Ukraina na łasce Rosji. Kijów potrzebuje nawet 15 mld dolarów kredytu

CEO Magazyn Polska

Niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską pogorszy klimat inwestycyjny na Ukrainie. Kijów pilnie potrzebuje kredytu, którego udzielić może obecnie jedynie Rosja. Władze Ukrainy liczą, że dzięki wstrzymaniu negocjacji z Brukselą otrzymają więcej zarówno od Rosji, jak i od Unii.

 Wielkim problemem staje się finansowanie zewnętrzne w sytuacji, gdy rząd Ukrainy zrezygnował z podpisania umowy stowarzyszeniowej. Istnieją małe szanse, że zostaną podjęte decyzje o kredycie Międzynarodowego Funduszu Walutowego dla Ukrainy. W tej sytuacji rząd ukraiński musi poszukiwać innych źródeł finansowania, na przykład od Rosji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jewgen Worobiow, ekspert ds. Ukrainy w programie Europa Wschodnia i Południowo-Wschodnia Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Prezydent Ukrainy Wiktor Janukowicz ogłosił 21 listopada, że Ukraina zawiesza prace nad ustawami zbliżającymi kraj do Unii Europejskiej. Skutkowało to niepodpisaniem umowy stowarzyszeniowej z Brukselą podczas szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, który odbył się w ubiegłym tygodniu. Zmiana decyzji przez władze w Kijowie doprowadziła do masowych protestów zwolenników integracji europejskiej.

Worobiow podkreśla, że decyzja Janukowicza to element gry mającej na celu uzyskanie korzyści zarówno od Unii Europejskiej, jak i od Rosji.

 – Rząd chce większych pieniędzy od Rosji lub Unii Europejskiej, w sytuacji idealnej – od obu stron. Władze Ukrainy oczekują, że w odpowiedzi na wymogi Unii Europejskiej dotyczące podpisania umowy stowarzyszeniowej, mogą postawić swoje wymogi – podkreśla Worobiow. Dodaje: – Naciski ze strony Rosji nie są nagłym wydarzeniem, to stało się już w sierpniu i rząd musiał zbadać, jakie są możliwości przeciwdziałania. Decyzja o zrezygnowaniu podpisania umowy stowarzyszeniowej została podjęta tydzień temu. W tej sytuacji rząd postara się zachować jakieś możliwości współpracy z Rosją.

W jego ocenie może dojść np. do współpracy z Rosją w zakresie inwestycji infrastrukturalnych, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Armenii. Worobiow nie spodziewa się jednak, by Ukraina dołaczyła do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu.

Dodaje, że pomimo zawieszenia rozmów z UE, nie ma gwarancji, że Rosja przestanie wywierać presję w obszarze handlu lub energetyki na Ukrainę. Wręcz przeciwnie, ponieważ ukraińskie władze osłabiły swoją wiarygodność w oczach europejskich polityków, Rosja może nawet zwiększyć presję na Kijów.

 – Dalsze konflikty z Rosją mogą doprowadzić do tego, że Ukraina wróci do negocjacji z Unia Europejską w sprawie podpisania umowy stowarzyszeniowej. W tej sytuacji Unia Europejska musi tylko zaczekać – przewiduje Worobiow.

Władze Ukrainy nie mają dużej swobody negocjacji, gdyż pilnie potrzebują finansowania zewnętrznego. W przypadku podpisania umowy stowarzyszeniowej Kijów mógł otrzymać nawet 15 mld dolarów kredytu z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Pieniądze są niezbędne, bo ukraińskie samorządy nie mają środków nawet na finansowanie szkół i zasiłki dla bezrobotnych. Poprawa sytuacji gospodarczej jest ważna dla prezydenta Janukowycza, który w 2015 r. będzie ubiegał się o reelekcję.

Ukraina ma niewielkie szanse na pozyskanie środków dzięki inwestycjom zagranicznym. Niepodpisanie umowy z UE pogorszy klimat inwestycyjny, który i tak nie był najlepszy.

 – Wielu inwestorów oczekiwało, że podpisanie umowy stworzy bardzo pozytywne warunki dla Ukrainy. Inwestycje zagraniczne spadają już drugi rok z rzędu, myślę, że ta sytuacja może się powtórzyć również w roku następnym – ocenia Worobiow.

Bezpośrednie inwestycje zagraniczne na Ukrainie wzrosły szybko po tzw. pomarańczowej rewolucji w 2004 r. W 2005 r. ich wartość przekroczyła 9 proc. PKB Ukrainy. Zgodnie z danymi Banku Światowego, w 2010 r. inwestycje zagraniczne wynosiły 4,7 proc. PKB, a w 2011 r. 4,4 proc. Ukraiński Państwowy Urząd Statystyczny (DSSU) podaje, że na początku października wartość inwestycji zagranicznych wynosiła 56,5 mld dolarów, z czego aż 33 proc. pochodzi z Cypru. Polskie inwestycje na Ukrainie mają wartość ok. 830 mln dolarów, czyli 1,5 proc. całości.

Polska stoi u progu rewolucji w e-handlu. Za 2-4 lata zakupy online głównie przez smartfony

CEO Magazyn Polska

W ciągu kliku najbliższych lat w Polsce dokona się technologiczny przełom, który sprawi, że znacznie więcej osób będzie korzystało ze smartfonów niż laptopów. Temu wyzwaniu starają się sprostać sklepy internetowe i platformy handlowe oraz banki, przygotowując aplikacje do kupowania i płacenia przez urządzenia mobilne. Jak wynika z raportu firmy Deloitte przygotowanego wspólnie z Allegro i PayU, w Polsce do końca roku w użyciu będzie 8 mln smartfonów – o 2 mln więcej niż przed rokiem.

 – Nie obawiamy się kanibalizacji klasycznego kanału sprzedaży online. Rozpowszechnienie smartfonów i tabletów zwiększy zasięg sklepów internetowych. Dojdą nowi użytkownicy, którzy dopiero poznają serwis, dla których jest to  pierwszy kontakt z naszą ofertą, produktem czy usługą. Ta część użytkowników ma często inne wymagania i powinniśmy dużo odważniej eksperymentować, tworząc aplikacje na te urządzenia – podkreśla Przemysław Budkowski, SVP Marketplace, Allegro Group.

Jak wynika z raportu firmy Deloitte przygotowanego wspólnie z Allegro i PayU, udział smartfonów w polskim rynku urządzeń łączących się z internetem jest na poziomie 31 proc. W Stanach Zjednoczonych jest to 50 proc. W ujęciu globalnym wynik ten jest jeszcze lepszy i wynosi 65 proc., a do 2017 roku ma wzrosnąć do 70 proc.

Oznacza to, że największy skok jest tuż przed nami – liczba osób dokonujących zakupów przez smartfony i tablety gwałtownie wzrośnie w Polsce w ciągu najbliższych dwóch-czterech lat. Dlatego ważne jest, żeby rynek – sklepy internetowe, platformy zakupowe i banki, z których dokonuje się płatności, już teraz przygotowały się do tego przełomu.

 – Projektując aplikacje na smartfony musimy pamiętać, że różnica nie polega tylko na mniejszym ekranie i nie możemy przenieść w prosty sposób dużej wersji naszego oprogramowania komputerowego na mniejszą skalę – tłumaczy Przemysław Budkowski. – W tym segmencie będzie dominować część rozrywkowa, w tym gry. Ale prawdziwym wyzwaniem będzie część biznesowa.

Chodzi o stworzenie takich aplikacji, które pozwolą na dokonanie wyboru zakupowego i płatności za towar w jak najkrótszym czasie i przy pomocy jak najmniejszej liczby operacji, czyli w możliwie najprostszy, intuicyjny sposób.

 – Użytkownik nie będzie przechodził z aplikacji na aplikację jak w komputerze, bo jego uwaga będzie ograniczona – wyjaśnia Przemysław Budkowski. – Już dzisiaj urządzenia mobilne, szczególnie z wykorzystaniem różnych sensorów, które są montowane w telefonach, są w stanie uprościć podejmowanie decyzji, również zakupowych.

Coraz więcej osób przed podjęciem decyzji o zakupie sprawdza ceny produktów w swoich smartfonach i tabletach. Z takiej możliwości korzysta 10 proc. Polaków, a w grupie wiekowej 16-30 lat – nawet 25 proc.

Kolejnym krokiem jest umożliwienie im także wygodnego zapłacenia za wybrane towary z poziomu telefonu. Temu wyzwaniu sprostali już najwięksi gracze na rynku e-commerce i e-płatności w Polsce. Dzięki zintegrowaniu aplikacji PayU umożliwiającej bezpieczne płacenie za zakupy internetowe z aplikacją Allegro powstał pierwszy całkowicie mobilny proces zakupowy. Korzystając z iPhone’a można teraz nie tylko wyszukać i kupić produkt, ale również w prosty sposób za niego zapłacić korzystając ze środków zgromadzonych na rachunku karty płatniczej. Podobny mechanizm udostępniono właśnie także w kilku tysiącach sklepów internetowych, które oferują płatności kontem PayU, a sama aplikacja będzie wkrótce dostępna także w wersji dla systemu Android.

Opóźnienia w programie modernizacji armii. MON ma za mały budżet

CEO Magazyn Polska

Opóźnia się program modernizacji polskiej armii. Ministerstwo Obrony Narodowej nie ma pieniędzy na realizację najdroższych zamówień, więc są one przesuwane na później. Cały czas brakuje też sfinalizowanych wymagań taktyczno-technicznych. Najgorzej jest w Marynarce Wojennej.

 – W tej chwili mamy coraz więcej sprzętu do wymiany. My go nie kupujemy, a ta luka między sprzętem starym a nowoczesnym jest coraz większa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes kmdr Maksymilian Dura, były oficer Marynarki Wojennej i dziennikarz portalu Defence24.

Zgodnie z przyjętym we wrześniu tego roku programem modernizacji, do 2022 r. polska armia wyda ponad 90 mld zł. W ramach programu mają zostać zakupione m.in. nowe śmigłowce, okręty, w tym trzy okręty podwodne, a także samoloty szkolno-treningowe i rozpoznawcze.

Dzięki wieloletniemu programowi środki przeznaczone na modernizację armii są księgowane nie co roku, lecz w dłuższej perspektywie. W związku z tym, nawet jeśli w danym roku MON nie wykorzysta funduszy, to one nie przepadną, lecz przejdą na kolejny rok. Jednak Dura ostrzega, że to nie wystarczy. Po tegorocznym zmniejszeniu budżetu MON o ponad 3 mld zł niezbędne jest dofinansowanie resortu.

 – Plan nie zostanie zrealizowany, bo nie starczy na to pieniędzy. Założenie, że budżet będzie wzrastał w taki sposób, żebyśmy mogli mieć pieniądze na te wszystkie rzeczy, które MON planuje kupić, jest po prostu nierealne. I gdyby MON zaczął już w tej chwili kupować sprzęt, zacząłby rzeczywiście płacić za kontrakty, to byłoby wszystko w porządku. Ale MON cały czas przesuwa te najdroższe zakupy na później, na następców – podkreśla Dura.

Szczególnie skomplikowany jest zakup trzech okrętów podwodnych. Wartość tego zakupu może sięgnąć 7,5 mld zł. Choć już w ubiegłym roku były gotowe wstępne wymagania taktyczno-techniczne, do tej chwili nie ruszyły rozmowy z producentami. Podobne problemy dotyczą także innych zakupów w ramach modernizacji armii.

Dura zauważa, że MON nie tylko nie rozpoczął rozmów z producentami, ale nie informuje nawet o tym, kiedy proces zakupu ruszy.

 – Przy takich układach, przy takich pieniądzach, jakie są planowane na zakupy uzbrojenia, wszystko powinno być jasne. Nie możemy oczywiście publikować pewnych szczegółów, ale nie można się cały czas zakrywać tajemnicą postępowania. I na przykład nic nie mówić o tym, co się w tej chwili dzieje. Bo my nie wiemy, w jakim punkcie jesteśmy – krytykuje Dura.

Dodaje, że przez zwłokę w modernizacji armii MON wydaje więcej na bieżące remonty. Na początku listopada resort podpisał kontrakt na remont fregaty rakietowej OPR „Gen. K. Pułaski” z rządem Stanów Zjednoczonych. Umowa jest warta 34 mln dolarów. Dura zauważa, że gdyby MON zdecydował się na podpisanie kontraktu na budowę polskiej korwety, remont fregaty nie byłby konieczny.

 – Te 34 mln dolarów to jest koszt, jaki płacimy za to, że nie rozpoczęliśmy od razu postępowania na okręty. Takie są koszty i tak będzie ze wszystkim. Będziemy musieli modernizować stare samoloty, będziemy musieli modernizować czołgi, tylko dlatego, że odsuwane jest cały czas w czasie to, co najważniejsze, czyli zakup nowego sprzętu – przekonuje Dura.

W jego ocenie powołanie Polskiego Holdingu Zbrojeniowego nie jest rozwiązaniem. Choć to dobry krok, jest to jedynie decyzja administracyjna. Nie rozwiązuje jednak problemów finansowania modernizacji armii. Problemy dotyczą Marynarki Wojennej i sił lądowych, w mniejszym stopniu lotnictwa. Nie ma także decyzji związanych z rozwojem polskiej tarczy rakietowej.

Dura przyznaje, że cięcia w MON to decyzja polityczna. Politykom łatwiej jest ograniczyć finansowanie armii niż np. służby zdrowia, bo taka decyzja dotyka mniejszej liczby osób.

Prezes Krajowej Izby Gospodarczej: nałożenie limitu kosztu kredytu na firmy pożyczkowe zwiększy szarą strefę

Nałożenie limitu kosztu kredytu na firmy pożyczkowe niekoniecznie pomoże klientom. Skutkiem ubocznym może być przenoszenie się ich do szarej strefy. Dlatego zdaniem Andrzeja Arendarskiego, prezesa KIG, lepszym rozwiązaniem jest edukacja finansowa.

  Jeśli regulacja będzie dotyczyła na przykład rejestracji firm pożyczkowych, to jej wpływ będzie zapewne pozytywny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski prezes Krajowej Izby Gospodarczej, komentując pomysł Ministerstwa Finansów, by uregulować rynek pozabankowych pożyczkodawców. – Natomiast ograniczenie wysokości kosztu pożyczki może przynieść odwrotny skutek, gdyż zepchnie przedstawicieli branży do podziemia. Gdy zaś pożyczki będą nielegalne, to klient tym bardziej nie będzie chroniony przez prawo – dodaje.

Według niego dążenie do ścisłych regulacji wynika z mylenia działalności firm pożyczkowych z piramidami finansowymi, takimi jak Amber Gold. Tymczasem zdaniem Arendarskiego rynek pożyczek stał się sam z siebie klarowny i funkcjonuje sprawnie, a nadmierne regulacje mogą go zepsuć.

 – Działalność pożyczkowa nie była zasadniczą aktywnością Amber Gold – mówi prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Była to firma parainwestycyjna, która miała lokować środki w złocie, do czego nie była uprawniona. Na tym polegało jej przestępstwo. Natomiast rynek pożyczek funkcjonuje w Polsce nieźle i nie ma tam takich przypadków jak Amber Gold.

Etyka i edukacja zamiast ograniczeń

Według Andrzeja Arendarskiego, lepszym rozwiązaniem niż limity pożyczkowe, byłaby rejestracja firm w instytucji posiadającej kodeks etyczny.

 – Taki kodeks jest potrzebny, bo nie wszystko można wyegzekwować przez prawo. Chodzi tu np. o drobne druczki zawarte w umowie, które są często niekorzystne dla klienta. Instytucja, która prowadziłaby rejestrację firm pożyczkowych byłaby miejscem, gdzie można by składać skargi ich dotyczące – zauważa Arendarski.

Potrzebna jest także edukacja finansowa Polaków, po to, by uświadomić klientom konieczność uważnego czytania umów oraz realistycznego myślenia o możliwości spłaty pożyczki.

 – Postawiłbym na edukację, w programach publicystycznych, w telewizji, która jest głównym medium oglądanym przez przeciętnego Polaka – mówi Arendarski. – Także w szkołach warto by położyć większy nacisk na praktyczną ekonomię. To będzie bardziej skuteczne niż prawne ograniczenia, które zepchną firmy do szarej czy czarnej strefy, albo doprowadzą do powstania nowych lombardów.

Brak zasad firmowej etyki hamuje rozwój przedsiębiorstw

CEO Magazyn Polska

Łamanie zasad etycznych w firmie nie tylko źle wpływa na wizerunek firmy, ale również na relacje między pracownikami i kontakty z partnerami biznesowymi – takiego zdania jest większość menadżerów, którzy wzięli udział w badaniach dotyczących etyki biznesu, przeprowadzonych przez Crido Taxand, Pracodawców RP i ICAN Institute. Dlatego coraz więcej firm decyduje się na stworzenie wewnętrznego kodeksu etycznego.

Potrzebę stworzenia wewnętrznego kodeksu etycznego w firmie widzi większość pracowników. Potwierdza to przykład m.in. Grupy PKP, która może pochwalić się własnym kodeksem, stworzonym w porozumieniu z zatrudnionymi. Aż 78 proc. z nich wskazało w ankiecie, że spółka potrzebuje takiego dokumentu.

Konsekwencje wynikające z łamania zasad etycznych przez członków organizacji zagrażają funkcjonowaniu firmy na wielu płaszczyznach działalności. Ponad 76 proc. uczestników badania Crido Taxand, Pracodawców RP i ICAN Institute uważa, że negatywnie wpływa to na wizerunek firmy. Prawie 60 proc. respondentów wskazało na pogorszenie się relacji pomiędzy pracownikami, a co drugi ankietowany na negatywny wpływ na relacje z partnerami biznesowymi. Zdaniem Matuszewskiego, ważne jest, aby firmowy kodeks etyczny powstawał z udziałem wszystkich pracowników, począwszy od najniższych szczebli po kadrę zarządzającą.

 – Jako wydawca edukacyjny nie tylko musimy przedsięwziąć rozmaite starania o to, żeby nasza działalność w sferze biznesowej była etyczna, ale również, żeby nasza działalność trzymała pewien standard w komunikacji z nauczycielami, dyrektorami, rodzicami, uczniami – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Matuszewski, rzecznik Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych. – Z naszego punktu widzenia kodeks ładu korporacyjnego był bardzo ważnym dodatkowym elementem do kodeksu dobrych praktyk, który zainicjowaliśmy wspólnie z kilkorgiem innych wydawców w ramach Sekcji Wydawców Edukacyjnych przy Polskiej Izbie Książki – dodaje rzecznik WSiP.

Stosując zasady etyki zawodowej wydawnictwo edukacyjne od dwóch lat czynnie uczestniczy w akcji dobroczynnej Caritas Polska „Tornister Pełen Uśmiechów” przekazując podręczniki szkolne dzieciom z najbiedniejszych rodzin. W tym roku w inicjatywę włączyło się kolejnych ośmiu wydawców (oprócz WSiP, również Nowa Era, Oxford University Press, Pearson, Macmillan, Żak, Zamkor, Cambridge University Press i Lektorklett). Dzięki niej uczniowie otrzymali całe komplety książek na nowy rok szkolny.

W społeczne inicjatywy edukacyjne włącza się również producent soczewek kontaktowych Johnson & Johnson Vision Care. Celem jego działań jest poprawa świadomości pacjentów na temat ochrony wzroku.

 – Przede wszystkim to są działania skierowane do konsumentów oraz specjalistów, i mają one na celu zwiększanie świadomości w zakresie ochrony wzroku i korekcji wad wzroku oraz komfortowego i bezpiecznego użytkowania soczewek kontaktowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Hajduga, dyrektor handlowy Johnson & Johnson Vision Care, producenta soczewek ACUVUE.

To ważna inicjatywa, biorąc pod uwagę, że prawie co drugi Polak ma wadę wzroku. Mimo to nadal niewiele osób pamięta o regularnych badaniach okulistycznych.

 – Od trzech lat aktywnie promujemy światowy dzień wzroku, który przypada na każdy drugi czwartek października. Co roku przeprowadzamy kampanie edukacyjne i społeczne mające na celu zachęcenie Polaków do regularnego badania wzroku – tłumaczy Paweł Hajduga.

Tegoroczna kampania producenta soczewek nosiła nazwę, ”Zobacz życie w 100 proc.” i miała na celu zachęcenie młodych osób do przyjścia do salonów optyczno–okulistycznych, by skontrolować swój wzrok. Firma prowadzi ponadto szereg lokalnych działań na rzecz ochrony wzroku, w tym również przed szkodliwym promieniowaniem UV.

Inicjatywy społeczne Johnson & Johnson Vision Care zostały docenione w najnowszej edycji Raportu Społeczna Odpowiedzialność Biznesu. Firma została wyróżniona za zaangażowanie w popularyzację wiedzy na temat ochrony wzroku, prowadzenie bezpłatnych profilaktycznych badań wzroku oraz organizację Międzynarodowego Sympozjum Naukowego. Wyróżniono również „Caritas Polska” wraz z dziewięcioma wydawcami za wspólną akcję „Tornister Pełen Uśmiechów”. Raport został przygotowany przez tygodnik Gazeta Finansowa, Super Biznes (ekonomiczny dodatek Super Expressu), portale Kurier365.pl oraz RaportCSR.pl.

JSW: W nadchodzącym roku w niektórych kopalniach możliwy sześciodniowy tydzień pracy

Prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej zapowiada wprowadzenie dodatkowego dnia pracy dla górników w nadchodzącym roku. Ma to zwiększyć konkurencyjność coraz mniej rentownych kopalń.

 – Musimy wprowadzić zmiany w firmie tak, aby produkcja z tego dnia, który jest dużo droższy, bo musimy zapłacić pracownikowi dużo więcej niż przewiduje Kodeks pracy, przy niskich cenach węgla nam się opłaciła. A więc musimy dogadać się ze stroną społeczną, aby obniżyć koszty pracy do tych kosztów kodeksowych – liczy Jarosław Zagórowski, prezes zarządu Jastrzębskiej Spółki Węglowej. – Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku to się uda w niektórych kopalniach, na niektórych ścianach wysokowydajnych, czyli tam, gdzie mamy surowiec najwyższej jakości, który może być sprzedany po wysokich cenach. Będziemy próbowali iść spokojną drogą, bez dużego zrywu i przestawiania całej firmy na inny model.

Janusz Piechociński, szef resortu gospodarki niedawno ocenił, że pierwsze miesiące bieżącego roku były dla polskiego górnictwa najbardziej niekorzystne od wielu lat. Aby więc ograniczyć koszty, JSW od miesięcy rozmawia ze związkowcami o wprowadzeniu sześciodniowego tygodnia pracy. Jeszcze przez osiem lat obowiązuje w spółce układ zbiorowy zakładający m.in., że dodatkowy dzień pracy musi być wynagradzany według stawek jak za dzień wolny. A górnicy nie chcą zgodzić się na obniżenie pensji.

 – Jeśli chcemy sprostać międzynarodowej konkurencji, to musimy wprowadzić szósty dzień pracy. Cały czas nad tym pracujemy. Między innymi koszty, które ponosimy dzisiaj, związane z przygotowaniem frontu wydobywczego, a także i strategicznego, są nakierowane na to, żeby przygotować się do wdrożenia dodatkowego dnia pracy – informuje Jarosław Zagórowski.

Grupa kapitałowa JSW w III kwartale tego roku osiągnęła blisko 1,7 mld zł przychodów ze sprzedaży, czyli o 13,2 proc. mniej niż w drugim kwartale. To wynik trudnej sytuacji na rynku cen węgla, koksu i stali – tłumaczył prezes spółki podczas konferencji wynikowej. Dodał, że JSW odczuwa wpływ niskich benchmarkowych cen węgla koksowego, którego cena spadła ze 172 dol. za tonę w drugim kwartale do około 145 dol. za tonę w trzecim kwartał.

 – To będzie rok wyzwań, bo ceny światowe spadły na niższy poziom i nie odbiją się szybko. Nie liczę na to, że wrócą do rekordowych poziomów sprzed dwóch lat. Musimy się więc do tego nowego poziomu dostosować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Zagórowski.

Wiosną 2011 roku padł rekord w rocznych cenach węgla energetycznego na światowych rynkach. Płacono wówczas 130 dol. za tonę, podczas gdy rok wcześniej – 98 dol. Wpłynął na to popyt na surowiec zgłaszany przez szybko rozwijające się Chiny czy Indie, a także Japonię, Koreę Południową i Tajwan. Jednak już rok później m.in. chińska gospodarka zwolniła, spadły zamówienia a wraz z nimi ceny – do ok. 70  dol. za tonę czarnego surowca. Obecnie kształtują się na poziomie nieco powyżej 75 dol. za tonę.

Producenci wódki szykują się do zimowego wzrostu sprzedaży

Producenci wódki liczą na wzrost sprzedaży w okresie zimowym nawet o kilkadziesiąt procent. Szykują także specjalne edycje oraz liczą, że wzrost akcyzy od początku nowego roku nie wpłynie znacząco na spadek sprzedaży. Z uwagi na uroczyste okazje w okresie świąteczno-noworocznym Polacy chętniej sięgają po wódki z segmentu premium.

 – Nasze żniwa to są właśnie grudzień, styczeń i luty. Czekamy jak żeńcy w „Chłopach” z gotowymi sierpami i kosami, żeby w tym okresie zebrać jak najwięcej plonów. Okres świąteczny to jest kluczowy okres w całym roku sprzedaży dobre kilkadziesiąt procent wzrostu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szumowski, wiceprezes Wyborowa SA i prezes Stowarzyszenia Polska Wódka. – Mamy nadzieję, że ten rok będzie podobny do poprzednich, aczkolwiek chmura w postaci zapowiedzianego wzrostu akcyzy trochę nam słońce przysłania.

Zgodnie z raportem TNS Polska, w 2012 r. wódka i inne mocne alkohole stanowiły 7 proc. rocznego ilościowego spożycia alkoholu przez Polaków. Na każdego przypadało średnio 8 litrów tych alkoholi. Największy udział w tej kategorii ma wódka. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia w 2012 r. Polacy pili średnio 7 litrów tego alkoholu na osobę. Więcej konsumowali jedynie Rosjanie, Białorusini i Ukraińcy.

W przeciwieństwie do piwa, alkoholu najczęściej spożywanego latem, najwięcej mocnych alkoholi sprzedaje się w okresie od grudnia do lutego. Szumowski dodaje, że zima to nie tylko większa ilościowo sprzedaż alkoholi. Polacy chętniej kupują w tym okresie również droższe wódki z segmentu średniego lub premium.

 – Okres świąteczno-noworoczny to jest czas wydarzeń rodzinnych, zasiadamy przy wigilijnym, karnawałowym czy noworocznym  stole, ale to też jest okres wydarzeń wielkiej wagi typu wesela, Polacy sięgają  przede wszystkim po polskie trunki, polskie wódki i to klasy premium i wyżej – podkreśla Szumowski.

Dodaje, że ukształtowane na początku lat 90. trendy rynkowe w spożyciu alkoholi pozostają w miarę niezmienne. Wódka wciąż jest dominującym mocnym alkoholem. Producenci napojów alkoholowych różnych kategorii – piwa, wina czy alkoholi mocnych walczą o lojalność klientów nie tylko pod względem przywiązania do danego typu alkoholu, ale i do marki.

Wyborowa szykuje się już do sezonu zimowego i wprowadzenia nowych produktów. Szumowski nie chce jeszcze zdradzać, jakie nowości szykuje spółka, ale nie wykluczone, że będą to nowe wódki smakowe.

 – Na pewno elementami typowo świątecznymi, typowo noworocznymi, karnawałowymi dotrzemy do naszych wiernych, lojalnych konsumentów – obiecuje Szumowski. – Polska była i jest krajem wódki, takie jest nasze narodowe DNA, taka jest nasza tradycja i historia, taki jest element naszej kultury.

Noble Securities rekomenduje KUPUJ dla akcji MCI Management

0

Noble Securities rozpoczął wydawanie rekomendacji dla MCI Management od zalecenia KUPUJ. Cena docelowa akcji funduszu została wyznaczona na poziomie 13,56 zł, co daje 33-proc. potencjał wzrost wobec kursu z dnia publikacji raportu.

W raporcie z dn. 27 listopada 2013 r. analitycy Noble Securities wysoko ocenili potencjał wzrostu kursu akcji MCI Management. Podkreślili skuteczne dywersyfikowanie portfela inwestycyjnego, objawiające się w malejącej roli ABC Data w aktywach Grupy MCI, oraz ekspozycję portfela inwestycyjnego na kontynuację hossy w segmentach małych i średnich spółek.

Noble Securities podkreśla, że MCI posiada w portfelu spółki giełdowe. W przypadku ABC Daty spodziewają się silnego przyrostu wartości spółki na GPW jako pochodnej utrzymania wysokiej dynamiki wzrostu wyników w połączeniu z hossą na GPW. Ponadto MCI planuje na lata 2014 i 2015 wyjścia z inwestycji portfelowych, co dobra koniunktura powinna ułatwić. Kolejnym, według Noble Securities, argumentem przemawiającym za atrakcyjnością akcji MCI jest potencjał rozwoju spółek portfelowych, co będzie przekładało się na wzrost wyników funduszu, a tym samym również kapitalizacji giełdowej.

Pozytywna ocena potencjału i perspektyw stojących przed spółkami portfelowymi MCI Management skłoniła analityków Noble Securities do wystawienia rekomendacji KUPUJ i ustalenia ceny docelowej w horyzoncie 9-miesięcznym na poziomie 13,56 zł. Ponieważ cena akcji w dniu wydania rekomendacji wynosiła 10,22 zł, potencjał wzrostowy kursu akcji MCI został oszacowany na 33 proc.

MCI została założona w 1999 roku, a dwa lata później zadebiutowała na GPW w Warszawie. W 2007 roku powstało MCI Capital TFI SA i model działania spółki zaczął być systematycznie przekształcany do formy, w której funkcjonuje obecnie. W modelu tym MCI Management S.A. jest spółką holdingową, a działalność związana z zarządzaniem aktywami jest skoncentrowana w Grupie Private Equity Managers S.A. (PEM), która jest spółką dominującą wobec MCI Capital TFI. MCI Capital TFI zarządza aktywami zgromadzonymi w Funduszach Inwestycyjnych Zamkniętych. Rozwiązanie takie zapewnia efektywne zarządzanie środkami, możliwość pozyskiwania funduszy od inwestorów zewnętrznych poprzez emisję certyfikatów inwestycyjnych oraz optymalizację podatkową.

Na koniec 3Q2013 wartość aktywów pod zarządzaniem MCI wynosiła 1051 mln PLN, a wartość kapitału własnego 747 mln zł. Jak dotąd Grupa zrealizowała łącznie ponad 50 projektów inwestycyjnych oraz dokonała blisko 30 pełnych wyjść. W okresie od 01.01.1999 do 30.09.2013 MCI osiągnął stopę zwrotu netto (net IRR) na poziomie 19,8% i uplasował się w czołówce europejskich funduszy private equity.

KGHM nie wyklucza inwestycji w Afryce. Na razie jednak celem spółki są obie Ameryki i Polska

CEO Magazyn Polska

Po zakończeniu prac nad budową kopalni w Sierra Gorda w Chile, KGHM będzie gotowy do kolejnych przejęć i inwestycji w rudy miedzi na całym świecie. Najbardziej perspektywiczny jest kontynent amerykański i Polska, ale miedziowy gigant nie wyklucza też wejścia do Afryki. 

 Afryka jest kontynentem przyszłości. Zasoby rud metali, które tam występują, są naprawdę imponujące. Szczególnie interesują nas lokalizacje bezpieczne pod kątem geopolitycznym, czyli głównie Botswana, Namibia. Ale nie wykluczamy także zaangażowania w innych krajach. Ten kontynent pod kątem surowców jest jak najbardziej perspektywiczny – mówi Newserii Biznes Maciej Koński, dyrektor naczelny centrum analiz strategicznych i bazy zasobowej KGHM.

Zanim KGHM zdecyduje się na przejęcia czy budowę kopalni na Czarnym Lądzie, zamierza zakończyć najważniejszy dziś projekt Sierra Gorda. Budowa kopalni i uruchomienie zakładu przeróbczego mają nastąpić w II kwartale przyszłego roku. Planowana roczna produkcja na chilijskim złożu to ok. 220 tys. ton miedzi, 11 tys. ton molibdenu i 2 tony złota przez ponad 20 lat.

 – Sierra Gorda będzie potężnym projektem, z produkcją ponad 40 proc. tego, co mamy w KGHM w Polsce. Gdy doprowadzimy go do fazy produkcyjnej, co stanie się w połowie przyszłego roku, wtedy będziemy rozglądać się za kolejnymi możliwościami przejęć projektów, przede wszystkim rud miedzi – informuje Maciej Koński.

Dodaje, że koncern bierze pod uwagę wiele lokalizacji, a decydujące będzie bezpieczeństwo projektu oraz opłacalność eksploatacji złóż. 

 – Pod względem występowania rud miedzi, które są najbardziej interesujące dla KGHM, to jest to właściwie przede wszystkim Ameryka Południowa i Ameryka Północna, czyli nasze główne miejsca działania. A także Polska, bo tu też są dosyć znaczące zasoby tych złóż. Natomiast Afryka jest kontynentem w kręgu naszego zainteresowania. Nie wykluczamy, że w pewnym momencie, w ramach budowy portfela projektów geologiczno-górniczych, zainwestujemy właśnie tam – podsumowuje dyrektor Koński.

W 2009 roku koncern wycofał się z Demokratycznej Republiki Konga, gdzie w ciągu dekady zainwestował w nieudany projekt około 40 mln dolarów. Ówczesny zarząd KGHM uznał, że sytuacja jest zbyt niestabilna, aby kontynuować tam działalność.

Będą nowe chińskie debiuty. Polska giełda coraz atrakcyjniejsza dla zagranicznych firm

Dom Maklerski DF Capital poinformował, że pracuje nad dwoma projektami debiutu giełdowego chińskich firm. Jeden dotyczy branży żywnościowej, a drugi towarów konsumpcyjnych.Jeśli w II i III kwartale 2014 roku polska gospodarka będzie w dobrym stanie, to wejdziemy z tymi firmami na GPW mówi Jarosław Dąbrowski, prezes zarządu Domu Maklerskiego DF Capital.

Polska giełda cieszy się coraz większym zainteresowaniem zagranicznych firm. Niedawno miał miejsce pierwszy w historii debiut chińskiej spółki na warszawskim parkiecie. Peixin International Group N.V., firma produkująca maszyny oraz linie do produkcji towarów higienicznych, zadebiutowała na warszawskiej giełdzie 10 października. Sprzedano milion akcji po 16 zł. W czasie czwartkowej sesji cena akcji utrzymywała się powyżej 25 zł.

 – Firma Peixin ma za sobą dobry debiut. Wielu polskich inwestorów zarobiło na tej chińskiej spółce. Wolumen kapitału, który pozyskała, nie był wielki, gdyż był to pierwszy tego typu debiut i rynek podszedł do niego z pewną ostrożnością – mówi Jarosław Dąbrowski agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Peixin w połowie 2014 r. planuje rozwijać swoją obecność na rynku publicznym. Udany debiut Peixinu może zachęcić kolejne firmy z Państwa Środka do debiutu na warszawskim parkiecie.

 – W Chinach następuje transformacja z modelu opartego na bardzo prostych elementach wzrostowych, takich jak rozwój infrastruktury i tania produkcja, do nowego modelu, opartego na nowoczesnych narzędziach i instrumentach rynku finansowego – wyjaśnia Dąbrowski. – Firmy prywatne, szczególnie średniej wielkości, są bardzo dynamiczne i nie mogą czekać na zmiany. Muszą szukać okazji do ekspansji. Warszawska giełda jest dla nich atrakcyjnym kierunkiem.

Zdaniem prezesa Domu Maklerskiego DF Capital, okres przejściowy w Chinach, a także wzrosty na warszawskiej GPW sprzyjać będą nowym ofertom publicznym chińskich firm. Nie tylko zresztą chińskich. Proces przygotowania do debiutu na warszawskim parkiecie rozpoczęła słoweńska firma Gorenje, która zamierza wprowadzić swoje akcje na GPW jeszcze przed końcem roku.

Z kolei sam DF Capital przygotowuje do debiutu dwie inne spółki z Chin.

 – Pracujemy w tej chwili nad dwoma projektami, jeden z branży żywnościowej, a drugi z branży towarów konsumpcyjnych. Mam nadzieję, że w pierwszej połowie roku, w II lub III kwartale jeśli gospodarka polska będzie w dobrej formie, a giełda w fazie wzrostu, będziemy razem z naszymi partnerami wprowadzać te firmy na giełdę – zapowiada Dąbrowski.

Już od dwóch lat prawa pacjenta do informacji o lekach w aptekach ograniczone

CEO Magazyn Polska

Pacjent ma prawo do dostępu do informacji, także w postaci reklamy leków OTC i innych produktów sprzedawanych przez apteki. Wprowadzony prawie dwa lata temu zakaz reklamy aptek i ich działalności to ograniczanie wolności konkurencji i lekceważenie klientów – uważają eksperci.

 – To jest ogromna szkoda zarówno dla aptek, jak i dla pacjentów. W długim okresie może zahamować rozwój tego sektora usług, a w konsekwencji także i rozwój wielu innych branż – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Witold Kwaśnicki, prezes Wrocławskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego i profesor Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jednocześnie odrzuca pojawiający się w tej dyskusji argument mówiący, że dzięki zakazowi reklamy pacjent nie jest wprowadzany w błąd.

 – To jest pewna uzurpacja ze strony legislatorów, że pacjent jest głupi, nie potrafi sięgnąć po odpowiednią informację. Konsument nigdy nie będzie działać na swoją szkodę. Jeśli ma złe doświadczenie z jakimś produktem, szybko taka informacja rozprzestrzenia się wśród konsumentów i producenci są tego świadomi. Producent może raz czy dwa razy oszukać, ale jeżeli myśli w kategoriach dłuższej perspektywy, to za reklamą idzie zawsze dobra jakość produktu – uważa prof. Witold Kwaśnicki.

Elżbieta Traple, profesor Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego wyjście z tej sytuacji widzi w powrocie do poprzedniego sformułowania zakazu reklamy produktów, które są na liście leków refundowanych. W znowelizowanej ustawie refundacyjnej w styczniu 2012 roku pojawił się zakaz reklamy aptek i ich działalności.  Zgodnie z tymi regulacjami zakazana jest jakakolwiek forma reklamy, także leków dostępnych bez recepty, czyli tzw. leków OTC („over the counter”), kosmetyków, środków opatrunkowych czy ciśnieniomierzy dostępnych w aptekach. A to te środki stanowią połowę sprzedaży aptek.

 – Zakaz reklamy ogranicza prawa konsumenta do rzetelnej i pełnej informacji. Jest rygorystycznie interpretowany przez Główny Inspektorat Farmaceutyczny i przez sądy administracyjne prowadząc do absurdu, że każdy komunikat jest traktowany jako reklama. Jest to sprzeczne z tendencją występującą w ramach UE, gdzie podnoszone są argumenty na rzecz wprowadzenia dostatecznego rozróżnienia pomiędzy komunikatem a reklamą właśnie po to, aby zapewnić odpowiednią informację – tłumaczy prof. Elżbieta Traple.

Przypomina też, że zapis jest sprzeczny z zasadą równej konkurencji, ponieważ można np. kupić i reklamować środki przeciwbólowe na stacjach benzynowych, a z drugiej strony apteki nie mogą prowadzić takiej samej działalności reklamowej.

 – Dlatego uważamy, że ten przepis jest sprzeczny i z Konstytucją, i z przepisami Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Nie mamy jeszcze ostatecznego rozstrzygnięcia Naczelnego Sądu Administracyjnego, który jest uprawniony – dostrzegając niezgodność tego przepisu z prawem unijnym – do odmowy zastosowania tego przepisu – informuje prof. Elżbieta Traple.

Konfederacja Lewiatan złożyła pod koniec października dwie skargi do Komisji Europejskiej na zakaz reklamy aptek. Eksperci organizacji liczą, że w ciągu kilku miesięcy KE podejmie działania w tej sprawie.

Dzięki zmianom w prawie tony żywności zaczęły trafiać do ubogich

Dzięki zwolnieniu żywności przekazywanej potrzebującym z podatku VAT sklepy spożywcze i producenci żywności mogą brać większy udział w pomocy charytatywnej. Oznacza to także ograniczenie marnowania żywności. Potrzebne są jednak kolejne zmiany w prawie – m.in. w zakresie przepisów o zbiórkach publicznych.

 – Do tej pory przedsiębiorstwa byli niejako karani za to, że chcą przekazać nadwyżki żywności. Dzisiaj sytuacja się zmieniła i myślę, że to się będzie bardzo mocno rozwijać. Od początku funkcjonowania ustawy, to znaczy od dwóch miesięcy, zebraliśmy i przekazaliśmy ponad 2,5 tony żywności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Tomaszewski, prezes Tesco Polska.

Do października ustawa o podatku VAT zezwalała na przekazywanie żywności bez podatku jedynie producentom, ale nie dystrybutorom. Tym samym, sklepy i sieci handlowe, musiały od wartości przekazanych produktów odprowadzać 23-proc. podatek. Teraz sklepy detaliczne mogą podarować dowolne produkty żywnościowe bez konieczności odprowadzania VAT-u.

Dzięki zmianie prawa, żywność zamiast do utylizacji, trafia do najbardziej potrzebujących. Pilotażowy program przekazywania żywności ruszył w jednym z krakowskich sklepów Tesco 16 października. Stopniowo dołączają do niego inne placówki sieci.

 – Zmiana ustawy o VAT była pierwszym etapem i dobrym krokiem w kierunku umożliwiania pomocy potrzebującym. Jest jedna jeszcze bardzo duża bariera. Dzisiaj, żeby zorganizować jakąkolwiek dużą akcję charytatywną, trzeba mieć własną fundację. Stać na to jedynie duże przedsiębiorstwa, duże firmy, takie jak nasza – podkreśla Tomaszewski. Niezbędne są zatem ułatwienia w kierunku prowadzenia zbiórek publicznych.

Prezes Tesco Polska przypomina jednak, że przekazywanie żywności ubogim nie zlikwiduje konieczności utylizacji żywności.

 – Utylizowanie niewielkiej części żywności będzie, niestety, nadal konieczne. Przekazywanie żywności może dotyczyć bowiem tylko i wyłącznie produktów bezpiecznych, w terminie przydatności do spożycia – tłumaczy Tomaszewski. – Gdy tylko  utrwalimy procedury, bo chodzi o łańcuch chłodniczy, chodzi o bezpieczeństwo ludzi, to powinniśmy we wszystkich naszych dużych sklepach przekazywać żywność. Czyli w ciągu najbliższych kilku, może dwunastu miesięcy wszystkie nasze duże placówki będą mogły przekazywać żywność – dodaje.

Poza akcją przekazywania żywności ze sklepów Tesco w miniony weekend po raz kolejny uczestniczyło w Świątecznej Zbiórce Żywności. W ubiegłym roku podczas Świątecznej Zbiórki udało się zebrać ponad 90 ton żywności. Tomaszewski liczy na co najmniej na powtórzenie tego wyniku, tym bardziej, że Tesco zapowiedziało dołożenie dodatkowych 20 proc. do ilości zebranej żywności. Po raz pierwszy także do wolontariuszy dołączyli pracownicy Tesco.

W Polsce ubywa studentów. Po raz pierwszy od kilku lat wyraźnie mniej osób przyjęto na studia bezpłatne

W tym roku już po raz piąty z rzędu spadła liczba studentów przyjętych na pierwszy rok studiów. Zgodnie z opublikowanymi przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wynikami rekrutacji na rok akademicki 2013/14 wyraźniej zmniejsza się liczba osób rozpoczynających studia drugiego stopnia   w tym roku aż o ponad 15 proc. Choć spadki nie są dla nikogo zaskoczeniem, to ich skala już tak. Powody to niż demograficzny, spadek wskaźników skolaryzacji ale także emigracja młodych Polaków.

 – W tym roku rekrutacja na pierwszy i drugi stopień na pierwszy rok studiów spadła o ok. 80 tysięcy studentów razem w uczelniach publicznych i niepublicznych. Co warto zauważyć, większy spadek nastąpił na studiach drugiego stopnia, czyli na studiach magisterskich – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Zygarłowski, prezes Centrum Rozwoju Szkół Wyższych TEB Akademia.

W tym roku na studia przyjęto 476 tys. studentów. 338 tys., czyli ponad 70 proc., rozpoczęło naukę na studiach pierwszego stopnia. Liczba studentów rozpoczynających naukę na studiach pierwszego stopnia spadła w stosunku do ubiegłego roku o 12,3 proc., a na studiach drugiego stopnia (magisterskich) – o 15,4 proc. Zygarłowski zauważa, że zgodnie z trendami światowymi coraz więcej studentów kończy lub przerywa naukę po uzyskaniu tytułu licencjata. Dodaje jednak, że w Polsce jak wskazują badania istotne korzyści ekonomiczne z tytułu wyższego wykształcenia na rynku pracy daje dopiero tytuł magistra.

Ponad trzy czwarte studentów wybrało uczelnie publiczne. Tylko nieco ponad 23 proc. trafiło do uczelni niepublicznych. To właśnie ta grupa uczelni traci mocniej na malejącej liczbie studentów. Uczelnie niepubliczne przyjęły o ponad 17 proc. studentów mniej niż w roku ubiegłym.

 – To oznacza, że pięć lat temu co trzeci student wybierał szkoły niepubliczne a teraz jedynie co czwarty stanie się studentem uczelni niepublicznych – mówi Paweł Zygarłowski.

Uczelnie państwowe odnotowały mniejszy spadek wynoszący 12 proc. Jest to jednak pierwsze tak istotne zmniejszenie liczby studentów na tego typu uczelniach od kilku lat. Na uczelnie publiczne w tym roku przyjętych zostało o ok. 60 tys. mniej studentów niż jeszcze w 2010 r.

 – Tak zauważalny spadek wynika w jednej części z czynników demograficznych – jest coraz mniej osób w wieku studenckim. Ale ten spadek nie jest tłumaczony tylko tym czynnikiem. W ostatnim czasie słyszymy dużo o wzrastającym bezrobociu wśród absolwentów – ono oczywiście jest niższe niż wśród absolwentów szkół policealnych czy szkół średnich, ale wzrasta. Wiele osób wybiera inną ścieżkę życiową i emigruje zagranicę – ocenia Zygarłowski.

Po raz pierwszy od 2008 r. istotnie spadła też liczba studentów na studiach stacjonarnych na uczelniach publicznych, czyli bezpłatnych. W ubiegłym roku przyjętych na tego typu studia pierwszego i drugiego stopnia zostało niemal 310 tys. osób, w tym jedynie niecałe 280 tys.

 – Studia bezpłatne na studiach pierwszego stopnia podejmie ponad 20 tys. mniej osób w skali kraju. Jeśli chodzi o studia niestacjonarne  zaoczne, to spadki dotknęły i jedne, i drugie uczelnie w podobnym stopniu, nawet minimalnie więcej spadła rekrutacja w szkołach publicznych – tłumaczy Zygarłowski.

Studenci coraz chętniej wybierają też duże uczelnie, przez co w ostatnich latach następuje koncentracja rekrutacji w największych niepublicznych szkołach wyższych.

 – W tej chwili ponad 50 proc. tych studentów, którzy wybrali studia stacjonarne, będzie studiować w 10 największych uczelniach w kraju. W przypadku studiów niestacjonarnych w  10 największych uczelniach studiować będzie co trzeci student – mówi Zygarłowski.

Lista tych uczelni z roku na rok powtarza się. Większość z nich to uczelnie działające sieciowo – bądź to posiadające wydziały zamiejscowe, bądź też funkcjonujące w większych grupach. Największą siecią uczelni niepublicznych po raz kolejny jest grupa czterech Wyższych Szkół Bankowych.

Zgodnie z danymi Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w tym roku najwięcej chętnych było na informatykę, prawo i zarządzanie. W przeliczeniu na miejsce najpopularniejszymi kierunkami były kryminologia i międzykierunkowe studia ekonomiczno-menedżerskie. Najwięcej kandydatów na miejsce było na politechnikach w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. Z kolei wśród uczelni niepublicznych największą popularnością na studiach stacjonarnych cieszyły się Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej w Warszawie oraz stołeczna Akademia Leona Koźmińskiego.

Nie wszystkie lotniska regionalne mają szansę na rozwój

W przyszłym roku otwarte ma zostać lotnisko w Gdyni, które do tej pory funkcjonowało jako obiekt wojskowy, zarządzany przez Marynarkę Wojenną. To tylko jedno z kilku planowanych nowych lotnisk. W przyszłym roku działalność rozpocznie także port lotniczy w Radomiu, a w ciągu kolejnych lat m.in. w Szczytnie, Zegrzu Pomorskim, prawdopodobnie także w okolicach Białegostoku i Kielc.

Plany budowy nowych lotnisk skrytykował niedawno Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. planowania finansowego i budżetu. Podkreślił, że Unia Europejska może odmówić finansowania niektórym projektom.

 – Każde województwo chciałoby mieć swoje lotnisko. To jest pewien prestiż. Natomiast jest pytanie o sens ekonomiczny funkcjonowania tego lotniska czy portu lotniczego. Na dzisiaj to zostało udowodnione wieloma badaniami, że przy liczbie pasażerów powyżej jednego miliona porty lotnicze przynoszą zyski – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr Dariusz Tłoczyński, ekspert rynku transportu lotniczego z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Podkreśla, że istniejące porty lotnicze  są wpisane w europejską i krajową sieć transportową. Choć UE z jednej strony wspiera budowę portów lotniczych w regionach, które do tej pory są ich pozbawione, to nie zawsze ma to sens ekonomiczny. Alternatywnym rozwiązaniem może być rozbudowa sieci szybkich dróg lub modernizacja infrastruktury kolejowej umożliwiając tym samym dojazd do innych miast w krótszym czasie.

Przykładem lotniska, w którym nie ma dużego wzrostu ruchu lotniczego Bydgoszcz. Po otwarciu autostrady A1 do Gdańska coraz więcej osób z Torunia, Bydgoszczy i całego województwa kujawsko-pomorskiego decyduje się na lot z większego portu lotniczego w Trójmieście, a także z Poznania – ze względu na bogatszą ofertę przewoźników. Niektórzy przewoźnicy np. Veolia Toruń oferują bezpośrednie połączenie z Torunia do portu lotniczego w Gdańsku.

Dr Tłoczyński zaznacza jednak, że lotnisko powstaje na wiele lat, więc czasem trudno ocenić jego wpływ na rozwój regionu. Podkreśla, że choć w rozwiniętych regionach łatwiej o pasażerów, to dla biedniejszych części kraju port lotniczy może być impulsem dla rozwoju.

 – Lotnisko nie jest budowane na 5-10 lat, tylko na kilkadziesiąt. Proszę zobaczyć, jak rozwijał się ruch lotniczy w obrębie aglomeracji gdańskiej, kiedy istniał tylko i wyłącznie Port Lotniczy Gdańsk. Jeszcze kilkanaście lat temu lotnisko obsługiwało niewielu pasażerów, dzisiaj jest już mowa o trzech milionach. Zatem istnieje pewna zależność i jest ona potwierdzona badaniami światowymi, że rozwój regionu determinuje rozwój transportu lotniczego w regionie. I odwrotnie – rozwój transportu lotniczego może wpłynąć pobudzająco na rozwój regionu – przekonuje ekspert.

W jego opinii w aglomeracji trójmiejskiej niezbędne jest szczególnie dopracowane podejście do rynku lotniczego. Od przyszłego roku w odległości zaledwie ok. 30 km od siebie będą tam funkcjonować dwa lotniska cywilne. Niemal całkowitym udziałowcem portu lotniczego Gdynia-Kosakowo jest miasto Gdynia (93,7 proc. akcji), które posiada również ok. 2,2 proc. udziałów w gdańskim lotnisku.

 – Źle by się stało, gdyby te dwa porty konkurowały ze sobą, i o pasażera, i o przewoźnika. Docelowym modelem, według mnie, jest właśnie model współpracy. Jakiej współpracy? W tej chwili trwają rozmowy pomiędzy udziałowcami, zarówno portu lotniczego w Gdańsku, jak też portu lotniczego w Gdyni i samymi podmiotami zainteresowanymi – ocenia dr Tłoczyński.

Dodaje, że ostatecznie to nie władze miast i portów lotniczych, lecz przewoźnicy zadecydują o tym, dokąd będą latać. Jednak ekspert podkreśla, że w przypadku budowy infrastruktury  istnieje potrzeba sporządzenia studiów przedinwestycyjnych, wykonanych przez niezależne firmy konsultingowe. To one potwierdzają sensowność inwestycji.  P

ort lotniczy oprócz funkcji transportowej, realizuje funkcję społeczną związaną z generowaniem miejsc pracy i funkcję ekonomiczną związaną z promocją regionu, generowaniem dochodów, wreszcie tereny okołolotniskowe to doskonałe miejsce dla prowadzenia biznesu. Mimo tego, Komisja Europejska rozpoczęła procedurę weryfikacji sensu ekonomicznego i statusu prawnego przebudowy Kosakowa. Bruksela może nakazać zwrot środków do miejskiej kasy.

Dr Dariusz Tłoczyński zaznacza jednak, że ponieważ proces inwestycyjny w Gdyni już ruszył, nie ma sensu zastanawiać się nad tym, czy lotnisko powinno zostać zbudowane. W tej chwili władze samorządowe muszą ustalić taką strategię, która pozwoli skorzystać w największym stopniu z istnienia dwóch portów lotniczych w Trójmieście.

Leczenie raka płuc może zrewolucjonizować terapia spersonalizowana

Rak płuc jest najczęstszą na świecie przyczyną zgonów spowodowanych nowotworem złośliwym. Do niedawna podstawową metodą jego leczenia była chemioterapia. Wiąże się ona jednak z wieloma działaniami niepożądanymi, a nie zawsze jest efektywna. Naukowcy od wielu lat poszukiwali sposobu leczenia, który działałby jedynie na komórki nowotworowe. Obecnie duże nadzieje wiąże się z leczeniem spersonalizowanym, czyli wycelowanym w konkretną mutację genetyczną odpowiedzialną za proces nowotworowy.

Nową, obiecującą terapią dla chorych z niedrobno komórkowym rakiem płuc jest  kryzotynib – to przykład leku spersonalizowanego przeznaczonego dla pacjentów, u których stwierdzono mutację genu ALK. Nieprawidłowe działanie genu doprowadza do pojawienia się w komórkach nowotworowych białka, które stymuluje rozwój guza.

 – Zdefiniowanie krytycznej roli białka ALK i tego, że jest to czynnik napędzający komórki nowotworowe, umożliwiło opracowanie leku, który wybiórczo to białko hamuje – tłumaczy prof. Piotr Wysocki, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Okazało się, że dobrą odpowiedź na leczenie, czyli bardzo wyraźne zmniejszenie się przerzutów i zaawansowania choroby, zaobserwowano u prawie 60 proc. chorych, co jest bardzo rzadkie, nawet w przypadku stosowania agresywnej chemioterapii .

Mutacja genu ALK występuje jedynie u ok. 5 proc. chorych, cierpiących na niedrobnokomórkowego raka płuc. Grupa ta różni się od ogólnej populacji chorych na ten rodzaj nowotworu – są młodsi i częściej są to osoby niepalące.

 – Udało się opracować lek dla bardzo wąskiej, ale zdefiniowanej populacji chorych, u których on działa i jest dobrze tolerowany – tłumaczy prof. Piotr Wysocki. – To jest właśnie personalizacja leczenia onkologicznego. Najpierw poznajemy krytyczny cel, czyli to uszkodzone białko i opracowujemy lek, który je hamuje. Taki lek stosujemy tylko u chorych, u których jest to uszkodzone białko, bo tylko u nich zadziała.

Ze względu na duże nadzieje wiązane z kryzotynibem, zarówno amerykańska FDA (Food and Drug Administration), jak i (Europejska Agencja Leków) EMA, zdecydowały się na przyspieszoną rejestrację leku.

 – Procedura przyspieszona nie oznacza, że dopuszcza się do obrotu leki, które są niezbadane i niepewnej jakości! To są leki, w przypadku których stosunek korzyści do ryzyka jest na korzyść stosowania – mówi dr dr Leszek Borkowski, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Leczenie spersonalizowane opiera się w dużej mierze na rozpoznaniu przyczyny rozwoju raka u danego pacjenta. Oznacza to również racjonalizację kosztów leczenia. Z jednej strony u chorych z danym zaburzeniem można oczekiwać spodziewanej skuteczności leczenia, a z drugiej strony – leku nie otrzymują pacjenci, u których wiadomo, że lek nie zadziała.

Dziś w większości sklepów internetowych zakupy z darmową dostawą

Dziś Dzień Darmowej Dostawy – produkty zakupione w poniedziałek przez internet w 2,5 tysiąca sklepów zostaną dostarczone za darmo.  A już niedługo klienci e-sklepów będą lepiej chronieni dzięki unijnym regulacjom.

Dzień Darmowej Dostawy organizowany od 2009 roku ma spopularyzować zakupy na odległość. W tym roku udział w akcji bierze prawie 2,5 tys. sklepów internetowych. Do kupowania w sieci zachęcić może też to, że e-klienci mają więcej praw niż przy zakupach tradycyjnych. Wkrótce prawa te będą jeszcze poszerzone po przyjęciu przepisów wdrażających dyrektywę Unii Europejskiej 2011/83 w sprawie praw konsumentów.

 – Ten i najbliższy rok to implementacja dyrektywy, tzw. ustawy konsumenckiej – pakietu praw zmieniających zarówno kodeks cywilny w Polsce, jak i ustawę o sprzedaży konsumenckiej, czyli dotyczącej zakupów tradycyjnych, ale również zakupów na odległość i poza lokalem przedsiębiorstwa – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Cieloch, rzeczniczka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK).

Zmiany mają służyć lepszej ochronie konsumentów. Nie będzie już budzić wątpliwości np. kwestia tego, że to sprzedawca ma płacić za przesyłkę zwrotną, kiedy konsument uzna, że zakupiony towar mu nie odpowiada.

 – Nie będzie trzeba już powoływać się na wyrok trybunału europejskiego: będziemy mieć jasny przepis, który mam nadzieję, znajdzie się w przyszłym roku w obowiązującym prawie – tłumaczy Małgorzata Cieloch.

Nowe prawo dotyczące zakupów przez internet spowoduje także wydłużenie czasu przysługującego na zwrot produktu. Teraz każdy klient kupujący na odległość może w ciągu 10 dni oddać towar bez żadnych wyjaśnień. Wdrażana dyrektywa wydłuża ten termin do 14 dni.

 – Zapis sprzyja konsumentom kupującym transgranicznie, zapewniając więcej czasu na odstąpienie od umowy – informuje rzeczniczka UOKiK.

Nowe przepisy wprowadzą kilka innych zmian przewidzianych przez unijną dyrektywę. Przy zakupie usług sprzedawca będzie musiał jasno podać wszelkie informacje o usługach dodatkowych związanych z zakupem. Typowy przykład to kupno biletów tanich linii lotniczych, gdzie do ceny biletu dolicza się kilka opłat dodatkowych, np. za bagaż czy opłaty lotniskowe.

W praktyce przepis wyeliminuje narzucanie klientom dodatkowych usług: kupujący sam będzie zaznaczał dodatkowe rzeczy, które chciałby kupić przy okazji, na przykład, zakupu biletu, wynajmu samochodu czy jakiejś innej usługi.

 – Dyrektywa wprowadza wiele zmian prokonsumenckich i miejmy nadzieję, że w przyszłym roku nowy akt prawny będzie obowiązywał w Polsce – podsumowuje rzeczniczka UOKiK.

Ukraina nie skorzystała, za to Gruzja i Mołdawia coraz bliżej unijnej strefy wolnego handlu

CEO Magazyn Polska

Wkrótce unijna strefa wolnego handlu obejmie Gruzję i Mołdawię. Parafowane podczas zakończonego w piątek szczytu Partnerstwa Wschodniego unijne umowy stowarzyszeniowe z tymi krajami mają znaczenie przede wszystkim polityczne. Pozwoli to tym krajom na większą niezależność od Rosji. Pomimo niepodpisania umowy przez Ukrainę, Partnerstwo Wschodnie pozostaje silnym programem.

 – Głównie chodzi o stworzenie strefy wolnego handlu, aby nie tylko nie było taryf celnych między obszarem Unii Europejskiej a Gruzją i Mołdawią, ale także żeby doszło do ujednolicenia standardów i zasad. Z jednej strony kraje sąsiedzkie mogą swobodnie dostarczać swoją produkcję na rynek europejski, a z drugiej strony zyskują sporo zaufania w oczach zagranicznych inwestorów, wydają się im bardziej stabilne niż przed podpisaniem umów stowarzyszeniowych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Ćwiek-Karpowicz, kierownik Biura Badań i Analiz Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Umowy stowarzyszeniowe z tymi krajami zostały parafowane podczas ubiegłotygodniowego trzeciego szczytu Partnerstwa Wschodniego, który odbył się w Wilnie. Partnerstwo Wschodnie to unijna inicjatywa zapoczątkowana w 2009 r., której celem jest rozwijanie współpracy z Białorusią, Ukrainą, Mołdawią, Gruzją, Armenią i Azerbejdżanem. Pomysłodawcami programu były Polska i Szwecja.

Ćwiek-Karpowicz liczy, że umowy zostaną jak najszybciej ratyfikowane przez obydwie strony. Podkreśla, że pomimo niepodpisania podobnego porozumienia przez Ukrainę, Partnerstwo Wschodnie pozostaje najbardziej rozwiniętym programem współpracy między Unią a krajami sąsiedzkimi.

 – Gruzja i Mołdawia są tak małymi krajami, że są prawie niezauważalne przez Unię Europejską. Ciężko mówić więc o w wymiernym zysku gospodarczym dla UE. Bardziej należy wskazywać na wymiar polityczny: to, że Unia Europejska jest w stanie przyciągać skutecznie kolejne kraje do siebie, jest w stanie budować stabilne sąsiedztwo wokół swoich granic. To jest kluczowe zadanie i niewątpliwy zysk dla Unii – przekonuje Ćwiek-Karpowicz.

Z perspektywy Gruzji i Mołdawii ważna jest możliwość rozwoju handlu z Unią. Pozwoli to na oddalenie się od Rosji, która ma duże wpływy gospodarcze i polityczne w obydwu państwach. Elementem, który nie wynika bezpośrednio z umowy stowarzyszeniowej jest liberalizacja reżimu wizowego. Już w przyszłym roku obywatele Gruzji i Mołdawii być może będą mogli wjeżdżać na terytorium UE bez wiz.

Wraz z wzrostem niezależności gospodarczej od Rosji, Gruzja i Mołdawia zyskują szansę na poprawę stabilności politycznej. Obydwa kraje zmagają się z konfliktami wewnętrznymi. Problemem Kiszyniowa jest walczące o niepodległość Naddniestrze, terytorium znajdujące się wzdłuż granicy z Ukrainą i de facto utrzymujące niezależność dzięki wsparciu Rosji. Z kolei w Gruzji Osetia Południowa oraz Abchazja ogłosiły niepodległość, która uznawana jest jedynie przez Rosję, Nikaraguę, Wenezuelę, Nauru i Tuvalu.

 – Dzięki stowarzyszeniu z Unią Europejską wzmacnia się pozycja Kiszyniowa i Tbilisi, a te okręgi separatystyczne z biegiem czasu mogą przyjmować rozwiązania, aby zbliżać się też do Unii Europejskiej, które w jakiś sposób są koordynowane przez centrum. To jest casus Irlandii Północnej, gdzie dzięki temu, że i Wielka Brytania, i Irlandia znajdują się w Unii Europejskiej, powoli ten konflikt zanika i możliwe jest swobodne podróżowanie pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną – ocenia Ćwiek-Karpowicz.

Zauważa jednak, że stan demokracji w krajach Partnerstwa Wschodniego budzi nieustanne wątpliwości. Zgodnie ze wskaźnikiem Democracy Index, przygotowanym przez Economist Intelligence Unit, Gruzja jest sklasyfikowana na 93. miejscu jako reżim hybrydowy pomiędzy demokracją a autorytaryzmem, podczas gdy Mołdawia jest na 67. miejscu jako „wadliwa demokracja”.

Ćwiek-Karpowicz dodaje, że Rosja nie powinna sprzeciwiać się stowarzyszeniu tych krajów z UE. Moskwa jest znacznie bardziej przeciwna aliansom militarnym, takim jak NATO.

 – Widać wyraźnie, że Rosja wybiera inne mechanizmy wywierania nacisku na kraje zainteresowane. Są to narzędzia gospodarcze, ekonomiczne, natomiast nie ma wyraźnego stanowiska politycznego, że Rosja jest przeciwna. Rosja konkuruje z Unią Europejską o ten obszar wspólnego sąsiedztwa, ale nie dochodzi do otwartej konfrontacji – ocenia analityk PISM.

Trwa promocja Mini Ratki w PKO Banku Polskim

Mini Ratkę z niższym oprocentowaniem i zredukowaną prowizją, atrakcyjne warunki pożyczki na spłatę kredytów z innych bankach w kwocie od 1 000 zł aż do 150 000 zł, dodatkowe środki na dowolny cel, np. przedświąteczne wydatki proponuje obecnie PKO Bank Polski w promocyjnej ofercie pożyczki gotówkowej obowiązującej do końca roku.

Kupujemy dużo, ale niekoniecznie z sensem – Dzień bez Zakupów

Piękna witryna sklepu zawsze będzie zwracać uwagę przechodniów. Skłoni nie tyle do zatrzymania się, ile zachęci, by wejść do środka. Duże sklepy również mają swoje sposoby na klientów. Nęcą, szczególnie teraz przed świętami, kiedy wpadamy w szał kupowania, a bariera przed wydawaniem pieniędzy łatwo znika. Dobrze, gdy do zakupów podchodzimy z rozsądkiem, a na szaleństwo pozwalamy sobie od czasu do czasu. Niestety, nie jest trudno przekroczyć niebezpieczną granicę, kiedy to zakupy są już nie tylko sposobem na życie, ale i chorobą.

Sławomir Wolniak, lekarz psychiatra i ordynator kliniki Wolmed twierdzi: „Zakupoholizm jest to uzależnieniem od robienia zakupów. Osoba nie kontroluje robienia zakupów i przeznacza na nie około 60% swoich dochodów. Spędza w centrach handlowych od 20 do 40 godzin tygodniowo, a podczas robienia zakupów czuje się spełniona, ma przypływ endorfin do mózgu, jest zadowolona i szczęśliwa.”

Zjawisko zakupoholizmu nie jest przypisane ani do żadnej płci, ani do grupy wiekowej czy zawodowej. Według badań około 6% ludzi ma ten problem. I choć w Polsce nie ma jednoznacznych danych na ten temat, to wiemy, że robiono badania w Wielkiej Brytanii i tam ponad 10% społeczeństwa uzależnione jest od zakupów. Podobnie statystyki kształtują się w Stanach Zjednoczonych.

Niewątpliwą rolę w leczeniu zakupoholizmu odgrywają najbliżsi osoby uzależnionej. „[…] Należy uświadomić osobie chorej, że robi te niekontrolowane zakupy, że znajdujemy jakieś niepotrzebne ubrania, buty, kosmetyki. Ta osoba musi sobie zdać sprawę, że jest w takim błędnym kole. Ważne jest też ograniczenie środków pieniężnych, zablokowanie karty i zgłoszenie się do specjalisty, do lekarza psychiatry, lekarza terapii uzależnień” – podpowiada Sławomir Wolniak.

Wyjście z zakupoholizmu nie należy do najłatwiejszych zadań życiowych – zresztą jak z każdego uzależnienia. Ważne jednak, by zdać sobie sprawę z wagi problemu i mieć lub dawać wsparcie najbliższym. A Dzień bez Zakupów, który cieszy się coraz większą popularnością, niech dla wszystkich będzie nie tyle jednorazowym wydarzeniem, ile impulsem do zmian i nowego spojrzenia na zakupy.

Produkty spożywcze dla Organizacji Pożytku Publicznego bez obowiązku zapłaty podatku VAT

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, przedsiębiorcy będą mogli w tym roku bezproblemowo wspierać wybrane fundacje i stowarzyszenia. Wszystko dzięki nowelizacji ustawy o VAT. Od października sklepy, restauracje czy piekarnie mogą przekazać produkty spożywcze dla Organizacji Pożytku Publicznego (OPP), bez obowiązku zapłaty podatku. To efekt nowelizacji ustawy o VAT.

Nowelizacja zasadniczo poszerza krąg darczyńców, którzy mogą wesprzeć OPP materialnie w postaci żywności. Jak podkreśla redakcja PortalFK.pl, dotychczas tylko producenci żywności byli zwolnieni z obowiązku zapłaty VAT i to oni dokonywali w większości darowizn w postaci produktów spożywczych. Tegoroczne święta będą więc pierwszymi, w których będzie możliwe wspieranie OPP nie tylko przez producentów, ale także podmioty obracające produktami spożywczymi.

Konsekwencją powołanej zmiany może być więc zwiększenie pomocy skierowanej do potrzebujących oraz lepsze wykorzystanie produktów o krótkim terminie przydatności do spożycia, a te występują przede wszystkim w sklepach i hurtowniach spożywczych. Do tej pory niesprzedane jedzenie było wyrzucane, ponieważ sklepy i gastronomia nie były objęte zwolnieniem z VAT i musiały w niekorzystny sposób liczyć podstawę opodatkowania od opodatkowanych darowizn (według ceny zakupu).

Asseco Poland 6. Spółką software’ową w Europie

0

Grupa Asseco awansowała na 6. miejsce (z 7. pozycji w ubiegłym roku) w rankingu największych producentów oprogramowania w Europie – Truffle 100 2013. Przychody Asseco ze sprzedaży software’u za 2012 rok przekroczyły 1 mld euro.

Grupa Asseco od pięciu lat, nieprzerwanie utrzymuje się w czołowej dziesiątce największych europejskich producentów oprogramowania. Jest to możliwe dzięki konsekwentnemu zwiększaniu przychodów ze sprzedaży oprogramowania własnego, co jest jednym z głównych założeń strategii rozwoju Asseco. Stały wzrost udziału własnych rozwiązań w przychodach ogółem jest możliwy m.in. dzięki utrzymywaniu wieloletnich relacji z klientami, a także realizacji tysięcy projektów w różnych sektorach gospodarki.

Firmy ujęte w zestawieniu w 2013 r. (wyniki osiągnięte za 2012 rok) wygenerowały łącznie o 11% większe przychody ze sprzedaży oprogramowania niż za rok 2011. Świadczy to o dobrej kondycji europejskiego rynku oprogramowania. Co ciekawe, 63 proc. tej kwoty wypracowały firmy zajmujące 10 pierwszych miejsc w rankingu.

Jak podkreśla Bernard Louis Roques, partner i założyciel Truffle Capital, 63 tys. miejsc pracy dla specjalistów i wysoki poziom inwestycji w rozwój nowych produktów, czyni sektor informatyczny katalizatorem innowacyjności i lokomotywą wzrostu europejskiej gospodarki.

Ranking Truffle100 omawia rynek stu największych producentów oprogramowania w Europie. Stawkę największych firm otwiera SAP z przychodami ze sprzedaży software’u w wysokości 15,9 mld euro, kolejne dwie pozycje zajęły: francuski Dassault Systèmes (1,8 mld euro) i brytyjski Sage (1,6 mld euro). Znajdujące się na 6. miejscu Asseco wypracowało przychody ze sprzedaży własnych rozwiązań na poziomie 1,0 mld euro. W rankingu dominują spółki z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec.

Synthos liderem innowacji Polish Chemical Awards 2013

Synthos S.A.

SYNTHOS S.A. zdobył główną nagrodę w Polish Chemical Awards 2013 w kategorii Lider Innowacji Roku. Nagroda przyznana została podczas tegorocznej konferencji Polish Chemical Forum, które odbyło się 26 listopada w Warszawie. Kapituła, pod przewodnictwem Tomasza Zielińskiego, Prezesa Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego, uhonorowała wyróżniające się firmy branży chemicznej w 9 kategoriach.

W kategorii Lider Innowacji roku nagradzano wdrożenie produktu, usługi lub rozwiązania o nowatorskim charakterze, unikalnego co najmniej w skali kraju. Zwycięzcą została spółka Synthos, która konsekwentnie realizuje strategię w zakresie budowania wartości firmy poprzez wzrost innowacyjności i posiada własne, wysoce wyspecjalizowane struktury R&D. Obecnie realizowana jest inwestycja budowy Centrum Badawczo-Rozwojowego Nowych Technologii o wartości ponad 86 mln zł. Synthos z sukcesem wprowadza co roku na rynek innowacyjne produkty. W tym roku spółka rozpoczęła realizację inwestycji o wartości 568 mln zł służącej wdrożeniu innowacyjnej technologii wytwarzania kauczuków SSBR.

Ranking najszybciej rozwijających się innowacyjnych firm 2013

Ranking „Deloitte Technology Fast 500 EMEA” przedstawia 500 najszybciej rozwijających się firm technologicznie innowacyjnych w regionie EMEA, a firmy uszeregowane są na podstawie tempa wzrostu osiąganych przychodów. Program jest globalny: oprócz rankingu EMEA są również dwa rankingi obejmujące region Asia Pacific oraz North America.

Francuska firma Ymagis jest najszybciej rozwijającym się przedsiębiorstwem technologicznie innowacyjnym w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka). Spośród polskich spółek najwyżej w rankingu uplasowała się firma Softhis, która zajęła 97. miejsce. W tegorocznej 13. edycji konkursu Deloitte Technology Fast 500 EMEA, znalazło się 17 rodzimych przedsiębiorstw. Polska zajęła 10. miejsce wśród najliczniej reprezentowanych państw.

Ranking grupuje najszybciej rozwijające się spółki technologicznie innowacyjne z regionu EMEA. Analiza oparta jest o procentowy wzrost przychodów operacyjnych ze sprzedaży na przełomie ostatnich pięciu lat (2008 r. vs. 2012 r.). Średnia stopa wzrostu przychodów wszystkich spółek z zestawienia wyniosła 1.403 proc., dla porównania w edycji ubiegłorocznej było to 1.549 proc. „Ubiegły rok był trudny dla całej gospodarki światowej, a tym samym również dla firm technologicznie innowacyjnych. Dość wyraźnie odczuły one efekty spowolnienia gospodarczego, szczególnie dotyczy to firm europejskich. Dodatkowo, polski rynek staje się coraz bardziej dojrzały, więc należy się spodziewać, że dynamika wzrostu naszych firm nie będzie już tak spektakularnie wysoka jak jeszcze kilka lat temu” – mówi Jakub Bojanowski, Partner, Lider zespołu TMT Deloitte w Polsce.

Ponownie jak w zeszłorocznej edycji, także w tej zwycięzcą jest firma pochodząca z Francji. Tym razem pierwsze miejsce zajęła paryska spółka Ymagis, specjalizująca się w cyfrowych usługach dla przemysłu filmowego. Firma zanotowała na przestrzeni ostatnich pięciu lat imponujący wzrost przychodów na poziomie ponad 59 tys. proc.

Środkowoeuropejski lider i zwycięzca rankingu „Deloitte Technology Fast 50 CE” – rumuńska firma Vola.ro znalazła się w tym roku na 17. miejscu zestawienia EMEA (spadek o 14 lokat). Najwyższą pozycję spośród polskich spółek udało się zdobyć krakowskiemu producentowi oprogramowania – firmie Softhis. Spółka znalazła się na 97. pozycji w rankingu. Na początku drugiej setki uplasowała się druga w kolejności polska firma – Comperia.pl. „Pierwsze lata funkcjonowania Comperii przypadły na okres kryzysu finansowego. Wzrost biznesu w tak trudnych okolicznościach wymagał przyjęcia innowacyjnego i jednocześnie obarczonego większym ryzykiem stylu działania. To, w połączeniu z dużą dozą determinacji i motywacji zespołu, przełożyło się na bardzo dynamiczny rozwój firmy. Nie oglądamy się za siebie, dyskutujemy o możliwościach, nie skupiamy się na problemach, ale na osiąganiu coraz wyższych celów” – mówi Bartosz Michałek, Prezes Zarządu Comperia.pl.

W tym roku w zestawieniu EMEA znalazło się 17 spółek z Polski. Dla porównania, jeszcze trzy lata temu Polska miała zaledwie sześciu swoich reprezentantów w tym rankingu.

W tegorocznym konkursie znaleźli się laureaci z 24 krajów. Podobnie jak w ubiegłym roku najliczniej reprezentowanym państwem jest Francja, z której pochodzi 86 spółek. Dwie z nich uplasowały się w pierwszej dziesiątce. W porównaniu z wynikami z roku z 2011 i 2012 nie zmienił się narodowy skład podium. Drugie miejsce należy do Wielkiej Brytanii, a trzecie do Szwecji. Polska zajęła 10. lokatę.

Tegoroczna edycja Deloitte Technology Fast 500 EMEA została zdominowana przez spółki z sektora oprogramowania, które stanowią 43 proc. całego zestawienia. Firm internetowych jest prawie dwa razy mniej (22 proc.). Trzecie miejsce zajmują spółki z branży telekomunikacyjnej/ sieci telekomunikacyjnych z 15 proc. udziałem.

Tegoroczna edycja Deloitte Technology Fast 500 EMEA została zdominowana przez spółki z sektora oprogramowania, które stanowią 43 proc. całego zestawienia. Firm internetowych jest prawie dwa razy mniej (22 proc.). Trzecie miejsce zajmują spółki z branży telekomunikacyjnej/ sieci telekomunikacyjnych z 15 proc. udziałem.

KNF: nie widzimy powodu do objęcia firm pożyczkowych swoim nadzorem

CEO Magazyn Polska

KNF mówi „nie” nadzorowi nad firmami pożyczkowymi. Andrzej Jakubiak, przewodniczący KNF podkreśla, że nadzorowanie działalności tych podmiotów nie należy do zadań Komisji, ale do UOKiK–u, ponieważ firmy te nie udzielają pożyczek z depozytów klientów, ale ze środków własnych.

Zmiany w prawie bankowym, nad którymi pracuje resort finansów przewidują m.in. możliwość żądania wyjaśnień przez KNF od firm, które podejrzewa się o zbieranie depozytów od klientów bez pozwolenia, jak niegdyś Amber Gold. Dziś może tylko złożyć doniesienie do prokuratury. Nadzór KNF nie dotyczyłby jednak firm pożyczkowych.

 – Nie widzimy ku temu żadnego powodu, żeby Komisja miała się zajmować nadzorem nad firmami pożyczkowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – Firmy pożyczkowe udzielają pożyczek ze środków własnych, czyli ryzykują własne pieniądze, natomiast zasadniczym zadaniem Komisji Nadzoru Finansowego jest nadzorowanie instytucji, które zarządzają środkami powierzanymi przez klientów.

Jego zdaniem nadzór, który sprawuje nad tymi podmiotami Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, już dziś jest wystarczający.

 – Po pierwsze, tak jak zostało zapisane w projekcie, Urząd prowadziłby rejestr takich firm, a po drugie, przecież i dzisiaj to robi – jeżeli są klauzule abuzywne (niedozwolone). To przecież jest domena UOKiK–u i żadnego innego podmiotu – tłumaczy Andrzej Jakubiak.

Ministerstwo Finansów chce też wprowadzić limit całkowitych kosztów pożyczek, by uchronić kredytobiorców przed wpadaniem w spiralę zadłużenia. Zgodnie z propozycją resortu, koszt pożyczki nie będzie mógł przekroczyć 30 proc. kwoty udzielonej pożyczki.

Autorzy regulacji oczekują ustosunkowania się branży do tej propozycji.

– Nikt nie przedstawił, również ze strony przeciwnej, żadnej innej propozycji, która by w sposób udokumentowany wskazywała, że takie a nie inne koszty nie powodują nadmiernych obciążeń klienta – zauważa szef KNF.

Eksperci sektora finansowego uważają, że wprowadzenie takiego limitu może mieć odwrotny skutek – spowodować likwidację części firm pożyczkowych i skazać wielu Polaków na korzystanie tylko z lombardów lub banków, które pożyczają wyższe kwoty i na dłuższy okres.

Rząd chce pomóc małym i średnim firmom wchodzić na azjatyckie rynki

Chiński rząd deklaruje pomoc we wprowadzaniu polskich produktów eksportowych na swój rynek. Z kolei polski rząd pracuje nad programami finansowego wsparcia dla rodzimych firm, które chciałyby wejść na rynki spoza Europy. Jak zapewnia Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki, zasady tych programów powinny zostać stworzone w ciągu najbliższych dwóch lat.

 Wróciliśmy z premierem Tuskiem ze szczytu Europa Środkowo-Wschodnia – Chiny i jesteśmy po bardzo dobrych rozmowach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki.

Najważniejszą kwestią we wzajemnych relacjach są działania, zmierzające do zrównoważenia bilansu handlowego Europy i Chin. Zdaniem polskiego premiera wciąż największą bolączką jest to, że Chińczycy bez porównania więcej sprzedają do nas niż od nas kupują.

 – Premier uzyskał zapewnienia o wejściu naszych produktów na rynek, o pomocy rządu chińskiego w tych tematach. Myślę, że Azja jest pracą nieustającą na najbliższe 10 lat. Mieliśmy wizytę wicepremiera Piechocińskiego w Japonii, wizytę prezydenta w Korei i Mongolii – wymienia wiceminister.

Analitycy Oxford Economics uznali Azję za najbardziej perspektywiczny kierunek rozwoju polskiego eksportu. Szacują, że do końca drugiej dekady XXI wieku może rosnąć on w tempie 13–14 proc. rocznie. Wśród najbardziej obiecujących kierunków eksportowych obok Chin wskazali na Indie, Wietnam oraz Koreę Południową.

Ilona Antoniszyn-Klik zapewnia, że polska współpraca z Azją nie ucierpi z powodu rozpoczętej niedawno współpracy z Afryką.

 – Nie można mówić „Afryka kosztem Azji”, ale w Azji działamy bezwzględnie na dużych obrotach, a w Afryce stawiamy pierwsze najmocniejsze kroki – zaznacza.

Wiceminister ujawnia również, że rząd pracuje obecnie nad  programami wsparcia, które pomogłyby polskim firmom wchodzić na rynki pozaeuropejskie. Dotyczy to głównie sektora małych i średnich przedsiębiorstw.

 – Musimy mieć nie tylko politykę i marketing, ale najważniejsze, by firmy miały w ręku instrument, jakim jest finansowe wsparcie ich w strategii wchodzenia na rynek podkreśla Antoniszyn-Klik. – Musimy stworzyć ogólnopolski system na najbliższe dwa lata i na razie system zaczyna się rozwijać. Są gwarancje, są kredyty, ale chcemy, by były to kredyty w całej Polsce dostępne – także lokalnie – deklaruje.

Proponowany przez rząd mechanizm wsparcia miałby być podobny do gwarancji de minimis dla przedsiębiorstw.

 – Teraz to będzie kwestia opinii Ministerstwa Finansów, jak oni to widzą. Ale jest duża otwartość – dodaje Ilona Antoniszyn–Klik

Kwoty wsparcia mają być ustalane w późniejszej kolejności, czyli po określeniu zasad przyznawania pomocy. Projekty pilotażowe programu mają być finansowane ze środków unijnych.

Tegoroczny szczyt Chiny Europa Środkowo-Wschodnia był kontynuacją warszawskiego szczytu z kwietnia 2012 roku, czyli tzw. „Inicjatywy Warszawskiej”, na której ustalono m.in. podstawę współpracy Chin z 16 państwami regionu (Polska, Albania, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czarnogóra, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Macedonia, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia i Węgry). Było to również pierwsze spotkanie szefa polskiego rządu z nowym premierem Chin. Donald Tusk poinformował, że z kolejną wizytą do Państwa Środka uda się najprawdopodobniej w przyszłym roku. Nie wykluczył również, że  Polskę odwiedzi w tym czasie prezydent Chin.

Po 27 latach marka BRE zniknęła z polskiego rynku. Wszystkie placówki zmienią nazwę na mBank

CEO Magazyn Polska

Nazwy BRE Bank i MultiBank zniknęły z polskiego rynku. Do końca I kwartału wszystkie placówki banku będą nosiły nazwę mBank. Przez kolejny rok stopniowo będą ujednolicane oferowane klientom rozwiązania. Zastąpienie kilku marek jedną ma umożliwić bankowi skuteczne budowanie rozpoznawalności, a w konsekwencji przyciągnąć większą liczbę klientów.

Po ponad 21 latach obecności na warszawskim parkiecie, BRE Bank został zastąpiony przez mBank. To efekt odejścia od trzech marek banków na rzecz jednej. Tym samym z rynku zniknęły tez marki BRE Private Banking & Wealth Management oraz MultiBank. Poza nazwą i logotypem docelowo ujednolicony zostanie również wygląd oddziałów i oferta produktowa. Strategia ta ma służyć m.in. zwiększeniu rozpoznawalności marki mBanku oraz umocnieniu pozycji banku na rynku.

 – Jeden brand da nam lepszą rozpoznawalność marki, co jest bardzo istotne dla pozyskania klientów i rozwoju banku w przyszłości. Możemy osiągnąć dwa efekty: przy tych samych pieniądzach uzyskać znacznie większą rozpoznawalność brandu, a w dłuższej perspektywie zaoszczędzić znaczącą część środków, promując jedną markę, a nie trzy jednocześnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Kocik, wiceprezes mBanku ds. bankowości detalicznej.

Wybór padł na tę z marek, która najmocniej zaistniała w świadomości klientów.

Marka mBank jest najlepiej rozpoznawalna pośród trzech marek, które były w naszym portfolio, więc kiedy przyjęliśmy strategię jednego banku i dążenia do skupienia całej działalności pod jednym brandem, wybór był oczywisty – tłumaczy Cezary Kocik. – Dotychczas pod marką mBank obsługiwaliśmy ponad 3,6 mln klientów na trzech rynkach.

W Polsce główne działania związane z procesem zmiany marki zakończą się w I kwartale 2014 roku.

 – W tym czasie będziemy stopniowo wymieniać oznakowanie naszych oddziałów. Marka banku zostanie odświeżona także w Czechach i na Słowacji  – dodaje Kocik. – Rebranding w tych krajach przewidziany jest na luty przyszłego roku.

Do 2018 roku ujednolicona zostanie także sieć oddziałów mBanku w Polsce.

Jak wszystkie banki, pracujemy stale nad usprawnieniem formatu i lokalizacji naszej sieci, prowadzimy również projekt połączenia placówek korporacyjnych z detalicznymi. Ma on na celu uniwersalizację sieci oddziałów i dostosowanie ich formatu do zmieniających się oczekiwań naszych klientów – podkreśla wiceprezes mBanku.

Koszty rebrandingu nie przekroczą 10 mln złotych. Przedstawiciele banku tłumaczą, że procesy postępują stopniowo, by nie zdezorientować klientów. Zmiany mają być dla nich jak najmniej odczuwalne.

 – Bardziej istotne od tego, co się zmienia jest to, co się nie zmieni dla klientów. Mowa o produktach, doradcach, kanałach kontaktu, a więc także oddziałach – wyjaśnia wiceprezes banku. – Teraz brand mBanku będzie związany z obsługą wszystkich klientów, również korporacyjnych. Pod tym brandem będziemy świadczyli serwis, który przez wielu ekspertów i niezależne firmy jest oceniany jako najlepszy w Polsce.

Z końcem przyszłego roku rozpocznie się proces przenoszenia klientów dawnego MultiBanku do nowej platformy transakcyjnej mBanku. Zmiany nie ominą też oferty produktowej. Już teraz w poszczególnych bankach grupy jest wiele produktów takich samych lub bardzo zbliżonych. Pozostałe stopniowo będą ujednolicane w ciągu najbliższego roku – półtora. Mają to być zmiany ewolucyjne, nie rewolucyjne.

Od dziś depozyty w SKOK-ach są objęte gwarancjami BFG. To większe bezpieczeństwo dla klientów, ale i dodatkowe koszty dla kas

CEO Magazyn Polska

Od dzisiaj depozyty klientów, którzy ulokowali w SKOK-ach równowartość 100 tysięcy euro lub mniejszą kwotę, będą w 100 proc. chronione przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. To zwiększenie bezpieczeństwa klientów, ale także pewne koszty dla kas. Jednak nie powinny przełożyć się na wyższe ceny usług.

 – Będziemy objęci dokładnie takim samym systemem bezpieczeństwa, jak wszystkie banki w Polsce –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes SKOK Wołomin. – Z punktu widzenia SKOK-u na pewno uspokoi to sen naszych depozytariuszy, gdyż jest to następny krok w systemie zabezpieczeń depozytów SKOK-owskich.

Objęcie gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego to jednak także koszty. Są one związane głównie ze sprawozdawczością do BFG i komunikacją z klientami.

 – We wszystkich naszych placówkach znajdą się certyfikaty informujące klientów o objęciu gwarancjami BFG –  mówi Gazda. –  Zmiany trzeba również  wprowadzić w formularzach, regulaminach i innych materiałach informacyjnych

Na potrzeby BFG stworzono specjalny system informatyczny.

 – BFG musi wiedzieć, co gwarantuje – zauważa Gazda. – Nie wiąże się to z utworzeniem nowych etatów, tylko ze zwiększonym obciążeniem dla już zatrudnionych pracowników. Jednak te koszty nie są aż tak wielkie, aby musiał je ponosić szeregowy klient.

Objęcie złożonych w SKOK-ach depozytów gwarancjami BFG to kolejna w ostatnim czasie zmiana dla spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych. Od 27 października 2012 r. SKOK-i są objęte nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego.

 – Zmiana otoczenia prawnego i nadzorczego z tym związana, wiązała się z wysiłkiem mającym na celu dostosowanie się do nowych wymogów. Dlatego też ostatni rok nie należał do łatwych – mówi Mariusz Gazda. – Jednak patrzymy w przyszłość z optymizmem. W 2014 roku kończy się karencja, którą SKOK-i dostały na dostosowanie się do nowych warunków prawnych i nadzorczych. Jestem przekonany, że spełnimy wszystkie wymogi kapitałowe i proceduralne w terminie. Rok 2013 r. kończymy z bardzo dobrym wynikiem finansowym i wierzymy w dalszy rozwój –  dodaje prezes SKOK Wołomin.

Rozwój SKOK-ów będzie dotyczył także współpracy z instytucjami trzeciego sektora, takimi jak parafie, spółdzielnie, fundacje i stowarzyszenia, które już mogą być obsługiwane przez SKOK-i.

Polska Marynarka Wojenna może utracić swoją zdolność bojową już za dwa lata

CEO Magazyn Polska

Polska Marynarka Wojenna może w ciągu następnych 2-7 lat utracić swoją zdolność bojową. Brakuje jednak spójnej strategii modernizacyjnej. Nadmiernie ambitne plany upadają z braku środków i nie są zastępowane bardziej realistycznymi.

 – Problem z polską Marynarką Wojenną polega na tym, że od upadku komunizmu właściwie w ogóle nie była modernizowana – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Talaga redaktor naczelny Mediaroomu Gremi Media. – Pozyskaliśmy tylko stare, używane okręty, które z pewnością stracą zdolność bojową w 2015, maksimum 2020 roku. Trzeba je koniecznie wymienić na nowe, inaczej w ogóle nie będziemy mieli okrętów wojennych.

Według zaprezentowanej na wiosnę strategii Ministerstwa Obrony Narodowej, do 2030 r. polska flota ma uzyskać dziewięć nowych okrętów: trzy podwodne, trzy ochrony wybrzeża oraz trzy patrolowe. Program Orka, czyli zakup trzech okrętów podwodnych o wyporności ok. 2 tys. ton, to jeden z kluczowych elementów strategii modernizacji floty polskiej Marynarki Wojennej. Wartość programu Orka wynosi 7,5 mld zł, a całej modernizacji – 10 mld zł.

 – Jednak Ministerstwo Obrony Narodowej i władze polskie mają bardzo rozchwiany program zakupów zbrojeniowych, jeśli chodzi o Marynarkę Wojenną. Jest on redukowany w miarę wyliczania możliwości finansowych Polski, które są skromne – twierdzi Andrzej Talaga.

Zdaniem Andrzeja Talagi, w działaniach tych brakuje myśli strategicznej – najpierw planuje się zakup siedmiu wielozadaniowych korwet, następnie ogranicza  się plany do jednej korwety, którą się przerabia na prostszy okręt. Zamiast jednak uznać brak środków i skupić się na budowie okrętów, na które Polska może sobie pozwolić i które broniłyby polskiego wybrzeża, MON decyduje się na zakup drogich okrętów podwodnych.

 – Największą kontrowersją w pomysłach rządowych jest zakup okrętów podwodnych – twierdzi redaktor naczelny Mediaroomu Gremi Media. – Pytanie brzmi, po co nam te okręty? Czy przy tak skromnym budżecie, jaki mamy na wojsko w ogóle, a na Marynarkę Wojenną w szczególności, trzeba akurat je kupować, zamiast skoncentrować się na mniejszych okrętach, broniących naszego wybrzeża?

Talaga dodaje, że rząd powinien również dążyć do tego, by na programie modernizacji armii, w tym również sprzętu Marynarki Wojennej, w jak największym stopniu skorzystały polskie firmy i przemysł zbrojeniowy. To wymaga wyboru odpowiedniej oferty zagranicznych producentów.

Mamy jednak braki, jeśli chodzi o technologię i know-how niezbędny do budowy nowoczesnej floty wojennej. Stocznia Marynarki Wojennej i Stocznia Remontowa mogłyby podjąć się produkcji przynajmniej niektórych komponentów, jednak zagraniczni partnerzy musieliby zapewnić know-how – mówi Talaga.

Trybunał Sprawiedliwości UE zakazał równoczesnego odliczania podatku VAT i powoływania się na prawo do zwolnienia

CEO Magazyn Polska

Unijny Trybunał Sprawiedliwości uznał, że firmy nie mogą równocześnie korzystać ze zwolnienia z podatku VAT na podstawie krajowych przepisów i odliczenia VAT-u przewidzianego przez unijną dyrektywę. Wątpliwości dotyczyły m.in. prywatnych firm szkoleniowych. W Polsce prawo zostało zmienione już trzy lata temu, ale wyrok ma duże znaczenie dla rozliczeń za lata wcześniejsze oraz dla innych państw członkowskich UE.

Trybunał Sprawiedliwości wydał wyrok w sprawie polskiej spółki MDDP, prywatnej firmy szkoleniowej, która prowadzi działalność komercyjną. Nie jest ona wpisana do rejestru szkół i placówek niepublicznych. Spółka stała na stanowisku, że zgodnie z dyrektywą 2006/112, a wbrew polskiej ustawie o VAT, jej usługi powinny być objęte opodatkowaniem podatkiem VAT. Dawało to podstawę do odliczenia tego podatku. Z taką interpretacją nie zgodził się minister finansów, a sprawa trafiła do sądu administracyjnego.

Według polskiego prawa aż do końca grudnia 2010 r. usługi edukacyjne, bez względu na ich cel i charakter, były zwolnione z podatku VAT. Sejm uchwalił zmianę tego prawa we wrześniu 2010 r., a nowe przepisy weszły w życie na początku 2011 r. Nowelizacja dostosowała polskie przepisy do unijnych.  

W 2012 r. sprawę MDDP do unijnego trybunału skierował Naczelny Sąd Administracyjny.

 – Trybunał w wyroku stwierdził, że Polska zbyt szeroko podeszła do zwolnienia, dlatego że objęła zwolnieniem de facto wszelkie usługi edukacyjne bez względu na to, czy podmioty je świadczące spełniają cele analogiczne do celów realizowanych przez podmioty publiczne. Ten aspekt nie był w ówczesnych przepisach doprecyzowany, dopiero od 2011 r. mieliśmy zmianę przepisów w tym zakresie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Szafarowska, doradca podatkowy i partner w MDDP.

Uchwalona w 2006 r. unijna dyrektywa o wspólnym systemie podatku od wartości dodanej, czyli podatku VAT, przewiduje prawo do odliczenia podatku VAT w odniesieniu do zakupów towarów i usług związanych z działalnością opodatkowaną podatnika. Opierając się na tej zasadzie Trybunał uznał, że nie jest możliwe zastosowanie przez firmę szkoleniową zwolnienia od podatku VAT w stosunku do świadczonych usług, zgodnie z krajową ustawą, a jednocześnie skorzystanie z prawa do odliczenia podatku VAT w oparciu o dyrektywę 2006/112, nawet jeśli ustawa krajowa niesłusznie i wbrew tej dyrektywie przewidywała szeroki zakres zwolnienia od VAT. Trybunał wskazał, że odliczenie takie byłoby możliwe wyłącznie w przypadku, gdyby podatnik zdecydował się opodatkować świadczone usługi podatkiem VAT. Jednak polskie prawo nie przewiduje możliwości wyboru opodatkowania, a następnie odliczenia podatku, działalności, która jest ustawowo zwolniona z VAT-u.

 – W polskich przepisach nie istnieje opcja opodatkowania usług, które w świetle ustawy są zwolnione od podatku VAT. Nie pozwalają na to zasady wyrażone w Konstytucji. Zakres czynności opodatkowanych, podatników i zwolnień od podatku musi być określony w formie ustawy. Natomiast polska ustawa o VAT przewidywała w tym przypadku zwolnienie usług edukacyjnych. I nie przewidywała możliwości wyboru ich opodatkowania – podkreśla Marta Szafarowska.

Choć Polska zmieniła przepisy już w 2011 r., na wyrok Trybunału z niecierpliwością czekały inne państwa członkowskie UE. Sprawa trafiła do Luksemburga w trybie tzw. pytania prejudycjalnego, związanego z tym, że NSA miał wątpliwości co do interpretacji unijnych przepisów. Wyrok jest obowiązujący dla wszystkich 28 krajów członkowskich UE.

Brak możliwości wyboru opodatkowania usług ustawowo zwolnionych od VAT dotyczy nie tylko usług edukacyjnych. Szafarowska podkreśla, że podobne problemy dotyczą także innych branż, gdzie występują rozbieżności pomiędzy krajowymi przepisami o podatku VAT a unijną dyrektywą.

 – W praktyce żaden kontrahent firmy szkoleniowej do końca 2010 roku nie zaakceptowałby faktury, która zawierałaby podatek VAT. Podatnik, otrzymując fakturę zawierającą podatek VAT, nie byłby uprawniony do odliczenia tego podatku w świetle polskiej ustawy o VAT. Wybór opodatkowania wskazywany przez Trybunał byłby zbyt ryzykowny dla kontrahentów firmy szkoleniowej i należałoby się liczyć z tym, że faktury takie nie byłyby akceptowane – wyjaśnia Szafarowska.

Trybunał Sprawiedliwości nie wspomniał jednak o możliwości ubiegania się o rekompensatę przez spółkę MDDP. Podkreślił, że nawet jeśli prawo krajowe jest niezgodne z unijną dyrektywą, nie uprawnia to podatników do skorzystania ze zwolnienia i równoczesnego powoływania się na prawo do odliczenia podatku VAT.

Inwestycje w elektrownie węglowe coraz bardziej ryzykowne

CEO Magazyn Polska

Jeśli cena uprawnień do emisji CO2 wzrośnie dwukrotnie, elektrowniom zacznie się opłacać inwestowanie w niskoemisyjne bloki. Wahania na rynku emisji CO2 i uzależnianie go od decyzji politycznych sprawiają, że inwestycje w bloki węglowe są ryzykowne. Problemem jest również trudność w prognozowaniu kosztów, jakie za kilka lat elektrownie będą ponosić za emitowanie dwutlenku węgla. A tym samym niepewne pozostają ceny prądu.

 – Budowa Elektrowni Opole, która miała być opalana węglem, jest dziś ekonomicznie nieuzasadniona, bo nie ma pewności, jaka będzie cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Wiśniewski, prezes Grupy Consus, doradzającej w obszarze ochrony klimatu i emisji CO2.

Grupa przygotowała raport „Podsumowanie 300 dni trzeciego okresu handlu uprawnieniami w ramach europejskiego systemu ETS (2013-2020)”, w którym wskazuje, że największym problemem systemu jest nadwyżka uprawnień na rynku. Dodatkowo jest to zmienny rynek, uzależniony od decyzji politycznych.

 – To dla przedsiębiorców inwestujących w węgiel stwarza ogromny dyskomfort, bo dzisiaj taka inwestycja może być opłacalna, ale przecież będzie trwała pięć lat. Nie wiadomo, jakie będą wówczas ceny uprawnień. Choć jeszcze dziś można je kupić na ten okres, jednak już po 2020 roku jest tak duża niepewność, że nie wiem, czy będą kosztować 15 czy 50 euro za tonę. To jest ryzyko. I może okazać się, że mimo że węgiel jest najtańszym źródłem energii, ale przy tej niepewności jest on ekonomicznie nieuzasadniony – podkreśla Maciej Wiśniewski.

Eksperci z Grupy Consus zwracają uwagę, że jednostki EUA (European Union Allowances, czyli uprawnienia do emisji tony CO2) charakteryzują się dużym ryzykiem. Obecnie cena uprawnień waha się pomiędzy 4,50 a 5,50 euro, co stanowi niemal 40-procentowy spadek w stosunku do cen z listopada 2012 r. Jeszcze w styczniu uprawnienia kosztowały 6,50 euro, a najniższą wartość zanotowały w kwietniu, kiedy ich wartość spadła do poziomu ok. 2,50 euro. Tak niskie ceny powodują, że obecnie opłaca się je kupować, a nie modernizować zakłady.

 – Nie ma dziś inwestycji, które byłyby bardziej opłacalne od zakupu uprawnień na rynku. Może jakieś drobne modernizacje. To jest sygnał dla przedsiębiorcy – kupuj uprawnienia na rynku, bo są tanie. Myślę jednak, że problem w energetyce węglowej zacząłby się wtedy, gdy pojawiłyby się ceny 7-8 euro za 1 EUA. Na pewno pojawienie się cen powyżej 15 euro mobilizowałoby do inwestowania, bo to byłyby bardziej opłacalne – uważa Maciej Wiśniewski. – Przedsiębiorca powinien sprawdzić, czy bardziej mu się opłaca kupić uprawnienia na rynku, czy zrealizować inwestycję. To jest tzw. liczenie kosztów krańcowych redukcji emisji dwutlenku węgla.

Nawet błahe informacje na portalach społecznościowych mogą zdyskwalifikować kandydata do pracy

CEO Magazyn Polska

CV i list motywacyjny już nie wystarczają pracodawcy, który rekrutuje pracownika na dane stanowisko. Przyszły szef coraz częściej szuka informacji o kandydacie do pracy w internecie. Należy zatem uważać, co zamieszczamy na portalach społecznościowych, bo niektóre, z pozoru błahe informacje, mogą nas zdyskwalifikować w postępowaniu rekrutacyjnym.

Według badań jednego z amerykańskich serwisów pracy, już ponad 50 proc. pracodawców sprawdza, czy mamy profil społecznościowy. 40 proc. badanych przyznało zaś, że jeśli zebrane w ten sposób informacje przekonają go do kandydata, wówczas ponownie rozpatrzy jego podanie o pracę.

Marcin Kotus, współzałożyciel portalu dla poszukujących pracy, praktyk i staży Feender.com uważa, że nowy sposób zbierania informacji to efekt coraz większej świadomości pracodawców o niepełnych informacjach, jakie kandydat wpisuje do aplikacji.

 – CV i list motywacyjny najczęściej traktujemy jak swego rodzaju laurkę, którą wystawiamy sobie, by jak najlepiej sprzedać się pracodawcy. Natomiast pracodawca, mając tego świadomość, woli sięgnąć do internetu, do social media, gdzie znajdzie informacje, które są bardziej wiarygodne, a charakter treści, które są tam dostępne, na pewno jest zdecydowanie mniej formalny. W związku z czym to, co umieszczamy w sieci, jest tak istotne – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Kotus, współzałożyciel portalu dla poszukujących pracy, praktyk i staży Feender.com.

Przeglądając profil kandydata w mediach społecznościowych, pracodawca najczęściej sprawdza, czy nie ma tam informacji o uzależnieniu od używek czy treści o charakterze seksualnym. Ale nie tylko.

 – Co ciekawe, znaczenie mają kwestie, związane z używaniem wulgaryzmów czy nawet błędy ortograficzne i gramatyczne, które również mogą wpłynąć na przyszłe zatrudnienie – tłumaczy Marcin Kotus.

W cytowanych badaniach aż 2/3 pracodawców przyznało także, że ogromne znaczenie ma dla nich informacja o tym, czy kandydat kiedykolwiek pracował charytatywnie.

 – Musimy pamiętać o jednej istotnej rzeczy, że to my decydujemy o tym, które informacje o nas będą upubliczniane. I musimy pamiętać, żeby były to informacje, które w żaden sposób nie deprecjonują naszej osoby – wyjaśnia Marcin Kotus.

Z tegorocznych badań World Internet Project zrealizowanych przez Orange Polska i Gazeta.pl. wynika, że 3/4 internautów ma konto na portalu społecznościowym.

Rozstrzygnięcie międzynarodowego konkursu Changing The Face 2013 Rotunda Warsaw

Zespół architektoniczny Gowin-Siuta z Krakowa zwyciężył w siódmej edycji międzynarodowego konkursu architektonicznego CHANGING THE FACE, współorganizowanego przez PKO Bank Polski, firmę DuPont, Oddział Warszawski SARP oraz Polski Oddział Green Building Council. Tegoroczna edycja konkursu poświęcona była warszawskiej Rotundzie.

10 lat marki ENEA

0

Trzecia co do wielkości grupa energetyczna w kraju obchodzi rocznicę działalności pod marką ENEA. Grupa ENEA to nowoczesny sprzedawca, dystrybutor i wytwórca energii elektrycznej. W obszarze sprzedaży zaufało jej ponad 2,4 mln Klientów indywidualnych i biznesowych. Sieć dystrybucyjna firmy pokrywa 20 proc. powierzchni Polski, a prawie 8 proc. energii wytwarzanej w kraju pochodzi z elektrowni Grupy. ENEA zatrudnia w sumie ponad 10 tysięcy specjalistów.

Wybrano Najlepsze Przedsiębiorstwo Społeczne Roku

Inowrocławska Flandria została laureatem trzeciej edycji Konkursu na Najlepsze Przedsiębiorstwo Społeczne Roku. Nagroda w kategorii „Pomysł na Rozwój” trafiła do spółdzielni socjalnych z Wrocławia, Dzierżanin koło Tarnowa i Olsztyna.

Zakończyła się trzecia edycja Konkursu na Najlepsze Przedsiębiorstwo Społeczne Roku, organizowanego przez Fundację Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych (FISE). Celem inicjatywy jest wyróżnienie firm, które realizując misję społeczną potrafią odnaleźć się w rzeczywistości rynkowej, dbając o najwyższą jakość produktów i usług. Laureatem kategorii głównej i zdobywcą nagrody pieniężnej w wysokości 50 tys. zł zostało Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy „Flandria”, wspólnie z SCE „Flandria” Spółdzielnią Europejską, które zajmują się działalnością społeczną w obszarze promocji zdrowia i ułatwieniem dostępu do wysokiej jakości usług medycznych.

– Rada Konkursu doceniła fakt, że w efekcie działań Flandrii mieszkańcy już kilku miast mogą łatwo zamówić tanią wizytę u lekarza specjalisty, skorzystać z bezpłatnej opieki pielęgniarskiej dla osób obłożnie chorych, niedrogo wypożyczyć sprzęt medyczny i rehabilitacyjny oraz kupić tańsze leki w aptekach społecznych otwieranych przez stowarzyszenie – mówi Julia Koczanowicz-Chondzyńska z FISE.

W kategorii „Pomysł na Rozwój” nagrodzono trzy firmy, spośród których pierwsze miejsce zajęła Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna PANATO, założona przez młodych absolwentów uczelni artystycznych. Jury przyznało wrocławskiej firmie nagrodę w wysokości 15 tys. zł, doceniając przede wszystkim innowacyjne podejście do prowadzonej działalności i zagospodarowanie ciekawej niszy, łączącej przemysły kreatywne z biznesem. Podobnego zdania byli internauci, którzy uhonorowali spółdzielnię prestiżową „Nagrodą Publiczności. Drugą ze zwycięskich firm jest Spółdzielnia Socjalna „Serce Pogórza” z Dzierżanin koło Tarnowa, która otrzymała 10 tys. zł. Dodatkowym wyróżnieniem i nagrodą w wysokości 3 tys. zł, ufundowaną przez Towarzystwo Inwestycji Społeczno-Ekonomicznych, uhonorowano olsztyńską Spółdzielnię Socjalną „Marzenie”.

Z roku na rok konkurs aktywizuje coraz większą grupę przedsiębiorców nastawionych na dokonanie pozytywnej zmiany społecznej. W tym roku, na podstawie oceny zgłoszeń i wizyt studyjnych, eksperci zakwalifikowali do ścisłego finału aż 23 firmy, podzielone na dwie kategorie.

Konkurs, objęty patronatem Prezydenta RP, jest organizowany w ramach projektu „Zintegrowany system wsparcia ekonomii społecznej”, finansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Nagrody ufundowały Fundacja Crédit Coopératif i Fundacja BRE Banku. Wybrane firmy otrzymają także doradztwo biznesowe PwC, a finaliści kategorii głównej konkursu będą mogli dodatkowo korzystać przez rok ze „Znaku [eS]”, czyli certyfikatu oznaczającego sprawdzonych, rzetelnych partnerów biznesowych, którzy realizują ważne społecznie cele. Patronem merytorycznym konkursu jest Stała Konferencja Ekonomii Społecznej.

Jak opodatkować honorarium za występ gwiazdy zza granicy?

Honoraria wypłacane zagranicznym artystom (na przykład muzykom lub aktorom) za występy odbywające się w Polsce podlegają opodatkowaniu w Polsce. W każdym przypadku pod uwagę należy wziąć jednak przepisy właściwej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania podpisanej pomiędzy Polską a krajem, w którym swoje miejsce rezydencji podatkowej posiada artysta.

Należy pamiętać, iż powinien on potwierdzić status swojej rezydencji podatkowej, przedstawiając certyfikat (rezydencji) wydany przez właściwy organ administracji podatkowej państwa swojego miejsca zamieszkania.

Generalna zasada

W świetle art. 16 i art. 17 właściwych umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, generalnie bez względu na postanowienia tych umów dotyczące opodatkowania zysków z przedsiębiorstw, wolnych zawodów oraz pracy najemnej, przychody z tytułu działalności artystycznej (np. artystów scenicznych, filmowych, radiowych lub telewizyjnych, muzyków lub sportowców) osobiście wykonywanej w tym charakterze, podlegają opodatkowaniu w tym państwie, w którym wykonywana jest taka działalność – mówi Magdalena Zarudzka z Baker Tilly Poland Tax Advisers Sp. z o.o. – Takie zasady przewidują przykładowo umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania podpisane z Niemcami, Wielką Brytanią, Francją, Austrią, Włochami, Rosją, Ukrainą, Szwecją czy Holandią – dodaje ekspert. Tym samym, jeżeli artyści występują w Polsce, ich przychody podlegają opodatkowaniu w Polsce 20% zryczałtowanym podatkiem (na mocy art. 29 ust. 1 pkt 1 ustawy o PIT). Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania nie przewidują bowiem żadnych obniżonych stawek, odsyłają jedynie do właściwych przepisów krajowych.

Kiedy możliwe jest zwolnienie

W określonych sytuacjach, poszczególne umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania przewidują jednak możliwość zwolnienia honorarium artysty z opodatkowania w Polsce. -Tak jest na przykład w sytuacji, gdy pobyt artysty w Polsce jest całkowicie lub głównie opłacany ze środków publicznych (np. umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania z Niemcami) lub gdy występy są skutkiem wymiany kulturalnej pomiędzy państwami (np. umowa z Francją) albo na podstawie umowy międzyrządowej o współpracy kulturalnej zawartej między dwoma państwami (np. umowa z Japonią) – mówi Sebastian Stec z Baker Tilly Poland Tax Advisers Sp. z o.o.

Szczególne zasady opodatkowania przewiduje też umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania zawarta ze Stanami Zjednoczonymi. W świetle art. 15 przedmiotowej umowy, generalnie honoraria artystów z USA nie podlegają opodatkowaniu w Polsce, o ile artyści przebywają w Polsce krócej niż 183 dni w roku podatkowym.

Powyższe zasady opodatkowania będą miały zastosowanie również w sytuacji, gdy artyści będą otrzymywać swoje honoraria za pośrednictwem swoich agentów. Istotne jest bowiem, kto jest rzeczywistym beneficjentem wynagrodzenia wypłacanego przez polski podmiot.

PiS składa do prokuratury wniosek ws. przetargu na okręty podwodne. MON odpiera zarzuty

CEO Magazyn Polska

Posłowie Prawa i Sprawiedliwości zawiadomią Prokuraturę Generalną o nieprawidłowościach przy przetargu na zakup okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej. Ich zdaniem, zapowiedź wiceministra Waldemara Skrzypczaka o pracach nad zmianami warunków przetargu, tak by spełniał je również niemiecki okręt 212A, to „ustawianie przetargu”. Tym bardziej, że – w ich opinii – ten typ okrętu nie spełnia podstawowego zadania, jakim powinno być zwiększanie potencjału polskiej armii. MON tłumaczy, że żadne decyzje jeszcze nie zapadły.

 – Wniosek dotyczy postępowania, jakie jest toczone w tej chwili w Ministerstwie Obrony Narodowej postępowania przetargowego na zakup okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej – podkreśla Jacek Sasin, poseł Prawa i Sprawiedliwości. – Chodzi tutaj o dwie nowe jednostki. To ogromne zamówienie, jedno z największych zamówień dla polskiej armii, bo koszt dwóch okrętów to jest około 5 mld złotych.

Wątpliwości posłów PiS budzi fakt, że w odpowiedzi na interpelację poselską Jacka Sasina wiceminister Waldemar Skrzypczak zapowiedział zmianę wymagań technicznych co do okrętów podwodnych i w ten sposób wytłumaczył opóźniający się proces przygotowań do ich zakupu.

 – Minister Skrzypczak wyjaśnił mi, że kryteria wyboru takiego okrętu zostaną zweryfikowane, ponieważ nie spełnia ich niemiecki okręt podwodny typu 212, który od początku jest preferowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej – wyjaśnia Jacek Sasin. – Mamy tutaj rzecz ewidentną, ale jednak dosyć niesłychaną, że wysoki urzędnik państwowy, wiceminister obrony przyznaje otwarcie w odpowiedzi na interpelację, że dopuszcza się ustawiania przetargu, bo inaczej tego nazwać nie można.

PiS liczy, że Prokuratura Generalna wyjaśni, jakie są powody takich decyzji MON.

Resort odpiera zarzuty Prawa i Sprawiedliwości, tłumacząc, że prace nad zakupem sprzętu są w fazie dialogu technicznego. Do procedury zamówienia publicznego MON ma być gotowy w przyszłym roku, a umowa na zakup ma być przygotowana w ciągu kolejnego roku.

 – Trwa etap prac analitycznych oraz studium wykonalności, których finałem będzie przygotowanie  specyfikacji warunków zamówienia – powiedział podczas briefingu pierwszy zastępca szefa Sztabu Generalnego WP gen. dyw. A. Wojtan. – Zredefiniowano wymagania operacyjne, sformułowane po raz pierwszy w 2006 roku, pozostawiając zasadnicze elementy i wprowadzając możliwość uczestnictwa w postępowaniu wielu kontrahentów. Chodzi o to, by było jak najwięcej możliwych dostawców, by oferta była jak  najszersza i tym samym był możliwy optymalny wybór – podkreślał.

Jednak, zdaniem Jacka Sasina, ewentualny wybór niemieckich okrętów typu 212A byłby sprzeczny z podstawowym celem modernizacji armii, jakim jest zwiększanie jej potencjału obronnego.

 – To są okręty starej generacji, dzisiaj właściwie o małej przydatności w przypadku konfliktu zbrojnego – podkreśla poseł PiS w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – W dzisiejszych warunkach okręty podwodne, które nie mogą przenosić rakiet samosterujących i unieszkodliwić przeciwnika, są archaizmem, który naszego potencjału nie wzmocni. Więc to będą pieniądze wyrzucone w błoto.

NFZ zerwał umowę ze szpitalem za pobieranie dopłat za świadczenia ponadstandardowe

CEO Magazyn Polska

NFZ rozwiązał umowę z warszawską placówką Sensor Cliniq, zarzucając jej pobieranie dopłat za dodatkowe usługi medyczne poprawiające standard leczenia. Takie dopłaty są jednak wyborem pacjentów, a podobny system funkcjonuje w wielu krajach. Szpital odwołał się od decyzji oddziału do Prezesa NFZ. Wobec milczenia Centrali zwrócił się także z prośbą o interwencję do Ministerstwa Zdrowia. – Fundusz w ten sposób pozbawia pacjentów dostępu do nowoczesnej medycyny, a wypowiadając umowę szpitalowi wyrzucił pacjentów z kolejki do świadczeń gwarantowanych – przekonuje adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik z kancelarii Baker & McKenzie. 

 – NFZ stwierdził w swoich komunikatach, że ochronił pacjentów przed dopłatami do ponad standardowych soczewek. Z tego co wiem pacjenci nie godzą się z decyzją NFZ. Teraz nie dość, że nie dokupią lepszej soczewki to w ogóle stracili szanse na operację w ramach składki. Ludzie sami chcą decydować o swoim wzroku i pytają jakim prawem NFZ wypowiada się w ich imieniu? – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Kieszkowska-Knapik, adwokat z kancelarii Baker & McKenzie, reprezentująca Szpital.

Problem dotyczy zabiegów okulistycznych, leczących zaćmę. Polegają one na wszczepieniu pacjentom specjalnych soczewek, w ramach finansowanego przez NFZ zabiegu operacyjnego. Standardowo w ramach NFZ wszczepia się prostą soczewkę korygująca tylko zaćmę. Ale są też bardziej zaawansowane soczewki, które mogą równocześnie rozwiązać problemy z wadami wzroku, w tym z astygmatyzmem. Można za jednym zamachem pozbyć się wad wzroku i nie nosić okularów. Takie soczewki nie są one jednak w koszyku świadczeń gwarantowanych NFZ, pacjenci mogą z nich skorzystać za dodatkową opłatą.

NFZ uważa jednak, że szpitale nie mogą pobierać dopłat od pacjentów, którzy chcą zamiast podstawowego modelu soczewek wybrać bardziej zaawansowane. Adw. Kieszkowska-Knapik uważa, że to działanie ogranicza prawa człowieka – prawo do ochrony zdrowia.

 – Każdemu przysługuje wsparcie NFZ w równym zakresie. Natomiast tam, gdzie pacjent decyduje się na leczenie lepsze niż to, co gwarantuje NFZ, jest swoboda decyzji pacjenta. Zgodnie z ustawą o prawa pacjenta pacjent ma prawo do aktualnej wiedzy medycznej nawet jeśli NFZ jej nie finansuje – zauważa Kieszkowska-Knapik.

Podkreśla, że w większości krajów europejskich istnieje dualny system, w którym z jednej strony jest publiczny płatnik, a z drugiej – współpłacenie lub ubezpieczenia dodatkowe.

 – NFZ mówi: wszystko albo nic. Albo robisz to, co ja ci gwarantuję, ale jak chcesz mieć lepszy standard, to wypadasz systemu. To jest wywłaszczanie ze składki. Pacjent, który chce mieć lepszy standard ma zostawić swoją składkę i zapłacić drugi raz – za cały zabieg z własnej kieszeni. Uważam, że  pacjent ma prawo dopłacił tylko różnicę, jak to jest wskazane w dyrektywie transgranicznej. Skoro ludzie mają pracować do 67. roku życia, to rząd powinien wspierać lepsze standardy okulistyczne, a nie je torpedować – podkreśla adwokat z kancelarii Baker & McKenzie.

Po rozwiązaniu we wrześniu umowy przez NFZ z Sensor Cliniq pacjenci oczekujący na zabieg wypadli z kolejki. Oznacza to dla nich dalsze wydłużenie czasu oczekiwania na leczenie. Część z nich zapisała się na zabieg już ponad rok temu. Ci, których terminy operacji zostały wyznaczone na dzień po 20 grudnia kiedy kończy się okres wypowiedzenia umowy będą musieli zapisać się na koniec kolejki w innej placówce.

Dlatego Szpital zwrócił się z prośbą o pilną interwencje do Ministerstwa Zdrowia. Tym bardziej, że NFZ ociąga się z rozpatrzeniem zażaleń ze strony szpitala. Zażalenie na rozwiązanie umowy Prezes Funduszu rozpatruje już 2 miesiące temu, choć prawny termin udzielenia odpowiedzi to 14 dni. Pierwsze zażalenie – na nałożoną karę umowną – szpital złożył w czerwcu – również nie otrzymał jeszcze odpowiedzi.

 – NFZ reaguje, gdy szpitale biorą dopłaty, karząc je umownie. Znam kilka takich przypadków. Natomiast to pierwszy znany mi przypadek, kiedy rozwiązano umowę, czyli krótko mówiąc pacjenci w ogóle stracili szanse na operacje w ramach NFZ w tym szpitalu. Tak drastyczny środek, jakim jest rozwiązaniem kontraktu jest wylaniem dziecka z kąpielą – ocenia Kieszkowska-Knapik.

Szpital Sensor Cliniq podkreśla w komunikacie prasowym, że w ciągu 11 lat kontraktu z Funduszem wykonał ok. 50 tys. operacji leczenia zaćmy. Jeśli najpóźniej do 20 grudnia NFZ nie rozpatrzy zażalenia szpitala, prawne cofnięcie zerwania umowy nie będzie już możliwe, a pacjenci będą musieli przygotować się na dłuższe oczekiwanie na zabieg. Przeciwko działaniom NFZ w tej sprawie opowiedział się Polski Związek Niewidomych, który uznał je za szkodliwe dla pacjentów, opóźniające dostęp do leczenia i ograniczające możliwości korzystania do nowoczesnych metod leczenia.

Nowy minister środowiska może przyspieszyć prace nad regulacjami dotyczącymi łupków

Prace nad projektem ustawy dotyczącej poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego mają przyspieszyć.  Szanse na to, zdaniem ekspertów, daje zmiana na stanowisku ministra środowiska. Liczą, że nowy minister załagodzi konflikt między resortami środowiska i skarbu, który od dłuższego czasu opóźniał prace nad nowymi regulacjami.

 – Premier Donald Tusk, zmieniając ministra Marcina Korolca, daje sygnał, że oczekuje zmian – uważa Andrzej Sikora, prezes zarządu Instytutu Studiów Energetycznych. – Już nie możemy czekać, od 2009 roku mówimy ciągle „za trzy miesiące”, inwestorzy są zmęczeni takim oczekiwaniem, tym bardziej, że przychodzili do Polski w innych warunkach, a dziś zastają ciągłe zmiany i nie wiedzą, w którym kierunku one do końca zmierzają.

Nowym ministrem środowiska został dotychczasowy wiceminister finansów od podatków Maciej Grabowski. W poprzednim resorcie zajmował się projektem ustawy o specjalnym podatku węglowodorowymi oraz zmianą ustawy o podatku od wydobycia niektórych kopalin. Propozycje zawarte w nowelizacji wzbudzały sprzeciw przedsiębiorców i od lutego tego roku opublikowano jej pięć wersji, a prace nad projektem nadal trwają. Sikorski przyznaje, że ceni sobie nowego ministra środowiska.

 – Sądzę, że dzięki tej zmianie zostanie policzone to, w jaki sposób gaz z łupków może wpisać się w polską ekonomię. Ciągle mamy za mało danych, jesteśmy na wstępnym etapie. A konflikt między Ministerstwem Skarbu Państwa a Ministerstwem Środowiska nie był dobrze odbierany przez rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Sikora.

Kością niezgody między szefami obu resortów była kwestia nadzoru nad Narodowym Operatorem Kopalin Energetycznych (NOKE). Od miesięcy nie mogli dojść do porozumienia w tej sprawie, każdy z nich miał inną koncepcję dotyczącą sposobu funkcjonowania operatora i nadzoru nad całym procesem, a to blokowało prace nad nowelizacją Prawa geologicznego i górniczego.

 – Według oceny naszego instytutu, nawet niewysoki podatek i NOKE z udziałami w koncesji, mogą zabić projekt. Trzeba się zastanowić, w jaki sposób zabezpieczyć w nim rolę państwa, jak ma wyglądać współpraca publiczno-prywatna, bo przecież państwo nie jest powołane po to, żeby wydobywać węglowodory, czy decydować o tym, jak firma ma zajmować się taką działalnością – podkreśla Andrzej Sikora. – Państwo ma na tyle otworzyć rynek, żeby firmy same chciały przyjść. Dla mnie cały czas podatki na tym etapie są przedwczesne. Oczekuję więc przyspieszenia prac i konstruktywnego podejścia administracji do prywatnych przedsięwzięć, łącznie z firmami państwowymi.

Zdaniem prezesa ISE, to jednak nie do końca zależy od decyzji jednego czy drugiego ministerstwa. Jest to raczej kwestia decyzji rządu, czy Polska chce postawić na gaz łupkowy.

 – Gaz z łupków to jest projekt większy niż elektrownia jądrowa w Polsce. To jest projekt na 15-20 lat, chyba że w ciągu kolejnych 2-3 lat okaże się, że ten projekt nas zupełnie nie interesuje. To jest decyzja przełomowa, nie tylko jednego rządu, ale decyzja na co najmniej jedno pokolenie podkreśla ekspert.

Bank Pekao SA chce pozyskiwać 34 tys. klientów biznesowych rocznie

CEO Magazyn Polska

Bank Pekao SA postanowił skuteczniej zawalczyć o klientów biznesowych. Przekonać chce ich szeregiem dedykowanych przedsiębiorcom rozwiązań. Partnerami banku zostali home.pl, Microsoft, Google, BIG InfoMonitor oraz Allianz Direct. – Chcielibyśmy dzięki temu osiągać cel, jakim jest 34-40 tysięcy nowych klientów rocznie – podkreślają przedstawiciele banku.

 – Po raz pierwszy tak duże firmy jak Microsoft czy Google decydują się na partnerstwo z bankiem – podkreśla Dariusz Chrastina, dyrektor operacyjny Pekao SA. w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Chcemy świadczyć naszym klientom dodatkowe usługi, nie tylko finansowe. Chcemy, żeby nasi klienci postrzegali bank jako prawdziwego partnera.

Bank i jego partnerzy chcą ułatwić małym i średnim firmom stworzenie strony internetowej, zareklamowanie się w sieci, zbadanie kondycji finansowej kontrahenta czy zawarcie umowy ubezpieczeniowej z jednym z partnerów programu na preferencyjnych warunkach. 

Pekao SA, konstruując najnowszą ofertę opierał się na ostatnim raporcie na temat e-gospodarki, z którego wynika, że jakiekolwiek działania reklamowe czy marketingowe w internecie podejmuje niespełna 50 proc. małych i średnich przedsiębiorstw. Tyle samo ma swoją stronę internetową. Sześciu na dziesięciu przedsiębiorców zarządza firmą, wykorzystując przy tym specjalistyczne oprogramowanie.

 – Chcemy wspierać naszych klientów w ramach innowacyjności. Jest to dla nas bardzo ważne i dlatego chcemy iść tą drogą – mówi Emanuele Cacciatore, dyrektor zarządzający Pekao SA. – Jest to projekt, który chcemy rozwijać.

Dlatego prowadzone są rozmowy z innymi podmiotami, które być może dołączą do programu. Bank ma nadzieję, że dzięki ofercie uda mu się pozyskać nowych klientów biznesowych.

 – Chcielibyśmy dzięki tej nowej usłudze zrealizować nasz cel roczny, który wynosi 34 tys. nowych klientów – mówi Cacciatore.

Oferta Pekao SA skierowana jest głównie do mikro i małych przedsiębiorstw, zatrudniających do 49 osób,  których przychody nie przekraczają 20 mln zł. Bank obsługuje ich dzisiaj około 200 tysięcy.