Francja stawia na ostre reformy. Ma to poprawić jej konkurencyjność

CEO Magazyn Polska

50 mld euro oszczędności na wydatkach publicznych, zmniejszenie obciążeń podatkowych o 30 mld euro i obniżenie kosztów pracy o 5 proc. – to podstawowe założenia „paktu odpowiedzialności”, przedstawione przez prezydenta Francji Françoisa Hollande’a. Francuzi liczą, że konkurencyjność ich gospodarki wzrośnie.

Proponowane przez prezydenta reformy zaskakują. Zwycięstwo w wyborach prezydenckich François Hollande zawdzięczał hasłom dotyczącym walki z programami oszczędnościowymi i negowaniu polityki prowadzonej przez Angelę Merkel. Teraz zmienia kurs w poszukiwaniu remedium na gospodarcze problemy Francji.

 – To bardzo ważne wydarzenie gospodarcze, wolta o 180 stopni, odejście od socjalizmu w stronę socjaldemokracji, jak to się określa we Francji. Rząd i prezydent mają nadzieję, że nowe rozwiązania przyczynią się do ożywienia gospodarczego i z czasem przełożą na wzrost konkurencyjności francuskich przedsiębiorstw – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Jędrzejczyk, wiceprezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce (CCIFP) i partner w Kancelarii Gide Loyrette Nouel.

Poważne reformy zawsze wywołują protesty i rodzą obawy o obciążenie podatników. Po ogłoszeniu planów nad Sekwaną toczy się burzliwa debata.

 – Z jednej strony organizacje pracodawców, szczególnie potężny Medef, popiera i gratuluje prezydentowi zmiany frontu, natomiast związki zawodowe boją się odejścia od tradycyjnej lewicowości, którą reprezentował prezydent w trakcie wyborów. Zmiana optyki powoduje, że rząd staje się rządem socjaldemokratycznym ze wszystkimi tego konsekwencjami dla systemu wsparcia społecznego – tłumaczy wiceprezes CCIFP.

Od kilku lat Francja przeżywa problemy ekonomiczne. Ubiegłoroczny wzrost PKB to zaledwie 0,2 proc., w tym roku plany także nie są optymistyczne – gospodarka będzie się rozwijać w tempie 0,9 proc. Piąta gospodarka świata dostała poważnej zadyszki. Wiceprezes CCIFP mówi o licznych problemach, od zadłużenia po bezrobocie, których nowe podatki, obostrzenia i fiskalizm nie rozwiązały.

 – Dlatego Francja musi podejmować inne działania – mówi Robert Jędrzejczyk. – Francuskim problemem są niebywale wysokie koszty pracy, dlatego w programie założono kilkadziesiąt miliardów euro oszczędności, które mają obniżyć koszty pracy o 5 proc. Takie działanie ma doprowadzić do podniesienie konkurencyjności, ale związki, w przeciwieństwie do pracodawców, niezbyt przychylnie oceniają plany z obawy o koszty społeczne.

Mniejszy problem jest z opozycją parlamentarną, której trudno negować ogłoszone reformy.

 – Opozycja, przede wszystkim UMP (Unia na rzecz Ruchu Ludowego), zachęca do sceptycyzmu, ale nie może otwarcie kwestionować takich posunięć jak np. ograniczenie części pomocy socjalnej, skoro sami mają takie hasła na swoich sztandarach – komentuje ekspert.

Nastolatki stały sie atrakcyjnym klientem dla banków

CEO Magazyn Polska

Banki stawiają na najmłodszych klientów. Większość z nich posiada w ofercie rachunki dla dzieci i młodzieży. Aktywnych jest ok. 500 tysięcy takich kont. Konta bankowe dla nastolatków to dobra metoda edukacji finansowej młodzieży, możliwość gospodarowania własnymi pieniędzmi i nadzieja banków na lojalność po latach już dorosłych klientów.

Kilkanaście lat temu uczniowie mogli oszczędzać dzięki książeczkom Szkolnej Kasy Oszczędności. Dziś banki oferują nastolatkom nowoczesne konta dostępne przez internet i telefon, często bardziej atrakcyjne niż oferta dla dorosłych. Liczą na to, że to zaowocuje w przyszłości – zyskają lojalnych, już dorosłych klientów.

 – Te konta zwykle oferują większe oprocentowanie niż standardowe konta dla dorosłych. W przypadku zwykłych kont ROR oprocentowanie to maksymalnie 2 proc., często w ogóle go nie ma, natomiast stawka dla młodzieży to ok. 4,5 proc. Jednak banki zabezpieczają się przed napływem gotówki rodziców i zwykle ponadstandardowe oprocentowanie obowiązuje do określonego limitu, zwykle 2,5 tys. złotych. Powyżej takiego salda obowiązują już niższe, standardowe stopy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Rafał Parvi, adiunkt w Wyższej Szkole Bankowej (WSB) w Opolu.

Zwykle opłaty związane z prowadzeniem takiego konta to przede wszystkim opłata za wydanie karty płatniczej, maksymalnie za ok. 15 złotych, lub też opłata za jej posiadanie, chyba że klient dokonuje przy jej pomocy określonej liczby transakcji. W ofercie są też konta bezpłatne.

 – Takie konta prowadzi PKO BP, bank od dawna obecny na tym rynku, który w ten sposób kontynuuje tradycje dawnej Szkolnej Kasy Oszczędności. Dziś proponuje Konto Dla Ucznia. To rodzaj reaktywacji dawnych kont i powrót do tradycji szkolnego oszczędzania. Do konta dodawana jest też karta płatnicza. Podobne rozwiązania, z darmowymi kontami, oferuje Pekao SA i m.in. bank Millennium, przy czym w tym ostatnim przypadku za korzystanie z karty płatniczej pobierana jest opłata – tłumaczy ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Zainteresowanie ofertą dla bardzo młodych ludzi jest duże. Z jednej strony dzieci uczą się gospodarowania finansami, z drugiej – dla rodziców to możliwość długoletniego oszczędzania, by zapewnić dzieciom dobry start w przyszłość.

 – To mogą być środki przeznaczone np. na studia, kupno samochodu lub mieszkania, czyli jednorazowo bardzo duże wydatki. Banki nakładają pewne ograniczenia dotyczące wieku osób zakładających konto, ale rodzice mają szeroki wybór na rynku i mogą spokojnie planować finansową przyszłość dzieci. Szczególnie warto zwrócić uwagę nie na rachunki oszczędnościowo-rozliczeniowe, ale na konta oszczędnościowe z wyższym oprocentowaniem, które pozwalają zgromadzić więcej środków w długim okresie – komentuje Rafał Parvi.

Adiunkt WSB wskazuje też dodatkowe rozwiązania, jak polisy ubezpieczeniowa dla dzieci czy ubezpieczenia na życie z funduszem emerytalnym. Zwykle pozwalają one na zgromadzenie większych środków w ciągu kilkudziesięciu lat, a dzieci mogą dysponować pieniędzmi z takich polis po osiągnięciu pełnoletności.

Niepewność w branży chemicznej. Wszystko przez tańsze nawozy z USA i drogi gaz

CEO Magazyn Polska

Umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi i trwająca tam rewolucja łupkowa – to będzie miało największy wpływ na rynek chemiczny w Polsce w tym roku. Tańsze nawozy z Ameryki mogą być zagrożeniem dla krajowych producentów. Dużo zależy także od cen gazu oraz pogody i plonów, bo im więcej rolnicy sprzedadzą, tym więcej zainwestują w nawozy.

 – Ubiegły rok nie był łatwy, a i w tym pojawiają się nowe wyzwania. Od pewnego czasu, dyskutując o chemii w Polsce, mówimy o konsolidacji, polityce klimatycznej, o cenach surowców, w tym gazu. To nadal jest ważne i będzie determinowało naszą sytuację – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Leszkiewicz, prezes Zakładów Azotowych Kędzierzyn.

Według niego podstawowymi czynnikami, które wpłyną na rynek, będą negocjacje umowy o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji może zostać podpisane do końca tego roku. Ułatwi to producentom ze Stanów Zjednoczonych sprzedaż nawozów w Europie.

 – Rewolucja łupkowa w Stanach ma wpływ na niższe ceny tamtejszej produkcji nawozów. Pytanie, czy ten nawóz do nas trafi, i czy stanowi zagrożenie, czy też nie – zastanawia się Leszkiewicz.

Cena gazu jest bardzo ważnym czynnikiem, który wpływa na koszty produkcji nawozów. Grupa Azoty to największy odbiorca gazu w kraju (zużywa nawet do 18 proc. gazu konsumowanego w Polsce). Dlatego Leszkiewicz martwi się nie tylko tanim gazem łupkowym za oceanem, lecz także tym, że w Polsce gaz kosztuje więcej niż np. na Ukrainie.

Branża chemiczna obserwuje również spór na linii UE – Rosja dotyczący polityki celnej. Na początku stycznia Rosja zapowiedziała, że chce konsultować z Unią ochronne cła m.in. na nawozy azotowe.

 – Mamy ostatnie informacje o zaskarżeniu naszej polityki celnej, trwa przygotowywanie dokumentów w tym zakresie. Tani gaz oferowany przez Rosję Ukrainie także może mieć znaczenie dla naszego rynku, bo polityka celna między Unią a Ukrainą jest trochę inna – przewiduje prezes Grupy Azoty.

Dodaje, że na rynek nawozów wpływ może mieć też wyjątkowo późna zima i jej konsekwencje dla produkcji rolnej. Od jej kondycji zależy bowiem również sprzedaż Grupy Azoty. Im większe plony, tym więcej zarobią rolnicy, a to z kolei przekłada się na większe zakupy nawozów.

Ubezpieczyciele chcą walczyć z nieuczciwymi klientami. Jeśli wzrośnie wykrywalność przestępstw, jest szansa na niższe składki

CEO Magazyn Polska

Firmy ubezpieczeniowe planują stworzyć bazę danych zdarzeń i szkód. Ma to im pomóc skutecznie walczyć z nieuczciwymi klientami, którzy wyłudzają odszkodowania majątkowe i życiowe. Europejskie instytucje szacują, że rozmiar przestępczości ubezpieczeniowej to ok. 3 proc. zebranej przez ubezpieczycieli składki. Dzięki bazie niemożliwe stanie się uzyskanie świadczenia za tę samą szkodę z dwóch różnych źródeł. Tego typu bazy istnieją na wszystkich rozwiniętych rynkach ubezpieczeniowych w Europie.

 – Zakłady ubezpieczeń będą dostarczały informacji o szkodach, które rejestrują u siebie – mówi Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Dzięki temu będzie można zweryfikować, czy dana szkoda nie jest dwa razy zgłoszona do dwóch różnych zakładów ubezpieczeń, czy szkoda naprawdę miała miejsce, czy też jest to celowe działanie polegające na wyłudzeniu odszkodowania od zakładów ubezpieczeń.

To projekt Polskiej Izby Ubezpieczeń i Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Baza Zdarzeń i Szkód zostanie uruchomiona w ciągu trzech najbliższych miesięcy. W pierwszej kolejności w bazie znajdą się dane dotyczące ubezpieczeń majątkowych od ognia i innych żywiołów oraz pozostałych szkód rzeczowych (np. kradzieże), a także ubezpieczenia życiowe z grupy indywidualnych ochronnych oraz niektóre grupowe. Do końca roku baza obejmie wszystkie ubezpieczenia majątkowe i na życie. Będzie funkcjonowała na zasadzie dobrowolności i wzajemności.

PIU ocenia, że budowana za blisko 7 mln zł baza umożliwi wzrost wykrywalności wyłudzeń, co oznacza wymierne korzyści dla ubezpieczycieli – ok. 5,7 mln zł dla ubezpieczeń na życie i 11,1 mln zł dla ubezpieczeń majątkowych w ciągu pierwszych trzech lat działania BZS.

Na uruchomieniu bazy tym samym mogą skorzystać również klienci.

 – Jeśli wzrośnie wykrywalność przestępstw, ubezpieczyciele będą wypłacali mniej odszkodowań. Ponieważ to wszystko idzie z tej samej puli, płacą za to klienci. Więc im mniej będzie wypłacane, tym większa będzie możliwość zmniejszania stawek ubezpieczeniowych, czyli dla uczciwego klienta zakładu ubezpieczeń będzie to konkretna korzyść w postaci niższej składki ubezpieczeniowej – podkreśla prezes PIU w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Tego typu bazy istnieją w większości państw europejskich. Potrzeba ich stworzenia wynikała z częstych prób wyłudzania odszkodowań. Europejskie instytucje szacują, że ubezpieczyciele tracą na wyłudzeniach ok. 3 proc. składki.

W Wielkiej Brytanii, gdzie tego typu zdarzeń jest znacznie więcej niż w Polsce, ich wykrywalność wzrosła po uruchomieniu Insurance Fraud Bureau.

 – Ta instytucja w Wielkiej Brytanii ma dostęp do wszystkich publicznych baz danych, również policyjnych, prowadzi działania zastępujące policję. My absolutnie czegoś takiego nie robimy. Od ścigania przestępców w Polsce jest policja, instytucje państwowe, natomiast nam chodzi w dużej mierze o prewencję – wyjaśnia Prądzyński. – Jeżeli wiemy, że coś jest właściwie niewykrywalne, to mamy poczucie bezkarności. Wiedząc, że jest prewencja, narzędzie, którym ubezpieczyciele mogą się posłużyć, to siłą rzeczy jest mniejsza inklinacja do popełnienia przestępstwa.

Solaris pokaże w kwietniu autobus elektryczny nowej generacji

CEO Magazyn Polska

Solaris na kwietniowych targach przemysłowych w Hanowerze zaprezentuje autobus elektryczny nowej generacji. Po rekordowym pod względem sprzedaży 2013 r. spółka chce koncentrować się na tego typu pojazdach. Na całym świecie, głównie w Europie, jeździ już ponad 10 tys. autobusów Solarisa.

 – W tym roku będziemy mieli premierę następnej generacji naszego autobusu na targach w Hanowerze [7-11 kwietnia 2014 r. red.]. Będzie to autobus elektryczny. Jesteśmy właściwie jedynym solidnym producentem pojazdów o napędzie na baterie, bezpiecznych, dobrych pojazdów. To jest niezwykle ważne, żeby to był jeden z priorytetów Solarisa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Solange Olszewska, prezes zarządu Solaris Bus & Coach.

Spółka, której główna siedziba znajduje się w podpoznańskim Bolechowie, zajmuje się głównie produkcją autobusów, ale także trolejbusów i tramwajów. W ubiegłym roku producent pobił rekord sprzedaży pojazdów.

W 28 krajach, głównie w Europie, jeździ już ponad 10 tys. autobusów Solarisa. Firma ma kontrahentów głównie w krajach europejskich, w tym szczególnie w  Niemczech, ale także w innych częściach świata, m.in. na należącej do Francji wyspie Reunion na Oceanie Indyjskim. Pod koniec ubiegłego roku spółka dostarczyła m.in. 222. autobus do Szwajcarii (trafił do miasta Winterthur) oraz pierwsze dwa autobusy do miasta Weiden w Bawarii (Niemcy).

 – Bardzo się z tego cieszymy, ale oczywiście to oznacza, że nie wolno spocząć teraz na laurach. Przede wszystkim musimy utrzymać tych klientów, którzy są zadowoleni, którzy nas szanują i chętnie u nas kupują – zapowiada Olszewska.

Jedna piąta obszarów polskich miast wymaga rewitalizacji

CEO Magazyn Polska

Na odnowę polskich miast w ciągu najbliższych siedmiu lat ma trafić 25 miliardów złotych. Samorządy wsparcie to otrzymają w ramach Narodowego Programu Rewitalizacji. Przeznaczane dziś na ten cel środki własne miast są niewystarczające. Z szacunków Instytutu Rozwoju Miast wynika, że ponad jedna piąta obszarów polskich miast wymaga rewitalizacji.

 21 proc. powierzchni polskich ośrodków miejskich jest w stanie kryzysu i w związku z tym domaga się rewitalizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Porawski, dyrektor Biura Związku Miast Polskich.

Połowę tej powierzchni stanowią stare dzielnice śródmieścia. Poza tym rewitalizacji wymagają tereny poprzemysłowe, a także powojskowe.

 – To są trzy główne dziedziny, do których trzeba skierować pieniądze – mówi Porawski. – Zdajemy sobie sprawę, że każdy program musi mieć swoje priorytety i że zrobienie wszystkiego naraz może być niemożliwe.

Związek Miast Polskich popiera rządowy plan utworzenia Narodowego Programu Rewitalizacji, w ramach którego co najmniej 25 mld zł ze środków unijnych trafi do ośrodków miejskich. Zdaniem przedstawicieli Związku, tego typu programy to lepszy sposób na wsparcie miast niż tworzenie funduszy celowych. W projekcie ustawy o rewitalizacji, przedstawionym przez ZMP w październiku ub. r., zostało uwzględnione utworzenie NPR.

 – Rewitalizacja trwa wprawdzie już dzisiaj i jest finansowana ze środków własnych samorządów, a także z funduszy prywatnych i europejskich, ale są one niewystarczające, więc taki zastrzyk z narodowego programu to jest to, na co czekamy od lat – mówi Porawski.

Jego zdaniem, przy rewitalizowaniu obszarów miejskich korzystne jest współdziałanie inwestorów publicznych i prywatnych.

 – Na wszystkich rewitalizowanych obszarach są miejsca, które są przedmiotem zainteresowania inwestorów prywatnych, banków, poczty, deweloperów itd. – zauważa Andrzej Porawski. – Przykładem jest Borne Sulinowo, które zostało w całości zagospodarowane. Samorząd dał na to 10-20 proc, rząd 10 proc., a pozostałe 70 proc. ci, którzy się tam przeprowadzili. Jednak zawsze ktoś musi odpowiadać za planowanie przestrzenne czy budowę infrastruktury. To właśnie podstawowa rola samorządów – dodaje.

Premier Donald Tusk zapowiedział, że wsparcie trafi m.in. do zniszczonych centrów miast – Łodzi, Górnego Śląska, Wałbrzycha oraz warszawskiej Pragi. W rządowym programie chodzić ma nie tylko o odbudowę starych budynków mieszkalnych, lecz także o poprawę jakości życia mieszkańców, również o budowę infrastruktury. Według obietnic rządu, program nie ograniczy się do wielkich miast – obejmie też mniejsze miejscowości.

Tylko dobrze zaplanowany wyjazd na ferie będzie naprawdę tani

CEO Magazyn Polska

To, czy zimowy urlop będzie udany, w dużym stopniu zależy od organizacji wyjazdu, szczególnie jeśli nie korzysta się z pomocy biura podróży. Źle zaplanowany tani wyjazd może ostatecznie dużo kosztować. Przed pułapkami ukrytych kosztów uchronią turystów dobrze zlokalizowany hotel, przemyślany transport i odpowiednie ubezpieczenie.

Planując wyjazd na narty, trzeba zorganizować transport do miejsca docelowego, przewóz sprzętu, noclegi, wyżywienie i karnety na stoki. Ci, którzy zdecydują się na wycieczkę z biurem podróży muszą jedynie mieć na uwadze, co wchodzi w skład zakupionej oferty. Te osoby, które preferują wyjazd na własną rękę powinny pamiętać o tym, że zimowy urlop powinien być przede wszystkim bezpieczny, a jeśli będzie dobrze zaplanowany, to nie wygeneruje nieplanowanych kosztów.

Osoby, które decydują się na wyjazd bez biura podróży, często zaczynają planowanie urlopu od organizacji transportu. O ile jest to wyjazd samochodem, sprawa jest prosta. Sprzęt pakuje się zazwyczaj do bagażnika na dachu samochodu i nie ponosi się innych dodatkowych kosztów. Jednak jeśli chodzi o przelot samolotem wraz z nartami, to należy bardzo dokładnie zapoznać się z zasadami linii lotniczych, aby uniknąć sytuacji, kiedy konieczna będzie nieprzewidziana dopłata za transport sprzętu. Coraz więcej tanich przewoźników oferuje loty do popularnych zimowych kurortów, ale cena biletu nie zawsze obejmuje przewóz nart.

 – W jedną stronę za transport sprzętu zapłacimy od 170 zł. To najniższa kwota. Jeśli zapomnimy wcześniej zgłosić, że lecimy z nartami, to wtedy będzie ona jeszcze wyższa – przestrzega Magdalena Fijołek z portalu esky.pl.i dodaje, że linie lotnicze często organizują promocje na przewóz nart lub uznają go za część bagażu, o ile mieści się w ustalonych limitach.

Wybierając miejsce noclegowe, Polacy często kierują się przede wszystkim atrakcyjną ceną. Jednak niska cena za dobę niekoniecznie musi oznaczać, że faktycznie wyjazd będzie tani.

Gdy jedziemy samochodem, trzeba sprawdzić, czy przy hotelu jest parking i czy jest on bezpłatny, również jak daleko od stoku znajduje się hotel, bo często cena jest niższa, ale trzeba codziennie dojeżdżać kilkanaście kilometrów. Jest to zupełnie niepotrzebne, to dodatkowy wydatek –  tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria przedstawicielka esky.pl.

Wyjazd na narty czy snowboard to aktywny wypoczynek, podczas którego nikt nie jest w stanie przewidzieć, co może wydarzyć się na stoku. Dlatego dla bezpieczeństwa warto wykupić ubezpieczenie narciarskie, które w razie wypadku pokryje koszty leczenia.

 – Nam się zawsze wydaje, że ubezpieczać się nie musimy, bo jedziemy tylko na weekend i nigdy nam się nic nie stało, będziemy jeździli tylko na oślej łączce i to nie jest niebezpieczne. Tymczasem statystyki zawsze pokazują, że wypadków w górach jest dużo ostrzega Magdalena Fijołek.

Planując urlop, można korzystać z portali internetowych, które dysponują bazą hoteli w wielu krajach na świecie, zawierają wyszukiwarkę biletów lotniczych, ofertę wczasów oraz prowadzą telefoniczną obsługę klienta, gdzie można uzyskać rady i wskazówki dotyczące planowanej podróży.

ENEA będzie kupowała gaz od Orlenu

ENEA Trading podpisała umowę ramową na hurtowy zakup paliwa gazowego od PKN Orlen. Celem współpracy jest zoptymalizowanie kosztów pozyskania gazu dla Klientów końcowych. Wiosną ENEA S.A. zamierza przedstawić ofertę sprzedaży błękitnego paliwa skierowaną do małych i średnich przedsiębiorstw.

Branża spożywcza chce dobrowolnie wprowadzić ograniczenia w reklamie żywności skierowanej do dzieci

CEO Magazyn Polska

Producenci żywności chcą dobrowolnie wprowadzić ograniczenia w reklamie żywności skierowanej do dzieci poniżej 12. roku życia. Miałyby one dotyczyć produktów, których nie obejmują zalecenia żywieniowe dla dzieci. Nowe zasady mogą zacząć obowiązywać najwcześniej w połowie roku.

Przemysł spożywczy wychodzi poza ramy regulacji prawnych i wprowadza samoregulację m.in. w znakowaniu żywności oraz  reklamach kierowanych do dzieci poniżej 12. roku życia.

 – Na początku roku złożyliśmy do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) projekt samoregulacji dotyczącej reklamy skierowanej do dzieci do lat 12, który bardzo szczegółowo określa, jakie produkty, w jakich warunkach mogą być reklamowane dla tej grupy docelowej. W całej Unii Europejskiej dzieci uważa się za grupę wrażliwą, nie w pełni świadomą podejmowanych decyzji, które mogą mieć realny wpływ na ich zdrowie i kondycję – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ).

To pewnego rodzaju kodeks reklamy żywności. Przedstawiciele branży przeprowadzili już rozmowy z nadawcami medialnymi oraz dyskutowali o nowych pomysłach z KRRiT. System wpisany jest i bazuje na skutecznych rozwiązaniach stosowanych przez Kodeks Etyki Reklamy, który działa pod nadzorem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy.

 – Jeśli wszyscy uznają zaproponowane zasady, to praktycznie w połowie tego roku w Polsce mogłyby już zacząć obowiązywać. I chociaż  jest to samoregulacja, czyli ograniczenie dobrowolne, kiedy przystąpią do niej wszystkie główne media, obejmie całą branżę spożywczą. Liczymy również na współpracę z KRRiT w zakresie monitoringu i korekt systemu – mówi dyrektor PFPŻ.

Producenci żywności będą mogli tworzyć reklamy skierowane do dzieci poniżej 12. roku życia tylko z tymi produktami, które spełniają zalecenia żywieniowe narodowe lub międzynarodowe. Poza tym określono progi zawartości substancji, które w nadmiarze mogą przyczyniać się do nadwagi i otyłości, takie jak: cukier, tłuszcz czy sól. Nie będzie więc reklam dla dzieci z produktami niespełniających przyjętych kryteriów. Nawet produkty zalecane żywieniowo, będą musiały spełnić dodatkowe limity.

Zdefiniowano też pojęcie reklamy żywności skierowanej do dzieci poniżej lat 12.

 – Będzie to każda reklama nadawana w czasie, kiedy oglądalność w tej grupie docelowej jest większa niż 35 procent. To właśnie widownia dziecięca decyduje o tym, czy to jest reklama skierowana do dzieci, czy nie – tłumaczy Andrzej Gantner. – Zgodnie z kodeksem nie przewidujemy możliwości reklamy dla tej grupy wiekowej takich grup produktów jak napoje słodzone, słodycze i chipsy.

Reklama z jednej strony przekłada się na konkurencyjność produktów, z drugiej przynosi niebagatelne wpływy mediom. A samoograniczenia branżowe część reklam wyeliminują.

 – Ta kwestia na pewno wywołuje sporo dyskusji, ale te najważniejsze są już za nami. Firmy, które stanowią w tej chwili ponad 70 proc. rynku reklamy żywności skierowanej do dzieci, absolutnie zgadzają się z tymi zasadami. To odpowiedzialne społecznie podejście. Co więcej, to są także firmy działające w całej Europie, zatem możemy przyjąć, że samoregulacja będzie obowiązywać w Unii Europejskiej, a nie tylko w Polsce – komentuje dyrektor generalny PFPŻ.

Andrzej Gantner podkreśla, że ważne jest podejście mediów, które muszą zgodzić się na pewne ograniczenie części przychodów za względu na wyłączenie części reklam z czasów antenowych skierowanych do dzieci.

 – Ale dzięki temu dzieci poniżej 12. roku życia będą miały znacznie mniejszą styczność z reklamami produktów, które w nadmiarze mogą przyczyniać się do nadwagi i otyłości. Będą bardziej podatne na edukację żywieniową, a mniej narażone na komunikację marketingową służącą przede wszystkim sprzedaży – uważa dyrektor generalny PFPŻ.

Jak dodaje, już dotychczas istniejące samoregulacje, nieco łagodniejsze od proponowanych, przynoszą widoczne rezultaty.

 – Stosowanie samoograniczeń w ciągu trzech lat wyeliminowało prawie 70 proc. reklam nie spełniających założeń. W efekcie 98 proc. reklam spełnia kryteria. To bardzo dobry wynik. Pozostałe 2 proc. to błędy szacunkowe, ponieważ czasem trudno oszacować wielkość grupy docelowej danego programu. Ten przykład pokazuje, że samoregulacja przynosi korzyści, i można je znacznie szybciej i skuteczniej wdrożyć niż zakazy ustawowe – przekonuje dyrektor generalny PFPŻ.

Inną inicjatywą branży spożywczej, realizowaną w całej Unii Europejskiej, jest system znakowania GDA. To dodatkowe oznaczenia informujące o poziomie pokrycia zapotrzebowania dziennego na energię, cukier, tłuszcz czy sól.

 – Dzięki takiemu systemowi konsument może podczas zakupów podjąć świadomą decyzję, czy dany produkt jest odpowiedni dla jego stanu zdrowia, wieku, diety. Dajemy prostą i zrozumiałą dodatkową informację o właściwościach żywieniowych produktu – podsumowuje Andrzej Gantner.

Kwestia samoregulacji w zakresie reklamy jest tylko jedną z wielu inicjatyw przemysłu spożywczego w walce z otyłością wśród najmłodszych. Firmy inicjują wiele projektów z zakresu edukacji żywieniowej i propagowania zdrowych nawyków. Jak wynika z analiz ekspertów, dużą popularnością cieszą się także projekty z zakresu popularyzacji sportu dzieci i młodzieży, takie jak np. żeglarski Program Edukacji Morskiej czy Kinder+Sport dla dzieci zainteresowanych siatkówką. O efektach tych programów rozmawiano na eksperckiej debacie zorganizowanej podczas prezentacji IV raportu CSR Grupy Ferrero w ambasadzie Włoch w Warszawie.

Komentarz indeksowy BossaFX 24 stycznia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 24 stycznia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Unia Europejska przeznaczy miliard złotych na wsparcie dla młodych na rynku pracy

CEO Magazyn Polska

W tej perspektywie finansowej w ciągu kolejnych sześciu lat do Polski mają spłynąć 252 mln euro na wsparcie dla młodych bezrobotnych. Fundusze te mają posłużyć zmniejszeniu luki między pracodawcami a absolwentami szkół, których kwalifikacje odbiegają od oczekiwań rynku. – Nie zbudujemy konkurencyjnej gospodarki na taniej sile roboczej – podkreśla Paweł Orłowski, wiceminister infrastruktury i rozwoju.

 – Wygrywamy często z tego powodu, że koszty pracy są w Polsce niższe, ale jest to tzw. pułapka średniego dochodu. To nie jest czynnik, który spowoduje naszą trwałą konkurencyjność – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wiceminister infrastruktury i rozwoju.

Dlatego rząd powinien postawić na wsparcie prac badawczo-rozwojowych i innowacyjności, a także na dostosowanie kwalifikacji absolwentów szkół do potrzeb rynku pracy.

 – Musimy zapewniać młodym osobom dobre warunki pracy w Polsce, ale też odpowiednie kwalifikacje, które umożliwią wykorzystanie ich na rynku pracy. Mamy lukę pomiędzy rynkiem pracy a osobami bezrobotnymi, ale także wolnymi miejscami pracy, które wciąż w Polsce są. Klucz leży więc w tym, aby osoby młode, także po studiach, miały takie kwalifikacje, które będą odpowiadały pracodawcom – mówi wiceminister. 

Według danych Eurostatu za listopad ubiegłego roku bez pracy pozostaje 27,9 proc. Polaków poniżej 25. roku życia, podczas gdy np. u zachodnich sąsiadów, w Niemczech, bezrobocie w tej grupie wiekowej wynosi zaledwie 7,5 proc. Ale to ma się zmienić, m.in. za sprawą Europejskiego Funduszu Społecznego, ponieważ w perspektywie na lata 2014-2020 ma być większe powiązanie edukacji z potrzebami pracodawców. W ramach całego unijnego budżetu do Polski na wsparcie bezrobotnej młodzieży wpłynie ok. 1 mld euro.

 – Wchodziliśmy do Unii Europejskiej i walczyliśmy o dostęp do rynków pracy także w innych krajach. Ale to jest także ogromny problem, bo chcielibyśmy, żeby wszystkie osoby młode pozostały w kraju. Wpływ ma na to szereg czynników, jak dostęp do mieszkań, do dobrej infrastruktury społecznej, przedszkoli, żłobków – tłumaczy Paweł Orłowski.

Aby więc młodzi zostali w kraju lub wracali tu po zdobyciu doświadczenia za granicą, powinni mieć możliwość zdobycia w Polsce tzw. twardych kwalifikacji, które umożliwią znalezienie pracy.

 – I na to skierowane są nasze wysiłki – zapewnia wiceminister. – Często młode osoby wyjeżdżają za granicę, nie po to, żeby wykonywać zaawansowaną pracę, nie wykorzystują w pełni swoich kompetencji.

Stanisław Kluza (b. minister finansów): Gospodarka w tym roku wzrośnie przynajmniej o 3,5 proc.

CEO Magazyn Polska

5 proc. rocznie – nawet w takim tempie mogłaby się rozwijać polska gospodarka przy obecnych parametrach, czyli poprawiającej się koniunkturze i spodziewanym napływie środków unijnych. Rządowe prognozy są jednak znacznie niższe. W tym roku, zgodnie z budżetem, wzrost PKB wyniesie 2,5 proc. W ocenie Stanisława Kluzy niepełne wykorzystanie potencjału kraju to efekt zaniedbań w reformach.

W przyszłym tygodniu GUS poda wstępny szacunek tempa wzrostu PKB w 2013 rok. Jeśli sprawdzą się prognozy, które przewidują rozwój na poziomie 1,5 proc., miniony rok okaże się pod tym względem najsłabszy od 2002 r. W tym roku powinno już być dużo lepiej. Gospodarka ruszyła, rośnie poziom zamówień, zwiększa się eksport, rozpędu nabiera, w wolniejszym tempie, również konsumpcja wewnętrzna.

 – W najbliższych latach Polska powinna doświadczać stosunkowo dobrej koniunktury. Wynika to z pewnych procesów, które się toczą w tle – procesów demograficznych i dużego napływu środków unijnych. Oba czynniki mają charakter bodźców prowzrostowych. Naturalny poziom wzrostu polskiej gospodarki przy tych parametrach zawiera się w przedziale 4,5-5 proc. – uważa Stanisław Kluza, były minister finansów, ekonomista w Szkole Głównej Handlowej.

Na taką dynamikę PKB na razie jednak nie ma co liczyć. Mimo że prognozy na kolejne dwa lat są pozytywne.

 – Uwzględniając niedoszacowanie rządu i naturalny poziom wzrostu krajowej gospodarki, można pokusić się o znalezienie złotego środka. I dlatego uważam, że należy być stosunkowo optymistycznym, zakładając wzrost PKB w granicach 3,5 proc., a może nawet trochę więcej – dodaje ekspert w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – Wszystko będzie zależało od tego, czy rządowi uda się przełamać wysoki poziom bezrobocia.

Rządowe prognozy budżetowe mówią o rocznym wzroście PKB w wysokości 2,5 proc., a w bardziej optymistycznym wariancie, o którym mówił premier Donald Tusk – 3 proc. To zdecydowanie lepiej niż w ubiegłym roku, ale by rozwój stał się odczuwalny dla społeczeństwa, a przede wszystkim, by powstawały nowe miejsca pracy, tempo powinno być wyższe.

 – Te prognozy uważam za negatywne. Gdzieś schowano brakujące 2 punkty procentowe. Sądzę, że to efekt zaniechań w reformach finansów publicznych na przestrzeni ostatnich sześciu lat. A zaniechania wynikają z pasywności rządu. Może nawet z lenistwa – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Kluza.

Jako dowód wskazuje przyjęte zmiany w systemie emerytalnym, w szczególności dotyczące otwartych funduszy emerytalnych i przeniesienia ponad połowy zgromadzonych w nich środków do ZUS.

 – Te zmiany to rezultat zaniedbań. Wtedy, kiedy można było ograniczać wydatki i administrację, zwiększać efektywność pewnych obszarów funkcjonowania gospodarki, nie wykonano odpowiedniej pracy. A skutek jest taki, że nagle okazało się, że mamy deficyt, że budżet się nie dopina – przekonuje były przewodniczący KNF.

Jednak lepsza sytuacja ekonomiczna powinna zwiększyć wpływy z podatków i między innymi dzięki temu przyczynić się do obniżenia deficytu budżetowego.

 – Uważam, że deficyt można zmniejszyć do poziomu poniżej 4,5 proc. W przypadku wpływów podatkowych będzie się ścierało kilka czynników, więc na razie trudno wiarygodnie prognozować możliwe przychody – uważa ekonomista.

Polska znajduje się w gronie 20 państw unijnych objętych procedurą nadmiernego deficytu, która wymaga obniżenia jego poziomu do 3 proc. W tym roku rząd ocenił deficyt na ok. 4,8 proc. (być może będzie nieco niższy). Według pierwotnych ustaleń Polska miała odpowiedni poziom deficytu osiągnąć w 2014 roku, ale po nowelizacji budżetu stało się jasne, że to niemożliwe. Komisja Europejska zaproponowała przedłużenie terminu do roku 2015. Zdaniem Kluzy zdjęcie procedury w najbliższym czasie praktycznie nie wchodzi jednak w grę.

 – Jeżeli teraz rozpoczniemy reformy finansów publicznych, to pozytywne efekty możemy zobaczyć już za kilka lat. Ale jednocześnie wtedy będziemy mieli dużo gorszy bilans demograficzny, czyli wyższe wydatki na emerytury bądź na opiekę zdrowotną dla osób starszych – przekonuje ekonomista.

Prezes DNB Nord: Polska stała się głównym centrum produkcyjnym Europy. Dorównuje już Niemcom

CEO Magazyn Polska

Jakość produkcji, terminowość dostaw oraz inwestycje w linie produkcyjne wzmacniają konkurencyjność polskiego przemysłu – uważa Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Nord Polska. Polska radzi sobie coraz lepiej na tle innych krajów europejskich. Problemem wciąż jednak pozostają bariery administracyjne, niski poziom oceny naszego szkolnictwa wyższego, zbyt mało inwestycji zagranicznych w kraju oraz potencjalne koszty polityki klimatycznej UE.

Jak wynika z najnowszych danych GUS, produkcja przemysłowa w grudniu 2013 r. wzrosła o 6,6 procent rok do roku, ale za to skurczyła się w porównaniu do poprzedniego miesiąca o 9,7 procent. Choć jest to gorszy wynik w porównaniu do oczekiwań analityków, które mówiły o dynamice wzrostu na poziomie 10,5 proc., to i tak dane pokazują, że polski przemysł dobrze sobie radzi, również na tle gospodarek europejskich.

 – Z naszego raportu wynika, że Polska już jest hubem produkcyjnym dla Europy, bo kraj przemysłem stoi. Prawie 25 proc. polskiej gospodarki stanowi przemysł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Nord Polska.

Osiągnęliśmy pod tym względem poziom porównywalny do Niemiec, które są dziś najbardziej uprzemysłowioną gospodarką europejską (25,8 proc.).

 – Jesteśmy powyżej wielu rozwiniętych gospodarek i powyżej średniej europejskiej (18,5 proc.), jeśli chodzi o kontrybucję przemysłu do naszego PKB – dodaje Artur Tomaszewski.

Konkurencyjności polskiego przemysłu w środowisku międzynarodowym sprzyjają niskie koszty pracy oraz kurs walutowy, jednak to nie one są kluczowe dla rozwoju naszego eksportu.

 –  Przede wszystkim liczy się jakość i terminowość dostaw, jakość produkcji, wreszcie inwestycje, które były i są realizowane efektywnie – podkreśla prezes DNB Nord.

To sprawia, że produktywność polskich firm rośnie – dziś przemysł jest o ok. 23 proc. bardziej wydajny niż cała polska gospodarka.

Mimo to zagrożeń nie brakuje. Jak wymienia prezes DNB Nord to wciąż są bariery administracyjne oraz poziom edukacji, szczególnie na poziomie uniwersyteckim, na tle innych państw Europy i świata. W rankingu przygotowanym przez Uniwersytet Szanghajski są tylko dwie polskie uczelnie (UW i UJ) i znajdują się w czwartej setce. Dla porównania, spośród uczelni niemiecki w rankingu znalazło się 37 szkół. Z punktu widzenia rozwoju eksportu dóbr z wyższej półki, np. dóbr luksusowych, poziom nauczania w kraju producenta odgrywa bowiem bardzo istotną rolę.

 –  Na dzisiaj jednak eksport polski, szczególnie do tych krajów rozwiniętych, np. do Niemiec ma charakter bardziej jednak zaopatrzeniowy niż produktów z wyższą wartością dodaną – zauważa prezes DNB Nord. – Pewne zagrożenie wiąże się również z cenami energii, z polityką UE w zakresie kosztów emisji CO2. I trzeci element to inwestycje zagraniczne, których brakowało w ostatnich dwóch latach. Bez nich w Polsce jest zbyt mało kapitału.

Już w połowie roku mogą się skończyć pieniądze z programu Mieszkanie dla Młodych

CEO Magazyn Polska

Mieszkanie w programie Mieszkanie dla Młodych kupią tylko najszybsi. Po pierwsze, w niektórych miastach nie ma dużego wyboru nieruchomości, które spełniałyby warunki programu. Po drugie, nie dla wszystkich może starczyć pieniędzy. Eksperci szacują, że przy dużym zainteresowaniu ze strony nabywców, środki przeznaczone na dopłaty z budżetu skończą się w połowie roku.

Wszystko wskazuje na to, że dla osób, które chcą skorzystać z programu „Mieszkanie dla młodych” kluczowe znaczenie będzie miał czas.

 – W tegorocznym budżecie na dopłaty jest przeznaczone 600 milionów złotych. Firma Reas ocenia, że przy sporym zainteresowaniu tym programem, pieniędzy może wystarczyć na pół roku – podkreśla Marek Wielgo, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, specjalizujący się w rynku nieruchomości.

  – Nawet spełniając warunki programu, może się okazać, że nie załapiemy się na niego z powodu braku pieniędzy publicznych na ten cel w 2014 roku. To oznacza, że możemy mieć dalsze przyspieszenie sprzedaży w pierwszym półroczu – twierdzi Katarzyna Kuniewicz z firmy doradczej Reas. – Jak to będzie wyglądało, będziemy wiedzieli po pierwszym kwartale tego roku, kiedy wykonamy badanie.

Czas będzie się liczył również podczas poszukiwań odpowiedniego mieszkania. Przynajmniej w niektórych miastach.

 – W takich miastach, jak Warszawa, Kraków czy Wrocław mieszkań, które spełniają warunki programu, szczególnie cenowe, jest stosunkowo niewiele. Trzeba się więc pospieszyć, żeby takie mieszkanie znaleźć i ewentualnie kupić – podkreśla Marek Wielgo.

W Krakowie odsetek dostępnych mieszkań spełniających wymogi programu Mieszkanie dla Młodych wynosi 5 proc. Dla porównania, w Gdańsku, Lublinie czy Łodzi stanowią one ponad połowę rynku deweloperskiego. W Bydgoszczy do programu kwalifikuje się aż 95 proc. mieszkań na rynku. Zdaniem Kuniewicz, to właśnie na tych rynkach może być największe zainteresowanie MdM.

 – Przez to zróżnicowanie MdM może wywołać na lokalnych rynkach zupełnie przeciwstawne zjawiska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz. – Na części rynków będziemy mieć próbę dostosowania cen w dół do limitów wyznaczonych w MdM, na innych deweloperzy będą mogli sobie pozwolić na podniesienie cen. Pytanie, czy takie działanie ze strony rządzących było zamierzone. Wiele wskazuje na to, że tak po prostu wyszło.

Jak podkreśla, jest szansa na zmianę tej sytuacji, bo zgodnie z założeniami programu wskaźniki będą zmieniane co pół roku.

Osobom, które nie są zmuszone spieszyć się z zakupem mieszkania, eksperci radzą jednak przeczekanie pierwszych miesięcy obowiązywania programu. Banki PKO BP i Pekao SA, które jako pierwsze, od początku stycznia, zaoferowały kredyt w ramach MdM, narzuciły wyższe marże niż przy tradycyjnym kredycie hipotecznym. Do programu już dołączają kolejne banki, więc eksperci oceniają, że wraz ze wzrostem konkurencji, spadną też ceny kredytów.

 – Dodatkowo deweloperzy wypychają w tej chwili mieszkania z zapasów i pewnie będą próbowali te mniej chodliwe sprzedawać właśnie w programie „Mieszkanie dla młodych”. Być może w ciągu najbliższych kilku, kilkunastu miesięcy pojawią się na rynku zupełnie nowe inwestycje, niekoniecznie na dalekich obrzeżach miasta, ale również w ciekawych lokalizacjach, ponieważ deweloperzy zechcą wykorzystać program jako swego rodzaju narzędzie marketingowe i wypromować dzięki niemu swoje inwestycje – wyjaśnia Marek Wielgo.

Na rynku hipermarketów fuzji już nie będzie

CEO Magazyn Polska

Po przejęciu Reala przez Auchan rynek nie spodziewa się dalszych fuzji na rynku hipermarketów. Zostało na nim zaledwie trzech graczy. W segmentach mniejszych sklepów polski rynek wciąż jest bardzo rozproszony. Eksperci prognozują przejęcia wśród sieci supermarketów. Dyskonty na razie łączyć się nie będą, bo wszystkie sieci rozwijają się dynamicznie.

 Trudno spodziewać się przejęć na rynku hipermarketów, ponieważ pozostało na nim niewielu graczy: Tesco, Carrefour i Auchan – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Łaptaś, ekspert Roland Berger Strategy Consultants (RBSC). Z kolei na rynku dyskontów w zasadzie wszyscy odnoszą sukcesy, szybko się rozwijają i dlatego brakuje im motywacji do sprzedawania własnej marki. Fuzje mogą natomiast mieć miejsce wśród supermarketów.

Na tym rynku jest dużo graczy, a co za tym idzie – potencjał do konsolidacji. Sprzyja temu też struktura właścicielska tych sklepów, z których wiele należy do funduszy inwestycyjnych. Żabka i Freshmarket należą do funduszu Mid Europa Partners, sieć Eko należy do funduszu Advent, a właścicielem Dino jest Enterprise Investors. Niektóre sieci należą do prywatnych polskich przedsiębiorców, np. Polo Market czy Stokrotka.

 – Potencjalnie każda z tych sieci jest albo kandydatem do tego, żeby przejąć kogoś innego, albo do tego, by stać się obiektem przejęcia. Zatem to właśnie w tym segmencie, wśród sieci operujących w przedziale od 100 do 1000 mkw. możemy się spodziewać ruchów konsolidacyjnych – twierdzi Łaptaś.

Cel: obniżyć ceny

Głównym celem przejęć jest możliwość tańszych zakupów od producentów, co pozwala na późniejszą sprzedaż towaru po atrakcyjniejszej cenie.

 Niska cena jest ważna w mocno konkurencyjnym środowisku, a w efekcie korzystają na tym klienci – zauważa Łaptaś.

Z przejęciami wiążą się jednak także niekorzystne skutki uboczne. Jest tak zwłaszcza, gdy ewentualna fuzja stoi długo pod znakiem zapytania. Obniża to morale pracowników, którzy mają niepewność, co do dalszego istnienia firmy i co za tym idzie, zatrudnienia, a to z kolei może przełożyć się na jakość pracy. Przykład takiej zawieszonej w czasie fuzji to ostatnie przejęcie hipermarketów Real przez sieć Auchan. Choć porozumienie Auchan z Metro Group, właścicielem marki Real, zostało zawarte już jesienią 2012 r., to dopiero w tym tygodniu UOKiK wyraził zgodę na transakcję.

Pewnym problemem dla Auchana może być spełnienie warunków UOKiK dotyczących obowiązku sprzedaży ośmiu sklepów. Urząd uznał, że jest to niezbędne do zachowania równej konkurencji.

 Będzie to trudne i sytuacja jest o tyle niekorzystna, że mało jest na rynku potencjalnych kupców, kandydatów do przejęcia tych lokalizacji – twierdzi Łaptaś. – Musi to być gracz, który posiada już hipermarkety w Polsce, a tych jest niewielu. Oznacza to, że Auchan jest pod presją i nie ma wielu potencjalnych kupców.

Prawo dotyczące zakupów w sieci będzie jednolite w całej UE. Nowe przepisy budzą obawy branży

Branża e-commerce przygotowuje się do wdrożenia nowego prawa wynikającego z unijnej dyrektywy o prawach konsumentów. Niektóre jej zapisy budzą obawy przedsiębiorców, zwłaszcza że prace nad polską ustawą jeszcze się nie zakończyły. 

Dyrektywa Parlamentu Europejskiego 2011/83/UE, która ma wejść w życie w połowie 2014 r., ma ujednolicić przepisy dotyczące e-handlu w 28 państwach członkowskich.

 – Trochę obawiamy się unijnej dyrektywy konsumenckiej, gdyż nie do końca wiemy, w jaki sposób te przepisy będą interpretowane i jak będzie wyglądało ich wprowadzenie w życie. W tej chwili sprawa jest na agendzie organizacji zajmujących się prawami konsumenta oraz e-commerce w Polsce, zakładam więc, że tam zostaną wypracowane rozwiązania, które pozwolą pogodzić wymagania Unii Europejskiej i konsumentów z wygodą użytkownika i interesami samych sklepów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Radkowski, doradca zarządu Merlin.pl.

W Polsce prace nad ustawą o prawach konsumentów trwają – przyjęta 24 grudnia przez rząd została skierowana do prac w Sejmie.

 – Zgodnie z nowymi przepisami klient będzie miał 14 dni na zwrot produktu. W Polsce obecnie ma ustawowo 10, ale w naszym regulaminie i tak przewidujemy 30 dni, więc akurat w naszym przypadku wydłużenie tego terminu niewiele zmieni – mówi Radkowski.

Jego zdaniem większe problemy mogą sprawiać nowe obowiązki informacyjne. Dyrektywa wymaga od sprzedawców m.in. powiadomienia klienta o obowiązku pokrycia kosztów wysyłki zwracanego towaru – jeśli takiej informacji nie będzie, to koszty poniesie sprzedawca.

 – Uciążliwe mogą być wymagania dotyczące informowania o produkcie i transakcji – mówi Jakub Radkowski. – Tych informacji jest tak dużo, że ich podawanie może utrudniać klientowi zakupy. Pewne rzeczy, które są dla klienta oczywiste, dotyczące np. fiszki produktu, będą musiały być wielokrotnie mu wskazywane. Może to być męczące, a zakupy internetowe powinny być szybkie i wygodne.

Sprzedawca będzie musiał poinformować klienta również o tym, że pobrane przez niego pliki elektroniczne nie będą mogły być zwrócone. Jeśli tego nie uczyni, klient będzie mógł je zwrócić jak każdy inny towar. W pewnych przypadkach dyrektywa zwiększa też prawa sprzedawców – np. do odroczenia zwrotu pieniędzy, aby zbadać stan zwróconego towaru.

Rośnie popularność e-wizyt lekarskich i szkoleń online. Wzrosty sięgają kilkuset procent

Rynek porad lekarskich online będzie dynamicznie rósł – wynika z raportu Deloitte. Do rozwoju usług w sieci przyczynią się m.in. seniorzy, który coraz chętniej sięgają po smartfony. Rośnie także popularność edukacyjnych kursów internetowych. W tym roku liczba zapisów na takie zajęcia wzrośnie dwukrotnie, a za sześć lat e-edukacja ma stanowić 10 proc. całości edukacji.

 Ciekawym rozwiązaniem dostępnym przez internet są kursy, szkolenia i wykłady, czyli edukacja online. To przede wszystkim kursy MOOC, czyli Massive Open Online Courses. Są one nowoczesnymi odpowiednikami szkolnictwa wyższego i kursów doskonalenia zawodowego, a ich udział w rynku edukacyjnym będzie rósł – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Wróbel, starszy menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Według raportu firmy w tym roku zapisy na kursy online wzrosną dwukrotnie, przekraczając 10 milionów. Rosnąca świadomość nowych metod nauczania zwiększa inwestycje instytucji edukacyjnych w tym obszarze. Na razie problemem jest silny odpływ uczestników w trakcie nauki. W tym roku MOOC będzie miał zaledwie 0,2 proc. udziału w szkolnictwie wyższym. Ale trend wzrostowy jest wyraźny i dotyczy szczególnie szkoleń firmowych oraz osób kontynuujących edukację. Zdaniem menedżera z Deloitte pod koniec tej dekady udział edukacji online w rynku może wzrosnąć do 10 proc.

Szybko rośnie popularność telemedycyny, szczególnie e-wizyt lekarskich – kontaktu z lekarzem za pośrednictwem internetu.

 – Popularność tej formy usług medycznych rośnie szczególnie szybko w Ameryce Północnej: w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie – informuje Jakub Wróbel.

Według Deloitte’a w tym roku dojdzie na świecie do 100 milionów e-wizyt. To o 400 proc. więcej niż w roku 2012. W porównaniu do kosztów tradycyjnych wizyt e-porady pozwolą na oszczędności rzędu 5 miliardów dolarów. W Ameryce Północnej obniżenie kosztów będzie najbardziej znaczące – to 75 proc. całego rynku światowego. Unia Europejska na razie przyjęła plan w sprawie regulacji prawnych ułatwiających korzystanie z telemedycyny.

Teraz seniorzy

Rosnące zainteresowanie technologiami i usługami online widać wśród osób powyżej 55. roku życia. Co prawda największy udział w rynku smartfonów wciąż ma grupa wiekowa 18-54, ale to wśród seniorów najszybciej rośnie liczba nabywanych urządzeń. Osoby w zaawansowanym wieku wolniej opanowują nowinki techniczne, ale po pokonaniu bariery niepewności, stają się zaawansowanymi użytkownikami. W tym roku na świecie udział smartfonów w tej grupie zwiększy się do 45-50 proc. przy tempie wzrostu na poziomie 25 proc.

 – W Polsce jeszcze nie mówimy o tak wysokiej dynamice, ale trend wzrostowy będzie także zauważalny. Wynika on ze starzenia się społeczeństwa i z oferty producentów i operatorów telekomunikacyjnych, w której dominują zdecydowanie urządzenia typu smartfon – wyjaśnia ekspert.

PKP Intercity przyspiesza prace nad rozwiązaniami proklienckimi. W lutym poda szczegóły

PKP Intercity chce przyspieszyć uruchomienie kolejnych proklienckich działań handlowych. Te miały być wdrażane na dużą skalę w 2015 roku, ale, jak podkreśla nowy prezes, spółka już jest gotowa na ich wprowadzenie. Szczegóły mają być znane w ciągu najbliższego miesiąca. Spółka liczy, że nowych pasażerów zachęci do podróży udostępnienie sieci WiFi i multimediów w pociągach.

 W ciągu miesiąca ujawnimy szczegóły planu, łącznie z harmonogramem wdrażania poszczególnych akcji proklienckich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Celejewski, od środy prezes PKP Intercity. – Obecna sytuacja zmodyfikowała nieco nasze założenia i z działaniami, które były przygotowane na dużą skalę od połowy 2014 roku i w przyszłym, będziemy chcieli wejść wcześniej.

Do tej pory wdrożono już ponad 30 różnych inicjatyw proklienckich: od ulepszeń w sprzedaży, poprawy komfortu podczas podróży, aż po lepszą obsługę posprzedażową. W planach jest kolejnych 25 inicjatyw do zrealizowania.

Nowy prezes PKP Intercity podkreśla, że 2014 będzie już drugim, bardzo trudnym rokiem dla spółki i jej pasażerów, głównie ze względu na liczne remonty i modernizację infrastruktury kolejowej.

 Chcemy wykorzystać te dwa ciężki lata ciężkie dla naszych podróżnych, żeby zmieniać produkt, zmieniać strukturalnie PKP Intercity tak, żeby w roku 2015 zwieńczyć całą serię działań proklienckich – wyjaśnia Celejewski.

Inicjatywy proklienckie to szansa na polepszenie sytuacji PKP Intercity. W roku 2013 r. spółce ubyło ponad 4 miliony klientów. Jednak władze spółki podkreślają, że podejmowane działania już przynoszą efekty, przynajmniej na niektórych połączeniach.

 – Prowadzimy wiele badań, które nam umożliwią lepiej dostosować ofertę i cenową, i produktową, i to przynosi skutek. Są trasy, na których PKP Intercity w zeszłym roku osiągnęło wzrosty, i są to głównie trasy dalekobieżne – zapewnia prezes. – Chcielibyśmy też przyspieszyć działania zmierzające do naprawy systemu transportu publicznego, czyli wspólnie z innymi kolejami odbudować ten system przez realizację modeli biznesowych przywiązanych do kolei aglomeracyjnych, miejskich i międzywojewódzkich.

Jednym z działań, które mają pomóc przyciągnąć nowych podróżnych, jest realizacja podpisanej wczoraj umowy z T-Mobile na dostawę internetu w pociągach. Ma to być nie tylko WiFi, ale także dostęp do zasobów rozrywki pokładowej, takich jak 40 pełnometrażowych filmów, do seriali, gier i bajek dla dzieci. Usługa ta ma zostać zapewniona do końca roku w 300 wagonach, na najpopularniejszych trasach krajowych i międzynarodowych. Poprawi to również jakość dostępu do wewnętrznej sieci internetowej PKP Intercity dla konduktorów, co ułatwi i przyspieszy zakup biletu w pociągu.

 Pierwszy raz wdrażamy w Polsce na tak dużą skalę dostęp do internetu i treści multimedialnych w naszych pociągach – mówi Celejewski. – W ciągu pierwszych trzech miesięcy działania usługi będzie nią objęte około 90 wagonów, czyli 3-4 składy. Cały kontrakt obejmujący pokrycie 300 wagonów spółki PKP Intercity urządzeniami umożliwiającymi dostęp do internetu oraz rozrywki pokładowej zostanie zrealizowany najpóźniej do końca roku.

Rozliczenie między kontrahentami odbędzie się na zasadzie barteru.

 Nasza spółka sprzedaje swoją niestandardową powierzchnię reklamową, znajdującą się w wagonach i na wagonach. Z drugiej strony T-Mobile realizuje po swojej stronie inwestycję zarówno jeśli chodzi o sprzęt, jak i o multimedia plus konserwację, utrzymanie i parametry dostępu – wyjaśnia prezes PKP Intercity.

Pasażerowie będą mieli dostęp do internetu o minimalnej prędkości 1,5 Mb/s. Początkowo sam dostęp do internetu będzie darmowy dla wszystkich użytkowników.

 W dalszej przyszłości zgodnie z umową usługa będzie gratisowa dla minimum 10 proc. wszystkich klientów – mówi Miroslav Rakowski, prezes T-Mobile Polska. – Jeszcze nie zdecydowaliśmy, jaka to będzie grupa, ale zakładam, że będą to głównie klienci naszej sieci. W przypadku filmów, jeszcze nie jest dopracowany model współpracy. Część zasobów na pewni będzie darmowa, a część płatna, np. dostęp do najnowszych produkcji.

NIK skontroluje we wszystkich województwach opiekę nad osobami bezdomnymi

Kontrola kończy się obecnie w Warszawie, Katowicach, Łodzi, Lublinie, Szczecinie i Bydgoszczy. Delegatury NIK w pozostałych województwach już na początku lutego rozpoczną kontrole, w których sprawdzą jak wygląda pomoc świadczona osobom bezdomnym.

W 2014 roku Izba w szczególny sposób przygląda się działaniom rządowym i samorządowym wspierającym polskie rodziny. Wychodzenie z bezdomności, zapobieganie poszerzaniu się zjawiska bezdomności, aktywizacja zawodowa bezdomnych – to ważne elementy polityki służącej rodzinie, w tym wypadku dotkniętej tragedią bezdomności któregoś z jej członków, najczęściej mężczyzn, ale także kobiet, w tym samotnych matek z dziećmi.

NIK dokładnie sprawdza:

w jaki sposób i w jakim stopniu gminy rozpoznają skalę zjawiska bezdomności?
czy przygotowano odpowiednią do tej skali liczbę miejsc w schroniskach?
jak wygląda współpraca różnych instytucji: MOPS, policji, straży gminnych, pogotowia, szpitali?
co zrobiono, aby zapobiegać poszerzaniu się bezdomności (np. aktywizacja zawodowa, pomoc w wyjściu z choroby alkoholowej)?
jak wykorzystywane są środki publiczne przeznaczone na wsparcie osób bezdomnych?
jak wyglądają standardy pobytu (noclegu) w schroniskach, noclegowniach, różnego rodzaju placówkach opieki?
jak wygląda realizacja programów rządowych dotyczących bezdomności i budownictwa socjalnego oraz realizacja indywidualnych programów wychodzenia z bezdomności?
jak wygląda przyznawanie lokali socjalnych?
Kontrola kończy się już w Warszawie, Katowicach, Łodzi, Lublinie, Szczecinie i Bydgoszczy. Łącznie badanych jest 38 różnych podmiotów głównie MOPS i schronisk.

Delegatury NIK w pozostałych województwach na początku lutego rozpoczną kontrole, w których sprawdzą jak wygląda pomoc świadczona osobom bezdomnym.

Zadania z zakresu pomocy osobom bezdomnym są finansowane ze środków własnych samorządów; ponadto każdego roku podmiotom i organizacjom pozarządowym przekazywane są dotacje z budżetu państwa na dofinansowanie programów wspierających wychodzenie z bezdomności.

NIK monitoruje pomoc dla osób bezdomnych przy okazji różnych kontroli.

Kontrole z ostatnich lat.

W przekazanej w 2011 roku Sejmowi informacji z wynikami kontroli, która m.in. dotyczyła pomocy świadczonej przez gminy osobom bezdomnym stwierdziliśmy, że:

W większości kontrolowanych gmin zapewniono schronienie osobom pozbawionym mieszkania, chcącym korzystać z domów i schronisk dla bezdomnych, noclegowni i ogrzewalni. W okresie zimowym występowały jednak zwiększone potrzeby, które zaspakajano poprzez uruchamianie doraźnych miejsc noclegowych.
W niektórych gminach, z powodu braku własnych schronisk, nielicznych bezdomnych kierowano do obiektów położonych na terenie sąsiednich gmin, finansując koszty ich pobytu.
Kontrolowane gminy zapewniały schronienie bezdomnym przede wszystkim poprzez organizacje pozarządowe (Caritas, Polski Komitet Pomocy Społecznej, Bractwo Miłosierdzia im. św. Brata Alberta i inne), z którymi zawierano stosowne umowy.

W części gmin zadania służące realizacji celów strategicznych związanych z bezdomnością zostały sformułowane ogólnikowo, bez określenia wymiernych celów i wskaźników umożliwiających ocenę ich wykonania. Spowodowane to było m.in. brakiem środków finansowych na budowę i utrzymanie pomieszczeń dla bezdomnych oraz niewielkimi potrzebami w tym zakresie.

Założone w strategiach części gmin cele były osiągane przede wszystkim w wyniku współpracy z organizacjami pozarządowymi, ale także wskutek realizacji, nielicznych wprawdzie, zadań inwestycyjnych. W jednej gminie (Pszczyna) nie zdołano utworzyć schroniska dla bezdomnych, przewidzianego w strategii gminnej.
W 2012 roku podczas kontroli rozpoznawczej stwierdzono istotne nieprawidłowości:

gminy nie posiadały wystarczającej wiedzy o liczbie osób bezdomnych na swoim terenie,
udzielana pomoc miała głównie charakter interwencyjny (doraźny),
nie zawierano prawidłowo porozumień z organizacjami prowadzącymi noclegownie na umieszczenie w nich osób bezdomnych.

Koordynacja polityki prorodzinnej w 2014 roku

Najwyższa Izba Kontroli przeprowadzi w 2014 r. kontrole dotyczące koordynacja polityki prorodzinnej.

Nakłady ze strony państwa na rzecz rodzin rozproszone na osiem resortów, wynoszą ok. 50 mld zł w skali roku i dotyczą około 50 różnych sposobów finansowania (strumieni finansowych). Wszystkie te wydatki, jak również wydatki realizowane przez jednostki samorządu terytorialnego, składają się na politykę prorodzinną państwa.

W kontroli NIK zbada:

jakimi narzędziami prawnymi, organizacyjnymi i finansowymi dysponuje państwo kształtując politykę prorodzinną;

jakich narzędzi prawnych, organizacyjnych i finansowych brakuje, aby lepiej tę politykę realizować;

jakie narzędzia prawne, organizacyjne i finansowe służące do kształtowania polityki prorodzinnej są prawidłowo wykorzystywane, a jakie niewłaściwie;

jak wygląda koordynacja polityki prorodzinnej i używanych do jej realizacji narzędzi prawnych organizacyjnych i finansowych – przez kogo i w jakim zakresie ta koordynacja jest podejmowana.

Drugim istotnym wątkiem będzie sposób koordynowania tych działań w ramach administracji rządowej. NIK chce, aby kontrola umożliwiła udzielenie odpowiedzi na pytanie, na ile obecnie stosowane rozwiązania w sposób spójny wspierają procesy zakładania i funkcjonowania rodzin.

Jak działa służba zdrowia w poszczególnych województwach

Wg Krajowego indeksu sprawności ochrony zdrowia 2014 pierwsze miejsca w kategorii poprawy stanu zdrowia mieszkańców zajmują województwa: zachodniopomorskie, pomorskie i mazowieckie. Najlepszą gospodarką finansową mogą pochwalić się: dolnośląskie, wielkopolskie, małopolskie i pomorskie, zaś w kategorii jakości ochrony zdrowia – uwzględniającej oprócz twardych danych także ocenę pacjentów – prowadzą województwa: opolskie, podlaskie i zachodniopomorskie.

Krajowy indeks sprawności ochrony zdrowia powstał w celu zbadania rzeczywistej skuteczności polskiego systemu ochrony zdrowia oraz pozyskania mierzalnych i porównywalnych wskaźników, na których będzie można oprzeć dyskusję publiczną.

„W ciągu ostatnich dwudziestu lat w wielu krajach ruszyły systemy oceny sprawności służby zdrowia, podczas gdy na naszym rynku takiego narzędzia brakuje. W efekcie ciężar dyskusji publicznej koncentruje się na jednostkowych zdarzeniach, a nie na zjawiskach o charakterze powszechnym i długotrwałym. Mamy nadzieję, że indeks przyczyni się do bardziej systematycznego gromadzenia i przetwarzania informacji o funkcjonowaniu systemu ochrony zdrowia, co w konsekwencji przełoży się na wyższą jakość debaty publicznej na temat potrzebnych zmian” – wyjaśnia genezę powstania indeksu Mariusz Ignatowicz, partner PwC, lider zespołu ds. ochrony zdrowia. „Idea indeksu – jako badania porównawczego tzw. benchmarku – jest wskazaniem, w którym województwie system ochrony zdrowia działa lepiej w konkretnej dziedzinie, a w której gorzej. Nie ma więc jednego zwycięzcy, ale są liderzy w poszczególnych kategoriach. Kolejnym krokiem powinna być analiza z czego wynika skuteczność danego województwa w konkretnym obszarze i co zrobić, aby uzyskać takie same efekty w innych województwach” – kontynuuje.

Indeks uwzględnia 44 wskaźniki, a poprzez system wag określa skuteczność ochrony zdrowia w trzech obszarach tzw. osiach: poprawy stanu zdrowia mieszkańców, gospodarki finansowej oraz jakości konsumenckiej opieki zdrowotnej.

„Pracując nad indeksem wyszliśmy z założenia, że w pierwszej kolejności od systemu zdrowia w Polsce oczekuje się trzech rzeczy: aby chronił i wpływał na poprawę stanu zdrowia mieszkańców, był efektywny i stabilny finansowo oraz aby pacjenci byli zadowoleni z jego funkcjonowania. Stąd w naszym badaniu prezentujemy wyniki w trzech wymiarach, uwzględniając – poza twardymi danymi – także ocenę z punktu widzenia pacjenta oraz przypisując poszczególnym wskaźnikom odpowiednie wagi” – wyjaśnia Bernard Waśko, dyrektor medyczny PwC.

Oś nr 1 – Poprawa stanu zdrowia

Najlepszy wynik osiągnięto w zakresie poprawy stanu zdrowia w województwie zachodniopomorskim (185 pkt) oraz pomorskim i mazowieckim (182 i 175 pkt). Kolejne cztery województwa: warmińsko-mazurskie, lubuskie, wielkopolskie i podlaskie nie pozostają daleko w tyle za trójką liderów. Na końcu listy znajdują się województwa kujawsko-pomorskie i łódzkie z wartościami odpowiednio 109 i 112 pkt.

Na ten wynik składają się przede wszystkim wskaźniki pogrupowane w kategorie takie jak: (1) zapobieganie zgonom (np. odsetek żyjących co najmniej 5 lat od rozpoznania raka jelita grubego czy raka piersi jako jednych z najczęściej występujących nowotworów; skala pobierania narządów do przeszczepów od zmarłych), (2) zapobieganie zaostrzeniom stanu zdrowia (np. wskaźnik hospitalizacji z powodu niewydolności serca, wskaźnik hospitalizacji chorujących na przewlekłe choroby dolnych dróg oddechowych, hospitalizacja cukrzyków) oraz (3) prewencja chorób (w tym uczestnictwo w badaniach mamograficznych, cytologicznych, szczepieniach).

Oś nr 2 – Efektywna gospodarka finansowa

W osi efektywnej gospodarki finansowej na czele uplasowały się województwa: dolnośląskie (94 pkt), wielkopolskie (86 pkt) oraz małopolskie i pomorskie (po 83 pkt). Na końcu stawki znalazły się województwa: zachodniopomorskie (44 pkt) oraz podlaskie i lubelskie (49 pkt).

Na ten wynik składają się przede wszystkim wskaźniki pogrupowane jako m.in.: (1) sprawność alokacji środków (np. wydatki na opiekę długoterminową czy proporcja wydatków na leczenie pozaszpitalne do wydatków na leczenie szpitalne), (2) efektywność ekonomiczna prowadzonych terapii, (3)

zagregowane indywidualne wyniki poszczególnych placówek oraz (4) zarządzanie infrastrukturą (np. liczba łóżek szpitalnych na 10 tys. mieszkańców czy wskaźnik leczonych w ciągu roku przypadających na łóżko szpitalne).

Oś nr 3 – Jakość konsumencka opieki zdrowotnej

W osi jakości konsumenckiej na czele znajdują się województwa: opolskie (105 pkt), podlaskie i zachodniopomorskie (103 i 96 pkt.). Co ciekawe, są to te same województwa, które w osi gospodarki
finansowej znalazły się na końcu stawki. Na końcowych miejscach w osi jakości konsumenckiej ulokowały się województwa: łódzkie, pomorskie i świętokrzyskie (odpowiednio 27, 30 i 32 pkt.).

Jakość konsumencka opieki zdrowotnej mierzona jest m.in. poprzez (1) ocenę satysfakcji pacjenta, (2) czas oczekiwania, (3) dostępność geograficzną danej usługi czy (4) stopień uciążliwości skorzystania z usługi dla pacjenta (np. udział wydatków na zdrowie w przychodach gospodarstwa domowego, odsetek gospodarstw domowych, które zrezygnowały z zakupu leków lub wizyty u lekarza z powodów finansowych).

Krajowy Indeksu Sprawności Ochrony Zdrowia wzorowany jest na istniejących systemach międzynarodowych (WHO, OECD), brytyjskich, kanadyjskich, australijskich czy holenderskich.

„Patrząc jednak na analogiczne wskaźniki funkcjonujące na innych rynkach trzeba zaznaczyć, że niestety nie wszystkie informacje, które powinny zostać uwzględnione przy definiowaniu tego typu benchmarku są obecnie w Polsce dostępne. Przykładowo warto skoncentrować się także na monitorowaniu jakości procesów leczenia czy monitorowaniu zdarzeń niepożądanych takich jak np. powikłania. Jeśli indeks ma rzeczywiście obrazować funkcjonowanie opieki medycznej to musi obejmować szeroki zakres parametrów dotyczących skuteczności i bezpieczeństwa. Mamy więc nadzieję, że w przyszłości zestaw wskaźników będzie się zmieniał”– mówi Mariusz Ignatowicz, lider zespołu ds. ochrony zdrowia w PwC.

Do rozważenia pozostaje m.in.:

rola wskaźników pokazujących skalę tzw. nierówności w zdrowiu, wynikających z szeregu czynników jak np. pochodzenie etniczne, klasa społeczna, poziom zamożności.

większa rola wskaźników jakości opieki – obecnie wśród wskaźników ujęte są: przeżycie 5-letnie, hospitalizacje w chorobach przewlekłych uwzględnienie wskaźników bezpieczeństwa pacjenta w trakcie terapii, np. w szpitalu,

równowaga i reprezentacja większości głównych dziedzin medycyny – obecnie indeks obejmuje wskaźniki z zakresu chorób zakaźnych, onkologii, kardiologii, chorób układu oddechowego i psychiatrii)

optymalna reprezentacja wskaźników dotyczących różnych rodzajów opieki zdrowotnej.

Więcej informacji o Krajowym indeksie sprawności ochrony zdrowia

Obecny kształt indeksu sprawności ochrony zdrowia jest pierwszą próbą syntetycznej oceny sposobu działania systemu ochrony zdrowia w Polsce. Obok doświadczeń międzynarodowych, indeks opiera się na odgórnie ustalonych celach i wagach przypisanych poszczególnym cechom systemu ochrony zdrowia. W ramach przygotowywania indeksu autorzy przeprowadzili tzw. analizę wrażliwości, testując, na ile zmiana wag wskaźników i osi mogłaby wpłynąć na wyniki. Analiza pokazała, że możliwe są pewne przesunięcia w kolejności poszczególnych województw, lecz nie były one zasadnicze – raczej o 2–3 miejsca w szeregu. Więcej informacji na temat wskaźników wykorzystanych w ramach każdej z osi znajduje się w raporcie pod adresem http://www.pwc.pl/pl/publikacje/index.jhtml

Informacje o raporcie

Raport został przygotowany przez zespół www.dane-i-analizy.pl oraz firmę doradczą PwC. Autorzy wykorzystali międzynarodowe doświadczenia w opracowaniu mierników sprawności systemu ochrony zdrowia (health system performance measures – HSPM), aby podjąć próbę oceny działania polskiego systemu opieki zdrowotnej. Informacje konieczne do wyliczenia wskaźników zebrane zostały z dostępnych źródeł wyszczególnionych w raporcie (m.in. ZUS, NFZ, GUS, CSiOZ, PZH, KRN, MZ) oraz w ramach badania przeprowadzonego na populacji dorosłych Polaków w listopadzie 2013 r. Badanie zostało przeprowadzone dwukrotnie w formie wywiadów telefonicznych, podczas których łącznie ankietowano 2008 osób. Pełen raport znajduje się na stronie http://www.pwc.pl/pl/publikacje/index.jhtml

Intralogistyka w biznesowych rankingach

W styczniu ukazały się liczne zestawienia przedsiębiorstw, które najlepiej radziły sobie w ostatnich latach. W rankingach „Diamenty Forbesa” oraz „Gazele Biznesu” nie zabrakło przedstawicieli branży intralogistycznej. Prestiżowy ranking „Diamenty Forbesa” jest owocem współpracy magazynu oraz firmy konsultacyjnej Bisnode Polska.

Brane są w nim pod uwagę podmioty, które osiągnęły w 2012 r. przychody ze sprzedaży na poziomie przekraczającym 5 mln złotych. Spośród nich wybierane są te przedsiębiorstwa, których wartość rok do roku w okresie 2010-2012 rosła o co najmniej o 15%. Wycen dokonuje się metodą szwajcarską, uwzględniającą zarówno majątek, jak i dochody firm obliczone na podstawie przekazywanych do urzędów danych. Do zestawienia trafiają więc podmioty obiektywnie stabilne, wiarygodne i charakteryzujące się wysoką płynnością bieżącą.

Z kolei w zestawieniu „Gazele Biznesu” przygotowywanym od 2000 roku przez Puls Biznesu i wywiadownię gospodarczą Coface Poland znalazły się natomiast firmy, które w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw rozwijają się najdynamiczniej i w ostatnich 3 latach odnotowywały wyłącznie wzrosty w zakresie przychodów ze sprzedaży.

W obydwu rankingach znalazł się STILL Polska – producent wózków widłowych i systemów intralogistycznych. – Mimo, że w branży maszyn i urządzeń budowlanych, drogowych i komunalnych liderzy notują straty, STILL Polska systematycznie notuje wzrosty sprzedaży i obrotów. Ostatni czas dla biznesu nie był łatwy i obronną ręką przeważnie wychodzili z niego najsilniejsi gracze. Nam udało się znacząco umocnić swoją wartość na rynku a także wypracować satysfakcjonujące zyski.– mówi Borys Wochna, Prezes Zarządu w STILL Polska. – Jesteśmy dumni, że zaufanie naszych klientów znajduje potwierdzenie w opiniach niezależnych ekspertów – dodaje Borys Wochna.

Fakt, że firma reprezentująca branżę intralogistyczną znalazła się w dwóch bardzo znaczących zestawieniach biznesowych to dobry zwiastun dla wszystkich jej przedstawicieli. Dowodzi bowiem, że nawet w trudnych czasach, możliwy jest w tym segmencie sukces i ciągły rozwój.

Z towarami niestandardowymi ostrożniej niż z jajkiem

Gdy procesy produkcyjne wymuszają na przedsiębiorcy konieczność przechowywania i transportowania materiałów niestandardowych, w tym chemikaliów czy cieczy niebezpiecznych, musi on zadbać o spełnienie określonych przez ustawodawcę wymogów i zapewnić odpowiednie wyposażenie magazynu. Które elementy powinny zwrócić jego szczególną uwagę?

Jeżeli w magazynie znajdują się substancje, które ze względu na swoje właściwości mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia człowieka lub powodować ryzyko powstania zniszczeń czy szkód materialnych – mamy do czynienia ze składowaniem towarów niebezpiecznych. Dla przedsiębiorcy oznacza to konieczność spełnienia określonych przez ustawodawcę wymogów, dotyczących zapewnienia bezpiecznych warunków pracy oraz eliminacji ryzyka wystąpienia wypadków w hali magazynowej.

– Wyposażając magazyn w zbiorniki służące do składowania substancji niebezpiecznych, należy wiedzieć, że muszą być one odpowiednio dobrane do rodzaju przechowywanego towaru oraz wyraźnie oznakowane – mówi Marcin Hankiewicz, ekspert sklepu Magazynuj.pl. Zgodnie z przepisami materiał, z którego wykonuje się tego typu zbiorniki musi być odporny na reakcje chemiczne, a samo wykonanie powodować, że obiekt nie ulegnie uszkodzeniu pod wpływem zawartości. Oczywiście zabronione jest przechowywanie materiałów niebezpiecznych w opakowaniach służących celom spożywczym!

Co na rynku:

Do jednych z najtrwalszych zbiorników do składowania i zabezpieczania beczek z cieczami wysokiego ryzyka należą wanny wychwytowe/ociekowe – polietylenowe i stalowe. Pierwsze cechują się bardzo wysoką trwałością i odpornością na działanie chemikaliów, przez co swoje zastosowanie znajdują przede wszystkim w składowaniu olejów, kwasów i substancji żrących. – Weźmy pod uwagę, że zastosowanie przy konstrukcji polietylenu powoduje, że w tego typu wannach można przechowywać nawet bardzo „agresywne” chemikalia – tłumaczy Marcin Hankiewicz.

Wśród pozostałych zalet wanien polietylowych można wskazać możliwość łączenia (np. w celu zyskania większej przestrzeni roboczej), zastosowanie nieprzesuwnych kratownic, które można łatwo wyczyścić oraz możliwość wyposażenia zbiornika w dodatkową rampę podjazdową ułatwiającą ustawianie beczek czy innych ciężkich pojemników. Taka rampa jest wykonana w trwałego oraz odpornego na chemikalia polietylenu i mocowana do modułów za pomocą zaczepów o małym kącie nachylenia.

Na rynku występują także wanny wychwytowe stalowe. Oprócz zastosowania typowego dla ich polietylowych odpowiedników, w tego typu pojemnikach można trzymać także materiały wysoce i silnie zapalne. – Dodajmy, że wanny można przewozić za pomocą wózków widłowych, dzięki czemu zachowujemy czystość i bezpieczeństwo w strefie składowania – mówi Marcin Hankiewicz.

Innym rodzajem zbiorników do przechowywania beczek z substancjami niebezpiecznymi są systemy mobilne, czyli ruchome wózki służące do przewozu i eksploatacji beczek, stanowiska zamykane przeznaczone do składowania pojemników, a także moduły – podwyższający oraz bazowy.

PAMIĘTAJ! Składując materiały niebezpieczne:

– używaj zbiorników przeznaczonych specjalnie do danego rodzaju substancji
– przestrzegaj zasad rotacji z zachowaniem dopuszczalnego czasu składowania poszczególnych materiałów
– ograniczaj ilości jednocześnie składowanych materiałów w zależności od przyjętych norm
– zachowaj odpowiedni układ rozmieszczenia materiałów, aby była możliwość przeprowadzania ewentualnej kontroli

Towarami, które wymagają odpowiedniego przechowywania są także materiały niestandardowe, w tym elementy drobne. W tym przypadku liczy się przede wszystkim usprawnienie procesu składowania, segregacji i transportu np. na linie produkcyjne, w czym pomagają różnego typu pojemniki i kuwety. Ich odpowiednia konstrukcja oraz szeroka gama kolorystyki i wymiarów pozwala na tworzenie schematów składowania, dzięki czemu uzyskujemy łatwy dostęp do towarów, możliwość określania procedury ich przepływu, składowania czy dostarczania. Zauważmy, że kuwety i pojemniki to nie tylko tanie, ale także praktyczne rozwiązania, których nie może zabraknąć w żadnym magazynie.

W procesie składowania drobnych elementów swoje zastosowanie mają również skrzyniopalety plastikowe wykorzystywane do przechowywania cieczy, granulatów, żywności, a także złomu i części metalowych czy odpadów przemysłowych. Charakteryzują się dużą trwałością, łatwością w zachowaniu czystości, odpornością na zniekształcenia oraz oddziaływanie zewnętrzne (wilgoć, drobnoustroje, czynniki atmosferyczne i inne). Ich wadą może być cena, wyższa od kosztu odpowiedników drewnianych, niemniej przewyższają tańsze alternatywy pod względem rozmaitości zastosowania, trwałości i wytrzymałości.

Wybierając elementy wyposażenia magazynów materiałów niebezpiecznych oraz niestandardowych pod uwagę należy brać nie tylko zasobność portfela, ale przede wszystkim względy bezpieczeństwa. Pamiętajmy, że przedsiębiorca jest zobligowany do stosowania określonych materiałów zarówno przepisami prawa, jak i specyficznymi wymaganiami składowanego towaru. Wszystko po to, by zapewnić odpowiedni komfort i poczucie bezpieczeństwa dla wszystkich osób przebywających w hali magazynowej i pracujących przy materiałach szkodliwych oraz niestandardowych.

Usługi motorem wzrostu polskiego rynku bezpieczeństwa IT

Dynamika rynku bezpieczeństwa IT w Polsce notuje w ostatnich paru latach stabilne tendencje wzrostowe. Według raportu PMR „Rynek bezpieczeństwa IT w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018” jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest dynamiczny rozwój segmentu usług, który w 2013 r. pod względem wartości notował w Polsce ponad dwukrotnie wyższe dynamiki niż rynek oprogramowania czy sprzętu.

Po 2009 r., kiedy nastąpił 5% spadek, w latach 2010-2012 rynek bezpieczeństwa IT w Polsce notował stabilne dynamiki wzrostowe. W 2012 r. osiągnęły one nawet 10% poziom. W 2013 r. dynamika utrzymała się na podobnym poziomie jak przed rokiem, na co istotnie wpłynęła polepszająca się sytuacja w segmencie usług. Z kolei negatywnym czynnikiem po dynamikę w 2013 r. było jej obniżanie się w segmentach oprogramowania oraz sprzętu.
Rynek usług w segmencie bezpieczeństwa IT

Dynamiczny wzrost rynku usług w ostatnich paru latach jest konsekwencją przede wszystkim niskiej penetracji rynku i co za tym idzie – niskiej bazy. Niższy wzrost tego segmentu przed 2013 r. wynikał z większej niepewności firm w obszarze inwestycji w IT, uwarunkowanej sytuacją makroekonomiczną. Niższe inwestycje w bezpieczeństwo IT dotyczyły nie tylko segmentów usług wdrożeniowych czy audytu (ukierunkowanych z natury na implementację nowych rozwiązań), ale nawet segmentu usług utrzymaniowych. Należy jednak zaznaczyć, że pomimo niższych wartości rynek nadal notował pozytywne dynamiki.

Jedną z bardziej popularnych usług w rynku bezpieczeństwa IT są usługi audytu teleinformatycznego. Według badania PMR przeprowadzonego w pierwszym kwartale 2013 r. na próbie 522 dużych firm, w okresie trzech lat poprzedzających badanie ponad połowa przedsiębiorstw (56%) przeprowadziła audyt bezpieczeństwa własnych systemów IT.

Usługi audytu bezpieczeństwa IT w Polsce znajdują się w ofercie zarówno wyspecjalizowanych dostawców, świadczących tego typu usługi bez rozróżnienia na wykorzystywane technologie, jak i dostawców zajmujących się określonymi grupami produktowymi czy technologiami. Osobną kwestią nadal pozostaje bardzo zróżnicowany poziom jakości świadczonych usług. Poza wciąż niskim poziomem nasycenia rynku, za taki stan rzeczy odpowiada ograniczona świadomość klientów końcowych w zakresie wyników audytu.

Wśród segmentów mniejszych, ale bardziej perspektywicznych należy wymienić usługi outsourcingu systemów bezpieczeństwa IT (Managed Security Services – MSS). Z racji wczesnej fazy rozwoju na tym rynku widoczne są nawet sprzeczne z sobą trendy. Według informacji uzyskanych od głównych dostawców, usługi MSS cieszyły się w 2013 r. w Polsce dynamicznie rosnącym zainteresowaniem klientów końcowych. Zainteresowanie to jednak nie przekładało się na konkretne decyzje zakupowe. Jedyną grupę klientów końcowych, która w 2013 r. decydowała się na zakup usług MSS, stanowiły oddziały firm międzynarodowych działających w Polsce. W przypadku tych podmiotów decyzje były podejmowane poza Polską – w Europie Zachodniej czy USA, gdzie korzystanie z tego typu usług znajduje się na znacznie wyższym poziomie.

Rynek usług MSS w Polsce ma przed sobą perspektywę dynamicznego wzrostu. Jednym z czynników oddziałujących pozytywnie na sprzedaż tego typu usług jest zwiększająca się liczba zagrożeń występujących w codziennym działaniu firmy. W celu zabezpieczenia się przed atakami firmy będą zmuszone do inwestycji w nowe rozwiązania oraz we własne kompetencje. Oznacza to zwiększenie kosztów związanych z obszarem działalności firmy, który nie jest jej podstawową aktywnością. Z kolei inwestycje te charakteryzuje wysoka dynamika wzrostowa, wyższa niż dynamika wzrostu budżetów na IT. Stwarza to próżnię do zagospodarowania dla usług MSS, ponieważ można je rozliczać w kosztach bieżących, pomijając tym samym wspomniane inwestycje.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek bezpieczeństwa IT w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

Prognozy rozwoju rynku budownictwa kolejowego w Polsce 2014

Wartość produkcji budowlano-montażowej z tytułu budownictwa kolejowego według ostatecznych danych GUS wyniosła w 2012 roku niespełna 3,1 mld zł. Szacunki dotyczące zakończonego właśnie 2013 roku są dużo lepsze (ok. 3,8 mld zł), jednak i tak stanowią zaledwie namiastkę tego, czego spodziewał się rynek. Zapowiadany od lat wzrost nakładów finansowych na inwestycje kolejowe najprawdopodobniej ziści się dopiero w pierwszych latach nowej perspektywy finansowej (2014-2015), które zarazem stanowią ostatni dozwolony przez przepisy unijne okres na realizację i rozliczenie budów ze starej perspektywy.

W poprzednich latach niejako główna przyczyną fatalnego stanu polskich torów był odwieczny problem finansowy, tj. brak środków. Dzięki znacznemu dofinansowaniu ze środków unijnych, liczne roboty na torach faktycznie ruszyły, choć ich realizacja przebiega nie tak szybko jak zakładano.

Zestawienie stanu jakościowego infrastruktury torowej z początku 2011 i 2013 dobitnie wskazuje, w trakcie tych dwóch lat poczynione zostały istotne kroki w celu poprawy stanu infrastruktury. Ocenę dobrą, a wiec torów które wymagały jedynie prac konserwacyjnych, na początku 2013 roku osiągnęło 43% krajowych torów wobec 36% w 2011. Udział tras o złym stanie technicznym zmniejszył się o 2 punkty procentowe, co w skali kraju jest sporym osiągnięciem.

Kierunek postępujących zmian wydaje się bardzo odpowiedni, jedynym co może martwić to ciągle niedostateczne tempo prac na poszczególnych inwestycjach i niedociągnięcia w procesach inwestycyjnych.

Niepokój budzi także fakt, że gro prac przeprowadzanych będzie w cieniu nieprzekraczalnego już terminu realizacyjnego tj. grudnia 2015, co na budowach o tej wielkości i tak wysokim stopniu skomplikowania może okazać się kwestią awykonalną. PKP wykorzystało już wszelkie dopuszczalne możliwości przesunięć terminowych i na więcej nie może sobie już pozwolić.

Gracze rynkowi z pewnym niepokojem spoglądają na sytuację w zakresie realizacji inwestycji obawiając się konieczności zwrotu części dofinansowania należnego PLK, co w ogólnym rozrachunku pogłębi i tak już niekorzystną sytuację finansową spółki. Należy jednak przyznać, że obecna sytuacja na kolei jest się przez rząd dobrze monitorowana. Widoczne jest to m.in. w efektach negocjacji z Komisją Europejską, która raz za razem zgadza się na ustępstwa w kwestii polskich kolei.

Mimo iż nie zgodzono się na transfer dofinansowania z kolei na drogi to pozostałe decyzje KE pozwalają myśleć o pełnym wykorzystaniu środków unijnych. Już w 2012 roku PLK otrzymała zgodę na wydatkowanie środków na mniej skomplikowane inwestycje określane jako rewitalizacje, które mogą być przeprowadzane szybciej – z mniejszą dozą prac przygotowawczych i biurokracji. Zaowocowało to kilkoma kontraktami o wartości kilkuset milionów złotych, które nie tylko będą w części refundowane, tego ale zapewnią też doraźną poprawę stanu infrastruktury – głównie używanej lokalnie.

Kolejnym gestem dobrej woli, który zapobiec ma cofnięcie dofinansowania, jest podwyższenie przez UE indeksu możliwego dofinansowania projektów do 80%. Dotyczy to także tych projektów które już są w fazie realizacji. Zatem pula środków unijnych będzie wykorzystana w większym stopniu, i nawet jeśli któraś z inwestycji się nie powiedzie, to przypisane jej dofinansowanie może rozłożyć się na projekty sprawniej przeprowadzane. W wyjątkowych sytuacjach rozważane może być także sfinansowanie zadania już zrealizowanego, co miało miejsce pod koniec 2013 r. kiedy część dofinansowania przyznana została kilku polskim miastom na realizację inwestycji tramwajowych.

Jednakże w przyszłości, dla sprawniejszego wykorzystania środków unijnych konieczna jest poprawa koordynacji procesów inwestycyjnych na kolei. Wraz z 2014 rokiem rozpoczął się kolejny okres finansowy, kiedy to PLK otrzyma jeszcze więcej środków na infrastrukturę, i niedopuszczalnym byłoby powtarzanie po raz kolejny tych samych błędów. Wystawianie tym samym cierpliwości unijnych urzędników na kolejną próbę może już zakończyć się inaczej dla inwestora mniej korzystnie.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek budownictwa kolejowego w Polsce 2014 – Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Portal i platforma komunikacyjna monitorująca kompetencje pracowników

Wrocławianie znaleźli sposób na rewolucję na rynku IT. Ich rozwiązanie technologicznie może w ciągu kilku lat całkowicie odmienić sposób rekrutowania pracowników i rozwoju kariery zawodowej mieszkańców naszego kraju

Wielostornicowe, specjalnie drukowane testy kompetencji sprawdzane przez rekruterów, doradców zawodowych czy HR-owców za kilka lat odejdą całkowicie do lamusa. Bardzo szybko zastąpić je może portal i narzędzie w jednym: e-peers. Rozwiązanie to pozwala nie tylko diagnozować kompetencje, ale, co ważne dla firm, rozwijać te najbardziej kluczowe z nich z perspektywy rozwoju zawodowego pracowników. Program wymyślony i wdrożony we Wrocławiu, mieście które słynie z ciekawych projektów w branży IT, już niedługo może całkowicie zmienić sposób pracy działów HR. Wszystko to dzięki unikatowemu, uczącemu się algorytmowi, analizującemu profil i pozwalającemu na doskonalenie się i zdobywanie wiedzy przez użytkowników portalu.

– Wyjątkową i niesamowitą cechą algorytmu e-peers jest jego zdolność do samodzielnego uczenia się, dzięki wykorzystaniu siły społeczności – mówi Tomasz Tomaszewski, menadżer techniczny produktu i jeden z projektantów algorytmu. – Każdy użytkownik posiada swój unikalny profil, który odzwierciedla jego aktualną sytuacją zawodową. Korzystając z doświadczeń i rekomendacji osób o podobnej specyfice profilu, algorytm może samodzielnie uczyć się i proponować użytkownikom coraz lepsze ścieżki rozwoju kompetencji biznesowych. Algorytm dobiera najbardziej pasujące do stanowiska pracy kompetencje, ocenie ja za pomocą przygotowanego przez profesjonalistów badania i na końcu sugeruje sposób ich rozwoju. Pozwala to użytkownikom niezwykle skutecznie rozwijać kompetencje biznesowe przydatne w codziennej pracy.

Są już pierwsze firmy, które korzystały z e-peers jako narzędzia diagnozującego kompetencje swoich pracowników. Wśród nich jest BZ WBK Leasing SA – Takie narzędzia jak e-peers są dziś odpowiedzią na zmieniające się potrzeby obszarów związanych z HR – wyjaśnia Marta Żurowska, menadżer ds. rozwoju kompetencji sieci sprzedaży w BZ WBK Leasing. – Szczególnie ułatwiają pracę w przypadku rozległej sieci sprzedaży na dużym obszarze geograficznym Obecnie niezależnie od miejsca możliwe było zbadanie stosunkowo szybko kompetencji 157 pracowników. To dla nas bardzo istotne, bo jako firma stawiająca na merytoryczną jakość obsługi klienta musimy na bieżąco monitorować umiejętności zatrudnionych osób. Badanie 270 stopni z użyciem e-peers było pozytywnie odebrane przez osoby biorące w nim udział. Dzięki dużej ilości zebranych doświadczeń nasze działania za każdym kolejnym razem będą stawały się jeszcze bardziej efektywne. Dodatkowo, raport który powstał po jego wykonaniu, jest świetnym punktem wyjścia do rozmowy z pracownikiem na temat jego ścieżki kariery.

Czym zatem jest e-peers? Nie jest kolejnym portalem czy zestawem narzędzi przydatnych w procesie rekrutacji. To samodzielny, uczący się zbiór kilkuset rozwiązań pozwalających nie tylko na diagnozowanie, ale przede wszystkim rozwijanie kompetencji i umiejętności przydatnych w rozwoju zawodowym. Założeniem projektu jest pomoc w rozumieniu świata kompetencji, które coraz częściej decydują o zatrudnieniu, rozwoju kariery czy pozwalają na właściwe ukierunkowanie procesu kształcenia.

Projekt e-peers jest przygotowanych w ramach projektu dofinansowanego ze środków Unii Europejskiej pt.: „Stworzenie portalu umożliwiającego planowanie, podejmowanie i monitorowanie działań rozwojowych w ramach kompetencji biznesowych” – działanie 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Rok 2014 przełomowym dla PCO S.A. i Bumar Elektronika S.A.

Ryszard Kardasz, Prezes PCO S.A. i Bumar Elektronika S.A. wyjaśnia dlaczego rok 2014 będzie znamienny dla obu spółek i jaka będzie ich rola w utworzeniu planowanej, nowej Grupy Kapitałowej.

Dla obu kierowanych przeze mnie spółek rok 2014 będzie rokiem przełomowym z uwagi na planowane powstanie nowej Grupy Kapitałowej na bazie istniejącej Dywizji Elektronika. Nowopowstała Grupa ma planowo objąć PCO S.A. jako lidera i Bumar Elektronikę S.A., a ponadto spółki dawnej Dywizji Żołnierz oraz wybrane wojskowe zakłady remontowe – mówi Prezes Ryszard Kardasz. Utworzenie nowej Grupy Kapitałowej pozwoli na uzyskanie synergii przy realizacji kluczowych projektów w oparciu o wieloletnie doświadczenia spółek w tworzeniu potencjału polskiego przemysłu obronnego. Ponadto, połączenie kompetencji z zakresu optoelektroniki i elektroniki jest zgodne z trendami występującymi obecnie na światowym rynku zbrojeniowym – dodaje Prezes PCO S.A. i Bumar Elektronika S.A

Wyzwania dla nowej Grupy Kapitałowej

Jednym z najważniejszych zadań na kolejny rok będzie aktywny udział spółek w realizacji programów MON: PCO jako lidera programu żołnierza przyszłości odpowiedzialnego za integrację poszczególnych elementów systemu, a Bumar Elektronika S.A. jako lidera w zakresie programu obrony przeciwlotniczej Tarcza Polski.

Poza dążeniem do utrzymania wiodącej pozycji na rynku krajowym, obie spółki będą zmierzać do poszerzenia grona odbiorców swoich produktów poprzez koncentrację działań eksportowych na wybranych rynkach zagranicznych. W planach mamy również dywersyfikację oferty spółek o produkty przeznaczone na rynek cywilny. Podsumowując, priorytetem obu spółek w roku 2014 będzie dostarczanie innowacyjnych rozwiązań obronnych nowej generacji. Spójna technologicznie oferta produktowa pozwoli spółkom na zachowanie konkurencyjnych cen – komentuje Prezes Ryszard Kardasz

Zmiany w strukturze polskiego przemysłu obronnego, a działania spółek

Ryszard Kardasz Prezes PCO S.A.
Ryszard Kardasz Prezes PCO S.A.

Powołanie Polskiej Grupy Zbrojeniowej i związane z tym plany restrukturyzacji polskiego przemysłu obronnego stanowią ogromną szansą rozwojową dla spółek Dywizji Elektronika. Nowa struktura może przyczynić się do wzrostu konkurencyjności polskiego przemysłu obronnego na tle Europy i świata. Dzięki koordynacji strategicznej większość projektów realizowana będzie w poszczególnych podgrupach, w tym w Dywizji Elektronika. Rozwiązanie to umożliwi efektywniejsze wykorzystanie zasobów spółek i przełoży się na rozwój nowoczesnych technologii i powstawanie innowacyjnych produktów – podsumowuje Ryszard Kardasz, Prezes PCO S.A. i Bumar Elektronika S.A.

Ericsson Application Awards 2014

Został jeszcze miesiąc na zgłoszenie do konkurs Ericsson Application Awards 2014. Ericsson Application Awards to konkurs globalny podzielony na dwie kategorie – studenci oraz firmy. Jury wybierze najlepsze nadesłane aplikacje z obszaru „Apps for Working Life”. W rozgrywce mogą wziąć udział studenci, ale również małe i średnie firmy z całego świata (poniżej 100 pracowników).

Tematem konkursu na rok 2014 są aplikacje dla życia zawodowego, wspierające wizję firmy Ericsson dotyczącą społeczeństwa sieciowego. Jakie aplikacje mogą pomóc w naszym codziennym życiu zawodowym zarówno teraz, jak i w przyszłości? W jaki sposób przyczyniamy się do tego, aby życie zawodowe stało się kontekstem, w którym ludzie są bardziej innowacyjni i lepiej współpracują?

Zgłoszenia aplikacji dla systemów Android i iOS przyjmowane są do 28 lutego 2014 r.

W Ericsson Application Awards 2013 do konkursu zgłosiły się 192 zespoły pochodzące z 52 krajów. Dwie studentki z Polski dotarły do samego finału, zajęły drugie miejsce w kategorii 'student’ i wygrały 10 tysięcy euro.

Zamiast czekać na drogówkę, wypełnij oświadczenie o winie

Pogoda, roztargnienie czy pośpiech – to główne przyczyny kolizji na drogach. Warto, by kierowcy zdawali sobie sprawę z czyhającego zagrożenia, szczególnie teraz, gdy warunki panujące za oknem sprzyjają kolizjom. Jednak nie zawsze da się dmuchać na zimne. Wystarczy moment i stłuczka gotowa. Co wtedy zrobić? Przede wszystkim warto wozić ze sobą wzór oświadczenia o winie i wraz z drugim kierowcą wypełnić je poprawnie na miejscu, bez wzywania policji.

Kolizja czy stłuczka nie należy do najprzyjemniejszych sytuacji w życiu kierowcy. Można się z nią jednak uporać szybko i sprawnie. Po pierwsze – dobrze do sprawy podejść ze spokojem. Nerwy i stres w sytuacji kolizji nie są dobrymi doradcami i mogą jedynie zaognić gorącą od emocji atmosferę. Po drugie – niezależnie od tego, czy jesteśmy sprawcą, czy osobą poszkodowaną, trzeba wspólnie spisać oświadczenie o winie.

Dobrze, gdy wzór takiego dokumentu wozimy w samochodzie, na wszelki wypadek. Jeśli jednak nie zabezpieczyliśmy się na taką okoliczność, można oświadczenie o winie spisać na kartce papieru. Co powinno się w nim znaleźć? Jak doradza Dariusz Radczyński z firmy PROAMA „Taki dokument powinien zawierać imiona i nazwiska uczestników kolizji, ich adresy oraz telefony kontaktowe. Numer polisy ubezpieczeniowej pojazdu sprawcy wypadku oraz jego miejsce ubezpieczenia. Dodatkowo należy również zawrzeć zakres uszkodzeń i opisać okoliczności zajścia zdarzenia. Pamiętajmy, że tak sporządzone oświadczenie muszą sprawdzić i własnoręcznie podpisać tak poszkodowany, jak i sprawca.”

Podczas dokumentowania szkody pomocne może okazać się wykonanie zdjęć uszkodzonych pojazdów. Im lepsza jakość takich zdjęć – tym lepiej. Jednak w dzisiejszych czasach nawet telefonem komórkowym możemy wykonać fotografię, dzięki której ubezpieczyciel będzie mógł dokładnie ocenić rozmiar uszkodzeń – zaznacza Dariusz Radczyński.

Oświadczenie o winie to dobry sposób na załatwienie formalności, polecany przez policję. Gdy dzwonimy na telefon alarmowy – choć zgłoszenia o kolizji czy stłuczce są przyjmowane – to ich rozpatrzenie odbywa się w drugiej kolejności. Zatem sporządzenie takiego dokumentu przez uczestników zdarzenia pozwala na zaoszczędzenie czasu i stresu związanego z długim oczekiwaniem. W praktyce jednak wiele osób boi się tego rozwiązania i decyduje się na wezwanie stróżów prawa.

Nie zawsze jednak oświadczenie winy warto spisywać. Zdarzają się takie sytuacje, kiedy nie można ryzykować i lepiej od razu wezwać policję. Należy to zrobić bezwarunkowo, gdy jedna ze stron nie ma prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego lub polisy OC. Konieczne jest to również w sytuacji, gdy żadna ze stron nie chce przyznać się do winy lub jeden z uczestników jest nietrzeźwy.

Produkcja w Chinach przestaje się opłacać polskim firmom

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy coraz częściej wycofują swoją produkcję z Chin albo rezygnują z zamiaru otwarcia tam fabryki, wybierając lokalizację w kraju. Powodem są stopniowo rosnące koszty pracy w Azji, co zmniejsza konkurencyjność tamtejszych lokalizacji. Poza tym posiadanie zakładów produkcyjnych w kraju pozwala na ograniczenie czasu produkcji i dostaw oraz szybkie reagowanie na zmieniające się potrzeby rynku.

 – Produkcję do Polski przenoszą głównie firmy z branż, w których coraz istotniejsza jest szybkość reakcji na potrzeby klienta, zmienność asortymentu produkcji i nieprzewidywalność – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Plaza, starszy konsultant firmy doradczej Staufen Polska.

Jako przykład podaje branżę meblarską i odzieżową. Dodatkowo problemem dla firm stają się rosnące koszty związane m.in. z transportem i przechowywaniem towaru, które przestają być rekompensowane przez niskie koszty pracy w krajach azjatyckich.

 – Transport z Chin do Polski plus składowanie towaru w magazynie, aby pokryć popyt na czas transportu i produkcji, powoduje, że nasze koszty rosną dramatycznie. A dzisiaj firmy walczą już nie o dziesiątki procent, lecz o 1-3 proc. zysku – wyjaśnia ekspert.

Właśnie dlatego, jak przekonuje Plaza, warto stosować tzw. quick response manufacturing (QRM), czyli system produkcji pozwalający na szybką reakcję na potrzeby rynku. Wiąże się on m.in. z redukcją poziomu zapasów i zwiększeniem elastyczności działania. Jest to sposób na poprawę pozycji konkurencyjnej. Zastosowanie tej metody pomogło m.in. firmie Zelmer. Dzięki otworzeniu fabryki w Polsce, a nie w Chinach, jej zdolności produkcyjne odnotowały 40-procentowy wzrost., magazynowane zapasy spadły o 45 proc., a moce linii produkcyjnych wzrosły o ponad 20 proc. 

 – QRM warto wprowadzić, jeśli dla wytwórcy ważne jest szybkie reagowanie na zmiany w wielkości czy asortymencie popytu – przekonuje Plaza. – Na przykład przedstawiciele Zelmera stwierdzili, że firma doszła do momentu, w którym popyt na jej produkty na rynku europejskim rósł, a przewaga konkurencyjna Chin pod względem kosztów malała. Pojawiła się potrzeba szybkiego reagowania na zmiany popytu. Została ona zaspokojona dzięki rozwinięciu produkcji w Polsce – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Quick response manufacturing oprócz zmniejszenia kosztów transportu i magazynowania produktów pozwala także na uniknięcie problemów związanych z odmiennością kulturową oraz ewentualnymi kryzysami politycznymi za granicą. Jest także wzmocnieniem dla gospodarki kraju, z którego pochodzi dane przedsiębiorstwo.

GPW pracuje nad nowymi dobrymi praktykami spółek giełdowych. Obecnie są zbyt rygorystyczne

Giełda Papierów Wartościowych chce zmienić „Dobre praktyki spółek notowanych na GPW”. Dokument reguluje zasady ładu korporacyjnego w spółkach notowanych na warszawskim parkiecie. Jak podkreśla Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy, niektóre zawarte w nim zapisy mają charakter życzeniowy: są zbyt rygorystyczne i trudne do zrealizowania.

 – W niektórych przypadkach poprzeczka została przez dokument o dobrych praktykach postawiona zbyt wysoko – twierdzi Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Przykładem może być obowiązek transmisji walnego zgromadzenia czy publikowania raportów w języku angielskim. Gdy były one wprowadzane kilka lat temu, już wtedy uważałem, że są to nadmierne oczekiwania w stosunku do spółek giełdowych. I rzeczywistość potwierdziła moje obawy – przekonuje Rozłucki.

Pierwszy dokument dotyczący ładu korporacyjnego spółek na polskiej giełdzie „Dobre praktyki w spółkach publicznych” został uchwalony w 2002 r. przez Komitet Dobrych Praktyk, złożony z reprezentantów różnych związanych z rynkiem kapitałowym środowisk. 4 lipca 2007 r. Rada Nadzorcza Giełdy Papierów Wartościowych uchwaliła nowe zasady corporate governance w dokumencie „Dobre praktyki spółek notowanych na GPW”. Zmiany do dobrych praktyk wprowadzono w 2011 r.

14 stycznia br. GPW poinformowała o rozpoczęciu prac mających na celu kolejne przekształcenia w dokumencie dotyczącym zasad ładu korporacyjnego polskich spółek giełdowych. W internecie dostępne są ankiety dla inwestorów i emitentów dotyczące ich opinii na temat dobrych praktyk i kierunku przyszłych zmian.

Zdaniem Rozłuckiego tzw. dobre praktyki powinny być bardziej przyjazne spółkom giełdowym.

 – Powinny być ustanowione na poziomie wyższym od standardu, ale jednak nieprzekraczającym możliwości przeciętnej spółki –  twierdzi szef Rady Giełdy. – Chciałbym, żeby w obecnych pracach respektowano tę zasadę.

Jak podkreśla, ważne jest doprecyzowanie, co rozumie się pod pojęciem niezależnego członka rady nadzorczej.

 – Moim zdaniem trafna jest definicja autorstwa Komisji Europejskiej – mówi Rozłucki. – Polskie pojęcie członka niezależnego, zawarte w ustawie o rewidentach, jest inne i to wprowadza zamieszanie. To są dwie różne definicje i spółki mają z tym problem. Uważam, że instytucja niezależnego członka rady nadzorczej jest bardzo potrzebna. To kwestia, która od wielu lat nie znajduje dobrego rozwiązania.

Polska zmodernizuje sektor elektroenergetyczny dzięki przydziałowi bezpłatnych uprawnień do emisji CO2

CEO Magazyn Polska

Komisja Europejska zatwierdziła polski plan modernizacji sektora energii elektrycznej i związany z nim przydział 404,6 mln darmowych uprawnień do emisji gazów cieplarnianych. Obejmuje on ponad 340 projektów inwestycyjnych, których łączna wartość to ponad 28 mld euro. Przydzielanie bezpłatnych uprawnień do emisji gazów cieplarnianych pozwoli na częściowe sfinansowanie inwestycji.

 – Na razie nic nam nie grozi, mamy ciągłość dostaw energii elektrycznej, gazu czy paliw płynnych –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. – Państwo musi jednak myśleć o realizacji polityki energetycznej, zwłaszcza elektroenergetyki, gdzie istnieje pewne niebezpieczeństwo niedoboru mocy za 3-4 lata.

Dziś 90 proc. energii elektrycznej w Polsce wytwarzane jest w elektrowniach węglowych, które powodują największą emisję CO2. Plan inwestycji w tym sektorze obejmuje ponad 340 projektów o łącznej wartości blisko 120 mld złotych. Częściowo będą one finansowane przez przydzielenie bezpłatnych uprawnień do emisji gazów cieplarnianych. Jak podkreślił Joaquin Almunia, wiceprzewodniczący KE odpowiedzialny za politykę konkurencji, inwestycje te pozwolą Polsce m.in. na dywersyfikację źródeł produkcji energii elektrycznej i przyczynią się do rozwoju krajowych rynków energetycznych.

 – Polska racjonalnie dywersyfikuje możliwość dostaw gazu ziemnego do kraju: budujemy gazoport, który powinien być oddany do użytku w tym roku, z niewielkim poślizgiem; budujemy transgraniczne połączenia między naszymi sąsiadami na południu i zachodzie. Czyli wpisujemy się konsekwentnie w koncepcję budowy wspólnego, konkurencyjnego europejskiego rynku energii elektrycznej i gazu – mówi Steinhoff. – Pamiętajmy o tym, jakie będą konsekwencje pakietu klimatyczno-energetycznego dla naszej elektroenergetyki.

W środę Komisja Europejska zaproponowała w ramach nowego projektu polityki energetycznej i klimatycznej UE zmniejszenie do 2030 roku emisji dwutlenku węgla o 40 proc. w porównaniu do poziomu z roku 1990. Przedstawiła też propozycję uznania za cel wzrost udziału energii ze źródeł odnawialnych do 27 proc. KE zaproponowała również nowe cele w obszarze efektywności energetycznej. 

 – Konsekwencje pakietu energetyczno-klimatycznego są dla nas problematyczne, szczególnie w kontekście fiaska konferencji w Kopenhadze i w Durbanie – mówi były wicepremier.

Na forum międzynarodowym wciąż nie udało się osiągnąć porozumienia ws. ochrony klimatu. Regulacje unijne są znacznie bardziej restrykcyjne niż w innych krajach rozwiniętych bądź rozwijających się.

 – Problem ochrony atmosfery ma charakter globalny, a nie lokalny i trzeba go rozwiązywać na poziomie globalnym – mówi Steinhoff. – Musimy przekonywać naszych pozaeuropejskich partnerów do podobnych regulacji, gdyż w przeciwnym razie w istotny sposób naruszymy zasadę równej konkurencji miedzy przedsiębiorcami europejskimi i pozaeuropejskimi – dodaje.

Jak zauważa były wicepremier, w pewnych branżach koszty związane z ochroną środowiska wynoszą 20-30 proc. wydatków i firmy, które ich nie ponoszą, są znacznie bardziej konkurencyjne.

Związek Firm Pożyczkowych nie obawia się regulacji. Sprzeciw budzi wprowadzenie limitu kosztów pożyczki

CEO Magazyn Polska

Regulacje rynku pożyczek pozabankowych to największe wyzwanie, jakie stoi przed firmami pożyczkowymi w tym roku. Branża liczy, że posłowie przychylą się do ich stanowiska i zrezygnują z wprowadzenia limitu kosztów pożyczek. Ministerstwo Finansów proponuje, aby maksymalny koszt pożyczki nie przekraczał 50 proc. wartości pożyczki.

 Największym wyzwaniem dla nas na przyszły rok będzie regulacja prawna dotycząca firm pożyczkowych i debata, która będzie się na ten temat toczyć w Sejmie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych.  

Ministerstwo Finansów w swojej propozycji nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym zaproponowało podniesienie sankcji za nielegalne prowadzenie działalności bankowej, wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych w Ministerstwie Gospodarki oraz progu kapitału zakładowego dla nich na poziomie 200 tys. zł. Resort finansów zaproponował również nakaz wymiany informacji o klientach pomiędzy firmami pożyczkowymi i bankami, a także wprowadzenie limitów kosztów pożyczki. 

 – Liczymy na to, że posłowie przychylą się do głosów ekspertów oraz branży, i zrezygnują z limitowania cen pożyczek, natomiast pójdą w regulację systemową, czyli wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych, uregulowanie zasad wymiany informacji pomiędzy sektorem bankowym a firmami pożyczkowymi, wprowadzenie wymogów kapitałowych i zakaz prowadzenia działalności dla osób skazanych wcześniej za przestępstwa finansowe – wymienia prezes ZFP.

Jak podkreśla, wszystkie te regulacje powinny przyczynić się do wzrostu bezpieczeństwa klientów korzystających z szybkich i łatwych pożyczek.

 – Liczymy na to, że dzięki regulacjom firmy pożyczkowe wpiszą się w krajobraz sektora finansowego, będą funkcjonować na w pełni jasnych zasadach jako ważny element tego sektora – mówi Jarosław Ryba.

Tym bardziej że – w ocenie ekspertów – znaczenie firm pożyczkowych, szczególnie tych udzielających pożyczek przez internet, będzie rosło.  

 – Sam rynek pożyczek w sieci rośnie wyjątkowo dynamicznie – przekonuje Ryba. – Do tej pory odpowiadał za 1/3 rynku wszystkich pożyczek pozabankowych, a według szacunków na koniec przyszłego roku może być to połowa, a nawet więcej.

W 2016 r. do Polskiej Żeglugi Morskiej trafi osiem nowych masowców. Zbuduje je za miliard dolarów stocznia chińska

W 2016 r. Polska Żegluga Morska powiększy swoją flotę o osiem nowych statków. Rywalizację o kontrakt wart ponad miliard dolarów wygrała chińska stocznia Yangfan. To nowa inwestycja po zakończonym w ubiegłym roku programie modernizacji floty armatora.

 – Od 2005 do 2013 realizowaliśmy plan inwestycyjny. Zakończył się z sukcesem – 38 statków o nośności 1,5 mln DWT [deadweight tonnes masa maksymalnego ładunku całkowitego statku w tonach – red.] zasiliło naszą flotę i rozpoczęliśmy sprawdzanie możliwości budowy nowych masowców w latach 2015-2020. Korzystając z bardzo dobrego rynku dla armatorów, jeżeli chodzi o stocznie, bo w tej chwili ze względu na kryzys w shippingu ceny statków są stosunkowo niskie, zdecydowaliśmy się na zamówienie nowych jednostek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szynkaruk, dyrektor naczelny PŻM.

Obecnie we flocie PŻM znajduje się 70 statków o łącznej nośności 70 mln DWT. W 2013 r. do eksploatacji weszły cztery nowe statki klasy panamax (czyli takie, które zmieszczą się w śluzach Kanału Panamskiego) – „Karpaty”, „Sudety”, „Beskidy” oraz „Tatry”. Wszystkie zostały zbudowane w stoczni w Tadotsu w Japonii, a nośność każdego z nich wynosi ponad 82 tys. DWT.

W ostatnich latach PŻM zamawiało statki głównie w Chinach, w stoczniach w Tianjin, Jingjiang, Nantong oraz Taizhou.

Pierwotnie plan modernizacji floty miał być realizowany do 2015 r., ale udało się go zakończyć już w ubiegłym roku. W jego wyniku połowa floty PŻM to nowe statki, a średni wiek okrętów zmalał o ponad połowę, z 17 do 8 lat. Najstarszym masowcem we flocie armatora jest w tej chwili „Armia Ludowa” z 1987 r. o nośności ponad 33 tys. DWT.

 – W tej chwili na bardzo ciężkim rynku żeglugowym te nowoczesne jednostki zapewniają nam dostęp do ładunku, zapewniają nam uznanie naszych kontrahentów. To jest dla nas najważniejsze, gdyż wszystkie jednostki zostały wybudowane w ścisłej kooperacji z naszymi długoletnimi klientami – podkreśla Szynkaruk.

Osiem nowych jednostek pozwoli jeszcze bardziej unowocześnić flotę PŻM. Do 2016 r. zbuduje je chińska stocznia Yangfan. Statki będą miały tzw. skrzynkową budowę ładowni, własne dźwigi oraz ekonomiczne silniki. Szynkaruk podkreśla szczególne znaczenie oszczędnych jednostek napędowych.

PŻM chciała budować statki w Polsce, ale żadna z krajowych stoczni nie zgłosiła chęci. Dlatego zapytania zostały rozesłane do stoczni zagranicznych.

 – Mieliśmy zaawansowane rozmowy i ze stoczniami japońskimi, i ze stoczniami chińskimi. Zwyciężył bardzo nowoczesny projekt już realizowany dla armatora włoskiego, więc w pewnym sensie sprawdzony. Parametry i założenia projektowe, o które nam chodziło, znalazły odzwierciedlenie w projekcie Delta Marine. Jakość jest gwarantowana przez najlepszych producentów europejskich, którzy zapewnią nam wyposażenie statku w tej stoczni. Wartość tego kontraktu to ponad 1 mld dolarów – mówi Szynkaruk.

W 2013 r. PŻM przewiozła 18,2 mln ton ładunków. Najwięcej, 5,2 mln ton, stanowiło zboże. Do tego doszło 8,7 mln ton ładunków przewiezionych w ramach czarterów czasowych, nie wliczanych do ogólnych statystyk. Tylko 3,5 proc. przewozów to ładunki transportowane w ramach stałych kontraktów – reszta to jednorazowe zlecenia i czartery czasowe.

TFI prognozują w tym roku dobre wyniki. Dyskusja o OFE przyciąga klientów do III filaru

Ten rok ma być lepszy dla towarzystw funduszy inwestycyjnych niż poprzedni, który i tak był najlepszy od sześciu lat. Analitycy prognozują wzrosty na giełdach, bo dyskusja na temat OFE już się praktycznie zakończyła i nie powinna dłużej hamować rozwoju rynków. Jej pozytywnym skutkiem jest to, że klienci w obawie przed niską emeryturą powinni chętniej i więcej wpłacać do III filaru.  

 – Dyskusje dotyczące OFE uświadomiły ludziom, a przynajmniej zasiały ziarno niepewności, że ich emerytury nie będą takie jakie sobie zakładają – wyjaśnia Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami. – Niezależnie od tego, jak I i II filar jest poukładany, to i tak przewidywana stopa zastąpienia, kiedy ludzie będą przechodzili na emerytury, to jest około 30 proc.

To znaczy, że emeryci będą otrzymywali średnio 30 proc. tego, co zarabiają będąc aktywnymi zawodowo.

Zdaniem Dyla, świadomość niskich emerytur będzie motywować do oszczędzania długoterminiowego, w tym głównie w III filarze. Dlatego TFI spodziewają się zwiększonego napływu klientów, znacząco większego niż w ubiegłych latach.

Zeszły rok był dobry dla TFI – najlepszy od 2007 roku. Klienci wpłacili prawie 21,5 mld zł, najwięcej do funduszy gotówkowych i rynku pieniężnego – ok. 8 mld zł. Więcej niż w roku poprzednim dostały też fundusze akcji – prawie 3 mld zł. Fundusze mieszane zyskały prawie 2,3 mld zł.

 – Wzrost aktywów był spory, chociaż oczywiście część napływała do środków aktywów niepublicznych. Jeżeli chodzi o detal, to mieliśmy powolny wzrost lub stabilizacja wzrostu aktywów i powrót klientów – ocenia rok 2013 Marcin Dyl i dodaje, że obecny będzie jeszcze lepszy. – Dyskusja dotycząca OFE i II filaru chyba powoli się kończy. Te dyskusje i niepewność co do kształtu rynku hamowały pewne procesy i giełda warszawska była stosunkowo słabiej odbierana niż inne giełdy w regionie. Wydaje się, że rok 2014 pozwoli zdyskontować te różnice i słabość, która w zeszłym roku się pojawiła.

Według prognoz analityków, rynki, na których inwestują fundusze, będą w tym roku rosły, mimo trudnego początku stycznia. Jednak – jak podkreśla prezes IZFiA – pewna doza niepewności zawsze istnieje.

 – Najlepszym przykładem jest sytuacja z zeszłego roku, kiedy to dwa duże banki inwestycyjne dawały prognozy co do tego, w którą stronę podąży złoty i jeden mówił, że zdecydowanie w górę, a drugi  zdecydowanie w dół – przypomina Dyl. – Stan gospodarki amerykańskiej jest bardzo dobry, europejskiej  coraz lepszy, ale jeszcze nie wszystko wyszło na prostą i to odbicie się pokryzysowe jeszcze cały czas trwa.

Na przystąpieniu Polski do strefy euro najbardziej skorzystaliby rolnicy

CEO Magazyn Polska

To przede wszystkim rolnicy i polska wieś skorzystają na wejściu kraju do strefy euro. Dopłaty, które otrzymują i które stanowią prawie połowę dochodów rolników, uzależnione są od kursu walut, co naraża ich na ryzyko kursowe. Dodatkowo przeważająca część eksportu trafia na unijny rynek.

 – Wejście do strefy euro będzie opłacalne dla całej gospodarki, ale rolnicy i sektor rolniczy szczególnie na tym skorzystają – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zagórski, prezes Europejskiego Funduszu Rozwoju Wsi Polskiej. – Rolnictwo jest beneficjentem wsparcia w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, gdzie obowiązuje euro. W związku z czym kurs przeliczeniowy jest sztywno ustalony raz w roku, co oznacza, że płatności bezpośrednie rolnicy dostają każdego roku inne, uzależnione od kursu i te wahania są każdego roku kilkuprocentowe

Przyznawana za 2013 rok tzw. Jednolita Płatność Obszarowa (JPO) do hektara była wyższa o blisko 100 zł od obowiązującej w poprzednim roku. Wynika to z kursu przeliczeniowego, który został przyjęty w 2013 roku przez Europejski Bank Centralny i był wyższy o 0,125 zł niż w 2012 roku (wtedy wynosił 4,1038 zł za euro). Kursy przeliczeniowe obowiązują we wszystkich państwach członkowskich, w których oficjalną walutą nie jest euro. 

 – Jest to ryzyko dla rolników, ale także dla płatnika, czyli dla polskiego budżetu, bo kurs euro/złoty może być różny, a jest sztywno określany. Około połowy dochodów rolników polskich pochodzi z transferów ze środków unijnych, czyli ten kurs jest niesłychanie ważny – dodaje Walenty Poczta, profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Różnice kursowe mają także znacznie dla rolników i przedsiębiorców, których działalność jest związana z międzynarodową wymianą handlową. Eksperci podkreślają także znaczenie kosztów transakcyjnych, czyli kosztów przeliczenia kursu złotego na euro. 

 – Dla firm, które chcą się rozwijać, które chciałyby eksportować z Polski na rynek unijny, zmiana byłaby na tyle korzystniejsza, że ułatwiałaby taką ekspansję. Nie wiązałaby się z obawami, co do zmiany kursu na niekorzyść – mówi Marek Zagórski. – Zwłaszcza dotyczy to małych firm, które nie są w stanie sobie zabezpieczyć ryzyka kursowego w sposób odpowiedni. A w ogóle samo zabezpieczenie ryzyka kursowego kosztuje, więc siłą rzeczy to powoduje następną barierę polegającą na tym, że jest drożej.

A właśnie rolników ryzyko kursowe dotyka bardziej niż inne, mniej uzależnione od eksportu branże.

 – Sektor rolny bardziej niż inne jest powiązany poprzez walutę z całą Unią Europejską, ze strefą euro. Prawie jedna czwarta produkcji sektora rolno-spożywczego jest eksportowana, a z tego trzy czwarte trafia do krajów Unii Europejskiej, gdzie walutą jest euro. Zatem przejście na tę walutę eliminuje ryzyko kursowe i znacznie obniża koszty transakcyjne w tym handlu – dodaje Walenty Poczta, profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Jego zdaniem zagrożenia związane z przyjęciem wspólnej waluty dotyczą raczej kwestii makroekonomicznych, takich jak utrata możliwości prowadzenia własnej polityki pieniężnej przez NBP, natomiast polska wieś nie powinna się przyjęciem euro martwić.

 – Zagrożenia są przede wszystkim o charakterze makroekonomicznym, czyli rezygnacja z własnej polityki pieniężnej, z własnej polityki kursowej. Ale raczej nie wpłyną bezpośrednio na sektor rolniczy. Tylko pośrednio, bo jeśli wprowadzenie waluty byłoby źle przygotowane, to oddziaływałoby niekorzystnie na całokształt życia gospodarczego, w tym i na rolnictwo, i na wieś – uważa Walenty Poczta.

W nowej perspektywie budżetowej 2014-2020 środki przeznaczone na dopłaty bzpośrednie wyniosą 23,7 mld euro, pieniądze na Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – 13,5 mld euro oraz 5,2 mld euro na wdrażanie polityki spójności na obszarach wiejskich. Średnio na hektar przypadnie ok. 240 euro.

Inteligentne mierniki zużycia energii elektrycznej mogą stać się celem hakerów

Coraz więcej dostawców energii montuje tzw. inteligentne liczniki, które są połączone z serwerami komputerowymi. Takie systemy wymagają silnych zabezpieczeń, bo włamanie do sieci może mieć poważne konsekwencje dla bezpieczeństwa całego kraju. Wraz z rozwojem inteligentnych domów zagrożenia będą się zwiększać.

 – Do naszych mierników energii podłączony jest serwer elektrowni. Pytanie, co ja mogę z takim miernikiem zrobić, jeżeli zhakuję go i za jego pomocą dostanę się do serwerowni, która steruje elektrownią. Można parę bardzo trudnych scenariuszy tej sytuacji wymyślić – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Wójtowicz, dyrektor zarządzający Check Point, firmy zajmującej się bezpieczeństwem w internecie.

Obecnie inteligentne mierniki energii elektrycznej wdrażają w Polsce Energa i Tauron. Takie urządzenia pozwalają na zbieranie większej liczby danych, a także m.in. na lepsze zarządzanie zużywaną energią, co może pomóc konsumentom w obniżeniu ich rachunków za prąd. Ale połączenie z sieciami komputerowymi dostawców stwarza ryzyko ataku hakerskiego.

Jak podkreśla Wójtowicz, możliwe staje się między innymi włamanie do systemu elektrowni i zakłócenie jej działalności. Przykładem takiego działania na wielką skalę jest złośliwe oprogramowanie o nazwie Stuxnet, które w latach 2008-2010 zaatakowało irańskie zakłady wzbogacania uranu w Natanz.

 – Atak Stuxnet spowodował, że w elektrowni w Iranie w pewnym momencie wirówki przestały pracować w odpowiednim trybie, co mogło doprowadzić do katastrofy. Wejście do inteligentnego systemu zakładu, który pełni kluczową dla gospodarki rolę, jest już sporym zagrożeniem – podkreśla Wójtowicz.

Dodaje, że przedsiębiorcy, którzy wdrażają inteligentne mierniki, są świadomi zagrożenia. Mają one mocne systemy elektronicznej ochrony przemysłowej i wciąż pracują nad ich ulepszaniem.

Zagrożenia będą się zwiększać w miarę rozwoju tzw. inteligentnych domów, czyli budynków wyposażonych w rozbudowane sieci komputerowe. W Polsce na razie ten obszar jest na wczesnym etapie rozwoju.

 – Inteligentne domy to w dużym skrócie przeniesienie na skalę trochę większą niż komputer inteligencji z sieci komputerowej – ocenia Wójtowicz. – W związku z powyższym myślenie na temat inteligentnego budynku to w ogóle myślenie na temat tzw. sieci teleinformatycznych, sieci przemysłowych, które z raczkowania w trybie automatyki zwykłej powoli wkraczają w dobę inteligentnych systemów.

Dla Polaków przy wyborze ubezpieczenia komunikacyjnego wciąż najważniejsza jest cena

CEO Magazyn Polska

Coraz większa konkurencja oraz możliwości szybkiego porównania cen sprawiły, że ich poziom się wyrównał, a ubezpieczyciele szukają innych sposobów na przekonanie do siebie konsumentów. Szczególnie agresywnie działają nowe firmy, które dopiero wchodzą do Polski i nie mają własnej bazy klientów. Starają się odbierać ich konkurencji, często zaniżając ceny.

 – Porównywarki ubezpieczeniowe, które zaczęły się pojawiać na rynku, powodują większą świadomość cen u klientów i pewnie też warunków ubezpieczenia. Aspekt cenowy ciągle dominuje na rynku w decyzjach podejmowanych o wyborze ubezpieczenia, jednak aspekt jakości i tego, co otrzymuje ubezpieczony w ramach tego pakietu ubezpieczeniowego, jest też coraz ważniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Mekler z firmy Sollers Consulting,

By poprawić wizerunek w oczach kierowców, wielu ubezpieczycieli unowocześnia swoje systemy likwidacji szkód. Szybka likwidacja szkody z polisy sprawcy to szansa na pozyskanie nowego klienta. Na wdrożenie nowego systemu likwidacji szkód zdecydowała się m.in. Warta. W firmie trwa obecnie pilotaż systemu.

 Jest to kompleksowa platforma obsługi likwidacji szkód, która ma za zadanie usprawnić przede wszystkim procesy po stronie ubezpieczyciela i zapewnić, żeby kierowcy, którzy zgłaszają szkody, zarówno z ubezpieczeń OC, jak i AC, byli obsługiwani szybciej i przede wszystkim, żeby poprawić efektywność – mówi Marcin Mekler z firmy Sollers Consulting, która współpracuje z Guidewire – dostawcą systemu do Warty.

Ubezpieczyciel nie ujawnia o ile proces likwidacji zostanie przyspieszony, ale – jak mówi Mekler – przełoży się to na zauważalny wzrost jakości po stronie obsługi klientów. Warta liczy na to, że klienci docenią zmiany.

 – Klienci coraz bardziej zwracają uwagę na jakość obsługi, nie tylko na cenę ubezpieczenia. Bo im bardziej ceny są porównywalne, a konkurencja na rynku jest dosyć duża, tym bardziej też klienci patrzą właśnie na jakość obsługi – uważa Mekler.

ING Otwarty Fundusz Emerytalny ma ponad 5% akcji ENEA S.A.

ENEA S.A. otrzymała informację o zwiększeniu stanu posiadania akcji spółki przez ING Otwarty Fundusz Emerytalny. Z przesłanego zawiadomienia wynika, że w dniu 23 stycznia br. na rachunku papierów wartościowych Funduszu znajduje się 23 296 751 akcji spółki, co stanowi 5,28% jej kapitału zakładowego.

ENEA S.A. otrzymała informację o zwiększeniu stanu posiadania akcji spółki przez ING Otwarty Fundusz Emerytalny. Z przesłanego zawiadomienia wynika, że w dniu 23 stycznia br. na rachunku papierów wartościowych Funduszu znajduje się 23 296 751 akcji spółki, co stanowi 5,28% jej kapitału zakładowego.
Fundusz poinformował, że nabył akcje w transakcjach na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, rozliczonych w dniu 20 stycznia 2014 r. Wcześniej posiadał 11 296 751 akcji, tj. 2,56% kapitału zakładowego spółki.
W otrzymanym zawiadomieniu ING OFE informuje, że posiadane przez niego akcje uprawniają do 23 296 751 głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy ENEA S.A., co stanowi 5,28% ogólnej liczby głosów.

ENEA S.A. otrzymała informację o zwiększeniu stanu posiadania akcji spółki przez ING Otwarty Fundusz Emerytalny. Z przesłanego zawiadomienia wynika, że w dniu 23 stycznia br. na rachunku papierów wartościowych Funduszu znajduje się 23 296 751 akcji spółki, co stanowi 5,28% jej kapitału zakładowego.

KGHM Polska Miedź S.A i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju wspólnie finansują badania i rozwój (B+R) w przemyśle metali nieżelaznych

Rusza pierwszy z trzech konkursów w ramach Wspólnego Przedsięwzięcia CuBR, które jest efektem współpracy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz KGHM Polska Miedź S.A. Budżet pierwszego konkursu to 30 mln zł. Przedsięwzięcie Zrównoważony rozwój przemysłu metali nieżelaznych z wykorzystaniem innowacyjnych technologii – CuBR powstało dzięki zawarciu pierwszego w Polsce porozumienia dotyczącego finansowania B+R w przemyśle pomiędzy rządową agencją i międzynarodową korporacją. Na badania naukowe, prace rozwojowe i działania wspierające transfer ich wyników do przemysłu każdy z partnerów przeznaczy po 100 mln zł.

W dobie globalnej konkurencji inwestowanie w B+R to obowiązek nie tylko państwa, ale przede wszystkim przedsiębiorców i przedstawicieli przemysłu. Ten program to efekt modelowej współpracy sektora publicznego i prywatnego: przedsiębiorca nie tylko współfinansuje etap B+R, ale inicjuje określone prace badawczo-rozwojowe, deklarując przy tym czynny udział na etapie wdrożenia – mówi prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

CuBR obejmuje pełen zakres przemysłu wydobywczego. Finansowanie otrzymają wyłonione w konkursach innowacyjne badania i prace rozwojowe związane z nowymi technologiami wydobycia, procesami metalurgicznymi, przetworzonymi, nowymi wyrobami i ich recyklingiem przy jednoczesnym obniżeniu kosztów środowiskowych. Celem jest zwiększenie konkurencyjności polskiej gospodarki w obszarze przemysłu metali nieżelaznych: osiągnięcie istotnego postępu technologicznego oraz wypracowanie rozwiązań umacniających pozycję polskiej branży metali nieżelaznych jako uczestnika globalnego rynku.

Nie wyobrażam sobie przyszłości KGHM bez inwestycji w poszukiwanie nowych technologii i rozwiązań, szczególnie w prace badawczo-rozwojowe. Niezmiernie ważne jest to dla nas teraz, kiedy KGHM musi się mierzyć z konkurencją już na czterech kontynentach. Jestem przekonany, że wspólnie z NCBR potrafimy zainicjować, a potem wspierać badania i prace rozwojowe, które przyniosą efekty na światowym poziomie – zapewnia Herbert Wirth, prezes zarządu KGHM Polska Miedź SA.

Nabór w pierwszym konkursie ruszy 27 stycznia i potrwa do 27 marca 2014 r. O dofinansowanie mogą się ubiegać konsorcja naukowe zarówno jednostek naukowych z udziałem przedsiębiorców, jak i samych jednostek naukowych. Projekty mogą być realizowane od 12 do maksymalnie 36 miesięcy, a minimalna wartość dofinansowania to 3 mln zł.

Szczegółowe informacje są dostępne na stronie www.ncbr.gov.pl