Pionierska pamięć DRAM dla urządzeń mobilnych od Samsunga

Firma Samsung ogłosiła, że opracowała LPDDR4 (Low Power Double Data Rate 4) – pierwszą na świecie 8-gigabitową kość DRAM przeznaczoną dla urządzeń mobilnych.

Nowa pamięć DRAM typu LPDDR4 znacząco przyczyni się do szybszego rozwoju globalnego rynku pamięci DRAM dla urządzeń mobilnych, który już niedługo będzie stanowił największą część całego rynku pamięci DRAM – powiedział Young-Hyun Jun, główny wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu pamięci w Samsung Electronics. Chcemy pozostawać o krok przed konkurencją oferując najbardziej zaawansowane kości DRAM dla systemów mobilnych, które pozwolą światowym producentom OEM możliwie najszybciej wprowadzać na rynek innowacyjne urządzenia mobilne, charakteryzujące się niezwykłą wygodą użytkowania.

8-gigabitowa kość LPDDR4 firmy Samsung zapewni najwyższą gęstość zapisu, szybkość i wydajność energetyczną wśród pamięci mobilnych. Dla użytkowników urządzeń przenośnych będzie to oznaczało szybsze, lepiej reagujące aplikacje, więcej zaawansowanych funkcji i ekrany o wyższej rozdzielczości przy zachowaniu maksymalnej wydajności baterii.

8-gigabitowa kość LPDDR4 jest wykonana w procesie technologicznym 20-30 nanometrów i mieści 1 gigabajt (GB) danych, co stanowi największą gęstość dostępną obecnie wśród układów DRAM. Pojedynczy 4-gigabajtowy moduł LPDDR4, zawierający cztery kości 8 Gb, zapewnia najwyższy poziom wydajności.

Dodatkowo, 8-gigabitowa kość LPDDR4 wykorzystuje interfejs wejścia-wyjścia typu LVSTL (Low Voltage Swing Terminated Logic). Został on zaproponowany przez firmę Samsung stowarzyszeniu JEDEC, które ustala standardy dla technologii pamięci. Stworzyszenie zatwierdziło go jako część podstawowej specyfikacji pamięci LPDDR4. Dzięki nowemu interfejsowi kość LPDDR4 umożliwi transfer danych z prędkością 3200 megabitów na sekundę (Mbps) na pin, czyli dwukrotnie szybszy niż oferowany przez produkowane aktualnie masowo w procesie 20-30 nm pamięci LPDDR3. Kość LPDDR4 zapewni o 50 procent wyższą wydajność niż najszybsze dostępne obecnie pamięci LPDDR3 i DDR3. Co więcej, nowa pamięć pracuje pod napięciem 1,1 wolta i pobiera aż 40 procent mniej energii. Planowane zastosowanie dla nowej pamięci to przede wszystkim najwyższej jakości sprzęt mobilny jak smartfony, tablety i supercienkie notebooki z wyświetlaczami Ultra HD, oferującymi czterokrotnie wyższą rozdzielczość niż rozdzielczość HD, a także wysokowydajne systemy sieciowe.

Samsung jest liderem na rynku pamięci DRAM do zastosowań mobilnych, zarówno jeśli chodzi o wprowadzanie nowych technologii, jak i wyniki sprzedaży. Przodującą pozycję na rynku zapewniły jej 4- i 6-gigabitowe kości LPDDR3. W listopadzie 2013 roku Samsung wprowadził na rynek najcieńszy i najmniejszy 3-gigabajtowy moduł LPDDR3 (oparty na kościach 6 Gb), a w nowym roku zamierza zacząć dostarczać nowe 8-gigabitowe kości LPDDR4. 8-gigabitowa kość DRAM do zastosowań mobilnych przyczyni się do szybkiego rozwoju rynku dla wysokiej gęstości układów DRAM w urządzeniach mobilnych nowej generacji.

Komentarz indeksowy BossaFX 3 stycznia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 3 stycznia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W 2013 r. upadło prawie tysiąc firm. Dwa razy więcej niż pięć lat temu

W ubiegłym roku upadłość ogłosiło 926 firm. W porównaniu  do 2012 r. ich liczba była mniejsza, ale tylko o 15 firm. Jeszcze pięć lat temu rocznie upadało o połowę mniej firm. Najgorzej było wśród firm produkcyjnych skoncentrowanych na rynku wewnętrznym, a także w budownictwie. Rok 2014 może przynieść ponowny wzrost liczby upadłości.

W ubiegłym roku upadły firmy o łącznym obrocie ok. 14,1 mld zł, zatrudniające ponad 42 tysiące osób. W samym grudniu ogłoszono upadłość 58 przedsiębiorstw.

 – Liczba upadłości, która w dosyć wyraźny sposób odzwierciedla kondycję przedsiębiorstw, w roku 2013 była bardzo zbliżona do tego, co się działo w roku 2012. Monitory Sądowe i Gospodarcze opublikowały 926 upadłości orzeczonych przez polskie sądy. Rok wcześniej ta liczba była niewiele większa – 941 upadłości. Widać więc, że przełomu jeszcze nie ma, nie ma dużego spadku, ale także liczba upadłości już nie rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Błachnio z Euler Hermes.

Choć ich liczba nieznacznie spadła, wciąż jest ponad dwa razy większa niż pięć lat temu. W 2008 roku odnotowano 420 upadłości. Podobnie wygląda sytuacja w całej Europie. Liczba upadłości jest ok. jedną czwartą wyższa niż cztery lata temu.

W pierwszej połowie roku dominowały upadłości firm produkcyjnych. Jednak ich kondycja poprawiła się w kolejnych miesiącach wraz ze wzrostem eksportu. Druga połowa roku była znacznie gorsza dla firm produkujących na rynek wewnętrzny. Wzrost sprzedaży za granicę przyniósł ulgę m.in. dla firm wytwarzających części maszynowe, elektryczne, a także z branży spożywczej. W sumie upadłość ogłosiły 233 firmy produkcyjne (wobec 220 w 2012 roku).

Wciąż upada także dużo firm budowlanych (253 wobec 273 przed rokiem). W ubiegłym roku nie były to już duże przedsiębiorstwa, których wiele miało kłopoty rok wcześniej. W 2013 r. z problemami zmagały się głównie małe firmy, działające na rynkach lokalnych i regionalnych. Sytuacja w budownictwie powinna poprawić się jednak w tym roku.

 – Te inwestycje cały czas jeszcze się nie odbudowały i wciąż jest czkawka po Euro. Spodziewany jest wysyp nowych inwestycji wraz z nową perspektywą. W ubiegłym roku były już ogłaszane i rozstrzygane nowe przetargi. Ale rozpoczęcie tych inwestycji i  napływ nowych środków do firm budowlanych to jest najwcześniej połowa dopiero tego roku – przewiduje Błachnio.

Dodaje, że w produkcji i handlu większym problemem niż inwestycje są niestabilne rynki finansowe. Firmom trudniej zdobyć kredyty, a należności są płacone z opóźnieniem. Pomaga nieco wsparcie państwa, które gwarantuje pożyczki bankowe, ale to zbyt mały napływ środków.

 – Wzrost sprzedaży, który oddaje produkt krajowy brutto rzędu 1-2, nawet 3 proc. to cały czas jest zbyt mało, żeby napływ gotówki na rynek przyspieszył rozliczenia pomiędzy firmami i zahamował ich upadłości – ocenia Błachnio. – Niestety w Europie w 2014 roku spodziewany jest wzrost liczby upadłości, może niewiele, bo około 1-2 proc., ale jednak. I nie będzie to dotyczyło tylko Hiszpanii, Włoch czy krajów Beneluksu, ale także Europy Środkowo-Wschodniej.

W Polsce w 2014 r. liczba upadłości może wzrosnąć o ok. 3 proc. Jest to związane z wciąż osłabioną europejską gospodarką, która jest głównym rynkiem dla polskich eksporterów. Euler Hermes prognozuje, że w Czechach wzrost liczby upadłości będzie na poziomie 10 proc., a w Rosji – 5 proc.

W ubiegłym roku najwięcej firm upadło na Mazowszu (169), ale i tak było ich mniej niż w 2012 roku – w I połowie roku spadek liczby upadłości wynosił nawet 30-40 proc. Drugie miejsce zajęło woj. dolnośląskie (145), ale tu wzrost w porównaniu z ubiegłym rokiem wyniósł 23 proc. Jeszcze szybciej rosła liczba upadłości w woj. kujawsko-pomorskim, małopolskim i świętokrzyskim.

Giełda 2014: więcej debiutów, więcej obligacji, więcej zysków

Ten rok na warszawskiej giełdzie ma być lepszy niż 2013 – uważa prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. Powinno być więcej debiutów, więcej ma być także emisji obligacji korporacyjnych. Inwestorzy i emitenci przygotowują się do zmian w raportowaniu spółek, które mają wejść w życie w kolejnych latach.

 – Końcówka roku na giełdzie była bardzo optymistyczna. Pojawiło się kilka istotnych ofert i mam nadzieję, że to jest dobra zapowiedź na rok 2014 mówi Mirosław Kachniewski, prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.  Od dawna wiemy, że giełda w pewnym sensie wyprzedza koniunkturę gospodarczą i dzisiejsza sytuacja zdawałaby się to potwierdzać. Mamy pewien wysyp ofert na giełdzie, mamy pewne zwyżki notowań na giełdzie i mam nadzieję, że to dobrze prognozuje na rozwój gospodarczy w roku przyszłym, a przez to na kolejne oferty.

Jak dodaje Kachniewski, swój impet stracił nieco NewConnect. Wciąż jest na nim więcej debiutów niż na głównym parkiecie (tam w ubiegłym roku było ich 23, w tym kilka przejść z NewConnecta), jednak nie ma już takiej dynamiki jak w latach poprzednich. W kończącym się roku na NC weszło 40 spółek.

 – Rynek NewConnect tradycyjnie jest rynkiem dużo bardziej obfitym niż rynek regulowany. Z tego względu, że tamte oferty są dużo łatwiejsze, tańsze i mniejsze, a więc ten wolumen jest stosunkowo duży, choć wartość mała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kachniewski.

Ten rok może również przynieść rozwój obligacji korporacyjnych. Te wśród inwestorów cieszą się coraz większą popularnością. W 2013 roku było wprawdzie kilka bardzo udanych emisji, jak choćby papierów Orlenu, ale finansowanie długiem wciaż nie jest szczególnie popularne wśród firm.

 – O ile wydaje mi się, że inwestorzy dojrzali już do obligacji, jest na nie coraz większy popyt, o tyle nie ma jeszcze istotnej podaży. Emitenci wciąż wstrzymują się z takimi decyzjami i, choćby końcówka roku pokazała, że wiele spółek zdecydowało się na finasowanie poprzez emisje akcji – odkreśla prezes SEG. 

Nadchodzące lata będą dla giełdy czasem wielu zmian regulacyjnych. W 2015 i 2016 roku wejdą w życie przepisy w istotny sposób zmieniające formułę raportowania spółek. Za dwa lata zniknąć mają raporty kwartalne, zostaną tylko półroczne i roczne. Rok później prawdopodobnie zaczną obowiązywać przepisy (jeszcze ostatecznie nieogłoszone), które dotyczą samej treści raportów.

 – Dzisiaj jest to uregulowane w ten sposób, że mamy dość szczegółowe rozporządzenie, które określa, co spółka powinna raportować. Po wejściu w życie regulacji tego rozporządzenia nie będzie, pozostanie bardzo gumowa definicja informacji cenotwórczej i na tej podstawie emitenci będą musieli określać, co powinni publikować, a czego nie mówi ekspert. 

Jak podkreśla Kachniewski, Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych chce, żeby po wejściu w życie tych zmian inwestorzy dostawali lepsze informacje niż do tej pory. I żeby dotyczyły one rzeczywiście istotnych dla spółek spraw.

 – Są spółki, które wysyłają setki raportów rocznie i trudno się przez to przedrzeć, żeby znaleźć coś rzeczywiście ważnego. Z drugiej strony, będziemy starali się motywować emitentów, aby informowali o wszystkim, co jest dla spółki i dla inwestorów ważne – mówi prezes SEG. Jesteśmy w trakcie przygotowywania pewnych rekomendacji, które mam nadzieję zostaną właściwie przyjęte przez rynek i w szczególności przez emitentów.

 

Poprawia się sytuacja na rynku pracy, ale zatrudnienie będzie zwiększać się bardzo powoli

Na rynku pracy panuje umiarkowany optymizmu. Wartość opublikowanego przez Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych Wskaźnika Rynku Pracy od lipca ubiegłego roku spada, co jest oznaką poprawy nastrojów i stabilizacji wśród pracodawców. Poprawa w tym roku będzie jednak nieznaczna, a trwała nastąpi dopiero w przyszłym roku.

Publikowany przez BIEC Wskaźnik Rynku Pracy to tzw. wskaźnik wyprzedzający, czyli informujący o przewidywanych zmianach na rynku pracy. W grudniu jego wartość wyniosła 90,6 i był to kolejny miesiąc spadków jego wartości od lipca ubiegłego roku. Im niższa wartość WRP, tym lepsza sytuacja na rynku pracy.

 – Można się spodziewać, że stopa bezrobocia w 2014 roku w okresach letnich może spadać głównie ze względów sezonowego ożywienia. Natomiast na jakąś radykalną poprawę na rynku pracy na razie nie możemy liczyć. Trzeba pamiętać, że ten rynek reaguje z ogromnym opóźnieniem w stosunku do tego, co się dzieje w sferze realnej gospodarki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Maria Drozdowicz-Bieć z Biura Inwestycji i Cykli Ekonomicznych.

Podkreśla, że umiarkowany optymizm na rynku pracy ma związek z poprawą koniunktury w gospodarce. Ale pracodawcy nie od razu zareagują na wzrost PKB.

 – Pracodawcy mają możliwości zwiększania nakładów pracy nie zwiększając etatów. Czyli mogą wydłużać czas pracy, mogą zatrudniać na formy nieetatowe, czyli na przykład na umowę zlecenie, o dzieło. W związku z tym te przesunięcia na rynku pracy czasami zajmują rok, nawet dwa lata, kiedy widać trwałą i naprawdę wyraźną poprawę. Tego w 2014 roku prawdopodobnie jeszcze nie zobaczymy – przewiduje prof. Drozdowicz-Bieć.

Dodaje, że problemem polskiego rynku pracy nie są koszty pracy, bo te są na poziomie średniej europejskiej. Opodatkowanie pracy to 22-23 proc. – dokładnie tyle, ile średnia całej UE. Jednak niezbędna jest poprawa warunków dla małych i średnich przedsiębiorstw, które dają ponad 60 proc. miejsc pracy w gospodarce.

 – I po to, żeby miejsca pracy były tam kreowane, to małe przedsiębiorstwa muszą zacząć myśleć o ekspansji. Czyli po prostu muszą zacząć inwestować. Dopóki borykają się z wysokimi kosztami, dopóki to ożywienie jest tak niemrawe, jak widzimy w tej chwili, to niestety nie będą kreować nowych miejsc pracy, a w związku z tym również i zmiany w stopie bezrobocia będą właściwie niewielkie – mówi prof. Drozdowicz-Bieć.

Podkreśla, że nieznaczna poprawa na rynku pracy to zbyt mało, by realnie wzrosła siła nabywcza Polaków. Do tego niezbędne są, oprócz niskiej inflacji, także wzrost wynagrodzeń oraz większy spadek bezrobocia. Jak zauważa ekonomistka, z tych trzech warunków polska gospodarka na razie spełnia jedynie ten związany z niską inflacją. W jej ocenie inflacja, czyli wzrost cen, utrzyma się na niskim poziomie w najbliższych miesiącach (według GUS w trzecim kwartale 2012 r. w porównaniu z poprzednim rokiem wyniosła 4 proc.). Jednak wynagrodzenia nie rosną, a miejsc pracy przybywa zbyt wolno.

 – Jeśli chodzi o wynagrodzenia, to one rosną bardzo umiarkowanie, właściwie można mówić bardziej o stabilizacji niż o wzroście wynagrodzeń i to samo dotyczy rynku pracy. Tutaj wielkość zatrudnienia się nie zwiększa. Dopóki będzie niska inflacja, jeśli będą rosły w tym roku, przynajmniej w drugiej połowie, wynagrodzenia, to jest szansa na to, że konsument będzie chętniej kupował. Jesteśmy społeczeństwem, które ma głód konsumpcyjny, bo to jest taki etap rozwoju gospodarki – prognozuje prof. Drozdowicz-Bieć.

Według niej właśnie w tym można upatrywać szansy na wzrost znaczenia konsumpcji dla całej gospodarki.

W biurach podróży większość oferty na ferie już wyprzedana

Choć do ferii zimowych pozostały jeszcze ponad dwa tygodnie, to w wielu biurach oferta na ten czas została wyprzedana. Ogromnym powodzeniem cieszą się również propozycje na tegoroczne lato. Biura podróży notują wysokie dwucyfrowe wzrosty sprzedaży zarówno oferty zimowej, jak i letniej.

Poprawiają się nastroje konsumenckie, a to przekłada się na zainteresowanie ofertą biur podróży. Wiodący przedstawiciele tego rynku informują, że ofertę zimową sprzedali już w całości, a oferta wakacyjna cieszy się ogromną popularnością. Rynek informuje o wzroście sprzedaży, w porównaniu do ubiegłego roku, nawet o 50 proc.

 – Lato sprzedaje się u nas z dynamiką wzrostu znacząco powyżej 20 proc., również dzięki temu, że oferta została rozszerzona – wyjaśnia Krzysztof Piątek, prezes Neckermann Polska. – Widać, że oferta znajduje oddźwięk ze strony klienta, stąd ta dynamika wzrostu.

Największą popularnością cieszą się takie kierunki, jak: Grecja, Turcja, Hiszpania. W tym roku do łask wraca również Afryka Północna, w tym Egipt.

 – Znajdujemy się dopiero w bardzo początkowym okresie sprzedaży oferty letniej, która dominuje w roku turystycznym. Te sześć miesięcy wokół lipca i sierpnia, tzw. wyższy sezon, przyciąga ponad 80 proc. wszystkich klientów. Na razie prognozy są optymistyczne – mówi Krzysztof Piątek agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Biura podróży zachęcają do planowania wakacji i kupowania wyjazdów w ofercie first minute. Dzięki temu klienci mają szeroki wybór kierunków i oferty hotelowej, dostęp do ofert promocyjnych, czy możliwość bezkosztowej zmiany rezerwacji.

W nadchodzącym sezonie ceny wyjazdów zagranicznych powinny utrzymać się na podobnym poziomie jak w ubiegłym roku. Mimo że ceny usług spadają, a inflacja utrzymuje się na niskim poziomie.

 – Nie chcę spekulować na temat tego, czy ceny mogą spaść. Nie ma historycznych przesłanek ku temu – mówi szef Neckermann Polska. – Mogłyby spaść istotnie, gdyby złoty bardzo mocno umocnił się w stosunku do innych walut, albo gdyby ceny paliw lotniczych gwałtownie spadły. To by znalazło odzwierciedlenie w cenach imprez turystycznych, jako że koszty te stanowią kluczową część kosztów tych imprez. Ale ku temu też nie ma przesłanek.

Rynek paczkowy czekają zmiany. E-sklepy będą oferować bezpłatną dostawę i to w dniu zamówienia

Rozpoczynający się rok przyniesie znaczące zmiany na rynku pocztowym. W przesyłkach będą dominować dwa procesy: same-day delivery, czyli dostawa tego samego dnia, oraz free shipping delivery, czyli darmowa dostawa. Prywatni operatorzy szykują się także do ostrzejszej walki w przetargach ogłaszanych przez instytucje publiczne. 

 – Każdy sklep w Wielkiej Brytanii oferuje dostawę za darmo, co w praktyce oznacza, że bierze na siebie koszt transportu. W Polsce ponad 90 proc. sklepów nie oferuje darmowej dostawy, czyli przerzuca koszt na klienta, co więcej czasami zarabiając na tym transporcie, dodając swoją własną marżę – tłumaczy Rafał Brzoska, prezes Integer.pl.

Początek ubiegłego roku to liberalizacja rynku pocztowego, która wymusiła zmiany na dotychczasowym monopoliście. Prywatni operatorzy są jednak zawiedzeni efektami wprowadzenia wolnego rynku.

 – To uwolnienie rynku było pozorne. Nowa ustawa, która weszła w życie 1 stycznia 2013 roku paradoksalnie monopolizowała wiele jego obszarów, chociażby w zakresie przekazów pieniężnych wysyłanych z ZUS-u, czy KRUS-u. Nie możemy więc mówić o demonopolizacji, raczej o umacnianiu monopolu Poczty Polskiej, z którym skutecznie walczymy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Brzoska.

Przypomina orzeczenie Krajowej Izby Odwoławczej z października ub. r., która stwierdziła, że „żaden sąd i prokuratura w Polsce nie może domagać się, by dowód nadania przesyłek poleconych ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru, nadawanych przez sądy lub prokuratury, był wystawiany z mocą urzędową stempla pocztowego”. To otworzyło prywatnym operatorom pocztowym nieograniczony dostęp do przetargów na rzecz wszystkich instytucji publicznych. Integer.pl zamierza sięgnąć i po tę część rynku.

 – Jeżeli patrzymy przez pryzmat listów, to kluczem jest poszerzenie zasięgu, a jeśli przez pryzmat wzrostu wolumenu listów, to decydujące jest podpisanie umowy przez naszego partnera, czyli Polską Grupę Pocztową w zakresie doręczenia przesyłek Ministerstwa Sprawiedliwości – wymienia prezes grupy.

Chodzi o dwuletni kontrakt, który wszedł w życie od nowego roku i jest wart ok. 500 mln zł. PGP złożyła ofertę niższą o ponad 84 mln zł od Poczty Polskiej.

 – To powinno spowodować skokowy wzrost przychodów i wyniku finansowego Inpostu w roku 2014. Liczymy na znacznie więcej, nie ukrywamy, że poszerzenie zasięgu, obalenie instytucji stempla pocztowego to są te elementy, które będą miały kolosalny wpływ na to, że będziemy mogli wystartować w przetargach ogłaszanych przez większość instytucji publicznych, które korzystają z usług Poczty Polskiej – podkreśla Rafał Brzoska.

2014 rok to kolejne upadki małych sklepów

To będzie kolejny trudny rok dla małych sklepikarzy i należy spodziewać się ich dalszych upadków. Szansą na ich przetrwanie jest integracja, wchodzenie we franczyzę czy w segment sklepów typu convenience, czyli zlokalizowanych blisko klientów i oferujących dodatkowe usługi, np. ciepłe jedzenie.

 – Handel będzie powoli wychodził z dołka. Nie spodziewamy się, że ten rok będzie czasem wielkiego boomu gospodarczego, w szczególności dla mniejszych sklepów. Tutaj nadal mamy do czynienia ze stagnacją i lekkimi spadkami sprzedaży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu.

W ocenie dyrektora PIH w tym roku to głównie drobni sklepikarze będą musieli zamykać firmy. Są wypierani głównie przez centra handlowe, które od lat zwiększają swój udział w rynku. Z raportu firmy doradczej Cushman & Wakefield wynika, że Polska jest na 4. miejscu wśród krajów, w których w I połowie ubiegłego roku zbudowano najwięcej powierzchni handlowych. I zajmuje 5. lokatę pod względem powierzchni, która ma zostać oddana do użytku od połowy 2013 roku do końca 2014 roku.

Zagrożenie dla małych sklepów niesie również rozwój sieci dyskontowych.

 – One wciąż rosną, choć z trochę z mniejszą dynamiką. Dlatego szczególnie najmniejsze sklepy będą musiały próbować temu zapobiec poprzez integrację, rozważenie udziału w systemach franczyzowych, przejście na asortyment typu convenience, czyli wprowadzenie na przykład gotowych ciepłych dań do kupienia w sklepach – uważa Maciej Ptaszyński.

Liczba sklepów convenience, takich jak Żabka, Freshmarket czy Małpka Express na zakończenie 2015 r. ma przekroczyć liczbę 4400 według prognoz firmy Kondej Marketing, zajmującej się badaniami rynkowymi. Wraz ze sklepami spożywczymi działającymi na stacjach paliwowych, które również pełnią funkcję convenience, udział w rynku sklepów tego konceptu jest niewielki. Na koniec 2012 roku wynosił 1,4 proc., a do końca 2015 r. ma urosnąć do 2,3 proc. Są to więc sklepy niszowe, które nie zagrożą dyskontom, ale uzupełniają rynek.

Sytuację drobnych sklepikarzy mogą poprawić nowe regulacje dotyczące obniżki opłat interchange. Zgodnie z nowelizacją ustawy dotyczącej usług płatniczych od stycznia 2014 r. organizacje płatnicze, jak Visa czy Mastercard, będą miały sześć miesięcy na obniżenie stawek opłat interchange z dzisiejszych 1,2-1,3 proc. do 0,5 proc. wartości transakcji.

 – Spodziewamy się pozytywnych efektów zmiany ustawy o interchange, która mamy nadzieję obniży koszty transakcji kartami kredytowymi – komentuje Maciej Ptaszyński.

Ta opłata pobierana jest od każdej transakcji dokonywanej kartą płatniczą. Jej koszty ponoszą sklepy.

mBank Hipoteczny szykuje się do pierwszej emisji listów zastawnych. Mogą one zastąpić obligacje w portfelu OFE

mBank Hipoteczny w tym roku dokona pierwszej emisji listów zastawnych, których zabezpieczeniem będą kredyty hipoteczne dla osób fizycznych pozyskane we współpracy z mBankiem. Te dłużne papiery wartościowe mają zastąpić depozyty jako źródło refinansowania kredytów hipotecznych udzielanych przez mBank. Listy zastawne w trakcie kryzysu okazały się jednym z najbezpieczniejszych instrumentów finansowych w Europie.

 – Po raz pierwszy w polskim sektorze bankowym wkomponowaliśmy się w proces sprzedaży kredytu hipotecznego w ramach grupy bankowej, to znaczy: sprzedaż jest prowadzona przez sieć banku uniwersalnego i my oferujemy w istocie taki sam produkt, tylko pod innym brandem. Oferujemy go po to, żeby zrefinansować listem zastawnym i odciążyć bank uniwersalny od tego, by te kredyty refinansował depozytami jak dotychczas – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Cyburt, prezes zarządu mBanku Hipotecznego.

mBank i mBank hipoteczny rozpoczęły przygotowania do emisji listów zastawnych, zabezpieczonych wspólnie sprzedawanymi kredytami już rok temu. Pierwsze emisje oparte na nowym rozwiązaniu są planowane na pierwszy kwartał tego roku. Jesienią emisja listów zastawnych powinna już przebiegać na większą skalę.

Cyburt podkreśla, że listy zastawne są bezpieczniejsze od innych instrumentów finansowych. Są to papiery dłużne, które mogą być emitowane jedynie przez banki hipoteczne. Podstawę emisji i zabezpieczenie stanowią wierzytelności banku zabezpieczone hipotekami.

 – W momencie, kiedy rząd wycofuje z funduszy emerytalnych kilkadziesiąt miliardów złotych obligacji, aż się prosi, żeby te obligacje czymś zastąpić. I nie ma lepszego instrumentu niż list zastawny. Np. listy zastawne w Grecji, Portugalii czy Hiszpanii obroniły się przed kryzysem i zwłaszcza te, które miały bardzo dobry rating, uzyskiwały korzystne ceny – przekonuje Cyburt.

Zmiana modelu refinansowania kredytów hipotecznych dla osób fizycznych to jeden z celów mBanku. Jak podkreśla Cyburt, w konsekwencji kryzysu banki w większości wykorzystują krótkoterminowe depozyty oraz pożyczki od zagranicznych akcjonariuszy do refinansowania kredytów hipotecznych. Zastąpienie tych instrumentów listami zastawnymi powinno poprawić sytuację i możliwości rozwoju rynku hipotecznego. Cyburt dodaje, że wprowadzenie takiego modelu wymuszają skutki kryzysu i nowe regulacje płynnościowe dla banków. Sytuacja na rynku 10 lat temu wykluczała obrót listami zastawnymi, choć było to teoretycznie możliwe. W wyniku załamania rynku mBank Hipoteczny zyskał szansę zmiany modelu refinansowania kredytów hipotecznych.

Powodzenie zmian – jeśli chodzi o popyt na rynku polskim – opiera się w pewnym stopniu na zmianach w OFE. Cyburt liczy, że zamiast inwestowania w obligacje skarbowe, fundusze będą mogły kupować na większą skalę listy zastawne.

 – Specyfika listów zastawnych polega na tym, że one są głównie kupowane przez inwestorów lokalnych. Więc jeśli myślimy o systemie bezpiecznego refinansowania kredytów hipotecznych i w ogóle bezpiecznym systemie funkcjonowania banków, to powinniśmy sprzyjać również temu, żeby rynek od strony popytu był wystarczający – przekonuje Cyburt. – Mam nadzieję, że postulaty środowiska i bankowego, i rynku kapitałowego, żeby list zastawny mógł zastąpić w jakiejś mierze wycofane obligacje, zostaną uwzględnione. I te ustawowe limity, które istnieją w tej chwili w OFE, będą zmienione w taki sposób, by zachęcać do inwestowania w listy zastawne.

Reklamy wideo i w aplikacjach mobilnych napędzają przychody portali internetowych

Reklamy wideo i w aplikacjach mobilnych rosną najszybciej na rynku reklamy internetowej. Jednak wciąż większość przychodów portali generują reklamy graficzne oraz tradycyjny marketing. Portale korzystają na spadkach wpływów z reklam w telewizji i liczą na jeszcze lepsze wyniki w tym roku. Wirtualna Polska chce dalej rozwijać aplikacje mobilne.

 – Wideo jest siłą pociągową, oprócz obszaru mobile. Oczywiście w obu tych obszarach mówimy o niskiej bazie, więc wzrosty są imponujące, ale w ogólnych cyfrach nie aż tak ważące jak nasze dotychczasowe konie pociągowe, czyli display [reklama graficzna – red.] i marketing – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Tomasiak, prezes zarządu Wirtualnej Polski.

Portale internetowe korzystają na problemach telewizji. Reklamodawcy przenoszą się do internetu między innymi z uwagi na proces cyfryzacji. Jak podkreśla Tomasiak, przed cyfryzacją telewizji trzy największe stacje, czyli TVP, TVN i Polsat, dawały łącznie 75-80 proc. zasięgu. Teraz Polacy oglądają znacznie więcej kanałów, a największe mają jedynie kilkanaście procent udziału.

Ta sytuacja nie tylko wymusza na reklamodawcach poszukiwanie nowych kanałów dotarcia do widzów, lecz także prowadzi do rozwoju rynku reklamy wideo w internecie.

 – W związku z tym niejako reklamodawcy zostali zmuszeni do poszerzenia bazy, chociażby o te wszystkie kanały tematyczne, a również o internet. Więc my skorzystaliśmy na tej cyfryzacji w dosyć niespodziewany sposób, bo reklamodawcy zostali zmuszeni do stworzenia szerszego spektrum oferty wideo – podkreśla Tomasiak.

W jego ocenie 2014 rok może być dla portali internetowych jeszcze lepszy. Prognozowane ożywienie gospodarcze powinno skłonić reklamodawców do zwiększenia wydatków. W ubiegłym roku, choć niektóre obszary rozwijały się bardzo dynamicznie, firmy niechętnie wydawały pieniądze na reklamy. Urosły jedynie rynki reklamy w aplikacjach mobilnych, wideo oraz w wyszukiwarkach. Wszystkie inne obszary, jak podkreśla Tomasiak, notowały gorsze wyniki. Ma jednak nadzieję, że w tym roku trend się zmieni.

Zapowiada również rozwój aplikacji mobilnych. Jest to jednak trudny obszar działalności.

 – To jest trudny temat, bo z uwagi na liczbę tych platform: mamy iOS, Androida, Windows Phone, tych aplikacji trzeba mieć kilka. One nie są elastyczne jak ta wersja przeglądarkowa. Bo żeby wprowadzić jakieś nowe rozwiązanie reklamowe w te aplikacje, to one muszą przejść ścieżkę akceptacji przez sieć Apple czy Google, a to wydłuża rozwiązanie – mówi Tomasiak.

Wirtualna Polska zamierza na razie skoncentrować się na rozwoju trzech aplikacji – programu telewizyjnego, aplikacji informacyjnej i aplikacji sportowej. Tomasiak podkreśla, że wszystkie trzy są udane, jednak wciąż wymagają poprawy.

W 2014 roku pracownicy odbiorą dwa wolne dni za święta przypadające w soboty

W tym roku pracownicy zatrudnieni na umowę o pracę będą mogli skorzystać z prawa do odebrania dnia wolnego za przypadające w sobotę święto. Taka możliwość to efekt wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października 2012 roku. W tym roku w sobotę wypadają dwa dni świąteczne. W ubiegłym nie było takiego przypadku.

Ten rok będzie pierwszym okresem rozliczeniowym, w którym pracodawcy będą musieli rozliczać się z dni wolnych przypadających w sobotę. W październiku 2012 roku Trybunał Konstytucyjny podważył przepisy, które nie nakazywały tego robić. Działały one na mocy zmian wprowadzonych w 2011 roku, kiedy jako dzień wolny wprowadzono 6 stycznia, czyli święto Trzech Króli.

  Jeśli chodzi o święto, które wypada w weekend, to dzień może być odebrany jako dzień wolny tylko i wyłącznie w przypadku, gdy święto przypada w sobotę. Co oznacza, że te święta, które notujemy w niedzielę, są normalnym dniem świątecznym, i nie ma tutaj prawnego uzasadnienia do tego, żeby za taki czas odebrać wolne godziny pracy – przypomina Ewa Wardak, HR Manager w firmie Adecco Poland.

W ubiegłym roku żaden dzień świąteczny nie wypadł w sobotę. W 2014 roku pracownicy będą mogli skorzystać z tego prawa dwa razy. W sobotę wypada 3 maja i 1 listopada. W związku z tym o dwa dni zwiększa się pula dni urlopowych dla tych, dla których sobota zwyczajowo jest dniem wolnym od pracy. Czas ich wykorzystania należy uzgodnić z pracodawcą. Jednak musi on udzielić ich do końca okresu rozliczeniowego.

 – Zgodnie z obowiązującymi przepisami najpierw oddajemy godziny wolne – mówi Ewa Wardak. – W ostateczności, jeżeli do końca okresu rozliczeniowego pracodawca nie ma możliwości, żeby ten ekwiwalent w naturze został pracownikowi udzielony, wówczas musi to rozliczyć w formie dodatkowego wynagrodzenia.

Ten przywilej nie przysługuje jednak pracownikom przebywającym w danym momencie na zwolnieniu lekarskim lub urlopie macierzyńskim. Oni otrzymują świadczenie za każdy dzień zwolnienia.

Firmy inwestują w wysoko wyspecjalizowaną kadrę

Na rynku pracy trudno o specjalistów w wąskich dziedzinach, dlatego firmom zależy na utrzymaniu wyspecjalizowanych pracowników. Elementem motywującym i lojalizującym są benefity pracownicze. Wśród nich coraz popularniejszym rozwiązaniem stają się ubezpieczenia grupowe z opcją inwestycyjną.

Każdy pracodawca musi zmierzyć się z zadaniem utrzymania kluczowych pracowników. Osoby, które posiadają specjalistyczną wiedzę w wąskiej dziedzinie, są bardzo pożądane na rynku pracy i często są kuszone propozycjami przejścia do konkurencji. Odejście wysoko wykwalifikowanego pracownika to nie tylko utrata know-how firmy, ale również dodatkowe koszty związane z przeprowadzeniem procesu rekrutacji. Eksperci twierdzą, że rotacja na stanowisku pracy to średnio od 90% do 200% rocznego wynagrodzenia na tym stanowisku. Jak zatem zatrzymać wartościowych pracowników? Oprócz atrakcyjnego wynagrodzenia, narzędziem motywacyjnym są także benefity pracownicze. Karnety na siłownię, kurs angielskiego czy abonamenty medyczne są bardzo popularne, ale oferuje je praktycznie każda korporacja czy duża firma. Coraz popularniejszym rozwiązaniem dla kadry zarządzającej czy istotnych pracowników są polisy łączące ochronę ubezpieczeniową z możliwością inwestowania, pozwalające gromadzić środki na dowolny cel. Według badań, ubezpieczenie ochronno–inwestycyjne jest wskazywane przez pracowników jako pożądany benefit już na trzecim miejscu, zaraz po podwyżce i samochodzie służbowym.

Ubezpieczenia ochronno-inwestycyjne a pracodawcy

Coraz więcej firm korzysta z benefitów, które z jednej strony są atrakcyjne dla pracownika oraz na dłuższy czas wiążą go z miejscem pracy. Rozwiązaniem są polisy na życie z opcją inwestycyjną, które w długiej perspektywie mogą wypracować zysk i pozwalają na gromadzenie środków na przyszłość, np.: emeryturę, podróż marzeń, czy samochód. Ubezpieczenia ochronno-inwestycyjne to również bardzo dobry sposób nie tylko na zyskanie lojalności pracowników, ale też na ich motywowanie. Pracodawca może uzależnić wysokość składki i zakres ochrony np.: od stażu pracy, zakresu wykonywanych zadań i ich wyników. Może być ono również traktowane jako okresowa nagroda, bądź jako stała, comiesięczna kwota. Co ważne zakres ochrony można dostosować do poszczególnych grup pracowniczych. Co o tego typu produktach sądzą działające w Polsce firmy?

„Mamy świadomość, że rozwiązania ubezpieczeniowe oraz ubezpieczeniowo-kapitałowe, to długofalowe zobowiązania. Jednocześnie jednak w praktyce oznaczają one długoterminową inwestycję w kapitał ludzki i szansę na pozyskanie zmotywowanego zespołu na długi czas” – mówi Piotr Ciski, Managing Director w Cybercom Poland. Rolę polis inwestycyjnych podkreśla również dr Piotr Skaldawski, Dyrektor ds. Personalnych 3M w Polsce. – „Zależy nam na byciu dobrze postrzeganymi przez pracowników. W naszym interesie leży, aby dostarczać im efektywne i atrakcyjne rozwiązania inwestycyjno – ubezpieczeniowe. Po to, aby samym pracownikom, jak i ich rodzinom zapewnić bezpieczeństwo, przede wszystkim finansowe”.

Mocne strony polis inwestycyjnych

Ubezpieczenia grupowe z opcją inwestycyjną wiążą się z wyższymi kosztami, ponieważ oprócz składki ochronnej dodatkowo opłacana jest część przeznaczana na inwestycję. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że element podstawowy ubezpieczenia stanowi dla pracodawcy koszt uzyskania przychodu i może być rozliczony. Ważne jest także to, że w ramach jednej umowy część pracowników może posiadać polisę tylko ochronną, a kadra zarządzająca – także z opcją inwestycyjną.

„W ramach inwestycyjnego ubezpieczenia grupowego pracodawca ma możliwość dowolnego sterowania wysokością wpłaconej kwoty na konto pracownika, np. w zależności od stanowiska czy też osiąganych wyników. Może to być stała kwota, powiązana np. z nagrodą roczną, lub uzależniona od realizacji planów sprzedażowych” – mówi Tomasz Knapiński, Dyrektor Departamentu Klientów Korporacyjnych w ING Życie.

Pakiety ubezpieczeniowe, zwłaszcza te z opcją inwestycyjną, pozwalają na związanie pracownika z firmą na lata, a przez to zmniejszają rotację oraz sprzyjają stabilności. Mogą także stać się magnesem, który przyciągnie do przedsiębiorstwa nowych specjalistów.

ENERGA-Operator chce rozwinąć konkurencyjny rynek usług budowlano-energetycznych

Nawet 37 tysięcy prac związanych z rozbudową i modernizacją sieci na łączną kwotę 550 mln zł planuje zlecić ENERGA-OPERATOR w 2014 r. Spółka zaprasza do współpracy przedsiębiorstwa realizujące roboty budowlane elektroenergetyczne oraz usługi projektowe. Również takie, które nie dysponują długoletnim doświadczeniem na rynku.

ENERGA-OPERATOR zbadała, co jest postrzegane przez kooperujących z nią przedsiębiorców jako bariera współpracy. Okazało się, że dominuje obawa przed tym, iż firmy zbyt wiele czasu muszą poświęcić na kompletowanie wielu dokumentów przy okazji każdego postępowania. Drugą istotną barierą okazał wymóg wieloletniego doświadczenia na rynku usług energetycznych.

– Celem naszej akcji skierowanej do przedsiębiorców, w tym – mniejszych, lokalnych firm, jest budowa konkurencyjnego rynku usług budowlano-energetycznych, dotychczas w znacznym stopniu zarezerwowanych dla spółek z grup energetycznych – mówi Robert Świerzyński, wiceprezes ENERGA-OPERATOR. – Stąd zaproszenie do współpracy kierujemy również do podmiotów, których pracownicy dysponują stosownymi uprawnieniami i szkoleniami, ale które nie mają doświadczenia w realizacji podobnych prac. Umożliwimy im współpracę, ale także otoczymy większym nadzorem.

Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że wykonywane przez firmy zewnętrzne, prace budowlane czy projektowe charakteryzują się wymaganą przez nas jakością, przy cenach, pozwalających na poprawę efektywności wydatkowanych środków na inwestycje.

– Budując rynek lokalnych wykonawców dużą wagę będziemy przywiązywać do przestrzegania przez kontrahentów zasad bezpieczeństwa i higieny pracy. Firmy lekceważące przepisy nie będą miały możliwości współpracy z nami – podkreśla Robert Świerzyński.

Aby przedsiębiorcy nie musieli poświęcać czasu na kompletowanie stosownej dokumentacji przy każdym postępowaniu, Energa-Operator stworzyła w ub. r. Rejestr Kwalifikowanych Wykonawców ENERGA-OPERATOR. Obecność w rejestrze gwarantuje m.in.: uproszczenie i przyspieszenie procesów formalnych udzielania zamówień, otrzymywanie bieżących informacji o planowanych inwestycjach, uczestnictwo w jasnych i konkurencyjnych procedurach przetargowych, możliwość otrzymania naszych referencji jako kwalifikowany wykonawca.

Wpis do rejestru jest bezpłatny. Zasady obecności w rejestrze omówione zostaną na spotkaniach organizowanych przez spółkę w dniach 8-17 stycznia 2014 r. Daty i miejsca spotkań, a także regulamin Rejestru Kwalifikowanych Wykonawców ENERGA-OPERATOR opisano tutaj: http://www.energa-operator.pl/centrum_informacji/informacje/komunikaty.xml?id=3664

ZUS w telewizji za unijne pieniądze

„Jeżeli wolne chwile spędzasz w internecie i zajmujesz się w nim mało pożytecznymi rzeczami, to wpadnij lepiej do e-ZUSu i zobacz czy pracodawca odprowadza za ciebie składki, albo czy twoje dzieci są zgłoszone do ubezpieczenia zdrowotnego” – zachęca ruszająca właśnie telewizyjna kampania informacyjna Platformy Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Pieniądze na kampanię PUE ZUS pozyskał z funduszy unijnych.

To pierwsza telewizyjna kampania informacyjna, jaką prowadzi Zakład Ubezpieczeń Społecznych, ale nie jest to kampania reklamowa ZUS, lecz Platformy Usług Elektronicznych, czyli e-urzędu, który zakład uruchomił w czerwcu 2012 r. za fundusze Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

 – Ważne jest nie tylko to, by ta platforma działała, ale także, by ludzie o niej wiedzieli. Bardzo dobrym przykładem jest ePUAP, w którym jest zarejestrowana mała liczba użytkowników, czyli ok. 30-40 tys. osób, a miała być to platforma obejmująca pół Polski. I to nie jest tak, że ludzie nie chcą się tam rejestrować lub mają z tym problemy, tylko najczęściej nie wiedzą w ogóle o tym, że taka platforma istnieje – uważa Agata Dąmbska, socjolożka, ekspertka think-tanku Forum Od-nowa, organizacji zajmującej się projektowaniem zmian systemowych w sektorze publicznym.

Walorem nadawanych od wczoraj w większości stacji telewizyjnych spotów ma być pokazanie całego przekroju dorosłej części społeczeństwa, co ułatwia trafienie z przekazem do grup, które powinny być zainteresowane korzystaniem z elektronicznej platformy. Spoty są proste w formie i przekazie, w jasny sposób komunikują, jaką korzyść użytkownik może uzyskać z PUE.

 – Sama forma tych spotów zwraca uwagę, wyróżnia się z bloku reklamowego. W intrygujący sposób przemawia do zwykłego człowieka. Mówi, że można kilka minut poświęcić na to, by wejść na platformę ZUS-owską i dowiedzieć się czegoś więcej – czegoś, co może zmienić przyszłość, a na pewno ubezpieczonego uspokoić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Pitura, dyrektor kreatywny Agencji JWT

Kampania, w każdym z pięciu telewizyjnych spotów odnosi się do aktywności Polaków w internecie w chwilach wolnych. Przekaz jest jasny „Jesteś w sieci? Wpadnij do ZUS!”.

 – W dosyć zgrabnej formie spoty mówią o tym, że i tak spędzamy czas w internecie, więc być może warto poświęcić 10-15 minut, by sprawdzić, czy wszystkie nasze składki są przekazywane do ZUS-u. Nas to nie kosztuje nic, a możemy się dowiedzieć, czy pracodawca jest wobec nas fair – podkreśla Mariusz Pitura.

Koszt stworzenia Platformy Usług Elektronicznych to ponad 200 mln zł, z czego 85 proc. pochodzi ze środków unijnych, a 15 proc. z budżetu państwa. Wdrożenie platformy zostało dobrze ocenione i ZUS otrzymał z UE dodatkowe 15 mln zł na jej rozbudowę i promocję. Kampania informacyjna jest jednym z wymogów wykorzystania funduszy unijnych. 

Platforma, dostępna pod adresem www.pue.zus.pl, jest na bieżąco przez ZUS rozbudowywana i oferuje kolejne możliwości. Za jej pomocą przedsiębiorcy mogą już opłacać składki a wkrótce jej użytkownicy będą mogli także dokonać wyboru, czy w ramach II filaru chcą być w ZUS czy w OFE.

Chiński bank chce wspierać polską zieloną energetykę

CEO Magazyn Polska

Industrial and Commercial Bank of China jest zainteresowany finansowaniem zielonych inwestycji. Czeka jednak na wejście w życie ustawy regulującej zielone inwestycje. Bank jest jednym z aktywniejszych graczy na rynku odnawialnych źródeł energii w samych Chinach.

 – Jesteśmy zainteresowani finansowaniem odnawialnych źródeł energii, jak również w ogóle infrastruktury i energetyki – mówi Newserii Biznes Szymon Ostrowski, dyrektor Industrial and Commercial Bank of China w Polsce. 

Przeszkodą jest brak regulacji prawnych. Resort gospodarki przygotowuje trzecią w ciągu trzech lat wersję ustawy o odnawialnych źródłach energii. Za brak tych regulacji w postaci unijnej dyrektywy o OZE, grozi Polsce kara w wysokości 130 tys. euro za jeden dzień zwłoki (liczony od dnia wydania decyzji przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości, przed którym toczy się to postępowanie).

 – Tak jak każdy bank komercyjny, patrzymy na zwrot z inwestycji, na kontekst polityczny i prawny. A sytuacja jest taka, że od trzech lat nie ma ustawy, więc nowe inwestycje są bardzo skomplikowane inwestowanie w coś, co dziś się nie spina, nie jest rozwiązaniem – podkreśla dyrektor banku.

ICBC chce być aktywnym graczem na rynku energii odnawialnej w Polsce, podobnie jak jest w Chinach. Trzy lata temu na przykład podpisał umowę o współpracy strategicznej z Ming Yang Wind Power Group, w ramach której wspiera inwestycje związane z energetyką wiatrową. 

 – Jednym z elementów działalności ICBC w Polsce jest wspieranie tutejszego biznesu i bycie mostem łączącym Chiny i Polskę. Jeżeli więc w jakimś projekcie będzie zaangażowany partner chiński jako wykonawca lub dostawca technologii, wtedy tym bardziej będziemy zainteresowani takim projektem – zapewnia Szymon Ostrowski.

Dodaje, że znalezienie takiego partnera w Chinach nie będzie trudne, ponieważ wśród pięciu największych na świecie producentów technologii związanych z elektrowniami wiatrowymi, są dwie firmy z Państwa Środka. Z tej współpracy mogą skorzystać więc polskie firmy także poprzez uczenie się know-how, którego jeszcze nie posiadają. 

Ostrowski rysuje scenariusz, w którym możliwe jest wykorzystanie Stoczni Gdańsk do produkcji podzespołów do elektrowni wiatrowych.

 – Polska stocznia produkuje słupy, chińska firma dostarcza turbiny i wspólnymi siłami projekt jest zrealizowany, a także wymiana wiedzy  oraz doświadczeń – uważa Szymon Ostrowski.

Bezrobocie powinno wyraźnie spaść na wiosnę

CEO Magazyn Polska

Dzięki ożywieniu gospodarki bezrobocie ma wyraźnie spaść na wiosnę. Już w trzecim kwartale 2013 roku gospodarka rozwijała się niemal 2,5 razy szybciej niż w drugim i niemal cztery razy szybciej niż w pierwszym. Zdaniem prof. Witolda Orłowskiego z PwC, na wiosnę bezrobocie spadnie poniżej 12 proc.

 – Wreszcie zaczęły wzrastać inwestycje i  popyt krajowy. To są symptomy tego że ożywienie zaczyna nabierać trwałości. Cały czas przyspiesza eksport, a to dobrze z punktu widzenia tego, co może się dalej dziać w gospodarce. Wszystko wskazuje na to, że czwarty kwartał był jeszcze lepszy – prognozuje dla agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny z PwC.

Niestety, ekonomiści często sami korygują swój optymizm, dodając, że bardzo dużo zależy od pogody, nastroju konsumentów oraz wielu innych zmiennych, które trudno prognozować. Nie są to silne podstawy i równie dobrze trend może okazać się odwrotny. 

 – Odbudowa aktywności inwestycyjnej zależy w sporej mierze od pogody. Jak są mrozy, to dróg się nie buduje, więc budownictwo jest bardzo podatne na czynniki sezonowe. W związku z tym pierwszy kwartał jest zawsze zagadką. Choć w budownictwie sytuacja poprawia się, to jeszcze cały czas jest gorsza niż rok temu – studzi nieco entuzjazm Witold Orłowski.

Jest ożywienie, ale wskaźniki zamarły

Jednym z filarów tego optymizmu jest ożywienie gospodarcze na zachodzie Europy a szczególnie w najbardziej dla Polski istotnych Niemczech. 

 – Wcześniej byliśmy liderem wzrostu, teraz to raczej my patrzymy na Europę jako na nadzieję, na to co się dzieje w Niemczech. Myślę że Niemcy w solidny sposób przeszły przez okres recesji, chociaż pewnie bardzo powoli będą odbudowywać swoją aktywność gospodarczą.  Bardzo delikatne ożywienie, jakie tam obserwujemy od lata, jest niesłychanie wrażliwe, wskaźniki gospodarcze nie chcą się dobrze odbić. Już nasze wyglądają znacznie lepiej, bardziej obiecująco – mówi Witold Orłowski.

Najważniejsze jest, że to ożywienie powinniśmy zaobserwować na rynku pracy, czyli w sferze, która najbardziej interesuje przeciętnego Polaka. 

Bezrobocie będzie jeszcze leciutko wzrastało w pierwszym kwartale, a w drugim dość wyraźnie spadnie. Myślę, że z tych 13 proc. pewnie zejdziemy poniżej 12 proc. Nie oczekiwałbym cudów, bo nie sądzę, żeby ten rok był wystrzałowy, chociaż powinien być czasem zauważalnego wzrostu. Jest znacznie większa szansa przekroczenia zakładanych w budżecie 2,5 proc. Ja bym strzelał, że będzie poniżej 3 proc. – prognozuje Witold Orłowski.

To będzie trudny rok dla euro. Bez zmian dla franka

CEO Magazyn Polska

To może być trudny rok dla euro. Decydujące znacznie będą miały działania europejskiego banku i sytuacja w gospodarce strefy euro, ale można oczekiwać niewielkiego osłabienia tej waluty w stosunku np. do dolara. Z kolei złoty może nieco stracić względem euro.

 Euro ma przed sobą trudny rok na rynku światowym, dlatego że europejska gospodarka jest ciągle w nienajlepszej sytuacji, choć widać pewne oznaki poprawy. Na rynkach finansowych jest spokojniej, w dużym stopniu dzięki akcjom Europejskiego Banku Centralnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers.

Jednak, jak wyjaśnia, „w gospodarce realnej ożywienie jest niemrawe”. Co oznacza, że EBC będzie musiało przez długi czas utrzymywać bardzo niskie stopy, żeby wspomóc wzrost gospodarczy. Dodatkowo europejska gospodarka zmaga się z problemem zbyt niskiej inflacji, zwłaszcza na południu Europy, gdzie popyt konsumpcyjny jest bardzo słaby. To przekłada się na niemożność podnoszenia cen przez firmy, a wręcz ich obniżanie by zachęcić klientów do zakupów.

 – To nie sprzyja aktywności gospodarczej i sprawia, że ich problemy w finansach publicznych mimo reform nie maleją. Dzieje się tak, ponieważ dochody budżetowe zależą od wzrostu gospodarczego, ale też i od inflacji. A jeśli inflacji nie ma, dochody podatkowe rosną bardzo wolno albo wcale – przypomina ekonomista.

To może oznaczać, że Europejski Bank Centralny będzie starał się wpłynąć na poprawę sytuacji gospodarczej. 

 – A to nie będzie sprzyjało notowaniom euro, które jest dość mocne względem dolara i innych walut. Raczej oczekiwałbym osłabienia euro do dolara, osłabienia euro do jena japońskiego, chociaż nie do złotego. Złoty może względem euro nieco stracić – prognozuje Przemysław Kwiecień.

EBC rozważa kilka możliwości działania. Jedną z nich jest obniżenie stopy depozytowej o wartości negatywnej. Według Kwietnia, to byłby najczarniejszy scenariusz dla euro

 – Wtedy wszelkiego rodzaju nadwyżki będą lokowane gdzie indziej, również pieniądze europejskie będą szukały gdzie indziej pozytywnej rentowności – mówi ekonomista. – Nie jest jednak powiedziane, że EBC zdecyduje się na takie rozwiązanie. Rozważa również wprowadzenie pewnego wariantu pożyczek dla sektora bankowego, które byłyby uwarunkowane tym, że zostaną wykorzystane na rozwój akcji kredytowej. EBC może też jeszcze raz obniżyć stopę refinansową, która obecnie wynosi 0,25 proc. i w ten sposób skłonić banki, żeby sobie nawzajem taniej pożyczały.

Frank będzie się zachowywał w stosunku do złotego podobnie jak euro, czyli nie należy spodziewać się większych zmian.

 – Zakładam niewielkie osłabienie złotego względem euro, więc złoty w bardzo minimalnym stopniu straci do franka. Jeśli sprawdzi się pozytywny scenariusz dla Europy, gdzie ożywienie w strefie euro będzie trochę silniejsze, to wtedy jest szansa na to, że kurs frank-złoty nie zmieni się albo nawet złoty minimalnie zyska – mówi Przemysław Kwiecień.

Wracają odliczenia VAT na auta z kratką. Będzie trudniej z nich skorzystać

CEO Magazyn Polska

Nowe regulacje umożliwiające pełne odliczenie podatku VAT od nowo zakupionych samochodów będą dotyczyć tylko części pojazdów. Jeszcze w ubiegłym roku auta o masie do 3,5 tony wykorzystywane w działalności gospodarczej umożliwiały odliczenie 60 proc. podatku, ale nie więcej niż 6 tys. zł. W roku 2014 będzie możliwe pełne odliczenie VAT, ale przy znacznie wyższych wymaganiach.

 Zmieniają się przepisy dotyczące rozliczania VAT-u przy nabyciu i użytkowaniu samochodów osobowych i zmian jest całkiem sporo. Pewnych koncepcji Ministerstwa Finansów Komisja Europejska nie zatwierdziła. Na razie wracają przepisy uchwalone przy okazji wcześniejszej nowelizacji, ale należy się spodziewać dalszych prób modyfikacji zasad odliczania VAT-u od paliwa, od użytkowania aut osobowych i od samego nabywania samochodów osobowych – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Borowski, partner zarządzający w kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Wracają przepisy dotyczące tzw. aut z kratką, która umożliwiała homologację na samochód ciężarowy. Jednak tym razem, samo wmontowanie kratki nie wystarczy, ponieważ zmieniły się zasady dotyczące wydawania homologacji i część aut homologowanych w przeszłości jako ciężarowe utraciła taką kwalifikację.

 Wpływają one na zakres prawa od naliczenia od nabycia tego typu pojazdów, czyli, innymi słowy, wiele aut już nie otrzyma homologacji ciężarowej na gruncie nowych przepisów i nie będą miały równego prawa do odliczania VAT-u – wyjaśnia partner w kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Zmienia się także kwestia odliczania kosztów paliwa. Wniosek derogacyjny do KE w tej sprawie (obok odpisów na zakup lub leasing samochodów) złożyło Ministerstwo Finansów: odliczenia 50 proc. VAT miałyby dotyczyć kosztów zakupu paliwa oraz wydatków eksploatacyjnych, jak np. naprawa czy zakup opon.

 – W tym przypadku mamy podobną sytuację. Oczywiście czekamy na rozstrzygnięcia Komisji Europejskej, moim zdaniem bardzo korzystne. Komisja wskazała, że jeżeli użytkujemy auto wyłącznie na cele związane z naszą działalnością gospodarczą, to prawo do odliczania zarówno od nabycia auta, jak i kosztów związanych z jego eksploatacją, więc również od paliwa, VAT z tego typu kosztów powinien być odliczany w całości – tłumaczy Michał Borowski.

Comperia: Będzie odbicie na rynku kredytów hipotecznych

Niska opłacalność lokat będzie utrzymywać się w nowym roku, a większe szanse na zarobek będę mieli inwestorzy giełdowi. Banki będą kusić mobilnymi usługami dla klientów oraz kredytami hipotetycznymi dla młodych zapowiada Karol Wilczko, wiceprezes Comperia.pl.

 – W przypadku kredytów hipotecznych czeka nas może nie ponowny boom, ale na pewno odbicie versus rok 2012 czy 2013. Będzie widać poprawę pomimo tego, że wchodzą w życie regulacje, które nakazują posiadanie 5-procentowego wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Jednak niskie stopy procentowe, poprawiająca się sytuacja gospodarcza i większa skłonność banków do udzielania kredytów, czyli bardziej przyjazna niż w zeszłych miesiącach polityka kredytowa, będą sprzyjały rozwojowi tego produktu – wymienia Karol Wilczko, wiceprezes Comperia.pl w rozmowie z Newserią Biznes.

Od stycznia oficjalnie rusza rządowy program „Mieszkanie dla Młodych”, choć realnie wsparcie będzie udzielane pod koniec pierwszego kwartału przyszłego roku. Dopłaty w ramach MdM będą udzielane do 2018 r. i będą mogły je otrzymać osoby do 35. roku życia kupujące pierwsze w życiu nowe mieszkanie.

 – Nie spodziewam się, że będzie takim hitem jak „Rodzina na swoim”, aczkolwiek w roku 2013 nie było żadnego programu wspomagającego budownictwo ani kredyty mieszkaniowe. Teraz ten program będzie, więc powinno to pomóc rynkowi – uważa Karol Wilczko.

Niskie stopy procentowe, które zgodnie z zapowiedziami Rady Polityki Pieniężnej mają utrzymać się do połowy 2014 roku, zniechęcają do odkładania pieniędzy na lokatach. Jeszcze rok temu banki oferowały 5-6 proc. rocznie (z czego trzeba było odliczyć podatek), a teraz jest to zaledwie ok. 2,5 proc.

 – Lokaty nadal nie będą aż tak atrakcyjne jak były w 2011-12 roku. Niskie stopy procentowe będą utrzymane przez większość 2014 roku, więc tutaj nie należy się spodziewać rewolucji, tak samo w kontach oszczędnościowych – zwraca uwagę Wilczko. Ostatni rok był dobry dla inwestorów giełdowych i ten 2014, pomimo ostatnich perturbacji, również powinien być takim. To na pewno będzie ciekawa alternatywa dla lokat, które są bardzo nisko oprocentowane.

Z uwagi właśnie na niskie stopy procentowe oraz konkurencję na tym rynku w takich produktach bankowych jak kredyty konsumenckie należy spodziewać się stagnacji.

 – Jest konkurencja zarówno wewnątrz rynku bankowego, ale także ze strony SKOK-ów i instytucji pozabankowych, np. firm udzielających szybkich pożyczek. Tutaj spodziewamy się kosztowej stagnacji – mówi Karol Wilczko.

Wiejscy przedsiębiorcy dostaną atrakcyjne kredyty

CEO Magazyn Polska

W tym roku mikro, mali i średni przedsiębiorcy mogą starać się o 300 tys. zł niskooprocentowanej pożyczki oferowanej przez Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej. Na wsparcie liczyć mogą też gminy i organizacje pozarządowe działające na wsi.

 – Dla mikro, małych i średnich firm oferujemy kredyty za pośrednictwem banków z nami współpracujących. To są albo mikrokredyty do 20 tys. zł, albo większe do 1 mln zł. One są jeszcze bardzo dobrze oprocentowane. Oprócz tego oferujemy pożyczki wraz z poręczeniem – wymienia Marek Zagórski, prezes Europejskiego Funduszu Rozwoju Wsi Polskiej w rozmowie z Newserią Biznes.

W tym roku oprocentowanie będzie nieco wyższe, nadal jednak, jak zapewnia Marek Zagórski, będą to jedne z najbardziej atrakcyjnych pożyczek dla przedsiębiorców dostępnych na rynku. Ruszą też nowe programy przeznaczone głównie dla gmin. 

 – Mam nadzieję, że uda nam się rozszerzyć ofertę pożyczek dla gmin. Równolegle prowadzimy szereg programów dotacyjnych, edukacyjnych i tutaj będziemy mieli nowe propozycje. Głównie adresowane do gmin, z którymi współpracujemy, czyli gmin wiejskich, ale również dla organizacji pozarządowych, z którymi też współpracujemy – zapowiada Marek Zagórski. 

Gmina może otrzymać w ramach pożyczki 1 mln zł, a także uczestniczyć w programach edukacyjnych, które są albo darmowe lub za niewielką opłatą.

 – Z dwóch największych programów, czyli nauczania języka angielskiego „Youngster” i „Na Własne Konto” korzysta  prawie 400 gimnazjów wiejskich. Gdy przeliczy się efekty w „kapitale ludzkim”, to już jest naprawdę dużo – mówi Marek Zagórski.

Fundusz pracuje nad programem aktywizacji świetlic wiejskich, nad programem międzynarodowym wymiany nauczycieli historii współczesnej w Polsce i na Węgrzech.

 – Chodzi nam o to, żeby nauczyciele historii na Węgrzech wiedzieli, co to była „Solidarność”, a nasi, co to jest 1956 rok. Byli wyposażeni w odpowiednie narzędzia, scenariusze zajęć, materiały i mogli te zajęcia prowadzić w szkołach. Przewidujemy program dla szkół technicznych związany z nowoczesnymi technologiami w zakresie budownictwa. Mamy nadzieję kontynuować, w trochę innej formule, program „JAZZmania w stodole”, czyli warsztaty muzyczne dla młodych ludzi. Oprócz tego prowadzimy działalność think tankową – badawczą. I to też w tym roku będzie dosyć widoczne – zapowiada prezes EFRWP. 

Fundacja powstała w 1990 roku, w wyniku umowy między rządem polskim a Europejską Wspólnotą Gospodarczą, czyli poprzedniczką Unii Europejskiej. Początkowo koncentrowała się na poprawie infrastruktury technicznej – budowie dróg, wodociągów, sieci telefonicznych czy gazowych. Obecnie pomaga głównie  przedsiębiorcom i organizacjom pozarządowym, wspiera rozwój infrastruktury społecznej wspierając działania lokalnych społeczności, motywując je do większej aktywności i samoorganizacji. 

24 tysiące polskich firm świadczy usługi za granicą. Dla budżetu to kilka miliardów zysku rocznie

CEO Magazyn Polska

Praca transgraniczna przynosi korzyści pracownikom ponad 24 tysięcy polskich firm, z których usług chętnie korzystają zagraniczni partnerzy. Za granicą często brakuje wykwalifikowanych pracowników w niektórych branżach, a Polacy są konkurencją dla miejscowej siły roboczej. W Unii Europejskiej trwają negocjacje dotyczące zmian w przepisach o pracy transgranicznej.

Usługi pracy transgranicznej świadczy 24 tys. małych, dużych i średnich polskich firm. Zapewniają one wpływy budżetowe w wysokości kilku miliardów złotych rocznie. Obecnie polscy pracownicy wykonujący tzw. pracę delegowaną w krajach UE muszą zarabiać zgodnie z miejscowym prawem pracy, jednak przez 24 miesiące mogą podlegać polskiemu systemowi ubezpieczeń społecznych. Jest to korzystne dla pracowników, mających rodzinę w Polsce i zamierzających spędzić w kraju emeryturę.

 – Niekiedy za granicą nie ma wykwalifikowanych pracowników w turystyce, pracach sezonowych, przemyśle czy budowlance – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Gałka, ekspert Polskiej Izby Handlu. – Przez ostatnie 8 lat polski pracownik, przysłowiowy polski hydraulik wypracował już sobie reputację i zachodnie firmy korzystające z pracy transgranicznej chcą kontynuować współpracę.

Dla miejscowych pracowników praca transgraniczna to poważna konkurencja. Dlatego dążą oni do tego, by Unia Europejska wprowadziła ograniczenia w tym zakresie. W grudniu w Brukseli miało miejsce spotkanie ministrów pracy krajów UE, na którym dyskutowano zapisy dotyczące dyrektywy 96/71 o delegowaniu pracowników. Przedstawiciele polskiego Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynegocjowali odrzucenie tych, które były niekorzystne dla polskich pracowników.

 – Udało się usunąć kilka zapisów projektu dyrektywy – wyjaśnia Gałka. – Chodzi o zapisy wprowadzone poprzez środowiska lobbujące, reprezentujące przede wszystkim związki zawodowe w krajach zachodnich lub zrzeszenia pracodawców, którym nie na rękę było delegowanie polskich pracowników – dodaje.

Jednym z nich był zapis dotyczący zastępowalności. Zakazywał on zastępowania pracownika delegowanego do danego zagranicznego pracodawcy, gdy ten się np. rozchorował. Związane z tym potencjalne trudności zniechęciłyby do zatrudniania Polaków. 

Inna niekorzystna propozycja, którą udało się zmienić, dotyczyła nakazu przechowywania dokumentacji dotyczącej pracy transgranicznej we wszystkich krajach, w których działała dana firma. 

 – Można sobie wyobrazić firmę, która realizuje krótkoterminowe kontrakty spawalnicze w kilku krajach europejskich – mówi Radosław Gałka. – Gdyby musiała ona wysyłać kopie dokumentów i przechowywać je we wszystkich krajach, gdzie wykonywała swoje usługi, to koszty i bariery administracyjne byłyby poważnym utrudnieniem – dodaje rozmówca Newserii Biznes. 

Przyjęcie dyrektywy w niekorzystnej dla Polaków formie oznaczałoby, zdaniem Gałki, nawet konieczność zamknięcia wielu firm i w konsekwencji zniszczenie polskiego sektora usług transgranicznych.

Ostateczna postać dyrektywy powinna powstać w kwietniu tego roku, by mógł się nią zająć Parlament obecnej kadencji, a na jej wdrożenie zostaną dwa lata. Teraz trwają konsultacje w ramach tzw. trilogu, czyli uzgodnień Komisji Europejskiej, Rady Unii Europejskiej oraz Parlamentu Europejskiego.

Zarządcy nieruchomości od nowego roku nie potrzebują licencji

CEO Magazyn Polska

W miejsce licencji szkolenia i certyfikaty na poziomie stowarzyszeń zawodowych – to powinno uchronić rynek nieruchomości przed oszustami i niekompetentnymi zarządcami oraz pośrednikami. Od początku roku ten rynek został zderegulowany.

 – Istnieje ryzyko związane z deregulacją bez wcześniejszego skonsultowania z zawodowcami działającymi na tym rynku. Może okazać się zbyt brutalna i w znaczący sposób zakłócić działanie na danym rynku – ostrzega Claudine Speltz, prezydent CEPI, czyli Europejskiej Rady Zawodów Rynku Nieruchomości. – Nadmiar regulacji prowadzi do hamowania rozwoju danego rynku. Natomiast nadmiar deregulacji może prowadzić do nadużyć.

Od 1 stycznia 2014 r. zarządcy nieruchomości mogą działać bez licencji. Zarówno ich obowiązki, jak i pośredników nieruchomości oraz prawa i obowiązki ich klientów będzie określała pisemna umowa. Do tej pory istniał wymóg niekaralności, obowiązek posiadania kierunkowego wykształcenia oraz odbycia praktyki. Na ten aspekt zwraca uwagę Claudine Speltz.

 – Istnieje kwestia kompetencji czy kwalifikacji profesjonalistów działających na tym rynku, które już nie będą musiały być zgodne z wymogami przepisów krajowych. W związku z tym istnieje ryzyko, że na rynku polskim zaczną się pojawiać podmioty pochodzące z innych krajów – uważa Claudine Speltz.

Aby więc chronić klientów, stowarzyszenia zawodowe powinny opracować kodeksy etyki, własne zasady dostępu do zawodu. A oprócz tego powinny prowadzić szkolenia i system certyfikacji.

 – Kiedy konsument zobaczy logo danego stowarzyszenia, zwiększy to jego zaufanie do danego usługodawcy – należąc do niego podlega kontroli jakości swojej pracy i kwalifikacji. I chodzi o to, żeby rola, jaką dotychczas sprawowało państwo, została przejęta przez stowarzyszenia zawodowe – mówi Newserii Biznes Claudine Speltz.

CEPI współpracuje z Komisją Europejską nad stworzeniem listy szkoleń, które są obowiązujące lub zalecane w poszczególnych krajach. Na jej podstawie ma zostać opracowane „wspólne minimum szkoleniowe”.

 – Na podstawie tego rodzaju szkoleń byłyby wydawane karty profesjonalisty. Oczywiście każdy kraj będzie mógł prowadzić szkolenia dodatkowe. Natomiast najistotniejsze jest to, żeby przynajmniej istniała ta minimalna baza – informuje ekspertka.

Orange Polska zamiast TP i PTK Centertel

Połączenie Telekomunikacji Polskiej z PTK Centertel stało się faktem. Od 2013-12-31 działają jako jedna firma Orange Polska. Połączenie nie wiąże się z żadnymi zmianami umów dla klientów.

Połączenie nastąpiło poprzez przeniesienie całego majątku PTK Centertel na TP. Nową firmą kierować będzie dotychczasowa struktura zarządcza Grupy Orange Polska. Połączenie ma na celu poprawienie efektywności działań i usprawnienie obsługi klientów. Uprości procesy i będzie wspierać rozwój oferty. Zmiana nazwy to finał długiego procesu wewnętrznej integracji spółek.

„Już dziś oferujemy najszerszy na rynku pakiet usług konwergentnych Chcemy utrzymać pozycję lidera w udziale wartościowym na rynkach mobilnym i stacjonarnym. Dzięki formalnemu połączeniu TP i PTK Centertel będziemy mogli jeszcze lepiej wykorzystać potencjał Orange Polska i siłę konwergencji, która wyróżnia nas na tle konkurencji” – powiedział prezes Orange Polska Bruno Duthoit.

Zmiany w strukturze Orange Polska nie pociągają za sobą konieczności zawierania nowych umów na usługi, z których dotąd korzystali klienci TP i PTK. Nie wpłyną również na warunki świadczenia tych usług. Mając na uwadze wcześniejsze próby oszukiwania naszych klientów, informujemy, że ewentualne nadużycia można zgłaszać poprzez bezpłatną infolinię 800 500 005. Pod tym numerem konsultanci przyjmują od klientów zgłoszenia oraz udzielają informacji jak postępować w takich przypadkach.

KNF przygotowuje Rekomendację U. Uporządkuje ona rynek ubezpieczeń oferowanych przez banki

Z końcem stycznia zakończą się prace nad Rekomendacją U. Będzie ona dotyczyła tzw. bancassurance, czyli sprzedaży produktów ubezpieczeniowych przez banki. Efektem tej regulacji ma być zmuszenie banków do prowadzenia czytelnej i przejrzystej komunikacji z klientami.

Prace nad Rekomendacją U mają się zakończyć z końcem stycznia i najprawdopodobniej od 1 listopada 2014 roku zacznie ona obowiązywać. KNF chce uregulować umowy zawierane w ramach tzw. bancassurance, czyli sprzedaż polis ubezpieczeniowych klientom banków.

 – Chcemy w tej rekomendacji uporządkować to, co wynikało do tej pory z naszych obserwacji, ale również z obserwacji europejskich w zakresie produktów oferowanych przez instytucje bankowe przy okazji sprzedaży własnych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

KNF postanowił rozpocząć prace nad nową rekomendacją po serii informacji, opisujących niewłaściwe praktyki stosowane przez banki. Zastrzeżenia budzi występowanie przez banki raz w roli ubezpieczyciela, a raz pośrednika, stosowanie nieproporcjonalnie wysokich prowizji – czasem nawet 95 proc. wartości opłacanej składki, czy utrudniony dostęp do treści umowy.

 – To przede wszystkim będzie właściwie regulować stosunki pomiędzy bankiem, który sprzedaje, a klientem, który takie ubezpieczenie kupuje. Z naszych wielokrotnych obserwacji wynikało, że klient nie do końca wie, w jakiej roli występuje bank: czasami jako ubezpieczający, czasami jako agent ubezpieczeniowy, a te pozycje są zupełnie inne – wyjaśnia Jakubiak.

Rekomendacja U ma wzmocnić ochronę klientów. Dziś wielu z nich jest na straconej pozycji. Na przykład część banków przy okazji podpisywania umów o kredyt zmusza klientów do zakupu polis ubezpieczeniowych ubezpieczycieli współpracujących z bankiem.

 – Zdarzało się, że czasem wobec klientów, którzy opłacali składkę kierowano roszczenia regresowe – przypomina przewodniczący KNF. – Klienci muszą wiedzieć, na jakiego rodzaju ubezpieczenie się decydują, jaki jest zakres ochrony, muszą mieć swobodę wyboru ubezpieczyciela. Nie jest dobrą praktyką narzucanie jednego zakładu ubezpieczeń, z którym bank ma podpisaną umowę.

Efektem prac KNF-u ma być doprowadzenie do zbudowania czytelnych relacji instytucji bankowych z klientami. Dlatego klient powinien mieć prawo wyboru produktu ubezpieczeniowego, zapoznania się z pełną treścią umowy, tabelą kosztów i ewentualnymi ryzykami związanymi z umową.

Nowa regulacja ma również uporządkować kwestię ujawnienia dochodów z produktów ubezpieczeniowych w ogólnych wynikach finansowych banków. Klient będzie miał prawo do informacji, jaka część płaconej przez niego składki staje się prowizją banku.

 – Spodziewamy się, że najwięcej wątpliwości będzie budziła kwestia ujawnienia wynagrodzenia. Do tej pory sporo emocji budziły również kwestie związane z księgowaniem przychodów, gdyż niektóre z banków w dużej części przychody księgowały jednorazowo, zamiast rozkładać je w czasie, dlatego że mamy do czynienia przecież ze sprzedażą produktów długoterminowych – mówi Andrzej Jakubiak.

Odbicie w branży motoryzacyjnej zależy od kondycji rynków zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Produkcja samochodów spada, liczba rejestracji nowych aut – po uwzględnieniu reeksportu – również. Kondycja rynku motoryzacyjnego w Polsce wciąż nie jest najlepsza. Jej poprawa w przyszłym roku będzie zależała w dużej mierze od sytuacji na rynkach europejskich, ponieważ 98 proc. polskiej produkcji trafia właśnie na eksport.

Produkcja samochodów w 2013 r. była mniejsza niż w zeszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Spodziewamy się, że w całym 2013 r. produkcja będzie oscylowała w okolicy 550 tys. sztuk. Tymczasem w rekordowym 2008 r. wyprodukowaliśmy prawie milion sztuk.

Jak wynika z raportu KPMG z października, Polska w ostatnich pięciu latach utraciła pozycję regionalnego lidera produkcji samochodów na rzecz Czech i Słowacji. Lepsza jest sytuacja w produkcji części i podzespołów – w tym roku nieco wzrosła w porównaniu do 2012 roku, ale i tu pozycja Polski słabnie. Przyszłoroczna sytuacja produkcji sektora motoryzacyjnego zależna jest przede wszystkim od kondycji zagranicznych gospodarek.

 – To, czy w przyszłym roku upadać będą kolejne zakłady, zależy od sytuacji w innych krajach, zwłaszcza w Europie Zachodniej – mówi Faryś. – Niemal 98 proc. polskiej produkcji pojazdów jest sprzedawane za granicę. Eksportujemy także części i podzespoły, i w tym właśnie upatrujemy nadziei na przyszłość.

Polski rynek też w kłopotach

Od stycznia do listopada zarejestrowano w Polsce nieco ponad 300 nowych samochodów (osobowych i dostawczych), czyli o 4,8 proc. więcej niż przed rokiem. Choć dane Centralnej Ewidencji Pojazdów mówią o kilkuprocentowym wzroście rejestracji, to w rzeczywistości sytuacja jest gorsza.

 – Musimy pamiętać, że jest bardzo duży reeksport samochodów osobowych. W efekcie, jeżeli mówimy o pojazdach, które zostały zarejestrowane i będą jeździły w Polsce, to w 2013 r. nastąpił kilkuprocentowy spadek – zauważa Faryś.

Polacy preferują samochody używane – ich import utrzymuje się na poziomie 600-650 tysięcy sztuk rocznie.

Spowolnienie w branży motoryzacyjnej ma wpływ na całą gospodarkę. Jak podkreśla raport KPMG, wpływy budżetowe z tej gałęzi gospodarki wynoszą rocznie ok. 27 mld zł. Odpowiada ona za 8,6 proc. produkcji dodanej brutto wytwarzanej w polskiej gospodarce. Branża przyczynia się do utrzymania ponad 760 tysięcy miejsc pracy, a w sektorach powiązanych z motoryzacją pracuje kolejne 600 tys. osób.

Nowe przepisy mają ułatwić oddłużanie samorządów

Nowe przepisy, które zaczną obowiązywać od 2014 roku, mają pomóc samorządom w ich oddłużeniu i tym samym umożliwić dalsze korzystanie z funduszy unijnych. To aktualnie jeden z najpoważniejszych problemów władz samorządowych. Dla wielu gmin nowa perspektywa unijnego budżetu na lata 2014-2020 oznacza konieczność zaangażowania środków własnych, których nie mają.

Wchodzący w życie od 1 stycznia 2014 zmieniony art. 243 Ustawy o finansach publicznych powinien w założeniach sprzyjać oddłużaniu gmin. Bierze on pod uwagę sumę rocznych spłat zobowiązań, które porównuje do dochodów ogółem. Uzależnia praktyczną i prawną możliwość obsługi kosztów zadłużenia od  średniej arytmetycznej tzw. nadwyżki operacyjnej z ostatnich trzech lat. Zgodnie z dodanym do tego artykułu ustępem na nowy indywidualny wskaźnik zadłużenia nie będą miały wpływu obciążenia gmin poniesione po 1 stycznia 2013 roku, wynikające z realizacji projektów współfinansowanych przez UE (co najmniej w 60 proc.).

Ale to nie wszystko, czego oczekują jednostki samorządu terytorialnego.

 – Od trzech lat proponuję, aby maksymalny wskaźnik zadłużenia uwzględniał pilną potrzebę samorządów, jaką jest ich oddłużenie. Chodzi o to, aby była możliwość restrukturyzacji zaciągniętego przez nie długu. Po prostu z tego wskaźnika należałoby wyłączyć emitowane obligacje. Ja je nazywam umownie restrukturyzacyjnymi, komunalnymi, dzięki którym dług nie wzrasta ani o złotówkę. Gmina ma wówczas możliwość rozłożenia spłat dotychczas zaciągniętych zobowiązań w innym terminie – proponuje rozwiązanie problemu Lesław Fijał, skarbnik miasta Krakowa.

Z tą nadzieją Kraków wyemitował swoje obligacje na rynku instrumentów finansowych Catalyst na Giełdzie Papierów Wartościowych.  Dołączył w ten sposób do kilku innych dużych polskich miast, które korzystają z takiej formy finansowania deficytu budżetowego.

 – Jesteśmy zadowoleni z tych emisji. Oparte są o zmienną stopę i wydaje się, że w przyszłym roku również będziemy się skłaniali do emisji papierów dłużnych zamiast zaciągać kredyt bankowy. Inwestorzy traktują obligacje krakowskie jako papier wartościowy, którego nie warto się pozbywać  – przekonuje Lesław Fijał.

W tym przekonaniu utwierdza włodarzy miasta również fakt, że od 2008 roku posiada ono ocenę wiarygodności kredytowej na poziomie A- z perspektywą stabilną. Podtrzymała ją także agencja ratingowa Standard & Poor’s w swoim raporcie z 23 października br.

 – Nie ulega też wątpliwości, że obecnie warunki kosztowe zaciągania długu są lepsze niż na przykład w latach 2006-2009, a w szczególności w 2010 roku. Wówczas mieliśmy do czynienia z ogólnoświatowym kryzysem finansowym. Taka zamiana zobowiązań jest korzystniejsza, bo wydłuża okres spłaty długu. A docelowo umożliwi dalsze pozyskiwanie wsparcia z funduszy pomocowych UE  – wyjaśnia Lesław Fijał.

Problem bezrobocia mogą rozwiązać centra usług wspólnych i nowoczesne rolnictwo

Ponad 13-procentowa stopa bezrobocia i ponad 2,1 mln osób bez pracy – kończący się rok, w ocenie ekspertów, był jednym z najtrudniejszych dla rynku pracy. Pracodawcy wciąż ostrożnie tworzą miejsca pracy i liczą na większe ożywienie w gospodarce. W miarę stabilna jest sytuacja w branży produkcyjnej, przemyśle samochodowym oraz w centrach usług.

Brak stabilności i rozbieżne oceny dotyczące przyszłości przełożyły się na sytuację na rynku pracy. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego za listopad wynika, że bez stałego zajęcia jest 13,2 proc. Polaków. To więcej niż przed rokiem i więcej niż w poprzednich trzech miesiącach.

 – Wiele osób szukających pracy nie znalazło jej ze względu na pochodną klimatu wynikającego z kryzysu, który spowodował, że firmy z dużą ostrożnością podchodzą do rekrutacji i do zatrudniania ludzi. Wielu z nich obawia się, że względnie niepewna sytuacja ekonomiczna może doprowadzić do tego, że trzeba będzie zwalniać ludzi – mówi Bernhard Matussek, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Nie lepiej jest w pozostałych krajach Unii Europejskiej. Średni poziom bezrobocia, liczony przez Eurostat, to 12 proc. (w Polsce według Eurostatu stopa bezrobocia wynosi 10,2 proc.). W przyszłym roku należy się spodziewać niewielkiego spadku liczby bezrobotnych.

Dziś najłatwiej można znaleźć pacę w takich branżach jak: produkcja, FMCG (produkty szybkozbywalne: artykuły spożywcze, środki czystości, alkohol i papierosy), BPO (centra usług outsourcingowych).

 – Inwestycje, które od wielu lat są w Polsce: firmy zachodnie produkujące w Polsce, przemysł samochodowy  to są branże stabilne, gdzie być może był przyrost zatrudnienia – wyjaśnia ekspert. – Także w innych branżach, jak dobra szybkozbywalne, gdzie popyt wewnętrzny jest stabilny, mamy dosyć dużą stabilizację. Ale są też branże, które rosną w Polsce, np. centra usług wspólnych.

Duży wpływ na rynek pracy będzie miała atmosfera gospodarcza u partnerów handlowych Polski, w tym głównie w Niemczech. To oni są głównymi odbiorcami towarów polskich eksporterów.

 – Polska gospodarka jest, jak w wielu krajach europejskich, uzależniona od eksportu – przypomina Matussek. – Popyt jest w znaczącej mierze generowany poprzez gospodarkę niemiecką, która jako najsilniejsza i rosnąca gospodarka jest w dobrej fazie koniunkturalnej. Wywołuje ona odpowiedni efekt ssący też dla polskiej gospodarki.

W ocenie eksperta bardzo rozwojowym fragmentem rynku, który może odnieść w przyszłym roku największy sukces, jest nowoczesna branża spożywcza. Jej importem zainteresowane są przede wszystkim kraje starej Unii Europejskiej.

 – To jest nowy temat, który rysuje się od kilku lat, bo powoduje nową jakość również w rolnictwie. Zaczyna rosnąć nam nowa generacja ludzi pracujących w rolnictwie, bardzo profesjonalnie traktujących swój zawód. To powoduje, że stajemy się znaczącym rynkiem nie tylko wewnętrznym, lecz także eksportowym żywności. To są ważne i dobre impulsy – mówi dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Rusza program „Mieszkanie dla młodych”

CEO Magazyn Polska

Program „Mieszkanie dla młodych” formalnie wystartuje 1 stycznia 2014 roku, natomiast wnioski kredytowe będzie można złożyć 2 stycznia, pod warunkiem, że banki będą również przygotowane. Z programu najtrudniej będzie skorzystać młodym ludziom z małych miejscowości, gdzie jest niewielki wybór nieruchomości spełniających kryteria rządowego programu.

 – Zainteresowanie banków programem jest bardzo duże – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Krajkowski, główny analityk DK Notus. – Kilkanaście z nich wyraziło zainteresowanie przystąpieniem do tego programu, więc już w pierwszych dniach nowego roku będzie można z niego skorzystać przynajmniej w kilku bankach. 

Eksperci przestrzegali, że ograniczenie programu „Mieszkanie dla młodych” tylko do rynku pierwotnego spowoduje, że będzie on funkcjonował jedynie w dużych aglomeracjach, gdzie rynek deweloperski jest w pełni rozwinięty.

 – Nie wszędzie program będzie funkcjonował w praktyce. Formalnie skorzystają z niego kupujący na rynku pierwotnym, więc w praktyce wyłączone z niego będą małe miejscowości. Tam rynek pierwotny nie funkcjonuje, bo deweloperzy nie budują. Jest bardzo dużo powiatów, gdzie w minionym roku nie było żadnego pozwolenia na budowę budynku wielorodzinnego – wyjaśnia Michał Krajkowski.

Dostępność mieszkań jest ograniczona także w dużych miastach.

 – W Krakowie, we Wrocławiu i w Warszawie dostępność waha się pomiędzy 10-15 proc. – tylko tyle mieszkań z rynku pierwotnego kwalifikuje się do tego programu. Zatem oddziaływanie „MdM” w tych miastach będzie zdecydowanie mniejsze niż na przykład w Łodzi, gdzie połowa zasobu mieszkaniowego rynku pierwotnego kwalifikuje się do programu – twierdzi Michał Krajkowski.

Na rządową dopłatę można liczyć przy zakupie mieszkania na rynku pierwotnym do 75 m2 lub domu jednorodzinnego do 100 m2, albo odpowiednio do 85m2 i 110 m2, jeżeli nabywca wychowuje minimum trójkę dzieci.

 – W dużych miastach – jak Gdańsk, Łódź, Gdynia – program na pewno będzie miał duże znaczenie, dostępność mieszkań jest spora i deweloperzy muszą się liczyć z tymi dopłatami. Może to spowodować częściowe, przynajmniej w tych lokalizacjach, przesunięcie klientów i ich zainteresowania z rynku wtórnego na rynek pierwotny – prognozuje analityk.

Zwłaszcza, że wchodząca od stycznia w życie Rekomendacja S nakłada obowiązek posiadania wkładu własnego przy zakupie nieruchomości na kredyt. W 2014 roku wyniesie co najmniej 5 proc., rok później będzie to co najmniej 10 proc., w 2016 r. – 15 proc., a od 2017 r. – 20 proc.

 – Dopłata z programu ten wymóg Rekomendacji S będzie uzupełniać. Ktoś, kto nie ma środków na wkład własny, będzie mógł otrzymać kredyt na zakup nieruchomości na rynku pierwotnym, bo dopłata ze Skarbu Państwa, czyli 10-15 proc., będzie traktowana jako wkład własny – mówi Newserii Biznes Michał Krajkowski.

W 2014 roku warto będzie inwestować w spółki z branży surowcowej i energetycznej

CEO Magazyn Polska

Akcje spółek surowcowych i energetycznych powinny zainteresować inwestorów w 2014 roku – ocenia Paweł Szczepanik z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych. To one będą notować największe wzrosty w przeciwieństwie do banków, które wiodły prym w tym roku. Gdyby jednak scenariusz ten nie sprawdził się, możemy mieć do czynienia nie ze wzrostami, lecz z przeceną akcji największych spółek giełdowych.

Atmosfera na giełdzie sprzyja inwestorom, choć w przyszłym roku nastroje mogą się nieco pogorszyć. Klimat inwestycyjny na warszawskim parkiecie w dużej mierze będzie zależał od nastrojów na światowych rynkach.

 – Rok 2014 może być, moim zdaniem, trudnym rokiem, z tego powodu, że 2013 rok był bardzo dobry – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szczepanik z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych. – Wszystko zależ, po pierwsze, od tego, czy będzie dopływ pieniędzy do giełdy amerykańskiej, czy spółki amerykańskie będą w stanie produkować lepsze wyniki. To jest warunek wstępny do tego, żebyśmy kontynuowali wzrost, mimo że on zawsze jest słabszy aniżeli na pakietach zachodnich.

Ekspert zwraca uwagę na zmieniające się strategie inwestowania. O ile kiedyś polscy gracze interesowali się spółkami czysto spekulacyjnymi, o tyle teraz docenili te, które mają najlepsze perspektywy na dynamiczny rozwój.

 – Inwestorzy będą poszukiwać spółek, które mogą zaskoczyć fundamentalnie in plus. Już nie grają w spółki, które mogą być spółkami spekulacyjnymi, bańkami spekulacyjnymi, oni po prostu szukają spółek, które mogą poprawić wyniki – podkreśla Szczepanik.

W tym roku wśród liderów na warszawskim parkiecie znalazła się np. branża odzieżowa, choć akcje nie wszystkich działających w niej spółek poszły w górę. Jako przykłady tych, które dały najlepiej zarobić inwestorom Paweł Szczepanik wymienia m.in. Monnari, LPP oraz CCC.

Natomiast inwestując w akcje małych spółek, które w tym roku popisały się znacznie wyższymi wzrostami niż spółki duże, warto zwracać uwagę nie tyle na branżę, w której działają, co na ich poszczególne parametry.

 – Czy są w stanie przejąć restrukturyzację, czy są w stanie poprawić wyniki, bo obstawienie branży jako branży, w przypadku małych spółek, niewiele nam daje – tłumaczy Paweł Szczepanik.

Analiza branży dużo lepiej natomiast sprawdza się w przypadku dużych spółek. Zdaniem eksperta w przyszłym roku prym będą wiodły surowce i energetyka. Indeks spółek surowcowych był najmocniej przeceniony na giełdzie w 2013 roku, stracił jedną trzecią swojej wartości. Spółki energetyczne łącznie potaniały o ponad 5 proc. Natomiast sektor bankowy, obok budowlanego, medialnego i chemicznego, należał do liderów wzrostu. Indeks spółek tego sektora zyskał jedną piątą.

 – I tutaj mamy dość poważny problem, bo liderami zeszłego roku były banki. I teraz możemy zastanowić się, czy banki będą miały potencjał do wzrostu o kolejne 20–30 proc. w przyszłym roku. Musiałyby o tyle poprawić wyniki, a co do tego możemy być sceptyczni. Pozostają nam spółki surowcowe i energetyczne – wyjaśnia ekspert.

Gdyby jednak scenariusz ten się nie sprawdził, możemy mieć do czynienia nawet z przeceną akcji największych spółek giełdowych.

 – Jeżeli w przyszłym roku surowcowe spółki pozostaną na niezmienionym poziomie, a banki zaczną korygować swój tegoroczny wzrost, to będziemy mieli na giełdzie w przyszłym roku nie wzrosty, ale przecenę na WIG20 – tłumaczy Szczepanik.

Zagrożeniem dla poziomów wzrostu na giełdzie w przyszłym roku jest też wprowadzenie zmian w OFE, które staje się coraz bardziej realne. Jeśli Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionuje jej zapisów do końca stycznia, wejdą one w życie z początkiem lutego.

Od stycznia zmiany w VAT. Mogą utrudnić działalność przedsiębiorcom

Wcześniejsze terminy płatności podatków, późniejsze ich zwrotu oraz nowe terminy wystawiania faktur. Wchodząca w życie od stycznia nowelizacja ustawy o podatku VAT zmusza przedsiębiorców do zmiany dotychczasowego trybu rozliczania faktur.

 To rewolucja. Wszystkie elementy konstrukcyjne z punktu widzenia VAT zostały zmienione. Zmiany dotkną każdego podatnika VAT-u – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Borowski, partner zarządzający w kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Wprowadzone zmiany powodują, że biznes od nowa będzie się uczyć przyjętych reguł. A przede wszystkim będzie oferował budżetowi darmowy kredyt, ponieważ zmienia się moment powstania obowiązku podatkowego.

 – Możemy mówić o pewnej detronizacji roli faktury: obowiązek podatkowy w większości przypadków będzie powstawał niezależnie od terminu wystawienia faktury. Pojawi się w chwili wykonania usługi lub po upłynięciu okresu rozliczeniowego przy rozliczeniach typu ciągłego. Natomiast fakturę będzie można wystawić zarówno przed wykonaniem usługi, jak i po jej wykonaniu, nawet w dość długim terminie. A podatnicy, niezależnie od tego, kiedy otrzymają fakturę, będą mieli obowiązek wykazania VAT-u i odprowadzenia tego podatku wcześniej niż dotychczas – tłumaczy Michał Borowski.

Według starych zasad podstawą opodatkowania był obrót, czyli należność pomniejszona o VAT. Od początku roku 2014 podstawę stanowi zapłata, którą przedsiębiorca otrzymał lub ma otrzymać. W tym drugim przypadku będzie musiał wyłożyć własne pieniądze na podatek. Dla przedsiębiorców to zła wiadomość, ale fiskus będzie z nowych reguł czerpał korzyści.

 – Nowy model rozliczeń zakłada, że podatnicy, którzy dokonują sprzedaży towarów i usług, wykażą VAT należny wcześniej. Natomiast podatnicy, którzy nabywają towary i usługi, z odliczeniem będą musieli poczekać trochę dłużej niż dotychczas. W związku z tym z jednej strony pierwsza grupa podatników odprowadzi VAT do urzędu skarbowego wcześniej, a druga – nabywców – odprowadzi czy odliczy ten VAT nieco później. Podatnicy powinni zdecydowanie zwrócić uwagę też na moment ustalania prawa do odliczenia – informuje prawnik.

Zdaniem eksperta nowa konstrukcja w praktyce będzie powodowała wiele problemów.

 – Z jednej strony to nowość, do tej pory takich rozwiązań nie było, z drugiej – nabywca towaru czy usługi musi się zastanowić, czy u niego powstał obowiązek podatkowy z tytułu danej transakcji, a jeśli tak, to zweryfikować, czy drugi warunek, czyli posiadanie faktury, jest spełniony. Wówczas dopiero powstaje prawo do odliczenia. To zupełnie nowa konstrukcja: mając fakturę za daną usługę czy towar w zasadzie będziemy mogli realizować prawo do odliczenia – wyjaśnia Michał Borowski.

W tej chwili sam fakt posiadania faktury nie oznacza automatycznie możliwości odliczenia VAT, ponieważ u dostawcy nie powstał obowiązek podatkowy z tytułu tej transakcji. Koncepcja ustawodawcy zakładała uproszczenie przypisów.

 – Wyszło jak wyszło. Pamiętajmy, że oprócz zasady ogólnej powstawania obowiązku podatkowego, mamy też szereg wyjątków, acz wyjątków innych niż obowiązywały dotychczas. To zasadniczy problem: podatnicy przywykli już do pewnego sposobu rozliczania VAT-u, a teraz będą musieli uczyć się go od nowa. System nie stał się mniej skomplikowany, stał się po prostu inny – stwierdza ekspert.

Na opanowanie nowych przepisów ustawodawca dał przedsiębiorcom rok. Nowelizacja była znana już w grudniu 2012 roku, a przepisy wchodzą w życie 1 stycznia 2014 roku.

Polski turysta wciąż wybiera last minute, ale rośnie standard wycieczek

CEO Magazyn Polska

W branży turystycznej widać pierwsze efekty odwilży na rynku. Z danych Polskiego Związku Organizatorów Turystyki wynika, że tegoroczny sezon wakacyjny zamknął się ponad 35-proc. wzrostem liczby obsłużonych klientów.  Ten rok pozwolił osiągnąć bardzo dobry wynik finansowy  podkreśla Krzysztof Piątek, prezes Neckermann Polska.

Neckermann Polska zamyka rok z 8 mln złotych zysku i bardzo dobrymi prognozami na kolejne miesiące. W ocenie prezesa spółki Polacy znów chętnie wybierają wyjazdy zagraniczne.

 – Nasi klienci wybierają z reguły hotele wyższych kategorii, od czterech gwiazdek w górę. Można dostrzec wzrost udziału gości wybierających zakwaterowanie w opcji all inclusive, ale też w wysokich kategoriach – mówi Krzysztof Piątek agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Z danych zebranych przez PZOT wynika, że w tym roku na wakacyjny wyjazd zdecydowało się o ponad 30 proc. więcej Polaków niż przed rokiem. Jednocześnie o 16 proc. spadła liczba agentów i biur sprzedających wyjazdy.

Wielu turystów zdecydowało się na zagraniczne wyjazdy ze względu na cenę, a ta w porównaniu z ubiegłym rokiem nie zmieniła się znacząco. Na korzyść branży turystycznej działało stabilne otoczenie ekonomiczne, brak wielkich bankructw w branży, stabilny złoty i niewielkie zmiany cen na rynku paliw lotniczych.

 – Ta stabilizacja cen i ogólne opinie o tym, że wychodzimy z kryzysu, wpłynęły bardzo pozytywnie na postawy i nastroje konsumenckie. Stąd wzrosty, które zanotował cały rynek usług turystycznych w 2013 roku – podkreśla prezes Neckermann Polska.

W tym roku Polacy najchętniej spędzali wakacje w ośrodkach turystycznych w krajach basenu Morza Śródziemnego: Grecji, Hiszpanii i Turcji. Wciąż rośnie także popularność takich krajów jak Chorwacja czy Bułgaria. Do łask wraca również Egipt.

 – Klienci pokazują, że idą w kierunku nieco wyższej kategorii. Nieznacznie uległ skróceniu czas pobytu za granicą, ale w dalszym ciągu oscyluje średnio wokół 9 dni. Ale nie nastąpiły żadne istotne zmiany w pakiecie usług turystycznych, jaki nabywa przeciętny klient – wyjaśnia Piątek.

Wciąż większość Polaków wybiera kierunek wakacyjnych podróży w ostatnim momencie. Robi tak aż 55 proc. klientów. Zdaniem szefa jednego z największych operatorów w kraju, to podnosi koszty, a w konsekwencji – ceny poszczególnych wycieczek.

 – Dostrzegam trend późniejszego podejmowania decyzji. Liczba osób rezerwujących w okresie 30 dni przed terminem wyjazdu nieznacznie wzrosła, to kilkuprocentowe zmiany – mówi Piątek. – Pokazuje to jak trudno optymalizować załadowanie w samolotach, jak długo trzeba czekać na klienta, który przyjdzie nieco później niż bywało to w poprzednich sezonach, ale przyjdzie, i kupi dobrą, solidną usługę.

Od maja obowiązują również zmienione przepisy dotyczące branży turystycznej. Celem tych zmian było utrudnienie dostępu do rynku niedoświadczonym i nieprzygotowanym podmiotom. Na ich wprowadzenie rząd zdecydował się po fali upadków biur podróży w 2012 roku, kiedy to z publicznej kasy pokryto koszty powrotu do kraju kilku tysięcy turystów. Zmiany polegały na podniesieniu minimalnej kwoty gwarancyjnej oraz wprowadzeniu innego sposobu ich naliczania.

 – Ten rok mieliśmy wyjątkowo spokojny w zakresie niewypłacalności w biurach podróży. Był jeden czy dwa przypadki, praktycznie nie było mowy o szkodach, jakie ponieśli klienci – mówi Krzysztof Piątek. – Widać, że sytuacja się ustabilizowała, a dalsze plany, mające na celu jeszcze zwiększenie bezpieczeństwa konsumentów również korzystających z indywidualnych świadczeń turystycznych, sprawią, że klienci biur podróży będą pod specjalną ochroną i ich bezpieczeństwo będzie w 100 proc. zapewnione.

W przyszłym roku miał ruszyć dodatkowy Turystyczny Fundusz Gwarancyjny, chroniący klientów biur podróży w razie bankructwa touroperatora. Projekt ustawy jest gotowy, jednak Ministerstwo Finansów nie przewidziało w budżecie dofinansowania na ten cel. Nie wiadomo więc, czy fundusz będzie miał za co wystartować. Najnowszy pomysł przewiduje pożyczenie pieniędzy na rozpoczęcie działalności funduszu.

Białystok rozmawia z mieszkańcami, na co wyda unijne pieniądze

Mijający rok Białystok kończy wpisaniem do nowego budżetu siedmiu projektów, które wybrali sami mieszkańcy. Opiewają one na kwotę 10 mln zł. Doświadczenia przy tworzeniu budżetu obywatelskiego miasto chce wykorzystać przy planowaniu nowej perspektywy unijnej. Rok 2014 to ciąg dalszy konsultacji z białostoczanami, na jakie inwestycje chcą przeznaczyć środki z UE. 

 – Białystok w tych latach od 2006-2007 roku rozwijał się dynamicznie. Zrobiliśmy bardzo dużo rzeczy, ale jest również wiele potrzeb i chcemy zapytać mieszkańców, na czym im najbardziej zależy, jakie obszary należałoby rozwijać, na co postawić, by Białystok z jednej strony mógł wykorzystać fundusze unijne, a z drugiej był tak dobrze odbierany jak w ostatnich latach – mówi Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku.

Władze miasta uruchomiły specjalną stronę internetową Twojbialystok2020.pl, za pomocą której można przesyłać swoje propozycje. Opinie mieszkańców pozwolą wyznaczyć kierunki rozwoju miasta na najbliższe lata.

 – Uzyskane do tej pory opinie wnoszą coś nowego, pokazują, że ludziom rzeczywiście zależy na rozwoju miasta – dodaje prezydent Białegostoku.

Elementem, na który białostoczanie szczególnie zwracają uwagę, jest brak miejsc pracy. Stopa bezrobocia w listopadzie 2013 roku wynosiła w całym woj. podlaskim 14,9 proc., w samym mieście – 13,8 proc., podczas gdy średnia dla Polska wyniosła 13,2 proc.

 – Mamy wysoką stopę bezrobocia i dlatego też mieszkańcy troszczą się o miejsca pracy. Mówią o ściąganiu inwestorów, o parku naukowo-technologicznym, który właściwie już powstał i jest w trakcie odbioru, o strefie ekonomicznej, w której stworzyliśmy już kilkaset nowych miejsc pracy – informuje Tadeusz Truskolaski.

Inną sprawą poruszaną przez mieszkańców jest infrastruktura, w tym rozbudowa i poprawa jakości dróg oraz publiczna komunikacja.

 – Jestem mile zaskoczony, że mieszkańcy popierają ograniczenie ruchu samochodów w centrum miasta, chcą stworzenia buspasów, które przecież budzą kontrowersje. Mówią o rozwoju zieleni i sportu, również tego osiedlowego, czyli o boiskach, siłowniach pod chmurką, o hali widowiskowo-sportowej – wymienia prezydent.

Akcja „Twój Białystok 2020” jest kontynuacją doświadczeń zebranych podczas projektowania budżetu obywatelskiego. Poddano głosowaniu 51 projektów, które opiewały na ponad 40 milionów złotych. Łącznie przeznaczono na niego 10 milionów złotych. O wyborze konkretnych zadecydowała liczba głosów. I tak białostoczanie przegłosowali m.in. społeczną koncepcję Węglowej, czyli uporządkowanie terenu i stworzenie ogólnodostępnego miejsca sportowo-rekreacyjnego; budowę Centrum Sportów Miejskich do rozwoju sportów ekstremalnych; budowę drogi łączącej ulicę Armii Krajowej z Lasem na Bacieczkach oraz budowę na rzece Białej kładki, umożliwiającej dojście z osiedla Dziesięciny na boiska i do ogródków działkowych.

 – Na początku planowaliśmy 5 mln zł, z inicjatywy radnych kwota została zwiększona do 10 mln zł. Poznań ma również podobny budżet obywatelski, a jest o wiele większym miastem – zwraca uwagę Tadeusz Truskolaski. – Mamy miasto, które rozwija się dynamicznie, wszechstronnie. Właściwie, poza wizerunkowymi elementami związanymi z wybrykami o charakterze rasistowskim, to w pozostałych obszarach ten wizerunek jest bardzo dobry. 

Oświadczenie dot. publikacji w dniu 28.12.2013 r. artykułu „Straty nad Bosforem” w dzienniku Gazeta Giełdy Parkiet

0

W związku z opublikowaniem w dniu 28 grudnia 2013 roku (wydanie 28-29 grudnia) artykułu „Straty nad Bosforem” w dzienniku Gazeta Giełdy Parkiet, Zarząd MCI Management SA („MCI”) oświadcza, iż nieprawdziwa i wprowadzająca w błąd jest informacja, jakoby MCI obejmował akcje Indeksu po 4,35 liry tureckiej.

Zgodnie z treścią raportem bieżącym nr 17/2013 z dnia 20 maja 2013 roku, w którym MCI informował o zawarciu umowy nabycia 11,2 mln akcji spółki İndeks Bilgisayar Sistemleri Mühendislik Sanayi ve Ticaret A.Ş. , płatność za nabyte akcje zrealizowana zostanie w transzach, przy czym płatność pierwszej transzy dokonana została z istotnym dyskontem wobec wyceny rynkowej w dniu 19 maja 2013 roku. Maksymalna cena nabycia akcji ustalona została na poziomie 4,35 TRL (turecki lir = 1,76 zł) za akcję. Całkowita wartość transakcji uwarunkowana jest realizacją ambitnych prognoz przez spółkę Index na lata 2013-2014.

Dodatkowo MCI oświadcza, że inwestycja w Indeks rozwija się zgodnie z przyjętymi założeniami biznesowymi, a obecna wycena giełdowa jej akcji znajduje się na poziomie umożliwiającym MCI księgowanie zysku z przeszacowania wartości tej inwestycji w stosunku do ceny zakupu.

Z poważaniem,

Zarząd MCI Management SA

Komisja Europejska może zmienić zasady finansowania inwestycji przez portale społecznościowe

Komisja Europejska do końca roku czeka na opinie dotyczące finansowania społecznościowego. Konsultacje społeczne dotyczące tzw. crowdfundingu mają odpowiedzieć na pytanie, jak Komisja Europejska może wesprzeć tę formę pozyskiwania kapitału. Cieszy się ona coraz większą popularnością w całej Europie, również w Polsce, sprzyjają temu nierestrykcyjne przepisy.

W 2012 roku w całej Europie pozyskano za pomocą crowdfundingu 735 milionów euro. Prognoza na 2013 rok zakłada podwojenie tej kwoty. To 35 proc. światowej wartości tego rodzaju finansowania. Dla porównania wolumen inwestycji wysokiego ryzyka (venture capital) to 3 miliardy euro – podaje portal crowfunding.pl.

 – Pozyskiwanie kapitału szybko ewoluuje i poza tradycyjnymi formami, jak publikacja prospektu emisyjnego, emisja akcji, następnie notowanie ich na giełdzie, są też inne, bardziej innowacyjne, szybsze. Przy finansowaniu mniejszych projektów na pewno bardziej opłacalne, bo czas i procedura wejścia na tradycyjną giełdę kosztuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Kachniewski, prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Crowdfunding otwiera przed inwestorami nowe możliwości – współfinansowanie projektu na wczesnym etapie rozwoju, w zamian za np. udział w przedsiębiorstwie. Zaś osoby z ciekawymi pomysłami mają możliwość pozyskania wsparcia finansowego przy minimalnych kosztach (zwykle jest to opłata za skorzystanie z danej internetowej platformy crowdfundingowej).

Komisja Europejska sprawdza podczas konsultacji, czy rynek potrzebuje doregulowania, czy potrzebne są ograniczenia, nowe przepisy obowiązujące w całej UE, czy wystarczą np. działania edukacyjne, a szczegółowe kwestie pozostaną na poziomie poszczególnych państw.

 – Polski rynek jest dość restrykcyjny w kwestii regulacji, ale akurat w przypadku crowdfundingu jest wyjątkowo liberalny. Przy bardzo małych kwotach możliwe jest zbieranie tego typu środków praktycznie bez żadnych ograniczeń. Oczywiście jest tutaj pewien potencjał do nadużyć, natomiast nie wydaje mi się sensowna potrzeba dalszego regulowania tej kwestii, ponieważ chodzi o stosunkowo małe kwoty i mam nadzieję, że zdrowy rozsądek powinien wystarczyć do tego, by nie było istotnych nadużyć – tłumaczy Mirosław Kachniewski.

Trybunał oceni zmiany w OFE. „Ustawa może być zgodna z konstytucją”

CEO Magazyn Polska

Ustawa o zmianach w systemie emerytalnym może być zgodna z konstytucją pod warunkiem, że zostały zabezpieczone prawa przyszłych emerytów ocenia Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń Uniwersytetu Warszawskiego. Państwo ma obowiązek zapewnić obywatelom zabezpieczenie emerytalne, a nie kapitałowość emerytury. W piątek ustawę o zmianach w OFE podpisał prezydent i jednocześnie zapowiedział skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego.

 – Dyskusja skupia się wokół problemu, czyją własnością są środki zgromadzone w OFE. Ważniejszym pytaniem jest to, kto jest za nie odpowiedzialny, co by się stało, gdyby te zobowiązania uległyby zmianie. Oznacza to kolejną wątpliwość – jeżeli stwierdzimy, że to są moje środki, to jeżeli zostaną stracone, to czy oznacza to, że ja nie będę mógł dostać emerytury w przyszłości – zwraca uwagę Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń Uniwersytetu Warszawskiego.

Byłoby to jednak niezgodne z Konstytucją, której art. 67 mówi, że „obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego.”

 – Zgodnie z tym artykułem prawo do zabezpieczenia społecznego nie jest naszą własnością, lecz jest publicznym prawem podmiotowym. W związku z tym to, co mamy zgromadzone, zarówno w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, jak i również w otwartym funduszu emerytalnym, nie jest moja własność, to jest tylko ekspektatywa publicznego prawa podmiotowego. Ważne jest, żeby państwo nie ingerowało i nie zmieniało tej mojej ekspektatywy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Lasocki.

Dlatego z tego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy pieniądze na zabezpieczenie przyszłego emeryta są zgromadzone w OFE, czy w FUS-ie. Oznacza to tylko, że państwo bierze odpowiedzialność za przejęte składki.

 – Kapitałowość systemu emerytalnego nie jest wartością konstytucyjną. Jest pożądanym bytem, dlatego że wtedy inwestujemy, staramy się rozwijać na przykład infrastrukturę, przyszłą budowę PKB. Ale jeżeli ustawodawca zmieni kwestie dotyczące otwartych funduszy emerytalnych, nie zmniejszając uprawnień ubezpieczonych, oznacza to, że działa zgodnie z prawem – uważa Tomasz Lasocki.

Rząd przeforsował nowelizację ustawy o zmianach w systemie emerytalnym, a prezydent podpisał ją, po czym skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Zgodnie z jej zapisami, przyszli emeryci będą mogli decydować, czy nadal chcą przekazywać część składki do OFE czy całość do ZUS. Dodatkowo fundusze emerytalne nie będą mogły już inwestować w obligacje Skarbu Państwa.

Prof. E. Mączyńska: W 2014 roku będzie wyższy wzrost gospodarczy, ale nadal mało inwestycji

CEO Magazyn Polska

Nadchodzący rok ma przynieść wyższy wzrost gospodarczy i lekkie ożywienie. Jednak na zdecydowaną poprawę sytuacji nie należy liczyć, dopóki nie pojawią się znaczące inwestycje przynoszące stałe miejsca pracy. A tych nadal w Polsce brakuje. 

 Większość prognoz instytucji międzynarodowych, które pojawiały się do tej pory, były dla nas niekorzystne. Rzeczywistość przeważnie weryfikowała je in plus, czyli okazywała się lepsza od prognoz. I teraz też tak jest. Można powiedzieć, że 1,9 proc. wzrostu w III kwartale to niewiele, bo kiedyś było 5-7 proc., ale w ogóle cała Europa i cały świat wpada w pułapkę niskiego wzrostu – mówi Newserii Biznes prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Ekonomistka przypomina, że dla krajów strefy euro prognozy są bardziej pesymistyczne. Bank Światowy w raporcie „EU11 Regular Economic Report” stwierdza, że gospodarka strefy euro ten rok zakończy spadkiem PKB o 0,5 proc., a w przyszłym roku odnotuje wzrost o zaledwie 1,1 proc.

Zdaniem profesor Mączyńskiej Polska ma szansę na przekroczenie progu 2-proc. wzrostu PKB. Dynamika mogłaby dojść nawet do 3 proc.; barierą na drodze do długotrwałego rozwoju jest jednak brak inwestycji, które mogłyby dać impuls gospodarce.

 – To inwestycje tworzą miejsca pracy, a nowe inwestycje nie powstaną, dopóki poziom zdolności produkcyjnych jest słabo wykorzystany, a to ciągle występuje. Bezrobocie to jest dżuma XXI wieku. Polska ma dwucyfrowe bezrobocie, około 13 proc., i brak większych szans na to, żeby zeszło do jednocyfrowego, chociażby 9 proc. To oznacza, że najcenniejszy potencjał, czyli ludzie, jest marnowany – podkreśla ekspertka.

Dlatego w I kwartale nadchodzącego roku, w ocenie prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, bezrobocie nie zmniejszy się znacząco.

Energa w ciągu najbliższych ośmiu lat zainwestuje 13 mld zł w dystrybucję i odnawialne źródła energii

CEO Magazyn Polska

Nadchodzący rok będzie dla Energi kontynuacją dotychczasowej polityki inwestycji w sieci energetyczne i odnawialne źródła energii. Ta strategia, zdaniem prezesa spółki Mirosława Bielińskiego, sprawdziła się i do 2021 r. firma zamierza przeznaczyć na ten cel prawie 13 mld zł. Spółka zapowiada także, że będzie dzielić się z akcjonariuszami zyskami. 

 – Nasza polityka dywidendowa jest istotna dla akcjonariuszy. Płaciliśmy dużo i będziemy płacić dużo. W praktyce – cały zysk netto przeznaczamy na dywidendę – zapewnia Mirosław Bieliński, prezes Energi. – Przez cały czas rośnie nam efektywność i to jest coś, czym w przyszłości podzielimy się z naszymi klientami. Niższe koszty zależą wprost od efektywności.

Prezes spółki dodaje, że wbrew niektórym opiniom, debiut giełdowy firmy uważa za udany dla większości inwestorów.

 – Może nie są usatysfakcjonowani tym debiutem ci, którzy liczyli na to, że w jeden dzień zarobią kilka procent. Proszę znaleźć bank, który po założeniu lokaty będzie wypłacał kilka procent odsetek po kilku dniach – mówi Mirosław Bieliński.

Przed tym największym tegorocznym debiutem na GPW analitycy przewidywali 6-proc. wzrost kursu akcji na debiucie. Ale na otwarciu sesji 11 grudnia notowania spadły o 5,35 proc. Udział Skarbu Państwa w akcjonariacie został zredukowany z 84,2 proc. do nieco ponad 50 proc.

 – Dzięki naszemu wejściu na giełdę do akcjonariatu Energi dopłynęli akcjonariusze, którzy wiążą z nami plany w dłuższym horyzoncie czasowym niż kilka dni – podkreśla prezes.

Przypomina, że również początek mijającego roku to wejście na parkiet, tym razem w Luksemburgu, gdzie w marcu Energa Finance (spółka zależna Energi) przeprowadziła pierwszą emisję euroobligacji w kwocie 500 mln euro. Pierwsza emisja obejmuje euroobligacje o wartości nominalnej 99,704 każda, z 7-letnim terminem wykupu, od których płatny będzie roczny kupon w wysokości 3,250 proc.

 – Nasze obligacje zostały wyemitowane na rynku europejskim mniej więcej w tym samym momencie co obligacje Gazpromu, a ten jest zmuszony płacić wyższe odsetki niż my. Jest to więc ogromy sukces Energi – zaznacza Mirosław Bieliński.

Do sukcesów zalicza także przejęcie farm wiatrowych od Iberdroli i Dong Energy, dzięki którym Energa pozyskała 165 MW z elektrowni wiatrowych, a odnawialne źródła energii stanowią już ok. 40 proc. jej potencjału wytwórczego. Ta polityka będzie kontynuowana w kolejnych latach.

 – W tym roku na wszystkie inwestycje, w tym także  na akwizycje wydaliśmy około 3 mld zł, w przyszłym wydamy mniej. W sumie w naszym tzw. planie podstawowym na lata od przyszłego do 2021 jest około 13 mld zł i w tej kwocie mieszczą się przede wszystkim inwestycje w sieci energetyczne oraz trochę w OZE. Poprzez inwestycje wzmacniamy to, co jest mocne w grupie Energa, czyli dystrybucja i OZE – podsumowuje Mirosław Bieliński.

Grupa Energa jest jedną z czterech największych grup energetycznych w Polsce. Zgodnie ze strategią grupy na lata 2013-2021 zamierza łącznie w tym okresie przeznaczyć do 19,7 mld zł na inwestycje, w tym 15,9 mld zł na projekty istotne strategicznie, niezależne od warunków zewnętrznych. Ok. 12,5 mld zł przeznaczonych zostanie na inwestycje w segmencie dystrybucji, a pozostała część na elektrownie konwencjonalne i gazowe, CHP, OZE i inne.

Spółki komandytowo-akcyjne tracą przywileje. Będą opodatkowane jak spółki z ograniczoną odpowiedzialnością

CEO Magazyn Polska

Od stycznia w życie wchodzą zmiany likwidujące przywileje podatkowe dla spółek komandytowo-akcyjnych. Dotychczas firmy działające według tego modelu nie musiały płacić podatku dochodowego, ten płacili tylko wspólnicy spółki. Od nowego roku fiskus będzie pobierał podatek i od spółki, i od wspólników. Zmiany obejmą około 2 tys. firm.

Nadchodzą trudniejsze czasy dla firm, które postanowiły przetrwać trudny okres spowolnienia gospodarczego w formie spółek komandytowo-akcyjnych. Dla wielu z nich był to najlepszy sposób na optymalizację kosztów. Korzystało z tego wielu przedsiębiorców: w 2003 roku w takiej formie działało zaledwie 18 firm, a w 2013 – ponad 2 tys.

Od stycznia w życie wchodzą przepisy znowelizowanej ustawy podatkowej, według której takie spółki staną się podatnikiem CIT-u. Oznacza to, że urzędy skarbowe będą traktowały spółki komandytowo-akcyjne tak samo jak spółki kapitałowe – akcyjne i z ograniczoną odpowiedzialnością. Będą więc one opodatkowane dwustopniowo.

 – Wszystkie zyski pochodzące z działalności spółki komandytowo-akcyjnej będą podatkowane na poziomie tej spółki według stawki 19 proc. Późniejsza dystrybucja zysków do wspólników, czyli do komplementariuszy i akcjonariuszy, również będzie podlegała opodatkowaniu według stawki 19 proc. w rękach tychże wspólników – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Skomorowski, doradca podatkowy Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Do tej pory spółki komandytowo-akcyjne nie podlegały podatkowi dochodowemu. Ten płacili tylko wspólnicy – komplementariusz i akcjonariusze – np. od wypłaconej im dywidendy. A ta mogła być odroczona w czasie lub zarządzana przez zamknięty fundusz inwestycyjny.

Po zmianach część firm przez rok będzie mogła zachować przywileje wynikające z tej formy działalności. Dotyczy to tych przedsiębiorstw, których rok obrotowy nie kończy się 31 grudnia br., i które zostały założone przed 12 grudnia.

 – Spółka komandytowo-akcyjna z przedłużonym rokiem to rozwiązanie w pewien sposób ograniczone czasowo. Z tego rozwiązania będzie można korzystać do początku 2015 roku, ale to daje jakieś dobrodziejstwa – wylicza doradca.

Wspólnicy spółek, chcąc utrzymać przywileje podatkowe, mogą również skorzystać z innego rozwiązania, czyli stworzenia struktury międzynarodowej. Wykorzystana może być tu forma luksemburskiej specjalnej spółki komandytowej SCSp.

 – Spółka luksemburska wykorzystywana tu jest jako pośrednik pomiędzy funduszem inwestycyjnym zamkniętym a polską spółka komandytową, która prowadzi w Polsce działalność operacyjną – mówi Kamil Skomorowski.

Spółka komandytowo-akcyjna prowadzona jest w oparciu o kodeks spółek handlowych. Nie posiada ona osobowości prawnej, ale może we własnym imieniu nabywać prawa, nieruchomości i zaciągać zobowiązania. Kieruje nią jeden ze wspólników, nazywany komplementariuszem, i to on odpowiada w sposób nieograniczony za zobowiązania spółki.

Prezes BOŚ Banku: Będziemy finansować inwestycje Polaków w odnawialne źródła energii

Mariusz Klimczak

Mimo braku odpowiednich regulacji, Bank Ochrony Środowiska nie zrezygnował w mijającym roku z finansowania inwestycji w odnawialne źródła energii. Z tego też powodu warunki, jakie musieli spełnić zainteresowani inwestorzy, były bardziej rygorystyczne niż w poprzednich latach. Szansę na rozwój tego sektora prezes banku widzi w produkcji energii przez indywidualnych użytkowników.

 – Jesteśmy cały czas liderem w finansowaniu przedsięwzięć związanych z ochroną środowiska, zwłaszcza z odnawialnymi źródłami energii. Jesteśmy jednym z niewielu banków, które w 2013 r. finansowały OZE, np. farmy wiatrowe. Kryteria były bardziej rygorystyczne, niż to miało miejsce kilka lat temu, ale jest to związane z brakiem ostatecznych regulacji. I tak np. instalacje solarne, które cieszyły się ogromnym powodzeniem w 2013 roku, będą wygaszane, góra do połowy 2014 roku – mówi Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska.

Banki wstrzymują inwestycje w zieloną energetykę z powodu niepewności co do ich opłacalności w przyszłości i z powodu przedłużających się prac rządu nad ustawą o OZE.

 – Największe inwestycje to projekty wiatrowe, bo one są przygotowane. Inwestorzy i banki czekają z uruchomieniem finansowania na ostateczny kształt ustawy. Od strony finansowania inwestycji to będzie numer jeden w przyszłym roku i latach następnych. W zależności od tego, jaki będzie kształt ustawy, być może ruszy również rynek biogazowni. W tej chwili wygląda to niestety nieciekawie – podsumowuje prezes banku.

Z powodu problemów z wdrożeniem tzw. trójpaku energetycznego, czyli pakietu ustaw regulujących i porządkujących rynek energii, jesienią Sejm uchwalił tzw. mały trójpak. Ta nowelizacja Prawa energetycznego daje szansę na rozwój nowego obszaru rynku energii.

 – Mocno idziemy w stronę prosumenta, małych instalacji odnawialnych źródeł energii. Mam nadzieję, że ten rynek będzie się mocno rozwijał w najbliższych latach i będzie dawał kilka miliardów złotych dodatkowych inwestycji rocznie w perspektywie kilku lat – uważa Mariusz Klimczak.

Chodzi o małe instalacje, takie jak pompy ciepła, solary, ogniwa fotowoltaiczne, za pomocą których można ogrzać wodę w domu, dostarczyć energię cieplną i elektryczną na własne potrzeby, a ewentualne nadwyżki sprzedać do sieci.

 – Jest to bardzo interesujący rynek, opłacalny dla Kowalskiego. W przypadku nowego domu każdy powinien stosować takie instalacje, bo jest to zdecydowanie tańsze rozwiązanie niż w przypadku tradycyjnego ogrzewania. Natomiast w przypadku wymiany istniejących już instalacji, przy wsparciu ze strony NFOŚ również jest to opłacalna inwestycja – zachęca prezes BOŚ Banku.

Ocenia, że bank jest w stanie dofinansować takie inwestycje w wysokości kilku miliardów złotych. A potencjał polskiego rynku jest obiecujący.

 – W Polsce sprzedaje się 5-6 tysięcy pomp ciepła rocznie. Potencjał tego rynku w perspektywie kilku lat to może być 100-150 tysięcy tego typu instalacji rocznie. Ale potrzeba na to kilku lat, na rozpęd, na budowanie świadomości. Czekamy na regulacje –  mówi Mariusz Klimczak.

Deweloperzy liczą na lepszy rok. Ożywienie na rynku przyniosła już druga połowa 2013 roku

CEO Magazyn Polska

Mimo spodziewanego wyhamowania na rynku nieruchomości z powodu braku rządowego programu wsparcia dla kupujących mieszkania deweloperzy nie narzekają na tegoroczną sprzedaż. Była większa niż w minionych latach. Obniżenie cen spowodowało większą skłonność do inwestowania w nieruchomości niż na lokatach czy na giełdzie. Natomiast programy rządowe mają na cały rynek niewielki wpływ.

 – 2013 rok był „nadspodziewanie” dobry dla rynku mieszkaniowego, zarówno dla sprzedających, jak i kupujących. Od połowy roku obserwowaliśmy znaczne zainteresowanie kupnem nowych mieszkań i wiele firm zanotowało rekordowe wprost wyniki sprzedaży w ciągu ostatniego półrocza – mówi Jacek Bielecki, dyrektor ds. jakości segmentu deweloperskiego w Grupie Marvipol, jednym z największych warszawskich deweloperów.

Stołeczna grupa zamyka rok z rekordowymi wynikami – w ciągu 11 miesięcy 2013 roku znalazła nabywców na 522 mieszkania i lokale użytkowe, co daje więcej niż w całym 2011 r. W listopadzie br. Marvipol sprzedał 61 lokali, wobec 9 sprzedanych w listopadzie 2012 r. Cały rok grupa zakończy sprzedażą na poziomie ok. 600 lokali.

 – To będzie o kilkadziesiąt procent więcej niż w poprzednich latach. Najbardziej poszukiwane są mieszkania dwupokojowe do 50 m2.  Sprzedają się zarówno te ze średniej półki, jak i te z trochę wyższej – informuje Jacek Bielecki.

Mieszkania z segmentu ekonomicznego odpowiadają za jedną czwartą wolumenu sprzedaży grupy, a ich udział w wartości sprzedaży jest „istotnie mniejszy”. Marvipol zakłada, że ten trend utrzyma się również w nadchodzącym roku i w kolejnych latach, ponieważ zamierza skoncentrować się na projektach o wyższym standardzie.

 – Od kilku miesięcy obserwujemy lekki, ale zauważalny wzrost cen. Maleje chęć deweloperów do obniżek, do negocjacji cen – mówi Jacek Bielecki agencji informacyjnej Newseria Biznes. – O ile ceny katalogowe nieznacznie wzrosły lub wręcz nie wzrosły, to cena transakcyjna rzeczywiście jest wyższa.

To właśnie niskie stawki napędzały koniunkturę w drugiej połowie mijającego roku.

 – Rynek uznał, że cena, którą dzisiaj deweloperzy oferują, jest atrakcyjna. Wyliczyliśmy, że uwzględniając siłę nabywczą to jest cena sprzed 2006 roku, więc sprzed gwałtownego wzrostu stawek – wyjaśnia Jacek Bielecki. Zaobserwowaliśmy też stosunkowo duży udział transakcji gotówkowych. W niektórych realizacjach to jest nawet 30 proc., czego od dawna nie obserwowaliśmy. Myślę, że bierze się to stąd, że wiele osób, dysponujących gotówką uznało, że inwestycja w mieszkanie jest atrakcyjniejsza niż lokata bankowa, inwestowanie na giełdzie czy w fundusze inwestycyjne.

Dysponujący kapitałem rezygnowali z nisko oprocentowanych lokat, inwestując w realną gospodarkę, czyli w nieruchomości. A z drugiej strony ci, którzy nie mają dostępu do gotówki, a spodziewają się wejścia w życie nowych regulacji („Rekomendacji S”), która likwiduje kredyty na 100 proc. wartości nieruchomości, zdecydowali się na wzięcie kredytu i kupno mieszkania.

 – Natomiast wbrew naszym obawom nie zaobserwowaliśmy negatywnego wpływu braku rządowych programów. Nie było w tym roku żadnego wsparcia dla kupujących: „Rodzina na swoim” się skończyła, program „Mieszkanie dla młodych” wejdzie dopiero w przyszłym roku. Obawialiśmy się, że to będzie czynnikiem hamującym chęć zakupu. Okazało się, że nie. Nabywcy już się przekonali, że te programy rządowe mają niewielkie znaczenie i że nie warto czekać na nowe programy, trzeba liczyć na własne siły – podsumowuje przedstawiciel Marvipolu.