INDOS SA – odnotował rekordowo dobre wyniki za IQ2017

INDOS SA, której akcje są notowane rynku na NewConnect, rozpoczyna rok 2017 doskonałymi wynikami. Przychody INDOS SA w IQ2017 wzrosły o 41% w stosunku do IQ2016, a zysk ze sprzedaży zwiększył się o ponad 161%. Po znaczącym zwiększeniu przychodów w zeszłym roku Zarząd INDOS SA kontynuuje pozytywny trend w pierwszym kwartale roku bieżącego i stawia na rozwój innowacyjnego produktu pożyczkowego. Nowa linia produktów będzie przeznaczona dla leasingobiorców, a wartość rynku dla „Pożyczki w Leasingu” Zarząd ocenia na setki milionów złotych. Spółka rozważa również przeniesienie notowań na rynek główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

W zeszłym kwartale Spółka koncentrowała się nad zwiększeniem sprzedaży. Udało się osiągnąć sukces, wypracowano przychody na poziomie 3.384,18 tys zł, co jest wynikiem o 41% lepszym w porównaniu do IQ2016. Zysk ze sprzedaży jaki udało się wypracować w IQ2017 na poziomie 1.6458,72 tys zł jest lepszy o ponad 161% od pierwszego kwartału roku ubiegłego. Zysk netto był ponad 102% wyższy i wyniósł 982,66 tys zł. W opinii Zarządu zwiększenie przychodów i zysku netto w pierwszym kwartale jest dowodem na zdolność Spółki do bardzo dynamicznego rozwoju. Ten trend powinien się utrzymywać w kolejnych okresach. Mając na uwadze plany znacznego zwiększenia skali działalności, warto zwrócić uwagę na fakt, iż Spółka posiada już bardzo nowoczesne systemy informatyczne, dzięki którym korespondencja i obieg dokumentów z klientem odbywa się elektronicznie. Między innymi dzięki temu, że INDOS SA jednym z nowocześniejszych podmiotów w swojej branży, Zarząd znacząco mógł zmniejszyć koszty wynagrodzeń w ubiegłym kwartale, co również miało bardzo pozytywny wpływ na osiągnięty wynik. Tak wysoki zysk netto udało się wypracować przy ponad sześciokrotnym wzroście kosztów finansowych, co pokazuje ogromny potencjał Spółki po dokapitalizowaniu kwotą 8,5 miliona złotych. W pierwszym kwartale również poza zwiększeniem przychodów i zysku netto udało się Zarządowi kontynuować prace nad rozwojem nowego produktu – pożyczek dla leasingobiorców, aby w bieżącym kwartale wprowadzić produkt do sieci sprzedażowych. Zarząd Spółki jest przekonany, że „Pożyczka w Leasingu” będzie produktem, który znacząco wpłynie na wyniki Spółki.

„O trwających pracach nad nowymi produktami sygnalizowaliśmy w lutym – przy okazji publikacji raportu za IVQ2016r. Indos słynie w branży z tego, że jest wyjątkowo innowacyjną spółką i bodaj jedną z najlepiej zinformatyzowanych firm w branży – przynajmniej w swojej skali. Informatyzacja procesu obsługi klienta, znacząco skraca czas pracy, ułatwia komunikację poszczególnych działów, pozwala na prace na odległość z partnerami, a co najważniejsze pozwala na zwiększenie skali skali biznesu. Obecnie nowy produkt jest już dostępny, mówimy tutaj o pożyczce w leasingu. Jak twierdzi Prezes, Ireneusz Glensczyk „Pożyczka w Leasingu” to produkt idealnie dopasowany do potrzeb leasingobiorców w Polsce i leasingodawców. Spółka pracuje nad tym, aby Pożyczka w leasingu została flagowym produktem w ofercie INDOS SA. Obecnie produkt jest wprowadzany do sieci sprzedaży leasingowej głównych firm leasingowych w Polsce. Oferta produktowa jest obecna na stronie internetowej Emitenta. Zaletą produktu jest, że można go stosować na każdym etapie trwania umowy leasingowej, a co najważniejsze dzięki wdrożeniu produktu do sprzedaży, firmy leasingowe będą mogły zwiększyć swoją sprzedaż i zmniejszyć liczbę wypowiadanych umów. Efekty wdrożenia nowego produktu już niebawem będziemy mogli pokazać akcjonariuszom i inwestorom. II kwartał br. będzie już uwzględniał przychody z nowego produktu. Sukces tego produktu może być również przesłanką do przeniesienia notowań akcji na rynek główny GPW. Dla tego intensyfikujemy prace nad jego wdrożeniem i pozyskaniem sieci sprzedaży.

INDOS SA w branży windykacyjnej ma najdłuższą tradycję i jako jedna z niewielu firm w Polsce łączy w swojej ofercie zarówno produkty z obszaru finansowania, jak i zarządzania wierzytelnościami. W swojej długoletniej historii Spółka uzyskała status rzetelnej firmy z licznymi wyróżnieniami. Od ponad pięciu lat Spółka jest wzorowym uczestnikiem rynku kapitałowego. Obligacje serii A zadebiutowały na Catalyst 30 marca 2012 roku, a wszystkie serie obligacji INDOS SA zostały wykupione. 18 kwietnia br. obligacje Spółki o nominale 8,5 mln zł zostały wprowadzone do obrotu pod serią J. Spółka ponosi coraz niższe koszty finansowania biznesu. Dla Spółki w bieżącym okresie odsetkowym to dla serii obligacji J – 6,33%. INDOS SA zadebiutował na rynku NewConnect 16 lutego 2016. Do obrotu trafiło 454.060 akcji serii B. Imienne akcje założycielskie pozostają do dziś w rękach założycieli. Spółka znacząco zwiększyła w 2016 roku wartość portfela wierzytelności. Różnica do wartości nominalnej portfela na koniec 2016 roku wynosiła 60,76 mln zł, a w roku 2015 była to wartość 29,44 mln zł. Spółka odnotowała wzrost wartości aktywów finansowych na koniec roku 2016 w porównaniu do roku 2015 o ponad 39,8 mln zł, do wartości aż 147,71 mln zł. Zobowiązania finansowe INDOS SA są mniejsze na koniec 2016 roku o 7,18 mln zł wobec roku 2015. W pierwszym kwartale 2017 roku Spółka osiągnęła zysk netto 928,66 tys zł przy przychodach 3.384,18 tys zł – co jest wynikiem lepszym odpowiednio o 102% oraz o 41% od pierwszego kwartału 2016 roku. Z zysku za rok 2016 INDOS SA planuje wypłatę dywidendy – 7 groszy na akcję.

PayPal: 5 wskazówek dla start-upów

Jak małe przedsiębiorstwa mogą osiągnąć duże zyski w nadchodzącym sezonie.

W stale rozwijającym się sezonie zakupowym, oczekiwania i wymagania konsumentów również rosną i ulegają zmianie. Niezależnie więc od wielkości twojej firmy, klienci oczekują, że ich doświadczenie zakupowe będzie tak dobre, jak w przypadku najpopularniejszych e-sklepów.

Jak więc sprawić, żeby twój start-up działał jak giganci e-commerce podczas nadchodzącego sezonu? Zasada jest prosta – żeby być jednym z gigantów, musisz zachowywać się jak oni. Na szczęście, istnieje wiele trików, które twoja firma może wykorzystać, aby konkurować z największymi graczami w trakcie nowego sezonu.

Oto kilka kluczowych obszarów, które zrobią z ciebie giganta e-handlu:

  1. Twoja obecność w sieci – jeśli sprzedajesz online, twoja strona WWW musi wyglądać tak dobrze, jak u największych graczy – lub przynajmniej – jakby nie była uruchomiona wczoraj. W dzisiejszych czasach masz niemal nieograniczone możliwości stworzenia nowoczesnej i profesjonalnej strony internetowej, która połączy szybkość, design i mobilność. Wszystko to za ułamek budżetu, który kilka lat poświęciłbyś na działania online. Wiosenne wyprzedaże to idealny czas na odświeżenie UX, dodanie lżejszego interfejsu czy kolorowych akcentów na stronie – konsumenci to pokochają!

Wskazówka #1: Tworzenie efektywnego e-sklepu może być trudne, zwłaszcza na początku drogi. Nie bój się zapytać o radę doświadczonych freelancerów, których z łatwością znajdziesz online na dedykowanych im platformach.

  1. Zainwestuj w branding – jeśli przyjrzysz się którejkolwiek z dużych firm, ich wygląd i flow kreacji – zarówno tych online, jak i offline – są spójne. To jedna z rzeczy, która wyróżnia duże marki i która jest obowiązkowym punktem dla wszystkich małych firm, która chcą z nimi konkurować. Jeśli nie masz jeszcze logo – najwyższy czas, aby je stworzyć. Zatrudnij doradcę marketingowego, grafika ze strony dla freelancerów lub podejmij współpracę z firmą, która oferuje kompleksowe działania brandingowe.

Wskazówka #2: Interesujący design nie zawsze wiąże się z zaangażowaniem tony ekspertów. W internecie możesz znaleźć wiele kreatywnych i niedrogich opcji.

  1. Wybierz rozwiązanie oferowane przez zaufanego partnera płatniczego, które możesz skalować – rozwijając swoją stronę pamiętaj, żeby wdrożyć bezpieczne i właściwie rozwiązania płatnicze, które odpowiednio szybko przeprocesują transakcje i nie zakłócą procesu zakupowego klienta. Zaufanie, elastyczność i skalowalność to istotne elementy, które umożliwiają rozwój małej firmy.

Wskazówka #3: 44% kupujących chętniej kupiłoby produkt w zagranicznym e-sklepie mając możliwość użycia bezpiecznej metody płatności[1].

  1. SEO – daj się znaleźć online – Duże firmy inwestują ogromne środki, aby zapewnić, że ich firma jest łatwa do wyszukania online. Dedykowany budżet dla SEO (optymalizacja dla wyszukiwarek internetowych) i Google AdWords to ważny element, jeżeli sprzedajesz online za pośrednictwem własnej strony internetowej. Zacznij od małych kwot i skup się na rozwiązaniach, które dają ci najwięcej kliknięć. W czasie sezonu letniego możesz wykorzystać wiele fraz, które dodatkowa pomogą ci spozycjonować e-sklep: letnie wyprzedaże, odświeżenie garderoby lub letnie trendy. Powoli zwiększaj swój budżet i zawsze sprawdzaj koszt konwersji (czyli liczbę leadów uzyskanych w ramach niego).

Wskazówka #4: 61% konsumentów czyta recenzje online zanim podejmie decyzje zakupową.

  1. Na koniec, najważniejsza jest obsługa klienta – żeby konkurować z największymi graczami, obsługa klienta musi być na najwyższym poziomie. To niezwykle ważne, aby stale inwestować w tym kluczowym obszarze – oczywiście z odpowiednim wyprzedzeniem do gorącego, letniego sezonu zakupowego. Możesz pomyśleć nad utworzeniem bezpłatnego, telefonicznego centrum obsługi klienta, które pozwoli na automatyczne kierowanie zapytań konsumentów do odpowiedniej osoby.

Wskazówka #5: 8 na 10 globalnych konsumentów, docenia kiedy serwis jest personalizowany i dostosowany do ich potrzeb, to o 52% więcej w porównaniu z poprzednim rokiem[2].

I pamiętaj – nawet niewielkie firmy mogą osiągnąć wielkie rezultaty!

[1] PayPal/Ipsos report 2016.

[2] http://www.verint.com/digital-tipping-point/

Strategiczne zarządzanie ryzykiem – nieodkryty potencjał dla biznesu

Przetasowania polityczne, nowe rewolucyjne technologie i wciąż zmieniające się modele biznesowe przyczyniają się do narastania niespotykanej wcześniej na taką skalę zmienności i niepewności. Jeżeli liderzy biznesowi chcą przetrwać i nadal się rozwijać, powinni jak najszybciej na nie zareagować. O tym dyskutowały autorytety branży finansowej i reprezentanci kadry kierowniczej wyższego szczebla reprezentujący międzynarodowe organizacje podczas konferencji Business in Extraordinary Times.

W Warszawie o wyzwaniach globalnego rynku

Wpływ aktualnych zmian na arenie międzynarodowej na konkurencyjność przedsiębiorstw to główny temat spotkania, które odbyło się w Warszawie. Organizatorem konferencji „Business in Extraordinary Times” było Association of International Certified Professional Accountants (Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości). To największa na świecie organizacja zrzeszająca ekspertów z dziedziny finansów, rachunkowości zarządczej oraz strategii biznesowych. Na wydarzeniu spotkali się liderzy sektora finansów oraz kadra kierownicza wyższego szczebla reprezentująca globalne organizacje. Uczestnicy dyskutowali o tym, jak postępować w obliczu dużej nieprzewidywalności współczesnej gospodarki.

– To międzynarodowe wydarzenie odbyło się w Polsce nie bez przyczyny. Nasz kraj jest postrzegany jako lider regionu pod względem kreowania przyjaznego klimatu inwestycyjnego. Dotyczy to szczególnie zaawansowanych projektów biznesowych w obliczu wielu wyzwań dla inwestorów na całym świecie, takich jak choćby Brexit. Na konferencji gościliśmy m.in. Marka Belkę, byłego premiera RP i prezesa Narodowego Banku Polskiego. Oprócz niego pojawili się tacy eksperci, jak Andrew Harding – dyrektor generalny Stowarzyszenia, Berry Melancon – prezes Stowarzyszenia, Jolanta Jaworska – wiceprezydent organizacji ABSL oraz Tomasz Kacprzak – dyrektor finansowy Deloitte. To grono gwarantowało ciekawą dyskusję i wiele punktów widzenia na sytuację, którą obserwujemy na globalnym rynku – mówi Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo–Wschodniej.

Biznes nieświadomy zagrożeń

Zmieniające się warunki biznesowe wymagają od specjalistów ciągłej gotowości do poszerzania swoich kompetencji. To szczególnie ważne w przypadku specjalistów ds. rachunkowości zarządczej, którzy zajmują się przewidywaniem potencjalnych zdarzeń. Nie tylko z pola finansowego, ale również społecznego czy politycznego. W ten sposób obniżane jest ryzyko, wpływające na operacyjność i wynik finansowy organizacji. Dodatkowo z danych CIMA wynika, że zaledwie 1/3 europejskich firm wdrożyło zaawansowany model zintegrowanego zarządzania ryzykiem (ERM), nad którym pieczę sprawują komitety audytu lub specjalnie powoływane komitety ryzyka. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez Instytut CIMA, który jednocześnie zwraca uwagę, że zarządzanie ryzykiem powinno stać się jednym z priorytetów każdej organizacji działającej we współczesnej gospodarce.

Otoczenie biznesowe, ze względu na aktualne wyzwania gospodarcze, wymusza na firmach niespotykaną dotąd dynamikę działań. Przedsiębiorstwa muszą elastycznie dopasowywać się do warunków panujących na rynku, wdrażając zmiany w krótkim czasie. Wynika to między innymi z intensywnego postępu technologicznego i rewolucji cyfrowej, która naraża nieprzygotowane na nią firmy na poważne konsekwencje biznesowe. To nie jedyna grupa ryzyk, z którą muszą zmierzyć się przedsiębiorstwa. Nowe technologie przynoszą ze sobą nowe modele biznesowe dla firm. Co ważne, na ich skuteczność w zglobalizowanej gospodarce nie wpływa wyłącznie sprawne samodzielne działania instytucji, ale także liczne czynniki geopolityczne. W tej sytuacji kluczowa staje się nie tylko zdolność identyfikacji zagrożeń, lecz także oceny ich wagi dla firm i instytucji w określonym czasie oraz rzetelnej analizy możliwych konsekwencji. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez Instytut CIMA.

– Aż 60% organizacji reprezentujących różne branże mierzy się z coraz trudniejszymi wyzwaniami, które w sposób znaczący mogą wpłynąć na strategiczny sukces ich przedsięwzięć. Efektywne wdrożenie modeli identyfikacji zagrożeń spowalnia w ich wypadku przede wszystkim konieczność ustalenia priorytetów. 2 na 5 reprezentantów badanych firm uważa, że nie posiada odpowiednich zasobów, by zoptymalizować nadzór nad ryzykiem. Raport CIMA pokazuje, że niemal drugie tyle specjalistów odczuwa konieczność przeznaczenia budżetu na inne, bardziej pilne i znaczące wydatki. Z jednej strony mamy więc sytuację, w której na organizacje wpływa coraz więcej zewnętrznych czynników, trudnych do zrozumienia i uwzględnienia w strategii. Jednocześnie jednak osoby odpowiedzialne za zarządzanie przedsiębiorstwami wydają się jeszcze nie doceniać powagi tych zmian. A ta sytuacja będzie się w najbliższych latach tylko pogłębiać – tłumaczy Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo–Wschodniej.

Big Data na fali. 157% wzrost przychodów Cloud Technologies

Cloud Technologies, notowana na NewConnect spółka specjalizująca się w analizowaniu i dostarczaniu danych o zainteresowaniach internautów oraz data consultingu, ma duże powody do zadowolenia. Po I kwartale br., jej przychody ze sprzedaży wzrosły do 17,03 mln zł, a EBITDA osiągnęła poziom 6,30 mln zł.  To najlepsze wyniki w sześcioletniej historii firmy.

Firmy analityczne mają rację: Big Data, czyli analizowanie dużych zbiorów informacji to bynajmniej nie puste hasło, ale rzeczywista potrzeba. Do takich wniosków można dojść analizując najnowsze wyniki Cloud Technologies, założonej w 2011 r. przez Piotra Prajsnara spółki zajmującej się monetyzacją danych, jakie zostawiają internauci w sieci i jednej z najszybciej rozwijających się firm technologicznych.

157% wzrost przychodów

W I kwartale br. spółka znacząco zwiększyła zarówno przychody, jak i EBITDA. W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, przychody wzrosły aż o 157% (z 6,62 mln zł w I kwartale 2016 r. do 17,03 mln zł w I kwartale 2017 r.). W sumie wyniosły niemal tyle, ile w całym 2014 r. (wówczas sięgnęły 17,5 mln zł).

O 42%, do poziomu 6,30 mln zł, wzrosła także EBITDA. Zysk netto, który wyniósł 2,64 mln zł, był wprawdzie niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, ale saldo obniżyły ujemne różnice kursowe w wysokości 2,44 mln zł. Jak wyjaśnia spółka w raporcie, na koniec okresu wartość posiadanych środków pieniężnych wyniosła 46,82 mln zł, jednak przeważającą walutą jest EUR (w sumie 10,76 mln EUR).Rekordowe wyniki Cloud Technologies

To kolejny bardzo dobry kwartał Cloud Technologies. IV kwartał 2016 r. spółka zakończyła wzrostem przychodów o 64,7%, a zysk netto wzrósł w tym czasie o 78%. Również ubiegły rok można zaliczyć do udanych. Przychody Cloud Technologies wzrosły wówczas do 48,1 mln zł (z 32,8 mln zł w 2015 r.). Spółka wypracowała także znaczący zysk netto w wysokości 20,3 mln zł – to o niemal 5,5 mln zł więcej niż rok wcześniej.Rekordowe wyniki Cloud Technologies 2017

Rośnie apetyt na dane

Bardzo dobre wyniki finansowe Cloud Technologies to przede wszystkim efekt większego popytu na dane o zainteresowaniach internautów, które spółka już od kilku lat sukcesywnie gromadzi i analizuje. W tej chwili OnAudience.com, czyli autorska platforma DMP warszawskiej spółki przetwarza już ponad 3 mld anonimowych profili internautów ze 187 krajów, analizując ich aktywność, geolokalizację, zainteresowania, intencje i decyzje zakupowe oraz kilka tysięcy innych zmiennych. W sumie to ponad 5 tys. anonimowych cech, dzięki którym firmy mogą lepiej poznać swoich obecnych i potencjalnych klientów.

Popyt na dane rośnie, bo rynek stopniowo dojrzewa, a firmy mają coraz większą świadomość tego jak potężnym narzędziem są informacje, które internauci zostawiają w Sieci. Do wykorzystania danych, choćby w kampaniach reklamowych online, zachęca je także coraz więcej pozytywnych sygnałów płynących z rynku. Doświadczenia pokazują, że dostarczając dobrze sprofilowany komunikat, zamiast realizowania masowych działań „na chybił trafił”, można zwiększyć skuteczność kampanii nawet kilkunastokrotnie. Dlatego po dane sięgają już nie tylko agencje interaktywne czy domy mediowe, ale także banki czy firmy ubezpieczeniowe, które wzbogacają swoje systemy CRM o informacje, które generują internauci – zwraca uwagę Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Kierunek: doradztwo

Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies S.A.
Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies S.A.

Na wyższe przychody spółki wpłynęła też sprzedaż UnBlocka – autorskiego systemu emisji reklamy, która pozwala wyświetlić spersonalizowaną reklamę pomimo zainstalowanych przez internautę wtyczek blokujących – oraz usług w zakresie data consultingu. To najmłodszy a jednocześnie bardzo perspektywiczny obszar działań Cloud Technologies. W I kwartale br., należąca do grupy agencja Audience Network, która specjalizuje się w realizacji kampanii performance marketingowych rozszerzyła swoje portfolio i rozpoczęła świadczenie usług w zakresie data consultingu.–. Data consulting to na pewno obszar, w którym widzimy duży potencjał i będziemy go rozwijać w najbliższym czasie. Dziś w naszej działalności wyraźnie widać trzy główne obszary, które zgodnie z konsekwentnie realizowaną przez nas strategią sukcesywnie rozwijamy, są to: marketing efektywnościowy, data consulting oraz mobile. To co łączy każdy z nich to dane i analityka Big Data– zwraca uwagę Piotr Prajsnar.

Jak wynika z analiz IDC, rynek Big Data rośnie dziś w tempie sześciokrotnie szybszym niż cała branża IT. Do 2018 roku jego wartość osiągnie poziom 114 mld USD. Co ciekawe, w ciągu dwóch lat aż 7 na 10 przedsiębiorstw zamierza zwiększyć wydatki na analizę dużych zbiorów danych. Te prognozy znalazły odzwierciedlenie w wynikach warszawskiej spółki.

Plan? Zagranica

Mimo bardzo dobrych wyników, zarząd Cloud Technologies ma apetyt na więcej. Firma chce w tym roku mocniej postawić na analizę i sprzedaż danych internautów z urządzeń mobilnych. – Badania pokazują, że reklama internetowa będzie niebawem zdominowana przez rozwiązania mobilne. Dlatego już dziś inwestujemy w te technologie, które nie tylko są przyszłościowe, lecz także dają nam dostęp do rynków globalnych – przekonuje Piotr Prajsnar.

Rozwój sprzedaży usług za granicą to jeden z najważniejszych filarów strategii Cloud Technologies. W realizacji planów może pomóc przejęcie działającej w 36 krajach agencji Imagine The Future. – Cloud Technologies rozwija się bardzo dynamicznie na rynkach zagranicznych, co potwierdzają wyniki finansowe. Podstawowym czynnikiem wzrostu pozostaje jednak rozwój organiczny i dlatego przejęcie Imagine The Future nie jest niezbędne do realizacji strategii spółki – zwraca uwagę Piotr Prajsnar.

Cloud Technologies zapowiada także wejście na główny parkiet warszawskiej giełdy. – Przejście na rynek główny będzie miało charakter czysto techniczny i nie wiąże się z żadną ofertą akcji – tłumaczy Piotr Prajsnar.

Dziś sporo danych, w tym PKB z Polski

Ropa pozostaje wysoko i dyktuje sentyment dla całego rynku. W takim klimacie waluty surowcowe i rynków wschodzących mają się dobrze. EUR/USD atakuje 1,10, gdyż rynek więcej jasnych punktów w tle makroekonomicznych Eurolandy niż USA. Dziś sporo danych, w tym PKB z Polski.

Rok 2017 miał być emocjonujący i pełen wydarzeń, które będą targać rynkami finansowymi, ale jak na razie wszystko przypomina przeciętny film z rozdmuchaną akcją marketingową – nie dostajemy tych atrakcji i emocji, które nam obiecano. Indeksy oczekiwanej zmienności dla rynku akcji (konkretnie S&P500 – VIX) i walutowego (CVIX) spadły do poziomów niewidzianych nawet do 1993 r. Indeksy te kalkulowane są z wyceny opcji kupna i sprzedaży i mają za zadanie określić bezpieczeństwo inwestycji w niedalekiej przyszłości (do 30 dni), stąd są określane jako „wskaźniki strachu”. Im niżej wskaźnik, tym mniejszy „strach”, więc ostatnie spadki wyraźnie pokazują, że inwestorzy nie boją się jutra. Bardziej niż ryzyka geopolityczne liczą się przyspieszający wzrost gospodarczy i opieszałość banków centralnych w zacieśnianiu monetarnym.

Spadek zmienności ma jednak swoje wady. Jeśli instrumenty finansowe wykonują mniejsze ruchy, trzeba większych pozycji i większego zaangażowania kapitału, by osiągnąć upragniony nominalny zysk. A skoro rynek wyzbył się nagłych i silnych zwrotów, inwestorzy są bardziej skłonni podejmować większe ryzyko. Ta lekkomyślność może się zemścić, kiedy ryzyka faktycznie uderzą w rynki finansowe. W pierwszej połowie maja było widać, jak nagle może rozkręcić się spirala przeceny surowców przemysłowych. Wprawdzie ropa naftowa już odbija (na nadziejach wokół OPEC) i ciągnie za sobą resztę ryzykownych aktywów, to jednak niech to będzie przestrogą, że rynki nigdy nie poruszają się prostą i spokojną drogą. Gdy strach się przebudzi, będzie trudniej zamknąć te ogromne pozycje, co tylko nasili efekt kuli śnieżnej. Tańczmy, póki muzyka trwa, ale trzymajmy się blisko wyjścia ewakuacyjnego.

Po wczorajszej pustce, wtorkowy kalendarz jest przepakowany danymi, które mogą przynieść ożywienie zmienności. Z ważniejszych pozycji, od szybkiego szacunku PKB z Polski za I kw. rynek oczekuje przyspieszenia wzrostu do 3,9 proc. r/r z 2,7 proc. w IV kw. Naszym zdaniem tempo może być nieco słabsze (3,7 proc.), gdyż widzimy silniejszy negatywny wpływ eksportu netto. Sądzimy, że tylko wyraźne odchylenia odczytu od prognoz (poniżej 3,5 proc., powyżej 4 proc.) mogą przynieść reakcję złotego, stąd nie widzimy szans na przerwanie konsolidacji na EUR/PLN 4,18-4,23.

W Wielkiej Brytanii inflacja CPI powinna przyspieszyć w kwietniu do 2,6 proc. r/r z 2,3 proc., głównie pod wpływem wyższych cen z importu. Choć na pierwszy rzut oka wygląda to na jastrzębi impuls dla BoE, jednocześnie oznacza osłabienie siły nabywczej konsumentów, co z resztą widać już w rozczarowujących odczytach sprzedaży detalicznej (o tym, czy słabość przeszła na dane kwietniowe, dowiemy się w czwartek). Po gołębim wydźwięku Raportu Inflacyjnego Banku Anglii z zeszłego tygodnia inwestorzy będą teraz bardziej skłonni sprzedawać GBP w reakcji na słabszej dane.

W Eurolandzie drugie odczyty wzrostu gospodarczego rzadko przynoszą znaczne rewizje (0,5 proc. k/k), szczególnie że opublikowane w piątek dane z Niemiec były zgodne z oczekiwaniami. Po indeksie ZEW z Niemiec oczekuje się trzeciego miesiąca z rzędu poprawy, w zgodzie z innymi sygnałami z niemieckiej, ale też i całej europejskiej gospodarki. Dobre dane potwierdzą pozytywną otoczkę wokół sytuacji makro w bloku i będą wspierać EUR.

W USA produkcja przemysłowa za kwiecień ma wykazać wzrost to 0,4 proc. m/m po 0,5 proc. w marcu z solidnym udziałem produkcji wytwórczej i wzmocnieniu sektora wydobywczego. W danych z rynku budowlanego rozpoczęte budowy domów mają odreagować marcowe spadki. Nie sądzimy, aby dobre dane były w stanie wyraźnie pokrzepić USD, gdyż rozczarowanie po danych o sprzedaży i CPI z piątku ma na razie mocniejsze oddziaływanie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Podlegają dodatkowym regulacjom prawnym, wymagają szczególnej dbałości, są cennym materiałem – co przedsiębiorcy powinni wiedzieć o odpadach niebezpiecznych?

Odpady niebezpieczne mają właściwości m.in. łatwopalne, toksyczne, szkodliwe. Przedostanie się ich do środowiska może stanowić potencjalne zagrożenie dla zdrowa i życia ludzi, zwierząt oraz dla samego środowiska. Dlatego też, tak ważne jest odpowiedzialne postępowanie z tym rodzajem odpadów. Jak podaje GUS, w 2014 r. wytworzono w Polsce ok. 1,7 mln ton odpadów niebezpiecznych.  Co warto o nich wiedzieć?

  1. Odpady niebezpieczne to cenny materiał

Podobnie jak metale, tworzywa sztuczne czy makulatura odpady niebezpieczne są wartościowym materiałem. To, które odpady niebezpieczne i w jaki sposób mogą zostać poddane odzyskowi zależy od ich właściwości. Ponownie wykorzystać możemy m.in. substancje nieorganiczne, zużyte oleje i rozpuszczalniki, farby czy kleje. Dla przykładu w 2014 r. w Polsce spośród 6 tys. ton zużytych rozpuszczalników 4,5 tys. ton poddano recyklingowi, 1,4 tys. ton spalono, a 150 ton posłużyło do odzyskania energii – podaje GUS.

  1. Jak klasyfikować odpady niebezpieczne?

– Klasyfikacja „odpady niebezpieczne” wskazuje na potrzebę szczególnej staranności w gospodarowaniu tym rodzajem odpadów, a przepisy prawne określające sposoby postępowania z nimi mają zapewnić bezpieczeństwo firmie, pracownikom i środowisku – wskazuje Monika Mąkowska, Dyrektor Biznesu Odpadów Niebezpiecznych i Innych w Stena Recycling.

Odpady niebezpieczne klasyfikuje się poprzez zaliczenie ich do odpowiedniej grupy (określającej źródło pochodzenia odpadu), podgrupy i rodzaju. To jak należy je przyporządkować określa Rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 9 grudnia 2014 r. w sprawie katalogu odpadów.

  1. Zmiana klasyfikacji odpadów niebezpiecznych

Przepisy zakazują zmiany klasyfikacji odpadów niebezpiecznych na inne niż niebezpieczne poprzez ich rozcieńczanie, mieszanie ze sobą lub z innymi substancjami, w celu obniżenia stężenia substancji do poziomu niższego niż poziom określony dla odpadów niebezpiecznych.

Można dokonać zmiany klasyfikacji odpadów niebezpiecznych pod warunkiem wykazania, że nie posiadają one właściwości określonych dla tego rodzaju odpadów. Wymaga to jednak badań oraz zgody marszałka województwa.

  1. Jakie są obowiązki firmy, która wytwarza odpady niebezpieczne?

Przedsiębiorstwo, w którym powstają odpady niebezpieczne, zobowiązane jest do posiadania pozwolenia na ich wytwarzanie. Zobligowane jest także do odpowiedniego postępowania z nimi, klasyfikowania, prowadzenia ewidencji i sprawozdawczości, oraz prawidłowego magazynowania. Odpady niebezpieczne można przekazać wyłącznie odbiorcy posiadającemu odpowiednie uprawnienia.

– Przedsiębiorca powinien zachować szczególną staranność przy wyborze firm i osób, które realizować będą proces gospodarowania odpadami niebezpiecznymi. Ma obowiązek sprawdzić czy jednostki, którym powierza to zadanie posiadają kompetencje oraz wymagane uprawnienia – mówi Anna Wójcik-Przybył, Kierownik ds. środowiska i ADR w Stena Recycling.

  1. Co to jest ADR?

ADR to europejska umowa regulująca kwestie transportu towarów niebezpiecznych. Określa ona że, jeśli na terenie firmy, znajdują się towary niebezpieczne, w tym odpady niebezpieczne, lub wykonywane są czynności związane z ich transportem drogowym (np. nadawanie i pakowanie) przedsiębiorstwo powinno wyznaczyć doradcę ADR. Do jego zadań należy nadzorowanie operacji związanych z przeładunkiem towarów niebezpiecznych, a także z klasyfikacją czy doborem właściwych opakowań do przewozu odpadów niebezpiecznych.

Przedsiębiorstwo może korzystać z zewnętrznego doradcy ds. ADR, na przykład z firmy, która zapewnia kompleksowe usługi gospodarowania odpadami lub przeszkolić osobę zatrudnioną w przedsiębiorstwie.

Odbicie na ropie i złocie

Początek tygodnia nie przynosi większych zmian na rynku walutowym. Wczoraj nadal tracił na sile dolar amerykański. Indeks WIG20 wybronił się na koniec dnia, a ceny ropy rosły w siłę.

W ubiegłym tygodniu Irak oraz Algieria wyraziły opinię, że wszyscy członkowie OPEC poprą rozszerzenie cięcie wydobycia. Tyle chyba wystarczyło wtedy do utrzymania optymistycznego nastroju na rynku. W poniedziałek dowiedzieliśmy się, że Arabia Saudyjska i Rosja, dwaj najwięksi eksporterzy ropy, porozumieli się w sprawie przedłużenia ograniczenia jej wydobycia o 9 miesięcy, do marca 2018. Zarówno WTI jak i BRENT zyskiwały na koniec dnia blisko 2%. Natomiast w kraju, po całej niemal sesji spadków, indeks WIG20 wyszedł w końcówce na plus.

Czy wyciągnięcie indeksu mogło mieć związek z dzisiejszymi publikacjami? O godzinie 10:00 poznamy tempo wzrostu PKB w pierwszym kwartale tego roku. Według Ministerstwa Rozwoju wzrost powinien przekroczyć 3.5%. Nie jest tajemnicą, iż rynek oczekuje większej niespodzianki. Pojawiają się nawet oczekiwania rzędu 4%. Wczorajsze lepsze dane o wzroście dochodów z podatku VAT jedynie wzmocniły apetyty inwestorów. Wynik niższy niż 3.6% będzie zapewne rozczarowaniem.

gold16052017r

Czarny scenariusz stoi przed rynkiem złota. Ostatnie sesje to lekkie odbicie – jednak już na 1250-1260 czeka obszar oporu. Wskaźnik RSI jest w przedziale negatywnym i zbliża się do poziomu 50 pkt, czyli potencjalnego oporu. Dopóki nie przebije tego pułapu, a cena nie wzrośnie powyżej 1280, sytuację należy uznać za przerwę w większych spadkach.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Finanse behawioralne – źródło nieracjonalności inwestorów

Finanse behawioralne są jednym z najszybciej rozwijających się nurtów współczesnej ekonomii i finansów. Badania te łączą wiedzę z ekonomii, finansów i psychologii. Ekonomia behawioralna odrzuca racjonalność inwestorów, co już niejednokrotnie mogliśmy zaobserwować na rynku.

Współczesna teoria ekonomii zakłada, że człowiek jest racjonalny, każdy ma dostęp do takich samych informacji i ostatecznie – nikt w długim terminie nie pobije rynku. W mojej opinii wszystkie założenia można z łatwością obalić, ale w bieżącym artykule skupimy się na zjawiskach występujących w ramach teorii finansów behawioralnych.

Czy podążasz za tłumem?

Długoterminowy trend składa się z trzech faz. W pierwszej fazie mamy do czynienia z niedowartościowanymi aktywami, w tym czasie profesjonalni inwestorzy budują portfel inwestycyjny na kilka najbliższych lat. Druga faza związana jest z mocniejszymi wzrostami, analitycy techniczni podłączają się pod trend wzrostowy. Trzecia faza jest pro-wzrostowa, osoby niezajmujące się inwestycjami zaczynają zakładać rachunek maklerski i dokonują zakupu instrumentów finansowych.

W trakcie tej fazy na rynku zaczynają się dziać ciekawe rzeczy. Media oraz gazety, które wcześniej nie zwracały uwagi na giełdy zaczynają to robić. Każdy mówi o nowych szczytach, które akcje kupić itp. To właśnie w tym momencie profesjonalni inwestorzy wyskakują z tonącego statku.

Trzy fazy hoss

Trzy fazy hoss

W trzeciej fazie może dojść do rozwarstwienia akcji renomowanych firm i spekulacyjnych. Te pierwsze poruszają się w trendzie horyzontalnym, natomiast te drugie – w trendzie wzrostowym. Gdy zbraknie kapitału niedoświadczonych osób zaczyna się panika, która na rynku akcji doprowadza do ponad 20 procentowych spadków. Jest to tożsame z korektą, małe odbicie daje nadzieje, ale na rynek przychodzi trend spadkowy i rozczarowanie.

Powyższe zjawisko dotyczy każdego rynku, który jest „gorący” i bardzo „atrakcyjny”. W 2007 roku były to akcje, w 2011 na okładce było złoto.

Warto również zauważyć, że „bańka spekulacyjna” przeskakuje z rynku na rynek. W 2000 roku mieliśmy do czynienia z pęknięciem bańki internetowej.

Nasdaq 100

Nasdaq 100

Źródło: Bloomberg

Po pęknięciu bańki internetowej indeks Nasdaq 100 w dwa lata stracił na wartości 81 procent. W kolejnym rynku byka wzrosty były znikome, 168 proc. w 5 lat, po czym nastąpiła bessa 50 procentowa. Po pęknięciu bańki w 2000 roku inwestorzy oraz „tłum” zapamiętał ból emocjonalny z tym związany, ale po 10 latach wszystko zostało zapomniane. Na rynek może zawitać kolejna bańka i prawdopodobnie zawitała na rynek spółek technologicznych, który od 2009 roku do dnia dzisiejszego wzrósł o ponad 400 procent.

Przechodząc do końca, po długoterminowych wzrostach wchodzących na rynek ludzi zaślepia chciwość. W takim momencie analiza finansowa oraz fundamentalna schodzi na drugi plan, liczą się tylko przyszłe zyski.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Coraz mniej czasu na rejestrację dla zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi

4 czerwca 2016 roku weszła w życie zmiana ustawy o funduszach inwestycyjnych i zarządzaniu alternatywnymi funduszami inwestycyjnymi („Ustawa”). Głównym celem wprowadzonych zmian było dostosowanie polskiego systemu prawnego do postanowień Dyrektyw AIFMD i UCITS V. W wyniku minionego kryzysu finansowego unijny regulator postanowił ograniczyć ryzyko inwestycyjne związane z brakiem odpowiedniego nadzoru, a przy okazji ujednolicić przepisy obowiązujące w poszczególnych krajach Wspólnoty. Stąd nowe obostrzenia i obowiązki, które będą musiały spełnić również polskie instytucje kapitałowe. 

ASI: stara forma, nowa nazwa…

Znowelizowana ustawa wprowadziła do polskiego systemu zupełnie nowe pojęcie, tj. Alternatywną Spółkę Inwestycyjną („ASI”). Jednak podmioty wykonujące działalność tożsamą z ASI istnieją na naszym rynku od wielu lat. Co więcej, działają bardzo skutecznie i z korzyścią zarówno dla inwestorów jak i dla podmiotów i projektów, w które zainwestowały pozyskane środki.

Zacznijmy jednak od krótkiego wyjaśnienia, czym w zasadzie są ASI, dla kogo wprowadzone zmiany mogą mieć duże znaczenie i wreszcie, dlaczego zmiany wprowadzone znowelizowaną Ustawą są tak istotne.

Zgodnie z Ustawą oraz Stanowiskiem Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie zasad ubiegania się o wpis do rejestru zarządzających ASI (…) z 26 kwietnia 2017 roku („Stanowsko UKNF”), ASI jest alternatywnym funduszem inwestycyjnym, innym niż tworzone i funkcjonujące na podstawie ustawy specjalistyczne fundusze inwestycyjne otwarte i fundusze inwestycyjne zamknięte. Ustawa wprost wskazuje więc, że ASI nie jest funduszem inwestycyjnym w jej rozumieniu. Wyłącznym przedmiotem działalności ASI, z zastrzeżeniem wyjątków wprost wskazanych w Ustawie, jest zbieranie i lokowanie aktywów od wielu inwestorów w ich interesie, według określonej polityki inwestycyjnej. Działalność tę ASI prowadzić może zarówno w formie spółki kapitałowej (w tym spółki europejskiej) lub spółki komandytowej lub spółki komandytowo-akcyjnej, w których jedynym komplementariuszem jest spółka kapitałowa.

Tyle wynika z ogólnych przepisów dotyczących ASI. Spróbujmy jednak odnieść się do praktyki. Pomijamy zupełnie nowotworzone ASI, które powstały już po wejściu w życie zapisów Ustawy i co do których nie ma wątpliwości, jaki jest cel ich działalności i że podlegają wymogom przewidzianym w Ustawie. Warto dodać, że nie ma ich zbyt wielu, bo do 10 maja tego roku na rynku pojawiła się tylko jedna spółka utworzona według nowych zasad.

Niewykluczone, że wspólnicy i zarządy podmiotów, które dotychczas nie musiały spełniać żadnych szczególnych obowiązków (nie licząc tych wynikających z prowadzenia działalności w formie spółki kapitałowej, komandytowej lub komandytowo-akcyjnej przewidzianych w kodeksie spółek handlowych, podatkowych czy wynikających z ustawy o rachunkowości) nie mają świadomości kończącego się czasu na dostosowanie do nowej sytuacji. Zgodnie z Ustawą mogą to uczynić tylko do 4 czerwca tego roku.

W praktyce nowe przepisy będą dotyczyć spółek akcyjnych, spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, spółki europejskiej, spółki komandytowej lub komandytowo-akcyjnej, które w dniu 4 czerwca 2016 roku prowadziły działalność polegającą na zbieraniu aktywów od wielu inwestorów w celu ich lokowania w interesie tych inwestorów, a w szczególności funduszy typu private equity/venture capital.  Zgodnie z nowymi przepisami podmioty, które wykonują opisaną działalność w formie innej niż fundusz inwestycyjny lub ASI mogą czynić to na dotychczasowych zasadach jedynie do 4 czerwca 2017 r. Chęć pozostania na rynku wiąże się z koniecznością dostosowania formy wykonywanej działalności.

… i nowe obowiązki

Wspomniana zmiana formy to nie tylko czysta formalność – będzie się ona wiązać również ze spełnieniem szczegółowo określonych wymogów.

W zależności od wielkości aktywów, jakimi będą dysponować przekształcone podmioty, obowiązkiem będzie wpisanie do rejestru prowadzonego przez KNF albo w ogóle uzyskanie zezwolenia od Komisji na prowadzenie działalności.

Obowiązek wpisu będzie dotyczył podmiotów, które zarządzają aktywami o równowartości nie przekraczającej 100 mln euro w złotówkach, bądź zarządzają innymi spółkami, których łączne aktywa wynoszą nie więcej niż 500 mln euro, przy uwzględnieniu określonych, dalszych warunków. Zalicza się do nich m.in. brak stosowania dźwigni  finansowej Alternatywnych Funduszy Inwestycyjnych tj. ogólnie ujmując zwiększania kwoty zaangażowania funduszu poprzez pożyczanie środków finansowych lub papierów finansowych lub inwestowanie w instrumenty pochodne.

Natomiast obowiązek uzyskania zezwolenia będzie dotyczył tych podmiotów, które przekraczają podane wyżej limity. Dodatkowo w grę może także wchodzić dostosowanie struktury kapitałowej. Zgodnie z nowymi regulacjami komplementariuszem takiej alternatywnej spółki inwestycyjnej musi być bezpośrednio spółka kapitałowa, co może się wiązać z koniecznością spłaszczenia struktury, obejmującej często wiele spółek. Nowością dla niektórych podmiotów będzie obowiązek wyznaczenia depozytariusza, który będzie przechowywał aktywa ASI. Będzie on także zobowiązany do zatrudnienia doradcy inwestycyjnego, o ile prawa uczestnictwa ASI będą wprowadzone do obrotu detalicznego. Ponadto zarządzający ASI będzie musiał dokonywać okresowej wyceny wszystkich posiadanych aktywów i prowadzić odpowiednie polityki wewnętrzne (systemy zarządzania ryzykiem, audyty wewnętrzne, polityka przeciwdziałania konfliktom interesów), które dotychczas były domeną instytucji finansowych takich jak domy maklerskie.

Kara może być dotkliwa

Jakie sankcje przewidziano za niedopełnienie wymienionych wcześniej obowiązków? Można wskazać przed wszystkim trzy główne rodzaje kar. Jeśli TFI prowadzi działalność, która rażąco narusza nowe przepisy, może spodziewać się kary w maksymalnej wysokości prawie 21 mln zł lub alternatywnie o równowartości 10% całkowitego rocznego przychodu. W sytuacji, gdy ukarany podmiot jest jednostką dominującą albo jednostką zależną, podstawą do wyliczenia kary jest całkowity przychód jednostki dominującej, konsolidującej przychody całej grupy kapitałowej. W przypadku, gdy TFI naruszą przepisy dotyczące alternatywnych funduszy inwestycyjnych, czyli, w polskich realiach, funduszy specjalistycznych otwartych oraz funduszy inwestycyjnych zamkniętych, KNF będzie mogła nałożyć karę do wysokości 5 mln zł. W grę wchodzi też odpowiedzialność administracyjna wobec osób zarządzających TFI – jeśli TFI rażąco narusza przepisy, Komisja może nałożyć karę do wysokości blisko 21 mln zł.  Przy czym,  jeśli naruszenie dotyczy tylko i wyłącznie przepisów w zakresie funduszy alternatywnych, KNF nie będzie mógł nakładać sankcji na członków organów towarzystwa.

Warto zaznaczyć, że Komisja nie zawsze stosuje kary w najwyższym wymiarze, bo sama też musi przestrzegać pewnych wymogów przy ich nakładaniu. Przy orzekaniu o wymiarze kary musi uwzględnić określony katalog okoliczności i zdarzeń, rozmiar czynów oraz jak długo przepisy były naruszane a także czy wcześniej dany podmiot już dokonywał naruszeń. Dodatkowo większość instytucji podlegających nadzorowi KNF ma świadomość, że od decyzji Komisji przysługuje wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy, a w dalszych krokach ewentualne skierowanie sprawy do sądu administracyjnego. Warto w tym miejscu wskazać również na stanowisko Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, którego nadzorowi podlegać będzie działalność ASI.

Dotychczas pojawiło się wyłącznie jedno formalne stanowisko dotyczące zasad ubiegania się o wpis do rejestru zarządzających ASI. Wątpliwości ze strony zainteresowanych podmiotów jest znacznie więcej, Ustawa bowiem pozostawia wiele wątpliwości interpretacyjnych jeśli chodzi o obowiązek składania wniosków o wpis do rejestru zarządzających ASI lub o uzyskanie zezwolenia KNF. Wiele podmiotów ma wątpliwości, czy takiemu obowiązkowi faktycznie podlegają a dotychczasowe konsultacje i spotkania przedstawicieli rynku z KNF nie dają jasnych i jednoznacznych odpowiedzi.

Zważywszy jednak na sankcje przewidziane za niedostosowanie prowadzonej działalności do przepisów Ustawy do dnia 4 czerwca 2017 roku, zarówno prawnicy jak i KNF zaleca ostrożnościowe podejście, tj. występowanie przez zarządzających potencjalnymi ASI o wpis do rejestru lub, w zależności od sytuacji, wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności.

Mając na uwadze powyższe i spoglądając w kalendarz, nasuwa się jeden wniosek – mimo przedłużającej się zimy, zapowiada się naprawdę gorący czerwiec wśród funduszy typu private equity/venture capital i w Departamencie Funduszy Inwestycyjnych Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego.

Autorzy: Barbara Łągiewka, Emanuel Kośka z kancelarii JSLegal

Obrzeża polskich miast rozrastają się zbyt szybko i z dużą szkodą dla społeczeństwa oraz środowiska

Zdaniem ekspertów, trudno jest zahamować proces suburbanizacji. Deweloperzy budują tam, gdzie jest dostępna i tania ziemia, czyli na przedmieściach. Dopiero potem powstaje na nowych osiedlach potrzebna infrastruktura. Taka kolejność zwiększa zarówno podatki na rzecz gmin, utrudnienia komunikacyjne, jak również smog.

Jak zauważa Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości z Home Broker, od dziesięcioleci na całym świecie zachodzi tzw. proces suburbanizacji. Oznacza to, że duże miasta rozlewają się poza swoje granice administracyjne i następuje ekspansja ludności na tereny podmiejskie. Powołując się na dane GUS-u, ekspert podkreśla, że w największych polskich aglomeracjach rośnie odsetek osób żyjących poza głównym miastem. Ekspert podaje, że w 1995 roku mieszkańcy Krakowa stanowili 69,4% ludności aglomeracji, a w 2014 roku – 66,2%. W 2050 roku ma być ich poniżej 60%.

– Suburbanizacja przyspiesza w czasach dobrej koniunktury i zwiększonej konsumpcji. W ostatnich latach mieliśmy wysoką sprzedaż mieszkań na peryferiach polskich miast. Dla przykładu, na obrzeżach Warszawy mieszka obecnie tylko nieco ponad 20% ludności stolicy. Natomiast tam powstaje ok. 50% nowych nieruchomości. W centrum deweloperzy oferują najmniej lokali. Przedmieścia rosną głównie dzięki osobom przyjezdnym. Rodowici mieszkańcy często posiadają lokale po rodzicach lub dziadkach. Oni też przeżyli większość życia w mieście i mniej chętnie wyprowadzają się na ich krańce – zaznacza Łukasz Sęktas, prezes zarządu z TIARA Development.

Natomiast Marcin Krasoń przypomina, że w śródmieściach nie ma już działek do budowy nowych nieruchomości. Ponadto, na peryferiach deweloperzy są w stanie kupić ziemię niedrogo i zaoferować klientom dużo tańsze mieszkania, niż w centrum. Zdaniem eksperta, nie ma żadnej granicy, na której przedmieścia mogłyby się skończyć. Jednak koniecznie trzeba to zmienić i uporządkować bałagan, panujący w planach zagospodarowania przestrzennego. Obecnie deweloperzy stawiają nowe budynki w kompletnym nieładzie tam, gdzie im się to tylko opłaca.

– Uważam, że rozwój obrzeży miast, szczególnie dużych, jest już zbyt dynamiczny. Z punktu widzenia społecznego to niekorzystne zjawisko, ponieważ infrastruktura na przedmieściach jest słabo rozwinięta. W związku z tym, koszty budowania czy rozszerzenia sieci wodociągowej i kanalizacyjnej są dość wysokie w stosunku do korzyści mieszkańców danego terenu. Świadczą o tym np. płacone przez nich podatki na rzecz gminy. Kolejnym problemem jest strata czasu na przemieszczanie się między peryferiami a centrum miasta, np. w drodze do pracy. To oczywiście też przekłada się na wydatki na paliwo czy bilety komunikacji miejskiej, a także zwiększa stężenie smogu – mówi Łukasz Sęktas.

Ekspert z Home Broker stanowczo stwierdza, że proces suburbanizacji należy wyhamować. Granice zasięgu aglomeracji są już zbyt dalekie od centrum miast. Warto zacząć budować osiedla według konkretnych założeń urbanizacyjnych po to, żeby ułatwić życie ich mieszkańcom. Powinno być tak, że w pierwszej kolejności powstają drogi i infrastruktura, a dopiero potem mieszkania. Niestety, w Polsce jest odwrotnie. Najpierw stawiane są nieruchomości, dlatego że gdzieś jest tanio. Później ludzie martwią się o to, gdzie posłać dzieci do przedszkola czy szkoły. Brakuje też komunikacji miejskiej.

– Trudno jest zatrzymać rozlewanie się miast w sposób sztuczny. Jeżeli nawet dana lokalizacja znajduje się daleko od centrum, ale jest atrakcyjna, to przyciąga nowych mieszkańców. Może to wynikać np. z bliskości akwenów wodnych i lasów. Przedmieścia, na których żyje się komfortowo, nadal będą się mocno rozrastały. Takie miejsca charakteryzuje szybki dojazd do szkół, przedszkoli czy firm. Natomiast tam, gdzie brakuje udogodnień, rozwój peryferyjnych dzielnic może zostać całkowicie wyhamowany. Na pewno nie zabraknie nam gruntów do budowy mieszkań, ze względów demograficznych. Jesteśmy bowiem starzejącym się społeczeństwem – stwierdza ekspert z TIARA Development.

Jak przewiduje Marcin Krasoń, w przyszłości projekty deweloperskie będą dalej szły w tym kierunku, co obecnie. To znaczy, osiedla nadal będą powstawały tam, gdzie jest dostępna i niedroga ziemia, czyli najczęściej na peryferiach, czy wręcz poza ich miastami. Zaludnienie coraz bardziej będzie odsuwało się od śródmieścia. Rozwiną się miejscowości znajdujące się przy dużych ośrodkach miejskich, takie jak Skawina lub Wieliczka pod Krakowem czy też Legionowo, Pruszków i Piaseczno pod Warszawą.

– W przyszłości teoretycznie istniałaby możliwość zahamowania procesu suburbanizacji, poprzez budowę mieszkań tylko w centrach miast. Jednak w praktyce to byłoby nierealne, bo każdej gminie zależy na podnoszeniu liczby ludności, chociażby ze względu na większe wpływy z podatków. Można by było też wprowadzić specjalne opłaty dla osób dojeżdżających z przedmieść, ale to również mało prawdopodobny scenariusz, z uwagi na zbyt duży sprzeciw społeczny. Trzeba również pamiętać o tym, że za rozwojem obrzeży miast stoją przede wszystkim preferencje nabywców. Niektórzy cenią sobie spokój i zieleń. Nie zniechęcą ich nawet długie i kosztowne dojazdy – podsumowuje Łukasz Sęktas.

Czy to koniec kas fiskalnych?

Zmiany w regulacjach fiskalnych oraz innowacyjne produkty FinTech mogą w najbliższych latach zmienić oblicze polskiego handlu.

Przedsiębiorcy prowadzący małe sklepy detaliczne lub punkty usługowe działają na trudnym rynku – z jednej strony muszą mierzyć się z ogromną konkurencją w postaci sklepów wielkopowierzchniowych i sieci dyskontowych, a z drugiej z rosnącymi wymaganiami klientów. Podobnie jak w innych sektorach, nowe technologie wpływają na rozwój branży handlowej usprawniając zarządzanie firmami oraz pomagając im w kreowaniu wizerunku nowoczesnych i innowacyjnych przedsiębiorstw nakierowanych na wygodę klienta. Niestety – o ile duże sklepy chętnie decydują się na wdrażanie nowoczesnych rozwiązań, o tyle małe firmy i punkty usługowe często nie dysponują odpowiednim budżetem umożliwiającym inwestycję w innowacyjne technologie.

Trudów działalności nie zmniejsza również sprzęt, w oparciu o który mali przedsiębiorcy dokonują sprzedaży. Jednym z wielu wymogów prawnych związanych z prowadzeniem działalności sprzedażowej jest posiadanie urządzenia fiskalnego, które zanim zostanie dopuszczone do sprzedaży, musi uzyskać homologację wydawaną przez Główny Urząd Miar. Po uzyskaniu homologacji w urządzeniu fiskalnym nie można dokonywać żadnych zmian. Detaliści od lat korzystają w głównej mierze z kas fiskalnych, które charakteryzują się zamkniętym, nieelastycznym oprogramowaniem. Kasy fiskalne nie umożliwiają łatwego dostosowania funkcjonalności do potrzeb rozwijającego się biznesu – jakakolwiek zmiana wiąże się bowiem z potrzebą załatwienia szeregu formalności w urzędach i skutkuje wymianą urządzenia na nowe. Podczas rozmów przedsiębiorcy często zwracają uwagę na ograniczenia kas fiskalnych – ich funkcjonalności nie są w stanie sprostać realnym, zmieniającym się wymaganiom sprzedających towary lub usługi. Nie jest to jednak jedyny problem, z którym muszą mierzyć się detaliści oraz osoby prowadzące punkty usługowe. Kasy fiskalne, w swojej podstawowej wersji, nie zapewniają opcji płatności kartami. Płatności bezgotówkowe stanowią średnio 40 proc. obrotów – sprzedawcy, którzy nie zapewniają takiej możliwości zapłaty skazują się na znaczne ograniczenie zysku. Obecnie bardzo ważna w prowadzeniu przedsiębiorstwa jest także możliwość gromadzenia i analizowania danych oraz wyciągania na ich podstawie wniosków. Uzyskana w ten sposób wiedza nie tylko ułatwia prowadzenie punktu detalicznego, ale wpływa też na rozwój biznesu. Ponadto dla przedsiębiorcy, który codziennie musi mierzyć się z natłokiem zajęć, cenna jest możliwość zarządzania biznesem zdalnie, niezależnie od miejsca, w którym przebywa. Tymczasem kasy fiskalne to urządzenia nieskomplikowane, które nie posiadają narzędzi pozwalających ani na analizowanie danych ani na zdalne zarządzanie biznesem.

Zapewnienie takich funkcjonalności wiąże się z koniecznością ponoszenia dużych dodatkowych kosztów. Mali sprzedawcy detaliczni, którzy uważnie przyglądają się każdej złotówce, często nie decydują się na taki wydatek, ponieważ przekracza on ich możliwości budżetowe. Tym samym zamyka się przed nimi możliwość bardziej wygodnego prowadzenia biznesu oraz sprostania wymaganiom klientów w zakresie płatności bezgotówkowych.
Tymczasem rewolucja w obszarach rozwiązań fiskalnych i terminali płatniczych zaczyna przychodzić między innymi od strony nowych przepisów prawnych. Trwające prace legislacyjne nad fiskalizacją on-line czy rozpowszechnieniem terminali płatniczych będą stymulować wykorzystywanie nowych technologii w małych sklepach. Nadchodzące zmiany oznaczają nie tylko postęp w obszarze prowadzenia działalności przez detalistów, ale również większą wygodę klientów dzięki np. bardziej powszechnej możliwości dokonania płatności kartą w coraz mniejszych sklepach lub punktach usługowych.

Ponadto od roku zaczynają pojawiać się na rynku nowoczesne rozwiązania fiskalne – przedsiębiorcy nie są już skazani na urządzenia, które tylko i wyłącznie umożliwiają im sprzedaż towarów czy usług. Mają możliwość zakupu rozwiązań, tworzonych z myślą o ich realnych potrzebach, które wspierają ich w prowadzeniu działalności oraz zapewniają ciągły rozwój biznesu. Co istotne, ich cena jest porównywalna z ceną standardowej kasy fiskalnej. Przewagą tego typu rozwiązań nad kasami fiskalnymi jest przede wszystkim ich ogromna elastyczność. Sklepy, które korzystają z nowoczesnych rozwiązań, tzw. kasoterminali (składających się z drukarki fiskalnej oraz terminala płatniczego), od momentu uruchomienia mogą je swobodnie aktualizować o nowe funkcjonalności.

Urządzenia te przyczyniają się do podniesienia konkurencyjności sklepu. Dzięki nim przedsiębiorcy są w stanie zapewnić płatność nie tylko gotówką, ale i kartą – nie muszą jednak tym samym decydować się na dzierżawę terminala czy podpisywanie związanej z nią długoterminowej umowy. Dodatkowo, co szczególnie istotne w kontekście biznesu sezonowego, mogą uruchomić oraz wyłączyć tę funkcjonalność w dowolnym momencie. Jest to zupełnie nowatorskie podejście do płatności bezgotówkowych – przedsiębiorca ponosi koszt jedynie wtedy, gdy faktycznie z danej usługi korzysta. Nowe rozwiązania jako standard zapewniają również sklepom wgląd do gromadzonych danych o działalności sklepu w czasie rzeczywistym. Sprzedający muszą jedynie za pomocą przeglądarki internetowej zalogować się do systemu, który w nowoczesny sposób przedstawia im takie informacje, jak m.in. wyniki sprzedaży, obroty, najczęściej kupowane produkty, najlepiej obsługujący sprzedawcy, brakujący asortyment czy analiza klientów powracających. Dzięki temu mali detaliści w zasięgu ręki mają funkcjonalności, za które wcześniej musieliby ponosić dodatkowe, często duże koszty.

Obserwując rynek nowoczesnych rozwiązań fiskalnych łatwo zauważyć, że nowe urządzenia tworzone są z myślą o potrzebach mniejszych przedsiębiorców, którzy przywiązują dużą wagę do optymalizacji kosztów. Trend ten jest silny – wielu producentów wprowadza obecnie rozwiązania, które wykorzystują drukarki fiskalne, a nie kasy. Takie podejście umożliwia ominięcie ograniczeń kas fiskalnych, na które od lat narzekały osoby prowadzące małe sklepy i punktu usługowe. Kończy się era nielubianych kas fiskalnych, a zaczyna czas innowacyjnych rozwiązań opartych o kasoterminale, które wspierają sprzedających w prowadzeniu biznesu.

Michał Pawłowski, menedżer ds. sprzedaży i produktu, iPOS

Użytkownicy mają coraz większy wpływ na kształt nowych mediów. Oczekują wygody i spersonalizowanej treści

Użytkownicy mają coraz większy wpływ na kształt nowych mediów. Oczekują wygody i spersonalizowanej treści 1

Cyfrowa rewolucja spowodowała, że użytkownicy mają coraz większy wpływ na kształt nowych mediów. Te muszą się dostosować do oczekiwań swoich odbiorców, jeśli chcą przetrwać na zmieniającym się rynku medialnym. W ocenie ekspertów media powinny się skupić na tworzeniu wartościowych i przydatnych treści oraz rozwijać kanały cyfrowe, aby zapewniać czytelnikom dostęp do nich z każdego miejsca i o każdej porze. 

– Użytkownicy mediów coraz częściej odchodzą od modelu push, w ramach którego sięgali po niezróżnicowane treści, gdy kupując gazety w kiosku albo oglądając telewizję ich możliwość selekcji ograniczała się do wyboru tytułu lub kanału – do modelu „pull”, w którym chcą decydować co, gdzie i kiedy oglądać lub czytać. Chcą konsumować treści, spacerując czy jadąc metrem. Chcą słuchać muzyki, czytać e-booki i czasopisma w dowolnym momencie – mówi agencji informacyjnej Newseria Francesco Rainini, konsultant do spraw innowacji w SAS.

Jak podkreśla, Francesco Rainini różnica w konsumpcji treści jest więc kolosalna.

– W dotychczasowym  modelu push,  informacje „wypychano” do odbiorców, którzy w znacznej mierze pozostawali anonimowi, a twórcy treści otrzymywali jedynie ograniczone informacje zwrotne o czynnikach kształtujących popyt. Dziś mamy model pull, w którym to odbiorca decyduje i w znacznie bardziej przejrzysty sposób wyznacza popyt – podkreśla ekspert SAS.

Na zmiany w zachowaniu i preferencjach odbiorców muszą szybko reagować współczesne media i dostawcy treści. Jeżeli chcą się utrzymać na rynku, muszą w coraz większym stopniu wykorzystywać nowe technologie i kanały cyfrowe, żeby tworzyć wartościowy i lepiej sprofilowany content. Cyfryzacja i konkurencja na rynku medialnym sprawiają, że na kształt współczesnych mediów znaczący wpływ mają ich odbiorcy.

– W zależności od tego, czego oczekują odbiorcy, media mogą poświęcać więcej miejsca na konkretne tematy. Myślę, że powinny bardziej skoncentrować się przy tym na jakości niż na ilości. W istocie mamy dziś za dużo mediów pod względem ilości. Mnóstwo informacji spływa ze wszystkich kanałów cyfrowych. Nie potrzebujemy więcej informacji, tylko lepszej jakości, czyli więcej contentu istotnego dla każdego z nas – dodaje Francesco Rainini.

Ekspert zaznacza, że media powinny stawiać na jakość, a nie ilość wytwarzanych treści. W zalewie informacyjnym muszą zadbać o wartościowy i przydatny content, żeby zaangażować czytelników.

– Przekaz nie powinien być skomplikowany, ale prawdziwy. Powinien budzić emocje, przekazywać coś istotnego dla użytkowników. Na tym polega jakość. Media powinny obserwować moje zachowanie, wiedzieć, czego szukam i próbować udzielać mi odpowiedzi w tematach, które mnie interesują – uważa Francesco Rainini.

Jego zdaniem coraz częściej fakty i informacje mieszają się z rozrywką. Nowe technologie pozwolą użytkownikom swobodnie wybierać między tymi dwoma segmentami i decydować, które treści najlepiej odpowiadają ich potrzebom.

– Nowe technologie cyfrowe, które przekazują dwukierunkowo – od nadawcy do odbiory i od odbiorcy do nadawcy – ogromne ilości danych, mogą zostać wykorzystane do lepszego zrozumienia tego, co jest istotne dla każdego z nas, i tworzenia lepiej przystosowanych formatów. Mogę sobie wyobrazić, że czytam swoją ulubioną książkę na telefonie komórkowym, a jednocześnie muzyka dostosowuje się do tego, co czytam. To miks rozrywki z kulturą, ale obie spełniają różne role – mówi ekspert SAS.

„What’s the Future of Media & Entertainment”, czyli jaka przyszłość czeka sektor rozrywki i mediów, to główny temat organizowanej przez Digital University konferencji, która przyciągnęła do Warszawy gości i prelegentów z Polski i z zagranicy. O standardach współczesnych mediów, zachowaniach czytelników, nieprawdziwych newsach i medialnej rewolucji rozmawiali przedstawiciele mediów, biznesu i start-upów zarówno z Polski, jak i z Europy.

Jest szansa dla pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową. Najczęstszy nowotwór krwi jednym z priorytetów służby zdrowia

Jest szansa dla pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową. Najczęstszy nowotwór krwi jednym z priorytetów służby zdrowia 2

Wraz ze starzejącym się społeczeństwem będzie rosła liczba zachorowań na przewlekłą białaczkę limfocytową. Ten najczęstszy nowotwór krwi zwykle dotyka ludzi starszych – 70 proc. zachorowań dotyczy osób powyżej 65 roku życia. Z tego względu walka z tą chorobą powinna być priorytetem dla systemu ochrony zdrowia – podkreślają autorzy raportu „Biała Księga – przewlekła białaczka limfocytowa”. Polscy hematoonkolodzy apelują również o jak najszybszą poprawę standardów leczenia tej choroby. Z nowych terapii mogą już korzystać pacjenci w innych europejskich krajach.

Przewlekła białaczka limfocytowa (PBL) jest jednym z najczęściej diagnozowanych w Polsce nowotworów krwi. Choruje na nią około 17 tys. pacjentów. Nowotwór ten na ogół diagnozuje się przypadkowo, na podstawie nieprawidłowości w obrazie krwi, ponieważ u 30 proc. pacjentów choroba nie daje żadnych objawów. Średni czas przeżycia chorych na przewlekłą białaczką limfocytową wynosi około 7 lat, jednak w przypadku agresywnej, odpornej na standardowe leczenie postaci PBL rokowania są gorsze i nie przekraczają 3–4 lat.

Jak wskazują eksperci, obecnie to właśnie leczenie chorych z agresywną postacią PBL jest największym wyzwaniem terapeutycznym.

– W agresywnych postaciach przewlekłej białaczki limfocytowej nie działają standardowe leki, które są dziś dostępne. Chorzy, pod warunkiem że są młodzi i nie mają innych schorzeń towarzyszących, mogą być leczeni jedynie przeszczepieniem szpiku. Natomiast osoby starsze nie mogą być poddane tym zabiegom ze względu na ich toksyczność, dlatego wymagają innego leczenia. Potrzebne są leki celowane, które hamują poszczególne enzymy istotne dla rozwoju białaczki – mówi agencji Newseria Biznes prof. Wiesław Jędrzejczak, konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

Jeszcze ponad 3 lata temu medycyna była bezsilna i nie miała żadnej propozycji dla pacjentów z agresywną postacią przewlekłej białaczki limfocytowej, zarejestrowane cztery lata temu innowacyjne terapie – drobnocząsteczkowe leki celowane i przeciwciała monoklonalne – okazały się przełomowe w leczeniu tej grupy chorych.

– Postęp w dziedzinie leczenia nowotworów krwi dotyczy przede wszystkim wprowadzania coraz to nowych leków celowanych. Pochodzą one z dwóch grup technologicznych. Z jednej strony są to przeciwciała monoklonalne, a z drugiej strony leki drobnocząsteczkowe, syntetyczne, będące swoistymi inhibitorami genów, które odpowiadają za nowotworowe zachowania komórek – wyjaśnia prof. Wiesław Jędrzejczak.

Jak wskazują autorzy Białej Księgi Polska jest obecnie jedynym w Europie Środkowo-Wschodniej państwem, które nie oferuje żadnej skutecznej terapii chorym z agresywną postacią PBL.

– Ci chorzy mają „zgaszone światło”. Nie mają dostępu do nowoczesnych terapii, bo w Polsce nie są one refundowane. Nie dość, że pacjent i cała jego rodzina cierpią psychicznie, to nie mają jeszcze możliwości leczenia, które jest dostępne choćby w Czechach i na Węgrzech. To jest bardzo dramatyczna sytuacja i będziemy walczyć o to, by pacjenci dostali właściwe leczenie – mówi Jacek Gugulski.

– Dzięki dostępowi do nowoczesnych terapii nowotwory krwi stają się chorobami przewlekłymi. Po wyczerpaniu pierwszej i drugiej linii leczenia pacjent chce dalej żyć, a jeśli choroba nawraca, potrzebujemy leków o innym mechanizmie działania. Leków, które będą działały również u chorych, którzy są oporni na dotychczasowe leczenie – dodaje prof. Wiesław Jędrzejczak.

Jak wynika z „Białej Księgi – przewlekłej białaczki limfocytowej”, w Polsce ograniczony jest również dostęp do specjalistów i badań cytogenetycznych, które są niezbędne do tego, by właściwie dobrać efektywną terapię. Odsetek pacjentów, u których przeprowadza się to badanie, nie przekracza 20 proc. Co ważne, w Polsce brakuje również lekarzy hematologów. Obecnie na 100 tys. osób przypada 1,3 tys. lekarzy hematologów, co jest jednym z najgorszych wskaźników w całej Europie. Efektem są długie kolejki i wydłużone terminy oczekiwania na konsultacje lekarskie.

Specjaliści hematoonkolodzy podkreślają, że standardy leczenia przewlekłej białaczki limfocytowej w Polsce powinny się poprawić, ponieważ wraz ze starzeniem się społeczeństwa liczba zachorowań będzie wzrastać. Według szacunków demograficznych do 2030 roku liczba osób po 65 roku życia w społeczeństwie wzrośnie dwukrotnie. Dlatego obok refundacji nowoczesnych terapii niezbędne jest zwiększenie liczby hematologów, finansowanie nowych oddziałów i poradni oraz szerszy dostęp do specjalistycznych badań cytogenetycznych.

Resort zdrowia zapewnia jednak, że już pracuje nad priorytetami w hematoonkologii.

– Ostatni raport dotyczący dostępności terapii onkologicznych w Polsce [Raport Fundacji Alivia – red.] pokazuje, że mamy spore zapóźnienia w tym temacie. Staramy się, jak najszybciej rozwiązać problem dostępu do leków hematoonkologicznych, ale musi to być wyważone, czyli skuteczność terapii i odpowiednie warunki ich finansowania powinny iść w parze. Jesteśmy w dialogu ze specjalistami z zakresu onkologii i hematoonkologii, mamy ustalone priorytety. Wiemy, które z terapii są najbardziej potrzebne i skuteczne. Wierzę, że uda nam się szczęśliwie zakończyć proces refundacji nowych leków – ocenia wiceminister zdrowia Marek Tombarkiewicz.

Więcej informacji o przewlekłej białaczce limfocytowej w raporcie „Biała Księga – przewlekła białaczka limfocytowa”.

Wiosną i latem większe zagrożenie kradzieżami i zdarzeniami pogodowymi. Rośnie zainteresowanie ubezpieczeniami mieszkań i domów

Wiosną i latem większe zagrożenie kradzieżami i zdarzeniami pogodowymi. Rośnie zainteresowanie ubezpieczeniami mieszkań i domów 3

Wyjazdy weekendowe i wakacyjne to okazja dla złodziei. Miesiące wiosenne i letnie to także okres, kiedy rośnie ryzyko szkód spowodowanych anomaliami pogodowymi. Choć zdarzeniom losowym nie zawsze można zapobiec, to ubezpieczenia pozwalają uzyskać środki na pokrycie strat. Ubezpieczenia domów i mieszkań są mniej popularne niż na Zachodzie, ocenia się jednak, że średnio ponad 70 proc. nieruchomości w Polsce jest objętych ubezpieczeniem.

 Ubezpieczenia domów i mieszkań nie są jeszcze tak popularne jak w krajach Europy Zachodniej, gdzie wskaźnik ubezpieczenia nieruchomości sięga 90 proc. Z badań przeprowadzonych przez UNIQA wynika, że w  Polsce 70 proc. nieruchomości jest ubezpieczonych, podczas gdy dwa lata wcześniej było to niewiele ponad 50 proc. Zdecydowanie częściej ubezpieczają się właściciele domów aniżeli mieszkań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Ruman, dyrektor Departamentu Rozwoju Produktów w UNIQA.

Z kolei z badania ARC Rynek i Opinia przeprowadzonego na zlecenie UNIQA Polska w 2016 roku wynika, że 76 proc. mieszkańców domów i 66 proc. lokatorów mieszkań deklaruje posiadanie ubezpieczenia nieruchomości. Dane Komisji Nadzoru Finansowego pokazują, że liczba czynnych polis mieszkań i domków letniskowych wyniosła 10,8 mln na koniec 2016 roku. Ubezpieczyciele zebrali 1,23 mld zł składki przypisanej, o prawie 6 proc. więcej niż przed rokiem.

Choć ubezpieczenie nie pomoże uniknąć wypadków losowych, takich jak np. pożar czy zalanie, czy ustrzec przed włamaniem, to złagodzi konsekwencje finansowe nieprzyjemnych zdarzeń.

– W ramach ubezpieczenia mieszkań i domów pokrywane są skutki przede wszystkim zdarzeń losowych, całkowicie niezależnych od nas. Najczęstsze szkody to te związane z deszczem nawalnym, huraganem, a raz na kilkanaście lat są to również szkody powstałe w wyniku powodzi – wymienia ekspertka UNIQA.

Wśród najczęstszych szkód, do których dochodzi w mieszkaniach i domach, eksperci UNIQA wymieniają zalanie, uderzenie pioruna i przepięcia w sieciach elektrycznych, które prowadzą m.in. do uszkodzenia sprzętu elektronicznego.

Drugi istotny zakres ryzyka to kradzieże. Przed nami wyjazdy weekendowe i sezon urlopowy, który często bywa gratką dla złodziei. Ubezpieczyciele notują wówczas znacznie więcej tego typu zgłoszeń.

Ubezpieczyciel ponosi skutki finansowe szkód powstałych w wyniku kradzieży, dewastacji związanej z kradzieżą albo całkowicie niezależnej. Często to tylko kradzież usiłowana – złodziej nie dostaje się do domu, ale niszczy okiennice, drzwi czy instalacje alarmowe. To realne koszty, które trzeba ponieść na naprawę wszystkich usterek – mówi Katarzyna Ruman.

Jak przekonuje Ruman, części zdarzeń można uniknąć, np. zabezpieczając okna, prosząc sąsiadów o zwrócenie uwagi na mieszkanie czy stosując zabezpieczenia elektroniczne.

– Finalnie jednak do kradzieży może dojść niezależnie od tego, co zrobimy. Stąd nieocenioną rolę pełnią ubezpieczenia. W sytuacji, kiedy to zdarzenie będzie miało miejsce, pozwalają one uzyskać środki na pokrycie strat – wskazuje ekspertka UNIQA.

Na polskim rynku dominują ubezpieczenia w formie pakietów – są to różne ubezpieczenia powiązane z posiadanym majątkiem. Zwykle obejmują ryzyko kradzieży, rabunku, wystąpienia zdarzeń losowych. Usługi assistance w ramach ubezpieczenia nieruchomości przewidują wizytę fachowca, który naprawi szkody. Przydatne mogą się okazać polisy odpowiedzialności cywilnej zazwyczaj kojarzone z ubezpieczeniem komunikacyjnym.

– Odpowiedzialność cywilna to również nasza odpowiedzialność w życiu codziennym i prywatnym. Tutaj też może dojść do szeregu zdarzeń, które zobowiążą nas do pokrycia szkody. Właśnie tutaj na scenę wchodzi ubezpieczenie OC w życiu prywatnym, np. kiedy zalejemy sąsiada albo kiedy szkody wyrządzą nasze dzieci czy zwierzęta – przekonuje Ruman.

Wysokość składki ubezpieczeniowej zależy m.in. od wartości, na jaką ubezpiecza się mienie. Dużo też zależy od miejsca, gdzie znajduje się nieruchomość. Koszty ubezpieczenia w zależności od zakresu nie przekraczają kilkuset złotych w ciągu roku.

– W UNIQA średnia cena za ubezpieczenie mieszkania czy domu to niewiele ponad 200 zł w skali roku. Droższe są polisy dla domów, nieco tańsze są te dla mieszkań. Za ubezpieczenie domu ich właściciele płacą w UNIQA średnio pomiędzy 200 a 500 zł w skali roku – wskazuje Katarzyna Ruman.

Polska w ogonie Europy pod względem liczby pielęgniarek i położnych. Problem będzie się nasilać

Polska w ogonie Europy pod względem liczby pielęgniarek i położnych. Problem będzie się nasilać 4

Pielęgniarkom i położnym ufa blisko 80 proc. społeczeństwa. Choć to jeden z bardziej cenionych zawodów, na pracę w zawodzie decyduje się zaledwie połowa absolwentów. W dużej mierze z powodu przeciążenia pracą – w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada mniej niż 6 pielęgniarek. Jednym z największych problemów jest brak zastępowalności kadr. Co piąta pielęgniarka jest w wieku emerytalnym, zaledwie 5 proc. to osoby młode. Nad rozwiązaniem problemów polskiego pielęgniarstwa będzie pracować powołany przez resort zdrowia zespół. Pierwsze spotkanie zaplanowano na dzisiaj.

– Wyzwań dla pielęgniarstwa jest bardzo dużo. Cały ubiegły rok pracowaliśmy nad tym, by skupić się na problemach pielęgniarstwa, a przede wszystkim na luce pokoleniowej. Tego się obawialiśmy i ta luka już nadeszła. Po części zbiegło się to z wcześniejszym przejściem na emeryturę, mamy ogromną grupę pielęgniarek i położnych, których to świadczenie będzie dotyczyło. Zależy nam na tym, żeby jak najmniejsza liczba pielęgniarek mających świadczenie, przestała być czynna zawodowo, ponieważ szkoda pacjentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Szacuje się, że co piąta pielęgniarka w Polsce jest w wieku emerytalnym (ma więcej niż 61 lat). Dla porównania młodych osób (21–30 lat) jest zaledwie nieco ponad 5 proc, a średnia wieku przekracza 50 lat. Jedną z największych bolączek polskiego pielęgniarstwa jest właśnie brak zastępowalności kadr.

– Naszym problemem jest zbyt mała liczbą pielęgniarek i położnych w systemie, potrzebna jest dyskusja, co zrobić, żeby nie 40–50 proc., ale wszyscy absolwenci mający dyplom pielęgniarki, położnej, pielęgniarza podejmowało pracę w wyuczonym zawodzie. Na pewno trzeba zwiększyć liczbę miejsc na wydziałach pielęgniarskich. Nie potrzebna nam jest zmiana systemu kształcenia, tylko większa liczba młodych pielęgniarek, położnych, pielęgniarzy – ocenia Małas.

Polskie uczelnie medyczne co roku opuszcza ok. 5 tys. absolwentów pielęgniarstwa i położnictwa, do pracy w zawodzie trafia tylko część z nich. Raport NRPiP „Zabezpieczenie społeczeństwa polskiego w świadczenia pielęgniarek i położnych” wskazuje, że w 2016 roku na ponad 3,3 tys. osób uzyskujących prawo do wykonywania zawodu, liczba zatrudnionych nieco tylko przekroczyła 1 tys.

– Pieniądze na pewno są ważne, bo stanowią determinantę w podejmowaniu decyzji przez młodych ludzi. Ale ważne są też warunki pracy. Jeżeli młodzi ludzie rozpoczną pracę i zobaczą, że liczba obowiązków ich przerasta, to szybko się zniechęcą. Potrzeba nam więcej rąk do pracy w systemie. Być może to jest moment na wejście do systemu personelu pomocniczego, który będzie wykonywał proste czynności, a pielęgniarki i położne skupią się na tych bardziej skomplikowanych – analizuje prezes NRPiP.

Dane GUS wskazują, że przeciętne miesięczne zarobki pielęgniarek i położnych to nieco ponad 80 proc. średniej pensji w gospodarce (ok. 3 tys. zł brutto), przy czym nieco więcej płaci publiczna służba zdrowia. Obecnie prawo do wykonywania zawodów w całym kraju ma ponad 325 tys. osób (z czego ponad 280 tys. to pielęgniarki). Na tysiąc mieszkańców przypada 5,6 pielęgniarek, a położnych 1,34. To jeden z najgorszych wskaźników w Europie, a z biegiem lat może być jeszcze gorzej. W 2030 roku wskaźniki mogą wynieść odpowiednio 3,8 oraz 1,1 (dane NRPiP). Często na jednym dyżurze pielęgniarka ma pod opieką 30–60 pacjentów, żeby opieka była efektywna, powinno być ich kilkukrotnie mniej.

– Potrzebne nam jest także wytyczenie ścieżki awansu zawodowo-finansowego. Wiemy, jakie są realia, młody człowiek nie dostanie od razu dużych pieniędzy. Jeżeli jednak będzie wiedział, że w ciągu kilku lat będzie mógł awansować zawodowo i finansowo, że będzie perspektywa awansu w pielęgniarstwie, to zostanie w tym zawodzie. Na tym nam bardzo zależy – podkreśla ekspertka.

W lutym i marcu NRPiP współorganizowała cykl konferencji i spotkań, podczas których dyskutowano o najważniejszych kwestiach związanych z przyszłością polskiego pielęgniarstwa i położnictwa. Pod koniec marca zorganizowano konferencją, której efektem było powołanie przez Ministra Zdrowia zespołu ds. opracowania strategii na rzecz rozwoju pielęgniarstwa i położnictwa w Polsce (na jej czele stanie wiceminister Józefa Szczurek-Żelazko). Pierwsze spotkanie zespołu zaplanowano na 16 maja.

– Maj jest naszym miesiącem – 8 maja świętujemy Dzień Położnej, 12 maja Międzynarodowy Dzień Pielęgniarki i Położnej – to piękne zawody. Świętujemy w różny sposób w całej Polsce i to też jest okazja do tego, żeby rozmawiać o tym, jak rozwiązać problemy, które nawarstwiały się od lat. Nie chodziło tylko o pieniądze. Od dawna mówiliśmy, że przyjdzie luka pokoleniowa, że będzie brak zastępowalności i to się już stało – przekonuje Zofia Małas.

Liczba ofiar śmiertelnych w wypadkach może spaść do zera. Będzie to możliwe dzięki nowym technologiom

Liczba ofiar śmiertelnych w wypadkach może spaść do zera. Będzie to możliwe dzięki nowym technologiom 5

Co roku na drogach całego świata ginie ponad 1,25 miliona osób. Zdecydowana większość wszystkich wypadków to efekt błędu człowieka. Odkąd w samochodach osobowych w Europie obowiązkowo montowane są systemy wspomagania hamowania, liczba wypadków uległa znacznemu zmniejszeniu. Bezwypadkowa jazda to długofalowy cel Wizji Zero wspieranej przez Continental, która zakłada całkowite wyeliminowanie wypadków drogowych.

Skupiamy się na tym, aby w autach, nie tylko poprzez bezpieczne opony, ale także systemy bezpieczeństwa, skracać drogę hamowania oraz unikać kolizji i wypadków. Nasza Wizja Zero zakłada zero ofiar śmiertelnych, zero poszkodowanych i zero wypadków drogowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Wójcik, dyrektor generalny Continental Opony Polska.

Według Continental decydujący wpływ na bezpieczeństwo na drogach mają cztery czynniki – odpowiednie opony, poziom zaawansowania systemów bezpieczeństwa w autach, świadomość użytkowników dróg oraz stan samych dróg. Dlatego, w realizacji Wizji Zero kluczowa jest równoczesna praca nad tymi obszarami.

– W Wielkiej Brytanii wiele elementów Wizji Zero jest wdrażanych online. Stworzyliśmy platformę „Road to Zero”. Za jej pośrednictwem chcemy komunikować się z klientem. Znajduje się tam wiele informacji dotyczących bezpieczeństwa na drogach. To wiedza, jaką muszą posiadać użytkownicy dróg, by móc chronić swoje życie – wskazuje David Smith, Head of Channel Management Distribution & Region North Europe.

Dane Komisji Europejskiej wskazują, że nawet 95 proc. wszystkich wypadków to efekt błędu człowieka. Blisko połowa jest powodowana błędną oceną sytuacji, a 38 proc. rozkojarzeniem. Dlatego, jak podkreśla dyrektor generalny Continental Opony Polska, istotne znaczenie dla poprawy bezpieczeństwa na drogach może mieć każdy, nawet najmniejszy element wyposażenia auta, który wspiera kierowców.

– Poprawa stanu infrastruktury drogowej, wspólnie z wdrażaniem nowych systemów bezpieczeństwa nie tylko w autach wysokiej klasy, ale także w autach kompaktowych, będzie wpływała na obniżenie liczby wypadków – ocenia Dariusz Wójcik.

W latach 2009 i 2014 w Europie zaktualizowano obowiązkowe wyposażenie samochodów. Obecnie wszystkie auta sprzedawane w Europie muszą mieć m.in. obowiązkowy ABS (system zapobiegający blokowaniu się kół podczas hamowania), czujnik ciśnienia w oponach połączony ze wskaźnikiem na desce rozdzielczej czy ESP (elektroniczny program stabilizacji). Szacuje się, że system ESP w samej tylko Europie pozwala uratować co roku 4 tys. osób. Dzięki układom hamowania awaryjnego o 28 proc. spadła zaś liczba osób poszkodowanych w wyniku uderzenia w tył auta.

– Kluczowa dla bezpieczeństwa jest technologia przewidywania niebezpiecznych sytuacji na drodze i rozpoczynania awaryjnego hamowania – mówi dyrektor generalny Continental Opony Polska.

Eksperci podkreślają, że Wizja Zero jest możliwa do osiągnięcia, wraz z postępującą automatyzacją pojazdów. Zbudowanie automatycznego samochodu jest ich zdaniem tylko kwestią czasu, zwłaszcza że potrzebna technologia już istnieje.

W czerwcu 2016 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych wydała rozporządzenie dotyczące podniesienia standardów bezpieczeństwa w nowych samochodach. Zaleca w nim wyposażanie pojazdów w standardzie systemami, które zapobiegną wypadkom lub przyczyniają się do złagodzenia ich skutków. Celem organizacji jest zmniejszenie do 2020 roku liczby ofiar śmiertelnych co najmniej o połowę. Rozporządzenie ONZ jest wsparciem kampanii „Stop wypadkom” prowadzonej przez Global NCAP, której partnerem jest Continental.

Do 2025 roku 30 proc. siły roboczej zostanie zastąpiona robotami. Tylko co trzecia firma jest gotowa na cyfrowych pracowników

Do 2025 roku 30 proc. siły roboczej zostanie zastąpiona robotami. Tylko co trzecia firma jest gotowa na cyfrowych pracowników 6

W ciągu kolejnych kilku lat sztuczna inteligencja i roboty mogą doprowadzić do likwidacji nawet 30 proc. tradycyjnych miejsc pracy. Cyfrowi pracownicy nie zastąpią z pewnością tradycyjnych specjalistów, ale ich wykorzystanie na szerszą skalę umożliwi firmom osiągnięcie przewagi nad konkurencją, poprawę wydajności, jakości i efektywności finansowej. Na razie – jak wynika z badania Accenture – tylko 34 proc. firm jest gotowych na „zatrudnienie” cyfrowych pracowników, mimo że transformację cyfrową planuje już połowa globalnych przedsiębiorstw i organizacji.

– Nadejście ery cyfrowego pracownika oznacza duże zmiany. Cyfrowy pracownik zastąpi ludzi w wykonywaniu rutynowych, powtarzalnych czynności. To pozwoli człowiekowi skupić się na zadaniach związanych z oceną i wyciąganiem wniosków. Znikną niektóre tradycyjne miejsca pracy, część z nich będzie ewoluowała. Powstaną też nowe, które będą związane z zarządzaniem cyfrowym pracownikiem i jego wdrożeniem – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominik Wójcik, starszy manager w dziale doradztwa transformacji biznesowej Accenture.

Cyfrowi pracownicy sprawdzą się tam, gdzie trzeba przetwarzać i analizować duże ilości danych. Przykładem może być sektor finansowy. Technologia lepiej poradzi sobie z gigantycznym, dziennym wolumenem transakcji, dzięki czemu ludzie będą mogli skupić się na zadaniach, które wymagają oceny ryzyka i podejmowania decyzji. Eksperci zaznaczają, że powstaną również całkowicie nowe zawody i rozwiną się profesje takie jak data scientist, scenario planner czy market maker. Rynek pracy wymusi na pracownikach zdobycie nowych kompetencji związanych z technologią, ale pożądane będą też zdolności interpersonalne i kreatywność.

Instytut Gartnera prognozuje, że w przyszłym roku 3 mln pracowników na całym świecie będzie wspierana przez roboty. Natomiast do 2025 roku jedna trzecia tradycyjnej siły roboczej zostanie zastąpiona przez cyfrowych pracowników.

Sztuczna inteligencja, miniboty i automatyzacja już dzisiaj znajdują coraz szersze zastosowanie w biznesie.

– Pozycja cyfrowych pracowników będzie coraz silniejsza. Organizacje, które w szybki i sprawny sposób wdrożą tego typu rozwiązania, będą mogły osiągnąć przewagę konkurencyjną i stać się  liderami w swoich obszarach – mówi Dominik Wójcik.

Cyfryzacja siły roboczej będzie jednym z największych wyzwań dla biznesu w nadchodzących latach. Jednak firmy, które odpowiednio wcześnie wdrożą innowacyjne rozwiązania, umocnią swoją przewagę nad konkurencją i będą wyznaczać trendy w swoich branżach. Dla części z nich technologia może okazać się wręcz konieczna do utrzymania wydajności operacyjnej i zachowania rynkowej pozycji.

– Z naszych badań, przeprowadzonych wśród rynkowych liderów, globalnych korporacji, wynika, że blisko połowa z nich ma w obecnej strategii biznesowej elementy dotyczące cyfrowej transformacji. Jednak tylko około 30 proc. stwierdziło, że jest gotowe na wdrożenie i wykorzystanie cyfrowych pracowników – mówi Dominik Wójcik.

Z badań Accenture wynika, że cyfrowa rewolucja w przedsiębiorstwie przełoży się na wzrost produktywności  nawet do 80 proc.. Znacząco podniesie również wydajność kosztową, zaangażowanie pracowników i poziom bezpieczeństwa w miejscu pracy.

– Wśród korzyści można wymienić także wzrost jakości, czyli ograniczenie ilości błędów, standaryzację, czyli sposób, w jaki przebiegają dane procesy w organizacji. Te wszystkie elementy w dużym stopniu mogą poprawić kondycję ekonomiczną firmy – mówi Dominik Wójcik.

Hybrydowe modele pracownicze, czyli połączenie pracy ludzkiej z cyfrowymi pracownikami, planuje wprowadzić czołówka globalnych korporacji. The Institute for Robotic Process Automation wyliczył, że wykorzystanie software’owych robotów to równowartość 1/5 kosztu pełnoetatowego pracownika.

– Nie oznacza to jednak, że praca człowieka zostanie zupełnie wyeliminowana. Wdrożenie cyfrowego pracownika wpłynie na miejsca pracy, zmieni organizację oraz to, w jaki sposób człowiek będzie pracował. Istotne będą takie umiejętności jak przedsiębiorczość, kreatywność i kompetencje społeczne. Pracownik będzie musiał nieustannie dokształcać się w obszarze nowych technologii i cyfryzacji, aby sprawnie zarządzać inteligentnymi rozwiązaniami – prognozuje Dominik Wójcik.

Coraz szersze zastosowanie w biznesie znajdują takie rozwiązania jak Machine Learning (analiza dużych zbiorów danych w celu samouczenia), Robotic Process Automation, czyli całkowita automatyzacja procesów przy wykorzystaniu software’owych robotów, Expert System and Analytics (podejmowanie decyzji w oparciu o analitykę) oraz Computer Vison, czyli automatyczne przetwarzanie obrazów i wideo na potrzeby analityki poznawczej. Jak zauważają eksperci, dzisiejsze systemy sztucznej inteligencji są coraz doskonalsze, umożliwiające przewidywanie i wyciąganie wniosków w czasie rzeczywistym, by podejmować trafne decyzje.

Raporty o transakcjach ponad 15 tys. zł niezgodne z prawem

Banki, firmy ubezpieczeniowe, SKOK-i i wiele innych firm będzie musiało przekazywać informacje o wszystkich transakcjach, o wartości powyżej 15 tys. zł. Taki przepis zawiera projekt ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy. Zdaniem Konfederacji Lewiatan rozwiązanie budzi wątpliwości i wykracza poza przepisy unijnej dyrektywy.

W Ministerstwie Finansów trwają prace nad projektem ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, która ma wdrożyć do naszego prawa unijną dyrektywę.

Anna Dużyńska-Pucha
Anna Dużyńska-Pucha

– Część obowiązków nałożonych na instytucje znacznie wykracza poza przepisy dyrektywy. Wątpliwości budzi m.in. raportowanie transakcji o wartości przekraczającej 15 tys. zł, w sytuacji kiedy dyrektywa wymienia kwotę 10 tys. euro, czyli ok. 45 tys. zł. Oczywiście umożliwia ona państwom członkowskim wprowadzenie przepisów nakazujących raportowanie transakcji poniżej określonego progu kwotowego, które z uwagi na jakieś szczególne cechy mogą być uznane za podejrzane, a z uwagi na specyfikę rynku danego państwa kryteria wskazane w dyrektywie nie obejmują ich. Państwa członkowskie mogą więc zdecydować, że takie (podejrzane) transakcje podlegają obowiązkowi raportowania bez względu na ich wartość. Ale przepis projektowanej ustawy jest skonstruowany dokładnie odwrotnie. Zawiera on tylko jeden warunek przekazania informacji o transakcjach – dokonanie płatności o określonej wysokości w formie gotówkowej) – mówi Anna Dużyńska – Pucha, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

W uzasadnieniu do projektu ustawy wskazano wprost, że raportowanie takich transakcji jest dokonywane bez badania elementu podejrzliwości, co jest sprzeczne z przepisami dyrektywy i stanowi przykład nadmiernej regulacji, nie znajdującej uzasadnienia w dotychczasowej praktyce.

Raportowanie będzie szczególnie uciążliwe dla tych podmiotów, na które nałożono obowiązki wyłącznie z uwagi na przyjmowanie płatności w formie gotówkowej i które będą przekazywać informacje o transakcjach incydentalnie. W szczególności obciąży to przedstawicieli branż, w których, z uwagi na ich specyfikę, umowy o wartości powyżej 15 tys. zł, nieprzekraczające niemal trzykrotnie wyższego progu 10 tys. euro, są zawierane w formie „ustnej”, bez utrwalania danych klienta. Przykładem może być branża handlu detalicznego, w której np. w hurtowniach i sklepach z towarami wartościowymi (elektroniką, wyposażeniem domu) są zawierane transakcje o takiej wartości. Z uwagi na to, że nabywcami dóbr są konsumenci, ich dane nie są utrwalane np. na fakturze.

Wojsko ograniczy swobodę prowadzenia biznesu

Projekt ustawy o organizowaniu zadań na rzecz obronności państwa realizowanych przez przedsiębiorców i programie mobilizacji gospodarki budzi zaniepokojenie i wątpliwości firm. Wprowadza bowiem bardzo istotne ograniczenia, np. przedsiębiorca będzie obowiązany do uzyskania zgody właściwego ministra na wiele działań o charakterze korporacyjno-własnościowym oraz do przekazywania istotnych informacji – uważa Konfederacja Lewiatan.

Krzysztof Kajda
Krzysztof Kajda

– Projekt, przygotowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej, nakłada na przedsiębiorców nowe obowiązki definiując je często w sposób nieprecyzyjny, powodując uzasadnione wątpliwości co do skali obciążeń. Zawiera liczne regulacje ingerujące w działalność podmiotów gospodarczych. Nie negujemy konieczności nakładania na przedsiębiorców, w szczególnie uzasadnionych przypadkach, obowiązków w zakresie obronności państwa, ale zaproponowane przepisy wywołują zaniepokojenie – mówi Krzysztof Kajda, radca prawny, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Projekt ustawy znacznie ogranicza swobodę prowadzenia działalności gospodarczej, co jest niezgodne z Konstytucją. Za nadmierny uznać należy dodatkowy obowiązek uzyskania przez przedsiębiorców zgody ministra, m. in. na rozwiązanie lub likwidację spółki czy zmianę przedmiotu jej działalności. Niepokoją również dodatkowe obowiązki informacyjne, tj. konieczność przedstawiania półrocznych informacji na temat sytuacji finansowej i prawnej, struktury właścicielskiej czy zdolności produkcyjnych w zakresie sprzętu wojskowego objętego Programem Mobilizacji Gospodarki.

Przepisy ingerują w swobodę działalności gospodarczej, nie spełniając przy tym konstytucyjnych kryteriów proporcjonalności, adekwatności i konieczności. Wnioskowanie i oczekiwanie na zgodę właściwego ministra na działania o charakterze biznesowym może znacznie utrudnić prowadzenie działalności gospodarczej przez przedsiębiorców o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym, uniemożliwić im skuteczną konkurencję przez wydłużenie procedur decyzyjnych oraz zniechęcać potencjalnych inwestorów do wspierania rozwoju działalności przedsiębiorców objętych takimi rygorami.

Projekt nie zwiera żadnych uregulowań, jaka jest relacja tych przepisów do kodeksu spółek handlowych, które dla szeregu wymienionych zagadnień przyznają wyłączną właściwość zgromadzeniu akcjonariuszy spółki. W projekcie brakuje mechanizmu, który mógłby znaleźć zastosowanie w przypadku pojawienia się konfliktu między władztwem administracyjnym a przepisami KSH.

– Apelujemy o rezygnację z tej regulacji lub jej modyfikację, tak aby przedsiębiorca o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym był zobowiązany do poinformowania (a nie uzyskania zgody) właściwego ministra o zamiarze podjęcia określonych działań. Apelujemy również o odstąpienie od udzielania przez przedsiębiorców wielu informacji – dodaje Krzysztof Kajda.

Kurs euro, dolara, franka, funta 15.05.2017

Perspektywa ratingu podwyższona z negatywnej do stabilnej. Póki co inwestorzy to zignorowali ale w dłuższym terminie na pewno będzie solidnym wsparciem. Polski PKB za I kwartał w centrum uwagi. Odczyt powyżej 4% r/r spowoduje jeszcze niższe poziomy na EUR/PLN, CHF/PLN i GBP/PLN. Mimo wszystko zbliżamy się do poziomów atrakcyjnych dla kupna. W relacji USD/PLN ważna będzie kondycja amerykańskiej waluty na szerokim rynku.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 15.04.2017-15.05.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1870 3,8300 3,8170 4,8600
Maksimum 4,3470 4,0020 4,0100 5,1090

euroNadal możemy mówić o pozytywnym sentymencie do walut wschodzących. Fakt polska waluta straciła nieco impet. Wydawało się, że po dobrej decyzji dla naszego kraju i podwyższeniu perspektywy naszego ratingu z negatywnej na stabilną może nastąpić jakiś ruch na południe. Nic takiego się jednak nie stało, a złoty w relacji do euro pozostaje w konsolidacji od kilku dni. Zdecydowanego kierunku nie widać. Choć trzeba przyznać, że komunikat agencji Moody’s o braku zagrożeń fiskalnych w naszym kraju jest bardzo pozytywny i z pewnością może być w dłuższym terminie zapamiętany przez inwestorów. I może się okazać, że nawet w przypadku pojawienia się jakiegoś zagrożenia zewnętrznego złoty będzie się zachowywał stabilnie lub straci niewiele. A te informacje posłużą jako solidne wsparcie. Ten tydzień zapowiada się bardzo ciekawie bo poznamy szereg danych z polskiej gospodarki. We wtorek wstępny odczyt PKB za I kwartał, w czwartek dane o wynagrodzeniach a w piątek sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa. Oczekiwania co do PKB są dość wysokie niektórzy twierdzą, że może to być nawet 4% r/r. Takie dane z pewnością pozwoliłyby EUR/PLN zejść poniżej 4,20 testując ostatnie minimum. Niemniej jednak trzeba pamiętać o tym, że podwyżka stóp w USA w czerwcu może nieco wyhamować dalsze spadki. Złotówka umacnia się praktycznie od początku grudnia. Powoli wszystko co pozytywne jest już w cenach a RPP nie spieszy się z podwyżkami stóp w Polsce. frankKredytobiorcy frankowi nadal w bardzo dobrych humorach. Raty kredytowe pozostają dużo niższe niż choćby na początku roku. Granica 3,80 nadal pozostaje głównym wsparciem i w tym kierunku powinniśmy podążać w najbliższych dniach. Polska gospodarka spisuje się bardzo dobrze, żadnych zagrożeń na horyzoncie nie widać. Do tego szwajcarska waluta pozostaje słaba na szerokim rynku. Wszystko to w związku z wygaśnięciem ryzyka politycznego i rozpadu strefy euro. Inwestorzy w tym momencie unikają bezpieczne przystanie. Wszystko więc działa na korzyść krajowej waluty. Na wykresie powstał zwężający się kanał spadkowy i w nim powinniśmy się poruszać w najbliższych dniach. Ewentualnie dobre dane na temat PKB polskiego mogą przyspieszyć ruch na południe.dolarNa USD/PLN przez moment oddaliliśmy się od ostatniego minimum. Wynikało to z chwilowej aprecjacji amerykańskiej waluty na szerokim rynku. Wraz oczywiście z rosnącym prawdopodobieństwem czerwcowej podwyżki stóp w USA. Kurs USD/PLN w powiązaniu z EUR/USD podskoczył do 3,89. W piątek nastąpiła znów zmiana sytuacji. Inwestorzy po słabych danych z USA między innymi o inflacji zaczęli wyprzedawać dolara. EUR/USD wrócił do poziomu sprzed ogłoszenia wyborów we Francji. I znów jest blisko testowania granicy 1,10.

USD/PLN tym samym również zawrócił z kierunku północnego. Na wykresie powstał kanał spadkowy i bardzo możliwy jest ruch w dolne jego ograniczenie. Wiadomo wszystko też będzie zależało od kondycji dolara na szerokim rynku. Tym bardziej, że sforsowanie granicy 1,10 na głównej parze nie jest takie oczywiste, a to może hamować ruch aprecjacyjny na krajowej walucie. Pierwszym wsparciem będzie ostatnie minimum czyli 3,81. funtGBP/PLN znalazł się w dość ciekawym miejscu. Aktualnie testowane jest dolne ograniczenie trójkąta zwyżkującego. Przy słabej ostatnio walucie brytyjskiej jest szansa na trwałe zejście poniżej 5,00. Waluta brytyjska pozostaje w odwrocie po ostatnim posiedzeniu Banku Anglii. Można powiedzieć, że władze monetarne Brytyjczyków miały tym razem łatwe zadanie i utrzymały politykę na niezmienionym poziomie. Powód jest prosty presja inflacyjna zdecydowanie straciła impet a tym samym nie ma już dylematu czy wspierać wzrost gospodarczy czy hamować wzrost cen. Stąd jeszcze długo Bank Anglii może prowadzić łagodną politykę. To oczywiście nie spodobało się inwestorom, którzy liczyli na jakieś jastrzębie głosy. Stąd zejście na GBP/PLN o niemal 7 groszy w kilka dni. A biorąc pod uwagę pozytywny sentyment do złotego i nerwową sytuację wokół wcześniejszych wyborów czy też trudne negocjacje Wielkiej Brytanii zdecydowanie ruch ten może być kontynuowany. Wsparciem będzie minimum z początku kwietnia w okolicy 4,92.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Komentarz prezesa Grupy Mostostal Warszawa do wyników za I kwartał 2017 roku

Andrzej Goławski - Mostostal Warszawa.
ANDRZEJ GOŁAWSKI – MOSTOSTAL WARSZAWA SA
FOT. BRUNO FIDRYCH

Komentarz prezesa Zarządu Mostostal Warszawa S.A. – Andrzeja Goławskiego do skonsolidowanego sprawozdania finansowego Grupy Mostostal Warszawa za I kwartał 2017 roku.

Pomimo spadku produkcji budowlano-montażowej, zrealizowanej w I kwartale br., Grupa Mostostal Warszawa zakończyła I kwartał 2017 r. zyskiem netto w kwocie 14 mln zł .

Na dzień 31 marca 2017 roku Grupa posiadała 107 mln zł środków pieniężnych i ich ekwiwalentów, a zadłużenie finansowe, uwzględniając leasing, kredyty bankowe oraz dług korporacyjny względem Acciona Construcción S.A., wyniosło 207 mln zł.

Posiadamy bardzo korzystny profil zadłużenia finansowego, gdyż tylko 15 mln zł z 207 mln zł to kredyty bankowe i leasing (17 mln zł według stanu na dzień 31.12.2016 r.). Zredukowaliśmy o 1 mln EUR nasze zadłużenie w stosunku do Acciony Construcción S.A. z tytułu udzielonych pożyczek, które na koniec kwartału wyniosło 192 mln zł. Terminy spłaty pożyczek zostały wydłużone, co pozwala nam na efektywne wykorzystanie tego dodatkowego źródła finansowania na dalszy rozwój Mostostalu Warszawa.

Na koniec I kwartału 2017 roku kapitał własny netto Grupy Mostostal Warszawa wyniósł 252 mln zł, natomiast zatrudnienie osiągnęło poziom 1.515 pracowników i w porównaniu do stanu na koniec 2016 roku utrzymało się na zbliżonym poziomie.

Portfel zleceń Grupy na koniec kwartału wyniósł 1,2 mld zł. Obejmuje on kontrakty z sektora energetycznego, ogólnobudowlanego, przemysłowego, infrastrukturalnego oraz ochrony środowiska.

W dniu 5 maja 2017 roku Rada Nadzorcza dokonała zmian w zarządzie Mostostal Warszawa S.A. W związku z rezygnacją Jose Angela Andres Lopez z funkcji Wiceprezesa Zarządu Spółki, wynikającą z powierzenia mu innych obowiązków w ramach grupy Acciona, Rada powołała w skład zarządu Jorge Calabuig Ferre, od wielu lat związanego z Mostostalem Warszawa i Grupą Acciona.

Skonsolidowane sprawozdanie finansowe Grupy Mostostal Warszawa za I kwartał 2017 r. dostępne jest na stronie internetowej Mostostal Warszawa w zakładce Raporty Okresowe.

Veeam awansuje Petera McKay’a i Andreia Baronova na stanowiska dyrektorów współzarządzających

Firma Veeam® Software, innowacyjny dostawca rozwiązań, które zapewniają stałą dostępność na potrzeby przedsiębiorstw działających non stop (Availability for the Always-On Enterprise™), ogłosiła zmiany w kadrze zarządzającej. Peter McKay – prezes, dyrektor ds. operacyjnych i członek zarządu, a także Andrei Baronov – współzałożyciel Veeam, członek zarządu oraz dyrektor ds. technicznych – otrzymali awans na stanowiska dyrektorów współzarządzających. William H. Largent, obecny dyrektor zarządzający oraz członek zarządu, obejmie nową rolę przewodniczącego komisji ds. finansów i wynagrodzeń. Natomiast Ratmir Timashev, współzałożyciel i członek zarządu Veeam, będzie dalej pełnił swoją obecną funkcję.

Powyższe zmiany w zarządzie mają na celu wzmocnić firmę i pomóc jej w kontynuowaniu dynamicznej ekspansji w sektorze dużych przedsiębiorstw i segmencie chmury, jak też stymulować wzrosty na rynkach obu Ameryk oraz Azji i Pacyfiku. Ponadto Veeam potwierdził swój cel, jakim jest dołączenie do 2019 roku do grona przedsiębiorstw o przychodach przekraczających miliard dolarów w skali roku.

„Od kiedy rozpoczęliśmy działalność w roku 2006, wzrost Veeam był wręcz błyskawiczny, a dziś mamy kolejne, ambitne plany dotyczące przyszłości. Nasza wizja, dotycząca umożliwiania każdej firmie oferowania klientom oczekiwanych przez nich elementów cyfrowego życia oznacza, że musimy nadal działać bardzo prężnie i skupiać się na klientach, bazując na wzrostowym kursie naszego rozwoju. Nowe zadania będą dla nas fundamentem dalszej ekspansji i bardzo cieszę się, że Peter oraz Andrei przyjęli zaoferowane im role” – powiedział William H. Largent, przewodniczący komisji ds. finansów i wynagrodzeń w Veeam.

„Dotychczasowa kariera zawodowa Petera budzi uznanie. Był dyrektorem zarządzającym kilku startupów, które osiągnęły sukces, a także pełnił kluczowe funkcje w dużych wiodących firmach technologicznych, takich jak VMware i IBM. Ponadto wprowadził Veeam na wyższy poziom działalności w ciągu zaledwie 10 miesięcy od momentu, gdy dołączył do nas latem zeszłego roku. Peter odegrał pierwszoplanową rolę we wzmocnieniu naszej strategii w zakresie sprzedaży i marketingu przy wchodzeniu na nowe rynki. Usprawnił pracę poszczególnych zespołów oraz program rozwoju w sektorze dużych przedsiębiorstw i segmencie chmurowym. Teraz wchodzi na kolejny szczebel i bierze odpowiedzialność za kontynuowanie ekspansji na nowych rynkach. Dzięki współpracy Petera z Andreiem, naszym współzałożycielem oraz wizjonerem napędzającym tworzone przez nas technologie i rozwiązania, zapewniamy sobie solidny fundament dla przyszłych wzrostów” – skomentował Ratmir Timashev, współzałożyciel Veeam.

McKay i Baronov, jako dyrektorzy współzarządzający, skupią się na kluczowych kompetencjach. Wraz z Largentem i Timashevem, z którymi tworzą zarząd, będą odpowiadać za optymalizację potencjału wzrostowego firmy.

  • Peter McKay będzie zarządzał kwestiami wchodzenia na nowe rynki, finansami oraz zasobami ludzkimi Veeam. Razem z Baronovem będą współpracować w celu stymulowania przyszłych wzrostów firmy.
  • Oprócz obowiązków dyrektora współzarządzającego, Andrei Baronov będzie kontynuował wypełnianie zadań dyrektora ds. technicznych oraz nadzorował badania i rozwój, strategię rynkową i zarządzanie produktami w Veeam. Ponadto skupi się na dalszym poszerzaniu całkowitego rynku docelowego Veeam.
  • Z kolei William H. Largent, jako przewodniczący komisji finansów i wynagrodzeń, będzie odpowiadał za nadzorowanie wszelkich kwestii dotyczących ładu korporacyjnego, struktury podatkowej, zarządzania inwestycjami oraz audytów wewnętrznych.

Joseph Kim nowym prezesem Samsung Electronics Polska

Samsung Electronics, światowy lider w dziedzinie technologii mobilnych i rozwiązań cyfrowych, ogłosił dzisiaj nominację Josepha (Jeongwoo) Kima na nowego prezesa polskiego oddziału firmy. Joseph Kim zastąpi na tym stanowisku Hadriana Baumanna, który został mianowany prezesem Samsung Electronics UK.

Joseph Kim – Samsung Electronics Polska– Jestem dumny i zaszczycony, że obejmę fotel prezesa Samsung Electronics Polska. To oddział, który w ostatnich latach notuje wspaniałe rezultaty i może pochwalić się imponującym wzrostem. Wierzę, że z pomocą świetnego polskiego zespołu, umocnimy firmę Samsung na pozycji rynkowego lidera i poprowadzimy ją do kolejnych sukcesów – powiedział tuż po ogłoszeniu nominacji Joseph Kim.

Joseph Kim dołączył do firmy Samsung Electronics prawie 29 lat temu. W strukturze organizacji zajmował stanowiska w różnych departamentach, m.in. HR oraz w sprzedaży i marketingu. Pełnił także funkcje globalne.

Nowy prezes Samsung Electronics Polska ma bogate doświadczenie w zarządzaniu oddziałami firmy. W ciągu minionych 5 lat zajmował stanowiska dyrektora generalnego Samsung Electronics w krajach bałtyckich (2011-2013) oraz w Samsung Electronics Rumunia (2014 – do maja 2017 roku).

ABS Investment S.A. osiąga wysoki zysk netto w 1 kw. 2017 r.

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, zanotowała 0,6 mln zł zysku netto w 1 kw. 2017 r. wobec 0,09 mln zł rok wcześniej. Osiągnięcie wyraźnej poprawy wyników finansowych było rezultatem prowadzenia efektywnej działalności inwestycyjnej.

W minionym kwartale Spółka kontynuowała proces przebudowy i optymalizacji portfela inwestycyjnego, dbając o to, aby był on szeroki, zrównoważony oraz bezpieczny, co przełożyło się na wypracowanie wysokiego zysku netto i dodatniego salda na działalności inwestycyjnej. Na koniec marca br. w portfelu inwestycyjnym ABS Investment S.A. znajdowały się akcje 23 spółek publicznych oraz udziały i akcje nienotowane 9 podmiotów. Całkowita wartość portfela inwestycyjnego wzrosła na koniec 1 kw. 2017 r. do poziomu ponad 27,5 mln zł, z czego wartość spółek notowanych sięgnęła ok. 24,4 mln zł, co jest najlepszym wynikiem w historii ABS Investment S.A. Spółki portfelowe pozostają w bardzo dobrej kondycji finansowej oraz zacieśniają współpracę w ramach grupy. Emitent wiąże także duże nadzieje z nowymi podmiotami, które dołączyły do portfela inwestycyjnego w tym roku.

„Jestem bardzo zadowolony z wyników finansowych, ale jeszcze bardziej cieszy mnie wysoka jakość spółek, jakie ABS ma w portfelu. Spółek dywidendowych jest już sporo. W ostatnim czasie staram się wzmacniać portfel poprzez wzrost zaangażowania w tzw. „spółki technologiczne”. Wychodzę z założenia, że będą się one rozwijać znacznie szybciej niż rynek. Naturalnie należy zaakceptować znacznie wyższe ryzyko inwestycyjne. Aktualnie w portfelu znajduje się 7 takich firm i to w ich szybkim rozwoju upatruję największą szansę dla dynamicznego wzrostu wyników ABS w kolejnych latach. Spodziewam się również, że w tym roku rekordowa liczba spółek portfelowych wypłaci dywidendę.” – wyjaśnia Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

Spółka zakończyła 1 kw. 2017 r. przychodami netto ze sprzedaży w wysokości ponad 200 tys. zł i realizuje obecnie działania nakierunkowane na dalszy wzrost przychodów ze świadczonych usług. ABS Investment S.A. prowadzi także działalność handlową, która stanowi wsparcie dla podmiotów z portfela inwestycyjnego i zamierza intensyfikować ten obszar biznesowy. Emitent dąży do jak najszerszej współpracy pomiędzy spółkami portfelowymi, bowiem dzięki temu wzmocnieniu ulegają efekty synergii.

Sytuacja finansowa ABS Investment S.A. utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie, o czym świadczy niski poziom ogólnego zadłużenia oraz wzrost wartości bilansowej do rekordowego poziomu ponad 33,3 mln zł na koniec marca 2017 r. W kwietniu br. Spółka zakończyła z sukcesem emisję obligacji serii B, z której pozyskała środki w wysokości 2 mln zł z emisji obligacji serii B. Inwestorzy objęli wszystkie ofertowane obligacje.

„W kwietniu w bardzo krótkim okresie czasu pozyskaliśmy z emisji obligacji 2 mln zł. Zostały wyemitowane 4-letnie obligacje, niezabezpieczone i przy zerowym koszcie pozyskania tych środków. Świadczy to o ogromnym zaufaniu dla ABS i akceptacji realizowanego modelu biznesowego. Obligacje będą notowane na rynku Catalyst. Poziom długu utrzymujemy na bezpiecznym poziomie. Dług oprocentowany stanowił na koniec marca 2017 r. ok. 10% sumy bilansowej. ABS w miarę możliwości wspiera te firmy portfelowe, które tego potrzebują, udzielając im pożyczek lub wspierając działalność handlową. Spółki portfelowe mogą również liczyć na wsparcie zarządcze i pomoc przy budowaniu strategii rozwoju. Bardzo istotna jest dla mnie dobra współpraca podmiotów wewnątrz portfela ABS. Bardzo wysoko oceniam też potencjał dalszego rozwoju większości z nich.” – zakończył Prezes Jarosz.

ABS Investment S.A. wypracowała w 2016 r. zysk netto w kwocie 3.216 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie ponad 1 mln zł, realizując tym samym swoje prognozy finansowe. Zakładały one osiągnięcie zysku brutto na 1 akcję w przedziale 0,50 – 0,55 zł. Emitent zanotował w poprzednim roku zysk brutto w łącznej kwocie 4.019 tys. zł, a więc w przeliczeniu na 1 akcję było to ponad 0,50 zł, czyli 100% dolnej granicy prognozy finansowej. Natomiast prognozowana wartość aktywów Spółki (wraz z należnościami ze sprzedaży aktywów) na 1 akcję miała wynieść na koniec 2016 r. od 3,60 zł do 4,00 zł, co udało się zrealizować z sukcesem, bowiem sięgnęła ona poziomu 3,97 zł, a więc ponad 110% dolnej granicy prognozy.

Spółka wypłaciła w 2016 r. dywidendę z zysku za 2015 r. w wysokości 0,06 zł na akcję. ABS Investment S.A. realizuje również dwa programy skupu akcji własnych – skup A prowadzony poprzez transakcje sesyjne na rynku NewConnect oraz skup B realizowany w ramach umów cywilnoprawnych poza rynkiem.

Sektor publiczny gotowy na otwarte technologie?

Do 75 proc. – tyle czasu udało się zaoszczędzić dzięki oprogramowaniu open source przy pracach nad stroną WhiteHouse.gov – podaje Tom Cochran, odpowiedzialny za projekt w czasie kadencji Obamy.[1] Przyznanie pierwszeństwa otwartym technologiom staje się częścią odgórnej polityki jednostek administracyjnych w wielu krajach Europy i nie tylko. Jakie są zalety wykorzystania rozwiązań opartych na otwartym źródle właśnie w sektorze publicznym? Oprócz tego, że są one po prostu doskonałej jakości, pozwalają także uniknąć uzależnienia od pojedynczego dostawcy, zwiększają poziom bezpieczeństwa i stwarzają możliwość samodzielnej modyfikacji kodu by lepiej sprostać specyficznym potrzebom użytkowników.

Administracja USA, włoska armia, hiszpańskie samorządy i polska gmina Jaworzno – tym co stanowi wspólny mianownik dla wszystkich tych podmiotów jest wdrożenie otwartych technologii. Chodzi o rozwiązania oparte na oprogramowaniu open source, którego kod źródłowy jest powszechnie dostępny, w odróżnieniu od rozwiązań zamkniętych, gdzie dostęp do kodu ma wyłącznie właściciel – producent danego programu. Przytoczone powyżej instytucje stanowią jedynie początek listy przykładów wykorzystania open source w sektorze publicznym.

Do korzystania z otwartego oprogramowania w administracji publicznej zachęca m.in. brytyjski Technology Code of Practice. O krok dalej poszła administracja USA, która niejako sama przyłączyła się do open sourcowej społeczności. W sierpniu 2016 r. opublikowano dokument „Federal Source Code Policy”, zgodnie z którym nowe oprogramowanie stworzone przez którąkolwiek z agencji ma być udostępniane wszystkim pozostałym, zaś w ramach programu pilotażowego, 20 proc. nowopowstałego kodu ma być dostępna publicznie, na otwartej licencji. Oznacza to, że każdy będzie się mógł z nim zapoznać, wykorzystać lub zmodyfikować na własne potrzeby – mówi Dariusz Świąder, prezes Zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day.

Brak zobowiązań i gra w otwarte karty

Jedną z najważniejszych zalet wdrożenia open source – szczególnie istotną z punktu widzenia sektora publicznego – jest uniezależnienie się od jednego dostawcy. Zjawisko tzw. vendor lock-in zachodzi wtedy, kiedy zakup danego oprogramowania łączy się z koniecznością zakupu kolejnych rozwiązań u tego samego producenta, ponieważ tylko one będą kompatybilne z wcześniej zamówionym oprogramowaniem. Przykładem może być zakup sprzętu z wgranym wcześniej oprogramowaniem z licencją OEM, np. systemem operacyjnym. Taka licencja pozwala zazwyczaj na korzystanie z programu tylko na jednym, konkretnym komputerze. W sytuacji kiedy zachodzi konieczność wymiany sprzętu niezbędny jest również zakupu nowej licencji systemu operacyjnego, co oznacza podwójny wydatek. Co istotne, w przypadku sektora publicznego, zjawisko vendor lock-in może mieć jeszcze dalej idące konsekwencje, jeśli wdrożony system wymusza wybór rozwiązań tego samego dostawcy na obywatelach korzystających z e-administracji, Może to być np. wymóg skorzystania z konkretnej przeglądarki aby wypełnić elektroniczny formularz.

Kolejną zaletą wyboru otwartych rozwiązań są względy związane z bezpieczeństwem. Bezpośredni dostęp do kodu źródłowego, który jest podstawowym zasadą  funkcjonowania rozwiązań open source, wbrew obiegowym opiniom, to czynnik, który zmniejsza ryzyko.

Działa tutaj zasada, zgodnie z którą prościej jest kontrolować to co jest jawne i powszechnie dostępne. Na otwarty kod patrzy wiele par oczu, a dokładniej wielomilionowa społeczność programistów skupiona wokół ruchu open source. Dzięki temu nie tylko łatwiej jest zauważyć potencjalne błędy, ale dodatkowo niemożliwe jest ich ukrycie. Co więcej, taki błąd czy lukę bezpieczeństwa można od razu naprawić, modyfikując kod. W momencie kiedy kod nie jest dostępny, jesteśmy uzależnieni od tego kiedy poprawiona wersja zostanie wypuszczona na rynek przez dostawcę. Nabiera to szczególnego znaczenia jeśli uświadomimy sobie jaka ilość wrażliwych danych, choćby danych osobowych obywateli, jest przetwarzana przez systemy informatyczne działające w ramach administracji publicznej – dodaje Dariusz Świąder, Open Source Day.

Społeczny wymiar otwartych technologii

Ciekawy przykład wdrożenia open source w sektorze publicznym stanowi gmina Jaworzno, gdzie z otwartych technologii korzystają nie tylko urzędnicy, ale również uczniowie. Decyzję o wprowadzaniu tego typu rozwiązań do szkolnych pracowni lokalne władze podjęły w 2009 r., zaś dwa lata później informowały, że open source udało się wdrożyć już w 50 proc. placówek.[2] Zgodnie z deklaracją samorządu, ta zmiana miała nie tylko zasilić budżet aż o 2 miliony złotych, ale posiadała również wymiar społeczny. Przedstawiciele władz podkreślali m.in., że uczniowie zdobędą możliwość bezpłatnego i legalnego korzystania w domu z tych samych programów, które są wykorzystywane w czasie zajęć szkolnych. Gwarantowanie dostępu do różnorodnych rozwiązań pozwala uczniom na zdobycie bardziej zróżnicowanych, pełniejszych kompetencji cyfrowych.

Można powiedzieć, że inwestycja w open source to w pewnych aspektach także inwestycja w kapitał społeczny. Dobrym przykładem jest działalność organizacji zajmujących się popularyzacją umiejętności programowania, np. adresowanej do kobiet Django Girls. Tylko w 2015 r. prawie 3 tys. uczestniczek wzięło udział w warsztatach programistycznych prowadzonych na całym świecie, w tym w Polsce. Fakt, że platforma programistyczna Django jest bezpłatna i udostępniania na zasadach open source, umożliwia tej organizacji non-profit prowadzenie szkoleń bez konieczności pozyskiwania dodatkowych nakładów finansowych.

Otwarci na otwarte oprogramowanie?

Jak zauważają eksperci, pomimo licznych korzyści płynących z wdrożenia otwartego oprogramowania, wciąż wyzwaniem pozostaje budowanie świadomości na temat open source. To co ma szansę przyczynić się do jej zwiększenia to wdrożenie systemowych rozwiązań.

Do czynników hamujących rozwój polskiego rynku open source należy niedostateczne upowszechnienie wiedzy o tego typu rozwiązaniach. Wątpliwości budzą m.in. kwestie związane z prawami autorskimi i dokładnymi warunkami licencji, np. możliwością modyfikacji kodu na własny użytek. Dlatego jednym z postulowanych przez nas pomysłów jest utworzenie publicznego centrum kompetencyjnego zapewniającego wsparcie merytoryczne poszczególnym organom administracji w zakresie wyboru rozwiązań technologicznych, a także maksymalnego wykorzystania potencjału oprogramowania opartego na otwartej licencji – mówi Dariusz Świąder, Open Source Day.

[1] https://qz.com/957197/why-government-websites-suck-so-much-according-to-obamas-white-house-webmaster/

[2] http://www.jaworzno.pl/Plone/aktualnosci/linuks-juz-w-polowie-szkol/?searchterm=None

Za naruszenie interesów klienta zarządca nieruchomości odpowie cywilnie lub karnie

Regulacja zawodu zarządcy nie wpłynęła na rynek z dwóch przyczyn. Nie jest to deregulacja, a decertyfikacja. Zmiany w ustawie spowodowały, że od 2015 roku nie nadaje się licencji zarządcy nieruchomości. Obecnie klienci nadal oczekują w zapytaniach ofertowych – jako jednego z warunków konkursowych – zatrudniania osób z licencjami zarządcy. Jeśli ktoś chce zostać zarządcą licencjonowanym, od jakiegoś czasu nie ma już takiej szansy. Choć istnieją certyfikaty wydawane przez szkoły i firmy prywatne, nikt nie traktuje ich poważnie.

– Zarządcy zaczną znikać z rynku i niedługo będzie ich za mało – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Celiński, wiceprezes Lux Dom –  Zlikwidowano wszystkie towarzyszące licencji struktury, w tym Komisję Odpowiedzialność Zawodowej. W tej chwili zarządca odpowiada cywilnie lub karnie za naruszenie interesów klienta, a nie zawodowo. Oznacza to też praktyczne wyrugowanie z działalności kodeksu etyki, który był jedną z podstaw KOZ podczas rozsądzania sporów. Był on wypracowany w federacjach zarządców i przez nich respektowany. Nigdy nie stał się prawem państwowym. Komisja Odpowiedzialności Zawodowej jako jedyny organ zwracała na niego uwagę przy rozstrzyganiu skarg klientów. W tej chwili nie mają oni możliwości skargi na samą działalność zawodową zarządcy – dodał Celiński.

Millenialsi – jak się z nimi komunikować?

Marcin Żukowski, Team Leader agencji interaktywnej Mint Media
Marcin Żukowski, Team Leader agencji interaktywnej Mint Media

Millenialsi, czyli pokolenie Y to największe wyzwanie dla marketerów, sprzedawców i pracodawców. Głównym problemem jest znalezienie właściwego sposobu komunikacji z tą grupą. Jak i czy w ogóle można do nich skutecznie trafić?

Kredyt, samochód, mieszkanie…

O millenialsach, czyli urodzonych między 1980 a 2000 rokiem, mówi się coraz częściej. Słyszymy na ich temat różne opinie. Jedno jest pewne – często mają problem z podejmowaniem tzw. dorosłych decyzji takich jak wzięcie kredytu, kupno mieszkania, samochodu etc. Jest to także pokolenie technologii, dla których smartfon, laptop i tablet oraz stały dostęp do internetu stały się niezbędne. Dlatego wszyscy zadają sobie pytania: jak do nich dotrzeć, jakie są ich oczekiwania od życia i pracodawców i co jest tak naprawdę dla nich istotne?

Najważniejszy jest rozwój

Pokolenie Y to nie lada wyzwanie dla pracodawców. Millenialsi są nastawieni na ciągły rozwój, gratyfikacje – finansowe i nie tylko, a także coraz ciężej zatrzymać ich w jednym miejscu pracy. Działy HR dużych firm ciągle dokładają starań aby sprostać ich oczekiwaniom. Patrząc z drugiej strony, jest to pokolenie, które bardzo mocno stawia na rozwój, więc to dobra wiadomość z punktu widzenia pracodawcy. Naukowcy zauważyli także, że millenialsów cechuje znacznie wyższy narcyzm niż przedstawicieli pokolenia X. Co ciekawe, przedstawiciele powojennego wyżu byli już określani jako ci skupieni na samorealizacji. Ego millenialsów jest jednak znacznie większe, a „epidemia narcyzmu” przypadła na lata 2000 – 2006 i stale się rozwija. Warto mieć to na uwadze, gdyż do 2025 roku będą oni stanowić 75% światowej siły roboczej.

Komunikacja – jak odnaleźć z nimi wspólny język?

Millenialsów mimo różnic społecznych czy finansowych wiele łączy. Komunikują się za pomocą wspólnego kodu kulturowego. Niemal każdy z nich zna bardzo dobrze język angielski i na co dzień często się nim posługuje. Niezależnie od tego, z której części ‘globalnej wioski’ pochodzą, słuchają tych samych wykonawców i oglądają te same seriale. Zatem warto ich poznać, aby móc się z nimi swobodnie komunikować. Dla millenialsa niezwykle ważna jest przestrzeń komunikacji i przestrzeń do wyrażania swoich opinii, dlatego jeśli chcemy nawiązać z nim wspólny język postarajmy się zrozumieć ich świat i zaprośmy do współuczestnictwa w naszym świecie.

Feedback ma znaczenie

Dla tego pokolenia niezwykle istotny jest feedback. Cenią sobie wiadomość zwrotną szczególnie w pracy – to robisz dobrze, to źle, to musisz poprawić itp. Millenialsi się przyzwyczajeni do dialogu, dlatego rozmawiając z nimi budujemy relację. Mimo wielu negatywnych opinii są to osoby, które bardzo chętnie wchodzą w dyskusje i chcą tworzyć własną opowieść – warto to wykorzystać. Marketerzy powinni mieć na uwadze to, że każdy z nich jest marką – dzięki mediom społecznościowym, z których każdy z nich korzysta. Ich profile w social media mogą stać się wizytówką marki. Dlatego jeśli dobrze ich poznasz, możesz dostarczyć im materiałów, z których chętnie będą korzystać i opowiadać o tym innym w swoich społecznościach.

Komunikacja skierowana do millenialsów wcale nie musi być jednorazową spektakularną kampanią. Wręcz przeciwnie. Dla tego pokolenia coś, co jest normalne i codzienne może okazać się kluczem do sukcesu. Właśnie taką, codzienną kampanię realizowaliśmy w zeszłym roku z PKO Bankiem Polskim. W wakacje przeprowadziliśmy wspólnie akcję Cyberstrażnik PKO Banku Polskiego. Zauważyliśmy, że internauci, szczególnie młodzi często publikują w sieci swoje dane osobowe np. zdjęcia kart kredytowych czy dokumentów. To niebezpieczne, bo takie dane mogą paść łupem przestępców. Za pomocą monitoringu internetu znajdowaliśmy więc osoby, które opublikowały w sieci takie dane i komentowaliśmy ich wpisy wyjaśniając zagrożenie i edukując w kwestii bezpieczeństwa. Przez wakacje, w okresie rozprężenia i wolnego czasu dla uczniów oraz studentów, udało nam się dokonać ponad 100 skutecznych interwencji w ramach kampanii. Monitoring objął ponad 7000 wzmianek, a w zasięgu kampanii znalazło się ponad 2 miliony osób. Dodatkowo w ramach akcji opublikowano kilka artykułów edukacyjnych na portalu Bankomania, do których linkowaliśmy w rozmowach z użytkownikami.

Komunikacja z millenialsami wcale nie musi być trudna. Oczywiście dla innych generacji sposób ich patrzenia na świat wydaje się często nie do przyjęcia. Jednak każde pokolenie ma swój czas, w którym trzeba się dostosować do ich preferencji. Pamiętajmy, że w pokoleniu Y mimo wad tkwi ogromna siła, którą warto wykorzystać.

Autor: Marcin Żukowski, Team Leader agencji interaktywnej Mint Media

Analiza pozycji dużych graczy 15.05.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 15.05.2017 7– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 15.05.2017 8-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportu COT powinniśmy zainteresować się dolarem australijskim oraz dolar kanadyjski.

Dolar australijski

Ostatni raport COT wykazał, że fundusze lewarowane w dalszym ciągu pomniejszają swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku. Od 2 do 9 maja fundusze otworzyły ponad 7 tysięcy krótkich pozycji oraz zamknęły 2 tysiące długich.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Głównym powodem wychodzenia z długich pozycji na dolarze australijskim jest wyprzedaż surowców, a w szczególności rudy żelaza. Przecena dotknęła także innych metali przemysłowych, co powinno wzmocnić trend spadkowy na dolarze australijskim. Co więcej, fundusze w dalszym ciągu mogą redukować swoją pozycję po długiej stronie rynku jednocześnie zajmując krótką.

Notowania AUD/USD (zielony), rudy żelaza (fioletowy), BBG Industrial Metals Index (biały)

Notowania AUD/USD (zielony), rudy żelaza (fioletowy), BBG Industrial Metals Index (biały)

Źródło: Bloomberg

Dalsza wyprzedaż metali przemysłowych może zostać przedłużona. Ostatnie dane makroekonomiczne z chińskiej gospodarki kuleją. Produkcja oraz sprzedaż spadają, za to rosną zapasy producentów, co jest bardzo negatywnym zjawiskiem.

Produkcja przemysłowa R/R, Sprzedaż detaliczna R/R, zapasy

Produkcja przemysłowa R/R, Sprzedaż detaliczna R/R, zapasy

Źródło: Bloomberg

Notowania pary walutowej AUD/USD na wykresie dziennym znajdują się w kanale spadkowym. Od czterech dni trwa korekta, która powinna zostać zakończona w okolicy strefy oporu 0.744-0.747. Celem niedźwiedzi może być dolna banda kanału spadkowego.

Notowania AUD/USD, interwał dzienny

Notowania AUD/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dolar Kanadyjski

Od kilku tygodni duzi gracze powiększają swoją krótką pozycję na dolarze kanadyjskim. Powodów jest kilka, pierwszym z nich była przecena ropy naftowej, później kłopoty na rynku nieruchomości, gdzie utworzyła się bańka spekulacyjna.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Od 2 do 9 maja duzi gracze otworzyli prawie 10 tysięcy krótkich pozycji względem 2 tysięcy długich. Pomimo niedźwiedziego nastawienia musimy zauważyć, że pozycje netto znalazły się na długoterminowym minimum (luty 2014 rok). Zatem dalsza deprecjacja tej waluty ma ograniczony zasięg. Ponadto ostatni wystrzał na ropie może doprowadzić do większej korekty.

CADUSD (zielony), ropa naftowa WTI (biały)

CADUSD (zielony), ropa naftowa WTI (biały)

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano korelację pomiędzy ropą WTI, a parą walutową CAD/USD. Gdyby doszło do pokonania ważnych poziomów na ropie naftowej (oporów), to dolar kanadyjski z pewnością umocniłby się względem dolara amerykańskiego.

Na wykresie dziennym pary walutowej USD/CAD doszło do wybicia ponad strefę oporu 1.354-1.359. Wcześniejszy opór stał się wsparciem, przebicie tej strefy oznaczałoby zejście USD/CAD w okolicę kolejnego poziomu wsparcia 1.326-1.331. Za umocnieniem się dolara kanadyjskiego względem USD przemawia zbyt pesymistyczne nastawienie inwestorów oraz drożejąca ropa naftowa. Ryzykiem dla tego scenariusza jest zaognienie problemu w kanadyjskim systemie bankowym.

Notowania USD/CAD, interwał dzienny

Notowania USD/CAD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Moody’s dobrze o Polsce. Słabe dane z USA

Agencja ratingowa Moody’s nie tylko utrzymała notę A2, ale również podniosła perspektywę z negatywnej na neutralną. Wybory parlamentarne we Francji już za miesiąc. Słabe dane z USA pociągnęły dolara.

Perspektywa dla Polski w górę

Zgodnie z oczekiwaniami ekspertów rating Polski pozostał na niezmienionym poziomie. W górę za to poszły perspektywy na przyszłość. Podskoczyła z negatywnej na stabilną. Dobrze to oddaje to co dzieje się w polskiej gospodarce. Wzrost gospodarczy jest na solidnym poziomie, a ryzyka polityczne pomimo tego, że wciąż występują maleją a zatem nie uzasadniają negatywnego nastawienia. Pomimo realizacji obietnic socjalnych deficyt budżetowy wciąż utrzymuje się na bezpiecznym poziomie – poniżej 3% PKB. Efektem tych danych było umacnianie się złotego w piątkowy wieczór.

Macron objął urząd prezydencki

Rynki wciąż zastanawiają się jakim prezydentem będzie Emmanuel Macron. Wiele mówi się w kontekście rynków o propozycji z kampanii wyborczej osobnego budżetu dla państw strefy euro i pozostały. Biorąc pod uwagę, kto w Unii Europejskiej z bogatych państw nie posiada wspólnej waluty taki podział mógłby się okazać dla Polski niekorzystny. Warto zwrócić uwagę, że we Francji za miesiąc odbywają się wybory parlamentarne. Do tego czasu działalność nowego prezydenta i jego wypowiedzi mogą nosić pewne cechy kampanii wyborczej. Gdyby udało się jego ruchowi – La Republique en marche – zgodnie z sondażami zdobyć większość z pewnością ułatwiłoby mu to rządzenie.

Słabe dane z USA

W piątek poznaliśmy odczyty ważnych danych makroekonomicznych z USA. Sprzedaż detaliczna rośnie w ujęciu miesięcznym o 0,4%, to o 0,2% mniej niż oczekiwali analitycy. Inflacja w ciągu roku wyniosła 2,2% przy oczekiwanych 2,3%. Są to kolejne słabsze dane zza oceanu. W efekcie inwestorzy zaczęli wątpić w podwyżkę stóp już na czerwcowym posiedzeniu. W wyniku wyprzedaży kontraktów obliczane z nich prawdopodobieństwo podwyżki spadło do 70%. Spadki nie ominęły też dolara. Amerykańska waluta straciła w piątek około 4 groszy wobec złotego.

Dzisiaj z danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – bilans płatniczy,
  • 14:30 – USA – indeks NY Empire State,
  • 22:00 – USA – napływ kapitałów do USA.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Nowy model energetyki wymusi innowacje w całym sektorze

Nowoczesne technologie w energetyce są potrzebne wszystkim uczestnikom tego rynku, a w szczególności operatorom sieci energetycznych, którzy muszą zwiększyć wydajność i niezawodność dystrybucji.

Zmiany jakie przyniesie nowy model energetyki 3D

Jednym z istotnych problemów są wciąż powstające straty na drodze pomiędzy elektrownią, stacjami transformatorowymi, a odbiorcami końcowymi. Przyczyną strat są kwestie związane z infrastrukturą sieci, która mimo modernizacji w wielu miejscach wciąż jest przestarzała i nieefektywna. Dlatego też nowy model energetyczny ma zmienić całkowicie tę sytuację.

W tym celu w sieciach energetycznych wykorzystać należy inteligentne, skomunikowane ze sobą produkty, zintegrować dane z obszaru IT i OT oraz wdrożyć zaawansowane narzędzia zarządzania. To skuteczne zarządzanie musi dziś odbywać się w czasie rzeczywistym, aby sprostać zapotrzebowaniu, ale też unikać strat energii czy nadmiernej produkcji. Rozwiązaniem jest zastosowanie narzędzi analitycznych umożliwiających symulowanie, planowanie i raportowanie tego co dzieje się w sieci, wdrożenie systemów informatycznych do monitoringu i wizualizacji danych oraz montaż inteligentnych urządzeń w sieci, które będą komunikować się między sobą. Proces ten zamykać będzie integracja i analiza danych pochodzących z wszystkich tych źródeł.

Kolejnym elementem jest integracja niestabilnych źródeł energii, mikrosieci, e-mobility, czyli tzw. Grid-Edge. Oznacza on konieczność wprowadzenia i integracji takich urządzeń jak magazyny energii, ładowarki do samochodów elektrycznych czy rozproszone źródła energii.

Te właśnie źródła na poziomie tzw. mikro sieci wymagają ciągłego monitorowania, aby efektywnie zarządzać produkcją przy użyciu rozwiązań IT. Tutaj podobnie jak w przypadku dużych sieci przesyłowych, głównym elementem wykonawczym są inteligentne produkty, które zapewnią funkcjonowanie tego systemu.

W nowym modelu ważna staje się również rola odbiorców końcowych, którzy będą mogli lepiej zarządzać energią, a tym samym wpływać wzrost efektywności energetycznej. W przypadku odbiorców przemysłowych wdrażane będą systemy zarządzania produkcją i poborem energii (PCS, BMS, DSR) oraz oprogramowanie do poprawy efektywności energetycznej. Takie oprogramowanie w formie aplikacji mobilnych czy webowych będzie dostępne także dla odbiorców domowych. Oprócz tego budynki, jak i mieszkania staną się bardziej inteligentne dzięki zastosowaniu na szeroką skalę czujników, osprzętu elektroinstalacyjnego czy aplikacji do wizualizacji i sterowania zużyciem tej energii.

Innowacje a sektor energetyczny

Światowa energetyka jest w okresie dużych zmian, których głównym filarem są nowoczesne rozwiązania technologiczne. Firmy pracują nad rozwiązaniami, które będą miały zastosowanie w wielu obszarach tej branży, jak np. smart grid, czy energetyka odnawialna. Powstają też rozwiązania bardziej kompleksowe, łączące wiele różnych technologii, na które firmy przeznaczają spore środki.

W ciągu ostatnich trzech lat zainwestowaliśmy miliardy dolarów na badania i rozwój, czego efektem jest stworzenie EcoStruxure Grid. Jest to platforma oparta na unikatowym zbiorze rozwiązań technologicznych, która obejmuje najlepsze w branży produkty podłączone do sieci, sterowanie lokalne oraz funkcje analityczne i usługi. Rozwiązanie zawiera najszerszą
w branży ofertę rozwiązań z zakresu energetyki, automatyki i oprogramowania, które
są łączone w kompleksowe pakiety dostosowane do wymagań klientów. Dodatkowo ułatwia obsługę coraz bardziej złożonych procesów energetycznych, pomaga w optymalizacji zasobów i umożliwia szybsze reagowanie na zmiany zachodzące w sieci oraz otoczeniu biznesowym. Ta zintegrowana platforma pozwala, więc maksymalnie wykorzystać nowe możliwości, oferowane przez postępującą digitalizację. Odpowiada też na wyzwania, przed którymi stoi energetyka. –
mówi Michał Ajchel, Wiceprezes, Pion Energetyki
w Schneider Electric Polska.

Technologia EcoStruxure Grid sprawdzi się w szczególności u zarządców sieci energetycznych oraz dystrybutorów, gdzie istnieje potrzeba zwiększenia efektywności, niezawodności i bezpieczeństwa pracy sieci. Dodatkowo, rozwój Internetu Rzeczy sprawi, że zarządzanie systemem energetycznym będzie łatwiejsze i oparte na dogłębnej analizie danych, zbieranych przez podłączone do sieci urządzenia.

Na tym jednak innowacje się nie zatrzymają. Tempo zużycia energii, do 2040 roku wzrośnie dwukrotnie w stosunku do tempa wzrostu jej produkcji[1]. Dlatego też możemy spodziewać się, że innowacje będą obecne wszędzie tam, gdzie energia jest konsumowana, czyli np. nasze mieszkania, miejsca pracy czy transport. Z danych zawartych w raporcie „Delphi-study on the future of energy systems in Germany, Europe and the world by the year 2040” – wynika, że technologie, które mają największy potencjał komercjalizacji w ciągu najbliższych dziesięciu lat to: generacja rozproszona, pojazdy z napędem elektrycznym, mikrosieci i sieci inteligentne, usługi energetyczne, wysokosprawne turbiny gazowe, magazynowanie energii oraz małe reaktory jądrowe. Szacuje się, że łączna wartość globalnych rynków do 2020 roku, dla tych technologii wyniesie 822 miliardy dolarów.

Wszystkie te technologie, aby mogły być wdrożone, wymagają odpowiedniej infrastruktury
i zarządzania nią. Dlatego Schneider Electric stworzył EcoStruxure Grid, która jest platformą technologiczną, dostarczającą takich narzędzi nie tylko w sektorze energetyki, ale również budownictwa, centrach przetwarzania danych, czy przemyśle. Dzięki unifikacji technologicznej będziemy mogli tworzyć bardziej kompleksowe rozwiązania, dostarczając jeszcze lepszych korzyści. –
dodaje Michał Ajchel.

Innowacje w sektorze energetyki to nie przyszłość, a teraźniejszość. Możemy już dziś korzystać z wielu rozwiązań, które pomogą sprostać wyzwaniom. Potrzeba tylko odpowiedniej wiedzy i doradztwa, aby właściwie je wdrożyć.

[1] IEA, World Energy Outlook (Perspektywy energii na świecie), 2014.

Abadon Real Estate z pakietem kontrolnym akcji AWBUD

Abadon Real Estate S.A. posiada bezpośrednio i pośrednio 50,49 proc. udział w kapitale akcyjnym AWBUD S.A., który uprawnia go do takiej samej liczby głosów na WZA Spółki. Zwiększenie zaangażowania podmiotu z holdingu Murapol w akcjonariacie AWBUD jest efektem sfinalizowania transakcji zakupu 100 proc. udziałów jego głównego akcjonariusza – spółki Petrofox Sp. z o.o., dysponującej obecnie pakietem 41,02 proc. akcji AWBUD.

Przejęcie Petrofox Sp. z o.o. przez Abadon RE wynika z podpisanej w dniu 31 stycznia br. umowy inwestycyjnej, zgodnie z którą spółka z holdingu Murapol zobowiązała się do zakupu głównego akcjonariusza AWBUD S.A. Aby transakcja mogła dojść do skutku, musiały zostać spełnione warunki zawieszające, którymi było m.in. uzyskanie pozytywnej decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta dla planowanego zakupu.

Efektem przejęcia Petrofox Sp. z o.o. przez Abadon Real Estate S.A. jest zwiększenie dotychczasowego, 9,47 proc. bezpośredniego udziału Abadon RE w akcjonariacie AWBUD S.A. do poziomu 50,49 proc., posiadanego bezpośrednio i pośrednio. Z kolei Murapol S.A., dominujący akcjonariusz Abadon RE dysponuje bezpośrednio i pośrednio 55,48 proc. pakietem akcji AWBUD S.A., w tym bezpośrednio 4,99 proc.

– Po trwającym nieco ponad trzy miesiące, regulowaniu formalności związanych ze spełnieniem warunków zawieszających realizację transakcji przejęcia kontroli nad AWBUD-em, obecnie stanowimy formalnie jedną grupę kapitałową, z bogatą ofertą zasobów i kompetencji do realizacji projektów z szeroko rozumianego rynku nieruchomościowego. Myślę, że na efekty synergii naszych działalności nie będziemy musieli długo czekać, gdyż już podczas negocjacji umowy, jasno określiliśmy zasady funkcjonowania rozbudowanej Grupy Abadon RE. – mówi Michał Sapota Prezesa Zarządu Abadon Real Estate S.A. Teraz skupimy się na znaczącym zwiększeniu skali działania AWBUD-u i optymalnym wykorzystywaniu możliwości jakie takim podmiotom stwarza prężnie działający rynek.dodaje Michał Sapota.

WannaCry – jeden z największych globalnych ataków ransomware

Sean Sullivan, doradca ds. cyberbezpieczeństwa w firmie F-Secure
Sean Sullivan, doradca ds. cyberbezpieczeństwa w firmie F-Secure

Atak ransomware WannaCry to powtórka z przeszłości. Niestety, organizacje przez długi czas ignorowały podstawowe zasady bezpieczeństwa, takie jak konieczność użycia firewalla i dlatego WannaCry szybko wymknął się spod kontroli. To, co się stało nie jest najgorszym scenariuszem – szczęście w nieszczęściu atak nie był aktem terrorystycznym, czy działaniem na zlecenie rządu. Cyberprzestępcy w tym przypadku kierują się chęcią zarobienia pieniędzy, a skutki ataku są odwracalne. Skala przedsięwzięcia to jednak niebezpieczny dowód na to, że potencjalnie możliwy byłby atak o nieodwracalnych skutkach,przeprowadzony przez hakerów na rzecz któregoś z państw.  Wannacry wiadomość na komputerzeF-Secure WannaCry mapa

Ransomware o nazwie WannaCry – wymuszenie okupu na skalę globalną

Ransomware o nazwie WannaCry od początku wykrycia w ostatni piątek rozprzestrzenił się na ponad 200 tys. komputerów w ponad 150 krajach na całym świecie (informacja Szefa Europolu).  Po weekendzie sytuacja może się zmienić, kiedy to niektórzy przyjdą do pracy dzisiaj rano.

Dotychczas atak potwierdzono właściwie w każdym sektorze gospodarki: w bankach, firmach telekomunikacyjnych, energetycznych, a także w szpitalach, środkach transportu, mediach oraz urzędach państwowych. Informacja o wymuszeniu okupu pojawiła się tez w bankomatach, stacjach benzynowych, czy sklepach. Tak zmasowany atak wywołał paraliż w wielu firmach, które utraciły dostęp do swoich danych, systemów i sieci.

Po wstępnym sukcesie firm bezpieczeństwa i badaczy, którzy zaczęli szukać możliwości ochrony przed atakiem i jeden z badaczy znalazł wyłącznik awaryjny – nazwę domeny, do której połączenie chroniło przed infekcją, powstały kolejne warianty oprogramowania nieposiadające tych cech. Jednocześnie po kilku dniach kampanii, nadal nie wiadomo kto stoi za atakiem, czy poza żądaniem okupu był jeszcze inny ukryty motyw tego działania, lub czy cała sprawa jest efektem ubocznym innego działania.

Atak pokazuje problem proliferacji narzędzi do hakingu i wpływ działań rządowych na biznes i społeczeństwo. WannaCry rozprzestrzenia się prze robaka wykorzystującego kod EternalBlue / Double Pulsar, który z dużym prawdopodobnie stanowi jedno z narzędzi stosowanych przez NSA, który ujawniła w Internecie grupa o nazwie Shadow Brokers (do dziś nie ma też jednoznacznej odpowiedzi, co do tożsamości członków grupy i motywów działania). Inny problemem to ciągle rosnąca automatyzacja samych narzędzi, a także mechanizmy podziemnej gospodarki, która zapewnia komercjalizację, a tym samym ich dostępność dla osób z pieniędzmi, ale często  nieposiadających wiedzy o potencjalnych skutkach ubocznych działania takiego oprogramowania.

Jednak kryterium głównym tak dużej skali infekcji jest ignorancja i brak świadomości nas samych w zakresie podstawowych elementów bezpieczeństwa. Niestety, ciągle jeszcze powszechne jest myślenie, że ataki to science fiction, dotyczą firm gdzieś daleko od nas, w USA, czy Wielkiej Brytanii a nie nas samych. Ataki były nieuniknione i spodziewajmy się więcej, brak świadomości zarządów spółek, myślenie w kategoriach, że nie mieliśmy żadnego incydentu tego typu w przeszłości to, dlaczego teraz miałoby się to wydarzyć, tzw. pudełkowe security – np. regulator zaleca system ochrony danego typu więc firma kupuje system A „z półki” i oczywiście przedstawia to jako oznakę bezpieczeństwa (chociaż system nie realizuje żadnego celu). Ulegamy też często magii norm i certyfikatów, które na samym końcu okazują się tylko papierem. Inne kwestie, to brak strategii działania, nie mówiąc już o monitorowaniu bezpieczeństwa własnej infrastruktury lub regularnym testowaniu.

Autor komentarza: Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte

Grupa kapitałowa Plast-Box po I kwartale 2017

Grupa kapitałowa Plast-Box w pierwszym kwartale 2017 roku osiągnęła 10 % wzrostu sprzedaży i wypracowała 1,6 mln zł zysku netto, co przekłada się na stopę zysku netto wynoszącą 4 %.

W tym okresie spółka córka Plast-Box Ukraina uzyskała 49 % wzrostu przychodów, notując wartość 68 mln UAH – zysk netto wyniósł natomiast 5,4 mln UAH przy stopie 8 %, a EBITDA 10,5 mln UAH (15,4 %).

W pierwszych trzech miesiącach roku grupa Plast-Box kontynuowała działania proeksportowe, realizując 63 % udziału eksportu w sprzedaży ogółem oraz 37,9 % sprzedaży do Unii Europejskiej.

Wciąż nasz udział w rynku europejskim jest bardzo mały, co wskazuje na ogromne możliwości wieloletniego rozwoju – komentuje Krzysztof Pióro, wiceprezes zarządu Plast-Box S.A. – Jesteśmy znaczącym wytwórcą opakowań z tworzyw sztucznych pracującym w formule B2B, który zamierza nadal umacniać swoją pozycję w Europie. Wyroby kierujemy do renomowanych producentów żywności oraz chemii budowlanej i używanej w gospodarstwie domowym. Działamy w skali międzynarodowej, prowadząc aktywność w niemal wszystkich krajach na naszym kontynencie – dodaje.

Dr Kwiecień: Decyzje Donalda Trumpa mogą pozostawać bez znaczenia dla długoterminowych inwestycji

Spekulując na temat przewidywanych zwrotów w polityce gospodarczej USA, należy pamiętać o tym, że rynki wyceniają każdą zmianę, zanim jeszcze zostanie ona wprowadzona. Jeśli giełda stale rośnie, np. w związku zapowiedzią obniżki podatków, to gdy faktycznie zostaną zmniejszone, może już nie zareagować na to zdarzenie.

Inwestorzy na całym świecie niemal codziennie analizują każdą wypowiedź prezydenta Trumpa oraz jego doradców. Jeśli jakaś zmiana ma być wprowadzona za kilka miesięcy czy nawet za rok, to nie znaczy, że dopiero wtedy zaważy na kursie dolara czy też notowaniach giełdowych. Rynki reagują natychmiast. Niemniej, jak radzi dr Przemysław Kwiecień, oceniając podejmowane przez nas ryzyko finansowe, powinniśmy najpierw zastanowić się, czy nasz profil inwestycyjny odpowiada spekulacji na to, co się dzieje w polityce gospodarczej USA. Jeśli akumulujemy kapitał długoterminowo, to sytuacja w Stanach Zjednoczonych może nie być dla nas ważnym czynnikiem przy zawieraniu transakcji.

– Niepewność jest nieodłączną cechą rynków finansowych. Decydując się na jakąkolwiek inwestycję, musimy się liczyć z tym, że ona może się nie udać. Zawsze wpływa na to szereg czynników. Trzeba dobrze je rozumieć i ocenić, czy warto podjąć określone ryzyko. Kwestia polityki w USA niczym nie różni się od innych zagrożeń, które występowały np. 5 czy 10 lat temu. Tylko z tego powodu, że Donald Trump jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, nie możemy przecież rezygnować z inwestowania – przekonuje dr Przemysław Kwiecień, Główny Ekonomista X-Trade Brokers.

Oczywiście, jak podkreśla ekspert, niepewność w sferze polityki gospodarczej Stanów Zjednoczonych jest obecnie znacznie większa, niż w czasie drugiej kadencji prezydenckiej Baracka Obamy. Trzeba przyznać, że wówczas w tym zakresie niewiele się zmieniało. Zagrożenia, jakie kreują rządy Donalda Trumpa, polegają głównie na tym, że jeśli pewne zamysły nowej administracji się nie powiodą, to wówczas nadzieje z nimi związane zostaną zawiedzione. Dla przykładu, zaczną spadać akcje, które mocno rosły, w oczekiwaniu na konkretne rozwiązania.

– Jeśli chcemy opierać nasze inwestycje na zmianach w polityce gospodarczej USA, to siłą rzeczy musimy śledzić tę sytuację bardzo skrupulatnie. Reformy w zakresie podatków dla firm szczególnie wpływają na wyceny akcji, bo niższa stawka podatku CIT to więcej pieniędzy, które można przeznaczyć na dywidendy. Z kolei, wprowadzenie podatku granicznego może okazać się bardzo istotne dla rynków walut. Zwiększyłby on konkurencyjność produkcji w Stanach Zjednoczonych i prawdopodobnie przełożyłby się na umocnienie dolara. Zostały też złożone obietnice, dotyczące potężnego pakietu infrastrukturalnego. One już oddziałują na rynek giełdowy oraz walutowy – zaznacza dr Kwiecień.

Musimy rozumieć, o co toczy się gra, aby później odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to rozwiązanie nie jest bardziej prawdopodobne od innego. Niestety, jak zauważa ekspert, w polityce sprawy czasem przybierają nieoczekiwany obrót. Wydaje się, że jest poparcie dla jakiejś idei, a za chwilę go nie ma lub dochodzi do nieoczekiwanego kompromisu. To nie jest tak, że prezydent Trump zapowiada, co chciałby zreformować, i już natychmiast wdraża to w życie. Śledzenie na bieżąco długotrwałych zmian w legislacji wymaga nie lada wysiłku.

– Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA, inwestorzy niemal natychmiast zaczęli oczekiwać, że szybko nastąpi boom gospodarczy, wywołany zmianą polityki. Ta euforia, która wówczas wybuchła, już się rozpłynęła i powoli zastępuje ją rozczarowanie. Należy zauważyć, że Kongres Stanów Zjednoczonych wcale nie rozpoczął swoich prac od reformy podatków tak, jak to przewidywano. Najpierw, przecież nowe władze podjęły się reformy programów starej administracji – przypomina dr Przemysław Kwiecień.

Jak podsumowuje ekspert, do przyjęcia zmian legislacyjnych potrzebna jest zgoda w obrębie partii republikańskiej, która gra pierwsze skrzypce w Kongresie Stanów Zjednoczonych. Tymczasem, jeśli zestawimy ze sobą różne deklaracje Donalda Trumpa i członków jego administracji, a także liderów „Grand Old Party” okaże się, że nie są one spójne. Dla przykładu, wielu republikanów nie chce dopuścić do wzrostu deficytu budżetowego. W związku z tym, czeka nas długotrwały proces, w wielu kwestiach może on zająć całe miesiące.

Słabsze dane z USA. Deklaracje OPEC i Rosji rozbudzają rajd ropy

Decyzja Moody’s w sprawie Polski potwierdza to, co rynek uświadomił sobie dawno temu. Nie jest to silny impuls dla złotego, ale przy pozytywnym klimacie zewnętrznym waluta pozostaje silna. Deklaracje OPEC i Rosji rozbudzają rajd ropy, co dyktuje tryb risk-on dla innych klas aktywów.

Agencja Moody’s „odkręciła” swoją decyzję sprzed roku i przywróciła stabilną perspektywę dla ratingu Polski (ten bez zmian na A2). W uzasadnieniu agencja zdaje się mieć mniejsze niż rok temu obawy o stabilność fiskalną Polski i sytuację polityczną. Agencja wierzy w deklaracje rządu do utrzymania deficytu poniżej 3 proc. PKB i nie widzi już zagrożeń dla klimatu inwestycyjnego ze strony niepewności politycznej. Decyzja była małą niespodzianką, gdyż rynek (w tym my) oczekiwał utrzymania perspektywy. Sądziliśmy, że agencja z większą ostrożnością spojrzy na zapewnienia rządu o kontroli wydatków budżetowych. Ale nawet mimo tego decyzja Moody’s zdaje się spóźniona względem zmiany postrzegania Polski przez inwestorów finansowych, gdyż powrót kapitału do złotego i polskich aktywów rozpoczął się już na początku poprzedniego kwartału. Podwyższenie perspektywy jest zatem potwierdzeniem, jak (na ten moment) rynki oceniają Polskę. Trudno w decyzji dojrzeć istotny czynnik umacniający złotego, jednak mimo wszystko jest to pozytywna informacja, która wpisuje się klimat apetytu na ryzyko, jaki utrzymuje się na rynkach. EUR/PLN może dziś dotknąć 4,20, choć w szerszym ujęciu kurs utknął w konsolidacji 4,18-4,23 i dopiero wyłamanie w którąś stronę nada kierunek dla przyszłej tendencji. Dalej uważamy, że w dłuższym horyzoncie górne ograniczenie jest pod większym ryzykiem.

Największe ruchy w poniedziałek dotyczą ropy naftowej, gdzie obietnice OPEC ponownie nadają ton dla handlu. Ceny Brent i WTI są dziś ok. dolar wyżej w reakcji na oświadczenia Arabii Saudyjskiej i Rosji, w których oba kraje popierają przedłużenie porozumienia dot. ograniczenia wydobycia o kolejne 9 miesięcy do końca marca 2018 r. „na dotychczasowych warunkach”. Najbliższy szczyt OPEC zaplanowany jest na 24-25 maja i do tego czasu pewnie usłyszmy więcej zapewnień. Nie zmienia to jednak faktu, że USA nie uczestniczą w porozumieniu i zwiększają wydobycie (nie zważając na siłę wewnętrznego popytu), tym samym niwelując starania OPEC i Rosji. Kwestia ta stała za silnymi spadkami cen ropy na przełomie kwietnia i maja. Stąd nie wykluczałbym, że gdy w przyszłym tygodniu rynek „sprzeda fakty” z OPEC, znowu powróci do obaw o sytuację podaż/popyt w USA. Do tego czasu jednak rajd ulgi na ropie może się utrzymywać z korzyścią dla CAD, NOK i RUB.

Kwietniowe dane o sprzedaży detalicznej i CPI z USA wypadły blado. Szczególnie osłabienie inflacji bazowej do 1,9 proc. r/r (poniżej celu Fed) osłabiło oczekiwania przed czerwcowym posiedzeniem FOMC, choć wycena rynkowa wciąż daje ponad 90 proc. szans na podwyżkę. Przedstawiciele Fed sugerowali ostatnio, że są w stanie „przymknąć oko” na jednorazowe potknięcia w danych, ale jeśli potknięć będzie więcej, może zaobserwować zmianę retoryki (przynajmniej w obozie gołębi). Przy takim rozkładzie ryzyk dolarowi będzie trudno wypracować świeży impuls wzrostowy, gdyż do tego potrzeba silnych danych, które rozbudzą dyskusje o kolejnych podwyżkach w drugiej części roku.

EUR/USD jeszcze w piątek wrócił ponad 1,09, częściowo przez słabsze dane z USA, a częściowo przez informacje niemieckiego dziennika Der Spiegel, który podaje za anonimowymi źródłami, że ECB chce od lipca rozpocząć przygotowywanie rynków do procesu odchodzenia od ultra-luźnej polityki, a do jesieni przedstawi plany wygaszenia QE. Według gazety ECB ma redukować miesięczne tempo skupu o 10-20 mld EUR od początku 2018 r. EUR pozbyło się premii za ryzyko polityczne i jest mocniej skupione na sytuacji ekonomicznej i implikacjach dla polityki ECB. Lepsze postrzeganie kondycji Eurolandu może wzmacniać napływy kapitału na lokalny rynek akcji (i umacniać EUR), który ma do nadgonienia dobra postawę Wall Street. Wszystko to pod warunkiem, że dane makro pozostaną solidne, choć tutaj na razie więcej jest oczekiwań (wysokie PMI) niż odzwierciedlenia tego w twardych danych. Jesteśmy bardziej sceptyczni w tej kwestii, ale na razie optymizm dominuje.

Kalendarz w poniedziałek jest prawie pusty (tylko NY Empire State), więc sentyment będzie grał pierwszoplanową rolę. Rajd ropy przemawia za apetytem na ryzyko, co też potwierdzają wyższe poziomy USD/JPY. Dolar traci jednak do EUR, GBP i walut surowcowych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Check Point ostrzega przez kolejnymi atakami ransomware

Zmasowany, ogólnoświatowy atak złośliwego oprogramowania typu ransomware, którego ofiarą padły komputery z systemem operacyjnym Windows w ok. 100 krajach, w sobotę został praktycznie powstrzymany. Może jednak dojść do kolejnych ataków ransomware – ostrzega Check Point.

Atak jest wynikiem wykrycia przez eksperta IT tzw. „wyłącznika awaryjnego” w oprogramowaniu, wymuszającym okup w bitcoinach za odblokowanie plików, zaszyfrowanych przez hakerów w zaatakowanych komputerach. Informatyk zorientował się, że to złośliwe oprogramowanie (występujące pod nazwami WannaCrypt, bądź WanaCrypt lub Wcry) atakuje urządzenia z systemem operacyjnym Windows i używa luki odkrytej przez Microsoft. Ta została załatana w marcu bieżącego roku, ale jak widać, wciąż wiele komputerów nie zostało zaktualizowanych, co pozwala na atak złośliwym oprogramowaniem.

Kampania objęła m.in. instytucje państwowe w Wielkiej Brytanii, gdzie ofiarą stała się Narodowa Instytucja Ochrony Zdrowia (NHS) . Atak doprowadził do krachu systemów komputerowych i co za tym idzie, dostarczania opieki medycznej. Wiele planowanych operacji na razie zostało przełożonych.

Skutki ataku odczuły firmy w Rosji, Turcji, Niemczech, Indonezji, Wietnamie, Japonii, Hiszpanii. W Hiszpanii ofiarami ataku padł potentat telekomunikacji Telefonica oraz bank Santander. Na całym świecie jego ofiarą padają przeróżne organizacje, np. uniwersytety, usługi telekomunikacyjne, banki oraz szpitale.

– To relatywnie nowa odmiana ransomware – po raz pierwszy wykryta w lutym 2017 roku i najnowsza wersja ujawniła się w dniu 11 maja 2017. Niebezpieczeństwo tkwi w bardzo szybkim procesie rozprzestrzeniania się tego wirusa w sieciach organizacji i korporacji w Europie i Azji. To pokazuje prawdziwe oblicze i problem jaki niesie ze sobą ransoware – podkreśla Aatish Pattni, szef oddziału prezencji w firmie Check Point, Północna Europa.

– Atak ten uświadamia światu, że wszystkie firmy i organizacje muszą bardziej szczegółowo podchodzić do kwestii skanowania i filtrowania niebezpiecznych plików, które trafiają do systemów sieciowych. Najistotniejszym elementem jednak jest proces szkoleń pracowniczych i ochrony przenośnych urządzeń używanych do korespondencji służbowej – dodaje przedstawiciel Check Point.

Banki nie mają aktualnego adresu do wielu klientów

Polacy nie przywiązują wagi do aktualizacji adresu w licznych firmach i instytucjach, z którymi powinni pozostawać w kontakcie. Z analiz Biura Informacji Kredytowej wynika, że np. banki mogą nie wiedzieć gdzie mieszka niemal co trzeci ich klient. Konsekwencje takich zaniedbań mogą być przykre: wpis do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, kara Urzędu Skarbowego, nakaz zapłaty wydany przez sąd, zepsuta historia kredytowa i to wszystko bez wiedzy zainteresowanego.

Po zakupie mieszkania lub przeprowadzce, aktualny adres powinniśmy podać m.in. bankom, w których mamy konta lub kredyty, urzędowi skarbowemu, sądom jeśli jesteśmy w trakcie rozpraw, ubezpieczycielom, firmom, z którymi mamy podpisane umowy, ZUS-owi, OFE. Niestety, często o tym nie pamiętamy. Przeprowadzona przez BIK analiza danych kontaktowych 23,5 mln klientów banków pokazuje, że instytucje te mają prawidłowe namiary do 70 proc. swoich klientów. Co ciekawe ok. 4 proc. osób przekazało adres, który w ogóle nie istnieje, albo jako klienci kilku banków w każdym z nich wskazali inne miejsce zamieszkania (ponad 26 proc.).

Nie ma konieczności potwierdzenia odbioru pisma zapowiadającego wpis do BIG

Zgodnie z prawem, wierzyciel, który wysyła wezwanie informujące o zamiarze wpisania dłużnika do BIG nie musi uzyskać potwierdzenia jego odbioru. Wystarczy, że prześle je pod adres wskazany w umowie i po upływie 30 dni może dokonać wpisu. Ważne jest aby od terminu płatności minęło min. 60 ani, a kwota zaległości konsumenta wynosiła min. 200 zł – wyjaśnia Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor. Gdy dług jest udokumentowany wyrokiem sądowym, wystarczy od wysłania pisma do wpisu poczekać 14 dni.

Jeśli nie wiadomo o całej sytuacji, trudno zareagować – spłacić zaległość, negocjować, podpisać ugodę czy też podważyć wpis uznawany za nieuzasadniony. W takich sytuacjach świadomość problemu pojawia się dopiero wtedy, gdy z powodu negatywnego wpisu w BIG, banki, firmy pożyczkowe, firmy telekomunikacyjne albo np. operatorzy telewizji kablowych odmawiają zawarcia nowej umowy.

Nieświadomie można sobie zepsuć historię kredytową na 5 lat

Podobnie sytuacja wygląda z opóźnieniami w rozliczeniach z bankami. Gdy np. klient nie zapłaci raty kredytu przez 60 dni, otrzymuje pismo ostrzegające. Jeśli list trafi pod prawidłowy adres, niepłacący kredytu przeczyta w nim, że po upływie 90 dni od terminu płatności informacja na ten temat będzie figurowała w BIK przez 5 lat jako informacja negatywna (5 lat liczone jest od dnia rozliczenia opóźnianego kredytu). Ma możliwość zareagować, bo dalsze opóźnianie spłaty może utrudnić zaciągnięcie kolejnego kredytu. Przez zaniedbanie w aktualizacji kontaktu w niepowołane ręce mogą też trafić przekazane listownie karty płatnicze, PIN-y, czy informacje o stanie konta.

Pracodawcy muszą wiedzieć, gdzie wysłać rozliczenie roczne, a US jak powiadomić o pomyłce

Szczególnie w okresie rozliczania PIT-ów należy zadbać, aby w razie wezwania w celu wyjaśnień nieścisłości czy też konieczności dopłaty, urząd skarbowy miał nasz aktualny kontakt. Warto pamiętać, że fiskus na wezwanie do złożenia wyjaśnień ma 5 lat. A wezwanie może dotyczyć nie tylko podatku dochodowego, ale także podatków od sprzedaży auta, mieszkania, spadku czy darowizny. O podaniu najnowszego adresu należy pamiętać także w miejscach, w których podejmowaliśmy pracę, zobowiązanych do wystawienia rozliczenia podatkowego. Oczywiście również u aktualnego pracodawcy.

Sąd może nieobecnego ukarać grzywną lub go skazać

Bardzo ważne jest aktualizowanie adresu w sądzie, szczególnie w trakcie prowadzonego postępowania. Nieodebrana przesyłka pocztowa z sądu po 14 dniach może zostać uznana za doręczoną. Sąd może wydać niekorzystne dla nas orzeczenie np. nakaz zapłaty, gdy trafi pod nieaktualny adres, nie damy sobie nawet szansy na obronę i jego zaskarżenie. Oczywiście można podnieść argument, że przesyłka była źle zaadresowana i doręczenie pisma nie miało miejsca, ale nie jest to proste. Z kolei jeśli ktoś zasiada w zarządzie spółki, powinien pamiętać
o odpowiednich danych w Krajowym Rejestrze Sądowym.

Na nieodpowiedni adres może też przyjść np. mandat, którego nieopłacenie może spowodować zajęcie pieniędzy na koncie przez komornika. Wezwanie do sądu na świadka wysłane przez sąd i nieodebrane może zakończyć się grzywną. Sąd może bowiem w ten sposób ukarać osobę, która nie pojawia się na rozprawach. Na dodatek, zgodnie z prawem, zasądzona i nieopłacona grzywna sądowa może stać się powodem wpisania dłużnika do Rejestru Dłużników BIG.

Brak kontaktu równa się z brakiem szansy na odstąpienie od niekorzystnej umowy

Warto też pamiętać, że zgodnie z prawem, gdy firma jednostronnie zmienia zapisy umowy musi o tym powiadomić klienta, a ten ma możliwość w określonym czasie nie zgodzić się na nowe warunki. Jednak jeśli korespondencja przyjdzie na błędny adres, odbieramy sobie taką możliwość, nawet jeśli zmiana jest dla nas wyjątkowo niekorzystna. – W naszym interesie pozostaje, aby firmy, z którymi mamy relacje posiadały do nas aktualny kontakt, dlatego ważne jest, aby zawsze dopilnować zmiany, inaczej może nas to słono kosztować – mówi Mariusz Hildebrand.

Ataki hakerskie coraz większym zagrożeniem dla biznesu

Rośnie siła zagrożenia związanego z wyłudzaniem środków finansowych za pomocą złośliwego oprogramowania szyfrującego dane użytkowników komputerów, czyli tzw. „cryptolocker” albo „ransomware”. Jak podkreślają eksperci PwC, w ostatnich 12 miesiącach w 96% średnich i dużych przedsiębiorstw działających w Polsce doszło do ponad 50 cyberataków.

Metody cyberataków stale ewoluują i identyfikowane są przez intruzów nowe sposoby wyłudzania środków finansowych od atakowanych przedsiębiorstw i klientów indywidualnych. Jeszcze kilka lat temu głównym sposobem wyłudzania środków finansowych były ataki phishingowe. Tego typu ataki polegały na infekowaniu komputerów użytkowników bankowości internatowej za pomocą złośliwego oprogramowania,  do którego uruchomienia użytkownicy byli namawiani przez odpowiednio spreparowane maile. Po zainfekowaniu komputera, sprawcy modyfikowali w locie zlecane transakcje przez użytkowników, przechwytywali dane uwierzytelniające pozwalające na autoryzacje transakcji w imieniu użytkowników lub za pomocą odpowiednio spreparowanych komunikatów socjotechnicznych nakłaniali nieświadomych klientów do wysłania przelewu na wskazany numer konta.

Dzisiaj intruzi coraz częściej sięgają po kolejne metody wyłudzania środków finansowych związane z szantażowaniem.  Od kilku lat obserwowane jest nasilanie zagrożenia związanego z wyłudzaniem środków pieniężnych za pomocą oprogramowania ransomware. Złośliwe oprogramowanie po zainstalowaniu na komputerze użytkownika, szyfruje pliki i nakłania użytkownika do zapłacenia określonych środków pieniężnych w zamian za odszyfrowanie danych” – mówi Piotr Urban, partner w PwC, lider zespołu Cyber Security PwC.

W przypadku braku zapłaty użytkownik straci dostęp do zaszyfrowanych danych lub dane zostaną opublikowane narażając na wizerunek użytkownika i jego przedsiębiorstwo.

W przypadku dużych przedsiębiorstw – dane użytkowników i dane produkcyjne często są odpowiednio zabezpieczone na okoliczność utraty poprzez określone backupy danych.  Zaszyfrowane i utracone dane mogą być sprawnie odzyskane. Wydawać się może, że przedsiębiorstwa są odporne na tego typu zagrożenia, ale czy tak jest faktycznie?

Odzyskiwanie danych w przypadku ich zaszyfrowania za pomocą złośliwego oprogramowanie ransomware to tylko połowa sukcesu. Istotna jest reputacja przedsiębiorstwa, która narażona może być w przypadku wycieku wykradzionych informacji lub ujawnienia informacji o incydencie związanych z infekcjami i utratą danych. Ponadto intruzi mogą instalować dodatkowe komponenty złośliwego oprogramowania pozwalającego na zdalny dostęp do zainfekowanego środowiska IT,  nie wspominając o przestojach systemów produkcyjnych wynikających z infekcji lub odseparowania w celu rozwiązania problemu i ograniczenia zagrożenia oraz potencjalnych strat” – mówi Tomasz Sawiak, wicedyrektor w zespole Cyber Security PwC.

Jak działa oprogramowaniem ransomware o nazwie WanaCryptor (WanaCry)?

Fala infekcji złośliwym oprogramowaniem WanaCry zbiera żniwo od piątku 12 maja. Wiele dużych międzynarodowych firm zostało dotkniętych atakiem.

Komputery mogą być infekowane podobnie jak w większości tego typu przypadków przez odpowiednio spreparowane maile zachęcające do uruchomienia przez użytkowników dokumentów lub plików infekujących system, ale to co wyróżnia obserwowany atak to jest wbudowany w złośliwe oprogramowanie mechanizm samo-propagacji umożliwiający na samoistnie rozprzestrzenianie się infekcji z zainfekowanego komputera na pozostałe w środowisku IT. Mechanizm infekcji wykorzystuje znaną lukę w oprogramowaniu Windows załataną przez Microsoft w modyfikacji bezpieczeństwa MS17-010 w marcu tego roku. Niestety aktualizacja oprogramowania i proces instalacji łat zajmuje w dużych środowiska IT wiele czasu, nadal w nich występuje wiele podatnych komputerów.  Dodatkowo stacje robocze użytkowników z podatnymi systemami Windows mogą również zostać zainfekowane wskutek łączenia się do publicznych niezaufanych sieci WIFI, w których występują inne zainfekowane komputery.  Złośliwe oprogramowanie na zainfekowanych komputerach może samodzielnie się aktualizować instalując swoje kolejne warianty ukrywające się przed standardowymi metodami detekcji infekcji.

Podstawową zasadą postępowania w tego typu przypadkach (w przypadku braku zagrożenia życia) jest brak wchodzenia w dialog z intruzami i niepłacenie okupu.

Ministerstwo Finansów ruszyło z kontrolą JPK

Ministerstwo Finansów poinformowało w komunikacie, że w wyniku weryfikacji otrzymywanych plików JPK_VAT stwierdzono liczne uchybienia, przez co rozpoczęto proces kontaktowania się z podatnikami w tym zakresie.

Według MF do najczęstszych błędów popełnianych przez podmioty wysyłające JPK_VAT należą: rozbieżności w wartościach wynikających z JPK_VAT oraz w odpowiadających im polach w deklaracjach składanych za tożsamy okres rozliczeniowy, rozbieżności co do kwot wykazywanych przez dwie strony tej samej transakcji, jak również odliczanie VAT naliczonego na podstawie faktur zakupowych wystawionych przez podmioty nieposiadające statusu czynnego podatnika VAT.

MF kontaktuje się z podatnikami, u których stwierdzono wyżej opisane błędy, za pośrednictwem poczty elektronicznej, wysyłając wiadomości z adresu [email protected]. Mail zawiera prośbę o dokonanie sprawdzenia składanych plików JPK_VAT oraz – w przypadku stwierdzenia błędów – stosowne skorygowanie złożonej deklaracji VAT/przesłanego JPK_VAT.

„Co prawda MF na tym etapie nie przewiduje jakichkolwiek kar za błędy w przesłanych JPK_VAT, problem może się jednak pojawić w przypadku, gdy podatnik nie zastosuje się do przesłanych wytycznych czy też nie złoży odpowiednich wyjaśnień. Konsekwencją takiego stanu rzeczy może być bowiem bardziej szczegółowa weryfikacja rozliczeń podatnika, ze wszelkimi tego konsekwencjami, takimi jak wymierzenie sankcji czy pociągnięcie do odpowiedzialności karno-skarbowej” – tłumaczy Karol Potocki z Onwelo, firmy specjalizującej się w automatyzowaniu raportowania finansowego w przedsiębiorstwach, w tym m.in. w zakresie JPK.

Jak podkreśla przedstawiciel Onwelo, wyniki kontroli plików JPK_VAT pokazują, że dużo firm ma spore problemy ze spełnieniem nowych wymagań podatkowych nałożonych przez MF. Sytuacja ta z pewnością pogorszy się z chwilą, kiedy obowiązek przesyłania JPK obejmie również mikroprzedsiębiorców.

Celem uniknięcia nieprawidłowości przy raportowaniu JPK warto korzystać z narzędzi automatyzujących ten proces. Należy jednak pamiętać, aby sięgać po takie, które są stale aktualizowane, stosownie do zmieniających się regulacji. Przy wyborze rozwiązania warto również zwrócić uwagę na to, czy zapewnia ono weryfikację w sposób zbliżony do tej dokonywanej przez MF. Pozwoli to na uniknięcie problemów i zaoszczędzenie czasu” – mówi Karol Potocki.

Jako przykład funkcji pozwalających na wychwycenie błędów jeszcze przed złożeniem pliku JPK_VAT, przedstawiciel Onwelo podaje możliwość przeprowadzania testów merytorycznych na danych JPK_VAT, automatyczną weryfikację statusu VAT kontrahentów, czy też porównywanie wartości wynikających z JPK_VAT oraz tych z deklaracji.

Jednolity Plik Kontrolny (JPK) to nowy sposób Ministerstwa Finansów na przeprowadzanie kontroli skarbowych w firmach. Resort finansów liczy na to, że dzięki częstszym i sprawniejszym kontrolom skuteczniej będzie walczyć m.in. z luką w VAT szacowaną na 50 mld zł rocznie. To różnica między tym, ile pieniędzy powinno wpływać do budżetu z tego podatku, a tym, ile rzeczywiście wpływa. Obowiązek raportowania w postaci JPK spoczywa na dużych firmach (od lipca 2016 roku) oraz małych i średnich przedsiębiorstwach (od początku 2017 roku). Od 2018 roku obowiązek ten zostanie rozciągnięty na wszystkie firmy, w tym nawet jednoosobowe działalności gospodarcze.