Powstają pierwsze, pilotażowe klastry energetyczne. Resort pracuje nad uregulowaniem zasad ich funkcjonowania

Powstają pierwsze, pilotażowe klastry energetyczne. Resort pracuje nad uregulowaniem zasad ich funkcjonowania 1

Ministerstwo energii gromadzi uwagi i pomysły dotyczące funkcjonowania klastrów energetycznych, które lokalne społeczności będą tworzyć w celu produkcji i obrotu zieloną energią na własne potrzeby. Powstają już pierwsze pilotażowe przedsięwzięcia. Klastry energetyczne to koncepcja unikalna w skali całej Europy, dlatego największym wyzwaniem będzie wypracowanie zasad współpracy pomiędzy poszczególnymi podmiotami, które będą je tworzyć. Resort pracuje również nad przepisami, które szczegółowo uregulują działalność takich podmiotów.

– Problem klastrów energetycznych dotyczy tego, w jaki sposób budować lokalne, zintegrowane rynki energii elektrycznej i cieplnej, tak aby uniknąć monopolu, który istnieje w tej chwili na rynkach dystrybucji energii – mówi Olgierd Dziekoński, były sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Ministerstwo energii opublikowało niedawno ekspertyzę dotyczącą powstania i zasad funkcjonowania klastrów energetycznych. Dokument ma być punktem wyjścia do dyskusji z rynkiem i niezależnymi ekspertami. Ma ona służyć wypracowaniu wspólnej koncepcji klastrów energetycznych.

Klastry energetyczne to pomysł pionierski, nie tylko w polskiej skali. To przedsięwzięcie nie ma swojego odpowiednika w Europie. Jego zadaniem jest pobudzenie lokalnych społeczności do współdziałania i wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych na własne potrzeby.

Według wstępnych założeń klaster ma współtworzyć kilka podmiotów na określonym terenie (nieprzekraczającym granic jednego powiatu), które będą wspólnie wytwarzać i gospodarować energią elektryczną. W skład klastra mogliby wchodzić mieszkańcy, przedsiębiorcy, samorząd, jednostki naukowe czy organizacje pozarządowe. Każdy z klastrów reprezentowałby koordynator. Tą funkcję może pełnić fundacja, spółdzielnia albo wybrany do tego celu członek klastra.

Jak wynika z przedstawionej przez resort ekspertyzy, klastry mają się przyczynić do zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego lokalnym społecznościom niezależnie od zewnętrznych dostaw surowców oraz do pobudzenia energetyki prokonsumenckiej. Mają się przełożyć też na obniżenie kosztów energii dla odbiorców końcowych.

Na słabo rozwiniętych obszarach klastry energetyczne mogą natomiast podnieć konkurencyjność gospodarki lokalnej i przyczynić się do restrukturyzacji obszarów wiejskich. Nie bez znaczenia jest też aspekt ochrony środowiska.

Zdaniem byłego prezydenckiego ministra Olgierda Dziekońskiego wyzwaniem wciąż pozostaje jednak zbilansowanie potrzeb odbiorców i możliwości producentów energii elektrycznej.

– Najważniejszą rzeczą dla tego bilansu jest dostęp do informacji pomiarowych, czyli wyposażenie odbiorców w takie liczniki, które pozwolą w czasie rzeczywistym zbierać informacje dotyczące zużycia energii elektrycznej i cieplnej oraz gromadzić, udostępniać i przesyłać te pomiary na obszarze klastra energetycznego – mówi Olgierd Dziekoński.

Jak zauważa resort energii, istotne jest wypracowanie takiej koncepcji i modelu biznesowego, który umożliwi klastrom energetycznym efektywne funkcjonowanie na rynku w długiej perspektywie i bez wsparcia finansowego. Dla całości przedsięwzięcia ważne będzie też wypracowanie zasad współpracy pomiędzy wytwórcami energii elektrycznej a dystrybutorami sieci.

– Idea klastrów energetycznych to możliwość i zdolność do współpracy odbiorców energii elektrycznej, lokalnych samorządów, które administrują danym obszarem i sporządzają plany zaopatrzenia w energię, oraz podmiotów, które energię elektryczną produkują, jak również tych, które dysponują siecią średniego i wysokiego napięcia – wylicza Olgierd Dziekoński.

Pierwsze pilotażowe klastry energii prowadzą już działania służące wykorzystaniu lokalnych zasobów energetycznych. W połowie ubiegłego roku powstał klaster Zielone Podhale, w skład którego weszły podhalańskie samorządy, powiat tatrzański i krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza, która została wyznaczona na koordynatora. W planach jednostki jest pozyskanie unijnych funduszy. Na początku marca podobne przedsięwzięcie zawiązał samorząd w Zgorzelcu.

– Działa już kilka pilotażowych przedsięwzięć, takich jak klaster Zielone Podhale czy klaster dolnośląski, ale są to dopiero pierwsze próby, które próbują znaleźć sobie miejsce – zaznacza jednak Olgierd Dziekoński.

Klastry energetyczne to koncepcja, która została przyjęta w ubiegłorocznej nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii. Unijne regulacje nakazują, aby do końca tej dekady jedna piąta produkowanej w Polsce energii pochodziła z OZE. Ministerstwo energii, które prowadzi obecnie konsultacje dotyczące klastrów energetycznych, zakłada doprecyzowanie regulacji prawnych dla takich podmiotów, które najprawdopodobniej zostaną ujęte w osobnej ustawie.

Polska firma stworzyła pierwszą biodegradowalną urnę z celulozy. Może służyć także do pogrzebów na morzu

Polska firma stworzyła pierwszą biodegradowalną urnę z celulozy. Może służyć także do pogrzebów na morzu 2

Śmierć to jeden z tych tematów, o których w dzisiejszych czasach mówi się mało albo wcale. A jednak na rynku nie brakuje projektantów, którzy starają się wprowadzić pewne innowacje również w tej sferze, dotyczącej przecież każdego człowieka. Firma Nurn stworzyła pierwszą biodegradowalną urnę z papieru i celulozy, która na dodatek nadaje się do pogrzebów w morzu.

– Postanowiłam zająć się designem funeralnym, ponieważ wydał mi się takim tematem, którego wszyscy projektanci się strasznie boją lub omijają go szerokim łukiem. Chciałam stworzyć coś, co nawiązuje do idei pochówku nomadycznego, czyli dla wszystkich ludzi w społeczeństwach ruchomych, gdzie wszyscy się przemieszczamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Joanna Jurga, współzałożycielka i projektantka z firmy Nurn. – Coraz więcej ludzi chce być kremowanych, a tradycyjne formy pochówku stają się archaiczne. Stąd zrodziła się idea, aby stworzyć ekologiczną urnę, inną od wszystkich, bo forma kremacji jako formy pochówku jest bardziej przyszłościowa niż forma normalnych pochówków ziemnych.

Zarówno sanepid, jak i polskie prawo dość restrykcyjnie podchodzą do przepisów związanych z grzebaniem zmarłych, zabraniając chociażby rozsypywania prochów w jakimś lesie, parku czy nawet przydomowym ogródku. Jedyne, na co pozwala prawo, to powierzenie prochów skremowanej osoby morzu (przynajmniej 3 mile morskie od brzegu). I tylko morzu – pogrzeby w wodzie nie dotyczą jezior, nie wolno też puścić urny z prochami z nurtem rzeki.

– Chwyciłam się tego przepisu bardzo kurczowo i stworzyłam urnę, która pozwalałaby na pochówek na wodzie. Tak powstała seria urn papierowych Kami. Są one wykonane z celulozy, mają bawełniany stelaż i tekturowe obręcze. Po zatrzaśnięciu są trochę większe niż tradycyjne urny, ponieważ muszą mieć wyporność, tak aby po złożeniu na wodzie, utrzymywały się na niej ok 15–20 minut. Jest to na tyle daleko od brzegu, że wiadomo, że w tym czasie nic się z urną nie stanie. Zaprojektowaliśmy ją z pełnym szacunkiem do ceremoniału i ludzkich prochów – opowiada Joanna Jurga.

Urna ma służyć przede wszystkim do pochówków morskich, ale można ją złożyć również w ziemi – oczywiście na przeznaczonym do tego terenie cmentarza. W zależności od wilgotności gruntu rozłoży się w przeciągu od 6 do 8 miesięcy.

Jak przekonują twórcy, kosztująca około 800 zł urna jest unikalna na skalę światową. Kupują ją za pośrednictwem strony internetowej osoby z całego świata.

– W Polsce nie mamy żadnej konkurencji, a na świecie są podobne urny do pochówku na wodzie, lecz o wiele mniej funkcjonalne. Np. jest jedna, która przypomina łódkę, zrobiona z włókna kokosowego. Obecnie sprzedawana w Stanach Zjednoczonych, w Europie jest praktycznie niedostępna. Poza tym Chińczycy zrobili takie kule z piasku i żelatyny, one mają ten problem, że po uderzeniu o wodę, rozpadają się. W Europie w ogóle ideowo by to nie przeszło – wyjaśnia Joanna Jurga.

Współzałożycielka firmy Nurn podkreśla, że zapotrzebowanie na biodegradowalne urny jest coraz większe, szczególnie na zachodzie Europy, gdzie na naturalną konstrukcję zwraca się coraz większą uwagę.

 – Właśnie dlatego urny mają taką bimorficzną formę. Nie chciałam się skupiać na żadnej konkretnej grupie religijnej czy etnicznej, bo tych zwyczajów pogrzebowych na świecie jest bardzo dużo, raczej tworzyłam to dla takich współczesnych nomadów, czyli ludzi, którzy są bardzo otwarci i szukają nowych rozwiązań. Wykonana jest z papieru, z celulozy. Robi się ją trochę tak jak papier czerpany. Jest robiona na naturalnym kleju skrobiowym, nakładamy masę na takie siatki i za pomocą bawełnianej siatki przekładamy to na formę. To schnie wszystko na formie, a potem jest klejone z obręczą. Zatrzaski są robione z buczyny, żeby było bezpiecznie – tłumaczy Joanna Jurga.

Profile Zaufane można zakładać za pośrednictwem banków. Dzięki nim można załatwiać sprawy urzędowe i sprawdzać punkty karne przez internet

Profile Zaufane można zakładać za pośrednictwem banków. Dzięki nim można załatwiać sprawy urzędowe i sprawdzać punkty karne przez internet 3

Kolejny polski bank umożliwił założenie Profilu Zaufanego za pośrednictwem swojego systemu transakcyjnego. Taką możliwość uzyskali właśnie klienci Banku Pekao SA. Profil Zaufany pozwala w e-urzędach składać wnioski i załatwiać sprawy przez internet. Kierowcy mogą również sprawdzać online liczbę punktów karnych.

– Profil Zaufany to rodzaj bezpłatnego cyfrowego podpisu, którym użytkownik może potwierdzić swoją tożsamość i zatwierdzać urzędowe wnioski elektroniczne. Cały proces przebiega w pełni online, bez konieczności osobistej wizyty w urzędzie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Sypka, kierownik zespołu w Departamencie Bankowości Elektronicznej Banku Pekao SA.

Profil Zaufany umożliwia załatwienie wielu urzędowych spraw przez internet. Za jego pośrednictwem można się logować do e-urzędów i składać podpis elektroniczny. To sztandarowy projekt na drodze do cyfryzacji administracji publicznej i upowszechniania e-usług. Dotychczas utworzenie Profilu Zaufanego w ePUAP (Elektroniczna Platforma Usług Administracji Publicznej) wiązało się z koniecznością osobistej wizyty i potwierdzenia swojej tożsamości w urzędzie, ZUS-ie, urzędzie skarbowym, w oddziale Poczty Polskiej albo innym wyznaczonym do tego celu punkcie.

Pod koniec ubiegłego roku Ministerstwo Cyfryzacji umożliwiło jednak zakładanie Profilu Zaufanego w prostszy i szybszy sposób: poprzez bankowość elektroniczną. Taką usługę zaoferowały PKO BP, Inteligo i Bank Millennium. W tym tygodniu dołączył do nich Bank Pekao SA, który otrzymał właśnie zgodę na wprowadzenie usługi zakładania Profilu Zaufanego.

 Dzięki Profilowi Zaufanemu w bankowości Pekao24 nie trzeba chodzić do urzędu i potwierdzać swojej tożsamości. Cały proces można załatwić online, bez wychodzenia z domu. Profil Zaufany działa w bardzo prosty sposób – można porównać go do płatności w sklepie internetowym. Wybieramy na stronie administracji publicznej interesującą nas sprawę, a następnie potwierdzamy swoją tożsamość, logując się do Profilu Zaufanego przez Pekao24 i wracamy na stronę urzędu w celu dokończenia sprawy – tłumaczy Paweł Sypka.

Założenie Profilu Zaufanego jest całkowicie bezpłatne. Na liście spraw urzędowych, które można już teraz załatwić za pośrednictwem Profilu Zaufanego, jest m.in.: podpisywanie deklaracji podatkowych, złożenie wniosku o wydanie dowodu osobistego, odpisu aktu urodzenia czy małżeństwa, karty EKUZ, poinformowanie urzędu gminy o sprzedaży samochodu czy złożenie wniosku o zaświadczenie o niekaralności.

Kierowcy mogą również za pośrednictwem Profilu Zaufanego sprawdzić liczbę punktów karnych za wykroczenia drogowe bez konieczności wizyty na komendzie policji. Usługa wprowadzona przez Ministerstwo Cyfryzacji jest dostępna na portalu obywatel.gov.pl. w zakładce „Kierowcy i pojazdy”. Kierowca znajdzie tam informację o zebranych punktach karnych i o pojeździe, datę i miejsce popełnienia wykroczenia.

Ekspert Banku Pekao SA wyjaśnia, że założenie Profilu Zaufanego w systemie transakcyjnym Pekao24 jest bardzo proste i trwa kilka minut. Bank nie ma dostępu do wniosków składanych drogą elektroniczną, jednocześnie żadne dane bankowe nie są przekazywane do urzędu. Wniosek o utworzenie Profilu Zaufanego jest już wypełniony automatycznie danymi klienta, wystarczy się zapoznać z oświadczeniami i zatwierdzić jego złożenie tak samo jak przelew.

 – Klient Pekao24 loguje się do usługi, wybiera zakładkę e-urząd, następnie wybiera opcję „utwórz Profil Zaufany”. Wyświetla się krótki i intuicyjny wniosek, w którym wszystkie dane są już automatycznie wypełnione. Klient jedynie nadaje swój indywidualny identyfikator i zapoznaje się z oświadczeniami. Następnie cały formularz akceptuje wybraną metodą autoryzacji. Profil jest już założony, a potwierdzenie jest przekazywane na adres mailowy podany w formularzu. Od tego momentu klient może w prosty i bezpieczny sposób autoryzować wszelkie sprawy urzędowe za pomocą Profilu Zaufanego. Jest to tak proste, jak płatność za zakupy w sklepie internetowym – wyjaśnia Paweł Sypka.

Nad wdrożeniem Profilu Zaufanego pracuje obecnie jeszcze kilkanaście instytucji. Są wśród nich nie tylko banki, lecz także operatorzy telekomunikacyjni.

Domy przyszłości chronione i sterowane smartfonem. Polska firma tworzy inteligentne zamki i alarmy

Domy przyszłości chronione i sterowane smartfonem. Polska firma tworzy inteligentne zamki i alarmy 4

Koncepcja smart home obejmuje nie tylko urządzenia, które dbają o nasz komfort, lecz także bardzo istotne rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa, takie jak inteligentne zamki, kamery czy alarmy. Polska firma Assa Abloy tworzy zaawansowane systemy ochrony domu, którymi można zarządzać z poziomu smartfona.

– W skład inteligentnego domu wchodzą również urządzenia odpowiadające za jego zabezpieczenie, a my specjalizujemy się właśnie w tej dziedzinie. Dostarczamy inteligentne zabezpieczenia: zamki drzwiowe, alarmy, kamerki, które pozwalają monitorować przestrzeń w domu i jego okolicach. Wszystko po to, by zapewnić użytkownikom należyte bezpieczeństwo – mówi agencji informacyjnej Piotr Palewicz z firmy Assa Abloy.

Raport „Internet Rzeczy w Polsce” stworzony przez IAB Polska we wrześniu 2015 roku wskazuje, że rynek smart home odnotowuje w ostatnich latach największy wzrost liczby potencjalnych użytkowników. Ma to się przełożyć na penetrację tego typu rozwiązań wśród polskich internautów na poziomie przekraczającym 50 proc.

– Rynek smart home bardzo się rozwija, ponieważ mamy coraz więcej producentów, którzy tworzą różne rozwiązania techniczne. Nasza firma wyróżnia się na tym tle, bowiem dostarczamy rozwiązania dla użytkownika końcowego, który jest je w stanie sam zainstalować. Te rozwiązania mogą kosztować od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Oczywiście, wszystko zależy od zakresu bezpieczeństwa, jakim chcemy objąć nimi nasz dom – wyjaśnia Piotr Palewicz. Po czym dodaje, że: – Dla przykładu cena zamka wynosi od 2 do 3 tysięcy złotych w zależności od wyposażenia. Systemy alarmowe to koszt około tysiąca złotych wzwyż, bo można je rozbudowywać w bardzo szerokim zakresie. Kamery internetowe to koszt rzędu kilkuset złotych.

ENTR to flagowy produkt, a równocześnie znak rozpoznawczy firmy Assa Abloy. Ten inteligentny zamek daje sobą sterować z poziomu smartfona, dzięki czemu tradycyjny mechaniczny klucz potrzebny jest tylko w sytuacjach awaryjnych. Warto jednak dodać, że w przypadku samych zamków elektronicznych nie stosuje się certyfikatów ani atestów, natomiast takich atestów wymagają wkładki, i wkładka w zamku ENTR też taki certyfikat posiada.

– ENTR to przede wszystkim brak konieczności noszenia ze sobą klucza. Dodatkowo zamek pozwala nam nie myśleć o tym, że drzwi należy za sobą zamknąć. Można go tak skonfigurować, że sam zamknie się po zatrzaśnięciu drzwi. Inną funkcją jest możliwość ustawienia go w taki sposób, aby osoba, która odwiedza nas regularnie, ale o określonej godzinie, miała dostęp tylko w tym konkretnym czasie – tłumaczy Piotr Palewicz i dodaje – W przypadku, gdyby zdarzyła się taka sytuacja, że zepsuje się nam telefon bądź go zgubimy, mamy dodatkowe zabezpieczenia przed użyciem niepowołanym, tzn. dodatkowo zabezpieczamy aplikację kodem użytkownika.

Wspomniane badanie „Internet Rzeczy w Polsce” sugeruje, że aż 44 proc. respondentów za jedną z najważniejszych korzyści urządzeń typu smart home uważa oszczędność zużycia energii. Niemniej specjalista z firmy Assa Abloy podkreśla, że tego typu produkty przyczynią się także do podniesienia poziomu komfortu.

– Wygoda to przede wszystkim brak konieczności pamiętania o noszeniu klucza do domu. Natomiast w przypadku, gdyby zdarzyła się taka sytuacja, że telefon się zepsuje się lub go zgubimy, mamy dodatkowe zabezpieczenie w aplikacji. Ponadto w sytuacjach awaryjnych jest załączony klucz mechaniczny do zamka, o którym w trakcie codziennego użytkowania możemy po prostu zapomnieć – podkreśla Piotr Palewicz.

Jak przekonuje specjalista Assa Bloy, zamek ENTR to rozwiązanie łatwe w instalacji i kompatybilne z większością rodzajów drzwi. Urządzenie wyposażono w zasilanie bateryjne, niezależne od standardowego zasilania sieciowego. Zamek zastępuje klasyczny cylinder, a jego montaż jest niezwykle prosty. Inteligentne zabezpieczenia tego typu pojawiały się już wcześniej w dużych firmach i przedsiębiorstwach, jednak dopiero ostatnio zdecydowano się przenieść te innowacyjne rozwiązania na rynek konsumentów indywidualnych.

– Takie zabezpieczenia pojawiły się na rynku dużo wcześniej, natomiast były stosowane w przedsiębiorstwach, firmach, w kontroli dostępu instytucji, banków i urzędów. Natomiast dziś przenosimy wygodę i bezpieczeństwo na grunt użytkownika domowego i to jest ta innowacja, która wprowadza pewien postęp, a dla klienta oznacza przede wszystkim wygodę i poczucie bezpieczeństwa na najwyższym poziomie – podsumowuje Piotr Palewicz.

Andrzej Lachowski nowym Partnerem Zarządzającym Działu Konsultingu Deloitte

Nowym Partnerem Zarządzającym w Dziale Konsultingu Deloitte w Polsce jest Andrzej Lachowski. Przez ostatnie lata był on Partnerem w tym samym dziale, nadzorującym obszar usług technologicznych.

Andrzej Lachowski - Deloitte
Andrzej Lachowski – Deloitte

Andrzej Lachowski rozpoczął karierę w konsultingu w 1998 roku, a od 14 lat związany jest z firmą Deloitte. Przez ostatnie lata pełnił rolę lidera usług doradztwa biznesowego dla sektora finansowego w Polsce oraz lidera usług technologicznych w Polsce i w Europie Środkowej. „Wieloletnie doświadczenie Andrzeja, jego wiedza ekspercka, międzynarodowa sieć kontaktów oraz rozumienie wyzwań stojących przed zespołem konsultingu gwarantują realizację strategii Deloitte, która zakłada osiągnięcie przez nas pozycji niekwestionowanego lidera w branży doradczej” – mówi Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Główne wyzwania, które stoją przed nowym Partnerem Zarządzającym to wypracowanie i wdrożenie zintegrowanego modelu zarządzania funkcją konsultingu. Andrzej Lachowski będzie koncentrować się na budowie trwałych struktur, które umożliwią dalszy dynamiczny rozwój i będą opierać się na współpracy wszystkich linii serwisowych.

Marcin Kiepas: Trump przecenił złotego i akcje na GPW

Sytuacja polityczna w USA niepokoi inwestorów. Prezydent Trump ponownie stał się tematem numer jeden na rynkach. Cierpi na tym złoty i warszawska giełda.

Czwartek upływa pod znakiem wyprzedaży złotego i akcji na giełdzie w Warszawie, co wpisuje się w tendencje globalne i ma swe źródła we wzroście obaw związanych z prezydentem Trumpem. Główne waluty drożeją dziś po 4-8 groszy w relacji do złotego. Spadki kontynuuje też giełda. Od poniedziałku indeks WIG20 stracił 4,8 proc., nie tylko zaprzepaszczając szansę na kontynuację zapoczątkowanych w listopadzie wzrostów, ale też jest najniżej od miesiąca.

O godzinie 14:17 za euro trzeba było zapłacić 4,2275 zł (+4,1 gr), dolar kosztował 3,7980 zł (+4,9 gr), szwajcarski frank 3,8860 zł (+5,4 gr), a brytyjski funt 4,9490 zł (+8,3 gr). Tej ostatniej walucie dodatkowo pomagają świetne dane o sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii.

W tym czasie indeks WIG20, grupujące największe spółki, miał wartość 2271,4 pkt., tracąc 1,3 proc. Jeszcze gorzej spisywał się reprezentujący średnie spółki indeks mWIG40, który spadał o 1,7 proc. i notował 5. kolejna spadkową sesję.

Przecena złotego i wyprzedaż akcji wpisuje się w tendencję globalnej ucieczki do ryzyka (czemu towarzyszą wzrosty „bezpiecznego” złota, japońskiego jena i szwajcarskiego franka), co związane jest z amerykańską polityką. Dokładnie z prezydentem Donaldem Trumpem. Tym razem stał się on na rynkach zdecydowanie negatywnym bohaterem. Kierowane wobec niego oskarżenia o ingerowanie w śledztwo FBI ws. wpływu Moskwy na wyniki wyborów prezydenckich w USA, a także o ujawnienie Rosjanom tajnych informacji wywiadowczych sprawiły, że pojawiły się głosy ws. impeachmentu. To w tej chwili raczej mało prawdopodobny scenariusz, ale jeszcze kilka podobnych wpadek i może dojść do uruchomienia takiej procedury.

Z punktu widzenia rynków finansowych, trwające zamieszanie polityczne wokół Trumpa, nie tylko zwiększa niepewność, ale przede wszystkim oddala perspektywę wdrożenia zapowiadanych w kampanii reform gospodarczych. Uderza więc w podstawy rajdu w górę, jakiego doświadczył globalne giełdy, tuż po listopadowych wyborach w USA. Nie dziwi więc, że inwestorzy uciekają od ryzyka. Szczególnie, że giełdy były na rekordowo wysokich poziomach, więc jest z czego realizować zyski.

Aktualnie polityka rozdaje karty na rynkach. Na drugim miejscu znalazł się Fed i kwestia stóp procentowych w USA. Aczkolwiek to wciąż kluczowy element tej rynkowej układanki. Ostatnie gorsze dane makroekonomiczne, mogące podważać tezę o tylko „przejściowym” spowolnieniu w USA w pierwszym kwartale roku, a także  opisane zamieszanie polityczne, wpłynęły na zmniejszenie oceny prawdopodobieństwa czerwcowej podwyżki stóp procentowych przez Fed. Obecnie kształtuje się ono na poziomie około 60 proc., podczas gdy sięgało już 90 proc. Emocji już natomiast nie budzą wyniki kwartalne spółek.

W przyszłym tygodniu powyższa układanka ulegnie pewnemu przetasowaniu. W dalszym ciągu dominować będzie polityka, ale równocześnie mocno obserwowany będzie szczyt OPEC w Wiedniu i publikacje majowych indeksów PMI. Na fali globalnego odwrotu od ryzyka inwestorzy mogą też zacząć bliżej przyglądać się kondycji chińskiej gospodarki, co musiałoby prowadzić do niepokojących wniosków i uderzyłoby w rynek surowcowy.

Podsumowując, kontrowersje wokół prezydenta Trumpa prawdopodobnie nie zakończą się próbą usunięcia go z urzędu. Nie mniej jednak obecna sytuacja wyraźnie pokazuje, że jego prezydentura to dla rynków poważne ryzyko. Stąd też obserwowane spadki na giełdach, wobec braku nowego paliwa do wzrostów, są początkiem dłuższej i głębszej realizacji zysków (co pośrednio uderzy też w złotego). Tym samym kolejny raz sprawdzi się stare powiedzenie z Wall Street: sell in may and go away.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Rekordowy kwartał na rynku powierzchni przemysłowych i magazynowych w Polsce

Pomiędzy styczniem a marcem najwięcej nowej powierzchni pojawiło się w okolicach Poznania, 104 tys. m kw. W czołówce znalazły się również regiony wokół Bydgoszczy i Torunia, w których łącznie oddano do użytku ponad 103 tys. m kw.. Największe projekty, ukończone w pierwszym kwartale to Panattoni BTS Kaufland o powierzchni 45,650 m kw. i Prologis Park Piotrków II – 42,200 m kw.

Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

,,Magazynowa hossa trwa. Kwartalny rekord w kategorii: nowa powierzchnia na rynku, nie przeszkodził deweloperom w rozpoczęciu kolejnych projektów, których łączny wolumen szacowany jest na poziomie 316 tys. m kw. Bardzo wysoka aktywność najemców, inwestorów i deweloperów to sygnał, że rok 2017 z bardzo wielkim prawdopodobieństwem będzie rekordowy w wielu kategoriach,, – Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych I Przemysłowych, Europa Środkowo – Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Wśród nowych trendów obserwujemy zwiększone zainteresowanie najemców i deweloperów rozwiązaniami energooszczędnymi i przyjaznymi środowisku, a co za tym idzie: dostarczaniem obiektów o wysokim standardzie technicznym

Autorzy raportu podkreślają, że już same nazwy nowo budowanych obiektów wskazują, że fundamentem rozwoju rynku magazynowego są i będą firmy z sektora e-commerce. Wśród 1,275 mln m kw. magazynów w budowie znajdują się m.in. szczecińskie projekty Panattoni BTS Amazon Szczecin (161 tys. m kw.) i Goodman BTS Zalando Szczecin (130 tys. m kw.). Dodatkowo, w 2017 roku na Śląsku rozpoczęto prace nad kolejnym projektem typu BTS, Panattoni BTS Amazon Sosnowiec o powierzchni 135 tys. m kw.

Na koniec pierwszego kwartału stopa pustostanów wyniosła 6,3 proc. i była wyższa o 0,2 p.p. od poziomu odnotowanego na koniec ubiegłego roku. Za mało znaczącym wzrostem wskaźnika niewynajętej powierzchni, przy jednocześnie wyraźnie większej ilości nowych projektów, które pojawiły się na rynku w trzech pierwszych miesiącach, stoją podpisane umowy typu pre-let i duża popularność projektów BTS. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland szacują, że około 80 proc. wszystkich obecnie realizowanych projektów ma już swoich najemców. W praktyce oznacza to, że magazyny w momencie uruchomienia są w większości wynajęte.

W pierwszym kwartale bazowe stawki czynszów utrzymywały się na poziomie z końca ubiegłego roku. Spowodowane to było wysokim popytem, wyrażonym finalizacją znaczącej ilości transakcji w nowopowstających obiektach. Niezmiennie, najdroższe projekty zlokalizowane są w granicach Warszawy, natomiast najniższe czynsze odnotowuje się w regionie Polski Centralnej, w którym dominują duże parki logistyczne. Zgodnie z raportem, rozpiętość stawek czynszów w pierwszym kwartale wynosiła pomiędzy 2 EUR / m kw. a 5 EUR / m kw.

Anna Staniszewska
Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo – Wschodnia

,,Poza głównymi klastrami o ugruntowanej pozycji, rynek powierzchni przemysłowych i magazynowych rozwija się również na obszarach, które jeszcze kilka lat temu nie były brane pod uwagę. Rozwój infrastruktury drogowej na północny wschód i na wschód od Warszawy (S8, S19) powoduje wzrost znaczenia tych terenów, jako potencjalnych lokalizacji obiektów magazynowych. Oprócz tego, wielu najemców powierzchni przemysłowych i magazynowych poszukuje miejsc z odpowiednią dostępnością pracowników, co również skłania do rozważania alternatywnych lokalizacji” – Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych I Doradztwa, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

,,Wpływ na inwestycje magazynowe ma również obecny cykl gospodarki, relatywnie ułatwiający pozyskanie finansowania i podejmowanie decyzji najemców dotyczących rozwoju i nowych lokalizacji”

Ponad połowa polskich firm chce zmian w zarządzaniu podróżami służbowymi – wyniki badania

Firma Amadeus ogłosiła wyniki badania „Organizacja i zarządzanie podróżami służbowymi w średnich i dużych firmach Europy Środkowo-Wschodniej”. Z najnowszej edycji raportu wynika, że polskie przedsiębiorstwa mają jeszcze sporo do zrobienia, jeśli chodzi o ten obszar działalności operacyjnej. Aż 40% firm w Polsce nie posiada polityki podróży, która ułatwia organizację delegacji. Co więcej, polskie firmy najrzadziej wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej, korzystają z nowoczesnych technologii do rezerwacji podróży (28% vs średnio 43% w krajach regionu). Niechętnie też zlecają organizację wyjazdów służbowych wyspecjalizowanym agencjom. Czy pracownicy w polskich firmach nadal będą musieli organizować delegacje na własną rękę? Okazuje się, że 53% przebadanych przedsiębiorstw dostrzega konieczność zmian w tym obszarze, co stanowi pozytywny trend.

Badanie „Organizacja i zarządzanie podróżami służbowymi” przeprowadzone zostało wśród średnich i dużych firm w drugiej połowie 2016 r. w sześciu krajach Europy Środkowo-Wschodniej: w Polsce, Czechach, na Litwie, Łotwie, Słowacji i Węgrzech.

Jak na tle innych krajów regionu plasuje się Polska? Wydaje się, że podróże służbowe nadal stanowią niedoceniany aspekt działalności operacyjnej polskich firm. Przedsiębiorstwa często postrzegają podróże służbowe jedynie jako konieczny do poniesienia koszt, a nie inwestycję. Być może z tego powodu zarządzanie tym obszarem jest często nieuporządkowane, a pracownicy pozostawieni samym sobie, jeśli chodzi o organizowanie wyjazdu.

Najważniejsze wyniki badania w liczbach

  • Polityka podróży, czyli zestaw reguł dotyczących zamawiania usług związanych z delegacjami, obowiązuje w 57% polskich firm i w 62% firm w Europie Środkowo-Wschodniej. Politykę podróży wprowadzają przede wszystkim największe firmy oraz te, w których wyjazdy służbowe stanowią ważny aspekt działalności.
  • Polskie firmy najrzadziej z całej Europy Środkowo-Wschodniej korzystają z rozwiązań IT do rezerwacji podróży służbowych (28% vs. średnio 43% w krajach regionu).
  • W Polskich firmach istnieją rozbieżności w stosowanych i preferowanych formach płatności za podróże służbowe. W porównaniu z innymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej, w Polsce o wiele częściej niż w innych krajach (25% vs. 9%), to pracownicy płacą za podróż własną kartą, a potem rozliczają się z firmą, co jest czasochłonne; preferowana forma płatności to przede wszystkim przelew.
  • W związku z tym, że wiele polskich firm nie ma procedur organizacji wyjazdów pracowników, obowiązki z tym związane spoczywają na różnych działach firmy: od pracowników administracyjnych, przez dział personalny, finanse aż po wyższą kadrę kierowniczą, która musi zaakceptować poszczególne etapy i koszty.

Dążenie do zmian

Tego rodzaju rozproszenie procesu organizacji i zarządzania podróżami służbowymi, brak ram, w których mogliby poruszać się pracownicy planując podróż, sprawia, że w wielu polskich firmach jest to zadanie żmudne i nieefektywne czasowo. Co więcej, firmy takie nie wykorzystują okazji do zaoszczędzenia środków finansowych, jakie stwarza np. związanie się umową z jedną, określoną siecią hoteli czy linią lotniczą. W wyniku takiej współpracy, bowiem, przedsiębiorstwa najczęściej korzystają ze zniżek i kupują usługi po tzw. stawkach korporacyjnych. Jednak wydaje się, że firmy zaczynają dostrzegać tę konieczność optymalizacji procesu zarządzania podróżami służbowymi.

53% przebadanych przedsiębiorstw oczekuje zmian w tym obszarze, przede wszystkim w zakresie zwiększenia przestrzegania przez pracowników zasad polityki podróży oraz zmniejszenia obciążenia formalnościami. Okazuje się, że tam, gdzie zmiany zostały wprowadzone (określono politykę podróży i wdrożono dedykowane narzędzia IT) poziom satysfakcji z zarządzania i organizacji podróży służbowych jest najwyższy.

Polskie firmy chcą oszczędzać

Polskie firmy, o wiele częściej niż przedsiębiorstwa w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej (42% vs. 28%), oczekują oszczędności w obszarze podróży służbowych w 2017 r. W co trzeciej firmie wyniosą one ponad 10%. Większość badanych organizacji i instytucji jest też otwarta na wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych i/lub outsourcing obszaru organizacji i zarządzania podróżami służbowymi. Aż 72% z nich jest np. skłonnych do współpracy z zewnętrznym usługodawcą w tej dziedzinie, jeśli niosłoby to za sobą wymierne korzyści. To bardzo istotna, pozytywna zmiana w sposobie myślenia o zarządzaniu tym obszarem.

„Mimo postępu technologicznego, który obejmuje także sferę kontaktów służbowych, podróże biznesowe, dające możliwość bezpośrednich spotkań i zacieśniania relacji z partnerami, nadal stanowią istotny aspekt działalności firm i osiągania przez nie sukcesów. Jak jednak pokazują wyniki badania przeprowadzonego przez firmę Amadeus, w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, wciąż jeszcze jest wiele przedsiębiorstw, w których obszar podróży służbowych nie ma sformalizowanego charakteru. Brak takich rozwiązań, jak polityka podróży i dedykowane narzędzia IT oznacza, że obowiązki związane z organizacją wyjazdów biznesowych spoczywają przede wszystkim na wyjeżdżających pracownikach. Taki system organizacji podróży służbowych jest nieefektywny czasowo i finansowo. Jednak firmy zaczynają to zauważać i dążyć do wprowadzenia innowacyjnych rozwiązań, które unormowałyby i jednocześnie uprościły ten proces” – podsumował Paweł Rek, Dyrektor generalny Amadeus Polska, dyrektor regionalny Amadeus na Europę Środkową.

Metodologia badania

Badanie decydentów na zlecenie firmy Amadeus zostało zrealizowane w drugiej połowie 2016 roku przez agencją badawczą KANTAR TNS. Badanie telefoniczne (CATI) zostało przeprowadzone w firmach z krajów Europy Środkowo-Wschodniej: Polski, Czech, Rumunii, Węgier, Litwy i Łotwy. Próba objęła 1000 firm i instytucji zatrudniających powyżej 50 pracowników, wydających min. 50 000 euro na delegacje lub realizujących min. 250 podróży służbowych rocznie. Respondentami byli pracownicy firm odpowiedzialni za organizację i zarządzanie podróżami służbowymi lub osoby, które w danej firmie zostały wskazane jako najlepiej zorientowane w tym temacie. Ankieta została przeprowadzona wśród takich sektorów jak: produkcja (42%), usługi (24%), administracja (21%) i handel (13%). 61% ankietowanych stanowili pracownicy firm zatrudniających od 50 do 249 pracowników, 31% firm zatrudniających od 250 do 999 pracowników, natomiast 8% badanych instytucji zatrudnia powyżej 1000 osób.

Na co Polacy wydają zarobione pieniądze? Wyniki najnowszego raportu

Po zrealizowaniu podstawowych potrzeb większość z nas przeznacza swoje nadwyżki finansowe na zakup odzieży, a największe sumy w ciągu miesiąca – na wydatki związane z samochodem – takie wnioski płyną z raportu „Sytuacja materialna Polaków”[1], zrealizowanego na zlecenie Lindorff SA. Na co jeszcze Polacy wydają swoje pieniądze oraz jak wysokie sumy przeznaczają na konkretne kategorie produktowe?

Gdzie zostawiamy nasze pieniądze?

wykres1W badaniu ankietowani zostali zapytani na co wydają swoje pieniądze – poza jedzeniem i rachunkami. Największą popularnością cieszyła się odpowiedź wskazująca na odzież – wybrało ją aż 88% ankietowanych. Na drugim miejscu znalazły się kosmetyki z 74% odpowiedzi. Zaraz za nimi uplasowały się wydatki związane z samochodem – na nie swoje fundusze przeznacza 68% respondentów.

Ponad połowa ankietowanych wskazała także na wydatki związane z podróżami i wyjazdami (51%), niemal co drugi Polak przyznał się do wydawania pieniędzy na wyjścia związane z kulturą (45%). 35% badanych stać również na finansowanie swojego hobby.

Na dalszych pozycjach znalazły się takie odpowiedzi jak: edukacja (30%), zajęcia sportowe (22%), zabiegi kosmetyczne (20%) i biżuteria (19%).

Jak wygląda statystyka, jeśli podzielimy odpowiedzi na damskie i męskie? „Podium” wśród damskich wskazań zajęły te same odpowiedzi, które triumfowały w uogólnionych wynikach, ze wskazaniem odpowiedzi na poziomie: 93% to zakup odzieży; kosmetyki – 82%; samochód/wydatki związane z samochodem są źródłem wydatków dla 2/3 kobiet. „Męska trójka” najpopularniejszych odpowiedzi również zawiera podobne wyniki, jednak w innym ułożeniu: odzież kupuje 83% panów; samochód jest źródłem wydatków dla 7 na 10 z nich, a kosmetyki kupuje 2/3 ankietowanych.

Największe dysproporcje między damskimi i męskimi wskazaniami widać na przykładzie odpowiedzi „kosmetyki” – różnica wyniosła tu aż 15 p. p.

Podstawowym wydatkiem Polaków, po jedzeniu i rachunkach, jest odzież. Można wnioskować, iż ma to związek z postępującą rolą indywidualizacji własnego wizerunku. Druga kategoria produktów, na które najczęściej przeznaczamy pieniądze, kosmetyki, również może świadczyć o rozwoju świadomości konsumenckiej. Chcemy o siebie dbać i przykładamy do tego dużą wagę. Nie zaskakują wydatki związane z samochodem, gdyż te często piastują wysokie pozycje w rankingach wydatków Polaków. Koszty związane z samochodem były również głównym powodem zaciągania przez Polaków zobowiązań w minionym 2016 roku – to aż 29% wszystkich ubiegłorocznych kredytobiorców. Na drugim miejscu tego zestawienia znalazły się bieżące wydatki związane z konsumpcją (20%) – w tę grupę można wliczyć odzież oraz kosmetyki. Na trzecim miejscu wśród powodów zaciągania zobowiązań znajdują się podróże, w tym samochodowe (17%) – zatem deklaracje miesięcznych wydatków pokrywają się z deklarowanymi powodami zaciągania zobowiązań w minionym roku.

Można by wnioskować, iż często bez względu na wysokość naszego miesięcznego wynagrodzenia niechętnie rezygnujemy z naszego stylu życia, a w przypadku problemów finansowych, jesteśmy w stanie korzystać z pożyczek, aby realizować nasze potrzeby (w tym również za pomocą zakupów na raty – to była najpopularniejsza forma kredytowa w 2016 roku, przyznało się do niej 24% ankietowanych). Jednakże ankietowani zapytani o reakcję w sytuacji problemów finansowych w 54% stwierdzili, iż ograniczają wtedy swoje bieżące wydatki. Sytuację zatem można interpretować w mniej pozytywny sposób – wysokość wynagrodzeń Polaków nie pozwala na najbardziej naglące potrzeby bez wykorzystania dodatkowych środków bankowych.

Ile wydajemy?

Ile wydajemy?Respondenci zostali również poproszeni o wskazanie, jakie sumy przeznaczają miesięcznie na konkretne kategorie produktowe. Po raz kolejny pierwsze miejsce zajął samochód oraz wydatki z nim związane. Ankietowani na ten cel przeznaczają średnio 346 zł miesięcznie. Drugim w kolejności wydatkiem, który zabiera nam najwięcej funduszy są wyjazdy i podróże – miesięcznie na ten cel respondenci byli w stanie wydać średnio 265,5 zł. W „top 3” naszych największych wydatków znalazły się także ubrania, gdyż na nie miesięcznie przeznaczamy niespełna 180 zł. Powyżej 100 zł miesięcznie przeznaczamy także na edukację, hobby, zabiegi kosmetyczne oraz biżuterię.

Zarówno mężczyźni, jak i kobiety pozycjonują najważniejsze wydatki w tej samej kolejności. Możemy jednak dostrzec różnice w kwotach przeznaczanych na te cele przez obie płcie. „Na samochód” mężczyźni średnio w miesiącu wydają 371,5 zł, gdy kobiety wydają na ten cel nieco mniej – około 318 zł. Dużą dysproporcję widać w kwotach przeznaczanych na wyjazdy i podróże. Kobiece odpowiedzi wskazały kwotę około 207 zł, a mężczyźni na ten cel wydają aż 324,5 zł. Na odzież zarówno kobiety, jak i mężczyźni wydają podobne sumy.

Odzież jest w tym zestawieniu bardzo ciekawą grupą produktów – najwięcej badanych deklaruje przeznaczanie pieniędzy właśnie na nią, a w rankingu kategorii, na które wydajemy największe sumy w ciągu miesiąca, piastuje trzecie miejsce. Jest jednocześnie drugą najliczniej wymienianą odpowiedzią ankietowanych (28%) na pytanie: co sprzedają, aby poprawić swoją sytuację finansową? Można wnioskować, iż Polacy traktują odzież jako swego rodzaju łatwo zbywalne dobro. Co ciekawe, dla 37% badanych odzież i dodatki światowych marek kojarzona jest z luksusem.

[1] Raport zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA – badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii. Realizacja badania: 20.01.2017 – 24.01.2017 r, N=551.

Czy już zaczyna działać strach przed więzieniem? Raport – Dłużnik alimentacyjny (maj 2017)

Prawie 10,5 mld zł wyniosły na koniec kwietnia długi alimentacyjne Polaków zgłoszonych do BIG InfoMonitor. Kwota przyrasta obecnie o ok. 100 mln zł miesięcznie, a w rejestrze widnieje już blisko 302 tys. osób niepłacących na dzieci.

W najnowszym raporcie po raz pierwszy pokazujemy liczbę dłużników nie tylko w podziale na województwa, ale również miasta. Z zestawienia wynika, że największa liczba niepłacących na dzieci zamieszkuje Warszawę, Łódź oraz Kraków i nie są to wyłącznie stolice województw z największą liczbą dłużników alimentacyjnych, bo w tej kategorii czołówka to: śląskie, mazowieckie oraz dolnośląskie. – Na podstawie naszych statystyk z 18 stolic województw, gdzie zaległości przekraczające 1,7 mld zł wobec dzieci ma 48,5 tys. osób, można śmiało stwierdzić, że niepłacenie alimentów to statystycznie przewinienie ponad dwukrotnie częściej spotykane wśród mieszkańców dużych miast niż w pozostałych rejonach kraju – zauważa Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.

W ciągu trzech miesięcy, od publikacji ostatniego raportu na temat dłużników alimentacyjnych, czyli od końca stycznia do końca kwietnia, lista rodziców unikających łożenia na własne dzieci wydłużyła się o ponad 2,6 tys. osób. Nie jest to jednak ogólnopolska norma, bo po raz pierwszy pojawiły się dane z województw informujące, że dłużników alimentacyjnych ubyło.

Nieznacznie zmniejszyła się ich liczba na Mazowszu – z 31 147 do 31 119. Wyraźny ubytek – o ponad 2,5 tys. widać na Dolnym Śląsku. W efekcie w woj. dolnośląskim istotnie spadła również łączna kwota zadłużenia – o ponad 92 mln zł. – Niewykluczone, że zaczyna już działać strach przed karą więzienia za niezapłacone alimenty, jaka po nowelizacji kodeksu karnego w większym stopniu niż wcześniej grozi osobom nie utrzymującym swoich dzieci – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand. Stosowne zmiany zamieszczone w ustawie „Kodeks karny oraz ustawy o pomocy osobom uprawnionym do alimentów” wejdą w życie 31 maja. Według zmienionych regulacji już po niezapłaceniu dziecku alimentów za co najmniej trzy miesiące niesolidny rodzic może zostać ukarany grzywną, albo ograniczeniem lub pozbawieniem wolności. Zapis o braku płatności trzech świadczeń okresowych zastąpił dotychczasowy, trudny do interpretacji zapis o uporczywym uchylaniu się od płacenia alimentów.

Jak można wnioskować z uzasadnienia do zmiany ustawy, Ministerstwo Sprawiedliwości nie zakłada jednak, że nowe regulacje spowodują zaludnienie więzień dłużnikami alimentacyjnymi. Autorzy zmian w nowych warunkach prawnych spodziewają się, że w pierwszym roku obowiązywania liczba skazanych na karę więzienia zwiększy się o 10 proc. w a kolejnych latach odpowiednio o 15 i 20 proc. Dotychczasowe statystyki mówią, że średniorocznie na karę bezwzględnego pozbawienia wolności z art. 209 skazywano ok. 1350 osób i było to 10 proc. osób, które stawały przed sądem z powodu niepłacenia alimentów.

– Rodzice niewspieranych dzieci liczą, że po zmianie prawa spora liczba dłużników alimentacyjnych zamiast trafiać do więzień będzie odbywała karę pozbawienia wolności w systemie dozoru elektronicznego – mówi Katarzyna Tatar, wiceprezes Stowarzyszenia Alimenty To Nie Prezenty. O systemie dozoru elektronicznego mowa jest w art. 43 l a. § 1 Kodeksu karnego wykonawczego. Polega on na kontroli przebywania przez skazanego w określonych dniach tygodnia i godzinach we wskazanym przez sąd miejscu (dozór stacjonarny). – Taki sposób wykonywania kary pozbawienia wolności pozwoli skazanemu na podjęcie zatrudnienia lub innej działalności zarobkowej, co w rezultacie umożliwi mu wywiązywanie się z obowiązku alimentacyjnego. Pozwoli też ujawnić, że dłużnik, który latami miał się świetnie mimo braku zatrudniania, tak naprawdę pracuje, ale na czarno – dodaje Katarzyna Tatar.

– W przeprowadzonych przez nas, przed rokiem badaniach na temat stosunku Polaków do dłużników alimentacyjnych widać, że dozór elektroniczny dłużników alimentacyjnych to jeden z chętniej wskazywanych przez ankietowanych, sposób na zwiększenie skuteczności egzekucji alimentów przez państwo, na drugiej pozycji po pracach publicznych w których, zdaniem badanych niechętni płaceniu rodzice mogliby odpracować swój dług. Spora część ankietowanych była również za koniecznością wprowadzenia bardziej dotkliwych kar za nieutrzymywanie własnych dzieci co właśnie obserwujemy w zmianie legislacji – mówi Mariusz Hildebrand.

Trump osiągnął swój cel. Złotówka nieco traci

Kontrowersji ciąg dalszych wokół nowego prezydenta USA. Sentyment na rynkach nieco się popsuł. Drożeją waluty uznawane za bezpieczne czyli jen i frank. W cenie również złoto. Droga do usunięcia Trumpa od władzy jednak dość odległa. Prezes EBC “musi” nieco schłodzić apetyt inwestorów na kupno euro.

Nieco gorzej

Nastroje na rynkach uległy pogorszeniu. Wszystko przez skandal wokół nowego prezydenta USA. Wszystko to oczywiście kładzie się cieniem na te szumne plany m.in. reformy podatkowej a tym samym wzmocnienia ożywienia gospodarczego. Patrząc z perspektywy rynku walutowego to oberwało się znacznie dolarowi. Rośnie za to popyt na bezpieczne aktywa a więc złoto, jena japońskiego i franka szwajcarskiego. Całkiem mocne pozostaje euro w relacji do dolara gdzie kurs przebił 1,11.

Czy to już moment, by kupować dolara?

Pytanie które z pewnością trapi inwestorów czy to już moment na kupno waluty amerykańskiej tak sporo ostatnio przecenionej. Z pewnością media nie odpuszczą Trumpowi i informacji w kontekście tej afery będzie co niemiara. Śledztwo w tej sprawie może jednak potrwać kilka miesięcy więc z czasem presja na sprzedaż dolara powinna słabnąć. Patrząc z perspektywy Trumpa to zagrał to po mistrzowsku. Czyż nie na osłabieniu dolara mu najbardziej zależało. Sam przyznał, że waluta USA jest za mocna i to jego wina. Prawda jest taka, że ten cały szum wokół afery jest chwytliwy dla mediów ale usunięcie Trumpa ze stanowiska jest praktycznie nie realne. Gdyż potrzeba ⅔ głosów senatu.

EUR/USD niekoniecznie w górę

Patrząc jednak na EUR/USD potencjał do wzrostów jest już ograniczony. Owszem pojawiają się głosy, że teraz otwarta droga do 1,16-1,18 ale jeszcze niedawno podobne źródła wskazywały na parytet na głównej parze walutowej świata. Trzeba pamiętać, że również Mario Draghi nie jest zainteresowany mocną walutą euro. Tym bardziej teraz gdy gospodarki europejskie notują ożywienie. Stąd dzisiejsze wystąpienie prezesa EBC i minutki z ostatniego spotkania powinny zahamować nieco zapędy do ruchu w górę na EUR/USD.

Tanieją surowce m.in. ropa

Niemniej jednak klimat inwestycyjny nieco się na rynkach popsuł. Inwestorzy pozbywają się ryzykownych aktywów. Ten najpoważniejszy kryzys podczas prezydentury Trumpa może spowodować, że te wszystkie plany rozruszania gospodarki okażą się fiaskiem. Stąd spadki np. cen surowców.

Złotówka nieznacznie traci

Traci również złotówka. Raz za sprawą wzrostu awersji do ryzyka a dwa to efekt gołębiego wczorajszego posiedzenia RPP. Prezes podtrzymał stanowisko, że cały 2018 rok może być pod znakiem utrzymywania obecnych poziomów stóp. Również odniósł się do kwotowań złotego i jego ostatniego umocnienia. Zwracając uwagę, że niski koszt zakupu CHF daje ulgę kredytobiorcom. Nadal jednak uważamy, że to tylko korekta na polskiej walucie.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Inspekcja pracy to nie sąd

Pomysł posłów PiS, aby inspektorzy pracy mieli wydawać nakaz zmiany umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę to naruszenie kompetencji sądów – bardzo wątpliwe pod względem prawnym. Właśnie z tego powodu identyczna propozycja została odrzucona w poprzedniej kadencji Sejmu.

Z fikcyjnymi umowami cywilnoprawnymi należy walczyć i powinna się tym zajmować inspekcja pracy. Jednak kwestie sporne muszą być rozstrzygane przez sądy, a nie przez samych inspektorów. Dlatego obowiązująca regulacja, zgodnie z którą inspektor ma prawo wytoczyć powództwo o ustalenie istnienia stosunku pracy, jest prawidłowym rozwiązaniem, odpowiednio zabezpieczającym interesy pracowników. Z jednej strony daje ono pracownikowi możliwości – poprzez organy inspekcji pracy – obrony swoich praw, a z drugiej – ostateczne rozstrzygnięcie pozostawia niezależnym i profesjonalnym sądom pracy.

PIP nie jest uprawniona do kreowania stosunku prawnego, a jedynie do kontroli i nadzoru zastanego stanu rzeczy. Inspektorzy pracy nie muszą być też prawnikami, stąd przyznanie im tak daleko idącego uprawnienia w postaci prawa do zastąpienia umowy cywilnoprawnej umową o pracę rodzi spore ryzyko. Można też podejrzewać, że inspektor pracy nie będzie w stanie obiektywnie ocenić, jaka w istocie była wola stron, ponieważ często jego interwencja jest skutkiem skargi pracownika. Obiektywną ocenę może zapewnić jedynie niezależny sąd powszechny – sąd pracy. W naszym systemie prawnym jedynie sądy mają prawo ustalenia istnienia danego stosunku prawnego. Tylko sądy są w stanie skutecznie i sprawiedliwie rozstrzygać spory prawne obywateli. Przestawiona przez posłów propozycja dotycząca rozszerzenia uprawnień inspektorów pracy byłaby niezgodna z naszym porządkiem prawnym oraz naruszałby właściwość sądów powszechnych.

Warto przypomnieć, że taka propozycja była już zgłaszana w poprzedniej kadencji Sejmu. Jednak w 2014 r. została odrzucona przez posłów ze względu na zastrzeżenia co do zgodności tego rozwiązania z naszym systemem prawnym. Czy tym razem parlamentarzyści przymkną oko na wątpliwości prawne i mimo wszystko uchwalą taką regulację? Oby nie, ponieważ konsekwencje stanowienia złego i nieprzemyślanego prawa poniosą jego adresaci, w szczególności pracodawcy i osoby pracujące.

Wioletta Żukowska-Czaplicka, Ekspert Pracodawców RP

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Polityczne ryzyko tym razem po drugiej stronie Atlantyku

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Miesiąc maj rozpoczął się optymistycznie na globalnych rynkach finansowych, czego głównym powodem było oczekiwanie na zwycięstwo Emmanuela Macrona we francuskich wyborach prezydenckich. Jednakże od powyborczego poniedziałku inwestorzy de facto stwierdzili, że krótkoterminowe pozytywne efekty zwycięstwa centrysty zostały już uwzględnione w cenach, a brakować zaczęło kolejnego przekonywującego impulsu, który nadałby rynkom akcyjnym nowy kierunek. W konsekwencji nastał okres niewielkiej zmienności i oczekiwania na sygnał do działania. Komentatorzy czujnie zauważyli, że popularny indeks strachu VIX zniżkował do najniższego poziomu od grudnia 1993 roku, czyli tego samego roku, w którym powstał. Niejako w międzyczasie rynek walutowy, osłabiając dolara i umacniając euro, zaczął dostrzegać odwrócenie postrzegania politycznego ryzyka po obu stronach Atlantyku. Dotychczas bowiem to strefa euro uważana była za jedno z istotnych źródeł niestabilności, a czasami nawet typowana była jako największe zagrożenie tego typu na globie. Po wyborach we Francji, ale także wcześniejszym wyniku w Holandii, czy dobrej passy Angeli Merkel w regionalnych wyborach, Europa już nie okazuje się głównym źródłem niestabilności. Na arenie politycznej to USA z nieprzewidywalnym Trumpem stały się istotnym źródłem politycznego ryzyka, czego symbolem w tym tygodniu są pojawiąjące się już praktycznie każdego dnia nowe kryzysy. W konsekwencji na horyzoncie pojawiła się nawet możliwość impechmentu. Przykładowo wczoraj głośno zrobiło się o rosnącym prawdopodobieństwie niedotrwania przez Donalda Trumpa na swym stanowisku do końca 2018 roku. Według platformy PredictIt szansa utrzymania przez Trumpa prezydentury spadła z 75% do 56%. To spory ruch na przestrzeni niewiele większej od tygodnia. Konsekwencje tego są bardzo poważne, gdyż gospodarcza agenda nowego prezydenta, która już wcześniej stała pod dużym znakiem zapytania, teraz powoli staje się wręcz niemożliwa do realizacji w obliczu coraz to nowych przeszkód. Bardzo interesujące będzie obserwowanie, jak zareagują na to dane oparte na ankietach przedsiębiorców, które po wyborach wystrzeliły na północ. Obawiać się można ich spadku. W tym kontekście zastanawiający jest fakt, że w najnowszej ankiecie zarządzających przeprowadzonej przez BoA Merrill Lynch na największe potencjalnie źródło zagrożenia typowane są Chiny. Czyżby więc po spokojniejszym początku miesiąca szykuje się nam nerwowe jego zakończenie? Nasz rynek już we wtorek pokazał się od słabszej strony i WIG20 przełamał poziom 2350 pkt., co jest zaproszeniem do korekty.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

OptAd360 osiągnął 2 mld żądań reklamowych

OptAd360 działa na rynku sprzedaży powierzchni reklamowej w modelu programmatic. Pierwszy rok działalności zamknęli z 7 milionami zł przychodu a obecnie docierają do 25 mln internautów z 231 krajów. Co jest imponującym wynikiem, zwłaszcza, że firma powstała na początku 2016 r.

Na początku swojej działalności obsługiwali 82 klientów. W tej chwili liczba ta powiększyła się do ponad 500 serwisów. Dynamiczny rozwój najlepiej potwierdzają liczby. Porównując analogicznie pierwsze miesiące 2017 i 2016, osiągnęli wzrost przychodu o 218%! Założyciele, Jakub Szczepankowski oraz Jarosław Wisłocki osiągają kolejne sukcesy, a liczby naprawdę imponują.

Na podium

Rozwój firmy wiąże się nierozerwalnie z gwałtownym wzrostem zainteresowania modelem programmatic na świecie. W Europie w tym roku (2017), w segmencie reklamy display, wydatki na reklamę w modelu programmatic wyniosą już 58% budżetów reklamowych (Dane Zenith). To wzrost o 7% w stosunku do poprzedniego roku. Ma to odzwierciedlenie w działalności OptAd360, który na samym początku funkcjonowania notował 450 mln żądań reklamowych. Obecnie osiągnął ponad 2 mld i dociera do ponad 25 milionów internautów, co stawia go na pierwszym miejscu z największym zasięgiem w Polsce (dane maj 2017 – DoubleClick Ad Exchange).

Wzmocnienie działań na rynku krajowym i powiększenie zespołu do 21 pracowników pozwoliło na intensywną ekspansję na rynki zagraniczne. W tym celu zostali zatrudnieni zagraniczni eksperci z Rosji, Ukrainy, Brazylii, Turcji i Indii. W planie są zatrudnienia kolejnych osób. Już dzisiaj możemy mówić o wielkim sukcesie.

Skąd pomysł na biznes?

Gdy pojawił się programmatic stwierdziliśmy, że to jest produkt na którym się znamy i wiemy, że monetyzujemy serwisy internetowe najlepiej. Jednocześnie usługa ma potencjał globalny, dlatego porzuciliśmy bezpieczny etat, bo jesteśmy przekonani, że możemy zbudować wielką firmę o globalnym zasięgu” – komentuje Jakub Szczepankowski. „Do tej pory, wraz z zespołem, realizujemy nasze cele z zawrotną skutecznością. Wg. planów, pierwsze półrocze 2017 r. powinno się zamknąć z przychodem w wysokości około 6,5 mln złotych, powiększeniem zespołu do 28 osób i obsługą ponad 600 serwisów”. – dodaje.

OptAd360 pomaga wydawcom stron internetowych w monetyzacji ich serwisów. Aktywnie wspiera również promocję rynku i jego rozwój, a także edukację wydawców w zakresie modelu programmatic. Dzięki OptAd360 mali i średni wydawcy mogą zarabiać na reklamach zarezerwowanych do tej pory tylko dla największych grup mediowych.

Wyniki Kupiec S.A. po I kw. 2017 r.

Spółka Kupiec S.A., zanotowała 184 tys. zł zysku netto w 1 kw. 2017 r. przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 10.121 tys. zł. Rozwój segmentu spedycji w oparciu o dwa nowe obszary biznesowe pozwolił Spółce wyraźnie poprawić jej wyniki finansowe.

W 1 kw. 2016 r. Emitent osiągnął 21 tys. zł zysku netto, a jego przychody netto ze sprzedaży wynosiły 6.940 tys. zł. Równie wysoka progresja wyników finansowych została zanotowana przez Kupiec S.A. na poziomie zysku z działalności operacyjnej. W 1 kw. 2017 r. sięgnął on o 297 tys. zł wobec 57 tys. zł rok wcześniej, co było efektem stabilizacji obrotów z działalności spedycyjnej na poziomach znacznie przekraczających 3 mln zł miesięcznie. Spółka kontynuowała prace wdrożeniowe w zakresie uruchamiania dwóch nowych obszarów działalności: transportu krajowego i międzynarodowego małymi samochodami do 3,5 tony jako uzupełnienia spedycji ładunków 24 tonowych oraz obrotu ładunkami całopaletowymi we współpracy z dużym, europejskim operatorem logistycznym. Bardzo dobre wyniki finansowe Kupiec S.A. oraz dynamiczny rozwój  segmentu spedycji i jego bardzo dobre perspektywy skłoniły Zarząd Spółki do czasowego wstrzymania realizacji projektu wydzielenia z niej działalności operacyjnej w sektorze TSL.

„W marcu tego roku zanotowaliśmy obroty przekraczające 4 mln zł i mamy nadzieję utrzymać ten poziom w przyszłych miesiącach. Stąd już niedaleko do naszego celu strategicznego, czyli 50 mln zł obrotów rocznych. A takie poziomy pozwalają Spółce stabilnie się rozwijać i z optymizmem patrzeć w przyszłość.” – komentuje Leszek Wróblewski, Prezes Zarządu Spółki Kupiec S.A.

Zarząd Spółki w dalszym ciągu bardzo dobrze ocenia perspektywy rozwoju spółki BVT S.A. Prowadzi ona konsekwentnie działania rozwojowe w zakresie swojej podstawowej działalności oraz w obszarze restrukturyzacji i zakupów wierzytelności z sektora bankowego. Kupiec S.A. realizuje także proces optymalizacji struktury wynajmu powierzchni biurowych w nabytym w 2016 r. biurowcu w Tarnowie. Obecnie prawie 94% dostępnej powierzchni jest wynajęte dwóm podmiotom oraz stanowi siedzibę Emitenta. Zarząd Spółki jest zadowolony z rezultatów prowadzonych działań i jest przekonany, że pozwolą one na generowanie coraz wyższego zysku z wynajmu powierzchni biurowej.

„Inwestycje w nieruchomości to bardzo stabilna działalność z długofalową perspektywą. Moje dotychczasowe, ponad roczne doświadczenia z tą branżą nastrajają bardzo optymistycznie. Nie wykluczam, że po ustabilizowaniu się tej inwestycji będziemy rozważali kolejną, bowiem nie brakuje nam ciekawych propozycji.” – dodaje Prezes Wróblewski.

Kupiec S.A. jest głównym akcjonariuszem notowanej na rynku NewConnect Spółki BVT S.A. i posiada akcje stanowiące 42,90% udziału w jej kapitale zakładowym oraz 44,37% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. Emitent należy do segmentu rynku NewConnect – NC Focus.

EFL: Sektor MŚP już dawno nie był w tak dobrej kondycji

Najnowszy „Barometr EFL”[1] na II kwartał 2017 roku pokazuje, że zdecydowanie został zatrzymany trend spadkowy z ubiegłego roku i możemy mówić o dynamice rozwoju MŚP w Polsce. Po bardzo wysokim dla I kwartału br. wskaźniku na poziomie 57,1 pkt., odczyt na II kwartał wyniósł aż 63 pkt.! To najlepszy wynik w historii badania „Barometr EFL”. Po raz kolejny, za wzrost wartości indeksu odpowiadają bardzo optymistyczne prognozy dotyczące inwestycji. Aż 41% przedstawicieli sektora MŚP (najwięcej od IV kwartału 2015 roku) uważa, że będzie więcej inwestować.

– Obraz, jaki wynika z najnowszego pomiaru „Barometr EFL”, jest odzwierciedleniem pozytywnych trendów gospodarczych, które obserwowaliśmy w pierwszych miesiącach tego roku. W I kwartale br. produkcja sprzedana przemysłu, zgodnie z danymi GUS, wzrosła o 7,3% rok do roku, a sprzedaż detaliczna w marcu o blisko 10%. Warto również spojrzeć na wyniki firm leasingowych, które z uwagi na rodzaj prowadzonej działalności, są niezwykle wrażliwe na zmiany koniunktury gospodarczej. Otóż z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. branża leasingowa sfinansowała inwestycje o łącznej wartości 15 mld zł, co oznacza wzrost rynku na poziomie 12,7% r/r. Dane te w parze z wynikami najnowszego Barometru potwierdzają, że firmy w Polsce, w tym przede wszystkim z sektora MŚP, są w coraz lepszej kondycji, kupują i inwestują, tym samym napędzając polską gospodarkę powiedział Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Rekordowy odczyt Barometru EFL

Wynik „Barometru EFL” za II kwartał 2017 roku po raz drugi w historii pomiarów przekroczył próg 60 pkt. (pierwszy raz w III kwartale 2015 roku) i wyniósł 63 pkt. Jednocześnie jest to najwyższa wartość od początku realizacji badania, czyli od I kwartału 2015 roku. W porównaniu do I kwartału br. wartość wskaźnika jest aż o 5,9 pkt. wyższa, natomiast do sytuacji sprzed roku o 5,2 pkt. Tym samym powtórzyła się sytuacja z ubiegłego roku, gdy pomiędzy I i II kwartałem 2016 roku odczyt Barometru wzrósł.

Coraz więcej inwestycyjnych optymistów

Na wzrost wartości „Barometru EFL” w II kwartale tego roku, zapracowały wszystkie cztery kategorie, jednak podobnie jak na początku roku, decydujący wpływ miała istotna poprawa nastrojów pod względem planowanych inwestycji. Odsetek osób, które spodziewają się więcej inwestować w II kwartale br. wzrósł o 8,9 pp. w porównaniu do I kwartału 2017 roku (z 31,9 proc. do 40,8 proc.) oraz aż o 17,9 pp. w porównaniu do II kwartału 2016 roku. Odsetek inwestycyjnych optymistów w sektorze MŚP w II kwartale br. był najwyższy od IV kwartału 2015 roku. Wówczas wyniósł on 45,3 proc.

Również stosunkowo wysoki odsetek przedsiębiorców (27,2 proc.) wskazał, że oczekuje wzrostu sprzedaży. Jest to wynik lepszy o 8,9 pp. w porównaniu do I kwartału br., jednak o 14,6 pp. niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W przypadku płynności finansowej odsetek optymistów wzrósł aż 10,8 pp. kwartał do kwartału (24,3 proc.), a większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne zgłosiła co piąta firma (+ 4 pp.).

Prognoza na kolejny kwartał

– Jeśli miałbym prognozować odczyt następnego Barometru na podstawie danych z ubiegłego roku, kiedy pomiędzy II kw. a IV kw. wartość wskaźnika stopniowo spadała, wskazałbym na niewielki spadek nastrojów. Jednak obecnie mamy do czynienia z inną sytuacją rynkową niż rok temu. W związku z napływającymi optymistycznymi danymi makroekonomicznymi, jak również bardzo dobrymi wynikami firm leasingowych, spodziewamy się ożywienia polskiej gospodarki w dalszej części tego roku. Głównymi determinantami takiej sytuacji będą rosnące wydatki konsumpcyjne, stabilny wzrost gospodarczy w strefie euro i odbicie inwestycji, przede wszystkim z udziałem unijnego wsparcia, na przełomie II i III kwartału – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

[1] Barometr EFL” jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 4-10 maja 2017 r.

Firmy rodzinne powinny otworzyć się na menedżerów z zewnątrz

Najstarsze firmy rodzinne istnieją w Japonii, ich historia sięga ponad 1400 lat. Jeden z japońskich hoteli ma udokumentowaną sukcesję 46 pokoleń. Firmy rodzinne w Polsce nie mogą się pochwalić tak długą historią. Ale mimo krótkiego stażu, są dziś filarem polskiej gospodarki i stanowią około 36 procent małych i średnich przedsiębiorstw, a po uwzględnieniu jednoosobowej działalności gospodarczej może ich być blisko 80 proc. Wiele z nich znajduje się obecnie w momencie przekazywania sterów w ręce drugiego pokolenia właścicieli. Jak w najbardziej płynny sposób, a przede wszystkim bez szkody dla przedsiębiorstwa rodzinnego przeprowadzić proces sukcesji oraz jego specyfice opowie Peter Leach, autor książki „Firmy rodzinne. Wszystko co istotne”, który na zaproszenie firmy Deloitte i Wydawnictwa Studio Emka przyjechał do Polski.

Książka Petera Leacha w sposób kompleksowy opisuje problemy i wyzwania stojące przed firmami rodzinnymi. Jednym z nich jest ustalenie zasad, według których będzie ona prowadzona i zarządzana. „Wartości są tym, za czym opowiada się rodzina i jej firma; wizja to wspólne poczucie tego, dokąd zmierzają krewni i ich przedsiębiorstwo. Wizja i wartości stanowią źródło siły i prężności firm rodzinnych i w zasadniczy sposób przyczyniają się też do długotrwałych sukcesów owych przedsiębiorstw” – pisze autor. Jego zdaniem właściciele firmy rodzinnej powinni skupić się na sformułowaniu i wprowadzaniu zasad, które zapewnią równowagę między celami biznesowymi a pomyślnością rodziny. Następnie należy obmyślić i stworzyć skuteczne struktury utrzymywania ładu, które pomogą rodzinie w wypracowaniu spójnego podejścia do przedsiębiorstwa, a do tego będą wspierały odpowiedzialność i koncentrację na działaniach firmy. Problem ten może być szczególnie widoczny, gdy firma przygotowuje się do sukcesji. Jak wynika bowiem z badania Deloitte wśród polskich firm rodzinnych aż 57 proc. następców zamierza wprowadzić nową strukturę zarządzania przedsiębiorstwami, a 56 proc. chce zmienić strategię po przejęciu rodzinnych przedsięwzięć. Ośmiu na dziesięciu sukcesorów w firmach rodzinnych deklaruje, że ich styl przywództwa będzie inny niż poprzedników.

Zdaniem Petera Leacha przed nieudaną sukcesją uchronić może stworzenie konstytucji rodzinnej, w której zostaną opisane relacje rodzinne, biznesowe i prawa własności aktywów. Może ona regulować także zarządzanie majątkiem, zasady zarządzania firmą, sposoby rozwiązywania konfliktów, zasady sukcesji majątkowej (przekazania aktywów, dziedziczenia) oraz przekazania funkcji zarządczych. „Spisanie konstytucji sprawia, że rodziny będą podchodzić do swoich przedsiębiorstw z zaangażowaniem i zajmować wspólne stanowisko, zamiast zachowywać się jak grupa osób, połączonych zupełnie przypadkowo więzami krwi” – mówi Seweryn Dąbrowski, Partner, lider zespołu Deloitte Private w dziale doradztwa podatkowego.

W miarę jak firma staje się większa, należy tworzyć podwaliny bardziej uporządkowanej i mniej scentralizowanej organizacji. To zadanie jest zdecydowanie trudniejsze w przypadku firmy rodzinnej, gdyż w wielu takich przedsiębiorstwach pojawia się pokusa, by polegać jedynie na wewnętrznym doświadczeniu i osądach. Tę skłonność do zamykania się można przełamać, wykorzystując uzdolnienia osób z zewnątrz: menedżerów, a także doradców i konsultantów. W wielu przypadkach takie posunięcie jest ważnym krokiem, który zapewnia firmie większą otwartość na wpływy z zewnątrz i pomaga zadbać o jej przyszłość. Dlatego firmy rodzinne powinny dokładać starań, by przyciągać wykwalifikowanych pracowników niespokrewnionych z rodziną. Kluczowe jest ich przekonanie, że będą traktowani tak samo jak jej członkowie, jeśli chodzi o możliwość robienia kariery, a także nagradzanie wysiłków i ponoszenie odpowiedzialności.

Peter Leach w swojej książce opisuje trzy stadia rozwoju firm rodzinnych. Biznes jest najpierw zarządzany przez właściciela, potem staje się spółką kierowaną przez rodzeństwo, by w końcu zamienić się w konsorcjum kontrolowane przez kuzynów. Na trzecim etapie przedsiębiorstwem rządzi trzecie lub czwarte pokolenie krewnych, rodzinny biznes ma już długą tradycję, a losami firmy mogą być zainteresowane dziesiątki skoligaconych z sobą osób. Polskie firmy rodzinne znajdują się w pierwszej lub drugiej fazie rozwoju. Z ich punktu widzenia najważniejsze jest więc zaplanowanie sukcesji. „Tymczasem z naszego badania wynika, że 64 proc. respondentów przejmie kierownictwo firmy bez formalnego planu sukcesji. Spisana polityka i plan sukcesji są w przedsiębiorstwach rodzinnych zjawiskiem dość rzadkim. Tylko 16 proc. respondentów stwierdziło, że w firmie istnieje taki plan, a bliska jedna piąta ankietowanych zadeklarowała, że został on opracowany, ale nie jest zredagowany w formie oficjalnego dokumentu” – mówi Adam Chróścielewski, Partner, lider zespołu Deloitte Private w Polsce, zrzeszającego ekspertów ds. firm rodzinnych w Deloitte. Tymczasem gotowość właścicieli do zaplanowania sukcesji jest często decydującym czynnikiem, od którego będzie zależało czy przedsiębiorstwo przetrwa.

O specyfice sukcesji między pierwszym a drugim pokoleniem decyduje przede wszystkim charakter założyciela firmy. „Wszystkie wyzwania stają się bardziej skomplikowane ze względu na to, że właściciel występuje w podwójnej roli rodzica i pracodawcy. Do tego dochodzi jeszcze ambiwalentny stosunek do rezygnacji z władzy, a także opór przed zaakceptowaniem upływu czasu i pogodzeniem się z własną śmiertelnością” – pisze Peter Leach. Jego zdaniem sukcesja nie jest jednorazowym wydarzeniem – to cały proces. Warto zacząć przygotowywanie planów z dużym wyprzedzeniem, żeby w pełni wykorzystać jedną z zalet firm rodzinnych: możliwość rozwiązywania przewidywalnych problemów, z którymi przedsiębiorstwo zetknie się w przyszłości. Jeśli członkowie młodego pokolenia chcą się przyłączyć do firmy, warto ich zachęcić do tego, żeby najpierw zdobyli doświadczenie zawodowe w innym przedsiębiorstwie. Potem należy zapewnić im sensowny program szkoleniowy, związany z ich przyszłymi karierami. Zdaniem polskich przedsiębiorców najważniejszą cechą braną pod uwagę przy wyborze członka rodziny, który będzie jako następny kierował firmą, jest jego zainteresowanie tą rolą (24 proc.). Inne pożądane czynniki to zwykle doświadczenie zawodowe w przedsiębiorstwie rodzinnym (23 proc.), a następnie doświadczenie zdobyte poza firmą (20 proc.).

Autor przytacza przykłady firm, w których właściciele wzbraniali się przed myślą o oddaniu władzy, a sprawa sukcesji stała się jest jednym z głównych powodów podziałów i napięć, które odbiły się negatywnie na życiu rodzinnym i na wynikach firmy. W swojej książce opisuje cztery typy stylu odejścia założycieli z rodzinnych firm, dzieląc ich na „monarchów”, „generałów”, „ambasadorów” i „zarządców”. W firmach zarządzanych przez osoby reprezentujące dwa pierwsze typy, które dominują w przedsiębiorstwach rodzinnych, do przejęcia sterów dochodzi na skutek śmierci właściciela lub, jak nazywa to Leach, „przewrotu pałacowego”.

Peter Leach jest partnerem Deloitte w Wielkiej Brytanii, od ponad 30 lat doradza firmom rodzinnym z całego świata w prowadzeniu ich biznesu i pokonywaniu barier towarzyszących ich rozwojowi. Pełni funkcję przewodniczącego rady doradczej brytyjskiej organizacji Institute for Family Business i zasiada w innych podobnych gremiach w Wielkiej Brytanii oraz w Indiach. Jest profesorem Imperial College w Londynie; specjalizuje się w zagadnieniach dotyczących działalności firm rodzinnych i jest powszechnie uznawany za pioniera tej problematyki, twórcę systemu myślenia o rodzinnych przedsiębiorstwach. Peter Leach jest autorem kilku publikacji poświęconych tej tematyce.

121 proc. na rocznym depozycie

Są kraje, gdzie oprocentowanie depozytów jest dwucyfrowe. Największe odsetki na świecie płacą banki w Argentynie. Jednak deponenci wcale nie mają się z czego cieszyć. Cena drogich depozytów jest bowiem wysoka.

Do niedawna najwyższe odsetki od depozytów płaciły banki w Zimbabwe. Jak podaje Bank Światowy, w 2016 r. oprocentowanie przekraczało 120 proc. w skali roku. Na drugim miejscu w tym rankingu jest Argentyna, gdzie przychód z lokaty po roku od wpłaty do banku wynosi obecnie ponad 20 proc. Dalej na liście jest Madagaskar z 15-procentowym oprocentowaniem. Wysoko kwotują też banki w Indonezji, Iranie i Uzbekistanie – w granicach 14 proc. W krajach geograficznie nam bliższych drogie są depozyty na Ukrainie. Stopa procentowa w bankach przekracza tam 14 proc. W Turcji, czasem porównywanej z Polską, odłożone pieniądze po roku oszczędzania dają 9,9 proc. zwrotu. Nieco mniej płacą banki w Rosji – 8,7 proc.

Inflacja zjada zyski

Liczby te robią wrażenie na klientach polskich banków, którzy mogą liczyć średnio na 1,7-2 proc. odsetek w skali roku. Nie ma jednak czego zazdrościć deponentom w innych krajach. Wysokie oprocentowanie świadczy o tym, że w gospodarce danego państwa nie dzieje się najlepiej, banki dużo płacą za oszczędności, bo koszt pieniądza jest wysoki, a to zazwyczaj jest pochodną bardzo wysokiej inflacji. Skrajnym przykładem jest Zimbabwe, gdzie horrendalnie wysokie odsetki są oznaką faktycznego rozkładu państwa. Od ubiegłego roku rząd w Harare wprowadził górny limit oprocentowania depozytów i kredytów bankowych.

W liberalnych gospodarkach, takich jak Argentyna, wysokie oprocentowanie nie jest w stanie nadążyć za wzrostem cen. Władze kraju od lat próbują zdusić inflację, która w ubiegłym roku wyniosła aż 40 proc. Efektywna stopa procentowa, po uwzględnieniu inflacji, wynosi w Argentynie aż -20 proc. Niekorzystna jest również sytuacja osób oszczędzających w funcie egipskim. Przy nominalnie wysokich stawkach depozytowych, wynoszących 10 proc. dla lokat 12-miesięcznych, wysoka inflacja – 23 proc. w styczniu – zjada nie tylko zysk, ale i kapitał początkowy.

Na granicy zyskowności są lokaty w Brazylii. Średnia cena depozytu jest wysoka i wynosi 12 proc., a inflacja w lutym spadła poniżej 5 proc. Teoretycznie można wypracować niemały zysk. Pytanie tylko, dlaczego banki tak wysoko kwotują, skoro ceny spadają? Sporo o sytuacji na lokalnym rynku mówi stopa procentowa w banku centralnym, która od 2006 r. utrzymywana jest na bardzo wysokim poziomie 14 proc. ze względu na stały problem z utrafieniem w cel inflacyjny, który i tak jest zawieszony wysoko, bo wynosi ponad 6 proc.

Na lokatach nie są też w stanie zarobić Turcy, gdyż stopa inflacji o 2 punkty procentowe przewyższa najlepsze oferty depozytowe banków, oprocentowane w granicach 10 proc.

W innych krajach, jak Rosja, Gruzja, czy Ukraina, oprocentowanie lokat jest wyższe od inflacji. Świadczy to o tym, że banki licytują bardzo wysoko, żeby skłonić mieszkańców do lokowania oszczędności w lokalnej walucie.

Ryzykowna gra

W Polsce mamy i niską inflację – poziom cen ustabilizował się w lutym – i niewielkie zyski z depozytów – na średnim poziomie 1,5 proc. Aktualne oprocentowanie nie satysfakcjonuje deponentów, szczególnie, że świeżo mają w pamięci czasy, gdy na rocznej lokacie można było dostać 6 proc.

Klienci banków w Polsce nie są jednak tymi, którzy zyskują najmniej. Nie trzeba daleko szukać państw z jeszcze niższym oprocentowaniem. W sąsiednich krajach, będących członkami strefy euro, gdzie obowiązują stopy EBC (obecnie na ujemnym poziomie), ceny depozytów są symboliczne. W Estonii na lokacie terminowej można dostać 0,05 proc. Nieco lepiej jest na Słowacji, gdzie oprocentowanie dochodzi do 0,5 proc. Natomiast średnia dla całej strefy euro wynosi 0 proc.

Wyższe oprocentowanie na dalekich rynkach zachęca Polaków do lokowania pieniędzy za granicą, co w czasach wolnego przepływu kapitałów, nie jest trudne. Depozyty w obowiązującej w danym kraju walucie można zakładać poprzez specjalistyczne platformy pośredniczące między bankami i klientami detalicznymi, albo kupując certyfikaty depozytowe banków.

Pokusa jest spora, jednak trzeba pamiętać o ryzykach związanych z taką inwestycją. O ile lokując pieniądze w Unii Europejskiej możemy liczyć na ochronę oszczędności do limitu 100 tys. EUR, to w innych krajach zdajemy się całkowicie na warunki panujące na lokalnym rynku. Koszty związane z tego rodzaju inwestycją w egzotyczne waluty mogą nie przynieść spodziewanych zysków. Warto też pamiętać o ryzyku związanym z możliwością wahań kursu walut – mówi Piotr Marciniak, Dyrektor Zarządzający BGŻOptima.

Zdaniem ekspertów w najbliższym czasie klienci nie powinni spodziewać się wzrostu oprocentowania depozytów. Osoby, które szukają możliwości pomnażania swojego kapitału mają szeroki wachlarz narzędzi inwestycyjnych, które mogą przynieść im oczekiwany, bardziej atrakcyjny zysk. Decydując się na rozpoczęcie inwestowania nie warto jednak kierować się jedynie poszukiwaniem jak najwyższego zwrotu. Ten bowiem może wiązać się też z podwyższonym poziomem potencjalnego ryzyka. Kluczowe, szczególnie dla osób początkujących, jest dobranie produktu do poziomu swojej wiedzy na temat rynku kapitałowego oraz akceptowalnego ryzyka.

Urząd Publikacji Unii Europejskiej tworzy infrastrukturę do obsługi publikowanych ogłoszeń

Urząd Publikacji Unii Europejskiej od maja 2017 roku rozpoczyna wdrażanie infrastruktury do obsługi ogłoszeń publikowanych w Suplemencie do Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej, który jest dostępny również w polskiej wersji językowej w zakładce http://publications.europa.eu/pl/home. Suplement jest bardzo istotnym narzędziem Urzędu, ponieważ obejmuje informacje o publicznych przetargach prowadzonych we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Za realizację tego projektu odpowiadać będzie konsorcjum firm Jouve i Skrivanek.

Codziennie w Suplemencie do Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej ukazują się – zgodnie ze ścisłym harmonogramem publikacji – ogłoszenia o publicznych przetargach prowadzonych w krajach Unii Europejskiej. Projekt ma dla Urzędu znaczenie strategiczne ze względu na wagę przetwarzanych informacji.

Urząd zdecydował się na powierzenie tego projektu konsorcjum firm Skrivanek i Jouve. Oferta tych dostawców zawierała najbardziej kompleksowe rozwiązanie, obejmujące przetwarzanie i tłumaczenie ogłoszeń we wszystkich językach krajów Unii Europejskiej. W związku z przetargiem obaj partnerzy utworzyli konsorcjum, w ramach którego na potrzeby zarządzania projektem powołano zespół liczący około stu dedykowanych pracowników. W ramach realizacji projektu Jouve i Skrivanek stworzą platformę o wysokiej dostępności, umożliwiającą monitorowanie w czasie rzeczywistym ogłoszeń publikowanych codziennie w Suplemencie do Dziennika Urzędowego.

Jouve odpowiadać będzie za odczytywanie, analizowanie i monitorowanie ponad 500 000 ogłoszeń rocznie (w tym m.in. ogłoszeń o zamówieniu i ogłoszeń o udzieleniu zamówienia). Projekt będzie realizowany w systemie „dokładnie na czas” zgodnie z prawnie obowiązującymi terminami publikacji przewidzianymi w dokumentach UE (od 5 do 12 dni). Skrivanek natomiast zadba o tłumaczenie wszystkich ogłoszeń wymagających przekładu w całości lub w części. Co do zasady, zlecenia dotyczyć będą tłumaczenia ogłoszeń instytucji, organów i agencji UE. Skrivanek obsługiwać będzie tłumaczenia w obu kierunkach obejmujące wszystkie języki urzędowe UE.

„Bardzo cieszymy się z zaufania jakim po raz kolejny obdarzyła nas Unia Europejska i jak przy każdym realizowanym projekcie dołożymy wszelkich starań, aby dostarczyć usługi najwyższej jakości. W tym przetargu na pewno dużą wagę odegrało nasze dotychczasowe doświadczenie we współpracy przy unijnych projektach, jak również szerokie spektrum oferowanych tłumaczeń i języków.” – powiedział Vasilijs Ragacevics Dyrektor Zarządzający w agencji tłumaczeń i szkole językowej Skrivanek.

Wybierając ofertę Skrivanek i Jouve, Urząd Publikacji Unii Europejskiej polega na uzupełniającym się doświadczeniu obu partnerów mogących poszczycić się praktycznym doświadczeniem w zarządzaniu złożonymi projektami obejmującymi obieg wielojęzycznych dokumentów.

Dolar ucieka na północ

Środa była dniem kontynuacji spadków na dolarze. Pogorszyła się też sytuacja na amerykańskich parkietach akcyjnych, gdzie spadki sięgnęły kilku procent. Wtorkowe straty odrobił rynek ropy.

Wczorajszy handel toczył się wokół spraw amerykańskich. W centrum zainteresowania był prezydent Trump i kłopoty w jakich znalazł się po doniesieniach byłego szefa FBI. Informacje o rzekomym wywieraniu nacisku na niego przestraszyły inwestorów. Ci obawiają się, że prezydent USA nie będzie miał wsparcia politycznego w procesie realizowania ambitnych planów reform, na które liczono od początku jego kadencji.

Indeks SP500 stracił 1.8% na zamknięciu i były to największe spadki od września 2016. Natomiast indeks NASDAQ zakończył dzień na poziomie 2.5% niższym niż dzień wcześniej. Spadki obecne były też na rynku polski, gdzie indeks WIG20 stracił 1.6%, walcząc o utrzymanie się nad barierą 2300 pkt. Natomiast dziś w nocy poznaliśmy dane z Japonii gdzie PKB wzrósł o 2.2% – czyli lepiej od prognoz. O godzinie 14:30 poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy.

eurusd18052017r

Osłabienie dolara wyraźnie zmieniło sytuacją na wykresie EUR/USD. Rynek doszedł do oporu na wysokości 1.1150. Teraz praktycznie cały obszar aż do 1.1300 jest strefą oporu. Wskaźnik RSI znajduje się w trendzie wzrostowym i dopóki nie zejdzie poniżej widocznej na wykresie swojej linii wzrostowej, to nadzieje byków będą wciąż żywe. Czysto teoretycznie rynek mógłby spróbować wejść nawet na 1.1400. Wsparcia należy szukać przy 1.0975.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

J.W. Construction Holding S.A. po I kwartale 2017 r.

W I kwartale 2017 roku sprzedaż lokali we wszystkich inwestycjach J.W. Construction utrzymała się na stabilnym i zgodnym z założeniami poziomie. Spółka znalazła nabywców na 401 lokali. To o 17% więcej niż w analogicznym okresie roku 2016, kiedy deweloper sprzedał 343 lokale. Przychody netto Grupy w analizowanym okresie były równe 74 mln zł, przy marży brutto ze sprzedaży na poziomie prawie 25%. Natomiast zysk netto wyniósł 2,1 mln zł.

Małgorzata Szwarc-Sroka, Członek Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A.
Małgorzata Szwarc-Sroka, Członek Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A.
Małgorzata Szwarc-Sroka, Członek Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A. nadzorujący Pion Ekonomiczny i Biuro Relacji Inwestorskich ocenia wyniki Spółki:

Wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2017 roku są odzwierciedleniem przekazanych mieszkań z inwestycji Bernadowo Park w Gdyni, zakończonej w IV kwartale 2016 roku. W sumie w I kwartale przekazano 146 lokali. W następnych miesiącach będzie dużo więcej przekazań, głównie z kończonych w bieżącym roku inwestycji warszawskich (Bliska Wola, Zielona Dolina II) i Nowego Tysiąclecia w Katowicach, które łącznie obejmują prawie 1 500 jednostek. Oczywiście, będzie to miało znaczące przełożenie na przyszłe wyniki Spółki.

W I kwartale Grupa prowadziła budowę dużej liczby projektów na ponad 4 400 lokali. Ta pula tylko z realizowanych już budów stanowi potencjał do przekazań i tym samym możliwości rozpoznania ich w wyniku na najbliższe 3-4 lata. Niezależnie, na bazie posiadanego banku gruntów, Spółka planuje uruchomić nowe inwestycje na blisko 3 200 lokali.

Wykorzystujemy utrzymującą się dobrą koniunkturę na rynku nieruchomości oraz dostosowujemy naszą ofertę do potrzeb klientów i inwestorów. Na posiadanym atrakcyjnym banku gruntów intensywnie przygotowujemy kolejne inwestycje – jeszcze w 2017 roku planujemy rozpoczęcie realizacji projektów na około 2 000 lokali. Ponadto rozszerzamy naszą ofertę obiektów aparthotelowo-komercyjnych. Oprócz realizowanych już kolejnych etapów Woli Invest przy ul. Kasprzaka i zrealizowanego aparthotelu w Alejach Jerozolimskich, w planach są dwa następne projekty: przy ul. Pileckiego na warszawskim Ursynowie oraz przy ul. Spokojnej w Gdyni.

Jako Spółka znajdujemy się obecnie w bardzo dobrym momencie, co jest wynikiem przyjętej strategii. W trakcie budowy jest wiele inwestycji, poziom sprzedaży wszystkich projektów jest w naszej ocenie bardzo dobry i zgodny z naszymi planami, co ma przełożenie na bardzo zadawalające przepływy finansowe.

Istotnym wydarzeniem dla Spółki w I kwartale 2017 roku było pozyskanie finansowania i start budowy apartamentowca Hanza Tower w Szczecinie, nowoczesnego kompleksu ekskluzywnych apartamentów, powierzchni biurowych i komercyjnych. Posiadający 31 kondygnacji wieżowiec będzie najwyższym budynkiem w Szczecinie. Znajdzie się w nim prawie 500 apartamentów i penthouse’ów.

W I kwartale 2017 roku ruszyła także budowa ostatniego etapu osiedla Nowe Tysiąclecie w Katowicach, składającego się z trzech wież na prawie 350 mieszkań. To kontynuacja atrakcyjnego projektu, który otrzymał tytuł Inwestycji na medal w kategorii: Osiedle Przyjazne Rodzinie i tym samym został uznany za najlepszą inwestycję mieszkaniową zrealizowaną w ciągu ostatnich dwóch lat na Śląsku.

Ponadto Spółka rozpoczęła realizację kolejnego etapu osiedla domów jednorodzinnych Villa Campina koło Ożarowa Mazowieckiego. Znajdzie się tam 21 domów w zabudowie szeregowej.

Rozwój segmentu aparthotelowego

Realizacja projektów aparthotelowo-komercyjnych jest jednym z elementów przyjętej przez Spółkę strategii rozwoju. Obecnie J.W. Construction realizuje projekty aparthotelowe w dwóch warszawskich lokalizacjach. Są to Apartamenty Varsovia Jerozolimskie oraz Wola Invest przy ul. Kasprzaka. Dodatkowo w planach na 2017 rok jest realizacja kolejnego etapu przy ul. Kasprzaka, który obejmuje aż 17 000 m2 powierzchni aparthotelowo-usługowej.

Spółka oczekuje na pozwolenie na budowę dwóch kolejnych projektów: aparthotelu przy ul. Pileckiego w Warszawie oraz przy ul. Spokojnej w Gdyni.

Wyprzedaż na Wall Street. Co dalej z kursem dolara?

Prawie dwuprocentowe spadki na Wall Street w środę dają do myślenia posiadaczom ryzykownych aktywów, choć najmniej kochanym na rynku pozostaje USD. Bezpieczne przystnie są w cenie, a wskaźniki zmienności odbijają od minimów. Handel w czwartek wydaje się spokojny, ale to tylko do czasu kolejnej rewelacji z Waszyngtonu.

Skandal polityczny wokół prezydenta USA D. Trumpa dalej trwa, kładąc się cieniem na perspektywach skutecznego prowadzenia polityki gospodarczej, reformy podatkowej i wzmocnienia ożywienia. Optymizm trzymający wysoko indeksy giełdowe zaczyna się sypać niczym domek z kart. USD pozostaje nisko, rośnie popyt na bezpieczne złoto, obligacje, JPY, CHF, a nawet EUR. Według ostatnich doniesień powołano specjalną komisję, która przyjrzy się zarzutom dotyczącym rzekomego wpływu Rosji na przebieg wyborów w 2016 r. W przyszłym tygodniu ma też być przesłuchany były szef FBI J. Comey w sprawie nacisków na niego ze strony D. Trumpa. W całym tym zamieszaniu pytaniem jest, jak duże może być jeszcze dalsze osłabienie dolara? Można spokojnie założyć, że polityczny skandal wokół Trumpa nie zostanie szybko odpuszczony przez media. Jednocześnie bardzo możliwe, że inwestorzy z czasem przejdą nad ta sprawą do porządku dziennego, w rezultacie negatywna presja wokół USD osłabnie. Zawiązanie specjalnej komisji oznacza wielomiesięczne śledztwo, które w większości będzie się toczyć bez udziału fleszy. Z drugiej strony każdy dzień może przynieść nowe sensacje, które będą zwiększać prawdopodobieństwo impeachmentu. Sytuacja jest dynamiczna i jeden dzień bez nowych informacji póki co daje tylko podstawę do korekty. Nic więcej.

Dziś wiele będzie zależeć od tego, czy parkiety w Europie podchwycą wyprzedaż z Wall Street, czy zdobędą się na samodzielność? Rynki działają jak naczynia połączone i wyprzedaż na rynku akcji wysyła jasny sygnał dla innych klas aktywów, więc ostatnie rajdy surowców, albo walut rynków wschodzących mogą zostać brutalnie zakończone. Indeks strachu VIX (wskaźnik implikowanej zmienności S&P500) w jedną dobę wymazał całe uspokojenie (spadki), jaki przyszło po wygranej E. Macrona w pierwszej turze wyborów prezydenckich Francji. Nie licząc napięć związanych z Koreą Północną w połowie kwietnia, inwestorzy nie byli tak „niespokojni” od listopada. To może dać pretekst do głębszego schłodzenia nastrojów, szczególnie, że S&P500 od marca nie może poradzić sobie z poprawa szczytów. Jeśli coś nie chce iść w górę…

Z publikowanych danych za nami już solidne dane z rynku pracy Australii, które mogą przynieść oddech ulgi dla RBA, choć inne dane z gospodarki wciąż sugerują słabość popytu wewnętrznego. Wysoki wzrost zatrudnienia na niepełny etat sugerują niską presję płacową, co nie pomoże przyspieszeniu inflacji, a w konsekwencji AUD może wiele nie wynieść z raportu. Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii ma wzrosnąć w kwietniu o 1,1 proc. m/m, ale niech to nie zwiedzie nikogo, że dane są dobre. Efekty sezonowe oraz fatalny wynik sprzedaży w marcu (-1,8 proc.) odpowiadają za odbicie. Konsumpcja prywatna słabnie, a Brytyjczycy odczuwają skutki słabego funta i wyższej inflacji. Po południu z Polski dostaniemy dane z rynku pracy, które powinny przejść bez echa. Wczoraj RPP potwierdził, że nie spieszy się do zmiany nastawienia i złoty podlega większemu wpływowi sytuacji globalnej z ryzykiem powrotu EUR/PLN pod 4,2250. W USA oczekiwany spadek indeksu Fed z Filadelfii raczej nie pomoże USD. Dziś mamy też sporo wystąpień przedstawicieli ECB z prezesem Draghim na czele oraz minutki z ostatniego posiedzenia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kolejny wyrok przeciwko Bankowi Millennium w sprawie kredytu CHF

Ogłoszono kolejny wyrok przeciwko Bankowi Millennium, w którym sąd stwierdził, że umowa jest nieważna od początku jej zawarcia. Uznał też, że to umowa w złotówkach, a element indeksacji powoduje, że jest to swego rodzaju hybryda, która posiada cechy swoiste dla kredytu walutowego. Uznano, że taka umowa nie odpowiada konstrukcji art. 61 ust. 1 prawa bankowego i w konsekwencji zasądzono roszczenia dla powódki.

– Klauzule banku Millennium są wpisane do rejestru UOKiK, w tym wypadku nie należało więc badać już ich abuzywności – powiedziała agencji eNewsroom.pl Barbara Garlacz, radca prawny – Jest to kwestia przesądzona, a wyrok z UOKiKu ma charakter pro iudicato dla tej sprawy.

Kolejną rzeczą wspomnianą przez sąd jest brak wpływu ustawy antyspreadowej na roszczenia powoda. Może ona regulować sposoby rozliczania tego typu kredytów tylko w przyszłości, nie dotyczy jednak okresu przeszłego.

Sąd podzielił argumenty w kwestii klauzuli indeksacyjnej, która wystawiała powoda na nieograniczone ryzyko – zwłaszcza w kontekście swoistych elementów istotnych dla kredytu walutowego. Zasądzono roszczenie wobec banku zarówno w złotówkach, jak i we frankach szwajcarskich. Powód część kredytu spłacał bowiem w jednej, a część w drugiej walucie.

Sąd kierował się zatem zasadą, według której roszczenie powinno być zasądzone w walucie takiej, w jakiej kredyt był spłacany. Tego typu roszczenia mają charakter roszczeń o świadczenie nienależne i przedawniają się z upływem 10 lat od ich uiszczenia.

Wyrok póki co jest nieprawomocny, jednak powódka zaprzestała już spłaty kredytu. W konsekwencji jeżeli wyrok ten zostanie utrzymany oznacza to, że nie musi ona spłacać dalszej jego części. Kwestie ewentualnych wzajemnych rozliczeń z uwzględnieniem zarzutu przedawnienia lub potrącenia, będą zapewne uregulowane w sposób ugodowy z bankiem albo staną się przedmiotem kolejnej sprawy. Sąd nie zajmował się zasadnością powyższych zarzutów, ponieważ nie stanowiły one elementów, co do których wymiar sprawiedliwości musiałby orzekać w tej sprawie – dodała Garlacz.

Edycja: 14:16  18.05.2017

Pani Iwona Jarzębska, Rzecznik Prasowy Banku Millennium komentuje:

Jest to wyrok nieprawomocny i odosobniony. Bank złoży w tej sprawie apelację. W ocenie Banku umowy kredytowe, podobnie jak klauzula indeksacyjna, są ważne i obowiązują zarówno Bank jak i kredytobiorców. Orzeczenia wydane do tej pory przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i zdecydowana większość orzeczeń wydanych przez polskie sądy potwierdziły ważność umów dotyczących kredytów walutowych indeksowanych oraz denominowanych w CHF, jak również istnienia i skuteczność należności wobec banków wynikających z tych kredytów.

Bank oferując kredyty indeksowane do walut obcych przestrzegał przepisów prawa oraz rekomendacji organów nadzoru w tym Rekomendacji  S. Jednocześnie zwracamy uwagę, że dotychczas nie zapadł przeciwko Bankowi Millennium żaden prawomocny wyrok, w którym zakwestionowano by ważność umów kredytów walutowych indeksowanych zawieranych przez Bank z klientami. Bank nie został również prawomocnie zobowiązany do zwrotu rat kredytu poddanych indeksacji w jakiejkolwiek części.

Przesyłam również  informację o jedynym prawomocnym wyroku, który zapadł dotychczas w kwestii frankowej. I jest on na korzyść banku.

Pozytywne dla Banku Millennium, prawomocne rozstrzygnięcie Sądu Rejonowego w Warszawie w sprawie kredytu hipotecznego indeksowanego do franka szwajcarskiego.

W dniu 3 marca 2017 roku Sąd Rejonowy w Warszawie nadał klauzulę wykonalności prawomocnemu wyrokowi wydanemu przez ten sąd w sprawie o sygn. akt I C 3561/15.

Przypomnijmy, w dniu 27.09.2016 Sąd Rejonowy w Warszawie oddalił powództwo kredytobiorcy Banku Millennium domagającego się rozliczenia kredytu hipotecznego indeksowanego do franka szwajcarskiego według kursu średniego Narodowego Banku Polskiego. Wyrok jest prawomocny.

W pisemnym uzasadnieniu wyroku Sąd stwierdził, że klauzula indeksacyjna jest wiążąca dla stron umowy kredytu. Uznana za abuzywną przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów jest jedynie klauzula umowna pozwalająca bankowi określać kurs franka szwajcarskiego. Zdaniem Sądu nie prowadzi to jednak w sposób automatyczny do uznania, że klauzula ta jest niedozwolona w konkretnej umowie z konsumentem. Sąd uznał, że kluczowe znaczenie miało wejście w życie tzw. ustawy antyspreadowej w 2011 roku, na mocy której kredytobiorca miał prawo do dokonywania spłaty rat we frankach szwajcarskich, które mógł kupić na wolnym rynku. Równocześnie Sąd stwierdził, że przed wejściem w życie tzw. ustawy antyspreadowej kursy franka szwajcarskiego stosowane przez bank były rynkowe, a odchylenie kursu banku od kursu NBP nieznaczne. W konsekwencji Sąd uznał, że nie doszło do naruszenia dobrych obyczajów, a co za tym idzie również interesów kredytobiorcy.

Co dalej z kursem złotego?

Inwestorzy zadają sobie pytanie, czy to już koniec mocnego złotego, czy też będziemy widzieli kolejne dołki? Wspominaliśmy już wielokrotnie, że kurs złotego jest zależny od kursu EURUSD i to w sumie dalsze losy wyceny złotówki zależą od tego, czy inwestorzy w dalszym ciągu będą osłabiać dolara i wierzyć w moc wspólnej waluty.

Obecnie jest wiele czynników gospodarczych i politycznych przemawiających za mocną wspólną walutą, tylko czy aby na pewno dolar będzie w najbliższym czasie taki słaby? Specjaliści prześcigają się w wycenie EURUSD na koniec roku, wskazując poziomy 1,15 – 1,18, tylko że Ci sami specjaliści jeszcze 4 miesiące temu przekonywali wszystkich, że dojdzie do parytetu na EURUSD.

Zatem czy nie jesteśmy świadkami sytuacji momentu, gdzie zewsząd słyszymy o mocnym ruchu na północ, a w rzeczywistości większość tego ruchu mamy już za sobą? Naszym zdaniem należy traktować zapowiedzi o silnym EUR z dużym spokojem i należytą ostrożnością, gdyż niedowartościowanie dolara na szerokim rynku jest już dosyć spore.

Jeśli chodzi o EURPLN, to jesteśmy w bardzo ciekawy miejscu. Naszą analizę oparliśmy na wykresie tygodniowym, gdzie jesteśmy przy dolnym ograniczeniu kanału wzrostowego. Dodatkowo w tym miejscu wypada mierzenie 61,8% Fibo impulsu wzrostowego mierzonego od kwietnia 2015 do stycznia 2016 roku. Poziom ten został już wybity cieniem obecnej świecy i niezmiernie istotne jest zamknięcie świecy tygodniowej.

Jeśli zamknięcie nastąpi poniżej poziomu Fibo, jest duża szansa do wybicia się ceny z kanału dołem i test poziomu 4,09, gdzie wypada kolejne głębsze mierzenie Fibo. Taki scenariusz jest możliwy i z punktu widzenia graczy na rynku forex nawet bardzo pożądany. Na dolnym ograniczeniu kanału zlokalizowane są transakcje oczekujące, a także stop lossy graczy oczekujących na zwyżki od 2-3 tygodni.

Już zauważyliśmy pierwszą reakcję popytu w momencie testu linii kanału, a dynamika powrotu na północ była dość duża, co świadczy o powadze tego poziomu. W przypadku gdy świeca tygodniowa zamknie się powyżej poziomu 61.8% Fibo, będzie to sygnał dla kupujących, iż impuls spadkowy mógł dobiec końca, a na rynek wkroczyły byki. W takim przypadku już w najbliższych tygodniach może nastąpić duża reakcja popytowa.

Kurs Euro do złotegoW krótszej perspektywie, na wykresie H4 jest szansa na kolejną realizację formacji 1 do 1 tj. równości korekt w trendzie spadkowym. Górne ograniczenie formacji wypada przy 4,2115. Po jego zaksięgowaniu powinno dojść do lokalnej korekty i decyzji rynku co dalej. Wsparciem dla ceny będzie poziom mierzenia 61,8% Fibo (4,1870), a następnie linia kanału trendowego (poniżej 4,18). W przypadku ruchu w górę oporem będzie linia trendu spadkowego (niebieska linia), a następnie poziom mierzenia 50% Fibo (4,2535). Dalsze losy pary EURPLN powinny się rozstrzygnąć na poziomie 4,1870. W przypadku kiedy popytowi uda się wybronić to wsparcie, jest szansa do sporego ruchu w górę.

Kurs złotego do euroKomentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Europa Środkowa i Wschodnia: silna dynamika rozwoju

Dobra dynamika wzrostu PKB Polski w I kwartale br. nie jest zjawiskiem odosobnionym w naszym regionie – towarzyszy i sprzyja jej szybszy wzrost PKB w tym czasie również w innych krajach naszego regionu. Eksperci Euler Hermes przewidują, że w związku z tym tempo wzrostu PKB naszego regionu w całym 2017 wzrośnie do 3,2% (z 2,9% w 2016 roku).

  • Wysoka dynamika rozwoju w grupie 11 krajów członkowskich UE z Europy Środkowej i Wschodniej: po I kwartale wyniosła ona +3,9% w ujęciu rocznym (wobec +2,8% po IV kwartale 2016)
  • W przypadku kraju o najwyższym aktualnie wzroście PKB w omawianej grupie krajów – Rumunii (+5,6%) dużą rolę odgrywa silny popyt wewnętrzny wsparty zachętami fiskalnymi
  • W przypadku Polski, Litwy Łotwy i Węgier dużą rolę we wzroście PKB
    w I kwartale odegrały dobre wyniki sektorów produkcyjnego i usługowego, a ponadto w przypadku Polski i Łotwy – także budownictwa

Pierwsze szacunki wskazują, że realna stopa wzrostu PKB w grupie 11 krajów członkowskich UE regionu Europy Środkowej i Wschodniej odzyskała w 1-szym kwartale roku silną dynamikę rozwoju, wzrastając do mniej więcej +3,9% w ujęciu rocznym (z +2,8% w 4-tym kwartale roku 2016). Kluczowy czynnik tego rozwoju stanowi raz jeszcze Rumunia, w której przypadku stopa wzrostu PKB wyniosła w 1-szym kwartale +5,6% w ujęciu rocznym (+5% w 4-tym kwartale), dzięki wciąż wysokiej dynamice wzrostu popytu na rynku krajowym, wspartej zachętami fiskalnymi. Stopa inflacji zasadniczej pozostaje niska (0,6% w ujęciu rocznym w kwietniu) dzięki kolejnym obniżkom stawek podatku VAT, jakie miały miejsce w okresie ostatnich 2 lat. Niemniej jednak, konieczne jest monitorowanie ryzyka przegrzania krajowej gospodarki.

Jeśli chodzi o pozostałe kraje, skorygowana o czynniki sezonowe realna stopa wzrostu PKB wyniosła +4,1% w ujęciu rocznym zarówno w Polsce, jak i na Litwie, a także +3,9% w ujęciu rocznym na Łotwie i +3,7% w ujęciu rocznym na Węgrzech, przede wszystkim dzięki dobrym wynikom w sektorze przemysłowym oraz usługowym, jak również – w przypadku Polski i Łotwy – w branży budownictwa. Silny popyt zewnętrzny, w połączeniu ze wzrostem wydatków gospodarstw domowych, miał kluczowe znaczenie dla osiągnięcia przez Republikę Czeską wzrostu PKB o +2,9% w ujęciu rocznym. W 1-szym kwartale roku, także wzrost PKB Słowacji (+3,1% w ujęciu rocznym) i Bułgarii (+3,4% w ujęciu rocznym) pozostawał solidny, a dane te praktycznie nie uległy zmianie w porównaniu z kwartałem poprzednim. Przewidujemy, że średnia stopa wzrostu PKB w ujęciu całorocznym 11 krajów członkowskich UE regionu Europy Środkowej i Wschodniej wzrośnie w roku 2017 do +3,2% (w porównaniu z +2,9% w roku 2016).

Obligacje korporacyjne biją „spółki dywidendowe”

Część inwestorów kupuje akcje spółek giełdowych, ponieważ spółki te w przeszłości wypłacały dywidendę i deklarują, że będą to robiły w przyszłości. Niektóre z nich z czasem przestają jednak wypłacać dywidendę, co z reguły wiąże się ze sporym spadkiem cen akcji. Czy zamiast inwestować w akcje spółek dywidendowych nie lepiej jest inwestować w obligacje korporacyjne, które regularnie wypłacają kupon? W tym artykule odpowiem ile można było zarobić na spółkach dywidendowych i jakie oprocentowanie oferują obligacje korporacyjne.

Klasycznym przykładem spółki, która była kojarzona jako „dywidendowa”, a która przestała się dzielić zyskami z akcjonariuszami jest Orange Polska. Spółka od ponad 10 lat wypłacała akcjonariuszom dywidendę, ale nie zrobi tego w 2017 r. Poziom dywidendy za 2015 r. nie rozpieszczał inwestorów, ale trudno było się spodziewać, aby rok później akcjonariusze nie otrzymali w ogóle dywidendy. Konsekwencją braku wypłaty dywidendy był znaczący spadek kursu akcji. Przypadków podobnych do Orange jest więcej. Podobny los podzielili akcjonariusze takich spółek jak np. PKO BP, Tauron, Enea czy też LW Bogdanka.

Istnieje indeks giełdowy (WIGdiv) w skład którego wchodzą spółki dywidendowe. Problem w tym, że spółka „dywidendowa” może z niego wypaść, jeśli przestanie płacić dywidendę. I tak pod koniec kwietnia 2017 r. Giełda Papierów Wartościowych poinformowała, że indeks WIGdiv opuści Orange. Warto zaznaczyć, że jest to indeks dochodowy, a więc uwzględnia wypłaty dywidend. Datą bazową indeksu był ostatni dzień 2010 r. Na przestrzeni 6 lat i jednego kwartału (tj. w okresie 2011 – 1Q17) indeks ten urósł o 12,8 proc., co daje średnioroczny zysk rzędu 1,9 proc.

Przyjrzyjmy się jakiego oprocentowania można oczekiwać na giełdowym rynku obligacji korporacyjnych. Na koniec kwietnia 2017 r. najniższe bieżące oprocentowanie – dla komercyjnej spółki, której wartość nominalna jednej obligacji wynosiła nie więcej niż 1 000 zł – było równe 2,76 proc. w skali roku. Takie oprocentowanie oferowały papiery dłużne serii GPW0122 o łącznej wartości 120 mln zł wyemitowane przez Giełdę Papierów Wartościowych. Kolejną taką serią były obligacje ORB0620 wyemitowane przez Orbis (wartość nominalna 300 mln zł). Z kolei np. obligacje serii PK11117 wyemitowane przez PKN Orlen na kwotę 100 mln zł miały bieżące oprocentowanie równe 3,1 proc. Były to przykładowe emisje o jednych z najniższych marżach na rynku, a mimo tego i tak przewyższały średnioroczny zysk indeksu WIGdiv. Co istotne, bieżące oprocentowania ww. serii oparte są o stawkę WIBOR 6M, która obecnie wynosi 1,8 proc. Gdyby prześledzić jak zachowywała się ta stawka w okresie istnienia indeksu WIGdiv, to się okazuje, że średnia wartość WIBOR 6M w tym okresie wynosiła 3,1 proc. Dokładając do tego marżę z powyższych serii rzędu 1-1,3 proc., obligatariusz mógł zarobić ok. 4-4,4 proc. Warto jeszcze wspomnieć, że kilka lat temu emitenci oferowali wyższe niż obecnie marże, a więc zarobek mógł być jeszcze wyższy (np. obligacje GPW wyemitowane w styczniu 2017 r. miały marżę o ponad 0,2 pkt. proc. niższą niż obligacje tego emitenta wyemitowane w 2012 r.).

Oczywiście, nie oznacza to, że spółki które wypłacają dywidendę nie mogą dawać lepszego zarobku niż obligacje. Najlepszym tego przykładem jest PCC Rokita, która na giełdzie ma notowane zarówno akcje, jak i obligacje. Bieżące oprocentowanie notowanych obligacji tej spółki waha się od 5 do 6,8 proc. Akcje spółki zadebiutowały na giełdzie w czerwcu 2014 r., a więc ok. 3 lata temu. Cena emisyjna wynosiła 33 zł, a pod koniec kwietnia 2017 r. cena akcji wynosiła ok. 85 zł. Warto wspomnieć, że w międzyczasie trzykrotnie była „odcinana” dywidenda od kursu. Sumaryczna wartość nominalna dywidend wypłaconych przez spółkę za ostatnie 3 lata była równa 15,5 zł. W przypadku tej spółki dotychczas zdecydowanie lepszą okazała się inwestycja w akcje, a nie obligacje tej spółki.

Niektórzy inwestorzy kupują akcje spółek tylko dlatego, że wypłacały one dywidendę. Warto zmienić to podejście, ponieważ część spółek, które w przeszłości to robiły, przestaje wypłacać w przyszłości, co przekłada się na znaczące straty na inwestycji. Powyższe wyliczenia pokazują, że bieżące oprocentowania obligacji korporacyjnych oferują wyższe oprocentowanie niż wynosi średnioroczna stopa zwrotu z indeksu WIGdiv, a gdyby uwzględnić historyczne warunki na rynku długu, to różnice byłyby jeszcze większe. Dodatkowo, obligacje korporacyjne posiadają jeszcze jedną cenną cechę z punktu widzenia niektórych inwestorów. Ceny obligacji z reguły nie ulegają istotnym wahaniom.

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Dom Maklerski Michael/Ström

Co Polacy wiedzą o pszczołach – wyniki badania

Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin przeprowadziło ogólnopolskie badanie, którego celem było sprawdzenie wiedzy Polaków na temat pszczół[i]. Z ankiety wynika, że ogólny poziom świadomości polskiego społeczeństwa na temat pszczół jest bardzo niski. Polacy posługują się niesprawdzonymi informacjami, a wiele osób przyznaje, że nie zna podstawowych faktów dotyczących pszczół – przy tym większość ankietowanych ma mylne poczucie, że w Polsce jest ich niedostatecznie dużo.

Najpowszechniejsze mity o pszczołach

Większość Polaków (64%) ma świadomość, że pszczoły miodne nie są jedynymi owadami zapylającymi. Niekoniecznie jednak są świadomi, że oprócz pszczoły miodnej w zapylaniu uczestniczą również tzw. dzikie zapylacze (m. in. gatunki pszczół dziko żyjących, ale również motyle, chrząszcze czy muchówki), których na świecie żyje setki tysięcy gatunków. Samych owadów pszczołowatych żyje na świecie około 25 000 gatunków, a w Polsce ponad 460 gatunków.

Jedynie 25% osób wie, że w sezonie wiosenno-letnim w ulu mieszka aż 30 000 – 70 000 pszczół. Jeszcze mniej Polaków (14%) ma świadomość, że pojedyncza pszczoła żyje jedynie około 42 dni. Podobnie niewielu (15%) respondentów wie, że pszczoła zbiera pożytek jedynie w ciągu 21 dni swojego życia.

Polacy są przekonani o tym, że w kraju istnieje „problem pszczół” – 77% osób uważa, że w Polsce brakuje pszczół, a 71% jest zdania, że pszczoły masowo giną. Tymczasem w Polsce od lat 90. odnotowuje się stały przyrost liczby rodzin pszczelich o ok. 3-4% w skali roku. Obecnie w naszym kraju żyje ponad 60 miliardów pszczół, w 1,5 mln rodzinach pszczelich[ii].

Aż 75% Polaków uważa, że pszczoły giną z uwagi na niewłaściwe stosowanie środków ochrony roślin. Prawda jest dla większości Polaków mocno zaskakująca. Jedną z najczęstszych przyczyn upadku rodzin pszczelich są wirusy i pasożyty: przede wszystkim roztocza warrozy. Do grona licznych czynników zagrażających pszczołom zaliczamy również: bakterie i choroby układu pokarmowego pszczół, niewystarczającą ilość pożywienia w okresie zimowym, zmiany meteorologiczne i stosowanie nieprawidłowych praktyk pszczelarskich. Upadki rodzin pszczelich spowodowane niewłaściwym stosowaniem środków ochrony roślin stanowią około 0,5% zdarzeń w skali roku[iii].

Często niewłaściwie rozumianym przez statystycznego Polaka zjawiskiem są upadki rodzin pszczelich, do których dochodzi zimą i wczesną wiosną. Są to tzw. straty zimowe pszczół i jest to zjawisko zupełnie naturalne, ale też potęgowane przez obecność pasożytów i chorób pszczół w ulu. Straty zimowe zależą od temperatur w zimie i warunków klimatycznych panujących wczesną wiosną. Mogą również wynikać również z nieodpowiedniego zakarmienia i przygotowania pszczół na zimę. Istotne są też gwałtowne zmiany pogodowe i przedłużająca się zimna wiosna: gdy roje się już obudziły, a nie mają możliwości oblotu z uwagi na niską temperaturę otoczenia, mogą nie mieć w ulu pokarmu i wymrzeć z głodu. W zeszłym roku średnie straty rodzin pszczelich wynikające z zimowania wyniosły w Polsce średnio blisko 13%. W niektórych województwach (warmińsko-mazurskie, zachodniopomorskie, lubelskie, śląskie) wskaźnik ten dochodził do 35%.

Badanie zostało przygotowane w związku z inicjatywą ustanowienia Światowego Dnia Pszczół, który będzie obchodzony corocznie 20 maja. Pierwsze oficjalne obchody (po zatwierdzeniu terminu podczas lipcowej, 40. sesji konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa) będą mieć miejsce w 2018 roku.

[i]Badanie zostało przeprowadzone przez pracownię badawczą Maison & Partners na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków w listopadzie 2016 roku.

[ii] Źródło danych: http://www.inhort.pl/files/program_wieloletni/PW_2015_2020_IO/spr_2016/4.3_2016_Sektor_pszczelarski_w_Polsce.pdf

[iii] Źródło danych: http://www.inhort.pl/files/program_wieloletni/PW_2015_2020_IO/spr_2016/4.3_2016_Sektor_pszczelarski_w_Polsce.pdf

Instytut Staszica: Polskie górnictwo należy związać z energetyką i postawić na czyste technologie węglowe. Konieczne długoterminowe zmiany w infrastrukturze energetycznej

Instytut Staszica: Polskie górnictwo należy związać z energetyką i postawić na czyste technologie węglowe. Konieczne długoterminowe zmiany w infrastrukturze energetycznej 5

Kluczem do sukcesu jest spojrzenie na polską energetykę jako na jeden organizm połączony ze sobą siecią wzajemnych zależności. Jeśli damy górnictwu szerokie możliwości dla wykorzystania innowacyjnych, a przede wszystkim, czystych technologii węglowych, to w perspektywie 2020 roku będzie można mówić o dużej szansie rozwojowej dla całego sektora energetycznego – ocenia Jerzy Kurella, ekspert Instytutu Staszica. Łącznie na modernizację i nowe inwestycje w polskiej energetyce potrzeba ponad 200 mld zł. Zdaniem eksperta konieczne jest jednak długoterminowe i całościowe podejście do polskiej energetyki.

– Moim zdaniem nie można mówić o rentowności kopalń i o sanacji polskiego górnictwa bez mocnego związania całego sektora z energetyką. Nie jest tak, że kopalnie funkcjonują w oderwaniu od gospodarki. Zdecydowana większość obecnie funkcjonującej energetyki zawodowej jest oparta na węglu kamiennym lub na węglu brunatnym, jak ma to miejsce w przypadku Polskiej Grupy Energetycznej. W związku z tym nie można rozdzielać problemów, które występują w obszarze górnictwa, od kwestii rozwoju energetyki, ponieważ zagrożenia dla jednej branży siłą rzeczy przenoszą się na drugą – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert Instytutu Staszica.

W Polsce udział węgla w produkcji energii elektrycznej wynosi ok. 87 proc., z czego znacząca część wytwarzana jest z węgla kamiennego. Niskie ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla powodują, że poważnie rozważa się budowę kolejnych bloków węglowych. Prognozy Krajowej Agencji Poszanowania Energii przygotowane na zamówienie Ministerstwa Gospodarki z 2015 roku wskazują, że w 2050 roku udział węgla kamiennego w produkcji energii elektrycznej spadnie do 33 proc., a węgla brunatnego do 5 proc.

– Szansa rozwojową dla polskiego sektora górniczego jest jego trwałe połączenie z energetyką. Warunkiem koniecznym jest oczywiście właściwe zbilansowanie obszaru wytwarzania z obszarem wydobycia w ramach pionowo skonsolidowanych przedsiębiorstw. Żeby tego dokonać, trzeba zmienić paradygmat myślenia o górnictwie, odchodząc od prostego spalania węgla do modelu, którego istotą jest wykorzystanie węgla, w tym przede wszystkim węgla niskiej jakości i odpadów węglowych, do procesu jego zgazowania. Jeśli potraktujemy górnictwo jako szansę dla rozwoju nowych technologii, to poprzez wykorzystanie technologii zgazowania czy z czystej obróbki mamy możliwość w perspektywie 2020 roku stwierdzić, że mówimy nie o problemie górnictwa, tylko o wielkiej szansie, przed którą stanie cały sektor energetyczny – tłumaczy Kurella.

Obecnie w Polsce niemal wszystkie grupy energetyczne pracują nad technologią zgazowania węgla, plany jej wdrożenia przemysłowego ma także resort energii. Technologia ma pozwolić na efektywne wykorzystanie węgla kamiennego i jego ekologiczne spalanie. Zdaniem ekspertów choć zgazowanie węgla pochłania więcej energii i jest droższe niż spalanie węgla w zwykłych instalacjach, to mniej oddziałuje na środowisko ze względu na niższą emisję dwutlenku węgla i innych szkodliwych dla środowiska substancji, takich jak rakotwórczy benzo(a)piren.

Jak podkreśla ekspert Instytutu Staszica, polskie górnictwo potrzebuje gruntownych zmian w zakresie technologii.

– Wykorzystanie transferu innowacyjnych technologii pozwoli na znacznie sprawniejszą restrukturyzację górnictwa. Zagospodarowanie odpadów węglowych, zmniejszy negatywny wpływ działalności górniczej na środowisko naturalne, a zastosowanie paliw syntetycznych, poprawi efektywność ekonomiczną zakładów górniczych. Instalacje zgazowania winny się charakteryzować niskimi nakładami inwestycyjnymi i wysoką wydajnością przy niewielkim technologicznym zużyciu tlenu i wody do obróbki materiałów węglowych o charakterze odpadowy. Bardzo ważnym elementem zmiany systemowej w polskim górnictwie jest rozpoczęcie traktowania węgla o niskiej kaloryczności i jego odpadów jako cennego surowca, na bazie którego może powstać nowa gałąź przemysłu związana z produkcją paliw płynnych oraz produktów i półproduktów chemicznych. Jest bardzo dużo oczekiwanie całego sektora na politykę energetyczną Polski w perspektywie do roku 2050, jeśli poważnie podejść do kwestii energetyki jądrowej w Polsce – przekonuje Kurella.

Łącznie na modernizację polskiej energetyki potrzeba blisko 200 mld zł. Powinno to obejmować nie tylko poprawę efektywności i innowacyjności energetyki, lecz także unowocześnienie bazy wytwórczej i obniżenie emisji gazów cieplarnianych.

– Polityka energetyczna powinna być uzgodniona ponad podziałami politycznymi, nie można tego zrzucić wyłącznie na ekipę, która akurat w danym czasie rządzi w Polsce. To nie problem 2–3 lat, ale nierozwiązane kwestie od przynajmniej kilkunastu lat. Jest bardzo duże oczekiwanie, żeby osoby odpowiedzialne za energetykę poddały pod debatę publiczną, w tym przede wszystkim wśród ekspertów, pomysł na energetykę Polski do roku 2050. To też wielka szansa, aby Polska stała się liderem w wykorzystaniu czystych technologii węglowych i wniosła istotny, pozytywny wkład w politykę klimatyczną Unii Europejskiej – analizuje Jerzy Kurella.

Banki coraz częściej wykorzystują rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość. Służy im do promocji produktów i sztuki

Banki coraz częściej wykorzystują rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość. Służy im do promocji produktów i sztuki 6

Nowe technologie sprzyjają rozwojowi nowych usług i produktów w bankowości. Takie rozwiązania jak biometria czy sztuczna inteligencja stają się już standardem. Banki coraz chętniej sięgają też po wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość (VR i AR), m.in. do promocji swoich produktów.

 – Jednym z naszych celów strategicznych jest to, aby bank był na bardzo wysokim poziomie pod względem rozwoju technologii. Takie są oczekiwania naszych klientów, którzy dzisiaj korzystają z bankowości poprzez internet i urządzenia mobilne. 2/3 z nich korzysta z bankowości internetowej. Dlatego rozwój technologiczny i wykorzystanie takich rozwiązań jak biometria, sztuczna inteligencja czy rzeczywistość wirtualna są dla nas szalenie istotne –tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Jarzębska, dyrektor Departamentu Public Relations w Banku Millennium.

Bank Millennium wprowadza innowacyjne rozwiązania, zwłaszcza w bankowości elektronicznej. Jako jedyny bank oferuje w aplikacji mobilnej możliwość zakupu ubezpieczenia komunikacyjnego z użyciem kodu Aztec. Klienci coraz częściej korzystają też z nowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez instytucje finansowe. W 2016 roku liczba aktywnych klientów bankowości mobilnej i online Millennium przekroczyła milion (wzrost o 16 proc. rdr.), a liczba klientów aktywnie korzystających z aplikacji mobilnych i mobilnego internetu sięgnęła 600 tys. (wzrost o 38 proc. rdr.).

– Finanse przyszłości są oparte na technologiach. Dlatego Bank Millennium stawia na rozwój i wykorzystanie takich technologii, które sprawiają, że bankowanie dla klienta jest coraz przyjemniejsze i prostsze. Wykorzystujemy biometrię, sztuczną inteligencję, a także rozszerzoną rzeczywistość. Jako pierwszy bank w Polsce wykorzystaliśmy rozszerzoną rzeczywistość do promocji swojego produktu, co spotkało się z dużym zainteresowaniem klientów. Technologia to coś, co jest jednym ze wspólnych mianowników między bankiem a Festiwalem Millennium Docs Against Gravity – podkreśla Iwona Jarzębska.

W tym roku podczas Festiwalu Millennium Docs Against Gravity po raz pierwszy odbędzie się pokaz filmów zarejestrowanych w technologii wirtualnej rzeczywistości. W ciągu czterech dni w Warszawie, Gdyni i Wrocławiu będzie można obejrzeć siedem ważnych społecznie filmów.

– Virtual Reality jest technologią, która pomaga nam doświadczać historii, nie tylko ją oglądać. To olbrzymi krok do przodu w rozwoju sztuki filmowej. Wybraliśmy filmy, które pomagają doświadczać historii, czyjegoś losu, a nie zapraszamy widzów po prostu do pięknych spacerów po dnie oceanów. Są to zarówno pełnometrażowe filmy, jak i wersje krótsze – zapowiada Artur Liebhart, dyrektor festiwalu Millennium Docs Against Gravity.

– Uważamy, że powinniśmy wspierać społeczności lokalne, w których prowadzimy działalność komercyjną. Od początku istnienia banku wspieramy inicjatywy kulturalne, które wydają nam się ważne z punktu widzenia rozwoju społeczeństwa i rozwoju przyszłych pokoleń. Jedną z nich jest Millennium Docs Against Gravity, festiwal filmów dokumentalnych, którego partnerem jesteśmy od 12 lat – podkreśla Iwona Jarzębska.

Jak przekonuje Iwona Jarzębska, realizację działań odpowiedzialnego społecznie biznesu potwierdza obecność w Respect Index, indeksie giełdowym spółek odpowiedzialnych społecznie notowanych na GPW w Warszawie.

– Wierzymy, że tylko trwałe finansowanie przedsięwzięć kulturalnych pozwala na ich rozwój. Z przyjemnością patrzymy na to, jak Millennium Docs Against Gravity rozwinął się przez ostatnie 12 lat. Dzisiaj to uznane wydarzenie kulturalne o ogólnopolskim zasięgu, ze świetnym repertuarem i społecznością, która powstała wokół festiwalu – wskazuje przedstawicielka Banku Millennium.

Bank Millennium angażuje się kulturalnie od ponad 25 lat. Od 2006 roku jest zaś mecenasem festiwalu i sponsorem Nagrody Głównej Millennium, od 2016 roku jest jego mecenasem tytularnym.

– Istotne są dla nas wartości, jakie festiwal reprezentuje: otwartość, odwaga i stawianie na dyskusje o tematach, które są ważne dla społeczeństwa obecnie, ale też dla przyszłych pokoleń – tłumaczy Iwona Jarzębska.

14. Festiwal Filmowy Millennium Docs Against Gravity odbędzie się 12–21 maja w Warszawie i Wrocławiu, w Lublinie 11–14 maja, a w Gdyni 17–26 maja. Lokalna edycja festiwalu odbędzie się także w Bydgoszczy w dniach 16–21 maja.

Przetargi realizowane przez MON szansą dla polskich firm na wzmocnienie ich potencjału i pozycji na świecie. MON przeznaczy do 2022 r. 78 mld zł na ten cel

Przetargi realizowane przez MON szansą dla polskich firm na wzmocnienie ich potencjału i pozycji na świecie. MON przeznaczy do 2022 r. 78 mld zł na ten cel 7

– Niezwykle ważne jest, żeby polskie firmy przemysłu obronnego były zaangażowane w modernizację polskiej armii. To powinien być priorytet na równi z samą modernizacją – przekonuje Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters. Krajowy przemysł ma potencjał, by dostarczyć większość wyposażenia i uzbrojenia, które zamierza kupić wojsko. Do 2022 r. z puli 130 mld zł przeznaczonych na modernizację armii pozostaje do wykorzystania 78 mld zł. To pieniądze, które jeśli zostaną zainwestowane w Polsce, przyczynią się do rozwoju technologicznego przemysłu obronnego i zwiększą jego potencjał eksportowy.

– Zaktualizowany program modernizacji polskiej armii zakłada na ten cel 78 mld zł. To, czy uda się zrealizować ten plan, zależy od nas wszystkich. W dużej mierze od resortu obrony, w jaki sposób będzie organizował zamówienia, przetargi i jak bardzo realistyczne będzie miał oczekiwania i wymagania wobec sprzętu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Jednym z priorytetów zamówień MON są dziś śmigłowce. Resort obrony chce zakupić 16 śmigłowców: osiem maszyn dla prowadzonych przez Wojska Specjalne misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz osiem przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych i prowadzenia misji ratowniczych na morzu. Poprzedni przetarg, unieważniony przez obecny rząd, zawierał wiele nieprawidłowości, w tym uznany za nieracjonalny przez ekspertów pomysł zakupu tzw. jednej platformy, czyli maszyn do wszystkiego.

– To ważne, żeby obecny przetarg został zrealizowany szybko i żeby nie kosztował ogromnych pieniędzy. W naszym przekonaniu nie można sobie pozwolić tym razem na żadne eksperymenty – mówi Krystowski. – Dlatego oferujemy śmigłowiec AW-101, który jest konstrukcją sprawdzoną, ma wersję do zwalczania okrętów podwodnych w odróżnieniu od naszego konkurenta (Airbus Helicopters – red.), oferującego śmigłowiec.

Podobnie wygląda sytuacja, jeśli chodzi o przetarg na śmigłowce dla wojsk specjalnych. Oferowane przez zakład PZL-Świdnik śmigłowce AW-101 sprawdziły się m.in. w armii włoskiej i brytyjskiej, gdzie znane są pod nazwą „Merlin”.

Nowy przetarg ogłoszony przez MON zakłada, że w pierwszej kolejności maszyny trafią do sił specjalnych, następne zaś do marynarki wojennej. Gdyby zamówienie trafiło do firm, które mają w Polsce własne fabryki, byłby to ważny krok wzmacniający polski przemysł zbrojeniowy.

– Niezwykle ważne jest to, żeby polskie firmy przemysłu obronnego były zaangażowane w modernizację polskiej armii. To powinien być priorytet na równi z samą modernizacją. Nieprzypadkowo wszystkie potężne armie świata są wspierane przez równie potężne przemysły obronne. Przewaga na polu walki to nie jest tylko przewaga polegająca na wyćwiczeniu żołnierza na posługiwaniu się sprzętem, lecz także przewaga polegająca na stosowaniu techniki, technologii, jaka jest dla przeciwnika niedostępna. Dlatego ważne jest, żeby kontrolować właśnie ten obszar i żeby go rozwijać, bo w dłuższym okresie, to właśnie decyduje  o zwycięstwie – mówi Krystowski.

Polska Grupa Zbrojeniowa jest głównym partnerem MON w realizacji Planu Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP. To PGZ odpowiada za większość wojskowych zamówień, m.in. na produkcję dywizjonowych modułów ogniowych, produkcję systemu obrony przeciwlotniczej czy przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych. PGZ buduje też współpracę z zagranicznymi koncernami, które dysponują nowoczesnymi technologiami.

Największe polskie firmy, również te będące częścią międzynarodowych koncernów, są związane z PGZ umowami, dzięki którym mogą się dzielić technologią, wiedzą i zamówieniami z partnerami grupy.

– Potencjał eksportowy polskiego przemysłu zbrojeniowego jest ciągle niedoceniany. Mamy dużo produktów, które jesteśmy w stanie z powodzeniem oferować dla odbiorców zagranicznych – tłumaczy Krystowski. – W Świdniku jesteśmy w stanie wyprodukować dowolny śmigłowiec, który jest w ofercie grupy Leonardo, jeżeli skala zamówienia uzasadniałaby tego typu rozwiązanie. Gdyby Polska postanowiła zakupić u nas 16 śmigłowców AW-101, to te śmigłowce będziemy produkowali w Świdniku. 

AW-101, w armii brytyjskiej znany jako „Merlin”, to wielozadaniowy śmigłowiec, który pozwala na realizację najtrudniejszych misji typu CSAR, SAR oraz zwalczanie okrętów podwodnych i nawodnych. W zależności od konfiguracji maszyny mogą przewozić ponad 30 osób, 20 żołnierzy z pełnym wyposażeniem lub 8 żołnierzy sił specjalnych. Ten model może zostać uzbrojony w trzy karabiny maszynowe kalibru 7,62 mm.

Duże polskie miasta usprawnią ruch na drogach dzięki nowym technologiom. Wzorce wyznaczają zachodnioeuropejskie metropolie

Duże polskie miasta usprawnią ruch na drogach dzięki nowym technologiom. Wzorce wyznaczają zachodnioeuropejskie metropolie 8

Z inteligentnych systemów transportowych, które pozwalają usprawnić komunikację i zarządzać nią, korzysta już większość zachodnioeuropejskich metropolii. Takie projekty coraz częściej wdrażają również duże polskie miasta jak Warszawa czy Poznań. Korzyścią jest nie tylko ekologia, lecz także poprawa bezpieczeństwa i płynności ruchu drogowego. Wyzwaniem pozostaje integracja różnych inteligentnych systemów w skali całego miasta, tak aby usprawnić zarządzanie nim i zapewnić mieszkańcom dostęp do przydatnych informacji.

– Polskie miasta dobrze radzą sobie z wdrażaniem inteligentnych systemów transportowych. Można wręcz powiedzieć, że bardzo dobrze, zważywszy, że w porównaniu do krajów Europy Zachodniej systemy ITS są w Polsce nowością – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Litwin, członek zarządu Stowarzyszenia Inteligentne Systemy Transportowe ITS Polska.

Zadaniem Inteligentnych Systemów Transportowych (ITS) jest rozwiązanie problemów, które stwarza narastający ruch drogowy, za pomocą nowoczesnych technologii. Przykładowo, dzięki nim kierowcy mogą w czasie rzeczywistym sprawdzić, w którym punkcie miasta są korki, a pasażerowie transportu publicznego – dowiedzieć się, za ile czasu przyjedzie tramwaj lub autobus.

Duże doświadczenie we wdrażaniu systemów ITS mają zachodnioeuropejskie metropolie takie jak Amsterdam, Paryż czy Londyn. Technologie coraz częściej zarządzają i usprawniają komunikację również w polskich miastach.

– Mówimy tutaj o technologiach, które służą upłynnieniu ruchu, ale również o innowacjach związanych na przykład ze zużyciem energii. Są to zmodernizowane sterowniki i lampy sygnalizacyjne, czyli podstawowe elementy techniczne, które pozwalają miastom oszczędzić energię – mówi Krzysztof Witoń, kierownik produktu z pionu ITS, branży Mobility w Siemens sp. z o.o.

Zdaniem Marka Litwina ze Stowarzyszenia ITS wdrażanie inteligentnych systemów transportowych w polskich miastach okazało się sukcesem. Jednak polskie projekty i rozwiązania charakteryzuje duża złożoność.

– Mamy swój sposób wdrażania systemów ITS. Jest on unikalny, dlatego że budowaliśmy go praktycznie od podstaw. Specyfika polskich wdrożeń polega na tym, że lawinowo powstały systemy o bardzo dużym stopniu złożoności, co pokazuje przykład Poznania, Krakowa czy Białegostoku. Można wymienić również Zarząd Dróg Wojewódzkich w Bydgoszczy z systemem ewidencjonowania i zarządzania ruchem na drogach czy karty miejskie, które zostały wdrożone jako część dużych projektów związanych z zarządzaniem transportem publicznym – mówi Marek Litwin.

Dariusz Obcowski, dyrektor pionu ITS branży Mobility w Siemens sp. z o.o., zwraca uwagę na to, że w kontekście technologii usprawniających transport również istotne są te, które wpływają na przepływ informacji i ich bezpieczeństwo. Największym wyzwaniem natomiast jest obecnie konieczność ich zintegrowania, tak aby mogły się uzupełniać nawzajem, usprawniać ruch drogowy i aby mogli szeroko korzystać z nich pasażerowie i kierowcy.

– Wydaje się, że niezmiernie istotnym elementem jest kwestia integracji wszystkich tych rozwiązań. Do tej pory w Polsce robiliśmy to zespołowo, definiując pewne sprecyzowane obszary. Dzisiaj wyzwaniem jest to, żeby te technologie były integrowane i nie służyły tylko jednemu użytkownikowi, żeby można było korzystać z informacji w sposób kompleksowy i zintegrowany – podkreśla Dariusz Obcowski.

Główne korzyści, jakie przynosi dużym miastom zastosowanie inteligentnych systemów zarządzania ruchem, to poprawa bezpieczeństwa, zwiększona mobilność i usprawniona komunikacja. Nie bez znaczenia jest również ekologia i aspekt ochrony środowiska, szczególnie ważny w miastach, które borykają się z problemem smogu lub dużymi korkami.

– Z jednej strony porządkujemy ruch, a mieszkańcy przestają błądzić po mieście. Z drugiej strony ograniczamy zbędny ruch, a tam, gdzie jest taka potrzeba – usprawniamy go. Ma to ogromy wpływ na to, ile substancji szkodliwych generujemy do środowiska i niezaprzeczalnie zwiększa bezpieczeństwo ruchu – zaznacza Dariusz Obcowski.

Dyrektor pionu ITS branży Mobility w Siemens sp z.o.o. zauważa, że inteligentne systemy transportowe wpisują się w trend smart cities, czyli inteligentnych miast, które z pomocą technologii usprawniają ich funkcjonowanie i odpowiadają na potrzeby mieszkańców.

– Kluczem do efektywnego zarządzania jest połączenie różnych rozwiązań i inteligentnych systemów w skali całego miasta. Wciąż jednak dużym wyzwaniem jest integracja i możliwość wykorzystywania dobrodziejstw płynących z rozwiązań ITS-owych i smart city adresowanych do różnych użytkowników. W tym momencie nie wykorzystujemy informacji zbieranych przez systemy w 100 proc. W tym obszarze jest jeszcze spore pole do wykorzystania – mówi Dariusz Obcowski.

Technologiczny koncern, który był jednym z prekursorów rozwiązań dedykowanych dla smart cities, stworzył niedawno sygnalizatory, które redukują zużycie energii o 80 proc. w stosunku do typowych sygnalizatorów ledowych. Przy zachowaniu odpowiedniego bezpieczeństwa pozwalają one na zużycie zaledwie 1 wata (W) energii.

Unijne pieniądze z pożyczek dla regionów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie po 2020 r. Środki będą wracać do regionalnej kasy

Unijne pieniądze z pożyczek dla regionów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie po 2020 r. Środki będą wracać do regionalnej kasy 9

Po wygaśnięciu unijnej siedmiolatki w 2020 roku, fundusze przeznaczone na instrumenty zwrotne dla samorządów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie. W miarę jak kredytobiorcy będą spłacać pożyczki zaciągnięte z unijnych środków, pieniądze będą wracać do regionalnej kasy. Według rządowych pomysłów zarządzać nimi mogłyby regionalne Fundusze Rozwoju, które będą finansować kolejne programy pomocowe dla województw.  

– W obecnej perspektywie finansowej na lata 2014–2020 przyjmujemy różne role w zależności od programów. Najczęstszą jest rola menadżera funduszu funduszy w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych, które realizujemy z samorządami województw. W sumie podpiszemy umowy z piętnastką samorządów, obecnie jest ich dwanaście. Będziemy realizowali programy, których celem jest między innymi wsparcie instrumentami zwrotnymi małych i średnich przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Cieszyński, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Celem Regionalnych Programów Operacyjnych jest wsparcie gospodarczego, społecznego i infrastrukturalnego rozwoju poszczególnych województw. Programy są źródłem środków unijnych, które finansują projekty i inwestycje w tych trzech kluczowych obszarach.

Beneficjentami tych środków mogą być między innymi jednostki samorządowe, służby publiczne, instytucje kulturalne i ochrona zdrowia. Część funduszy w porozumieniu z samorządem trafia też do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, pod warunkiem że ich działalność wpisuje się w branże i sektory gospodarki kluczowe dla danego województwa.

Poza przedsiębiorczością na finansowanie unijnymi pieniędzmi z RPO mogą liczyć projekty związane z budową i modernizacją nowych dróg, koleją i transportem, cyfryzacją, bezpieczeństwem energetycznym, nauką i poprawą sytuacji na rynku pracy. Projekty do finansowania w ramach RPO są wyłaniane na podstawie ustawy wdrożeniowej, której nowelizacja jest aktualnie procedowana w Sejmie.

Projekt zakłada między innymi większą rolę wojewodów we wdrażaniu funduszy unijnych zarządzanych przez marszałków. Ma to zwiększyć efektywność i szybkość wydatkowania unijnych środków, w tym również przez firmy. Na mocy nowych regulacji zostaną ograniczone formalności, a przedsiębiorcy będą szybciej uzyskiwać informacje o przyznaniu dotacji.

Jak podkreśla członek zarządu BGK Przemysław Cieszyński, dysponowanie środkami z Regionalnych Programów Operacyjnych jest ważnym zadaniem krajowego banku rozwoju.

– Będziemy wspierać rynek pracy, konkretnie chodzi o pomoc bezrobotnym w zakładaniu małych firm, oraz projekty związane z rewitalizacją miast i termomodernizacją budynków, gdzie beneficjentami są między innymi spółdzielnie mieszkaniowe, TBS-y i  urzędy gminne – mówi Przemysław Cieszyński.

Łączna kwota wsparcia instrumentami zwrotnymi w obecnej siedmiolatce wynosi 11 mld zł. W poprzedniej perspektywie Bank Gospodarstwa Krajowego dysponował 2,7 mld zł, co oznacza, że znacząco wzrosła skala wydatkowanych środków i wachlarz instrumentów finansowych.

– Jeśli chodzi o podział środków, to w piętnastu programach regionalnych zapisana jest kwota 6,8 mld zł. Mamy też krajowy program operacyjny Polska Cyfrowa, którego wartość sięga 1 mld zł. Ponadto jest również kilka innych, między innymi program wsparcia dla Polski Wschodniej w zakresie drobnych inwestycji z obszaru turystyki – mówi Przemysław Cieszyński.

Pod koniec kwietnia BGK rozpisał przetarg, w którym chce wyłonić pośredników w rozdysponowaniu 480 mln zł pochodzących z programu Polska Cyfrowa, na instrumenty zwrotne dla operatorów i podmiotów zapewniających dostęp do szybkiego internetu. Te mogą liczyć na dofinansowania sięgające maksymalnie 10 mln zł.

Zdaniem członka zarządu BGK po 2020 roku, czyli po wygaśnięciu obecnej, unijnej siedmiolatki, możliwe będzie uruchomienie kolejnych programów finansowanych ze środków spłacanych w ramach instrumentów zwrotnych. Jeden z możliwych scenariuszy zakłada, że pieniądze będą do dyspozycji nowo utworzonych tzw. Regionalnych Funduszy Rozwoju, które będą wydatkować je na konkretne projekty, w zależności od potrzeb regionu.

– Kiedy beneficjenci spłacają instrumenty zwrotne, czyli kredyty i pożyczki, powstają fundusze, na podstawie których można tworzyć nowe programy. Te nie będą już ograniczone reżimem narzuconym przez Komisję Europejską. Mogą być dowolnie wydatkowane na cele publiczne, w zależności od potrzeb danego regionu. Mówi się o instytucjach nazywanych Regionalnymi Funduszami Rozwoju, które będą zasilane tymi właśnie środkami. Największą zaletą instrumentów zwrotnych w tej perspektywie jest właśnie to, że ich wykorzystanie może być wielokrotne – mówi Przemysław Cieszyński, członek zarządu banku Gospodarstwa Krajowego.

W obecnej perspektywie finansowej na lata 2014–2020 dla samorządów przeznaczonych jest łącznie około 32,3 mld euro, co stanowi 40 proc. całości funduszy unijnych.

Do końca kwietnia Bank Gospodarstwa Krajowego zrealizował z bieżącej perspektywy finansowej płatności na łączną kwotę 21,4 mld zł.

Największa w historii fala ataków hakerskich ominęła Polskę. W tym roku trzeba się spodziewać jednak kolejnych zagrożeń

Największa w historii fala ataków hakerskich ominęła Polskę. W tym roku trzeba się spodziewać jednak kolejnych zagrożeń 10

Ponad 200 tys. komputerów, 150 państw, 50 tys. dol. okupu, paraliż międzynarodowych korporacji, szpitali, instytucji rządowych i transportu – to bilans największej w dotychczasowej historii fali cyberataków, które hakerzy przeprowadzili w ubiegłym tygodniu za pomocą oprogramowania WannaCry. Eksperci nie mają wątpliwości, że w tym roku należy się spodziewać kolejnych tego typu zdarzeń.

– W ostatnich dniach doszło do kilku głośnych medialnie ataków hakerskich. Można powiedzieć, że jesteśmy na wojnie. W dzisiejszym świecie cyberataki są narzędziem takim jak maczeta czy pistolet, służącym do zadania ciosu, a wszystko sprowadza się do pieniędzy. Wojny raczej nie wygramy, ale możemy starać się o wygranie kolejnej bitwy, albo raczej – o poniesienie możliwie najmniejszych strat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Ślaski, główny konsultant do spraw sieci w Atende.

Piątkowy globalny cyberatak w ciągu niecałej doby objął swoim zasięgiem ponad 150 państw i 200 tys. komputerów z systemem operacyjnym Windows. Jego ofiarami padli nie tylko indywidualni użytkownicy, lecz także korporacje oraz instytucje publiczne. Ucierpiały m.in. niemieckie linie kolejowe Deutsche Bahn, Nissan, FedEx, Telefonica, rosyjskie banki i urzędy, indyjskie linie lotnicze Shaheen Airlines oraz włoskie uniwersytety. Francuski koncern motoryzacyjny Renault musiał zawiesić produkcję.

Z ogromnymi problemami borykała się też brytyjska służba zdrowia. Cyberatak dotknął między innymi największe londyńskie szpitale, a lekarze stracili dostęp do służbowych komputerów. Część planowanych wizyt i zabiegów odwołano, a pacjenci zostali rozwiezieni karetkami do innych placówek. Eksperci ocenili, że ubiegłotygodniowy atak hakerski był największym w dotychczasowej historii.

– Ekrany z informacją o tym, że pliki zostały zaszyfrowane i należy wpłacić okup w bitcoinach pojawił się wszędzie: na ekranach komputerów na dworcach kolejowych, gdzie zwykle wyświetlane są informacje o rozkładzie jazdy, w salach szkoleniowych, w miejscach publicznych. Ten atak sam się sprzedał, wszystkie media go podchwyciły. Z drugiej strony dobrze się stało, bo ludzie zdadzą sobie sprawę z tego, że takie ataki grożą każdemu, mogą zaatakować cenne elementy infrastruktury, szpitale czy elektrownie – mówi Robert Ślaski.

Atak został przeprowadzony za pomocą WannaCry – złośliwego i bardzo skutecznego oprogramowania typu ransomware (które blokuje dostęp do danych i żąda okupu w zamian za przywrócenie dostępu) oraz Eternal Blue – exploita (narzędzie do wykorzystywania błędów w oprogramowaniu) stworzonego przez amerykańską Narodową Agencję Bezpieczeństwa. Jak podaje zespół CERT Polska, exploit został już wcześniej wykradziony i publicznie udostępniony przez grupę hakerską Shadow Brokers.

Do przeprowadzenia piątkowego globalnego cyberataku hakerzy wykorzystali lukę w systemie operacyjnym Windows. Ta została wykryta już na przełomie lutego i marca, a Microsoft wydał aktualizację oprogramowania. Zarażone komputery najprawdopodobniej nie zostały wcześniej zaktualizowane.

Ekspert Atende Robert Ślaski podkreśla, że podstawą zapobiegania podobnym zagrożeniom jest korzystanie z wiedzy eksperckiej celem przeprowadzenia cyklicznych audytów bezpieczeństwa. Ważna jest także edukacja i wzrost świadomości użytkowników sieci w zakresie cyberbezpieczeństwa.

– Wbrew pozorom większość zagrożeń związanych z bezpieczeństwem powoduje czynnik ludzki. Nie dotyczy to personelu technicznego, który jest dość dobrze wyedukowany, ale raczej zwykłych użytkowników. Dlatego należy prowadzić cykliczne, zmasowane kampanie informacyjne i szkolenia dotyczące cyberbezpieczeństwa czy kierować chociażby na stronę CERT Polska, gdzie są publikowane comiesięczne biuletyny, a w krótkim, dwustronicowym formacie opisano, czym jest wirus, jak się  zachować w przypadku ataku, co grozi w przypadku otwierania plików niewiadomego pochodzenia etc. Trzeba być czujnym, pilnować tego, co dzieje się w cyberświecie – przestrzega Robert Ślaski.

W momencie, gdy atak mamy już za sobą, warto do współpracy zaangażować zewnętrznych ekspertów, którzy pomogą w przeprowadzeniu dokładnej analizy po włamaniowej i dostarczą wskazówek dotyczących zabezpieczeń na przyszłość.

Oprogramowanie WannaCry rozprzestrzeniało się za pomocą zainfekowanych e-maili. Następnie szyfrowało pliki i blokowało ekran komputera, żądając okupu w bitcoinach w wysokości od 300 do 600 dol. Europol podał, że wykrycie hakerów, którzy stoją za WannaCry będzie bardzo trudne (na razie wyklucza się możliwość, że stał za nim rząd któregoś z państw). Komercyjny sukces ataku był jednak relatywnie niewielki, zważywszy na jego skalę: na wpłacenie okupu zdecydowało się tylko ok. 200 osób, a całkowita kwota wpłat wyniosła ok. 50 tys. dol. – poinformował CERT Polska.

Ubiegłotygodniowy, największy jak dotychczas cyberatak tylko w ograniczonym stopniu dotyczył polskich internautów i instytucji. Jak poinformował zespół CERT Polska, w całym kraju doszło do 1235 infekcji WannaCry (co stanowi 0,65 proc. w globalnej skali). Wciąż niewyjaśniona pozostaje sprawa ataku na rządowe Centrum Projektów Cyfrowa Polska, o którym informował branżowy „Niebezpiecznik”. Śledztwo w sprawie próby wyłudzenia pieniędzy prowadzi policja i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

– Nie wiemy na razie zbyt wiele o ataku na polską instytucję publiczną. W tej sprawie padło bardzo dużo pytań i mało odpowiedzi. Z tego, co wiem, pani minister Streżyńska musiała zainterweniować, żeby w ogóle wyjawiono tę informację – mówi Robert Ślaski.

Ekspert grupy Atende zaznacza, że ubiegłotygodniowy globalny atak powinien być przestrogą dla firm i przedsiębiorstw, żeby w większym zakresie zadbały o cyfrowe bezpieczeństwo. Atak hakerski wiąże się bowiem z realnymi stratami finansowymi i koniecznością wstrzymania całej działalności.

– W każdej organizacji powinna być osoba odpowiedzialna za ten obszar. Bez tego firmy może nie być. Jeżeli pliki zostaną zaszyfrowane, wszystko stanie, co w tym przypadku potwierdza przykład szpitali czy zakładów produkcyjnych. Taka przerwa w działaniu dla firmy jest jak pożar – mówi Robert Ślaski.

Globalny atak WannaCry zatrzymał 22-letni bloger i badacz ds. cyberbezpieczeństwa Mark Hutchins, który odkrył, że halerzy stojący za atakiem pozostawili niezarejestrowaną domenę w charakterze „wyłącznika bezpieczeństwa”. Za 10 dol. wykupił domenę i powstrzymał dalsze rozprzestrzenianie się złośliwego oprogramowania. Eksperci są jednak zgodni, że oprogramowanie będzie modyfikowane i ze 100-procentową pewnością można się spodziewać podobnych ataków.

– Rozwiązania firm i instytucji nigdy nie będą wystarczające. Zawsze powtarzam, że jesteśmy na wojnie. Tej wojny nie widać, rakiety nie latają, ludzie nie biegają z karabinami, ona się rozgrywa w cyberprzestrzeni, w internecie głównie, aczkolwiek również na terytorium firm – mówi Robert Ślaski.

Specjalizująca się w cyberzabezpieczeniach globalna firma Fortinet przestrzegała niedawno, że ubiegłoroczna fala ataków ransomware była tylko początkiem. W 2017 roku należy się spodziewać wzmożonych ataków i kradzieży lub blokady dostępu do danych w celu wymuszeń i szantażu. Koszty okupów w przypadku takich ataków będą coraz wyższe. Przed nasilonymi atakami ransomware ostrzega też Marsh Polska w swoim raporcie „Cyber Risks 2017”.

Maszyny już zastępują prawników i lekarzy. Nauka pamięciowa i matematyka przestaną być potrzebne?

Za kilka lat sztuczna inteligencja zdemokratyzuje dostęp do analizy danych. Dlatego, należy zmienić system edukacji. Według S. Starzyńskiego, odpowiadał on potrzebom rynku 200 lat temu. Teraz trzeba uczyć dzieci innowacyjnego rozwiązywania problemów, z którymi komputery nie będą radzić sobie jeszcze przez 20-40 lat. 

Jak przewiduje prezes instytutu badawczego ABR SESTA, w Polsce proces zastępowania pracowników przez roboty i SI (sztuczną inteligencję) będzie znacznie wolniejszy, niż w Europie Zachodniej. W naszym kraju wynagrodzenia dla pracowników są jeszcze stosunkowo niskie, dlatego wciąż nie opłaca się inwestować w tak nowoczesne systemy. Ale za kilka lat to się zmieni, gdyż koszty robotyzacji już maleją, a wydatki firm, związane z zatrudnianiem personelu, zwiększają się. Świadczy o tym np. wprowadzenie wyższej stawki minimalnej. Zdaniem eksperta, będzie podobnie jak w Chinach. Gdy wzrosły tam koszty pracy, na wschodnim wybrzeżu zaczęły powstawać fabryki, w których obecnie pracują prawie same maszyny.

– W niektórych branżach zastępowanie ludzi robotami i SI nastąpi bardzo szybko, w innych – nieco później. Jednak zmiany te są nieuniknione. Dlatego, już teraz należy zrewolucjonizować system edukacji, aby przygotować młodzież do życia w zupełnie nowej rzeczywistości. Nauka powinna być nastawiona na rozwój kreatywnego myślenia i empatii, gdyż póki co, maszyny nie posiadają takich umiejętności. Każdy zawód, który polega na powtarzaniu tych samych czynności i nie wymaga pomysłowości, zostanie wcześniej czy później wyparty z rynku – mówi Sebastian Starzyński.

Prezes instytutu badawczego ABR SESTA zauważa, że obecnie większość samolotów na świecie lata głównie na autopilotach. Mogą one startować i lądować bez pomocy człowieka. Piloci siedzą w kokpitach ze względu na wciąż obowiązujące prawodawstwo, w celu zwiększenia poczucia bezpieczeństwa pasażerów, a także na wypadek nieprzewidzianych trudności. Podobna robotyzacja czeka inne środki transportu. Według Sebastiana Starzyńskiego, za kilka lat w naszym kraju kierowcy taksówek i ciężarówek masowo będą zastępowani przez roboty. Przepisy ruchu drogowego mogą spowolnić ten proces, ale na pewno go nie zatrzymają.

– W Polsce potrzeba jeszcze ok. 7 lat na udoskonalenie technologii i zmianę legislacji, aby roboty mogły w pełni zastąpić zawodowych kierowców. Wówczas zatrudnianie osób do obsługi aut stanie się oczywistą stratą pieniędzy. Człowiek, jak wiadomo, wymaga odpoczynku od pracy. Natomiast, ciężarówki autonomiczne będą jeździły przez 24 godziny na dobę. Ponadto, jazda samochodami, sterowanymi przez maszyny, stanie się dużo bezpieczniejsza, niż prowadzonymi przez ludzi. Według dostępnych statystyk, ich wypadkowość jest wielokrotnie niższa w zestawieniu z pojazdami prowadzonymi przez ludzi – podkreśla Sebastian Starzyński.

Ekspert zaznacza, że wielbiciele „jazdy za kółkiem” będą kontrolowani przez system autonomiczny, obowiązkowo zainstalowany w każdym pojeździe. Nie pozwoli on już jechać kierowcy np. 150 km na godzinę po terenie zabudowanym. Oznacza to, że w przyszłości mogą zniknąć mandaty za zbyt szybką prędkość na drodze. Jednak, przede wszystkim tzw. piraci drogowi przestaną narażać życie niewinnych osób dla własnej zabawy. Jak stwierdza Sebastian Starzyński, z samochodami na własność będzie tak, jak obecnie z końmi. Staną się rozrywką dla pasjonatów. Stopniowo będzie maleć liczba osób prowadzących tradycyjne pojazdy. Na rynku zaczną dominować autonomiczne kapsuły, pozbawione kierownicy, za to wyposażone np. w stolik dla pasażerów.

– Obecnie w USA, Japonii, Chinach, a także w Europie Zachodniej są już wdrażane systemy, które znacznie lepiej radzą sobie z odtwarzaniem i stosowaniem przepisów. Przykładem jest IBM Watson, ale pojawiają się też nowe rozwiązania, które ułatwiają przeglądanie spraw sądowych. Optymalizują pracę prawników w Stanach Zjednoczonych, gdzie istnieje prawo precedensowe. Trzeba wiedzieć, że aż ok. 70% pracy amerykańskich prawników polega na czytaniu dokumentów i zaznaczaniu fragmentów do dalszej analizy. Superkomputer robi to szybciej i dokładniej – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Jak dodaje ekspert, IBM, Microsoft i Google tworzą obecnie sprzęty do oceniania zdjęć RTG i USG. To jest typowy „machine learning”, czyli sztuczna inteligencja o wąskiej specjalizacji. Maszyny, wyprodukowane w celu analizy obrazów, wykonują to znacznie szybciej i dokładniej, niż lekarze z wieloletnim stażem pracy. Zdarzają się przypadki, że nawet profesorowie medycyny nie pamiętają objawów niezwykle rzadkich chorób, o których czytali jedynie na studiach. SI nie zapomina o niczym, jeśli dobrze działa. W przyszłości sztuczna inteligencja będzie przeprowadzała wywiad z pacjentem, nie tylko zadając mu pytania, jak obecnie czyni to lekarz. W trakcie rozmowy zbada krew, tętno, ale też mimikę, ton głosu, ruch gałek ocznych i wiele innych informacji, zapisanych w ludzkim ciele.

– W porównaniu z SI, lekarz nie będzie miał szans na tak dokładne i szybkie zbadanie chorego. Sztuczna inteligencja będzie zbierała i kumulowała dane o stanie fizycznym i psychicznym człowieka. To znacznie więcej, niż obecnie mogą zrobić ludzie. Przechowywanie w pamięci wiedzy na temat milionów badanych pacjentów jest nieosiągalne dla człowieka, podobnie jak ukończenie wszystkich specjalizacji medycznych i zdobycie w nich doświadczenia. Tymczasem, jedno urządzenie ma mieć zapisane informacje z każdej specjalności, wyniki badań i studia wcześniejszych przypadków – zapewnia Sebastian Starzyński.

Jednak w pracy lekarza ważna jest nie tylko profesjonalna wiedza, ale również empatia. Maszyna jeszcze długo nie zastąpi potrzebnej rozmowy z pacjentem, np. po przeżytej traumie. Komputery mogą czytać emocje i naśladować je, ale to ludzie mają prawdziwe uczucia. Są nam one potrzebne do tego, aby oceniać, czego potrzebują inni, m.in. klienci, w zmieniającym się świecie. Według eksperta, maszyny szybko tego nie zrozumieją, bo raczej będą działać, zgodnie z wyznaczonymi wcześniej schematami.  Dlatego właśnie dzieci w szkole powinny rozwijać w sobie te zdolności.

– W mojej opinii, zdolności matematyczne i analityczne przestaną być cenione, ponieważ komputery liczą o wiele sprawniej i szybciej od ludzi. Podobnie jest z zapamiętywaniem szeregu informacji, czego wciąż oczekuje się od dzieci i młodzieży w szkołach. Generalnie maszyny lepiej wykonują wszelkie czynności, które wymagają analizy dużej ilości danych, liczb i procesów myślowych. Przykładem tego jest gra w szachy, którą arcymistrz Garri Kasparow przegrał z Deep Blue w 1996 roku. Rosjanin przewidywał wówczas 3 operacje na sekundę, tymczasem komputer – 3 miliony – przypomina Sebastian Starzyński.

Jak przewiduje ekspert, dostęp do sztucznej inteligencji będzie bardzo demokratyczny, podobnie jak dziś powszechne używanie smartfonów. Zaczną pojawiać się aplikacje typu osobisty asystent SI. Będą wspierać ludzi w codziennych czynnościach i decyzjach, np. dotyczących ubioru. Tego typu systemy będą właściwie działać, jeśli nauczymy ich swoich przyzwyczajeń, planów, gustów oraz zdobytej przez nas wiedzy o świecie. Bardzo ważna stanie się umiejętność uczenia sztucznej inteligencji, aby pracowała na naszą korzyść. Osoby, które jako pierwsze oswoją i wprowadzą ją do swojego życia, staną się najbardziej produktywne i zdobędą ogromną przewagę nad pozostałą częścią społeczeństwa.

– Moim zdaniem, za 5 lat osobisty asystent SI będzie już zupełnie powszechnym produktem na rynku, a za 7 lat stanie się tak popularny, jak obecnie większość aplikacji na smartformy. Duży wybór tego typu systemów sprawi, że konsumenci nie będą w stanie używać wszystkich rodzajów „podręcznej” sztucznej inteligencji. Z czasem pojawią się również pomocnicy SI, wspierający nas w zarządzaniu innymi asystentami aplikacjami – podsumowuje Sebastian Starzyński.

Między Polską a Ukrainą rodzi się nowa wymiana gospodarcza

Sytuacja polityczna Ukrainy od lat ewoluuje w kierunku standardów zachodnich. Całe mnóstwo działań, które czyni Polska i Unia Europejska, dają naszym sąsiadom perspektywę zbliżenia z Europą. Polsce zależy na tym, aby relacje gospodarcze z Ukrainą były czytelne, bezpieczne i zrozumiałe dla naszych przedsiębiorców. Dzięki temu inwestować mogliby przedstawiciele małego i średniego biznesu. Te relacje budują trwałą strukturę stosunków gospodarczych pomiędzy sąsiadami.

– Przedsiębiorcy zachodni zainwestowali na Ukrainie w zeszłym roku ponad 4,4 mld dolarów. Rodzi się jednak pytanie – czy to inwestycje portfelowe, ogromnych grup kapitałowych, które potrafią doskonale ubezpieczać się nawet na niepewnym rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Jacek Kolibski, prezes Europejskiego Instytutu Nieruchomości – Pamiętajmy, że jesteśmy predystynowani do tego, aby właśnie polski biznes rozwijał się na Ukrainie. Na Ukrainie, zarówno w kręgach uniwersyteckich, jaki i klasycznego ukraińskiego biznesu oraz samorządów miast – widać, że wschodni partnerzy widzą w nas sojusznika w drodze do Unii Europejskiej. Jednolita od lat polityka w tym względzie doprowadziła w końcu do tego, że od 1 lipca Ukraińcy będą mogli podróżować po UE bez wiz. Było to ogromne wyzwanie dla Europy, ale także dla Ukrainy – aby przygotować struktury wewnętrzne tak, żeby paszporty biometryczne, będące postawą do ruchu bezwizowego, były dostępne dla mieszkańców Ukrainy. Dziś różne statystyki pokazują, że w zależności od regionu, gotowość do odwiedzania innych okręgów lub krajów jest niewielka. Wschodnia Ukraina na ogół nie podróżuje, a jej zachodnia część z racji związków z Polską robi to znacznie częściej. Są to dłuższe wyjazdy, także do pracy. Nie można zapominać, że w naszym kraju, według statystyk, pracuje na stałe około miliona osób zza wschodniej granicy. Nie są to już tylko pracownicy rolni, wspomagający mazowieckich hodowców warzyw i owoców. To także wykwalifikowani specjaliści w branży budowlanej, czy informatycznej. Zaczyna się więc normalna wymiana gospodarcza pomiędzy przedsiębiorcami polskimi i ukraińskimi. Już nie tylko polski biznes, ale także firmy zagraniczne, które od lat posiadają w naszym kraju przedstawicielstwa i spółki, patrzą z ogromnym zainteresowaniem na rynek ukraiński. Być może staniemy się realną drogą dla inwestowania tam kapitału europejskiego – ocenia Kolibski.

Wsparcie, jakiego przedsiębiorcy nie potrzebują

Posłowie Nowoczesnej chcą wliczać okres prowadzenia działalności gospodarczej do stażu pracy. Ich pomysł ma wyrównać szanse w dostępie do stanowisk w administracji publicznej – tyle, że przedsiębiorcom taka pomoc nie jest zwyczajnie potrzebna.

Projekt Nowoczesnej to odrębna ustawa „o wliczaniu okresów prowadzenia działalności gospodarczej do pracowniczego stażu pracy oraz do stażu wymaganego od kandydatów na określone stanowiska”. Doprowadziłaby ona w rzeczywistości do zrównania umów o pracę z innymi formami zarobkowania. Czas prowadzenia własnej firmy, ale też wykonywania np. umowy zlecenia byłby wliczany do stażu pracy. Odpowiednia jego długość stanowi gwarancję nabycia m.in. dłuższego wymiaru urlopu oraz dłuższego okres wypowiedzenia umowy.

Zrównywanie umów o pracę z umowami prawa cywilnego jest jednak niebezpieczne, ponieważ prowadzi do zacierania różnic pomiędzy nimi. Tym samym stosowanie umów cywilnoprawnych i omijanie Kodeksu Pracy zostałoby wręcz usankcjonowane – a dąży się przecież do czegoś wręcz przeciwnego. Skutki projektu Nowoczesnej byłyby więc daleko idące i dlatego nie zgadzamy się na wprowadzenie takiego rozwiązania.

Projekt, jak wynika z uzasadnienia, zmierza także do wyrównania szans osób prowadzących własną działalność w dostępie do stanowisk w administracji publicznej. Wymagają one bowiem posiadania określonego pracowniczego stażu pracy. Czyli celem projektu jest de facto ułatwienie przedsiębiorcom podejmowania pracy w administracji.

Ten cel jest kuriozalny bo przecież należy promować przedsiębiorczość, a nie wzrost zatrudnienia w administracji. Czy posłowie chcą odciągać biznes od prowadzenia firm i zamieniać ich w urzędników? Tak widzą rolę przedsiębiorców w naszym kraju? Z takim myśleniem trudno jest nam się zgodzić.

Problem, który posłowie chcą rozwiązać z punktu widzenia przedsiębiorców, nie należy do najbardziej palących. Ponadto zgłoszona przez nich propozycja nie jest proprzedsiębiorcza, nie stanowi wsparcia jakie faktycznie jest potrzebne. To czego trzeba jak najszybciej to: przyjazne otoczenie prawne dla prowadzenia działalności, uproszczenie procedur zakładania firmy (która przez ostatnie zmiany prawne uległa wydłużeniu), ograniczenie barier administracyjnych oraz niższe składki i podatki. Oczekujemy działań, które uwolnią potencjał polskich firm i ułatwią ich rozwój. Dlatego popieramy rozwiązania ujęte w Konstytucji Biznesu, która przewiduje tzw. wakacje od opłacania składek ubezpieczeniowych, ale też inne przedstawiane propozycje w tym koncepcję „mała firma, mały ZUS”. Wymagają one pewnych modyfikacji, niemniej jednak ich kierunek jest słuszny. Tym kierunkiem powinni podążać posłowie zgłaszając swoje pomysły legislacyjne – zamiast proponować rozwiązania, które są nieprzemyślane i nie stanowią odpowiedzi na realne problemy.

Arkadiusz Pączka, Zastępca Dyrektora Generlanego, Dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji, Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej

Microsoft i Silvermedia S.A. będą wspólnie rozwijać europejską telemedycynę

Porozumienie o współpracy na rzecz rozwoju i tworzenia usług telemedycznych dla pacjentów zostało podpisane w trakcie odbywającej się w Zabrzu konferencji MedTrends 2017. Firmę Microsoft reprezentował Sławomir Połukord, dyrektor ds. rozwoju biznesu w Microsoft, natomiast z ramienia Silvermedia dokument podpisał Ireneusz Wochlik, Prezes Silvermedia. Na jego mocy rozwiązania na rzecz telemedycyny dostarczane przez spółkę Silvermedia będą wspierane przez technologie chmury obliczeniowej Microsoft.

Transformacja rynku usług medycznych to proces stałej ewolucji, który zatacza coraz szersze kręgi także w Polsce. Konsultacje kardiologiczne przez komunikatory, zastosowanie aplikacji monitorujących poszczególne parametry ciała, zaawansowane algorytmy wspierające monitoring stanu zdrowia pacjentów stają się elementem codzienności w polskiej medycynie. Co więcej, aktywne wykorzystywanie technologii informatycznych wyznacza także Europejska Agenda Cyfrowa, na mocy której jednym z fundamentalnych działań powinny być inicjatywy dążące do poprawy sytuacji gospodarczej i dążenie do zrównoważonego rozwoju społeczeństwa w cyfrowej przyszłości.

„Telemedycyna to nie tylko oszczędność czasu spędzonego w kolejkach. To przede wszystkim oszczędność czasu potrzebnego do uratowania ludzkiego życia, odpowiednio wczesnego wykrycia potencjalnego zagrożenia czy postawienia właściwej diagnozy w momencie, kiedy pacjent nie ma możliwości spotkania z lekarzem” – powiedział Wojciech Życzyński, członek zarządu Microsoft. „Proces tworzenia odpowiednich narzędzi to nie jednorazowe działanie, ale systematyczne prace R&D zmierzające do optymalizacji działania systemów, wzbogacania ich o nowe funkcjonalności, które jeszcze lepiej pomogą pacjentom. To dla nas bardzo ważne, że algorytmy i usługi telemedyczne projektowane przez Silvermedia będą pomagały pacjentom wykorzystując również możliwości chmury Microsoft” – dodał Wojciech Życzyński.

Wśród rozwiązań telemedycznych dostarczanych przez Silvermedia są autorskie algorytmy analizujące sygnały biomedyczne. Pomagają one w zdalnej diagnostyce schorzeń poprzez definiowanie normalnych stanów funkcjonowania organizmu pacjenta, a następnie ocenę powstających anomalii. Są one stosowane m.in. w kardiologii (analizują zapis EKG i pomagają diagnozować choroby serca), audiologii (umożliwiają zdalne prowadzenia badań słuchu u dzieci), alergologii (wspierają diagnozę alergii i astmy), diabetologii, psychiatrii oraz wielu innych obszarach medycyny.

„Chmura obliczeniowa Microsoft to świetne miejsce do prac R&D z obszaru telemedycyny i możliwość szybkiego skalowania ich wyników. Te cechy skłoniły nas do stworzenia wspólnego przedsięwzięcia w postaci otwartego laboratorium telemedycznego, do którego chcemy zaprosić startup’y zainteresowane tą tematyką. Przygotowane środowiska będą pozwalały na testowanie swoich pomysłów i produktów z pomocą ekspertów dziedzinowych. Najlepsze rozwiązania będą mogły liczyć również na wsparcie przy komercjalizacji” – powiedział Ireneusz Wochlik z Silvermedia.

Obustronne porozumienie dotyczy m.in. wymiany wiedzy i doświadczeń związanych z wdrażaniem usług informatycznych na rynku medycznym, rozwoju i możliwości jakie niesie chmura obliczeniowa oraz bezpieczeństwa przechowywanych w tym modelu danych, ich analizy i zarządzania. Dodatkowo technologie chmury dostarczane przez Microsoft będą sukcesywnie wprowadzane w produktach telemedycznych Silvermedia.

Polacy coraz rzadziej myślą o emigracji

W ciągu roku odsetek potencjalnych emigrantów zmniejszył się o ponad 5 p.p. i dziś chęć wyjazdu z kraju deklaruje niespełna 14% Polaków – wynika z raportu „Migracje zarobkowe Polaków VI” przygotowanego przez Work Service. Wśród osób rozważających opuszczenie Polski 1 na 5 badanych wybiera się do Wielkiej Brytanii, która znów jest najpopularniejszym kierunkiem. Niepokojące jest, że grupą wiekową najbardziej skłonną do wyjazdu są osoby młode między 18 a 24 rokiem życia. Niezmiennie głównym powodem emigracji są wyższe zarobki, a Polacy najchętniej wyjadą na ok. 3 miesiące, co wiąże się z pracą sezonową.

Z szóstej edycji raportu „Migracje zarobkowe Polaków” wynika, że 13,7% Polaków rozważa wyjazd z kraju – to 9% dorosłej populacji Polski czyli ponad 2,8 mln osób. Najwięcej naszych rodaków chce opuścić kraj na ok. 3 miesiące – taką deklarację złożyło 29% spośród tych, którzy myślą o emigracji.

Przed nami okres wzmożonej pracy sezonowej, która co roku cieszy się dużą popularnością wśród Polaków. Wyjazd za granicę w okresie wakacyjnym pozwala w krótkim czasie uzyskać dochody kilkakrotnie wyższe niż w analogicznym czasie w Polsce. Stąd też wzrost zainteresowania wyjazdem z kraju w porównaniu z badaniem przeprowadzonym pół roku temu, emigrację deklarowało wtedy 12% Polaków. Ważniejszy jest jednak spadek, który nastąpił w ciągu 12 miesięcy, aż o 5 p.p. Jest on w dużej mierze efektem coraz lepszej sytuacji na polskim rynku pracy – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.Polacy coraz rzadziej myślą o emigracji

Kto myśli o emigracji?

Najbardziej skłonne do wyjazdu są osoby młode, między 18 a 24 rokiem życia. Stanowią oni 40% wszystkich planujących emigrację. W porównaniu z badaniem sprzed roku to wzrost o 10 p.p. O wyjeździe myślą przede wszystkim ci, którzy nie mają wyższego wykształcenia (84%). Wśród nich najwięcej jest Polaków po szkole średniej –  37%. Do emigracji przekonane są głównie osoby żyjące na wsi oraz w miejscowościach do 100 tysięcy mieszkańców – stanowią 60% wszystkich deklarujących chęć wyjazdu z kraju. Z kolei 59% potencjalnych emigrantów to osoby posiadające zatrudnienie, co dodatkowo uderzy w rynek pracy, który już teraz cierpi na niedobory pracowników. Najwięcej Polaków myślących o opuszczeniu kraju mieszka w północnej jego części.

Co może szczególnie niepokoić to fakt, że dominującą grupą wiekową, która rozważa emigrację są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia. Czy ich deklaracje zapowiadają ucieczkę przed perspektywą niskich płac, skutkami gorszego wykształcenia czy przed niskim poziomem urbanizacji regionów kraju z których pochodzą? Czy też odzwierciedlają inne, mniej tradycyjne powody decyzji migracyjnych? To ważne pytania jeśli pod uwagę brać będziemy miejsce zamieszkania, wykształcenie i deklarowane dochody potencjalnych emigrantów. Aż 53% z nich zarabia poniżej 2000 zł netto miesięcznie – komentuje Krzysztof Blusz, Wiceprezes Zarządu WiseEuropa.Kto myśli o emigracji

Powody i bariery emigracji bez zmian

Wciąż najważniejszym czynnikiem skłaniającym Polaków do emigracji są wyższe zarobki, deklaruje to 70% badanych. Na drugim miejscu jest natomiast wyższy standard życia (40%), który odnotował największy wzrost, aż o 18 p.p. Co ciekawe, jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki sprzed pół roku, to Polacy coraz większą uwagę przywiązują do korzystniejszego systemu podatkowego (26%) i bezpieczniejszego położenia geograficznego (15%). Niezmiennie najważniejszym powodem zniechęcającym do wyjazdu z kraju jest przywiązanie do rodziny i przyjaciół w Polsce (72%). Warto zwrócić uwagę, że aż 35% nie decyduje się na emigrację z powodu atrakcyjnej pracy. Dla 1 na 5 osób istotną barierą jest natomiast nieznajomość języków obcych.

***Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach raportu Migracje Zarobkowe Polaków zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 27 marca-2 kwietnia 2017 r.

Badanie zrealizowano na próbie N=662 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg. danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=662 to +/-3,88%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS .

 

Grupa Ergis po I kw. 2017 r.

Grupa ERGIS, lider przetwórstwa tworzyw sztucznych w Europie Środkowo–Wschodniej, zanotowała w I kwartale 2017 roku przychody ze sprzedaży sięgające 183,4 mln zł (wzrost o 6,3%). Wynik operacyjny w tym okresie wyniósł 11,2 mln zł (wzrost o 8,3%), EBITDA 17 mln zł (wzrost
o 2,8 %) a wynik netto sięgnął 8,4 mln zł (wzrost o 22,2%).

Na uwagę zasługuje wyraźna poprawa, o 9,5%, wartości marży brutto na sprzedaży – sięgnęła ona 29,8 mln w I kwartale 2017 wobec 27,2 mln zł rok wcześniej. Jest to efekt przeprowadzonej restrukturyzacji w spółkach niemieckich oraz znaczącej poprawy rentowności recyklingu w wyniku przeprowadzonej na początku 2016 roku inwestycji. W rezultacie w I kwartale 2017 roku EBITDA Grupy wzrósł do 17,0 mln w porównaniu do 16,5 mln w analogicznym okresie 2016 roku.

Zgodnie z zapowiedziami, Grupa prowadzi budowę kolejnej linii do ekstruzji folii nanoErgis® w zakładzie w Oławie, której uruchomienie jest planowane przed terminem – są szanse na rozpoczęcie produkcji już w lipcu. Grupa podjęła także decyzję o inwestycji w nową linię do produkcji folii i laminatów z PET w MKF-ERGIS GmbH w Berlinie.

Rada Nadzorcza poparła rekomendację Zarządu dla Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w sprawie wypłaty dywidendy za 2016 rok w wysokości 0,20 zł na akcję, czyli rekordowej w historii Spółki.

WYNIKI FINANSOWE – SZCZEGÓŁY

Wyniki finansowe Grupy ERGIS w I kwartale 2017 roku przedstawia poniższa tabela:

w tys. PLN  I kw. 2017 I kw. 2016 Dynamika
Przychody ze sprzedaży 183 400 172 579 +6,3%
Zysk operacyjny 11 171 10 315 +8,3%
Zysk brutto 10 539 8 812 +19,6%
EBITDA 17 034 16 569 +2,8%
Zysk netto 8 431 6 902 +22,2%

W I kwartale 2017 roku ceny surowców strategicznych były wyższe niż w IV kwartale 2016 (od 2,5% do 18%). Również w porównaniu z I kwartałem 2016 roku ceny większości surowców, z wyjątkiem LLDPE oraz płatków PET (gdzie odnotowano niewielkie spadki), były o kilkanaście procent wyższe. Przychody ze sprzedaży Grupy w I kwartale 2017 były wyższe o 6,3% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku, przy średnim kursie PLN/EUR niższym o 1,5%.

Rentowność brutto sprzedaży za I kwartał 2017 roku była w Grupie Ergis nieznacznie wyższa niż w analogicznym okresie roku 2016 i wyniosła 16,3% (wobec 15,8%), a wartość marży wyraźnie przekroczyła ubiegłoroczną (29,8 mln zł w I kwartale 2017 wobec 27,2 mln zł w analogicznym okresie 2016). Jest to efekt restrukturyzacji przeprowadzonej w Dywizji Folii Twardych oraz znaczącej poprawy rentowności recyklingu w wyniku przeprowadzonej na początku 2016 roku inwestycji.

W rezultacie w I kwartale 2017 roku EBITDA Grupy wzrósł do 17,0 mln zł w porównaniu do
16,5 mln zł w analogicznym okresie 2016 roku.

Wyniki za I kwartał 2017 roku rok oceniam jako dobre. Konsekwentne wdrażanie nowych produktów i technologii (nanoErgis®) oraz skuteczna restrukturyzacja pozwoliły zrealizować w I kwartale 2017 roku wynik netto lepszy niż w I kwartale 2016 roku, mimo znacznego wzrostu cen surowców, ograniczającego marże na sprzedaży wielu produktów – powiedział Tadeusz Nowicki, Prezes Zarządu ERGIS SA.

Pozytywnie oceniając obecną sytuację Spółki, Zarząd zdecydował o zarekomendowaniu WZA wypłaty dywidendy w wysokości 0,20 zł na akcję, czyli rekordowej w historii firmy – dodał Tadeusz Nowicki.

Polscy przedsiębiorcy za zmianami w systemie podatkowym

Dla większości badanej grupy przedsiębiorców obecny system podatkowy jest nieodpowiedni, a 92% z nich uważa, że system powinien zostać uproszczony – tak wynika z badania przeprowadzonego przez prof. Dominikę Maison z Wydziału Psychologii UW na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. W ocenie badanej grupy przedsiębiorców lepszym rozwiązaniem byłby podatek wyliczany jako procent od sprzedaży firm lub wprowadzenie stałej wartości procentowej podatku od funduszu płac.

Badanie „Przedsiębiorcy o podatkach” przeprowadzone przez firmę Maison&Partners pokazuje, że zdecydowana większość badanej grupy (aż 92%) jest za uproszczeniem dotychczasowego systemu podatkowego, który postrzegany jest jako nieprzyjazny, niesprawiedliwy, skomplikowany i niezrozumiały. Blisko połowa badanej grupy przedsiębiorców (41%), głównie najdłużej funkcjonujących na rynku oraz z sektora usług, opowiada się za liniowym systemem podatkowym. Podatek progresywny popiera ponad dwukrotnie mniej osób (17%), są to najczęściej przedsiębiorcy z sektora produkcji.
Ocena istniejącego systemu podatkowego przez przedsiębiorców jest bardziej negatywna od oceny tego samego systemu przez Polaków. Przedsiębiorcy znacznie częściej niż ogół społeczeństwa wiedzą, jaki system podatkowy preferują, a co zapewne za tym idzie, mają większą wiedzę na temat systemu podatkowego w Polsce – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Badana grupa przedsiębiorców została również zapytana o ocenę propozycji nowych rozwiązań systemów podatkowych. Pierwsza z nich dotyczyła wprowadzenia nowego systemu podatkowego wyliczanego jako procent od sprzedaży firm. Spotkała się ona z bardzo dużą aprobatą – blisko 90% badanej grupy uważa, że taki system byłby lepszy od obecnego, a w przypadku wprowadzenia takiego systemu w Polsce, aż 80% deklaruje poparcie dla takiej decyzji. Są to przedsiębiorcy z każdego sektora rynku, jednak istotnie częściej przedsiębiorcy działający w usługach (86%) i produkcji (76%). Najmniej przedsiębiorców z sektora handlu deklaruje poparcie dla tej propozycji, ale cały czas jest to blisko 70%.

Opinie przedsiębiorców na temat obecnie panującego systemu podatkowego są zbliżone do tego, co sądzą o nim zwykli obywatele. Jest to przede wszystkim system zbyt skomplikowany, często niesprawiedliwy i dlatego wymagający zmian. Przedstawione propozycje nowych rozwiązań systemu podatkowego w Polsce są przez obie grupy, zarówno przedsiębiorców, jak i wszystkich Polaków, postrzegane jako zdecydowanie lepsze od dotychczasowych, a przede wszystkim jako takie, które przyniosą korzyść wszystkim: każdemu obywatelowi, państwu i samym przedsiębiorcom – mówi prof. Dominika Maison z Wydziału Psychologii UW, autorka badania.

Druga oceniona przez badaną grupę przedsiębiorców propozycja dotyczyła wprowadzenia takiego systemu podatkowego, który byłby wyliczany jako stała wartość procentowa podatku od funduszu płac (w wysokości 25%). Ta propozycja spotkała się z równie dużym poparciem – aż 89% badanej grupy wyraziło opinię, że taki system powinien zostać wprowadzony w Polsce. Popierany jest on w badanej grupie przedsiębiorców niezależnie od sektora, w jakim działa firma i stażu na rynku pracy. Obie propozycje nowych systemów podatkowych (procent od sprzedaży firm oraz 25% z funduszu płac) są postrzegane jako przynoszące korzyści wszystkim: państwu, przedsiębiorcom i obywatelom (ponad 50% badanej grupy przedsiębiorców ma taką opinię w przypadku obu systemów). Systemy te są również podobnie oceniane jako przynoszące korzyści dla samego Państwa (12% w przypadku procentu od sprzedaży firm i 13% w przypadku 25% z funduszu płac). Natomiast różnicę w postrzeganiu obu systemów można dostrzec we wskazaniu korzyści dla samych obywateli i przedsiębiorców. System podatkowy oparty na procencie od sprzedaży firm wydaje się badanym przedsiębiorcom nieco bardziej korzystny dla samych obywateli (24% vs. 12%), natomiast oparty na 25% od funduszu płac jako bardziej korzystny dla nich samych, niż dla obywateli (17% vs. 8%).

Warto zwrócić uwagę, że w badaniu opinii ogółu Polaków, przeprowadzonym w lutym 2017 r. na zlecenie ZPP, zdecydowana większość, bo aż 70%, chciałaby by ich podatki były rozliczane przez pracodawcę. Opinia ta pojawia się nawet w grupie osób, które rozliczają się samodzielnie – ponad połowa z nich chętnie przerzuciłaby ten obowiązek na swoich pracodawców. Tymczasem jak pokazuje najnowsze badanie, opinie przedsiębiorców na temat rozliczania podatków swoich pracowników są podzielone – blisko połowa (45%) badanej grupy zgadza się, aby ten obowiązek leżał po ich stronie, jednak dość duża grupa (55%) nie chciałaby, aby taka zmiana została wprowadzona.

Badanie przedsiębiorców dopełniło nam obraz postrzegania obecnego systemu podatkowego, który zarówno przez ogół Polaków, jak i osoby prowadzące działalność w sektorze MSP jest oceniany zdecydowanie negatywnie jako zbyt skomplikowany i nieprzyjazny. Wydaje się, że nowy system oparty o procent od sprzedaży firm byłby w opinii zarówno przedsiębiorców, jak i ogółu Polaków, zdecydowanie lepszy od dotychczasowych rozwiązań – uważa Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.

Badanie zostało zrealizowane przez firmę Maison&Partners na przełomie marca i kwietnia 2017 roku na próbie 464 przedsiębiorców. Jego celem było poznanie opinii przedsiębiorców na temat obecnego systemu podatkowego oraz postrzeganie propozycji nowych rozwiązań. Niektóre wyniki badania zostały porównane z wynikami analogicznego badania wśród ogółu Polaków, przeprowadzonego tą samą metodą na Ogólnopolskim Panelu badawczym Ariadna w lutym 2017 r. na ogólnopolskiej próbie N=1063, reprezentatywnej dla ogółu Polaków ze względu na płeć, wiek i wielkość miejsca zamieszkania.