Korekta kursu złotego wobec głównych walut. Surowce w dół

Dzisiaj odbywają się wybory prezydenckie w Korei Południowej. Na rynkach po ostatnich wzrostach trwa korekta ostatniego optymizmu. Dobre dane z Czech, mieszane dane z Niemiec.

Wybory w Korei

Dzisiaj w Korei Południowej odbędą się wybory prezydenckie. Poprzednia Pani prezydent została odwołana po korupcyjnym skandalu. Pani prezydent nie pełni już swoich obowiązków od 5 miesięcy, a głównym powodem był nadmierny wpływ jednej z doradczyń, która jak się okazuje dbała głównie o własny interes. W tle wyborów jest intensyfikacja napięcia na granicy z północnym sąsiadem, który znów przeprowadza próby balistyczne. Po ujawnieniu skandalu waluta Korei Południowej straciła na wartości. Od tego czasu jednak weszła w trend wzrostowy i odrobiła straty. Ostatnie dni z kolei to kolejna przecena. Ruch ten nie może dziwić i jest powodem niepewności rynków co do wyboru obywateli.

Korekta na złotym

Często na rynkach jest tak, że po długim ruchu wzrostowym przychodzi czas na spadki. Nie inaczej jest obecnie na złotym. Ostatnie dni umacniał się na fali dobrego klimatu na rynkach w związku z wyborami we Francji. Wczoraj jednak zaczął tracić. Euro dotarło do 4,23 zł, frank został na 3,87 zł, głównie ze względu na osłabienie franka na rynkach względem głównych walut. Dolar podrożał o 4 grosze do 3,87 zł a funt przekroczył 5 zł.

Surowce w dół

Uspokojenie na rynku, którego jesteśmy świadkami po wyborach we Francji to nie tylko waluty. To również surowce. Przeważnie na rynku ejst tak, że wraz ze wzrostem ryzyk w górę idą surowce, a szczególnie złoto. Odwrotna sytuacja ma miejsce jak na rynkach się uspokaja. Wtedy surowce spadają. Od początku maja widzimy wyraźny ruch. Złoto spadło z 1275 dolarów do 1225 dolarów za uncję.

Dane makroekonomiczne

Rano poznaliśmy dane makroekonomiczne z Niemiec. Dobrze wypadły dane na temat wymiany handlowej. Zarówno import jak i eksport wzrosły powyżej oczekiwań. Gorzej z kolei wypadła produkcja przemysłowa, która w skali roku wypada gorzej od oczekiwań a w ujęciu miesięcznym wręcz spadła. Dobrze z kolei wypadły dane na temat sprzedaży detalicznej z Czech. Parametr ten u naszych południowych sąsiadów sprzedaż rośnie o 7,8%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Budowanie marki osobistej – zasady, porady i inspiracje tylko dla kobiet

Jak budować markę osobistą, gdy jest się kobietą? Jakie narzędzia wykorzystać do promowania swojej eksperckości? Tym razem krakowskie spotkanie „Kobieta w Biznesie” obfitowało w treści i inspirujące wywiady z zakresu personal brandingu.

Kobieta w Biznesie Fot. Ewa HajdukPrzedsiębiorcze Krakowianki na stałe wpisały w swoje kalendarz wydarzenie „Kobieta w Biznesie”, organizowane przez Anetę Wątor. Na kwietniowym spotkaniu, w którym uczestniczyło ponad 100 kobiet zaangażowanych w prowadzenie własnego biznesu, udało zgromadzić się szereg gości, jacy podzielili się swoją wiedzą z zakresu budowanie marki osobistej.

Kwietniowa edycja rozpoczęła się od prezentacji specjalistów z agencji ContentHouse (Diana Drobniak i Michał Grzebyk), którzy opowiedzieli, jak budować markę osobistą, wykorzystując content marketing. Uczestniczki poznały praktyczne porady, narzędzia i zasady, a także szereg przykładów osób, które swój personal brand oparły o tworzenie i dzielenie się wartościowymi treściami w sieci.

Mając wiedzę, jaką tworzyć dobry content, przedsiębiorcze kobiety dowiedziały się, jak za pomocą SMS-ów i e-mail pozyskać serca oraz oddanie obserwatorów. W tajniki e-mail marketingu wprowadziła ich Karolina Bednarz z firmy FreshMail. Uczestniczki mogły poznać nie tylko sposoby na budowanie listy odbiorców, ale również sposoby wykorzystania personalizowanych SMS-ów do komunikacji z odbiorcami.

Zofia Kulewicz Fot. Ewa HajdukGośćmi specjalnymi wydarzenia były dwie krakowskie osobiste stylistki: Joanna Kieryk, znana pod pseudonimem Plamkaa, blogerka modowa, zawodowo specjalista ds. marketingu i social media w jednej z popularnych firm obuwniczych oraz Zofia Kulewicz – osobista stylistka, która profesjonalnie zajmuje się budowaniem wizerunku zewnętrznego kobiet i mężczyzn. Wywiady z gośćmi specjalnymi to najbardziej inspirująca część spotkania.

Organizatorzy „Kobieta w Biznesie” kładą mocny nacisk na networking, dlatego oprócz klasycznej przerwy, w czasie której można wymienić się wizytówkami, wprowadzono również możliwość zaprezentowania własnego biznesu na forum. Dzięki temu wszyscy uczestnicy mogą poznać się nawzajem.

Najbliższe spotkania „Kobieta w Biznesie” odbędą się już 24.05.2017 r. w Trójmieście, 8.06.2017 – w Poznaniu, a 22.06 – znowu w Krakowie.

Testy psychologiczne w rekrutacji. Wymóg czy moda?

Testy psychologiczne są obowiązkowym elementem rekrutacji w policji, wojsku czy na lotniskach. Ostatnio stały się też modne podczas rekrutacji na stanowiska menadżerskie i wymagające pracy w zespole. Źle przeprowadzone mogą jednak odstraszyć kandydatów do pracy.

Jest aż 36 rodzajów prac, których podjęcie wiąże się z koniecznością przejścia testów potwierdzających sprawność psychofizyczną. Określa je Minister Pracy i Polityki Socjalnej rozporządzeniem z dnia 28 maja 1996 r. I tak na testy psychologiczne muszą zgodzić się osoby wykonujące prace przy obsłudze np. platform hydraulicznych i żurawi wieżowych. Na liście są też kierowcy autobusów i pojazdów przewożących materiały niebezpieczne oraz motorniczowie tramwajów. Badania czekają pilotów, maszynistów wiertniczych, nawigatorów lotniczych i mechaników pokładowych, ale też kaskaderów, treserów dzikich zwierząt i akrobatów cyrkowych.

W przypadku zawodów z ministerialnej listy wymóg przeprowadzania testów psychologicznych w procesie rekrutacji jest bezdyskusyjny. Od koncentracji i bystrości umysłu nawigatora lotów zależy bowiem życie załogi i pasażerów. Podobnie, tylko osoby stabilnie emocjonalnie, mogą mieć dostęp do broni i móc pracować w policji lub wojsku.

Testy psychologiczne do pracy w międzynarodowej korporacji

O ile starając się o pracę w zawodach z ministerialnej listy, uczestnictwo w tego typu testach jest niezbędne, o tyle udział w nich podczas rekrutacji do pracy w korporacji, powinien być dobrowolny – podkreśla Joanna Żukowska, ekspertka serwisu z ofertami pracy MonsterPolska.pl.

W praktyce, zwłaszcza w międzynarodowych firmach, to coraz częściej wymagana część rozmowy o pracę. W korporacjach zwykle daje się kandydatowi do wypełnienia kwestionariusze osobowości lub przeprowadza się testy umiejętności (albo jedno i drugie) – tłumaczy ekspertka.

Pierwsze mają dać pracodawcy ogląd, jaki poziom ugodowości albo konfliktowości ma w sobie kandydat, jakie ma sposoby rozwiązywania konfliktów czy podejmowania decyzji. Testy umiejętności mają zaś odpowiedzieć szefostwu czy np. kandydat ma w sobie potencjał sprzedażowy albo negocjacyjny. Mierzą też, czy osoba ma zdolności do pracy w międzynarodowym, różnorodnym środowisku.

Testy psychologiczne mają wartość, gdy przeprowadzają je psychologowie, czyli eksperci w danej dziedzinie. Fatalnym błędem, który popełniają firmy, jest przeprowadzanie „badań” na własną rękę w oparciu o gotowe formularze, bez umiejętności ich odpowiedniej interpretacji. Komiczną wręcz sytuacją jest ta, w której w rolę psychologa postanawia wcielić się szef i poszukuje on kandydata, przeprowadzając quasi-psychologiczną pogadankę na rozmowie kwalifikacyjnej. Taką psychozabawą można skutecznie odstraszyć kandydata.

Pytania jak z serwisu randkowego

– Jakiś czas temu starałam się o pracę w sprzedaży, w średniej wielkości firmie działającej głównie na rynku warszawskim. Po tym, jak wysłałam CV, otrzymałam do wypełnienia test z kilkudziesięcioma pytaniami i dobę na jego wypełnienie. Przeczytałam kilka pierwszych pytań i zrezygnowałam z dalszego procesu rekrutacji. Jedno z pytań, które mnie odrzuciło, dotyczyło tego, z iloma mężczyznami mogłabym, umawiać się jednocześnie na randki. Pojawiło się też pytanie o to, czy określiłabym się jako uległą czy jako drapieżną. Miałam wrażenie, że „test psychologiczny” został pobrany z serwisu randkowego – opowiada 31-letnia Marta, która bardzo szybko utwierdziła się, że dobrze zrobiła, rezygnując z wypełniania testu. – Po 24 godzinach otrzymałam maila od oburzonego szefa, że uważa za skandaliczne, że nie odesłałam wypełnionego testu w ciągu wyznaczonej przez niego doby. Uznałam, że mam do czynienia z despotyczną osobą i dalsza korespondencja nie ma sensu – dodaje.

Testy psychologiczne wykorzystywane w rekrutacji nie powinny naruszać strefy komfortu kandydata, a zdobyta wiedza nie powinna być wykorzystana przeciwko przyszłemu pracownikowi. Mają one za zadanie odpowiedzieć firmie, czy kandydat odnajdzie się na proponowanym stanowisku.

Dobrze przeprowadzone testy psychologiczne mogą przynieść korzyści obu stronom. Firma zyska idealnego pracownika, a ten nową wiedzę o sobie – podsumowuje Żukowska z serwisu MonsterPolska.pl.

Kurs złotego do funta, euro i dolara 09.05.2017

Po długim majowym weekendzie, po wyborach prezydencjach we Francji oraz majowych danych z rynku pracy USA na rynku złotego zaszły spore zmiany. Doszło do realizacji zapowiadanego przez nas umocnienia się złotówki do bardzo istotnych poziomów, po czym nastąpiła pierwsza reakcja osłabiająca polską walutę.

Kurs euro do złotego EURPLN

Kurs euro do złotego EURPLNZa euro 3 i 8 maja płaciliśmy najmniej od września 2015 roku tj. poniżej 4,19. Cena zareagowała na poziomie 127,2 ostatniego impulsu wzrostowego, a wielkość korekcyjnej reakcji na ponad 3 grosze daje sygnał do dużej aktywacji zleceń buy. Zrealizowanie się proeuropejskiego scenariusza wyborów prezydenckich we Francji, powinno przynajmniej na pewien czas osłabić euro na szerokim rynku, ponieważ inwestorzy już przed II turą wyborów wyceniali taki wynik. Zwycięstwo Emmanuela Macrona nie wzmocni jednak złotego, gdyż rynek zacznie wyceniać ryzyka związane z wyborami parlamentarnymi we Francji. Dodatkowo zapowiedzi Macrona o Europie dwóch prędkości i osobnym wspólnym budżecie krajów strefy euro będą wpływać niekorzystnie na polską walutę. Wczoraj doszło do realizacji zysków, przez co cena testowała poziom 4,23. W przypadku dalszych wzrostów oporem będzie mierzenie 61,8% Fibo ostatniego impulsu spadkowego. W przypadku jego pokonania oporem będzie bardzo ważny poziom 4,26, gdzie wypada równość korekt w trendzie spadkowym, głębokie mierzenie 78,6% Fibo ostatniego impulsu spadkowego i strefa price action. W przypadku spadków wsparciem pozostają ostatnie lokalne dołki.

Kurs dolara do złotego USDPLN

Kurs dolara do złotego USDPLNZeszłotygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy były w cieniu niepewności związanej z wyborami we Francji. Od poniedziałku inwestorzy zwrócili swe oczy ku dolarowi i zaczęli wyceniać prawdopodobieństwo czerwcowej podwyżki stóp procentowych. Będzie to miało zdecydowanie ogromne znaczenie na notowania par walutowych denominowanych do dolara, w tym także do złotego. W kwietniu wielokrotnie wspominaliśmy, iż jest duże prawdopodobieństwo, iż punktem zwrotnym na tej parze będzie techniczny poziom 3,82 i tak też się stało. Popyt zdecydowanie zareagował i doszło do korekty na ponad 5 groszy w ciągu jednej sesji. Warto przypomnieć, że znajdujemy się w strefie popytowej pomiędzy mierzeniami 78,6% a 88,6% Fibo z szerokiego interwału W1, gdzie cena w poprzednich dwóch przypadkach reagowała. Dodatkowo po raz kolejny przetestowaliśmy linię trendową wyrysowaną po dołkach z sierpnia 2015, marca i sierpnia 2016. W krótkim terminie powinno dojść do dalszych wzrostów z oporem na 3,89, gdzie znajduje się strefa ZZB. W przypadku dalszych wzrostów celem dla ceny będzie poziom 3,94. W przypadku spadków wsparciem pozostaje poziom lokalnych dołków przy 3,82.Kurs dolara do złotego USDPLN wykres

Kurs funta do złotego GBPPLN

Kurs funta do złotego GBPPLNFunt podobnie jak euro i dolar zaksięgował techniczne poziomy, po czym nastąpiło odbicie. Reakcja na funcie jest na ponad 5 groszy i należy się spodziewać dalszego podbijania ceny. Wskazywaliśmy, iż mamy do czynienia z dużo i małą formacją oRGR, które w przypadku dalszych wzrostów zostaną potwierdzone. Celem dla byków jest poziom 5,12, czyli poziom szyi mniejszego oRGR. W przypadku spadków cena kolejny raz może przetestować poziom 4,95.

źródło: opracowanie ergokantor.pl

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Klienci chcą spersonalizowanego kontaktu

Analiza procesów zakupowych wyraźnie pokazuje, że współcześni konsumenci przenikają pomiędzy różnorodnymi kanałami komunikacji z firmą – tradycyjnymi i cyfrowymi – pozostawiając po sobie niezliczone zasoby danych, układających się w ich profil zachowań. Z drugiej strony firmy stoją przed wyzwaniem związanym z precyzyjną oceną tych danych i poznaniem oczekiwań swoich nabywców. Obecnie obserwujemy aktywny rozwój platform Customer Intelligence, które łączą zaawansowaną technologię i analitykę z rozwiązaniami marketingowymi, umożliwiającymi analizę i lepsze zrozumienie danych, a także prognozowanie przyszłych zachowań konsumentów.

Rozmowa z konsultantem przez infolinię, wizyta w sklepie stacjonarnym i finalny zakup w Internecie to coraz częstszy scenariusz, według którego kupujemy produkty i usługi. Jedno działanie klienta łączy się z kolejnym, tworząc ślad dokumentujący schemat podejmowania decyzji prowadzących do zakupu. Klienci oczekują, że oferty firmy będą w pełni dostosowane do ich indywidualnych potrzeb, przedstawione w odpowiednim momencie i w ulubiony sposób, np. na Facebooku lub jako wiadomość wysłana na telefon komórkowy.

Intuicja przegrywa z siłą danych

Kontakt klienta z marką charakteryzuje ciągła interakcja, zarówno za pośrednictwem cyfrowych, jak i niecyfrowych punktów styku oraz regularna dostępność treści i zachęt do podejmowania decyzji. Za każdym klientem ciągnie się ogromny strumień informacji, których właściwa analiza umożliwia podejmowanie trafnych i szybkich decyzji. W tak złożonym środowisku decyzje oparte jedynie na przeczuciu okazują się mało precyzyjne.

Analiza zachowań i oczekiwań konsumentów oraz korzystanie z jednoznacznych, wymiernych informacji zamiast doświadczenia i intuicji umożliwiają zyskanie zaufania konsumentów, a co więcej poprawę efektywności kampanii marketingowych i sprzedażowych – mówi Dariusz Jańczuk, Senior Business Solutions Manager w SAS. Customer Intelligence to rozwiązanie pozwalające na usprawnienie kampanii marketingowych, w ramach którego możliwość dokonywania szybkich zmian, zgodnie z potrzebami klienta, staje się jednym z czynników decydujących o przewadze konkurencyjnej.

Walka o klienta z wysokim IQ

Według analiz firmy doradczej McKinsey[1] przedsiębiorstwa, które w zaawansowanym stopniu wykorzystują rozwiązania Customer Analytics, generują zdecydowanie lepsze wyniki w porównaniu do konkurencji. Osiągają one wyższe zyski o 93%, a ich sprzedaż jest większa aż o 82% w porównaniu z konkurentami stosującymi rozwiązania analityczne w mniejszym stopniu.

Customer Intelligence pozwala na tworzenie długoterminowych strategii sprzedaży poprzez optymalizację ścieżki zakupowej konsumenta, bez względu na to, czy dokonuje on zakupów online, czy offline. Specjaliści z dziedziny marketingu mogą dzięki temu odpowiedzieć na potrzeby klienta w czasie rzeczywistym oraz zaproponować produkt lub usługę zgodną z jego oczekiwaniami, niezależnie od tego, czy preferuje on formę cyfrową, czy analogową.

Internet sprawił, że możemy nabyć dowolną rzecz czy usługę dosłownie jednym kliknięciem myszki, nie ruszając się przy tym z domu. Komunikacja z klientem wyszła poza tradycyjny sklep i przeniosła się na czaty, smsy i do call center. Customer Intelligence pozwala zrozumieć i uporządkować ten złożony świat interakcji z klientem. Co więcej, pozwala dostosować decyzje do kontekstu w jakim działa klient oraz czasu i momentu, kiedy właśnie ma wybrać nasz produkt – dodaje Dariusz Jańczuk.

Słuchaj, zrozum i działaj

Kompleksowa strategia Customer Intelligence opiera się na trzech kluczowych etapach: słuchaniu, zrozumieniu i działaniu.

Etap słuchania to moment integracji danych online i offline, dotyczących zachowania określonego klienta, pozwalający zidentyfikować jego oczekiwania wobec firmy. Konsumenci, bez względu na sposób interakcji (za pośrednictwem call center, poprzez formularz online czy kontakt osobisty), oczekują indywidualnej obsługi i dopasowania do bieżącego kontekstu. W efekcie uzyskujemy kompletną i unikalną bazę wiedzy o klientach.

Etap zrozumienia polega na interpretacji posiadanych danych. Wszelkie informacje z nawiązanego kontaktu online i offline są integrowane, filtrowane i przekazywane do poszczególnych działów firmy. Dane te są odczytywane i analizowane za pomocą odpowiednich algorytmów analitycznych. Zasadniczą zaletą etapu zrozumienia jest możliwość tworzenia nie tylko spersonalizowanych ofert dla klientów, ale także odpowiadanie na ich potrzeby w czasie rzeczywistym.

Etap działania to moment wdrożenia planów marketingowych, których celem jest poprawa doświadczeń klientów (eng. Customer Experience). Koncentrujemy się wówczas na zarządzaniu i organizacji wszystkich kanałów kontaktu z klientem w celu przedstawienia spersonalizowanej oferty zanim klient zda sobie sprawę z tego, że jej potrzebuje.

Źródło:

E-book: Jak usprawnić kampanie marketingowe przy pomocy Customer Intelligence?

[1] McKinsey, Why Customer Analytics matter, 2016

Za mało wakatów na polskim rynku pracy. Jesteśmy w ogonie UE

Liczba wolnych miejsc pracy w Polsce w ciągu ostatniego roku zwiększyła się o 22 proc. Mimo to w całej Unii Europejskiej niższy odsetek wakatów niż Polska mają obecnie tylko Cypr i Grecja – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, na koniec IV kwartału 2016 r. w Polsce było 78 tys. wolnych miejsc pracy. To o 14 tys. więcej niż rok wcześniej w tym samym czasie. Kolejne korzystne zmiany? Utworzono o 2,2 proc. więcej nowych miejsc pracy, zlikwidowano o 19,7 proc. mniej.

Rynek potrzebuje specjalistów

Wakaty nie rozkładały się równomiernie na wszystkie branże czy regiony kraju. Najwięcej wolnych miejsc pracy na koniec IV kwartału ub.r. odnotowano w przetwórstwie przemysłowym, handlu i naprawie pojazdów oraz transporcie i gospodarce magazynowej. Te trzy branże odpowiadały za ponad połowę (dokładnie 51,9 proc.) wakatów w polskiej gospodarce. Znamienne, że przeciętne wynagrodzenie we wszystkich tych branżach znajdowało się poniżej średniej krajowej.

Wśród poszukiwanych zawodów największym zainteresowaniem cieszyli się robotnicy przemysłowi,  rzemieślnicy, specjaliści, monterzy oraz operatorzy maszyn i urządzeń. Na pracowników biurowych czekało o połowę mniej wolnych miejsc, niż na robotników przemysłowych i rzemieślników, a na przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kierowników – ledwie jedna piąta z całej puli.

Na wschodzie wyższe bezrobocie i niższe płace

Spore dysproporcje w liczbie wolnych miejsc pracy istnieją pomiędzy Polską wschodnią a zachodnią. Wyłączając woj. mazowieckie, w którym powstała niemal jedną czwartą wakatów w całym kraju, wolne miejsca pracy we wschodnich województwach – podlaskim, lubelskim, warmińsko-mazurskim, świętokrzyskim oraz podkarpackim – stanowiły zaledwie 9 proc., podczas gdy zamieszkuje w nich 24 proc. ludności Polski.

Nie powinien zatem dziwić fakt, że w tych województwach panuje wysoki poziom bezrobocia – np. w podkarpackim 9 proc. (najwięcej w kraju), w świętokrzyskim 8,3 proc., a w warmińsko-mazurskim 8 proc. Jeżeli popatrzymy pod kątem wynagrodzeń, przeciętne miesięczne wynagrodzenie dla pozostałych województw było o ok. 15 proc. wyższe niż w wymienionej piątce.

Daleko za Niemcami, na równi z Hiszpanią, przed Grecją

Współczynnik wakatów powstaje po podzieleniu liczby wakatów przez sumę obsadzonych stanowisk pracy oraz liczby wakatów. Odzwierciedla on popyt na pracę, a także potencjalne niedopasowanie (w przypadku wysokiej jego wartości) pomiędzy posadami oferowanymi przez pracodawców a dostępnością ludzi z odpowiednimi kwalifikacjami gotowych do podjęcia pracy. Niski współczynnik może oznaczać słabość danego rynku pracy oraz niższą presję na wynagrodzenia, czyli sytuację, w której pracodawcy nie muszą podnosić pensji, aby zwerbować pracowników.

Ograniczona liczba wolnych miejsc pracy w Polsce nie jest problemem dotyczącym wyłącznie wybranych województw. Najnowsze dane Europejskiego Urzędu Statystycznego (Eurostat) wskazują, że współczynnik wakatów wynosi w Polsce 0,7 proc. Stawia to nasz kraj na równi z Hiszpanią i Portugalią, których rynek pracy nadal pozostaje w słabej kondycji. Niższy współczynnik mają tylko Cypr (0,6 proc.) i Grecja (0,3 proc.), co również jest wypadkową ostatnich kryzysów finansowych, które dotknęły te kraje.

Średnia wartość współczynnika wakatów dla wszystkich krajów Unii Europejskiej wynosi 1,8 proc. W krajach lepiej rozwiniętych gospodarczo (np. w Wielkiej Brytanii) to 2,5 proc., a w Niemczech – 2,6 proc.

Zależność między współczynnikiem a podwyżkami

Ciekawe zjawisko można zaobserwować, porównując wartości tego współczynnika dla Polski i Niemiec. Na początku 2007 r. w Polsce wynosił on 2,1 proc. i od tego czasu spadał nawet do 0,3 proc. w 2012 r. Odwrotna sytuacja miała miejsce w Niemczech: na początku 2007 r. współczynnik wakatów wynosił 1,1 proc. i stopniowo wzrastał przez lata aż do 2,6 proc. – najwyższej wartości dla Niemiec odkąd Eurostat prowadzi statystykę.

Chociaż w polskiej gospodarce – w ujęciu rocznym – rośnie liczba wolnych miejsc pracy, to wciąż pozostaje ona na tyle niska, że może ograniczać wzrost płac. Nie dość, że Polska znajduje się w ogonie Unii Europejskiej pod względem współczynnika wakatów, to wewnętrzne różnice z polskiego rynku pracy dodatkowo mogą pogłębiać i tak już znaczne dysproporcje w wynagrodzeniach pomiędzy województwami.

Możliwa korekta na S&P 500

Większość osób jest pogrążona w euforii. Indeks S&P 500 na nowych szczytach, spółki technologiczne rosną jak oszalałe. Na rynku pojawia się coraz większa ilość „wydmuszek”. Tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość, dlatego należałoby ją schłodzić, a powodów do tego jest bardzo dużo.

Ostatnie wzrosty były napędzane wizją wielkich wydatków socjalnych w Stanach Zjednoczonych oraz euforią wśród społeczeństwa amerykańskiego. Nie możemy również zapomnieć o wyborach we Francji, które przyczyniły się do wzrostów na giełdzie, ale co dalej? Dlaczego rynek ma rosnąć, pomimo tego, że jest bardzo wykupiony? Większość osób spodziewa się przedłużenia obecnych wzrostów bez korekty, co jest mało prawdopodobne.

Statystycznie po takim rajdzie na rynek nadchodziła korekta, która zmniejszała optymizm wśród inwestorów. W nadchodzącym czasie rynek powinien być bardziej zmienny i skłonny do korekty. Głównym tego powodem będzie przewartościowanie giełdy. Kapitalizacja giełdy nowojorskiej wyrażona jako proc. PKB Stanów Zjednoczonych wynosi 107 procent, gdzie w przeszłości przy tych wartościach pojawiał się na horyzoncie rynek niedźwiedzia.

Kapitalizacja giełdy nowojorskiej wyrażona jako proc. PKB Stanów Zjednoczonych

Kapitalizacja giełdy nowojorskiej wyrażona jako proc. PKB Stanów Zjednoczonych

Źródło: Inflation.us

Na powyższym wykresie zobrazowano kapitalizację NYSE na tle PKB Stanów Zjednoczonych. Wartości powyżej 100 procent wskazywały na mocno przewartościowany rynek i nieadekwatny do wielkości gospodarki. Po tak skrajnym przewartościowaniu dochodziło przeważnie do bessy, która znosiła daną wartość poniżej 80 procent.

Niemniej jednak to nie wszystko, popularny wskaźnik EPS (zysk przypadający na jedną akcję) nie wskazuje na dalsze wzrosty, ale kto podczas euforii rynkowe na to patrzy?

12 miesięczny EPS S&P 500

12 miesięczny EPS S&P 500

Źródło: Factset

Na powyższym wykresie przerywaną linią zaznaczono indeks S&P 500. Kolorem ciemniejszym oznaczono 12 miesięczny średni EPS, który wcale nie jest w najlepszej kondycji. Spadający EPS jest spowodowany przez spowolnienie gospodarcze.

Za korektą przemawia również odpływ kapitału z funduszy typu ETF. W poprzednim tygodni traderzy oraz inwestorzy wycofali z indeksu S&P 500 ponad 7.8 miliarda USD, co było największym odpływem kapitału od początku 2016 roku.

SPY, fund flows

SPY, fund flows

Źródło: Bloomberg

Co mogłoby być czynnikiem powodującym przecenę indeksów na świecie? Być może będzie do sąsiad Stanów Zjednoczonych – Kanada, w której problemy zdają się nasilać. Kanada boryka się z dużym problemem wzrostu cen nieruchomości. Sytuacja zaczyna być podobna jak w Stanach Zjednoczonych w 2006 roku. Wszyscy pamiętają co się wtedy działo, jest to efekt niskich stóp procentowych. Home Capital Group – oto pierwsza ofiara. Od 28 marca z instytucji wyparowało ponad 75 procent depozytów, doprowadziło to ją na skraj bankructwa. Akcje tej spółki od początku roku spadły o 80 procent, przecena dotknęła także kanadyjskie banki.

Przecena banków kanadyjskich

Przecena banków kanadyjskich

Źródło: Casey Research

Drugim czynnikiem zapalającym korektę mogą być Chiny. Pomimo tego należy pamiętać, że spekulacja pod korekty w trakcie rynku byka jest bardzo utrudniona.

Notowania S&P 500, wykres tygodniowy

Notowania S&P 500, wykres tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym dotarliśmy do górnej bandy kanału wzrostowego. Pokonanie jej może stanowić wyzwanie, szczególnie po takim rajdzie. Gdyby doszło do wyczekiwanej korekty, to notowania powinny zatrzymać się w okolicy 2245 punktów lub w okolicy 2200 punktów.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Z dużej chmury mały deszcz

Pierwszy dzień po weekendzie przyniósł ożywienie na rynku walutowym. Choć pewnie nie takie jak oczekiwano. Spokojnie było natomiast na rynku akcyjnym, jak też na rynkach towarowych.

Wybory prezydenckie we Francji zakończyły się zgodnie z oczekiwaniami. Wygrana Macrona nie wywołała jednak euforii na rynku. Właściwie to dzień zakończył się spadkami na eurodolarze. Najwidoczniej taki rezultat był już w cenie, a obawy były przesadzone. Jeszcze w piątek wielu brokerów walutowych zmieniało warunki handlu, podwyższając wysokość depozytu zabezpieczającego dla swoich klientów. Ostatecznie, bez fajerwerków, euro straciło do dolara 0.67%.

Na rodzimym rynku akcyjnym miała miejsce nieznaczna przecena. Indeks WIG20 zakończył handel z wynikiem -0.3%. Wczorajszy dzień był ubogi w wydarzenia makroekonomiczne. Podobnie będzie i dzisiaj. Z ważniejszych wydarzeń warto wspomnieć o czwartkowym posiedzeniu Banku Anglii. W piątek natomiast agencja Moody’s powinna ogłosić decyzje w sprawie ratingu dla Polski.

usdcad09052017r

Tymczasem do wyznaczonego limitu doszedł rynek USD/CAD. Limitem tym jest górna linia dużego kanału spadkowego, który biegnie teraz na wysokości 1.38 – pułap ten obniża się. Wskaźnik RSI pokazuje, że do spadków jeszcze daleka droga. Można więc spodziewać się walki i konsolidacji w przedziale 1.3850-1.3500, tuż pod lub wokół wspomnianej linii.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Gry mobilne sprzedają się lepiej od tytułów na konsole i komputery PC. Ich udział w całym rynku może w tym roku osiągnąć wartość ponad 46 mld dol.

Gry mobilne sprzedają się lepiej od tytułów na konsole i komputery PC. Ich udział w całym rynku może w tym roku osiągnąć wartość ponad 46 mld dol.

Gry mobilne cieszą się coraz większą popularnością i pobierane są przez setki milionów użytkowników na całym świecie. Według najnowszych prognoz rynek ten może urosnąć w tym roku o ponad 40 proc. Co ważniejsze, tytuły przeznaczone na smartfony i tablety zdetronizowały już pecety i konsole. Eksperci podają, że w 2016 roku udział gier mobilnych w całym rynku osiągnął wartość 36,9 miliarda dol.​ W tym roku jego wartość może sięgnąć 46,1 mld dol.

Najnowszy raport agencji badawczej Newzoo z prognozami na 2017 rok wskazuje, że przychody branży mają w tym roku wynieść 108,9 mld dol, co oznacza wzrost o 7,8 proc. w stosunku do 2016 roku. Z tej kwoty aż 46,1 mld dol. (42 proc.) przypadnie na gry mobilne. W 2016 roku rynek gier osiągnął łączną wartość 99,6 mld dol., z czego tytuły na tablety i telefony komórkowe stanowiły 36,9 mld dol. (37 proc. całkowitych wydatków użytkowników). Dla porównania komputery PC to wpływy rzędu 31,9 mld dol., zaś konsole – 30,8 mld dol..

Największą popularność zdobywają ostatnio aid-clickery. To tytuły, które same grają, a my skupiamy się tylko na upgrade’owaniu postaci. Ponadto na uwagę zasługują tradycyjne strzelanki i wyścigówki, to nadal są bardzo dobre nisze na rynku gier mobilnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Zwoliński, współzałożyciel firmy T-Bull.

Różnica między grami mobilnymi a tytułami przeznaczonymi na pecety i konsole jest olbrzymia. W przypadku tych drugich sam proces produkcji jest o wiele bardziej skomplikowany, a przy tym bierze w nim udział znacznie więcej osób.

Produkcja gry mobilnej różni się od produkcji na tradycyjne platformy zwykle wielkością zespołu i wymaganiami, jakie gra musi spełniać. Gry na peceta i konsole zawsze będą bardziej wydajne, będą miały lepszą grafikę, która jak najlepiej postara się oddać rzeczywistość. Innymi słowy, w przypadku największych platform do gry wchodzą bardzo skomplikowane produkcje, wręcz gigantyczne. Rynek mobilny to zupełnie inna para kaloszy. Tutaj liczy się przede wszystkim gameplay. Oczywiście to nie oznacza, że mniejsze gry nie mają nic do powiedzenia, a najlepszym tego dowodem jest liczba pobrań liczona w milionach – przekonuje  Grzegorz Zwoliński.

Gry mobilne docierają niemal do każdego użytkownika smartfona czy tabletu, a wszystko dzięki niezbyt wygórowanym wymaganiom sprzętowym, ich dostępności i niskim cenom.

Staramy się dotrzeć do jak największej liczby modeli urządzeń. Nasze gry działają na 12 000 z 12 100 urządzeń, jakie są teraz aktualnie na Androidzie, na wszystkich iOS-owych urządzeniach od telefonu 3G w górę, a także staramy się, aby nasze gry były dostępne wszędzie i dla wszystkich – komentuje Grzegorz Zwoliński.

Jak twierdzi współzałożyciel firmy T-Bull, wyprodukowanie gry na system iOS jest znacznie prostsze niż na platformę Android.

iOS jest prostszą platformą, bo ma 4 czy 5 rozdzielczości obrazu, a przy tym są to bardzo wydajne urządzenia. Jeśli chodzi o Androida, to na produkcję trzeba poświęcić trochę więcej czasu. Stosujemy zasadę, że wydajemy wersję na Androida w 36 odmiennych wersjach, tak aby na każdym z telefonów, tabletów czy innych urządzeń gra działała bardzo dobrze – wyjaśnia Grzegorz Zwoliński.

Rynek gier mobilnych to zdecydowanie najszybciej rozwijający się obszar rynku gier wideo. Nic dziwnego, że gry wrocławskiego studia T-Bull są chętnie pobierane, co przekłada się na dobre wyniki finansowe firmy. W 2016 r. przychody spółki wyniosły 8,5 mln zł wobec 3,9 mln zł wypracowanych w poprzednim roku.

Nasza najbardziej popularna gra to Moto Raider Go. Aktualnie tytuł ten ściągnięto ponad 20 milionów razy. Niedawno Google docenił naszą grę. Została ficzerowana na całym świecie. Teraz znajduje się w 80 krajach na pierwszym miejscu najlepiej ściągających się gier wyścigowych, teraz czekamy, co przyniesie przyszłość. Ale to wszystko rysuje się w bardzo dobrych kolorach – podsumowuje Grzegorz Zwoliński.

Polacy stworzyli linie przewodzące prąd nawet 400 razy cieńsze od ludzkiego włosa. Szykuje się rewolucja w branży fotowoltaiki i wyświetlaczy

Maciej Adamczyk, dyrektor ds. operacyjnych w XTPL

Polska firma XTPL opracowała innowacyjną technologię ultraprecyzyjnego drukowania szerokiej gamy nanomateriałów. Metoda wytwarzania linii przewodzących prąd nawet 400 razy cieńszych od ludzkiego włosa może zrewolucjonizować branżę fotowoltaiki oraz wyświetlaczy. Emisja akcji firmy połączona z wejściem na rynek NewConnect ma sfinansować komercjalizację technologii.

– Firma XTPL rozwija przełomową technologię ultraprecyzyjnego drukowania nanomateriałów do zastosowań w elektronice drukowanej, wszelkiego rodzaju wyświetlaczach oraz w ogniwach fotowoltaicznych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Adamczyk, dyrektor ds. operacyjnych w XTPL.

Opracowana przez polskich naukowców technologia umożliwia stworzenie nowej przezroczystej warstwy przewodzącej prąd (ang. transparent conductive film, w skrócie TCF), która może być stosowana w elektronice, zwłaszcza w produkcji ciekłokrystalicznych wyświetlaczy LCD, cienkowarstwowych ogniw słonecznych oraz ekranów dotykowych.

– Nasza technologia umożliwia drukowanie ultracienkich metalicznych linii na różnych podłożach, które przewodzą prąd. Potrafimy ułożyć w taki sposób strużkę tuszu zawierającego nanocząsteczki srebra, że po potraktowaniu jej zewnętrzną siłą formują się linie do 400 razy cieńsze od ludzkiego włosa, które świetnie przewodzą prąd elektryczny – tłumaczy Adamczyk.

Wartość rynku TCF szacuje się na 5 mld dol. Rocznie wzrasta on o kilkanaście procent i już w 2022 roku rynek powinien przekroczyć wartość 7,5 mld dol. Jak wskazuje przedstawiciel XTPL, firma nie tylko wchodzi na perspektywiczny rynek, lecz także opracowana przez nią innowacyjna technologia pozwala na uniezależnienie od indu, który dotychczas dominował na rynku TFC.

– Tlenek indu pozwala na tworzenie warstw przewodzących, które są relatywnie drogie, nie są elastyczne ani optymalne, jeżeli chodzi o parametry związane z przewodzeniem prądu. Nam udało się to wszystko połączyć w jedno. Rozwijamy technologię, która jest tania, która świetnie przewodzi prąd i do tego jest elastyczna, co ma niebagatelne znaczenie z punktu widzenia rozwijającej się na świecie branży elektroniki elastycznej – przekonuje ekspert.

Zasoby pierwiastka indu, który obecnie w 60 proc. jest kontrolowany przez Chiny, w ciągu najbliższych 20 lat mogą ulec wyczerpaniu. Przede wszystkim jednak ind przestaje być wystarczający dla rozwoju branży elektronicznej, ponieważ jest drogi i nie pozwala na tworzenie elastycznych rozwiązań. Badania i testy przeprowadzone przez zespół XTPL wskazują, że stworzona technologia ma wyższą od pierwiastku indu transparentność, wyższą elastyczność oraz niższą rezystancję elektryczną

– Nasza technologia jest oparta na ogólnodostępnym surowcu, jakim jest srebro. Jest tania, jesteśmy w stanie drukować te linie w zwyczajnych pokojowych warunkach. Do tego nasza technologia zapewnia pełną elastyczność, a linie przewodzące prąd są tak cienkie, że powierzchnia, która jest zadrukowana naszymi liniami, jest praktycznie przezroczysta – tłumaczy dyrektor ds. operacyjnych w XTPL.

Jak podkreślają przedstawiciele firmy, metoda opracowana przez XTPL pozwoli na wytwarzanie takich warstwy, które podczas wyginania nie będą traciły swoich własności. Sprawdzi się więc u producentów ogniw słonecznych czy elastycznych wyświetlaczy, które na dodatek będą bardziej energooszczędne.

– Podstawowe zastosowanie naszej technologii widzimy w fotowoltaice, czyli w produkcji ogniw słonecznych. Tam nasza technologia jest w stanie skokowo zwiększyć sprawność ogniwa słonecznego. Także we wszelkiego rodzaju wyświetlaczach, gdzie oprócz elastyczności możemy zaoferować zmniejszoną energochłonność – wskazuje ekspert.

Firma chce dostarczać kompleksowe rozwiązanie technologiczne, czyli urządzenia (drukarki laboratoryjne i przemysłowe) i nanotusze umożliwiające produkcję TCF. Taka strategia biznesowa zapewni firmie zarówno przychód jednorazowy (z drukarek), jak i powtarzalny (z tuszy).

– W marcu 2016 roku spółka złożyła zgłoszenie patentowe. Oczekujemy jeszcze na jego zarejestrowanie. W świecie technologicznym patenty są podstawową formą ochrony własności intelektualnej, pracujemy nad dwoma kolejnymi, aby stworzyć silną rodzinę patentową, która będzie chronić nasz pomysł na całym świecie – mówi Adamczyk.

Jeszcze w pierwszym półroczu tego roku XTPL chce wejść na rynek NewConnect. Na przełomie maja i czerwca ruszą zaś zapisy na akcje. Firma chce pozyskać 10 mln zł, które trafią na rozwój laboratoriów aplikacyjnych i rozpoczęcie globalnej sprzedaży technologii.

– Emisja ma przede wszystkim sfinansować kroki związane z komercjalizacją naszej technologii, takie jak powstanie laboratorium aplikacyjnego, przygotowanie kolejnych prototypów drukarek laboratoryjnych i wyjście na rynki zagraniczne. Laboratorium aplikacyjne jest pomostem pomiędzy zespołem technologicznym działającym w firmie a naszymi potencjalnymi klientami. Jego zadaniem jest testowanie technologii pod konkretne wymagania klienta i wskazanie zespołowi technologicznemu, co trzeba poprawić, by jeszcze spotkać się ze specyficznymi wymaganiami klienta bądź konkretnej branży – podkreśla Maciej Adamczyk.

Politechnika Warszawska: Nowoczesne cyfrowe liczniki mogą o 600 proc. zawyżać zużycie energii elektrycznej. Obecnie nie istnieje rozwiązanie tego problemu

Politechnika Warszawska: Nowoczesne cyfrowe liczniki mogą o 600 proc. zawyżać zużycie energii elektrycznej. Obecnie nie istnieje rozwiązanie tego problemu 1

Drastycznie rosnące koszty energii elektrycznej mobilizują użytkowników do inwestowania w energooszczędne produkty takie jak żarówki LED. Niestety, jak wykazali naukowcy z Uniwersytetu Twente oraz Uniwersytetu Nauk Stosowanych, cyfrowe liczniki mogą zawyżać zużycie prądu. Potwierdzają to także polscy naukowcy.

Paradoksalnie im bardziej ktoś stawia na energooszczędność, tym mocniej może zostać pokrzywdzony przez współczesne liczniki elektryczne. Badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Twente oraz Uniwersytetu Nauk Stosowanych wykazały, że użytkownicy energooszczędnych żarówek i innych urządzeń mogą wyraźnie przepłacać za zmierzone przez nowoczesne liczniki zużycie prądu. Próby holenderskich specjalistów wykazały błędy w pomiarach sięgające czasami niemal 600 proc.

Nowoczesne cyfrowe liczniki nie są dostosowane do mierzenia zużycia prądu przez współczesne, energooszczędne produkty.

Wątpliwości, które pojawiają się wokół pomiaru energii elektrycznej w kontekście nowoczesnych liczników elektronicznych, wynikają w głównej mierze z charakteru urządzeń, które zasilamy z sieci elektrycznej. Nowoczesne urządzenia mają układy zasilające o charakterze impulsowym, tzn. że nie pobierają one prądu o charakterze sinusoidalnym, jak to bywało we wcześniejszych konstrukcjach, tylko ten prąd pobierany jest w pewnych odcinkach czasu. Jest to jedna z podstawowych zasad energooszczędności – pobierać nie tylko mniejszą wartość prądu, lecz także w krótszych odcinkach czasu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Konrad Sobolewski z Politechniki Warszawskiej.

Mierniki do pomiaru energii elektrycznej przed dopuszczeniem do obrotu poddawane są skrupulatnym testom, lecz mimo to w zetknięciu z rzeczywistym odkształceniem może się zdarzyć, że ich wskazania będą dalekie od ideału. Specjalista podkreśla, że błędy nowoczesnych liczników mogą wynikać z konstrukcji sprzętu, bowiem nie są w stanie zrozumieć działania nowoczesnych energooszczędnych urządzeń różnicujących zużycie energii.

Licznik dopuszczony do obrotu w zetknięciu z rzeczywistym i mocniejszym odkształceniem może pokazywać błędne wartości zarówno in plus, jak i in minus. Bardzo wiele zależy od konstrukcji wewnętrznej takiego urządzenia zliczającego, ponieważ można zastosować w nim rozmaite metody techniczne i elektroniczne. Niestety, producenci nie zdradzają szczegółów specyfikacji, kryjąc się za tajemnicą handlową – komentuje Konrad Sobolewski.

Zweryfikowanie na własną rękę tego, czy licznik właściwie pobiera energię, jest praktycznie niemożliwe, bowiem do dokonania skrupulatnych pomiarów niezbędne okaże się specjalistyczne urządzenie pomiarowe. Ekspert doradza, aby zaprosić elektryka.

Odbiorca mógłby zaprosić elektryka z urządzeniem, które pokazywałoby jakość energii, która jest pobierana i wtedy na podstawie stopnia odkształcenia prądu czy napięcia, można podejrzewać, że taki licznik dostarcza nieprawidłowych wskazań – tłumaczy Konrad Sobolewski.

Specjalista dodaje, że innym krokiem, na który można się zdecydować w przypadku, kiedy mamy wątpliwości, co do rachunków za energię, jest zwrócenie się z prośbą o badanie laboratoryjne bezpośrednio do zakładu energetycznego. Jest to jednak działanie ryzykowne, bo jeśli okaże się, że nie mamy racji, nie tylko nie zmniejszymy wysokości rachunków, lecz także poniesiemy dodatkowe koszty ekspertyzy.

W zależności od tego, jaki będzie wynik badania laboratoryjnego, to zakład energetyczny może koszty przerzucić na odbiorcę lub ponieść je samemu. Jeżeli wynik tych testów będzie pozytywny, to znaczy, że miernik działał w sposób prawidłowy, a więc prawdopodobnie zakład energetyczny uzna, że wiosek był nieuzasadniony i w tym momencie koszty zostaną przerzucone na odbiorcę – wyjaśnia Konrad Sobolewski.

Rak rdzeniasty tarczycy atakuje co roku ok. 100 osób. Chorzy zdiagnozowani zbyt późno nie mają możliwości leczenia

Rak rdzeniasty tarczycy atakuje co roku ok. 100 osób. Chorzy zdiagnozowani zbyt późno nie mają możliwości leczenia 2

Rak rdzeniasty tarczycy uznawany jest za stosunkowo rzadki nowotwór – co roku w Polsce  diagnozuje się około 100 nowych przypadków. Połowa pacjentów, u których chorobę rozpoznaje się w zaawansowanym stadium, nie ma szans na skuteczne i dostępne w innych krajach Unii Europejskiej leczenie. Na ten problem zwrócili uwagę eksperci podczas Akademii Onkologii Nuklearnej 2017 zorganizowanej przez Warszawskie Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej Curie.

– Połowę chorych po przeprowadzeniu dobrej diagnostyki udaje się wyleczyć. Gorzej mają ci, którzy zostali zdiagnozowani zbyt późno albo w ogóle nie mają diagnozy. W przypadku tego nowotworu okno terapeutyczne, czyli czas, w którym możemy go skutecznie leczyć, jest bardzo krótkie. Im wcześniej wykryjemy i wdrożymy terapię, tym lepszy efekt. Jeśli choroba ma niski stopień zaawansowania, możemy uzyskać stuprocentowe wyleczenie. Mamy jednak duży problem z pacjentami, u których doszło już do przerzutów, ponieważ dla nich nie ma skutecznego leczenia – mówi agencji Newseria Biznes prof. Marek Dedecjus, kierownik Kliniki Endokrynologii Onkologicznej i Medycyny Nuklearnej w Centrum Onkologii – Instytucie im. Marii Skłodowskiej-Curie.

Rak rdzeniasty stanowi około 5 proc. wszystkich zachorowań na nowotwory tarczycy. Rozwija się częściej wśród kobiet i osób po 50 roku życia, ale zdarza się, że chorują na niego również osoby młode w wieku 20–40 lat. Przyczyny tej choroby nie są do końca znane, ale ocenia się, że w wielu przypadkach mogą być to predyspozycje genetyczne.

Narażone są wszystkie osoby, u których występował w rodzinie nowotwór tarczycy, a zwłaszcza rak rdzeniasty. Dlatego bardzo istotne jest, żeby pacjenci z rodzin objętych procesem nowotworowym byli regularnie badani – zarówno rodzice, dzieci, wnuki, jak i rodzeństwo. Wtedy jesteśmy w stanie wyselekcjonować pacjentów, którzy mogą być narażeni na wystąpienie raka tarczycy w przyszłości – mówi prof. Marek Ruchała, kierownik Katedry i Kliniki Endokrynologii, Przemiany Materii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu oraz prezes Polskiego Towarzystwa Endokrynologicznego.

Do niepokojących objawów, które mogą świadczyć o rozwoju nowotworu w tarczycy, należą chrypka, trudności w przełykaniu, powiększenie węzłów chłonnych i bolesność w okolicy szyi. Lekarze przestrzegają, że każdy guzek wykryty w obrębie tarczycy powinien być szybko i dokładnie zbadany.

 Pacjenci, którzy wyczuwają zmianę guzkową w obrębie swojej tarczycy, powinni zostać poddani biopsji. W badaniu ultrasonograficznym nie możemy precyzyjnie określić, który guz jest łagodny, który jest związany ze zróżnicowanym rakiem tarczycy, a który z nich jest wynikiem raka rdzeniastego – zaznacza prof. Marek Ruchała.

Lekarz może zlecić uzupełnienie diagnostyki o inne badania obrazowe, np. tomografię komputerową. Żeby postawić jednoznaczną diagnozę, trzeba też oznaczyć poziom markerów antynowotworowych (stężenie kalcytoniny we krwi). Ich wysoki wynik wskazuje na raka rdzeniastego, a w takich przypadkach pacjent powinien zostać poddany natychmiastowemu leczeniu. Podstawą jest leczenie chirurgiczne: całkowite, operacyjne usunięcie tarczycy i przylegających węzłów chłonnych.

 Dokonujemy całkowitej strumektomi, czyli usunięcia tarczycy z okolicznymi węzłami chłonnymi. To jest bardzo istotne, ponieważ jeżeli zabieg zostanie wykonany odpowiednio wcześnie, pacjent nie będzie potrzebował żadnej dalszej terapii, będzie wyleczony – mówi prof. Marek Ruchała.

Podczas Akademii Onkologii Nuklearnej 2017, która odbyła się pod koniec kwietnia, eksperci podkreślali, że kluczowy w leczeniu tego typu nowotworu jest czas. Pacjenci we wczesnym stadium choroby mają bardzo dobre rokowania i dużą szansę na całkowite wyleczenie. Ci, u których nowotwór zostanie zdiagnozowany w zaawansowanym stadium, mają jednak ograniczone możliwości leczenia, ponieważ rak rdzeniasty jest agresywny i odporny na leczenie radiojodem. W Polsce połowa wszystkich przypadków tego nowotworu jest wykrywana zbyt późno, kiedy rak dał już przerzuty do innych narządów.

 Kiedy dochodzi do przerzutów, mamy zdecydowanie większy problem, ponieważ w Polsce właściwie niewiele możemy zrobić. Posiłkujemy się receptorową terapią izotopową, która nie przynosi niestety doskonałych efektów, kierujemy też pacjentów na badanie kliniczne, gdzie badane są inhibitory kinazy tyrozynowej, dzięki temu nasi pacjenci są leczeni. Niestety te inhibitory nie są w Polsce refundowane – mówi prof. Marek Ruchała.

– W Polsce nie ma zarejestrowanego skutecznego leczenia finansowanego z budżetu. Pojawiły się co prawda leki nazywane inhibatorami kinas, które w wielu krajach są już zarejestrowane i refundowane, ale my takiej możliwości nie mamy. Nie są to też leki, które pacjent mógłby finansować we własnym zakresie. Dlatego podejmujemy działania, aby przekonać decydentów, że dla tej wąskiej grupy osób, około 50 rocznie, warto wprowadzić refundowane leczenia nowoczesnymi lekami – dodaje prof. Marek Dedecjus.

Inhibitory kinazy tyrozynowej (TKI) to terapia celowa, która pojawiła się w 2012 roku. Opóźnia rozwój raka rdzeniastego tarczycy, a pacjentom w zaawansowanym stadium stwarza szansę na wydłużenie życia. Wprowadziło ją już wiele państw UE, w Polsce jest jednak nierefundowana, przez co niedostępna dla pacjentów. Brak skutecznej terapii oznacza, że lekarze mają związane ręce. Po leczeniu chirurgicznym i usunięciu tarczycy (które w przypadku pacjentów z zaawansowanym rakiem rdzeniowym nie dają oczekiwanych efektów) pozostaje im monitorowanie stężenia kalcytoniny we krwi, co pozwala kontrolować aktywność choroby. Mogą też kierować pacjentów na badania kliniczne prowadzone w poszukiwaniu nowych terapii lekowych.

– Wszystkie badania wskazują, że inhibitory kinazy tyrozynowej przedłużają czas przeżycia i czas do progresji, co oznacza, że nowotwór się nie powiększa. Oczywiście, nie wszystkie badania jednoznacznie potwierdzają, że będziemy mieli stuprocentowy wzrost przeżyć pacjentów z rakiem rdzeniastym leczonych TKI. Ale w tej chwili po leczeniu chirurgicznym tak naprawdę nie mamy tym pacjentom już prawie nic do zaoferowania – ocenia prof. Marek Dedecjus.

Pierwsza olimpiada o ubezpieczeniach społecznych zorganizowana przez ZUS rozstrzygnięta. Zwycięzcy dostali indeksy na cztery polskie uczelnie

Pierwsza olimpiada o ubezpieczeniach społecznych zorganizowana przez ZUS rozstrzygnięta. Zwycięzcy dostali indeksy na cztery polskie uczelnie 3

Polacy wciąż mają zbyt małą wiedzę o ubezpieczeniach społecznych. Nie znają przepisów, mylą ubezpieczenia. Dlatego ZUS stawia na edukację już młodzieży i organizuje projekt „Lekcje z ZUS”. W tym roku konkurs wiedzy zadebiutował jako olimpiada. Zgłosiło się do niej ponad 24,5 tys. uczniów. Laureaci mogą liczyć na dodatkowe punkty rekrutacyjne na uczelniach i indeksy czterech polskich uniwersytetów. 

To konieczność, by młodzi ludzie w sposób odpowiedzialny podejmowali decyzje, np. przy zatrudnianiu się na umowach cywilnoprawnych. Z naszych badań wynika, że najmniejsza wiedza w tym zakresie, czyli jej deficyt, występuje u osób najmłodszych i najstarszych, czyli naszych beneficjentów. Dlatego edukowanie o systemie ubezpieczeń społecznych jest przedsięwzięciem prestiżowym. Umożliwiamy młodzieży z całej Polski włączenie się w tak wielkie przedsięwzięcie, jak więcej wiedzieć o ubezpieczeniach społecznych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Badanie Instytutu Spraw Publicznych i Millward Brown wskazuje, że choć ok. 25 mln Polaków jest włączonych w system ubezpieczeń społecznych, wystarczającą wiedzę na jego temat ma zaledwie 10 proc. z nich. Blisko 60 proc. ma szczątkową wiedzę o systemie ubezpieczeń społecznych. Problem dotyczy też młodzieży, jednak ich stan wiedzy stopniowo się poprawia, w dużej mierze ze względu na projekt „Lekcje z ZUS” organizowany od 2013 roku.

W dotychczasowej historii edukacyjnej ZUS organizowane były konkursy wiedzy o ubezpieczeniach. W ubiegłym roku została podjęta decyzja o przekształceniu konkursu w olimpiadę. Zainteresowanie w tym roku jest zdecydowanie wyższe niż podczas wcześniejszych konkursów. Do pierwszego etapu zgłosiło się ok. 24 tys. uczestników, przy 19 tys. rok wcześniej. Duże zainteresowanie to właśnie efekt przekształcenia konkursu w olimpiadę, gdzie finalista może liczyć na określone profity – tłumaczy prof. Uścińska.

Olimpiada składa się z trzech etapów. Pierwszy etap, szkolny, to rywalizacja indywidualna. Drugi etap odbywa się na szczeblu wojewódzkim i biorą w nim udział trzyosobowe zespoły ze szkół wyłonionych w pierwszym etapie. Ostatnia część to ogólnopolski finał. Jak przyznaje prezes ZUS, z pytaniami na olimpiadzie problem mieli studenci, uczniowie poradzili sobie jednak dobrze. Do wojewódzkiego etapu przeszło ponad 942 uczniów z 314 szkół. Do finału zakwalifikowało się 20 najlepszych szkół ponadgimnazjalnych, a zwycięzcą został zespół II Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica w Starachowicach.

ZUS zawiera porozumienia z licznymi uczelniami w całej Polsce. Współpracujemy w wielu formach, na ich podstawie studenci mogą u nas odbywać praktyki i staże, również płatne. Na podstawie tych porozumień zwróciłam się do władz uczelni, aby ich senaty przeprowadziły formalne procedury i uhonorowały naszych finalistów, aby dostali dodatkowe punkty rekrutacyjne albo wręcz indeks – wskazuje prof. Gertruda Uścińska.

W tym roku finaliści odebrali indeksy na Katolicki Uniwersytet Lubelski, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytet im. Jana Kochanowskiego w Kielcach oraz Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie. W następnych latach liczba uczelni, które dołączą do olimpiady z wiedzy o ubezpieczeniach społecznych, powinna rosnąć.

Od kilku lat prowadzimy i rozwijamy współpracę z ZUS. Włączyliśmy się w projekt także dlatego, że wiedza o ubezpieczeniach społecznych jest szalenie ważna zarówno dla każdego ubezpieczonego, jak i dla całego społeczeństwa. Dlatego uważamy, że należy robić wszystko, aby podnosić świadomość dotyczącą tych zagadnień – przekonuje Lidia Jaskuła, dyrektor ds. komunikacji na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. – Zdecydowaliśmy, żeby najlepszym z najlepszych zaproponować studia na wskazanych kierunkach dwóch wydziałów: Wydziału Nauk Społecznych i Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji – podkreśla Jaskuła.

W sieci przybywa nieprawdziwych informacji o produktach żywnościowych. Coraz trudniej z nimi walczyć

W sieci przybywa nieprawdziwych informacji o produktach żywnościowych. Coraz trudniej z nimi walczyć 4

Fałszywe informacje, czyli tzw. fake newsy, pojawiają się w przestrzeni publicznej w jednej chwili i szybko się rozprzestrzeniają. Nagle konsumenci dowiadują się, że produkty, których bez żadnych negatywnych skutków używali przez dużą część życia, są niekorzystne lub wręcz szkodliwe. Takie historie to nie nowość, ale w dobie cyfrowych mediów coraz trudniej z nimi walczyć. Ostatnią, choć niejedyną, głośną sprawą tego typu była historii Nutelli.

– Fake newsy, czyli nieprawdziwe informacje, są problemem chyba dla każdej branży w tej chwili i stają się też problemem dla nas wszystkich, zwykłych konsumentów, którzy próbują wybrać z tego zalewu informacji to, co jest prawdziwe, a co nie jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Mamy w tej chwili bardzo dużo nieprawdziwych informacji, które nie tyle są generowane przez zwykłą głupotę czy niewiedzę, ale są generowane w sposób specjalny i powodują określone działanie konsumentów.

Na początku roku media obiegła informacja o wycofaniu z włoskich sklepów sieci COOP kremu czekoladowo-orzechowego marki Nutella. Powodem miała być rzekoma szkodliwość produktu ze względu na zawartość oleju palmowego. Szybko okazało się jednak, że Nutella była i jest bezpieczna dla zdrowia, nadal stoi nie tylko na włoskich półkach, lecz także we wszystkich 180 krajach, w których jest dystrybuowana.

Powodem tej decyzji był raport Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) z maja ubiegłego roku, w którym wskazano na szkodliwość niektórych produktów, w tym wykorzystujących olej palmowy, ale bez wymieniania konkretnych marek. Co więcej, zaznaczono, że jakość produktu zależy nie tylko od pochodzenia i rodzaju tłuszczu, lecz także od sposobu jego obróbki w procesie produkcji.

Jednak informacja o Nutelli poszła w eter, mimo że producent zapewnił, że starannie dobiera najwyższej jakości surowce i stosuje specjalne procesy technologiczne, które ograniczają zawartość zanieczyszczeń do minimum w pełni zgodnego z wymaganiami określonymi przez EFSA. Korzysta też wyłącznie z oleju certyfikowanego i prowadzi akcję „zero wylesiania”.

– Media w dzisiejszych czasach coraz rzadziej informują, a coraz bardziej „produkują” widownię, którą sprzedają reklamodawcom. Chodzi więc nie tyle o to, żeby precyzyjnie powiedzieć odbiorcy coś o świecie, ile o to, żeby go przytrzymać przy medium, żeby on klikał, słuchał radia, oglądał telewizję czy kupował gazety – powiedział podczas prezentacji raportu CSR firmy Ferrero socjolog dr Marek Kochan. – Mówi się, że kiedyś były media typu „push”, a teraz są media typu „pull”. Czyli kiedyś telewizja strzelała w odbiorcę newsami, co robi cały czas, ale dziś odbiorca już nie chce, żeby w niego strzelano, on sobie wybiera, co oglądać. Wybiera te newsy, które go ekscytują osobiście.

W ten sposób im bardziej znana marka, tym bardziej narażona na podobne ataki, bo obchodzi większą liczbę konsumentów. Raz puszczona w obieg niesprawdzona informacja jest multiplikowana przez portale internetowe, a potem przez media społecznościowe i rozprzestrzenia się w sposób niekontrolowany. Odsiew powinien następować w redakcjach, jednak charakter obecnych mediów często nie pozwala na sprawdzenie wszystkich danych.

– Media straciły dawne sposoby finansowania, np. media drukowane zostały trochę zjedzone przez internet, bo dziś przedruki w internecie dekomercjalizują ten przekaz. Krótko mówiąc, dziennikarz ma mniej czasu, bo mniej zarabia pieniędzy, bo mniej się zatrudnia dziennikarzy w redakcji – tłumaczy ten mechanizm dr Kochan. – W efekcie dziennikarz rzadziej ma okazję zrobić to, co każdy dobry przedstawiciel tego zawodu powinien robić, czyli wysłuchać drugiej strony. Publikuje się materiały szybko, żeby konkurencja nie wyprzedziła, choćby były niesprawdzone i nieprecyzyjne.

Mechanizm ten działa w obie strony – z tego samego powodu następują sytuacje odwrotne, polegające na kreowaniu mody – a więc i popytu – na niektóre, dotąd nieznane produkty. Konsument będący jednocześnie widzem czy czytelnikiem domaga się bowiem coraz to nowych impulsów, informacji, ciekawostek.

– Mamy w tej chwili mnóstwo wyrobów, które jeszcze kilka lat temu w ogóle nie istniały na naszym rynku, a które kupujemy, jako konsumenci, za ciężkie pieniądze, mimo że tak naprawdę nie ma żadnych potwierdzonych informacji, że te właśnie produkty typu olej kokosowy czy nasiona o dziwnie brzmiących nazwach cokolwiek dają – przekonuje Andrzej Gantner. – A z badań naukowców wynika, że niektóre produkty segmentu tzw. superfoods, jeśli są niewłaściwie używane, mogą nam zaszkodzić, ponieważ często pochodzą z zupełnie innych stref klimatycznych, do których nasze organizmy kompletnie nie są przystosowane.

Wyniki wyborów we Francji zwiększają szanse na reformę UE. Przyspieszenie integracji może nastąpić po wyborach niemieckich

Wyniki wyborów we Francji zwiększają szanse na reformę UE. Przyspieszenie integracji może nastąpić po wyborach niemieckich 5

Wyniki wyborów prezydenckich we Francji wpisują się w obecny trend europejskiego przebudzenia – ocenia Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie. Wygrana Emmanuela Macrona jest potwierdzeniem zahamowania w Unii Europejskiej ruchów populistycznych. Może też oznaczać, że ruszy proces odnowy europejskiej, w której główną rolę odegrają Francja i Niemcy. Tylko współpraca z tymi krajami pozwoli innym państwom zachować wpływ na kształt Wspólnoty.

– Jesteśmy w fazie europejskiego przebudzenia. Wybory we Francji wpisują się w tę tendencję. Wiele osób uważało, że to były najważniejsze tegoroczne wybory, ponieważ w największym stopniu będą określały panujący nastrój. Po wyborach w Austrii i Holandii mamy kolejny dowód na to, że rośnie liczba osób, którym nie jest obojętne, co będzie z Unią Europejską – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie.

Przed wyborami we Francji eksperci oceniali, że wyniki albo odwrócą trend populizmu narodowościowego, albo go pogłębią. Zwycięstwo Marine Le Pen mogłoby zagrozić stabilności w Europie i rozbudzić tendencje separatystyczne we Wspólnocie. W wyborach prezydenckich we Francji zdecydowanie zwyciężył jednak kandydat centrowej partii Emmanuel Macron. W połączeniu z wynikami wyborów w Austrii (zwycięstwo Alexandra Van der Bellena) oraz w Holandii (zwycięstwo centroprawicowej Partii Ludowej) wskazuje to na zahamowanie populistycznych trendów.

 Moim zdaniem to reakcja na szok, w jakim Europa znalazła się po referendum w Wielkiej Brytanii, wyborach w Stanach Zjednoczonych i po toczącej się debacie, która podawała w wątpliwość dotychczasową rolę UE czy demokracji liberalnej. Ubiegłoroczne zdarzenia stanowiły wzmocnienie dla ruchów populistycznych i antyeuropejskich. Powoli zaczyna się jednak zaznaczać tendencja obronna. Coraz więcej osób uważa, że warto zachować dorobek europejski, ponieważ zapewnia nie tylko pokój i wolny handel, lecz także perspektywy na przyszłość – ocenia Prawda.

Jeszcze na początku tego roku według Banku Światowego indeks niepewności znajdował na najwyższym poziomie od 1997 roku, czyli od początku publikacji wskaźnika. W dotychczasowych tegorocznych wyborach w Unii wygrywali jednak ci, którzy gwarantowali stabilność w Europie. Zdaniem dyrektora Przedstawicielstwa KE w Polsce to znak, że wyborcy zdają sobie sprawę z tego, jak wiele zawdzięczają UE.

– Drugi sygnał to gotowość Francji i Niemiec do zwarcia szeregów i poprowadzenia procesu odnowy europejskiej. Wiemy, że UE wymaga reform, przez długi czas nie było konsensusu reformatorskiego między Francją a Niemcami. Dziś oczekiwałbym dużej gotowości z obu stron, żeby taką wspólną płaszczyznę znaleźć. Po wyborach w Niemczech może nastąpić przyspieszenie integracji europejskiej i debaty o tym, w którą stronę Unia może pójść. Francja i Niemcy będą odgrywać tu znaczącą rolę. Bez porozumienia obu tych krajów w Europie nie stanie się nic ważnego – wskazuje Marek Prawda.

Jak przekonuje, Francja i Niemcy muszą być wspierane przez inne kraje członkowskie, co pozwoli na wypracowanie konsensusu.

– Powinniśmy dostrzec u prezydenta elekta próbę dokonania syntezy podejścia liberalnego i socjalnego. Z jednej strony przygotował społeczeństwo na nieuchronne reformy, zmniejszenie wydatków na sektor publiczny czy reformę rynku pracy. Z drugiej strony zachowuje wiarygodność jako wyraziciel socjalnych aspiracji społeczeństwa. To historyczna próba dokonania syntezy tych dwóch podejść. To ważne dla wszystkich sąsiadów Francji i Niemiec w UE, aby pozostać w głównym trzonie współpracy europejskiej i mieć wpływ na to, jak w szczegółach ten projekt będzie się rozwijał – ocenia Marek Prawda.

Przyspiesza cyfryzacja polskich firm. Chmura i internet rzeczy mogą ją znacząco ułatwić

Przyspiesza cyfryzacja polskich firm. Chmura i internet rzeczy mogą ją znacząco ułatwić 6

Coraz więcej firm dostrzega biznesowe korzyści płynące z wdrożenia nowych technologii i narzędzi informatycznych. Te służą do poprawy obsługi klientów i komunikacji z nimi oraz automatyzacji prostych, manualnych procesów. Największy potencjał zastosowań eksperci dostrzegają w rozwiązaniach chmurowych, rozwoju internetu rzeczy, big data i automatyzacji. Barierą dla procesu cyfryzacji pozostaje czynnik ludzki.

– Transformacja cyfrowa w biznesie jest najbardziej widoczna w zmianie sposobu interakcji przedsiębiorstw ze swoimi klientami, zaangażowaniu ich w cyfrowych kanałach dystrybucji oraz w nowym podejściu do budowania relacji z klientem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Molik, digital advisor Microsoft.

Jak wynika z rozmów z Liderami Cyfrowej Transformacji przeprowadzonych w ramach zrealizowanego na zlecenie Microsoft przez CIONET, perspektywa 50 top managerów z dojrzałych firm (z różnych segmentów) jest spójna – o cyfrowej transformacji myślimy dzisiaj nie jak o wyzwaniu, tylko o sile stymulującej wzrost biznesu. Musi to być jednak proces ciągły, głęboko wpisany w DNA i kulturę firmy. Cyfrowa transformacja to narzędzie, a nie cel sam w sobie, element zmiany, którą przechodzą firmy.

Głównym obszarem, w którym firmy i przedsiębiorstwa wykorzystują cyfrowe technologie, jest obsługa klientów. Nowoczesne narzędzia informatyczne pozwalają poprawić jakość usług, usprawnić komunikację i na bieżąco reagować na oczekiwania odbiorców.

Cyfrowa transformacja w gospodarce wymaga jednak nie tylko narzędzi technologicznych, lecz także zmiany kulturowej i mentalnej w podejściu do zarządzania organizacją oraz relacjami z klientem i wdrażania nowych modeli biznesowych. Dlatego kluczowym elementem i zarazem wyzwaniem dla tego procesu jest czynnik ludzki.

– Wyzwania dla firm i cyfrowej transformacji są związane ze zmianą przyzwyczajeń, z przekonaniem własnej organizacji, zarówno decydentów i zarządu, jak i wszystkich pracowników, że zmiana jest konieczna, bo świat się zmienia i może uciec do przodu. Myślę, że jest to jedno z największych wyzwań i najbardziej niedocenianych przez wiele przedsiębiorstw – mówi Joanna Molik.

Najczęstsze zmiany, których firmy dokonują w ramach cyfryzacji, to proste i efektywne procesy. Dotyczą zwykle automatyzacji manualnych papierochłonnych procesów. Powstaje jednak coraz więcej ukierunkowanych na biznes rozwiązań i produktów, które przyspieszają cyfrową transformację.

– Mówimy tutaj o rozwiązaniach takich jak cloud, analityka i big data, czyli monetyzacja posiadanych przez przedsiębiorstwa informacji. Do nowinek – takich jak otwieranie się na aplikacje czy na ekosystem partnerów, start-upów albo firm budujących innowacyjne rozwiązania – duże przedsiębiorstwa podchodzą jeszcze z pewną dozą niepewności – mówi Joanna Molik.

Jak wynika z ubiegłorocznych badań, przeprowadzonych przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoftu, cyfryzacja znacząco podnosi konkurencyjność. Przedsiębiorstwa z sektora MŚP, które korzystają z technologii informatycznych, są bardziej nastawione na rozwój niż firmy analogowe. Ponad dwie trzecie firm (65 proc.) o cyfrowym profilu realizuje strategię dynamicznego wzrostu.

– Firmy, które są cyfrowe, to firmy, które dostarczają swoim klientom zupełnie innych doświadczeń, ale także funkcjonują o wiele szybciej i o wiele taniej niż te, które nie przeszły transformacji cyfrowej i nadal są w tzw. starej ekonomii. To trochę tak, jak kiedyś warsztat ręczny, tkacki i fabryka włókiennicza z maszyną parową – ocenia Jarosław Mastalerz, wiceprezes zarządu do spraw operacji i informatyki mBanku (Fundusz mAccelerator).

Bankowość jest jednym z sektorów, w których cyfrowa transformacja postępuje najszybciej. Większość oferowanych przez banki produktów jest dostępnych w kanałach cyfrowych, z których klienci korzystają coraz chętniej. Zmieniają się także procesy wewnętrzne.

– Już kilkanaście lat temu banki wyoutsourcowały obsługę gotówki, dlatego w tej chwili całe nasze pieniądze to zapisy cyfrowe, czyli digital. Mamy digital product i wszystko, co robimy, to przetwarzanie. Dlatego bankowość jest branżą, na którą cyfrowa transformacja powinna mieć największy wpływ. Jednak na dzisiaj banki nadal pozostają wielkimi, ludzkimi komputerami. Ta transformacja przychodzi do nas stopniowo – mówi Jarosław Mastalerz.

Sektorem, w którym cyfrowe rozwiązania mają dużo zastosowań, jest również energetyka. Jak zauważa Janusz Wijtiwiak, dyrektor Departamentu Analiz Strategicznych i Rynkowych w Energa Obrót SA, firmy z tej branży muszą w pierwszej kolejności rozwinąć kanały kontaktu z klientami.

– W zakresie obsługi klientów musimy się dostosowywać do standardów, do których przyzwyczaiły klientów inne branże jak banki i telekomy. Dlatego innowacje technologiczne, które wdrażamy, są związane przede wszystkim z kanałami dostępu i kontaktu z klientami – mówi Janusz Wijtiwiak.

Duży potencjał dla branży energetycznej stwarza też rozwój internetu rzeczy (IoT), który umożliwi rozwinięcie nowych gałęzi usług. Korzystając z danych dostarczanych za pośrednictwem IoT firmy energetyczne będą mogły zaoferować klientom nie tylko nowe, lecz także bardziej spersonalizowane produkty.

– W najbliższym czasie widoczne będzie też zastosowanie rozwiązań chmurowych. To coś, do czego w tej chwili firmy oraz klienci jeszcze podchodzą z lekką nieufnością, natomiast potencjał ich wykorzystania w energetyce jest ogromny. Myślę, że w przyszłości efektywność i łatwość dostępu oraz uniwersalność platform, na których można stosować rozwiązania chmurowe, będą motorem zmian dla wielu branż, w tym również naszej – uważa Janusz Wijtiwiak.

Zdaniem Przemysława Zakrzewskiego, dyrektora Polskiego Centrum Rozwoju Oprogramowania ABB w Krakowie, proces cyfryzacji przyspieszy automatyzacja, szczególnie w sektorze produkcji. Około 70 proc. produkcji mechanicznej może podlegać automatyzacji, a powtarzalne, nużące i niebezpieczne czynności w zastępstwie pracowników mogą wykonywać roboty. Rozwój tej innowacji technologicznej potwierdza w ostatnich latach wprowadzanie na rynek pierwszych samochodów autonomicznych.

– Widzę ogromny potencjał innowacyjny w miniaturyzacji rzeczywistości rozszerzonej. Widzę niesamowity potencjał, który można wykorzystać w biznesie, w serwisie, w wytwarzaniu, w serwisach produkcyjnych – prognozuje Przemysław Zakrzewski, dyrektora Polskiego Centrum Rozwoju Oprogramowania.

Choć cyfrowa transformacja wpływa na konkurencyjność i efektywność przedsiębiorstw, to wciąż jeszcze postępuje ona dość wolno. Jak wynika z badań technologicznego giganta, w porównaniu do reszty państw UE polską gospodarkę charakteryzuje niski poziom cyfryzacji oraz wyjątkowo niski poziom inwestycji. Gros środków firmy przeznaczają na środki trwałe, wciąż stosunkowo niewiele inwestując w nowe technologie.

Wyniki Ronson Development po I kwartale 2017 r.

  • Przychody Grupy Ronson w I kwartale 2017 r. przekroczyły 110 mln zł i były o 163% wyższe niż w analogicznym okresie 2016 r., kiedy wyniosły niespełna 42 mln zł.
    • Skokowy wzrost przychodów wynika z przekazania klientom znacznie większej liczby lokali. W I kwartale br. Ronson Development przekazał klucze do 299 mieszkań, czyli o 185% więcej niż przed rokiem (105 przekazanych lokali w I kwartale 2016 r.).
    • Większość mieszkań przekazanych w I kwartale br. dotyczyła dwóch projektów: Espresso w Warszawie i Kamienica Jeżyce w Poznaniu, ukończonych pod koniec 2016 r.
  • Zysk brutto ze sprzedaży wypracowany w I kwartale 2017 r. wyniósł 18,6 mln zł wobec 4 mln zł w pierwszych trzech miesiącach roku poprzedniego.
    • Marża brutto na sprzedaży I kwartale br. wyniosła 16,9% wobec 9,5% przed rokiem.
  • Łączny zysk netto Grupy Ronson za I kwartał 2017 r. sięgnął 7,4 mln zł w porównaniu ze stratą netto (4,4 mln zł) przed rokiem.
    • Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej w I kwartale 2017 r. wyniósł 5,9 mln zł wobec 4,2 mln zł straty netto w I kwartale 2016 r.

– W I kwartale tego roku przekazaliśmy klientom 299 lokali. To znacznie lepszy wynik niż w I kwartale 2016 r., w którym wydaliśmy klucze do 105 lokali, co przełożyło się na skokowy wzrost przychodów rok do roku. Był to również najlepszy kwartalny wynik, jeśli chodzi o liczbę przekazanych mieszkań, w całej historii Ronson Development. Na wyniki wypracowane w I kwartale br. wpływ miały głównie dwa projekty: warszawskie Espresso oraz poznańska Kamienica Jeżyce, w przypadku których osiągnięta marża brutto ze sprzedaży wyniosła odpowiednio 17,4% oraz 7,3%. Istotnym projektem dla naszych zysków w I kwartale był także projekt Moko. Średnia marża brutto na sprzedaży zrealizowana na wszystkich lokalach przekazanych w I kwartale br. wyniosła 16,9% wobec 9,5% w analogicznym okresie 2016 r. – powiedział Tomasz Łapiński, p.o. prezesa zarządu Ronson Development.

Dla porównania, w całym 2016 r. średnia marża brutto na sprzedaży osiągnięta przez Grupę Ronson wyniosła 24,5%. Istotny wpływ na wyniki ubiegłego roku miała sprzedaż projektu Nova Królikarna – marża brutto z samej tej transakcji wyniosła 32,7%, natomiast marża brutto osiągnięta w 2016 r. na inwestycjach, w których Ronson przekazywał lokale klientom, wyniosła 19,9%.

– Oczywiście z uwagi na to, że nie mamy już w naszym portfelu tak zyskownego projektu jak Nova Królikarnia, w 2017 r. bardzo trudno będzie zrealizować wynik przy tak wysokiej marży jak w ubiegłym roku. Ostatecznie jej wysokość będzie uzależniona od tego, ile lokali uda nam się przekazać klientom w poszczególnych projektach. Ponownie wśród inwestycji, jakie planujemy przekazać w bieżącym roku, znajdują się zarówno te nisko marżowe, jak np. Młody Grunwald w Poznaniu czy Panoramika w Szczecinie, jak i te, które powinny przynieść solidne zyski, czyli m.in. pierwszy etap projektu City Link, naszej bestsellerowej inwestycji na warszawskiej Woli – zapowiedział Tomasz Łapiński.

I kwartał 2017 r. był również udany dla Ronson Development pod względem sprzedaży mieszkań. Spółka znalazła w tym okresie nabywców na 259 lokali, tj. o 26% więcej niż w I kwartale 2016 r. Wartość sprzedanych mieszkań sięgnęła niemal 101 mln zł, co oznacza wzrost o 24% rok do roku.

– Największą sprzedaż mieszkań w I kwartale tego roku zanotowaliśmy w naszych warszawskich inwestycjach: City Link, Miasto Moje oraz Espresso, a także we wrocławskim projekcie Vitalia. W rezultacie bardzo dobrej sprzedaży w ostatnich dwóch kwartałach, a także w związku ze sprzedażą projektu Nova Królikarnia, liczba lokali pozostających w ofercie sprzedaży na koniec marca br. była na relatywnie niskim poziomie, tj. 671 lokali. Dlatego też w najbliższym czasie planujemy uruchomić nowe inwestycje obejmujące ponad 500 lokali. Chodzi o projekt Marina Miasto we Wrocławiu, w bardzo atrakcyjnej lokalizacji przy ul. Na Grobli, tuż nad Odrą, a także inwestycję pod roboczą nazwą Skierniewicka Bis, która będzie kontynuacją projektu City Link na Woli w Warszawie. Dla obu tych inwestycji uzyskaliśmy już prawomocne pozwolenie na budowę – powiedział Andrzej Gutowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Ronson Development.

Łącznie w całym 2017 r. Spółka planuje rozpoczęcie realizacji siedmiu projektów obejmujących w sumie około 1160 lokali.

Na koniec marca br. Ronson Development posiadał 836 lokali sprzedanych, a jeszcze nie przekazanych klientom, z czego 81 to lokale w już ukończonych projektach, które zostaną prawdopodobnie przekazane klientom i rozpoznane w rachunku wyników w II kwartale br. (ich łączna wartość przekracza 41 mln zł), natomiast 755 sprzedanych lokali dotyczyło projektów znajdujących się jeszcze w budowie.

Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Ronson Europe

  I kw. 2017 I kw. 2016 Zmiana r/r
Przychody ze sprzedaży 110,1 41,9 +163%
Zysk brutto ze sprzedaży 18,6 4,0 +365%
Zysk netto 1) 5,9 -4,2

1) Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej

Tylko 16 proc. Polaków odkłada na emeryturę. W budowaniu oszczędności pomogą ubezpieczyciele

Tylko 16 proc. Polaków odkłada na emeryturę. W budowaniu oszczędności pomogą ubezpieczyciele 7

Na tle innych państw Polacy oszczędzają niewiele. Tylko ok. 16 proc. odkłada środki z myślą o przyszłej emeryturze. Zła sytuacja demograficzna i wielomiliardowy deficyt w ZUS zmuszają młodsze pokolenia do zadbania o emerytury na własną rękę. Temu ma również służyć rządowy Program Budowy Kapitału, który wystartuje w przyszłym roku. Alternatywną formą mogą być ubezpieczenia oszczędnościowo-ochronne, które cieszą się w Europie dużą popularnością. 

Musimy zdać sobie sprawę z konieczności oszczędzania na własną rękę, zwłaszcza w kontekście emerytury. Niestety w Polsce jesteśmy dopiero na początku drogi do systematycznego odkładania funduszy na przyszłość. Polacy przeznaczają na oszczędności zaledwie ok. 2,5 proc. swoich dochodów, podczas gdy w Europie jest to średnio ok. 11,8 proc. Różnica jest olbrzymia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Jak wynika z badania „Postawy Polaków wobec finansów”, które Fundacja Kronenberga przeprowadziła we wrześniu ubiegłego roku, tylko 54 proc. Polaków realnie odkłada pieniądze. Jedna trzecia oszczędza na czarną godzinę, a tylko 2 proc. odkłada długoterminowo, w perspektywie dłuższej niż 10 lat.

– Długoterminowe oszczędzanie może mieć różne cele, na przykład służyć zrealizowaniu pasji albo kupieniu mieszkania w perspektywie 10–20 lat. Można też ustalić, że długookresowe oszczędzanie i zgromadzone w ten sposób pieniądze posłużą jako dodatek do emerytury państwowej, która w przyszłości będzie bardzo niska – przestrzega Jan Grzegorz Prądzyński.

Pod względem oszczędzania Polacy odbiegają od innych narodowości. Ubiegłoroczny raport BGŻ Optima przytacza dane Banku Światowego, zgodnie z którymi tylko 16 proc. odkłada pieniądze z myślą o emeryturze, podczas gdy w Czechach i na Słowacji ten odsetek sięga blisko 40 proc. W Niemczech na emeryturę oszczędza ponad połowa obywateli. Biorąc pod uwagę odsetek osób, które odkładają pieniądze, w relacji do PKB, Polska wypada gorzej nawet niż Botswana, Irak i Białoruś.

Społeczeństwo w Polsce się starzeje, przez co emerytury państwowe będą coraz niższe. Powinniśmy, jak najwcześniej zacząć oszczędzać, żeby to, co otrzymamy w stosunku do zarobków, było na jak najwyższym poziomie. Dzisiaj ta relacja wynosi około 44 proc., ale niestety będzie spadać. Dlatego bardzo istotne jest, aby zdać sobie sprawę z konieczności długoterminowego oszczędzania – podkreśla prezes zarządu PIU.

Złą sytuację demograficzną potwierdzają dane GUS. Od wielu lat w Polsce utrzymuje się tzw. depresja urodzeniowa, która nie zapewnia zastępowalności pokoleń. W minionym roku na sto kobiet w wieku rozrodczym rodziło się średnio 129 dzieci. Natomiast na sto osób w wieku produkcyjnym przypadały 33 osoby starsze. Na styczniowej konferencji, na której GUS podsumował ubiegłoroczne statystyki, eksperci prognozowali, że niska dzietność i wskaźnik urodzeń oraz rosnąca skala emigracji i wydłużanie czasu życia będzie powodować starzenie się społeczeństwa i niedobory na rynku pracy.

Ekonomiści szacują, że świadczenia obecnego pokolenia dwudziestolatków w momencie przejścia na emeryturę nie przekroczą wysokości jednej trzeciej ostatniej pensji. System emerytalny już teraz jest w kryzysie. Zakład Ubezpieczeń Społecznych wyliczył, że w ciągu pięciu najbliższych lat na emerytury i renty państwu zabraknie 250 mld zł, a w wersji pesymistycznej nawet 400 mld zł.

Szansą na zwiększenie oszczędności Polaków ma być rządowy Program Budowy Kapitału, który jest elementem Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Plan autorstwa resortu rozwoju zakłada utworzenie dobrowolnego, kapitałowego i wspieranego przez państwo systemu oszczędzania na przyszłą emeryturę. Ma on podnieść jakość życia Polaków po zakończeniu zawodowej aktywności. Zgodnie z zapowiedziami program ma wystartować w 2018 roku. Jego filarem będą Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK). Dziś podobnym instrumentem są pracownicze programy emerytalne, w których pracodawca pomaga pracownikom oszczędzać na przyszłość. Wciąż nie jest to jednak powszechne.

Pracownicze programy emerytalne (PPE) dziś stają coraz bardziej popularne, bo mają pewien element motywacyjny. W tej chwili w Polsce funkcjonuje około 1050 takich programów, a 70 proc. z nich jest prowadzonych przez ubezpieczycieli – mówi Jan Grzegorz Prądzyński. – W planie wicepremiera Morawieckiego duża część została poświęcona właśnie budowaniu długoterminowych oszczędności. Uważam też, że powinniśmy samodzielnie myśleć o długoterminowym oszczędzaniu, a na całym świecie podmiotami, które oferują takie produkty, są ubezpieczyciele.

Jak podkreśla prezes PIU, pieniądze ze składek ubezpieczyciele inwestują w gospodarkę: zarówno w państwowe papiery dłużne, jak i w akcje przedsiębiorstw. Z danych Izby wynika, że na koniec ubiegłego roku inwestycje w papiery dłużne wyniosły prawie 65 mld zł. Natomiast 17,5 mld zł ubezpieczyciele ulokowali w udziałach firm działających na polskim rynku.

To właśnie jest kapitał, o który zabiegają wszystkie państwa na świecie, starając się wspierać to długoterminowe finansowanie w różny sposób. Mogę to być na przykład zachęty i przywileje podatkowe dla osób, które odkładają pieniądze ponad 10 lat. W kontekście sytuacji demograficznej zarówno dla Polaków, jak i całej gospodarki produkty inwestycyjne i produkty ubezpieczeniowe na życie są bardzo istotne – podkreśla Jan Grzegorz Prądzyński.

Ubezpieczyciele oferują zróżnicowane produkty o długim horyzoncie czasowym (ubezpieczenia ochronno-oszczędnościowe, programy oszczędnościowe, produkty z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym), ale decyzję o zaangażowaniu powinien poprzedzić szczegółowy wywiad i poznanie potrzeb klienta. Ustawa o działalności ubezpieczeniowej nałożyła na ubezpieczycieli nowe obowiązki informacyjne i ułatwiające zapoznanie się z produktem (np. symulacje finansowe).

– Unia Europejska pracuje nad nowymi dyrektywami, które jeszcze bardziej będą pilnowały, żeby te produkty były dostosowane do potrzeb klienta. Każdy klient musi przede wszystkim ocenić z jednej strony swoją zdolność do oszczędzania długoterminowego, z drugiej strony musi jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest ona niezbędna – ocenia prezes zarządu PIU.

Konfederacja Lewiatan: Krótszy czas pracy dla rodziców małych dzieci to zły pomysł

Skrócenie o godzinę czasu pracy jednemu z rodziców dzieci do 10 roku życia nie przyczyni się do lepszego godzenia życia zawodowego z rodzinnym, wpłynie natomiast negatywnie na organizację pracy – uważa Konfederacja Lewiatan, oceniając poselski projekt zmian Kodeksu pracy.

Projekt zakłada, iż czas pracy pracownika, będącego rodzicem lub opiekunem dziecka do ukończenia przez nie 10 lat, nie będzie mógł przekraczać 7 godzin. Pracownik zachowa prawo do wynagrodzenia za czas nieprzepracowany. Ponadto, jeżeli oboje rodzice lub opiekunowie dziecka są zatrudnieni, z takiego uprawnienia będzie mogło korzystać jedno z nich.

Autorzy projektu nie analizują skutków takiej zmiany dla organizacji pracy oraz innych pracowników (bezdzietnych albo posiadających dzieci starsze niż 10 lat). Nowe przepisy dotyczyłyby potencjalnie ok. 1,157 mln osób. W stosunku do nich, pracodawcy będą zmuszeni do wprowadzenia szczególnych rozkładów czasu pracy. Nie będzie ich obejmował system równoważnego czasu pracy, a praca zmianowa straci sens. Powstaje pytanie jak mają zorganizować pracę pracodawcy, u których praca odbywa się w systemie pracy wielobrygadowej (ośmio i dwunastogodzinny cykl pracy)? W praktyce pracodawcy będą często zmuszeni do organizowania odrębnych zespołów złożonych z pracowników-rodziców dzieci do 10 roku życia.

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

– Nowe przepisy doprowadzą do „rozregulowania” organizacji pracy u poszczególnych pracodawców. Rzesza osób korzystających z obniżonej normy czasu pracy, podlegającej ciągłej rotacji, będzie wynosiła kilkaset tysięcy. W skali tygodnia, pracownik objęty proponowaną regulacją przepracuje 5 godzin mniej, a w skali miesiąca przeciętnie 20-22 godziny. Pracodawcy ze względu na „sztywną” dobową normę (czyli zawsze brak jednej godziny) nie będą mieli innej możliwości jej uzupełnienia, jak nadgodziny innych pracowników. W praktyce nowe rozwiązanie wymusi na innych pracownikach konieczność realizacji zadań, których nie zdoła zrealizować pracownik z obniżoną normą czasu pracy. Zmiana organizacji pracy wynikająca z obniżenia norm czasu pracy odbije się na współpracownikach. Wpłynie to na atmosferę w zakładach pracy i stosunki pomiędzy pracownikami – mówi Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan promuje i wspiera rozwiązania umożliwiające lepsze godzenie życia zawodowego z rodzinnym. Już obecnie rodzice mają prawo korzystać z rocznych płatnych urlopów (macierzyński i rodzicielski), okres ten może być wydłużony o kolejne 32 tygodnie w przypadku łączenia urlopu rodzicielskiego z pracą, część urlopu rodzicielskiego może być wykorzystana do końca roku kalendarzowego, w którym dziecko kończy 6 lat. Rozszerzono katalog osób, które w określonych okolicznościach mogą korzystać z uprawnień rodzicielskich – inny najbliższy członek rodziny.

Ojcowie mają prawo do 2 tygodniowego urlopu ojcowskiego. Wykorzystanie przez pracownicę, pracownika uprawnień rodzicielskich wraz z urlopem wychowawczym może skutkować nabyciem dodatkowo 104 dni urlopu wypoczynkowego (przy stażu ponad 10 letnim). Niezależnie od powyższego wzmacnia się infrastrukturę opieki nad dziećmi.

Kodeks pracy przewiduje także możliwość zatrudniania pracowników w ramach telepracy. W zakresie regulacji czasu pracy już mamy rozwiązania umożliwiające godzenie życia zawodowego z rodzinnym m.in. tzw. ruchomy czas pracy, indywidualny rozkład czasu pracy, ograniczenia w pracy w porze nocnej, w godzinach nadliczbowych w przypadku pracowników opiekujących się dzieckiem w wieku do ukończenia 4 lata, czy prawo do zwolnienia od pracy w wymiarze 16 godzin albo 2 dni, z zachowaniem prawa do wynagrodzenia w przypadku pracownika wychowującego przynajmniej jedno dziecko w wieku do 14 lat.

Szewczak: Ustawa antyspreadowa nie załatwi istoty problemu frankowiczów

Odwlekanie sprawy kredytów frankowych może skutkować większymi konsekwencjami. Nie warto legalizować bezprawia. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przedstawił ostatnio koncepcję dotyczącą powołania specjalnych wydziałów do spraw kredytów walutowych przy sądach. Propozycja ta nie jest drogą szybką, tanią i krótkoterminową. Drugim wyjściem z sytuacji są drogi ustawowe, gdzie tak naprawdę mówi się jedynie o projekcie prezydenckim – ustawie „spreadowej”. Są poważne wątpliwości co do niektórych zapisów tej ustawy, a przede wszystkim dotyczy ona małego fragmentu problemu. Nie usuwa zasadniczej kwestii osób, które 10 lat temu wzięły kredyt i mają kwotę większą do spłacenia, niż kwota początkowa.

– Nie ma to nic wspólnego z definicją kredytu w rozumieniu polskiego prawa bankowego – powiedział agencji eNewsroom.pl Janusz Szewczak, poseł na sejm RP – Poruszana jest kwestia klauzul zakazanych stosowanych przez banki, lekceważenia przez nie wyroków, niedostarczania dokumentów i przewlekania. Wszechobecne jest lobby bankowe, a silne państwo poznaje się po nieuleganiu presji tego środowiska i bronieniu interesu własnych obywateli. Państwo nie powinno dbać o zyski i bilanse banków – często zagranicznych. Bank nie jest siódmym cudem świata – zwykła działalność, która jest obliczona na zysk. Chciwość, brak kalkulacji ryzyka oraz naruszenie prawa powinny skutkować poniesieniem konsekwencji. W Stanach Zjednoczonych banki i instytucje finansowe płacą wielomiliardowe – do tej pory zapłaciły łącznie 380 miliardów dolarów – kary za oferowanie toksycznych produktów i patologie różnego rodzaju. Skoro tam można, to i u nas może to skutecznie zadziałać. Mimo, że w mojej ocenie Pan Prezydent miał dobre intencje, to sam projekt budzi wątpliwości. Nie tylko natury legislacyjnej, ale również nie załatwi istoty problemu. Projekty rozwiązania problemu kredytów walutowych przedstawiły również inne partie – Platforma Obywatelska oraz Kukiz’15. Te partie idą znacznie dalej i szerzej obejmują ten problem. Najprawdopodobniej rozpatrywana będzie jedynie propozycja prezydencka. Dużą odpowiedzialność w tej sferze wziął na siebie Narodowy Bank Polski. Prezes Adam Glapiński wraz z Komitetem Stabilności Finansowej ma przygotować dodatkowe obostrzenia i wymogi dla banków, które mają je zmusić do dobrowolnego przewalutowania kredytów – w co szczerze wątpię. Banki – nagle – po 15 latach udzielania toksycznych kredytów nie zejdą ze złej drogi i nie wyjdą naprzeciw swoim klientom – podsumował Szewczak.

Inwestorzy realizują zyski

Wygrana Macrona jest z punktu widzenia rynków finansowych dobrą informacją. istotnie ogranicza ryzyko polityczne. Tyle tylko, że ten wybór jest już uwzględniony w cenach. Dlatego po pierwszej pozytywnej reakcji, inwestorzy szybko przystąpili do realizacji zysków.

W niedzielę Francuzi wybrali centrystę Emmanuela Macrona na swojego prezydenta. Zgodnie z oczekiwaniami zdecydowanie wygrał on z Marine Le Pen, co ostatecznie zamknęło temat niepewności politycznej wiszącej nad Europą. Wprawdzie w tegorocznym kalendarzu mamy jeszcze wybory parlamentarne we Francji, Wielkiej Brytanii i Niemczech, ale po rozstrzygnięciach wyborczych w Holandii i ostatnich we Francji, inwestorzy zdają się tym już zupełnie nie przejmować. Stąd też można oczekiwać, że Macron dostanie od rynków spory kredyt zaufania. Pierwsza weryfikacja tego, czy była to słuszna decyzja, będzie mieć miejsce już 15 maja, gdy nowy prezydent Francji przedstawi kandydata na premiera.

Wczorajsza wygrana Macrona była dyskontowana jeszcze przed drugą turą wyborów prezydenckich i dziś już nie budzi nadmiernych emocji. Jeszcze początek dnia przyniósł pozytywną reakcję rynków finansowych, ale szybko zamieniło się to w realizację zysków. Po 4. godzinach handlu europejskie giełdy w większości tracą na wartości. I tak francuski indeks CAC spada o 0,8 proc., niemiecki DAX traci 0,2 proc., a polski WIG20 jest notowanych 0,5 proc. poniżej piątkowego zamknięcia.

Zyski realizowane są też na rynku walutowym. Kurs EUR/USD, który pomiędzy pierwszą a drugą turą wzrósł z 1,0726 do 1,0995 dolara, żeby dziś w nocy wyznaczyć półroczne maksimum na poziomie 1,1013 dolara, obecnie cofnął się poniżej 1,0950 dolara. Jeżeli przyjąć, że wybór Macrona jest już uwzględniony w cenach, a płynące szerokim strumieniem pozytywne dane z Europy nie tworzą już nowego paliwa do umocnienia wspólnej waluty, to inwestorzy będą teraz szukać nowych tematów. Tym tematem będzie prawdopodobna czerwcowa podwyżka stop procentowych przez Fed. Szczególnie, gdyby po słabym pierwszym kwartale, amerykańska gospodarka mocniej przyspieszyła. Stąd też oczekuję, że w najbliższych tygodniach kurs EUR/USD wróci w okolice 1,06-1,07 dolara.

Rano pozytywnie na wieści z Francji zareagował też złoty. Kurs euro spadł do 4,1880 zł. Dolar potaniał do 3,8115 zł i był najtańszy od 7. miesięcy. Notowania CHF/PLN spadły natomiast do 3,8497 zł, wyznaczając nowe dwuletnie minimum. Jednak wraz ze zwrotem na EUR/USD i  realizacją zysków na giełdach, również niższe notowania walut wobec złotego zostały wykorzystane do kupna tych pierwszych. O godzinie 13:28 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2010 zł, USD/PLN 3,8360 zł, a CHF/PLN 3,8610 zł.

Perspektyw przyszłej gry pod czerwcowa podwyżkę stóp procentowych przez Fed i związanego z tym spadku EUR/USD do 1,06-1,07 dolara, przy jednoczesnym pełnym zdyskontowaniu przyspieszenia gospodarczego w Polsce, będzie dla złotego oznaczało narastającą presję na jego osłabienie. Dlatego w perspektywie miesiąca główne waluty powinny podrożeć od 5 do 10 gr.

W dalszej części tygodnia krajowy rynek walutowy pozostanie pod głównym wpływem czynników globalnych. Oznacza to, że czołowym determinantem wahań złotego będą raporty makroekonomiczne płynące z USA, Niemiec i Chin. Większych emocji natomiast nie wywoła ani piątkowa publikacja finalnego odczytu polskiej inflacji za miesiąc kwiecień, ani publikowana tego samego dnia decyzja Moody’s w ratingu Polski. W tym drugim przypadku wątpliwa jest zmiana ratingu, gdyż obserwowane przyspieszenie gospodarcze to zbyt mało, żeby to zrobić, bo wciąz problemem jest wysoki deficyt i polityka. Dlatego Moody’s pozostawi rating na poziomie A2)

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Spotify, Instagram i WhatsApp dotknęły nieplanowane przestoje

W ostatnich dniach kilka największych i najbardziej popularnych usług internetowych ucierpiało z powodu nieplanowanych przerw w działaniu. Brak dostępu do aplikacji Instagram i WhatsApp, a także serwisu muzycznego Spotify, rozwścieczył liczną grupę użytkowników, którzy w mediach społecznościowych nie szczędzili krytycznych komentarzy pod adresem gigantów cyfrowej rozrywki.

W dzisiejszym świecie biznes online jest coraz silniej zobligowany do zapewnienia dostępności usług w trybie ciągłym, przez okrągły rok, bez względu na porę dnia i strefę geograficzną. Współcześni konsumenci są coraz lepiej wyedukowani w kwestii usług cyfrowych. Za pośrednictwem urządzeń mobilnych mogą korzystać z nich niemal wszędzie i dla wielu z nich stało się to zupełnie naturalne. Dlatego domagają się nieprzerwanego dostępu do ulubionych aplikacji, serwisów i usług. Wśród nich są Instagram, WhatsApp i Spotify, z których w skali miesiąca łącznie korzystają blisko dwa miliardy użytkowników. Także różne gałęzie biznesu chętnie wykorzystują działające w czasie rzeczywistym platformy usług cyfrowych. Na przykład do tego, by dotrzeć do klientów z przekazem reklamowym oraz innymi treściami – informacyjnymi, rozrywkowymi czy edukacyjnymi. Stąd również oczekiwania świata biznesu są takie, by te popularne aplikacje działały non stop.

„Choć kliku czy kilkunastogodzinne przestoje mogą wydawać się krótkotrwałe, ich konsekwencje zazwyczaj okazują się bardzo kosztowne, zarówno w wymiarze finansowym, jak też wizerunkowym. Z opublikowanego niedawno opracowania Veeam Availability Report 2017 wiemy, że nieplanowane przestoje w obszarze IT kosztują duże przedsiębiorstwo średnio 21,8 mln dol. rocznie. Niemniej istotny jest uszczerbek na reputacji, który trudno oszacować w kategoriach czysto pieniężnych. Przerwy w dostępności usług skutkują tym, że niemal połowa badanych przedsiębiorstw traci zaufanie klientów. Jednocześnie 40 proc. firm przyznaje, że awarie nadwątlają wizerunek marki, co negatywnie wpływa nie tylko na jej postrzeganie ale też zdolność do utrzymania klientów” – powiedział Tomasz Krajewski, szef zespołu inżynierów na Europę Wschodnią w Veeam Software.

„Pomimo, że duże firmy stopniowo modernizują swoje zaplecza IT, badanie Veeam wskazuje, że aż 82 proc. przedsiębiorstw wciąż zmaga się z tak zwanym „deficytem dostępności”, czyli różnicą między potrzebami użytkowników a możliwościami ich zaspokojenia przez dział IT. Wymagania użytkowników i obciążenie infrastruktury informatycznej rosną lawinowo, dlatego przedsiębiorstwa powinny priorytetowo potraktować kwestię zabezpieczenia dostępności swoich usług, by móc uniknąć kosztownych przestojów” – dodaje ekspert Veeam.

Instagram, WhatsApp i Spotify opierają swoje działanie na wysoce skalowalnych i w dużej mierze odpornych na błędy mikrousługach, które umożliwiają dostarczanie finalnej usługi użytkownikom sieci. System ten nie jest jednak całkowicie odporny na zakłócenia skutkujące nieplanowanymi przerwami w pracy. Przestoje, jakich doświadczyli w ostatnich dniach giganci biznesu internetowego pokazują wręcz, że nawet najlepsze systemy IT, zarządzane przez największe firmy, mogą ucierpieć z powodu awarii. Niezależnie od tego, jak skalowalna, odporna i rozproszona jest architektura systemu, wszystko, co jest oparte na oprogramowaniu może potencjalnie odmówić działania.

Mając na uwadze wspomniane incydenty, nieodzowne dziś jest, aby przedsiębiorstwa bez względu na sektor i skalę działalności dysponowały planem gwarantowania stałej dostępności usług oraz ochrony i awaryjnego odzyskiwania danych. Jak pokazała natychmiastowa reakcja użytkowników, którzy za pośrednictwem Twittera masowo skarżyli się na przestoje w działaniu aplikacji, obecnie zdolność do utrzymania ciągłej dostępności usług w dużym stopniu decyduje o reputacji firmy.

Analiza pozycji dużych graczy 08.05.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 08.05.2017 8– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 08.05.2017 9-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportów COT najciekawiej przedstawia się funt brytyjski oraz euro. Na pozostałych parach walutowych widać niezdecydowanie.

Euro

Od trzech tygodni fundusze lewarowane domykają swoje krótkie pozycję. Nic dziwnego, skoro euro potężnie wystrzeliło w górę. Można było się tego spodziewać, na co zwracaliśmy uwagę już kilka razy. W ostatnim czasie euro rosło ze względu na przesądzony wynik wyborów we Francji. Po zapoznaniu się z wynikiem czynnik ten przestał oddziaływać na rynek. Pomimo tego, że fundusze lewarowane zaczęły domykać krótkie pozycje na rzecz długich nie należy spodziewać się nadmiernych wzrostów.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło Cme Group

Na chwile obecną fundusze lewarowane posiadają w swoich zasobach o 53 tysiące więcej krótkich pozycji niż długich. Aczkolwiek redukcja lub nawet wyjście powyżej poziomu 0 może być utrudnione. Patrząc historycznie, od kilkunastu miesięcy fundusze lewarowane w swoich portfelach utrzymywały ponad 20 tysięcy krótkich pozycji więcej niż długich. Właśnie z tego powodu wystrzał euro powinien być ograniczony.

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym notowania wspięły się ponad poziom oporu 1.086-1.090, który jest teraz wsparciem broniącym dalsze wzrosty. Po pokonaniu tego poziomu byki otworzyły sobie drogę w okolicę poziomu 1.11. Niemniej jednak negatywnym czynnikiem dla euro może być sezonowość, bowiem większość miesięcy maj przez ostatnie 10 lat kończyło się na stracie względem USD.

Funt brytyjski

Kolejnym ciekawym instrumentem, który możemy należy jest funt szterling. Fundusze lewarowane oraz inwestycyjne od kilku tygodni zmieniają swoje niedźwiedzie nastawienie. W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane zamknęły prawie 6 tysięcy krótkich pozycji oraz otworzyły 2 tysiące długich.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Na wykresie dziennym po pokonaniu strefy oporu 1.27-1.28 byki otworzyły sobie drogę do poziomu 1.34, niemniej jednak należy pamiętać, że jest to długoterminowy cel kupujących, który nie zostanie osiągnięty w kilka dni.

Pomimo byczego nastawienia należy spodziewać się korekty, która może zejść w okolicę wcześniej wspomnianego oporu, który jest teraz wsparciem.

Notowania GBP/USD, interwał dzienny

Notowania GBP/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek, Analityk Rynków Finansowych

Lingwiści podbijają rynek pracy

Najbardziej poszukiwany pracownik w polskich metropoliach? Wykwalifikowany lingwista. To bardzo ważny profil kandydata zwłaszcza w sektorze operacji biznesowych, który zgodnie z prognozami ABSL pod koniec I kwartału 2017 ma zatrudniać 250 000 osób. Mediana zarobków osób z zaawansowaną znajomością angielskiego według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń wynosi aż 5800 złotych. Podobne zarobki osiągają osoby posługujące się m.in. niemieckim, francuskim, hiszpańskim, ale także… niderlandzkim czy szwedzkim. Zwłaszcza znajomość mniej typowych języków stała się ogromnym atutem w rywalizacji o dobre stanowiska. Pracodawcy podkreślają, że „językowców” jest zdecydowanie zbyt mało.

Według badań Ulricha Ammona z uniwersytetu w Dusseldorfie, 2/3 światowej populacji posługuje się zaledwie 12 językami – przy aż 7 000 istniejących na świecie. Tymczasem, jak wskazuje raport organizacji ABSL, w centrach operacji biznesowych działających w Polsce usłyszeć można już 37 różnych języków. Dla przykładu – w krakowskim centrum Shell realizowane są projekty w 17 językach obcych, a w Infosys Poland – 29. Na podium najczęściej używanych plasują się angielski (100% centrów), polski (blisko 80%) i niemiecki (75%). Błędem jest jednak stwierdzanie, że na rynku pracy poszukiwani są tylko germaniści czy angliści. Francuski, hiszpański czy włoski są wykorzystywane przez około połowę pracodawców tego sektora, a rosyjski, niderlandzki i szwedzki – przez co trzeciego.

W centrach biznesowych w obcych językach prowadzone są coraz częściej m.in. skomplikowane międzynarodowe projekty księgowe, finansowe, HR-owe, logistyczne czy technologiczne. Stanowiska, na które rekrutują, związane są więc coraz częściej zarówno z kompetencjami lingwistycznymi, jak i wiedzą specjalistyczną. Tymczasem deficyt lingwistów jest widoczny gołym okiem. Według badań Randstad 17% Polaków deklaruje, że zna biegle angielski, niemiecki – tylko 5%. W przypadku francuskiego, hiszpańskiego i włoskiego – po kilka procent.

Głód językowca

Wśród języków powszechnie uważanych za „nietypowe” w sektorze nowoczesnych usług biznesowych najwyżej plasuje się niderlandzki, tuż za nim – szwedzki. Na portalu pracuj.pl znajdziemy ponad 300 ofert pracy z językiem niderlandzkim. Zapotrzebowanie jest tak duże, że wśród oferowanych przez sektor stanowisk coraz częściej pojawiają się te wymagające tylko komunikatywnej znajomości języka. Szlifowanie zdolności lingwistycznych odbywa się wówczas już na wewnętrznych firmowych kursach, a dużą rolę na rekrutowanych stanowiskach pełnią kompetencje pozajęzykowe.

Ta sytuacja wynika z coraz większej złożoności zadań, z jakimi mierzą się pracownicy w centrach biznesowych takich, jak nasze. W przypadku krakowskiego centrum Shell, jednej z trzech największych takich jednostek firmy na świecie, szukamy zarówno osób łączących znajomość języków z kompetencjami specjalistycznymi, jak i utalentowanych lingwistów na początku kariery. Wśród naszych ofert pojawia się np. HR Advisor z językiem niderlandzkim, czyli doradca z zakresu zasobów ludzkich, który podejmie się wsparcia HR-owego pracowników zlokalizowanych w krajach Beneluksu. W Polsce nie brak utalentowanych ekspertów i lingwistów, ale czasem trzeba im pomóc w rozwoju kariery. Rozwijając naszą kadrę w Krakowie, sięgamy po różne narzędzia. Pomagamy zarówno pogłębiać znajomość języków, jak i wspieramy kompetencje specjalistyczne – opowiada Katarzyna Cyran, Specjalistka ds. Rekrutacji i Marketingu w Shell Business Operations Kraków.

Tylko w ubiegłym roku krakowskie centrum operacji biznesowych firmy Shell zatrudniło 660 nowych pracowników, przekraczając próg 2500 specjalistów. Do zdecydowanie najważniejszych grup rekrutowanych przez Shell specjalistów należą lingwiści mówiący po niderlandzku, węgiersku, bułgarsku czy słowacku. Zapotrzebowanie rośnie szybko, za czym nie nadąża podaż lingwistów. Dla przykładu, w Polsce funkcjonują cztery filologie niderlandzkie – we Wrocławiu, Poznaniu, Lublinie oraz w Warszawie. Według danych fundacji Pro Progressio, w 2015 roku w Polsce było 81 absolwentów tych kierunków. Samych Holendrów w kraju również jest jak na lekarstwo. Nieoficjalne dane wskazują, że diaspora liczy sobie 1000-1500 osób skupionych głównie w Warszawie oraz Krakowie.

Zarówno Holendrzy, jak i Polacy znający język holenderski mogą więc liczyć na dobre warunki rozwoju. Według danych ABSL, bonusy językowe do pensji dla osób znających języki skandynawskie, fiński czy niderlandzki sięgają od 800 do nawet 1500 zł brutto. Trudno się więc dziwić, że mediana zarobków wśród lingwistów w Polsce wynosi w zależności od języka 4800-6000 złotych brutto.

Nie tylko nietypowe

Obok nietypowych języków, duże możliwości na rynku pracy otwiera także np. znajomość niemieckiego. W tym wypadku podaż kandydatów jest co prawda większa, niż np. w przypadku holenderskiego, ale także nie nadąża za popytem. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń mediana zarobków specjalistów z zaawansowaną znajomością niemieckiego sięga 5 500 zł brutto, a 25% z nich otrzymuje ponad 9 000 zł. Jednak germaniści wciąż stanowią tylko 14 proc. absolwentów studiów językowych w Polsce. Zapotrzebowanie jest znacznie większe.

Na rynku pracy nadal brakuje germanistów, co stanowi niemałe wyzwanie dla pracodawców, szczególnie z centrów biznesowych. Na etapie rekrutacji umiejętność posługiwania się niemieckim deklaruje u nas w Accenture średnio 15-18 procent kandydatów, co rzecz jasna nie pokrywa całkowitego zapotrzebowania. Dodatkowo, osoby niemieckojęzyczne poszukujące zatrudnienia często nie mają pełnej świadomości wymogów pracy w branży usług biznesowych. Wiele osób utożsamia ją z koniecznością posiadania dodatkowej wiedzy specjalistycznej. Tę jednak w większości przypadków można zdobyć poprzez praktykę u wybranego pracodawcy – tłumaczy Edyta Gałaszewska-Bogusz, dyrektor Accenture Operations Polska. Firma rekrutuje m.in. osoby znające niemiecki czy holenderski, ale także hiszpański i języki nordyckie.

Wyszkolić eksperta

Szczególnie poszukiwanymi przez pracodawców ekspertami są obecnie osoby posługujące się w stopniu zaawansowanym językami obcymi, a jednocześnie posiadające wiedzę ekspercką z dziedziny np. finansów, księgowości, marketingu, logistyki, HR. Jednak lingwiści bez doświadczenia także są mile widziani, a firmy inwestują w ich edukację. Duży nacisk na rozwój językowy kładzie się np. w Capgemini Business Services, gdzie najliczniejszą grupę stanowisk reprezentują osoby władające językiem francuskim i niemieckim, ale coraz mocniej reprezentowany jest też niderlandzki, hiszpański, włoski, węgierski, szwedzki, duński i norweski.

– Nasza oferta pracy skierowana jest zarówno do osób bez doświadczenia zawodowego, jak i do zainteresowanych zmianą ścieżki kariery. To także propozycja dla specjalistów i managerów zaznajomionych z obszarem finansów, księgowości, ubezpieczeń, procurement i HR, którzy obok ekspertyzy posiadają wysokie kompetencje językowe. Nasi pracownicy mają możliwość dalszego rozwoju kompetencji językowych dzięki programowi szkoleń wewnętrznych, jak i różnorodnym zadaniom wymagających aktywnego wykorzystania języka. Tak w ramach komunikacji z Klientami i naszymi globalnymi zespołami, jak i przy okazji pracy z dokumentami, koncepcyjnej pracy projektowej, wyjazdom zagranicznym – precyzuje Aleksandra Szelest-Tarapata, menedżer ds. rekrutacji w Business Services w Capgemini Polska.

Prosta ścieżka lingwisty

Według szacunków analityków Polityka Insight, napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski przekroczył 50 mld USD. Największymi inwestorami w całej gospodarce były firmy niemieckie, amerykańskie i francuskie, a za nimi – brytyjskie, włoskie i skandynawskie. W przypadku centrów biznesowych – głównych graczy rynku zatrudnienia lingwistów – to także najważniejsze kraje pochodzenia znaczących inwestorów. Jak szacuje organizacja ABSL, do 2020 roku w tych centrach ma pracować 300 000 osób. Bardzo ważną grupę będą stanowić w nich lingwiści, a językowej luki kompetencyjnej nie wypełni nawet duża imigracja obcokrajowców. Dla lingwistów ta sytuacja oznacza dobre lata na rynku pracy, a dla firm – wyzwanie w zakresie kształtowania polityki HR i kształcenia pracowników.

Kurs złotego umocnił się. Bitcoin znów bije rekordy

Sondaże się nie myliły. Przewaga Emmanuela Macrona była znacząca. Chińskie rezerwy walutowe rosną. Inwestorzy już teraz inwestują pod czerwcowy wzrost stóp procentowych. Bitcoin w  górę.

Macron prezydentem Francji

Zgodnie z sondażami zwycięstwo Emmanuela Macrona było bardzo wyraźne. Jak zareagowały rynki? Otwarcie notowań w nocy pokazało silne umocnienie euro względem głównych walut. Za jedno euro trzeba było płacić ponad 1,1 dolara. Również względem franka europejska waluta ustanowiła swoje maksima. W obydwóch przypadkach były to maksima od końca zeszłego roku. Jaki ma to wpływ na złotego? Polska waluta wyraźnie umocniła się względem głównych walut. Na rynku jednak dość szybko pojawiła się korekta, która zniosła większość tego ruchu. W rezultacie złoty znajduje się w okolicach zamknięcia z zeszłego tygodnia.  Jest to 4,20 zł za euro, 3,87 zł za franka, 3,83 zł za dolara i 4,97 zł za funta.

Chińskie rezerwy walutowe rosną

Wraz ze słabnącym dolarem zmniejszyła się presja na odpływ kapitału z Chin. W połączeniu ze spadkiem wartości amerykańskiej waluty rezerwy walutowe Chin wyrażone w niej wzrosły trzeci miesiąc z rzędu i ma w rezultacie cały rok na plusie. Jest to dobra zmiana tendencji, gdyż ostatnie dwa lata rezerwy zmniejszały się o około 10%.

Rosną szanse na podwyżkę stóp w USA

Na rynkach oprócz wyborów we Francji miała miejsce jeszcze jedna rzecz. Inwestorzy intensywnie kupują opcje na stopy procentowe w USA. W ciągu tygodnia prawdopodobieństwo ich wzrostu w czerwcu wzrosło z 71% do 83%. W normalnych warunkach ruch ten powinien umocnić dolara. Obecnie jego wpływ to raczej tonowanie strat jaki dolar odnosił do euro w wyniku uspokajania się sytuacji wyborczej we Francji.

Bitcoin znów rekordowy

Kryptowaluta znowu staje się gorącym tematem. Powodem jest wzrost wartości cen. Już dawno przebiliśmy poziomy maksimów z przed kilku lat, które wielu analityków uważało za absurdalne i niepowtarzalne. W wyniku silnego trendu wzrostowego, który rozpoczął się pod koniec 2015 roku bitcoiny zyskały na wartości niemal 8 krotnie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

WDX szacuje 1,9 mln zł zysku netto w I kwartale 2017 r.

WDX S.A., notowana na GPW Spółka oferująca kompleksowe rozwiązania z zakresu wyposażenia magazynów, zaprezentowała pozytywne szacunki wyników finansowych za okres styczeń-marzec 2017 r. Firma istotnie zwiększyła przychody (+37 proc.) do 34,9 mln zł, przy wzrostach EBITDA (+39 proc. do 6,1 mln zł) i zysku netto (+36 proc. do 1,9 mln zł). Coraz wyższe rezultaty to skutek rosnącej skali działania i poprawy konkurencyjnej firmy oraz korzystnych warunków na rynku magazynowym i wózków widłowych.

W I kwartale 2017 r., Spółka wypracowała najwyższe przychody od debiutu na GPW w 2000 r. (analizując analogiczne okresy). Mimo wzrostu sprzedaży, spółka zachowała poziomy marż sprzed roku. Marża EBITDA wyniosła 17,5 proc. (wobec 17,3 proc. r/r) , a marża zysku netto – 5,4 proc. (vs. 5,5 proc. r/r).

Pozytywnie rozpoczęliśmy 2017 r. To konsekwencja nawiązywania kolejnych relacji handlowych, jak i udanej współpracy z wieloletnimi klientami. Na pewno także istotna jest stabilna i dobra sytuacja, zarówno w branży wózków widłowych, jak i inwestycji magazynowych – powiedział Marek Skrzeczyński, Prezes Zarządu WDX S.A.

Firmy doradcze wskazują na kontynuację pozytywnych trendów w 2017 r. M.in. Colliers International zwraca uwagę na dalszy rozwój mniejszych rynków magazynowych (Toruń/Bydgoszcz, Lublin, Rzeszów, Szczecin), czy znaczący wzrost branży e-commerce, a także dalszą ekspansję firm z Europy Zachodniej, bądź z USA.

Spółka w I kwartale 2017 r. w dalszym ciągu zwiększyła liczbę realizacji mniejszych i średnich zleceń. Potencjalne duże zamówienia (obserwowane np. w 2015 r.), możliwe do pozyskania w kolejnej części roku mogą dodatkowo pozytywnie wpłynąć na wyniki.

Dane za I kw. 2016 r. są danymi przekształconymi (w raporcie I kw. zysk netto wyniósł 1,2 mln zł) z uwagi na wprowadzoną w 2016 r. zmianę w polityce rachunkowości dotyczącą wyceny hedgingu należności z tytułu wynajmu wózków widłowych.

Exact Systems: branża motoryzacyjna przeciera szlaki eksportowe poza UE

Polska zdecydowaną większość produkcji motoryzacyjnej w 2016 roku wyeksportowała do krajów Unii Europejskiej (86%), jednak biorąc pod uwagę dynamikę, solidniej wzrosła sprzedaż na rynki pozaunijne. Wartość eksportu do Unii Europejskiej wzrosła w ubiegłym roku o 9%, natomiast poza nią aż o 26%.[1] Eksperci Exact Systems, polskiej firmy kontrolującej części m.in. w Chinach, podkreślają, że na rozwój globalnej wymiany międzynarodowej w automotive wpływają przede wszystkim coraz większa liczba inwestycji motoryzacyjnych w krajach Ameryki Łacińskiej oraz wyższa produkcja i sprzedaż aut w Chinach.

Motoryzacja w Polsce jest jedną z nielicznych branż, która coraz odważniej wychodzi z eksportem poza kraje Unii Europejskiej i przeciera szlaki innym branżom. Z geograficznej analizy wymiany handlowej w 2016 roku wynika, że wciąż największym odbiorcą produkowanych w Polsce samochodów i części do nich są kraje Unii Europejskiej, ale zdecydowanie wyższa dynamika eksportu została odnotowana na pozaunijnych rynkach zbytu. Eksperci Exact Systems podkreślają, że „z motoryzacją jedziemy” tam, gdzie potencjał ludnościowy jest ogromny, a w związku z tym również popyt wewnętrzny na samochody.

Daleko na zachód: Meksyk

Brazylia, jeden z rynków wschodzących BRIC (obok Rosji, Indii i Chin), to dla firm znad Wisły często drzwi wejściowe do Ameryki Południowej. Szczególnie w przypadku automotive, gdyż kraj Samby jest największym na kontynencie oraz czwartym na świecie rynkiem motoryzacyjnym. Jednak w związku z recesją gospodarczą, która dotknęła również produkcję i sprzedaż samochodów, eksperci Exact Systems zwracają uwagę na większe zainteresowanie polskich producentów Meksykiem, drugim największym rynkiem motoryzacyjnym w Ameryce Łacińskiej. Swoje fabryki ma tutaj aż kilkunastu producentów samochodów, w tym General Motors, Ford, Toyota, BMW i Volkswagen. Bardzo rozwinięta jest mapa producentów części i wyposażenia pojazdów (m.in. Bosh, Honeywell, Delphi, Yazaki), działają też fabryki silników diesla.[2]

Meksyk cały czas się rozwija. Kolejne koncerny inwestują w produkcje nowych modeli. Ostatnio Volkswagen zdecydował się na uruchomienie produkcji Audi Q5. Co więcej, Meksykiem, m.in. w związku z powodu antymeksykańskiej polityki nowego prezydenta USA, zaczęły interesować się Chiny – chiński koncern samochodowy Great Wall Motor rozważa wybudowanie fabryk. To sprawia, że zapotrzebowanie na części i podzespoły samochodowe rośnie, a coraz większy kawałek tego tortu może przypaść właśnie Polsce. Tym bardziej, że pojazdy mechaniczne i części do nich znajdują się w TOP3 towarów, które eksportujemy do Meksyku – mówi Jarosław Kochański, członek zarządu Exact Systems, odpowiedzialny za rozwój rynków zagranicznych.

Chiny na dalekim wschodzie

Branża motoryzacyjna od kilku lat jest dynamiczną lokomotywą całej chińskiej gospodarki, z czego dobrze zdają sobie sprawę polskie firmy. Obecność wszystkich globalnych koncernów oraz duża liczba firm rodzimych powoduje, że na motoryzacyjnej mapie Chin możemy zaznaczyć ponad osiemdziesięciu producentów samochodów oraz kilkaset dostawców części i podzespołów. W rezultacie Chiny są największym samochodowym rynkiem świata ze sprzedażą aut na poziomie ponad 28 mln sztuk w 2016 roku.[3] Eksperci Exact Systems spodziewają się dalszej rosnącej sprzedaży, a w związku z tym wzrostu produkcji, gdyż niemal połowę całkowitej sprzedaży samochodów osobowych w Chinach stanowią marki rodzime.

Warto zwrócić uwagę na wyraźnie niższy procent nasycenia rynku prywatnych właścicieli aut w porównaniu do wskaźnika globalnego czy polskiego. W Chinach wynosi on 105 sztuk, podczas gdy na świecie na 1000 mieszkańców przypada ok. 150 aut, a w naszym kraju ponad 500. To w powiązaniu z ogromną bazą przemysłu motoryzacyjnego stanowi znakomity grunt do eksportu na ten odległy rynek, czego najlepszym przykładem jest nasza firma. Chiny to pierwszy kraj pozaeuropejski, w którym w 2016 roku rozpoczęliśmy działalność. W ciągu roku zdobyliśmy kilka dużych kontraktów zarówno z globalnymi jak i rodzimymi producentami i cały czas pracujemy nad kolejnymi. Co więcej, poprzez naszą obecność pomagamy także innym polskim spółkom wejść na te rynki. Dzięki naszym rekomendacjom i akredytacjom możemy otworzyć im drzwi do nowych globalnych klientów – mówi Paweł Wieczorek, członek zarządu Exact Systems odpowiedzialny za rozwój rynków zagranicznych.

Eksport do UE: Czechy zastąpiły Wielką Brytanię na podium

Jak wynika z danych AutomotiveSuppliers.pl, w 2016 roku, podobnie jak przed rokiem, odbiorcą polskiej produkcji motoryzacyjnej nr 1, byli Niemcy. Dystans, jaki dzieli ten kraj z kolejnymi rynkami jest na razie dosyć spory – udział naszego zachodniego sąsiada w eksporcie automotive wynosi 30%, podczas gdy na żaden z innych rynków sprzedaż nie przekroczyła 10%. Na uwagę zasługuje jednak wzrost zamówień ze strony obiorców z Czech (+9% r/r) i „wskoczenie” do trójki najważniejszych rynków zbytu. Wyższa lokata Czech wynika z rosnącej produkcji aut oraz powstania nowych zakładów części i podzespołów samochodowych. Przedstawiciele AKCENTA zwracają dodatkowo uwagę na bieżącą sytuację geopolityczną.

Eksport branży motoryzacyjnej odzwierciedla trendy, jakie obserwujemy w całej wymianie handlowej Polski. Brexit, silne wahania kursu funta brytyjskiego i niepewność związana z nową formułą współpracy handlowej między Wielką Brytanią a UE sprawiły, że Czechy zastąpiły Zjednoczone Królestwo na trzeciej pozycji na liście najważniejszych kierunków polskiego wywozu ogółem oraz eksportu automotive. Brexit i jego dotychczasowe skutki pokazują, jak istotna dla handlu jest dywersyfikacja. Dobrze, że branża motoryzacyjna już to dostrzega i realizuje – mówi Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału instytucji płatniczej AKCENTA.

W przypadku samych części i akcesoriów, nasz południowy sąsiad jest drugim najważniejszym partnerem Polski – części i akcesoria stanowiły niemal połowę polskiego eksportu przemysłu motoryzacyjnego do tego kraju (912 mln, +11% r/r). Rosnący udział Czech w branży motoryzacyjnej potwierdzają także wyniki sprzedaży Exact Systems, który w ubiegłym roku skontrolował tam o ponad jedną piątą więcej części niż w 2015 roku.

Kolejny rekord w 2017 roku

Z danych AutomotiveSuppliers.pl. wynika, że bieżący rok rozpoczął się dla branży motoryzacyjnej bardzo obiecująco. – W styczniu wartość eksportu wzrosła o blisko 18% w stosunku do tego samego miesiąca 2016 roku. W całym 2017 roku prognozujemy, że eksport przemysłu motoryzacyjnego z Polski przekroczy po raz pierwszy w historii poziom ponad 25,5 mld euro – mówi Rafał Orłowski, Partner w AutomotiveSuppliers.pl.

[1] Źródło: AutomotiveSuppliers.pl

[2] Źródło: Notatka informacyjna o polsko-meksykańskich stosunkach gospodarczych, Ministerstwo Rozwoju

[3]Źródło: China Association of Automobile Manufacturers

Deloitte: W czasach niepewności gospodarczej rośnie rola firmowych działów zakupów

Najważniejszym priorytetem dla dyrektorów działu zakupów jest redukcja kosztów oraz zarządzanie ryzykiem. W czasach gospodarczej niepewności rola zespołów, które zajmują się konsolidacją wydatków, stale rośnie. Aż trzy czwarte menedżerów kierujących działami zakupów uważa, że ich szefowie wspierają rozwój tego obszaru. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „Growth: the cost and digital imperative. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2017” pod wpływem nowoczesnych technologii tradycyjny model zakupów przechodzi intensywny okres zmian. Największą rolę w tej rewolucji odgrywa analityka danych.

Badanie zostało przeprowadzone wśród menedżerów kierujących działem zakupów (CPO) z 480 firm, mających siedzibę w 36 krajach. Łączne obroty tych przedsiębiorstw wynoszą 4,9 biliona dolarów.

Działy zakupów zdobywają coraz silniejszą pozycję w wielu firmach. – Odpowiadają za to, w jaki sposób i w oparciu o jakie kryteria przeprowadzane są zakupy w danej organizacji. Oznacza to, że działy zakupów nie zajmują się wyłącznie negocjowaniem najniższych cen. Ich zadaniem jest dopilnować, aby zakupy, których dokonuje firma, miały właściwe przełożenie na realizację jej celów, zachowując jednocześnie kontrolę nad kosztami i wydatkami – wyjaśnia Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Dla 79 proc. badanych CPO najważniejszym priorytetem w tym roku będzie redukcja kosztów. Na drugim miejscu na liście priorytetów znalazło się zarządzanie ryzykiem zakupowym (57 proc.), a na trzecim wprowadzenie nowych produktów, usług lub poszukiwanie dostawców na nowym rynku (52 proc.).

Menedżerowie kierujący działem zakupów byli również pytani o to, jak radzą sobie z zarządzaniem oszczędnościami. Okazuje się, że 58 proc. badanych zadeklarowało, że w ciągu ostatniego roku udało się im osiągnąć lepszy poziom oszczędności niż rok wcześniej. Co dziesiąty badany przyznał, że wynik ten był gorszy, a w ocenie 30 proc. poziom oszczędności był taki sam.

W ciągu następnych dwunastu miesięcy szefowie działów zakupów chcą szukać wzrostu wartości, koncentrując się przede wszystkim na konsolidacji kosztów (40 proc.), korzystając z rosnącej konkurencji na rynku (35 proc.) oraz poprawiając specyfikację przedmiotu zamówienia (28 proc.).

Przedsiębiorstwa muszą dostosować się do nowego środowiska niepewności gospodarczej. Respondenci wskazali na niewielki wzrost ogólnego poziomu ryzyka biznesowego. Kluczowe globalne zagrożenia obejmowały słabość i zmienność na rynkach wschodzących, rosnące ryzyko geopolityczne, możliwość ponownego kryzysu w strefie euro oraz skutki spowolnienia w Chinach. – Z punktu widzenia CPO niepewność ekonomiczna ma swoje zalety, bo pozwala wynegocjować lepsze warunki z dostawcami i zapewnić wartość firmie. Jest to jeden z elementów, który może zapewnić przedsiębiorstwom przewagę konkurencyjną na rynku. Rosnącą rolę działów zakupów potwierdza fakt, że aż trzy czwarte badanych ma poczucie, że ich przełożeni wspierają rozwój kierowanych przez nich zespołów – tłumaczy Jakub Rosiecki. – Ponadto ponad 85 proc. CPO aspiruje do bycia jednym z najważniejszych partnerów biznesowych działów merytorycznych – dodaje.

Ważną częścią pracy działu zakupów są relacje z dostawcami. Aż 87 proc. badanych doświadczyło incydentu zaburzającego ciągłość dostaw w ciągu ostatnich 2-3 lat. Ryzyko związane z zakupami wzrosło ich zdaniem do poziomu 50 proc. Jest to najwyższy wynik w historii badania. Jednocześnie jednak współpraca z dostawcami spadła na liście priorytetów (z 39 do 26 proc.), co może oznaczać, że działy zakupów będą dążyć do wykorzystywania rosnącej konkurencji pomiędzy nimi.

Wysoko na liście priorytetów CPO znajdują się za to nowoczesne technologie. Digitalizacja nie tylko nie  omija działu zakupów, ale staje się podstawą jego działania. Jej rola jest podwójna. Z jednej strony aż 75 proc. badanych CPO wierzy, że rola zakupów w dostarczaniu innowacyjnych technologii dla ich firm będzie rosła, z drugiej strony wewnętrznie również wykorzystują je, by usprawnić proces zakupowy.

 

Które technologie będą miały największy wpływ na działy zakupów? Zdaniem 65 proc. ankietowanych w ciągu najbliższych dwóch lat będzie to analityka, a w perspektywie pięciu lat należy spodziewać się wzrostu znaczenia automatyki i robotyki procesowej (wzrost z obecnych 50 do 88 proc.). Zdaniem CPO nowoczesne technologie pozwolą bardziej efektywnie zarządzać procesem zamówień i eliminować ograniczenia. Analityka pomaga w procesie negocjacji (58 proc.), uzyskaniu efektywności procesów (57 proc.), analizie rynku (44 proc.) oraz w optymalizacji portfela dostawców (40 proc.). Główne przeszkody w implementacji nowoczesnych technologii w obszarze zakupów to jakość danych (49 proc.), brak ich zintegrowania (42 proc.) oraz brak odpowiednich kompetencji analitycznych (29 proc.). – Cyfryzacja stała się zarówno ogromnym wyzwaniem jak i szansą dla działów zakupów na całym świecie, tym bardziej, że w sytuacji niepewności gospodarczej ich głównym zadaniem, zarówno w krótszej, jak i dłuższej perspektywie jest zapewnienie organizacji oszczędności kosztów przy jednoczesnym dostarczeniu wartości – mówi Jakub Rosiecki.

Inwestycja w panele słoneczne pozwala obniżyć miesięczne opłaty za energię elektryczną nawet do zera

Inwestycja w panele słoneczne pozwala obniżyć miesięczne opłaty za energię elektryczną nawet do zera 10

W 2016 roku całkowita moc mikroinstalacji fotowoltaicznych zwiększyła się o ponad 250 proc. i sięgnęła 93,72 MW – wynika z danych Polskiego Towarzystwa Fotowoltaiki. Tak dynamiczny wzrost to efekt m.in. ubiegłorocznych zmian w ustawie o odnawialnych źródłach energii. Nowela wprowadza pojęcie tzw. opustów, które jak przekonuje Dawid Zieliński z Columbus Energy, w wielu przypadkach pozwalają na obniżenie kosztów energii praktycznie do zera.

– Rynek fotowoltaiczny w Polsce rozwija się fantastycznie. Według badań CBOS z 2016 roku już ponad milion osób w Polsce jest aktywnie zainteresowanych możliwością zakupu i montażu ogniw fotowoltaicznych, czyli urządzeń do produkcji energii elektrycznej ze słońca – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dawid Zieliński, prezes zarządu Columbus Energy.

Jak wynika z danych Polskiego Towarzystwa Fotowoltaiki, na koniec 2016 roku łączna moc systemów fotowoltaicznych w naszym kraju przekroczyła 192,8 MW. Szczególnie dynamiczny wzrost odnotowano w segmencie tzw. mikroinstalacji, czyli niewielkich przydomowych systemów o mocy do 40 kW. Na koniec ubiegłego roku ich skumulowana moc wynosiła ponad 93,7 MW, co w stosunku do grudnia 2015 roku oznacza wzrost o ponad 250 proc.

– Czujemy to na własnej skórze, ponieważ liczba zapytań jest niesamowita – przyznaje Dawid Zieliński.

Zdaniem prezesa Columbus Energy aktualnie największy potencjał do wzrostu mają południowe województwa Polski, a także woj. wielkopolskie, natomiast obszary na północy Polski rozwijać się będą z pewnym opóźnieniem. Tę opinię potwierdzają także dane PTPV. Wynika z nich, że najwięcej systemów mających koncesję Urzędu Regulacji Energetyki działa obecnie w województwach śląskim, lubelskim, małopolskim oraz w Wielkopolsce.

– Konstrukcja prawna, która została wprowadzona trochę więcej niż pół roku temu, powoduje to, że dopiero teraz prosumencka energetyka słoneczna, czyli dla tych najmniejszych konsumentów, ma szansę się rozwijać. Jeżeli ta konstrukcja prawna zostanie również wprowadzona dla przedsiębiorców, to tutaj czujemy, że w tym segmencie również będzie się ten rynek rozwijał niesamowicie mocno – przewiduje prezes Columbus Energy.

Znowelizowana ustawa o odnawialnych źródłach energii weszła w życie z dniem 1 lipca 2016 roku. W myśl nowych przepisów gwarantowaną cenę odkupu energii pochodzącej z OZE zastąpiły tzw. opusty, pozwalające na rozliczenie różnicy pomiędzy energią wytworzoną przez prosumenta a tą, która została przez niego pobrana.

– Dzisiaj kupując fotowoltaikę, płacąc gotówką, okres zwrotu z inwestycji liczymy na jakieś 7 do 9 lat. Zaczyna to być naprawdę atrakcyjny produkt, szczególnie, że instalacja fotowoltaiczna będzie pracować przez 25–30 bądź nawet więcej lat – wyjaśnia Zieliński.

Ekspert wylicza, że własna mikroinstalacja fotowoltaiczna pozwala na obniżenie rachunków za energię elektryczną nawet o dwadzieścia procent.

– Jeżeli natomiast będziemy myśleć o inwestycji gotówkowej, to tak naprawdę rachunki maleją nam praktycznie do zera ­– dodaje.

Polski eksport się rozwija. Firmy coraz częściej przed ekspansją szczegółowo analizują nowe kierunki

Polski eksport się rozwija. Firmy coraz częściej przed ekspansją szczegółowo analizują nowe kierunki 11

Rodzime firmy do wejścia na rynki zagraniczne zachęca możliwość pozyskania nowych klientów, zwiększenia sprzedaży i dochodów. Odstrasza je jednak niepewność i brak wystarczającej wiedzy o lokalnych rynkach. Analiza przestrzenna, która dostarcza firmie szeregu informacji i danych, pomaga w opracowaniu strategii rozwoju na zagranicznym rynku.

Największym wyzwaniem, przed którym stają polscy przedsiębiorcy w kontekście ekspansji zagranicznej, jest dostęp do rzetelnej wiedzy i informacji o nowych rynkach – mówi agencji Newseria Biznes Weronika Kuna, menadżer Esri Polska.

Polskie firmy do rozpoczęcia działalności na rynkach zagranicznych zachęca duży popyt, nowi klienci i wyższe ceny, co przekłada się na możliwość zwiększenia dochodów. Ponieważ krajowy rynek jest nasycony w wielu branżach, eksport stwarza też przedsiębiorstwom możliwość dalszego rozwoju.

Polski rynek jest już nasycony. Pojawiają się na nim nowe, zagraniczne marki, których łakną Polacy. Dlatego poszukiwanie nowych rynków zbytu za granicą to naturalna kolej rzeczy. Zwłaszcza że nie konkurujemy już wyłącznie ceną, polskie marki mają doskonałą jakość i ponadprzeciętny design – mówi Weronika Kuna.

Z drugiej strony największe obawy firm zainteresowanych zagraniczną ekspansją dotyczą odmiennego prawa i konieczności dokonania wysokich inwestycji. Nie bez znaczenia jest też sytuacja geopolityczna.

Jak zauważa Weronika Kuna, jednym z kluczowych czynników hamujących polskie firmy przed sprzedawaniem swoich produktów za granicę jest również nieznajomość specyfiki lokalnych rynków.

Potwierdzają to przeprowadzone w 2014 roku badania Fundacji Kronenberga. Ponad połowa (54 proc.) firm wskazała, że aby rozpocząć ekspansję za granicą, potrzebna jest duża wiedza o branży oraz duża wiedza o zagranicznym rynku (47 proc.). Dla 56 proc. przedsiębiorstw rozpoczęcie ekspansji rozpoczęło się od zdobycia wiedzy i informacji o wybranym rynku.

Ponad połowa firm uznaje przeanalizowanie danych o potencjalnych rynkach, którymi są zainteresowani, za podstawowe i niezbędne działanie. Dane dotyczące potencjału zakupowego, siły nabywczej, konkurencji, lokalizacji obecnych i planowanych centrów handlowych pozwalają na ogląd zagranicznego rynku. Na tej podstawie firma może zdecydować, czy wybrać naszych zachodnich sąsiadów, czy może lepiej rozpocząć działalność w krajach bałtyckich – tłumaczy Weronika Kuna.

Rozpoczęcie ekspansji ułatwia przedsiębiorstwom analityka przestrzenna, która dostarcza aktualnych danych dotyczących zagranicznego rynku. Baza danych łączy statystyki populacyjne, informacje o wydatkach, sile nabywczej, konkurencji i stopniu nasycenia rynku, dane socjodemograficzne i geograficzne oraz plany przestrzenne dotyczące planowanych inwestycji, infrastruktury i zagospodarowania przestrzennego. Dzięki temu firma wie, np. czy w okolicy planowane są nowe centra handlowe albo retail parki i może ocenić potencjał rynku.

Narzędzia, które otrzymują działy ekspansji i działy researchu, są niczym bez rzetelnej bazy danych. Dlatego pierwszym elementem jest zdobycie informacji dotyczących rynku. Repozytorium danych o rynku zagranicznym pozyskanych z różnych źródeł to narzędzie, które ułatwia ekspansję – mówi Weronika Kuna.

Ekspert Esri Polska podkreśla, że nowoczesne narzędzia bazujące na IT znacznie ułatwiają start na obcym rynku, ale nie zastąpią biznesowego wyczucia i doświadczenia. Analityka przestrzenna pozwala jednak połączyć te elementy i uniknąć kosztów związanych z podjęciem nietrafionej decyzji.

Ekspansja zagraniczna i podejmowanie decyzji dotyczących lokalizacji nowych placówek na rynkach zagranicznych są obarczone pewnymi błędami, niedoskonałościami. Nie chcę powiedzieć, że analityka przestrzenna, dane i nowoczesne narzędzia mają zastąpić wiedzę, doświadczenie i pewne wyczucie, ale pomogą firmie stać się bardziej świadomymi tych rynków. Rzetelna baza danych stwarza możliwość dokonania wstępnej selekcji i zadecydowania, czy dany rynek ma potencjał, czy warto posłać w teren pracownika albo skorzystać z pomocy pośrednika czy firmy partnerskiej w danym regionie – mówi Weronika Kuna.

GUS podaje, że w ubiegłym roku działalność na rynkach zagranicznych prowadziło nieco ponad 15 tys. polskich przedsiębiorstw. Wartość ubiegłorocznego eksportu była wyższa o 6,3 proc. i sięgnęła 798,2 mld zł. Według prognoz Ministerstwa Rozwoju w tym roku dynamika wzrostu wartości eksportu z Polski ma sięgnąć 5 proc. Jak stwierdza Ministerstwo Rozwoju, prognoza ta jest obarczona pewnym ryzykiem ze względu na panującą na rynkach niepewność. Wpływają na nią m.in. brexit, wybory w państwach europejskich i niedawna zmiana w fotelu prezydenckim w USA oraz związana z tym nowa polityka.

Prawie 40 proc. Polaków korzysta aktywnie z serwisów społecznościowych. Większość nie wie, że ma to wpływ na ich publiczny wizerunek

Prawie 40 proc. Polaków korzysta aktywnie z serwisów społecznościowych. Większość nie wie, że ma to wpływ na ich publiczny wizerunek 12

Z danych agencji We Are Social wynika, że blisko 40 proc. Polaków korzysta aktywnie z serwisów społecznościowych, spędzając na nich blisko dwie godziny dziennie. To szansa dla firm i marek, które za pomocą kanałów społecznościowych mogą pozyskiwać nowych klientów, budować swoją reputację i wizerunek. Dotyczy to również indywidualnych użytkowników sieci – tylko 40 proc. zdaje sobie sprawę z tego, że w social mediach kreują swoją markę osobistą, a ich profil może na przykład sprawdzić pracodawca.

 Social media w ogromnym stopniu zrewolucjonizowały biznes i życie osobiste. Większość ludzi spędza w mediach społecznościowych po kilka godzin dziennie. Są one narzędziem wywierania wpływu w zakresie polityki, edukacji, rozrywki, pomocą w znalezieniu pracy czy partnera, są wykorzystywane w akcjach społecznych, pozyskiwaniu funduszy. Krótko mówiąc, wpływają na to, jak wygląda życie biznesowe i prywatne w dzisiejszych czasach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, doradca biznesowy i psycholog.

Z ostatniego raportu agencji We Are Social wynika, że 39 proc. Polaków aktywnie korzysta z mediów społecznościowych. Statystycznie każdy z nich przeznacza na nie 1 godz. 45 min. dziennie, czyli nieco mniej niż wynosi globalna średnia (2 godz. 19 min.). Zdecydowana większość, bo aż 70 proc. Polaków, jest codziennie aktywna na Facebooku (Polska zajmuje pod tym względem 3. miejsce na świecie, za Australią i Włochami).

Zbliżone dane pokazuje też ubiegłoroczny raport „Cyfrowi Polacy – konsumenci w czasach e-rewolucji” globalnej firmy doradczej McKinsey, która podaje, że dostęp do internetu ma 20 mln Polaków w wieku 15–64 lata. Ta grupa jest podłączona do sieci statystycznie średnio przez sześć godzin dziennie, a 68 proc. codziennie loguje się do serwisów społecznościowych.

Internet i social media są dla cyfrowych Polaków nie tylko kanałem komunikacji i jednym z głównych źródeł informacji, lecz także miejscem dokonywania zakupów i operacji płatniczych. Jak zauważa dr Mateusz Grzesiak, obecność w social media jest więc szansą dla firm i brandów, które za ich pomocą mogą kształtować swój wizerunek, budować wiarygodność i reputację oraz pozyskiwać nowych klientów.

– Biorąc pod uwagę to, że media społecznościowe dotyczą także biznesu, to biznes powinien się nimi bardziej zainteresować. Jak wynika z badań, według 76 proc. Polaków opinie znajomych wpływają na ich decyzje zakupowe. 24 proc. uważa, że kiedy marki nie ma w social mediach, to jest ona na przegranej pozycji. Dodatkowo 47 proc. twierdzi, że liczba fanów wpływa na wiarygodność marki, a 46 proc. użytkowników internetu przyznaje, że poznało nowe marki za pomocą mediów społecznościowych. Firmy mogą w ten sposób z większą łatwością utrzymywać kontakty z klientami, są w stanie budować swoją reputację oraz sprzedawać produkty – mówi dr Mateusz Grzesiak.

W Polsce biznes wciąż w niewielkim stopniu wykorzystuje swoją obecność w mediach społecznościowych, by zarabiać. Dane Komisji Europejskiej pokazują, że obecność polskich firm w social media odbiega od europejskiej średniej – w 2015 roku 22 proc. firm korzystało z co najmniej jednego serwisu społecznościowego (wobec 39 proc. dla 28 państw UE).

Mateusz Grzesiak podkreśla, że social media są narzędziem kreowania wizerunku nie tylko biznesu, lecz także indywidualnych użytkowników, z czego niewielu aktywnych w sieci internautów zdaje sobie sprawę. Tymczasem pracodawcy coraz częściej sprawdzają profile i posty swoich pracowników w serwisach społecznościowych.

– Moje badania, dotyczące budowania i kształtowania marki osobistej, wykazały, że 40 proc. Polaków, którzy umieszczają wpisy w serwisach społecznościowych i komentarze na Facebooku, nie jest świadomych tego, że kształtują w ten sposób swoją markę osobistą, a więc w określony sposób komunikują treści określonym odbiorcom – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Dlatego publikując posty, warto mieć z tyłu głowy statystyki – do przeglądania profili pracowników w social media przyznaje się już co drugi pracodawca.

– Jeżeli więc pracownik w poniedziałek umieszcza post: „znowu muszę iść do roboty” albo w piątek mem z kotkiem o wyczekiwanym piątuniu, to gdy będzie prosił o podwyżkę, może się zdarzyć, że pracodawca będzie miał do tego dystans. Musimy mieć świadomość, że to, co napiszemy, zostanie przez kogoś przeczytane, i zastanowić się, jaki to ma skutek – podkreśla ekspert.

Branża reklamowa napędza rozwój gospodarki. Wspiera konkurencyjność firm i przyczynia się do rozwoju innowacyjności

Branża reklamowa napędza rozwój gospodarki. Wspiera konkurencyjność firm i przyczynia się do rozwoju innowacyjności 13

Branża reklamowa nie tylko sprzedaje produkty i kreuje wizerunek firm, lecz także napędza wzrost gospodarczy. Utrzymuje media i portale, wspiera konkurencyjność przedsiębiorstw i ma duże przełożenie na rynek pracy. W dużej mierze przyczynia się do rozwoju innowacyjności – przez dostarczanie cyfrowych narzędzi, rozwijanie kanałów kontaktu i komunikacji z klientami. Przykłady najbardziej kreatywnych i innowacyjnych rozwiązań z polskiej branży nagrodzono podczas warszawskiego Innovation Forum.

Branża reklamowa, oprócz oczywistych funkcji takich jak sprzedaż produktów i budowanie wizerunku marek, spełnia również ważne funkcje pośrednie, społeczne. Najważniejszą z nich jest wspieranie konkurencyjności. Firmy, chcąc się wyróżnić na rynku, muszą walczyć o to, żeby ich produkty były postrzegane jako nowoczesne, bardziej innowacyjne i bardziej konkurencyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Tyszkiewicz, pełnomocnik zarządu Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR.

Przyjęło się, że stan branży reklamowej i marketingu jest papierkiem lakmusowym całej gospodarki i napędza jej wzrost. Raport opracowany przez firmę badawczą Deloitte, IAB Europe i Światową Federację Reklamodawców (WFA) pokazał, że każde euro wydane na reklamę generuje 7 euro w europejskim PKB. Branża reklamowa wspiera konkurencyjność przedsiębiorstw na rynku – zwłaszcza z sektora MŚP – i znacząco wpływa na rynek pracy. W całej Europie w branży reklamowej pracuje blisko 6 mln osób, co stanowi 2,6 proc. ogółu zatrudnienia.

Szacuje się, że reklama wpływa na wysokość pensji w 75 proc. stanowisk we wszystkich działach gospodarki. Nie można też zapominać o tym, że dzięki niej w ogóle mamy media. Reklama finansuje całą naszą komunikację. Wszystkie komunikatory, łącznie z wysyłanymi e-mailami, są przecież z czegoś finansowane i tym czymś jest właśnie reklama – podkreśla Paweł Tyszkiewicz.

Poza wspieraniem gospodarki i jakości zatrudnienia branża komunikacji marketingowej rozwija innowacje. Dotyczą one nie tylko cyfrowych narzędzi wykorzystywanych w reklamie i nowych kanałów kontaktów, lecz także innowacyjnego podejścia do komunikacji z klientami. Marketingowe innowacje przekładają się na komunikację marek i produktów, zwiększają efektywność sprzedażową i przynoszą wymierne korzyści biznesowe.

Innowacje są integralnym elementem marketingu – od rozwoju produktu, dystrybucji, po komunikację marek. Aby dotrzeć do konsumentów, musimy nieustannie kwestionować to, co robimy, i mieć pewność, że wszystko robimy z myślą o nich, że rozumiemy ich potrzeby tu i teraz. Innowacje powinny nam w tym pomagać i pojawiać się we właściwym momencie i miejscu, tzn. wszędzie, gdzie wymagają tego okoliczności biznesowe i rynkowe – mówi Taide Guajardo, dyrektor marketingu Procter & Gamble w Europie.

Niestety Polska zajmuje odległe 23. miejsce w rankingach innowacyjności w Europie. Patrząc na przyczynę tego stanu rzeczy, kotwicą wstrzymującą rozwój jest niska innowacyjność małych i średnich przedsiębiorstw. Branża komunikacji marketingowej to przede wszystkim właśnie małe i średnie przedsiębiorstwa. Dlatego od wielu lat organizujemy konkursy dotyczące kreatywności i efektywności, które wyznaczają benchmarki i pokazują dobre praktyki – dodaje Paweł Tyszkiewicz.

Od blisko dwóch dekad SAR przyznaje Effie Awards – nagrody, które wyznaczają wzorce w branży reklamowej i promują rynkowe standardy. Co roku organizuje też Innovation Forum, które jest okazją do poznania nowości w marketingu, wymiany doświadczeń i dyskusji dotyczącej rozwoju branży. Głównym motywem tegorocznego forum, które przyciągnęło w tym tygodniu do Warszawy wielu ekspertów i specjalistów od marketingu i reklamy, była kreatywność i wychodzenie ze strefy komfortu.

Organizujemy Innovation Forum, żeby inspirować, dzielić się innowacyjnymi rozwiązaniami, przekonywać branżę do tego, że innowacja może być kołem zamachowym nie tylko firm, lecz także całej gospodarki. Innowacja to nie tylko finansowanie ryzykownych przedsięwzięć, nie tylko wartościowe badania, to również stan umysłu. Aby ten stan umysłu był właściwy, nastawiony na innowacje, potrzebujemy wzajemnego wsparcia – wyjaśnia Paweł Tyszkiewicz.

Dyrektor marketingu Procter & Gamble Europe zaznacza, że innowacje w komunikacji, a zwłaszcza rozwój technologii, podnoszą poprzeczkę w zakresie kreacji i komunikacji marek. To zadanie dla całej branży – agencji, marketerów z firm. Przy postępującej cyfryzacji i mnogości dostępnych kanałów bardzo łatwo bowiem zapomnieć o konsumentach. Istotne w komunikacji jest dogłębnie zrozumienie ich potrzeb i oparcie na nich kreatywnych pomysłów, które wzbudzają emocje i sprawiają, że marki stają się bliskie. Dlatego zwłaszcza w obliczu postępującej cyfryzacji, ciągła poprawa kreacji komunikacji marek powinna być zadaniem dla całej branży.

Kolejne wyzwanie to pomiar efektywności komunikacji.

Technologie cyfrowe są w stanie zgromadzić każdy rodzaj danych. Tym bardziej trudno zaakceptować fakt, że obecnie aż około 60 proc. komunikacji marketingowej za pośrednictwem kanałów cyfrowych nie dociera do konsumentów i trafia w próżnię. Był czas, kiedy branża dużo eksperymentowała w tym zakresie. Teraz nadszedł czas, gdy musimy podnieść poprzeczkę i postawić wyzwanie całej branży – nam, firmom, agencjom, mediom, dostawcom, by zrobić ten kolejny ważny krok – oceniła Guajardo.

Agencje, firmy z tej branży i duże koncerny, które rozwijają innowacje, muszą jednak wystrzegać się jednotorowego myślenia i proporcjonalnie rozkładać czas poświęcany nowym projektom, żeby nie wpaść w pułapkę innowacyjności.

Jeśli za bardzo skupimy się na innowacjach dla samej sztuki i niewiele wnoszących nowinkach, to może się okazać to pułapką. W P&G 70 proc. czasu poświęcamy na codzienną pracę, a 20 proc. to poprawianie tego, co już zrobiliśmy. Natomiast 10 proc. czasu przeznaczamy na rozwijanie rewolucyjnych pomysłów, które być może w przyszłości przerodzą się w coś wielkiego. Takie podejście pozwala nam właśnie uniknąć pułapki innowacyjności – wskazuje dyrektor marketingu Procter & Gamble w Europie.

Innovation Forum towarzyszy konkurs, w którym w tym roku przyznawane są nagrody w trzech kategoriach: innowacyjny biznes, doświadczenie oraz innowacyjne media. Wyróżnienia trafiają do twórców i agencji, które w minionym roku wykazały się najbardziej kreatywnymi i innowacyjnymi pomysłami. Główni wygrani w tym roku to globalna agencja reklamowa Saatchi & Saatchi, Nielsen, Idea Bank (doceniony za przepełnioną czarnym humorem akcję „Happy Miles”, promującą leasing samochodu na kilometry) oraz kampania „Kuchnia Spotkań Ikea”. W kategorii innowacyjne doświadczenie nagrodę zdobyła agencja reklamowa Walk, autor kampanii „Niewidzialni”, w ramach której powstała napisana przez osoby bezdomne książka, którą odczytać można wyłącznie na mrozie. Dzięki temu czytelnik chociaż przez chwilę może się wczuć w sytuację osób wykluczonych społecznie.

Dwa hasła tegorocznego konkursu to inspiracja i odwaga. To nie jest proste, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu, zgłosić projekt i pokazać go innym. Każdy ze zgłoszonych projektów był inspirujący i wnosił coś nowego – ocenia Witold Ziobrowski, wiceprezes zarządu Grupy Neuca i przewodniczący jury konkursowego.

– Innowacyjność jest jednym z tych elementów, które staramy się mierzyć i wchodzić sobie na ambicje. Sprawiać, żeby inni chcieli nas naśladować i chcieli uzyskiwać te najwyższe wskaźniki. Dla nas konkurs i forum innowacyjności są naturalnym przedłużeniem tego, co robimy dla branży reklamowej od wielu lat – dodaje Paweł Tyszkiewicz ze Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej.

W środę technicy farmaceutyczni wyjdą na ulice. Sprzeciwiają się likwidacji zawodu i zmianom w prawie farmaceutycznym

W środę technicy farmaceutyczni wyjdą na ulice. Sprzeciwiają się likwidacji zawodu i zmianom w prawie farmaceutycznym 14

10 maja odbędzie się ogólnopolski protest techników farmaceutycznych, którzy sprzeciwiają się odbieraniu im uprawnień i wygaszaniu kształcenia w tym kierunku. W Polsce pracuje obecnie około 40 tys. techników, którzy często są właścicielami i podstawowym personelem wielu aptek. Jeżeli ich zabraknie, dojdzie do analogicznej sytuacji jak w przypadku pielęgniarek – przestrzegają związki branżowe, które są również przeciwne ustawie „Apteka dla aptekarza” i apelują o konsultacje społeczne.

 Powodem protestu jest brak możliwości porozumienia z organami władzy. Wprowadzana jest bardzo poważna zmiana, która de facto spowoduje odsunięcie techników farmaceutycznych od wykonywania najważniejszych czynności w aptekach. Mimo to nie mamy szansy skontaktowania się z władzami i przedstawienia swojej opinii w tej sprawie, a Ministerstwo Zdrowia nas ignoruje. Nie możemy się doprosić spotkania nie tylko z ministrem, lecz nawet z jego podwładnymi. Nie mamy komu przedstawić swoich argumentów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Klimczak, prezes zarządu Izby Gospodarczej Właścicieli Punktów Aptecznych i Aptek.

Na 10 maja zapowiadany jest ogólnopolski strajk techników farmaceutycznych i właścicieli punktów aptecznych. Protest ma się odbyć w godz. 10–15 przed główną siedzibą resortu zdrowia na ulicy Miodowej, skąd uczestnicy przemaszerują pod Sejm.

Protestujący sprzeciwiają się wprowadzeniu w życie ustawy „Apteka dla aptekarza”, która w tej chwili trafiła na biurko prezydenta. Projekt zakłada, że aptekę będzie mógł założyć i prowadzić tylko farmaceuta z czynnym prawem do wykonywania zawodu albo specjalnie powołana w tym celu spółka, której partnerami są wyłącznie farmaceuci. Jeden podmiot będzie mógł skupiać maksymalnie cztery apteki.

Nowelizacja wprowadzi też kryteria geograficzno-demograficzne, co oznacza, że konkurujące ze sobą apteki będzie musiała dzielić odległość przynajmniej 500 metrów, a pozwolenia na otwarcie nowej placówki będą wydawane tylko tam, gdzie będzie przypadać na nią minimum 3 tys. osób.

Projekt ustawy „Apteka dla aptekarza” wywołał szeroki sprzeciw organizacji branżowych, przedstawicieli polskich sieci aptecznych, Związku Przedsiębiorców i Pracodawców oraz Fundacji Republikańskiej. Został również skrytykowany przez UOKiK i resort rozwoju, który stwierdził, że „zmiany nie odpowiadają na najważniejsze wyzwania stojące przed sektorem aptek w Polsce”. Eksperci przestrzegają, że wprowadzenie nowych regulacji może spowodować wycofanie się zagranicznych sieci aptek z polskiego rynku. Krytycy oceniają, że nowelizacja utrudni pacjentom dostęp do leków, spowoduje wzrost cen oraz doprowadzi do monopolizacji rynku przez samorząd farmaceutyczny.

– Powstanie pewne lobby. Każdy z właścicieli czy członków tego lobby będzie miał po cztery apteki. Doprowadzi to do całkowitego zabetonowania rynku. Z drugiej strony, będą z niego wypychani technicy farmaceutyczni, a musimy pamiętać o tym, że dziś w dużej części są oni właścicielami i podstawowym personelem w wielu aptekach – podkreśla Paweł Klimczak.

Jak wynika z badania, które przeprowadził pod koniec kwietnia instytut badawczy Kantar Millward Brown, ponad dwie trzecie Polaków (62 proc.) uważa, że wprowadzenie nowych przepisów doprowadzi do wzrostu cen leków nierefundowanych. Prawie połowa (47 proc.) jest przeciwna wprowadzeniu kryteriów demograficznych, które zakładają, że jedna apteka musi przypadać na minimum 3 tys. mieszkańców.

Technicy i właściciele punktów aptecznych będą protestować również przeciw zmianom w prawie, które zakładają likwidację zawodu technika farmaceutycznego i wygaszenie  kształcenia w tej specjalności. Oznacza to, że w roku szkolnym 2018/2019 w szkołach, które prowadzą kształcenie zawodowe, nie będzie rekrutacji dla kandydatów na ten kierunek.

To efekt przeglądu kadr przeprowadzonego przez Ministerstwo Zdrowia. Resort zamierza zlikwidować zawód technika farmaceutycznego, powołując w zamian inne profesje odpowiadające na zapotrzebowanie systemu służby zdrowia.

 Pojawiają się plotki, że zamiast technika farmaceutycznego ma zostać wprowadzony zawód pomocy aptecznej, który będzie pracował z przyuczenia, coś jak sprzedawca w sklepie. Jest to oczywisty regres, który nie będzie służył ani rynkowi, ani pacjentom, tylko określonej grupie zawodowej – ocenia Paweł Klimczak.

Organizatorami demonstracji są Izba Gospodarcza Właścicieli Punktów Aptecznych i Aptek oraz Związek Zawodowy Techników Farmaceutycznych RP. Oba związki apelują do resortu zdrowia o konsultacje społeczne w sprawie planowanych zmian.

– Tworzony jest wokół nas dziwny mur, którego nie możemy przebić. Wydaje mi się, że ten protest będzie jedyną szansą, żeby dotrzeć do społeczeństwa z naszym hasłem „3xNIE” – wyjaśnia Paweł Klimczak.

Prezes Izby Gospodarczej Właścicieli Punktów Aptecznych i Aptek wyjaśnia, że projektowane przez Ministerstwo Zdrowia zmiany spowodują znacznie ograniczenie uprawnień techników. Odbiją się również na rynku pracy. W aptekach pracuje obecnie około 40 tys. techników farmaceutycznych, natomiast farmaceutów jest dwukrotnie mniej. Likwidacja tego zawodu może doprowadzić do analogicznych braków jak w przypadku zapotrzebowania na pielęgniarki i lekarzy specjalistów.

Uprawnienia zawodowe to rzecz, która powinna być ściśle chroniona. Jeśli proponowane zmiany wejdą w życie, technik farmaceutyczny nie będzie mógł wydawać w aptece wielu medykamentów. Jego rola zostanie bardzo poważnie ograniczona. Tego dotyczy pierwsze „nie”. Kolejne „nie” dotyczy kształcenia. Technicy farmaceutyczni od przyszłego roku przestają być kształceni. Jeżeli nic się nie zmieni, to powtórzy się sytuacja pielęgniarek, których w pewnym momencie zaczęło brakować – zauważa Paweł Klimczak.

Wirtualna rzeczywistość pomoże zwiększyć bezpieczeństwo dzieci na drogach. Uczniowie będą w ten sposób uczyć się zasad ruchu drogowego

Wirtualna rzeczywistość pomoże zwiększyć bezpieczeństwo dzieci na drogach. Uczniowie będą w ten sposób uczyć się zasad ruchu drogowego 15

Liczba wypadków drogowych z udziałem dzieci od lat nie uległa radykalnemu zmniejszeniu. Do poprawy sytuacji mogą się przyczynić nowoczesne technologie, które poprzez grę i zabawę będą edukować najmłodszych. Na terenie województw lubuskiego i wielkopolskiego wystartował właśnie program „Autostrada do szkoły”, organizowany przez spółkę Autostrada Wielkopolska SA, który swym zasięgiem obejmie docelowo 200 szkół. Dzięki okularom do wirtualnej rzeczywistości i specjalnie w tym celu stworzonej aplikacji uczniowie będą ćwiczyć zachowania na drodze i znajomość zasad ruchu drogowego.

– Widzimy po statystykach, jak ważna jest edukacja, ponieważ dzieci są najbardziej odpowiedzialnymi uczestnikami ruchu drogowego, wbrew obiegowej opinii, że są niefrasobliwe i stwarzają zagrożenie. Dzieci są doskonale wyedukowane: począwszy od przedszkola poprzez szkołę podstawową, gdzie zdobywają wiedzę i umiejętności potrzebne do bezpiecznego poruszania się jako piesi, aż po egzamin na kartę rowerową, czyli takie pierwsze w życiu prawo jazdy. Wielu dorosłych mogłoby brać z nich przykład – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Bednik z Wydziału Ruchu Drogowego KWP w Poznaniu.

Jak wynika z podsumowania Komendy Głównej Policji, w ubiegłym roku miało miejsce prawie 3 tys. wypadków drogowych z udziałem dzieci w wieku do 14 lat. W ujęciu rocznym ta liczba wzrosła o 5,4 proc. (czyli o 153 wypadki). Zginęło w nich łącznie 72 dzieci, a blisko 3,3 tys. zostało rannych. Trzy czwarte nieletnich ofiar wypadków to pasażerowie samochodu, co oznacza, że dzieci są narażone na konsekwencje błędu kierowcy, którym jest najczęściej ktoś z rodziny.

Statystyki policji pokazują też, że około 40 proc. wszystkich ofiar wypadków drogowych w Polsce stanowią piesi. W 2016 roku doszło do ponad tysiąca potrąceń dzieci do 14 roku życia, spośród których szesnaścioro zginęło.

 Największe zagrożenie stanowią rejony, w których nie ma infrastruktury dla pieszych, chodników, więc piesi muszą się poruszać poboczem lub jezdnią. To na ogół małe miejscowości lub wsie, gdzie ludzie muszą się poruszać, nie korzystając z chodnika, czyli drogi wydzielonej spoza jezdni. Wreszcie każdego roku lawinowo przybywa samochodów, a wzmożony ruch to również powód, dla którego na drogach nie jest bezpieczniej – mówi Maciej Bednik.

Policja i eksperci zgodnie wskazują, że kluczem do poprawy bezpieczeństwa dzieci w ruchu drogowym jest edukacja i poprawa infrastruktury. Stąd pomysł na nowatorski projekt społeczny „Autostrada do szkoły”, którego inicjatorem jest Autostrada Wielkopolska SA. Akcja, która wystartowała w tym tygodniu, obejmie docelowo 200 szkół podstawowych w 35 gminach w województwach lubuskim i wielkopolskim, położonych w pobliżu koncesyjnego odcinka A2.

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że budżety gmin są ograniczone, a potrzeba nadal są duże. Poprzez naszą kampanie chcemy wspierać bezpieczeństwo na poziomie lokalnym. Stwierdziliśmy, że możemy się podzielić naszymi doświadczeniami, możliwościami i środkami finansowymi, które przeznaczymy na ten właśnie cel. Z jednej strony stworzyliśmy innowacyjny program edukacyjny wykorzystujący wirtualną rzeczywistość, z drugiej będziemy podnosić poziom bezpieczeństwa dzięki poprawie infrastruktury – mówi Robert Nowak, wiceprezes zarządu spółki Autostrada Wielkopolska SA.

We współpracy z Kulczyk Foundation, Autostrada Eksploatacją SA oraz budowlanym koncernem Strabag, spółka zarządzająca autostradą wprowadzi do szkół program edukacyjny, w którym dzieci przez zabawę będą się uczyć zasad ruchu drogowego.

Połączenie okularów Oculus Rift i specjalnie stworzonej w tym celu aplikacji przeniesie je do wirtualnej rzeczywistości, w której będą ćwiczyć bezpieczne zachowanie na drodze i znajomość znaków drogowych. W wirtualnej scenerii miejskiej i autostradowej dzieci będą rozwiązywać zadania i uczyć się podejmowania dobrych decyzji. Po raz pierwszy w Polsce zastosowano VR do nauki dzieci bezpiecznego poruszania się na drodze.

– Program kierujemy w pierwszej kolejności do szkół i dzieci z klas nauczania początkowego I–III. Do końca roku jesteśmy w stanie przeprowadzić szkolenia z bezpieczeństwa w około 50 placówkach. Odeszliśmy od tradycyjnej metody komunikowania się z uczniami i postawiliśmy na nową technologię i innowacyjność, na interakcje z dziećmi. Stworzyliśmy autorską aplikację VR, która przenosi dzieci w wirtualną rzeczywistość miasta, gdzie rozwiązują konkretne zadania, przenosząc się do kolejnych etapów i poziomów – mówi Zofia Kwiatkowska, rzeczniczka prasowa Autostrady Wielkopolskiej SA.

 Dzieci w naturalny sposób są dzisiaj otoczone cyfrową technologią, która je w pewien sposób fascynuje. Dlatego edukację chcemy poprowadzić poprzez zabawę – dodaje wiceprezes spółki Robert Nowak.

W ramach akcji powstała platforma internetowa, poprzez którą szkoły podstawowe mogą zgłaszać swój akces do programu edukacyjnego. Ten jest zaplanowany na trzy lata i ma się zakończyć w 2020 roku. Do tego czasu organizatorzy zdążą również wyremontować infrastrukturę drogową w otoczeniu szkół. Na bazie konsultacji z policją wyłonią miejsca, w których jest to najbardziej potrzebne.

 Jeszcze w tym roku zamierzamy poprawić infrastrukturę przy 10 szkołach. Chodzi o odpowiednie doświetlenie, zainstalowanie spowalniaczy i barierek, czyli wszystkich urządzeń, które przyczynią się do tego, że dzieci będą bezpieczniejsze – wyjaśnia Zofia Kwiatkowska.

Akcję „Autostrada do szkoły” objęła patronatem Komenda Główna Policji, Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, Rzecznik Praw Dziecka oraz Kuratorium Oświaty w Poznaniu. Jej ambasadorem został natomiast znany aktor Jarosław Boberek, który dubbinguje popularne książki dla dzieci, jego głos dzieci usłyszą także w wirtualnej rzeczywistości aplikacji.

– Sięgnięto po pomysł aplikacji wirtualnej, pewnego rodzaju gry i zabawy. I jest to bardzo dobry pomysł. Dzieciaki lubią się bawić, lubią gry, więc to jest bardzo dobra droga – podkreśla Jarosław Boberek.

Co piąty Polak korzysta z e-kantorów. Roczne obroty branży szacowane są na 30 mld złotych i dynamicznie rosną

Co piąty Polak korzysta z e-kantorów. Roczne obroty branży szacowane są na 30 mld złotych i dynamicznie rosną 16

Polacy coraz chętniej wymieniają waluty online. Szacuje się, że ponad 20 proc. takich transakcji odbywa się w internecie, a wartość obrotów w e-kantorach przekroczyła 30 mld zł. Rynek wymiany walut rozwija się coraz dynamiczniej, więc pojawiają się także porównywarki kantorów online pomagające dodatkowo oszczędzić podczas wymiany walut i transferów.

Wymiana walut w kantorach online daje przede wszystkim szybkość wykonania transakcji i bezpieczeństwo, bo nie ma fizycznego przechowania gotówki czy kontaktu z kantorem. Poza tym transparentność informacji – podajemy dane, które są związane z realizacją transakcji, i możemy szybko otrzymać pieniądze, które chcemy wymienić na potrzeby własne albo beneficjenta – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Monika Kania, założycielka i dyrektor generalna xchanger.io, porównywarki kantorów online i społecznościowych platform walutowych.

Polacy szybko przekonują się do wymiany walut online. Wedle raportu dotyczącego branży kantorów internetowych portalu Interaktywnie.com, wartość wymiany walut w sieci stanowi około jedną piątą wszystkich usług tego typu, a zatem większość pieniędzy Polacy nadal wymieniają w tradycyjnych placówkach. Roczne obroty branży e-kantorów szacowane są już jednak na ok. 30 mld zł i dynamicznie rosną. Na rynku przybywa internetowych kantorów, a tym samym także portali, które pozwalają porównać koszty wymiany walut.

Pomagamy kantorom znajdować klientów, a właściwie klientom znajdować kantory. Na xchanger.io skupiamy oferty najbardziej wiarygodnych, najbardziej elastycznych kantorów, które działają na rynku polskim i międzynarodowym. Prezentujemy użytkownikom ich oferty, które są w tym momencie sprofilowane pod kątem tego, jaką walutę chce wymienić, na jakiego rodzaju konto bankowe, do jakiego kraju chcą przesłać pieniądze. Pokazujemy najlepsze oferty, które mamy w ramach naszej współpracy partnerskiej z kantorami online – tłumaczy Monika Kania.

Oferty kantorów różnią się nie tylko wysokością kursów walut, lecz także opłatami dodatkowymi, takimi jak koszty przelewu czy marże. Xchanger.io pozwala porównać oferty i znaleźć tę, w której transakcja będzie dla klienta najkorzystniejsza. To dobre rozwiązanie nie tylko dla tych, którzy wymieniają walutę przed wyjazdem zagranicznym, lecz także dla osób spłacających raty kredytu w obcych walutach, emigrantów przesyłających pieniądze do kraju czy firm nastawiających się na działalność poza granicami Polski.

Rynek platform działających międzynarodowo i umożliwiających przesyłanie transferu do Polski jest bardzo konkurencyjny. Z partnerów działających na naszej stronie xchanger.io możemy wybrać kilku, którzy dadzą nam najlepsze oferty – podkreśla założycielka porównywarki kantorów i platform walutowych.

Obecnie xchanger.io obsługuje 103 waluty i niemal 200 krajów. Co istotne, zwłaszcza dla firm wchodzących na nowe rynki, współpracuje też z 30 globalnymi operatorami.

Obsługujemy zarówno rynek polski, jak i Europy Środkowej i Wschodniej, nawet takie odległe rejony, jak Ameryka Południowa. Jesteśmy w stanie na każdy kraj Ameryki Południowej zapewnić 30 operatorów walutowych – wymienia Monika Kania.

Z analiz xchanger.io wynika, że przy spłacie kredytu hipotecznego w obcej walucie można zaoszczędzić nawet 100 zł miesięcznie. Firmy odbierające przelewy w euro są w stanie zaoszczędzić nawet kilkaset euro. Dlatego firma zapowiada, że w dużej mierze zamierza się skupić właśnie na takich klientach, zwłaszcza że globalna wartość przelewów firmowych sięga 30 mld dolarów rocznie.

Budujemy produkt, który będzie zapewniał kompleksową automatyczną obsługę klienta firmowego, czyli firmy, która jest importerem, eksporterem, działa międzynarodowo. Właściwie większość polskich start-upów, które mają ambicje międzynarodowe, to nasi potencjalni klienci. To wszyscy, którzy wymieniają walutę, mają potrzebę oszczędzania i widzą, jak dużo tracą na tradycyjnej wymianie walut w bankach albo kantorach stacjonarnych – przekonuje właścicielka start-upu.

Jak zapowiada dyrektor generalna xchanger.io, docelowo platforma ma być nie tylko porównywarką. Trwają przygotowania do wprowadzenia produktu, który uprości cały proces wymiany walut.

Do premiery produktu pozostało ok. 2 miesiące. Skrócimy proces rejestracji logowania w każdym z kantorów oddzielnie. Produkt, który tworzymy, będzie umożliwiał jedną rejestrację, jedno logowanie do najlepszych ofert na rynku z kantorów działających międzynarodowo – obiecuje założycielka xchanger.io.

Komputery coraz częściej będą analizowały i uczyły się naszych zachowań. Wartość rynku inteligentnych aplikacji do 2020 r. przekroczy 40 mld dolarów

Komputery coraz częściej będą analizowały i uczyły się naszych zachowań. Wartość rynku inteligentnych aplikacji do 2020 r. przekroczy 40 mld dolarów 17

Uczenie maszynowe samo w sobie stanowi realizację zjawiska, które określamy jako sztuczna inteligencja. To proces, w którym sam komputer uczy się czegoś nowego, bazując jedynie na dostarczonych mu danych. Zautomatyzowane systemy analityczne, które kształcą się wraz z upływem czasu i pozyskiwaniem większej liczby informacji, rozwijają się obecnie w tak szybkim tempie, że śmiało można mówić o rewolucji w tym obszarze. Według International Data Corporation do 2020 r. wartość rynku inteligentnych aplikacji przekroczy 40 mld dol.

Uczenie maszynowe to proces, w którym komputer sam ma się nauczyć czegoś na podstawie danych. Czyli w odróżnieniu od klasycznego podejścia do programowania, gdzie programista krok po kroku instruuje komputer, co ma robić, w wypadku uczenia maszynowego rolą człowieka jest tylko określenie celu i dostarczenie danych trenujących – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Kudelski, senior business solution manager z firmy SAS Polska.

Według raportu Gartner firmy, które będą przechowywać swoje dane, a następnie dzięki specjalnym programom analitycznym efektywnie je wykorzystywać w procesie podejmowania decyzji biznesowych, zdobędą ponad 20-procentową przewagę nad swoją konkurencją. To dowód na to, że w uczeniu maszynowym drzemie ogromny potencjał. Obecnie na tej bazie powstaje wiele algorytmów, które wykorzystywane są w procesie tworzenia nowych technologii.

W ostatnich latach obserwujemy pewną rewolucję w sztucznej inteligencji, w uczeniu maszynowym, która też skutkuje pewnymi spektakularnymi sukcesami, takimi jak np. autonomiczne samochody czy zwycięstwa algorytmów sztucznej inteligencji w takich dziedzinach jak szachy, gra Go czy rozpoznawanie twarzy  – twierdzi Michał Kudelski.

Według IDC do 2020 r. wartość rynku inteligentnych aplikacji przekroczy 40 mld dol. Jak twierdzi senior business solution manager z firmy SAS Polska, głównymi przyczynami przyśpieszenia rozwoju sztucznej inteligencji są dostępność danych, moc obliczeniowa i nowe techniki algorytmiczne. Przykładem zastosowania uczenia maszynowego są chociażby serwisy muzyczne typu Spotify, które na podstawie analizy naszych preferencji, czyli tego, co słuchamy, proponują spersonalizowaną listę utworów.

Rewolucja maszynowa jest możliwa dzięki dostępności danych, mocy obliczeniowej i nowym technikom algorytmicznym, które zwiększają skuteczność samego procesu uczenia. Tych przykładów zastosowań uczenia maszynowego obserwujemy z dnia na dzień coraz więcej. Coraz więcej osób korzysta z serwisów muzycznych typu Spotify na podstawie analizy naszych preferencji nasz algorytm jest w stanie nauczyć się, jaki typ muzyki lubimy i zaproponować nam listę utworów skierowaną wyłącznie dla nas – wyjaśnia Michał Kudelski.

Uczenie maszynowe wykorzystywane jest w bardzo szerokim zakresie. Pozwala chociażby rozpoznać mowę, występuje w Google Translator, sprawdza się przy wykrywaniu nadużyć finansowych, jak również w business intelligence, a więc raportowaniu i wizualizacji danych. Jak widać, specyfika wykorzystania tego elementu sztucznej inteligencji jest bardzo szeroka. Co najważniejsze, z uczenia maszynowego może korzystać właściwie każda firma.

Nawet mała, a w skrajnym przypadku jednoosobowa firma, gdzie właściciel jest jakimś pasjonatem nowych technologii, jest w stanie korzystać z rozmaitych narzędzi i uczenia maszynowego. One są dostępne i dość proste w użyciu. Myślę, że tutaj decyduje liczba danych, którą ta firma generuje na co dzień. Nie chodzi o wielkość organizacji, ale o liczbę danych, która jest przez nią generowana – tłumaczy Michał Kudelski.

Jak twierdzi specjalista, uczenie maszynowe daje wiele korzyści, poczynając od pełnej automatyzacji pewnych czynności, poprzez podejmowanie w krótkim czasie wielu lepszych decyzji. Uczenie maszynowe pełni niejako rolę narzędzia służącego do skrupulatnej analizy gromadzonych przez firmę danych. Dzięki temu dana firma potrafi przewidzieć przyszłe trendy i zapotrzebowanie rynku.

– Uczenie maszynowe daje możliwość „przewidywania przyszłości”, czyli na podstawie danych historycznych jesteśmy w stanie przewidzieć zapotrzebowanie na jakiś towar w przyszłości i na tej podstawie optymalizować naszą politykę zamówień, nasze stany magazynowe – podkreśla Michał Kudelski.

Senior business solution manager z firmy SAS Polska uważa także, że być może w niedalekiej przyszłości sposób interakcji między ludźmi a komputerami ulegnie całkowitemu przeobrażeniu.

To, co mamy w tej chwili, czyli klasyczne interfejsy stron internetowych oraz aplikacje na smartfony obsługiwane ekranem dotykowym, być może w niedalekiej przyszłości zostaną zastąpione przez inteligentne programy, tzw. boty, z którymi będziemy prowadzić konwersacje w języku naturalnym. Świat zmieni się nie do poznania – przekonuje Michał Kudelski.

Rośnie konkurencja na rynku wypożyczalni jednośladów. Ich twórcy prześcigają się w wymyślaniu nowych usług dostępnych za pomocą aplikacji mobilnych

Rośnie konkurencja na rynku wypożyczalni jednośladów. Ich twórcy prześcigają się w wymyślaniu nowych usług dostępnych za pomocą aplikacji mobilnych 18

Skutery elektryczne są świetną alternatywą nie tylko dla samochodów,lecz także dla rowerów. Świetnie sprawdzają się w ruchu miejskim, pozwalając na szybkie przemieszczanie i zwinne omijanie korków. Dlatego od pewnego czasu skutery elektryczne cieszą się rosnącą popularnością, co starają się wykorzystać takie platformy jak JedenSlad.pl. Nowa sieć stawia przy tym na przyjazną aplikację mobilną i wyjątkowe możliwości swoich pojazdów.

Przede wszystkim budujemy miejską sieć skuterów elektrycznych. Pierwsza, najważniejsza rzecz to skutery elektryczne, czyli zupełna nowość na polskim rynku. Za tym stoi cała filozofia, to znaczy nie chcemy być i nie jesteśmy wypożyczalnią, nie wypożyczamy skuterów na minuty. Budujemy całą sieć. Coś takiego jak rowery miejskie, tylko dla skuterów elektrycznych. Wystarczy aplikacja, lokalizujemy skuter, wiemy, gdzie ten skuter jest, wiemy, ile możemy nim przejechać i omijamy korki­ – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Banach, współzałożyciel firmy JedenSlad.pl.

JedenSlad.pl swój system opiera na 50 skuterach elektrycznych, lecz docelowo w Warszawie ma być aż 700 jednośladów, które rozwijają prędkość do 45 km/h. Co ważne, można z nich korzystać bez konieczności posiadania prawa jazdy. Jedynym warunkiem, jaki należy spełnić, jest ukończenie 22 roku życia oraz okazanie dowodu osobistego. W innym przypadku potrzebny jest dokument upoważniający do kierowania pojazdem.

Na użytkowników czekają dwuosobowe skutery, które oferują: dwa kaski, maseczki antysmogowe, możliwość naładowania telefonu komórkowego podłączonego do skutera oraz trzy tryby jazdy szybszy, średni i wolny. Ponadto jest też duży bagażnik, z którego można skorzystać np. podczas powrotu z zakupów – komentuje Łukasz Banach.

Sieć skuterów elektrycznych pomoże uwolnić miasto od zanieczyszczeń, ominąć korki i z łatwością zaparkować, bez uiszczania dodatkowych opłat. Jak przekonuje Łukasz Banach, skuter można zaparkować dosłownie wszędzie, pod warunkiem że nie łamie się przepisów ruchu drogowego. Co najważniejsze, samo korzystanie z usługi ma się okazać proste i komfortowe.

Żeby skorzystać z sieci JedenSlad.pl należy najpierw odwiedzić stronę internetową i tam się zarejestrować. Dajemy 14 dni na kompletnie bezproblemowe, bezryzykowne wypróbowanie zarówno skuterów, jak i samego systemu. Następnie wystarczy ściągnąć aplikację, która jest kluczem do skutera i bagażnika. Nie potrzebujemy nic więcej, nie potrzebujemy kodu ani kluczyków. Z poziomu aplikacji lokalizujemy skuter i otrzymujemy informację, jak daleko można nim przejechać. Z poziomu aplikacji robimy tak naprawdę wszystko – podkreśla Łukasz Banach.

Usługa będzie na razie dostępna jedynie na terenie Warszawy i okolic, ale nie oznacza to, że nie można pojechać dalej – wszystko ma zależeć od tego, jaki zasięg ustali aplikacja. Jak szacują pomysłodawcy projektu, na jednej baterii można przejechać ok. 70–80 km.

Wypożyczamy i oddajemy wszędzie na terenie miasta, w publicznie dostępnych miejscach. Możemy później albo oddać skuter, albo zapauzować. To są dwie opcje. Oddawanie skutera kończy wynajem. Pauza jest specjalną opcją na zakupy. Jedziemy na zakupy, jesteśmy godzinę w centrum handlowym, możemy zapauzować skuter. Jednoślad na nas czeka, nikt go nie wynajmie i możemy po godzinie wrócić, zapakować zakupy do bagażnika i wrócić do domu – wyjaśnia Łukasz Banach.

Głównym atutem sieci JedenSlad.pl ma być liczba skuterów, które będą rozproszone po całym mieście, a także ponadprzeciętnie duże bagażniki i możliwość podróżowania w dwie osoby. W przyszłości sieć planuje również ekspansję na terenie innych zakorkowanych polskich miast.

Przede wszystkim stawiamy na to, żeby skuterów było jak najwięcej, a jednocześnie chcemy działać przez cały rok. W niedalekiej przyszłości planujemy ekspansję w innych miastach. Na początek Kraków, potem wszystkie te miasta, które według różnych rankingów są najbardziej zatłoczone, wśród nich Łódź czy Wrocław – zapowiada Łukasz Banach.

Apteka nie dla pacjentów?

Pod koniec kwietnia senat przyjął nowelizację prawa farmaceutycznego, która czeka teraz na podpis prezydenta Andrzeja Dudy. Jeśli on ją zatwierdzi, ustawa zacznie obowiązywać w ciągu 30 dni od jej ogłoszenia. Eksperci ostrzegają, że nowe przepisy, wprowadzające znaczne ograniczenia w działalności gospodarczej, nie są zgodne z Konstytucją Rzeczpospolitej Polskiej i najbardziej uderzą w pacjentów.

Prezydent ma na podpisanie tej ustawy czas do 16 maja, a jak twierdzi jego biuro prawne, nie ma jeszcze decyzji, czy to zrobi. Zgodnie z nową ustawą jedna firma będzie mogła mieć tylko cztery apteki. To uderzy w sieci farmaceutyczne, które nie będą mogły się rozwijać i tworzyć nowych placówek. Zmianę odczują także w swoich portfelach pacjenci, bo w sieciowych aptekach mogli dotąd kupić leki z recepty i OTC taniej o kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt procent. Zdaniem posłów Prawa i Sprawiedliwości, którzy są autorami nowelizacji ustawy, trzeba ograniczyć rozwój sieci farmaceutycznych, bo niszczą indywidualnych aptekarzy i są nastawione wyłącznie na zysk. Według raportu IMS Health, na który powołują się ustawodawcy, w 2015 roku w Polsce działało 14 569 aptek, z czego połowa z nich należała do indywidualnych właścicieli.

Nic dziwnego, że eksperci zadają pytanie, czy projektowane przepisy są efektem lobbingu drobnych aptekarzy, którzy chcą rękami polityków zapewnić sobie monopol lokalny i w łatwy sposób wywindować ceny.

– Sieci farmaceutyczne należące do dużych korporacji z pewnością sobie poradzą. Będą przekształcały swoją działalność, oferując leasing i sprzedaż know-how. Uderzy to jednak w firmy aptekarskie, które mają więcej niż cztery placówki i podjęły duże zobowiązania finansowe na stworzenie swoich sieci. Likwidacja przez nie kilku placówek może doprowadzić do zagrożenia niewypłacalnością, a w niektórych przypadkach wręcz do niewypłacalności – sądzi Małgorzata Anisimowicz, prezes kancelarii PMR Restrukturyzacje SA.

Za dużo aptek

PiS uważa, że aptek w Polsce jest za dużo, więc nowe placówki będą mogły powstawać tylko w sytuacji, gdy w gminie posiadającej aptekę liczba mieszkańców przekracza 3 tys. osób. Nowy punkt sprzedaży leków nie może też powstać bliżej niż 500 metrów od istniejącej już placówki. Oznacza to, że w dużych miastach przez wiele najbliższych lat nie powstanie żadna nowa apteka. Według IMS Health w woj. mazowieckim już teraz jedna apteka przypada na 2917 mieszkańców, w warmińsko-mazurskim – 3228, a w kujawsko-pomorskim – 3214 (dane za 2015 rok pochodzą z raportu IMS Health).

Zezwolenie na prowadzenie apteki otrzymają wyłącznie farmaceuci, którzy mają prawo wykonywania zawodu, oraz spółki, których przedmiotem działalności jest prowadzenie aptek, a wspólnikami są magistrzy farmacji. Wyklucza to przejmowanie aptek po rodzicach, jeśli spadkobierca nie będzie z wykształcenia farmaceutą. Pozostanie mu zlikwidowanie rodzinnej firmy albo sprzedanie jej innemu aptekarzowi.

– Planowana zmiana przepisów może ograniczyć pacjentom dostęp do leków oraz opóźnić proces adaptacji przez polski rynek leków nowych, gdyż możliwości wykorzystania efektu skali zostaną mocno nadwątlone. Wyeliminowanie aptek sieciowych uczyni Polskę mniej atrakcyjnym rynkiem zbytu dla przemysłu farmaceutycznego, w tym dla rodzimych producentów – twierdzą prawnicy z kancelarii PMR Restrukturyzacje SA.

Wbrew Morawieckiemu

Przyjęcie tych rozwiązań przez parlament zaskoczyło środowisko farmaceutyczne, bo jeszcze w połowie kwietnia, kiedy ważyły się losy nowelizacji, wicepremier Mateusz Morawiecki przestrzegał senatorów przed przyjęciem takich rozwiązań:

„Wprowadzenie proponowanych ograniczeń własnościowych będzie skutkowało postępującą fragmentaryzacją rynku aptek w Polsce. Doprowadzi to do dalszego osłabienia pozycji negocjacyjnej aptek i znacząco utrudni uzyskiwanie efektu korzyści skali dla pojedynczych aptek, co może przełożyć się w sposób znaczący na podwyżkę ceny leków nie objętych refundacją oraz OTC” – napisał w opinii przesłanej do senatu.

– Apteka nie powinna być tylko dla farmaceuty i w sejmie będzie zmiana tych przepisów – zapewniał jeszcze niedawno Mateusz Morawiecki w programie TVN24. Niestety, tak się nie stało.

Pacjenci nie mają złudzeń

Podobne obawy podzielają pacjenci. Jak wynika z badania przeprowadzonego pod koniec kwietnia przez Kantar Millward Brown na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców*, aż 62 proc. Polaków uważa, że wejście w życie nowelizacji ustawy o prawie farmaceutycznym spowoduje wzrost cen leków nierefundowanych.

Jak podkreślają politycy i ekonomiści, duże zaskoczenie budzi ustawa regulująca rynek, podczas gdy rząd PiS obiecywał deregulację. Jej gorącym zwolennikiem był wicepremier Mateusz Morawiecki, który przygotowuje Konstytucję dla biznesu, czyli pakiet ustaw deregulacyjnych, mających zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki. Morawiecki zapewniał na początku swoich rządów, że „jednym z kluczowych punktów polityki gospodarczej powinny być rozpoczęte procesy deregulacyjne prowadzące m.in. do ułatwienia prowadzenia działalności gospodarczej i zmniejszenia obciążeń biurokratycznych”.

Co na to Konstytucja?

Prawnicy podkreślają, że wątpliwa wydaje się zgodność planowanych przepisów z Konstytucją. W szczególności z art. 22, który ograniczenie zasady wolności gospodarczej przewiduje wyłącznie ze względu na ważny interes publiczny, a nie prywatny interes wąskich grup społecznych. Równie wątpliwa wydaje się ich zgodność z przepisami unijnymi w zakresie swobody działalności gospodarczej. Rodzi to ryzyko poniesienia przez państwo polskie wymiernych skutków finansowych w postaci konieczności wypłat odszkodowań za ewentualne straty sieci aptekarskich lub firm działających na polskim rynku farmaceutycznym.

* Badanie zostało przeprowadzone w dniach 20-21 kwietnia 2017 roku przez Kantar Millward Brown. Pytania w formie ankiety telefonicznej zostały skierowane do wybranej losowo reprezentatywnej grupy 1001 dorosłych Polaków, z czego 26 proc. stanowili emeryci i renciści, a 46 proc. deklarowało, że posiada stałe źródło dochodów.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. zapowiada wypłatę dywidendy

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zakończyła 2016 r. skonsolidowanym zyskiem netto na poziomie 550 tys. zł. Emitent zamierza wypłacić dywidendę w wysokości 0,04 zł na akcję.

Zarząd Spółki zarekomenduje Zwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy Spółki wypłatę dywidendy dla jej Akcjonariuszy z zysku wypracowanego w 2016 r. w kwocie 0,04 zł na akcję. Zgodnie z rekomendacją Zarządu, Akcjonariusze Emitenta otrzymaliby środki w łącznej wysokości ponad 197 tys. zł. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. podtrzymałaby w ten sposób dotychczasową politykę dywidendową, bowiem w ostatnich latach Spółka regularnie dzieliła się osiąganym zyskiem ze swoimi inwestorami. Ostateczną decyzję w zakresie wypłaty dywidendy podejmą Akcjonariusze podczas najbliższego ZWZA.

„Spółka zgodnie z przyjęta polityką dywidendową zamierza w tym roku podzielić się wypracowanym zyskiem ze swoimi Akcjonariuszami. Celem naszych działań jest pozyskiwanie Inwestorów długoterminowych, którzy współpracują ze Spółką ze względu na jej fundamenty ekonomiczne.” – podkreśla Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.

Miniony rok należał do bardzo udanych dla Spółki i udało jej się znacząco poprawić wyniki finansowe. Skonsolidowany zysk netto Emitenta w 2016 r. przekroczył 550 tys. zł, a jego przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 5.632 tys. zł. Rok wcześniej zysk netto Grupy Kapitałowej Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. wyniósł 428 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 5.352 tys. zł. Wzrost zysku netto Spółki w ujęciu rdr. był wyższy od prognoz, które zakładały, że wyniesie on 10%. Duże znaczenie dla dalszego rozwoju całej Grupy Kapitałowej ma ekspansja działalności w zakresie obsługi wierzytelności z sektora B2B oraz świadczenia usług szkoleniowych i usług prawnych przeznaczonych dla przedsiębiorstw. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. bardzo dynamicznie rozwija również swoje nowe usługi, m.in. mikrofaktoring oraz jednostkowy wykup wierzytelności. Środki na dalszą progresję segmentu mikrofaktoringu pochodzą z zakończonej z sukcesem emisji obligacji serii, z której Emitent pozyskał ponad 800 tys. zł. Do chwili obecnej Spółka przyznała blisko 0,9 mln zł limitów faktoringowych 19 klientom, co świadczy o bardzo dobrych perspektywach dla tego produktu finansowego. Nadrzędnym celem strategicznym Emitenta pozostaje nadal osiągnięcie czołowej pozycji na rynku windykacji i zarządzania wierzytelnościami B2B sektora MSP w Polsce.

„Spółka będzie systematycznie zwiększać w swojej ofercie i co za tym idzie także w strukturze przychodów, usługi finansowe, takie jak mikrofaktoring oraz wykup wierzytelności B2B. Działanie to pozwoli nam świadczyć komplementarne usługi zarządzania wierzytelnościami. Klient znajdzie u nas zarówno usługi windykacji, usługi prawne, jak i odpowiednie szkolenia, a także finansowanie swoich działań pod zastaw wierzytelności. W przyszłości planujemy uzupełnienia naszej oferty o usługi związane z doradztwem podatkowym oraz usługi świadczone przez biegłych rewidentów. Wszystko to ma na celu zapewnienie klientowi jak najlepszej i najpełniejszej obsługi, aby nie musiał szukać rozwiązań poza Grupą WEC.” – zakończył Prezes Brzeziński.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. specjalizuje się w kompleksowej obsłudze firm z zakresu windykacji i zarządzania wierzytelnościami z sektora B2B. Podstawowym celem Emitenta jest szybkie oraz skuteczne odzyskiwanie należności dla jego klientów. Spółka posiada elastyczną ofertę dla przedsiębiorstw z sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz dla innych podmiotów gospodarczych. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. jest notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., a od września 2016 należy do segmentu NC Focus. W 2016 r. Emitent wypłacił dywidendę w wysokości 0,03 zł na akcję z zysku za 2015 r.

Kongres ITS już za niecałe 2 tygodnie

Już za niecałe 2 tygodnie odbędzie się kongres Inteligentnych Systemów Transportowych ITS POLSKA, który już od dziesięciu lat, wspólnie z dynamicznie rozwijającą się branżą współtworzy rynek ITS w Polsce. Rok 2017 w sposób szczególny zapisze się w kalendarzu branży z uwagi na dwa jubileusze: dziesięciolecie istnienia ITS POLSKA oraz 10. edycja POLSKIEGO KONGRESU ITS – Inteligentnych Systemów Transportowych, który odbędzie się w terminie 16-17 maja 2017 r. w Hotelu Sofitel Victoria, w Warszawie.

Propozycja programowa jubileuszowego POLSKIEGO KONGRESU ITS obejmuje szeroki wachlarz zastosowań ITS. Wśród tematów znajdą się zarówno zagadnienia popularne, wynikające z planów inwestycyjnych w Polsce, takich jak systemy zarządzania ruchem oraz poboru opłat na drogach krajowych, jak i budzące wciąż zainteresowanie zagadnienia takie, jak technologie stosowane w transporcie publicznym.  Rada Programowa ogłosiła program tegorocznej edycji, w ramach którego odbędą się czte05ry sesje tematyczne oraz 3 debaty. Sesje tematyczne obejmą swoją tematyką zagadnienia związane z rozwiązaniami i systemami pomiarów ruchu oraz badań stanu dróg, zastosowaniem ITS jako narzędzia równoważenia mobilności czy też innowacyjnych rozwiązań w branży ITS lub standaryzacja i architektura ITS.

W ubiegłorocznej IX edycji POLSKIEGO KONGRESU ITS wzięło udział ponad 300 osób: reprezentantów  firm związanych z Inteligentnymi Systemami Transportowymi, organów rządowych, samorządowych, uczelni technicznych i prasy branżowej z całej Polski. Wśród uczestników kongresu ponad 40 % stanowili reprezentanci sektora samorządowego.

POLSKI KONGRES ITS na stałe zagościł w kalendarzu wydarzeń w sektorze transportu w Polsce i Europie. Co roku w wydarzeniu bierze udział wielu mówców i ekspertów zarówno z kraju, jak i z zagranicy. Wierzymy, że najbliższa jubileuszowa edycja zainteresuje i zrzeszy jeszcze większą liczbę reprezentantów świata biznesu, nauki i samorządów i to przyczyni się do ulepszania całego sektora transportu w Polsce.

Szczegółowy program PKITS 2017 wraz z innymi informacjami znajdą Państwo na www.pkits.pl.

Ostatni tydzień na przesłanie zgłoszenia udziału w PKITS 2017!  

To ostatni moment na dołączenie do tego grona i zgłoszenie swojego udziału. Zachęcamy do przesyłania zgłoszeń. Koszty udziału dla uczestników:

  • Osoby niezrzeszone w ITS POLSKA ……………………………………………………………………. 1 800 zł netto
  • Członkowie ITS POLSKA …………………………………………………………………………………………900 zł netto
  • przedstawiciele uczelni i studenci ………………………………………………………………………… 400 zł netto

W cenę wliczone jest: uczestnictwo w dwudniowym kongresie, komplet materiałów kongresowych, lunch i przerwy kawowe oraz wieczorne przyjęcie.

Zgłoszenie udziałuhttp://pkits.pl/rejestracja