Łaziki marsjańskie wizytówką polskich studentów. Technologie opracowane przy ich budowie mogą znaleźć zastosowanie w przemyśle samochodowym, służą policji i wojsku

Łaziki marsjańskie wizytówką polskich studentów. Technologie opracowane przy ich budowie mogą znaleźć zastosowanie w przemyśle samochodowym, służą policji i wojsku 1

Polskie konstrukcje łazików marsjańskich od lat znajdują się w światowej czołówce. Od 2010 roku na zawodach URC zespoły polskich uczelni nie schodzą z podium. Mało tego, już cztery lata z rzędu nasi studenci wygrywali ten prestiżowy konkurs, zaś przez dwa ostatnie lata zwycięzcą okazywał się Legendary Rover Team z Politechniki Rzeszowskiej. W ciągu pięciu lat rzeszowscy studenci zbudowali cztery konstrukcje. W tym roku skupiają się na krajowych zawodach i zapowiadają, że konstrukcje łazików to dopiero początek.      

– W tym roku nasz zespół jest mniej liczny. Mniej skupiamy się na zawodach w Stanach Zjednoczonych, a bardziej skupiamy się na zawodach środowiskowych, które odbędą się w maju i wrześniu w Polsce – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paulina Biedka, studentka Politechniki Rzeszowskiej, od trzech lat związana z Legendary Rover Team.

Pod względem konstrukcji łazików marsjańskich polskie uczelnie nie mają sobie równych. Od 2010 roku na prestiżowym konkursie University Rover Challenge (URC) na pustyni w stanie Utah, nasi studenci nie schodzą z podium. Przez ostatnie cztery lata w konkursie zwyciężała polska uczelnia, w tym w 2015 i 2016 roku Legendary Rover Team z Politechniki Rzeszowskiej.

– Zawody obejmowały w ubiegłym roku cztery zadania: przejazd po trudnym terenie, pomoc astronaucie; kolejnym zadaniem był panel konstrukcyjny, czyli przełączanie przełączników. I ostatnie zadanie, naukowe, polegało na poborze próbki gleby przy użyciu naszego świdra, zamiennie montowanego z manipulatorem, a następnie przeanalizowaniu próbki gleby – wymienia Biedka.

Polacy już dziewięciokrotnie stawali na podium (zespoły Hyperion Team, Legendary Team, Scorpio i Magma). Łaziki marsjańskie stały się wizytówką studentów robotyki z Polski i mogą też stać się polską specjalnością w branży kosmicznej. Jednak choć pojawiały się próby komercjalizacji łazików marsjańskich, dotychczas żadna z konstrukcji nie trafiła do szerszej produkcji. Jednak studenci przekonują, że ma to drugorzędne znaczenie.

– Chcemy poprzez takie projekty się rozwijać, ponieważ to dopiero wstęp do naszej przyszłej pracy. To praktyczne wykorzystanie wiedzy, którą zdobywamy już na uczelni. Fundusze czerpiemy od sponsorów, z projektu „Najlepsi z najlepszych”, także od uczelni i Wydziału Budowy Maszyn i Lotnictwa – podkreśla Patryk Figiel, student Politechniki Rzeszowskiej, odpowiedzialny w łaziku marsjańskim za zadanie astronaut assistance i podwykonawca kompozytów do łazika.

Zdaniem ekspertów, choć budowa łazików marsjańskich jeszcze długo może nie być komercyjnym przedsięwzięciem, to konstrukcje budowane przez polskich studentów będą mieć szersze, niż tylko kosmiczne, zastosowanie. Część wykorzystanych w łazikach konstrukcji może okazać się przydatna w przemyśle samochodowym, służyć policji czy wojsku, np. przy rozbrajaniu niebezpiecznych ładunków.

– Polskie zespoły są nauczone podczas studiów praktyczności. To dzięki temu jesteśmy w stanie rozwiązywać problemy w prosty i niezawodny sposób i dlatego polskie zespoły są tak silne na zawodach – tłumaczy Paulina Biedka.

W większości polskie projekty na tle konstrukcji innych krajów wyróżniały się prostotą. To zaś może okazać się przewagą w komercjalizacji użytych technologii, przede wszystkim ze względu na konkurencyjną cenę. Budowa bardziej skomplikowanych konstrukcji to zaś większa szansa na użycie wykorzystanych technologii w przyszłości na rynku.

– Tworzeniem łazików koło naukowe zajmuje się od 5 lat. Było to spowodowane chęcią zmiany profilu projektowanych obiektów. Po bezzałogowych aparatach latających rozpoczęliśmy prace nad mobilnymi robotami kołowymi, zwanymi łazikami marsjańskimi. W ciągu 5 lat powstały 4 konstrukcje, 4-krotnie koło naukowe wzięło udział w zawodach w Stanach Zjednoczonych. Warto było zacząć projektowanie tego typu obiektów także ze względu na to, że pozwoliło to na zintegrowanie pracy kilku kół naukowych Politechniki – podkreśla dr inż. Przemysław Mazurek, opiekun studenckiego Koła Naukowego Lotników z Politechniki Rzeszowskiej.

Coraz więcej osób ma problem z oceną wiarygodności informacji w sieci. Światowi giganci technologiczni zapowiadają walkę z fake newsami

Coraz więcej osób ma problem z oceną wiarygodności informacji w sieci. Światowi giganci technologiczni zapowiadają walkę z fake newsami 2

Fałszywe informacje coraz częściej wygrywają z prawdziwymi wiadomościami. Młodzi ludzie przyznają, że często nie potrafią odróżnić prawdy od fake newsa. Walkę z wprowadzającymi w błąd publikacjami zapowiedziały największe światowe koncerny technologiczne, jak Google, Facebook, Wikipedia czy Mozilla. Na ten cel zamierzają przeznaczyć 14 mld dol. Fałszywe newsy zmniejszają zaufanie do mediów, a także firm, instytucji  i osób publicznych, to zaś przekłada się na więcej pracy specjalistów z branży PR. 

– Żyjemy w erze postprawdy, w czasach, kiedy informacje fałszywe wygrywają z prawdziwymi, zwłaszcza w kontekście kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych, gdzie news o tym, jak papież popiera Donalda Trumpa, jest najchętniej klikanym nagłówkiem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Wosińska, redaktor PRoto.pl.

Z danych BuzzFeed News wynika, że podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych popularność fałszywych informacji przerosła popularność tych prawdziwych. Wśród najczęściej udostępnianych w tym okresie przez użytkowników Facebooka fake newsów znalazły się materiały o rzekomym poparciu kandydatury Donalda Trumpa przez papieża Franciszka, potwierdzenia przez WikiLeaks sprzedaży broni Państwu Islamskiemu przez Hillary Clinton czy planowanego ujawnienia przez WikiLeaks korespondencji kandydatki demokratów z bojownikami. Fałszywe artykuły na temat wyborów zebrały ponad 8,7 milionów wyświetleń i komentarzy przy 7,3 mln, które zebrały prawdziwe wiadomości.

– Sami nastolatkowie przyznają, że nie są w stanie rozpoznać, które informacje w sieci są prawdziwe, a które fałszywe – zaznacza Wosińska.

Badania Uniwersytetu Stanford wskazują, że większość nastolatków ma problem z rozpoznaniem fałszywych informacji. Ponad 80 proc. uczniów gimnazjów nie rozróżnia informacji sponsorowanej od tekstu informacyjnego. Ponad 66 proc. z nich nie widzi zaś powodów, by nie wierzyć informacjom przedstawionym w takich tekstach.

 Firmy technologiczne zdają sobie sprawę z tego, jak ważną rolę odgrywają w tej dyskusji i w ślad za marką Google, która stworzyła tag fact-checking poszły inne koncerny, jak Facebook i Mozilla. Należą one do grupy 19 organizacji, które powołały nową inicjatywę mającą na celu przywrócenie zaufania do treści. Na ten cel chcą przeznaczyć 14 mln dol. Sam projekt zakłada pokazywanie konsumentom, jak ważne jest dziennikarstwo informacyjne – tłumaczy redaktor PRoto.pl.

Projekt The News Integrity ma propagować dziennikarstwo informacyjne. Weryfikację treści i walkę z fałszywymi newsami zapowiada też Wikipedia. Jeden z jej twórców, Jimmy Wales, chce sprawdzać wiarygodność informacji podawanych przez media, a do współpracy zaprosić redaktorów wolontariuszy i profesjonalnych dziennikarzy.

 Powodem, dla którego powstał nowy projekt, była jedna z wypowiedzi doradczyni Donalda Trumpa. W odpowiedzi na zarzuty o kłamstwo medialne administracji powiedziała, że administracja przekazywała jedynie alternatywne fakty – mówi Wosińska.

Zalew fake newsów przekłada się na dodatkowe obowiązki specjalistów ds. public relations, którzy są zmuszeni prostować coraz więcej informacji. Oceniają oni, że do walki z tym zjawiskiem konieczne jest odkręcanie postów w mediach społecznościowych i postawienie na prawdziwe newsy. Pomocne w tym są zaktualizowane narzędzia służące do monitoringu.

 Fake newsy dotyczą nie tylko polityki, lecz także świata informacji brandowych. Eksperci do spraw PR są zgodni, że czeka ich więcej pracy. Na pytanie, kto powinien weryfikować te informacje brandowe, odpowiadają, że same firmy albo organizacje, które są już do tego dedykowane, czyli Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Izba Wydawców Pracy – wskazuje Magdalena Wosińska.

Polska firma stworzyła wirtualną elektrownię. Jej działanie uchroni przedsiębiorstwa przed niedoborem energii w podczas szczytów zapotrzebowania

Polska firma stworzyła wirtualną elektrownię. Jej działanie uchroni przedsiębiorstwa przed niedoborem energii w podczas szczytów zapotrzebowania 3

Zwiększające się każdego roku szczyty letniego i zimowego zużycia prądu powodują drastyczny wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną. Problem ten ma rozwiązać innowacyjna usługa o nazwie DSR, która umożliwi przesunięcie poboru energii elektrycznej przez niektóre podmioty w inne, nie tak obciążone pory dnia.

Zaletą usługi o nazwie DSR (Demand Side Response) jest to, że wszystkie korzystające z niej strony na niej zyskują. Najbardziej zainteresowani zyskują nieprzerwany dostęp do energii elektrycznej, natomiast inni mogą na tym dodatkowo zarobić. Chodzi o tak zwane negawaty, czyli niewykorzystane megawaty. Powstają one, kiedy odbiorca na pewien czas ogranicza zużycie energii elektrycznej, co może mieć kluczowe znaczenie podczas tak zwanych szczytów zapotrzebowania. Występują one codziennie rano i wieczorem, ale największe poziomy osiągają w najbardziej energochłonne dni zimy i lata. I właśnie wtedy z pomocą przychodzi usługa DSR.

– DSR to odpłatne działanie strony popytowej, ku zapewnieniu bezpieczeństwa w krajowym systemie elektroenergetycznym. Polega na przesunięciu poboru energii elektrycznej w inne pory dnia, kiedy nie występują niedobory. Jest to również przesunięcie poboru energii podczas procesów pomocniczych, a także poprzez wykorzystanie generacji wewnętrznej u naszych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Chylmański z firmy Enspirion (Grupa Kapitałowa Energa).

Aby zwiększyć efektywność zarządzania energią elektryczną, firma Enspirion – największy w Polsce agregator skupiający potencjał negawatów oferowanych przez odbiorców – buduje także tak zwaną wirtualną elektrownię. Ma ona pełnić rolę narzędzia, gromadzącego doświadczenie usług bilansujących i systemowych. Zadaniem systemu jest analiza poboru energii elektrycznej klientów przemysłowych i dostosowanie go do warunków pogodowych lub występujących awarii. Ponadto system ma również ustalać harmonogram pracy w systemie.

– Idealnie byłoby, gdyby taka wirtualna elektrownia to był samobilansujący się system elektroenergetyczny. Enspirion przeprowadził do tej pory 24 akcje redukcyjne, podczas których zredukowaliśmy ok. 2,5 gigawatów energii elektrycznej. Współpracujemy ze wszystkimi branżami energochłonnymi, w szczególności są to kopalnie, kopalnie surowców mineralnych, huty, odlewnie, przemysł spożywczy i cementownie – komentuje Piotr Chylmański.

Akcje redukcyjne przeprowadzane były w czasie tzw. euroszczytu, czyli okresu między godziną 7 rano a 22. Piotr Chylmański przekonuje przy tym, że współpraca z Enspirion to czysty zysk, bowiem firma planuje wprowadzić system, który będzie wynagradzał za przeprowadzoną redukcję.

– Planujemy wprowadzić model wynagradzania, gdzie klienci będą zyskiwać za to, że są gotowi do przeprowadzenia redukcji w każdej chwili. W obecnym modelu współpracy z operatorem sieci przesyłowych zakontraktowaliśmy umowy na okres euroszczytu, czyli od godziny 7 do 22, aczkolwiek latem najbardziej zagrożone godziny to od 11 do 15, natomiast zimą od 17 do 21. Akcje te były przeprowadzone na rzecz operatora sieci przesyłowej, a także dla Energii Obrót, gdzie głównym bodźcem do wykonania usługi redukcji są ceny na rynkach spot – podkreśla Piotr Chylmański.

Ponadto firma Enspirion zaplanowała wprowadzenie technologii uczenia maszynowego, dzięki któremu możliwa stanie się jeszcze skuteczniejsza analiza czynników zewnętrznych, a tym samym jeszcze efektywniejsze przeprowadzenie akcji redukcyjnych.

– Planujemy również wprowadzenie głębokich sieci neuronowych do naszych systemów informatycznych. Dadzą one możliwość dogłębnej analizy krajowego systemu elektroenergetycznego, co pozwoli na lepsze przeprowadzenie akcji redukcyjnych – zapowiada Piotr Chylmański.

W tym roku liczba aut zasilanych gazem może przekroczyć 3 mln. Rynek napędzają korzystne ceny tego paliwa

W tym roku liczba aut zasilanych gazem może przekroczyć 3 mln. Rynek napędzają korzystne ceny tego paliwa 4

Relatywnie niższe ceny gazu LPG względem tradycyjnych paliw napędzają rynek samochodów na gaz. Po polskich drogach jeździ już blisko 3 mln pojazdów zasilanych tym surowcem. Polityka akcyzowa będzie w tym roku i w następnych latach stabilna, podobnie jak ceny surowca, dlatego spodziewam się stabilnych cen autogazu – prognozuje Sylwester Śmigiel, prezes Gaspolu.

– W 2016 roku zanotowaliśmy wzrost sprzedaży gazu. Rynek osiągnął 2,33 mln ton, to blisko 5-proc. wzrost w ciągu roku. To pozytywne zaskoczenie. Spodziewaliśmy się wprawdzie wzrostu, ale był on jednak większy, niż wskazywały wcześniejsze prognozy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sylwester Śmigiel, prezes Gaspolu i członek prezydium Polskiej Organizacji Gazu Płynnego.

Roczny raport POGP wskazuje, że na wzrost konsumpcji gazu duży wpływ miała większa sprzedaż autogazu – wyniosła ona blisko 1,8 mln ton (wzrost o 5,9 proc.) i stanowiła 76 proc. w całości rynku. Każdy z pozostałych segmentów rynku, czyli gaz do zbiorników (poza autogazem) i butlowy, odpowiada za ok. 12 proc. łącznej sprzedaży w Polsce. Jednocześnie sprzedaż gazu w butlach spadła, wzrosła zaś sprzedaż gazu do zbiorników.

Produkcja krajowa LPG wzrosła o ponad 17 proc. do 440 tys. ton, stanowiło to jednak nieco mniej niż 19 proc. krajowego zapotrzebowania. Głównie bazujemy na dostawach ze Wschodu, przede wszystkim z Rosji (59 proc. i 11,2 mln ton przez 11 miesięcy 2016 roku ) i Kazachstanu (18 proc. i 367 tys. ton). Dostawy z Białorusi i Litwy stanowią po ok. 6 proc. dostaw. Łącznie z tych czterech krajów pochodzi ok. 90 proc. dostaw do Polski.

– Niezależnie od tego, że na polski rynek wpływa więcej gazu, więcej też reeksportujemy. W 2016 roku zanotowaliśmy większą sprzedaż do krajów sąsiadujących – na poziomie 280 tys. ton – wyjaśnia Śmigiel. – Ceny były w miarę stabilne. W drugiej połowie 2016 roku zanotowaliśmy co prawda lekki wzrost, który przełożył się na ceny detaliczne. Mimo to relacje, jeżeli chodzi o główny segment rynku, czyli autogaz, utrzymywały się na bardzo korzystnym poziomie względem paliw tradycyjnych, benzyny bezołowiowej.

Raport wskazuje, że wyższy poziom konsumpcji w segmencie to rezultat rozszerzenia oferty koncernów motoryzacyjnych o samochody fabrycznie wyposażone w instalację LPG. Coraz częściej gaz jest postrzegany jako paliwo pełnowartościowe. Podstawową kwestią był jednak poziom cen detalicznych poszczególnych rodzajów paliw.

Średnioroczna cena detaliczna autogazu w ubiegłym roku wynosiła 1,81 zł/l i była o prawie 9 proc. niższa niż w 2015 roku i o blisko 30 proc. względem 2014 roku. Przez cały rok utrzymywała się korzystna proporcja średniomiesięcznych cen autogazu do cen benzyny EU 95 (41,7 proc.) – rok temu było to 43,2, a w latach 2013–2014 – 48,8 proc. Tak korzystne relacje cenowe przyczyniły się do nienotowanego od lat zainteresowania autogazem i w konsekwencji znaczącego wzrostu sprzedaży w tym segmencie rynku LPG.

– Ta różnica była na tyle korzystna dla użytkowników autogazu, że zanotowaliśmy dość spory wzrost liczby samochodów [o 63 tys. sztuk – red.]. Tym samym zbliżyliśmy się już prawie do magicznej liczby 3 mln samochodów, które są napędzane autogazem. Jestem przekonany, że w 2017 roku ta liczba zdecydowanie przekroczy już 3 mln użytkowników autogazu – analizuje prezes Gaspolu.

Z raportu POGP wynika, że auta z instalacją LPG stanowią 14,6 proc. wszystkich samochodów – to o 0,2 pkt proc. mniej niż w 2015 roku.

– O ile nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, ceny powinny być w 2017 roku w miarę stabilne, zarówno jeżeli chodzi o autogaz, jak i gaz do celów grzewczych. Zagrożeniem może być polityka fiskalna, ale myślę, że żadnej niespodzianki nie będzie i będzie ona w tym roku i następnych latach stabilna, podobnie jak ceny surowca – prognozuje Sylwester Śmigiel.

Branża IT szuka pracowników. Pomóc w tym ma specjalnie stworzona aplikacja przypominająca serwis randkowy

Branża IT szuka pracowników. Pomóc w tym ma specjalnie stworzona aplikacja przypominająca serwis randkowy 5

Filttr to aplikacja mobilna służąca do rekrutacji fachowców z branży IT. Obecnie zrzesza ponad 40 tys. programistów, administratorów, analityków i testerów. Program jest bezpłatny i przypomina serwis randkowy Tinder.

Filttr jest pierwszą w Polsce aplikacją mobilną, która łączy pracodawców i kandydatów z branży IT. Aktualnie nasza społeczność liczy ponad 40 tysięcy specjalistów z branży IT, którzy powiedzieli nam, że są otwarci na propozycje lepszej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Lemieszek, współzałożyciel Filttr.

Aplikacja przypomina serwis Tinder, służący do nawiązywania kontaktów towarzyskich, bowiem również opiera się na tzw. dopasowaniu. Dzięki temu Filttr pełni de facto rolę agenta, który dostarcza wyłącznie oferty precyzyjnie dopasowane do kandydatów.

– Kandydaci otrzymują wyłącznie konkretne oferty, które zawierają informacje o przedziale wynagrodzeniowym, a także informacje o technologii potrzebnej w danym projekcie – wyjaśnia Piotr Lemieszek.

Z badania przeprowadzonego przez specjalistów z infoShare Academy wynika, że w 2020 roku na całym świecie będzie brakowało ok. 1 mln programistów. Zapotrzebowanie na pracowników branży IT jest duże również w Polsce. 2016 roku zanotowano deficyt niemal 50 tys. specjalistów, co oznacza, że fachowcy mogą przebierać w ofertach.

Aktualnie programiści otrzymują ok. 36 ofert rocznie, a więc ok. 3 ofert pracy miesięcznie. W tej konkretnej sytuacji oczekują od pracodawców precyzyjnych informacji i nie ma nic absolutnie gorszego od spotkania z rekruterką bądź rekruterem, który nie ma zielonego pojęcia o danej technologii, w której programista miałby pracować – twierdzi Piotr Lemieszek.

Aplikacja umożliwi pracodawcy nie tylko dotarcie do kandydatów, którzy dokładnie spełniają jego oczekiwania, lecz także da możliwość kontaktu tylko z tymi kandydatami, którzy wyrazili zainteresowanie jego ofertą. To znacząco upraszcza cały proces rekrutacyjny.

Z punktu widzenia pracodawcy trafia on wyłącznie do tych kandydatów, którzy spełniają jego oczekiwania. Ustawia konkretne wymagania związane ze stackiem technologicznym, z doświadczeniem, a także informacjami związanymi z dodatkami, jakie tutaj są proponowane w danej ofercie pracy i kandydat decyduje, czy jest zainteresowany lub też nie – komentuje Piotr Lemieszek.

Aplikacja jest darmowa dla wszystkich użytkowników, dzięki czemu każdy fachowiec może bez problemu pobrać ją na swój telefon. Rekomendowanym system to Android, natomiast w przypadku, kiedy użytkownik korzysta z innego systemu, twórcy zachęcają do rejestrowania się za pośrednictwem strony internetowej www.filttr.pl. Jeśli chodzi o pracodawcę, to musi on ponieść koszty za udostępnienie mu specjalnego panelu rekrutacyjnego. Co istotne, tylko w momencie, kiedy dany specjalista zostanie zatrudniony.

W tym momencie, jeśli chodzi o płatności i o pieniądze, to płaci tylko pracodawca i tylko za sukces. Filttr pobiera opłatę wyłącznie za zatrudnionego programistę i ta opłata jest po stronie  pracodawcy – mówi Piotr Lemieszek.

Aplikacja Filttr została stworzona dla branży IT i przez ludzi z branży IT. Kluczowa według twórców była wiedza i znajomość tego obszaru. W konsekwencji udało stworzyć się narzędzie kompletne.

Aplikacja została stworzona przez osoby, które się na tym bardzo dobrze znają. Wykorzystaliśmy całą swoją wiedzę i doświadczenie, które zdobyliśmy w branży IT. A wszystko po to, by stworzyć narzędzie dla wszystkich specjalistów z sektora IT – podsumowuje Piotr Lemieszek.

KGHM spodziewa się lekkiej zwyżki cen surowców. Na inwestycje spółka wydawać będzie w najbliższych latach 2 mld zł rocznie

KGHM spodziewa się lekkiej zwyżki cen surowców. Na inwestycje spółka wydawać będzie w najbliższych latach 2 mld zł rocznie 6

W I kwartale 2017 roku KGHM-owi udało się po raz pierwszy uzyskać zysk operacyjny z kosztownej inwestycji w chilijską kopalnię Sierra Gorda. Spółka chce się skupić na stabilizacji produkcji miedzi i molibdenu w tym kraju. W Polsce ma natomiast kilka projektów m.in. przygotowania złoża Głogów Głęboki. Na inwestycje w ciągu następnych pięciu lat przeznaczać będzie średnio 2 mld zł rocznie.

– Chcemy przede wszystkim utrzymać stabilność i przewidywalność. Wyniki w I kwartale potwierdzają, że trzymamy się założeń budżetowych, jesteśmy nawet ponad te założenia, które przyjęliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Domagalski-Łabędzki, prezes zarządu KGHM. – To pochodna tego, że rynek okazał się bardziej sprzyjający dla producentów miedzi i srebra, niż to było założone. Cieszy nas przede wszystkim to, że mamy przewidywalne wydobycie i produkcję w Polsce.

W I kwartale 2017 roku KGHM miał 4,9 mld zł skonsolidowanych przychodów, o 1 mld zł więcej niż rok wcześniej. Zysk EBITDA wyniósł niemal 1,6 mld zł wobec niespełna 1 mld zł przed rokiem, a na akcjonariuszy jednostki dominującej przypadło netto 398 mln zł, dwa i pół razy tyle, co między styczniem a marcem 2016 roku.

Jednak aż 1,3 mld zł z 1,6 mld zł zysku EBITDA przyniosła działalność w Polsce.

– W Polsce chcemy realizować projekty inwestycyjne, które już ogłosiliśmy – zapowiada prezes KGHM. – Przygotowanie nowego złoża Głogów Głęboki jest ogromnym wyzwaniem, podobnie jak zakończenie programu pirometalurgii. Jest kilka innych takich projektów, które utrzymują nas niezmiennie w czołówce producentów miedzi. 2 mld zł to w okresie kolejnych 5 lat średnia, jaką chcemy przeznaczyć na nasze inwestycje.

Na najbardziej kontrowersyjnej inwestycji w Sierra Gorda wciąż ciąży strata netto, choć udało się ją zmniejszyć do 143 mln zł z 244 mln zł rok wcześniej. Na poziomie operacyjnym kopalnia przyniosła 34 mln zł zysku wobec 85 mln zł straty przed rokiem.

– Poprawiliśmy wyniki na Sierra Gorda. Mamy dodatni EBIT pierwszy raz historycznie w ujęciu kwartalnym. Nie zmienia to faktu, że jest to nasze główne wyzwanie w tej chwili, bo jest to projekt nowy, produkcja nie jest jeszcze ustabilizowana. Cały czas pracujemy nad poprawą efektywności, ustabilizowaniem zwłaszcza procesów związanych z uzyskaniem molibdenu i miedzi – informuje Radosław Domagalski-Łabędzki. – Mamy trudne złoże. To nie jest żadna tajemnica, że musimy być wyjątkowo efektywni w procesie operacyjnym, by zapewnić temu projektowi ekonomiczność. Zwłaszcza jeśli chodzi o uzyski molibdenu, jest lepiej, tylko musi być stabilnie. To jest największe wyzwanie.

Do poprawy znacząco przyczyniły się wyższe ceny surowców. Miedź była droższa o jedną czwartą niż w okresie porównawczym, zaś srebro o kilkanaście procent. Wzrosły też ceny molibdenu. I chociaż srebro jest dziś tańsze niż przed rokiem, bo jego cena mocno rosła w II kwartale 2016 roku, to w przypadku miedzi aż do przełomu listopada i grudnia można liczyć na efekt bazy.

– Myślę, że fundamenty makroekonomiczne są na tyle sprzyjające, że możemy optymistycznie założyć, że nie wrócimy już do tych niskich notowań poniżej 5 tys. dol. za tonę, które widzieliśmy w 2016 roku. Nie spodziewałbym się też jakichś istotnych zwyżek, raczej staramy się być ostrożni i konserwatywni w przewidywaniu przyszłości, ale nie widać też istotnych ryzyk – uważa Domagalski-Łabędzki. – Jeżeli Chiny utrzymają stabilność wzrostu opartego również na inwestycjach, jeśli w USA nowy prezydent będzie konsekwentnie realizował plany inwestycyjne w infrastrukturze, to przełoży się na jeszcze większy popyt na miedź i w oczywisty sposób na wyższe ceny, więc możemy sobie pozwolić na optymizm.

Przyszłością internetu personalizacja ofert w czasie rzeczywistym. Będą dopasowane do konkretnych klientów, a nawet ich emocji

Przyszłością internetu personalizacja ofert w czasie rzeczywistym. Będą dopasowane do konkretnych klientów, a nawet ich emocji 7

W dobie rosnących oczekiwań rynek zmuszony jest do ciągłych zmian w celu dopasowania się do klienta i zaspokojenia jego potrzeb. Zdaniem ekspertów w niedalekiej przyszłości o komfort konsumentów coraz częściej będą dbać algorytmy, które w czasie rzeczywistym przeanalizują informacje o użytkowniku i na tej podstawie spersonalizują kierowaną do niego ofertę.

Analityka w czasie rzeczywistym zapewni masowy wzrost personalizacji, umożliwiając sprawdzanie na bieżąco aktywności użytkowników witryny lub aplikacji. Według autorów raportu „Industrial Internet of Things: Unleashing the Potential of Connected Products and Services”, rynek znajduje się obecnie w okresie przejściowym pomiędzy fazami „biznes oparty na wynikach” a „nowe produkty i usługi”, która pochłonie tę pierwszą w ciągu najbliższych dwóch lat.

– Klienci chcieliby, żeby sposób komunikowania się z nimi był jak najbardziej zbliżony do tego, jak ludzie podejmują decyzję. Innymi słowy, mam przedstawianą jakąś propozycję czy ofertę i na bieżąco oceniam, na ile jest ona dla mnie atrakcyjna, a na ile nie jest. Jeżeli zmieniają się moje uwarunkowania, w tym momencie klienci również oczekiwaliby, żeby taka rekomendacja się zmieniła – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dariusz Jańczuk, analityk biznesowy firmy SAS Polska.

Ekspert tłumaczy, że cały proces będzie maksymalnie uproszczony, a wszystko po to, by w razie potrzeby klient mógł natychmiast skorzystać z zaproponowanej oferty.

– Wyobraźmy sobie klienta, który próbuje wypłacić środki w bankomacie ze swojego konta. Wkłada on kartę, wpisuje kwotę, jaką chce, natomiast nie ma wystarczającej ilości środków do tego, aby taką transakcję zakończyć. W klasycznym podejściu w takim momencie wyświetlilibyśmy mu w bankomacie informację, że nie ma wystarczających środków i transakcja by się zakończyła. Natomiast wiemy bardzo dużo o kliencie i możemy te informacje przekuć w ofertę, którą tu i teraz moglibyśmy mu zaproponować. Formalności mógłby dopełnić za pomocą aplikacji lub kontaktując się z konsultantem. Wszystko szybko i wygodnie ­– wyjaśnia Dariusz Jańczuk.

Ponadto klient robiący zakupy przez internet mógłby liczyć na instrukcje, które umożliwiłyby mu wcześniejsze obejrzenie i sprawdzenie produktu w najbliższym sklepie stacjonarnym. Aby zachęcić wahającego się konsumenta do transakcji, sklep mógłby automatycznie zaproponować rabat. Ponadto sieć otrzymałaby informacje o każdym kroku użytkownika i jego preferencjach zakupowych.

– Aplikacja mobilna może pozwalać na śledzenie klienta i w momencie, kiedy wychodzi ze sklepu, wiemy, czym był zainteresowany, i wiemy również, że nie dokończył swojego zakupu. W takiej sytuacji możemy mu szybko wysłać za pomocą aplikacji komunikat zachęcający go do sfinalizowania transakcji, a na przykład zachętą może być dodatkowy rabat, chociażby 15-procentowy. I w tym momencie klient zachęcony korzystną propozycją, którą otrzymał, dokonuje zakupu – komentuje Dariusz Jańczuk.

Współczesne narzędzia pozwalają śledzić interakcje z klientem na bieżąco, w czasie rzeczywistym, za pomocą różnego rodzaju kanałów. Taki sposób pozwala określić, kim jest konsument i jakie są jego preferencje.

– Śledząc interakcje, gromadzimy bardzo dużo cennych informacji o tym, kim jest klient i jakimi produktami jest zainteresowany. Ponadto sami klienci w trakcie tych interakcji potrafią nam przekazać dużo cennych wskazówek, które pozwalają nam przygotować dla niego odpowiednia ofertę twierdzi Dariusz Jańczuk.

Analityk biznesowy SAS Polska wyjaśnia także, że informacje i sposoby identyfikacji klienta różnią się w zależności od branży, w jakiej się porusza.

– Jeżeli jesteśmy operatorem telefonii komórkowej, to klient po obejrzeniu interesującej oferty być może zechce za pomocą tej samej strony sprawdzić ilość dostępnych środków na koncie pre-paidowym. Jeżeli jesteśmy bankiem, to tu również klient po zapoznaniu się z ofertą, którą dla niego mamy, może zechcieć zalogować się do bankowości internetowej i sprawdzić, jakie ma dostępne saldo. Te wszystkie wskazówki śledzone na bieżąco pomagają nam w tym, aby zidentyfikować klienta i od pewnego momentu wszystkie interakcje traktować jako interakcje ze znanym klientem – podkreśla Dariusz Jańczuk.

Ponadto uważa, że rozwijają się również inne kanały komunikacji. Dariusz Jańczuk wskazuje, że klienci chcieliby się komunikować z organizacjami w sposób bardziej naturalny, dlatego coraz większą rolę odgrywają asystenci głosowi.

– Jeżeli zaczniemy się komunikować z klientami, wykorzystując język naturalny, to dodatkowo zyskamy też nowe cenne źródło informacji o kliencie, ponieważ za pomocą tego typu kanałów klient przekazuje nie tylko treść, lecz także emocje. Znając emocje klienta, możemy odpowiednio dopasować ofertę – podsumowuje Dariusz Jańczuk.

Polski rejestr dawców szpiku jednym z największych w Europie. Liczba dawców szybko rośnie

Polski rejestr dawców szpiku jednym z największych w Europie. Liczba dawców szybko rośnie 8

W ciągu ostatnich 25 lat liczba chorych na nowotwory krwi wzrosła dwukrotnie. Dla 75 proc. pacjentów szansą na powrót do zdrowia jest przeszczepienie komórek macierzystych od niespokrewnionego dawcy. Bardzo ważną rolę pełnią rejestry dawców niespokrewnionych. Polski rejestr z 1,2 mln dawców jest na trzecim miejscu w Europie i szóstym na świecie pod względem liczby zarejestrowanych osób. Im więcej zarejestrowanych, tym większa szansa na znalezienie bliźniaka genetycznego dla pacjentów chorujących na nowotwory krwi.

– Misją Fundacji DKMS jest znalezienie dawcy dla każdego pacjenta, który potrzebuje przeszczepienia krwiotwórczych komórek od dawcy niespokrewnionego. Naszą działalność rozpoczęliśmy w lutym 2009 roku. W tym czasie w Polskim rejestrze niespokrewnionych dawców szpiku znajdowało się około 40 tys. potencjalnych dawców. Na ten moment jest ich już ponad 1,2 mln, w tym w bazie Fundacji DKMS zarejestrowanych jest blisko 1,1 mln – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sylwia Zakrzewska, koordynatorka rekrutacji dawców w Fundacji DKMS.

Dla chorych na nowotwory krwi często jedyną szansą na przeżycie jest przeszczep krwiotwórczych komórek macierzystych. Tylko co czwarty chory znajduje dawcę w obrębie rodziny. Pozostali muszą liczyć na niespokrewnionego dawcę.

 Rejestr potencjalnych dawców krwiotwórczych komórek macierzystych w Polsce jest obecnie trzecim rejestrem w Europie, a szóstym na świecie pod względem liczby zarejestrowanych dawców. Z roku na rok znacząco rośnie liczba osób chcących podzielić się cząstką siebie z osobami, które chorują na nowotwory krwi – komentuje Zakrzewska.

Dane BMDW (Bone Marrow Donors Worldwide) wskazują, że na świecie łącznie zarejestrowanych jest ok. 30 mln osób, z czego 1,2 mln to Polacy. W naszym kraju już 4,1 tys. osób zostało faktycznym dawcą.

Wielu Polaków chce być dawcami komórek krwiotwórczych, zgłaszają się jako dawcy komórek krwiotwórczych i ostatecznie zostają tymi dawcami, nie tylko dla pacjentów z Polski. Większość pobrań komórek krwiotwórczych jest dla innych krajów – mówi dr hab. n. med. Grzegorz Basak z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Dawcą może zostać każda osoba w wieku 18–55 lat o dobrym ogólnym stanie zdrowia. Rejestracji można dokonać np. podczas Dni Dawcy Szpiku lub przez internet na stronie Fundacji DKMS. Jak ocenia resort zdrowia, polski rejestr wyróżnia się na tle Europy ze względu na młody wiek potencjalnych dawców. Zdecydowana większość nie przekroczyła 40 lat.

– Centralny rejestr dawców komórek krwiotwórczych jest niezbędny, aby móc znaleźć dla pacjentów dawcę niespokrewnionego. Najpierw poszukujemy dawcy jak najbardziej lokalnego, który najbardziej prawdopodobne, że będzie genetycznie zbliżony, będzie tzw. bliźniakiem genetycznym. Jeżeli takiego dawcy nie ma w rejestrze ogólnopolskim, kontaktujemy się z rejestrami innych krajów. Jeżeli nie ma dawcy w Polsce, może się okazać, że znajdzie się w Niemczech, Hiszpanii, Brazylii czy nawet w Chinach – tłumaczy Grzegorz Basak.

Szansa na zlezienie swojego bliźniaka genetycznego, czyli osobę o identycznym układzie antygenów HLA, jest niewielka. W najlepszym wypadku to 1 do 20 tys., a w najgorszym zaś to 1 do kilku milionów. Największe szanse mają osoby białej rasy – udaje się znaleźć dawcę dla 80 proc. z nich. Dla porównania w przypadku Afroamerykanów czy Latynosów w USA wskaźnik ten jest o wiele niższy.

– Rozbudowywanie rejestrów i dalsze zwiększanie liczby potencjalnych dawców jest bardzo ważne, zwłaszcza żeby pokryć możliwość pobrania komórek krwiotwórczych dla tych, dla których obecnie nie udaje się ich znaleźć, m.in. ze względu na rzadsze kombinacje cząsteczek HLA. To nie jest łatwe. Dlatego, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo pobrania komórek krwiotwórczych dla takich osób, czasami trzeba zrekrutować naprawdę ogromną liczbę dawców – podkreśla dr hab. n. med. Grzegorz Basak.

Na świecie co 35 sekund ktoś się dowiaduje, że choruje na nowotwór krwi. W Polsce co godzinę zostaje u kogoś zdiagnozowana białaczka. W ciągu ostatnich 25 lat liczba chorych na choroby hematoonkologiczne wzrosła dwukrotnie. Ponad połowa chorych to osoby w wieku 50–79 lat, jednak coraz częściej z chorobą zmagają się ludzie młodzi, często dzieci.

W Warszawie w dniach 13–14 maja zostanie zorganizowana akcja „Warszawa walczy o Małgosię i Miłosza”. Akcja odbędzie się równocześnie na Polu Mokotowskim (godz.11:00–19:00), Parku Szczęśliwickim (godz.8:00–18:30) oraz na Placu Defilad przy Teatrze Studio (godz. 11:00–20:00).

– Akcja została zorganizowana dla dwójki dzieci z Warszawy, sześcioletniej Małgosi oraz dziewięcioletniego Miłosza, i innych chorych. Małgosia choruje na anemię aplastyczną, zaś Miłosz na ostrą białaczkę limfoblastyczną – mówi Sylwia Zakrzewska. – Zapraszamy wszystkie osoby, które chcą się zarejestrować, oraz osoby, które chciałyby uzyskać informację na temat dawstwa szpiku.

Polacy stworzyli innowacyjną technologię wyświetlania w powietrzu obrazu. Można go dotykać i obracać

Polacy stworzyli innowacyjną technologię wyświetlania w powietrzu obrazu. Można go dotykać i obracać 9

Leia Display to jedyny na świecie innowacyjny system, który pozwala na interakcję z wirtualnym obrazem wyświetlanym bezpośrednio w powietrzu, w wysokiej jakości i w dużych rozmiarach. Rozwiązanie zaprojektowane i wyprodukowane przez polską firmę wykorzystuje między innymi parę wodną oraz specjalne czujniki ruchu, dzięki czemu wygląda lepiej niż wiele efektów specjalnych, jakie można zobaczyć w filmach science-fiction. I w przeciwieństwie do tego, co widzieliśmy w „Gwiezdnych Wojnach”, rzeczywiście działa, znajdując zastosowanie podczas premier produktów wielkich marek, na specjalnych pokazach czy w muzeach.

Leia Display umożliwia wyświetlanie obrazów w powietrzu. Gdybyśmy wzięli projektor i szybę to obraz z projektora zatrzymałby się na szybie. My zastępujemy szybę cienką warstwą pary wodnej, dzięki temu można przejść przez taki ekran lub wejść z nim w interakcję. Specjalne czujniki wychwytują nasze ruchy w obrębie ekranu, dzięki czemu zachowuje się on jak jeden wielki ekran dotykowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Panek z firmy Leia Display System.

Technologia wyświetlania na parze jest rozwijana i dopracowywana już od 20 lat. Jedną z osób, które odegrały kluczową rolę w jej rozwoju, jest Daniel Skutela z firmy Leia Display System. Ok. 5 lat temu polski konstruktor wpadł na pomysł, który pozwolił ulepszyć tę technologię i tym samym zdecydowanie poprawić jakość wyświetlanego obrazu.

Wyświetlanie obrazu na dymie czy na parze wodnej nie jest niczym nowym, natomiast my usprawniliśmy aerodynamikę tego rozwiązania. Nasz patent polega na tym, że ta aerodynamika jest unikalna, dzięki czemu ekran pozostaje laminarny, nie turbulentny, co z kolei sprawia, że obraz wyświetlany na nim jest czysty, wyraźny i taki niemal holograficzny – komentuje Daniel Skutela.

Konstruktor firmy Leia Display System twierdzi, że kluczem i największą zaletą opatentowanej technologii jest usystematyzowana struktura powierzchni tworzonej przez parę wodną, na której wyświetlany jest obraz.

Z samą parą wodną nic nie zrobiliśmy, tylko nadaliśmy jej kierunek, w którym ma się przemieszczać i zmieniliśmy sposób w jaki ma się przemieszczać. Innymi słowy, ma wędrować z punktu A do punktu B, nie napotykając na żadne przeszkody po drodze czy na żadne turbulencje – dodaje Daniel Skutela.

Technologia Leia Display została opatentowana, bowiem para przemierza odległości, jakich nie jest w stanie uzyskać żadna inna firma na całym świecie. Tym samym ekrany polskiego producenta oferują wysoką jakość wyświetlanego obrazu i może być to obraz o naprawdę dużych rozmiarach.

W naszym wypadku, a więc modelu Lei X 300, jest to 2,5 metra wysokości ekranu – to najwyższy wynik ze wszystkich firm na świecie, które produkują tego typu rzeczy. Dzięki temu, że para nie robi się turbulentna, tylko wędruje na duże odległości, możemy uzyskać bardzo wysoką jakość wyświetlanego obrazu – twierdzi Marcin Panek.

Ekrany Leia Display znajdują zastosowanie na całym świecie. Idealnie spisują się na targach, prezentacjach, ważnych premierach czy w muzeach. Sprzedawane są od Meksyku po Koreę Południową, a także w tak egzotycznych lokalizacjach jak choćby Dubaj czy Chiny.

Okazuje się, że najbardziej zależy na tym ludziom w muzeach lub instytucjach kultury, które swoim przekazem chcą zaciekawić potencjalnych odbiorców. Poza tym bardzo fajnie jest mieć tego typu rozwiązanie na eventach czy targach, bowiem daje to możliwość wbudowania ekranu w różne konwencje i scenografie. Ponadto technologia może być wykorzystana jako wejście na imprezę (wirtualna postać zaprosi ludzi do przejścia dalej) bądź też można wykorzystać ją jako logo obracające się w 3D – wylicza Marcin Panek.

Co ważne, twórcy Leia Display nie osiadają na laurach i już pracują nad kolejnymi unowocześnieniami dla swojego systemu. W przyszłości na rynku ma pojawić się ekran, który będzie dużo mniejszy, a tym samym będzie o wiele łatwiej dostępny i tańszy.

W tej chwili pracujemy nad zmniejszeniem wielkości ekranu oraz zwiększeniem jego dostępności, tak aby mogła z nich korzystać każda firma, np. na targach. Próbujemy stać się uniwersalnym i ciekawym środkiem przekazu informacji – podsumowuje Marcin Panek.

Nowe przepisy o egzekucji komorniczej zaszkodzą firmom

Krzysztof Kajda
Krzysztof Kajda

Konfederacja Lewiatan zwróciła się z apelem do wicepremiera Mateusza Morawieckiego o podjęcie działań przeciwdziałających wejściu w życie niekorzystnych dla wierzycieli (a w szczególności dla przedsiębiorców) zmian zaproponowanych przez resort sprawiedliwości w projekcie nowej ustawy o komornikach sądowych oraz nowej ustawy o kosztach komorniczych.

– Oba projekty ustaw dotyczące egzekucji komorniczej, które wkrótce trafią pod obrady rządu, zdestabilizują system egzekucji i przyniosą wymierne straty państwu – zarówno finansowe dla budżetu, jak i wizerunkowe poprzez obniżenie wiarygodności w oczach inwestorów – mówi Krzysztof Kajda, radca prawny, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Wprowadzenie w życie tych przepisów spowoduje redukcję kosztów, w tym personelu w kancelariach komorniczych, zaniechanie inwestycji przez komorników, spadek skuteczności kancelarii w odzyskiwaniu długów, rezygnację z dochodzenia przez wierzycieli z roszczeń do pewnych kwot (w zależności od branży np. do kwoty 1.000 – 2.000 zł) i przerzucenie części kosztów na Skarb Państwa, redukcję zatrudnienia po stronie wierzycieli lub wzrost cen usług (w celu zniwelowania kosztów związanych ze „złym długiem”) oraz wydłużenie czasu dochodzenia roszczeń.

Kluczową zmianą proponowaną przez Ministerstwo Sprawiedliwości jest kolejne ograniczenie prawa wierzycieli do korzystania ze sprawnych i sprawdzonych komorników. Pod koniec 2015 r. wprowadzono już limit spraw z wyboru dla komorników do 5 tys. (mniej niż 1% komorników uzyskało w 2016 r. wskaźnik skuteczności powyżej 35%, który umożliwia skorzystanie z drugiego pułapu, tzn. z 10 tys. spraw, a zatem jako realnie obowiązujący należy uznać limit 5 tys. spraw).

Planowane jest kolejne ograniczenie możliwości wyboru do 2,5 tys. spraw oraz do obszaru sądu apelacyjnego. Preferowane mają być kancelarie małe i średnie, jako cechujące się najwyższą sprawnością i skutecznością w egzekucji. Niestety, projektodawca pomija w uzasadnieniu interes wierzycieli – tak, jakby nowe regulacje w ogóle ich nie dotyczyły.

Konfederacja Lewiatan uważa, że zmiana uderzy także w kancelarie średnie, a będzie korzystna jedynie dla kancelarii mikro, które mają minimalne koszty własne. Jednak bez środków na inwestycje kancelarie mikro nie będą w stanie zapewnić wierzycielom egzekwowania roszczeń na poziomie skuteczności, który dzisiaj gwarantują średnie. To będzie wymierna strata dla wszystkich wierzycieli.

Inne zmiany, m.in. zmniejszające opłaty egzekucyjne czy obowiązek odprowadzania znacznej części przychodów przez komorników do Skarbu Państwa, będą uniemożliwiały komornikom zwiększanie wydatków na prowadzenie kancelarii, zatrudnianie pracowników w celu poprawy efektywności wobec wpływu nowych, innych niż dotychczasowe spraw.

Wśród wierzycieli (w szczególności masowych tj. z branży energetycznej, telekomunikacyjnej i finansowej) już pojawia się coraz większa trudność w znalezieniu komorników potrafiących bez zaległości obsłużyć dziesiątki lub setki drobnych spraw. Dla takich wierzycieli działalność windykacyjna jest poboczną i odnotowują oni ogromne straty wynikające z faktu, że złożone wnioski egzekucyjne do nich wracają (komornicy odmawiają przyjmowania spraw) i muszą poświęcać czas na selekcjonowanie regionalnych komorników działających sprawnie i w sposób nowoczesny. Problem ten po wprowadzeniu nowych przepisów będzie się jeszcze pogłębiał.

Całkowicie niezrozumiały jest także powrót do ograniczeń terytorialnych komorników. Nie uzasadnia tego w żaden sposób możliwość wizyty interesantów w kancelariach komorniczych, gdyż np. sprawę dłużnika mieszkającego w niedalekiej odległości od Warszawy, zgodnie z właściwością sądu apelacyjnego, będzie mógł prowadzić komornik z Suwałk, a nie będzie mógł prowadzić komornik z Warszawy lub okolic. Obecnie ponad 90% bieżących kontaktów z komornikami ze strony dłużników (nie licząc czynności terenowych komorników) odbywa się korespondencyjnie lub telefonicznie. Jeśli chodzi o podział terytorialny, to dużo bardziej zasadne wydawałoby się uwzględnienie podziału administracyjnego kraju na województwa.

Rekordowy pierwszy kwartał na polskim rynku magazynowym

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowo – przemysłowych w Polsce na koniec I kw. 2017 r.

Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Polsce, JLL
Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Polsce, JLL

Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Polsce, JLL, informuje: „Polski sektor magazynowy kontynuuje znakomitą passę. Za nami najlepszy pierwszy kwartał w historii rynku, co stanowi dobry prognostyk dla całorocznych wyników. Firmy podpisały umowy najmu na 855 000 mkw., z czego na nowe kontrakty przypadło 647 800 mkw., czyli aż 75% popytu brutto. W I kw. br. największą aktywność najemców odnotowaliśmy na Górnym Śląsku, a następnie w rejonie Warszawy i Wrocławiu”.

Prawie 70% wolumenu umów zawarto w inwestycjach deweloperskich Panattoni i Prologis.

Wśród najemców powierzchni magazynowych dominowały sieci handlowe (w tym firmy z sektora e-commerce), które podpisały umowy na łączną powierzchnię 250 600 mkw. (popyt brutto) oraz operatorzy logistyczni (277 300 mkw.) i firmy z branży lekkiej produkcji (174 400 mkw.). Największy kontrakt najmu w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. (135 000 mkw.) zawarł Amazon w inwestycji BTS realizowanej przez Panattoni w Sosnowcu.

Największe umowy najmu w I kw. 2017 r.

Najemca Park Rodzaj umowy Powierzchnia (mkw.)
Amazon Panattoni BTS Sosnowiec Nowa umowa 135 000
BSH Panattoni BTS Łódź Nowa umowa 79 000
H&M Panattoni BTS Nowa umowa 60 000
Electrolux MLP Pruszków I Renegocjacje 23 000

Źródło: JLL, magazyny.pl, I kw. 2017 r.                                                               

Podaż

Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL
Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL

„W I kw. 2017 r. deweloperzy oddali do użytku rekordowe 538 000 mkw. W rezultacie całkowite zasoby magazynowe na polskim rynku sięgnęły 11,7 mln mkw., co daje Polsce ósme miejsce wśród krajów Unii Europejskiej. W budowie pozostaje 1,39 mln mkw. i 60% tej powierzchni przypada na pięć głównych regionów – Okolice Warszawy, Górny Śląsk, Poznań, Polskę Centralną i Wrocław. Spośród mniejszych rynków wyróżnia się Szczecin, gdzie za sprawą dwóch dużych projektów BTS realizowanych dla Amazon i Zalando powstaje aktualnie aż 291 000 mkw.”, wymienia Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL.

W I kw. 2017 r. najwięcej magazynów oddała do użytku firma Panattoni, której 14 ukończonych projektów stanowiło ponad 65% nowej powierzchni w analizowanym kwartale. Ponad 100 000 mkw. deweloper ten oddał w ramach trzech swoich projektów na Kujawach.

„Obecnie 29% powierzchni w budowie pozostaje na zasadach spekulacyjnych, głównie na największych rynkach, takich jak Warszawa, Wrocław i Centralna Polska. To właśnie w najbardziej dojrzałych i aktywnych lokalizacjach deweloperzy są skłonni realizować projekty niezabezpieczone kontraktami przednajmu”, dodaje Tomasz Mika.

Pustostany

Na koniec I kw. br. wskaźnik pustostanów w Polsce wzrósł jedynie o o 0,3 p.p. i wyniósł 6,4%. Najwyższy współczynnik powierzchni niewynajętych rejestrowany jest w Krakowie, gdzie 11% zasobów magazynowych pozostaje bez najemcy. Najniższy wskaźnik charakteryzuje Opole (0,0%), Podkarpacie (2,1%), a z większych rynków Polskę Centralną (2,7%).

Powierzchnia istniejąca i w budowie (mkw.) oraz wskaźnik pustostanów na poszczególnych rynkach (%)

Powierzchnia istniejąca i w budowie mkw. oraz wskaźnik pustostanów na poszczególnych rynkach
Źródło: JLL, magazyny.pl, I kw. 2017 r.

Czynsze

Z danych dostępnych na portalu magazyny.pl wynika, że w I kw. 2017 r. czynsze bazowe za wynajem powierzchni magazynowej utrzymały się w prawie całym kraju na poziomie z końca ubiegłego roku, z wyjątkiem wzrostu o 0,4 euro za mkw. miesięcznie we Wrocławiu. Najwyższe czynsze nadal odnotowuje się w regionie Warszawa-Miasto i w Krakowie – odpowiednio 4,1-5,1 euro i 3,8-4,5 euro za mkw. miesięcznie. Z kolei najniższe stawki oferowane są na dwóch dużych, ale stale rozwijających się rynkach Poznania i Górnego Śląska: 2,8-3,5 euro za mkw. miesięcznie.

Kurs dolara – komentarz rynkowy 10.05.2017

Wczoraj prezydent Trump zwolnił szefa FBI, pozostawiając wielu Amerykanom pytanie: czy naprawdę mógł to zrobić? Najwyraźniej tak. Sposób, w jaki się to stało, daje po raz kolejny pewność, że człowiek ten potrafi wykorzystywać swoje układy. Zaledwie w zeszłym tygodniu Hilary Clinton zrzuciła winę za przegranie wyborów bezpośrednio na Jamesa Comeya. Więc Trump, zwolniwszy człowieka odpowiedzialnego za prześledzenie jego powiązań z Rosją. Reakcja na rynkach finansowych była raczej przyciszona. Po pierwsze, wiadomości zostały ujawnione dopiero po zamknięciu sesji na Wall Street. Po drugie, Trumpowi coraz ciężej jest już zaskoczyć rynki.

Kurs dolara  10 05 2017Pojawiły się komentarze, że to zamieszanie może odciągnąć uwagę Trumpa od spraw, które naprawdę mają znaczenie, jak opieka zdrowotna czy reforma podatkowa. Jeżeli jednak zmieni się to w giełdowy krach w stylu Niksona, który spowoduje, że Trump zrezygnuje lub zostanie odwołany, konsekwencje mogą być dużo bardziej dotkliwe. Patrząc na rynki dzisiaj rano, nie wygląda na to, aby ktoś naprawdę spodziewał się, że może się to wydarzyć.

Dziś dolar amerykański nieco spadł, ale może istnieć inna tego przyczyna. Wczoraj przewodniczący FED w Dallas, Robert Kaplan, poddał wątpliwości, czy plan dwóch dodatkowych podwyżek stóp procentowych jeszcze, nie spowoduje stagflacji. Wyglądało na to, że dolar subtelnie wraca do pewnej stabilizacji na rynku po okresie braku równowagi cen rynkowych. Jednak analizując parę AUD/USD tracimy nieco to wrażenie. Wydaje się, że jest to bardziej punkt wyjścia dla tych, którzy myślą o dalszym trwaniu trendu. Spoglądając na funta, możemy zauważyć jego nagły wzrost. Wygląda na to, jakby chciał przełamać poziom 1,300.

Kurs dolara do funta brytyjskiego GBPUSD 10 05 2017 Kurs dolara do funta brytyjskiego GBPUSD 10 05 2017Kurs dolara do dolara australijskiego  AUDUSD 10 05 2017Mario Draghi, prezes EBC wygłaszał podczas przesłuchania przed holenderskim parlamentem w Hadze swoje pierwsze publiczne przemówienie po francuskich wyborach. Draghi oświadczył, iż gospodarka regionu staje się coraz silniejsza. Jednak mimo wszystko zdaniem Włocha jest jeszcze za wcześnie, aby ogłosić sukces.

Kurs dolara do jena japońskiego USDJPY 10 05 2017
Kurs dolara do jena japońskiego USDJPY 10 05 2017

Inwentaryzacje naftowe będą obserwowane. W miarę jak utrzymuje się nadmiar podaży, coraz wyraźniej widać, że OPEC może pomóc powstrzymać ich spadek. Ropa potrafi stworzyć efekt domina na rynkach finansowych, więc jej stabilność ma zasadnicze znaczenie dla całej gospodarki światowej.

Decyzje w sprawie stóp procentowych w Nowej Zelandii mają zostać podjęte dziś wieczorem. Raczej nie oczekuje się żadnych zmian.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Dariusz Kurek komentuje 8 najbardziej spektakularnych kradzieży w historii

Te historie przyprawiają o dreszcze biznesmenów i rozgrzewają wyobraźnię reżyserów filmowych. Czy udany napad rabunkowy to zasługa sprytu i inteligencji złodzieja, a może niedostatecznych zabezpieczeń? Czy najsłynniejszych ataków można było uniknąć? Zapytaliśmy eksperta.

  1. 120 worków z pieniędzmi

Brytyjczycy nazwali to wydarzenie „napadem stulecia”. Chodzi o napad rabunkowy na pociąg, do którego doszło latem 1963 r. w pobliżu Mentmore. W wagonie pocztowym przewożone było ponad 2,6 mln funtów zapakowane w 120 worków. Były to zużyte banknoty, które banki w Glasgow wymieniły na nowe i przekazały do utylizacji do Londynu. 16-osobowy gang zamaskowanych rabusiów zmienił kolejność sygnalizacji świetlnej dla pociągu i zatrzymał go na czerwonym świetle. Maszynista został ogłuszony, ale nikomu więcej nie stała się krzywda. Napastnicy nie używali broni palnej. W 1963 r. nie było jeszcze bezpośredniej łączności między maszynistą a dyspozytornią, więc nie było jak wezwać pomocy policji.

Szacuje się, że wartość łupu to obecnie ok. 260 mln zł. Tak duża suma zaskoczyła złodziei, którzy liczyli na kilkaset tysięcy funtów. Z tego względu najprawdopodobniej zaczęli zachowywać się nieostrożnie i szybko wpadli. Policja dopadła ich dzięki odciskom palców i osadziła w więzieniu. Mimo to, pieniędzy nigdy nie odzyskano.

Komentuje Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska: – W dzisiejszych czasach konwoje wartości pieniężnych nie odbywają się już w taki sposób jak w latach 60-tych ubiegłego wieku. Wprowadzone zostały odpowiednie przepisy, które regulują wszelkie procedury związane z transportem pieniędzy, dostępne są też rozwinięte środki łączności. Pojazdy konwojujące są obecnie wręcz nafaszerowane wieloma zabezpieczeniami technicznymi.  Od czasu napadu na pociąg w 1963 r. znacznie zmniejszył się również obrót gotówkowy, co powoduje ograniczenie przewożonych wartości.

  1. Obrócili skarbiec w pył

52 lata później w kwietniu 2015 r., również w Wielkiej Brytanii doszło do napadu rabunkowego, w którym zginęły kosztowności za 200 milionów funtów. Podczas długiego wielkanocnego weekendu złodzieje obrabowali Hatton Garden Safe Deposit w londyńskiej dzielnicy słynącej ze sprzedaży diamentów i kosztowności; miejsce, w którym najbogatsi przechowywali swoje najcenniejsze rzeczy, m. in. biżuterię i zegarki warte dziesiątki tysięcy funtów.

Napastnicy wykazali się niezwykłą precyzją i pomysłowością. By dostać się do Hatton Garden wykorzystali szyb windy w sąsiednim budynku. Stamtąd weszli do piwnicy wybranego obiektu, gdzie przebili dwumetrowy mur oddzielający ich od skarbca i rozpruli metalowe drzwi prowadzące do pomieszczenia ze skrytkami. Opróżnili 70 z nich. Kiedy policja przyjechała na miejsce, zastała w miejscu skarbca tylko kurz i pył. Złodziei nie udało się namierzyć, a cennych przedmiotów nigdy nie odzyskano.

Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska: – Czy można było udaremnić tak precyzyjnie zaplanowany napad? Trudno powiedzieć, bo dokładne dane na temat zastosowanych w Hatton Garden zabezpieczeń są niedostępne. Ryzyko kradzieży w takich miejscach zmniejszają odpowiednie zabezpieczenia techniczne, monitoring i fizyczna ochrona mienia. Być może któregoś z tych elementów zabrakło. Jedno jest pewne. Złodzieje musieli wiedzieć, jakie zabezpieczenia muszą pokonać. Dlatego plan ochrony zawsze powinien pozostawać tajemnicą.

  1. Fałszywy konwój

Czterej mężczyźni przygotowali się do kradzieży diamentów w Holandii tak sprytnie, że nikt nawet nie zauważył ich akcji. Na lotnisko Schiphol w Amsterdamie regularnie przylatują najcenniejsze diamenty świata. Stamtąd są transportowane do Antwerpii specjalnymi konwojami holenderskich służb lotniczych. Złodzieje ukradli odpowiedni samochód oraz ubrania funkcjonariuszy i po prostu pewnego dnia zgłosili się po odbiór kosztowności.

Mieli ogromne szczęście. Okazało się, że transport obejmował w ten dzień kamienie o wartości aż 118 mln dolarów. Diamentów nie udało się odzyskać, ale w sprawie aresztowano kilkanaście osób, w tym, jak się okazało, zamieszanych w kradzież pracowników lotniska.

– W tej sytuacji błąd nastąpił na etapie identyfikowania uprawnień osób, które przyjeżdżają po wartości pieniężne. Nie zachowano przy tym należytej ostrożności – mówi Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska. – Proces wydawania wartości pieniężnych regulują ściśle określone procedury, których w żadnym względzie nie wolno lekceważyć. Ponadto jeszcze przed zatrudnieniem osób  w charakterze konwojentów należy zadbać o dokładną ich weryfikację, to samo tyczy się również pracowników podmiotów bankowych. Istotną rolę odgrywa również właściwy nadzór nad zatrudnionymi już pracownikami.

  1. Złodziej – kolekcjoner

Stephane Breitwieser pozostawał nieuchwytny przez 7 lat. W tym czasie okradł blisko 170 muzeów w całej Europie: zabierał obrazy (wycinał je z ram), rzeźby, srebra, puchary, talerze. Zwykle z niewielkich i źle strzeżonych muzeów i galerii. Jego modus operandi można opisać jako „okazja czyni złodzieja”. Na miejscu zjawiał się jako gość. Przychodził w pierwszych godzinach pracy muzeów i był jedynym zwiedzającym. Nie budził podejrzeń zaspanych jeszcze pracowników. Wykorzystywał to, że w wielu muzeach zabezpieczenia przed kradzieżą sprowadzały się do zamontowania kilku kamer, które nie obejmowały całej wystawy. Skradzione przedmioty wynosił pod płaszczem, w plecaku, czasem po prostu wyrzucał je przez okno.

Wpadł w 2001r. na wernisażu w Muzeum Richarda Wagnera w Lucernie. Francuski złodziej przyznał się do kradzieży 239 dzieł sztuki, których równowartość oszacowano na 1,4 mld dolarów. Nie sprzedawał ich jednak, lecz kolekcjonował – podkreślał to w sądzie. Dzięki temu wiele z nich udało się odzyskać.

Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska: – Złodziej wykazał się sprytem. Rzeczywiście jest tak, że pory dnia, w których ma się dokonać kradzież, mają znaczenie. Inaczej oddziałuje percepcja pracownika muzeum, banku lub sklepu o poranku, a w inny sposób postrzegają oni zagrożenia wieczorem. Większa czujność pracowników i kompletny monitoring z pewnością pomogłyby powstrzymać Stephana Breitwiesera.

  1. Pechowy hotel w Cannes

Do dziś nie odnaleziono złodzieja, który w lipcu 2013 r. ukradł z luksusowego hotelu Intercontinental Carlton Cannes biżuterię o łącznej wartości 136 mln dolarów. Kolekcja znajdowała się w jednym pomieszczeniu, bo właściciel (miliarder z Izraela Lev Leviev) użyczył jej hotelowi na wystawę. Uzbrojony mężczyzna w czapce i chustą na twarzy wszedł do hotelu przed południem, gdy wystawę właśnie instalowano. Na jego widok trzech ochroniarzy i kilku pracowników hotelu położyło się na ziemi. Nikomu nie stała się krzywda a złodziej błyskawicznie załadował łup do toreb i wybiegł tylnymi drzwiami.

To nie była pierwsza tak wielka kradzież w Carlton Hotel. W sierpniu 1994 roku trójka złodziei obrabowała tamtejszego jubilera z przedmiotów o wartości 45 milionów dolarów. Kradzież ta trafiła wtedy do księgi rekordów Guinessa.

Być może pecha przyniósł hotelowi Alfred Hitchock, który w 1955 r. kręcił w nim film „Złodziej w hotelu”.

– W Intercontinental Carlton Cannes ochrona była niekompletna. Hotel, który organizuje wystawę o takiej wartości pieniężnej, powinien zatroszczyć się o szczególne środki ostrożności. Jednym z nich mogłoby być zatrudnienie profesjonalnej ochrony, która weryfikowałaby osoby jeszcze na etapie wchodzenia do budynku. Warto także zastosować inne środki technicznego zabezpieczenia, np. kamery – mówi Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska.

  1. Dokumenty cenniejsze od diamentów

W tej historii nie ma skarbca, pieniędzy, ani biżuterii. Nie ma też zamaskowanych rabusiów z bronią w ręku. Gdy jednak świat dowiedział się o wycieku danych z kancelarii prawnej w Panamie na skroniach najbogatszych polityków tego świata pojawił się zimny pot. Chodzi o „Panama Papers” – aferę z początku 2016 r.

Ze zlokalizowanej w raju podatkowym (Panamie) kancelarii Mossack Fonseca hakerzy wykradli dziesiątki tysięcy dokumentów zawierających dane o klientach firmy: bogatych biznesmenach, politykach, celebrytach, filmowcach i sportowcach, którzy chcąc uniknąć płacenia podatków w swoim macierzystym kraju, rejestrowali działalność w Panamie.

Po wycieku, osoba przedstawiająca się jako „John Doe”, udostępniła dane gazecie „Süddeutsche Zeitung”, która po przeanalizowaniu ich wraz z dziennikarzami śledczymi z całego świata opublikowała serię artykułów o politykach uciekających przed podatkami we własnych krajach.

Choć można dyskutować o tym, czy działania hakerów były etyczne oraz rozważać nad moralnością polityków, to jedno jest pewne. Kancelaria Mossack Fonseca straciła klientów i zaufanie bezpowrotnie. Jak można zabezpieczyć się przed atakiem hakerów i wyciekiem poufnych danych?

Ekspert firmy Impel zauważa, że ataki cyfrowe są znacznie trudniejsze do powstrzymania. Żyjemy w dobie hakerów i nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć ich działania. Niestety, firmy specjalizujące się w cyberzabezpieczeniach są wciąż o krok za hakerami. Dlatego, na ile jest to możliwe, należy jak najczęściej zmieniać algorytmy zabezpieczeń elektronicznych – radzi Dariusz Kurek.

  1. Hazardziści z Wołowa

Również w Polsce dochodziło do spektakularnych kradzieży. Największy pod względem wartości łupu napad na bank w historii PRL został przeprowadzony latem 1962 r. w Wołowie w pobliżu Wrocławia. W czasach, gdy średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło 1680 zł, łupem złodziei padło ponad 12,5 mln zł. Nic dziwnego, że na podstawie tej historii nakręcono w 1975 r. film („Hazardziści” w reżyserii Mieczysława Waśkowskiego).

Włamywacze dostali się do banku późnym wieczorem, obezwładnili strażnika i przy użyciu podnośnika samochodowego wybili dziurę w stropie skarbca. Łup udało się wywieźć i milicja długo nie mogła wpaść na trop przestępców. Spośród skradzionych pieniędzy, trzy czwarte banknotów stanowiły świeżo wydrukowane. Milicjanci ustalili więc ich numery seryjne i czekali, aż włamywacze popełnią błąd i zaczną wydawać nowe złotówki. Tak się w końcu stało.

Po aresztowaniu sprawców, okazało się, że żaden z nich nie miał nigdy konfliktu z prawem. Pięciu głównych sprawców zostało skazanych na dożywocie zamienione następnie na 25 lat. Dwóch wspólników dostało 15 lat, a oskarżeni z rodziny i kręgu znajomych od 1 do 8 lat więzienia. Milicji udało się odzyskać 11,6 mln zł.

Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska. – W obecnym czasie dysponujemy innymi rodzajami zabezpieczeń technicznych, które uniemożliwiają nieautoryzowane wejścia. Najnowsza technologia pozwala na zapobieganie wszelkich naruszeń konstrukcji np. skarbca – zainstalowane czujniki drgań niezwłocznie wzbudzą alarm.

  1. Trzy zabójstwa za 100 tys. zł

Polacy mają też na koncie bardzo brutalne napady rabunkowe. Najbardziej krwawym był atak na placówkę Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie, do którego doszło wiosną 2001 r. Pisały o nim wszystkie gazety w kraju.

Trzech mężczyzn wtargnęło do banku i bezlitośnie z zimną krwią zamordowało ochroniarza i trzy kasjerki. Kobiety zmarły od pojedynczych strzałów w głowę, mężczyzna został postrzelony trzykrotnie. Życie pracowników Kredyt Banku było warte nieco ponad 100 tys. zł. Mordercy zrabowali bowiem łącznie 76 tys. zł, 5 tys. dolarów, ponad 2 tys. marek niemieckich, 700 franków francuskich, 405 funtów i 300 franków szwajcarskich. Zabrali też komórki zabitym kobietom i walkmana.

Napastników udało się złapać, ale pieniędzy nie odzyskano – bandyci wszystko wydali na imprezy i drogie ubrania. Mężczyźni usłyszeli wyroki dożywocia i już od 15 lat pozostają za kratkami. Filia Kredyt Banku została zamknięta i przez dziesięć kolejnych lat nikt nie wynajął pustych pomieszczeń.

Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska: – W sytuacji ataku agresywnych i uzbrojonych napastników, należy poddać się ich woli i wykonywać polecenia. Pamiętać należy, że walczy się o swoje życie i nie można w żaden sposób prowokować do agresji. Jeżeli jest to możliwe, trzeba uruchomić przycisk napadowy. Ważne jest, aby zapamiętać rysopis i kierunek ucieczki napastników, aby móc później przekazać te informacje policji –  są one niezbędne w odnalezieniu sprawców. Ujęcie napastników odbywa się zawsze poza granicami budynku, aby nie narażać osób postronnych na niebezpieczeństwo.

Moon Jae prezydentem Korei. Rośnie inflacja w Chinach

Wczoraj Koreańczycy z południa wybrali nowego prezydenta. Inflacja w Chinach znów rośnie. W piątek poznamy rating dla Polski.

Moon Jae nowym prezydentem Korei

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami wybory prezydenckie wygrał Moon Jae. Jaki ma to wpływ na rynki? O ile gospodarczo Korea Południowa ma niewielki wpływ na Polskę, o tyle jej polityka szczególnie według północnej części jest dość istotna. To właśnie próby balistyczne tej drugiej powodują ostatnio sporo niepokoju. O ile Nowy prezydent USA jest zdecydowanym zwolennikiem zdecydowanego podejścia do problemu, o tyle Moon Jae uchodzi za znacznie bardziej umiarkowanego. Tam gdzie USA mogą grozić interwencją militarną nowy prezydent może być skłonny zaproponować powrót do rozmów o wspólnej strefie ekonomicznej. Obydwóm politykom zależy na rozwiązaniu obecnych napięć z Phenianem. Waluta wczoraj w trakcie wyborów gwałtownie straciła po czym cały dzień jak stało się jasne kto wygrywa odrabiała straty.

Dane z Chin

Odczyty makroekonomiczne z państwa środka często budzą pewne wątpliwości. Dobrym przykładem jest tutaj opublikowana rano inflacja. W kraju gdzie sprzedaż detaliczna czy import rosną nierzadko o dwuprocentowe wartości ceny rosną o 1,2% i jest to wskaźnik powyżej oczekiwań analityków. Rynki nie zareagowały na te dane. Analitycy obecnie znacznie uważniej przyglądają się obecnie danym produkcyjnym w związku ze spadającym popytem na surowce w tym szczególnie metale. Chiny jako główny konsument wielu z nich są uważane za winnego ostatnich spadków.

Piątkowy rating Polski

W piątek poznamy decyzję agencji ratingowej Moody’s w sprawie ratingu Polski. Biorąc pod uwagę, że w ostatnim czasie gospodarczo sytuacja naszego kraju się nie pogarsza a w polityce brakuje gorących konfliktów nie należy spodziewać się negatywnej decyzji. Nie można oczywiście wykluczyć, że w komunikacie znajdzie się jakaś informacja na temat możliwych ryzyk w przyszłości. Jest to tym bardziej zasadne, że w przypadku pogorszenia koniunktury obecne programy socjalne mogą mocno uderzyć w budżet.

Dzisiaj z danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – USA – wnioski o kredyt hipoteczny,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Raport ManpowerGroup Solutions nt. preferencji kandydatów w Polsce i na świecie

Globalne badanie firmy ManpowerGroup Solutions ”Czas Świadomego Kandydata”, w którym wzięło udział blisko 14 000 osób poszukujących pracy, wskazuje na istotne przesunięcie równowagi sił między pracodawcą a kandydatem. Przez wiele lat pracodawcy byli na uprzywilejowanej pozycji, m.in. dlatego, że kandydaci nie mieli dostępu do wielu źródeł informacji na temat ich oraz stanowisk, na które aplikują. Obecnie kandydaci mówią o drastycznym zwiększeniu ilości informacji dotyczących przedsiębiorstw i stanowisk, do których mają dostęp już na wczesnym etapie poszukiwania pracy. Tylko w ciągu ostatniego roku zauważyli znaczną zmianę w ilości i rodzaju informacji, do których mają wgląd jeszcze przed rozpoczęciem procesu rekrutacji. Nie chodzi tu jedynie o bardziej szczegółowy opis stanowiska.

Łatwy dostęp do informacji zmienił sposób, w jaki ludzie szukają pracy komentuje Alex Bojarski z ManpowerGroup Solutions. – Kandydaci na całym świecie deklarują, że mają dojście do znacznie większej ilości danych o wynagrodzeniu, dodatkowych świadczeniach, dodatkowych wakatach, misji, wizji i kulturze organizacji, jej marce oraz działalności w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu. Ponieważ firmy nadal zgłaszają problemy z wypełnianiem ról, zrozumienie preferencji kandydata jest kluczowe. Obecnie zachęcamy klientów do udostępnienia większej ilości informacji dotyczących wizji i atmosfery oraz sposobu pracy w ich przedsiębiorstwach. Pozwala to na nawiązanie głębszego kontaktu z kandydatami i przekłada się na zatrudnienie najlepszych pracowników.

Jakie informacje kandydaci uważają za najważniejsze?

Zarówno w ujęciu globalnym, jak i w Polsce, najistotniejszym czynnikiem przy wyborze miejsca pracy jest wysokość wynagrodzenia. Wskazuje na nią zdecydowana większość naszych rodaków (87%) i ponad połowa respondentów na świecie (59%). Zaraz za nią, jako najistotniejsze, podawane jest kryterium rodzaju pracy (52% w Polsce i 53% globalnie), a następnie lokalizacja miejsca pracy (40% w Polsce i 34% globalnie), które zamyka pierwszą trójkę. Na kolejnych, wymienianych przez kandydatów miejscach, znalazły się możliwości rozwoju (39% wskazań, zarówno w Polsce, jak i na świecie), a także elastyczność godzin pracy (31% w Polsce i 38% na świecie). Oferowane świadczenia dodatkowe, jak i marka pracodawcy to czynniki, które są istotne, ale wskazywane są na końcu przez polskich kandydatów (odpowiednio 16% i 14%), podczas gdy w ujęciu globalnym posiadają mocniejszą pozycję (odpowiednio 38% i 20%).Jakie informacje kandydaci uważają za najważniejsze

Dwa razy więcej informacji o marce pracodawcy

W poprzednim badaniu preferencji, 58% kandydatów z całego świata zadeklarowało, że marka pracodawcy jest dla nich ważniejsza niż pięć lat wcześniej. To stwierdzenie jest szczególnie prawdziwe w przypadku młodszych przedstawicieli Pokolenia Y (18-35 lat). Dzięki wykorzystaniu tego trendu – czyli np. zbudowaniu silniejszej oferty korzyści proponowanym pracownikom czy stworzeniu unikalnego portfolio możliwości, skojarzeń i wartości mających pozytywny wpływ na pożądanych kandydatów i pracowników – organizacje mogą uzyskać znaczną przewagę.

W skali światowej 28% ankietowanych potwierdza, że miało informacje o marce pracodawcy przed aplikowaniem na dane stanowisko. W Norwegii (40%), Indiach (37%), Szwecji (35%), Niemczech (34%), Hiszpanii (32%) oraz Polsce (29%) ta liczba jest jeszcze większa. Z kolei kandydaci w Brazylii (16%), Kostaryce (18%) i Japonii (19%) mówią o znacznie mniejszej ilości dostępnych dla nich informacji.

Przejrzystość wynagrodzeń

Jak wynika z badania ManpowerGroup Solutions, średnio 44% kandydatów na całym świecie posiada informacje o wysokości wynagrodzenia przed aplikowaniem na dane stanowisko, a zatem ma wiedzę o bardzo istotnym czynniku motywującym dla kandydatów. Jednak poziom dostępu do informacji różni się w zależności od rynku. Do informacji o wysokości wynagrodzenia ma dostęp ponad połowa kandydatów z Chin, Japonii, Meksyku, Brazylii i Panamy. Z kolei najsłabiej poinformowani są Szwedzi i Norwegowie, gdzie dostęp do takich danych deklaruje mniej niż 20% ankietowanych. W Polsce dostęp do informacji o oferowanych stawkach płac deklaruje 54% badanych.

Ponad połowa respondentów z Polski deklaruje, że ma dostęp do informacji o wynagrodzeniu przed aplikowaniem na daną ofertę, co stanowi dość dobry wynik, ale warto zwrócić uwagę, że chodzi tu o dane niekoniecznie otrzymane od potencjalnego pracodawcy komentuje Alex Bojarski z ManpowerGroup Solutions. – Kandydaci z coraz większą łatwością potrafią zdobywać informacje, które nie zawsze firmy chcą ujawniać od razu. Anonimowość Internetu sprawiła, że stał się on idealną platformą do wymiany informacji na temat firmy i wynagrodzenia. Z perspektywy pracodawców warto jednak stosować większą otwartość w tym obszarze, co może wpłynąć na przyciągnięcie do nich nowych kandydatów.  

Zalety informacji o dodatkowych świadczeniach

Na całym świecie kandydaci deklarują chęć posiadania informacji o dodatkowych świadczeniach oferowanych przez potencjalnych pracodawców. 38% z nich uznaje, że dodatkowe świadczenia związane z danym stanowiskiem lub przedsiębiorstwem są jednym z trzech najważniejszych czynników wpływających na ich decyzje zawodowe. W Polsce potwierdziło to 39% respondentów. Poziom wiedzy o dodatkowych świadczeniach przed aplikacją na określone stanowisko wzrósł wśród kandydatów z Wielkiej Brytanii i Australii bardziej niż w przypadku mieszkańców USA, Meksyku i Chin. Ta sytuacja może wynikać ze stałej oferty atrakcyjnych świadczeń dla pracowników w Wielkiej Brytanii i Australii w porównaniu do pozostałych państw.

Wizja jest wartością

Coraz więcej kandydatów chce związać się z przedsiębiorstwami, których zobowiązania w obszarach misji, wizji oraz polityki społecznej odpowiedzialności biznesu (CSR) są im bliskie. Dotyczy to zwłaszcza poszukujących pracy w Australii, Wielkiej Brytanii oraz USA, gdzie kandydaci intensywnie szukają informacji na ten temat u swoich potencjalnych pracodawców. W Polsce wiedza o wizji przedsiębiorstwa pracodawcy jest istotna dla 29% kandydatów. Działania firmy w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu ceni z kolei 9% respondentów. W skali światowej 32% kandydatów deklaruje posiadanie dostępu do informacji o misji/wizji organizacji na najwcześniejszym etapie poszukiwania pracy. W 11 badanych krajach uzyskano takie same lub wyższe wyniki. Chociaż mniej kandydatów (16%) ma wiedzę na temat działalności CSR przed aplikowaniem, niż w jakimkolwiek innym wymienionym w badaniu aspekcie dotyczącym poszukiwania pracy, liczba ta wciąż wzrasta.

Bez względu na to, co motywuje kandydatów na danym rynku, na całym świecie łączy ich chęć i możliwość uzyskania dostępu do największej dotychczas ilości informacji o pracodawcy. Dlatego też organizacje powinny być świadome tego, czym kierują się kandydaci przy podejmowaniu decyzji dotyczących ich życia zawodowego i stawiać na te aspekty w komunikacji z nimi.

O badaniu „Czas Świadomego Kandydata”

W międzynarodowym badaniu preferencji kandydatów wzięło udział blisko 14 000 aktywnych zawodowo osób w przedziale wiekowym 18-65 lat, które zdradziły, co jest dla nich ważne podczas poszukiwania pracy. Ankietowani reprezentowali cały przekrój wiekowy, dochodowy, rodzaju zatrudnienia (np. pełen etat, pół etatu, zlecenie), stopnia kariery oraz branży. Badanie zostało przeprowadzone w 19 różnych państwach, w tym w Polsce. Badanie zostało przeprowadzone przez firmę ManpowerGroup Solutions, największego na świecie dostawcy usług RPO, należącego do ManpowerGroup (NYSE: MAN).

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 10.05.2017

Pomimo rozstrzygnięcia wątpliwości o dalszym losie Unii Europejskiej (spokój na kilka miesięcy) euro traci na wartości. Dlaczego? Przyczyn jest kilka, w ostatnim czasie doszło do bardzo szybkiego umocnienia euro, dlatego korekta jest wskazana. Co więcej, mamy maj, który w ostatnich latach nie był zbyt łaskawy dla euro. Patrząc na sezonowość, para walutowa EUR/USD powinna znaleźć się pod presją sprzedających.

Sezonowość na EUR/USD

Sezonowość na EUR/USD

Źródło: Bloomberg

Przez ostatnie 16 lat euro w miesiącu maj straciło w 11 przypadkach. Gdybyśmy bazowali tylko na sezonowości, to w ten sposób z 70 procentowym prawdopodobieństwem należy spodziewać się wyprzedaży euro na rzecz dolara amerykańskiego. Co więcej, przez 7 ostatnich lat w maju wspólna waluta traciła na wartości. Warto również zauważyć, że maj wyróżnia się na tle pozostałych miesięcy, ponieważ charakteryzuje się dużą zmiennością.

Ostatni ruch wzrostowy na euro w większej mierze wspierany był przez zamykanie krótkich pozycji na kontraktach terminowych, tylko w małym stopniu odbył się przez otwieranie pozycji długich. Poniedziałkowa analiza raportu COT potwierdziła nasze domniemania o wyprzedaży euro na rzecz dolara amerykańskiego.

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na interwale dziennym wykresu EUR/USD niedźwiedzie walczą z pokonaniem strefy wsparcia 1.086-1.090. Czy im się uda? Prawdopodobnie tak, następnym celem sprzedających może być głębsza korekta oraz domknięcie luki wzrostowej. Niemniej jednak musimy pamiętać, że na euro w dalszym ciągu otwarte jest o wiele więcej krótkich pozycji niż długich, dlatego też należy liczyć się z ewentualnym ich domykaniem, co może wywindować kurs walutowy w okolicę najbliższego oporu 1.110-1.115. Na dzień dzisiejszy bazowym scenariuszem pozostanie pokonanie oporu i domknięcie luki wzrostowej.

Ostatnie cztery tygodnie przyniosły także sporo zmian na rynku giełdowym w Stanach Zjednoczonych. Wystarczy chociażby popatrzeć na spółkę McDonald’s która w poprzednim miesiącu dała zarobić inwestorom prawie 8 procent. Na plus spółki przemawia bardzo wysoka rentowność (marża netto na poziomie 18,93 proc., ROE na 300,18 proc oraz ROA na 18,84%, wszystkie wskaźniki zdecydowanie lepsze niż inne firmy z branży). Niepokojące są natomiast coroczne spadki przychodów, które jeszcze w 2013 roku sięgały 28 miliardów dolarów, natomiast w 2016 były to już 24 miliardy. Na przestrzeni ostatnich czterech lat, dwukrotnie wzrosło też zadłużenie.

Niemniej jednak trwająca hossa w Stanach Zjednoczonych tworzy miejsce do dalszych wzrostów. Na wykresie tygodniowym doszło do wybicia ostatniego szczytu 132 dolarów za jedną akcje. Aktualnym celem byków stał się okrągły poziom 150 USD. Aczkolwiek po rajdzie trwającym kilka dobrych miesięcy powinniśmy zobaczyć silniejsze odreagowanie w kierunku południowym. Ewentualna korekta mogłaby znieść notowania akcji w okolicę 132 USD.

Notowania Mcdonald’s. interwał tygodniowy

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 10.05.2017 10

Źródło: Admiral Market

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Niepewność gospodarcza nie wpływa na fuzje i przejęcia w sektorze dóbr konsumpcyjnych

Wydarzenia geopolityczne ostatnich miesięcy, takie jak Brexit czy fiasko referendum konstytucyjnego we Włoszech wpłynęły na wzrost poziomu niepewności gospodarczej. Jak jednak pokazuje raport „Measuring the pulse. Consumer Products M&A Insights”, przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, te zawirowania polityczne nie odbiły się na liczbie fuzji i przejęć w sektorze dóbr konsumpcyjnych. Wartość 43 dużych transakcji w tej branży z udziałem europejskich firm przekroczyła w okresie obejmującym czwarty kwartał 2015 do trzeciego kwartału 2016 roku aż 200 mld euro. Eksperci Deloitte spodziewają się dalszej aktywizacji na rynku M&A również w tym roku.

Raport Deloitte analizuje transakcje w pięciu segmentach sektora dóbr konsumpcyjnych: żywności i napojów, artykułów użytku osobistego i gospodarstwa domowego, wyrobów tytoniowych oraz rolno-hodowlanego.

„Pomimo wzrostu niepewności gospodarczej na świecie, w roku 2016 w sektorze dóbr konsumpcyjnych doszło do licznych fuzji i przejęć. Zawarto 43 duże transakcje, których wartość przekraczała 200 mln euro. Ich łączna wartość wyniosła 200 mld euro. Dla porównania: w roku 2015 było to 36 transakcji o wartości 143 mld euro. Wartość trzynastu transakcji przekroczyła miliard euro” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego.

Najpopularniejszym krajem docelowym wśród europejskich inwestorów były Stany Zjednoczone, aż jedenaście z czterdziestu trzech dużych transakcji dotyczyło firm amerykańskich. Z kolei ponad połowa transakcji europejskich dotyczyła segmentu produktów spożywczych i napojów.

Wartość dziesięciu największych transakcji zawartych w segmencie producentów żywności wyniosła w omawianym okresie prawie 4,4 mld euro. „Najważniejszym czynnikiem decydującym o fuzjach i przejęciach w tym segmencie były możliwości strategiczne na nowych i starych rynkach, a także rosnące zainteresowanie konsumentów aspektami zdrowotnymi i utrzymaniem dobrej kondycji, czego najlepszym przykładem było przejęcie przez Danone za 10,9 mld euro firmy WhiteWave Foods, specjalizującej się w zdrowej żywności” – tłumaczy Katarzyna Sermanowicz-Giza.

W nadchodzących miesiącach główne trendy w tym segmencie będą obejmować dalszą konsolidację i zrównoważony rozwój, połączone z zaspokajaniem zmieniających się upodobań konsumentów.

W segmencie napojów o kształcie transakcji M&A zdecydowała właściwie jedna umowa, czyli połączenie branżowych gigantów: firm ABInBev i SABMiller. Wartość tej transakcji to 92 mld euro i jest to najwyższy wynik od czasu publikacji pierwszego raportu, czyli kwietnia 2013 roku. Stała się ona punktem wyjścia do dalszych tego rodzaju transakcji w segmencie piwowarskim, miała również wpływ na to, co się działo na polskim rynku browarniczym. W grudniu 2016 roku ABInBev zawarł umowę na sprzedaż aktywów należących do SABMiller w Europie Środkowej i Wschodniej japońskiemu koncernowi Asahi Group Holdings Ltd. za ponad 7 miliardów euro. Jak przewiduje raport Deloitte spodziewane są dalsze przejęcia wiodących marek alkoholowych (w tym wymiana aktywów między głównymi uczestnikami rynku), poszukiwanie alternatywnych ofert produktów prozdrowotnych i dalsze zainteresowanie działalnością charakteryzującą się wysokim wzrostem. Wartość dziesięciu największych transakcji w 2016 roku w segmencie napojów wyniosła 107,9 mld euro.

Jeżeli chodzi o producentów artykułów użytku osobistego, odzieży i gospodarstwa domowego, to liczba fuzji i przejęć nadal rośnie, w szczególności w odniesieniu do artykułów użytku osobistego, gdzie obserwuje się największe ich nasilenie zarówno pod względem wartości, jak i liczby transakcji. „W roku 2017 działalności tej będzie towarzyszyć szeroko zakrojona reorganizacja modeli biznesowych, ukierunkowana na osiągnięcie pozycji lidera rynkowego i zaspokojenie oczekiwań klientów, dla których doświadczenie związane z użytkowaniem produktu oraz opinia o nim zaczyna znaczyć dużo więcej niż jedynie proces zakupu” – mówi Kamil Kucharczyk, Menedżer w Dziale Doradztwa Finansowego. Wartość dziesięciu największych transakcji w tym segmencie wyniosła w 2016 roku 8,4 mld euro.

Według danych Deloitte w Polsce 53 proc. badanych dyrektorów finansowych prognozuje wzrost poziomu liczby fuzji i przejęć. Charakter tej prognozy pozostaje stabilny od dłuższego czasu. Dotyczy to również rynku dóbr konsumpcyjnych, który cieszy się rosnącym zainteresowaniem inwestorów.

W ubiegłym roku 18 spośród blisko 280 transakcji M&A, do których doszło w Polsce, dotyczyło rynku żywności i napojów. „Od kilku lat widać ożywienie na rynku M&A w segmencie dóbr konsumpcyjnych w Polsce, w szczególności w sektorze tzw. zdrowej żywności, np. produkcji wafli ryżowych, kasz, ciastek, napojów, czy też suplementów diety, zarówno dedykowanych dla profesjonalnych sportowców, jak i osób utrzymujących aktywność fizyczną na amatorskim poziomie” – dodaje Kamil Kucharczyk.

Z przewidywań Deloitte wynika, że z punktu widzenia inwestorów w Europie, w tym również w Polsce, w ciągu najbliższych kilku lat najbardziej atrakcyjne staną się firmy działające w branżach: e-commerce w segmencie dóbr konsumpcyjnych, higieny i pielęgnacji osobistej oraz produktów żywności alternatywnej (żywność „bio” i organiczna, posiłki typu „ready-made”), która biorąc pod uwagę zmieniające się oczekiwania konsumentów, w tym tzw. milenialsów, może liczyć na duży wzrost.

„Gospodarczą niepewność i niestabilność możemy już uznać za normę. Mimo tego rosnąca presja na zwiększanie wartości przedsiębiorstw, a także zmieniające się potrzeby konsumentów powinny pozytywnie wpłynąć na aktywność firm na rynku fuzji i przejęć w sektorze dóbr konsumpcyjnych” – podsumowuje Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Nastroje na rynku najmu coraz lepsze – wyniki najnowszego badania RICS

Uczestnicy najnowszego badania RICS wskazują na poprawę nastrojów na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce w I kw. 2017. Wyniki te idą w parze z ogólną poprawą wskaźników makroekonomicznych.

Wyniki ankiety RICS za I kw. 2017 wskazują na przyspieszenie wzrostu popytu ze strony najemców we wszystkich obszarach rynku, z najszybciej rosnącym odczytem wskaźników od końca 2015. Dostępność powierzchni na wynajem rosła w każdym sektorze, przy czym najbardziej widoczny kwartalny wzrost odnotowano w sektorze biurowym (w ujęciu netto). Wzrastała również wartość pakietów zachęt ze strony właścicieli budynków, choć w najsłabszym jak dotąd tempie od 2013 roku.

Aktywność w budownictwie rośnie

W pierwszych miesiącach roku nastąpił kolejny silny wzrost aktywności w zakresie budownictwa komercyjnego, stymulowany głównie przez rozwój nowych projektów w sektorze biurowym. Jednocześnie liczba nowo zaczętych inwestycji w sektorze magazynowym rosła najszybciej od 2008 roku.

Według respondentów w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy jedynymi kategoriami, w stosunku do których spodziewany jest pozytywny wzrost czynszów, są główne rynki magazynowe i handlowe. Perspektywy dla najlepszych nieruchomości biurowych pozostają stabilne, przy jednoczesnym oczekiwanym spadku czynszów dla lokalizacji drugorzędnych we wszystkich sektorach rynku.

Wskaźnik nastrojów najemców (kompleksowy wskaźnik uchwytujący dynamikę rynku) przesunął się do stabilnie neutralnego poziomu -1. Jest to pierwsza od 2012 roku sytuacja, w której warunki rynkowe, opisywane na podstawie uzyskanych od uczestników badania informacji, nie uległy pogorszeniu. Wskaźnik ten jest przede wszystkim zgodny ze stabilną dynamiką rynku i nie oznacza jeszcze stanowczej poprawy.

Ożywienie na rynku inwestycyjnym

Po niewielkim spadku odnotowanym w ostatnim kwartale 2016 roku, zapytania inwestycyjne powróciły na ścieżkę wzrostu w I kw. bieżącego roku. Podaż inwestycji rosła w stałym tempie we wszystkich obszarach rynku, przy czym wzrost ten rozkładał się równomiernie na wszystkie sektory. Zdecydowanie wzrosła również liczba zapytań ze strony inwestorów zagranicznych we wszystkich obszarach rynku.

Podaż nieruchomości na sprzedaż nieznacznie wzrosła w obszarach magazynowym i handlowym rynku oraz w nieco silniejszym tempie w sektorze biurowym.

Dwunastomiesięczne oczekiwania co do wartości kapitału poddane zostały przez respondentów korekcie w górę (w porównaniu z IV kw. 2016) we wszystkich głównych podsektorach rynku, przy czym największe zyski przewidywane są dla najlepszych aktywów handlowych i magazynowych. Z drugiej strony ankietowani oczekują, że w nadchodzącym roku wartości kapitałowe będą narażone na spadki na wszystkich drugorzędnych rynkach.

Łącznie 57% respondentów uważa, że warunki na lokalnym rynku odpowiadają pewnemu etapowi ożywienia, z jakim mamy do czynienia w chwili obecnej. W ostatnim kwartale minionego roku 42% oceniało, że rynek znajduje się w fazie spowolnienia.

Wskaźnik nastrojów inwestorów wzrósł do +19 (z -4 w IV kwartale) zaznaczając najsilniejszy odczyt od końca 2015. Oznacza to, że nastąpił wzrost na rynku inwestycyjnym, po okresie stagnacji przez większość minionego roku.

Joanna Kowalska-Szymczak MRICS
Joanna Kowalska-Szymczak MRICS

Dynamiczna poprawa nastrojów inwestycyjnych odnotowana w badaniu przeprowadzonym przez RICS w I kw. 2017, jest odzwierciedleniem niesłabnącego zainteresowania inwestorów polskim rynkiem nieruchomości, a jednocześnie powracającej stabilizacji otoczenia rynkowego.  

Rok 2016 przyniósł szereg wydarzeń, które naruszyły status quo. W Polsce były to zapowiadane ale i realne zmiany legislacyjne w zakresie struktur podatkowych czy problemy z odzyskiwaniem VAT. Na świecie – referendum dot. Brexitu w Wlk. Brytanii oraz wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Pomimo niesłabnącego zainteresowania inwestorów polskim rynkiem nieruchomości, niepewność otoczenia rynkowego przyczyniła się do wstrzymywania decyzji inwestycyjnych. 

Wydaje się że w 2017 wraca poczucie stabilizacji przy jednoczesnym niesłabnącym zainteresowaniu inwestorów nieruchomościami inwestycyjnymi w Polsce. Odzwierciedla to skokowy wzrost poziomu Investment Sentiment Index w pierwszym kwartale 2017. 

Informacja o słabej dynamice rynku nieruchomości spoza sektora prime zazwyczaj pojawia się na marginesie głównych wniosków, a dotyczy przecież znakomitej większości rynku. Wraz z dojrzewaniem rynku i zwiększaniem jego zasobów, coraz więcej nieruchomości będzie przechodziło do grupy secondary i wymagało aktywnego zarządzania oraz strategicznej współpracy pomiędzy sektorem publicznym i komercyjnym na bazie szerokiej wizji rozwoju miasta. W Warszawie przykładem takiego procesu jest Mokotów, gdzie rozwiązanie systemowych problemów i przywrócenie wartości nieruchomości dla całej dzielnicy może się powieść poprzez strategiczne współdziałanie podmiotów komercyjnych, publicznych oraz organizacji społecznych. 

Na tle innych stolic objętych badaniem RICS, w Warszawie zwracają uwagę niskie wyceny nieruchomości w stosunku do wartości godziwej i ocena obecnego rynku jako niedowartościowanego. To dobra wiadomość w kontekście działań zmierzających do wprowadzenia w Polsce ustawy o REIT’ach, która ma otworzyć dostęp do inwestowania w stabilne nieruchomości komercyjne inwestorom detalicznym, a jednocześnie przyczyni się do dalszego wzrostu płynności inwestycji nieruchomościowych w Polsce”, Joanna Kowalska-Szymczak MRICS, Syrena Real Estate.

W Polsce pojawili się nowi najemcy poszukujący znacznej powierzchni biurowej, również na rynkach regionalnych, co wielu obserwatorów rynku uważa za pozytywny dla polskiego rynku efekt Brexitu. Po kilkumiesięcznym okresie niepewności związanej ze strukturyzacją transakcji i zwrotem podatku  VAT sytuacja na rynku inwestycyjnym powoli się stabilizuje – kolejni inwestorzy otrzymują zwrot podatku VAT zapłaconego  w związku z zakupem nieruchomości, co uspokaja nastroje inwestorów i wpływa na wzrost wolumenu transakcji inwestycyjnych”, Małgorzata Cieślak-Belgy MRICS, REINO Partners.

Na rynku pracy powoli zaczynają rządzić pracownicy

Bezrobocie na koniec kwietnia br. wyniosło 7,7 proc., co oznacza spadek o 1,7 pkt proc. rok do roku i 0,4 pkt proc. w stosunku do marca 2017 r. – szacuje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

To kolejne dane, które potwierdzają, że na rynku pracy powoli zaczynają rządzić pracownicy. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych w końcu kwietnia br. wyniosła 1 250 tys. wobec 1 324,2 tys. miesiąc wcześniej. W porównaniu z kwietniem ubiegłego roku liczba bezrobotnych spadła o 17,7 proc. Coraz bardziej realne stają się szacunki resortu pracy mówiące o bezrobociu niższym niż 7 proc. na koniec 2017 roku.

W kwietniu w porównaniu z marcem we wszystkich województwach nastąpił spadek bezrobocia. Największy odnotowano w województwie warmińsko-mazurskim, pomimo że odsetek osób zarejestrowanych jako bezrobotne jest najwyższy w Polsce i wynosi 13,1 proc. Nadal obserwujemy znaczne zróżnicowanie w poziomie bezrobocia w kraju. W Wielkopolsce, województwie o najniższym bezrobociu (4,9 proc.), w urzędach pracy zarejestrowało się prawie 3 razy mniej osób niż w warmińsko-mazurskim.

Spadkowi bezrobocia towarzyszy dobra koniunktura w gospodarce. Oznacza to, że przedsiębiorstwa planując zwiększenie inwestycji w dłuższej perspektywie, muszą brać pod uwagę, że natrafią na barierę rozwoju – brak pracowników. Pojawia się problem, jeśli chodzi o podaż pracy. Sygnałem o przesileniu będzie szybszy od oczekiwanego wzrost wynagrodzeń. Ratunkiem dla rynku pracy może być zwiększenie aktywności zawodowej, która jest na bardzo niskim poziomie i wynosi 56,3 proc.

Komentarz Jakuba Gontarka, eksperta z departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan

Wyniki Banku Pekao S.A. po I kwartale 2017 r.

Porównywalny skonsolidowany zysk netto Banku Pekao S.A., po wyłączeniu kosztów regulacyjnych oraz pozycji nadzwyczajnych wyniósł w pierwszym kwartale 2017 r. 676 mln zł, co oznacza wzrost o 14,2% w warunkach porównywalnych. Raportowany zysk netto wyniósł 350 mln zł. Bank osiągnął rekordowo wysoki poziom nowych kluczowych kredytów detalicznych, które w ujęciu rocznym wzrosły o 58% do 4,4 mld zł.

W pierwszym kwartale 2017 roku porównywalny skonsolidowany zysk netto Banku Pekao S.A., po wyłączeniu kosztów regulacyjnych oraz pozycji nadzwyczajnych wyniósł 676 mln zł, co oznacza wzrost o 14,2% w warunkach porównywalnych. Raportowany zysk netto osiągnął poziom 350 mln zł i był obciążony kosztami podatku bankowego w wysokości 125 mln zł oraz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego w wysokości 201 mln zł.

Zysk operacyjny brutto wzrósł w warunkach porównywalnych o 11,1% i wyniósł 951 mln zł, dzięki zarówno wzrostowi dochodów podstawowych, jak i obniżeniu kosztów operacyjnych.

Dochody operacyjne wyniosły 1 744 mln zł, co w warunkach porównywalnych oznacza wzrost o 4,6% dzięki poprawie zarówno dochodów odsetkowych jak i dochodów z opłat i prowizji.

Wynik odsetkowy netto, wsparty znaczącym wzrostem wolumenów detalicznych, zwiększył się o 4,2% w ujęciu rocznym do 1 115 mln zł. Poziom marży odsetkowej netto wzrósł do 2,76%.

Kluczowe kredyty detaliczne wzrosły o 11,3% r/r do poziomu 52 919 mln zł, wsparte również silnym wzrostem kwartalnym o 3,3%. Kredyty korporacyjne wzrosły o 6,4% r/r do poziomu 56 184 mln zł. Bank Pekao w pierwszym kwartale osiągnął rekordowy poziom nowych kluczowych kredytów detalicznych w wysokości 4,4 mld zł, +58% r/r. Nowe złotowe kredyty hipoteczne wzrosły o 63,8% r/r i wyniosły 2 458 mln zł, podczas gdy nowe kredyty konsumenckie osiągnęły poziom 1 957 mln zł, +51,3% r/r.

Bank osiągnął dwucyfrowy wzrost depozytów detalicznych o 10,3% r/r, które wyniosły 72 698 mln zł, wsparty przez solidny wzrost kwartalny o 2,8%. Depozyty korporacyjne wyniosły 60 076 mln zł, +4,3% r/r.

Wynik z tytułu opłat i prowizji wzrósł o 2,0% r/r do 573 mln zł, dzięki wzrostowi opłat i prowizji z tytułu płatności kartami, transakcji wymiany walut oraz rynków kapitałowych.

Bank kontynuował dalszą redukcję kosztów operacyjnych, które w ujęciu rocznym spadły o 2,3%, do poziomu 794 mln zł. Wskaźnik koszty/dochody wyniósł 45,5%. Koszty całkowite zostały obciążone dodatkowo rozpoznaną w całości w pierwszym kwartale roczną składką na fundusz przymusowej restrukturyzacji banków oraz kosztami podatku bankowego.

Jakość aktywów Banku Pekao została utrzymana na niezmiennie wysokim poziomie. Koszty ryzyka w pierwszym kwartale wyniosły 40 pkt. bazowych, wskaźnik kredytów nieregularnych spadł do 5,9%, natomiast wskaźnik pokrycia rezerwami wzrósł do 75,1%.

 Mieliśmy bardzo dobry początek roku ze świetnym tempem w detalu. Osiągnięte wyniki świadczą o sile, stabilności i dobrym stanie Pekao. Zrealizujemy nasze plany także w tym roku powiedział Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.

Potrzebne są modyfikacje systemu prawnego, które pozwolą wdrażać nowe technologie

Nowe technologie są coraz częściej obecne w naszej codzienności. Jest bardzo wiele sposobów oddziaływania nowych technologii na praktykę stosowania i tworzenia prawa w Polsce. Najbardziej pożądane przez inwestorów technologie zakłócają i zmieniają rzeczywistość. Prawo wg oczekiwań powinno być stabilne i przewidywalne, ale najczęściej nie nadąża ono za nowymi technologiami. W ten sposób pojawia się cały szereg okoliczności, które wymagają szybkich prac legislacyjnych.

– Potrzebne są modyfikacje systemu prawnego, które pozwolą wdrażać nowe technologie – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Rafał Stroiński, partner w kancelarii JSLegalPozwoli to uniknąć sytuacji, gdy przepis prawa powstały kilka lat temu – w innej rzeczywistości ekonomicznej, technologicznej i gospodarczej – przez przypadek uniemożliwia wprowadzenie nowej – społecznie uważanej za potrzebną – technologii. Technologia jest używana przez administrację rządową do modyfikacji stosowania i tworzenia prawa – przykładem jest prawo podatkowe. Zarzuty i krytyczne uwagi wobec prawa podatkowego są zgłaszane od wielu lat, prowadzone w tej chwili prace porządkujące zmierzają do poprawienia skuteczności  i efektywności w przestrzeganiu prawa przez podatników. Bez wątpienia dają bardzo duże narzędzie kontroli dla administracji podatkowej – co jest słuszne z punktu widzenia społecznego i gospodarczego. To też może tworzyć określone ryzyka i ważna rolą dla prawników będzie identyfikacja tych obszarów – dodał Stroiński.

Ostatnia polska fala emigracji do Wielkiej Brytanii chce zdążyć przed Brexitem

Po dwóch latach przerwy Wielka Brytania znów jest najchętniej wybieranym kierunkiem emigracji – wynika z najnowszego raportu Work Service „Migracje Zarobkowych Polaków”, który w całości zostanie zaprezentowany 17 maja. Wyjazd na Wyspy deklaruje 19% potencjalnych emigrantów zarobkowych z Polski. Co ciekawe ponad połowa badanych, która rozważa właśnie ten kierunek, deklaruje, że chce zdążyć z podjęciem pracy przed Brexitem.

Nie bez przyczyny mówi się, że Londyn to druga stolica Polski. Różne są szacunki dotyczące tego, ilu naszych rodaków jest w Zjednoczonym Królestwie. Według GUS to 720 tys. osób, a według brytyjskiego urzędu statystycznego nawet 916 tys. Takie liczby nie powinny dziwić, od lat bowiem Wielka Brytania była jednym z najchętniej wybieranych kierunków emigracji. Naszych rodaków kusiły nie tylko wysokie zarobki, ale też łatwość z jaką mogli na Wyspach znaleźć zatrudnienie. W ostatnich latach Polacy chętniej wybierali jednak Niemcy, o czym decydowała m.in. bliskość naszych zachodnich sąsiadów i równie atrakcyjne wynagrodzenia. Teraz znowu Wielka Brytania jest liderem, wyprzedzając Niemcy o 4 p.p. Z badania zrealizowanego na zlecenie Work Service wynika, że wyjazd do Wielkiej Brytanii deklaruje 19% osób planujących emigrację. To wynik o 5 p.p. wyższy w stosunku do badania z jesieni ubiegłego roku i pierwszy wzrost zainteresowania kierunkiem brytyjskim od jesieni 2015 roku.

Ogromny wpływ na taki wynik ma Brexit. W najnowszej edycji raportu „Migracje Zarobkowe Polaków” zapytaliśmy czy wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej determinuje właśnie taki kierunek emigracji – 58% badanych odpowiedziało, że tak. Wyraźnie widać zatem, że potencjalni emigranci Brexit wolą zastać na Wyspach niż w Polsce – komentuje Maciej Witucki, prezes Zarządu Work Service S.A.

polacy emigrują przed Brexitem

Z danych Work Service wynika, że dla ponad 30% opuszczenie Wspólnoty przez Wielką Brytanię nie wpływa na decyzję o wyjeździe właśnie do tego  kraju. Zdania w tej sprawie nie ma co dziesiąta osoba. W kontekście tych wyników ważne jest też to, że badanie przeprowadzano w momencie, kiedy rząd premier Teresy May oficjalnie rozpoczął procedurę wychodzenia z Unii Europejskiej. Na razie nie wiadomo czy ten sam gabinet będzie prowadził negocjacje z Brukselą. Wielką Brytanią czekają bowiem przedterminowe wybory, które wyłonią nowy rząd.

Nie wiadomo, na jakich zasadach Wielka Brytania będzie przyjmować imigrantów, kiedy opuści Unię Europejską, ani jakie świadczenia oraz warunki pracy dla cudzoziemców uda się wypracować podczas negocjacji z Brukselą. Nie ma jednak wątpliwości, że Brexit znacząco wpłynie na kierunki emigracji – do tej pory Wielka Brytania była bowiem jednym z najpopularniejszych kierunków. Za 2 lata drzwi na Wyspy mogą być już zamknięte – dodaje Maciej Witucki.

Tak wydawcy na świecie walczą z adblockami

Rośnie liczba osób korzystających z oprogramowania blokującego wyświetlanie reklam w Internecie. Z raportu OnAudience.com wynika, że nad Wisłą blokuje się aż 42 proc. emisji, co daje Polsce pozycję lidera w globalnym rankingu. Po piętach depczą nam m.in. Wielka Brytania, Norwegia, Dania i Irlandia. W państwach, gdzie z takich wtyczek korzysta największa liczba osób, wydawcy uciekają się do kreatywnych rozwiązań, by powstrzymać popularyzację przynoszącego im straty procederu. Przedstawiamy najciekawsze działania wymierzone w użytkowników adblocków.

Wojna z adblokerami trwa w najlepsze i tak, jak dzieje się to w przypadku większości konfliktów, ma ona podłoże ekonomiczne. Wedle statystyk eMarketera, w związku z blokowaniem reklam wydawcy mogli stracić w 2016 roku nawet 27 mld dolarów. Z raportu „The state of the blocked web” wynika, że już 11 proc. światowej populacji i 615 milionów urządzeń blokuje reklamy. Zdaniem Piotra Prajsnara CEO Cloud Technologies, firmy która opracowała UnBlocka – narzędzie pozwalające wydawcom wyświetlać reklamy użytkownikom adblocków, winę za aktualny stan rzeczy ponosi każda ze stron. – Reklamodawcy, desperacko próbując zwrócić uwagę internautów, już dawno uodpornionych na standardowe formy reklamy, sięgają po coraz bardziej inwazyjne i krzykliwe kreacje. Co gorsza, wydawcy wyświetlają je na chybił trafił, więc nic dziwnego, że odbiorcy podświadomie klasyfikują je jako spam, którego chcą się za wszelką cenę pozbyć. Brak precyzyjnego targowania i wciąż niewielki udział spersonalizowanej reklamy na rynku stanowią problem, nad którym branża powinna się jak najszybciej pochylić – przekonuje Prajsnar.

Zdaniem CEO Cloud Technologies za kryzys na rynku e-wydawców odpowiedzialność ponoszą również internauci, którzy masowo instalując adblocki nie zwracając uwagi na to, że jakościowe treści, z których korzystają, powstają przeważnie dzięki środkom pozyskanym ze sprzedaży reklam. Zgoda na ich wyświetlanie jest formą zapłaty za dostęp do publikacji. Podobnie o problemie mówią wydawcy, którzy szukają alternatywnych metod pozyskania środków na utrzymanie redakcji, co najczęściej kończy się wprowadzaniem rozwiązań klasy paywall i pobieraniem opłat za dostęp do treści. – Jeśli spojrzymy na problem z dystansu i podsumujemy wszystkie fakty, to widać, że na popularyzacji adblocków tracą wszyscy zarówno pozbawieni sporej części przychodów wydawcy, jak i reklamodawcy, którzy utracili możliwość dotarcia do sporego grona użytkowników sieci oraz sami internauci, którzy mówiąc „tak” adblockom, nieświadomie podpisują zgodę na płatny dostęp do popularnych treści, które od zarania Internetu były powszechnie dostępne i bezpłatne – uważa Maciej Sawa z OnAudience.com.

Oliwy do ognia dolewają twórcy adblocków, którzy każą serwisom internetowym płacić za ochronę przed ich oprogramowaniem, co zdaniem przedstawicieli mediów jest formą haraczu.  – Wydawcy nie powinni płacić za znalezienie się na białej liście. To jest nielegalne. To styl mafijny – skomentował takie praktyki Stefan Betzold z niemieckiej gazety Bild.

Mimo zaciętego konfliktu pomiędzy wydawcami a twórcami adblocków, firmy widzą ogromny potencjał w internautach, którzy zabarykadowali się za takimi wtyczkami. Zdaniem Grzegorza Kosińskiego z Audience Network, agencji specjalizującej się w kompleksowej obsłudze reklamodawców w zakresie data consultingu, użytkownicy adblocków, którzy poszczą od reklam internetowych są na nie dużo bardziej wrażliwi i charakteryzują się większą świadomością zagadnień informatycznych. Nic więc dziwnego, że dla reklamodawców stanowią łakomy kąsek, o który warto zawalczyć. Takiego zdania byli najwyraźniej specjaliści od reklamy z Netflixa. Korzystając z zaawansowanych rozwiązań technologicznych przygotowali kampanię skierowaną do osób, które wzięły rozwód z reklamą internetową.

Źródło: zrzut ekranu, The Next Web
Źródło: zrzut ekranu, The Next Web

„Witaj użytkowniku adblocka. Nie widzisz tej reklamy, ale ona widzi ciebie. Co jest po drugiej stronie twojego czarnego lustra?” Taki tekst zamieszczony na dużym banerze reklamowym przywitał czytelników wybranych portali, uzbrojonych we wtyczki, które miały ochronić ich przed takimi widokami. Kampania promowała produkcję Netfixa, która opowiada o wpływie nowych technologii na życie ludzi. Użytkowników adblocków, będących na bieżąco z nowinkami technologicznymi, skategoryzowano jako potencjalnych odbiorców mini serialu sci-fi.

Wielka Brytania

Na wyspach, gdzie według OnAudience.com blokuje się prawie 39 proc. emitowanych reklam, portal The Financial Times postanowił przeprowadzić eksperyment na grupie 15 tysięcy użytkowników adblocków, dzieląc ich na 3 grupy: pierwsza otrzymywała komunikat z prośbą o wyłączenie wtyczki blokującej; drugiej zablokowano dostęp do wybranych treści; trzeciej – całkowicie uniemożliwiono dostęp do całego serwisu. Po 30 dniach od rozpoczęcia eksperymentu okazało się, że w pierwszej grupie adblocka wyłączył co czwarty internauta (25 proc. osób), w drugiej – niemal co drugi (47 proc.), a w trzeciej aż 69 proc. użytkowników. Oceniając sukces akcji należy wziąć pod uwagę fakt, że profil czytelnika The Financial Times oraz marka samego tytułu z pewnością nie były tu bez znaczenia, a czytelnicy byli skłonni zapłacić za dostęp do treści o charakterze premium.

 

Financial Times
Źródło: Financial Times

Brytyjska gazeta ma na swoim koncie również kreatywną kampanię skierowaną do użytkowników adblocków, w ramach której na losowo wybranych czytelników portalu FT.com mających zainstalowane adblocki czekała irytująca niespodzianka: jedna trzecia słów w artykułach zniknęła. Ilość brakujących wyrazów miała odzwierciedlać rozmiar strat, jakie wydawca ponosi z powodu blokowania reklam. Dominic Good, dyrektor ds. sprzedaży reklamy w Financial Times twierdzi, że akcja miała wskazać na konsekwencje, jakie niesie ze sobą takie postępowanie i że tytuł, dla którego pracuje polega na reklamie, jako źródle finansowania jakościowych treści.

Litwa

Wydawca z tego niewielkiego państwa, liczącego niecałe 3 mil. mieszkańców, wsławił się ostatnio jednym z najbardziej medialnych apeli ostatnich lat. Dziennikarze serwisu 15Min.lt, który jest jednym z największych i najpopularniejszych na Litwie serwisów informacyjnych, odwiedzanym przez około milion unikalnych użytkowników miesięcznie, postanowili przeciwstawić się blokowaniu reklam i ratować portal przed utratą przychodów. Według raportu OnAudience.com u naszego północno-wschodniego sąsiada blokowanych jest 24 proc. wszystkich emisji. Każdy z członków redakcji 15Min.lt nagrał krótki film, mający na celu uświadomienie litewskiemu internaucie, że wyłączenie wtyczki typu AdBlock w przeglądarce, dodanie strony 15Min.lt do whitelisty lub zarezerwowanie stałej, miesięcznej subskrypcji serwisu w wysokości 1 euro, to tylko kilka kliknięć myszką. Dla wydawcy z kolei to często „być albo nie być”.

Kadr z filmu 15min.lt ADBLOCK Austėja Usavičiūtė Źródło vimeo.com
Kadr z filmu 15min.lt ADBLOCK Austėja Usavičiūtė Źródło vimeo.com

Przed apelem video litewscy wydawcy próbowali różnych metod. Pomysły zresztą do złudzenia przypominają te, które aktualnie wykorzystują lub planują stosować polscy wydawcy: wyświetlania blokującym użytkownikom komunikatów z prośbą o wyłączenie adblockerów, blokowania tylko wybranych treści lub video czy czasowego wprowadzenia blokady dostępu do niektórych treści dla użytkowników korzystających z adblockerów. Żadne z tych działań nie przyniosło jednak pozytywnego rezultatu. Dlatego Tomas Balžekas, redaktor naczelny serwisu 15Min.lt, zdecydował się na inne rozwiązanie. Skoro nie pomogły ani prośba, ani schowanie się za selektywnym paywallem, to pozostało już tylko jedno: wołanie o zrozumienie.

USA

Time
Time

W Stanach Zjednoczonych, gdzie według raportu OnAudience.com blokuje się ponad 22 proc. reklam, najbardziej kreatywny okazał się magazyn Times. „YOU BROKE TIME.COM!” – z tak rozpoczynającym się komunikatem zetknęli się czytelnicy tytułu po kliknięciu w baner, który dosłownie zapraszał ich do zepsucia portalu. Z treści komunikatu dowiedzieli się, że dobre dziennikarstwo kosztuje, oraz że warto zastanowić się nad rezygnacją z wtyczek blokujących reklamy. Wcześniej jednak cały serwis rozsypał się na ich oczach.

Na tle rozwiązań wprowadzanych przez konkurencyjne portale w USA, akcja Time.com wyróżnia się akcentem humorystycznym i wydaje się być dużo bardziej łagodna. W przypadku serwisów Wired czy The New York Times, ich użytkownicy spotkali się z ultimatum i mieli do wyboru: dodanie portalu do whitelisty lub dostęp do strony serwisu pozbawionej reklam za 1 dolara miesięcznie. W przeciwnym razie dostęp do treści był niemożliwy. Nowojorska gazeta pokusiła się nawet o komunikat, w którym pokornie tłumaczy swoim czytelnikom, że za najlepsze rzeczy w życiu przychodzi nam płacić.

The New York Times
Żródło: The New York Times

Norwegia

Z danych OnAudience.com wynika, że w krainie fiordów blokowanych jest 38 i pół proc. wyświetlanych reklam. Schibsted, koncern mediowy wydający Verdens Gang, najpopularniejszy tabloid w Norwegii, którego internetowy serwis odwiedza codziennie prawie 2 mil. osób, postanowili pochylić się nad problemem blokowania reklam i poszukać najlepszego rozwiązania dla siebie i swoich czytelników. W tym celu przeprowadzano badanie wśród osób korzystających z adblocków. Miało ono pokazać, jakie reklamy są oni w stanie zaakceptować. Ankiety miały również pomóc respondentom zrozumieć, jakie są konsekwencje blokowania reklam dla wydawców. Okazało się, że spora część użytkowników adblocków zgadza się na reklamy z pewnymi wyjątkami. 47 proc. ankietowanych wyraziło chęć dodania VG do białej listy, jeśli wydawca usunie ze serwisu kreacje typu flash i pop-up oraz te ruchome i migające. Kolejnym istotnym warunkiem postawionym przez internautów było dokładne targetowanie, które gwarantuje, że reklamy nie są wyświetlane na chybił trafił. Ten sam procent użytkowników adblocków umieściłby VG na białej liście, jeśli w serwisie zredukowano by liczbę wyświetlanych banerów, a 58 proc. jeśli strona ładowałaby się szybciej. Badanie okazało się otrzeźwiające dla zwolenników pay-walla. Tylko 1 proc. respondentów wyraził chęć uiszczenia opłaty za dostęp do treści pozbawionych reklam.

Schibsted potraktował wyniki na poważnie, wyciągnął wnioski i postawił na transformację. Znacząco zredukowano ilość reklam w serwisie, skrócono o 70 proc. czas ładowania stron i zrezygnowano z reklam zawierających ciężkie animacje. Po wprowadzeniu zmian poinformowano o nich użytkowników adblocków. Wydawca rozpoczął również testy alternatywnych sposobów wyświetlania reklam.

Polska

Na naszym podwórku walka z adblockami wkroczyła na nowy poziom za sprawą portalu Onet.pl. Jeden z największych e-wydawców nad Wisłą zablokował czasowo dostęp do swoich treści użytkownikom korzystającym z wtyczki AdBlock Plus, chcąc w ten sposób wymusić ich wyłącznie. Polska jest światowym liderem blokowania reklam: z oprogramowania blokującego reklamy korzysta u nas około 7 mln internautów. Zatrzymują oni niemal co drugą (42 proc.) odsłonę reklamy internetowej, pozbawiając wydawców ich przychodów. Decyzja Onet.pl o zablokowaniu im dostępu wywołała poruszenie w środowisku polskich wydawców i poważnie je podzieliła.

W Grupie Wirtualna Polska dążymy do stworzenia zbalansowanego ekosystemu usług i produktów elektronicznych, w którym zarówno potrzeby użytkowników jak i naszych reklamodawców będą zaspokojone. Nie zapominamy o pracy nad UXem, przy jednoczesnym rozwoju produktów reklamowych spełniających oczekiwania klientów. Blokujemy treści wideo. I choć widzimy już skuteczność takich rozwiązań, to dalej pracujemy nad tym trudnym dla wszystkich wydawców tematem – powiedział Paweł Kopacki, manager sprzedaży w zespole rozwoju produktu reklamowego Wirtualnej Polski.

Z kolei Paweł Chwaleba, członek Zarządu Interia.pl, stwierdził, że jego firma nie zamierzamy blokować strony głównej. – To niczego nie rozwiązuje. Przecież w Internecie prawie każda informacja jest dostępna z kilku źródeł – skwitował. Paweł Stremski, dyrektor portalu Gazeta.pl, również rozwiał wątpliwości użytkowników serwisu. – W tym momencie nie planujemy blokowania dostępu do treści na stronie głównej Gazeta.pl użytkownikom adblocków tak, jak zrobił to Onet – stwierdzi Stremski.

Spora część polski wydawców wierzy, że rozwiązanie tkwi we wprowadzeniu opłat abonamentowych za dostęp do treści, komunikatach zachęcających do dodania portalu do whitelisty lub większych inwestycjach w reklamę natywną oraz content marketing. Wolą uświadamiać internautom wagę problemu, niż wzbraniać im dostępu do treści czy też zmuszać do oglądania reklam. Inni korzystają już z alternatywnego rozwiązania jakim jest stworzony nad Wisłą UnBlock, czyli autorska technologia emisji reklamy internetowej opracowana przez Cloud Technologies, która umożliwia wydawcom wyświetlanie reklam pomimo blokującego je oprogramowania, a dzięki analityce Big Data, robi to z wyjątkowo precyzyjnym targowaniem.  – Takie emitowanie reklam nie irytuje internautów. Wręcz przeciwnie: wywołuje u nich zainteresowanie, ponieważ przekaz jest precyzyjnie dobrany do ich potrzeb i zainteresowań. W przypadku UnBlock’a zaobserwowaliśmy imponujące wyniki, które obrazują skuteczność reklamy spersonalizowanej. Jest to np. 12 razy dłuższy czas spędzony na reklamowanej stronie, 46 proc. więcej kliknięć w baner niż w przypadku sieci Google Display Network czy o 27 proc. mniejszy współczynnik bounce rate. Takie dane są drogowskazem dla branży wydawniczej i reklamowej, w jakim kierunku powinny iść zmiany – przekonuje Marcin Filipowicz z Audience Network.

Marcel Płoszczyński

Rekordowy kwartał BLIKA – 6 milionów transakcji

W pierwszym kwartale 2017 r. Polacy zrealizowali prawie 6 milionów transakcji BLIKIEM. Po pierwszych dwóch latach funkcjonowania systemu było to ok. 10 milionów transakcji. Dynamicznie rośnie liczba transakcji BLIKIEM za zakupy w internecie – ponad 3,6 mln. Dzięki metodzie „jednego kliknięcia” (tzw. ONE CLICK) ten sposób płacenia w sieci staje się jeszcze szybszy i wygodniejszy. Użytkownik nie musi przepisywać kodu na stronie internetowej, wystarczy potwierdzenie w aplikacji bankowej.

W pierwszych trzech miesiącach 2017 r. Polacy zapłacili BLIKIEM za zakupy w internecie 3,6 miliona razy. W sklepach stacjonarnych prawie 360 tys. razy. Ponadto wypłacili z bankomatów BLIKIEM ponad 1,6 miliona razy  i zrobili 311 tys.  przelewów na numer telefonu.

– BLIK upowszechnia się jako wszechstronny, wielokanałowy sposób płacenia. Klienci coraz chętniej z niego korzystają. Po świetnym czwartym kwartale ubiegłego roku i zakończonej kampanii promocyjnej, BLIK zyskuje coraz większy zasięg i popularność, jako bardzo wygodna metoda płatności. Blisko 6 milionów transakcji zrealizowanych w pierwszym kwartale tego roku pokazuje dalszy dynamiczny wzrost.  – mówi Grzegorz Długosz, prezes zarządu Polskiego Standardu Płatności, operatora systemu – Podpisane umowy z kolejnymi bankami dowodzą, że BLIK stał się standardem płatności mobilnych w Polsce nie tylko z nazwy.

BLIKIEM można od niedawna płacić także w placówkach Poczty Polskiej, a dzięki projektowi realizowanemu wspólnie z KIR, także w coraz większej liczbie jednostek administracji publicznej.

Głównym kanałem transakcji BLIK staje się jednak segment e-commerce. Ponad 60 proc. transakcji to właśnie płatności za zakupy w sklepach internetowych, realizowane zarówno przez tradycyjne strony internetowe, jaki i aplikacje oraz mobilne wersje stron sklepów. Dla porównania, po dwóch latach funkcjonowania systemu transakcje e-commerce i m-commerce stanowiły 40 proc. wszystkich dokonywanych BLIKIEM.

– Nie jest przesadą stwierdzenie, że BLIK to prawdziwa rewolucja w płatnościach e-commerce, a szczególnie m-commerce. Umożliwienie klientom płacenia w ten sposób znacznie zwiększa liczbę finalizowanych transakcji. Przykłady pokazują, że po wyborze BLIKA jako metody płatności, klienci częściej kończą transakcję, niż kiedy wykorzystują inne możliwości – mówi Dariusz Mazurkiewicz, wiceprezes zarządu PSP. – Dzięki coraz powszechniejszemu wykorzystaniu metody ONE CLICK wskaźniki konwersji będą jeszcze lepsze – dodaje.

Płatność „jednym kliknięciem” staje się coraz popularniejsza, szczególnie w m-commerce. W trakcie realizacji pierwszej transakcji w danym sklepie internetowym klient dostaje możliwość zapamiętania tego sklepu. Przy kolejnej transakcji wystarczy już tylko wybrać BLIKA i zatwierdzić płatność na swoim telefonie. Transakcja wymaga oczywiście autoryzacji kodem PIN w aplikacji mobilnej banku, co uniemożliwia zrobienie zakupów przez osobę nieuprawnioną.blik I kwartał 2017

Jak wyglądała tegoroczna majówka w internecie?

Jak wyglądała tegoroczna majówka w internecie? Młodzi wcale się w tym roku nie wylogowali, zwłaszcza młodzi influencerzy. Nie próżnowały też marki G2A, Orange, McDonald’s i Avon. Na Youtube dominowały grupa Abstra i Składanki Disco Polo.

Tegoroczna majówka trwała tylko 3 dni, w czwartek liczba dyskusji zdecydowanie zmalała. Najwięcej o majówce pisali internauci z Warszawy, Trójmiasta, Wrocławia i Krakowa. Ale to Wrocław i Śląsk były najczęściej wspominanymi miejscami. Na ścianie zachodniej – w Lubuskim i Dolnośląskim internauci najczęściej szukali informacji o tym, co robić w majówkę. We Wrocławiu odbył się też festiwal 3-majówka – licznie i pozytywnie komentowany.

Najczęściej podejmowane tematy w codziennych dyskusjach o majówce

Jak wyglądała tegoroczna majówka w internecie? 11

To młodzi internauci – uczniowie – byli najbardziej aktywną grupą internautów. Najczęściej na Twitterze i Instagramie narzekają na pogodę, samotność i nauczycieli, którzy zapowiedziali sprawdziany. Na pogodę narzekali zresztą wszyscy. Młodzi influencerzy na Youtube’ie opisywali problemy związane z alergią (Sylwia Lipka, która zwraca m.in. uwagę na rolę chusteczek) i szczegóły planowania wypraw majówkowych (Hejłobuzy).

Zdecydowanie widoczny był profil Fit Lovers, którego autorzy niemal przez cały czas relacjonowali na Facebooku i Youtube’ie swoją wyprawę na słoneczne Korfu.

Co oglądano w internecie? Na Youtube zdecydowanie nie próżnowała grupa Abstra – 25 odcinek Nieprzygotowanych – miał aż 1,2 mln obejrzeń. Warto pamiętać, że to kanał Składanki Disco Polo dostarczył większość najczęściej oglądanych filmów.

Chociaż młodzi influencerzy pisali o alergii, to internauci chwalili się też uprawianiem sportów – przede wszystkim – jazdą na rowerze, spacerami i treningami.

r

Jakie marki nie próżnowały w trakcie Majówki? Na tle markowych działań zdecydowanie wybijała się akcja G2A, firma rozdawała doładowania do gier (giftcardy – 13 tyś. wyświetleń i 3 tyś komentarzy). Ta marka jako jedyna zaburzyła dynamikę dyskusji w głównych kanałach. Ponadto McDonald’s umieścił na Facebooku angażującego GIFa o jedzeniu w trakcie podróży (2,4 tyś. like’ów), Orange rozdawał 5GB do nowych kart, a Avon wprowadził do komunikacji Małgorzatę Kożuchowską.

Albert Hupa

 

Czy to koniec przeceny na złotym? Co dalej z kursem?

We wtorek doszło do dalszego osłabienia się złotego w stosunku do euro, dolara i funta. Obecne poziomy w dłuższym terminie mogą być dobrymi okazjami do zakupów waluty głównie ze względu na sytuacje polityczną w Europie i prognozowane podwyżki stóp procentowych w USA. W ciągu najbliższego miesiąca dojdzie do wyborów parlamentarnych we Francji i w Wielkiej Brytanii, a także do posiedzenia FED-u, na którym może dojść do zmiany stóp procentowych. Niepewność co do wyników we Francji oraz w Wielkiej Brytanii będzie obciążać euro, co przy pozytywnym sentymencie dla dolara może doprowadzić do większej korekty na eurodolarze i zejście do poziomów 1,06-1,07. W takiej sytuacji waluty uznawane za mało bezpieczne, jak złoty, mogą znacznie się osłabić.

Kurs dolara do złotego USDPLN

Kurs dolara do złotego USDPLNCena oscyluje w okolicach strefy ZZB przy 3,89. W przypadku wybicia górą celem będzie poziom 3,93-3,94, gdzie mamy górne ograniczenie formacji 1 do 1. W przypadku spadków, wsparciem będzie poziom dołków z końca maja przy 3,86. Warto wspomnieć, że byki próbują wybić się z kanału popytowego z szerokiego interwału, o czym pisaliśmy wczoraj, co może być sygnałem do tworzenia się nowego impulsu wzrostowego w długim terminie.

Kurs euro do złotego EURPLN

Kurs euro do złotego EURPLNEuro zareagowało na test dołka przy 4,1850. Reakcja ceny była na ponad 5 groszy bez większej korekty, co pozwala przypuszczać, że może dojść do aktywowania się większego popytu. W przypadku wzrostów oporem jest poziom 4,26. W przypadku korekty cena powinna się zatrzymać na 4,21.

Kurs funta do złotego GBPPLN

Kurs funta do złotego GBPPLNFunt kontynuuje marsz w górę. Wybicie z poziomu 5 złotych jest trwałe i przynajmniej do jutra nie powinno dojść do ponownego retestu tego poziomu. W przypadku dobrych danych z gospodarki brytyjskiej powinniśmy podejść pod opór przy 5,10. W razie spadków wsparciem pozostaje poziom 5 złotych.

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wyniósł +6,5% w kwietniu 2017 r.

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła +6,5% w kwietniu 2017 r. Oznacza to, że w kwietniu 2017 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 6,5% w porównaniu z kwietniem 2016 r. Średnia wartość indeksu od początku 2017 r. wyniosła 14,1%.

Sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych w kwietniu była stabilna. Klienci, w przeliczeniu na dzień roboczy, zawnioskowali o wyższą wartość kredytów niż w 2016 roku, należy jednak wziąć pod uwagę, że kwiecień był krótszy pod względem dni roboczych niż rok wcześniej. Po bardzo pozytywnych dla kredytów mieszkaniowych wynikach 1 kw. 2017 r., w kolejnych miesiącach oczekujemy stabilizacji popytu na kredyty mieszkaniowe względem poziomów z ubiegłego roku – mówi Sławomir Grzybek, dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.

Wzrosty na giełdach

Wtorek przyniósł kontynuację trendów na rynku walutowym. Dolar umacniał się wczoraj względem euro. Wzrosty widoczne były też na warszawskim parkiecie giełdowym, a ropa taniała.

Wśród inwestorów na rynku ropy naftowej kumulują się wszelkie obawy, co wpływa na wycenę tego surowca. Wcześniej mówiło się o decyzji OPEC o przedłużeniu ograniczenia wydobycia. Dziś obawy dotyczą też zapasów, umacniającego się dolara oraz wydobycia łupkowego w USA. Ropa BRENT traciła na koniec dnia blisko 1%. Tymczasem w Polsce indeks WIG20 zyskał na zamknięciu 1.66%, kończąc dzień powyżej istotnej bariery psychologicznej 2400 punktów.

Giełdzie w Warszawie z pewnością pomogły lepsze dane. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej poinformowało wczoraj, iż na koniec kwietnia stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 7.7%. To najniższy wynik od 1992 roku. Czy coraz lepsze dane makroekonomiczne przełożą się na zmianę ratingu polskiej gospodarki? Już w ten piątek agencja Moody’s będzie aktualizowała(bądź nie) swoją ocenę w sprawie ratingu Polski.

sp50010052017r

Skoro mowa o WIG20 to warto zauważyć, iż sytuacja na wykresie amerykańskiego SP500 zaczyna być trudna. Ostatnim wzrostom na wykresie cen nie towarzyszą analogicznie „duże” wzrosty na RSI. Powstaje więc negatywna dywergencja, która może zapowiadać spadki. Dlatego byki muszą szybko przejść do wzrostów. W innym wypadku może nas czekać test poziomu 2340. Oporem jest 2450.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Firmy zajmujące się odświeżaniem wizerunku marek spodziewają się zleceń z zagranicy. Największy zapotrzebowanie na ich usługi jest w branży spożywczej

Firmy zajmujące się odświeżaniem wizerunku marek spodziewają się zleceń z zagranicy. Największy zapotrzebowanie na ich usługi jest w branży spożywczej 12

Polskie firmy zajmujące się wizualizacją placówek handlowych i usługowych czy doradzające przy zmianie logotypów chętnie są zatrudniane przez zagranicznych zleceniodawców ze względu na wysoką jakość usług i niższe ceny. Najważniejsze we wzajemnych relacjach dotyczących zmian znaków wartych dziesiątki milionów dolarów jest jednak zaufanie. Branżą o największym zapotrzebowaniu na usługi rebrandingowe jest obecnie sektor spożywczy.

Rynek w Polsce na pewno już tak dynamicznie się nie rozwija jak jeszcze kilka lat temu. Natomiast mamy ewidentną chęć współpracy korporacji zagranicznych, globalnych brandów z polskimi dostawcami, ponieważ gospodarka w Polsce jest gospodarką bardziej efektywną, a mniej kosztową niż we Francji czy Niemczech – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Rudnicka, prezes zarządu Vivenge, firmy zajmującej się identyfikacją wizualną. – Technologie, jakimi dysponujemy, są tak samo dobre, jeśli nie lepsze, ponieważ od kilku lat mamy dofinansowania jako przedsiębiorcy w Polsce. Upatrujemy więc przyszłość branży również w rozwoju zagranicznym.

Vivenge ma w swoim portfolio zmiany szyldów na polskim rynku u takich klientów jak Lotos (stacje Lotos Optima), Bank Pekao SA czy Poczta Polska. Zdaniem prezes Vivenge rynek rebrandingowy w Polsce w zakresie pełnej wizualizacji zewnętrznej i wewnętrznej można oszacować na 250–300 mln zł rocznie. Na świecie wartość ta jest wielokrotnie wyższa, a zagraniczne zlecenia ułatwia fakt, że wiele marek obecnych jest na rynkach globalnych.

W tej chwili najbardziej dynamiczną branżą jest branża spożywcza. Ma to bezpośredni związek z dramatycznie rosnącą populacją na świecie. W bardzo szybkim tempie rośnie liczba sklepów spożywczych. Nam dzisiaj w Polsce wydaje się to dziwne, że na każdym zakręcie mamy Biedronkę, Carrefour, Auchan, Netto czy Lidla – mówi Rudnicka w wywiadzie udzielonym w czasie European Executive Forum. – Natomiast ma to związek z tym, że dzisiaj na świecie migracja jest bardzo duża i potrzeby wyżywienia ludności rosną bardzo mocno. W Europie branża spożywcza rozwija się najbardziej dynamicznie i tam w tej chwili jest najwięcej spektakularnych przejęć, fuzji i rebrandingów.

W ostatnich latach największym przejęciem na polskim rynku w tej branży był zakup sklepów Real od Grupy Metro przez sieć Auchan. W tej chwili francuski detalista zajmuje się rebrandingiem swoich sklepów formatu supermarketowego w całej Europie na „My Auchan”. Także w Polsce należąca do niego sieć Simply ma zmienić nazwę na „Moje Auchan”. Nowe logo od ubiegłego roku zdobi sklepy Żabka, a w maju 2017 roku rozpoczyna się w Polsce rebranding stacji benzynowych Statoil na Circle K – również jest to przedsięwzięcie międzynarodowe.

Jak podkreśla Katarzyna Rudnicka, przy zmianie wizualizacji bardzo istotną kwestią jest dopasowanie nowego wzoru do charakteru działalności klienta.

Niezwykle ważne jest to, żeby nowa wizualizacja i nowy znak były akceptowalne w zakresie produktów, które sprzedaje firma, żeby klient miał okazję powiązać i kolorystykę, i kształt nowego znaku z produktem, który kupuje w tak obrandowanym punkcie sprzedaży. Trudno sobie wyobrazić różowe stacje benzynowe bądź białe, bardzo aseptyczne drogerie z drogimi kosmetykami i akcesoriami do makijażu – wyjaśnia prezes Vivenge. – Zauważmy, że bardzo silne brandy jak McDonald’s, Pepsi czy Coca-Cola nie dokonują dużych zmian w swoim logotypie, żeby nie stracić na rozpoznawalności u konsumenta. Te znaki w ostatnich dwudziestu latach zmieniły się kilkanaście razy, ale tak subtelnie, że klient tego nie dostrzega.

Do najbardziej wartościowych marek świata – według rankingu BrandZ z 2016 roku – należy Amazon (7. miejsce, wartość 98,99 mld dol.), McDonald’s (miejsce 9., 88,65 mld dol.), Coca-Cola (miejsce 13., 80,3 mld dol.) czy Starbucks (miejsce 21., 43,57 mld dol.). Na szczycie znajdują się marki technologiczne: Google, Apple i Microsoft. Wartość każdej z dwóch pierwszych sięga niemal 230 mld dol.

Podstawową wartością, którą uważam za najważniejszą w ślad za researchem i wywiadem z klientami, jest zaufanie. To jest gwarancja sukcesu w tej branży, w której klient bardzo zważa na swoją markę, na którą ciężko pracował i która osiąga milionowe lub miliardowe wartości na rynku – przekonuje Katarzyna Rudnicka. – Dla niego niezwykle ważne jest to, żeby dostawca, z którym pracuje, w stu procentach realizował jego oczekiwania i żeby informacje, które nam przekazuje, były zachowywane, żeby miał do nas stuprocentowe zaufanie w zakresie terminów realizacji, oferowanej jakości i świadczonych usług.

Elektryczne autobusy i zielone zajezdnie mają pomóc Warszawie w walce ze smogiem. Do końca roku na ulicach pojawi się 30 elektrobusów

Elektryczne autobusy i zielone zajezdnie mają pomóc Warszawie w walce ze smogiem. Do końca roku na ulicach pojawi się 30 elektrobusów 13

Warszawa walczy ze smogiem, zmieniając tabor komunikacji miejskiej na bardziej ekologiczny. Do 2020 roku po stolicy ma jeździć ok. 160 elektrycznych autobusów. Jeszcze w tym roku pojawi się ich 30. Miejskie Zakłady Autobusowe inwestują też w proekologiczne rozwiązania w zajezdniach autobusowych. W zajezdni przy Woronicza energię uzyskuje się z paneli fotowoltaicznych.

Obecnie mamy 10 autobusów elektrycznych, kolejnych 10 dołączały na przełomie lipca i sierpnia, a następnie 10 na przełomie roku. Spodziewamy się, że w ostatnich dniach grudnia te autobusy będą już bazowały w zajezdni przy ul. Woronicza – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie.

Do 2020 roku takich pojazdów ma być już 160. Przetarg na dostawę autobusów elektrycznych do Warszawy wygrało konsorcjum Ursus SA, AMZ Kutno oraz Ursus Bus. Już w styczniu fabryka Ursus dostarczyła miastu 10 nowych 12-metrowych pojazdów elektrycznych. Kontrakt z MZA był wart 25 mln zł. Elektrobusy będą wyposażone w podwójny system ładowania: łącze plug-in oraz za pomocą pantografu i napowietrznej ładowarki.

Pod względem poboru prądu mamy już przygotowaną zajezdnię do przyjęcia tych autobusów. Następne 130 autobusów elektrycznych, przegubowych, które planujemy kupić w 2019 i 2020 roku, w większości pojawią się w nowej zajezdni Redutowa. Będzie ona wyposażona w 100 stanowisk do ładowania autobusów elektrycznych oraz tak energooszczędne i ekologiczne rozwiązanie jak pompy ciepła czy panele fotowoltaiczne – zapowiada Stawicki.

Z kolei zajezdnia przy ul. Spedycyjnej na Tarchominie ma zostać podłączona do gazociągu planowanego wzdłuż Kanału Żerańskiego. Miejsce znajdzie tam 300 autobusów na gaz.

Prowadzimy też już pierwsze próby autobusów gazowych. Jesteśmy drugim miastem w Europie, które wykorzystuje autobusy na skroplony gaz ziemny, w tym roku dojadą również pojazdy na gaz CNG – wskazuje Stawicki.

Szacuje się, że w całej Polsce do 2025 roku ok 3 tys. pojazdów będzie napędzanych gazem skroplonym.

Stołeczne Miejskie Zakłady Autobusowe są jednym z europejskich pionierów we wdrażaniu elektrycznej i niskoemisyjnej floty do obsługi komunikacji miejskiej. Zielona energia stosowana jest także w zajezdniach autobusowych. Pod względem rozwiązań proekologicznych liderem jest zajezdnia Woronicza.

Jako jedyni w Warszawie stosujemy zieloną energię pozyskiwaną z paneli fotowoltaicznych. Na dachu hali obsługowej zamontowanych jest 280 paneli fotowoltaicznych o mocy 65 watopików, w sumie daje to 75 kilowatopiki. Energię zużywamy do bieżących potrzeb i stanowi ona ok. 20 proc. naszego bieżącego zapotrzebowania – podkreśla Antoni Mroczek, kierownik oddziału przewozów R-1 Woronicza.

Jak zapowiada, w przyszłości, kiedy w zajezdni będą stać autobusy elektryczne, 30 proc. energii potrzebnej do ich ładowania będzie pochodziło z ekologicznych źródeł. Ma to pomóc w walce Warszawy ze smogiem. Zaoszczędzić energię ma też pomóc nowe ocieplenie hali obsługi.

Pozyskanie energii ze słońca to zmniejszenie smogu i emisji dwutlenku węgla. Warszawa stanie się czystsza – podkreśla Antoni Mroczek.

W tym roku coraz trudniej o własne mieszkanie. Droższa jest też budowa domu

W tym roku coraz trudniej o własne mieszkanie. Droższa jest też budowa domu 14

Rośnie popyt na mieszkania, szczególnie w największych miastach Polski. Deweloperzy oddają też coraz więcej lokali do użytku. Początek roku był pod tym względem rekordowy. Polacy kupują mieszkania przede wszystkim na kredyt. O ten jednak coraz trudniej ze względu na wymagany 20-proc. wkład własny. 

– Polacy chętnie korzystają z kredytu hipotecznego na zakup własnego lokum. W tym roku o kredyt jest nieco trudniej. KNF zwiększyła o 5 pkt proc. wymagany wkład własny, który obecnie wynosi 20 proc. Oznacza to, że jeśli chcemy kupić dom lub mieszkanie, to musimy dysponować kwotą w wysokości około 1/5 ceny planowanej do zakupu nieruchomości. Niektóre banki jeszcze udzielają kredytów przy niższym wkładzie własnym – 10 proc., ale wymagają ubezpieczenia wkładu własnego, co oznacza, że kredyt jest droższy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Stradomska, manager ds. szkoleń i marketingu w agencji nieruchomości RE/MAX Polska.

Niskie stopy procentowe zachęcają do wzięcia kredytu, jednak wymagany 20-proc. wkład własny sprawia, że na mieszkanie stać coraz mniej osób. W kupnie nieruchomości może jeszcze pomóc rządowy program Mieszkanie dla Młodych, jak jednak wskazuje ekspertka, wkrótce skończą się na niego środki.

– Program cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem, że już na samym początku tego roku zaczęło brakować środków na bieżący rok – mówi Stradomska.

Na początku kwietnia skończyły się również środki z puli na 2018 rok (50 proc. z przewidzianych 762 mln zł). Pozostałe 381 mln zł dostępne będzie od stycznia. Łącznie z programu MdM skorzystało 85,7 tys. osób (dane na koniec stycznia). 2018 rok to ostatni okres obowiązywania MdM.

 Kolejne programy rządowe nie będą już wspierały posiadania własnego mieszkania, będzie za to taki wspierający wynajem. W programie Mieszkanie+ będzie można korzystać z tańszego niż rynkowy czynszu najmu – wskazuje przedstawicielka RE/MAX Polska.

Cena za czynsz ma wynosić 10–20 zł za mkw. Program zakłada możliwość długoterminowego wynajmu mieszkania z opcją dojścia do własności.

– Ważną zmianą dotyczącą rynku nieruchomości jest ta związana z budową domu. Osoby, które chciały czy chcą budować dom, na pewno ucieszyła kolejna liberalizacja prawa budowlanego, ponieważ mniej jest formalności administracyjnych. Ale z drugiej strony zwiększyły się wymogi dotyczące warunków technicznych, jakim muszą odpowiadać budynki, których budowa rozpoczęła się w tym roku – przypomina Agata Stradomska.

Od stycznia niższe są wartości dopuszczalnych wskaźników EP określających wielkość rocznego zapotrzebowania na nieodnawialną energię pierwotną niezbędną do zaspokajania potrzeb związanych z użytkowaniem budynku. Zgodnie z dyrektywą w sprawie charakterystyki energetycznej budynków do końca 2020 roku wszystkie nowe powinny być budynkami o niemal zerowym zużyciu energii.

– To dobra wiadomość w kontekście przyszłości. Będzie można taniej eksploatować budynki, natomiast na dziś konieczny jest zakup droższych, bo wyższej jakości materiałów, co podwyższa koszt budowy – zaznacza Stradomska.

W ubiegłym roku wiele zmieniło się w kwestii zakupu ziemi rolnej.

– Te grunty przestały mieć walory inwestycyjne, a stają się pomału głównie zasobem użytkowym. Obserwujemy spadek obrotu ziemią rolną i nie ma żadnych przesłanek, żeby w najbliższym czasie móc mówić o znaczących zmianach w tym obszarze – ocenia ekspertka RE/MAX Polska.

Jak analizuje Stradomska, na rynku nieruchomości ceny powinny się utrzymywać na stabilnym poziomie. Popyt na mieszkania, zwłaszcza w największych miastach, rośnie.

– Połowa udziału sprzedaży to pięć regionów w Polsce: województwo mazowieckie, dolnośląskie, wielkopolskie, śląskie i małopolskie. To obszary bardziej zaludnione, ale też ciekawe rynki pracy i miejsca inwestycyjne, które ściągają osoby z zewnątrz – wymienia Stradomska.

Coraz więcej mieszkań oddają też do użytku deweloperzy. W styczniu i w lutym rozpoczęli budowę blisko 14 tys. mieszkań (40 proc. więcej niż w tych miesiącach 2016 roku). W ubiegłym roku wydano pozwolenia na budowę 110 tys. mieszkań, a do użytku oddano 80 tys. lokali.

 Na rynku dostępnych jest coraz więcej mieszkań z rynku pierwotnego. Chętne są zarówno osoby, które chcą kupić własne mieszkanie, jak i te, które planują zainwestować w nieruchomość – podkreśla Agata Stradomska.

Polski sektor energetyczny potrzebuje wielomiliardowych inwestycji. Ich realizacja będzie łatwiejsza po połączeniu spółek z tej branży

Polski sektor energetyczny potrzebuje wielomiliardowych inwestycji. Ich realizacja będzie łatwiejsza po połączeniu spółek z tej branży 15

Zła sytuacja finansowa polskich kopalń, polityka klimatyczna Unii Europejskiej nastawiona na redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz rosnące skokowo zapotrzebowanie na energię elektryczną wymuszają na sektorze energetycznym wielomiliardowe inwestycje. Według prognoz do 2030 roku powinny one sięgnąć około 240 mld zł. Odpowiedzią na te wzywania może być konsolidacja spółek energetycznych i ich integracja z górnictwem. W wyniku tego powstałyby silne podmioty, zdolne realizować duże inwestycje i skutecznie konkurować na europejskim rynku.

– Przed całą energetyką stoją teraz duże wyzwania, związane z inwestycjami w nowe moce oraz z procesem restrukturyzacji górnictwa. Konsolidacja i stworzenie dwóch dużych grup energetycznych pozwoliłoby im wygenerować środki na inwestycje w polską energetykę. Dlatego jestem wielkim zwolennikiem budowy koncernów paliwowo-energetycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert ds. energetyki Instytutu Staszica, były prezes zarządu PGNiG i Tauron Polska Energia.

W Polsce zużycie energii elektrycznej na jednego mieszkańca wynosi 3 937 kWh per capita, podczas gdy w Niemczech i Wielkiej Brytanii sięga odpowiednio 7 017 kWh oraz 5 407 kWh per capita. W Finlandii, która jest jednym z europejskich rekordzistów pod tym względem, na mieszkańca przypada 15 509 kWh. Według prognoz w Polsce zużycie energii będzie szybko rosnąć – goniąc europejską średnią – i do 2030 roku zwiększy się o 70 TWh. W tym samym czasie w systemie ubędzie około 14 GW mocy na skutek wyłączania przestarzałych jednostek wytwórczych.

– Polska jest na jednym z ostatnich miejsc w Europie pod względem zużycia energii elektrycznej. W Luksemburgu, Szwecji, Finlandii czy innych krajach skandynawskich jest ono ponad dwu-, a nawet trzykrotnie większe. To pokazuje, że jeśli chcemy dorównać do poziomu europejskiego, to zapotrzebowanie na energię będzie stale rosło. Ponadto będziemy coraz częściej przechodzić na systemy, które z jednej strony oszczędzają energię, z drugiej – pochłaniają jej coraz więcej. Eksperci szacują, że w Polsce zwiększenie zapotrzebowania na energię do 2030 roku przekroczy 40 GW – mówi Jerzy Kurella.

Rosnące zapotrzebowanie na energię i wyłączanie przestarzałych bloków wymuszą konieczność dużych inwestycji w energetyce, którym mogą sprostać tylko silne kapitałowo spółki w dobrej sytuacji finansowej.

– Szacuje się, że do 2030 roku potrzeby inwestycyjne w sektorze energetycznym wyniosą około 240 mld zł. Mali gracze – mam na myśli obecny potencjał polskich grup energetycznych – nie będą w stanie udźwignąć ciężaru budowy nowych mocy energetycznych i programu wsparcia dla górnictwa – ocenia Jerzy Kurella.

Zła sytuacja finansowa, która zagraża funkcjonowaniu kopalń węgla kamiennego, jest dodatkowym obciążeniem dla całego sektora. Ze względu na fakt, że kopalnie są jednym z filarów polskiego bezpieczeństwa energetycznego i stanowią nierozerwalną część sektora energetycznego, konieczne jest ustabilizowanie ich sytuacji finansowej i umożliwienie im inwestycji. Ambitne cele stawia przed Polską również polityka klimatyczna UE, która zakłada redukcję gazów cieplarnianych, rozwój OZE i poprawę efektywności energetycznej. To też pociągnie za sobą konieczność miliardowych nakładów inwestycyjnych.

Zdaniem eksperta Instytutu Staszica odpowiedzią na te wzywania może być konsolidacja sektora energetycznego, w wyniku której powstałyby dwa silne koncerny paliwowo-energetyczne, integrujące energetykę i górnictwo węgla kamiennego. Nowe podmioty mogłyby przejąć część kopalń, dzięki czemu byłyby samowystarczalne pod względem paliwowym i odporne na wahania cen paliwa pierwotnego na rynku krajowym i międzynarodowym.

Dodatkowo konsolidacja wzmocniłaby pozycję polskich spółek energetycznych na europejskim rynku. Na tle konkurencyjnych firm w Europie rodzime podmioty wypadają blado. W 2013 roku moc zainstalowana Energi wynosiła 1 GW, Enei – 3 GW, natomiast PGE – 11 GW. Dla porównania szwedzki Vattenfall posiadał 45 GW mocy zainstalowanej, RWE – 49 GW, a Électricité de France – 140 GW. Analogiczne dysproporcje występują też przy porównaniu wyników finansowych i przychodów oraz wielkości produkcji energii elektrycznej poszczególnych spółek.

– Polskie spółki energetyczne, takie jak Enea, Energa, Tauron czy PGE, odniosły rynkowy sukces. Chociaż w krajowych warunkach wydają się duże, to patrząc na ich wielkość i nakłady finansowe w kontekście energetyki europejskiej są spółkami małymi. Gdybyśmy połączyli możliwości wytwórcze trzech największych polskich spółek energetycznych, wciąż byłyby one 10-krotnie mniejsze niż moce takiego giganta jak Électricité de France – mówi Jerzy Kurella.

Ekspert Instytutu Staszica zauważa również, że konsolidacja polskiego sektora energetycznego przy jednoczesnej zmianie obecnego modelu funkcjonowania górnictwa na górnictwo wykorzystujące w szerokim zakresie czyste technologie węglowe, w tym zgazowanie odpadów węglowych, wpisałaby się w politykę Unii Europejskiej, która dąży do budowy jednolitego rynku energii na terenie wszystkich państw Wspólnoty.

Taki proces może zapewnić korzyści całej gospodarce. Problematyczne jednak mogą okazać się kwestie dozwolonej pomocy publicznej i ochrony konkurencji na rynku energii oraz polityczne i korporacyjne interesy poszczególnych grup. Jednak w opinii Kurelli udana konsolidacja polskiej energetyki, przeprowadzona w ubiegłej dekadzie, pozwoliła zrealizować niezbędne inwestycje i pokazała, że nie jest to proces niemożliwy.

– Konsolidacja energetyki, która przebiegła w latach 2006–2008 i – co warto podkreślić – ponad podziałami politycznymi, była olbrzymim wyzwaniem dla sektora energetycznego i zakończyła się sukcesem. Mija już 10 lat funkcjonowania na polskim rynku czterech dużych podmiotów energetycznych, przed którymi dzisiaj stoją dodatkowe wielkie wyzwania – ocenia Jerzy Kurella.

Chmura może zastąpić tradycyjne biuro. Stawiają na nią przede wszystkim małe firmy

Chmura może zastąpić tradycyjne biuro. Stawiają na nią przede wszystkim małe firmy 16

Coraz więcej firm w Polsce i na świecie korzysta z chmury. Przy niewielkim nakładzie finansowym rozwiązania chmurowe stwarzają szansę poprawy organizacji, zwiększenia efektywności i obniżenia wydatków przeznaczanych nie tylko na IT. Dziś małe firmy traktują chmurę jako środowisko pracy, które może zastąpić tradycyjne biuro, ale ma ona dużo większe możliwości – podkreśla Magdalena Dziewguć z Google Polska.

Praca w chmurze to przede wszystkim domena małych firm. Nie dysponują one dużymi pieniędzmi na inwestycje i muszą oglądać każdy inwestowany grosz, dlatego chmura przychodzi im z pomocą. Za dużo mniejsze nakłady finansowe osiągają dużo więcej i rosną szybciej. Duże firmy również powoli zaczynają zauważać tę przewagę i potencjał, który stwarza chmura obliczeniowa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Dziewguć z Google Polska, szefowa Google for Work na Polskę i region Europy Środkowo-Wschodniej.

Dane dotyczące skali zastosowania chmury w przedsiębiorstwach są niejednoznaczne. Z ubiegłorocznego badania Ipsos na zlecenie Intela wynika, że 34 proc. rodzimych firm korzysta z rozwiązań chmurowych, a największą popularnością cieszą się chmura prywatna i hybrydowa (łącząca tradycyjne serwery z cloudem). Badanie IDC dla Oracle Polska pokazuje, że ten wskaźnik jest nieco niższy i wynosi 18 proc.

Z kolei Onex Group podaje, że co druga mała i średnia firma (50 proc.) w Polsce korzysta przynajmniej z jednego rozwiązania chmurowego. Zdecydowana większość, bo 90 proc., pozytywnie ocenia przydatność technologii cloud computingu, doceniając przede wszystkim łatwość przechowywania i przetwarzania danych oraz możliwość szybkiego i prostego kontaktowania się ze współpracownikami.

Niezależnie od szacunków branżowi eksperci są zgodni co do tego, że chmura jest obecnie najważniejszym trendem w IT i stwarza przedsiębiorcom bardzo szerokie możliwości przy niewielkim nakładzie finansowym.

Chmura to przede wszystkim szybszy rozwój. Można osiągnąć dużo większą skalę wzrostu przy mniejszych nakładach i odciążyć pracowników. Mówiąc obrazowo, chmura to jest taka moc, którą można podpiąć każdemu pracownikowi. Dzięki temu może on więcej czasu poświęcić na czynności, które są trudne i wymagają jego zaangażowania, a chmura wykona za niego prostsze zadania. To jakby prywatny robot – wyjaśnia Magdalena Dziewguć.

Szefowa Google for Work na Polskę i Środkowo-Wschodnią Europę zaznacza, że chmura sama w sobie nie zastąpi dobrych pracowników. Może ich jednak odciążyć i umożliwić przeznaczenie czasu na inne, bardziej angażujące zajęcia. To z kolei przekłada się na efektywność całej firmy.

– Chmura to tylko technologia, narzędzie, które pomaga pracownikom osiagnać lepsze wyniki. Ale żeby tak się mogło stać, trzeba mieć dobrych pracowników – podkreśla Magdalena Dziewguć.

Rosnące zainteresowanie przedsiębiorstw chmurą znajduje odbicie w nakładach finansowych przeznaczanych na tę technologię. Jak podaje Onex Group, powołując się na dane firmy CloudPassage, ponad połowa firm inwestuje w rozwiązania chmurowe 15 proc. całego swojego budżetu na IT. Co piąta przeznacza na ten cel 25 proc. środków.

W opublikowanym na początku tego roku raporcie międzynarodowy instytut badawczy Gartner prognozuje, że w 2017 roku ten rynek zanotuje 18-procentową dynamikę wzrostu, a jego wartość w skali globalnej wzrośnie z 209,2 do 246,8 miliardów dol.

Przetwarzanie danych i przenoszenie procesów do chmury zyskuje w biznesie coraz większą popularność. Również dlatego, że oferta rozwiązań chmurowych jest coraz szersza. Choć przedsiębiorcy mają opory związane z obawami o bezpieczeństwo danych w chmurze, to doceniają możliwość, które stwarza ta technologia: obniżenie kosztów i wydatków przeznaczanych na IT, elastyczność i ogólnodostępność.

Z uwagi na ten ostatni czynnik chmura jest technologię szczególnie przydatną firmom o rozproszonej strukturze, w których część pracowników jest zatrudniona w modelu zdalnym albo pracuje w zagranicznych oddziałach, w innych strefach czasowych.

Chmura jest pewną formą przestrzeni biurowej, może przejąć część procesów zachodzących w tradycyjnym biurze, ale oferuje dużo więcej możliwości. Myślę, że nie zastąpi jednak spotkań, wymiany myśli, dyskusji, kłótni, wspólnego poszukiwania rozwiązań. Chmura może za to poprawić efektywność tych procesów – ocenia Magdalena Dziewguć.

Ponad 80 proc. internautów poleca znajomym sprawdzone produkty. Najczęściej artykuły spożywcze i kosmetyki

Ponad 80 proc. internautów poleca znajomym sprawdzone produkty. Najczęściej artykuły spożywcze i kosmetyki 17

Siła rekomendacji zyskuje na znaczeniu wśród internautów. Ponad 80 proc. konsumentów korzystających z sieci poleca znajomym produkty, z których są zadowoleni. Sami także chętnie kierujemy się opiniami innych – wynika z badania „Lojalni 2017” przeprowadzonego przez dr Tomasza Barana z Uniwersytetu Warszawskiego. Najczęściej na podstawie rekomendacji kupujemy produkty spożywcze i kosmetyki. Większość z nas bierze udział w programach lojalnościowych, co piąty za pomocą aplikacji na smartfonie.

Wyniki ogólnopolskiego badania, które zrealizowaliśmy wśród korzystających z internetu konsumentów w Polsce, wskazują, że zarówno polecanie, jak i korzystanie z poleceń innych osób jest bardzo powszechne. Zdecydowana większość badanych wskazała, że chętnie poleca produkty lub usługi, z których sama skorzystała. Chętnie też korzystamy z poleceń – mówi agencji Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, autor badania „Lojalni 2017”.

Z badania „Lojalni 2017” przeprowadzonego na panelu Ariadna dla 2take.it wynika, że 82 proc. internautów poleca znajomym produkt lub usługę. Ponad połowa (57 proc.) robi to co najmniej raz w miesiącu, a 14 proc. – raz w tygodniu lub częściej. Najczęściej polecamy produkty spożywcze (42 proc.), kosmetyki (39 proc.), odzież (35 proc.) i książki (30 proc.). Co czwarty badany rekomenduje usługi fryzjera, z którego jest zadowolony, oraz sprzęt AGD, z którego korzysta. Najrzadziej z kolei polecamy takie produkty, jak motocykle, bilety lotnicze, materiały biurowe i usługi prawne.

Rekomendacje wpływają też na nasze decyzje zakupowe. Ponad 70 proc. osób przyznaje, że podejmowało je właśnie pod wpływem polecenia. Co piąty badany odpowiedział, że zdarza mu się to raz w miesiącu. Wśród najczęściej kupowanych produktów z polecenia są – podobnie jak przy rekomendowanych – produkty spożywcze, kosmetyki, odzież i książki.

Są też różnice międzypłciowe między skłonnością do korzystania z poleceń. Kobiety częściej kupują z polecenia kosmetyki, mężczyźni częściej sprzęt elektroniczny – wskazuje autor badania.

Najczęściej rekomendacje mają miejsce w rozmowie – bezpośredniej (76 proc.) lub telefonicznej (32 proc.). Jednak coraz częściej wykorzystujemy do tego media społecznościowe (19 proc.).

Bardzo pozytywnie badani reagują na propozycje wynagradzania za polecanie. Nie należy jednak mylić płacenia za to, żeby komuś ktoś coś polecił, tylko raczej wynagradzanie za to, że polecamy usługi, do których sami osobiście jesteśmy przekonani. W ten sposób wzmacniamy naturalną tendencję konsumentów do polecania produktów i usług, z których sami skorzystali i są z nich zadowoleni – analizuje dr Tomasz Baran.

Z badania wynika, że 66 proc. badanych (z czego 28 proc. zdecydowanie) byłoby zainteresowanych wzięciem udziału w programie, w którym otrzymywaliby wynagrodzenie za polecanie innym osobom produktów lub usług, które sami kupili.

Zdecydowana większość badanych bierze udział w programach lojalnościowych. Aktywnie korzysta z nich niemal 2/3 osób. Zbieranie profitów z korzystania z różnego rodzaju systemów lojalnościowych jest dla nas ważne. System lojalnościowy wzbogaca też aktualną ofertę produktową – mówi autor badania „Lojalni 2017”.

W programach lojalnościowych bierze udział nieco ponad 80 proc. osób. Choć wciąż przeważnie korzystamy z plastikowej karty lojalnościowej (74 proc.), a ok. 30 proc. gromadzi kupony promocyjne lub zbiera punkty w postaci pieczątek przybijanych do kuponów, to coraz częściej korzystamy przy tym ze stron internetowych (33 proc.). Blisko co piąty badany deklaruje udział w programach lojalnościowych za pomocą aplikacji na smartfonie. 66 proc. badanych przyznaje, że udział w programach lojalnościowych sprawia, że częściej kupują lub korzystają z usług firm prowadzących taki program.

Najważniejszym wzmacniaczem tego zjawiska jest poręczność programu. Chodzi o to, żeby nie wymagał on noszenia ze sobą jakiś kartek, pieczątek, kart plastikowych. Im bardziej będzie to poręczne i dostępne, np. w aplikacji na smartfonie, tym większa szansa, że program lojalnościowy będzie mógł istotnie zadziałać i spełniać swoją funkcję – tłumaczy dr Tomasz Baran.

Strach się skończył, ale chciwość jeszcze się nie zaczęła

Po oczyszczeniu nastrojów, wynikających z zamieszania związanego z wyborami we Francji i odkryciu, że Stany Zjednoczone tworzą silne miejsca pracy, wszystko wydaje się iść gładko. Theresa May wypada w sondażach śpiewająco i nie ma żadnego wydarzenia na horyzoncie, które byłoby obarczone dużym ryzykiem.

Indeks_VIXWahania giełdowe nagle rekordowo nisko spadły. Indeks zmienności VIX zamknął się wczoraj poniżej 10 punktów, co oznacza najniższy odczyt w historii. Strach się skończył, ale chciwość jeszcze się nie zaczęła. Jak dotąd na rynkach akcji można zauważyć jedynie spokój i ciszę. Wiele głównych indeksów giełdowych utrzymuje się na tym samym poziomie co zwykle.

AUD_CHF_09_05_2017Dolar australijski kontynuuje swoją dewaluację, spadając o więcej niż się tego spodziewano. Niższe ceny towarów i silniejszy dolar amerykański to zły znak dla Australijczyków. Może to jednak stanowić niepowtarzalną okazję dla transakcji typu „carry trade”. Obecnie pozycja kupna pary walutowej AUD/CHF wynosi 52 centy dziennie na każde 10.000 jednostek, co sprawia, że jest to jeden z najbardziej atrakcyjnych celów dla klientów o wysokim kapitale własnym, którzy chcą uzyskać stały zwrot z niskim ryzykiem.

Jak obserwowaliśmy przez ostatni miesiąc, prezydent Republiki Południowej Afryki ciągle napotykał kłopoty. Niestety, nic się nie zmieniło. Obecnie rand zbliża się do pułapu 13,6 w stosunku do dolara. Poziom 14 dolarów był w przeszłości ważną barierą psychologiczną, więc jego przełamanie z pewnością sprawia wrażenie szybko deprecjonującej się waluty.

USD_ZAR_09_05_2017Po bliźniaczym ataku na Kraken i Poloniex, na rynku zaroiło się od kryptowaluty. Osiem z dziesięciu najwyżej cenionych kryptowalut odnotuje dziś spadek, ale ethereum poniesie tego największy ciężar. Całkowita kapitalizacja wszystkich kryptowalut, która w ciągu ostatnich kilku miesięcy stale szła w górę, nie wzrosła w ciągu ostatnich 24 godzin. Najwyżej ceniona na tym rynku waluta, bitcoin, silnie wzrosła dziś rano, a na niektórych giełdach już znacznie przekroczyła pułap 1700 dolarów za monetę. To doskonale pokazuje, iż bitcoin stanowi bezpieczną przystań na rynku kryptowalut.

Kryptowaluty_Kapitalizacja

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Kurs złotego traci do dolara i funta, pozostał stabilny do euro

We wtorek złoty stracił w relacji do dolara i funta, pozostał stabilny do euro i umocnił się do szwajcarskiego franka. Nie ma jednak wątpliwości, że właśnie dokonuje się zwrot i waluty już tańsze nie będą.

O godzinie 16:34 kurs EUR/PLN testował poziom 4,23 zł, pozostając blisko wczorajszego zamknięcia i o ponad 4 gr powyżej wczorajszego minimum. Kurs USD/PLN wzrósł dziś o 0,7 gr do 3,88 zł. Notowania GBP/PLN podskoczyły o 0,9 gr do 5,0206 zł. I tylko szwajcarski frank stracił 1,6 gr, spadając do 3,8604 zł.

Zmiany te w głównej mierze są pochodną zmian na rynkach globalnych. W trzech pierwszych przypadkach jest to efekt przede wszystkim powrotu notowań EUR/USD do 1,09 z poziomów powyżej 1,10 testowanych jeszcze w nocy z niedzieli na poniedziałek. Spadek CHF/PLN to efekt słabszego zachowania szwajcarskiej waluty, która traci na wartości w reakcji na zmniejszenie się ryzyka politycznego w Europie.

Obecny tydzień na krajowym rynku walutowym rozpoczął się od umocnienia złotego w reakcji na wygraną Emmanuela Macrona w niedzielnych wyborach prezydenckich we Francji. Rano w poniedziałek 9 maja za euro trzeba było zapłacić 4,1881 zł, co oznaczało wyrównanie wyznaczonego tydzień wcześniej dwuletniego dołka. Szwajcarski frank potaniał do 3,8497 zł, czyli poziomu nieoglądanego września 2015 roku. Dolar kosztował 3,8115 zł i był najtańszy od października. I tylko funt spadając do 4,9454 zł nie wyznaczył istotnego minimum.

To umocnienie szybko jednak przerodziło się w realizację zysków. Takie zachowanie było dość naturalne, gdyż zwycięstwo Macrona, a więc zmniejszające się ryzyko polityczne w Europie, było dyskontowane już od zakończenia pierwszej tury wyborów prezydenckich, a złoty był jednym z dużych beneficjentów tego procesu. Stąd realizacja zysków, która wczoraj miała miejsce również na giełdach oraz EUR/USD, w żaden sposób nie zaskoczyła.

Wygrana Macrona zamyka temat ryzyka politycznego wiszącego nad Europą. I to pomimo, że jeszcze w czerwcu odbędą się wybory parlamentarne we Francji i Wielkiej Brytanii, a na jesieni do urną pójdą Niemcy. To też powoduje, że uwaga rynków przesunie się teraz z Europy na USA, a na rynku walutowym najprawdopodobniej rozpocznie się gra pod czerwcową podwyżkę stóp procentowych przez Fed. W zasadzie ten proces już się rozpoczął, bo tak należy interpretować zwrot EUR/USD z półrocznego maksimum powyżej 1,10 i obecne cofnięcie do 1,09 dolara, które jest początkiem osuwania się tej pary w kierunku poziomów 1,06-1,07 dolara.

Potencjalna presja na umocnienie dolara, będzie prowadził do powstania podażowej presji na walutach rynków wschodzących. W tym również na złotym. Dlatego w perspektywie kolejnych tygodni należy się liczyć z osłabieniem złotego. I to nie byłoby większym zaskoczeniem, gdyż paliwo do jego umocnienia już się skończyło, więc mocne odreagowanie umocnienia rozpoczętego jeszcze w grudniu, staje się oczywiste nawet w sytuacji, gdy nie ma silnych argumentów do sprzedaży złotego.

Powyższy scenariusz znajduje pełne wsparcie w analizie sytuacji na wykresach polskich par. Poniedziałkowe mocne wzrosty USD/PLN i GBP/PLN, kolejny już zwrot EUR/PLN z okolic 4,18 zł, a nawet stojący pod znakiem zapytania zwrot CHF/PLN po wyznaczeniu dwuletniego minimum, wskazuje na zmianę tendencji i rosnące prawdopodobieństwo przeceny złotego w najbliższych tygodniach. Dlatego oczekuję, że miesiąc za wszystkie główne waluty trzeba będzie zapłacić po 5-10 gr więcej niż obecnie.

Czy coś mogłoby zakłócić scenariusz umocnienia dolara i idącego z tym w parze osłabienia złotego? Wydaje się, że jedynie tylko wyraźne zaostrzenie tonu przez Europejski Bank Centralny (ECB). Część rynku oczekuje, że wobec bardzo dobrych danych płynących z Europy i równoczesnego zmniejszenia ryzyka politycznego, przedstawiciele ECB zmienią retorykę i odejdą od obecnego gołębiego nastawienia. Być może o tym przekonamy się już w środę, przy okazji wystąpienia prezesa ECB Mario Draghiego w holenderskim parlamencie o godzinie 13:00. Tyle tylko, że to wprawdzie wpłynęłoby na sytuację na EUR/USD, wykluczając spadkowy scenariusz dla tej pary i zastępując go trwałym powrotem powyżej 1,10 dolara, ale z punktu widzenia złotego, perspektywa przyszłego odejścia od luźnej polityki monetarnej, której przecież był dużym beneficjentem, będzie również mocnym sygnałem sprzedaży. W tym układzie należałby spodziewać się nawet silniejszej jego przeceny niż o opisane wcześniej 5-10 gr.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Potencjał innowacyjności polskich regionów 2017

Małopolskie, dolnośląskie, pomorskie doganiają mazowieckie w innowacyjności. Dystans między regionami się zmniejsza – pokazało badanie „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności polskich województw 2017”. Co ciekawe największy rozwój potencjału innowacyjności osiągnęło województwo lubelskie, w którym liczba wydanych patentów wzrosła ponad trzykrotnie na przełomie 5 lat.

W czołówce województw o największym potencjale innowacyjności utrzymują się niezmiennie 4 województwa: mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie oraz pomorskie. Są to regiony, gdzie dominującą rolę odgrywają aglomeracje miejskie: warszawska, krakowska, wrocławska i trójmiejska. W ostatnim czasie zauważalne jest zmniejszanie dystansu w indeksie innowacyjności między województwem mazowieckim a pozostałymi trzema regionami.

– Zmniejszenie dystansu wynika przede wszystkim z tego, że województwa małopolskie, dolnośląskie oraz pomorskie od kilku lat dynamicznie i relatywnie szybciej, niż lider zestawienia, zwiększają wydatki na B+R w przeliczeniu na PKB, a także liczbę pracujących w badaniach i rozwoju. Przyczyn tego zjawiska należy upatrywać w silnym rozwoju przemysłu innowacyjnego oraz innowacyjnych usług w tych regionach – mówi newsrm.tv Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.

W porównaniu do ubiegłego roku, prawie wszystkie województwa, z wyjątkiem podkarpackiego, łódzkiego, śląskiego, lubuskiego i opolskiego osiągnęły wyższą średnią wyników z 6 analizowanych czynników składających się na potencjał innowacyjności. Co ciekawe największy rozwój potencjału innowacyjności w ciągu kilku lat osiągnęło województwo lubelskie. Główną przyczyną awansu tego województwa jest liczba wydanych patentów, która wzrosła ponad trzykrotnie na przełomie 5 lat.

– Zwiększenie liczby patentów jest konsekwencją dobrej pozycji Lublina jako ośrodka akademickiego. Szczególnie pozytywnie wyróżnia się Politechnika Lubelska. W 2015 roku uczelnia uzyskała 98 patentów i dokonała 97 zgłoszeń w Urzędzie Patentowym, co plasuje ją na 4 miejscu wśród jednostek naukowych w kraju. Ośrodki akademickie Lublina korzystają z wysokiego potencjału edukacyjnego regionu. Należy jednak pamiętać, że zgłoszenia patentowe były w omawianym okresie dofinansowane środkami z funduszy strukturalnych i budżetowymi, co może zawyżać ich liczbę – wyjaśnia Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.

Dobre wyniki w rankingu osiągnęło również województwo podkarpackie. Odnotowało ono skok w wydajności pracy. Wynika to z prowadzonej w regionie polityki inwestowania w innowacyjne branże gospodarki, szczególnie lotnictwo i kosmonautykę.

Na najniższej pozycji w rankingu znalazły się województwa; świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie i lubuskie. Spowodowane jest to przede wszystkim niską wydajnością pracy, małymi nakładami na badania i rozwój w relacji do PKB oraz małą liczbą osób pracujących w B+R, a także najniższą w kraju liczbą studentów i wydanych patentów. Przyczyn tego zjawiska należy szukać w relatywnie niskim uprzemysłowieniu tych regionów oraz niskim rozwoju sektora usług, infrastruktury transportowej, edukacyjnej oraz badawczo-rozwojowej.

– Innowacje mają też wpływ na jakość życia przeciętnego „Kowalskiego”, co widać m.in. na przykładzie usług finansowych. Dziś dla większości klientów kanały bankowości elektronicznej są kluczową drogą kontaktu z bankiem. Mamy w Polsce ponad 7 milionów użytkowników bankowości mobilnej. To co teraz jest oczywistością, 10 lat temu byłoby nie do pomyślenia. Aplikacje mobilne banków stają się użytecznym narzędziem, dzięki któremu można nie tylko błyskawicznie wykonać najważniejsze operacje bankowe, ale np. wykupić ubezpieczenie komunikacyjne, zapłacić za parking, czy kupić bilety komunikacji miejskiej. To jest właśnie innowacyjność na co dzień w praktycznym wydaniu – dodaje Urszula Kryńska.

Największymi atutami Polski w wyścigu innowacji jest: bliskość rynku UE, zaangażowanie polskich firm w międzynarodowe łańcuchy produkcji, duży zasób kapitału ludzkiego, możliwość wykorzystania środków UE oraz wysoki poziom przedsiębiorczości Polaków. Barierą na tej drodze może się okazać mała liczba liczących się ośrodków naukowych, niski poziom zaufania społecznego, duży dystans technologiczny wielu branż, niski poziom kompetencji u starszych osób oraz starzenie się społeczeństwa.

Bardzo dobry I kwartał dla polskiej branży motoryzacyjnej

Po udanym dla branży motoryzacyjnej 2016 roku, I kwartał br. przyniósł kolejne wzrosty rejestracji pojazdów. W tym okresie zarejestrowano w Polsce 125,9 tys. nowych samochodów osobowych, 14,6 tys. aut dostawczych, 6,2 tys. samochodów ciężarowych oraz 2,9 tys. motocykli i 3,7 tys. motorowerów. Bardzo dynamicznie rośnie liczba rejestracji aut z alternatywnym napędem. Dużą popularnością cieszyły się także samochody z segmentu E, minibusy, małe i średnie SUV-y oraz kombivany. W I kwartale 2017 r. dobry wynik wypracowały też fabryki motoryzacyjne ulokowane w Polsce. Z taśm montażowych zjechało 202,5 tys. pojazdów samochodowych, co oznacza wzrost o 7,3% r/r.

Rośnie liczba rejestracji samochodów osobowych dokonywanych przez klientów indywidualnych

W I kwartale 2017 roku zarejestrowano w Polsce 125,9 tys. nowych samochodów osobowych, tj. o 21,2 tys. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku i o 11,2% więcej niż w poprzednim kwartale. Pomimo, że popyt jest nadal generowany głównie przez klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali od stycznia do marca o 24,6% aut więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, zaobserwowano również większą aktywność klientów indywidualnych (osób prywatnych i wśród nich również prowadzących działalność gospodarczą). Rejestracje aut osobowych w pierwszym kwartale tego roku wzrosły w tej grupie o 13,4%. Takie tempo wzrostu przyczyniło się do zwiększenia ich udziału w całym rynku do 36%.

Nieustannie obserwujemy dynamiczny wzrost liczby rejestracji samochodów premium – w okresie od stycznia do marca ich sprzedaż zwiększyła się o ponad 30% i wyniosła 15,7 tys. szt. Cztery największe marki premium, tj. BMW, Mercedes-Benz Audi oraz Volvo odnotowały wzrost sprzedaży oscylujący wokół 30%. Chociaż wśród nabywców wciąż przeważają firmy i instytucje, które w ostatnim kwartale zarejestrowały aż o 31,3% aut premium więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, to dynamika wzrostu sprzedaży wśród klientów indywidualnych jest również imponująca – nabyli oni w I kwartale o 25,6% więcej aut premium niż przed rokiem. Rynek aut popularnych rośnie nieco wolniej, choć także w zadowalającym tempie. W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku zarejestrowano o 19% pojazdów tej kategorii więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.– mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Dynamiczny rozwój segmentu aut z napędem alternatywnym

W pierwszym kwartale 2017 roku najsilniej wzrósł popyt na minibusy (+112,4%), małe/średnie SUVy (+33,2% r/r), samochody segmentu E (+32% r/r) oraz motorowery (+25,6%).

Dynamiczny rozwój segmentu aut z napędem alternatywnym

Kolejny kwartał z rzędu obserwujemy bardzo dynamiczny rozwój rynku aut z napędami alternatywnymi (nie licząc napędu na gaz ziemny czy lpg) – w pierwszym kwartale 2017 roku liczba rejestracji wzrosła o 95,7% i wyniosła 4,9 tys. Od stycznia do marca tego roku sprzedano zatem prawie tyle samo aut z napędem alternatywnym, co przez pierwsze dwa kwartały 2016 roku. Nadal zdecydowanie najpopularniejsze są hybrydy, które odpowiadają za 95,7% nowych rejestracji w tej grupie. Słabsza była dynamika sprzedaży samochodów elektrycznych (w tym hybryd plug-in), których zarejestrowano o 5% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Podobnie jak w poprzednich latach, w I kwartale 2017 roku najpopularniejszymi samochodami osobowymi były auta klasy C, których zarejestrowano 37,1 tys., co oznacza wzrost o 19% w stosunku do I kwartału 2016 roku – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Spadki w segmentach samochodów ciężarowych, wzrosty na rynku naczep i przyczep

Przez pierwsze trzy miesiące br. zarejestrowano 14,6 tys. nowych samochodów dostawczych (o DMC<=3,5t), czyli o 4,7% więcej niż przed rokiem. Rejestracje samochodów ciężarowych zmniejszyły się o 0,9% r/r, do poziomu 6,2 tys. sztuk. Za spadek odpowiadają przede wszystkim pojazdy o DMC>16t. Rynek nowych przyczep i naczep o masie całkowitej powyżej 3,5t wzrósł z kolei o 8,1% – w pierwszym kwartale zarejestrowano 6,3 tys. sztuk. O 7,2% wzrosła także liczba rejestracji nowych autobusów (DMC>3,5t), których od stycznia do marca zarejestrowano 0,5 tys. sztuk.

W I kwartale 2017 r. o 8,1% wzrósł rynek nowych naczep i przyczep o masie całkowitej 3,5t. Zarejestrowano łącznie 6,3 tys. sztuk pojazdów. Jeszcze większe wzrosty odnotowaliśmy w segmencie naczep – 9,1%rdr. Te dobre wyniki uzyskane przez polską branżę to przede wszystkim zasługa stabilnej, bardzo dobrej kondycji całego sektora transportowego w naszym kraju. Rynek od wielu miesięcy utrzymuje bardzo wysoki wolumen sprzedaży. W segmencie naczep wszyscy liderzy rynku odnotowali poprawę wyników w porównaniu do ubiegłego roku.

Spadki w segmentach samochodów ciężarowych, wzrosty na rynku naczep i przyczep

Rośnie rynek motorowerów

W pierwszym kwartale 2017 roku zarejestrowano 2,9 tys. nowych motocykli, czyli o 21,3 % mniej niż w analogicznym okresie 2016 roku.

Pierwsze trzy miesiące tego roku przyniosły odbicie w kategorii motorowerów, których sprzedaż zwiększyła się o 25,6% w stosunku do I kwartału 2016 roku. Był to zarazem pierwszy kwartał, w którym odnotowano wzrost od 2014 roku, kiedy nastąpiła zmiana w przepisach, pozwalająca kierować motocyklem do 125 centymetrów sześciennych posiadaczom prawa jazdy kat. B, a także zmiana przepisów homologacyjnych. Jest to wynik jednak bardzo skromny wobec osiągniętego w tym samym czasie w 2014, a nawet w 2015 roku. W minionym kwartale spadła za to liczba rejestracji motocykli, o 21,3% do poziomu 2,9 tys. sztuk. Wynik ten jednak jest wciąż dobrym rezultatem szczególnie w odniesieniu do okresu sprzed 2014 roku – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Dynamicznie rośnie produkcja w fabrykach ulokowanych w Polsce

W pierwszym kwartale 2017 roku odnotowano wzrost produkcji we wszystkich kategoriach – ogółem wyprodukowano w Polsce 202,5 tys. pojazdów samochodowych, aż o 7,3% więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Najbardziej dynamicznie rosła produkcja autobusów – od stycznia do marca zjechało z taśm montażowych 1,4 tys. sztuk, o 36,1% więcej niż przed rokiem. Podobną dynamiką charakteryzowała się produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych, która wyniosła 43,1 tys. sztuk i była o 30% większa r/r. Nieco wolniej rosła produkcja aut osobowych – w tej kategorii zanotowano wzrost o 7,3% do 158,1 tys. sztuk.

Dane za pierwszy kwartał 2017 roku są bardzo optymistyczne i wskazują, że w całym roku możemy mieć najlepszy wynik w produkcji od kilku lat. Sytuacji tej sprzyja rosnący popyt na auta w Europie – od stycznia do marca zarejestrowano w Unii Europejskiej 4,1 mln aut, co oznacza wzrost o 8% w stosunku do poprzedniego roku. Warto podkreślić, że pierwszy kwartał tego roku był najlepszym pierwszym kwartałem od 2011 roku – komentuje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Wzrost eksportu produktów motoryzacyjnych

Aktualne dane Eurostatu pozwalają także podsumować eksport motoryzacyjny z Polski w całym 2016 roku. Przez 12 miesięcy wyeksportowano produkty motoryzacyjne o wartości 30,4 mld euro. Wartość eksportu pojazdów, przyczep i naczep wyniosła 10,9 mld euro (+11,4% r/r). Największy udział mają jednak wciąż podzespoły, części i akcesoria motoryzacyjne – w ich przypadku wartość eksportu wzrosła do 19,5 mld euro (+7,5% r/r).

Umiarkowany wzrost płacy minimalnej w 2018 roku

Podwyżka płacy minimalnej w przyszłym roku powinna być adekwatna do wzrostu wydajności pracy – uważa Konfederacja Lewiatan. Pracodawcy czekają na prognozy makroekonomiczne rządu, które posłużą do wypracowania ostatecznego stanowiska w sprawie podwyżki minimalnego wynagrodzenia.

Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan

– W tym roku płaca minimalna wynosi 2 tys. zł. Przy średnim wzroście wydajności pracy rzędu dwóch procent i dwuprocentowej inflacji optymalna byłaby podwyżka rzędu 80 zł. Pamiętajmy, że bezrobocie jest rekordowo niskie, ale prawdziwym problemem jest mała aktywność zawodowa. Spośród 31,5 mln dorosłych Polaków pracuje tylko 16,3 mln osób. Zbyt duża podwyżka płacy minimalnej utrudni aktywizację osób o niskich kwalifikacjach, szczególnie w biednych regionach, ponieważ zniechęci do zwiększenia zatrudnienia mikroprzedsiębiorców, którzy nie mają możliwości podniesienia cen swoich usług – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Zbyt szybki wzrost minimalnego wynagrodzenia wymusza nieuzasadnioną wzrostem wydajności pracy podwyżkę wynagrodzeń wyższych od minimalnego, ponieważ relacja płac w przedsiębiorstwach musi odzwierciedlać wydajność pracowników, i w konsekwencji skłania przedsiębiorców do nieoficjalnego zatrudniania pracowników. Czy rząd jest przygotowany do skuteczniejszego zwalczania szarej strefy, która stanowi nieuczciwą konkurencję dla pozostałych przedsiębiorców?

Czy raportowanie niefinansowe pokazuje inwestorom prawdziwą wartość przedsiębiorstwa?

Zdaniem 92% prezesów, w długim okresie czasu, kwestie pozafinansowe od zmiany klimatu po efektywność zarządów, będą miały realny i mierzalny wpływ na przedsiębiorstwa. Według ankietowanych w badaniu EY Czy raportowanie niefinansowe pokazuje inwestorom prawdziwą wartość przedsiębiorstwa? do tej pory firmy nie traktowały kwestii środowiskowych i społecznych jako istotnego obszaru działalności. Według ¾ badanych, głównym czynnikiem motywującym spółki do raportowania danych niefinansowych jest budowanie pozytywnej opinii o firmie wśród klientów. Na drugim miejscu znalazły się wymogi formalne.

Raportowanie niefinansowe rozwija się od końca lat 90. XX wieku. Ujawniane wtedy informacje zajmowały zaledwie kilka stron, dzisiaj raporty są często dłuższe od rocznego sprawozdania. W grudniu 2015 roku Laurence Fink, prezes Black Rock (amerykańskiej firmy zarządzającej aktywami o wartości 4,6 bln USD) zwrócił się do prezesów firm wchodzących w skład indeksu S&P500 z prośbą, by na poważnie potraktowali ujawnienia dotyczące wpływu na środowisko naturalne i społeczeństwo oraz ładu korporacyjnego (ESG – environmental, social and governance). Jego zdaniem ESG przynosi wymierne korzyści. Ponad 80% inwestorów badanych przez EY zgadza się z apelem Finka.

– Fink wzywał też do skoncentrowania się na długoterminowym budowaniu wartości (zamiast na krótkoterminowych wypłatach dywidend) i otwartości w prezentowaniu strategii biznesowych – mówi Rafał Hummel, szef Działu Climate Change and Sustainability Services, EY. – To pod jego wpływem rządy, regulatorzy i twórcy standardów raportowania dyskutują o zrównoważonym rozwoju i sposobach jego odzwierciedlania w raportach – dodaje.

Czy inwestorzy patrzą na ESG?

68% respondentów badania EY przyznaje, że ESG często lub czasami ogrywa znaczącą rolę w procesie podejmowania decyzji o inwestycji. W 2015 roku twierdziło tak 52%.

raportowanie niefinansowe (1)

16% spośród tych, którzy nie biorą ESG pod uwagę, przyznaje, że nie jest przekonanych o wpływie ujawniania takich informacji na wyniki przedsiębiorstwa.

Inwestorzy chcą więcej

42% inwestorów, którzy nie biorą pod uwagę informacji o ESG narzeka, że niefinansowe informacje albo w ogóle nie są ujawniane, albo są niespójne i niesprawdzone. W 2015 roku sądziło tak tylko 32% badanych.

raportowanie niefinansowe (3)

80% wszystkich respondentów uważa, że firmy niewystarczająco pokazują ryzyko związane z ESG, w tym przede wszystkim związane z aktywami, które są poza akceptowalnym poziomem dopuszczalnego ryzyka, wynikającymi ze zmieniających się regulacji, oczekiwań społecznych czy warunków środowiskowych. Takie aktywa to powód, dla którego aż 60% inwestorów zmniejszyło w ciągu ostatnich 12 miesięcy swoje zaangażowanie lub zamierza dokładnie przyjrzeć się tym aktywom w przyszłości.

39% twierdzi, że nie zainwestuje w firmę, która ma słaby ład korporacyjny, a 58% nie wyklucza wycofania się z tego właśnie powodu. 32% nie wyobraża sobie udziału w przedsięwzięciu, które narusza prawa człowieka.

20% badanych wymienia kwestie związane z ograniczeniem możliwości weryfikowania informacji – dlatego inwestorzy najbardziej cenią sobie informacje ujawniane przez zarząd lub komitet audytu.

Szukanie motywacji

Inwestorzy zastanawiają się też, co może zmotywować firmy do dokładnego raportowania niefinansowego. Uważają, że głównymi powodami powinno być budowanie relacji z klientami oraz zgodność z regulacjami.

raportowanie niefinansowe (2)

– Firmy, które przodują w raportowaniu ESG narzekają, że jest ich za mało, więc inwestorzy nie mogą zrobić dobrej analizy porównawczej – mówi Robert Sroka, Menedżer w Dziale Climate Change and Sustainability Services. – Ale, dodaje, ESG wpływa na cenę akcji, więc coraz więcej przedsiębiorstw zaczyna raportować dane niefinansowe nie tylko raz w roku, ale nawet raz na kwartał.

Konferencja Klimatyczna w Paryżu (COP21)

27% badanych przez EY inwestorów uważa, że ustalenia COP21 zdecydowanie wpłyną na zwiększenie raportowania obejmującego działania firm na rzecz ograniczenia emisji CO2 i związanego z tym zarządzania ryzykiem. 58% sądzi, że COP21 tylko częściowo zintensyfikuje taką sprawozdawczość.

– Bez wątpienia wymogi regulacyjne wynikające z COP21 wywołają rewolucję w sektorze energetycznym – mówi Rafał Hummel. – Firmom energetycznym wydaje się, że mają 10-15 lat na dostosowanie się, ale technologia powoduje, że ten czas skraca się o połowę.

O czym informować?

Na początku wprowadzenia ESG inwestorów interesowało przede wszystkim zdrowie i bezpieczeństwo robotników w przemyśle ciężkim. Dzisiaj zwracają uwagę na zmieniające się oczekiwania społeczne, wpływ przełomowych technologii, zmiany demograficzne, niedobory wody i innych zasobów naturalnych, zmiany klimatyczne, a także pokryzysowe wynagrodzenia zarządów.

– Nawet cyberbezpieczeństwo jest częścią ESG – mówi Grzegorz Idzikowski, Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć EY, gdyż jest związane z ładem korporacyjnym oraz zarządzaniem i zapobieganiem wyciekowi danych. Dodatkowo inwestorzy są wyczuleni na ryzyko ujawnienia danych osobowych – dodaje.

Dla badanych przez EY inwestorów najważniejsza jest społeczna odpowiedzialność i to, w jaki sposób firmy podchodzą do swoich obowiązków regulacyjnych, etycznych i ekonomicznych. 35% uznało to za bardzo ważną kwestię, a 57% za ważną. Podobnie (31% i 60%) traktują podejście firm do żądań klientów dotyczących szerokiego dostępu do informacji.

O badaniu

Badanie zostało przeprowadzone przez Institutional Investor’s (II) Research Lab, na zlecenie EY. 42% respondentów pochodziło z regionu Europy, Afryki, Indii oraz Bliskiego Wschodu. 27% z obu Ameryk, a 25% z regionu Azji i Pacyfiku.

38% zarządza aktywami o wartości od 1 do 5 mld USD. 17% ma aktywa o wartości do 10 mld USD, a 17% – 50 i więcej miliardów USD. Dominowali przedstawiciele banków oraz firm zarządzających aktywami. 13% to firmy rodzinne, a 9% to fundusze emerytalne.