Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń „Cyber-EXE Polska 2013”

Jednym z najczęstszych celów ataku hakerów na całym świecie są banki oraz inne instytucje finansowe. Często jednak, także w Polsce, nie są one dostatecznie przygotowane na odparcie cyberataków. Dlatego, jak wynika z ćwiczenia „Cyber-EXE Polska 2013”, instytucje finansowe nie powinny polegać wyłącznie na opracowanych procedurach. Ważnym jest natomiast, aby jak najczęściej ćwiczyć praktyczną obronę przed możliwymi cyberatakami. Niezbędna jest także ściślejsza współpraca pomiędzy bankami poprzez wymianę informacji o potencjalnych zagrożeniach i sposobach radzenia sobie z nimi.

Ćwiczenie „Cyber-EXE Polska 2013” zostało zorganizowane przez Fundację Bezpieczna Cyberprzestrzeń przy wsparciu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa oraz firmy doradczej Deloitte. Odbyło się ono 29 października 2013 roku, a udział w nim wzięło sześć polskich banków, które stanowiły reprezentatywną dla sektora grupę, tak pod względem ich typów, formy własności, jak i oferty bankowości internetowej i mobilnej. Ćwiczenie wspierane było przez szereg instytucji związanych z sektorem finansowym, patronami ćwiczenia były: Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Komisja Nadzoru Finansowego i Związek Banków Polskich. Przedstawiciele powyższych instytucji byli zaangażowani jako bezpośredni obserwatorzy ćwiczenia.

Tego typu inicjatywa z udziałem instytucji finansowych została zrealizowana po raz pierwszy w Polsce. Wpisuje się ona w międzynarodowy trend organizacji takich projektów, które oceniane są jako nowoczesna i efektywna forma podnoszenia zdolności do reagowania na najgroźniejsze zagrożenia w sieci Internet. Szczegółowy opis przygotowań, przebiegu, a także analiza wyników oraz wnioski i rekomendacje znajdują się w raporcie: „Raport z ćwiczenia Cyber-EXE Polska 2013 w zakresie ochrony przed zagrożeniami z cyberprzestrzeni dla polskiego sektora bankowego”.

Krytyczne znaczenie technik teleinformatycznych w połączeniu ze szczególną rolą oraz wagą bankowości dla klientów, społeczeństwa, rynku i całej gospodarki sprawiło, że sektor bankowy stał się naturalnym i najlepszym kandydatem do udziału w ćwiczeniu. „Banki coraz częściej znajdują się na celowniku cyberprzestępców i dzieje się to również w Polsce, często także w ukryciu przed opinią publiczną. Nasza inicjatywa jest o tyle cenna, że powstała przy współpracy trzech sektorów: rządowego, prywatnego oraz organizacji pozarządowych. Jest to niezwykle ważne biorąc pod uwagę, że skuteczna walka o bezpieczeństwo IT będzie miała wtedy większy sens, gdy zjednoczy się w niej jak najwięcej zainteresowanych stron” – tłumaczy Mirosław Maj, Prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Większość z banków ma wypracowane procedury na wypadek wystąpienia sytuacji kryzysowej, także tej wynikającej z cyberzagrożenia. Jednak dopiero przećwiczenie ich, podczas symulowanego ataku, pozwala sprawdzić jak działają w praktyce. Wnioski, które uczestnicy mogą sformułować na podstawie ćwiczenia, mogą przyczynić się do wzmocnienia zdolności obronnych każdej organizacji, np. poprzez poprawę istniejących procedur oraz doskonalenie wiedzy i praktycznych umiejętności przez osoby funkcyjne i zespoły ludzkie wszystkich szczebli.

Podczas ćwiczenia banki musiały odpowiedzieć na dwa symulowane ataki teleinformatyczne. Pierwszym z nich był to atak typu DDoS, którego efektem było zablokowanie dostępu do stron internetowych banków i uniemożliwienie klientom przeprowadzania operacji bankowych. Drugim, bardziej zaawansowanym technologicznie, był ukierunkowany na banki atak typu APT (Advanced Persistant Threat). Jego celem było pozyskanie wrażliwych dla banków informacji i finansowy szantaż banku. Zdarzenia przewidziane w scenariuszu ćwiczenia wymagały od uczestników dużego zaangażowania i szybkich reakcji.

Każda z instytucji, która wzięła udział w Cyber-EXE Polska 2013, wyciągnęła wnioski z własnego przygotowania do odparcia cyberataku. Organizatorzy ćwiczenia dostrzegli jednak również szereg uwarunkowań, które dotyczą całego polskiego sektora bankowego. „Znajomość procedur w bankach jest wysoka, ale nie wystarczy, aby zapewnić bezpieczeństwo teleinformatyczne. Potrzebne są odpowiednie szkolenia, a przede wszystkim ćwiczenia praktyczne, które oddają obraz realnego ataku. Z naszego ćwiczenia wynika, że dość szybko następowała reakcja i zawiadomienie odpowiednich organów jak policja czy zespoły typu CERT , ale trudno powiedzieć, czy tak się dzieje również w rzeczywistości” – mówi Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Współpraca między bankami w zakresie bezpieczeństwa teleinformatycznego jest obszarem, którego potencjał nadal nie jest do końca wykorzystany. „Teoretycznie w obszarze bezpieczeństwa banki nie konkurują ze sobą. Podczas ćwiczenia zaobserwowaliśmy jednak, że nie wszystkie banki skorzystały z możliwości współpracy w odparciu ataków. Zdaję sobie sprawę, że w dobie walki o każdego klienta, pokazanie konkurencji swoich słabych punktów nie jest łatwą decyzją, ale w przypadku cyberataku, kolektywna obrona daje większe możliwości minimalizacji jego skutków niż samodzielne działania. Pamiętajmy także, że w ćwiczeniu ataki były symulowane, przypuszczam, że w rzeczywistej sytuacji skłonność do współpracy byłaby większa” – mówi Maciej Pyznar, główny specjalista w Wydziale Ochrony Infrastruktury Krytycznej Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

„Przeprowadzone przez nas ćwiczenie oraz sygnały płynące od uczestników upewniły nas, że takie inicjatywy powinny odbywać się regularnie, co najmniej raz na rok. Ważne jest także zaangażowanie w takie projekty odpowiednich organów ścigania oraz instytucji i organizacji, które mają duży wpływ na codzienne funkcjonowanie banków, jak choćby Komisji Nadzoru Finansowego czy Związku Banków Polskich” – mówi Mirosław Maj. „Instytucje finansowe muszą wiedzieć, że znajomość procedur to nie wszystko. Ważne jest zdobywanie aktualnej wiedzy, jak najczęstsze szkolenia oraz przede wszystkim wymiana informacji” – podsumowuje.

Cała publikacja „Cyber-EXE Polska 2013. Raport z ćwiczenia Cyber-EXE Polska 2013 w zakresie ochrony przed zagrożeniami z cyberprzestrzeni dla polskiego sektora bankowego. Przygotowanie, przebieg, analiza, wnioski i rekomendacje” jest dostępna na stronie www.cyberexepolska.pl oraz www.deloitte.com/pl/cyber lub www.deloitte.com/pl/CyberExePolska2013

Raport DNB Bank Polska i Deloitte: „Kierunki 2014. Made in Poland”

Polski przemysł, po raz pierwszy w historii, ma dużą szansę na trwałe zbudowanie silnej pozycji konkurencyjnej w Europie, a także wyparcie z rynków UE producentów z innych krajów europejskich. Analizy konkurencyjności polskich producentów oraz perspektyw i warunków ich rozwoju dokonał DNB Bank Polska z firmą doradczą Deloitte w raporcie „Kierunki 2014. Made in Poland”.

Przemysł stanowi prawie 25 proc. całej polskiej gospodarki – jest to poziom wyższy niż średnia w całej Unii Europejskiej (18,5 proc.) i porównywalny do samych Niemiec (25,8 proc.). Polskie firmy są konkurencyjne – głównie dzięki dużej elastyczności, wydajności produkcji, jakości wyrobów czy umiejętności kontroli kosztów – w tym utrzymywania kosztów pracy na rozsądnym poziomie. Czynniki te sprawiają, że rośnie produktywność polskich firm – obecnie sektor przemysłowy jest o około 23 proc. bardziej wydajny niż cała polska gospodarka. Na korzystny obraz konkurencyjności polskiego przemysłu wpływa również wysoka efektywność produkcji w stosunku do ponoszonych nakładów inwestycyjnych.

W ostatnich latach szczególnie silne wzrosty produktywności miały miejsce w branżach, które w dużym stopniu nastawione są na rynki zagraniczne, przede wszystkim rynek niemiecki. – Wysoki potencjał polskiego przemysłu widać szczególnie wyraźnie na przykładzie obecności na dużym i wymagającym rynku niemieckim. Podmioty kilkunastu polskich branż mają już dziś ugruntowaną pozycję na tym rynku i są na tyle konkurencyjne, że dynamiczna w wielu przypadkach ekspansja Chin nie zagraża polskiej produkcji – mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Jeśli bliżej przyjrzeć się poszczególnym branżom, to wydajność pracy jest mocno zróżnicowana, co wynika z jednej strony z natury produkcji (mniej lub bardziej pracochłonnej lub kapitałochłonnej), a z drugiej – ze skali restrukturyzacji i prywatyzacji (w tym z udziałem kapitału zagranicznego), jaką poszczególne branże zrealizowały od początku transformacji ustrojowej w Polsce. – Polski eksport ma w dużej mierze charakter zaopatrzeniowy. Branże produkujące towary o wyższej wartości dodanej mają relatywnie mniejszy udział w imporcie Niemiec. Wyjątek od tej reguły stanowi polski przemysł motoryzacyjny, który jest niezwykle konkurencyjny, mówi Rafał Antczak. Udział eksportu w sprzedaży polskiej branży motoryzacyjnej stanowi aż 77 proc. i polski eksport skutecznie wypiera produkcję rozwiniętych gospodarek europejskich. Sprzyjają temu nadal niższe średnie ceny sprzedaży niż w UE (o prawie 20 proc.), a umiarkowany wzrost wynagrodzeń, znacznie poniżej wzrostu wydajności, zapewnia utrzymywanie tej korzystnej relacji.

Obok przemysłu motoryzacyjnego do najbardziej konkurencyjnych polskich branż zaliczyć należy takie sektory jak wyroby z metali, urządzenia elektryczne, przemysł tekstylny czy meblarski. Na drugim biegunie – branż najmniej konkurencyjnych – znalazły się: przemysł skórzany, energetyczny, wodny i poligrafia. – Uważamy, że polscy producenci mogą przez najbliższe lata utrzymywać konkurencyjność na rynku unijnym – pod warunkiem utrzymania efektywności produkcji i kontroli kosztów, w tym kosztów pracy, a także uważnego kalkulowania ryzyka inwestycyjnego – mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. – Są jednak branże – takie jak górnictwo i wydobycie, produkcja obuwia i wyrobów skórzanych, gdzie ceny relatywne są już zbliżone do unijnych, więc w takich przypadkach polski producent może konkurować tylko czynnikami poza-cenowymi – takimi jak niezawodność dostaw czy jakość produkcji, dodaje prezes Tomaszewski.

Uwaga na ryzyka

Tak korzystny obraz polskiego przemysłu nie oznacza, że jego perspektywy są wyłącznie świetlane i na horyzoncie nie widać żadnych zagrożeń. Oprócz konieczności stałej kontroli kosztów, w tym zwłaszcza utrzymywania kosztów pracy na niskim poziomie, należą do nich istniejące wciąż bariery prowadzenia działalności gospodarczej, a także edukacja, a przede wszystkim – ceny energii.

W tym pierwszym przypadku, choć Polska awansowała ostatnio w globalnym, prestiżowym rankingu swobody prowadzenia działalności gospodarczej 2014 Index of Economic Freedom (jest to wciąż zaledwie miejsce 50), to niektóre składowe indeksu wyglądają bardzo niejednorodnie. Np. z jednej strony okazuje się, że jesteśmy na trzecim miejscu na świecie pod względem dostępności kredytów dla firm, zaś z drugiej – Polska plasuje się na 137 miejscu (na 187 krajów) pod względem dostępności do sieci elektrycznej.

W obszarze edukacji, która przecież stanowi podstawę rozwoju, sytuacja też nie wygląda najlepiej. O ile na poziomie podstawowym i gimnazjalnym nie jest jeszcze najgorzej – wg. realizowanego przez OECD Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów PISA (ang. Programme for International Student Assessment) Polska plasuje się na 14 miejscu na 41 państw, to na poziomie uniwersyteckim – w Akademickim Rankingu Uniwersytetów przygotowywanym od 2003 roku przez badaczy Uniwersytetu Szanghajskiego, są tylko dwie polskie uczelnie (Uniwersytety: Warszawski i Jagielloński), które znajdują się między 400 i 500 miejscem na świecie. Dla porównania – w tym samym zestawieniu jest aż 150 uczelni amerykańskich, a z europejskich – 37 niemieckich, po 20 francuskich i włoskich, 11 szwedzkich i hiszpańskich.

A co z energią?

Zasadnicze znaczenie dla rozwoju sektora przemysłowego ma i będzie miała cena i stabilność dostaw energii. Globalny rynek surowców energetycznych wchodzi obecnie w korzystne dla Polski trendy. Wzrost podaży ropy naftowej ze źródeł niekonwencjonalnych (głównie tzw. ropy zamkniętej) w USA ma korzystny wpływ na prognozy cen ropy naftowej na świecie, które ulegają obecnie obniżeniu. Według prognoz amerykańskiej Energy Information Administration (EIA) – w latach 2014-2017 ceny ropy naftowej mają spadać do poziomu 90 dolarów za baryłkę. W latach 2017-2025 prognozowane ceny ropy będą o około 20 dolarów niższe niż według prognoz z 2010, 2011 i z 2013 r. oraz aż o 40 dolarów niższe niż według prognozy z 2012 r.

Podobnie sytuacja wygląda na rynku gazu. Od czasu długoterminowej prognozy EIA z 2009 r. przewidywana cena gazu ziemnego (na terminalu Henry Hub) spadła o ponad 50 proc. w 2012 r. – do poziomu 2,8 USD/mln BTU i o ponad 40 proc. w latach 2014-2017 – do poziomu 3,9-4,8 USD/mln BTU. Wstępna prognoza z 2014 r. praktycznie nie różni się od prognozy z 2013 r., więc można przyjąć, że do 2020 r. prognozy cen gazu są wysoce prawdopodobne. Rok 2020 stanowić może cezurę czasową dla prognoz długoterminowych, ponieważ w od tego okresu prognozowany jest dynamiczny wzrost wydobycia gazu łupkowego w Chinach (w Polsce zresztą też).

Rosnąca podaż ropy naftowej i gazu ziemnego sprawia, że silna do niedawna korelacja cen tych surowców uległa szybkiemu osłabieniu w 2009 r. Podobne zjawisko występuje na rynku węgla kamiennego, gdzie cena polskiego węgla poddana jest konkurencji węgla importowanego z innych krajów, w tym ze wschodu (z Ukrainy i Rosji). Z tego też powodu przewidywana cena węgla w Polsce nie będzie miała trendu wzrostowego, co jest dobrą perspektywą dla polskiego przemysłu (choć już niekoniecznie dla polskich kopalń). Korzystne dla Polski trendy na globalnych rynkach surowców energetycznych mogą niestety zostać zniweczone restrykcyjną polityką klimatyczną i regulacjami UE, które wpłynąć mogą na wzrost cen energii.

Mimo prognozowanych spadków cen surowców, oficjalne prognozy cen energii elektrycznej w Polsce przygotowywane przez ARE przewidują znaczący, bo prawie 2-krotny wzrost cen energii elektrycznej na rynku hurtowym do 2030 r. powodowany w dużej mierze rosnącym kosztem pozwoleń na emisję CO2.

– Jako bank specjalizujący się obsłudze klientów z sektora energetycznego i finansujący firmy działające w tym sektorze, nie do końca jesteśmy przekonani do prognoz ARE, przynajmniej w najbliższym okresie. W naszej ocenie, stanowisko ARE osłabiają: zarówno niepewność odnośnie realnych kosztów uprawnień do emisji CO2, jak również ryzyko że koszty inwestycyjne nie będą miały bezpośredniego wpływu na wzrost kosztów energii. Uważamy, że istnieje dostatecznie dużo czynników niepewności, aby jednoznacznie stwierdzić, że koszty energii istotnie wzrosną, mówi Artur Tomaszewski.

Konkluzje

– Nasza analiza polskiego przemysłu, której poświęcona jest większość Raportu „Kierunki 2014” daje zaskakujące rezultaty. Po pierwsze, wynika z niej, że Polska jest krajem o udziale przemysłu na poziomie Niemiec i powyżej wielu krajów UE. Po drugie, polski przemysł jest konkurencyjny, a jego produkty wypierają produkty innych krajów z rynku niemieckiego, który jest najbardziej konkurencyjny w UE. Wg nas, przewagi konkurencyjne Polskie nie zależą wyłącznie od niskich płac i słabszego kursu walutowego, ale przede wszystkim ze wzrostu wydajności i jakości produkcji. W naszym odczuciu, firmy nie powinny się również obawiać inwestycji, a to dlatego, że efektywność inwestycji w Polsce jest wciąż wysoka. Uważamy w końcu, że przyszłość przemysłu w Polsce zależy w największym stopniu od zdroworozsądkowej polityki polskich firm i polskiego rządu, podsumowuje Artur Tomaszewski.

Prezesi znów wierzą we wzrost przychodów i rozwój gospodarki światowej

Rośnie optymizm w Polsce i na świecie odnośnie rozwoju sytuacji makroekonomicznej w 2014 r. oraz możliwości uzyskania wzrostu przychodów w przedsiębiorstwach w tym roku. Zwiększa się otwartość firm na zatrudnianie nowych pracowników i coraz większego znaczenia nabierają wyzwania biznesowe, w tym pozyskanie pracowników o kluczowych umiejętnościach– wynika z przeprowadzonego przez PwC 17. corocznego badania „CEO Survey 2014”.

Zdecydowana większość zarządzających ankietowanych w badaniu CEO Survey 2014 (85%) przewiduje poprawę wyników finansowych swojej firmy w nadchodzących 12 miesiącach, a gdy przyjmiemy horyzont 3-letni grupa ta liczy już 90% respondentów w Polsce i 92% na świecie. Na naszym rynku rzadziej jednak spotykamy prezesów „bardzo” pewnych poprawy wyników w ciągu 12 miesięcy (30% podczas gdy na świecie 39%), jednak już w odniesieniu do horyzontu trzyletniego optymizm rośnie u nas szybciej niż na świecie – aż 58% ankietowanych prezesów jest „zdecydowanie pewnych”, że poprawi wynik finansowy w tym czasie (w porównaniu do 45% rok temu).

„W tym roku nastąpiło wyraźne odwrócenie trendu – po raz pierwszy od trzech lat obserwujemy wzrost pozytywnych nastrojów zarówno w perspektywie krótko-, jak i długoterminowej. Widać jednak wyraźnie, że deklarowany optymizm jest jednak obarczony sporą dawką niepewności” – podkreśla prof. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.
„Co ciekawe, polski optymizm w odniesieniu do najbliższych 12 miesięcy jest ostrożniejszy niż średnia globalna, jednak już w perspektywie 3 letniej polscy menedżerowie są znacznie bardziej optymistyczni od respondentów na świecie, w Europie Zachodniej, czy w Europie Centralnej.”

W horyzoncie rocznym poziom optymizmu polskich menadżerów jest podobny do obserwowanego w Europie Zachodniej. Zdecydowanie odbiegamy w tym roku od nastrojów naszego regionu, gdzie odnotowano spadek liczby optymistów z 42% do 37%.

Co ciekawe, zarówno polscy menadżerowie jak i zarządzający firmami na świecie bardziej optymistycznie oceniają przyszłość własnych przedsiębiorstw i stan gospodarki globalnej, niż sytuację swojej branży. Tylko 14% menadżerów w Polsce i 21% na świecie jest przekonanych o możliwości wzrostu sprzedaży w swojej branży, czyli dwukrotnie mniej niż w przypadku oceny sytuacji we własnej firmie.

Wzrost optymizmu co do przyszłości własnych firm, jest ściśle związany z tym jak ankietowani menadżerowie postrzegają sytuację globalną. Prawie połowa z ankietowanych prezesów firm na świecie i 40% w Polsce oczekuje przyspieszenia tempa rozwoju gospodarki światowej w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Co ważne, nikt z ankietowanych w Polsce i jedynie 7% respondentów na świecie nie spodziewa się pogorszenia sytuacji w globalnej gospodarce w najbliższym roku (w zeszłym roku odpowiednio 44% i 28%).

„Zarządzający firmami zaczynają odzyskiwać zaufanie do kondycji gospodarki światowej i do perspektyw rozwojowych własnych firm ” – zauważa Olga Grygier – Siddons, prezes PwC w Polsce. Wciąż jednak uważają, że osiągnięcie wzrostu przychodów w pokryzysowych czasach pozostaje wyzwaniem – zdają sobie sprawę, że tempo rozwoju światowej gospodarki nie będzie zawrotne, a konkurencja coraz ostrzejsza. Bardzo dobrą informacją jest to, że polscy menadżerowie w przeciwieństwie do swoich kolegów z innych krajów naszego regionu powoli zaczynają odzyskiwać wiarę w siłę własnych firm”.

Spodziewane zmiany zatrudnienia

Wraz ze wzrostem optymizmu pojawiają się pozytywne sygnały dotyczące planów zatrudnienia – w Polsce 43% prezesów planuje wzrost zatrudnienia (27%w 2013 r.), jednocześnie jednak redukcję liczby pracowników rozważa praktycznie tyle samo firm co rok temu (odpowiednio 30% i 32% w 2013 r.). Na świecie już tylko 20% CEO spodziewa się redukcji personelu w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 50% przewiduje wzrost liczby zatrudnionych.

„Wraz z poprawą sytuacji ekonomicznej w Polsce zwiększa się otwartość firm na zatrudnianie nowych pracowników. Jednocześnie na podobnym poziomie utrzymuje się grupa firm pragnących redukować swoje zespoły, a to oznacza że nadchodzący rok może być okresem intensywnych przetasowań na rynku pracy. Sytuacja ta stwarza nowe szanse dla osób poszukujących lub pragnących zmienić miejsce zatrudnienia” – zauważa Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Jak rozwijać biznes?

Około 1/3 ankietowanych w Polsce i na świecie uważa, że innowacje będą głównym motorem wzrostu ich przedsiębiorstw w najbliższym czasie. Tyle samo respondentów planuje wzmacniać obecność na istniejących rynkach (33% w Polsce i 30% na świecie)

Cechą wyróżniającą w tym roku polskich prezesów jest poszukiwanie szans rozwojowych w ekspansji globalnej – prawie 1/5 ankietowanych widzi możliwości wzrostu w wejściu na nowe rynki (na świecie 14%). Rok temu taką opcję rozważało 12%, a dwa lata temu jedynie 5%.

„Duże zainteresowanie polskich prezesów ekspansją zagraniczną jest zgodne z naszymi wcześniejszymi obserwacjami dotyczącymi priorytetów rozwojowych polskich przedsiębiorstw. Jest to często jedyna droga zwiększenia sprzedaży w sytuacji rosnącej konkurencji na naszym rynku. Polskie firmy z jednej strony coraz pewniej spoglądają na ustabilizowane i bardzo konkurencyjne rynki Europy Zachodniej, a z drugiej poszerza się ich perspektywa globalna” – zauważa Olga Grygier-Siddons prezes PwC w Polsce.

Blisko połowa ankietowanych (46%) wymienia kraje UE (poza Polską) jako priorytetowe rynki dla rozwoju firm, z czego 16% spogląda głównie na Niemcy, a 10% na sąsiednie kraje Europy Centralnej. Wciąż silna jest pozycja Rosji (9% wskazań), ale coraz śmielej pojawiają się także nowe kierunki takie jak Kraje Zatoki Perskiej, Turcja i Chiny.

Polska na mapie firm zagranicznych

Z map zarządzających firmami globalnymi nie znika także rynek polski. Polska zajmuje 24. miejsce pod względem liczby odpowiedzi dotyczących rynków priorytetowych w badaniu globalnym PwC – tuż za takimi krajami jak Turcja czy Malezja i tuż przed Hong-Kongiem, Włochami, czy Hiszpanią.

Nasza kraj jest natomiast zdecydowanym liderem w regionie Europy Centralnej. Jako jeden z trzech najważniejszych rynków, Polskę wskazuje około 2,5% ankietowanych w skali globalnej – 2 razy więcej niż Rumunię, 4 razy więcej niż Czechy i 8 razy więcej niż Węgry.

Główne wyzwania gospodarczo – polityczne

Potencjalna niestabilność kursów walutowych budzi na naszym rynku największe obawy wśród czynników gospodarczo – politycznych (68%wskazań). Jest to jedyny niekorzystny czynnik gospodarczy, którego menadżerowie w Polsce obawiają się bardziej niż zarządzający firmami na świecie.
W badaniu globalnym największy niepokój budzą trzy powiązane ze sobą potencjalne zjawiska: niepewny wzrost gospodarczy, reakcja rządów na deficyty i zadłużenie finansów publicznych oraz wzrost obciążeń podatkowych – obawia się ich około 70% respondentów. Czynniki te wciąż dominują choć w porównaniu do ubiegłego roku widzimy spadek wskazań średnio o 10 punktów procentowych.

Ciekawa jest wyjątkowo duża różnica w skali obaw dotyczących możliwego wzrostu obciążeń podatkowych pomiędzy menadżerami z Polski i reszty świata (50% wobec 70%). Być może znaczenie mają tutaj wypowiedzi nowego ministra finansów, który bardzo wyraźnie zapowiada reformy prawa podatkowego ułatwiające życie polskim przedsiębiorcom, co rynek odczytuje jako brak planów podnoszenia podatków (60% rok temu i 50% wskazań obecnie)

„Widzimy w tym roku w Polsce znacznie mniejsze obawy związane z rozwojem sytuacji makroekonomicznej, szybko rośnie natomiast znaczenie zagrożeń o charakterze biznesowym” – podkreśla Witold Orłowski. Odsetek obawiających się o tempo wzrostu gospodarczego spadł w Polsce z 88% w roku ubiegłym do 63% w tym roku, odsetek obawiających się o reakcji władz na deficyt i zadłużenie z 74% do 63%, a odsetek obawiających się wzrostu obciążeń podatkowych z 60% do 50%.

Główne wyzwania biznesowe – co będzie decydowało o przyszłości firm?

Wśród czynników biznesowych w ostatnich latach rośnie w Polsce i w skali globalnej zaniepokojenie możliwym brakiem dostępności do kluczowych umiejętności. Rok temu obawy takie wyrażało 58% ankietowanych na świecie, podczas gdy w tym roku wyzwania tego typu widzi już 63%. Problem dostępności wykwalifikowanych kadr zaczynają także coraz wyraźniej dostrzegać ankietowani w Polsce – niepokój o jakość zasobów ludzkich wyraziło w tym roku aż 55% polskich respondentów, w porównaniu do 37% w zeszłym roku.

„Może być to sporym wyzwaniem dla działów HR w firmach – ich pracownicy staną bowiem przed zadaniem poszukiwania nowych specjalistów, a dostępność kluczowych talentów, pomimo trwających zwolnień, będzie znacznie mniejsza niż w ostatnich latach. W tej sytuacji coraz ważniejsze stają się innowacyjne metody zachęcania i pozyskiwania cennych pracowników oraz zarządzanie talentami w przedsiębiorstwie” – podkreśla Olga Grygier-Siddons.
Zdaniem polskich ankietowanych czynnikiem, który w największym stopniu będzie determinował strategię firm w dłuższym okresie jest postęp technologiczny ( 85% wskazań w Polsce i 81% globalnie) oraz przemiany demograficzne (odpowiednio 53% i 60%). Jednocześnie tylko 35% prezesów w Polsce uważa, że ich działy badawczo rozwojowe oraz działy zasobów ludzkich są dobrze przygotowane do wyzwań, jakie stawia przed nimi przyszłość. Na świecie wskaźniki te wynoszą odpowiednio 28% i 34%.

„Cieszy fakt, iż polscy menadżerowie dostrzegają słabość swoich działów badawczo- rozwojowych oraz zasobów ludzkich. Innowacje realizowane dzięki zatrudnianiu najlepszych kadr będą podstawą konkurencyjności polskich przedsiębiorstw w nadchodzących latach. Z drugiej strony trzeba zauważyć, że wiele polskich firm wciąż pokłada nadzieję przede wszystkim w niskich kosztach produkcji. Taka strategia może zemścić się w przyszłości” – twierdzi Witold Orłowski główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Wyniki badań PwC wskazują, iż poważnym wyzwaniem dla wielu firm w Polsce będzie także restrukturyzacja działów zarządzania ryzykiem w przedsiębiorstwach. Aż 25% ankietowanych prezesów w Polsce uważa, iż nie są one przygotowane do nowych wyzwań globalnych.

Informacje o badaniu

Dla celów 17. corocznego światowego sondażu prezesów firmy PwC w ostatnim kwartale
2013 r. przeprowadzono 1344 badań ankietowych w 68 krajach. 442 badań ankietowych przeprowadzono w Europie, 445 w Azji i Oceanii, 165 w Ameryce Łacińskiej, 212 w Ameryce Północnej, 88 w Europie Środkowej i Wschodniej oraz 45 na Bliskim Wschodzie i 35 w Afryce. Polską edycję badania przeprowadzono w tym samym okresie. Wzięło w nim udział 40 respondentów. Pełen raport globalny wraz z wykresami można pobrać ze strony www.pwc.com/ceosurvey, zaś badanie polskie jest dostępne na stronie www.pwc.pl/ceosurvey Wyniki 17. dorocznego światowego sondażu prezesów spółek ogłoszono na konferencji prasowej w Davos w przeddzień dorocznego spotkania Światowego Forum Ekonomicznego. Nagrania z konferencji prasowej (w jakości telewizyjnej) oraz inne materiały pomocnicze można pobrać ze strony http://press.pwc.com. Webcast z pełnej konferencji prasowej można pobrać ze strony http://www.pwc.com/davoswebcast.

Historia TREBORD – dwoje ludzi i wielkie chęci tworzenia

Łączy ich pasja i zamiłowanie do unikatowych wyrobów. Są nie tylko rzemieślnikami, ale przede wszystkim wizjonerami, projektantami, oferującymi produkt skrojony na miarę – niczym najdroższy garnitur, w którym komfort klienta jest najważniejszy. TREBORD to dwoje ludzi i wielkie chęci tworzenia.

Czy produkcję i sprzedaż stołów wykonywanych ręcznie z wyselekcjonowanych kawałków drewna można uznać za nowatorski pomysł? Czy to biznes, którego prowadzenie opłaca się na tyle by rezygnować z pracy na etacie?

Dla Jacka Augustyniaka największą pasją jest marketing. Studiując ten kierunek, miał możliwość poznać jego teoretyczne podstawy, natomiast późniejsza praca w zawodzie, w jednej z bardziej znanych poznańskich spółek, pozwoliła wypracować odpowiednią praktykę i zyskać doświadczenie. – Mimo że praca była ambitna, a samo stanowisko – wymagające, pewnego dnia coś się we mnie zmieniło. Od zawsze lubiłem tworzyć i mieć wpływ na otaczającą rzeczywistość. Chyba właśnie dlaczego zaczęła mnie męczyć korporacyjna klatka oraz ukryta ambicja, by zrobić coś więcej – mówi z uśmiechem Jacek. Do zmiany trybu życia przez długi czas namawiał go jego przyjaciel, a zarazem wspólnik, ogromny pasjonat drewna Tomasz Jęsiek. Razem zapragnęli zerwać z otaczającą wszystkich masową produkcją mebli. Tomasz od zawsze niespokojny duch, pełny pasji do drzewa, które jak sam podkreśla – stanowi materiał nieograniczonych możliwości.

Początki studia TREBORD wcale nie były łatwe: – Musiałem podejść Jacka sposobem i postawić przed pewnego rodzaju wyzwaniem; pokazać, że prawdziwe drewno to nie meble z masowej produkcji – opowiada Tomasz Jęsiek. Sukces studia TREBORD to powrót do korzeni, do rzemiosła, ręcznej produkcji i małej manufaktury, w której każdy oddaje cząstkę siebie, by wykonać produkt indywidualnie dostosowany do oczekiwań klienta.

Tym, co wyróżnia TREBORD jest wyjątkowość, i unikatowość produktu, niedostępnego wcześniej na polskim rynku. Jacek i Tomasz to rzemieślnicy, z autorską pracownią, która stawia na indywidualne podejście do klienta i personalizowane zamówienia. To twórcy, którzy podchodzą do każdego stołu jak do małego dzieła sztuki, wkładając w nie duszę i dbając by produkt, którego najdrobniejszy element wykonywany jest ręcznie, posiadał należycie wysoką jakość i co najważniejsze – niepowtarzalność.

– Spod naszych rąk nigdy nie wyjdą dwa identyczne stoły, ponieważ ich kształt tworzy sama natura – dodaje Jacek. Właśnie to powoduje, że powstały biznes wpisał się w istniejącą na rynku niszę, niszę produktów sfokusowanych na wyrafinowanego klienta, otwartego na unikalne rozwiązania i uciekającego od powtarzalnej masowości.

Twórcy TREBORD postawili na mało znany w Polsce trend, produkcję ekskluzywnych stołów jadalnianych i kawowych, z wyższej półki cenowej, wykonywanych całkowicie ręcznie. O luksusie tych propozycji stanowi przede wszystkim blat, niezwykle widowiskowy element, o nieregularnym kształcie, zachowujący naturalne pęknięcia, a jednocześnie o cudownie gładkiej i przyjemnej w użytkowaniu fakturze. Jak mówią projektanci: – Zbliżamy naszego klienta do natury, zachęcamy do stworzenia we własnym zaciszu domowym miejsc wyjątkowych, miejsc ze stołem w roli głównej.

Do 10 tysięcy – tyle można zapłacić za stół jadalniany TREBORD wykonany z takich gatunków drzew jak np.: dąb, akacja, olcha, orzech czy nawet sekwoja. Każdy stół to efekt starannej obróbki ręcznej, która trwa nawet do 4 tygodni. Wydłużony czas rekompensuje produkt – wyjątkowy stół, o indywidualnym charakterze, w którego tworzeniu liczy się człowiek, jego talent oraz miłość do drewna. A to zawsze będzie miało swoją cenę.

Źródło: www.trebord.com

W Polsce jedna na osiem części samochodowych jest wadliwa

W 2013 r. aż 13% części było wadliwych i nie nadawało się do montażu w samochodach. To więcej niż w poprzednim roku i więcej niż wynosi średnia europejska – wynika z wewnętrznych danych Exact Systems, firmy kontrolującej jakość części samochodowych. Przedstawiciele spółki podkreślają, że samochód składa się średnio z ok. 8 tysięcy części i wada choćby jednej z nich może przyczynić się do poważnej awarii auta – potencjalnie niebezpiecznej i kosztownej dla właściciela.

W ubiegłym roku z taśm polskich fabryk zjechało tylko 575 tys. samochodów, czyli o prawie 10% mniej niż w 2012 r. 2013 rok jest piątym z kolei, w którym w Polsce notujemy spadki produkcji. Koncerny motoryzacyjne zlokalizowane w naszym kraju, żeby powrócić do poziomu zamówień sprzed kilku lat, muszą postawić na wprowadzenie nowych standardów jakości i wymogów wobec dostawców. W innym przypadku, stracimy pozycję konkurencyjną głownie na rzecz innych krajów rozwijających się takich jak Czechy, Rumunia czy Turcja – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W Polsce jedna na osiem części jest wadliwa

Wadliwość części samochodowych w minionych dwunastu miesiącach wyniosła w Polsce 13%, czyli o dwa punkty procentowe więcej niż w 2012 r. Z jednej strony martwi nas wzrost liczby wykrytych przez nas wadliwych części, ale z drugiej strony zwracamy uwagę na pozytywne zjawisko: fabryki samochodów i dostawcy części z roku na rok coraz lepiej dbają o jakość produkowanych czy wykorzystywanych elementów. Dobitnie świadczą o tym nasze wyniki:

w 2013 r. w Polsce zlecono nam kontrolę ponad 240 mln podzespołów i części. To aż o 21% więcej niż w poprzednim roku – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Do skrupulatnej kontroli jakości wykorzystywanych do montażu półproduktów coraz częściej skłaniają koncerny motoryzacyjne m.in. dane o kilkudziesięciu tysiącach samochodów wzywanych co roku do kampanii naprawczych oraz potencjalna utrata zaufania klientów.

Wadliwość części w Polsce – pomiędzy Rosją a Niemcami

Exact Systems w 2013 r. skontrolował w całej Europie blisko 500 mln części (+40% r/r), z czego aż 8% nie spełniło wymogów bezpieczeństwa. Jeśli spojrzymy na wadliwość części u naszych sąsiadów, możemy zaobserwować bardzo duże różnice. Podczas gdy w Rosji aż 39% przebadanych elementów nie nadawało się do montażu w samochodach, na drugim biegunie znajdują się rynki słowacki i niemiecki, gdzie wadliwość części samochodowych wyniosła odpowiednio tylko 3% i 6% – podkreśla Paweł Gos.

Warto podkreślić, że jakość polskiego rynku motoryzacyjnego była dotąd największym orężem w walce z konkurującymi z nami rynkami. Utrzymanie Top Quality własnej produkcji nie jest jednak łatwe, jeśli weźmiemy pod uwagę takie czynniki jak krótszy cykl życia modelu i związana z tym konieczność modyfikacji starego produktu lub wprowadzenia nowego. Dodatkowo producenci samochodów chcą wprowadzać na rynek nowe modele, bardziej zaawansowane technologicznie, bezpieczniejsze a zarazem tańsze od modelu poprzedniego.

W konsekwencji wymuszają na swoich poddostawcach redukcję kosztów, którzy szukają oszczędności między innymi w elementach wykorzystywanych do złożenia samochodu, jak również zwiększają normy wydajnościowe samej produkcji. Na tym cierpi niestety jakość, stąd sektor poddostawczy w Polsce musi zrobić wszystko, aby mimo nacisków ze strony producentów utrzymać ją na jak najwyższym poziomie – dodaje Opala.

Opel Meriva najmniej awaryjnym modelem

Do tej pory żadnen koncern nie zdołał wyprodukować bezawaryjnego auta, stąd klienci dokonując zakupu samochodu powinni się kierować najniższym poziomem wadliwości wśród danych modeli – radzi Jacek Opala. Na pytanie, które auta są najbezpiecznijesze, odpowiada ranking najmniej awaryjnych samochodów przygotowane przez Niemiecki Urząd Dozoru Technicznego (TUV).

Z raportu TUV2014 wynika, że wśród 2-3-letnich aut najbardziej niezawodnym jest Opel Meriva. Na kolejnych miejscach znalazły się: Mazda 2 oraz Toyota iQ. Wśród starszych aut liderem została Toyota Prius. Zestawienie zostało przygotowane na podstawie wyników okresowych przeglądów przeprowadzanych w stacjach diagnostycznych. Na rezultat danego modelu wpływała ilość wykrytych awarii i usterek, które mogły zagrażać kierowcy oraz innym uczestnikom ruchu.

10 trendów w rozwoju pracowników w roku 2014

Dynamiczne zmiany na rynkach międzynarodowych wpływały w ostatnich latach w znacznym stopniu na kondycję polskiej gospodarki. Światowe megatrendy i kolejne fale kryzysu oddziaływały na rynek, kształtując jego stan oraz sytuację biznesową firm i wybranych branż. Sposób myślenia o rozwoju pracowników oraz konkretne potrzeby z tym związane są więc wypadkową wspomnianych zjawisk globalnych oraz uwarunkowań charakterystycznych dla polskiego biznesu.

W minionym roku formalnie skończył się okres programowania Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki 2007–2013 (PO KL). Projekty z tego okresu rozliczane będą do 2015 roku. Z drugiej strony pierwsze konkursy i środki na rozwój kompetencji pracowników w perspektywie 2014–2020 zostaną uruchomione nie wcześniej niż na przełomie 2014 i 2015 roku. Sytuacja ta spowodowana jest długotrwałym i wieloetapowym procesem ustalania kształtu nowego okresu programowania.

Jednak pieniądze unijne, to tylko jeden z kilku czynników, wpływających na branżę szkoleniowo-doradczą, które będziemy obserwować w 2014 roku. Pojawienie się części z nich przewidywaliśmy już w zeszłym roku, teraz doświadczamy wzrostu ich znaczenia. Bazując na naszych doświadczeniach, obserwacjach oraz raportach polskich i zagranicznych ośrodków badawczych, prezentujemy najważniejsze trendy w rozwoju pracowników w 2014 roku.

Trend 1. Nowa perspektywa finansowa EFS na lata 2014–2020

Strategia wykorzystania funduszy europejskich przez Polskę w latach 2014–2020 została określona w Umowie Partnerstwa, która jest dokumentem strategicznym zawierającym wzajemne zobowiązania Polski i Unii Europejskiej. Wynika z niej, że środki unijne wykorzystywane będą na dwóch poziomach – centralnym i regionalnym (wojewódzkim). Działania w obszarze szeroko rozumianego kapitału ludzkiego finansowane będą przede wszystkim w ramach regionalnych programów operacyjnych. Zgodnie z tym podejściem każde województwo stworzy osobny program operacyjny dotyczący tematyki finansowanej z EFS, a tylko nieliczne projekty wspierane będą centralnie. Nową wersją centralnego programu PO KL będzie Program Operacyjny Wiedza, Edukacja, Rozwój 2014–2020 (PO WER).

Istotnym działaniem w ramach Programu Operacyjnego Wiedza, Edukacja, Rozwój oraz Regionalnych Programów Operacyjnych (RPO) ma być zapewnienie warunków do kształcenia osób dorosłych, jak również podnoszenia i zmiany ich kwalifikacji zawodowych. Na wsparcie mogą liczyć działania związane ze szkoleniami pracowników, przede wszystkim z sektora MŚP. W perspektywie 2014–2020 postanowiono zreorganizować funkcjonowanie rynku szkoleniowo-doradczego poprzez ograniczenie roli strony podażowej (firmy szkoleniowe składające wnioski i administracja publiczna dokonująca ich wyboru) na rzecz wzmocnienia roli strony popytowej (przedsiębiorców i pracodawców). To odbiorca wsparcia będzie mógł samodzielnie, w ramach określonych wytycznych decydować o rodzaju i zakresie usługi rozwojowej. W tym celu w roku 2014 utworzony zostanie przez PARP Rejestr Usług Rozwojowych zawierający zarówno zweryfikowane pod względem wiarygodności i jakości świadczonych usług firmy szkoleniowe dopuszczone do realizacji usług rozwojowych współfinansowanych z EFS, jak i centralną bazę danych wszystkich usług rozwojowych oferowanych przez te firmy. Takie podejście pozwoli na zmniejszenie biurokracji, skrócenie czasu oczekiwania na dofinansowanie, eliminację nierzetelnych usługodawców, podniesienie jakości usług, a w efekcie lepsze dopasowanie działań rozwojowych do potrzeb beneficjentów środków unijnych i wyższy zwrot z inwestycji w rozwój pracowników.

W związku z planowanymi działaniami i oferowanym finansowaniem przewidujemy, że w roku 2014 zwiększy się gotowość małych i średnich firm do inwestowania w szkolenia i rozwój pracowników. Przeniesiona na pracodawców i przedsiębiorców odpowiedzialność za wybór ścieżek, treści i form rozwojowych będzie motywatorem do przemyślanej selekcji działań szkoleniowych oraz doradczych, których realizacja ściśle wiąże się z celami strategicznymi i planami biznesowymi firmy.

Trend 2. Dojrzewanie rynku szkoleniowo-doradczego

Firmy szkoleniowe, które w dużej części powstały i rozwijały się dzięki finansowaniu EFS, mierzyć się będą w 2014 roku ze skutkami zakończenia finansowania z budżetu 2007–2013 (finansowanie z budżetu 2014–2020 rozpocznie się w praktyce nie wcześniej niż w pierwszej połowie 2015 roku). W roku 2014 będziemy świadkami licznych przetasowań wśród usługodawców szkoleniowych, gdyż część z nich nie poradzi sobie bez wsparcia w postaci środków EFS. Liczba podmiotów na rynku zacznie maleć. Naturalną tego konsekwencją winna być konsolidacja rynku. Z całą pewnością zaostrzy się walka konkurencyjna. Firmy szkoleniowe będą walczyć o klienta albo jakością rozwiązań, albo niską ceną. Biorąc pod uwagę liczbę podmiotów szkoleniowych działających na rynku, klient stanie przed możliwością wybrania rozwiązania z szerokiego wachlarza ofert.

Trend 3. Joy of missing out

Codziennie dociera do nas ogromna ilość danych. Ma to przede wszystkim związek z rozwojem nowoczesnych technologii, komunikacji elektronicznej, smartfonów, mediów społecznościowych itp. Cały czas jesteśmy podłączeni do sieci umożliwiającej wymianę informacji i śledzenie nowości. W związku z tą sytuacją obserwuje się zjawisko zwane „Fear of missing out” (FOMO), oznaczające obawę przed wykluczeniem z przepływu informacji. Użytkownicy mediów społecznościowych nieustannie powiadamiają się nawzajem o tym, co robią i gdzie są. Tak samo często sprawdzają, co dzieje się u ich znajomych. Kiedy nie mają dostępu do tych informacji, odczuwają lęk.

Odmienne zjawisko obserwujemy w obszarze rozwoju pracowników. Na sile przybiera trend zwany „Joy of missing out” (JOMO) oznaczający radość z powodu ucieczki od natłoku informacji, zrezygnowania z technologii i mediów społecznościowych. Szybkie tempo funkcjonowania doprowadziło do wykształcenia się potrzeby zatrzymania się na chwilę i uświadomienia sobie, kim jestem, co robię, dokąd zmierzam. Zgodnie z JOMO koncentrujemy się na „tu i teraz” i wglądzie w siebie. W działalności szkoleniowej JOMO oznacza pracę nad poszerzaniem świadomości, docieraniem do prawdziwych, choć często ukrytych potrzeb, motywów, przekonań, do odkrywania wartości, które leżą u podstaw działania.

Na rynku usług rozwojowych w 2014 roku wzrośnie zainteresowanie formami szkoleniowymi, które umożliwiają pracę nad sobą w myśl idei JOMO, z pominięciem materiałów szkoleniowych, slajdów, technologii, czyli typowej scenerii sali szkoleniowej. Nadal rosnąć będzie znaczenie coachingu, który pozwala przyjrzeć się funkcjonowaniu człowieka w kontekście osobistym i zawodowym. Firmy szkoleniowe będą dopasowywać się do tych oczekiwań, w większym stopniu koncentrując się na warsztatach i treningach umożliwiających autorefleksję i modyfikując formy świadczenia usług rozwojowych zgodnie z trendem JOMO.

Trend 4. Zmiana paradygmatu przywództwa

Jednym z głównych wyzwań wielu organizacji jest nieustanna zmiana. Sytuacja na rynkach wciąż się zmienia, zasięg działania organizacji obejmuje niejednokrotnie zróżnicowane pod względem rozwoju rynki, a otoczenie jest niestabilne i nieprzewidywalne. Z tych względów można zaryzykować stwierdzenie, że sposób rozumienia przywództwa, jak i sam sposób liderowania znajdują się w sytuacji ciągłej zmiany. Model działania, który jest efektywny w pewnych warunkach, będzie nieefektywny i nieadekwatny w innych. Firmy, zdając sobie z tego sprawę, inwestują w programy rozwojowe, przygotowujące liderów do zarządzania niepewnością i zmianą.

Zmienia się także koncepcja przywództwa – lider nie jest już jednostką samotnie wyznaczającą kierunek działania organizacji. Przywództwo i poczucie odpowiedzialności z tym związane przenoszone są na wszystkie poziomy funkcjonowania organizacji. Obserwujemy modele przywództwa, w których lider wspiera pracowników, zachęcając ich i umożliwiając pełne wykorzystanie potencjału i umiejętności. Dzięki temu zyskuje możliwość delegowania zadań oraz włączania pracowników w proces podejmowania decyzji. Pracownicy z kolei czują się bardziej zaangażowani i odpowiedzialni.

Dla rynku szkoleń oznacza to, że menedżerowie średniego szczebla będą koncentrować się na rozwoju swoich kompetencji przywódczych. Doświadczą przy tym zmiany sposobu myślenia i funkcjonowania. Ich zadaniem będzie nie tylko zarządzanie, ale również przewodzenie ludziom. Pracodawcy będą dążyć do rozwoju kompetencji przywódczych menedżerów poprzez organizowanie długofalowych procesów rozwojowych lub krótszych warsztatów. Wzrośnie znaczenie warsztatów i symulacji kształtujących rozumienie procesów biznesowych oraz pozwalających lepiej planować i wdrażać działania mające na celu realizację strategii firmy. Szkolenia przeznaczone jeszcze kilka lat temu dla najwyższej kadry menedżerskiej będą coraz częściej adresowane do kadry średniej i niższej.

Trend 5. Praca zespołowa

W poprzednich latach przewidywaliśmy, że organizacje, które poprzez zwiększenie efektywności chcą osiągać lepsze wyniki biznesowe, będą dążyć do budowania kultury zespołowości. Bazując na naszych doświadczeniach i obserwacjach, doszliśmy do przekonania, że w firmach i pracownikach drzemie jeszcze dużo niewykorzystanego potencjału w tym zakresie. W dalszym ciągu praca zespołowa to niełatwy temat w polskich organizacjach. Dużo się o niej mówi, włącza się ją do wartości organizacyjnych, jednak efektywna współpraca nie jest jeszcze częstym zjawiskiem.
Firmy i menedżerowie, świadomi korzyści płynących z dobrej współpracy, coraz częściej deklarują gotowość rozwoju umiejętności pracy zespołowej. Odnosi się ona nie tylko do naturalnych i projektowych zespołów, lecz wiąże się także na przykład z efektywną współpracą między przedstawicielami różnych działów (likwidacja silosów) czy różnych pokoleń. Ważnym zagadnieniem jest więc identyfikacja i zrozumienie potrzeb oraz wartości, które leżą u podstaw różnych zachowań. Zewnętrzne firmy szkoleniowe organizują warsztaty poświęcone diagnozie zespołu i rozwojowi konkretnych kompetencji zespołowych, pracują także nad całymi projektami poświęconymi budowaniu kultury pracy zespołowej w firmie. Koncentracja i dążenie do pracy zespołowej jest trendem, którego rozwój przewidujemy w roku 2014 i którego istotny wpływ na funkcjonowanie branży szkoleniowej będziemy obserwować w kolejnych latach.
Trend 6. Pokolenia

Potencjalne zmiany związane z wchodzeniem na rynek pracy młodego pokolenia są tematem dyskusji i spekulacji od kilku lat. Zarządzanie międzypokoleniowe to temat aktualny, żeby nie powiedzieć modny. Liczne polskie i zagraniczne ośrodki badawcze koncentrują się na poznaniu tzw. pokolenia Y, które jest od niedawna czwartym pokoleniem aktywnym zawodowo. Zagadnieniem równie ważnym jest rola pokolenia 50+, coraz liczniej reprezentowanego na rynku pracy. Ze względu na niedobór talentów firmy zaczynają stosować strategie utrzymywania najbardziej doświadczonych pracowników, zachęcania ich do rozwoju i pozostania w grupie aktywnych zawodowo. W konsekwencji obserwujemy ścieranie się kilku pokoleń w tej samej organizacji, niejednokrotnie w tym samym zespole.

Przewidujemy, że firmy zaczną koncentrować się na budowaniu wartości dodanej wynikającej z różnorodności pokoleniowej. To właśnie różnorodność i umiejętność jej wykorzystania jest kluczem do sukcesów zespołów i organizacji. Jak postuluje Halley Bock, dyrektor generalna Fierce, Inc., źródłem przewagi konkurencyjnej jest wykorzystanie przez liderów atutów różnych pokoleń, dostarczenie nowoczesnych zasobów i narzędzi wszystkim pracownikom bez względu na wiek oraz stworzenie kultury zachęcającej ludzi z rożnych grup wiekowych do otwartego komunikowania się z sobą. Przed menedżerami stoi wyzwanie, aby zrozumieć i dostrzec te możliwości. W tym celu należy przełamać stereotypy, zmienić sposób myślenia o przedstawicielach poszczególnych pokoleń, a także rozwijać kompetencje menedżerskie w zakresie zarządzania zespołami wielopokoleniowymi. To rosnąca przestrzeń działań firm szkoleniowo-doradczych.

Trend 7. Zaangażowanie i (auto)motywacja

Budowanie kultury zaangażowania pracowników jest zagadnieniem często poruszanym w świetle wyzwań menedżerskich. Polscy liderzy wiedzą już, że istnieje związek między zaangażowaniem pracowników a wynikami biznesowymi firmy. Niejeden menedżer marzy o tym, by odkryć klucz do zaangażowania swoich ludzi, który pozwoli utrzymać je na niezmiennie wysokim poziomie. Coraz więcej działań rozwojowych zorientowanych jest na budowanie kultury silnego zaangażowania. Jak pokazują badania prowadzone w 2013 roku przez firmę Aon Hewitt, wskaźnik zaangażowania polskich pracowników systematycznie od 4 lat rośnie. Tegoroczna edycja badania Najlepsi Pracodawcy pokazuje, że zaangażowany jest co drugi pracownik badanych organizacji (51%). Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę zeszłoroczne badania nad wypaleniem zawodowym pracowników oraz ich przeciążeniem, sytuacja wygląda niepokojąco. Polacy czują się przeciążeni obowiązkami zawodowymi, na przemęczenie skarży się 2/3 pracowników, a 37% czuje, że na ich stanowisku powinny pracować przynajmniej dwie osoby.

W związku z powyższym działania rozwojowe będą bezpośrednio obejmowały programy i szkolenia, które pozwolą pracownikom zadbać o samorozwój, większą efektywność pracy i zdrowszy tryb życia. Zagadnienia takie jak radzenie sobie z wypaleniem zawodowym czy zachowanie równowagi między pracą a życiem osobistym będą stanowić treść warsztatów poświęconych poszukiwaniu motywacji i wartości, które są siłą napędową działania. Pracownicy uzyskają w ten sposób narzędzia do pracy nad automotywacją.

Stawiamy hipotezę, że odpowiedzialność za dalszy wzrost zaangażowania i motywacji do pracy nie leży wyłącznie po strony pracodawcy i organizacji. Motywacja jest umiejętnością, którą każdy z nas może w sobie rozwijać, a zatem możliwe jest nauczenie się wyzwalania w sobie optymalnego stanu do radzenia sobie z codziennymi obowiązkami zawodowymi, sytuacjami i celami. Przewidujemy, że w najbliższym roku będziemy obserwować wzrost znaczenia programów rozwojowych poświęconych tym zagadnieniom.

Trend 8. Experiential learning

Odwoływanie się do założeń koncepcji experiential learning to nie chwilowa moda, ale ważne zjawisko obecne w planach rozwojowych i działaniach szkoleniowych. Przyczyną jego rosnącej popularności jest konieczność odejścia od tradycyjnych form szkoleniowych – pracownicy mają niejednokrotnie dość klasycznych warsztatów bazujących na prezentacji, dyskusjach, ćwiczeniach czy odgrywaniu scenek. Szkoleniowcy coraz lepiej rozumieją znaczenie, jakie w zapamiętywaniu, rozwoju umiejętności i zmianie postaw odgrywa tzw. emocjonalny marker pamięci.
Organizacje planujące procesy rozwojowe pracowników zgłaszają zapotrzebowanie na niestandardowe i ciekawe formy szkoleniowe umożliwiające uczestnikom doświadczanie i przeżywanie własnych emocji. Opisywany już w poprzednich latach trend umacnia się więc w naszych realiach, powodując ogromne zmiany w nauczaniu. Gry symulacyjne stały się dobrze znaną i szeroko stosowaną klasyką experiential learning. Firmy działające na rynku szkoleniowo-doradczym inwestują w nowe formy warsztatów. Experiential learning daje możliwość doświadczenia całkowicie nowej sytuacji, wglądu we własne emocje, a w konsekwencji przewartościowania postaw i zachowań. Następnie uczestnicy analizują możliwości zastosowania przeżytych doświadczeń w zmaganiach z codziennymi wyzwaniami zawodowymi i prywatnymi.

Trend 9. Wzrost znaczenia technologii

Niezależnie od obecnego w praktyce szkoleniowej trendu JOMO (vide trend 3 powyżej), rozwija się trend technologiczny. W dalszym ciągu wspierają go te same czynniki, które początkowo zadecydowały o jego materializacji, tzn. praca zdalna, ograniczenia czasowe, utrata zainteresowania tradycyjnymi szkoleniami, nowe „cyfrowe” pokolenia. Istotną kwestią jest także fakt, iż rośnie liczba Polaków korzystających z technologii mobilnych. Według raportu Game Industry Trends 2013, ze smartfonów korzysta w tej chwili około 25–35% Polaków, z tabletów natomiast około 9%.
Szkolenia prowadzone w formie webinarów lub on-line jako telekonferencje będą w bieżącym roku jeszcze powszechniej stosowane. W codziennej praktyce dostrzegamy coraz większe zapotrzebowanie na tego typu rozwiązania, rośnie też liczba wydarzeń szkoleniowych tak prowadzonych. Umiejętność korzystania z narzędzi do komunikacji on-line będzie zatem w tym roku jedną z ważnych, rozwijanych kompetencji.

Z technologią wiąże się wiele różnych zjawisk i mechanizmów, które na świecie i w Polsce dopiero raczkują. Przykładem może być mobile learning, który jako koncepcja zyskuje na znaczeniu, lecz trudno na razie mówić o trendzie w skali rynkowej. Pomimo wzrostu w ostatnich latach, wg raportu State of Industry ASTD udział mobile learning w całkowitym czasie poświęconym na rozwój stanowi jedynie 1,5%. Ocena efektywności edukacyjnej wspomnianej metody nie jest na razie jednoznaczna.

Zjawiskiem równie istotnym w procesach rozwojowych jest gamifikacja, która przenosi mechanizmy znane z gier do procesów uczenia. Z naszego doświadczenia wynika, że będzie ona przeżywać dalszy rozkwit. Jednak w praktyce szkoleniowej niewiele firm potrafi to rozwiązanie wdrożyć i efektywnie wykorzystywać.

Trend 10. Systemowe rozwiązania e-learningowe

Zastanawiając się nad rolą nowoczesnych technologii w rozwiązaniach rozwojowych, warto wrócić do początków, czyli e-learningu. W tej chwili e-learning może błędnie zostać uznany za rozwiązanie, które było innowacyjne i atrakcyjne dla użytkowników wiele lat temu. Jednak pomimo przemijającej mody oraz wbrew popularnym opiniom stawiamy hipotezę, że e-learning rozwija się bardzo dobrze i będzie zyskiwał na znaczeniu w najbliższych latach. Mamy jednak na myśli e-learning w wersji 2.0 pod postacią dedykowanych portali rozwojowych.

Portal rozwojowy, realizowany w duchu e-learningu 2.0, oferuje użytkownikom możliwość współpracy. Procesowi rozwoju towarzyszy relacja między pracownikami, polegająca na dzieleniu się wiedzą. Portal umożliwia wzajemne motywowanie się, inspirowanie i zachęcanie do dzielenia się doświadczeniami. Pozwala na zdobywanie wiedzy od ekspertów czuwających nad merytoryczną jakością udostępnianych treści. Stanowi także miejsce spotkań z ekspertami podczas webinarów lub czatów. Dzięki wyżej wymienionym zaletom portale tego typu staną się z czasem odpowiedzią na szczególne potrzeby zgłaszane przez organizacje. Zdalny sposób pracy nie wyklucza systematyczności i inspirującego oddziaływania na pracowników. Organizacje będą z rosnącym zainteresowaniem rozpoznawać możliwości tego typu portali i wdrażać rozwiązania zaprojektowane pod konkretne potrzeby.

Finansowanie w Programie Infrastruktura i Środowisko. Dla kogo i na jakie cele przewidziano pieniądze?

Infrastruktura i Środowisko to program, na który przeznaczono w nadchodzących latach największe fundusze. Do wykorzystania będzie niemal 28 miliardów euro. Choć pieniądze w dużej mierze trafią do organów odpowiedzialnych za transport i energetykę, na dotacje do inwestycji będą mogły liczyć również przedsiębiorstwa i instytucje chcące zmniejszyć zużycie energii.

Cele i pieniądze

Z kwoty 27,5 mld euro, przeznaczonej w latach 2014-2020 na program „Infrastruktura i Środowisko” najwięcej, bo prawie 19,5 mld, można będzie wykorzystać na cele związane z „promowaniem zrównoważonego transportu i usuwanie niedoborów przepustowości w działaniu najważniejszych infrastruktur sieciowych”.

Cele dotyczące „ochrony środowiska naturalnego i wspierania efektywności wykorzystania zasobów” stanowią drugą pod względem wartości dotacji grupę. Do wydania na gospodarowanie odpadami i rekultywację zdegradowanych terenów przewidziano 4,3 mld euro.

Trzecią co do wielkości wartość funduszy przydzielono na „wspieranie przejścia na gospodarkę niskoemisyjną we wszystkich sektorach”. Do dyspozycji beneficjentów zainteresowanych zwiększaniem efektywności energetycznej i zastosowaniem odnawialnych źródeł energii będzie blisko 3,5 mld euro. Wydaje się, że właśnie ta grupa celów pozwoli ubiegać się o dotacje największej grupie podmiotów. – Brak jeszcze szczegółowych informacji na temat tego, jak dużą swobodę będą mieć zarządzający przedsiębiorstwami i środkami publicznymi w doborze celu dotowanych inwestycji – mówi Adam Gołąb, ekspert firmy Trilux. – Jeśli kryteria formalne będą dobrze sformułowane, jest szansa, że unijne wsparcie realnie przełoży się na wdrożenie innowacyjnych technologii – dodaje.

Gospodarka niskoemisyjna w praktyce

Według projektu Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju, w skład czwartej grupy celów tematycznych wchodzi siedem priorytetów inwestycyjnych (patrz Ramka 1).

Uogólniając, promowane i dotowane będą przede wszystkim instalacje pozwalające na wytwarzanie energii z odnawialnych źródeł oraz rozwiązania pozwalające na zmniejszenie zapotrzebowania energetycznego. – Pieniądze z programu Infrastruktura i Środowisko mogą być czynnikiem motywującym do inwestycji w technologie obniżające koszty energii przedsiębiorstwa – mówi Adam Gołąb z Trilux Polska. – W nowej turze finansowania możemy spodziewać się zarówno wsparcia projektów małych elektrownie wiatrowych, ociepleń budynków, jak i energooszczędnych systemów oświetlenia – dodaje.

W I kwartale 2014 r. powinny zostać opracowane szczegóły konkursów na konkretne działania promujące gospodarkę niskoemisyjną. Warto śledzić strony Ministerstwa i szukać programów, które pozwolą zrealizować pomysły na inwestycje, niezależnie czy będzie to instalacja kolektorów słonecznych na dachu domu mieszkalnego, zainstalowanie diodowego oświetlenia na jednej z ulic miasta lub gminy, czy też pełna modernizacja energetyczna budynków przedsiębiorstwa.

Analitycy DM mBanku rekomendują „Kupuj” dla akcji ENEA

0

Analitycy DM mBanku w raporcie z 15 stycznia podnieśli rekomendację dla Enei z „Akumuluj” do „Kupuj”. Cena docelowa jednej akcji wynosi 17,22 zł.

MEN chce wspólnego i darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów. Może on zagrozić małym wydawnictwom

CEO Magazyn Polska

Do końca stycznia Ministerstwo Edukacji Narodowej ma ogłosić szczegóły pomysłu pojedynczego, darmowego podręcznika dla uczniów klas pierwszych. Prywatni wydawcy chcieliby, żeby podręcznik powstał w porozumieniu z nimi. Podkreślają, że nauczyciele powinni mieć wybór podręczników, bo to przekłada się na wyższy poziom nauczania.

Zgodnie z zapowiedziami premiera Donalda Tuska, już we wrześniu tego roku pierwszoklasiści w szkołach podstawowych mają otrzymać jeden darmowy podręcznik do wszystkich przedmiotów. MEN do końca stycznia chce ogłosić szczegóły tego projektu. Na razie nie wiadomo ani kto miałby go przygotować, ani kto będzie wydawcą. Największy problem mogą mieć ci wydawcy, którzy specjalizują się w podręcznikach dla najmłodszych uczniów.

Jarosław Matuszewski z Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych wylicza możliwości: może zostać ogłoszony przetarg wśród wydawnictw lub może powstać zupełnie nowy podręcznik siłami resortu. Według niego podręczniki do pierwszej klasy to rynek warty ok. 70 mln zł, niecałe 10 proc. z całego rynku podręczników. O kierunku rozwoju tego rynku zadecydują MEN oraz Ośrodek Rozwoju Edukacji, agendy zajmującej się doskonaleniem nauczycieli oraz m.in. przygotowaniem e-podręczników.

 – Możemy sobie wyobrazić scenariusz, że tę ofertę podręcznika dla pierwszoklasisty realizujemy my, wydawcy komercyjni, we współpracy z ministerstwem czy Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, że to jest nowy pomysł, wypracowany wspólnie. Nam jest łatwo sobie wyobrazić taką rzecz dlatego, że ona przede wszystkim idzie z duchem tego, co w polskiej edukacji się dzieje – ocenia w rozmowie z Newserią Biznes Jarosław Matuszewski, rzecznik Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych.

Równocześnie dodaje, że Karta Nauczyciela gwarantuje nauczycielom możliwość wyboru podręczników. Oznacza to, że oferta nie powinna zostać ograniczona do jednego podręcznika. To ma też przełożenie na wyniki uczniów. Według Jarosława Matuszewskiego z WSiP najlepsze wyniki w testach PISA (Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów) osiągają te kraje, w których jest wybór podręczników, np. Finlandia i Niemcy. Polska w najnowszym rankingu PISA z grudnia ub.r. zajęła wysokie 13. miejsce na świecie, a 6. w Europie, i wyprzedziła Belgię i Niemcy.

Z kolei Grecja, gdzie obowiązują pojedyncze, narzucone przez państwo podręczniki zajęła jedno z ostatnich miejsc spośród przebadanych w Europie państw. Według Matuszewskiego brak wyboru książek w tym kraju tak bardzo obniżył poziom nauczania, że bardzo wiele rodziców decyduje się na posyłanie dzieci do popołudniowych szkół prywatnych. Dlatego jego zdaniem sensowne byłoby pozostawienie wyboru.

Pozostaje także kwestia czasu, jaki pozostał do rozpoczęcia kolejnego roku szkolnego. Premier chciałby, żeby nowa książka trafiła do uczniów już za siedem miesięcy. Według rzecznika WSiP, napisanie całkiem nowej książki od zera jest w tym czasie niemożliwe. Tym bardziej wskazana jest współpraca ministerstwa z komercyjnymi wydawcami.

 – Z naszego doświadczenia wynika, że na przygotowanie tego projektu w bardzo krótkim czasie mogą sobie pozwolić wyłącznie wydawcy, którzy na tym rynku operują. W związku z czym na pytanie, czy wzięlibyśmy w tym udział, odpowiadam – tak. I myślę, że taka samą odpowiedź znajdziemy u każdego wydawcy, który wydaje książki do edukacji wczesnoszkolnej – zapowiada Matuszewski.

Według przedstawicieli środowiska nauczycielskiego idea jest warta rozważenia, choć wstępna propozycja rządu wymaga pewnych modyfikacji. Po pierwsze, nie będzie to możliwe przed 2015 rokiem. Po drugie, zgodnie z prawem, trzeba zagwarantować nauczycielom możliwość wyboru podręcznika.

 – Taki podręcznik byłby możliwy do wdrożenia nie wcześniej niż 1 września 2015 roku – uważa Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Przygotowanie podręcznika dojrzałego metodycznie i uwzględniającego opinie ekspertów wymaga czasu.

Jednym z niedociągnięć propozycji premiera jest ograniczenie się do jednej książki. Zgodnie z ustawą podręcznik powinien obowiązywać na rynku trzy lata, a to z kolei wyklucza zamieszczanie w nim elementów do uzupełnienia, wycinania, rysowania czy naklejania.

 – Dlatego podręcznik nie może być jedną książką – twierdzi Broniarz. – Może to być 10–15 zeszytów, które będą tworzyły umownie jedną całość po to, żeby dziecko miało odrębną część czytankowo-lekturową, odrębną – ćwiczeniową. Wymieniana na nową byłaby tylko ta druga.

K. Rybiński: w tym roku może nas czekać krach giełdowy na niespotykaną skalę

CEO Magazyn Polska

Biliony dolarów i euro pompowane od kilku lat przez banki centralne w rynki finansowe nie trafiają do realnej gospodarki, tylko napędzają spekulacje uważa profesor Krzysztof Rybiński. Stąd wzrosty na wielu światowych giełdach w ubiegłym roku, ale i groźba pęknięcia bański spekulacyjnej i spektakularnego krachu.

 – Od  czterech lat największe banki centralne na świecie drukują pieniądze w skali dotąd niespotykanej. Te pieniądze nie trafiają do realnej gospodarki, bo kredyty dla firm cały czas spadają, tylko na rynki finansowe. Spekulanci wykorzystują te tanie pożyczki po 0 proc., wydrukowane dolary, euro, funty i jeny, żeby kupić akcje. I ceny akcji zostały podbite do poziomów, które można uznać za bardzo drogie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Krzysztof Rybiński, ekonomista, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula.

Dlatego, jego zdaniem, rośnie prawdopodobieństwo tego, że w którymś momencie jedna z giełd światowych zacznie gwałtownie spadać, wywołując efekt domina na całym świecie.

Jak podkreśla ekonomista, proces dodrukowania pieniędzy, który miał być lekiem na kryzys, który rozpoczął się w 2008 roku upadkiem banku Lehman Brothers,  może stać się przyczyną jeszcze większego krachu.

 – Banki centralne wspólnie z politykami i banksterami podjęły wówczas decyzję, by drukować pieniądze na masową skalę. Chciały ograniczyć ryzyko jeszcze głębszej i bardziej długotrwałej recesji. Problem polega na tym, że produkując pieniądze i pompując nimi ceny akcji, kupujemy sobie tylko czas. Ciągle bowiem rośnie ryzyko znacznie głębszego krachu, niż gdyby w ogóle tego druku nie było – przekonuje prof. Rybiński.

Ekonomista prognozuje, że kryzys może być nawet znacznie głębszy niż ten największy w historii, z lat 30. ubiegłego stulecia, a załamanie może nastąpić w kilku miejscach równocześnie.

 – Moim zdaniem 2014 rok to będzie rok czarnego łabędzia, czyli rzadkiego zdarzenia na rynkach finansowych o dramatycznych konsekwencjach – przestrzega ekonomista.

Koniec z wykorzystywaniem stażystów. Komisja Europejska chce podnieść jakość staży i praktyk

CEO Magazyn Polska

Komisja Europejska szuka sposobu na podniesienie jakości staży i praktyk zawodowych, które uczniowie i studenci odbywają w czasie nauki. Niedawno zakończyły się konsultacje społeczne w tej sprawie. Ich efektem jest dokument wyznaczający normy jakości zajęć Europejskie Ramy Jakości Staży i Praktyk. KE proponuje m.in., by staże, które trwają ponad miesiąc, były płatne.

Analizy dotyczące jakości staży i praktyk w krajach Wspólnoty zajęły Brukseli ponad dwa lata. Wyniki są dalekie od oczekiwanych.

 – W Europie ciągle mamy do czynienia z niską jakością staży i praktyk – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest światowy kryzys gospodarczy, wskutek którego w całej Europie znacząco wzrosło bezrobocie. Pracodawcy zwalniali pracowników etatowych, a wykonywane przez nich obowiązki powierzali stażystom i praktykantom. Ograniczali w ten sposób koszty prowadzenia działalności.

 – Komisja Europejska chce walczyć z takim podejściem, żeby pracodawcy przestali zastępować regularne, etatowe stanowiska bezpłatnymi stażami i praktykami, które bardzo często mają niską wartość edukacyjną – mówi Palikowski.

Komisja proponuje, by praktyki, które trwają dłużej niż miesiąc, były obligatoryjnie płatne. Poza tym młodzi ludzie mają uczyć się przydatnych umiejętności, które w przyszłości zaprocentują na rynku pracy.

 – Najlepsze staże i praktyki w Europie są w Niemczech, Danii, Holandii i Austrii, czyli w tych krajach, w których stopa bezrobocia wśród młodych osób jest na najniższym w Europie poziomie, w granicach 8 proc. – tłumaczy szef PSZK.

W tych krajach problem został rozwiązany systemowo. Młodzi ludzie w systemie kształcenia dualnego zdobywają nie tylko wiedzę teoretyczną, lecz także praktyczną, odbywając obowiązkowo liczne staże czy praktyki.

 – System kształcenia dualnego, który zakłada, w uproszczeniu, pół na pół wiedzy teoretycznej i praktycznej, sprawdza się niezależnie od branży – mówi Palikowski.

W Polsce bez stałego zajęcia pozostaje co trzecia młoda osoba, która wchodzi na rynek pracy. Według prognoz w ciągu kilku lat wskaźnik ten może wzrosnąć do 50 proc. Jeszcze gorzej jest w Grecji, Portugalii czy Hiszpanii, gdzie stopa bezrobocia wśród grupy absolwentów szkół i uczelni już teraz sięga 50 proc.

 – To dowód na to, że system przygotowania młodych do wejścia na rynek pracy jest po prostu nieefektywny – dodaje Piotr Palikowski.

Powstaną wojewódzkie plany transportowe. Mają rozwiązać problem komunikacji kolejowej między sąsiednimi regionami

Wojewódzkie plany transportowe powinny rozwiązać problem regionalnych połączeń kolejowych, które obejmują więcej niż jedno województwo. Obecnie samorządy szukają oszczędności na tzw. połączeniach stykowych, choć prawo, zdaniem eksperta, odpowiednio je reguluje. Plany transportowe zostaną opracowane w ciągu najbliższych miesięcy.

 – Na poziomie wojewódzkim plany transportowe muszą być uzgodnione między województwami. A więc województwo łódzkie musi uzgodnić swój plan z województwem kujawsko-pomorskim i odwrotnie. Co oznacza, że problem połączeń stykowych w tych planach transportowych będzie zapisany, uzgodniony i powinien zostać rozwiązany – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, pracownik naukowy Katedry Logistyki Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy oraz ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Problem z połączeniami stykowymi ujawnił się niedawno w odniesieniu do połączeń z Torunia i Włocławka do Kutna. Jest ono obsługiwane przez Arrivę RP na zlecenie samorządu województwa kujawsko-pomorskiego. Jednak końcowy odcinek o długości ok. 20 km przebiega w granicach województwa łódzkiego. Zgodnie z ustawą powinien on być finansowany przez marszałka tego województwa. Jednak ten jesienią ogłosił, że nie będzie dokładał do tych połączeń. W efekcie czego od 1 stycznia pociągi Arrivy RP dojeżdżały jedynie do przystanku Kaliska Kujawskie.

Po osiągnięciu porozumienia, od 15 stycznia pięć par pociągów z Włocławka i Torunia dziennie dojeżdża do Kutna, a płaci za nie kujawsko-pomorski urząd marszałkowski. W zamian łódzki samorząd finansuje obsługiwany przez Przewozy Regionalne pociąg REGIO z Łodzi do Torunia.

 – Problem polega na praktycznym stosowaniu przepisów, które – jak wszystko na to wskazuje – są wystarczające. Ustawa wyraźnie mówi o tym, że w połączeniach wojewódzkich kolejowych pociąg kończy bieg na najbliższej stacji węzłowej nawet, jeśli ta stacja jest poza granicami województwa. I w praktyce, podając przykład województwa mazowieckiego, Koleje Mazowieckie dojeżdżają do Łowicza, który jest już w województwie łódzkim, do Skierniewic, które też są w województwie łódzkim, czy na przykład do Łukowa, który jest w województwie lubelskim – podkreśla Kowalski.

W jego ocenie nie ma potrzeby zmiany prawa, a jedynie lepszego jego stosowania w praktyce. Problemem nie jest współpraca między samorządami, lecz ograniczenia finansowe.

Kowalski podkreśla, że samorządy powinny uczciwie przyznawać, że finansowanie połączeń stykowych im się nie opłaca. Wtedy będzie możliwa debata o zasadności takiej decyzji z punktu widzenia interesu publicznego. Zgadza się, że w niektórych przypadkach skasowanie takich tras może mieć miejsce, bo wraz z migracją Polaków do innych miast i zmianą struktury województw zmienia się zapotrzebowanie na połączenia kolejowe. Według Kowalskiego nie można do transportu, w tym także do połączeń stykowych, podchodzić dogmatycznie, bo czasem zmiana może skutkować lepszym spełnieniem oczekiwań podróżnych.

Problemy z połączeniami stykowymi powinny jednak zniknąć wraz z uchwaleniem wojewódzkich planów transportowych. Choć ustawowy termin dla samorządów to luty tego roku, Kowalski ocenia, że kilkumiesięcznych opóźnień nie da się uniknąć. Według niego jeszcze w tym roku plany zostaną jednak przyjęte.

 – Wtedy dopiero, jak będziemy mieli ten etap za sobą, będziemy mogli rzeczywiście dokonać oceny tego, czy plany transportowe wyeliminowały problem połączeń stykowych czy też nie i w związku z tym, czy jest ewentualnie potrzebna ingerencja legislacyjna poprzez zmianę prawa – ocenia Kowalski.

Polska branża chemiczna obawia się umowy USA-UE o wolnym handlu

CEO Magazyn Polska

Branża chemiczna obawia się konsekwencji podpisania umowy o wolnym handlu UE-USA. W Stanach Zjednoczonych nie ma tak silnych jak w UE regulacji klimatycznych, jest za to dostęp do taniego gazu łupkowego, co obniża koszty produkcji. Amerykański import może więc stanowić nierówną konkurencję dla przedsiębiorstw z Polski i innych krajów Unii.

 – Są trzy grupy potencjalnych zagrożeń umowy o wolnym handlu UE-USA – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zenon Pokojski, wiceprezes zarządu Zakładów Azotowych „Puławy” SA z Grupy Azoty. – Pierwsza dotyczy sfery regulacji, która w UE w obszarze branży chemicznej wchodzi dosyć głęboko w rynek.

Chodzi o system REACH wymagający m.in. obowiązkowej rejestracji substancji chemicznych, oceny jej dokumentacji technicznej czy udzielania zezwoleń na wykorzystywanie substancji do produkcji oraz obrotu, jak również o pakiet energetyczno-klimatyczny. Regulacje związane z ochroną klimatu są w UE znacznie bardziej rygorystyczne, co zmniejsza konkurencyjność europejskich przedsiębiorstw chemicznych w porównaniu do amerykańskich, których te regulacje nie dotyczą.

 – Amerykanie na bazie swojego taniego gazu mogą produkować mocznik i nie respektować reguł wynikających z pakietu klimatycznego i z systemu REACH. Siłą rzeczy ich produkty będą znacznie tańsze, podobnie jak dziś np. rosyjska saletra amonowa. Istnieje więc ryzyko, że przegramy w konkurencji z nimi na samym starcie, pomimo że nasze instalacje są w wielu miejscach znacznie sprawniejsze – zauważa Zenon Pokojski.

Polscy producenci zwracają także uwagę na znacznie niższe ceny amerykańskiego gazu.

 – Druga nasza obawa dotyczy cen amerykańskiego gazu – mówi Pokojski. – Gaz łupkowy spowodował, że te ceny są w Stanach trzy, prawie czterokrotnie niższe niż w Europie.

Branża chemiczna obawia się także tego, jak po wejściu w życie umowy o wolnym handlu będzie wyglądać ochrona rynku przed dumpingiem.

 – Stany Zjednoczone potrafią na takie zagrożenia odpowiadać znacznie szybciej, np. jeśli chodzi o nałożenie embarga – mówi Pokojski. – W Unii Europejskiej taki proces trwa zwykle znacznie dłużej. Pytanie więc, czy będziemy potrafili bronić własnych rynków, czy będziemy w stanie reagować tak sprawnie i skutecznie jak Amerykanie – dodaje.

Pierwsza runda rozmów dotyczących Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowo-Inwestycyjnego (Transatlantic Trade and Investment Partnership – TTIP) rozpoczęła się w lipcu ubiegłego roku. Od listopada 2013 r. trwa runda druga, mająca na celu osiągnięcie wstępnego porozumienia w kwestiach budzących najmniejsze kontrowersje. Negocjacje mają zostać zakończone w IV kwartale br. Według prognoz umowa ma zwiększyć PKB Unii o 119 mld euro rocznie, a Stanów Zjednoczonych – o 95 mld euro. Zwolennicy umowy wskazują także na wzrost zatrudnienia i wyjście gospodarek ze stanu recesji.

Podatek od sprzętu elektronicznego może wzrosnąć o kilka tysięcy procent. To wpłynie na ceny sprzętu

CEO Magazyn Polska

Organizacje zrzeszające twórców dążą do podwyższenia tzw. opłaty reprograficznej nakładanej na urządzenia elektroniczne, które służą do kopiowania utworów – nawet o kilka tysięcy procent. Chcą też zwiększyć katalog produktów nią objętych. Ma to podwyższyć rekompensatę dla twórców z tytułu kopiowania ich utworów na użytek prywatny. Jednak producenci sprzętu obawiają się, że nowe prawo doprowadzi do znaczącego wzrostu cen, na czym stracą zarówno oni, jak i konsumenci.

 – Według naszych badań ponad 90 proc. konsumentów nie zdaje sobie sprawy, że kupując sprzęt do odtwarzania filmów czy muzyki, płaci specjalny podatek, który rekompensuje twórcom to, że my na tym sprzęcie odtwarzamy filmy czy muzykę naszym znajomym mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kanownik, dyrektor Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego Branży RTV i IT.

Tzw. opłata reprograficzna ma w zamyśle wynagradzać autorom fakt, że w pewnych przypadkach prawo zezwala na legalne kopiowanie ich dzieł. Obecnie wynosi ona 0,05-3 proc. ceny urządzenia. Ostatnio organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, takie jak np. Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, domagają się jej radykalnego podniesienia, a także objęcia nią innych sprzętów.

 – Część organizacji, które pobierają taką opłatę, zaproponowała, żeby ją podwyższyć nawet o 5,9 tys. proc., jeśli chodzi o już objęte nią urządzenia  mówi Kanownik. Proponują ponadto rozszerzyć katalog urządzeń objętych tym parapodatkiem o dodatkowe pozycje, m.in. tablety, smartfony, aparaty fotograficzne, kamery wideo czy telewizory. Spowoduje to bardzo odczuwalny wzrost ich cen.

Szacuje się, że doprowadzi to do wzrostu ceny smartfonów o 10-50 zł. Tanie laptopy mogą podrożeć o 50 zł, a nowoczesne ultrabooki – o 120 zł.

ZIPSEE zwraca też uwagę, że według propozycji organizacji twórców opłatą reprograficzną ma być objęty sprzęt, który nie jest wykorzystywany do kopiowania treści, tylko do ich odbioru – jak telewizory, bądź wręcz do tworzenia własnych dzieł – jak aparaty fotograficzne i kamery.

W 2013 r. organizacje reprezentujące twórców pobrały z tytułu parapodatku 27 mln zł. Część środków trafia do samych twórców, a część pozostaje na kontach organizacji. Według szacunków ZIPSEE, samo objęcie opłatą nowych urządzeń spowoduje wzrost dochodów organizacji twórczych o około 320-350 mln zł rocznie. Ostateczną decyzję w kwestii ewentualnych zmian w opłacie reprograficznej podejmie minister kultury i rząd.

  Zobaczymy, czy uwzględni on postulaty organizacji twórców, czy też weźmie pod uwagę zdanie przedsiębiorców z branży elektroniki użytkowej mówi Kanownik.

Przejęcie Reala przez Auchan nie zagrozi mniejszym sklepom. Bardziej powinny się one bać dyskontów

CEO Magazyn Polska

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się na przejęcie hipermarketu Real przez Auchan. Zgoda ta ma charakter warunkowy, gdyż Auchan będzie musiał w ciągu półtora roku od zakończenia transakcji sprzedać część swoich placówek. Zdaniem przedstawicieli środowiska właścicieli małych i średnich sklepów nie jest to zagrożenie dla mniejszych placówek. Groźniejszy jest dynamiczny rozwój dyskontów.

Sprzedane sklepy w Szczecinie, Białymstoku, Bielsku Białej, Sosnowcu, Wałbrzychu, Czeladzi, Legnicy i Rzeszowie będą musiały zostać przejęte od Reala. Ich nabywca będzie musiał uzyskać zgodę UOKiK i zagwarantować, że zachowają one swój handlowy charakter.

Porozumienie Auchan z Metro Group, właścicielem marki Real zostało zawarte jesienią 2012 r. Dotyczy przejęcia 91 hipermarketów nie tylko w Polsce, lecz także w Rosji, na Ukrainie i w Rumunii, jak również 13 rosyjskich i rumuńskich galerii handlowych. Zmiana ta zwiększy możliwości sieci w negocjacjach z producentami. Nie powinna jednak okazać się problematyczna dla polskich małych i średnich sklepów.

 Bezpośrednio nie będzie to miało istotnego znaczenia dla małych i średnich sieci handlowych. Jest to nieuchronna część procesu integracji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu. – Tak jak kiedyś znikły z rynku takie marki jak Hit, Geant, tak dzisiaj znika z rynku inna marka. Globalnie liczba tych hipermarketów nie ulegnie jednak zmianie.

Zdaniem Ptaszyńskiego zagrożeniem dla małych i średnich sklepów są dyskonty. Polska Izba Handlu apeluje do rządzących o działania ws. niekontrolowanego rozwoju sieci dyskontów. W opinii jej przedstawicieli zaburzają one równowagę polskiego handlu detalicznego.

 Co więcej w najbliższym czasie będą one wchodziły w segment małych sklepów, co jako małe i średnie sieci postrzegamy jako istotne zagrożenie dla naszego rozwoju. To dla nas spory problem, zwłaszcza że związany ze świętami wzrost sprzedaży w grudniu był znacznie mniejszy niż w 2012 r., a perspektywy na najbliższą przyszłość także nie nastrajają optymizmem – uważa dyrektor generalny PIH.

Nowe lotnisko w Berlinie nie zagrozi Lotnisku Chopina. Większy problem będą miały porty w Poznaniu, Wrocławiu i Zielonej Górze

CEO Magazyn Polska

Warszawskie Lotnisko Chopina po raz pierwszy przekroczyło w ubiegłym roku barierę 10 mln pasażerów. Wciąż jest jednak daleko w tyle za berlińskimi lotniskami, które obsłużyły ponad 26 mln podróżnych. Bartosz Głowacki ze „Skrzydlatej Polski” podkreśla, że przyszłość warszawskiego lotniska zależy przede wszystkim od losów LOT-u. Berlin odbiera bowiem podróżnych przede wszystkim lotniskom z zachodniej Polski.

Głowacki uspokaja, że obydwa warszawskie lotniska, czyli Lotnisko Chopina oraz Modlin, mają zapewniony byt. W 2013 r. łącznie obsłużyły ponad 11 mln pasażerów. Głowacki przypomina, że według prognoz liczba osób podróżujących z polskich lotnisk ma się w ciągu tej dekady podwoić. Okęcie i Modlin mają wystarczającą przepustowość i możliwości rozwoju, by obsłużyć tych pasażerów.

W jego ocenie otwarcie nowego lotniska w Berlinie, które zastąpi obecnie działające Tegel i Schönefeld, wiele nie zmieni. O bezpośredniej konkurencji z Warszawą nie należy mówić, bo stolice Polski i Niemiec dzieli ok. 600 km – zbyt daleko, by walczyć o tych samych pasażerów. Inaczej rzecz wygląda w wypadku Poznania, Wrocławia czy Zielonej Góry.

 – Bardziej zagrożone będą lotniska położone bliżej zachodniej granicy, Poznań, Wrocław. Już nie mówię o Zielonej Górze, które leży praktycznie przy samej granicy niemieckiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Głowacki.

Nie wiadomo jednak, kiedy nowe lotnisko im. Willy’ego Brandta zostanie otwarte. Pierwotnie miało działać już w 2010 r., ale po serii błędów w budowie terminale wciąż są zamknięte. Mogą przyjąć pierwszych pasażerów w tym lub następnym roku.

Zdaniem Bartosza Głowackiego zagrożenie dla lotniska na Okęciu kryje się zupełnie gdzie indziej.

 – Jest jeszcze jedna ważna kwestia – istnienie LOT-u. Jeżeli LOT upadnie, wówczas port lotniczy w Warszawie straci swoje znaczenie, ponieważ nie będzie to hub przewoźnika narodowego – podkreśla Głowacki.

Dodaje, że brakuje współpracy polskiego przewoźnika z Lotniskiem Chopina. LOT-owi brakuje także pomysłu na połączenia krajowe. Obecnie polski przewoźnik oferuje jedynie rejsy z portów regionalnych do Warszawy, zgodnie ze strategią budowy centrum przesiadkowego. Większość z nich jest obsługiwana odrzutowymi Embraerami 170 i 175, a także należącymi do Eurolotu Bombardierami Q400NG. Nie wiadomo jednak, czy wygasająca z końcem stycznia umowa między polskimi liniami zostanie przedłużona.

 – Kilka lat temu były małe samoloty, które dowoziły ludzi z mniejszych portów do hubu w Warszawie, to działało. Po czym nagle ktoś wpadł na pomysł, że może jednak wymyślimy coś innego i ten system zlikwidowano. Co ciekawe, od prawie 10 lat nie udaje się stworzyć polskiego przewoźnika niskokosztowego i w tę lukę wchodzą przewoźnicy zagraniczni, którzy też próbują umocnić się na rynku polskim, organizując tutaj połączenia krajowe – mówi Głowacki.

Od 2 kwietnia loty z Modlina do Gdańska i Wrocławia rozpocznie irlandzki niskokosztowy Ryanair.

 – Może jest to jakiś sygnał, ostatni dzwonek dla naszego narodowego przewoźnika, że coś z tym należy zrobić, żeby wkrótce nie okazało się, że już ani nie będzie LOT-u, ani Warszawa nie będzie hubem narodowego przewoźnika, tylko będzie podrzędnym lotniskiem zagranicznych linii lotniczych – ostrzega Głowacki.

Rosną wydatki firm na reklamę w mediach społecznościowych

CEO Magazyn Polska

To ma być kolejny rok dynamicznego rozwoju reklamy w internecie. Rynek spodziewa się dwucyfrowych wzrostów. Najszybciej rozwijającymi się formami mają być wciąż reklamy w urządzeniach mobilnych i za pośrednictwem social mediów. Serwisy społecznościowe stają się dla firm nie tylko miejscem działań marketingowych, lecz także miejscem do komunikacji z klientami.

Z badania IAB AdEx wynika, że w I półroczu ub.r. wydatki firm na reklamę w internecie wzrosły o ponad 12 proc. w ujęciu rocznym. Tylko w II kwartale ubiegłego roku nakłady na reklamę mobilną wzrosły o 81 proc. rok do roku, a na social media – o 74 proc.

 Jest jeszcze bardzo duże pole do zagospodarowania pod kątem wydatków reklamowych, bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że dzisiaj bez wydatków na reklamę w mediach społecznościowych, praktycznie nie ma szansy na skuteczną promocję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Żukowski z Mint Media.

Firmy dostrzegają coraz większą potrzebę inwestowania w reklamę internetową, a za tym idą coraz większe budżety reklamowe. Natomiast branża reklamowa działająca w oparciu o media tradycyjne w ostatnich latach częściej mówi o słabnącym rynku niż o sukcesie.

Wraz z rosnącymi budżetami na reklamę w sieci będzie rozwijał się poziom oferowanych rozwiązań. Coraz częściej obok podstawowego fanpage’u użytkownicy mediów społecznościowych będą zaczepiani przez interaktywne aplikacje zachęcające do podjęcia konkretnych zachowań konsumenckich.

 – Kiedyś można było sobie założyć fanpage i wirusowo faktycznie to się rozprzestrzeniało, bez wydatków reklamowych. Natomiast dzisiaj bez wydatków nie mamy szansy na osiągnięcie sukcesu, zresztą tak jest też w innych mediach. To jest naturalny proces – twierdzi Żukowski.

Jednym z najpopularniejszych kanałów dotarcia do odbiorców jest dziś Facebook. W ubiegłym roku na tym portalu społecznościowym reklamę wykupiło ponad milion firm. Ponadto 25 mln firm posiada swój fanpage, więc potencjalnie może poszerzyć swoją aktywność i zainwestować w dodatkowe narzędzia reklamowe.

 – Na Facebooku mamy bardzo wiele form reklamowych. Mamy klasyczne bannery, mamy też znacznie bardziej interaktywne i skuteczne formy reklamowe, które wyświetlają się nam w newsfeedzie. I takie reklamy możemy komentować, możemy je lajkować, możemy je udostępniać naszym znajomym – opisuje ekspert.

Wybór formy reklamy w social mediach powinien być uzależniony od celu, jaki firma chce osiągnąć. Od jego precyzyjnego określenia zależy też skuteczność podejmowanych działań, jednak dla wielu firm stanowi to problem.

Serwisy społecznościowe są też coraz częściej wykorzystywane przez firmy do innych celów niż marketingowe. Stają się skutecznym narzędziem komunikacji z klientem.

 – Dotąd mieliśmy call center i formularz na stronie internetowej. Dziś do tego dokładamy fanpage czy aplikację, która nam zapewnia szybszą obsługę klientów – podkreśla ekspert.

Wind Mobile zawarł porozumienie o przejęciu na rynkach wschodzących

W dniu 21.01.2014 do Spółki wpłynęło podpisane wstępne porozumienie dotyczące przejęcia spółki o podobnym profilu działającej na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Przejęcie warunkowane jest pozytywnym zakończeniem badania celu przejęcia (due diligence).

„Pracujemy obecnie intensywnie nad badaniem naszego celu przejęcia. W pierwszych tygodniach lutego kierowany przeze mnie zespół przeprowadzi w siedzibie naszego partnera szczegółowe biznesowe due diligence. Akwizycja daje nam nowe możliwości: silnie wzrostowe rynki zbytu, nowe, atrakcyjne produkty oraz zespół z unikalnym doświadczeniem. Zamiast 4 operatorów, będziemy współpracować z 45. Potencjał abonentów, których obejmiemy naszymi usługami zwiększy się z 40 milionów do 250 milionów. Zaistniejemy na rynkach silnego wzrostu demograficznego, na których młodzi ludzie chętnie korzystają z mobilnej rozrywki. To niepowtarzalna szansa dla Wind Mobile.” – mówi Tomasz Kiser, wiceprezes Wind Mobile.

Wino ma sommelierów, woda kiperów, kawa baristów. A piwo?

Świat piwa kryje w sobie różnorodność smaków, barw i aromatów, a także bogatą kulturę serwowania i degustacji. To kilkadziesiąt gatunków, do których zalicza się tysiące marek pochodzących z browarów rozsianych po całym świecie. Żeby w pełni docenić walory tego trunku, potrzebna jest pogłębiona wiedza oraz trening zmysłów wzroku, węchu i smaku. Takie przygotowanie ma cervesario – piwny ekspert i degustator. Można go spotkać jedynie w Kompanii Piwowarskiej.

Wino ma sommelierów, woda kiperów, kawa baristów. A piwo? Czy jest to trunek na tyle prosty, że nie potrzebuje znawców, którzy potrafiliby ocenić jego smak, zapach, wygląd? Wręcz przeciwnie! Świat piwa jest co najmniej równie bogaty jak świat wina. Składa się na niego kilkadziesiąt głównych gatunków pochodzących z najdalszych zakątków świata. Każdy z nich nie tylko wykorzystuje rozmaite rodzaje słodu i chmielu, czasem z domieszką innych składników, ale także ma swoją indywidualną historię. Z gatunków i piwnych stylów wywodzi się kilkadziesiąt tysięcy marek różniących się kolorem, pianą, zapachem, sposobem podania oraz oczywiście smakiem.

Zawód marzeń dla miłośników piwa

Czasem te różnice to zaledwie niuanse, które ma szanse dostrzec jedynie osoba o olbrzymiej wiedzy i wyostrzonych zmysłach. Właśnie tacy ludzie pracują w Kompanii Piwowarskiej i nazywani są cervesario. Cervesario to piwny ekspert i degustator, osoba, która wie o piwie wszystko
i w pełni potrafi docenić jego wyjątkowy smak i aromat. W sposób perfekcyjny naleje piwo do odpowiedniego szkła i jednocześnie opowie o nim zajmującą historię. Cervesario zna się na piwie jak nikt inny i umie swoją wiedzę przekazać.

– Cervesario to słowo wywodzące się z łaciny. Pochodzi od łacińskiego cervesarius, czyli piwowar. W starożytnym Rzymie piwo nie było napojem warstw uprzywilejowanych, bowiem najchętniej raczyli się nim barbarzyńcy. I właśnie od Celtów zamieszkałych na północ od Alp do łaciny trafiło słowo określające jeden ze szczepów drożdży piwowarskich Saccharomyces cerevisiae i zrobiło karierę w kilku językach europejskich: każdy, kto był na przykład w Hiszpanii, wie, że piwo to cerveza! Fascynujące jest jednak to, że rdzeń „cerv” pojawia się nie tylko w językach celtyckich, ale także w praindoeuropejskim i wielu innych językach, w tym także słowiańskich, gdzie – jako kerm lub karm – oznacza pokarm. I słusznie, bo przecież piwo to właśnie nic innego, jak chleb w płynie… – mówi Paweł Kwiatkowski, rzecznik prasowy Kompanii Piwowarskiej. – Słowo cervesario natomiast łączy w sobie piwowara i impresaria, bo cervesario to ktoś, kto nie tylko zna się na piwie, ale potrafi o nim ciekawie opowiadać, niczym impresario o muzyce.

W Centrum Wycieczkowym LECH, zlokalizowanym przy poznańskim browarze, piwni znawcy – właśnie owi cervesariowie – prowadzą szkolenia dla wszystkich zainteresowanych tematem chmielowego trunku. Podczas takiego spotkania odbywa się m.in. nauka nalewania piwa i doboru szkła, a także warsztaty degustacyjne połączone z treningiem zmysłów. Uczestnicy zostają wyposażeni w wiedzę dotyczącą produkcji trunku i piwnych stylów. Szkolenie to solidna porcja informacji o piwie oraz dobra zabawa, anegdoty i ciekawostki.
– W Kompanii Piwowarskiej uczymy, że piwo to szlachetny, skomplikowany i wyjątkowy trunek. Jednocześnie nie chcemy, żeby spotkania w CW LECH przypominały szkolne lekcje – dlatego przekazujemy piwne ciekawostki, a szkolenia urozmaicone są praktyczną nauką degustacji i serowania. To spotkanie to czysta przyjemność dla uczestników… i dla nas również. Cervesario to wymarzona praca dla każdego miłośnika piwa – mówi Wojtek Brodziak, cervesario w Kompanii Piwowarskiej.

Oferta Centrum Wycieczkowego LECH wystartowała w 2013 roku, spotkania są organizowane głównie dla grup. Dzięki swojej formule 2-godzinna sesja z cervesario może być świetnym uzupełnieniem wyjazdu integracyjnego albo… wieczoru kawalerskiego. Na szerszym forum cervesariowie w Poznaniu dali się poznać w czasie Przyjęcia Noworocznego wydanego przez Prezydenta Poznania, kiedy to ze swadą opowiadali o tajemnicach świata piwa licznie gromadzącym się wokół ich stanowiska gościom.

LOT AMS chce serwisować samoloty światowych linii lotniczych

CEO Magazyn Polska

Zachodnia i wschodnia Europa, Azja, a nawet Australia – to kierunki, w których chce rozwijać się LOT Aircraft Maintenance Services. Spółka zajmująca się obsługą techniczną samolotów korzysta na statusie autoryzowanej bazy obsługi brazylijskich samolotów Embraer. Dzięki nowym umowom wszyscy pracownicy będą mieli zajęcie.

 Naszym głównym klientem nadal są Polskie Linie Lotnicze LOT. Jednakże musimy szukać nowych klientów, żeby zwiększać wolumen pracy, którą chcemy wykonywać. Stąd nasza próba ekspansji zarówno w kierunku zachodnim Europy, jak i na wschód, również do Azji. Jednym z naszych klientów jest też firma australijska AirNorth – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Krynicki, prezes LOT Aircraft Maintenance Services.

Pierwszy efekt poszukiwania klientów za granicą już jest – przed miesiącem spółka podpisała kompleksową umowę z linią BA CityFlyer, która w całości należy do British Airways. LOT AMS będzie obsługiwał regionalne odrzutowce modeli Embraer 170 i 190 tej linii. Umowa dotyczy zarówno poważnych przeglądów (typu C), jak i mniej kompleksowych, a także m.in. utrzymania estetyki zewnętrznej samolotów i przeglądów silników.

LOT AMS zdobył doświadczenie w obsłudze technicznej Embraerów, bo takie same samoloty (typów 170, 175 i 195) ma w swojej flocie LOT. Spółka zajmująca się obsługą techniczną została wydzielona ze struktur polskiego przewoźnika w 2010 r. Po zmianie struktury możliwości LOT AMS były większe niż ilość pracy zlecanej przez PLL LOT – nowe kontrakty pozwolą na zapewnienie pracy wszystkim zatrudnionym. 

 – Niektóre działy nie są w tej chwili w pełni wykorzystane. Szczególnie to ma miejsce w sytuacji, kiedy LOT przekazał swój pool [magazyn – red.] części i napraw, na przykład trapów, poza Polskę. Mamy pewne nieduże rezerwy i chcemy znaleźć klientów, którym będziemy mogli oferować nie tylko przeglądy, lecz także obsługę warsztatową i obsługę części znajdujących się w samolocie. Podpisanie umowy z BA CityFlyers ma oczywiście znaczenie z jednej strony czysto ekonomiczne, z drugiej oznacza zapewnienie miejsc pracy dla naszych pracowników – podkreśla Krynicki.

Dodaje, że kontrakt z przewoźnikiem należącym do British Airways ma też znaczenie prestiżowe i jest świadectwem wysokiej jakości usług oferowanych przez LOT AMS. Spółka obsługuje już ok. 16-20 samolotów rocznie spoza Polski, a z każdym rokiem ich przybywa.

 – W tej chwili nastawiamy się głównie na obsługę samolotów Embraer 170, 190 ze względu na to, że jesteśmy autoryzowaną bazą obsługową Embraera w Europie. Ale obsługujemy tak samo samoloty typu Boeing 737, 767, ATR, Embraer 145 oraz mnóstwo innych typów. Każdy przegląd ma różny czas trwania zależny od ilości zadań. Średnio przegląd trwa około 10-12 dni – tłumaczy Marcin Kwietniak, koordynator produkcji LOT AMS.

Krynicki dodaje, że LOT AMS gwarantuje poza wysoką jakością także krótkie czasy przeglądów. Dzięki temu przewoźnicy mogą w większym stopniu wykorzystywać samoloty.

Spółka obsługuje znacznie więcej samolotów w ramach przeglądów krótkoterminowych – nawet do 10 tygodniowo. Znajdujące się przy warszawskim Lotnisku Chopina hangary LOT AMS mogą pomieścić 10 maszyn. Spółka może też wkrótce rozszerzyć działalność o serwis Boeingów 787 Dreamliner.

 – LOT AMS uzyskał certyfikaty serwisowania dla Dreamlinera, co oznacza, że w niedługim czasie również może przejąć serwisowanie samolotów latających dla LOT-u – podkreśla Krzysztof Moczulski z portalu lotnictwo.net.pl. – Myślę, że LOT AMS ma szansę stać się centrum serwisowym nie tylko dla przewoźników z Europy Środkowo-Wschodniej, lecz także dla głównych linii sieciowych właśnie takich jak BA City Flyer. Perspektywy są całkiem dobre.

Dalsze ograniczenie skupu obligacji przez Fed jest pewne. Reakcja giełd – już nie

CEO Magazyn Polska

Ostatnie posiedzenie Fed z Benem Bernankem jako przewodniczącym zaplanowano na 28-29 stycznia. Kolejne działania Rezerwa Federalna będzie podejmowała już pod wodzą Janet Yellen, dotychczasowej wiceprzewodniczącej banku centralnego. Zdaniem Romana Rewalda, zmiany personalne nie wpłyną na ogólną politykę Fed, w tym ograniczania skupowania aktywów. To z kolei nie musi oznaczać spadków na światowych giełdach.

 – Polityka Fed zmienia się niezależnie od tego, kto jest na fotelu szefa, ponieważ na pewno nastąpi obniżenie QE3, czyli dokładania pieniędzy do gospodarki przez rząd federalny poprzez wykupywanie obligacji państwowych. To rozpoczął Bernanke i nowa szefowa Yellen na pewno będzie to kontynuowała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roman Rewald, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce i partner w Kancelarii Weil, Gotshal & Manges. – Tym bardziej że zapowiadała wcześniej, że jest zwolenniczką powolnego obniżania dopływu nowych pieniędzy do rynku amerykańskiego.

Obniżanie skupu obligacji będzie na pewno powolne – w grudniu Fed obciął jego limit o 10 mld dolarów miesięcznie do 75 mld. Analitycy spodziewają się w najbliższym czasie kolejnych ruchów o podobnej wielkości. Zdaniem Rewalda, to właściwa polityka.

 – Doszło do powolnego, ale znacznego poprawienia się ekonomii amerykańskiej. I teraz wycofywanie się z programu jest niezbędne po to, żeby zaprzestać ingerencji Fedu w gospodarkę, by sama dawała sobie radę, a jednocześnie nie tworzyć ewentualnych pokus na to, żeby tworzyły się bańki inwestycyjne z powodu zbyt dużej ilości pieniędzy wpłacanych przez rząd federalny na rynek – ocenia Rewald.

Sporą niewiadomą jest teraz to, w jaki sposób giełda zareaguje na redukcję QE3. Mimo obaw po grudniowej decyzji Fedu nastąpiły wzrosty a nie spadki. Teraz może być podobnie, tym bardziej że redukcja skupu aktywów dziś jest bardziej spodziewana niż w grudniu. Jak ocenia Rewald – obawy o pęknięcie baniek inwestycyjnych powstałych na skutek dodruku pieniędzy są wciąż uzasadnione.

 – Ale to jest tylko spekulacja, ponieważ Fed redukuje swój udział i wydaje się, że ekonomia jest w stanie pochłonąć te pieniądze, które wchodzą teraz do gospodarki. Wydaje się, że przedsiębiorstwa są dosyć zasobne w fundusze i problem jest taki, że tych pieniędzy nie inwestują tak szybko, jak byśmy chcieli, więc może akcje niektórych przedsiębiorstw są nabrzmiałe. I to może powodować bańki inwestycyjne – mówi ekspert.

Największym problemem dla Amerykanów jest rynek pracy i to od jego kondycji będą uzależnione dalsze posunięcia Fedu, w tym też dotyczące tempa ograniczania QE3. Wprawdzie ostatnie dane pokazały spadek stopy bezrobocia do 6,7 proc. z 7 proc., ale nie szedł on w parze ze wzrostem liczby nowych miejsc pracy. Problem nadal więc istnieje.

 – Fed nie tylko dba o to, żeby była niska inflacja, lecz też o niską stopę bezrobocia. Te dwa czynniki będą wpływały na działalność Fedu w przyszłości. Dopóki inflacja jest niska, to głównym celem Fedu będzie obniżenie stopy bezrobocia – wyjaśnia Rewald.

P. Kuczyński (Xelion): Przez najbliższe pół roku OFE będą kształtowały sytuację na giełdzie. Indeksy pójdą w górę

CEO Magazyn Polska

Najbliższe miesiące na warszawskiej giełdzie upłyną pod znakiem otwartych funduszy emerytalnych i wydarzeń z tym związanych – prognozuje Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Polacy mają czas do końca lipca na podjęcie ostatecznej decyzji, dotyczącej tego, czy zostają w OFE, czy przechodzą do ZUS. Fundusze zrobią wszystko, by przekonać ich do siebie wynikami finansowymi. Jeśli im się to uda, giełda na tym zyska.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy indeks szerokiego rynku WIG stracił prawie 7 proc. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego, wpływ na taki obraz stołecznego parkietu miały wydarzenia związane z reformą systemu emerytalnego i zamieszanie wokół OFE. Te od kilku już miesięcy szykują się do zmiany kształtu portfeli inwestycyjnych. Zgodnie z założeniami reformy, będą musiały przekazać sektorowi publicznemu 51,5 proc. posiadanych aktywów.

 – Z wyliczeń wynikało, że OFE miały za dużo aktywów w akcjach, więc musiały trochę akcji sprzedać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Ponadto rynek wiedział, że mogą sprzedawać, wówczas się nie kupuje od góry, tylko od dołu, czyli obniża się cenę kupna.

Kuczyński dodaje, że sprawa OFE będzie miała wpływ na sytuację na giełdzie jeszcze co najmniej do końca lipca. Według założeń reformy emerytalnej do tego czasu Polacy będą musieli opowiedzieć się za pozostaniem w OFE bądź przeniesieniem zgromadzonych do tej pory środków na subkonto w ZUS.

 – Jeżeli wielu Polaków zostanie w OFE, to wtedy będzie dla giełdy dobrze. Jeżeli niewielu to będzie źle – ocenia Kuczyński. 

Dodaje, że przynajmniej chwilowy spokój gwarantuje tzw. bariera 75 proc., które OFE – zgodnie z zapisami reformowanej ustawy emerytalnej – będą musiały inwestować w akcje.

 – To mogą być miesiące, w których OFE i podmioty zainteresowane tym, żeby OFE odniosły sukces, będą się starały podnieść indeksy, żeby pokazać Polakom, że warto inwestować – dodaje analityk.

Nie tylko OFE psują nastroje inwestorów. Negatywnie na sytuację nad Wisłą wpływają też problemy polityczne w Turcji. Wskutek politycznej zawieruchy indeksy na giełdzie w Stambule poszły ostro w dół. To sprawia, że zła prasa dotyczy wszystkich rynków rozwijających się. Inwestorzy są przekonaniu, że w tym roku przynosić one będą więcej strat niż zysków.

 – Polska i Turcja są w tych samych koszykach inwestycyjnych, i często kiedy inwestorzy sprzedają Turcję, to sprzedają również Polskę – tłumaczy Kuczyński. – Według mnie niesłusznie, ale taka jest ogólna ocena. Dlatego mam wrażenie, że zbliżamy się do schyłku wyprzedaży, o ile już nie osiągnęliśmy jej końca.

Według Piotra Kuczyńskiego z dużą uwagą należy przyglądać się zarówno sytuacji w Stanach Zjednoczonych i decyzjom amerykańskiego banku centralnego, jak i sytuacji gospodarczej w Polsce.

 – Fed, ograniczając skup aktywów, przestaje drukować dolara w nadmiarze, co zazwyczaj szkodzi surowcom i rynkom rozwijającym się – mówi Kuczyński. – Jednocześnie polska gospodarka, niewątpliwie będzie się ożywiała w tym roku, a to ożywienie będzie dosyć mocne; twierdzę, że dobrze powyżej 3 proc. wzrośnie PKB w tym roku.

Spółki mają więc szansę na zyski, co powinno podbić indeksy. Zdaniem Kuczyńskiego, warszawska giełda będzie rosnąć, a to z kolei przyciągnie inwestorów.

Zakaz handlu w niedzielę grozi spadkiem zatrudnienia

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd zajmie stanowisko na temat projektu wprowadzenia wolnych niedziel w handlu. Odniesie się w ten sposób do pierwszego, złożonego jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego roku, projektu zmian w Kodeksie pracy. Z kolei na przełomie roku do Sejmu trafił identyczny projekt obywatelski, pod którym podpisało się 113 tys. osób.

 Zakazu handlu w niedziele najbardziej powinny obawiać się galerie handlowe, sklepy wielkopowierzchniowe oraz wszystkie punkty usługowe, które w takich miejscach funkcjonują, a także ich pracownicy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ignacy Morawski, główny ekonomista FM Bank PBP. – W dłuższym okresie wprowadzenie zakazu handlu w niedziele nie będzie miało bardzo negatywnego wpływu na gospodarkę. Na krótszą metę, w perspektywie rocznej, dwuletniej, część ludzi straci z tego powodu pracę. Zakaz to pomysł ryzykowny i lepiej go w życie nie wprowadzać.

Zamknięcie dużych sklepów spożywczych może spowodować spadek zainteresowania klientów sklepami, placówkami usługowymi i rozrywkowymi w sąsiedztwie. Pogorszy też sytuację osób wykonujących proste prace.

 – Część pracowników w centrach handlowych nie jest w stanie odpracować niedzieli w inne dni. Służby sprzątające nie mogą częściej i więcej sprzątać w tygodniu, pracownicy ochrony też nie zwiększą swojej aktywności w inne dni. W branżach, w których nie da się wygenerować więcej pracy w ciągu tygodnia, zakaz prawdopodobnie doprowadzi do redukcji zatrudnienia – przekonuje główny ekonomista FM Bank PBP.

W opinii ekonomisty, zakaz nie spowoduje spadku obrotów, ponieważ większość popytu przesunie się na inne dni, natomiast w krótkim okresie może spowodować zaburzenia w działalności przedsiębiorstw handlowych.

 – Uważam, że nie powinno się zmieniać obecnego stanu rzeczy. Sondaże wskazują, że opinia publiczna nie jest zdecydowanie za takim rozwiązaniem, nie ma silnych argumentów ekonomicznych. Owszem, zakaz prawdopodobnie pozwoliłby wielu osobom, które muszą wtedy pracować, na odpoczynek w dniu szczególnie istotnym z powodów kulturowych. Ale konsumenci chcą w ten dzień robić zakupy – podsumowuje Ignacy Morawski.

Rośnie sprzedaż polskich mebli. Głównie dzięki rynkowi niemieckiemu

CEO Magazyn Polska

Polscy producenci mebli sprzedadzą w tym roku nawet o 6 proc. więcej, głównie za sprawą powracającej koniunktury w Niemczech. Wartość eksportu polskich mebli w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku wyniosła ok. 20 mld zł. Za granicę trafia nawet 90 proc. produkcji. Na razie trudno liczyć na wzrost sprzedaży mebli w Polsce.

 – Myślę, że producenci mebli mogą się spodziewać wzrostu sprzedaży na poziomie minimum 3-5 proc., może 6 proc. – mówi Wojciech Gątkiewicz, prezes zarządu Grupy Pfleiderer Grajewo SA. – Wyraźnie widać ożywienie na rynku niemieckim i jeśli trend się utrzyma, to aktywność naszych firm meblarskich, a zatem i nasza, będzie wyższa niż w roku ubiegłym. Sygnały, które mamy w tej chwili z rynku, pokazują, że takie możliwości istnieją.

Z kolei polski rynek jest trudny i tu – zdaniem prezesa Grajewa – nie ma co liczyć na gwałtowne wzrosty sprzedaży.

 – To jest pochodna konsumpcji ogólnej, gotowości konsumenta w Polsce do wymiany samochodu, wymiany mebli, zainwestowania w nowe mieszkanie. Polskie społeczeństwo w dalszym ciągu inwestuje o wiele bardziej ostrożnie niż w krajach wysoko rozwiniętych, co czasami przynosi też korzyści, bo łatwiej było nam przejść przez kryzys – wyjaśnia Gątkiewicz w rozmowie z agencją Newseria Biznes.

Grupa Pfleiderer Grajewo koncentruje się w tym roku na rozwoju posiadanych fabryk i nie planuje nowych inwestycji. Prezes wyjaśnia, że chce poprawić sprawność operacyjną i jakość oferty. Rok temu, pod koniec stycznia 2013 roku, firma wycofała się z inwestycji w Rosji i w najbliższych latach nie planuje żadnych akwizycji.

 – Jeśli chodzi o jakiekolwiek przedsięwzięcie związane z budową nowych linii i ewentualnymi aktywizacjami, to wydaje mi się, że na przestrzeni najbliższych 2-3 lat to nie nastąpi. Chcielibyśmy przede wszystkim wykorzystać efekt wyjścia z rynku rosyjskiego na potrzeby rynku krajowego, mocy produkcyjnej, które mamy zainstalowane w Polsce. Ale oczywiście jedyne, co jest stałe, to zmiany i nie traktujemy strategii jak zapisu niezmiennego. Obserwujemy rynek; analizujemy rodzące się możliwości – mówi Gątkiewicz.

Tor Służewiec wkrótce będzie jak nowy

CEO Magazyn Polska

41 mln zł pochłoną remonty i rewitalizacja Toru Służewiec. Tegoroczne derby odbędą się już na odnowionych trybunach, a cała inwestycja powinna zakończyć się w 2015 roku. Obok infrastruktury związanej z organizacją wyścigów konnych pojawią się tereny rekreacyjno-sportowe. Totalizator Sportowy, właściciel obiektu, poszukuje nowych partnerów, którzy otworzą swoje placówki.

Pieniądze na modernizację mają być wydane do początku sezonu w 2015 roku. Trwają prace przy Trybunie I, na kolejne etapy tej fazy remontu przeznaczono 10 milionów złotych. Dzięki usprawnionemu zasilaniu skończą się problemy ze spadkami napięcia i dostawami energii elektrycznej. Przy remoncie dachu Trybuny II zostaną również odnowione balkony, schody przed trybuną i toalety, tak by cały budynek oddać do użytku.

 – Chcielibyśmy, żeby po pierwszym etapie remontu można było rozegrać derby, najważniejszą, klasyczną gonitwę na terenie dwóch trybun, by większa liczba gości mogła oglądać rywalizację. To niezbędne, ponieważ wyścigi zyskują na popularności – podczas Wielkiej Warszawskiej w tym roku na Torze Służewiec było 15 tys. osób – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Stasz, rzecznik prasowy Toru Służewiec.

Bezprecedensowy remont, pierwszy w 75-letniej historii wyścigów, podniesie kategorię toru, zapewni dwa tysiące miejsc zadaszonych i zmieni oblicze całego terenu.

 – To będzie już nie tylko miejsce konnych wyścigów, zamierzamy rozszerzyć możliwości, zapewnić nowe funkcje sportowe i rekreacyjne. Chcemy zbudować ścieżki do biegania i do nordic walkingu – deklaruje rzecznik Toru Służewiec.

Znikną budynki postawione po wojnie, nie pasujące do nowych funkcji Służewca. Zostanie przebudowany tor główny, dobudowane skrzydło Trybuny II, wyremontowana łaźnia, odbudowana wieża ciśnień, zniszczona podczas II wojny światowej. Zamiast takich budynków jak dawno zamknięty hotel robotniczy, pojawią się nowe inwestycje.

 – Przy pomocy firmy PwC szukamy partnerów, którzy wydzierżawią lokalne tereny i postawią swoje obiekty. Oczywiście wszystkie będą powstawać w uzgodnieniu z nami, z Polskim Klubem Wyścigów Konnych i z konserwatorem. Obok wyścigów pojawią się dodatkowe elementy. Służewiec to znakomite miejsce na hotele, pasaże handlowe, halę wielofunkcyjną o charakterze konferencyjno-sportowo-rekreacyjnym – wylicza Przemysław Stasz.

Zdaniem rzecznika Toru Służewiec pomysł na poszerzenie działalności Służewca to wyjście naprzeciw potrzebom warszawiaków. Na razie tor działa w weekendy od kwietnia do listopada. Praktycznie w każdą sobotę i niedzielę odbywają się gonitwy – około 500 rocznie, ale potencjał tego miejsca jest znacznie większy. Ścieżki rekreacyjne to jeden z pomysłów, by przyciągnąć tu gości także w tygodniu.

Dzięki zmianom Służewiec powinien się samofinansować, bez wsparcia z zewnątrz. Totalizator Sportowy zachęca do odwiedzin nie tylko warszawiaków.

 – Współpracujemy z torami we Wrocławiu, w Sopocie i pod Krakowem. Wyścigi mają magiczną moc – przyciągają ludzi. Współpracujemy z mediami, organizujemy konferencje, przeprowadzamy akcje marketingowe, stale rośnie liczba miłośników gonitw, ale liczymy na jeszcze więcej – podsumowuje Przemysław Stasz.

W tym roku Polacy zaciągną 200 tysięcy nowych kredytów hipotecznych

Niskie stopy procentowe, poprawa w gospodarce i uruchomienie programu „Mieszkanie dla Młodych” powinny  zdaniem ekspertów  sprzyjać ożywieniu na rynku kredytów mieszkaniowych. Ubiegły rok należał do najgorszych w dekadzie pod tym względem. W tym analitycy liczą na ok. 200 tysięcy nowych umów.

Od połowy ubiegłego roku stopy pozostają na historycznie niskim poziomie. Stopa referencyjna wynosi 2,5 proc. Zdaniem Rady Polityki Pieniężnej taka sytuacja sprzyja ożywieniu gospodarczemu, stabilizacji rynków finansowych i osiągnięciu celu inflacyjnego.

 – Gdyby nie obniżki stóp, to trudno sobie wyobrazić, jak niska byłaby sprzedaż kredytów mieszkaniowych w 2013 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, analityk Open Finance. – Jak podaje Związek Banków Polskich i tak była ona na gorszym poziomie niż w roku wejścia Polski do Unii Europejskiej, czyli w 2004 czy w kryzysowym 2009 roku.

Zdaniem Kochalskiej sytuacja ta w rozpoczynającym się roku ulegnie poprawie.

Ze względu na poprawę nastrojów i utrzymanie się niskich stóp procentowych można się spodziewać, że będzie lepiej. Oczekujemy, że uda się sprzedać nawet 200 tysięcy kredytów – twierdzi analityczka Open Finance. – Polacy częściej i chętniej zastanawiają się nad tym, czy wziąć kredyt i przychodzą się o niego pytać.

Bardzo duże jest zainteresowanie kredytami w programie „Mieszkanie dla Młodych”. Tym bardziej że wiele osób czekało z zakupem mieszkania przez cały rok, właśnie na nowy rządowy program. Jednak na rynku widać rosnące zainteresowanie również standardowymi kredytami mieszkaniowymi.

Uwaga na wysokie marże

Kredytobiorcy nie mają jednak co liczyć na spadek kosztów kredytu.

 – Klienci muszą być nastawieni na to, że banki nie są skłonne do utrzymywania nawet obecnych cen – zauważa Kochalska. – Widać, że chcą zarabiać na kredytach mieszkaniowych więcej i wciąż podwyższają marże, choć w niewielkim stopniu, ale co jakiś czas drobnymi ruchami je podnoszą. Obniżek można się spodziewać tylko w bankach, które będą chciały odzyskać udział w rynku i zejść z obecnych, bardzo wysokich stawek.

Jak wynika z zestawienia Open Finance, w porównaniu do października wyższe marże ma dziś 5 z 16 banków. Tylko jeden dokonał obniżki, a reszta pozostawiła na niezmienionym poziomie.

Analityczka zwraca uwagę, że to właśnie marżą powinni kierować się klienci, chcący dokonać rozsądnego wyboru.

 – Stopy procentowe i WIBOR są zmienne, a marża w umowie kredytowej zostanie z nami już na zawsze. I gdy stopy pójdą mocno w górę, a marża będzie również wysoka, kredyt okaże się drogim przedsięwzięciem – przestrzega Kochalska.

Ożywienie w budownictwie najwcześniej w przyszłym roku

CEO Magazyn Polska

Szansa na zażegnanie kryzysu w budownictwie infrastrukturalnym pojawi się dopiero w 2015 roku – prognozuje Polski Związek Pracodawców Budownictwa (PZPB). W wielu rozpoczętych postępowaniach przetargowych nie doszło jeszcze do etapu składania ofert, więc zdecydowana większość robót budowlanych ruszy dopiero za kilkanaście miesięcy. Najgorzej jest w sektorach finansowanych ze środków publicznych, a zwłaszcza unijnych.

 – Dzisiaj bardzo dużo projektów zostało ogłoszonych w modelu „zaprojektuj i wybuduj” albo „optymalizuj i wybuduj” – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Nawet jeśli wykonawca wygra przetarg i zawrze umowę, to przez pierwsze parę czy paręnaście miesięcy – to zależy od projektu – będzie musiał wykonać prace projektowe albo zmodyfikować projekty, które już zostały wykonane i uzyskać pozwolenia na budowę.

W przypadku większości rozpoczętych postępowań przetargowych nie doszło jeszcze do etapu zaproszenia wykonawców do składania ofert.

 – Można zakładać, że on nastąpi w lutym, marcu, kwietniu – dodaje Jan Styliński. – Od złożenia oferty do podpisania umowy z wykonawcą spokojnie należy założyć okres czteromiesięczny, w ten sposób już znajdujemy się w okolicach lipca-sierpnia. 

W praktyce oznacza to, że przed końcem 2014 roku nie ma szans na to, by wykonawcy rozpoczęli jakiekolwiek roboty budowlane.

 – Zdecydowana większość robót budowlanych infrastrukturalnych będzie wykonywana dopiero w 2015 roku – potwierdza prezes PZPB. – Dopiero wtedy pojawi się szansa na lepszą sytuację na rynku i zażegnanie dzisiejszego kryzysu.

W jego ocenie obecnie nie ma żadnych innych przesłanek do tego, by stwierdzić, że sytuacja w branży budowlanej poprawi się ciągu najbliższych miesięcy. Co więcej, pod względem zatrudnienia ten rok może być dla budownictwa nawet jeszcze gorszy od 2013 r. Miarą kryzysu w budownictwie jest spadek produkcji budowlanej, który w ciągu ostatniego roku osiągnął w kulminacyjnym momencie 40 proc.

 – Dzisiaj kształtuje się na poziomie około 20 proc. względem stycznia 2013 roku, podczas gdy spadek zatrudnienia osiągnął mniej więcej 13 proc. w tym samym czasie – podkreśla prezes PZPB. – To pokazuje, że firmy, mimo że straciły zamówienia, to jednak nie zwalniały ludzi.

Podkreśla, że w budownictwie sytuacja wygląda najgorzej w sektorach finansowanych ze środków publicznych, a zwłaszcza unijnych. Z tego powodu, że większość z tych inwestycji nie została przygotowana ani od strony projektowej, ani od strony wydatkowania środków. Najlepsza koniunktura panuje natomiast w sektorach związanych z finansowaniem prywatnym.

 – Czyli w szczególności w sektorze mieszkaniowym i w pewnej mierze sektorze budownictwa przemysłowego – podkreśla Jan Styliński. – One są bardziej uzależnione od ogólnego wzrostu gospodarki, zamożności, dostępu do finansowania dłużnego prywatnego a nie publicznego. I tu myślę, że można się około połowy tego roku spodziewać pewnego ożywienia i zwiększenia portfela zamówień.

Biuro Rzecznika Ubezpieczonych: są skargi na wprowadzające w błąd reklamy ubezpieczeń na życie dla seniorów

CEO Magazyn Polska

Do Biura Rzecznika Ubezpieczonych wpływa coraz więcej zapytań i skarg dotyczących ubezpieczeń na życie dla seniorów. Wątpliwości dotyczą zarówno reklamy tego typu produktów, jak i warunków ubezpieczenia. W wielu przypadkach chodzi o odmowę wypłaty świadczeń przez ubezpieczyciela, np. z powodu chorób jakie wcześniej przeszedł ubezpieczony – o czym nie informowano w spocie reklamowym. Eksperci podkreślają, że tego typu wykluczenia zawsze powinny znaleźć się w podpisywanej umowie.

Do Biura Rzecznika Ubezpieczonych wpływają skargi dotyczące zarówno warunków umowy ubezpieczenia na życie dla seniorów, jak i jego faktycznego zakresu ochrony.

 – Biuro Rzecznika Ubezpieczonych śledzi losy tych ubezpieczeń również ze względu na to, że wpływają do nas zapytania, a nawet skargi dotyczące tego typu produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystyna Krawczyk, dyrektor Biura Rzecznika Ubezpieczonych. – Można oględnie powiedzieć, że forma reklamy wiele osób wprowadza w błąd. I w tym jest cały problem.

Zapytania i skargi dotyczą często sytuacji, w której ubezpieczyciel odmawia wypłaty świadczenia.

 – I okazuje się, że ubezpieczyciel interesował się tym, na co wcześniej chorowaliśmy. Jest to często podstawą odmowy wypłaty odszkodowania, świadczenia – wyjaśnia Krystyna Krawczyk.

O takich warunkach reklamy jednak nie wspominają. A wybiórcza informacja, jaka jest w nich podawana, może wprowadzać w błąd i powodować rozczarowanie klientów.

 – Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów też się przyglądał temu produktowi. Reklama jak to reklama, nie ma obowiązku mówić o wszystkim – mówi Krystyna Krawczyk. – Osoby, które zawierają takie umowy, to często starsi ludzie. Reklamy tych produktów są wszędzie i ludzie dają się do nich przekonać.

Informacje o prawach i obowiązkach stron umowy i ewentualnych wykluczeniach zawierają opracowane przez ubezpieczycieli ogólne warunki ubezpieczenia. Co do zasady nie podlegają one negocjacjom ani reklamacjom. Obowiązkiem konsumentów we własnym interesie jest dokładne zapoznanie się z treścią umowy ubezpieczyciela i OWU. Problem w tym, że część klientów tego nie robi, polegając wyłącznie na reklamie, którą widzieli w telewizji.

 – To oznacza, że mogą mieć potem problemy i czuć się głęboko rozczarowane, a nawet wręcz, jak wynika z tonu niektórych listów, oszukane – dodaje dyrektorka Biura Rzecznika Ubezpieczonych. – Rzecznik Ubezpieczonych od 2010 roku zajmuje się tego typu reklamami, prowadzi ożywioną korespondencję z ubezpieczycielami. Wnosi szereg uwag właśnie do kształtu tych produktów, do zapisów umownych.

7% spadek na rynku chemii budowlanej w Polsce w 2014 r.

W 2014 r. ograniczona aktywność inwestorów na rynku mieszkaniowym przełoży się na kolejny słabszy rok dla producentów chemii budowlanej w Polsce – rynek ponownie odnotuje kilkuprocentowy spadek. Ożywienie jest już jednak coraz bliżej, na co wskazuje poprawa indeksu koniunktury w branży chemii budowlanej – z poziomu 8,2 punktu odnotowanego w 2012 r. do 16 punktów na koniec 2013 r.

Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR zatytułowanego „Rynek chemii budowlanej w Polsce 2014 – Prognozy rozwoju na lata 2014-2016”, po ok. 6% spadku w 2013 r., rynek chemii budowlanej w Polsce także w 2014 r. odnotuje kilkuprocentowy spadek, w granicach 7%. Na spadki w tym segmencie materiałów budowlanych kluczowy wpływ będą miały słabe wyniki budownictwa mieszkaniowego, który odpowiada za ok. 80% konsumpcji chemii budowlanej w Polsce. W 2014 r. analitycy PMR oczekują dalszego spadku metrażu ukończonych inwestycji mieszkaniowych, który osiągnie 13 mln m², wobec 16,5 mln m² w najlepszym dla branży 2008 roku. Od 2015 r. powierzchnia nowych mieszkań ponownie zacznie rosnąć.

Szanse na ożywienie rynku chemii budowlanej od 2015 r. potwierdziła także przeprowadzona na potrzeby raportu trzecia edycja badania wśród 300 małych i średnich firm remontowo-budowlanych. Oceny badanych firm na temat obecnej oraz oczekiwanej w przyszłości sytuacji jeśli chodzi o finanse firm, oraz ich portfel zamówień i poziom zatrudnienia okazały się bardziej optymistyczne niż rok wcześniej. W rezultacie, wartość indeksu koniunktury na rynku chemii budowlanej w Polsce wyniosła 16 punktów wobec 8,2 punktów rok wcześniej i 14,7 punktów dwa lata wcześniej.

Na postrzeganie perspektyw rynku na 2014 r. istotny wpływ ma zakres prac, jakimi zajmują się badane firmy. Indeks koniunktury w podziale na specjalizacje najwyższe wartości przyjmuje w przypadku firm zajmujących wylewkami oraz przyklejaniem płytek, choć inne segmenty prezentują się niewiele gorzej. Zdecydowanie większa rozpiętość ocen miała miejsce w poprzedniej edycji badania.

Jak pokazują wyniki badania, wszystkie firmy remontowo-budowlane stosujące chemię budowlaną, niezależnie od wykonywanych prac, najczęściej kupują towar w hurtowniach budowlanych. Najwyższy udział hurtowni odnotowuje się w przypadku systemów ociepleń i zapraw murarskich (ok. 90% wskazań) a po 80% wskazań odnotowały kleje do płytek i zaprawy tynkarskie. W przypadku wylewek podłogowych udział ten wyniósł ok. 60%. Alternatywą dla hurtowni są przede wszystkim markety budowlane, które są bardziej popularne w przypadku mniejszych firm budowlanych. Najważniejszym atutem marketów dla badanych firm jest niska cena i dogodna lokalizacja.

Najnowszy raport firmy PMR bada także zmieniające się trendy na rynku chemii budowlanej i segmentach pokrewnych. „Najbardziej wyrazistym trendem w najnowszej edycji badania jest zdecydowany spadek udziału w robotach murarskich materiałów ceramicznych, na korzyć bloczków z betonu komórkowego, które stały się najbardziej popularnym materiałem ściennym w Polsce. Przełożyło się to także na zdecydowany wzrost popularności zapraw murarskich na cienkie spoiny, kosztem tradycyjnych zapraw grubowarstwowych”, ocenia Bartłomiej Sosna, główny analityk rynku budowlanego w PMR i autor raportu.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek chemii budowlanej w Polsce 2014 – Prognozy rozwoju na lata 2014-2016”.

Kiedy zmiany w zakładowych planach kont?

Zakładowy plan kont tworzony jest obligatoryjnie przez wszystkie osoby prawne oraz inne podmioty gospodarcze, które mają obowiązek prowadzenia pełnej księgowości. Dostosowany do specyfiki firmy, obejmujący konta potrzebne do ewidencjonowania zdarzeń gospodarczych typowych dla konkretnej jednostki, ma duże znaczenie dla informacji zarządczej.

Plany kont w spółkach często niewiele się od siebie różnią. Wynika to zazwyczaj z faktu, że przedsiębiorstwa opierają się na wzorcach publikowanych w prasie fachowej, tworząc odpowiedni plan kont dla swojej jednostki. Każdy z nich musi spełniać wymogi formalne zdefiniowane w Ustawie o rachunkowości z dnia 29 września 1994 r. (DZ.U.1994 Nr 121 poz.591), uwzględniać różnego rodzaju interpretacje, a także wytyczne Krajowych i Międzynarodowych Standardów Rachunkowości.

Najważniejsze cele
Dostosowany do specyfiki firmy zakładowy plan kont, który obejmuje rachunki potrzebne do ewidencjonowania zdarzeń gospodarczych typowych dla konkretnej jednostki, ma duży wkład w informację zarządczą. Rachunkowość zarządcza obejmuje wykorzystywanie informacji kosztowych do kierowania jednostką i jej działalnością, budżetowania oraz podejmowania długookresowych decyzji dotyczących strategii przedsiębiorstwa. – Co ważne, zakładowy plan kont powinien zostać utworzony w taki sposób, by gwarantował realizację podstawowych funkcji: spełnienie zasady rachunkowości finansowej i zarządczej, a także sprawne przeprowadzenie rozliczenia podatkowego – mówi Patrycja Łomińska, team leader w Baker Tilly Poland. – Odpowiednie zorganizowanie zakładowego planu kont jest elementem niezbędnym do wdrożenia w przedsiębiorstwie rozwiązań controllingowych i rozliczania kierowników z uzyskiwanych efektów oraz powierzonych im zadań, a także realizacji budżetu – dodaje ekspert. Zapewnia też łatwy dostęp do raportów i zestawień generowanych z systemów księgowych potrzebnych kadrze zarządzającej w danym zakresie. Taki sposób wdrożenia rachunkowości zarządczej poleca się w szczególności małym i średnim przedsiębiorstwom. Jest rozwiązaniem stosunkowo niedrogim, ze względu na to, że nie wymaga zakupu dodatkowego oprogramowania oraz zatrudniania kolejnych pracowników.

W celu sprawnego rozliczania kosztów powstałych w każdej jednostce organizacyjnej przedsiębiorstwa, należy dokonać takiej modyfikacji zakładowego planu kont, aby pozwalał on na bieżące kontrolowanie kosztów ponoszonych przez poszczególne jednostki. W związku z tym konieczne jest stworzenie w firmie zasad rozliczania kosztów według miejsc ich powstawania. Dzięki temu możliwa będzie kontrola ich poziomu w każdej jednostce organizacyjnej, w dowolnym momencie, bez prowadzenia dodatkowych ewidencji.

Najlepszy czas na aktualizację
Bez względu na datę podjęcia decyzji o wprowadzeniu zmian do planu kont, obowiązuje generalna zasada, że nowy wykaz kont stosuje się od pierwszego dnia danego roku obrotowego. W praktyce oznacza to, że najlepszym momentem na przegląd planu kont oraz jego ewentualną aktualizację jest koniec roku obrotowego.

Nie zawsze jednak wprowadzenie zmian w planie kont jest możliwe z takim wyprzedzeniem. W wielu przypadkach osoby podejmujące tego typu decyzje nie są w stanie przewidzieć wystąpienia sytuacji, która potencjalnie mogłaby tych zmian wymagać. Wynika to z warunków obecnej, dynamicznie zmieniającej się sytuacji gospodarczej. Organy zarządcze często zmuszone są do dokonywania nagłych zmian w ewidencji księgowej i odpowiedniego uwzględnienia nowego planu kont we wcześniejszych okresach sprawozdawczych trwającego roku obrotowego.
Kiedy zmiany są niezbędne

– Przyczyny zmian planu kont mogą być różne – np. zmiana profilu działalności czy rozpoczęcie w trakcie roku produkcji, która dotychczas w jednostce nie występowała, a która oznacza konieczność rozpoczęcia ewidencji produktów gotowych i półproduktów na odpowiedniej, nowej dla jednostki grupie kont – tłumaczy Patrycja Łomińska z Baker Tilly Poland. – Innym przykładem jest konieczność dostosowania planu kont jednostki do nowych potrzeb wewnętrznego (zarząd, dział controllingu), jak i zewnętrznego (zmiana przepisów podatkowych, sprawozdawczość statystyczna) raportowania – kontynuuje ekspert. Nowe raporty to bowiem często konieczność wyodrębnienia kolejnej grupy kosztów albo przyporządkowania ich poszczególnym komórkom organizacyjnym.

Innym, bardzo istotnym bodźcem do zmian ZPK są wewnętrzne zmiany organizacyjne lub wcielenie do grupy kapitałowej, gdy jednostka musi uwzględnić rozwiązania wdrażane przez grupę i dostosować politykę rachunkowości (w tym zakładowy plan kont) do standardów w niej przyjętych. Wymienione zmiany są tym istotniejsze, że spójne rozwiązania pozwalają na łatwiejsze generowanie informacji sprawozdawczej na poziomie grupy i poprawne sporządzanie skonsolidowanych sprawozdań finansowych.

Mając na uwadze powyższe ustalenia dotyczące zmian w zakładowym planie kont, należy stwierdzić, że najlepszym momentem na ich wprowadzenie jest początek roku obrotowego.

Resort gospodarki: na umowie między UE a USA może stracić przemysł energochłonny

CEO Magazyn Polska

Motoryzacja, branża farmaceutyczna i przemysł rolniczy – to polskie branże, które mogą skorzystać na umowie o wolnym handlu między UE a USA. W dużej mierze zależy to od tego, jak szybko firmy dostosują się do wymagań amerykańskiego rynku. Więcej wątpliwości mają przedstawiciele przemysłu energochłonnego, m.in. zakłady chemiczne. – Konieczne będzie podjęcie decyzji, czy takim sektorom należy udzielić wsparcia, czy ostrzec je i skłonić do przyspieszonej restrukturyzacji – mówi Adam Orzechowski z Ministerstwa Gospodarki.

Umowa o wolnym handlu UE z USA, mimo wielu obaw i wątpliwości, budzi ogromne nadzieje na przyspieszenie rozwoju gospodarczego i zwiększenie liczby miejsc pracy na obu kontynentach. Stany Zjednoczone podpisał już 14 takich umów z 20 krajami, jednak porozumienie z UE będzie bezprecedensowe, a liczne sektory gospodarki na umowie skorzystają.

 – Wśród nich będą podmioty polskie i europejskie, szczególnie te, które już są dostosowane do rynku amerykańskiego i jego specyfiki. Właśnie one będą potrafiły jak najszybciej wykorzystać lepsze warunki dostępu do rynku amerykańskiego, które powstaną w wyniku zawarcia tej umowy. Trudno o dokładne wskazania, ale może to być przemysł farmaceutyczny, przetwórstwo rolnicze i przemysł samochodowy. Wszystko zależy od tego, na ile zrozumieją zasady działania rynku amerykańskiego i jak szybko się do tego dostosują – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Orzechowski, zastępca dyrektora Departamentu Polityki Handlowej w Ministerstwie Gospodarki (MG).

Mimo to wątpliwości nie brakuje. Jednym z najważniejszych zagadnień jest nierównowaga cen energii. W latach 2005-2012 ceny gazu dla przemysłu w Stanach Zjednoczonych spadły o dwie trzecie, a w UE wzrosły o ponad jedną trzecią. Obniżki w USA to głównie efekt zwiększonego wydobycia gazu łupkowego. Dzięki temu za Atlantykiem potaniała też energia elektryczna.

 – Ta nierównowaga, szczególnie po ostatnich dokonaniach w zakresie wydobycia gazu łupkowego, sprawia, że możliwy staje się eksport nośników energii z USA do Europy. Powinniśmy zastanowić się, w jaki sposób Unia Europejska jako organizm gospodarczy sobie z tym poradzi i jak to wpłynie na sektory konsumujące duże ilości energii. Trzeba przeanalizować, czy te sektory nie będą przenosić się jako nowe inwestycje do Stanów Zjednoczonych, ponieważ tańsza energia zwiększy ich efektywność – mówi Adam Orzechowski.

Resort gospodarki zapewnia, że w trakcie konsultacji z poszczególnymi branżami będzie starać się identyfikować ewentualne problemy dla produkcji i rozwoju handlu, które mogą być konsekwencją zawarcia umowy między UE a USA.

 – Sprawdzamy sytuację Polski jako członka Unii Europejskiej i jako oddzielnego środowiska gospodarczego w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi tak, by wskazać najbardziej newralgiczne sektory. To przede wszystkim przemysł energochłonny. Konieczne będzie podjęcie decyzji, czy takim sektorom należy udzielić wsparcia, czy ostrzec je i skłonić do przyspieszonej restrukturyzacji – mówi Adam Orzechowski.

W przypadku polskiego przemysłu energochłonnego, który wykorzystuje surowce kopalne, widać coraz większą świadomość potrzeby dostępu do tanich źródeł surowców. Zdaniem przedstawiciela Ministerstwa Gospodarki w części sektora przeniesienie produkcji na inny kontynent jest łatwe, a niższe koszty produkcji w Stanach Zjednoczonych mogą okazać się decydujące. Są jednak branże na tyle lokalne i na tyle inne w sposobie działania od amerykańskich, że trudno przypuszczać, by wyprowadziły działalność poza UE.

Szczególnym przykładem jest rolnictwo: przemysł przetwórczy już zdobył silną pozycje na rynkach europejskich i światowych.

 – Charakter produkcji rolnej w USA jest odmienny nie tylko od produkcji polskiej, lecz także od unijnej. W tym przypadku zderzamy dwa różne sposoby produkcji – bardziej intensywnej produkcji unijnej i bardziej ekstensywnej produkcji amerykańskiej – i dwa różne podejścia do handlu – podkreśla Adam Orzechowski. – By zrozumieć sytuację i osiągnąć porozumienie, staramy się zebrać jak najwięcej postulatów od polskiego przemysłu i również od innych sektorów, od rolnictwa, po sektor zajmujący się ochroną własności przemysłowej. Podobnie jak inni członkowie UE przesyłamy nasze postulaty do Komisji Europejskiej negocjującej warunki umowy. Chcemy wyposażyć KE we wszystkie argumenty i stanowiska krajów członkowskich. Bo bez akceptacji wszystkich krajów członkowskich umowa nie zostanie zawarta – dodaje.

Plany międzykontynentalnego porozumienia UE ze Stanami Zjednoczonymi i zawarcie umowy o partnerstwie handlowym i inwestycyjnym (Transatlantic Trade and Investment Partnership – TTIP), skrótowo określanej umową o wolnym handlu powstały wiele lat temu. W najbliższym czasie mają szansę na realizację, jednak do pokonanie pozostało wiele barier. W popularnym ujęciu chodzi o ograniczenie ceł w handlu obu partnerów, jednak nie cła są najważniejszym problemem.

 – Unia Europejska i Stany Zjednoczone to dwa największe gospodarcze i handlowe organizmy świata. W partnerstwie handlowym i gospodarczym wciąż występują pewne bariery, przy czym w mniejszym aspekcie dotyczą ceł w handlu dwustronnym, w większym tak zwanych barierach pozataryfowych. Są to m.in. procedury wymagane dla dopuszczenia towarów do rynku, certyfikaty, standardy, wymogi i dokumenty niezbędne, by wprowadzić dane towary na rynek europejski lub amerykański – tłumaczy przedstawiciel resortu gospodarki.

R. Petru: oskładkowanie tzw. umów śmieciowych grozi scenariuszem jak w Hiszpanii. Bezrobocie może wzrosnąć

Zapowiadany przez rząd koniec ery tzw. śmieciówek, czyli oskładkowanie umów cywilnoprawnych, może pogorszyć sytuację na rynku pracy. – Brak elastycznych form zatrudnienia jest przyczyną wysokiego bezrobocia w Hiszpanii – ostrzega Ryszard Petru, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich. Ostatnie dane mówią o ponad 25-procentowej stopie bezrobocia, wśród młodych Hiszpanów odsetek jest ponad dwukrotnie większy.

 Nie mam nic przeciw oskładkowaniu tzw. umów śmieciowych, jednak pod warunkiem, że dotyczyłoby to tylko umów do wysokości minimalnego wynagrodzenia. Wydaje mi się, że taka gwarancja jest potrzebna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Petru, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP) i partner PwC.

Propozycja oskładkowania wszystkich umów śmieciowych bez limitu dochodów jest bardziej restrykcyjna. Ekonomiści przestrzegają, że jej konsekwencje będą negatywne dla rynku pracy.

 – Taka decyzja z pewnością może spowodować wzrost bezrobocia. Jeśli, przykładowo, oskładkujemy kogoś, kto zarabia 1,5 tys. zł netto, to pojawiają się dwie możliwości. Albo otrzyma mniej pieniędzy na rękę, ponieważ pracodawca potrąci mu składki z wynagrodzenia, albo zrezygnuje z pracy za mniejsze pieniądze. A tak już się działo – tłumaczy Ryszard Petru.

Ekonomista podaje przykład Hiszpanii, gdzie nie ma elastycznych umów alternatywnych dla etatu.

 – Brak wariantów pośrednich jest powodem wysokiego bezrobocia wśród młodych Hiszpanów. Ludzie wolą pracować na tzw. umowach śmieciowych niż na żadnych. Nie można zwiększać oskładkowania, zabierać więcej pracownikom i pracodawcom, jednocześnie pozostawiając zatrudnienie na tym samym poziomie – uważa przewodniczący TEP. – Czy chcemy doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy staną się nagle przedsiębiorcami i masowo będą przechodzić na działalność gospodarczą? Przedstawiony program to kilka pomysłów, część jest relatywnie niedroga, ale nie prowadzą one do zasadniczych zmian w gospodarce.

Petru pozostaje sceptyczny również wobec obietnic rządowych skrócenia kolejek do lekarzy specjalistów. Jedną z proponowanych metod ma być więcej zabiegów i badań u lekarzy rodzinnych w celu odciążenia przychodni specjalistycznych. Rząd chce też elektronicznie weryfikować zapisy do specjalistów, by wyeliminować umawianie wizyt w kilku placówkach. Pomóc miałoby też dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne.

 – Ograniczenie kolejek jest pożądane, ale wymaga podjęcia niepopularnych decyzji wiążących się ze współpłaceniem za usługi medyczne. Musi być wiadomo, co jest płatne, a co za darmo – państwa nie stać na finansowanie wszystkich usług medycznych. Gdyby było stać, wtedy nie byłoby kolejek – tłumaczy Ryszard Petru.

Ekspert opowiada się za dobrowolnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi, jednak podkreśla, że do tej pory rządzący nie byli w stanie podjąć decyzji o ich wprowadzeniu.

Były szef KNF: klientom firm pożyczkowych może zaszkodzić zarówno nadmiar, jak i niedobór regulacji

CEO Magazyn Polska

Zwiększenie przejrzystości działań firm pożyczkowych oraz wprowadzenie rozsądnych regulacji chroniących klienta – to według ekonomisty Stanisława Kluzy sposób na uporządkowanie rynku pożyczek pozabankowych. Obecnie nad regulacją rynku pracuje Ministerstwo Finansów.

 W pierwszej kolejności rekomendowałbym wprowadzenie rozwiązań polegających na możliwości wykonywania tzw. pasywnego nadzoru. Żeby nadzór, identyfikując firmę udzielającą pożyczki, miał prawo zawsze wejrzeć zarówno w jej sprawozdania finansowe, jak i ofertę klientowską – podkreśla dr Stanisław Kluza, były minister finansów i przewodniczący KNF.

Jego zdaniem, w przypadku wykrycia naruszenia zasad związanych ze sposobem zarządzania środkami finansowymi można by uruchomić procedurę wprowadzenia firmy pod nadzór kapitałowy lub bankowy. Z kolei przy naruszeniach interesów klientów interweniować by miał Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

 Nadzór nad rynkiem finansowym w szczególności powinien być nadzorem nakierowanym na ograniczenie ryzyk systemowych zarówno dla pojedynczych podmiotów, jak i dla całego sektora finansowego, a w rezultacie dla stabilności finansowej w gospodarce – przekonuje Kluza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. Uważam, że nadmiar regulacji jest szkodliwy, ale i niedomiar regulacji również przynosi złe efekty.

Rynek firm pożyczkowych jest dosyć rozdrobniony. Ponieważ pożyczają zwykle małe kwoty, to na poziomie pojedynczego klienta ryzyko nie jest duże.

 Na poziomie całej gospodarki, patrząc na całe środowisko osób niezamożnych i w nagłej potrzebie, jest to istotny segment. Oznacza to, że firmy pożyczkowe w szczególności powinny być przejrzyste w swoich produktach – podkreśla Stanisław Kluza.

Zadłużenie w firmach pożyczkowych szacowane jest na 4 mld zł, co stanowi 0,7 proc. ogólnego zadłużenia gospodarstw domowych. Z usług takich firm korzysta 4 proc. gospodarstw domowych.

Według projektu nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym przygotowanego przez Ministerstwo Finansów, regulacja obejmie m.in.: wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych przy Ministerstwie Gospodarki i minimalnego progu kapitału założycielskiego na poziomie 200 tys. zł, uregulowanie wymiany informacji między bankami i przedsiębiorstwami pożyczkowymi. Resort finansów zaproponował również zwiększenie sankcji za nielegalne prowadzenie działalności bankowej oraz wprowadzenie górnego limitu kosztów pożyczek.

Dywidendy za 2013 rok będą wyższe niż za poprzedni. Zyskają inwestorzy z udziałami w funduszach dywidendowych

CEO Magazyn Polska

Dzięki poprawie gospodarki wzrosną dywidendy wypłacane przez spółki. Wypłaty dla akcjonariuszy za 2013 rok powinny być wyższe niż za poprzedni. Wzrost wartości dywidend to szansa dla osób inwestujących w fundusze dywidendowe.

 Poprawiająca się sytuacja makroekonomiczna znajduje odzwierciedlenie w sytuacji finansowej spółek. To jest już widoczne w wynikach za III kwartał, więc wydaje się, że dywidendy za 2013 rok, czyli te, które zostaną wypłacone w 2014 roku, powinny być wyższe od tych, które były wypłacane za poprzedni rok – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI.

Szczególnie wysokie dywidendy wypłacą firmy, które nie planują wysokich nakładów inwestycyjnych w nadchodzącym okresie. Matras przyznaje że niewiadomą co do wysokości dywidend pozostaje sektor energetyczny, bo już w przyszłym roku ruszą w tym obszarze wielomilionowe inwestycje.

Matras podkreśla, że wypłata dywidend to indywidualna decyzja każdej spółki, dlatego trudno generalizować i mówić o polityce dywidendowej całej gospodarki.

 – Na razie 2013 rok jak i poprzedni wskazuje, że dobra sytuacja finansowa spółek, poprawiające się wyniki i nadpłynność powodują, że dużo spółek dzieli się dywidendami. Natomiast jedne spółki mają przyjętą politykę dywidendową, inne spółki po prostu wypłacają dywidendę w zależności od sytuacji w danym roku – mówi Matras.

Poprawiająca się sytuacja finansowa spółek wypłacających dywidendę jest szansą dla inwestorów, którzy mają udziały w funduszach dywidendowych. Potencjał zysku tego typu funduszy wynika nie tylko ze wzrostu wyceny giełdowej spółek, lecz także z wypłacanych przez nich dywidend.

UniAkcje Dywidendowy to subfundusz dywidendowy Union Investment TFI, który poza Polską inwestuje także w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Polityka inwestycyjna zakłada dobór do portfela perspektywicznych spółek o najwyższych stopach dywidendy, spełniających zarówno szereg wymogów jakościowych, jak również płynności ich akcji.

 – Spółki energetyczne, telekomunikacyjne oraz banki to są spółki, które w ostatnim czasie dzielą się dywidendami i należy założyć, że taka polityka również będzie utrzymywana w kolejnych latach. Do tego grona dołączyła w ostatnim czasie także liczna grupa mniejszych i średnich spółek. Jest to duża grupa spółek przemysłowych, które korzystają na poprawiającej się sytuacji makroekonomicznej – wylicza Matras.

Z płacenia dywidend mogą zrezygnować spółki, które znajdą ciekawe możliwości inwestycyjne, takie jak: budowa nowych zakładów, przejęcia lub rozbudowa mocy produkcyjnych. Matras prognozuje jednak, że spore dywidendy wypłacą spółki z udziałem Skarbu Państwa. Dzielenie się zyskami przez te spółki to ważny element dla procesu łatania dziury budżetowej.

Zakłady Azotowe Kędzierzyn do końca I kwartału chcą znaleźć wykonawcę nowej elektrociepłowni

CEO Magazyn Polska

180 mln zł – tyle wynosi plan inwestycyjny Zakładów Azotowych Kędzierzyn na ten rok. To trzykrotnie więcej niż w 2013 rok, a to dopiero początek zakrojonych na lata dużych inwestycji. Jedna z nich to wybudowanie do końca 2016 roku nowej elektrociepłowni. Spółka chce do końca I kwartału znaleźć wykonawcę tego projektu.

 Dwa główne punkty naszego planu inwestycyjnego to elektrociepłownia i projekt w obszarze OXO nowego plastyfikatora – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Leszkiewicz, prezes Grupy Azoty Zakłady Azotowe Kędzierzyn. – Oczywiście na elektrociepłownię przeznaczymy w tym roku tylko część pieniędzy, które mamy na to zaplanowane, dlatego że tę inwestycję dopiero rozpoczynamy.

W przypadku uruchomienia produkcji nowego plastyfikatora – tereftalanu – zasadnicza część przeznaczonych na ten cel środków zostanie wydana w tym roku, ponieważ spółka chce ukończyć projekt na przełomie 2014 i 2015 roku.

Obecnie trwa przetarg na wykonawcę nowej elektrociepłowni.

 – W tej chwili czekamy na zgłoszenia ze strony inwestorów – mówi Adam Leszkiewicz. – To jest przetarg ograniczony, ponieważ go powtarzamy. Zwróciliśmy się tylko do kilku wykonawców, którzy wcześniej zgłosili swoje oferty, ale z różnych względów nie doszliśmy do porozumienia i nie mogliśmy znaleźć najlepszej oferty. Chcemy proces wybory wykonawcy zakończyć do końca I kwartału.

Równolegle z poszukiwaniami wykonawcy spółka przygotowuje też teren pod inwestycje oraz gromadzi niezbędną dokumentację.

 – Przygotowujemy raport oddziaływania na środowisko i staramy się o pozwolenie na budowę, żeby jak będziemy mieć wybranego wykonawcę, dać mu gotowe dokumenty i żeby przystąpił jak najszybciej do prac budowlanych – mówi Leszkiewicz.

Zakończenie tej inwestycji jest planowane na koniec 2016 r. Moc energetyczna elektrociepłowni to 45-50 MW, a moc termiczna – ok. 250 MW.

 – Dzięki niej będziemy w pełni mieć zagwarantowane ciepło i parę technologiczną oraz w jednej czwartej prąd – wyjaśnia Leszkiewicz.

Kolejne ważne projekty, które mają być realizowane w następnych latach, to m.in. budowa nowej instalacji wytwarzania nawozu RSM (roztworu saletrzano-mocznikowego) oraz modernizacja istniejących instalacji do produkcji mocznika i amoniaku.

Ożywienie na rynku kredytów. Polacy będą więcej pożyczać

CEO Magazyn Polska

–  Kredyty hipoteczne to najbardziej perspektywiczny sektor dla biznesu bankowego – ocenia prof. Leszek Pawłowicz z Gdańskiej Akademii Bankowej. Po słabym 2013 roku w tym eksperci oczekują odbicia. Poprawiające się nastroje konsumentów dobrze wróżą również rynkowi kredytów gotówkowych.

 Kredyty mieszkaniowe nadal mają duży potencjał biznesowy dla banków. Jeśli chodzi o relację kredytów konsumpcyjnych do produktu krajowego brutto, to w Polsce jest ona nieco wyższa niż średnia unijna. Natomiast w przypadku relacji kredytów mieszkaniowych do PKB jest ona ponad dwa razy niższa – tłumaczy prof. Leszek Pawłowicz z Gdańskiej Akademii Bankowej.

Dlatego, jego zdaniem, rynek kredytów hipotecznych ma dziś duży potencjał i można spodziewać się na nim boomu w nadchodzącym czasie.

 – Oby nie za duże, bo wszystko musi być w granicach rozsądku. Kiedy ceny nieruchomości zaczynają iść w górę, to trzeba bardzo ostrożnie udzielać kredytów mieszkaniowych, żeby nie przedobrzyć i nie spowodować kolejnej bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości – przestrzega prof. Pawłowicz w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W ostatnich latach rynek nieruchomości przeszedł fazę kryzysu, bo ceny nieruchomości spadały. Wydaje się, że ta tendencja na rynku nieruchomości się odwraca. Potwierdzają to analizy firmy Home Broker, według których ceny mieszkań w Polsce idą w górę – w końcówce roku Indeks Cen Transakcyjnych wzrósł o prawie 11 proc. w ujęciu rocznym, choć ubiegłoroczna baza była wyjątkowo niska. 

 – Ceny mieszkań nieznacznie w ostatnim okresie zaczęły rosnąć. Najpierw się ustabilizowały, później zaczęły rosnąć, co jest dobrą perspektywą dla rynku mieszkaniowego i pozwala bankom w sposób bezpieczniejszy udzielać takich kredytów. Nastąpi odbicie, wyjście z kryzysu na rynku nieruchomości – prognozuje prof. Leszek Pawłowicz. 

Także rynek kredytów konsumpcyjnych wykazuje tendencję wzrostową, na co mają wpływ symptomy świadczące o poprawiającym się stanie gospodarki. 

 – Od dwóch kwartałów poprawia się rynek kredytów konsumpcyjnych, dlatego że nastroje konsumenckie się poprawiły, ludzie robią więcej zakupów. Odczuwają mniejsze ryzyko destabilizacji, utraty pracy, mimo że wskaźnik oficjalnego bezrobocia wzrósł ostatnio, to te zagrożenia, które były u progu roku 2013 wydawały się dużo większe niż się zrealizowały. W związku z tym pesymizm konsumencki był dużo większy, to się zmienia, i widać na tym rynku poprawę nastrojów. A jeśli ktoś bierze kredyt na zakup sprzętu gospodarstwa domowego czy na remont mieszkania, to bierze go wtedy, kiedy ma nadzieję, że nie utraci pracy, kiedy ma lepszą perspektywę – tłumaczy prof. Leszek Pawłowicz.

Cyberprzestępczość coraz więcej kosztuje polskie firmy i prywatnych użytkowników internetu

CEO Magazyn Polska

Choć 70 proc. internautów w Unii Europejskiej twierdzi, że potrafi robić zakupy przez internet i korzystać z bankowości elektronicznej, to w praktyce robi to jedynie połowa z nich. 37 proc. ankietowanych przez Eurobarometr obawia się nieuczciwego wykorzystania danych osobowych, a 35 proc. ma wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa płatności internetowych. Przyczyną są obawy przed cyberprzestępczością, która zagraża zarówno prywatnym użytkownikom, jak i firmom.

Zdaniem ekspertów tego typu obawy nie są pozbawione podstaw, jednak cyberataki zagrażają bardziej firmom niż osobom prywatnym. Chodzi tu o zagrożenia wewnętrzne, związane choćby z sieciami społecznościowymi bądź z przechowywaniem danych. Eksperci z Check Point zwracają także uwagę na niebezpieczeństwo związane z urządzeniami mobilnymi. Już w 2012 r. ilość złośliwego oprogramowania, które znaleziono na nich zwiększyła się aż o 60 proc.

 – W 2014 r. największe niebezpieczeństwo będzie naszym zdaniem związane z tzw. atakami celowymi, na które nie ma obecnie remedium – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Wójtowicz, dyrektor zarządzający Check Point. – Szacuje się, że na świecie co tydzień powstaje około 100 tys. nowych wirusów. Wiele z nich powstaje na podstawie nieznanych nam sygnatur bezpieczeństwa, co oznacza, że nie wiemy, jak się przed nimi bronić.

Pokrewnym zagrożeniem są ataki wymierzone bezpośrednio przeciwko infrastrukturze danej firmy czy instytucji.

 – Chodzi tu o ataki ze strony przeciwników motywowanych bądź chęcią zaszkodzenia nam, bądź po prostu chęcią wyłudzenia pieniędzy. Takie ataki na serwery czy strony internetowe również będą poważnym zagrożeniem w rozpoczynającym się roku – mówi Wójtowicz.

Jak podaje raport „2013 Cost of Cyber Crime Study”, między 2012 a 2013 r. nastąpił ok. 50-procentowy wzrost strat, które firmy z całego świata poniosły w wyniku cyberataków. W 2012 r. firmy straciły 591 tysięcy dolarów, a w 2013 r. – już ponad milion dolarów. Najbardziej zagrożone były firmy zajmujące się usługami finansowymi, energetyką oraz przedsiębiorstwa użyteczności publicznej.

Według raportu „Global Security IT Risks 2013” (Kaspersky Lab) największe straty w wyniku cyberataków poniosły przedsiębiorstwa z Azji, Pacyfiku i Ameryki Północnej. Mniejsze zanotowały firmy europejskie, południowoamerykańskie i rosyjskie. Z kolei przedsiębiorcy w Polsce stracili w ubiegłym roku przez działania hakerów ponad 100 mln zł.

 – W Polsce te liczby są mniejsze, ale wiele polskich firm może dużo stracić wizerunkowo, jeżeli nie zainwestuje w ochronę swojej infrastruktury – zauważa Wójtowicz.

W pewnym sensie zagrożenie cyberprzestępczością zwiększa przechowywanie danych w chmurze. Oznacza to bowiem utratę kontroli nad własnymi zasobami.

 – Z drugiej strony dobrze wykorzystana chmura jest dużą szansą na skuteczną walkę z cyberprzestępczością – mówi dyrektor zarządzający Check Point. – Będzie tak, jeśli pozwolimy na współpracę różnych podmiotów w zwalczaniu zagrożeń informatycznych. Mam tu na myśli choćby chmurę producentów systemu bezpieczeństwa klientów, którzy w swojej bieżącej pracy wykrywają tego typu zagrożenia w swojej infrastrukturze – dodaje.

Przedsiębiorcy muszą zdecydować o formie opodatkowania. Dziś mija termin

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj mija termin składania przez przedsiębiorców oświadczeń dotyczących formy opodatkowania w 2014 roku. Osoby prowadzące własną działalność gospodarczą mogą zdecydować się na ryczałt, 19-proc. podatek liniowy bądź formę podstawową, czyli opodatkowanie według zasad ogólnych. Podatnicy, którzy nie dotrzymają terminu, i do 20 stycznia nie złożą odpowiedniego wniosku do urzędu skarbowego, będą się rozliczali według zasad stosowanych w latach poprzednich.

Osoba rozpoczynająca własną działalność gospodarczą wybiera formę opodatkowania PIT z chwilą składania wniosku o wpis do ewidencji przedsiębiorstw. Na początku każdego roku kalendarzowego może tę formę zmienić. Ma na to czas do 20 stycznia.

 – Podatnicy powinni uzależnić wybór formy opodatkowania od przedmiotu prowadzonej działalności, od przewidywanych kosztów i wydatków czy też od osiąganych przychodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominika Dragan-Berestecka, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Jedną z możliwych opcji jest ryczałt od przychodów ewidencjonowanych, obliczany według stawek 3-proc., 5,5-proc., 8,5-proc., 17-proc. i 20-proc. Wysokość stawki zależy od źródeł osiąganego przez podatnika przychodu.

 – Stawka zależy od tego, jaki rodzaj działalności prowadzimy – mówi doradca podatkowy.

3-proc. stawka przewidziana jest na przykład dla osób prowadzących działalność gastronomiczną, 5,5-proc. – m.in. dla działających w branży budowlanej. Najwyższą, 20-proc. stawką obłożone są osoby prowadzące działalność gospodarczą w ramach tzw. wolnych zawodów, czyli lekarze, weterynarze, tłumacze czy nauczyciele. Wysokość poszczególnych stawek reguluje Ustawa o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne.

W przypadku ryczałtu opodatkowywany jest przychód. Prowadzący działalność nie musi np. prowadzić szczegółowej ewidencji kosztów uzyskania przychodów.

 – Z drugiej strony musimy pamiętać, że wybór opodatkowania według ryczałtu uniemożliwia nam rozliczanie kosztów prowadzonej działalności – tłumaczy Dominika Dragan-Berestecka.

To ważne zwłaszcza z punktu widzenia przedsiębiorców, którzy dużo inwestują. Dla nich taka forma opodatkowania może okazać się mało opłacalna, a to nie jedyny jej minus. Ryczałtowiec nie może na przykład skorzystać z tzw. ulgi na dzieci bądź rozliczać podatku rocznego z małżonkiem lub z dzieckiem. Przepisy nie dopuszczają takiej możliwości.

Od przychodu opodatkowanego według ryczałtu można natomiast odliczyć wydatki ponoszone na cele rehabilitacyjne czy internet oraz składki na ubezpieczenia społeczne lub zdrowotne zapłacone przez podatnika.

 – Oczywiście pod warunkiem, że one nie zostały zaliczone do kosztów uzyskania przychodu z innego tytułu bądź nie zostały odliczone od dochodu, jeżeli podatnik ma jakieś inne źródła przychodów, które opodatkowuje według skali podatkowej – dodaje Dragan-Berestecka.

Ryczałtowcy mogą też odliczyć od przychodu darowiznę na cele pożytku publicznego oraz przekazać 1 proc. swojego podatku na organizacje realizujące takie cele.

Ryczałt nie jest dostępny dla wszystkich. Z tej formy opodatkowania skorzystać mogą przedsiębiorcy rozpoczynający dopiero swoją działalność bądź funkcjonujący już na rynku, ale których roczne przychody nie przekroczyły 150 tys. euro, czyli nieco ponad 633 tys. zł.

Rząd pracuje nad oskładkowaniem wynagrodzeń rad nadzorczych

CEO Magazyn Polska

Oskładkowanie wynagrodzenia członków rad nadzorczych doprowadzi do zwiększenia dojrzałości polskiego rynku kapitałowego  uważa prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów. Dzięki temu, że spółki poniosą większe koszty utrzymania rad, będą mogły od nich więcej wymagać. 

 – Jestem zwolennikiem oskładkowania rad nadzorczych, ponieważ to będzie korzystne przede wszystkim dla członków rad nadzorczych, a w dalszej perspektywie dla polskiego rynku kapitałowego – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Nartowski, prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów. – Chodzi o to, żebyśmy mogli z czasem wykształcić korpus zawodowych członków rad nadzorczych.

Rządowy projekt zakłada wprowadzenie składki emerytalnej i rentowej od umów członków rad nadzorczych. Do tej pory nie były one oskładkowane. Zdaniem Nartowskiego taki stan rzeczy nie służył samym członkom rad.

 – Przez 15 lat pracuję ciężko w radach nadzorczych, kosztem mojej pracy zawodowej, bo to nie jest praca z doskoku, i będąc na emeryturze nie korzystam z tego, bo przecież od moich wynagrodzeń nie były odprowadzane składki – mówi prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów.

Jak podkreśla, oskładkowanie rad nadzorczych przyczyni się do zwiększenia dojrzałości polskiego rynku kapitałowego, bo w radach nadzorczych powinni pracować ludzie kompetentni i doświadczeni.

 – Media straszą, że w momencie, kiedy zostaną oskładkowane wynagrodzenia, to spółki stracą, bo będą musiały więcej płacić za swój nadzór. Otóż uważam, że w takiej sytuacji spółki mogą więcej wymagać od nadzoru. Nadzór ma wzbogacać spółki i wzbogacać inwestorów – mówi Nartowski. – Jednym słowem rada nadzorcza buduje wartość nadzorowanej spółki. Dlatego nie liczyłbym tego w kategoriach, ile złotych więcej albo mniej będzie kosztował nadzór, tylko na ile wzrośnie zaufanie do danej spółki na rynku.