Raport PwC „IPO Watch Europe – I kwartał 2017”

Wartość ofert pierwotnych (Initial Public Offering – IPO) w Europie w pierwszym kwartale 2017 roku wyniosła 4,5 mld euro – to wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. (3,5 mld euro) – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez firmę doradczą PwC. Nieznacznie wzrosła również liczba debiutów (53 spółki). Na giełdzie w Warszawie w minionym kwartale odnotowano zaledwie 2 oferty – obie na rynku NewConnect.

W pierwszym kwartale 2017 roku w Polsce miały miejsce tylko dwa giełdowe debiuty, oba na alternatywnym rynku giełdowym – NewConnect. Łączna wartość obu emisji wyniosła niespełna 6 mln zł – za większość tej kwoty odpowiadał debiut producenta maszyn Kofama Koźle, który wyniósł 5,8 mln zł. Drugą ofertą było IPO Money Makers TFI.  Liczba debiutujących spółek w pierwszym kwartale 2017 roku była niższa niż w porównywalnym okresie 2016 roku, w którym miało miejsce 5 IPO (4 na NewConnect, oraz 1 na GPW). Niska aktywność na rynku pierwotnym w Polsce w tym kwartale może wynikać z tego, że duża liczba przedsiębiorstw planuje debiuty w kolejnych kwartałach.

„Aktywność na rynku ofert pierwotnych w Warszawie była rekordowo niska, w pierwszym kwartale 2017 r. nie zaobserwowaliśmy żadnej oferty pierwotnej na rynku głównym, pomimo poprawiającej się koniunktury giełdowej. Wielu emitentów poświęciło pierwsze miesiące 2017 r. na przygotowanie prospektów emisyjnych oraz danych finansowych obejmujących rok 2016. Stąd też niezmiernie ważne dla warszawskiego rynku będą kolejne miesiące – przeprowadzone w ostatnich tygodniach oferty Griffin Premium RE oraz Dino stanowią dobry prognostyk dla kolejnych IPO w Warszawie. Popyt towarzyszący pierwszym tegorocznym ofertom na rynku głównym, a także zaobserwowany w I kwartale powrót na giełdę inwestorów indywidualnych świadczą o tym, że rynek niecierpliwie oczekuje kolejnych emitentów i dobrze przygotowanych IPO spółek z różnych sektorów” mówi Bartosz Margol, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Podsumowanie europejskiego rynku IPO w 2016 r.

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość pozyskanych środków wzrosła w minionym kwartale (względem pierwszego kwartału 2016 r.) o 1 mld euro – osiągając wartość 4,5 mld euro, natomiast liczba debiutów wyniosła 53. Największymi ofertami w 2016 roku okazały się IPO Prosegur  Cash w Hiszpanii (750 mln euro). Na drugim miejscu uplasowała się oferta spółki Neinor Homes SAU, również w Hiszpanii (709 mln euro). Trzecie miejsce pod względem wartości IPO zajęła spółka BioPharma Credit plc (705 mln euro, giełda w Londynie).

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2013 roku

 Aktywność na europejskim rynku IPO

Podczas gdy pierwszemu kwartałowi 2016 r. towarzyszyła polityczna niepewność oraz niepokój związany z globalnym wzrostem ekonomicznym, warunki w tym roku były bardziej dogodne dla przeprowadzenia debiutu giełdowego. Mimo rozpoczęcia procedury Brexit przez Wielką Brytanię czy wyborów w Holandii, indeks zmienności rynkowej VSTOXX50 pozostawał na niskim poziomie przez pierwsze trzy miesiące bieżącego roku. W połączeniu z niskimi stopami procentowymi, zachęciło to inwestorów do selekcji i udziału w ofertach spółek z dobrze przygotowanym equity story. W rezultacie, w Europie można zaobserwować zdrowy napływ giełdowych debiutantów” – podsumowuje Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

W liniach lotniczych Emirates rośnie zapotrzebowanie na pilotów i personel pokładowy. Przewoźnik rekrutuje w 14 europejskich miastach, w tym w Warszawie

W liniach lotniczych Emirates rośnie zapotrzebowanie na pilotów i personel pokładowy. Przewoźnik rekrutuje w 14 europejskich miastach, w tym w Warszawie 1

Do ponad 250 samolotów, którymi obecnie dysponują linie Emirates, w tym roku ma dołączyć kolejnych 200 maszyn koncernów Airbus i Boeing. Dodatkowo przewoźnik rozszerza siatkę połączeń do ponad 150, przez co dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na personel pokładowy. Obecnie spośród ponad 20 tys. zatrudnionych ponad 700 stanowią Polacy. Przewoźnik chce przyciągnąć kolejnych przede wszystkim korzystnym pakietem zatrudnienia.

 Mamy w tej chwili 255 maszyn, co sprawia, że jesteśmy jedną z największych międzynarodowych linii na świecie. Od listopada ubiegłego roku jesteśmy jedynym operatorem floty składającej się wyłącznie z Airbusa A380, największego pasażerskiego dwupokładowego samolotu i Boeinga 777. W związku z tym niewątpliwie zapotrzebowanie na nowe załogi i na nowych pilotów jest ogromne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Pyrka, country manager Emirates Polska.

Obecnie linie Emirates dysponują 255 szerokokadłubowymi samolotami, jednak w najbliższym czasie flota ma się powiększyć o kolejne 200 maszyn. Dynamiczny rozwój w połączeniu z rozbudowywaną siatką połączeń (154 kierunki w 83 krajach) sprawiają, że zatrudnienie rośnie.

– W strukturach Emirates pracuje obecnie ponad 700 Polaków. To przede wszystkim członkowie obsługi pokładowej. Są lubiani i cenieni przez zwierzchników, odnaleźli się w Dubaju i nie chcemy na tym poprzestać. Uważamy, że to jest bardzo właściwy kierunek, jeżeli chodzi o poszukiwanie naszych pracowników – przekonuje Pyrka.

Przewoźnik prowadzi rekrutacje w 14 europejskich miastach, w tym w Warszawie. Jak wskazuje country manager Emirates Polska, plany zatrudnienia są ambitne – w dużej mierze są one uzależnione od dostaw nowych samolotów i otwierania nowych połączeń.

Tylko w 2014 roku do linii Emirates napłynęło blisko 0,5 mln podań o pracę na ponad 2 tys. stanowisk. Każdego miesiąca portal rekrutacyjny odwiedza ok. 1 mln osób z całego świata. Kandydatów przyciąga pakiet zatrudnienia, m.in. zwolnienie z podatku do określonej kwoty i pakiet podróżniczy dla rodziny.

– Oferta dla pracowników jest atrakcyjna i konkurencyjna. Piloci będą mieli okazję cieszyć się nieopodatkowanym zarobkiem w Dubaju, a także ciekawym i bogatym pakietem socjalnym, m.in. połączonym pakietem medycznym, stomatologicznym, gwarantowane jest również miejsce zamieszkania proponowane przez linie i bogate diety dodatkowe – wymienia Maciej Pyrka.

Mniej papierologii i ułatwienia dla pacjentów. Cyfryzacja polskiej medycyny przyspiesza

Mniej papierologii i ułatwienia dla pacjentów. Cyfryzacja polskiej medycyny przyspiesza 2

Cyfrowa transformacja służby zdrowia w kolejnych latach przyspieszy – zapowiada Izba Gospodarki Elektronicznej. Pierwszym krokiem ma być ograniczenie liczby dokumentów, a kolejnym – usprawnienie kontaktu pacjentów z placówkami medycznymi. Wyzwaniem jest przygotowanie takich rozwiązań, które będą przyjazne dla obu stron oraz zapewnią bezpieczeństwo wrażliwych danych. Rekomendacjami ma zająć się grupa robocza ds. e-medycyny powołana w marcu przez e-Izbę.

Raport „Healthcare and Life Sciences Predictions 2020: A bold future?” firmy Deloitte z 2016 roku jasno wskazuje, że nowe technologie ingerują w nasze życie już na tyle mocno, że rewolucja cyfrowa nie ominie także medycyny i farmacji. Już niedługo tradycyjna wizyta u lekarza ustąpi wirtualnemu spotkaniu. A wszystko dzięki zarówno rozwojowi technologii i urządzeń mobilnych, jak i coraz większej popularności elektroniki ubieralnej tworzonej zarówno z myślą o chorych, jak i osobach aktywnych fizycznie.

W tej chwili e-medycyna w Polsce jest na bardzo wczesnym etapie. Dzięki działaniom podejmowanym przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (CSIOZ) jest duża nadzieja, że ta sytuacja będzie się dynamicznie zmieniać w najbliższych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Patrycja Sass-Staniszewska, prezes zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej.

e-Izba chce wspierać ten proces, dlatego w marcu powołała grupę roboczą e-medycyna, w ramach której eksperci z branży prawnej, technologicznej i medycznej będą rekomendowali sposoby na wdrażanie cyfryzacji na polskim rynku.

Grupa liczy kilkanaście firm, które są dobrze przygotowane merytorycznie i znają cały proces wdrażania rozwiązań cyfrowych w sektorze e-zdrowia od podszewki. Na polskim rynku mamy rewelacyjnych specjalistów, którzy doskonale łączą wiedzę medyczną z umiejętnościami cyfrowymi. W ramach grupy e-medycyna współpracujemy z CSIOZ – mówi Patrycja Sass-Staniszewska.

Połączenie medycyny ze światem nowych technologii wydaje się być w pełni uzasadnione. Specjaliści podkreślają, że to kolejny naturalny krok do poprawienia komfortu pacjentów i ułatwieniu pracy opiece medycznej. By osiągnąć sukces, musi zostać spełniony jednak jeden warunek: jedni i drudzy muszą zostać wdrożeni w cyfryzację.

Poza wprowadzeniem usług elektronicznych do szpitali będziemy również uruchamiali na uczelniach medycznych program i szkolenia z elementami cyfryzacji. Chodzi o to, żeby lekarze, którzy wchodzą do placówek medycznych po uczelni, już byli wdrażani w nowe rozwiązania technologiczne – mówi prezes Izby Gospodarki Elektronicznej. – E-medycyna powstaje po to, żeby przede wszystkim pacjentowi żyło się łatwiej w kontakcie z usługą medyczną.

Jak podkreśla, trzeba zacząć od ograniczenia papierowej dokumentacji w służbie zdrowia, a następnie przejść do usprawnienia kontaktów na linii pacjent – lekarz i placówka medyczna.

 Już od momentu pierwszego kontaktu, a więc zapisania się do lekarza, pacjent będzie mógł skorzystać z elektronicznej rejestracji. Podobnie sprawa ma się z pobytem w szpitalu. Nasze zadanie polega m.in. na wprowadzeniu e-logistyki, obiegu lekarstw i kart pacjentów. Chcemy, aby wszystko mogło odbywać się elektronicznie, łącznie z uzyskaniem zgody na wyjście pacjenta ze szpitala. Zależy nam na tym, aby chory mógł pozostawać pod stałą opieką lekarzy również bez wychodzenia z domu – wyjaśnia Patrycja Sass-Staniszewska.

Choć zmiany będą sukcesywnie wprowadzane, to polski pacjent musi się uzbroić w cierpliwość, bowiem cały proces potrwa kilka lat, m.in. ze względu na legislację cyfrową, która wciąż wymaga poprawy.

– Nowy system zagwarantuje przede wszystkim oszczędność czasu – zerkając w telefon, będzie można potwierdzić wizytę, a następnie sprawdzić ją w kalendarzu. Ponadto elektroniczna recepta znacząco ułatwi życie wszystkim tym, którzy lekarza odwiedzają tylko po to, by dostać nową receptę na te same lekarstwa. Jedno jest pewne: wszystkie elektroniczne udogodnienia będą przyjazne pacjentowi – podsumowuje Patrycja Sass-Staniszewska.

Proces cyfryzacji stawia przed sektorem wyzwania legislacyjne. Eksperci podkreślają, że chodzi m.in. o zapewnienia bezpieczeństwa danych pacjentów w obiegu elektronicznym.

Polscy programiści przez co najmniej 10 lat nie muszą martwić się o pracę

Polscy programiści przez co najmniej 10 lat nie muszą martwić się o pracę 3

Polscy programiści należą do najlepszych na świecie. Rosnące zapotrzebowanie sprawia, że przedstawiciele tego zawodu jeszcze przez co najmniej 10 lat nie będą mieli problemów ze znalezieniem zatrudnienia. Coraz częściej konkurują o nich największe globalne firmy. 

 Rynek pracy dla programistów wygląda w Polsce bardzo dobrze. Myślę, że możemy zatrudniać jeszcze przez 10 lat, bo i tak brakuje ludzi na rynku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Markus Törnberg, dyrektor generalny Crossover.

Programiści są obecnie najczęściej poszukiwaną grupą na rynku pracy. W kraju deficyt kadry w tym zawodzie szacowany jest na kilkadziesiąt tysięcy, a w Unii – na kilkaset, a do 2020 roku może wzrosnąć do miliona. Dlatego firmy muszą konkurować o najlepszych.

– Na rynku pracy wyzwaniem jest znalezienie najlepszych pracowników. Jest dużo firm w Polsce, które szukają specjalistów, a ci najlepsi mają odpowiednie wynagrodzenie. Staramy się szukać najlepszych, nie studentów, którzy dopiero zaczynają, ale tych z kilkuletnim doświadczeniem – tłumaczy Markus Törnberg. – Szukamy najlepszych. Jeśli ktoś pracuje 3-5 lat w danej firmie, jest na tyle dobry, żeby do nas trafić.

Technologie, które powstają w Polsce, są eksportowane do największych światowych firm. Dobrą markę mają również nasi programiści. Według serwisu HackerRank, który opublikował wyniki badania dotyczącego jakości programistów, polscy specjaliści ustępują tylko chińskim i rosyjskim. W języku Java Polska znalazła się na pierwszym miejscu. Jak podkreśla dyrektor Crossover, firma widzi w Polsce duży potencjał, dlaczego w poszczególnych miastach szuka chętnych do pracy zdalnej dla firm technologicznych. Na pierwszy ogień poszedł Kraków, gdzie w lutym i w marcu odbyły się tzw. hackathony, podczas których wybiera najlepszych programistów.

– W Krakowie jest dobry rynek, znajduje się tam dużo firm informatycznych, dlatego skupiliśmy się właśnie na tym mieście. Będziemy obecni również w Warszawie, Poznaniu, Trójmieście, w Katowicach, we Wrocławiu – mówi Törnberg.

Crossover chce rozwijać model pracy zdalnej, gdzie specjaliści będą pracować dla firm technologicznych ze Stanów Zjednoczonych. Tym samym kusi potencjalnych kandydatów wyższymi zarobkami.

– Oferujemy zarobki o ok. 30 proc. wyższe niż inni pracodawcy, ok. 30 tys. zł, dlatego że dzięki pracy zdalnej nie trzeba ponosić dodatkowych kosztów, np. wynajmu biura – wskazuje dyrektor Crossover. – Praca zdalna dla finansistów i programistów jest czymś nowym w Polsce. W tym modelu od poniedziałku do piątku, a jak ktoś woli w sobotę i w niedzielę, może pracować, czy to w domu, czy w biurze, w Polsce czy w Tajlandii. Może po prostu pracować z jakiego miejsca chce.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Antal i SAS Institute, dla polskich specjalistów i menedżerów z sektora IT przy wyborze pracodawcy najważniejsza jest innowacyjność firmy (22 proc. wskazań). Warunki finansowe znalazły się na czwartej pozycji (10 proc. wskazań), wyprzedzone przez styl zarządzania i kulturę organizacyjną oraz wielkość i prestiż organizacji (odpowiednio 16 i 15 proc.).

W PKO BP ponad milion kont należy do młodych. Połowa nowych klientów to osoby przed 26 rokiem życia

W PKO BP ponad milion kont należy do młodych. Połowa nowych klientów to osoby przed 26 rokiem życia 4

Młode pokolenie docenia szybkość obsługi i jakość bankowości elektronicznej. O wyborze banku często decydują reklamy w internecie. Dlatego aby pozyskać klientów z tej grupy, banki inwestują w obecność w mediach społecznościowych czy na portalach typu YouTube. W PKO Banku Polskim ponad milion rachunków należy do osób poniżej 26 lat. Młodzi stanowią ponad połowę nowych klientów, którzy zakładają konto w tym banku.

 Rachunki młodych osób w naszym banku dzielą się na dwie grupy wiekowe. Pierwsza to osoby do 18 roku życia – decyzje o otwarciu rachunku podejmują za nich rodzice. Mamy już ponad pół miliona takich rachunków. Druga grupa to klienci już dorośli, ale wciąż młodzi, w grupie wiekowej 18–26 lat. W ciągu ostatnich kilku lat dokonaliśmy ogromnego przełomu i jesteśmy liderem pozyskania tego segmentu rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Placzke, dyrektor Departamentu Produktów Klienta Indywidualnego w PKO Banku Polskim.

Na koniec 2016 roku PKO Bank Polski prowadził ponad 9 mln rachunków, z czego 8,7 mln dla klientów indywidualnych. W tej grupie ok. 1,1 mln kont należy do osób do 26 roku życia. W ubiegłym roku bank zanotował 230-tysięczny przyrost rachunków dla klientów indywidualnych, a ponad połowa nowych ROR-ów została otwarta przez osoby z młodego pokolenia.

 Obecnie połowa klientów, którzy otwierają z nami relacje, to klienci przed 26 rokiem życia. Z naszych statystyk wynika, że klient z tej grupy wiekowej otwiera u nas konto średnio co 20 sekund – wskazuje Placzke.

Dla młodego pokolenia liczy się szybkość obsługi i dostęp do bankowości internetowej. Istotne, by wszystko można było załatwić online, bez konieczności wizyty w oddziale. Banki wskazują, że w 2020 roku ponad 40 proc. sprzedaży kluczowych produktów będzie się odbywać w kanałach cyfrowych.

– Dla młodych ludzi najważniejsza jest prostota i szybkość obsługi. Oni oczekują, że wszystko dostaną natychmiast, od ręki i nie będą musieli na nic czekać. Sam proces otwarcia konta, który może być zarówno z udziałem oddziału, jak i zdalny, z udziałem kuriera, to podstawowa kwestia. Taki klient nie ma w ogóle kontaktu z bankiem fizycznie, ale za to z aplikacją mobilną i z bankowością elektroniczną już tak – mówi przedstawiciel PKO BP.

Walka o młode pokolenie przeniosła się do internetu. To właśnie reklama w sieci najbardziej przemawia do młodych, bardziej niż tradycyjne reklamy telewizyjne. Istotny jest też sam sposób komunikacji.

– Jesteśmy w mediach społecznościowych, czyli tam, gdzie są też młodzi, i to właśnie w ten sposób próbujemy do nich docierać – przekonuje Paweł Placzke.

Kluczowa jest też walka o utrzymanie przy banku dotychczasowych klientów. PKO BP oferuje rachunki dla różnych grup wiekowych: od Szkolnych Kas Oszczędności tworzonych z myślą uczniach szkół podstawowych, PKO Junior dla dzieci do ukończenia 13 roku życia, przez PKO Konto Pierwsze młodzieży w wieku 13–18 lat, po PKO Konto dla Młodych dla osób do 26 roku życia. Większość zostaje w banku także później, a dotychczasowe konta przekształcają w kolejne, z oferty dla innej grupy wiekowej.

Duża konkurencja sprawia, że banki rywalizują o młodych klientów promocjami. PKO BP przeprowadził promocję Konta dla Młodych „Miłość Mamy za zero”, gdzie za założenie konta i wykonanie co najmniej jednej płatności kartą można było otrzymać pakiet biletów do kina.

 Walczymy, żeby nasza oferta była wśród najlepszych na rynku. Jesteśmy w pierwszej trójce banków, które walczą o tego typu klienta pod względem ceny za korzystanie z konta, produkty dodatkowe i utrzymanie tego konta. Właściwie wszystko można już mieć całkowicie za darmo – podkreśla Paweł Placzke.

15 proc. środków ochrony roślin może być podrobionych lub pochodzić z nielegalnego źródła. Za ich stosowanie rolnikom grożą surowe kary finansowe

15 proc. środków ochrony roślin może być podrobionych lub pochodzić z nielegalnego źródła. Za ich stosowanie rolnikom grożą surowe kary finansowe 5

Nawet 15 proc. polskiego rynku środków ochrony roślin mogą stanowić preparaty podrobione lub pochodzące z nielegalnego źródła – szacuje Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin. Używający takich specyfików rolnicy narażają się nie tylko na straty w plonach, lecz także na sankcje finansowe w postaci kilkutysięcznej grzywny, utratę certyfikatów oraz dotacji unijnych. Wprowadzającym takie substancje na rynek grozi zaś kara pozbawienia wolności. 

 Wielkość szarej strefy na krajowym rynku bardzo trudno określić – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksandra Mrowiec z Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin (PSOR). – Z uwagi na położenie geograficzne Polska jest miejscem wejścia podrobionych i nielegalnych produktów na rynek europejski. Dzieje się tak najczęściej zarówno poprzez wschodnią granicę lądową, jak i porty morskie. Dlatego w walce z tym nielegalnym procederem aktywnie uczestniczą organy celne, policja oraz Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa.

Według Aleksandry Mrowiec wartość rynku podrabianych i nielegalnych środków ochrony roślin bardzo trudno oszacować. Z przedstawionych danych Komisji Europejskiej wynika, że obrót takimi specyfikami odpowiada za około 10 proc. rynku w UE. Zgodnie z szacunkami Europejskiego Obserwatorium do Spraw Naruszeń Praw Własności Intelektualnej i Europolu jedna czwarta (25 proc.) wszystkich znajdujących się w obiegu w UE środków tego rodzaju może pochodzić z nielegalnego źródła. Proceder ten nasila się przy zewnętrznych granicach UE.

 Stosowanie przez rolnika podrabianych i nielegalnych środków ochrony roślin powoduje bardzo dotkliwe konsekwencje – mówi Aleksandra Mrowiec. – Najważniejsza jest utrata plonu lub gdy środek nie zadziała, straty w plonach. Kolejna kwestia to sankcje finansowe takie jak nałożenie grzywny.

Jak podkreśla, podrabiane są te środki, które są najczęściej wykorzystywane przez rolników i które mają najszersze spektrum stosowania.

Za stosowanie nielegalnych substancji przewidziane są konsekwencje finansowe, między innymi grzywna do wysokości 5 tys. zł nakładana przez Inspektora Ochrony Roślin i Nasiennictwa.

Gdy rolnik posiada podrobione produkty w celu dalszej sprzedaży, może wchodzić w grę odpowiedzialność karna [prawo przewiduje sankcję w postaci nawet trzech lat pozbawienia wolności – red.] – zauważa Aleksandra Mrowiec. – Warto dodać, że w takiej sytuacji rolnik musi się liczyć zarówno z możliwością odejścia odbiorców, jak i z utratą dotacji unijnych oraz certyfikatów.

Zdaniem Aleksandry Mrowiec wystarczy przestrzegać czterech zasad, by ustrzec się przed zakupem podrobionych lub nielegalnie sprowadzonych do kraju środków ochrony roślin. Po pierwsze, rolnik powinien się zaopatrywać tylko w produkty zarejestrowane, których wykaz prowadzi Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi (na stronach internetowych resortu dostępna jest wyszukiwarka takich wyrobów). Sklep, który prowadzi sprzedaż podrobionych środków, naraża się na utratę licencji.

 Po drugie, oryginalny produkt będzie mieć zawsze trwale przytwierdzoną do opakowania etykietę w języku polskim, a jego opakowanie nie będzie się odkształcać – wskazuje Aleksandra Mrowiec. – Trzecią zasadą jest kupowanie środków tylko w zarejestrowanych, kontrolowanych przez Wojewódzkich Inspektorów Ochrony Roślin i Nasiennictwa punktach sprzedaży. Po czwarte, przy zakupie środków rolnik powinien zażądać dowodu zakupu, przede wszystkim faktury, która jest podstawą ewentualnej reklamacji.

PSOR również angażuje się w walkę z szarą strefą na rynku. Pod koniec marca została uruchomiona strona internetowa www.bezpiecznauprawa.org, na której rolnicy znajdą informacje na temat odpowiedzialnego i zgodnego z prawem zakupu środków ochrony roślin.

Polacy coraz częściej korzystają z wielkanocnego cateringu. Dominują potrawy tradycyjne, przygotowane w innowacyjny sposób

Polacy coraz częściej korzystają z wielkanocnego cateringu. Dominują potrawy tradycyjne, przygotowane w innowacyjny sposób 6

Dynamicznie rośnie rynek cateringu świątecznego. Z pomocy profesjonalnych kucharzy korzystają przede wszystkim firmy, ale coraz chętniej także osoby prywatne, którym brakuje czasu lub chęci, by przygotować własne potrawy na wielkanocny stół. Polacy wolny czas wolą spędzać z rodziną niż w kuchni. Popularnością cieszą się potrawy tradycyjne, choć przygotowane w nieco bardziej innowacyjny sposób.

– Rynek cateringu świątecznego rok do roku rośnie w tempie 10–15 proc. Świadczy to o tym, że jesteśmy coraz lepiej sytuowani i doceniamy czas wolny przed świętami, którego nie musimy spędzać w kuchni – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Damian Wiatrak, dyrektor zarządzający Deli Catering.

Usługi cateringowe są jednym z najszybciej rozwijających się segmentów na rynku gastronomicznym. Ich wartość szacuje się na 4,5 mld zł, z czego coraz bardziej na wartości zyskuje catering świąteczny. Na tego typu usługi decydują się już nie tylko firmy.

– Catering dedykowany jest instytucjom, firmom, które organizują szereg wydarzeń dla swoich pracowników. Jeżeli chodzi o proporcje, to 90 proc. należy do instytucji i przedsiębiorców, natomiast 10 proc. to klient indywidualny – wskazuje Damian Wiatrak.

Dla większości Polaków Wielkanoc to przede wszystkim czas, który można spędzić z rodziną. Z badania CBOS z 2016 roku wynika, że dla 70 proc. Wielkanoc to święto rodzinne. Dlatego czas zaoszczędzony w kuchni mogą spędzić z bliskimi lub też na innych przedświątecznych obowiązkach.

– Także biorąc pod uwagę koszty, uważam, że zdecydowanie lepiej jest zamawiać catering na zewnątrz – mówi dyrektor Deli Catering.

Z badania Providenta wynika, że przeciętne polskie gospodarstwo domowe planuje przeznaczyć na zorganizowanie tegorocznych świąt wielkanocnych ok. 400 zł. Obejmuje to przede wszystkim wydatki na produkty spożywcze. Eksperci podkreślają, że jest to koszt porównywalny z zamówieniem gotowych produktów. Jak zauważa Wiatrak, można już mówić o trendach w cateringu świątecznym.

– Choć w dalszym ciągu bazujemy na elementach tradycyjnych, to funkcjonują już także trendy nowoczesne i innowacyjne. Tradycyjne produkty staramy się pokazać w nieco inny sposób. Dla przykładu, nasz makowiec przygotowywany jest z białej galaretki rolowanej z różnymi dodatkami, np. jadalnego srebra – mówi Damian Wiatrak.

Jak zauważa, pod względem kulinarnym Polacy coraz częściej lubią eksperymentować, w dużej mierze pozostają jednak tradycjonalistami.

– Szukamy nowości smakowych, nowych produktów, nowych odsłon produktów tradycyjnych, ale naszych tradycyjnych podniebień nie da się oszukać. Po pewnym okresie próbowania rzeczy nowych wracamy do elementów tradycyjnych – analizuje dyrektor Deli Catering.

Oferta restauracji i firm cateringowych może być dostosowana do indywidualnych wymagań i możliwości finansowych. Inna od potraw przygotowanych w domu może też być forma podania. Nowym trendem jest m.in. Finger Foods, czyli mini dania, które spożywa się bez sztućców, na jeden kęs.

Strona internetowa i konto użytkownika jako trwały nośnik? Istotny pogląd UOKiK

UOKiK wydał niedawno istotny pogląd w sprawie o sygn. akt III Ca 529/16, odnośnie kwalifikacji strony internetowej przedsiębiorcy i konta użytkownika jako „trwałego nośnika”, za pomocą którego spełniane są względem konsumenta stosowne obowiązki informacyjne.  Choć pogląd ten wydany został na tle stanu faktycznego regulowanego ustawą o kredycie konsumenckim, to z pewnością należy go mieć na uwadze również z perspektywy wszelkich innych przedsięwzięć e-commerce, nie tylko tych o charakterze finansowym.

W sprawie tej konsument zawarł przez Internet umowę pożyczki. Po zaakceptowaniu wniosku o pożyczkę, pożyczkodawca udostępnił konsumentowi ramową umowę pożyczki, indywidualne warunki umowy i formularz odstąpienia od umowy, które widoczne były po zalogowaniu się na stronie internetowej przedsiębiorcy.

Na tle powyższych okoliczności UOKiK uznał, że strona internetowa przedsiębiorcy jak i indywidualne konto klienta w serwisie nie stanowią trwałego nośnika. Naczelnymi argumentami, które legły u podstaw takiej oceny były argumenty, że środki te nie zapewniają pozostawania przekazywanej informacji w niezmienionej postaci, gdyż przedsiębiorca może ingerować w jej treść, w szczególności ją usunąć lub zmienić, oraz że środki te nie zapewniają trwałości w tym znaczeniu, że nie gwarantują konsumentowi dostępu do informacji przez odpowiednio długi czas, tj. nie krótszy niż okres wykonywania umowy wraz z okresem, w którym konsumentowi będą przysługiwać stosowne roszczenia.

Powyższą opinię UOKiK podparł orzecznictwem TSUE, z którego płyną podobne wnioski. Warto jednak zaznaczyć, że w praktyce orzeczniczej TSUE zauważa się również mniej kategoryczne podejście do omawianego zagadnienia. Dla przykładu, w orzeczeniu zapadłym w sprawie C-49/11 (Content Services Ltd), TSUE wydaje się dopuszczać możliwość uznania konta użytkownika w ramach strony internetowej przedsiębiorcy za trwały nośnik, jeśli tylko przedsiębiorca wystarczająco wykaże, że zapewnione są wyżej wspomniane warunki niezmienności i trwałości treści.

Czy powyższy pogląd UOKiK ostatecznie wyklucza możliwość stosowania strony internetowej i konta użytkownika jako narzędzi służących przekazywaniu konsumentom informacji, jakie muszą zostać utrwalone na trwałym nośniku? Jeśli nie, to z pewnością winien mobilizować przedsiębiorców do zapewnienia takich środków technicznych i organizacyjnych, które pozwalałyby przekonywująco uzasadnić niezmienność i trwałość przekazywanych w ten sposób treści.

Autor: Marcin Przybysz, adwokat, senior associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Polska waluta odzyskuje blask z pierwszego kwartału 2017. Dolar znów pierwszym wyborem

Dolar mocny na szerokim rynku. Słabość euro w obliczu głosów o niepodejmowaniu żadnych ruchów w polityce monetarnej aż do końca programu QE. Polska waluta silniejsza po korekcyjnym odbiciu. Sentyment na rynkach dobry ale w każdej chwili może się to zmienić. Złotówka nadal na czele walut krajów wschodzących. Niebawem pojawi się kolejny czynnik ryzyka, czyli wybory we Francji.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 01.03.2017-10.04.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2090 3,9370 3,9000 4,8600
Maksimum 4,3470 4,0570 4,0960 5,1090

Kurs euro EUR/PLN

Kurs euro EUR/PLN wykresPod koniec marca EUR/PLN osiągnął najniższy poziom od października 2015 roku. Od tego momentu, wraz z pogorszeniem się klimatu inwestycyjnego dla walut rynków wschodzących, złoty nieco stracił. Przebita została linia trendu spadkowego trwającego od początku marca, która sprowadziła kurs niemal 13 groszy niżej. Ale polska waluta znów pokazała moc w tym roku. Korekta była krótka i znów EUR/PLN podąża na południe. W ostatnich dniach byliśmy blisko ostatnich minimów. Wydaje się, że to jeszcze nie koniec aprecjacji złotówki. Jeśli nic niespodziewanego się nie wydarzy to powinniśmy przebić lokalne wsparcie w rejonach 4,21. Mimo niesprzyjających warunków geopolitycznych polska waluta radzi sobie bardzo dobrze. Konflikt w Syrii póki co większego strachu nie wywołał. W tym momencie na rynkach króluje dolar więc miejmy to na uwadze, że wcześniej w takiej sytuacji lekkiej zadyszki krajowa waluta dostawała. W razie takiego obrotu spraw oporem będzie 4,2420 czyli zniesienie Fibo.

Kurs franka CHF/PLN

Kurs franka CHF/PLN wykresNa CHF/PLN mamy podobną sytuację. Po osiągnięciu minimum w okolicach 3,9370 kurs ruszył w górę. Gdy wydawało się już, że sytuacja w najbliższych dniach będzie działać na niekorzyść kredytobiorców frankowych kurs dość niespodziewanie nie przekroczył 4,00. Mimo, że na świecie pojawił się nowy punkt zapalny, czyli konflikt w Syrii to wielkiej ucieczki do bezpiecznych przystani, jak frank, nie było widać. W efekcie polska waluta powróciła do trendu spadkowego. Wsparciem będzie ostatnie minimum, niewykluczone, że w najbliższych dniach ten poziom będziemy testować jeśli pozytywny klimat na rynkach się utrzyma. Ale trzeba pamiętać, że konflikt w Syrii może się zaostrzyć szczególnie, że zamieszane w niego są USA i Rosja. Do tego niedługo już wybory we Francji i inwestorzy będą lokować kapitał we franka w obawie przed niespodziewanym wynikiem.

Kurs dolara USD/PLN

Kurs dolara USD/PLN wykresNa USD/PLN sytuacja złotego nie jest już tak dobra. Możemy już zapomnieć o trendzie spadkowym, który sprowadził kurs w rejon 3,90. Od tego momentu kurs dość szybko podąża na północ łamiąc kolejne opory. Wszystko za sprawą mocnej waluty amerykańskiej na szerokim rynku. Piątkowe dane z rynku pracy może i nie były dobre ale spadek bezrobocia do poziomu 4,5% musiał wywrzeć wrażenie. A dokładając do tego słowa Dudleya siła waluty jeszcze wzrosła. Członek Fed mówił o planowanej redukcji bilansu, która również jest elementem zacieśniania monetarnego. Wraz z podwyżkami stóp takie głosy muszą zwiększać apetyt inwestorów na walutę takiego kraju.  Sytuacja techniczna w tym momencie jest bardzo ciekawa. Gdyż pokonanie psychologicznej wartości 4,00 może skutkować ruchem w okolice 4,10. Wydaje się jednak, że siła dolara nie będzie trwać w nieskończoność. A prędzej czy później pojawi się ruch korekcyjny na EUR/USD. A to będzie miało odzwierciedlenie na USD/PLN i zatrzyma wzrosty. Czynnik ryzyka dla dolara w postaci spotkania prezydentów USA i Chin na tę chwilę minął. Owszem euforii nie ma ale też spotkanie wyglądało na przyjacielskie. Ewentualne spory handlowe tych największych gospodarek mogłyby spowodować problemy na całym świecie.

Kurs funta GBP/PLN

Kurs funta GBP/PLN wykresRównież na GBP/PLN mamy odreagowanie ostatnich spadków. Po rozpoczęciu procedury wyjścia Wielkiej Brytanii z UE funt na szerokim rynku mocno tracił. Również kolejne dane pokazywały słabość i wzmagały nieufność inwestorów do brytyjskiej waluty. W skutek czego GBP/PLN znalazł się nawet na poziomie 4,8600. Chwilowa słabość złotówki poskutkowała ruchem korekcyjnym w okolice 5,00 ale ten opór okazał się w tym momencie skuteczny. Ten tydzień jest nieco krótszy zważywszy na Wielki Piątek, który jest dniem wolnym w wielu krajach. Ale pojawiają się w nim dane choćby o inflacji także z Wielkiej Brytanii. Warto zwrócić na to uwagę, gdyż może to być pretekst do odbicia na funcie. Tym bardziej jeśli poziom inflacji będzie wyższy od prognoz.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Polska wypadła z czołówki najmniej podatnych na ceberataki państw świata

Wojciech Głażewski
Wojciech Głażewski, Country Manager w firmie Check Point

Polska spada w światowym rankingu bezpieczeństwa sieciowego i zagrożenia atakami hakerskimi. Obecnie znajduje się na 23 miejscu w Europie. To najgorsza pozycja Polski od kilku miesięcy! W Polsce najczęściej atakuje wirus ransomware Cryptowall, na świecie Kelihos. To wyniki najnowszego raportu firmy Check Point Software Technologies.  

Według raportu firmy Check Point, w lutym najbezpieczniejszym krajem pod względem cyberbezpieczeństwa był bezsprzecznie Lichtenstein.  Na kolejnych miejscach znalazła się Czarnogóra i Mołdawia. Poza europejskim podium znalazły się m.in. Estonia, Albania i Belgia.

Nasz kraj uplasował się tym razem na 23 lokacie, co oznacza spadek aż o 17 miejsc w stosunku do danych sprzed miesiąca! Przed Polską znalazły się m.in. Irlandia, Holandia i Niemcy, natomiast za naszymi plecami ulokowała się Bośnia, Węgry czy Norwegia. Spadek nie oznacza znaczącego obniżenia bezpieczeństwa w polskiej sieci. Aktywność hakerów wręcz spadła – wskaźnik zagrożenia dla naszego kraju, na poziomie 36 pkt. jest niższy niż w ostatnim zestawieniu (37,5).

Krajobraz zagrożeń jest bardzo dynamiczny, w związku z czym pozycja Polski może w pewnym stopniu ulegać fluktuacjom. Oczywiście niezbędna jest szersza ochrona sieci, w szczególności firmowych. Wydany przez Check Pointa Raport Bezpieczeństwa 2016 wykazał, że aż 971 nieznanych wariantów malware co godzinę było pobieranych do sieci korporacyjnych. – twierdzi Wojciech Głażewski, Country Manager w firmie Check Point.

Check Point wskazał również najpopularniejsze na świecie typy malware, które wykorzystywane były w lutym 2017 roku. Czołową pozycję zajął Kelihos, spotykany w 12% przebadanych organizacji. Kelihos jest obecnie jednym z najważniejszych dystrybutorów spamu na świecie, zarażając ponad 300 tys. maszyn, z których każda jest w stanie wysłać nawet 200 tys. e-maili dziennie!
Na drugim miejscu uplasował się HackerDefender z wpływający na 5% firm na rynku oraz Cryptowall, z niewiele niższym wynikiem. W przypadku polskiej sieci sprawa wygląda trochę inaczej – najpowszechniejszym lutowym malware był Cryptowall (znany ransomware), natomiast kolejne miejsca przypadły robakowi Pykspa oraz botnetowi Kelihos.

W świecie mobilnym czołowym typem malware jest Hiddad, który miesiąc wcześniej zajmował trzecią pozycję. Kolejne miejsca przypadły HummingBad i Triadzie. Każdy z czołowych „szkodników” działa pod systemem Android.

– Gwałtowny wzrost użycia pewnych wariantów malware w lutym, podkreśla wyzwania jakie stoją przed działami IT na całym świecie. Jednym z nadrzędnych celów firm i organizacji powinno być dostateczne przygotowanie się do radzenia sobie z rosnącą liczbą cyberzagrożeń, poprzez wdrożeni zaawansowanych systemów bezpieczeństwa sieci. – twierdzi Nathan Shuchami, wiceprezydent w Check Point Software Technologies.

Dane z amerykańskiego rynku pracy najgorsze od 2012 roku

Szczyt amerykańsko—chiński nie przyniósł żadnych przełomowych ustaleń. W trakcie rozmów prezydenci znaleźli wspólny język na wielu płaszczyznach. Xi Jinping zaprosił nawet Donalda Trumpa na rewizytę. Dziś rynki w azjatyckie odnotowują plusy, z wyjątkiem chińskich indeksów. Zarówno Nikkei225 jak australijski ASX200 zyskały o 0,7% natomiast FTSE China50 traci 0.2%.

ZŁOTO

Rynki wciąż odczuwają skutki piątkowych wydarzeń, kiedy to amerykańskie Biuro Statystki Pracy podało najgorsze dane dotyczące zatrudnienia od 2012 roku. Analitycy spodziewali się 170 tys. nowych miejsc pracy w marcu, natomiast ostateczna liczba wyniosła niecałe 100 tys. Pozytywnym czynnikiem może być fakt, iż bezrobocie odnotowało lekki spadek z 4,7% do 4,5%. Rynek zareagował na informację Biura Statystki Pracy z opóźnieniem. Dobitnie pokazuje to analiza ceny złota, które dopiero 40 minut po podaniu do wiadomości komunikatu zaczęło gwałtownie zwyżkować. Natomiast indeksy na wieści dotyczące zatrudnienia w USA zaczęły zniżkować. Sytuacja była jednak daleka od paniki – jeszcze tego samego dnia doszło do korekty, co świetnie obrazuje analiza notowań DJ30. W niektórych przypadkach jednak skończyło się na jeszcze większych zniżkach, srebro oberwało najmocniej. Ciekawie wygląda także sytuacja na rynku ropy naftowej. Jasno widać, iż reakcję na dane dotyczące rynku pracy wpłynęła pozytywnie na notowania surowca, który trzyma obecnie poziom 52 USD za baryłkę.

ROPA KURS WYKRES

Jeszcze dziś oczy inwestorów będą skierowane na przewodniczącą FED Janet Yellen, która będzie wygłaszać przemienienie na Uniwersytecie w Michigan i co ciekawe, odpowie na pytania studentów z sali. To wydarzenie będzie miało miejsce tuż po zamknięciu sesji na nowojorskim parkiecie, natomiast jeszcze przed otwarciem rynków w Australii. Co za szczęcie, że Rezerwa Federalna planuje rozładować bilans w wysokości 4,5 biliona USD i jeszcze w tym roku podnieść stopy procentowe. Jutro natomiast Mark Carney, Naczelnik Banku Anglii, będzie przemawiał podczas konferencji poświęconej branży finansowo-technologicznej w Londynie. Bank Anglii planuje zostać prekursorem w dziedzinie realizacji codziennych operacji finansowych w cyfrowych walutach. Może Carney powie kilka ciekawych słów na temat rynku kryptowalut, analitycy będą na pewno zaciekawieniem obserwować w tym czasie zachowania bitcoina i ethereum. Co ciekawe, pierwsza z nich wspięła się ponownie na poziom 1200 USD za monetę. Jutro natomiast Bank Kanady podejmie decyzję w sprawie stóp procentowych, co może mieć wpływ na pary walutowe z udziałem kanadyjskiego dolara.

 

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Zastrzeżenie

Ta informacja służy jedynie celom informacyjnym i edukacyjnym. Nie powinna być traktowana jako porada albo rekomendacja inwestycyjna. Przeszłe wyniki nie dają gwarancji osiągnięcia rezultatów w przyszłości. Trading wiąże się z ryzykiem. Ryzykuj tylko kapitał, na którego stratę jesteś przygotowany.

Wszystkie dane, liczby i wykresy są aktualne na dzień 10 kwietnia.

Co trzecie auto używane w Niemczech ma fałszywy przebieg

Bardzo częstym argumentem stosowanym w imporcie aut używanych z Niemiec jest teoria, że w Niemczech sprzedawcy nie cofają liczników, ponieważ jest to karalne. Po dwunastu latach od wprowadzenia kary za manipulowanie stanem licznika, niemiecki klub samochodowy ADAC zdecydował się sprawdzić, czy ustawa pomogła. Wyniki badania są alarmujące: co trzecie używane auto sprzedane w Niemczech ma sfałszowany przebieg!

ADAC opierając się na statystykach niemieckiej policji informuje, że cofnięty licznik ma co trzecie sprzedane auto. Zmiana liczby przejechanych kilometrów w nielegalny sposób zwiększa wartość pojazdu średnio o 3.000 EUR. Oznacza to, że w samych Niemczech taka sytuacja powoduje roczne straty w wysokości niemal 6 miliardów EUR. Najwięcej dopłacają nabywcy, którzy kupują używany samochód od prywatnej osoby. Jak podaje ADAC, cofnięcie licznika trwa zwykle kilka sekund. Mimo że jest ono ustawowo zakazane, oferowane jest przez wielu usługodawców, a ceny zaczynają się od ok. 50 EUR za auto. Celem takiej praktyki jest zwiększenie wartości używanego auta przed sprzedażą lub uniknięcie ryczałtu w leasingu. W Niemczech cofanie liczników jest zakazane od 2005 roku. Sprawcom grożą wysokie grzywny lub kara pozbawienia wolności do 1 roku. Ustawa jednak nie zniechęciła „mafii przewijaczy” do oszukiwania kierowców.

Według dyrektora operacyjnego AAA AUTO, jednego z największych sprzedawców aut używanych w Europie Środkowo-Wschodniej, jest to kolejny argument przeciwko importowi używanych aut od naszych zachodnich sąsiadów:

„Często słyszymy, że z obawy przed manipulacją stanem licznika na rynku krajowym, kierowcy chcą importować auto z Niemiec. Uważają, że skoro cofanie liczników jest tam karalne, to do niego nie dochodzi. Nasze doświadczenie mówi jednak coś zupełnie innego, a teraz potwierdził to również niemiecki ADAC. Większość aut z „przewiniętymi” licznikami z Niemiec eksportuje się w kierunku wschodnim i zgodnie z naszymi szacunkami wśród aut importowanych do Polski stanowią aż 90%” – powiedział Dyrektor Operacyjny Grupy AAA AUTO, Petr Vaněček.

Według AAA AUTO istnieje konieczność wdrożenia rozwiązania, które uniemożliwi wprowadzanie zmian w licznikach.

„Należy pilnie stworzyć system uniemożliwiający cofanie liczników w używanych autach. Tylko wówczas będziemy w stanie zlikwidować to najczęstsze oszustwo, które towarzyszy międzynarodowemu handlowi używkami” – podkreślił Petr Vaněček.

ADAC jest także przekonany, że najskuteczniejszym środkiem zapobiegającym przewijaniu liczników jest bariera techniczna, którą powinni stworzyć producenci aut. Według automobilklubu jednak niewystarczająco bronią się oni przed manipulacjami w licznikach, a niektórzy nie robią tego w ogóle. Wszelkie bazy danych ADAC uważa za nieskuteczne. Zawarte w nich informacje mogą zawodzić, ponieważ auto mogło mieć cofnięty licznik zanim zostało włączone do bazy danych. W przypadku „zagrożenia” wpisaniem stanu licznika do jakiejś krajowej bazy danych, np. podczas przeglądu technicznego, kierowcy będą świadomie manipulować jego stanem tuż przed kontrolą, tj. cofną go, żeby wpisany do bazy przebieg auta był niższy. Narzędzia do tego są bardzo proste i dostępne; np. aplikacja w telefonie, która przed każdą kontrolą może ostrzec, aby przywrócić stan licznika.

Z badaniami ADAC w języku niemieckim można się zapoznać tutaj: https://www.adac.de/infotestrat/fahrzeugkauf-und-verkauf/gebrauchtfahrzeuge/tacho-manipulation/

Ekspansja P3 w 2017 roku rozpoczyna się od nabycia obiektów o wartości 243 milionów euro w Hiszpanii

P3, ogólnoeuropejski inwestor i deweloper nieruchomości logistycznych, rozpoczął swoją najnowszą fazę ekspansji poprzez nabycie 11 obiektów logistyczno-dystrybucyjnych o łącznej powierzchni 322.500 m2 w Hiszpanii od firmy Gore Spain Holdings SOCIMI I, S.A.U. Wartość transakcji została uzgodniona na kwotę 243 milionów euro. 

Są to obiekty położone w kluczowych, strategicznych lokalizacjach logistycznych w okolicach Madrytu, Saragossy, Toledo i Guadalajary, a także na wybrzeżu: w Walencji na wschodzie i Vizcaya (region Bilboa) na północy.

Ta transakcja, zrealizowana w niedługim czasie po ogłoszeniu rekordowych wyników P3 w Europie za 2016 rok, zwiększa bazę obiektów P3 w Hiszpanii z nieco ponad 70.000 m2 do prawie 400.000 m2. Jest to jedna z największych transakcji tego typu, przeprowadzonych w Hiszpanii w ostatnich latach.

David Marquina, Dyrektor Zarządzający P3 w Hiszpanii, powiedział:

„To dobra okazja, aby wzmocnić naszą obecność w hiszpańskim centralnym korytarzu logistycznym, łączącym Madryt, Saragossę i Barcelonę. Naszym kolejnym celem jest zwiększenie obecności w korytarzu śródziemnomorskim, wokół Barcelony i Walencji, oraz ekspansja do Malagi. Będziemy koncentrować się na pozyskiwaniu obiektów logistycznych o jakości instytucjonalnej i transakcjach pozarynkowych, w których długoterminowa działalność P3 w charakterze inwestora i dewelopera może mieć istotne znaczenie.

„Planowanych jest kilka projektów typu Build-to-Suit, jak również zakup pojedynczych obiektów, co pozwoli nam zwiększyć zasoby doskonale zlokalizowanych wysokiej jakości powierzchni logistycznych w Hiszpanii do 500.000 m2 przed końcem tego roku.”

Wielkość obiektów sięga od nieco ponad 7.500 m² w madryckim okręgu Getafe do ponad 80.000 m² w Saragossie. Obiekty te są w całości wynajęte przez renomowane firmy krajowe i międzynarodowe, w tym DHL, która jest już klientem P3 w siedmiu innych parkach zlokalizowanych w czterech krajach, a także Orangina Schweppes Espana oraz Staples – dostawca produktów biurowych.

Oprócz istniejących obiektów, przy dwóch magazynach dostępny jest grunt o wielkości ponad 26 000 m2 gotowy pod zabudowę dla P3.

Ian Worboys, CEO w P3
Ian Worboys, CEO w P3

Komentując tę transakcję, Ian Worboys, CEO firmy P3, powiedział:

„Gospodarka Hiszpanii rozwija się, a my uznaliśmy ten kraj za kluczowy cel dla P3 w 2017 roku. Bardzo nas cieszy pozyskanie tych obiektów, dzięki czemu staliśmy się jednym z wiodących graczy w Hiszpanii, co jest zgodne z naszą strategią rozwoju jako wiodącego inwestora i dewelopera nieruchomości w Europie.”

W transakcji zakupu P3 doradzała firma CBRE, natomiast konsultacje prawne zapewniła firma Herbert Smith Freehills (HSF).

Zagrożenie tkwi w szczegółach – o procesie windykacji leasingowej

Jedna z popularniejszych form pozyskiwania sprzętu firmowego – leasing – z perspektywy leasingodawcy niestety nie jest pozbawiona zagrożeń finansowych takich jak choćby niewypłacalni kontrahenci. Jeśli leasingobiorca okazuje się nierzetelny, firma udostępniająca sprzęt jest zmuszona zająć przekazane wyposażenie. O bezpieczeństwie i profesjonalizmie koniecznym przy tym procesie opowiada Mateusz Panek, ekspert i kierownik Działu Obsługi Zleceń Leasingowych Lindorff SA.

Przygotowanie

Jeśli jesteśmy zmuszeniu do odzyskania sprzętu, za który nasz kontrahent nie płaci, nie powinniśmy bać się skorzystania z zewnętrznej firmy zarządzającej wierzytelnościami, nawet jeśli w strukturach wewnętrznych naszej organizacji dysponujemy działem windykacyjnym. Działania terenowe mogą okazać się dużo bardziej wymagające niż standardowe czynności. Profesjonaliści, którzy na co dzień zajmują się windykacją terenową, pozwolą nam zaoszczędzić dużo czasu, a co za tym idzie – pieniędzy. Dzięki wypracowanemu na bazie swojego doświadczenia know-how potrafią szybko i skutecznie dotrzeć do niewypłacalnego kontrahenta, a to nie zawsze jest proste. Często brak wpłat jest związany z umyślnym działaniem, a leasingobiorca utrudnia skontaktowanie się z nim.

Wypracowane know-how pozwala zminimalizować czas całego procesu odbioru sprzętu w terenie. Do zadań windykatora należy nie tylko stricte odbiór, ale także (jeśli to konieczne do przemieszczenia) demontaż sprzętu, jego bezpieczny transport oraz magazynowanie. Profesjonaliści dokładnie wiedzą, do kogo zgłosić się, gdy do odbioru mamy np. dźwig lub sprzęt budowlany, aby na żadnym z etapów nie generować strat czasowych. To jednak podstawy, które powinniśmy traktować z góry jako standard. Problemy może też przynieść zaniechanie z pozoru mało istotnych działań, które mogą mieć olbrzymie następstwa prawne.

Bezpieczny odbiór

Większość „detali”, na które pracownik terenowy powinien zwrócić uwagę, jest związana z odpowiednim zaprotokołowaniem zlecenia oraz udokumentowaniem faktycznego stanu sprzętu. Gdy pracownik terenowy dotrze już do niewypłacalnego klienta i odnajdzie nieopłacany sprzęt, kluczem jest wyczerpujące zaraportowanie działań za pomocą protokołu zdania oraz dokumentacji zdjęciowej.

Aby cały proces przebiegł zgodnie z prawem i nie pozostawiał miejsca na późniejsze komplikacje i rozbieżności, powinien zawierać dwa elementy. Pierwszy i podstawowy to protokół zdania – komentuje Mateusz Panek, ekspert i kierownik Działu Obsługi Zleceń Leasingowych Lindorff SA. – Przede wszystkim znajdują się w nim podstawowe dane na temat zlecenia: nazwa miejscowości, w której faktycznie doszło do odbioru sprzętu, data odbioru, numer umowy czy dane klienta dłużnego. Należy również pamiętać, iż w protokole powinny znaleźć się wszelkie informacje dotyczące dodatkowego wyposażenia odbieranego sprzętu, np. o zainstalowanym odtwarzaczu audio, ilości kluczyków, książce gwarancyjnej, ubezpieczeniu OC, dowodzie rejestracyjnym oraz ocena stanu technicznego. Analogicznie, pracownik musi wyraźnie zaznaczyć także wszelkie braki standardowego wyposażenia lub ewidentne uszkodzenia sprzętu w chwili odbioru. Oczywiście istotne jest także zamieszczenie wszystkich niezbędnych podpisów, zarówno ze strony pracownika terenowego, jak i klienta dłużnego, bez których protokół byłby nieważny. Niekiedy pracownik terenowy musi również samodzielnie pozyskać niezbędne dokumenty, np. w przypadku braku możliwości odzyskania dowodu rejestracyjnego, oryginalnej tablicy rejestracyjnej lub zaświadczenia z policji o utracie dowodu rejestracyjnego – dodaje Mateusz Panek.

Najważniejsza dokumentacja zdjęciowa

Bardzo istotnym elementem odbioru i zabezpieczenia sprzętu jest określenie stanu, w jakim się go odbiera. Trzeba zachować przy tym maksymalną szczegółowość, gdyż nawet małe odstępstwa dokumentacji od stanu faktycznego mogą prowadzić do lawiny problemów prawnych. Jednym z zadań profesjonalnego pracownika terenowego jest wykonanie szczegółowej dokumentacji za pomocą fotografii.

W zależności od rodzaju odbieranego sprzętu różni się też schemat wykonania takiej dokumentacji – uzupełnia Mateusz Panek. – Najlepiej posłużyć się przykładem: jeśli odbieramy pojazd do 3,5 tony, koniecznie musimy zadbać o przynajmniej 3 zdjęcia widoku ogólnego wraz z widokiem tablicy rejestracyjnej; widok wnętrza – zarówno w kabinie, bagażniku, jak i pod maską. Ponadto szczegółowe zdjęcia deski rozdzielczej pozwolą na późniejszą dokładną ocenę przebiegu pojazdu i stanu zbiornika paliwa w chwili odbioru. Co więcej, każdy element wyposażenia dodatkowego, który opisaliśmy w protokole, musi mieć także swoje zdjęcie – bez znaczenia, czy jest to koło zapasowe, trójkąt ostrzegawczy czy cb-radio. Podobnie z każdym dokumentem dotyczącym pojazdu, jak dowód rejestracyjny czy polisa OC – powinien zostać sfotografowany. Oczywiście profesjonalista nie może także pominąć tzw. „ubytków”, czyli wszystkich elementów wskazujących na pogorszenie stanu technicznego pojazdu od momentu jego pozyskania przez leasingobiorcę, jak np. rysy, wgniecenia, pęknięcia itd.– reasumuje Mateusz Panek.

Transport i magazynowanie

Ostatnim elementem finalizującym proces powinno być przetransportowanie sprzętu w celu jego magazynowania. W przypadku przedmiotów, których przeniesienie nie jest możliwe, należy skompletować wszystkie elementy ruchome (m.in. kluczyki czy dokumenty) oraz unieruchomić przedmiot, o ile jest to możliwe, bez jego uszkadzania. Następnie ustalamy konieczność demontażu, załadunku, transportu i rozładunku z pomocą specjalistycznej firmy transportowej.

Gwarancją jakości firmy windykacyjnej jest jej portfolio oraz indywidualne podejście do zleceń. Dziś w Lindorff SA nasze zlecenia realizujemy na bazie doświadczenia z odbioru ponad 15 tys. samochodów osobowych, 5 tys. ciągników siodłowych i naczep, 8 tys. sprzętów rolniczych i przemysłowych czy ponad 1,5 tys. sprzętów budowlanych, takich jak dźwigi czy koparki – zaznacza Mateusz Panek.

System monitorowania oferowany przez Lindorff SA pozwala na monitorowanie przez klienta zleconego zadania przez 24h na dobę. Każdy klient zlecający ma także swojego indywidualnego opiekuna. Zapewnia to sprawną komunikację na każdym etapie działań, także w tradycyjny sposób, np. telefonicznie i eliminuje problemy komunikacyjne na linii klient-usługodawca.

Słabe dane nie osłabiają kursu dolara. Komentarz walutowy z dnia 10.04.2017

Piątkowe odczyty z rynku pracy rozczarowały, ale nie doprowadziły do deprecjacji dolara. W tygodniu ważne dane zza oceanu oraz z Wielkiej Brytanii. Złotówka słabo rozpoczyna tydzień.

Rozczarowujące NFP

Piątkowe odczyty z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych można uznać za bardzo rozczarowujące rynki. Co prawda stopa bezrobocia w USA po raz kolejny obniżyła się, tym razem do 4,5%, to wynik 98 tys nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym był prawie dwukrotnie niższy od oczekiwań. Co dziwne odczyty te nie wpłynęły negatywnie na notowania amerykańskiej waluty. Tuż po publikacji na kursie EUR/USD było widać nieznaczny ruch w górę jednakże szybko zmienił on kierunek. Aktualnie notowania głównej pary walutowej znajdują się w okolicy poziomu 1,058.

Yellen i dane z wysp

W tym tygodniu będziemy świadkami wystąpień publicznych członków FED. Wydaje się jednak, że to najważniejsze będzie miało miejsce dziś wieczorem. Po godzinie 22:00 głos zabierze szefowa FED Janet Yellen.  Po publikacji ostatnich “minutek” inwestorzy prawdopodobnie po cichu liczą, że prezes odniesie się do nich i być może przedstawi bardziej szczegółowe informacje.

Chwili oddechu w nadchodzącym tygodniu nie będzie miał również funt. Sytuację brytyjskiej waluty, na której ciąży Brexit, mogą poprawić lub wręcz przeciwnie publikacje z rynku pracy oraz odczyty inflacyjne. Odczyt inflacji konsumenckiej zaplanowany jest na jutro, a odczyt stopy bezrobocia na środę. Możemy zatem spodziewać się większych ruchów na parach powiązanych z funtem

Złotówka na początku tygodnia

Od osłabienia naszej waluty rozpoczynamy nowy tydzień. Frank, euro oraz dolar podrożały o jednego grosza. Cena każdej z walut wynosi aktualnie 3,95 zł, 4,22 zł i 3,99 zł. Z kolei o dwa grosze podrożał funt do 4,95 zł. W tym tygodniu na notowania złotówki wpłynąć mogą odczyty inflacyjne, które będą miały miejsce we wtorek i środę.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Ruszyła kolejna edycja spotkań lokalnych z cyklu „Firmowe Ewolucje”

Ruszyła kolejna edycja spotkań lokalnych dla firm z sektora MŚP. Bank Zachodni WBK zaprasza małych i średnich przedsiębiorców zainteresowanych tematyką sukcesji, eksportu czy rekrutacji, na odbywające się w całej Polsce warsztaty i konsultacje z ekspertami rynkowymi.

Program tegorocznych spotkań lokalnych został opracowany na podstawie wyników ankiet od uczestników poprzedniej edycji wydarzenia. Aż 92 procent z nich oceniło je pozytywnie, jako pożyteczne i merytoryczne źródło wiedzy. Wsłuchując się we wskazane przez przedsiębiorców problemy, tematyka lokalnych spotkań w ramach Firmowych Ewolucji została jeszcze bardziej sprofilowana i będzie dotyczyła między innymi takich zagadnień jak: skuteczne pokonywanie barier w handlu zagranicznym, optymalizacja podatkowa, pozyskiwanie funduszy europejskich, planowanie sukcesji w firmie, zarządzanie finansami oraz efektywna rekrutacja pracowników.

– Wśród głównych barier na drodze rozwoju firm z sektora MŚP wskazać można m.in. niedostateczne wykorzystanie możliwości marketingu internetowego, funduszy unijnych, eksportu oraz problemy z utrzymaniem płynności finansowej. To m.in. w odpowiedzi na te trudności, Bank Zachodni WBK opracował program Firmowych Ewolucji. Jest to projekt pozafinansowego wsparcia polskich przedsiębiorców, z którym w tym roku chcemy być jeszcze bliżej naszych klientów – mówi Wiesław Macherzyński, dyrektor Biura Rozwoju Relacji z Klientami MŚP, w Banku Zachodnim WBK.

Już po raz kolejny Firmowe Ewolucje wyruszają w Polskę. W ramach inicjatywy zaplanowano blisko 600 spotkań dla lokalnych przedsiębiorców z udziałem przedstawicieli banku, partnerów biznesowych programu i regionalnych ekspertów. Uczestnikom warsztatów specjaliści przekażą narzędzia, ale przede wszystkim wiedzę, która pomoże w rozwiązaniu konkretnych problemów biznesowych.

Z badań Banku Zachodniego WBK i PI Research wynika, że główne wyzwania przed jakimi stają firmy z sektora MŚP to m.in. zmiana pokoleniowa w firmach i decyzja o przekazaniu własności w inne ręce. Właściciele firm często nie wiedzą, w jaki sposób dobrze przeprowadzić proces przekazania biznesu następcom i jak się do niego poprawnie przygotować[1]. Wśród innych, głównych problemów, z jakimi muszą się mierzyć małe i średnie przedsiębiorstwa są też: rekrutacja, motywacja i rozwój pracowników[2].

Pełna lista wydarzeń i informacja o miastach, w których odbędą się spotkania znajduję się na portalu „Firmowe Ewolucje” na stronie firmoweewolucje.bzwbk.pl, w zakładce „Warsztaty i Szkolenia”. Tam również można zapisać się na wydarzenie. Liczba miejsc jest ograniczona.

[1] Raport: „Prognoza majątku – jak demografia zmieni aktywa Polaków” 2016, https://static3.bzwbk.pl/asset/P/r/o/Prognoza-majatku-_do_2040_66983.pdf?_ga=1.63861227.595448575.1483603546

[2]  Raport: „Małe i średnie firmy w Polsce – bariery i rozwój” 2016, https://static3.bzwbk.pl/asset/m/a/l/male-i-srednie-firmy-w-polsce2_-polityka-insight_61682.pdf?_ga=1.55487203.994838417.1465293557

Firmy mają coraz mniej czasu, żeby założyć pracowniczy program emerytalny

Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI
Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI

Polskim firmom pozostało niewiele czasu, żeby założyć pracowniczy program emerytalny na dotychczasowych zasadach. Pracodawcy, którzy nie utworzą PPE jeszcze w tym roku, najprawdopodobniej już w 2018 roku będą musieli założyć Pracowniczy Plan Kapitałowy. Według zapowiedzi rządu, obowiązek ten dotknie wszystkich przedsiębiorstw – także tych kilkuosobowych.

Pracownicze programy emerytalne (PPE) działają w Polsce od 1999 r. i stanowią część dobrowolnego, III filaru emerytalnego. PPE oferują oczywiste korzyści dla pracownika (dodatkowa, prywatna emerytura), ale ich konstrukcja jest atrakcyjna również dla pracodawców.

W przypadku PPE to pracodawca określa wysokość składki na rzecz pracowników. Od przekazanych środków nie płaci składek na ubezpieczenie społeczne i co ważniejsze – może je zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Firmy często decydują się na PPE, ponieważ są one najtańszą opcją podwyżki lub dodatkowym benefitem, który pracodawca może zaoferować, by przyciągnąć do siebie najbardziej utalentowanych pracowników – mówi Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI.

Według najnowszych danych Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, polskie firmy zarejestrowały 1494 pracownicze programy emerytalne, z czego obecnie aktywne są 1042 programy. Łączna wartość aktywów zgromadzonych w PPE wynosi 13,3 mld zł. To oznacza, że programy emerytalne prowadzone przez pracodawców stanowią najmocniejszą część III filaru emerytalnego. Dla porównania, na indywidualnych kontach emerytalnych (IKE) Polacy zgromadzili 6,6 mld zł, a na indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego (IKZE) ok. 1,1 mld zł.

Szykuje się wzmożony popyt na PPE

Paweł Suwała zwraca uwagę, że w przeszłości najwięcej nowych PPE powstawało bezpośrednio przy okazji zmian w systemie emerytalnym. – Przez pierwsze lata funkcjonowania PPE, w Polsce powstało zaledwie ok. 200 programów, które objęły ok. 80 tys. pracowników. Prawdziwy boom na PPE zaczął się w 2004 roku, kiedy ówczesny rząd znowelizował ustawę o PPE. Uproszczenie biurokratycznych procedur spowodowało, że w ciągu zaledwie półtora roku powstało ponad 700 nowych programów. Na koniec 2005 r. na rynku istniało już 906 programów, do których zapisało się ponad 260 tys. Polaków – przypomina ekspert Union Investment TFI.

Później, w latach 2006-2009 powstawało średnio 70 nowych programów rocznie. W latach 2010-2015 już tylko ok. 30. Zdaniem Pawła Suwały, planowana na najbliższe miesiące reforma emerytalna może zmobilizować wielu pracodawców do utworzenia PPE – zanim zaczną obowiązywać nowe reguły.

Nowymi pracowniczymi planami kapitałowymi przez pierwsze dwa lata ma zarządzać państwowy fundusz. A jeszcze w tym roku pracodawca ma możliwość założenia PPE w dowolnie wybranej, prywatnej instytucji finansowej. W kontekście doświadczeń ze środkami zgromadzonymi w OFE, dla wielu prezesów jest to wystarczająco przekonujący argument, by wziąć sprawy w swoje ręce – mówi Paweł Suwała.

Czy KNF zdąży zaakceptować wszystkie wnioski o rejestrację PPE?

Z obowiązku tworzenia PPK mają być zwolnione firmy, które już posiadają PPE – taki zapis znajduje się w Programie Budowy Kapitału przygotowanym przez Ministerstwo Rozwoju. To kolejny argument za tym, że w najbliższych miesiącach możliwy jest dynamiczny wzrost liczby wniosków o utworzenie pracowniczych programów emerytalnych na starych zasadach.

W całej tej sytuacji największe wyzwanie stoi przed… Komisją Nadzoru Finansowego. Obecnie każdy nowy program musi zostać zarejestrowany, tj. wpisany do rejestru pracowniczych programów emerytalnych prowadzonego przez KNF. Cała procedura trwa nawet kilka miesięcy.

Skoro już teraz zarejestrowanie pracowniczego programu emerytalnego trwa tyle czasu, to przy wzroście liczby składanych wniosków można się spodziewać, że będzie to jeszcze dłuższy proces – ocenia Paweł Suwała. – Dużym ułatwieniem, i dla przedsiębiorstw i dla nadzorcy, byłaby zmiana procedury rejestrowania PPE. Tak, by wystarczyło nowy program zgłosić, bez konieczności oczekiwania na akceptację KNF – dodaje.

Zagraniczny kapitał zainteresowany polskim rynkiem nieruchomości magazynowych

Dobra passa na europejskim rynku powierzchni logistycznych i magazynowych trwa i będzie trwać. O potencjale wzrostu w kolejnych miesiącach świadczą nie tylko rosnąca ilość powstających czy w pełni wynajętych obiektów, ale także bardzo stabilne fundamenty rozwoju tego sektora. Nie bez znaczenia jest również zaufanie, jakim tę branżę darzą inwestorzy. O tym i o wielu innych czynnikach wpływających na inwestycje w obiekty magazynowe rozmawiano podczas „Pan-European Logistics Breakfast” zorganizowanym przez BNP Paribas Real Estate w Londynie.

Eksperci BNP Paribas Real Estate reprezentujący m.in. Wielką Brytanię, Francję, Hiszpanię i Polskę, zauważyli, że w ubiegłym roku do zwiększenia popytu (od 40 do 60 %) na powierzchnie magazynowe i logistyczne przyczynił się w dużej części rozwijający się sektor e-commerce oraz tradycyjny handel. Deweloperzy powierzchni logistycznych oraz inwestorzy coraz częściej wykorzystują efekt synergii, który tworzy się między tymi sektorami. Szczególne znaczenie ma to w regionie Europy Środkowej, w tym na terenie Polski.

Zarówno deweloperzy, inwestorzy jak i najemcy z Europy Zachodniej, coraz częściej rozważają wejście lub przeniesienie swoich operacji właśnie do Polski. Jest to związane nie tylko z relatywnie niskimi kosztami siły roboczej, ale i wysokim poziomie kwalifikacji pracowników oraz zachowaniem najwyższych standardów technicznych obiektów. Dodatkowym atutem powierzchni magazynowych zlokalizowanych w Polsce są dobrze rozwinięta infrastruktura i sieć transportowa oraz duża dostępność gruntów pod nowe inwestycje.

Ponadto nowym trendem pojawiąjącym się na polskim rynku są tzw. rozwiązania przyjazne środowisku (sustainable solutions), o których opowiedziała Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor działu powierzchni przemysłowych i logistycznych w BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo-Wschodnia, w czasie swojego wystąpienia w Londynie. Podczas gdy w Europie Zachodniej są już standardem, w Polsce dopiero teraz rozwiązania energooszczędne i przyjazne środowisku zaczynają odgrywać znaczącą rolę. Przynoszą one nie tylko dodatkowe oszczędności, ale i pozwalają na zakwalifikowanie firmy do grona organizacji społecznie odpowiedzialnej, co pozytywnie wpływa na wizerunek każdej firmy.

Podczas mojej ponad 16 lat obecności na rynku nieruchomości magazynowych mogłam zaobserwować znaczącą zmianę w postrzeganiu Polski – z lokalizacji o drugorzędnym znaczeniu staliśmy się jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się destynacji logistycznych w Europie. Wprowadzenie rozwiązań przyjaznych środowisku w obiektach magazynowych jest dowodem na to, że Polska przeistacza się z kierunku, który był atrakcyjny głównie pod względem kosztów, w miejsce, w którym obok wciąż relatywnie niskich kosztów operacyjnych, wysoki standard techniczny obiektów stawia się na pierwszym miejscu – podkreśla Katarzyna Pyś-Fabiańczyk.

Z uwagi na coraz większą dojrzałość i dywersyfikację polskiego rynku deweloperzy oferują powierzchnie magazynowe i przemysłowe o bardzo wysokim standardzie technicznym, pamiętając o stosowaniu materiałów wysokiej jakości oraz korzystając z rozwiązań energooszczędnych. Działania na rzecz zrównoważonego rozwoju powinny być jednym z kluczowych czynników rozwoju tego sektora w Polsce.

Inwestorzy wciąż widzą wartość na GPW

Robert Burdach
Robert Burdach

Po tym, jak w styczniu i lutym indeksy warszawskiej giełdy uformowały lokalny szczyt hossy, w marcu doszło do delikatnej korekty spadkowej. Jak interpretować to wydarzenie? To zależy, czy chcemy widzieć szklankę do połowy pełną, czy do połowy pustą. Według mnie, polski rynek akcji dowiódł swojej siły. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie dane napływające z gospodarki.

Dla przypomnienia, w lutym produkcja przemysłowa w Polsce wyhamowała do 1,2% r/r, a sprzedaż detaliczna do 7,3 r/r. W marcu z kolei nieco spadła wartość indeksu PMI, który obrazuje kondycję polskiego sektora przemysłowego. Gdyby inwestorzy nie widzieli potencjału na GPW, takie dane mogłyby być impulsem do silniejszej wyprzedaży. Tymczasem na miejsce inwestorów, którzy ostatnio realizowali zyski, pojawili się kolejni, którzy wierzą w polskie akcje.

Dobrą formę warszawskiej giełdy potwierdzają pierwsze dni kwietnia. WIG20 jest wciąż jednym z najmocniejszych indeksów giełdowych w Europie w tym roku. I chociaż kolejne korekty są prawdopodobne, to wiele przemawia za tym, żeby wykorzystać je do zwiększania udziału w funduszach akcji. Oczywiście jeśli inwestor akceptuje naturalne dla inwestowania na giełdzie ryzyko.

Obecnie najważniejsze czynniki prowzrostowe to pozytywny globalny sentyment do akcji, napływ kapitału do funduszy akcyjnych i geopolityczny spokój. Wybiegając nieco w przyszłość, inwestorzy szacują już możliwy korzystny wpływ reformy emerytalnej na polski rynek akcji. Pracownicze plany kapitałowe, które od 2018 roku mają być obowiązkowe dla wszystkich pracodawców, mogą zapewnić stały dopływ gotówki nie tylko na rynek obligacji, ale również na warszawską giełdę.

Hybrydowe nowości na Poznań Motor Show 2017

Na tegorocznych targach motoryzacyjnych w Poznaniu widać było rosnącą popularność w Polsce samochodów z napędem hybrydowym. Najwięcej hybrydowych nowości pokazała Toyota – lider tego segmentu rynku. Jednak nie brakowało także ekologicznych premier u innych producentów – głównie samochodów z napędem plug-in hybrid, czyli ładowanych z gniazdka.

Wobec zbliżającego się wprowadzenia kolejnych norm emisji spalin Euro 6c częściowa elektryfikacja samochodów to jedyna droga, żeby utrzymać się na europejskim rynku. O tym, że zmiany są konieczne, przekonują się mieszkańcy dużych europejskich miast, w których poziom smogu zbyt często przekracza poziom bezpieczny dla zdrowia. Oto najciekawsze nowości z rynku hybryd, które marki motoryzacyjne zaprezentowały na Poznań Motor Show.

Toyota

Toyota pokazała w Poznaniu wszystkie najważniejsze modele hybrydowe, w tym 3 nowości. Główną rolę na stoisku tej marki odegrał Prius Plug-in Hybrid drugiej generacji. Dużym powodzeniem cieszył się także Yaris Hybrid po szeroko zakrojonym faceliftingu i Toyota C-HR Hybrid, która zadebiutowała w Polsce w styczniu tego roku.

Prius Plug-in Hybrid drugiej generacji łączy zalety nowego Priusa i auta elektrycznego. Samochód może rozpędzić się do 135 km/h na samym silniku elektrycznym, a jego zasięg w trybie EV wynosi 50 km, po których samochód porusza się w trybie hybrydowym, dzięki współpracy silnika benzynowego i elektrycznego, który jest zasilany energią odzyskiwaną z hamowania. W czasie jazdy duży akumulator trakcyjny jest ponownie doładowywany, aby po kilkudziesięciu kilometrach auto znowu mogło jechać na samym silniku elektrycznym. Dzięki temu rozwiązaniu średnie zużycie paliwa to tylko 1 l/100 km. Do innowacyjnych technologii, jakie zastosowano w Priusie Plug-in Hybrid, należy nowy system ogrzewania baterii, panele fotowoltaiczne na dachu, które zwiększają zasięg auta w trybie EV, oraz klimatyzacja oparta na pompie ciepła z wtryskiem gazu.

C-HR Hybrid to zupełnie nowy model w ofercie Toyoty, który wprowadza do segmentu crossoverów napęd hybrydowy. Pod względem stylistycznym to zupełnie nowa jakość w gamie Toyoty, wyrażające się w połączeniu dynamicznej sylwetki, mocnych przetłoczeń i ostrych linii. Kompaktowy crossover został zbudowany na platformie TNGA, która zapewnia mu nisko położony środek ciężkości, bardzo sztywne nadwozie i bardzo dobre właściwości jezdne. Pod maską pracuje napęd hybrydowy IV generacji o mocy 122 KM, ten sam, który zadebiutował w zeszłym roku pod maską nowego Priusa. Samochód zużywający tylko 3,6 l/100 km i emitujący 82 g/km CO2 jest najbardziej oszczędnym crossoverem na polskim rynku. Wersję z napędem hybrydowym wybiera 80% nabywców nowego crossovera Toyoty.

Już niedługo do salonów wejdzie zmodernizowana wersja Yarisa, która nawiązuje stylistyką do Yarisa WRC 2017. Facelifting wprowadził bardziej dynamiczny wygląd nadwozia, unowocześnione wnętrze, poprawione zawieszenie oraz ulepszony napęd hybrydowy, który ma pracować ciszej niż dotychczas. Toyota Yaris jest jedynym w Polsce przedstawicielem pojazdów miejskich, który daje do wyboru trzy rodzaje napędów – benzynowy, Diesla oraz napęd hybrydowy. Miejskie auto w wersji hybrydowej ma moc 100 KM i zużywa w mieście 3,1 l/100 km. Nowością jest także wprowadzenie pakietu systemów bezpieczeństwa czynnego Toyota Safety Sense do podstawowego wyposażenia auta.

Toyota ma w swojej ofercie w Polsce 7 modeli hybrydowych. Obok nowych modeli pokazanych w Poznaniu są to także Auris Hybrid w wersji hatchback i Touring Sports, RAV4 Hybrid, Prius i Prius+.

Mini

Mini Cooper S E Countryman All4 to pierwsze Mini w wersji hybrydowej plug-in. Napęd hybrydowy składa się z 3-cylindrowego silnika benzynowego MINI TwinPower turbo oraz synchronicznego silnika elektrycznego. Łączna moc 224 KM i przyspieszenie do 100 km/h w 6,8 s. Moc silnika spalinowego przenosi na przednie koła 6-stopniowa skrzynia. Silnik elektryczny napędza poprzez dwustopniową przekładnię tylne koła. Nowy napęd pozwala na pokonanie do 40 km wyłącznie na napędzie elektrycznym, czyli bez emisji CO2. MINI Cooper S E Countryman ALL4 to pierwszy krok w stronę elektryfikacji oferty MINI. W 2019 zadebiutuje w pełni elektryczny model, bazujący na technologii wykorzystywanej przez BMW w samochodach BMW i.

BMW

Główną atrakcją stoiska BMW był BMW 530E iPerformance z napędem plug-in hybrid. Połączenie silnika elektrycznego o mocy 70 kW (95 KM) zasilanego wysokonapięciowym akumulatorem litowo-jonowym o pojemności 9,2 kWh oraz 4-cylindrowego silnika benzynowego TwinPower Turbo o mocy 184 KM pozwala na jazdę na samym silniku elektrycznym na krótkich odcinkach lub przy współpracy obu silników. Zasięg na samym napędzie elektrycznym wynosi ok. 45 km przy prędkości maksymalnej 140 km/h. Nowością jest także aplikacja My BMW Remote na telefon, która wyświetla informacje o samochodzie, np. jego lokalizację, stan naładowania akumulatora i pozostały zasięg. Ładowanie można kontrolować zdalnie za pomocą tygodniowego timera.

Na stoisku bawarskiej marki zostały pokazane wyłącznie samochody z ekologicznymi napędami. Obok premierowego BMW 530E stanęły pozostałe modele z serii iPerformance z napędami plug-in hybrid, czyli BMW x5, BMW serii 3, BMW serii 2 Active Tourer oraz BMW serii 7. Dobrze znane auta elektryczne i3 oraz i8 marka zaprezentowała w nowym kolorze CrossFade.

Hyundai

IONIQ to część globalnej strategii rozwoju marki, w ramach której Hyundai zamierza wprowadzić na rynek do 2020 roku 14 ekologicznych samochodów. Nowy IONIQ plug-in hybrid ma nowy 4-cylindrowy silnik 1.6 GDI o mocy 105 KM i momencie obrotowym 137 Nm oraz silnik elektryczny 45 kW zasilany polimerowymi akumulatorami litowo-jonowymi, zapewniającymi zasięg do 63 km. Samochód zużywa średnio 1,1 l/100 km i emituje 26 g/km CO2. Nowy model dołączył do dwóch wcześniejszych odsłon serii IONIQ, czyli IONIQ Hybrid i IONIQ Electric.

Mitsubishi

Mitsubishi Outlander PHEV jest dostępny od 2014 roku. Model po liftingu z 2017 roku otrzymał między innymi reflektory przeciwmgielne w technologii LED, nową funkcję dającą priorytet elektrycznemu trybowi jazdy, zmodyfikowane zawieszenie i 4 nowe systemy bezpieczeństwa: monitorowanie martwego pola w lusterkach, system ostrzegania o niewidocznych pojazdach nadjeżdżających z tyłu, system zapobiegający kolizjom uzupełniony o funkcję wykrywania pieszych oraz automatyczne światła drogowe.

Kia

Optima Plug-in Hybrid z nadwoziem kombi trafi do europejskich salonów w trzecim kwartale tego roku. W wypadku Optimy Sedan napęd ten jest w ofercie od połowy 2016 roku. Na zespół napędowy składają się dwulitrowa, czterocylindrowa jednostka napędowa GDI oraz silniki elektryczny o mocy 50 kW i polimerowy akumulator litowo-jonowy o pojemności 11,26 kWh. Łączna moc zespołu napędowego wynosi 205 KM, a maksymalny moment obrotowy – 375 Nm. Dzięki takim parametrom zespołu napędowego Optima kombi Plug-in Hybrid zapewnia zasięg na energii elektrycznej wynoszący ponad 60 kilometrów i ma odznaczać się średnią emisją dwutlenku węgla 34 g/km. Nowa odmiana Optimy została zaprojektowana wyłącznie na potrzeby rynku europejskiego. Kombi oferuje bagażnik o pojemności 440 litrów (według VDA), czyli o 133 litry więcej niż Optima Plug-in Hybrid w wersji sedan.

Drugą nowością marki Kia jest Niro Plug-in Hybrid, który trafi do sprzedaży w całej Europie w trzecim kwartale 2017 roku. Zespół napędowy Niro składa się z benzynowej jednostki napędowej GDI 1.6 l z bezpośrednim wtryskiem paliwa oraz z silnika elektrycznego i akumulatora litowo-polimerowego o pojemności 8,9 kWh. Nowa wersja hybrydowego crossovera marki Kia znacząco zmniejsza średnią emisję dwutlenku węgla tego modelu, który jest oferowany również jako klasyczna hybryda. Inżynierowie Kia zakładają, że zasięg samochodu na energii elektrycznej będzie wynosił ponad 55 km. Akumulator znajduje się pod podłogą bagażnika o pojemności 324 l (według VDA) oraz pod tylną kanapą, nie wpływając na przestronność wnętrza Niro.

Raport: Sytuacja mikro i małych firm w województwie lubelskim

Analiza pozycji dużych graczy 10.04.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 10.04.2017 7– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 10.04.2017 8-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportów COT najciekawiej przedstawiają się metale szlachetne oraz dolar australijski.

Metale szlachetne

W minionym tygodniu złoto zdołało przebić się przez strefę podaży 1252-1263, ale cały ruch został bardzo szybko zanegowany i prawdopodobnie do wybicie przez jakiś nie dojdzie.

Notowania złota, interwał dzienny

Notowania złota, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Niemniej jednak, gdyby do tego doszło, to moglibyśmy zobaczyć ruch w okolicę 1305 dolarów amerykańskich. Do poprzedniego wtorku duzi gracze na rynku grali na przebicie strefy, otworzyli ponad 12 tysięcy długich pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: CmeGroup

Zatem co dalej z cenami złota? Na chwile obecną należy się wstrzymać, po nieudanym wybiciu zarządzający mogą zacząć domykać długie pozycje, które były kumulowane od trzech tygodni. Następstwem tego może być większa korekta, ale w długim terminie strefa oporu 1252-1263 powinna zostać przebita.

Dolar australijski

Notowania dolara australijskiego po raz kolejny odbiły się od tygodniowej strefy oporu 0.7660-0.775. Natarcie byków okazało się bezskuteczne (i to nie pierwszy raz), polegli. Czy teraz zmierzamy w stronę tygodniowego wsparcia 0.711-0.722?

Notowania AUD/USD, interwał tygodniowy

Notowania AUD/USD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Bardzo prawdopodobne, ponieważ z ostatniego raportu pozycji dużych gracze możemy uzyskać kilka, bardzo interesujących informacji. Po pierwsze, do wtorku poprzedniego tygodnia przybyło 4 tysiące krótkich pozycji. Po drugie pozycje netto po raz kolejny znalazły się na podobnym poziomie (linia zielona), gdzie dochodziło do wyprzedaży dolara australijskiego. W podobnym położeniu są długie pozycje. Obydwa obszary zostały zaznaczone na czerwono.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: CmeGroup

Wyprzedaż dolara australijskiego na rzecz USD rozpoczęła się po tym, jak cena rudy żelaza znalazła się pod presją sprzedających. W długim terminie siła dolara australijskiego podąża za rudą żelaza, ponieważ jest głównym produktem eksportowym Australii. Gdyby na rynku w dalszym ciągu panował duży pesymizm do cen rud żelaza, to następstwem tego byłaby mocniejsza wyprzedaż AUD na rzecz USD.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Wideo z rekruterem zachęcające do aplikowania. Nowość na rynku HR

Nowoczesne organizacje odkryły, że nośne wideo z hasłem „dołącz do nas” są nie tylko ważnym elementem rekrutacyjnym, ale i wizerunkowym. Filmy z rekruterem zachęcające do aplikowania, które dziś są HR-ową nowością, za kilka lat będą najpewniej standardem. Działy rekrutacji zapraszają też do nagrań pracowników albo tworzą prezentacje wideo o firmie.

Obecnie istnieją trzy typy wideo, po które najczęściej sięgają działy HR, gdyż umacniają dobry wizerunek firmy i wspomagają tradycyjną rekrutację. Nowoczesne działy kadr zauważyły, że w Internecie zapanowała moda na wideo. Vlogerzy wypierają blogerów, a tekstowe treści wspomagane krótkim wideo budują doskonałe zasięgi i docierają do wielu kandydatów. Jakie typy wideo tworzą kreatywne działy HR i jaką rolę mają krótkie materiały filmowe.

Wideo autopromocyjne, czyli z kamerą po firmie

To jeden z pierwszych typów filmów, którymi zaczęły wspomagać się w rekrutacjach działy HR – mówi Joanna Żukowska, ekspert serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl. Z reguły trwają od jednej do kilku minut, pokazują wnętrze firmy, uśmiechniętych pracowników. W trakcie filmu pojawiają się hasła „dołącz do nas”, „zacznij z nami karierę”, „aplikuj na www”, „wyślij CV”. Czasem padają obietnice np. atrakcyjne wynagrodzenie, możliwość rozwoju – dodaje Żukowska.

Plusy wideo:

  • firma ma okazję pochwalić się wnętrzem biurowca;
  • zespół potwierdza swoją otwartość, przez co buduje wiarygodność;
  • wideo dociera nie tylko do kandydatów, ponieważ pozytywny przekaz pracuje również na wizerunek firmy na rynku;
  • takie wideo nie powstaje na potrzeby jednej rekrutacji, a działa pośrednio przez długi czas.

Spacer po siedzibie firmy E&Y wykorzystujący możliwość oglądania wideo w technologii 360 stopni.

Filmy z pracownikami w roli głównej

Wideo z pracownikami także wspomaga rekrutację. Czasem filmy pokazują obraz pracy w danym dziale, a czasem historię jednej osoby i np. jej ścieżkę kariery. Pracownicy pokazywani są nie tylko z perspektywy pracownika, ale i po godzinach.

Plusy wideo:

  • uśmiechnięty i autentyczny pracownik, związany kilka lat z firmą, jest doskonałym świadectwem tego, że w firmie dobrze się dzieje;
  • HR-owiec może posłużyć się wideo podczas rekrutacji, chcąc np. pochwalić się atmosferą panującą w firmie;
  • nagranie sprawia, że specjalista poszukujący pracodawcy na lata, może zainteresować się nagraniem;
  • wideo ma rolę rekomendacji.

Przykład wideo promocyjnego serwisu Booking.com wykorzystującego filmiki z podróży pracowników oraz wideo z pracownikami firmy Deloitte.

HR-owiec w kadrze zachęca do aplikowania

Najnowszy typ – wideo z HR-owcami w roli głównej. Po nowatorskie nagrania sięgają duże międzynarodowe korporacje (wideo prezentujące proces rekrutacji stworzyło np. Google), które szukają specjalistów i menadżerów wyższego szczebla. Nagrania mają na celu rekrutację, dlatego HR-owiec opowiada w filmie o tym, kogo i na jakie stanowisko szuka. Wideo często rozsyłane jest do konkretnych, złowionych przez firmę kandydatów, których organizacja chciałaby widzieć w swoich szeregach.

Plusy wideo:

  • firma informuje kandydata, że zależy mu na nim;
  • wideo rekrutacyjne świadczy też o dobrej kondycji firmy i jej wysokiej kulturze organizacyjnej;
  • HR-owiec poprzez wideo, ma szansę dać się poznać kandydatowi.

Wideo-ogłoszenia to najpewniej jeden z kierunków, w jakim pójdą firmy. Tak jak kandydat ma szansę wgrać pliki do aplikacji (CV, list motywacyjny, rekomendacje, zdjęcie), tak samo firmy będą najpewniej częściej dopinać do tradycyjnych ogłoszeń pliki wideo – prognozuje Joanna Żukowska z serwisu MonsterPolska.pl O takim rozwiązaniu warto pomyśleć nie tylko ze względu na jedną rekrutację, ale w kontekście rekrutowania jako elementu budowania marki i coraz popularniejszego employer brandingu – dodaje.

Od 1 stycznia 2017 r. obowiązuje nowy wzór świadectwa pracy – co trzeba wiedzieć?

Od 1 stycznia 2017 r. obowiązuje nowy wzór świadectwa pracy. Zmiany związane są z wprowadzeniem uprawnień dla rodziców, a także koniecznością przekazywania kolejnym pracodawcom informacji o wykorzystanych urlopach wychowawczych. Jakie dane pracodawca zobowiązany jest umieścić w nowym świadectwie pracy?

Na mocy rozporządzenia Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej z 30 grudnia 2016 r. pracodawcy zobowiązani są wystawiać nowe świadectwa pracy. Zasadnicza treść tego dokumentu nie uległa zmianie, jednak obecnie dokument trzeba uzupełniać o informacje, dostosowujące zakres danych do nowych uprawnień rodzicielskich, które weszły w życie 2 stycznia 2016 r. Umożliwienie pracownikowi korzystania w częściach z urlopów związanych z wychowywaniem dziecka oraz z okresu ochronnego wymusiło wprowadzenie komunikacji między pracodawcami w zakresie uprawnień przysługujących pracownikowi u kolejnego pracodawcy. I temu przede wszystkim ma służyć nowy wzór świadectwa pracy.

Nowe dane – uprawnienia urlopowe na świadectwie

Świadectwo pracy to dokument, który pracownik dostarcza kolejnemu pracodawcy. Zawarte są w nim informacje, które mają wpływ na przebieg zatrudnienia w kolejnym miejscu pracy.

Do informacji tych należą m.in. dane o wykorzystaniu urlopów związanych z rodzicielstwem:

  • urlopu ojcowskiego, który może być wykorzystany w 2 częściach do ukończenia przez dziecko 2 roku życia,
  • urlopu rodzicielskiego, który może być wykorzystany w 4 częściach do ukończenia przez dziecko 6 roku życia,
  • urlopu wychowawczego, który może być wykorzystany maksymalnie w 5 częściach do ukończenia przez dziecko 6 roku życia.

Ochrona stosunku pracy, strona wypowiadająca i pozostałe nowe informacje Jednym z istotnych dodatkowych wymogów jest też informacja o wykorzystaniu przez pracownika ochrony stosunku pracy przysługującej w związku z urlopem wychowawczym. Pracownik ma prawo do obniżenia wymiaru czasu pracy w okresie, w którym mógłby korzystać z urlopu wychowawczego, i podlega w tym okresie ochronie – jednak nie dłużej niż przez 12 miesięcy. Kolejny pracodawca powinien zatem wiedzieć, czy pracownik wykorzystał już 12-miesięczny okres ochrony, jeśli w nowej firmie również chciałby skorzystać z obniżonego wymiaru czasu pracy.

Na świadectwie dodano też informację o okresach zatrudnienia i rodzaju wykonywanej pracy. Pracodawca został zwolniony z obowiązku wystawiania świadectwa pracy, gdy zamierza podpisać umowę z tą samą osobą w ciągu 7 dni od dnia rozwiązania lub wygaśnięcia poprzedniej umowy. Zmniejszenie częstotliwości wydawania świadectw przy kolejnych umowach będzie obligowało pracodawcę do wykazania wszystkich okresów zatrudnienia na jednym zbiorczym świadectwie pracy.

Jedną z nowości jest także wprowadzenie zapisu o konieczności przedstawienia na świadectwie strony stosunku pracy, która dokonała wypowiedzenia. Dodatkowo, na żądanie pracownika świadectwo powinno być uzupełnione o informacje o wysokości i składnikach wynagrodzenia oraz uzyskanych przez pracownika kwalifikacjach.

Czy wprowadzona zmiana jest dla pracodawców ułatwieniem?

„Doprecyzowanie informacji przekazywanych przez poprzedniego pracodawcę bez wątpienia ułatwia ustalenie uprawnień pracowniczych w kolejnym miejscu pracy. Nie bez znaczenia jest również to, że do rozporządzenia dołączono pomocniczy wzór świadectwa pracy wraz z objaśnieniem oraz fakt, że zlikwidowano niepotrzebny obowiązek wystawiania świadectw pracy po zakończeniu umowy, jeżeli ten sam pracodawca zawrze z pracownikiem kolejną umowę” – powiedziała Renata Kotecka, Legal Product Owner Sage w Polsce.

Nowe zasady prostowania i uzupełniania treści

Nowością jest również wprowadzenie 3-dniowego terminu na uzupełnienie świadectwa pracy o informacje o orzeczeniu o przywróceniu do pracy. Taki sam termin obowiązuje pracownika w przypadku, gdy pracodawca chce zamieścić na świadectwie pracy informacje o orzeczeniu o odszkodowaniu z powodu nieuzasadnionego rozwiązania umowy bez wypowiedzenia. Pracownik jest zobowiązany przedstawić świadectwo do poprawy w terminie 3 dni od uprawomocnienia się takiego orzeczenia, jednak nie później niż 3 dni od dnia wezwania przez pracodawcę. Termin ten jest liczony od dnia przedłożenia świadectwa pracy przez pracownika.

„Wprowadzenie dodatkowych informacji dotyczących uprawnień zrealizowanych przez pracownika to korzystna zmiana dla pracodawców przyjmujących nowozatrudnionych. Jednak w mojej opinii obecny poziom szczegółowości świadectwa pracy jest nadmierny. Nie wszystkie dane zawierane w dokumencie będą przydatne w nowym miejscu pracy, a ich umieszczanie jest przecież dodatkowym obciążeniem dla firm, które rozstają się z pracownikami. Być może ustawodawca udoskonali świadectwa przy okazji planowanej nowelizacji przepisów” – dodaje Renata Kotecka.

Kolejne zmiany w Prawie Pracy już w 2018 roku

Już od września zeszłego roku trwają prace nad stworzeniem nowych kodeksów pracy. Termin przedstawienia projektu zaplanowano na marzec 2018 r. Według wstępnych informacji Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy planuje stworzyć nowy Kodeks Pracy i Kodeks zbiorowego prawa pracy. Powstaną nowe akty prawne, które mają odpowiadać na zmiany na rynku pracy i służyć poprawie otoczenia prawnego przedsiębiorców.

Wprowadzone i zapowiadane zmiany w Prawie Pracy są elementem pakietu ułatwień dla przedsiębiorców. Będzie więc możliwość przeprowadzenia audytu odnośnie nowo wprowadzonych przepisów i wnioskowania o ujęcie dodatkowych ulepszeń lub zmian w projektowanych kodeksach, jeśli wprowadzone rozwiązania w praktyce nie zdadzą egzaminu.

Do roku 2020 walka z nowotworami, chorobami układu krążenia i układu oddechowego będzie kosztować 4 bln dolarów

W 2015 roku globalne wydatki na służbę zdrowia wyniosły 7 bln dolarów, co stanowiło 10,4 proc. globalnego PKB. Za trzy lata będzie to 10,5 proc. PKB, czyli 8,7 bln dolarów. Jak przekonuje raport firmy doradczej Deloitte „2017 global health care outlook. Making progress against persistent challenges” obecny popyt na usługi zdrowotne i wyzwania finansowe nie powinny się zmienić w najbliższej, a także w dalszej przyszłości. Wśród czynników wpływających na sektor opieki zdrowotnej znajduje się problem starzejącego się społeczeństwa
(a co za tym idzie większa liczba chorych na choroby przewlekłe), dynamiczny rozwój rynków wschodzących, kosztowne innowacje kliniczne, a także rosnąca niepewność gospodarcza.

Analizując tempo wzrostu wydatków na opiekę zdrowotną do 2020 roku, widać różnice pomiędzy poszczególnymi regionami. W Europie Zachodniej będzie to jedynie 4 proc., w Ameryce Południowej 2,4 proc., Ameryce Północnej 4,3 proc., podczas gdy w Azji i Australii będzie to 5 proc., a w gospodarkach będących w fazie transformacji aż 7,5 proc. „W ciągu najbliższych kilku lat nie przewidujemy żadnych zmian w czynnikach kształtujących popyt na usługi zdrowotne na całym świecie. Do roku 2020 średnia długość życia wzrośnie o jeden rok, w wyniku, czego liczba osób powyżej 65-go roku życia zwiększy się o 8 proc., z 559 mln w roku 2015 do 604 mln w roku 2020. Co się z tym wiąże, rośnie zapadalność na choroby przewlekłe, którym sprzyjają: szybkie tempo urbanizacji, siedzący tryb życia, niezdrowa dieta i otyłość” – mówi Oliver Murphy, Partner, Lider  ds. Life Sciences & Health Care w Deloitte. Według przewidywań pomiędzy rokiem 2015 a 2050 na całym świecie zwiększy się liczba przypadków demencji. Szacuje się, że w roku 2015 z demencją borykało się 46,8 mln ludzi w skali globalnej. Prognozy mówią, że liczba ta będzie się podwajać, co 20 lat, by osiągnąć poziom 74,7 mln w roku 2030 i 131,5 mln w roku 2050.

Do roku 2020 połowa globalnych wydatków na służbę zdrowia (ok. 4 bln dolarów) będzie przeznaczana na walkę z trzema głównymi przyczynami zgonów: chorobami układu krążenia, nowotworami i chorobami układu oddechowego.

Z kolei Chiny i Indie to kraje o największej liczbie cukrzyków na świecie (odpowiednio 110 i 69 mln osób). Szacuje się, że na poziomie globalnym liczby te wzrosną z obecnych 415 mln do 642 mln w roku 2040.

Dużym zagrożeniem pozostają choroby zakaźne. Z HIV-AIDS żyje na świecie 36,9 mln ludzi, z czego ok. 70 proc. w Afrycie Subsaharyjskiej. Największym zagrożeniem w Ameryce Łacińskiej jest wirus Zika i związany z nim wzrost częstości występowania mikrocefalii.

Rynki opieki zdrowotnej na całym świecie mają wiele wspólnego, gdyż borykają się z podobnymi wyzwaniami w zakresie ograniczania kosztów, a jednocześnie zaspokajania rosnących oczekiwań pacjentów. Niektóre kraje przeszły lub przechodzą proces odejścia od scentralizowanego systemu zarządzania i finansowania ochrony zdrowia na rzecz jego decentralizacji (Australia, Wielka Brytania czy Meksyk). Uwaga osób zarządzających systemami opieki zdrowotnej powinna zwrócić się również w stronę tańszej profilaktyki i holistycznego podejścia do zdrowia oraz jego promocji niż doraźnego leczenia pojedynczych chorób.

Osobnym problemem pozostaje jak najszerszy dostęp do opieki zdrowotnej. Najlepszym dowodem na to, że z tym zagadnieniem nie uporały się nawet największe gospodarki świata jest USA, gdzie wciąż duża część społeczeństwa pozostaje poza systemem świadczenia usług medycznych. Jak dowodzi raport Deloitte praktycznie we wszystkich regionach świata, w tym w Europie Środkowej i Wschodniej, w ciągu najbliższych kilku lat będziemy mieć do czynienia ze zmniejszającą się liczbą łóżek szpitalnych. I tak w gospodarkach w fazie transformacji w 2010 roku na 1000 mieszkańców przypadało 8,29 łóżek, a w 2020 roku będzie to 7,7 łóżek. W Europie Zachodniej było to odpowiednio 5,14 i 4,81 łóżek, a w Ameryce Północnej 2,91 i 2,81 łóżek. Ich wzrost z 2,05 do 2,12 w omawianym okresie zostanie odnotowany jedynie w Ameryce Południowej. Poprawie sytuacji, także w kwestii niewystarczającej liczby personelu medycznego, nie sprzyjają niekontrolowane ruchy migracyjne, kryzys uchodźczy czy walka z szybko rozprzestrzeniającymi się chorobami, spowodowanymi przez wirusy Ebola czy Zika. Jednym ze sposobów na braki infrastrukturalne jest partnerstwo publiczno-prywatne (PPP), stosowane m.in. w Meksyku czy Australii.

Lekarstwem na bolączki w sektorze zdrowia są m.in. nowoczesne technologie. Raport Deloitte wymienia dziesięć innowacyjnych rozwiązań, których wpływ na opiekę zdrowotną może być największy:

  • Sekwencjonowanie DNA następnej generacji,
  • Drukarki 3D,
  • Immunoterapia,
  • Sztuczna Inteligencja,
  • Diagnostyka w miejscu udzielania świadczeń medycznych (POC)
  • Wirtualna rzeczywistość,
  • Media społecznościowe,
  • Biosensory i czujniki przesyłające dane medyczne,
  • Wygodna opieka medyczna, m.in. w „retail clinic”,

Z danych Deloitte wynika, że 58 proc. pacjentów w USA poprosiło lekarza o receptę za pomocą aplikacji w swoim telefonie komórkowym, a 49 proc. badanych interesuje się możliwościami, które oferuje telemedycyna w przypadku opieki po zabiegach chirurgicznych. Ich główną obawą jest jednak strach przed kradzieżą lub udostępnieniem ich danych medycznych osobom postronnym.

Osobnym zagadnieniem pozostaje zgodność z regulacjami. Na całym świecie opieka zdrowotna jest jednym z najbardziej uregulowanych i kontrolowanych środowisk, w którym kontroli podlegają, jakość i bezpieczeństwo usług, obrót podrabianymi lekami czy działania mogące mieć znamiona korupcji. W ostatnich latach do tego grona, ze względu na ogromną ilość zbieranych i przechowywanych danych medycznych, należy dodać również bezpieczeństwo cyfrowe.

– Efektem tak znacznego uregulowania jest niestety wolniejsze tempo wdrażania innowacji w służbie zdrowia niż w innych obszarach gospodarki. Obserwujemy już jednak pierwsze pozytywne sygnały w postaci rozpoczęcia finansowania pewnych obszarów telemedycyny – mówi Robert Kauf , Ekspert ds. Life Science and Health Care w Deloitte – Największych korzyści  dla firm, z sektora Health Care  upatrywałbym właśnie w obszarach innowacji zastępujących produkty lub kanały kontaktu obecnie stosowane, jak np. protezy drukowane w 3D lub właśnie telemedycyna, ponieważ nie wymagają one znaczącej ingerencji w kształt systemu służby zdrowia. Fakt ten może znacząco przyspieszyć możliwość ich adopcji przy zapewnieniu odpowiedniego finansowania – dodaje.

Mieszkania pod wynajem dają zarobić lepiej niż lokata w banku

Inwestycja w mieszkania na wynajem to jeden z najpopularniejszych i najbardziej rentownych sposobów na lokowanie kapitału w Polsce. Obecnie umożliwia nawet 3-krotnie wyższą rentowność niż lokaty bankowe. Gdzie można osiągnąć najwyższą stopę zwrotu z wynajmu lokalu mieszkalnego? Jak pokazuje analiza w raporcie E-VALUER INDEX 2017, niekoniecznie tam, gdzie byśmy się tego spodziewali. Co więcej, na horyzoncie pojawiają się nowe perspektywy inwestycji w ten segment rynku.

Raport E-VALUER INDEX 2017 zawiera analizę rynku najmu dla wybranych 8 miast wojewódzkich, przygotowaną przez ekspertów od wyceny nieruchomości z Emmerson Evaluation. Raport pokazuje, że w niedawno wybudowanych budynkach (oddanych do użytku w latach 2014-2016) zakres stóp zwrotu[1] z wynajmu dla analizowanych miast osiąga wartość nawet do 6%. Co ciekawe, zyski z inwestycji w mieszkanie na wynajem wcale nie są najwyższe w największych polskich aglomeracjach. To miasta takie jak Lublin, Białystok, Szczecin czy Łódź mają wyższą stopę zwrotu z wynajmu, mieszczącą się w zakresie 5-6,1%. W Warszawie wskaźnik ten waha się już między 4,6-5,4%.

mieszkania na wynajem zyski

Duża część mieszkań kupowanych w ostatnich latach była nabywana za gotówkę. Według naszych danych, w 2016 r. takie zakupy stanowiły aż 60 proc. wszystkich transakcji na rynku pierwotnym. Spora część z nich była z pewnością formą lokaty kapitału. Nic dziwnego, bo zwrot z inwestycji w nieruchomość na wynajem jest nadal dużo wyższy niż z innych bezpiecznych form lokowania oszczędności – komentuje Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson Evaluation. Średnia rentowność wynajmu mieszkań może być bowiem nawet 3-krotnie wyższa w stosunku do oprocentowania na lokatach bankowych, dodaje ekspert.

Eksperci Emmerson Evaluation podkreślają zarazem, że atrakcyjność inwestycji w nieruchomości pod wynajem jest uzależniona od wysokości stóp procentowych ustalanych przez NBP. Wzrost stóp przekłada się np. na korzystniejsze oprocentowanie lokat bankowych, a jednocześnie podnosi koszt kredytów hipotecznych, które też są zaciągane pod niektóre inwestycje. Efektem jest niższa atrakcyjność zakupu mieszkania pod wynajem jako formy lokaty kapitału.

Inwestujemy najczęściej w 2-pokojowe mieszkania

Eksperci Emmerson Evaluation dokonali także analizy rynku najmu nowych mieszkań (oddanych do użytku w latach 2014-2016) w wybranych miastach pod względem liczby pokoi. Wyniki jasno wskazują, że zdecydowanie dominuje tam najem mieszkań 2-pokojowych. Takie lokale stanowią zwykle ponad połowę wynajmowanych, przy czym ich udział waha się od 50% w Białymstoku do nawet 68% w Poznaniu. W drugiej kolejności wynajmowane są mieszkania 3-pokojowe, które największą popularnością cieszą się w miastach Wschodniej Polski – Białymstoku (38%) i Lublinie (30%). Wśród analizowanych lokalizacji tylko w Poznaniu minimalną przewagę nad nimi uzyskały kawalerki (16%).mieszkania na wynajem statystyki

Rynek najmu przyciąga nowych inwestorów

W kontekście rynku najmu warto poruszyć także kwestię programu Mieszkanie Plus, który ma zapewnić możliwość wynajęcia nowego mieszkania przez osoby, których nie stać na zakup własnych czterech kątów. W założeniu programu, czynsze w tych inwestycjach mają być niższe o ok. 20% niż średnia rynkowa. – Niższe stawki najmu w ramach programu Mieszkanie Plus miałyby jednak zapewnić inwestorom porównywalne stopy zwrotu z uzyskiwanymi obecnie na rynku. Głównie dzięki tańszym technologiom, które mają być zastosowane przy budowie mieszkań objętych programem – przypomina ekspert.

Specjaliści z Emmerson Evaluation podkreślają także w raporcie, że w dłuższej perspektywie możemy spodziewać większego zainteresowania rynkiem najmu wśród podmiotów instytucjonalnych posiadających portfele kilkudziesięciu czy kilkuset mieszkań. – Za pakietowymi zakupami mieszkań rozglądają się też inwestorzy z zagranicy. Co więcej, część deweloperów rozważa możliwość budowania inwestycji, które będą przeznaczone nie na sprzedaż, a właśnie pod wynajem – dodaje Dariusz Książak.

REIT-y nową opcją dla chcących inwestować w wynajem?

REIT-y (skrót od ang. Real Estate Investment Trust) to fundusze inwestujące w lokale na wynajem. Często charakteryzują się specjalnym statusem podatkowym, są np. zwolnione z większości podatków firmowych. Obecnie nad wprowadzeniem REIT-ów do obrotu gospodarczego w Polsce pracuje Ministerstwo Finansów. W pierwszych założenia ustawy o REIT-ach podmioty te miały być ograniczone tylko do inwestowania na rynku nieruchomości komercyjnych, jednak aktualnie Ministerstwo rozważa również opcję dopuszczenia funduszy na rynek mieszkaniowy. Za taką formą realizacji inwestycji w ramach programu Mieszkanie Plus optuje także Fundusz BGK Nieruchomości, który widzi w REIT-ach szansę na współfinansowanie przez inwestorów rozwoju programu Mieszkanie Plus. Nic więc dziwnego, że Ministerstwo chce wprowadzić odpowiednie regulacje jak najszybciej, być może już na początku przyszłego roku. – Gdyby faktycznie od początku 2018 roku REIT-y zostały dopuszczone na polskim rynku, to drobni inwestorzy indywidualni zyskaliby nową możliwość inwestowania poprzez nabywanie udziałów w REIT-ach. Udział w nich zapewnia bowiem coroczną wypłatę z zysków uzyskanych przez fundusz z wynajmu posiadanych nieruchomości – zauważa ekspert Emmerson Evaluation.

[1] Stopa zwrotu z wynajmu została obliczona jako relacja rocznego dochodu możliwego do uzyskania z wynajmu nieruchomości do ceny transakcyjnej mieszkań, w ośmiu polskich miastach. Przyjęty model uwzględniał szacunkowy koszt opłat administracyjnych w poszczególnych lokalizacjach, zryczałtowany podatek od przychodów z wynajmu w wysokości 8,5% oraz straty w dochodach związanej z 1,5-miesięcznym okresem przeznaczonym na poszukiwanie nowego najemcy.

Kurs dolara – sytuacja na rynku walutowym

Jastrzębi Dudley pomógł dolarowi otrząsnąć się po niejednoznacznym wydźwięku danych z rynku pracy USA. Redukcja sumy bilansowej może być obok, a nie zamiast podwyżek stóp procentowych, co może odmienić perspektywy USD w średnim i długim terminie. Dobrze by jednak było, gdyby prezes Yellen dziś wieczorem potwierdziła rynkowe przypuszczenia. Poza tym napięcia geopolityczne nadają tła, nie zapominając o odliczaniu do wyborów we Francji.

To dość zabawne, że w ostatnim czasie komunikacja bankierów centralnych z rynkiem finansowym odbywa się na zasadzie: najpierw mówię raz, później tłumaczę o co faktycznie mi chodziło.

W marcu na świeczniku był ECB i dyskusja, czy bank z podwyżkami stóp procentowych poczeka do zakończenia QE? Teraz uwaga przeniosła się na Fed w kwestii redukcji sumy bilansowej. W piątek Wiliam Dudley z Fed w Nowym Jorku powiedział, że rynek źle go zrozumiał tydzień wcześniej, kiedy on zasugerował „małą przerwę” w podwyżkach. Choć zaznaczył, że decyzja o redukcji sumy bilansowej może wpłynąć na decyzję o podwyżce w krokiem terminie, tak teraz uściślił, że „przerwa już ma miejsce, a mała przerwa jest jeszcze krótsza”. Innymi słowy, rozpoczęcie procesu redukcji sumy bilansowej nie musi przyhamować tempa podwyżek raz na pół roku, czyli obecne oczekiwania na co najmniej dwa kroki do końca tego roku i trzy w 2018 r. nie są wygórowane. Co więcej, redukcja sumy bilansowej jest dodatkowym (a nie zastępczym) elementem zacieśniania polityki pieniężnej z istotniejszym oddziaływaniem na długi koniec krzywej rentowności. Oprocentowanie 10-latek skoczyło w piątek z 2,30 proc. do 2,38 proc., za czym podążył dolar. W tym tygodniu ruch może być kontynuowany, choć przydałoby się, żeby prezes Fed dziś wieczorem (22:00) powtórzyła stanowisko Dudleya. Ich poglądy zwykle są zbliżone, więc szanse na to są dość duże, szczególnie że obraz techniczny jest sprzyjający dla USD.

Raport z rynku pracy USA miał wpływ na chwilę, gdyż wstępne rozczarowanie niskim odczytem zmiany zatrudnienia (podziękowania za reakcję należą się algorytmom transakcyjnym) zostało szybko wymazane, gdyż ogólny wydźwięk odczytu nie był wcale negatywny. Wprawdzie zatrudnienie przyrosło tylko o 98 tys. (prog. 180 tys.), to średnia za ostatnie trzy miesiące wynosi imponujące w tej fazie cyklu 185 tys. W szczegółach dla przykładu dobra pogoda w lutym przyspieszył prace na budowach, a atak zimy w marcu odwrócił efekt. Co więcej, w badaniu gospodarstw domowych przyrost zatrudnienia wyniósł 472 tys. (dane do NFP pochodzą od firm), co przełożyło się na spadek stopy bezrobocia do 4,5 proc. z 4,7 proc. Tym samym stopa bezrobocia znalazła się na poziomie, który w opinii wielu członków FOMC jest poniżej jest traktowane jako stan pełnego zatrudniania. Fed raczej nie wyciągnie pochopnych wniosków z jednego raportu, ale stwierdziłbym, że jesteśmy bliżej niż dalej kolejnej podwyżki w czerwcu. Kolejny raport, jeśli „wygładzi” wahania zatrudnienia, może wyraźnie ożywić debatę o kolejnej podwyżce.

Dolar pozostaje silny, a ponadto napięcia geopolityczne pomagają mu względem walut rynków wschodzących i surowcowych. Konflikt w Syrii psuje relacje USA z Rosją, choć pośrednio pomaga utrzymać ceny ropy wyżej. W ten sposób CAD może się relatywnie bronić przy słabości AUD i NZD. Przy względnie pustym kalendarzu przez większą część tego tygodnia, obawy inwestorów mogą położyć się cieniem na nastroje. Przy odliczaniu ostatnich dwóch tygodni do wyborów we Francji aktywa europejskie mogą doliczać premię za ryzyko polityczne. Przełamanie 1,06 przez EUR/USD może okazać się trwalsze, ale też EUR/JPY może znaleźć więcej sprzedających. W przypadku złotego, EUR/PLN kolejny raz zatrzymał spadki przed 4,21, ale wspomniane potencjalne ryzyka mogą przeszkodzić w kupowaniu polskiej waluty. Bardziej wymowne mogą być wzrosty USD/PLN ponad 4,00 przy spadkowym klimacie na eurodolarze.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Szewczak: Rząd nie powinien pozbywać się tak poważnego instrumentu, jakim jest KNF

Do Sejmu wpłynął projekt podporządkowujący i włączający Komisję Nadzoru Finansowego do Narodowego Banku Polskiego. Komisja Finansów Publicznych nie zdążyła zapoznać się z tym projektem. Zdziwienie i wątpliwości budzi pozbycie się tak poważnych instrumentów, które skutecznie oddziałują na rynki, banki oraz firmy ubezpieczeniowe. Przeniesienie KNF do tak poważnej instytucji, jaką jest bank centralny, będzie skutkować relacjami wpływającymi na rynki. NBP wchodzi przecież w pewne relacje z bankami komercyjnymi i udziela im pomocy.

– Jest to wielkie wyzwanie i bardzo duża operacja logistyczna – powiedział agencji eNewsroom.pl Janusz Szewczak, Poseł na Sejm RP – Nie jest to wyłącznie zmiana prawna, ponieważ dotyczy olbrzymiego obszaru – giełdy, domów maklerskich, spółek skarbu państwa, firm ubezpieczeniowych, itd. Narodowy Bank Polski miałby decydować o tym, kto będzie zatwierdzony na stanowisko danego banku lub firmy ubezpieczeniowej – co do tej pory było domeną pracowników KNF, którzy podlegali bezpośrednio Premierowi i Rządowi. Zobaczymy, jaki będzie kształt projektu i co znajdzie się w zapisach. Operację należy bardzo poważnie przedyskutować – również publicznie – oraz przeanalizować w gronie ekspertów. Jednak ze względu niebezpieczeństwa i kształtowanie się polityki, takim narzędziem powinien dysponować rząd – dodał Szewczak.

Komentarz walutowy: Kurs dolara, euro, funta 10.04.2017

Mieszane dane z rynku pracy Stanów Zjednoczonych chwilowo osłabiły dolara, by w kilka godzin po publikacji, dodać paliwa do umocnienia się dolara. Z racji braków czynników krajowych sytuacja par ze złotym jest zależna od ruchów na eurodolarze. Na szerokim rynku nie ma w tym tygodniu bardzo znaczących wydarzeń, przez co oczekiwana zmienność cen będzie mniejsza. Ponadto jest to tydzień przedświąteczny, a wolny piątek w wielu krajach Europy dodatkowo wystudzi rynek. Ważne wydarzenia makroekonomiczne notować będziemy w Japonii, Chinach i Wielkiej Brytanii. Jednak Jen i Juan nie mają znaczenia wprost na złotego, ale mogą zmienić sentyment na głównej parze.

Kurs dolara USDPLN

W piątek dolar najpierw przetestował poziom 3,96, a po danych, po raz kolejny zaksięgował 3,99, gdzie nastąpiła lokalna konsolidacja. Z punktu widzenia psychologicznego jest to ważny poziom, gdyż jego wybicie góra otworzy drogę do 4,02, gdzie wypada równość korekt oraz mierzenie 61,8% FIBO ostatniego impulsu spadkowego. W przypadku powrotów do spadków wsparciem pozostaje strefa popytu na 3,96.

Kurs dolara wykres

Kurs euro EURPLN

EURPLN zachował się zgodnie z ruchem na eurodolarze. Wraz z piątkowym umocnieniem się dolara, euro straciło w stosunku do złotego. Zrealizował się wariant spadkowy i cena po raz kolejny przetestowała ważne lokalne wsparcie na 4,21. Był to kolejny test tego poziomu, co pozwala snuć podejrzenie, że podaż może wyłamać ten poziom dołem, wyrysowując nowe dołki. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie poziom 4,19. W przypadku ruchu w górę oporem będzie lokalny szczyt przy 4,26, a następnie poziom 4,2850, gdzie wypada mierzenie 50% Fibo z ostatniego impulsu spadkowego oraz górne ograniczenie formacji 1 do 1.

Kurs euro EURPLN wykres

Kurs funta GBPPLN

Kurs funta GBPPLN wykresOd początku kwietnia funt nie może pokonać linii trendowej wyrysowanej po szczytach z 5 grudnia 2016 i 23 lutego. Dodatkowo słabe dane z brytyjskiej gospodarki zrzuciły cenę w rejony 4,92, testując niemal poziom szczytu fali 1 z 29 marca. Nowy tydzień stoi pod znakiem wielu danych z Wielkiej Brytanii, co daje szansę popytowi na pokonanie linii trendowej i zakończenie wzrostowej 5-tki, księgując poziom 5,02, gdzie wypada mierzenie 61,8% FIBO impulsu spadkowego oraz równość korekt w trendzie.

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Komentarz walutowy: Kurs dolara, euro, funta 10.04.2017 9

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Hosso trwaj!

Koniec hossy trwającej w USA nieprzerwanie od 8 lat był już kilkakrotnie zapowiadany. Chociaż w ostatnich dniach sesje światowych giełd kończyły się niewielkimi spadkami, to pierwszy kwartał tego roku można zaliczyć do udanych. Indeksy pięły się do góry, bijąc historyczne rekordy. Wiara inwestorów w powrót koniunktury na światowe rynki jest wielka. Jednym z liderów wzrostów w ostatnim czasie jest warszawska giełda.

Byki rządzą na nowojorskim parkiecie od 8 lat. Zwyżki zaczęły się w 2009 r. po głębokiej bessie wywołanej przez kryzys finansowy 2008 r. Ceny akcji potaniały w tym czasie 20 proc. Kto nie spanikował i został w grze, dzisiaj gratuluje sobie zysków. W ciągu 8 lat indeks S&P 500 zyskał 249 proc.

Obecna hossa to drugi co do długości okres prosperity na amerykańskim rynku kapitałowym, licząc od końca II wojny światowej. Poprzednia szarża byków trwała aż 113 miesięcy. Zaczęła się jesienią 1990 r., a zakończyła wiosną 2000 r. Rynek urósł w tym czasie o 427 proc. Gigantyczne wzrosty skończyły się równie spektakularną klapą związaną z pęknięciem banki dotcomowej, wywołanej gorączką inwestycji w firmy internetowe. To właśnie wiara w nową gospodarkę napędzała wtedy wzrost na światowych giełdach.

Rynek coraz częściej zastanawia się gdzie są granice obecnie trwających zwyżek. Od 2009 r. amerykańska giełda zaliczyła tylko cztery korekty, rozumiane jako łączny spadek kursu o 10 proc. i więcej. Przez cały ten okres zdarzyło się jednak tylko raz, w październiku 2011 r., że jednodniowy spadek był większy niż 1 proc.

Ostatnia korekta w Stanach miała miejsce na początku 2016 r. Cały ubiegły rok upływał pod znakiem obaw o perspektywy światowej gospodarki, pozostającej w cieniu ważnych wydarzeń politycznych, takich jak Brexit i wybory prezydenckie w USA. Zapowiedź wyjścia Wielkiej Brytanii z UE wcale nie doprowadziła do katastrofy, a tylko chwilowej przeceny akcji. Natomiast wygrana Donalda Trumpa, postrzegana czasem w kategoriach apokalipsy, tchnęła nowego ducha w byki. Od wyborów w listopadzie 2016 r. S&P500 zyskał 10 proc. Pożywką do wzrostów były oczekiwania na efekty polityki nowego prezydenta, który zapowiadał cięcia podatków, inwestycje infrastrukturalne i deregulację gospodarki.

Wiara w konsumenta

Wiara w realizację zapowiedzi wyborczych mocno osłabła po, przeprowadzonej w marcu, nieudanej próbie odwołania reformy opieki medycznej poprzedniego prezydenta Baracka Obamy. Była to jedna ze sztandarowych obietnic Donalda Trumpa. Okazało się, że nowy prezydent nie jest w stanie zbudować większości dla ustawy, nawet we własnej partii.

Rynek odebrał wiadomość o przegranej prezydenta jak policzek. Po ostatnim marcowym weekendzie akcje poleciały w dół i przez rynek przetoczyła się dość gwałtowna przecena. Traciły nie tylko walory spółek medycznych, mocno zyskujące przez ostatnie miesiące w związku z planowanymi nowymi regulacjami, ale także spółki surowcowe, budowlane, produkcyjne. Na czerwonym polu znaleźli się wszyscy, których postrzegano jako beneficjentów przyszłych reform Trumpa. Rynek ocenił, że skoro administracja nie jest w stanie zbudować większości dla ustawy o opiece zdrowotnej i ubezpieczeniach, pod znakiem zapytania stoi powodzenie także innych reform.

Kiedy wydawało się, że podkopana wiara w skuteczność Trumpa doprowadzi do głębszej korekty, po jednym dniu spadków indeksy znowu poszły w górę. Paliwem stały się informacje z rynku konsumenckiego, w którym nastroje wzrosły do najwyższego poziomu od 16 lat. To właśnie one, wraz z niskim bezrobociem i dużą skłonnością do wydawania, dały podstawę do snucia prognoz, że prosperity w amerykańskiej gospodarce wkroczyła na twardy grunt. To nakręciło kursy akcji. Podobnie jak w przypadku przyrzeczeń wyborczych prezydenta, rynek kupuje nie fakty, a zapowiedzi. Niemniej dobre nastroje nie przekładają się jeszcze ani na zamówienia w przemyśle, ani na produkcję.

Czy zatem hossa w USA nie ma końca? Wskaźniki sugerują, że akcje jeszcze nie są jeszcze wyceniane za wysoko. W momencie wybuchu bańki dotcomowej relacja cena/zysk dla spółek indeksu S&P500 wynosiła 30. Obecnie jest to około 25. Niemniej, aktywa są najdroższe od 2004 r.

Amerykański parkiet wciąż jest silny. Wprawdzie Trumpowi nie udało się zmienić Obamacare, ale rynek wydaje się nadal liczyć na to, że wprowadzi on w życie zmiany w systemie podatkowym oraz program wydatków infrastrukturalnych. Dopiero porażka któregoś z tych projektów może wywołać poważną przecenę.

Hossa w Warszawie

Ubiegły rok był słaby dla warszawskiego parkietu. W dół ciągnęły go największe spółki z sektora energetycznego i bankowego. Ożywienie zawitało na GPW z początkiem zimy. Od stycznia nastał okres prosperity i, licząc od początku roku, Warszawa znalazła się w ścisłej światowej czołówce pod względem wzrostów. WIG20 zyskał od początku roku 15 proc. Wśród najlepszych znalazła się też Turcja, która zanotowała YTD 13,4-procentową dynamikę. Trzeba pamiętać, że tamtejsza giełda miała wyjątkowo nieudany 2016 r. i lokalne aktywa stały się po prostu tanie. Liderem wzrostów jest Argentyna, której giełda nieprzerwanie i bardzo dynamicznie rośnie od 2013 r. W tym roku zanotowała już 23 proc. na plusie (dynamika w 2016 r. wyniosła 55,51 proc.).

W dłuższej perspektywie warunki dla inwestowania na giełdzie mogą okazać się niezłe. Dobra koniunktura oraz korzystne prognozy dla polskiej gospodarki będą sprzyjać wynikom spółek. Wraz z poprawą rokowań dla światowej gospodarki zmienia się także podejście do rynków wschodzących – zauważa Piotr Marciniak, Dyrektor Zarządzający BGŻOptima.

Pierwsza połowa 2016 roku była mało udana dla rynków wschodzących, głównie z uwagi na spadające ceny ropy i obawy o stan chińskiej gospodarki. W drugiej części roku koniunktura odwróciła się. Obecnie prognozuje się na ten rok dynamiczny wzrost PKB w krajach zaliczanych do emerging markets, zdecydowanie wyższy niż w krajach rozwiniętych. Powinno się to przełożyć na wzrost dochodów i zysków firm. Tym samym wydaje się, że są to kierunki godne uwagi przy podejmowaniu decyzji gdzie ulokować pieniądze.

MiSie w cenie

Na warszawskiej giełdzie trudno wskazać konkretny sektor z dużym potencjałem wzrostu. Liderem zwyżek na początku roku były banki (WIG-Banki poszedł w górę o ponad 15 proc.), odreagowujące słaby 2016 r. Dobrze radziła sobie także energetyka (indeks spółek z tego sektora zyskał 21 proc.). I jedna, i druga branża wytraciła jednak impet.

Na szerokim rynku nie brakuje dobrych firm, liderów swoich branż, którym warto się przyjrzeć. Na uwagę zasługują małe i średnie spółki, które w większym stopniu niż duże przedsiębiorstwa skorzystają z koniunktury w gospodarce, gdyż szybciej reagują na zmieniające się warunki. W tym roku giełdowe średniaki urosły o 13 proc.

Po polskich drogach jeździ coraz więcej elektrycznych aut. W tym roku zarejestrowano 160 takich pojazdów

Po polskich drogach jeździ coraz więcej elektrycznych aut. W tym roku zarejestrowano 160 takich pojazdów 10

W ubiegłym roku Polacy zarejestrowali 556 aut z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in. To o 65 proc. więcej niż w poprzednich 12 miesiącach, ale ta dynamika jest przede wszystkim efektem niskiej bazy. W tym roku dynamika wzrostów ma być podobna – oczekuje branża. W kolejnych latach przyspieszenie może być jeszcze większe, gdyż wsparcie zapowiada także rząd. Rynek mógłby ruszyć pełną parą dzięki systemowi zachęt dla potencjalnych kupców – podkreślają przedstawiciele Nissana.

– Sprzedaż samochodów elektrycznych w Polsce rośnie, aczkolwiek na razie mówimy o dosyć niskich liczbach. Rynek takich aut jest jeszcze w powijakach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Pajączkowska, PR manager marki Nissan w Polsce.

Jak wynika z raportu dotyczącego branży automotive firmy doradczej KPMG oraz Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, w ubiegłym roku Polacy zarejestrowali 10,4 tys. samochodów z napędami alternatywnymi. To o blisko 76 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdecydowaną większość sprzedaży stanowią hybrydy (95 proc.). Wciąż jednak udział takich aut w rynku jest znikomy – 2,4 proc. w przypadku hybryd oraz 0,1 proc. w przypadku samochodów z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in.

Z danych CEPiK przytaczanych przez PZM wynika, że od początku zarejestrowano w Polsce 160 samochodów elektrycznych.

Brakuje realnych zachęt dla potencjalnych kupców tego typu samochodów, żeby ten rynek naprawdę ruszył pełną parą. Drugi temat to infrastruktura, bez której użytkowanie takich samochodów jest wprawdzie możliwe, ale znacznie trudniejsze, szczególnie jeżeli mówimy o wykorzystaniu biznesowym. Na pewno pewną barierą jest cena samochodu, aczkolwiek jeżeli weźmie się pod uwagę całkowite koszty eksploatacji auta, to są one znacznie niższe niż w przypadku pojazdów spalinowych – wymienia Dorota Pajączkowska.

W ubiegłym roku Ministerstwo Energii przedstawiło Plan Rozwoju Elektromobilności. Resort zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach będzie jeździć milion aut elektrycznych. W ciągu kilku najbliższych lat liczba stacji ładowania zwiększy się z 305 sztuk do 6,5 tys., powstaną też stacje szybkiego ładowania. Planowane są także zachęty dla kupujących auta hybrydowe i elektryczne.

Biorąc pod uwagę zapowiedzi naszych władz, możemy się stać potęgą w samochodach elektrycznych, choć byłabym jednak bardziej ostrożna. Zdecydowanie jednak jest to kierunek, który jest przyszłością motoryzacji. Szczególnie biorąc pod uwagę takie problemy, z jakimi teraz borykają się miasta, polskie w szczególności, a mianowicie bardzo duże zanieczyszczenie powietrza – mówi Dorota Pajączkowska.

Jak podkreśla, w ubiegłym roku Nissan sprzedał 38 aut elektrycznych, z czego 25 to modele LEAF.

 Widząc, jak dużo zaczyna się dziać w Polsce w tym zakresie, spodziewamy się, że tegoroczne wyniki sprzedażowe będą znacznie wyższe – prognozuje Dorota Pajączkowska.

W efekcie porozumienia zawartego między Nissanem a korporacją Electric Taxi w marcu na ulice Warszawy wyjechało 20 elektrycznych taksówek, a do końca roku ma być ich 200.

– Nissan jest pionierem i liderem globalnym rynku samochodów elektrycznych. W tej chwili proponujemy klientom dwa takie samochody: osobowy Nissan LEAF, który już szósty rok jest na rynku, oraz od półtora roku dostawczy e-NV200, jedyny samochód tego typu na rynku – wyjaśnia przedstawicielka marki Nissan w Polsce. – W najbliższym czasie ta gama nie będzie rozszerzana, natomiast zdecydowanie cały czas pracujemy nad tym, by te samochody były coraz wydajniejsze i coraz bardziej dostępne dla szerokiego grona odbiorców.

W upowszechnianiu napędu elektrycznego pomóc ma także Polski Program Elektryfikacji Motoryzacji. Jego inicjatorzy – dzięki współpracy przemysłu, nauki, samorządu i instytucji centralnych – chcą promować rozwój flot pojazdów z napędem elektrycznym, infrastruktury ładowania oraz technologii wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych lub niskoemisyjnych.

Wierzymy, że Polski Program Elektryfikacji Motoryzacji wpłynie w bardzo dużym stopniu na rozwój polskiego rynku samochodów elektrycznych. Przykładem jest chociażby wspomniane Electric Taxi. Jak wiemy, Warszawa nie jest jedynym regionem, który jest zainteresowany wprowadzeniem tego programu i może za wcześnie, żeby mówić o szczegółach, aczkolwiek zainteresowanie ze strony samorządów innych miast jest bardzo duże – mówi Dorota Pajączkowska.

Przed Wielkanocą o 30 proc. rośnie sprzedaż środków czystości. Chemię gospodarczą coraz częściej kupujemy przez internet

Przed Wielkanocą o 30 proc. rośnie sprzedaż środków czystości. Chemię gospodarczą coraz częściej kupujemy przez internet 11

Święta wielkanocne to gorący okres dla producentów chemii gospodarczej i środków czystości. Coraz częściej takie zakupy robimy w internecie. W okresie przedświątecznym wysyłamy ponad 30 proc. więcej paczek, średnio o 40 proc. cięższych niż w innych miesiącach – przyznaje Tomasz Grygieńć, właściciel drogerii internetowej SuperKoszyk.pl. Przedświąteczne tygodnie to większa aktywność producentów chemii gospodarczej, także w sieci.

 W okresie przedświątecznym widzimy wzmożone zainteresowanie klientów sklepem SuperKoszyk.pl. Wysyłamy o ponad 30 proc. więcej paczek. W okresie przedświątecznym średnia waga kilkunastu tysięcy paczek, które wysyłamy, jest o ponad 40 proc. wyższa niż średnia z całego roku i wynosi 14 kg –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Grygieńć, właściciel SuperKoszyk.pl.

Jak wynika z Barometru Providenta, średnio na przygotowanie tegorocznych świąt wielkanocnych Polacy planują przeznaczyć ok. 400 zł. Choć większość wydatków to produkty spożywcze, to wiosną Polacy tradycyjnie przygotowują się też do gruntownych porządków. Najczęściej kupują detergenty.

 W koszykach królują środki czystości, płyny do prania, do płukania, tabletki do zmywarki, wszystko, co pomaga doprowadzić dom do porządku przed wiosną. To odwrócenie trendu w stosunku do Bożego Narodzenia, kiedy dominują kosmetyki – mówi Grygieńć.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Payback Opinion Poll, pierwsze ciepłe miesiące to najlepszy czas na gruntownie wysprzątanie mieszkania (56 proc. wskazań), odświeżenie garderoby (47 proc.), porządki w ogrodzie (40 proc.) i uprzątnięcie auta po sezonie zimowym (39 proc.). Gruntowne porządki Polacy zwykle wykonują samodzielnie. Dlatego marzec i kwiecień, zwłaszcza okres przypadający przed Wielkanocą, to czas wzmożonej sprzedaży chemii gospodarczej i środków przydatnych w porządkach w domu i ogrodzie, zwłaszcza środków do mycia okien.

Pierwsze promienie wiosennego słońca pojawiają się już na początku marca i wtedy od razu widzimy wzmożoną sprzedaż. Konsumenci zgodnie z polską tradycją lubią mieć czyste okna, kiedy zaczyna się sezon. Inną kategorią, która notuje wzmożoną sprzedaż w okresie przedświątecznym, są specjalistyczne środki piorące, w tym środki do prania firanek – podkreśla Magdalena Krawczyk, koordynator ds. e-commerce i business intelligence w firmie Henkel.

W tym roku sprzedaż produktów do prania i sprzątania firmy Henkel w sklepie internetowym SuperKoszyk.pl wzrosła o 28 proc. w stosunku do 2016 roku. Szczególnie znaczące wzrosty odnotowały takie produkty, jak płyny do prania tkanin Perwoll (o 58 proc.) oraz płyny do mycia okien i szklanych powierzchni marki Clin (o 20 proc.).

– Internet jest doskonałym miejscem do sprzedaży szczególnie tych produktów chemii gospodarczej, które charakteryzują się dużą gabarytowością. Mam na myśli duże gramatury proszków, płynów do prania, płynów do płukania. Nie każdy konsument ma do dyspozycji samochód czy wystarczającą ilość czasu, żeby robić zakupy w sklepach stacjonarnych – przekonuje Krawczyk.

Wartość e-commerce w 2016 roku sięgnęła 36 mld zł. Polacy najchętniej kupują ubrania, duży sprzęt AGD, ale także artykuły spożywcze i chemię gospodarczą. Z szacunków SuperKoszyk.pl wynika, że już kilkaset tysięcy osób regularnie kupuje środki czystości przez internet, a ich liczba systematycznie rośnie.

– Korzyści z tej formy zakupów to przede wszystkim ogromny wybór. W naszej drogerii możemy wybierać wśród 14 tys. różnych produktów, z drugiej strony to oszczędność czasu i pieniędzy oraz wygoda. W internecie kupujemy taniej, nie wychodząc z domu, o dowolnej porze, a kurier dowiezie nawet najcięższą paczkę na drugi dzień po zamówieniu – wymienia Tomasz Grygieńć.

Jak wskazuje właściciel SuperKoszyk.pl, cena produktów w internecie jest znacznie niższa, nie zawiera kosztów dojazdu czy paliwa, jak produkty dostępne w sklepie stacjonarnym. Korzyścią jest także zaoszczędzony czas, który zwykle spędzamy w kolejkach czy na wyszukiwaniu produktów.

Wielkanoc i pierwsze wiosenne dni to także okres wzmożonej aktywności producentów chemii. W sklepach stacjonarnych zapewniają odpowiednią ekspozycję artykułów gospodarczych. Większa jest też ich widoczność na stronach internetowych.

 W sklepach internetowych widzimy zwiększoną liczbę banerów tematycznych, a także innowacyjne kampanie digitalowe. Przykładem jest tegoroczna kampania marki Clin. Konsumenci oglądają spoty dopasowane charakterem do pogody panującej danego dnia – tłumaczy Magdalena Krawczyk.

Inwestycja w mieszkanie na wynajem może przynieść 4–6 proc. zysku. Przy zakupie liczy się lokalizacja, komunikacja i technologia budowania

Inwestycja w mieszkanie na wynajem może przynieść 4–6 proc. zysku. Przy zakupie liczy się lokalizacja, komunikacja i technologia budowania 12

Polacy coraz częściej kupują lokale w celach inwestycyjnych. Według NBP taka inwestycja wciąż może być opłacalna. Według różnych badań zwrot dla inwestora może wynosić od 4 do ponad 6 proc. w zależności od miasta. Jednak żeby na zakupie mieszkania zarobić, trzeba zwrócić uwagę na kilka czynników. Wśród nich są lokalizacja i dostęp do komunikacji, a także technologie i materiały zastosowane przy budowie.

Z raportu Narodowego Banku Polskiego o rynku nieruchomości w IV kwartale 2016 roku wynika, że wciąż opłaca się kupować mieszkania na wynajem.

Przy założeniu średniej wysokości czynszu możliwego do uzyskania rentowność inwestycji mieszkaniowej jest wyższa niż oprocentowanie lokaty bankowej i rentowność 10-letnich obligacji skarbowych oraz zbliżona do uzyskiwanej na rynku nieruchomości komercyjnych – piszą autorzy. – Relacja kosztów obsługi kredytu mieszkaniowego do czynszu najmu nadal umożliwia finansowanie kosztów kredytu przychodami z najmu.

W tej sytuacji coraz więcej osób decyduje się na ulokowanie swoich oszczędności na rynku nieruchomości. Warunkiem powodzenia tej inwestycji jest jednak właściwy wybór lokalu.

Wybierając inwestycję na rynku nieruchomości, trzeba zwrócić uwagę przede wszystkim na lokalizację. Należy rozważyć, czy położenie danej nieruchomości może zwiększyć swoją atrakcyjność w przyszłości. Być może planowana jest rozbudowa infrastruktury czy poprawa komunikacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agata Stradomska, manager ds. szkoleń i marketingu RE/MAX Polska. – Jeśli wybierzemy mieszkanie lub nieruchomość w dzielnicy dziś mniej atrakcyjnej, mniej popularnej, która właśnie dzięki tym czynnikom zyska na wartości, będziemy mogli w przyszłości więcej zarobić.

Rynek wtórny ma swoje zalety – łatwiej o atrakcyjną lokalizację, mieszkanie wykończone, a nawet częściowo umeblowane, niemal gotowe do wynajęcia. Nowe wymaga wykończenia, a to dodatkowy koszt. Warto jednak pamiętać, że w pięciu z dziewięciu dużych miast monitorowanych przez Bankier.pl ceny za 1 mkw. na rynku wtórnym są wyższe niż na pierwotnym: w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Lublinie (raport za luty 2017). W stolicy różnica to niemal 1000 zł na 1 mkw.

Wybierając nieruchomość pod kątem długofalowej inwestycji, trzeba też patrzeć na technologię, w jakiej ona jest zbudowana. Za 10 czy 20 lat ta nieruchomość będzie o tyle starsza i trzeba rozważyć, czy wtedy dane materiały, dana technologia będą jeszcze atrakcyjne dla kupujących, czy też będą po prostu unikać takich rozwiązań – zwraca uwagę Stradomska.

Cena mieszkania to tylko jedna strona medalu. Jeszcze istotniejsza jest kwestia możliwego do uzyskania czynszu z wynajmu. Najwięcej otrzymać można za duże mieszkanie (60–90 mkw.) w Warszawie i Wrocławiu (średnio to odpowiednio 4100 zł i 3000 zł). Najtańsze spośród dużych miast są mieszkania do 38 mkw. w Bydgoszczy i Łodzi. Średni czynsz to poniżej 1100 zł, czyli dwa razy mniej niż w Warszawie (badanie Bankier.pl i Otodom.pl, luty 2017).

Trzecia istotna rzecz jest taka, że należy przeanalizować rynek pod kątem popytu, podaży i możliwych do uzyskania czynszów – podpowiada manager firmy RE/MAX Polska. – Trzeba pamiętać, że najemcy też mają swoje pewne preferencje. Wybierają ze względu na lokalizację, dojazd do uczelni lub miejsca pracy, a także wielkość mieszkania. Największym zainteresowaniem cieszą się dwu- i trzypokojowe mieszkania w typowym rozkładzie.

Przypomina także, że decydując się na inwestycję długoterminową, np. mając w perspektywie 20 czy 30 lat spłacania kredytu, warto wziąć pod uwagę perspektywy demograficzne poszczególnych miast. Główny Urząd Statystyczny prognozuje, że spośród dużych miast tylko dwa – Warszawa i Rzeszów – będą miały w połowie stulecia więcej mieszkańców niż obecnie, a i tak są to wzrosty symboliczne. W pozostałych lokalizacjach liczba ludności zmaleje, czy to z powodu wyjazdu do ośrodków oferujących lepsze warunki życia, czy migracji do miejscowości podmiejskich.

W przypadku mieszkań, które chcemy wynająć, trzeba też brać pod uwagę to, że one nie zawsze będą wynajęte – zastrzega Agata Stradomska. – W przypadku lokali mieszkalnych właściciele szacują, że średnio 10 miesięcy w roku są w nich najemcy, a 2 miesiące stoją one puste. Ale nawet kupując mieszkanie dla siebie, warto myśleć jak inwestor, dlatego że możemy zarabiać, nie inwestując w mieszkania na wynajem, tylko po prostu kupując i sprzedając własne domy czy mieszkania.

Co trzecia firma w Polsce jest prowadzona przez kobietę. Jesteśmy pod tym względem w czołówce Europy

Co trzecia firma w Polsce jest prowadzona przez kobietę. Jesteśmy pod tym względem w czołówce Europy 13

Co trzecia firma w Polsce została założona i jest prowadzona przez kobietę. Podjęcie ważnej decyzji o założeniu własnej działalności gospodarczej to najczęściej kolejny krok w ich karierze zawodowej – wynika z raportu „Zawód – prezeska!” przygotowanego przez ośrodek badawczy DELab UW na zlecenie Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet. Większość pań może liczyć na wsparcie swoich partnerów, którzy coraz rzadziej są zazdrośni o ich sukcesy i wspierają je skutecznie w dążeniu do obranego celu. W dużej mierze to efekt zmian kulturowych i stopniowego odchodzenia od modelu tradycyjnego związku, gdzie to mężczyzna jest głównym żywicielem rodziny.

‒ Decyzje kobiet o tworzeniu własnych firm są najczęściej podyktowane potrzebą rozwoju osobistego, silnego imperatywu sprawczego i zaryzykuję to stwierdzenie – wyjątkową zdolnością wychwytywania potrzeb lokalnego rynku. Tu ważny głos zabiera nasza kreatywność, wszechstronność. Mamy również wielki dar angażowania się w projekty przekładające się na lepszą jakość życia innych przedstawicielek naszej płci. Podświadomie zawsze o to dbamy i chętnie dzielimy się zdobytą wiedzą, która procentuje potem spotęgowaną siłą społeczności integrującej się dzięki wspólnym działaniom. To bardzo budujące przesłanie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Wierzbowska, prezeska Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet.

Na świecie działa już ok. 200 milionów firm założonych i prowadzonych przez kobiety. W Polsce ponad 33 proc. firm stanowią te, gdzie za sterami stoją panie. Pod tym względem plasujemy się w czołówce Europy. Wbrew pozorom wcielenie w życie projektu ‒ własna działalność gospodarcza ‒ nie jest motywowane bezrobociem czy urlopem macierzyńskim. Na taki krok decydują się bardzo często kobiety, które mają na swoim koncie zawodowym liczne sukcesy,  cenne doświadczenia, wiele się nauczyły i są gotowe na kolejny etap – odważne realizowanie własnej koncepcji i przemodelowanie życia zgodnie z autorską wizją biznesową. To wszystko wymaga skupienia, rzetelnej oceny punktu wyjścia, ale na pewno uaktywnia też dodatkowe źródło energii, otwiera na nowe wyzwania. Badanie „Zawód – prezeska!” przygotowane przez ośrodek badawczy DELab UW na zlecenie Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet, które ujawniło jeszcze jedną ciekawą zależność – powodzenie przedsięwzięcia zainicjowanego przez kobietę zauważalnie motywuje też jej partnera do poszukiwań nowych ścieżek rozwoju i większej aktywności w tej sferze.

– Prawie 2/3 pań, które decydują się na założenie własnej działalności gospodarczej, wcześniej pracowało w innym przedsiębiorstwie, w tym 1/3 na kierowniczym stanowisku. Motywacją do założenia firmy jest więc często osiągnięcie wszystkiego, co było możliwe, w danym miejscu pracy. 37 proc. naszych badanych powiedziało, że chciało rozwijać się dalej i realizować swoje plany zawodowe, a w dotychczasowym miejscu pracy nie było to już możliwe – podkreśla dr Justyna Pokojska z DELab Uniwersytetu Warszawskiego.

Blisko połowa kobiet, które decydują się na działalność, ma 36–45 lat. Własna firma daje możliwość pracy poza sztywnymi ramami czasowymi, jak np. w korporacjach, więc pozwala godzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi, często także z rolą matki.

– Znamy historię matek, które mogą się skupić na swojej pracy tylko wcześnie rano, kiedy ich dzieci jeszcze śpią, a potem zajmują się swoimi pociechami w ciągu dnia, by wieczorem wrócić do obowiązków zawodowych. Pracując w korporacji, nie mogłyby sobie pozwolić na taką elastyczność – wskazuje Wierzbowska.

Dla większości pań, które zdecydowały się na założenie własnej firmy, dużym wsparciem w początkowym okresie był partner (53 proc.) i rodzina (20 proc.). Jak podkreśla prezeska Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet, ta niezbędna siła czerpana od rodziny napędza motywację i pozwala przetrwać gorsze dni.

– Kobiety często wątpią w swoje kompetencje, zaniżają własną wartość, chociaż są to bezpodstawne, niesprawiedliwe oceny. Bywa, że oczekują od siebie zbyt wiele, dlatego wsparcie i otucha, które może im zaoferować rodzina, najsilniej motywują do wytrwania w postanowieniu. To niekwestionowany kapitał sukcesu – tłumaczy Wierzbowska.

W wielu przypadkach to właśnie mężczyźni są pomysłodawcami założenia przez ich partnerki własnego biznesu. Blisko 40 proc. kobiet przyznaje, że mąż zachęcał je do rozpoczęcia działalności i deklarował pomoc przy tworzeniu firmy.

– Relacje damsko-męskie w domach przedsiębiorczych kobiet, które stereotypowo uznawane są za trudniejsze niż w zwykłych związkach, są jednak ułożone i uporządkowane. Prawie 60 proc. kobiet może liczyć na wsparcie mężczyzny, który nie tylko doradza jej w kwestiach zawodowych, lecz także pomaga w  trudnych momentach związanych z zakładaniem własnej firmy. Trzech na czterech panów jest przychylnych przedsiębiorczości kobiet i temu, żeby żona realizowała się zawodowo – przekonuje ekspertka DELab.

Co piąty mężczyzna wziął przykład z partnerki i zdecydował się na założenie własnej działalności. W większości przypadków można zaobserwować element zdrowej rywalizacji.

– Sukces kobiety motywuje mężczyznę do działania. Powoduje, że on dużo chętniej angażuje się w swoją pracę zawodową, żeby nie pozostawać w tyle – zauważa Justyna Pokojska.

Coraz częściej mężczyźni akceptują też fakt, że to kobiety przejmują na siebie obowiązek utrzymania domu. 4 proc. panów, po tym jak ich partnerki stworzyły własne firmy, zrezygnowało ze swojej pracy, by zająć się domem i dziećmi.

– Widzimy przemiany tego tradycyjnego modelu rodziny, bo dzisiaj już tylko 14 proc. mężczyzn wolałoby, żeby kobiety zostały w domu i nie pracowały – wskazuje dr Justyna Pokojska. – Kluczowe jest to, że w myśleniu dopuszczamy możliwość, że to kobieta będzie zarabiała więcej niż mężczyzna, że to kobieta będzie się aktywizowała zawodowo. Odejście od tradycyjnego, skostniałego modelu rodziny dla socjologów jest na pewno ważniejsze z punktu widzenia rozwoju i zmiany społecznej.

30 proc. środków przeznaczanych na służbę zdrowia jest marnowanych. Zmiany w opiece nad pacjentami mogą poprawić te statystyki

30 proc. środków przeznaczanych na służbę zdrowia jest marnowanych. Zmiany w opiece nad pacjentami mogą poprawić te statystyki 14

Zdaniem ekspertów opieka koordynowana może być lekarstwem na problemy polskiej służby zdrowia. Pozwoli ona nie tylko poprawić jakość opieki nad pacjentem, lecz także zwiększyć jej efektywność. Według szacunków ok. 20–30 proc. środków w systemie zdrowotnym jest marnowanych. Opiekę koordynowaną z powodzeniem stosują u siebie prywatne podmioty medyczne. NFZ dopiero pracuje nad jej wprowadzeniem.

– Opieka koordynowana ma dużą rolę do odegrania w systemie ochrony zdrowia. Nie tylko wpływa pozytywnie na skuteczność leczenia, lecz także pozwala obniżać ponoszone koszty dzięki temu, że zmniejsza liczbę niepotrzebnych, a czasami wręcz błędnych diagnoz i planów leczenia. Są szacunki, według których od 20 do nawet 30 proc. środków przeznaczanych na system zdrowotny po prostu się marnuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Suszek, wiceprezes zarządu Medicover Polska.

Opieka koordynowana polega na zapewnieniu pacjentom terminowych i dopasowanych do określonego problemu usług wysokiej jakości w całym procesie leczenia – począwszy od konsultacji lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, badań wstępnych, następnie konsultacji u lekarza specjalisty, hospitalizacji i rehabilitacji, aż po badania kontrolne po zakończeniu leczenia.

Koordynacją całego procesu powinien się zajmować lekarz lub wyznaczona w tym celu pielęgniarka. Natomiast dla trudnych przypadków medycznych może to być multidyscyplinarny zespół lekarski. Aby skutecznie koordynować opiekę, potrzebny jest system informatyczny, który zapewni dostęp do danych medycznych wszystkim uczestnikom procesu leczenia.

– Dzięki temu pacjent szybciej otrzymuje odpowiednią pomoc. Ponadto jest informowany o tym, co się dzieje na każdym etapie leczenia, i wie, jakie będą kolejne kroki. To też sprawia, że chętniej stosuje się do zaleceń lekarza i w efekcie przynosi to lepsze wyniki leczenia. Natomiast z perspektywy wielu świadczeniodawców dzisiaj największym wyzwaniem jest znaleźć rozwiązanie, które zapewniłoby wysoką jakość, ale przy niestety często skromnym budżecie. Opieka koordynowana może być drogowskazem, jak osiągnąć ten cel – ocenia Mirosław Suszek.

Zdaniem wiceprezesa Medicover opieka koordynowana stwarza możliwość podniesienia efektywności i jakości służby zdrowia przy wykorzystaniu dotychczasowych zasobów ludzkich i materialnych. Niezbędny jest jednak właściwie skonstruowany model finansowania całego systemu, tak aby procedury medyczne uzupełniały się nawzajem.

– Aby opieka koordynowana się rozwijała, potrzebny jest właściwy model finansowania. Jeżeli system finansowania nie wspiera koordynowanej opieki, następuje fragmentaryzacja cyklu leczenia. Polega to na tym, że świadczeniodawcy skupiają się na procedurach, które mają zakontraktowane, i niechętnie ponoszą koszty dodatkowych interwencji i działań, nawet jeżeli są one bardzo korzystne dla pacjenta – tłumaczy Mirosław Suszek.

Stosunkowo dużym wyzwaniem dla systemu opieki koordynowanej – podobnie jak dla całej służby zdrowia – jest malejąca liczba lekarzy podstawowej opieki i specjalistów. Według danych OECD w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada statystycznie 2,2 lekarzy. To jeden z najgorszych wskaźników w Europie. Dla porównania w Niemczech jest 4 lekarzy, a w Grecji – 6 lekarzy na tysiąc mieszkańców. W ubiegłym roku system kształcenia lekarzy w Polsce skontrolowała Najwyższa Izba Kontroli, która wskazała, że nie odpowiada on na potrzeby zdrowotne społeczeństwa.

 Liczba lekarzy w trakcie wykonywania specjalizacji również jest niewystarczająca. Są prognozy mówiące o tym, że w ciągu najbliższych 10 lat liczba specjalistów, w tym dermatologów, ginekologów czy pediatrów, spadnie nawet o kilkanaście procent. Dlatego niezbędne są bardziej zdecydowane działania Ministerstwa Zdrowia, inaczej ta ponura perspektywa niestety stanie się faktem – mówi Mirosław Suszek.

Medicover, który w Polsce zapewnia prywatną opiekę medyczną dla ponad 660 tys. pacjentów, z powodzeniem rozwija u siebie system opieki koordynowanej. Obecnie wdraża nowy system koordynacji świadczeń o nazwie Patient Flow Management. Zasady jego funkcjonowania zostały opracowane przez lekarzy i specjalistów pracujących dla Medicover.

 Jak działa ten system? Pacjent kontaktuje się z nami, a my po identyfikacji wykonujemy pewnego rodzaju kwalifikację, która polega na zebraniu niezbędnych informacji o pacjencie. Te dane już na wstępnym etapie pozwalają nam określić, jaka usługa medyczna powinna zostać zastosowana u danego pacjenta. Nasz system automatycznie pobiera informacje o pacjencie z bazy danych, następnie konsultant przeprowadza krótki wywiad i wprowadza informacje o pacjencie do systemu. Wszystkie zebrane informacje dzięki połączeniu z wytycznymi opracowanymi z działem medycznym pozwalają zarekomendować pacjentowi najbardziej efektywne leczenie – tłumaczy Mirosław Suszek.

Głównym narzędziem wspierającym koordynowana opiekę są technologie. Przykładowo pacjenci Medicover mogą się konsultować za pośrednictwem dostępnego czatu lub poprzez wideokonferencję z internistą, pediatrą oraz lekarzem rodzinnym. Znaczącym usprawnieniem są także recepty online czy możliwość omówienia wyników badań za pośrednictwem internetu. Dodatkowo z myślą o osobach, które nie korzystają z internetu, Medicover wprowadził usługę telefonicznych porad medycznych. Celem tych wszystkich działań jest usprawnienie świadczeń oraz zwiększenie komfortu pacjentów.

Rozwiązania technologiczne wspierają koordynowaną opiekę w Medicover. Dzięki nim jesteśmy w stanie dopasować rozwiązanie do określonych potrzeb pacjenta. Za pomocą narzędzi online możemy przeprowadzić skrócony wywiad medyczny i zaproponować właściwe i szybkie rozwiązanie skrojone na potrzebny danego pacjenta. To powoduje, że bardzo efektywnie i szybko pacjent otrzymuje od nas dopasowaną pomoc i opiekę – mówi Sonia Kondratowicz, dyrektor ds. obsługi klienta w Medicover. – Dla naszych pacjentów udostępniamy również darmową aplikacje mobilną, dzięki której można umawiać i odwoływać wizyty, podejrzeć wyniki badań i skierowania, zamówić receptę na stale przyjmowane leki, napisać wiadomość do swojego lekarza, wyszukiwać placówki z automatyczną nawigacją – dodaje.

Zalety opieki koordynowanej dostrzegają również podmioty publiczne. Według zapowiedzi resortu zdrowia w tym roku ma ruszyć pilotażowy program opieki koordynowanej w POZ, w którym lekarze podstawowej opieki zdrowotnej zostaną wyposażeni w szersze możliwości badania i diagnozowania pacjentów. To część unijnego projektu, który NFZ prowadzi we współpracy z Bankiem Światowym. Dla funduszu jest to obecnie jeden z najważniejszych projektów. Model opieki koordynowanej nad pacjentem został już wcześniej wprowadzony m.in. w kilku krajach Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych.

Drukarki atramentowe wracają do łask. Najbardziej nowoczesne urządzenia pozwalają drukować za mniej niż 1 grosz za stronę

Drukarki atramentowe wracają do łask. Najbardziej nowoczesne urządzenia pozwalają drukować za mniej niż 1 grosz za stronę 15

Po latach mody na drukarki laserowe, do biur wracają urządzenia oparte na technologii atramentowej. Eksperci zauważają, że wbrew pozorom mogą one być wydajniejsze i bardziej ekologiczne, ponieważ przyczyniają się do oszczędności energii elektrycznej. W przypadku nowoczesnych i zaawansowanych urządzeń wydruku jednej strony kosztuje mniej niż jeden grosz. 

W ostatnich latach obserwujemy znaczący wzrost sprzedaży drukarek atramentowych. Zaletą tej technologii jest przede wszystkim większa wydajność oraz ekologia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Modrzewski, szef sprzedaży odpowiedzialny za rynek polski oraz krajów bałtyckich w Epson Europe.

O przewadze ekologicznych drukarek atramentowych przesądza między innymi zużycie energii elektrycznej. Takie urządzenia przy porównywalnym obciążeniu – na przykład w trakcie godziny pracy lub wydruku podobnej liczby stron – zużywają dwunastokrotnie mniej energii elektrycznej w porównaniu do urządzeń laserowych. Ma to również przełożenie na wysokość rachunków. Ponadto do pracy drukarek atramentowych potrzebna jest znacznie mniejsza ilość materiałów eksploatacyjnych i komponentów.

W przypadku drukarki atramentowej użytkownik musi wymienić tylko wkład z atramentem oraz pojemnik na zużyty atrament. Natomiast w przypadku drukarki laserowej poza tonerami trzeba wymieniać też grzałki, pasy przenoszące i wiele innych mniejszych podzespołów – mówi Krzysztof Modrzewski.

Epson jako pierwszy producent wprowadził w swoich drukarkach system zewnętrznego zasilania atramentem. Były to drukarki zbudowane w systemie ITS, czyli Ink Tank System. Pierwsze takie urządzenia trafiły na polski rynek w 2012 roku, były to dwa modele urządzeń wielofunkcyjnych.

Początki były trudne, ponieważ cena tego urządzenia dla odbiorcy końcowego była znacznie wyższa w porównaniu do tego, co oferowała konkurencja. Naszą przewagą były natomiast niskie koszty eksploatacji. Koszt wydruku strony jest w tym przypadku niższy niż jeden grosz – mówi Krzysztof Modrzewski.

Od około dwóch lat Epson obserwuje skokowy wzrost sprzedaży drukarek z zewnętrznym systemem zasilania atramentem. Ubiegły rok producent sprzętu zakończył z 25-proc. udziałem w rynku pod względem wartości sprzedaży oraz z blisko 17-proc. udziałem pod względem liczby sprzedanych urządzeń. To plasuje firmę na drugim miejscu na polskim rynku. Na popularność drukarek atramentowych wpływa wydajność i niski koszt eksploatacji.

Wraz z urządzeniem klient otrzymuje duży zapas atramentów. W przypadku najpopularniejszego modelu jest to zapas na 11 tys. stron w czerni i 6,5 tys. stron w kolorze. Później, kiedy już wyczerpie ten zapas, może dokupić za około 30 zł nowy pojemnik, który wystarczy na wydruk 6,5 tys. stron. Tak więc koszty są znikome – mówi Krzysztof Modrzewski.

W obszarze urządzeń biznesowych technologia druku od Epson także pozwala na olbrzymie oszczędności wynikające nie tylko bezpośrednio z niskiej ceny druku strony, lecz także z kosztów mniej oczywistych, a mających znaczenie w przypadku drukowania dużej liczby stron. Poza wspomnianym kosztem energii elektrycznej są to także koszty serwisowe wynikające z awarii oraz przestoje eksploatacyjne.

Jak podaje zajmująca się badaniami rynkowymi agencja Context, w II kwartale ubiegłego roku producenci wprowadzili na polski rynek o 2 proc. więcej urządzeń drukujących niż rok wcześniej.

Wyniki osiągane przez inwestorów na rynku OTC w I kwartale 2017

Polskie domy maklerskie już trzeci raz opublikowały wyniki osiągane przez inwestorów na rynku OTC. W I kwartale tego roku inwestorzy rynku OTC osiągnęli lepsze wyniki niż w IV kwartale ub.r.

Podobnie jak w poprzednim okresie największy odsetek aktywnych inwestorów (ok. 53%) osiągał zyski dzięki transakcjom na rynku kontraktów na obligacje oraz stopy procentowe (ang. Bond/Interest Rate CFD). Wysoko, utrzymywały się również wyniki z transakcji realizowanych na inwestycjach na towary (ang. Commodity CFD) – na poziomie ok. 44% zyskujących inwestorów – oraz pochodnych na waluty (ang. Forex CFD) – ok. 40%. W obszarze pochodnych na indeksy giełdowe (ang. Index CFD) odsetek zarabiających w IV kwartale wyniósł ok. 35%, a w kontraktach na akcje (ang. Equity CFD) – ok. 31%.

Polskie domy maklerskie już trzeci raz z rzędu opublikowały szczegółowe wyniki inwestorów rynku OTC. Ten system raportowania wyników zawiera najwięcej różnego rodzaju parametrów transakcyjnych, w tym wyniki inwestorskie czy czasy realizacji zleceń, i może być inspiracją dla innych segmentów rynku finansowego.

Izba Domów Maklerskich oraz zrzeszone w niej domy maklerskie kładą duży nacisk na rzetelną i systematyczną edukację swoich klientów oraz transparentność. Kolejne już wyniki, wyraźnie wyższe od przywoływanych jeszcze danych dotyczących lat 2012–15 i wskazują, że starania domów maklerskich o podniesienie poziomu wiedzy przynoszą wymierne efekty – komentuje Marek Wołos, ekspert IDM ds. rynków OTC instrumentów pochodnych.

Izba Domów Maklerskich podkreśla, że raportowane wyniki dotyczą klientów korzystających z usług rodzimych domów maklerskich nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego. Nie dotyczą one biur i firm zagranicznych, które nie stosują przepisów oraz wytycznych wydanych i egzekwowanych przez KNF. IDM apeluje do inwestorów o weryfikację podmiotów, z usług których zamierzają skorzystać. Izba przestrzega przed reklamami zagranicznych podmiotów nieposiadających licencji.

  Zarabiający Tracący
Bond/Interest Rate CFD 53,12 45,85
Commodity CFD 43,57 56,31
Equity CFD 30,96 68,78
Forex CFD 39,45 60,52
Index CFD 34,62 65,31

– dane bez rachunków, dla których nie wykazano ani zysku, ani straty;

– średnia arytmetyczna dla klientów X-Trade Brokers DM S.A., DM TMS Brokers S.A. i DM BOŚ S.A. (domy maklerskie z siedzibą w Polsce, posiadające licencje wydane przez KNF), dla klientów, którzy podpisali umowy na terytorium Polski;

– terminologia wg standardu opracowanego przez KNF.

Polski dług może wystrzelić do 70 proc. PKB

Publikacja przez GUS wstępnego szacunku deficytu instytucji rządowych i samorządowych na względnie niskim poziomie 2,4 proc. PKB tylko pozornie nie daje podstaw do niepokoju – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Kiedy jednak uświadomimy sobie, dlaczego różnica pomiędzy wydatkami a przychodami państwa zmniejszyła się w tym roku oraz zestawimy to z szacunkami Komisji Europejskiej, dojdziemy do wniosku, że w przyszłości będzie już znacznie gorzej.

Inwestycje spadły, deficyt wzrośnie

Deficyt na poziomie 2,4 proc. PKB jest wynikiem bardzo dobrym, patrząc historycznie na bilans dochodów i wydatków budżetu państwa oraz jednostek samorządu terytorialnego (JST). Warto jednak zwrócić uwagę, że nastąpił on w środowisku znacznego ograniczenia wydatków inwestycyjnych przez JST.

Według cytowanych przez PAP danych Ministerstwa Finansów wartość inwestycji JST spadła w ubiegłym roku do 24,16 mld zł wobec 37,22 mld zł w 2015 r. Kwota ok. 13 mld zł stanowi mniej więcej 0,7 pkt proc. PKB, czyli gdyby wydatki rozwojowe utrzymały swoją wartość na poziomie sprzed dwóch lat, to deficyt prawdopodobnie przekroczyłby poziom 3 proc. PKB.

Warto również podkreślić, że według projekcji makroekonomicznych opublikowanych w lutym przez Komisję Europejską (KE) deficyt budżetowy w 2018 r. wyniesie 3 proc. PKB. Jest to trzeci najgorszy rezultat w całej Unii przy przeciętnej dla Wspólnoty na poziomie 1,6 proc. To jednak wcale nie jest najgorsza informacja.

Dużo poważniej wyglądają problemy strukturalne polskich finansów przedstawione w „Monitorze Zdolności Obsługi Zadłużenia” (Debt Sustainability Monitor – DSM) KE. Jeżeli one się zmaterializują, mogą znacznie zwiększyć koszty finansowania państwa w najbliższych latach, zagrozić ratingowi Polski oraz jeszcze bardziej uzależnić kurs złotego od globalnego sentymentu inwestycyjnego.

Sytuacja Polski pogorszy się najbardziej

Już w wydanym na początku 2016 r. raporcie DSM sytuacja Polski nie wyglądała rewelacyjnie. Pod koniec 10-letniego okresu prognoz poziom długu do PKB miał wzrosnąć do 62,5 proc. Również deficyt strukturalny, czyli różnica pomiędzy dochodami i wydatkami państwa z uwzględnieniem wahań koniunktury, miał do 2020 r. utrzymać się nieco poniżej 3 proc. PKB, a potem stopniowo rosnąć, aby osiągnąć 4,2 proc. w 2026 r.

Jednak tegoroczna rewizja DSM stawia Polskę w znacznie gorszym świetle. Już w 2020 r. strukturalny deficyt w relacji do PKB ma sięgnąć 3,5 proc. Z kolei w 2023 r. ma dojść do poziomu 4 proc., a na koniec 10-letniego horyzontu prognoz osiągnie wartość 4,9 proc. PKB. W rezultacie, według opracowania DSM przygotowanego przez KE, poziom długu do PKB za dekadę ma wynieść 69,2 proc.

Choć przewidywania na tak długi okres są obarczone znacznym ryzykiem błędu, to jednak inwestorzy zagraniczni kupujący polskie obligacje skarbowe z 10-letnim okresem do wykupu muszą posługiwać się modelami prognostycznymi, które również biorą pod uwagę sytuację w najbliższej dekadzie.

W kontekście ratingu czy kosztów obsługi długu ważna jest także relatywna pozycja kraju. Jeżeli sytuacja na całym świecie się pogarsza, to wtedy podążanie z ogólnym trendem przez dane państwo nie jest szczególnie groźnie. Gorzej jednak, gdy kondycja w regionie jest względnie stabilna, a w badanym kraju się pogarsza. Niestety, to właśnie ten drugi przykład odnosi się do Polski.

Monitor DSM pokazuje, że deficyt strukturalny Polski pod koniec okresu projekcji będzie najwyższy w całej Unii (4,9 proc. PKB). W konserwatywnie zarządzającej wydatkami Bułgarii będzie to 0,5 proc. PKB, na Węgrzech 2,4 proc. PKB, a w Czechach 2,6 proc. PKB.

Rezultatem tak znacznego pogorszenia się rocznego bilansu dochodów i wydatków nad Wisłą będzie praktycznie zrównanie się długu do PKB Polski (69,2 proc.) oraz Węgier (70,3 proc.). Obecnie ten wskaźnik jest aż o 20 pkt proc. niższy w naszym kraju niż na Węgrzech.

70 proc. długu do PKB to poważne zagrożenie

Jeżeli projekcje deficytu strukturalnego i długu sektora finansów publicznych przedstawione w opracowaniu DSM przygotowanym przez Komisję Europejską sprawdzą się, to nie będziemy się zastanawiać, czy dana agencja obniży nam rating o jeden stopień, czy też pozostawi go na bieżącym poziomie.

Dyskusja natomiast będzie dotyczyć tego, czy wiarygodność Polski utrzyma się na poziomie inwestycyjnym, czy też spadnie do oceny spekulacyjnej potocznie nazywanej śmieciową. Miałoby to bardzo poważne konsekwencje dla możliwości inwestycyjnych naszego kraju, kursu złotego czy wreszcie ogólnego standardu życia Polaków.

Sztuczna inteligencja w ubezpieczeniach. Insurtech zrewolucjonizuje rynek

Do niedawna „sztuczna inteligencja” była odległą wizją przyszłości i kojarzyła się głównie z serialami science fiction. Dzisiaj wirtualna Siri w iPhonie jest już prawie równorzędnym partnerem do rozmowy, odpowiadającym na pytania i dostarczającym potrzebnych informacji. Nie wykluczone, że wkrótce zarezerwuje nam stolik w restauracji lub przełoży umówione spotkanie. Elementy sztucznej inteligencji znalazły także zastosowanie w ubezpieczeniach i doprowadziły do powstania innowacyjnej branży insurtech. Już wkrótce wirtualny agent ubezpieczeniowy przyjmie zgłoszenie szkody, a specjalna aplikacja ubezpieczyciela umożliwi wstępną diagnozę i skontaktuje nas z odpowiednim lekarzem.

Wirtualny agent pomoże, doradzi i dopasuje ubezpieczenie

InsurTech to branża, która łączy przedstawicieli start-upów, twórców innowacyjnych technologii i tradycyjnych ubezpieczycieli. Polskie start-upy insurtechowe pracują nad rozwiązaniami, które mają nie tylko ułatwić obsługę klienta, ale przede wszystkim całkowicie zwirtualizować i spersonalizować system ubezpieczeń. Większość prowadzonych obecnie badań skupia się na wykorzystaniu sztucznej inteligencji w różnych obszarach funkcjonowania ubezpieczycieli.

Aby zrozumieć, czym tak naprawdę zajmują się polskie Insurtechy trzeba spojrzeć szerzej na całą branżę ubezpieczeniową. Nowoczesna technologia wspiera ubezpieczycieli niemal we wszystkich aspektach ich pracy. W obszarze płatności pojawiają się np. rozwiązania umożliwiające dokonywanie płatności za pomocą wirtualnej waluty, tzw. bitcoin. W zakresie obsługi klienta trwają prace nad stworzeniem „wirtualnych agentów”, którzy będą w stanie udzielić rzeczowej rady,  przeanalizować potrzeby konsumenta i dopasowywać odpowiednie produkty ubezpieczeniowetłumaczy Marek Zefirian, prezes zarządu Starter24 i członek rady programowej InsurTech Digital Congress.

Australijscy studenci korzystają z polskich rozwiązań

Obszar zainteresowań branży insurtech wykracza znacznie poza tradycyjny sposób myślenia o ubezpieczeniach. Coraz częściej polskie start-upy, działające w obszarze sztucznej inteligencji, nawiązują współpracę z zagranicznymi korporacjami i wdrażają u nich efekty swoich badań. Najlepszym tego przykładem jest wrocławska firma Infermedica, która tworzy oprogramowanie do wstępnej diagnostyki medycznej. Spółka ta opracowała aplikację Symptomate, która przedstawia przypuszczalne jednostki chorobowe, powiązane ze wskazanymi objawami, oraz informuje, do jakiego lekarza specjalisty należy się udać. – Obecnie realizujemy projekt pilotażowy dla jednej z największych firm ubezpieczeniowych na świecie. Obejmuje on australijskich studentów, którzy posiadają indywidualne ubezpieczenie zdrowotne. Mają oni dostęp do infolinii, na której dyżurują lekarze i pielęgniarki. Chcąc odciążyć pracę tej infolinii i usprawnić proces konsultacji z lekarzem, ubezpieczyciel postanowił dać studentom dostęp do aplikacji opartej na naszych rozwiązaniach. Aplikacja na podstawie wprowadzonych przez studenta objawów wstępnie diagnozuje problem i kieruje go do odpowiedniego specjalisty – mówi Piotr Orzechowski, Prezes Zarządu Infermedica.

O tego typu projektach i rozwiązaniach realizowanych przez polskie firmy będą rozmawiać uczestnicy InsurTech Digital Congress – wydarzenia, które powstało w celu integracji polskiej branży insurtech. Pierwsza edycja kongresu odbędzie się już 24 i 25 maja w Warszawie w ramach FutureTech Congress. – Rozwój polskich insurtechów i rosnąca świadomość technologiczna klientów zainspirowały nas do powołania wydarzenia dedykowanego tej innowacyjnej branży. InsurTech Digital Congress to wydarzenie międzynarodowe, które ma pokazać potencjał technologiczny polskiego sektora ubezpieczeń i pomóc w wypracowaniu nowego modelu współpracy pomiędzy insurtechami, a firmami ubezpieczeniowymi – mówi Witold Jaworski, przewodniczący rady programowej InsurTech Digital Congress.

InsurTech Digital Congress odbędzie się w ramach FutureTech Congress – jednego z najważniejszych szczytów biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej, dedykowanego innowacyjnym branżom fintech, insurtech oraz big data. Pierwsza edycja kongresu organizowanego przez MMC Polska odbędzie się 24 i 25 maja w Warszawie. Honorowym przewodniczącym rady programowej jest Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu PKO BP.

Podsumowanie Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) w marcu

Pomimo korekty trwającego przez kilka miesięcy trendu wzrostowego na GPW, w marcu spora część firmy produkcyjnych uchroniła się przed rażącymi spadkami. Dobre nastroje w branży odzwierciedla Giełdowy Indeks Produkcji. GIP60 w marcu osiągnął poziom 1162 pkt., co oznacza wzrost o 18 pkt. w stosunku do poprzedniego miesiąca. Jednak mimo utrzymującej się dobrej koniunktury, ponad połowa spółek z indeksu zanotowała straty, które w skrajnych przypadkach przekroczyły -5 proc.

Marzec to kolejny już dobry miesiąc dla branży produkcyjnej. Aż jedna trzecia spółek z GIP60 osiągnęła w marcu wzrost wartości powyżej 5 proc, jednak Giełdowy Indeks Produkcji nie rósł już w tempie tak szybkim, jak w minionych miesiącach. Powodów do niepokoju jednak nie ma – Wzrost o 18 pkt. i końcowy wynik w postaci 1162 pkt. oznacza, że pomimo korekty na giełdzie, ten sektor gospodarki prężnie się rozwija i nic nie wskazuje na to, by ta tendencja w najbliższym czasie miała ulec zmianie. Stopa wzrostu na poziomie 1.60 proc. z pozoru może wydawać się niewielka, ale jeśli zestawimy ją z głównymi indeksami GPW, to robi ona wrażenie  – komentuje Maciej Zaręba, pomysłodawca i współtwórca indeksu GIP z firmy DSR.GIP marzec 2017 graf

Największe znaczenie dla indeksu GIP60 miała końcówka miesiąca, bo właśnie wtedy wybił się on ponad benchmarki rynkowe. Porównując go z wykresami indeksów WIG (-0.67 proc.) i WIG20 (-0.70 proc.) można dostrzec, że wyższa stopa zwrotu została osiągnięta przy niższej zmienności, a więc przy niższym ryzyku. Największe wzrosty w ubiegłym miesiącu zanotowały spółki produkcyjne z branży motoryzacyjnej (+26,7 proc.) i farmaceutycznej (+15,5 proc.) oraz projektanci (+9,2 proc.). W przypadku tych ostatnich do wzrostu wartości przyczyniły się bardzo dobre wyniki finansowe. Nie wszystkim firmom udało się jednak osiągnąć dodatnie wyniki.  31 przedsiębiorstw z GIP60 zanotowało spadek wartości, a w czternastu przypadkach przekroczył on nawet -5 proc.

Siła nowych kontraktów

SELVITA (+61,4%), URSUS (+59,3%) i LPP (+20%) to spółki, które zyskały w marcu ponadprzeciętny wzrost wartości i które stały się motorem napędowym całego indeksu. W przypadku dwóch pierwszych firm, przyczyn tak dobrych wyników należy doszukiwać się w podpisaniu nowych kontraktów. Kurs akcji krakowskiej spółki biotechnologicznej SELVITA rósł dynamicznie po tym, jak na pojawiła się informacja o podpisaniu umowy partneringowej na cząsteczkę SEL24 z firmą Berlin-Chemie Menarini. Nowy kontrakt pozwolił zbliżyć rynkową wycenę spółki do 1 mld zł. Również Ursus może pochwalić się umową z nowym klientem z Zambii. Dołączy on do długiej listy afrykańskich kontrahentów spółki. Kontrakt podpisany przez rodzimego producenta ciągników oraz maszyn rolniczych opiewa na ponad 100 milionów USD. Znalazło to odzwierciedlenie w giełdowych wynikach.

Deklaracja Warszawska pomoże produkcji?

Nie bez znaczenia dla optymizmu inwestorów i w długofalowej perspektywie dla rozwoju firm produkcyjnych w Polsce jest podpisanie przez premierów Grupy Wyszehradzkiej Deklaracji Warszawskiej. MA ona na celu pogłębienie współpracy w zakresie badań, rozwoju i rynku cyfrowego pomiędzy krajami z grupy. Zdaniem Viktora Orbana to właśnie państwa Europy Środkowowschodniej w nadchodzących lata czeka najszybszy rozwój. – Jestem przekonany, że przyszłość Europy zależy od czwórki wyszehradzkiej, nawet mam na potwierdzenie tej tezy kilka argumentów. Uważam, że punkt ciężkości rozwoju Europy z państw zachodnich będzie się przesuwać w kierunku centrum. My będziemy częścią tego procesu – skomentował podpisanie deklaracji premier Węgier. Według Macieja Zaręby z DSR, współpraca na polu gospodarczym z państwami nią objętymi może być pozytywnym impulsem dla rozwoju polskiego przemysłu.

Produkujemy i zatrudniamy coraz więcej

Obecna sytuacja daje nadzieje na dalsze wzrosty wartości spółek z GIP60. Rośnie liczba nowych zamówień, coraz więcej osób znajduje pracę w firmach z sektora produkcji a wskaźnik PMI nad Wisłą wyniósł 54,4 pkt., co oznacza, że był to najlepszy kwartał od dwóch lat.

Polska nie jest odosobniona pod względem wzrostu ogólnej wielkości produkcji. Podobne tendencje można zaobserwować w Unii Europejskiej. W strefie euro PMI wzrósł z 55,5 pkt. w lutym do 56,2 pkt. na koniec marca. Również przemysł niemiecki zanotował kolejny doskonały miesiąc. PMI oszacowano tam na poziomie 58,3 pkt. wobec 56,8 pkt. w lutym.