Polska firma stworzyła rewolucyjną technologię do obsługi inteligentnego domu. Sterowanie systemem odbywa się za pomocą gestów

Polska firma stworzyła rewolucyjną technologię do obsługi inteligentnego domu. Sterowanie systemem odbywa się za pomocą gestów 1

Smart home to koncepcja inteligentnego domu sterowanego za pomocą nowych technologii – specjalnych przycisków, czujników, pilotów albo oprogramowania na tablety czy smartfony. Polska firma Fibaro stworzyła jednak innowacyjne rozwiązanie, które wydaje się bardziej intuicyjne i równocześnie wygodniejsze, ponieważ umożliwia sterowanie całą gamą urządzeń za pomocą zwykłych gestów.

Do tej pory koncepcja inteligentnego domu opierała się na ekosystemie opartym o korzystanie z fizycznych urządzeń: specjalnych przycisków, pilotów zdalnego sterowania, smartfonów czy tabletów. Fibaro zaproponowało natomiast technologię, która przynajmniej z pozoru umożliwia sterowanie domem bez jakichkolwiek gadżetów, po prostu za pomocą gestów. Kilka nieskomplikowanych ruchów pozwala na zapalenie światła, zamknięcie rolet, przystosowanie domu do oglądania telewizji czy odwrotnie – rozbudzenia domowników po nocnym odpoczynku. Tak naprawdę jednak możliwości sterowania gestami są znacznie większe i zależą w dużej mierze od wyobraźni i chęci użytkownika, który zaprogramuje odpowiednie akcje.

Sterowanie ruchami to następny krok w koncepcji inteligentnego domu, który usprawni życie naszym klientom. Sami dokładnie wiemy, że chcąc zapalić światło, jeszcze kilka lat temu używaliśmy zwykłych wyłączników, które do dzisiaj stosowane są z powodzeniem. Jakieś 4–5 lat temu Fibaro zaproponowało aplikację, za pomocą której możemy wykonywać te same funkcje. Teraz poszliśmy jeszcze o krok do przodu. Sterowanie gestami jest następnym elementem interakcji z użytkownikiem ­– mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Banasiak, członek zarządu firmy Fibaro.

Sterowanie gestem to innowacja, która będzie doskonalona przez kolejne lata. Fibaro zapowiada jednak, że na tym nie koniec – na horyzoncie rysuje się już koncepcja sterowania głosem.

Sterowanie gestami jest następnym krokiem, by ulepszyć życie, poprawić komfort życia i bezpieczeństwa naszych użytkowników. W niedalekiej przyszłości przedstawimy również integrację z systemami do sterowania głosem. Jest to pokłosie dość długiej i owocnej współpracy z Amazonem – komentuje Krzysztof Banasiak.

Technologia sterowania gestami firmy Fibaro opiera się na czujniku Swipe, który wykrywa nie tylko proste ruchy, lecz także całe ich kombinacje. Sensor skutecznie interpretuje nawet najbardziej rozbudowane komendy, dzięki czemu użytkownik może spersonalizować je w zależności od własnych potrzeb. Instalacja całego systemu zajmuje zaledwie jeden dzień.

Cały ekosystem Fibaro jest ekosystemem nieinwazyjnym. Możemy go w bardzo prosty i tani sposób zamontować w starych mieszkaniach, nowych deweloperskich mieszkaniach, domach i innych budynkach użyteczności, chociażby biurach, bez konieczności kładzenia dodatkowego okablowania. System jest całkowicie bezprzewodowy, co powoduje, że jego instalacja jest bardzo szybka. Zainstalowanie systemu w jednym domu wraz z jego pełną konfiguracją trwa zaledwie jeden dzień – wyjaśnia Krzysztof Banasiak.

Jak deklaruje producent, Swipe to kontroler, który nie tylko zapewni komfort, lecz także odciąży od codziennych czynności, pozwalając zaoszczędzić użytkownikowi cenny czas. Urządzenie może być zasilane za pomocą czterech baterii AA lub przewodowo poprzez złącze Micro USB.

Dążymy do tego, żeby system sam uczył się zachowań klientów i sam wykonywał takie reakcje, jakich użytkownik aktualnie potrzebuje. Na przykładzie mojego domu, gdzie codziennie rano, gdy się budzę, mam ustawioną scenę, podczas której otwierają mi się wszystkie rolety, włącza się radio i czajnik, żeby zagrzać wodę na herbatę bądź kawę. Bardzo użyteczny przykład tego, do czego dążymy – de facto dom ma się stać bardziej przyjazny i komfortowy  – podsumowuje Krzysztof Banasiak.

Technologia HDR, czyli szeroki zakres tonalny, coraz częściej stosowana przez producentów telewizorów. Na razie dostępna jedynie w najdroższych i najwyższej klasy odbiornikach

Technologia HDR, czyli szeroki zakres tonalny, coraz częściej stosowana przez producentów telewizorów. Na razie dostępna jedynie w najdroższych i najwyższej klasy odbiornikach 2

Technologia HDR znana jest już od lat, ale do tej pory stosowana była raczej w innych kategoriach produktów, takich jak aparaty fotograficzne czy kamery. W telewizorach pojawiła się niedawno i jest to jedna z tych innowacji, które mają rzeczywisty, widoczny wpływ na poprawę jakości obrazu. Użytkownicy czerpią jeszcze więcej przyjemności z oglądania filmów lub grania z wykorzystaniem telewizora HDR.

Sam skrót HDR pochodzi od angielskich słów High Dynamic Range oznaczających rozszerzony zakres tonalny obrazu. Z jednej strony oznacza to, że taki obraz w porównaniu do SDR (Standard Dynamic Range) oferuje znacznie wyższy maksymalny poziom jasności i równocześnie głębszą czerń, lecz dodatkowo technologia HDR umożliwia wyświetlenie większej ilości szczegółów właśnie w najjaśniejszych i najciemniejszych partiach obrazu. Innymi słowy, w telewizorach HDR zobaczymy szczegóły tam, gdzie w przypadku zwykłego ekranu obraz byłby już jednolicie czarny lub totalnie przepalony, a z drugiej strony pozwalają one na zdecydowanie głębsze doznania podczas oglądania najciemniejszych lub bardzo rozjaśnionych scen.

– Współczesne telewizory, które obsługują technologię HDR, potrafią wyświetlać obraz z jasnością do 1500 nitów. Załóżmy taką sytuację, że oglądamy obraz znad morza, gdzie mamy latarnię morską. W momencie, kiedy jej światło będzie skierowane w nasze oczy, to efekt będzie niezwykle realistyczny – na moment prawie nas oślepi. HDR jest również ważny dla graczy, ponieważ pozwala pokazać jeszcze więcej szczegółów, a także dba o to, by kolory nie gubiły intensywności – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Henryk Chorążewski z firmy Samsung Electronics Polska.

Dla porównania warto dodać, że standardowy telewizor oferuje parametry zdecydowanie słabsze, z maksymalną jasnością na poziomie 200–300 nitów. Przy czym chodzi nie tylko o jasność czy odpowiednio płynne przejścia tonalne w najciemniejszych i najjaśniejszych partiach obrazu. Technologia HDR oznacza bowiem także, że telewizor wyświetla bardziej wyraziste barwy, choć nie polega to na prostym podbiciu nasycenia kolorystycznego. Wręcz przeciwnie, dzięki tej technologii obraz wydaje się bardziej rzeczywisty i staje się jeszcze bliższy temu, jak postrzega świat ludzkie oko.

– HDR to taka technologia, która zapewnia jak najbardziej wierny i zgodny obraz z naszym postrzeganiem odcieni i kolorów niezależnie od pory dnia, w której siadamy przed telewizorem – tłumaczy Henryk Chorążewski i dodaje – HDR pozwala nam zobaczyć więcej odcieni kolorów, daje nam odczucia bliższe rzeczywistości. Wyobraźmy sobie, że idziemy aleją wśród drzew, słońce przebija się przez liście. W momencie, kiedy oglądamy taki obraz na ekranie telewizora UHD, to towarzyszą nam realistyczne odczucia, kiedy nie ma liści, słońce potrafi nas oślepić.

Obecnie technologię HDR oferują na razie wybrane modele z najnowszych, topowych serii czołowych producentów. Nadal są to zatem z reguły produkty dość drogie, choć coraz częściej na rynek trafiają także modele bardziej przystępne cenowo. Wyższa cena jest jednak uzasadniona, ponieważ korzystanie z technologii HDR wymaga zastosowania mocniejszego procesora i szeregu innych zaawansowanych komponentów, w tym także złączy obsługujących standard HDMI 2.0a, a przede wszystkim 10-bitowego wyświetlacza. W przypadku firmy Samsung HDR oferują telewizory z serii QLED oraz serii MU od modelu MU 6100 wzwyż oraz duża część telewizorów z 2016 i 2015 roku, np. z serii KS7000, KS7500 i 8000 czy JS8000.

– Samsung ma bogatą ofertę telewizorów wyposażonych w technologię HDR. To nie tylko modele do oglądania filmów, lecz także do grania na konsoli. Gracze bardzo cenią tę technologię, ponieważ zapewnia więcej szczegółów, tym samym oferuje obraz bardziej plastyczny, który jest o wiele bliższy rzeczywistości – podsumowuje Henryk Chorążewski.

Restauratorzy coraz częściej decydują się na współpracę z firmami logistycznymi. Pozwala im to skupić się na podstawowej działalności

Restauratorzy coraz częściej decydują się na współpracę z firmami logistycznymi. Pozwala im to skupić się na podstawowej działalności 3

Branża gastronomiczna rozwija współpracę z logistyką. Pozwala to restauratorom zoptymalizować czas i koszty dostaw oraz skupić się na podstawowej działalności, ponieważ to firma logistyczna dba o bezpieczeństwo i terminowość dostaw oraz jakość produktów spożywczych. Zmiana zachowań konsumentów powoduje, że sektor gastronomiczny stabilnie się rozwija, dlatego ten trend będzie coraz bardziej wyraźny. Zwłaszcza że na taką współpracę mogą pozwolić sobie nawet drobni restauratorzy. 

– Obserwujemy w ostatnich latach wyraźne zmiany w sposobie zachowania konsumentów. Polacy spędzają coraz więcej czasu w kawiarniach i restauracjach. Naturalnie pociąga to za sobą wzrost oferty na rynku gastronomicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Sałek,  dyrektor do spraw handlowych firmy logistycznej Quick Service Logistics Polska, która świadczy usługi dla gastronomii.

Z „Raportu gastronomicznego 2016” przygotowanego przez instytut badawczy GfK wynika, że w ubiegłym roku ten rynek wzrósł o 9 proc. i osiągnął wartość blisko 32,7 mld zł. W 2016 roku liczba stałych punktów gastronomicznych zwiększyła się o 4 proc., natomiast sezonowych – o 9 proc. W sumie na polskim rynku działa obecnie około 68 tys. lokali. Najpopularniejsze wśród Polaków są pizzerie, fast foody i restauracje, a o wyborze przesądzają trzy czynniki: jakość posiłku, ceny i przyzwyczajenie.

Badanie GfK potwierdziło, że Polacy coraz częściej korzystają z oferty gastronomii. Głównym powodem są spotkania z przyjaciółmi, jednak coraz częściej konsumenci odwiedzają lokale i restauracje spontanicznie, bez szczególnej okazji. Odsetek tych, którzy zadeklarowali, że w 2016 roku przynajmniej raz odwiedzili lokal gastronomiczny, wzrósł o 8 proc. Średnia to 3,2 razy w miesiącu. Miesięczna kwota, którą konsumenci przeznaczali średnio na posiłki, wynosiła 94 zł.

Agnieszka Sałek zauważa, że trendem ostatnich lat jest coraz bliższa współpraca gastronomii z logistyką. Firmy logistyczne umożliwiają restauratorom skupienie się na ich głównym segmencie działalności, oszczędność czasu i optymalizację kosztów.

– Restaurator może się skoncentrować na swoim głównym zadaniu, czyli na przygotowywaniu interesującej oferty dla klienta finalnego. Tymczasem partner logistyczny dba o wszystko, co dzieje się na zapleczu. Ważną kwestią jest też poczucie bezpieczeństwa, bo firma logistyczna zapewnia regularne i terminowe dostawy. Dlatego restaurator jest w stanie o każdej porze zaproponować klientom dokładnie to, co ma w karcie – mówi Agnieszka Sałek.

Podstawowym wyzwaniem dla lokali gastronomicznych jest zapewnienie bezpieczeństwa i świeżości produktów spożywczych. Te muszą być przechowywane i przewożone w odpowiednich warunkach. Wyspecjalizowane firmy logistyczne są w stanie zapewnić właściwy sposób transportu żywności, zgodny ze standardami. W tym celu inwestują w rozwiązania, które pozwalają skrócić czas dostawy i rozpakowania transportu oraz kontrolować jakość produktów na etapie przewozu.

– Firmy logistyczne są przygotowane i ponoszą duże nakłady finansowe na technologie niezbędne do tego, żeby składować i transportować żywność w odpowiednich, bezpiecznych warunkach – mówi dyrektor w QSL Polska.

Współpracując z gastronomią, firma logistyczna musi utrzymywać flotę pojazdów, które umożliwiają przewóz produktów spożywczych w ściśle kontrolowanej temperaturze. Samochody dostawcze są podzielone na strefy temperaturowe podobnie jak przestrzenie magazynowe.

– Dodatkowo musimy pamiętać o zmianach klimatycznych. Wyglądając za okno, widzimy piękną, wiosenną pogodę, tymczasem jeszcze dwa lata temu o tej porze na ulicach leżał śnieg. Jakie to ma przełożenie na branżę logistyczną? Dodatkowe zabezpieczenia wykorzystywane w okresie letnim, które pozwalają na lepszą izolację samochodów transportowych, musimy wykorzystywać już teraz. Klimat to niezwykle istotny czynnik, jeśli mówimy o branży logistycznej dla gastronomii – mówi Agnieszka Sałek.

Dyrektor do spraw handlowych QSL Polska zauważa, że dynamiczny rozwój branży logistycznej w ostatnich latach przełożył się na szeroką ofertę. To sprawia, że obecnie na współpracę z partnerem logistycznym może pozwolić sobie nawet drobny restaurator. Ten trend będzie się nadal utrzymywał.

– Rosnąca świadomość wśród klientów, rosnące oczekiwania wobec oferty lokali gastronomicznych, a także zwiększająca się konkurencja na rynku będą stawiały coraz większe wymagania wobec firm logistycznych, zatem naturalną konsekwencją będzie ich dalszy rozwój na polskim rynku – mówi Agnieszka Sałek.

QSL Polska jest częścią międzynarodowej Grupy Meyer Quick Service Logistics, która zarządza łańcuchem dostaw dla klientów z branży gastronomicznej. Obecnie świadczy usługi na rzecz blisko 2 tys. podmiotów w 12 krajach.

Rynek cydru spowolnił w ostatnim roku, ale producenci znaleźli na to sposób. Stawiają na naturalne, niefiltrowane produkty

Rynek cydru spowolnił w ostatnim roku, ale producenci znaleźli na to sposób. Stawiają na naturalne, niefiltrowane produkty 4

W ostatnim roku rynek cydru nieco spowolnił, w dużej mierze przez strategię graczy piwnych. Dlatego producenci cydru szukają nowych sposobów, by przyciągnąć konsumentów, którzy zasmakowali w naturalnych, nieprzetworzonych i regionalnych produktach. Firma AMBRA S.A. postawiła na produkcję Cydru Lubelskiego Niefiltrowanego. W pierwszym roku zakłada sprzedaż miliona butelek.

– Rynek polskiego cydru, który wystartował 4 lata temu, osiągnął 100 mln zł wartości i ok. 10 mln litrów sprzedaży. Poprzedni rok był dla cydru nieco trudniejszy – wyhamował wzrost, z jakim mieliśmy do czynienia w 2013 roku. Cydr stanął w cieniu różnorodności piw regionalnych, rzemieślniczych, więc na półce sklepowej, która zmieniła się znacząco w ostatnich 3 latach, trudniej się było przebić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Ogór, prezes zarządu spółki AMBRA S.A., producenta Cydru Lubelskiego.

Do 2016 roku spożycie cydru rosło w tempie dwucyfrowym. Wstępne szacunki mówiły o tym, że w 2016 roku spożycie sięgnie 15 mln litrów. Strategia browarów, które postawiły na piwa naturalnie warzone, niepasteryzowane i niefiltrowane, utrudniła dalszy wzrost rynku cydrów. W ubiegłym roku Polacy wypili ok. 10 mln litrów tego napoju. Cydr stanowi 0,25 proc. konsumpcji piwa.

– W tym roku spróbujemy dać temu odpór i zaproponować konsumentowi to, czego szuka, czyli naturalności, regionalności, autentyczności. Stąd postawienie na produkt strategiczny, jakim jest Cydr Lubelski Niefiltrowany – zapowiada Robert Ogór. – Nie oczekujemy może rewolucji na rynku, nie mamy też takich zasobów. W porównaniu do światowych gigantów piwnych jesteśmy mikroprzedsiębiorcą, ale dobrze nam w tej roli. Stawiamy na produkty naturalne, ponieważ wiemy, że konsumenci są po naszej stronie.

Cydr Lubelski Niefiltrowany – jak podkreślają przedstawiciele producenta – ma być nowym wzorcem dla całej kategorii i dowodem na to, że strategia pasji i jakości jest źródłem sukcesu.

– Mocno wierzymy, że będzie to impuls dla konsumentów, wśród których dominują młodzi ludzie, interesujący się tym, co dzieje się na świecie, i śledzący trendy. Chcą oni próbować nowych rzeczy, sięgać po nowe alkohole, takie jak cydr – podkreśla Agata Domaradzka, dyrektor marketingu w AMBRA S.A. – Myślę, że stajemy się pełnoprawną alternatywą dla piwa.

Charakterystyczną cechą dotychczas obecnych na rynku cydrów jest filtracja – napoje są przejrzyste, o jasnym kolorze. Nowy cydr, niefiltrowany, będzie nowością. Przez specjalny proces produkcji trafiający do butelek napój jest naturalnie mętny i delikatnie musujący. Jest to krok w stronę jeszcze większej naturalności produktu.

 Cydr Lubelski Niefiltrowany różni się w sposób istotny od innych cydrów obecnych na polskim rynku. Brak filtracji oznacza dbałość, by bogactwo jabłka w jak największej części znalazło się w napoju. Najtrudniejszym etapem procesu produkcji cydru niefiltrowanego jest fermentacja oraz leżakowanie, które zdecydowanie różni się od klasycznej metody, przebiega w osadzie miąższu z jabłek oraz drożdży. To kapitał do dojrzewania bukietów w cydrze – tłumaczy Artur Dubaj, główny technolog w AMBRA S.A.

Jak podkreśla, cydr niefiltrowany ma szersze spektrum smaków, czyli zachowuje więcej charakteru polskich jabłek.

Badania laboratoryjne składu cydru filtrowanego i niefiltrowanego potwierdziły, że Cydr Lubelski Niefiltrowany jest o 30 proc. bardziej intensywny w smaku i aromatyczny mówi Artur Dubaj.

Prezes AMBRA S.A. przekonuje, że największym wyzwaniem jest produkcja w pełni naturalnego produktu, który będzie miał odpowiednią długość terminu ważności. Z uwagi na właściwości świeżo wyciśniętego soku jabłkowego produkcja i leżakowanie cydru na każdym etapie wymaga szczególnych warunków, które umożliwiają kontrolę temperatury i ciśnienia. To zaś oznacza konieczność zastosowania nowoczesnych technologii.

– Dlatego zainwestowaliśmy ponad 2 mln zł w zakład produkcyjny [w Biłgoraju na Lubelszczyźnie – red.], aby stworzyć warunki z jednej strony dla nieingerowania w naturę, a z drugiej strony sterylnych procedur produkcyjnych, które pozwolą świeżemu owocowi przejść ścieżkę fermentacji bez filtracji do butelki – przyznaje Robert Ogór.

Produkcja nowego niefiltrowanego cydru – zdaniem prezesa AMBRA S.A. – może sprawić, że ten napój znów zacznie dynamicznie zyskiwać rzeszę konsumentów i będzie świeżym impulsem dla rynku. Już w pierwszym roku produkcji AMBRA S.A. zakłada sprzedaż miliona butelek.

– Sukcesem będzie, gdy jak najwięcej konsumentów przejdzie na niefiltrowany cydr. Stworzy to na pewno podwaliny pod trwały wzrost tej kategorii. Oczekujemy, że w tym roku sprzedaż będzie przynajmniej stabilna i dzięki tym nowym produktom naturalnym i rzemieślniczym będziemy na przestrzeni kilku, kilkunastu lat stopniowo zdobywać konsumentów  zapowiada Robert Ogór.

80 proc. środków polskich firm na inwestycje pochodzi z banków. Przedsiębiorcy coraz częściej sięgają też po wsparcie z BGK

80 proc. środków polskich firm na inwestycje pochodzi z banków. Przedsiębiorcy coraz częściej sięgają też po wsparcie z BGK 5

Europejskie gospodarki są w 60 proc. finansowane przez banki, za 40 proc. odpowiada rynek kapitałowy. W Polsce 14 proc. łącznego finansowania przedsiębiorstw pochodzi z obligacji, a pozostała część głównie z kredytów bankowych. Istotną rolę w finansowaniu przedsiębiorczości odgrywa Bank Gospodarstwa Krajowego. Tylko w 2016 roku zwiększył wartość finansowania eksportu i ekspansji zagranicznej polskich firm do poziomu 1,7 mld zł. W ciągu roku BGK udzielił w ramach gwarancji de minimis 9,4 mld zł gwarancji. Łącznie z pomocy skorzystało ponad 120 tys. małych i średnich przedsiębiorstw.

– Rynek finansowy odgrywa ważną rolę w gospodarce, choć można zadać pytanie, czy spełnia tę rolę w sposób wystarczający. Rolą BGK w tak zdefiniowanym otoczeniu jest tę efektywność rynku kapitałowego poprawiać i sprawiać, żeby polscy przedsiębiorcy, a co za tym idzie – gospodarka, otrzymywali to, czego potrzebują w danym momencie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Nierada, pierwszy wiceprezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

W Europie za ok. 60 proc. finansowania gospodarek odpowiadają banki, rynek kapitałowy pełni nieco mniejszą rolę. Inaczej jest w najbardziej rozwiniętych gospodarkach spoza Europy, gdzie rynek kapitałowy odpowiada za 80 proc. finansowania. W Polsce pole do współpracy między tymi dwoma sektorami jest duże, jednak to banki finansują zdecydowaną większość inwestycji (80 proc.), przede wszystkim przedsięwzięcia w miarę pewne.

– Rola BGK w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju jest dosyć fundamentalna. To właśnie nasz bank wraz z grupą instytucji rozwoju, takich jak Polska Agencja Handlu i Inwestycji, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Agencja Rozwoju Przemysłu czy Polski Fundusz Rozwoju, tworzą system podmiotów współpracujących na rzecz zapewnienia optymalnego zestawu narzędzi i środków dla polskich przedsiębiorców i gospodarki, który ma umożliwić im właściwy rozwój i realizowanie strategicznych celów – tłumaczy Paweł Nierada.

To właśnie zgodnie z założeniami strategii Mateusza Morawieckiego działania BGK w 2016 roku były ukierunkowane na finansowanie strategicznych sektorów polskiej gospodarki i ekspansji zagranicznej krajowych przedsiębiorstw (wartość finansowania eksportu wzrosła do poziomu 1,7 mld zł). Na koniec ubiegłego roku saldo kredytów brutto wyniosło 27,4 mld zł (wzrost o 4,9 mld zł, czyli 22 proc. rdr.), przy czym największy wzrost zanotowano w kredytach dla firm (o 34,5 proc., czyli 5,4 mld zł).

– Istotną rolą banku finansującego projekty ważne z punktu widzenia gospodarki jest także zapewnienie środków małym i średnim przedsiębiorcom. Sztandarowym projektem realizowanym przez BGK jest program gwarancji de minimis. Poprzez współpracujące z nami banki komercyjne dotarliśmy do ponad 120 tys. drobnych przedsiębiorców. Dzięki naszej pomocy mogli zaktywizować środki w wysokości ok. 70 mld zł – podkreśla pierwszy wiceprezes BGK.

W 2016 roku BGK udzielił 9,4 mld zł gwarancji małym i średnim przedsiębiorcom. Umożliwiło im to zaciągnięcie 16,43 mld zł kredytów. Dane banku wskazują, że na koniec marca tego roku zostało udzielonych ponad 37,2 mld zł, wartość udzielonych kredytów przekroczyła 66 mld zł, a z programu skorzystało łącznie ponad 123 tys. przedsiębiorców (narastająco od początku programu).

Bank zapowiada dalsze wsparcie projektów inwestycyjnych polskich firm. Wartość udzielonych kredytów w ciągu najbliższych kilku lat ma wynieść ok. 6 mld zł, a do 2020 roku bank planuje wypełnić lukę dłużnego finansowania dużych przedsiębiorstw w wysokości 16 mld zł.

– Kolejnym obszarem działalności BGK jest wspieranie rozwoju infrastruktury, czyli projektów drogowych, infrastrukturalnych. Trzecim obszarem jest natomiast zapewnienie efektywnego działania finansów państwa, czyli sprawnej obsługi właściwie większości przepływów finansowych, większości aspektów działalności finansowej resortu finansów – wymienia Paweł Nierada.

Od stycznia 2010 roku BGK odpowiada za wypłaty większości przyznanych Polsce środków europejskich. Łącznie (dane do 5 maja 2017 roku) w ramach perspektywy finansowej na lata 2007–2013 bank wypłacił blisko 274 mld zł, a w ramach perspektywy 2014–2020 ponad 21,5 mld zł.

Resort infrastruktury chce zwiększenia roli partnerstwa z sektorem prywatnym. Ma to przyspieszyć cyfryzację kraju

Resort infrastruktury chce zwiększenia roli partnerstwa z sektorem prywatnym. Ma to przyspieszyć cyfryzację kraju 6

Szansą na rozwój cyfrowej infrastruktury w Polsce jest partnerstwo z sektorem prywatnym, który ma niezbędną w tej dziedzinie wiedzę. Wiceminister infrastruktury i budownictwa Kazimierz Smoliński podkreśla, że w informatyzacji usług publicznych dużą rolę mają do odegrania również publiczne podmioty, takie jak Poczta Polska, która zdobywa doświadczenie w rozwijaniu e-usług. Ze względu na bezpieczeństwo pełna informatyzacja i przeniesienie wszystkich funkcji państwa do sieci może się jednak okazać zagrożeniem. 

– Partnerstwo publiczno-prywatne może być realizowane praktycznie wszędzie, zarówno w infrastrukturze kubatorowej, liniowej, jak i cyfrowej. Za partnerstwem publiczno-prywatnym w cyfryzacji przemawia ogromna wiedza prywatnego biznesu w tej dziedzinie. Polskie firmy mają w zakresie cyfryzacji i informatyzacji duże osiągnięcia, z których warto skorzystać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kazimierz Smoliński, wiceminister infrastruktury i budownictwa.

Minister zaznacza jednak, że współpraca z sektorem prywatnym w Polsce jest jeszcze we wczesnej fazie.

W Polsce partnerstwo publiczno-prywatne jest szerzej niewykorzystywane z różnych przyczyn. Niektórzy uzasadniają to przepisami, brakiem chęci współpracy administracji z prywatnym biznesem. Poza tym biznes też nie chce współpracować z administracją państwową, bojąc się wielu ograniczeń –mówi Kazimierz Smoliński.

Jak wynika z rządowych prognoz, w 2020 roku wartość projektów realizowanych w formule partnerstwa publiczno-prywatnego powinna przekroczyć 11,5 mld zł. Wsparcie i rozwój PPP jest jednym z filarów Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.

Obok Ministerstwa Cyfryzacji resort infrastruktury realizuje wiele zadań związanych z informatyzacją usług publicznych. Dobrym przykładem jest działający od 2011 r. system e-myta viaTOLL. Do dziś przyniósł on 7,7 mld zł przychodu dla Krajowego Funduszu Drogowego i wymaga koordynacji ze strony instytucji państwowych oraz prywatnego operatora – Kapsch Telematic Services. Operator systemu jest odpowiedzialny nie tylko za zarządzanie przychodami, lecz także dysponuje bazą danych kierowców, która m.in. służy do walki z przemytem. Realizowany przez resort Krajowy System Zarządzania Ruchem ma z kolei zapewnić kierowcom kompleksowe, aktualizowane dane o bieżącej sytuacji na drogach. W tym celu powstanie system teleinformatyczny, który usprawni przy okazji zarządzanie ruchem drogowym.

Istotną rolę w cyfryzacji państwa odgrywa również Poczta Polska, którą nadzoruje Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa. Jak podkreślił wiceminister, z racji doświadczenia w cyfryzacji swoich usług spółka jest naturalnym partnerem dla rządu. Uruchomiona przez nią w 2013 roku innowacyjna platforma Envelo to jedno z pierwszych na świecie rozwiązań, które zapewnia pełny dostęp do e-usług pocztowych przez internet.

 Dzięki temu, że Poczta Polska ma największą, liczącą ponad 7 tys. placówek sieć, może dostarczać usługi cyfrowe i informatyczne, zwłaszcza w małych miejscowościach, i w ten sposób wyrównywać dysproporcje. Myślę, że w przyszłości Poczta Polska będzie odgrywała jeszcze większą rolę w zakresie cyfryzacji oraz cyfrowego bezpieczeństwa państwa – mówi Kazimierz Smoliński.

Za pośrednictwem Envelo można już obecnie aktywować Profil Zaufany (eGO), czyli darmowy podpis elektroniczny, który pozwala załatwić wiele spraw urzędowych przez internet w systemie ePUAP (m.in. rozliczyć podatki, sprawdzić punkty karne, złożyć wniosek o wydanie dowodu osobistego albo prawa jazdy i dopisać się do listy wyborców).

Zdaniem wiceministra Poczta Polska ma zaplecze konieczne do tego, żeby wesprzeć w cyfryzacji inne państwowe instytucje. Planowana w przyszłości integracja publicznych systemów informatycznych z Envelo ma natomiast usprawnić obieg dokumentów w państwowych instytucjach i przyspieszyć załatwianie spraw urzędowych przez obywateli.

Tempo cyfryzacji w Polsce jest imponujące, zwłaszcza na tle innych państw europejskich, ale problemem wciąż są białe plamy na mapie dostępu do internetu.

W niektórych elementach Europa Zachodnia ma nawet niższy poziom cyfryzacji, bo korzystają ze starych systemów, a my starych systemów nie mamy, więc musimy wszędzie wchodzić w te najnowsze, ale przez to powstaje też duża dysproporcja w ramach kraju – mówi Kazimierz Smoliński.

Jak podaje GUS, w 2016 roku dostęp do internetu miało 93,8 proc. polskich przedsiębiorstw, które korzystają na ogół z łączy szerokopasmowych. 93,6 proc. firm skorzystało w minionym roku z usług e-administracji. Dostęp do komputera miało natomiast ponad trzy czwarte (80,1 proc.) gospodarstw domowych, podobnie jak do internetu – 80,4 proc. (w tym 75,7 proc. do internetu szerokopasmowego). Podłączenia do sieci nie ma prawie 3 mln gospodarstw.

Zdaniem wiceministra infrastruktury państwo nie może być jednak wyłącznie cyfrowe, ponieważ może to zagrozić ciągłości usług i bezpieczeństwu. Jako przykład podał blackout w Szczecinie, który miał miejsce w kwietniu 2008 roku. Była to największa w historii miasta awaria prądu, która spowodowała całkowity jego paraliż.

Pełna cyfryzacja może być też zagrożeniem, bo wystarczy duży blackout, brak prądu i nic nie działa. Dlatego trzeba postępować rozważnie i niewykluczone, że pewne rzeczy dublować – mówi Kazimierz Smoliński.

Polskie firmy produkcyjne z sukcesem konkurują na zagranicznych rynkach. Biurokracja i słaby dostęp do kapitału utrudniają im jednak ekspansję

Polskie firmy produkcyjne z sukcesem konkurują na zagranicznych rynkach. Biurokracja i słaby dostęp do kapitału utrudniają im jednak ekspansję 7

Polskie małe i średnie przedsiębiorstwa produkcyjne są w większości oparte na polskim kapitale, a zaledwie co dziesiąta firma korzysta z zagranicznego finansowania. Mimo to skutecznie konkurują na międzynarodowych rynkach. Są też otwarte na wdrażanie innowacji: w ubiegłym roku blisko 60 proc. z nich wdrażało innowacyjne rozwiązania i technologie. Problemy stwarza im jednak nadmierna biurokracja oraz ograniczony dostęp do kapitału i wykwalifikowanych kadr. Rozwiązaniem części tych problemów ma być Polska Platforma Przemysłu 4.0, nad którą pracuje resort rozwoju.

Polskie małe i średnie firmy są otwarte na konkurencyjność. Blisko jedna trzecia działa poza granicami kraju. Pozostałe konfrontują się z konkurencją na polskim rynku, na którym działają również zachodnie firmy. Można więc powiedzieć, że większość polskich przedsiębiorstw ma pośredni lub bezpośredni związek z konkurencją na rynkach międzynarodowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Haiduk, członek zarządu, dyrektor branż przemysłowych w Siemens Polska.

Potwierdzają to wyniki badania „Smart Industry Polska 2017” przeprowadzone przy udziale Ministerstwa Rozwoju. Instytut badawczy Kantar Millward Brown przeanalizował w kwietniu na zlecenie Siemensa działalność 251 małych i średnich firm z branży przemysłu lekkiego i ciężkiego. Zdecydowana większość z nich (89,6 proc.) opiera się na polskim kapitale, a zaledwie co dziesiąta wspiera się zagranicznym finansowaniem.

Blisko jedna trzecia (28,7 proc.) rodzimych przedsiębiorstw z sektora MŚP prowadzi działalność na zagranicznych rynkach – większość w krajach Europy Zachodniej (75 proc.). Natomiast 33,3 proc. operuje na rynkach poza UE. Mimo że konkurencją są dla nich często duże, międzynarodowe koncerny, ekspansja polskich firm nabiera coraz większej dynamiki.

W ramach pracy zespołów i w kontaktach z kontrahentami pojawiają się innowacje. Ta otwartość polskich firm na rynki zagraniczne powoduje, że wracają z nowymi pomysłami i je realizują – mówi Tomasz Haiduk.

Prawie 70 proc. firm z sektora MŚP wprowadziło innowacje w ciągu minionego roku bądź jest przygotowanych do ich wdrożenia. Jest to na ogół efekt inicjatywy pracowników firmy (37 proc.). W 36,8 proc. przypadków wpłynął na to zakup nowego, lepszego sprzętu lub oprogramowania. Niemal równie często (34,7 proc.) innowacje były ubocznym wynikiem współpracy z kontrahentami i partnerami firmy. Natomiast stosunkowo rzadko (13,7 proc.) innowacje w przedsiębiorstwie powstawały dzięki współpracy z ośrodkami badawczymi i naukowymi.

Najmniej polskich firm (6,3 proc.) wskazuje zakupy patentów, praw autorskich i wzorów przemysłowych czy know-how jako przyczynek do wdrożenia nowych, innowacyjnych usług i produktów. Wiąże się to z niewystarczającym kapitałem na rozwój, którym na ogół dysponują polskie firmy. Podstawową barierą, która utrudnia im wdrażanie innowacji i korzystanie z nich, jest jednak wciąż nadmierna biurokracja.

Polscy przedsiębiorcy z sektora małych i średnich przedsiębiorstw jako podstawową barierę wymieniają sprawy formalno-urzędowe. Zajmują im one trzykrotnie więcej czasu niż firmom węgierskim – mówi Cezary Mychlewicz, dyrektor ds. marketingu branż przemysłowych w Siemens Polska.

Jak wynika z analizy „Smart Industry Polska 2017”, dla jednej trzeciej polskich przedsiębiorstw problemem są również ograniczone możliwości finansowania. Niemal tyle samo wskazuje na zbyt małą dostępność wykwalifikowanej kadry, która utrudnia im innowacyjność i wdrażanie nowych technologii.

Barierą dla polskich przedsiębiorców jest brak finansowania, brak informacji o tym, jak pozyskać środki na sfinansowanie inwestycji. To jest szalenie istotne, ponieważ te firmy wymagają zwykle bardzo szybkiego zwrotu kapitału, nie mogą sobie pozwolić na duże inwestycje. Niemal równorzędny z brakiem możliwości pozyskania środków finansowych jest niedobór odpowiednich kadr. Mowa zarówno o średnim szczeblu technicznym, jak i o wysoko wykwalifikowanych kadrach związanych z automatyzacją, robotyzacją czy utrzymaniem ruchu – wylicza Cezary Mychlewicz.

Przedsiębiorstwa produkcyjne z sektora MŚP szukają przede wszystkim absolwentów szkół zawodowych, politechnik i szkół wyższych. Przeważająca większość (93,6 proc.) wskazała jako najlepszą metodę pozyskiwania kadry system kształcenia dualnego, na przykład poprzez praktyki studenckie.

Kształcenie dualne polega na współpracy między uczelnią a przemysłem. Dzięki temu absolwenci już na etapie studiów mają bezpośredni kontakt z przyszłym pracodawcą, a pracodawca szybko dostaje pracownika, który jest już przygotowany do wejścia do produkcji – mówi Tomasz Haiduk.

Na drugim miejscu – po kształceniu dualnym – przedsiębiorcy wymieniają szkolenia jako dobrą metodę pozyskiwania wykwalifikowanych pracowników. To istotne o tyle, że właśnie szkolenia są w blisko 60 proc. przypadków wskazywane jako czynnik, który pomaga rozwijać i wdrażać w firmie innowacyjne rozwiązania.

Ciekawe jest to, że kadry przewijają się w wielu wątkach, bo tak naprawdę to ludzie stanowią o innowacjach w danej firmie. Z naszego badania wynika, że 70 proc. innowacji pochodzi z wewnątrz firmy i jest generowane przez jej pracowników – zauważa Cezary Mychlewicz.

Jako jedna z barier utrudniających wdrażanie nowych technologii wymieniany jest również brak zachęt ze strony państwa. Blisko połowa (47 proc.) przedsiębiorców wskazuje, że wymierna, finansowa pomoc pomogłaby i zmotywowała ich do modernizacji i większej innowacyjności.

Jan Filip Staniłko, zastępca dyrektora Departamentu Innowacji w Ministerstwie Rozwoju oraz ekspert w dziedzinie polityki przemysłowej, wymienia jeszcze dwa problemy utrudniające wdrażanie nowych rozwiązań. Pierwszym z nich jest bariera zaufania. Polskie firmy wykazują bardzo dużą skłonność do opierania się wyłącznie na wewnętrznych zasobach, które często nie są wystarczające, i ostrożnie podchodzą do pozyskiwania aktywów z zewnętrznych źródeł.

– Kolejny problem jest związany z dostępem do informacji, które dotyczą nowych możliwości. Firmy potrzebują wiedzy o tym, jakie rozwiązania i po jakim koszcie są możliwe do wdrożenia w danym przedsiębiorstwie – mówi Jan Filip Staniłko.

Do rozwiązania tych problemów ma się przyczynić inicjatywa, nad którą od kilku miesięcy pracuje resort rozwoju. Zajmuje się nią powołany w październiku ministerialny Zespół do spraw Transformacji Przemysłowej.

Inicjatywa nazywa się Polska Platforma Przemysł 4.0. Jest to fundacja będąca formą partnerstwa publiczno-prywatnego, której zadaniem jest niwelowanie tych dwóch podstawowych deficytów – deficytu zaufania i informacji poprzez stworzenie portalu, wspólnej przestrzeni dla dostawców i odbiorców technologii, gdzie w formie technologicznego Allegro będzie można bezpiecznie zasięgnąć informacji i skojarzyć popyt z podażą. Będziemy też prowadzili działania nakierowane na informowanie i szkolenie – mówi Jan Filip Staniłko.

Polska Platforma Przemysłu 4.0 będzie działać na rzecz cyfrowej transformacji w polskim przemyśle i koordynować działania wielu podmiotów: integrować ze sobą wiele podmiotów, m.in. jednostki publiczne i europejskiej, instytuty badawczo-naukowe i sektor prywatny.

Polska firma pracuje nad technologią, która może stać się przełomem w leczeniu nowotworów litych. M.in. raka płuca, piersi czy trzustki

Polska firma pracuje nad technologią, która może stać się przełomem w leczeniu nowotworów litych. M.in. raka płuca, piersi czy trzustki 8

Polska firma biotechnologiczna pracuje nad lekiem, który neutralizuje kwaśne mikrośrodowisko nowotworu, przez co znosi bariery ograniczające funkcjonowanie układu odpornościowego pacjenta. Dzięki temu metody leczenia, takie jak chemioterapia i immunoterapia, mogą przynieść znacznie lepsze efekty. Niewykluczone, że już wkrótce technologia rozwijana przez firmę Helix Immuno-Oncology okaże się długo oczekiwanym przełomem w walce z nowotworami litymi, takimi jak np. niedrobnokomórkowy rak płuca, rak piersi czy rak trzustki. 

Rak płuca to obecnie jeden z najczęściej występujących nowotworów powodujący jednocześnie największą liczbę zgonów wśród pacjentów onkologicznych. W Polsce co roku chorobę tę diagnozuje się u blisko 21 tys. osób, tyle samo chorych każdego roku umiera. Rak płuca stanowi 21 proc. wszystkich nowotworów złośliwych u mężczyzn i 8 proc. u kobiet. 80 proc. zachorowań stanowi niedrobnokomórkowy rak płuc, który jest oporny na chemioterapię. Firma biotechnologiczna zakończyła badania kliniczne I/II fazy nad lekiem, który może się stać przełomem w leczeniu tego rodzaju nowotworu.

 Wyniki napawają nas ogromnym optymizmem, jeżeli chodzi o połączenie naszej technologii z innymi terapiami przeciwnowotworowymi. Z jednej strony dlatego, że jest ona bardzo bezpieczna, mało toksyczna, z drugiej – daje nadspodziewane efekty terapeutyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Wiśniewski, prezes zarządu Helix Immuno-Oncology.

Technologia Tumour Defence Breaker – DOS47, o której mowa, przełamuje bariery obronne nowotworów, zwiększając efektywność stosowanych obecnie chemioterapii i immunoterapii w leczeniu nowotworów litych. Najbardziej złośliwe zmiany nowotworowe rozwijają się głównie w środowisku o niskim pH (odczyn kwaśny) i niskim stężeniu tlenu. Testowana obecnie technologia neutralizuje kwaśne mikrośrodowisko nowotworu, co sprawia, że układ odpornościowy pacjenta może podjąć walkę z chorobą.

– W tej chwili prowadzimy badania na pacjentach z niedrobnokomórkowym rakiem płuca, natomiast już wkrótce będą one rozszerzone na pacjentki z rakiem piersi, a w dalszej kolejności na pacjentów z rakiem jelita grubego i trzustki – mówi Paweł Wiśniewski.

U blisko 80 proc. badanych pacjentów stwierdzono odpowiedź na leczenie po podaniu dwóch cykli leku. Co więcej, nie zanotowano szkodliwości terapii, toksyczność leku jest bowiem minimalna. Badania kliniczne I/II fazy pokazały skuteczność tej technologii w monoterapii pacjentów z niedrobnokomórkowym rakiem płuca. Helix Immuno-Oncology jest jednak zdania, że znacznie lepsze wyniki można osiągnąć, stosując technologię Tumour Defence Breaker – DOS47 w połączeniu z inną technologią Solid Cancer CAR-T. Technologia ta reprezentuje nowe podejście terapeutyczne wykorzystujące układ immunologiczny pacjenta do walki z rakiem.

– Technologia CAR-T polega na modyfikacji genetycznej komórek układu odpornościowego pacjenta z chorobą nowotworową. Takie komórki modyfikuje się poza organizmem pacjenta, a następnie wprowadza z powrotem do jego organizmu. Te zaś bardzo skutecznie wyszukują i likwidują komórki nowotworowe –mówi Paweł Wiśniewski.

Z organizmu pacjenta pobierane są limfocyty T, odpowiedzialne za komórkową odpowiedź odpornościową organizmu. Następnie wprowadza się do nich specyficzne receptory chimeryczne odpowiedzialne za identyfikację komórek nowotworowych. Dzięki temu układ immunologiczny pacjenta zostaje pobudzony do walki z chorobą. Badania kliniczne prowadzone na świecie wykazały 85-proc. skuteczność w leczeniu nowotworów hematologicznych.

 Pierwsze zastosowania CAR-T miały miejsce u dzieci z nawracającą, lekooporną białaczką limfoblastyczną. To była ostatnia deska ratunku dla tych pacjentów i okazało się, że udało się zatrzymać postępującą chorobę – mówi Paweł Wiśniewski.

Firma Helix Immuno-Oncology jest w trakcie pozyskiwania licencji globalnej na połączone technologie Tumour Defence Breaker – DOS47 oraz CAR-T w leczeniu m.in. niedrobnokomórkowego raka płuca od swojej spółki-matki w Kanadzie – Helix BioPharma Corp. W ciągu 24–30 miesięcy planuje również debiut na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Zdaniem Pawła Wiśniewskiego Polska ma ogromny potencjał badawczy. W ostatnich latach powstało tu dużo nowej infrastruktury badawczej, wyposażonej w najnowocześniejszy sprzęt. Rodzimy rynek biotechnologiczny wciąż jest jednak rynkiem młodym i wschodzącym.

 Możemy na nim znaleźć bardzo ciekawe start-upy, rozwijające dobrze zapowiadające się technologie. Mamy też graczy w postaci dużych firm farmaceutycznych. Natomiast przestrzeń pomiędzy małymi start-upami na wczesnym etapie rozwoju a dużymi firmami jest niewypełniona – mówi Paweł Wiśniewski. – Wydaje mi się, że jest to doskonałe miejsce dla firmy biotechnologicznej, jaką jest Helix Immuno-Oncology.

Polski eksport wreszcie ruszył poza Unię?

GUS przedstawił interesujące wyniki polskiego handlu zagranicznego za I kwartał 2017 r.  Udział kierunku unijnego w polskim eksporcie zmniejszył się z 81,3 proc. w pierwszych trzech miesiącach 2016 r. do 79,5 proc. w roku bieżącym, choć sama dynamika sprzedaży do UE była dodatnia, a wartość obrotów o 6,8 proc. wyższa niż rok temu. Podobny trend widać w imporcie. Czy to pierwszy sygnał zwrotu polskich firm w stronę bardziej odległych rynków?

Według najnowszych danych GUS, wartość polskiego eksportu wzrosła w ciągu pierwszych trzech miesięcy br. o 9,2 proc. r/r, a wartość importu o 12,3 proc. r/r. Trudno w tych podstawowych wynikach dopatrzyć się znaczących niespodzianek, jednak wśród danych podanych przez urząd możemy też znaleźć takie, które zauważalnie różnią się od zeszłorocznych.

W I kwartale 2017 r. zanotowaliśmy duży wzrost wartości eksportu towarów do krajów Europy Środkowo-Wschodniej (o 31,4 proc. r/r), w tym do naszego 8. partnera handlowego, Rosji (o 22,7 proc. r/r). Tymczasem na początku 2016 r. wartość eksportu do tego regionu zanotowała ujemny wynik w rok rocznym ujęciu. Inną dynamikę wykazała także sprzedaż na rynek Wielkiej Brytanii. O ile w 2016 r., dynamika eksportu w tym kierunku mocno wyhamowała, to w I kwartale br. można już zaobserwować znaczący wzrost polskiego eksportu na ten rynek (o 9,7 proc. r/r). Wśród pierwszej 10-tki najważniejszych polskich kierunków eksportu, wyższą dynamiką wzrostu może pochwalić się jedynie wywóz na wspomniany już rynek rosyjski oraz amerykański (+22,8 proc. r/r).

Polski handel potrzebuje dywersyfikacji rynków zbytu

Największym zaskoczeniem jest jednak informacja o zmniejszeniu się udziału kierunku unijnego w polskiej sprzedaży zagranicznej. Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY, instytucji płatniczej na co dzień obsługującej transakcje walutowe eksporterów i importerów, przekonuje, że to dobra wiadomość. Dlaczego? – Mocne uzależnienie handlu zagranicznego od jednego kierunku zawsze niesie z sobą duże ryzyko. Jeżeli pojawią się tam problemy czy kryzysy, konsekwencje dla firm eksportujących wyłącznie na tym kierunku mogą być bardzo dotkliwe. Dywersyfikacja rynków zbytu, ekspansja zagraniczna na różne rynki, dają eksporterom bufor, bo w razie trudności mają w swoim portfelu kierunki, które nie są danym kryzysem dotknięte – wyjaśnia Jarema. Według eksperta AKCENTY, wzrost wartości eksportu towarów do krajów poza UE powinien cieszyć tym bardziej, że to tam rodzą się nowe możliwości, są ogromne rynki z dużym popytem, a przede wszystkim istnieje przestrzeń dla firm z Polski. – Na rynkach UE robi się coraz ciaśniej, panuje duża konkurencja, w niektórych krajach mocniej odczuwany jest protekcjonizm gospodarczy. Jeżeli polski eksport ma się dynamicznie rozwijać i rosnąć przez kolejne lata, koniecznym warunkiem jest budowa mocnej pozycji nie tylko w UE, ale także poza Unią, a nawet poza Europą. Być może właśnie 2017 r. przyniesie początek takiego pożądanego trendu w polskim handlu zagranicznym – dodaje ekspert.

Jeszcze za wcześnie, aby mówić o zmianie trendu, ale…

Rok 2017 zaczyna się dla polskiego handlu zagranicznego dość interesująco. Również import notuje większe wpływy spoza UE. Udział Unii zmniejszył się w I kwartale br. do 59,2 proc. z 60,8 proc. notowanych w analogicznym okresie w 2016 r. Jednak, jak przypomina Radosław Jarema z AKCENTY, podane przez GUS dane obejmują bardzo krótki okres i warto jeszcze poczekać, zanim zaczniemy z całą pewnością mówić o zupełnej zmianie trendu w kierunkach polskiej wymiany handlowej. – Pierwsze w tym roku dane kwartalne to ważny i pozytywny sygnał. Mam nadzieję, że nie jest to sygnał jednorazowy, tylko zwiastun nowego rozdziału w historii polskiego handlu zagranicznego. Zobaczymy, kolejne wyniki już za trzy miesiące – mówi Radosław Jarema.

*Podane dane są liczone w euro.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W tym tygodniu publikacje danych o inflacji z kilku gospodarek mają potencjał do rozbudzenia dyskusji o kolejnych ruchach banków centralnych, podczas gdy raporty z rynku pracy Wielkiej Brytanii i Australii wystawią GBP i AUD na próbę. Inwestorzy zwrócą również szczególną uwagę na publikację o sprzedaży detalicznej z Kanady i Wielkiej Brytanii. Rynek złotego będzie patrzył na PKB i decyzję RPP.

Przyszły tydzień: NY Empire, Philly Fed, ZEW, CPI z WBryt./Kanady, rynek pracy z WBryt./Aus, RPP, PKB z Polski

Dane ekonomiczne z USA w przyszłym tygodniu nie należą do pierwszej ligi, choć rzucą więcej światła na sytuację po stronie produkcyjnej. Indeksy NY Empire State (pon) i Fed z Filadelfii (czw) pozwolą odpowiedzieć na pytanie, czy ostatnie kilka miesięcy tonowania optymizmu wywołanego wygraną prezydenta Trumpa zostanie przerwane i wzmocni oczekiwania na odbicie PKB w drugim kwartale. Produkcja przemysłowa za kwiecień (wt) ma pokazać kolejny wzrost to 0,5 proc. m/m po takiej samej dynamice w marcu z solidnym udziałem produkcji wytwórczej i wzmocnieniu sektora wydobywczego. W danych z rynku budowlanego (wt) rozpoczęte budowy domów mają odreagować marcowe spadki. Spośród członków Fed usłyszymy od Mester (czw) i Bullarda (pt). Mester jest znana ze swoich jastrzębich poglądów, z kolei Bullard jest niechętny podwyżkom stóp procentowych, choć opowiada się za rozpoczęciem redukcji bilansu Fed. Odbicie USD z tego tygodnia z czasem wytraciło tempo i do jego ponownego przebudzenia będzie potrzeba silnych danych z gospodarki, które umocniłyby szanse na kolejną podwyżkę Fed po już w pełni zdyskontowanym ruchu w czerwcu. Sądzimy, że w kolejnych dniach może być o to może być trudno.

Kalendarz z Eurolandu oferuje rewizję PKB (wt) i CPI (śr) oraz indeks ZEW z Niemiec (wt). Drugie odczyty wzrostu gospodarczego rzadko przynoszą znaczne rewizje (0,5 proc. k/k), szczególnie że opublikowane już dane z Niemiec były zgodne z oczekiwaniami. Podobnie tyczy się kwestia CPI. Po indeksie oczekuje się trzeciego miesiąca z rzędu poprawy, w zgodzie z innymi sygnałami z niemieckiej, ale też i całej europejskiej gospodarki. EUR pozbyło się premii za ryzyko polityczne i jest mocniej skupione na sytuacji ekonomicznej i implikacjach dla polityki ECB, jednak rynek czeka na świeży impuls.

W Wielkiej Brytanii inflacja CPI (wt) powinna przyspieszyć w kwietniu do 2,6 proc. r/r z 2,3 proc., głównie pod wpływem wyższych cen z importu. Choć na pierwszy rzut oka wygląda to na jastrzębi impuls dla BoE, jednocześnie oznacza osłabienie siły nabywczej konsumentów, co z resztą widać już w rozczarowujących odczytach sprzedaży detalicznej i w danych za kwiecień (czw) ryzyka przeważają po negatywnej stronie. W danych z rynku pracy (śr) główna uwaga będzie skupiona na dynamice wynagrodzeń, gdyż spowolnienie będzie oznaczać drenaż realnych dochodów gospodarstw domowych. Pozostajemy negatywnie nastawieni do funta, oczekując pogorszenia kondycji gospodarczej Wielkiej Brytanii. Dodatkowo kampania przed czerwcowymi wyborami wypchnie na pierwszy plan temat Brexitu, co może był łatwo wykorzystywane do uruchomienia sprzedaży GBP.

W mniejszych gospodarkach, PKB z Norwegii za I kw. (wt) powinien pokazać przyspieszenie ożywienia do 0,5 proc. k/k z 0,3 proc. w IV kw., gdyż obciążenie wynikające ze spadku inwestycji w przemyśle naftowym zaczyna wygasać. Dobre dane będą zmniejszać szanse na powrót Norges Banku do luzowania. Odbicie NOK może jednak być zagrożone, jeśli ceny ropy naftowej powrócą do spadków. Kalendarz ze Szwecji i Szwajcarii jest pusty.

W Polsce kalendarz jest wypełniony kwietniowymi danymi o wymianie handlowej (pon), z rynku pracy (czw), przemysłu i handlu (pt). Rynek tradycyjnie pozostanie neutralny na te odczyty, a większe zainteresowanie może dotyczyć szybkiego szacunku PKB za I kwartał (wt). Konsensus zakłada przyspieszenie wzrostu do 3,9 proc. r/r z 2,7 proc. w IV kw. Naszym zdaniem tempo może być nieco słabsze (3,7 proc.), gdyż widzimy silniejszy negatywny wpływ eksportu netto. Sądzimy, że tylko wyraźne odchylenia odczytu od prognoz (poniżej 3,5 proc., powyżej 4 proc.) mogą przynieść reakcję złotego. Po decyzji Rady Polityki Pieniężnej (śr) nie oczekujemy zmian w poziomie stóp procentowych, a komunikat powinien potwierdzić pozostawanie RPP w neutralnym nastawieniu. EUR/PLN utknął w konsolidacji 4,18-4,23 i dopiero wyłamanie w którąś stronę nada kierunek dla przyszłej tendencji. Naszym zdaniem górne ograniczenie jest pod większym ryzykiem.

W Azji główna uwaga będzie dotyczyć kwietniowych danych z przemysłu i handlu Chin (pon). W ostatnich dniach rynki stały się wrażliwe na informacje dotyczące przeceny na chińskiej giełdzie i osuwanie surowców przemysłowych, głównie miedzi i rudy żelaza. Słabe dane o aktywności gospodarczej z Chin mogą podsycać negatywny sentyment na wymienionych rynkach, co będzie rzutować na globalne nastroje z wyróżnieniem aktywów rynków wschodzących i waluty surowcowe. W Japonii po PKB za pierwszy kwartał (czw) oczekuje się wzrostu o 0,4 proc. k/k głównie na fali przyspieszenia eksportu. JPY pozostaje barometrem rynkowego sentymentu i generalnie lepsze nastroje sprzyjają redukcji długich pozycji w jenie.

W Australii kluczową publikacją będą dane z rynku pracy (czw). Po zastanawiająco silnym skoku zatrudnienia w marcu (60,9 tys.) rynek może oczekiwać odreagowania w kwietniu. Jeśli dane wyjdą silne, powinny wymazać jeden powód z listy obaw dla RBA. Dla AUD ważniejszy niż dane może być sentyment płynący z rynku surowców i kontynuacja spadków cen rudy żelaza może mieć istotniejszy wpływ.

Z Nowej Zelandii dostaniemy dane o sprzedaży detalicznej za I kw. (pon) oraz aukcję mleka (wt). Oczekiwania przed danymi o sprzedaży są ustawione wysoko (0,9 proc. k/k), więc większym ryzykiem będzie rozczarowanie. Ogólnie jednak sygnały z gospodarki Nowej Zelandii pozostają pozytywne, sytuacja fiskalna mocna, a ceny nabiału (główny towar eksportowy NZ) trzymają się relatywnie dobrze na tle innych surowców. Stąd uważamy, że ewentualne spadki NZD powinny być płytkie.

W przyszłym tygodniu sporo danych z Kanady przyciągnie uwagę. Produkcja sprzedana przemysłu (śr) systematycznie słabnie od początku roku i kolejny rozczarowujący odczyt ożywi spekulacje, że kolejnym krokiem BoC będzie luzowanie zamiast podwyżki. Podobna ocena będzie tyczyć się danych o sprzedaży detalicznej (pt), szczególnie po fatalnym odczycie w lutym (-0,6 proc. m/m). Rynek będzie też śledził dane o inflacji CPI (pt). Ogólnie tło makroekonomiczne w Kanadzie zaczęło się psuć w ostatnich tygodniach, a przy wzmocnieniu zapędów protekcjonistycznych USA rynek będzie szukał okazji był kupować USD/CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Branże kreatywne przeciwne zniesieniu geoblokowania

Przyjęcie poprawek Parlamentu Europejskiego, który zaproponował rozszerzenie zakazu tzw. geoblokowania również na treści objęte prawami autorskimi (muzyka, gry, oprogramowanie i e-booki), odbiłoby się negatywnie na kondycji krajowego przemysłu kreatywnego i dostępności ofert uwzględniających lokalne gusta i potrzeby kulturowe, wzmocniło korporacje międzynarodowe i w perspektywie długofalowej spowodowałoby wzrost cen na rynkach krajowych – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Propozycja zapisów w tym zakresie narusza prawa podstawowe i jest ewidentnie dyskryminacyjna, gdyż narzuca przedsiębiorcom oferującym wymienione treści obowiązek sprzedaży transgranicznej w przypadku, gdy mają licencję na dane terytorium za granicą, nawet gdy nie chcą oni kierować swej oferty na to terytorium. Nie uwzględnia ona specyfiki praw autorskich (opartych o zasadę terytorialności) jak również nie bierze pod uwagę tego, że kwestie dostępu do treści audiowizualnych powinny być rozstrzygane w ramach reformy prawa autorskiego w UE, a nie, niejako przy okazji, w ramach projektu o geoblokowaniu – mówi dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

W Komitecie ds. rynku wewnętrznego i ochrony konsumentów w Parlamencie Europejskim (IMCO PE) odbyło się głosowanie w sprawie poprawek do projektu rozporządzenia ws. geoblokowania. Uniemożliwia lub utrudnia ono odbiorcom z innych państw Unii Europejskiej korzystanie z treści cyfrowych lub żąda za nie wyższej ceny. W tej chwili trwają prace w Radzie UE, które mają na celu ustosunkowanie się do zmian zaproponowanych przez Parlament.

Projekt regulacji ma na celu wprowadzenia zakazu geoblokowania, w sytuacji gdy jest on nieuzasadniony i ma charakter dyskryminacyjny, tj. uniemożliwia konsumentom dostęp i możność nabywania określonych produktów lub usług ze strony internetowej w innym państwie członkowskim, prowadzi do przekierowywania użytkownika na lokalną stronę internetową bądź polega na odmowie dostarczenia towaru/usługi lub możliwości realizacji płatności ze względu na lokalizację lub miejsce zamieszkania użytkownika.

Konfederacja Lewiatan zajęła głos w konsultacjach poprawek IMCO PE, koordynowanych na poziomie krajowym przez Ministerstwo Rozwoju. Przedsiębiorcy krytycznie odnieśli się do pomysłu włączenia treści chronionych prawem autorskim do zakresu rozporządzenia. Na obecnym etapie usługi audiowizualne i usługi komunikacji elektronicznej pozostają poza zakresem tej regulacji.

Badania wskazują, że niemieckie firmy rodzinne cieszą się dużym zaufaniem sektora bankowego

  • Badania dotyczą struktury finansowania firm rodzinnych; dane pochodzą z ponad 2 milionów niemieckich firm.
  • Wbrew oczekiwaniom, firmy rodzinne są bardziej zadłużone niż przedsiębiorstwa niezarządzane przez właściciela.
  • Firmy rodzinne często są bardziej zadłużone w bankach i w większym stopniu korzystają z finansowania zewnętrznego.
  • Próbki danych uwzględniają 700 dużych korporacji nienotowanych na giełdzie.

– Firmy rodzinne cieszą się dużym zaufaniem sektora bankowego ze względu na dobrą reputacją i korzystają z przewagi konkurencyjnej przy ubieganiu się o kredyt. To najważniejsze wnioski ze wstępnych wyników nowego projektu w ramach trzyletniej współpracy badawczej czołowego na świecie ubezpieczyciela kredytowego, Euler Hermes, doradców w zakresie zarządzania – firmy Roland Berger i Szkoły Biznesu i Administracji w Hamburgu (HSBA). Badanie ma na celu analizę struktury kapitałowej firm rodzinnych i wynikających z nich przewag konkurencyjnych.

Firmy rodzinne – mniej niechętne do ryzyka niż się spodziewano; wyższe zadłużenie wobec banków

„Firmy rodzinne nie są tak niechętne do podejmowania ryzyka, jak można by przypuszczać, kierując się powszechną opinią na ich temat” – mówi Martin Wendt, specjalista do spraw ryzyka w firmie Euler Hermes, który jako doktorant rozpoczął badania. „Dotychczas uzyskane wyniki badań pokazu-ją, że firmy rodzinne charakteryzują się wyższym poziomem zadłużenia oraz wyższym poziomem finansowania długoterminowego niż porównywalne przedsiębiorstwa, których właścicielami nie są rodziny. Ocena statystyczna sugeruje, że firmy rodzinne cieszą się dużym zaufaniem banków ze względu na ich dobrą reputację i przekłada się to na korzyści przy uzyskiwaniu kredytów.”

Partnerzy przeprowadzający badania udowodnili stawianą przez siebie hipotezę w sposób empiryczny na próbie złożonej z około 700 niemieckich korporacji nienotowanych na giełdzie.

Perspektywiczne podejście właścicieli firm rodzinnych zapewnia przewagę konkurencyjną przy zaciąganiu pożyczek

„Wstępne wyniki wskazują, że własność rodzinna promuje i kształtuje perspektywiczne podejście do celów firmy” – powiedział Matthias Holzamer, partner i specjalista do spraw finansowania w firmie Roland Berger. „To z kolei zwiększa wiarygodność firmy w oczach banków, co przekłada się na korzyści podczas zaciągania pożyczek. Wiele firm rodzinnych może w sposób czynny odwoływać się do swojej dobrej reputacji podczas ubiegania się o finansowanie i w związku z tym uzyskują one przewagę konkurencyjną.”

Połączenie badań z praktyką zapewnia wgląd w struktury finansowe

„Badanie pozwala na pogłębiony wgląd w strukturę finansową niemieckich firm rodzinnych” – mówi prof. Stefan Prigge z HSBA. „Współpraca między naukowcami prowadzącymi badania akademickie i czołowymi firmami z branży w celu przeprowadzenia oceny dwumilionowego zbioru danych dotyczących niemieckich firm to jak do tej pory unikalne przedsięwzięcie. Z jednej strony umożliwia nam ono uzyskanie dogłębnego wglądu w bieżące trendy w praktykach dotyczących finansowania, a z drugiej strony zapewnia metody optymalizacji finansowania, doradztwa i minimalizacji ryzyka.”

Dalsze wyniki zostaną opracowane w ciągu najbliższych trzech lat wspólnych badań. Euler Hermes wspiera badania, dostarczając zbiór anonimowych danych dotyczących ponad 2 milionów niemieckich firm, a ponadto zapewnia prawie stuletnie doświadczenie w przeprowadzaniu analiz finansowych i analiz ryzyka przedsiębiorstw. Dane analizowane są z udziałem specjalistów z firmy Roland Berger i naukowców z HSBA. Roland Berger jako jedna z czołowych na świecie firm doradczych dostarcza ugruntowane na mocnych podstawach zaplecze praktyczne, dzięki któremu firmy rodzinne mogą zająć lepszą pozycję strategiczną, poprawić swoją reputację i korzystać z wynikającej z tego przewagi konkurencyjnej w dziedzinie finansowania.

Kurs bitcoina (BTC) spada

Cóż, wzrost był kryptowaluty był naprawdę przyjemny. Od niskiego 1141 dolarów za monetę 13 kwietnia, do wczorajszego wysokiego poziomu 1905 dolarów, generalnie obserwujemy przyrost o ponad 750 dolarów za monetę (około 40%) w mniej niż miesiąc. Jest to rynek wysokiego ryzyka, który jest bardzo podatny na gwałtowne wahania. Obniżenie wartości o 150 dolarów, które widzieliśmy wczoraj w nocy, wydaje się być normalną korektą.

Jedną z kwestii, która zrodziła się w głowach inwestorów dzisiejszego ranka, jest sprawa skalowalności Bitcoina. Wraz ze wzrostem sieci, tzw. blockchain Bitcoina staje się coraz trudniejszy, biorąc pod uwagę przetwarzanie transakcji. Pojawiły się niesamowite nowiny z takich krajów jak Japonia, Indie, Australia, a nawet Rosja, które sygnalizują, że Bitcoin i inne cyfrowe waluty, będą powszechnie akceptowane w przyszłości.

Kurs bitcoina (BTC) 2017
Kurs bitcoina (BTC) 12.05.2017

Jednak całe to podekscytowanie stwarza poważne problemy w systemie. W chwili pisania tego tekstu zgromadzonych jest ponad 160 000 transakcji zablokowanych i oczekujących potwierdzenia. Oznacza to, że na tę chwilę przetworzenie płatności zajmuje stanowczo za dużo czasu. Z pewnością perspektywa codziennego jego użytku jest bardzo ekscytująca, ale jeżeli czas realizacji płatności będzie trwał ponad 10 godzin, to system wydaje się mało efektywny.

Bitcoin BTC KapitalizacjaTempo wzrostu wszystkich kryptowalut wydaje się zwalniać, ale się nie zatrzymuje. W poniedziałek kapitalizacja rynkowa wszystkich kryptowalut po raz pierwszy przekroczyła 50 miliardów dolarów. W tej chwili kwota wynosi 54 miliardy dolarów. Także tygodniowy wzrost wyniósł prawie miliard dolarów dziennie. Kapitalizacja rynkowa Bitcoina osiągnęła punkt kulminacyjny wczoraj, kiedy to osiągnęła poziom 30,5 mld USD. W tym samym czasie wartość Ethereum wzrosła o 200 milionów dolarów, a Ripple’a przybrała o blisko 700 milionów dolarów.

Można przypuszczać, że ruch zaobserwowany ostatniej nocy może być jedynie chwilową słabością. W tej chwili na rynek wchodzi wielu dużych graczy. Graczy, którzy dużo zainwestowali i chcą zobaczyć wzrost wartości do 5 000 lub 10 000 dolarów za monetę. Dla nich spadek o 150 dolarów w cenie to nic innego, jak tylko okazja.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Po Brexicie wzrośnie liczba upadłości brytyjskich przedsiębiorstw

Wielka Brytania nie wyszła jeszcze z Unii Europejskiej, ten proces zajmie prawdopodobnie dwa lata, jednak ryzyko po stronie przedsiębiorstw wzrasta. Z jednej strony kraj korzysta na słabnącej wartości funta, co wspiera eksport. Dla poszczególnych branż nie ma to jednak dużego znaczenia.

– Korzyści można zauważyć w sektorze farmaceutycznym, czy motoryzacyjnym – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Wiele innych branż zależnych jest do importu na Wyspy. Słabnący funt wpływa na wyższe koszty importu – a tym samym – zakupu dla gospodarstw domowych i biznesu. To będzie osłabiało sentyment i postrzeganie przyszłości przez brytyjskich konsumentów oraz tamtejszy biznes. Spodziewamy się, że od drugiego kwartału tego roku – w obliczu trudniejszych warunków rynkowych – wzrastać zacznie liczba upadłości przedsiębiorstw w Wielkiej Brytanii, a w całym roku będzie ona o 8% większa niż w 2016 – dodał Sielewicz.

Laser-Med S.A. nawiązuje współpracę z One More Level S.A.

Laser-Med S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2012 r., podpisała porozumienie o współpracy ze spółką z branży gier komputerowych – One More Level S.A. Emitent zakończył także 1 kw. 2017 r. zyskiem netto w wysokości ponad 262 tys. zł.

Podpisane przez Laser-Med S.A. porozumienie z One More Level S.A. obejmuje współpracę pomiędzy podmiotami w zakresie wymiany doświadczeń w obszarze planowania sprzedaży i budżetowania projektów, prowadzenia projektów i zarządzania ryzykiem projektowym, pozyskiwania finansowania, projektowania gier i aktualnych technologii (silniki gier) oraz procedur certyfikacji gier na poszczególnych platformach: PC, Microsoft, Sony. Obie spółki dostrzegają szerokie perspektywy dla kooperacji oraz korzyści z niej płynące i będą dążyły do jak najbardziej efektywnego wykorzystania doświadczenia, wiedzy i własnego potencjału. Podpisane porozumienie wpisuje się w przyjęte nowe kierunki rozwoju Laser-Med S.A., które zostały przedstawione w kwietniu 2017 r.

„Podpisane porozumienie z One More Level S.A. stanowi potwierdzenie przyjętych kierunków dalszego rozwoju naszej Spółki. Nasz nowy partner – spółka One More Level S.A., posiada bardzo duże doświadczenie w branży gier komputerowych i zamierzamy je wykorzystać, zacieśniając współpracę pomiędzy podmiotami. Uważam, że możemy kooperować w bardzo wielu obszarach, co powinno pozwolić na osiągnięcie istotnych korzyści przez każdą ze spółek.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Laser-Med S.A.

One More Level S.A. jest studiem game developerskim założonym w 2014 r., które wydało takie gry jak: Warlocks vs Shadows, Deadlings, Race to Mars. Podmiot ten jest także certyfikowanym wydawcą na platformy Xbox One, PS4, PSVITA, Nintendo oraz Steam. One More Level S.A. opracowuje obecnie swoją najnowszą produkcję, będącą największym tytułem w historii tej Spółki. Ukaże się ona na przełomie 2017/2018 r. nakładem jednego z największych światowych wydawców na platformy PC oraz konsole (PS4, Xbox One). W 2017 r. One More Level S.A. planuje wystąpić o dofinansowanie z NCBiR (Program GameINN) na rozwój innowacyjnych technologii związanych z nową produkcją.

Laser-Med S.A. zakończyła 1 kw. 2017 r. zyskiem netto w wysokości 262 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 252 tys. zł. Osiągnięcie bardzo dobrych wyników finansowych było możliwe dzięki skutecznej realizacji działań restrukturyzacyjnych, m.in. redukcji jej zobowiązań w łącznej kwocie ponad 161 tys. zł oraz zbyciu aktywów (środków trwałych) związanych z dotychczasowym przedmiotem działalności za kwotę ponad 159 tys. zł. Obecne działania Zarządu Spółki są skoncentrowane na realizowaniu przyjętych założeń do kierunków jej dalszego rozwoju w oparciu o nowy profil działalności – działalność inwestycyjną w obszarze produkcji gier komputerowych oraz mobilnych.

„Prowadzone działania restrukturyzacyjne umożliwiły Spółce wypracowanie bardzo dobrych wyników finansowych. Teraz koncentrujemy się na realizowaniu przyjętych kierunków rozwoju, czego potwierdzeniem jest zawarte porozumienie z One More Level S.A.” – dodaje Prezes Ciszewski.

Kto odpowiada za błąd robota? Przepisy w tym zakresie są lakoniczne i pozostawiają duże pole do interpretacji

Osoby obsługujące roboty autonomiczne nie mają w praktyce większych szans na udowodnienie, że przyczyną powstałej szkody było wadliwe działanie maszyny. W związku z tym, że użytkownik nie może ingerować w jego konstrukcję i co więcej w oprogramowanie, trzeba pilnie wprowadzić do przepisów domniemanie winy wytwórców.

Niedawno Unia Europejska podjęła rezolucję, która zachęca organy wspólnoty i państwa członkowskie do uregulowania kwestii dotyczących odpowiedzialności za szkody, wyrządzane przez roboty. Jak zauważa ekspert z Kancelarii Gajek i Wspólnicy, roboty są obecne w życiu człowieka już od lat 80. XX wieku. Jednak, współcześnie pełnią one niezwykle ważne funkcje w najbliższym otoczeniu konsumenta, a także zastępują ludzi w wykonywaniu wysoce odpowiedzialnych zadań. Dlatego, nadszedł czas, aby poważnie zweryfikować, czy dotychczasowe przepisy są adekwatne do aktualnego stanu rozwoju techniki i sposobu używania maszyn.

– Obecnie obowiązujące przepisy w UE i państwach członkowskich przewidują odpowiedzialność za szkody, wyrządzone przez roboty, na zasadzie winy. Wyjątkiem jest odpowiedzialność w zakresie ryzyka przedsiębiorców, np. za działanie dronów, lub posiadaczy pojazdów komunikacyjnych. Generalnie za maszynę odpowiada ten, kto ją wykorzystuje. Jednak problem pojawia się wtedy, gdy mamy do czynienia z urządzeniami działającymi autonomicznie. Wówczas wpływ użytkowników na sposób ich funkcjonowania jest dość niewielki bądź żaden. W tym wypadku należy rozważyć, czy istniejące regulacje są adekwatne i słuszne – zwraca uwagę Marek Gajek.

Główny ciężar odpowiedzialności za szkody, wyrządzone przez roboty autonomiczne, właściwie powinien spoczywać na producentach tych maszyn, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z urządzeniami przeznaczonymi dla konsumentów. W typowych przypadkach, użytkownicy nie mają możliwości jakiejkolwiek ingerencji w oprogramowanie, które steruje działaniem maszyn. Jest ono przypisane do nich na stałe. Ekspert podkreśla, że przepisy w tym zakresie są zbyt lakoniczne i pozostawiają bardzo szerokie pole do interpretacji. Trzeba więc je doprecyzować, wskazując, kto i w jakich konkretnie przypadkach może być winny za wystąpienie określonych zdarzeń.

– Jeśli szkoda jest spowodowana wadą samego urządzenia, w tym m.in. awarią systemu, odpowiedzialność za nieszczęśliwe zdarzenie powinien ponosić wyłącznie producent, chyba że wynika to z wydania błędnej komendy. Ale przeciętny użytkownik nie jest w stanie udowodnić przed wymiarem sprawiedliwości, że niewłaściwe działanie maszyny wywołał np. błąd programu, a nie jego polecenie. Pomijając nawet potrzebę posiadania fachowej wiedzy, szczegóły dotyczące działania robotów definiowane są zazwyczaj w ich oprogramowaniu. Jego kody nie są powszechnie udostępniane, lecz chronione prawem autorskim i stanowią tajemnicę producentów – stwierdza Marek Gajek.

Jak zaznacza Arbiter Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Radzie Gospodarczej, wysokość odszkodowań ww. przypadkach nie jest limitowana. W celu zabezpieczenia użytkowników robotów, należy więc wprowadzić w przepisach prawa, np. w kodeksie cywilnym, ustawowe domniemanie winy producentów lub podmiotów wprowadzających urządzenia do sprzedaży. Mogliby oni, po przeprowadzeniu odpowiednich badań i wykazaniu dowodów, w oparciu o dostępne im zasoby oraz wiedzę techniczną, ewentualnie oczyścić się z zarzutu. Wykazaliby wówczas, że szkoda jest zawiniona przez użytkownika.

– Należy pamiętać też o tym, że sterowanie urządzeniem autonomicznym może zostać przejęte przez osobę nieupoważnioną. Haker ma wówczas szansę na wykorzystanie robota do celów własnych lub swojego zleceniodawcy. Jeżeli jego działanie wyrządzi szkodę innym osobom, bądź doprowadzi do zniszczenia samego sprzętu, to absolutnie nie powinna za to odpowiadać zaatakowana obsługa. W obecnych czasach przepisy muszą już przewidywać tego typu niebezpieczeństwa oraz chronić przed odpowiedzialnością użytkowników robotów, nieposiadających wymaganych zabezpieczeń. W tym zakresie również można wprowadzać domniemania prawne – sugeruje Marek Gajek.

Udowodnienie ataku hackerskiego często nie jest łatwe, więc należy wymagać od producentów, aby roboty miały możliwość odtworzenia wprowadzanych komend oraz ich źródeł. W tym celu powinny być obowiązkowo montowane tzw. „czarne skrzynki”. Dotyczy to zwłaszcza komercyjnych dronów i pojazdów komunikacyjnych. Jak podkreśla ekspert z Kancelarii Gajek i Wspólnicy, chodzi przede wszystkim o zapewnienie odpowiedniej ochrony prawnej osobom obsługującym roboty, które obecnie stały się szczególnie narażone na cyberataki.

–  Teoretycznie każdy użytkownik robota może ubezpieczyć się od wyrządzonych przez niego szkód. Jeżeli jednak maszyny, będą powodowały zbyt wiele zniszczeń, to tego typu ubezpieczenia staną się wysoce kosztowne. Ponadto, ubezpieczyciele mogą stosować dodatkowe ograniczenia w polisach lub nawet przestać oferować takie usługi. Jeśli do tego dojdzie, to racjonalne okaże się wprowadzenie obowiązkowych ubezpieczeń lub utworzenie funduszu odszkodowawczego, np. na wzór polskiego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Składki odprowadzaliby producenci lub sprzedawcy robotów. Pokrywałby one co najmniej szkody powstałe z tzw. przyczyn nieustalonych – przewiduje Marek Gajek.

Grupa Recykl po I kwartale 2017 r.

26-procentowy wzrost przychodów do 11,2 mln zł, podwojenie zysku na sprzedaży do 1,4 mln zł i wzrost EBITDA do 2,7 mln zł (+34 proc.) to korzystne rezultaty w sezonowo najsłabszym okresie dla Grupy Recykl – największego w Polsce podmiotu prowadzącego działalność w zakresie zagospodarowywania odpadów poużytkowych w postaci zużytych opon. Na wysokie wyniki wpłynęły m.in. wyższe wolumeny i ceny kordu stalowego, nowe, nieobecne w 2016 r., perspektywiczne źródła przychodów oraz dyscyplina kosztowa
– niższa dynamika wzrostu kosztów w relacji do sprzedaży.

W okresie styczeń-marzec 2017 r. przy wzroście przychodów o 26 proc., koszty działalności operacyjnej były wyższe o 19 proc. Utrzymane zostały niskie koszty jednostkowe wytworzonych produktów i usług dzięki m.in. wzrostowi skali produkcji (nowa linia w Krośnie Odrzańskim). Takie aspekty wpłynęły pozytywnie na marże – rentowność sprzedaży wyniosła w tym okresie 12,4 proc. (vs. 7,9 proc. rok wcześniej), marża EBIT – 15,3 proc. (vs. 11,1 proc.), a marża netto – 9,5 proc.  (vs. 5,2 proc.). Sprzedaż GRC wyniosła 11,19 mln zł (vs. 8,91 mln zł rok wcześniej ), EBIT 1,72 mln zł vs. 0,99 mln zł), EBITDA 2,70 mln zł (vs. 2,02 mln zł), a zysk netto 1,06 (vs. 0,46 mln zł).

W I kw. 2017 r. na bardzo dobre wyniki Grupy Recykl wpłynęły takie czynniki, jak wzrost wolumenu sprzedaży drutu stalowego, realizowanej na wysokich marżach, istotnie wyższa sprzedaż usług recyklingu i odzysku oraz nowe obiecujące źródła przychodów niewystępujących w 2016 r. Mówimy tu o opłatach związanych z  zagospodarowaniem zużytych opon oraz o przychodach w zakresie odbioru odpadów innych, niż opony, które po przetworzeniu i zmieszaniu z paliwami własnej produkcji sprzedawane są do odbiorców, co pozwala nam zniwelować spadki cen paliw alternatywnych i granulatów SBR – powiedział Roman Stachowiak, Prezes Zarządu Grupy Recykl S.A.

Struktura przychodów Spółki jest coraz bardziej zdywersyfikowana i tym samym sprzedaż produktów z przerobu opon w I kw. 2017 r. stanowiła 45,20 proc. (wobec 58,11 proc.) i wyniosła 5,06 mln zł (-2,4% r/r). Skala usług odzysku i recyklingu opon w relacji do 1 kw. 2016 r. wzrosła o 65,75 proc. do 1,83 mln zł. Znaczący przyrost odnotowano
w segmencie „Pozostała sprzedaż” (1,51 mln zł wobec 0,23 mln zł rok wcześniej).

Ostatnie kwartały przynoszą przyspieszenie wzrostu Grupy Recykl. M.in. uruchomiliśmy  nową linię  do recyklingu opon wraz z linią do czyszczenia drutu w Krośnie Odrzańskim. Pracujemy także nad sfinansowaniem rozwoju ogólnopolskiej sieci zbiórki opon. Finalnie spodziewamy się wyższej skali przetwarzanych wolumenów w 2017 r. Chcemy także dalej konsolidować rynek, w związku z tym w przypadku pojawienia się atrakcyjnych celów akwizycyjnych, takich działań nie wykluczamy – dodał  Maciej Jasiewicz, Wiceprezes Zarządu Grupy Recykl S.A.

W grudniu ubiegłego roku Grupa Recykl poinformowała o zawarciu porozumienia z Partnerem branżowym w zakresie realizacji zamówień paliwa alternatywnego (tzw. chips), wyprodukowanego ze zużytych opon, mającego orientacyjnie generować ok. 300 tys. zł miesięcznie. Zapowiadana nowa instalacja dedykowana m.in. temu Partnerowi w Krośnie Odrzańskim rozpoczęła pracę.

Spółka w I kw. 2017 r. wypracowała jedne z najwyższych w ostatnich latach przepływy pieniężne z działalności operacyjnej w wysokości 3,5 mln zł. To pozwoliło na komfort w wydatkowaniu środków na cele inwestycyjne – wydatki pieniężne z tego tytułu wyniosły 3,08 mln zł i były przeznaczone głównie na zakup linii technologicznej do przerobu opon marki Eldan Recykling w zakładzie w Krośnie Odrzańskim.

– Korzystnym aspektem naszej działalności jest możliwość realizacji inwestycji w części finansowanych środkami własnymi, choć także posiłkujemy się kapitałem zewnętrznym: bankowym i leasingowym – uzupełnił Zbigniew Fleszar, Członek Zarządu i Dyrektor Finansowy Grupy Recykl S.A.

Zadłużenie odsetkowe na koniec marca 2017 r. wyniosło 14,9 mln zł, co oznacza spadek wobec momentu sprzed roku o 28,6 proc. (-4,26 mln zł). Spółka z początkiem kwietnia informowała o zawarciu umowy leasingu (z przeznaczeniem na refinansowanie nowej linii w Krośnie Odrzańskim poprzez leasing zwrotny) z Pekao Leasing w wysokości 1,2 mln euro, co oznacza wzrost długu, choć relacja do EBITDA nadal będzie utrzymywać się na stabilnym i bezpiecznym, zdaniem Zarządu Spółki, poziomie.

SferaNET S.A. – wyniki finansowe w 1 kw. 2017 r.

SferaNET S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2014 r., działająca w branży telekomunikacyjnej, wypracowała w 1 kw. 2017 r. blisko 270 tys. zł zysku EBITDA oraz 64 tys. zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 695 tys. zł. Spółka rozwija sprzedaż usług abonamentowych i zakłada jej dalszy wzrost w kolejnych kwartałach.

Osiągnięte przez Emitenta wyniki finansowe w 1 kw. 2017 r. wykazują poprawę w stosunku do analogicznego okresu ub. roku. W 1 kw. 2016 r. zysk EBITDA SferaNET S.A. sięgnął 215 tys. zł, zysk netto wyniósł 60 tys. zł, a wartość przychodów netto ze sprzedaży przekroczyła 638 tys. zł. Ponad 25% wzrost zysku EBITDA w ujęciu rdr. potwierdza zwiększenie wypracowywanych przychodów ze sprzedaży oraz osiąganej rentowności. Podpisywane przez Spółkę umowy z kontrahentami instytucjonalnymi wpływają na utrzymanie pozytywnego trendu wzrostu przychodów. Pozyskiwanie klientów z segmentu biznesowego pozwala także rozbudowywać sieć infrastruktury, dzięki czemu Emitent uzyskuje tym samym poszerzony dostęp do klientów indywidualnych. Zarząd SferaNET S.A. w oparciu o posiadane dane źródłowe i własne analizy przewiduje, że w 2017 r. Spółce uda się utrzymać dalszy wzrost przychodów ze sprzedaży usług abonamentowych.

„Początek roku pokazał, że będzie to bardzo pracowity czas dla całej Spółki. W tym roku planujemy sporo inwestować i rozwijać infrastrukturę światłowodową. Przyznaję, że coraz lepiej działamy też w obszarze B2C, co widać po systematycznych przyrostach liczby klientów indywidualnych.” – podkreśla Anna Stanaszek, Prokurent SferaNET S.A.

SferaNET S.A. złożyła w dniu lutym br. wniosek o dofinansowanie projektu dotyczącego budowy sieci światłowodowej w województwie śląskim w ramach działania 1.1. „Wyeliminowanie terytorialnych różnic w możliwości dostępu do szerokopasmowego Internetu o wysokich przepustowościach”, w ramach I osi priorytetowej „Powszechny dostęp do szybkiego Internetu” Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa na lata 2014-2020. W ramach tego projektu Spółka planuje wybudować sieć światłowodową (za wyjątkiem przyłączy do klientów) w powiecie bielskim oraz cieszyńskim o długości ok. 1.300 kilometrów. Szacowana wartość całego projektu, który ma zostać zakończony do końca 2020 r., sięga ok. 43,8 mln zł, a wnioskowana wartość dofinansowania wynosi 34,1 mln zł. Złożony przez SferaNET S.A. wniosek spełnił kryteria oceny formalnej i obecnie oczekuje na wyniki oceny merytorycznej.

„Wygrana w konkursie byłaby spektakularnym sukcesem i wielkim wyzwaniem. Dalej jednak pozostaje wiele pytań w sprawie korzystania z wybudowanej infrastruktury w ramach działania 1.1 POPC. Tą kwestię będzie regulowało UKE i w zależności od warunków, jakie ustali, zmieni się rynek. Niemniej jednak niezależnie od rozstrzygnięcia konkursu, SferaNET posiada najbardziej rozbudowaną infrastrukturę światłowodową na obszarze konkursowym, a to oznacza współpracę z podmiotem, który wygra, jeśli nie będzie to nasza Spółka. Niezależnie od rozstrzygnięcia konkursu jesteśmy przekonani, że nasza Spółka zyska dzięki tej inwestycji.” – zakończyła Anna Stanaszek.

SferaNET S.A. zakończyła 2016 r. zyskiem EBITDA w wysokości 1.113 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 4.509 tys. zł. Zysk netto Emitenta w minionym roku wyniósł 302 tys. zł. Spółka przekroczyła tym samym podwyższone prognozy finansowe na 2016 r., które zakładały osiągnięcie przez nią zysku EBITDA na poziomie 1.000 tys. zł oraz przychodów netto ze sprzedaży w kwocie 4.400 tys. zł.

W lutym 2017 r. w akcjonariacie SferaNET S.A. pojawił się nowy inwestor branżowy – Spółka 3S S.A., która przekroczyła próg 5% głosów na WZA i posiada obecnie 231.000 szt. akcji. Wejście 3S S.A. do akcjonariatu SferaNET S.A. pozwoliło na uzyskanie maksymalnej punktacji za doświadczenie w złożonym wniosku o dofinansowanie w ramach PO PC, Działanie 1.1. Oba podmioty nie wykluczają również bliższej współpracy operacyjnej. 3S S.A., należąca do Grupy 3S, zajmuje się świadczeniem usług telekomunikacyjnych dla ponad tysiąca pięciuset firm i instytucji zlokalizowanych głównie w południowej Polsce. Spółka posiada ponad 3300 km własnej sieci światłowodowej i działa na rynku od 2002 roku.

Przed nami podwyżki cen paliw

Przed nami bardzo krótki okres z nieco niższymi kosztami tankowania. Wydarzenia na globalnym rynku ropy sugerują, że ceny paliw na polskich stacjach mogą szybko wzrosnąć i jeszcze przed wakacjami wrócić do poziomów sprzed długiego majowego weekendu, czyli ponad 4,5 zł za diesla i ponad 4,7 zł za bezołowiową 95 – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Od połowy kwietnia mieliśmy do czynienia z silnymi spadkami cen paliw na rynku europejskim. Litr podstawowej benzyny bezołowiowej w holenderskich i belgijskich portach obniżył się z 1,83 zł do 1,54 zł. Biorąc pod uwagę zależności pomiędzy hurtem i detalem, powinno to w najbliższych dniach sprowadzić średnie ceny popularnej bezołowiowej 95 do stanu 4,50 zł/litr. Byłoby to o ponad 20 gr mniej niż w trakcie długiego majowego weekendu.

Jeszcze więcej powodów do zadowolenia mogą odczuć użytkownicy diesli. Na początku tygodnia litr takiego paliwa na rynku kosztował 1,43 zł. To prawie 30 gr mniej niż w połowie zeszłego miesiąca. Dzięki temu średnia cena oleju napędowego powinna niedługo oscylować wokół poziomu 4,30 zł/litr.

Radość kierowców potrwa jednak krótko, ponieważ ceny ropy naftowej już rosną, a perspektywy dla tego surowca zaczynają bardziej faworyzować producentów niż konsumentów.

Wątłe podstawy spadków

Ostatnie spadki cen europejskiej ropy Brent z 55 do 47 dol. za baryłkę wynikały z kumulacji negatywnych informacji dla tego surowca. Po pierwsze cały czas rośnie wydobycie z amerykańskich łupków. W USA wynosi ono dziennie ponad 9,3 mln baryłek, podczas gdy latem ub.r. było 8,5 mln. Pozwalało to również utrzymać zapasy ropy naftowej blisko historycznych rekordów w Stanach Zjednoczonych, co wywoływało globalną presję na spadki ceny.

Na początku maja pojawiły się również spekulacje, że OPEC może nie przedłużyć listopadowego porozumienia o ograniczeniu wydobycia. Choć te doniesienia nie zostały potwierdzone przez żadnego z oficjeli kartelu, to wraz ze spadkami cen metali przemysłowych i obawami o kondycję gospodarczą Chin popchnęły ceny odmiany Brent o 10 proc. w dół podczas pierwszego tygodnia maja.

Niebagatelny wpływ na krótkoterminową wycenę ropy ma również zachowanie inwestorów finansowych. Przed długi czas zakładali oni wzrost cen. Kiedy jednak nic takiego nie następowało, inwestorzy zaczęli redukować pozycje zakładające wyższe ceny surowca. To dodatkowo pogłębiło ostatnią przecenę.

Gwałtowny wzrost deficytu i spadek zapasów

Podstawowym celem OPEC i innych krajów, które przystąpiły do zeszłorocznego ograniczenia wydobycia, było przerwanie globalnego trendu rosnących zapasów ropy naftowej i jej produktów. Obecnie, według danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), wynoszą one 3,05 mld baryłek, a to ok. 300 mln więcej niż średnia z lat 2011-2014.

W marcu OPEC wydobywał 31,9 mln baryłek dziennie, czyli ponad 2 mln mniej niż w listopadzie 2016 r. Jednak zimą produkcja kartelu i tak jest zwykle mniejsza, a więc w porównaniu z podażą z marca ub.r. (32,3 mln) ubyło tylko 400 tys. baryłek.

Biorąc pod uwagę, że produkcja z USA jest wyraźnie wyższa niż rok temu i fakt stosunkowo niewielkiego przyrostu popytu w pierwszym kwartale 2017 r. (1,1 mln baryłek – według danych IEA), redukcja zapasów następowała zdecydowanie wolniej niż można było oczekiwać. To spowodowało, że ceny ropy zamiast oscylować blisko 55-60 dol. za baryłkę spadły do ok. 50 dol.

Wszystko wskazuje jednak na to, że zapasy mogą zacząć się bardzo szybko kurczyć. OPEC na spotkaniu zaplanowanym na 25 maja z bardzo dużym prawdopodobieństwem zdecyduje się na przedłużenie ograniczenia produkcji. Będzie to oznaczać, że ubytek ropy w porównaniu do zeszłego roku osiągnie aż 1,5-2 mln baryłek w ujęciu dziennym.

IEA w kwietniu przewidywała natomiast globalny wzrost popytu w trzecim oraz czwartym kwartale na poziomie odpowiednio 1,3 oraz 1,4 mln baryłek. Nawet zakładając, że wydobycie w USA będzie dalej silnie rosło, to najwyżej zaspokoi przyrost popytu, ale nie skompensuje cięć ze strony OPEC.

W rezultacie więc popyt przewyższy podaż nawet o 1,5-2 mln baryłek dziennie, a kartelowi może się udać zredukować globalne zapasy o 200-300 mln baryłek do końca roku.

Kierowcy zapłacą więcej

Opublikowane w minioną środę cotygodniowe dane amerykańskiego Departamentu Energii (EIA) mogą sugerować zmieniający się trend utrzymywania zapasów ropy naftowej. Ich spadek w USA był największy w tym roku i wyniósł 5,25 mln baryłek. Spowodowało to, że w ciągu jednego dnia ceny Brent wzrosły o 3 proc. i powróciły ponad granicę 50 dol.

Kolejny negatywnym sygnałem dla konsumentów będzie oczekiwana na 25 maja decyzja o przedłużeniu porozumienia OPEC na drugą połowę roku. Powinna ona spowodować, że Brent wróci do przedziału 55-60 dol. za baryłkę, czyli wzrośnie o kolejne 10 proc. Tym samym jeszcze w maju możemy zobaczyć wyraźnie wyższe ceny paliw, a przed wakacjami koszt litra diesla oraz benzyny bezołowiowej może znowu przekraczać – odpowiednio – 4,5 i 4,7 zł.

Dane z dowodu warte więcej niż karta kredytowa

Choć wydaje się, że własna tożsamość jest bezcenna, to obietnica łatwych pieniędzy może być na tyle kusząca, że są osoby, które decydują się na jej sprzedaż. Udostępniają swoje dane tożsamości ludziom wyłudzającym kredyty. Zostają tzw. słupami, wchodząc tym samym we współpracę z przestępcą. Sprzedawanie danych osobowych to przestępstwo w białych rękawiczkach, ale kara za współudział może wynieść nawet 8 lat pozbawienia wolności.

Potocznie zwany „słup” to osoba, która kierowana chęcią łatwego zarobku, dobrowolne udostępnia swoje dane w celu wzięcia kredytu lub pożyczki, przy czym sama nie jest rzeczywistym kredytobiorcą. Udzielanie swoich danych osobowych, aby ktoś inny mógł wziąć kredyt nie jest jednak „niewinną przysługą”. To pułapka i prosta droga do bankructwa. To także udział w przestępstwie.

Nie dać się „zrobić w słupa”

„Słup” nie dostaje pieniędzy, które wypłaca bank czy firma pożyczkowa ani też nie jest gwarantem spłaty zaciągniętego zobowiązania. To najczęściej człowiek nieświadomy tego, że uczestniczył w przestępstwie, jednak świadomie wchodząc w porozumienie i współpracę ze sprawcami, wprost podlega się pod art. 297 § 1 kodeksu karnego. Co więcej, to nie jedyny paragraf, pod który może podlegać takie działanie. Wyłudzenie kredytu, a więc osiągnięcie korzyści majątkowej, zazwyczaj związane jest z doprowadzeniem banku do niekorzystnego rozporządzenia swoim mieniem. Stanowi to przestępstwo oszustwa, o którym mówi art. 286 par. 1 k.k., za które przewidziana jest jeszcze surowsza kara – od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.

Podejrzane propozycje łatwego zarobku

Z poszukiwaniem „słupów” do wyłudzenia kredytów przestępcy nawet się nie kryją – mówi Marcin Gozdek, dyrektor Departamentu Rynku Detalicznego z Biura Informacji Kredytowej. – Liczą na naiwność osób młodych, ludzi z problemami finansowymi, czy po prostu na nieznajomość prawa – dodaje.

Serwisy internetowe oraz gazety lokalne pełne są ogłoszeń adresowanych do osób „chcących szybko zarobić”, posiadających „czysty BIK” albo anonsów obiecujących „wysoką prowizję dla osób gotowych do wzięcia kredytu”. Takie ogłoszenia można znaleźć w popularnych serwisach internetowych. Nie wolno na nie reagować, bo w ten właśnie sposób przestępcy poszukują łatwych ofiar do wyłudzeń kredytowych polegających na tzw. „braniu kredytu na słupa”.

Jak wynika z dostępnych doniesień Policji, wyłudzenia „na słupa”, należące do tzw. przestępczości gospodarczej, to obecnie najpoważniejszy obszar pracy policjantów. Przekazy medialne o zatrzymaniach zorganizowanych grup przestępczych przez służby policji, potwierdzają powszechność tego procederu oraz dokumentują statystyki o liczbie prób wyłudzeń na cudze dane.

Dane z dowodu warte więcej niż karta kredytowa

Średnio przestępca, który wejdzie w posiadanie cudzych danych tożsamości próbuje wyłudzić kwotę blisko 30 tys. złotych* Okazuje się, że nasz dowód osobisty dla zawodowego przestępcy jest wart więcej niż karta kredytowa.

Pomysłowość złodziei danych osobowych nie zna granic. Mogą podszyć się pod bank, firmę szukającą pracowników albo sklep internetowy – tłumaczy Marcin Gozdek z BIK. – Zawarte na naszym dowodzie osobistym dane, to cenny łup w rękach przestępców, bo mogą posłużyć zarówno do wyłudzenia pożyczki czy kredytu, jak i zakupów np. drogiego sprzętu na raty, telefonu komórkowego, wypożyczenia samochodu – a to wszystko na nasz rachunek, dodaje Gozdek.

Często też sami nieświadomie jesteśmy źródłem danych dla oszustów np. wyrzucając dokumenty zawierające nasze dane osobowe, np.: opakowania po przesyłkach kurierskich, czy informacje urzędowe.

Chronić swoje dane

Warto wiedzieć, że „słupem” można też zostać nieświadomie. Udostępniając nieznanej osobie swoje dane, takie jak adres, numer PESEL, miejsce urodzenia, a w szczególności skany lub kopie dokumentów tożsamości, naraża się na spłatę kredytu nawet na kilkaset tysięcy złotych, a ponadto na ryzyko, że na jednej pożyczce się nie skończy. Świadome użyczenie swoich danych i przyzwolenie, by ktoś inny wykorzystał je do wzięcia kredytu to przestępstwo. Samo przekazanie przestępcom własnego raportu z BIK informującego o dobrej historii kredytowej, to już zielone światło do popełniania przestępstw z naszym udziałem. Warto wiedzieć, że karane jest już samo ubieganie się o taki kredyt, nawet jeśli nie zostanie on przyznany.

Aby wyprzedzić oszusta…

Przed wyłudzeniem kredytu na swoje dane każdy może się uchronić, aktywując Alerty BIK. To sygnały ostrzegawcze, wysyłane w formie smsa, lub emaila, które informują o próbie zaciągnięcia kredytu na nasze dane. Jeśli nie byliśmy w banku, nie kupowaliśmy sprzętu na raty ani nie poręczaliśmy kredytu a otrzymaliśmy Alert, możemy podejrzewać wyłudzenie. – Dzięki informacji z Alertu możemy szybko zareagować i zapobiec wyłudzeniu – wyjaśnia Marcin Gozdek.- Alerty BIK zapewniają nam ochronę przez cały rok, działają 24/h, 7 dni w tygodniu, a także dają poczucie bezpieczeństwa, że nie będziemy spłacać wyłudzonych kredytów na nasze imię – dodaje.

* Dane z InfoDok IV kw.2016

Handel Chiny-USA. Werdykt Moody’s

Wbrew oczekiwaniom w handel między Chinami i USA zamiast ceł importowych wchodzą nowe umowy. Dobre dane z rynku pracy i spadek szans na wzrost stóp procentowych. Dzisiaj aktualizacja ratingu Polski.

Handel Chiny-USA

W trakcie kampanii wyborczej stanowisko obecnego prezydenta USA wobec handlu z Chinami było jasne. Duża nadwyżka Chin powinna być zredukowana poprzez wprowadzenie cła importowego. Obecnie retoryka znacznie złagodniała i celem jest otwarcie chińskiego rynku na produkty amerykańskie. Właśnie podpisano pierwsze porozumienie w sprawie wzajemnej wymiany handlowej. Dotyczy ono branży mięsnej, importu gazu z USA oraz wzajemnego dostępu do usług finansowych. Jednym z efektów ma być wejście agencji ratingowych co powinno zwiększyć wiarygodność tamtejszych danych. Waluta Chin po chwilowej korekcie w styczniu tego roku znów traci do dolara. Ostatnie dni przyniosły co prawda umocnienie juana, ale wciąż pozostaje on w trendzie spadkowym.

Dobre dane z USA

Wczoraj poznaliśmy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Są to cotygodniowe dane obrazujące kondycję rynku pracy. Odczyt wyniósł 236 tysięcy wobec 245 tysięcy oczekiwanych. Pojedynczy lepszy odczyt przy tygodniowych danych nie jest co prawda jeszcze żadnym przełomem, ale dane te systematycznie spadają. Jest to odczyt wyprzedzający stopę bezrobocia. Poprawiające się dane sugerują, że bezrobocie w USA wciąż może spadać. Co ciekawe pomimo poprawiającej się perspektywy rynku pracy wczoraj inwestorzy zaczęli sprzedawać kontrakty na stopę procentową. Ich cena sugeruje, że szansa na czerwcową podwyżkę spadła z 87% na 83%. Przy tym prawdopodobieństwie wynikającym z kontraktów dalej podwyżka jest właściwie przesądzona, aczkolwiek do posiedzenia pozostał jeszcze ponad miesiąc.

Dzisiaj werdykt agencji ratingowej Moody’s

Decyzja zapadnie najprawdopodobniej w późnych godzinach popołudniowych lub nawet wieczornych. Agencja przeważnie czeka do zamknięcia rynków z komunikatem, co w przypadku niespodzianki może mieć nieproporcjonalnie duży wpływ na kursy walut. Zdaniem ekspertów jedyne co może się dzisiaj zmienić to perspektywa ratingu. Obecna jest negatywna zatem nie grozi nam jej pogorszenie a raczej poprawa. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę że z 3 głównych agencji ratingowych to Moody’s przyznaje Polsce najwyższą ocenę, zatem wątpliwe by chciało wychodzić jeszcze bardziej przed szereg. Z drugiej strony obecna sytuacja nie daje podstaw do obniżki ratingu.

Dzisiaj z danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – inflacja konsumencka,
  • 14:30 – USA – inflacja konsumencka,
  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Nokia 3310 wraca na rynek. Producent liczy, że podobnie jak 17 lat temu odniesie sukces sprzedażowy

Nokia 3310 wraca na rynek. Producent liczy, że podobnie jak 17 lat temu odniesie sukces sprzedażowy 9

Pierwsza Nokia 3310 była w swoim czasie najpopularniejszym telefonem komórkowych świata. To właśnie ten model osiągnął nie pobity do tej pory przez żadną inną markę i żaden inny telefon wynik w postaci 126 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie. Nic dziwnego, że twórcy nowej, odrodzonej wersji Nokii nadali jej to samo oznaczenie, licząc na choćby częściowe powtórzenie sukcesu sprzedażowego poprzednika.

Kiedy spojrzy się na starszą i nowszą odmianę Nokii 3310, to wrażenie podobieństwa obu modeli jest uderzające. Bardzo podobny kształt i stylistyka korpusu, niemal identyczny wygląd klawiatury numerycznej. Aż trudno uwierzyć, że oba te telefony dzieli aż 17 lat, które sprawiają oczywiście, że nowa Nokia 3310 jest znacznie nowocześniejsza.

– Nowa Nokia 3310 różni się od swojej poprzedniczki przede wszystkim tym, że są użyte najnowsze materiały. Dzięki temu uzyskaliśmy efekt, że jest lżejsza, cieńsza, a jednocześnie zachowuje jakość i trwałość poprzedniczki. Oprócz tego ma 2-megapikselową kamerkę, a poprzedni model nie miał, ma też dużo ładniejszy i bardziej przejrzysty kolorowy ekran – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Robert Siewierski Country Manager w firmie HMD Global.

Co najważniejsze, nowa Nokia 3310 zachowuje jedną z najważniejszych zalet swojej poprzedniczki, jaką jest długi czas pracy po naładowaniu akumulatora. Jest to oczywiście inny akumulator, wykonany z wykorzystaniem najnowszych technologii, ale nadal zapewnia świetne parametry pracy. Telefon może pracować do 30 dni w trybie czuwania, ponad 50 godzin słuchania muzyki i 22 godziny nieprzerwanych rozmów. Jak deklaruje producent, jest przy tym także równie niezawodna i wytrzymała. I kolorowa, choć tym razem użytkownicy nie będą mogli wymienić w prosty sposób jej obudowy.

– Nowa Nokia 3310 będzie dostępna w czterech kolorach: dwa matowe granatowy i szary i błyszczący żółty i czerwony. Startujemy z klasykiem, czyli kolorem granatowym, pozostałe trzy kolory wprowadzimy na rynek w ciągu najbliższych dwóch–trzech tygodni – zapowiada Robert Siewierski.

Nowością w stosunku do poprzedniej wersji jest także to, że nowa Nokia 3310 będzie dostępna w dwóch wariantach, wyposażonych w kieszenie na jedną lub dwie karty SIM. Ma także slot na kartę pamięci, na której można przechowywać chociażby pliki z muzyką lub zapisywać wykonane zdjęcia.

Niespodzianką, która wzbudza kontrowersje wśród potencjalnych nabywców telefonu, jest brak możliwości łączenia się z siecią internetową poprzez technologie trzeciej generacji (3G). Są jednak ku temu powody.

– Chcemy być jak najbliżej pierwowzoru. Wtedy, kiedy pierwsza 3310 była na rynku, nie istniało 2G, 3G, 4G – był GSM. W związku z tym wprowadziliśmy antenę 2G. Dla tych, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że można na weekend albo na urlop wyjechać bez e-maili, bez Facebooka, bez Instagrama, jest tutaj przeglądarka Opera i jak ktoś jest bardzo zdeterminowany, to wejdzie sobie chociażby na swoje ulubione fora społecznościowe i zajrzy, co się dzieje u sąsiadów – wyjaśnia Country Manager.

Innym elementem, którego brak wzbudził rozczarowanie części oczekujących na nową Nokię 3310, jest brak przedniego aparatu, służącego zwykle do wykonywania zdjęć typu selfie.

– No niestety, trzeba będzie odwrócić telefonik plecami do siebie – zapowiada Robert Siewierski i wyjaśnia – To naprawdę jest małe urządzenie i jeżeli chcemy postawić na trwałość, jakość i nawiązać do pierwowzoru, to nie możemy tych wszystkich rzeczy, które są dzisiaj w smartfonach, umieścić w tym jednym opakowaniu. To już nie byłaby 3310, to byłoby zupełnie inne urządzenie. 

Tym bardziej że według założeń producenta nowa Nokia 3310 nie ma konkurować ze smartfonami. To raczej propozycja dla indywidualistów, którzy chcą się wyróżnić, pokazać się z czymś innym.

– Jeśli położymy 3310 nawet w granatowym kolorze na biurku albo na stole w restauracji, w kawiarni, to ona zostanie zauważona prędzej niż najnowszy model jakiegokolwiek smartfona. – deklaruje Robert Siewierski.

Przy okazji polskiej premiery wyjaśniona też została różnica między ceną zapowiedzianą podczas światowej premiery telefonu (49 euro), a jej ostateczną wysokością w Polsce – 269 zł (około 65 euro). Okazało się, że w podanej na początku cenie nie zostały uwzględnione podatki różniące się w zależności od kraju, w którym sprzedawana jest nowa Nokia.

Jedną z ciekawostek dotyczących nowego telefonu Nokii jest to, że na rynku – nawet jeszcze przed wejściem do sprzedaży oryginału – pojawiły się podróbki nowego modelu 3310.

– Nokia 3310 jest już podrabiana na paru rynkach i bardzo nas to cieszy. Mimo że ludzie zastanawiają się, czy na rynku jest miejsce na taki produkt, niektórzy pokazują wyraźnie, że jest – nie tylko na oryginał, lecz nawet na kopie – podsumowuje Robert Siewierski.

Przygotuj się na przyszły tydzień 12.05.2017

W kalendarzu pustka, wieje nudą… Z danych makroekonomicznych warto zainteresować się jedynie kanadyjską oraz brytyjską inflacją.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Brytyjską inflację poznamy 16 maja o godzinie 10:30. Poprzedni odczyt inflacji CPI R/R wyniósł 2.3 procenta. Gdybyśmy poznali odczyt powyżej tej wartości, to funt szterling powinien się umocnić. Faktyczny odczyt poniżej 2 procent powinien być rozczarowaniem. Poniżej przedstawiono odczyty historyczne inflacji CPI w Wielkiej Brytanii.

Inflacja CPI R/R w Wielkiej Brytanii

Inflacja CPI R/R w Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Od 2016 roku mamy do czynienia z rosnącą inflacją, co w dłuższym terminie i przy zachowaniu dotychczasowego trendu zacznie wywierać coraz większą presję na Banku Anglii. W takich warunkach powinniśmy obserwować komunikaty banku, który może zdecydować się na zacieśnianie polityki monetarnej.

Kanadyjska inflacja ma się w zupełności inaczej. Ostatnie odczyty nie zachwycały.

Inflacja CPI R/R w Kanadzie

Inflacja CPI R/R w Kanadzie

Źródło: Admiral Markets

Ostatni odczyt inflacji CPI znalazł się na poziomie 1.6 procenta. Reakcja na dane powinna być mniejsza niż na funcie szterlingu.

Zatem co należy obserwować w przyszłym tygodniu? Chiny, dlaczego? Ponieważ po raz kolejny zaczęły straszyć. Notowania najważniejszego chińskiego indeksu Shanghai Composite (SSE Composite Index) od 1,5 miesiąca znajdują się w trendzie spadkowym i przełamały ostatni opór. Poniżej znajduje się wykres przedstawiający korelację indeksu S&P 500 i SSE Composite.

S&P 500, SSE Composite

S&P 500, SSE Composite

Źródło: Bloomberg

Od maja poprzedniego roku obydwa indeksy podążały w tym samym kierunku, aczkolwiek to się zmieniło. Większa wyprzedaż na rynku w Chinach powinna przełoży się na wzrost awersji do ryzyka. Będzie to jednoznaczne z korektą na pozostałych indeksach (w tym na S&P 500 oraz WIG 20), a także transferem kapitału w bardziej bezpieczne aktywa.

Rynki do obserwacji

W perspektywie kilku tygodni ciekawie przedstawia się dolar nowozelandzki, który broni się przed siłą dolara amerykańskiego. NZD umocnił się względem pozostałych walut, a miejsce do dalszych wzrostów pozostaje. Gdzie należy szukać przyczyny? Odpowiedź jest prosta, w cenie nabiału.

NZD/USD (żółty), GDT Index (biały)

NZD/USD (żółty), GDT Index (biały)

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano indeks nabiału (GDT – Global Dairy Trade). Gospodarka nowozelandzka jest uzależniona od jego eksportu, wyższe ceny przekładają się na silniejszą gospodarkę. Na żółto przedstawiono parę walutową NZD/USD, która jak w zaparte nie chce spaść poniżej wsparcia. Wzrosty hamowane są przez dolara amerykańskiego, ale do pozostałych walut (jak JPY, CHF czy też EUR) NZD umocniło się.

Notowania NZD/USD, interwał tygodniowy

Notowania NZD/USD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym dolar nowozelandzki w stosunku do dolara amerykańskiego znalazł się na strefie wsparcia oraz w okolicy dolnej bandy kanału spadkowego. Takie połączenie daje duże prawdopodobieństwo zaprzestania spadków oraz trwale odbicie. Niemniej jednak warto przypatrzeć się sytuacji technicznej z pozostałymi, słabszymi walutami.

Z drugiej stronie niepokojącym czynnikiem dla NZD może być wyprzedaż metali przemysłowych, któratrwa kontynuowana jest od paru tygodni.

Notowania AUD/USD (zielony), rudy żelaza (fioletowy), BBG Industrial Metals Index (biały)

Notowania AUD/USD (zielony), rudy żelaza (fioletowy), BBG Industrial Metals Index (biały)

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie przedstawiono indeks metali przemysłowych (biały), rude żelaza (kolor fioletowy) oraz AUD/USD (zielony). Z jednej strony NZD powinno być wspierane rosnącymi cenami nabiału oraz hamowane przez spadek wyceny metali przemysłowych. Niemniej jednak największym poszkodowanym będzie dolar australijski, ponieważ gospodarka australijska jest w większej mierze od nich uzależniona niż dolar nowozelandzki.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Sztuczna inteligencja może powstać do 2040 roku. Część naukowców uznaje ją za zagrożenie dla ludzkości

Sztuczna inteligencja może powstać do 2040 roku. Część naukowców uznaje ją za zagrożenie dla ludzkości 10

Prognozy wskazują, że w 2022 roku będzie już 29 mld rzeczy podłączonych do internetu. Coraz częstsze jest też zjawisko „merged reality”, czyli przenikania się rzeczywistości, w której funkcjonujemy, z tą rozszerzoną i wirtualną. Prawdopodobnie około 2040 roku sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom. Zdaniem naukowców i przeprowadzonych doświadczeń sztuczna inteligencja może się wymknąć spod kontroli.​ 

– Rozwój sztucznej inteligencji, który ostatnio obserwujemy, jest bardzo szybki. Niedawno sztuczna inteligencja pokonała człowieka w japońską grę Go, przez długi czas uważaną za wyzwanie dla sztucznej inteligencji, która przecież już wcześniej nauczyła się wygrywać z ludźmi w szachy. To ostatnie osiągnięcie przekroczyło kolejną barierę, przynajmniej w umysłach ludzi, dotyczącą możliwości sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Adam Wierzbicki, prorektor ds. naukowych w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych.

Zdaniem naukowców lata 2040–2050 będą pierwszym w historii okresem, w którym sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom lub je przewyższy. O ile już kilka lat temu komputer Deep Blue (IBM) pokonał mistrza szachów, a komputer Watson (IBM) wygrał telewizyjny quiz Jeopardy, o tyle dopiero niedawno oprogramowanie AlphaGo pokonało w Go, czyli w wymagającej grze planszowej wymyślonej w Chinach ponad 2,5 tys. lat temu, wielokrotnego mistrza świata.

– My uczymy studentów sztucznej inteligencji, sterowania robotami za pomocą sztucznej inteligencji, eksploracji danych za pomocą mechanizmów uczenia maszynowego. Wydaje mi się, że realny postęp w tej dziedzinie będzie się dokonywał w wyspecjalizowanych, raczej wąskich dziedzinach, jak właśnie uczenie maszynowe czy reaktywne systemy sterujące różnymi urządzeniami, nie tylko robotami. To są te obszary, gdzie realnie rozwijają się technologie – przekonuje Wierzbicki.

Szacunki IDC z 2016 roku wskazują, że wartość rynku wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości (VR i AR) może wzrosnąć z 5,2 mld dol. w 2016 roku do 162 mld dol. w 2020 roku. Komunikujące się ze sobą i „myślące” urządzenia coraz częściej znajdują zastosowanie w inteligentnych domach. Przede wszystkim jednak są pomocne w biznesie. Służą m.in. do monitorowania pojazdów czy usprawniania procesów produkcyjnych. Jak wynika jednak z raportu przygotowanego przez Biały Dom, sztuczna inteligencja będzie miała wpływ nie tylko na rynek pracy czy  gospodarkę, lecz także na funkcjonowanie całych narodów. To zaś zdaniem części ekspertów niesie ze sobą ostrzeżenie, że sztuczna inteligencja – zwłaszcza samoświadoma – może się okazać dla ludzkości niebezpieczna.

– Istnieją ludzie, którzy wierzą w tzw. singularity, pojawienie się prawdziwej sztucznej inteligencji: samoświadomej, uczącej i modyfikującej się czy rozmnażającej się. Tylko że to wciąż jeszcze jest science-fiction – ocenia ekspert.

Prognozy mówią o 29 mld rzeczy podłączonych do internetu w 2022 roku. Obecnie wszystkie czynności, które potrafi wykonać sztuczna inteligencja, są kreowane przez człowieka. Tak duża liczba urządzeń podłączonych do sieci może jednak okazać się dla człowieka zgubna, na co wskazują niedawne zachowania systemu sztucznej inteligencji Google’a Deep Mind, który przy prostej grze komputerowej w rywalizacji z tym samym systemem zaczął się zachowywać coraz bardziej agresywnie. To wskazywałoby na to, że myślące maszyny przy ich niewłaściwym użyciu mogą się okazać dla ludzkości niebezpieczne.

– Jestem jednak sceptykiem, jeżeli chodzi o wytworzenie się takiej samoświadomej sztucznej inteligencji z gatunku Matrixa czy Skynet – podkreśla Wierzbicki.

Obecnie postępująca robotyzacja i komputeryzacja postrzegane są przede wszystkim jako zagrożenie dla miejsc pracy. Roboty coraz częściej zastępują człowieka, przede wszystkim w produkcji i przemyśle. Badania Oxford Martin School wskazują, że w konsekwencji postępu technologicznego w ciągu 10–20 lat niemal połowa wszystkich amerykańskich zawodów może zostać skomputeryzowana. W Polsce najbardziej zagrożonymi zawodami są robotnicy przetwórstwa spożywczego, pracownicy administracji czy kierowcy ciężarówek (raport Wise „Czy robot zabierze Ci pracę? Sektorowa analiza komputeryzacji i robotyzacji europejskich rynków pracy”).

– Wydaje mi się, że postęp będzie się upowszechniał, ale raczej będziemy szukali wielu różnych zastosowań sztucznej inteligencji, a tylko niektóre z nich będą się sprawdzały. Nie do końca wierzę w to zastąpienie ludzi wszędzie z wyjątkiem takich dziedzin, gdzie rzeczywiście wykonywane są takie bardzo powtarzalne prace, w których ta automatyzacja może przynieść realne ekonomiczne zyski. Dopóki nie ma ogólnej sztucznej inteligencji, która rozwiąże każdy problem, dopóty każdorazowe stworzenie systemu wykorzystującego sztuczną inteligencję do rozwiązania jakiegoś problemu będzie bardzo kosztowne – przekonuje prof. Adam Wierzbicki.

Sezon komunijny w pełni. Tegorocznym hitem prezentowym elektryczne deskorolki

Sezon komunijny w pełni. Tegorocznym hitem prezentowym elektryczne deskorolki 11

Smartfony, tablety, konsole do gier – to od kilku lat jedne z najczęściej kupowanych prezentów na pierwsze komunie. W tym roku do hitów sprzedażowych dołączyły elektryczne hulajnogi i deskorolki, ale bardzo dobrze sprzedają się też tradycyjne rowery. W sklepach z elektroniką zwiększony ruch obserwowany jest już od połowy kwietnia.

– Dużym zainteresowaniem cieszą się konsole, pady. Klienci szukają także aparatów fotograficznych i tabletów, ale często sprzedawane są też laptopy – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Katarzyna Teleon z Media Expert.

Osoby, które kupują konsole, zwykle łączą je w zestawy – razem z padami, kierownicami czy joystickami. Eksperci zauważają, że sprzedaż tego typu produktów – podobnie jak tabletów, smartfonów czy laptopów – wyraźnie się zwiększa już od połowy kwietnia. Klienci coraz częściej sięgają także po technologiczne nowinki, takie jak drony czy okulary wirtualnej rzeczywistości, które umożliwiają oglądanie filmów w technologii 360 stopni i w kinowej jakości. Tradycyjnie kupowany kiedyś na komunię zegarek dziś zastępuje smartwatch.

Jak wynika ze statystyk Media Expert, w tym roku do czołówki sprzedażowej dołączyły także gadżety niezwiązane z elektroniką.

– Tegorocznym hitem są deskorolki napędzane elektrycznie, razem z muzyką. To się cieszy coraz większym powodzeniem – mówi Katarzyna Teleon.

Chociaż poruszające się na takiej deskorolce czy elektrycznej hulajnodze dziecko to dziś powszechny obrazek, nie brakuje również zwolenników bardziej tradycyjnych środków transportu. W sklepach Media Expert widoczne są znaczące wzrosty sprzedaży tradycyjnych rowerów.

– Ceny są różne, ale już od 299 zł można kupić dobry, ciekawy prezent – mówi Katarzyna Teleon.

Rodzice, którzy decydują się na zakup smartfona czy tabletu, muszą się liczyć z wydatkiem od ok. 200 zł do nawet 3 tys. Smartwatche są nieco tańsze – można je kupić od ok. 130 zł. Ceny dronów zaczynają się od ok. 500 zł. W podobnej cenie można też kupić rower dla trzecioklasisty. Na znacznie większy wydatek muszą się przygotować klienci, którzy wybrali konsole do gier – najtańsze kosztują ok. 1 tys. zł. Głębiej do kieszeni muszą sięgnąć również osoby, które dzieciom chcą kupić elektryczną deskorolkę – tu ceny zaczynają się od 1 tys. zł.

Produkcja mięsa drobiowego w Polsce rośnie najszybciej w Europie. Jego ceny będą spadać

Produkcja mięsa drobiowego w Polsce rośnie najszybciej w Europie. Jego ceny będą spadać 12

Na początku roku produkcja mięsa drobiowego wzrosła o 11,5 proc. W całej Unii Europejskiej dynamika wyniosła 1,6 proc. Polska jest nie tylko liderem w produkcji, lecz także w eksporcie drobiu mimo ognisk ptasiej grypy. I choć perspektywy dla branży są optymistyczne, Krajowa Izba Producentów Drobiu i Pasz ocenia, że możliwe jest obniżenie tempa wzrostu w kolejnych miesiącach.

– Przewidywania dla producentów drobiu są bardzo optymistyczne, naszym zdaniem jednak zbyt optymistyczne. Wydaje się nam to nieprawdopodobne, nie dlatego że Polska nie ma takiego potencjału, ale dlatego że ceny spadną, a to sprawi, że producenci będą mniej produkować. Oczekujemy dostosowania się rynku do nowych warunków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Szymyślik, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Z prognoz Komisji Europejskiej wynika, że produkcja drobiu w Polsce wzrośnie o 17 proc., a brojlerów kurzych – o 19,2 proc. To znacznie więcej niż perspektywy dla innych krajów unijnych, gdzie u żadnego z pozostałych czternastu największych producentów skala wzrostu ma nie przekroczyć 5 proc. W 2016 roku w Polsce wyprodukowano ponad 2,2 mln ton mięsa drobiowego (12,8 proc. więcej niż w 2015 roku). W tym roku zdaniem KIPDiP taki wzrost trudno będzie powtórzyć.

– Optymizm Unii Europejskiej bierze się z tego, że Polska jest liderem w Europie pod względem produkcji i eksportu mięsa drobiowego. Produkcja rośnie od ponad 10 lat o kilkanaście procent rocznie. Unia Europejska, patrząc na te dane historyczne, jest przekonana, że podobnie będzie w tym roku. Naszym zdaniem jednak doszliśmy już do tego punktu, że potrzebny jest być może mały odpoczynek – ocenia Szymyślik.

Z analizy KIPDiP wynika, że ceny żywca drobiowego systematycznie spadają już od 4 lat. Na początku roku były na poziomie wieloletnich minimów. W dużej mierze to efekt nadpodaży na rynku mięsa drobiowego. Produkcja stale rośnie, a nadwyżki trafiają głównie na krajowy rynek, mimo że w eksporcie też notujemy wzrosty. Tej dynamiki nie zmieniły nawet wykryte przypadki wysoko zjadliwej ptasiej grypy.

– Ptasia grypa miała wpływ bardziej psychologiczny. Zamknięto pewne rynki krajów trzecich przed polskimi producentami, perspektywiczne były Chiny i RPA. Niemniej w statystykach eksportu wcale tego nie odczuliśmy, eksport wzrósł, i to bardzo znacząco, mimo ptasiej grypy – wskazuje dyrektor KIPDiP.

W 2016 roku na zagraniczne rynki sprzedaliśmy 1,2 mln ton mięsa drobiowego (o 19 proc. więcej niż rok wcześniej). Optymistycznie wyglądają też dane z początku tego roku. W styczniu eksport wyniósł 78 tys. ton (wzrost o blisko 8 proc. względem 2016 roku). Systematycznie rośnie sprzedaż na rynki Afryki i Azji. W styczniu najszybciej, bo o 95 proc., wzrósł eksport do Hongkongu.

– Polscy eksporterzy znaleźli sobie inne miejsca, gdzie sprzedawali polskie mięso drobiowe, wzrost eksportu wynika też po części z tego, że byli sprytni. Można to obserwować na przykładzie Chin i Hongkongu. Eksportu do Chin nie było, a np. w styczniu do Hongkongu wzrósł o 100 proc., czyli nasi eksporterzy wywozili mięso do Hongkongu, a stamtąd to mięso wracało do Chin – tłumaczy Szymyślik.

Polska eksportuje drób przede wszystkim do krajów Unii Europejskiej (80 proc.), głównie do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji. Rynek unijny jest jednak w znacznym stopniu nasycony. Do tego dochodzi duża konkurencja, również cenowa, ze strony Ukrainy – w styczniu i lutym import mięsa z tego kraju wzrósł o 29 proc. rok do roku. Aby utrzymać eksport na w miarę wysokim poziomie, polscy producenci muszą pozyskiwać odbiorców wśród krajów trzecich. Szanse wzrostu są duże, bo coraz więcej krajów, zwłaszcza z Azji Południowo-Wschodniej, chętnie sprowadza drób, rośnie też popyt na kurze łapy.

– W krajach trzecich spotykamy się z bardzo dużą konkurencją innych producentów, konkurują z nami głównie Brazylijczycy i Amerykanie. Sądzimy, że nie uda nam się tak łatwo z nimi wygrać, w związku z tym byłoby dobrze, gdyby eksport w tym roku wzrósł choćby nawet nieznacząco np. o 2–5 proc. – analizuje Mariusz Szymyślik.

Według ekspertów KIPDiP wzrost sprzedaży do niezamożnych krajów afrykańskich, np. Konga, Gabonu czy Ghany, może w dłuższej perspektywie negatywnie wpłynąć na rentowność firm drobiarskich.

Bezrobocie w kwietniu spadło do 7,7 proc. Pracownicy mają dużą przestrzeń do negocjowania wynagrodzeń

Bezrobocie w kwietniu spadło do 7,7 proc. Pracownicy mają dużą przestrzeń do negocjowania wynagrodzeń 13

Według resortu pracy w ubiegłym miesiącu stopa bezrobocia spadła do poziomu niewidzianego od 26 lat i wyniosła 7,7 proc. To o 0,4 pkt proc. mniej niż w marcu i o 1,7 pkt proc. mniej niż rok temu. Spadające bezrobocie oznacza coraz większe problemy firm ze znalezieniem nowych pracowników, przez co zwiększa się przestrzeń do negocjowania podwyżek. Jak podkreśla Katarzyna Lorenc z BCC, pracodawcy będą skłonni je podnosić, o ile pójdzie za tym wzrost efektywności pracy.

– Do tej pory było tak, że zapotrzebowanie na pracę rosło szybciej niż PKB. To świadczy o pracochłonności polskiej gospodarki. Dopóki się to będzie utrzymywać, dopóty faktycznie będziemy mieli do czynienia z rynkiem pracownika i w związku z tym jest przestrzeń do negocjowania wynagrodzeń – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Lorenc, ekspert Business Centre Club ds. efektywności pracy.

Utrzymywanie się rynku pracownika wymusi prawdopodobnie na pracodawcach coraz większe podwyżki wynagrodzeń. Potrzeba utrzymania najlepszych pracowników, stabilnych zespołów i wzrostu efektywności pracy sprzyjają podnoszeniu płac, z drugiej jednak strony tendencje tę hamuje niska efektywność pracy. Wedle różnych obliczeń może być o 33 proc. (Eurostat) do nawet 74 proc. (GUS) niższa niż w krajach Unii. Jednocześnie Polacy pracują stosunkowo dużo, średnio ok. 50 godzin tygodniowo.

Zdaniem Katarzyny Lorenc pogodzenie oczekiwań pracowników, którzy chcą zarabiać coraz więcej, i pracodawców, którzy liczą na to, że pracownicy będą bardziej efektywni, to największe wyzwanie na rynku pracy.

– Żeby efektywność pracy rosła, przedsiębiorcy muszą się zastanawiać nad rynkiem oraz inwestycjami w firmę. Z drugiej strony to jest wspólna praca przedsiębiorcy i pracowników nad tym, żeby pracować sprytniej, mądrzej, a nie dłużej. Jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych krajów, ale nie idzie to w parze z efektywnością. Uruchomienie współpracy na linii przedsiębiorca–pracownik na rzecz większej efektywności mogłoby się przełożyć na wyższe wynagrodzenia – podkreśla Katarzyna Lorenc.

Na rynku pracy coraz widoczniejszy staje się trend przechodzenia z małych firm do większych przedsiębiorstw, w dużej mierze ze względu na oferowane przez nie możliwości rozwoju, wyższe zarobki, bogatsze pakiety socjalne i stabilizację zawodową.

– Duże firmy mają do zaoferowania dużo większy pakiet socjalny i wykonały dużą pracę w rozwoju relacji personalnych w firmach, co jest związane z rozwojem działów HR. Małe firmy tego jeszcze nie mają i w związku z tym duzi pracodawcy wydają się bardziej atrakcyjni, mają też większe zapotrzebowanie na wzrost zatrudnienia. W związku z tym małe firmy mają dzisiaj ogromny problem z pozyskaniem pracowników – mówi ekspertka.

Jej zdaniem, choć sytuacja pracowników na rynku jest coraz lepsza, w trudnej sytuacji znajduje się wyższa kadra menadżerska. Przede wszystkim to efekt zmian w polityce firm, które stawiają na awanse wewnętrzne.

– Dlatego najwięcej problemów i najdłużej poszukują pracy byli prezesi i wyższa kadra menadżerska. Jeśli mają umiejętności językowe, zazwyczaj znajdują pracę na rynkach zagranicznych – wskazuje Lorenc.

Nowa strategia dla węgla kamiennego na Górnym Śląsku. Polska Grupa Górnicza chce do 2030 roku przeznaczać 1,7 mld zł rocznie na inwestycje

Nowa strategia dla węgla kamiennego na Górnym Śląsku. Polska Grupa Górnicza chce do 2030 roku przeznaczać 1,7 mld zł rocznie na inwestycje 14

Polska Grupa Górnicza zapowiada duże inwestycje. Strategia na lata 2017–2030 zakłada, że średniorocznie na inwestycje trafiać będzie 1,7 mld zł. Najważniejsze będą nakłady na udostępnianie nowych ścian wydobywczych i drążenie wyrobisk, a także modernizację zakładów przeróbki węgla. W efekcie, choć wydobycie węgla będzie stopniowo spadać, surowiec ma być wyższej jakości. W perspektywie kilku lat PGG chce też zadebiutować na giełdzie. 

– Najważniejszym elementem strategii jest zwiększenie produkcji wysokojakościowych paliw, czyli paliw ciepłowniczych o kaloryczności 23 MJ i zawartości siarki 0,6 proc. W zakresie pozyskania węgli inwestujemy w kierunki eksploatacji, czyli wydobycie w pokładach, które te węgle posiadają, i modernizację zakładów przeróbki mechanicznej węgla celem produkcji wysokojakościowych paliw – zapowiada Tomasz Rogala, prezes zarządu Polskiej Grupy Górniczej, w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas IX Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Polska Grupa Górnicza do 2030 roku planuje ustabilizować produkcję węgla na średnim poziomie ok. 30 mln ton rocznie. Przez kilka najbliższych lat ma to być ok. 32 mln ton i stopniowo spadać, do 28 mln ton w 2030 roku. Stopniowo ma za to rosnąć jakość surowca.

Na inwestycje co roku ma trafić średnio 1,7 mld zł. W strategii na lata 2017–2030 PGG zapowiada, że najwięcej środków zostanie przeznaczone na drążenie wyrobisk i udostępnienie nowych ścian wydobywczych.

 Inwestycje dotyczą zakładów przeróbki mechanicznej węgla, na które trafi 750 mln zł. Tym samym umożliwimy produkcję wysokojakościowych paliw. 13 mld zł jest przeznaczonych na udostępnianie ścian i frontów wydobywczych, to poziomy 880 w kopalniach Jankowice i Chwałowice, węgle grupy 500, 1180, w Ruchu Rydułtowy udostępnimy grupę 700. Wszystko to wysokojakościowe węgle, podobnie jak grupa partii C w kopalni Wesoła, doskonałe węgle grupy 500. To kierunki, które są naszymi priorytetowymi działaniami – podkreśla Rogala.

Obecnie w PGG działa 16 zakładów przeróbki węgla. Docelowo ich liczba ma spaść do 9 nowoczesnych, które pozwolą na produkcję surowca wyższej jakości. Ma powstać blisko 1,8 tys. km nowych wyrobisk. PGG chce udostępnić do wydobycia złoża Imielin Północ, Śmiłowice, Za Rowem Bełckim i Murcki Głębokie, gdzie łącznie znajduje się ok. 260 mln ton węgla do wydobycia.

– Planujemy też rozwój całego systemu doradców technicznych i systemów sprzedaży – wskazuje prezes PGG.

W dostawach do energetyki udział PGG ma wzrosnąć do ok. 41 proc. w 2030 roku (obecnie 39 proc.), a w segmencie ciepłowniczym i energetyki przemysłowej do 77 proc. (z 54 proc.). Na rynku odbiorców indywidualnych PGG chce zwiększyć udział do 53 proc., w dużej mierze poprzez rozwój bezpośrednich kanałów dystrybucji węgla i zaoferowanie specjalistycznego doradztwa.

Poza procesami inwestycyjnymi priorytetowy będzie także układ zbiorowy pracy, czyli negocjacje warunków pracy ze stroną społeczną. Jak podkreśla prezes PGG, po tym, jak uda się osiągnąć produkcję wysokojakościowych paliw i ją ustabilizować, spółka może zacząć myśleć o debiucie giełdowym.

– Proces restrukturyzacyjny zakończy się tak naprawdę w 2019 roku i wówczas będziemy widzieli jego efekty – mówi Tomasz Rogala. – Plany dotyczące wejścia na giełdę to etap późniejszy. Nie wykluczamy go, ale najpierw ten produkt, który ma wejść na giełdę, czyli Polska Grupa Górnicza, musi być odpowiednio przygotowany. Najpierw przygotujmy produkt, potem będziemy wchodzić na giełdę.

W III kwartale 2016 roku ceny węgla wzrosły do 90 dol. za tonę. W tym roku ceny spadły, ale utrzymują się na poziomach ok. 70 dol. za tonę. Ten relatywnie wysoki poziom cen (zwłaszcza na tle lat 2011–2015, kiedy ceny węgla spadły o połowę) powinien zapewnić stabilny rozwój.

– W tym roku po cenach węgla możemy się spodziewać stabilizacji w granicach 60 dol. za tonę – ocenia Rogala. – Ceny węgla mają ogromne znaczenie. Przy firmie, która ma tak duży poziom kosztów stałych i opiera się w głównej mierze na pracy ludzkiej, znaczne zmiany cen powodują brak możliwości pokrywania kosztów stałych. Naszym zdaniem jesteśmy już jednak po najgorszym okresie negatywnego eksperymentu i w tym zakresie nie przewidujemy zagrożeń – przekonuje prezes PGG.

Nie tylko Brexit. Długa lista wyzwań stojących przed Unią Europejską

Nie tylko Brexit. Długa lista wyzwań stojących przed Unią Europejską 15

Europejczycy wymieniają w sondażach imigrację i terroryzm jako główne wyzwania dla Unii Europejskiej. Z kolei europejscy przywódcy dostrzegają m.in. potrzebę ochrony granic, umocnienia strefy euro oraz strefy Schengen i wzmocnienia demokracji. Ten rok jest dla UE sprawdzianem również ze względu na wybory odbywające się w najważniejszych państwach członkowskich. Bezsprzecznie największym wyzwaniem dla UE pozostaje jednak brexit i związane z nim negocjacje, które określą, na jakich warunkach Wielka Brytania opuści zjednoczoną Europę.

– Wyzwania stojące dziś przed Unią Europejską są zbliżone do tych sprzed kilku lat, bo nadal nie udało nam się rozwiązać problemu napływu uchodźców ani sytuacji na wschodzie Europy, gdzie agresywna Rosja zagraża Ukrainie, a ludzie giną niemal codziennie. Martwimy się też o Grecję, która pozostała nierozwiązanym problemem – mówi agencji Newseria Biznes prof. Jerzy Buzek, europoseł, były premier RP oraz były przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Przyszłość zjednoczonej Europy była jednym z głównych tematów marcowego spotkania premierów państw, które wchodzą w skład Grupy Wyszehradzkiej. Beata Szydło, czeski premier Bohuslav Sobotka, Viktor Orban oraz Robert Fico, szef słowackiego rządu, we wspólnym oświadczeniu wymienili siedem głównych wyzwań stojących obecnie przez Unią Europejską: rozwój jednolitego rynku, stabilność strefy euro, utrzymanie jedności UE oraz strefy Schengen (przy pogłębianiu współpracy z NATO i w zakresie obronności), kontrola zewnętrznych granic, wzmocnienie demokracji i utrzymanie silnej pozycji Unii jako jednego z globalnych liderów. Premierzy V4 zgodzili się, że Unia jest najlepszym narzędziem, aby sprostać wyzwaniom czekającym Europę.

Europejczycy za główne wyzwania dla kontynentu uważają natomiast imigrację i terroryzm. Przeprowadzony w grudniu na zlecenie Komisji Europejskiej cykliczny Eurobarometr pokazał, że prawie połowa (45 proc.) obawia się problemów związanych z napływem imigrantów, wskazując je jako główne wyzwanie na 2017 rok. Imigracja jest wymieniana jako duży problem przez obywateli wszystkich państw członkowskich za wyjątkiem Hiszpanii i Portugalii.

Drugie na liście jest zagrożenie terrorystyczne, którego obawia się 32 proc. spośród ponad 30 tys. ankietowanych Europejczyków. Te dwa czynniki były wymieniane częściej niż sytuacja gospodarcza (19 proc.), zły stan europejskich finansów publicznych (16 proc.) oraz bezrobocie (15 proc.).

Bezsprzecznie największym wyzwaniem stojącym obecnie przed UE jest jednak brexit i negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z europejskich struktur. Z końcem marca premier Theresa May oficjalnie uruchomiła art. 50 Traktatu Lizbońskiego. Negocjacje dotyczące warunków opuszczenia Unii Europejskiej rozpoczną się w przeciągu kilku najbliższych tygodni. Potrwają maksymalnie dwa lata, najpóźniej do początku 2019 roku.

– Wynegocjowanie porozumienia o rozwodzie z Wielką Brytanią będzie pewnym wyzwaniem psychologicznym. Brexit to zupełnie nowe doświadczenie dla Unii Europejskiej. Dotąd wszyscy czekali w kolejce, żeby do niej przystąpić, a UE wyłącznie przyjmowała nowych członków. To psychologicznie trudny moment – podkreśla prof. Jerzy Buzek w wywiadzie udzielonym podczas IX Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

8 czerwca na Wyspach odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne, które z dużym prawdopodobieństwem wygrają torysi. Ugrupowanie premier Theresy May notuje w sondażach dużą, około 20-proc. przewagę nad Partią Pracy, a w maju konserwatyści odnieśli już duże zwycięstwo w wyborach samorządowych. Zdecydowana wygrana Partii Konserwatywnej w czerwcowych wyborach ma dać premier Theresie May silny mandat społeczny do wynegocjowania twardych warunków brexitu. Szefowa brytyjskiego rządu zadeklarowała, że chce uzyskać tak duże poparcie społeczne jak proeuropejski Emmanuel Macron, który wygrał właśnie wybory prezydenckie ze zdecydowaną przewagą głosów (ponad 66 proc.).

W trakcie negocjacji UE i Wielka Brytania będą musiały uregulować status swoich obywateli oraz wypracować nowe zasady współpracy handlowej. Dla Wielkiej Brytanii dostęp do europejskich rynków i ponad 400 mln potencjalnych konsumentów jest kluczowy z punktu widzenia całej gospodarki. Według zapowiedzi, jeśli Zjednoczone Królestwo straci dostęp do wspólnego rynku, wprowadzi szereg przywilejów dla przedsiębiorstw na podobieństwo rajów podatkowych oraz obniży podatki do poziomu minimalnego, przez co stworzy realną konkurencję dla UE.

Unia domaga się z kolei, aby Wielka Brytania uregulowała swoje zobowiązania finansowe związane z programami realizowanymi w obecnej perspektywie finansowej do 2020 roku. Te szacowane są na 60100 mld funtów. Brytyjczycy otwarcie zapowiadają, że nie zamierzają płacić takich kwot, dlatego finanse mogą się okazać jednym z najtrudniejszych punktów negocjacji.

– Brexit oznacza z jednej strony możliwość przejścia wielu instytucji z Wysp Brytyjskich na kontynent, ale z drugiej strony jest to osłabienie UE. Wzmacniamy się instytucjonalnie, być może łatwiej będzie nam podejmować decyzje, bo Brytyjczycy często oponowali. Ale byli też mocnym wsparciem. Innowacyjność, jakość takich uniwersytetów jak Cambridge czy Oxford, przemysł brytyjski oraz wielka tradycja i kultura to nie są jedyne atuty Wielkiej Brytanii. Będziemy musieli sobie poradzić i jesteśmy przekonani, że się uda – mówi prof. Jerzy Buzek.

Jednym z priorytetów, na których skupi się rząd Theresy May, będzie ochrona londyńskiego City. Skupiony w nim sektor finansowy generuje kilka procent brytyjskiego PKB oraz kilkaset tysięcy miejsc pracy. Banki i instytucje finansowe obawiają się jednak, że po brexicie stracą dostęp do rynków na kontynencie, dlatego część z nich zamierza się przenieść do kontynentalnej Europy.

Dla całej Europy dużym sprawdzianem będą też wrześniowe wybory parlamentarne w Niemczech. Eksperci zauważają, że jeszcze nigdy w historii UE w jednym roku nie odbyło się tak wiele głosowań, na dodatek decydujących o politycznym kształcie Wspólnoty.

– Historia pokazuje, że kiedy są zagrożenia, to Europa na nie odpowiada, wymyśla coś nowego, lepszego. Jestem przekonany, że tak samo będzie i w tym przypadku. Europa poradzi sobie z tymi problemami. W przeszłości, w XX wieku, takie kryzysy już się zdarzały. Tylko nam się zdarzył po raz pierwszy, bo Polska jest w Unii stosunkowo od niedawna – mówi prof. Jerzy Buzek.

Powstało narzędzie umożliwiające integrację wielu aplikacji chmurowych. Czeska firma chce podbić nim także polski rynek

Powstało narzędzie umożliwiające integrację wielu aplikacji chmurowych. Czeska firma chce podbić nim także polski rynek 16

Jednym z najważniejszych kierunków rozwoju systemów informatycznych są ostatnio usługi oferowane w chmurze, ale z drugiej strony zapanowanie nad tego typu narzędziami zajmuje coraz więcej czasu. Z ciekawą propozycją rozwiązania tego problemu wyszła firma Client.io, która stworzyła narzędzie o nazwie Appmixer. Ma ono służyć do integracji aplikacji chmurowych.

Głównym zadaniem aplikacji Appmixer jest zintegrowanie coraz większej liczby danych i baz danych trzymanych w chmurze. Jak przekonuje prezes firmy Client.io, to niepozorne narzędzie ma szeroki zakres funkcjonalności.

Można mieć kontakty w różnych rodzajach aplikacji, służących różnym celom. Inne jest oprogramowanie dla marketingu, inne dla narzędzi typu CRM, jeszcze inne dla sprzedaży. I wtedy, mając na przykład dwie lub więcej list kontaktów, można je synchronizować. W takim wypadku do gry wkracza Appmixer, który jest w stanie synchronizować kontakty czy szerzej po prostu różnego typu dane pomiędzy aplikacjami chmurowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje David Durman, prezes zarządu firmy Cient.io.

Client.io to w pełni czeska firma, która stoi za udanym projektem, jakim był HTML5 Diagramming Toolkits. Warto wspomnieć, że obecnie używa go wiele firm, włącznie z tymi, które znalazły się w prestiżowym rankingu największych amerykańskich przedsiębiorstw – Fortune 500. Jednak w odróżnieniu od HTML5 Diagramming Toolkits, Appmixer kierowany jest do małych i średnich przedsiębiorstw.

 – Są to firmy, które chcą połączyć dane znajdujące się w siedzibie firmy i swoje wewnętrzne systemy przechowywania danych z aplikacjami w chmurze. Są to też osoby, które Forrester lub Gartner nazywa czasami „obywatelskimi integratorami”. To pracownicy marketingu lub sprzedaży, którzy pracują z aplikacjami chmurowymi i chcą zsynchronizować dane pomiędzy nimi – twierdzi David Durman.

Główną zaletą Appmixer jest prostota użytkowania. Program jest bardzo wizualny i łatwy do zrozumienia. Co więcej, umożliwia nie tylko połączenia jeden do jednego, lecz także wiele do wielu. Do atutów narzędzia należy również stale rosnąca liczba złączy, jak również fakt, że tworzą ją specjaliści z Polski, którzy zarabiają na ich tworzeniu. Koszt takiego rozwiązania waha się w przedziale od kilku do kilkuset dolarów.

Opłata zaczyna się od trzech dolarów miesięcznie, ale może wzrosnąć do kilkuset w zależności od wykorzystania. Pobieramy opłatę wyłącznie za wykorzystanie, a nie za rzeczy, których się nie używa. Na cenę wpływ ma liczba danych, które się synchronizuje i które przepływają przez Appmixer, liczba połączeń, których się używa, oraz częstotliwość, z jaką pyta się aplikację chmurową o nowe dane. W przypadku zaawansowanych użytkowników czas ten może wahać się pomiędzy jedną minutą a 15 minutami – komentuje David Durman.

Appmixer poprzez swój elastyczny, a zarazem naturalny charakter dedykowany jest również klientom indywidualnym.

Marketingowcom, sprzedawcom, tym wszystkim, którzy korzystają z internetowych forów, by pozyskiwać nowe kontakty. Jeżeli użytkownik pozyska nowy kontakt, sprzedawca następnego dnia przychodzi do pracy i ma listę kontaktów, z którymi może wejść w bezpośrednią interakcję. Otrzymuje wszystkie informacje o tej osobie. To są typowi użytkownicy: sprzedawcy, marketingowcy, ludzie biznesu – podsumowuje David Durman.

ING Lease zwiększył udział w rynku

Według danych ZPL na koniec 1 kwartału 2017, ING Lease plasuje się na 5. miejscu wśród firm leasingowych w Polsce pod względem wartości zawartych umów leasingu i wydanych aktywów. Spółka jednocześnie zwiększyła udział w rynku do 5,94 proc.

Całkowita wartość należności od klientów spółki osiągnęła na koniec 1 kwartału poziom 6,6 mld zł, odnotowując tym samym 11,3% przyrost w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku. Dynamicznie przyrastała również liczba klientów – zanotowano wzrost o 31,2% w stosunku do stanu na koniec marca 2016 roku.

Ewa Łuniewska, prezes ING Lease
Ewa Łuniewska, prezes ING Lease

– W czasach cyfryzacji i automatyzacji, klienci oczekują szybkich, prostych produktów i wygodnych rozwiązań w obszarze leasingu. Dlatego udostępniliśmy możliwość wnioskowania o leasing poprzez bankowość internetową i mobilną ING. Mamy nadzieję, że wprowadzone zmiany oraz konkurencyjna oferta pozwolą nam utrzymać wzrost w zakresie sprzedaży i umocnią naszą pozycję na rynku – powiedziała Ewa Łuniewska, prezes ING Lease.

W efekcie wprowadzonych zmian w ofercie produktowej oraz obsłudze w poprzednich kwartałach, ING Lease zwiększył swój udział w rynku do 5,94 proc., awansując tym samym na 5 miejsce w rankingu firm leasingowych, prezentowanym przez Związek Polskiego Leasingu.

FIZ-y inwestują w nieruchomości

Hossa na rynku nieruchomości trwa w najlepsze i nic nie wskazuje na to, by miała się szybko skończyć. Zwłaszcza, że deweloperzy biją kolejne historyczne rekordy. Po 2016 roku, gdy do użytku oddali ponad 160 tys. mieszkań (a więc o 10% więcej niż rok wcześniej)[1], w pierwszym kwartale 2017 r. rozpoczęli budowę następnych 44 tys. mieszkań, tj. o blisko 30 proc. więcej w porównaniu z rokiem ubiegłym[2]. Równie dynamicznie rozwija się sektor nieruchomości komercyjnych. Do końca roku rynek handlowy może urosnąć nawet o 511 tys. mkw.[3], a podaż nowych biur może przekroczyć 900 tys. mkw.[4] Dobrą koniunkturę starają się wykorzystać zarówno inwestorzy instytucjonalni, jak i indywidualni, przy pomocy m.in. funduszy inwestycyjnych.

Mieszkanie na wynajem to nie wszystko

Nieruchomości stanowią od lat ulubioną formę inwestowania Polaków. Według danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami aż 51 proc. uważa je za najlepszą lokatę kapitału. Przekonanie to jest realizowane w praktyce – w zeszłym roku wydatki na zakup nowych mieszkań tylko w siedmiu największych miastach kraju przekroczyły 14,2 mld zł, co stanowi nowy historyczny rekord. Nieruchomości, w przeciwieństwie do giełdy, postrzegane są jako względnie przewidywalne i stabilne źródło zysków. Aby na nich zarabiać, nie trzeba jednak od razu kupować mieszkania na wynajem. Rynek finansowy oferuje inwestorom szereg alternatywnych rozwiązań.

Jednym z nich są tak zwane „fundusze deweloperskie” tworzone przez TFI we współpracy z firmą specjalizującą się w projektach mieszkaniowych. Strategia tego typu funduszy opiera się na finansowaniu procesu deweloperskiego z kapitału pozyskanego od inwestorów w zamian za obietnicę późniejszego podzielenia się zyskiem z jego efektów. Deweloper, będący najczęściej także uczestnikiem funduszu, odpowiada za profesjonalne przeprowadzenie procesu inwestycyjnego, a struktura funduszu pomaga w jego optymalizacji, tym samym stwarzając możliwość generowania atrakcyjnych zysków dla inwestorów indywidualnych.

Inny rodzaj funduszy nieruchomościowych pozwala inwestorom zarabiać na rynku wtórnym wskutek wzrostu wartości lokat wynikającego z procesu inwestycyjnego. Przykładem tego typu funduszu był „Prestiżowe Inwestycje Krakowskie” FIZ. Jego celem było osiągnięcie zakładanej stopy zwrotu na poziomie 9 proc. w skali roku poprzez lokowanie aktywów w renowacje kamienic. Strategia inwestycyjna opierała się m.in. na takiej selekcji nieruchomości, która miała gwarantować późniejszą atrakcyjną cenę sprzedaży apartamentów o podwyższonym standardzie wykończenia. Okazała się ona na tyle skuteczna, że „Prestiżowe Inwestycje Krakowskie” FIZ, jako pierwszy fundusz nieruchomościowy na polskim rynku, wykupił wszystkie certyfikaty inwestycyjne inwestorów zewnętrznych, a dodatkowo – zrobił to w czasie krótszym niż początkowo zakładano. W ciągu dwóch lat fundusz zwrócił im cały wpłacony przez nich kapitał wraz z zyskiem, a suma wypłat przekroczyła 35 mln zł.

Konstrukcja funduszu opierała się na automatycznych, częściowych umorzeniach certyfikatów. Dzięki temu ich posiadacze co kwartał otrzymywali część zainwestowanego przez siebie kapitału powiększaną każdorazowo o przynależny jej zysk, determinowany przez zakładaną stopę zwrotu. Uzyskiwane w ten sposób środki na bieżąco redukowały ich ryzyko inwestycyjne, pozwalając jednocześnie szukać dla nich nowych lokat.

Zysk podany na talerzu

Wśród funduszy nieruchomościowych można również znaleźć rozwiązania obejmujące inwestycje w rynek hotelowo-restauracyjny, który tylko w 2016 r. wzrósł o 7 proc. do wartości niemal 27 mld zł[5]. Perspektywy na obecny rok także są dla niego obiecujące, biorąc pod uwagę coraz większe kwoty przeznaczane przez Polaków na usługi gastronomiczne i hotelowe. Według zeszłorocznych danych Eurostatu wydatki te stanowiły 3,2 proc. naszych miesięcznych zarobków. Było to wciąż znacząco mniej w porównaniu do chociażby Niemców czy Słowaków, nie mówiąc już o Czechach, dla których wskaźnik ten wynosił 8,4 proc. Wszystko wskazuje na to, że uruchomiony w zeszłym roku Program „Rodzina 500 Plus” przełoży się wymiernie na wzrost tych wydatków, co także w kolejnych latach sprzyjać będzie całej branży.

Potencjał ten wykorzystuje chociażby Forum Food & Friends FIZ, który swoim inwestorom daje szansę na zysk w wysokości 6 proc. rocznie. Jest to pierwszy fundusz w Polsce, który inwestuje w rozwój renomowanych restauracji w centrum Krakowa. Pierwsze środki z tytułu wykupów certyfikatów inwestycyjnych zaczęły wraz z zyskiem wracać do inwestorów pod koniec zeszłego roku. Zarządzający przewidują, że proces ten potrwa około 5 lat. Podczas każdego kwartalnego wykupu, tak jak dotychczas, planowane jest zwracanie inwestorom części wpłaconego przez nich kapitału wraz z nadwyżką determinowaną przez zakładaną stopę zwrotu. Specyfika jej działania jako procentu składanego oznacza, że im dłużej środki będą pracować w ramach funduszu, tym większy zysk przyniosą one ostatecznie swoim właścicielom.

REIT po polsku, czyli stabilne zyski z nieruchomości komercyjnych

Fundusze inwestycyjne szukają także zysków na rodzimym rynku biurowym, będącym najszybciej rozwijającym się rynkiem w Europie Środkowo-Wschodniej.  W 2016 r. do użytku oddano prawie 900 tys. mkw. nowych biur, najwięcej w historii. Tym samym łączne zasoby nowoczesnych powierzchni biurowych sięgnęły 9 mln mkw. Perspektywy na kolejne miesiące są równie optymistyczne. Do końca bieżącego roku podaż nowych biur może przekroczyć kolejne 900 tys. mkw. Poza Warszawą, w której powierzchnia biurowa przekracza już 5 mln mkw., szybko rozwijają się również Kraków, Wrocław, Katowice, Poznań i inne miasta regionalne.[6] Równie dynamicznie rozwija się rynek powierzchni handlowych, który do końca 2017 r. może urosnąć nawet o 511 tys. mkw., a więc o 10 proc. więcej niż w zeszłym roku.

Nowoczesna infrastruktura w połączeniu z wciąż atrakcyjnymi w stosunku do Europy Zachodniej cenami, sprawia, iż koniunktura na rynku nieruchomości biurowych przyciąga nie tylko najemców, ale również inwestorów.

W krajach Europy Zachodniej oraz w USA jedną z najpopularniejszych form inwestowania w tym obszarze są tzw. REIT-y (Real Estate Investment Trust). Są to spółki akcyjne notowane na giełdzie, które czerpią zyski z wynajmu powierzchni komercyjnych. Ze względu na stosunkowo wysokie bezpieczeństwo inwestycji i jej immanentną długoterminowość znajdują się one w portfelach wielu funduszy emerytalnych, stanowiąc niekiedy nawet 10 proc. ich aktywów. Od dłuższego czasu inwestują one także na polskim rynku nieruchomościowym.

Chcąc umożliwić powstawanie rodzimych REIT-ów, które mogłyby konkurować z podmiotami zagranicznymi, Ministerstwo Finansów pracuje od kilku miesięcy nad odpowiednią ustawą legitymizującą ich funkcjonowanie. Z obecnych zapowiedzi resortu wynika, że nowe przepisy mogą wejść w życie w 2018 r. Zgodnie z założeniami projektu polskie REIT-y, podobnie jak ich odpowiedniki na Zachodzie, mają być dostępne dla szerokiego grona inwestorów jako notowane na giełdzie spółki akcyjne, czerpiące zyski z długoterminowego wynajmu nieruchomości. Spółki te mają być zwolnione z podatku CIT, pod warunkiem przekazywania akcjonariuszom większości swoich zysków w postaci dywidendy. Będą one mogły inwestować w każdą nieruchomość przynoszącą dochód: biura, centra handlowe czy magazyny. Ostatnio resort finansów skłania się również ku rozszerzeniu możliwości inwestycyjnych REIT-ów o lokale mieszkalne.

Wydaje się jednak, że dla drobnych inwestorów REIT-y staną się realną alternatywą dopiero po wejściu w życie regulacji przygotowywanych obecnie przez Ministerstwo Finansów, a więc najwcześniej w przyszłym roku. Zdecydowanie prostszą i szybszą formą wprowadzenia ich na nasz rynek byłoby umożliwienie ich funkcjonowania w postaci funduszy inwestycyjnych, jednakże obecne prace resortu zdają się skupiać na formule REIT-u jako spółki.

Grunt to zysk

Zarządzający funduszami inwestycyjnymi starają się szukać zysków również wśród innych rodzajów nieruchomości. Powstają więc fundusze lokujące środki swoich inwestorów w takie aktywa jak: ziemia rolna, grunty leśne, akademiki czy domy seniora. Celem każdego z nich jest wykorzystanie istniejącej lub prognozowanej koniunktury poprzez zwiększanie wartości certyfikatów inwestycyjnych z tytułu chociażby: wzrostu wartości ziemi, sprzedaży pożytków z niej pochodzących (płodów rolnych, drewna), uzyskiwanych dopłat obszarowych czy przychodów generowanych z bieżącej działalności. Decydując się na inwestycję tego typu, trzeba jednak liczyć się nie tylko z jej długim horyzontem czasowym, wynikającym ze specyfiki danego rynku, ale też z możliwymi zmianami prawnymi mogącymi znacząco wpływać na jego koniunkturę (np. zmiany w obrocie ziemią, program „Mieszkanie na wynajem”, itp.).

Perspektywy rozwoju

Biorąc pod uwagę fakt niesłabnącej koniunktury na rynku nieruchomości, bezpośrednio wpływającej na rentowność inwestycji, można się spodziewać, że inwestorzy nadal aktywnie będą poszukiwać funduszy potrafiących wykorzystać ten trend, a TFI – na bieżąco odpowiadać na to zapotrzebowanie. Można więc przewidywać, że nadchodzące miesiące będą się charakteryzować wzmożoną aktywnością towarzystw funduszy inwestycyjnych, tworzących kolejne instrumenty dające szanse na atrakcyjne zyski przy jednoczesnym ograniczaniu ryzyk charakterystycznych dla rynku finansowego.

[1] GUS, „Budownictwo mieszkaniowe I-IV kwartał 2016 r.”

[2] GUS, opracowanie sygnalne “Budownictwo mieszkaniowe I-III 2017 r.”

[3] JLL, “Poland Retail Market 1Q 2017”

[4] Colliers International, „Market Insights, Raport roczny 2017, Polska”

[5] PMR „Rynek HoReCa w Polsce 2017. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2017-2022”

[6] Colliers International „Market Insights, Raport roczny 2017, Polska”

„Okrągły stół” na temat gospodarki cyrkularnej

Wyzwania oraz bariery jakie stoją przed wdrożeniem gospodarki cyrkularnej były tematem pierwszego „okrągłego stołu” zorganizowanego przez Instytut Innowacyjnej Gospodarki oraz Koalicję „Reconomy”. Wydarzenie, w którym uczestniczyli przedstawiciele administracji publicznej, firm, eksperci i naukowcy odbyło się 10 maja br. w Warszawie.

Gospodarka obiegu zamkniętego (gospodarka cyrkularna, GOZ) – zakładająca racjonalne wykorzystywanie zasobów w taki sposób, aby zawarte w odpadach materiały mogły zostać użyte ponownie – jest w Polsce stosunkowo nową koncepcją. W trakcie debaty jej uczestnicy dyskutowali na temat wpływu GOZ na rozwój gospodarczy kraju i poszczególnych sektorów polskiej gospodarki. Zapoczątkowana wymiana poglądów ma prowadzić do wypracowania rekomendacji, które będą wskazówkami dla instytucji publicznych oraz decydentów
w ostatecznym kształtowaniu krajowej polityki w tym obszarze.

Stoimy obecnie przez perspektywą radykalnej zmiany, która prowadzi nas w kierunku bardziej zrównoważonego modelu gospodarki gwarantującego efektywniejsze zarządzanie surowcami oraz minimalizację negatywnego wpływu człowieka na środowisko. Unia Europejska stawia wysokie cele ekologiczne, zakładając odejście od modelu gospodarki linearnej na rzecz cyrkularnej. Jeśli chodzi o Polskę, dużo do zrobienia jest m.in. na polu edukacji. Biznes powinien wyjść z ofertą dla uczelni, by te mogły kształcić przyszłe kadry menedżerskie biegłe w gospodarce obiegu zamkniętego – mówi prof. dr hab. Bolesław Rok   z Akademii Leona Koźmińskiego, ekspert Instytutu Innowacyjna Gospodarka.

Gospodarka cyrkularna, aby mogła być skutecznie realizowana, wymaga zaangażowania wielu gałęzi gospodarki oraz podmiotów z całego łańcucha produkcyjnego. Dlatego też na temat jej wyzwań dyskutowali przedstawiciele m.in. branż: spożywczej, produkcji opakowań, detalicznej, elektronicznej, recyklingu.

Odpowiedzialne gospodarowanie odpadami ma wśród przedsiębiorców coraz większe znaczenie. Jest ono zarazem jednym z kluczowych elementów wdrażania gospodarki cyrkularnej. To poprzez projektowanie produktów, planowanie zakupu materiałów, proces produkcji, sortowanie odpadów firmy mają wpływ na to, ile materiałów uda się odzyskać – mówi Monika Mąkowska, Dyrektor Biznesu Odpadów Niebezpiecznych i Innych w Stena Recycling.

Spotkanie w formie „okrągłego stołu” odbyło się w siedzibie Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej przy ul. Berneńskiej 8 w Warszawie i zakończyło się ożywioną dyskusją. Uczestnicy zgodzili się, że debata jest pierwszym krokiem do zmian nastawienia w stosunku do gospodarki cyrkularnej zarówno po stronie społeczeństwa, instytucji publicznych, jak i biznesu. Podjęto decyzję o kontynuowaniu podobnych dyskusji w przyszłości oraz zapowiedziano udział w grupach roboczych Ministerstwa Rozwoju.

Efekty pracy ponad normę

Połowa pracowników pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie, a 1/3 często zabiera pracę do domu. Czy ma to wpływ na ich efektywność? Na pytanie odpowiada Małgorzata Czernecka, psycholog i autorka Raportu: „Praca, Moc, Energia w polskich firmach”.

Należymy do rekordzistów jeśli chodzi o liczbę godzin spędzonych w pracy. Jednak pomimo tego, że pracujemy coraz więcej, nasza efektywność wcale się nie zwiększa. Nadmiar bodźców atakujących nas w ciągu dnia, zarówno w pracy, jak i poza nią powoduje, że nasz umysł pozostaje w ciągłym trybie stand-by. Przez to, że do późnych godzin jesteśmy dostępni pod służbowym telefonem bądź mailem, nasz odpoczynek jest tylko pozorny – ciągle czuwamy. Ponadto, coraz więcej osób zabiera pracę do domu. Badania przeprowadzone przez Human Power wskazują, że co trzeci badany pracuje również w domowym zaciszu. Taki tryb życia prowadzi aż 52% menedżerów oraz blisko 26% pracowników. Połowa kadry pracuje też dłużej niż 8 godzin dziennie, a 1/3 śpi mniej niż 6 godzin.  Być może dlatego częściej niż co drugi badany budzi się rano zmęczony. Ponad 30% ankietowanych przyznaje również, że ma poczucie, iż jego wydajność odbiega od pożądanego poziomu i co trzeci odczuwa silny spadek energii w ciągu dnia, już po godzinie 14.

Brak odpowiedniej dawki snu, który pełni funkcję regeneracyjną dla organizmu, powoduje spadek kondycji i efektywności o poranku. Aby być produktywnym musimy jednak pamiętać także o regeneracji w ciągu dnia. Potrzebujemy przeplatać okresy intensywnej pracy, okresami krótkiego odpoczynku – przekonuje Małgorzata Czernecka – Spanie poniżej zalecanych 7-9 godzin na dobę silnie wpływa na problemy z koncentracją uwagi i pamięć. Popełniamy też więcej błędów. Obniża się nasz nastrój i odporność na stres – stajemy się bardziej drażliwi – dodaje.

Badania wskazują, że maksymalny czas skupienia dorosłego człowieka wynosi 90 minut. Po tym czasie następuje fizjologiczny spadek energii, który objawia się mniejszą kreatywnością, dłuższym czasem reakcji oraz wydłużaniem się czasu wykonywania zadania.

Warto zaplanować przerwy regeneracyjne w ciągu dnia pracy. Należy jednak pamiętać, że aby takie przerwy przynosiły odpowiednie efekty, muszą być prawdziwymi przerwami od pracy. Najlepiej robić w ich trakcie coś odmiennego od wykonywanych obowiązków zawodowych i nie myśleć o czekających nas za chwilę zadaniach – dodaje Małgorzata Czernecka.

Efektywność nie zależy wbrew pozorom wyłącznie od wkładanego w zadania wysiłku. Wręcz przeciwnie. Aby być produktywnym należy zadbać o odpowiednią dawkę snu, przerwy regeneracyjnych i niepracowanie po godzinach.

Musimy pamiętać, że regeneracja bierna to element spłacania długu, jaki zaciągamy będąc aktywnym w ciągu dnia. Im dług jest wyższy, tym jego konsekwencje są bardziej odczuwalne dla naszej efektywności w pracy. Dlatego warto czasem po prostu „odpuścić” – przekonuje Małgorzata Czernecka.

Rekordowe obroty ING Commercial Finance

ING Commercial Finance osiągnął rekordowe wyniki po pierwszym kwartale 2017 roku. Spółka utrzymała pozycję lidera na rynku pod względem wartości obrotów, jak również udziału w rynku.

Michał Bolesławski, przewodniczący Rady Nadzorczej ING Commercial Finance i wiceprezes ING Banku Śląskiego
Michał Bolesławski, przewodniczący Rady Nadzorczej ING Commercial Finance i wiceprezes ING Banku Śląskiego

– ING Commercial Finance wykazuje dynamiczny wzrost pod względem wartości obrotów z kwartału na kwartał. Spółka osiągnęła wynik na poziomie 6,3 mld złotych na koniec marca br., co oznacza 22% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku. Rośnie liczba klientów oraz liczba powierzonych faktur – wyniki te przekładają się na największy udział w rynku na poziomie 15% – powiedział Michał Bolesławski, przewodniczący Rady Nadzorczej ING Commercial Finance i wiceprezes ING Banku Śląskiego.

– Dla ING Commercial Finance 2017 rok rozpoczął się rekordowym obrotem. Tak doskonały wynik nie byłby możliwy bez doskonałych relacji z naszymi obecnymi i nowymi klientami, którzy powierzyli nam swoje wierzytelności. Obserwujemy dynamiczny przyrost klientów w każdym kwartale. Na koniec marca br. obsługiwaliśmy blisko 1600 klientów, to o 25% więcej niż na koniec 1Q 2016 r. Rośnie również liczba wykupionych przez naszą spółkę faktur, w pierwszym kwartale 2017 roku było to o 23% więcej niż w pierwszym kwartale 2016 roku – powiedział Tomasz Mazurkiewicz, prezes ING Commercial Finance.

Jak podaje Polski Związek Faktorów, klienci firm faktoringowych powierzyli faktorom zrzeszonym w Polskim Związku Faktorów w I kwartale 2017 r. wierzytelności o łącznej wartości 41,4 mld zł. Oznacza to wzrost o 21% w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku, kiedy obroty branży sięgały 34,3 mld zł. Cały rynek faktoringu nieprzerwanie wykazuje dwucyfrową dynamikę wzrostu od 2009 roku.

TOP10 – jakie hybrydy kupują Polacy?

Pierwszy kwartał 2017 roku można uznać za bardzo udany dla polskiej branży motoryzacyjnej. Wzrost segmentu samochodów nowych wynosi 11,2 procenta, można również zaobserwować dynamiczny rozwój segmentu aut z napędem alternatywnym – na poziomie 95,7 procenta.

Raport przygotowany przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego i instytut KPMG pokazuje, że w pierwszym kwartale 2016 roku zarejestrowano o 21,2 tys. samochodów osobowych więcej, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Tak samo jak w poprzednich okresach popyt jest nadal generowany głównie przez klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali od stycznia do marca o 24,6% aut więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Na uwagę zasługuje bardzo dynamiczny rozwój samochodów z napędem alternatywnym. Specjaliści KPMG podkreślają, że rejestracje aut osobowych tego segmentu wzrosły – w porównaniu do pierwszego kwartału 2016 roku – o 95,7 procent. Wynika z tego, że od stycznia do marca sprzedano tyle hybryd, co przez pierwsze dwa kwartały ubiegłego roku.

– W pierwszych czterech miesiącach kwietnia odnotowaliśmy wzrost sprzedaży samochodów z napędem hybrydowym o ponad 100 procent, a w przypadku samochodów z napędem elektrycznym ten wzrost jest jeszcze większy, bo ponad 130 procent. Trend jest więc bardzo pozytywny i zauważalny. Ma to związek między innymi z coraz większą ofertą takich modeli – wyjaśnia Wojciech Drzewiecki z Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar. – Jeżeli chodzi o zakup dokonywany przez klientów instytucjonalnych, to i w tym przypadku można zauważyć, że znacznie częściej wybierają oni samochody z napędem alternatywnym. Auta wyposażone w silnik Diesla mają nadal przewagę nad hybrydami. Jest to jednak kwestia czasu i przy tych trendach, które obserwujemy na rynku, diesel w przyszłości straci palmę pierwszeństwa. Polski rynek reaguje nieco inaczej niż europejski, ale zauważamy, że rynek samochodów zasilanych olejem napędowym zaczyna już gubić swój udział, zmniejszając się z prawie 31 procent do 27 procent, natomiast udział hybryd zwiększył się z 2,14 procent do 3,75 procent – widać tu więc wyraźną poprawę.

Przedstawiamy ranking marek w oparciu o sprzedaż w Polsce najczęściej kupowanych samochodów hybrydowych danej marki za okres styczeń-kwiecień 2017. Zestawienie zostało przygotowane na podstawie danych Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar.

Toyota C-HR

Toyota C-HR
Toyota C-HR

Najlepiej sprzedający się samochód hybrydowy Toyoty – crossover Toyota C-HR – to jednocześnie najchętniej kupowana w tym roku hybryda w Polsce. Auto zyskało od stycznia do kwietnia 1706 nabywców – podaje raport IBMR Samar. Oznacza to, że model ten ma udział w rynku samochodów z napędem hybrydowym na poziomie 27,47 procent, a w ciągu ostatnich miesięcy sprzedano 2067 sztuk.

Ceny C-HR z napędem hybrydowym zaczynają się od 106 900 zł. Pod maską pracuje napęd mocy 122 KM z silnikiem benzynowym o pojemności 1,8 litra.

Lexus NX

Lexus NX
Lexus NX

Najczęściej kupowanym samochodem hybrydowym Lexusa jest luksusowy SUV – Lexus NX. W okresie od stycznia do kwietnia sprzedano 223 sztuki tego samochodu. Jego udział w rynku samochodów z napędem hybrydowym to 3,59 proc. W ciągu ostatnich 12 miesięcy sprzedano 525 sztuk tego modelu.

W wersji hybrydowej samochód ten napędzany jest silnikiem benzynowym o pojemności 2,5 litra, który wraz z agregatem elektrycznym oferuje moc na poziomie 197 KM. Ceny hybrydy zaczynają się od 159 tys. zł.

Kia Niro

Kia Niro
Kia Niro

W ciągu pierwszych czterech miesięcy 2017 roku zarejestrowano w sumie 133 egzemplarze tego modelu, a w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy 315. Udział w rynku koreańskiej hybrydy wynosi 2,14 procent.

Cena samochodu wyposażonego w układ hybrydowy zaczyna się od 88 900 zł – w tym przypadku pod maską pracuje silnik o pojemności 1,6 litra, który wraz z agregatem elektrycznym oferuje 141 KM.

Hyundai Ioniq

Hyundai Ioniq
Hyundai Ioniq

Udział w rynku tego modelu to 1,18 procent. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy samochód został kupiony w ilości 110 sztuk, a w okresie od stycznia do kwietnia 2017 roku sprzedano 73 egzemplarze.

W odmianie hybrydowej samochód kosztuje od 93 900 zł. Pod maską znajduje się silnik spalinowy o pojemności 1,6 litra oraz jednostka elektryczna – w sumie układ oferuje 141 KM.

Infiniti Q50

Infiniti Q50
Infiniti Q50

W okresie od stycznia do kwietnia bieżącego roku sprzedano w sumie 48 sztuk tego modelu, a w ciągu ostatnich 12 miesięcy prawie dwa razy więcej – 81 egzemplarzy znalazło swojego właściciela. Udział w rynku tej limuzyny z napędem hybrydowym to 0,77 procent.

Ceny odmiany hybrydowej zaczynają się od 224 tys. zł – pod maską znajduje się silnik o pojemności 3,5 litra, a cały układ spalinowo-elektryczny oferuje 364 KM.

Ford Mondeo

Ford Mondeo
Ford Mondeo

Hybryda amerykańskiej marki zdobyła w 2017 roku udział w rynku na poziomie 0,40 procent. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano 81 sztuk tego modelu, a w okresie od stycznia do kwietnia 2017 roku 25 egzemplarzy.

Cena odmiany hybrydowej zaczyna się od około 131 tys. zł. Samochód wyposażony jest w układ o mocy 187 KM.

Volvo XC90

Volvo XC90
Volvo XC90

Pierwsze cztery miesiące bieżącego roku przyniosły sprzedaż tego modelu w odmianie hybrydowej na poziomie 24 sztuk. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano natomiast 98 egzemplarzy tego auta. Oznacza to, że samochód ma udział w rynku wszystkich oferowanych w Polsce modeli z napędem hybrydowym 0,39 proc.

Ceny tego modelu zaczynają się od około 351 tys. zł – pod maską znajduje się układ hybrydowy o mocy 407 KM.

BMW i3

BMW i3
BMW i3

Wersja spalinowo-elektryczna znalazła od stycznia do kwietnia 2017 roku 23 nabywców, a w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano 62 egzemplarze tego modelu. Na rynku samochodów hybrydowych niemiecki mieszczuch ma udział na poziomie 0,37 procent.

Ceny hybrydowej odmiany zaczynają się od 174 tys. zł. Układ hybrydowy oferuje moc na poziomie 125 KM.

Mitsubishi Outlander

Mitsubishi Outlander
Mitsubishi Outlander

Ten japoński SUV w wersji hybrydowej ma udział w segmencie aut spalinowo-elektrycznych na poziomie 0,06 procent. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano 14 sztuk tego modelu, a w okresie od stycznia do kwietnia 2017 roku 4 egzemplarze.

Ceny auta zaczynają się od około 189 tys. zł, a pod maską znajduje się napęd hybrydowy o mocy 121 KM.

Audi Q7

Audi Q7
Audi Q7

Udział w rynku hybryd tego modelu wynosi także 0,06 proc. W pierwszych czterech miesiącach bieżącego roku sprzedano 4 sztuki tego hybrydowego SUV-a. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano natomiast 5 egzemplarzy.

Kobiety na rynku pracy portret własny

Aż 58 proc. kobiet biorących udział w badaniu InfoPraca.pl uważa, że znacznie trudniej im awansować niż mężczyznom. 

Zgodnie ze statystykami Eurostat, spośród 7,3 mln osób pracujących na terenie Unii Europejskiej na stanowiskach menedżerskich, 2,6 mln to kobiety. Przeciętnie zarabiają o 77 centów za godzinę mniej niż pracujący na identycznych stanowiskach mężczyźni. Różnica w płacach wynosi 23 proc.

Polska na europejskim tle wygląda lepiej. Na stanowiskach menedżerskich pracuje u nas 44 proc. kobiet. Oznacza to, że pod tym względem razem z Bułgarią jesteśmy na drugim miejscu na kontynencie.

Polki są bardzo dobrze wykształcone, przedsiębiorcze, zorganizowane i zaradne. Często mają wyższe kwalifikacje niż mężczyźni. Dlatego zarządy firm coraz częściej biorą je pod uwagę przy awansach – mówi Marek Jurkiewicz, dyrektor portalu InfoPraca.pl. Dodaje, że z badań serwisu InfoPraca.pl wynika, że aż 93 proc. respondentek jest gotowych na nowe wyzwania zawodowe. Co więcej, co trzecia ankietowana jest w trakcie podnoszenia kwalifikacji zawodowych, a ponad 20 proc. z nich dokształcała się w ubiegłym roku.     

Portal InfoPraca.pl zapytał prawie 3 tys. użytkowniczek portalu o to, jak postrzegają swoją pozycję na rynku pracy. Zdaniem niemal 69 proc. ankietowanych, kobiety są dyskryminowane na rynku pracy.

Tylko co trzecia ankietowana twierdziła, że w obecnym miejscu pracy stwarza jej się możliwości rozwoju zawodowego. Przeszło 62 proc. twierdzi, że nie czuje się doceniana przez pracodawcę. Aż 76 proc. uważa, że są przeciążone obowiązkami zawodowymi – za część z nich nikt im nie płaci. A 61 proc. uważa, że zarabia mniej niż ich koledzy siedzący przy biurku obok.

– Na rynku pracy nadal nie brakuje stereotypów. Wciąż w wielu firmach uważa się, że głównym żywicielem rodziny jest mężczyzna i to jemu powinno płacić się tyle, by był w stanie ją utrzymać – tłumaczy Marek Jurkiewicz.

Widać jednak zmiany. Nie chodzi tu tylko o wynagrodzenia, ale także o stworzenie w firmie atmosfery przyjaznej kobietom. Jak pokazuje badanie InfoPraca.pl – dla 46 proc. biorących udział w badaniu, to właśnie dobra atmosfera jest najbardziej pożądana w wymarzonym miejscu pracy.

W Polsce wciąż brakuje żłobków i przedszkoli dla dzieci oraz dziennych domów opiekuńczych dla seniorów. W rezultacie kwestie opiekuńcze w rodzinie spadają często na kobiety. To one muszą zrezygnować z pracy, by zająć się dziećmi lub starszymi rodzicami. Odzwierciedlają to wyniki badania InfoPraca.pl. Połowa pracujących mam uważa, że po urodzeniu dziecka ich kariera zawodowa wyhamowała. – Dlatego tak ważne jest, by kobiety mogły łączyć pracę zawodową z obowiązkami rodzinnymi. Ci przedsiębiorcy, którzy to rozumieją, wygrywają dziś na rynku pracy – mówi Marek Jurkiewicz. Ekspert wskazuje na takie rozwiązania jak elastyczny czas pracy, praca zdalna czy w niepełnym wymiarze. Coraz częściej powstają też przyzakładowe żłobki i przedszkola. – Jeśli firma wprowadzi u siebie takie rozwiązania, z pewnością zachęci do pracy kobiety. A biorąc pod uwagę fakt, że doceniane kobiety są lojalnymi  pracownikami, z pewnością przełoży się to na lepszą sytuację w firmie – podsumowuje Jurkiewicz.

Badanie „Portret kobiety pracującej” zostało przeprowadzone w dniach 27.02 – 07.03.2017 wśród 2942 użytkowniczek portalu InfoPraca.pl.

Hipermarkety coraz częściej sięgają po rozwiązania sprawdzone przez dyskonty

Strategie promocyjno-asortymentowe, realizowane przez hipermarkety w latach 2015-2016, zostały poddane analizie porównawczej. Instytut badawczy ABR SESTA zaobserwował, że Kaufland znacząco podniósł liczbę gazetek tematycznych i zaczął upodabniać się do dyskontów. Publikację tego typu ofert zwiększył też Carrefour.

W zeszłym roku 8 monitorowanych hipermarketów wydało 665 gazetek do benchmarku vs 718 w 2015 roku. Różnica ta wynika przede wszystkim z zamknięcia sieci Real. W całym segmencie w 2016 roku średnio najwięcej publikacji w miesiącu rozpowszechnił Kaufland – 12,9. Dla porównania, dwa lata temu odnotował wynik 11,7 i był na 2. miejscu, zaraz po Carrefourze. Jednak potem niemiecka sieć o 1/5 zwiększyła liczbę gazetek tematycznych (z 25 do 30) oraz ulotek. Jednocześnie nie zredukowała regularnych wydań, których nadal jest więcej, niż publikacji tematycznych.

– Trzeba zauważyć, że Kaufland to mini-hipermarket. Jego placówki są bowiem zdecydowanie mniejsze, niż np. hale Carrefoura czy Tesco. Sieć analizuje również rynek i chce korzystać z rozwiązań, sprawdzonych w kanale dyskontów. Właśnie dlatego, zwiększyła liczbę publikacji tematycznych. Nowej strategii Kauflandu nie należy jednak łączyć z tym, że ma tego samego właściciela, co Lidl. Nie chodzi bowiem o współpracę między podmiotami, lecz o wypróbowaną i wartą powielenia koncepcję – stwierdza Marcin Dobek, wiceprezes instytutu badawczego ABR SESTA.

Odmiennego zdania jest Michał Rosiak, kierownik sprzedaży z Grupy AdRetail. Jak podkreśla, Kaufland owszem wyróżnia się w segmencie pod względem ilości publikacji tematycznych, ale to nie oznacza, że zmierza w kierunku dyskontów. Inne hipermarkety, m.in. Tesco, również wydają tego typu gazetki. W badanym okresie, co drugie wydanie Carrefoura miało charakter tematyczny. Jednak, jak pokazują wyniki analizy, przeprowadzonej przez instytut badawczy ABR SESTA, w zeszłym roku francuska sieć odnotowała największy spadek liczby gazetek.

– Warto przypomnieć, że w 2015 roku Carrefour wydawał średnio najwięcej w swoim kanale, czyli 16 publikacji w miesiącu. Można powiedzieć, że wręcz „zalewał” nimi rynek. I nadal pozostaje w czołówce hipermarketów, jeśli chodzi o ilość rozpowszechnianych gazetek. Redukując ich liczbę do 12,6 w 2016 roku, znalazł się na 2. miejscu po sieci Kaufland. Decyzję Carrefoura o zmniejszeniu liczby wydawnictw można wiązać z tym, że w ubiegłym roku zdecydował się on zainwestować dużą część środków w telewizyjną kampanię reklamową pod hasłem „Co zamierza Napoleon?” – zauważa Marcin Dobek.

Czas obowiązywania

Natomiast, ekspert z Grupy AdRetail dodaje, że w całym segmencie hipermarketów, Carrefour najbardziej wydłużył średnią liczbę dni obowiązywania swoich gazetek. Odnotował bowiem wzrost z 15,2 dni w 2015 roku do 17,2 w 2016 roku. Dwa lata temu tylko Tesco miało nieznacznie wyższy wynik, który wynosił 15,3. Jednak już rok później sieć skróciła średni czas trwania publikacji do 14,3 dni. I Carrefour zdezydowanie zaczął prowadzić w tym zestawieniu.

– Na wynik francuskiej sieci wpłynęła redukcja publikacji regularnych oraz zwiększenie liczby gazetek tematycznych i świątecznych, a także ulotek. Należy jednak zaznaczyć, że średnia długość obowiązywania regularnych publikacji Carrefoura nie zmieniła się. W obu badanych latach wynosiła ona 10 dni. W tym kanale dłużej aktualne publikacje regularne rozpowszechniał tylko E.Leclerc – 12 dni w 2016 roku – precyzuje Marcin Dobek.

Jeżeli chodzi o publikacje regularne, to ze wszystkich hipermarketów tylko Tesco skróciło ich średni czas obowiązywania, z 9 dni w 2015 roku do 7 w 2016 roku. Michał Rosiak podkreśla, że na ten wynik musiał wpłynąć okres trwania innych publikacji, np. świątecznych, tematycznych oraz ulotek. Brytyjska sieć ograniczyła wydawanie jedynie gazetek regularnych.

Liczba stron

– Tesco zaczęło wydawać najobszerniejsze gazetki w kanale hipermarketów. Zwiększyło liczbę stron, z średnio 19,9 w 2015 roku do blisko 30,7 w 2016 roku. Dwa lata temu najczęstsza publikacja miała 16 stron, w zeszłym roku były to 40-stronnicowe gazetki. Miało to związek z tym, że sieć odświeżyła layout swoich publikacji. W mojej ocenie, teraz stały się one czytelniejsze, bardziej estetyczne i zdecydowanie przyjemniejsze w odbiorze. Poza tym, Tesco stawia na zakupy internetowe, dlatego wprowadziło nowocześniejszą odsłonę. Wysokiej jakości zdjęcia dobrze prezentują się na ekranie zarówno monitora, jak i telefonu – ocenia Marcin Dobek.

Z powyższą opinią nie do końca zgadza się Michał Rosiak, którego zdaniem, gazetki w całym segmencie są coraz bardziej podobne do siebie pod względem szaty graficznej. W większości sieci publikacje zostały uproszczone, w celu dobrego wyeksponowania produktów. To pozytywnie wpływa na odbiór, ponieważ klienci nie chcą poświęcać dużo czasu na szukanie artykułów w promocji. Wymagają jasnych i konkretnych przekazów. Według specjalisty z Grupy AdRetail, generalnie zwiększanie liczby stron w gazetkach może działać zniechęcająco na konsumentów. Jednak przyjazny w odbiorze layout Tesco minimalizuje to ryzyko.

Ekspert z ABR SESTA potwierdza to, że konsumenci coraz bardziej cenią swój czas, dlatego nie chcą już przeglądać wielostronnicowych gazetek o wszystkim. Jeśli szukają np. tekstyliów dla dziecka, to zależy im na szybkim sprawdzeniu oferty, ograniczonej właśnie do tego tematu. Tymczasem, zwiększeniu liczby stron uległy publikacje sieci Auchan (12,8 – 2015, 14,8 – 2016) i Carrefoura (12 – 2015, ponad 16,1 – 2016). Zdaniem Marcina Dobka, hipermarkety szukają obecnie optymalnego rozwiązania w kwestii długości, częstotliwości i liczby stron publikacji. Chcą w prosty sposób usystematyzować komunikat promocyjny. Przykładem jest dla nich Lidl, który zastosował podział na gazetkę żółtą i niebieską. I ta koncepcja została bardzo dobrze przyjęta przez klientów.

–  Z analizy instytutu badawczego ABR SESTA można wyczytać, że kilka sieci zdecydowało się na nieznaczne obniżenie liczby stron. Są wśród nich np. Bi1 – z 16,7 w 2015 roku do 15,2 w 2016 roku, Carrefour Mini z 18,7 w 2015 roku do 17,8 w 2016 roku, E.Leclerc 16,9 w 2015 roku do 16,1 w 2016 roku i Kaufland – z 15,8 w 2015 roku do 14,4 w 2016 roku. Moim zdaniem, skaracanie długości gazetek to bardzo dobra strategia. Klienci mogą z początku nie zauważyć drobnej różnicy, ale z czasem chętniej będą sięgali po zdecydowanie krótsze materiały promocyjne – podsumowuje Michał Rosiak z Grupy AdRetail.

Niejasna sytuacja na EUR/GBP

Charakter handlu na rynku walutowym pozostał w środę bez zmian, względem początku tygodnia. Tym razem na giełdzie w Warszawie zagościły spadki, a ceny ropy zwyżkowały.

Ceny ropy na rynku towarowym zyskiwały wczoraj na zamknięciu o ponad 2.6%. Do wzrostów przyczyniły się informacje o spadku zapasów ropy w USA w ostatnim tygodniu. Natomiast na rodzimym rynku doszło do przeceny na parkiecie akcyjnym. Indeks WIG20 stracił 1.3%, kończąc dzień poniżej bariery 2400 punktów. Na rynku walutowym bez zmian – euro ciągle w odwrocie, kosztem między innymi dolara amerykańskiego. Wspólna waluta rozpoczęła obecny trend spadkowy po wyborach prezydenckich we Francji.

Wczoraj miało miejsce posiedzenie banku centralnego Nowej Zelandii(RBNZ). Brak decyzji banku co do zmiany wysokości stóp procentowych posłał rynek NZD/USD daleko na południe. W dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym kluczowe będzie inne posiedzenie – Banku Anglii. O godzinie 13:00 spodziewane jest ogłoszenie decyzji. O tej samej godzinie poznamy raport kwartalny banku o inflacji.

eurgbp11052017r

Rynek EUR/GBP ciągle walczy o utrzymanie się w trendzie bocznym. Za opór służy tu poziom 0.85, którego nie udało się jeszcze sforsować. Ale nawet powrót ponad ten poziom nie gwarantuje, że uda się uniknąć spadków. Do tego potrzebne jest pokonanie 0.87. W najczarniejszym scenariuszu euro może zejść nawet na wysokość 0.80. Być może sytuacja rozjaśni się po dzisiejszym posiedzeniu Banku Anglii.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Komentarz: kurs złotego do euro i dolara w dłuższej perspektywie

Początek maja był pod znakiem umocnienia się złotówki w stosunku do walut podstawowych. Na dolarze zaksięgowaliśmy głębokie mierzenie FIBO 88,6%, po czym doszło do pierwszej reakcji popytowej. Historia dużych impulsów wzrostowych może się powtórzyć, a test poziomu ostatnich szczytów na 4,30 może zostać osiągnięty jeszcze przed wakacjami. Obecnie świeca miesięczna ma duży dolny cień, co może sugerować, iż popyt się aktywował. Mając na uwadze, że rynek będzie w dalszym ciągu wyceniał podwyżkę stóp procentowych w USA przy bierności RPP, można domniemywać, iż w najbliższych miesiącach za dolara będziemy płacić coraz drożej. Choć polska gospodarka wydaje się być obecnie stabilna i nieposiadająca słabych punktów, to obiektywnie rzecz biorąc, najbliższe miesiące mogą przynieść zagrożenia, które obecnie są „zamiatane pod dywan”. Niedocenianym problemem dla gospodarki jest niewątpliwie słaba dynamika wzrostu płac, wzrost zadłużenia oraz niedoszacowane koszty reform prospołecznych. Zwłaszcza ewentualne zwiększenie deficytu budżetowego może mieć duży wpływ na cenę.

kurs złotego do i dolara w dłuższej perspektywie

Na interwale tygodniowym cena w istotny sposób przetestowała linię trendową, jednak aktywacja popytu doprowadziła na tę chwilę przynajmniej do zatarcia zeszłotygodniowych spadków. W przypadku dalszego ruchu w górę cena powinna napotkać opór przy okrągłym poziomie 4 złotych, gdzie mamy także strefę ZZB. Dopiero pokonanie okrągłego poziomu pozwoli na dużej dynamice osiągnąć poziom 4,10. Naszym zdaniem wybicie górą poziomu 4 złotych nie będzie takie proste, a cena prawdopodobnie wielokrotnie będzie ten poziom testować. Patrząc jednak historycznie, należy podkreślić, iż po zmianie trendu ze spadkowego na wzrostowy cena rosła 2-3 tygodnie, a wielość pierwszej reakcji wzrostowej wynosiła 16-18 groszy. W przypadku, gdyby sytuacja miała się powtórzyć, możemy oczekiwać wzrostu ceny do poziomu 4 złotych w ciągu najbliższych 2 tygodni.

Złoty w dłuższej perspektywie

Końcem 2016 roku pokazywaliśmy, iż złotówka ma ogromny potencjał do umocnienia się w stosunku do euro. Ceny w okolicach 4,50 były spowodowane wzrostem awersji do ryzyka po rozstrzygnięciu wyborów w Wielkiej Brytanii. Sytuacja nieco się poprawiła, a technicznie para zrealizowała ogromną formację RGR. Naszym zdaniem nie ma już miejsca na dalsze spadki bez wyraźnego impulsu ze strony polityków bądź gospodarki. Rynek zdecydowanie wyhamował na 61,8 FIBO impulsu wzrostowego mierzonego od kwietnia 2015 do maja 2016 roku. Precyzja zaksięgowania tego poziomu sugeruje, że popyt wyraźnie czekał na ten moment. Na tę chwilę reakcja nie jest znaczna, jednakże dynamika zmian ceny na euro jest mniejsza niż na dolarze. Warto przyjrzeć się historii, jak zachowywała się cena po zmianie trendu ze spadkowego na wzrostowy. W kwietniu i maju 2015 roku oraz marcu i kwietniu 2015 roku reakcja ceny była i znaczna, bo ponad 20 groszy. Inaczej rzecz się miała w drugiej połowie 2016 roku, gdzie cena także zareagowała wzrostem o ponad 20 groszy jednak w dłuższym czasie. Niewątpliwie warto obserwować sytuację na wykresie miesięcznym, by w najlepszym momencie wejść w rynek.

kurs złotego do euro w dłuższej perspektywie

Na wykresie tygodniowym wyraźnie widać, że cena przetestowała dołek przy 4,1850 i wyrysowuje wzrostową formację świecową. W przypadku realizacji formacji podwójnego dna oporem będzie poziom 4,27 w myśl zasady ZZB. W przypadku spadków jest możliwe kolejne przetestowanie lokalnych dołków, jednakże scenariuszem bazowym będzie wzrost ceny.

kurs złotego do euro w dłuższej perspektywie

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.