotego może zostać gwałtownie zatrzymany. Rynek oczekuje na kolejne informacje z gospodarki Stanów Zjednoczonych oraz wyników wyborów w Europie, co będzie powodowało wzrost ryzyka oraz zmienności na rynku walut. Złoty w stosunku do dolara i euro jest tak mocny, jak w pierwszej połowie 2016 roku, czy 2015 roku w przypadku EUR, ale rzut oka na wykresy pokazuje, jak bardzo się skorygował w późniejszym okresie.

W czwartek dolar kilkukrotnie testował poziom 3,7120. Tak taniego dolara mieliśmy w marcu 2016 roku. Co ciekawe na eurodolarze mamy poziom 1,12, czyli dokładnie taki jaki był w marcu 2016 roku. Różnica scenariuszy późniejszych ruchów była taka, iż Eurodolar rósł do poziomu 1,15-1,16, a dolar w stosunku do złotówki zmienił trend na wzrostowy, zmniejszając korelację między parami.

W krótkim terminie dolar może przetestować dolne ograniczenie kanału trendowego ze wsparciem na okrągłym poziomie 3,70. W przypadku wzrostów oporem będzie poziom 3,7550, gdzie już kilkukrotnie w tym tygodniu reagowała podaż. W przypadku wybicia tego poziomu dalsze wzrosty może powstrzymać górne ograniczenie kanału trendowego.

ergokantor-pl-usdpln-26-05Po gorszych danych z gospodarki brytyjskiej funt ponownie się osłabił. Przez prawie 2 tygodnie rynek bronił poziom 4,8360, jednak po czwartkowych danych wsparcie pękło. Kolejnym punktem, który może okazać się zwrotnym dla ceny, może być poziom 4,7680, gdzie wypada głębokie mierzenie 88,6% Fibo, a ponadto cena już reagowała na tym poziomie w listopadzie 2016 roku. Dopóki cena nie wybije nowych dołków, możemy mówić o rysowaniu się prawego ramienia formacji odwróconego RGR. W przypadku wzrostów oporem pozostaje niedawne wsparcie przy 4,8360. Należy jednakże pamiętać, iż z interwału miesięcznego możemy być świadkami kończenia się fali 5 całego impulsu spadkowego, co może sugerować, iż podaż będzie chciała wyrysować jeszcze nowe dołki.

ergokantor-pl-gbppln-26-05Z szerokiego interwału tygodniowego po raz kolejny jesteśmy poniżej poziomu mierzenia 61,8% Fibo impulsu wzrostowego oraz tuż przy dolnym ograniczeniu kanału trendowego. Bardzo ważne jest zamknięcie się świecy tygodniowej, która może dać nam sygnał do dalszego umocnienia się złotego. W przypadku ruchu w dół cena może przetestować poziom 4,09, natomiast w razie odwrócenia się trendu, korekta może napotkać opór na poziomie 4,1853, a następnie przy okrągłym poziomie 4,20.

ergokantor-pl-eurpln-26-05

Michał Bartos, Główny Analityk Walutowy ergokantor.pl

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Niebezpieczne e-maile – jak się przed nimi ochronić?

Wiadomości mailowe są obecnie jedną z najbardziej powszechnych form komunikacji, zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej. Codziennie otrzymujemy ich od kilku do nawet kilkudziesięciu. E-maile wykorzystują także cyberprzestępcy. Wysyłają za ich pomocą złośliwe oprogramowania, które są niebezpieczne nie tylko dla adresata wiadomości, ale również całej organizacji. Jak pokazał niedawny cyberatak na podmioty w prawie 150 krajach na świecie, hakerzy mogą doprowadzić do paraliżu dużych korporacji, szpitali, instytucji państwowych itd. Czy można się przed nimi ochronić? Co zrobić gdy dostaniemy niebezpiecznego e-maila?

Prosty sposób na atak

Korzystając z poczty elektronicznej jesteśmy narażeni na „złapanie” groźnych wirusów. Hakerzy podszywając się najczęściej pod znane firmy lub instytucje przesyłają w załącznikach do e-maili pliki ze złośliwym oprogramowaniem, które po uruchomieniu kradnie, wyłudza lub szyfruje dane. Według raportu PwC „Ochrona biznesu w cyfrowej transformacji” 96% średnich i dużych przedsiębiorstw działających w Polsce doświadczyło ponad 50 incydentów naruszenia bezpieczeństwa w ciągu roku. Większość z nich związana była właśnie z atakami phishingowymi.

Niebezpieczna wiadomość – jak ją rozpoznać

Przestępcy wykorzystujący phishing działają zazwyczaj w podobny sposób. Wysyłają niebezpieczny e-mail z pozoru wyglądający na bardzo ważną wiadomość. Już sam tytuł e-maila ma zwracać uwagę adresata, skłaniać do jego otworzenia i sprawdzenia zawartości załącznika. Często zdarzają się wiadomości zatytułowane: „Zaległa faktura VAT – przedsądowe wezwanie do zapłaty ” lub „Nieodebrana przesyłka – wezwanie do odbioru”.  Nierzadko, aby uwiarygodnić przekaz, a także przestraszyć odbiorcę hakerzy podszywają się pod takie instytucje jak np. Krajowy Rejestr Długów. Należy zwracać szczególną uwagę na adresy mailowe nadawców takich wiadomości. Mogą być one łudząco podobne do kontaktów pracowników danej instytucji, drobnych różnic warto szukać w nazwach domen. Najgroźniejszym elementem takich e-maili są załączone do nich pliki przypominające skan faktury, wezwania lub innego ważnego pisma. Naszą czujność powinien obudzić ich format, zazwyczaj są one przesyłane w formacie ZIP, który wymaga rozpakowania – wyjaśnia Damian Gąska, specjalista ds. bezpieczeństwa informacji, ODO 24.

Jak postępować z e-mailami typu phishing

Po zauważeniu w skrzynce elektronicznej potencjalnie niebezpiecznej wiadomości większość osób po prostu ją usuwa. W ten sposób jednak chroni tylko siebie i swoje dane. Zalecanym działaniem w takiej sytuacji jest zgłoszenie podejrzanego e-maila, jako SPAMu lub niebezpiecznej wiadomości administratorowi poczty elektronicznej – mówi Damian Gąska.

Jeśli już otworzymy załącznik ze złośliwym oprogramowaniem, to możemy jedynie spróbować ograniczyć skutki jego działania. Po otwarciu załącznika z tzw. malware w większości przypadków uruchamiany jest kod wykonywalny, dlatego jeśli pobierany plik wyda nam się niebezpieczny najlepiej jest jak najszybciej wyłączyć laptop lub stację roboczą komputera desktopowego. Ten prosty zabieg pozwala przerwać uruchomiony proces. Ponowne włączenie komputera zalecane jest w obecności specjalisty, który będzie mógł odpowiednio zareagować – wskazuje specjalista ODO 24.

Jeżeli zaś w wyniku uruchomienia „złośliwego” załącznika nastąpi zaszyfrowanie lub uszkodzenie danych, to niestety mamy małe szanse na ich odzyskanie. W takiej sytuacji należy jak najszybciej  zmienić hasła systemów, z których korzystaliśmy za pomocą urządzenia, które zostało zainfekowane, zwłaszcza tych zapisanych w pamięci przeglądarki.

Ochrona to podstawa bezpieczeństwa

Przed skutkami działań cyberprzestępców mogą ochronić nas odpowiednie zabezpieczenia techniczne. Najprostszym jest program antywirusowy, który  jeśli jest regularnie aktualizowany pod względem wirusów pełni skutecznie rolę bariery przed zagrożeniami z sieci. Warto jednak pamiętać, że najsłabszym ogniwem zazwyczaj jesteśmy my sami. Dlatego też należy stosować zasadę ograniczonego zaufania do treści otrzymywanych poprzez program pocztowy. Jeżeli chcemy wiedzieć czego się wystrzegać, dobrze jest śledzić nowe zagrożenia. Możemy to robić np. poprzez śledzenie aktualności portali, które się tym zajmują (tj. Niebezpiecznik czy Zaufana Trzecia Strona) – mówi Damian Gąska z ODO 24.

Będzie pomoc finansowa dla firm w restrukturyzacji – nowelizacja ustawy

Do Rządowego Centrum Legislacji trafił projekt nowelizacji ustawy o prawie restrukturyzacyjnym, która zapewni przedsiębiorcom naprawiającym swoje firmy konkretną pomoc finansową ze strony państwa.

Obowiązujące od 1 stycznia 2016 roku nowe prawo restrukturyzacyjne dało pierwszeństwo działaniom naprawczym przed likwidacją firmy. Nowe przepisy nie tylko pomagają ocalić firmy przed upadłością, powstrzymują egzekucje komornicze i wypowiedzenie przez banki wcześniej zawartych umów, ale także zapewniają dłużnikom ochronę przed sprzedażą majątku za bezcen i chronią miejsca pracy.

Zgodnie z nowym prawem restrukturyzowane przedsiębiorstwa mogą ubiegać się również o pomoc publiczną, np. w formie rozłożenia na raty długu wobec Skarbu Państwa (takiego jak zaległe składki ZUS czy podatki należne Urzędowi Skarbowemu). Zgodnie jednak z przepisami Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej dotąd pomoc publiczna mogła być udzielana przedsiębiorcom jedynie w wyjątkowych sytuacjach – i to dopiero po uzyskaniu zgody Komisji Europejskiej w ramach tzw. procedury notyfikacji. Niestety, notyfikacja to długi proces, trwa średnio nawet 15 miesięcy.

Pożyczka już przed restrukturyzacją

Dlatego Ministerstwo Rozwoju i Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowały nowelizację prawa restrukturyzacyjnego, zgodnie z którą przedsiębiorca może otrzymać pomoc finansową nawet jeszcze przed wszczęciem postępowania restrukturyzacyjnego. Ma to umożliwić mu opracowanie planu restrukturyzacyjnego lub prowadzenie działalności gospodarczej, dopóki plan ten nie zostanie wdrożony.

– Ta nowelizacja była bardzo oczekiwana przez przedsiębiorstwa, które znajdują się w trakcie restrukturyzacji, oraz ich zarządców. Wierzyciele publicznoprawni w zasadzie nie mogli dotąd rozkładać zadłużenia na raty, gdyż mogło to stanowić niedozwoloną pomoc publiczną – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz, doradca restrukturyzacyjny z kancelarii PMR Restrukturyzacje SA. – Nowe przepisy nie tylko pozwolą na zawieranie układów, ale i otworzą ścieżkę do finansowania restrukturyzacyjnego, a nie ma udanej restrukturyzacji bez finansowania pomostowego. Oby jak najszybciej ta nowelizacja zaczęła obowiązywać – podsumowuje.

Kto dostanie pomoc finansową?

O pomoc na ratowanie (tymczasowe wsparcie prerestrukturyzacyjne) udzielane w formie pożyczki będą się mogli ubiegać przedsiębiorcy, wobec których nie toczy się jeszcze postępowanie restrukturyzacyjne, a np. dopiero został złożony wniosek o otwarcie takiego postępowania. Pożyczka ma im pomóc w odzyskaniu płynności finansowej firmy oraz dać czas na opracowanie planu jej naprawy.

Z kolei pomoc na restrukturyzację jest przeznaczona na zrealizowanie planu restrukturyzacji, który ma przywrócić firmę do dobrej kondycji. Takie wsparcie może być udzielone również w formie pożyczki, ale także dopłaty, objęcia akcji, obligacji lub udziałów. O taką pomoc będą mogli się ubiegać przedsiębiorcy objęci już jednym z sądowych postępowań restrukturyzacyjnych. Tym samym ułatwienie dostępu do finansowania restrukturyzacyjnego znakomicie ułatwi samą restrukturyzację przedsiębiorstw i ochroni je przed upadłością i likwidacją.

Zyski najlepiej czują się w kieszeni

Rynek ropy trzy tygodnie kupował plotki przed szczytem OPEC i w czwartek sprzedał fakty. Fundamentalnie ropa jeszcze powróci do wzrostów, ale najpierw rynek musi powrócić do zmysłów. Traci też funt, gdyż rynek traci cierpliwość, a informacje nie pomagają. EUR/USD i EUR/PLN są stabilne przed długim weekendem w USA.

Wczorajsze zachowanie ceny ropy naftowej najlepiej pokazuje, jak bardzo rynki finansowe polegają na krótkoterminowym kapitale spekulacyjnym, który bezlitośnie potęguje zmienność. OPEC z kilkoma krajami spoza kartelu ustalił przedłużenie porozumienia o cięciu wydobycia o 1,8 mln baryłek/dzień o kolejne 9 miesięcy do końca marca 2018 r. Decyzja była zgodna z przekazem, jaki od tygodni budowali członkowie OPEC, choć do ostatniej chwili w grę wchodziły nawet głębsze cięcia. Zatem rynek otrzymał to, na co liczył, kiedy pompował ceny ropy o ponad 15 proc. od początku majowego dołka, a że nie otrzymał nic ponadto, łatwiej było o odwrót. Choć porozumienie jest pozytywne dla wypracowania równowagi popytu i podaży, czwartek przyniósł klasyczną „sprzedaż faktów”. Żyjemy w czasach, kiedy bardziej niż długofalowy efekt danej informacji liczy się chęć do szybkiego spieniężenia zysków. Podobne reakcje można zaobserwować np. wokół decyzji banków centralnych. Teraz na rynku ropy kapitał spekulacyjny realizuje zyski, a techniczne naruszanie zleceń stop tylko napędza spadki. Z perspektywy fundamentalnej WTI jest teraz bliżej do powrotu do konsolidacji ze stycznia i lutego, tj. 51-55 USD/b, ale wpierw rynek musi powrócić do zmysłów.

WTI od wczoraj straciła 6,5 proc. i to odciska swoje piętno na walutach surowcowych: RUB, NOK, CAD, ale też i AUD. Innym „przegranym” handlu na koniec tygodnia jest GBP, gdzie przypominają o sobie ryzyka polityczne. Ostatni sondaż pokazał skurczenie się przewagi Partii Konserwatywnej do najniższego poziomu, odkąd Theresa May została premierem. To może być bardzo zły prognostyk dla funta przed czerwcowymi wyborami powszechnymi – wszak kwietniowy rajd brytyjskiej waluty wziął się z zapowiedzi przyspieszonych wyborów. Wówczas rynek interpretował decyzję jako szansę na wzmocnienie pozycji May, zyskanie większej liczby miejsc w parlamencie i uniezależnienie polityki od skrajnych frakcji chcących „twardego Brexitu”. Dodatkowo prasa donosi, że zamachowiec z Manchesteru mógł stworzyć więcej niż jedną bombę. Obraz techniczny również przestał być sprzyjający dla funta, gdyż szereg nieudanych prób złamania GBP/USD 1,30 zaczyna się mścić kapitulacją kupujących. Pozostajemy negatywnie nastawieni dla funta, od początku sceptycznie podchodząc do jego siły z poprzednich tygodni. Start negocjacji ws. Brexitu w drugiej połowie czerwca będzie dolewał oliwy do ognia, a dane makro w coraz mniejszym stopniu stanowią tarczę ochronną. Wczorajsza rewizja w dół PKB za I kw. jest tego dobitnym dowodem.

Reszta rynku jest względnie spokojna. EUR/USD przykleił się do 1,12, a na krajowym podwórku EUR/PLN flirtuje z 4,17. Im bliżej końca tygodnia zmienność będzie wygasać, gdyż Amerykanie niechętnie będą podchodzić do handlowania, mając na uwagę długi weekend (Dzień Pamięci w poniedziałek). W kalendarzu dominują odczyty z USA. PKB za I kw. ma zostać zrewidowane w górę z 0,7 proc. do 0,9 proc. z pomocą korekty przyrostu zapasów i sprzedaży detalicznej. Dane o zamówieniach na dobra trwałe mają za sobą cztery miesiące wzrostów i przyszedł czas na odreagowanie. Indeks Uniwersytetu Michigan jest tylko rewizją.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dzieci kosztują 10 mld zł, a zaległości produkujących dla nich firm 22,5 mln zł

O wyceniany na 10 mld zł rynek artykułów dla dzieci walczy wielu graczy i choć wydatki rodziców na najmłodszych wciąż rosną, połowa firm produkujących z myślą o dzieciach jest w złej lub słabej kondycji finansowej. Zaległości wobec kontrahentów i banków firm zaopatrujących m.in. najmłodszych w żywność, odzież i zabawki nie są jednak alarmujące, wynoszą 22,5 mln zł – wynika z danych BIG InfoMonitor, BIK oraz Bisnode Polska.

W przeddzień światowego Dnia Dziecka sprawdziliśmy jak prezentują się w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, BIK oraz wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska firmy wytwarzające m.in. na potrzeby najmłodszych. Przeanalizowaliśmy trzy branże: Produkcję artykułów spożywczych homogenizowanych i żywności dietetycznej (PKD 1086), Produkcję pozostałej odzieży i dodatków do odzieży (PKD 1419) oraz Producentów gier i zabawek (PKD 3240). Działalnością taką zajmuje się łącznie prawie 5 tys. przedsiębiorstw z czego największą grupę stanowią producenci odzieży 3,3 tys., firm spożywczych jest ok. 200, a wytwórców gier i zabawek ok. 1,4 tys. Choć rynek produktów dla dzieci wart jest obecnie w Polsce ok. 10 mld zł i jak podaje firma doradcza PMR*, ostatnio rok do roku rośnie o 4 – 5 proc. korzystając z pozytywnych tendencji w gospodarce, nie wszystkim obecnym na nim graczom dobrze się wiedzie.

 Najgorzej mają się najmniejsi

Z analizy międzynarodowej wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska wynika, że w świetnej kondycji finansowej jest ponad 34 proc. analizowanych firm, kolejnych 15 proc. ma sytuację dobrą. Tym samym wychodzi, że 51 proc. znajduje się w słabej i złej kondycji finansowej. W grupie, prawie 32 proc. przedsiębiorstw, w bardzo trudnej sytuacji są głównie mikro i małe firmy, z zatrudnieniem nie większym niż 20 osób, i przychodem rocznym nieprzekraczającym 5 mln zł **.

Dzieci kosztują 10 mld zł, a zaległości produkujących dla nich firm 22,5 mln zł
Źródło: Bisnode Polska

Połowa wydatków idzie na odzież, jedna czwarta na zabawki, a jedna dziesiąta na żywność

Według PMR główne segmenty wydatków na artykuły dziecięce stanowi odzież i obuwie – około połowy, udział zabawek sięga w wydatkach rodziców 25 proc., a żywność ok. 10 proc. Do tego dochodzą kosmetyki dziecięce – prawie 16 proc. Należy zauważyć, że w przypadku żywności wielu rodzimych producentów zostało przejętych przez światowe koncerny. Jeśli chodzi o odzież, polskie firmy muszą zmagać się silną konkurencją ze strony globalnych uznanych marek, a jednocześnie z produktami pochodzącymi z Azji. Z kolei wart 2,5 mld zł rynek zabawek (pojęcie to zawiera również np. sprzęt sportowy oraz akcesoria dla dzieci), podlega presji silnej konkurencji wewnętrznej jak również importu z Dalekiego Wschodu.

Najczęściej nieterminowo regulują swoje zobowiązania producenci żywności

Najczęściej nieterminowo regulują swoje zobowiązania producenci żywności

W danych dotyczących zaległości wobec kontrahentów i banków widać, że odsetek firm z płatnościami przeterminowanymi o min. 60 dni na kwotę co najmniej 500 zł wśród trzech prezentowanych branż sięga 4 proc. Tym samym nie odbiega znacząco od średniej dla całego sektora produkcyjnego, w którym 5 proc. firm (z Sekcji Przetwórstwo Przemysłowe) posiada zaległe zobowiązania kredytowe i pozakredytowe.

Sytuacja poszczególnych producentów znacząco się jednak różni. Odsetek firm produkujących odzież z przeterminowanymi zobowiązaniami kredytowymi i pozakredytowymi wynosi 3,5 proc., w przypadku producentów gier i zabawek jest to 4 proc. ale już produkcja artykułów spożywczych homogenizowanych i żywności dietetycznej, prezentuje się znacznie słabiej. Zaległości wobec kontrahentów i banków ma niemal co ósme przedsiębiorstwo spożywcze (12 proc.). Znaczące są tu również kwoty zaległości.

 22,5 mln zł zaległości, głównie kredytowych

Łączna wartość zaległych zobowiązań zarejestrowanych w bazach BIG InfoMonitor i BIK (przeterminowanych powyżej 60 dni na kwotę wyższą niż 500 zł) firm z trzech klas PKD (1086, 1419 i 3240) wynosi 22,5 mln zł, z czego zdecydowana większość – 93 proc. to zaległości z tytułu niespłacanych w terminie kredytów bankowych. Przy czym kredyty ma 20 proc. firm zajmujących się wytwarzaniem zabawek oraz 19 proc. producentów żywności. W najmniejszym stopniu po pieniądze z banków sięgają producenci odzieży, kredyty ma 15 proc. z nich. Średni dług wobec kontrahenta waha się w zależności od prezentowanej branży od 5,3 tys. zł – u producentów gier i zabawek do 15,3 tys. zł – u producentów artykułów spożywczych. Z kolei przeciętna wartość zaległości kredytowej wynosi od 31 tys. zł i również jest najniższa u producentów zabawek do ponad 685 tys. zł u producentów artykułów spożywczych.

Biorąc pod uwagę rosnącą sprzedaż polskich producentów zabawek, ich niskie przeciętne zaległości jak i niski odsetek firm w kłopotach, nie zaskakują. Jak wynika z danych ośrodka badawczego NPD***, firmy, które zaopatrzyły małych Polaków w 2015 r. towarem o wartości 2,5 mld zł jednocześnie wyeksportowały zabawki i gry za ponad 4,5 mld zł. Było to o prawie 60 proc. więcej niż rok wcześniej. Największa popularnością cieszą się u zagranicznych nabywców, polskie lalki, gry, misie i klocki. Głównym rynkiem eksportowym jest Unia Europejska, gdzie trafia w ujęciu wartościowym prawie 90 proc. produkcji. Największym odbiorcą naszych zabawek są Niemcy (ponad 30 proc. całego eksportu), ale Polacy wysyłają zabawki do ponad 150 krajów na całym świecie, nawet tak odległych i egzotycznych jak Ekwador, Oman czy Nowa Zelandia.

*Raport PMR „Rynek produktów dla dzieci w Polsce 2015”, Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2015-2020

 **Analizą finansową zostało objętych blisko 200 aktywnych firm, cyklicznie i systematycznie publikujących swoje dane finansowe w sądzie gospodarczym lub bezpośrednio przekazujących sprawozdania Bisnode Polska. Badanie zostało przeprowadzone 18 maja 2017 roku.

Na ocenę kondycji finansowej firm bezpośredni wpływ miały takie wskaźniki jak płynność, wysokość zadłużenia i rentowność. – Dodatkowo wzięta została pod uwagę zdolność finansowa podmiotu, poziom zarejestrowanych, przeterminowanych płatności, zarejestrowane wnioski z sądów gospodarczych o upadłość lub postępowanie naprawcze, ogłoszenie upadłości, rozpoczęcie procesu likwidacji oraz negatywne sygnały prasowe.

Ocena kondycji finansowej branży odbywała się na podstawie danych finansowych nie starszych niż dwa lata. W przypadku spółek prawa handlowego za podstawę do oceny brano bilans i rachunek wyników. W przypadku podmiotów nieprowadzących pełnej księgowości oparto się na danych o przychodach, kosztach i wyniku finansowym podmiotu zadeklarowanych przez właścicieli firm.

***NDP – Amerykańska firma badawcza, która prowadzi badania rynkowe w różnych branżach w ok. 20 krajach świata. W Polsce przez ostatnie lata zbierała dane o sprzedaży zabawek w sieciach handlowych: Smyk, Empik, Tesco, Carrefour, ToysRUs i Makro.

Przygotuj się na przyszły tydzień 26.05.2017

Jak w co każdy piątek miesiąca poznajemy dane pochodzące z amerykańskiego rynku pracy. Na podium oczywiście jest ilość nowych miejsc pracy poza rolnictwem, stopa bezrobocia oraz płaca godzinowa. Oprócz tego poznamy raport o stabilności finansowej w Nowej Zelandii, australijską sprzedaż detaliczną oraz amerykańskie zapasy ropy naftowej.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Nonfarm payrolls – nowe miejsca pracy poza rolnictwem

Dane z amerykańskiego rynku pracy zostaną opublikowane o godzinie 14:30. Oprócz samych miejsc pracy poznamy stopę bezrobocia oraz czynnik, który na przełomie ostatnich kilku miesięcy jest najważniejszy – płacę godzinową.

Stopa bezrobocia

Stopa bezrobocia

Źródło: Admiral Markets

Stopa bezrobocia spada sukcesywnie od 2009 roku. Aktualnie znalazła się na poziomie 4.4 procenta, co sugeruje bezrobocie naturalne. Jest to wielkość bezrobocia w warunkach równowagi na rynku pracy. Jest to odsetek siły roboczej obejmujący tych, którzy nie chcą podjąć pracy przy płacy realnej zapewniającej równowagę i są dobrowolnie bezrobotni.

W takich warunkach powinniśmy zobaczyć rosnącą inflacje oraz presję na wzrost płacy, jeżeli w takich warunkach płaca pozostaje na takim samym miejscu, to mamy do czynienia z niezdrowym rynkiem pracy.

Płaca godzinowa M/M

Płaca godzinowa M/M

Źródło: Bloomberg

Prognoza wzrostu płaci godzinowej miesiąc do miesiąca wynosi 0.3 procenta. Wszystko poniżej tej wartości powinno doprowadzić do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Odczyt powyżej prognozy powinien umocnić dolara amerykańskiego. Nie zapominajmy również o samym odczycie nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. Konsensus rynkowy zakłada 175 tysięcy nowych miejsc pracy. Strategie, które możemy przyjąć pod publikację piątkowych danych makroekonomicznych została przedstawiona poniżej.

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Źródło: Opracowanie własne

Przez ostatnie kilka miesięcy mogliśmy zaobserwować dwie reakcje związane z publikacją danych. Pierwsza była powiązana z liczbą miejsc pracy. Wyższy odczyt od prognozy doprowadzał do umocnienia dolara amerykańskiego, słabszy odwrotnie.

Niemniej jednak w warunkach neutralnej stopy bezrobocia liczy się płaca godzinowa, która powodowała druga rekcję na rynku. Wszystkie możliwe scenariusze oraz reakcję pary walutowej EUR/USD zostały przedstawione w powyższej tabeli.

Instrumenty do obserwacji

Jednym z ciekawszych instrumentów do obserwacji jest ropa naftowa. OPEC doszedł do porozumienia i ograniczenie wydobycia ropy naftowej zostało przedłużone o 9 miesięcy, ale co to zmienia? Tylko tyle, że rynek nie zostanie zalany ropą naftową od razu, ale dopiero po zakończeniu dealu. Chyba, że wydobycie w Stanach Zjednoczonych diametralnie spadnie.

Popyt i podaż ropy naftowej w USA

Popyt i podaż ropy naftowej w USA

Źródło: Real Investment Advice

Na powyższym wykresie zobrazowano wydobycie ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych (linia niebieska) na tle amerykańskiego popytu. O ile podaż od 2005 roku wzrosła o prawie 4 mln baryłek dziennie, o tyle popyt spadł z 21 do 20 milionów baryłek dziennie. Jeżeli wzrost gospodarczy nie ruszy z kopyta, to czarne złoto powinno poruszać się w konsolidacji. Drugim ratunkiem dla notowań ropy może być redukcja podaży ze strony Stanów Zjednoczonych.

Notowania WTI, interwał dzienny

Notowania WTI, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym notowania powinny poruszać się w konsolidacji. Niedźwiedzie z pewnością będą chciały zejść na dolne wsparcie w okolicy 43 USD za baryłkę, poziom ten nie powinien stanowić dla nich problemu.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Polska firma stworzyła inteligentne identyfikatory. M.in. automatycznie rejestrują czas pracy, chronią pracodawcę przed oszustwami ale również sprawdzają, czy personel przestrzega zasad BHP

Polska firma stworzyła inteligentne identyfikatory. M.in. automatycznie rejestrują czas pracy, chronią pracodawcę przed oszustwami ale również sprawdzają, czy personel przestrzega zasad BHP 1

Dotychczasowe systemy kontroli czasu pracy wymuszały na pracowniku odbijanie zwykłego bądź magnetycznego identyfikatora zaraz po znalezieniu się w miejscu pracy. Timate ma raz na zawsze to zmienić. Inteligentny identyfikator nie tylko automatycznie zarejestruje czas pracy i ochroni pracodawcę przed oszustwami ze strony pracowników, ale zadziała też w drugą stronę – zapobiegnie przesadnemu wykorzystywaniu, nadmiernej eksploatacji osób wykonujących pracę.

Karta Timate jest to pierwsze urządzenie, które automatycznie po wejściu do pracy rejestruje czas pracy bez konieczności odbijania czy zbliżania czegokolwiek do czytników. Timate jest elektroniczna wersją zwykłego identyfikatora. Dane zebrane z rejestracji czasu pracy wysyłane są automatycznie do chmury, do pracodawcy, a jednocześnie karta posiada wyświetlacz, za pomocą którego pracownik może otrzymać informację o czasie swojej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Łempiński, prezes zarządu TENVIRK (firmy rozwijającej projekt Timate).

Inteligentny identyfikator automatycznie zarejestruje czas pracy w chwili, kiedy pracownik wejdzie w zasięg centralki umieszczonej na terenie firmy – niezależnie od tego czy jest to biuro czy teren budowy. Timate kończy monitorowanie pracownika w momencie, kiedy opuszcza miejsce pracy. Pod tym względem nie różni się zbytnio od zwykłej karty magnetycznej, ale z jedną istotną różnicą: identyfikator natychmiast wykryje wszelkie prób oszustw.

Karta wychwytuje również takie przypadki związane z pozostawieniem karty. Jeśli pozostawimy kartę nieruchomo i wyjdziemy z terenu zakładu, to karta przerywa wtedy liczenie czasu pracy. Jeśli oddamy naszą kartę koledze, wtedy również nasza karta również przerywa liczenie czasu pracy i sygnalizowane jest dodatkowo pewnego rodzaju nadużycie związane z noszeniem dwóch kart przez jedną osobę – wyjaśnia Tomasz Łempiński.

Czujnik ruchu zainstalowany w identyfikatorze nie tylko ochroni przed wspomnianymi próbami nadużyć, ale również sprawdzi, czy dany pracownik przestrzega zasad BHP np. czy nosi na głowie kask.

Wszystkie te elementy wykrywane są za pomocą analizy ruchu. Analizujemy, czy karta się rusza, a następnie czy rusza się w podobny sposób, jeśli jedna osoba nosi dwie karty. Tę zasadę stosujemy również do monitorowania czy pracownik przestrzega zasad bezpieczeństwa. Jest to pierwszy system, który wykrywa w czasie rzeczywistym, czy pracownik nosi kask na głowie. Na kasku mamy czujnik, pracownik ma kartę i jeśli te dwa urządzenia w podobny sposób się ruszają, to ten system wie, że pracownik używa środka ochrony osobistej – tłumaczy Tomasz Łempiński.

Prezes zarządu firmy TENVIRK zapowiada, że karta Timate rozwiązuje wszystkie dotychczasowe problemy systemów ewidencji czasu pracy – rozpoznaje nadużycia bez korzystania z biometrii, kamer czy modułów GPS.

Karta jest przede wszystkim systemem bezobsługowym. Nie wymaga akcji ze strony pracownika. Co więcej, mierzy czas pracy w sposób ciągły, co oznacza, że jest to pierwsze rozwiązanie, które można zastosować w terenie otwartym np. na budowie. Nie trzeba tworzyć bramek, systemów przejść, które zmuszają pracownika do wykonywania odbicia czasu pracy, bo karta rejestruje wszystko automatycznie – twierdzi Tomasz Łempiński.

Inteligentny identyfikator dostarcza szeregu przydatnych danych o pracowniku. Informuje m.in. o jego aktywności, co pozwala pracodawcy nadzorować intensywność wykonywanych obowiązków i dbać o jego bezpieczeństwo.

System tworzy pewnego rodzaju platformę Internet of Things i umożliwia implementację funkcji, które dotychczas były mało opłacalne lub zbyt skomplikowane do wprowadzenia. System opiera się na funkcjach rejestracji czasu pracy i rozszerza te funkcje o następne możliwości. Podstawową funkcją jest wspomaganie procedur bezpieczeństwa i higieny pracy, w tym możliwość wykrywania wypadków albo upadku pracownika – dodaje Tomasz Łempiński.

Timate to projekt dofinansowany ze środków Unii Europejskiej i prowadzony w ramach programu „Szybka ścieżka” przygotowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Prezes zarządu TENVIRK podkreśla, że firma posiada już gotowy prototyp identyfikatora, który obecnie oczekuje na testy. Prognozuje, że urządzenie zostanie wprowadzone do obiegu pod koniec 2018 roku, a koszt wdrożenia systemu będzie porównywalny do rozwiązań, które obecnie funkcjonują na rynku.

W  tej chwili poszukujemy partnerów – firm, które chciałyby z nami przetestować ten system u siebie w  przedsiębiorstwach oraz firmy czy instytucji, które mają potencjał badawczo-rozwojowy i które mogłyby nam pomóc w badaniach tego typu systemu. Do końca roku planujemy uruchomienie pilotażowych wdrożeń, a produkt komercyjny będzie gotowy pod koniec 2018 roku. Koszty wdrożenia takiego sytemu nie będą znacząco różnić się od kosztów dotychczas stosowanych systemów rejestracji czasu pracy – podsumowuje Tomasz Łempiński.

Branża funeralna to przestrzeń na ciekawe innowacje. Polskie prawo ogranicza jednak kreatywność i możliwości przedsiębiorców

Branża funeralna to przestrzeń na ciekawe innowacje. Polskie prawo ogranicza jednak kreatywność i możliwości przedsiębiorców 2

Rynek funeralny zmienia wizerunek i coraz częściej wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów, które na przestrzeni ostatnich lat uległy znaczącej zmianie. Nowoczesne nomadyczne i zindywidualizowane społeczeństwa oczekują innowacyjnych rozwiązań i usług także podczas obrzędu pogrzebowego. Polskie prawo utrudnia jednak wprowadzenie wielu innowacji, które dostępne są już na zachodzie Europy.

Branża funeralna idzie z duchem czasu, oferując coraz więcej innowacyjnych usług, poczynając od tworzenia coraz szerszego asortymentu urn biodegradowalnych (zarówno do pochówków ziemnych, jak i tych na wodę), poprzez tzw. biżuterię funeralną (zawierającą prochy zmarłych lub zamieniającą prochy w diamenty), a kończąc na udostępnianiu relacji wideo z pogrzebów na żywo w sieci internetowej czy wirtualnych cmentarzach. Jednak sytuacja, którą mamy w kraju, jest niezwykle archaiczna, ponieważ nasze prawo pogrzebowe nie uległo żadnej nowelizacji od końca lat pięćdziesiątych. Jak na razie najbardziej innowacyjnym produktem dostępnym na polskim rynku są urny przeznaczone do pochówków na morzu, takie jak urna Kami firmy Nurn. Ich użycie jest zgodne z prawem, które od wczesnego średniowiecza zakładało możliwość chowania zmarłych na morzu.

– Ceremoniał wygląda następująco: w miejscu, gdzie osoba zmarła, odbywa się pożegnanie, a następnie urna transportowana jest nad morze. W ceremonii mogą wziąć udział najbliżsi. Polskie prawo zakłada, że przy złożeniu prochów na wodę kuter musi odpłynąć od brzegu na co najmniej 3 mile i dopiero wtedy urna jest wodowana za pomocą specjalnego kosza. Można też przeprowadzić streaming pogrzebu w internecie dla osób, które nie mogą osobiście uczestniczyć w pogrzebie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Joanna Jurga, projektantka i współzałożycielka firmy Nurn.

Zarówno sanepid, jak i polskie prawo restrykcyjnie podchodzą do przepisów związanych z grzebaniem zmarłych, zabraniając chociażby rozsypywania prochów w lesie, parku czy przydomowym ogródku, nie mówiąc o trzymaniu urny w domu czy pochówkach w całunie. Dlatego też urna składana na wodzie może być jedyne na morzu (nie ma możliwości zwodowania urny na jeziorze lub rzece).

– Jeśli chodzi o nasz lokalny rynek, to w dużym stopniu zajmujemy się edukacją z zakresu designu funeralnego, trendów, identyfikacji i komunikowania się z klientem. Urny Kami są na razie u nas ciekawostką i projektem, który stanowi pretekst do rozmowy na temat kondycji branży i jej przyszłości. W ofercie mamy również urny z ceramiki czy betonu, które po za unikatowym designem i wysoką jakością wykonania doskonale sprawdzają się na tradycyjnych pogrzebach. Branża funeralna w Polsce mimo ograniczeń legislacyjnych rozwija się szybko i jest otwarta na nowości. To moment, kiedy branża wyprzedziła prawo – twierdzi Joanna Jurga.

W Polsce rynek jest niezwykle zróżnicowany, duże miasta oczekują zupełnie innych rozwiązań niż małe miejscowości i wsie. Dlatego firma Nurn stara się edukować Polaków i stworzyć całe zaplecze know-how, które w przyszłości pozwoli wprowadzić innowacyjne usługi również w kraju.

– W Polsce daleko posunięte innowacje nie są jeszcze popularne, dlatego dziś skupiamy się na edukowaniu zarówno samej branży, jak i klientów na temat tego, jakie mają możliwości i co na świecie już się dzieje. Aczkolwiek w Holandii, która na tle Europy jest najbardziej postępowa, pochówki na wodzie, w powietrzu, w całunie czy cmentarzu pełnym drzew zamiast na nagrobków już się odbywają – podkreśla Joanna Jurga.

Firma Nurn stworzyła pierwszą biodegradowalną urnę z celulozy, która na dodatek nadaje się do pogrzebów w morzu. Współzałożycielka firmy Nurn podkreśla, że zapotrzebowanie na biodegradowalne urny jest coraz większe, szczególnie na zachodzie Europy, gdzie biodegradowlaność produktów jest niezwykle ważna.

– Głównym naszym rynkiem jest Europa Zachodnia, aczkolwiek negocjujemy umowy w Stanach i Kanadzie. Skupiamy się na krajach, które są najbardziej zaangażowane ekologicznie, czyli np. na Holandii, Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Jesteśmy też obecni na targach w Walencji. W Hiszpanii i Portugalii pochówki morskie są również możliwe, dlatego tam także szukamy partnerów – wyjaśnia Joanna Jurga.

Przez ostatnie dwa lata na rynku funeralnym można dostrzec wiele nowych innowacji i usług. Rośnie też świadomość właścicieli domów pogrzebowych, co do wizerunku firmy i potrzeb klientów. Ci drudzy nierzadko w internecie szukają gotowych rozwiązań niedostępnych na krajowym podwórku.

– Mamy ogromny szacunek do branży, którą się zajęliśmy, uważamy, że daje ona ogromne możliwości zarówno projektowe, jak i biznesowe. Choć jest to teren nie łatwy, to przynosi wiele satysfakcji. Nieustająco rośnie świadomość zarówno samej branży, jak i jej klientów, a przy globalnym rynku, jeżeli potencjalny klient nie znajdzie tego, czego szuka w zakładzie pogrzebowym, to zamówi produkt w internecie. Naszym celem jest tworzenie obiektów funeralnych, które służą nie tylko w trakcie pogrzebu, lecz także pomagają przejść przez proces żałoby i pozwalają pamiętać o zmarłych. Klient wymusił na rynku, żeby ten zaczął się zmieniać. I faktycznie tak się dzieje – podsumowuje Joanna Jurga.

Wirtualna rzeczywistość pozwala zobaczyć Warszawę w niezwykłej wersji: nietkniętą przez zniszczenia II wojny światowej

Wirtualna rzeczywistość pozwala zobaczyć Warszawę w niezwykłej wersji: nietkniętą przez zniszczenia II wojny światowej 3

Rzeczywistość wirtualna oferuje wiele niezwykłych możliwości, ale jedną z najbardziej pobudzających wyobraźnię jest alternatywna wersja historii świata. „Wykreślona Warszawa” to właśnie projekt z kręgu VR, który pozwala zobaczyć, jak wyglądałaby stolica Polski w latach 40. ubiegłego wieku, jeśli nie dotknęłyby jej zniszczenia związane z II wojną światową. 

Użytkownicy aplikacji – korzystając z gogli VR – mogą się przejść po kilku warszawskich lokalizacjach. Jak podkreślają twórcy „Wykreślonej Warszawy”, aplikacja jest zwieńczeniem poszukiwań warszawskich budynków zaprojektowanych w XX-leciu międzywojennym, które w związku z wojną nigdy nie doczekały się realizacji. Finalny projekt ma być wykorzystywany w muzeum, natomiast obecnie zespół szuka inwestorów.

Projekt „Wykreślona Warszawa” porusza temat Warszawy – takiej, jaką byłaby, gdyby nie wybuchła II wojna światowa. Projekt traktuje o dzielnicy zaprojektowanej przez Bogdana Pniewskiego, architekta, który działał przed i po wojnie. Zaprojektował on całą dzielnicę, która mieściłaby się obecnie na terenie Pól Mokotowskich w Warszawie. Na tym etapie aplikacji prezentujemy budynek, który wchodził w skład dzielnicy Marszałka Józefa Piłsudskiego – Gmach Polskiego Radia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Adamski, współautor aplikacji „Wykreślona Warszawa”.

Aplikacja została stworzona przez Pictureworks Studio pod kierownictwem Piotra Greinera, Marcina Adamskiego i Marcina Ryśniaka. Dzięki technologii wirtualnej rzeczywistości „Wykreślona Warszawa” pozwala się przenieść do alternatywnej rzeczywistości i w lata 40. XX wieku. Pozwala zobaczyć, jak wyglądałaby stolica, gdyby nie tragiczne wydarzenia II wojny światowej, podczas której Niemcy zniszczyli blisko 85 proc. całej zabudowy miasta.

Zdecydowaliśmy się na użycie technologii wirtualnej rzeczywistości, ponieważ wydaje się ona idealna do tego typu przedstawień różnych wizji. Rozpoczynamy wędrówkę z pracowni profesora Bogdana Pniewskiego, z czasów takich, jak wyglądała ona przed wojną. W pracowni możemy podziwiać różne szkice tej dzielnicy, możemy też podejść do makiety, która znajduje się koło klimatycznego kominka i przejść jeszcze jeden wymiar głębiej, przenieść się w punkty na makiecie, które pokazują, jak wyglądałaby Warszawa w latach czterdziestych, gdyby wojna nie wybuchła – tłumaczy Marcin Adamski.

Wizualizacja ukazuje m.in. budynek Polskiego Radia, który miał powstać przy placu Unii Lubelskiej. Zaplanowano tam również miejsce na studio telewizyjne. To tylko jeden z projektów przygotowanych w dwudziestoleciu międzywojennym, które ze względu na wydarzenia wojenne nigdy nie doczekały się realizacji.

Współtwórca aplikacji wskazuje, że projekt mógłby być elementem wzbogacającym muzealną ekspozycję, dlatego mógłby trafić do jednego z warszawskich muzeów. Obecnie trwają poszukiwania zainteresowanej instytucji.

Projekt ma jednak także zastosowania w architekturze. Ten konkretny opowiada o architekturze, która nie powstała. Jest to projekt poniekąd o architekturze utopijnej. Technologia wirtualnej rzeczywistości jest o tyle ciekawa, że pozwala na odczucie tej rzeczywistości, która nie powstała. W związku z tym nadaje się idealnie do pokazywania zarówno projektów, które nie powstały, takich jak np. nowo budowane osiedle mieszkaniowe, budynki biurowe, jak i tych, które powstały kiedyś, a nie miały okazji ujrzeć światła dziennego – przekonuje Marcin Adamski.

Dlatego twórcy aplikacji nie wykluczają, że będzie ona miała inne, nie tylko muzealne zastosowanie. Premiera „Wykreślonej Warszawy” planowana jest na jesień tego roku.

Jesteśmy zainteresowani poszukiwaniem inwestorów, osób, które są zainteresowane samym tematem, chciałyby wesprzeć nasz zespól i przyczynić się do powstania aplikacji – mówi Marcin Adamski.

Jedna trzecia Polaków zabiera pracę do domu. Przez brak odpoczynku efektywność pracowników spada

Jedna trzecia Polaków zabiera pracę do domu. Przez brak odpoczynku efektywność pracowników spada 4

Ponad połowa pracowników w ciągu dnia odczuwa znużenie i senność. Jednocześnie podobny odsetek przyznaje, że pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie, a jedna trzecia zabiera pracę do domu – wynika z raportu Human Power. Przemęczenie i brak wystarczającej ilości snu – to największe grzechy polskich pracowników, które nie pozwalają im efektywnie pracować. Przeszkodą jest także niewłaściwa dieta i brak odpowiedniej ilości ruchu.

– Jeżeli myślimy o tym, żeby zacząć zarządzać własną energią w pracy, to dobrze zdać sobie sprawę  tego, co w ciągu dnia tę energię nam daje, a co nam ją zabiera: jakie działania, nawyki, rytuały, sytuacje nas zasilają, a jakie drenują. Kiedy będziemy to wiedzieli, warto pomyśleć o tym, co prostego możemy zmienić, żeby dało jak najlepszy efekt – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Czernecka, psycholog ds. efektywności i prezes zarządu Human Power.

Jak wskazują autorzy raportu „Praca, moc, energia w polskich firmach”, ponad połowa pracowników w ciągu dnia odczuwa znużenie i senność, a 60 proc. czuje zmęczenie tuż po przebudzeniu. Ponad 1/3 ankietowanych osób przyznaje, że zabiera pracę do domu, a ponad połowa – że pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie. Autorzy raportu podkreślają, że pracownicy przede wszystkim powinni zadbać o „fundament fizyczny”, czyli po wyczerpującej pracy pozwolić sobie na krótką regenerację, odpoczynek i odpowiednią dawkę snu.

– W ciągu dnia, będąc bardzo aktywnymi, zaciągamy pewien dług, który musimy spłacić w nocy. Zdarza się jednak tak, że jeśli mamy do zrobienia coś pilnego, to rezygnujemy ze snu i odpoczynku. W związku z czym pierwsza zasada brzmi: wysypiaj się i to nie 5–6 godzin. To absolutne minimum dla naszej biologii, ale nie jest to wystarczający czas, by następnego dnia pracować na najwyższym poziomie efektywności. Trzeba do tego dodać jeszcze jedną bądź dwie godziny snu – tłumaczy Małgorzata Czernecka.

Niedobór snu skutkuje spadkiem koncentracji, spowolnieniem reakcji, pogorszeniem nastroju, niższą odpornością emocjonalną na nieprzewidziane sytuacje i kryzysy oraz większą podatnością na infekcje.

Bardzo ważne jest także właściwe odżywianie. Brak czasu, nawał obowiązków i stres sprawiają, że podstawą menu pracowników często są śmieciowe przekąski, pozbawione witamin i składników odżywczych. Wyniki raportu Human Power potwierdzają, że większość badanych osób nie przestrzega zalecenia, aby spożywać 5 posiłków dziennie, a 30 proc. przyznaje, że w ciągu tygodnia je dania wysoko przetworzone typu fast food.

– Naszym najważniejszym narzędziem jest mózg, a do efektywnej pracy potrzebuje dużo paliwa, czyli glukozy. To, co jemy, nie powinno być przypadkowe. W związku z tym dobrze jest zadbać o to, żeby nasze posiłki były dobrze zbilansowane, pełnowartościowe, ale też żeby uzupełniały glukozę w naszej krwi. Czyli trzeba wyeliminować słodycze, słodkie napoje, a zastąpić je sałatkami i kaszami, czyli czymś, co nas rzeczywiście na długo zasila – mówi Małgorzata Czernecka.

Trzecia zasada to aktywność fizyczna. Odpowiednia porcja ruchu dziennie pozwala zredukować stres i wzmocnić układ odpornościowy.

– Dzięki ruchowi jesteśmy bardziej aktywni w pracy, ale też zabezpiecza on nasze neurony przed stresem. Innymi słowy, jak idziemy na siłownię, to nie ćwiczymy tylko mięśni, lecz także nasz układ nerwowy, bo dźwiganie kilkudziesięciokilogramowej sztangi jest takim samym stresem dla naszego układu nerwowego jak stres emocjonalny. W związku z czym stres fizyczny przygotowuje nas na stres emocjonalny. To jest bardzo ważne – podkreśla Małgorzata Czernecka.

Istotna jest również dobra organizacja swojego czasu pracy, umiejętność planowania i selekcji zadań.

– Od rana, kiedy jesteśmy w najlepszej kondycji, bierzemy się za najtrudniejsze zadania. Wyłączamy wszystkie rozpraszacze, wyciszamy telefon, zamykamy pocztę mailową i koncentrujemy się na najtrudniejszym zadaniu. Po nim robimy sobie przerwę. Ważne też, żeby sprioretyzować zadania, czyli wiedzieć dokąd zmierzamy, a nie płynąć z prądem. Tego trzeba bardzo pilnować – mówi Małgorzata Czernecka.

Wdrażanie tych zasad powinno następować stopniowo. Na początek dobrze by było wybrać jedną – najlepiej tę, którą najłatwiej i najprzyjemniej będzie nam realizować i od tego zacząć. Nie można też zniechęcać się po pierwszej porażce. Trzeba umieć wyciągnąć z niej właściwe wnioski i w razie potrzeby zacząć wszystko od nowa. Kluczem do sukcesu jest konsekwencja, wiara w siebie i wewnętrzna motywacja. Zdrowy i zrelaksowany pracownik jest o wiele bardziej zmotywowany do pracy i osiąga znacznie wyższe wyniki.

Start-upy mogą liczyć na coraz większe wsparcie finansowe. To zwiększy ich szanse na sukces rynkowy

Start-upy mogą liczyć na coraz większe wsparcie finansowe. To zwiększy ich szanse na sukces rynkowy 5

W Polsce działa ok. 2,7 tys. start-upów. Zdecydowana większość z nich, bo aż 73 proc., znajduje się na jednym z dwóch środkowych etapów rozwoju. Tylko 15 proc. jest na etapie ekspansji rynkowej. Liczba firm, które odnoszą rynkowy sukces, może być większa głównie dzięki dynamicznemu rozwojowi instytucji wspierających start-upy i większym możliwościom finansowania innowacyjnych przedsięwzięć.

– Widzimy, że w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy nastąpiła gigantyczna zmiana, powstało siedem bardzo dużych, silnych centrów start-upowych w samej tylko stolicy, które gromadzą przedsiębiorców, mentorów, inwestorów oraz korporacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Plutecki, szef Google Campus Warsaw. – To bardzo silny trend, który będzie jeszcze przyspieszać.

Z ostatniego raportu „Polskie Startupy. Raport 2016” przygotowanego przez Startup Poland wynika, że w Polsce działa około 2,7 tys. takich przedsiębiorstw. Większość zajmuje się produkcją oprogramowania, a swoje produkty i usługi kieruje do innych przedsiębiorstw w kanale B2B (business to business). To stosunkowo młode przedsiębiorstwa, których średni wiek nie przekracza dwóch lat, co daje Polsce trzecie miejsce wśród najmłodszych firm w Europie, po Rumunii (1,3 roku) oraz Włoszech (1,7).

73 proc. start-upów jest na etapie intensywnych prac nad rozwojem produktu lub testowania modeli przychodowego i biznesowego. To środkowe fazy rozwoju takich młodych firm. Firm w zupełnie początkowej fazie jest 12 proc., a w końcowej fazie ekspansji – 15 proc.

– Surowa statystyka dowodzi, że nie ma takiej możliwości, aby każdy, kto ma pomysł, szybko i nagle osiągał sukces – wskazuje Rafał Plutecki. – Liczba sukcesów do tej pory oscylowała wokół 10–20 przedsiębiorstw rocznie, co nie było złym wynikiem. Dzięki bardziej rozwiniętemu systemowi wsparcia będziemy mogli znacznie zwiększyć tę liczbę i przyspieszyć dynamikę wolumenu przedsiębiorców, którzy chcą zakładać firmy, budować wiedzę i globalne przedsiębiorstwa.

Jak wynika z badania dla przeciętnego krajowego start-upu pracuje od sześciu do ośmiu osób. Aż 83 proc. podmiotów w pierwszym półroczu ubiegłego roku zwiększyło liczbę zatrudnionych o jedną do trzech osób. Najwięcej, bo przeszło dziesięć, przyjęły do pracy organizacje w fazie ekspansji.

Zdaniem szefa Google Campus Warsaw idealny ekosystem opiera się na byłych przedsiębiorcach, osobach, które przeszły już drogę od pomysłu do uruchomienia organizacji zatrudniającej kilkuset pracowników i osiągającej sukcesy. Mogą to być inni start-upowcy lub ich pracownicy czy członkowie zarządów.

– Oni są pierwszym filarem, wokół którego tworzą się całe ekosystemy – zapewnia Rafał Plutecki. – Generalnie w grę wchodzą korporacje, inwestorzy, mentorzy. Do tego niezbędne jest także finansowanie. Od pomysłu do osiągnięcia poziomu rentowności potrzeba z reguły około siedmiu lat i to przy założeniu, że wszystko idzie dobrze. W tym czasie zarówno firmy, jak i ekosystem potrzebują pieniędzy, wsparcia, sponsorów, organizacji, przedsiębiorstw, które niczego w zamian nie będą oczekiwać, po prostu zechcą pomóc. Zarówno zamożne korporacje, jak i rządy są idealnymi źródłami.

Według badania Fundacji Startup Poland ponad połowa krajowych firm na wczesnym etapie rozwoju (52 proc.) finansuje swoją działalność przede wszystkim ze środków własnych. Plutecki przyznaje, że szczególnie we wstępnej fazie, gdy projekt nie jest jeszcze uplasowany na rynku, nie przynosi zysków i nie generuje obrotów, właściciele firm mogą mieć problem z dostępem do kapitału. Brakuje im bowiem dużej i stale rosnącej grupy klientów.

– Rolę źródła należy wówczas pobudzić, bo prywatne fundusze inwestycyjne mają z reguły bardzo wysoki poziom selekcji projektów, start-upów, zespołów – wyjaśnia Rafał Plutecki. – Gdy firma ma na koncie pierwszy sukces, który nie musi być wielki, globalny, ale lokalny, w skali miasta lub kraju, to automatycznie gotowa jest na finansowanie ze strony choćby profesjonalnych funduszy venture capital. Sytuacja się wtedy odwraca, bo fundusze nie mają dobrych projektów. Gdy ktoś dojdzie do tzw. serii A finansowania, ma już dużo łatwiej. Jeżeli firma osiąga dobre wyniki, nawet nie bardzo wysokie, może liczyć na szybsze i większe wsparcie.

Start-upy będą też mogły liczyć na wsparcie Polskiego Funduszu Rozwoju. Planuje on uruchomić 5 funduszy PFR Ventures o wartości 2,2 mld zł, a dodatkowe 1,5 mld zł ma pochodzić od inwestorów prywatnych. Według zapowiedzi szefa PFR Pawła Borysa, dzięki tym środkom i innych działaniach wspierających start-upy Polska ma szansę zbudować najsilniejsze otoczenie biznesowe dla tych przedsiębiorstw.

Zadłużeni we frankach szwajcarskich mają szansę na chwilę oddechu. Pod koniec roku waluta może kosztować ok. 3,5 zł

Zadłużeni we frankach szwajcarskich mają szansę na chwilę oddechu. Pod koniec roku waluta może kosztować ok. 3,5 zł 6

W ciągu ostatniego półrocza frank szwajcarski potaniał o ponad 7 proc. Od kilku tygodni balansuje na dolnej granicy przedziału, w którym porusza się od przeszło dwóch lat, czyli ok. 3,80 zł. Zdaniem Przemysława Kwietnia, głównego ekonomisty XTB, w sprzyjających okolicznościach za pół roku może osiągnąć niewidziany od uwolnienia franka poziom 3,5 zł. To dobra wiadomość dla kredytobiorców.

– Na pewno dla inwestorów pierwszą barierą jest poziom 3,80 zł, bo poniżej tego poziomu nie udało się zejść od ponad dwóch lat. Jest bardzo duża szansa na to, że w kolejnych miesiącach to się uda. To jak bardzo złoty będzie w stanie się umocnić, zależy od sytuacji gospodarczej w Europie i od koniunktury na giełdach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Szczególnie ten drugi element jest moim zdaniem nie do końca przewidywalny, bo giełdy bardzo mocno rosły w ostatnich miesiącach. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, to poziom 3,50 zł na koniec roku jest realny, ale podkreślam, jest to optymistyczny scenariusz.

15 stycznia 2015 roku Szwajcarski Bank Narodowy uwolnił franka od powiązania z kursem euro na poziomie nie niższym niż 1,20 franka za euro. Szwajcarska waluta natychmiast się umocniła, przez moment dorównując euro wartością. Potem ustabilizowała na poziomie ok. 1,10 za euro, na którym pozostaje do dziś. W przypadku złotego kurs skoczył powyżej 4,3 zł (nie licząc chwilowego wystrzału powyżej 5 zł), po czym ustabilizował się nieco poniżej tego poziomu. Raty kredytów dla frankowiczów wciąż są jednak wyższe niż przed czarnym czwartkiem.

– Kurs franka szwajcarskiego od ponad dwóch lat przebywał w takim dość wąskim paśmie wahań: 3,80–4,25 zł. Obecnie jesteśmy przy tym dolnym ograniczeniu, frank kosztuje niewiele powyżej 3,80 zł. Moim zdaniem są spore szanse na to, że w tym roku zejdziemy poniżej tej bariery – przekonuje Przemysław Kwiecień.

Tłumaczy, że składa się na to kilka czynników. Jednym z nich jest poprawa nastrojów na rynkach finansowych, co zachęca inwestorów do lokowania pieniędzy w bardziej ryzykowne aktywa, takie jak papiery czy waluty rynków wschodzących. Widać to wyraźnie na wykresie Warszawskiego Indeksu Giełdowego, który po spadkach z 2015 roku i niskim trendzie bocznym obserwowanym przez większość 2016 roku, od jesieni pnie się w górę. Tylko w 2017 roku zyskał ponad 17 proc.

– Drugi czynnik to poprawa sytuacji gospodarczej w Europie, w tym w Polsce. Inwestorzy ewidentnie docenili w tym roku Stary Kontynent, który pozytywnie zaskoczył od strony koniunktury gospodarczej – wyjaśnia główny ekonomista XTB. – O ile na koniec 2016 roku mówiło się, że to Stany Zjednoczone są w świetnej sytuacji gospodarczej, o tyle w tym roku Stany trochę rozczarowują, a Europa pokazała bardzo wyraźne przyspieszenie. To powoduje, że euro zyskuje wobec dolara, ale też zyskują waluty innych europejskich gospodarek, w tym szczególnie krajów rozwijających się, takich jak Polska. Z tego tytułu złoty radzi sobie bardzo dobrze.

Amerykański PKB wzrósł w I kwartale 2017 roku o 0,7 proc. (ujęcie zannualizowane), podczas gdy spodziewano się wzrostu o 1,2 proc. Przyczyną było przede wszystkim osłabienie wzrostu konsumpcji. Tymczasem w Niemczech wzrost rok do roku po uwzględnieniu czynników sezonowych wyniósł 1,7 proc., a w ujęciu kwartalnym – 0,6 proc. Bez uwzględniania czynników sezonowych niemiecka gospodarka urosła rok do roku o 2,9 proc. Są to dane zgodne z oczekiwaniami, świadczące o dobrej kondycji niemieckiej gospodarki. To dobra wiadomość dla Polski, mocno powiązanej gospodarczo z Niemcami. Według wstępnej informacji polski PKB w I kwartale wzrósł o 4,0 proc. rdr., czyli zdecydowanie mocniej niż wynosiło tempo wzrostu z 2016 roku.

– O ile te dobre nastroje się utrzymają, to również euro i złoty powinny zyskiwać wobec franka. Pamiętajmy o tym, że mieliśmy kilka pozytywnych rozstrzygnięć na scenie politycznej, udało się nie dopuścić do scenariusza, gdzie moglibyśmy się martwić o wyjście z Francji z UE. Prognozy przed wyborami w Niemczech też są dobre, także z tego punktu widzenia nastąpiło spore uspokojenie – mówi Przemysław Kwiecień. – Summa summarum wiele od ubiegłego roku zmieniło się dla złotego na plus. O ile jeszcze rok temu mówiliśmy o tym, że agencje ratingowe mogłyby obniżać ratingi, to teraz idziemy w odwrotnym kierunku. Agencje już poprawiają swoją ocenę i sygnalizują, że ewidentnie jest lepiej. Inwestorzy to widzą.

W maju agencja Moody’s podniosła perspektywę ratingu Polski z negatywnej do stabilnej. To samo w grudniu 2016 roku uczyniła agencja Standard & Poor’s. Perspektywę stabilną Polska ma też w trzeciej agencji, Fitch, która ponownie oceni nasz kraj 7 lipca. Oznacza to, że agencje nie przewidują zmiany ratingu Polski w ciągu najbliższych dwóch lat.

Decyzja o zakupie okrętów podwodnych w najbliższych tygodniach. MON wybiera między trzema ofertami

Decyzja o zakupie okrętów podwodnych w najbliższych tygodniach. MON wybiera między trzema ofertami 7

W przetargu na dostawę okrętów podwodnych oferty są trzy: francuska, niemiecko-norweska i szwedzka. Każda z nich ma swoje silne strony – podkreśla Jerzy Polaczek, poseł PiS i wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych. Jego zdaniem niemiecka oferta gwarantuje partnerstwo gospodarcze i polityczne, ale pod znakiem zapytania pozostaje kompletność oferty. Okręty mają być bowiem wyposażone w rakiety manewrujące, zdolne niszczyć cele w odległości kilkuset kilometrów. Na razie gwarantuje to tylko francuska stocznia. Kontrakt z Francuzami mógłby być nowym otwarciem we wzajemnych stosunkach po sprawie z przetargiem na helikoptery.

– Zakup okrętów podwodnych dla marynarki wojennej to potencjalna kooperacja z Niemcami i Norwegią, Szwecją lub z Francją. Każdy z tych wariantów ma swoje silne punkty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Polaczek, poseł PIS, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych.

W ramach programu modernizacyjnego Orka (wartego ok. 10 mld zł) MON planuje kupić trzy okręty podwodne nowego typu, które znajdą się na wyposażeniu Marynarki Wojennej. W maju resort obrony narodowej poinformował, że decyzja dotycząca wyboru oferty i zakupu okrętów zapadnie w ciągu najbliższych tygodni.

Resort negocjuje obecnie z Francją, która zaoferowała Polsce wyposażone w rakiety okręty podwodne typu Scorpène. Prowadzi też rozmowy norwesko-niemieckie dotyczące zakupu okrętów 212CD, produkowanych przez holding stoczniowy TKMS. Trzecią opcją jest oferta Szwecji, która zaproponowała okręty typu A26 (producentem jest Saab). Jednak zdaniem ekspertów w ostatecznym rozrachunku rząd dokona wybory pomiędzy pierwszymi dwoma.

Poseł PIS Jerzy Polaczek zaznacza, że program modernizacyjny Sił Zbrojnych RP jest już opóźniony w każdym z ważniejszych jego projektów. Dlatego potrzebne jest przyspieszenie.

Jak podkreśla, zakup okrętów podwodnych i towarzysząca mu umowa offsetowa stworzą szansę rozwoju dla polskiego przemysłu obronnego i stoczniowego.

– W przypadku Niemiec silnym punktem jest partnerstwo i gospodarcze, i militarne, bo Niemcy są jednym z bardziej uznanych producentów sprzętu wojskowego, ale jest zawsze pytanie o kompletność tej oferty – mówi Jerzy Polaczek.

Nowe okręty podwodne mają trafić do Marynarki Wojennej w 2023 roku. Według zapowiedzi MON i szefa resortu Antoniego Macierewicza jednostki muszą mieć na wyposażeniu rakiety manewrujące (mogą razić cele w odległości kilkuset kilometrów) i zapewnić polskiej flocie realną możliwość wykorzystania broni odstraszania.

W pierwotnym scenariuszu Polska miała kupić okręty podwodne wspólnie z innym państwem NATO (najprawdopodobniej z Norwegią), co stworzyłoby możliwość wspólnego wynegocjowania korzystniejszej ceny. Jednak w lutym Norwegowie zadecydowali o zakupie czterech jednostek od niemieckiej grupy TKMS. Zamówienie złożyli wspólnie z niemieckim rządem, który kupi dwa identyczne okręty dla Bundesmarine. Jednostki powstaną na bazie okrętów podwodnych typu 212CD, które na wyposażeniu mają już m.in. Włochy. Norweski resort obrony wskazał, że Polska również może się przyłączyć do tego zamówienia. Okręty zaproponowane Polsce przez ThyssenKrupp Marine Systems nie są jednak wyposażone w rakiety manewrujące – przez co oferta jest niekompletna.

Dlatego zdaniem wiceszefa sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych polski rząd powinien również bardzo poważnie przyjrzeć się ofercie Francji, która spełnia wymogi postawione przez MON. Ponadto, współpraca z Francją byłaby okazją do resetu w stosunkach dyplomatycznych po zerwaniu kontraktu na zakup śmigłowców Caracal.

– Oferta zakupu przez Polskę okrętów podwodnych typu Scorpène jest już na wstępie uzupełniona o rakiety manewrujące. Te jednostki są dobrą propozycją wyposażenia polskiej armii. Są znane nie tylko w Europie, bo Francuzi eksportowali te okręty również do innych państw. Przypuszczam, że MON również to wszystko uwzględni i będzie kontynuować rozmowy. Po historii z caracalami, którą ja oceniam jako trafną decyzję rządu, jest to także pewna możliwość politycznego resetu – przyznaje Jerzy Polaczek.

Zaproponowane przez Francuzów okręty Scorpène, produkowane przez koncern DCNS, można uzbroić w pociski manewrujące, zdolne niszczyć cele naziemne w promieniu 1000 km. Takie jednostki mają już między innymi Brazylia, Indie i Chile.

Zdaniem wiceszefa sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych o wyborze zwycięskiej oferty przesądzi umowa offsetowa, dzięki której do przemysłu obronnego trafią nowe technologie, a część kontaktu na okręty podwodne będzie realizowana w Polsce.

Polska przyciąga coraz więcej zagranicznych inwestorów. Szacuje się, że w ubiegłym roku napłynęło do kraju 50 mld zł

Polska przyciąga coraz więcej zagranicznych inwestorów. Szacuje się, że w ubiegłym roku napłynęło do kraju 50 mld zł 8

Inwestycje zagraniczne napędzają wzrost gospodarczy Polski. Szacuje się, że w 2016 roku napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski przekroczył 50 mld zł. Dużym beneficjentem jest m.in. Dolny Śląsk. Nowe inwestycje budują wizerunek Polski jako atrakcyjnego miejsca do inwestycji, wpływają też na rozwój poszczególnych regionów kraju. Choć dominuje u nas kapitał francuski i niemiecki, jednym z ważniejszych inwestorów stają się także kraje skandynawskie.

Raport ośrodka analitycznego Polityka Insight wskazuje, że wartość zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce wynosi ponad 712 mld zł (stan na koniec 2015 roku). W ciągu ostatnich 25 lat co roku do Polski napływało średnio 26 mld zł kapitału. Duża część tych inwestycji trafia na Dolny Śląsk. Tylko w 2015 roku 14 z 56 projektów ulokowano właśnie tam.

– Dolny Śląsk przyciąga inwestycje zarówno dużych, prestiżowych inwestorów, jak i tych, którzy podążają za nimi, tworząc miejsca pracy. Ważne są dla nas ogromne, prestiżowe inwestycje, a takich było kilka. To bardzo mocny sektor automotive: Toyota, Mercedes, Volkswagen, wielu podwykonawców. Za nimi idą przedsiębiorstwa małe i średnie, firmy rodzinne, które tworzą najwięcej miejsc pracy i stwarzają klimat przedsiębiorczości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Bramorski, pełnomocnik marszałka województwa dolnośląskiego ds. kontaktów międzynarodowych.

Nowe inwestycje na Dolnym Śląsku zapowiadają m.in. Mercedes, Toyota, Xeos, LG, Lufthansa i Whirlpool. To zaś może być magnesem dla kolejnych projektów inwestycyjnych.

– Potrafiliśmy zbudować markę, wykorzystać atuty w postaci położenia geograficznego, dobrej komunikacji, która jest postrzegana jako poprawa dostępności regionu, a także potrafiliśmy zdyskontować kapitał ludzki. Wrocław jest znakomitym ośrodkiem akademickim, który zapewnia kadry, możliwość lokowania nie tylko prostej produkcji, lecz także ośrodków badawczych – wskazuje Bramorski.

Raport Polityka Insight wskazuje, że w 2015 roku blisko jedna trzecia zagranicznych inwestycji bezpośrednich była ulokowana w przemyśle (ponad 229 mld zł), z czego najwięcej w firmach motoryzacyjnych i przetwórstwa spożywczego (po 44 mld zł). Na Dolnym Śląsku dominuje sektor automotive, a Wrocław to centrum outsourcingu procesów biznesowych.

– Cieszymy się zarówno z inwestorów, którzy wchodzą w istniejące już przedsiębiorstwa, jak i z inwestycji typu greenfield, które tworzą nam nowe miejsca pracy czy nowe technologie. Istotne są reinwestycje. Oznaczają, że przedsiębiorcy, których przyciągnęliśmy, są zadowoleni, doceniają nasz region i postanowili się tu rozwijać – podkreśla pełnomocnik marszałka województwa dolnośląskiego ds. kontaktów międzynarodowych.

Zagraniczne firmy więcej zysków reinwestują w Polsce (30,4 mld zł w 2015 roku), niż wypłacają pod postacią dywidend (28,9 mld zł). Najwyższe reinwestowane zyski odnotowano w przypadku przedsiębiorstw z Niemiec (6,2 mld zł), Niderlandów (5,7 mld zł) i Francji (2,5 mld zł). To właśnie dzięki reinwestycjom firmy z kapitałem zagranicznym są średnio kilkukrotnie większe od przedsiębiorstw opartych wyłącznie na kapitale krajowym.

– Przez ostatnich 5 lat zainwestowaliśmy w Polsce blisko 600 mln zł w rozwój i modernizację naszych zakładów produkcyjnych. Inwestujemy również bardzo dużo w rozwój polskiego rynku i eksportu. Wraz z rozwojem biznesu rosną również wpływy do budżetu państwa, przede wszystkim z podatków. Zatrudniamy blisko 4 000 osób. Kooperujemy z coraz większą siecią polskich firm, dostawców, kooperantów i biorąc pod uwagę poszerzony łańcuch dostaw, nasz wpływ na polską gospodarkę jest jeszcze większy – tłumaczy Jacek Siwiński, dyrektor generalny VELUX Polska.

Inwestycje zagranicznych firm w znaczący sposób wpływają na rozwój polskiej gospodarki. Dzięki ulokowanemu w Polsce kapitałowi zagranicznemu i aktywności międzynarodowych korporacji poziom PKB tylko w 2015 roku był wyższy o 15,6 proc., niż gdyby inwestycji zagranicznych nie było.

– Na świecie jest dużo niepewności i turbulencji politycznych, należy więc tym bardziej dbać o wizerunek Polski jako miejsca do inwestowania. Pokazywanie takich przykładów, jak Grupa VELUX, która przez dziesięciolecia inwestowała w Polsce i odnosi sukces, jest bardzo ważne dla budowania wizerunku Polski, jako atrakcyjnego rynku do inwestowania – przekonuje dyrektor generalny VELUX Polska.

Inwestycje zagraniczne mają także bezpośrednie przełożenie na rozwój regionu.

– Dzięki dobrej współpracy z regionami i lokalnymi władzami nasza działalność i współpraca w ramach regionu ma nie tylko wymiar biznesowy, lecz także społeczny. Istnienie takich pracodawców przyczynia się do zwiększenia konkurencyjności regionów i podnoszenia kompetencji pracowników – mówi Jacek Siwiński.

W Polsce większość zainwestowanego kapitału pochodzi z Europy, przede wszystkim z Niemiec (19,1 proc.) i Francji (10,8 proc.). Rośnie znaczenie inwestycji ze Skandynawii, których udział w 2015 roku sięgnął 5,3 proc.

– Skandynawskie firmy działają we wszystkich gałęziach gospodarki w Polsce. Są obecne w bankowości, w przemyśle meblowym i w motoryzacji. Ostatnio największą popularnością cieszą się centra usług wspólnych (BPO, SSC) – wskazuje Carsten Nilsen, przewodniczący Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej. – Szybko rozwija się sektor IT. Jesteśmy także obecni w sektorze spożywczym, m.in. w przetwórstwie rybnym. Polacy kupują dużo ryb ze Skandynawii. Do tego dochodzi przemysł stoczniowy i sektor handlowy –wymienia.

Szacuje się, że firmy ze Skandynawii stanowią ponad 8 proc. wartości kapitału zagranicznego w Polsce. Liczba firm z kapitałem skandynawskim systematycznie rośnie. W ciągu 10 lat ich liczba wzrosła o blisko 50 proc.

– Obecni w Polsce skandynawscy inwestorzy cały czas rozwijają swoje biznesy. Wprowadzają więcej innowacji i nowych technologii. W ten sposób przyczyniają się do rozwoju polskiej gospodarki. Polska jest bardzo dużym rynkiem, więc trudno się dziwić zainteresowaniu inwestorów. Dzięki rozbudowanej infrastrukturze mają oni łatwy dostęp do innych państw unijnych – podkreśla przewodniczący Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej.

Firmy ze Skandynawii wyróżniają się poziomem innowacyjności. Ich liczba w naszym kraju wciąż rośnie, czemu sprzyja pomoc państwa i dyplomacja ekonomiczna.

– Organizujemy spotkania biznesowe, które są szansą dla nowych firm, by spotkać innych skandynawskich przedsiębiorców. Organizujemy też spotkania ze stroną polską, na których promujemy skandynawskie firmy w polskich miastach i przed polskimi partnerami. Co roku organizujemy 70–80 takich wydarzeń, w 2016 roku wzięło w nich udział ponad 6 tys. osób – mówi Carsten Nilsen.

Raport Polityka Insight pt. „Co przyniosły przyniosły inwestycje zagraniczne. Wpływ na gospodarkę Polski w ostatnim ćwierćwieczu” dostępny na stronie Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej.

Wyniki Grupy Enea za I kwartał 2017 r.

O 10,6% w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego wzrósł zysk netto Grupy Enea, który ukształtował się na poziomie 321 mln zł. Innowacyjny koncern surowcowo-energetyczny w I kwartale 2017 r. uzyskał 2.710 mln zł przychodów ze sprzedaży netto oraz wypracował 666 mln zł EBITDA. Grupa chce współtworzyć w Polsce ekosystem innowacji i podejmuje związane z tym inicjatywy. Działania Enei nakierowane są na umacnianie bezpieczeństwa energetyczne kraju i pewność dostaw energii dla Klientów.

Grupa Enea w I kwartale 2017 r. odnotowała wzrost wyników operacyjnych. W tym okresie Grupa wyprodukowała 3.756 GWh energii elektrycznej, czyli o 12,1% więcej w porównaniu z I kwartałem ubiegłego roku. Koncern surowcowo-energetyczny osiągnął również wzrost sprzedaży usług dystrybucyjnych odbiorcom końcowym o 5,2% r/r, która ukształtowała się na poziomie 4.975 GWh. Firma zwiększyła także wolumen sprzedaży energii elektrycznej i paliwa gazowego odbiorcom detalicznym o 120 GWh, czyli o 2,4% r/r. Grupa może się również pochwalić wzrostem sprzedaży węgla o 205 tys. ton, czyli o 9,4% r/r.

– Budujemy optymalny model funkcjonowania Grupy, który wzmacnia jej siłę i pozycję rynkową. Prowadzimy racjonalny program inwestycyjny dbając zarazem o bezpieczeństwo finansowe i stabilność. Koncentrujemy się na wypracowaniu synergii i efektów kosztowych. Uzyskujemy wyniki finansowe na zakładanym poziomie, osiągamy wzrost sprzedaży i produkcji w całym łańcuchu wartości. Konsekwentnie realizujemy naszą Strategię Rozwoju, a dzięki temu dbamy o bezpieczeństwo energetyczne kraju, stabilność i niezawodność dostaw dla naszych Klientów – powiedział Mirosław Kowalik, prezes Enei.

Grupa Enea koncentruje się zarówno na wzroście organicznym, jak i poprzez stanowiące okazje rynkowe akwizycje. Taki model rozwoju zwiększa siłę rynkową Enei i pozwala Grupie budować trwałe przewagi konkurencyjne w wymagającym otoczeniu.

W I kwartale 2017 r. Grupa wydała na inwestycje 1.841 mln zł, z czego 1.347 mln zł przeznaczono na inwestycje kapitałowe, w tym rozliczenie transakcji przejęcia jednego z najefektywniejszych wytwórców energii elektrycznej w kraju – Elektrowni Połaniec – w wysokości 1.264 mln zł. Przy nabyciu Elektrowni Połaniec Enea skorzystała głównie ze środków własnych, w tym także ze środków pozyskanych w ramach pierwszej publicznej emisji akcji oraz emisji obligacji dostępnej w ramach programu gwarantowanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego.

– Trwa rozpoczęty tuż po transakcji proces integracji Enei Połaniec z Grupą. Dzięki temu Grupa będzie mogła w pełni korzystać z synergii jakie niesie ze sobą inwestycja i utworzony przez Eneę wydobywczo-wytwórczy obszar Kozienice-Bogdanka-Połaniec – zaznaczył Mirosław Kowalik.

Nakłady inwestycyjne w obszarze wytwarzania w trakcie trzech pierwszych miesięcy roku ukształtowały się na poziomie 245 mln zł. Z kolei w obszarze dystrybucji wyniosły 150 mln zł.

W I kwartale br. na budowie wysokosprawnego bloku energetycznego 1.075 MW na parametry nadkrytyczne w Elektrowni Kozienice przeprowadzono zimny rozruch kotłowni rozruchowej, systemu pompowni wody surowej i elektrofiltru. Zakończono również tzw. gorący rozruch układu nawęglania w zakresie rozładunku węgla na place węglowe – rozładowano 12 tys. ton węgla. Wystawiony został także raport o gotowości pola 400 kV do podania napięcia oraz nastąpiło zasilenie energią elektryczną 400kV transformatorów BAT 10-30, BBT 10-20. Cała inwestycja, na którą składa się ok. 30 tys. szczegółowych zadań, jest obecnie gotowa w 98%.

Celem Enei jest współtworzenie ekosystemu innowacji w Polsce

Grupa stawia na innowacyjność we wszystkich ogniwach łańcucha wartości. Potwierdzeniem takiego podejścia jest zaangażowanie Enei w rozwój elektromobilności. W kwietniu 2017 r. Enea została członkiem klastra „Polski Autobus Elektryczny – łańcuch dostaw dla elektromobilności”. Klaster został utworzony z inicjatywy firmy Solaris w listopadzie 2016 r., a do współpracy przystąpiły uczelnie, jednostki naukowe i przedsiębiorstwa. Celem klastra jest współpraca na rzecz rozwoju e-mobilności, w szczególności autobusów elektrycznych i komponentów służących do ich budowy, które będą oparte na rozwiązaniach technicznych wypracowanych w Polsce. Projekt ustawy o elektromobilności, której wejście w życie planowane jest na styczeń 2018 r., zakłada, że od 2028 r. 30% miejskiej floty autobusowej będzie złożonych z pojazdów elektrycznych. Z perspektywy sektora elektroenergetycznego przewidywany rozwój e-mobilności wpłynie na zwiększenie zapotrzebowania na energię elektryczną oraz na przyszłe funkcjonowanie systemu elektroenergetycznego.

Pojawiające się nowe technologie, rosnące oczekiwania Klientów oraz zmieniające się otoczenie gospodarcze w Polsce i na świecie wpływają na zmiany w sposobie funkcjonowania Operatorów Systemów Dystrybucyjnych. Odpowiedzialna w Grupie za obszar dystrybucji spółka Enea Operator z powodzeniem wdraża innowacyjne rozwiązania, koncertujące się na modernizacji i rozbudowie sieci dystrybucyjnej zgodnie z wiodącymi trendami w energetyce, którymi są m.in. rozwój inteligentnych sieci i nowoczesnych systemów IT wspierających zarządzanie siecią, czy nowe rozwiązania instytucjonalne i techniczne, takie jak klastry, spółdzielnie energetyczne, czy rynek prosumencki.

Przykładową inwestycją, wpisującą się w te trendy, jest uruchomiona w marcu br. nowoczesna Centralna Dyspozycja Mocy, która pozwala na zarządzanie z jednego miejsca należącą do Enei Operator siecią wysokiego napięcia w północno-zachodniej Polsce. CDM umożliwi elastyczne, szybkie i kompleksowe reagowanie na wydarzenia występujące w sieci 110 kV. Inwestycja istotnie przyczynia się do zapewnienia ciągłości dostaw energii elektrycznej do Klientów.

W wymagającym otoczeniu rynkowym i regulacyjnym Grupa Enea generuje satysfakcjonujące wyniki finansowe

W I kwartale 2017 r. Grupa Enea wypracowała 2.710 mln zł przychodów ze sprzedaży netto. Skonsolidowana EBITDA ukształtowała się na poziomie 666 mln zł. Zysk netto, po wzroście o 10,6% r/r, wyniósł 321 mln zł.

W okresie styczeń-marzec 2017 r. najwyższa EBITDA, 262 mln zł, zrealizowana została w obszarze dystrybucji. Najwyższy przyrost EBITDA, wynoszący 33 mln zł, wypracowany został w obszarze obrotu, który I kwartał 2017 r. zamknął wynikiem EBITDA wynoszącym 51 mln zł. EBITDA obszaru wytwarzania wyniosła w analizowanym okresie 202 mln zł, natomiast obszaru wydobycia, po wzroście o 18,6% r/r, 178 mln zł.

Działalność Grupy znajduje się pod presją otoczenia rynkowego i regulacyjnego. Naszym zadaniem jest elastyczna adaptacja do jego warunków. W każdym ogniwie naszego łańcucha wartości prowadzimy aktywne działania optymalizacyjne, starając się budować nowe i maksymalnie wykorzystywać już istniejące efekty synergii. To znajduje odzwierciedlenie w generowanych wynikach finansowych – powiedział Mikołaj Franzkowiak, wiceprezes Enei ds. finansowych.

LW Bogdanka po I kwartale 2017 r. – dobre wyniki finansowe i operacyjne pomimo utrzymujących się niskich cen węgla

Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla Bogdanka wypracowała w I kwartale 2017 r. przychody ze sprzedaży sięgające 465,2 mln zł (wzrost o 10,6% r/r) oraz zysk netto w wysokości 68,2 mln zł (wzrost o 25,2% r/r). Wynik EBIT w omawianym okresie wyniósł 89,7 mln zł (wzrost o 13,8% r/r), a EBITDA 179,8 mln zł (wzrost o 3,7% r/r).

Osiągnięte wyniki finansowe LW Bogdanka ocenia jako dobre. Utrzymanie wysokich wskaźników rentowności, pomimo niskiego poziomu cen węgla, było możliwe dzięki wzrostowi sprzedaży, przy jednoczesnej konsekwentnej kontroli kosztów i optymalizacji nakładów inwestycyjnych. Rentowność EBITDA w I kwartale 2017 r. wyniosła 38,7%, co oznacza, że jest niezmiennie jedną z najwyższych w branży.

W I kwartale tego roku, produkcja węgla handlowego osiągnęła poziom ponad 2,4 mln ton. Na podobnym poziomie utrzymywała się również sprzedaż w tym okresie, co oznacza, że wzrosła o 9,4% r/r. Długość wyrobisk korytarzowych wykonanych w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. wyniosła ponad 7,9 km, co oznacza wzrost o 23,4% w porównaniu z tym samym okresem w 2016 r.

Bogdanka utrzymuje silną pozycję rynkową. Po I kwartale 2017 r. jej udział w rynku sprzedaży węgla energetycznego kształtował się na poziomie 17,8%, a w rynku węgla energetycznego dostarczanego do energetyki zawodowej na poziomie 25,7%.

Wyniki finansowe LW Bogdanka osiągnięte po pierwszym kwartale tego roku oceniam jako dobre, biorąc pod uwagę utrzymujące się niskie ceny węgla. Ich wypracowanie było możliwe dzięki realizacji założeń produkcyjnych i sprzedażowych – w tym wyższej o 9,4% sprzedaży węgla – oraz konsekwentnej kontroli kosztów i optymalizacji nakładów inwestycyjnych. Utrzymujemy silną pozycję, z wysokimi udziałami rynkowymi i pozostajemy najbardziej efektywną oraz najnowocześniejszą kopalnią węgla kamiennego w Polsce – powiedział Krzysztof Szlaga, prezes Lubelskiego Węgla Bogdanka.

Do najważniejszych wydarzeń minionego kwartału zaliczyć należy ogłoszenie przez Bogdankę strategii rozwoju dla Obszaru Wydobycie Grupy Enea do roku 2025, z perspektywą do roku 2030, która zakłada dwa scenariusze rozwoju: bazowy oraz elastycznego rozwoju, który zakłada średnioroczną produkcję węgla na poziomie ok. 9,2 mln ton.

Mając na uwadze aktualną i przewidywaną sytuację rynkową realizujemy scenariusz elastycznego rozwoju. W tym roku planujemy produkcję na poziomie ok. 9 mln ton. W zaprezentowanej strategii za kluczowe inicjatywy uznajemy ścisłą współpracę i realizację synergii w ramach obszaru wydobywczo-wytwórczego Kozienice-Bogdanka-Połaniec, podwojenie bazy zasobów operatywnych, a także wdrożenie szeregu kluczowych innowacyjnych inicjatyw strategicznych. Zgodnie z przedstawioną w Strategii polityką dywidendową, pod koniec kwietnia jako Zarząd Bogdanki wydaliśmy też rekomendację wypłaty dywidendy z zysku za 2016 r. w wysokości 1 zł na akcję – dodał Krzysztof Szlaga.

Grupa Enea zwiększa poziom satysfakcji Klientów

W centrum uwagi Enei zawsze jest Klient, dlatego Grupa koncentruje się na jak najlepszym dopasowaniu oferty do potrzeb Klienta. Innowacyjny koncern surowcowo-energetyczny musi myśleć wyprzedzająco, aby dostarczyć Klientom w odpowiednim momencie to, czego potrzebują – taka jest rola Grup energetycznych we współczesnym świecie.

Enea każdego dnia podejmuje działania, aby wzmocnić relacje z obecnymi Klientami i zachęcić potencjalnych Klientów do skorzystania z oferty. Jedną ze służących temu aktywności jest rozwój programu lojalnościowego „Strefa Zakupów”. Przystępujący do niego Klienci mają możliwość zamawiania produktów renomowanych marek w atrakcyjnych cenach.

Trwa również nowa kampania skierowana do Klientów – „W Enei wygrywasz”. Jej celem jest zachęcenie Klientów do regularnego kontaktu i sprawdzania najnowszych ofert i propozycji.
Z kolei od początku maja, w Biurach Obsługi Klienta zaczął obowiązywać nowy Standard Obsługi Klientów. To świeże spojrzenie na zasady obsługi Klientów w placówkach Enei. W I kwartale 2017 r. wzmocniliśmy również badanie potrzeb Klientów na początkowym etapie rozmowy z nimi.

Grupa Enea stawia na zarządzanie oparte na zasadach zrównoważonego rozwoju

Enea od lat prowadzi liczne projekty i wspiera różne inicjatywy w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu. Ostatnio firma przystąpiła do Programu Partnerstwa Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Jest to długofalowy i kompleksowy program współpracy z firmami – liderami odpowiedzialnego biznesu, które poprzez swoje zaangażowanie i działania przyczyniają się do szerzenia idei odpowiedzialnego biznesu w Polsce i kreowania dobrego klimatu wśród różnych grup interesariuszy. Partnerzy strategiczni to firmy, które mogą pochwalić się dorobkiem w zakresie odpowiedzialności społecznej i zrównoważonego rozwoju.

Grupa jako jeden z elementów społecznej odpowiedzialności biznesu, szczególnie w branży energetycznej, rozumie wspieranie lokalnego szkolnictwa zawodowego. Przykładem aktywności Grupy w tym zakresie w I kwartale 2017 r. jest podpisana w marcu przez Eneę Operator umowa o współpracy ze złotowskim Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego. Współpraca ma przyczynić się do zwiększenia atrakcyjności absolwentów szkoły na rynku pracy oraz ułatwić Enei Operator poszukiwanie wyspecjalizowanych Pracowników technicznych.

Stabilna kondycja finansowa Murapolu

Agencja ratingowa EuroRating utrzymała ocenę długoterminową Murapol S.A. na poziomie BB z perspektywą stabilną. Agencja zwróciła uwagę na zadawalającą sytuację finansową Spółki oraz wysoką efektywność zaangażowanego majątku.   

Uznanie agencji ratingowej zyskała utrzymywana wysoka rentowność sprzedaży oraz wysokie stopy zwrotu z aktywów i kapitału własnego. Ponadto, na plus została zaliczona polityka reinwestowania przez Spółkę 90 proc. wypracowywanych zysków. Pozytywnie oceniono także stale dywersyfikowaną ofertę handlową Grupy, zarówno pod względem geograficznym, jak i segmentów rynku, co, jak podkreślono, znacznie zmniejsza jej wrażliwość na wahania popytu na lokalnych rynkach czy zmiany chłonności  poszczególnych segmentów rynku klienckiego. Analitycy agencji EuroRating zwrócili uwagę na efektywność modelu biznesowego Grupy, który ogranicza zapotrzebowanie na kapitał oraz jednocześnie generuje wysokie zwroty z zaangażowanego majątku. Podkreślono także atuty bieżącego zagospodarowywania nabywanych nieruchomości, co eliminuje etap zamrażania kapitału w postaci banku ziemi. Zwrócono również uwagę na pojawianie się dodatniego cash flow netto na bardzo wczesnym etapie projektu inwestycyjnego, jako efektu uruchamiania jego komercjalizacji już w momencie otrzymania PnB. Analitycy podkreślili także, że całość prac związanych z inwestycjami realizowana jest wewnątrz Grupy, co pozwala jej osiągać wysokie marże na projektach. Ponadto model biznesowy Murapolu zakłada realizowanie tylko takich inwestycji, na których zakładana marża brutto wynosi co najmniej 30 proc., co, jak czytamy w raporcie, jest poziomem wyższym niż przeciętna marża u innych deweloperów mieszkaniowych.

Wśród zagrożeń analitycy agencji EuroRating zwrócili uwagę na uzależnienie Murapolu od finansowania na rynku kapitałowym, co powoduje że Spółka jest podatna na wahania awersji inwestorów do ryzyka. W raporcie zwrócono również uwagę na możliwe pogorszenie koniunktury na rynku mieszkaniowym, które może mieć wpływ na działalność Grupy Murapol. Podkreślono jednak, że ze względu na bardzo wysoki poziom marż, Murapol ma w tym zakresie spory margines bezpieczeństwa.

– Jesteśmy pierwszą, i do dnia dzisiejszego, wciąż jedyną na polskim rynku spółką deweloperską, która dostrzegła atuty oceny sytuacji finansowej ze strony niezależnej, wyspecjalizowanej firmy badawczej. Dbając o przejrzystość komunikacji z inwestorami, którymi są zarówno obligatariusze, jak również nabywcy certyfikatów inwestycyjnych FIZ-ów tworzonych we współpracy z wiodącymi krajowymi TFI, podjęliśmy decyzję o uzyskaniu obiektywnej oceny ratingowej naszej kondycji finansowej. W związku z tym, że nasz rozwój w dużej mierze opiera się na partnerstwie z inwestorami, których systematycznie zapraszamy do partycypowania we wzroście działalności, zależy nam na zapewnieniu im dostępu do aktualizowanych okresowo opinii niezależnych ekspertów, którzy oceniają naszą sytuację finansową oraz trafność podejmowanych decyzji biznesowych. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A.   

Pierwszy raport analizujący sytuację finansową Murapol S.A. agencja EuroRating opublikowała 25 stycznia 2016 roku, nadając Spółce ocenę BB z perspektywą stabilną. Od tego czasu agencja przeprowadziła pięć weryfikacji utrzymując rating na niezmienionym poziomie. Okresowe aktualizacje, oparte na analizach  wyników finansowych Murapolu, wydarzeń w Grupie, jak i zmian w otoczeniu zewnętrznym, oceniają warunki funkcjonowania Spółki, a co się z tym wiąże, bezpieczeństwo inwestycyjne instrumentów finansowych opartych na jej działalności.

Monetia zmienia właściciela – transakcja warta 16,6 mln PLN

Aplitt SA zawarła umowę ze wszystkimi wspólnikami Certis Investements, w wyniku której pośrednio nabyła 100 procent udziałów w Monetii, liderze outsourcingu transakcyjnego dla sektora public. Ostateczna wartość transakcji wyniosła 16,6 mln złotych.

Aplitt stał się właścicielem, największej pod względem liczby oddziałów, firmy wyspecjalizowanej w outsourcingu transakcyjnym i obsłudze transakcji gotówkowych. Nabycie 100% udziałów w Monetii zostało przeprowadzone ze środków własnych spółki Aplitt SA.

Monetia będzie działać pod własną marką i będzie kierowana przez dotychczasowy zarząd firmy. Dzięki transakcji Aplitt nabyła szeroką sieć dystrybucyjną Monetii o dużym potencjale rozwojowym i ugruntowanej, mocnej pozycji rynkowej. Roczna kwota procesowanych przez Monetię płatności wynosi 3,6 mld zł

Monetia jest obecnie liderem w realizowaniu usługi outsourcingu transakcyjnego dla urzędów skarbowych, sądów, jednostek samorządu terytorialnego. Drugą grupę jej strategicznych klientów stanowią banki, dla których spółka uruchamia i outsoursuje oddziały.

– Monetia jest akwizycyjnie atrakcyjną spółką zarówno z uwagi na swoją aktualną pozycję rynkową, jak i potencjał rozwojowy. Oprócz wspierania dalszego rozwoju dotychczasowej działalności pod marką Monetia, liczymy na uzyskanie dostępu do rynku. Sieć placówek Monetii może stać się atrakcyjnym kanałem dystrybucji produktów finansowych. Obecnie rozpoczynamy prace, które pozwolą nam w najbardziej efektywny sposób osiągnąć synergię działań. Z biznesowego punktu widzenia działalność Monetii ma charakter niskokosztowy i przez to jest znakomicie dywidendowa, co bezpośrednio przełoży się na uzyskanie zwrotu z inwestycji poprzez wzrost wartości udziałów spółkipowiedziała Alicja Kuran-Kawka, członek zarządu ds. produktów i administracji w Aplitt.

 – Zyskaliśmy silnego partnera zarówno w zakresie wdrożeniowym, jak i technologicznym. Przy okazji jest to firma z dużym doświadczeniem w sektorze finansowym. Warto przypomnieć, że Monetia poza obsługą transakcji gotówkowych, chce się dynamicznie rozwijać w obszarze outsourcingu transakcyjnego dla instytucji obsługujących klientów detalicznych. – powiedział Wojciech Jóźwiak, prezes zarządu Monetii.

Monetia oprócz ponad 700 oddziałów posiada także szeroką, stałą bazę 400 klientów instytucjonalnych, z którymi rozlicza się abonamentowo. Miesięcznie obsługuje w systemie nisko prowizyjnym 1,5 mln transakcji klientów detalicznych.

Mama wraca do pracy. Oferty, finanse, prawa, czyli jak wyglądają realia zatrudnienia matek

Czy będę miała powrót do pracy? – to pytanie trapi każdą młodą matkę, która chce wrócić do firmy po urlopie macierzyńskim, mówi Jolanta Mróz z Kredyt Inkaso, powroty bywają trudne, ale optymistyczny jest fakt, że obecny rynek pracy jest rynkiem pracownika.

Matki są dobrymi pracownikami, niestety firmy rzadko oferują elastyczne godziny pracy

Wśród pracodawców rośnie świadomość, że matki są dobrymi pracownikami. Są sumienne, pracują intensywnie, bo nie mają czasu na korytarzowe plotki i są terminowe. Aż 75 proc. badanych przez Work Service odpowiedziała, że matki są bardzo dobrymi pracownikami, a 15 proc. pracodawców znała, że są nawet lepsze od pozostałych członków zespołu.

Faktem jest, że matki wymagają od firmy dobrej organizacji pracy i elastycznych godziny pracy. I tu w Polsce wciąż jest kłopot. Z badań Eurostatu wynika, że Polska należy do grupy państw, które charakteryzują  się najmniejszą elastycznością czasu pracy. Przeciętnie w krajach Unii Europejskiej co czwarta kobieta w wieku 25–49 lat, mająca status pracownika, może dostosować w pewnym stopniu swój czas pracy do obowiązków prywatnych. W Finlandii i Szwecji na elastyczny wymiar pracy może liczyć 44 proc. pracowników, w Niemczech – blisko 38 proc., a w Polsce – to zaledwie 10 proc.

Z badań Biura Badań Społecznych Obserwator wynika, że kobiety, które wróciły do pracy z czasem odczuwają narastający trud łączenia pracy zawodowej z opieką nad dzieckiem. Taki problem ma aż 45 proc. mam. Dla porównania 34 proc. mężczyzn. Zdaniem badanych, trudności w godzeniu obowiązków zawodowych z opieką nad dziećmi wynikają przede wszystkim ze złego planowania czasu pracy w firmach. W tym kontekście pracujący rodzice najczęściej wskazywali: sztywne godziny pracy, niedostosowany do sytuacji rodzinnej pracowników (16 proc.), zbyt długi czas pracy (15 proc.), zmienność godzin pracy (12 proc.) oraz konieczność pracy w godzinach nadliczbowych (11 proc.).

Płace kobiet wciąż niższe

Mimo że kobiety pracują na równi z mężczyznami, to z danych GUS opublikowanych w lipcu 2016 roku wynika, że kobiety w Polsce wciąż zarabiają mniej niż mężczyźni. W badaniu za 2014 rok wzięto pod uwagę zarobki 7746,8 tys. osób, które pracowały w firmach powyżej 9 osób. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło 4107,72 zł. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto mężczyzn było o 20,6 proc. wyższe od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto kobiet. W 2014 roku wskaźnik zróżnicowania wynagrodzeń  kobiet i mężczyzn  (Gender Pay Gap – GPG) dla Polski wyniósł 7,7, co oznacza, że kobiety za godzinę pracy zarabiały średnio o 7,7 proc. mniej od mężczyzn.

Prawo pracy po powrocie

Co ważne, przed i po macierzyńskim kobieta ma prawo do takiej samej wysokości pensji. Po powrocie z urlopu macierzyńskiego młoda matka może także ubiegać się o zmniejszenie wymiaru godzin do połowy pełnej wartości. Jeśli wiec matka pracowała 40 godzin, może na swój wniosek pracować 20 godzin.

Matki muszą mieść świadomość, że szef nie może ich wyrzucić bez powodu. Zwolnienie po urlopie macierzyńskim może nastąpić jedynie w sytuacji, kiedy dojdzie do całkowitej likwidacji miejsca pracy, gdy pracodawca ogłosi upadłość bądź ogłosi zwolnienie grupowe. Szef może zwolnić także pracownika dyscyplinarnie.

Zawody deficytowe i przyszłościowe. Kto szukają firmy w poszczególnych województwach?

Młode mamy wracające do pracy albo szukają pracy w dotychczasowym zawodzie, albo szukają nowego fachu. Z ogólnopolskiego badania „Barometr zawodów 2017” realizowanego na zlecenie Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że najłatwiej o pracę będzie specjalistom, którzy są na listach deficytowych. Każde z województw ma swoje listy zawodów. I choć najbardziej pożądanymi pracownikami są specjaliści z tzw. męskich zawodów np. murarz czy brukarz to wiele zawodów deficytowych mogą jednak wykonywać kobiety. Jakie zawody są zawodami przyszłości w danych województwach?

W województwie dolnośląskim w 2017 roku wśród zawodów deficytowych są m.in. fryzjerki i fizjoterapeutki.

W województwie kujawsko-pomorskim wskazano aż 40 grup zawodów deficytowych m.in. jest zapotrzebowanie na grafików komputerowych i samodzielnych księgowych.

Województwo lubelskie odnotowuje wzrost ofert wśród opiekunów osób starszych lub niepełnosprawnych, pielęgniarek i położnych oraz spedytorów i logistyków.

W województwie lubuskim wyróżniono 49 zawodów deficytowych, w tym jest deficyt wysoko wykwalifikowanej kadry.

Województwo łódzkie odczuwa stały niedobór pracowników. Prowadzi to do obniżania stawianych przed nimi wymagań – kwalifikacje zawodowe i wykształcenie stają się mniej istotne na stanowiskach niższego i średniego szczebla.

W prognozie na 2017 rok dla województwa małopolskiego obserwuje się kontynuację tendencji występujących na rynku pracy od kilku lat. Przewiduje się wystąpienie 32 zawodów deficytowych m.in. grupy zawodów z branży transportowej, produkcyjnej, gastronomicznej, medycznej oraz informatycznej.

Województwo mazowieckie stanowi największy rynek pracy w Polsce, jednak wewnętrzne zróżnicowanie sprawia, że prognozy  dla poszczególnych powiatów nie są jednolite. W skali województwa za deficytowe zostały uznane takie zawody jak m.in. pielęgniarki i położne, kucharze i fryzjerzy.

W województwie opolskim pojawiły się także zawody, które przeszły z grupy nadwyżkowych do deficytowych – są to fizjoterapeuci i masażyści oraz pracownicy socjalni.

W województwie podkarpackim pracodawcy poszukują głównie specjalistów i personelu średniego szczebla, sprzedawców i pracowników sektora usług.

W woj. podlaskim poszukiwani są głównie pracownicy fizyczni.

W województwie pomorskim grupę deficytów tworzą przede wszystkim zawody budowlane, związane z transportem i spedycją, gastronomią, opieką zdrowotną i pomocą społeczną oraz handlem.

W województwie śląskim w związku z ciągle rozwijającym się outsourcingiem finansowo-księgowym coraz częściej, szczególnie w większych miastach województwa śląskiego, występuje rosnące zapotrzebowanie na specjalistów ds. finansowo-księgowych ze znajomością języków obcych. Zawodami deficytowymi będą również: pracownicy telefonicznej i elektronicznej obsługi klienta, ankieterzy i teleankieterzy oraz przedstawiciele handlowi. Zgodnie z opiniami ekspertów cały czas rośnie zapotrzebowanie na pracowników w sektorze usługowym. Szczególnie szybko rozwija się handel, wzrasta zapotrzebowanie na tego typu pracowników.

W województwie świętokrzyskim niedobór prognozowany jest wśród: przedstawicieli handlowych, krawców i pracowników produkcji odzieży.

W województwie warmińsko‑mazurskim prawdopodobny będzie niedobór tapicerów, na których zapotrzebowanie zgłasza mocno rozwinięta branża meblarska.

W województwie wielkopolskim zwraca uwagę silny deficyt pracowników z branży transportowej oraz spedycyjno-logistycznej. Trudności ze znalezieniem odpowiedniej liczby pracowników wystąpią w branży meblarskiej – duże deficyty są prognozowane w zawodach: stolarz, szwaczka, tapicer.

W województwie  zachodniopomorskim wystąpi zwiększone zapotrzebowanie na kucharzy i szefów kuchni oraz na recepcjonistów, z uwagi na turystyczny charakter regionu (szczególnie w powiatach nadmorskich). Wysokie będzie zapotrzebowanie w zawodzie opiekuna osób starszych, zgłaszane przez agencje zatrudnienia oraz pracodawców poszukujących osób do pracy za granicą, głównie w Niemczech.

Warto szukać, bo 2017 rok upływa pod znakiem rynku pracownika

Mimo niższych płac dla kobiet i kłopotów w łączeniu życia zawodowego z opieką nad dziećmi warto szukać. Trwający rok zdecydowanie należy do pracowników. Mamy rekordowo niskie bezrobocie, a w ogłoszeniach coraz częściej pojawia się sformułowanie „elastyczny czas pracy”. Poza tym pracodawcy często gwarantują szkolenia w nowych, deficytowych zawodach.

U blisko połowy chorych agresywny nowotwór tarczycy jest diagnozowany zbyt późno. Przyczyną jest niska świadomość Polaków

U blisko połowy chorych agresywny nowotwór tarczycy jest diagnozowany zbyt późno. Przyczyną jest niska świadomość Polaków 9

Z roku na rok zwiększa się zachorowalność Polaków na raka rdzeniastego tarczycy, także wśród ludzi młodych. Jest to jeden z bardziej agresywnych nowotworów tego organu. Wcześnie wykryty może być całkowicie uleczalny, jednak blisko połowa pacjentów zgłasza się do lekarza w zaawansowanym stadium choroby. Przyczyną jest niska świadomość na temat nowotworów tarczycy – znaczna część Polaków nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia, nie wie też, jakie badania profilaktyczne należy wykonywać.

Rak rdzeniasty tarczycy to nowotwór powstający w komórkach C tarczycy, odpowiadających za znaczną część produkcji hormonu kalcytoniny. Najczęściej diagnozowany jest u kobiet po 50. roku życia, może jednak wystąpić także u osób młodszych, między 20. a 40. rokiem życia. Jest to rzadki nowotwór, stanowiący 4–5 proc. wszystkich zachorowań na raka tarczycy. W Polsce rocznie rozpoznawany jest u ok. stu osób. Przyczyny choroby nie są całkowicie znane – u niektórych pacjentów rozwija się ona sporadycznie, u innych ma podłoże genetyczne. Objawy raka rdzeniastego tarczycy to m.in. chrypka, powiększenie węzłów chłonnych na szyi oraz problemy z przełykaniem.

 Zdecydowanie powinna nas zaniepokoić nadmierna potliwość, chroniczne zmęczenie i wyczuwalne guzki w obrębie tarczycy czy też węzłów, bo one pojawiają się w momencie, kiedy nowotwór w organizmie się rozwija. To podstawowa rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Charchuta, pacjentka i przedstawicielka organizacji Łąka Motyli.

Rak rdzeniasty tarczycy długo rozwija się w ukryciu, nie dając jednoznacznych objawów. W efekcie blisko połowa chorych diagnozowana jest już w zaawansowanym stadium choroby, gdy nowotwór daje przerzuty do innych narządów, głównie wątroby i płuc. Tymczasem we wczesnym etapie rak rdzeniasty tarczycy może być całkowicie uleczalny. Zdaniem ekspertów problemem jest jednak niska świadomość Polaków w zakresie nowotworów tarczycy.

 To ma swoje skutki. Nowotwór szybko rozpoznany i bez przerzutów może być operowalny, dzięki czemu ratujemy człowieka. Rak wykryty w zaawansowanej formie, wtedy kiedy już są przerzuty, jest praktycznie niewyleczalny – mówi Elżbieta Kozik, prezes Ruchu Społecznego Polskie Amazonki.

W diagnostyce raka rdzeniastego tarczycy najważniejsze jest badanie stężenia kalcytoniny we krwi oraz badanie ultrasonograficzne tarczycy i węzłów chłonnych szyi. Podstawową metodą leczenia jest natomiast chirurgiczne usunięcie gruczołu tarczowego wraz z guzem nowotworowym. Niekiedy stosowana jest również radioterapia. Problemem jest jednak zaawansowane stadium choroby oraz jej agresywny charakter – rak rdzeniasty jest bowiem oporny na terapie lekowe stosowane w przypadku innych nowotworów tarczycy m.in. leczenie jodem radioaktywnym.

– System leczenia raka rdzeniastego w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Praktycznie pacjentom oferowana jest pomoc w formie chirurgicznej. W wielu przypadkach taka pomoc jest niewystarczająca. Poziomy kalcytoniny, czy markera związanego z rakiem rdzeniastym utrzymują się czasami na bardzo wysokim poziomie pomimo zabiegów chirurgicznych – mówi Joanna Charchuta.

W przypadku pacjentów z zaawansowaną postacią nowotworu lub nieoperowalnym guzem, możliwe jest zastosowanie nowoczesnych terapii celowanych. Opóźniają one rozwój choroby oraz poprawiają jakość życia pacjentów. Od 2012 roku terapie te dostępne są w większości krajów Unii Europejskiej, w Polsce jednak nie znajdują się na liście leków refundowanych. Jedyną szansą dla polskich pacjentów jest uczestniczenie w kontrolowanych badaniach klinicznych.

– Mamy wrażenie, że nie dostajemy tego, co powinnyśmy  dostać, że odbiera nam się szansę na dalsze normalne życie, tylko dlatego, że ten lek jest dla nas niedostępny. Jest to odczucie  zablokowania, wewnętrznego buntu i ogromna bezsilność wobec systemu – mówi Joanna Charchuta.

Organizacja Polskie Amazonki Ruch Społeczny od 2014 roku prowadzi kampanię „Motyle pod Ochroną”, której celem jest wsparcie pacjentów z rakiem tarczycy oraz budowanie większej świadomości tego nowotworu wśród Polaków. W ramach kampanii organizowane są eventy i wykłady, w czasie których chętne osoby mogą poddać się badaniu ultrasonograficznemu tarczycy i węzłów chłonnych szyi. Organizatorzy akcji chcą przekonać Polaków, że wcześnie wykryty rak rdzeniasty tarczycy jest całkowicie uleczalny, dlatego warto poddawać się badaniom profilaktycznym.

– Tarczyca jest właściwie motorem naszego życia, od tego zależy nasz stan psychiczny i fizyczny. Tarczyca w ogóle dysponuje naszym samopoczuciem, czyli warto się nią zajmować. Walczymy o to, żeby człowiek miał możliwość dostania się do lekarza endokrynologa i robienia podstawowych badań – mówi Elżbieta Kozik.

W ramach kampanii „Motyle pod Ochroną” opracowany został również poradnik dla osób chorych na raka tarczycy. Znajdują się w nim wszelkie niezbędne dla pacjentów informacje dotyczące ich choroby m.in. badań kontrolnych i dostępnych sposób terapii. Poradnik można pobrać bezpłatnie ze strony internetowej kampanii. 25 maja obchodzony jest Światowy Dzień Tarczycy.

Bezrobocie w Polsce rekordowo małe, ale problemy nadal duże

GUS podał, że w kwietniu br. stopa bezrobocia osiągnęła 7,7 proc., czyli najniższy poziom od połowy roku 1991.  Tylko jak pogodzić dane o malejącej stopie bezrobocia z tym, że Polska tworzy jeden z najmniej intratnych rynków pracy w UE?

Już marcowy odczyt GUS – 8,1 proc. – powtórzyły i skomentowały najważniejsze serwisy gospodarcze. Tak niskiego bezrobocia nie notowano bowiem w Polsce od ponad ćwierć wieku. Najczęściej borykaliśmy się w tym okresie ze stopą bezrobocia rzędu kilkunastu proc., ale zdarzały się miesiące, w których wartość wykraczała poza barierę 20 proc. W tym kontekście nowe dane GUS – za kwiecień, ze spadkiem do 7,7 proc. – muszą cieszyć, mimo że odnotowano dość dużą rozbieżność między regionami: od 4,6 proc. w woj. wielkopolskim do 13,3 proc. w woj. warmińsko-mazurskim.

Znawcy rynku zapowiadają przy tym, że to jeszcze nie koniec redukcji. – Stopa bezrobocia najprawdopodobniej zachowa tendencję spadkową i pod koniec roku może osiągnąć 7 proc. – szacuje Bartosz Grejner, analityk serwisu wymiany walut Cinkciarz.pl.

Dlaczego rekord goni rekord

Tegoroczne rekordy powstały w konsekwencji tendencji utrzymującej się od drugiego kwartału 2013 r. Stopa bezrobocia sięgała wtedy 14 proc., po czym konsekwentnie malała. Przedsiębiorstwa w Polsce oferują teraz zdecydowanie więcej ofert pracy niż przed rokiem. Poprawiła się też ogólna kondycja krajowej gospodarki. Dane statystyczne wykazują, że dynamicznie wzrastała produkcja przemysłowa oraz sprzedaż detaliczna. Podobną poprawę obserwujemy zresztą w innych europejskich krajach.

– Wskaźniki nastroju konsumentów i przedsiębiorców wskazują na coraz lepszą sytuację i perspektywy dla największych gospodarek strefy euro. Polska nie jest tu zatem wyjątkiem. Wręcz dziwne byłoby, gdybyśmy w tak sprzyjających okolicznościach nie odczuli poprawy sytuacji na krajowym rynku pracy – komentuje analityk Cinkciarz.pl. – Przecież staramy się dogonić najbardziej rozwinięte gospodarki Europy – dodaje.

Sezon na pracownika i kwestia pensji

Zmniejszaniu się liczby bezrobotnych sprzyja także pora roku. Marzec i kwiecień otwierają paletę miesięcy na prace sezonowe. Z analizy kilku wcześniejszych lat wynika, że po styczniu i lutym, gdy odsetek ludzi bez zatrudnienia zwykle wzrastał, marzec z równą częstotliwością przynosił spadki. Wprawdzie nie były one wielkie – o 0,3-0,4 pkt proc, ale istotne jest to, że w tym roku tendencję zniżkową udało się utrzymać. Stało się tak, mimo że w styczniu i lutym stopa bezrobocia wynosiła odpowiednio – 8,6 i 8,5 proc., czyli zdecydowanie najmniej od 1992 r.

Kolejnym czynnikiem, który wzmacnia sytuację na polskim rynku, są rosnące płace. Średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w marcu br. wyniosło 4578 zł brutto, czyli o 5,2 proc. więcej niż przed rokiem. Był to zarazem najwyższy wzrost od czerwca ub.r.

– Gdy pojawia się więcej ofert zatrudnienia i rosną płace, w naturalny sposób ludzie chętniej skłaniają się do tego, by szukać pracy. Tempo wzrostu płac jest znacznie szybsze niż inflacji, stąd siła nabywcza naszych wynagrodzeń wzrastała – tłumaczy analityk Cinkciarz.pl.

Do danych o przeciętnym wynagrodzeniu należy jednak podchodzić z pewną rezerwą. Średnią, nie medianę, zawyżają ludzie z najwyższymi zarobkami. Stąd wielu pracującym w Polsce wartość 4,5 tys. zł brutto wydaje się przesadzona, ponieważ jest dla nich nieosiągalna. Duża część Polaków nie zarabia nawet 60 proc. średniej krajowej.

Dzieje się tak m.in. dlatego, że do wyliczania średniej krajowej GUS uwzględnia zarobki z przedsiębiorstw zatrudniających więcej niż 9 osób. Tymczasem małe firmy (do 9 pracowników) dają posady milionom Polaków, lecz z reguły nie oferują wysokich płac. Przeciętne wynagrodzenie, wliczające już te najmniejsze firmy, wyniosło w 2016 r. 4047 zł brutto. – Dla porównania w Niemczech było to ok. 3,7 tys. euro, czyli cztery razy więcej niż w Polsce. Widać zatem, że choć wzrost płac może nam się wydawać imponujący i na pewno cieszy, to do rozwiniętych gospodarek europejskich jeszcze Polsce sporo brakuje – tłumaczy analityk Cinkciarz.pl.

Niskie bezrobocie nie mówi całej prawdy

Europejski Urząd Statystyczny, posługując się inną metodą, wyliczył, że stopa bezrobocia w Polsce wynosi 5,3 proc., co przekłada się na miejsce w ścisłej czołówce Unii Europejskiej i oznacza wartość niemal 3 pkt proc. niższą niż średnia dla wszystkich unijnych krajów.

Jednak stopa bezrobocia sama w sobie nie jest dobrym miernikiem kondycji rynku pracy. Ten sam Europejski Urząd Statystyczny klasyfikuje Polskę w ogonie państw UE pod względem o wiele istotniejszego wskaźnika, czyli odsetka ludzi zatrudnionych, który w Polsce dla wieku 20-64 lata wynosi 69,9 proc., przy unijnej średniej – 71,5 proc. i np. 77,8 proc. w Czechach oraz 79,1 proc. w Niemczech.

– Szczególnie jeżeli chodzi o zatrudnienie osób z najniższym wykształceniem, ich odsetek w Polsce jest jednym z najniższych w całej Europie, wynosi niecałe 40 proc. w przedziale wiekowym 20-64 lata, podczas gdy średnia dla Unii jest o blisko 15 pkt. proc. wyższa, a np. dla Niemiec czy Wielkiej Brytanii o połowę wyższa. Dodatkowe słabości polskiego rynku pracy wynikają ze: zbyt niskiego współczynnika wakatów, stosunkowo dużej dysproporcji w wynagrodzeniach oraz różnic w liczbach oferowanych miejsc pracy pomiędzy poszczególnymi regionami. Współczynnik wakatów może odzwierciedlać niezaspokojony popyt na pracę oraz potencjalnie dysproporcje pomiędzy umiejętnościami osób gotowych do pracy, a profilem osób, jakich szukają pracodawcy. Wakaty skupione są w największych ośrodkach, ale nadal relatywnie niska mobilność pracowników może powodować większy poziom bezrobocia w niektórych regionach – wyjaśnia Bartosz Grejner. – Regiony Polski mocno różnią się także pod względem średnich płac – kontynuuje analityk Cinkciarz.pl. – Cały czas obserwujemy znaczną dysproporcję pomiędzy zachodnimi a wschodnimi województwami, z wyłączeniem Mazowieckiego. Lepiej zarabia się na zachodzie kraju. Jednak dla Warszawy średnia wynosi nieco ponad 5,5 tys. zł, stąd woj. mazowieckie należy do płacowych wyjątków na wschodniej ścianie Polski.

Atrakcyjni dla sąsiadów z Ukrainy

Rosnące płace i nowe oferty pracy nie zawsze wydają się atrakcyjne Polakom zapatrzonym na zarobki w Niemczech, Skandynawii czy we Francji. Niemniej polski rynek pracy staje się coraz bardziej atrakcyjny dla pracowników z Ukrainy. W polskich miastach na ulicach coraz częściej słychać język naszych sąsiadów zza wschodniej granicy, powstają też biura pośrednictwa dla obywateli Ukrainy, którzy starają się o posady w Polsce. W ub.r. aż 84,5 proc. wszystkich wydanych w naszym kraju zezwoleń na pracę dla cudzoziemców należało do Ukraińców.

– Napływ imigrantów nie zmienia w istotny sposób tego, co dzieje się na naszym rynku pracy. Nie jest to regułą, niemniej przybysze często podejmują zajęcia, którymi Polacy interesują się najmniej. I nie jest ich aż tylu, by zrównoważyć ubytek osób w wieku produkcyjnym, które nie są zainteresowane pracą w Polsce. Chodzi tu m.in. o emigrację zarobkową wielu młodych i wykształconych obywateli naszego kraju, którzy wyjechali za pracą do krajów oferujących nieporównywalnie o wyższe zarobki, a także o starzejące się społeczeństwo polskie czy hipotetyczny wpływ obniżenia wieku emerytalnego – konkluduje analityk Cinkciarz.pl.

Jak Polacy postrzegają rozwój przedsiębiorczości w Polsce

O tym, że w najbliższych latach przybędzie osób decydujących się na własny biznes najbardziej przekonani są single, przedsiębiorcy i mieszkańcy większych miast – wynika z ostatniego Światowego Raportu Amway o Przedsiębiorczości AGER. Dużą rolę odgrywa również wiek i wykształcenie; bardziej entuzjastycznie do przedsiębiorczości nastawieni są ludzie młodzi i po studiach.

Jak wynika z danych Ministerstwa Rozwoju obecnie w Polsce jest 1,8 mln aktywnych przedsiębiorstw, z czego blisko 96 proc. to małe i średnie przedsiębiorstwa.

Według badania AGER przeprowadzonego wśród polskich respondentów, 30 proc. Polaków uważa, że w ciągu najbliższych pięciu lat wzrośnie liczba osób decydujących się na własny biznes; w ocenie 41 proc. – nie zmieni się, a zdaniem 11 proc. respondentów – będzie niższa niż obecnie. Reszta respondentów nie miała na ten temat zdania.

Najwięcej szans….

„Postrzeganie możliwości rozwoju przedsiębiorczości w Polsce zależne jest od wieku, wykształcenia, formy zatrudnienia oraz zobowiązań rodzinnych” – mówi prof. Izabela Koładkiewicz z Akademii Leona Koźmińskiego.

Ze Światowego Raportu Amway o Przedsiębiorczości AGER wynika, że najwięcej szans na rozwój przedsiębiorczości widzą osoby już prowadzące działalność oraz single. W grupie singli aż 40 proc. respondentów uważa, że w najbliższych pięciu latach liczba przedsiębiorców wzrośnie, 37 proc. jest przekonanych, że utrzyma się na dotychczasowym poziomie, a 12 proc., że zmniejszy się; pozostali respondenci nie mieli zdania.
Osoby – jak wynika z badania AGER – zamężne bądź żyjące w stałych związkach są nieco bardziej ostrożne w swoich prognozach; 30 proc. z nich uważa, że przedsiębiorców przybędzie, 45 proc., że ich liczba pozostanie bez zmian, a zdaniem 10 proc. – zmniejszy się. Reszta respondentów była niezdecydowana.

„Czynnikiem istotnie ograniczającym apetyt na ryzyko jest założenie rodziny i wiążąca się z tym zmiana priorytetów ukierunkowana na zabezpieczenie jej bytu” – mówi prof. Izabela Koładkiewicz z Akademii Leona Koźmińskiego. „W praktyce oznacza to unikanie angażowania się w przedsięwzięcia obarczone ryzkiem, a za takie można uznać podjęcie działalności gospodarczej na własny rachunek” – dodaje.

Własna działalność…

Z ostatniego raportu AGER wynika, że podobnie pozytywnie perspektywy dla przedsiębiorczości postrzegają ci, którzy już prowadzą działalność bądź pracują na część etatu. Ponad połowa osób, posiadających własne firmy (52 proc.) zauważała szanse wzrostu znaczenia tej formy zatrudnienia w perspektywie najbliższych lat, jedynie co trzeci ankietowany (33 proc.) z tej grupy uważał, że liczba przedsiębiorców nie zmieni się.
„Posiadanie doświadczeń w zakresie prowadzenia własnej firmy, sprzyja dostrzeganiu w wyborze tej formy działalności więcej szans, jakie może ona przynieść niż potencjalnych zagrożeń” – tłumaczy prof. I. Koładkiewicz. Szanse dostrzegała również blisko połowa respondentów (49 proc.) na niepełnym etacie, 30 proc. ankietowanych z tej grupy uważało, że przedsiębiorców będzie tyle co obecnie, natomiast zdaniem 14 proc., będzie ich mniej. Reszta nie miała opinii na ten temat.

Pracujący na etacie uważali najczęściej, że utrzyma się status quo. Opinię tę podzielało 45 proc. respondentów, 34 proc. było zdania, że za pięć lat przedsiębiorców będzie więcej niż obecnie, a zdaniem 10 proc. ankietowanych z tej grupy – będzie ich mniej.

Z ostatniego raportu AGER wynika, że o wzroście liczby przedsiębiorców są bardziej przekonani mieszkańcy większych miast niż małych miasteczek (do 20 tys. mieszkańców) czy terenów wiejskich. Wiąże się to z większym zapotrzebowaniem na produkty i usługi, szerszym gronem potencjalnych klientów oraz możliwością większego zysku.

Wśród mieszkańców miast powyżej 100 tys. mieszkańców, 36 proc. ankietowanych uważa, że liczba przedsiębiorców w najbliższych latach wzrośnie (42 proc., że pozostanie bez mian, a 12 proc, że spadnie). W przypadku mieszkańców małych miasteczek szansę na rozwój przedsiębiorczości widziało 21 proc. ankietowanych, 44 proc. uważało, że liczba ta pozostanie bez zmian, a 14 proc. – że będzie niższa niż obecnie.

Postrzeganie perspektyw dla rozwoju przedsiębiorczości zależy także od wieku i wykształcenia. „Analiza wyników ostatniego raportu AGER w zależności od wieku ujawnia, że największy optymizm dotyczący oceny możliwości rozwoju przedsiębiorczości w ciągu kolejnych pięciu lat, można zaobserwować w grupie wiekowej 20 – 29 lat” – mówi prof. I. Koładkiewicz.

Największy optymizm…

Aż 43 proc. respondentów między 20 a 29 rokiem życia uważa, ze liczba osób decydujących się na podejmowanie działalności na własny rachunek zwiększy się. Odmiennego zdania jest 10 proc. ankietowanych w tej grupie wiekowej. Natomiast w ocenie 36 proc. – liczba przedsiębiorców nie ulegnie zmianie. U osób w starszych grupach wiekowych dominuje przekonanie, że liczba przedsiębiorców utrzyma się na dotychczasowym poziomie.
Z badania AGER wynika, że postrzeganie możliwości rozwoju przedsiębiorczości zależy także od wykształcenia. „Młody wiek, jak i wyższe wykształcenie sprzyjają dostrzeganiu w otoczeniu większej liczby szans niż zagrożeń” – mówi prof. Koładkiewicz.

Bardziej entuzjastycznie nastawieni do przedsiębiorczości są absolwenci wyższych uczelni. Aż 46 proc. ankietowanych z dyplomem twierdzi, że w najbliższych latach osób decydujących się na własny biznes będzie przybywać. Natomiast respondenci bez dyplomu są bardziej ostrożni w swoich prognozach. Zdaniem 42 proc. z nich liczba przedsiębiorców utrzyma się na dotychczasowym poziomie, jedynie 27 proc. uważa, że w przyszłości własne firmy będą bardziej powszechne.

Wyniki dla państw europejskich są zbliżone. 35 proc. respondentów sądzi, że prawdopodobnie w ciągu najbliższych lat przybędzie osób decydujących się na własny biznes, zdaniem 30 proc. respondentów będzie ich tyle co obecnie, a według 24 proc. – ich liczba zmniejszy się.

O Raporcie AGER:
Jest to siódma edycja tego raportu, przygotowana przez Instytut GFK pod patronatem Uniwersytetu Technicznego w Monachium. W raporcie badaniem objęto reprezentatywną próbę ponad 50 tys. osób z 45 państw świata, w tym ponad 1 tys. osób z Polski., w wieku od 15 lat. Badania były przeprowadzane od maja do sierpnia 2016 metodą głównie wywiadów osobistych oraz niekiedy za pomocą wywiadów telefonicznych. Badania zostały rozszerzone w stosunku do Roku 2015 o 6 nowych krajów.
* AESI – Amway Entrepreneurial Spirit Index

Klienci gastronomii nie rozpoznają paragonu fiskalnego

Zdecydowana większość (87%) Polaków stołujących się poza domem twierdzi, że zawsze lub często otrzymuje w lokalach paragon fiskalny. Czy jednak na pewno poprawnie go rozpoznają? Wyniki testu, w którym respondentom pokazano rożne przykłady rachunków za usługi gastronomiczne, świadczą, że nie zawsze tak jest. Spośród osób, którym pokazano paragon fiskalny, 87% stwierdziło, że otrzymuje go w lokalach zawsze lub często. Ale jednocześnie po pokazaniu tej samej grupie osób wydruku z bonownika, który tylko przypomina paragon fiskalny, aż 57% respondentów stwierdziło, że otrzymuje go zawsze lub często – wynika z badań ARC Rynek i Opinia udostępnionych przez Krajową Radę Gastronomii i Cateringu (KRGiC).

Paragony1– Pozytywne jest, że tak duża grupa osób deklaruje, iż otrzymują paragon fiskalny przy korzystaniu z usług gastronomicznych. Z drugiej strony odsetek osób, które twierdzą, że rachunku fiskalnego nie otrzymują nigdy lub rzadko wynosi 9%. To co prawda niewiele, ale w mojej opinii nadal za dużo – stwierdza Sylwester Cacek, przewodniczący Krajowej Rady Gastronomii i Cateringu.

Inną sprawą jest to, na ile wydruki, które klienci otrzymują przy płaceniu rachunku, są faktycznie paragonami fiskalnymi. Z badań wynika, że niestety część klientów nie umie poprawnie odróżnić prawdziwego paragonu fiskalnego od rachunku, który go tylko przypomina. Wykorzystują to nieuczciwi właściciele lokali gastronomicznych. Dając klientowi coś, co nie jest paragonem fiskalnym, mają możliwość uniknięcia podatku. W ten sposób oszukują nie tylko państwo, ale także konsumentów, który nie mają z tego tytułu żadnych korzyści oraz przedsiębiorców uczciwie płacących podatki. W rezultacie, konkurencja na rynku nie jest równa – komentuje szef KRGiC.

Paragony2– Jak więc rozpoznać paragon fiskalny? Formalnie powinien on zawierać szereg elementów, ale przede wszystkim powinno być na nim wyraźne napisane: paragon fiskalny.  Gdy brak tego oznaczenia, możemy domniemywać, że mamy do czynienia z nieuczciwym restauratorem – wyjaśnia Sylwester Cacek.

Jak walczyć z nieuczciwymi praktykami w gastronomii? Najskuteczniejszą metodą jest upowszechnianie świadomości wśród konsumentów na temat tego, że lokal ma obowiązek wystawić paragon fiskalny oraz tego, jak paragon powinien wyglądać. Z badań opinii udostępnionych przez KRGiC wynika, że niewielki odsetek klientów lokali gastronomicznych upomina się o wydanie paragonu fiskalnego w sytuacji, gdy kelner czy sprzedający sam tego nie zrobił. Zawsze lub często robi tak jedynie 36% osób Polaków, przy czym częściej są to mężczyźni oraz osoby starsze. Większa część (65%) nie upomina się nigdy lub rzadko.

– To właśnie konsumenci są największą siłą, która może wymóc na nieuczciwych restauratorach zmianę ich zachowania. Dlatego warto prosić o paragony fiskalne i zwracać uwagę na to, co jest na nich wydrukowane. Ta pozornie nieznacząca czynność jest w gruncie rzeczy wyrazem pozytywnej postawy obywatelskiej i troski o dobro wspólne – mówi przewodniczący Krajowej Rady Gastronomii i Cateringu.

Krajowa Rada Gastronomii i Cateringu już w ubiegłym roku włączyła się do akcji „Popieram Loterię” organizowanej w ramach Narodowej Loterii Paragonowej Ministerstwa Finansów. Lokale gastronomiczne, które biorą udział w tym programie można rozpoznać po naklejkach i ulotkach z hasłem „Narodowej Loterii Paragonowej”.

Wyniki badania opinii publicznej udostępnione przez Krajową Radę Gastronomii i Cateringu pochodzą z raportu przygotowanego na zlecenie Sfinks Polska przez ARC Rynek i Opinia w 2016 r. Badanie zostało przeprowadzone na próbie 602 osób w wieku 15-55 lat, które jedzą poza domem nie rzadziej niż raz na trzy miesiące.

Dyskonty i sklepy convenience najbardziej perspektywicznymi kanałami rynku spożywczego w Polsce

W 2016 r. rynek spożywczy w Polsce wzrósł o 3,8% r/r, do 253,8 mld zł. W tym samym okresie kanały dyskontowy oraz convenience rosły w ponad dwukrotnie szybszym tempie. Prognozy zaprezentowane w najnowszym raporcie PMR „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2017” wskazują, że taka tendencja będzie się utrzymywać co najmniej do końca okresu objętego prognozą (lata 2017-2022).

Wysokim wzrostom sprzedaży w wymienionych wyżej kanałach sprzyjać będą zmiany w zwyczajach konsumentów, którzy coraz częściej preferują dokonywanie mniejszych i częstszych zakupów w sklepach położonych blisko domu lub pracy ponad cotygodniowe wyprawy do hipermarketów. Konsumenci coraz częściej decydują się także na robienie w dyskontach zakupów kompleksowych, a nawet niespożywczych, czemu sprzyja rosnący asortyment tego typu sklepów. Nie bez powodu dwa pierwsze miejsca na liście sklepów, w których badani przez PMR robią zakupy zajęły Biedronka i Lidl, regularnie odwiedzane przez odpowiednio 61% i 29% respondentów.pmr-raport

Zmiany w przyzwyczajeniach konsumentów wpływają także na dynamicznie rosnącą popularność sklepów convenience. To specyficzny rodzaj małych sklepów spożywczych, które zaprojektowane zostały przede wszystkim z myślą o centrach wielkich miast. Posiadają dłuższe godziny otwarcia, ofertę gastronomiczną a także proponują dodatkowe usługi, takie jak np. możliwość opłacenia rachunków. Sklepy typu convenience zyskiwać będą dzięki zmianom w charakterystyce konsumpcji (brak czasu na samodzielne przygotowanie posiłków, korzystanie z oferty dań gotowych i gastronomii), a z drugiej dzięki zmianom demograficznym (rosnąca liczba małych, nawet jednoosobowych gospodarstw domowych), które skutkują dokonywaniem mniejszych zakupów.

O tym, że format convenience jest uważany za bardzo przyszłościowy może świadczyć fakt, że na początku 2017 r. lider tego kanału, Żabka Polska (właściciel sieci Żabka i Freshmarket) stał się bohaterem największej, szacowanej na 1,1 mld €, transakcji przejęcia w historii rynku spożywczego. Warto także podkreślić, że właściwie każdy większy gracz na rynku spożywczym testował lub ma w planach testy sklepu w formacie convenience. Rok 2016 pokazał także jaki będzie kierunek zmian w tym kanale – praktycznie wszyscy gracze postawili na rozszerzenie oferty gastronomicznej oraz dań gotowych.

pmr raport 2

Bartosz Bolecki, Ekspert Rynku Handlu Detalicznego

Firmowy samochód w sektorze MŚP to przede wszystkim narzędzie pracy

Jak wynika z badania Instytutu Keralla zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A., dla 93,2 proc. firm z sektora MŚP samochód służbowy to przede wszystkim narzędzie pracy. Mikro, mali i średni przedsiębiorcy coraz częściej zwracają również uwagę na inne aspekty związane z firmowymi autami.

Według 48,7 proc. przedstawicieli podmiotów z sektora MŚP służbowy samochód to także istotny element budowania wizerunku firmy. Dla 33 proc. ankietowanych auto pełni ponadto funkcję pozapłacowego benefitu, który dodatkowo motywuje pracowników. Z kolei nieco ponad 35 proc. respondentów deklaruje, że w ich firmach samochód jest narzędziem podkreślającym status pracownika.

Rola samochodów firmowych w sektorze MŚP – infografikaDla przedsiębiorców z sektora MŚP firmowy samochód to przede wszystkim narzędzie pracy. Najważniejsze, aby był funkcjonalny i ekonomiczny – twierdzi Ilona Ochęduszko, Zastępca Dyrektora Departamentu Account Management w Carefleet S.A. – Przedstawiciele mikro, małych i średnich firm coraz częściej zauważają również, że służbowe auto może być elementem budowania wizerunku marki. Z tego powodu w grupie tej  sukcesywnie rośnie zainteresowanie pojazdami klasy premium, które są jasnym komunikatem na temat dobrej kondycji finansowej przedsiębiorstwa, a także samochodami z napędami alternatywnymi. Auta hybrydowe i elektryczne wybierają przede wszystkim firmy, które chcą się pozycjonować jako innowacyjne i proekologiczne. Samochody nieoczywiste w biznesie, takie jak np. Mini Coopery, to z kolei doskonały sposób na zakomunikowanie kreatywności i nieszablonowego myślenia decydentów firmy, np. w branży reklamowej – dodaje.

Przedstawiciele firm transportowych znacznie częściej niż inni ankietowani zwracają uwagę na wizerunkową rolę floty. Ponad 63 proc. reprezentantów przedsiębiorstw z branży wskazało ten aspekt jako istotny w wyborze służbowych samochodów. Dla porównania, na kwestie wizerunkowe uwagę zwraca 46,2 proc. respondentów z firm produkcyjnych, 44,3 proc. z branży usługowej i 43,4 proc. z branży budowlanej.

Jak wynika z badania, samochód to narzędzie pracy dla 94,9 proc. średnich firm, 91,1 proc. małych i 72,5 proc. mikroprzedsiębiorstw.

Najmniejsze firmy częściej poszukują aut uniwersalnych, przeznaczonych nie tylko do pracy. W korporacjach i dużych przedsiębiorstwach każdy z samochodów pełni ściśle określoną funkcję. Inne auta wybierane są dla członków zarządu, inne dla kadry menedżerskiej, a jeszcze inne np. dla przedstawicieli handlowych. Podobnie sytuacja wygląda w sektorze MŚP w średnich flotach – mówi Ilona Ochęduszko. – Z kolei przedsiębiorcy, którzy posiadają jeden lub dwa firmowe samochody, poszukują kompromisu nie tylko pomiędzy autem funkcjonalnym i reprezentacyjnym, ale często również rodzinnym. Wynika to z faktu, iż samochody te wykorzystywane są przez właścicieli firm nie tylko do celów biznesowych, ale również do użytku prywatnego – dodaje.

Rynek kapitałowy świętuje 200-lecie Giełdy w Polsce

24 maja br. o godz. 18:00 w Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II odbyła się Jubileuszowa Gala z okazji 200-lecia powstania Giełdy w Polsce. To właśnie w budynku przy Placu Bankowym 1 w Warszawie, zaprojektowanym przez włoskiego architekta Antonio Corazziego, miała siedzibę Giełda Kupiecka w latach 1828-1876.

W uroczystości udział wzięli przedstawiciele najważniejszych instytucji rynku kapitałowego – emitentów, domów maklerskich, banków oraz organizacji i stowarzyszeń branżowych. Gośćmi honorowymi wydarzenia byli Prezydent RP Andrzej Duda oraz Minister Rozwoju i Finansów Mateusz Morawiecki.

Giełda Papierów Wartościowych ma za sobą 200 lat istnienia, w czasie których wyraźnie odcisnęła swoje piętno na polskiej gospodarce i przyczyniła się do rozwoju Polski. Jestem przekonany, że GPW ma przed sobą również obiecującą przyszłość i czeka ją dalszy wzrost. Hossa, która utrzymuje się od listopada, to dobra wiadomość nie tylko dla inwestorów, to również optymistyczna prognoza dla całej gospodarki. Stara zasada mówi, że Giełda wyprzedza to, co się dzieje w gospodarce o 2-3 kwartały. Dalszy rozwój Giełdy zajmuje szczególne miejsce w polityce gospodarczej rządu i Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju – powiedział Wicepremier, Minister Rozwoju i Finansów Mateusz Morawiecki.

Pierwsza Giełda powstała 12 maja 1817 r. w Królestwie Polskim i zwana była wówczas Giełdą Kupiecką. Była jedną z pierwszych nowożytnych giełd w Europie, a od największej na świecie giełdy nowojorskiej jest młodsza jedynie o 65 dni. Giełda od początku istnienia napędzała polską gospodarkę, wspierała ważne dla kraju infrastrukturalne przedsięwzięcia i kształtowała kolejne pokolenia wizjonerów.

Mimo wielu dramatycznych momentów w naszej historii na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci, Giełda była jednym z fundamentów naszej państwowości, była także barometrem nastrojów i odzwierciedleniem zainteresowań biznesowych Polaków.

– Przez dwa stulecia polska Giełda odgrywała istotną rolę społeczną i gospodarczą. Każda historia ma swoich bohaterów, a bohaterem warszawskiej Giełdy jest człowiek – polski Przedsiębiorca. Obecnie GPW, wspólnie ze wszystkimi uczestnikami rynku kapitałowego, ma szansę stać się wehikułem dla rozwoju, innowacyjności i konkurencyjności polskich firm. Do tej pory patrzyliśmy z przyjemnością na zagraniczne giełdy, które obchodziły swoje jubileusze i jesteśmy dumni, że GPW właśnie w tym roku dołącza do tego elitarnego grona – powiedział Jarosław Grzywiński, p.o. Prezes Giełdy Papierów Wartościowych.

Jubileusz Giełdy w Polsce to nie tylko okazja do przypomnienia najważniejszych postaci i wydarzeń, które wpływały na jej kształt przez ostatnie dwa stulecia, ale też dobry moment na podsumowanie ostatnich dokonań i spojrzenie w przyszłość.

Obecnie warszawska Giełda Papierów Wartościowych to  jedna z najszybciej rozwijających się giełd w Europie Środkowo- Wschodniej. Na GPW notowanych jest obecnie ponad 880 spółek o łącznej kapitalizacji ok. 350 mld USD. Grupa Kapitałowa GPW oferuje dostęp do szerokiej gamy instrumentów udziałowych, pochodnych, dłużnych i strukturyzowanych. Od lutego 2012 r. częścią Grupy Kapitałowej jest Towarowa Giełda Energii, na której dokonuje się obrót energią elektryczną, gazem ziemnym, prawami majątkowymi, będącymi elementem wsparcia odnawialnych źródeł energii, kogeneracji i efektywności energetycznej oraz gwarancjami pochodzenia i uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla. Od 26 lat GPW stanowi rynek pierwszego wyboru dla inwestorów krajowych i zagranicznych w Europie. Od 9 listopada 2010 r. GPW jest spółką publiczną notowaną na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Polski rynek kapitałowy z optymizmem patrzy w przyszłość, a obecny Zarząd GPW podejmuje wszelkie działania mające na celu jego integrację i rozwój z korzyścią dla wszystkich jego uczestników – powiedział Jarosław Grzywiński, p.o. Prezes Zarządu GPW.

W ostatnim czasie warszawska Giełda odnosi kolejne sukcesy. W kwietniu 2017 r. kapitalizacja krajowych spółek osiągnęła rekordowy poziom ponad 660 mld złotych. Rynek cały czas utrzymuje się w trendzie wzrostowym. Giełda notuje znaczący wzrost obrotów i ustanawia rekordy, m.in. podczas kwietniowych debiutów spółek takich jak Dino Polska i Griffin Premium RE.. Cieszy również rosnące zainteresowanie inwestorów indywidualnych.

Dolar słabszy po minutes, bezrobocie w Polsce, PKB w Wielkiej Brytanii

O czym myśli FED?

Wczoraj wieczorem został opublikowany protokół z posiedzenia FOMC. Co prawda nie zabrakło niespodzianek, jednak reakcja na rynku walutowym była ograniczona. Przede wszystkim inwestorzy dostali potwierdzenie podwyżki stóp procentowym “w niedługim czasie”. Sformułowanie to zostało odczytane jako zapowiedź czerwcowego ruchu. Perspektywa zmiany kosztu pieniądza w drugim półroczu, jednak się oddaliła, ponieważ członkowie FOMC, chcą najpierw upewnić się, że ostatnia zadyszka gospodarki jest tylko chwilowa. FED, zamiast kolejnych podwyżek woli zająć się redukcją sumy bilansowej. Największą ciekawość wzbudził jednak komunikat o poziomie wycen “niektórych aktywów”, który ma być “niepokojący”. Nie zostało sprecyzowane, o jaką klasę aktywów chodzi, jednak potencjalnych baniek spekulacyjnych nie brakuje. Odczyt protokołu spowodował kolejne osłabienie dolara, kurs EURUSD wrócił powyżej poziomu 1,12.

Dane GUS-u.

Złoty po wczorajszym umocnieniu, dziś oddaje część ruchu. W nocy notowania par złotówkowych dotarły do ważnych wsparć, które po raz kolejny okazały się pretekstem do zmiany kierunku. Euro drugi raz w tym miesiącu próbowało sforsować poziom 4,16 zł, niepowodzenie tego ruchu zarysowało formację podwójnego dna, co może być impulsem do zakończenia trendu. Z kolei dolar zatrzymał się na ważnych psychologicznie poziomie 3,70 zł, co również może skutkować ruchem w górę. Dzisiaj poznamy odczyt GUS-u dotyczący stopy bezrobocia. Rynki są już jednak przyzwyczajone do optymistycznych wieści z polskiego rynku pracy, więc wpływ tego odczytu będzie raczej ograniczony.

PKB i zasiłki.

Ze względu na święto Wniebowstąpienia w Szwajcarii, Szwecji oraz Norwegii jest dzień wolny. Pozostałe rynki działają jednak normalnie. W Europie najwięcej uwagi będą skupiać odczyty dotyczące wzrostu PKB. O 9:00 opublikowany został wskaźnik dla Hiszpanii, gdzie wzrost okazał się zgodny z oczekiwaniami i wyniósł równe 3%. Później poznamy zrewidowany wynik dla Wielkiej Brytanii. Analitycy spodziewają się odczytu powyżej poziomu 2%. Najważniejszym odczytem powinien być jednak ten, dotyczący zasiłków dla bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych. Tu spodziewany jest lekki wzrost, względem poprzedniego tygodnia. Rynek powoli będzie jednak kierował swoją uwagę już na jutrzejszy odczyt dotyczący rewizji amerykańskiego PKB.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

ABS Investment S.A. publikuje prognozy finansowe na 2017 r.

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, przedstawiła prognozy finansowe na 2017 r. Emitent zamierza również wypłacić dywidendę w kwocie 0,04 zł na akcję.

Spółka prognozuje, że osiągnie w 2017 r. zysk brutto na 1 akcję w przedziale 0,50 – 0,60 zł. Natomiast wartość aktywów ABS Investment S.A. (wraz z należnościami ze sprzedaży aktywów) na 1 akcję ma wynieść na koniec 2017 r. od 4,50 zł do 5,00 zł. Sporządzone przez Zarząd Emitenta prognozy finansowe zostały oparte na przewidywanych wynikach z działalności inwestycyjnej, m.in. realizowanym obecnie i planowanym zyskiem ze zbycia inwestycji, otrzymanych dywidendach od spółek portfelowych, realizowanych nowych inwestycjach. W 2016 r. Spółka zrealizowała opublikowane prognozy finansowe, które zakładały, że jej zysk brutto na 1 akcję wyniesie 0,50 – 0,55 zł, a wartość aktywów (wraz z należnościami ze sprzedaży aktywów) na 1 akcję na koniec 2016 r. ukształtuje się na poziomie od 3,60 zł do 4,00 zł.

„Moja strategia zarządzania ABS nie ulegnie zmianie. Priorytetem jest budowanie wzrostu wartości firmy, umacnianie rozpoznawalności brandu przy jednoczesnym utrzymaniu zróżnicowanego portfela. Nieodłącznym elementem strategii ABS jest również systematyczna wypłata dywidendy oraz skup akcji własnych, szczególnie przy ich wycenie na poziomie poniżej połowy wartości księgowej. W portfelu ABS widzę duży potencjał wzrostu, dlatego po raz kolejny zdecydowałem się na publikację bardzo ambitnych prognoz. Jako manager dobrze się czuję w sytuacji, kiedy dążę do konkretnego i z góry wyznaczonego celu. 40 mln zł aktywów na koniec 2017 roku i ich 20% wzrost w kolejnym roku to byłby wynik, który sprawiłby mi ogromną satysfakcję.” – podkreśla Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

Zarząd ABS Investment S.A. zarekomendował Zwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy Spółki wypłatę dywidendy z zysku za 2016 r. w wysokości 0,04 zł na akcję. Emitent zamierza przeznaczyć na ten cel łącznie kwotę 320 tys. zł. Rok temu Spółka wypłaciła dywidendę z zysku w wysokości 0,06 zł na akcję, a dwa lata temu w wysokości 0,03 zł na akcję. Coroczne dzielenie się wypracowanym zyskiem z Akcjonariuszami stanowi jeden z elementów strategii rozwoju ABS Investment S.A.

„Priorytetem jest dla nas wartość, a polityka dywidendowa wzmacnia wartość oraz wiarygodność Spółki. Szybki wzrost aktywów wymaga oczywiście znacznej redystrybucji środków. Aktualnie poziom naszego nasycenia inwestycyjnego jest spory. Wynika to z bardzo dużej liczby ciekawych i atrakcyjnych projektów, jakie trafiły do ABS w ostatnim roku. Dodatkowo środki zostały uszczuplone przez wypłatę dywidendy, skup akcji własnych i redukcję zadłużenia kredytowego w banku. Na wykup lipcowych obligacji środki mamy zabezpieczone od dawna. Dlatego proponuję w tym roku wypłatę dywidendy na poziomie niższym niż przed rokiem.” – dodaje Prezes Jarosz

W 1 kw. 2017 r. Emitent wypracował 0,6 mln zł zysku netto, co było efektem m.in. prowadzenia skutecznej działalności inwestycyjnej. Zarząd Spółki koncentruje swoje działania na analizie nowych projektów oraz przebudowie składu portfela inwestycyjnego. Główny nacisk jest kładziony na selekcję i wybór podmiotów, które mogą kooperować z innymi spółkami z grupy, wzmacniając tym samym efekty synergii. Spółki portfelowe mogą również liczyć na wsparcie kapitałowe ze strony ABS Investment S.A. w postaci pożyczek oraz współpracy w działalności handlowej.

ABS Investment S.A. zanotowała w 2016 r. zysk netto w wysokości ponad 3.215 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie ponad 1 mln zł. W kwietniu br. Spółka zakończyła z sukcesem emisję obligacji serii B, z której pozyskała środki w kwocie 2 mln zł, a inwestorzy objęli wszystkie ofertowane obligacje. Emitent realizuje także dwa programy skupu akcji własnych – skup A prowadzony poprzez transakcje sesyjne na rynku NewConnect oraz skup B realizowany w ramach umów cywilnoprawnych poza rynkiem.

FOMC nie spełnił oczekiwań, teraz kolej na OPEC

Dolar nie znalazł wsparcia w protokole FOMC i jego atrakcyjność dla inwestorów pozostaje niska. Dziś w centrum uwagi jest decyzja OPEC o wydłużeniu cięcia wydobycia, wokół której rynek zbudował wysokie oczekiwania. Złoty pozostaje silny, choć przychodzi to z trudem i przy niskiej aktywności uczestników rynku.

Protokół z posiedzenia FOMC miał neutralny wydźwięk, ale tym samym nie spełnił oczekiwań części rynku, która stała za wczorajszym podkupywaniem dolara. Jedyną jastrzębią przesłanką była głębsza dyskusja na temat redukcji sumy bilansowej, która zwiększa szanse, że zarys strategii będzie przedstawiony już we wrześniu (a nie dopiero na koniec roku). Słabość inflacji i innych wskaźników gospodarczy przez większość członków Komitetu dalej jest odbierana jako przejściowa, za to siła rynku pracy może skłaniać do agresywniejszego zacieśniania polityki. Ogólnie czerwcowa podwyżka stóp procentowych pozostaje niezagrożona. Jednak z punktu widzenia rynku USD widzieliśmy umiarkowane osłabienie, które odzwierciedla odwrócenie pozycjonowania z poprzednich godzin. USD pozostaje nieatrakcyjny dla inwestorów ze względu na ryzyko polityczne, a minutki nic nie zmieniły w tej materii. Ratunkiem może być dopiero seria solidnych danych z USA, ale ISM i raport z rynku pracy są dopiero pod koniec przyszłego tygodnia.

Rynek walutowy powinien dziś respektować ustalone wcześniej zakresy wahań, a uwaga skupi się na ropie naftowej. Spotkanie państw OPEC i spoza kartelu kończy się dziś konferencją prasową o 17:00, ale od dobrych kilku dni delegaci nie mogą się powstrzymać od kontaktu z prasą, tym samym budując oczekiwania. Niemal pewnym jest przedłużenie porozumienia o redukcji wydobycia (obecne wygasa w czerwcu), pytaniem jest: na jak długo? Wymienia się 6, 9 i 12 miesięcy, ale większość doniesień wskazuje na 9, zatem wszystko poniżej będzie rozczarowaniem. Biorąc pod uwagę, że tylko w ostatnim tygodniu ropa WTI zyskała 7 proc. na rozbudowanych nadziejach, teraz decyzja nie wzbudzi wielkiej euforii. Wstępny skok optymizmu jest bardzo prawdopodobny, ale tak samo jak chęć „sprzedaży faktów” i realizacji zysków.

Reszta kalendarza nie oferuje mocnych punktów. Rewizja PKB Wielkiej Brytanii nie powinna przynieść zmiany wstępnego odczytu. Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych z USA są drugorzędną pozycją. Z Polski stopa bezrobocia za kwiecień powinna przynieść poprawę rekordowego minimum do 7,7 proc. z 8,1 proc. w marcu. Dla złotego nie będzie to przełomowy odczyt, choć przy utrzymujących się dobrych nastrojach na rynkach zewnętrznych EUR/PLN złamał wczoraj kluczowe wsparcie na 4,18. Mimo to nie widać silnego wzrostu apetytu do gonienia umocnienia złotego – rynek albo stoi w miejscu (jak we wtorek), albo nagle dokonuje zwrotu. Teraz możemy zatrzymać się przy 4,17, a w przypadku nowego szoku możemy łatwo wrócić wyżej (jak to miało miejsce w ubiegłym tygodniu).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zwolnienie z pracy jako nowy start – outplacement

Pracownicy, którzy muszą pożegnać się z wieloletnią pracą, często upatrują przyczyny takiej sytuacji w sobie. Dobry program outplacementu pomoże im przyjąć bardziej realistyczną perspektywę oraz sprawi, że zmiana pracy stanie się szansą na rozpoczęcie nowego i interesującego etapu w życiu.

Outplacement, to inaczej zwolnienia monitorowane. Pod tą nieco tajemniczą nazwą kryje się program polegający na udzieleniu pomocy oraz wsparcia pracownikom zwalnianym z „winy pracodawcy”. Pomoc ta powinna dotyczyć przede wszystkim poszukiwania nowych możliwości zatrudnienia.

Dla kogo outplacement?

Zgodnie z Ustawą o promocji zatrudnienia pracodawca, który zamierza zwolnić co najmniej 50 pracowników w ciągu 3 miesięcy, zobowiązany jest do zorganizowania dla zwalnianych osób programu, który może zostać zrealizowany przez urząd pracy, agencję zatrudnienia lub wyspecjalizowane firmy. Program finansowany jest głównie przez pracodawcę lub w porozumieniu pracodawcy z odpowiednimi jednostkami.

Jednak coraz częściej outplacement dobrowolnie organizują również te firmy, które nie są do tego zobligowane przepisami prawa. Robią tak zarówno z troski o pracowników, jak i po to, by ochronić swój dobry wizerunek.

– Musimy mieć świadomość, że nastaje rynek pracownika. W czasach mediów społecznościowych niezadowoleni pracownicy, a już szczególnie ci, którzy otrzymali wypowiedzenie, natychmiast podzielą się swoją sytuacją z innymi – zauważa Anna Grzywaczyk, dyrektor ds. projektów HR w firmie doradczej WNCL. – Program outplacementowy wpływa też na osoby, które pozostają w firmie, dając im jasny sygnał, że w razie konieczności dalszych zwolnień, żaden pracownik nie zostanie pozostawiony sam sobie – dodaje.

Outplacement może obejmować wiele różnych form pomocy, w tym m.in. doradztwo psychologiczne, doradztwo zawodowe, pomoc w szukaniu nowego miejsca pracy, określenie optymalnej ścieżki rozwoju zawodowego i osobistego, finansowanie kursów doszkalających, doradztwo w zakresie rozpoczęcia własnej działalności gospodarczej, doradztwo prawne, pomoc w przeprowadzce do nowego miejsca zamieszkania, pomoc w kształtowaniu profesjonalnego wizerunku czy też w poprawnym przygotowaniu atrakcyjnego CV.

Jak outplacement pomaga pracownikom?

Outplacement daje szansę na złagodzenie u pracownika stresu związanego z utratą pracy. Ale na tym oczywiście nie koniec. Najlepszym rezultatem dobrze przeprowadzonego programu będzie znalezienie nowej pracy i to jeszcze w okresie trwania programu. Jest to oczywiście cel najbardziej pożądany, ale nie zawsze możliwy do osiągnięcia w tak krótkim czasie. Program trwa bowiem maksymalnie kilka miesięcy, podczas gdy średni okres poszukiwania pracy w Polsce wynosi około 12 miesięcy.

Program powinien koncentrować się na takich aspektach, które pozwolą pracownikowi zwiększyć jego szanse na znalezienie zatrudnienia w możliwie najkrótszym czasie. Ważne, aby uczestnik programu wykorzystał wszystkie dostępne możliwości, aby wyróżnić się spośród innych kandydatów na rynku pracy.

Konsultant przydzielony pracownikowi w ramach programu powinien zadbać, by pracownik wyznaczył sobie krótkie i długoterminowe plany zawodowe. Ważne, aby określił listę potencjalnych pracodawców, nauczył się skutecznie poszukiwać pracy, odbudował lub rozbudował kontakty, które mogą mu pomóc w znalezieniu nowego zatrudnienia.

Pracownik powinien także przygotować się do rozmów rekrutacyjnych i nauczyć się negocjowania warunków zatrudnienia. Nie mniej istotne jest również to, aby w zaistniałej sytuacji znalazł pozytywne strony, zbudował lub odświeżył swój wizerunek, odzyskał wiarę w swoje możliwości i rozpoznał mocne strony.

– Trzeba pamiętać, że w programie outplacementu mogą znaleźć się osoby, które w jednej organizacji pracowały 10 czy 20 lat. Czasami zupełnie nie wiedzą jak bardzo w tym czasie zmienił się rynek pracy i jak się na nim poruszać. Ważne więc, aby program otworzył zwalnianych pracowników na nowe możliwości. Warto dążyć do sytuacji, w której pracownik będzie miał poczucie, że właśnie dzięki zwolnieniu zaczął nowy etap w swoim życiu – mówi Anna Grzywaczyk.

Właściwie przeprowadzony program pozwoli pracownikowi poczuć się docenionym oraz dojrzeć powód zwolnienia w czynnikach, na które nie miał wpływu.

Jak outplacement pomaga firmie?

Wdrożenie systemu łagodnych zwolnień może przynieść wiele korzyści także firmie, która zdecydowała się na redukcję zatrudnienia. Organizacje korzystające z projektów outplacementowych notują mniej pozwów sądowych ze strony zwalnianych pracowników (a co za tym idzie, zasądzonych odszkodowań), a to bardzo wymierna korzyść z programu.

Dzięki uczciwemu przedstawieniu przyczyn zwolnienia, pracodawca zmniejsza ryzyko rozpowszechniania przez zwolnionego pracownika negatywnych opinii. W konsekwencji, outplacement pomaga zachować wizerunek dobrego pracodawcy zarówno w otoczeniu wewnętrznym  jak i zewnętrznym, a to oznacza, że firma nadal może być dobrze postrzegana przez klientów, instytucje rynku pracy i lokalną społeczność.

– Z naszych doświadczeń wynika, że krótkoterminowo oferta takiego programu nie tylko zmniejsza absencję zwalnianych pracowników w ostatnich miesiącach czy tygodniach pracy, ale ma także pozytywny wpływ na poziom ich motywacji i zaangażowania do końca zatrudnienia. Outplacement maksymalizuje więc szansę na osiągnięcie założonych celów organizacji, pomimo zwolnień pracowników – mówi Iwona Wencel, prezes WNCL.

Dzięki przeprowadzeniu programu outplacementowego również pozostający w firmie pracownicy otrzymują dowód, że nawet jeśli firma podejmuje trudne decyzje, to wspiera swoich pracowników i pomaga im w znalezieniu nowego zatrudnienia. To buduje poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do firmy, co przy konieczności podjęcia następnych tego typu działań może uchronić przed kosztami zwiększonej absencji, utraty talentów czy spadku motywacji.

Samodzielnie czy na zlecenie?

To, czy outplacement zostanie przeprowadzony własnymi siłami, czy przez wyspecjalizowaną firmę zewnętrzną, nie musi być decydujące dla jakości całego procesu. Warto jednak zauważyć, że program realizowany przez firmę dokonującą zwolnień może być dodatkowym obciążeniem dla działów personalnych, które nie mają doświadczenia w prowadzeniu tego typu działań.

Outplacement zlecony firmie zewnętrznej zapewnia większy obiektywizm oraz doświadczenie ekspertów. Niestety jednak, takie rozwiązanie oznacza również wyższe koszty, przez co można je polecić głównie dużym firmom. Dlatego ostateczna decyzja może zależeć od finansowych możliwości organizacji.

Najważniejsze jednak, aby taki program w ogóle przeprowadzić. Najlepiej uznać, że ze względu na wieloletnią współpracę, zwalnianym pracownikom pomoc pracodawcy w tak trudnym momencie po prostu się należy. A na dobrze przeprowadzonym outplacemencie skorzystają przecież obydwie strony.

Polska Agencja Inwestycji i Handlu ważnym filarem Planu Morawieckiego

Polska Agencja Inwestycji i Handlu to ważny filar wpisany w Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju, dotyczący ekspansji zagranicznej. Już niedługo będzie promować polskich przedsiębiorców i koordynować politykę gospodarczą poza granicami naszego kraju. Nowe tzw. trade office, czyli zagraniczne biura handlowe sygnowane marką PAIH powstały m. in. w San Francisco i w Meksyku. Jest to jeden z ważniejszych czynników, który przysłuży się rozpoznawalności polskich marek i przedsiębiorców na rynkach międzynarodowych. Będziemy również udzielać wsparcia kredytowego i analitycznego dla rozpoczynających działalność na nowych rynkach.

Będą to skoordynowane działania skierowane nie tylko do największych firm – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Mickiewicz, przedstawiciel Ministerstwa Rozwoju – W dużej mierze będą przeznaczone dla mniejszych przedsiębiorców z bardzo specyficznymi produktami, z którymi powinni wychodzić na nowe rynki zagraniczne lub dla tych, którzy po prostu nie mieszczą się już na rynku polskim ze swoimi towarami.

Działania PAIH będą skierowane do wszystkich przedsiębiorstw, aby pomóc im w ekspansji zagranicznej oraz promować ich nowe myśli technologiczne oraz innowacyjne produkty, z czym dotychczas mieli problemy. Brexit, przegrane grudniowe referendum premiera Renzi’ego we Włoszech, kryzys na Ukrainie i wybory we Francji – te wszystkie wydarzenia mogą mieć wpływ na politykę gospodarczą naszego kraju. Polska jako kraj członkowski UE jest ściśle związana z gospodarką europejską, jak i światową. Wszelkie tąpnięcia na rynkach finansowych, chociażby w Stanach Zjednoczonych, a także zmiany gabinetowe mogą spowodować wahnięcia także na rynku polskim. Mimo to nasza gospodarka pozostaje stabilna makroekonomicznie i finansowo. Rośnie produkcja i eksport, zwiększają się dochody polskich rodzin i przedsiębiorców. Najbliższe miesiące, jak i lata są więc jak najbardziej optymistyczne.

Rolls-Royce w Ropczycach pod Rzeszowem, LG, Daimler i Toyota to największe i najważniejsze marki, które udało nam się zaangażować w zeszłym i obecnym roku. Bardzo ważne jest dla nas, aby zachęcać zagraniczne firmy do inwestycji w naszym kraju, ale także aby inwestorzy ci wnosili wartość dodaną do naszej gospodarki. Powinni przychodzić do nas z nowymi technologiami, reinwestować swoje zyski w Polsce, a nie wyprowadzać je za granicę. Jest to też ważne pod kątem wsparcia dla naszych rodzimych przedsiębiorców w zakresie ekspansji krajowej i zagranicznej. Temu mają służyć strategiczne elementy Planu na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, jak Konstytucja dla Biznesu, w tym ważne Prawo Przedsiębiorców, także 100 Zmian dla Firm, Ulga na Start, Pakiet Wierzycielski czy Ustawa Deregulacyjna. Zmiany te mają ułatwić prowadzenie działalności gospodarczej na rynku krajowym. Dzięki temu rośnie nasza pozycja w Unii Europejskiej i na świecie.

Jesteśmy bardzo szybko rozwijającą się gospodarką wśród krajów członkowskich UE. Rośnie eksport, inwestycje i przemysł, a także dochody Polaków – wyjaśnił Mickiewicz.

Dane osobowe na wagę złota? Nowe regulacje zmienią układ sił pomiędzy konsumentami a firmami

Aż 95 proc. badanych deklaruje, że podczas robienia zakupów lub podejmowania decyzji o wyborze usługi zwraca uwagę na to, czy wymaga się od nich podania danych osobowych. Blisko połowa z nich ma negatywny stosunek do ich udostępniania instytucjom lub firmom, a 83 proc. przynajmniej raz zrezygnowało ze skorzystania z usługi po zapoznaniu się z warunkami przetwarzania danych osobowych. Ta niechęć może być związana z faktem, że ponad połowa internautów (58 proc.) spotkała się z nieodpowiednim w ich odczuciu wykorzystaniem własnych danych. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Ochrona danych osobowych oczami polskich konsumentów” zaledwie 16 proc. badanych otrzymało kiedykolwiek informację o naruszeniu poufności ich personaliów. Tymczasem dokładnie za rok, 25 maja 2018 r. zaczną obowiązywać przepisy unijnego rozporządzenia RODO, które znacznie utrudnią firmom zbieranie danych osobowych oraz zrewolucjonizują ich przechowywanie i przetwarzanie.

Blisko połowa Polaków (46 proc.) ma negatywny stosunek do udostępniania danych osobowych instytucjom lub firmom i stara się ograniczać je do absolutnego minimum. Ponad dwie piąte ankietowanych (43 proc.) dzieli się nimi niechętnie, nawet gdy w zamian oferowana jest im jakaś korzyść w postaci nagrody, bonu, rabatu czy wartościowej treści. Tylko co piąta osoba wykazuje pozytywny stosunek do dzielenia się swoimi danymi. Jak wynika z badania Deloitte wraz z wiekiem i poziomem wykształcenia sceptyczna postawa względem dzielenia się swoimi danymi wzrasta.

„Coraz większa niechęć do udostępniania danych osobowych może wiązać się nie tylko z obawą o niewłaściwe ich wykorzystanie i naruszenie zasad prywatności, ale także z częstotliwością prób zdobycia tych danych, z jaką spotykają się konsumenci” –  mówi Joanna Miernik, Menedżer w dziale doradztwa strategiczno-technologicznego Deloitte Digital. „Zbyt częste próby wyłudzenia zgody na przetwarzanie danych mogą spowodować negatywny stosunek konsumentów do marki. Firmy powinny podejść do tego zadania w sposób bardzo wyważony. Warto przemyśleć i opracować odpowiednią politykę kontaktów z klientem, tak aby działania mające na celu poprawę efektywności biznesowej firmy przy okazji nie spowodowały negatywnych doświadczeń konsumentów” – dodaje.

Dane udostępniane i źle wykorzystane

Niemal każdy ankietowany (95 proc.) podczas robienia zakupów lub podejmowania decyzji o wyborze usługi zwraca uwagę na to, czy wymaga się od niego podania danych osobowych. Podając je, najbardziej obawiamy się natarczywego dzwonienia telemarketerów (55 proc.) oraz tego, że ktoś się pod nas podszyje (50 proc.). Blisko połowa badanych darzy ograniczonym zaufaniem firmy i instytucje, które zbierają dane osobowe swoich klientów – 45 proc. sądzi, że firmy potrzebują tych danych po to, by następnie sprzedać je innym podmiotom. „Obawy te są słuszne, choć firmy nie zawsze udostępniają dane klientów innym podmiotom dobrowolnie. Cyberprzestępcy sięgają po nie sami. Dane osobowe, finansowe oraz nasze identyfikatory i hasła do serwisów internetowych to informacje, które najczęściej padają ich łupem. Przestępcy wykorzystują je do opróżniania rachunków bankowych lub zaciągania kredytów w naszym imieniu” – wyjaśnia Marcin Lisiecki, Menadżer w dziale cyberbezpieczeństwa Deloitte.

W trakcie ostatniego miesiąca większość Polaków przynajmniej raz spotkała się z prośbą podania swoich danych osobowych (81 proc.) – czy to podczas zakupów, czy też innych czynności takich jak: korzystanie z aplikacji, gier lub pobieranie plików. Taką zgodę, przynajmniej raz, wyraziło siedmiu na dziesięciu internautów (69 proc.). Respondenci zostali także zapytani, czy kiedykolwiek padli ofiarą nieodpowiedniego w ich odczuciu wykorzystania swoich danych. Twierdząco odpowiedziało aż 58 proc., przy czym szczególnie niepokojący wydaje się fakt, że aż jedna trzecia (34 proc.) doświadczyła tego co najmniej kilkukrotnie. Nie dziwi więc, że aż 83 proc. respondentów przynajmniej raz podjęło decyzję o rezygnacji ze skorzystania z usługi po zapoznaniu się z warunkami przetwarzania danych osobowych lub po zorientowaniu się, że usługa będzie związana z prezentowaniem spersonalizowanej oferty handlowej.

RODO – sprzymierzeniec praw konsumentów?

Raport Deloitte pokazuje, że polscy konsumenci bardzo selektywnie podchodzą do udostępniania danych osobowych podmiotom zewnętrznym, a ich świadomość w tym zakresie jest wysoka. W walce o ochronę danych osobowych, mieszkańcy UE, dokładnie za rok, zyskają poważnego sprzymierzeńca w postaci unijnych przepisów. Od 25 maja 2018 r. zacznie obowiązywać Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych (tzw. RODO). Rozporządzenie to dotyczy wszystkich, którzy przetwarzają dane osobowe w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą. RODO rozszerza zakres obowiązków podmiotów przetwarzających dane, ale też wyposaża osoby fizyczne i organy nadzorujące w skuteczne narzędzia reagowania w sytuacji naruszenia rozporządzenia. Kary administracyjne nałożone na skutek złamania przepisów rozporządzenia mogą wynieść do 20 mln euro lub w przypadku przedsiębiorców do 4 proc. całkowitego rocznego światowego obrotu z poprzedniego roku obrotowego.

Raport Deloitte wskazuje, że połowa internautów ma za sobą nie tylko doświadczenie związane z udostępnianiem swoich danych osobowych, ale również z wystąpieniem do firmy o usunięcie ich z jej baz. Co trzeci respondent (34 proc.) deklaruje, że co najmniej raz podjął aktywne działanie w celu uzyskania informacji na temat posiadanych przez podmiot komercyjny danych osobowych na jego temat. Zdecydowana większość internautów nie posiada jednak takich doświadczeń (66 proc.). Tymczasem w krajach Europy Zachodniej takie żądania są popularne i stanowią dla przetwarzających bardzo duże obciążenie. „Dane osobowe żądającego są bowiem często zlokalizowane w wielu różnych miejscach. Konsekwencje błędu przy realizacji żądania mogą być poważne, np. w Wielkiej Brytanii kary za nieprawidłowości przy realizacji żądań dostępu do danych sięgają kilkudziesięciu tysięcy funtów. Po wejściu w życie RODO podobne sankcje będą groziły polskim przedsiębiorcom, więc zawczasu powinni oni przygotować odpowiednie procedury” – mówi Maciej Marek, Senior Associate, adwokat z Deloitte Legal.

(Nie) kontrolowany wyciek danych

W ocenie większości respondentów (60 proc.) informacje o celach przetwarzania i inne informacje podawane przez firmy przy zbieraniu danych osobowych są z reguły przejrzyste i zrozumiałe. Niemniej dla wielu osób ich zrozumienie stanowi spore wyzwanie. „RODO wymaga, aby wszelkie komunikaty związane z przetwarzaniem były przedstawione w zwięzłej, przejrzystej, zrozumiałej i łatwo dostępnej formie. Niespełnienie tych kryteriów może prowadzić na przykład do bezskuteczności zebranych zgód i konieczności usunięcia zgromadzonych danych” – wyjaśnia Maciej Marek.

Użytkownicy Internetu są jednogłośni, co do oczekiwań względem firm, którym zdarzyłby się wyciek danych osobowych części jej klientów – uważają, że nie powinny ukrywać tej informacji. Różnią się natomiast odnośnie tego, kto powinien być informowany o takiej sytuacji – najwięcej osób opowiada się za tym, by informacja ta była powszechna (44 proc.), a 35 proc. jest zdania, że taka informacja powinna trafić tylko do klientów. Zaledwie 16 proc. badanych zostało kiedykolwiek zawiadomione o naruszeniu poufności (np. w wyniku włamania, wycieku) ich danych osobowych. „To niewiele, zważywszy na nałożony przez RODO obowiązek informowania organu nadzoru o naruszeniu, nie później niż w ciągu 72 godzin po stwierdzeniu naruszenia. Zawiadomienie to z reguły będzie musiało zostać skierowane również do osoby, której dane dotyczą. Oznacza to w praktyce konieczność wprowadzenia przez firmy procedury zgłaszania incydentów” – mówi Agata Jankowska-Galińska, Senior Managing Associate, radca prawny w kancelarii Deloitte Legal.

Pozaspożywczy handel liderem w skutecznym zarządzaniu doświadczeniami klientów w Polsce

Firmy z branży pozaspożywczego handlu detalicznego zostały najwyżej ocenione przez polskich konsumentów, którzy w badaniu przeprowadzonym przez KPMG wyrazili swoje opinie na temat doświadczeń w kontaktach z markami, ich produktami, a także w procesie zakupu i obsługi klienta (ang. customer experience). Analiza wiodących praktyk na rynku polskim wskazuje, że dbałość o klienta się opłaca – dynamika wzrostu przedsiębiorstw skutecznie zarządzających doświadczeniami swoich klientów jest szybsza od konkurentów. Wśród zestawienia Top 100 Brands w oczach polskich konsumentów silnie reprezentowane są marki budowane w Polsce, co wskazuje na tendencję, że klienci coraz bardziej doceniają rodzimych dostawców, którzy potrafią już bardzo skutecznie konkurować w zakresie doświadczeń konsumenckich – wynika z badania KPMG przeprowadzonego po raz pierwszy w Polsce na próbie ponad 5 000 konsumentów.

Konsumenci w Polsce ocenili m.in. swoje doświadczenia w interakcjach z markami w podziale na 9 branż. Analiza odpowiedzi ponad 5 000 respondentów wskazuje, że polscy konsumenci mają najlepszą opinię na temat doświadczeń, jakie oferują im marki z sektora pozaspożywczego handlu detalicznego.

– Jednym z kluczowych źródeł tak dobrych wyników tej branży jest bardzo wysoki poziom konkurencji, który z kolei stawia przed handlowcami wyśrubowane wymagania pod względem dbałości o całościowe, pozytywne doświadczenia klientów. Duża część podmiotów działających w sektorze handlu pozaspożywczego, obserując dynamiczny rozwój sprzedaży w kanale online, szybko zrozumiała, że musi dostosować się do oczekiwań klienta – mówi Jerzy Kalinowski, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Wysokie oceny uzyskały również firmy z sektorów podróży i gastronomii. Polacy niżej oceniają swoje doświadczenia z przedsiębiorstwami oferującymi bardziej złożone produkty i usługi, w przypadku których interakcje na linii klient-marka mają skomplikowany, częsty i długoterminowy charakter.Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim”

Rodzimi dostawcy doceniani przez polskich konsumentów

W zestawieniu 100 najlepiej ocenionych przez konsumentów marek w obszarze zarządzania doświadczeniami klientów znalazło się stosunkowo dużo marek o polskich korzeniach. Aż połowa docenionych przez konsumentów firm powstała w Polsce.

– Pokazuje to, że po pierwszym okresie transformacji polityczno-gospodarczej i zachwycie dostępnością produktów zza granicy, Polacy doceniają także rodzimych dostawców, którzy często skutecznie konkurują ze swoimi zagranicznymi rywalami – mówi Jerzy Kalinowski, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim”

Wymierne korzyści troski o klienta

Zasadniczym pytaniem, które zadają sobie menedżerowie z różnych branż jest jak efektywne zarządzanie doświadczeniami klientów przekłada się na wyniki ekonomiczne przedsiębiorstwa, w szczególności w warunkach intensywnej konkurencji.

– Analiza wyników finansowych spółek z zestawienia Top 100 Brands pokazuje, że firmy uzyskujące wysokie oceny pod względem doświadczeń klientów rozwijają się szybciej niż ich konkurenci. W latach 2013-2015 przychody spółek z zestawienia Top 100 Brands rosły średnio o 8 punktów procentowych szybciej niż ich konkurenci wchodzący w skład indeksu WIG. To, że dbałość o klienta może przynosić znaczące korzyści, dobrze ilustruje przykład marek z sektora detalicznego handlu spożywczego. Liderzy w zakresie doświadczeń klientów w tej branży, pomimo spadków przychodów innych spółek, odnotowali w okresie ostatnich 3 lat średnioroczny wzrost przychodów aż o 11% – mówi Andrzej Musiał, menedżer w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Doświadczenia klientów są budowane wokół sześciu istotnych wymiarów
Analiza doświadczeń polskich konsumentów z różnymi markami została oparta na bazie specjalnej metodologii KPMG Sześciu Filarów™ Customer Experience, pozwalającej zrozumieć prawdziwe doświadczenia widziane oczami klienta we wszystkich interakcjach z marką. Tymi filarami są: wiarygodność, rozwiązywanie problemów, oczekiwania, czas i wysiłek, personalizacja oraz empatia. Metodologia Sześciu Filarów™ jest szczególnie użyteczna dla przedsiębiorstw, które dzięki niej mogą skutecznie zarządzać doświadczeniami klientów w sposób systematyczny, a tym samym zdobywać przewagę na coraz bardziej konkurencyjnym rynku.

Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim”Wiarygodność kluczem do budowania pozytywnych doświadczeń klientów w Polsce
Z analiz KPMG wynika, że filarem kluczowym dla satysfakcji klienta w Polsce jest wiarygodność w kontekście budowania zaufania i dotrzymywania słowa. Polscy konsumenci wysoko oceniają przedsiębiorstwa, które dotrzymują obietnicy marki, rzetelnie informują o istotnych elementach swojej oferty, a także działają w rzeczywistym interesie klienta i nie koncentrują się wyłącznie na swoich zyskach. Uzasadnieniem kluczowego znaczenia wiarygodności marki z punktu widzenia budowy doskonałych doświadczeń klientów może być relatywnie niski poziom zaufania Polaków do innych osób czy podmiotów, podkreślanym w różnych badaniach socjologicznych.

– Polacy cenią też szybką i bezproblemową obsługę oraz skuteczność w rozwiązywaniu problemów. Nasze analizy pokazują, że czynniki związane z czasem i wysiłkiem oraz rozwiązywaniem problemów mają niebagatelne znaczenie dla Polaków – każdy z nich w 17% odpowiada za naszą skłonność do polecenia danej marki znajomym lub rodzinie – mówi Jerzy Kalinowski, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Personalizacja odgrywa w Polsce nieco mniejszą rolę niż w innych badanych przez KPMG krajach. Także mniejsze znaczenie oczekiwań (czy klient wie, czego się spodziewać) oraz empatii (jak wczuć się w specyficzną sytuację klienta) wskazuje, że polscy konsumenci oczekują od przedsiębiorstw przede wszystkim przestrzegania podstawowych zasad i spełnienia fundamentalnych kryteriów pod względem produktów, usług i obsługi klienta.Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim”

Dobre wyniki na tle regionu, dystans do światowego lidera

Marki w Polsce zebrały stosunkowo dobre oceny klientów w zestawieniu z innymi krajami naszego regionu, które wzięły udział w analogicznym badaniu. Polska plasuje się pomiędzy najwyżej ocenioną Słowacją, a Czechami. Konsumenci z Polski wysoko ocenili swoje doświadczenia z markami w zakresie wiarygodności, rozwiązywania problemów i empatii, podczas gdy firmy na Słowacji osiągnęły najwyższe wyniki w obszarze personalizacji, czasu i wysiłku oraz oczekiwań.

Analizy KPMG pokazują, że marki w Stanach Zjednoczonych osiągnęły najwyższe wyniki w pięciu z Sześciu Filarów™ Customer Experience, wyprzedzając kraje z regionu Europy Środkowo-Wschodniej średnio o 7%. Wyjątek stanowi tu obszar empatii, w którym to Polska wyprzedziła Czechy, Słowację i Stany Zjednoczone.

– Wyniki badania pokazują, że pomimo zadowalających rezultatów na tle naszych sąsiadów, mamy jeszcze duży dystans do nadrobienia względem światowych liderów w zarządzaniu doświadczeniami klientów. Widać wyraźnie, że na najbardziej rozwiniętym rynku konsumenckim jakim są Stany Zjednoczone, marki przywiązują dużo większe znaczenie do zaawansowanych działań w filarach oczekiwań i personalizacji – mówi Andrzej Musiał, menedżer w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Raport w wersji elektronicznej można pobrać ze strony kpmg.pl.

****

Raport KPMG w Polsce pt. „Jak budować pozytywne doświadczenia klientów. Analiza wiodących praktyk zarządzania doświadczeniami klientów na rynku polskim.”, powstał na podstawie badania rynkowego przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie ponad 5 000 polskich konsumentów, zrealizowanego w pierwszym kwartale 2017 r. przez niezależną firmę badawczą metodą CAWI (ang. Computer-Assisterd Web Interview). Badanie zostało zrealizowane wg tej samej metodologii KPMG Nunwood, która jest wykorzystywana do badań na innych rynkach. W raporcie KPMG znalazło się również zestawienie stu marek – Top 100 Brands, które zdaniem polskich konsumentów oferują im najlepsze doświadczenia klienckie. Do analizy włączono marki świadczące usługi lub prowadzące sprzedaż produktów dla klientów detalicznych na skalę ogólnopolską lub w największych miastach. W badaniu uwzględnione zostały te sektory, w których przedsiębiorstwa używające danej marki mają istotny wpływ na budowanie doświadczeń klientów w jak największej liczbie punktów styku na linii klient-firma. Wnioski prezentowane w raporcie KPMG na temat poszczególnych marek i ich działania na polskim rynku w zakresie zarządzania doświadczeniami klientów zostały opracowane wyłącznie na podstawie wyników badania konsumenckiego zrealizowanego przez zewnętrzną agencję badawczą oraz publicznie dostępnych informacji. Raport ilustruje praktyki zarządzania doświadczeniami klientów i nie stanowi opinii ani stanowiska KPMG w Polsce dotyczącego działania jakiegokolwiek przedsiębiorstwa.

Bank odrzucił Twoją reklamację? Złóż ją po raz drugi, wtedy jest większa szansa na jej uznanie

Jarosław Sadowski, Główny Analityk Expander Advisors
Jarosław Sadowski, Główny Analityk Expander Advisors. Fot. serwis agencyjny MondayNews™

Jarosław Sadowski, ekspert rynku finansowego, namawia do tego, by regularnie śledzić historię swojego rachunku i absolutnie nie rezygnować z dochodzenia swoich praw. W interesie banku jest utrzymanie dobrych relacji z klientem. Ale, jeżeli bank nie uwzględni naszego zastrzeżenia, możemy skorzystać np. z pomocy UOKIK-u.

Główny Analityk Expander Advisors zachęca, aby rozmawiać z przedstawicielami banku, jeżeli z czymś się nie zgadzamy lub po prostu nie rozumiemy, dlaczego naliczono nam określoną opłatę. Zawsze warto też składać reklamację. W przypadku gdy zostanie ona odrzucona, mamy prawo odwołać się np. do Rzecznika Finansowego. Możemy też zgłosić sprawę do UOKiK-u lub sądu polubownego przy Komisji Nadzoru Finansowego. Ponadto, do rozstrzygania sporów między klientem a bankiem jest powołany Bankowy Arbitraż Konsumencki, który działa przy Związku Banków Polskich.

– W Polsce jest kilka instytucji, które wspierają konsumentów w kryzysowych sytuacjach. Ale w praktyce, nierzadko wystarczają negocjacje z samym bankiem. Należy pamiętać, że w jego interesie jest utrzymanie jak najlepszych relacji z klientami i dbanie o własny wizerunek. Z tego względu, nawet jeśli instytucja finansowa nie zgadza się z nabywcami usług, to czasami ostatecznie wycofuje się ze swoich wcześniejszych decyzji. Dlatego, tak ważne jest, aby nie zniechęcić się po odrzuceniu pierwszej reklamacji – doradza Jarosław Sadowski.

Oczywiście domaganie się swoich praw przez konsumenta jest możliwe tylko wtedy, gdy dostrzega on nieprawidłowości. Ekspert stanowczo przekonuje do tego, by regularnie i dokładnie sprawdzać historię swojego rachunku. Jeżeli nie jesteśmy skrupulatni lub bardziej pochłaniają nas inne sprawy, niż „drobne” transakcje, to możemy przeoczyć niesłusznie naliczane opłaty. Jak wyjaśnia Jarosław Sadowski, czasami wynikają one z błędu systemu informatycznego lub są efektem pomyłki pracownika banku.

– Zdarza się również tak, że to nie bank, a my sami jesteśmy winni tego, że ponosimy niepotrzebne, dodatkowe koszty. Klienci zapominają o tym, iż założyli dodatkowe, płatne konto lub kartę kredytową. W takim przypadku, naliczana przez wiele miesięcy należność wraz z odsetkami może urosnąć na przykład do kilkuset złotych. Dlatego, tak ważne jest pilnowanie porządku w swoich finansach – przekonuje Główny Analityk Expander Advisors.

Osobom, które nie są dokładne i staranne z natury, ekspert podpowiada, aby wybrały jeden dzień w miesiącu na sprawdzanie historii operacji bankowych oraz kontrolowanie swoich finansów. Wówczas, będą stale śledzić, czy na ich rachunku nie pojawiają się niepokojące transakcje. Gdy mamy dostęp do Internetu, zdecydowanie łatwiej jest nam to sprawdzać. Dzięki flirtowaniu historii możemy przeglądać np. same opłaty lub operacje wykonane powyżej danej kwoty. O wiele trudniej w tym zakresie jest osobom, zwłaszcza starszym, które korzystają wyłącznie z papierowych dokumentów.

Mama na etacie, czyli czego może oczekiwać kobieta od swojego pracodawcy?

Mamy są pożądanymi pracownikami ze względu na cechującą je lojalność, wielozadaniowość oraz odpowiedzialność. Te zalety nabierają szczególnego znaczenia w obecnej bardzo dynamicznej sytuacji na rynku pracy. Co obecnym i przyszłym mamom gwarantuje  kodeks pracy? Na co mogą liczyć u obecnego pracodawcy, a na co w sytuacji, w której decydują się na zmianę miejsca zatrudnienia po urlopie macierzyńskim? Na jakie dodatkowe przywileje mogą liczyć? Pracuj.pl z okazji Dnia Matki przygotował krótki przewodnik dla obecnych i przyszłych rodziców.

PRAWNE PRZYWILEJE PRZYSZŁYCH MAM

Polskie prawo dokładnie reguluje zobowiązania pracodawcy wobec przyszłych mam. Dodatkowe uprawnienia przysługują kobietom już od pierwszego dnia, w którym poinformują przełożonego o ciąży oraz przedstawią stosowne zaświadczenie od lekarza specjalisty lub internisty.

Według prawa, przyszła mama nie może:

  • pracować w godzinach nadliczbowych oraz w godzinach nocnych (między 21:00 w nocy a 7:00 rano);
  • zostać delegowana poza swoje stałe miejsce pracy;
  • pracować w pozycji stojącej dłużej niż 3 godziny, a także przy podnoszeniu i przenoszeniu ciężarów, które ważą więcej niż 3 kilogramy;
  • pracować w ciągu doby więcej niż 8 godzin.

Przyszła mama ma prawo:

  • wyjść na badania lekarskie, jeśli wykaże, że nie mogła tego zrobić poza pracą (za ten czas otrzyma pełne wynagrodzenie);
  • skorzystać z 15 minutowej przerwy po każdej godzinie pracy przy komputerze.

KODEKS PRACY A URLOP MACIERZYŃSKI

Na jakie przywileje może liczyć mama wracająca po urlopie macierzyńskim czy rodzicielskim do pracy? Warto wiedzieć o kilku istotnych kwestiach prawnych, które ułatwiają godzenie macierzyństwa z życiem zawodowym, aż do 4. roku życia dziecka i sprawią, że powrót na etat nie będzie dla mamy wyzwaniem.

– Każda mama wracająca do pracy po urlopie macierzyńskim, dodatkowym urlopie macierzyńskim czy urlopie rodzicielskim powinna zostać przyjęta przez pracodawcę na stanowisko, na którym pracowała przed odejściem. Jeżeli jest to niemożliwe, pracodawca jest zobowiązany zaproponować kobiecie stanowisko równorzędne. Zmiana ta nie może jednak wiązać się z obniżeniem wynagrodzenia – wyjaśnia Grzegorz Kalinowski, radca prawny z kancelarii Legal Ideas Z kolei te z pań, którym przysługuje prawo do urlopu wychowawczego, mają możliwość złożenia wniosku o obniżenie etatu i pracowania w takim wymiarze do 36 miesięcy, z czego przez rok nie mogą zostać zwolnione. Dodatkowo, mamom, pracującym powyżej 4 godzin przysługują dwie półgodzinne przerwy z tytułu karmienia w naturalny sposób, które można wykorzystać w dowolnym momencie dnia. Kobiety mające dzieci do 4 r.ż. nie mogą być też delegowane poza stałe miejsce zatrudnienia, ani pracować w godzinach nadliczbowych i nocnych – dodaje Grzegorz Kalinowski.

Zdarza się, że młode mamy wykorzystują okres urlopu macierzyńskiego czy rodzicielskiego na poszukiwanie nowego miejsca pracy. Obecny rynek pracy wręcz je do tego skłania. Wiele czynników może je do takiej decyzji motywować., jednak jak wynika z badania Pracuj.pl Specjaliści na rynku pracy 2017*, dla niemal połowy kobiet biorących udział w badania, aspektem zachęcającym do podjęcia pracy w nowym miejscu, jest możliwość zachowania równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Warto pamiętać, jak zwraca uwagę radca prawny Grzegorz Kalinowskimama przechodząca po urlopie macierzyńskim czy rodzicielskim do nowej pracy zachowuje wszystkie przywieje gwarantowane przez kodeks pracy.

Co, obok możliwości godzenia ról, zachęca kobiety do podjęcia nowej pracy? Jak wynika z badania Specjaliści na rynku pracy 2017, czynnikiem najsilniej motywującym do wyboru nowego pracodawcy są wciąż wyższe zarobki, tak deklaruje blisko 77% respondentek. Dla kobiet ważna jest także dobra atmosfera pracy oraz odległość z miejsca pracy do domu – na czynnik ten zwróciła uwagę nieco ponad jedna trzecia respondentek.

DODATKOWE UDOGODNIENIA

A benefity? Czy są one w stanie zachęcić młodą mamę do podjęcia nowej pracy? Badanie Pracuj.pl ujawnia, że dodatkowe przywileje są czynnikiem mającym znaczenie dla co ósmej respondentki. Jednak pracodawcy nie bagatelizują ich znaczenia, zdając sobie sprawę, że dodatkowe przywileje mogą okazać się kluczowe w podejmowaniu decyzji  o wyborze miejsca pracy. Z drugiej strony, mogą również być czynnikiem, który skłoni mamę do pozostania w obecnej firmie.

Jak wynika z doświadczenia ekspertki Pracuj.pl pracodawcy doceniają rolę benefitów – Firmy coraz chętniej proponują kobietom ułatwienia w powrocie do pracy i przywileje, umożliwiające godzenie pracy z rodzicielstwem. Pracodawcy doceniają umiejętności, które posiadają pracujące mamy – wielozadaniowość, elastyczność czy szybkie tempo pracy, a dodatkowo, oferowane benefity wpływają na dobry wizerunek firm. Dla przykładu, ważnym udogodnieniem dla mam jest możliwość przyjścia do pracy z dzieckiem, jeśli zachodzi taka potrzeba czy pracy zdalnej. Część pracodawców posiada także w swoich biurach specjalne pokoje do karmienia oraz oferuje dogodne miejsca parkingowe. Dodatkowym ułatwieniem są też benefity finansowe, np. ubezpieczenie rodzinne, dofinansowanie wyjazdów wakacyjnych dla dzieci oraz podarunki okazyjne na Święta czy Dzień Dziecka – komentuje Agata Roszkiewicz, Koordynator ds. Wynagrodzeń i Administracji Personalnej w Pracuj.pl.

Zarówno kodeks pracy, jak i sami pracodawcy, gwarantują rodzicom przywileje mające wesprzeć ich w godzeniu życia osobistego z życiem zawodowym. Warto wiedzieć, jak z nich korzystać, tak by w pracy być efektywnym pracownikiem, a w domu szczęśliwym i spełnionym rodzicem.

###

* Badanie Specjaliści na rynku pracy 2017 przeprowadzono w styczniu 2017 roku na grupie 2506  użytkowników Pracuj.pl. Cytowanie za podaniem źródła.

 

Ponad połowa produktów rolniczych jest wolna od pozostałości pestycydów. Konsumenci chcą wiedzieć więcej o jakości żywności

Ponad połowa produktów rolniczych jest wolna od pozostałości pestycydów. Konsumenci chcą wiedzieć więcej o jakości żywności 10

Europejskie badania produktów rolniczych wskazują, że blisko 44 proc. z nich zawiera śladowe ilości pestycydów, które jednak mieszczą się w granicach ściśle określonych norm europejskich. Nadmierna ilość pozostałości pestycydów i metali ciężkich w żywności może być groźna dla zdrowia. Choć konsumenci mają coraz większą świadomość na temat zdrowego jedzenia, to trudno im zweryfikować obecność szkodliwych związków. Powstał więc specjalny system, który pozwala sprawdzić jakość żywności.

– Pestycydy są sprzedawane jako wyroby optymalizujące produkcję żywności, ale mają też swoje ciemne strony, działające bardzo często z opóźnieniem. Skutki zdrowotne nie są widoczne od razu, tylko po jakimś czasie. Dlatego spożywające je osoby często nie są świadome konsekwencji. Poza składnikami odżywczymi, które powinny się znajdować w produktach spożywczych, pojawia się tam także wynikająca z zanieczyszczeń chemia ciężka. Na to, niestety, często nie mamy wpływu. Możemy tylko dbać o środowisko, starać się wprowadzać różnego rodzaju przyjazne technologie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Galicki z portalu Szamaj.pl, organizator systemu Food Rentgen.

Z danych przeprowadzonych przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) wynika, że z 84 tys. próbek produktów rolniczych zdecydowana większość, bo 97,2 proc., spełniło rygorystyczne normy dotyczące obecności pestycydów określone w przepisach unijnych. Nie oznacza to jednak, że nie zawierały one żadnych pozostałości – nieco ponad połowa była od nich wolna, a 43,9 proc. zawierało takie ilości pozostałości środków ochrony roślin, które mieściły się w normach.

Produkty, które mieszczą się w normach zawartości pozostałości pestycydów i metali ciężkich, są oceniane w specjalnej skali Szamaj. Przy współpracy z partnerami – Fundacją Inventity i Instytutem Ogrodnictwa ze Skierniewic – przebadano 16 produktów, z których połowa nie spełniła podstawowych polskich norm. Żaden produkt nie uzyskał najwyższej noty, która poświadcza, że w danym wyrobie nie wykryto pozostałości pestycydów.

– Wyniki tych badań dla nas i dla samych producentów były dużym zaskoczeniem, a wynika to z faktu, że często dostawcy nie sprawdzali się w swojej roli. Na tej bazie powołaliśmy program Food Rentgen, do którego konsumenci zgłaszają produkty. My zbieramy fundusze, badamy najczęściej wybierane przez konsumentów produkty i publikujemy wyniki. Sami chcielibyśmy wiedzieć, czy produkty, które jemy, spełniają normy, stąd pomysł na badanie oraz zapraszanie producentów uważających, że mają dobre wyroby. Chodzi o to, żeby mieć pewność – wyjaśnia Marcin Galicki.

Jak wynika z ostatnich przesiewowych badań żywności, przeprowadzonych przez Instytut Ogrodnictwa, w piwie, maku czy zbożach wykryto różnego rodzaju szkodliwe substancje. Przykładem jest glifosat (szkodliwy i trudno wykrywalny pestycyd używany między innymi do przyspieszenia procesu suszenia roślin). Wśród metali ciężkich najniebezpieczniejsze są ołów i kadm, pochodzące głównie ze spalin samochodowych i niskiej emisji.

– Konsumenci muszą być świadomi, poszukiwać, domagać się i podążać za informacją dotyczącą jakości spożywanej żywności – podkreśla Marcin Galicki. – Polski rynek jest pod tym względem trochę ziemią niczyją. Dla porównania w Niemczech ruchy konsumenckie dbające o badanie żywności są dużo bardziej rozwinięte, a informacja na ten temat znacznie lepiej dostępna.

Utworzony przez parę ekonomistów angażujących się od lat w przedsięwzięcia ekologiczne i społeczne program „Szamaj zdrowe”, którego częścią jest Food Rentgen, to sposób oceny jakości produktów żywnościowych. Badaniu poddawane są wyroby pochodzące prosto z półek sklepowych. Inicjatywa ma na celu uzupełnienie istniejących systemów certyfikacji żywności, które najczęściej są mało przejrzyste dla konsumentów. Skupiają się one z reguły jedynie na warunkach, w których produkowane są wyroby lub ich losowo wybrane składniki i często pomijają ostateczną jakość wyrobu końcowego.

– Producenci dzielą się na dwie grupy: idealistów dbających o jakość i niewyobrażających sobie, by sprzedawane przez nich wyroby mogły być niezdrowe, oraz takich, którzy ze sprzedaży niezdrowych produktów czerpią korzyści. Mają przy tym dylemat, czy osiągane w ten sposób zyski są wystarczająco wysokie, żeby zrekompensować ewentualną karę, czy nie – precyzuje Marcin Galicki.

Jak podkreśla, wynika to z podejścia do prowadzonej działalności.

– Ludzie, którzy nie widzą innego sposobu wytwarzania żywności jak tylko w sposób zrównoważony i z dbałością o konsumenta, zawsze będą się starać wytwarzać żywność w taki właśnie sposób. Z drugiej strony bardzo często są oni uzależnieni od tego, co otrzymują od dostawców, którzy nie zawsze są już tak etyczni – mówi Marcin Galicki.

Do programu Food Rentgen może dołączyć każdy i następnie przesyłać zdjęcia produktów, które jego zdaniem powinny zostać zbadane. Propozycje poddawane są głosowaniu. Zdobywające najwięcej głosów wyroby trafiają na platformę crowdfundingową, gdzie zbierane są fundusze na testy. Po uzbieraniu koniecznej kwoty żywność kierowana jest do laboratoriów, gdzie przechodzi testy na zawartość pestycydów, metali ciężkich i szkodliwych nawozów. Laboratoria określają, czy ewentualne przekroczenia mieszczą się w normach dla poszczególnych rodzajów żywności.

Studenci z Politechniki Wrocławskiej organizują walki robotów. Zawody mają przyciągać nie tylko fanów robotyki ale i przyszłych konstruktorów

Studenci z Politechniki Wrocławskiej organizują walki robotów. Zawody mają przyciągać nie tylko fanów robotyki ale i przyszłych konstruktorów 11

Studenci z Koła Naukowego Robotyków „KoNaR”, należącego do Politechniki Wrocławskiej, co roku organizują walki robotów, które mają przyciągać młodych konstruktorów nie tylko z całej Polski, lecz także z Europy. Turniej organizowany od 2004 r. cieszy się sporym zainteresowaniem widzów i uczestników.

Po raz pierwszy wrocławscy studenci zorganizowali turniej robotów w 2004 r., nadając mu nazwę Otwarte Zawody Robotów Minisumo. Cztery lata później zmieniono ją na Robotic Arena, i ta nazwa obowiązuje do dziś.

Oprócz samego budowania robotów i jeżdżenia z nimi na zawody, sami organizujemy olimpiadę Robotic Arena, na której konstruktorzy z całej Polski i nie tylko mogą się wykazać swoimi umiejętnościami. Propagujemy robotykę wśród osób niezainteresowanych tym tematem, aby pokazać, jak wyglądają takie konstrukcje i zachęcić osoby w młodym wieku do tworzenia własnych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Gruszczelak z Koła Naukowego Robotyków „KoNaR” z Politechniki Wrocławskiej.

Ponadto koło każdego roku organizuje specjalne warsztaty robotyczne dla studentów Politechniki Wrocławskiej, na których od podstaw można się nauczyć budowy robotów, by później zyskać szansę wystartowania w olimpiadzie Robotic Arena. Największą popularnością cieszy się na niej kategoria sumo, w której na miniaturowych arenach rywalizują ze sobą roboty o maksymalnych wymiarach 20×20 cm i wadze do 3 kg.

Zarówno nasza Robotic Arena, jak i większość tego typu zawodów bardziej przypomina lekkoatletykę. Jest wiele konkurencji, w  których można wziąć udział, natomiast cieszącą się największą popularnością jest kategoria sumo, w której dwa roboty ustawione w czarnym ringu mają za zadanie wypchnąć się poza matę. Robot, który pierwszy dotknie podłoża, przegrywa – tłumaczy Łukasz Gruszczelak.

Jak podkreśla, podczas olimpiady roboty rywalizują nie tylko w wielu kategoriach wagowych (Nanosumo, Minisumo Enhanced, Microsumo Enhanced i Sumo), lecz także w rozmaitych konkurencjach, takich jak chociażby: Line Follower (pokonanie trasy zaznaczonej ciemną linią w jak najkrótszym czasie) lub Micromouse (jak najszybsze wyjechanie z labiryntu). Konstrukcje można rozbudowywać o dodatkowe elementy uwzględnione w regulaminie, np. turbiny zwiększające przyczepność do podłoża, co pomaga robotom radzić sobie z przeszkodami takimi jak mosty czy huśtawki.

Roboty muszą zrobić to wszystko autonomicznie. Ogólnie na tego typu zawodach nie mogą podejmować interakcji z człowiekiem. Robot postawiony raz na macie musi dojechać do mety sam. Jedyne, co konstruktor może zrobić, to zdalnie wyłączyć swojego robota – wyjaśnia Łukasz Gruszczelak.

Na konstruktorów, którzy nie lubią ograniczeń, czeka kategoria Freestyle, która rządzi się o wiele luźniejszymi prawami. W jej przypadku o zwycięstwie danego robota decyduje nie jego sprawność, ale popularność robota, przekładająca się na liczbę uzyskanych głosów.

Tam nie liczy się czas, w jakim robot przejechał trasę lub liczba zdobytych krążków w trakcie walki. Tutaj liczy się liczba głosów uzyskanych podczas głosowania. Głosować może zarówno publiczność, jak i jury. Oddaje się głosy na roboty, które najbardziej urzekły czy zastosowały jakieś ciekawe rozwiązania. W poprzednich latach mogliśmy zobaczyć prototypy łazików marsjańskich, protezy ręki czy robotów humanoidalnych – wylicza Łukasz Gruszczelak.

Członkowie Koła Naukowego Robotyków „KoNaR” od lat dzielą się swoimi osiągnięciami z innymi studentami, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z konstruowaniem robotów. Dzięki temu podczas Robotic Arena każdego kolejnego roku można oglądać jeszcze ciekawsze konstrukcje.

Członkowie naszego koła w ramach prac magisterskich oraz inżynierskich bardzo często konstruują roboty. Podczas pracy nad nimi mogą przetestować nowe algorytmy sterowania. Prowadzą nad nimi zasadnicze badania, więc to są poważne prace, które potem są upubliczniane i z których możemy korzystać – podsumowuje Łukasz Gruszczelak.

W Polsce statystycznie co pół godziny jedna osoba dowiaduje się, że cierpi białaczkę. Często jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku

W Polsce statystycznie co pół godziny jedna osoba dowiaduje się, że cierpi białaczkę. Często jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku 12

Tylko 20 proc. chorych na białaczkę bliźniaka genetycznego udaje się znaleźć w rodzinie. W pozostałych konieczne jest znalezienie dawcy niespokrewnionego, którego tkanki wykażą niemal 100-procentową zgodność. Szansa na powodzenie wynosi w najlepszych przypadku 1 do 20 tysięcy, a w najgorszym jeden do kilku milionów. Im więcej osób zarejestrowanych w bazach potencjalnych dawców szpiku, tym większe szanse na znalezienie dawcy dla pacjenta potrzebującego przeszczepienia krwiotwórczych komórek macierzystych.

– Przyjmuje się, że w Polsce co pół godziny ktoś zapada na chorobę nowotworową krwi i szpiku. Są to choroby rzadkie. Według moich kalkulacji około 1,5 tys. osób rocznie wymaga w Polsce transplantacji komórek krwiotwórczych. Obecnie wykonujemy natomiast ok. 700 przeszczepień – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. n. med. Grzegorz Basak z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Przeszczepianie szpiku, który jest głównym narządem krwiotwórczym, zrewolucjonizowało leczenie wielu nowotworów i chorób krwi, szpiku kostnego oraz układu limfatycznego. Wskazaniem do zabiegu są między innymi ostra białaczka szpikowa i limfoblastyczna, zespoły mielodysplastyczne, szpiczak mnogi, chłoniak Hodgkina i chłoniaki nieziarnicze. Według Fundacji DKMS statystycznie co godzinę jedna osoba dowiaduje się, że cierpi na białaczkę. Dotyczy to zarówno dzieci, młodzieży, jak i osób w wieku produkcyjnym. Dla części z nich przeszczepienie szpiku jest jedyną możliwą formą leczenia, jeżeli chemioterapia i standardowe terapie są nieskuteczne.

– Przeszczepienie komórek krwiotwórczych przeprowadza się w szeregu kilkudziesięciu różnych chorób krwi. Ponieważ społeczeństwo się starzeje, coraz więcej osób choruje na zespoły mielodysplastyczne i całą gamę innych chorób nowotworowych. Bardzo często mamy do czynienia z sytuacjami, w których pacjenta nie można skutecznie leczyć za pomocą innej metody. Wtedy właśnie ratunkiem pozostaje przeszczepienie komórek krwiotwórczych – mówi dr hab. n. med. Grzegorz Basak.

Przeszczepienie szpiku od dawcy (tzw. transplantacja allogeniczna) pozwala na zregenerowanie układu krwiotwórczego i odpornościowego pacjenta, u którego jest on uszkodzony wskutek choroby albo chemioterapii. Krwiotwórcze komórki macierzyste pozyskuje się najczęściej (w 80 proc. przypadków) z krwi obwodowej. Zarówno szpik, jak i krew nieustannie się regenerują, dlatego zabieg nie wiąże się dla dawcy z ryzykiem utraty zdrowia. Konieczna jest tylko jednodniowa wizyta w klinice w celu pobrania krwiotwórczych komórek macierzystych.

– Najczęściej komórek macierzystych wcale nie pobiera się ze szpiku, nie wykonuje się nakłucia kości, jak niektórym może się wydawać. Pobiera się je najzwyczajniej z krwi, zakładając wenflony do odpowiednich naczyń. Dawca przyjmuje najpierw szereg zastrzyków do tkanki podskórnej, co wiąże się z niewielkim dyskomfortem. Ma to spowodować, że komórki macierzyste przedostaną się ze szpiku do krwi, a z niej są wychwytywane przez specjalną maszynę. Innymi słowy, dawca jest podłączony do maszyny, przez którą przepływa jego krew. Maszyna odwirowuje komórki macierzyste do woreczka, a reszta krwi wraca do dawcy. Nie jest mu potrzebna tak duża liczba komórek macierzystych, która szybko się zregeneruje. Natomiast dla pacjenta jest to kluczowe – tłumaczy dr hab. n. med. Grzegorz Basak.

W niewielu przypadkach komórki od dawcy trzeba pobrać ze szpiku, tzn. z talerza kości biodrowej. Taki zabieg wiąże się z 2–3 dniowym pobytem w szpitalu i jest przeprowadzany w znieczuleniu ogólnym, dawcy przysługuje natomiast zwolnienie lekarskie.

– Tradycyjna metoda wymaga znieczulenia ogólnego i sali operacyjnej, ale nie jest to żaden dramatyczny zabieg polegający na rozcinaniu kości. Jest to procedura analogiczna do pobrania szpiku, czyli nakłucie igłą talerza kości biodrowej, konkretnie miednicy, i wyssanie strzykawką odpowiedniej ilości szpiku z kości. Nie jest to żadna szeroko zakrojona operacja, a dawca może następnego dnia spokojnie wyjść do domu – wyjaśnia dr hab. n. med. Grzegorz Basak.

W Polsce zarejestrowanych jest ponad 1,2 mln potencjalnych dawców krwiotwórczych komórek macierzystych, co czyni nas trzecim co do wielkości w Europie i szóstym na świecie rejestrem potencjalnych dawców. Aż ponad milion z nich zarejestrowało się w Ośrodku Dawców Szpiku Fundacji DKMS. Mimo to prawdopodobieństwo znalezienia odpowiedniego dawcy wynosi 1 do 20 tys., a w niektórych przypadkach nawet jeden do kilku milionów. Aby przeszczep mógł się odbyć, tkanki chorego i dawcy muszą się wykazać prawie 100-procentową zgodnością (tzw. antygeny zgodności tkankowej HLA są niemal jak linie papilarne i mają kilka miliardów możliwych kombinacji).

Nie więcej niż 20 proc. pacjentów udaje się znaleźć w rodzinie bliźniaka genetycznego, od którego można pobrać komórki. Dla reszty chorych szansą jest znalezienie dawcy niespokrewnionego. Im większa liczba osób zarejestrowanych w bazach potencjalnych dawców szpiku, tym większa szansa na znalezienie właściwego dawcy dla pacjenta, który potrzebuje transplantacji. Może nim zostać każdy zdrowy człowiek pomiędzy 18 a 55 rokiem życia, o ile nie ma ku temu istotnych przeciwwskazań medycznych.

Koordynatorka rekrutacji dawców w Fundacji DKMS, która od prawie dziesięciu lat prowadzi największy w Polsce rejestr dawców szpiku, podkreśla, że ważne jest szerzenie wiedzy, obalanie stereotypów związanych z tą procedurą medyczną oraz zachęcanie Polaków do rejestrowania się w bazie dawców.

– Zachęcanie kolejnych osób do rejestrowania się w bazie powinno polegać przede wszystkim na informowaniu oraz obalaniu mitów dotyczących dawstwa szpiku. Warto zaznaczyć, że wiedza na ten temat z roku na rok jest coraz większa, ale nadal widzimy duże pole do działania. Szerzenie wrażliwości oraz idei dawstwa jest dla nas kwestią priorytetową – zaznacza Sylwia Zakrzewska.

Jak podaje Centrum Organizacyjno-Koordynacyjne ds. Transplantacji „Poltransplant” od 2006 do końca 2015 roku przeprowadzono w Polsce ponad 4 tys. allogenicznych przeszczepów komórek krwiotwórczych w ramach terapii nowotworów krwi i schorzeń szpiku kostnego. Ponad połowa (2457) transplantacji odbyła się dzięki dawcom niespokrewnionym. 60 proc. Polaków, u których w 2015 roku wykonano przeszczepienie komórek krwiotwórczych, otrzymało je od polskiego dawcy. W tym samym roku dokonano 842 transplantacji od polskich dawców dla pacjentów z zagranicy.