NIK skontroluje zakłady karne

Najwyższa Izba Kontroli zaplanowała (jesienią ubiegłego roku) przeprowadzenie w 2014 roku kontroli readaptacji społecznej skazanych na wieloletnie kary pozbawienia wolności. NIK sprawdzi czy warunki wykonania kary pozbawienia wolności, a zwłaszcza prowadzone działania resocjalizacyjne i terapeutyczne oraz pomoc po wyjściu z zakładu karnego redukują u skazanych ryzyko ponownego wejścia w konflikt z prawem oraz ułatwiają im powrót do społeczeństwa.

Readaptacja społeczna osób skazanych na wieloletnią karę pozbawienia wolności ma istotne znaczenie społeczne: jej skuteczność przyczynia się do zapobiegania wejściu tych osób w ponowny konflikt z prawem, a tym samym ma bezpośredni wpływ na zwiększenie poziomu bezpieczeństwa społecznego.

W wymiarze ekonomicznym skuteczna readaptacja społeczna i zawodowa ogranicza koszty utrzymania systemu penitencjarnego i pomocy społecznej.

I wreszcie przygotowanie skazanych do odpowiedzialnego życia w społeczeństwie oraz przeciwdziałanie poczuciu wykluczenia ze społeczeństwa i potępienia przez nie wspomaga powrót do życia społecznego, zawodowego i rodzinnego po okresie izolacji.

NIK zbada (kontrola zostanie przeprowadzona jesienią 2014 roku) m.in.

    • Warunki bytowe osób skazanych na wieloletnie kary pozbawienia wolności w zakładach karnych.

Prowadzone działania penitencjarne, terapeutyczne i resocjalizacyjne oraz nadzór nad ich realizacją.

  • Prowadzone zindywidualizowane formy oddziaływania na skazanych oraz udzielanie pomocy w ich readaptacji społecznej w trakcie wykonywania kary wieloletniego pozbawienia wolności.
  • Udzielanie pomocy po opuszczeniu zakładu karnego przez instytucje pomocy społecznej i rynku pracy.

Izba będzie kontrolowała zakłady karne, w tym zakłady dla więźniów niebezpiecznych, Centralny Zarząd Służby Więziennej, ministerstwo sprawiedliwości. W ramach tej kontroli NIK sprawdzi m.in. przygotowanie do uruchomienia i funkcjonowanie Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, w którym umieszczone będą osoby stwarzającej zagrożenie. NIK interesować będą zarówno warunki bytowe stworzone skierowanym tam osobom, przestrzeganie ich praw, a przede wszystkim warunki do prowadzenia zajęć terapeutycznych (prawne, lokalowe, kadrowe). Izba zbada również, jak wygląda praca osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo w tej placówce terapeutycznej (organizacja ochrony terapeutów, monitoring wizyjny, ochrona przed samookaleczeniami, ochrona osób umieszczonych w ośrodku przed innymi umieszczonymi) oraz organizacja ochrony zewnętrznej – zapobieganie przed samowolnym opuszczeniem ośrodka).

Rozmowy na temat utworzenia na Pomorzu centrów logistycznych dla inwestorów z Chin

CEO Magazyn Polska

Pomorze stawia na współpracę Chinami. Podpisana w październiku umowa pomiędzy portami w Gdyni i w Zhuhai była pierwszym poważnym krokiem do pogłębienia współpracy, która trwała już od dwóch lat. Teraz prowadzone są rozmowy na temat utworzeniu na Pomorzu centrów logistycznych dla inwestorów z Chin.

Jak podkreśla Teresa Kamińska, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, chiński port bardzo się rozbudowuje, a delta Rzeki Perłowej, gdzie się znajduje, ma strategiczne znaczenie dla chińskiej gospodarki.

 – Umowa to jednak dopiero pierwszy krok, bo tak naprawdę wszystko zależy od armatorów. Ale jeśli doprowadzimy do powstania wspólnego projektu między portem w Zhuhai a Portem Gdynia, mam nadzieję, że również gdański port się do tego włączy, jeśli dla armatorów stworzona zostanie wspólna oferta obsługi na Unię i na Indochiny, pojawią się ułatwienia w ramach tej współpracy, to myślę, że  efekty tego porozumienia będą ogromne – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Teresa Kamińska, prezes PSSE.

Jej zdaniem, to dobry prognostyk dla dalszej współpracy Pomorza z Chinami. Tym bardziej że i chińscy inwestorzy coraz bardziej otwierają się na kooperację z Polską.

 – Dwa lata temu przyjęliśmy strategię, że dążymy do połączenia rynków. Staramy się pomóc Chińczykom wprowadzać produkty na rynki unijne, a naszym firmom – na rynek chiński. Gdyby ta współpraca się rozwijała, mogłyby powstać centra logistyczne, a później chińskie inwestycje w produkcję – dodaje rozmówczyni Newserii Biznes. – W tej chwili jesteśmy na poziomie rozmów o centrach logistycznych, więc zapowiada się nieźle. Ten rok może być przełomowy, bo rozmowy są już bardzo zaawansowane.

W porcie w Zhuhai odbywają się głównie przeładunki suchych i płynnych towarów masowych, petrochemicznych, ropy i kontenerów; świadczone są także inne usługi portowe. Port zarządzany jest przez Zhuhai Port Holdings Group, który osiągnął w 2010 r. obrót 1,5 miliarda jenów. Przedstawiciele holdingu odwiedzali Gdynię m.in. we wrześniu 2012 r. i w czerwcu 2013 r.

Prof. Roman Kuźniar: Ukrainę czekają długie miesiące szamotaniny. Najbardziej obawiamy się zbrojnych rozstrzygnięć

CEO Magazyn Polska

Sytuacji na Ukrainie nie rozwiąże ani pomoc z zewnątrz, ani zmiany na szczytach władzy – potrzebna jest zmiana systemu – podkreśla profesor Roman Kuźniar, doradca polskiego prezydenta. Do tego trudno jednak będzie przekonać rządzących i innych beneficjentów obecnego układu politycznego, a także Rosję, która poprzez naciski utrzymuje Ukrainę w swojej strefie wpływów. Na razie obserwatorzy nie widzą szans na szybkie rozwiązanie patowej sytuacji.

 – Wiemy, że Unia Europejska i USA pracują nad pakietem pomocy gospodarczej, finansowej i osłonowej dla Ukrainy, gdyby zechciała wejść na drogę reform. Ukraińcy zaczynają już powoli dochodzić do tego, że rzecz nie w deszczu pieniędzy, który idzie z zewnątrz, tylko w zmianie systemu, która spowoduje, że ten pracowity i wykształcony naród będzie mógł zarobić na siebie, żeby żyć w godnych warunkach – mówi Newserii Biznes prof. Roman Kuźniar, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Na tym polega sens tego powstania. Wcale nie chodzi o członkostwo w Unii Europejskiej – to jest dalsza historia.

Jego zdaniem, nie widać w tej chwili szans na porozumienie, które mogłoby szybko uspokoić sytuację. Ukrainę czekają więc jeszcze długie miesiące takiej „szamotaniny”, dopóki któraś ze stron nie pójdzie na ustępstwa. Obserwatorzy najbardziej obawiają się, że do tego czasu będzie dochodzić do eskalacji konfliktu z użyciem siły.

Na przychylność władz wobec postulatów społeczeństwa nie ma co liczyć. Sprawą podstawową jest, zdaniem profesora, zmiana systemowa, co jest trudniejsze niż wymiana osób w rządzie. 

 – Niektóre osoby są przywiązane do swoich stanowisk, a także do systemu, który czyni z nich beneficjentów sytuacji. Dlatego nie chcą z niego zrezygnować. Ukraina, jeżeli chodzi o mentalność klasy politycznej, bardzo mocno przypomina mentalność klasy panującej w I Rzeczpospolitej pod koniec XVIII wieku, w okresie tuż przed rozbiorami – mówi prof. Kuźniar agencji Newseria Biznes. – I choć dziś nikt państw nie rozbiera, to przecież groźba podziału Ukrainy w sposób niekoniecznie pokojowy, tak, jak chociażby stało się z Czechosłowacją, nie jest groźbą abstrakcyjną. To byłby bardzo niedobry scenariusz. Mimo że takie pomysły pojawiają się po stronie Partii Regionów, nikt z zewnątrz nie jest tym zainteresowany.

Rosjanie nie odpuszczą. Na razie

Zmiana systemowa na Ukrainie będzie trudna również dlatego, że jest nie po myśli Rosji, która wciąż traktuje Ukrainę jako swoją strefę wpływów i nie chce z tego rezygnować. Zamyka się na rozmowy z Zachodem w tej sprawie i nie przyjmuje na razie do wiadomości, że Ukraińcy mają prawo decydować o własnej drodze (co pokazała 50. Konferencja Bezpieczeństwa w Monachium). Jedyna nadzieja w tym, że Rosjanie dojdą w pewnym momencie do wniosku, że dalsze naciskanie na Ukrainę już im się nie opłaci i zmienią swoją politykę. 

 – Rosjanie nie mają tradycji respektowania wyborów obcych narodów, zewnętrznych państw, o ile są w stanie wywrzeć na nich presję, szantażować tak jak w przypadku ukraińskiego prezydenta Janukowycza – tłumaczy doradca prezydenta. – Potrafią być jednak pragmatyczni. Kiedy widzą, że nie osiągną w dany sposób niczego, potrafią nagle zupełnie odwrócić podejście, po to, żeby uratować cokolwiek w danej sytuacji.

W interesie Rosji leżą też dobre kontakty z Zachodem, więc wycofanie się z Ukrainy może im się w końcu bardziej opłacić.

To jeszcze nie jest ten moment. Rosjanie w dalszym ciągu uważają, że mogą Ukrainę wygrać – mówi prof. Kuźniar. – Gdyby nie przymuszenie Ukrainy do porzucenia umowy o stowarzyszeniu z UE, nie byłoby tego powstania oraz tak radykalnie niekorzystnej sytuacji zarówno dla Janukowycza, jak i samej Rosji, która nie bardzo wie, co z tym fantem teraz zrobić. Na pewno Rosjanie nie mogą czuć się zwycięzcami w tej sytuacji.

MAC: Polska nie jest w ogonie Europy pod względem cyfryzacji. Dorównujemy Niemcom i Francuzom

CEO Magazyn Polska

Wbrew stereotypom Polska nie jest w ogonie Europy pod względem cyfryzacji – przekonuje minister administracji i cyfryzacji Rafał Trzaskowski. Podkreśla, że udziałem gospodarki cyfrowej w PKB dorównujemy takim krajom, jak Francja czy Niemcy. W pewnych aspektach, jak budowa sieci szerokopasmowej czy usługi w ramach e-państwa, mamy jeszcze wiele do nadrobienia względem Europy, ale resort zapewnia, że te zagadnienia będą priorytetowe w programie Polska Cyfrowa, który będzie realizowany do 2020 roku.

 Wbrew stereotypom nie jesteśmy wcale na szarym końcu Unii Europejskiej. Jeżeli porównamy udział gospodarki cyfrowej w naszym PKB, to jest on identyczny, jak we Francji czy w Niemczech. Jest oczywiście całkiem sporo rzeczy, których możemy się nauczyć od naszych partnerów, ale to nie jest tak, że jesteśmy ubogim kuzynem, tylko wymiana doświadczeń może być obustronna – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Trzaskowski, minister administracji i cyfryzacji.

Unijny urząd statystyczny Eurostat po raz ostatni opublikował dane dotyczące udziału sektora ICT w PKB w 2010 r. W Polsce wartość ta wyniosła wtedy 3,3 proc., w Niemczech było to 4 proc., a we Francji 4,2 proc. Jednak analitycy szacują, że w tym roku w Polsce gospodarka cyfrowa może wyprodukować ponad 5 proc. PKB.

Znacznie gorzej jest pod względem pokrycia Polski siecią szerokopasmową. Zgodnie z danymi publikowanymi na unijnej stronie Broadband For All, tylko 69 proc. Polski ma dostęp do szybkiego internetu. To najgorszy wynik we wspólnocie – na Słowacji jest to 75 proc., a w Czechach nawet 98 proc. Również większe nowe kraje unijne mają lepsze statystyki, np. 87 proc. mieszkańców Rumunii ma dostęp do internetu szerokopasmowego. 

 – To jest problem dużych państw, które mają również peryferyjne regiony. Warszawa czy Kraków mają pokrycie internetowe lepsze niż niejedno miasto w Niemczech czy we Francji – zapewnia jednak Rafał Trzaskowski.

Z raportu Deloitte wynika, że gdyby Polska zwiększyła dynamicznie pokrycie kraju siecią szerokopasmową (do ok. 86 proc. jak w przypadku Wielkiej Brytanii) PKB wzrósłby o kolejne 3 proc., a to oznacza kolejne miejsca pracy. Jeśli dorównalibyśmy liderowi, czyli Norwegii, bezrobocie mogłoby się zmniejszyć o 270 tys. osób.

Budowa sieci szerokopasmowej to jeden z trzech priorytetów w Programie Operacyjnym Polska Cyfrowa, który będzie realizowany w tej perspektywie finansowej. 

 – Po drugie, kwestia wspierania e-usług, czyli tak, żeby państwo było obecne w internecie i świadczyło usługi. I po trzecie, budowanie kompetencji tak, żeby ludzie mogli z tego wszystkiego skorzystać – wymienia minister administracji i cyfryzacji.

Prace nad rozwojem gospodarki cyfrowej trwają nie tylko w Polsce, lecz także na poziomie UE. Unijni urzędnicy pracują m.in. nad nowym prawem telekomunikacyjnym. Planowane są zmiany również w przepisach o ochronie danych osobowych w internecie, o cyberbezpieczeństwie i handlu w sieci.

Rozwój gospodarki cyfrowej może przyczynić się do wzrostu innowacyjności kraju. Jak podkreśla minister Trzaskowski, w tym zakresie zarówno Polska, jak i reszta Europy powinna brać przykład z Izraela, w którym jest rekordowa liczba start-upów, czyli nowych, małych i innowacyjnych przedsiębiorstw. By osiągnąć podobny sukces, niezbędne jest jednak działanie zarówno w zakresie prawa i rozwiązań podatkowych, jak i edukacji i wspierania innowacyjności.

 – W Izraelu start-upów jest więcej niż w całej Unii Europejskiej. I chodzi o to, żeby z tego typu wzorców korzystać. Przede wszystkim chodzi o obniżanie wszystkich barier regulacyjnych, przestawienie się na tory myślenia innowacyjnego, jak również konstruowanie ciekawych instrumentów finansowe, które mogą tego typu działalność wspierać – ocenia Trzaskowski.

Visa: Polacy dokonują najwięcej transakcji zbliżeniowych w Europie. Ostatnie wzrosty są rekordowe

CEO Magazyn Polska

Polacy dokonują już prawie 20 mln transakcji zbliżeniowych miesięcznie wynika z ostatniego okresu sprawozdawczego (do września 2013 r.) Visy w Polsce. To rekordowe wyniki wśród krajów europejskich. Liczba transakcji kartami wzrosła w tym czasie o ponad 11 proc. Polska stała się trzecim państwem w Europie pod względem skali przetwarzania transakcji.

Rosnące zapotrzebowanie na innowacyjne rozwiązania płatnicze będzie największym wyzwaniem w tym roku – deklaruje dyrektor ds. handlowych Visa Europe Steve Perry. Zwiększony popyt na nowe technologie sprawił, że ta organizacja płatnicza planuje w tym roku wdrożyć w bankach na masową skalę usługi elektronicznego portfela w Polsce i innych krajach.

 Wyzwanie, przed którym stoimy, to dostarczanie nowych technologii. Nigdy nie widziałem takiego zapotrzebowania zarówno ze strony konsumentów, jak i handlowców na elektroniczne płatności: e-portfel, płatności osobiste i na inne usługi tego typu. Musimy sprostać rosnącemu popytowi na te usługi – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Steve Perry, dyrektor ds. handlowych Visa Europe.

W Europie szybko rośnie segment związany z płatnościami online i zapotrzebowanie na rozwiązania, które ułatwią zakupy online przy jednoczesnym zapewnieniu bezpieczeństwa płatności kartami. Handel elektroniczny stanowi 23 proc. wartości transakcji kartami Visa na starym kontynencie, które są przetwarzane przez Visa Europe i rośnie dwa razy szybciej niż inne segmenty. W ostatnim roku sprawozdawczym płatności Visa online zwiększyły się o 20 proc.

Firma zamierza w tym roku wprowadzić na masową skalę portfel elektroniczny V.me by Visa, co ma ułatwić płacenie kartami w internecie i pomóc w zniwelowaniu dystansu dzielącego w tym zakresie Polskę od reszty Europy. Jeszcze w tym kwartale udostępni to rozwiązanie swoim klientom ING Bank Śląski.

W Polsce w ostatnim kwartale roku sprawozdawczego Visa Europe (tj. trzecim kwartale 2013 r.) nastąpiło zdecydowane przyspieszenie w zakresie zarówno liczby (wzrost o 16,3 proc.), jak i wartości (wzrost o 9,7 proc.) płatności kartami Visa. Co jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Po raz pierwszy łączna wartość transakcji dokonywanych kartami Visa zwiększyła się praktycznie wyłącznie dzięki przyrostowi płatności bezgotówkowych.

Firma zanotowała w Europie wzrosty we wszystkich segmentach. Od kart kredytowych, przez debetowe i pre-paid, aż po służbowe karty płatnicze.

 – Cieszy nas 10-procentowy wzrost w segmencie kart debetowych w Europie. Oznacza to umacnianie się i tak już najsilniejszego segmentu naszej działalności – kart debetowych, które dziś stanowią ponad 80 proc. Karty prepaid i służbowe karty płatnicze również odnotowały wysokie wzrosty – między 15 a 20 proc. – komentuje Steve Perry. – Dwucyfrowy wzrost, szczególnie w okresie spowolnienia gospodarczego, jest dużym osiągnięciem. Dobre wyniki uzyskaliśmy za sprawą Francji i Wielkiej Brytanii. Widzimy, że Hiszpania też wychodzi z kryzysu. Bardzo cieszy nas również dwucyfrowy wzrost w Polsce.

Od soboty dwa nowe kanały telewizyjne na multipleksie pierwszym

TVP ABC i TV Trwam od soboty rozpoczną emisję na pierwszym multipleksie. To oznacza, że będą dostępne dla wszystkich, którzy korzystają z naziemnej telewizji cyfrowej. Warunkiem będzie jedynie uaktualnienie listy programów w dekoderach naziemnej telewizji cyfrowej.

Zgodnie z decyzją Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej TVP już za kilka dni udostępni na cyfrowym multipleksie MUX 1 miejsca dwóm programom: TV Trwam oraz TVP ABC. TVP przeniesie część swoich zasobów na trzeci multiplex – MUX 3, przeznaczony wyłącznie dla programów telewizji publicznej.

 – Pojawienie się nowych programów na MUX 1, jak również zmiana w usytuowaniu programów telewizji publicznej, powoduje, że użytkownicy telewizorów powinni przeprogramować swoje odbiorniki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Strzałkowski, rzecznik Urzędu Komunikacji Elektronicznej.  

Każdy program w multipleksie cyfrowym ma swój numer identyfikacyjny, dzięki któremu telewizor lub dekoder przy telewizorze go rozpoznaje i ustawia go w odpowiedniej kolejności wyświetlania.

Zmiany na multipleksach spowodują konieczność odświeżenia listy odbieranych programów. Rzecznik UKE wyjaśnia, że najlepiej skorzystać z opcji autoprogramowania lub autostrojenia, która jest dostępna zarówno w zewnętrznych dekoderach podłączonych do starszych telewizorów, jak i w wewnętrznych, wbudowanych w nowsze odbiorniki (ze standardem MPEG-4).

 – Za pomocą tej opcji dekoder automatycznie zaprogramuje pełną ofertę programów dostępnych z nadajników naziemnej telewizji cyfrowej, dzięki czemu będziemy mieć dostęp do pełnej oferty. Nasz dekoder zapamięta ustawienie tych programów i tak będzie je wyświetlał – radzi Strzałkowski.

Problem ten nie dotyczy osób, które korzystają z usług platform satelitarnych, czyli mają telewizję kablową, bo za ofertę programową odpowiada dostawca sygnału. Wyjątkiem są takie gospodarstwa, gdzie jeden odbiornik ma dostęp do telewizji kablowej, a drugi korzysta z odbioru telewizji naziemnej.

 – Radzimy, by każdy, kto korzysta z odbioru programu z multipleksów cyfrowych, sprawdził, czy jego dekoder ma poprawnie zaprogramowane wszystkie nowe programy – mówi rzecznik UKE.

Nie zmieni się natomiast położenie nadajników emitujących sygnał cyfrowy, dlatego też nie ma potrzeby zmieniania dotychczasowych ustawień anten odbiorczych.

Neonet w tym roku otworzy 120 sklepów w mniejszych miastach. Za rok firma rozpocznie ekspansję na metropolie

CEO Magazyn Polska

Firma Neonet, która w ciągu ostatnich dwóch lat potroiła swoje obroty, chce kontynuować rozwój sieci sklepów i modernizację już istniejących. W tym roku nowe sklepy powstawać będą w jeszcze mniejszych miejscowościach. Na 2015 r. planowane jest rozpoczęcie działalności w większych miastach.

  W tym roku chcemy otworzyć 120 sklepów w miastach do 200 tys. mieszkańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kiestrzyń, wiceprezes zarządu Neonet SA.

Rok 2015 ma być czasem rozpoczęcia ekspansji sieci na największe polskie miasta.

 – Zaczynając od Warszawy przez wszystkie duże miasta wojewódzkie – mówi Kiestrzyń. – Chcemy zaistnieć dużą liczbą lokalnych sklepów, które będą blisko klienta, będą odpowiadały na jego potrzeby.

Neonet planuje rozwijać sprzedaż w najbardziej perspektywicznych i najszybciej rosnących segmentach, czyli branży IT, RTV i małego AGD. W tych segmentach zapowiadanych jest również najwięcej nowości.

 – Na masową skalę wejdą telewizory OLED-owe produkowane przez największych producentów. Spodziewam się dalszego wzrostu sprzedaży tabletów z wyższych półek cenowych, o lepszych funkcjonalnościach – zapowiada Kiestrzyń. – Liczę też na dalsze wzrosty w branży GSM. Zauważamy przejście klientów od operatorów telekomunikacyjnych do sklepów detalicznych ze względu na coraz mniejsze różnice w cenach telefonów oferowanych przez sklepy – dodaje.

W dwóch poprzednich latach sieć potroiła obroty. Wpłynęły na to nie tylko dobre wyniki sprzedaży sklepów stacjonarnych, lecz także sprzedaży internetowej. Neonet stara się prowadzić taką politykę asortymentową, by sieć sklepów i sprzedaż w sieci wzajemnie się uzupełniały.

 – To, co nas czeka, to mądre połączenie sklepów naziemnych z internetem. Chcemy zachować internetowe ceny i większość towarów udostępniamy przez sieć. Jednocześnie lokujemy stacjonarne sklepy możliwie blisko klienta. Udostępniamy szeroką półkę produktów w sieci, a najlepsze z nich w sklepach – mówi wiceprezes zarządu Neonet SA.

Według danych firmy PMR, w 2012 roku aż 70 proc. sprzedaży sprzętu RTV i AGD w Polsce pochodziło ze sklepów sieciowych. Internet był na drugim miejscu z udziałem ponad 16-proc. Polacy niechętnie za to kupowali elektronikę w hiper- i supermarketach (3,4 proc.), co pokazuje, że cenią sobie specjalistyczne porady obsługi.

 – Nasz model biznesowy to w skrócie: niskie koszty, niewielkie sklepy, szeroka półka produktów w internecie i top lista w sklepie. Staramy się także zapewnić klientom wysoką jakości obsługi w zakresie doradztwa produktowego – wyjaśnia Kiestrzyń.

Na rynkach walutowych będzie niespokojnie. Bardzo prawdopodobne umocnienie złotego

CEO Magazyn Polska

W tym roku trudno oczekiwać stabilności na rynku walutowym. Europejska gospodarka wciąż jest na początku odbicia, a w Stanach Zjednoczonych bank centralny ogranicza wstrzykiwanie pieniędzy do gospodarki. Złoty mimo wahań z początku roku wciąż jest stabilniejszy niż inne waluty regionu i jego kurs powinien zachowywać się dużo spokojniej

 – Cały ten rok powinien charakteryzować się bardzo dużą zmiennością na rynkach walutowych – przewiduje Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający City Index. – Zapomnijmy o tym, że będzie spokój. Jest bardzo duża niepewność na rynku.

Ta niepewność wynika z nierównomiernego rozwoju światowej gospodarki. Niektóre gospodarki rosną stosunkowo szybko, ale nie wiadomo, czy jest to wzrost stały, a nawet – jak w przypadku Chin – w jakiej mierze statystyki odpowiadają rzeczywistości. Wzrost gospodarczy w Europie jest przez sam Europejski Bank Centralny oceniany jako kruchy, a w USA ograniczany jest skup obligacji przez rząd.

 – Stąd bardzo duża zmienność i jednego dnia trend może się zupełnie zmienić. Myślę, że trzeba oczekiwać kontynuacji takich zachowań – mówi Wardyn agencji informacyjnej Newseria Biznes.

W styczniu złoty się osłabiał – w stosunku do dolara stracił blisko 4,5 proc., a wobec euro – nieco ponad 2,2 proc. W ostatnim tygodniu zaczął odrabiać straty (zyskał 2,8 proc. wobec dolara i 1,8 proc. względem euro). Zdaniem Wardyna osłabienie złotego z początku stycznia było chwilowe i kurs powinien zachowywać się względnie spokojnie, szczególnie na tle innych walut regionu i rynków wschodzących.

 – Nasza gospodarka jest stabilna i nie ma dużego wzrostu cen. Dodatkowo jest szansa na wzrost gospodarczy, czyli to, co inwestorzy zagraniczni lubią – tłumaczy.

Przewiduje, że kurs polskiej waluty będzie oscylował w kierunku 4,07 za euro, 3,07 za dolara i 3,37 za franka.

Złoty jest mocniejszy i stabilniejszy od innych walut rynków wschodzących.

 – Nasza gospodarka jest bardziej stabilna i bardziej przewidywalna. Nie można jej porównać do tego, co się dzieje na przykład w Turcji czy w Argentynie, czy innych rynkach z dużą zmiennością. Więc to są dobre wiadomości dla polskiej waluty ocenia Wardyn.

Dziś poznamy ostateczną cenę akcji Comperii, po jakiej zadebiutuje ona na GPW

W ostatni piątek zakończyły się zapisy na akcje Comperia.pl dla inwestorów indywidualnych. Inwestorzy instytucjonalni będą mieli możliwość ich nabycia w dniach 11-13 lutego. Spółka zamierza pozyskać  między 10 a 12 mln złotych netto. Od 2011 roku jest obecna na rynku NewConnect, teraz chce wkroczyć na parkiet główny.

 – Dzięki wejściu na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych Comperia.pl jako porównywarka na pewno zyskuje większy prestiż i większą rozpoznawalność jako marka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karol Wilczko, prezes Comperia.pl.

Oferta Comperii to sprzedaż do miliona akcji zwykłych serii F. Maksymalna cena akcji to 22 zł, a spodziewane wpływy z emisji to 10-12 mln zł netto. Zgodnie z prospektem emisyjnym spółka zamierza przeznaczyć pozyskane środki m.in. na stworzenie ogólnopolskiej agencji ubezpieczeniowej oraz inwestycje infrastrukturalne.

 – Chcemy zainwestować w technologię, w aplikację do rozliczania polis skierowaną do agentów, jak również w infrastrukturę, aby móc  rozwijać własną sieć sprzedaży oraz współpracę z agentami – mówi Wilczko.

Planowane jest także utworzenie nowej sekcji porównywanych produktów i rozwój programu partnerskiego „Comperia Lead”.

 – Program ten umożliwia innym wydawcom wzbogacanie treści swoich stron internetowych o nasze  porównywarki i generowanie w ten sposób dodatkowego przychodu – mówi prezes Comperia.pl. – Zamierzamy ponadto jeszcze w tym roku uruchomić porównywarki produktów pozafinansowych takich, jak:  telefonia komórkowa, ceny prądu, a także telewizja kablowa i internet dodaje.

Środki z emisji mają zostać przeznaczone także na marketing i promocję marki.

Chcemy również przeznaczyć pieniądze na marketing Comperii, na inwestycję w brand. Zależy nam na tym, aby Polacy rozpoznawali naszą markę i korzystali z naszych porównywarek, oszczędzając w ten sposób czas i pieniądze – mówi Wilczko.

Zdaniem prezesa Comperia.pl obecne warunki makroekonomiczne sprzyjają debiutom giełdowym firm z branży internetowej.

 – Biznesy internetowe znaczą coraz więcej w realnej gospodarce – zauważa rozmówca Newserii Biznes. – Świadczą o tym choćby ostatnie debiuty na rynku amerykańskim. Oczywiście polski rynek ma lekcję do odrobienia. Jesteśmy przekonani, że będziemy bardzo dobrym przykładem spółki internetowej, która się szybko rozwija, korzysta z rynku kapitałowego i przynosi dobre zwroty inwestorom – przekonuje Karol Wilczko.

E-petrol.pl: ceny paliw w najbliższym czasie wzrosną

CEO Magazyn Polska

Kierowcy nie powinni liczyć na kolejne obniżki na stacjach benzynowych. W kolejnych tygodniach ceny mogą delikatnie wzrosnąć, ale potem się ustabilizują – wynika z prognoz e-petrol.pl. Realizacja tego scenariusza zależy przede wszystkim od tego, jak kształtować się będzie kurs złotego w stosunku do dolara i ceny ropy na światowych rynkach. W lutym litr benzyny Pb95 i oleju napędowego będą kosztować średnio 5,35-5,40 zł.

 – Tendencja zniżkowa trwająca od dobrych kilku tygodni wyhamowała w ostatnich tygodniach. Luty to będzie okres, gdy ceny paliw powrócą do poziomu 5,35 zł.  Ryzyko tego, że podwyżki będą szybkie i wysokie, też nie jest duże, myślę więc, że nastąpi stabilizacja w okolicach 5,35-5,40 zł w przypadku zarówno benzyny bezołowiowej 95, jak i oleju napędowego – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Maziak, analityk rynku paliw e-petrol.pl.

W ubiegłym tygodniu Pb95 podrożała średnio o 4 grosze, a olej napędowy – średnio o 3 grosze.

Na obniżki nie mogą liczyć też kierowcy tankujący autogaz. Ceny powinny utrzymywać się na stabilnym poziomie 2,65-2,70 zł litr.

Największy wpływ na poziom cen paliw mają czynniki zewnętrzne, czyli notowania ropy na światowych giełdach i kurs złotego w stosunku do dolara. W ostatnim tygodniu złoty zaczął odrabiać straty po niekorzystnym styczniu (+ 3 proc.), m.in. za sprawą dość dobrych danych z amerykańskiego rynku pracy, ale nie wiadomo, jak długo będzie się umacniał.

 – Czynnik walutowy w ostatnim czasie nie sprzyjał kierowcom, bo to za sprawą osłabiającej się relacji dolara do złotówki będziemy obserwować podwyżki na stacjach – podkreśla Grzegorz Maziak. – Pewną nadzieję na to, że te podwyżki nie będą duże, daje ropa, bo ceny surowca w ostatnim czasie na giełdach światowych spadają i ten kierunek powinien zostać utrzymany.

W ostatnim tygodniu stycznia i na początku lutego ceny ropy brent wahały się między 105 a 108 dolarów za baryłkę, ale w ostatnich dniach przekroczyły poziom 109 dolarów.

Tradycyjnie kierowcy mogą spodziewać się wyższych cen w ośrodkach turystycznych, szczególnie popularnych podczas zimowych ferii.

 – Ferie trwają w różnych regionach Polski już od II połowy stycznia i nie widać w związku z tym dynamicznych ruchów cenowych w regionach, które korzystają z przerwy w szkole – podkreśla analityk. – Na głównych trasach w kierunku zimowych kurortów i w samych kurortach z reguły należy spodziewać się nieco wyższych cen paliw.

Przyznaje, że wciąż występują znaczące różnice w cenach w poszczególnych województwach. Z analiz e-petrol.pl wynika, że sięgają one kilkudziesięciu  groszy na litrze.

 – Trzeba patrzeć na specyfiki tych mikrorynków, bardziej lokalnych niż regionalnych, bo jeśli przy jednej ulicy mamy dwie, trzy stacje, to wtedy konkurencja cenowa między nimi będzie większa. A w innej części miasta ta cena może być wyższa o 20-30 groszy na litrze tego samego paliwa. To jest charakterystyka rynku paliwowego – wyjaśnia Maziak.

Nowa platforma komunikacji marketingowej PKO Banku Polskiego

„Organizm” to koncepcja reklamowa, która zastąpi dotychczasową komunikację z udziałem Szymona Majewskiego. Pierwszy spot Banku przygotowany w ramach nowej platformy pojawi się 17 lutego.

Po trzyletniej, owocnej współpracy Bank wspólnie z Szymonem Majewskim podjął decyzję o jej zakończeniu. Nowa koncepcja zakłada dalsze wzmacnianie pożądanych atrybutów marki PKO, a także oryginalność i humor kreacji oraz spójność przekazu w dłuższej perspektywie czasowej, ale już bez udziału znanej twarzy.

– Na podstawie obserwacji, naszych doświadczeń i badań odbiorców stworzyliśmy nową platformę komunikacji – „Organizm”, czyli bank z życia wzięty. W tej platformie wykorzystujemy związki frazeologiczne, pewną umowność i humor do połączenia życiowych sytuacji z produktami bankowymi. Są to sytuacje, z którymi wiążą się konkretne emocje, tym samym uruchamiane są odpowiednie reakcje wewnątrz organizmu, a PKO Bank Polski bardzo często towarzyszy swoim klientom w takich momentach. Platforma się zmieni, ale nasze podejście do reklamy nie. Nadal chcemy prezentować spoty wyróżniające się jakością i trafiające w gusta klientów, budujące wizerunek Banku jako spójnej organizacji – powiedział Tomasz Marszałł, dyrektor marketingu PKO Banku Polskiego.

Dla przykładu w pierwszym spocie w ramach nowej platformy wykorzystany został związek frazeologiczny „mieć wypieki na twarzy”. Okazuje się, że za taki stan w organizmie klientki, poruszonej możliwością zakupu nowych mebli dzięki Mini Ratce, czyli pożyczce gotówkowej PKO, odpowiedzialna jest grupa zmobilizowanych krwinek, które prześcigają się w cukierniczych wypiekach. Kampania ruszy 17 lutego w telewizji i internecie. Przygotowały je agencje na stałe współpracujące z Bankiem: DDB (kreacja telewizyjna), Universal McCann i Value Media (zakup mediów) oraz OS3 (kreacja w Internecie).

W czasie współpracy Banku z Szymonem Majewskim i agencjami w tym składzie powstało 27 kreacji promujących m.in. konta osobiste, pożyczki gotówkowe, kredyty hipoteczne i dla MŚP, lokaty oraz płatności mobilne. Nie tylko cieszyły się one niesłabnącym zainteresowaniem odbiorców, ale ustanowiły nowe standardy w komunikacji branży finansowej, co potwierdzają badania ARC Rynek i Opinia oraz Millward Brown SMG/KRC. Spoty z udziałem znanego celebryty wspierały sprzedaż nowych produktów, przykładowo korzystnie zmieniło się saldo otwarć i zamknięć kont osobistych, a w okresie trwania kampanii lokat ich średnia dzienna sprzedaż wzrosła o 80%. Zwiększyła się również spontaniczna znajomość marki, a wizerunek Banku przesunął się w kierunku nowoczesnej, innowacyjnej i przyjaznej klientom instytucji. Dzięki skutecznej komunikacji Bank przyciągnął nowych klientów, odmładzając równocześnie ich strukturę – o niemal 20% wzrósł odsetek klientów do 35. roku życia.

Komunikacja marketingowa z udziałem Szymona Majewskiego była symbolem odważnych zmian i modernizacji PKO. Rynek docenił ten fakt nagradzając ją m.in. Lampartami i Złotymi Orłami, a Tomaszowi Marszałłowi przyznał tytuł Dyrektora Marketingu w 2011 roku.

W Polsce trwa budowa bloków energetycznych wartych 20 mld zł

Wraz z początkiem 2014 r. budownictwo energetyczne w Polsce wyraźnie przyspieszyło. Dzięki rozpoczęciu budowy dwóch bloków w Elektrowni Opole, wartość bloków energetycznych znajdujących się w fazie budowy niemal się podwoiła. Dodatkowo, na kolejne zakontraktowane miliardy złotych można liczyć w roku bieżącym. Do 2024 r. inwestycje w energetykę konwencjonalną, wraz z atomem, mogą sięgnąć 100 mld zł.

Jak wynika z raportu „Budownictwo energetyczne w Polsce 2014 − segment energii konwencjonalnej. Prognozy rozwoju i planowane inwestycje” przygotowanego przez firmę badawczą PMR, dzięki rozpoczęciu budowy dwóch bloków energetycznych w Elektrowni Opole, łączna pula dużych inwestycji energetycznych znajdujących się w fazie budowy niemal podwoiła swoją wartość.

„Obecnie w fazie budowy znajdują się cztery znaczące oraz kilka mniejszych projektów o łącznej mocy ok. 4 000 MWe i wartości blisko 20 mld zł. Co ważne, w dalszym ciągu jest to dopiero faza początkowa tendencji wzrostowej na rynku budownictwa energetycznego”, ocenia Bartłomiej Sosna, główny analityk rynku budowlanego w PMR i autor raportu.

Wraz z początkiem lutego największą inwestycją w fazie budowy stała się budowa w Opolu (inwestor: PGE, moc: 1 800 MWe). Kolejnymi znaczącymi realizowanymi inwestycjami są: blok węglowy w Kozienicach (inwestor: Enea, moc: 1 000 MWe), a także bloki gazowe w Stalowej Woli (Tauron, 400 MWe) i Włocławku (Orlen, 463 MWe). Dodatkowo, w fazie realizacji znajduje się kilka średniej wielkości bloków, m.in. Gorzowie Wielkopolskim (PGE, 700 mln zł), Tychach (Tauron, 600 mln zł), czy Jastrzębiu Zdroju (Spółka Energetyczna Jastrzębie, 500 mln zł). Można zatem mówić o znaczącym przyspieszeniu w budownictwie energetycznym, bowiem niecałe dwa lata wcześniej w budowie były inwestycje warte jedynie 2,5 mld zł.

Co więcej, inwestycje znajdujące się w zaawansowanej fazie przetargowej opiewają na kolejne 32 mld zł, spośród których największy projekt to niepewna wciąż budowa Elektrowni Północ, szacowana na 12 mld zł. Najważniejsze inwestycje w fazie przetargowej bliskie rozpoczęcia realizacji to budowa bloków węglowych w Elektrowni Jaworzno (Tauron, 900 MWe) i Elektrowni Turów (PGE, 460 MWe), budowa bloków gazowych w Grudziądzu (Energa, 420-600 MWe), Puławach (Grupa Azoty i PGE, 800-900 MWe), a także budowa mniejszych bloków w Bydgoszczy, Szczecinie i Płocku.

Jeszcze większy rozmiar ma grupa inwestycji znajdujących się na etapie przygotowania do przetargu, których wartość wynosi 52 mld zł, z czego jednak za 40 mld zł odpowiada planowana w Polsce elektrownia atomowa, która w ciągu najbliższych lat w sposób znaczący nie wpłynie na tempo rozwoju budownictwa energetycznego.

Nie wszystkie przygotowywane projekty trafiają jednak ostatecznie do realizacji. Obecna wartość wstrzymanych inwestycji szacowana jest na ponad 30 mld zł. Istnieje jednak szansa, że w ciągu najbliższych lat niektóre z nich ponownie trafią do fazy realizacji, o ile poprawa sytuacji gospodarczej i zmiana regulacji prawnych na to pozwolą. Obecnie poza inwestycjami najbardziej wartościowymi (elektrownie: Blachownia, Rybnik i Ostrołęka), w grupie wstrzymanych projektów znajduje się też kilka mniejszych projektów, m.in. elektorciepłownie kogeneracyjne koncernu Fortum w Zabrzu i Wrocławiu, oraz bloki gazowe w Katowicach i Gryfinie.

Jednakże budownictwo energetyczne to nie tylko moce wytwórcze, ale także dynamicznie się rozwijające sieci przesyłowe. „Inwestycje w sieci elektroenergetyczne w 2013 r. okazały się być jedną z najprężniej rozwijających się gałęzi budownictwa energetycznego. W tym segmencie większość z zapowiadanych inwestycji rzeczywiście wystartowała i jest albo na etapie przetargowym, albo już po wybraniu wykonawców. W ubiegłym roku nakłady inwestycyjne na sieć dystrybucyjną głównych operatorów przekroczyły 6 mld zł, a drugie tyle warte były przetargi rozstrzygnięte przez Polskie Sieci Energetyczne”, dodaje Bartłomiej Sosna.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. “Budownictwo energetyczne w Polsce 2014 − segment energii konwencjonalnej. Prognozy rozwoju i planowane inwestycje”.

Pomimo wątpliwości rząd poparł zakaz sprzedaży niektórych produktów w sklepikach szkolnych. Producenci żywności protestują

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-07-02 08:10

Mimo licznych uwag rząd poparł PSL–owski projekt poprawki ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Dotyczy on zakazu sprzedaży części produktów w sklepikach szkolnych, który ma służyć walce z nadwagą i otyłością. Zdaniem producentów żywności w propozycji brakuje analiz potwierdzających zasadność wprowadzenia zakazu oraz zakresu produktów których on dotyczy, np. drożdżówek czy produktów mleczarskich. Występują w nim również liczne błędy powodujące brak zgodności proponowanych  przepisów z prawem unijnym oraz uniemożliwiające ich zastosowanie w praktyce.

Propozycja PSL jest zreformowaną wersją proponowanych zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności, złożonej w ubiegłym roku, która była poddana ostrej krytyce, ze względu na fakt, że dyskryminowała większość dostępnej na rynku żywności. Również ta wersja jest negatywnie oceniana przez producentów żywności. 

 – Ta poprawka jest wadliwa zarówno pod względem skuteczności walki z nadwagą i otyłością, jak i pod względem praktycznego jej zastosowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Projekt PSL zakazuje  m.in. sprzedaży „słodyczy oraz wyrobów cukierniczych i ciastkarskich”, jeśli więcej niż 10 proc. ich wagi stanowi dodatek cukru. Zabroniona ma być także sprzedaż w sklepikach fast foodów i produktów serwowanych na poczekaniu o zawartości sodu przekraczającej 300 mg na 100 g produktu. Prowadzący sklepiki nie będą mogli sprzedawać także m.in. napojów gazowanych i nadmiernie słodkich, a także innych produktów ze zbyt dużą zawartością cukrów dodanych lub sodu – w tym niektórych wyrobów zbożowych czy mlecznych.

Jednym z problemów, na które wskazuje Gantner, jest niezgodność projektu PSL z prawem unijnym. Poprawki do ustawy o bezpieczeństwie żywności muszą być notyfikowane i zatwierdzone przez Komisję Europejską.

 – Projekt PSL stosuje określenia, które nie mają odzwierciedlenia w prawie unijnym – zauważa Gantner. – Nie ma definicji takich składników, jak cukier dodany czy sztuczne barwniki. Dyskryminowanie produktów w oparciu o takie sformułowania jest więc niezgodne z prawem i rząd bardzo dobrze o tym wie. Zupełnie niemożliwe będzie również określenie tych wskaźników w produkcie, gdyż nie są one uwzględnianie na opakowaniach. Trudno oczekiwać, żeby ajenci zwracali się do producentów z pytaniem o szczegółowe receptury.

Dyrektor  generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności zarzuca też autorom poprawki brak powołania się na analizy medyczne.  

 – Zarówno rząd, jak i my wskazujemy, że zasady, na jakich ustalono, jaki poziom pewnych składników tj, np., sól jest dopuszczalny, są kompletnie nieznane – zauważa Gantner. – Nie przedstawiono żadnych analiz na ten temat. Brakuje też uzasadnienia, dlaczego poprawka kasuje nawet znaczną część produktów mleczarskich czy np. drożdżówek – dodaje.

Zmiany w ustawie o bezpieczeństwie żywności mogą być bardzo uciążliwe zarówno dla ajentów, dyrektorów szkół i Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która będzie musiała kontrolować szkolne sklepiki i stołówki.

 – Ajenci będą mogli z dnia na dzień stracić prawo do prowadzenia sklepiku, jeśli nie zastosują się do tych kompletnie niejasnych zasad. Co ciekawe również stołówki szkolne będą musiały wykonać pełne badanie wartości odżywczej każdej serwowanej potrawy i wystandaryzować każdą porcję. Zakaz obejmie też takie napoje jak herbata i kompot, który przecież zawiera cukier dodany – mówi Gantner. – Naszym zdaniem, skutki tego typów zakazów dla walki z otyłością będą praktycznie zerowe, przy olbrzymim zakresie obciążeń. Ta propozycja w żaden sposób nie rozwiązuje podstawowych problemów dotyczących systemu żywienia dzieci w szkole oraz spadającej dramatycznie aktywności fizycznej.

Jego zdaniem, problemem nie jest kwestia dostępności różnych produktów w sklepiku szkolnym, ale edukacji dzieci i rodziców.

 – Zamiast dzielić żywność na dobrą i złą, wysyłać dzieci do sklepów poza szkołą, postawmy na wieloletnią edukację w zakresie zdrowego stylu życia, zbilansowanej diety i aktywności fizycznej. Zbudujmy system, który zapewni dzieciom spędzającym długie godziny w szkole dostęp do przynajmniej jednego gorącego posiłku i czas na zjedzenie drugiego śniadania, oraz właściwą porcję aktywności fizycznej.  To dużo trudniejsze niż tworzenie kolejnych bubli prawnych takich jak poprawka PSL – przekonuje dyrektor  generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Producenci żywności proponują dużo prostsze i możliwe do realizacji rozwiązanie. 

 – Asortyment sklepików może być dopasowany do zaleceń żywieniowych nie poprzez zakazy ale poprzez wprowadzenie do umów z ajentami listy produktów zalecanych do sprzedaży w sklepikach. Nie wymaga to specjalnej ustawy, a jedynie zalecenia MEN dla dyrektorów szkół – twierdzi Andrzej Gantner. – Wielu ekspertów uważa, że to dobre rozwiązanie i w pełni możliwe do szybkiego wprowadzenia, bez konieczności wprowadzania zmian do ustawy.

Rząd popiera zakaz sprzedaży niektórych produktów w sklepikach szkolnych. Producenci żywności protestują

CEO Magazyn Polska

Mimo licznych uwag rząd popiera PSL-owski projekt poprawki ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Dotyczy on zakazu sprzedaży pewnych niezdrowych produktów w sklepikach szkolnych. Projekt ma służyć walce z nadwagą i otyłością. Zdaniem producentów żywności w propozycji brakuje analiz potwierdzających zasadność wprowadzenia zakazu konkretnych produktów, np. drożdżówek czy produktów mleczarskich. Wątpliwości budzi też zgodność tych przepisów z prawem unijnym oraz skuteczność wprowadzania zakazów w takim zakresie.

Propozycja PSL jest zreformowaną wersją proponowanych zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności, złożonej w ubiegłym roku, która była poddana ostrej krytyce. Również ta wersja jest negatywnie oceniana przez producentów żywności. 

 – Ta poprawka jest wadliwa zarówno pod względem skuteczności walki z nadwagą i otyłością, jak i pod względem praktycznego jej zastosowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Projekt PSL zakazuje  m.in. sprzedaży „słodyczy oraz wyrobów cukierniczych i ciastkarskich”, jeśli więcej niż 10 proc. ich wagi stanowi cukier. Zabroniona ma być także sprzedaż w sklepikach fast foodów i produktów serwowanych na poczekaniu o zawartości sodu przekraczającej 300 mg na 100 g produktu. Prowadzący sklepiki nie będą mogli sprzedawać także m.in. napojów gazowanych i nadmiernie słodkich, a także innych produktów ze zbyt dużą zawartością cukrów dodanych lub sodu – w tym niektórych wyrobów zbożowych czy mlecznych.

Jednym z problemów, na które wskazuje Gantner, jest niezgodność projektu PSL z prawem unijnym. Poprawki do ustawy o bezpieczeństwie żywności muszą być notyfikowane i zatwierdzone przez Komisję Europejską.

 – Projekt PSL stosuje określenia, które nie mają odzwierciedlenia w prawie – zauważa Gantner. – Nie ma definicji takich składników, jak cukier dodany czy sztuczne barwniki. Dyskryminowanie produktów w oparciu o takie sformułowania jest więc niezgodne z prawem.

Dyrektor  generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności zarzuca też autorom poprawki brak powołania się na analizy medyczne.  

 – Zarówno rząd, jak i my wskazujemy, że zasady, na jakich ustalono, jaki poziom pewnych składników jest dopuszczalny, są kompletnie nieznane – zauważa Gantner. – Nie przedstawiono żadnych analiz na ten temat. Brakuje też uzasadnienia, dlaczego poprawka kasuje nawet znaczną część produktów mleczarskich czy np. drożdżówek – dodaje.

Zmiany w ustawie o bezpieczeństwie żywności mogą być bardzo uciążliwe zarówno dla dyrektorów szkół i Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która będzie musiała kontrolować szkolne sklepiki, jak i dla samych ajentów.

 – Ajenci będą mogli z dnia na dzień stracić prawo do prowadzenia sklepiku, jeśli nie zastosują się do tych kompletnie niejasnych zasad – mówi Gantner. – Naszym zdaniem, skutki zakazów dla walki z otyłością mogą być praktycznie zerowe.

Jego zdaniem, problemem nie jest kwestia dostępności różnych produktów w sklepiku szkolnym, ale edukacja dzieci i rodziców.

 – Zamiast straszyć dzieci, postawmy na wieloletnią edukację w zakresie zdrowego stylu życia, zbilansowanej diety i aktywności fizycznej – przekonuje dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

W Sejmie kończą się prace nad kolejną nowelizacją Prawa zamówień publicznych. Przedsiębiorcy chcą napisania ustawy od nowa

CEO Magazyn Polska

Projekt nowelizacji Prawa zamówień publicznych ma przede wszystkim podnieść próg wartości zamówienia, powyżej którego trzeba ogłaszać przetarg. Projekt ten trafił do trzeciego czytania w Sejmie. Poprawki wprowadziła także Komisja Gospodarki. Przedsiębiorcy woleliby jednak, by zamiast kolejnych nowelizacji napisano Prawo zamówień publicznych od nowa.

 – Proponujemy rozwiązania, które mogą spowodować „odkostnienie” istniejących procedur i doprowadzić do większego otwarcia, szczególnie na małe i średnie firmy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej (KIG).

Problem z zamówieniami publicznymi to przede wszystkim wybór ofert najtańszych. Przez kryterium niskiej ceny upadło wiele, nawet sporych firm budowlanych, a także cierpi jakość inwestycji.

 – Chcemy, by procedury stały się bardziej racjonalne, żeby nie decydowało jedno kryterium ceny, które powoduje problemy wykonawców, a zamawiający nie otrzymuje produktu o wysokiej jakości. Trzeba również tak zmienić cały poziom informacji, żeby docierała ona do wszystkich, oraz samo postępowanie, łącznie z postępowaniem odwoławczym, tak, by nie paraliżowało przebiegu przetargów – wylicza prezes KIG.

Zdaniem prezesa strach przed oskarżeniem o korupcję i inne nadużycia powodują, że urzędnicy starają się ubezpieczyć tak, by nikt nie stawiał im zarzutów i dlatego uparcie trzymają się kryterium najniższej ceny.

 – Te zabezpieczenia w polskiej rzeczywistości paraliżują cały proces albo prowadzą do negatywnego wyboru – komentuje Andrzej Arendarski.

Jak podkreśla, w krajach zachodnich podobne prawo sprawdza się bardzo dobrze, można więc skorzystać z wypracowanych gdzie indziej dobrych praktyk i przenieść je na rodzimy grunt.

 – Mamy przykłady skutecznych rozwiązań na przykład brytyjski system, gdzie zamówienia publiczne oraz współpraca sektora publicznego z prywatnym doskonale od lat funkcjonują, a inwestycje idą w setki milionów funtów. Świetnym przykładem są też Stany Zjednoczone – przekonuje szef KIG.

Dyskusje o prawie zamówień publicznych trwają praktycznie od czasów przygotowywania pierwszej wersji ustawy. Przedsiębiorcy już wtedy wskazywali negatywne konsekwencje, brak optymalnych rozwiązań, blokadę przedsięwzięć publiczno-prywatnych. Późniejsze liczne zmiany wniosły niewiele. Ale po problemach firm uczestniczących w dużych inwestycjach infrastrukturalnych w ostatnich latach zarówno biznes, jak i administracja oraz parlament skłaniają się ku kolejnym zmianom. Pod koniec ubiegłego roku uchwalono jedną z nowelizacji, w Sejmie trwają prace nad pięcioma kolejnymi projektami.

 – Środowiska te są skłonne wprowadzić rozwiązania długofalowe i racjonalne. Trwają rozmowy i prace legislacyjne. My powołujemy zespół złożony z przedstawicieli i interesariuszy, zamawiających, i naukowców. Chcemy wciąć aktywny udział w dyskusji, która, mam nadzieję, zakończy się w nieodległym czasie nową ustawą – podsumowuje Andrzej Arendarski.

Krajowa Izba Gospodarcza powołała Inicjatywę do spraw Zamówień Publicznych. W jej ramach zespół ekspertów będzie monitorował i analizował proces nowelizacji Prawa zamówień publicznych. KIG zamierza opracować dokument prezentujący metody i środki zwiększające efektywność wydatków publicznych.

Wydobycie gazu łupkowego w Polsce przyspieszy. Projekt ustawy trafi w lutym pod obrady rządu

CEO Magazyn Polska

Tzw. ustawa łupkowa w lutym ma trafić na posiedzenie rządu. Minister środowiska nie wyklucza, że jeszcze w tym roku może powstać pierwszy komercyjny odwiert gazu łupkowego. Korzystne dla perspektyw wydobycia w Polsce jest również to, że Unia odstąpiła od wprowadzenia prawa w tym zakresie, a wydała tylko rekomendację dla państw członkowskich.

Informowanie społeczeństwa o wpływie na środowisko chemikaliów stosowanych do wydobycia gazu, regularne badania wody pitnej, gleby i powietrza – to tylko niektóre z rekomendacji Komisji Europejskiej ws. wydobycia gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego. Bruksela chce pełnego raportu środowiskowego nawet na wstępnym etapie poszukiwań.

Polska była jednym z krajów, które protestowały przeciw wprowadzeniu nowego prawa dotyczącego poszukiwań i wydobycia gazu łupkowego. Rekomendacje, które Komisja Europejska przedstawiła pod koniec stycznia, mogą w ostatecznym rozrachunku okazać się korzystne.

 – Myślę, że przyczynią się one do polepszenia odbioru społecznego tej technologii mówi agencji informacyjnej Newseria, Tomasz Minkiewicz z kancelarii CMS Cameron McKenna.  Dotychczas szczelinowanie jest kwestionowane przez wiele społeczności lokalnych i organizacji ekologicznych, na zasadzie, że nie do końca wiedzą, z czym ono się wiąże. Obawiają się, że przedsiębiorcy będą działać w sposób niekontrolowany, co będzie mieć wpływ na środowisko przez wiele lat czy wręcz pokoleń.

Metoda szczelinowania hydraulicznego to wpompowywanie w ziemię pod ciśnieniem tysięcy litrów wody z chemikaliami. Kontrowersje wokół tej technologii to obecnie największa przeszkoda w wydobyciu gazu łupkowego w Europie.  Zamiar wprowadzenia moratorium na taki sposób eksploatacji złóż gazu potwierdziła w tym tygodniu minister środowiska Niemiec. Wcześniej taki sam zakaz wprowadziła Francja. Obawy dotyczą głównie ryzyka skażenia wód gruntowych chemikaliami używanymi przy szczelinowaniu.

 – Komisja nie powiedziała, że szczelinowanie hydrauliczne jest złe, niebezpieczne i bezwzględnie nie powinno być stosowane. Powiedziała, że może być stosowane, ale trzeba się zastosować do pewnych dosyć rozbudowanych, ale dających się w pewien sposób zdefiniować, zasad – mówi Tomasz Minkiewicz.

Państwa członkowskie powinny zastosować się do rekomendacji KE w ciągu pół roku od ich ogłoszenia.

KE zdaje sobie sprawę, że dla takich krajów jak Polska gaz łupkowy może być szansą na niezależność od dostaw błękitnego paliwa z Rosji. Ewentualny sukces tego projektu może znacząco zmienić sposób handlu gazem nie tylko w Polsce, lecz także całej w Europie.

 – Wszyscy spodziewają się tego, żeby będzie spadek cen, a rynek stanie się bardziej elastyczny. Mniejszą rolę będą odgrywały kontrakty długoterminowe, dotychczas powszechnie stosowane w Europie. Zwłaszcza kontrakty dotyczące gazu importowanego ze Wschodu były oparte na długoterminowych, bardzo sztywnych kontraktach, zarówno pod względem formuły cenowej, jak i ilości gazu, które należy odebrać, bo inaczej obowiązywały kary czy inny rodzaj sankcji – dodaje Tomasz Minkiewicz.

Oficjalne szacunki mówią o tym, że złoża gazu łupkowego w Polsce to miedzy 350 a 760 mld metrów sześciennych, czyli kilka razy więcej niż pokłady gazu konwencjonalnego.

Poczta Polska: mamy dowody, że nasza konkurencja kłamie

Poczta Polska wystąpi na drogę sądową przeciwko Polskiej Grupie Pocztowej, Integer.pl i Ogólnopolskiemu Związkowi Niepublicznych Operatorów Pocztowych. Zdaniem Poczty, instytucje te rozpowszechniają publicznie nieprawdziwe informacje o sabotowaniu przez nią pod koniec 2013 roku obsługi wymiaru sprawiedliwości. – Druga strona, zamiast skupić się na własnej jakości oferowanych usług, próbuje przerzucić odpowiedzialność na Pocztę Polską – mówi Piotr Bielarczyk, dyrektor zarządzający Pionem Prawnym Poczty Polskiej. 

Zarząd Poczty Polskiej zdecydował o skierowaniu do sądu dwóch pozwów. Pierwszy dotyczy łamania ustawy o nieuczciwym zwalczaniu konkurencji. W drugim spółka domagać się będzie przeprosin oraz zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych. Chodzi o informacje rozpowszechniane m.in. przez PGP i OZNOP, że Poczta pod koniec ubiegłego roku sabotowała obsługę sądów i prokuratur, czego dowodem miała być sprawa sądu z Pabianic.

 – Mamy pismo prezesa Sądu Rejonowego w Pabianicach, z którego wynika, że informacje podane przez przedstawicieli operatorów alternatywnych były kłamstwem, dlatego będziemy domagali się ich sprostowania – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bielarczyk, dyrektor zarządzający Pionem Prawnym Poczty Polskiej.

Władze Poczty tłumaczą, że są zmuszone do ochrony dobrego imienia i wizerunku firmy, która zatrudnia kilkadziesiąt tysięcy pracowników.

Rozpowszechnianie nieprawdziwych i oszczerczych informacji ma, zdaniem Poczty, odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów konkurencji.

 – O tym, jak funkcjonuje obsługa usług pocztowych dla jednostek Ministerstwa Sprawiedliwości i prokuratur świadczą najlepiej głosy klientów, adresatów, stanowisko Naczelnej Rady Adwokackiej czy stowarzyszenia sędziów – mówi Łukasz Gołębiowski, dyrektor zarządzający Pionem Sprzedaży Poczty Polskiej. 

1 lutego zarząd Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” przyjął uchwałę, w której zwraca uwagę na zamieszanie i liczne nieprawidłowości na wszystkich etapach doręczania przesyłek sądowych w całej Polsce, które mają miejsce po 1 stycznia 2014 roku, kiedy zmienił się operator świadczący usługi pocztowe. Zarząd stowarzyszenia, podobnie jak Naczelna Rada Adwokacka, apeluje o podjęcie działań, które umożliwią sprawne funkcjonowanie kancelarii adwokackich, radcowskich i sądów.

Poczta Polska czeka teraz na orzeczenie Sądu Okręgowego w Krakowie, który zajmuje się złożoną przez nią skargą na wyrok Krajowej Izby Odwoławczej. Wyrok zgodnie z harmonogramem prac sądu powinien zapaść w ciągu kilku najbliższych dni, ale raczej nie ma na to szans. Rozstrzygnięcia można się spodziewać najwcześniej za cztery miesiące.

 – Niestety druga strona wniosła o wyłączenie wszystkich sędziów sądu okręgowego i apelacyjnego, i tym samym przedłuża postępowanie – tłumaczy Piotr Bielarczyk.

Kontrakt na obsługę wymiaru sprawiedliwości wart jest 250 mln zł rocznie, co nie stanowiłoby kluczowej pozycji w przychodach Poczty Polskiej, które sięgają 6 mld zł.

 – Walczymy o każdą złotówkę, jesteśmy przedsiębiorstwem biznesowym, które nie ma dotacji ze Skarbu Państwa. My, kadra zarządzająca, dyrektorzy i każdy pracownik jesteśmy rozliczani z wyniku finansowego, więc walczymy o ten wynik – zapewnia Gołębiowski.

Od trzech lat firma jest restrukturyzowana. Pojawiają się kolejne pomysły na skuteczną rywalizację z konkurencją.

 – Flagowymi projektami będą nowe oferty w zakresie obsługi e-commerce’u, firm logistycznych – mówi Łukasz Gołębiowski. – Mamy bardzo dobry system logistyczny, potrafimy dotrzeć do prawie każdego miejsca w kraju, dlatego jesteśmy naturalnym podmiotem pierwszego wyboru dla podmiotów, które chcą korzystać z usług kurierskich, logistycznych i czy e-commerce’owych.

Banki przyglądają się nowym metodom oceny ryzyka kredytowego. Poprawiłyby one dostęp do kredytów dla firm

CEO Magazyn Polska

Nowe zasady oceny ryzyka w bankach mogłyby doprowadzić do zwiększenia akcji kredytowej, szczególnie dla małych i średnich firm – tego zdania jest 60 proc. przedstawicieli największych banków w Polsce, ankietowanych przez Sollers Consulting. Choć dostosowanie się do nowych regulacji bywa dla banku kosztowne i pracochłonne, to w dłuższej perspektywie może być korzystne zarówno dla finansów instytucji, jak i dla całej gospodarki.

Przepisy nowej dyrektywy CRD IV i rozporządzenia CRR podkreślają znaczenie wyboru metod szacowania wymogów kapitałowych wynikających z ryzyka kredytowego ponoszonego przez bank. 

 – Metoda standardowa szacowania ryzyka kredytowego jest dość uproszczona. Polega na przemnożeniu poszczególnych ekspozycji kredytowych przez wagę ryzyka narzuconą przez nadzorcę. Drugą metodą jest metoda wewnętrznych ratingów, w której banki mogą w znacznie większym stopniu odzwierciedlić profil ryzyka poszczególnych klientów – wyjaśnia Jakub Wróblewski, starszy konsultant Sollers Consulting. – Nadając klientom wewnętrzne oceny wiarygodności kredytowej (ratingi), oparte zarówno na dotychczasowych relacjach, jak i informacjach pozyskanych z rynku, banki mogą trafniej ocenić ryzyko związane z każdym ze swoich klientów.

Gdy banki stosują metody wewnętrznych ratingów, muszą oceniać prawdopodobieństwo niewypłacalności poszczególnych firm precyzyjnie; w praktyce umożliwi to m.in. łatwiejsze powiązanie ryzyka i wymogów kapitałowych z ceną kredytu i doprowadzenie do sytuacji, w której lepsze firmy płacą mniej za kredyty i mają lepsze szanse na rozwój.

 – Większość banków pozytywnie ocenia ewentualny wpływ wdrożenia metod kalkulacji wymogów kapitałowych opartych o ratingi klientów. Można podać przykład z polskiego rynku, gdzie jeden z banków dostał zgodę od Komisji Nadzoru Finansowego na warunkowe stosowanie zaawansowanej metody wewnętrznych ratingów. Dzięki wdrożeniu tej metody w segmencie klientów detalicznych, którym zostały udzielone kredyty hipoteczne oraz odnawialne limity, bank oszacował spadek skonsolidowanych wymogów kapitałowych o blisko połowę, obniżając je z 3,2 do 1,7 mld złotych – mówi Jakub Wróblewski.

W takiej sytuacji bank uzyskuje znaczącą poprawę współczynnika wypłacalności. Uwolniony kapitał (ponad minimalną wysokość wymaganą przez nadzorcę rynku) mógłby przeznaczyć na zwiększenie akcji kredytowej – w powyższym przypadku możliwe byłoby blisko dwukrotne zwiększenie wartości udzielonych kredytów.

Badania przeprowadzone przez Sollers Consulting podczas konferencji „Wpływ CRD IV/ CRR na procesy walidacji metod IRB oraz na Stres Testy” pokazały, że większość przedstawicieli 25 największych banków w Polsce uważa, iż przejście do metody zaawansowanej mogłoby korzystnie wpłynąć na dostępność kredytów. 

 – 60 proc. uczestniczących w konferencji osób uważa, że wdrożenie przez banki metod wewnętrznych ratingów znacząco zwiększyłoby dostępność kredytów dla Polaków – mówi Michał Trochimczuk, partner zarządzający Sollers Consulting.

Dotyczy to zwłaszcza pożyczek dla przedsiębiorstw, co w kontekście wzrostu potencjału rozwojowego gospodarki jest nie do przecenienia. 

 – Małe i średnie przedsiębiorstwa odpowiadają za 50 proc. polskiego PKB, a jeśli spojrzeć na zatrudnienie, ich udział jest jeszcze większy – mowa tu blisko o 2/3 całego rynku – ocenia Wróblewski. 

Mniejsze przedsiębiorstwa, w przeciwieństwie do wielkich korporacji, nie mają alternatywnego sposobu pozyskania kapitału. Mogą liczyć przede wszystkim na kredyty bankowe. Proces inwestycyjny w małych i średnich przedsiębiorstwach przebiega bardzo dynamicznie, a banki często nie nadążają z wydaniem decyzji kredytowej. Gdyby jednak banki posiadały aktualne ratingi dla poszczególnych klientów, proces wydawania decyzji mógłby być znacznie szybszy.

 – Polski sektor bankowy charakteryzuje się relatywnie wysokim współczynnikiem wypłacalności. W przypadku silnego ożywienia gospodarczego i potrzebie finansowania rosnących inwestycji kredytami samo zatrzymanie zysków przez banki nie pozwoliłoby na utrzymanie tego poziomu. Z tego powodu mamy nadzieję, że w najbliższym czasie coraz większa grupa banków zdecyduje się na podjęcie tego wysiłku i próbę wdrożenia, przynajmniej w wybranych segmentach, metod zaawansowanych – podkreśla Wróblewski. 

Część ekspertów uważa jednak, że w przypadku niewielkiej grupy banków próba przejścia z metody standardowej do zaawansowanej może mieć negatywny wpływ na wymogi kapitałowe – ze względu na złą jakość obecnego portfela, dokładna ocena klientów przyniosłaby skutek odwrotny do zamierzonego.

Kolejnym aspektem są wysokie koszty dostosowania się do nowych regulacji, w tym CRD IV i CRR przez banki. Według najnowszych badań w Niemczech co roku instytucje finansowe wydają na ten cel 1,5 mld euro.

Sephora wystartowała ze sprzedażą w internecie. Rośnie popyt na luksusowe kosmetyki

CEO Magazyn Polska

Ruszył sklep internetowy Sephory w Polsce. Sieć drogerii nie rezygnuje jednak z otwierania nowych placówek stacjonarnych. Jak zapewniają jej przedstawiciele nowe sklepy nadal będą powstawać w najlepszych lokalizacjach i centrach handlowych. Sieć planuje też dalsze zmiany wyglądu już istniejących sklepów.

Sephora rozbudowuje sieć sprzedaży i urozmaica jej kanały. Kilka dni temu ruszył sklep internetowy w Polsce. Sieć drogerii chce skorzystać z ożywienia na rynku kosmetyków, które pojawiło się w drugiej połowie ubiegłego roku, a wraz z nim pojawił się moda na kupowanie droższych, bardziej luksusowych preparatów. Od kilku miesięcy widać poprawiające się nastroje konsumentów.

 – Jesteśmy zadowoleni z zeszłorocznych wyników. Wykorzystaliśmy szansę, która pojawiła się dzięki ożywieniu na rynku dóbr luksusowych. Druga połowa zeszłego roku była lepsza, widzimy trend wzrostowy, a to zapewne będzie miało przełożenie na sprzedaż – mówi  agencji informacyjnej Newseria Artur Garnczarek, dyrektor sprzedaży w firmie Sephora Polska.

Podkreśla, że w ubiegłym roku nie było wyróżniających się pod względem wzrostu segmentów na rynku, natomiast w segmencie produktów kosmetycznych selektywnych (czyli kosmetyków kolorowych i perfum) oferowanych przez Sephorę coraz mocniej rozwija się kategoria makijażu.

 – Mamy szeroką gamę produktów. Klientki coraz chętniej kupują kosmetyki kolorowe – zauważa Garnczarek.

Sephora zapowiada nowości w tym roku, ale na razie plany są objęte tajemnicą.

 – Producenci zapowiadają wiele nowości, rozmawiamy o interesujących produktach, sami też będziemy wprowadzali nowe kategorie w rozwijających się obszarach biznesu – informuje dyrektor.

Spółka zamierza otwierać nowe drogerie i inwestować w remodeling już istniejących lokalizacji zgodnie z nowym konceptem.

Kosmetyczna firma jest obecna na ponad 30 rynkach w różnych krajach, co pozwala zbierać doświadczenia z różnych stron. Sephora stawia na klienta skłonnego do kupowania produktów z nieco wyższej półki, co oznacza m.in. wybór bardziej prestiżowych lokalizacji.

 – Ważny jest też dobór asortymentu. Sephora z racji obecności na tak wielu rynkach ma dostęp do nowinek, zarówno w kategorii kosmetyków kolorowych, pielęgnacyjnych, jak i do najnowszych zapachów lansowanych w różnych krajach. To nam naprawdę bardzo pomaga – przekonuje Garnczarek.

Ważnym elementem działalności jest system badań, monitoringu i gromadzenia informacji na temat jakości usług w perfumeriach.

 – Badamy dokładnie wszystkie reklamacje. Staramy się odpowiedzieć w ciągu jednego dnia, czasem nawet w ciągu kilku godzin, tak, by klient miał poczucie, że reakcja jest bardzo szybka. Mamy również system, w którym badamy rzeczywiste odczucia klientów, którzy przychodzą na zakupy do perfumerii – mówi Artur Garnczarek i podkreśla, że podnoszenie jakości obsługi klienta poprawia wyniki sprzedażowe.

Rynek kosmetyków w Polsce w 2012 roku był według danych PMR wart 19 mld złotych.

Dziś strajk pracowników TVP. Protestują przeciw zatrudnieniu ich przez firmę zewnętrzną

CEO Magazyn Polska

Dziś o 12:00 przed warszawskimi siedzibami TVP na Woronicza i przy placu Powstańców Warszawskich oraz w oddziałach terenowych mają odbyć się wiece. Strajkujący pracownicy Telewizji Publicznej domagają się, żeby spółka zrezygnowała z planów przekazania ich prywatnej firmie zewnętrznej. Prezes TVP Juliusz Braun twierdzi, że strajk jest nielegalny. Według nich taki zarzut to próba zastraszania pracowników. 

 Pracownicy odejdą od swoich stanowisk pracy na godzinę pomiędzy 12:00 a 13:00 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Barbara Markowska-Wójcik, przewodnicząca Zarządu Organizacji Zakładowej w TVP Związku Zawodowego Pracowników Twórczych i Technicznych Mediów Polskich WIZJA.

Zdaniem zarządu TVP strajk jest nielegalny, ale Markowska-Wójcik odpiera ten zarzut.

 – Wszystkie posiadane przez nas opinie prawne, które są wysyłane do pracowników i zarządu, wskazują, że strajk jest legalny, gdyż jest konsekwencją sporu zbiorowego, który został wszczęty już w 2009 roku – zauważa Markowska-Wójcik. – Gdyby strajk był nielegalny, to znaczyłoby, że nielegalny jest cały spór zbiorowy.

Pracownicy telewizji będą ubrani w koszulki „Strajk TVP”. Będą mieć także czarne koszulki z białym napisem „Jestem tu niepotrzebny. Dziennikarz TVP”. Nie wiadomo, czy w takich strojach będą też pracownicy na wizji ani czy emisja będzie w ogóle trwać przez tę godzinę, co wyklucza Braun.

 – Nikogo nie zmuszamy do strajku. To jest decyzja każdego z pracowników – mówi Markowska-Wójcik. – Zdajemy sobie sprawę z tego, że nawet jeśli pracownicy emisji zdecydują się opuścić stanowiska, to mogą zostać zastąpieni współpracownikami.

Związkowcy protestują przeciwko przeniesieniu do firmy zewnętrznej niemal 550 pracowników – montażystów, grafików, charakteryzatorów i niektórych dziennikarzy. Firma ta ma zostać wyłoniona w wyniku przetargu.

Pierwsza próba zakończyła się 8 listopada 2013 r., gdy minął termin rozstrzygnięcia przetargu, a jedyna pozostała w procedurze spółka Gi Group Sp. z o.o. zrezygnowała ze złożenia oferty. W trwającej obecnie drugiej procedurze uczestniczą firmy Gi Group, Wadwicz, Personnel Service oraz Leasing Team. Jeśli outsourcing dojdzie do skutku, przeniesieni pracownicy będą mieli dwuletnią gwarancję zatrudnienia i zachowania podstawowej pensji. W TVP pozostanie ok. 220 dziennikarzy.

 – Walczymy nie tylko o obronę etatów, lecz także godności pracowników Telewizji Polskiej, jak również o to, żeby jak najmniej firm zewnętrznych realizowało produkcję, a żeby robili to pracownicy – mówi Barbara Markowska-Wójcik.

Związkowcy liczą, że prezes TVP Juliusz Braun spotka się z nimi.

 – Jesteśmy zszokowani tym, w jaki sposób prezes Braun lekceważy swoich pracowników. Niech przyjdzie na wiec, niech ma odwagę odpowiedzieć, dlaczego chce ich się pozbyć. Mam nadzieję, że mimo wszystko zechce on z nami rozmawiać – mówi przewodnicząca WIZJI. – Wychodzi na to, że zarząd chce wyrzucić wszystkich twórców na zewnątrz i w ten sposób ograniczyć koszty. Następnie liczy na zyski z powodu ustawy audiowizualnej, czyli kolejnego podatku od każdego mieszkania. W efekcie pieniądze mają popłynąć szerokim strumieniem do telewizji i zostać rozdane zaprzyjaźnionym firmom. Związek się temu zdecydowanie sprzeciwia – podkreśla.

Firmy będą inwestować w moce produkcyjne, ale nie w badania i rozwój

CEO Magazyn Polska

Przyspieszenie gospodarki w 2014 roku będzie zachęcać firmy do inwestowania, ale głównie w zwiększenie lub pełniejsze wykorzystanie mocy produkcyjnych. Dyrektorzy finansowi polskich firm nie przewidują w najbliższym roku zwiększenia wydatków na badania i rozwój – wynika z badania przeprowadzonego przez Deloitte.

 – Większość dyrektorów finansowych uważa, że te nakłady nie wzrosną, tylko zostaną utrzymane na podobnym poziomie na jakim są, co być może oznacza, że akceptują oni istniejącą sytuację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Lato, dyrektor finansowy Polskiej Grupy Materiałów Budowlanych (PGMB).

W dłuższej perspektywie nie wróży to dobrze gospodarce, zwłaszcza że na ten cel Polska przeznacza znacznie mniejszą część PKB niż większość krajów na świecie.

Nakłady na badania i rozwój to w polskiej gospodarce około 0,8 proc. PKB, co plasuje nas dużo poniżej średniej unijnej, która wynosi 2,2 proc. PKB – argumentuje Lato. – Wydaje się, że to jest obszar, w którym powinniśmy podjąć pracę i zwiększyć nakłady, żeby w przyszłości mogli być bardziej konkurencyjni, również dla firm z Unii Europejskiej.

Lepsze nastroje w gospodarce i idące za tym zwiększenie zamówień, przełożą się za to na inwestycje w większe moce produkcyjne. Zdaniem Grzegorza Laty to konsekwencja wdrożonej wcześniej przez przedsiębiorstwa polityki cięcia kosztów. Choć w tym roku nowych inwestycji będzie więcej, to ich dynamika nie będzie wysoka. 

 – Wzrost gospodarczy, który będzie stymulowany przez spożycie wewnętrzne i rosnący eksport, będzie powodował rozważanie inwestowania w zwiększenie mocy produkcyjnych – przewiduje Grzegorz Lato. – Widać tutaj apetyt na zwiększanie inwestycji, aczkolwiek myślę, że jest to na razie bardziej na etapie analiz i rozważań niż podejmowania decyzji.

Część firm, które nie zamierzają inwestować w nowe moce, będzie uruchamiać te niewykorzystywane w czasach spowolnienia gospodarczego.

 – W niektórych sektorach te moce produkcyjne zostały znacząco zwiększone w przeszłości i teraz jest nadzieja na ich pełne wykorzystanie – tłumaczy Grzegorz Lato.

Ruszają najdroższe igrzyska olimpijskie w historii. Zarobi przede wszystkim MKOl

Rozpoczynające się dziś igrzyska olimpijskie w Soczi będą najdroższe w historii. Ich koszty są kilkunastokrotnie wyższe od wcześniejszych igrzysk w Vancouver i Turynie. Przyczyniły się do tego głównie wysokie koszty budowy infrastruktury olimpijskiej, które przekroczyły znacznie ceny rynkowe. Eksperci podkreślają, że trudno policzyć zyski i dokładne koszty organizacji igrzysk, ale finansowym zwycięzcą jest niewątpliwie Międzynarodowy Komitet Olimpijski.

 – MKOl generuje przychody w pewnym sensie bezkosztowe. Oni sprzedają prawa olimpijskie, generują przychody, które później oczywiście redystrybuują do krajowych komitetów olimpijskich, ale jak przy mundialu FIFA, tak przy olimpiadach finansowym królem polowania jest Międzynarodowy Komitet Olimpijski – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Managament Polska.

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi mogą kosztować nawet ponad 50 mld dolarów. Kita podkreśla jednak, że trudno policzyć wszystkie koszty, bo poza budową obiektów związanych ściśle z rozgrywkami, takimi jak hale sportowe, stoki czy hotele, modernizowane są też drogi, lotniska i połączenia kolejowe. Rekordowe do tej pory igrzyska w Pekinie kosztowały 40 mld dolarów, ale Kita podkreśla, że letnie olimpiady są zwykle znacznie droższe, gdyż odbywa się tam więcej konkurencji, a areny często są bardziej rozproszone geograficznie.

Zdaniem Kity, inwestycje w Soczi często są nielogicznie drogie. To dziwi szczególnie w przypadku aren naturalnych, jak skocznie i stoki narciarskie, gdzie koszty budowy infrastruktury nie powinny być aż tak wysokie.

 – Kilkunastokilometrowa droga, która łączy pewne odcinki w Soczi, kosztowała blisko 8 mld dolarów. Wiele organizacji podkreśla, że to więcej niż wybudowanie drogi pokrytej cienką warstwą złota czy kawiorem. To są sumy, które całkowicie zaskakują. W przypadku budowy obiektów olimpijskich są też znaczące przewartościowania, bo sam główny stadion olimpijski miał kosztować w granicach około 50 mln dolarów, ostateczna suma zamknie się na poziomie 600-700 mln dolarów – podkreśla Kita.

Mimo to zimowa olimpiada jest dla Rosji szansą na pokazanie się i poprawę wizerunku na świecie. To właśnie z budżetu centralnego pochodzą środki na organizację imprezy sportowej. Podobnie jak piłkarskie mistrzostwa świata i Europy, igrzyska olimpijskie, zarówno letnie, jak i zimowe, mają wielomilionową, a nawet wielomiliardową widownię na całym świecie.

 – W mojej ocenie nie ma nic lepszego, mądrzejszego i skuteczniejszego, jeżeli chcemy pokazać siebie jako nowoczesny kraj czy jako ciekawe aspirujące miasto niż pozyskanie wielkiej imprezy światowej – przekonuje Kita.

Jednak z punktu widzenia finansowego organizacja igrzysk olimpijskich jest znacznie mniej opłacalna. Kita podkreśla, że o zarobieniu na samej imprezie nie ma mowy. Organizatorzy mogą w najlepszym wypadku liczyć na jak najmniejsze straty. Z drugiej strony wszystkie przychody trudno jednak zsumować, bo wybudowana z powodu igrzysk infrastruktura oraz obiekty sportowe służą także przez wiele lat po tym sportowym wydarzeniu.

Metodą na zmniejszenie kosztów utrzymania obiektów sportowych jest ich przenoszenie lub zmniejszanie pojemności stadionów po zakończeniu igrzysk. Po raz pierwszy takie rozwiązanie zastosowano po piłkarskich mistrzostwach Europy w Austrii i Szwajcarii w 2008 r., kiedy wyciągnięto wnioski z wyjątkowo kosztownego Euro w Portugalii.

 – Również Soczi zdecydowało się na to, żeby przynajmniej dwie, a być może trzy mniejsze hale, obiekty sportowe przenieść w inny region kraju. To jest ciekawostka, która świadczy o tym, że może nie będzie źle. Natomiast będą to z całą pewnością najdroższe igrzyska w historii i igrzyska, którym się bardzo mocno patrzy na ręce – podsumowuje Kita.

Następne zimowe igrzyska olimpijskie odbędą się w 2018 r. w południowokoreańskim Pyeongchang. O rolę gospodarza imprezy w 2022 r. ubiega się m.in. Kraków, który chciałby zorganizować igrzyska wespół ze Słowacją.

Akcje pracownicze ENEA S.A. 11 lutego trafią na GPW

Już we wtorek do obrotu giełdowego zostanie wprowadzonych 2.000.033 akcji ENEA S.A. Są to akcje, które nieodpłatnie nabyli od Skarbu Państwa uprawnieni obecni lub byli pracownicy oraz ich spadkobiercy.

Zimowy urlop: o czym warto pamiętać?

Egipt, Austria a może Zakopane? Samolotem, pociągiem czy z biurem podróży? Tym, którzy planują zimowy wypoczynek UOKiK, ULC i UTK razem przypominają o prawach konsumentów i o tym jak ich dochodzić

Na Lubelszczyźnie, Podkarpaciu i Śląsku ferie zimowe już się zakończyły. Jednak w pozostałych województwach dwutygodniowa przerwa właśnie się rozpoczęła lub będzie mieć początek 17 lutego. Wiele osób planuje w tym czasie urlop. Wybierając rodzaj wypoczynku a także rodzaj transportu warto pamiętać o prawach przysługujących nam jako konsumentom. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów razem z Urzędem Lotnictwa Cywilnego oraz Urzędem Transportu Kolejowego wspólnie przypominają o prawach konsumentów:

Biuro podróży

W przypadku opóźnienia rozpoczęcia lub wcześniejszego zakończenia wycieczki klient touroperatora ma prawo złożyć reklamację i żądać obniżenia ceny. Reklamacji podlega każdy element wchodzący w skład pakietu usług świadczonych przez przedsiębiorcę turystycznego (np. hotel, transport, wyciąg narciarski) . Zatem rekompensata należy się także m.in. za wszelkie niedogodności w trakcie podróży (np. brak, posiłków czy ogrzewania w autobusie). Dochodzenie praw ułatwia tabela frankfurcka, która pozwala oszacować wysokość roszczeń.

Reklamację składamy zawsze do biura podróży w terminie 30 dni od zakończenia wycieczki. Jeżeli przedsiębiorca nie ustosunkuje się do reklamacji w ciągu 30 dni od jej złożenia (lub 30 dni od zakończenia imprezy turystycznej gdy reklamacja została złożona w trakcie jej trwania), przyjmuje się, że została uznana za zasadną.

Urlop na własną rękę

jeżeli konsument samodzielnie rezerwuje nocleg w obiekcie hotelarskim i nie jest zadowolony z usługi, może dochodzić swoich praw na podstawie Kodeksu cywilnego;
nieprawidłowości należy zgłosić właścicielowi obiektu i wyznaczyć termin na naprawę usterki, wymianę wyposażenia, czy zamianę pokoju. Jeżeli przedsiębiorca nie usunie wady w wyznaczonym przez nas czasie lub nie jest to możliwe z innych przyczyn – mamy prawo żądać zmniejszenia ceny, a w ostateczności odstąpić od umowy i zażądać zwrotu zapłaconej kwoty. Odstąpienie od umowy jest możliwe, jeśli wada jest istotna.

Samolot

Decyzję należy dobrze przemyśleć ponieważ konsumentowi nie przysługuje prawo do odstąpienia od umowy zakupu biletu. O możliwości zrezygnowania z podróży decyduje przewoźnik. Termin ewentualnego zwrotu biletu oraz wysokość tzw. odstępnego – kwoty, którą zostanie potrącona za rezygnację określają regulaminy linii lotniczych. Może się też zdarzyć, że biletu nie będzie można oddać.

Zwrot pieniędzy za bilet jest możliwy wtedy, gdy lot jest opóźniony o więcej niż 5 godzin lub odwołany. Jeżeli rozpoczęcie podróży zostało przełożone na następny dzień, linia lotnicza musi zapewnić pasażerowi opiekę: bezpłatny nocleg, posiłki, kontakt telefoniczny. Gdy tego nie robi, można złożyć reklamację.

Po wyczerpaniu procedury reklamacyjnej u przewoźnika konsument może wnieść skargę do Prezesa Urzędu Lotnictwa Cywilnego. W przypadku zastrzeżeń do usług przewoźników zagranicznych można skorzystać z bezpłatnej pomocy Europejskiego Centrum Konsumenckiego. Praktyczne informacje znajdują się też w specjalnym poradniku przygotowanym przez UOKiK. Więcej na temat ochrony praw klientów linii lotniczych na stronie Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Pociąg

Konsument przed rozpoczęciem podróży ma prawo do odstąpienia od umowy przewozu (tj. może zrezygnować z przejazdu i dokonać zwrotu biletu), jednak należy pamiętać, że nie dotyczy to promocyjnych ofert międzynarodowych. Można także zmienić termin wyjazdu, miejscowość docelową oraz klasę wagonu. Zwrotu biletu lub zmiany umowy przewozu można dokonać w kasie biletowej, u konduktora lub kierownika pociągu lub przez internetowy system sprzedaży biletów (w przypadku biletów internetowych). Zanim kupimy bilet, warto zapytać o warunki jego zwrotu, ponieważ przewoźnik kolejowy ma prawo żądać odstępnego;

pasażer ma prawo złożyć reklamację w przypadku opóźnienia dowolnego pociągu. Ponadto, jeżeli z powodu opóźnienia lub odwołania pociągu konsument poniesie dodatkowe koszty (np. utracone bilety na samolot, przejazd taksówką, utrata skomunikowania i konieczność zakupu nowego biletu, odwołanie rezerwacji hotelu), może domagać się od przewoźnika odszkodowania. Warto wtedy zadbać o udokumentowanie dodatkowo poniesionych kosztów oraz dołączenie dokumentacji do reklamacji (np. faktury, rachunki, anulowanie rezerwacji, oryginały biletów).

Reklamacje, skargi i wnioski dotyczące niewłaściwego wykonania umowy przewozu oraz jakości usług powinny być kierowane w pierwszej kolejności do przewoźnika, z którego usług podróżny skorzystał ­­- dane przewoźnika wskazane są np. na bilecie. Reklamacje z tytułu roszczeń dotyczących zwrotu należności za całkowicie lub częściowo niewykorzystane bilety oraz nie wykonania lub nienależytego wykonania umowy przewozu – można składać nie później niż przed upływem jednego roku od daty zdarzenia.

praktyczne informacje dla osób podróżujących koleją, w tym porady na wypadek odwołania lub opóźnienia pociągu znajdziemy w specjalnym serwisie internetowym Urzędu Transportu Kolejowego. Porady dla konsumentów korzystających z transportu kolejowego udzielane są pod numerem infolinii pasażerskiej UTK: 801 044 080 i 22 460 40 80. Natomiast uwagi, zapytania i skargi można kierować na adres e-mail: [email protected] Więcej na temat ochrony praw klientów przewoźników kolejowych w komunikacie na stronie Urzędu Transportu Kolejowego.

Tomasz Kabarowski prezesem zarządu Neo24.pl

Funkcję nowego Prezesa Zarządu objął Tomasz Kabarowski, wcześniej związany z firmą jako dyrektor e-commerce i marketingu.

Tomasz Kabarowski posiada wszechstronne doświadczenie z zakresu realizacji projektów internetowych i IT. Przed rozpoczęciem pracy w NEO24.PL, przez 6 lat współpracował ze Spółką Money.pl, w której pełnił rolę CIO i był odpowiedzialny m.in. za tworzenie i realizację strategii IT całej Grupy Money.pl.

Doświadczenie zawodowe zdobywał również m.in. w takich firmach, jak BusinessClick.com, Levi, Ray & Shoup, Inc., Polskie Sieci Elektroenergetyczne SA czy Arthur Andersen Sp. z o.o. Tomasz jest absolwentem Politechniki Wrocławskiej na specjalności Inżynieria Oprogramowania / Sztuczna Inteligencja. Swoje wykształcenie uzupełnił na studiach Executive MBA oraz na podyplomowych studiach ICAN Management w ICAN Institute – program Harvard Business School.

Tobias Solorz nowym Prezesem Zarządu Polkomtelu

Rada Nadzorcza Polkomtelu, operatora sieci Plus, podjęła uchwałę, zgodnie z którą nowym Prezesem Zarządu Spółki został wybrany Tobias Solorz. Zygmunt Solorz-Żak oraz Wojciech Pytel zakończyli pełnienie swoich funkcji w Zarządzie Spółki i zostali wybrani przez Nadzwyczajne Zgromadzenie Wspólników do Rady Nadzorczej.

Decyzje te rozpoczynają nowy rozdział w rozwoju Polkomtelu i stanowią istotny krok w kierunku integracji z Cyfrowym Polsatem i budowy wartości obydwu połączonych Spółek. Są również kolejnym etapem, który ułatwi osiągnięcie celu, jakim jest uzyskanie jak największych korzyści oraz synergii wynikających z coraz bliższej współpracy obydwu firm.

Zygmunt Solorz-Żak:

„Kiedy obejmowałem funkcję Prezesa Zarządu postawiłem sobie pewne cele i dzisiaj mogę powiedzieć, że udało się je z sukcesem zrealizować. Przeprowadziliśmy firmę – wspólnie z całym Zarządem – przez najtrudniejszy etap restrukturyzacji po zakupie spółki w 2011 roku i stworzyliśmy fundamenty dla jej przyszłego rozwoju. Przygotowaliśmy również Spółkę do wejścia do Grupy Cyfrowego Polsatu. Mogę ze spokojem przekazać zarządzanie firmą nowemu Prezesowi. Oczywiście cieszę się i jestem szczęśliwy, że mój syn obejmuje tę funkcję. Podczas naszej wspólnej pracy w Zarządzie, Tobias wiele się nauczył i zdobył niezbędne doświadczenie, które niewątpliwie będzie teraz procentowało. Stał się wysokiej klasy menedżerem i jestem przekonany, że świetnie sobie poradzi i poprowadzi firmę ku kolejnym sukcesom. Zarówno jego, jak i cały Zarząd będę teraz wspierał pełniąc funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej Spółki. Zacieśnienie współpracy Polkomtelu i Cyfrowego Polsatu oznacza również, że chciałbym aby Dominik Libicki, po zakończeniu transakcji dołączył do Zarządu Polkomtelu i będę go wówczas rekomendował na stanowisko Wiceprezesa Zarządu.”

Wojciech Pytel:

„Czas spędzony w Zarządzie Polkomtelu to z jednej strony bardzo intensywny i wymagający, ale jednocześnie fascynujący i inspirujący etap w mojej karierze zawodowej. Umówiliśmy się z Zygmuntem Solorzem-Żakiem na wspólne prowadzenie spółki w tym najtrudniejszym okresie, a teraz nadszedł moment, w którym możemy powiedzieć, że mamy go już za sobą. Strategia Polkomtelu od początku zbudowana była na czterech filarach, z których jednym były synergie w grupie i teraz nadszedł czas na ich realizację. Ten czas wymaga silnego powiązania przede wszystkim z Cyfrowym Polsatem.”

Tobias Solorz:

„Jestem dumny, że otrzymałem szansę kierowania tak wspaniałą firmą. Dziękuję Radzie Nadzorczej za okazane mi zaufanie i mogę obiecać, że zrobię wszystko, aby Spółka osiągała jak najlepsze wyniki, a miliony naszych klientów było jak najbardziej usatysfakcjonowanych z naszych produktów i usług. Przede mną i całym Zarządem stoi wiele wyzwań, w tym integracja z Cyfrowym Polsatem. Jestem przekonany, że Polkomtel i Cyfrowy Polsat wspólnie osiągną sukces, tworząc lidera na rynku medialno-telekomunikacyjnym w Polsce i zyskując zaufanie klientów poprzez oferowanie im unikalnego portfolio usług.”

W skład Rady Nadzorczej wchodzą obecnie: Zygmunt Solorz-Żak jako Przewodniczący, Heronim Ruta jako Wiceprzewodniczący oraz Członkowie: Józef Birka, Aleksander Myszka oraz Wojciech Pytel.

Już 44% Polaków posiada smartfony

Już 44% Polaków posiada smartfona. Tak wynika z najnowszego badania TNS Polska, którego wyniki zostały udostępnione w raporcie jestem.mobi “Marketing mobilny w Polsce 2013/2014”. Tym samym Polska osiągnęła już poziom średniej dla Europy z 2013 roku pod względem penetracji smartfonów.

Od dwóch lat wskaźnik ten wzrasta dla Polski mniej więcej o jedną trzecią: na początku 2012 roku mieliśmy 25% użytkowników smartfonów, w styczniu 2013 już 33%. Jeśli przyjąć, że tempo przyrostu będzie takie samo, to na początku 2015 powinniśmy osiągnąć poziom prawie 60%.

”Nie ma powodów zakładać, że popularność smartfonów wśród Polaków w ciągu najbliższych dwóch lat będzie rosła wolniej niż w latach poprzednich, biorąc choćby pod uwagę aktywność operatorów GSM oraz poprawiające się nastroje konsumenckie i koniunkturę w gospodarce” – komentuje Andrzej Olękiewicz, Strategic Account Director z TNS Polska.

Popularność smartfonów jest silnie zróżnicowana w zależności od wieku. Wśród najmłodszych badanych (15-19 lat) aż trzy czwarte (74%) używa smartfona. Wraz z wiekiem udział ten maleje do mniej więcej połowy w grupie 40-latków (52% w grupie 40-49 lat). Powyżej 50 lat następuje silniejszy spadek, ale nawet w grupie „60 lat i więcej” prawie co dziesiąty (9%) korzysta ze smartfona.

Bardzo ważne jest również to, że rośnie świadomość polskich konsumentów na temat telefonów nowej generacji. Teraz praktycznie każdy użytkownik smartfona odróżnia go od „zwykłej” komórki – już tylko 7% Polaków ma z tym problem. Jeszcze rok temu 42% ich posiadaczy nie była tego świadoma, a dwa lata temu aż 64%.

Na podstawie danych przedstawionych w raporcie “Marketing mobilny w Polsce 2013/2014” została przygotowana infografika pokazująca, jak w Polsce zmienił się sposób korzystania ze smartfonów w roku 2013 w porównaniu do roku 2012. Raport można pobrać ze strony: http://jestem.mobi/2014/02/nowy-raport-marketing-mobilny-w-polsce-2013-2014/

W 2013 roku 46% posiadaczy smartfonów korzystało z aplikacji mobilnych. To o 31% więcej niż w roku poprzednim. Z drugiej jednak strony więcej osób deklaruje całkowity brak zainteresowania aplikacjami. W roku 2012 z aplikacji nie korzystał co czwarty użytkownik smartfona, w roku 2013 już co trzeci.

Więcej osób surfuje po internecie z poziomu smartfonów. Z przeglądarek internetowych w smartfonach korzysta obecnie 64% Polaków – to aż̇ o 23 punkty procentowe więcej niż̇ przed rokiem. Zmniejszyła się̨ również̇ liczba tych, którzy deklarowali chęć́ surfowania w internecie w smartfonie i przekuli ją w działanie.

Wyraźnie spadło zainteresowanie QR kodami. W 2012 roku 7% Polaków deklarowało skanowanie QR kodów i aż̇ 33% deklarowało chęć́ skorzystania z tej możliwości w przyszłości. W 2013 roku kody QR nadal były wykorzystywane przez małą grupę̨ osób (6% Polaków) i nawet przez tą grupę̨ skanowane są̨ bardzo rzadko. Aż 43% osób mniej jest zainteresowanych skanowaniem QR kodów w przyszłości.

W roku 2013 zdecydowanie zwiększyła się popularność komunikatorów mobilnych, takich jak np. Facebook Messenger, GG, Viber, WhatsApp. Korzysta z nich już 37% Polaków, posiadających smartfony, podczas gdy przed rokiem było ich 20% Również częstotliwość korzystania jest zauważalnie wyższa w porównaniu do roku 2012. Jednak cały czas bardzo duża grupa osób (43%) deklaruje brak zainteresowania tego typu darmową aplikacją w smartfonie. SMS-y wciąż pozostają o wiele bardziej popularne. Ta funkcja telefonów, podobnie jak możliwość robienia zdjęć, jest mocno ukonstytuowana i w porównaniu do lat ubiegłych, niewiele się zmienia w częstotliwości jej użytkowania.

Poczta Polska pozwie Inpost i PGP

PGP SA, Integer SA i Ogólnopolski Związek Niepublicznych Operatorów Pocztowych oskarżyli publicznie Pocztę Polską o sabotowanie w listopadzie i grudniu 2013 roku obsługi sądów i prokuratur. Dowodem pomówienia miała być sprawa obsługi sądu rejonowego w Pabianicach. Rzecz w tym, że Poczta Polska nie obsługiwała tego sądu w zakresie, który nieuczciwie zarzucała jej konkurencja. Sprawa trafi do sądu.

Na konferencji prasowej 30 stycznia br. dziennikarze otrzymali od PGP SA, Integer SA i Ogólnopolskiego Związku Niepublicznych Operatorów Pocztowych plik 89 kserokopii potwierdzeń odbioru pism adresowanych przez I Wydział Cywilny Sądu Rejonowego w Pabianicach do Urzędu Skarbowego w tym samym mieście. Potwierdzenia te pokazywały, że dokumenty z sądu do urzędu szły miesiąc. Dla konkurentów Poczty Polskiej miał być to dowód na to, że Poczta Polska w listopadzie i grudniu 2013 roku sabotowała dostarczanie pism z sądów i prokuratur. To działanie miało przynieść efekt w postaci styczniowego zamieszania w polskim wymiarze sprawiedliwości.

Poczta Polska zweryfikowała nieuczciwe działania swojego konkurenta i rozpowszechnianie przez niego nieprawdziwych informacji. Prezes Sądu Rejonowego w Pabianicach sędzia Wioletta Kubasiewicz w przekazanym Poczcie piśmie stwierdziła, że pisma z sądu rejonowego do urzędu skarbowego, których potwierdzenia nadań PGP rozdała dziennikarzom, były w rzeczywistości dostarczane przez pracownika sądu, a nie przez Pocztę Polską.

– Pomówienia dotyczące obsługi sądu w Pabianicach obok kompletnie bezpodstawnego oskarżania listonoszy Poczty Polskiej o nakłanianie klientów do składania skarg na działalność konkurencji, pokazuje jak nieuczciwe chwyty w walce o rynek pocztowy stosuje InPost i PGP – mówi Zbigniew Baranowski, rzecznik prasowy Poczty Polskiej.

– Nowy dostarczyciel przesyłek sądowych nie radzi sobie z zadaniem, którego się podjął. Zamiast poprawić jakość swoich usług, winą za bałagan obarcza Pocztę Polską, która od 1 stycznia przesyłek sądowych już nie dostarcza. Wobec tak skrajnie nieuczciwych działań Poczta Polska nie mogła pozostać obojętna, dlatego kieruje sprawę do sądu – dodaje Baranowski.

Przypomnijmy, że prokuratura i CBA prowadzą śledztwo w sprawie podania nieprawdziwych informacji przez PGP dotyczących dysponowania placówką pocztową w każdej gminie na dzień złożenia oferty na obsługę dostarczania pism sądowych czyli na dzień 5. listopada 2013 roku.

Stanowiska w agencji interaktywnej, czyli właściwie kto czym się zajmuje

Lista stanowisk w agencji interaktywnej często budzi zainteresowanie osób, które na co dzień nie zajmują się tą dziedziną działalności. Nawet rozumienie angielskich nazw nie do końca wystarcza, by pojąć kto czym zajmuje się w rzeczywistości. Tymczasem specjalizacja kompetencji na poszczególnych stanowiskach i złożoność procesu profesjonalnej obecności w sieci sprawia, że warto wiedzieć kto właściwie kim jest.

Art/ Creative Director, po polsku Dyrektor Kreatywny lub Artystyczny, to człowiek- mózg przedsięwzięcia. Najważniejszy, odpowiedzialny za wygląd całej kampanii i jej nadzór.Pierwsza osoba, z którą zazwyczaj ma do czynienia potencjalny klient to natomiast New Business Manager. Odpowiada on za pozyskiwanie nowych klientów, poprzedzone analizą rynku i potrzeb. New Business Manager przygotowuje i prezentuje oferty dla poszczególnych klientów. To także on prowadzi spotkania na etapie negocjacji i podpisuje umowy.

Kolejna z niezbędnych w agencji interaktywnej osób to Project Manager- specjalista w zakresie zarządzania projektami. Najprościej ujmując to osoba odpowiedzialna za planowanie, organizację, integrację i kontrolę poszczególnych etapów określonego przedsięwzięcia.

PR Manager to natomiast specjalista od wizerunku marki w internecie. To także on odpowiada między innymi za kontakt z mediami, współpracę z blogerami i organizację konferencji prasowych.

Bezsprzecznie kojarzony z marketingiem w internecie- Social Media Manager to potocznie człowiek od Facebooka. W rzeczywistości zakres jego kompetencji jest znacznie szerszy, tak jak znacznie więcej serwisów zaczyna kształtować obszar social media. Osoba zatrudniona na tym stanowisku odpowiada więc nie tylko za komercyjne wykorzystanie Facebooka (Fanpage), ale przede wszystkim za całokształt komunikacji firmy przy wykorzystaniu narzędzi i serwisów social media.

Istotną rolę w marketingu internetowych odgrywa także WOOM, czyli marketing szeptany. Nim zajmuje się Specjalista ds. WOOM, inaczej Buzz Marketing Specjalist. Bierze on udział w szeroko pojętych dyskusjach w sieci. Aktywnie udziela się na forach, blogach i innych opiniodawczych serwisach.

Często przewijającym się w temacie agencji interaktywnych stanowiskiem jest również Copywriter-człowiek o lekkim piórze, kojarzony z tworzeniem artykułów, tekstów reklamowych i opisów produktów.

Absolutnie niezastąpiony w agencji interaktywnej jest również Web Designer- projektant stron www, a także Web Developer- programista oraz Specjalista SEM/SEO- odpowiedzialny za pozycjonowanie strony.

To oczywiście tylko niektóre ze stanowisk w agencji interaktywnej. Rozwój internetu wpływa mianowicie na kreację zupełnie nowych stanowisk specjalistycznych.

Internet to jeden z najbardziej perspektywicznych obszarów właśnie w zakresie marketingu. Warto więc związać zawodową przyszłość właśnie z agencją interaktywną- komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, nowy Management Board Assistant Grupa365NET – Praca w tego rodzaju organizacji ma różne oblicza. Spełnią się tu specjaliści w różnych dziedzinach. Poza tym stawia ona przed pracownikiem ogromne możliwości rozwoju i ustawicznego poszerzania zakresu umiejętności i doświadczeń. Bez wątpienia to jednak praca dla osób z pasją, nie nastawionych na działanie w standardach typowego etatu. Internetowa rzeczywistość funkcjonuje mianowicie 24 h na dobę, 7 dni w tygodniu- dodaje.

Interactive Intelligence podsumowuje rok 2013: połowa zamówień firmy w modelu chmury

Interactive Intelligence Group Inc. (Nasdaq: ININ), ogłosiła wyniki finansowe 2013 roku. Całkowite przychody firmy wyniosły 318,2 mln dolarów, co oznacza 34 proc. wzrost w stosunku do roku poprzedniego. Liczba zamówień chmurowych wzrosła o 87 proc., osiągając wysokość połowy wszystkich zamówień otrzymanych przez firmę.

„2013 był znakomitym rokiem dla Interactive Intelligence. Przyniósł nam znaczący wzrost zamówień, przychodów, dochodów oraz środków pieniężnych. Liczba zamówień zwiększyła się aż o 30 procent, co przekroczyło nasze przewidywania z początku ubiegłego roku” – powiedział dr Donald Brown, założyciel i dyrektor generalny firmy. – „Naszym priorytetem pozostaje innowacja – zamierzamy kontynuować inwestycje w badania i rozwój oraz rozwijać infrastrukturę handlową. Obserwując rozwój sytuacji rynkowej zakładamy, że w 2014 roku ilość zamówień wzrośnie przynajmniej o 20 procent. Spodziewamy się również, że w roku 2014 kontrakty chmurowe osiągną 55 – 60 procent całkowitej liczby zamówień naszej firmy.”

Najważniejsze wyniki finansowe 2013 roku:
Przychody: Łączne przychody wyniosły 318,2 mln dolarów, co stanowi wzrost o 34 proc. w porównaniu z rokiem 2012. Przychody cykliczne wzrosły o 25 proc. do 148 mln dolarów. Obejmują one również przychody z usług chmurowych, które wzrosły o 55 proc. w ujęciu rocznym do 34.2 mln dolarów. Przychody z produktów i usług wyniosły odpowiednio 117,7 i 52,6 mln dolarów, w porównaniu do 88,6 i 30,4 mln dolarów w roku 2012.

Zamówienia: W porównaniu z rokiem 2012 łączna liczba zamówień wzrosła o 30 proc., a liczba kontraktów chmurowych wzrosła o 87 proc. Firma podpisała 192 nowe umowy o wartości przewyższającej 250 tys. dolarów, w tym 48 o wartości ponad jednego miliona dolarów. Kontrakty chmurowe osiągnęły poziom 50 proc. wszystkich zamówień, co stanowi wzrost o 35 proc. w porównaniu z rokiem 2012.

Zysk operacyjny: Zysk operacyjny według zasad GAAP wyniósł w roku 2013 14,4 mln dolarów w porównaniu do 1,1 mln dolarów w roku 2012.

Przepływy środków pieniężnych: W całym roku 2013 przepływy środków pieniężnych z działalności operacyjnej wyniosły 27,4 mln dolarów, z czego 20,8 mln dolarów przeznaczono na wydatki inwestycyjne, a 6,1 mln dolarów – na oprogramowanie do użytku wewnętrznego.

Ważne wydarzenia czwartego kwartału 2013 r.:
Oferta usług w chmurze Interactive Intelligence osiągnęła najwyższy poziom zgodności z normą PCI DSS dla transakcji kartami płatniczymi.

Wszechstronny pakiet oprogramowania do komunikacji IP Interactive Intelligence zdobył certyfikat Lync 2013, potwierdzający jego zgodność operacyjną z Microsoft Lync Server.

Firma Interactive Intelligence otrzymała nagrodę Cloud Computing Excellence Award 2013 przyznawaną przez Cloud Computing Magazine wydawnictwa TMC.

„Zimowa” lokata strukturyzowana w ofercie PKO Banku Polskiego

Bank rozpoczął subskrypcję nowej lokaty, której aktywem bazowym są akcje spółek sponsorujących wydarzenia sportowe, takie jak zimowe igrzyska olimpijskie w Soczi. Dwuletnia lokata, oprócz 100% gwarancji zwrotu zainwestowanego kapitału w dniu zakończenia inwestycji, daje możliwość dodatkowego zysku, uzależnionego od zachowania się cen akcji tych spółek. Minimalna inwestycja w lokatę wynosi 2 tysiące złotych. Subskrypcja potrwa do końca lutego.

Gotówka z IKO w bankomatach Euronet

Już w co trzecim bankomacie w Polsce można wypłacać gotówkę telefonem z IKO. Do sieci akceptującej tę formę wypłat zostało właśnie dołączonych 3200 bankomatów należących do sieci Euronet. Usługa jest dostępna zarówno dla posiadaczy aplikacji połączonej z rachunkiem w PKO Banku Polskim i Inteligo, jak i dla użytkowników portmonetki IKO.

Poziom korupcji w Unii Europejskiej przybrał niepokojące rozmiary

Rocznie kosztuje unijną gospodarkę 120 mld euro. Problem ten dotyczy nie tylko krajów, które niedawno przystąpiły do europejskiej wspólnoty, ale także państw założycielskich. To główne tezy raportu Komisji Europejskiej na temat zwalczania korupcji w UE. Jednocześnie KE docenia Polskę za walkę z tą patologią, w szczególności Najwyższą Izbę Kontroli za skuteczność podejmowanych przez nią działań.

Komisarz ds. wewnętrznych Unii Cecilia Malmström określiła poziom korupcji jako „zapierający dech w piersiach”. Choć państwa Unii uczyniły wiele na rzecz walki z tą patologią, to nadal ich działania są niewystarczające. Tym bardziej, że korupcja kosztuje europejską gospodarkę 120 mld euro rocznie. W audycie przeprowadzonym przez Komisję Europejską, który był podstawą raportu Malmström, aż trzy czwarte respondentów jest zdania, że korupcja jest zjawiskiem powszechnym. Nie dość że niszczy zaufanie do demokracji, to w dodatku powoduje transfer środków z legalnej gospodarki.

Komisarz Malmström wskazuje, że w poszczególnych krajach członkowskich występują różne problemy dotyczące korupcji. Niektóre państwa największy problem mają z procedurami finansowania partii, inne z kolei borykają się z korupcją w urzędach miejskich, a dla innych problemem są zaś łapówki w służbie zdrowia. Tym bardziej cieszy zaufanie Komisji Europejskiej co do skuteczności działań, jakie podejmuje Najwyższa Izba Kontroli w walce z różnymi przejawami korupcji w Polsce.

Izba w każdej kontroli sprawdza, czy w kontrolowanym obszarze występuje ryzyko korupcji. Kontrolerzy szczególną wagę przywiązują do identyfikowania mechanizmów korupcjogennych. Jednym z efektów kontroli są zawiadomienia kierowane do organów powołanych do ścigania przestępstw i wykroczeń. W 2012 roku NIK wysłała 136 takich zawiadomień, a w roku 2013 – 141. Z kolei informacje o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych przekazywane są do odpowiednich rzeczników dyscypliny finansów publicznych. W 2012 r. przesłano 182 zawiadomienia, a w roku 2013 – 128.

W 2012 roku działania NIK w dziedzinie walki z korupcją doceniła Transparency International. TI szczególną uwagę zwróciła na przejrzystość funkcjonowania Izby i niezależność w prowadzeniu kontroli. W raporcie Mechanizmy przeciwdziałania korupcji w Polsce (z 2012 r.) Izbie przyznano 88 punktów na 100 możliwych. To najwyższa ocena wśród polskich instytucji państwowych.

Europejski rynek opon wykazuje stabilizację po trudnym początku w 2013 roku

Europejskie Stowarzyszenie Producentów Opon i Gumy opublikowało wyniki sprzedaży firm członkowskich za 2013 rok. Po trudnym roku 2012, kiedy odnotowano dwucyfrowy spadek sprzedaży we wszystkich segmentach, w roku 2013 pojawiły się oznaki ożywienia, które wykazały późniejszą kulminację.

W Polsce segment opon osobowych/dostawczych wykazał spadek na poziomie 5,65% w porównaniu z rokiem 2012. Wyniki kształtują się odpowiednio: dla opon letnich i sportowych spadek o 11,6%, natomiast dla opon zimowych spadek o 0,15%. Dane europejskie są nieco inne – w segmencie opon dostawczych/sportowych spadek na poziomie 0,7%, przy czym opony letnie i sportowe zanotowały wzrost o 1,2%, opony zimowe spadek o 4,1%. Ponadto w Polsce wystąpił znaczny wzrost sprzedaży opon 4×4, aż o 15,1%, w Europie sprzedaż zanotowała dwukrotnie mniejszą dynamikę wzrostu, pozostając na poziomie 7,7%. Jednakże pomimo stabilizacji rynku nie wszystkie segmenty wykazały ten sam poziom ożywienia. Analiza danych z poszczególnych krajów wykazała, ze największy spadek miał miejsce w Niemczech – największym rynku europejskim – oraz w Polsce. Trzeba jednak zauważyć, że ożywienie było widoczne w krajach takich, jak Francja, Włochy, Wielka Brytania oraz Hiszpania.

W europejskim segmencie samochodów ciężarowych i autobusów nastąpił 7,5% procentowy wzrost sprzedaży w porównaniu z rokiem poprzednim, w Polsce wzrost był większy, 9%.

– 2012 był szczególnie trudnym rokiem dla tego segmentu, który stracił 19% w porównaniu do 2011 roku. Poziom wyjścia był więc bardzo niski a nadzieja na wzrost bardzo duża – zauważa Fazilet Cinaralp, Sekretarz Generalna ETRMA. Dane rynkowe z obydwu segmentów rynku potwierdzają dominację importu z Chin, którego poziom oscyluje na wysokim poziomie 40% całkowitego importu opon konsumenckich i wykazuje spore, stałe wzrosty w segmencie ciężarówek. Import rośnie we wszystkich kategoriach, szczególnie w segmencie samochodów ciężarowych, gdzie stanowi już około 20% rynku europejskiego. Segmenty opon rolniczych oraz motocyklowych są dosyć stabilne, ze wzrostami na poziomie 1-2% w porównaniu z rokiem 2012. Ta stabilizacja tylko potwierdza bardzo słabą sprzedaż w 2012 roku i oczekiwanie na ożywienie.

– 2013 wyraźnie nie był rokiem przełomu na rynku opon, ale dane pokazują konsolidację rynku i powrót do wzrostu po negatywnym roku 2012. Mamy nadzieję, że ten trend zostanie potwierdzony w nadchodzącym roku 2014, w którym oczekujemy 2-3% wzrostów – podsumowuje Fazilet Cinaralp, Sekretarz Generalna ETRMA.

Biorąc pod uwagę fakt globalnego ożywienia gospodarczego (coraz bardziej widocznego również w Europie) można założyć, że powyższy wniosek będzie miał zastosowanie również na rynkach Europy Środkowowschodniej.

WPROST czwarty rok z rzędu najbardziej opiniotwórczym tygodnikiem w Polsce

Tygodnik WPROST czwarty rok z rzędu pozostaje najbardziej opiniotwórczym tygodnikiem w Polsce. W 2013 r. inne media powoływały się na publikacje WPROST 3043 razy. Tylko w prasie WPROST był cytowany 1145 razy.

Swoje dane opublikowały Instytut Monitorowania Mediów, który co miesiąc publikuje ranking „Najbardziej opiniotwórcze polskie media” oraz Newton Media, który bada liczbę cytatów w innych tytułach prasowych. Wśród materiałów opublikowanych na łamach tygodnika WPROST największym zainteresowaniem innych tytułów prasowych cieszyły się m.in. teksty Bartosza Janiszewskiego „Fundacja na rzecz prezesa” (nr 8/2013), w którym opisano problemy prezesa fundacji KidProtect.pl, Magdaleny Rigamonti „Mata Hari Kaczyńskiego” (nr 10/2013), o pozyskaniu przez Ilonę Klejnowską z Prawa i Sprawiedliwości poufnych informacji na temat Solidarnej Polski oraz Michała Majewskiego, Sylwestra Latkowskiego i Cezarego Bielakowskiego „Nowak – złote dziecko Tuska” (nr 17/2013). Za cykl publikacji na temat ministra Nowaka jego autorzy dostali Grand Press 2013 w kategorii „Dziennikarstwo śledcze”. Bartosz Janiszewski za swój tekst otrzymał nominację do Grand Pressa w kategorii News.

Dlaczego Twoja marka powinna znaleźć się na Instagramie?

Wielu ludzi frazę „social media” jednomyślnie kojarzy z Facebookiem. Jest to jednak jedynie część większej całości. Warto poszerzyć dystrybucję swoich komunikatów o inne pola, zwłaszcza w dobie ograniczania zasięgów na platformie Zuckerberga. Dobrym ruchem dla marek wydaje się rozszerzenie działalności na Instagrama. Czy słusznie?

Na początek garść statystyk. Serwis, który powstał w 2010 roku, ma w tym momencie 150 milionów aktywnych użytkowników w miesiącu. Codziennie, loguje się tam przynajmniej 70% zarejestrowanych użytkowników. Do tej pory zamieszczono tam ok. 16 miliarda zdjęć, dziennie średnio 55 milionów. Co sekundę zdjęcia te zbierają ok. 8500 polubień.

Czemu więc nie skorzystać z tego medium do komunikacji naszej marki? Na ten pomysł wpadło już wiele firm, jednak wciąż jest to niezagospodarowany rejon. Instagram bowiem stał się znaczącą częścią mobilnego życia wielu użytkowników, zmieniając ich w tzw. instagram junkie, czyli osoby uzależnione od dzielenia się swoim życiem na tej platformie.

Mimo, że perspektywa skorzystania z takiej bazy jest kusząca, warto pamiętać o regułach panujących na tym portalu – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365 NET – Przede wszystkim Instagram nie jest przedłużeniem naszej działalności na Facebooku. Oczywiście – można i należy nawet łączyć te platformy w strategii komunikacyjnej – jednak treści które zamieszczamy, powinny się od siebie znacząco różnić. Facebook jest przede wszystkim nastawiony na informacje, natomiast Instagram na wrażenia, sprzedawanie emocji. – dodaje.

Instagram przede wszystkim sprawdza się również jako wsparcie komunikacyjne dla organizowanych przez markę eventów. Facebook bowiem bardzo ogranicza zasięgi postów, które zamieszczane są po kolei w małych odstępach czasu, natomiast na Instagramie nie ma tego problemu. Kolejną jego zaletą jest zdecydowanie lepsza responsywność jeśli chodzi o hashtagi, które na Facebooku się nie sprawdziły. Instagram ma również wielką przyszłość jako aplikacja mobilna, gdyż jak wynika z raportu IAB, ze smartfonów korzysta już 6 milionów Polaków, a liczba ta w przeciągu roku znacząco się zwiększy.

Z pewnością nie są to informacje, obok których należy przejść obojętnie. Wynika z nich bowiem dobitnie, że rozszerzanie swojej promocji o ten serwis, zdecydowanie się opłaci i otworzy nowe drogi dla marketerów i specjalistów od social media, ponieważ o ile mówienie o końcu Facebooka w najbliższym czasie wydaje się przesadzone, o tyle nie zaszkodzi przygotować się na taką ewentualność zawczasu.

Virtualo podsumowuje rok 2013 i przedstawia prognozę na 2014. Sprzedało prawie pół miliona książek elektronicznych

Nowe usługi, debiut nowych podmiotów oraz agresywna walka o miejsce na rynku – 2013 rok obfitował w ciekawe wydarzenia i istotne zmiany na rynku książek cyfrowych. Firma Virtualo, należąca do grupy Empik zakończyła rok z dobrym wynikiem sprzedażowym umacniając pozycję lidera w branży e-booków.

Dynamiczny wzrost sprzedaży książek cyfrowych

Wielkość sprzedaży na rynku e-booków w 2013 roku Virtualo oszacowało na poziomie 22 mln zł netto. Sprzedaż największego dystrybutora na rynku e-książek wzrosła prawie dwukrotnie w stosunku do 2012 roku. W 2013 roku pojawiły się natomiast znaczne różnice pod względem dynamiki wzrostu sprzedaży między różnymi podmiotami. Wahają się one między 10% a 400% wzrostu w stosunku do poprzedniego roku. Wynika to z doświadczeń, jakie nabyły wydawnictwa i sklepy o największej aktywności marketingowej i sprzedażowej. To one radzą sobie obecnie najlepiej na rynku e-booków i notują największe wzrosty sprzedaży. Miniony rok 2013 był dla nas dużym wyzwaniem i jednocześnie szansą, aby umocnić pozycję lidera na rynku e-booków – mówi Robert Rybski, Prezes Virtualo. Dzięki skutecznej strategii udało się osiągnąć założone, ambitne cele sprzedażowe i zamknąć rok dobrym wynikiem finansowym – dodaje. W 2013 roku Virtualo sprzedało prawie pół miliona książek elektronicznych – w tym 400 tysięcy w sprzedaży na sztuki i 100 tysięcy w innych modelach biznesowych.

Obecnie Virtualo współpracuje z 350 wydawcami i posiada ofertę ponad 31 tysięcy e-książek, wśród których ponad 15 tysięcy to treści komercyjne, w tym najważniejsze bestsellery i nowości, a także ponad 2 tysięcy audiobooków. Praktycznie wszystkie tytuły z kategorii beletrystyka dostępne są bez DRM i w opcji wygodnego multiformatu, co z pewnością zachęca do zmiany czytanej wersji z książki papierowej na e-bookową. Dodatkowo obserwujemy ciekawy trend – w 2013 roku Klienci, którzy kupowali e-booki już w 2012 roku, w 2013 kupili ich średnio o 40% więcej, możemy zatem stwierdzić, że w ich przypadku czytanie e-booków poskutkowało wzrostem czytelnictwa z 3,1 do 4,4 książki cyfrowej – komentuje Małgorzata Błaszczyk, Marketing Manager Virtualo.

Dynamikę wzrostu rynku e-booków, mimo nadal spadającego w Polsce czytelnictwa, kształtuje rosnąca liczba Klientów nabywających legalnie treści cyfrowe. Wśród najczęściej wybieranych przez nich gatunków literackich dominuje: literatura piękna, obyczajowa, proza, powieści, literatura faktu, które stanowią 32% wszystkich zakupów. W drugiej kolejności czytelnicy wybierają e-booki kryminalne, sensacyjne, horrory i thrillery – 26%. W 2013 roku dużą popularnością cieszyły się także romanse i erotyki – 10% oraz fantastyka 9%. Po 5% stanowiła również sprzedaż e-booków w kategoriach: nauki społeczne i historia; biznes oraz nauka języków obcych i podróże. Średnia cena e-booka w najbardziej popularnej kategorii – literatura piękna wynosiła 19,50zł brutto. E-bookowym bestsellerem 2013 roku został „Bezcenny” Zygmunta Miłoszewskiego.

Mimo dynamicznego wzrostu, na rynku e-booków nie ma dużo miejsca na nowe podmioty. Sklepy, które dopiero planują budować swoją pozycję i markę na tym rosnącym rynku muszą być przygotowane na silną rywalizację oraz ogrom pracy do wykonania. Obecnie działające podmioty bardzo mocno walczą o nowych Klientów, głównie ceną. Branże czeka również konsolidacja, wiele mniejszych sklepów może nie przetrwać kolejnego roku. Sprzedaż e-booków nie jest sprawą łatwą i wymaga zaufania Klientów, które buduje się latami – mówi Małgorzata Błaszczyk, Marketing Manager Virtualo. Kluczową kwestią jest dostęp do zakupionych treści cyfrowych, a mniejszy podmiot, którego przyszłość jest niepewna nie może zagwarantować swoim odbiorcom, że utrzyma się na rynku- dodaje.

Nowe usługi i projekty ważne dla branży

W 2013 roku Virtualo zrealizowało nowe projekty dla rynku książek cyfrowych. Jednym z nich jest usługa B2B kierowana do wydawców – zorganizowany system do konwersji książek do różnych formatów cyfrowych. Wydawcy są coraz bardziej zainteresowani jakością swoich publikacji elektronicznych i łatwiej przekonać ich do tej inwestycji niż kilka lat temu – mówi Robert Rybski, Prezes Virtualo.

Uruchomienie nowych usług e-publishingowych to część strategii kompleksowej obsługi rynku e-booków od składu cyfrowego po dostarczenie produktów do klientów końcowych i obsługi biblioteki cyfrowej. Virtualo posiada zaawansowaną, zintegrowaną platformę do dystrybucji kontentu cyfrowego, która w 2013 roku została rozbudowana o moduł do cyfrowej dystrybucji gier do ściągnięcia, na sprzedaż których zdecydował się empik.com.

Rozwój technologii i zmiana pokoleniowa

Siłą napędową rozwoju rynku treści cyfrowych są duże zmiany w obszarze nowych technologii, jak również zmiana pokoleniowa. Ogromny wpływ na dynamikę rozwoju rynku e-booków ma fakt, iż użytkownicy coraz częściej korzystają z treści za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Zwiększenie aktywności zawodowej i tempa życia powoduje, iż ludzie nie rozstają się z telefonami komórkowymi i tabletami, wykorzystując czas na e-lekturę w komunikacji miejskiej, domach czy kawiarniach. Z książek cyfrowych jak wynika z przeprowadzonego przez Virtualo badania w 2013 roku „E-czytelnik w wielkim mieście” korzystają najchętniej młodzi ludzie (ponad 50%) i aktywni zawodowo specjaliści (ponad 21%). Potwierdza to potrzebę edukowania i zachęcania do e-czytelnictwa osób po 50 roku życia, którym warto przybliżyć temat wirtualnych książek.

Zbyt wysoki VAT na książki cyfrowe i piractwo

Jedną z największych barier rozwoju rynku treści cyfrowych w Polsce jest wciąż 23% stawka VAT na książki elektroniczne w odniesieniu do książek tradycyjnych, obłożonych tylko 5% stawką VAT. Odczuwają to przede wszystkim konsumenci, którzy wyraźnie sygnalizują, iż e-książki powinny być tańsze, niż ich papierowe odpowiedniki wymagające wyższych kosztów magazynowania i logistyki.

Negatywnym zjawiskiem, które osłabia również potencjał rynku e-booków jest piractwo internetowe dotykające każdej branży, bazującej na sprzedaży produktów w sieciach internetowych.

Prognozy na rok 2014 i 2015 – utrzymanie tempa wzrostu rynku

Wartość polskiego rynku książek cyfrowych w 2014 i 2015 roku Virtualo szacuje na 40 i 60 mln złotych. Mimo iż obecnie nie przekracza on 2-3% całego rynku książki tradycyjnej, to jednak, w przeciwieństwie do rynku książki papierowej, szybko rośnie. Na wzrost sprzedaży w kolejnych latach będzie wpływać rosnąca popularność czytników e-booków oraz aplikacji na tablety i smartfony. Dużą szansą na jeszcze szybszy wzrost rynku byłoby również zrównanie stawki VAT na e-booki do poziomu 5%.

W 2014 zamierzamy podwoić sprzedaż osiągniętą w roku 2013. Jest to cel jak najbardziej realny, posiadamy doświadczenia, które umożliwiają nam aktywne kształtowanie sytuacji oraz osiąganie najlepszych wyników dla naszych partnerów biznesowych – podsumowuje Robert Rybski, Prezes Virtualo.

Chcesz otrzymać godną emeryturę? – licz na siebie!

Do myśli, że przeciętny Kowalski – zanim przejdzie na emeryturę – będzie musiał pracować dłużej, Polacy zdążyli się przyzwyczaić. I o ile praca do 67. roku życia nie wzbudza już tak ogromnych emocji jak na początku, o tyle teraz każdy zastanawia się, jaka będzie wysokość świadczenia emerytalnego w przyszłości. Nurtującym pytaniem jest również to, kto ją wypłaci – Zakład Ubezpieczeń Społecznych czy Otwarty Fundusz Emerytalny?

Emerytura to zwieńczenie wielu lat pracy, niejednokrotnie ciężkiej i okupionej wyrzeczeniami. Przechodząc na nią, każdy chciałby żyć nie tyle na wysokim poziomie – jeździć na wycieczki w ciepłe kraje i w pełni korzystać z uroków życia na starość. Większość Polaków przede wszystkim nie chciałaby martwić się o to, że otrzymując pieniądze z emerytury musi wybierać – uiścić opłaty za mieszkanie czy kupić leki i żywność. Niestety rzeczywistość jest przykra. Comiesięczne wypłaty emerytur i coroczne waloryzacje zależą od bieżącej sytuacji gospodarczej kraju oraz decyzji polityków. Jedno jest pewne – w wyniku starzenia się społeczeństwa za kilkadziesiąt lat Polski nie będzie stać na wypłatę godziwych świadczeń.

Na jaką emeryturę z ZUS mogą liczyć 20-, 30-, 40-latkowie? Tego nikt nie umie powiedzieć. Jak zaznacza Zbigniew Derdziuk, Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych „[…] wypłata świadczenia emerytalnego zależy od tego, kto ile pracuje i jaki ma rodzaj umowy. Dzisiaj młodzi ludzie nie mają stałej pracy, składki są niższe, dlatego słuszne jest, żeby budować tę bazę składkową nie tylko na dzisiaj, ale i na przyszłość. […] Składki można kontrolować. Na stronie ZUS-u można się zalogować i zobaczyć, ile zapłaciliśmy składek, jaka jest nasza przyszła emerytura.”

Emerytura wchodzącego na rynek pracy społeczeństwa będzie głodowa – podkreślają twórcy „Raportu o sytuacji ZUS”. Mariusz Pawlak, główny ekonomista Związku Pracodawców i Przedsiębiorców zaznacza, że „Głównym przesłaniem było pokazanie jak największej liczbie ludzi, że muszą zadbać sami o własną emeryturę. ZUS jest tak naprawdę tworem, który będzie istniał dopóki będzie mógł się zadłużać. A powiedzmy, że ten poziom już został osiągnięty.”

Stąd też teza postawiona przez twórców raportu, że w ciągu najbliższych lat ZUS zbankrutuje. W perspektywie średnio- i długoterminowej nie jest możliwe wypłacanie obecnie gwarantowanych świadczeń emerytalnych. Konieczne są strukturalne reformy systemu emerytalnego lub zwiększona presja fiskalna.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie zbankrutuje, a świadczenia będą wypłacane, bo jest to jeden z podstawowych obowiązków państwa – zaznacza Władysław Kosiniak-Kamysz, Minister Pracy i Polityki Społecznej. „Oczywiście system musi ulegać zmianom i my te zmiany wprowadziliśmy. Zaproponowaliśmy chociażby wydłużenie wieku emerytalnego, zmiany w emeryturach mundurowych, emerytury pomostowe. To wszystko jest elementem niezmieniającym systemu. To ewoluuje, następuje cały czas – chociażby decyzje w sprawie OFE.”

W myśl ustawy jaka weszła w życie, każdy pracujący i płacący składki sam wybierze, czy chce przekazywać je do OFE, czy do ZUS. Łukasz Piechowiak, Główny Ekonomista portalu Bankier.pl wyjaśnia, że można zrobić to na 3 sposoby: „[…] pójść do ZUS czy OFE osobiście, wysłać list albo zrobić to drogą elektroniczną. Decyzję podjąć trzeba, inaczej zostaniemy z całym dobrodziejstwem przeniesieni do ZUS-u i wtedy nie będzie pola manewru.” Mamy na to czas od 1 kwietnia do 1 lipca 2014 r., albo przy rozpoczęciu pierwszej pracy. Swoją decyzję będzie można zmienić dopiero w 2016 r., a następnie co cztery lata.

Co wybrać? ZUS czy OFE? Eksperci nie widzą różnicy. Jak podkreśla Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Pracodawców i Przedsiębiorców „My jesteśmy zwolennikami emerytury obywatelskiej. To jest chyba jedyne wyjście w tej sytuacji demograficznej, czyli emerytura w wysokości 900-1000 złotych – równa dla wszystkich po przekroczeniu określonego wieku. Ten wiek prawdopodobnie będzie musiał być podnoszony, na 67 latach się nie skończy.”

Ustawa restrukturyzująca system emerytalny została podpisana przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego 27 grudnia ubiegłego roku. Jednocześnie podjął on decyzję o przekazaniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Wniosek o zbadanie, czy jest ona zgodna z Konstytucją trafił do Trybunału w ostatni piątek. Zatem losy przyszłych emerytów póki co nie są jeszcze znane.

NIK sprawdzi jak polska administracja jest przygotowana do skorzystania z unijnych pieniędzy

82,5 mld euro może otrzymać Polska z budżetu UE w ramach unijnej polityki spójności. Nieprzestrzeganie europejskich regulacji może grozić utratą pieniędzy. NIK sprawdzi jak polska administracja jest przygotowana do skorzystania z unijnych pieniędzy w nowym okresie finansowania. Kontrola rozpoczyna się dzisiaj o 10.00 panelem ekspertów. Gospodarzem prowadzącym dyskusję z ekspertami będzie Prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski. W panelu stronę kontrolowanych podmiotów reprezentuje m.in. wicepremier Elżbieta Bieńkowska.

Rok 2014 rozpoczyna nową perspektywę budżetową Unii Europejskiej na lata 2014 – 2020. Polska stanie się jednym z największych beneficjentów funduszy unijnych. W ramach polityki spójności realizowanych będzie sześć programów krajowych oraz szesnaście programów regionalnych. Aby w pełni wykorzystać dostępne środki polska administracja musi podjąć skuteczne działania w zakresie wdrożenia polityki strukturalnej.

Najwyższa Izba Kontroli sprawdzi, jak Polska radzi sobie z wdrażaniem nowej polityki strukturalnej, czyli przygotowaniem niezbędnych dokumentów programowych, przygotowaniem krajowego systemu procedur oraz instytucji odpowiedzialnych za prawidłowe wykorzystanie funduszy z UE, a także z wypracowaniem na gruncie prawa krajowego rozwiązań niezbędnych do sięgnięcia po środki unijne. NIK przeprowadzi czynności kontrolne w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju, które odpowiedzialne jest m.in. za przygotowanie wdrożenia funduszy strukturalnych i funduszu spójności, za uzgodnienia z Komisją Europejską szczegółowych warunków korzystania z tych funduszy oraz za przygotowanie sześciu krajowych programów operacyjnych. Izba skontroluje także zarządy województw, które z kolei odpowiadają za przygotowanie szesnastu regionalnych programów operacyjnych.

Kontrola rozpoczyna się panelem ekspertów. Przedstawiciele NIK, administracji rządowej i samorządowej oraz świata nauki, a także parlamentarzyści i reprezentanci organizacji pozarządowych będą dyskutować o najistotniejszych problemach i trudnościach, dotyczących systemu wdrażania polityki spójności na lata 2014 – 2020.

Największe niebezpieczeństwo, niosące groźbę opóźnień, stanowi ewentualne niezatwierdzenie przez Komisję Europejską umowy partnerstwa w terminie umożliwiającym rozpoczęcie realizacji programów i projektów jeszcze w 2014 roku. Na rozpoczęcie negocjacji z Polską Komisja przygotowała własne stanowisko. Może to spowodować wydłużenie rozmów oraz konieczność wprowadzenia zmian zarówno w projekcie umowy, jak i w projektach programów.

Opóźnienia mogą wystąpić również na etapie zatwierdzania przez Komisję Europejską krajowych i regionalnych programów operacyjnych. Jak wynika z wcześniejszych kontroli NIK (w latach 2007-2013) procedury uzgadniania zapisów w dokumentach trwały bardzo długo, czasami nawet około roku.

Inne problemy wiążą się z ustanowieniem systemów zarządzania i kontroli wykorzystania środków z UE. W przypadku niektórych programów nie podjęto bowiem jeszcze ostatecznej decyzji, które podmioty będą pełnić funkcję instytucji pośredniczących i wdrażających. Po raz pierwszy zadania instytucji certyfikującej, w przypadku programów regionalnych, będą realizować zarządy województw urzędy marszałkowskie. Istnieje ryzyko, że urzędy marszałkowskie nie dysponują odpowiednim potencjałem organizacyjnym i kadrowym.

Kolejne możliwe opóźnienia zostały wskazane w obszarze przygotowania i zatwierdzenia procedur wewnętrznych instytucji zaangażowanych w system zarządzania i kontroli. Może to wpłynąć bezpośrednio na opóźnienia we wdrażaniu programów. Bez przygotowanych procedur wewnętrznych Minister Infrastruktury i Rozwoju nie może wydać decyzji potwierdzającej (desygnacji) spełnienie warunków, które zapewniają prawidłową realizację programu operacyjnego. Takie potwierdzenie jest niezbędne do rozpoczęcia realizacji programów.

Problemy mogą pojawić się też w czasie przygotowania kontraktów terytorialnych, czyli umów pomiędzy rządem, a samorządami poszczególnych województw. Istnieje ryzyko, że dokumenty nie zostaną uzgodnione i podpisane w terminie.

I wreszcie, aby Polska mogła skutecznie wdrożyć unijne fundusze, musi dostosować prawo krajowe do nowych unijnych przepisów. System wdrażania polityki strukturalnej wymaga przygotowania szeregu aktów prawnych, które nieterminowo przyjęte – mogą wpłynąć na opóźnienia w wyborze i realizacji projektów w 2014 roku.

Dziś w Krakowie spotkanie w ramach Trójkąta Weimarskiego

Do 2020 roku udział przemysłu w PKB Unii Europejskiej ma wzrosnąć z 16 do 20 proc. Kraje członkowskie powinny dbać nie tylko o rozwój przemysłu, lecz także o jego konkurencyjność na arenie międzynarodowej. W tej sprawie Polska, Francja i Niemcy powinny mówić jednym głosem – uważa Olgierd Dziekoński, minister w Kancelarii Prezydenta RP. Dziś rozpoczyna się kolejne spotkanie w ramach Trójkąta Weimarskiego.

W czasie międzynarodowej konferencji „Gospodarczy Trójkąt Weimarski” przedstawiciele Francji, Niemiec i Polski oraz instytucji unijnych będą zastanawiać się, jak zwiększyć produkcję przemysłową w Europie. To ważne, by Unia stała się bardziej odporna na kryzysy. Niezbędna jest równowaga pomiędzy polityką klimatyczną a przemysłową.

 – Europa traci przemysł i stała się bardziej wrażliwa na kryzysy. W momencie kryzysu finansowego nastąpił odwrót od ideologii, która była dominującym przesłaniem w latach 90., że przemysł będzie zanikał, a na naszych rynkach będą dominowały usługi. Wydaje się, że powrót do wartości, jaką jest produkcja materialna, pokazuje, że przemysł stabilizuje gospodarkę i buduje jej konkurencyjność – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Dla państw Trójkąta Weimarskiego przemysł jest ważną częścią gospodarki narodowej. W Niemczech 23 proc. PKB pochodzi z przemysłu przetwórczego, w Polsce powyżej 18 proc., a we Francji ponad 10 proc. Unijna średnia to 16 proc. Trzy kraje razem produkują 40 proc. unijnego PKB.

Współpraca przy rozwoju przemysłu jest konieczna, by osiągnąć unijny cel, czyli zwiększenie udziału przemysłu w PKB wspólnoty do 20 proc. do 2020 roku. Dziekoński podkreśla, że to istotne również ze względu na miejsca pracy i zarobki, które w przemyśle są średnio o 10-15 proc. wyższe niż w całej gospodarce.

W ocenie ministra niezbędne jest określenie wspólnych interesów pomiędzy Niemcami, Francją i Polską. Jeśli uda się wypracować wspólne stanowisko, szanse na jego realizację znacznie wzrosną. Tym bardziej że kwestie polityki przemysłowej mają być jednym z tematów marcowego spotkania Rady Europejskiej.

Dziekoński podkreśla, że trudnym, ale koniecznym zadaniem jest znalezienie równowagi pomiędzy polityką klimatyczną i przemysłową. Koszty energii nie mogą być zbyt wysokie, ale równocześnie nie można być przeciwnym ochronie środowiska.

 – W zmianach dotyczących polityki energetycznej możemy dostrzec również pewne szanse i możliwości. Efektywność energii to są również nowe miejsca pracy i nowe technologie. Również energetyka rozproszona oparta o tradycyjne źródła zasilania – węgiel, gaz – jest szansą na rozbudowywanie nowych źródeł wzrostu w sferze nowych technologii przemysłowych – przekonuje sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

W jego ocenie większe znaczenie przemysłu przyczyni się do wzrostu pozycji Unii Europejskiej na arenie światowej. Obecnie Europa ma ok. 24-proc. udział w handlu światowym, a większa konkurencyjność przemysłu może przyczynić się do wzrostu tego udziału. W tym celu niezbędne jest wykorzystanie potencjału naukowego i połączenie dużego potencjału intelektualnego Europy z możliwościami przemysłowymi.

W polityce przemysłowej duże znaczenie powinien mieć też przemysł obronny. Dziekoński przypomina, że w krajach takich, jak Stany Zjednoczone, Izrael czy Korea Południowa to właśnie przemysł wojskowy jest źródłem innowacyjności i sukcesu gospodarczego.

 – Zastanówmy się, czy w Europie nie powinniśmy pójść wspólnie tym samym tropem działania, ale do tego potrzebna jest wspólna strategia bezpieczeństwa europejskiego, o którą zresztą prezydent Bronisław Komorowski od wielu lat zabiega – ocenia Dziekoński.