Dzień rozwodu – dziś ok. 13:30 Wielka Brytania formalnie rozpocznie Brexit

Dziś Wielka Brytania wręczy „papiery rozwodowe” UE, rozpoczynając żmudny i trudny proces, co do finału którego nikt nie ma pewności. Funt odczuwa presję, choć dzisiejsze wydarzenia niekoniecznie muszą być dla niego szkodliwe. Tymczasem dolar podlega technicznej korekcie.

Dziś jest ten dzień. Podpisany wczoraj przez premier Wielkiej Brytanii Theresę May list z formalną notyfikacją chęci opuszczania Unii Europejskiej ma być dziś ok. 13:30 wręczony Prezydentowi Rady Europy Donaldowi Tuskowi. Tym samym rozpocznie się dwuletni proces negocjacyjny, który już na samym starcie pokaże swoje trudności. Jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnych rozmów było słychać, że strony mają odmienne zdanie co do tego, którymi sprawami zająć się najpierw. Wielka Brytania jest zainteresowana ustaleniem relacji handlowych, z kolei UE na pierwszym miejscu stawia status Europejczyków przebywających na Wyspach. Do tego dochodzi spór o uregulowanie zobowiązań Wielkiej Brytanii względem UE na kwotę do 60 mld EUR, z wysokością której Londyn się nie zgadza.

Dwuletnia „rozprawa rozwodowa” nie obędzie się bez szkody dla „dzieci”, którymi są brytyjska gospodarka i GBP. Wstępna odporność konsumentów i biznesu na Wyspach powoli zaczyna wyparowywać i wraz z pogarszaniem się wskaźników makro presja na funcie będzie wzrastać. W ciągu ostatnich 24 godzin funt był najsłabszą walutą w G10, co odzwierciedla nerwowość inwestorów i pozycjonowanie się przed dzisiejszym wydarzeniem, które dodatkowo podsyca brytyjska prasa co bardziej zmyślnymi pierwszymi stronami.

Jakkolwiek pozostaje negatywnie nastawiony do funta w średnim terminie i sadzę, że pogorszenie kondycji gospodarki będzie silnie uderzać w GBP, tak przejaw słabości z ostatnich godzin wydaje mi się na wyrost. Wprawdzie wczoraj Szkocki Parlament zagłosował za ponownym referendum niepodległościowym, ale rząd brytyjski już poinformował, że oddali wniosek. Ian McCafferty z BoE powiedział, że teraz nie jest jeszcze czas na podwyżki, jednak jego komentarz niewiele zmienia w nastawieniu rynku. Osobiście powątpiewam, czy dzisiejsze formalne otwarcie negocjacji Brexitu jest zasadnym powodem wyprzedaży funta. Wręczenie listu prezydentowi Tuskowi jest czysto symboliczne, a formalna odpowiedź będzie przedstawiona dopiero w przyszłym tygodniu. Rynek może liczyć na niespodzianki na konferencji prasowej premier May ujawniające szczegóły listu, ale wygląda to na wygórowane oczekiwania. Możliwe zatem, że funta czeka dziś mini-rajd ulgi odwracający ostatnie spadki.

Dolar zanotował wczoraj odbicie, gdzie bardziej niż lepsze dane o nastrojach konsumentów czy głosy z Fed potwierdzające dążenie do jeszcze dwóch podwyżek w tym roku podziałały techniczne poziomy. Na razie mówimy o zwykłym odreagowaniu i byłbym ostrożny z obwieszczaniem końca przeceny. Główna siła sprawcza dla dolara leży teraz w polityce administracji Trumpa, a dokładniej w postępach nad reformą podatkową. Bez tego w przestrzeni G10 znajdą się lepsze waluty do utrzymywania długiej pozycji, np. EUR (jastrzębi ECB) lub CAD (odbicie ropy).

W kalendarzu na dziś brakuje przełomowych publikacji. Wnioski o zasiłek z Wlk. Brytanii, czy indeks podpisanych umów kupna domów to pozycje trzeciorzędne. Rynek ropy naftowej będzie śledził raport DoE. Kolejny raz w tym tygodniu przemawia Evans z Fed, a oprócz niego Williams i Rosengren.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek ubezpieczeń komunikacyjnych może uniknąć dalszych podwyżek cen. Na spadki raczej nie ma co liczyć

Rynek ubezpieczeń komunikacyjnych może uniknąć dalszych podwyżek cen. Na spadki raczej nie ma co liczyć 1

Kierowcy mocno odczuli ubiegłoroczne podwyżki cen obowiązkowych polis OC. W niektórych przypadkach wzrosty sięgały nawet kilkuset procent. Eksperci firmy Marsh Polska podkreślają, że w tym roku raczej nie spodziewają się odwrócenia tego trendu.

– Aktualny poziom cen ubezpieczeń komunikacyjnych powinien się utrzymać. Być może w drugim półroczu nastąpi jakieś odwrócenie tego trendu –prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes zarządu Marsh Polska.

Znaczny wzrost cen polis komunikacyjnych był jednym z kluczowych trendów ubiegłego roku na rynku ubezpieczeniowym. Według rożnych źródeł, podwyżki  obowiązkowych polis OC sięgnęły od 50 do nawet 80 proc. W skrajnych, pojedynczych przypadkach wzrosły nawet o kilkaset procent. Mimo to według danych Polskiej Izby Ubezpieczeń na koniec ubiegłego roku strata ubezpieczycieli w ubezpieczeniach komunikacyjnych OC sięgnęła 1 mld zł.

– W ubiegłym roku obserwowaliśmy dynamiczny wzrost stawek w ubezpieczeniach komunikacyjnych, o tym często informowały media, prasa, rozmaite instytucje i urzędy, począwszy od Komisji Nadzoru Finansowego przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a skończywszy na politykach. Zwyżki były radykalne, często wykraczające poza techniczną wycenę i sięgające nawet 300–400 proc. –mówi Artur Grześkowiak.

Prezes Marsh Polska zauważa, że rynek ubezpieczeń komunikacyjnych od zawsze charakteryzował się największą dynamiką i zmiennością wśród wszystkich segmentów branży. Ponadto rentowność polis komunikacyjnych od wielu lat jest ujemna, co oznacza, że ubezpieczyciele tracą na tym segmencie. Przyczyną są rosnące z roku na rok koszty odszkodowań wypłacanych poszkodowanym oraz wojna cenowa pomiędzy ubezpieczycielami. Pomimo strat ubezpieczyciele utrzymywali przez lata niskie ceny obowiązkowych polis.

– Trend zwyżkowy w ubezpieczeniach komunikacyjnych to odreagowanie po wielu latach zniżek i elastyczności rynku w tym obszarze – uważa Artur Grześkowiak.

Na ubiegłoroczne podwyżki składek polis OC wpłynęły również nowe regulacje i zmiany w prawie, m.in. ustawa o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej (która weszła w życie z początkiem ubiegłego roku), wprowadzenie podatku bankowego (który został nałożony również na ubezpieczycieli) i zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego, m.in. dotyczące wysokości odszkodowań oraz likwidacji szkód osobowych ofiar wypadków. Na kondycję tego segmentu rynku wpływa również wzrost świadomości konsumentów i działalność kancelarii prawnych, które pomagają poszkodowanym w uzyskaniu jak najwyższych odszkodowań.

Marsh Polska prognozuje, że w tym roku większość ubezpieczycieli będzie chciała odbudować portfele w obszarze ubezpieczeń majątkowych i komunikacyjnych, co oznacza utrzymanie obecnego trendu cenowego. Być może rynek uniknie kolejnych podwyżek, ale raczej nie należy się spodziewać spadku cen, przynajmniej w pierwszej połowie tego roku.

– Jeżeli zakłady ubezpieczeń, które kształtują ten rynek, mają w planach odtworzenie składki ubezpieczeniowej, jest to punkt odniesienia, który oznacza, że nie powinniśmy się spodziewać większych zmian – mówi Artur Grześkowiak.

Co roku dochodzi do blisko 90 tys. wypadków przy pracy. Największe zagrożenie w przemyśle i motoryzacji

Co roku dochodzi do blisko 90 tys. wypadków przy pracy. Największe zagrożenie w przemyśle i motoryzacji 2

W ubiegłym roku miało miejsce ponad 87 tys. wypadków przy pracy. Zdecydowana większość poszkodowanych odniosła lekkie obrażenia. Śmierć ponosiło 240 osób, czyli o jedną piątą mniej niż w 2015 roku. Zachowanie zasad bezpieczeństwa i higieny w przedsiębiorstwie jest ustawowym obowiązkiem pracodawcy. W sytuacji niskiego bezrobocia staje się również ważnym argumentem w wyborze miejsca zatrudnienia.

– Najczęstszymi przyczynami wypadków przy pracy są nieodpowiednie zachowanie pracownika, nieprzestrzeganie zasad BHP i nieumiejętność pracy na danym stanowisku – informuje agencję informacyjną Newseria Biznes Hubert Wawrzyniak, prezes zarządu w firmie W&W Consulting. – Szwankuje także szkolenie zatrudnionych osób z zasad bezpieczeństwa i higieny pracy.

Nieprawidłowe zachowanie pracownika odpowiada za 60 proc. odnotowanych w ubiegłym roku wypadków. Kolejna przyczyna, czyli niewłaściwy stan narzędzi, wyposażenia lub budynków, stanowi ok. 8,4 proc. ogółu wypadków.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2016 roku miało miejsce przeszło 87 tys. wypadków przy pracy. W ich wyniku śmierć poniosło 239 osób, a 464 zostało ciężko rannych. Liczba wypadków śmiertelnych znacząco spadła, ale ogólna liczba wypadków pozostała prawie niezmienna.

Przeciętne zwolnienie lekarskie wystawione pracownikowi po wypadku przy pracy trwało ponad 42 dni. Jest to więc bardzo poważne zjawisko – ocenia Hubert Wawrzyniak. – Koszt takiego zdarzenia to absencja jednego dnia, co jest przeliczane na od 390 zł do przeszło 500 zł. Ostateczna wysokość zależy od tego, czy w wyniku wypadku konieczne jest zatrudnienie kolejnej osoby na zastępstwo.

W 2016 roku wypadkom ulegali najczęściej pracownicy z branży przetwórstwa przemysłowego (ponad 32 proc.), handlu i naprawy samochodów (ponad 13 proc.), opieki zdrowotnej i pomocy społecznej (10 proc.).

Z Kodeksu pracy oraz związanych z nim rozporządzeń wynika, że pracodawca jest odpowiedzialny za zdrowie i życie pracowników. Powinien o nie dbać przez organizację warunków zatrudnienia w sposób zapewniający bezpieczne i higieniczne środowisko, przestrzeganie przepisów, a także zasad bezpieczeństwa. W tym zakresie może jednak korzystać z pomocy pełniącej funkcje doradcze i kontrolne służby BHP.

– Aby zmniejszyć skalę wypadków, pracodawcy powinni się zastanowić przede wszystkim, czy osoba zatrudniona na stanowisku BHP w zakładzie ma dostateczną liczbę godzin, aby poświęcić na analizę występujących zagrożeń i czy zapewniony jest odpowiedni poziom szkoleń – radzi Hubert Wawrzyniak. – Warto to robić, bo niewielka liczba wypadków przy pracy, to choćby mniejsza składka wypadkowa odprowadzana do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Do najczęstszych urazów w wypadkach przy pracy należą uszkodzenia rąk i nóg – to odpowiednio 43,8 proc. i 34,4 proc. Przeciętna liczba dni niezdolności do pracy wydłużyła się do 34,6 dnia na jednego poszkodowanego.

– O kwestie BHP w firmie warto dbać, ponieważ bezpieczny pracownik to bezpieczny biznes i otoczenie atrakcyjne dla zatrudnionych – przekonuje Hubert Wawrzyniak. – W takim środowisku pracownik czuje się stabilnie, komfortowo i nie obawia się o swoje jutro.

Jak wynika z wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 13 października 2006 roku, pracodawca zatrudniający do 100 osób może powierzyć wykonywanie zadań służby BHP osobie zatrudnionej przy innej pracy, o ile spełnia ona wymagania w zakresie wykształcenia (technik bezpieczeństwa i higieny pracy, ma wyższe wykształcenie o takim kierunku lub specjalności albo studia podyplomowe).

Jeżeli natomiast w przedsiębiorstwie zatrudnionych jest więcej niż 100 osób właściciel ma obowiązek utworzenia służby BHP i zatrudnienia w niej pracowników. W takim przypadku niedopuszczalne jest powierzanie obowiązków w zakresie tej służby specjalistom spoza firmy ani osobom zatrudnionym na innych stanowiskach.

Polska atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów. W przypadku kryzysu niektóre branże odczułyby odpływ kapitału

Polska atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów. W przypadku kryzysu niektóre branże odczułyby odpływ kapitału 3

Od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej inwestycje zagraniczne przekroczyły już pół biliona złotych. Najwięcej na polskim rynku inwestują Niemcy, Francja, Hiszpania i Wielka Brytania, w ramach usług – głównie w handlu, a wśród sektorów przemysłowych – głównie w motoryzacji. Te właśnie branże w największym stopniu odczułyby odpływ kapitału zagranicznego w przypadku potencjalnego, globalnego kryzysu. Choć Polska wciąż jest atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów, to źródłem zagrożenia pozostaje gospodarka europejska – 10 lat od wybuchu ostatniego kryzysu wiele problemów nadal nie zostało rozwiązanych, a niestabilna sytuacja polityczna w Europie ryzyko to powiększa.

– Poziom inwestycji zagranicznych w najbliższych latach będzie uzależniony od tego, jak będą rozwiązywane ekonomiczne problemy w poszczególnych gospodarkach unijnych, czy Unia Europejska zachowa obecny kształt, czy podzieli się na Europę dwóch prędkości i czy Polska znajdzie się w tej wolniejszej grupie. Zrealizowanie się chociaż części zagrożeń, jakie przedstawiliśmy w raporcie, może przynieść odczuwalne zawirowania w napływie środków do Polski, może nie od razu, ale z pewnością w kolejnych latach. Zwłaszcza, że aż 60 proc. bezpośrednich inwestycji zagranicznych to reinwestowane zyski – łatwo takie inwestycje wstrzymać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Piętka-Kosińska, ekonomistka firmy doradczej Deloitte.

Z obliczeń przedstawionych w raporcie „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress-testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, przygotowanym przez ekspertów banku DNB i Deloitte, wynika, że do Polski napływa rocznie około 40 mld zł w formie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Od wejścia Polski do Unii Europejskiej ta kwota przekroczyła 501 mld zł, co stanowi równowartość 15 proc. całości nakładów inwestycyjnych w gospodarce.

Inwestycje zagraniczne pochodzą niemal wyłącznie z państw unijnych (w 96 proc.) i znacznie przewyższają środki z rozwojowych funduszy europejskich, które Polska zaabsorbowała od początku swojego członkostwa we Wspólnocie.

– Najwięcej zainwestowały w Polsce Niemcy i Francja, więc kryzys w tych krajach najmocniej przełożyłby się na spadek inwestycji zagranicznych. W ciągu ostatnich kilku lat zauważyliśmy też zwiększoną aktywność inwestycyjną Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, więc inwestycje tych państw również byłyby zagrożone w sytuacji wystąpienia w nich problemów ekonomicznych – mówi Marcin Prusak.

– Większość funduszy płynie do nas z Unii Europejskiej. Globalne mocarstwa, takie jak Stany Zjednoczone czy Chiny, są w inwestycjach zagranicznych w zasadzie nieobecne. Główni inwestorzy to Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Hiszpania – potwierdza Katarzyna Piętka-Kosińska.

Jak wynika z raportu Deloitte i DNB, analizowane branże polskiej gospodarki są dziś w większości bardziej odporne na kryzys gospodarczy niż w 2008 roku. Jednak potencjalny kryzys w Europie mocno uderzyłby w wymianę handlową z innymi krajami i bezpośrednie inwestycje zagraniczne.

– W niektórych sektorach gospodarki jesteśmy obecnie dwukrotnie bardziej odporni na kryzys niż jeszcze kilka lat temu. Jednak sytuacje kryzysowe w Europie miałyby przełożenie na nasz rynek. Ucierpiałby eksport, głównie na skutek zmniejszenia popytu na towary produkowane w Polsce. Drugi zagrożony obszar to bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej te inwestycje sięgnęły prawie 0,5 bln zł – mówi Marcin Prusak, członek zarządu do spraw bankowości korporacyjnej Banku DNB.

Napływ inwestycji zagranicznych dotychczas był największy w sektorze usług (63 proc. ogółu), zwłaszcza w handlu (16 proc.) oraz w działalności finansowej i ubezpieczeniowej (11 proc.). Warto zauważyć, że napływ inwestycji zagranicznych do przemysłu wytwórczego sięga 26 proc., głównie do branży motoryza­cyjnej (9 proc., tj. 19 mld zł w latach 2010–2015). Zatem w przypadku kolejnego globalnego kryzysu wyhamowanie napływu i/lub odpływ kapitału zagranicznego branże te mogłyby odczuć w największym stopniu.

– W ostatnich latach inwestycje zagraniczne były lokowane w dwóch dużych obszarach sektorowych. Dwie trzecie przypadło na sektor usługowy, natomiast jedna czwarta na przemysł wytwórczy, w tym branżę motoryzacyjną. W obszarze usług mówimy o następujących sektorach: usługi finansowe, informacja i komunikacja oraz obsługa rynku nieruchomości. Te branże ucierpiałyby najmocniej w razie potencjalnego kryzysu – mówi Marcin Prusak.

Eksperci podkreślają, że prognozy ekonomiczne dla Polski na 2017 rok są pozytywne. Spodziewane jest przyspieszenie wzrostu gospodarczego, a Polska Agencja Inwestycji i Handlu oczekuje zwiększonego napływu inwestycji zagranicznych do Polski. Ryzyko stwarzają jednak nierozwiązane problemy gospodarcze pomimo upłynięcia 10 lat od ostatniego kryzysu, na co nakłada się niestabilna sytuacja polityczna na scenie europejskiej i globalnej.

– Przeanalizowaliśmy ryzyka ekonomiczne i polityczne, które mogą mieć przełożenie na Polskę. Jest ich naprawdę wiele, na skalę niespotykaną w porównaniu z poprzednimi latami. W wielu krajach powolny wzrost gospodarczy czy ogromny dług publiczny i ryzyko pułapki deficyt-dług w kontekście rosnących stóp procentowych za oceanem. Do tego utrzymujące się chociażby we Włoszech ryzyko sektora bankowego czy kryzys migracyjny w wyniku demograficznej presji w krajach rozwijających się i politycznych napięć w regionie. Po brexicie coraz częściej mówi się o Europie dwóch prędkości. Zbliżają się wybory prezydenckie we Francji i parlamentarne w Niemczech, które zadecydują o przyszłym kształcie Unii Europejskiej – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska.

Ekonomiści Deloitte i DNB ocenili, że największe ryzyko wystąpienia kolejnego kryzysu ekonomicznego wśród analizowanych krajów dotyczy Włoch i Hiszpanii. O ile napływ włoskich inwestycji zagranicznych do Polski sięga maksymalnie 3 proc., o tyle Hiszpania jest jednym z głównych inwestorów. Dlatego zawirowania na tamtejszych rynkach miałyby również przełożenie na sytuację gospodarczą w Polsce.

Jednocześnie autorzy raportu „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress-testy polskiej gospodarki w 2017 roku” podkreślają, że Polska pomimo tych zagrożeń pozostaje atrakcyjna dla inwestorów zagranicznych.

– Polska ma stabilny udział w światowych inwestycjach zagranicznych i jest zdecydowanym liderem na tle nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej. Napływ inwestycji jest ponaddwukrotnie większy niż do Czech czy na Słowację. Wynika to z faktu, że jesteśmy dużą gospodarką, która może efektywnie wykorzystać napływ znaczących środków finansowych – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska.

Ceny gazu od kwietnia wzrosną, rośnie także konkurencja. Nawet 100 tys. klientów może zmienić w tym roku dostawcę gazu ziemnego

Ceny gazu od kwietnia wzrosną, rośnie także konkurencja. Nawet 100 tys. klientów może zmienić w tym roku dostawcę gazu ziemnego 4

Zapotrzebowanie na gaz jako surowiec grzewczy coraz bardziej rośnie. Rośnie również podaż – głównie dzięki Stanom Zjednoczonym, które szykują się do uruchomienia masowego eksportu LNG na rynki światowe. W Polsce natomiast planowanych jest wiele inwestycji, które mają zdywersyfikować dostawy surowca i obniżyć jego ceny. Polskich konsumentów czeka tymczasem od kwietnia blisko 2-procentowa podwyżka. URE zatwierdził w ubiegłym tygodniu nową taryfę dla spółki PGNiG, z której usług korzysta blisko 7 mln odbiorców.

– Urząd Regulacji Energetyki zatwierdził niedawno taryfę dla największego sprzedawcy gazu w Polsce i od 1 kwietnia cena surowca wzrośnie o blisko 2 proc., co odbije się na podwyżkach dla konsumentów końcowych sięgających kilkudziesięciu złotych w skali roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Lachowski, dyrektor zarządzający sprzedażą w Hermes Energy Group.

Jak wynika z komunikatu URE, w połowie marca zatwierdzone zostały wyższe o 1,6 proc. stawki za gaz dla gospodarstw domowych zaproponowane przez PGNiG. Nowa taryfa będzie obowiązywać od początku kwietnia do końca tego roku. Jak podała spółka, powodem wzrostu cen gazu jest utrzymujący się od połowy ubiegłego roku wzrost cen ropy naftowej i surowców ropopochodnych na światowych rynkach, który przekłada się na wyższe koszty pozyskania gazu ziemnego.

Zdaniem ekspertów zapotrzebowanie na ten surowiec coraz powszechniej wykorzystywany w celach grzewczych stale rośnie. Sprzyja temu również polityka Unii Europejskiej, która zakłada odchodzenie od paliw kopalnych.

– Biorąc pod uwagę politykę klimatyczną Unii Europejskiej, będziemy obserwować rosnącą presję na odchodzenie od paliw kopalnych. Energia pozyskiwana z gazu ziemnego będzie natomiast zyskiwać na znaczeniu, dlatego zużycie tego surowca i jego wykorzystanie przez konsumentów w celach grzewczych będzie wzrastać – prognozuje Piotr Kasprzak, członek zarządu do spraw operacyjnych w spółce Hermes Energy Group, która sprzedaje gaz polskim konsumentom i handluje surowcem na rynkach międzynarodowych.

Zdaniem ekspertów zatwierdzona przez URE kwietniowa podwyżka nie ma jednak żadnego ekonomicznego uzasadnienia, ponieważ zarówno ceny ropy, jak i gazu na światowych rynkach notują spadki. Presja na zwiększanie podaży ropy naftowej będzie coraz większa, co widać chociażby po rosnącej aktywności wydobywczej w Stanach Zjednoczonych, gdzie liczba odwiertów osiągnęła poziom zbliżony do drugiej połowy 2015 roku. W efekcie ceny ropy w najbliższym czasie nie powinny rosnąć, ale spadać. Sytuacja na światowych rynkach i zwiększona podaż płynnego LNG ze Stanów Zjednoczonych sprzyjają też spadkom cen gazu ziemnego.

– Biorąc pod uwagę przygotowania eksporterów w Stanach Zjednoczonych do uruchomienia masowego eksportu LNG na rynki światowe, zwłaszcza do Europy, rozbudowę terminali LNG w Australii oraz plany Azerbejdżanu i Iranu w tym samym zakresie, będziemy obserwowali dużą presję na podaż gazu ziemnego. Zwłaszcza na rynku europejskim, gdzie obecnie głównymi dostawcami są Rosja i Norwegia. Konkurencja będzie się nasilać, a co za tym idzie, ceny gazu powinny zdecydowanie spadać – mówi Piotr Kasprzak.

W Polsce natomiast planowanych jest w najbliższych latach wiele inwestycji, które powinny zdywersyfikować dostęp do gazu i przyczynić się do spadku cen tego surowca, który odczują konsumenci indywidualni. W 2022 roku złoża gazu na szelfie norweskim z polskim systemem przesyłowym ma połączyć Brama Północna, która jest obecnie jednym ze strategicznych projektów Ministerstwa Energii. W październiku ubiegłego roku inwestycja dostała zielone światło Komisji Europejskiej i została uznana za projekt o znaczeniu wspólnotowym.

– Najprawdopodobniej w najbliższych latach rozpocznie się budowa Korytarza Północnego, czyli połączenia Polski z norweskim szelfem kontynentalnym, skąd gaz wydobywany przez PGNiG i inne spółki będzie trafiał do polskich konsumentów i odbiorców przemysłowych. Co więcej, myślę, że trwają analizy nad możliwością skierowania tego gazu dalej na południe, na Ukrainę, do Austrii czy nawet Chorwacji  – mówi Piotr Kasprzak.

W obecnej sytuacji ceny gazu dla odbiorców indywidualnych powinny raczej spadać, niż wzrastać. Dlatego eksperci są zdania, że kwietniowa podwyżka PGNiG jest jedynie efektem niedawnych obniżek cen gazu ogłoszonych z początkiem stycznia br. Niższe ceny surowca zaczęły obowiązywać jednak dopiero w połowie lutego, a konsumenci odczuli je w ostatnich tygodniach, kiedy dla odmiany na światowych rynkach ceny gazu rosły. Teraz sytuacja ma się odwrócić.

– W momencie, w którym od półtora miesiąca obserwujemy stabilizację cen i trend spadkowy, polscy konsumenci nagle dostają podwyżkę, która według nas nie ma żadnego uzasadnienia ekonomicznego i jest wyłącznie pochodną niedawnych obniżek – uważa Sebastian Lachowski, dyrektor zarządzający sprzedażą w Hermes Energy Group.

W opinii ekspertów może to skłonić w tym roku nawet 100 tys. odbiorców końcowych do zmiany sprzedawcy gazu ziemnego. Zwłaszcza że na rynku zaostrza się konkurencja, która wymusza obniżkę marż. Jak podaje Urząd Regulacji Energetyki, w 2015 roku sprzedawcę gazu zmieniło 30,8 tys. klientów końcowych, a w 2016 – 47,7 tys. klientów i nadal nieprzerwanie utrzymuje się trend wzrostowy.

– W ubiegłym roku odnotowaliśmy około 50 tys. zmian sprzedawcy na rynku gazu ziemnego. Wydaje nam się, że ten rok będzie jeszcze bardziej dynamiczny i ta liczba może wzrosnąć nawet do 100 tys. Ceny gazu będą konkurencyjne, w ostatnim czasie największy sprzedawca podniósł ceny w taryfie do odbiorców końcowych. W związku z tym oferta alternatywnych sprzedawców będzie tym bardziej konkurencyjna, a na rynku zajdą duże zmiany – prognozuje Piotr Kasprzak.

– Rośnie świadomość konsumentów, coraz więcej osób porównuje oferty i liczy, ile płaci za gaz, a ile może płacić u innego sprzedawcy. Jest wielu klientów zainteresowanych otrzymaniem alternatywnej oferty, rynek się edukuje, wzrasta świadomość konsumentów. To sytuacja podobna do tej, która ma obecnie miejsce na rynku telekomunikacyjnym – dodaje Sebastian Lachowski.

Dyrektor zarządzający sprzedażą w Hermes Energy Group przestrzega, aby podczas zawierania umowy ze sprzedawcą gazu dokładnie czytać umowę. To powinna być prosta i przejrzysta. Cena gazu w trakcie całego okresu obowiązywania umowy powinna być stała,

– Na rynku jest wiele ofert sprzedawców gazu, którzy oferują atrakcyjną cenę tylko w pierwszym okresie. Następnie, w kolejnych latach trwania umowy, klient musi już płacić wyższą cenę taryfową, co przynosi efekt odwrotny do zamierzonego: nie oszczędności, a wzrost kosztów. Dlatego należy zwrócić uwagę na to, czy umowa jest prosta i czytelna, a cena surowca stała, w całym okresie trwania umowy. To ma wpływ na realnie liczone oszczędności w trakcie trwania umowy – mówi Sebastian Lachowski.

W II połowie roku wzrost PKB w Polsce może się zbliżyć do 4 proc. Wynagrodzenia będą rosły szybciej niż w ubiegłym roku

W II połowie roku wzrost PKB w Polsce może się zbliżyć do 4 proc. Wynagrodzenia będą rosły szybciej niż w ubiegłym roku 5

Przyspieszenie europejskiej gospodarki zaowocuje nowymi zamówieniami, co jest dobrą wiadomością dla polskich eksporterów. Gospodarkę w tym roku ma napędzać nie tylko rosnąca sprzedaż zagraniczna, lecz także wzrost inwestycji z funduszy unijnych i rosnąca konsumpcja. W 2017 roku PKB Polski wzrośnie o 3,2 proc., ale w II połowie roku dynamika może się zbliżyć do 4 proc. – oceniają ekonomiści PKO Banku Polskiego. Sytuacja na rynku pracy powoduje, że przyspieszy także wzrost wynagrodzeń, przede wszystkim w usługach.

– Ostatnie dane ze strefy euro napawają optymizmem. Z początkiem nowego roku w europejskiej gospodarce pojawiło się nowe tchnienie, przede wszystkim po stronie tego, jak sami przedsiębiorcy postrzegają swoją przyszłość i bieżącą sytuację. Miarą ocen przedsiębiorców są indeksy koniunktury, które silnie rosną i zapowiadają, że 2017 rok przyniesie kontynuację ożywienia tempa wzrostu gospodarczego w strefie euro – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka PKO Banku Polskiego.

Odczyt PMI w Eurolandzie, mierzący koniunkturę i wyrażający tempo wzrostu produkcji sektorów przemysłowego i usługowego, wzrósł w marcu z 56 do 56,7 pkt. To najlepszy wynik od ponad 70 miesięcy. PMI w sektorze przemysłowym wzrósł z 55,4 do 56,2 pkt (najlepszy wynik od 2011 roku), zaś w sektorze usługowym z 55,5 do 56,5 pkt. Koniunktura poprawia się przede wszystkim w największych gospodarkach UE, m.in. w Niemczech czy Francji.

– Zdecydowana większość polskiego eksportu trafia na rynki strefy euro. Jeżeli tamtejsi producenci mówią o zwiększonym zapotrzebowaniu, to możemy oczekiwać, że dokładnie ten sam czynnik będzie widoczny także w danych dotyczących Polski. Jeżeli w strefie euro widzimy dobre dane, możemy oczekiwać, że Europa będzie od nas dużo kupowała, co jest bardzo optymistyczną wiadomością dla polskich eksporterów – tłumaczy ekonomistka PKO Banku Polskiego.

Dane GUS wskazują, że ponad 86 proc. polskiego eksportu trafia do krajów rozwiniętych, z czego 79,7 proc. do krajów UE. Najważniejszym partnerem handlowym są Niemcy (27,3 proc. ogółu eksportu).

Jak analizuje Petka-Zagajewska, rosnący eksport nie będzie jedynym czynnikiem napędzającym polską gospodarkę. Przyczyni się do tego także wzrost inwestycji.

– Silny popyt światowy zachęca do inwestowania. Elementem, który będzie wspierał inwestycje w 2017 roku, będą fundusze unijne, których brakowało w ubiegłym roku. Powoli widać, że pieniądze zaczynają napływać, rozpisywanych i rozstrzyganych jest coraz więcej przetargów, a coraz więcej umów jest podpisywanych. Myślę, że to kwestia tylko kilku miesięcy, kiedy faktyczny przepływ środków będzie już widoczny w danych o zdecydowanie wyższej dynamice inwestycji – przekonuje Marta Petka-Zagajewska.

Ważnym czynnikiem będzie również konsumpcja wewnętrzna, która rośnie wraz z poprawiającą się sytuacją na rynku pracy. Niskie bezrobocie i deficyt pracowników sprawiają, że pracodawcy, aby przyciągnąć i zatrzymać pracowników, muszą podnosić wynagrodzenia. W styczniu w sektorze przedsiębiorstw wynagrodzenia wzrosły w styczniu o 4,3 proc., a w lutym – o 4 proc., przy średnim wzroście 3,8 proc. w 2016 roku.

– Najbliższe miesiące przyniosą nam wzrost wynagrodzeń w przedsiębiorstwach. Pewnie będzie to najbardziej widoczne w sektorze usług, gdzie przedsiębiorstwa mają najmniejszą siłę przetargową. W mniejszym stopniu to będzie następowało w przemyśle – ocenia Marcin Czaplicki, ekonomista PKO Banku Polskiego. – W II połowie roku dynamika wynagrodzeń w polskiej gospodarce przyspieszy przez wyższą presję płacową i większy wzrost cen.

W lutym, jak podaje GUS, inflacja wyniosła 2,2 proc. rdr. (0,3 proc. względem stycznia). Szybko rosną przede wszystkim ceny żywności (o 4,3 proc. rdr.) i paliwa (ok. 20 proc.).

– W marcu zobaczymy lekkie wyhamowanie dynamiki cen, natomiast generalnie to, co spadło, musi wzrosnąć, czyli w najbliższych miesiącach cel inflacyjny, czyli 2,5 proc. rocznej dynamiki, zostanie osiągnięty. Od maja będzie następowała stabilizacja, praktycznie do końca roku – wskazuje Marcin Czaplicki.

Jeszcze pod koniec 2016 roku ceny paliw były najniższe od 2009 roku. Na niskim poziomie kształtowały się również ceny żywności. Tym większe jest więc obecne tempo wzrostu.

– Najniższe ceny paliw – 3,93 zł za litr benzyny bezołowiowej 95 w czwartym tygodniu lutego ubiegłego roku, w tym roku ceny powędrowały na 4,79. To pokazuje, że odbicie cen paliw jest bardzo wyraźne, następuje więc także odbicie cen żywności na światowych rynkach, około 19 proc. dynamiki rocznej, za tym wszystkim idzie inflacja w Polsce – tłumaczy Czaplicki.

W ocenie ekonomistów PKO Banku Polskiego wszystkie te elementy, czyli dobra sytuacja na rynku pracy, ożywienie w konsumpcji i inwestycjach przyczynią się do wyższego tempa wzrostu PKB. Już w I kwartale powinno sięgnąć 3 proc.

– Z każdym kolejnym kwartałem będziemy się rozkręcać. W II połowie roku będzie to już wyraźnie 3+, być może zbliżymy się do okolic 4 proc. W perspektywie całego roku bezpiecznym scenariuszem jest założenie, że polska gospodarka wzrośnie o 3,2 proc., natomiast istnieją spore szanse, że zostaniemy pozytywnie zaskoczeni – prognozuje Marta Petka-Zagajewska.

Rosną koszty pracy w branży ochroniarskiej z powodu zmian w prawie. Firmy wdrażają więc automatyzację ochrony

Rosną koszty pracy w branży ochroniarskiej z powodu zmian w prawie. Firmy wdrażają więc automatyzację ochrony 6

Branża ochroniarska w Polsce sukcesywnie rośnie, chociaż jej rozwój hamują zmiany legislacyjne. Oskładkowanie umów-zleceń i podwyższenie stawki godzinowej przekłada się na wzrost kosztów usług ochroniarskich. Rozwiązaniem mogą być nowe technologie. Coraz większą popularnością cieszą się zautomatyzowane systemy alarmowe i monitoring, który może być przy okazji skutecznym narzędziem wsparcia dla marketingu i sprzedaży.

– Technologie mają coraz większy wpływ na biznes. W branży ochrony komercyjnej wzrost kosztów pracy wymusza inwestowanie w coraz to lepsze rozwiązania technologiczne – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Jaworski, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Konsalnet, największej na polskim rynku firmie świadczącej usługi ochroniarskie.

Jak szacuje globalna agencja doradcza Deloitte, w tym roku polski rynek ochrony fizycznej urośnie o 12 proc., przekraczając wartość 8 mld zł. Jednak koszty działalności firm ochroniarskich rosną w związku z oskładkowaniem  umów-zleceń i podwyżką minimalnej stawki godzinowej. To z kolei powoduje wzrost cen usług ochroniarskich.

W ubiegłym roku blisko 65 proc. klientów firm świadczących tego typu usługi zgodziło się na wzrost stawki za roboczogodzinę (który dla klientów indywidualnych wyniósł średnio 18 proc.). W wyniku zmian prawnych branża ochroniarska spodziewa się w tym roku dalszego wzrostu stawek, sięgającego nawet 30 proc. To natomiast może spowodować spadek liczby zamówień i liczby roboczogodzin nawet o jedną piątą.

Dyrektor ds. projektów biznesowych w Konsalnet Krzysztof Bełdycki zauważa, że firmy ochroniarskie, chcąc optymalizować koszty swojej działalności, muszą szukać nowych i innowacyjnych rozwiązań technologicznych.

– Innowacyjne rozwiązania w usługach są potrzebne w celu zwiększenia efektywności prowadzonych działań oraz zoptymalizowania kosztów i wykorzystywanych zasobów – mówi Krzysztof Bełdycki.

Rosnącą popularnością na rynku ochroniarskim cieszą się zautomatyzowane systemy alarmowe i monitoring. Konsalnet, który oferuje klientom zintegrowany system monitoringu o wszechstronnym zastosowaniu, liczy na to, że automatyzacja okaże się w części odpowiedzią na obecne bolączki branży i znaczny wzrost kosztów pracy.

– Na bazie wiedzy i dotychczasowych doświadczeń wdrożyliśmy takie usługi i rozwiązania, które odpowiadają na zapotrzebowanie rynku – mówi Krzysztof Bełdycki.

– Konsalnet iCCTV to pakiet różnych rozwiązań. Przede wszystkim jest to monitoring wideo, weryfikacja sygnałów i zdarzeń alarmowych z danego obiektu, a także inteligentna analityka wideo, która pomaga rozwiązywać różne problemy związane z bezpieczeństwem. Ta usługa może nie tylko zoptymalizować biznes, lecz także wygenerować oszczędności. Nie to jest jednak największą korzyścią. Kluczowy jest wzrost bezpieczeństwa i zmniejszenie nakładów finansowych związanych ze wzrostem kosztów roboczogodzin – dodaje Michał Jaworski.

Dostępne na rynku rozwiązania w zakresie analizy obrazu opierają się na pojedynczych analizach przypisanych do jednej kamery. Natomiast Konsalnet iCCTV nie ma swojego odpowiednika na polskim rynku. System umożliwia wykorzystanie rozwiązań i sprzętu, które klient ma już zainstalowane w swoim obiekcie, i przekształcenie ich w zintegrowany monitoring, który reaguje na potencjalne zagrożenia oraz optymalizuje i upraszcza ochronę danego obiektu.

Spektrum zastosowań jest bardzo szerokie. Przykładowo, system może uszczelnić kontrolę dostępu do obiektu poprzez rozpoznawanie twarzy pracowników, wykrywać podejrzane zdarzenia dzięki algorytmom czasowym, rozpoznawać tablice rejestracyjne, mierzyć natężenie ruchu i automatycznie informować o pojawieniu się intruza w nieuprawnionej strefie.

– Inteligentna analiza obrazu oparta jest o serwer, który dostarczamy. Z kamer rozmieszczonych na terenie obiektu możemy wykorzystać maksimum informacji, żeby podnieść bezpieczeństwo i uczynić zarządzanie obiektem bardziej efektywnym. Na jednej kamerze możemy wprowadzić wiele funkcji analitycznych – mówi Krzysztof Bełdycki.

Poza optymalizacją kosztów przeznaczanych na ochronę, takie rozwiązanie może być również narzędziem wsparcia dla marketingu i sprzedaży. Umożliwia bowiem tworzenie tzw. map ciepła, czyli miejsc, które są najczęściej odwiedzane przez klientów i charakteryzują się największym natężeniem ruchu. Monitoring może też pomóc w określeniu wskaźnika konwersji, który pokazuje, jak liczba odwiedzin klientów w danym sklepie przekłada się na sprzedaż.

Jak podkreślają przedstawiciele Konsalnet, klienci firm ochroniarskich powinni rozpatrywać innowacyjne technologie w usługach nie jako wydatek, ale jako inwestycję, która może mieć kapitalne przełożenie na działalność biznesową.

– Jeżeli klient podchodzi do tego zagadnienia jak do inwestycji, to w ramach budżetu, którym dysponuje, będzie mógł wdrożyć ciekawe i skuteczne rozwiązania – mówi Krzysztof Bełdycki.

Bulwar to nie ulica – picie piwa nad Wisłą jest legalne

Marek Tatała, wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju, został uniewinniony przez Sąd Okręgowy w Warszawie od zarzutu, który postawiła mu policja w lipcu 2015 roku. Marek Tatała odmówił wtedy przyjęcia mandatu za picie piwa na nadwiślańskim bulwarze. Sąd orzekł, że nie nie złamał prawa pijąc alkohol na betonowych schodach na nadwiślańskim bulwarze. W uzasadnieniu sąd uznał, że skoro „obwiniony nie spożywał piwa na ulicy, to równocześnie nie popełnił wykroczenia”. Dzięki temu wiemy, że bulwar nadrzeczny nie jest ulicą, a próba ukarania za wypicie tam butelki piwa była niezasadna.

– Cieszy mnie, że sprawa dotarła do Sądu Najwyższego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Tatała, wiceprezes FOR. – To dlatego, że postanowienie SN może być wykorzystywane przy innych, podobnych takich sprawach, jeżeli takie się pojawią.

Projekt nowej ustawy o ochronie danych osobowych – komentarz ekspercki

Tomasz Ochocki, ODO 24
Tomasz Ochocki, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24

Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało 28 marca br. projekt ustawy o ochronie danych osobowych, która ma dookreślić, w granicach dopuszczalnych przez ogólne rozporządzenie o ochronie danych (RODO), krajowy system ochrony danych osobowych.

Jak zaznaczył Maciej Kawecki, doradca w gabinecie politycznym Ministra Cyfryzacji, projekt ma charakter roboczy i może jeszcze ulec zmianie. Jego udostępnienie na tak wczesnym etapie prac legislacyjnych wynika z ogromnego zainteresowania tym tematem przez opinię publiczną, a także chęci zapewnienia pełnej transparentności procesu tworzenia przepisów o ochronie danych osobowych.

Projekt określa zarówno zagadnienia ogólne jak i kwestie związane z: postępowaniem w sprawie naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych, europejską współpracą administracyjną, postępowaniem kontrolnym, administracyjnymi karami pieniężnymi, odpowiedzialnością cywilną oraz  inspektorami ochrony danych. Propozycja nie obejmuje jednak tak istotnych kwestii jak m.in.: pozycja ustrojowa nowego organu ochrony danych osobowych, przepisy przejściowe oraz  przepisy zmieniające regulacje sektorowe.

Jedną z najważniejszych zmian wynikającą z projektu ustawy jest  powołanie w miejsce obecnego Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych – krajowego organu ds. ochrony danych osobowych –  nowego organu administracji publicznej – Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Komentowana zmiana wynika z faktu, iż na gruncie europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO) inspektor ochrony danych jest osobą fizyczną wyznaczaną przez administratora bądź podmiot przetwarzający i obowiązaną do szeroko rozumianego monitorowania przestrzegania przepisów RODO. Należy zauważyć, że jednocześnie brak jest jakiegokolwiek związku ustrojowego pomiędzy takimi osobami (inspektorami ochrony danych) a organem ds. ochrony danych osobowych. Zachowanie obecnej nazwy organu (Generalny Inspektor Ochrony Danych), wprowadzałoby w tym zakresie w błąd – co do ich pozycji ustrojowej, bowiem zgodnie z art. 38 ust. 3 RODO, inspektorzy ochrony danych muszą być niezależni.

Tak jak już wcześniej zapowiadało Ministerstwo Cyfryzacji, projekt ustawy obniżył do 13 lat wiek dzieci, których przetwarzanie danych osobowych, w przypadku usług społeczeństwa informacyjnego, będzie wymagało zgody rodziców bądź opiekunów prawnych. Zgodnie z art. 15 ustawy z 23 kwietnia 1964 r. – Kodeks cywilny (Dz.U. z 2016 r. poz. 380, z późn. zm.) osoba, która ukończyła 13 lat ma ograniczoną zdolność do czynności prawnych, a zatem może zawierać umowy w drobnych bieżących sprawach życia codziennego, może także rozporządzać swoim zarobkiem. W ocenie projektodawcy w tym kontekście uzasadnione jest przyjęcie granicy lat 13 także dla skutecznego wyrażenia przez dziecko zgody na przetwarzanie dotyczących go danych osobowych w związku z kierowanymi bezpośrednio do dziecka usługami społeczeństwa informacyjnego. Nie ma powodu, aby przyjąć, że osoba mogąca rozporządzić swoim zarobkiem oraz zawierać drobne umowy, nie była jednocześnie uprawniona do wyrażenia zgody na przetwarzanie dotyczących jej danych osobowych, zwłaszcza że zgodnie z przepisami RODO zgodę można w każdym czasie wycofać.

Jednym z bardziej kontrowersyjnych zapisów projektu ustawy jest znaczne obniżenie maksymalnej granicy możliwej do nałożenia administracyjnej kary pieniężnej w stosunku do podmiotów publicznych – do 100 000 zł. W opinii Ministerstwa powyższe rozwiązanie podyktowane jest założeniem, że wymierzany wymiar kary nie powinien skutkować zaprzestaniem, a nawet ograniczeniem należytego wykonywania przez podmioty powierzonych im zadań publicznych, co w sposób oczywisty naruszałoby interes publiczny.

Według Macieja Kaweckiego projekt ustawy o ochronie danych osobowych powinien trafić do Sejmu jesienią tego roku, a proces legislacyjny zakończyć się na początku 2018 r., aby kwiecień i maj pozwoliły na przygotowanie się do wejścia w życie nowych przepisów. Sama ustawa powinna zacząć obowiązywać 25 maja 2018 r. – wtedy rozpoczyna się stosowanie rozporządzenia całej Unii Europejskiej, które przepisy krajowe dookreślają.

Autor: Tomasz Ochocki, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24

Luksusowe SUV-y z napędem hybrydowym – przegląd rynku

Każdy chcący liczyć się na rynku producent ma już w swojej ofercie SUV-a. Nic dziwnego, segment ten bezustannie odnotowuje wzrosty. Modele z takim nadwoziem upodobali sobie przede wszystkim klienci instytucjonalni, którzy w Polsce – wg Samar – odpowiadają ponad 60 proc. wszystkich rejestracji aut nowych. Przedstawiamy pięć luksusowych SUV-ów z napędem hybrydowym, które można kupić na polskim rynku.

Lexus RX 450h

Lexus RX 450h
Lexus RX 450h

Układ napędowy Lexusa RX 450h składa się z pracującego w oszczędnym trybie Atkinsona silnika benzynowego o pojemności 3,5 litra i dwóch agregatów elektrycznych. Zestaw ten wytwarza łącznie moc 313 KM i rozpędza SUV-a do 100 km/h w czasie 7,7 sekundy.

Podstawowa wersja Elite kosztuje od 307 500 zł, a na liście jej wyposażenia znajdziemy aktywny tempomat działający w pełnym zakresie prędkości oraz dodatkowe system zwiększające bezpieczeństwo – asystent rozpoznawania znaków drogowych, system ochrony przedzderzeniowej, system stabilizacji toru jazdy oraz układ ostrzegający przez opuszczeniem pasa ruchu z wspomaganiem utrzymania pasa ruchu.

Wyposażenie wnętrza obejmuje między innymi 9-głośnikowy system audio Pioneer i ekran centralny o przekątnej 8 cali. Komfort użytkowania podwyższają asystent parkowania (wskazówki i obraz z kamery na ekranie multimedialnym), elektryczna regulacja foteli przednich (8 kierunków) z pamięcią fotela kierowcy, a także dwustrefowa automatyczna klimatyzacja z generatorem cząstek nanoE.

Volvo XC90 Plug-In Hybrid

Volvo XC90 Plug-In Hybrid
Volvo XC90 Plug-In Hybrid

Ceny tego modelu w odmianie Momentum zaczynają się od 351 600 zł. Pod maską auta pracuje czterocylindrowy motor benzynowy o pojemności dwóch litrów wspomagany przez silnik elektryczny. W sumie ten układ oferuje moc rzędu 400 KM, a przyspieszenie do 100 km/h to około 6 sekund.

Wyposażenie obejmuje między innymi układ wspomagania hamowania dla różnicy prędkości pomiędzy pojazdami sięgającej 50 km/h, system wspomagający unikanie zderzeń z innymi samochodami na skrzyżowaniach lub łagodzenie ich skutków oraz układ ochrony pieszych i aktywny tempomat. Dodatkowo na liście znalazł się system ostrzegania o niekontrolowanej zmianie pasa ruchu oraz układ informowania o znakach drogowych

We wnętrzu można znaleźć między innymi elektryczną, 4-stopniową regulację odcinka lędźwiowego foteli przednich, 4-strefową klimatyzację i 9-głośnikowy system audio.

BMW X5 xDrive40e iPerformance

BMW X5 xDrive40e iPerformance
BMW X5 xDrive40e iPerformance

W tej odmianie samochód napędzany jest turbodoładowaną, czterocylindrową jednostką o pojemności dwóch litrów wspomaganą przez silnik elektryczny. Cały układ generuje moc na poziomie 313 KM. Przyspieszenie od zera do 100 km/h zajmuje 6,8 sekundy.

Ceny tego modelu z układem hybrydowym startują od 315 100 zł. Na liście wyposażenia znalazła się między innymi dwustrefowa klimatyzacja, system audio z 10-calowym ekranem i nawigacją oraz systemy asystujące kierowcy, takie jak np. układ ostrzegający przez zjechaniem z pasa ruchu, ostrzeganie przed kolizją z poprzedzającym pojazdem.

Land Rover Range Rover

Land Rover Range Rover
Land Rover Range Rover

Auto napędzane jest układem hybrydowym, w skład którego wchodzi silnik diesla o pojemności trzech litrów, który współpracuje z silnikiem elektrycznym. Układ generuje w sumie 353 KM i pozwala na przyspieszenie do 100 km/h w czasie 6,9 sekundy.

Na liście wyposażenia znalazł się między innymi system kamer wspomagających parkowanie, system ostrzegający przed opuszczeniem pasa ruchu oraz zestaw audio z pojedynczym CD i odczytem plików MP3.

Ceny odmiany SDV6 Hybrid Vogue SE zaczynają się od 722 400 zł.

Mercedes GLE 500 e 4MATIC

Mercedes GLE 500 e 4MATIC
Mercedes GLE 500 e 4MATIC

Samochód napędzany jest silnikiem benzynowym V6 o pojemności trzech litrów i mocy 333 KM oraz agregatem elektrycznym generującym 116 KM. Przyspieszenie od zera do 100 km/h zajmuje w tym przypadku 5,3 sekundy.

Cena staruje od 354 tys. zł. Na liście wyposażenia podstawowej wersji znalazł się między innymi tempomat, system audio z ośmioma głośnikami i dwustrefowa automatyczna klimatyzacja oraz asystent utrzymania pasa ruchu oraz aktywne wspomaganie hamowania z funkcją pokonywania skrzyżowań. Zgodnie z cennikiem dopłaty wymaga np. kamera cofania (2,2 tys. zł) i asystent świateł drogowych (586 zł)

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 28.03.2017

Ostatnia podwyżka stóp procentowych nie zaprocentowała na rzecz USD, został wyprzedany, a jedynym jego wsparciem zdaje się być linia trendu wzrostowego. Po przerwaniu wsparcia 99.20-99.50 niedźwiedzie otworzyły sobie drogę do kolejnego poziomu 97.25-27.60, ale przed tym muszą jeszcze pokonać linie trendu wzrostowego. Czy jest szansa na pokonanie linii trendu wzrostowego? Jest i to bardzo duża.

Indeks dolara, interwał dzienny

Indeks dolara, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Prawdziwym czynnikiem zapalnym do wyprzedaży dolara amerykańskiego była podwyżka stóp procentowych. Według teorii parytetu stóp procentowych dolar amerykański powinien się umacniać, a tutaj takie kwiatki.

Dlaczego zatem dolar stracił na wartości? Głównym powodem były zbyt wygórowane oczekiwania rynkowe do szybszego zacieśniania monetarnego, natomiast Rezerwa Federalna nie zmieniła mediany stóp procentowych na 2017 rok.

Mediana projekcji stóp makroekonomicznych na koniec 2017 roku

Mediana projekcji stóp makroekonomicznych na koniec 2017 roku

Źródło: Bloomberg

Na powyższej grafice przedstawiono medianę stóp procentowych (kolor zielony) na 2017 rok. Ostatnie dwie publikacje projekcji stóp procentowych pokrywają się, natomiast rynek oczekiwał, że mediana głosowania członków FOMC znajdzie się na wyższym poziomie. Kolejnym czynnikiem przemawiającym za wyprzedażą Dolara amerykańskiego jest historia.

Indeks dolara na tle podwyżek stóp procentowych przez FOMC

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 28.03.2017 7

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zostały zobrazowane stopy procentowe na dla indeksu dolara (linia żółta). W białych prostokątach zaznaczono okresy podwyżek stóp procentowych oraz zachowanie indeksu dolara W czterech analizowanych przypadkach jedynie w dwóch zaszła mocniejsza zależność pomiędzy stopami procentowymi, a kursem indeksu dolara.

Kontynuując swoja analizę indeksu dolara nie możemy pominąć pozycji netto zarządzających oraz funduszy lewarowanych na kontraktach terminowych, które po raz kolejny znalazły się dosyć wysoko.

Pozycje netto funduszy lewarowanych, zarządzających na kontraktach terminowych na tle indeksu dolara

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 28.03.2017 8

Źródło: Bloomberg

Przy analizie indeksu dolara musimy pamiętać, że w jego konstrukcji euro odpowiada za ponad 50 procent. Po analizie euro oraz raportu COT doszliśmy do wniosku, że waluta Strefy Euro powinna zmierzać na północ, a tym samym indeks dolara powinien znaleźć się pod presją sprzedających.

Z kolei analizując pozycję netto dużych graczy na indeksie dolara możemy zaobserwować pewną dywergencję. W 2015 roku indeks znalazł się na niższym szczycie niż pod koniec 2016 roku, natomiast pozycji długich netto były więcej w pierwszym przypadku.

Dokładając do tego ryzyko niespełnienia obietnic przedwyborczych przez Donald’a Tramp’a w przyszłości powinniśmy zaobserwować dalszą wyprzedaż dolara amerykańskiego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Rajd na złotym przerwany. Kurs dolara w górę

Marcin Kiepas, analityk rynków finansowych
Marcin Kiepas

Dolar przerywa swą nienajlepszą passę, umacniając się we wtorek do koszyka walut. Tym samym ostatni rajd na złotym został przerwany. Nie ma jednak jeszcze sygnałów jego zakończenia.

Wtorek na rynku walutowym upływa pod znakiem odreagowania ostatniej przeceny dolara, jaka miała swe źródła w narastających obawach o polityczną skuteczność administracji prezydenta Donalda Trumpa, co automatycznie też przełożyło się na spadek oczekiwań na silniejsze podwyżki stóp procentowych w USA. Obserwowany wówczas odwrót od dolara powodował, że mocno zyskiwały waluty krajów zaliczanych do rynków wschodzących. W tym również złoty, który był jedną z wyróżniających się walutą, gdyż dodatkowo korzystał on na sygnałach przyspieszenia gospodarczego w Europie, a także na wzroście notowań EUR/USD.

Umacniający się dziś dolar powoduje ruch na złotym w odwrotnym kierunku. Wprawdzie nieznacznie, ale traci on na wartości. O godzinie 13:35 kurs USD/PLN testował poziom 3,9150 zł, EUR/PLN 4,2485 zł, a CHF/PLN 3,97 zł. Ta tendencja ma szansę utrzymać się do końca dnia, a w kolejnych dniach ulec pogłębieniu. Nie tylko dlatego, że prawdopodobnie już mieliśmy kulminację obaw ws. skuteczności prezydenta Trumpa, ale również dlatego, że po dwutygodniowym spadku notowań polskich par, są one już wyprzedane. Dlatego dla wielu inwestorów obecne kursy walut mogą wydawać się atrakcyjne.

Obserwowana dziś zmiany na krajowym rynku walutowym to póki co korekta wcześniejszego silnego umocnienia złotego. Wciąż nie ma wiarygodnych sygnałów zmiany tendencji. A to oznacza, że po kilku dniach presja na sprzedaż walut wróci. Należy jednak mieć na uwadze, że główne paliwo do przeceny dolara, a więc i do umocnienia złotego, już praktycznie się skończyło. Kumulację obaw związanych z szansami na reformę podatkową i wzrost wydatków infrastrukturalnych w USA, jaka pojawiła się po nieudanej likwidacji Obamacare, mamy już prawdopodobnie za sobą. A oczekiwania na podwyżki stóp procentowych przez Fed na tyle się zmniejszyły (prawdopodobieństwo czerwcowej podwyżki wynosi zaledwie 50,2%), że teraz bardziej realny jest wzrost tych oczekiwań niż ich dalszy spadek.

W dalszej części dnia złoty pozostanie pod głównym wpływem czynników globalnych, reagując na dane z USA i wahania EUR/USD. Inwestorzy przede wszystkim skupią się na indeksie zaufania amerykańskich konsumentów, który zgodnie z prognozą ma w marcu osunąć się do 114 pkt. z poziomu 114,8 pkt., ale wciąż pozostanie na wysokim poziomie, świadczącym o dobrej kondycji tamtejszej gospodarki. Lepsze dane wzmocnią dolara (w tym również do złotego). Gorsze zaś go osłabią.

Nieco mniejszy wpływ będą zaś mieć amerykańskie indeksy S&P/Case-Schiller (prognoza: 5,6% R/R) i Fed z Richmond (prognoza: 16 pkt.), a także wstępne szacunki salda obrotów towarowych USA (prognoza: -66,6 mld USD). Rynek może też reagować na wystąpienia członków Fed (Kaplan, George). A przede wszystkim na wszystkie spekulacje związane z przygotowywanymi przez Trumpa reformami.

Złoty w sposób pośredni będzie reagował na wszystkie doniesienia z USA. Do końca tygodnia pozostanie pod wypływem rynków globalnych, w tym przede wszystkim amerykańskiej (Trump) i europejskiej (BREXIT) polityki. W piątek zaś dodatkowym impulsem będą dla niego wstępne szacunki marcowej inflacji w Polsce (prognoza: 2,4% R/R).

Złoty umacnia się. Kurs euro poniżej 4,25 zł

Agencja Ratingowa Moody’s podnosi prognozy polskiego wzrostu PKB. Złoty umacnia się względem głównych walut. Spada również koszt zadłużania się polskiego budżetu. Dobre dane z Niemiec.

Moody’s podnosi perspektywy wzrostu Polski

W swoim komunikacie agencja ratingowa podniosła prognozę o 0,3% do 3,2%. Jest to aktualizacja względem szacunków ze stycznia. Powodem poprawy ma być rosnąca konsumpcja prywatna i odbicie w inwestycjach. Powodem wzrostu konsumpcji są nie tylko transfery do społeczeństwa w ramach pakietów socjalnych ale również wciąż spadające bezrobocie i rosnące wynagrodzenia. Konsumpcja prywatna to 60% PKB w związku z tym obecna sytuacja na rynku pracy oraz polityka społeczna skutecznie zwiększają ten parametr. Strona rządowa od razu zwróciła uwagę, że prognoza jest zbyt ostrożna i powinna wynosić 3,6% tyle co w budżecie lub nawet więcej jak pokazuje NBP.

Kurs euro poniżej 4,25 zł

Wczoraj wieczorem europejska waluta spadła względem złotego poniżej poziomu 4,25 zł. Powodem jest stabilna sytuacja w Polsce, dobre prognozy gospodarcze oraz co najważniejsze brak nowych ryzyk politycznych, które to działały negatywnie na złotego. Nie bez znaczenia jest też kondycja polskiego długu na rynku. Od końca lutego inwestorzy coraz chętniej kupują polskie obligacje. Ich rentowność spadła z poziomu 3,9% do 3,5%. Są to jedne z najniższych poziomów po wyborach prezydenckich w USA. Jest to również dobra wiadomość dla polskiej gospodarki. Oznacza to bowiem, że deficyt budżetowy wywoływany nowymi wydatkami rządu nie będzie aż tak uciążliwy w kolejnych latach.

Dobre dane z Niemiec

Wczoraj poznaliśmy indeks instytutu IFO. Okazał się on o 1,3 pkt wyższy od oczekiwań. Dobre dane wraz ze słabym klimatem w USA pozwoliły na dalsze umocnienie się euro wobec dolara. Po południu ruch ten osiągnął szczyt tuż powyżej 1,09. W efekcie osłabiającego się dolara do euro i umacniającej się złotówki do euro oglądaliśmy również minima na dolarze. Amerykańska waluta spadła przez moment poniżej poziomu 3,90 zł.

Dzisiaj w ramach danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 16:00- USA – indeks zaufania konsumentów – Conference Board.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Raport: Sytuacja mikro i małych firm w województwie podlaskim

Przedsiębiorcy z Podlasia z optymizmem patrzą w przyszłość. Najlepsze nastroje panują wśród właścicieli z podregionu łomżyńskiego. Rośnie odsetek eksportujących firm. Poziom inwestycji i innowacji w województwie jest zbliżony do średniej krajowej. Podlascy przedsiębiorcy najlepiej oceniają zatrudnienie i dostępność do finansowania zewnętrznego.

Mikro i mali przedsiębiorcy z Podlasia z optymizmem patrzą w przyszłość. Kolejne 12 miesięcy ocenili na 98,1 pkt – to nieco lepiej niż średnio w kraju, gdzie wskaźnik ten wyniósł 97,9 pkt. Przyszłość w najlepszych barwach, podobnie jak w ubiegłym roku, widzą właściciele firm z podregionu białostockiego. Natomiast, ubiegłe 12 miesięcy podlascy właściciele oceniają na 93,9 pkt, czyli gorzej niż średnio w kraju, gdzie wskaźnik ten wyniósł 95,4 pkt. Najlepiej przeszłość oceniają przedsiębiorcy z podregionu łomżyńskiego. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury (wypadkowa ocen ostatnich i przyszłych 12 miesięcy) wyniósł 96 pkt i podobnie jak w ubiegłym roku jest niższy o 1 pp. niż średnio w kraju.

– Zmieniła się mapa nastrojów przedsiębiorców na Podlasiu. W ubiegłych latach w najgorszych nastrojach byli właściciele mikro i małych firm w podregionie łomżyńskim. Teraz należą oni do najbardziej zadowolonych w województwie. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury wzrósł tu o 2 pkt i wynosi 97 pkt. Wskaźnik nastrojów spadł natomiast w pozostałych podregionach i tym samym, białostoccy przedsiębiorcy, którzy do tej pory należeli do najbardziej zadowolonych w województwie, w ogólnym rozrachunku uplasowali się na drugim miejscu. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury spadł tu o 2 pkt do 96 pkt. Najmniej zadowoleni (na 94 pkt) są przedsiębiorcy z Suwalszczyzny – mówi Jakub Fulara, współautor Raportu Banku Pekao SA.

Wskaźnik Koniunktury to wypadkowa wyników badania dla 8 obszarów: oceny ogólnej sytuacji gospodarczej, sytuacji branży i firmy, przychodów i wyniku finansowego firmy, zatrudnienia, długości oczekiwania na zapłatę oraz dostępu do finansowania. Podlascy przedsiębiorcy podobnie jak w ubiegłym roku najlepiej ocenili zatrudnienie oraz dostępność do finansowania zewnętrznego.

Na Podlasiu rośnie odsetek eksportujących firm. W 2016 r. działalność eksportową prowadziło tu 16% mikro i małych firm, to o 2 pp. więcej niż w ubiegłym roku i równocześnie o 2 pp. mniej niż średnio w kraju, gdzie eksportuje 18% firm. W 2016 r. w ujęciu rocznym wzrósł odsetek eksportujących firm na Suwalszczyźnie (z 12% do 17%), Białostocczyźnie (z 14% do 17%), natomiast nieznacznie spadł w podregionie łomżyńskim (z 16% na 15%). W 2017 roku wyższy odsetek firm zamierza prowadzić działalność eksportową. W podregionach białostockim i łomżyńskim będzie to odpowiednio 22% i 20% firm (średnio w kraju zamierza eksportować 20% firm). Na Suwalszczyźnie odsetek eksportujących może nieznacznie spaść w porównaniu z 2016 r. i wynieść 15%.

– Plany eksportowe przedsiębiorców z białostockiego i łomżyńskiego mogą wpłynąć pozytywnie na nastroje w tych podregionach. Zazwyczaj właściciele firm, które eksportują są bardziej zadowoleni z przychodów w porównaniu z przedsiębiorcami, którzy nie wychodzą poza krajowy rynek – dodaje Jakub Fulara, współautor Raportu Banku Pekao SA.

Przedsiębiorcy z Podlasia byli proszeni o skwantyfikowanie barier rozwoju biznesu. Średnia wartość barier spadła w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wśród barier, których wartość wzrosła znalazły się: kwalifikacje pracowników i dostęp do finansowania.

W tym roku tematem specjalnym siódmej edycji „Raportu o sytuacji mikro i małych firm” Banku Pekao SA są inwestycje w mikro i małych firmach. Na Podlasiu w 2016 roku inwestowało 43% firm (to o 1 pp. mniej w porównaniu z ubiegłym rokiem). Przy czym, średnia dla kraju wynosi 49%. Najwyższy odsetek inwestujących firm jest w podregionach łomżyńskim (52%), a następnie białostockim (41%) i suwalskim (35%). W kolejnym roku ponownie najwięcej inwestycji zapowiadają przedsiębiorcy z podregionu łomżyńskiego (47% firm). W pozostałych regionach odsetek inwestujących będzie zbliżony – na poziomie 36-37%.

Na Podlasiu przedsiębiorcy realizują inwestycje, żeby poprawić efektywność (56%), dokonać wymiany środków trwałych (34%) oraz w odpowiedzi na popyt na produkty i usługi firmy na rynku krajowym (14%).

W tegorocznym badaniu autorzy zapytali także o inwestycje w kapitał ludzki. Przedsiębiorcy z Podlasia podnoszą swoje kwalifikacje przede wszystkim poprzez samokształcenie (48%) oraz kursy i szkolenia (35%). Właściciele firm chcą zwiększać swoje kwalifikacje – zwłaszcza w obszarze języków obcych (26%), specjalistycznej wiedzy związanej z prowadzona działalnością (25%) oraz marketingu i reklamy (24%).

Na Podlasiu odsetek innowacyjnych firm oraz nakłady na innowacje są zbliżone do średniej krajowej. W województwie innowacje produktowe, podobnie jak średnio w kraju, wdrożyło 24% firm, a innowacje procesowe 13% (średnio w kraju 17%). Najwięcej innowacji produktowych wdrożyły firmy z łomżyńskiego (28% vs. 31% rok wcześniej). Pod względem innowacji procesowych na prowadzenie wysunęły się firmy z podregionów suwalskiego i białostockiego (po 14%). W łomżyńskim innowacje procesowe wprowadziło 11% (spadek z 19% w porównaniu z ubiegłym rokiem)

Raport został przygotowany na podstawie wywiadów telefonicznych prowadzonych we wrześniu i październiku 2016 roku z właścicielami prawie 7 tysięcy mikro i małych firm (w tym 628 z województwa podlaskiego). Raport pokazuje wyniki badania na poziomie krajowym, regionalnym (16 województw) i lokalnym (66 podregionów).

KSSE S.A. już w marcu osiągnęła niemal 30 proc. planów zakładanych na 2017 rok

Prawie 300 nowych miejsc pracy i ponad 170 mln złotych nakładów inwestycyjnych przybędzie w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej S.A. (KSSE S.A.), w związku z trzema projektami, na realizację których w marcu udzielone zostały zezwolenia. Uwzględniając pozyskane od początku roku inwestycje oznacza to, że w pierwszym kwartale największa polska specjalna strefa ekonomiczna zrealizuje już niemal trzecią część rocznych planów.

– Liczba nowych tegorocznych projektów jest wyższa niż w analogicznym okresie 2016 roku, a siedem udzielonych od początku roku zezwoleń pozwoliło nam osiągnąć niemal jedną trzecią naszych rocznych założeń. To optymistyczny wynik, jeśli weźmiemy pod uwagę iż nie minął jeszcze pierwszy kwartał 2017 roku – mówi Piotr Wojaczek, prezes KSSE S.A.

Plany KSSE S.A. na 2017 rok zakładają pozyskanie 25 nowych projektów inwestycyjnych o wartości przekraczającej miliard złotych, związanych z utworzeniem ponad tysiąca nowych miejsc pracy. Parametry siedmiu udzielonych od początku roku zezwoleń pozwoliły największej polskiej specjalnej strefie ekonomicznej już w marcu osiągnąć niemal 30 proc. założeń co do liczby nowych miejsc pracy (łącznie zadeklarowano ponad 330 nowych miejsc pracy) i w 25 proc. zrealizować plan dotyczący wartości inwestycji (łącznie zadeklarowano ponad 260 mln złotych nakładów inwestycyjnych).

W marcu rozstrzygnięto przetarg, który wyłonił nowego inwestora KSSE oraz w wyniku przeprowadzonych rokowań udzielone zostały zezwolenia na realizację dwóch projektów inwestycyjnych przez aktualnych inwestorów strefy. W ich efekcie w największej polskiej strefie ekonomicznej powstanie prawie 300 nowych miejsc pracy, a przedsiębiorcy zadeklarowali ponad 170 mln złotych inwestycji.

Nowym inwestorem w Gogolinie będzie niemiecka firma Hengst. Producent m.in. części i akcesoriów do pojazdów silnikowych zakupił działkę o powierzchni 6 ha, a w ramach inwestycji o wartości 66 mln złotych firma stworzy co najmniej 130 nowych miejsc pracy. To drugi, po firmie Sentrex, podmiot który będzie prowadził działalność w obszarze przemysłowym Gogolin, dogodnie zlokalizowanym w pobliżu Opola, przy autostradzie A4, a także w sąsiedztwie linii kolejowej łączącej Śląsk, z Opolem, Wrocławiem i Europą Zachodnią.

Kolejny projekt inwestycyjny w KSSE zrealizuje firma Brembo, największy dotychczasowy inwestor podstrefy sosnowiecko-dąbrowskiej KSSE. Włoski przedstawiciel branży motoryzacyjnej utrzyma dotychczas istniejące 1139 miejsc pracy do 2020 roku. W firmie zatrudnienie znajdzie też co najmniej kolejnych 10 osób. Zgodnie z udzielonym zezwoleniem nowy projekt wiąże się z dodatkowymi nakładami inwestycyjnymi na kwotę 100 mln złotych. Firma Brembo zrealizowała dotychczas w podstrefie sosnowiecko-dąbrowskiej inwestycje o wartości ponad 714 mln złotych. W zakładzie w Dąbrowie Górniczej wytwarzane są tarcze żeliwne nowej generacji dla przemysłu motoryzacyjnego oraz innowacyjne tarcze kompozytowe, a także funkcjonuje tam dział badawczo–rozwojowy.

W wyniku rokowań ustalone zostały również warunki realizacji projektu przez Rockwell Automation. Amerykańska firma, na gruntach włączonych do KSSE pod koniec grudnia 2016 roku w Katowicach, zrealizuje inwestycję, która będzie wiązać się ze stworzeniem 150 nowych miejsc pracy w branży automatyki przemysłowej oraz nakładami inwestycyjnymi o wartości ponad 5,5 mln złotych. Projekt Rockwell Automation będzie realizowany na gruntach będących własnością Skarbu Państwa oraz spółki Echo 135, których włączenia do KSSE dokonano właśnie z uwagi na planowaną  inwestycję.

Od początku 2017 roku Katowicka SSE S.A., obok przyznanych w marcu, udzieliła jeszcze czterech zezwoleń. Nowymi inwestorami, którzy zadeklarowali nakłady o łącznej wartości ponad 90 mln złotych i utworzenie ponad 30 nowych miejsc pracy, zostały firmy Bito Technika Magazynowa w Ujeździe, Pomarez w Bytomiu oraz dwaj przedstawiciele sektora MŚP z Częstochowy: PMS4i i Promatek Media Julia Pogorzelska. W kolejnych tygodniach spodziewane jest rozstrzygnięcie kolejnych pięciu postępowań dotyczących udzielenia zezwolenia na działalność w KSSE.

„Trump off” rządzi na rynkach

Jeśli jest jedna rzecz, którą prezydent Donald Trump zmienił na rynkach, to jest nią myślenie inwestorów na temat sentymentu rynkowego. Przed rokiem 2016 wielu mogło jasno stwierdzić czy obecnie na rynku panuje sentyment „risk on” czy „risk off”. W przypadku tego pierwszego oznaczało to zwyżki na rynkach, natomiast określane, jako „bezpieczne” aktywna takie jak jen czy złoto tradycyjnie zniżkowały.

Od 8 listopada 2016 roku, wszystko kręci wokół osoby prezydenta. Jak na tą chwilę rynki przejawiają sentyment, który można śmiało określić mianem „Trump off”, przejawiający się w spadkach kursów akcji wraz z notowaniami dolara amerykańskiego. Wszystko to jest efektem perypetii związanych z niedoszłym wycofaniem Obamacare oraz wzrastającym zamieszaniem wokół śledztwa FBI dotyczącego związków nowej administracji z Rosją.

Inwestorzy specjalizujący się w zmiennych rynkach, powinni w ciągu najbliższych dni przyglądać się południowoafrykańskiemu randowi. Prezydent Zuma, właśnie odwołał ministra finansów, ten zabieg oznacza dalszą niepewność w stosunku do przyszłości polityki fiskalnej RPA. Południowoafrykańska gospodarka jest w stagnacji – wzrost PKB w 2016 roku wynosił według różnych szacunków mniej niż 1 proc. Mimo to od 2016 roku rand konsekwentnie umacniał się w stosunku do dolara amerykańskiego. Decyzja prezydenta Zumy negatywie wpłynęła na notowania ZAR w stosunku do USD. Obecnie za jednego randa zapłacimy niecałe 13 dolarów. Jeśli wciąż polityka zdominuje ekonomiczny krajobraz dnia, możliwa jest dawno niespotykana zwyżka tej pary.

Uwagę inwestorów przykuwa także para walutowa USD/RUB. Dziś, bowiem Europejski Trybunał Sprawiedliwości utrzymał sankcje nałożone w 2014 roku na Moskwę w związku z jej zaangażowaniem militarnym na Ukrainie. Dolar zyskuje od rana wobec rosyjskiej waluty przekraczając pułap 57 rubli.

Jutro czeka nas oficjalnie rozpoczęcie procedury Brexitu. Miejmy nadzieję, ze ten dzień na rynkach minie szybko, gładko i bezboleśnie.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Zastrzeżenie

Ta informacja służy jedynie celom informacyjnym i edukacyjnym. Nie powinna być traktowana jako porada albo rekomendacja inwestycyjna. Przeszłe wyniki nie dają gwarancji osiągnięcia rezultatów w przyszłości. Trading wiąże się z ryzykiem. Ryzykuj tylko kapitał, na którego stratę jesteś przygotowany.

Wszystkie dane, liczby i wykresy są aktualne na dzień 28 marca.

Przedsiębiorcze kobiety spotykają się w kolejnych polskich miastach

W ostatnim czasie(9, 16 i 23 marca) cykl spotkań Kobieta w biznesie odbył się w Katowicach, Poznaniu i Rzeszowie. Na jednym z wydarzeń w Poznaniu, organizatorka Aneta Wątor, wraz z uczestniczkami, świętowała swoje urodziny. Była to okazja nie tylko do celebracji, ale także refleksji nad osiągnięciami oraz planami na przyszłość. Główną atrakcją wieczoru były wywiady z przedsiębiorczymi kobietami oraz wykład motywujący na temat metody Kaizen. Kobiety miały okazję poznać historię sukcesu zawodowego specjalnych gości spotkania, którzy zechcieli podzielić się swoim doświadczeniem.

Uczestniczki, przed rozpoczęciem spotkania w Rzeszowie, miały okazję odwiedzić stoiska Partnerów wydarzenia. Rozpoczęciem eventu było przedstawienie przez Anetę Wątor programu spotkania oraz omówienie zagadnień związanych z rozwojem osobistym i zawodowym. Nie zabrakło też prelekcji przedsiębiorczych kobiet, które opowiedziały o swoich pasjach oraz o tym, jak rozpoczęła się ich droga zawodowa.

Organizatorka przedstawiła słuchaczom pojęcia związane z metodą Kaizen oraz opowiedziała o kluczowych zasadach osiągania celów „małymi kroczkami”. Kaizen to filozofia, dzięki której japońskie koncerny odniosły spektakularny sukces. Polega na działaniu małymi krokami i szukaniu niewielkich ulepszeń, jakie możemy wdrożyć w funkcjonowanie firmy. Opiera się na angażowaniu wszystkich pracowników, niezależnie od szczebla, w stałe poszukiwanie nowych pomysłów, które usprawniają działanie przedsiębiorstwa.

Aneta Wątor zdradziła, że korzysta z tej metody zarówno do osiągania celów zawodowych, jak i prywatnych. Opowiedziała o efektywności w pracy oraz o tym, jak ją udoskonalić.

„Nie bójcie się realizować swoich planów. Jak się uda to się uda, a jeśli nie to przynajmniej wiesz, że spróbowałeś”– tak Aneta Wątor mówi o jednej z podstawowych zasad osiągnięcia sukcesu w życiu.

Spotkania Kobieta w biznesie łącza oraz integrują środowisko przedsiębiorczych kobiet. Trenerka Kaizen Aneta Wątor, pomaga kobietom zwiększać sukces zawodowy, a początkującym wyznacza drogę rozwoju i organizacji. To wydarzenia, które zmieniają życie wielu polskich kobiet.

Analityka predykcyjna i machine learning napędzą rozwój biznesu

Według firmy analitycznej Forrester przedsiębiorstwa, które chcą skutecznie prognozować trendy rynkowe oraz zwiększyć wydajność swoich zespołów data science, powinny zainwestować w technologie predictive analytics i machine learning (PAML). To właśnie analityka predykcyjna i uczenie maszynowe są kluczowe w rozwoju aplikacji opartych na sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence – AI). W opinii autorów raportu do 2021 roku zagregowany roczny wzrost rynku PAML utrzyma się na poziomie 15%.  

Analityka biznesowa ulega ciągłym zmianom. Przedsiębiorstwa operują coraz większą liczbą danych pochodzących z różnych źródeł. Informacje te są często bardzo zróżnicowane zarówno pod względem formy, jak i treści. Coraz większą rolę odgrywają media społecznościowe, zdjęcia oraz materiały wideo. Systemy analityczne muszą nadążać za tymi zmianami, a firmy chcące utrzymać konkurencyjną pozycję powinny korzystać z elastycznych technologii umożliwiających przetwarzanie informacji.

Połączone narzędzia analityczne

Jednym z ważniejszych trendów na rynku analityki biznesowej, wskazanych przez Forrestera, jest obecnie rozwój PAML (Predictive Analytics and Machine Learning). Firma definiuje PAML jako oprogramowanie umożliwiające tworzenie modeli predykcyjnych przy użyciu algorytmów statystycznych i machine learning. Technologia ta jest platformą do wdrażania i zarządzania modelami predykcyjnymi. PAML wykorzystuje techniki statystyczne, data mining i uczenie maszynowe, dzięki czemu umożliwia prognozowanie trendów, analizę informacji oraz tworzenie potencjalnych scenariuszy przyszłych zdarzeń. Analityka predykcyjna i uczenie maszynowe znajdują coraz szersze zastosowanie w różnych dziedzinach, takich jak ekonomia, sport, polityka czy medycyna.

Obecnie analityka predykcyjna jest z powodzeniem wykorzystywana zarówno przez działy marketingu, pozwalając pozyskać potencjalnych klientów, jak i działy ryzyka w bankowości, które używają tego rozwiązania do oceny scoringowej klienta. To także fundament wszystkich rozwiniętych działów operacyjnych, od firm działających w branży turystycznej i lotniczej, po przemysł przetwórczy i logistykę.

Obserwując rosnące zainteresowanie rozwiązaniami analitycznymi oraz zapotrzebowanie na wykwalifikowanych specjalistów, którzy potrafią przełożyć skomplikowany język danych na konkretne decyzje w biznesie, Forrester wskazał najistotniejsze trendy na rynku PAML. Jednym z nich jest rozwój rozwiązań umożliwiających wykorzystanie różnych języków programowania, również open source. Analitycy data science, korzystający z języka programowania SAS, mogą również wykorzystać języki R, Python, Java, Lua i inne. Istotne znaczenie ma również efektywne zarządzanie procesem tworzenia i aktualizacji modeli analitycznych.

Modele wykorzystywane w biznesie cechuje skłonność do utraty aktualności. Bardziej dojrzałe technologicznie rozwiązania PAML posiadają narzędzia umożliwiające monitoring skuteczności tworzonych modeli, porównując wynik wyjściowy z kluczowymi wskaźnikami efektywności. Ponadto, rosnący deficyt na rynku specjalistów data science wymusza automatyzację procesów analizy danych i integrację narzędzi analitycznych w jednej platformie. Innym dominującym trendem jest tak zwana demokratyzacja analityki, która przyczynia się do coraz szerszego wykorzystywania narzędzi przez różne grupy użytkowników. W odpowiedzi na powyższe zapotrzebowanie dostawcy rozwiązań PAML opracowali łatwe w użyciu narzędzia, które umożliwiają tworzenie prostych modeli.

SAS liderem

Forrester podkreśla, że tylko nieliczni dostawcy rozwiązań analityki biznesowej są w stanie zaoferować narzędzia, które wytrzymają próbę czasu. W najnowszym raporcie Forrester[1] , firma podjęła się ewaluacji rynku PAML i oceniła ofertę 14 dostawców spełniających powyższe wymagania.

SAS uzyskał najwyższy wynik spośród wszystkich przebadanych firm, biorąc pod uwagę: obecną ofertę, strategię i stopień penetracji rynku. Jednym z istotnych kryteriów, uwzględnionych w najnowszej edycji badania, była zdolność do innowacji. Autorzy raportu podkreślają, że SAS całkowicie zredefiniował swoje portfolio, wprowadzając pokaźną ofertę rozwiązań z zakresu data science do platformy SAS Visual Suite (SAS Visual Analytics, SAS Visual Statistics, SAS Visual Data Mining oraz Machine Learning). Firma oferuje wysokiej klasy narzędzia do wizualizacji, analizy danych, konstrukcji czy wdrażania modeli, zapewniając ciągłość obsługi, która jest kluczowa w pracy analityka.

[1] The Forrester Wave™: Predictive Analytics and Machine Learning Solutions, Q1 2017

Jak przez lata zmieniały się preferencje płatnicze Polaków

Poczynając od upadku PRL, przez powstanie wolnego rynku, rozwój usług bankowych, denominację, rewolucję cyfrową i wreszcie początek ery FinTech, tyle zaledwie w ciągu ćwierćwiecza doniosłych wydarzeń doświadczyły portfele Polaków. Przełom XX i XXI wieku to okres, w którym świat pieniądza zmieniał się najszybciej i najbardziej w całej historii ludzkości. Stąd ludzie musieli szybko uczyć się i dostosowywać do ciągle zmieniającego się świata finansów osobistych.

Wielki wybuch – karty i gotówka „ze ściany”

Słowa często nie są w stanie dobrze scharakteryzować zachodzących procesów. W przypadku rozwoju usług płatniczych w Polsce właśnie tak może być. Przymiotniki „dynamiczny” czy „rewolucyjny” w niewielkim stopniu określą to co się w rzeczywistości wydarzyło. Kiedy instalowano pierwszy bankomat w Polsce, jeszcze w latach 80-tych, był on raczej formą ciekawostki. Chyba mało kto myślał, co wydarzy się w ciągu następnych kilku lat (pomijając oczywiście sam upadek PRL).

Jeśli jeszcze na koniec 1993 r. na rynku było niecałe 50 tys. wydanych przez banki kart (w 1995 r. pojawiła się pierwsza karta kredytowa!), to już jeszcze przed końcem 1996 r. było ich ponad milion! Poziom 10 mln został przebity w 2000 roku[1]. Na koniec III kwartału 2016 r. liczba kart wyniosła prawie tyle, ile populacja Polski – 36,3 mln i trudno mówić o jakimś zdecydowanym nasyceniu rynku, gdyż jest to o 539 tys. kart więcej w porównaniu do kwartału wcześniej[2]. Podobnie gwałtownie rosła liczba przeprowadzanych transakcji za pomocą różnego typu kart – 50 mln transakcji zostało wykonane w 1996 r., w 2000 r. było już to 300 mln. Aktualnie dokonuje się ponad miliard transakcji kwartalnie, a ich wartość przekracza 150 mld PLN!

Sieć bankomatów również rosła jak na drożdżach. W 1993 r. tego typu maszyn w Polsce było jedynie 91. W 2000 r. już 5266, zaś na początku 2010 r. – 16 256. Najnowsze dane (Q3 2016) mówią o liczbie 22 504, a także o wartości transakcji w bankomatach powoli zbliżającej się do 100 mld PLN[3]. Naturalnie równolegle zwiększała się także liczba punktów (sklepy, usługi, hurtownie, etc.), które obsługują płatności kartą – tzw. akceptantów. W 1993 r. było ich 19,3 tys., w 2000 r. 93,4 tys., a aktualnie jest ich ponad 200 tys. Liczba samych terminali POS jest oczywiście zdecydowanie wyższa.

Szybko zarzucona sieć

Z trochę późniejszym startem, ale niemal równolegle swój początek miała cyfrowa rewolucja pieniądza. Pierwsze konta internetowe dostępne dla klientów były w 1998 r., a pierwszy bank stricte internetowy powstał w 2000 r. Od tamtej pory nastąpiła prawdziwa lawina nowopowstających e-rachunków. Według danych NBP[4] pod koniec 2010 r., klienci indywidualni banków posiadali już ponad 16 mln rachunków. W zeszłym roku było już to 31,5 mln[5]. Co ważne, w niektórych bankach „bankowość elektroniczna” uznawana jest jeszcze za oddzielny produkt, ale de facto stanowi ona naturalny kierunek ewolucji, a w powszechnej świadomości powoli już się nie odróżnia kont tradycyjnych od internetowych – po prostu mając konto w banku, można nim zarządzać mając dostęp do Internetu.

…ale „na ulicy” gotówka nadal rządzi

Śmiałe wkraczanie Internetu w różne dziedziny życia, w tym finansów osobistych, przekłada się naturalnie w jaki sposób zarządza się pieniędzmi. Mając konto internetowe, zaczyna się płacić przez Internet. Należy sobie jednak zdać sprawę, że nadal i długo jeszcze będzie dominować gotówka, szczególnie że jest spory odsetek Polaków w ogóle nie posiadających konta w banku – wg. danych NBP jest to nawet 21% populacji dorosłych Polaków, choć osoby młode, w wieku 25-39 lat, prawie w 100% je mają[6]. Brak konta dotyczy przede wszystkim osób starszych lub młodych, które po prostu nie zdążyły lub nie miały jeszcze potrzeby, aby takowe mieć.

W 2013 roku, kiedy polscy konsumenci mieli dostęp już do praktycznie wszystkich istniejących aktualnie (tradycyjnych i nowoczesnych) metod płatności operowanie banknotami i bilonem było zdecydowanie dominujące. Według danych NBP[7] 81,8% transakcji było przeprowadzanych właśnie w ten sposób. Płatność kartą debetową to 15%, a przelew jedynie 1,6%. W ciągu trzech lat zwyczaje te się jednak zmieniły. Kontynuacja tego samego badania wykazała, że w 2016 roku płatności za zakupy i usługi gotówką spadły do 63%. Wzrosło natomiast użycie kart i przelewów (odpowiednio 33 i 4%).

W sklepie gotówką, a w Internecie to już różnie

Jeśli w handlu tradycyjnym nadal jeszcze najczęściej operujemy gotówką, to metody płacenia za zakupy czy usługi w sieci to trochę świat równoległy. Naturalnie początki polskiego e-commerce są ścisłe związane z genezą bankowości elektronicznej. Pierwszy sklep powstał w 1997 r., a tacy weterani jak Merlin.pl czy empik.pl funkcjonują od 1999 r. Wtedy też powstała pierwsza platforma aukcyjna. Badania wykazały, że polskie społeczeństwo szybko i chętnie zaczęło sięgać po możliwości jakie daje sieć. W 2004 r. obroty w polskim e-handlu osiągnęły 1,9 mld PLN, w 2005 r. już 3,1 mld PLN[8], przy czym w tym czasie penetracja Internetu wyniosła odpowiednio 25,07% i 28,08%[9]. Wtedy e-zakupy robił co trzeci internauta[10]. W 2010 r. obroty w handlu internetowym osiągnęły już poziom 15,5 mld PLN, przy dostępie do sieci 63,4% populacji[11]. W tym czasie odsetek osób korzystających z oferty e-commerce wzrósł do 36%. Współcześnie dostęp do Internetu ma 76,6% społeczeństwa, prawie co drugi internauta kupuje przez sieć, a wartość branży wynosi około 40 mld PLN.

Pierwotnie oczywiście klienci e-sklepów mieli możliwość płacenia przede wszystkim poprzez przelew lub przy odbiorze towaru. Szybko jednak pojawiły się nowe możliwości – szybsze i wygodniejsze zarówno dla konsumentów, jak i sprzedawców, a także co istotne – tańsze.

Warto zwrócić uwagę, że w 2008 r. najpopularniejszy był wspomniany przelew i gotówka przy odbiorze – odpowiednio 64% i 66%. Kartę kredytową wybierało 20%. Na skorzystanie z nowoczesnych serwisów płatności decydował się zaledwie co dziesiąty klient (11%). Podobnie jak w przypadku płatności w siedzibie sprzedającego. Sytuacja ta w 2012 r. uległa częściowej zmianie. Jeśli jeszcze przelewy i płatność przy odbiorze były najbardziej popularne (67% i 59%), to nastąpił zdecydowany wzrost po stronie niezależnych serwisów (m.in. SOFORT) do poziomu aż 42%. Z karty kredytowej korzystało 28% kupujących przez sieć.

Aktualnie kwestia płatności za zakupy w sieci jest zdecydowanie bardziej zróżnicowana. Przede wszystkim internauci decydują się na nowoczesne rozwiązania szybkich przelewów[12], oferowanych m.in. przez SOFORT. Na tego typu rozwiązanie oferowane przez nowoczesnych graczy decyduje się 59% internatów. Płatność gotówką przy odbiorze osobistym jest na drugim miejscu – 39%. Następnie wysyłka za pobraniem – 36%, przelew tradycyjny – 25%, płatność kartą kredytową – 21%, płatność gotówką przy odbiorze w sklepie – 20%. Warto jeszcze wskazać inne możliwości, które nie należą do popularnych, ale dla pokazania wyboru, jaki obecnie mają konsumenci. Płatność SMS’em – 7%, płatność mobilna – 6%, płatność ratalna – 4%, płatność z odroczonym terminem – 4%, przez QR code – 3%.

Przyszłość jest w różnorodności

Ewidentnie więc ostatnie lata pokazują jak w krótkim czasie potrafią się zmieniać preferencje i przyzwyczajenia Polaków względem sposobu obracania swoimi środkami. Należy zakładać również, że zarysowane procesy będą nadal postępować – na co dzień będziemy korzystać z różnych metod płatności, zależnie od przyzwyczajeń, potrzeb i możliwości. Z pewnością też nadal będą zyskiwać nowoczesne rozwiązania, które już powoli wypierają tradycyjne przelewy na margines. W żadnym jednak wypadku nie można na te procesy patrzeć zero-jedynkowo. Gotówka jest i będzie najważniejszym środkiem płatniczym jeszcze przez wiele lat – warto jednakże obserwować to co się dzieje w krajach skandynawskich, gdzie coraz śmielej myśli się o wycofaniu z obiegu materialnego pieniądza. Nowe technologie stworzyły jednakże nowe możliwości, które są wygodne, tanie, szybkie i bezpieczne. Obecnie jesteśmy na etapie porządkowania rynku – wszystkie opisywane zmiany dzieją się w bardzo krótkim czasie i mimo tego, że zarówno przedsiębiorcy, jak i konsumenci bardzo dobrze odnajdują się w szybko zmieniającej się rzeczywistości, szybko wykorzystując zalety płynące z nowych rozwiązań, to jednakże samo otoczenie systemowe, prawne ma kilka kroków do nadrobienia w budowaniu ram dla nowych graczy. Mające miejsce procesy, zmiany oczekiwań konsumentów i rozwiązania proponowane przez sektor FinTech są też cenną wskazówką dla firm handlowych. Te tradycyjne jak najszybciej powinny stawiać na rozwój w sieci i oferowanie swoim klientom różnych sposobów płatności – wraz z wielokanałowym modelem sprzedaży są to jedne ze współczesnych warunków powodzenia na rynku. Szczególnie, że już możemy zaobserwować kurczenie się segmentu sprzedaży tradycyjnej kosztem e-commerce.

Dagmara Sobańska, Country Manager, SOFORT GmbH

[1] Narodowy Bank Polski, Rynek kart płatniczych w Polsce, sierpień 2003 r.

[2] Narodowy Bank Polski, Informacja o kartach płatniczych, III kwartał 2016 r., grudzień 2016 r.

[3] Narodowy Bank Polski, Liczba bankomatów oraz liczba i wartość transakcji przeprowadzanych w bankomatach

[4] Narodowy Bank Polski, NetB@nk – Raport bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe, IV kwartał 2010 r.

[5] Narodowy Bank Polski, NetB@nk – Raport bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe, II kwartał 2016 r

[6] Tomasz Koźliński, Narodowy Bank Polski, Departament Systemu Płatniczego, Wybrane wyniki badania Polaków nt. korzystania z usług bankowych i opłacania rachunków w 2016 r., 12 grudnia 2016 r.

[7] Tomasz Koźliński, Narodowy Bank Polski, Departament Systemu Płatniczego, „Zwyczaje płatnicze Polaków”, Warszawa, maj 2013 r.

[8] Stowarzyszenie Marketingu Bezpośredniego, Polski rynek e-commerce, marzec 2009 r.

[9] Dane Międzynarodowej Unii Telekomunikacji

[10] Forrester Research 2005,”Internet retailer”, Polska – TNS OBOP, grudzień 2005

[11] GUS

[12] Gemius, E-commerce w Polsce 2016

Polacy toną w długach. Szczególnie mieszkańcy Śląska i Mazowsza

Polacy chętnie zaciągają kredyty – ponad połowa z nas (52 proc.) nie widzi nic złego w pożyczkach na zakup najnowszych sprzętów RTV/AGD, a 35 proc. przyznaje się do kredytowania swoich planów wakacyjnych. Tak niefrasobliwe podejście skutkuje tym, że coraz więcej osób zostaje wpisanych do internetowych rejestrów dłużników. Wyjaśniamy, czym jest Internetowa Giełda Długów i podpowiadamy, jak poradzić sobie ze spiralą zadłużenia.

Polacy toną w długach. Szczególnie mieszkańcy Śląska i MazowszaNa Internetową Giełdę Długów wpisanych jest już blisko 1 mln Polaków, którzy nie spłacają swoich zobowiązań. Problem ten dotyczy szczególnie mieszkańców województwa śląskiego, gdzie jest prawie 200 tys. zadłużonych osób. Na drugim miejscu znalazło się województwo mazowieckie, gdzie ponad 100 tys. osób ma trudności ze spłatą należności. Najmniej dłużników znajduje się w województwie podlaskim, gdzie na Internetową Giełdę Długów trafiły 16 303 osoby. W samym środku zestawienia znalazły się województwa pomorskie, kujawsko-pomorskie i małopolskie, gdzie ponad 50 tys. mieszkańców nie opłaca na czas swoich zobowiązań. W pozostałych częściach naszego kraju średnio 30 tys. osób zalega z zapłatami za wystawione faktury czy ratami kredytów.

Jak działa Internetowa Giełda Długów?

Na Internetową Giełdę Długów mogą zostać wpisane osoby, które m.in. nie wywiązują się z umowy kredytowej czy nie opłaciły w terminie rachunków. Zazwyczaj są to osoby, które pomimo prób kontaktu nie podjęły z wierzycielem negocjacji mających na celu wypracowanie kompromisu, który pozwoli na spłacenie należności w sposób dostosowany do ich obecnych możliwości finansowych. Wierzyciele, którzy nie otrzymali na czas należnej zapłaty, mogą na stronie www.dlugi.info wystawić ofertę sprzedaży nieopłaconych zobowiązań. Chcąc sprawdzić, czy zostaliśmy wpisani na Internetową Giełdę Długów, na wspomnianej stronie należy wpisać nasze dane. W ten sposób dowiemy się, ile wynoszą nieopłacone przez nas zobowiązania oraz z kim powinniśmy się kontaktować w celu spłaty naszego zadłużenia. Warto zaznaczyć, że wpisanie na Internetową Giełdę Długów może uniemożliwić nam dokonanie zakupów na raty, podpisanie umowy z operatorem telefonicznym czy zaciągnięcie kredytu w momencie, gdy naprawdę będziemy go potrzebować. – Wgląd do wierzytelności udostępnionych na Internetowej Giełdzie Długów jest ogólnodostępny, dzięki czemu przedsiębiorcy mogą się z nimi zapoznać przed podpisaniem umowy z kontrahentem-dłużnikiem. Nasz serwis powstał jednak po to, aby firmy i konsumenci mogli między sobą dokonać czynności kompensacyjnych. Dla przykładu: jeśli Pan Kowalski, który wykonał u mnie usługę malowania mieszkania, ma dług u Pana Nowaka, mogę Kowalskiemu zapłacić za wykonaną pracę wykupując jego dług od Nowaka – wyjaśnia Piotr Wajszczak z serwisu dlugi.info.

Uwolnij się od długów i śpij spokojnie

Osoby chcące wydostać się ze spirali zadłużenia, powinny opracować konkretny plan działania i ściśle się go trzymać. – W momencie, gdy nie dajemy rady w terminie spłacać naszych zobowiązań, przede wszystkim powinniśmy poddać analizie swój budżet domowy i ustalić finansowe priorytety. Warto jest zaraz po otrzymaniu wynagrodzenia opłacić wszelkie rachunki. Dzięki temu będziemy mieć pewność, że nasze długi nie będą się powiększać – radzi Katarzyna Gosiewska, ekspert Intrum Justitia. Chcąc wyjść ze spirali zadłużenia powinniśmy nauczyć się wydawać tyle pieniędzy, ile naprawdę posiadamy lub tyle, ile jesteśmy w stanie oddać w terminie pożyczkobiorcy. – Wiele osób błędnie myśli, że zaciągnięcie kolejnego zobowiązania sprawi, że nasze problemy same się rozwiążą. Prawda jest jednak inna. Następny kredyt jeszcze bardziej nadszarpnie nasz budżet domowy, który już wymaga naprawy – dodaje Katarzyna Gosiewska. Dobrym rozwiązaniem pozwalającym wydostać się ze spirali zadłużenia jest znalezienie dodatkowego źródła dochodu. Niekoniecznie musimy decydować się na kolejny etat, bowiem w dzisiejszych czasach istnieje wiele możliwości, które pozwalają na pracę z domu. Dla przykładu możemy wykorzystać swój wolny czas (np. weekendy) na pracę dorywczą. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwolą nam szybciej spłacić zadłużenie.

Problemy ze spłatą należności ma wielu Polaków, ponieważ w dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest popaść w spiralę zadłużenia. Warto jednak poddać analizie swój domowy budżet i odzyskać nad nim pełną kontrolę. Pozwoli nam to przede wszystkim na poprawę naszej sytuacji finansowej, co pozytywnie wpłynie na jakość naszego życia.

MotoBarometr: tylko co piąty Polak kupiłby samochód wyprodukowany przez markę niemotoryzacyjną

13% przedstawicieli automotive w Polsce uważa, że marki niemotoryzacyjne mają szansę samodzielnie odnieść sukces w branży, natomiast 62%, że jest taka możliwość, ale tylko przy współpracy z producentami motoryzacyjnymi – wynika z raportu Exact Systems „MotoBarometr 2016. Nastroje w automotive”. Sceptycznie do tematu podchodzą również sami polscy kierowcy. Niemal trzy czwarte z nich nie kupiłoby samochodu wyprodukowanego przez firmę spoza branży. Na ten krok zdecydowałby się jedynie co piąty Polak. Eksperci Exact Systems i Polskiej Izby Motoryzacji zwracają uwagę, że wejście do motobiznesu wiąże się nie tylko z produkcją pojazdu, ale też promocją i sprzedażą. A to wymaga długoletnich i olbrzymich nakładów finansowo-organizacyjnych.

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

Od kilku lat widoczne są trendy w zakresie konsolidacji rynku motoryzacyjnego. Producenci łączą się lub przejmują swoich konkurentów w celu zagwarantowania sobie między innymi dostępu do nowych technologii, a w konsekwencji właściwego tempa innowacji. Coraz częstsze ruchy w zakresie M&A powodują, że zmniejsza się grono graczy rynkowych. To dla podmiotu niebranżowego może być barierą nie do przeskoczenia. I nawet dla takiego giganta technologicznego jak Google czy jednego z najbardziej dynamicznych startupów jak Uber to bardzo trudne zadanie. Kierunkiem jest kooperacja z producentami motoryzacyjnymi, czyli alians technologii z doświadczeniem, co zresztą potwierdził jeden z managerów Google. Podkreślił, że jego firma nie planuje samodzielnie produkować samochodów, tylko stworzyć technologię, którą udostępni liczącym się na rynku graczom – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Producenci motoryzacyjni wskazują na alians technologii z doświadczeniem

Z badania Exact Systems „MotoBarometr 2016. Nastroje w automotive” wynika, że zdaniem przedstawicieli motoryzacji, marki spoza branży mają szansę na rozwój, ale tylko przy wsparciu producentów motoryzacyjnych. Taką opinię wyraziło aż 62% respondentów z Polski oraz co drugi przedstawiciel motoryzacji z Niemiec oraz Słowacji. Opinię, że marki spoza branży mają szansę na sukces samodzielnie wyraża zaledwie 13% przedstawicieli z Polski oraz co dziesiąty z Czech. Większymi optymistami są producenci z Niemiec, Rosji oraz Słowacji – odpowiednio 20% i po 27% wskazań. Zerowy sukces markom spoza branży wróży w Polsce 13% ankietowanych, a w Niemczach aż 27%. Roman Kantorski, prezes Polskiej Izby Motoryzacji, podkreśla, że jeżeli mówimy o markach spoza branży, które myślą np. o wypuszczeniu na rynek autonomicznego samochodu, duże znaczenie ma wsparcie producentów motoryzacyjnych, ze wskazaniem na dostawców części i komponentów. – Wyprodukować to jedno. To w sumie jest wykonalne, ale wypromowanie i sprzedaż wymaga długoletnich i olbrzymich nakładów zarówno finansowych jak i organizacyjnych – mówi Roman Kantorski.

Polacy nieufni w stosunku do pozabranżowych graczy, w szczególności kobiety i starsi

A jak do takiej wizji podchodzą sami konsumenci? Tylko 20% Polaków kupiłoby samochód wyprodukowany przez markę niemotoryzacyjną – wynika z badania „AUTOwybory Polaków” zrealizowanego przez Exact Systems. Aż 73% nie zdecydowałoby się na taki krok, z czego aż 1/3 osób na pewno nie kupiłaby takiego samochodu. Biorąc pod uwagę płeć klienta, najbardziej sceptyczne wobec takiego rozwiązania są kobiety, wśród których niecałe 13% kupiłoby cztery kółka od firmy niemotoryzacyjnej. Wśród mężczyzn ten odsetek wynosi 23%. Patrząc na wiek, największe grono zwolenników takiego zakupu znajduje się w przedziale wiekowym 25-44 lata (ok. 25%), a najmniejsze wśród najstarszych respondentów w wieku powyżej 60 lat (11%).

Jak widać ze zrealizowanych przez nas badań, nie tylko branżowi gracze z dystansem podchodzą do wejścia nowej i samodzielnej konkurencji na rynek, ale i sami klienci. Polacy w zdecydowanej większości nie kupiliby samochodu wyprodukowanego przez Ubera czy Google. Z czego wynika takie nastawienie? Gdy spójrzmy na czynniki brane pod uwagę przy zakupie samochodu, to wśród pierwszych pięciu wymienionych przez Polaków znajdują się cena, informacje o bezawaryjności oraz znajomość i prestiż marki. Auto firmy niemotoryzacyjnej nie łapie się pod żadne z tych kryteriów. Z pewnością byłoby droższe niż przeciętny samochód z tradycyjnym napędem, nie miałoby historii awaryjności oraz jego marka nie kojarzyłaby się z segmentem motoryzacyjnym. Dlatego, żeby motoryzacyjna przygoda pozabranżowych graczy miała szansę się ziścić, warto postawić na alians z doświadczonymi producentami – podkreśla Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

***

Metodologia badania

Badanie „Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 413 respondentów z 5 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja). Respondentami byli przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych, w tym OEM i Tier, a w szczególności inżynierowie ds. jakości, dyrektorzy zakładów, managerowie ds. jakości i produkcji. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od lipca do września 2016 roku.

Wyniki badania „AUTOwybory Polaków” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Exact Systems S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane na próbie osób potrafiących odpowiedzieć na pytania dotyczące zakupu, napraw i awarii posiadanego samochodu (N=600) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,05%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w sierpniu i wrześniu 2016 roku.

Sytuacja na rynku walutowym 28.03.2017

Pierwsza pełna doba dostosowania się rynków porażki Trumpa w forsowaniu swojej polityki była krzywdząca dla dolara i aktywów ryzykownych, ale im dłużej trwa handel w tym tygodniu, tym coraz słabsze są obawy o przyszłość polityki fiskalnej USA. Indeksy giełdowe odbijają, podobnie ropa naftowa. Złoty pozostaje mocny.

Jak pisałem wczoraj, rozczarowanie porażka Trumpa w Kongresie może osłabić dolara w krótkim terminie, ale nie jest w stanie całkowicie go pogrążyć. Gospodarka USA jest na ścieżce ożywienia bez wsparcia w postaci niższych podatków i inwestycji infrastrukturalnych, więc trudności administracji z forsowaniem ambitnych planów umniejszają tylko nadzieje na coś więcej. Nie można też zapominać, że Fed jest w cyklu podwyżek stóp procentowych, nawet jeśli ich obecne tempo jest już w cenach. Jakkolwiek jest to za mało, by obudzić świeży rajd dolara, tak wystarczy, by hamować szeroką wyprzedaż. Na dniach rynek powinien znaleźć punkt równowagi dla oczekiwań wobec polityki fiskalnej USA, ale z tego pułapu pozytywne niespodzianki staną się bardziej prawdopodobne.

EUR/USD zatrzymał wzrosty tuż nad 1,09, na krótko wychodząc ponad szczyty z grudnia, kiedy zawrócił stąd po decyzji ECB o wydłużeniu programu QE. Rynek walutowy lubuje się w rozpamiętywaniu historii, ale postrzeganie polityki ECB jest dziś zupełnie inne niż w grudniu. Spekulacje o wygaszaniu skupu aktywów, a nawet szybkim przejściu do podwyżek stóp procentowych, wspierają euro. Wczoraj Sabine Lautenschlaeger stwierdziła, że należy się przygotować na zmianę polityki ECB. Z drugiej strony jej kolega z Bundesbanku Jens Weidmann powiedział, że wprawdzie chciałby mniej ekspansywnej polityki, ale widzi ryzyko, że QE potrwa dłużej niż jest to konieczne. Wreszcie Peter Praet przestrzegł przed wyciąganiem pochopnych wniosków ze wzrostów inflacji napędzanych przez czynniki przejściowe. Wielogłos z ECB pokazuje, że decyzja o odejściu od ultra-luźnej polityki nie przyjdzie z łatwością. To może hamować zapędy do kupowania EUR.

Złoty jest mocniejszy pomimo generalnie negatywnego sentymentu na rynkach rozwiniętych. To sugeruje, że inne czynniki mogą wchodzić w grę, a słabość USD i zbliżający się koniec kwartału przemawiają za domykaniem (nietrafionych) długich pozycji spekulacyjnych w USD/PLN. Technicznie EUR/PLN otworzył się na spadki z następnym przystankiem na 4,23, ale biorąc pod uwagę odbijanie dolara w nocy, także i na złotym możemy mieć zawrotkę w kierunku 4,27

Dane w kalendarzu we wtorek są drugorzędne. Sprzedaż detaliczna ze Szwecji była zbliżona do oczekiwań, utrzymując SEK w miejscu. Na rynku nie ma wątpliwości, że Narodowy Bank Węgier utrzyma główną stopę procentową na 0,9 proc. Z USA najważniejszy będzie indeks nastrojów konsumentów, gdzie spodziewane jest lekkie schłodzenie powyborczej euforii. Po południu mamy serię wystąpień bankierów centralnych z najważniejszymi Yellen z Fed i Poloza z Banku Kanady.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Marek Belka: Wzrost podatków konieczny dla utrzymania dyscypliny budżetowej

Polska gospodarka od kilku lat jest jedną z najlepiej zrównoważonych pod względem makroekonomicznym wśród gospodarek europejskich. Dalej się rozwija, czego wynikiem jest wciąż obniżające się bezrobocie i ustabilizowana sytuacja jeśli chodzi o ceny, chociaż te zaczynają powoli rosnąć. Oprócz tego sytuacja przedsiębiorstw – które uzyskują znakomite wyniki finansowe – jest bardzo dobra.

– W ostatnim roku mięliśmy do czynienia z wprowadzeniem pewnych kroków w zakresie polityki społecznej, które obciążają budżet – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Belka, profesor nauk ekonomicznych – Jednym z nich jest program 500+, a drugim obniżenie wieku emerytalnego, którego skutki budżetowe zaczną narastać od tego roku. Finansowanie tych zamierzeń jest trudne. Ma odbywać się za pomocą poprawienia ściągalności podatków, przede wszystkim VAT-u, co zapewne do pewnego stopnia się uda. Uważam, że jeśli będziemy chcieli utrzymać dyscyplinę budżetową, która leży w naszym długofalowym interesie, to trzeba będzie podnieść podatki – podsumował Belka.

Komentarz walutowy. Kurs dolara, euro, funta 28.03.2017

Kurs dolara do złotego

Kurs dolara do złotego wykresZnaczące umocnienie się złotego względem dolara trwa już od 15 marca. W tym czasie złotówka odrobiła aż 17 groszy i prawdopodobnie to nie koniec. Choć kurs zależy od sytuacji politycznej w Europie i reform Prezydenta Trumpa w Stanach Zjednoczonych, to widzimy jeszcze potencjał do spadków. Celem powinna być linia trendowa wyrysowana po dołkach z końca marca i sierpnia 2016. Na wykończeniu jest także układ spadkowej piątki, po którym powinno dojść do znacznej korekty. W przypadku wzrostów oporem będzie poziom 3,9830, na którym cena już reagowała końcem października 2016 i początkiem lutego 2016 roku.

Kurs euro do złotego

Kurs euro do złotego wykresPo pokonaniu wsparcia na 4,2750 i trwałym wybiciu linii trendowej, stało się jasne, że formacja RGR, o której wspominaliśmy już na początku grudnia 2016 roku, stała się faktem. Dodatkowo brakuje raptem 2 groszy do zaksięgowania ogromnej formacji 1 do 1. Po zaksięgowaniu poziomu 4,2240, techniczne powinno dojść do sporej korekty wzrostowej. W przypadku wzrostów oporem pozostaje dotychczasowe wsparcie na poziomie 4,2750.

Kurs funta do złotego

Kurs funta do złotego wykresFunt na bazie umocnienia się złotego staniał o 3 gr. Wsparciem pozostają ostatnie dołki przy 4,90, gdzie jest szansa na wyrysowanie się podwójnego dna. Oporem pozostaje poziom 61,8% Fibo ostatniego impulsu spadkowego przy 5,03, a po jego pokonaniu poziom 5,0580.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Powyższy komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z 19 października 2005 roku. Komentarz został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Cyberataki na firmy – człowiek wciąż najsłabszym ogniwem

Cyberprzestępcy coraz częściej skupiają się na firmach, które pokładają zbyt duże nadzieje w zautomatyzowanych rozwiązaniach chroniących ich sieci. Przestrzegają przed tym zjawiskiem pentesterzy z F-Secure, czyli etyczni hakerzy przeprowadzający kontrolowane ataki na swoich klientów (najczęściej duże przedsiębiorstwa), w celu wykazania słabych punktów w ich zabezpieczeniach.

– Technologia nie zawsze jest w stanie ustrzec nas przed niebezpieczeństwem i powinna raczej pełnić funkcję wspomagającą ochronę – mówi Leszek Tasiemski, lider specjalnej jednostki RDC w firmie F-Secure. – Cyberprzestępcy ciągle doskonalą umiejętności socjotechniczne, aby przechytrzyć osoby zatrudnione w firmach. Zapewnianie pracowników o tym, że są bezpieczni, jest działaniem na niekorzyść, bo może prowadzić do uśpienia ich czujności, a na to właśnie liczą hakerzy – wyjaśnia Tasiemski.

Przykładem zastosowania socjotechnik w ataku jest phishing, czyli wysyłanie sfałszowanych wiadomości i podszywanie się pod osobę lub instytucję, w celu wyłudzenia określonych informacji. Według ostatniego badania przeprowadzonego przez PwC w 2016 roku phishing znalazł się na 1. miejscu wśród najpopularniejszych metod ataku stosowanych wobec instytucji finansowych. Niepokojąca jest również coraz większa dostępność do gotowych „pakietów” umożliwiających przeprowadzenie kampanii phishingowej, które krążą po tzw. darknecie (ciemnej stronie Internetu, z której często korzystają cyberprzestępcy). W tych gotowych paczkach znajdują się przygotowane już treści sfałszowanych maili, listy adresów e-mail czy nazwy serwerów, do których hakerzy uzyskali dostęp.

– Phishing cieszy się bardzo wysoką skutecznością podczas kontrolowanych ataków, które przeprowadzamy w przedsiębiorstwach. Pracownicy najczęściej nie spodziewają się, że e-mail, który dostają lub witryna, z której powszechnie korzystają, mogą być sfałszowane – mówi Leszek Tasiemski.

Podczas przeprowadzania jednego z ostatnich kontrolowanych ataków, eksperci z F-Secure rozesłali sfałszowany mail  udający wiadomość z serwisu LinkedIn, żeby sprawdzić, ilu pracowników kliknie w link podany w mailu. Wynik był zatrważający, bo kliknęło aż 52% osób. W innym eksperymencie grupa CSS stworzyła mail prowadzący do sfałszowanego portalu. W tym przypadku w przekierowujący link kliknęło 26% osób, a 13% osób zalogowało się na sfałszowanej stronie, używając swoich danych logowania.

Kontrolowane ataki opierają się na serii testów zaprojektowanych, by wykazać, co dana firma robi dobrze, a co źle w zakresie bezpieczeństwa. Działania sprawdzają, czy przedsiębiorstwo odpowiednio wykrywa i odpowiada na symulowane ataki, których celem jest wykradanie danych finansowych, własności intelektualnej czy przejęcie kontroli nad infrastrukturą sieciową.

Pentesty najczęściej zaskakują firmy, obnażając, w jak wielkim stopniu są one narażone na ataki. Przekonanie przedsiębiorstw o ich bezpieczeństwie najczęściej zgoła różni się od faktycznego poziomu ochrony i tego, co dostrzegają cyberprzestępcy. Testy wykazują całą powierzchnię ataku, czyli newralgiczne punkty, które mogą stanowić cel hakerów – nie tylko w cyfrowym, ale również w fizycznym wydaniu.

– Wiele firm nie spodziewa się tego, że uzyskamy dostęp fizycznie, wkradając się do budynku. Na dodatek często jest to zaskakująco proste zadanie. Wystarczy pracownicza odblaskowa kamizelka bezpieczeństwa, która działa lepiej niż peleryna niewidka rodem z Harry’ego Pottera – podsumowuje Tasiemski.

Fundusze zyskują na hossie

Hossa na warszawskiej giełdzie wpływa na wzrost cen akcji. Wraz z nimi rosną wyniki funduszy inwestycyjnych, lokujących na rynku krajowym i za granicą. Inwestorzy, którzy uwierzyli, że akcje polskich spółek są mocno przecenione i że na warszawską giełdę wrócą wreszcie wzrosty, mogą gratulować sobie cierpliwości.

Hossa zza oceanu dotarła na GPW, która po kilku kwartałach stagnacji zaczęła nadrabiać zaległości wobec zagranicy. Od początku roku WIG 20 wzrósł o ponad 13 proc. Jeszcze lepiej wyniki wyglądają jeśli spojrzymy na nie z perspektywy inwestora zagranicznego, ponieważ zyski z giełdy powiększą dochód z tytułu różnic kursowych. Od początku roku złoty umacnia się  wobec dolara zwiększając rentowność inwestycji w polskiej walucie. Sumując to wszystko, zysk wypracowany przez naszą giełdę wynosi ponad 17 proc. i jest to jeden z najlepszych wyników na świecie. Wyprzedzają nas jedynie tak egzotyczne kraje jak Kazachstan, Ukraina, Argentyna, Jamajka i Bahrain. Warto dodać, że to właśnie kapitał zagraniczny odpowiada w dużej mierze za wzrosty na parkiecie przy ul. Książęcej.

Motorem napędzającym giełdę po stronie spółek był przede wszystkim KGHM, który zyskuje dzięki odbiciu na rynku cen miedzi. Od początku roku walory kombinatu zyskały ponad 25 proc. – Silnie rosły także kursy banków, odreagowując słaby 2016 r. Zwyżki są efektem spadku ryzyka politycznego związanego z kredytami we frankach. Rynek uwzględnił też w cenach koszt podatku bankowego i pozytywnie ocenia prognozy sektora w kontekście przewidywanego przyśpieszenia tempa PKB – wyjaśnia Konrad Grzelec z BGŻOptima.

Jest potencjał do odbicia, ale…

Pomimo dynamicznych wzrostów główny indeks nadal daleki jest od historycznych szczytów z pierwszej dekady naszego wieku. Tymczasem giełdy w USA zdążyły osiągnąć nowe maksima, blisko od pobicia rekordowego poziomu jest też niemiecki DAX. Słabość polskiej giełdy w minionych latach (w 2015 r. spadek o blisko 20 proc., w 2016 r. skromny wzrost o 4,8 proc.) sprawia iż potencjał do dalszego odbicia wydaje się być znaczący. Pomimo zawirowań politycznych polska gospodarka nadal postrzegana jest jako silna i stabilna,  wiele banków i funduszy inwestycyjnych wskazywało na koniec 2016 r. nasz kraj jako jeden z ciekawszych kierunków inwestycyjnych.

– In minus trzeba zaliczyć spadkowy trend w prognozach dla naszej gospodarki. Te na 2016 r. zakładały wzrost PKB o 3,5 proc., w rzeczywistości było 2,8 proc. Aktualne szacunki na  rok 2017 przewidują 3,2-procentową dynamikę, podczas gdy jeszcze kilka miesięcy temu prognozowano 3,5 proc. – stwierdza Konrad Grzelec.

Czynnikiem, który w krótkiej perspektywie wpłynął pozytywnie na nasz parkiet jest częściowe wyjaśnienie kwestii Otwartych Funduszy Emerytalnych. Rząd potwierdził, że 25 proc. zgromadzonych tam środków ma zostać przekazanych na Fundusz Rezerwy Demograficznej, a pozostałe 75 proc. przeniesione na Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Zapowiedzi przeniesienia środków z OFE do III filaru rynek przyjął pozytywnie.  Według najnowszych deklaracji szefa Polskiego Funduszu Rozwoju Pawła Borysa, OFE nie będą już funduszami akcji. Po ich sprywatyzowaniu zarządzający środkami będą stopniowo dostosowywać struktury swoich portfeli inwestycyjnych do potrzeb przyszłych emerytów. Zdaniem ekspertów jest to optymalne rozwiązanie. Dodatkowo, zapowiadany 7 letni okres przejściowy zabezpieczy giełdę przed gwałtownym odpływem środków z giełdy.

„Hossa Trumpa” ogarnęła wszystkie rynki w Europie, oprócz Rosji. Pozytywne nastroje na świecie podkręcają wciąż nadzieje wiązane z polityką ekonomiczną nowego prezydenta, wzrost cen surowców obserwowany od początku roku i wzrost inflacji, który mocno osłabia rentowność depozytów bankowych.

W Polsce hossę dodatkowo wspierają niskie ceny niektórych walorów, szczególnie dużych spółek, co przełożyło się na istotny wzrost indeksu WIG20. Ceny akcji średnich firm często niskie nie są, ale wysoka wycena jest efektem dobrego zarządzania tymi spółkami i dobrymi wynikami – mówi ekspert BGŻOptima.

Fundusze górą

Wzrosty na giełdzie znajdują odzwierciedlenie w wynikach funduszy inwestycyjnych, właściwie niezależnie od ich specjalizacji. W ciągu ostatnich trzech miesięcy najmocniej, bo aż 15,5 proc., zyskały uniwersalne fundusze polskich akcji. Tuż za nimi uplasowały się fundusze akcji małych i średnich firm. Wypracowały one prawie 14-procentowy zwrot z inwestycji.

Hossa rozlała się szeroko po zagranicznych rynkach: dojrzałych i rozwijających się. W efekcie szereg funduszy inwestujących poza Polską może pochwalić się solidnym jednocyfrowym wynikiem. Fundusze europejskich rynków wschodzących zyskały 9,4 proc., a fundusze rynków rozwiniętych w Europie 7 proc. Korzystnie zachowywały się fundusze skoncentrowane na Turcji, która po słabym 2016 r. zaczęła w tym roku świecić na zielono. Zwrot z inwestycji nad Bosforem wyniósł w ostatnich trzech miesiącach 7,6 proc. przy czym większość została wypracowana w lutym, kiedy wynik na tureckich akcjach wyniósł 6,4 proc.

W górę poszły notowania funduszy inwestujących na rynku amerykańskim (5,4 proc.) oraz azjatyckim bez Japonii (5 proc.), a także fundusze akcji globalnych rynków rozwiniętych 6,7 proc. Dobrze dały zarobić fundusze z mieszanym portfelem, wśród których wyróżniają się polskie fundusze zrównoważone z wynikiem 9,3 proc. i aktywnej alokacji – 8,4 proc. Te same fundusze inwestujące za granicą wypracowały 3,8 proc. W górę o 5 proc. poszły wyniki polskich funduszy stabilnego wzrostu.

Tylko jeden fundusz na minusie

W styczniu indeks największych spółek zyskał 6,7 proc. a w lutym 6,3 proc. Tempo wzrostów cen na warszawskiej giełdzie przyciąga na parkiet coraz więcej inwestorów i napędza napływ pieniędzy do funduszy inwestycyjnych. W styczniu klienci wpłacili do wszystkich funduszy niespełna 1 mld zł, z czego 330 mln zł trafiło do funduszy akcyjnych. To najlepszy wynik od roku.

Dobre wyniki rynku kapitałowego w połączeniu z niskim oprocentowaniem lokat bankowych stanowią skuteczną zachętę dla coraz większej liczby posiadaczy wolnych środków – mówi Konrad Grzelec.

Przy inflacji, która w styczniu wyniosła 1,8 proc., lokaty przestały chronić kapitał przed utratą wartości. Średnie odsetki od depozytów bankowych wynoszą bowiem 1,4 proc. W ciągu ostatnich trzech miesięcy niższy zwrot niż depozyty przyniosły tylko fundusze dłużne. Fundusze dłużne zagraniczne zanotowały nawet minus: -1,6 proc. Fundusze dłużne korporacyjne były 0,8 proc. na plusie, dłużne polskie uniwersalne i papierów skarbowych wypracowały 0,4 proc., a gotówkowe i pieniężne uniwersalne 0,7 proc.

Cień niepewności

Cieniem na perspektywach warszawskiej giełdy i generalnie rynków wschodzących kładą się wydarzenia za oceanem oraz ryzyka polityczne w Europie. Program gospodarczy nowego prezydenta USA (m.in.  bilion dolarów na inwestycje infrastrukturalne w ciągu 10 lat, zwiększenie wydatków na armię,  obniżenie podatku federalnego dla firm z 35 proc. do 15 proc., uproszczenie i obniżenie podatków od osób fizycznych, repatriacja kapitału obejmująca znaczne ulgi podatkowe dla firm wracających ze swoim kapitałem do USA, wzrost protekcjonizmu w handlu międzynarodowym, czy w końcu likwidacja Ustawy Dodd-Frank umożliwiająca bankom powrót do ryzykownych operacji finansowych) oraz zapowiadana seria podwyżek stóp procentowych stwarzają ryzyko wycofania się części inwestorów instytucjonalnych z rynków wschodzących do USA.

Z drugiej strony, coraz częściej pada pytanie czy Trump będzie w stanie wprowadzić swoje pomysły w życie. Podjęta w zeszłym tygodniu próba zmiany Obamacare, wielokrotnie zapowiadana przez Trumpa w czasie kampanii, zakończyła się niepowodzeniem ze względu na wewnętrzne konflikty i chaos panujący w obozie Republikanów. Inwestorzy zaczynają się zastanawiać czy podobny los nie spotka innych projektów amerykańskiego prezydenta.

Negatywne impulsy mogą także napłynąć z Europy: ryzyko polityczne związane z możliwością zwycięstwa wyborczego ugrupowań populistycznych w kluczowych państwach UE (Alternatywa dla Niemiec, Front Narodowy we Francji), a także nieznany jeszcze model wyjścia i  strategia negocjacyjna związana z BREXIT-em. Na krajowym podwórku ryzyko związane jest z upolitycznieniem spółek z udziałem Skarbu Państwa i ich wykorzystaniem do realizacji bieżących celów politycznych kosztem inwestycji w rozwój i modernizacje.

Ostatnie dni na złożenie projektu w rundzie inwestycyjnej InnoEnergy

InnoEnergy, największy europejski akcelerator biznesu w energetyce, zaprasza autorów nowatorskich rozwiązań energetycznych do składania wniosków w ramach Rundy Inwestycyjnej 2017. Zainteresowanym zostało już tylko kilka dni na zgłoszenie swego akcesu i projektu, 7 kwietnia br. mija bowiem termin naboru.

InnoEnergy poszukuje nowych rozwiązań technologicznych w zakresie zrównoważonej energii, które mogą zrewolucjonizować przyszłość energetyczną Europy. Poza finansowaniem runda inwestycyjna ma także skrócić proces komercjalizacji dla najlepszych firm przez włączanie ich do sieci partnerów branżowych InnoEnergy – zrzeszającej ponad 250 podmiotów – reprezentujących liderów sektora, instytucje naukowe i uczelnie wyższe.

– Zrównoważony sektor energetyczny wymaga wprowadzenia nowych produktów i usług. Sam proces wdrożenia nowego rozwiązania w energetyce, od idei do jego wejścia na rynek, jest niezwykle interesujący. Stanowi jednak ogromne wyzwanie i jest czasochłonny, a celem jest odniesienie komercyjnego sukcesu. Obiecujące pomysły zbyt często tracą siłę przebicia, bo chociaż dostają dofinansowanie, brakuje im wsparcia na szeroką skalę – mówi Diego Pavia, CEO InnoEnergy.

– W InnoEnergy aktywnie poszukujemy przełomowych technologii z wysokim potencjałem biznesowym, wymagających inwestycji i wsparcia, aby mogły zostać wdrożone. Wybrani wnioskodawcy, dzięki naszej wypracowanej przez lata pozycji w Europie, uzyskują dostęp do sprawnie działającego ekosystemu, łączącego autorów projektów ze start-upami, przemysłem i instytutami badawczymi, zapewniając im dodatkowe kompetencje i zasoby. Ponadto czynimy wszystko, by nowe technologie dotarły do odbiorców: umożliwiamy zaprezentowanie produktu na różnych rynkach, równocześnie zapewniając wsparcie w procesie industrializacji – dodaje Diego Pavia.

Od 2011 roku firma InnoEnergy zainwestowała już 157 milionów euro w 83 projekty innowacyjne, co przekłada się na prognozowaną sprzedaż na poziomie 3 miliardów euro. InnoEnergy wspiera komercjalizację i wdrażanie nowych technologii, takich jak na przykład polski XSensor, produkt opracowany przez firmę EC-Systems AMC. Jest to zestaw bezprzewodowych czujników, które dostarczają kluczowe dane operacyjne i informacje diagnostyczne w celu poprawy zarządzania i eksploatacji urządzeń przemysłowych, umożliwiając bardziej wydajne zarządzanie aktywami.

Carrefour stawia na innowacje. Sieć będzie szukać ciekawych pomysłów wśród małych firm technologicznych oraz innowacji z zakresu e-commerce

Carrefour stawia na innowacje. Sieć będzie szukać ciekawych pomysłów wśród małych firm technologicznych oraz innowacji z zakresu e-commerce 9

Francuska sieć handlowa chce budować swoją przewagę dzięki innowacjom. Carrefour stworzył właśnie pierwszy polski inkubator dla start-upów, których zadaniem jest opracowanie nowoczesnych rozwiązań dla branży handlowej. Tegoroczne plany sieci zakładają też rozwijanie e-commerce i kanału mobilnego. 

– Carrefour Retail Lab to pierwszy inkubator technologiczny stworzony przez sieć handlową. Celem tej inicjatywy jest wspieranie przedsiębiorczości i młodych talentów. Liczymy na innowacyjne pomysły. Ten projekt umożliwi pozyskiwanie i wdrażanie innowacyjności w naszych sklepach oraz testowanie nowych funkcjonalności i najnowocześniejszych technologii przez klientów. Wszystko to realizowane jest w kierunku customer experience –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Orlińska, dyrektor do spraw digitalizacji w Carrefour Polska.

W Warszawie sieć udostępniła wybranym start-upom 650 mkw. przestrzeni biurowej. Koncepty i innowacje technologiczne wypracowane w inkubatorze – zwłaszcza aplikacje i cyfrowe rozwiązania, które mogą być przydatne w zakresie interakcji z klientami i optymalizacji procesów biznesowych – będą testowane w jednym ze sklepów Carrefour.

Ze wsparcia mogą skorzystać zarówno firmy rozpoczynające działalność, jak i przedsiębiorstwa z ugruntowaną na rynku pozycją oraz instytuty i wyższe uczelnie o profilu informatycznym lub handlowym. Oceny zgłoszeń Carrefour dokona wspólnie z Madiff, firmą doradczą z zakresu innowacji cyfrowych i nowych technologii. Partner przedsięwzięcia jest wyspecjalizowany w akcelerowaniu start-upów do momentu ich wejścia na giełdę i rozpoczęcia międzynarodowej ekspansji.

Jak zauważa dyrektor do spraw digitalizacji w Carrefour Polska, korzyści tego projektu są obopólne. Start-upy uzyskają wsparcie w trakcie całego procesu pracy nad nowym rozwiązaniem, które następnie będą mogły przetestować w warunkach rynkowych i na końcu wdrożyć. Francuska sieć zyska natomiast innowacyjne rozwiązania, które poprawią efektywność procesów biznesowych i wpłyną na poprawę jakości obsługi klientów.

– Klienci zdecydowanie zyskują dzięki customer experience. Ułatwiamy im zakupy, sprawiamy, że są prostsze i przyjemniejsze, dzięki czemu chętniej do nas wracają – mówi Katarzyna Orlińska.

Dzięki utworzeniu inkubatora C4 Retail Lab Carrefour chce zbudować na rynku handlowym swoją przewagę konkurencyjną. Temu służą również wdrażane ostatnio rozwiązania, bo sieć przechodzi teraz duże zmiany. Nieco ponad rok temu uruchomiła swój sklep internetowy, dzięki czemu jest obecna już we wszystkich kanałach sprzedaży: od dużych hiper- i supermarketów, po sklepy osiedlowe i specjalistyczny oraz e-commerce. W ramach tego ostatniego rozwija usługę click & collect, dzięki której klienci mogą odebrać w wybranym sklepie stacjonarnym produkty zamówione przez internet. Teraz Carrefour wprowadza kolejną funkcjonalność pod nazwą Marketplace.

– Koncept Marketplace opiera się na tym, że chcemy udostępnić naszą platformę e-commerce’ową również tzw. trzecim sprzedającym. W tym przypadku będą to sprawdzeni, zweryfikowani partnerzy, z którymi chcemy współpracować – mówi Bożena Nawara-Borek, odpowiedzialna za sprzedaż w kanale internetowym Carrefour.

W tym modelu biznesowym Carrefour będzie występował w dwóch rolach. Pierwszą jest rola sprzedawcy, a drugą – pośrednika pomiędzy klientami a innymi podmiotami, które poprzez platformę internetową sieci będą oferować swoje usługi i produkty. Rolą sieci będzie nadzór i zapewnienie wsparcia obu stronom transakcji zawieranych za jej pośrednictwem.

– Wszystkie zmiany, które będziemy wdrażać w tym roku, są ukierunkowane na klientów. Ten projekt powstaje po to, żeby zapewnić im w ramach naszej platformy jak najszerszą ofertę produktową. Dlatego zamierzamy pracować ze sprawdzonymi partnerami, również zagranicznymi – zapowiada Bożena Nawara-Borek.

Carrefour zamierza w tym roku wdrożyć zmiany nie tylko w e-commerce, lecz także w kanale mobilnym. Od ośmiu miesięcy działa nowa odsłona aplikacji mobilnej Mój Carrefour, która w dniu premiery zajęła pierwsze miejsce na liście najczęściej pobieranych z App Store i drugie w Google Play. Łączna liczba pobrań aplikacji przekroczyła w ubiegłym roku 500 tysięcy.

Nowa wersja aplikacji jest rozbudowana o mobilny program lojalnościowy. Użytkownicy mogą przenieść do niej dotychczasową plastikową kartę lojalnościową i korzystać z jej benefitów oraz kuponów zniżkowych na zakupy w sklepach stacjonarnych. W kolejnym kroku aplikacja mobilna ma zostać zintegrowana z kanałem e-commerce poprzez wykorzystanie trendów związanych z ekonomią współpracy.

– Usługa Collaborative Economy jest funkcjonalnością, która połączy sklep internetowy i aplikację Mój Carrefour, skierowaną do osób starszych, mających problemy z wykonywaniem codziennych zakupów, do osób młodych, które borykają się z brakiem czasu oraz do millenialsów, którzy są mocno zaangażowani w lokalne społeczności – mówi Michał Malanowski, dyrektor informatyki w Carrefour Polska.

Uzupełnieniem kanału mobilnego i aplikacji Mój Carrefour będzie usługa Skanuj i Płać, która umożliwi klientom natychmiastowe skanowanie produktów za pomocą telefonu i dokonanie płatności mobilnej za zakupy. Ta forma płacenia skróci czas oczekiwania przy kasie.

Carrefour Polska jest częścią międzynarodowej sieci handlowej obecnej na polskim rynku od dwudziestu lat. Pod jej szyldem działa w Polsce 800 sklepów w różnych formatach, należy do niej również 20 centrów handlowych. W ubiegłym roku sieć zapoczątkowała największą w swojej dotychczasowej historii kampanię wizerunkową (której twarzą został Napoleon), która cieszy się 92-procentowym wskaźnikiem pozytywnych opinii wśród odbiorców. Ubiegłoroczne nakłady zainwestowane w modernizacje i otwarcia nowych sklepów przekroczyły 265 mln zł.

W 2017 roku firma planuje utrzymać dotychczasowy poziom inwestycji. W ramach nakładów na nowe projekty Carrefour, jako pierwsza sieć w Polsce, wdroży omnikanałowe usługi takie, jak marketplace, collaborative economy, płatności mobilne oraz uruchomi inkubator dla start-upów.

Jakość obsługi staje się dla konsumentów ważniejsza niż cena. Firmy inwestują w zarządzanie doświadczeniem klienta

Jakość obsługi staje się dla konsumentów ważniejsza niż cena. Firmy inwestują w zarządzanie doświadczeniem klienta 10

Firmy coraz częściej stawiają na customer experience, czyli zsumowane doświadczenia, jakie klient zyskuje z daną firmą we wszystkich możliwych kanałach kontaktu. Niezadowolony klient stosunkowo rzadko składa skargę, ale o negatywnych doświadczeniach opowie znajomym. Firmy inwestują także w rozwiązania technologiczne i spójność kanałów kontaktu, a nowoczesne systemy CRM pozwalają na sprawny przepływ danych o kliencie. Standardem XXI wieku jest dostosowanie obsługi do indywidualnego klienta – przekonują firmy wyróżnione Gwiazdą Jakości Obsługi.

– To, że jakość obsługi jest ważna, to truizm. Wolimy mówić o doświadczeniach klienta, żeby niezależnie od tego, z jakiej opcji kontaktu skorzysta w naszej firmie, czuł się tak samo dobrze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Furlepa, dyrektor zarządzający bankowością detaliczną w ING Banku Śląskim.

Firmy już dawno zauważyły, że sukces biznesowy nie jest możliwy bez satysfakcji klienta. Ważna jest jakość obsługi, w tym zadbanie o wszystkie możliwe formy kontaktu. Eksperci zauważają, że niewielki odsetek klientów napisze oficjalną skargę, ale dla firmy znacznie większe straty może spowodować podzielenie się negatywnym doświadczeniem z innymi osobami w najbliższym otoczeniu.

– W zarządzanie doświadczeniami klientów inwestujemy od kilku lat. Interesuje nas nie tylko ten moment, kiedy klient kupuje produkt lub potrzebuje pomocy w obsłudze klienta, lecz także patrzymy na to całościowo: jakie są doświadczenia klienta we wszystkich punktach styku, poczynając od zakupu usług, a skończywszy na naszej platformie komunikacyjnej i naszej stronie internetowej – podkreśla Zuzanna Chodyra-Piast, kierownik Działu Zarządzania Doświadczeniem Klienta w firmie Play.

Z analiz Polskiego Programu Jakości Obsługi wynika, że ogólnopolski wskaźnik jakości obsługi 2016 uzyskał rekordowy poziom 77,5 proc. W ciągu kilkunastu lat polskie firmy przeszły długą drogę i bardzo poprawiły jakość obsługi. Wciąż muszą się jednak wsłuchiwać w konsumencki głos, bo z biegiem czasu klient przyzwyczaja się do oferowanych mu standardów.

– Staramy się na bieżąco rozmawiać z kobietami, obserwować ich oczekiwania, zapoznawać się z nimi i je analizować. Zgodnie z tym planujemy nasz sposób obsługi klienta – przekonuje Dace Hocka, menadżer sieci Solar. – Każda kobieta potrzebuje indywidualnego podejścia, dlatego standardy są dla nas jedynie pewną ramą. Standardem XXI wieku jest dostosowanie obsługi do indywidualnego klienta.

Indywidualne podejście do klienta to mówienie nieskomplikowanym językiem, bez zbędnej fachowej terminologii. Takie podejście sprawia, że poczucie bezpieczeństwa w kontakcie z firmą rośnie, szczególnie w tych branżach, w których jest dużo formalności.

– Klienci oczekują od nas transparentności i prostej, zrozumiałej komunikacji oraz możliwości kontaktowania się z nami w miejscu i czasie najdogodniejszym dla siebie – ocenia Furlepa.

Jak przekonują eksperci, kluczem do sukcesu jest nie tylko odpowiednie przeszkolenie personelu związanego z obsługą klienta, lecz także wprowadzenie standardów w całej organizacji.

– Jeżeli firma chce dbać o jakość doświadczeń klientów, to musi być w to zaangażowana cała organizacja, a nie tylko jeden zespół, który jest za to odpowiedzialny. U nas wszyscy pracownicy mają pełną świadomość tego, że klient jest w Play na pierwszym miejscu – wskazuje kierownik Działu Zarządzania Doświadczeniem Klienta w Play.

Firmy stawiają również na wielokanałowość, aby dostosować się do rosnących wymagań klientów. Zwłaszcza pokolenie millenialsów oczekuje, żeby kanały wzajemnie się przenikały, chce szybkiej i konkretnej odpowiedzi oraz dopasowanej obsługi. Dwudziesto- i trzydziestolatkowie jako zupełnie naturalne traktują rozpoczęcie procesu zakupu w placówce, by zakończyć go przez aplikację w telefonie.

– Nowoczesne technologie pozwalają oferować klientom różne możliwości kontaktu z bankiem, m.in. poprzez bankowość internetową, mobilną. Istotnym aspektem z tym związanym jest dbałość o spójność i integrację obsługi klientów we wszystkich kanałach, np. w oddziałach, na infolinii czy przy pomocy aplikacji – podkreśla Przemysław Furlepa.

Nowoczesne technologie pozwalają lepiej poznać wymagania klientów. Systemy CRM, które wspomagają procesy na linii klient–organizacja, umożliwiają zaś przepływ informacji o kliencie między różnymi działami tak, by usprawnić proces obsługi i sprawnie reagować w sytuacjach kryzysowych. Istotna staje się również obsługa internetowa, również w kanałach społecznościowych.

– Zaawansowana technologia ma coraz większe znaczenie dla nowoczesnej i wysokojakościowej obsługi klienta. Żadna firma, która chce być liderem w swojej branży, nie wyobraża sobie rozwoju biznesu bez inwestowania w technologię – przekonuje Zuzanna Chodyra-Piast.

Pomocny w spełnianiu oczekiwań klientów jest dla firm Polski Program Jakości Obsługi. Tutaj przedsiębiorstwa mogą korzystać z opinii konsumentów, zamieszczonych na portalu jakoscobslugi.pl. Najlepsze firmy w Polsce, które cechują się wysokimi standardami w zakresie obsługi klienta, zostają wyróżnione Gwiazdą Jakości Obsługi, czyli certyfikatem zaufania konsumentów.

– Nagrody, jakie Polski Program Jakości Obsługi przyznaje swoim klientom, stanowią szczególne wyróżnienie w dążeniu do perfekcyjnej jakości obsługi konsumentów. Firmy, które biorą udział w tym programie, mogą zdobyć informacje i uzyskać swój obraz w niezależnym zwierciadle. Pozwala to wykorzystać wiedzę do poprawienia strategii obsługi klienta – tłumaczy Michał Trojanowski, dyrektor zarządzający zespołu Executive Education and Consulting ICAN Institute.

Orange podłączy do światłowodu 4,5 tys. szkół w całej Polsce. Do 2019 roku wspólna sieć ma połączyć wszystkie placówki edukacyjne

Orange podłączy do światłowodu 4,5 tys. szkół w całej Polsce. Do 2019 roku wspólna sieć ma połączyć wszystkie placówki edukacyjne 11

Orange Polska na mocy umowy z resortem cyfryzacji w ciągu najbliższych trzech lat nieodpłatnie podłączy do światłowodu 4,5 tys. polskich szkół, dzięki czemu placówki zyskają dostęp do szybkiego internetu. To część większego planu Ministerstwa Cyfryzacji, który zakłada połączenie wszystkich 30 tys. polskich placówek edukacyjnych wspólną siecią. Ma to nastąpić w roku szkolnym 2018/2019 i umożliwić wykorzystanie cyfrowych narzędzi w edukacji na szeroką skalę.

W ubiegłym tygodniu największy w Polsce telekom podpisał umowę z Ministerstwem Cyfryzacji, na mocy której 4,5 tys. szkół w Polsce zyska dostęp do szybkiego internetu o prędkości co najmniej 100 Mb/s. Takie możliwości ma w tej chwili niewiele podstawówek.

Prędkość internetu powyżej 100 Mb/s ma obecnie ok. 5 tys. na ponad 27 tys. wszystkich szkół w Polsce. To zdecydowanie za mało. Chcemy, żeby każde dziecko – niezależnie od tego, gdzie mieszka, gdzie się uczy i z jakiej rodziny pochodzi – podejmując naukę szkolną, aż do samego końca procesu edukacyjnego miało dokładnie takie same szanse i możliwości, co rówieśnicy w dużym mieście – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Streżyńska, minister cyfryzacji.

– Orange mocno inwestuje w sieć światłowodów. W jej zasięgu jest już półtora miliona gospodarstw domowych, a w tym roku przyłączymy kolejny milion. To naturalne, że w ramach tak dużego projektu inwestycyjnego również szkoły są podłączane do światłowodu. Dzięki temu uczniowie i nauczyciele zyskują dostęp do znacznie szybszego internetu – zapowiada Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Inwestycja, którą Orange w całości zrealizuje z własnych środków finansowych, ma wspomóc utworzenie Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej (OSE), która docelowo połączy wszystkie polskie placówki oświatowe. Zgodnie z harmonogramem przyjętym przez resort cyfryzacji ma to nastąpić w roku szkolnym 2018/1019. OSE połączy wspólną siecią około 30,5 tys. placówek oświatowych w całej Polsce, umożliwiając im dostęp do treści multimedialnych, dając możliwość wprowadzenia nowych form kształcenia i nowych programów edukacyjnych.

– Chodzi o to, aby wykorzystać wszystkie szanse, które stwarza dostęp do szybkiej sieci, by zacząć korzystać w szkołach z platform edukacyjnych i programów, z różnych źródeł i baz danych oraz mieć dostęp do ekspertów i wykładowców, którzy często publikują w internecie treści edukacyjne. Dzieci muszą się nauczyć zasad cyberbepieczeństwa. Chcemy przenieść do internetu szkolne dzienniczki, e-podręczniki i wszystko to, co składa się na nowoczesną podstawę programową, włącznie z nauką programowania – mówi minister Anna Streżyńska.

Najpóźniej do 2019 roku Orange podłączy do światłowodu 4,5 tys. placówek – co stanowi przeważającą większość z 5,8 tys. szkół, które łącznie podłączą operatorzy z własnych środków, bez wsparcia państwowego. Jak podkreśla Jean-François Fallacher, współpraca z resortem wpisuje się w ogół działań prowadzonych przez Orange na rzecz rozwijania kompetencji cyfrowych.

Fundacja Orange prowadzi dwie duże inicjatywy skierowane do dzieci: MegaMisja, czyli zestaw narzędzi pedagogicznych, które uczą dzieci bezpiecznego korzystania z internetu, oraz projekt  HASHSuperKoderzy, która ma za zadanie uczyć programowania poprzez zabawę – precyzuje Jean-François Fallacher.

W ramach dwóch programów – MegaMisja i HASHSuperKoderzy – Orange prowadzi obecnie największy w Polsce program rozwijania kompetencji cyfrowych wśród uczniów podstawówek, w którym uczestniczy blisko 9 tys. dzieci. Poznają one podstawy programowania, robotyki, edycji grafiki i wideo oraz uczą się dbałości o podstawowe zasady bezpieczeństwa w sieci.

W ubiegłym roku Komisja Europejska nagrodziła program edukacyjny HASHSuperKoderzy prestiżową nagrodą European Digital Skills 2016. Do końca kwietnia Orange prowadzi następny nabór do obu programów, w których weźmie udział kolejnych 8 tys. uczniów z 400 szkół w całym kraju.

Orange Polska jest dla resortu cyfryzacji naturalnym partnerem do podobnych projektów. Telekom nie tylko organizuje w szkołach naukę kompetencji cyfrowych, lecz także stale rozbudowuje swoją infrastrukturę, co przekłada się na coraz szybszy i coraz szerszy dostęp do internetu. Dzięki inwestycjom realizowanym w dużych miastach i mniejszych miejscowościach do 2018 roku w zasięgu światłowodu ma się znaleźć już co czwarte gospodarstwo domowe w Polsce.

Jak podaje minister cyfryzacji, w resorcie trwają obecnie prace nad programem objęcia szybkim internetem obszarów wykluczonych, na których operatorom ze względów finansowych nie opłaca się budować infrastruktury.

– Kilkanaście obszarów pozostaje niezagospodarowanych i dla nich będziemy przygotowywać nowe narzędzia. Operatorzy mają duże możliwości wykorzystania środków unijnych, a więc skoro nikt tego dotychczas nie zrobił, to znaczy, że kalkulacje pokazały nieopłacalność tego typu przedsięwzięć nawet przy zewnętrznym dofinansowaniu. To z kolei oznacza, że musimy obniżyć wymagania albo podwyższyć dotacje. Pracujemy w tej chwili nad rozwiązaniem, które rozwiąże problem tych wykluczonych obszarów – zapowiada Anna Streżyńska.

Rolnicy mogą uzyskać 60 tys. zł premii na rozwój małych gospodarstw. Nabór wniosków rusza 30 marca

Rolnicy mogą uzyskać 60 tys. zł premii na rozwój małych gospodarstw. Nabór wniosków rusza 30 marca 12

Od 30 marca Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR) będzie przyjmować wnioski o dofinansowanie restrukturyzacji małych gospodarstw w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Rolnicy mogą liczyć na premie w wysokości 60 tys. zł. Będą mogli je wykorzystać na takie zmiany, dzięki którym ich gospodarstwa staną się bardziej rentowne i konkurencyjne. Na przeprowadzenie tego procesu będą mieli maksymalnie trzy lata.

 W ramach poddziałania Restrukturyzacja małych gospodarstw rolnik ubezpieczony w KRUS w pełnym zakresie co najmniej 24 miesięcy przed złożeniem wniosku, prowadzący działalność samodzielnie, na własny rachunek, może uzyskać dofinansowanie na realizację inwestycji związanej z restrukturyzacją  swojego gospodarstwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Kułak, zastępca dyrektora w Departamencie Działań Społecznych i Organizacji Producentów Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

O wsparcie mogą ubiegać się osoby fizyczne, posiadacze gospodarstwa rolnego na terenie Polski, o ekonomicznej wielkości mniejszej niż 10 tys. euro. Potencjalni beneficjenci muszą podlegać ubezpieczeniu społecznemu rolników z mocy ustawy i w pełnym zakresie (jako rolnik lub jego małżonek) nieprzerwanie przez nie mniej niż dwa pełne lata poprzedzające miesiąc złożenia wniosku. Z działania wykluczone są osoby, które w tym okresie prowadziły inną działalność gospodarczą.

– Beneficjent będzie musiał doprowadzić do tego, aby wielkość ekonomiczna gospodarstwa osiągnęła co najmniej 10 tys. euro i żeby wzrosła o co najmniej 20 proc. względem tego roku – precyzuje Tomasz Kułak. – Trzeba tego dokonać w ciągu maksymalnie trzech lat przewidzianych na realizację biznesplanu. Jest to działanie komplementarne wobec Modernizacji gospodarstw rolnych i Młodego rolnika, ponieważ dotyczy trochę innego profilu potencjalnych beneficjentów. Tutaj, co wyraźnie widać w nazwie poddziałania, chodzi tylko o małe gospodarstwa.

Pomoc przyznawana będzie w formie premii w wysokości 60 tys. zł.Każdy wniosek zostanie poddany ocenie, w której pod uwagę będą brane m.in. docelowa wielkość gospodarstwa, kwalifikacje zawodowe, rodzaj planowanej produkcji, wiek wnioskodawcy. Na podstawie przyznanych punktów ustalona zostanie kolejność przysługiwania pomocy.

– Inwencja beneficjentów w zakresie wydania przyznanych środków może być praktycznie nieograniczona, bo ustawodawca wskazał jedynie takie ograniczenie, że 80 proc. premii musi być przeznaczona na nowe środki trwałe – wskazuje Tomasz Kułak. – Dowolność w tym zakresie nie jest pełna, bo wnioskodawca będzie musiał wykazać, że to, co zamierza kupić służy produkcji rolnej. Nie ma problemu, kiedy mówimy o traktorze czy maszynach rolnych. Mogą natomiast być przypadki, które faktycznie będą wymagały dobrego wyjaśnienia od wnioskodawcy.

Jak wynika z założeń programu, pomoc ma być wypłacana w dwóch ratach: najpierw 80 proc., a kolejne 20 proc. – po osiągnięciu założonych w biznesplanie celów.

– Wymagania przy pierwszym wniosku o płatność są relatywnie małe, trzeba tylko rozpocząć realizację biznesplanu – ocenia Tomasz Kułak. – Po złożeniu dokumentu beneficjent otrzymuje 80 proc. kwoty pomocy, czyli maksymalnie 48 tys. zł, następnie ma trzy lata na pełną realizację biznesplanu. Należy natomiast podkreślić, że inwestycja może, ale wcale nie musi, być prowadzona przez pełne trzy lata. Dopuszczalne jest zakończenie jej w ciągu na przykład jednego roku.

ARiMR będzie przyjmować wnioski do 28 kwietnia br. Należy je składać w Oddziałach Regionalnych ARiMR, właściwych ze względu na miejsce położenia gospodarstwa. Można to zrobić osobiście, za pośrednictwem upoważnionej osoby bądź wysłać wniosek rejestrowaną przesyłką Poczty Polskiej (w ostatnim  przypadku o dotrzymaniu terminu decyduje data nadania).

Sektor bankowy przechodzi wielką zmianę technologiczną. Przyspieszają inwestycje w rozwiązania informatyczne

Sektor bankowy przechodzi wielką zmianę technologiczną. Przyspieszają inwestycje w rozwiązania informatyczne 13

Z bankowości internetowej korzysta już ponad 15 mln Polaków. Dynamicznie rośnie też kanał mobilny, który do 2020 roku może odpowiadać nawet za 40 proc. transakcji. Dlatego po ubiegłorocznym spowolnieniu inwestycje banków w IT przyspieszają. Banki stawiają głównie na rozwój aplikacji mobilnych, webowych oraz systemy zwiększające bezpieczeństwo. Trwają również prace nad wprowadzeniem nowatorskich rozwiązań, jak biometria głosu i twarzy.

 Polski sektor bankowy charakteryzuje się najwyższą dojrzałością cyfrową zarówno w kanale internetowym, jak i mobilnym. Według danych Związku Banków Polskich z bankowości internetowej aktywnie korzysta już ponad 15 mln Polaków. Statystyki pokazują, że polscy klienci są bardzo mocno zaawansowani technologicznie, udział bankowości mobilnej i internetowej jest coraz większy. Branża przechodzi więc wielką zmianę technologiczną – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Germel, dyrektor działu sprzedaży sektora finansowego w Atende SA.

Raport NetB@nk wskazuje, że na koniec III kwartału ubiegłego roku liczba rachunków bankowych dostępnych przez internet przekroczyła 33 mln. Aktywnie z bankowości internetowej korzystało w tym czasie 15,3 mln osób. Z bankowości mobilnej czynnie korzystało ok. 7 mln Polaków, ponad 17 proc. populacji, jednak wśród najmłodszych wskaźnik przekracza 30 proc. W grupie 18–24 lata blisko 60 proc. mających dostęp do konta internetowego aktywnie łączy się z nim poprzez urządzenia mobilne. Banki szacują, że udział bankowości mobilnej w transakcjach sięga 20 proc. przy 5 proc. jeszcze dwa lata temu. W 2020 roku ma to być już 40 proc.

 Obserwujemy trend przejścia klientów indywidualnych od bankowości analogowej w stronę bankowości analogowo-cyfrowej. Chodzi o to, aby zachować najwyższy poziom obsługi klienta nie tylko w oddziałach, lecz także w internecie i aplikacjach mobilnych. Innowacyjność to również intensywne prace nad wdrożeniem biometrii głosu oraz twarzy. Logowanie biometryczne może poprawić bezpieczeństwo klientów. To bardzo wyraźny znak, że docenia się IT jako czynnik zwiększający efektywność biznesu – tłumaczy Marcin Germel.

Jak wskazuje Marcin Germel, po spowolnieniu w 2016 roku i w związku z niepewnością dotyczącą wprowadzeniem podatku bankowego oraz propozycjami dotyczącymi ustawy frankowej, banki zwiększają wydatki na IT.

Oprócz inwestycji w aplikacje mobilne oraz webowe widzimy kilka obszarów IT, którymi banki bardzo się interesują. Wraz z rosnącą liczbą danych elektronicznych widzimy ciągłe inwestycje w systemy ich przechowywania i archiwizacji. Również w pozostałych obszarach związanych z budową data center (sieci telekomunikacyjne), banki dostrzegły potrzebę wirtualizacji i automatyzacji procesu rozbudowy, co daje im gwarancje zachowania ciągłości działania i elastyczność budowy nowych usług – mówi przedstawiciel Atende. Wszystkie inwestycje są spowodowane walką o klienta. Systemy mają poprawić jakość, szybkość obsługi oraz łatwość dostępu do banku. Żeby to osiągnąć, potrzebna jest technologia.

Wzrost popularności aplikacji mobilnych i bankowości internetowej sprawia jednak, że rośnie zagrożenie cyberatakami. Z badania przeprowadzonego przez Kaspersky Lab i B2B International wynika, że banki i instytucje finansowe na bezpieczeństwo IT wydają niemal 3-krotnie więcej niż firmy z innych sektorów. 64 proc. banków zapowiada dalsze inwestycje w ochronę IT.

– Polskie banki są świetnie zaopatrzone w platformy security w każdym możliwym obszarze. Należy się spodziewać jednak nowych inwestycji w systemy bezpieczeństwa, zwłaszcza przy zabezpieczeniach aplikacji mobilnych oraz webowych. Technologia w zakresie rozwiązań security zmienia się bardzo szybko, stąd też z rynku napływa wiele zapytań o modyfikacje czy nowe systemy. Widzimy też bardzo duże zainteresowanie usługami Anty-DDoS –przyznaje Marcin Germel.

Jak tłumaczy ekspert, wzmożone zainteresowanie rozwiązaniami IT zwiększającymi bezpieczeństwo ma związek również z przygotowywaniem się przez banki do nowego rozporządzenia UE o ochronie danych osobowych GDPR, które wejdzie w życie 25 maja 2018 roku. Polskie banki są do niej w większości dobrze przygotowane, zgodnie z zaleceniami KNF na bieżąco wdrażają systemy zwiększające bezpieczeństwo, a obecnie prowadzone audyty mają dostosować instytucje do wymogów rozporządzenia.

Klienci banków cały czas odczuwają wprowadzane zmiany IT. Na przełomie ostatnich lat sami możemy ocenić łatwość dostępu do własnych pieniędzy, o ile zmniejszyła się liczba wizyt w bankach, ile spraw można załatwić przez telefon, internet czy za pomocą aplikacji mobilnej w smartfonie. Należy pamiętać, że wszystkie te możliwości daje nam właśnie IT – podkreśla Marcin Germel.

Rośnie sprzedaż prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Obecnie ma je ponad 1,7 mln Polaków

Rośnie sprzedaż prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Obecnie ma je ponad 1,7 mln Polaków 14

Prywatne ubezpieczenia zdrowotne cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Dane Polskiej Izby Ubezpieczeń wskazują, że po III kwartale 2016 roku prywatne ubezpieczenia zdrowotne miało około 1,76 mln Polaków. Liczba ta wzrosła rok do roku o blisko 30 proc. Według Polskiej Izby Ubezpieczeń to wynik zarówno sytuacji w publicznej służbie zdrowia, jak i budzącego kontrowersje projektu ustawy wprowadzającej daleko idące zmiany w systemie finansowania szpitali.

Szybko rosnąca liczba kupujących ubezpieczenia zdrowotne świadczy o coraz większej świadomości Polaków – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Fal, doradca zarządu ds. ubezpieczeń zdrowotnych Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Biorąc pod uwagę to, że zdrowie jest najważniejsze, chcą je sobie zabezpieczyć i leczyć się w takich warunkach, jakich oczekują.

Jak wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, po III kwartale 2016 roku liczba klientów, którzy mieli ubezpieczenia zdrowotne zwiększyła się o 28 proc. O przeszło 40 proc. wzrosła natomiast liczba osób nabywających polisy prywatnie, bez pośrednictwa macierzystego zakładu pracy. Składka przypisana brutto wyniosła 399,1 mln zł (po wzroście o ok. 50 mln zł).

Większy wzrost w liczbie polis niż w składce przypisanej wskazuje, że produkt staje się coraz dostępniejszy, bo ubezpieczenia tanieją – komentuje Dorota Fal. – Oferta na rynku jest także coraz większa. Z jednej strony pojawiają się polisy obejmujące szerszy zakres opieki, z drugiej – bardzo celowe, na przykład lekowe czy onkologiczne. W rezultacie klientom łatwiej dopasować produkt do indywidualnych potrzeb.

Z danych PIU wynika, że dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne w Polsce są jednak wciąż najczęściej elementem pozapłacowych świadczeń socjalnych. Najchętniej kupowanymi polisami (ponad 1,4 mln) są umowy grupowe nabywane zazwyczaj przez pracodawców na rzecz zatrudnionych lub przez samych pracowników.

Rosnące zainteresowanie po pierwsze wynika z coraz trudniejszej sytuacji publicznej ochrony zdrowia. W europejskim rankingu konsumenckim znaleźliśmy się pod tym względem na ostatnim miejscu przed Czarnogórą – wyjaśnia Dorota Fal. – Wynikiem tego jest poczucie niepewności w zakresie dostępu do opieki zdrowotnej i pomocy w ewentualnej chorobie. Z drugiej strony sytuację potęgują zapowiadane reformy. W publicznym systemie opieki zdrowotnej pojawiają się zmiany, które zdaniem wielu ekspertów jeszcze bardziej mogą utrudnić dostęp do procedur i świadczeń medycznych, czyli do lekarzy specjalistów oraz szpitali.

W ostatnich dniach Sejm przyjął ustawę wprowadzającą tzw. sieć szpitali. Zgodnie z jej założeniami szpitale sieciowe będą miały zagwarantowaną umowę NFZ. Do systemu wejdą placówki, które od co najmniej dwóch lat mają umowę z Funduszem i w których działa izba przyjęć albo szpitalny oddział ratunkowy. Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że w wyniku reformy kolejki do lekarzy staną się krótsze, a leczenie – sprawniejsze.

Nowo przygotowywane prawo budzi mnóstwo kontrowersji szczególnie wśród specjalistów i tzw. świadczeniodawców, czyli dyrektorów, menadżerów, właścicieli szpitali – ocenia Dorota Fal. – Obywatele natomiast odczuwają przede wszystkim niepokój, bo tak naprawdę nie wiadomo, jak to wszystko miałoby wyglądać, jaki będzie dostęp do szpitali, jak placówki będą działać, jak przebiegnie okres przejściowy i czy eksperci wskazujący, że ustawa zdecydowanie pogorszy dostęp do publicznej ochrony zdrowia, faktycznie mają rację.

Marek Belka: Inflacja w tym roku będzie znacznie wyższa niż zakładano

– Mam trochę inny pogląd niż moi koledzy z NBP, którzy przewidują, że inflacja podniesie się, a później się obniży i nie dojdzie do celu inflacyjnego określonego na 2,5 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 prof. Marek Belka, były premier, prezes NBP i minister finansów. – Inflacja może nawet ten cel przekroczyć, ze względu na sytuację na rynku pracy.

Odwrócony VAT szkodzi firmom budowlanym

Arkadiusz Łagowski – doradca podatkowy, Grant Thornton
Arkadiusz Łagowski – doradca podatkowy, Grant Thornton

Obowiązujące od 1 stycznia br. tzw. odwrotne obciążenie w rozliczeniu podatku VAT w branży budowlanej może spowodować utratę płynności finansowej przez wiele firm. Przepisy stwarzają wiele problemów interpretacyjnych, są trudne w stosowaniu – uważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.

Zgodnie z nowymi przepisami firmy budowlane realizujące usługi jako podwykonawcy są zobowiązane do wystawiania faktury bez VAT – podatek rozlicza wówczas generalny wykonawca, na rzecz którego wykonywana jest usługa. Dotąd podwykonawcy wystawiali faktury z wykazaną kwotą VAT, dzięki czemu mogli tę kwotę kompensować z podatkiem wynikającym z faktur zakupowych (m.in zakup materiałów na potrzeby wykonywanych usług). Od początku 2017 r. podwykonawcy nadal dokonują zapłaty za nabywane towary i usługi (inne niż budowlane) wraz z podatkiem VAT, przy czym mogą go odzyskać dopiero poprzez zwrot z urzędu skarbowego. Powoduje to istotne wydłużenie okresu w jakim przedsiębiorca ponosi ciężar VAT (co może budzić wątpliwości zgodnie z zasadą neutralności podatku VAT dla podatnika), a okres ten może wynieść nawet kilka miesięcy.

– Ze wstępnych szacunków wynika, że każdego roku firmy budowlane będą „oddawać na przechowanie” do Skarbu Państwa kilka miliardów złotych rocznie. Dodatkowym zagrożeniem dla branży jest to, że organy podatkowe są obowiązane kontrolować prawidłowość dokonywanych zwrotów, przy czym często zgłaszają zastrzeżenia do wniosków o zwrot, i w konsekwencji podatnik otrzymuje zwrot podatku nie w ciągu ustawowych 60 dni, a znacznie później – mówi Arkadiusz Łagowski, manager w Grant Thornton, wiceprzewodniczący Grupy VAT Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Zmiany wprowadzone zostały w pośpiechu, a w ustawie jest wiele niejasności interpretacyjnych, np. nie wiadomo do końca, kto ma obowiązek rozliczania VAT po nowemu, czyli kto jest z podatkowego punktu widzenia uznawany za podwykonawcę.

Inwestorzy czekają, aż Trump powie „yes, we can”

Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI.
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI.

„Yes, we can” – tymi słowami w 2008 roku zainaugurował swoją prezydenturę Barack Obama. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, czy gabinet byłego prezydenta USA rzeczywiście zrobił dla amerykańskiej gospodarki wszystko, co mógł. Jedno zrobił na pewno. Przeforsował ustawę o systemie opieki zdrowotnej, potocznie nazywaną „Obamacare”.

Co to ma wspólnego z obecną sytuacją na amerykańskiej giełdzie?

Bardzo wiele. Obamacare jest dla gabinetu Donalda Trumpa dużą przeszkodą w realizacji najważniejszych postulatów wyborczych. Obecny system ubezpieczeń zdrowotnych w USA jest na tyle drogi, że dopóki funkcjonuje, dopóty nie ma co liczyć na obiecane cięcia podatków czy inwestycje w infrastrukturę. A przecież to fundamenty „Trumponomics”, na których Republikanie zamierzali oprzeć dalszy rozwój amerykańskiej gospodarki.

Inwestorzy czekają na rozwój wypadków

Na przestrzeni ostatnich miesięcy inwestorzy  wierzyli w pozytywne skutki „Trumponomics”, m.in. wzrost zysków spółek oraz konsumpcji prywatnej w USA. Spodziewali się, że działania gabinetu Trumpa przedłużą obecny cykl wzrostowy na Wall Street nawet o dwa lata. Odwołanie przez Republikanów głosowania nad zniesieniem Obamacare podkopało nieco ich wiarę w polityczną siłę Donalda Trumpa i Partii Republikańskiej. Stąd też ostatnie, niewielkie spadki na giełdzie w USA i w innych częściach świata. Na razie mamy polityczny pat. Co dalej?

Globalne rynki akcji urosły już na tyle, że dalsza koniunktura (przynajmniej przez jakiś czas) będzie uzależniona od rozwoju sytuacji w amerykańskim parlamencie. Dotyczy to również warszawskiej giełdy. Pozostaje więc czekać na triumfalne „yes, we can” z ust Trumpa. A jeśli się nie doczekamy, na osłodę pozostaną nam rosnące zyski spółek oraz poprawiająca się sytuacja gospodarcza w USA, Europie, a także na naszym rodzimym podwórku – w Polsce.

Dolar i indeksy przestają już wierzyć Trumpowi

Dolar i amerykańskie indeksy giełdowe pogłębiają dziś zeszłotygodniową przecenę, gdyż inwestorzy zaczynają wątpić w to, iż Donald Trump będzie w stanie wprowadzić w życie zapowiadane reformy ekonomiczne.

Problemy amerykańskiego prezydenta z przepchnięciem przez Kongres reformy systemu zdrowotnego wprowadzonego przez jego poprzednika Barracka Obamę, mogą wpłynąć negatywnie na sprawne wprowadzenie w życie flagowych reform ekonomicznych min. dotyczących cięcia podatków oraz zwiększenia wydatków infrastrukturalnych.

Para EURUSD rośnie 0,8% handlując w pobliżu poziomu 1,0890 po tym jak chadecka partia CDU kanclerz Angeli Merkel zdecydowanie wygrała niedzielne wybory do regionalnego parlamentu w kraju związkowym Saara na zachodzie Niemiec, zdobywając ponad 40% głosów.

Oznacza to, iż Angela Merkel z powodzeniem może się ubiegać w wrześniowych wyborach do Bundestagu po raz czwarty o fotel kanclerza. Dzięki temu para pokonała szczyty  z grudnia 2016 roku i lutego 2017 roku i handluje najwyżej od połowy listopada 2016 roku.  Para USDJPY traci 0,9% handlując w pobliżu poziomu 110,30, najniżej od połowy listopada 2016 roku.

Do dolara umacnia się też zdecydowanie polski złoty.

Para USDPLN traci ponad 1% i obecnie handluje w pobliżu poziomu 3,90 najniżej od listopada. Złoty zyskuje też nieznacznie do reszty głównych walut. Para EURPLN traci 0,3% handlując w pobliżu poziomu 4,25, najniżej od kwietnia 2016 roku.  Para CHFPLN traci 0,2% handlując w pobliżu poziomu 3,97 a para GBPPLN traci 0,2% handlując w pobliżu poziomu 4,91.

Para GBPUSD rośnie 0,8% handlując w pobliżu poziomu  1,2570, najwyżej od początku lutego.

Brytyjska premier Theresa May już w środę  rozpocznie proces wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Następstwem tego będzie dwuletni okres negocjacji dotyczący warunków tego procesu.

Indeks S&P traci 0,5% handlując w pobliżu poziomu 2330 punktów, najniżej od połowy lutego.

Podobnie pod kreską handluje reszta amerykańskich indeksów. W dniu dzisiejszym będzie przemawiać dwóch głosujących członków Fed-u. W Madrycie na temat polityki monetarnej i kondycji gospodarki  wypowie się prezydent Chicagowskiego Fed-u Charles Evans. Natomiast na uniwersytecie A&M Texas przemówi prezydent Fed-u z Dallas Robert Kaplan.

W warunkach taniejącego dolara i tracących indeksach giełdowych inwestorzy szukają alternatywnych inwestycji lokując swój kapitał między innymi w złoto.

Za uncję szlachetnego kruszcu należy obecnie płacić aż 1255 dolarów, ponad 1% więcej niż w piątek. Z kolei ropa naftowa WTI traci około 0,9% handlując w pobliżu poziomu 47,60 dolarów za baryłkę, pomimo iż część członków kartelu OPEC opowiada się za zwiększeniem cieć w produkcji surowca. Mocną przecenę mamy na miedzi, która traci aż 2,5% i handluje jedynie po 2,57 dolarów za funta.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Kurs złotego zyskuje do euro i dolara, gorzej z giełdą

Marcin Kiepas, analityk rynków finansowych
Marcin Kiepas

Trwa dobra passa złotego. W relacji do euro jest on najmocniejszy od sierpnia ub.r., podczas gdy do dolara od wyborów prezydenckich w USA. Znacznie gorzej zachowuje się natomiast giełda w Warszawie. A wszystko to przez problemy Trumpa.

Poniedziałkowy handel na krajowym rynku walutowym upływa pod znakiem umocnienia złotego do euro i dolara. Dziś za wspólną walutę trzeba było zapłacić już tylko 4,2516 zł, czyli najmniej od od początku sierpnia. Kurs USD/PLN spadł natomiast 3,8994 zł, co jest poziomem oglądanym ostatnio dzień po listopadowych wyborach prezydenckich w USA. Dużo mniej dzieje się zaś na CHF/PLN i GBP/PLN. Obie pary pozostają blisko poziomów z piątkowego zamknięcia.

Umocnienie złotego, które koresponduje z analogicznym zachowaniem innych walut regionu (np, węgierskiego forinta), to w głównej mierze efekt przeceny dolara. Amerykańska waluta traci na wartości po tym, gdy prezydent Donald Trump nie zdołał wśród republikańskiej większości w Kongresie zdobyć poparcia dla likwidacji programu Obamacare. To spowodowało, że inwestorzy zaczęli się zastanawiać, na ile realne będzie przeforsowanie przez prezydenta, tak ważniej z punktu amerykańskiej gospodarki reformy podatkowej czy wzrostu wydatków na infrastrukturę? W efekcie tamtejsza gospodarka nie otrzyma dodatkowego bodźca, inflacja nie przyspieszy, a Fed nie będzie nadmiernie się spieszył z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych. To zaś w prostej linii prowadzi do słabszego dolara, co automatycznie przekłada się na poprawę sentymentu do walut rynków wschodzących.

Obawy związane z Trumpem jednocześnie powodują znaczące pogorszenie nastrojów na światowych giełdach. Efektem jest przecena indeksu WIG20 o 1,8% i spadek poniżej ważnego wsparcia na poziomie 2200 pkt. W tym samym czasie niemiecki DAX traci 1%, francuski CAC spada o 0,4%, a amerykański indeks S&P500 po godzinie notowań spada o 0,6%. Mocno też tanieje miedź (-2%) i ropa (-1,7%), a drożeje uważane za tzw. bezpieczną przystań złoto (+1%).

Dlaczego wobec tego globalnego wzrostu awersji do ryzyka złoty (i inne waluty regionu) zyskują? Inwestorzy zapewne liczą, że słaby dolar oznacza nie tylko mniejsze problemy z zadłużeniem rynków wschodzących, ale ostatecznie przełoży się na wzrost cen surowców, co te gospodarki wesprze. Dobrą wiadomością jest to, że aktualna sytuacja raczej ogranicza niż wzmacnia szanse na podwyżki stóp procentowych przez Fed.  Innym powodem są nadzieje na to, że pożyczone przez europejskie banki z ECB 233 mld EUR w ramach TLTRO2 ostatecznie w jakiejś części zostanie zainwestowane w Polsce. Inwestorzy mogą też zakładać, że wzrost gospodarczy w Europie będzie przyspieszał niezależnie od wydarzeń w USA, a opublikowany dziś indeks instytutu Ifo (wzrost do 112,3 z 111 pkt., przy prognozie 111 pkt.) w tych oczekiwaniach ich wspiera.

Powyższe myślenie jest w dużej mierze życzeniowe, a skala obserwowanego w ostatnich dwóch tygodniach spadku kursu euro i dolara na tyle duża, że kursy tych walut wydają się być atrakcyjne. Zwłaszcza dotyczy to dolara, który potaniał o 20 gr. Dlatego też ten tydzień prawdopodobnie przyniesie kres umocnienia złotego. Szczególnie, że obawy związane z brakiem realizacji obietnic wyborczych przez Trumpa prawdopodobnie obecnie kumulują, zachowanie rynku surowcowego nie napawa optymizmem, a oczekiwania na podwyżki stóp przez Fed na tyle się zmniejszyły, że ponownie może rozpocząć się gra pod ich wzrost.

Złoty do końca tygodnia pozostanie pod wypływem rynków globalnych, w tym przede wszystkim amerykańskiej (Trump) i europejskiej (BREXIT) polityki. W piątek zaś dodatkowym impulsem będą dla niego wstępne szacunki marcowej inflacji w Polsce (prognoza: 2,4% R/R).

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Analiza techniczna: kurs dolara, euro, franka i funta

Kluczowy moment na głównej parze walutowej świata. Złoty wciąż mocny, choć perspektywy są niepewne. Coraz tańszy frank może cieszyć frankowiczów. Dolar najtańszy od listopada zeszłego roku. Potencjał do przeceny euro prawdopodobnie wyczerpany.

Tabela. Maksima i minima EURUSD oraz głównych walut w PLN. Zakres: 20.03.2017 – 27.03.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN EUR/USD
Minimum 4,2525 3,9590 3,9170 1,072
Maksimum 4,2890 4,0055 3,9860 1,087

 

Kurs EUR/USD

Kurs Euro do Dolara Wykres

            Główna para walutowa świata wyraźnie kieruje się na północ. Od lokalnego minimum minął już prawie miesiąc. Od tego czasu obserwujemy wyraźne umocnienie euro wobec dolara. Z jednej strony jest to spowodowane względnym spokojem w Europie. Obawy o Wildersa, Le Pen czy o Grecję znacząco ucichły. Z drugiej strony rośnie napięcie w USA. Przegrana batalia o Obamacare czy niepewność związana z budżetem widocznie ciążą dolarowi. Powoduje to, że EUR/USD pokonuje kolejne opory. Najpierw 15 marca przebita została linia oporu długoterminowego trendu spadkowego. Dzisiaj z kolei udało się przebić poziom 1,082. Trwałe pokonanie ostatniego znaczącego oporu na poziomie 1,087 otworzy drogę do 1,10, a nawet jeszcze wyżej. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że zarówno spokój w Europie, jak i problemy w USA są przejściowe, co może skutkować rychłym odwróceniem obecnego trendu.

Kurs EUR/PLN

Kurs Euro Złoty wykresEuropejska waluta mimo swojej siły względem dolara w ostatnim czasie tanieje wobec złotego. W połowie marca kosztowało nawet 4,35 zł. Od tego czasu rozpoczął się rajd w dół, który sprowadził kurs EUR/PLN 10 groszy niżej. Poziom 4,255 okazał się jednak skutecznym wsparciem. Podobnie było w połowie października, kiedy ostatni raz euro było tak tanie. Obecnie zarysowana została formacja klina, którego wybicie może nadać kierunek na najbliższe tygodnie. Zaraz przy wyżej opisanym wsparciu znajduje się kolejne na poziomie 4,225 zł, co zwiększa prawdopodobieństwo wybicia górą, powinno to skutkować powrotem w okolice 4,35 zł, a nawet 4,40 zł.

Kurs USD/PLN

Kurs dolara do złotego wykres USD-PLNSłabość dolara wyraźnie widać w przecenie względem złotego. Do połowy marca kurs USD/PLN poruszał się we względnie wąskim kanale między 4,04 zł a 4,09 zł. Później jednak w grę zaczęła wchodzić linia trendu spadkowego, który został zapoczątkowany na przełomie roku. Dała ona impuls do dalszych i mocniejszych spadków. Przełamanie dolnej granicy kanału tylko jeszcze przyspieszyło ten ruch. Obecnie dolar kosztuje 4,91 zł, a kolejne istotne wsparcie znajduje się dopiero 10 groszy niżej. Jeśli nie dojdzie do zmiany globalnego sentymentu, powinniśmy obserwować kontynuację ruchu. Należy jednak pamiętać, że fundamenty dolara pozostają zdecydowanie silne, więc powrót do wzrostów wydaje się tylko kwestią czasu.

Kurs CHF/PLN

Kurs franka do złotego wykres

To był dobry miesiąc dla osób z kredytami we frankach. Szwajcarska waluta względem polskiej potaniała o blisko 10 groszy. Co więcej, mamy do czynienia z bardzo korzystnym układem na wykresie CHF/PLN. Dość blisko siebie znajdują się trzy wyraźne obszary oporu. Pierwszym teoretycznie najsłabszym jest krótkoterminowa linia trendu. Kurs testował już ją sześciokrotnie, więc powoli zyskuje ona na znaczeniu. Kolejnym ważnym oporem, jest psychologiczna bariera 4 złotych, która już wielokrotnie zatrzymywała wcześniejsze ruchy. W końcu mamy też linię długoterminowego trendu, która obowiązuje od początku roku. Taka kombinacja jest wyraźnie prospadkowa, zwłaszcza że pole do dalszej przeceny wciąż istnieje. Najbliższe silne wsparcie znajduje się na poziomie 3,90 i jest całkiem prawdopodobne, że będzie ono w najbliższym czasie testowane.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Cyfrowa neofobia hamuje rozwój chmury?

Jedynie 8 proc. polskich przedsiębiorstw korzysta z usług w chmurze obliczeniowej, wynika z najnowszych badań GUS. W przypadku firm z sektora przetwórstwa przemysłowego sytuacja wygląda jeszcze gorzej, bo zaledwie 7 proc. z nich sięgnęło po rozwiązania cloudowe. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych już rok temu 27 proc. organizacji zdecydowało się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie w chmurze obliczeniowej, co oznacza wzrost o 16 proc. rok do roku. Czego obawiają się polskie firmy i czy cloud computing ma szanse stać się nad Wisłą tak popularny, jak na Zachodzie?

Haigh’s Chocolate to rodzinna australijska firma specjalizująca się w produkcji najwyższej jakości czekolady. Zatrudnia w tej chwili ponad 500 osób i kontroluje nie tylko cały proces produkcji, ale także dystrybucji i sprzedaży. Nie tylko to wyróżnia Haigh’s Chocolate. To jedna z pierwszych firm w branży spożywczej, które zdecydowały się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie dostarczanego w chmurze obliczeniowej. Choć na tamtejszym rynku brakowało przykładów implementacji takich rozwiązań i dla firmy ERP w chmurze był pewnym poligonem doświadczalnym, to dziś producent absolutnie nie żałuje swojego wyboru

Decyzja o przejściu do chmury była jedną z najlepszych jakie podjęliśmy. Uwolniła nam mnóstwo zasobów, dzięki czemu możemy się skoncentrować na rozwijaniu naszych kluczowych kompetencji – czyli na produkcji i sprzedaży czekolady – przekonuje Simon Haigh zarządzający Haigh’s Chocolate. – Dziś nie zadajemy sobie pytania „czy technologia będzie działać”?, tylko: „jak produkować najlepszą czekoladę” – dodaje.

Firm takich jak Haigh’s Chocolate jest coraz więcej. Według raportu firmy doradczej Panorama Consulting, systemy ERP w chmurze wdrożyło już 27 proc. amerykańskich przedsiębiorstw, co oznacza 16 proc. wzrost rdr. Nie inaczej jest w Europie. Jak szacuje IDC, do 2020 r. już co najmniej 45% oprogramowania oraz infrastruktury informatycznej w europejskich przedsiębiorstwach będzie dostarczane w modelu chmurowym. Tym samym, w 2020 r. inwestycje w rozwiązania chmurowe będą stanowiły 20% wydatków na infrastrukturę IT oraz 25% wydatków przeznaczanych na zakup oprogramowania, usług i sprzętu. Jak na tym tle wygląda Polska?

Strach hamulcem rozwoju

Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego rysują mało optymistyczny obraz rodzimego rynku. Na korzystanie z usług w chmurze zdecydowało się zaledwie 8 proc. przedsiębiorstw. Jeśli weźmiemy pod lupę jedynie sektor przetwórstwa przemysłowego sytuacja, wygląda jeszcze gorzej. Z cloud computingu zdecydowało się skorzystać tylko 7 proc. firm. Mimo, że za usługami świadczonymi w chmurze przemawia wiele korzyści, przed korzystaniem z nich przedsiębiorców powstrzymuje przede wszystkim brak wiedzy (aż 40 proc. wskazań) oraz strach. Aż 36 proc. polskich firm swoją decyzję o niekorzystaniu z chmury uzasadnia obawami związanymi z bezpieczeństwem. Podobna liczba respondentów za przyczynę podała niepewność co do lokalizacji przechowywania danych, a 31 proc. ankietowanych przedsiębiorstw zwróciło uwagę na wątpliwości dotyczące kwestii prawnych, jurysdykcji i mechanizmów rozstrzygania sporów.

Poza obawą o dostęp do Internetu i bezpieczeństwo danych, decydentów przed skorzystaniem z cloud computingu powstrzymuje lęk przed ewentualnymi konsekwencjami prawnymi. Wynika on z braku stosownych przepisów, które jasno określiłyby dozwolone praktyki i normy, które powinny być spełnione. To właśnie dlaczego, tak wiele firm czeka na „early adopterów”. Jak wskazał jeden z szefów IT reprezentujący instytucję finansową: „Jedyne, czego potrzebujemy to bank, któóry pierwszy przeniesie się do chmury i nie zostanie ukarany za to przez regulatora. Jeśli tak się stanie, uruchomi to lawinę migracji do modelu usługowego.” W branży produkcyjnej jest podobnie.

Wbrew pozorom, polski rynek nie różni się pod tym względem od znacznie bardziej rozwiniętych rynków Ameryki Północnej czy Europy Zachodniej. Wszędzie kwestie bezpieczeństwa, prywatności oraz regulacji prawnych są istotnym ograniczeniem we wdrażaniu chmury. Również w przemyśle istnieje potrzeba zagwarantowania 100% dostępności infrastruktury i aplikacji IT, bo jakiekolwiek przerwy na linii produkcyjnej są niedopuszczalne i grożą dużymi stratami. To istotne obawy, choć jak pokazuje doświadczenie, nieuzasadnione – zwraca uwagę Piotr Rojek z firmy DSR dostarczającej rozwiązania IT dla produkcji.

Dobrym przykładem jest ELHI Polymer Moulding, holenderski dostawca plastikowych komponentów dla branży motoryzacyjnej, elektronicznej czy medycznej. Jako jeden z atutów systemu ERP w chmurze firma uznała obniżenie ryzyka – zarówno finansowego, jak i informatycznego. Nic dziwnego, doświadczenia pokazują, że wątpliwości odnośnie bezpieczeństwa często są wymówką służącą temu, by utrzymywać infrastrukturę IT w modelu tradycyjnym. Okazuje się, że bardzo często poziom bezpieczeństwa oferowany przez dostawców rozwiązań cloudowych nie tylko nie odbiega od tego w firmach, ale jest nawet wyższy.

Producenci zadowoleni z chmury

Przedsiębiorstwa, które podjęły decyzję o wyborze systemu ERP w modelu usługowym, zwracają uwagę na szereg korzyści wynikających z implementacji tego rozwiązania. Do najczęściej wymienianych należy szybki czas udostępnienia aplikacji a także znacząco niższe koszty początkowe w porównaniu do modelu on premise. Ten pierwszy aspekt był kluczowy dla Plasan Carbon Composites, amerykańskiej firmy dostarczającej komponenty z włókna węglowego dla General Motors i Chryslera. Presja z ich strony na jak najszybsze rozpoczęcie produkcji była na tyle silna, że czas wdrożenia systemu decydował o powodzeniu projektu. Firma zdecydowała się więc na wybór ERP w chmurze. System QAD Cloud ERP przy niewielkim poziomie modyfikacji udało się uruchomić w ciągu zaledwie trzech miesięcy. Byłoby to niemożliwe w przypadku wdrożenia on-premise, gdzie projekty implementacji trwają po kilkanaście miesięcy a nawet dłużej. – Wiedzieliśmy, że nie chcemy inwestować pieniędzy, zasobów osobowych i czasu w rozwiązanie on premise. Chmurowy ERP był dla nas najlepszym rozwiązaniem – tłumaczy Philip Austin z firmy Plasan.

Solaftowi, jednemu z czołowych producentów filtrów przemysłowych, którego produkty sprzedawane są w Azji, Australii i obu Amerykach, system w chmurze pozwolił na zwiększenie efektywności we wszystkich obszarach, ze szczególnym naciskiem na prognozowanie i planowanie. Stało się tak m.in. dzięki całodobowemu dostępowi do spójnie opracowanych globalnych danych we wszystkich strefach czasowych. Optymalizacja gromadzenia i przepływu danych przełożyła się również na obsługę klienta: wskaźnik DIFOT (delivered-in-full-time) polepszył się o 10 proc.

W Polsce zaczyna się w tej chwili wymiana oprogramowania wspierającego zarządzanie, wdrożonego kilka czy kilkanaście lat temu. Świadomość menedżerów się zmienia więc część klientów będzie migrowała do chmury, choć daleki jestem od tezy, że za kilka lat większość firm produkcyjnych będzie korzystała z tego rozwiązania. Model chmurowy z pewnością jednak warto rozważyć, bo zmniejsza on nie tylko ryzyko inwestycyjne, ale także likwiduje konieczność opieki nad systemem, tworzenia kopii zapasowych czy inwestycji w sprzęt. Uwolnienie IT od bieżącego zarządzania infrastrukturą powoduje, że informatycy mogą więcej czasu przeznaczyć na weryfikację oczekiwań biznesu i mapowanie ich w narzędziach IT. Chmura pomaga też uniknąć kosztownych i często niepotrzebnych modyfikacji – zauważa Piotr Rojek z DSR.

Według danych Panorama Consulting średni koszt wdrożenia aplikacji wspierającej zarządzanie wyniósł w ubiegłym roku 3,8 miliona dolarów. Choć oznacza to spadek o ponad 15% w porównaniu do 2014 r., to analitycy wskazują, że w aż 57 proc. przypadków przekroczono planowany budżet wdrożeniowy. Głównym powodami były szerszy niż początkowo planowano zakres wdrożenia, problemy organizacyjne i techniczne i niedoszacowanie liczby konsultantów. Warto też zwrócić uwagę na liczne modyfikacje systemu ERP. Zdecydowało się na nie aż 90% badanych firm. Co więcej, w większości przypadków była one znaczące, a w 7 proc. zmieniły system o połowę. Nic więc dziwnego, że tak często przekroczono budżet.

Zdaniem ekspertów przerabiania systemów ERP należy unikać za wszelką cenę, ponieważ wydłuża to czas wdrożenia projektów, a koszt takich działań pochłania często prawie połowę budżetu. Praktyka pokazuje, że takie operacje nie zawsze są potrzebne. Obowiązuje tutaj zasada: im więcej oczekiwanych funkcjonalności będzie posiadał system w standardzie, tym mniej modyfikacji będzie trzeba wprowadzić.