Rośnie zainteresowanie firm ściąganiem nieprzeterminowanych należności przez zewnętrzne firmy

CEO Magazyn Polska

Firmy faktoringowe, które na rzecz firm zajmują się ściąganiem nieprzeterminowanych należności, osiągają dwucyfrowe wzrosty obrotów. Pozwala im to optymistycznie prognozować rozwój w tym roku. Rośnie wartość rynku, ale również, co ważne dla branży, liczba klientów. Dla nich firmy chcą wprowadzać innowacyjne rozwiązania.

Spółki skupione w Polskim Związku Faktorów (PZF) sfinansowały w ubiegłym roku wierzytelności o łącznej wartości 96,58 miliarda złotych. Wzrost wartości rynku o ok. 15,5 proc. jest co prawda niższy niż rok wcześniej (20 proc.), jednak osiągnięcie dwucyfrowej dynamiki obrotów w czasie gospodarczych zawirowań oznacza, że po wyjściu z okresu spowolnienia powinno być jeszcze lepiej.

 – W porównaniu do lat poprzednich rzeczywiście wzrost był słabszy, ale na tle trudnej rzeczywistości gospodarczej osiągnięty wynik napawa zadowoleniem. Szczególnie, co dla branży faktoringowej znaczące, wraz ze wzrostem obrotów wzrosła nam w takim samym stopniu liczba klientów, dłużników, kontrahentów, faktur. To doskonała baza na rok 2014 – komentuje Dariusz Steć, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów.

Zachodzące zmiany i stopniowe wychodzenie ze spowolnienia gospodarczego sprzyjają także stopniowemu zmniejszaniu zatorów płatniczych. W okresie problemów gospodarczych firmy zachowują ostrożność, sprzedając swoje produkty kontrahentom i oczekując krótszych terminów płatności. Takie zjawiska odbiły się na obrotach branży, ale perspektywy zarówno w gospodarce, jak i samym faktoringu są, zdaniem Dariusza Stecia, bardzo dobre.

 – Nigdy nie jest tak, że będziemy w 100 proc. zadowoleni. Ale sygnałem wcześniej niespotykanym był bardzo dynamiczny przyrost liczby klientów w ubiegłym roku. To zdarzyło się po raz pierwszy od wielu lat i świadczy o wzroście popularności usług faktoringowych mierzonym nie tylko wzrostami obrotu. Dla branży to zjawisko kluczowe: w naszej działalności chodzi o to, by coraz więcej klientów korzystało z naszych usług – przekonuje wiceprzewodniczący.

Rosnąca popularność usług faktoringowych, czyli ściągania nieprzeterminowanych należności w imieniu klientów przez zewnętrzne instytucje, świadczy o tym, że rynek staje się coraz bardziej dojrzały. Zdaniem Stecia, czeka go etap wdrażania innowacyjnych rozwiązań.

 – Przede wszystkim będziemy szukać innowacji technologicznych. Będą to w głównej mierze modyfikacje i usprawnienia już istniejących rozwiązań. Będziemy je zmieniać tak, by faktoring stawał się coraz bardziej popularny, by usługi były łatwiejsze w użyciu i przyjemniejsze dla naszych klientów. Już dziś głównym narzędziem w faktoringu jest internet, współpraca odbywa się za pośrednictwem sieci. Jednak zawsze wszystko można udoskonalić, poprawić, zaproponować nową jakość klientom – informuje przedstawiciel PZF.

Warszawiacy mogą zdecydować, na co miasto wyda 25 mln zł. Trwa nabór projektów

CEO Magazyn Polska

Jednym z najskuteczniejszych narzędzi motywowania mieszkańców do uczestnictwa w życiu społecznym są budżety partycypacyjne. Po raz pierwszy ideę tę wcielono w życie w 2011 roku w Sopocie. W następnym roku w jego ślady poszły cztery inne miasta, a w kolejnym – kilkanaście następnych. Od 20 stycznia trwa na przykład pierwszy nabór projektów w Warszawie. W sumie do podziału przeznaczono 25 mln zł.

Choć dwie trzecie Polaków wyraża gotowość angażowania się w konsultacje społeczne, to zaledwie 10 proc. społeczeństwa bierze w nich udział – wynika z badań Fundacji Fundusz Współpracy. Jednym z najskuteczniejszych narzędzi motywowania mieszkańców do uczestnictwa w życiu społecznym są tzw. budżety partycypacyjne, w ramach których obywatele decydują, na jakie cele społeczne przeznaczą daną pulę pieniędzy.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Fundację Fundusz Współpracy w ramach projektu „Decydujmy razem” – Polacy niechętnie angażują się w podejmowanie decyzji na poziomie lokalnym.

 – Mimo że około 60 proc. deklaruje chęć i wolę interesowania się sprawami lokalnymi, to jedynie jedna trzecia wszystkich Polaków w jakikolwiek sposób angażuje się w działania partycypacyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Prędkopowicz, koordynator projektu „Decydujmy razem” w Fundacji Fundusz Współpracy.

Udział w konsultacjach społecznych bierze zaledwie co dziesiąty ankietowany. Tych statystyk nie poprawia nawet prowadzenie konsultacji w internecie. Z badań wynika, że jedynie 2 proc. osób zaangażowanych w konsultacje skorzystało w tym celu z sieci.

W celu aktywizacji społeczeństwa Fundacja Fundusz Współpracy prowadzi szereg działań, takich jak szkolenia dla administracji publicznej, samorządowców czy animacje społeczne. Jedną z takich inicjatyw jest finansowany ze środków unijnych w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego projekt „Decydujmy razem”. Obecnie bierze w nim udział 108 samorządów, które budują zespoły robocze, opracowują dokumenty strategiczne, promują dobre praktyki oraz szukają w tym zakresie sprawdzonych rozwiązań zarówno w kraju, jak i za granicą.

 – Celem jest głównie zbudowanie systemu wsparcia dla partycypacji publicznej w Polsce, a więc pewnych mechanizmów, sprawdzonych działań, które będzie można wykorzystać w każdej gminie czy powiecie na terenie kraju – wyjaśnia Daniel Prędkopowicz.

Podkreśla przy tym, że efekty wydatkowania środków na aktywizację społeczeństwa są wymierne. Jego zdaniem, jeśli mieszkańcy danej społeczności poczują, że ich zdanie wpłynęło na decyzję lokalnych władz, zaczną interesować się sprawami, które dotychczas były im obojętne, a więc np. zagospodarowaniem przestrzeni, dokumentami rozwojowymi czy też zwykłymi problemami ich osiedli.

 – Widać efekty tych działań, widać efekty rozmów i prac, a przede wszystkim decyzji wypracowanych wspólnie z mieszkańcami – podkreśla. – Czyli jeżeli władze organizują cały proces związany z budżetem partycypacyjnym, decydują się na wydzielenie części własnego budżetu i oddają decyzję mieszkańcom, na co mają być przeznaczone te środki, to wiemy i mamy pewność, że te środki zostaną przeznaczone na tę czy inną inwestycję.

Firmy korzystające z leasingu chętniej inwestują w innowacje i pracowników

CEO Magazyn Polska

Dziś leasingować można niemal wszystko od samochodów, poprzez maszyny, oprogramowanie i sprzęt biurowy, aż po nieruchomości. Taka forma finansowania pozwala rozwijać działalność i inwestować w innowacyjne rozwiązania. Coraz chętniej korzystają z niej również małe i średnie firmy. Spółki korzystające z leasingu zwykle są bardziej innowacyjne i chętniej niż inne inwestują w pracowników.

– Małe firmy, które decydują się na leasing, są bardziej dojrzałe niż firmy, które niechętnie korzystają z zewnętrznego finansowania. Są one świadome potrzeb, szukają kolejnych aktywów niezbędnych do rozwoju. To spółki, które chcą inwestować, szczególnie inwestują we wszystkie rodzaje innowacji procesowych lub produktowych. Przygotowują nowe produkty, nowe usługi, wprowadzają innowacje marketingowe – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Innowacyjność, dążenie do ekspansji za granicą, chęć sprzedaży usług i produktów nie tylko w Polsce – wszystko to wymaga odpowiednich środków, rozwiązań informatycznych, maszyn i urządzeń. A leasing daje możliwość ich szybkiego pozyskania.

– Okazuje się, że wśród firm korzystających z leasingu jest znacznie więcej firm otwartych na świat niż wśród firm, które z leasingu nie korzystają – mówi główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Z badań mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw przeprowadzonych przez Konfederację Lewiatan wynika, że leasingobiorcy są bardziej otwarci na rozwój. Firmy, które leasingiem finansują aktywa, urządzenia i środki transportu, częściej niż firmy niekorzystające z leasingu twierdziły, że ich priorytetem biznesowym na najbliższe dwa lata jest inwestowanie w pracowników.

– To pozornie wydaje się dziwne, ale wyjaśnienie jest proste. Leasingobiorcy modernizują wytwarzanie, unowocześniają park maszynowy, kupują urządzenia i w efekcie potrzebują pracowników o wyższych kwalifikacjach, lepiej wyedukowanych i z większym doświadczeniem, by lepiej wykorzystać posiadane aktywa – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Najbardziej rozpowszechniony wśród przedsiębiorców wszelkich branż jest leasing pojazdów.

– Korzystają z niego zarówno firmy transportowe, jak i przemysł. Każda działalność gospodarcza wymaga przynajmniej jednego środka transportu, a sfinansować go można właśnie leasingiem – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Ekonomistka wskazuje też firmy zajmujące się działalnością naukową, techniczną, firmy doradcze, prawnicze czy podatkowe jako klientów innych przedmiotów leasingu, jak np. leasing zaawansowanego sprzętu biurowego.

Głównym źródłem finansowania zewnętrznego obok leasingu są kredyty bankowe. Leasing budzi jednak większe zainteresowanie niż kredyty, szczególnie wśród mniejszych spółek.

– Przedsiębiorstwa korzystają z leasingu często dlatego, że brakuje im zabezpieczeń dla kredytów, które są wymagane przez banki. Z reguły ich nie mają, a jeśli mają, to niewystarczające. To wyjaśnia czemu sięgają po leasing – tłumaczy ekonomistka.

Wartość leasingu w Polsce wzrosła w ubiegłym roku o 13 proc. do 35,3 mld zł.

W przyszłą sobotę ruszy TVP ABC dla dzieci. Na początek – materiały archiwalne i bez reklam

Telewizja Polska uruchomi 15 lutego nowy kanał dla dzieci – TVP ABC. Do końca miesiąca nie będzie reklam, pojawią się one dopiero po 1 marca. Nadawca zapowiada też wiele premier i produkcji własnych, choć ze względów finansowych na razie nie będzie studia. Program ma być bezpieczny dla dzieci, a od kwietnia ruszą też programy dla rodziców i opiekunów.

 – Ramówka jest już zamknięta, prawie wszystkie taśmy są już podstawione w wideotece, robimy ostatnie przeglądy emisyjne. W tej chwili koncentrujemy się na przygotowaniu oprawy, zwiastunów i wypełnieniu pozostałych wakatów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Mierzejewska-Wawryków, szefowa TVP ABC.

Stacja będzie nadawana na pierwszym multipleksie cyfrowym (MUX-1), więc będzie dostępna dla wszystkich odbiorców. Mierzejewska-Wawryków podkreśla, że nie będą potrzebne żadne zmiany w sprzęcie telewizyjnym, np. dekodery, a jedynie zakodowanie nowego programu na kanale. Wciąż trwają rozmowy z sieciami kablowymi i satelitarnymi, które są zainteresowane posiadaniem TVP ABC w swojej ofercie.

Choć koncesja TVP ABC zezwala na nadawanie od 6 do 23, początkowo program będzie nadawany od 7 do 21. Od kwietnia po godz. 21 w ramówce pojawią się specjalne programy dla rodziców, a od samego początku o godz. 17 w TVP ABC będzie pasmo premierowe.

Stacja będzie kierować swoje programy przede wszystkim do dzieci w wieku od lat 3 do 12. Mają one być bezpieczne i angażujące. Mierzejewska-Wawryków chciałby, aby rodzice mogli pozostawić dzieci same podczas oglądania TVP ABC bez obawy o treść programów. Młodzi widzowie mają nie tylko dobrze się bawić, lecz także poszerzać wiedzę dzięki ciekawym programom edukacyjnym.

TVP ABC będzie jedyną bezpłatną, choć objętą abonamentem, stacją telewizyjną dla dzieci.

 – Oferta pierwszych sześciu tygodni będzie opierała się przede wszystkim na archiwalnych programach Telewizji Polskiej, takich jak „Mama i ja”, „Domowe przedszkole”, „Zygzaki”, „Wirtulandia”, „Jedyneczka”, „Budzik”, tytuły, które pokolenie dzisiejszych rodziców doskonale zna. Ale też na filmach animowanych przez niektórych nazywane kultowymi, czyli „Bolek i Lolek”, „Koziołek Matołek”, „Miś Uszatek” – wylicza Mierzejewska-Wawryków.

Dodaje, że nie zabraknie też produkcji zagranicznych, takich jak „Smerfy” czy „Pszczółka Maja”. Telewizja Polska jest już w trakcie zakupu kolejnych licencji na znane programy dla dzieci.

Po okresie rozruchu w TVP ABC ma się pojawić więcej produkcji własnych. Nie będzie jednak studia, bo to zbyt kosztowne. Dopiero od 1 marca stopniowo zaczną się pojawiać reklamy.

Fuzja House of Skills i Grupy training&consulting

Łączą się dwaj ważni gracze branży doradczo – szkoleniowej. Z dniem 1 stycznia 2014 roku, Grupa training&consulting stała się integralną częścią House of Skills.

Fuzja House of Skills i Grupy training&consulting może być jednym z pierwszych wskaźników urzeczywistnienia prognoz mówiących o konsolidacji branży. Połączenie świadczy o dążeniu firm szkoleniowo-doradczych do wykorzystania efektu skali przy jednoczesnym zwiększeniu jakości i zakresu świadczonych usług.

Grupa training&consulting, której działalność koncentrowała się na projektach z obszaru negocjacji i budowania porozumienia, uzasadnia integrację z House of Skills potrzebą dotarcia do większej grupy klientów oraz oferowania im kompletnych zestawów rozwiązań, wspierających jakość i efektywność pracy na każdym etapie rozwoju organizacji. – Z punktu widzenia Grupy, połączenie z House of Skills, pozwoli na zwielokrotnienie skali naszych dotychczasowych działań – mówi Ewa Kastory, prezes Grupy training&consulting, obecnie Senior Partner w House of Skills. – Nadal będziemy realizować programy rozwojowe w obszarze porozumień i procesów negocjacyjnych, ale dzięki połączeniu z House of Skills, dostarczymy nasze usługi większym grupom pracowników, utrzymując przy tym międzynarodowe standardy – dodaje Kastory.

W następstwie fuzji, House of Skills poszerza obszar merytorycznych specjalizacji, które będzie kierować do kadry zarządzającej oraz pracowników szczebla operacyjnego dużych i średnich przedsiębiorstw. – Dzięki rozwiązaniom, w których specjalizowała się Grupa training&consulting, poszerzyliśmy naszą ofertę o kolejny, siódmy już, obszar kompetencji, „Negocjacje i porozumienia”. Jesteśmy przekonani, że to doskonałe uzupełnienie naszej dotychczasowej oferty – komentuje Aleksander Drzewiecki, prezes House of Skills. – Wierzymy, że wspólnymi siłami udało nam się stworzyć skuteczny pakiet rozwiązań, który pozwoli odpowiedzieć na potrzeby dynamicznie zmieniającego się rynku i funkcjonujących na nim organizacji – dodaje Drzewiecki.

W wyniku połączenia spółek struktura know-how House of Skills zbudowana jest obecnie z 7 obszarów, stanowiących odpowiedź na kluczowe wyzwania menedżerskie: Strategie biznesowe, Przywództwo i zarządzanie, Zarządzanie zmianą, Zwycięskie Zespoły, Umiejętności osobiste, Zarządzanie kapitałem ludzkim oraz nowopowstały obszar Negocjacje i porozumienia.

Dnia 5. lutego 2014 r. odbyła się konferencja prasowa House of Skills, lidera na rynku doradczo – szkoleniowym w Polsce, na której oficjalnie ogłoszono nową strukturę organizacji. Dzięki fuzji z Grupą training&consulting, House of Skills poszerzyło dotychczasową ofertę o kolejny obszar wyspecjalizowanego know-how, Negocjacje i porozumienia.
W ramach wydarzenia, Aleksander Drzewiecki – prezes spółki House of Skills – oraz Ewa Kastory, była prezes Grupy training&consulting, obecnie senior partner House of Skills, przedstawili motywy, jakimi się kierowali przy fuzji obu spółek oraz opowiedzieli o płynących z niej korzyściach. Drzewiecki zaprezentował również nowe obszary specjalizacji, jakie pojawiły się w ofercie House of Skills dzięki połączeniu z Grupą training&consulting.
Naświetlając kontekst transakcji, prelegenci akcentowali rosnące znaczenie multispecjalizacji – wysoko wyspecjalizowanych, a zarazem interdyscyplinarnych i kompleksowych rozwiązań rozwojowych, połączonych w jeden spójny proces, odpowiadający potrzebom danej organizacji. Według Aleksandra Drzewieckiego, oczekiwania odbiorców względem firm doradczo-szkoleniowych będą sprzyjać konsolidacji branży i wzmocnią dążenie do poszerzania ofert działających w niej podmiotów.

W efekcie fuzji, House of Skills do dotychczasowych specjalizacji (Strategie biznesowe, Przywództwo i zarządzanie, Zarządzanie zmianą, Zwycięskie Zespoły, Umiejętności osobiste, Zarządzanie kapitałem ludzkim) dodało nowy obszar kompetencji – Negocjacje i porozumienia. W ramach połączenia, dotychczasowe produkty Grupy training&consulting – w tym marka Roczna Szkoła Negocjacji – będą dostępne dla większego grona firm i organizacji.

Na zakończenie merytorycznej części konferencji, Ewa Kastory – odpowiedzialna za nowy obszar kompetencji House of Skills – zaprezentowała próbkę szkolenia z zakresu umiejętności negocjacyjnych. Uczestnicy mieli okazję wcielić się w negocjatorów i zrozumieć na czym polega innowacyjne podejście programu rozwojowego Kastory, akcentującego sytuacyjny kontekst interakcji (tzw. meta cele) oraz strategiczną rolę procesu budowania porozumienia.

Coraz wyższa jakość wzrostu gospodarczego w Polsce według indeksu ESCAPE

Jakość wzrostu gospodarczego w Polsce jest coraz wyższa. Według tegorocznego indeksu ESCAPE – opracowanego przez firmę doradczą PwC – Polska znalazła się na 21 pozycji wyprzedzając takie kraje jak Włochy czy Grecja, lokując się tuż za Francją i Wielką Brytanią. Wzrostem gospodarczym o najwyższej jakości mogą pochwalić się Szwecja, Szwajcaria i Singapur.

Indeks ESCAPE – opracowany przez PwC – opisuje całościowo rozwój kraju w aspekcie gospodarczym, społecznym, technologicznym, politycznym i środowiskowym. Poprzez pięć wymiarów takich jak:

  • wzrost i stabilność gospodarcza,
  • rozwój społeczny i spójność,
  • technologie informatyczne i komunikacjne,
  • instytucje polityczne, prawne i regulacyjne,
  • zrównoważony rozwój

określa zdolność danego kraju do ucieczki z pułapki średnich dochodów w przypadku gospodarek wschodzących oraz ucieczki od stagnacji po kryzysie finansowym dla gospodarek rozwiniętych.

„Polska po raz kolejny znalazła sie pośród 42 największych gospodarek świata analizowanych przez PwC pod kątem jakości wzrostu gospodarczego – czyli po pierwsze tego, czy wzrost ten jest trwały, a po drugie czy wpływa pozytywnie na jakość życia obywateli” – wyjaśnia Mateusz Walewski, starszy ekonomista PwC. „Z pułapką średnich dochodów mamy do czynienia wtedy, gdy poziom rozwoju gospodarczego danego kraju osiąga fazę plateau i ostateczną stagnację przed zakwalifikowaniem się do grupy państw wysoko rozwiniętych. Taka sytuacja może się pojawić, gdy w gospodarkach wschodzących rosną wynagrodzenia i następuje spadek konkurencyjności kosztowej czyli w efekcie nie jest możliwe ani konkurowanie z rozwiniętymi gospodarkami w zakresie innowacyjności i wysokich kwalifikacji, ani w zakresie taniej produkcji z gospodarkami o niskich dochodach”.

W zestawieniu ESCAPE bardzo wysokie miejsca od 2000 r. zajmują kraje Europy Północnej: Szwecja (1. miejsce), Szwajcaria (2. miejsce), Holandia(4. miejsce), Finlandia (5. miejsce) i Dania (6. miejsce). Poza Europą dobre wyniki osiągnął Singapur (3. miejsce), a coraz lepsze pozycje w indeksie mają także takie kraje jak Australia, która awansowała z 13. miejsca w 2000 roku na 7. w 2012 roku, czy Chile, przenosząc się na 16. miejsce w 2012 roku z 21. zajmowanego dwa lata wcześniej.

”Polska, Rumunia i Rosja wykazują w ostatnich latach szczególnie silny wzrost. Aby przejść do klubu zaawansowanych gospodarek w naszym zestawieniu, nie wystarczy po prostu dobrze radzić sobie według tradycyjnych wskaźników ekonomicznych takich jak wzrost PKB czy inflacja. Wskaźnik ESCAPE obejmuje znacznie szerszy zakres parametrów – m.in. jakość systemu zdrowia i edukacji, zaawansowanie technologii komunikacyjnych czy efektywne i stabilne otoczenie prawne – przekładających się z jednej strony na jakość życia, a z drugiej na długoterminowy wzrost gospodarczy. Są to więc czynniki istotne przy podejmowaniu decyzji o inwestycji w danym kraju zarówno w przypadku inwestycji produkcyjnych, jak i przy rozszerzaniu działalności handlowej na nasz rynek” – podkreśla Mateusz Walewski.

Więcej informacji o indeksie ESCAPE

Wskaźnik ESCAPE uwzględnia szereg krajów, wskaźników i okresów, wykorzystując dane na poziomie krajowym z oficjalnych źródeł takich jak Bank Światowy i MFW. Istnieje 20 indywidualnych zmiennych ujętych we wskaźniku, ważonych równo na poziomie 5% w celu uniknięcia nadmiernego wpływu pojedynczej zmiennej na ogólne wyniki. Wskaźnik obejmuje 42 największe gospodarki świata, co stanowi około 85% światowego PKB w 2012 roku. Wyniki dostępne są dla trzech lat: rok bazowy 2000, rok 2007 jako ostatni przed uderzeniem globalnego kryzysu finansowego oraz rok 2012 jako najnowsze dostępne dane wskazujące na szereg wskaźników uznawanych w niniejszym opracowaniu.

Aby uzyskać więcej informacji na temat wskaźnika ESCAPE opracowanego przez PwC, zapraszamy na naszą stronę internetową: http://www.pwc.co.uk/economic-services/the-economy.jhtml. 30 najlepszych krajów według wskaźnika w 2012 roku zostało wymienionych w poniższej Tabeli 2 (patrz pełny raport na naszej stronie internetowej w zakresie wyników dla wszystkich krajów według wskaźnika).

Informatycy potrzebują nowych wyzwań zawodowych

Najpoważniejsze cięcia budżetowe w IT są już za nami – tylko jeden na pięciu liderów IT przyznaje, że ich budżet w roku 2013 został zredukowany. Jednocześnie dyrektorzy IT chcą mieć bardziej strategiczny wpływ na swoje organizacje i takich też ról szukają w perspektywie swojego rozwoju zawodowego. Co trzeci menedżer reprezentujący tę branżę, biorący udział w globalnym badaniu „CIO 2013” przeprowadzonym przez firmę doradczą Deloitte, nie czuje się spełniony zawodowo. Także polscy dyrektorzy IT nie chcą być postrzegani jedynie jako specjaliści od naprawy sprzętu komputerowego w firmie. Przyznają jednak, że często brak im, tak potrzebnych w biznesie, kompetencji społecznych i interpersonalnych.

Badanie Deloitte „CIO 2013” ma charakter globalny, gdyż objęło siedmiuset liderów IT z trzydziestu sześciu krajów Europy, w tym Polski, obu Ameryk, Bliskiego Wschodu, Afryki, Azji i Australii. Wzięli w nim udział menedżerowie reprezentujący różne branże i sektory, w tym m.in. finansowy i ubezpieczeń oraz publiczny.

Wyniki badania wskazują, że inwestycje w obszarze IT rosną. Dotyczy to większości lokalizacji i branż. Jedynie 22 proc. badanych w skali globalnej przyznaje, że ich budżet w roku 2013 był niższy niż w roku poprzednim. „Godnym uwagi i jedynym wyjątkiem jest sektor publiczny, gdzie w roku 2013 ponad jedna trzecia kadry zarządzającej IT musiała stawić czoła trudnościom wynikającym z obniżenia budżetu. W przypadku 86 proc. polskich respondentów budżet wzrósł lub pozostał na tym samym poziomie, ale redukcja kosztów pozostaje jednym z ważniejszych priorytetów” – mówi Stanisław Bochnak, Dyrektor Grupy Technology Integration w Deloitte.

Na co są wydawane pieniądze w działach IT? W Polsce 55 proc., a na świecie 58 proc. budżetu jest przeznaczane na bieżącą działalność. Chociaż prawie 60 proc. to wciąż dużo, taki podział stanowi krok we właściwym kierunku dla tych działów IT, które są zainteresowane rozwojem. Pozostałe środki w skali globalnej (42 proc.) wydawane są właśnie na wspieranie zmian i rozwoju. Na rozwój biznesu i nowych produktów przeznaczane jest w Polsce tylko około 30 proc. budżetu IT, natomiast pozostałe 15 proc. jest przeznaczane na transformację działalności biznesowej i reorganizację. Na tym tle w badaniu wyróżnia się rodzimy sektor finansowy, który przeznacza więcej na inwestycje w rozwój biznesu (35 proc.), często koncentrując się na reorganizacji modelu operacyjnego IT. Na pytanie o priorytety w budżecie, 82 proc. liderów IT (w Polsce 88 proc.) podało, że najważniejszym z nich jest reagowanie na nowe potrzeby biznesu. Na drugim miejscu na świecie jest wspieranie strategii cyfrowej poprzez nowe technologie: aplikacje mobilne, cloud computing, media społecznościowe i analitykę. Inwestowanie w rozwój kadry IT okazuje się być także dużo częściej priorytetem dla polskich liderów IT, niż wynika to z badania światowego: prawie 75 proc. lokalnych liderów IT wskazało ten obszar jako priorytetowy wobec 50 proc. na świecie.

Liderzy IT zdają sobie sprawę, że informatycy są bardzo często postrzegani stereotypowo, tzn. jako specjaliści od naprawiania sprzętu komputerowego. Tymczasem oni sami chcą występować w roli partnera biznesowego. Prawie 70 proc. badanych uważa, że ich praca będzie przynosiła najlepsze rezultaty, jeśli sami oni będą wspierać realizację strategii biznesowej swojej firmy. Jednocześnie aż 61proc. respondentów oceniło obecne umiejętności swoich zespołów w zakresie partnerstwa IT z biznesem jako tylko dobre lub słabe, ograniczone jedynie do sporadycznej współpracy z innymi działami biznesowymi. „W Polsce połowa badanych czuje się w tym obszarze mocna. Jednocześnie jednak aż 63 proc. polskich respondentów wskazuje, że nie ma dedykowanego zespołu zarządzania relacjami IT z biznesem, a z tego tylko co trzeci ma w planach zbudowanie takiego zespołu” – mówi Stanisław Bochnak.

Polską specyfiką jest także to, że tam gdzie nie ma zespołu zarządzania relacjami wysoką samoocenę w zakresie partnerstwa z biznesem ma aż 65 proc. respondentów, natomiast tam gdzie taki zespół funkcjonuje, jedynie 43proc. wysoko oceniło swoje partnerstwo. Na podstawie poprzedniego badania CIO można postawić tezę, że ta wysoka samoocena wynika z uzasadnionego psychologicznie lepszego oceniania siebie.

Podobnie jak w badaniu globalnym, tak i w Polsce, jako główną barierą w efektywnym zarządzaniu relacjami IT z biznesem postrzegane jest brak zaangażowania biznesu i niewłaściwe rozumienie roli IT (47proc. respondentów) oraz kolidujące priorytety i ograniczone zasoby IT (ok. jedna trzecia respondentów).

Menedżerowie IT, którzy nie mogą spełniać się w biznesie, częściej niż inni myślą o zmianie pracy. Choć mniej więcej połowa respondentów stwierdziła, że gdy będą podejmować decyzję o kolejnym kroku zawodowym prawdopodobnie pozostaną w IT, to co czwarty w poszukiwaniu nowych wyzwań, aspiruje do zasiadania w zarządzie, w szczególności do stanowisk członka zarządu ds. operacji (COO) lub prezesa zarządu (CEO).

W Polsce aspiracje do pozostania prezesem zarządu zadeklarowało prawie 40 proc. respondentów. Najważniejszymi czynnikami, które skłoniłyby ich do zmiany ich obecnej roli są: nowe wyzwania (37 proc.) oraz większy wkład w tworzenie strategii biznesowej organizacji (23 proc.).

Okazuje się jednak, że przeszkodą dla menedżerów IT w szerszym zaistnieniu w biznesie jest także brak umiejętności interpersonalnych i społecznych. Wielu liderów IT nadal boryka się z problemem zachowania równowagi między wiedzą technologiczną a umiejętnościami potrzebnymi, by aktywnie funkcjonować w biznesie. Ponad połowa kadry zarządzającej IT ma problemy ze znalezieniem pracowników, którzy potrafią myśleć w kategoriach biznesu. Niewiele mniej niż połowa poszukuje pracowników, którzy myślą strategicznie i skutecznie się komunikują. W Polsce te wskaźniki wynoszą odpowiednio 49 i 53 proc. Prawie trzy czwarte polskich respondentów doświadczyło problemów przy rekrutacji odpowiednio wykwalifikowanego i doświadczonego personelu IT. Na tym tle wypadamy gorzej niż pozostałe badane kraje, gdzie na podobne problemy wskazywał co drugi respondent. Wśród brakujących kompetencji technicznych w polskich działach IT najczęściej wskazywane są: analiza biznesowa, zgodność, ryzyko i bezpieczeństwo oraz analityka / Big Data. „Nasze badanie dowodzi, że menedżerowie IT bardzo często czują się niespełnieni zawodowo. Chcą być pełnoprawnymi partnerami biznesowymi dla swoich zarządów i być źródłem innowacji dla swoich firm. Jednocześnie jednak ich zespołom brakuje kompetencji personalnych, które pozwoliłby im umiejętnie komunikować się z otoczeniem biznesowym. Naszym zdaniem jest to luka, o której wypełnieniu powinny pomyśleć także wyższe uczelnie techniczne, które oprócz umiejętności zawodowych powinny wyposażać swoich absolwentów w umiejętności społeczne” – podsumowuje Stanisław Bochnak.

Dlaczego znów nic nie wyszło z moich noworocznych postanowień?

Początek nowego roku to w obiegowej opinii najlepszy moment na większe zmiany w naszym życiu. Pierwszego stycznia postanawiamy zatem schudnąć, zacząć oszczędzać, rzucić w końcu palenie czy spędzać nieco mniej czasu w pracy. Plany często są niezwykle ambitne. Szybko okazać się jednak może, że nasza wola nie jest tak silna, jak początkowo zakładaliśmy.

Do przygotowania listy noworocznych postanowień większość z nas co roku zabiera się z niemałym zapałem. Wszak wszystkie umieszczane na nich zmiany wiążą się z jakąś poprawą – zdrowia, relacji rodzinnych, stanu oszczędności czy poziomu wykształcenia.

I o ile na samym początku zwykle nie brakuje nam motywacji do działania, to już po kilku tygodniach dopada nas proza dnia codziennego, przez co ambitne plany po raz kolejny zmuszeni jesteśmy odłożyć na następny rok. Jak bowiem pokazują liczne badania, styczniowe zobowiązania udaje się zrealizować średnio jedynie 15% z nas.

Czy to oznacza, że nie warto nawet próbować? Absolutnie nie! Zamiast tego powinniśmy sprawdzić, jakie błędy najczęściej popełniamy już na samym początku naszej drogi i co zrobić, by uniknąć wielu czyhających na nas pułapek.

Jedna zmiana na raz

Przede wszystkim powinniśmy uświadomić sobie, że siła woli działa niemalże jak nasze mięśnie: im bardziej eksploatowana, z tym mniejszym wysiłkiem może w danej chwili pracować.

Z tego powodu zamiast już od 1. stycznia zarzucać się szeregiem postanowień, lepiej je rozplanować i systematycznie wdrażać w nieco dłuższym okresie. Pozwoli nam to skupić się na jednej zmianie na raz, co z całą pewnością podniesie efektywność wszystkich działań.

Warto wiedzieć, że siłę woli można sukcesywnie budować poprzez regularne ćwiczenia. W tym przypadku sztangę i hantle zastępują wdrożenia kolejnych, pozytywnych nawyków i choćby drobne, ale konsekwentnie realizowane zobowiązania.

Istotne jest, aby zapewnić sobie przy tym wsparcie w postaci odpowiednich warunków, w których funkcjonujemy. Często popełnianym błędem jest przeszacowanie siły własnej woli. Jeśli więc postanowiliśmy np. schudnąć, zadbajmy o to, by nigdy nie mieć pod ręką żadnych słodyczy – także tych kupowanych przez rodzinę czy znajomych.

Poranek jak nowy rok

Jeśli z jakichś powodów wraz z początkiem roku nie udało nam się wprowadzić w naszym życiu żadnych istotnych zmian, to nic straconego. Idealnym momentem na wdrażanie postanowień jest każdy poranek, bowiem właśnie wtedy mamy najwięcej silnej woli.

Pamiętajmy jednocześnie, by zawsze „mierzyć siły na zamiary”. Jeśli ostatnio nie udało się nam zrealizować jakiegoś konkretnego zobowiązania, to tym razem warto zacząć od czegoś innego. Frustracja i rozczarowanie poprzednią porażką w niczym nam nie pomogą – lepiej jest wybrać coś prostszego, wzmocnić swoją wolę i do owego tematu wrócić później.

Planujmy z głową

Kolejnym istotnym elementem ułatwiającym wytrwanie w swoich postanowieniach jest solidne planowanie i przygotowanie mentalne. Na zmiany bowiem z całą pewnością nie warto decydować się pod wpływem chwili, gdyż w ten sposób zdobyta motywacja przeważanie szybko znika.

Każde zagadnienie należy najpierw dokładnie przemyśleć i wskazać elementy, na jakich najbardziej nam zależy. Później przychodzi czas na ułożenie planu – określenie i rozpisanie sposobu, w jaki nasz cel spróbujemy zrealizować.

W określeniu drogi do sukcesu często pomocne okazują się odpowiedzi na pytania: w jaki sposób chce zrealizować swoje postanowienie? Kiedy i gdzie będę to robił? Z czego zrezygnuję, by osiągnąć to, co sobie założyłem? Jakie przeszkody mogą się pojawić i jak przez nie przebrnę?

Ważne przy tym także jest umiejętne projektowanie swojego czasu. Nasze zobowiązania po upływie kilku dni, miesięcy czy nawet lat powinny dać się łatwo zmierzyć, co pozwoli stwierdzić, czy swój cel rzeczywiście osiągnęliśmy.

Im prościej, tym skuteczniej

Wprowadzając szereg rozmaitych zmian, prędzej czy później przydarzyć się nam może chwila słabości. To absolutnie normalne – istotne przy tym jednak jest, by potknięcie to nie zakłóciło realizacji naszego długofalowego planu.

Niekiedy może się też okazać, że wybrane przez nas postanowienie da się zrealizować wyłącznie w inny, niż zamierzony przez nas sposób, gdyż nie przewidzieliśmy niektórych przeciwności losu czy przeliczyliśmy się oceniając własną silną wolę. Modyfikacje te nie są niczym złym, pod warunkiem, że pozwolą nam osiągnąć upragniony cel.

Należy też pamiętać, by instrukcje przekazywane do mózgu były maksymalnie uproszczone. Przykładowo zamiast mówić wiele znaczące słowa „zacznę się zdrowo odżywiać” lepiej po prostu w swojej diecie zamienić słodycze na bakalie, a zdanie „będę się więcej ruszał” zastąpić postanowieniem chodzenia do pracy na piechotę.

Innymi słowy – kluczem do sukcesu w realizacji wszelkich zobowiązań jest skupienie się na prostych i konkretnych zachowaniach, które przybliżają nas do realizacji głównego celu, a jednocześnie dają się łatwo wykonać i zmierzyć.
Autor: Grzegorz Frątczak / CEO Solutions

Kompania Piwowarska oficjalnym partnerem i dostawcą piwa na Stadionie Narodowym w Warszawie

We wtorek 4 lutego 2014 r. Kompania Piwowarska oraz operator Stadionu Narodowego – spółka PL.2012+ podpisali umowę, na mocy której lider branży piwowarskiej został partnerem największego stadionu w Polsce. W ramach umowy KP otrzymała tytuł Oficjalnego Sponsora – Dostawcy Piwa. Umowa będzie obowiązywać przez 3 lata.

Dzisiejsza uroczystość podpisania umowy to efekt kilkumiesięcznych rozmów i negocjacji. Na mocy dokumentu Kompania Piwowarska zyskała status partnera Stadionu Narodowego i otrzymała tytuł Sponsora – Dostawcy Piwa. Tym samym od końca lutego kibice oraz uczestnicy imprez organizowanych na Stadionie Narodowym będą mogli napić się piwa Tyskiego oraz innych piw z portfolio KP.

– Jesteśmy dumni z tego, że Tyskie będzie towarzyszyć uczestnikom wydarzeń odbywających na Stadionie Narodowym – biznesowych, muzycznych, kulturalnych, które ostatnio goszczą tutaj coraz częściej, a przede wszystkim sportowych, tak silnie kojarzonych ze wspaniałym świętem, jakim jest wspólne przeżywanie przez polskich kibiców sportowych emocji. Stadion Narodowy to miejsce niezwykle atrakcyjne i prestiżowe, dlatego obecność na nim Kompanii Piwowarskiej, będącej liderem krajowego rynku piwa, oraz Tyskiego, ulubionego piwa Polaków, jest zupełnie naturalna.

Jesteśmy przekonani, że wspólnie z firmą PL.2012+ zapewnimy gościom Stadionu Narodowego obsługę i rozrywkę na najwyższym poziomie – mówi Marzena Piórko, wiceprezes Kompanii Piwowarskiej ds. sprzedaży.

Umowa między KP a PL.2012+ została podpisana na 3 lata. W jej ramach Kompania Piwowarska ma prawo do wykorzystania wizerunku Stadionu Narodowego w komunikacji marketingowej. Branding firmy i jej marek pojawi się na zewnątrz i wewnątrz obiektu, jak również na jego stronie internetowej. Oficjalnemu sponsorowi zostanie także udostępniony czas na ekranach LED zamontowanych nad płytą boiska.

– Naszym celem zawsze była współpraca z tymi firmami, które w sposób nowoczesny i innowacyjny myślą o marketingu i sprzedaży. Jesteśmy przekonani, że Kompania Piwowarska poprzez partnerstwo ze Stadionem Narodowym zyskuje unikalną możliwość dotarcia do naszych wspólnych klientów

w oparciu o emocje i unikalne wrażenia, jakich dostarcza każdy dzień na Stadionie Narodowym. Oczywiście zawsze ważny będzie fakt, że produkty wchodzące w skład portfolio Kompanii Piwowarskiej będą miały wyłączność na Narodowym, ale mam wrażenie, że dużo cenniejsze jest to, że Stadion jest miejscem jedynym w swoim rodzaju, o wyjątkowym charakterze, a przede wszystkim z najlepszą ofertą wydarzeń w Polsce. To doskonała platforma do tego, by wzbogacać doświadczenie marki – mówi Tomasz Zahorski dyrektor ds. partnerstw korporacyjnych w PL.2012+.

Dla Kompanii Piwowarskiej tytuł Oficjalnego Sponsora – Dostawcy Piwa Stadionu Narodowego stanowi bez wątpienia duże wyróżnienie i istotne przedsięwzięcie biznesowe. Jednocześnie to nie pierwszy w historii tej firmy alians ze sportem. KP poprzez swoje marki wspiera nie tylko konkretne drużyny i obiekty sportowe w wielu regionach kraju, ale także ważne wydarzenia, którymi żyje cała Polska. Wystarczy wspomnieć, że marka Tyskie od 2008 r. jest sponsorem polskiej reprezentacji olimpijskiej.

Ile dni wolnych w 2014 roku za święta przypadające w sobotę?

Dzięki orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, od października 2012 roku ponownie możemy cieszyć się dodatkowym dniem wolnym za święto przypadające w sobotę. W ubiegłym roku żaden dzień ustawowo wolny od pracy nie wypadał w sobotę, jednak w 2014 roku będziemy mieli parę okazji, by skorzystać z obowiązującego przywileju i odebrać dodatkowe wolne.

– Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2 października 2012 przywrócił stan prawny sprzed 2011 roku i sprawił, że znów mamy prawo do dodatkowego dnia wolnego w przypadku, gdy święto wypada w dzień wolny inny niż niedziela – mówi Bożena Ryszka, prawnik w TGC Corporate Lawyers. – Każde święto, o ile nie wypada w niedzielę, obniża wymiar czasu pracy o 8 godzin, jeśli więc przypada ono w sobotę, a ta nie jest dniem pracującym w danej organizacji, pracodawca zobligowany jest do udzielenia podwładnym dodatkowego dnia wolnego – dodaje ekspert.

Jak wynika z kalendarza, w bieżącym roku dni świąteczne wypadną w sobotę dwukrotnie – 3 maja oraz 1 listopada. – Będzie więc okazja, by w porozumieniu z pracodawcą odebrać dzień wolny np. w piątek i w poniedziałek i tym samym nieco wydłużyć sobie świąteczne weekendy – mówi Bożena Ryszka z TGC Corporate Lawyers. Choć to jeszcze odległa perspektywa, także w 2015 roku taka możliwość pojawi się dwa razy – 15 sierpnia i 26 grudnia.

Polskie szpitale nieprzygotowane na szybką informatyzację

CEO Magazyn Polska

Na osiem miesięcy przed pierwotnym terminem uruchomienia pełnej Elektronicznej Dokumentacji Medycznej blisko 60 proc. szpitali deklaruje, że nie jest jeszcze na to gotowa. Co dziesiąty ocenia stan swoich przygotowań jako bardzo zły, a 20 proc. placówek twierdzi, że ma trudności z pozyskaniem środków finansowych na ten cel. Zdecydowana większość jednak zapowiada, że zdąży przed terminem, czyli 1 sierpnia 2017 roku.

 – Przejście z dokumentacji papierowej na elektroniczną wymaga wprowadzenia licznych zmian w infrastrukturze informatycznej placówek ochrony zdrowia  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Rzepka, dyrektor na Polskę, Białoruś i Ukrainę z firmy informatycznej Fortinet, która przeprowadziła badanie wśród przedstawicieli szpitali.

1 sierpnia 2014 r., czyli pierwotnie wyznaczony termin wdrożenia systemów informatycznych umożliwiających całkowitą cyfryzację wszystkich danych, w tym np. karty chorób pacjentów okazał się niemożliwy do zrealizowania. Ministerstwo Zdrowia zaproponowało wydłużenie okresu przejściowego na wprowadzenie tego obowiązku do końca lipca 2017 roku. Projekt zmian w ustawy o systemie informacji  w ochronie zdrowia jest w procesie konsultacji. Możliwe, że zostanie przyjęty jeszcze w tym kwartale.

46 proc. ankietowanych przez Fortinet pracowników placówek medycznych stwierdziło, że na przygotowanie ich szpitala do wdrożenia tzw. Elektronicznej Dokumentacji Medycznej wystarczy rok. Możliwe trudności z dotrzymaniem terminu zadeklarowało 12 proc. badanych (wskazali, że potrzebują ponad trzech lat).

 – Najsprawniej z przygotowaniami radzą sobie szpitale prywatne, kliniczne oraz wojewódzkie. One najlepiej również użytkują środki pozyskane na ten cel, mają większą świadomość zagrożeń i są lepiej przygotowane do wdrożenia tejże ustawy – mówi Mariusz Rzepka.

Co piąty szpital ma trudność w pozyskiwaniu środków finansowych na ten cel. Mniej więcej tyle samo zapewnia, że określony budżet już posiada – projekty związane z informatyzacją mają być finansowane głównie ze środków własnych placówek i ze środków unijnych.

Problemem jest też kwestia zapewnienia bezpieczeństwa danych medycznych. Tylko 17 proc. szpitali ocenia, że dotychczasowe systemy są na tyle dobre, by odeprzeć większość ataków hakerów.

 – Informatycy narzekają na  brak należytych środków i brak pewności co do poziomu zabezpieczeń obecnie funkcjonujących systemów. Zwracają uwagę na konieczność dodatkowych zabezpieczeń w infrastrukturze informatycznej – mówi Rzepka.

Oprócz rozwiązań infrastrukturalnych szpitale zamierzają również zadbać o tzw. czynnik ludzki, czyli szkolenia dla personelu. Taki zamiar deklaruje blisko 60 proc. z nich.

Badanie zostało przeprowadzone w IV kwartale 2013 r. przez firmę Fortinet wśród działów IT polskich placówek medycznych. Na pytania ankieterów odpowiadali pracownicy wyższego szczebla administracji odpowiedzialni za wdrażanie systemów IT ze 100 szpitali publicznych i prywatnych. 

Unia Europejska wstrzyma finansowanie dla budowy lotnisk

CEO Magazyn Polska

Komisja Europejska nie da pieniędzy na nowe lotniska w Polsce do 2020 r. Eksperci oceniają, że to słuszna decyzja, bo samorządy chciały budować zbyt dużo portów lotniczych, które nie miały szans na rentowność. Na nowe lotnisko jest miejsce właściwie tylko na północnym wschodzie, ale zagrożone małym ruchem są też niektóre istniejące porty lotnicze.

 – Lotniska regionalne są sprawą dobrą i bardzo pożądaną, ale bez przesady. Lotnisko generuje przychody, nowe miejsca pracy, służy otwarciu regionu na świat, ale jest ograniczona liczba osób, która może skorzystać z jego usług. Jeżeli będziemy mieli blisko siebie, w promieniu 50 km, trzy duże lotniska, to one będą stały puste albo będą używane bardzo rzadko – ocenia Bartosz Głowacki ze „Skrzydlatej Polski”. 

Do podobnych wniosków doszli Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju oraz Komisja Europejska. Dlatego w obecnej, unijnej perspektywie budżetowej, która potrwa do 2020 r., nowe porty lotnicze nie mogą liczyć na wspólnotowe dofinansowanie. Pieniądze z Brukseli trafią jedynie do istniejących lotnisk wpisanych do Transeuropejskiej Sieci Transportowej TEN-T.

Brak finansowania z Unii może oznaczać problemy m.in. dla samorządów w Białymstoku oraz Kielcach, które planują nowe lotniska. Przebudowywany i reaktywowany port lotniczy w Szczytnie-Szymanach otrzyma jednak wsparcie z UE, gdyż projekt został zaakceptowany w ramach poprzedniej perspektywy budżetowej. Inwestycja na Warmii musi jednak zostać rozliczona do końca 2015 r., co może być trudne, bo trwają dopiero przetargi na budowę terminala. Na ukończeniu jest też budowa lotniska w Gdyni, ale nie wiadomo, czy KE nie nakaże zwrotu 91 mln zł dotacji otrzymanej przez spółkę od samorządów. Bruksela analizuje, czy lotnisko w Gdyni ma szansę na rentowność.

 – Lotnisko jest częścią infrastruktury i nie da się tego przełożyć wprost na bilans zysków i strat, ale w jakiejś perspektywie czasowej musi być rentowne. A takiego progu rentowności zarówno w przypadku lotniska w Szymanach, jak i lotniska w Gdyni w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej nie widać – uważa Krzysztof Moczulski z lotnictwo.net.pl.

Głowacki dodaje, że w Polsce potrzebne jest obecnie jeszcze tylko jedno lotnisko – na północnym wschodzie kraju. Najbardziej zaawansowane są prace w Szymanach. W ostatnich latach analizowano również powstanie lotniska w Białymstoku, ale w styczniu zarząd województwa podjął decyzję o zaprzestaniu przygotowań do budowy, głównie ze względu na zapowiedź wycofania finansowania unijnego.

W Polsce w ciągu ostatnich dwóch lat uruchomiono dwa nowe lotniska, w Modlinie i Lublinie. Trwa budowa w Radomiu, własne lotnisko chce też mieć Koszalin (w Zegrzu Pomorskim). Jednak nawet niektóre starsze lotniska są zagrożone utratą połączeń i pasażerów.

 – Zauważmy, że poprawia się infrastruktura drogowa w naszym kraju. Kilka lat temu, zanim jeszcze powstał Modlin, promowano lotnisko Łódź-Lublinek tym, że można dojechać z Warszawy do Łodzi w niecałe dwie godziny. Teraz mamy kwestię odwrotną. Teraz z Łodzi do Warszawy można dojechać w godzinę bardzo dobrą drogą. Więc dlaczego pasażerowie mieliby korzystać z Lublinka, skoro mogliby skorzystać z Warszawy czy z Modlina – podkreśla Głowacki.

 – Powinniśmy popatrzeć na to, co się działo w Hiszpanii, gdzie lotniska były budowane na potęgę. I teraz duża część z nich stoi pusta. Warto sobie zadać pytanie, czy trzeba teraz się bić o to, żeby Ryanair nie obcinał tras z istniejących lotnisk, czy warto mieć mniej lotnisk, ale zapewniających na tyle dużą liczbę pasażerów, że o przewoźnika nie będzie trzeba się bić, ponieważ sam potencjał lotniska będzie wystarczająco zachęcający dla niego – ocenia Moczulski.

Ten rok będzie przełomowy dla specjalnych stref ekonomicznych. Czekają je duże zmiany

CEO Magazyn Polska

Specjalne strefy ekonomiczne czekają w tym roku duże zmiany. Zaczną przyciągać inwestorów nie tylko infrastrukturą i preferencyjnymi warunkami inwestowania, lecz także kadrą naukową i parkami technologicznymi. Powstanie specjalna platforma ułatwiająca współpracę pomiędzy inwestorami z różnych stref w całym kraju. Strefy chcą też angażować się w poprawę sytuacji w szkołach zawodowych.

 – Trwają negocjacje nad jedną z najważniejszych inwestycji w Polsce w tym roku. Są różne doniesienia prasowe, ale nie chciałabym jeszcze używać nazwy tego przedsiębiorstwa – mówi Teresa Kamińska, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Kamińska zapowiada, że ten rok będzie przełomowy i bardzo ważny dla działalności stref, nie tylko ze względu na nowe duże inwestycje, lecz także na zmiany, jakie w tych strefach zachodzą.

 – Jest nowa perspektywa finansowa, jest też nowe oblicze stref. To już nie są strefy, które tylko przygotowują grunty, infrastrukturę, obsługują inwestorów. To strefy, które również dysponują parkami naukowo-technologicznymi, a więc oferują ośrodki badawczo-rozwojowe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Teresa Kamińska.

Strefom ekonomicznym zależy na lepszym wykorzystaniu potencjału naukowców, parków technologicznych, a także poprawie szkolenia zawodowego. To wszystko ma przyciągnąć nowych inwestorów, którzy spowodują, że strefy staną się miejscem powstawania nowych technologii.

 – Szkolnictwo zawodowe i średnie techniczne, jak wiemy, jest problemem. Strefy w tej chwili bardzo mocno zaangażowały się w elastyczne szkolnictwo zawodowe. Każdy inwestor będzie mógł wykształcić sobie kadrę i w programach unijnych, i w programach strefowych, dostosowaną do jego potrzeb – wyjaśnia Kamińska. – Po drugie, jest kwestia parków naukowo-technologicznych, a więc jest możliwość pozyskania kadry i naukowej, i inżynieryjnej, do badań po bardzo preferencyjnych cenach.

Strefy chcą też zachęcać inwestorów do współpracy w ramach różnych sektorów. Kamińska chciałaby, by PSSE była inicjatorem i współtwórcą klastrów: rolno-spożywczego, stoczniowego i mechanicznego. Dzięki temu mogłaby stać się pośrednikiem pomiędzy inwestorami i pomagać im w znalezieniu klientów, podwykonawców i technologii. Powstaje w tym celu specjalna platforma o ogólnopolskim zasięgu, dzięki której inwestorzy będą mogli łatwiej znajdować partnerów.

 – Zaangażowaliśmy się w restrukturyzację terenów przemysłowych. Wchodzimy tam z restrukturyzacją terenów, infrastruktury, z przygotowaniem pod nowe inwestycje – dodaje Kamińska.

PSSE jest właścicielem Gdańskiego Parku Naukowo-Technologicznego oraz Bałtyckiego Portu Nowych Technologii, który znajduje się na części terenów byłej Stoczni Gdynia. Z założenia BPNT ma łączyć proces rewitalizacji tych terenów ze wsparciem rozwoju przedsiębiorczości na Pomorzu.

Oskładkowanie umów cywilnoprawnych może uderzyć w studentów

CEO Magazyn Polska

Pracodawcy nie będą zatrudniać nowych osób, a dokładać obowiązków już zatrudnionym pracownikom – taki może być efekt oskładkowania umów cywilnoprawnych. Inny, równie niekorzystny dla rynku pracy może być zwiększenie szarej strefy. Na proponowanych przez rząd zmianach mogą też stracić studenci, którzy zwykle dorabiają, pracując na umowy o dzieło lub umowy-zlecenia.

 – Z jednej strony rzeczywiście te propozycje powodują, że osoby, które są zatrudnione na umowach cywilnoprawnych, zyskają pewność etatu. Czy to zachęci pracodawców do zatrudniania? Uważam, że niekoniecznie – mówi Agnieszka Engel z Centrum Szkoleniowo-Rozwojowego Sapientia, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Szczecinie. – Wręcz przeciwnie, będzie to znowu powodowało omijanie prawa.

Jej zdaniem, omijanie prawa będzie polegało między innymi na wydłużaniu czasu pracy osobom już zatrudnionym na etat. Pracodawcom nie będzie się opłacało zatrudnianie pracowników na umowę-zlecenie na krótki czas, do doraźnych projektów. 

 – Na pewno rozwinie się szara strefa, czyli osoby będą zwyczajnie zatrudniane bez umów, mówiąc kolokwialnie na czarno albo zatrudniane na bardzo krótki wymiar, 1/16 etatu – mówi Engel. – Te rozwiązania dzisiaj już bardzo łatwo ominąć, bo jako argumenty podaje się to, że te osoby będą miały płacone składki. Zresztą osoby po 26. roku życia, zawierając umowę cywilnoprawną, umowę-zlecenie, muszą być oskładkowane.

Każdy, kto zechce, może być też ubezpieczony przez to, że sam płaci składkę zdrowotną ze swoich zarobków. A więc możliwość pełnego oskładkowania jest już w prawie zapewniona. Jak dodaje ekspertka, zatrudnienie na umowę-zlecenie tak naprawdę ogranicza tylko możliwość przynależności do związków zawodowych, bo nawet przed wypowiedzeniem etat nie chroni. 

 – Nie oszukujmy się, jeżeli przychodzi moment, że pracodawca jest zmuszony zwolnić pracownika, to go zwalnia, czy jest on na umowę o pracę, czy na umowę-zlecenie – przekonuje rozmówczyni Newserii Biznes.

Jak dodaje, zmiany uderzyć mogą także w studentów, którzy dziś są zwolnieni ze składek do ukończenia 26 lat. Jeśli rząd oskładkuje także tę grupę, pracodawcy będą woleli zatrudnić osoby w pełni dyspozycyjne, nie ograniczone grafikiem zajęć na uczelni. Problemy mogą mieć również tzw. freelancerzy.

 – Młode osoby zyskują dzięki temu po pierwsze wynagrodzenie, a po drugie doświadczenie. Osoby, które pracują jako freelancerzy, na zlecenie – im jest też tak wygodnie – mówi Engel. – W sytuacji, kiedy oczekujemy stabilizacji, sięgamy po umowę o pracę. Wszystko będzie się sprowadzało zawsze do jednego: potrzeb pracodawcy i potrzeb pracownika.

Sprzedaż tabletów w Polsce wzrośnie o ponad 15 proc. Popularność zyskują większe urządzenia

CEO Magazyn Polska

W Polsce wciąż jest popyt na nowe tablety. Na rynek wchodzą urządzenia w nowych rozmiarach i z funkcjonalnościami zaprojektowanymi specjalnie dla młodszych odbiorców, a nabywcy pierwszych modeli zaczynają już wymieniać swoje tablety na nowe. Lark szacuje, że wzrost rynku wyniesie w tym roku 15-30 proc.

W ubiegłym roku sprzedaż tabletów przekroczyła dużo ponad milion egzemplarzy. W tym roku wyniki mogą być znacznie lepsze. Poręczne urządzenia coraz częściej zastępują komputery i notebooki, a przydają się głównie jako narzędzie rozrywki. Boom rozpoczął się mniej więcej trzy lata temu i część użytkowników zaczyna poszukiwać nowych modeli.

 – Proces wymiany urządzeń będzie przyspieszał. Klienci, którzy kupili swój pierwszy tablet dwa, trzy lata temu, dzisiaj go wymieniają z uwagi na dramatyczny skok technologiczny w ciągu ostatnich lat, a użytkownicy coraz częściej przywiązują wagę do parametrów technicznych – liczby rdzeni procesora, matrycy, ilości pamięci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Adamczuk, dyrektor sprzedaży w Lark Europe.

Spodziewa się w tym roku ilościowego wzrostu sprzedaży w przedziale między 15 proc. a 30 proc., przy czym za bardziej prawdopodobną uważa dolną granicę. Zwraca też uwagę na nowe modele, jak zaprezentowane niedawno na amerykańskich targach CES tablety 11-, 12- i 13-calowe. 

 – Nie sądzę, by osiągnęły one znaczący udział w rynku. Na pewno będzie rosła rola urządzeń 8-calowych jako alternatywy dla 7-calowych, gdzie akcent kładziemy na mobilność. Z drugiej strony duży udział będą miały modele o większych przekątnych, traktowane jako urządzenia domowe – tłumaczy Michał Adamczuk.

Wraz z rozwojem technologii zmienia się też wzornictwo i rozszerza funkcjonalność tabletów. Rośnie rola nowych kategorii, jak np. tablety przeznaczone dla dzieci.

 – Wyróżniają się nie tylko kolorową obudową, lecz także ergonomiczną konstrukcją, która przystosowana jest do potrzeb młodych klientów. Mają też specjalnie dla dzieci opracowane launchery [platformy do uruchamiania aplikacji – red.] i zapewniają sprawną kontrolę rodzicielską – mówi dyrektor.

Intensywnie rozwija się kategoria tabletów z dodatkowymi funkcjami, jak GPS czy tuner telewizji cyfrowej.

 – To są wartości dodane, dzięki którym znacząco poszerzamy możliwości tabletów. Liczymy także na  coraz intensywniejszy wzrost kategorii tabletów z wbudowanymi modemami 3G – dodaje.

Lark największą sprzedaż odnotowuje na półce cenowej do 499 zł. To urządzenia oparte o dwurdzeniowe procesory, zwykle 7-calowe, czasem większe.

 – Bardzo intensywnie rośnie sprzedaż urządzeń o nieco lepszych parametrach, o ciekawszym designie. Klient chętniej wyda 10-15 proc. więcej na tablet wyróżniający się na tle innych urządzeń. Ten trend utrzyma się także w tym roku – uważa dyrektor sprzedaży w Lark Europe.

Firma wprowadza na rynek modele 8-calowe o wysokich parametrach: wielordzeniowych procesorach, z matrycą IPS, cienkie, w aluminiowych obudowach ultra-slim.

 – Przy tej wielkości, niewielkiej grubości i masie urządzenie jest bardzo lekkie i świetnie leży w dłoni – przekonuje Michał Adamczuk.

Już wkrótce zmiany w kodeksie pracy dotyczące pracy w niedzielę i święta. Ustawa czeka na podpis prezydenta

Zapisana ustawowo możliwość pracy centrów usług biznesowych w niedziele i święta, które przypadają na dni robocze zagranicznych klientów, obniży koszty funkcjonowania i ułatwi rozwój branży, a to może oznaczać nowe miejsca pracy. Zmiana pozwoli na rezygnację z pracy zmianowej, co powinno być dobrze odebrane przez pracowników. Nie jest jednak do końca jasne, jakie firmy i w jakim dokładnie zakresie będą mogły z nowych przepisów skorzystać.

Planowane i niedawno wprowadzone regulacje w Kodeksie pracy dotyczą m.in.: płacy minimalnej, urlopów, elastycznego czasu pracy, reformy urzędów pracy i uporządkowania kwestii związanych pracą w niedziele i święta. Dla segmentu usług biznesowych, zatrudniającego – według danych ABSL (Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych w Polsce) – ponad 120 tysięcy specjalistów, ważnym zapisem jest regulacja tzw. usług transgranicznych.

 – Firmy, które świadczą usługi międzynarodowe głównie w zakresie IT, finansów czy księgowości, będą mogły kontynuować pracę w niedzielę i w święta, w które u obsługiwanego przedsiębiorcy zagranicznego wypada dzień pracy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Dulewicz, radca prawny i partner w kancelarii CMS Cameron McKenna.

Prawniczka podkreśla, że nowy przepis pozytywnie wpłynie na rynek pracy. Nowe prawo spowoduje, że pracodawcy będą mogli zatrudnić mniejszą liczbę pracowników i świadczyć usługi w niedzielę i święta. Dotychczas praca centrów usług wspólnych w niedzielę i święta była niemożliwa. W zamian wprowadzono pracę zmianową – pracodawca musiał zatrudniać ludzi na dwie zmiany, najlepiej w taki sposób, żeby czasy ich pracy nie zachodziły na siebie. Rezygnacja z pracy zmianowej przyniesie więc centrom oszczędności.

 – W Polsce działa około 400 ośrodków outsourcingowych, które muszą prowadzić pracę zmianową lub tzw. pracę weekendową – wyjaśnia Katarzyna Dulewicz. – Takie rozwiązanie wymagało utrzymywania dużej liczby pracowników. Nowe przepisy są elastyczne. Dzięki nim Polska stanie się bardziej konkurencyjna wobec państw sąsiednich i ma szansę przyciągnąć nowe centra usług biznesowych.

Jednocześnie uważa, że zmiany powinny być również dobrze przyjęte przez samych pracowników.

 – Skończy się praca zmianowa, za pracę w niedzielę i święta pracownikom będzie przysługiwać dzień wolny. Pracownicy zostali należycie zabezpieczeni i ochronieni, a liczba miejsc pracy wzrośnie – dodaje ekspertka.

W przepisach pozostają jednak luki i niedociągnięcia. Prawniczka zwraca uwagę, że w uzasadnieniu do projektu uznano, że zmiany zostaną wprowadzone w celu zwiększenia inwestycji w nowe centra usług biznesowych.

Myślę, że na przykład firmy consultingowe czy prawnicze, które świadczą prawie stale usługi na rzecz klientów zagranicznych i również robią to za pomocą poczty e-mail i telefonu, też mogłyby z takich przepisów skorzystać. To szara strefa przepisu nie wiadomo, w którą stronę pójdzie interpretacja – stwierdza Katarzyna Dulewicz.

Drugi problem to kwestia osób, które mogą wykonywać prace w niedziele i święta. Według prawa można zatrudniać pracowników, którzy wykonują pracę przy pomocy poczty elektronicznej lub telefonu oraz osoby, które umożliwiają wykonanie tych usług.

 – Pytanie, kogo ta kategoria obejmuje? Na pewno informatyków, ale już chyba nie sprzątaczki. Czy może to być firma cateringowa? Pozostaje problem, czy można ściągnąć całą firmę w niedzielę do pracy, czy tylko niezbędną liczbę osób do zapewnienia minimum świadczenia usług – mówi partner w kancelarii CMS Cameron McKenna.

Dodatkowo nie sprecyzowano, czy praca ma być prowadzona wyłącznie przy pomocy poczty e-mail lub telefonu ani czy niezbędne jest pojawienie się pracowników w miejscu pracy.

 – Przy tak luźno sformułowanym przepisie bez lektury uzasadnienia ustawy może dochodzić do nadużyć – mówi Katarzyna Dulewicz.

Ostatni miesiąc na odliczenie podatku VAT od aut firmowych. Sejm zajmie się dziś przyjętym przez rząd projektem

Luty to prawdopodobnie ostatni miesiąc, w którym przedsiębiorcy mogą kupić lub wyleasingować pojazdy z homologacją dla samochodu ciężarowego na korzystnych warunkach, czyli z pełnym odliczeniem VAT-u od ceny auta i kosztów paliwa. Rząd chce szybkiego uchwalenia limitów odliczeń, a Sejm ma szansę przegłosować zmiany jeszcze w tym tygodniu.

Od początku roku przestały obowiązywać ograniczenia w odliczaniu podatku od samochodów firmowych traktowanych – dzięki homologacji – jako ciężarówki. Podatnikom przysługuje pełne prawo do odliczenia VAT-u zarówno przy nabyciu, jak i leasingu takich samochodów. Mogą też odliczać cały podatek VAT od paliwa i wszelkich wydatków eksploatacyjnych. W przypadku samochodów osobowych bez takiej homologacji kupujący mają prawo odliczyć do 60 proc. VAT-u, nie więcej jednak niż 6 tys. złotych. Mogą w całości odliczać ten podatek od wydatków eksploatacyjnych, ale już nie od zakupów paliwa. Taki stan potrwa najdłużej do końca marca, a prawdopodobnie tylko do końca lutego. Potem zmiany dotkną wszystkich użytkowników firmowych samochodów osobowych i ciężarowych.

 – W przypadku aut ciężarowych sytuacja nabywcy będzie różna od sytuacji leasingobiorcy. Ten pierwszy po wejściu w życie zmian będzie mógł odliczyć tylko 50 proc. VAT-u. Leasingobiorca, który zawrze umowę i odbierze pojazd przed wejściem zmian w życie, zachowa prawo do odliczania 100 proc. VAT-u od rat leasingowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Szafarowska, partner i doradca podatkowy w MDDP.

Wyjątkiem są pojazdy wyłącznie do użytku służbowego, gdzie odliczeniu podlega cały VAT, co jest jednak obwarowane szeregiem warunków i sankcji.

W obu przypadkach – i samochodów osobowych, i ciężarowych wykorzystywanych w celach służbowych i prywatnych – możliwość odliczenia VAT-u od wszelkich wydatków eksploatacyjnych zostanie ograniczona do połowy wysokości podatku.

 – To nowa sytuacja. Do tej pory serwis, naprawy, części zamienne czy usługi myjni traktowaliśmy jak wydatki uprawniające do odliczenia całości VAT – komentuje ekspertka.

Zmienią się też regulacje dotyczące kupna samochodów prywatno-służbowych. Po zmianach nabywca odliczy 50 proc. VAT-u.

 – Ale nie będzie już limitu kwotowego. Dziś możemy odliczyć 60 proc. VAT, ale maksymalnie do 6 tys. zł. W nowych przepisach kwota będzie dowolna, co dla przedsiębiorców może okazać się korzystne – informuje Marta Szafarowska.

Także leasingobiorcy będą mogli odliczać 50 proc. VAT-u przy wykorzystaniu samochodu osobowego w działalności gospodarczej.

Ministerstwo Finansów uniemożliwiło natomiast użytkownikom samochodów osobowych prywatno-służbowych odliczanie VAT-u od paliwa. Taka sytuacja ma obowiązywać do końca czerwca 2015 roku.

 – Tu niestety zachodzi obawa, że to zapis iluzoryczny i zakładany termin zostanie przesunięty w czasie – uważa partner MDDP.

Nawet jeśli termin zostanie utrzymany, przedsiębiorcy przez ponad rok nie będą mogli w ogóle odliczyć VAT-u z tytułu nabycia paliwa do samochodów osobowych.

W ten sposób podatnicy, którzy wykorzystują samochody osobowe, stracą w stosunku do obowiązujących dzisiaj regulacji. Z jednej strony zostaną pozbawieni części uprawnień w zakresie odliczania VAT-u od wydatków eksploatacyjnych, a z drugiej nie zyskają żadnych praw w zakresie odliczania podatku z tytułu zakupu paliwa. W przypadku paliwa samochody ciężarowe, dające odliczenie na poziomie 50 proc., nadal będą miały przewagę nad osobowymi – podsumowuje Marta Szafarowska.

Nowe przepisy wejdą w życie dwa tygodnie po ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw. Przy narzuconym przez rząd i ustawodawcę tempie, prawdopodobnie zaczną obowiązywać od 1 marca.

Rośnie innowacyjność polskiej gospodarki. Zwiększa się też zainteresowanie naszymi produktami na rynkach zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Wzrost eksportu zaawansowanych technologicznie produktów, który miał miejsce w ostatnim roku, pokazuje, że rośnie innowacyjność polskiej gospodarki. Choć blisko 80 proc. importerów i eksporterów widzi dla siebie więcej szans niż zagrożeń w nadchodzącym roku, wciąż mają wiele obaw, szczególnie związanych ze spadkiem zamówień i wahaniami kursów walut.

 – Główne zagrożenia firmy widzą przede wszystkim w obniżeniu liczby zamówień, w zmniejszeniu popytu na ich produkty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Jarema, dyrektor zarządzający instytucji płatniczej Akcenta w Polsce. – Dużym zagrożeniem są też wahania kursów walut, to że będą się one kształtowały nie w taki sposób, jaki wynika z obliczeń tych importerów i eksporterów. A trzecim, najważniejszym zagrożeniem, które widzą, jest wzrost kosztów pracy.

Badania firmy Akcenta pokazują, że mniejszego popytu obawia się co drugi polski przedsiębiorca handlujący z zagranicą, a nieprzewidzianych wahań kursowych – co trzeci. Jedna czwarta firm boi się wzrostu kosztów pracy, przy czym obawy te są silniejsze wśród eksporterów (31 proc.) niż wśród importerów (22,3 proc.). 

W ciągu ostatniego roku obroty polskich przedsiębiorców w handlu zagranicznym wzrosły o 13 proc. Co najważniejsze rośnie również eksport bardziej zaawansowanych technologicznie towarów.

 – Wzrost eksportu polskiej żywności był dwa razy większy niż średnia krajowa wzrostu eksportu. Drugą gałęzią jest przemysł chemiczny. I pojawia się także przemysł elektromaszynowy, który jest na trzecim miejscu – wymienia dyrektor zarządzający firmy Akcenta. – Zaczyna wzrastać eksport, handel zagraniczny firm, które zajmują się produktami techniki wysokozaawansowanej, także widać, że innowacyjność gospodarki rośnie.

Blisko trzy czwarte polskich eksporterów i importerów patrzy w przyszłość z optymizmem. Oznacza to, że aż 40 proc. z nich oczekuje zwiększenia swoich zysków wobec ubiegłego roku, a 30 proc. ocenia, że będą one na porównywalnym poziomie.

 – Te dane potwierdzają wzrost obrotów naszych klientów, który był za ostatnie dwa kwartały wyższy w porównaniu do analogicznego okresu 2012 roku o 21 proc – dodaje Radosław Jarema.

Jak wynika z badania „Plany i nastroje importerów i eksporterów” instytucji płatniczej Akcenta – najbardziej optymistyczni są właściciele dużych przedsiębiorstw, którzy mają partnerów handlowych na rynku niemieckim, będącym głównym motorem polskiego eksportu. Poprawy oczekują też kontrahenci, którzy prowadzą wymianę handlową z europejskimi krajami, ale spoza strefy euro oraz z partnerami z rynków wschodzących, m.in. z Afryki czy Półwyspu Arabskiego.

Wynajem mieszkań będzie stawał się coraz popularniejszy. Pomogą inwestorzy instytucjonalni

CEO Magazyn Polska

Nad wprowadzeniem programu dopłat do mieszkań na wynajem pracuje Bank Gospodarstwa Krajowego. Zarządzany przez bank Fundusz Mieszkań na Wynajem planuje nabyć pierwsze budynki w II kwartale tego roku. Mieszkania w tych budynkach zaczną być wynajmowane pod koniec roku. Pojawienie się tak dużego inwestora instytucjonalnego i zachęcenie młodych do wynajmu może ożywić ten rynek, który w Polsce – w porównaniu do krajów zachodnioeuropejskich – wciąż jest stosunkowo słabo rozwinięty. 

Prowadzona przez Bank Gospodarstwa Krajowego spółka BGK Nieruchomości, która będzie zarządzać Funduszem Mieszkań na Wynajem, została zarejestrowana w KRS pod koniec stycznia. Fundusz będzie nabywał nie pojedyncze mieszkania, lecz całe budynki w największych miastach, m.in.: Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu. Czynsze w wynajmowanych lokalach mają być wyższe od tych w mieszkaniach komunalnych, ale niższe niż w ich komercyjnych odpowiednikach.

Choć fundusz to inicjatywa rządowa mająca na celu zwiększenie mobilności zawodowej Polaków, ma działać na zasadach rynkowych i przynosić zyski. W przyszłości BGK nie wyklucza całkowitego wycofania się z inwestycji i sprzedania certyfikatów inwestycyjnych innym podmiotom. 

 Wejście na rynek inwestora instytucjonalnego powinno zwiększyć zainteresowanie inwestycjami w mieszkania pod wynajem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławek Muturi, prezes zajmującej się wynajmem firmy MZURI (mzuri.pl) i Stowarzyszenia Mieszkanicznik. Powstaje pewna podaż czynszówek, które gdy wejdą na rynek, będą w pewnej perspektywie dostępne też dla inwestorów instytucjonalnych.

Polski rynek najmu będzie się rozwijał

Obecnie rynek wynajmu jest w Polsce stosunkowo słabo rozwinięty. Większość Polaków, inaczej niż mieszkańcy państw Europy Zachodniej, woli kupić mieszkanie, nawet na kredyt, niż je wynajmować.

 – W Polsce dzisiaj mamy tylko ok. 3-5 proc. mieszkań, które są wynajmowane na zasadach komercyjnych, a na zachodzie Europy jest ich znacznie więcej – mówi  Sławek Muturi.

Brakuje też tradycji budowania mieszkań dla inwestorów, którzy chcieliby je później wynajmować innym.

 95 proc. mieszkań sprzedawanych przez deweloperów to mieszkania kupowane przez Kowalską czy Nowaka, którzy mają zamiar tam zamieszkać. Tymczasem na Zachodzie proporcje te są odwrotne. Sądzę, że rynek polski będzie zmierzać w tym kierunku – twierdzi Muturi.

Do zwiększenia inwestycji w nieruchomości na wynajem mogą zachęcić także stosunkowo wysokie stopy zwrotu, jakie można na nich uzyskać.

 – Sądzę, że wieloletni trend będzie sprzyjał zwiększaniu popularności najmu, zwłaszcza że przychody z najmu są relatywnie wysokie. Średnio można uzyskać 4-4,5 proc., a w naszej praktyce osiągamy zwroty rzędu 7-8, nawet 10 proc. – przekonuje Muturi.

MCI polecany na 2014 r. przez Noble Securities

0

Pozytywne sygnały napływające z polskiej gospodarki powinny znaleźć odzwierciedlenie w wynikach spółek giełdowych w 2014 r. – tak wynika z analizy domu maklerskiego Noble Securities. Zdaniem jego analityków największych wzrostów należy spodziewać się po przedstawicielach sektorów cyklicznych i małych spółkach wchodzących w skład indeksu sWIG80. Wśród 14 wytypowanych przez specjalistów spółek, które w 2014 r. mogą rosnąć najszybciej znalazła się MCI Management SA.

Bezrobotni Polacy po ukończeniu 50. roku życia nie otrzymują skutecznej pomocy w znalezieniu trwałego zatrudnienia

Dla większości bezrobotnych w wieku 50+ efekty programów aktywizacji zawodowej i łagodzenia skutków bezrobocia, realizowanych przez powiatowe urzędy pracy, są krótkotrwałe i nieskuteczne. Nie spełniają swojej podstawowej roli, jaką jest doprowadzenie do trwałego wyjścia z bezrobocia.

NIK skontrolowała, jak Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz wybrane 24 powiatowe urzędy pracy realizują programy aktywizacji zawodowej tej grupy bezrobotnych.

Pracodawcy, którzy biorą udział w różnego rodzaju programach dla osób bezrobotnych w wieku 50+ , uzyskują dodatkową siłę roboczą, nie ponosząc przy tym żadnych kosztów. Nie przedłużają jednak umów zatrudnionym, a urzędy pracy nie mają odpowiednich instrumentów prawnych, które pozwoliłyby na wyegzekwowanie od pracodawców przedłużenia umowy. NIK zwraca uwagę, że wskaźniki efektywności zatrudnienia, na podstawie których Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej ocenia sytuację, są zbyt optymistyczne i nie oddają prawdziwej skali problemu.

Osoby powyżej 50. roku życia stanowią ponad jedną piątą ogółu bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy. W badanym okresie (2010-2012) liczba bezrobotnych, w grupie 50+, systematycznie wzrastała. O ile ogólna liczba bezrobotnych w grupie osób poniżej 50. roku życia wzrosła o 7,6 proc., o tyle wśród osób powyżej 50. roku życia odsetek ten wzrósł o 15,4 proc. Osoby w wieku 50+ o dwa miesiące dłużej poszukiwały pracy niż młodsi bezrobotni. W tej grupie było też najwięcej osób dotkniętych bezrobociem długotrwałym (powyżej jednego roku).

Kontrola pokazała niewielką skuteczność działań aktywizujących (mierzoną uzyskaniem stałego zatrudnienia). Najgorzej w tym zestawieniu wypadają różnego rodzaju staże. Zatrudnienia nie znalazła ponad połowa ich uczestników (55 proc.). Pozostali zostali zatrudnieni na podstawie umów krótkoterminowych. Większość z nich (75 proc.) po wygaśnięciu umów musiała ponownie zarejestrować się jako osoby bezrobotne w urzędach pracy. Podobnie nieprzydatne okazały się szkolenia. Na 691 osób objętych różnego rodzaju szkoleniami – poza osobami, które podjęły działalność gospodarczą (jako kolejną formę aktywizacji po szkoleniu) – zaledwie 40 znalazło zatrudnienie, które można powiązać z jego tematyką.

Z kolei forma aktywizacji polegająca na przyznaniu bezrobotnemu środków na podjęcie własnej działalności gospodarczej przeważnie traktowana była jako substytut świadczeń społecznych. Do takiej oceny skłania kontrolerów fakt, że ponad połowa założonych w ten sposób firm nie przetrwała. Te, które działają, nie osiągają zakładanych zysków. Ich działalność ogranicza się jedynie do opłacania minimalnych składek na ubezpieczenie społeczne.

Urzędy nie sprawdzają ponadto, czy beneficjenci wywiązują się z zobowiązań zadeklarowanych w biznesplanach.

Stosunkowo najbardziej skuteczne okazało się refundowanie pracodawcy kosztów wyposażenia stanowiska pracy. Osoby zatrudnione dzięki temu narzędziu pracowały przez wymagane dwa lata. Jednak tylko 40 proc. z nich kontynuowało pracę. Większość (60 proc.) musiała się zarejestrować ponownie jako bezrobotni, podczas gdy ich niedawni pracodawcy składali nowe wnioski o refundację.

W trakcie kontroli NIK zidentyfikowała szereg przyczyn, które obniżają skuteczność działań aktywizujących osoby bezrobotne. Do najważniejszych należą:

Rozbieżność ofert pracy i oczekiwań osób bezrobotnych.

Oferty pracy, zgłaszane przez pracodawców do urzędów pracy, nie odpowiadają potrzebom bezrobotnych. Osoby po ukończeniu 50 lat poszukują stabilizacji, czyli stałej pracy umożliwiającej dłuższą perspektywę zatrudnienia. Tymczasem większość ofert dotyczy zatrudnienia za minimalne wynagrodzenie, na podstawie krótkich umów lub też obciążona jest warunkiem założenia własnej firmy.

Rotacja pozyskanych w urzędzie pracowników przynosi korzyści pracodawcom.

Dla większości przedsiębiorców złożenie oferty w urzędzie pracy sprawia, że dzięki dotacjom pozyskują pracowników oraz wsparcie finansowe, nie ponosząc przy tym żadnych kosztów. Kontrola wykazała, że oferty tych samych pracodawców powtarzają się, co świadczy o tym, że w rzeczywistości nie oferują oni stałej pracy. Ponadto NIK ma podejrzenia, że część pracodawców traktuje urzędy pracy jako miejsce wyszukiwania pracowników, których następnie zatrudnia nielegalnie. Świadczyć mogą o tym wykryte we wszystkich urzędach nagminne przypadki wycofywania przez przedsiębiorców ofert po zgłoszeniu się osób chętnych do pracy.

Zarejestrowane w urzędach pracy osoby z grupy 50+ w większości mają niskie kwalifikacje i słabe doświadczenie zawodowe.

Około 70 proc. osób w tym wieku ma wykształcenie zasadnicze zawodowe, podstawowe lub niższe. 18 proc. ma staż pracy poniżej pięciu lat lub nigdy nie pracowało. Pracodawcy często przyznają w nieoficjalnych rozmowach, że nie są zainteresowani takimi pracownikami.

Bezrobotnym w wieku powyżej 50 lat urzędy proponują zwykle tańsze i najmniej skuteczne formy aktywizacji.

To przede wszystkim szkolenia i staże. Z Funduszu Pracy dla grupy osób 50+ przeznaczono w 2012 roku do 9,3 proc. ogólnej kwoty na przeciwdziałanie bezrobociu. Tymczasem grupa ta stanowi ponad jedną piątą wszystkich bezrobotnych.

W ocenie NIK Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej stosuje nieadekwatne wskaźniki do pomiaru skuteczności programów aktywizujących. Ukształtowany w połowie lat 90. wskaźnik efektywności zatrudnienia (mierzony odsetkiem osób, które uzyskały pracę w ciągu trzech miesięcy od zakończenia stażu czy szkolenia) nie uwzględnia współczesnych realiów dla osób w grupie 50+. Obecnie na rynku przeważają bowiem oferty pracy krótkoterminowej. Po zakończeniu umowy przedsiębiorcy zwykle ponowne składają oferty w urzędzie pracy, a pracownicy ponownie rejestrują się jako bezrobotni – i znów poddawani są programom aktywizacyjnym. Taka sytuacja fałszuje statystyki i tworzy nieprawdziwy obraz bezrobocia w grupie 50+. Podobnie jest z podejmowaniem działalności gospodarczej. Uznaje się je za efektywne, choć to kolejna forma aktywizacji wspierana finansowo przez państwo, a nie trwała forma zatrudnienia.

Kontrola NIK pokazała, że te nieadekwatne wskaźniki prowadziły do błędnych decyzji finansowych. Np. Ministerstwo w roku 2012 skierowało dodatkową kwotę 200 mln zł do powiatów, które według tych wskaźników były najbardziej skuteczne. Rozpoznanie to kazało się jednak błędne. Wytypowane powiaty były w stanie wykorzystać tylko jedną trzecią tej kwoty.

NIK przeprowadza kontrolę w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych

NIK rozpoczęła kontrolę przygotowania Zakładu Ubezpieczeń Społecznych do realizacji zadań wynikających z ustawy (z 6 grudnia 2013 r.), która zmieniła dotychczasowe zasady funkcjonowania systemu emerytalnego w Polsce.

Kontrola NIK dotyka obszaru szczególnie istotnego dla funkcjonowania państwa, jakim jest powszechny system emerytalny. Departament Pracy, Spraw Społecznych i Rodziny NIK przeprowadza kontrolę w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Czynności kontrolne zostały już właśnie rozpoczęte – równocześnie z wejściem w życie najważniejszych zmian. W razie potrzeby, NIK zbierze też informacje w Ministerstwach Pracy i Polityki Społecznej oraz w Ministerstwie Finansów. Izba nie wyklucza rozszerzenia kontroli o oddziały ZUS w zakresie technicznego wykonania postanowień ustawy o przejęciu przez ZUS środków OFE. Decyzja o ewentualnej kontroli w oddziałach ZUS zostanie podjęta po zrealizowaniu wstępnych badań w Centrali ZUS.

ZUS na wprowadzenie niezbędnych zmian, wynikających z reformy systemu emerytalnego, w planie finansowym na 2014 r. zapewnił sobie kwotę 80 mln złotych. NIK zbada zasadność wydatkowania takiej kwoty ze środków publicznych.

Ustawa z 6 grudnia 2013 r. zobowiązała ZUS m.in. do:

– Przejęcia przez ZUS części obligacyjnej OFE (51,5%, tj. około 150 mld zł).

NIK zbada prawidłowość przebiegu tego procesu i ustali w przyjętych przez ZUS aktywach udział obligacji i bonów skarbu państwa (według danych Komisji Nadzoru Finansowego, na koniec 2013 r., w obligacjach skarbowych ulokowanych było około 45% aktywów OFE).

– Przyjmowania oświadczeń o przekazywaniu składek do OFE (od 1 kwietnia do 31 lipca 2014 r.),

Izba sprawdzi przygotowanie ZUS do obsługi tego przedsięwzięcia, (skala przygotowań musi uwzględniać m.in. liczbę osób, które zadeklarują pozostanie w OFE – liczba członków OFE będzie miała wpływ na wielkość deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych). NIK zbada, jakie są prognozy ZUS odnośnie deficytu FUS oraz wpływ na kondycję ekonomiczną FUS przejęcia ok. 150 mld zł z OFE.

– Poinformowanie OFE o obowiązku przekazania środków za osoby, które w okresie od 1 lutego 2014 r. do 30 października 2014 r. osiągnęły wiek niższy o 10 lat od wieku emerytalnego – tzw. suwak bezpieczeństwa (w dniu 31 października 2014 r.), następnie przejęcie środków oraz informacji o liczbie i wartości umorzonych jednostek rozrachunkowych za te osoby (do 12 listopada 2014 r.).

– Informowania OFE o osobach, które osiągnęły wiek (po dniu 31 października 2014 r.) niższy o 10 lat od wieku emerytalnego oraz do przyjęcia i ewidencji informacji o liczbie i wartości jednostek rozrachunkowych umorzonych na rachunkach członków OFE (od 1 listopada 2014 r.),

– Przejęcia z OFE środków zgromadzonych na rachunkach osób pobierających okresową emeryturę kapitałową (do 30 maja 2014 r.) oraz osób niepobierających, a którzy zawiesili prawo do świadczenia – do 12 czerwca 2014 r. (okresowa emerytura kapitałowa przysługuje członkowi OFE do osiągnięcia przez niego wieku emerytalnego i finansowana jest ze środków zgromadzonych w tych funduszach oraz z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – w ramach środków zewidencjonowanych na subkoncie w ZUS).

NIK zbada stan przygotowań ZUS do realizacji tych zadań, (m.in. dostosowanie użytkowanych w ZUS systemów informatycznych). Izba sprawdzi m.in. czy wydatki, jakie poniósł ZUS na prace dostosowawcze, dokonane zostały skutecznie i oszczędnie.

NIK sprawdzi też, czy przejęcie przez ZUS dodatkowych zadań, związanych z reformą systemu emerytalnego, nie miało negatywnego wpływu na terminowość wypłaty bieżących świadczeń.

Dyrektywa siarkowa zagrozi małym armatorom i bałtyckiej żegludze promowej. Koszty zakupu paliwa mogą wzrosnąć nawet o 70 proc.

CEO Magazyn Polska

Armatorzy promów pasażerskich oraz małych statków towarowych pływających po Bałtyku mogą znaleźć się w trudnej sytuacji od początku przyszłego roku. Po wejściu w życie unijnej dyrektywy siarkowej koszty zakupu paliwa dla statków mogą się zwiększyć aż o 70 proc. Zmiany nie zaszkodzą jednak flocie masowców Polskiej Żeglugi Morskiej. 

 – Na naszą floty masowców dyrektywa siarkowa będzie miała ograniczony wpływ, gdyż na Bałtyk i Morze Północne zawijamy stosunkowo rzadko. Problemy mogą mieć zwłaszcza armatorzy statków operujących w okolicach Bałtyku. To małe jednostki, które z wielkich portów Morza Północnego dowożą na Bałtyk ładunki. Dramatyczne zmiany na pewno nastąpią w żegludze promowej dlatego, że miejscem operowania jest tylko Bałtyk – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szynkaruk, dyrektor naczelny Polskiej Żeglugi Morskiej.

Wchodząca w życie na początku przyszłego roku unijna dyrektywa siarkowa będzie obowiązywać jedynie na wodach Bałtyku, Morza Północnego oraz Kanału La Manche. Zgodnie z nią maksymalna zawartość siarki w paliwach żeglugowych zmaleje z obecnego limitu 1 proc. do 0,1 proc. Na innych akwenach redukcja potrwa do 2020 r. i będzie łagodniejsza – do poziomu 0,5 proc. To wpłynie bezpośrednio na wzrost ceny paliwa dla statków.

Szynkaruk ocenia, że tona paliwa niskosiarkowego używanego przez promy od stycznia 2015 roku to koszt ok. 1000 dolarów. Obecnie stosowane na Bałtyku paliwa kosztują w okolicach 550-600 dolarów. Taki wzrost kosztów nie będzie mógł być w całości przerzucony na klientów, więc ucierpią finanse armatorów. 

 – Olbrzymie kłopoty mogą mieć właściciele starych jednostek, które mogą być nieefektywne ekonomicznie po wzroście cen paliwa – ocenia Szynkaruk. – Duże kłopoty mogą mieć nasze porty, gdyż spora część ładunków może uciec do portów Morza Śródziemnego lub Morza Północnego, które znajdują bliżej granicy  strefy, gdzie stosuje się paliwa o obniżonej zawartości siarki. Z transportu morskiego spora część ładunków może też uciec na drogi, co jest wbrew dokumentom unijnym.

Przed przeniesieniem transportu towarów z mórz na drogi i tory ostrzegają także Europejski Związek Armatorów oraz inni przedstawiciele branży. Zgodnie z unijnymi planami transport morski powinien odgrywać coraz większą rolę. Szynkaruk podkreśla jednak, że dyrektywa siarkowa utrudnia realizację tych planów.

Szynkaruk ma nadzieję, że do przyszłego roku rząd przyjmie przepisy, które umożliwią tankowanie statków skroplonym gazem (LNG). To szansa dla budowanego gazoportu w Świnoujściu, który według dyrektora PŻM powinien stać się centrum tankowania statków nie tylko korzystających z polskich portów, lecz także wszystkich innych, które wpływają na Bałtyk.

Szynkaruk dodaje, że ekologiczne tankowanie statków gazem jest zgodne z wytycznymi UE. 

 – Posiadanie terminalu i ewentualnego miejsca do tankowania, a wcześniej przyjęcie przepisów umożliwiających obrót i dostawy LNG, jest kluczowym tematem i będziemy nad tym z rządem pracować – zapowiada Szynkaruk.

Armatorzy z zadowoleniem obserwują również prace nad tzw. pakietem morskim, który zakłada znaczne uproszczenie i skrócenie do maksymalnie doby wszystkich procedur administracyjnych związanych z odprawą towarów w portach. Szynkaruk podkreśla, że zainteresowani, w tym m.in. przedstawiciele armatorów, portów oraz agentów morskich od wielu lat wskazywali, że istniejące obostrzenia prawne utrudniają rozwój transportu drogą morską. 

 – Przyjęcie tych przepisów to jest spełnienie naszych wieloletnich postulatów i cieszymy się bardzo, że obrót portowy, dostępność i konkurencyjność naszych portów oraz ekonomiczne podstawy  funkcjonowania floty zdecydowanie się poprawią. To jest krok w bardzo dobrą stronę – przekonuje Szynkaruk.

Pakiet morski już wkrótce powinien trafić pod obrady Rady Ministrów.

Neonet walczy o pozycję lidera w swojej branży. Planuje także ekspansję zagraniczną

CEO Magazyn Polska

Neonet chce w tym roku stać się największym sklepem RTV, AGD i IT w Polsce. W następnych latach spółka planuje ekspansję zagraniczną, przede wszystkim w Europie Środkowej. W krajach Europy Zachodniej Neonet chce sprzedawać sprzęt za pomocą sklepu internetowego. W ciągu kilkunastu miesięcy niewykluczony jest debiut giełdowy spółki.

 – Być może w perspektywie kilkunastu miesięcy będziemy myśleć o upublicznieniu naszej oferty, ale na chwilę obecną chcemy jeszcze trochę wzrosnąć na rynku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kiestrzyń, wiceprezes zarządu Neonet SA. – Nasza strategia sprowadza się do jednego – być numerem jeden w Polsce.

Podkreśla, że to jest główny cel spółki na 2014 rok. Dziś Neonet ma ponad 300 salonów sprzedaży w kraju.

 – Kolejne lata to będzie wyjście na rynki zagraniczne, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Środkowej – przekonuje wiceprezes.

Kiestrzyń precyzuje, że w następnych latach spółka planuje wejść na rynek w Bułgarii i Rumunii. Interesujące dla sieci są również Czechy i Słowacja. Mniej prawdopodobna jest ekspansja na Wschód. Choć Kiestrzyń przyznaje, że już teraz wielu klientów Neonetu przyjeżdża zza wschodniej granicy, jednak problemem jest niestabilna sytuacja polityczna i gospodarcza w tych krajach.

Również Europa Zachodnia nie należy do priorytetów Neonetu. Wynika to z dużego nasycenia sklepami AGD, RTV i IT w tej części kontynentu. Kiestrzyń nie wyklucza otwierania tam tradycyjnych sklepów w dalszej przyszłości, ale na razie firma będzie koncentrować się na poprawie oferty internetowej.

 – Europa Zachodnia jest rynkiem dojrzałym, z którym bardzo trudno konkurować w relacji do budżetów marketingowych globalnych koncernów, które operują na tym rynku. Wierzę, że nasze sklepy internetowe za chwilę dzięki poprawie logistyki będą bardzo mocno konkurowały ze sklepami zagranicznymi – zapowiada Kiestrzyń.

Spółka finansuje rozwój ze środków własnych oraz kredytów bankowych. Kiestrzyń podkreśla, że dziś zadłużenie jest na bezpiecznym poziomie.

Warszawskie Lotnisko Chopina wdraża program inwestycyjny wart 1,5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Warszawskie Lotnisko Chopina zarobiło w ubiegłym roku 62 mln zł netto. Władze portu podkreślają, że biorąc pod uwagę wart 1,5 mld zł program inwestycyjny, to bardzo dobry wynik. Jego osiągnięcie było możliwe dzięki rekordowej liczbie pasażerów, która po raz pierwszy w historii przekroczyła 10 mln w ciągu roku. Rozbudowa terminalu pozwoli na zwiększenie przepustowości lotniska do 20 mln pasażerów rocznie, a także spowoduje wzrost znaczenia Warszawy jako portu przesiadkowego. Już teraz 15 proc. pasażerów to osoby w tranzycie. 

 – Po raz pierwszy w historii lotniska przekroczyliśmy magiczną liczbę 10 mln pasażerów. Byli to przede wszystkim pasażerowie w ruchu międzynarodowym – około 11 proc. to ruch krajowy i około 13 proc. to ruch czarterowy. Rośnie też nasze znaczenie jako portu przesiadkowego. Tranzyt to w tej chwili około 15 proc. naszego ruchu, czyli prawie 1,5 mln pasażerów – wylicza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Michał Marzec, naczelny dyrektor przedsiębiorstwa państwowego „Porty Lotnicze” oraz dyrektor Lotniska Chopina.

Rekordowa, wynosząca 10,7 mln liczba pasażerów przełożyła się na bardzo dobry wynik finansowy. W ubiegłym roku Lotnisko Chopina zarobiło około 50 mln zł netto. Wynik udało się osiągnąć pomimo tego, że trwa duży program inwestycyjny, warty łącznie 1,5 mld zł.

Najważniejszym jego elementem jest przebudowa starszej części terminalu pasażerskiego, która zakończy się jeszcze w tym roku. Terminal zostanie udostępniony do eksploatacji w przyszłym. Cały program inwestycyjny zaplanowano na trzy lata.

Michał Marzec podkreśla, że w tym roku spółka zacznie spłacać część kredytów zaciągniętych pod program inwestycyjny. Przez to 2014 r. będzie trudniejszy pod względem finansowym. Jednak Dyrektor Naczelny PPL liczy, że uda się zakończyć prace związane zarówno z terminalem pasażerskim, jak i z infrastrukturą lotniczą, a najpóźniej w pierwszej połowie przyszłego roku obiekty zostaną oddane do eksploatacji. 

 – Zakończenie przebudowy terminalu, który stworzy wspólną architektoniczną bryłę z nową częścią, zakończy się w tym roku. Dotyczy to również wielu inwestycji na polu manewrowym lotniska. Będziemy budować nowe drogi kołowania, nowe płyty, które zwiększą naszą przepustowość. Zakończenie programu inwestycyjnego umożliwi nam obsłużenie nawet powyżej 20 mln pasażerów rocznie – podkreśla Marzec.

Przebudowa terminalu oznacza nie tylko wzrost przepustowości oraz komfortu dla podróżnych (m.in. poprzez bezpośrednie połączenie ze stacją kolejową), lecz także nowe możliwości komercyjne. Na początku stycznia PPL sfinalizował umowę z firmą HDS Polska na obsługę strefy komercyjnej w nowej części terminalu. 10-letni kontrakt oznacza nawet kilkaset milionów złotych przychodów dla spółki zarządzającej warszawskim lotniskiem.

Otwarcie strefy komercyjnej pozwoli zwiększyć przychody, bo obecnie jej częściowe wyłączenie oznacza mniejsze wpływy do kasy PPL-u. Dyrektor M. Marzec dodaje, że w tym roku wyzwaniem będzie nie tylko zakończenie inwestycji, lecz także zapełnienie luki po Ryanairze. Irlandzki przewoźnik niskokosztowy do końca września oferował loty z Lotniska Chopina, ale potem zdecydował się na powrót na lotnisko w Modlinie. 

 – Ryanair wrócił do Modlina, czyli jego pasażerów nie będziemy mogli obsługiwać tutaj. Będziemy usatysfakcjonowani, jeżeli przekroczymy po raz kolejny liczbę 10 mln pasażerów w tym roku – prognozuje Marzec. Jednocześnie podkreśla jednak, że Modlin uzupełnia ofertę lotniska Chopina: – Idea budowania Modlina to jest nasz pomysł. Uważamy, że taka duża aglomeracja i taki duży region jak Warszawa i Mazowsze są w stanie wygenerować ruch zdywersyfikowany zarówno na część low-costową, jak i tradycyjną. Sądzę, że oba te lotniska są absolutnie komplementarne, nie mówiąc już o czysto technicznym wzajemnym wsparciu w sytuacjach trudnych.

Państwowe Porty Lotnicze mają 30,39 proc. udziałów w lotnisku w Modlinie. Ten podwarszawski port lotniczy, który do lipca pozostawał zamknięty dla samolotów obsługujących loty pasażerskie z uwagi na zły stan drogi startowej, obsłużył w 2013 r. 344 tys. pasażerów.

Przemysł farmaceutyczny obawia się umowy o wolnym handlu UE-USA

CEO Magazyn Polska

Uwolnienie rynku farmaceutycznego na mocy umowy o wolnym handlu pomiędzy UE i USA może nieść ze sobą poważne zagrożenia zarówno dla polskiego przemysłu farmaceutycznego, jak i pacjentów NFZ – ostrzegają przedstawiciele branży. Ich zdaniem zharmonizowanie europejskich i amerykańskich przepisów prawa farmaceutycznego spowodowałoby w Polsce dwuletnie opóźnienie we  wprowadzaniu na rynek leków generycznych. Postulują więc wyłączenie z umowy o wolnym handlu niektórych przepisów.

Dla polskiej branży farmaceutycznej problemem pozostaje fakt, że unijne i amerykańskie przepisy dotyczące wprowadzania leków na rynek i ich ochrony patentowej istotnie różnią się między sobą. Zdaniem Piotra Błaszczyka, wiceprezesa Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego (PZPPF),  z tego powodu uwolnienie rynków w przypadku leków może przynieść negatywne skutki – zarówno dla polskiego przemysłu farmaceutycznego, jak i pacjentów NFZ.

 – Polski przemysł farmaceutyczny jest głównie przemysłem generycznym, a więc konkurujący z ochroną patentową dla leków i rozwiązań innowacyjnych, które są wprowadzane do poszczególnych generacji leków – tłumaczy. – System istniejący w Stanach Zjednoczonych, inny od polskiego i europejskiego, polega na tym, że przed złożeniem leku do rejestracji, należy rozpoznać czystość patentową leku, co powoduje opóźnienie w ewentualnym wejściu na rynek leku generycznego.

Podkreśla, że system europejski jest dużo bardziej przejrzysty od amerykańskiego, bowiem wstrzymanie bądź całkowite wycofanie leku z obrotu (w przypadku naruszenia jego patentu) może nastąpić dopiero po rejestracji leku, czyli po wprowadzeniu go na rynek.

 – Właśnie ten aspekt traktujemy jako zagrożenie przy harmonizacji dla ewentualnego wprowadzania nowych generyków na rynek, co może opóźnić o około dwa lata, w naszej ocenie, wejście nowych generyków. Czyli również opóźni moment obniżenia ceny leku, co jest niekorzystne dla pacjentów i dla systemu refundacyjnego Narodowego Funduszu Zdrowia. – tłumaczy wiceprezes PZPPF.

Z tego powodu Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego postuluje o wyłączenie z umowy najbardziej wrażliwych kwestii.

 – Postulatem jest to, ażeby wyłączyć pewne rozwiązania z umowy, które spowodowałoby szybszy dostęp leków generycznych do rynku europejskiego na pewno o co najmniej dwa lata – zaznacza Piotr Błaszczyk.

Dodaje, że chodzi przede wszystkim o tzw. „patent linkage”, czyli o powiązanie rozpoznania patentowego z procedurą rejestracyjną leku. Europejska procedura rejestracyjna nie ma bowiem nic wspólnego z rozpoznaniem patentowym, a dotyczy jedynie rozpoznania, bezpieczeństwa i skuteczności produktu leczniczego.

W czerwcu ubiegłego roku Komisja Europejska dostała od państw członkowskich UE mandat do negocjacji Transatlantyckiego Paktu Handlu i Inwestycji. Na jego mocy ma powstać największa strefa wolnego handlu na świecie, dzięki harmonizacji unijnych i amerykańskich przepisów dotyczących poszczególnych grup produktów.

Niższa opłata interchange nie od razu przełoży się na znaczące obniżki kosztów dla punktów handlowych

CEO Magazyn Polska

Wraz z wprowadzeniem niższej opłaty interchange agenci rozliczeniowi będą mieli nowe obowiązki. Na wniosek punktów handlowych ujawnią strukturę kosztów pobieranych prowizji, muszą więc przygotować do tego swoje systemy. Obniżenie interchange, która jest jedną ze składowych prowizji, nie musi wcale przełożyć się na zwiększenie sieci akceptacji kart – ostrzega Jacek Koszel z IT Card.

Nowa ustawa obniżająca interchange oznacza nie tylko zmianę stawki, lecz także nakłada nowe obowiązki na agentów rozliczeniowych. Przede wszystkim na żądanie punktu handlowego agent rozliczeniowy będzie musiał przedstawić strukturę kosztów składających się na prowizję.

 – Systemy agentów rozliczeniowych muszą zostać dostosowane do takiego prezentowania wartości pobranej prowizji. Choć informacje będą podawane tylko na żądanie akceptanta, każdy agent rozliczeniowy musi się przygotować do nowej sytuacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Koszel, dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży w IT Card. – My jesteśmy na etapie przygotowywania się do całokształtu zmian.

Na prowizję, oprócz opłaty interchange, składają się jeszcze opłaty organizacji płatniczych oraz marża agenta rozliczeniowego, który rozlicza transakcje i podpisuje umowy z akceptantem. Główna część składowa tej prowizji ulegnie znacznej obniżce. Nie oznacza to jednak automatycznie spadku kosztów dla punktu handlowego.

 – W przypadku pozostałych składowych zmiany będą rozłożone w czasie, a o wysokości całej prowizji zadecyduje rynkowa konkurencja – uważa Jacek Koszel. – Biorąc również pod uwagę stopień nasycenia polskiego rynku, obniżka interchange może mieć niewielki wpływ na powiększenie bazy akceptacji kart. Dla punktów, które nie akceptują kart, problemem są wysokie opłaty stałe za terminal, a nie prowizje. Na przykład korporacje taksówkowe są skłonne płacić 5-6 proc. z tytułu prowizji transakcji, ale oczekują w zamian bardzo niskiej opłaty za terminal.

Przez długie lata opłaty interchange pobierane w Polsce od transakcji kartami płatniczymi należały do najwyższych w Europie. Do końca 2012 roku stawki wynosiły średnio około 1,6 proc., podczas gdy średnia w UE była niższa niż 1 proc. Teraz opłaty wynoszą 1,2-1,3 proc. Ponieważ próby skłonienia organizacji płatniczych do samodzielnego zmniejszenia obciążeń nie przyniosły rezultatu, obniżki wprowadzono ustawowo. Od lipca stawki interchange płacone przez akceptantów, czyli placówki honorujące płatności kartami, wyniosą maksymalnie 0,5 proc.

 – My już teraz postanowiliśmy nieco obniżyć nasze opłaty, by zachęcić akceptantów do podpisywania umów. I podejmujemy starania, by takich umów podpisać w najbliższym czasie możliwie jak najwięcej przed zmianami na rynku – tłumaczy Jacek Koszel w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Prawie cała produkcja mebli w Polsce idzie na eksport

CEO Magazyn Polska

Produkowane w Polsce meble w 90 proc. trafiają na eksport. Zdecydowana większość z nich jest robiona na zamówienie zagranicznych koncernów i sprzedawana pod obcą marką. Brak silnych polskich marek, rozdrobnienie branży i brak środków na badania i rozwój to według przedstawicieli branży główne bariery w utworzeniu silnego polskiego przemysłu meblarskiego. 

 Dzięki sprawnej i taniej sile roboczej Polska stała się bardzo szybko atrakcyjnym miejscem do produkcji mebli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Respondek, wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. – Większość z 26 tysięcy polskich firm z branży to małe, średnie i mikroprzedsiębiorstwa. Rozdrobnienie branży to z jednej strony nasza siła, ale z drugiej  słabość.

90 proc. polskich mebli jest eksportowanych, jednak większość polskich przedsiębiorców wytwarza meble na zamówienie zachodnich koncernów i sprzedaje je pod ich markami.

 – Dzięki temu mniejsze są koszty, zwłaszcza te związane z promocją. W meblarstwie trzeba przez 10 lat przeznaczać minimum 10 proc. ceny końcowej na promocję, by zbudować markę. Jednocześnie jak raz wypromujemy markę, to wcale nie mamy gwarancji, że to wystarczy i nie będzie trzeba jej promować później – mówi Respondek. 

Jednak inwestycja taka może się opłacić, bo mebel markowy może osiągnąć cenę nawet dwa razy wyższą od pochodzącego z masowej produkcji.

 – Tam, gdzie robimy tylko i wyłącznie meble zlecane przez innych i pod inną marką sprzedawane, tam zyskowność nie jest duża. Jeśli robimy własne meble i mamy wypromowaną markę, zyskowność jest zdecydowanie większa – mówi Respondek.  Jeśli mebel bez marki, porównywalny często do mebla brandowego, można sprzedać za 2 tys. zł za pojedynczą kanapę, to mebel jakościowy można zdecydowanie sprzedać za 4 tys. zł.

Zdaniem wiceprezesa Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli, poważną barierą w dynamicznym rozwoju polskich firm meblarskich jest brak środków na badania i rozwój.

 Szansy upatrujemy w tym, co się obecnie promuje w europejskiej gospodarce, a więc w postawieniu na badania i rozwój, w sojuszu między sferą badawczą a biznesem – mówi Respondek. – Do tego potrzeba jednak funduszy. Problemem jest także niewielki rozmiar polskich przedsiębiorstw z branży meblowej. Brakuje kadry administracyjnej, która nawiązałaby współpracę z uczelniami czy instytutami meblarskimi i oszacowała choćby niezbędne nakłady – dodaje.

Potrzeba badań wynika między innymi ze zmieniających się trendów w meblarstwie i preferencji klientów. Przykładowo tradycyjne komplety wypoczynkowe, złożone z kanapy trzyosobowej, dwuosobowej i fotela, stały się już przeżytkiem.

 – Dzisiaj większość osób poszukuje mebli indywidualnych, oddzielnych dla każdego, które można wziąć ze sobą w każdym momencie, gdy zmieni się miejsce zamieszkania – mówi Respondek. – Popularne są meble wielofunkcyjne, wykorzystywane zarówno w pracy, jak i przy oglądaniu telewizji. Jeszcze większe zmiany zachodzą w przypadku kuchni, gdzie techniki jest zdecydowanie więcej niż mebli. Warto badać nowe trendy, gdyż dzięki temu będziemy produkować towary, na które jest popyt – dodaje.

Polki rodzą coraz mniej dzieci. Za 6 lat jedną czwartą społeczeństwa będą stanowić osoby po sześćdziesiątce

CEO Magazyn Polska

Polskie społeczeństwo starzeje się i proces ten będzie przebiegał coraz gwałtowniej – przestrzegają eksperci. Polki niechętnie rodzą dzieci i znacznie później niż pokolenia ich matek i babć decydują się na zakładanie rodziny. Specjaliści przewidują, że proces starzenia się społeczeństwa będzie przebiegał w Polsce najgwałtowniej spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej. Młode pokolenie już niedługo nie będzie w stanie zapracować na utrzymanie starszych osób.

W Polsce zawsze się wydawało, że jest dużo ludzi, jest nadwyżka siły roboczej, nadwyżka ludzi młodych. Bardzo dużo dzieci urodziło się w pierwszej połowie lat 80, w okresie tzw. „baby boomu”. Wtedy na świat przychodziło średnio 600 tys. dzieci., teraz 300 tys. Niestety współczynniki dzietności systematycznie malały i od 1990 roku były poniżej zastępowalności pokoleń – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Krystyna Iglicka-Okólska, demograf i socjolog.

Dane Eurostatu pokazują, że w 2020 r. osoby po 60. roku życia będą stanowić blisko 25% ludności polskiego społeczeństwa, a prognoza ludności na lata 2008–2035 opracowana przez GUS wskazuje, że najbliższe lata będą cechowały się przyrostem ludności w najstarszych grupach wieku (tzw. pokolenie stulatków). Szacuje się, że w roku 2030 liczba osób w wieku 85 lat i więcej może sięgać prawie 800 tysięcy.

By poradzić sobie z niżem demograficznym, zachodnie kraje otwierają granice i przyjmują imigrantów. W Wielkiej Brytanii współczynnik dzietności znacznie wzrósł po fali emigracji z Polski. Zahamowało to również proces starzenia się społeczeństwa. Tymczasem Polska ma najniższy współczynnik imigrantów w całej Unii Europejskiej.

Problem starzenia się społeczeństwa polskiego będzie jednym z największych problemów kraju. Kolejne generacje młodych ludzi będą musiały utrzymać coraz większe rzesze ludzi starszych przy niewydolności systemów emerytalnych – mówi Krystyna Iglicka-Okólska.

Eksperci przestrzegają, że problem starzenia się społeczeństwa polskiego może wywołać kolejne fale emigracji. Według prognoz już za kilka lat na 100 ludzi w wieku produkcyjnym będzie przypadało 90 osób w wieku poprodukcyjnym. W przypadku Niemiec, które od lat zmagają się z problemem starzenia się społeczeństwa, współczynnik ten wynosi 60 proc.

Kredyt dla wspólnot mieszkaniowych w PKO Banku Polskim nawet w 1 dzień

W PKO Banku Polskim sfinansowanie remontu czy modernizacji wielorodzinnych budynków przez wspólnoty mieszkaniowe stało się szybsze i wygodniejsze. Dzięki nowemu modelowi oceny kredytowej wspólnoty mogą otrzymać decyzję kredytową nawet w 1 dzień przy minimum formalności.

UOKiK przeprowadził kontrolę przedsiębiorców świadczących usługi deweloperskie

Ponad 1,1 tys. zbadanych wzorców umów, blisko 600 przeanalizowanych prospektów informacyjnych. Prawie 500 postanowień umownych wzbudziło zastrzeżenia UOKiK. Urząd sprawdził czy deweloperzy przestrzegają przepisów. To pierwsza kontrola przeprowadzona przez Urząd od momentu wejścia w życie nowej ustawy.

Ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego weszła w życie 29 kwietnia 2012 r. Po roku jej obowiązywania, UOKiK przeprowadził kontrolę przedsiębiorców świadczących usługi deweloperskie. Sprawdzono czy wywiązują się oni z obowiązków nałożonych nowymi przepisami. Podczas kontroli trwającej od kwietnia do grudnia 2013 r. Prezes Urzędu przeanalizowała 1162 wzorce umów sprzedaży mieszkania lub domu na rynku pierwotnym, 565 prospektów informacyjnych oraz 1239 faktycznie zawartych kontraktów. Jej celem było wyeliminowanie niekorzystnych dla konsumentów praktyk i postanowień wzorców umownych, a także weryfikacja przestrzegania przez deweloperów przepisów nowej ustawy.

Podczas badania Urząd skontrolował 93 przedsiębiorców, w tym 9 spółdzielni prowadzących działalność deweloperską. Zastrzeżenia wzbudziły praktyki 89 podmiotów, wobec których UOKiK podjął działania. W sumie Urząd zakwestionował 470 niedozwolonych postanowień umownych.

Ochrona środków finansowych

Ustawa obowiązująca od 21 miesięcy nałożyła na przedsiębiorców szereg zobowiązań, mających w rezultacie lepiej chronić interesy konsumentów. Najważniejszym z nich jest zapewnienie środka ochrony finansów klientów w razie bankructwa dewelopera — jest nim mieszkaniowy rachunek powierniczy w czterech możliwych konfiguracjach. Może to być zamknięty mieszkaniowy rachunek powierniczy, otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy z dodatkowym zabezpieczeniem w postaci gwarancji ubezpieczeniowej lub gwarancji bankowej, bądź otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy bez dodatkowych zabezpieczeń. Tylko jeden ze skontrolowanych deweloperów nie przestrzegał tego obowiązku, Urząd postawił mu zarzut stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów.

Prospekt informacyjny

Prezes Urzędu skontrolowała 565 prospektów informacyjnych przekazanych przez 84 deweloperów. Pomimo obowiązku ustawowego, 9 przedsiębiorców nie zamieściło w nich wymaganych informacji. W takim przypadku nabywca ma prawo do odstąpienia od umowy w ciągu 30 dni bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Najczęściej brakowało harmonogramu prac (7 przypadków) oraz informacji o prawie do odstąpienia od umowy i wymaganych załącznikach (np. rzutu kondygnacji z zaznaczeniem lokalu). Pominięcie ważnych informacji przez dewelopera, zdaniem Urzędu, może znacząco wpływać na decyzję nabywcy. Tym bardziej, że w wielu przypadkach decyzja podejmowana jest wyłącznie w oparciu o prospekt, bez możliwości obejrzenia budowanego mieszkania lub domu. W związku z niekompletnymi prospektami UOKiK postawił 11 zarzutów.

Umowy stosowane przez deweloperów

Nowe przepisy nakazują zamieszczanie w umowie określonych informacji. Należą do nich m.in.: cena, opis zasad działania rachunku powierniczego, powierzchnia lokalu i sposób jej pomiaru, termin rozpoczęcia i zakończenia prac budowlanych oraz przeniesienia praw na nabywcę. Brak którejkolwiek z nich uprawnia konsumenta do bezkosztowego odstąpienia od umowy. Spośród skontrolowanych deweloperów, 10 nie zamieściło w treści umów informacji wymaganych przez ustawę. W związku z pomijaniem w nich ważnych informacji, UOKiK postawił 12 zarzutów.

Ponadto podczas badania wzorców umownych zakwestionowano 470 klauzul tożsamych z wpisanymi do rejestru. Prezes UOKiK najczęściej kwestionowała wyłączanie lub ograniczanie odpowiedzialności deweloperów za niewykonanie lub nienależyte wykonanie umowy. 75 przedsiębiorców unikało odpowiedzialności m.in. za nieterminowe oddanie lokalu, zmianę jego powierzchni, wady w wykonaniu czy wprowadzenie zmian w projekcie. Ponadto deweloperzy uniemożliwiali odstąpienie od umowy w przypadku zmiany ceny, nakładali na konsumenta nieuzasadnione obowiązki, np. ubezpieczenia czy wykończenia lokalu i nie zamieszczali w umowach danych wymaganych przez ustawę.

Ponad 1,4 mld zł w budżecie państwa dzięki dobrym wynikom Totalizatora Sportowego

CEO Magazyn Polska

Totalizator Sportowy zarobił w ubiegłym roku ponad 250 mln zł netto. Pomimo niewielkiej liczby dużych kumulacji i dzięki produktom niekumulacyjnym udało się też ustanowić trzeci najlepszy w historii spółki wynik sprzedażowy. Najszybciej, bo o 32 proc., rosła sprzedaż zdrapek. Totalizator przekazał też ponad 700 mln zł na sport i kulturę.

W ubiegłym roku Totalizator przekazał też prawie 1,5 mld zł do budżetu państwa. Prawie połowę z tej kwoty, czyli łącznie ponad 680 mln zł, stanowiły podatki od gier, loterii i zakładów wzajemnych oraz dochodowy. Nieco więcej, bo aż ponad 729 mln zł, zostało przekazanych na sport i kulturę.

 – Nasze działania podwoiły świadomość wśród społeczeństwa, że rzeczywiście jesteśmy podmiotem, który wspiera sport i kulturę. Ale to nie my jedyni, to gracze są sponsorami, mecenasami kultury i sportu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Szpil, prezes zarządu Totalizatora Sportowego.

Totalizator w 2013 r. dopłacił ponad 560 mln zł do Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej oraz ponad 145 mln zł do Funduszu Promocji Kultury. Niecałe 22 mln zł zostały przeznaczone na walkę z uzależnieniem od hazardu.

Jak informuje Totalizator, dzięki środkom przekazanym na sport można by wybudować 40 krytych pływalni, ponad 170 sal gimnastycznych lub ponad 1,5 tys. boisk. Środki przekazane na kulturę wystarczyłyby na remont ponad 250 bibliotek lub 40 szkół artystycznych.

Dobre wyniki bez dużych kumulacji

Szpil podkreśla, że Totalizator przekracza wynik sprzedażowy już trzeci rok z rzędu.

 – W 2013 roku były zaledwie dwie kumulacje powyżej 20 mln zł, niemniej jednak poprawiliśmy wynik w porównaniu z planem sprzedaży o co najmniej 2 proc. To daje nam trzeci wynik w historii sprzedaży w ciągu tych 58 lat działalności Totalizatora – mówi Wojciech Szpil.

Ubiegłoroczna sprzedaż Totalizatora Sportowego wyniosła niemal 3,3 mld zł. W dużej mierze było to zasługą tzw. produktów niekumulacyjnych, których wszystkie rodzaje sprzedawały się w 2013 r. lepiej niż rok wcześniej. Lotto pozostaje podstawowym produktem Totalizatora, ale najwyższe wzrosty spółka odnotowała w segmencie zdrapek, których sprzedało się aż o 32 proc. więcej (446 mln zł, czyli prawie 14 proc. całej sprzedaży) oraz w loterii Joker (wzrost o prawie 40 proc., 24 mln zł).

Lepiej sprzedawały się też Mini Lotto (wzrost o 6 proc.), Multi Multi z Plusem (+1 proc.) oraz Keno (+20 proc.).

 – W ramach strategii i decyzji, jakie podjęliśmy w 2012 roku, dywersyfikujemy przychody Totalizatora. W ramach dywersyfikacji przesuwamy ciężar odpowiedzialności za wynik z Lotto, wciąż podstawowego naszego produktu, na inne produkty – między innymi zdrapki i inne produkty loteryjne. To daje nam dużo większą szansę uniezależniania się od kumulacji i ubiegły rok był tego przykładem – zaznacza Szpil.

Totalizator ma ambitne plany na nadchodzący rok i chce dalej zwiększać sprzedaż zdrapek oraz poszerzać ofertę.

 – Z jednej strony rozszerzamy naszą sieć. Staramy się rozwijać sieć o salony, które będą salonami wzorcowymi, gdzie będzie można dostać pełne portfolio naszych produktów. Kumulacje w ramach podstawowego produktu Lotto jeszcze będą dominowały przez jakiś czas, natomiast nasza próba uniezależnienia się od kumulacji, jak widać, daje efekty, i w tę stronę będziemy dalej podążać. Rok 2013 pokazał, że loterie zdrapkowe wzrosły o 1/3, więc można zakładać, że ten trend dalej się utrzyma – zapowiada Szpil.

Dużą rolę odgrywa wprowadzona w ubiegłym roku platforma „Win4life”. Szpil podkreśla, że trudno przewidzieć udział zdrapek w całkowitych przychodach spółki. Prezes Totalizatora chciałby utrzymać poziom powyżej 10 proc., ale trudno o dokładne prognozy z uwagi na szeroką ofertę produktów spółki.

Już prawie 200 z 250 największych spółek na świecie prowadzi e-commerce

Pomimo trudnych warunków gospodarczych łączne przychody 250 największych na świecie sieci handlowych wyniosły w ubiegłym roku obrotowym 4,3 biliona dolarów. W porównaniu rok do roku był to wzrost na poziomie 4,9 proc. Podobnie jak w poprzednim roku detaliści zawdzięczają ten wzrost głównie ekspansji na rynkach wschodzących. Jak wynika z najnowszej 17. edycji corocznego raportu „Global Powers of Retailing 2014. Retail Beyond begins” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy ze STORES Media, liderem w tym sektorze pozostaje amerykański gigant Wal-Mart, a największym sprzedawcą e-commerce na świecie jest Amazon.com.

Wzrost przychodów na poziomie 4,9 proc. jasno wskazuje, że sytuacja największych detalistów jest stabilna. Rok wcześniej było to bowiem 5,1 proc. Jak wynika z raportu średni wzrost w latach 2007-2012 wynosił 4,6 proc. Aby znaleźć się na liście TOP250 spółka musiała w roku obrotowym 2012** osiągnąć przychody w wysokości co najmniej 3,8 mld dolarów, a średni ich poziom przypadający na jedną firmę wyniósł 17 mld dolarów. Średnia marża zysku netto w branży wyniosła 3,1 proc. (rok wcześniej 3,8 proc.)

„Początek ubiegłego roku był trudny dla światowej branży detalicznej. Jednak największe firmy potrafiły poradzić sobie z kryzysem na tyle, że niemal 80 proc. spośród 250 największych spółek zanotowało wzrost przychodów ze sprzedaży detalicznej. Jednak dla niektórych utrzymanie dobrych wyników finansowych oznaczało to pozbycie się części inwestycji” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu Deloitte.

Zjawisko sprzedaży części aktywów doprowadziło do przetasowań wśród 10 największych detalistów na świecie. O ile Wal-Mart umocnił pozycję lidera, o tyle Carrefour (dotąd drugi największy na świecie detalista) spadł na czwarte miejsce. Spowodowane to było malejącymi przychodami ze sprzedaży na przestrzeni ostatnich lat, głównie w wyniku wydzielenia sieci dyskont Dia w lipcu 2011 roku. Tesco, które w tym roku wskoczyło na drugie miejsce także odczuło skutki zamknięcia działalności Fresh & Easy w USA. W naszej części Europy Metro Group sprzedała sieć Real francuskiemu Auchan. Na trzecie miejsce z szóstego awansowała amerykańska spółka Costco Wholesale Corporation.

W FY 2012 10 największych sprzedawców detalicznych na świecie rosła wolniej niż całe TOP 250 i zanotowała wzrost przychodów o 4,2 proc.

W omawianym okresie detaliści działający na rynkach wschodzących nadal odnosili korzyści z wysokiego popytu wewnętrznego. W odróżnieniu od spółek działających na rynkach rozwiniętych, które zmagały się z nienajlepszą sytuacją ekonomiczną, dobra koniunktura na rynkach wschodzących umożliwiła kontynuację agresywnego wzrostu. Spółki na rynkach wschodzących stanowiły ponad połowę (26) z 50-ciu najszybciej rozwijających się detalistów na świecie. Były to wszystkie cztery największe spółki rosyjskie, sześć z siedmiu detalistów z Afryki i Bliskiego Wschodu oraz sześć z dziewięciu spółek z siedzibą w Ameryce Łacińskiej.

Stawce przewodzili detaliści z Ameryki Południowej, których przychody wzrosły o prawie 15 proc., wyprzedzając spółki z sektora konsumpcyjnego z regionu Afryki i Bliskiego Wschodu (13,5 proc.). Spółki detaliczne skutecznie zmieniają swe strategie w taki sposób, aby móc wyjść naprzeciw konsumentom wywodzącym się z klasy średniej w gospodarkach rozwijających się, które cechuje silny popyt na wyroby konsumpcyjne począwszy od samochodów i elektroniki, kończąc na kosmetykach.

Już kolejny rok z rzędu detaliści europejscy odczuli trudności w sprzedaży związane z recesją w regionie, wywołaną wprowadzaniem programów oszczędnościowych mających na celu zapobiegnięcie kryzysowi kredytowemu w strefie euro. Skutkowało to niskim wzrostem i wysoką stopą bezrobocia w wielu krajach europejskich. „W grupie 250 największych na świecie detalistów zakładanych przychodów ze sprzedaży nie udało się uzyskać spółkom z Niemiec oraz Wielkiej Brytanii. Nic więc dziwnego, że źródeł wzrostu szukali na rynkach zagranicznych, na których działa aż 80 proc. z nich. Europejskie firmy działały średnio w 15 krajach, i aż 40 proc. ich przychodów pochodzi spoza rodzimego rynku. Ogólnie dla całego TOP250 prawie jedna czwarta przychodów pochodzi z rynków zagranicznych” – wyjaśnia Marcin Diakonowicz.

Podobnie jak w poprzednim roku sektor FMCG stanowi ponad 50 proc. wszystkich detalistów w zestawieniu. Sektor ten pod względem wzrostu przychodów (5,3 proc.) wyprzedził w omawianym okresie branżę modową i przemysłową, co świadczy o tym, że jest on najbardziej odporny jeżeli chodzi o zmiany w gospodarce i wahania popytu konsumpcyjnego. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż najbardziej rentownym z handlowych działów jest moda, której średnia marża zysku netto wyniosła 7,4 proc., czyli ponad dwa razy więcej niż w całym TOP250. Co ciekawe, to właśnie w tym sektorze doszło do dużych zmian w Polsce. Marki lokalne należące do np. CCC coraz częściej wygrywają z sieciami zagranicznymi. W ub. roku sklepy zamknęła międzynarodowa sieć obuwnicza Nine West, a do marca swe salony zamkną Cottonfield i Jackpot.

W związku z rosnącą wagą e-commerce, po raz pierwszy w raporcie Deloitte znalazł się podranking 50 największych na świecie e-sprzedawców. „Ponad trzy czwarte z nich należy jednocześnie do grupy 250 największych na świecie detalistów. Sprzedaż przez Internet stanowiła istotną część łącznych przychodów ze sprzedaży detalicznej 50 czołowych e-sprzedawców w roku obrotowym 2012 i wyniosła średnio prawie jedna trzecią ich sprzedaży” – wyjaśnia Marcin Łaszkiewicz, Menadżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Przeważająca większość spółek z podrankingu 50 czołowych e-detalistów (42 spółki) to sprzedawcy stosujący rozmaite kanały sprzedaży. Zaledwie osiem z nich nie prowadzi sprzedaży w sklepach tradycyjnych. Większość spośród 50 czołowych e-detalistów ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych (28) i Europie (17), a jedynie pięć spółek z branży wywodzi się z rynków wschodzących. Liderem w tym zestawieniu jest amerykańska grupa Amazon.com, która niebawem w Polsce otworzy trzy centra logistyczne.

Aktywność w handlu elektronicznym poddano także analizie dla całej grupy 250 największych globalnych spółek z branży sprzedaży detalicznej. W roku obrotowym 2012 średnio 7,7 proc. łącznej sprzedaży spółek z tej grupy uzyskano z e-commerce. „Z perspektywy regionu handel elektroniczny miał największy wpływ na wielkość przychodów w Ameryce Północnej, a najmniejszy w Europie. Wzrost sprzedaży on-line był najsilniejszy wśród detalistów z regionu Azji i Pacyfiku, a najsłabszy w spółkach z Ameryki Północnej. Jak wynika z zestawienia 53 spółki w ogóle nie prowadzą sprzedaży on-line. Są to głównie reprezentanci branży spożywczej” – mówi Marcin Łaszkiwicz.

Handel elektroniczny to jedna z prężniejszych gałęzi gospodarki także w Polsce. Jak wynika z raportu Deloitte przygotowanego wspólnie z Grupą Allegro „Digital Trends 2013” całkowita wartość dodana polskiego e-commerce wynosiła w 2012 roku 7,3 mld zł. Wielkość gospodarki internetowej w Polsce w ciągu ostatnich sześciu lat podwoiła się i odpowiada ona już za 5,8 proc. PKB wypracowanego w 2012 roku.

** Ostatni zamknięty rok finansowy tj. FY 2012 (obejmujący rok podatkowy kończący się najpóźniej w czerwcu 2013 r.).

Usługi budowlane oraz finansowo-doradcze najczęściej poszukiwane w Internecie

Dynamicznie rośnie liczba osób, która za pośrednictwem Internetu poszukuje wykonawców usług. Dobrym przykładem jest serwis Oferteo.pl, który w 2013 roku odnotował 46-procentowy wzrost liczby użytkowników składających zapytania o oferty – z Oferteo.pl skorzystało 82 021 nowych użytkowników. O jedną czwartą (25%) natomiast zwiększyła się w tym czasie liczba Firm poszukujących nowych Klientów i gotowych do współpracy z użytkownikami Oferteo.pl. Od początku swojej działalności serwis umożliwił złożenie ponad 1 000 000 ofert osobom poszukującym produktów i usług. W 2013 roku największą popularnością cieszyło się budownictwo, a w drugiej kolejności również usługi doradczo-finansowe.

W 2013 roku najpopularniejszą kategorią w Oferteo.pl było budownictwo: blisko 50% internautów poszukiwało firm, które wykonują usługi remontowo-budowlane oraz dostawców materiałów budowlanych. Największa liczba zapytań ofertowych pojawiła się między majem a październikiem.

W plasującej się na drugim miejscu kategorii finansowo-doradczej zapytania dotyczyły przede wszystkim kredytów i pożyczek (50% zapytań w tej kategorii) oraz doradztwa i audytu. Internauci poszukują tutaj kredytów, leasingu maszyn i urządzeń, a także chcą sprzedać wierzytelności. Statystyki pokazują, że największa ilość zapytań w kategorii finansowo-doradczej notowana jest pod koniec roku.

Jak zauważa Karol Grygiel, członek zarządu Oferteo.pl, „wzrost liczby zapytań ofertowych na usługi związane z finansami i doradztwem świadczy o poszukiwaniu przez firmy i osoby prywatne wygodnych sposobów pozyskania firmy do współpracy oraz oszczędności. Konsumenci nie polegają już tylko na tradycyjnych formach poszukiwania, ale coraz częściej sięgają do zasobów i narzędzi dostępnych w Internecie”.

SkyCash zdobył nagrodę „Złoty Bell” w konsumenckiej kategorii „Aplikacja roku 2013”

SkyCash, system płatności przez komórkę, zdobył nagrodę „Złoty Bell” w konsumenckiej kategorii „Aplikacja roku 2013”. Finał rywalizacji odbył się podczas Gali Mobility Trends 2013, wyróżniającej najlepsze produkty i usługi z obszaru nowych technologii.

Podczas tegorocznej Gali Mobility Trends system płatności przez komórkę SkyCash otrzymał nagrodę Złoty Bell w kategorii „Aplikacja roku 2013”. O zwycięstwie zdecydowali konsumenci, oddając głosy w internetowym plebiscycie. Wydarzenie, które zostało zorganizowane już po raz czwarty, ma na celu wyłonienie najlepszych produktów i usług w dziedzinie nowych technologii. Nagrody są przyznawane na cześć Alexandra Grahama Bella, wynalazcy telefonu i kilkudziesięciu innych wynalazków telekomunikacyjnych.

SkyCash to aplikacja płatności telefonem komórkowym, z której korzysta już blisko 500 tys. osób. Najpopularniejsze usługi dostępne w ramach systemu to kupowanie biletów komunikacji miejskiej i kolejowej oraz płatności za parkowanie, które działają w kilkudziesięciu miastach na terenie całej Polski. Uniwersalność SkyCash pozwala na regularne dodawanie kolejnych, ułatwiających codzienne życie rozwiązań, jak wypłacanie gotówki z bankomatów czy regulowanie należności za domowe rachunki. Wśród najnowszych usług SkyCash znajdują się płatności za parkowanie w saldo kart paliwowych ORLEN Flota oraz możliwość kupowania biletów komunikacji miejskiej w technologii NFC.

– Zdobycie nagrody przyznawanej głosami samych użytkowników, którzy na co dzień korzystają z nominowanych aplikacji, jest dla nas szczególnym wyróżnieniem – powiedział Dariusz Mazurkiewicz, prezes zarządu SkyCash Poland S.A. – Od samego początku rozwijamy SkyCash jako system uniwersalny, dostosowany do potrzeb współczesnych konsumentów. Nasi użytkownicy cenią sobie prostotę rozwiązania i fakt, że łączy w jednej aplikacji wiele uzupełniających się usług – dodaje Mazurkiewicz.

Organizatorem konkursu i Gali Mobility Trends jest MIT MEDIA Group, wydawca magazynu mobilnych technologii Mobility. Wręczenie nagród odbyło się 30 stycznia br. w warszawskim Space Club.

Nowy Prezes Zarządu i Dyrektor generalny spółek Grupy Generali Polska

W dniu 31.01.2014 podjęto decyzje o znaczących zmianach w strukturach zarządu spółek Grupy Generali w Polsce. Robert Sokołowski został mianowany nowym Prezesem Zarządu i Dyrektorem Generalnym firmy, zastępując Artura Olecha, który z powodów osobistych złożył rezygnację z zajmowanych stanowisk i podejmie nowe wyzwania zawodowe poza strukturami Grupy Generali.

Mariusz Kozłowski został mianowany Wiceprezesem Zarządu Grupy Generali Polska, zaś Krzysztof Wiecha zrezygnował z funkcji Członka Zarządu firmy.

Łukasz Jadachowski zastąpi Roberta Sokołowskiego na stanowisku Dyrektora Generalnego Proama, a Krzysztof Wanatowicz obejmie funkcję Dyrektora Sieci Sprzedaży, Produktu i Likwidacji Szkód w Proama.

Nominacje wymagają jeszcze formalnych zgód odpowiednich władz nadzoru rynku i organów korporacyjnych.

Jako Dyrektor Generalny w Proama Robert Sokołowski był odpowiedzialny za wprowadzenie marki na polski rynek od 2011 r. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz posiada tytuł MBA z UCLA Anderson School of Management w Los Angeles. Swoje doświadczenia zawodowe budował w firmie McKinsey, gdzie odpowiadał za doradztwo strategiczne na rynku ubezpieczeniowym. Pełnił również funkcje zarządcze w randze Dyrektora ds. Operacji oraz Dyrektora Sprzedaży i Obsługi w Liberty Direct.

Mariusz Kozłowski pracował w Proama od 2011 r., gdzie odpowiadał za obszar sieci sprzedaży, produktu i likwidacji szkód. Jest absolwentem Wydziału Podstawowych Problemów Techniki Politechniki Wroclawskiej, a także licencjonowanym aktuariuszem. Swoje doświadczenia zawodowe zdobywał w firmie doradczej Deloitte, a także PZU i Liberty Direct.

Raport EY: Coraz większy optymizm wśród szefów europejskich banków

Czwarta edycja Europejskiego Barometru Bankowości przygotowanego przez firmę doradczą EY pokazuje poprawę nastrojów w europejskim sektorze bankowym. Po raz pierwszy od dwóch lat, członkowie zarządów europejskich banków optymistycznie ocenili zarówno perspektywy dla całej europejskiej gospodarki jak i sektora bankowego.

Badanie przeprowadzono jesienią 2013 roku wśród 184 członków zarządów europejskich banków. W czwartej edycji Europejskiego Barometru Bankowości wzięli udział bankierzy z 11 krajów: Austrii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Holandii, krajów skandynawskich, Niemiec, Polski, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Włoch. Aby badanie było ważne dla danego rynku, próba badawcza musiała obejmować członków zarządów banków, których suma aktywów stanowi co najmniej połowę aktywów całego sektora bankowego w danym kraju.

– Europejski Barometr Bankowości to spojrzenie na sektor bankowy oraz całą gospodarkę oczami szefów europejskich instytucji finansowych. Ich nastawienie do tego co się dzieje w gospodarkach zarówno poszczególnych krajów jak i na całym kontynencie przekłada się później na skłonność do kredytowania i wspierania biznesu, co z kolei ma wpływ na działania przedsiębiorców – wyjaśnia Iwona Kozera Partner Zarządzający Grupą Rynków Finansowych EY w Europie Środkowej i Południowej.

Polscy bankierzy tryskają optymizmem

Aż 56% ankietowanych członków zarządów europejskich banków jest zdania, że perspektywy makroekonomiczne dla ich rynku są optymistyczne. Pesymizm wykazało jedynie 9% respondentów. Dla porównania – w połowie 2013 roku (w trzeciej edycji badania) odsetek respondentów optymistycznie oceniających sytuację makroekonomiczną wyniósł 25%, zaś 24% wykazało pesymizm. Czwarta edycja badania pokazuje, że najwięcej optymistów wśród członków zarządów banków jest w Polsce, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii – odpowiedzi wskazujące na poprawę sytuacji makroekonomicznej w ciągu najbliższego półrocza wyniosły w tych krajach odpowiednio 86%, 77% i 74%. Mniej optymistycznie sytuację ocenili Francuzi, gdzie 34% respondentów spodziewa się pogorszenia koniunktury gospodarczej.

– Wyniki Europejskiego Barometru Bankowości są spójne z prognozowanymi zmianami sytuacji makroekonomicznej w poszczególnych krajach. Polska w 2014 r. nadal będzie należeć do najszybciej rozwijających się gospodarek UE, a w grupie krajów objętych badaniem Barometru zapewne będzie liderem wzrostu. Wysoki na tle innych krajów wzrost powinien mieć miejsce także w gospodarce brytyjskiej. Z kolei Hiszpania powinna wyjść z recesji, a skala poprawy w tym kraju będzie należeć do największych spośród gospodarek objętych badaniem – komentuje Marek Rozkrut, Główny Ekonomista EY.

Nie dziwi również pesymistyczna ocena francuskich respondentów, gdyż prognozowana poprawa dynamiki PKB w tym kraju jest najniższa wśród analizowanych gospodarek, a wzrost we Francji będzie prawdopodobnie niższy niż 1%. Na tym tle polska gospodarka z ok. 3% wzrostem PKB wygląda bardzo korzystnie. Niemniej, należy pamiętać, że w Polsce wyraźna poprawa na rynku pracy wymaga zdecydowanie wyższego wzrostu gospodarczego niż w krajach wysoko rozwiniętych, choć niższego niż miało to miejsce w poprzedniej dekadzie. Dlatego korzyści z już obserwowanego przyspieszenia gospodarczego w Polsce znajdą odzwierciedlenie we wzroście zatrudnienia, ale będzie to poprawa stopniowa – dodaje Rozkrut.

Wyniki banków mają być lepsze

Zarządzający bankami spodziewają się też lepszych wyników swoich banków w ciągu najbliższych 6 miesięcy. 60% respondentów jest zdania, że sytuacja ich banku się będzie lepsza. Dzięki poprawiającym się bilansom banków w całej Europie, przyśpieszającej gospodarce i oddalającemu się widmu kryzysu zadłużenia, prezesi banków znów zaczynają skupiać się na wzroście. Jedynie w Niemczech ankietowani uznali, że sytuacja ich banków się pogorszy. Wśród europejskich bankierów niepewność budzą jednak potencjalne skutki Kontroli Jakości Aktywów (AQR) przez ECB. Trwają też procesy restrukturyzacyjne w wielu bankach, a ich szefowie nadal sygnalizują potrzebę redukcji zatrudnienia.

Jednocześnie 35% respondentów jest zdania, że wpływ kryzysu zadłużenia na sektor bankowy w ciągu najbliższych sześciu miesięcy będzie niższy niż w ostatnim czasie. Tylko 16% ankietowanych uważa, że będzie on większy niż do tej pory. To również poprawa percepcji w porównaniu do trzeciej edycji badania, kiedy odsetki te wynosiły odpowiednio 20% i 35%.

Znajdzie się więcej pieniędzy dla MŚP

Coraz większy optymizm daje się odczuć również jeśli chodzi o nastawienie szefów europejskich banków do kredytowania firm. Aż 50% ankietowanych stwierdziło, że polityka kredytowa wobec sektora MŚP w ciągu najbliższych sześciu miesięcy będzie łagodniejsza niż w ostatnim półroczu. 30% badanych powiedziało, że polityka ta się nie zmieni, a 20%, że zostanie zaostrzona. Pozostałe dwa sektory, na które szefowie banków będą patrzyli bardziej przychylnym okiem to ochrona zdrowia (40% wskazań, że polityka będzie mniej restrykcyjna) i energetyka (35%).

Bazylea III i zarządzanie ryzykiem największymi priorytetami

Wśród strategicznych priorytetów na najbliższą przyszłość polscy menedżerowie wymienili: przygotowanie do Bazylei III, zarządzanie ryzykiem, poprawę procesów oraz nakłady w inwestycje w technologie dla klienta. Wśród priorytetów innych państw jest również zgodność z regulacjami, zarządzanie ryzykiem oraz minimalizowanie niekoniecznych nakładów.

– Polskie banki są w bardzo dobrej kondycji. Co prawda u nas również, podobnie jak w całej Europie, zarządzanie ryzykiem i kwestie regulacyjne, w tym dotyczące ochrony konsumentów, są na liście priorytetów. W odróżnieniu jednak od większości krajów w Polsce duży nacisk kładą banki na inwestycje w technologie ułatwiające kontakt z klientem i korzystanie przez klientów z usług bankowych oraz na wprowadzenie nowych produktów. Ten trend potwierdza dobrą kondycję sektora, który jest nadal nastawiony na wzrost. Niewątpliwie w średnim terminie czeka nas dalsza konsolidacja sektora, wynikająca również ze zmian na rynku europejskim – dodaje Iwona Kozera.

Deutsche Bank Polska i Deutsche Bank PBC połączone. Fuzja zwiększy możliwości kredytowe banku

CEO Magazyn Polska

Deutsche Bank PBC SA i Deutsche Bank Polska SA od piątku działają pod jedną marką Deutsche Bank Polska. – To korzyść zarówno dla akcjonariuszy, jak i dla klientów – przekonuje prezes banku. Dzięki połączeniu zwiększą się możliwości finansowe banku, a co za tym idzie, dynamicznie będzie się rozwijać akcja kredytowa zarówno w zakresie kredytów hipotecznych, kredytów gotówkowych, jak i finansowania małych i średnich firm. Równocześnie możliwości kredytowe w stosunku do pojedynczego klienta korporacyjnego będą znacznie większe.

 – Zdecydowaliśmy połączyć obydwa banki – detaliczny i korporacyjny w jedną dużą, silną i uniwersalną instytucję. Jestem przekonany, że jest to racjonalne dla akcjonariusza, gdyż te dwa segmenty do siebie przylegają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kalicki, prezes zarządu Deutsche Bank Polska.

Deutsche Bank Polska świadczył do tej pory usługi dla klientów finansowych i instytucjonalnych. Z kolei Deutsche Bank PBC obsługiwał klientów indywidualnych oraz małe i średnie przedsiębiorstwa. Powstały w wyniku fuzji Deutsche Bank Polska będzie posiadał ofertę skierowaną zarówno do klientów prywatnych, jak i do biznesowych, korporacyjnych i instytucjonalnych. W efekcie Deutsche Bank Polska, według „Global Finance” należący do największej na świecie grupy finansowej, będzie dwunastym bankiem w Polsce.

 – Dzięki fuzji nasze zdolności finansowe będą znacznie większe, na czym skorzystają klienci – mówi prezes banku. – Będziemy mogli dalej rozwijać zarówno działalność hipoteczną, jak i akcję kredytową dla małych i średnich przedsiębiorstw. Z większego limitu finansowania będą mogły skorzystać także duże korporacje finansowe czy samorządy.

W obszarze biznesowo-instytucjonalnym połączona instytucja będzie nadal koncentrować się na korporacyjnej bankowości inwestycyjnej. W latach 2010, 2011 i 2013 Deutsche Bank Polska został uznany przez „Euromoney” za Najlepszy Bank Inwestycyjny w Polsce. 

 – Drugim bardzo ważnym segmentem z punktu widzenia działalności banku są transakcje wymiany międzynarodowej – mówi Krzysztof Kalicki. – Jest to finansowanie eksportu, importu czy rozliczenia międzynarodowe, jak również transakcje walutowe, zabezpieczenie kursów walutowych i stóp procentowych.

Bank zamierza także nadal świadczyć usługi custodialne na rzecz funduszy inwestycyjnych oraz emerytalnych, a także kontynuować wzmacnianie finansowania małych i średnich przedsiębiorstw. W sferze klienta indywidualnego planuje koncentrować się na kredytach hipotecznych, kredytach gotówkowych dla segmentu klientów średniozamożnych i zamożnych oraz ofercie produktów inwestycyjnych.

Prezes banku liczy na to, że 2014 rok będzie jeszcze lepszy dla kierowanej przez niego instytucji zarówno ze względu na jej mocniejszą pozycję na rynku, jak i poprawiającą się koniunkturę. W 2013 roku oba banki, według niezaudytowanych wyników, wypracowały ok. 350 mln zł zysku brutto. Obecnie mają 35 miliardów aktywów i 3,6 mld zł funduszy własnych. 

Dziś OFE mają przekazać do ZUS-u 51,5 proc. zgromadzonych środków

W sobotę weszła w życie ustawa o OFE. Dziś, zgodnie z ustawą, fundusze mają przekazać do ZUS-u 51,5 proc. zgromadzonych środków. Zmniejszenie aktywności OFE na rynku kapitałowym może mieć negatywny wpływ na warszawski parkiet. Z drugiej strony, indeksom giełdowym sprzyjać będzie poprawiająca się koniunktura w gospodarce – ocenia Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy Papierów Wartościowych. 

 Polska gospodarka wychodzi z okresu spowolnienia, co na pewno wpłynie pozytywnie na notowania giełdowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy. – Negatywnym czynnikiem niewątpliwie jest zmniejszenie aktywności otwartych funduszy emerytalnych na rynku kapitałowym. Pytanie zasadnicze jest takie, czy zamiast aktywnych funduszy emerytalnych, które dostarczały kapitał polskim przedsiębiorstwom, pojawią się inni inwestorzy, krajowi lub międzynarodowi, którzy wypełnią tę lukę kapitałową.

Marginalizacja OFE będzie miała natomiast wpływ nie tyle na obroty, ile na kapitalizację giełdy.

 – Wpływ na obroty wynikające z marginalizacji OFE może nie będzie tak duży, ponieważ OFE tradycyjnie były inwestorami długoterminowymi, niezaangażowanymi w codzienne spekulacje giełdowe – tłumaczy prezes Rady Giełdy. – Kolejne pytanie, jak będzie się przedstawiała sytuacja w ciągu najbliższych miesięcy, gdy uczestnicy OFE mają zdecydować, czy dalej będą chcieli przenosić składki do OFE, czy przerzucą wszystkie swoje składki emerytalne do ZUS–u.

W ubiegłym tygodniu minister finansów Mateusz Szczurek wyjaśniał, że pozostawienie limitów inwestycyjnych dla otwartych funduszy emerytalnych pozwoli na uniknięcie zaburzeń na giełdzie z powodu wyprzedaży akcji z portfela OFE. Zgodni z ustawą minimalny poziom inwestycji funduszy w akcje wynosi 75 proc. do końca tego roku, a w kolejnych będzie stopniowo zmniejszany.

Dopiero w sierpniu okaże się, ilu ubezpieczonych zdecydowało się na pozostawienie części swoich składek w OFE i jaki może być ostateczny wpływ zmian w systemie emerytalnym na warszawski parkiet. W ubiegłym tygodniu prezydent skierował ustawę o OFE do Trybunału Konstytucyjnego.