Drukarki atramentowe wracają do łask. Najbardziej nowoczesne urządzenia pozwalają drukować za mniej niż 1 grosz za stronę

Drukarki atramentowe wracają do łask. Najbardziej nowoczesne urządzenia pozwalają drukować za mniej niż 1 grosz za stronę 1

Po latach mody na drukarki laserowe, do biur wracają urządzenia oparte na technologii atramentowej. Eksperci zauważają, że wbrew pozorom mogą one być wydajniejsze i bardziej ekologiczne, ponieważ przyczyniają się do oszczędności energii elektrycznej. W przypadku nowoczesnych i zaawansowanych urządzeń wydruku jednej strony kosztuje mniej niż jeden grosz. 

W ostatnich latach obserwujemy znaczący wzrost sprzedaży drukarek atramentowych. Zaletą tej technologii jest przede wszystkim większa wydajność oraz ekologia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Modrzewski, szef sprzedaży odpowiedzialny za rynek polski oraz krajów bałtyckich w Epson Europe.

O przewadze ekologicznych drukarek atramentowych przesądza między innymi zużycie energii elektrycznej. Takie urządzenia przy porównywalnym obciążeniu – na przykład w trakcie godziny pracy lub wydruku podobnej liczby stron – zużywają dwunastokrotnie mniej energii elektrycznej w porównaniu do urządzeń laserowych. Ma to również przełożenie na wysokość rachunków. Ponadto do pracy drukarek atramentowych potrzebna jest znacznie mniejsza ilość materiałów eksploatacyjnych i komponentów.

W przypadku drukarki atramentowej użytkownik musi wymienić tylko wkład z atramentem oraz pojemnik na zużyty atrament. Natomiast w przypadku drukarki laserowej poza tonerami trzeba wymieniać też grzałki, pasy przenoszące i wiele innych mniejszych podzespołów – mówi Krzysztof Modrzewski.

Epson jako pierwszy producent wprowadził w swoich drukarkach system zewnętrznego zasilania atramentem. Były to drukarki zbudowane w systemie ITS, czyli Ink Tank System. Pierwsze takie urządzenia trafiły na polski rynek w 2012 roku, były to dwa modele urządzeń wielofunkcyjnych.

Początki były trudne, ponieważ cena tego urządzenia dla odbiorcy końcowego była znacznie wyższa w porównaniu do tego, co oferowała konkurencja. Naszą przewagą były natomiast niskie koszty eksploatacji. Koszt wydruku strony jest w tym przypadku niższy niż jeden grosz – mówi Krzysztof Modrzewski.

Od około dwóch lat Epson obserwuje skokowy wzrost sprzedaży drukarek z zewnętrznym systemem zasilania atramentem. Ubiegły rok producent sprzętu zakończył z 25-proc. udziałem w rynku pod względem wartości sprzedaży oraz z blisko 17-proc. udziałem pod względem liczby sprzedanych urządzeń. To plasuje firmę na drugim miejscu na polskim rynku. Na popularność drukarek atramentowych wpływa wydajność i niski koszt eksploatacji.

Wraz z urządzeniem klient otrzymuje duży zapas atramentów. W przypadku najpopularniejszego modelu jest to zapas na 11 tys. stron w czerni i 6,5 tys. stron w kolorze. Później, kiedy już wyczerpie ten zapas, może dokupić za około 30 zł nowy pojemnik, który wystarczy na wydruk 6,5 tys. stron. Tak więc koszty są znikome – mówi Krzysztof Modrzewski.

W obszarze urządzeń biznesowych technologia druku od Epson także pozwala na olbrzymie oszczędności wynikające nie tylko bezpośrednio z niskiej ceny druku strony, lecz także z kosztów mniej oczywistych, a mających znaczenie w przypadku drukowania dużej liczby stron. Poza wspomnianym kosztem energii elektrycznej są to także koszty serwisowe wynikające z awarii oraz przestoje eksploatacyjne.

Jak podaje zajmująca się badaniami rynkowymi agencja Context, w II kwartale ubiegłego roku producenci wprowadzili na polski rynek o 2 proc. więcej urządzeń drukujących niż rok wcześniej.

Wyniki osiągane przez inwestorów na rynku OTC w I kwartale 2017

Polskie domy maklerskie już trzeci raz opublikowały wyniki osiągane przez inwestorów na rynku OTC. W I kwartale tego roku inwestorzy rynku OTC osiągnęli lepsze wyniki niż w IV kwartale ub.r.

Podobnie jak w poprzednim okresie największy odsetek aktywnych inwestorów (ok. 53%) osiągał zyski dzięki transakcjom na rynku kontraktów na obligacje oraz stopy procentowe (ang. Bond/Interest Rate CFD). Wysoko, utrzymywały się również wyniki z transakcji realizowanych na inwestycjach na towary (ang. Commodity CFD) – na poziomie ok. 44% zyskujących inwestorów – oraz pochodnych na waluty (ang. Forex CFD) – ok. 40%. W obszarze pochodnych na indeksy giełdowe (ang. Index CFD) odsetek zarabiających w IV kwartale wyniósł ok. 35%, a w kontraktach na akcje (ang. Equity CFD) – ok. 31%.

Polskie domy maklerskie już trzeci raz z rzędu opublikowały szczegółowe wyniki inwestorów rynku OTC. Ten system raportowania wyników zawiera najwięcej różnego rodzaju parametrów transakcyjnych, w tym wyniki inwestorskie czy czasy realizacji zleceń, i może być inspiracją dla innych segmentów rynku finansowego.

Izba Domów Maklerskich oraz zrzeszone w niej domy maklerskie kładą duży nacisk na rzetelną i systematyczną edukację swoich klientów oraz transparentność. Kolejne już wyniki, wyraźnie wyższe od przywoływanych jeszcze danych dotyczących lat 2012–15 i wskazują, że starania domów maklerskich o podniesienie poziomu wiedzy przynoszą wymierne efekty – komentuje Marek Wołos, ekspert IDM ds. rynków OTC instrumentów pochodnych.

Izba Domów Maklerskich podkreśla, że raportowane wyniki dotyczą klientów korzystających z usług rodzimych domów maklerskich nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego. Nie dotyczą one biur i firm zagranicznych, które nie stosują przepisów oraz wytycznych wydanych i egzekwowanych przez KNF. IDM apeluje do inwestorów o weryfikację podmiotów, z usług których zamierzają skorzystać. Izba przestrzega przed reklamami zagranicznych podmiotów nieposiadających licencji.

  Zarabiający Tracący
Bond/Interest Rate CFD 53,12 45,85
Commodity CFD 43,57 56,31
Equity CFD 30,96 68,78
Forex CFD 39,45 60,52
Index CFD 34,62 65,31

– dane bez rachunków, dla których nie wykazano ani zysku, ani straty;

– średnia arytmetyczna dla klientów X-Trade Brokers DM S.A., DM TMS Brokers S.A. i DM BOŚ S.A. (domy maklerskie z siedzibą w Polsce, posiadające licencje wydane przez KNF), dla klientów, którzy podpisali umowy na terytorium Polski;

– terminologia wg standardu opracowanego przez KNF.

Polski dług może wystrzelić do 70 proc. PKB

Publikacja przez GUS wstępnego szacunku deficytu instytucji rządowych i samorządowych na względnie niskim poziomie 2,4 proc. PKB tylko pozornie nie daje podstaw do niepokoju – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Kiedy jednak uświadomimy sobie, dlaczego różnica pomiędzy wydatkami a przychodami państwa zmniejszyła się w tym roku oraz zestawimy to z szacunkami Komisji Europejskiej, dojdziemy do wniosku, że w przyszłości będzie już znacznie gorzej.

Inwestycje spadły, deficyt wzrośnie

Deficyt na poziomie 2,4 proc. PKB jest wynikiem bardzo dobrym, patrząc historycznie na bilans dochodów i wydatków budżetu państwa oraz jednostek samorządu terytorialnego (JST). Warto jednak zwrócić uwagę, że nastąpił on w środowisku znacznego ograniczenia wydatków inwestycyjnych przez JST.

Według cytowanych przez PAP danych Ministerstwa Finansów wartość inwestycji JST spadła w ubiegłym roku do 24,16 mld zł wobec 37,22 mld zł w 2015 r. Kwota ok. 13 mld zł stanowi mniej więcej 0,7 pkt proc. PKB, czyli gdyby wydatki rozwojowe utrzymały swoją wartość na poziomie sprzed dwóch lat, to deficyt prawdopodobnie przekroczyłby poziom 3 proc. PKB.

Warto również podkreślić, że według projekcji makroekonomicznych opublikowanych w lutym przez Komisję Europejską (KE) deficyt budżetowy w 2018 r. wyniesie 3 proc. PKB. Jest to trzeci najgorszy rezultat w całej Unii przy przeciętnej dla Wspólnoty na poziomie 1,6 proc. To jednak wcale nie jest najgorsza informacja.

Dużo poważniej wyglądają problemy strukturalne polskich finansów przedstawione w „Monitorze Zdolności Obsługi Zadłużenia” (Debt Sustainability Monitor – DSM) KE. Jeżeli one się zmaterializują, mogą znacznie zwiększyć koszty finansowania państwa w najbliższych latach, zagrozić ratingowi Polski oraz jeszcze bardziej uzależnić kurs złotego od globalnego sentymentu inwestycyjnego.

Sytuacja Polski pogorszy się najbardziej

Już w wydanym na początku 2016 r. raporcie DSM sytuacja Polski nie wyglądała rewelacyjnie. Pod koniec 10-letniego okresu prognoz poziom długu do PKB miał wzrosnąć do 62,5 proc. Również deficyt strukturalny, czyli różnica pomiędzy dochodami i wydatkami państwa z uwzględnieniem wahań koniunktury, miał do 2020 r. utrzymać się nieco poniżej 3 proc. PKB, a potem stopniowo rosnąć, aby osiągnąć 4,2 proc. w 2026 r.

Jednak tegoroczna rewizja DSM stawia Polskę w znacznie gorszym świetle. Już w 2020 r. strukturalny deficyt w relacji do PKB ma sięgnąć 3,5 proc. Z kolei w 2023 r. ma dojść do poziomu 4 proc., a na koniec 10-letniego horyzontu prognoz osiągnie wartość 4,9 proc. PKB. W rezultacie, według opracowania DSM przygotowanego przez KE, poziom długu do PKB za dekadę ma wynieść 69,2 proc.

Choć przewidywania na tak długi okres są obarczone znacznym ryzykiem błędu, to jednak inwestorzy zagraniczni kupujący polskie obligacje skarbowe z 10-letnim okresem do wykupu muszą posługiwać się modelami prognostycznymi, które również biorą pod uwagę sytuację w najbliższej dekadzie.

W kontekście ratingu czy kosztów obsługi długu ważna jest także relatywna pozycja kraju. Jeżeli sytuacja na całym świecie się pogarsza, to wtedy podążanie z ogólnym trendem przez dane państwo nie jest szczególnie groźnie. Gorzej jednak, gdy kondycja w regionie jest względnie stabilna, a w badanym kraju się pogarsza. Niestety, to właśnie ten drugi przykład odnosi się do Polski.

Monitor DSM pokazuje, że deficyt strukturalny Polski pod koniec okresu projekcji będzie najwyższy w całej Unii (4,9 proc. PKB). W konserwatywnie zarządzającej wydatkami Bułgarii będzie to 0,5 proc. PKB, na Węgrzech 2,4 proc. PKB, a w Czechach 2,6 proc. PKB.

Rezultatem tak znacznego pogorszenia się rocznego bilansu dochodów i wydatków nad Wisłą będzie praktycznie zrównanie się długu do PKB Polski (69,2 proc.) oraz Węgier (70,3 proc.). Obecnie ten wskaźnik jest aż o 20 pkt proc. niższy w naszym kraju niż na Węgrzech.

70 proc. długu do PKB to poważne zagrożenie

Jeżeli projekcje deficytu strukturalnego i długu sektora finansów publicznych przedstawione w opracowaniu DSM przygotowanym przez Komisję Europejską sprawdzą się, to nie będziemy się zastanawiać, czy dana agencja obniży nam rating o jeden stopień, czy też pozostawi go na bieżącym poziomie.

Dyskusja natomiast będzie dotyczyć tego, czy wiarygodność Polski utrzyma się na poziomie inwestycyjnym, czy też spadnie do oceny spekulacyjnej potocznie nazywanej śmieciową. Miałoby to bardzo poważne konsekwencje dla możliwości inwestycyjnych naszego kraju, kursu złotego czy wreszcie ogólnego standardu życia Polaków.

Sztuczna inteligencja w ubezpieczeniach. Insurtech zrewolucjonizuje rynek

Do niedawna „sztuczna inteligencja” była odległą wizją przyszłości i kojarzyła się głównie z serialami science fiction. Dzisiaj wirtualna Siri w iPhonie jest już prawie równorzędnym partnerem do rozmowy, odpowiadającym na pytania i dostarczającym potrzebnych informacji. Nie wykluczone, że wkrótce zarezerwuje nam stolik w restauracji lub przełoży umówione spotkanie. Elementy sztucznej inteligencji znalazły także zastosowanie w ubezpieczeniach i doprowadziły do powstania innowacyjnej branży insurtech. Już wkrótce wirtualny agent ubezpieczeniowy przyjmie zgłoszenie szkody, a specjalna aplikacja ubezpieczyciela umożliwi wstępną diagnozę i skontaktuje nas z odpowiednim lekarzem.

Wirtualny agent pomoże, doradzi i dopasuje ubezpieczenie

InsurTech to branża, która łączy przedstawicieli start-upów, twórców innowacyjnych technologii i tradycyjnych ubezpieczycieli. Polskie start-upy insurtechowe pracują nad rozwiązaniami, które mają nie tylko ułatwić obsługę klienta, ale przede wszystkim całkowicie zwirtualizować i spersonalizować system ubezpieczeń. Większość prowadzonych obecnie badań skupia się na wykorzystaniu sztucznej inteligencji w różnych obszarach funkcjonowania ubezpieczycieli.

Aby zrozumieć, czym tak naprawdę zajmują się polskie Insurtechy trzeba spojrzeć szerzej na całą branżę ubezpieczeniową. Nowoczesna technologia wspiera ubezpieczycieli niemal we wszystkich aspektach ich pracy. W obszarze płatności pojawiają się np. rozwiązania umożliwiające dokonywanie płatności za pomocą wirtualnej waluty, tzw. bitcoin. W zakresie obsługi klienta trwają prace nad stworzeniem „wirtualnych agentów”, którzy będą w stanie udzielić rzeczowej rady,  przeanalizować potrzeby konsumenta i dopasowywać odpowiednie produkty ubezpieczeniowetłumaczy Marek Zefirian, prezes zarządu Starter24 i członek rady programowej InsurTech Digital Congress.

Australijscy studenci korzystają z polskich rozwiązań

Obszar zainteresowań branży insurtech wykracza znacznie poza tradycyjny sposób myślenia o ubezpieczeniach. Coraz częściej polskie start-upy, działające w obszarze sztucznej inteligencji, nawiązują współpracę z zagranicznymi korporacjami i wdrażają u nich efekty swoich badań. Najlepszym tego przykładem jest wrocławska firma Infermedica, która tworzy oprogramowanie do wstępnej diagnostyki medycznej. Spółka ta opracowała aplikację Symptomate, która przedstawia przypuszczalne jednostki chorobowe, powiązane ze wskazanymi objawami, oraz informuje, do jakiego lekarza specjalisty należy się udać. – Obecnie realizujemy projekt pilotażowy dla jednej z największych firm ubezpieczeniowych na świecie. Obejmuje on australijskich studentów, którzy posiadają indywidualne ubezpieczenie zdrowotne. Mają oni dostęp do infolinii, na której dyżurują lekarze i pielęgniarki. Chcąc odciążyć pracę tej infolinii i usprawnić proces konsultacji z lekarzem, ubezpieczyciel postanowił dać studentom dostęp do aplikacji opartej na naszych rozwiązaniach. Aplikacja na podstawie wprowadzonych przez studenta objawów wstępnie diagnozuje problem i kieruje go do odpowiedniego specjalisty – mówi Piotr Orzechowski, Prezes Zarządu Infermedica.

O tego typu projektach i rozwiązaniach realizowanych przez polskie firmy będą rozmawiać uczestnicy InsurTech Digital Congress – wydarzenia, które powstało w celu integracji polskiej branży insurtech. Pierwsza edycja kongresu odbędzie się już 24 i 25 maja w Warszawie w ramach FutureTech Congress. – Rozwój polskich insurtechów i rosnąca świadomość technologiczna klientów zainspirowały nas do powołania wydarzenia dedykowanego tej innowacyjnej branży. InsurTech Digital Congress to wydarzenie międzynarodowe, które ma pokazać potencjał technologiczny polskiego sektora ubezpieczeń i pomóc w wypracowaniu nowego modelu współpracy pomiędzy insurtechami, a firmami ubezpieczeniowymi – mówi Witold Jaworski, przewodniczący rady programowej InsurTech Digital Congress.

InsurTech Digital Congress odbędzie się w ramach FutureTech Congress – jednego z najważniejszych szczytów biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej, dedykowanego innowacyjnym branżom fintech, insurtech oraz big data. Pierwsza edycja kongresu organizowanego przez MMC Polska odbędzie się 24 i 25 maja w Warszawie. Honorowym przewodniczącym rady programowej jest Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu PKO BP.

Podsumowanie Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) w marcu

Pomimo korekty trwającego przez kilka miesięcy trendu wzrostowego na GPW, w marcu spora część firmy produkcyjnych uchroniła się przed rażącymi spadkami. Dobre nastroje w branży odzwierciedla Giełdowy Indeks Produkcji. GIP60 w marcu osiągnął poziom 1162 pkt., co oznacza wzrost o 18 pkt. w stosunku do poprzedniego miesiąca. Jednak mimo utrzymującej się dobrej koniunktury, ponad połowa spółek z indeksu zanotowała straty, które w skrajnych przypadkach przekroczyły -5 proc.

Marzec to kolejny już dobry miesiąc dla branży produkcyjnej. Aż jedna trzecia spółek z GIP60 osiągnęła w marcu wzrost wartości powyżej 5 proc, jednak Giełdowy Indeks Produkcji nie rósł już w tempie tak szybkim, jak w minionych miesiącach. Powodów do niepokoju jednak nie ma – Wzrost o 18 pkt. i końcowy wynik w postaci 1162 pkt. oznacza, że pomimo korekty na giełdzie, ten sektor gospodarki prężnie się rozwija i nic nie wskazuje na to, by ta tendencja w najbliższym czasie miała ulec zmianie. Stopa wzrostu na poziomie 1.60 proc. z pozoru może wydawać się niewielka, ale jeśli zestawimy ją z głównymi indeksami GPW, to robi ona wrażenie  – komentuje Maciej Zaręba, pomysłodawca i współtwórca indeksu GIP z firmy DSR.GIP marzec 2017 graf

Największe znaczenie dla indeksu GIP60 miała końcówka miesiąca, bo właśnie wtedy wybił się on ponad benchmarki rynkowe. Porównując go z wykresami indeksów WIG (-0.67 proc.) i WIG20 (-0.70 proc.) można dostrzec, że wyższa stopa zwrotu została osiągnięta przy niższej zmienności, a więc przy niższym ryzyku. Największe wzrosty w ubiegłym miesiącu zanotowały spółki produkcyjne z branży motoryzacyjnej (+26,7 proc.) i farmaceutycznej (+15,5 proc.) oraz projektanci (+9,2 proc.). W przypadku tych ostatnich do wzrostu wartości przyczyniły się bardzo dobre wyniki finansowe. Nie wszystkim firmom udało się jednak osiągnąć dodatnie wyniki.  31 przedsiębiorstw z GIP60 zanotowało spadek wartości, a w czternastu przypadkach przekroczył on nawet -5 proc.

Siła nowych kontraktów

SELVITA (+61,4%), URSUS (+59,3%) i LPP (+20%) to spółki, które zyskały w marcu ponadprzeciętny wzrost wartości i które stały się motorem napędowym całego indeksu. W przypadku dwóch pierwszych firm, przyczyn tak dobrych wyników należy doszukiwać się w podpisaniu nowych kontraktów. Kurs akcji krakowskiej spółki biotechnologicznej SELVITA rósł dynamicznie po tym, jak na pojawiła się informacja o podpisaniu umowy partneringowej na cząsteczkę SEL24 z firmą Berlin-Chemie Menarini. Nowy kontrakt pozwolił zbliżyć rynkową wycenę spółki do 1 mld zł. Również Ursus może pochwalić się umową z nowym klientem z Zambii. Dołączy on do długiej listy afrykańskich kontrahentów spółki. Kontrakt podpisany przez rodzimego producenta ciągników oraz maszyn rolniczych opiewa na ponad 100 milionów USD. Znalazło to odzwierciedlenie w giełdowych wynikach.

Deklaracja Warszawska pomoże produkcji?

Nie bez znaczenia dla optymizmu inwestorów i w długofalowej perspektywie dla rozwoju firm produkcyjnych w Polsce jest podpisanie przez premierów Grupy Wyszehradzkiej Deklaracji Warszawskiej. MA ona na celu pogłębienie współpracy w zakresie badań, rozwoju i rynku cyfrowego pomiędzy krajami z grupy. Zdaniem Viktora Orbana to właśnie państwa Europy Środkowowschodniej w nadchodzących lata czeka najszybszy rozwój. – Jestem przekonany, że przyszłość Europy zależy od czwórki wyszehradzkiej, nawet mam na potwierdzenie tej tezy kilka argumentów. Uważam, że punkt ciężkości rozwoju Europy z państw zachodnich będzie się przesuwać w kierunku centrum. My będziemy częścią tego procesu – skomentował podpisanie deklaracji premier Węgier. Według Macieja Zaręby z DSR, współpraca na polu gospodarczym z państwami nią objętymi może być pozytywnym impulsem dla rozwoju polskiego przemysłu.

Produkujemy i zatrudniamy coraz więcej

Obecna sytuacja daje nadzieje na dalsze wzrosty wartości spółek z GIP60. Rośnie liczba nowych zamówień, coraz więcej osób znajduje pracę w firmach z sektora produkcji a wskaźnik PMI nad Wisłą wyniósł 54,4 pkt., co oznacza, że był to najlepszy kwartał od dwóch lat.

Polska nie jest odosobniona pod względem wzrostu ogólnej wielkości produkcji. Podobne tendencje można zaobserwować w Unii Europejskiej. W strefie euro PMI wzrósł z 55,5 pkt. w lutym do 56,2 pkt. na koniec marca. Również przemysł niemiecki zanotował kolejny doskonały miesiąc. PMI oszacowano tam na poziomie 58,3 pkt. wobec 56,8 pkt. w lutym.

Rekordowy marzec i kwartał na Lotnisku Chopina w Warszawie

Po raz pierwszy w historii warszawskiego portu w ostatnim miesiącu zimy liczba odprawionych pasażerów przekroczyła milion pasażerów. Rekordowy w historii był także I kw. 2017 r., który był lepszy od zeszłorocznego o ponad 28 proc.  

Ponad milion pasażerów odprawionych w marcu to wynik, który jest lepszy od odnotowanego rok temu aż o 28,4 proc. Od stycznia do marca 2017 r. Lotnisko Chopina w Warszawie obsłużyło natomiast blisko 3 mln pasażerów – o 28,5 proc. więcej niż rok temu.

Osiągnięte wyniki są konsekwencją polityki portu nastawionej na obsługę ruchu przesiadkowego, który optymalizuje strukturę ruchu pasażerskiego. W ruchu międzynarodowym w I kw. 2017 r. odprawiono ponad 2,5 mln osób (+23,3 proc.). W ruchu krajowym w tym czasie Lotnisko Chopina w Warszawie obsłużyło natomiast 439,8 tys. osób (+69,2 proc.).

– Szacujemy, że w tym roku odprawimy ponad 14 mln pasażerów – mówi Mariusz Szpikowski, naczelny dyrektor Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze”, zarządzającego Lotniskiem Chopina w Warszawie.

Lotnisko Chopina w Warszawie to największe lotnisko w Polsce. Zgodnie z danymi Urzędu Lotnictwa Cywilnego warszawski port obsługuje 43 proc. krajowego ruchu lotniczego. W 2016 r. odprawił 12,8 mln pasażerów.

Przygotuj się na przyszły tydzień 06.04

Przyszły tydzień zapowiada się nad wyraz ciekawie, a to ze względu na publikację brytyjskiej oraz amerykańskiej inflacji. Przy okazji poznamy koszt pieniądza w Kanadzie, ale tutaj nie powinniśmy być w jakikolwiek sposób zaskoczeni.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Wtorek – Inflacja w Wielkiej Brytanii

Po spadku wartości funta brytyjskiego doszło do wzrostu cen produktów importowanych, ale i nie tylko. Co przez to rozumiem? Dla przykładu, ropa naftowa od dołka z 2016 roku wzrosła o 127 procent (w GBP), czyli ceny podwoiły się. Z kolei w tym samym czasie w USD podrożała o 96 procent. Z tego powodu właśnie przyszłe odczyty inflacji w Wielkiej Brytanii mogą być powyżej oczekiwań. Na poniższym wykresie został przedstawiony trend odczytu inflacji rok do roku.

Inflacja R/R

Inflacja R/R

Źródło: Admiral Markets

Od połowy 2015 roku inflacja pnie się do góry, czy trend zostanie utrzymany? Jeżeli tak, to na Banku Anglii będzie ciążyła coraz większa presja, która mogłaby zaowocować ewentualną wzmianką o podwyżce stóp procentowych. Z tego powodu warto obserwować inflację w długim terminie. Inflacje za marzec poznamy we wtorek o godzinie 10:30.

Kolejnym Państwem, w którym poznamy inflacje za marzec są Stany Zjednoczone. Tutaj też mamy do czynienia z trendem wzrostowym, który widać na poniższym wykresie.

Inflacja R/R

Inflacja R/R

Źródło: Admiral Markets

Ostatnia publikacja przyniosła bardzo niepokojące informacje. Inflacja wyniosła 2.7 procenta. Czy tym razem będzie większa? Tego dowiemy się już w piątek 14 kwietnia o godzinie 14:30. Scenariusz jest taki sam, wyższa inflacja oznacza szybsze zacieśnianie monetarne.

Środa – decyzja w sprawie kosztu pieniądza w Kanadzie

Koledzy za granicą podnoszą stopy procentowe, a co robi Kanada? Czeka, aczkolwiek sytuacja się zmieniła. Kilka miesięcy temu niektórzy oczekiwali kolejnej obniżki stóp procentowych, a teraz pod koniec grudnia z 29 procentowym prawdopodobieństwem jest wyceniana podwyżka. W środę o godzinie 16:00 poznamy najnowszy koszt pieniądza. Inwestorzy nie widza miejsca na jakąkolwiek zmianę.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Źródło: Bloomberg

Oprócz podwyżki o godzinie 16:30 zostanie opublikowany raport Banku Kanady na temat polityki monetarnej, a najbardziej interesujące wiadomości pojawią się o godzinie 17:15, czyli konferencja prasowa Banku Kanady. Dlaczego jest taka ważna? Ponieważ tam możemy usłyszeć więcej na temat najbliższej przyszłości kosztu pieniądza. Już dawno zaobserwowano, że kanadyjskie władze monetarne lubią naśladować amerykańskie.

Instrumenty do obserwacji

Najciekawszym instrumentem do obserwacji jest cena 10-letnich amerykańskich obligacji, która od początku roku porusza się w konsolidacji.

Przygotuj się na przyszły tydzień 06.04 2

Źródło: Admiral Markets

W ramach przypomnienia: wzrost ceny obligacji powoduje spadek rentowności i odwrotnie. Gdyby doszło do przełamania strefy oporu 124.77-125.44, to na rynku pojawiłoby się kilka ciekawych opcji. Po pierwsze cena obligacji powinna cały czas rosnąć, nawet w okolicę 129 USD. W takim przypadku trend spadkowy na USD/JPY powinien się nasilić, natomiast strefa oporu w okolicy 1260 USD na złocie powinna zostać pokonana.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Dom na wsi marzeniem Polaków. Rośnie popularność mniejszych działek oraz ogrzewania ze źródeł alternatywnych

Dom na wsi marzeniem Polaków. Rośnie popularność mniejszych działek oraz ogrzewania ze źródeł alternatywnych 3

Polacy najczęściej decydują się na budowę domu, ponieważ marzyli o jego posiadaniu. W ubiegłym roku najwięcej takich inwestycji powstało w województwach mazowieckim i wielkopolskim, głównie na wsiach – wynika z raportu Oferteo.pl. Realizacja trwała przeciętnie 22 miesiące, a jej ostateczne koszty okazały się o jedną czwartą  (25 proc.) wyższe od planowanych. Coraz chętniej stawiane są mniejsze budynki na niewielkich działkach. Rośnie też popularność ogrzewania ze źródeł alternatywnych.

– W ubiegłym roku większą popularnością cieszyły się działki najmniejsze, o powierzchni do pięciu arów, co dziesiąty ankietowany właśnie na takim terenie chciał się budować – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Szeremeta z serwisu Oferteo.pl. – Najpopularniejszym metrażem domu był przedział od 100 do 200 mkw. Bardzo rzadko decydowano się na powierzchnię mniejszą niż 100 bądź większą niż 200 mkw. To trend, który utrzymuje się w naszym badaniu już od kilku lat.

Ankietowani przez Oferteo.pl najczęściej decydowali się na budowę domu o powierzchni użytkowej nieprzekraczającej 200 mkw. Najpopularniejszym metrażem był przedział między 151 i 200 mkw. (26 proc.). Jedynie 1 proc. mniej wskazało na 126 do 150 mkw., 24 proc. – 101–125 mkw., a 14 proc. – do 100 mkw. Tylko 11 proc. zdecydowało się na budowę nieruchomości mieszkalnej przekraczającej 200 mkw. powierzchni użytkowej. Najczęściej wybierana była budowa domu na wsi (57 proc.). Na drugim miejscu uplasowały się miasta mające do 50 tys. mieszkańców (13 proc.).

Zgodnie z wynikami ankiety serwisu Oferteo.pl najczęściej wskazywaną motywacją do podjęcia decyzji o takiej inwestycji było, podobnie jak w ubiegłym roku, spełnienie marzeń (24 proc.). Tylko 18 proc. stwierdziło, że budowa własnego domu okazała się bardziej opłacalna niż kupno mieszkania, a 16 proc. kierowało się koniecznością powiększenia powierzchni użytkowej.

– Do tematu budowy domu jednorodzinnego Polacy podchodzą konserwatywnie – podkreśla Szeremeta. – Do realizacji takiej inwestycji najchętniej używają sprawdzonych, tradycyjnych technologii.

Najwięcej w 2016 roku inwestycji realizowano z bloczku komórkowego (45 proc.). Poza tym dużą popularnością cieszyła się cegła ceramiczna, na którą wskazało 34 proc. ankietowanych. Wciąż niewielka jest popularność domów z drewna. Tylko co dziesiąty ankietowany zadeklarował, że budował dom w technologii szkieletowej, natomiast tylko 2 proc. – z bala.

Wśród ubiegłorocznych inwestycji dominowały budynki jednopiętrowe (65 proc.). Na dom parterowy zdecydowało się 28 proc. Prawie zawsze była to przy tym nieruchomość niepodpiwniczona (85 proc.).

– Najczęściej montowane jest ogrzewanie gazowe. 40 proc. respondentów wskazało, że w ten sposób będzie ogrzewało dom. Z kolei 30 proc. wskazało na ogrzewanie za pomocą kotła na paliwa stałe. Co warte podkreślenia, wzrasta popularność ogrzewania pozyskiwanego z alternatywnych źródeł. Pompy ciepła zamontowało 15 proc. badanych, a kolektory słoneczne – 7 proc. – wymienia Artur Szeremeta.

Według raportu Oferteo.pl najczęściej na budowę domu w ubiegłym roku decydowali się Polacy przed 40 rokiem życia. Wśród ankietowanych najwięcej było osób, które rozpoczęły taką inwestycję w przedziale wiekowym 31–35 lat (29 proc.) oraz 26–30 lat i 36–40 lat (po 20 proc.). W porównaniu do poprzedniej edycji badania (za 2015 rok) spadła liczba osób, które zdecydowały się na budowę po czterdziestce. Dwa lata temu takich inwestorów było 38 proc., a podczas ubiegłych dwunastu miesięcy – 29 proc. Na tym samym poziomie (2 proc.) utrzymał się odsetek budujących dom w wieku poniżej 25 lat.

Sprzedaż ciągników w Polsce spadła w 2016 roku o 30 proc. W kolejnych miesiącach ruszą inwestycje rolników

Sprzedaż ciągników w Polsce spadła w 2016 roku o 30 proc. W kolejnych miesiącach ruszą inwestycje rolników 4

W ubiegłym roku sprzedano w Polsce blisko 8,8 tys. traktorów. To o 29 proc. mniej niż rok wcześniej. Sprzedaż przyczep rolniczych spadła jeszcze mocniej. Jednym z głównych powodów jest przerwa w dopływie unijnych środków. Zdaniem Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych inwestycje ruszą, gdy tylko rozpoczną się transfery środków. Wiele zależy także od uwarunkowań pogodowych.

Ubiegły rok nie był prosty dla branży maszyn i urządzeń rolniczych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Hubert Seliwiak z Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych. – Sektor jest specyficzny, bo nie działa w nim klasyczne prawo popytu i podaży, ale jest mocno determinowany przez środki zewnętrzne z Unii Europejskiej, chociażby w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Gdy programy są uruchomione, sprzedaż jest całkiem dobra i słupki rosną. Jeżeli pieniędzy nie ma, handel też ustaje.

Według danych Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, analizowanych przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, w ubiegłym roku sprzedano w Polsce 8768 sztuk nowych ciągników rolniczych, czyli o 3545 mniej niż dwanaście miesięcy wcześniej (spadek o 29 proc. ). Segment przyczep rolniczych zmniejszył się o 51,7 proc. Styczeń tego roku był pierwszym miesiącem od lipca 2015 roku (koniec środków z PROW 2007–2013), kiedy odnotowano wzrosty – sprzedaż przyczep rolniczych wzrosła o 10,5 proc., a traktorów – o 9,4 proc. rdr. Luty ponownie jednak przyniósł spadki (odpowiednio o 12,7 proc. oraz o 7,2 proc. rdr.)

– Wszystko zależy od dostępności środków unijnych. Branża teraz czeka na to, aż wnioski będą rozpatrzone i pieniądze trafią wreszcie do rolników. To się niedługo stanie, ponieważ w zeszłym roku były nabory, w związku z czym liczymy na to, że w II kwartale pierwsze pieniądze zaczną trafiać do rolników i będą oni mogli inwestować – mówi Hubert Seliwiak.

Branża mimo wszystko ostrożnie podchodzi do prognoz na kolejne miesiące.

– Rok 2016 był trochę kubłem zimnej wody dla branży, więc i prognozy są ostrożne. Raczej szacuje się, że sprzedaż w tym roku będzie bliższa poziom z 2016 roku niż z lat poprzednich – podkreśla ekspert PIGMiUR.

W latach 2007–2013, w czasie poprzedniej unijnej perspektywy finansowej, środki przeznaczone na rolnictwo i rozwój tego rodzaju obszarów po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej nie stanowiły największej wartości wśród obszarów gospodarek będących przedmiotem dofinansowania. Wyższe kwoty zostały przeznaczone na wsparcie konkurencyjności oraz polityki spójności. W tej perspektywie jest podobnie. Jednak kwoty wsparcia dla rolnictwa są znaczące. Do polskich rolników z UE trafi 32 mld euro w ramach PROW oraz dopłat bezpośrednich.

To, na jakie maszyny w tym roku będzie zapotrzebowanie, zależy od kształtu Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich – przekonuje Hubert Seliwiak. – Wiemy na pewno, że nie będzie można dotować maszyn, które rolnicy już wcześniej kupili. Podczas poprzedniej perspektywy unijnej bardzo dużo inwestowano w nowe ciągniki, więc w tym segmencie wzrost zapewne nie będzie duży. Spodziewamy się raczej większego zainteresowania zespołami maszyn, czyli na przykład ciągnikami z urządzeniem, które pozwala uprawiać ziemię.

Drugim istotnym czynnikiem, od którego zależą zakupy rolników, jest pogoda.

Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, nie będzie powodzi ani suszy, to jest szansa na dobre plony. Rolnicy będą wtedy lepiej zarabiać i więcej zainwestują w maszyny i urządzenia. Unijne pieniądze jak najbardziej pomagają. Ale bardzo ważne jest także to, jakie będą dochody – precyzuje Hubert Seliwiak.

Jak podkreśla, polski rynek nie jest wyjątkiem wśród państw europejskich. Z danych CEMA, Europejskiego Stowarzyszenia Przemysłu Maszyn Rolniczych, wynika, że w ubiegłym roku sprzedaż traktorów zmniejszyła się o 6,7 proc. Spadki odnotowano m.in. na czterech największych rynkach – niemiecki, francuskim, włoskim i brytyjskim. Eksperci oczekują w tym roku podobnych wyników sprzedażowych jak w 2016 roku.

– Rok 2016 był również bardzo trudny w pozostałych krajach Unii, na Zachodzie, natomiast tam przyczyny tego są inne. To m.in. susze czy niskie dochody rolników spowodowane niskimi cenami płodów rolnych. Generalnie możemy powiedzieć, że branża maszyn i urządzeń rolniczych przeżywa lekki kryzys w całej Europie – mówi Hubert Seliwiak.

Producenci maszyn przyciągają klientów coraz to nowymi rozwiązaniami technologicznymi. Jak podkreśla ekspert, cyfryzacja w rolnictwie prowadzona jest na szeroką skalę.

Coraz więcej sprzętów zaopatrzonych jest w nowoczesne technologie, czy to GPS, czy inne rozwiązania pomagające efektywnie uprawiać ziemię. Są to systemy coraz bardziej powszechne także dlatego, że po prostu stają się tańsze, a w dużej mierze wpływają na wydajność pracy rolników – podkreśla Hubert Seliwiak.

YouTube zapowiada większą kontrolę umieszczanych w serwisie treści. To reakcja na bojkot reklamodawców

YouTube zapowiada większą kontrolę umieszczanych w serwisie treści. To reakcja na bojkot reklamodawców 5

Media społecznościowe poruszyła informacja o kłopotach YouTube’a, z którego wycofują się kolejni reklamodawcy. To reakcja na fakt, że zamieszczane przez serwis reklamy sąsiadują z filmikami organizacji terrorystycznych. Właściciel serwisu, Google, zapowiedział działania zapobiegające tej sytuacji. YouTube ma między innymi zwiększyć kontrolę publikowanych treści. Eksperci Nomura Instinet oszacowali, że serwis przez bojkot reklamodawców może stracić 750 mln dol.

Współpracę z serwisem zerwała część dużych brandów, wśród których znaleźli się światowi giganci, jak McDonald’s, PepsiCo i kosmetyczny koncern Johnson & Johnson. Reklamodawcy zareagowali bojkotem, ponieważ zamieszczane przez nich treści pojawiały się w towarzystwie materiałów zawierających drażliwe treści, na przykład filmów publikowanych przez organizacje terrorystyczne.

– Google zapowiedział już różnorakie działania, żeby zapobiec takim sytuacji. Między innymi zwiększy zatrudnienie osób, które będą sprawdzały publikowane treści i zmieni automatyczne mechanizmy, które dopasowują reklamy do filmów publikowanych w sieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Jałowiec, redaktor naczelna serwisu PRoto.pl.

Jak prognozują analitycy firmy maklerskiej Nomura Instinet, przez kłopoty serwisu jego właściciel Google może stracić nawet 7,5 proc. prognozowanych przychodów, czyli około 750 mln dol.

W marcu głośno było także o dwóch branżowych badaniach, które ukazują siłę mikroinfluencerów oraz starszych grup internautów.

– W zagranicznych mediach branżowych pojawiły się w marcu dwa ciekawe badania, które pokazują, jak i gdzie marki powinny promować swoje usługi. Okazuje się, że w mediach społecznościowych duży nie zawsze może więcej – mówi Joanna Jałowiec.

Specjalizująca się w influence marketingu agencja HelloSociety przeprowadziła w ubiegłym miesiącu badanie, z którego wynika, że współpraca brandów z mikroinfluencerami, którzy mają poniżej 30 tys. fanów, może być bardziej skuteczna niż kampania przeprowadzona z udziałem internetowej gwiazdy. Współpraca z mikroinfluencerami pozwalała wygenerować o 60 proc. większe zaangażowanie użytkowników i konsumentów, a przy tym wymagała średnio 7-krotnie niższych nakładów finansowych.

– Można interpretować to w ten sposób, że bardzo znane osoby, które mają milion followersów, są po prostu mniej wiarygodne, kiedy promują nowy produkt, i przekonują, że są do niego bardzo przywiązane – mówi Joanna Jałowiec.

Z kolei z analizy Influence.Co wynika, że starsi użytkownicy są grupą, która najczęściej poszukuje w sieci produktów dostrzeżonych wcześniej na profilach marek na Instagramie. Serwis charakteryzuje obecność wszystkich grup wiekowych, z których najliczniejsi są millenialsi i przedstawiciele pokolenia Z, jednak starsi użytkownicy, w wieku 65–74 lat, są coraz bardziej aktywni. Badanie, które sprawdziło marketingową skuteczność wpisów publikowanych na Instagramie, pokazało, że zainteresowanie produktami zauważonymi na portalu wśród młodych grup nie przekroczyło 2,5 punktu w pięciostopniowej skali.

– Mimo że starsi użytkownicy są jeszcze stosunkowo niezbyt licznie obecni na Instagramie, to jednak są najbardziej podatni na wpływ reklamy. To badanie pokazuje siłę marketingową Instagrama i potwierdza maksymę, że nie zawsze w młodości siła – komentuje Joanna Jałowiec.

Redaktor naczelna PRoto.pl zauważa, że Facebook nie zatrzymuje się i wprowadza kolejne nowości. Serwis aktualizuje od niedawna swój słynny algorytm, który wpływa na to, co pojawia się na tablicach użytkowników. Od marca Facebook testuje też w swoim komunikatorze reakcje znane użytkownikom z głównej aplikacji.

– Reakcje zostały wprowadzone ponad rok temu, żeby użytkownicy mogli w dokładniejszy sposób wyrażać swój stosunek do treści publikowanych na Facebooku. Od momentu ich wprowadzenia reakcje zostały użyte aż 300 mld razy, a najpopularniejszą emotikonką było serduszko oznaczające reakcję „super”. Facebookowi nie pozostało nic innego, jak tylko dostosować swoje tajemnicze mechanizmy do tego, jak reagują użytkownicy. Co ciekawe, nowy algorytm Facebooka będzie brał pod uwagę wszystkie reakcje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne – mówi Joanna Jałowiec.

W Messengerze dodana została nowa opcja – kciuk w dół, oznaczający dezaprobatę albo niezadowolenie. Facebookowe reakcje mają być zliczane podobnie jak „lajki” i będą dostępne tylko w rozmowach grupowych.

Producenci żywności inwestują w oszczędzanie wody i energii. Społecznie odpowiedzialny biznes kluczowy w ich strategiach

Producenci żywności inwestują w oszczędzanie wody i energii. Społecznie odpowiedzialny biznes kluczowy w ich strategiach 6

Ochrona środowiska i zrównoważona produkcja zyskują na znaczeniu w strategiach producentów żywności. Firmy wybierają surowce z certyfikowanych upraw i zwracają uwagę na sam proces produkcji – zużycie wody, segregowanie odpadów czy emisję dwutlenku węgla. W Grupie Ferrero od 2009 roku udało się obniżyć emisję dwutlenku węgla o 30 proc., a wykorzystanie wody ograniczono o 25 proc. Takie działania to nie jest już wyłącznie zagadnienie wizerunkowe – podkreśla Andrzej Gantner, dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności.

 Dla większości producentów żywności zagadnienie zrównoważonej produkcji, zrównoważonych źródeł surowców, zużycia energii i wody jest jedną z podstawowych kwestii. Na tej podstawie ocenia się społeczną odpowiedzialność danego przedsiębiorstwa, która nie jest już tylko zagadnieniem wizerunkowym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Są już indeksy giełdowe oceniające, czy pozyskiwanie np. wody nie powoduje wysychania danego regionu, czy pozyskiwanie oleju nie powoduje wyginięcia gatunku, czy przez działalność przedsiębiorstwa nie zostanie zachwiana bioróżnorodność obszaru.

Przede wszystkim dzięki zaangażowaniu konsumentów przybywa firm, które dostrzegają, że warto oferować wyroby tworzone z poszanowaniem ekologii i etyki. Coraz częściej przy wyborze produktów konsumenci nie kierują się ceną, lecz zwracają uwagę na ekologiczne produkty i certyfikat zrównoważonej produkcji. Zrównoważone rolnictwo zakłada m.in. niestosowanie określonych rodzajów nawozów i środków ochrony roślin, minimalizowanie strat surowców i ograniczony wpływ na środowisko naturalne.

– Patrząc na raporty społecznej odpowiedzialności biznesu każdej dużej firmy, zagadnienie zrównoważonego rozwoju stanowi bardzo ważną ich część. To dobra wiadomość dla nas, a przede wszystkim dla naszych wnuków i ich wnuków, bo cały problem polega na tym, żeby te zasoby wystarczyły nie tylko dla nas, lecz także dla następnych pokoleń – przekonuje dyrektor PFPŻ.

Ferrero, jeden z największych na świecie producentów słodyczy, swój biznes opiera w dużej mierze na społecznej odpowiedzialności. W opublikowanym właśnie raporcie dotyczącym działalności CSR podkreśla, że od 2009 roku fabryki firmy ograniczyły emisję dwutlenku węgla o ponad 30 proc., a zużycie wody spadło o 25 proc. Ponad 92 proc. odpadów jest segregowanych i wysłanych do odzysku.

– Społeczną odpowiedzialność mamy wpisaną w nasze DNA – podkreśla Małgorzata Szleszyńska, dyrektor ds. relacji korporacyjnych, instytucjonalnych i PR w Ferrero Polska Commercial. – We wszystkich fabrykach wdrażamy niemal od samego początku cały system ochrony środowiska, w którym nasze zobowiązania związane z redukcją dwutlenku węgla i oszczędnością wody są postawione na bardzo wysokim poziomie. To nie tylko kwestia trzymania się pewnych norm, lecz także staramy się środowisko jeszcze lepiej chronić.

Grupa Ferrero do 2020 roku zakłada 40 proc. redukcję emisji dwutlenku węgla z działalności produkcyjnej i 30 proc. emisji gazów cieplarnianych z transportu i przechowywania. Inwestuje też w zieloną energię. Firma przykłada dużą wagę do pochodzenia wykorzystywanych w produkcji surowców. Już teraz 100 proc. kawy czy jaj ma certyfikat produkcji zrównoważonej. Do 2020 roku całkowite dostawy kakao, orzechów laskowych i cukru trzcinowego mają pochodzić ze zrównoważonych źródeł.

 CSR to są również działania takie jak Kinder + Sport, program edukacyjno-sportowy, który zatacza coraz szersze kręgi wśród dzieci i młodzieży. W tej chwili jesteśmy obecni w trzech dyscyplinach sportu, przede wszystkim w minisiatkówce – zaznacza Szleszyńska.

W ramach projektu Kinder + Sport w 25 krajach na świecie zrealizowano ponad 3,1 tys. wydarzeń, a w program zainwestowano blisko 11 mln euro.

– Działamy również na polskim wybrzeżu – współpracujemy z Mateuszem Kusznierewiczem przy programie dotyczącym ochrony środowiska, zwłaszcza Bałtyku. Szkoły przygotowują specjalne programy, a nagrodą jest rejs po morzu na łódkach. Mamy też program związany z uczeniem dzieci pływania – wymienia Małgorzata Szleszyńska.

Grupa Ferrero obecna jest w 53 krajach – ma 22 zakłady produkcyjne, 8 zakładów przetwórczych i 6 gospodarstw rolnych, w których pracuje blisko 41 tys. pracowników. W Polsce Ferrero działa już od 25 lat, zatrudnia ponad 2700 pracowników i współpracowników, ma wśród swoich partnerów biznesowych imponującą grupę ponad 80 proc. dostawców lokalnych. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat Ferrero zrealizowało w Polsce inwestycje przekraczające 400 mln zł. Zakład w Belsku Dużym, który rozpoczął pierwszą produkcję w 1997 roku, stał się trzecią fabryką w grupie i ma istotne znaczenie dla dostaw na rynki europejskie i pozaeuropejskie.

Otwarte oprogramowanie podbija biznes. Korzysta z niego 78 proc. przedsiębiorstw

Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator Konferencji Open Source Day

Jak wynika z danych Black Duck, 78 proc. przedsiębiorstw korzysta z otwartego oprogramowania, czyli takiego, które pozwala na modyfikacje rozwiązań na własny użytek. Co więcej, ponad połowa badanych przyznała, że przy wyborze rozwiązań IT zwraca uwagę właśnie na te, które są oparte o open source. Liczba informatyków pracujących nad takim oprogramowaniem będzie znacząco rosła.

Open source to oprogramowanie oparte na ogólnodostępnym kodzie, którego twórcy dają użytkownikom pozwolenie na modyfikacje rozwiązań na własny użytek. W Polsce otwarte oprogramowanie cieszy się coraz większą popularnością, głównie w sektorze finansowym i telekomunikacyjnym.

– Otwarte oprogramowanie to filozofia tworzenia i uproszczania rozwiązań informatycznych. To wielki ruch społeczny, a zarazem najbezpieczniejsza droga rozwoju aplikacji czy informatyki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator Konferencji Open Source Day.

Otwarte oprogramowanie jest standardem w biznesie, korzystamy z niego również na co dzień – wystarczy chociażby wspomnieć o telefonach działających na systemach operacyjnych Android czy przeglądarce Mozilla Firefox. Warto jednak zauważyć, że stale rośnie popularność otwartego oprogramowania także wśród klientów biznesowych – wykorzystuje je obecnie 78 proc. przedsiębiorstw.

– W naszym kraju nie było jeszcze dokładnych badań szacujących skalę użycia rozwiązań otwartych przez firmy. Natomiast według analiz światowych ponad 70 proc. firm używa rozwiązań open source’owych. W Polsce wynik ten będzie na bardzo zbliżonym poziomie – twierdzi Dariusz Świąder.

Zeszłoroczne badanie Black Duck i North Bridge „Annual Future of Open Source Survey” potwierdza tezę, że biznes wyraźnie docenia zalety tego typu rozwiązań. 64 proc. z niemal 3,5 tys. ankietowanych uważa, że open source może pozytywnie wpłynąć na rozwój biznesowy ich przedsiębiorstwa. Według badanych głównymi zaletami otwartego oprogramowania są: wysoka jakość, bezpieczeństwo, elastyczność, konkurencyjność, a także możliwość personalizacji.

– To ważne, bo wokół otwartego oprogramowania wciąż krąży kilka mitów, takich jak choćby te, że coś, co jest udostępnione za darmo, jest gorszej jakości lub nikt tego nie nadzoruje. Tak naprawdę jest zupełnie odwrotnie – przekonuje Dariusz Świąder.

Jak podkreśla prezes Linux Polska, w ciągu kilku lat liczba ludzi pracujących nad open source znacząco wzrośnie. Firma Vision Mobile szacuje, że społeczność programistów pracująca nad internetem rzeczy liczy obecnie 300 tys. Do 2020 r. liczba ta ma sięgnąć 4,5 miliona.

– Nad rozwiązaniami open source pracuje społeczność złożona z milionów programistów. To więcej niż jest w stanie w pojedynkę zatrudnić jakikolwiek producent oprogramowania – komentuje Dariusz Świąder.

Badania przeprowadzone przez firmę Gartner wskazują, że do 2020 r. na świecie do sieci będzie podłączonych 20,8 miliarda urządzeń. W tym również rozwiązania big data, w które według Gartnera zainwestowało w 2016 r. 48 proc. przedsiębiorstw, co więcej są w znacznej mierze oparte o open source, co oznacza, że przyszłość będzie należeć do otwartych rozwiązań.

– Perspektywy są wspaniałe, zobaczymy, jak to wszystko będzie się rozwijało. Dzisiaj mamy do czynienia z tzw. czwartą rewolucją przemysłową, w której rozwiązania otwarte biorą czynny udział. To one napędzają rozwój informatyki. Badania pokazują jasno, że rozwiązania otwarte i przetwarzanie danych w chmurze to dwa najbardziej prorozwojowe kierunki, na których będzie się opierał rozwój informatyki w przyszłości – podsumowuje Dariusz Świąder.

Ubezpieczyciele wypłacają coraz większe odszkodowania i świadczenia. Branża chce uregulowania wysokości zadośćuczynienia dla poszkodowanych w wypadkach

Ubezpieczyciele wypłacają coraz większe odszkodowania i świadczenia. Branża chce uregulowania wysokości zadośćuczynienia dla poszkodowanych w wypadkach 7

Konkurencja cenowa między ubezpieczycielami, rosnące koszty napraw, odszkodowań i zadośćuczynień za straty niematerialne dla ofiar wypadków oraz nowe regulacje prawne – wszystko to złożyło się na blisko 40-proc. wzrost stawek obowiązkowych polis OC w ubiegłym roku. Branża postuluje, żeby – podobnie jak w innych europejskich krajach – prawodawca odgórnie określił zasady i wysokość zadośćuczynienia wypłacanego poszkodowanym za krzywdy niematerialne.

Przez ostatnich kilka lat mieliśmy sytuację, w której wysokość składek OC utrzymywała się na tym samym poziomie, a świadczenia rosły. Wzrost był spowodowany m.in. prokonsumenckimi zmianami prawnymi czy orzecznictwem sądów. Rosną koszty napraw pojazdów, poszkodowani otrzymali prawo do większej iczby świadczeń, w tym wypłacanych z tytułu kosztów osobowych, czyli np. leczenia. Znacząco rosły także zadośćuczynienia dla osób, które straciły w wypadku kogoś bliskiego. Tak duże wzrosty świadczeń musiały się w końcu przełożyć na wzrost składki OC – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Jak wynika z danych PIU, w ubiegłym roku stawki dla kierowców za ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej (OC) wzrosły o blisko 40 proc. Suma ubiegłorocznych składek wyniosła blisko 11,7 mld zł wobec 8,4 mld zł w 2015 roku. Zdaniem branży tak duży wzrost był efektem kilku poprzednich lat, w których wysokość składek była stabilna, a rosła wysokość wypłat świadczeń dla poszkodowanych.

Wpływ na ceny polis miały zarówno rosnące świadczenia, orzeczenia sądów i zmiany w prawie, jak i zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego dotyczące likwidacji szkód. To sprawia, że rentowność polis komunikacyjnych jest od wielu lat ujemna, co oznacza, że ubezpieczyciel ponoszą stratę na tej gałęzi działalności. Z danych PIU wynika, że na koniec ubiegłego roku strata w OC przekroczyła 1 mld zł.

W ubiegłym roku rynek zarejestrował rekordową stratę, przekraczającą miliard złotych. Być może to była ta bariera, która spowodowała, że składki musiały wzrosnąć. System ubezpieczeń funkcjonuje w taki sposób, że ubezpieczyciel zbiera składki i przeznacza je na wypłatę świadczeń, odszkodowań czy zadośćuczynień. Dlatego musi istnieć równowaga pomiędzy wysokością zebranych składek a wypłaconych świadczeń. Oczywistym jest, że jeżeli rosną świadczenia, to muszą również wzrosnąć składki – wyjaśnia Dorota Fal.

Na stawkę obowiązkowego dla kierowców ubezpieczenia OC składają się nie tylko takie koszty jak koszt naprawy uszkodzonego samochodu czy auto zastępcze, lecz także koszty leczenia i rehabilitacji poszkodowanego w wypadku oraz utraconych przez niego dochodów w czasie, w którym nie był zdolny do pracy, a także wypłacane renty.

Są to również koszty zadośćuczynienia, czyli rekompensata finansowa za ból i cierpienie, która przysługuje zarówno poszkodowanym, jak i tym, którzy stracili w wypadku bliską osobę. Katalog tych świadczeń jest naprawdę bardzo szeroki – mówi Dorota Fal.

Z tytułu OC ubezpieczyciele wypłacili w ubiegłym roku blisko 8 mld zł odszkodowań i świadczeń dla poszkodowanych. To prawie 15-proc. wzrost, który przełożył się również na wysokość składek.

Wiele innych krajów uregulowało ustawowo wysokość wypłat za szkody niematerialne. Umówiono się, w jaki sposób społeczeństwo rekompensuje ból i cierpienie. To jest wartość niematerialna, którą trudno wyliczyć w pieniądzu – mówi doradca zarządu PIU.

Branża ubezpieczeniowa podkreśla, że sama nie chce zabierać głosu w kwestii dotyczącej wysokości zadośćuczynień wypłacanych poszkodowanym w wypadkach za cierpienia psychiczne. Ta kwestia powinna zostać uregulowania odgórnie, przez właściwe ku temu organy i akty prawne (obecnie podstawą prawną są wyłącznie przepisy Kodeksu cywilnego).

Ubezpieczyciele nie mają prawa do zabierania głosu w kwestii tego, ile powinno się wypłacać poszkodowanym. Rolą ubezpieczycieli jest wyłącznie przeliczenie i właściwe wyliczenie składki tak, żeby ona pozostawała w relacji do wypłacanych świadczeń, czyli odszkodowań i zadośćuczynień. To akty prawne powinny regulować wysokość tych świadczeń – mówi Dorota Fal.

9 miliardów zysku NBP. FED redukuje swój bilans?

Prezes NBP potwierdził wysokość zysku i wpłatę do budżetu. W zapiskach z posiedzenia FED znajduje się informacja o redukcji środków. Dane makro ze świata.

Zysk NBP potwierdzony

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami w 2016 roku NBP uzyskał najwyższy w historii zysk. Poziom 9 miliardów złotych potwierdził wczoraj prezes tej instytucji Adam Glapiński. Jest to bardzo dobra wiadomość dla budżetu. Jest też zła na przyszłość. Spora część tego zysku pochodzi z różnic walutowych. W zeszłym roku złoty tracił na wartości zatem wartość rezerw rosła. Trend ten wcale nie musi być utrzymany w 2017 roku, zatem zysk wpływający do przyszłorocznego budżetu może już nie być tak imponujący. To co ważne, to tak wysoki poziom zysku w tym roku daje szanse na nie przekroczenie progu zadłużenia po którym grozi nam powrót do unijnej procedury nadmiernego deficytu.

FED zamierza redukować swoje środki

W wyniku działań na rynkach w trakcie kryzysu z 2008 roku rezerwa federalna wykreowała bardzo dużą ilość środków. Powstawały one głównie w ramach operacji otwartego rynku, kiedy to za tzw. wydrukowane dolary skupowano z rynku wątpliwe aktywa. Polityka ta spowodowała wytworzenie imponującej sumy 3,5 bilionów dolarów. Dla porównania do 2008 roku wielkość kapitałów FED wynosiła zaledwie około biliona. Obecnie w zapisach z posiedzeń pojawia się informacja, że ta imponująca suma ma być zredukowana. Oznacza to, że konieczne będzie upłynnienie części nabytych aktywów. Na razie do momentu kiedy nie znamy skali rynki są spokojne, ale biorąc pod uwagę skalę temat ten może jeszcze nie raz w tym roku zmienić notowania dolara.

Dane makroekonomiczne

W nocy poznaliśmy słabszy od oczekiwań indeks PMI dla usług z Chin. Lepiej wypadł z kolei indeks zaufania konsumentów w Japonii. W obydwóch przypadkach dane te nie były na tyle istotne by wpłynąć znacząco na notowania walut. Dobre dane napłynęły od naszego południowego sąsiada. Produkcja przemysłowa rośnie o 2,7% wobec oczekiwanych 2,1%. O 11:00 poznaliśmy decyzję z Banku Indii. Nie zmieniono stóp procentowych.

 

Catalyst na tle rynków obligacji Europy Środkowej i Wschodniej. Nasza pozycja w regionie

Catalyst, czyli notowana część polskiego rynku obligacji korporacyjnych, przeżywa w ostatnich latach dynamiczny rozwój. Na koniec IV kwartału 2016r. wartość papierów korporacyjnych notowanych na Catalyst wyniosła 69 mld zł. Jak natomiast wyglądamy na tle Europy Środkowo-Wschodniej? A może powinniśmy postawić pytanie – jak ta część Europy wygląda na naszym tle? Zanim odpowiem na te i inne pytania, przyjmijmy na potrzeby poniższego artykułu, że na obszar Europy Środkowo-Wschodniej składają się kraje Grupy Wyszehradzkiej i republik nadbałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia) oraz Rumunia i Chorwacja.

Omówienie poszczególnych giełdowych rynków obligacji państw wymienionych wyżej rozpocznijmy od przedstawienia rynku najbliższego naszym sercom i pieniądzom – Catalyst-u. Powstał on w 2009 roku i od tamtej pory przeżywa nieprzerwany rozkwit. W 2010 r. notowane były na nim obligacje korporacyjne o wartości jedynie 17,34 mld zł, a liczba emitentów wynosiła 24. Już dwa lata później wartości te przedstawiały się znacznie lepiej 46,3 mld złotych obligacji notowanych na koniec okresu, wyemitowane przez 121 podmioty. Natomiast w roku 2015 mieliśmy już 148 emitentów i 60,3 mld zł notowanych obligacji. Na przestrzeni 5 lat widzimy zatem wzrost wartości notowanych obligacji korporacyjnych o 248 proc., z około 17,5 mld zł do ponad 60 mld zł, oraz liczby emitentów o ponad 500 proc. – z 24 do 148. Po krótce omówić można również strukturę zobowiązań firm w Polsce, swoją analizę oprę na wartości całego rynku obligacji korporacyjnych (tj. również części nienotowanej), bez obligacji wyemitowanych przez banki. W 2014 r. jedynie 14,9 proc. ogólnego zadłużenia przedsiębiorstw w Polsce miało swoje źródło w obligacjach korporacyjnych. Jednak również w tej materii zachodzi diametralna zmiana. Jeszcze w 2009 roku firmy posiadały 222 mld zł kredytów w bankach oraz zaledwie 12,2 mld zł zobowiązań wobec obligatariuszy. W roku 2012 było to odpowiednio 272 i 31,4 mld zł, natomiast w 2014 już 301 i 52,7 mld zł. Zatem średnioroczna dynamika wzrostu zadłużenia przedsiębiorców w bankach wynosiła zaledwie 6,3 proc., podczas gdy średnioroczna dynamika wzrostu finansowania poprzez obligacje korporacyjne wynosiła 34,0 proc. Po uświadomieniu sobie skali i wielkości Catalyst-u możemy przejść do omawiania poszczególnych rynków obligacji Europy Środkowej i Wschodniej.

Polak, Węgier, dwa bratanki?

Budapest Stock Exchange, czyli giełda węgierska, posiada rynek obligacji korporacyjnych, którego obecna wartość wynosi 3,65 mld euro, a więc około 15,8 mld złotych. Oznacza to, że rynek węgierski jest ponad 4- krotnie mniejszy od polskiego Catalyst. Jeżeli za kolejny ważny wskaźnik przyjąć stosunek jego wielkości do PKB, które na Węgrzech stanowi około 120 mld USD, rynek obligacji korporacyjnych stanowi 3 proc. węgierskiej gospodarki. Dla Catalyst stanowi około 3,5 proc. polskiego PKB (przy założeniu, że PKB Polski wynosi 474,8 mld dolarów, a kurs dolara – 4,13 zł). Dana, którą zostawiłem na koniec, jest także wiele mówiąca – na giełdzie w Budapeszcie notowane są obecnie obligacje korporacyjne 13 firm! W Polsce liczba takich podmiotów to 133 przedsiębiorstwa.

Sąsiedzkie obligacje

Giełda czeska, z siedzibą w Pradze, na tle węgierskiej może pochwalić się rynkiem obligacji korporacyjnych wartym 8,84 mld euro, czyli około 38,45 mld zł. W porównaniu do Catalyst-u dalej jest oczywiście prawie 2 -krotnie mniejszy. Również liczba firm, których obligacje są notowane jest dużo mniejsza. Jest ich aż, lub tylko 32. Samych emisji w 2016 roku było 86. W Polsce dla przykładu notowanych było – 385 serii. Kolejnym wskaźnik, czyli PKB. Stanowi ono w Czechach 182 mld USD, czyli giełdowy rynek obligacji korporacyjnych ma wartość 5,1 proc. czeskiego produktu krajowego. Ten wskaźnik wykazuje zatem względnie niewielką różnicę w porównaniu do Polski, gdzie jest to 3,5 proc. Trzeba tylko pamiętać, że polskie PKB jest o ok. 160 proc. większe niż czeskie. Ostatnia dana, jak w przypadku Węgier, będzie najciekawsza. Wartość obrotów, przyjmując kurs korony czeskiej na poziomie 0,1612, na rynku obligacji korporacyjnych, w ciągu całego roku 2015 wyniosła na rynku obligacji korporacyjnych 822 tys. złotych. W Polsce wartość obrotu sesyjnego oraz pakietowego w 2015 r. wyniosła 1,771 mld złotych. Wartość obrotów w Czechach stanowi 0,046 proc. tej wartości w Polsce.

Burza Cenných Papierov

Kończąc omawianie państw nalężących do Grupy Wyszehradzkiej przyszedł czas na Słowację. Jeżeli chodzi o wartość giełdowego rynku obligacji wynosi ona 4,83 mld euro, czyli około 21 mld złotych. Czyli jest on większy niż na Węgrzech (15,8 mld), ale mniejszy niż w Czechach i to prawie dwukrotnie( 38,5 mld). W 2015 roku 14 firm przeprowadziło w sumie 26 emisji – jednak ich wartość nie jest możliwa do oszacowania gdyż podawana jest włącznie z emisjami obligacji przez słowackie ministerstwo finansów, przez Narodowy Bank Słowacki oraz innych państwowych banków. Jedyna wydzielona informacja to wyżej wymieniona wartość rynku, czyli 21 mld złotych. Co ciekawe, za obroty na słowackiej Burzy w 98 proc. odpowiadają właśnie transakcje na obligacjach, oczywiście w głównej mierze państwowych, jednak mimo wszystko pokazuje to słabość rynku akcji i zwracanie się społeczeństwa oraz funduszy w stronę obligacji.

Bałtyckie obligacje

Kolejną grupą państw są Republiki Nadbałtyckie, czyli Litwa, Łotwa i Estonia. Wartość rynku obligacji korporacyjnych w Łotwie wynosi 10 mln euro, na Litwie 1,4 mld euro, a w Estonii – 340 mln euro. Są to zatem rynki nieporównywalnie mniejsze od tych omówionych wyżej. Jedynie giełda Litewska wyróżnia się na ich tle, ale raczej nieznacznie, będąc prawie 3-krotnie mniejszą od Węgierskiej, najmniejszej z państw Grupy Wyszehradzkiej. Na ich rynkach notowane są obecnie obligacje korporacyjne 20 przedsiębiorstw, jest to również liczba wszystkich emitentów występujących na tych rynkach.  Większość stanowią banki, inne sektory to moda, telekomunikacja, energetyka i pożyczki. Nie wdając się w szczegóły, przy tak niskich wartościach również obroty na tych rynkach są znikome, a większość z nich, jak można się domyślić, to transakcje na obligacjach banków. Wszystkie raczej skromne informacje na temat tych rynków dostępne są na Nasdaq Baltic – wspólnej stronie internetowej dla tych trzech rynków.

Łączna wartość rynku obligacji korporacyjnych Litwy, Łotwy i Estonii to 1,75 mld euro, czyli znacznie mniej niż któregokolwiek z państw Grupy Wyszehradzkiej. Dla ukazania perspektywy – Catalyst jest prawie 9-krotnie większy. Pokazuje to nic innego jak słabość rynku długu korporacyjnego w państwach nadbałtyckich. W porównaniu do nich Catalyst jest ogromny. Mimo że na tle państw Europy Zachodniej czy USA (rynek obligacji korporacyjnych wart na rok 2014 – 9 bilionów 770 miliardów DOLARÓW) jest raczej średnim, żeby nie powiedzieć małym, rynkiem to jest bezkonkurencyjny na tle naszej części Europy. Zatem jego ogromna przewaga nie może być przyczyną spoczęcia na laurach, wręcz odwrotnie.

Rubieże Europy Środkowo- Wschodniej

Do omówienie pozostały już tylko Chorwacja i Rumunia. Wartość rynku obligacji korporacyjnych w Chorwacji to 930 mln euro, a w Rumunii – 820 mln euro. Pod względem wielkości są to zatem rynki bardzo do siebie zbliżone. Na giełdzie w Zagrzebiu notowane są obecnie obligacje korporacyjne 14 firm, natomiast w Bukareszcie – 6. W Chorwacji są to obligacje z sektorów telekomunikacyjnych, finansowych, spożywczych, farmaceutycznych. W Rumunii natomiast 4 spośród tych 6 firm to banki. Jeżeli chodzi o wartość obrotów to na większości tych obligacji w przeciągu ostatniego roku odbyło się między 1 a 10 transakcji. Przepaść, jaka dzieli Catalyst od wyżej wymienionych rynków, jest zatem bardzo duża – wartość obrotów na obligacjach korporacyjnych w 2015 roku to 1,75 mld złotych, transakcji było około 59 tysięcy, czyli nieporównywalnie więcej niż w Rumunii i Chorwacji.

Jak na dłoni widać, że Polski rynek obligacji Catalyst na tle państw Europy Środkowej i Wschodniej jest prawdziwym prymusem, wartym na dziś dzień około 69 mld złotych. Jest on również największą i najbardziej różnorodną giełdą długu w regionie jeżeli chodzi o liczbę emisji. Z perspektywy tych krajów polski rynek obligacji korporacyjnych może stanowić przykład do naśladowania. W końcu istniejący od 2009 roku Catalyst w ciągu 7-8 lat swego istnienia stał się największym rynkiem obligacji korporacyjnych w tej części Europy. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest zapewne wiele, wymieniając te najbardziej oczywiste – kryzys finansowy i odwrócenie się inwestorów indywidualnych, a tym samym instytucjonalnych od rynku akcyjnego na rzecz właśnie korporacyjnego – w 2011 roku aktywa funduszy obligacji korporacyjnych wynosiły 2,15 mld złotych, pod koniec 2016 roku już 15,36 mld. Kolejną z przyczyn jest spadek stóp procentowych i tym samym bardzo niskie oprocentowanie lokat, co doprowadziło do szukania alternatywnych metod lokowania wolnych środków do lokat bankowych. Dług korporacyjny nadaję się do tego idealnie. Ostatnią z przyczyn jest stopniowa zmiana świadomości samych przedsiębiorców, którzy odchodzą od finansowania poprzez kredyt bankowy i z coraz większym optymizmem zwracają się w stronę emisji obligacji. Widać to wyraźnie po przytoczonych wyżej danych, dotyczących średniorocznej dynamiki wzrostu finansowania poprzez obligacje korporacyjne i kredyty bankowe, gdzie wyraźną przewagę utrzymują właśnie obligacje. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest chociażby program Luzowania Ilościowego (QE), tak zwane emisje „śmieciowe” proponujące wysokie stopy zwrotu oraz wzrost świadomości inwestycyjnej klientów. Ich omówienie to już jednak temat na inny artykuł.

Z powyższych danych jasno wynika, że Catalyst jest niekwestionowanym liderem na rynku obligacji korporacyjnych w tej części Europy. Zarówno jeżeli chodzi o jego wartość, obroty, liczbę emisji i emitentów, pod każdym względem wyraźnie wyprzedamy wszystkie inne państwa. Kończąc zatem nasze rozważania trzeba pamiętać o jednym – wartość papierów notowanych na amerykańskim rynku długu korporacyjnego wynosi aż 9 bilionów 770 miliardów dolarów (dane na początek 2014 roku). Patrząc bliżej, w Niemczech w roku 2015 i 2016 zostały wyemitowane obligacje o wartości ponad 80 miliardów euro. W USA 17 proc. zadłużenia firm to kredyt bankowy, natomiast aż 83 proc. długu to właśnie obligacje korporacyjne. W Polsce wygląda to na odwrót – kredyty stanowią 85,1 proc. zobowiązań polskich firm, a obligacje ledwie 14,9 proc. W strefie euro 20 proc. struktury zobowiązań przedsiębiorstw stanowią obligacje korporacyjne. Na podstawie tych danych jasno wynika, że jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia zarówno pod kątem wolumenu przyszłych emisji jak i zmiany sposobu finansowania się przedsiębiorstw. O ile w porównaniu do krajów Europy środkowej i wschodniej jesteśmy prymusem i można stawiać nas za przykład, o tyle na tle krajów Europy Zachodniej czy właśnie USA, jesteśmy niedużym, mało znaczącym rynkiem, gdzie niewiele firm finansuje się obligacjami. Dużo już zrobiliśmy, ale jeszcze więcej jest do zrobienia.

Raport Coface: badanie płatności wśród firm w Chinach

Z badania płatności, w którym udział wzięło 1 017 chińskich przedsiębiorstw wynika, że w 2016 roku sytuacja w zakresie spłat należności poprawiła się. Mniej, bo 68 proc. firm-respondentów posiadało w minionym roku zaległości płatnicze (w porównaniu ze średnią za okres ostatnich 5 lat kształtującą się na poziomie 80 proc.), ponadto mniej respondentów wykazało wzrost zaległości płatniczych. Jednak sytuacja związana z najdłuższymi zaległościami płatniczymi jest alarmująca, gdyż 35,7 proc. tych firm posiadało przeterminowania powyżej 180 dni, które przekroczyły 2 proc. ich rocznych obrotów.

W 2016 roku odnotowano również wzrost liczby firm (z 21 proc. w 2015 r. do 26,3 proc. w 2016 r.), które wykazywały średni okres przeterminowania płatności na poziomie 90 dni lub więcej. Ponadto nastąpił bardzo gwałtowny wzrost liczby respondentów (do 15,9 proc. podczas, gdy w 2015 r. wyniósł 9,9 proc.) ze średnim okresem przeterminowania powyżej 150 dni.

Z doświadczenia Coface wynika, że około 80 proc. wierzytelności nie zostanie w ogóle spłaconych, jeśli opóźnienie w płatności przekracza 180 dni. Jeżeli bardzo długie zaległości płatnicze stanowią ponad 2 proc. rocznych obrotów firmy ogółem, płynność firmy może zostać zagrożona, a jej zdolność do spłaty kwot należnych dostawcom z pewnością zacznie budzić wątpliwości.

Warto dodać, że 35,7 proc. respondentów (w 2015 r. było ich 33,4 proc.) wskazało, że bardzo długie zaległości płatnicze stanowiły ponad 2 proc. ich rocznych obrotów ogółem. Ponadto wzrosła liczba firm (z 8,7 proc. w 2015 r. do 10,9 proc. w 2016 r.), w których bardzo długie opóźnienia stanowiły ponad 10 proc. ich rocznych obrotów ogółem. Znacznie zmniejsza to przepływy pieniężne, które stanowią siłę napędową firmy.

Chińskie firmy, które spotkały się z opóźnieniami w odzyskaniu należności znalazły się w bardzo trudniej sytuacji finansowej. Trudności potęgowane są przez bardziej restrykcyjną politykę pieniężną i kredytową, prowadzoną w 2017 r., ostrzejszą konkurencję w ostatnich latach oraz ograniczone marże z powodu nadwyżki mocy produkcyjnych w przemyśle, wywołane mniejszym popytem.

Sektory wysokiego ryzyka: budownictwo, chemia, maszyny przemysłowe i elektronika

Spośród 11 sektorów analizowanych w ramach badania, aż w sześciu odnotowano pogorszenie: chemicznym, maszyn przemysłowych i elektroniki, teleinformatycznym, metalurgicznym, farmaceutycznym i sprzedaży detalicznej.

Sektor metalurgiczny, który był sektorem bardzo wysokiego ryzyka w ciągu ostatnich kilku lat, wykazywał pewne oznaki poprawy, na którą miały wpływ takie czynniki jak restrukturyzacja i wzrost cen metali. Wiele firm w tym sektorze nadal boryka się przeterminowanymi należnościami – chociaż mniej firm musiało stawić czoła bardzo długim opóźnieniom płatniczym, które stanowiły ponad 10 proc. ich obrotów.

Długoterminowe prognozy dla sektora farmaceutycznego są pozytywne. Sprzyjają mu czynniki wzrostu strukturalnego (takie jak starzenie się społeczeństwa i wzrost dochodu na jednego mieszkańca), jednak wyniki badania płatności wyraźnie wskazują na zadziwiające pogorszenie pod względem zaległości płatniczych w roku 2016 (w porównaniu z rokiem 2015). Wynika to częściowo z szybko rozwijających się ram regulacyjnych i politycznych, obejmujących wdrożenie systemu dwóch faktur, który został przetestowany w 11 prowincjach.

W branży AGD i RTV ryzyko braku zapłaty utrzymywało się na stałym poziomie, podczas gdy w sektorach takich jak motoryzacja i transport, budownictwo, sektor papierniczo-drzewny oraz tekstylno-odzieżowy odnotowano poprawę pod względem zaległości płatniczych.

Pomimo pewnej poprawy, w 2016 r. budownictwo w Chinach nadal było branżą najbardziej narażoną na ryzyko, przy czym 45,9 proc. firm (największy odsetek respondentów spośród wszystkich sektorów) wykazywało bardzo długie opóźnienia płatnicze stanowiące 2 proc. lub więcej ich obrotów. 2017 będzie kolejnym rokiem pełnym wyzwań dla poważnie zadłużonych przedsiębiorstw budowlanych w kontekście trudniejszych warunków finansowych i kredytowych.

Poprawa sytuacji w sektorze motoryzacyjnym i transportowym, którą odnotowano w ubiegłym roku dzięki rządowym zachętom podatkowym, mającym na celu zwiększenie sprzedaży samochodów jest prawdopodobnie krótkotrwała. W przyszłości mogą wystąpić trudności wynikające z większej konkurencji na rynku, niższego popytu na samochody i rosnących kosztów surowców.

Coface prowadzi badania w zakresie zarządzania kredytami firmowymi w Chinach od 2003 roku. Badanie z 2016 roku (przeprowadzone między październikiem a listopadem 2016 r.) było już czternastą edycją. W badaniu wzięło udział 1 017 firm. Sporządzona analiza daje wgląd w sytuację dotyczącą doświadczeń płatniczych wśród firm w Chinach.

Profil w mediach społecznościowych zdecyduje o wysokości pożyczki

Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit Polska
Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit Polska

W sektorze pożyczkowym trwa wyścig po coraz bardziej wiarygodnego klienta. W zawodach tych poza samą ofertą cenową, coraz większą rolę odgrywają czas wydania decyzji, koszt weryfikacji zdolności kredytowej, źródła wiarygodnych informacji o kliencie, samoobsługowość, ograniczenie formalności i komfort klienta. Po części wynika to ze zmiany pokoleniowej wśród klientów firm pożyczkowych. Coraz częściej są to tzw. millenialsi – osoby świadome swoich praw konsumenckich, potrzeb, możliwości, biegle korzystające z nowoczesnych technologii, ceniące swój czas i wygodę. W Polsce to grupa licząca 11 mln osób.

Chęć dostosowania produktów i obsługi do oczekiwań tej grupy społecznej sprawiło, że firmom pożyczkowym nie wystarczają już tradycyjne źródła wiedzy o klientach. Co miesiąc w całej Europie o pożyczkę online aplikuje ok. 9 mln millenialsów, ale zaledwie 13% wniosków jest rozpatrywana pozytywnie. Przekłada się to wprost na stosunkowo niską sprzedaż, niezadowolenie klientów i niewykorzystany spory nakład pracy. Dlatego pozabankowe firmy pożyczkowe coraz częściej sięgają po efektywniejsze narzędzia FinTechowe, by ułatwić osobom bez historii kredytowej dostęp do swojej oferty. Jak się okazuje, dobrym źródłem informacji o klientach są ich profile w mediach społecznościowych oraz ich dane behawioralne, czyli analiza zachowania w Internecie. Nowoczesne narzędzia scoringowe za zgodą klienta przyjrzą się jego zwyczajom, decyzjom, opiniom, wydarzeniom, w których uczestniczy. Na tej podstawie budują profil uwzględniający silne i słabe strony jako klienta instytucji pożyczkowej. Narzędzia te pozwalają pozyskać dane o klientach, przeanalizować je oraz wydać opinię o jego zdolności kredytowej tu i teraz. Wszystko to trwa zaledwie kilka sekund, a w rezultacie pozwala zaproponować klientowi indywidualnie sparametryzowany produkt. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że dzięki tej metodzie proces przyznawania pożyczek znacznie przyspieszył a odsetek pozytywnie rozpatrzonych wniosków podwoił się.

Takie podejście wydaje się być zgodne z unijną dyrektywą PSD2, która ma zacząć obowiązywać od stycznia 2018 roku. Zgodnie z jej zapisami możliwe będzie uzyskanie dostępu do informacji o kliencie u jego aktualnego dostawcy usług finansowych. Oznacza to znaczne ułatwienie agregowania danych o kliencie, istotne wsparcie profilowania oraz procesu decyzyjnego.

Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w ciągu najbliższych 2 lat narzędzia FinTech staną się jeszcze popularniejsze, choć już teraz Polska może pochwalić się największym wśród państw CEE rynkiem o wartości 856 mln EUR. Staną się powszechne w aplikacjach mobilnych i serwisach online oferujących pożyczkę przez Internet.

Czy złoty utrzyma wznoszący kurs?

Obecne poziomy złotego wobec dolara, euro czy franka są prawdopodobnie nie do utrzymania. Polska waluta w dalszej części roku może tracić na wartości, a w każdym razie obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której ograniczony jest potencjał złotego do wzrostu, za to większy do spadku – mówi Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Złoty w ostatnich trzech miesiącach wzmacniał się w relacji do dolara, euro, funta, franka szwajcarskiego. Z jakiego powodu?

Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl: – Złożyło się kilka czynników preferencyjnych dla polskiej waluty. Po gorszych od oczekiwań październikowych danych odnośnie produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej czy sprzedaży detalicznej, mogących sugerować niższe tempo wzrostu gospodarczego, kolejne trzy miesiące pozytywnie zaskoczyły część ekonomistów, co przyczyniło się do wzmocnienia złotego.

Kolejne czynniki były bardziej specyficzne dla poszczególnych walut. Dolar nie utrzymał tendencji wzrostowych po listopadowych wyborach prezydenckich i zaczął wyraźnie tracić na wartości. Euro było cały czas osłabiane przez bardzo łagodną politykę monetarną prowadzoną, przez Europejski Bank Centralny. Z kolei kondycja funta jest gorsza przez Brexit i związane z nim obawy dla gospodarki brytyjskiej. Złotemu pomogły też nastroje na rynkach  krajów wschodzących, co można było zaobserwować również w przypadku węgierskiego forinta.

Jeśli uwzględnimy okres od początku br. do końcówki marca, jak duże zmiany nastąpiły?

– Złoty umocnił się wobec euro oraz franka o 3 proc., wobec funta o 4 proc., natomiast wobec dolara o 6 proc.

Dla kogoś, kto zarabia w polskiej walucie i spłaca kredyt walutowy, np. we frankach, wzmocnienie złotego jest korzystne. Kiedy jednak zapytamy Polaka, który zarabia np. w euro lub w funtach, ale odnosi swoje zarobki do cen i realiów życia w Polsce, powie, że nastąpiła “niedobra zmiana”.

– Trzeba sobie zdać sprawę, że kursy wymiany walut podlegają ciągłym wahaniom. Oczywiście z punktu widzenia kogoś, kto zarabia w obcej walucie czy spłaca kredyt we frankach, zmiany mogą wydawać się zero-jedynkowe – albo zyskujemy, albo tracimy. Należy jednak pamiętać, że zmiany kursów walut wpływają również szerzej na całą gospodarkę, co także może dotykać osoby, które bezpośrednio nie są zainteresowane wymianą walut. Zmiany wpływają m.in. na opłacalność eksportu, która jest tym większa, im waluta jest słabsza, oraz importu – produkty stają się tańsze, gdy waluta jest silniejsza. Opłacalność eksportu i importu przekłada się na zmianę tempa wzrostu gospodarczego, od czego zależy m.in. poziom płac w gospodarce czy zatrudnienie. Wzrost lub spadek kursu wymiany złotego w relacji do danej waluty może wpływać także na zmianę wartości długu zagranicznego Polski. Gdy nasza waluta drożeje, dług się odpowiednio zmniejsza. Czy chcemy tego czy nie, kursy walutowe odgrywają w naszym życiu istotną rolę.

Czy można określić, co się zdarzy w perspektywie najbliższych kilku tygodni czy miesięcy? Sytuacja ustabilizuje się na obecnym poziomie? Złoty nadal będzie rósł w siłę? A może wrócimy do stanu z przełomu roku?

– Obecne poziomy złotego wobec dolara, euro czy franka są prawdopodobnie nie do utrzymania. Polska waluta w dalszej części roku może tracić na wartości. Dlaczego? Podam pod rozwagę kilka kwestii. Rentowności obligacji amerykańskich oraz dolar prawdopodobnie będą rosły wraz z wprowadzeniem zmian przez nową administrację w USA. Chodzi m.in. o obniżenie podatków czy zwiększenie wydatków infrastrukturalnych. Z kolei z Europejskiego Banku Centralnego zaczynają napływać sygnały sugerujące nieco bardziej restrykcyjną niż obecnie politykę monetarną. Ponadto u schyłku roku 2017 kończy się comiesięczny program skupu aktywów. Obecnie w wypadku tego programu mówimy o 60 mld euro miesięcznie. Jeżeli EBC nie przedłuży skupu, bądź choćby napomknie, że tego nie zrobi, może to znacznie wzmocnić euro. Wreszcie polityka monetarna polskiego banku centralnego (NBP) może osłabiać złotego. Podczas ostatniej konferencji prasowej prezes NBP zasugerował możliwość utrzymania stóp procentowych na niezmienionym poziomie nie tylko w 2017 r., ale również w 2018 r. Brak zmian w poziomach stóp w Polsce, podczas gdy w USA i prawdopodobnie w strefie euro stopy procentowe się zwiększą, będzie wywierał presję na osłabienie się złotego.

Skoro złoty umocnił się w dużej mierze ze względu na to, co się dzieje w innych krajach, to czy w Polsce może stać się jeszcze coś, co osłabi naszą walutę?  

– Z czynników wewnętrznych na złotego oddziałuje polityka monetarna, prowadzona przez bank centralny, a ostatnie sygnały sugerują jej łagodne podejście, co negatywnie może przekładać się na złotego. Rosnąca inflacja pozytywnie wpływała na złotego, ponieważ zwiększała prawdopodobieństwo podniesienia stóp procentowych. Była jednak spowodowana głównie przez globalny wzrost cen surowców energetycznych, przede wszystkim ropy. Efekt ten jednak już wygasa, bo ceny ropy zaczynają się stabilizować. Dane z polskiej gospodarki również mogą odgrywać istotną rolę w wycenie złotego – po lepszym od oczekiwań okresie listopad-styczeń, w lutym dane nieco zawiodły oczekiwania rynkowe. Może to z kolei obniżać oczekiwane tempo wzrostu gospodarczego, co ostatecznie negatywnie przełożyłoby się na wartość polskiej waluty. Nie należy zapominać też o ratingu nadawanym przez agencje ratingowe. Biorąc pod uwagę komunikaty agencji, ocena ratingowa uzależniona jest przede wszystkim od działań polskiego rządu. W przypadku podejmowania działań mogących prowadzić do istotnego zwiększenia się długu publicznego lub deficytu, rating kraju mógłby zostać obniżony, co również osłabiłoby złotego.

Jeśli ktoś zamierza kupić obcą walutę, to czy powinien zwlekać w oczekiwaniu na korzystniejsze kursy?

– Kursy walut na przestrzeni krótkiego okresu czasu mogą się poddawać istotnym wahaniom, stąd wybór idealnego momentu do zakupu może być trudny. Ogólnie dobrym pomysłem może być więc rozłożenie planowanego zakupu waluty w czasie. Wygładzamy w ten sposób średnią cenę zakupu i ograniczamy ryzyko niekorzystnych dla nas wahań. Jednak biorąc pod uwagę czynniki wymienione wcześniej, polska waluta ma obecnie ograniczony potencjał do wzrostu, ale za to większy do spadku. Stąd wymiana większej części obecnie może okazać się optymalnym rozwiązaniem.

Geotrans ogłasza Strategię rozwoju na lata 2017-2020

Geotrans, podmiot zajmujący się gospodarką odpadową w branży ochrony środowiska, zaprezentował Strategię rozwoju na lata 2017-2020. Dalszy rozwój skali działalności w zakresie odpadów poprocesowych, kontynuacja osiągania coraz wyższych wyników finansowych, spadek zaangażowania w przejętą Kompanię Elektryczną i osiągnięcie kapitalizacji pozwalającej na debiut na GPW – to jej główne założenia. Spółka odniosła się także do realizacji Strategii za poprzednie lata.

Okres obowiązywania naszej poprzedniej Strategii minął, dlatego postanowiliśmy zaprezentować naszym obecnym i potencjalnym Akcjonariuszom zaktualizowany Plan rozwoju do 2020 r. W jego ramach chcemy skupiać się na obszarach, w których mamy najwyższe kompetencje i doświadczenie. Stawiamy na dalszy rozwój usług zagospodarowywania osadów świadczonych dla jednostek publicznych i samorządowych. W dalszym ciągu widzimy duży potencjał wzrostu odbioru ubocznych produktów spalania. To w założeniu pozwoli nam na osiągnięcie kapitalizacji rzędu 12 mln EUR i tym samym przejście na Główny Rynek GPW. Ponadto, w najbliższych latach chcemy zmniejszać nasz udział w spółce zależnej Kompania Elektryczna – dodał Przemysław Weremczuk.

Realizacja nowej Strategię rozwoju na lata 2017-2020, odbywać się będzie poprzez osiągniecie następujących celów:

  • Ugruntowanie pozycji krajowego lidera w odbiorze i zagospodarowaniu ustabilizowanych komunalnych osadów ściekowych;
  • Dalszy rozwój działu zagospodarowania ubocznych produktów spalania (UPS);
  • Koncentracja Zarządu na dalszym wzroście wyników finansowych;
  • Zmniejszenie zaangażowania w spółkę zależną Kompania Elektryczna sp. z o.o.;
  • Osiągnięcie kapitalizacji na poziomie co najmniej 12 mln EUR (pow. 10 zł/akcja) i zbudowanie bazy kapitałowej m.in. przez wypracowane zyski z działalności.

Spółka skomentowała również stan realizacji poprzedniej Strategii, zapisanej w Dokumencie Informacyjnym z 23 lipca 2015 r., przed debiutem na rynku New Connect. Mimo nieosiągnięcia planowanej kapitalizacji, podstawowe założenia zostały zrealizowane.

Minione lata to z pewnością udany czas dla naszej Spółki. Z sukcesem zrealizowaliśmy planowaną ekspansję na kolejne województwa, a także rozszerzyliśmy ofertę usługową o zagospodarowanie ubocznych odpadów ściekowych, co w ostatnich kwartałach przynosi najwyższą dynamikę wzrostów. Przede wszystkim jednak Geotrans zdobył pozycję największego w Polsce podmiotu zajmującego się odbiorem i zagospodarowywaniem ustabilizowanych komunalnych osadów ściekowych, zarówno w ujęciu ilościowym, jakościowym, jak i skali działania – dodał Przemysław Weremczuk.

Spółka 14 lutego 2017 r. zaprezentowała wyniki finansowe za IV kwartał i tym samym wstępnie za 2016 r. Całoroczne przychody ze sprzedaży wzrosły do 15,8 mln zł (+100%), zysk EBITDA do 3,2 mln zł (+55%), a zysk na poziomie netto – do 2,4 mln zł (+35%).

Prawo autorskie v. internetowa wolna amerykanka: jak współcześnie chronić interesy twórców?

Jedną z inicjatyw w ramach strategii Jednolitego Rynku Cyfrowego jest reforma reżimu dotyczącego praw autorskich. Udostępnianie treści audiowizualnych czy e-booków w Internecie jest coraz bardziej powszechne, dlatego najwyższy czas na wprowadzenie odważnych i przemyślanych zmian w tym obszarze.                                       

Skuteczniejsza ochrona praw autorskich w obliczu technologicznych zmian sposobu dostarczania usług audiowizualnych i innych treści cyfrowych w Internecie jest jednym z wyzwań, przed którymi stoi obecnie Unia Europejska. Toczące się prace nad opublikowanym we wrześniu 2016 roku pakietem proponowanych regulacji, w tym projektem dyrektywy w sprawie praw autorskich na Jednolitym Rynku Cyfrowym, budzą wśród twórców, dostawców i odbiorców wiele wątpliwości – nie tylko o podłożu ekonomicznym.

Naukowcy w obronie wolności prasy

Opublikowany 22 lutego 2017 r. list otwarty naukowców uniwersytetów z całej Europy zajmujących się prawami autorskimi wskazuje jako problematyczne dwa artykuły z proponowanej dyrektywy w sprawie praw autorskich na JRC: art. 11 dotyczący praw wydawców publikacji prasowych oraz art. 13 dotyczący odpowiedzialności za objętą prawami autorskimi treść umieszczaną na platformach internetowych. Propozycja zawarta w artykule 11 dotyczy m.in. wprowadzenia trwającego 20 lat wyłącznego prawa wydawców publikacji prasowych do: „zezwalania lub zabraniania bezpośredniego lub pośredniego, tymczasowego lub stałego zwielokrotniania utworu, przy wykorzystaniu wszelkich środków i w jakiejkolwiek formie, w całości lub częściowo”.

Zgodnie z projektem dyrektywy ma ona nie dotyczyć tzw. „czynności linkowania” oraz cytowania artykułów w celu dokonania ich krytyki lub recenzji. Ta z pozoru konkretnie określona propozycja została poddana miażdżącej krytyce w liście Copyright Reform: Open Letter from European Research Centres. Autorzy wskazują, że za sprawą tego przepisu zostałaby stworzona konstrukcja podwójnego prawa dotyczącego tego samego utworu. Pierwsze nabywałby wydawca prasy od autora danego artykułu. Drugie zaś tworzone byłoby przez proponowany artykuł i przysługiwałoby wydawcy z samego tytułu bycia wydawcą.

Propozycja jest niekorzystna zarówno dla autorów, jak i dla chętnych do nabycia danego utworu: pozostaje niejasne, od kogo prawa do danego utworu powinny zostać nabyte – od autora? wydawcy? obu? Ponadto Komisja nie oceniła, jakie będą konsekwencje wprowadzenia propozycji wśród małych wydawców, których możliwości zdobywania artykułów czy negocjowania cen licencji są ograniczone.

Przede wszystkim jednak proponowana forma ochrony wydawców publikacji prasowych już w momencie ewentualnego jej przyjęcia byłaby regulacją przestarzałą. Nie odnosi się bowiem w ogóle do możliwości tworzonych przez nowe technologie innych niż „czynności linkowania”. Jak wskazują autorzy listu nie odnosi się ona także do stosowania wobec publikacji prasowych metod text mining, czyli do wydobywania danych z tekstu i ich późniejszej obróbki. Komisja nie podjęła się regulacji palących problemów wymagających dostosowania prawa autorskiego do nowej rzeczywistości technologicznej.

Ochrona praw autorskich a cenzura

Kontrowersje wokół proponowanego art. 13 mają bardziej uniwersalny charakter. Przyjęcie przepisu w tej formie odwracałoby funkcjonujące w prawie unijnym mechanizmy dotyczące ponoszenia odpowiedzialności za treści umieszczane na platformach internetowych. Dotychczasowy porządek, w którym dane utwory naruszające prawa autorskie były usuwane w następstwie zgłoszenia naruszenia, zostałby zastąpiony prewencyjną kontrolą. Dostawcy usług w Internecie byliby zobowiązani wprowadzić filtry, które odsiewałyby treści naruszające prawa autorskie. Obowiązek ten stanowiłby – podobnie jak w wypadku art. 11 – większe obciążenie dla mniejszych portali, platform i start-upów. Ponadto wskazuje się na niezgodność proponowanych regulacji z Kartą Praw Podstawowych: zarówno ze względu na utrudnienie w prowadzeniu własnego biznesu, jak i możliwy wpływ na ograniczenia wolności słowa z punktu widzenia użytkowników. 

Wątpliwa przyszłość propozycji 

Nie tylko naukowcy zajmujący się prawami autorskimi wyrazili gwałtowny sprzeciw wobec proponowanych zmian i zaniepokojenie brakiem uzasadnień dla proponowanych rozwiązań. Zarówno Komisja Kultury i Edukacji, jak i Komisja Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów w swoich wstępnych opiniach zaproponowały szereg poprawek do obu artykułów. Proponowane poprawki mają jednak dość zróżnicowany charakter. W przypadku art. 11 opinia Komisji Kultury i Edukacji zawiera m.in. sugestię ograniczenia czasu trwania prawa do trzech lat, w porównaniu do proponowanych przez Komisję dwudziestu. Opinia Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów sugeruje zaś usunięcie całego artykułu. Podobnie w wypadku art. 13 propozycje zmian są dosyć rozbieżne (zob.: komentarze L. Blanco, źródło poniżej). Stąd też niemożliwa wydaje się ocena, na ile poważnie potraktowane zostaną uwagi formułowane przez specjalistów w obszarze praw autorskich, a także jak ich apele zostaną odzwierciedlone w ostatecznej formie dyrektywy.

Można jednak stwierdzić z pewnością, że wnioski legislacyjne z pakietu, który ma unowocześnić system ochrony praw autorskich w Unii Europejskiej, nie dostarczają odpowiedzi na pytanie, jak powinno się współcześnie chronić interesy twórców. Zdaniem specjalistów wstępne propozycje doprowadzić mogłyby jedynie do wzmocnienia dużych – głównie amerykańskich – graczy na rynku dostarczania treści audiowizualnych w sieci. Niekoniecznie zaś przyniosłyby realne korzyści czy to samym twórcom, czy nawet europejskim wydawcom, producentom czy start-upom – do czego teoretycznie miała prowadzić reforma.  

Autor: Joanna Mazur, Analityk DELab UW

Źródła:

Draft Opinion of the Committee on the Internal Market and Consumer Protection for the Committee on Legal Affairs on the proposal for a directive of the European Parliament and of the Council on copyright in the Digital Single Market dostępna tutaj.

Draft Opinion of the Committee on Culture and Education for the Committee on Legal Affairs on the proposal for a directive of the European Parliament and of the Council on copyright in the Digital Single Market dostępna tutaj.

Dyrektywa 2001/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjny dostępna tutaj.

European Copyright Society, Opinion on European Commission Proposals for Reform of Copyright in the EU dostępna tutaj.

Komentarze autorstwa Laury Blanco do opinii Komisji Kultury i Edukacji w Parlamencie Europejskim odnośnie do dyrektywy dostępny tutaj zaś odnośnie do opinii Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów tutaj.

List Copyright Reform: Open Letter from European Research Centres dostępny tutaj.

Opinia On Online Platforms and the Commission’s New Proposal for a Directive on Copyright in the Digital Single Market autorstwa Christiny Angelopoulos dostępna tutaj.

Wniosek: dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym dostępny tutaj.

Wniosek dotyczący rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady ustanawiającego przepisy dotyczące wykonywania praw autorskich i praw pokrewnych mające zastosowanie do niektórych transmisji online prowadzonych przez organizacje radiowe i telewizyjne oraz do retransmisji programów telewizyjnych i radiowych dostępny tutaj.

Alain Simonnet na stanowisku Dyrektora Zarządzającego w 3M Poland

Funkcję Dyrektora Zarządzającego 3M Poland od 1 kwietnia 2017 roku obejmuje Alain Simonnet. Na tym stanowisku zastąpi Sebastiana Aranę, który zarządzał firmą 3M w Polsce od 2014.

Alain Simonnet uzyskał tytuł magistra inżynierii mechanicznej i lotniczej w École nationale d’ingénieurs de Tarbes we Francji, a także ukończył brytyjski The Chartered Institute of Marketing. Posiada również tytuł Black Belt Lean Six Sigma.

Nowy dyrektor zarządzający dołączył do firmy 3M w Wielkiej Brytanii w 1990 roku.  Piastował wiele stanowisk związanych ze sprzedażą i marketingiem, stopniowo zwiększając zakres odpowiedzialności z lokalnej na europejską. Kolejnym punktem na ścieżce jego kariery w 3M była funkcja Dyrektora ds. Marketingu Korporacyjnego we Francji, a następnie stanowisko Dyrektora Handlowego Rynku w grupie biznesowej Grafika Reklamowa, a później w grupie Przemysłowej. Zarządzał również Centrum Obsługi Klienta we Francji.

Nowy dyrektor zarządzający 3M Poland posiada duże doświadczenie zawodowe związane z zarządzaniem wieloma organizacjami oraz obsługą klienta.

─ Mam nadzieję, że dzięki mojemu doświadczeniu biznesowemu będę mógł efektywnie i skutecznie zarządzać firmą 3M w Polsce. Cieszy mnie to, że moim nowym zawodowym wyzwaniem będzie stanie na czele firmy 3M właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej gdzie chciałbym zadbać o naszych klientów i interesariuszy, jednocześnie mając świadomość jak strategiczny dla 3M jest to rynek – powiedział Alain Simonnet.

BioMaxima S.A. dynamicznie zwiększa sprzedaż w 1 kw. 2017 r.

BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, zakończyła 1 kw. 2017 r. przychodami netto ze sprzedaży w wysokości 7.132 tys. zł, notując tym samym blisko 22% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r.

Emitent w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. zwiększył sprzedaż we wszystkich grupach asortymentowych oprócz aparatury. Najwyższa progresja przychodów została osiągnięta w segmencie mikrobiologii, co jest związane ze zrealizowanym w minionym roku połączeniem ze spółką BIOCORP Polska Sp. z o.o. Obecnie ten obszar stanowi fundament sprzedaży zarówno na rynku krajowym, jak i w eksporcie. Oferta Biocorp ma również udział w innych segmentach sprzedażowych, w tym w usługach doradczych (szkolenia). Sprzedaż Spółki na rynkach zagranicznych w 1 kw. 2017 r. zanotowała wyraźny, prawie 63% wzrost w ujęciu rdr. Bardzo dobrze przedstawia się również wartość wygrywanych przez BioMaxima S.A. postępowań przetargowych, która w miesiącach styczeń-marzec 2017 r. wyniosła 2.759 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2016 r. było to odpowiednio 2.059 tys. zł.

„Jesteśmy zadowoleni z wyników uzyskanych na koniec marca. Odzwierciedlają one wpływ dotychczasowych zmian w strukturze zespołu handlowego oraz pracy nad integracją firmy. Widać także efekty poszerzonej grupy kontrahentów w kraju, co przekłada się chociażby na wartość wygranych postępowań przetargowych. Można również zauważyć, że rośnie eksport realizowany w nowej, połączonej sieci dystrybutorów. Nadal inwestujemy w obecność na targach, dostępność obcojęzycznych materiałów o naszej ofercie oraz promujemy ofertę przemysłową za granicą. Liczymy więc, że ten trend wzrostowy się utrzyma.” – podkreśla Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

W marcu br. BioMaxima S.A. podpisała umowę współpracy z Pure Biologics Sp. z o.o. obejmującą komercjalizację rezultatów prac badawczo-rozwojowych prowadzonych przez Pure Biologics, które są związane z nowymi narzędziami do diagnostyki in vitro. Obad podmioty będą współpracowały w obszarze wdrażania do produkcji szybkich testów, opartych na systemach diagnostycznych stworzonych przy użyciu narzędzi biotechnologicznych opracowanych przez Pure Biologics, m.in. platformy selekcji przeciwciał rekombinowanych z bibliotek, platformy selekcji aptamerów DNA oraz technologii Pure Biologics do otrzymywania rekombinowanych białek. BioMaxima S.A. przewiduje, że zawarta umowa umożliwi jej tworzenie szybkich testów w obszarach, w których istnieje zapotrzebowanie rynkowe na nową lub przyspieszoną ścieżkę diagnostyczną, m.in. w wykrywaniu nowotworów, zakażeń bakteryjnych oraz wirusowych. Podpisana umowa uszczegółowiła podział kompetencji obu stron. Pure Biologics będzie odpowiedzialne za opracowanie technologii. Z kolei BioMaxima S.A. będzie zajmowała się jej testowaniem, budową prototypów oraz wdrażenim do produkcji, po uprzednim procesie rejestracji.

„Współpraca z Pure Biologics to działanie obliczone na to, aby zapewnić sobie dostęp do nowych metod badawczych, gdzie będziemy mogli jako pierwsi wprowadzać nowe rozwiązania na rynku, tam gdzie są one najbardziej oczekiwane. Prace nad pierwszym projektem ruszą jeszcze w tym półroczu.” – zakończył Prezes Urban.

BioMaxima S.A. sfinalizowała w ub. roku proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., dzięki czemu umocniła swoją pozycję rynkową w segmencie mikrobiologii oraz znacząco zwiększyła przychody z eksportu. Emitent w 2016 r. zrealizował także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W najbliższym czasie połączą się one z należącą do BioMaximy spółką Roco Sistem i stworzą nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl., którego celem będzie zapewnienie produktom BioMaxima znaczącego udziału w rumuńskim rynku diagnostyki.

Polacy najbardziej przychylni przyjmowaniu imigrantów z Ukrainy, Czech, Słowacji, Litwy i Wietnamu

Spośród 14 narodów, które pojawiły się w badaniu ilościowym przeprowadzonym na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) przez firmę Maison&Partners  wynika, że Polacy są najbardziej otwarci na przyjmowanie jako imigrantów naszych najbliższych sąsiadów: Ukraińców, Czechów, Słowaków i Litwinów, z czego zdecydowanie największa otwartość jest wobec Ukraińców (26% to popiera– 2017 r.).

Głównym celem badania było poznanie opinii Polaków na temat przyjęcia imigrantów różnych narodowości (porównanie wyników z poprzednią falą badania przeprowadzoną w 2016 r.) oraz postrzeganie przez nich wybranych narodowości.

W naszym kraju brakuje rąk do pracy. Mówimy tutaj o zawodach, w których Polacy po prostu nie chcą pracować. Aby zapewnić dotychczasowy poziom rozwoju i usług publicznych do 2020 roku potrzebujemy ściągnąć milion rąk do pracy. Polacy przychylnie odnoszą się do tego, aby w naszym kraju pracowali Ukraińcy, Czesi, Słowacy, Litwini, ale także Wietnamczycy. Łatwo się asymilują, nie ma z nimi problemów, sami uczą się języka i przede wszystkim sumiennie wykonują zlecone im prace. Uprzedzenia co do tych nacji są bezpodstawne – skomentował Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

Z badania wynika, że na przestrzeni 2016 roku zmniejszyła się otwartość Polaków wobec przyjęcia imigrantów z niemalże wszystkich krajów: w przypadku Ukraińców z 33% w 2016 do 26% w 2017, w przypadku Czechów z 24% do 19%, a Białorusinów z 14% do 9%. Cały czas jednak poparcie dla naszych wschodnich i południowych sąsiadów jest zdecydowanie większe niż poparcie dla imigrantów z krajów afrykańskich (7%) lub Bliskiego Wschodu (5%).

Polacy są również otwarci wobec idei przyznania Ukraińcom przebywającym w Polsce obywatelstwa. Połowa Polaków popiera takie rozwiązanie, szczególnie gdy w pytaniu nastąpi odwołanie do sytuacji, w jakiej znaleźli się Polacy w 1982 roku w USA. Również duże poparcie wzbudza rozwiązanie, w którym Polakom przebywającym aktualnie w Polsce przyznawane byłoby prawo pobytu, a po 15 latach obywatelstwo – obecnie 54% jest za takim rozwiązaniem. Poparcie to jednak nieco spadło w porównaniu z 2016 rokiem kiedy 61% Polaków było za takim rozwiązaniem.

Przeprowadzone badanie pokazuje wiele obaw Polaków wobec osób innych narodowości, a szczególnie wobec przyznania im prawa pobytu w naszym kraju. Widać jednak, że nie wszyscy potencjalni imigranci postrzegani są tak samo. Na większą akceptację wpływa bliskość geograficzna i kulturowa (sąsiedzi: Ukraińcy, Czesi, Słowacy), ale też kontakt z daną grupą (Wietnamczycy). Znaczenie kontaktu w budowaniu większej przychylności potwierdza również to, że osoby znające jakiegoś Ukraińca są do tego narodu dużo lepiej nastawione, niż ci, którzy nie mieli nigdy takich doświadczeń – uważa dr hab. Dominika Maison, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

Nie negujemy tego, że w zakresie polityki demograficznej należy działać wielotorowo. Efekty programu „500 plus”, który ma wpłynąć na poprawę w tym zakresie będą widoczne dopiero za kilkanaście lat, Polaków, którzy wyjechali na Zachód należy zachęcić do powrotu do kraju, zapewniając im godne zarobki i warunki życia, ale to nie będzie łatwe. Na rynku pracy wspomóc nas mogą nasi wschodni i południowi sąsiedzi, którzy rzetelnie wykonują swoje obowiązki i nie boją się pracy. Polskiego podatnika nie stać na przyjmowanie imigrantów na przykład z Afryki. W Szwajcarii 90 procent imigrantów z Afryki Północnej jest na zasiłkach, nie pracuje i utrzymuje ich podatnik szwajcarski. Polacy są zdecydowanie przeciwni wprowadzaniu takich praktyk w naszym kraju – powiedział Cezary Kaźmierczak.

Ukraińcy wywołują w Polakach ambiwalentne odczucia – równie duża grupa ma do nich pozytywny stosunek (27%), co negatywny (25%). Zdecydowanie mniej pozytywny stosunek mają Polacy do osób z krajów Afrykańskich (15% deklaruje, że je lubi, a aż 50%, że nie lubi). W przypadku osób z Bliskiego Wschodu (Syryjczycy i Irakijczycy) jest jeszcze mniej Polaków wyrażających pozytywny stosunek do tych osób (7-8%). Ukraińcy są postrzegani jako podobni do Polaków i zdecydowanie bardziej pozytywnie na wielu wymiarach od Syryjczyków (m.in. bardziej uprzejmi, życzliwi, uczciwi, zaradni, wykształceni). Widać również, że pozytywne postrzeganie Ukraińców wzrasta wraz z kontaktem z nimi: osoby, które osobiście znają jakiegoś Ukraińca są bardziej przychylne wobec tego narodu niż te, które znają ich tylko z widzenia lub słyszenia, a zdecydowanie bardziej od tych, które nie znają nikogo tej narodowości.

***

Badanie przeprowadzono metodą CAWI na Ogólnopolskim Panelu Badawczym Ariadna.
Badanie zrealizowano na ogólnopolskiej próbie losowo-kwotowej. Kwoty zostały dobrane wg. reprezentacji w populacji Polaków osób w wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejsca zamieszkania:

  1. Pierwsza fala, styczeń 2016, N=1268;
  2. Druga fala, marzec 2017, N=1072.

Pierwsza fala badania (2016) dotyczyła opinii na temat przyjmowania imigrantów przez Polskę. Te pytania zostały powtórzone w drugiej fali badania (2017). Druga fala badania została dodatkowo uzupełniona o pytania dotyczące postrzegania osób różnych narodowości – te dane pochodzą tylko z 2017 roku.

Beacony wchodzą na polskie stadiony. Marketingowcy liczą na zwiększone przychody

Dzięki infrastrukturze IoT, drużyny w USA i w Europie oraz ich sponsorzy dynamicznie pomnażają swoje zyski. Komunikaty, wysyłane w trakcie meczu na aplikacje klubowe, znacznie zwiększają wpływy z reklam oraz sprzedaży gadżetów. W Polsce, jako pierwszy obiekt sportowy, wdrożył to rozwiązanie INEA Stadion w Poznaniu.

Według Raportu Proxbook Q2, obecnie istnieje około 8,2 miliona czujników zbliżeniowych rozmieszczonych na całym świecie. W sprawozdaniu podano też prognozy, które sygnalizują, że do 2020 roku na poziomie globalnym zostanie wdrożonych ok. 400 milionów beaconów. Zdaniem Krzysztofa Łuczaka, eksperta z firmy technologicznej Proxi.cloud, za 5 lat w Polsce będzie co najmniej milion tego typu nadajników. Znajdą się na stadionach, lotniskach, dworcach, a także w sklepach, galeriach handlowych i restauracjach.

– Nowy kanał komunikacji interaktywnej daje specjalistom z zakresu marketingu szerokie pole do działania. Ograniczona zostanie rola statycznych banerów reklamowych, ponieważ nie pozwalają one na bezpośredni i spersonalizowany kontakt z klientami. A trzeba zauważyć, że obecnie konsumenci bardzo chętnie nawiązują relacje z markami. Angażują się w konkursy i akcje rabatowe, np. firm odzieżowych. W zamian za „dodatkową wartość”, udostępniają ich statusy na swoich profilach w social mediach. To ogromny potencjał do wykorzystania, przy użyciu infrastruktury IoT – mówi Krzysztof Łuczak.

Milionowe zyski

W USA beacony ma już 93% stadionów baseballowych, 75% – futbolowych, 53% – do gry w koszykówkę i 46% – hokejowych. Zespoły, które je zaimplementowały na swoich obiektach sportowych, osiągnęły zwrot z inwestycji nawet o 40% od przyrostowych przychodów ze sprzedaży już w pierwszym sezonie. Przykładem tego są drużyny NBA, m.in. Cleveland Cavaliers czy Golden State Warriors. Równocześnie z klubami zyski odnotowują ich partnerzy biznesowi, np. McDondald’s jako sponsor aplikacji Milwaukee Bucks. Kanały nawigacyjne otworzyły bowiem zupełnie nowe możliwości zarabiania pieniędzy, poza sprzedażą towarów i biletów, łącząc fanów ze sponsorowanymi treściami.

– Dzięki rozmieszczeniu beaconów na stadionie, amerykański Orlando Magic podniósł zasięg aplikacji aż o 30%, podczas gdy średnia branżowa wynosiła 5%. Klub zwiększył tym samym sprzedaż biletów o przeszło milion dolarów. Obecnie ponad 80% posiadaczy karnetów tej drużyny korzysta z jej aplikacji. Popularność takiego oprogramowania w połączeniu z sygnałem Bluetooth pomnaża przychody z reklam w dniu meczu. Marki docierają ze spersonalizowaną wiadomością do fanów danego klubu. To podnosi efektywność komunikacji i ogranicza inne, zbędne już wydatki reklamowe – zapewnia Krzysztof Łuczak.

W Europie infrastrukturę IoT posiada m.in. FC PORTO i FC Barcelona. Gdy zawodnik hiszpańskiego klubu strzela bramkę, kibice na stadionie niemal od razu dostają powiadomienia o rabatach na akcesoria klubowe. To zachęca ich do zakupów po zakończonym meczu i zwiększa zaangażowanie użytkowników aplikacji. Takie rozwiązanie marketingowe z powodzeniem można wdrożyć na naszym „podwórku”. Jesteśmy narodem otwartym na innowacje, zwłaszcza te, które podnoszą komfort życiowy. Według eksperta, świadczy o tym fakt, że jako jeden z dwóch krajów na świecie, obok Turcji, chętnie korzystamy z płatności zbliżeniowych.

Na naszym „podwórku”

– INEA Stadion to pierwszy obiekt sportowy w Polsce, który posiada infrastrukturę IoT. Rozmieszczono tam 54 nadajniki tak, by sygnał Bluetooth docierał do kas, bramek wejściowych i trybun. Użytkownicy aplikacji Lecha Poznań, przychodząc na mecz, dostaną np. powiadomienia powitalne z aktualnymi informacjami o drużynie. W trakcie gry mogą odebrać komunikat o rabacie na koszulki, jak hiszpańscy kibice. Telewidzowie nie będą mieli tej opcji. A zgromadzeni na stadionie fani dodatkowo otrzymają prośbę o wystawienie opinii na temat rozgrywki. To będzie budowało ich więź z klubem – przewiduje Krzysztof Łuczak.

Dzięki nowemu narzędziu, aplikacja drużyny z pewnością będzie częściej pobierana przez fanów „Kolejorza”. Wpłyną na to m.in. specjalne oferty klubowe dla użytkowników. W dalszej perspektywie, zarząd drużyny powinien zaangażować swoich sponsorów i partnerów biznesowych do szerszego wykorzystania infrastruktury beaconowej. Można bowiem podłączyć do niej wiele różnych aplikacji mobilnych. Koszt zainstalowania nadajników, liczony w tysiącach złotych, jest niewspółmiernie niski w porównaniu do szeregu korzyści, jakie oferuje.

– Inwestycja poznańskiego obiektu ma szansę zwrócić się już po pół roku. W najbardziej pesymistycznym wariancie, może to nastąpić po 18 miesiącach. Takie obliczenia poczynili partnerzy biznesowi, mający swój udział w projekcie. W dłuższej perspektywie infrastruktura IoT powinna też zwiększyć przychody z dnia meczu i zakupu gadżetów klubowych, podobnie jak w przypadku amerykańskich drużyn. Oczywiście skala sukcesu będzie zależeć od skutecznej strategii marketingowej. Jej najważniejszym elementem będzie budowanie interakcji z kibicami – zapewnia ekspert z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Wachlarz możliwości

Poza INEA Stadionem, beacony zostały zamontowane również w 7 sklepach Lecha Poznań. Mogą wysyłać do klientów komunikaty, brzmiące np. w ten sposób, „tylko dziś otrzymujesz 20% rabatu na akcesoria klubowe”. Jeśli kibic dostanie tego typu powiadomienie, będąc blisko danej placówki „Kolejorza”, to możliwość zrealizowania zakupu z pewnością wzrośnie kilkakrotnie. Takie właśnie wyniki osiągają kampanie realizowane w Stanach Zjednoczonych. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że okażą się skuteczne również w Polsce.

– Przechodząc obok sklepu klubowego lub stadionu piłkarskiego, kibic powinien otrzymywać wiadomości np. o najświeższym transferze piłkarskim lub nadchodzącym meczu. Dzięki takim komunikatom, nie zapomni np. o planowanej rozgrywce. Co więcej, może otrzymać powiadomienie o treści, np. zrób selfie z lokomotywą i wrzuć na Facebooka z tagiem #LechPoznan, a wygrasz szalik z nowej kolekcji. Taka forma grywalizacji szerzej angażuje użytkowników aplikacji do udzielania się w social mediach, a to podnosi rozpoznawalność klubu – przekonuje Krzysztof Łuczak.

Co ciekawe, kibice będą odbierać powiadomienia, znajdując się też poza strefą beaconów. Działanie systemu uzupełni wówczas geofencing. Ta technologia polega na określaniu wirtualnych granic obszaru geograficznego, w którym odbiorca, z zainstalowaną aplikacją, może dostać wiadomość. Jak zapewnia ekspert, to bezpieczne rozwiązanie, a także takie, które nie powoduje większej konsumpcji baterii w telefonie. Okaże się pomocne również na stadionie, gdy fan piłki nożnej zapomni włączyć Bluetooth. Oczywiście usługa zadziała, jeśli wcześniej użytkownik wyrazi zgodę na wykorzystywanie sygnału GPS przez aplikację.

Szansa do wykorzystania

– W mojej opinii, rodzimi konsumenci wyjątkowo szybko adoptują innowacje marketingowe. Może o tym świadczyć np. poziom zaangażowania klientów Biedronki w ostatnią kampanię reklamową z wykorzystaniem aplikacji do skanowania kart ze zwierzętami. Polacy uwielbiają promocje i akcje rabatowe. Perspektywa dodatkowych korzyści dla użytkowników aplikacji ulubionej drużyny powinna być dla nich również atrakcyjna. Dlatego, warto aby za poznańskim przykładem poszły kolejne obiekty sportowe w naszym kraju – stwierdza ekspert z Proxi.cloud.

Montując infrastrukturę IoT na stadionach sportowych w kolejnych miastach, możemy wyróżniać się na tle sąsiednich krajów, którzy często wolniej adoptują nowinki technologiczne. Co więcej, na arenie międzynarodowej Polska zdobyła już mocną pozycję jako producent beaconów. Zatem nie powinno być problemów z wdrożeniem samych nadajników na terenie naszych obiektów. Jednak istnieje inna bariera w rozwoju rodzimego marketingu sportowego. Podstawą interaktywnego kanału komunikacji jest bowiem aplikacja mobilna, której wiele klubów piłkarskich jeszcze nie wdrożyła.

– Koszt stworzenia tego typu aplikacji sukcesywnie spada i przestaje być przeszkodą, tym bardziej dla dużych i średnich klubów. Warto pamiętać o tym, że korzyści płynące z komunikacji interaktywnej z kibicami są nie tylko liczone w pieniądzach. Uruchomienie tego kanału pozwala na lepsze poznanie oczekiwań konsumentów, choćby za pomocą udzielanych przez nich opinii. Oczywiście w dalszej perspektywie to również przekłada się na zyski finansowe, ponieważ zdobyta wiedza pozwala całkowicie spełniać potrzeby klientów – podsumowuje Krzysztof Łuczak.

Grupa Murapol: 16 proc. wzrost sprzedaży mieszkań w I kwartale r/r

Grupa Murapol zakontraktowała sprzedaż 814 lokali mieszkalnych w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2017 r. wobec 701 w analogicznym okresie ubiegłego roku. To rekordowy wynik wypracowany w pierwszym kwartale i jedna z najlepszych kwartalnych sprzedaży netto holdingu w ciągu jego całej 16-letniej historii.   

Najwięcej umów, bo 225 Murapol podpisał na lokale mieszkalne oferowane we Wrocławiu, kolejno 154 w Krakowie i 115 w Warszawie.

– Satysfakcjonuje nas wynik sprzedażowy wypracowany w ciągu pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku, zwłaszcza że ze względu na wydłużenie procedur formalno-administracyjnych, inwestycje które zamierzaliśmy zaoferować w pierwszym kwartale, zostaną wprowadzone do sprzedaży nieco później. Wobec powyższego wynik zrealizowany w ciągu minionych trzech miesięcy opieramy głównie na ubiegłorocznej ofercie mieszkaniowej. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Biorąc pod uwagę liczbę inwestycji, których przygotowywanie finalizujemy, zakładamy że efekty sprzedażowe w drugim kwartale będą jeszcze lepsze. – dodaje Michał Sapota.

W bieżącym roku Grupa Murapol zamierza wprowadzić do sprzedaży ponad 4,3 tys. lokali mieszkalnych o łącznej powierzchni użytkowej ok. 189 tys. mkw. Wśród inwestycji jakie planujemy zaoferować klientom są kolejne etapy realizowanych projektów, jak również nowe przedsięwzięcia. Obecną ofertę handlową zamierzamy uzupełnić m. in. o kolejną inwestycję w Poznaniu zlokalizowaną przy ul. Karpia, warszawski projekt przy ul. Ordona, kompleks mieszkaniowy powstający przy ul. Klasztornej we Wrocławiu, drugi etap inwestycji Murapol Śląskie Ogrody w Tychach, a także nowy projekt w Toruniu przy ul. Strobanda. Uruchomimy także sprzedaż mieszkań w naszej pierwszej zagranicznej inwestycji – w Berlinie.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Donald Trump i zwierzęce instynkty

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Wiele komentarzy odnośnie do koniunktury giełdowej przyrównać można do politycznej analizy dotyczącej poczynań nowego prezydenta USA. Uznawany jest on za główny czynnik sprawczy wcześniejszych wzrostów oraz najważniejszy determinant przyszłych zmian cen ryzykownych aktywów. Takie założenie wydaje się być błędnym, co zresztą stało się typową charakterystyką wobec wszelkich politycznych wydarzeń. Poczynając od pamiętnego Brexitu wszelkie założenia dotyczące wpływu polityki na koniunkturę giełdową nie sprawdziły się i raczej trudno oczekiwać większej zmiany na tym froncie. Co interesujące, wiele inwestorów tak sceptycznie podchodzących do Trumpa przed wyborami, po nich zmieniło zdanie niemalże o 180 stopni i w konsekwencji wiązało z nową administracją niemałe nadzieje. Teraz te nadzieje wydają się topnieć, a wraz z nimi narastać ma niebezpieczeństwo większej korekty na parkietach. Ten tok rozumowania wydaje się błędny, a główną tego przyczyną jest mylenie cyklicznych trendów z tymi sekularnymi, czyli bardzo długoterminowymi. Otóż cykliczne trendy gospodarcze, które pozostają najważniejsze dla inwestorów z czysto fundamentalnego punktu widzenia, rozpoczęły się jeszcze przed wyborami prezydenckimi w USA. Mowa tutaj o cyklicznym ożywieniu oraz pojawieniu się presji inflacyjnej. Te dwa czynniki pozwolił przejść inwestorom z paradygmatu deflacyjnego do inflacyjnego, który okazał się szczególnie korzystny dla rynków wschodzących, w tym GPW. Po wyborach w USA połączenie tych trendów z zapowiedziami Trumpa hucznie nazwano „reflacją”. Błędem jest jednak jej łączenie z nowym prezydentem USA, gdyż ten jeszcze niczym realnym nie przyłożył się do pobudzenia koniunktury bądź inflacji. Ponadto nie wiemy, czy w ogóle się znacząco przyłoży, gdyż jak na razie przed jego wielkimi zapowiedziami wydają się jedynie piętrzyć przeszkody. Wpływ Trumpa był więc wyraźny na zupełnie odmiennym froncie i wiązać go należy z trendami sekularnymi. Mowa między innymi o pobudzeniu „zwierzęcych instynktów” businessu i po części również inwestorów. Te z kolei mogły rodzić nadzieję na wyrwanie się gospodarki USA oraz później całego świata z długoterminowej stagnacji, którą obserwujemy od pamiętnego kryzysu finansowego z 2008 roku. Tym samym Trump nie wpływał na obserwowane cykliczne trendy w gospodarce, ale bardziej oddziaływał na długookresowe założenia co do możliwej zmiany nastrojów przedsiębiorców i przez to na wysokość potencjalnego wzrostu gospodarczego. Teraz wydaje się, że Trump poniesie porażkę w zakończeniu sekularnej stagnacji, ale nie oznacza to, że wywrze negatywny wpływ na cykliczne ożywienie gospodarcze. Ono może dalej postępować, a wraz z nim również hossa.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 06.04.2017

Bieżący tydzień na rynkach nie jest zbyt łaskawy dla optymistów. Obamacare, czyli rozpasany system opieki medycznej nie zostanie od tak zastąpiony. Ponadto Paula Ryan stwierdził, że Izba Reprezentantów, Senat oraz Biały Dom nie są zgodni co do kształtu reformy podatkowej. Reasumując, bez zmiany amerykańskiego systemu opieki medycznej nie mamy co liczyć na zmianę w podatkach, który pozwalałaby na większe zyski firm.

Obecna euforia zdaje się opadać, co widać chociażby po ostatnim zachowaniu indeksu S&P 500. Ponadto wczorajsza publikacja minutek FED-u doprowadziła do lekkiej wyprzedaży dolara amerykańskiego oraz indeksów giełdowych. Przedstawiciele FOMC zwrócili uwagę na „spuchnięty” bilans banku centralnego wynoszący 4,5 biliona dolarów amerykańskich. Co to będzie oznaczało dla rynku? W tym przypadku możemy mówić o „odwróconym” QE. Zamiast zalewać rynek czystą gotówką, postaramy się ją zebrać. Dalsze wzrosty są zatem pod znakiem zapytania.

Należy również zaznaczyć, że według niektórych członków FOMC ceny amerykańskich akcji zawitały już za wysoko, co tylko powinno wspierać przyszłą korektę na rynku lub doprowadzić do dłuższej konsolidacji. Jak to wszystko przełoży się na wykres?

Notowania indeksu S&P 500, wykres dzienny

Notowania indeksu S&P 500, wykres dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym notowania znajdują się w kanale spadkowym, który wyznacza ścieżkę korekty trendu wzrostowego. Aktualnym celem dla niedźwiedzi może być okrągły poziom 2300 punktów, po czym trend powinien być kontynuowany. Należy także obserwować poziom 2400 punktów, jego pokonanie powinno być sygnałem do kolejnych, nowych rekordowych szczytów.

Razem z podwyżką stóp procentowych oraz ogólnym zacieśnianiem monetarnym w kłopoty mogą wpaść spółki nastawione na konsumpcję, jaką jest niewątpliwie Home Depot. W trakcie niskich stóp procentowych oraz taniego kredytu konsumenci konsumują przyszłość. Razem z rosnącym zadłużeniem społeczeństwa coraz większa ilość osób wypada z koszyka konsumentów.

Do chwili obecnej kłopotów nie widać, ale czają się za horyzontem. Dla przykładu Home Depot, amerykański potentat oferujący materiały budowlane radzi sobie bardzo dobrze. Solidna kondycja finansowa spowodowała, że od 2011 roku kurs akcji wzrósł o ponad 300 procent i wydaje się, że chce rosnąć dalej. Marża netto w dość trudnej branży (Global Home Improvement Stores) należy do najwyższych i wynosi 8.41%. Wskaźniki ROE (135.96%) jak ROA (18.18) również dość mocno się wyróżniają. Podsumowując, spółka na tle konkurencji radzi sobie doskonale.

Na wykresie tygodniowym sytuacja jest bardzo klarowna. Po wybiciu ostatnich szczytów powinniśmy zobaczyć kontynuację wzrostów. Ewentualna korekta może znieść notowania w okolicę strefy wsparcia 133-138 USD. W tym samym miejscu przebiega linia trendu wzrostowego, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo kontynuacji ruchu na północ.

Notowania Home Depot, interwał tygodniowy

Notowania Home Depot, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Lira turecka w opałach

Środa była dniem pełnym wydarzeń makroekonomicznych. Na rynku walutowym zmiany na koniec dnia były niewielkie. Na amerykańskich parkietach giełdowych miał miejsce odwrót i zejście na minusy.

Za wczorajsze spadki na parkietach akcyjnych odpowiadał Fed. Protokół z ostatniego posiedzenia wykazał, iż członkowie podejmujący decyzje uważają, że w tym roku powinny zostać podjęte kroki związane ze zwijaniem programu skupu obligacji – o ile utrzyma się dobra koniunktura w gospodarce. A skoro o niej mowa to wczorajszy raport ADP z amerykańskiego rynku pracy wykazał wzrost ilości miejsc o 263 000. To najlepszy wynik od grudnia 2014. W Polsce indeks WIG20 ponownie zyskiwał na sile. Wieczorne osłabienie SP500 może jednak wpłynąć na gorsze dziś otwarcie w Warszawie.

Na rodzimym podwórku Rada Polityki Pieniężnej (RPP) utrzymała stopy procentowe bez zmian. Główna stopa referencyjna wynosi nadal 1,5%. Według prezesa NBP, Adama Glapińskiego, inflacja ustabilizuje się w przyszłym roku na poziomie średnio 2,0%. Taką prognozę podtrzymujemy” – stwierdził Glapiński podczas konferencji prasowej po posiedzeniu RPP. Dziś natomiast nie będzie znaczących danych makroekonomicznych – tych spodziewać się za to można już w piątek.

usdtry06042017r

Do próby powrotu do wzrostów dochodzi właśnie na rynku USD/TRY. Nie tylko cena zmaga się już jedyną linią spadkową, ale na wskaźniku RSI doszło do pokonania poziomu 50. Jeśli dolar wybije się górą otworzy sobie drogę do wzrostów na 3.9 lub nawet wyżej. Wsparcie byki będą mieć przy poziomie 3.6.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Polacy słabo znają zasady udzielania pierwszej pomocy. Firmy i korporacje szkolą swoich pracowników z zakresu ratownictwa

Polacy słabo znają zasady udzielania pierwszej pomocy. Firmy i korporacje szkolą swoich pracowników z zakresu ratownictwa 8

Na tle Europy Polacy nie wypadają dobrze pod względem znajomości zasad pierwszej pomocy. Jest ona udzielana w niewielu przypadkach podczas wypadków samochodowych, zawałów serca czy innych zdarzeniach bezpośrednio zagrażających życiu. Dzięki kampaniom społecznych stopniowo rośnie świadomość Polaków, a coraz większą frekwencję notują profesjonalne kursy ratownictwa. Zapotrzebowanie na takie usługi zgłasza też biznes – firmy i korporacje chcą szkolić swoich pracowników z zakresu udzielania zasad pierwszej pomocy.

Na tle państw europejskich świadomość Polaków w zakresie udzielania pierwszej pomocy nie wypada najlepiej. W przypadku zatrzymania akcji serca, w Polsce jedynie około 4 proc. osób wraca w pełni do zdrowia. Są to osoby, którym przypadkowi świadkowie udzielili pierwszej pomocy. W krajach zachodnioeuropejskich ten odsetek sięga nawet 40 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Urbanke, kierownik pogotowia Medicover.

Zasłabnięcie albo zatrzymanie akcji serca jest jedną z najczęstszych sytuacji wymagających udzielenia pierwszej pomocy. Codziennie około 300 osób w Polsce zapada na zawał mięśnia sercowego. Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu podaje, że w skali roku dotyczy to ponad 100 tys. osób, a największą śmiertelność odnotowuje się wśród pacjentów z zawałem przed ich dotarciem do szpitala. Kluczowym czynnikiem zwiększającym szansę przeżycia jest czas! Podobnie jest w wypadkach komunikacyjnych. Komenda Główna Policji podaje, że w całym 2016 roku doszło w Polsce do 33,6 tys. wypadków drogowych. Statystycznie tylko w 15 przypadkach na 100 poszkodowanym udzielana jest pierwsza pomoc, mimo że Kodeks karny zobowiązuje świadków zdarzenia do pojęcia akcji ratunkowej pod groźbą kary pozbawienia wolności do lat trzech.

Ważne jest natychmiastowe udzielenie pierwszej pomocy, jeszcze przed pojawieniem się służb ratunkowych, ponieważ od momentu zgłoszenia do przyjazdu karetki upływa zwykle kilka minut, które decydują o szansach na przeżycie. Ze statystyk wynika, że Polacy w większości przypadków decydują się na udzielenie pierwszej pomocy bliskim: dzieciom, małżonkom, członkom rodziny albo współpracownikom (dotyczy to 9 na 10 przypadków).

Pozytywna jest jednak rosnąca z roku na rok znajomość zasad udzielania pierwszej pomocy. To efekt wielu kampanii społecznych i działań na szczeblu administracyjnym, takich jak np. wprowadzenie do szkół przedmiotu edukacja dla bezpieczeństwa, w ramach którego młodzież uczy się zasad udzielania pierwszej pomocy.

Na efekty będziemy jednak musieli chwilę poczekać, ponieważ młode społeczeństwo, które w szkołach uczy się zgodnie z programem edukacja dla bezpieczeństwa, dopiero wchodzi w wiek dorosły. Natomiast tych osób przeszkolonych potrzebujemy już dzisiaj, tu i teraz – podkreśla Ireneusz Urbanke.

Najlepszą metodą nauczenia się zasad pierwszej pomocy jest ukończenie podstawowego kursu z użyciem automatycznego defibrylatora AED. Kursanci powinni mieć możliwość przećwiczenia pierwszej pomocy na manekinie pod okiem wykwalifikowanego ratownika, który skoryguje ewentualne błędy.

Taki kurs powinien być ukierunkowany na umiejętności praktyczne, żeby kursanci mogli korzystać z manekina i w warunkach sali szkoleniowej nauczyć się, jak wygląda udzielanie pierwszej pomocy – mówi Ireneusz Urbanke.

Różnicę między teorią a praktyką w nauczaniu pierwszej pomocy dobrze oddaje przykład kierowców. W teorii, aby zaliczyć kurs i otrzymać prawo jazdy, każdy przyszły kierowca musi przejść kurs pierwszej pomocy. W praktyce nieznajomość podstawowych zasad ratowania życia wśród polskich kierowców jest bardzo powszechna.

W ostatnich latach coraz większą popularność notują jednak profesjonalne kursy udzielania pierwszej pomocy. Zapotrzebowanie na takie szkolenia zgłasza też biznes. Firmy i korporacje chcą szkolić swoich pracowników z zakresu podstawowych metod ratunkowych. Medicover co roku organizuje Mistrzostwa Ratownictwa Medycznego, które umożliwiają sprawdzenie tych umiejętności w praktyce. Patronat honorowy nad projektem sprawuje American Heart Association oraz Lotnicze Pogotowie Ratunkowe.

W zawodach „Bezpieczna Firma” biorą udział przeszkoleni pracownicy, którzy w realistycznych warunkach, w zainscenizowanych sytuacjach zagrażających życiu – takich jak wybuchy, pożary i wypadki samochodowe – i z udziałem statystów mogą się wykazać pod okiem ekspertów z zakresu ratownictwa.

Mistrzostwa ratownictwa medycznego „Bezpieczna Firma” pozwalają uczestnikom nie tylko przyswoić podstawowe zasady udzielania pierwszej pomocy, lecz przede wszystkim sprawdzić się w sytuacjach, w których zachowanie zimnej krwi i opanowanie ratuje ludzkie życie. Chociaż nazywają się „Bezpieczna Firma” to w praktyce przygotowują uczestników do działania w sytuacjach znacznie wykraczających poza miejsce pracy.

Zorganizowaliśmy zawody w ratownictwie dla pracowników z różnych firm i branż. Przygotowujemy bardzo realistyczne zadania symulowane z użyciem sztucznej krwi i sztucznych ran. Obserwujemy i oceniamy, jak radzą sobie ratownicy amatorzy podczas udzielania pierwszej pomocy. Zawodnicy mogą się sprawdzić w warunkach stresu kontrolowanego – mówi kierownik pogotowia Medicover.

Organizowane od dziesięciu lat mistrzostwa cieszą się dużą frekwencją, a tegoroczna edycja zaplanowana jest na połowę września.

Mobilność i nowe technologie ważniejsze dla młodych ludzi niż posiadanie rzeczy. Dzięki nim zyskują poczucie wolności i niezależności

Mobilność i nowe technologie ważniejsze dla młodych ludzi niż posiadanie rzeczy. Dzięki nim zyskują poczucie wolności i niezależności 9

Mobilność dla millenialsów to nie tylko swoboda przemieszczania się, kontakt z nowoczesnymi technologiami i internetem, lecz także gotowość na zmiany i swoboda podejmowania decyzji. Dla młodych ludzi to bardzo ważne elementy – wynika z badania ARC Rynek i Opinia. Urządzenia mobilne stanowią dla nich klucz do całego świata, ale z drugiej strony są oni przytłoczeni ilością informacji, jaka za pośrednictwem tych urządzeń do nich dociera. Nowa platforma Mobilni.pl ma pomóc millenialsom odnaleźć się w świecie nowych technologii.

– Dla młodych osób mobilność to kwestie związane z nowoczesnymi technologiami – internet, łączność i kontakt na duże odległości w bardzo szybkim czasie. Nie jest jednak tak, że rozumienie mobilności ogranicza się wyłącznie do rozwiązań, które ułatwiają im wygodne, elastyczne życie. Pojmują tę mobilność znacznie szerzej. Dla zdecydowanej większości z nich mobilność oznacza niezależność, a dla prawie połowy mobilność równa się wolność –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Bobla, badacz w firmie badań rynku ARC Rynek i Opinia.

Z badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia dla Volkswagen Financial Services wynika, że dla millenialsów i pokolenia X mobilność nie kojarzy się już wyłącznie z transportem i motoryzacją, ale wyraża się także poprzez korzystanie z nowych technologii i styl życia.

– Pokolenie Y generalnie chce być mobilne i jako takie się postrzega. To przede wszystkim kwestia światopoglądu. To osoby bardzo otwarte na zmiany – 2/3 z nich deklaruje, że chce jak najczęściej zmieniać swoje środowisko. Z drugiej strony mobilność wiąże się z kwestiami zawodowymi – 2/3 ankietowanych mówi, że rozważa możliwość przebranżowienia się albo przynajmniej nie wyklucza tego w przyszłości – tłumaczy Paulina Bobla.

Ponad połowa millenialsów ma już za sobą wyprowadzkę do zupełnie innego regionu kraju lub za granicę. Prawie połowa nie wyklucza takiego ruchu w przyszłości.

Przedstawiciele młodego pokolenia chcą wszystkiego tu i teraz oraz są skoncentrowani na celu. Cenią niezależność, swobodę w podejmowaniu decyzji i są otwarci na różnorodność. Przywiązanie do swobody młodego pokolenia znajduje odbicie w nowych technologiach. Nowe urządzenia mają umożliwić wolność wyboru, a dostęp do informacji pomaga w podejmowaniu świadomych decyzji. Mobilność oznacza też łatwość przemieszczania się, np. poprzez zakup biletu lotniczego za pomocą telefonu.

 Świat staje przed nami otworem i możemy korzystać ze wszystkiego, co nam oferuje. Możemy przemieszczać się po świecie, komunikować się dzięki podręcznej mobilności z przyjaciółmi. Możemy zawiązywać przyjaźnie i komunikować się z ludźmi, których nie widzimy face to face. Dzięki urządzeniom i technologiom mobilnym jesteśmy bardziej elastyczni w sensie fizycznym – tłumaczy Olivier Janiak, dziennikarz telewizyjny.

Jak ocenia, millenialsi dorastali wraz z nowymi technologiami, są one dla nich codziennością prawie od najmłodszych lat. W przeciwieństwie do nich pokolenie X musiało się stopniowo przyzwyczajać do technologicznych nowinek i poznawać możliwości, jakie one dają. Te dwa pokolenia różni także inne podejście do życia. Potwierdza to badanie ARC Rynek i Opinia.

 Millenialsi nie potrzebują posiadać rzeczy, oni chcą z nich korzystać w zależności, a więc nie otaczają się zbędnymi przedmiotami. Ten element posiadania dla nich nie jest niezbędny, np. jeśli chodzi o mieszkanie. Oni chcą podróżować, robią to swobodnie. Korzystają ze wszystkich możliwości tego świata w dowolny dla siebie sposób i w dowolnym dla siebie momencie – podkreśla Olivier Janiak.

Urządzenia mobilne, przede wszystkim smartfon, to dla millenialsów cały świat. Nowe technologie z jednej strony stanowią odpowiedź na coraz większą potrzebę mobilności, z drugiej – same przyczyniają się do większej mobilności użytkownika poprzez liczbę dostępnych usług i aplikacji. Nowe technologie to także mnogość portali, natłok informacji, w których trudno czasem odnaleźć te istotne dla siebie.

Dlatego platformy, które teraz zaczynają istnieć, muszą sprawić, żeby informacja była wyselekcjonowana pod kątem potrzeb młodego pokolenia – przekonuje Wróbel.

Nowy lifestylowy serwis Mobilni.pl, którego premiera odbędzie się w trakcie Press Night Motor Show 2017, ma być odpowiedzią na postrzeganie mobilności przez młodych. Prezentację platformy 5 kwietnia poprowadził Olivier Janiak.

– Serwis Mobilni.pl będzie faktycznie pomagał millenialsom odnaleźć się w zagadnieniach związanych np. z nowymi technologiami, mobilnością czy nowymi technologiami w motoryzacji – mówi Michał Wróbel.

Platforma ma na celu ukazanie młodym ludziom całego spektrum możliwości związanych z mobilnością. Za koncept strony odpowiada Volkswagen Financial Services.

W nowym budynku Rotundy nie uda się wykorzystać oryginalnych elementów konstrukcji. Eksperci pracują nad alternatywnym rozwiązaniem

W nowym budynku Rotundy nie uda się wykorzystać oryginalnych elementów konstrukcji. Eksperci pracują nad alternatywnym rozwiązaniem 10

Oryginalnych elementów warszawskiej Rotundy nie można wykorzystać jako bazy dla nowej konstrukcji – wynika z analizy konstrukcyjnej. Zespół ekspertów, który pracuje na miejscu, analizuje możliwość wykorzystania ich na przykład jako instalacji otwierającej pasaż Wiecha albo wkomponowanie wewnątrz nowego gmachu. Prace rozbiórkowe zostały wznowione pod okiem konserwatora, a termin oddania inwestycji do użytkowania w 2019 roku nie jest na razie zagrożony.

– Po wstępnej analizie wiemy, że oryginalne elementy dachu Rotundy nie mogą zostać użyte w nowej konstrukcji, ponieważ nie zdołają unieść takich obciążeń, jakie zakłada nowy projekt. Dlatego w tej chwili rozmawiamy ze Stołecznym Konserwatorem Zabytków o tym, aby wyeksponować i wykorzystać te elementy w ramach jakiejś instalacji przed lub w środku budynku. Mamy jednak jasność, że ta oryginalna kratownica nie będzie mogła zostać użyta jako element konstrukcyjny w nowym projekcie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Wyszoczarski, dyrektor pionu sieci i operacji w PKO Banku Polskim.

Rozbiórka warszawskiej Rotundy – jednego z najsłynniejszych i najbardziej charakterystycznych budynków w stolicy, usytuowanego w ścisłym centrum miasta – rozpoczęła się na początku marca. Budynek przestał spełniać wymogi techniczne i wymagał gruntownej przebudowy, dlatego właściciel, PKO Bank Polski, zdecydował się zastąpić go nowoczesnym gmachem przeznaczonym w części na użytek publiczny. Przygotował nowy projekt, uzyskał pozwolenie na budowę i wyłonił generalnego wykonawcę, a całą inwestycja miała się zakończyć za dwa lata.

W połowie marca rozbiórkę Rotundy wstrzymał jednak Stołeczny Konserwator Zabytków, ponieważ okazało się, że w dobrym stanie zachowała się część oryginalnej konstrukcji. Konserwator podjął nieudane starania o wpisanie budynku do rejestru zabytków. Przez blisko trzy tygodnie na wpół rozebrany szkielet Rotundy straszył w ścisłym centrum Warszawy, dlatego obie strony przystąpiły do negocjacji.

Na mocy wspólnych ustaleń, konserwator zrezygnował ze starań o wpisanie Rotundy do ewidencji zabytków, a rozbiórka budynku została wznowiona. Kontrolują ją specjalnie w tym celu powołany zespół, złożony z przedstawicieli obu stron oraz architektów i ekspertów Politechniki Warszawskiej.

– Rozbiórka będzie prowadzona tak, aby nie naruszyć konstrukcji, dopóki nie dostaniemy wytycznych od zespołu eksperckiego. Będziemy teraz rozbierać elewacje szklane i aluminiowe – zapowiada Maciej Wyszoczarski.

– To rodzaj dżentelmeńskiego porozumienia, ponieważ nasza decyzja o wstrzymaniu robót obowiązywała do zeszłego czwartku. W tej chwili dobra wola banku przesądza o tym, że prace rozbiórkowe są prowadzone pod nadzorem ekspertów i konstruktora z ramienia urzędu konserwatorskiego – mówi Michał Krasucki, p.o. Stołecznego Konserwatora Zabytków.

Zadaniem grupy eksperckiej powołanej przez inwestora i konserwatora jest nadzór nad postępem prac i wypracowanie możliwości wykorzystania oryginalnych elementów starej Rotundy w nowej konstrukcji.

– Wiemy, że wykorzystanie tych elementów w nowym projekcie będzie bardzo trudne, a momentami niemożliwe. Być może jednak te elementy zostaną gdzieś wbudowane. Na razie jest jednak za wcześnie, żeby mówić o szczegółach, bo o nich zadecyduje już zespół roboczy z udziałem konstruktora i architektów – zaznacza Michał Krasucki.

Zespół ekspertów, który nadzoruje rozbiórkę warszawskiej Rotundy, musi wypracować taką metodę demontażu, która pozwoli zachować i ponownie wykorzystać elementy oryginalnej konstrukcji oraz zadecydować o ich przeznaczeniu.

– Eksperci mają za zadanie wskazać nam, jak demontować i składować te oryginalne elementy. Ich zadaniem jest też wskazać, jak wykorzystać je ponownie, ale już nie w samym projekcie. Raczej jako artefakty, na przykład w kinie letnim, które jest planowane w przyziemiu albo jako instalację otwierającą pasaż Wiecha. Tego jeszcze na razie nie umiem powiedzieć, zadecyduje o tym zespół ekspertów – zapowiada Maciej Wyszoczarski.

Michał Krasucki podkreśla że rozbiórka Rotundy odbywa się w sposób kontrolowany i pod okiem konserwatora, którego zadaniem jest również dokładne udokumentowanie szczegółów konstrukcji gmachu.

– To również jest element pewnej formuły konserwatorskiej. Pozwoli nam to wykonać dokładny model trójwymiarowy ze wszystkimi obliczeniami i być może nawet odtworzyć później model przestrzenny oraz pokazać zasadę funkcjonowania tej konstrukcji – mówi Michał Krasucki.

Dyrektor w PKO Banku Polskim informuje, że na razie nie wiadomo, jak opóźnienie w inwestycji wpłynie na jej koszt i harmonogram prac. Na razie termin oddania do użytku nowej Rotundy nie jest jednak zagrożony.

– Po wytycznych od ekspertów będziemy mogli stworzyć harmonogram rozbiórki tych elementów, na których zależało konserwatorowi zabytków. Będziemy z większą atencją podchodzić do rozbiórki konstrukcji dachowej, co też wpłynie na czas realizacji. Jednak obecnie generalny wykonawca nie zgłaszał, że oddanie tego obiektu do użytkowania w 2019 roku jest zagrożone – mówi Maciej Wyszoczarski.

Organizacje pozarządowe, firmy i samorząd angażują się w pomoc osobom wykluczonym. Podstawą wiedza i wrażliwość społeczna

Organizacje pozarządowe, firmy i samorząd angażują się w pomoc osobom wykluczonym. Podstawą wiedza i wrażliwość społeczna 11

Dialog i empatia pozwalają przełamywać stereotypy, a w konsekwencji są narzędziem w walce z wykluczeniem społecznym. Wykluczenie jest zjawiskiem bardzo zróżnicowanym, wymagającym często indywidualnego podejścia. W kształtowanie dyskusji publicznej chce i powinien się angażować biznes – podkreślają eksperci Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

– Deficyt dialogu społecznego, który widzimy na co dzień, przekłada się nie tylko na politykę, która jest wydzielonym fragmentem naszego życia społecznego, lecz także na codzienne życie społeczne nasze i firm. Stąd pomysł, żeby temat podnoszenia kultury dialogu dyskutować na forum Krajowej Izby Gospodarczej. Chodzi zarówno o dialog w wymiarze czysto biznesowym: jak podnosić kulturę dyskusji między pracownikami a pracodawcami, między związkami zawodowymi a pracodawcami, jak i o szerszy dialog społeczny – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Witucki, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Na płaszczyźnie międzyludzkiej i ogólnospołecznej dialog i empatia pozwalają wczuć się w sytuację innych osób, również tych wykluczonych. Mają ogromne znaczenie w przełamywaniu stereotypów. Ułatwiają też podejmowanie konkretnych działań. Pokazują to przykłady firm, które coraz częściej w swojej strategii mają zapisane działania uwzględniające interesy społeczne czy ochronę środowiska.

– To właśnie w dużych firmach powstało pojęcie społecznej odpowiedzialności biznesu. To duże firmy tworzą fundacje, z których nie oczekują bezpośredniego zwrotu. To już wrosło w geny firm i propagują one wśród pracowników wartości dialogu oraz współpracy, które przydają się w firmie. Mamy nadzieję, że przenoszą się na zewnątrz, na życie codzienne – zaznacza Witucki.

Przedsiębiorstwa, które angażują się w życie lokalnych społeczności, mogą skutecznie przeciwdziałać wykluczeniu społecznemu grup najbardziej na to narażonych. Zwłaszcza przy współpracy z organizacjami pozarządowymi i samorządami.

– Wykluczenie może mieć różne powody i przejawy. Mogą być osoby wykluczone ze względu na skrajne ubóstwo. To m.in. osoby bezdomne czy uzależnione od używek, ale też osoby wykluczone ze względu na swój wiek. Również ludzie samotni są w jakiś sposób wykluczeni, bo często nie mają się do kogo odezwać, z kim porozmawiać – tłumaczy Marcin Wojdat, sekretarz m.st. Warszawy.

Z danych Eurostatu wynika, że w 2015 roku wskaźnik zagrożenia ubóstwem lub wykluczeniem społecznym w Unii Europejskiej sięgnął 23,7 proc. To oznacza, że problem dotyczy nawet 118 mln osób. W Polsce wskaźnik wyniósł 23,4 proc. w porównaniu do ponad 30 proc. w 2008 roku. Problem jest jednak znacznie szerszy, bo Eurostat za ryzyko wykluczenia społecznego bierze pod uwagę niskie dochody i zagrożenie niedostatkiem materialnym. W obliczu wyzwań demograficznych w Polsce rośnie zagrożenie wykluczeniem osób starszych.

Mamy specjalne programy indywidualnego wychodzenia z bezdomności, a także rozbudowaną współpracę z organizacjami pozarządowymi, które bezpośrednio pomagają osobom bezdomnym. Podobnie jest w przypadku osób starszych. W Warszawie działa kilkanaście uniwersytetów trzeciego wieku, są miejsca dla osób, które chciałyby się angażować społecznie, mieć kontakt z osobami w podobnej sytuacji czy w podobnym wieku – wymienia Marcin Wojdat.

W Gdańsku ruszyły prace nad rozwojem sztucznej inteligencji i systemu wsparcia kierowcy

W Gdańsku ruszyły prace nad rozwojem sztucznej inteligencji i systemu wsparcia kierowcy 12

Praca inżynierów zatrudnionych w Intel Compiler Center of Excellence w Gdańsku ma się przyczynić do rozwoju technologii przyszłości, w tym m.in. sztucznej inteligencji czy zaawansowanych systemów wsparcia kierowcy.  Sztuczna inteligencja będzie w przyszłości napędzać całą branżę technologiczną, więc mocno w nią inwestujemy – zapowiada Bill Savage, wiceprezes, developer products division GM, Software and Service Group w Intelu.

– Celem stworzenia Intel Compiler Center w Gdańsku jest rozwijanie kompilatorów Intela (red. zaawansowanego rodzaju oprogramowania) przyczyniających się do szybszego rozwoju nowoczesnych technologii. Kompilatory są wykorzystywane przez wszystkich producentów oprogramowania. Gdy nasi klienci pracują nad spersonalizowanymi kodami umożliwiającymi autonomiczną jazdę, wykorzystują przy tym kompilatory Intela. Sztuczna inteligencja, proste oprogramowanie przyspieszające moce obliczeniowe także wykorzystują tę technologię – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bill Savage.

Jak tłumaczy Savage, sztuczna inteligencja jest już dostępna w wielu branżach. Techniki uczenia maszynowego mogą być stosowane w opiece nad chorymi, pozwalają szybciej i skuteczniej diagnozować pacjentów. Biometria twarzy i głosu może z kolei zwiększyć bezpieczeństwo klientów branży finansowej. Intel przy współpracy z fundacją Hack Harassment za pomocą sztucznej inteligencji zapowiada też walkę z internetowym hejtem.

– Przełom, jaki osiągnęliśmy w dziedzinie sztucznej inteligencji w ubiegłym roku, otworzył przed nami perspektywy, których wcześniej nigdy byśmy nie oczekiwali. Język naturalny, rozpoznawanie mowy, analiza finansowa – w wielu branżach stało się to głównym źródłem przewagi konkurencyjnej. Można się spodziewać, że w każdym segmencie branży hi-tech sztuczna inteligencja będzie obecna – tłumaczy Savage.

Strategia rozwoju sztucznej inteligencji jest dla Intela bardzo ważna, stąd stworzenie grupy produktowej AI podlegającej bezpośrednio prezesowi.

– Uważamy, że sztuczna inteligencja będzie w przyszłości napędzać całą branżę technologiczną, więc mocno w nią inwestujemy – mówi Savage.

Intel stawia też na systemy ADAS, czyli zaawansowane systemy wsparcia kierowców. Celem jest wprowadzenie w pełni automatycznego pojazdu. Intel wprowadził nową platformę Intel Go stworzoną z myślą właśnie o autonomicznych samochodach, która ma wykorzystać potencjał procesorów firmy. To pierwsza platforma w branży motoryzacyjnej, która pozwala na testowanie różnych aplikacji i technologii.

– Wspólnie z takimi partnerami jak BMW rozwijamy technologię autonomicznej jazdy. Pracujemy zarówno nad sprzętem, jak i oprogramowaniem, a także narzędziami programistycznymi, które pozwalają ludziom tworzyć technologię autonomicznej jazdy – wskazuje Savage.

Inżynierowie motoryzacji wyróżniają pięć stopni automatyzacji. W pierwszych dwóch, choć wciąż jeszcze prowadzi człowiek, wspomagają go różne rozwiązania. W trzecim etapie, przejściowym, samochód jedzie sam, choć człowiek może w każdej chwili przejąć stery. W czwartym etapie kierowca jest już niemal dodatkiem, a w piątym nie jest już zupełnie potrzebny. Do 2035 roku sprzedaż takich autonomicznych pojazdów ma osiągnąć poziom 21 mln (prognozy IHS).

– Nasi partnerzy celują w rok 2020–2021 z uruchomieniem produkcji autonomicznych samochodów. Nie podejmuję się prognoz jeżeli chodzi o produkcję na skalę przemysłową, ale co do technologii to często jesteśmy zaskoczeni, jak szybko dochodzi do przełomów – podkreśla Bill Savage.

Oddział Intela w Gdańsku jest jednym z największych ośrodków badawczo-rozwojowych firmy w Europie. Pracuje tam obecnie 1,8 tys. osób.

– W Gdańsku jesteśmy obecni od dawna w zakresie rozwoju oprogramowania i technologii. Mamy dostęp do dobrych uniwersytetów, więc szukając miejsca na centrum Intel Compiler i chcąc zaspokoić ważne potrzeby w ramach firmy, stwierdziliśmy, że Gdańsk jest naturalnym wyborem – tłumaczy wiceprezes firmy.

Intel chce intensywnie współpracować z uczelniami przy kształceniu programistów i informatyków.

– Współpraca z uniwersytetami jest dla nas naprawdę ważna. Pomaga nam uzyskać dostęp do najnowszych badań w branży, a także ułatwia kontakty ze studentami, którzy w przyszłości mogą zostać inżynierami Intela. To ważny aspekt naszej polityki zatrudnienia – przekonuje Bill Savage.

Hamaki, piłkarzyki i fitness coraz popularniejsze w polskich biurach. Firmy dostosowują się do wymagań pracowników

Hamaki, piłkarzyki i fitness coraz popularniejsze w polskich biurach. Firmy dostosowują się do wymagań pracowników 13

Zmiany na rynku pracy niosą za sobą nowe trendy w aranżacji biur. Pracodawcy coraz powszechniej zapewniają swoim pracownikom designerskie przestrzenie do wspólnej pracy relaksu, i rozrywki. Hamaki, wertykalne ogrody, piłkarzyki i sprzęt do fitnessu można spotkać już nie tylko w polskich oddziałach zagranicznych korporacji, ale i w siedzibach rodzimych firm. Na trendy w urządzaniu przestrzeni biurowych silnie wpływa też moda na ekodesign. 

– Aby urządzić efektywnie przestrzeń biurową, należy wziąć pod uwagę potrzeby pracowników. Ważna jest ergonomia stanowiska pracy, wygoda i odpowiednia ilość przestrzeni oraz dodatkowe funkcje biura, które zapewnią możliwość oderwania się od pracy. Przestrzeń biurową można wyposażyć w dodatkowe funkcje, na przykład relaksacyjne albo fitness. Urozmaicenie to sprawia, że praca jest ciekawsza i przyjemniejsza – mówi agencji  informacyjnej Newseria Biznes Anna Sulima-Gillow, główny projektant Forbis Group.

Nowym trendem w urządzaniu przestrzeni biurowych jest zmiana podejścia do systemu pracy i ukierunkowanie na potrzeby pracowników. Coraz większą popularnością cieszy się model pracy w systemie zdalnym albo elastycznym, co firma również musi wziąć pod uwagę w trakcie projektowania swojej siedziby. Młodsze pokolenia – na równi z zarobkami i perspektywami rozwoju – doceniają też przyjazne otoczenie biurowe. Z ubiegłorocznego raportu dotyczącego nieruchomości biurowych w sektorze „BPO i Centra Usług Wspólnych”, opracowanego przez Skanska i JLL wynika, że nowoczesne i dobrze przystosowane biuro może być przewagą konkurencyjną firmy w walce o wysoko wykwalifikowanych pracowników. Dlatego pracodawcy zaczynają wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom, zapewniając elastyczne przestrzenie służące do integracji, odpoczynku czy zespołowej pracy.

– Są przestrzenie relaksu, pomieszczenia socjalne, które zapewniają miejsce do bardziej lub mniej formalnych spotkań oraz kontaktu ze współpracownikami, możliwość oderwania od biurka i komputera. Wychodzenie naprzeciw potrzebom pracowników jest bardzo fajnym trendem, bo zadowolony pracownik jest bardziej efektywny – mówi Anna Sulima-Gillow.

Główna projektantka Forbis Group zauważa, że w ostatnich latach coraz powszechniejsze są otwarte przestrzenie biurowe, czyli open space’y. Ich popularność wynika z prostej ekonomii: urządzenie otwartej przestrzeni biurowej jest tańsze niż podzielenie jej i zaaranżowanie wielu pojedynczych gabinetów. Open space’y niekoniecznie jednak sprawdzą się w każdej firmie. Wszystko zależy od charakteru organizacji i rodzaju wykonywanej pracy.

– Nie wszystkie firmy mogą sobie pozwolić na pracę we wspólnej przestrzeni. Pracownik przy wykonywaniu pewnych zadań musi mieć możliwość skupienia się. Zdarzają się też poufne informacje, które nie powinny docierać do wszystkich współpracowników. To bardzo indywidualne kwestie, które również wynikają z analizy potrzeb, zarówno firmy, jak i jej pracowników – podkreśla Anna Sulima-Gillow.

Trendem ostatnich lat jest też ekologia, która coraz mocniej odbija się na wystroju biurowych wnętrz. Pracodawcy nie tylko decydują się używać ekomateriałów budowlanych, klejów i farb do ścian zawierających jak najmniej chemikaliów, ale aranżują w biurze wertykalne ogrody, decydują się na wnętrza utrzymane w neutralnych kolorach, z dużą ilością zieleni i naturalnych materiałów, takich jak drewno.

– Nawiązanie do natury w dużym stopniu wpływa na psychikę pracownika, który nie musi przez cały czas obcować z komputerem, ale ma wokół siebie zielone elementy, które go odprężają, relaksują – mówi podkreśla Anna Sulima-Gillow.

Linia trendu na USD/PLN

Brak znaczących danych makro nie pomagał wczoraj inwestorom w dokonywaniu zakupów. Końcowe zmiany na rynku walutowym ponownie były niewielkie. Ceny na rynku energii wyraźnie w górę.

Wczorajszy handel upłynął na rynku walutowym w spokojnej atmosferze. Spośród głównych par walutowych największe zmiany na zakończenie dnia odnotowano na NZD/USD, gdzie zanotowano spadek rzędu 0.58%. Dużo lepiej wiodło się bykom na rynku ropy, która zyskiwała 2.2%(Brent). Za wzrosty cen tego surowca odpowiadała głównie wiadomość o przestoju w wydobyciu na Morzu Północnym. Ponownie dobrze prezentował się rynek akcyjny w Polsce. Indeks WIG20 zyskał na zamknięciu 0.87%, czyli wyraźnie więcej niż pozostałe europejskie indeksy. Był to drugi dzień z rzędu wzrostów.

Środa jest dużo atrakcyjniejszym dniem pod względem wydarzeń makroekonomicznych. Decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych podejmie Rada Polityki Pieniężnej ale też bank centralny Rumunii. Kluczowe będą jednak dane dotyczące indeksów PMI, a szczególnie raport ADP dla amerykańskiego rynku pracy. Zazwyczaj jest to dobry prognostyk przed danymi o zmianie zatrudnienia w sektorze pozarolniczym. Takie dane napłyną na rynek z USA już w czwartek.

usdpln05042017r

Pod koniec marca rynek USD/PLN zszedł w okolice poziomu 3.90 i najwidoczniej tam znalazł wsparcie. Kontynuacja odbicia jakie miało miejsce stanęła teraz pod znakiem zapytania, symbolizowanego przez klincz na wykresie RSI. Wskaźnik dotarł do linii spadkowej – albo ją pokona i otworzy pole do wzrostów albo odbije się w dół. Wtedy czeka nas powrót przynajmniej na 3.9, nawet może i poniżej.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Polska firma wozi odrzutowcami milionerów z Rosji i USA. Również w Polsce rośnie zainteresowanie prywatnymi lotami

Polska firma wozi odrzutowcami milionerów z Rosji i USA. Również w Polsce rośnie zainteresowanie prywatnymi lotami 14

Prywatne loty cieszą się coraz większą popularnością. Rośnie liczba zamożnych osób, które za możliwość komfortowego przelotu są w stanie dużo zapłacić. W Polsce liczbę prywatnych samolotów latających na długich zasięgach, szacuje się na ok. 30. Ich właściciele często oddają je do zarządzania prywatnym firmom. Polska firma Jet Story wozi odrzutowcami milionerów z Rosji czy USA.

– Obecnie dysponujemy 14 samolotami odrzutowymi różnej wielkości, od małych, 6-osobowych, o zasięgu europejskim do ciężkich odrzutowców dalekiego zasięgu, które zabierają na pokład 14 osób. Większość z nich jest dostępna do czarteru, część objęta jest tylko naszym zarządzaniem i wykorzystywana przez prywatnych właścicieli – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Benke, prezes zarządu Jet Story.

Jet Story zarządza blisko 60 proc. biznesowych odrzutowców należących do polskich multimilionerów. Zdecydowaną większość przychodów (ok. 90 proc.) generują loty opłacane przez zagranicznych klientów.

 W zasadzie nie kupujemy samolotów, zarządzamy prywatnymi, których właściciele decydują się na udostępnienie ich do czarteru innym klientom. Dla nich to sposób na oszczędność, dla nas możliwość pozyskania środka trwałego taniej niż przez leasing czy zakup – tłumaczy Jakub Benke. – Wśród naszych klientów przeważają Rosjanie, którzy stanowią kilkadziesiąt procent. Niecałe 10 proc. to Polacy, jest też dosyć dużo Amerykanów, Anglików, nieco Francuzów i obywateli krajów arabskich.

Jak wskazuje prezes Jet Story, firma chce zwiększyć liczbę samolotów we flocie przede wszystkim o maszyny z krajów zachodnich oraz z Rosji. Benke podkreśla, że czarterowanie prywatnych samolotów należy do usług z górnej półki, a tu polskie pochodzenie niekoniecznie stanowi przewagę.

 Rozglądamy się za jakąś firmą z Europy Zachodniej, którą moglibyśmy przejąć, bo widzimy duże korzyści z potencjalnej fuzji, zarówno czysto finansowo-biznesowe, jak i wizerunkowe – przyznaje prezes Jet Story. – Zachodni przewoźnik jest dla nas atrakcyjny, bo niesie ze sobą markę niemiecką czy austriacką. Niestety, Polska nie kojarzy się wciąż z usługami luksusowymi czy ultraluksusowymi, a w tej kategorii są prywatne jety. To nam trochę utrudnia rozwój na rynku zagranicznym, nie tylko zachodnioeuropejskim, lecz także rosyjskim.

Przy przejęciu zagranicznej firmy i jej floty baza w Polsce może jednak stanowić pewną przewagę. Niższe koszty operowania w naszym kraju sprawiają, że dla zagranicznego przewoźnika można wygenerować spore oszczędności.

Pochodzenie firmy na szczęście nie ma aż takiego znaczenia na rynku czarterowym i polskie Jet Story odnosi na nim międzynarodowy sukces.

– Woziliśmy już królów, byłych prezydentów, premierów i setki światowej klasy gwiazd rozrywki i sportu. To są osoby, które z tego typu transportu przeważnie korzystają, wielu z nich niemal na co dzień – podkreśla Jakub Benke.

Prywatne przewozy lotnicze stają się coraz popularniejsze. Szacuje się, że tylko w Europie wartość prywatnych przewozów lotniczych to kilkanaście miliardów dolarów. Raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych” wskazuje, że w 2016 roku wartość rynku prywatnych samolotów w Polsce można szacować na ok. 109 mln zł. W 2020 roku przekroczy poziom 151 mln zł. Liczba prywatnych samolotów w rękach osób fizycznych przekracza 240, jednak liczbę większych samolotów gotowych do dalszych podróży, również międzykontynentalnych, ocenia się na ok. 30.

Restrukturyzacja Włodarzewskiej SA daje klientom szanse na odebranie mieszkań. Przy upadłości stołecznego dewelopera sprawa może się ciągnąć latami

Restrukturyzacja Włodarzewskiej SA daje klientom szanse na odebranie mieszkań. Przy upadłości stołecznego dewelopera sprawa może się ciągnąć latami 15

W spółce deweloperskiej Włodarzewska SA trwa proces restrukturyzacyjny. Wszystko z powodu ponad 200 mln zł długu. Proces ten trwa od ubiegłego roku, ale daje większe szansę na zaspokojenie wierzytelności wszystkich grup, w tym indywidualnych nabywców mieszkań. Upadłość i przejęcie inwestycji przez nowego dewelopera mogą się okazać znacznie mniej korzystne – ocenia Dariusz Czajka, adwokat.

– Włodarzewska SA podwyższyła potencjał sanacyjny, obniżyła zadłużenia dotyczące wierzytelności pozaukładowych, a także podpisała porozumienia ze strategicznymi wierzycielami, którzy mają hipoteki na kluczowych inwestycjach: Zakątek Cybisa i inwestycji w Brwinowie. Pozwala to na zwiększenie prawdopodobieństwa realizacji układu i optymalnego zaspokojenia praw wierzycieli we wszystkich grupach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Czajka, adwokat, prof. nadzw. Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji.

Na 12 kwietnia została zwołana przez sąd rozprawa w sprawie losów restrukturyzacji. Wcześniej wierzyciele będą głosować, czy zgadzają się na propozycje układowe. W styczniu Włodarzewska przedstawiła sądowi gospodarczemu propozycje: m.in. przeniesienie własności praw lokali mieszkalnych w Zakątku Cybisa do końca 2018 roku, całkowitą spłatę wierzytelności (do 150 tys. zł), 80 proc. wierzytelności (150–600 tys. zł), a najwięksi wierzyciele mieliby otrzymać 20 proc. w ciągu 8 lat. Dodatkowo spółka otrzymała od jednego z banków promesę kredytową na wznowienie inwestycji.

– Teoretycznie syndyk będzie mógł kontynuować przedsięwzięcia deweloperskie, ale nie będzie miał kapitału pochodzącego od nowych inwestorów. Może też być zawarty układ upadłości, ale to, jeżeli układ nie dojdzie do skutku, jest całkowicie nierealne. Również nowy deweloper może nabyć określone przedsięwzięcie deweloperskie, ale nie będzie mu się to opłacało z ekonomicznego punktu widzenia, bo przejmuje zobowiązania solidarnie od zbywcy – tłumaczy adwokat.

Nabywcy mieszkań w inwestycji Zakątek Cybisa na warszawskim Ursynowie klucze do mieszkań powinni dostać w 2015 roku. Budowa wciąż jednak nie została ukończona, a prace są wstrzymane. Mieszkańcy domagają się jak najszybszego wybudowania lokali i ich przekazania. Większość z nich uważa, że restrukturyzacja spółki nie rozwiąże sprawy, a lepszą opcją jest jej upadłość i przejęcie inwestycji przez innego dewelopera. Dariusz Czajka przekonuje jednak, że z punktu widzenia ochrony praw wierzycieli lepszym rozwiązaniem jest zatwierdzenie układu przez sąd.

– Chronimy w tym momencie najbardziej wrażliwą aksjologicznie grupę, czyli nabywców indywidualnych, którzy wzięli kredyty. Alternatywą jest upadłość likwidacyjna. Odwołując się do swojego doświadczenia, jako sędziego komisarza, wiem, że spółki deweloperskie, które upadły, wyzwalały negatywne konsekwencje. Dopiero po 2–3 latach syndykowi udawało się sprzedać majątek. Nabywcy majątku podwyższali cenę zakupu mieszkań, przez ten czas majątek ulegał deprecjacji ekonomicznej, a także pewnej dezintegracji – ocenia Dariusz Czajka.

Przy restrukturyzacji każda z grup wierzycieli może liczyć na zaspokojenie roszczeń, nawet jeśli w przypadku największych wierzycieli nie w pełnej wysokości. Przy upadłości odzyskanie należności może się okazać bardzo trudne, zwłaszcza dla podwykonawców czy właśnie klientów indywidualnych, a cały proces może się ciągnąć latami.

– W postępowaniu przyspieszonym zawarta jest umowa przedwstępna z jednym z banków, który ma hipotekę. Istotą tego porozumienia jest to, że po prawomocnym zatwierdzeniu układu przez sąd uwolni się hipoteki i dzięki temu mieszkańcy będą mogli nabyć swoje lokale bezobciążeniowo. W opcji upadłościowej będzie z tym duża trudność. Jeżeli nie dojdzie do konsolidacyjnego przedsięwzięcia, z punktu widzenia finansowania inwestorzy indywidualni mogą czekać parę lat na rozwój sytuacji – przekonuje Dariusz Czajka.

Postępuje cyfryzacja polskich uczelni. Już 100 tys. studentów korzysta z elektronicznych legitymacji umożliwiających płatności

Postępuje cyfryzacja polskich uczelni. Już 100 tys. studentów korzysta z elektronicznych legitymacji umożliwiających płatności 16

W Polsce wydano już 100 tys. elektronicznych kart, które łączą funkcje akademickie i płatnicze. Legitymacje Smartcard to część programu Santander Universidades, przez który Bank Zachodni WBK chce promować ideę przedsiębiorczości wśród studentów i zwiększyć ich mobilność. W Polsce w tym zakresie z bankiem współpracuje już pięć uczelni.

– Banki bardzo dużo inwestują w nowe technologie, znacznie bardziej niż uniwersytety. Uczelnie mogą skorzystać z naszych osiągnięć, by zaoferować więcej usług swoim studentom i wykładowcom z wykorzystaniem naszej technologii. Cele są więc różne, a pole do współpracy bardzo szerokie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Vicente Prior, który odpowiada globalnie za programy uniwersyteckie w Globalnej Grupie Santander Universidades.

Globalny projekt Santander Universidades, poprzez który wprowadzane są innowacje technologiczne, wspomaga nauczanie i lepiej przygotowuje studentów do wymagań stawianych przez współczesny rynek. Bank zaś w ten sposób realizują ideę społecznej przedsiębiorczości.

– Efektem jest bliższa współpraca pomiędzy dwoma stronami. Nie ogranicza się ona tylko do samej karty czy aplikacji Campus ID, ale przy okazji propagujemy ideę przedsiębiorczości. Krzewienie jej wśród studentów zachęca ich do zakładania własnych firm, start-upów. Bierzemy udział w tym procesie. Dzięki stypendiom pomagamy uniwersytetom zwiększyć mobilność pomiędzy nimi. Pomagamy m.in. w wymianach naukowych z Ameryką – przekonuje przedstawiciel Grupy Santander.

Santander Universidades regularnie od 2013 roku organizuje serię cyklicznych spotkań International University Smart Card Congress. Mają one stanowić platformę do wymiany doświadczeń i przestrzeń do współpracy między uczelniami a biznesem. W tym roku, w dniach 30–31 marca, kongres odbył się po raz pierwszy w Polsce, w siedzibie Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

– Współpraca nauki, szkolnictwa wyższego, z biznesem i otoczeniem gospodarczym jest nieodzownym atrybutem funkcjonowania dobrych uczelni wyższych, które chcą, aby ich absolwenci znajdowali z sukcesami miejsca pracy i kreowali rozwój gospodarczy naszego kraju. Bez takiej współpracy uczelnia nie dowie się, czy są usterki w kształceniu ani jakie są bieżące problemy, które trzeba rozwiązywać, a pracodawcy nie będą mieli dobrych kandydatów do pracy – wskazuje prof. dr hab. Marek Rocki, rektor Szkoły Głównej Handlowej.

Nowoczesne nauczanie wymaga wprowadzenia innowacyjnych rozwiązań. Zwłaszcza że na rynku pracy rośnie zapotrzebowanie na kompetencje cyfrowe u pracowników.

– Bank Zachodni WBK należy do klubu partnerów naszej uczelni, jest też korporacyjnym członkiem CEMS-u, czyli konsorcjum europejskich szkół zarządzania, biznesu. Z każdego kraju wybierana jest przez klub tylko jedna uczelnia do członkostwa, stąd uczestnictwo Banku Zachodniego WBK w tym elitarnym klubie firm jest dla nas bardzo wartościowe, bo daje możliwość wejścia do firm europejskich i współpracy z europejskimi uczelniami – tłumaczy prof. dr hab. Marek Rocki.

Częścią globalnego projektu realizowanego przez Grupę Santander, głównego akcjonariusza Banku Zachodniego WBK, w ramach Santander Universidades jest Smartcard. Pierwszą elektroniczną legitymację studencką Grupa Santander wydała 20 lat temu. Obecnie działa ich już ponad 9 mln na 280 uczelniach w 12 krajach, w tym w Polsce.

Karta nie tylko potwierdza tożsamość w bezpieczny sposób, lecz także pozwala sprawdzić liczbę wolnych miejsc parkingowych, zarezerwować książkę w bibliotece czy sprawdzić terminy egzaminów. Jest też powiązana z programem rabatowym, m.in. w sklepach Apple czy Spotify. Z założenia ma uprościć życie studentom na uczelniach i poza nimi.

– Koncepcja Smartcard w odniesieniu do uniwersytetów pozwala na dostęp do lepszej technologii i udostępnia większej liczby usług środowiskom akademickim – studentom, wykładowcom i pracownikom. Uniwersytety same mogą wydawać legitymacje, ale technologia jest mniej zaawansowana i daje mniejsze możliwości świadczenia usług – podkreśla Vicente Prior.

Trwają prace nad nową ustawą refundacyjną. Może być szansą na dynamiczny rozwój krajowego przemysłu farmaceutycznego

Trwają prace nad nową ustawą refundacyjną. Może być szansą na dynamiczny rozwój krajowego przemysłu farmaceutycznego 17

Resort zdrowia uzasadni w czwartek na sejmowej komisji najważniejsze założenia nowelizacji ustawy refundacyjnej. Zmiana ma skorygować błędy dotychczasowych przepisów obowiązujących od 2011 roku. Branża farmaceutyczna pozytywnie ocenia część jej założeń, ale obawia się, że nowe przepisy mogą faworyzować zagraniczne koncerny. Tymczasem polska branża farmaceutyczna odpowiada za bezpieczeństwo lekowe kraju i jest jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów rodzimej gospodarki. 

Zmiany w ustawie refundacyjnej powinny być wprowadzane stopniowo i racjonalnie, żeby zabezpieczyć interes pacjentów i zapewnić im dostęp do leków, zarówno tych podstawowych, jak i nowej generacji. Po drugie, powinny uchronić Narodowy Fundusz Zdrowia przed nadmiernymi wydatkami, a po trzecie – zabezpieczyć krajowy rynek przed czynnikami zewnętrznymi. Wszystkie te elementy może zapewnić zwiększona produkcja leków tutaj, w Polsce – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Błaszczyk, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Sejmowa Komisja Zdrowia zajmie się w czwartek, 6 kwietnia, nową wersją projektu nowelizacji ustawy refundacyjnej. Ministerstwo Zdrowia najpierw skierowało dokument do konsultacji z innymi resortami i organizacjami branżowymi. Kilka tygodni temu odbyło się jego pierwsze czytanie w Sejmie. Według zapowiedzi nowelizacja ustawy refundacyjnej ma wejść w życie jeszcze w tym roku.

– Będziemy obserwować rozwój zmian w przepisach w trakcie prac parlamentarnych oraz wnosić konstruktywne uwagi – zapowiada Piotr Błaszczyk – Z zadowoleniem przyjęliśmy autopoprawkę ministra zdrowia mającą na celu rozwiązanie dużego problemu, jakim jest nielegalny wywóz leków z Polski. Autopoprawka zahamowała mechanizm, który w sposób pośredni odbiłby się na krajowym przemyśle farmaceutycznym, uniemożliwiając wprowadzanie na rynek nowych odpowiedników, co powoduje zwiększoną dostępność leków dla pacjentów.

Projekt nowelizacji ustawy refundacyjnej przewiduje też wprowadzenie tzw. refundacyjnego trybu rozwojowego. Firmy farmaceutyczne, które lokalizują swoje zakłady produkcyjne w Polsce, będą mogły dzięki temu liczyć na przywileje w trakcie negocjacji refundacyjnych. Budżet państwa będzie dopłacał nawet 10 proc. do refundacji produkowanych przez nie leków. W ten sposób rząd chce premiować podmioty, które pracują nad nowymi terapiami i prowadzą działalność inwestycyjną na tutejszym rynku.

Rozwojowy tryb refundacyjny postrzegamy jako bardzo istotny element wspierający inwestycje i rozwój krajowego przemysłu farmaceutycznego – uważa Piotr Błaszczyk.

Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego negatywnie ocenia za to regulacje związane z paybackiem, czyli zwrotem kosztów nadmiernych wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia poprzez producentów leków. Obawia się on, że tymi wydatkami nadmiernie obciążony zostanie krajowy przemysł farmaceutyczny.

Powinno być odwrotnie, ponieważ polskie leki, produkowane w kraju, to produkty, które dzięki niskim cenom, zapewniają oszczędności systemowi refundacyjnemu. Niesprawiedliwy payback mógłby wpłynąć na stan polskiego przemysłu farmaceutycznego, dlatego będziemy zabiegać o zmiany w tym zakresie. Chcielibyśmy, żeby zwrot zwiększonych wydatków obciążał również tych, którzy te wydatki zwiększają. Są to na przykład nowe bardzo drogie terapie, które wchodzą do receptariusza Narodowego Funduszu Zdrowia. One wpływają na zwiększone wydatki systemu refundacyjnego, a więc powinny też partycypować w zwrocie kosztów do Narodowego Funduszu Zdrowia – mówi Piotr Błaszczyk.

Prezes związku reprezentującego pracodawców branży farmaceutycznej podkreśla, że jest to jeden ze strategicznych sektorów rodzimej gospodarki. Dzięki dobrej sytuacji krajowych firm Polska nie musi się obawiać takich problemów jak Grecja czy Ukraina, które borykały się ostatnio z ograniczonym dostępem do leków.

Jesteśmy jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki. Zapewniamy 1 proc. produktu krajowego brutto i 100 tys. miejsc pracy, a krajowi producenci leków mogą się pochwalić dużą liczbą patentów. Część przychodów reinwestujemy w badania i rozwój, czego efektem są nowe wdrożenia i nowe rozwiązania – zaznacza Piotr Błaszczyk.

Kilka tygodni temu Ministerstwo Zdrowia przedstawiło oficjalne sprawozdanie z funkcjonowania ustawy refundacyjnej, która weszła w życie w 2011 roku. Resort negatywnie ocenił realizację zapisów ustawy, a błędy ma skorygować nowelizacja, która znajduje się obecnie na etapie prac parlamentarnych.

Przecena złotego, jego dalsze losy zależą od banków centralnych

Po południu złoty zdołał odrobić część przedpołudniowych strat, ale te i tak pozostają duże. W ostatnim czasie sentyment do polskiej waluty zdecydowanie się pogorszył, a jej dalsze losy będą uzależnione od sygnałów z banków centralnych i trochę od polityki.

Fala wyprzedaży złotego przetoczyła się w godzinach przedpołudniowych przez polski rynek walutowy. Jednym z jego efektów był wzrost kursu USD/PLN powyżej psychologicznej bariery 4 zł z poziomu 3,9690 zł wczoraj na koniec dnia i wobec zanotowanego w ubiegłym tygodniu 4,5-miesięcznego minimum na poziomie 3,8924 zł.

Po południu presja podażowa nieco ustąpiła, a złoty nawet odrobił część strat. Te jednakże pozostają znaczące. O godzinie 16:43 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2530 zł, co oznacza wzrost o 1,8 gr. Dolar podrożał o 2,4 gr do 3,9930 zł. Szwajcarski frank natomiast o wzrósł o 2,1 gr do 3,9840 zł. Tym samym sentyment do polskiej waluty pogorszył się i już niewiele zostało z dobrych nastrojów panujących w marcu, gdy zyskiwała ona wraz z napływem kapitałów do Polski i do innych dużych gospodarek emerging markets.

Gdyby aktualną sytuację oceniać tylko i wyłącznie przez pryzmat analizy wykresów polskich par, to należałoby postawić tezę mówiącą o tym, że w ubiegłym tygodniu zostały wyznaczone średnioterminowe dołki, a kwiecień upłynie pod znakiem drożejących walut.

Dzisiejsza przecena złotego, która korelowała m.in. z podobnych zachowaniem węgierskiego forinta, nieco zaskoczyła. Brakowało bowiem bezpośrednich mocnych impulsów do takiego zachowania. Relatywnie spokojnie zachowywała się para EUR/USD. Bardzo dobre nastroje panowały na warszawskiej giełdzie i wielu innych europejskich parkietach. Spokojnie też było na rodzimym rynku długu, gdzie wprawdzie miała miejsce niewielka realizacja zysków, ale zdecydowanie przeważało wyczekiwanie na wyniki rozpoczętego dziś dwudniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej (RPP) i czwartkowe wyniki aukcji o wartości 3-5 mld zł.

Nie mniej jednak przecena miała miejsce, a jedną z jej konsekwencji jest gorsze nastawienie inwestorów do złotego. To czy będzie on w dalszej części tygodnia tracił na wartości przede wszystkim zależało będzie od sygnałów płynących z banków centralnych (bardziej od Fed i ECB, niż od RPP) i trochę od polityki.

W środę zostaną opublikowane tzw. minutki z ostatniego posiedzenia Fed, a w czwartek z ostatniego posiedzenia ECB. Inwestorzy będą tam szukali odpowiedzi na pytania o ilość podwyżek stóp procentowych w USA w tym roku oraz o to, czy w łonie ECB toczy się dyskusja nad przyszłym wyjściem z ultraluźnej polityki monetarnej. Im bardziej jastrzębie będą sygnały, tym gorzej dla złotego. I odwrotnie.

Większego wpływu na notowania złotego nie będzie za to miało posiedzenie RPP. Jego wyniki rynek pozna w środę. Jest pewne, że Rada nie zmieni stóp procentowych i nie zmieni swej retoryki. Owszem rynek walutowy mógłby reagować, ale tylko wówczas, gdy pojawi się ze strony Rady sugestia wydłużenia okresu rekordowo niskich stóp procentowych w Polsce.

Innym impulsem, który może potencjalnie wstrząsnąć złotym oraz innymi walutami emerging markets jest polityka. Wstrząs ten miałby wpływ pośredni, poprzez dolara. W najbliższy piątek dojdzie do spotkania prezydenta USA z prezydentem Chin, podczas dwudniowej wizyty tego ostatniego w USA. Niewątpliwie podczas rozmowy będą poruszane tematy gospodarcze, na co czuły właśnie może być dolar.

Drugim politycznym tematem są pojawiające się głosy, że jeszcze w tym tygodniu Kongres może głosować nad likwidacją Obamacare. Gdyby tak się stało i prezydent Trump obaliłby ten program zdrowotny, to rynek odebrałby to jako sygnał skuteczności działań prezydenta, oczekując w kolejnych krokach reformy podatków i pakietu fiskalnego. Dla rynku walutowego oznaczałoby to silny impuls do umocnienia dolara, co z pewnością w sposób bezpośredni uderzyłoby w waluty emerging markets (w tym złotego).

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs