Segment samochodowy napędza rozwój Impexmetalu. Część metalurgiczna cierpi przez wymogi klimatyczne w UE

CEO Magazyn Polska

Niskie koszty produkcji w Polsce dają branży automotive przewagę konkurencyjną, na czym korzystają takie firmy jak Boryszew, wchodzący w skład Impexmetalu. Głównym odbiorcą produktów grupy jest Volkswagen, ale spółka liczy na nowe kontrakty z Mercedesem czy BMW. „Druga noga” Impexmetalu, czyli metalurgia, już nie radzi sobie tak dobrze. Zagrożeniem jest restrykcyjna polityka energetyczno-klimatyczna.

Boryszew Automotive Plastics, należący do grupy kapitałowej Impexmetal, rozwija się dynamicznie. To zasługa m.in. niskich kosztów produkcji w Polsce.

 – Mamy w obszarze przetwórczym bardzo dobre parametry kosztów w Polsce – to są właściwie najniższe koszty w Europie w tej chwili. Przejmowanie firm, które produkują komponenty do samochodów, dywersyfikowanie produkcji w innych krajach rozwojem w Polsce, daje szanse na obniżenie kosztów i globalne konkurowanie o kontrakty dla naszych największych partnerów, czyli dla grupy Volkswagena, ale myślę, że z czasem również Mercedesa czy BMW – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej Impexmetalu i członek rady nadzorczej Boryszewa.

Grupa Boryszew przenosi część produkcji z Niemiec do Polski. Główną inwestycją jest fabryka komponentów w Toruniu. Zgodnie z planem ma zostać otwarta w połowie tego roku. Początkowo będzie zatrudniać 250 osób, docelowo – nawet 700. Odbiorcą produkowanych tam plastikowych komponentów będzie fabryka Volkswagen w Poznaniu.

Arkadiusz Krężel zapewnia, że współpraca z największymi koncernami wymusza na firmie innowacyjność.

 – Dziś około 4 proc. naszych wydatków to są właśnie projekty innowacyjne. Jednak właściwie każda nowa platforma, każdy nowy projekt w automotive jest oparty na innowacji, a bardzo wiele w tym obszarze się zmienia. Musimy iść krok w krok z nowymi rozwiązaniami, które nam narzucają wielcy producenci samochodów – podkreśla członek rady nadzorczej Boryszewa

Jego zdaniem, perspektywy dla branży automotive w Polsce są bardzo dobre. Chociaż najbliższe lata dla producentów komponentów, ze względu na silną konkurencję, będą okresem wytężonej pracy.

Problemy metalurgii

„Drugą nogą” Impexmetalu jest branża metalurgiczna. W przeciwieństwie do automotive ta nie rozwija się tak prężnie.

 – Część metalurgiczna, która dotyczy przede wszystkim metali kolorowych, czeka na sprecyzowanie nowej polityki przemysłowej UE, tego, jak nowa komisja będzie się zachowywała, jakie będzie wyzwalała inicjatywy, żeby chronić przedsiębiorców europejskich, stworzyć im warunki do konkurowania globalnego. Później będziemy decydować, w którą stronę dalej iść – mówi Arkadiusz Krężel.

Od polityk przemysłowej i energetyczno-klimatycznej zależy dalszy rozwój na rynkach europejskich. Przemysł metalurgiczny jest bowiem wysokoemisyjny, co wiąże się z ograniczeniami narzucanymi przez unijną politykę klimatyczną.  

 – Nie ukrywam że świat jest brutalny i jest coraz więcej krajów, które wręcz proszą się o to, żeby u nich inwestować. My, ze względu na to, że w Polsce mamy niższe koszty, mamy jeszcze pewną przestrzeń do konkurowania, ale bardzo wiele firm niemieckich i francuskich, czy włoskich w tej chwili różnymi sposobami wychodzi poza Unię Europejską, żeby sobie obniżać koszty – mówi Krężel.

Grupa kapitałowa Impexmetal w ubiegłym roku zwiększyła przychody o 5 proc, zaś wolumen sprzedaży – o 6 proc. Przychód ze sprzedaży w 2013 r. wyniósł 2,73 mld zł. W skład Impexmetal wchodzi ok. 70 firm z Polski i zagranicy. Grupa notowana jest na warszawskim parkiecie od 1997 r. 

Zasłużony dla polskiej geologii

0

Herbert Wirth prezes KGHM, otrzymał honorową odznakę Zasłużony dla polskiej geologii. Medal przyznawany jest przez Ministra Środowiska osobom wyróżniającym się znaczącymi osiągnięciami naukowymi i zawodowymi w dziedzinie geologii, które przyczyniają się do ich rozpowszechniania, wdrażania i stosowania. Uroczystość wręczenia odbyła się podczas XXIII Szkoły Eksploatacji Podziemnej.

Najlepiej inwestować w Polsce. Według ekspertów WSI Capital w spółki MSP

Opublikowany 22 stycznia 2014 roku ranking Bloomberg „Best for Business in East Europe and Central Asia” potwierdza, że Polska jest najlepszym miejscem we Wschodniej Europie do prowadzenia biznesu. Dlaczego? Ta znakomita pozycja to rezultat analizy takich czynników, jak np. stopień integracji gospodarczej, koszty rozpoczęcia działalności gospodarczej, robocizny i materiałów. To właśnie w naszym kraju klimat biznesowy jest najlepszy, a tuż za nami plasują się nasi południowi sąsiedzi Czesi oraz Węgry.

Jak wskazują autorzy raportu przede wszystkim ciągle rozwija się u nas rynek konsumencki, a także poprawia infrastruktura, na którą w ostatnich latach wydaliśmy, aż 80 miliardów dolarów. Eksperci Bloomberga zauważają, że nasza gospodarka jest najlepiej rozwijającą się od globalnego kryzysu, jaki nastąpił w 2008 roku. Wcześniej zagraniczni inwestorzy woleli lokować swe pieniądze w innych krajach regionu, jednak mocna pozycja złotego zachęca do inwestycji w Polsce. W ostatnich latach w Polsce zainwestowała m.in. firma IBM oraz Procter & Gamble, a Amazon otwiera trzy nowe centra logistyczne.

Dzięki takim inwestycjom w Polsce z roku na rok zwiększa się PKB, a gospodarka staje się jeszcze bardziej konkurencyjna. Należy jednak pamiętać, że w naszym kraju duże znaczenie w tworzeniu PKB odgrywają w szczególności małe i średnie przedsiębiorstwa, które coraz lepiej funkcjonują na rynku. Nierzadko jednak firmy z sektora MŚP potrzebują dużych nakładów pieniężnych, by sfinansować nowe projekty. Wtedy najbardziej pomocne mogą się okazać fundusze Venture Capital.

– Firmy z sektora MŚP biorą aktywny udział w procesie zmian w strukturze przemysłowej kraju i stymulują wzrost gospodarczy. Naszym zdaniem inwestycje w tego typu przedsiębiorstwa to nie tylko szansa na zysk dla inwestorów, ale i szereg korzyści dla polskiej gospodarki – mówi Jacek Kajko, partner WSI Capital.

Duże polskie firmy obawiają się chmury

Interactive Intelligence Group Inc. (Nasdaq: ININ), globalny dostawca oprogramowania i usług zwiększających jakość obsługi klienta, został partnerem merytorycznym badań wykorzystania cloud computingu w sektorze dużych przedsiębiorstw w Polsce, przeprowadzonych przez firmę analityczną Audytel*. Wyniki badania wskazują niską świadomość technologiczną przedsiębiorców – dominują obawy przed nową technologią, brakuje analizy strategicznej i fachowego doradztwa ze strony dostawców usługi. Jednak firmy, które zdecydowały się na korzystanie z chmury, często deklarują plany zwiększenia jej zakresu.

Według różnych analiz rynek cloud w Polsce rozwija się w tempie niemal 30 proc. rocznie. Jednak duże organizacje podchodzą do tej nowej technologii konserwatywnie i bardzo ostrożnie. Prawie połowa badanych przez Audytela przedsiębiorstw oraz jednostek administracji publicznej nie wykorzystuje ani nie rozważa chmury, jako modelu architektury IT. Tylko co piąta firma monitoruje ryzyko, koszty i korzyści związane z przetwarzaniem w chmurze. Posiadanie sformalizowanej strategii dla cloud zadeklarowało jedynie 7 proc. respondentów.

Największymi barierami projektów chmurowych pozostają obawy o bezpieczeństwo danych i ochronę danych osobowych. Przedsiębiorcy boją się również uzależnienia od dostawcy usługi oraz utraty kontroli nad przepływem informacji. Równocześnie ankietowani nisko oceniają zdolności doradcze dostawców usług cloud. Połowa respondentów stwierdziła, że nie potrafią oni opracować strategii wejścia w projekty chmurowe, a 40 proc. ankietowanych uznało, że są również bardzo słabo przygotowani do przedstawienia analizy wstępnej, czyli oceny kosztów i korzyści projektu. Co ciekawe, firmy o wiele lepiej oceniają dostawców w zakresie samego prowadzenia projektów chmurowych.

„Obawy przedsiębiorców w zakresie cloud i niska ocena zdolności doradczych dostawców prowadzą do jednego istotnego wniosku – polski biznes ogromnie potrzebuje konkretnego, merytorycznego szkolenia w zakresie tej nowej technologii – powiedział Marcin Grygielski, dyrektor regionalny na rynek Europy Środkowej i Wschodniej, Interactive Intelligence. – „Problemem naszego lokalnego rynku usług cloud jest duże rozdrobnienie. Wielu dostawców, często bez doświadczenia i know-how, stara się wykroić dla siebie kawałek apetycznego tortu chmury. Tłumaczy to w pewnym stopniu obawy przedsiębiorców. Jednak powiedzmy sobie jasno – zaufany, rzetelny dostawca potrafi zagwarantować wyższe bezpieczeństwo usługi niż wewnętrzne procedury firmy.”

Warto zauważyć, że organizacje, które wdrożyły chmurę, raczej nie rezygnują z tego modelu i rzadko ograniczają zakres usługi. Wręcz przeciwnie, większość respondentów deklarowała powiększenie wykorzystywania przetwarzania w chmurze. W pośredni sposób potwierdza to korzyści związane z wprowadzeniem tej technologii do firmy.

„Duże korporacje często decydują się na chmurę dla konsolidacji zasobów IT i centralizacji zarządzania procesami informatycznymi w rozproszonych lokalizacjach. W tym modelu fizyczna lokalizacja systemu nie ma dla odbiorcy żadnego znaczenia – oprogramowanie zainstalowane w centrum danych np. w Niemczech może obsługiwać oddziały firmy rozrzucone w całej Europie. Chmura pozwala uprościć i skoordynować zarządzanie globalnymi procesami” – dodał Marcin Grygielski.

Spośród rozwiązań komunikacyjnych w modelu chmury (CaaS) najpopularniejszy jest IP PABX lub IP Centrex, którego wykorzystanie deklaruje 27 proc. respondentów. Największą dynamikę wzrostu natomiast wykazują aplikacje komunikacji zunifikowanej. Niemal 10 proc. ankietowanych ma w planach wdrożenie tego typu systemów w modelu cloud w ciągu najbliższych dwóch lat.

Badanie przeprowadzono wśród dyrektorów i managerów IT firm z listy Top 500 Polityki oraz największych jednostek sektora publicznego. Wykorzystywano metodykę CATI/CAWI. Uzyskano 56 odpowiedzi.

*Audytel „Badanie wykorzystania przetwarzania w chmurze w największych polskich organizacjach”, luty 2014

Budowlanka: zwrot czy chwilowe zachwianie?

Po wyraźnej poprawie trendu w zamówieniach publicznych na prace remontowo-budowlane obserwowanej przez cały rok 2013, początek roku 2014 przyniósł niemiłe rozczarowanie – wynika z opracowania wykonanego przez serwis eGospodarka.pl. Styczeń – z powodu aury – nie jest wprawdzie miesiącem w którym oczekiwać należy większej aktywności w segmencie budowlanym, jednak liczony w relacji rocznej spadek liczby ogłaszanych postępowań na prace budowlane nakazuje ostrożne spojrzenie na przyszłą kondycję „budowlanki”.

Według danych zebranych i opracowanych przez serwis www.Przetargi.eGospodarka.pl, w styczniu 2014 roku w Biuletynie Zamówień Publicznych pojawiło się 10 tys. 967 ogłoszeń o rozpoczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, o 5,43 proc. mniej niż rok wcześniej, w styczniu 2013. Spadki zanotowano we wszystkich trzech analizowanych kategoriach zamówień, czyli w dostawach usług (o 6,83 proc. rok do roku), robotach budowlano-remontowych (o 7,67 proc.) oraz dostawach towarów (spadek o 3,25 procent w skali roku).

W porównaniu z grudniem 2013 roku, w pierwszym miesiącu bieżącego roku spadek ogólnej liczby postępowań przetargowych wyniósł aż 24 procent. W podziale na kategorie, spadki wystąpiły tylko w zamówieniach na dostawy usług (spadek w okresie grudzień-styczeń o 33,9 proc.) oraz dostawach towarów (spadek o 26,83 proc.). W styczniu 2014 względem grudnia 2013 przybyło ogłoszeń na prace budowlane – dynamika wyniosła aż 40,39 procent.

Niestety, pomimo dodatniej miesięcznej dynamiki, w styczniu – jak już wspomniano – nie utrzymała się dodatnia roczna dynamika w segmencie budowlanym. Po siedmiu z kolei miesiącach ubiegłego roku w których dynamika liczona rok do roku była dla „budowlanki” dodatnia, w styczniu spadła poniżej zera.

W styczniu 2014 liczba przetargów ogłaszanych w poszczególnych kategoriach różniła się dość znacząco od wyników rejestrowanych w ostatnich latach. O ile względem roku 2013 zanotowano spadki we wszystkich kategoriach, to porównanie tegorocznych wyników z danymi za rok 2011 czy 2012 wygląda już dużo lepiej. W tym roku jednym z winowajców spadku mógł być długi weekend na samym początku roku – przy dwudniowym urlopie (2 i 3 stycznia) można było wygospodarować aż 6 dni wolnych. Jeśli więc spadek był czynnikiem jednorazowym, to trendy (głównie w segmencie budowlanym) będzie można ocenić dopiero po wynikach marcowych.

Gospodarka rusza. Prognozy coraz lepsze

Kondycja polskiej gospodarki systematycznie się poprawia. Jak wstępnie podał Główny Urząd Statystyczny, za cały 2013 rok dynamika PKB wyniosła 1,6 procent, a w ostatnim, czwartym kwartale roku 2013 PKB wzrósł o 2,7 procent.

GUS podał, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających więcej niż 9 osób, wyniosło w styczniu 2014 roku 3.805,28 zł. Oznacza to wzrost w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku (stycznia 2013) o 3,4 procent. W miejscu stoi za to zatrudnienie, które zdaniem GUS w ciągu roku nie zmieniło się.

Według szacunków GUS, inflacja w styczniu 2014 r. wyniosła względem grudnia ubiegłego roku 0,1 procenta, a względem stycznia 2013 roku osiągnęła poziom 0,7 proc. Miesiąc wcześniej, w grudniu 2013 roku, według szacunków GUS, ceny dóbr i usług konsumpcyjnych wzrosły o 0,1 proc. względem listopada, a w porównaniu z grudniem 2012 r. były wyższe o 0,7 proc.

Niestety w styczniu dość mocno wzrosło bezrobocie. Pracy nie miało 14 procent Polaków. Miesiąc wcześniej, w grudniu 2013, stopa bezrobocia wyniosła 13,4 procent.

W styczniu 2014 roku sprzedaż detaliczna wzrosła w relacji rocznej o 4,8 procent. W całym roku 2013 roku sprzedaż detaliczna wzrosła o 2,3 procent, wobec wzrostu o 5,6 proc. w 2012 r.

Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w styczniu o 4,1 proc., licząc rok do roku. Produkcja wzrosła w 24 spośród 34 analizowanych przez GUS działów przemysłu. Niestety produkcja budowlano-montażowa okazała się być w styczniu o 3,9 procent niższa niż rok wcześniej i o 64 procent mniejsza w porównaniu z grudniem 2013 r. jednak po uwzględnieniu czynników sezonowych, spadek produkcji w budownictwie osiągnął poziom 3,9 procent w relacji rocznej i 1,4 proc. w relacji miesięcznej.

– Gospodarka przyspiesza. Może jeszcze nie jest to jazda na wyższych biegach, ale wzrost wydaje się być już stabilny. Oprócz podstawowej w ostatnich miesiącach lokomotywy wzrostu, czyli eksportu, powoli startuje również drugi motor, czyli konsumpcja. Wzrost sprzedaży detalicznej wskazuje, że przestaliśmy się już bać pogorszenia sytuacji i zaczynamy wydawać pieniądze. Dynamika PKB jest jeszcze oczywiście za niska by zmniejszyć bardzo wysokie bezrobocie, ale wiele czynników wskazuje, że w drugiej połowie roku sytuacja na rynku pracy może zacząć się zauważalnie poprawiać – mówi Beata Szkodzin, wydawca serwisu eGospodarka.pl. – Poprawiają się również prognozy dla gospodarki. Jest już prawie pewne, że przekroczymy zakładany w ustawie budżetowej dwu i pół procentowy wzrost PKB. Pomimo bardzo napiętej sytuacji finansów publicznych ruszą również programy inwestycyjne z nowego rozdania budżetu unijnego, co przywróci koniunkturę w sektorze budowlanym. Niestety nadal wielkim problemem jest dług publiczny i wciąż niepewna sytuacja związana z przejęciem części aktywów OFE. Jeśli Trybunał Konstytucyjny będzie miał zastrzeżenia do tej operacji i orzeknie o jej niekonstytucyjności to rząd i podatnicy będą mieli duży, bardzo kosztowny problem – dodaje Beata Szkodzin.

Początek sezonu budowlanego

Analiza struktury ogłaszanych postępowań przetargowych wskazuje na ruszający powoli sezon budowlany. Dane pokazują, że z minimum zamówień na prace budowlano-remontowe mieliśmy do czynienia w grudniu 2013 roku, w styczniu bieżącego roku zaś liczba ogłoszeń na tego typu prace zaczęła rosnąć. I tak liderami miesięcznych wzrostów stały się w styczniu 2014 zamówienia na roboty w zakresie konstruowania, fundamentowania oraz wykonywania nawierzchni autostrad, dróg (+166,67 proc.), roboty w zakresie budowy dróg (+125,93 proc.), roboty w zakresie naprawy dróg (+113,58 proc.), roboty drogowe (miesięczny przyrost o 95,89 procent), roboty w zakresie nawierzchni dróg (+84,75 proc.), roboty budowlane w zakresie budowy wodociągów i rurociągów do odprowadzania ścieków (+72,73 proc.), roboty budowlane w zakresie układania chodników i asfaltowania, przygotowanie terenu pod budowę, roboty w zakresie przygotowania terenu pod budowę i roboty ziemne, roboty budowlane w zakresie wznoszenia kompletnych obiektów budowlanych lub ich części oraz roboty w zakresie inżynierii lądowej i wodnej, roboty malarskie oraz tynkowanie.

Analiza profilu zamówień publicznych w relacji rocznej wskazuje na relatywnie wysokie zapotrzebowanie na prace budowlane, bowiem to zamówienia z tej kategorii zajmujące pozycje liderów wzrostów rok do roku – czołowe pozycje zajmują między innymi przetargi na roboty w zakresie konstruowania, fundamentowania oraz wykonywania nawierzchni autostrad, dróg, tynkowanie, roboty w zakresie przygotowania terenu pod budowę i roboty ziemne, roboty instalacyjne w budynkach, roboty wykończeniowe w zakresie obiektów budowlanych, czy roboty budowlane w zakresie układania chodników i asfaltowania.

Powstaje Baza Zdarzeń i Szkód (BZS), która umożliwi szybkie wykrycie potencjalnych wyłudzeń odszkodowań

Wdrożenie nowego systemu przyniesie wymierne oszczędności dla ubezpieczycieli i ich klientów. Powstaje nowa Baza Zdarzeń i Szkód (BZS), która umożliwi szybkie wykrycie potencjalnych wyłudzeń odszkodowań. Jak wynika z szacunków Insurance Europe, wyłudzenia stanowią 3% wpłacanych składek. Chodzi o polisy życiowe i majątkowe.

Polska Izba Ubezpieczeń i Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny przy wsparciu EY stworzyły system, który ma zapobiegać przestępczości ubezpieczeniowej.

– Baza umożliwi systemowe podejście do identyfikacji przypadków wielokrotnych roszczeń dotyczących tego samego przedmiotu ubezpieczenia. W rezultacie, zakłady będą w stanie lepiej taryfikować swoje produkty. Trudno przewidywać, czy w efekcie wpłynie to na obniżkę cen, gdyż inne czynniki w tym samym okresie mogą działać w odwrotnym kierunku – mówi Wojciech Soleniec, Partner w Grupie Rynków Finansowych EY.

Dzięki niej ubezpieczyciel będzie mógł sprawdzić, czy dane zdarzenie, np. zalanie domu, nie było już wcześniej zgłoszone w innych zakładach.

– W 2011 roku EY zakończył pracę nad raportem „Diagnoza i strategiczne kierunki rozwoju Baz Danych Ubezpieczeniowych”. Jedną z kluczowych rekomendacji było utworzenie Bazy Zdarzeń i Szkód. Pod wpływem ogromnego sukcesu, jaki odniosła w ostatnich latach baza komunikacyjna Ośrodka Informacji UFG, PIU oraz UFG wróciły do rekomendacji z tamtego raportu i zleciły EY analizę przedprojektową. Oprócz przeprowadzenia tej analizy, EY aktywnie wspierał realizację projektu, prezentując jego założenia m.in. na Komisji Rewizyjnej PIU, Radzie UFG, spotkaniu z GIODO i Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu PIU, które w styczniu 2014 roku podjęło decyzję o uruchomieniu środków na BZS. Od marca 2014 roku będziemy dalej wspierać realizację tego projektu z perspektywy zapewnienia zgodności przyjmowanych rozwiązań z założeniami biznesowymi. Pilot BZS planowany jest na II kwartał 2014, a właściwe wdrożenia na IV kwartał 2014 – dodaje ekspert.

W pierwszej kolejności do bazy mają trafić dane dotyczące polis w ramach szkód spowodowanych żywiołami oraz pozostałych szkód rzeczowych, które wartościowo stanowią ponad połowę wypłacanych odszkodowań.

– Zakładamy, że docelowo baza będzie działać w trybie on-line, więc po zasileniu jej danymi wsadowymi, zakład będzie otrzymywał odpowiedź w bardzo krótkim czasie ,zależnie od wolumenu zasilenia, obciążenia bazy w danym momencie, etc. – zapowiada Wojciech Soleniec.

Podobny system działa w ramach ubezpieczeń komunikacyjnych już od trzech lat. W tym okresie wpłynęły do niego 133 miliony zapytań od firm ubezpieczeniowych.

Sadownictwo w Polsce ma się doskonale. Produkujemy coraz więcej

Sięgamy po nie codziennie. Warzywa i owoce są nieodłącznym elementem polskiej kuchni, stylu życia. Niewielu konsumentów – sięgając chociażby po jabłko czy krojąc pomidora – zdaje sobie sprawę, że jako kraj jesteśmy prawdziwym potentatem w ich produkcji. Ponadto polskie warzywa i owoce każdego roku podbijają kolejne rynki eksportowe.

41 kilogramów – tyle według danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – statystyczny Polak w minionym roku skonsumował owoców i ich przetworów. Pierwsze niekwestionowane miejsce zajmuje jabłko z wynikiem 27 kg na osobę, na drugim miejscu są tzw. owoce południowe – cytrusy oraz banany, których łącznie spożywamy około 12 kg. Chętnie jemy truskawki (4,8 kg) oraz owoce pestkowe czyli wiśnie, czereśnie czy śliwki (2,4 kg). Poza owocami świeżymi chętnie spożywamy soki – około 9,6 kg/osobę.

Polscy sadownicy są bezkonkurencyjni – postawili na innowacyjność i zmianę całej infrastruktury – modernizując sady i wprowadzając nowe odmiany. Prof. Augustyn Mika z Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach podkreśla „Sadownictwo w Polsce ma się doskonale. Produkujemy coraz więcej owoców. Samych jabłek zbieramy ponad 3 mln ton, a wszystkich owoców ponad 4 mln ton. Zajmujemy już pierwsze miejsce w Europie.”

Ponieważ jako społeczeństwo nie jesteśmy w stanie skonsumować takiej ilości owoców, producenci stawiają na eksport. Milion ton jabłek trafiło do odbiorców za granicą, z czego 80% do Rosji. Jako kraj jesteśmy dużym producentem czarnej porzeczki, wiśni czy maliny, która zdobywa rynki Stanów Zjednoczonych, Kanady czy Wielkiej Brytanii. Staliśmy się również dużym producentem borówki amerykańskiej – zaznacza prof. Augustyn Mika.

W przypadku warzyw i ich przetworów w minionym roku przeciętny Polak zjadł ich prawie 60 kg. Najchętniej sięgamy po pomidory i ogórki. Sporym zainteresowaniem cieszą się także marchew i cebula, choć zdecydowanie więcej jemy sałaty, cukinii i bakłażanów. Jeśli chodzi o przetwory to konsumujemy ich blisko 8 kg, z czego ponad 2 kg to sama kiszona kapusta.

Prof. dr hab. Franciszek Adamicki, kierownik Instytutu Ogrodnictwa w Skierniewicach, zaznacza „[…] Jesteśmy jednym z ważniejszych producentów warzyw w Europie. Jesteśmy również eksporterem niektórych gatunków warzyw, przede wszystkim cebuli i marchwi.” Jak dodaje, produkcja np. marchwi została skoncentrowana w dużych gospodarstwach. Wybudowano przechowalnie łącznie z liniami do pakowania, sortowania i przygotowywania towaru na eksport. „Stąd nasza marchew znajduje odbiorców w Szwecji, Norwegii, Finlandii czy krajach Europy Zachodniej” – mówi prof. dr hab. Franciszek Adamicki.

Choć w 2004 roku niektórzy wróżyli upadek warzywnictwa szklarniowego, okazało się, że jest wręcz odwrotnie. Zdaniem Macieja Mularskiego, Prezesa Stowarzyszenia Producentów Pomidorów i Ogórków Pod Osłonami, ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że jako kraj jesteśmy piątym producentem pomidorów w całej Europie. „Sprzyja nam nie tylko klimat, ale też inwestycje, jakie zostały poczynione w tę gałąź gospodarki. Przez ostatnie 6-7 lat były one bardzo potężne. To odzwierciedla produkcja. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że Polska ma ogromne tradycje uprawy pomidorów i ogórków pod osłonami” – wyjaśnia Maciej Mularski.

Zanim jednak owoc czy warzywo trafi do naszej siatki z zakupami, zanim zostanie przez producenta zebrane – musi być posiane. Jak zaznacza Rafał Alfut z firmy Syngenta „W Polsce oferujemy 300 odmian nasion warzyw. Wydaje się, że to dużo, ale są one podzielone na 30 grup, a w każdej z nich są segmenty przeznaczone na: świeży rynek, uprawy pod tunelami czy dla przemysłu.” Każda z odmian nasion jest coraz bardziej przyjazna dla producenta – owoce mają lepszą jakość, wysoki plon, wyższą opłacalność. Są one również przyjazne i podobają się konsumentowi, ponieważ są smaczne, kolorowe i mają ciekawe kształty – podkreśla Rafał Alfut.

Nic dziwnego, że chętnie sięgamy po rodzime dary natury. Miejmy nadzieję, że ten rok przyniesie udane zbiory, a co za tym idzie – atrakcyjne ceny. Zarówno po stronie producentów, jak i konsumentów.

Rozliczenia ksiąg rachunkowych tylko z obrotówką

Podmioty, które tworzą sprawozdanie finansowe za 2013 rok, do 26 marca muszą sporządzić zestawienie obrotów i sald księgi głównej. Zachowanie terminów ich sporządzenia jest jednym z warunków do uznania ksiąg rachunkowych za prowadzone na bieżąco.

Poprawne zestawienie obrotów i sald jest podstawą do sporządzenia sprawozdania finansowego. Mało kto pamięta, że zgodnie z art. 24 ust.5 pkt. 2 ustawy o rachunkowości z dnia 29 września 1994 r. (t.j. Dz.U. z 2009 r. nr 152, poz. 1223 z późn. zm.) zestawienie obrotów i sald za rok obrotowy powinno być sporządzane nie później niż 85 dni po dniu bilansowym. Przepis ten wydaje się w dzisiejszych czasach archaiczny. Księgi rachunkowe prowadzone są zazwyczaj przy użyciu komputera i proces generowania zestawienia odbywać się może w sposób w pełni automatyczny. Dodatkowo zgodnie z art. 18 ust. 2 UoR, co najmniej na dzień zamknięcia ksiąg rachunkowych sporządza się zestawienia sald wszystkich kont ksiąg pomocniczych.

System komputerowy nie ochroni przez każdym błędem

Prawidłowo sporządzone zestawienie obrotów i sald powinno wskazywać identyczne sumy obrotów debetowych i kredytowych a suma sald debetowych musi odpowiadać sumie sald kredytowych. – W przypadku ksiąg prowadzonych przy pomocy systemów komputerowych, oprogramowanie zazwyczaj zabezpiecza przed typowymi błędami np.: błędami związanymi z brakiem podwójnego zapisu, dwukrotnym zaksięgowaniem tego samego dokumentu (z takim samym opisem/numerem) czy zaksięgowaniem różnych kwot dotyczących jednej operacji księgowej. Dzięki temu generowane zestawienie jest obarczone niższym ryzykiem błędu – mówi Michał Szalak, konsultant w Baker Tilly Poland. – Może się jednak zdarzyć, że do zestawienia generowanego przez system nie zostało podpięte konto księgowe, co skutkuje uzyskaniem błędnego zestawienia. Taki błąd jest jednak dość łatwy do wykrycia i skorygowania – dodaje ekspert.

System komputerowy nie jest jednak w stanie uchronić przed takimi błędami jak zaewidencjonowanie operacji na niewłaściwych kontach bądź w niewłaściwej kwocie. Nie zapewni też ochrony przed brakiem wprowadzenia zapisu operacji do systemu. Należy zatem pamiętać, by dokonać weryfikacji wygenerowanego przez system zestawienia – pozwoli to na wykrycie ewentualnych błędów.

Generalnie jednak automatyzacja procesu przygotowania zestawienia obrotów i sald korzystanie z programów księgowych sprawia, że ryzyko nieprawidłowości jest względnie niewielkie. – Ewentualne błędy mogą wynikać ze źle dokonanych zapisów księgowych, które nie zostały skorygowane bądź nieprawidłowego skonfigurowania systemu komputerowego podczas przyporządkowywania kont do tworzonego zestawienia obrotów i sald – tłumaczy Michał Szalak z Baker Tilly Poland. Dodatkowo należy sprawdzić, czy przygotowane zestawienie zawiera wymagane w art. 18 UoR elementy takie jak: symbole lub nazwy kont, salda kont na dzień otwarcia ksiąg rachunkowych, obroty za okres sprawozdawczy i narastająco od początku roku obrotowego oraz salda na koniec okresu sprawozdawczego, sumę sald na dzień otwarcia ksiąg rachunkowych, obrotów za okres sprawozdawczy i narastająco od początku roku obrotowego oraz sald na koniec okresu sprawozdawczego.

Zanim wygenerujesz zestawienie

– Elementem niezbędnym przy sprawdzaniu poprawności zestawienia obrotów i sald jest uzgodnienie sald kont syntetycznych w stosunku do prowadzonych do nich sald kont analitycznych – zaznacza ekspert. W tym przypadku także najczęściej system księgowy chroni przed niespójnością w tym obszarze, jednak warto dokonać dodatkowego sprawdzenia spójności.

W związku z tym, że sporządzenie obrotów i sald za rok obrotowy służy za podstawę do opracowania sprawozdania finansowego, przygotowując zestawienie jednostka powinna dokonać weryfikacji i uzgodnienia zapisów oraz sald kont. Następnie należy wykonać czynności związane z zamknięciem roku – może być to między innymi dokonanie wyceny sald wyrażonych w walucie obcej, utworzenie rezerw czy też niezbędnych odpisów aktualizujących.

Ruszyła kampania społeczna „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”

„Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!” – to hasło kampanii społecznej, której celem jest wzrost zaufania ludzi młodych do rzetelnych programów staży i praktyk stanowiących skuteczną formę budowania kariery zawodowej. Intencją organizatorów jest zachęcenie pracodawców do realizowania staży i praktyk o wysokiej jakości, a także zmotywowanie ludzi młodych do uczestnictwa w rzetelnych programach staży i praktyk stanowiących najlepszą formę edukacji praktycznej.

Jak wynika z badania Eurobarometru, obecnie co trzeci staż w Unii Europejskiej ma niską jakość pod względem warunków pracy lub treści nauczania. – Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiór norm regulujących kluczowe obszary dotyczące realizacji staży i praktyk w firmach, stanowią odpowiedź na ten problem. Zachęcamy pracodawców do organizowania staży i praktyk w oparciu o standardy jakościowe, a studentów motywujemy do świadomego wyboru tych programów, które faktycznie przyczyniają się do rozwoju kariery zawodowej – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

W ramach kampanii zaplanowano szereg działań zachęcających pracodawców do organizowania staży i praktyk w oparciu o Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk oraz aktywizujących studentów do świadomego wyboru staży i praktyk. Ważną częścią kampanii będzie cykl spotów internetowych obalających stereotypy na temat staży i praktyk, a tym samym uświadamiających jak nie powinny one wyglądać. Pierwszy ze spotów dostępny jest tutaj. Wydarzeniem kulminacyjnym będzie natomiast impreza biegowa na dystansie 5 km, zaplanowana na maj 2014. Celem tej inicjatywy będzie zwrócenie uwagi na problemy młodych ludzi na rynku pracy. Bieg symbolizuje potrzebę aktywizacji zawodowej uczniów i studentów. Jest skierowany do wszystkich osób wspierających ideę nauki poprzez praktykę.

Kampania stanowi kolejną odsłonę Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk realizowanego przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami. Mecenasami kampanii są: Nestlé, Orange, PZU oraz Siemens – firmy, których programy staży i praktyk, na podstawie audytu weryfikującego ich zgodność z wytycznymi zawartymi w kodeksie, otrzymały Znak Jakości. Partnerem merytorycznym kampanii są Wyższe Szkoły Bankowe, z kolei Partnerem Technologicznym – eRecruiter.

Więcej informacji na temat kampanii oraz Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl oraz na profilu Programu na portalu Facebook.

Airbus Group proponuje Polsce udziały w koncernie. Nasza branża obronna mogłaby wzrosnąć dziesięciokrotnie

CEO Magazyn Polska

Rozmowy polskich ministrów obrony i spraw zagranicznych o udziale Polski w strukturze Airbus Group (d. EADS) trwają już od końca ubiegłego roku. Według władz firmy, udział Polski w strukturze europejskiego koncernu zbrojeniowego mógłby zwiększyć aktywność polskiego przemysłu obronnego i Polska miałaby szansę powtórzyć sukces Hiszpanii, której branża obronna wzrosła dziesięciokrotnie w ciągu ostatnich 13 lat.

Dziś udziały w koncernie mają Francja, Niemcy i Hiszpania (łącznie 28 proc.). Przedstawiciele Airbusa zapewniają, że Polska może stać się pełnowartościowym członkiem systemu.

 – Polska będzie w pełni zintegrowana z europejską polityką obronności, co nada kierunek polskiemu przemysłowi, ponieważ będzie on brał udział w naszych programach. Model dla Polski jest ten sam, który zastosowaliśmy w Hiszpanii. Hiszpania była obecna przy tworzeniu EADS [European Aeronautic Defence and Space Company – red.], poprzednika Airbus Group. Jeśli zmierzymy postęp, jaki dokonał się w Hiszpanii od powstania koncernu w 2001 roku, to zauważymy dziesięciokrotne zwiększenie aktywności w przemyśle. Czemu by nie zrobić tego samego w Polsce – mówi Jean-Pierre Talamoni, wiceprezes, kierownik ds. międzynarodowych projektów w Airbus Group.

Na razie, jak podkreśla, potrzebny jest jednoznaczny sygnał do rozpoczęcia współpracy.

 – Kiedy powiedziałem, że jako Airbus Group chcielibyśmy związać się z polskim przemysłem, byliśmy przygotowani na to, że odpowiecie nam jednak „nie”. Ale nigdy byśmy wam tego nie proponowali, jeśli bylibyśmy pewni, że odmówicie. Więc wciąż jest szansa, że powiecie „tak” i musimy ją w pełni wykorzystać – zapewnia Talamoni.

Jego zdaniem, zaangażowanie Polski we współpracę przyczyni się również do przyspieszenia prac nad budową europejskiej obronności. 

 – Nie można sobie wyobrazić tworzenia obronności Europy bez uczestnictwa Polski, jednej z najliczniejszych narodowości w Unii. Bez Polski na pokładzie nic nie osiągniemy. Jeśli natomiast Polska się zaangażuje, będzie to impuls do podjęcia decyzji przez innych – podkreśla wiceprezes Airbus Group.

Europa jest na razie na początku procesu budowania wspólnej polityki obronnej. Talamoni podkreśla, że może to zająć jeszcze kolejne 20, a nawet 30 lat, ale to konieczny proces.

 – Pewnego dnia w końcu będziemy mieli europejską obronę, albo nie będziemy mieli Europy.  Nie możemy być zależni od kogoś innego w kwestii naszej obronności, nawet jeśli jest to tak ważny sprzymierzeniec, jakim są Stany Zjednoczone. Musimy polegać na sobie, ale musimy zacząć już teraz – dodaje.

Problem jest brak spójnej wizji politycznej w kwestiach obronności, która kiedy już się pojawi, powinna przerodzić się w poważny dialog z przemysłem.

 – Kiedy przemysł zrozumie, jaka jest ustalona wizja polityczna, i będzie mieć pewność, że to się nie zmieni, to wtedy się dostosuje. Jednak dopóki firmy przemysłowe tego nie wiedzą, będą kontynuować obronę swojego małego terytorium – podkreśla Jean Pierre Talamoni. – Spójrzmy na różnice między Europą a USA w liczbie rodzajów sprzętów. USA mają na przykład jeden model czołgu, a my mamy cztery. Amerykanie mają cztery lub pięć rodzajów samolotów, my mamy 16.

Brak współpracy państw europejskich powoduje, że trudno Europie konkurować w produkcji innowacyjnego sprzętu ze Stanami Zjednoczonymi. W dłuższej perspektywie doprowadzi to zdaniem wiceprezesa Airbus Group do tego, że rządy krajów europejskich będą musiały wyposażać swoje siły zbrojne w USA, a to może jeszcze zwiększyć zależność Europy od Ameryki.

A. Struzik: jeśli janosikowe zostanie utrzymane, Mazowszu grozi nacjonalizacja

Jeszcze ponad 100 mln zł zaległego janosikowego musi zapłacić Mazowsze na rzecz biedniejszych regionów. Władze podkreślają, że kasa województwa jest pusta, a oni dodatkowo zmuszani są do zadłużania się i radykalnego obniżenia nakładów inwestycyjnych. Jeśli regulacje dotyczące janosikowego nie zmienią się, Mazowsze zostanie znacjonalizowane – przestrzega Adam Struzik, marszałek województwa.

  Liczę na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, roztropność parlamentu, a także na deklarację premiera, który mówił, że ten dysfunkcyjny system trzeba pilnie zmienić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. – Jeśli mimo wszystko janosikowe zostanie utrzymane, to zapewne dojdzie do nacjonalizacji województwa. W efekcie największym regionem, wytwarzającym prawie 1/4 polskiego PKB, zarządzać będą władze centralne.

W swoim orzeczeniu z 31 stycznia Trybunał Konstytucyjny uznał, że janosikowe jest zasadniczo zgodne z konstytucją. Jednak za niekonstytucyjny uznano przepis określający kryteria ustalania tzw. nadwyżki z janosikowego przez Ministerstwo Finansów. 6 marca br. Trybunał ma ponownie orzec w sprawie konstytucyjności tej daniny.

W ostatnich dniach województwo zapłaciło 64 mln zł, co tymczasowo uchroniło je przed zajęciem kont przez komornika. Jednak problem nadal jest daleki od rozwiązania.

 – Zalegamy z pieniędzmi, które nie wpłynęły do nas w roku ubiegłym w postaci podatku, głównie podatku dochodowego CIT od osób prawnych. Nie mamy skąd ich wziąć – zapewnia Adam Struzik. – Ten mechanizm jest tak dysfunkcjonalny, że doprowadza do rosnącego zadłużenia województwa, obniżenia nakładów inwestycyjnych i zmusza do radykalnych oszczędności. Już w tej chwili jesteśmy pod ścianą i nie możemy więcej oszczędzać.

Od 2014 roku Mazowsze przekazało na rzecz innych województw 6,4 mld zł. Tymczasem zadłużenie województwa wynosi 1,7 mld zł.

 – Musimy płacić na inne województwa, ponieważ uważa się nas za bogatych. Z tego samego powodu dostajemy mniej z Unii Europejskiej. To paradoks i absurd, w efekcie którego nasza sytuacja finansowa ciągle się pogarsza – podkreśla marszałek.

Warszawska giełda do końca roku chce połączyć się z parkietami z Wiednia, Budapesztu, Lublany i Pragi. Myśli już także o kolejnych akwizycjach

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie chce zdobywać nowe rynki. Jeszcze w tym roku zapowiada połączenie z parkietami w Wiedniu, Pradze, Budapeszcie i Lublanie. Zakończyła się pierwsza runda rozmów GPW z CEESEG, czyli grupą parkietów środkowoeuropejskich. W ciągu kilku tygodni ma się rozpocząć kolejny etap negocjacji. To jednak nie koniec planów GPW dotyczących połączeń. 

 – Nasze cele to przede wszystkim umiędzynarodowienie, dywersyfikacja biznesu, poszukiwanie nowych źródeł przychodów, potencjalne działania związane również z akwizycjami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes o planach na 2014 rok Mirosław Szczepański, członek zarządu GPW. – Ale nie mówię tutaj o CEESEG-u, ale również o innych przedsięwzięciach.  Tych możliwości strategicznych rozwoju jest bardzo dużo – zaznacza.

W 2014 roku GPW planuje wprowadzenie nowych produktów, w tym opcji na akcje, opcji binarnych i miesięcznych, kontraktów terminowych na energię elektryczną oraz dywersyfikację działalności w obszarze rynku towarowego poza obrotem energią elektryczną i prawami majątkowymi. To właśnie rynek towarowy zwiększył przychody o ponad jedną piątą, przyczyniając się do lepszego wyniku GPW za ubiegły rok.

 – Mamy naprawdę imponujący wzrost przychodów na rynku towarowym, rzędu ponad 20 proc. Jeżeli chodzi o rynek energii elektrycznej, to on również wzrósł o około 4 proc. W 2013 roku zakończyło się wsparcie żółtych i czerwonych certyfikatów, co się przełożyło na przychody i obroty tymi certyfikatami, których nie było na giełdzie towarowej. Ale jak wiemy, wsparcie tych certyfikatów wraca, w związku z tym w roku 2014 możemy się spodziewać ponownie tych instrumentów na giełdzie towarowej – mówi Szczepański.

Kolejne lata mają z kolei przynieść zyski spowodowane współpracą z czterema parkietami regionu.

 – Tych synergii może być bardzo dużo. Myślimy np. o jednolitej platformie obrotu instrumentami notowanymi na poszczególnych rynkach, ujednoliceniu grupy firm inwestycyjnych, która korzysta z tych rynków – wymienia Szczepański.

Inną korzyścią może być przyciągnięcie większej liczby inwestorów i zwielokrotnienia liczby transakcji.

W marcu rusza nowa polska metoda płatności elektronicznych o nazwie Billon

CEO Magazyn Polska

Billon to nowa na polskim rynku metoda płatności. Korzystanie z niej będzie wymagało jedynie posiadania urządzenia elektronicznego, nawet bez dostępu do internetu. Pieniądze będą zapisane w szyfrowanym pliku. Pomysłodawcy podkreślają, że ma być bezkosztowo, wygodnie i bezpiecznie. Możliwość płacenia cyfrową gotówką w systemie Billon do końca marca udostępni Alior Bank.

  – Billon to prawdziwe pieniądze zapisane, zamiast na papierze i w miedzi, w pliku elektronicznym, który może być przetrzymywany na dowolnym urządzeniu elektronicznym: w komputerze, na serwerze, tablecie czy w komórce – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Łuczak, dyrektor firmy Zunit, twórcy standardu Billona. – Jest to nowa forma, w której może być przetrzymywany złoty, obok tradycyjnej formy papierowej, w formie elektronicznej w postaci zapisów zer i jedynek na kontach bankowych.

Wprowadzenie nowej formy przechowywania pieniędzy umożliwiła zmiana unijnego prawa w 2009 r. oraz polskiego w 2011 r. Billon to pierwszy taki system, a prace nad nim trwały siedem lat. Jak podkreśla Łuczak, jego największą zaletą jest wygoda. Użytkownicy systemu będą mogli bezkosztowo płacić za pomocą urządzeń elektronicznych, nawet bez dostępu do internetu. Wystarczy zbliżenie dwóch urządzeń. Płacić będzie można również w internecie. Transakcje będą, podobnie jak w przypadku gotówki, anonimowe.

Billon nie będzie stanowił nowej waluty, lecz jedynie nową metodę obrotu złotymi. Wartość zapisanych w postaci elektronicznego kodu pieniędzy nie będzie gwarantowana przez NBP, lecz przez banki będące tzw. Instytucjami Pieniądza Elektronicznego. Pierwszym IPE został Alior Bank, który jako pierwszy umożliwi płatności Billonem. Użytkownicy systemu nie muszą jednak być klientami tego banku.

 – Wystarczy zwykły telefon lub zwykły komputer. Trzeba ściągnąć aplikację, która pozwala na zawieranie transakcji w każdej możliwej sytuacji płatniczej. Przy przekazywaniu pieniędzy, jeżeli jest dostęp do sieci, pliki są przesyłane przez internet. Jeżeli internetu nie ma, wykorzystujemy technologie, które są dostępne na danym urządzeniu – tłumaczy Łuczak.

Do zawarcia transakcji wystarczy znajomość nazwy użytkownika odbiorcy środków. Bez niej można przekazać środki bezpośrednio z jednego urządzenia na drugie. Użytkownik systemu może określić, czy chce potwierdzać transakcje kodem PIN, czy nie. Przy płatności Billonem nie będzie ograniczeń wartości transakcji, jednak zawsze to osoba wysyłająca pieniądze będzie musiała określić kwotę. Możliwe będą także mikropłatności o wartości nawet mniejszej niż 1 grosz.

Zunit chce wykorzystywać technologie Wi-Fi Direct, Bluetooth oraz NFC w przekazywaniu środków bez dostępu do internetu. Ta ostatnia jest jednak jeszcze mało popularna. Wszystkie będą bezpieczne, choć zgubienie telefonu czy innego urządzenia elektronicznego będzie miało, podobnie jak zgubienie portfela, konsekwencje w postaci utraty środków. Mają jednak powstać „sejfy” Billonu.

 – Billon jest zaszyfrowany zgodnie z najnowszymi technologiami, z których korzystają między innymi służby NATO czy Narodowy Szyfrator w Polsce. Jest najbezpieczniejszą obecnie dostępną technologią w systemach płatności na świecie – mówi Łuczak. – Nie ma jeszcze na rynku metody płacenia, która byłaby lepsza od gotówki. Wydaje się nam, że nasz produkt jest bardzo zbliżony do gotówki w tym sensie, że transakcje są natychmiastowe, bezkosztowe i odbywają się bez dostępu do internetu.

Dyrektor firmy Zunit dodaje, że trwają obecnie ostatnie prace techniczne związane z wprowadzeniem Billonu. Liczy, że w ciągu najbliższych kwartałów status IPE zyskają kolejne banki, które dołączą do projektu. Kolejnym ma być Plus Bank (dawny Invest-Bank). Potwierdza też duże zainteresowanie ze strony przedsiębiorców i sklepów, którzy mogliby przyjmować płatności nową metodą.

Zunit na razie koncentruje się na obrocie złotymi i nie zamierza rozwijać systemu dla innych walut. W przyszłości nie jest to jednak wykluczone, bo Łuczak widzi szanse na rozwój poza granicami. 

Słaba sprzedaż aut hybrydowych w Polsce

Brak ulg podatkowych i zachęt, np. w postaci bezpłatnego parkowania czy zniżek na autostradach, osłabia zainteresowanie samochodami hybrydowymi w Polsce. Największym problemem hamującym rozwoju tego segmentu jest wciąż wysoka cena takich aut. Dlatego producenci pokazują takie modele w naszym kraju w niewielkich seriach. Inaczej jest w USA i w Europie Zachodniej, gdzie samochody ekologiczne szybko zdobywają rynek.

 – Sprzedaż hybryd w Polsce idzie bardzo słabo, ponieważ użytkownicy tych samochodów nie mogą liczyć na żadne ulgi, na zniżki autostradowe, na bezpłatne parkowanie. Dodatkowo silnik hybrydowy, który ma pojemność powyżej 2 litrów, jest jeszcze obłożony wysoką, nieekologiczną akcyzą – krytykuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Auto Polska.

Nowe i sprowadzane zza granicy samochody są w Polsce objęte akcyzą zależną od pojemności silnika. Przy jednostce napędowej do 2 litrów akcyza wynosi 3,1 proc., a dla większych silników – aż 18,6 proc. Samochody, takie jak Volvo V60 Plug-in Hybrid, które są wyposażane w jednostki o pojemności 2,4 litra, nie mają szans na żadne ulgi lub inne zachęty.

Inaczej jest w krajach Europy Zachodniej. Na przykład w Holandii. Jak wyjaśnia Dojs, nabywcy samochodów normalnie płacą ponad 20-proc. podatek. Jednak za hybrydę wysokość podatku spada do ok. 7 proc. lub nawet do zera. Podczas pierwszej rejestracji samochodu trzeba także zapłacić tzw. podatek bpm. Jest on obliczany na podstawie emisji CO2 danego pojazdu. Dla aut emitujących mniej niż 88 g dwutlenku węgla na kilometr (dla silników benzynowych) lub 70 g na kilometr (dla diesli) władze wprowadziły zwolnienie z podatku. Dla porównania, przy rejestracji najmniej ekologicznych pojazdów (powyżej ok. 200 g CO2/km), wysokość podatku bpm przekracza 15 tys. euro.

 – U nas to będzie raczej taki gadżet dla kogoś, kto chce mieć ciekawy samochód, auto, które świetnie przyspiesza, którym można wjechać na przykład do wielkiego loftu bez konieczności jego wywietrzenia potem, bo samochód może poruszać się tylko na prąd – ocenia Dojs. – Będziemy mieli premierę takiego modelu na rynku w Polsce. To krótka seria 20 sztuk, która zostanie wprowadzona bardziej ze względów wizerunkowych, żeby pokazać, że i w tym obszarze Volvo ma dużo do zaoferowania.

Volvo planuje ciekawą premierę samochodu hybrydowego na rynku zagranicznym. Podczas targów motoryzacyjnych w Genewie na początku marca spółka pokaże kolejny koncept modelu XC190. Nie będzie to jeszcze ostateczna wersja, bo tę zaprezentuje dopiero w Paryżu na początku października.

 – Volvo rozpoczęło prezentację od Frankfurtu w ubiegłym roku. Tam pokazano Coupé Concept i powiedziano: „To jest nowa droga stylistyki i tą drogą będziemy iść. W Detroit pokazano już SUV-a, koncept XC, był to SUV tylko dwudrzwiowy. W Genewie będziemy mieli ostatni koncept Estate – dwudrzwiowe elitarne kombi. Będziemy mogli podziwiać nie tylko estetykę całego nadwozia, lecz także bardzo specyficzną architekturę wnętrza. Całe wnętrze będzie oparte o jeden centralny ekran dotykowy – zapowiada Dojs.

Podczas targów w Genewie Volvo chce też pokazać limitowaną serię pojazdów Ocean Race. Trafiają one na rynek w związku z odbywającymi się co trzy lata regatami dookoła świata, sponsorowanymi przez szwedzki koncern. Wyścig ruszy w tym roku na początku października z hiszpańskiego Alicante.

W Genewie zadebiutują także modele V40 oraz V40 Cross Country z nowymi silnikami z serii Drive-E. W te jednostki już w ubiegłym roku wyposażone zostały większe modele samochodów Volvo.

Liczba urządzeń z dostępem do internetu wzrośnie w ciągu kilku lat 15-krotnie

CEO Magazyn Polska

Tsunami danych tak najbliższą przyszłość w branży teleinformatycznej określa Gabrielle Gauthey, wiceprezes Alcatel-Lucent. Z tym wiąże się największe wyzwanie dla producentów sprzętu i dostawców usług, czyli zapewnienie bezpieczeństwa sieci i ochrona danych osobowych użytkowników. Pomóc w tym ma nie tylko wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych i zwiększanie świadomości internautów, lecz także wprowadzenie wspólnych dla całego unijnego rynku regulacji dotyczących ochrony danych osobowych. Prace nad nimi postępują jednak bardzo powoli. 

 – Przyszłością sieci jest chmura i urządzenia łączące nas z internetem. Dwa lata temu w 400 największych miastach świata było 800 tego typu urządzeń na kilometr kwadratowy, a w ciągu kolejnych pięciu lat będzie ich 13 tysięcy na km2 – mówi Gabrielle Gauthey, wiceprezes Alcatel-Lucent.

Tu pojawia się też najbardziej palący problem w przepływie ogromnej liczby danych: ich bezpieczeństwo i prywatność użytkowników, która musi być zapewniona przez producentów i dostawców usług. Problem jest o tyle trudny do rozwiązania, że sami użytkownicy – mimo deklaracji – nieszczególnie przejmują się zachowaniem zasad poruszania się w sieci. 

 – Ludzie umieszczają w internecie swoje dane osobowe, nie wiedząc, gdzie one trafią. Widzimy, że zwiększa się świadomość użytkowników, ale nie do tego poziomu, na którym ona powinna być – przestrzega Gabrielle Gauthey.

Jak ocenia wiceprezes Alcatel-Lucent, wiele jeszcze trzeba zrobić, aby społeczeństwo było bardziej świadome zagrożeń płynących z sieci i związanej z tym konieczności dbania o bezpieczeństwo swoich danych.

 – Bezpieczeństwo to trochę inny temat – łączy się również z bezpieczeństwem państwa i społeczeństwa – mówi Gauthey. – Widać, że poszczególne państwa mają coraz większą świadomość zagrożeń dla bezpieczeństwa sieci, ale np. w Europie wciąż brakuje współpracy między państwami w tym zakresie. A wciąż powtarzamy, że powinny istnieć ujednolicone ramy prawne dla państw członkowskich.

Tych wciąż jednak nie ma, bo prace nad nimi toczą się w wolnym tempie, choćby w sprawie rozporządzenia dotyczącego ochrony danych osobowych, które ma wprowadzić jednolity zestaw przepisów obowiązujących w całej UE. Mają one uprościć i ujednolicić przepisy z 1995 r., które w różny sposób wdrożono we poszczególnych krajach UE. Założenie jest takie, żeby rozporządzenie zostało przyjęte przez Parlament Europejski jeszcze przed końcem kadencji w maju br., ale na razie dokument nie ma akceptacji Rady Unii Europejskiej.

 – Prace nad zmianą dokumentu dotyczącego ochrony danych osobowych przedłużają się, ponieważ to bardzo delikatna kwestia – tłumaczy Gauthey. – Dodatkowo Stany Zjednoczone są zaniepokojone tym, jaka będzie europejska strategia w tym obszarze, i bardzo lobbują za swobodnym przepływem danych między granicami.

Identyczne zasady dotyczące ochrony danych we wszystkich krajach członkowskich pozwoliłyby głównie na wyeliminowanie ryzyka klientów i podmiotów przechowujących dane przy ich przenoszeniu do innych krajów wspólnoty.

Ponad 90 proc. Polaków nie miało styczności z e-bookiem ani z audiobookiem. Rozwój rynku hamuje wyższy VAT

Jak wynika z badania Polskiej Izby Książki (PIK), ponad 90 proc. Polaków nie miało styczności ani z e-bookami, ani z audiobookami. Choć oferta elektronicznych publikacji jest coraz większa i rośnie ich sprzedaż, to odsetek ten wcale się nie zmniejsza. Przyciągnięcie nowych grup czytelników utrudniają wysokie ceny e-booków. Te zaś wynikają z tego, że na książki w wersji cyfrowej nałożony jest 23-proc. VAT. W przypadku tradycyjnych publikacji stawka podatku wynosi 5 proc.

 – Jesteśmy daleko w tyle np. za rynkiem Stanów Zjednoczonych. Polska Izba Książki kończy badanie czytelnictwa, z którego wynika, że ponad 90 proc. Polaków nie zetknęło się z e-bookiem ani z audiobookiem. To jest porażająca liczba. Sprzedaż e-booków wprawdzie rośnie, ale to oznacza, że trafiają one tylko do jednej i tej samej grupy czytelników. A my chcielibyśmy, żeby to było powszechnie dostępne mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki oraz wydawnictwa Wolters Kluwer. 

Jak wynika z prognoz branży wydawniczej, rynek książek w formacie cyfrowym w latach 2011-2016 urośnie nawet dziesięciokrotnie. Dziś rynek e-booków w Polsce wart jest ponad 40 mln zł, a jeszcze dwa lata temu – 10 mln zł.

Główną barierą rozwoju publikacji elektronicznych w Polsce są kwestie podatkowe. Książki w wersji cyfrowej obłożone są obecnie 23-proc. stawką VAT, podczas gdy w przypadku tradycyjnych, papierowych książek jest to 5 proc.

 – VAT na e-booki powoduje, że nikomu nie opłaca się tego robić. Właściwie wszystkie wydawnictwa w tej chwili w Polsce mają w ofercie swoje książki jako e-booki, a ponieważ jest oczekiwanie, że cena e-booka będzie mniejsza niż cena papierowej książki, my się do tego jakoś dostosowujemy mówi Włodzimierz Albin. – Do tego dochodzi jeszcze dystrybucja, która wcale nie jest tania.

Trzy lata temu obniżono stawkę VAT na książki papierowe do 5 proc. E-booki i audiobooki, zgodnie z unijną dyrektywą, pozostawiono jednak z wyższym podatkiem. O zrównanie stawek dla elektronicznych i tradycyjnych publikacji do 5 proc. wydawcy zrzeszeni w Sekcji Publikacji Elektronicznych Polskiej Izby Książki apelowali już m.in. do rzecznika praw obywatelskich, ministrów finansów, kultury, nauki, edukacji, a także do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Taka deklaracja znalazła się w przyjętym w ubiegłym roku przez rząd projekcie Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego 2020. Prezes PIK ocenia, że na razie na deklaracjach sprawa się kończy.

 – Wolałbym, żeby nasz rząd przystąpił do śmiałych decyzji, a nie czekał. Są kraje, które powiedziały, że nie będą się podporządkowywać tej regulacji, bo to absurdalny przepis z poprzedniej epoki. Tak postąpiła m.in. Francja i Luksemburg – mówi Albin.

Dziś ostateczne głosowanie nad dyrektywą tytoniową. Jej zapisy to połowiczny sukces Polski

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego w Strasburgu odbędzie się ostateczne głosowanie nad dyrektywą tytoniową. Przyjęcie wypracowanego dokumentu ma być jedynie formalnością. Oznacza to, że najprawdopodobniej w ciągu 6 lat z polskiego rynku całkowicie znikną papierosy mentolowe, co narazi ich producentów na straty.

Na zmiany w dyrektywie nie ma już co liczyć. 22 stycznia kształt nowych przepisów zatwierdziła Komisja Zdrowia Publicznego Parlamentu Europejskiego.

 – W takich procesach głosowanie jest tylko formalnością z uwagi na to, że większość szczegółów jest dogrywana w podkomisjach.  Te szczegóły zostały już określone, dyrektywa raczej już nie powinna zmieniać kształtu – wyjaśnia Zbigniew Pisarski, prezes Polskiego Instytutu Myśli Gospodarczej. – Ważne jest to, żeby polscy posłowie i senatorowie w procesie implementacji starali się już nie dokonywać korekt samej treści, nie naginać przepisów prawa po to, żeby przy okazji uregulować inne rzeczy, tylko przyjęli dyrektywę unijną w taki sposób, w jaki ona jest ujęta.

Polska od początku prac nad tzw. dyrektywą tytoniową forsowała zmiany korzystne dla producentów papierosów. Pierwotny jej projekt zakładał całkowite wyeliminowanie z rynku zarówno papierosów smakowych, jak i tzw. slimów, czemu Polska się sprzeciwiała.

 – Sukces, który udało nam się uzyskać, jest połowiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Pisarski. – Papierosy cienkie udało się zachować na rynku, natomiast papierosy mentolowe w ciągu sześciu lat zostaną wycofane z rynku.

Dzięki odrzuceniu propozycji zakazu sprzedaży cienkich papierosów, polska gospodarka i miejsca pracy w przemyśle tytoniowym w mniejszym stopniu ucierpią na nowych przepisach. Jednak biorąc pod uwagę to, że papierosy mentolowe stanowią obecnie 20 proc. produktów tytoniowych na polskim rynku, nie do końca udało się uchronić interesy polskich producentów tytoniu. W widoczny sposób będzie to miało wpływ na rozwój szarej strefy. Już dziś 15 proc. wyrobów tytoniowych dostępnych na polskim rynku pochodzi z nielegalnych źródeł. 

 – Nie łudźmy się, że konsumenci, którzy są przyzwyczajeni do tego rodzaju produktów, zrezygnują z niego wraz z upłynięciem kolejnych sześciu lat – argumentuje prezes instytutu. – Producenci spoza Unii Europejskiej, w bliskim sąsiedztwie, czyli na Białorusi i na Ukrainie, będą nadal wytwarzali te papierosy w sposób nie dający żadnych korzyści ekonomicznych dla polskiego budżetu.

Podkreśla, że ograniczanie spożycia papierosów w Europie jest dobrą tendencją, ale sposób regulowania rynku tytoniowego jest często nietrafiony, ponieważ najdotkliwiej uderza w producentów i pracodawców. Unia Europejska powinna natomiast – jego zdaniem – w większym stopniu skupić swoje wysiłki na edukacji młodych ludzi w dziedzinie szkodliwości spożycia tytoniu.

Ostatnie dni na przekazanie pracownikom PIT-11

CEO Magazyn Polska

Tylko do końca lutego pracodawcy mają czas na to, aby przekazać zatrudnionym przez siebie osobom formularz PIT-11, potrzebny do rozliczenia się z urzędem skarbowym. Jednak każdy ma obowiązek rozliczyć się z podatku, niezależnie od tego, czy otrzymał taką informację od pracodawcy, czy nie. Zgodnie z ustawą o PIT niezłożenie formularza w wyznaczonym terminie jest wykroczeniem skarbowym, za które zarówno pracownikowi, jak i pracodawcy grozi grzywna.

PIT-11 to dokument, na podstawie którego pracownik wypełnia swój formularz PIT i rozlicza się z fiskusem. Powinien go otrzymać od pracodawcy do końca lutego.

 – Każdy pracownik otrzymuje od pracodawcy formularz PIT-11. Jest to informacja o zapłaconych przez pracodawcę jako płatnika zaliczkach na podatek dochodowy od osiągniętego dochodu, jak również o składkach na ubezpieczenie społeczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Stobiński, radca prawny w kancelarii CMS Cameron McKenna. – Przekazanie może nastąpić osobiście – to jest chyba najczęstszy sposób  pracownik zgłasza się do działu kadr czy bezpośrednio do szefa i odbiera od niego formularz.

Osoby, które nie pracują już w danej firmie, powinny otrzymać PIT-11 listem na wskazany adres. Ta sama reguła dotyczy osób uzyskujących przychody z różnych źródeł.

 – Jeżeli osoba łączy różne dochody, ze stosunku pracy i z umowy zlecenia, otrzyma dwa różne formularze od pracodawców podkreśla prawnik.

Wyjątkiem od tej reguły jest sytuacja, w której pracownik wraz z przychodami ze stosunku pracy uzyskiwał od tego samego pracodawcy przychody z tytułu umowy zlecenia lub o dzieło. Do rozliczenia rocznego wystarczy mu wówczas jeden PIT-11. To samo dotyczy osób, które w danej firmie najpierw pracowały w oparciu o umowę cywilnoprawną, a w międzyczasie zmieniły ją na umowę o pracę.

Zgodnie z ustawą o PIT obowiązek przekazania PIT-11 spoczywa na płatnikach pobierających zaliczki na podatek dochodowy od osób uzyskujących od nich przychody.

 – PIT-11 zawiera informacje dotyczące przede wszystkim osiągniętego dochodu, jak również zaliczek, które zostały zapłacone przez danego płatnika – wyjaśnia Przemysław Stobiński. – Jest również informacja o składkach na ubezpieczenia społeczne, które podlegają odliczeniu od dochodu, bo ta kwota mogłaby pomniejszyć kwotę podatku daną pracownikowi, kiedy będzie on się rozliczał do końca kwietnia.

Niezłożenie formularza jest wykroczeniem skarbowym, za które zarówno pracownik, jak i pracodawca może zapłacić grzywnę. Co jednak istotne, pracownik ma obowiązek rozliczenia się z urzędem skarbowym w wymaganym terminie, bez względu na to, czy pracodawca dostarczył mu PIT-11. 

 – Jeśli pracownik nie otrzymał formularza, może formalnie wezwać pracodawcę, wysyłając pismo, że oczekuje od niego takiego formularza – wyjaśnia radca prawny. – Może również poinformować urząd skarbowy o tym, że takiego formularza od pracodawcy nie otrzymał. Być może spowoduje to ewentualną kontrolę u pracodawcy.

PIT-11 oprócz firm mają obowiązek złożyć również inne instytucje i organizacje, jak np. spółdzielnie pracy czy uczelnie – od wypłaconych stypendiów.

Formularza nie należy natomiast sporządzać w przypadku, gdy za podatnika firma przygotowała rozliczenie podatku w zeznaniu PIT-40 (roczne obliczenie podatku od dochodu uzyskanego przez podatnika). Jest to formularz, który pracodawca powinien złożyć za pracownika, pod warunkiem, że do 10 stycznia złożył on u pracodawcy PIT-12.

Wiceprezes Serinus Energy o cenach gazu na Ukrainie

W ostatnich dniach odnotowaliśmy spadek kursu akcji Serinus Energy. Sądzimy, że wynika on z pochopnej reakcji inwestorów na porozumienie miedzy Ukrainą a Rosją, dotyczące redukcji cen gazu. W odpowiedzi na pytania inwestorów, informujemy, że Serinus Energy nie rozważa sprzedaży licencji na Ukrainie – jest odpowiedzialnym inwestorem długoterminowym. Zatem obawy o losy naszej ukraińskiej spółki są nieuzasadnione.

Uczestnikom rynku nie są znane ani szczegóły umowy, ani jej przełożenie na cenę gazu dla odbiorców ostatecznych. Tak więc trudno na tej podstawie określić jej wpływ na naszą działalność.

Z pewnością nawet zmiana dotychczasowych warunków nie spowoduje utraty opłacalności naszego zaangażowania na Ukrainie. Ewentualny spadek cen gazu do 268 dolarów za tysiąc metrów sześciennych (wariant skrajnie pesymistyczny), oznaczałby obniżenie naszej rentowności operacyjnej na Ukrainie do trzydziestu kilku procent. Obecnie rentowność wynosi ponad 60 procent. To byłby nadal bardzo dobry poziom zyskowności. Ponadto, gdyby zaistniała taka potrzeba, jesteśmy w stanie zrekompensować spadek marży planowanym długoterminowym wzrostem produkcji oraz możliwym ograniczaniem kosztów. Istnieje możliwość wstrzymania najdroższych operacji (np. szczelinowania) lub np. rezygnacji z jednorazowego wynajmu wiertni do przeprowadzenia bardzo głębokiego odwiertu – jedynego tego typu, zaplanowanego na przyszły rok. Wszystkie zaplanowane odwierty wykonujemy bowiem z wykorzystaniem własnego sprzętu i posiadanej przez nas wiertni. Pozwala to na utrzymanie optymalnego poziomu kosztów.

Pragnę podkreślić, że udział przychodów z Ukrainy, który dziś stanowi około 60-70 procent przychodów całej grupy, będzie się systematycznie zmniejszał. Planujemy zwiększenie wydobycia gazu i ropy naftowej w Tunezji już w ciągu 1-3 lat. W ten sposób nasz biznes jest zbalansowany i zdywersyfikowany.

Podkarpacie: Zmowa przetargowa

Przedsiębiorcy z gminy Chorzelów (woj. podkarpackie) ustalali warunki ofert w przetargach na dostawy pieczywa dla jednostek opieki zdrowotnej oraz domu pomocy społecznej. Prezes UOKiK nałożyła na przedsiębiorców kary w łącznej wysokości blisko 90 tys. zł

Ustalanie warunków ofert przez startujących w przetargach przedsiębiorców jest niezgodne z prawem. Z doświadczenia UOKiK wynika, że najczęstszą formą zmowy przetargowej jest złożenie tzw. oferty zabezpieczającej. Przedsiębiorcy umawiają się, że jeśli ich oferty będą dwiema najkorzystniejszymi zwycięzca przetargu zrezygnuje z podpisania umowy. Oznacza to wybór droższej  propozycji uczestników zmowy. Tym samym, w nieuczciwy sposób zapewniają sobie większy zysk, kosztem organizatora przetargu oraz konkurentów. Przedsiębiorca ma prawo rezygnacji ze świadczenia usług, nie może być ona jednak wynikiem porozumienia z innym uczestnikiem przetargu. Ostatnio UOKiK stwierdził, że praktyki tego rodzaju stosowało dwóch przedsiębiorców sprzedających pieczywo z gminy Chorzelów na Podkarpaciu: spółka Młyn Malinie i  prowadząca działalność gospodarczą – Stanisława Dziewit.

Urząd podjął działania po zawiadomieniu Zakładu Opieki Zdrowotnej w Dębicy dotyczącym nieprawidłowości w przetargu na dostawy pieczywa do kuchni szpitalnej. Zwycięzca – Młyn Malinie – zrezygnował z podpisania kontraktu. W związku z tym Stanisława Dziewit, która zajęła drugie miejsce składając ofertę droższą od propozycji zwycięzcy o ponad 22 tys. zł, domagała się zawarcia umowy. Postępowanie UOKiK wykazało, że wspomniani przedsiębiorcy ustalili swoje oferty w sumie w co najmniej trzech przetargach organizowanych na Podkarpaciu w 2012 r. Obejmowały one dostawy pieczywa do Zakładów Opieki Zdrowotnej w Dębicy i Strzyżowie oraz do Domu Pomocy Społecznej w Gliniku Dolnym. We wszystkich tych przetargach oferty uczestników porozumienia zajmowały dwa pierwsze miejsca. Następnie, zwycięzca odmawiał podpisania umowy bez podania przyczyny lub nie wyrażał zainteresowania jej zawarciem, a kolejny uczestnik zmowy domagał się by to jemu powierzono realizację zamówienia albo uzyskiwał je jako drugi oferent pod względem najkorzystniejszej ceny. Kontrakty z jednym z uczestników zmowy przetargowej zawarły ZOZ w Strzyżowie i DPS w Gliniku Dolnym. Natomiast ZOZ w Dębicy odmówił zawiadamiając o swoich wątpliwościach UOKiK.

O istnieniu zmowy świadczyły m.in. silne powiązania pomiędzy jej uczestnikami. Stanisława Dziewit posiada udziały w spółce Młyn Malinie. Natomiast prezesem spółki Młyn Malinie jest jej syn Artur Dziewit, który posiadał pełnomocnictwo do prowadzenia firmy Stanisławy Dziewit, jej reprezentowania i składania oświadczeń w jej imieniu.

Za naruszanie przepisów antymonopolowych na spółkę Młyn Malinie nałożona została kara w wysokości 88 067 zł, w przypadku Stanisławy Dziewit sankcja wyniosła 1 308 zł. Maksymalna kara za uczestnictwo w antykonkurencyjnym porozumieniu może wynieść 10 proc. przychodu przedsiębiorcy w roku poprzedzającym wydanie decyzji. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorcy odwołali się do sądu.

Konsumenci i konkurencja – nowe strategie

0

Monitorowanie przetargów publicznych, nowe narzędzia usprawniające wykrywanie praktyk antykonkurencyjnych i jednocześnie ochrona najsłabszych uczestników rynku. To główne założenia dwóch strategii, po raz pierwszy prezentowanych razem. Dziś UOKiK kieruje do konsultacji  projekty rządowych polityk: ochrony konsumentów oraz konkurencji

Po raz pierwszy w historii Urzędu dwa główne dokumenty wyznaczające priorytety rządu na najbliższe 5 lat w ochronie konkurencji i konsumentów zostały przygotowane razem. – Połączenie polityki antymonopolowej oraz zagadnień konsumenckich pozwoli osiągnąć efekt synergii. W praktyce każde podejmowane działanie przez Urząd będzie uwzględniać oba aspekty, dzięki czemu możliwa będzie skuteczna ochrona najsłabszych uczestników rynku. To nowe podejście. Dokumenty zostały opracowane jednocześnie, zostaną równolegle wdrożone i będą obowiązywać w tym samym okresie — zapowiada Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel, p.o. Prezesa UOKiK. Zakończenie przez Urząd prac nad nowymi strategiami oznacza, że rozpoczyna się kolejny etap — konsultacje międzyresortowe i społeczne. Ostatecznie dokumenty zostaną przyjęte przez rząd.

1165 decyzji stwierdzających naruszenie zbiorowych interesów konsumentów – to efekt prac Urzędu w czasie obowiązywania mijającej Polityki konsumenckiej. W najbliższych latach siódmy program rządowy stawia przede wszystkim na zwiększenie wiedzy o zachowaniach rynkowych konsumentów i problemach, które ich spotykają. Informacji mają dostarczyć cykliczne badania socjologiczne, mające pomóc w określeniu sektorów rynku, w których konsumenci mają trudności z dochodzeniem swoich praw. Przyspieszy to identyfikowanie zagrożeń wymagających natychmiastowych interwencji.

Do 2018 roku muszą zostać wzmocnione alternatywne metody rozstrzygania sporów między konsumentami i przedsiębiorcami, takie jak: mediacja czy sądownictwo polubowne. Przyjęta w ubiegłym roku dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady zakłada utworzenie we wszystkich państwach Unii Europejskiej jednolitego systemu pozasądowego rozstrzygania sporów (ADR). Dużym udogodnieniem dla konsumentów będzie także internetowy system rozstrzygania sporów (ODR), dzięki któremu polubowne rozstrzyganie konfliktów stanie się szybsze niż obecnie.

Strategie zakładają również wprowadzenie prawnych ułatwień w dochodzeniu roszczeń przez konsumentów poszkodowanych przez naruszenia konkurencji. Tzw. tryb  prywatnoprawny egzekwowania roszczeń jest obecnie przedmiotem prac Parlamentu Europejskiego i Rady.  Jeśli  w UE ujednolicone zostaną  zasady egzekwowania prawa konkurencji na drodze prywatnoprawnej – poszkodowani na skutek antykonkurencyjnych praktyk będą mogli dochodzić swoich praw na podobnych zasadach w całej Unii.

Działania przewidziane w obu PolitykachKonkurencji oraz Konsumenckiej w wielu miejscach poruszają różne aspekty tych samych problemów. Szczególnie jest to widoczne w realizacji celów dotyczących ochrony konkurencji na rynkach liberalizowanych, gdzie zachodzące zmiany np. pojawienie się nowych podmiotów,  czy innowacyjnych rozwiązań – zazwyczaj korzystnych dla konsumentów, może na początkowym etapie stwarzać problemy. Dlatego w najbliższych latach pod specjalnym nadzorem znajdą się sektory telekomunikacyjny i energetyczny oraz rynki: transportu kolejowego, transportu lotniczego, usług pocztowych i płatniczych.

W ciągu ostatnich trzech lat UOKiK wykrył 203 przypadki nadużywania pozycji dominującej oraz  78 nielegalnych porozumień. Przygotowana Polityka konkurencji wskazuje na najbliższe pięć lat najistotniejsze kwestie dotyczące właśnie wykrywalności praktyk antymonopolowych oraz rozwoju efektywnej konkurencji.  Eliminację niedozwolonych działań antykonkurencyjnych wspierać będzie przygotowany w ramach nowelizacji ustawy antymonopolowej szereg narzędzi. Służyć będzie temu m.in. program leniency plus, rozszerzający funkcjonujący obecnie program współpracy z urzędem przewidziany specjalnie dla skruszonych uczestników wielu niedozwolonych porozumień. Urząd dodatkowo obniży kary finansowe tym, którzy zdecydują się ujawnić informacje na temat kolejnej zmowy, której byli uczestnikami.

Priorytetem, który Urząd już realizuje, jest zwiększanie skuteczności zwalczania zmów przetargowych. UOKiK proponuje podniesienie poziomu ich wykrywania poprzez rozwijanie programu screeningowego opartego na narzędziach analitycznych, grupującego informacje o różnych przetargach – w praktyce ułatwiającego wychwytywanie sygnałów o nieprawidłowościach. Ważnym elementem działań prowadzących do zwiększenia wykrywalności zmów przetargowych jest kontynuowanie rozpoczętej w ubiegłym roku współpracy z innymi służbami państwa, m.in. ABW, CBA, Prokuraturą, Policją i NIK. 

UOKiK stawia również  na badania rynku oraz opinie przedsiębiorców, w szczególności  w przypadku nadużycia pozycji przez silnych graczy rynkowych. By decyzje nakazujące zmianę nieuczciwych praktyk przez dominantów spełniały przede wszystkim oczekiwania rynku  – przewidziano specjalne praktyczne rozwiązania. Służyć temu będzie przede wszystkim wykorzystanie testów rynkowych, czyli konsultowanie przez Urząd z uczestnikami rynku –  projektu orzeczenia – jeszcze przed wydaniem decyzji wobec dominanta.

Dbanie o rynek oraz jego uczestników nie jest możliwe bez podnoszenia wiedzy na temat obowiązującego prawa. Wychodząc na przeciw oczekiwaniom szczególnie małych i średnich przedsiębiorców, Urząd przygotuje wyjaśnienia przybliżające decyzje zobowiązaniowe, możliwości dobrowolnego poddania się karze, czy kwestie proceduralne dotyczące m.in. tajemnicy przedsiębiorstwa.

Ministerstwo Gospodarki chce stworzyć bank finansujący polski eksport

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Gospodarki chce stworzyć instytucję, która zajmowałaby się finansowaniem polskiego eksportu i polskich inwestycji za granicą. Problemem są jednak środki, które trzeba wyłożyć na jego uruchomienie, ale resort liczy na to, że uda się je znaleźć. Dzięki temu Polska miałaby szanse na pozyskanie dużych kontraktów zagranicznych i stałaby się globalnym graczem.

 Widzimy słabość po polskiej stronie związaną z zabezpieczeniem adekwatnego finansowania. Potrzebujemy polskiego Ex-Im Banku, który by wspierał polskie inicjatywy gospodarcze za granicą, polskich eksporterów, a także inwestorów za granicą. To jest potrzebne do tego, żeby być graczem na globalną skalę, przecież mamy takie aspiracje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki.

Podkreśla, że stworzenie takiego banku to jeden z priorytetów wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego. Instytucja ta miałaby być wzorowany na amerykańskim Export-Import Banku, który powstał już w latach 30. XX wieku, a od 1945 r. jest niezależną instytucją. Do zadań banku należy przede wszystkim finansowanie zakupu amerykańskich produktów przez zagranicznych nabywców, a w ten sposób promowanie eksportu. Gwarancja kredytowa Ex-Im Banku umożliwiła m.in. zakup pięciu Boeingów 787 Dreamliner przez PLL LOT.

Dzięki polskiemu bankowi finansującemu eksport mogliby skorzystać polscy przedsiębiorcy. Pietrewicz przyznaje jednak, że ustanowienie takiego banku byłoby bardzo kosztowne.

 – Spotykamy się ze zrozumieniem, ale trzeba na ten cel wyłożyć niemałe pieniądze i tu jest problem. Ale kropla drąży skałę, myślę, że doczekam momentu, w którym będziemy mieli nasz polski Ex-Im Bank, na który czeka polska gospodarka i polscy inwestorzy – ocenia Pietrewicz.

W tej chwili resort gospodarki pomaga eksporterom w inny sposób, m.in. poprzez promocję i kontakty na nowych rynkach. Przedsiębiorcy mogą też liczyć na współfinansowanie swoich działań, a także na pomoc w zdobywaniu niezbędnych certyfikatów czy uprawnień. Wspiera ich także Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości poprzez program „Paszport dla eksportu”.

Aktywnie działają też biura Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji resortu gospodarki. Ich silną stroną jest znajomość lokalnego rynku i kultury, co w niektórych krajach, takich jak Indie, odgrywa istotną rolę.

 – To do nich nasz biznes się zwraca, żeby lepiej zrozumieć kulturę, cały proces negocjacyjny, biznesowy. Udzielamy także częściowo wsparcia prawnego. Tyle możemy zrobić i staramy się to czynić maksymalnie profesjonalnie – podkreśla Pietrewicz.

Pod koniec 2015 r. pojawią się nowe standardy podziału ryzyka w polskich inwestycji infrastrukturalnych

CEO Magazyn Polska

Do końca 2015 r. mają zostać ogłoszone nowe zasady podziału odpowiedzialności i ryzyka podczas projektowania inwestycji infrastrukturalnych. Pracuje nad tym powołana przez byłego ministra transportu Komisja Kodyfikacyjna. Przy wykorzystywaniu środków unijnych większy nacisk będzie położony na jakość i utrzymanie dróg.

 – Kierunek jest jeden jak najbardziej uprościć stawiane wymagania, czyli narzut urzędniczy. Trzeba czekać na prace Komisji Kodyfikacyjnej, które w tym zakresie, moim zdaniem, idą we właściwym kierunku. Zależy nam na tym, żeby wszystkie kwestie, które dotyczą projektowania, były oparte na jak najlepszych wzorcach, żeby wykorzystywać w całym procesie, również jeżeli chodzi o przygotowanie inwestycji, system FIDIC – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Rynasiewicz, sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju.

O wdrożenie w Polsce systemu FIDIC (Międzynarodowej Federacji Inżynierów Konsultantów) od dawna apeluje branża budowlana. To właśnie brak odpowiedniego podziału ryzyka przy planowaniu inwestycji jest często wymieniany jako powód wielu bankructw wśród wykonawców projektów infrastrukturalnych. Obecnie kontrakty zawierane na budowę lub modernizację dróg rzadko uwzględniają możliwość renegocjacji warunków w przypadku np. zmiany cen surowców.

Branża musi jednak uzbroić się jeszcze w cierpliwość, bo Komisja Kodyfikacyjna, powołana jeszcze przez ministra Sławomira Nowaka, ma zakończyć prace do końca 2015 r. Wtedy może zostać opublikowany nowy kodeks budowlany. To jeden z priorytetów Komisji, a celem jest przede wszystkim uproszczenie przepisów.

 – Takim konkretem jest przede wszystkim dostęp do całego zasobu geodezyjnego dla projektantów, wreszcie stworzenie całego zasobu map, które pozwolą projektantom na szybsze i dokładniejsze prace, i lepszą jakość całego procesu projektowego – ocenia Rynasiewicz.

Sekretarz stanu podkreśla, że Polska dysponuje już znacznie większym doświadczeniem przy inwestycjach infrastrukturalnych, co wpływa pozytywnie na proces projektowania i budowania. Nie będzie też niespodzianek związanych z finansowaniem. Już w tej chwili zostały przygotowane przetargi na ponad 60 mld zł, współfinansowane z środków unijnych.

Przy wykorzystywaniu funduszy europejskich w obecnej perspektywie budżetowej 2014-2020 większy nacisk będzie położony nie tylko na liczbę inwestycji, lecz także na ich jakość.

 – UE bardzo mocno kładzie nacisk na jakość wykonywanych dróg, budów, za jakie odpowiadamy, stąd też z naszej strony działania, które wspierają GDDKiA w projektach badawczych, w wyposażeniu, w zakupach, w budowie laboratoriów. Pod tym względem myślę, że jesteśmy wyjątkowo dobrze przygotowani. Takie są oczekiwania Unii Europejskiej, że te elementy – liczba i jakość – w nowej perspektywie będą się równoważyły – zapewnia Rynasiewicz.

Dodaje jednak, że w Polsce inwestycje infrastrukturalne są wymagające z uwagi na surowy klimat. Dlatego polskie wymagania są w dużej mierze oparte na wzorcach z Wielkiej Brytanii. MIR chce upowszechniać ten standard przy wszystkich inwestycjach drogowych. Na początku będzie on obowiązywał jedynie na drogach krajowych, ale Rynasiewicz ma nadzieję, że podobne specyfikacje i system finansowania wprowadzą również samorządy.

Branża cementowa na granicy opłacalności. Dodatkowo zagraża jej polityka klimatyczna UE

CEO Magazyn Polska

Wysokie koszty energii elektrycznej i spadek zapotrzebowania na cement powoduje spadek marż w branży cementowej. Jest ona na granicy opłacalności, a sytuację utrudniają obniżające konkurencyjność unijne wymogi klimatyczne – alarmują przedstawiciele branży. Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, zagrożonych będzie 25 tys. miejsc pracy, które daje polski przemysł cementowy.

  Branża cementowa jest w stosunkowo trudnej sytuacji, dlatego że zapotrzebowanie na cement przez ostatnie dwa lata spadło o ponad 25 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Balcerek, prezes i dyrektor generalny firmy Górażdże Cement SA. –  Kolejnym problemem jest bardzo wysoki koszt energii elektrycznej pochodzącej z węgla czy z paliw alternatywnych. W efekcie tych zjawisk spadają marże i branża cementowa jest na granicy opłacalności – dodaje.

Dodatkowo sprawę utrudniają ambitne cele polityki energetyczno-klimatycznej. Przed 2020 r. kraje członkowskie UE muszą osiągnąć 20-proc. udział energii z odnawialnych źródeł, zmniejszyć o 20 proc. emisję gazów cieplarnianych i zwiększyć o 20 proc. efektywność energetyczną. Dwa pierwsze cele są wymagane prawnie. Ponadto pod koniec stycznia Komisja Europejska zaproponowała zredukowanie emisji CO2 o 40 proc. w porównaniu do poziomu z 1990 r. oraz zwiększenie w tym okresie udziału odnawialnych źródeł energii do 27 proc. Nowe cele miałyby zostać osiągnięte do 2030 r.

 – Plany zredukowania emisji CO2 niemal o 40 proc. i osiągnięcia prawie 30-procentowego udziału energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych sprawiają, że działalność przemysłu w UE staje się niekonkurencyjna w stosunku do gospodarek krajów Wschodu czy Stanów Zjednoczonych – dodaje Balcerek.

Polityka klimatyczna UE, w jego opinii, wyklucza się z planowaną reindustrializacją Europy. A i tu cel jest ambitny, bo Komisja Europejska chce, by do 2020 roku 20 proc. unijnego PKB pochodziło z działalności przemysłowej. Dziś jest to nieco ponad 15 proc.

Szanse na to będą maleć, jeśli firmy – zmuszone wymaganiami polityki klimatycznej – będą przenosić swoją działalność przemysłową poza UE.

 – Niektórzy inwestorzy już przenoszą swoją działalność na obrzeża Unii Europejskiej, do Afryki Północnej – zauważa Balcerek. – Mamy też przykład z rynku polskiego – jeden z inwestorów wstrzymał swoją inwestycję w Polsce. Będzie wytwarzał cement na Ukrainie i stamtąd importował go do Polski.

Chodzi tu o irlandzki koncern CRH będący właścicielem Cementowni Ożarów. CRH w 2012 r. wybudował cementownię na Ukrainie, a w 2013 r. zakupił w tym kraju kolejną. Istnieją więc obawy o przenoszenie za wschodnią granicę produkcji z Ożarowa i o miejsca pracy tamtejszych robotników. Jak zauważa Balcerek, przemysł cementowy opiera się na lokalnych surowcach i lokalnej sile roboczej. Koszty transportu cementu na duże odległości są bowiem wysokie.

 – Produktem końcowym w naszej branży nie jest sam cement, lecz beton. Jego nie da się przetransportować dalej niż 20, maksimum 40 kilometrów – mówi prezes Górażdże Cement SA. – Zatrudniamy więc lokalnych pracowników. Jednak jeśli w Polsce nie będzie wsparcia dla tego przemysłu, to pojawi się kolejny sygnał do wzrostu bezrobocia – przestrzega.  

W przemyśle cementowym pracuje w Polsce 25 tysięcy osób, a biorąc pod uwagę także betoniarzy, liczba pracowników branży jest trzykrotnie wyższa. 

Polacy nie przywiązują wagi do kraju produkcji zakupionego towaru. Jednak świadomość konsumentów rośnie

CEO Magazyn Polska

Tylko 7 proc. konsumentów zwraca uwagę na kraj produkcji danego towaru – wynika z badań Grupy IQS, choć ponad połowa deklaruje, że stara się wybierać polskie produkty. Patriotyzm gospodarczy to nie tylko kwestia dużych firm, lecz przede wszystkim wyborów konsumentów – przekonuje Jacek Janiszewski, były minister rolnictwa i przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”. I choć administracyjnie nie da się tego uregulować, to pomóc mogłaby akcja marketingowa, która zachęciłaby Polaków do wyboru produktów i usług firm, które inwestują w rozwój kraju, płacąc tu podatki.

 Z patriotyzmu dotyczącego wielkich korporacji musimy przejść do patriotyzmu nas, konsumentów, którzy – jeżeli tylko mogą wybrać – kupują w tych przedsiębiorstwach i pracują w tych firmach, które pod tym względem są etyczne – mówi Newserii Biznes Jacek Janiszewski, były minister rolnictwa i przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”.

Etyczne, czyli takie, które lokują zyski w swój rozwój w kraju, płacą tu podatki, przyczyniając się w ten sposób do tworzenia nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego Polski. 

 – Mieliśmy okazję przekonać się o tym podczas kryzysu w Europie, kiedy nadwyżki finansowe z polskiej zielonej wyspy bardzo chętnie lokowano w innych krajach, czyli transferowano zyski do spółek matek. To nie jest w porządku – podkreśla Jacek Janiszewski.

Jego zdaniem nie ma możliwości wprowadzenia takiego obowiązku administracyjnie lub prawnie, można za to zwiększać świadomość konsumentów w tym zakresie.

 – W Unii Europejskiej bylibyśmy piętnowani za wprowadzenie regulacji w tym obszarze, ale przydałaby się strategia marketingowa czy informacyjna, stworzona przez niezależne organizacje pozarządowe, która mówiłaby o tym, które firmy inwestują w rozwój wewnątrz kraju – podkreśla Jacek Janiszewski. – Patriotyzm musi być bardzo logiczny, jasny i kształtowany już w przedszkolu.

Na początku stycznia polska sieć odzieżowa LPP poinformowała, że przenosi swoje marki do spółki na Cyprze w celu optymalizacji struktury podatkowej. Przeciwnicy takich działań wzywali do bojkotu firmy przez konsumentów, co na portalach społecznościowych spotkało się z żywiołową reakcją. Wprawdzie sklepy nie odnotowały spadków sprzedaży, ale pokazało to, że temat patriotyzmu gospodarczego nie jest społeczeństwu obojętny. Wśród największych płatników podatku dochodowego CIT w Polsce znajdują się takie firmy, jak: KGHM Polska Miedź, PKN Orlen, PGNiG, PGE, a także Jeronimo Martins Polska (właściciel sieci sklepów Biedronka).

Patriotyzm gospodarczy będzie jednym z tematów poruszanych podczas XXI Forum Gospodarczego w Toruniu (3-4 marca), którego organizatorem jest Stowarzyszenie „Integracja i Współpraca”. Partnerami honorowymi są: Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a partnerem strategicznym województwo kujawsko-pomorskie.

Sprzedaż mieszkań rośnie. Duzi deweloperzy mają szansę na kilkudziesięcioprocentowe wzrosty

CEO Magazyn Polska

Wyraźnie poprawia się sytuacja na rynku mieszkaniowym. W ubiegłym roku deweloperzy zanotowali wzrosty sprzedaży przy zachowaniu wysokiej marży. W tym roku sprzedaż może wzrosnąć o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent. Mniejsi deweloperzy przez ustawę deweloperską mają jednak problem z finansowaniem inwestycji. Dla wszystkich graczy na rynku problemem za kilka lat stanie się malejąca grupa klientów w wieku 25-35 lat.

 Zdecydowanie możemy powiedzieć, że deweloperzy mieszkaniowi najgorsze mają już za sobą. Niespodziewanie dla całego rynku, a także dla samych deweloperów sprzedaż mieszkań odbiła się z początkiem ubiegłego roku. Ceny poszły w ślad za liczbami sprzedawanych mieszkań. Deweloperzy odetchnęli z ulgą, bo niektórzy mieli problemy płynnościowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Wewiórski, analityk Domu Maklerskiego IDM.

Według niego początek tego roku zapowiada kontynuację, a nawet poprawę trendu. Sprzedaż nowych mieszkań wzrośnie w skali kraju o kilkanaście procent, a najwięksi, notowani na giełdzie deweloperzy mogą poprawić swoją sprzedaż nawet o kilkadziesiąt procent. Równocześnie ze wzrostem sprzedaży deweloperom udaje się utrzymać marżę na odpowiednim poziomie wynoszącym 20-25 proc. To według eksperta zapewnia oczekiwany zwrot z inwestycji. Niewykluczone, że w tym roku marża deweloperów nawet wzrośnie. Dla klientów może oznaczać to wzrost cen, ale branża cieszy się z dobrych wyników finansowych.

Odbicie na rynku widać w danych dotyczących przepływu gotówki deweloperów. 

 – W rachunku cash flow widzimy u dużych deweloperów wysokie marże, dobry cash flow operacyjny, czyli widzimy spokój – ocenia Wewiórski. – Wcześniej nie udawały się emisje obligacji, ale w momencie, kiedy doszło do wzrostu liczby sprzedawanych mieszkań w ujęciu rocznym, zauważyliśmy większą skłonność podmiotów finansowych do udzielania pożyczek bądź rolowania długu.

Dodaje jednak, że poprawa dotyczy przede wszystkim dużych deweloperów. Mniejsze podmioty na rynku w większym stopniu odczuwają ograniczenia nałożone przez obowiązującą od 2012 r. ustawę deweloperską. 

 – Duże spółki są w stanie finansować się z kredytów bankowych, z obligacji, ale również z wpłat klientów, którzy realizują przedpłaty na mieszkania. Niestety wprowadzenie ustawy deweloperskiej spowodowało, że mniejsi deweloperzy nie mają większych szans na podpisanie umów z bankami dotyczących otwartych rachunków powierniczych, co automatycznie wiąże się z możliwością skorzystania ze środków wpłacanych przez klientów na budowę mieszkań – tłumaczy Maciej Wewiórski.

W jego ocenie, w konsekwencji z rynku może zniknąć kilka mniejszych spółek deweloperskich. To z kolei może oznaczać zmniejszenie liczby oddawanych mieszkań. Więc z jednej strony mniejsze ryzyko dla klientów, a z drugiej mniejsza podaż na rynku mieszkaniowym. Może to nastąpić w ciągu najbliższych 2-3 lat.

Za kilka lat problemem dla deweloperów może stać się niż demograficzny, czyli malejąca liczba osób w przedziale wiekowym 25-35 lat, które najczęściej kupują mieszkania. Wewiórski ocenia, że pogorszenie sytuacji związane z demografią może nastąpić za 5-7 lat.

Polskie innowacyjne firmy mogą powtórzyć sukces Google’a czy Apple’a

CEO Magazyn Polska

To ma być przełom w finansowaniu badań i rozwoju w Polsce. Sojusz publiczno-prywatny doprowadził do powstania największego funduszu zaawansowanych technologii na naszym rynku, o kapitale 210 mln zł. Pieniądze zostaną przeznaczone na rozwój nowatorskich pomysłów, które mogą trafić na amerykański NASDAQ. 

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Pitango Venture Capital i Investin podpisały umowę w ramach programu BRIdge VC.

 – To oznacza uruchamianie wspólnego funduszu nakierowanego na wysoko technologiczne przedsięwzięcia gospodarcze, równocześnie bardzo ryzykowne, ale dające też dużą nadzieję, szansę na zysk w przypadku sukcesu komercyjnego – mówi Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

W ten sposób powstaje fundusz inwestycyjny Pitango Investin Ventures (PI Ventures) zarządzający kapitałem w wysokości 210 mln złotych. Ponad połowę tej kwoty zapewni Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Pozostała część musi zostać zgromadzona w ciągu najbliższych miesięcy.

 – Te środki prywatne w wysokości 100 mln złotych będą gromadzone na rynku polskim i zagranicznym, także i amerykańskim. Muszą być dołączone do środków publicznych, po to, żeby te przedsięwzięcia mogły ruszyć – tłumaczy Leszek Grabarczyk.

Kolejnym etapem będzie poszukiwanie rentownych rozwiązań technologicznych wśród polskich firm i innowatorów. Powstający fundusz ma być wsparciem dla komercjalizacji wyników prac badawczo-rozwojowych. Dzięki temu ma zostać pokonana luka inwestycyjna, na jaką często napotykają polskie innowacyjne projekty.

 – Po sześciu lub dziewięciu miesiącach rozpocznie się operacyjna działalność polegająca na szukaniu dobrych pomysłów technologicznych, kreowaniu przedsięwzięć gospodarczych małych spółek z etapów technologicznych, a następnie, poszukiwaniu możliwości korzystnego wyjścia z  inwestycji i sprzedaży na rynku globalnym. Nie jest dla nas żadnym ograniczeniem Polska, Unia Europejska, będziemy poszukiwać możliwości korzystnych transakcji na rynku globalnym – mówi Newserii Biznes Leszek Grabarczyk.

NCBiR liczy, że dzięki funduszowi w ciągu najbliższych czterech lat polska spółka zadebiutuje na amerykańskim parkiecie NASDAQ, gdzie notowani są tacy giganci, jak: Google, Intel Corp., Microsoft Corp., Dell czy Apple Inc.

Takie nadzieje daje przede wszystkim udział w projekcie Pitango Venture Capital, który zarządza kapitałem o wartości ponad 1,6 mld dolarów i jest największą grupą venture capital w Izraelu. Od momentu założenia w 1993 roku fundusz zainwestował w ponad 180 spółek technologicznych. Niektóre z nich upublicznione przez wprowadzenie na NASDAQ, inne stały się częścią korporacji takich, jak: Apple, Microsoft, Cisco, IBM czy Oracle.

Ukraina potrzebuje zastrzyku finansowego z zewnątrz

CEO Magazyn Polska

Rozwój politycznych wydarzeń na Ukrainie będzie miał decydujący wpływ na współpracę miedzy polskimi a ukraińskimi przedsiębiorstwami. Największym zagrożeniem są niestabilność prawa oraz zatory płatnicze. Polskie firmy mają mocną pozycję w tym kraju, jednak jego gospodarka pogrążona jest w głębokim kryzysie. Ukraina musi poradzić sobie z widmem niewypłacalności, ale do tego potrzebuje pomocy z Rosji lub Unii Europejskiej.

 Kijów musi dostać te pieniądze, bo inaczej czeka nas zapaść tego państwa. W listopadzie jeden z dziennikarzy ukraińskich powiedział mi, że za chwilę się okaże, że Ukraina jest niewypłacalna i zabraknie pieniędzy na wypłaty emerytur – mówi Michał Niewiadomski, prezes Polsko-Ukraińskiego Klubu Dziennikarzy. – Jeśli Moskwa wstrzyma swoją kroplówkę, to Unia musi zaproponować taką formę tzw. Planu Marshalla, o którym się od jakiegoś czasu mówi, dzięki której Ukraina będzie w stanie się zreformować, ale też uniknąć niewypłacalności.

W grudniu 2013 r. prezydent Rosji Władimir Putin zobowiązał się do udzielenia Ukrainie pożyczki w wysokości 15 mld dolarów. Jednak w ostatni
piątek w związku z ustąpieniem Janukowycza, Moskwa wstrzymała się z kolejną ratą pożyczki. Dalszą pomoc Rosja uzależnia od wyniku wyborów. Ukraina potrzebuje 35 mld dolarów na latach 2014-15. Tymczasowe władze zwróciły się o pomoc do partnerów zagranicznych – m.in. Stanów Zjednoczonych i Polski – o pomoc kredytową w najbliższych tygodniach.

Rozwój politycznych wydarzeń na Ukrainie z pewnością będzie miał decydujący wpływ na współpracę polskich i ukraińskich firm. Zasadniczą kwestią, według Niewiadomskiego, jest respektowanie prawa oraz przepływ kapitału.

 – Ważne jest, by przepisy prawne były respektowane, jak i żeby obowiązywała jednolita wykładnia, aby prawo było tak samo rozumiane na terenie całego kraju, i w Charkowie, i w Doniecku, i we Lwowie. W przeciwnym razie czeka nas chaos, nie tylko w życiu codziennym, lecz także w biznesie – mówi agencji i informacyjnej Newseria Biznes prezes Polsko-Ukraińskiego Klubu Dziennikarzy. – Również kwesta zatorów płatniczych jest kluczowa. W momencie, kiedy gotówka nie przepływa między przedsiębiorstwami, kiedy nie ma płynności, zaczynają się problemy.

Jego zdaniem polskie firmy mają silną pozycję na Ukrainie jako partner biznesowy. Dlatego też perspektywy dalszej współpracy są bardzo dobre.

 – Polskie firmy są dobrze kojarzone. Dają kontrakty firmom ukraińskim, zatrudnienie Ukraińcom – zauważa Niewiadomski. – Poza tym Polska dobrze kojarzy się politycznie w związku z ostatnimi przemianami i wydaje mi się, że to też może sprzyjać naszej współpracy.

Atutem Polski jest też znajomość mentalności partnerów i lokalnych uwarunkowań biznesowych.

 – Polacy wiedzą, jak robić biznes na Ukrainie, wiedzą, jak sobie tam radzić. Mam nadzieję, że nadchodzące zmiany pozwolą na zniwelowanie tego wielkiego ukraińskiego problemu, jakim jest korupcja. Bo to jest wielki problem społeczny i gospodarczy – podkreśla Michał Niewiadomski.

Polskie rolnictwo ekologiczne zagrożone

CEO Magazyn Polska

Rządowa polityka na kolejne lata może zahamować rozwój polskiego rolnictwa ekologicznego, które od wejścia Polski do UE rozwija się dynamicznie głównie dzięki funduszom unijnym. W nowej perspektywie finansowej stawka dotacji do 1 ha ma być taka sama, ale zmniejszy się o połowę dotowana powierzchnia. To może być ewenement na skalę światową – przestrzegają eksperci

  Do rolników docierają informacje, że unijne wsparcie upraw ekologicznych zostanie zmniejszone. To jest niepokojące. Zależy nam na bezpiecznej, zdrowej żywności, a ta pochodzi przede wszystkim z gospodarstw ekologicznych, które zachowują większy reżim co do systemu produkcyjnego i ilości stosowanej chemii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Solarski, wiceprezes Polskiego Związku Producentów Roślin Zbożowych. 

Chodzi o projekt Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020 przygotowany przez resort rolnictwa. Według ekspertyzy opracowanej przez senackie Biuro Analiz i Dokumentacji projekt ten przewiduje dalsze obostrzenia (wprowadzone już częściowo w ubiegłym roku), co może pogłębić regres polskiego rolnictwa ekologicznego. Przewidziano dopłaty o 50 proc. niższe od tych, które spożytkowano w PROW 2007-2013. Stawki dotacji do 1 ha pozostaną takie same, jak w PROW 2007-2013, za to zmniejszona zostanie o połowę dotowana powierzchnia.

W ocenie ekspertów można się spodziewać zmniejszenia liczby gospodarstw ekologicznych w Polsce, co będzie ewenementem na skalę światową. Podobne obawy formułuje Greenpeace.

 – W programie rolno-środowiskowym też jest wiele nowych regulacji, które zmieniają sposób dofinansowania. Dopóki do końca nie poznamy tych zasad, to program będzie budzić uzasadnione obawy, że będzie gorzej niż było. Musi dojść do konsensusu i pewnie w drodze konsultacji zostanie wybrany wariant korzystny zarówno dla rolników, jak i dla strony finansującej – liczy Tadeusz Solarski. 

Według danych ministerstwa rolnictwa pod koniec ubiegłego roku w Polsce kontrolą jednostek certyfikujących objętych było 26,5 tys. producentów ekologicznych, w tym 25,9 tys. gospodarstw gospodarujących na ponad 650 tys. ha. Jest to około 10-proc. wzrost powierzchni i liczby gospodarstw w stosunku do 2011 r. Jak podają senaccy eksperci, przyczyną tak gwałtownego zainteresowania rolnictwem ekologicznym były korzystne unijne dotacje, o które rolnicy mogli ubiegać się od 2004 roku.

To dawało im potężny zastrzyk finansowy, dzięki któremu tworzyli markę polskiej ekologicznej żywności. A rynek ekoproduktów systematycznie rośnie na całym świecie. Największym konsumentem żywności ekologicznej są Amerykanie, a na drugim miejscu Niemcy, jeden z najważniejszych polskich partnerów eksportowych. W 2011 roku tamtejsi konsumenci kupili żywność ekologiczną za 6,5 mld euro. Polacy w tym samym roku wydali na ten cel zaledwie 120 mln euro. Ponad 80 proc. polskiej żywności ekologicznej jest eksportowane, głównie do krajów zachodniej Europy i USA. 

Ponad połowa studentów boi się wejścia na rynek pracy. Nie czują się odpowiednio przygotowani

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa studentów obawia się wejścia na rynek pracy, a tylko co piąty uważa, że jest do tego dobrze przygotowany – wynika z badania Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami (PSZK). Dlatego w interesie zarówno pracodawców, jak i przyszłych pracowników leży rozwijanie programów staży i praktyk. Dziś PSZK rusza z kampanią „Staż. Sprawdź zanim pójdziesz”, której celem jest podniesienie jakości staży studenckich i zachęcenie studentów do uczestnictwa w nich.

 Kampania ta jest skierowana do ludzi młodych, którym chcemy uświadomić, że jednym z elementów praktycznej edukacji jest właśnie udział w stażach i praktykach, ale w stażach i praktykach wysokiej jakości – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Szefler, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Wysokie bezrobocie i trudna sytuacja na rynku pracy sprawiają, że ponad połowa studentów obawia się rozpoczęcia pierwszej pracy.

 – Tylko 20 proc. uważa, że są przygotowani pod kątem umiejętności praktycznych do podjęcia działań związanych z pierwszą pracą. Jednocześnie 80 proc. studentów chce brać udział w wysokiej jakości programach staży i praktyk, czyli widzi taką potrzebę i ma chęć zaangażowania się w staże i praktyki po to, żeby się przygotować do wejścia na rynek pracy – tłumaczy wyniki badania PSZK wiceprezes stowarzyszenia.

Studenci uważają jednak, że staże i praktyki nie zawsze są właściwą formą przygotowania do przyszłej pracy zawodowej. Potwierdzają to wyniki Eurobarometru, zgodnie z którymi co trzeci staż w UE ma niską jakość pod względem warunków pracy lub treści nauczania. Zmienić tę sytuację mają Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiór standardów jakościowych, na podstawie którego firmy powinny przygotowywać programy dla studentów.

 – Stąd również sam pomysł kampanii, która też powstała na podstawie Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk – wyjaśnia wiceprezes stowarzyszenia. – Jest ona skierowana również do pracodawców po to, żeby zachęcić ich do organizowania programów staży i praktyk odznaczających się wysokim walorem edukacyjnym.

Pomoże im również trafić do studentów z odpowiednim komunikatem. Dziś, choć wielu pracodawców oferuje staże i praktyki na najwyższym poziomie, wielu studentów nie ma najlepszej opinii o skierowanych do nich programach.

Jednocześnie stowarzyszenie rozpoczęło audyty programów staży i praktyk oferowanych przez firmy. Pod uwagę brany jest m.in.: walor edukacyjny, umowa, wynagrodzenie czy mentoring. Istotną częścią audytu są też wywiady przeprowadzane z pracownikami działu personalnego, kadrą menedżerską oraz praktykantami i stażystami. Pierwsze procesy audytowe z powodzeniem przeszły już trzy firmy: PZU, Nestlé i Siemens.

Polskie przedsiębiorstwa zwiększą efektywność w latach 2014 -2017 dzięki nowoczesnym technologiom

Branże FMCG i przemysłu ciężkiego będą kolejnymi sektorami, które w latach 2014 – 2017 sięgną po najnowocześniejsze rozwiązania z zakresu automatyki i robotyki – prognozują analitycy firmy ASTOR, branżowego lidera zaopatrującego w specjalistyczne oprogramowanie już 1/3 polskich firm przemysłowych. Eksperci przewidują, że dzięki zastosowaniu nowych technologii – w tym przemysłowych aplikacji mobilnych i systemów zdalnego monitoringu – polskie przedsiębiorstwa będą mogły redukować koszty funkcjonowania o nawet kilkanaście procent rocznie.

Analitycy wskazują, iż podnoszenie efektywności operacyjnej za pośrednictwem rozwiązań z zakresu automatyki przemysłowej, robotyki i systemów IT dla przemysłu coraz częściej staje się priorytetem przedsiębiorstw produkcyjnych w Polsce. Zdaniem przedstawicieli branży, kolejne miesiące i lata upłynąć mają pod znakiem intensywnego rozwoju tych technologii.

Ze statystyk ASTOR wynika, że wdrożenie rozwiązań z dziedziny IT dla przemysłu, automatyki i robotyki może przyczynić się do wzrostu efektywności przedsiębiorstwa o kilka, a nawet kilkadziesiąt procent, w tym m.in. do poprawienia dostępności maszyn, obniżenia kosztów energii i materiałów produkcyjnych, podniesienia wydajności oraz przyspieszenia przepływu informacji między biznesem, a produkcją. Przykłady wdrożeń pokazują, że w praktyce rozwiązania te przełożyły się np. na zwiększenie wydajności produkcji o 10 procent w zakładzie jednego z czołowych producentów zdrowej żywności, poprawienie o 20 procent wydajności produkcji w pewnej spółdzielni mleczarskiej, czy 30-procentową oszczędność energii u jednego z producentów materiałów na potrzeby przemysłu meblarskiego.

– W ciągu najbliższych trzech lat nastąpią znaczące zmiany w zakresie oczekiwań rynku wobec dostawców rozwiązań z zakresu automatyki przemysłowej. Ze względu na kryterium niezawodności systemów, producenci urządzeń będą stopniowo dostosowywać swoją ofertę do trendów – ocenia Stefan Życzkowski, prezes firmy ASTOR, która w minionym roku zanotowała 23-procentowy wzrost obrotów i zaopatruje w oprogramowanie już 1/3 działających w Polsce firm przemysłowych.

Nowe sektory, nowe wyzwania

W 2014 roku coraz więcej firm z różnych branż będzie, wg specjalistów ASTOR, sięgać po automatyzację
i informatyzację produkcji. Wzmożone zainteresowanie dużymi systemami podnoszącymi efektywność wykazują szczególnie przedsiębiorstwa działające na globalnych rynkach. Korporacje międzynarodowe coraz częściej chcą standaryzować procesy, jakie mają miejsce w zakładach na całym świecie, sięgając po rozwiązania IT usprawniające przepływ informacji. Taką rolę pełnią m.in. systemy klasy MES (umożliwiające na bieżąco zbieranie informacji
o realizacji produkcji), CMMS (zapewniające wsparcie szeroko rozumianego utrzymania ruchu), czy integrujące produkcję z systemami ERP (pozwalającymi na planowanie zasobów). Coraz więcej firm, szczególnie z sektora FMCG i przemysłu ciężkiego zamierza także inwestować w zautomatyzowane stanowiska pracy i linie produkcyjne wyposażone w roboty przemysłowe.

W kierunku rozwiązań mobilnych

Do grona podstawowych narzędzi, stosowanych przez kierowników produkcji dołączy w 2014 roku tablet. Widoczna w codziennym życiu rewolucja technologiczna, skutkująca dynamicznym rozwojem urządzeń mobilnych, znajdzie swoje odbicie na rynku automatyki przemysłowej. Eksperci zaznaczają jednak, że branża produkcyjna bywa dość konserwatywna i jeszcze kilkanaście lat temu poddawała w wątpliwość możliwości komputerowego sterowania siecią przemysłową. Dlatego przedsiębiorstwa sięgną w pierwszym rzędzie po rozwiązania hybrydowe. Takie systemy, łączące ze sobą funkcjonalności komputerów stacjonarnych i urządzeń mobilnych sprawdzać się będą szczególnie
w celach nadzoru aplikacji, serwisu i analizy danych.

Zdalny monitoring coraz powszechniejszy

Decyzje strategiczne dotyczące produkcji coraz częściej będą zapadać po zapoznaniu się zarządu z danymi z systemów odpowiedzialnych za gromadzenie, wizualizację i przetwarzanie informacji w czasie rzeczywistym. Coraz większą popularność w 2014 roku mają zyskiwać systemy zdalnego monitoringu i sterowania, oparte zarówno na hardware’owych, jak i software’owych rozwiązaniach, dedykowanych różnym branżom przemysłu i infrastruktury. Umożliwiają one bieżący dostęp do danych dotyczących obiektów, produkcji czy sieci, co przekłada się na większe możliwości kontroli, wykrywania awarii i optymalizacji zarządzania zasobami i kosztami.

Polskie przykłady, polskie rozwiązania

– W 2013 roku na rynek informatyki i automatyki przemysłowej oraz robotyki wpływ miało kilka kluczowych wydarzeń, które kształtować będą także krajobraz w branży AD 2014. Przede wszystkim były to intensywne inwestycje
w efektywność przemysłu ciężkiego, które pociągały za sobą także konsolidację spółek i konieczność dokładnej kontroli kosztów. W sektorze energetycznym kluczowe znaczenie miał nacisk na wdrażanie pakietu energetyczno-klimatycznego. Z kolei branża spożywcza i meblarska doświadczyła intensywnego rozwoju pod względem eksportu – mówi Stefan Życzkowski.

Impulsy te przyczyniły się do wzmożonego zainteresowania rozwiązaniami z zakresu automatyki przemysłowej. Widać to doskonale na przykładzie firmy ASTOR. Wśród jej klientów, aż 25 procent stanowią nowi, pozyskani w 2013 roku. Do grona, w którym już wcześniej znajdowały się firmy z branż energetyki cieplnej, zawodowej, infrastruktury komunalnej czy edukacji, dołączyły np. przedsiębiorstwa z sektora spożywczego, meblarskiego, chemii budowlanej oraz RTV-AGD. Nowi użytkownicy rozwiązań ASTOR to m.in. Dr. Oetker, Electrolux, Energa Hydro, Swedwood, Homanit Polska, NKT Cables, czy WZ Eurocopert. Z myślą o nich firma wciąż rozwija ofertę, która obejmuje m.in. systemy sterowania General Electric i Horner APG, oprogramowanie przemysłowe Wonderware, roboty przemysłowe Kawasaki i Epson, a także ekonomiczne urządzenia automatyki własnej marki Astraada.

Lutowy wzrost nastrojów konsumenckich Polaków

W lutym wartość Barometru Nastrojów Konsumenckich GfK wzrosła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 0,5 punktu. Obecnie wynosi ona minus 20,8 punktu. Biorąc pod uwagę poszczególne wskaźniki wchodzące w skład barometru, na przestrzeni ostatniego miesiąca pogorszyły się oczekiwania co do pozytywnych zmian w sytuacji ekonomicznej kraju, natomiast wzrosły oceny możliwości oszczędzania. Oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych oraz zmian na rynku pracy nie uległy zmianie i pozostały na tym samym poziomie.

Przyszła sytuacja gospodarcza kraju
Wartość składowej barometru GfK dotyczącej ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju spadła w lutym o 2 punkty i wynosi obecnie minus 15 punktów. Lutowy wynik oznacza powrót do sytuacji z grudnia ubiegłego roku.

Możliwości oszczędzania
W lutowym pomiarze wskaźnik przedstawiający skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania wzrósł o 4 punkty i wynosi obecnie minus 33 punkty, co oznacza korektę styczniowego spadku.

Przyszła sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych
W lutym oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych pozostały na niezmienionym poziomie minus 7 punktów. Oznacza to powrót do sytuacji z przełomu trzeciego i czwartego kwartału 2013 roku.

Przyszła sytuacja na rynku pracy
Wskaźnik ilustrujący składową barometru GfK mówiący o prognozach rozwoju sytuacji na rynku pracy utrzymał się w lutym na tym samym poziomie i wynosi obecnie minus 28 punktów.

Bezpiecznie i szybko, czyli co liczy się dla kupujących online

Najnowsze badania przeprowadzone przez instytut opinii publicznej Infas na zlecenie Trusted Shops wskazują, że bezpieczeństwo oraz czas dostawy to kluczowe kryteria przy wyborze sklepów internetowych. Poczta Polska oraz Trusted Shops, firmy specjalizujące się w usługach dla branży e-commerce opracowały rozwiązania, które odpowiadają na główne obawy kupujących online.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Jak pokazują najnowsze badania, bezpieczeństwo jest dla Polaków najważniejszym kryterium wyboru sklepu zaraz za ceną – tak wskazało prawie 90% ankietowanych. Na drugim miejscu uplasowała się szybka dostawa. W pierwszej piątce znalazły się również aspekty związane z zaufaniem do sklepu internetowego, takie jak gwarancja zwrotu pieniędzy, wiarygodność oferty oraz ochrona danych osobowych.

Wyniki sondażu odzwierciedlają główne obawy konsumentów, które sprawiają, że chętniej wybierają te sklepy, którym uda się zbudować poczucie wiarygodności i bezpieczeństwa. Konsumenci coraz większą wagę przykładają również do ochrony danych osobowych. Zależy im bowiem, aby sklepy zarządzały danymi we właściwy sposób i nie udostępniały ich stronom trzecim. Z drugiej strony, widzimy, że zmieniają się oczekiwania wobec sklepów internetowych – kupujący wymagają szybkiej realizacji zamówienia. Jak sugerują badania, konsumenci nie postrzegają tego aspektu w kategoriach dodatkowego udogodnienia, ale standardu.

– Po raz kolejny konsumenci podkreślają jak ważne jest dla nich bezpieczeństwo transakcji i rzetelność sprzedawcy. Kupujący muszą czuć się bezpiecznie na każdym etapie zakupów, aby zdecydować na finalny krok, czyli złożenie zamówienia. Coraz częściej konsumenci wchodzą od razu na strony produktowe; to tam oraz na etapie płatności szukają potwierdzenia wiarygodności sprzedawcy. Trusted Shops bada nastroje konsumentów i zmieniające się trendy na rynku dostosowując prezentacje symboli zaufania do potrzeb zarówno kupujących, jak i sprzedawców. Na przykład dzięki gwarancji zwrotu pieniędzy w koszyku konsumenci mają poczucie bezpieczeństwa i chętniej dokonują zakupu – komentuje Anna Rak, Country Manager Trusted Shops w Polsce.

Im szybciej tym lepiej

Z roku na rok coraz większego znaczenia nabiera również czas dostawy. Kupujący wymagają bowiem, aby ich przesyłki docierały szybko i bez problemów. Tę potrzebę na rynku dostrzega Poczta Polska, która oferuje przesyłki pocztowe oraz kurierskie. Sprzedawcy internetowi mogą liczyć na elastyczne i indywidualne rozwiązania, takie jak: przesunięcie granicznej godziny wysyłania paczek priorytetowych, czy też na obsługę przesyłek w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu. Ponadto e-sprzedawcy otrzymują dostęp do aplikacji Elektroniczny Nadawca, która jest przydatna przy wysyłaniu dużej liczby przesyłek.

– Poczta Polska dynamicznie rozwija się w segmencie eCommerce, współpracując z niemal 60% e-sklepów. To z myślą o nich opracowaliśmy nową ofertę kurierską. Jednym z rozwiązań jest usługa Paczka EKSTRA24. Główną zaletą tego rozwiązania jest szybkość doręczenia przesyłek. Paczka nadana w placówce pocztowej dotrze do odbiorcy już następnego dnia. Wysoka jakość, terminowość oraz zaufanie sprawiają, że Polacy coraz częściej wybierają dostawę za pośrednictwem Poczty Polskiej – mówi Sławomir Żurawski, Dyrektor Biura Rozwoju Usług KEP Poczty Polskiej. W sondażu na temat decyzji zakupowych oraz zaufania do sklepów internetowych wzięło udział ponad 1000 internautów z Polski oraz ponad 4000 osób reprezentujących kluczowe rynki europejskie – Niemcy, Francję, Hiszpanię i Wielką Brytanię. Respondentów pytano między innymi o kryteria, jakimi kierują się podczas wyboru sklepu internetowego i częstotliwość zakupów.

Sprawozdanie finansowe Grupy Budimex za rok 2013

Dariusz Blocher - prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA
Dariusz Blocher – prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA

W roku 2013 Grupa Budimex osiągnęła sprzedaż na poziomie 4,75 miliarda złotych. Jest to sprzedaż niższa o 22% w stosunku do roku ubiegłego, kiedy Grupa Budimex odnotowała historyczne obroty w wysokości 6,1 miliarda złotych.

Spadki sprzedaży w roku 2013 nie są dla rynku zaskoczeniem. To rok spodziewanego spowolnienia i wyczekiwania na nowy budżet unijny na lata 2014-2020, który finalnie został zatwierdzony w listopadzie 2013 roku.

Rok 2013 to kolejny rok, w którym produkcja budowlano – montażowa odnotowuje ujemną dynamikę wzrostu (-13,6% rok do roku), spowodowaną głównie sytuacją w segmencie infrastrukturalnym, który skurczył się o 18,6%. Budownictwo infrastrukturalne stanowiło 59% sprzedaży segmentu budowlanego Grupy Budimex w roku 2013 oraz 63% w roku 2012.

W 2013 roku Grupa Budimex osiągnęła zysk z działalności operacyjnej na poziomie 333 milionów złotych z rentownością 7% w porównaniu do rentowności operacyjnej osiągniętej w roku 2012 na poziomie 3%.

Na wyniki istotny, aczkolwiek nie decydujący, wpływ miała sprzedaż spółki zależnej Budimex Danwood, lidera na rynku produkcji domów jednorodzinnych w konstrukcji szkieletowej. Sprzedaż spółki była elementem realizacji strategii koncentracji na podstawowej działalności Grupy Budimex i przygotowania jej struktury do nowej sytuacji rynkowej w nadchodzących latach.

Motorem wygenerowanego wyniku był w roku 2013 segment budowlany, który poprawił rentowność na każdym poziomie działalności. Rentowność segmentu na poziomie marży brutto to 7,3% w porównaniu do 6,4% rentowności osiągniętej w roku 2012. Rentowność operacyjna natomiast osiągnęła poziom 3,3% w porównaniu do 2,0% w roku 2012. Na sytuację tę wpływ miał głównie spadek cen materiałów budowlanych, dbałość o jakość podpisywanych kontraktów oraz fakt, iż najtrudniejsze kontrakty autostradowe zostały już zakończone.

Rok 2013 był dobrym rokiem dla działalności deweloperskiej pod względem przedsprzedaży mieszkań. Zmiany w wymaganiach kredytowych, stosunkowo niskie stopy procentowe skutkujące relatywnie tanim finansowaniem i mało atrakcyjnym oprocentowaniem lokat bankowych wpłynęły na istotny wzrost przedsprzedaży mieszkań. W roku 2013 Budimex Nieruchomości przedsprzedał 742 mieszkania w porównaniu do 515 mieszkań przedsprzedanych w roku 2012 odnotowując 44% wzrost. Poziom przedsprzedaży mieszkań odnotowany w roku 2013 to poziom bliski temu z okresu boomu na rynku mieszkaniowym.

W roku 2013 Budimex Nieruchomości sprzedał notarialnie 495 mieszkań, podczas gdy w tym samym okresie 2012 roku sprzedał 740 lokale. Należy pamiętać, że sprzedaż notarialna mieszkań zależy od terminów zakończenia projektów budowlanych oraz przekazywania gotowych mieszkań klientom, nie jest zjawiskiem sezonowym i porównywalnym rok do roku.

Spadek sprzedaży nie wpłynął na rentowność działalności deweloperskiej, która na poziomie marży brutto wynosi 20,0%, w porównaniu do 22,8% rentowności osiągniętej w roku poprzednim.

W roku 2013 dokonano w segmencie deweloperskim przeglądu aktywów, co skutkowało odpisem wartości części posiadanych gruntów w wysokości 61,8 miliona złotych. Odpis został dokonany głównie na dwóch największych działkach posiadanych przez spółkę Budimex Nieruchomości. Nie ma on wpływu na poziom gotówki. Pozwoli natomiast przygotować atrakcyjniejszą ofertę dla klientów, przyspieszając istotnie rozpoczęcie nowych projektów oraz ich przedsprzedaż.

W konsekwencji dokonanego odpisu wynik na poziomie netto segmentu deweloperskiego jest ujemny i wynosi -23,4 miliona złotych.

W roku 2013 Budimex Nieruchomości nadal koncentruje swoją działalność w trzech lokalizacjach: Warszawa, Kraków, Poznań. Obecnie posiada w swej ofercie 700 mieszkań gotowych do sprzedaży.

Grupa Budimex utrzymała bardzo wysoki poziom pozycji gotówkowej, który na koniec roku wyniósł 1,56 miliarda złotych (odnotowany wzrost rok do roku: 31%). Wpływ na pozycję gotówkową miał głównie bardzo dobry poziom gotówki w segmencie deweloperskim, spowodowany wysoką przedsprzedażą mieszkań oraz sprzedaż spółki Danwood.

W roku 2013 można było zaobserwować już wzrost średniej wartości ogłaszanych przetargów. Średnia wartość oferty złożonej przez Budimex SA na rynku infrastrukturalnym wyniosła w roku 2013 55 milionów złotych, podczas gdy w roku 2012 było to 32 miliony złotych. Jednak łączna wartość rozstrzygniętych przetargów w roku 2013 była porównywalna do wartości roku 2012.

Dzięki wysiłkowi oraz zwiększeniu skuteczności ofertowania Grupa Budimex podpisała w roku 2013 kontrakty o wartości 3,3 mld zł. To wartość wyższa od wartości kontraktów podpisanych w roku 2012 o blisko 0,5 mld złotych. Portfel zamówień Grupy na koniec roku 2013 wyniósł 4,3 mld zł.

Z nowej perspektywy unijnej ogłoszono już kontrakty drogowe o łącznej wartości ponad 40 miliardów złotych. Grupa Budimex znalazła się w prekwalifikacjach wszystkich ogłoszonych do tej pory przetargów. Obecnie naszym celem jest pozyskanie możliwie najwyższej wartości kontraktów dbając jednocześnie o ich rentowność. Chcemy również dobrze przygotować się do realizacji pozyskiwanych kontraktów stawiając w najbliższym czasie na rozwój i utrzymanie jak najlepszej kadry menadżerskiej.

W roku 2013 Budimex pozostaje najbardziej wartościową Spółką budowlaną notowaną na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. O zaufaniu jakim się cieszymy świadczą nie tylko otrzymywane wyróżnienia, ale przede wszystkim wzrost wartości akcji Budimex SA odnotowany w roku 2013 (wzrost o 89%, z 70 złotych do 132 złotych za akcję).

Wybrane dane finansowe ze skonsolidowanego sprawozdania Grupy Budimex sporządzonego zgodnie z Międzynarodowymi Standardami Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) za rok 2013 oraz porównywalne dane za rok 2012.

Emmerson Evaluation zaliczył dobry rok i… liczy na jeszcze lepszy

Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation, ocenia, że rok 2014 będzie bardzo ciekawy dla jego firmy. Duży potencjał widzi w sytuacji rynkowej, która zwiększy popyt na dane o cenach transakcyjnych nieruchomości, przede wszystkim stawia jednak na dalszą intensywną pracę nad autorską bazą wycen transakcyjnych E-VALUER. W bazie będą pojawiać się kolejne dane dla mniejszych miejscowości, zaniedbywanych przez inne systemy. Ambicje Emmerson Evaluation obejmują też stworzenie nowych funkcjonalności – nie tylko dla instytucji, które są lub będą zainteresowane bazą, ale też dla osób indywidualnych.

W 2013 r. Emmerson Evaluation prowadził finalne prace nad E-VALUER, pierwszą w Polsce bazą cen transakcyjnych rynku nieruchomości. W końcówce minionego roku system zawierający ponad 400 tys. danych zaprezentowano potencjalnym klientom. To było najważniejsze wydarzenie z punktu widzenia całej firmy i rynku. Udało nam się wypracować produkt, który zawiera tylko i wyłącznie dane transakcyjne, a więc unikalny – mówi Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation. Oprócz tego został przygotowany nowy interfejs, który pozwala na łatwą, wielowymiarową analizę danych. System jest opracowany tak, aby można było z niego pozyskać wiele typów raportów. Kategorie wymagane w Rekomendacji J są oczywistością, ale poszliśmy o krok dalej. W E-VALUERZE jest kilka rzeczy wykraczających poza wymogi KNF, a bardzo użytecznych – dodaje Książak.

W 2013 r. Emmerson Evaluation zaczął zbierać dane z małych miast, których inne podmioty dotychczas nie obejmowały swoją analizą. W tym momencie mamy w bazie dane z 80 proc. miast pow. 30 tys. mieszkańców. To oznacza, że zapewniamy dużo szerszy i głębszy obraz rynku niż inni dostawcy. Tak jak w przypadku całej naszej bazy są to dane zbierane przez rzeczoznawców u źródeł, m.in. w urzędach gmin i powiatowych oraz z aktów notarialnych. Nie kupujemy i nie będziemy kupować baz danych o cenach, bo założeniem jest jakość, nie ilość – podkreśla Książak.

Plany Emmerson Evaluation na 2014 r. są ściśle powiązane z sytuacją rynkową, której spodziewają się eksperci firmy. Rzetelna, sprawdzona i jakościowa baza danych staje się podstawą dla banków. Z jednej strony chcą one zapewnić sobie wypełnienie zaleceń Rekomendacji J, ale z drugiej zależy im na łatwym operacyjnie narzędziu – mówi Książak. Według niego popyt na informację o cenach transakcyjnych będzie rósł w bankach w związku z możliwym ruchem w kredytach hipotecznych. Mamy MdM, mamy Rekomendację S, która z każdym kolejnym rokiem będzie utrudniać wzięcie kredytu poprzez wymóg wkładu własnego. Przede wszystkim mamy jednak stabilizację (w niektórych miastach nawet obniżkę) cen mieszkań. Wydaje się, że jeśli ktoś chce kupić mieszkanie, to teraz może być ten dobry moment – twierdzi Książak.

Jednocześnie jednak Książak zapowiada dalsze inwestycje w E-VALUERA. Mamy kilka ambitnych planów. Nie tylko banki widzą potencjał w naszej bazie. Coraz częściej rozmawiamy z innymi podmiotami, dla których rzetelna informacja o cenach nieruchomości jest kluczowa – mówi Dariusz Książak. Mocno stawiamy na rozpoczętą w minionym roku rozbudowę modułu nieruchomości komercyjnych, widzimy tu spory potencjał. Do końca 2014 r. roku chcemy pokazać bazę danych o czynszach za wynajem. Będziemy mieć też prezent dla osób indywidualnych, które szukają wiarygodnych informacji o realnych cenach nieruchomości – dodaje Książak.

Potrzeby rynkowe wpłyną na poziom zatrudnienia cudzoziemców

Polscy pracodawcy na przestrzeni ostatniej dekady diametralnie zmienili nastawienie do kwestii powierzania pracy obcokrajowcom, na co wpływ miały zarówno znaczne udogodnienia w przepisach, jak również odpływ polskiej siły roboczej w kierunku zachodnich rynków pracy. 2013 rok nie był przełomowy pod względem wzrostu zatrudnienia cudzoziemców – zarówno urzędy pracy, jak również urzędy wojewódzkie odnotowały wręcz pewien spadek liczby chętnych by zatrudnić obcokrajowca. W perspektywie m.in. alarmującej sytuacji politycznej na Ukranie, stanowiącej główny rynek źródłowy migracji zarobkowych, polski rynek pracy powinien być jednak przygotowany na dalsze zmiany dynamiki zatrudnienia obywateli państw trzecich – informują eksperci Agencji Pracy EWL.

O atrakcyjności polskiego rynku pracy dla cudzoziemców oraz zainteresowaniu ze strony pracodawców świadczą w dużym stopniu dane gromadzone i przetwarzane przez Powiatowe Urzędy Pracy, dotyczące liczby rejestrowanych w skali roku oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy. Oświadczenia umożliwiają obywatelom 6 państw podjęcie pracy w Polsce bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę na okres nieprzekraczający 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy. W związku rozporządzeniem Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 28 listopada 2013 r. zmieniającym rozporządzenie w sprawie przypadków, w których powierzenie wykonywania pracy cudzoziemcowi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest dopuszczalne bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę (Dziennik Ustaw z 2013 r., poz. 1507) do państw objętych daną procedurą uproszczoną, w tym między innymi Ukrainy, Białorusi i Gruzji, dołączyła w styczniu bieżącego roku Armenia.

Pomimo pozytywnego sygnału ze strony instytucji państwowych, wskazującego na dalszą potrzebę rozszerzania grupy państw objętych procedurą uproszczoną, oficjalne dane wykazują niewielki spadek poziomu zapotrzebowania na pracę cudzoziemców. W porównaniu z rokiem 2012, polscy pracodawcy zdecydowali się powierzyć wykonywanie pracy w ramach procedury oświadczeń 235 tys. obywateli państw trzecich (235 616 zarejestrowanych dokumentów), co stanowi spadek o ponad 8 tysięcy. Tradycyjnie największą grupę cudzoziemców stanowili obywatele Ukrainy (217 571 oświadczeń), drugą co do liczebności grupą byli obywateli Republiki Mołdowy (9 248), na trzecim miejscu znaleźli się zaś obywatele Białorusi (5 194).

Na podobnym poziomie co w 2012 roku utrzymała się natomiast liczba wydanych zezwoleń na pracę, umożliwiających podjęcie pracy również obywatelom innych państw niż wspomniana szóstka. W 2013 roku urzędy wojewódzkie wydały 39 078 dokumentów zezwoleń, podczas gdy w 2012 roku zezwolenia na pracę otrzymało 39144 cudzoziemców. Po raz kolejny dominującą narodowością okazali się obywatele Ukrainy, dla których w ubiegłym roku zostało wydanych 20 416 zezwoleń (wzrost o 121 w porównaniu do roku poprzedniego).

Branże które najbardziej potrzebują cudzoziemców

Struktura zatrudnienia cudzoziemców w poszczególnych sektorach polskiej gospodarki uległa znacznym zmianom w stosunku do poprzednich lat. Uwagę natomiast warto zwrócić na znaczący, prawie dwukrotny spadek zatrudnienia obywateli państw trzecich w branży budowlanej. 2013 rok przyniósł sektorowi budowlanemu znaczne spowolnienie, co przyczyniło się do złożenia przez pracodawców w PUP zaledwie 29 734 oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy (o ponad 24 tys. mniej niż w 2012 roku). Również sektor transportowy odnotował mniejsze niż w latach poprzednich zapotrzebowanie na obcokrajowców, na poziomie 5 548 zarejestrowanych oświadczeń, co oznacza spadek o prawie jedną czwartą w porównaniu do roku poprzedniego.

Odżyły natomiast pozostałe branże, w szczególności sektor handlowy. Firmy handlu hurtowego i detalicznego wykazały zapotrzebowanie na pracowników ze wschodu w wysokości 12 130 zarejestrowanych oświadczeń, podczas gdy jeszcze w 2012 roku firmy handlowe zarejestrowały tych dokumentów o połowę mniej (6 511). Najbardziej pracochłonny i wykazujący się na najwyższym zapotrzebowaniem sektor rolny również odnotował wzrost liczby rejestrowanych oświadczeń (118 480), co stanowiło przyrost o prawie 5 tys. w porównaniu do 2012.

Interesujące dane dotyczą pracy cudzoziemców w branżach i zawodach wymagających wysokich kwalifikacji, przedstawiciele których coraz częściej decydują się na rekrutację kandydatów do pracy na rynkach państw trzecich. W przypadku zatrudniania cudzoziemców w oparciu o dokumenty oświadczeń, odnotowano znaczny wzrost zatrudnienia w firmach prowadzących działalność profesjonalną i naukowo-techniczną (1 452 oświadczeń, co stanowi wzrost o 54 procent w stosunku do roku poprzedniego) oraz firmach z branży IT i ICT (686 oświadczeń – przyrost o 49 procent). Cudzoziemcy zatrudniani w oparciu o zezwolenia na pracę to coraz częściej informatycy (333 zezwolenia, wzrost o 37 procent w porównaniu z 2012 rokiem) oraz zawody medyczne (214 zezwoleń – wzrost o 17 procent).

Uwarunkowania niższej dynamiki zapotrzebowania na pracę

Przedstawiony spadek liczby rejestrowanych dokumentów oświadczeń może być w pewnym stopniu tłumaczony zaostrzeniem przepisów w stosunku do nieuczciwych pracodawców lub pracodawców wykorzystujących oświadczenia niezgodnie z ich przeznaczeniem. Tym samym nieznaczne obniżenie liczby rejestrowanych oświadczeń może świadczyć korzystnie o sytuacji na polskim rynku pracy, jak również mieć bezpośrednio korzystny wpływ na warunki zatrudnienia obywateli państw trzecich w Polsce.

Alarmująca sytuacja na Ukrainie, państwie którego obywatele stanowią ponad 90 procent wszystkich migrantów zarobkowych podejmujących w Polsce pracę, może w długim okresie znacząco wpłynąć na strukturę zatrudnienia cudzoziemców na polskim rynku pracy. Niepewna sytuacja polityczna może przyczynić się w skrajnych przypadkach zarówno do zwiększenia jak i redukcji migracji zarobkowych z Ukrainy do Polski. Jednocześnie podkreślana wielokrotnie wysoka atrakcyjność polskiego rynku pracy dla obywateli Ukrainy wynika w dużym stopniu z obecnej od 2007 roku procedury rejestracji oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy, przyciągającej na polski rynek zarówno nisko- jak i wysoko wykwalifikowanych kandydatów do pracy. Biorąc pod uwagę zwracanie przez wielu obserwatorów uwagi na problem traktowania Polski jako kraju tranzytowego, stanowiącego przystanek w drodze do pracy w krajach Europy Zachodniej, istotnym pytaniem dla podmiotów kształtujących polski rynek jest kwestia dbałości o jego atrakcyjność w długim okresie czasu. Bez niej, polskie firmy mogą już niedługo pozostać bez rąk do pracy.

Demograficzne zagrożenia

Migracje zarobkowe Polaków przyczyniły się w przeszłości do wzrostu zainteresowania zatrudnianiem cudzoziemców, jednak prawdziwym zagrożeniem dla rynku pracy są przewidywane w perspektywie kolejnych 20 lat zmiany demograficzne związane ze starzeniem się polskiego społeczeństwa. Zakłada się (wg. danych GUS) obniżenie populacji w Polsce o 3 miliony osób do 2035 roku, co w połączeniu ze wzrostem liczby osób w wieku emerytalnym może wiązać się z tragicznymi konsekwencjami dla kondycji polskiej gospodarki.

Polska, podobnie jak i inne kraje europejskie znajduje się w niżu demograficznym, w odróżnieniu jednak od krajów Europy Zachodniej działania hamujące negatywny proces demograficzny są znacznie ograniczone. Jednym z proponowanych rozwiązań problemu starzenia się społeczeństwa jest szersze otwarcie się na imigrantów z krajów Europy Wschodniej i Azji. Według ekspertów konieczne jest podjęcie stosownych kroków, mających na celu nie tylko usprawnienie procedur związanych z legalizacją zatrudnienia w Polsce, ale również intensyfikację procesów integracyjnych skierowanych do obywateli państw trzecich podejmujących pracę na polskim rynku w krótkim okresie.

KOMENTARZ EWL

– „Zatrudnianie cudzoziemców pozostaje jednym z najbardziej efektywnych rozwiązań kadrowych, jakimi dysponują polskie przedsiębiorstwa. Możliwość zaspokojenia potrzeb kadrowych w zawodach na które jest w Polsce szczególne zapotrzebowanie stanowi kluczową wartość dodaną dla polskiej gospodarki, dlatego też pracodawcy tak chętnie sięgają po spawaczy z Ukrainy i informatyków z Indii.” – mówi Andrzej Korkus, dyrektor zarządzający Agencji Pracy EWL. – „W gestii wszystkich uczestników polskiego rynku pracy jest zwiększanie atrakcyjności pracy w Polsce, niezależnie od tego czy atrakcyjność ta wynika z dalszej liberalizacji prawa legalizującego pobyt i pracę, czy skutecznej walki z przypadkami nadużyć w stosunku do cudzoziemców ze strony nieuczciwych pracodawców. W interesie wszystkich grup jest wreszcie przyciąganie do Polski osób z wysokimi kwalifikacjami oraz redukcja braków kadrowych w branżach sezonowych.”

Źródło: MPiPS, EWL

Założona w 2004 roku Agencja EWL (East West Link) należy do liderów na polskim rynku usług z zakresu rekrutacji i kompleksowej obsługi zatrudnienia pracowników z Europy Wschodniej i Azji. Dostarcza rozwiązania kadrowe dla większości sektorów gospodarki, obejmujące formalności związane z obsługą pracowników i legalizacją pobytu (pozwolenia na pracę, karty pobytu). Więcej informacji o firmie i ofercie EWL można znaleźć na stronie internetowej www.ewl.com.pl

Zmowa na rynku farb drukarskich

0

Spółka Flint Group Polska, jeden z największych w kraju przedsiębiorców oferujących farby i akcesoria drukarskie, zawarła niedozwolone porozumienie z dystrybutorami swoich produktów. Prezes UOKiK nałożyła na przedsiębiorców kary w łącznej wysokości blisko 700 tys. zł

Zgodnie z prawem antymonopolowym zakazane są porozumienia, których celem lub skutkiem jest wyeliminowanie lub ograniczenie konkurencji. Jedną z niedozwolonych praktyk jest podział rynku. Spółki zamiast konkurować dzielą między siebie terytorium, towary lub grupy klientów. Na przykład podział według kryterium podmiotowego polega na uzgodnieniu, o jakich klientów dystrybutorzy nie będą konkurowali. Tracą na tym inni przedsiębiorcy oraz konsumenci, którzy nie mają możliwości wyboru dostawcy produktów lub usług. Maksymalna sankcja finansowa za udział w nielegalnym porozumieniu wynosi 10 proc. przychodu przedsiębiorcy.

Postępowanie antymonopolowe w sprawie zmowy na rynku farb drukarskich Urząd wszczął w grudniu 2012 roku. Zawiadomienie o zawarciu nielegalnego porozumienia polegającego na podziale rynku złożył jeden z uczestników zmowy, spółka Primar z Krakowa. Urząd przeanalizował dokumenty oraz informacje uzyskane m.in. podczas kontroli w siedzibach przedsiębiorców. Postępowanie UOKiK wykazało, że spółka Flint Group Polska oraz czterech przedsiębiorców zajmujących się dystrybucją jej produktów zawarło niedozwolone porozumienie dotyczące farb sprzedawanych drukarniom. Przedsiębiorcy ustalili, że nie będą oferować farb drukarskich odbiorcom, którzy są już klientami innych uczestników zmowy. Zrezygnowali z rywalizacji o kontrahentów.  Rezultatem był podział rynku i brak konkurencji cenowej pomiędzy dystrybutorami farb drukarskich marki Flint na terenie Polski. Niedozwolone porozumienie utrzymywało się przez kilka lat dzięki wzajemnej wymianie informacji m.in. pocztą elektroniczną i na spotkaniach.

Za udział w niedozwolonym porozumieniu na Flint Group Polska została nałożona kara pieniężna w  wysokości 449 402 zł. Sankcje nałożone na pozostałych uczestników zmowy wyniosły: spółka Scorpio z Łodzi – 216 412 zł, spółka Primar z Krakowa – 19 432  zł, Serwis Print z Łodzi – 5 381 zł i spółka GFG Lastadia z Gdyni – 2 391 zł. Prezes UOKiK obniżyła karę nałożoną na spółkę Primar, która poinformowała Urząd o zmowie. Urząd wziął pod uwagę również to, że wszyscy uczestnicy zaprzestali stosowania zakwestionowanych praktyk.

Content marketing, czyli marketing treści w sektorze usług finansowych

Tradycyjne metody marketingowe coraz częściej zawodzą. Uwagę konsumentów coraz trudniej udaje się skupić za pomocą telewizyjnych spotów czy reklamy na billboardach. Również w przypadku najpopularniejszego obecnie medium jakim jest Internet, przekazywanie informacji za pomocą pojawiających się okien czy zbyt natarczywych e-maili stało się dla użytkowników uciążliwe i tym samym mało skuteczne. W konkurencji do powyższych form przekazu narodziła się koncepcja udostępniania istotnych i wiarygodnych treści, mających na celu zainteresowanie konkretnej grupy odbiorców i skłonienie jej do pewnych kroków. Formuła ta nazywana jest marketingiem treści – content marketing.

W przeciwieństwie do tradycyjnych akcji reklamowych, jest to strategia oparta na wzajemnej komunikacji, a więc budująca długotrwałe relacje pomiędzy firmą a klientami. Jako jeden z podstawowych celów marketingu treści wymienić należy przede wszystkim zwiększenie świadomości marki czy też samego produktu, ale także zwiększenie zaangażowania samych odbiorców w jej popularyzowanie. Poza utrwalaniem korzystnego wizerunku i zwiększaniem świadomości marki, firma publikująca – na przykład w Internecie – fachowe artykuły czy porady, dzieli się wiedzą i doświadczeniem swoich ekspertów z szerokim gronem odbiorców. Korzystający z tych informacji użytkownicy często odwiedzają stronę autora interesującego tekstu, żeby dowiedzieć się więcej o oferowanych przez niego produktach czy usługach. Żeby otrzymywać podobne treści na bieżąco, czytelnicy podają adres na który firma wysyła swój newsletter czy też logują się na portalu, żeby uzyskać dostęp do większej ilości przydatnych publikacji. Jest to więc metoda marketingu, której efekty mogą być mierzone choćby za pomocą stopy konwersji, czyli stosunku ilości wywołanych akcji, takich jak na przykład zapisy na newsletter, do ilości wizyt na stronie internetowej. Content marketing zalicza się również do skutecznych sposobów pozycjonowania w wyszukiwarkach internetowych czyli osiągania jak najwyższego miejsca w wynikach wyszukiwarki dla podanych wyrazów kluczowych.

Taka długoterminowa relacja polegać może na podnoszeniu ogólnego poziomu wiedzy konsumentów na tematy związane z obszarem działalności firmy, ale też na prezentowaniu sposobów wykorzystania danego produktu czy rozwiązywaniu przydarzających się problemów. W konsekwencji, nie jest to wyłącznie forma reklamy mającej sprowokować zakup, ale też sposób na pielęgnowanie kontaktu z klientem, który tego zakupu już dokonał – rodzaj usługi posprzedażowej, pomoc w rozwiązywaniu problemów poprzez odpowiadanie na najczęściej zadawane pytania i informowanie o nowej ofercie. Podtrzymywanie relacji z klientem może się więc odbywać za pomocą tych samych środków, co pozyskiwanie nowych potencjalnych odbiorców. Za najwyższy poziom tego rodzaju marketingu uznaje się jednak nie treści publikowane przez samą firmę, a treści autorstwa wiernych marce użytkowników – strony poświęcone danemu produktowi, filmiki pokazujące jak go używać, internetowe fora przeznaczone dla fanów produktu czy firmy.

W sektorze usług finansowych zastosowanie marketingu treści może być stosunkowo szerokie, z uwagi na równie szerokie zapotrzebowanie na związane z tymi usługami informacje. Wysokiej jakości informacje zarówno o oferowanych produktach, jak i o zmieniających się warunkach gospodarczych wpływających na ten sektor okazują się być bardzo ważne, z punktu widzenia zainteresowania konsumentów. Ekonomiczne prognozy, a także komentarze odnoszące się do ogólnej kondycji rynku oraz do istotnych regulacji prawnych, są konsumentom zwyczajnie potrzebne, a mało kto jest w ich przekazywaniu tak wiarygodny, jak profesjonalista oferujący na danym rynku swoje usługi. Górnośląskie Towarzystwo Finansowe GTF Sp. z o.o. to podmiot, który w ramach outsourcingu procesowego realizuje zlecenia działających na polskim rynku banków w obszarze pośrednictwa kredytowego. Spółka jest organizatorem i koordynatorem lokalnych sieci sprzedaży, niezależnych biur pośrednictwa kredytowego, operatorem informatycznego systemu obsługi sieci sprzedaży kredytów, partnerem banków w dystrybuowaniu produktów finansowych skierowanych zarówno do odbiorców indywidualnych jak i firm. Obecnie GTF ma podpisane umowy o współpracy z ponad 1200 pośrednikami (ponad 1800 punktów sprzedaży) na terenie całego kraju, oferującymi poprzez GTF kredyty takich banków, jak: Meritum Bank, Alior Bank, Bank BPH, Vanquis Bank, Bank Pocztowy, FM Bank czy Getin Bank. Spółka w ramach swojej działalności wydaje także swój magazyn – „Kurier GTF”. Magazyn odbierany jest bardziej jako informacyjny i edukacyjny, niż reklamowy, co przesądza o sukcesie przedsięwzięcia. W Polsce coraz więcej firm, a w tym instytucji finansowych, wydaje swoje publikacje – miesięczniki, kwartalniki, które informują o najważniejszych wydarzeniach związanych z działalnością danej firmy, pokazują sukcesy, przedstawiają najlepszych swoich pracowników. Magazyny te jednak powielają formułę dość agresywnej reklamy, w niczym nie przypominają wspomnianego magazynu. Miesięcznik – „Kurier GTF” zdecydowanie odbiega od tej formuły. Owszem, papier kredowy i wysoki poziom graficzny to elementy zbieżne z większością tego typu wydawnictw. Jednak wgląd do publikowanych materiałów pozwala ocenić, że ambicje autorów magazynu są wyższe niż wydawanie czysto PR-owskich tekstów. „Kurier GTF” to narzędzie umożliwiające szerszy kontakt spółki z jej biznesowymi partnerami, którymi są przede wszystkim agencje pośrednictwa kredytowego. Prezentowane materiały to komentarze dotyczące bieżących spraw gospodarczych i zjawisk zachodzących na rynku consumer finance. Do współpracy z magazynem zaproszono przedstawicieli nauki – w każdym wydaniu zamieszczane są materiały przygotowane przez naukowców z różnych polskich uczelni. Redakcja zamieszcza także wywiady z przedstawicielami banków, których ofertę GTF dystrybuuje, prognozy i opinie rzeczoznawców zrzeszenia instytucji finansowych oraz fachowe porady udzielane przed ekspertów podatkowych i prawnych. Ponadto w każdym numerze Kuriera, czytelnicy mogą spotkać popularne postaci – gwiazdy filmu, piosenki i sportu.

Czytelnik „Kuriera GTF”, pośrednik kredytowy, do którego adresowany jest magazyn, otrzymuje wyważoną ekspercką informację o zaletach poszczególnych produktów finansowych, o zjawiskach zachodzących na rynku, które z punktu widzenia pośrednika kredytowego są istotne, korzysta z porad prawnych i podatkowych. To właśnie content marketing – skuteczna forma budowy pozycji marki, kształtowania wizerunku firmy. Udostępnianie ważnych i wiarygodnych treści, mających na celu zainteresowanie wybranej grupy odbiorców (w tym przypadku pośredników kredytowych), to forma marketingu oparta na wzajemnej komunikacji, pozwalającej na budowę długotrwałych relacji biznesowych. Oczywiście „Kurier GTF” to tylko jedno z narzędzi jakie GTF stosuje w ramach całego przyjętego przez spółkę programu dotyczącego content marketingu, ale dzisiaj, po kilkunastomiesięcznym doświadczeniu, mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że jest to narzędzie skuteczne.

Autor: Paweł Kosmala, prezes zarządu Górnośląskiego Towarzystwa Finansowego GTF Sp. z o.o.

Wydawcy książek chcą jednolitej ceny na nowości wydawnicze

Przygotowany przez Polską Izbę Książki projekt ustawy, który w piątek został przekazany posłom, zakłada ustalenie jednolitej ceny na nowości wydawnicze. Miałaby ona obowiązywać przez 12 miesięcy. Celem jest ratowanie małych księgarń przed upadkiem, a jak przekonują twórcy projektu, wbrew pozorom nie stracą na tym czytelnicy. 

Zgodnie z projektem dozwolone byłoby odejście od ustalonej kwoty o 5 proc. Oprócz tego maksymalnie 15-procentowe upusty zostałyby dopuszczone na targach książki, a maksymalnie 25-procentowe – dla instytucji kultury i bibliotek. Mniej płacić mogłyby także stowarzyszenia rodziców kupujących podręczniki szkolne.

 – Pomysł nie jest wymyślony przez nas, gdyż jest to rozwiązanie legislacyjne i gospodarcze stosowane w większości krajów europejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki, zrzeszającej wydawców, księgarzy i drukarzy, oraz prezes wydawnictwa Wolters Kluwer. – Istnieje on w takich państwach jak m.in.: Niemcy, Francja, Holandia, Hiszpania, Włochy czy Portugalia.

Celem takich regulacji przybierających postać rozwiązań prawnych lub porozumień branżowych jest, zdaniem szefa PIK, chęć ochrony mniejszych księgarni.

 – Jeśli traktujemy książkę jak zwykły towar, to okazuje się, że mali dostawcy książek znikają – zauważa Albin. – Z polskiego rynku w ciągu ostatnich lat zniknęło ponad 25 proc. księgarń. Nie zostały one zastąpione przez internet ani e-booki. Jeśli trend ten się utrzyma, to będziemy mieć lukę pokoleniową w dostępności do książek. Dlatego uważamy, że wspomniane regulacje powinny znaleźć się także w Polsce – dodaje.

Czytelnik też zyska

Jeśli parlament zdecyduje się na przyjęcie proponowanej ustawy, to jej głównym beneficjentem będą mniejsze księgarnie. Jak przekonuje Albin, ich zysk nie będzie się wiązać ze stratą dla czytelników.

 – Na pewno spadną ceny książek mających więcej niż rok – mówi prezes PIK. – Ponadto czytelnik będzie miał nadal dostęp do większej liczby punktów sprzedających książki, także tych, obok których codziennie przechodzi. Będzie mógł w nich zamówić każdą książkę, gdyż regulacja nakazuje także każdemu księgarzowi sprowadzenie na żądanie czytelnika każdej pozycji dostępnej na rynku – dodaje Włodzimierz Albin.

Za miesiąc na GPW pojawią się dwa nowe indeksy

CEO Magazyn Polska

24 marca na GPW pojawią się indeksy WIG50 i WIG250.  Z notowań znikną indeksy małych spółek sWIG80 i WIG-Plus. Natomiast do końca 2015 roku równolegle utrzymany zostanie mWIG40.

 Przede wszystkim to jest pewne rozszerzenie i kontynuacja tego, co wydarzyło się już w ubiegłym roku, czyli wprowadzenia indeksu WIG30, który w ciągu kilku kwartałów powinien zastąpić WIG20. Teraz mamy do czynienia z nowymi indeksami WIG50 i WIG250, które będą zastępować dawne indeksy mWIG40 i sWIG80 – podkreśla Dawid Czopek z mWealth Management.

sWIG80 i WIG-Plus znikną z notowań po zakończeniu sesji w piątek 21 marca. Dłużej pozostanie do dyspozycji inwestorów mWIG40, który będzie funkcjonował równolegle z nowym indeksem WIG50 do końca 2015 roku. W składzie WIG250 znajdą się małe spółki notowane na GPW. To właśnie ten indeks będzie kluczowym wskaźnikiem koniunktury w najmniejszych firmach. 

 – To będą indeksy cenowe, czyli obliczane na podobnych zasadach jak do tej pory, jak chociażby miało to miejsce w przypadku WIG20 – chodzi będzie przede wszystkim o to, że dywidendy nie są wliczane w absolutną stopę zwrotu tego indeksu – tutaj będziemy mieli do czynienia z podobnym zjawiskiem – komentuje dla Newserii Biznes Dawid Czopek. – Mniejsze spółki zwykle są mniej istotne niż duże spółki, te blue chipy, które zwykle wypłacają dywidendy wyższe, a że to będzie indeks cenowy bądź totalnej stopy zwrotu nie ma tutaj znaczenia wielkiego

Wprowadzenie na parkiet nowych indeksów to także zmiany w kontraktach terminowych. Wiąże się to ze zmianą instrumentów bazowych dla WIG-u 250. Pierwsze serie kontraktów na nowy indeks będą wprowadzone do obrotu 22 grudnia 2014 r. Jednocześnie nastąpi zaprzestanie wprowadzania do obrotu kolejnych (nowych) serii kontraktów na indeks mWIG40. W przypadku mWIG40 i WIG50 zmiana będzie trwała od grudnia 2014 do czerwca 2015 roku. W tym okresie, przez 6 miesięcy kontrakty terminowe na oba indeksy będą notowane równolegle. W końcowy sukces takich zmian powątpiewają eksperci.

 – Dzisiaj wciąż jeszcze podstawowym kontraktem notowanym na giełdzie jest kontrakt na WIG20. Pomimo tego, że indeks ten jest trochę schodzący, to nowy indeks WIG30 nie doczekał się jeszcze takiego statusu jak ma WIG20. Natomiast ze względów płynnościowych, myślę, że jeżeli chodzi o kwestie związane z kontraktami na WIG50 czy WIG250, to może być jednak pewien problem i nie będą to instrumenty cieszące się dużym powodzeniem,  nie będą też bardzo masowo w obrocie – podsumowuje Dawid Czopek.