Samochody jak Veturilo. System wypożyczalni Car2go może ruszyć w Warszawie jeszcze w tym roku

CEO Magazyn Polska

System Car2go, podobny do systemu wypożyczalni rowerów Veturilo, chce na warszawskie ulice wprowadzić Mercedes. Niewykluczone, że możliwość wypożyczenia auta na krótki czas pojawi się już w listopadzie tego roku. Trwają rozmowy z miastem. Dotyczą m.in. możliwości bezpłatnego parkowania i poruszania się buspasami.

 – Jest to system podobny do Veturilo, ale nie są to rowery, a samochody  marki Smart, które mają 2,5 metra długości. Będzie je można za pomocą aplikacji na smartfonie zlokalizować, bez żadnego problemu wypożyczyć i zostawić gdziekolwiek. To jest zaleta w stosunku do systemu Veturilo, że nie trzeba będzie ich dokować w konkretnym miejscu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor public relations Mercedes Benz Polska. – W tej chwili są prowadzone rozmowy z władzami Warszawy, ponieważ te auta mają parkować bezpłatnie i będą mogły jeździć buspasami.

Usługa polegająca na krótkoterminowym wynajmie konwencjonalnych lub elektrycznych samochodów miejskich zyskuje na popularności na całym świecie. Jak wynika z badań amerykańskiego think-tanku Navigant Research, w połowie 2013 r. na całym świecie było ok. 2,3 mln użytkowników takich systemów. Badacze przewidują, że do 2020 r. ich liczba wzrośnie do 12 mln.

Car2go jest spółką należąca w całości do Daimler AG, właściciela Mercedesa. System działa w 25 miastach na całym świecie i ma ponad 500 tys. użytkowników. Spółka nalicza opłaty minutowo i umożliwia wynajem samochodu na trasę w jedną stronę. Największy oddział Car2go znajduje się w Berlinie, gdzie w systemie jest ok. 1,2 tys. pojazdów. Podobne systemy działają również w innych dużych miastach, np.: w Paryżu, Londynie czy Oslo.

Z myślą o jeździe w mieście Mercedes stopniowo poszerza ofertę aut ekologicznych. Jednak sprzedaż samochodów hybrydowych i elektrycznych dopiero się w Polsce rozwija.

 – Do 2020 roku właściwie każdy model naszych samochodów będzie miał wersję hybrydową. Mamy taką wersję klasy S 500 Plug-in Hybrid [ładowana z gniazdka – red.]. Mamy również samochody elektryczne to już jest trzecia generacja Smarta. Można powiedzieć, że to nie jest bajka o przyszłości, te samochody już są – przekonuje Łabno-Falęcka. Zauważa jednak: – Niestety takich aut sprzedało się niewiele, i wydaje mi się że nie tutaj leżą największe możliwości.

Barierą w rozwoju pojazdów elektrycznych jest ich cena, która jest znacznie wyższa od cen innych typów aut. Również osoby zainteresowane hybrydą muszą liczyć się z dodatkowymi kosztami. Dyrektor PR w Mercedesie podkreśla, że nowe pojazdy o napędzie konwencjonalnym są znacznie tańsze, a ich spalanie jest również na bardzo niskim poziomie.

Zimowy urlop nad morzem coraz popularniejszy. Wszystko przez brak śniegu

CEO Magazyn Polska

Brak śniegu w tym sezonie nie powstrzymał Polaków przed zimowymi wyjazdami. Nie rezygnowali z wyjazdu do górskich miejscowości, a dodatkowo dużą popularnością cieszyły się nadmorskie kurorty. Turystów przyciągają tam ścieżki rekreacyjne i apartamenty z dostępem do saun, jacuzzi, basenów czy klubów fitness. 

 – W większości przypadków brak śniegu ma duże znaczenie, bo zimą goście dokonują rezerwacji przede wszystkim ze względu na pogodę panującą za oknem. Jednak większość rezerwacji dokonanych u nas utrzymywała się mimo braku śniegu i tego, że goście musieli zostawić deski czy narty w domu. Nie obniżaliśmy więc cen – utrzymały się na poziomie pierwotnie założonym – mówi Regina Juźko z działu rezerwacji Sun & Snow.

Ceny wynajmu apartamentów w polskich miejscowościach zimą 2014 roku w zasadzie nie zmieniły się w porównaniu do roku ubiegłego. Koszt wynajęcia dwupokojowego apartamentu w górskim kurorcie wyniósł między 220 a 300 zł za dobę, a trzypokojowego – od 330 do 400 zł za dobę. Ceny nad morzem były niższe i za dwupokojowy lokal wyniosły od 130 do 200 zł za dobę, a za trzypokojowy od 190 do 260 zł.

Sun & Snow, firma zarządzająca wynajmem apartamentów w popularnych miejscowościach wakacyjnych i dużych miastach, odnotowała wzrost w sezonie zimowym, mimo nieprzychylnej pogody. 

 – Sprzedaż oferty w górach na styczeń i luty wzrosła średnio o 60 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. W większości były to rezerwacje dokonywane z dużym wyprzedzeniem, także przez rodziny z dziećmi, które stosunkowo wcześnie muszą planować pobyt – Regina Juźko podsumowuje sezon zimowy.

Polacy decydują się na zimowe wyjazdy nie tylko w góry, lecz także do miejscowości wypoczynkowych w innych częściach Polski.

 – Mieliśmy bardzo duże zainteresowanie wypoczynkiem nad morzem – odnotowaliśmy tutaj około 200-proc. wzrost zysków ze sprzedaży noclegów w porównaniu do ubiegłego roku. Widać, że Polacy chcą spędzać ferie w dość nietypowy sposób. I często były to tak zwane rezerwacje spontaniczne, dokonywane z małym wyprzedzeniem – mówi Regina Juźko. 

Wśród nadmorskich kurortów największym zainteresowaniem cieszyły się: Trójmiasto, Kołobrzeg, Międzyzdroje i Świnoujście, i podobnie było w roku ubiegłym.

 – Polskie wybrzeże oferuje wiele atrakcji – mnóstwo ścieżek spacerowych, nordic walking oraz apartamenty zlokalizowane w tak zwanych obiektach hotelowych, gdzie goście mają bezpośredni dostęp do sauny, jacuzzi, basenów, fitness i siłowni. To jest dodatkowym atutem, który skłania gości do rozważenia pobytów nad morzem – uważa Regina Juźko.

Pogoda znowu krzyżuje plany producentom obuwia. CCC spodziewa się straty w I kwartale

CEO Magazyn Polska

Jak wynika z szacunków CCC, spółka pierwszy kwartał prawdopodobnie zakończy ze stratą, choć nie będzie ona tak znacząca jak przed rokiem. Firma straciła wówczas 40 mln zł, głównie z powodu przedłużającej się zimy, która zniechęciła klientów do kupowania butów przejściowych. W tym roku ze względu na ciepłą pogodę w sklepach szybciej pojawi się kolekcja wiosenna.

 – W tym roku znacznie wcześniej wejdziemy ze sprzedażą obuwia wiosennego i można spodziewać się mniejszej straty w pierwszym kwartale. Niemniej jednak nie unikniemy jej – tak wskazują wszystkie nasze szacunki. Natomiast nie będzie to strata rzędu 40 mln złotych jak przed rokiem – to było zbyt dużo, żeby to potem nadgonić – podkreśla Dariusz Miłek, prezes CCC SA

Brak typowej wiosny i ciepła końcówka roku pogorszył wyniki finansowe spółki za 2013 rok. Mimo to firma zarobiła 132 mln zł netto, a jej kapitalizacja wzrosła do niemal 5 mld zł. 

 – Budujemy powoli silną pozycję na rynkach zagranicznych i umacniamy firmę w Polsce, sprzedajemy coraz więcej par butów. Nie jesteśmy do końca zadowoleni z wyników finansowych. Liczyliśmy na coś więcej, ale skoro nie mieliśmy wiosny, nie handlowaliśmy butami przejściowym, więc wyniki pierwszego kwartału były bardzo słabe – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Biznes Dariusz Miłek.

Celem na ten rok jest umocnienie się na nowych rynkach, czyli w: Austrii, Niemczech, Turcji, Słowenii i Chorwacji. Prezes CCC podkreśla, że wyniki sprzedaży są satysfakcjonujące.  

 – Czechy, Słowacja, Węgry – to są rynki nasycone przez nas. Będzie mała kosmetyka w kilku lokalizacjach, kilka wymian, kilka powiększeń. Będziemy wchodzili na rynki, które otworzyliśmy w drugim półroczu 2013 roku, czyli do: Turcji, Austrii, Słowenii, Chorwacji i Niemiec – zapowiada Miłek. – O ile w Polsce być może dojdziemy do 20 proc. rynku w przyszłości, o tyle na rynkach zachodnich nigdy nie osiągniemy takiej skali. Jeżeli będziemy posiadać niecałe 10 proc. rynku, to będziemy bardzo zadowoleni.

Zgodnie z opublikowanymi w ubiegłym tygodniu skonsolidowanymi wynikami finansowymi za czwarty kwartał, CCC zarobiło w całym 2013 r. 132 mln zł netto. To o prawie jedną czwartą lepszy wynik niż w 2012 r., kiedy zysk netto wyniósł 106 mln zł. Ubiegły rok był dla CCC okresem dużych zmian oraz ekspansji. Firma otworzyła oddziały w pięciu nowych krajach, ale też zamknęła ok. 125 nierentownych sklepów. Miłek dodaje, że marża w 2013 r. nie była zadowalająca z uwagi na wahania kursów walut. Liczy jednak, że w tym roku zarówno kursy, jak i pogoda będą bardziej sprzyjające producentom butów.

Podkreśla, że CCC nie chce przyciągać tylko niską ceną, a nawet przyznaje, że na rynku są tańsi gracze. Wynika to z tego, że niska cena kojarzyła się klientom ze słabą jakością i firma chce od tego skojarzenia odejść. Według Miłka dobre wyniki sprzedażowe udaje się osiągać dzięki lokalizacjom sklepów oraz sposobem zarządzania nimi. Personel oraz logistyka dostaw również mają swój udział w zwiększaniu przychodów.

W ocenie prezesa CCC w tym roku ceny nie powinny wzrosnąć, choć niepewność wiąże się z wahaniami kursów walut. Szczególnie istotne dla spółki są kursy euro i dolara z uwagi na to, że wiele produktów powstaje w fabrykach w Indiach i Bangladeszu. Dlatego Miłek przewiduje, że jeśli ceny wzrosną, to jedynie z uwagi na kursy walut i koszty pracy, a to dotknie w równym stopniu wszystkich producentów obuwia.

Reklama w internecie tym skuteczniejsza, im jej mniej

Ograniczanie spamów i reklam przyniosło portalowi LinkedIn dwuipółkrotny wzrost liczby odwiedzających w ciągu jednego roku. Liczba profili wzrosła do 1,7 miliona. Portal zamiast na reklamę kierowaną do wszystkich, zdecydował się na adresowanie przekazów do osób zainteresowanych danymi dziedzinami.

 – Polityka reklamowa LinkedIn zakłada małą liczbę reklam na portalu i wykorzystywanie szablonów przygotowanych przez samą firmę, wkomponowujących się w interfejs portalu. Dzięki temu reklamy nie są agresywne, nachalne. LinkedIn dba w pierwszej kolejności o to, żeby portal zachował swoją funkcjonalność. Formaty są o wiele bardziej skuteczne niż te, które są w innych portalach – podkreśla Ewa Betkier, dyrektor sprzedaży w firmie BAN, który jest wyłącznym partnerem LinkedIn w Polsce.

Takimi szablonami są np. ankiety z logotypem klienta, reklamy zachęcające użytkowników, by dołączyli do grup dyskusyjnych. Zdaniem Betkier, to rozwiązanie pozwala zachować balans między skutecznością komunikacji z klientami a wygodą użytkowników portalu. 

 – Reklamodawca nie chce pojawić się obok dwóch różnych innych reklam, tylko chce, żeby reklama była skuteczna. Czyli jest skłonny zapłacić więcej, żeby wyniki były lepsze. Przykładowo LinkedIn ma produkt zbliżony do standardowego e-mailingu reklamowego, ale ma zupełnie inne wyniki. Przy standardowym e-mailingu, jeżeli mamy 10 proc. współczynnika otwarcia, to można powiedzieć, że to jest sukces. Natomiast my mamy go na poziomie 40 proc. – mówi Newserii Biznes Ewa Betkier. 

Taka reklama jest spersonalizowana, a użytkownik może ją otrzymać nie częściej niż raz na kilkadziesiąt dni. Za pomocą portalu reklamują się głównie branże B2B, czyli firmy, które chcą dotrzeć do dyrektorów marketingu czy do osób decyzyjnych w różnych branżach.

 – W Polsce przychody z reklamy rosną razem z przyrostem użytkowników. Gdy zaczynaliśmy w 2012 roku, to użytkowników zarejestrowanych w Polsce było 500 tys., a w tej chwili jest ich 1,7 mln. Tym samym rosną przychody z reklamy – mówi Ewa Betkier.

Podobnym rynkiem do polskiego jest Hiszpania, gdzie użytkowników tamtejszego portalu LinkedIn jest 6 mln. To daje firmie nadzieję na duże wzrosty w tym segmencie. BAN podaje, że portal odnotował 143-proc. wzrost oglądalności w skali roku. Miesięcznie odwiedza go 830 tys. użytkowników.

Polacy nie czytają etykiet i nie sugerują się wskazówkami producentów. Najważniejsza jest cena

CEO Magazyn Polska

Polacy nie czytają etykiet, a jeśli nawet zdarzy im się rzucić na nie okiem, nie rozumieją przeczytanych informacji – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Międzynarodowego Stowarzyszenia Producentów Mydeł, Detergentów i Środków Czystości „Czyste piękno”. Konsumenci nie wiedzą też, na co zwracać uwagę i jak wybierać wartościowe produkty. Głównym kryterium wyboru jest niska cena, atrakcyjne opakowanie i przywiązanie do marki.

Badania miały pokazać, jak zachowuje się klient w czasie zakupów środków czystości i czym się kieruje, wybierając ze sklepowej półki taki, a nie inny produkt.

 – Jeżeli na zakupy przyjechaliśmy samochodem, możemy kupić większe opakowania, jeżeli przyszliśmy na piechotę, wybieramy mniejsze. Następnie patrzymy na ulubione marki i cenę. Jest ona bardzo ważna, bo konsument, który stoi przed półką, kilkukrotnie ją sprawdza – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr Anna Oborska ze Stowarzyszenia Producentów Kosmetyków i Środków Czystości „Czyste Piękno”.

Podczas zakupów cena jest głównym kryterium wyboru dla prawie 43 proc. konsumentów. Dużą rolę odgrywa też przywiązanie do danej marki i atrakcyjne opakowanie produktu.

 – Polski konsument cały czas jeszcze się uczy. Wiemy, że w momencie, kiedy kupujemy proszek do prania, to trzeba spojrzeć, czy on jest do prania kolorowego, czy do prania białego. Natomiast jest jeszcze szereg rzeczy, które powinniśmy przeczytać, na które musimy spojrzeć na etykiecie, zanim ten produkt kupimy –  mówi dr Anna Oborska.

Ze statystyk wynika, że tylko co trzeci Polak czyta etykiety i sugeruje się informacjami umieszczanymi na opakowaniach.

 – Bardzo rzadko zwraca uwagę na ikonę załadunku prania, która jest zazwyczaj w lewym dolnym rogu etykiety. To jest ikona kosza wypełnionego ubraniami z dużą liczbą, która wskazuje nam, ile prań możemy wykonać przy pomocy tego opakowania. Powinniśmy spojrzeć na cenę, spojrzeć na ikonę załadunku prania i przeliczyć, na ile prań wystarczy mi ten produkt. To jest bardzo ważna rzecz, dlatego że na rynku mamy różne formy produktów i żeby je porównać między sobą, możemy tak naprawdę porównywać tylko cenę za pranie – tłumaczy dr Anna Oborska.

Podobnie jest z zakupem żywności. Z danych Instytutu Żywności i Żywienia w Warszawie wynika, że ponad połowa Polaków nie zwraca uwagi na wartość energetyczną produktów, nie czyta tabel zawierających informacje o procentowej zawartości wybranych składników odżywczych i ich wartości kalorycznej. 

Sieć kin Helios z biletami przez komórkę

System płatności mobilnych SkyCash przygotował aplikację, która pozwala kupować i rezerwować bilety do wszystkich kin sieci Helios w Polsce. Rozwiązanie umożliwia też wygodne przeglądanie repertuaru, oglądanie zwiastunów filmów i samodzielny wybór miejsc na sali.

Obsługiwana przez SkyCash aplikacja Kino Helios to wygodny sposób na kupowanie biletów, bez konieczności stania w długich kolejkach do kas. Po dotarciu do kina można od razu udać się w kierunku sali, okazując obsłudze ekran telefonu z biletem zapisanym w postaci fotokodu. Aplikacja pozwala też szybko zapoznać się z opisami i zwiastunami filmów, jak również wygenerować widok sali i samodzielnie wybrać najlepsze miejsca. Jej dodatkowym wyróżnikiem jest prosty w obsłudze system rezerwacji biletów, który nie wymaga wchodzenia na stronę internetową kina i każdorazowego podawania danych osobowych.

W celu dokonania rezerwacji biletów wystarczy wybierać jeden z dostępnych tytułów, a następnie określić godzinę seansu oraz miejsca na sali. Podobnie wygląda proces zakupu, który jest realizowany przy użyciu podłączanej do systemu karty płatniczej. Zarówno zarezerwowane, jak i zakupione bilety są automatycznie zapisywane w telefonie. Dzięki temu w każdej chwili można sprawdzić wszystkie potrzebne informacje, takie jak numer sali, rząd, rodzaj zniżki czy numer rezerwacji. Z rozwiązania mogą korzystać klienci wszystkich 32 kin sieci Helios w całej Polsce.

Bezpłatna aplikacja Kino Helios działa na telefonach pracujących pod kontrolą systemów Android oraz iOS. Żeby móc kupować i rezerwować bilety, należy przejść jednorazowy proces rejestracji lub zalogować się przy pomocy danych dostępowych do SkyCash. Nie jest to jednak potrzebne do korzystania z podstawowych funkcji aplikacji, jak przeglądanie repertuaru i opisów wyświetlanych filmów. Kartę służącą do płatności za bilety można w każdej chwili dodać z poziomu komórki. Program umożliwia też automatyczne korzystanie z kart zarejestrowanych w SkyCash i posiada wszelkie wymagane mechanizmy zabezpieczające dla transakcji kartami płatniczymi w aplikacjach mobilnych.

PKO Bank Polski sponsorem 38. Biegu Piastów – Festiwalu Narciarstwa Biegowego w Szklarskiej Porębie

22 lutego rozpocznie się Festiwal Narciarstwa Biegowego w Szklarskiej Porębie. Tegoroczna impreza ma potrwać aż dziewięć dni i przebić wszystko, co do tej pory działo się w narciarstwie biegowym dla amatorów w Polsce. Najważniejszym wydarzeniem Festiwalu będzie rozgrywany już po raz 38. Bieg Piastów. PKO Bank Polski kontynuując wieloletnią tradycję po raz kolejny wspiera tę imprezę.

Prezes Netii po odejściu ze stanowiska chce się zająć restrukturyzacją innych firm

CEO Magazyn Polska

Po siedmiu latach pracy Mirosław Godlewski przestanie być prezesem zarządu Netii. Zrezygnuje on ze stanowiska najpóźniej do 31 sierpnia, chyba że wcześniej Rada Nadzorcza spółki znajdzie właściwego kandydata na jego miejsce. Godlewski podkreśla, że to dobry moment na zmianę i liczy na kolejne wyzwania związane z restrukturyzacją innych firm – niekoniecznie z branży telekomunikacyjnej.

 – Myślę, że po siedmiu latach to dobry moment dla mnie, dla spółki, dla akcjonariuszy, żeby taka zmiana zaszła, żeby nowy lider spojrzał na spółkę ze świeżej perspektywy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Godlewski, prezes zarządu Netia SA.

Godlewski pracuje w Netii od 2007 r. Wcześniej pracował jako prezes Opoczna (przez rok), spółki Dec, będącej dużym właścicielem cystern kolejowych, a także w PepsiCo. Prezes Netii przyznaje, że czas spędzony w firmie był wystarczająco długi.

 Netia była czwartą firmą, którą prowadziłem, w czwartej branży. Raczej patrzę na swój wkład w definiowanie strategii i przeprowadzenie restrukturyzacji. Mam nadzieję, że ponownie uda mi się znaleźć tego rodzaju przedsięwzięcie. A branża jest tutaj czynnikiem wtórnym – mówi Mirosław Godlewski.

Wczoraj spółka podała w komunikacie, że w ciągu siedmiu lat grupa podwoiła skalę operacji i umocniła pozycję największego alternatywnego operatora usług stacjonarnych w Polsce. W ramach porozumienia z Radą Nadzorczą Mirosław Godlewski pozostanie na stanowisku do 31 sierpnia br., chyba że wcześniej uda się wyłonić nowego prezesa.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 lutego 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 lutego 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Warszawskie biuro agencji ratingowej Standard and Poor’s ma stać się centralą na Europę Środkowo-Wschodnią

CEO Magazyn Polska

Niedawno uruchomione biuro agencji ratingowej Standard and Poor’s w Warszawie ma docelowo stać się centralą firmy na Europę Środkowo-Wschodnią. Agencja chce być bliżej klientów w Polsce i regionie, a jednocześnie zwiększyć swój wkład w rozwój lokalnych rynków kapitałowych.

Agencja ratingowa Standard & Poor’s (S&P) ma zamiar w najbliższym czasie przekształcić swoje nowo otwarte warszawskie biuro w centralę na Europę Środkowo-Wschodnią. Głównym celem S&P jest  zwiększenie swojego uczestnictwa w rozwoju polskiego rynku kapitałowego.

 – Celem jest, żeby to była centrala przez duże C, co wiąże się z pewnymi planami ekspansji, ale potrzebujemy czasu, żeby określić, kiedy to będzie – mówi Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią Standard & Poor’s. – Będziemy traktować to biura jako miejsce, gdzie nasi analitycy, zarówno polskiego pochodzenia, jak i z regionu Europy Środkowo-Wschodniej będą raz na jakiś czas pracować i wykorzystywać infrastrukturę, którą tu zbudowaliśmy, po to, ażeby być bliżej naszych klientów.  

Petrykowski wyjaśnia, że dziś agencja przyznaje ratingi 70 emitentom w regionie Europy Centralnej, z czego 20 podmiotów działa w Polsce. Należą do nich zarówno korporacje, instytucje finansowe, jak i jednostki samorządowe. 

 – Biuro w Polsce otworzyliśmy po bardzo racjonalnej analizie biznesowej. Podjęliśmy decyzję, że chcemy bardziej bezpośrednio, w sposób zorganizowany działać na tym rynku, stając się uczestnikiem, który może na co dzień oferować serwis i zajmować się zarówno naszymi obecnymi i perspektywicznymi klientami, jak i szeroko rozumianymi partnerami rynkowymi – deklaruje dyrektor na Europę Środkowo-Wschodnią.

Jak podkreśla, plany związane z rozwojem warszawskiego biura dotyczą trzech głównych obszarów. Pierwsza kwestia to aktywny udział w rozwoju polskiego rynku kapitałowego.

 – Chcemy bardziej aktywnie pracować z rynkiem w ramach edukacji jego uczestników, zarówno emitentów, jak i inwestorów, z wykorzystaniem globalnej metodologii Standard & Poor’s w połączeniu z lokalnym podejściem. W ten sposób będziemy starali się pobudzać apetyt polskich przedsiębiorców do tego, by szukali finansowania poza Polską – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Petrykowski. – Po drugie, chcemy lepiej zorganizować nasze rozumienie tej części świata i zbudować pewien zespół ludzi, pewien zespół dodatkowych ekspertyz, które możemy docelowo jeszcze bardziej rozwijać z korzyścią zarówno dla rynku, jak i dla naszych klientów – zaznacza.

Trzecim celem agencji jest zacieśnianie relacji z jej klientami na lokalnych rynkach.

 – Chcemy obecnym klientom dać bardziej lokalne podejście, jeszcze większe partnerstwo i bardziej adekwatny model, a nie działać tylko przez pryzmat Londynu i dotychczasowej obecności w tej części świata – tłumaczy Marcin Petrykowski.

S&P stawia na Polskę ze względu na jej strategiczne położenie, coraz większą aktywność na rynkach międzynarodowych oraz dynamicznie rozwijający się rynek papierów dłużnych.

Choć Standard & Poor’s stawia głównie na współpracę z firmami poszukującymi alternatywnych źródeł finansowania na międzynarodowym rynku długu, zajmuje się również tworzeniem ratingu dla kilku miast w Polsce.

 – Oczywiście nie chcemy skreślać miast i podmiotów samorządowych. Z nimi też chcemy pracować, natomiast to wymaga od nas więcej pracy lokalnej, większego zaangażowania i ustrukturyzowania modelu obsługi tych podmiotów – wyjaśnia Petrykowski. – Docelowo będziemy chcieli ich też obsługiwać, angażując do tego lokalnych analityków, a nie tylko stosując zasoby, które wykorzystujemy w Londynie.

Rozwój przydomowych ekologicznych instalacji energetycznych może obniżyć rachunki konsumentów

CEO Magazyn Polska

Zainstalowanie ekologicznych rozwiązań w domu może przynieść oszczędności rzędu nawet 8 tys. zł rocznie na ogrzewaniu domu i wody. BOŚ Bank proponuje program, dzięki któremu Polacy ograniczą rachunki, tym samym zwiększając swoją zdolność kredytową. Rozwój rynku niewielkich instalacji OZE może być korzystny dla całej gospodarki. Eksperci BOŚ Banku szacują, że może dać impuls do wzrostu gospodarczego nawet o 0,4 pkt proc. PKB rocznie.

 – Podstawowym elementem systemu jest pompa ciepła, czyli urządzenie, które produkuje energię cieplną, wykorzystując energię elektryczną. W standardowych rozwiązaniach nie płacimy wtedy za gaz, węgiel czy olej opałowy, ale zwiększają się rachunki za energię elektryczną. Połączyliśmy to więc z małą instalacją fotowoltaiczną, czyli z małą elektrownią słoneczną na dachu, która produkuje taką ilość energii, która wystarcza właśnie na zaspokojenie potrzeb pompy ciepła – mówi Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska.

Bank przygotował nowy produkt dla osób posiadających dom lub go budujących – BOŚ EKOsystem. To kredyt, w ramach którego instalowany jest hybrydowy system grzewczy, który składa się z czterech modułów: kotłowni montowanej w domu (o wielkości niewielkiej szafy), paneli słonecznych i fotowoltaicznych oraz pompy ciepła. Współpraca tych wszystkich urządzeń ma przynieść oszczędności pozwalające na zwiększenie zdolności kredytowej, bo koszty ponoszone przez mieszkającą w średniej wielkości domu czteroosobową rodzinę mogą spaść do nawet 0 zł miesięcznie.

 – Układ się nam bilansuje, nie potrzebujemy dodatkowo płacić za energię elektryczną do zasilenia pompy ciepła, czyli nie ponosimy kosztów ogrzewania – tłumaczy Mariusz Klimczak. – Dziś oferowane są rozwiązania indywidualne – można kupić osobno pompę ciepła, osobno instalację solarną czy panel fotowoltaiczny, a jeśli byśmy chcieli połączyć to z kominkiem, to mamy kolejną usługę. Niestety bardzo często powoduje to, że elementy ze sobą nie współgrają, a co za tym idzie –  nie są efektywne.

Pakietowe dostarczenie tych wszystkich systemów i niższe koszty ogrzewania mają być tym, co przyciągnie klientów do banku. 

 – W przypadku domu nowo budowanego wygrywamy ze wszystkimi źródłami ciepła. W przypadku zamiany istniejącego źródła ciepła, konkurencyjny jest tylko węgiel. Ale mówimy tutaj o zupełnie innym porównaniu – malucha do mercedesa – zachwala prezes BOŚ Banku.

Z kalkulacji ekspertów banku wynika, że dzięki obniżeniu miesięcznych wydatków na ogrzewanie, minimalny wymagany dochód rodziny ubiegającej się o kredyt na dom może być o kilkaset złotych niższy. W przypadku ubiegania się o pożyczkę na budowę domu o powierzchni ok. 100 m2 wraz z zainstalowanym w nim systemem grzewczym, ta sama czteroosobowa rodzina, która wybierze np. ogrzewanie olejowe, może liczyć na niewiele ponad 170 tys. zł 30-letniego kredytu hipotecznego. W innym wariancie, gdy w grę wchodziłby gaz ziemny, jej maksymalna zdolność rośnie do ok. 200 tys. zł. Natomiast wybór BOŚ EKOsystemu podnosi ten próg do ponad 270 tys. zł.

Jak podkreśla prezes banku, zainteresowanie programem wśród klientów jest bardzo duże. Tym bardziej że po stronie klienta jest tylko decyzja o zakupie systemu, resztę bierze na siebie bank.

 – Zgłoszenia do zakładu energetycznego, przygotowania wniosków o dofinansowanie – to powoduje, że ludziom wydaje się, że ten proces jest trudny. Dlatego postanowiliśmy przejąć to wszystko od klienta. Klient chce mieć ciepło, tanio, wygodnie i to jest podstawowy element, który staramy się w ramach tego programu spełnić – zapowiada w rozmowie z Newserią Biznes Mariusz Klimczak.

Rozwój rynku niewielkich odnawialnych źródeł energii w ciągu kolejnych kilku mógłby dać impuls do wzrostu gospodarczego nawet o 0,4 pkt proc. PKB rocznie. Oznacza to również realne oszczędności – sięgające nawet 2 mld zł rocznie w perspektywie 2020 roku – w kosztach krajowego systemu wsparcia produkcji energii z OZE. 

Mimo niskich stóp procentowych kredyty gotówkowe w bankach są wciąż drogie

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe przełożyły się na obniżenie oprocentowania lokat i niższe raty kredytów hipotecznych, których oprocentowanie jest zmienne. W przypadku kredytów gotówkowych banki niechętnie obniżają oprocentowanie – nawet najkorzystniejszy kredyt wciąż kosztuje w bankach znacznie powyżej 10 proc. rocznie. Do obniżek w bankach może się przyczynić konkurencja, czyli firmy pożyczkowe.

 Kredyty gotówkowe w dalszym ciągu są dość wysoko oprocentowane, przeciętnie na około 15 proc., a więc blisko maksymalnego dopuszczalnego poziomu oprocentowania, który wynosi obecnie 16 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander.

Z najnowszego rankingu Comperii wynika, że nawet najkorzystniejszy kredyt gotówkowy w banku, zaciągnięty na rok na 4 tys. zł kosztuje ponad 12 proc. Koszt najdroższych przekracza 15 proc. Dlatego często bardziej opłaca się korzystanie z limitu na karcie kredytowej lub limitu w rachunku.

 – Kredyt na kartach kredytowych znacznie potaniał. W tym przypadku prowizje się bowiem nie zmieniły, a oprocentowanie, wcześniej wynoszące powyżej 20 proc., spadło do 16 proc. – mówi ekspert. – Nie ma w tym przypadku żadnych rat, a dług spłacamy, kiedy chcemy, nawet po kilku dniach. Kredyty gotówkowe mają raty i harmonogram spłaty. Jest to opcja dla tych, którzy chcą spłacać dług przez kilka lat, a przynajmniej przez kilka miesięcy.

Główny analityk Expandera zwraca uwagę na to, że zaciągając kredyt gotówkowy, powinno się sprawdzać wszystkie koszty kredytu, a więc nie tylko oprocentowanie, lecz także odsetki, prowizje, koszty obowiązkowych ubezpieczeń i inne opłaty. Dopiero uwzględnienie tego wszystkiego pozwala na trafne porównanie propozycji różnych banków. Jednak wielu klientów nie robi żadnych porównań.

 – Podstawową pułapką jest to, że bierzemy pierwszy dostępny kredyt, nie porównując w ogóle ofert, czyli albo korzystamy z propozycji swojego banku, albo z tej reklamowanej właśnie w telewizji czy w gazecie – mówi Sadowski. – Niestety nie zawsze oferta reklamowana jest tą najlepszą.

Jak przekonuje, porównywanie i szukanie najlepszej możliwości może się opłacić.

 – Banki konkurują z firmami pożyczkowymi, które dosyć agresywnie działają na rynku i oferują na przykład pierwszą pożyczkę za darmo. Dlatego banki starają się pokazać, że też mają atrakcyjne produkty – mówi Sadowski. – Właśnie ta gra konkurencyjna, walka o klienta sprawia, że czasami możemy uzyskać bardzo tani, a nawet darmowy kredyt.

Małe i średnie firmy niechętnie zaciągają kredyty inwestycyjne. Ostrożność przedsiębiorców hamuje wzrost gospodarczy

CEO Magazyn Polska

70 proc. polskich mikro-, małych i średnich przedsiębiorców nie korzysta z kredytów inwestycyjnych i finansuje się z własnych środków. Choć jest to bezpieczne rozwiązanie dla samych firm, nieco hamuje rozwój gospodarczy. Gdyby przeciętny kredyt w małym przedsiębiorstwie, który dziś wynosi 25 tys. zł, wzrósł o 5-10 tys. zł, to impuls do wzrostu PKB byłby ogromny.

 – 70 proc. podmiotów gospodarczych w Polsce w mikro- i małej przedsiębiorczości w ogóle nie bierze kredytu inwestycyjnego. I to samo 70 proc. tworzy ponad połowę PKB w kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Janiszewski, przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”.

To właśnie dzięki tej konserwatywnej polityce przedsiębiorców polska gospodarka w znacznym stopniu uniknęła kryzysu. Jednocześnie jednak nieco hamuje wzrost gospodarczy.

 – Gdyby nagle te ostrożne przedsiębiorstwa zdecydowały się na przyspieszenie własnego rozwoju poprzez wzięcie kredytu inwestycyjnego, to połowa gospodarki zaczęłaby rosnąć znacznie szybciej. Obecnie przeciętne przedsiębiorstwo z sektora MŚP ma kredyt na 25 tysięcy. Jeśli wzrósłby on o 5-10 tysięcy, to impuls do wzrostu PKB byłby ogromny – przekonuje Janiszewski.

Rządowe zachęty na start

Impulsem do rozwoju byłoby również zwiększenie liczby powstających firm. Zdaniem eksperta rząd powinien na tym skoncentrować swoją uwagę, by ułatwiać Polakom, szczególnie młodym ludziom, wejście na rynek z własnym biznesem.

 – Ponad połowa młodych ludzi zamieszkujących tereny całej Unii Europejskiej jest bez pracy, to oznacza, że jeżeli nie tworzymy dla nich miejsc pracy, musimy stworzyć warunki do tego, ażeby oni stworzyli sobie sami te miejsca pracy. To jest podstawa – mówi Jacek Janiszewski.

Dziś często zniechęcają ich do tego skomplikowane prawo i procedury.

 – Musimy przestać widzieć w obywatelu potencjalnego przestępcę – dodaje Janiszewski.

Kwestia roli małych i średnich przedsiębiorstw w rozwoju gospodarczym kraju będzie jednym z tematów XXI Forum Gospodarczego, które odbędzie się w Toruniu w dniach 3-4 marca. Jego głównym organizatorem jest Stowarzyszenie „Integracja i Współpraca”. Partnerem honorowym są Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a partnerem strategicznym województwo kujawsko-pomorskie.

Rękodzieło z certyfikatem ochroni prawa twórców

CEO Magazyn Polska

Polacy doceniają rękodzieło i coraz częściej decydują się na zakup droższych, ale unikatowych produktów. Aby odróżnić faktyczne wyroby hand-made od podróbek i zabezpieczyć prawa autorskie artystów, zostanie powołana komisja, która będzie przyznawała certyfikaty takim wyrobom.

 – Walczymy razem z Ogólnopolskim Cechem Rzemieślników Artystów o utracony etos rękodzieła, by to, co stworzą ręce, a nie maszyny było cenione i pożądane. Polacy odwracają się od produkcji masowej, od tego, co jest powszechnie dostępne, tłoczone w miliardach egzemplarzy – mówi Zofia B. Borucińska, założycielka Lasu Rąk Laboratorium Rękodzieł. – Coraz rzadziej musimy klientom tłumaczyć, dlaczego broszka kosztuje 35 zł, a nie 15 zł, jak na bazarku, mimo że są w podobnym kształcie i kolorze. Ludzie doceniają to, że rękodzieło to nie tylko oryginalny wygląd, design, lecz także jakość. To, co wytworzą ręce, jest zdecydowanie lepsze, trwalsze, bardziej efektowne i stabilne jakościowo niż to, co wytworzy maszyna.

„Razem wspieramy rękodzieło” – pod tym hasłem Ogólnopolski Cech Rzemieślników Artystów, we współpracy z Lasem Rąk, rozpoczyna przyznawanie certyfikatów wyrobom mającym charakter rękodzieła artystycznego wykonanym na obszarze Polski z zastosowaniem tradycyjnych technik rękodzielniczych.

Ten certyfikat ma wypromować twórców, pomóc im w podwyższeniu statusu rękodzielnika i utrzymaniu go na wysokim poziomie. Pomoże też im zabezpieczyć swój interes finansowy, również od strony praw autorskich: zdjęcia i opisy tych wyrobów będą ogólnodostępne – informuje Olga Werbeniec, prezes Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów. 

Na internetowych stronach Lasu Rąk i OCRA zostanie zamieszczona lista twórców certyfikowanych oraz ich wyrobów. Dzięki temu nabywcy będą mogli sprawdzić, czy dany produkt posiada certyfikat. Ten dokument będzie przyznawany przez Komisję Certyfikującą składającą się z trzech osób wybieranych przez zarząd OCRA spośród dyplomowanych rzemieślników artystów, mistrzów w swym rzemiośle oraz niekwestionowanych autorytetów w środowisku rzemiosła artystycznego. 

 – Certyfikat będzie można uzyskać na dany wyrób, czyli na pojedynczą sztukę bądź serię wyrobów. Będziemy mogli się nim posługiwać przez wiele lat, ale przy wprowadzeniu nowej serii czy nowego produktu będziemy musieli otrzymywać nowy certyfikat – tłumaczy Olga Werbeniec. 

Koszt certyfikatu to 20 zł dla wyrobów o wartości do 100 zł, 35 zł dla tych o wartości do 200 zł i 50 zł dla produktów od 201 zł wzwyż. Pomysłodawcy przyznawania certyfikatów zastrzegają, że komisja może kontrolować wytwórców, a w przypadku utraty przez wyrób charakteru rękodzieła prawo do korzystania z certyfikatu zostanie odebrane.

Twórcy rękodzieła liczą, że przyciągną nowych klientów. Sama idea hand-made staje się też alternatywą dla wykluczonych z rynku pracy.

 – Znacząco zwiększa się zainteresowanie Polaków wyrobami rękodzielniczymi. Osoby, które wypadają z rynku pracy, mogą otworzyć taką działalność, bo rękodzieło mogą wykonywać również osoby z różnymi niepełnosprawnościami – to bardzo tym osobom pomaga, a poza tym mogą one z tego uczynić sposób na życie – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes OCRA.

Branża metalurgiczna zagrożona z powodu polityki klimatycznej UE

CEO Magazyn Polska

Przedstawiciele branży metalurgicznej i przetwórstwa metali obawiają się skutków unijnej polityki klimatycznej. Przestrzegają, że zbyt ambitne cele Komisji Europejskiej negatywnie wpłyną na globalną konkurencyjność przedsiębiorstw, a tym samy zmuszą biznes do przeniesienia się poza Europę. Branża liczy, że podejście UE ulegnie zmianie po wyborach do Europarlamentu i wybraniu nowego składu KE.

 – Wszystko, co jest związane z metalurgią i z przetwórstwem metali, jest narażone na zwiększanie kosztów energii, któremu sprzyja obecna unijna polityka energetyczna – mówi Newserii Biznes Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej Impexmetal SA i członek rady nadzorczej Boryszew SA.

Zgodnie z przyjętym w grudniu 2008 r. pakietem  klimatyczno-energetycznym, do 2020 r. należące do UE państwa mają zwiększyć o 20 proc. efektywność energetyczną, osiągnąć 20-procentowy udział energii z odnawialnych źródeł i zmniejszyć o 20 proc. emisję gazów cieplarnianych. Komisja Europejska proponuje dalsze zaostrzenia pakietu. Według Krężla unijne wymogi klimatyczne wpływają negatywnie na konkurencyjność przedsiębiorstw.

 – Dzisiaj globalna konkurencyjność daje gwarancje przetrwania i funkcjonowania, więc z pewnym dystansem podchodzimy do tak ambitnych i wyidealizowanych zadań, jakie stawia obecna Komisja. Mogą one doprowadzić do tego, że zmianie ulegną nasze strategiczne plany, związane do tej pory przede wszystkim z Unią Europejską – przestrzega Krężel w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Przedstawiciele branży podkreślają, że istnieje sprzeczność między europejską polityką klimatyczną a dążeniami do reindustrializacji Europy. Zgodnie z zapowiedziami KE, udział przemysłu w PKB Unii powinien do 2020 roku wzrosnąć do 20 proc.

Najpierw poprzez działania systemowe w Unii Europejskiej doprowadziliśmy do wyeliminowania przemysłu. Dziś jego udział w PKB wynosi 15 proc. Teraz zaś okazało się, że bez przemysłu żyć nie można, i że trzeba to raptownie zmieniać – mówi Krężel. – Łatwo coś zniszczyć poprzez rosnące ceny i koszty, a trudniej to odbudować, mając na uwadze konieczność globalnego konkurowania.

Podkreśla, że to będzie wyzwanie dla nowego składu Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej.

Mimo tych trudności polska gospodarka ma szansę na przyciągnięcie nowych inwestycji. Zdaniem Krężla jednym z głównych gospodarczych atutów Polski są niskie koszty pracy, które idą w parze z wykwalifikowaną siłą roboczą. Pozwala to Polsce zachować konkurencyjność na globalnym rynku. 

 – Polska może być ziemią obiecaną dla przedsiębiorców europejskich w nowym programie reindustrializacji gospodarki – twierdzi Krężel. – Po pierwsze dzięki niskim kosztom pracy. Godzina pracy wraz ze wszystkimi kosztami to u nas koszt 10 euro. Tymczasem we Francji to 38 euro. Po drugie naszą siłą jest kapitał ludzki, czyli wykwalifikowani pracownicy. Jednak politycy mają jeszcze dużo do zrobienia, choćby w kwestii promocji kraju – dodaje.

Nakłady na infrastrukturę mogą się nie zwrócić. Jej odpowiednie wykorzystanie zależy od dobrych relacji międzynarodowych

CEO Magazyn Polska

Polska powinna skoncentrować się nie tylko na budowie infrastruktury drogowej i kolejowej, lecz także na takim prowadzeniu relacji handlowych z sąsiadami i innymi krajami UE, by tę infrastrukturę wykorzystać. Przykład Niemiec i Rosji, które transportując swoje towary, omijają Polskę, pokazuje, że dotychczasowa polityka była błędna, a sama infrastruktura nie wystarcza.

W ramach perspektywy finansowej na lata 2014-2020 60 proc. środków miało być przeznaczonych na kolej, a 40 proc. na infrastrukturę drogową. 

 – To nie współgra z wielkościami przyjętymi w rządowej strategii rozwoju transportu, gdzie mamy do czynienia z jednoznacznym preferowaniem dróg. Konsekwencje takiej polityki mogą być niezbyt ciekawe, dlatego że zmieszczenie nawet na zmodernizowanej infrastrukturze drogowej dodatkowo 500 mln ton towarów nie pozostanie bez konsekwencji – mówi Krzysztof Niemiec, wiceprezes Track Tec.

Jako przykład przemyślanej polityki podaje Niemcy, które rozwijają swoją infrastrukturę, biorąc pod uwagę wymianę handlową z Rosją. 

 – Wydawałoby się, że wagony, które jadą z towarami z Rosji do Niemiec, powinny przejeżdżać przez Polskę w tranzycie, bo to najkrótsza droga. Ale one jadą do portu rosyjskiego, tam są ładowane na promy i statki i płyną do portu niemieckiego. Niemiecka polityka aktywizuje ich porty, powoduje, że kolej dociera stamtąd w głąb kraju. Wydawałoby się, że jest to bardziej kosztowne, ale dzięki temu Niemcy mają z Rosją autostradę morską i większość towarów właśnie tamtędy jeździ – tłumaczy Niemiec w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes podczas forum „Zmieniamy polski przemysł”.

Jego zdaniem Polska wiele inwestuje w układ równoleżnikowy, czyli kolejowe trasy europejskie ze wchodu na zachód – E20 i E30. Ten wkład raczej się nie zwróci w kontekście przewozów pasażerskich.

 – Trudno sobie wyobrazić, że w 2020 czy 2030 roku ludzie będą jeździli z Moskwy do Berlina pociągiem. Raczej będą korzystać z usług linii samolotowych. W związku z tym te trasy powinniśmy wykorzystać jako transportowy korytarz – podkreśla Krzysztof Niemiec. – Jednak trzeba pamiętać, że nie wystarczy mieć dobrą infrastrukturę, nowoczesne lokomotywy czy wagony. Ważne jest takie zorganizowanie sobie relacji, ażeby ta infrastruktura była wykorzystana.

Przykładem może być pogłębienie relacji w ramach Trójkąta Weimarskiego, czyli między Polską, Niemcami i Francją.

Szansą dla Polski jest również to, że korytarze południkowe do krajowych portów zostały zakwalifikowane do dofinansowania w ramach unijnego instrumentu „Łącząc Europę” (ang. Connecting Europe Facility – CEF). To fundusz, przeznaczony na realizację projektów dotyczących rozwoju, budowy lub modernizacji infrastruktury w dziedzinie transportu, energetyki i telekomunikacji. 

 – Jest to duża szansa na to, ażeby z Czech, Słowacji i Węgier próbować przeciągać towary do obsługi przez nasze porty – uważa Krzysztof Niemiec.

Zgodnie z nowymi przepisami wezwania na akcje lepiej ochronią inwestorów

CEO Magazyn Polska

Zmiany w sposobie przeprowadzania wezwań na akcje mają chronić interesy mniejszych inwestorów i sprawić, że proces ten będzie bardziej przejrzysty. Ograniczone zostaną możliwości omijania skomplikowanych obecnie przepisów. Powstaną dwa rodzaje wezwań  dobrowolne i obowiązkowe, a przy obu progach (33 i 66 proc.) wezwania będą dotyczyły wszystkich pozostałych akcji.

 – Polskie przepisy o wezwaniach są w czołówce europejskiej, jeżeli chodzi o ich stopień skomplikowania. Przepisy wielu państw europejskich przewidują tylko jeden rodzaj wezwania, polskie przepisy – aż pięć – tłumaczy Konrad Konarski, partner, szef zespołu rynków kapitałowych kancelarii Baker & McKenzie. – Unia Europejska też wymaga od nas tylko jednego rodzaju wezwania.

W Polsce obecnie inwestor musi ogłosić wezwanie aż w pięciu przypadkach. Istnieją dwa główne rodzaje wezwań – po przekroczeniu progu posiadania 33 proc. i 66 proc. akcji. Dziś przy przekroczeniu pierwszego z tych progów inwestor zobowiązany jest do ogłoszenia wezwania na taką liczbę akcji, aby osiągnąć próg 66 proc.

 – Po zmianie, przy obydwu progach będzie wezwanie na wszystkie akcje. Tak więc inwestorzy mniejszościowi, którzy posiadają akcje, będą mieli dwie szanse wyjścia ze spółki – mówi Konarski. – Przy obecnych przepisach dało się łatwo ominąć wymóg wezwania na przykład w ten sposób, że kupowało się pośrednio duży pakiet akcji tak, żeby być minimalnie poniżej progu 66 proc. i później ogłaszało się wezwanie na minimalną liczbę akcji. Mały inwestor nie miał więc szansy wyjść ze spółki po godziwej cenie. Po tych zmianach już to nie będzie możliwe – tłumaczy ekspert.

Dobrowolne nabycie akcji spółki będzie mogło nastąpić w wyniku wezwania do zapisywania się na sprzedaż lub zamianę akcji spółki, ogłoszonego na co najmniej 5 proc. ogólnej liczby głosów. W wezwaniu dobrowolnym wzywający będzie mógł określić minimalną liczbę akcji objętą zapisami złożonymi w odpowiedzi na wezwanie, po której osiągnięciu zobowiąże się do ich nabycia, ale w sumie nie może przekroczyć 50 proc. ogólnej liczby głosów. 

Nowe przepisy doprecyzują również budzącą wątpliwości kwestię ceny wezwania.

 – Przepisy określają, jaka musi być minimalna cena w wezwaniu, którą można zaoferować inwestorom mniejszościowym. Te przepisy też dało się łatwo ominąć w ten sposób, że robiło się pośrednie przejęcie spółki. Nie kupowało się akcji spółki bezpośrednio, tylko kupowało się podmiot, który z kolei miał akcje tej spółki giełdowej – wyjaśnia Konarski. – W takich okolicznościach wymóg określenia ceny nie obowiązywał i w konsekwencji inwestor, który przejmował duży pakiet akcji, mógł określić cenę poniżej poziomu, który byłby satysfakcjonujący dla inwestorów mniejszościowych.

Znowelizowana ustawa o ofercie publicznej ma też doprecyzować zasady ujawniania informacji poufnej przez spółkę.

75 tysięcy aktywnych kart Inteligo „Dobro procentuje”

Karta płatnicza Visa payWave „Dobro procentuje” jest dostępna w ofercie Inteligo od roku. W tym czasie wspólnie z 75 tysiącami klientów Inteligo Fundacja PKO Banku Polskiego przekazała łącznie prawie 440 tysięcy złotych na pomoc potrzebującym.

Rynek wodociągowo-kanalizacyjny – Podsumowanie 2013 roku

63 decyzje i ponad 600 tys. zł kar — to podsumowanie ubiegłorocznych działań UOKiK wobec przedsiębiorców funkcjonujących na rynkach wodociągowo-kanalizacyjnych. Jedne z najnowszych decyzji dotyczą przedsiębiorstw komunalnych z województw: zachodniopomorskiego, dolnośląskiego i mazowieckiego

39 rozstrzygnięć dotyczących nadużycia pozycji dominującej, 24 w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, ponad 600 tys. zł łącznych kar — to efekt działań UOKiK w 2013 r. wobec przedsiębiorców dostarczających wodę i odbierających ścieki. Część z nich dobrowolnie zobowiązała się do zmiany zakwestionowanych praktyk, unikając sankcji finansowych. Obecnie trwa 6 kolejnych postępowań oraz 21 wyjaśniających. Wobec przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych UOKiK prowadzi postępowania zarówno w sprawie nadużywania pozycji dominującej, jak i naruszania zbiorowych interesów konsumentów. Spółki zaopatrujące konsumentów w wodę mają zawsze pozycję dominującą na lokalnym rynku, więc ich klienci nie mają możliwości wyboru korzystniejszego dostawcy. Sytuacja ta może być wykorzystywana przez przedsiębiorców stosujących niedozwolone praktyki rynkowe. Za takie naruszenia grozi im jednak kara w wysokości do 10 proc. ubiegłorocznych przychodów.

Jedna z najnowszych decyzji dotyczy spółki Miejskie Wodociągi i Kanalizacja w Koszalinie (MWiK). Uzależniała ona zawarcie umowy na zbiorową dostawę wody i odprowadzanie ścieków od nieodpłatnego przekazania na jej rzecz odcinków sieci i urządzeń wybudowanych przez odbiorców z ich własnych środków, a także od poniesienia przez nich kosztów tego przekazania. Przedsiębiorca wyłączał też swoją odpowiedzialność odszkodowawczą za przerwy w dostawie wody spowodowane jej brakiem na ujęciu lub awarią zasilania urządzeń wodociągowych. Ponadto spółka zobowiązywała odbiorców do budowy odcinków sieci i przyłączy przy użyciu osprzętu pochodzącego wyłącznie od wskazanych przez nią producentów. W ten sposób kontrahenci pozbawieni zostali możliwości dowolnego wyboru osprzętu, a konkurenci wskazanych producentów — dostępu do rynku. Za nadużywanie pozycji dominującej, Prezes UOKiK nałożyła na MWiK w Koszalinie karę w łącznej wysokości 121 692 zł. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorca odwołał się do sądu.

Niedozwolone działania stosowało również Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji „WODNIK” w Jeleniej Górze. Postępowanie UOKiK wykazało, że przedsiębiorca nie obniżał odpowiednio opłat za dostawę jakościowo gorszej wody, warunkowo dopuszczonej do spożycia. Według Urzędu, długotrwałe dostarczanie wody o pogorszonej jakości powinno skutkować automatycznym obniżeniem jej ceny, natomiast „Wodnik” ustalił wspólną taryfę zarówno dla wody spełniającej wymagania, jak i tej dopuszczonej warunkowo przez inspektora sanitarnego. Kara nałożona na przedsiębiorstwo wyniosła 9 120,62 zł. Decyzja nie jest prawomocna, „Wodnik” odwołał się do sądu.

Jednym z podmiotów ukaranych przez UOKiK w 2013 r. za stosowanie postanowień naruszających zbiorowe interesy konsumentów było Miejskie Przedsiębiorstwo Komunalne w Gostyninie. Przedsiębiorca nie zamieszczał w umowach informacji wymaganych przez ustawę, w tym m.in. postanowień dotyczących procedur i warunków kontroli urządzeń wodociągowych, dotyczących odpowiedzialności przedsiębiorstwa za niedotrzymanie warunków umowy, czy postanowień dotyczących warunków usuwania awarii przyłączy wodociągowych będących w posiadaniu odbiorców usług. MPK w Gostyninie zostało ukarane przez Prezes UOKiK kwotą 7 514 zł. Decyzja jest prawomocna.

Szczegółową analizę sektora wodno-kanalizacyjnego, w tym dokładny opis przykładów łamania prawa można znaleźć w raporcie UOKiK Kierunki rozwoju ochrony konkurencji i konsumentów w sektorze wodociągowo-kanalizacyjnym.

Polska branża węglowa i energetyczna szuka kontraktów w Indiach

Polscy przedsiębiorcy z branż energetycznej i węglowej szukają kontraktów w Indiach. Władze w New Delhi z kolei poszukują kontrahentów, którzy dostarczą kompleksowe rozwiązania związane z wydobyciem węgla, produkcją energii i tworzeniem miejsc pracy. Są szanse na duże kontrakty oraz zatrudnienie dla polskich inżynierów.

W ubiegłym tygodniu do Indii udała się 70-osobowa delegacja, w której poza przedsiębiorcami z 23 firm znaleźli się przedstawiciele resortów gospodarki i spraw zewnętrznych.

 – Indie w obszarze energetycznym mają wielkie plany. Mają ogromny deficyt energii, węgla, którego importują ilości większe niż cała produkcja w Polsce. W związku z tym mają ujemny bilans płatniczy i trudności z tym związane. Mają wysoką inflację na poziomie około 10 proc. Indie stoją przed koniecznością rozbudowy swojego potencjału energetycznego. I my możemy tutaj zaoferować kompleksowe rozwiązania – naszą technologię, wiedzę, przygotowanie i umiejętności, zarówno te przygotowawcze, jak i eksploatacyjne – podkreśla w rozmowie z agencja informacyjną Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki.

Polska delegacja uczestniczyła w Polsko-Indyjskim Szczycie Energetycznym oraz w targach przemysłu węglowego i wydobywczego. To właśnie z tym sektorem polski rząd wiąże duże nadzieje. Zasoby węgla w Indiach należą do największych na świecie, jednak kraj ten zmaga się ze spadkiem wydobycia i niedoborami mocy. Teraz prawie 40 proc. polskiego eksportu do Indii to wyroby przemysłu elektromaszynowego – wynika z danych Ministerstwa Gospodarki.

Pietrewicz podkreśla, że na razie nie można mówić o podpisanych w wyniku delegacji kontraktach. Strona indyjska jest jednak zainteresowana współpracą, podobnie jak polscy przedsiębiorcy. Według wiceministra wyjazd do Indii zbliżył przedstawicieli przemysłu z obydwu krajów.

 – Rząd widzi rynek indyjski jako bardzo perspektywiczny. Zresztą trudno odrzucać perspektywę współpracy z rynkiem, który zamieszkuje 1,2 mld mieszkańców. To pokazuje skalę. Ale to też pokazuje skalę potrzebnych tam dostaw. W związku z tym czasami nasza oferta postrzegana jest jako nieco mikroskopijna w stosunku do tego, czego oczekuje strona indyjska – przyznaje Pietrewicz.

Mimo to Polska jest atrakcyjnym partnerem dla Indii, bo może dostarczyć technologie sprzyjające wzrostowi zatrudnienia. Tego właśnie oczekują władze w New Delhi. Jak wynika z danych CIA World Factbook, w 2012 r. w Indiach bezrobocie wynosiło 8,5 proc. Szacunki są jednak zawsze bardzo trudne z uwagi na duży udział gospodarki nieformalnej w tym kraju.

 – Oni oczekują technologii, które będą też rozwiązywały problemy związane z zatrudnieniem, zwiększaniem zatrudnienia. Liczą w związku z tym na to, że technologie z Polski, gdzie problem bezrobocia też ma miejsce, siłą rzeczy też będą dostarczały wiele miejsc pracy – ocenia Jerzy Pietrewicz.

Dodaje, że Indie najchętniej wybrałyby rozwiązania kompleksowe. W zamian za dostarczenie technologii oraz zapewnienie produkcji i miejsc pracy są w stanie podpisywać długie, nawet 20-letnie kontrakty na zakup węgla. Takie inwestycje są bardzo atrakcyjne, lecz wymagają bardzo dużych środków na starcie.

W polskiej delegacji znaleźli się przedstawiciele największych firm, takich jak: Orlen, JSW czy Kopex. Ich wyborem zajęła się Krajowa Izba Gospodarcza. Jak podkreśla Pietrewicz, zainteresowanie ze strony przedsiębiorców było bardzo duże.

Polska wymiana handlowa z Indiami jest stosunkowo nieduża. W okresie od stycznia do września 2013 r. zgodnie z danymi GUS wyeksportowaliśmy towary warte 1,2 mld zł (niecałe 0,3 proc. polskiego eksportu), podczas gdy wartość importu z Indii sięgnęła 3,5 mld zł (ok. 0,7 proc. całego importu).

W UE coraz więcej osób nie stać na opłacanie rachunków za prąd i gaz

CEO Magazyn Polska

Rosnące ceny energii w Unii Europejskiej sprawiają, że zwiększa się liczba osób, których nie stać na opłacenie rachunków za prąd i gaz. Oszczędzanie na ogrzewaniu przekłada się na pogorszenie ich stanu zdrowia i absencję w pracy. Pomóc w walce z tym zjawiskiem mogą mechanizmy zapobiegające ubóstwu energetycznemu. Polska może czerpać z doświadczenia innych unijnych krajów.

 – Ceny energii rosną i dla coraz większej liczby gospodarstw problemem jest zapłacenie rachunków za prąd. Część budżetu, którą wydają na energię, jest coraz większa i coraz trudniej jest im nabyć taką ilość energii, aby zapewnić sobie normalne warunki funkcjonowania – zwraca uwagę Ute Dubois, profesor ekonomii ISG International Business School w Paryżu, która gościła w Warszawie na konferencji Instytutu na rzecz Ekorozwoju.

Z raportu opublikowanego przez Komisję Europejską pod koniec stycznia wynika, że w latach 2008-2012 ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w UE rosły średnio o 4 proc. rocznie, a gazu o 3 proc. rocznie. Polska plasuje się wśród krajów o umiarkowanej cenie energii. Konsumenci z USA i Kanady średnio za gaz w 2012 r. płacili 2,5 razy mniej niż ci z UE, natomiast za prąd prawie dwukrotnie mniej.

Rosnące rachunki za prąd, ogrzewanie i gaz przyczyniają się do wzrostu poziomu ubóstwa energetycznego w Unii. Ośrodek Studiów Wschodnich szacuje, że ten problem dotyczy od 50 mln do nawet 125 mln osób.

Ute Dubois wskazuje na rozwiązania, które mogą temu przeciwdziałać.

 – Wiele krajów europejskich pomaga odbiorcom energii w zapłaceniu tych należności poprzez różnego rodzaju dodatki energetyczne, zasiłki na opłacenie rachunku za energię. Jest to jednak rozwiązanie krótkoterminowe, które sprawdza się w sytuacjach awaryjnych, natomiast w dłuższej perspektywie nie poprawia sytuacji – mówi ekonomistka agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Innym rozwiązaniem są taryfy socjalne czy ochrona tzw. wrażliwych odbiorców (osób o niskich dochodach) przed odłączeniem prądu. Zgodnie z unijną dyrektywą z 2009 roku dotyczącą wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej, państwa członkowskie powinny podjąć niezbędne środki, aby chronić takich konsumentów. W myśl tej dyrektywy rząd po długich pracach w połowie ubiegłego roku znowelizował ustawę Prawo energetyczne, wprowadzając od tego roku możliwość skorzystania z dodatku energetycznego. Mają do niego prawo osoby otrzymujące dodatek mieszkaniowy. Przy czym określony został limit energii elektrycznej, jaką można zużyć, by otrzymać takie wsparcie.

Najbardziej korzystnym rozwiązaniem, według Dubois, jest poprawa efektywności energetycznej budynków.

 – W tym przypadku mamy do czynienia z wieloma korzyściami, także zdrowotnymi. Często osoby mające niskie dochody mieszkają w budynkach o złym stanie technicznym i mają problemy z zadłużeniem. W Wielkiej Brytanii nazwano to problemem „heat or eat’’, czyli „ogrzewanie albo jedzenie”. Ludzie muszą dokonywać takich wyborów, jednak podjęcie działań, które poprawiają efektywność energetyczną, pozwala rozwiązać ten problem w dłuższej perspektywie – podkreśla Ute Dubois.

Przytacza przykład Francji, gdzie w roku 2011 wprowadzono program pod nazwą „Mieszkać Lepiej’’, polegający na działaniach termomodernizacyjnych realizowanych w domach jednorodzinnych.

 – Zysk z efektywności energetycznej w wyniku takiej termomodernizacji musi wynosić co najmniej 25 proc. Po paru latach realizacji tego programu, czyli wdrażaniu działań poprawiających efektywność energetyczną, okazało się że ten zysk był nawet wyższy niż to planowano, średnio osiągał 38 proc. – mówi Ute Dubois. – Gospodarstwa o niskich dochodach nie mają pieniędzy na to, żeby inwestować w działania zwiększające efektywność energetyczną i to państwo musi je sfinansować.

Ubezpieczyciele i banki jeszcze co najmniej przez dwa lata będą ostrożniej udzielać gwarancji

CEO Magazyn Polska

Dzięki restrykcyjnym zasadom przy udzielaniu gwarancji ubezpieczeniowych dla projektów inwestycyjnych rynek kolejowy ma szansę uchronić się przed zapaścią, która dotknęła branżę budowlaną. Ubezpieczyciele, którzy zaostrzyli kryteria po bankructwach firm budowlanych, raczej nie zamierzają ich łagodzić jeszcze przez kolejny rok lub dwa lata.

 – Niestety przy dzisiejszych dużych inwestycjach kolejowych obserwujemy próby takich samych zachowań, jakie były w 2012 przy inwestycjach drogowych. Jeżeli nie będziemy restrykcyjni, to za dwa lata możemy mieć powtórkę w branży kolejowej. Przez najbliższy rok, może i dwa lata musimy uważniej patrzeć na ryzyko – mówi Elżbieta Urbańska, dyrektor Biura Ubezpieczeń Finansowych PZU. – Nasze restrykcje będą naturalnym czynnikiem przesiewającym oferentów i będą miały pozytywny wpływ na rynek.

Sytuacja na rynku jest nadal jest na tyle niestabilna, że nie należy spodziewać się poluzowania tych restrykcji. Jak wyjaśnia Elżbieta Urbańska, to efekt doświadczeń z 2012 roku, kiedy branżę budowlaną dotknęły masowe upadki firm, również dużych spółek.

 – Bardzo dużo się zmieniło w ciągu ostatnich lat, w pewnym momencie praktycznie wszyscy wystawiający gwarancje – banki, firmy ubezpieczeniowe – wstrzymali ich wydawanie. Zwłaszcza po ogłoszeniu upadłości przez znaczące firmy budujące drogi – powiedziała Elżbieta Urbańska podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Dziś udzielający gwarancji są szczególnie ostrożni, a kryteria oceny zaostrzone.

 – Badamy nie tylko zdolność finansową podmiotu, wykonawcy, lecz także opłacalność samego kontraktu – tłumaczy Elżbieta Urbańska. – Te dwa elementy na końcu służą nam do oceny zdolności tego wykonawcy do realizacji danego kontraktu. Jest jeszcze szereg ryzyk, które wpływają na to, że często odmawiamy udzielenia gwarancji. Różnią się one w zależności od podbranży budowlanych.

Dziś uzyskanie gwarancji ubezpieczeniowej należytego wykonania kontraktu jest znacznie trudniejsze niż jeszcze cztery lata temu. Mimo że branża budowlana najpoważniejsze turbulencje ma za sobą. Jak wyjaśnia dyrektor Biura Ubezpieczeń Finansowych, dany podmiot musi wykazać, że jest zdolny do zarabiania na kontraktach. 

 – Czyli badamy cały jego portfel zamówień i przychód jaki z niego generuje, jakie osiąga rentowności, jaka jest efektywność tych kontraktów. Nie chcemy udzielać gwarancji podmiotom, które są ukierunkowane tylko na uzyskiwanie kontraktów. W związku z tym te podmioty, które nie kierują się przede wszystkim ceną, mają większe szanse na uzyskanie gwarancji – wyjaśnia Elżbieta Urbańska.

Pod uwagę brane są też kompetencje specjalistyczne danego przedsiębiorcy. Oznacza to, że ci, którzy nie mają doświadczania w danej dziedzinie, a dopiero chcą w niej zaistnieć, mają mniejsze szanse na uzyskanie gwarancji. Im mniejsze doświadczenie, tym wyższe ryzyko takiej inwestycji.

Polacy coraz chętniej dokonują rezerwacji wyjazdów turystycznych. To może oznaczać poprawę koniunktury w całej gospodarce

CEO Magazyn Polska

Zainteresowanie Polaków wyjazdami zagranicznymi rośnie, zarówno w przypadku wycieczek letnich, jak i zimowych. Coraz więcej osób rezerwuje wakacje w opcji first minute, a także decyduje się na wyjazd do hoteli o wyższym standardzie. Zdaniem ekspertów świadczy to o tym, że koniunktura w gospodarce się poprawia, a konsumpcja będzie rosła. 

Rosnący ruch w biurach podróży może świadczyć o tym, że Polacy chętniej wydają pieniądze, również na przyjemności. To może oznaczać, że przestali się bać utraty pracy lub innych konsekwencji spowolnienia gospodarczego, i zwiększają konsumpcję.

 – Trzeba zwrócić uwagę na to, że wydatki na turystykę są realizowane w ramach tak zwanego funduszu swobodnej konsumpcji – zauważa Daniel Puciato, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Są one realizowane dopiero po zaspokojeniu potrzeb podstawowych. Poprawa koniunktury na rynku  turystycznym świadczy więc o poprawie nastrojów konsumentów i kondycji finansowej gospodarstw domowych.

Aktualne prognozy dla rynku turystycznego na 2013/2014 rok (od 1 listopada 2013 do 31 października 2014 r.) to, według Polskiego Związku Organizatorów Turystyki, wzrost liczby klientów o 44 proc.

 – Jak wynika z danych biur podróży w styczniu zainteresowanie wyjazdami zagranicznymi wzrosło w przypadku wyjazdów zimowych o 40 procent, a w przypadku wyjazdów letnich aż o 70 procent – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Puciato, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Według badania KPMG, na wyjazdy zimowe w sezonie 2013/2014 Polacy zamierzali przeznaczyć łącznie 4 mld złotych. 54 proc. osób połączy wypoczynek z uprawianiem sportów zimowych, zwłaszcza jazdą na nartach. Znaczna część turystów uda się za granicę. W tym sezonie rezerwacji na wyjazdy lotnicze jest o 80 proc. więcej niż w ubiegłym roku.

Rośnie też liczba osób rezerwujących wycieczki letnie w ramach first minute i chociaż obniżki na wyjazdy letnie nie są już tak wysokie, jak jeszcze kilka tygodni temu, to ruch w biurach podróży nie słabnie. Często polscy turyści wybierają też wycieczki o wyższym standardzie. 

 – Największy odsetek Polaków kupuje wycieczki za około 5 tys. zł. Najbardziej popularne kierunki to wciąż Egipt, Grecja, Tunezja oraz Hiszpania – mówi Puciato. – Z danych z biur podróży wynika, że Polacy zatrzymują się w hotelach cztero-, pięcio- i trzygwiazdkowych. Najczęściej wprawdzie w trzygwiazdkowych, jednak i tam wykupują opcję all-inclusive.

Spada sprzedaż komputerów w Polsce. Tylko niektórzy producenci na plusie

CEO Magazyn Polska

Polski rynek komputerów osobistych w IV kwartale skurczył się o 10 proc. – wynika z danych firmy IDC. Spada zarówno sprzedaż komputerów stacjonarnych (o 2 proc.), jak i notebooków (o 15 proc.). Liderem na rynku jest Lenovo, które – mimo tendencji spadkowych na rynku – odnotowało w tym czasie 35-proc. wzrost. Spółka zapowiada dynamiczny rozwój również w segmencie tabletów i smartfonów. 

Na koniec 2013 roku Lenovo osiągnęło w globalnym rynku PC udział na poziomie 18,5 proc., co oznacza wzrost o 2,4 pkt proc. rok do roku. Na zwiększenie udziału wpłynęły bardzo dobre wyniki sprzedaży w regionach EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), Azji i Pacyfiku oraz Chin. Dostawy komputerów w ostatnim kwartale roku wyniosły 15,3 mln sztuk.

 – W Polsce w ostatnim kwartale mieliśmy ponad 21 proc. udziału rynkowego i bardzo dynamiczny wzrost jako największy dostawca komputerów osobistych na polski rynek – urośliśmy o ponad 35 proc. na rynku, który skurczył się o 10 proc. – mówi Andrzej Sowiński, dyrektor generalny Lenovo Polska.

Lenovo coraz mocniej chce się rozwijać również w innych segmentach. Zajmuje już drugą pozycję na światowym rynku tabletów i trzecią na szerszym rynku urządzeń łączących się z internetem (PC, tablety i smartfony). W ostatnim kwartale ujętym w sprawozdaniach firma dostarczyła więcej urządzeń mobilnych (17,3 mln) niż komputerów stacjonarnych (15,3 mln).

Ten rok – zgodnie z zapowiedziami firmy – ma również stać pod znakiem rozszerzania oferty w nowych obszarach.

 – Będziemy kładli bardzo duży nacisk na rozwój kategorii all-in-one, ze szczególnym uwzględnieniem urządzeń wyposażonych w ekrany dotykowe. Również będziemy oferować urządzenia konwertowalne, urządzenia hybrydowe, łączące w sobie cechy klasycznego peceta czy notebooka i elementy bardziej mobilnego urządzenia, zbliżonego do tabletu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sowiński.

Przy tworzeniu nowej oferty duże znaczenia mają ostatnie przejęcia. Dzięki planowanej akwizycji Motorola Mobile (transakcja czeka na zatwierdzenie przez odpowiednie urzędy) Lenovo poszerzy portfolio sprzedawanych smartfonów. W ostatnim kwartale roku 2013 firma była czwartym pod względem wielkości dostawcą smartfonów – z udziałem w rynku na poziomie 4,8 proc. Dostawy wzrosły o blisko 50 proc. w ujęciu rocznym, głównie dzięki wprowadzaniu urządzeń na nowe rynki.

 – Będziemy mogli zaoferować urządzenia naszej produkcji, z którymi planowaliśmy wejść na rynek, ale i smartfony Motorola – zapowiada Andrzej Sowiński. – Patenty, które pozyskuje firma, przejmując Motorola Mobile, będą wykorzystywane do unowocześnienia i ulepszenia produktów naszej własnej marki. Myślę, że taki ruch będzie z korzyścią dla wszystkich na rynku, zarówno dla odbiorców indywidualnych końcowych, jak i dla całego kanału, ponieważ poprawi się konkurencyjność rynku.

Cena zakupu to blisko 3 mld dolarów. Poprzez planowane przejęcie Motoroli Lenovo wejdzie na rynek Europy Zachodniej i zapewni sobie znaczącą obecność na rynkach Ameryki Północnej i Łacińskiej.

W tym roku Lenovo Polska chce ruszyć również z ofertą enterprise, skierowaną do przedsiębiorców. Wszystko to dzięki planowanemu przejęciu działu serwerów x86 od IBM. Ta transakcja również czeka na zatwierdzenie przez regulatorów prawnych.

 – Wejdziemy w tę ofertę na bazie tego, co już mamy w naszym portfolio, a więc urządzeń storage’owych [do przechowywania danych – red.], które są kontynuacją dawnej firmy Iomega. Plus oferta serwerowa związana z akwizycją działu serwerów x86 firmy IBM – wylicza Sowiński. – Do tej pory firma nie oferowała takich rozwiązań swoim partnerom i klientom. Dzięki tej akwizycji będziemy mogli poszerzyć portfolio naszych produktów i poprawić naszą pozycję rynkową.

Avon będzie rozwijać sprzedaż online. Zamierza też nadal inwestować w sprzedaż bezpośrednią

CEO Magazyn Polska

Avon zamierza rozwijać sprzedaż w internecie. Ma to być dodatkowy kanał wobec tradycyjnego, czyli sprzedaży bezpośredniej, która – jak zapewnia dyrektor generalna Avon Cosmetics Polska – dobrze sobie radzi i w dalszym ciągu wpływy z niej będą rosnąć. Producent kosmetyków zapowiada ponadto intensyfikację akcji marketingowych i reklamowych oraz częste zmiany w ofercie produktowej.

Główną siłą Avon w Polsce jest największa w porównaniu do konkurencji sieć konsultantek prowadzących sprzedaż bezpośrednią kosmetyków. W kolejnych latach firma planuje inwestować w jej dalszy rozwój. Zdaniem Oksany Zharkovej ten kanał dystrybucji ma w Polsce duży potencjał. 

W ubiegłym roku sprzedaż Avon rosła szybciej niż cały rynek kosmetyczny. Aby utrzymać swoją przewagę, firma zamierza równolegle rozwijać uruchomioną w ubiegłym roku platformę internetową, która umożliwia zakup kosmetyków online, ale jest elementem łańcucha sprzedaży bezpośredniej.

 – Plany sprowadzają się do inwestowania, rozwoju i wzrostu. Mam nadzieję, że z czasem nasza sieć konsultantek oraz klientów będzie rosła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Oksana Zharkova, dyrektor generalny Avon Cosmetics Polska. – Mówiąc o naszych głównych inicjatywach i działaniach, mam na myśli to, że będziemy rozwijać zdecydowanie naszą obecność w sieci. Większość firm stara się wdrożyć internet do swojego modelu biznesowego, ponieważ dziś trudno jest rozwijać się bez tego kluczowego elementu. To naturalny dla nas etap rozwoju biznesu, jednak pozostajemy jednocześnie przy kanale sprzedaży bezpośredniej – wyjaśnia.

Firma kosmetyczna zapowiada intensyfikację swoich akcji marketingowych i reklamowych. 

 – Takie dni jak walentynki czy Dzień Kobiet są okazją, by pomóc naszym klientom w kupieniu upominków dla bliskich im osób. W tym celu opracowujemy wyjątkowe oferty bogate w nowe produkty w atrakcyjnych cenach – mówi dyrektor generalna Avon Cosmetics Polska.

Podobnie jak w poprzednich latach Avon stawia również na nowości produktowe. Co roku na rynku pojawia się ok. 1500 premierowych kosmetyków i na ten rok plan jest równie ambitny.

 – To dopiero początek roku, trudno więc mówić o nowych trendach. Na razie wszystkie kategorie cieszą się popularnością wśród naszych klientów, ze szczególnym uwzględnieniem kategorii zapachowej – podkreśla Zharkova.

Polska jest strategicznym rynkiem dla firmy, dlatego też między innymi inwestuje mocno w infrastrukturę. W 1997 roku Avon wybudował fabrykę w Garwolinie, z której produkty trafiają na 60 rynków świata. Firma kosmetyczna ma również w Polsce Centrum Usług Finansowych, odpowiedzialne za obsługę procesów finansowo-księgowych w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA).

W Polsce powstaje właśnie 40 nowych centrów handlowych

CEO Magazyn Polska

W Polsce w budowie jest ok. 40 centrów handlowych, co oznacza dodatkowe 900 tys. metrów kwadratowych powierzchni najmu. W niektórych miastach nie ma już miejsca na nowe obiekty tego typu, niewykluczone jednak, że mimo to będą tam powstawać. Szczególnie, że centra handlowe zmieniają swoją specyfikę i coraz częściej stawiają na specjalizacje – np. proponują szerszą ofertę leczniczą dla osób starszych lub rozrywkową dla dzieci oraz dorosłych.

Według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) w kraju działają 404 centra handlowe, wynajmujące blisko 9,5 mln metrów kwadratowych powierzchni handlowej i usługowej. 180 centrów znajduje się w ośmiu największych miastach w Polsce. 

 – Zgodnie z naszymi szacunkami w budowie znajduje się około 40 obiektów, przy czym 11 powstaje w największych ośmiu aglomeracjach. To blisko jedna trzecia powierzchni centrów przewidzianych do oddania. W sumie powstanie dodatkowe 900 tysięcy metrów kwadratowych – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Knap, wicedyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

W wielu starszych obiektach trwają przebudowy i modernizacje, tak, by po zmianach były lepiej dostosowane do potrzeb rynku i by spełniały oczekiwania klientów. Zmiany na rynku centrów handlowych wiążą się ze zmianami demograficznymi i zmianą podejścia konsumentów.

 – Centra będą bardziej specjalistyczne, ze zróżnicowaną ofertą kierowaną do którejś z grup społecznych. Na przykład będą ukierunkowane bardziej na osoby starsze, z szerszą ofertą leczniczą i farmaceutyczną, albo pojawi się więcej projektów rozrywkowych, m.in. oferta kinowa czy propozycje rozrywki dla dzieci – tłumaczy Radosław Knap.

Wciąż dominującą branżą w wynajmowanych powierzchniach jest moda i odzież. Knap szacuje, że to ok. 30 proc. najemców, nie licząc sklepów z galanterią skórzaną czy akcesoriami. Z roku na rok w miksie najemców pojawia się coraz więcej firm usługowych, gastronomicznych (tzw. food courty)  i związanych z rozrywką.

Zmiana specyfiki powstających centrów powoduje, że trudno szacować, ile takich obiektów może jeszcze powstać i w których miastach.

 – W centrach średniej wielkości obiektów o powierzchni najmu około 30 tysięcy metrów kwadratowych liczba odwiedzających waha się między 400 a 500 tysięcy osób rocznie – informuje wicedyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Wskazuje też, że w przypadku większych obiektów, rzędu 70 tysięcy metrów kwadratowych, liczba odwiedzających przekracza nawet kilkanaście milionów rocznie. Decyduje o tym jednak nie tylko wielkość centrum handlowego, lecz także jego lokalizacja i popularność.

Region, miasto i dzielnica, w jakiej znajduje się dane centrum handlowe, determinują również stawki czynszu za wynajem. Inne stawki obowiązują w centrach miast, inne na terenach podmiejskich i pozamiejskich. Ważna jest też konkurencyjność – ile obiektów jest w mieście, jaka jest siła nabywcza i nasycenie oraz zróżnicowanie oferty handlowej.

 – Najwyższe czynsze za lokal o powierzchni 100-150 metrów kwadratowych w Warszawie dochodzą nawet do 100 euro za metr kwadratowy. W pozostałych miastach mogą one wynosić 30-40 euro. Im mniejsze miasto, tym liczba centrów jest mniejsza i czynsze są niższe – podsumowuje Radosław Knap. 

Spada fizyczna sprzedaż gier komputerowych. O kilkaset procent rośnie ich cyfrowa dystrybucja

CEO Magazyn Polska

Rynek gier komputerowych w Polsce dynamicznie się rozwija. I to mimo spadku sprzedaży fizycznej gier i konsoli. Coraz większą popularnością cieszy się dystrybucja cyfrowa, a więc zakupy gier bez płyty i pudełka, bezpośrednio na komputer. W ubiegłym roku wzrosła o kilkaset procent.

 Według oficjalnych danych rynek gier w tym roku nieco się skurczył, jednak naszym zdaniem nie dają one pełnego obrazu sytuacji, bo dane te monitorują jedynie rynek fizyczny, a nie uwzględniają rynku cyfrowej dystrybucji, która wzrosła nawet o kilkaset procent w ostatnim roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Ogrodnik, redaktor naczelny gram.pl – portalu i sklepu poświęconego grom. – Według naszych szacunków rynek wzrósł właśnie dzięki cyfrowej dystrybucji.

Fizyczny rynek gier obejmuje gry pudełkowe oraz konsole. Przy statystykach nie uwzględnia się sprzętu komputerowego ani sprzedaży cyfrowej.

 – Rynek w takim ujęciu jest wart 700-800 mln w skali roku – mówi Ogrodnik. – Nie ma tu cyfrowej dystrybucji, która pewnie dorzuciłaby jeszcze kilkadziesiąt milionów złotych. W całym rynku gier zmieniają się proporcje w stronę cyfrowej dystrybucji, która zdobywa coraz większą część tego tortu.

Cyfrowa dystrybucja oznacza sprzedaż gier bez płyt i pudełka. W jej ramach sklep internetowy przekazuje towar drogą elektroniczną, bezpośrednio do klienta. To również są mikrotranskacje z gier, zakupy różnych dodatków cyfrowych drogą elektroniczną. Jak podkreśla Ogrodnik, choć w przeważają wciąż gry pudełkowe, to niektóre tytuły sprzedają się lepiej cyfrowo.

 – W tym roku „kilerem” będzie na pewno „Wiedźmin 3”. To bezdyskusyjnie będzie najlepiej sprzedająca się gra w Polsce w tym roku. Również dodatek do „Diablo” będzie mocny, oczywiście „Fifa” i stare gry, które zawsze się sprzedają, czyli „Simsy”, „Assassin’s Creed” również w tym roku będą rządzić – wymienia Krzysztof Ogrodnik. – Polacy ogólnie lubią gry, w których trzeba trochę pomyśleć. Nawet jeśli to są strzelanki, to z wydźwiękiem taktycznym. Lubią też historyczne tło, jak  na przykład w „World of Tanks”.

Choć polski rynek gier rośnie dynamicznie, nadal jest on stosunkowo słabo rozwinięty. Według raportu firmy badawczej Newzoo, specjalizującej się w badaniach rynku gier, w 2013 r. w Polsce było 13,4 mln graczy. Jedynie 6 na 15 z nich ma pracę na pełny etat. Za gry płaciło 52 proc. polskich graczy, a kwoty, jakie przeznaczali na ten cel były stosunkowo niewielkie. Najbardziej popularnym narzędziem służącym do grania jest w Polsce pecet.

Gram.pl zamierza nadal rozwijać cyfrową dystrybucję gier, nie tylko dla klientów indywidualnych, lecz także biznesowych. Chce również poszerzać ofertę dotyczącą sprzętu dla graczy – od kart graficznych i innych akcesoriów, poprzez konsole i pecety, aż do telewizorów.  

 – Będziemy również rozwijać portal, idąc jeszcze bardziej w stronę serwisu społecznościowego – zapowiada Ogrodnik.

W tym roku podatek od nieruchomości będzie minimalnie wyższy

CEO Magazyn Polska

Do 1 marca każdy właściciel domu lub mieszkania powinien dostać z urzędu miasta lub gminy informację o wysokości podatku od nieruchomości, a do 15 marca – zapłacić pierwszą jego ratę. W tym roku niska inflacja spowodowała, że stawki wzrosły minimalnie.

Konstrukcja podatku zakłada dwustopniowe obliczanie stawek. Zgodnie z ustawą pojawiają się stawki maksymalne, natomiast na terenie każdej gminy obowiązują stawki, które przyjmuje dana gmina.

 – W praktyce oczywiście te stawki oscylują w granicach maksymalnych. Trudno się dziwić – taki jest interes gminy – tłumaczy Mariusz Unisk, dyrektor generalny ds. doradztwa podatkowego w Instytucie Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy.

Stawki rosną systematycznie w zależności od poziomu inflacji. Za 1 m2 mieszkania w 2014 roku maksymalna stawka to 0,74 zł. Natomiast rozliczenia stawek zależą od statusu podatkowego, czyli od tego kto jest jakim podatnikiem.

 – Podatek od nieruchomości jest świadczeniem publiczno-prawnym, które każdy właściciel nieruchomości, budynku, lokalu, gruntu, jest zobowiązany ponieść. Osoby fizyczne płacą podatek na podstawie otrzymanych z gminy decyzji. Osoby prawne, jednostki organizacyjne, spółki, fundacje, stowarzyszenia płacą ten podatek na podstawie samodzielnie składanych rok do roku deklaracji – informuje Mariusz Unisk.

To podatek płacony do samorządu lokalnego w odróżnieniu od takich podatków jak dochodowy czy VAT odprowadzanych do urzędu skarbowego.

Podatek od nieruchomości płaci osoba fizyczna, osoba prawna, która jest właścicielem gruntu budynku, budowli, ewentualnie użytkownikiem wieczystym. W wyjątkowych sytuacjach także każdy posiadacz na podstawie umowy najmu lub dzierżawy.

 – Ale to dotyczy wyjątkowych sytuacji, w których jesteśmy najemcą czy dzierżawcą gruntów czy budynków komunalnych albo państwowych – wyjaśnia Unisk.

Ustawa o podatkach i opłatach lokalnych zawiera wiele zwolnień z tego podatku, ale dotyczą one niewielkiej grupy właścicieli i dzierżawców.

 – W praktyce zwolnienia dotyczą takich obszarów, jak grunty użyteczności publicznej w rodzaju lotnisk, budowli kolejowych czy altanek w ogródkach działkowych do pewnego metrażu – tłumaczy przedstawiciel ISP Modzelewski i Wspólnicy.

Dodatkowo każda gmina może decydować samodzielnie, jaki będzie ich zakres zwolnień z tego podatku.

Pokolenie Y stawia na innowacyjność, odrzuca tradycyjny model organizacji firmy

Pracownicy wywodzący się z pokolenia Y (urodzeni w 1983 roku i później) mają wysokie oczekiwania wobec miejsca zatrudnienia. Dla 70 proc. z nich tym, co decyduje o atrakcyjności miejsca pracy jest mniej sformalizowany, a bardziej samodzielny i niezależny styl pracy, który umożliwiają m.in.: nowoczesne technologie. Jak wynika z trzeciej edycji badania „The Millennial Survey 2014”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte w 26 krajach świata, pokolenie Y zwraca coraz baczniejszą uwagę na stopień innowacyjności przyszłego pracodawcy, społeczną odpowiedzialność prowadzonego przez niego biznesu oraz oczekuje, że ich firmy w większym niż dotychczas stopniu zaangażują się w rozwiązywanie ważnych problemów, takich jak: bezrobocie, nierówność społeczna i gospodarcza, walka ze skutkami zmian klimatycznych.

Przedstawiciele pokolenia Y, którzy wkraczają obecnie w szeregi kadry kierowniczej, w 2025 roku będą stanowić aż 75 proc. aktywnej zawodowo części społeczeństwa. Ich wpływ na kształt biznesu będzie systematycznie wzrastał. Już teraz pokolenie Y przejmuje coraz większą odpowiedzialność w firmach, zajmując stopniowo miejsce odchodzących na emeryturę reprezentantów pokolenia powojennego (z tzw. generacji Baby Boomers). Ta przemiana pokoleniowa dla wielu przedsiębiorstw, chcących zatrudnić i utrzymać wykwalifikowanych pracowników, będzie wiązała się z potrzebą znaczących zmian. Firmy będą musiały wyjść naprzeciw oczekiwaniom pokolenia Y, które w zdecydowanej większości wybiera zawodową niezależność i odrzuca tradycyjny model organizacji firmy. Zjawisko to widoczne jest szczególnie na rynkach wschodzących, gdzie takiej odpowiedzi udzieliło aż 82 proc. badanych. W krajach rozwiniętych była to nieco więcej niż połowa respondentów.

Podobnie jak w poprzedniej edycji badania, przedstawiciele generacji Y stawiają na innowacje. Aż ponad trzy czwarte z nich wyraża pogląd, że innowacyjność jest ważnym argumentem, którym kierują się przy wyborze pracodawcy. Jest to widoczne szczególnie na rynkach wschodzących, jak Chiny czy Indie, gdzie ten wskaźnik sięga nawet 90 proc. „W świetle tych wyników niepokojącym jest, że w tak znacznej przewadze uczestnicy badania negatywnie oceniają obecnych pracodawców pod kątem ich zdolności do motywowania i stymulowania innowacyjnego myślenia. Zapytani o najpoważniejsze przeszkody hamujące ten proces badani wymienili postawę kierownictwa (63 proc.), struktury i procedury operacyjne (61 proc.), kwalifikacje i postawy pracowników oraz brak różnorodności (39 proc)”– mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider działu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.„Jednocześnie, to właśnie w biznesie młodzi ludzie widzą źródło innowacyjnych rozwiązań (takiego wyboru dokonało 44 proc. respondentów). Wśród miejsc, wskazywanych jako źródło innowacyjnych rozwiązań, badani wymienili również uczelnie wyższe i ośrodki akademickie (23 proc.) oraz rządy (22 proc.)”, dodaje Magdalena Burnat-Mikosz.

Dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie są świadomymi członkami swoich społeczności. Choć większość z nich (74 proc.) jest zdania, że działalność gospodarcza pozytywnie wpływa na społeczeństwo, ponieważ tworzy miejsca pracy (46 proc.) i podnosi stopę życiową (71 proc.), to jednocześnie przedstawiciele tego pokolenia oceniają, że biznes może znacznie bardziej przyczynić się do rozwiązania problemów społecznych w najbardziej newralgicznych obszarach: racjonalnym gospodarowaniu zasobami naturalnymi (56 proc.), walce ze skutkami zmian klimatycznych (55 proc.) i wyrównywaniu nierówności ekonomicznych (48 proc.). Dziewięciu na dziesięciu badanych jest zdania, że biznes powinien skuteczniej walczyć z bezrobociem, a trzy czwarte wyraziło opinię, że przedsiębiorcy powinni dążyć do zniwelowania znaczących różnic w dochodach. Ponadto połowa respondentów chce pracować w firmach, które przestrzegają określonych standardów etycznych. „Młodzi ludzie zdają sobie sprawę, że biznes nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów samodzielnie. Oczekują raczej współpracy pomiędzy przedsiębiorcami, rządem a organizacjami pozarządowymi. Zdaniem ankietowanych to władze państwowe mają największe możliwości w zakresie rozwiązywania podstawowych problemów społecznych, ale zdecydowana większość tego nie robi” – zauważa Małgorzata Wnęk-Kolaska, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, Deloitte.

Niemal połowa badanych jest zdania, że działalność rządów ma negatywny wpływ na obszary stanowiące największe wyzwania: bezrobocie (47 proc.), niedobory zasobów naturalnych (43 proc.) i nierówności ekonomiczne (56 proc.). Jeżeli chodzi o biznes, to w opinii ankietowanych jego wpływ jest negatywny w zakresie takich problemów jak: niedobory zasobów naturalnych (28 proc.), skutki zmian klimatycznych (25 proc.) oraz różnice w dochodach (18 proc.). Za to jego pozytywny wpływ respondenci dostrzegają w obszarze edukacji (38 proc.), stabilności gospodarek narodowych (27 proc.) i niwelowaniu bezrobocia (12 proc.).

Zdaniem respondentów sukces działalności firmy powinno mierzyć się nie tylko wynikami finansowymi, ale również tym, w jakim zakresie wpływa ona na poprawę jakości życia społeczeństwa. Zdaniem pokolenia Y powinien to być jeden z podstawowych celów działania przedsiębiorstwa. Młodzi ludzie interesują się działalnością charytatywną i udziałem w „życiu publicznym”. Aż 63 proc. badanych zadeklarowało, że przekazuje pieniądze na cele charytatywne, 43 proc. działa w wolontariacie lub organizacjach społecznych, a 52 proc. podpisuje różnego rodzaju petycje.

Przedstawiciele pokolenia Y uważają, że w biznesie za mało wagi przywiązuje się do rozwijania umiejętności przywódczych oraz, że firmy powinny bardziej dbać o swoją przyszłą kadrę kierowniczą, która nie ma zamiaru biernie czekać, aż zwolnią się dla niej stanowiska. Zdaniem 50 proc. badanych pracodawcy mogliby więcej inwestować w proces kształcenia przyszłych liderów. Ponad jedna czwarta deklaruje ponadto chęć otrzymania szansy wykazania się swoimi umiejętnościami przywódczymi.

„Aby przyciągnąć i utrzymać młodych pracowników firmy muszą wyjść naprzeciw ich potrzebom. Kluczowym jest zrozumienie wizji świata, jaką ma pokolenie Y i umiejętność komunikowania się z nim jego językiem. To jest warunek zatrzymania najlepszych specjalistów i zdobycia przewagi konkurencyjnej. Badanie pokazało wyraźnie, że dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie są gotowi na zmianę pokoleniową w biznesie. Chcą samodzielnie pracować, przyjąć na siebie odpowiedzialność i mieć wpływ na rozwój gospodarczy i społeczny” – podsumowuje Małgorzata Wnęk-Kolaska

Pełna wersja raportu znajduje się na stronie www.deloitte.com/MillennialSurvey.

Strategia, zarządzanie i zespół. 6 rzeczy o których zapominają przedsiębiorcy

Pozyskanie kapitału na rozwój firmy to dopiero początek pracy nad wzrostem jej wartości. Każdym biznesem rządzą bowiem pewne reguły. Przedsiębiorstwa walczące o swoją pozycję na rynku oraz chcące się rozwijać powinny reguły te znać, ale też wyciągać wnioski z błędów innych i się tych błędów wystrzegać. Rozwijając spółkę nie należy zapominać o pokorze i ciężkiej pracy również nad samym sobą.

Jakie błędy popełniane są przez zarządzających przedsiębiorstwami? Specjaliści WSI Capital, jako najczęstsze wskazują brak planu działania oraz niewłaściwą organizację pracy zespołu.

– Brak strategii to brak kierunku, w którym chcemy żeby rozwijała się firma. Nie mając takiego drogowskazu łatwo zgubić drogę. A firma to ludzie, których należy odpowiednio poprowadzić, co jest zadaniem zarządzających. Ponadto w firmach dużą wagę przykłada się do komunikacji z otoczeniem i klientami, wciąż jednak zaniedbuje się komunikację we własnym zespole. A nieumiejętne zarządzanie i motywowanie zespołu nawet składającego się z najlepszych specjalistów może przyczyniać się do znacznego zmniejszenia jakości pracy. W efekcie firma staje się mniej wydajna i mniej konkurencyjna – tłumaczy Krzysztof Wiśniewski, Partner WSI Capital.

Kolejne, choć równie istotne problemy przedsiębiorców to brak dostatecznej wiedzy nt. branży, w której działają, jak i monitorowania działań konkurencji, czy nieumiejętność optymalizowania kosztów. Często bagatelizowane są kwestie dopilnowania formalności prawno-podatkowych. Firmy zapominają również o podnoszeniu twardych i miękkich kompetencji swoich pracowników. Warto pamiętać również żeby nie palić za sobą mostów. Dbałość o dobre relacje z byłymi kontrahentami i pracownikami mogą bowiem zaprocentować w przyszłości.

Mając wieloletnie doświadczenie w rozwijaniu przedsiębiorstw i ich wartości łatwo zauważyć powtarzające się schematy działań, które stanowią znaczne utrudnienia dla firm w realizowaniu ich celów i założeń strategicznych. Z mojej obecnej perspektywy, mógłbym powiedzieć, że są to błędy oczywiste. Z obserwacji wynika jednak, że są to błędy częste. Szczególnie zauważalne w młodych przedsiębiorstwach, czy popełniane przez zarządy w trakcie intensywnych zmian. A unikając ich możemy tylko zyskać – dodaje Krzysztof Wiśniewski.

WSI Capital to podmiot zarządzający funduszami Venture Capital/Private Equity, specjalizujący się w inwestycjach kapitałowych na rynku publicznym i niepublicznym. W ramach funduszy inwestycyjnych kapitał lokowany jest w spółki na różnych etapach rozwoju, z naciskiem na projekty, które cechuje biznesowa dojrzałość i udokumentowana historia rynkowa.

Misją WSI Capital jest budowanie sprawnie funkcjonującego podmiotu inwestycyjnego, który dzięki umiejętnemu wykorzystaniu wiedzy, doświadczenia, kontaktów biznesowych oraz wytrwałej pracy, jest źródłem wysokojakościowych przedsięwzięć biznesowych i projektów inwestycyjnych o najwyższym potencjale wzrostu.

WSI Capital zostało zbudowane na fundamentach wieloletnich doświadczeń i sukcesów biznesowych. Historia sięga 1998 roku i założonej oraz rozwijanej z sukcesem przez obecnych partnerów WSI Capital firmy kurierskiej Siódemka.

Najbardziej znaczące sukcesy inwestycyjne partnerów WSI Capital, jak Siódemka, Grupa PTWP, czy Nicolas Entertainment Group potwierdzają słuszność przyjętych kierunków myślenia i metod działania, które także w WSI Capital znajdują swoje zastosowanie.

W 2012 roku spółka powołała WSI Capital Venture Fund I z kapitalizacją 40 mln PLN. Za pośrednictwem funduszu zainwestowano do tej pory w takie spółki jak: Numed, OS3 Group, Sports Hospitallity, Hello Coffee, ANT, D35.
Więcej informacji na stronie www.wsicapital.pl

Poczta Polska: rewolucja w ubezpieczeniach. Polisę można kupić u listonosza i w placówce

Trwa ubezpieczeniowa ofensywa Poczty Polskiej. W ofercie są ubezpieczenia komunikacyjne i majątkowe, ale operator już pracuje nad wprowadzeniem kolejnych: ubezpieczeń rolnych i turystycznych. W drugiej połowie roku ma ruszyć sprzedaż polis na życie. Ubezpieczenia można kupić w większości placówek poczty lub u listonoszy – sieć dystrybucji jest stopniowo poszerzana, a listonosze są wyposażani w smartfony ze specjalną aplikacją, która ułatwia zawieranie transakcji.

 Rozwój oferty w zakresie usług finansowych i ubezpieczeń jest celem strategicznym Poczty Polskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Widziewicz, prezes zarządu Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych. – W tej chwili oferujemy pełny pakiet komunikacyjny, na który składa się OC posiadacza pojazdu, autocasco, ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków oraz assistance. Ponadto w placówkach pocztowych można nabyć ubezpieczenia domów i mieszkań.

Poczta przygotowuje się do sprzedaży ubezpieczeń rolnych i turystycznych. Trwają także prace nad wprowadzeniem ubezpieczeń na życie. Pocztowe Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SA będzie je prawdopodobnie sprzedawać jeszcze w tym roku. W tej sprawie toczą się obecnie rozmowy z dwoma partnerami biznesowymi. Dostępne mają być ubezpieczenia ochronne, bancassurance (ubezpieczenia na życie od kredytów i pożyczek oraz dołączane do rachunków bankowych), a także polisy grupowe dla pracowników Grupy Poczty Polskiej.

 – Strategia rozwoju usług finansowych, w szczególności ubezpieczeń, była budowana w oparciu o doświadczenia innych krajów europejskich. Te doświadczenia są bardzo dobre, zarówno w zakresie oferty ubezpieczeń majątkowych, jak i ubezpieczeń życiowych. Poczta włoska uzyskuje ponad 50 proc. swoich przychodów właśnie z ubezpieczeń, w szczególności ubezpieczeń życiowych. Dlatego też oferta Poczty Polskiej w perspektywie tego roku zostanie uzupełniona również o ubezpieczenia życiowe – mówi prezes zarządu Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych.

Klienci mają możliwość zakupu Ubezpieczenia Pocztowego w 640 specjalnych pocztowych strefach finansowych lub w zwykłych placówkach poczty na terenie całego kraju – od niemal 6 tysięcy sprzedawców. W ciągu tego roku ich liczba ma wzrosnąć do 10 tysięcy.

 – Są to osoby przeszkolone gruntownie ze wszystkich produktów, które oferują. Ta sieć była budowana przez ostatnie dwa lata i dalej będzie rozbudowywana tak, żeby nasz klient mógł docelowo kupić ubezpieczenie na każdej poczcie – podkreśla Aleksandra Widziewicz.

Umowę ubezpieczenia można zawrzeć także podczas wizyty listonosza. Poczta pracuje nad usprawnieniem tego typu transakcji i wyposaża listonoszy w smartfony z aplikacją, która przyspieszy i uprości sprzedaż polis, na razie OC i NNW. W ramach projektu pilotażowego w takie urządzenia wyposażono 100 listonoszy, a do końca lutego dostanie je kolejnych 400 osób.

 – Zawarcie transakcji poza placówką pocztową, przy pomocy smartfona jest możliwe i bardzo dogodne, gdyż wycena takiego ubezpieczenia, określenie składki ubezpieczeniowej, jak również zawarcie samej transakcji następuje w ciągu paru minut – zapewnia Aleksandra Widziewicz. – Początkowo wyposażamy w smartfony tych, którzy zawierają najwięcej umów ubezpieczenia. Jednak z czasem będziemy rozszerzać listę tych osób.

Poczta stawia na dostępność produktów ubezpieczeniowych, również cenową, i dotarcie do szerokiego grona klientów, zwłaszcza tych z mniejszych miejscowości, w których brakuje prostej, zaspokajającej podstawowe potrzeby oferty ubezpieczeniowej i bankowej.

 – Oczywiście bardziej koncentrujemy się na terenach mniejszych miast, na terenach wiejskich. Poczta Polska może proponować swoją ofertę tam, gdzie inni ubezpieczyciele z nią nie docierają. Natomiast ona jest oczywiście dostępna również w dużych miastach – mówi Aleksandra Widziewicz.

Poczta Polska sprzedaje ubezpieczenia pod marką Ubezpieczenia Pocztowe. Są to ubezpieczenia komunikacyjne – OC, autocasco, assistance i NNW oraz inne ubezpieczenia majątkowe. W zakresie ubezpieczeń komunikacyjnych Pocztowe Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych, należące w całości do Poczty Polskiej,  skonstruowało ofertę we współpracy z partnerem – MTU Moim Towarzystwem Ubezpieczeń SA z grupy Ergo Hestia.

Polska kolej traci pasażerów

CEO Magazyn Polska

Kolej musi zwiększyć prędkość i regularność, by zatrzymać odpływ pasażerów. W innym wypadku, coraz więcej osób będzie wybierać samochód, zwłaszcza po dokończeniu budowy sieci autostrad i dróg ekspresowych. Ten rok może być dla kolei wyjątkowo trudny ze względu na trwające modernizacje infrastruktury. Są one zdecydowanie bardziej uciążliwe i dłuższe inwestycje niż drogowe. Często wiążą się z zamknięciem lub ograniczeniem ruchu na danych trasach.

 – Projekty kolejowe są bardzo wielobranżowe, inaczej niż drogowe, dlatego że od razu robimy sygnalizację, zasilanie. Na drogach robimy tylko miejsca, gdzie są stacje paliwowe, natomiast tu jest cała linia zelektryfikowana, często trzeba doprowadzić energię elektryczną odpowiedniej mocy, więź z linii zasilających zarządzanych przez Polskie Sieci Energetyczne, informacje dla pasażerów, telekomunikacja, więc jest tam dużo systemów, które wymagają zaprojektowania i wybudowania – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Celiński, odpowiedzialny za projekty transportowe w firmie CH2M HILL, zajmującej się doradztwem infrastrukturalnym.

Celiński podkreśla, że z tego powodu inwestycje kolejowe są prowadzone wolniej i z większymi problemami niż drogowe, nie tylko w Polsce, lecz także we wszystkich innych krajach Unii Europejskiej. Dodaje, że problemem modernizacji sieci kolejowej jest to, że linie przebiegają często przez centra miast. Remontowane trasy nie powstają też w nowych miejscach, lecz wymagają zamknięcia lub ograniczenia ruchu na starej linii na czas inwestycji.

Remonty powodują zatem wydłużenie czasu przejazdu, co wpływa na utratę konkurencyjności przez kolej. Celiński prognozuje, że w miarę rozbudowy sieci autostrad i dróg ekspresowych coraz mniej osób będzie podróżowało pociągiem.

 – Uważam, że będziemy mieli do czynienia z odpływem pasażerów po wybudowaniu dróg ekspresowych i autostrad, jeżeli w kolei nie postawimy na zwiększenie średniej prędkości handlowej, czyli skrócenie czasów jazdy do takich, które zachęcą kierowców do zmiany środka transportu. Bo skoro można dojechać pociągiem do Krakowa w półtorej godziny, to jechanie autostradą ponad dwie godziny nie będzie dużym osiągnięciem – argumentuje Celiński.

Według niego niezbędne jest takie zaplanowanie rozkładów jazdy, by umożliwić pasażerom wyjazd i powrót w ciągu tego samego dnia. Jednak nawet taka częstotliwość nie wystarczy, co pokazuje przykład rynku lotniczego. Podróżni chcą mieć możliwość wyboru godziny oraz wymagają jak najkrótszego czasu przejazdu. Dlatego na najpopularniejszych trasach szybkie pociągi muszą jeździć często.

Celiński dodaje, że równocześnie ceny biletów muszą być na tyle niskie, by zachęcić podróżnych do wyboru kolei. Z drugiej strony jednak przyznaje, że przewoźnicy muszą pokrywać swoje koszty, w tym wielomilionowe wydatki na nowy tabor. Pociągi, takie jak szybkie składy Pendolino, muszą być w stanie dziennie przejechać trasę w obydwie strony nawet trzykrotnie, by zwrócił się ich koszt.

Problemem polskiej kolei jest też to, że tradycyjnie miała ona własne służby zajmujące się inwestycjami, np. poprzez ewidencję gruntów czy planowanie prac. Modernizację utrudnia także konieczność przebudowy istniejącej infrastruktury, szczególnie podziemnej. Natomiast, jak podkreśla Celiński, praca może zostać dużo efektywniej zaplanowana przez wyspecjalizowanych w tym konsultantów, tak jak ma to miejsce w innych krajach europejskich.

 – Zamawiający wyłania w drodze przetargu konsultanta, który mu pomaga na etapie przygotowania inwestycji i dyskusji na temat jej efektywności, możliwości jej przeprowadzenia, na etapie robienia studium wykonalności, na etapie robienia projektu, budowy i wreszcie oddania do eksploatacji. Czyli cały ten proces jest kierowany nie poprzez administrację, którą się rozbudowuje w sposób nadmierny, tylko poprzez wynajęcie konsultanta – tłumaczy Celiński.

Dodaje, że to również rolą konsultantów jest znalezienie odpowiednich ekspertów oraz wynegocjowanie z nimi umów, a także elastyczne zarządzanie liczbą pracowników na budowie. CH2M HILL pełni tę funkcję m.in. w Wielkiej Brytanii, pracując przy projekcie budowy drugiej linii kolei dużych prędkości (tzw. High Speed Line 2) oraz przy przecinającej Londyn podziemnej trasie kolejowej Crossrail. Spółka pomagała wcześniej przy budowie obiektów przed letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie w 2012 r.

ZUS płaci niemal 1 mld zł rocznie na świadczenia dla chorych na schizofrenię. Oszczędności przyniosłaby zmiana systemu opieki

CEO Magazyn Polska

Schizofrenia jest jednym z czterech schorzeń, generujących najwyższe wydatki z ZUS. To niemal 1 mld zł rocznie na świadczenia związane z niezdolnością do pracy. NFZ na refundację leczenia schizofrenii przeznacza dwukrotnie niższą kwotę. Specjaliści podkreślają, że leki nowej generacji i zmiana systemu opieki nad chorymi przyniosłyby większe efekty w leczeniu, a tym samym przyspieszyły ich powrót do normalnego funkcjonowania, również na rynku pracy. To z kolei oznacza oszczędności dla budżetu państwa.

Dane te prezentuje najnowszy raport przygotowany przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne i Fundację Ochrony Zdrowia Psychicznego – „Schizofrenia – perspektywa społeczna. Sytuacja w Polsce”. 

Schizofrenia to grupa zaburzeń psychotycznych o różnych objawach, przebiegu i rokowaniach. Jest ona chorobą przewlekłą, która niekiedy wymaga leczenia przez całe życie. Jej główne objawy to apatia, wycofanie życiowe, brak energii, motywacji czy problem z realizacją planów i wytyczonych wcześniej zadań. W stanach zaostrzenia dochodzą do tego pobudzenie, halucynacje czy urojenia, które często wymagają hospitalizacji.

 – Po ustąpieniu ostrych objawów staramy się ustawić leczenie tak, by leki nie zakłócały albo w jak najmniejszym stopniu zakłócały funkcjonowanie pacjenta. Do tego służą leki nowej generacji – mówi dr Tomasz Tafliński z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Założenie jest takie, że po osiągnięciu stabilnego leczenia pacjenta kierujemy do poradni, do zespołów leczenia środowiskowego. Staramy się, żeby pacjent odnalazł się w swoim otoczeniu i w miarę możliwości pozostał aktywny, czyli wrócił do nauki czy do pracy.

W Polsce schizofrenia dotyczy 1 proc. populacji, co oznacza, że cierpi na nią 380-400 tys. osób Większość – niemal 60 proc. – jest na rencie, co kosztuje ZUS niemal miliard złotych rocznie (dane z 2009 roku). Po postawieniu diagnozy pracę traci 72 proc. zatrudnionych, po piątej hospitalizacji zachowuje ją jedynie 7 proc. pacjentów. Koszty społeczne są o tyle wyższe, że choroba ta jest zazwyczaj rozpoznawana w młodym wieku (średnia to 27 lat), a więc na wczesnym etapie kariery pacjenta, bez wyrobionej pozycji w zawodzie. Tracą też członkowie rodziny chorego, którzy rezygnują z kariery zawodowej i zajmują się opieką. Eksperci podkreślają, że są to pośrednie koszty schizofrenii, których często nie bierze się pod uwagę.

Narodowy Fundusz Zdrowia na refundacje leczenia osób chorych na schizofrenię przeznacza rocznie ok. 450 mln zł.

 – Pojawia się więc problem podwójnych wydatków na schizofrenię. Płaci ZUS – na świadczenia, i NFZ – na leczenie. Ale niestety nie ma to przełożenia na to, co możemy osiągnąć dzięki rehabilitacji – myślę tu o powrocie do pełnej aktywności zawodowej. To jest celem leczenia, a wtedy koszty byłyby mniejsze – podkreśla dr Tafliński.

Pacjent właściwie leczony, z zastosowaniem leków nowej generacji np. długodziałających (już w stanach zaostrzenia lub bezpośrednio po ustąpieniu najpoważniejszych objawów) i metod rehabilitacyjnych, których w dzisiejszym systemie terapii brakuje, ma duże szanse na w miarę normalny powrót do życia. Może podjąć pracę, założyć rodzinę. Problem tkwi jednak w tym, że psychiatria jest mało dofinansowaną dziedziną medycyny.

 – Niewiele mamy środków na leczenie farmakologiczne i hospitalizację – mówi psychiatra z IPiN. – Pacjenci zbyt dużo czasu spędzają na oddziałach, na których mamy do dyspozycji leki, a nie ma terapii. Po takim pobycie na oddziale zamkniętym pacjent, który wraca do życia, niestety nie ma szansy na to, żeby wrócić od razu do pełnej aktywności. Nie ma części rehabilitacyjnej, na którą brakuje pieniędzy.

Problemem jest również to, że ponad połowa pacjentów z rozpoznaniem schizofrenii nie stosuje się do zaleceń lekarzy, co wiąże się często z niedogodnościami w przyjmowaniu leków starszej generacji. Rozwiązaniem byłoby wprowadzanie na większą skalę leków o przedłużonym działaniu podawanych np. raz na dwa tygodnie.

Zdaniem lekarzy brakuje też specjalistycznego programu, który kompleksowo rozwiązywałby istniejące problemy. Wiele obiecywano sobie po wprowadzeniu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, ale jego realizacja utknęła w martwym punkcie. Według specjalistów najważniejsze dzisiaj jest wprowadzenie indywidualnego programu opieki nad pacjentem.

 – Chodzi o osobę, która koordynowałaby działania terapeutyczne. Nie może to polegać tylko i wyłącznie na podawaniu leków, ale ważne jest również to, by pacjent, biorąc leki, mógł wracać do aktywności, mógł zatroszczyć się o swoje życie pod kierunkiem kogoś, kto w pierwszym etapie leczenia będzie go wspierał – tłumaczy dr Tafliński. – Leczenie środowiskowe jest bardzo istotne. Tego typu rozwiązania sprawdzają się na całym świecie.

Lekarz podkreśla, że łącząc skuteczną i mało uciążliwą farmakoterapię z rehabilitacją w zdecydowanej większości przypadków chorzy mogą wrócić na rynek pracy.

 – Osoby ze schizofrenią błędnie są często utożsamiane z osobami, które wymagają izolacji. Uważa się, że to są osoby nieproduktywne, nietwórcze. To nie jest prawda, ci ludzie mogą pracować i powinni pracować, mogą dać z siebie bardzo wiele. Musimy im tylko na to pozwolić, musimy przestać się ich bać – mówi dr Tomasz Tafliński.

40 proc. pożyczek gotówkowych jest udzielanych przez internet. W tym roku może będzie to nawet połowa

CEO Magazyn Polska

W tym roku co druga pożyczka poza sektorem bankowym będzie udzielana przez internet – liczą przedstawiciele firm pożyczkowych. Z tego sposobu zaciągania pożyczek korzysta coraz więcej osób, zwłaszcza młodych. Segment ten dopiero się rozwija, ale optymistyczne dane płynące z gospodarki dają nadzieję na dalsze wzrosty.

 – Gdy wchodziliśmy na polski rynek, czyli w 2012 roku, pożyczki przez internet stanowiły 10, może 15 proc. wszystkich udzielanych poza sektorem bankowym. Dzisiaj można śmiało powiedzieć, że to jest około 40 proc. Spodziewamy się, że w 2014 roku co najmniej co druga pożyczka będzie udzielana właśnie przez internet – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Loukas Notopoulos, prezes zarządu Vivus Finance, firmy specjalizującej się w udzielaniu pożyczek online. 

Dodaje, że dzięki kampanii reklamowej prowadzonej w mediach Vivus Finance zbudował markę i dotarł do pół miliona klientów.

 – Nasza grupa docelowa to ok. 1,5-2 mln ludzi i cały czas rośnie. Wydaje się, że wskaźniki gospodarcze oraz dane płynące z Polski, a także ze strefy euro i krajów rozwiniętych, wpływają pozytywnie na nasze przedsiębiorstwa, a głównie na naszych konsumentów – uważa Loukas Notopoulos. 

Podkreśla, że jest to młoda branża, a rynek nie jest jeszcze nasycony. 

Potwierdzają to dane firmy doradczej PwC, według której prawie 40 proc. gospodarstw domowych w Polsce korzysta z różnych produktów kredytowo-pożyczkowych, z czego prawie 90 proc. deklaruje zadłużenie w bankach, 8 proc. w firmach ratalnych, 6 proc. u osób prywatnych, 5 proc. w SKOK-ach. Tylko około 4 proc. gospodarstw domowych korzysta z usług firm pożyczkowych.

Według raportu PwC „Rynek firm pożyczkowych w Polsce” klienci korzystający z usług firm pożyczkowych są mniej zamożni niż klienci instytucji bankowych – średni dochód netto gospodarstwa domowego wynosi ok. 2,5 tys. zł, podczas gdy w przypadku klientów banków jest on o ok. 50 proc. wyższy (ok. 3,9 tys. zł miesięcznie).

Całkowite zadłużenie z tytułu kredytów konsumenckich w bankach wynosi ok. 122,7 mld zł. Natomiast na firmy pożyczkowe przypada dodatkowe 3-4 mld zł udzielonych pożyczek, to stanowi 0,7 proc. całkowitych zobowiązań kredytowych gospodarstw domowych. Polskie gospodarstwa domowe zawierają rocznie ok. 1 miliona umów z firmami pożyczkowymi, a przeciętna wartość pojedynczej pożyczki wynosi około 1 tys. zł.

Alior Bank na celowniku branży bankowej

Włoski właściciel 34 proc. udziałów Alior Banku ma czas do końca 2014 roku na znalezienie inwestora strategicznego dla banku i sprzedaż udziałów. Zakupem interesują się m.in. PKO BP i Pekao SA. Jeśli właściciele Alior Banku zgodzą się na przejęcie, dojdzie do jednej z najbardziej spektakularnych transakcji na polskim rynku.

 – Popyt na aktywa Alior Banku jest duży, choć jego cena i wskaźniki ceny do wartości księgowej są dosyć wysokie. Mówimy o banku najbardziej innowacyjnym w Polsce, a może i w Europie Środkowej, z powodzeniem realizującym strategię i maksymalizującym zyski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego DF Capital. – Wydaje się, że każdy poważny gracz chce mieć Alior Bank, ale inną sprawą jest, kogo na to stać i czy akcjonariusze banku są gotowi na takie małżeństwo – komentuje.

Polski sektor bankowy, mimo ostatnich fuzji, w porównaniu do innych państw członkowskich Unii Europejskiej wciąż jest rozproszony i wciąż mówi się o jego dalszej konsolidacji.

Zdaniem Dąbrowskiego, z tego powodu prawdopodobnie ani Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ani Komisja Nadzoru Finansowego nie zablokowałyby kupna Alior Banku.

 – Nie ma alternatywy dla konsolidacji sektora. Choć z punktu widzenia makroekonomicznego należałoby zadbać o to, żeby konsolidacja łączyła się z udomowieniem, czyli żeby polskie banki przejmowały inne podmioty z korzyścią dla rodzimej gospodarki – uważa Jarosław Dąbrowski.

Innymi słowy, preferowany byłby polski PKO BP niż włoski Pekao.

PKO BP to lider rynku, ale kojarzony z bardzo tradycyjną bankowością opartą o sieć placówek i obsługę w okienkach. Z drugiej strony PKO od kilku lat zabiega o zmianę tego wizerunku i stara się prezentować jako instytucja nowoczesna. Jakiś czas temu przejął Inteligo – bank skoncentrowany na usługach internetowych. Teraz PKO BP promuje płatności mobilne, a wraz z grupą innych banków pracuje nad wprowadzeniem jednolitego standardu takich płatności.

 – Alior Bank na pewno wzmocniłby innowacyjność i dynamikę banku numer jeden w Polsce. Powinniśmy życzyć sobie tego, żeby największy polski bank był jeszcze większy, jeszcze bardziej zyskowny i jeszcze bardziej innowacyjny. I co ważne, by był gotowy do konsolidacji rynku bankowego w Europie Środkowej – przekonuje Jarosław Dąbrowski.

A pole do zagospodarowania jest całkiem spore. Zdaniem eksperta rynki w Czechach, na Węgrzech, w Rumunii, Chorwacji czy krajach Bałtyckich mają potencjał wzrostu. Nie mówiąc już o bardziej rozwiniętych krajach.

 – Największy bank największej gospodarki w regionie z całą pewnością powinien wyjść na północ, południe i wschód. Im większy będzie w Polsce, tym łatwiej będzie tę strategię w przyszłości realizować – podsumowuje prezes Domu Maklerskiego DF Capital.

Zniesienie terminu ogłaszania przez szkoły listy podręczników spowoduje chaos w księgarniach

W Sejmie trwają prace nad nowelizacją ustawy, dzięki której rząd będzie mógł wydać darmowy podręcznik dla klas pierwszych szkół podstawowych. We wtorek sejmowa komisja edukacji przyjęła poprawkę znoszącą obowiązek podawania przez szkoły listy podręczników do 15 czerwca. Przeciwnicy pomysłu ostrzegają, że wywoła to chaos i przysporzy kłopotów rodzicom.

Rząd i posłowie PO argumentują, że dowolność terminu pozwoli nauczycielom dobrać odpowiednie do poziomu uczniów podręczniki i poprawi organizację pracy. Z kolei według opozycji oraz środowiska nauczycieli i branży wydawniczej zmiana wprowadzi zamieszanie i utrudni pracę edukacji.

 – Nauczyciele do tej pory wybierali podręczniki przed wakacjami, więc mieli dwa miesiące wakacyjne, żeby przygotować się do roku szkolnego, przygotować rozkład materiału i zajęć na cały rok. Po zmianach będą musieli zarywać noce we wrześniu, żeby się przygotowywać, ponieważ ustawowo są do tego zobowiązani – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Wojtyński, dyrektor wydawniczy w Wydawnictwie Nowa Era.

Zmiany na własnej kieszeni odczują również rodzice, którzy zamiast rozłożyć zakup podręczników na okres od czerwca do września, będą musieli kupić je w komplecie po rozpoczęciu roku szkolnego.

 – Dziś około 70 proc. obrotu, jeżeli chodzi o sprzedaż podręczników w sieci Matras, to jest okres czerwiec – wrzesień. Wielu rodziców rozkłada te zakupy, bo wiążą się z dość poważnym wydatkiem – mówi Paweł Urbaniak, członek zarządu firmy Matras. – W przypadku opóźnienia publikacji listy zakładam, że cała sprzedaż skumuluje się w jednym miesiącu, co przełoży się zarówno na liczbę odwiedzin w księgarniach, na sprzedaż, ale obawiam się, że znaczna część rodziców nie zdąży kupić podręczników w odpowiednim czasie i dzieci pójdą do szkoły nieprzygotowane.

Likwidacja terminu 15 czerwca może spowodować, że we wrześniu zabraknie podręczników. Jeśli przed wakacjami nie będą znane listy podręczników, wydawnictwa nie będą mogły rozpocząć druku i przygotowań do sprzedaży.

 – Zwykle w czerwcu wydawcy przygotowywali odpowiednią liczbę podręczników i produkowali je w trakcie lata. Jeżeli zaczniemy je drukować we wrześniu, to książki będą dopiero w listopadzie. Ma to ogromne znaczenie dla pracy i komfortu pracy nauczycieli, uczniów oraz dla rodziców – podkreśla Marcin Wojtyński.

Problemy wydawnictw przełożą się z kolei na księgarnie.

 – Szczególnie dotknie to ponad tysiąca małych, drobnych księgarni, w których problemy z odpowiednim zatowarowaniem przełożą się na ich rentowność, spadek obrotów i spowodują, że księgarnie te będą miały bardzo duże kłopoty finansowe – wyjaśnia Paweł Urbaniak.

Rząd, pozostawiając dyrektorom szkół dowolność momentu ogłoszenia listy podręczników, uznał, że ustawowy termin jest niepotrzebny. Jednak, według Marcina Wojtyńskiego, fakt, że szkoły zwykle wcześniej publikowały listy podręczników, wskazuje, że jest to sprawdzona praktyka dla wszystkich stron.

 – Jeśli nie 15 czerwca, to kolejny możliwy termin to 1 września, kiedy nauczyciele i uczniowie wracają do szkoły. To trudny „rozbiegowy” okres w szkole i jeśli wtedy podręczniki będą wybierane, to po prostu nie będzie ich na rynku – stwierdza przedstawiciel Wydawnictwa Nowa Era.

Propozycja jest kontrowersyjna. Polska Izba Książki skupiająca wydawców edukacyjnych zgłaszała uwagi, Związek Nauczycielstwa Polskiego też zajął oficjalne stanowisko, które mówi wprost, iż propozycja zniesienia terminu ogłaszania listy podręczników wynika wyłącznie z faktu, że rząd nie będzie w stanie przygotować nowego podręcznika dla klas I w takim terminie, by dyrektorzy mogli wywiązać się z tego ustawowego obowiązku. 

 – Sparafrazuję słowa premiera. „Edukacja nie lubi rewolucji, edukacja lubi ewolucję”. A zmiana tego zapisu będzie właśnie rewolucją – komentuje Marcin Wojtyński i dodaje, że pozostaje liczyć na zdrowy rozsądek dyrektorów szkół i nauczycieli. – Zmiana nie jest obowiązkowa, cały czas podręczniki można wybierać wcześnie. Mam nadzieję, że dyrektorzy szkół jednak zdecydują się publikować listy podręczników przed wakacjami.

Młode firmy tworzą połowę nowych miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Od początku kryzysu młode firmy stworzyły połowę nowych miejsc pracy w krajach OECD. Zazwyczaj są to niewielkie przedsiębiorstwa, potrzebujące dodatkowych środków. Według OECD unijne pieniądze przeznaczone na budowę innowacyjnego przemysłu w krajach UE powinny trafiać głównie do młodych firm.

 Od rozpoczęcia kryzysu w 2007 r. kraje OECD utraciły 9 mln miejsc pracy. Jednak w tym czasie powstawały też nowe etaty, a 50 proc. z nich zostało utworzonych przez młode firmy istniejące do pięciu lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Wojciechowski ambasador i Stały Przedstawiciel przy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).

Co piąte przedsiębiorstwo w krajach OECD to firma funkcjonująca na rynku mniej niż pięć lat. Głównie są to małe i średnie przedsiębiorstwa.

 – Mają one duży potencjał wzrostu i w polskim przypadku istotne jest to, żebyśmy zapewnili im dostęp do finansowania, a w tym do środków europejskich – mówi Wojciechowski. – To, ile pieniędzy zostanie przekazane innowacyjnym małym i średnim przedsiębiorstwom, będzie papierkiem lakmusowym skuteczności polityki wspierania biznesu. 

Trzecia fala rewolucji przemysłowej  

Według przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela  Barroso do 2020 r. jedna piąta PKB Unii Europejskiej powinna pochodzić z przemysłu. Jest to efekt powrotu ekonomistów i polityków do poglądu o kluczowej roli przemysłu dla gospodarki. Nie ma to jednak być tradycyjny przemysł zanieczyszczający środowisko, ale produkcja wykorzystująca nowe, zielone technologie. Jedną z nich może być grafen. Na badania nad możliwością komercyjnego wykorzystania tego czystego węgla Komisja przeznaczy 1 mld euro w ciągu najbliższych 10 lat.  

 – Wszelkie projekty, które będą stwarzały firmom podstawy do rozwoju, które będą skuteczne, są mile widziane – twierdzi Paweł Wojciechowski.  

Jak przekonuje, chodzi tu nie tylko o politykę spójności czy politykę regionalną.  

Jest to również kwestia wspierania poprzez różnego rodzaju fundusze europejskie budowy infrastruktury twardej  – np. klastrów przemysłowych, jak również infrastruktury miękkiej. Temu służą programy podnoszące innowacyjność – mówi Wojciechowski.

Jako przykład tego typu programu ekspert podaje realizowany w Holandii program Top Sectors, w ramach którego władze wyłoniły dziewięć sektorów, w których warto wspierać działania innowacyjne. To m.in. przemysł rolno-spożywczy, energetyka, logistyka i wysokie technologie. Następnie tzw. Top Teams – zespoły powołane spośród przedstawicieli administracji publicznej, nauki i biznesu – wypracowały strategię ich rozwoju.

 – Na podstawie tych rekomendacji podpisywane są kontrakty na innowacje, m.in. z ośrodkami badawczymi, które mają wspierać konkretne sektory właśnie w miękki sposób, by zwiększać ich konkurencyjność – wyjaśnia Wojciechowski.

Jego zdaniem, tzw. stara polityka przemysłowa, czyli jednoznaczne postawienia na dany sektor i konkretne firmy, nie do końca się sprawdziła.

 – To rodzi pokusy w zakresie lobbingu, zarzuty o korupcję i faworyzowanie pewnych przedsiębiorstw. W związku z tym chodzi raczej o wybór pewnych sektorów i zastanowienie się, jak im pomóc w praktyczny sposób, żeby były bardziej konkurencyjne, właśnie poprzez budowanie infrastruktury miękkiej i twardej, która generować będzie w przyszłości środowisko do tworzenia gospodarki opartej o wiedzę – mówi Paweł Wojciechowski.

Specjalne strefy ekonomiczne już nie tylko dla gigantów z zagranicy. Inwestują tam także małe i średnie firmy z Polski

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej polskich firm, również z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, inwestuje w specjalnych strefach ekonomicznych. Ta zmiana proporcji oraz przedłużenie funkcjonowania stref do 2026 roku były najważniejszymi, z punktu widzenia rozwoju polskiej przedsiębiorczości, zmianami w ubiegłym roku. Przedstawiciele stref ekonomicznych liczą na to, że nowe unijne regulacje dotyczące pomocy publicznej, które wchodzą w życie w połowie roku, nie zniechęcą przedsiębiorców do korzystania z oferty SSE.

W związku z nową perspektywą finansową na lata 2014-2020 Komisja Europejska zmodyfikowała dotychczasowe podstawy prawne udzielania pomocy publicznej w państwach członkowskich UE. Nowe przepisy obejmą również specjalne strefy ekonomiczne na terenie Polski.

 – Od lipca tego roku wejdzie w życie nowa dyrektywa unijna, która inaczej rozkłada akcenty pomocy publicznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Teresa Kamińska, prezes zarządu Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Nowa dyrektywa ograniczy możliwość uzyskania pomocy przez przedsiębiorców za zainwestowane pieniądze. Do tej pory mogła ona sięgać maksymalnie połowy zainwestowanych środków, od lipca górny limit wyniesie 35 proc.

 – Po pierwsze, jest to zmniejszenie możliwości uzyskania pomocy w poszczególnych regionach, po drugie, inaczej w układzie polskim to się odbywa. Będą nieco bardziej wyśrubowane kryteria. A więc od lipca będziemy mieli trochę trudniejszą sprawę, jeśli chodzi o pomoc publiczną – wyjaśnia Teresa Kamińska.

Przedstawiciele stref liczą jednak na to, że nie zniechęci to przedsiębiorców do inwestycji. Do SSE inwestorów przyciągają przede wszystkim takie czynniki, jak dobra infrastruktura, uzbrojenie i wyposażenie terenów inwestycyjnych oraz preferencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej, w tym ulgi podatkowe. Zdaniem prezes PSSE, dodatkowym atutem w tym roku będzie nowa oferta, obejmująca m.in. parki technologiczne i wsparcie kadry naukowej. Strefy chcą się również zaangażować w szkolnictwo zawodowe.

Inwestorów przyciąga również fakt, że w ubiegłym roku funkcjonowanie stref zostało – decyzją rządu – przedłużone do 2026 roku. Jak wynika z szacunków KPMG, wydłużenie okresu działalności SSE może zwiększyć nakłady inwestycyjne w strefach o 40 miliardów złotych, a odsetek inwestorów – o 16 proc.

 – Inwestorzy mogą sobie w biznesplanach założyć, że jednak opłaca im się taka inwestycja, którą będą mogli sobie odebrać w podatku dochodowym do 2026 roku – tłumaczy Kamińska.

Cieszyć może również fakt, że SSE stają się coraz bardziej atrakcyjne dla polskich przedsiębiorców.

 – W tym roku mieliśmy dużo więcej małych, średnich i polskich przedsiębiorców, którzy dostawali zezwolenia strefowe niż dużych zagranicznych – podkreśla prezes pomorskiej strefy. – Zawsze nam zależało, żeby te proporcje między inwestycjami zagranicznymi a polskimi w strefach bardziej się wyrównały.

Obecnie w czternastu SSE w Polsce działa ponad 1600 firm zatrudniających ponad 250 tysięcy pracowników. W ubiegłym roku aż 5 z 16 polskich stref znalazło się w rankingu 50 najlepszych na świecie, przygotowanym przez „Financial Times” i jego „fDi Magazine”.

Na olimpiadzie zarobi głównie MKOl. Osiągnie przychody na poziomie globalnych korporacji

Obecnie Międzynarodowy Komitet Olimpijski to wielki konglomerat sportowo-finansowy. Przychody w ostatnim czteroleciu olimpijskim, obejmującym zimowe igrzyska w Vancouver i letnie w Londynie, sięgnęły 8 mld dolarów. Blisko połowa to wpływy ze sprzedaży praw telewizyjnych. Dynamicznie rosną również przychody z lokalnego sponsoringu i sprzedaży biletów, szczególnie VIP-owskich. 

Przychody MKOl już 10 lat temu oscylowały około 2,5-4 mld dolarów. Dziś są ponad dwukrotnie wyższe.

 – Ostatnie czterolecie olimpijskie, które obejmowało Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie i Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver, wygenerowało wręcz astronomiczną sumę przychodów w postaci ponad 8,046 mld dolarów. To suma większa, niż ta, którą osiągają światowe koncerny bankowe, towarzystwa ubezpieczeniowe, nie mówiąc o fabrykach produkcyjnych –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Znaczną część tych przychodów – w ostatnim budżecie 3,85 mld dolarów – stanowią prawa telewizyjne. Ponad połowa (2 mld) to wpływy z amerykańskich telewizji, europejskie z niektórymi nadawcami z północnej Afryki odpowiadają za ok. 850 mln dolarów.

 – Z kolei Azja generuje zaledwie około pięciuset kilkudziesięciu milionów dolarów, co jest niewielką kwotą w stosunku do ogromnego potencjału tego kontynentu – mówi Kita.

Kolejnym, znaczącym źródłem przychodów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest program dla sponsorów, który umożliwia korzystanie na całym świecie z praw olimpijskich, takich jak korzystanie ze znaku olimpijskiego. MKOl posiada obecnie 11 partnerów tzw. top-programu.

 – Są to wielkie, międzynarodowe koncerny, które przynoszą prawie miliard dolarów przychodu – zauważa Kita. – Chodzi tu o takie korporacje, jak Coca-Cola, Procter & Gamble, Visa czy Samsung

Trzecim, znaczącym źródłem zarobków MKOl jest sponsoring umożliwiający korzystanie ze znaku olimpijskiego, jednak ograniczony do jednego kraju – gospodarza igrzysk. Jak podkreśla Grzegorz Kita, przychody z tego tytułu w ostatnim czasie zaczęły dynamicznie rosnąć. W ostatnim czteroleciu olimpijskim osiągnęły poziom 1,2 mld dolarów.

 – To dość dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w Vancouver takich firm o statusie sponsora krajowego było 57, a w Londynie – 42. To ciekawe, ponieważ wydawało się, że to źródło nie jest w stanie ewoluować znacząco – zauważa Grzegorz Kita.  

MKOl zarabia także na tzw. licensingu, a więc produkowaniu towarów z logo olimpijskim. Znacznym źródłem przychodów dla komitetu są również wpływy ze sprzedaży biletów. W ostatnim czteroleciu olimpijskim przyniosły one 1,2 mld dolarów, głównie za sprawą igrzysk w Londynie. Zwiększanie wpływów z tego tytułu jest możliwe dzięki tzw. programom hospitality.

 – Programy te przeznaczone są dla zamożniejszych klientów, korporacji i VIP-ów – wyjaśnia Kita. – To coś podobnego do sprzedaży lóż na polskich stadionach. Takie loże mogą ograniczać się do 10-15 miejsc. Jednak ich zyskowność jest znacząca. Generują one kilkanaście razy większe przychody niż bilety krzesełkowe, nawet w uprzywilejowanych sektorach.

VoIP sposobem na segment biznesowy

Według raportu PMR „Usługi telekomunikacyjne dla segmentu biznesowego i operatorskiego w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2014-2017” liczba linii VoIP w segmencie biznesowym w Polsce w ciągu ostatnich lat nieprzerwanie notuje wzrost. Na koniec 2013 r. przekroczyła już wyraźnie pół miliona. Rosnące wykorzystywanie tej technologii przez polskie firmy umożliwia operatorom oferowanie usług dodatkowych – najczęściej tych z segmentu komunikacji zunifikowanej.

Historycznie usługi telefonii internetowej były w pierwszym rzędzie zorientowane na segment firm dużych. Obecnie jednak pod względem zdobywania nowych klientów operatorzy kładą większy nacisk na segment MŚP/SOHO. W rezultacie rynek w ujęciu ilościowym rozwija się w szybkim tempie. W 2012 r. dynamika wzrostowa wynosiła 20%, a w 2013 r. utrzymała dwucyfrowy – choć niższy – poziom. Pozwoliło to na przekroczenie liczby pół miliona linii VoIP.

Zmiany ilościowe na rynku usług VoIP oraz tradycyjnych linii telefonii stacjonarnej w segmencie biznesowym różnią się i podlegają innym trendom. Podczas gdy liczba linii tradycyjnych obniża się, usługi VoIP notują wzrost. Ponieważ skala spadku linii okazuje się wyższa, wpływa to na zmianę całego rynku, który od 2008 r. notuje mniejszą erozję liczby aktywnych usług. Należy zaznaczyć, że technologia VoIP podobnie do usług telefonii komórkowej również wpływa na spadek liczby linii tradycyjnych telefonii stacjonarnej. W rezultacie rośnie liczba usług alternatywnych, co (w obliczu spadku liczby linii tradycyjnych) skutkuje zwiększeniem udziałów segmentu VoIP w całkowitej liczbie usług. W 2013 r. udział VoIP był na poziomie aż o 18 p.p. wyższym niż w 2007 r.

Promowanie technologii VoIP w segmencie stacjonarnym przez operatorów spowodowane jest nie tylko tym, iż usługa ta po części niweluje cięcia w liczbie linii tradycyjnych, ale również z uwagi na możliwość do sprzedaży dodatkowych usług. Usługi te ukierunkowane są na świadczenie pakietów komunikacji zunifikowanej, które również mogą być dostarczane w modelu usługowym. W modelu tym operator współpracuje z dostawcą oprogramowania, a klient uzyskuje całościowy pakiet usług biznesowych. Dla operatora oznacza to związanie klienta swoimi usługami oraz podniesienie średnich przychodów. Z kolei dostawca oprogramowania uzyskuje nowy kanał sprzedaży oprogramowania oraz dociera do szerszej bazy klienckiej. Najczęściej stosowany model współpracy operatora i dostawcy oprogramowania to dzielenie się przyszłymi przychodami. Takie podejście sprzyja zmianom zachodzącym w polskich firmach, które coraz bardziej sceptycznie podchodzą do zakupu dużych i kosztownych platform telekomunikacyjnych. Wybierają one rozwiązania, które nie wymagają jednorazowych inwestycji, a pozwalają rozłożyć koszty w czasie. Pakiety komunikacji zunifikowanej w konsekwencji uzyskują coraz większą popularność. Skierowane są one w pierwszym rzędzie do klientów z segmentu MŚP. Firmy duże, ale i częściowo średnie, zazwyczaj już posiadają ukształtowaną sieć firmową, często opierającą się na centralach zakupionych kilka lat temu.