Agencja ratingowa Fitch utrzymuje rating dla spółki ENERGA

Agencja ratingowa Fitch utrzymała długoterminowe ratingi ENERGA SA na dotychczasowym poziomie BBB (na skali międzynarodowej) i A (na skali krajowej). Perspektywa ratingów jest stabilna.

Agencja uzasadniła utrzymanie ratingów ENERGA SA wysokim udziałem regulowanego segmentu dystrybucji w EBITDA, co przyczynia się do przewidywalności przepływów pieniężnych. Agencja uznała również za istotne postęp w pozyskiwaniu zewnętrznych źródeł finansowania nakładów inwestycyjnych i wystarczającą płynność. Agencja zwróciła także uwagę na dodatkowe czynniki w postaci względnie stabilnego otoczenia regulacyjnego, jak i przyspieszenia przez spółkę rozwoju mocy wytwórczych z odnawialnych źródeł energii.

W październiku 2012 roku Agencja podniosła rating Spółki do BBB (na skali międzynarodowej) z perspektywą stabilną dzięki poprawie elastyczności finansowej Spółki wskutek dokonanych przez nią zmian w długoterminowym programie inwestycyjnym, większej koncentracji na segmencie dystrybucji i zmniejszeniu dynamiki wzrostu zadłużenia do 2015 roku.

– Stabilny charakter naszego ratingu jest ważnym i pozytywnym sygnałem potwierdzającym efektywność funkcjonowania Grupy ENERGA – powiedział Roman Szyszko, wiceprezes Zarządu ds. finansowych ENERGA SA. – W naszej strategii dywersyfikacji źródeł pozyskania kapitału w postaci emisji euroobligacji oraz umów z EBI i EBOiR agencja dostrzegła nie tylko źródło finansowania, ale także gwarancję długookresowej stabilności finansowej.

Od 2011 roku Grupa ENERGA podlega corocznej ocenie wiarygodności kredytowej (credit rating) dokonywanej przez agencje Fitch Ratings i Moody’s Investors Service.

***

Aktualny Program Inwestycyjny Grupy ENERGA obejmuje potencjalne inwestycje o wartości do ok. 19,7 mld zł w okresie od 2013 do 2021 roku. Z tej kwoty ok. 15,9 mld zł stanowią inwestycje w projekty uważane za istotne z punktu widzenia realizacji strategii, które w nieznacznym stopniu są uzależnione od czynników zewnętrznych, takich zwłaszcza jak zmiany regulacyjne czy warunki rynkowe. Są to w większości projekty stymulujące wzrost efektywności segmentu dystrybucji i zdolności produkcyjne Grupy w zakresie OZE i kogeneracji, o łącznych nakładach na dystrybucję w wysokości ok. 12,5 mld zł, na OZE ok. 1,7 mld zł, na elektrownię systemową i CHP ¬ ok. 1,1 mld zł oraz na pozostałe inwestycje ¬ ok. 0,6 mld zł. Pozostałe projekty o nakładach rzędu ok. 3,8 mld zł, z 82% udziałem OZE, obejmują opcjonalne projekty inwestycyjne uzależnione od warunków rynkowych i regulacyjnych, których wdrożenie w każdym przypadku będzie zależało od wyników analiz wykonalności i efektywności kosztowej, a także ryzyk związanych z jego realizacją.

Chiny otworzyły w Szanghaju eksperymentalną strefę wolnego handlu

Choć Chińska (Szanghajska) Eksperymentalna Strefa Wolnego Handlu rozpoczęła swoją działalność dopiero kilka dni temu, to już teraz, biorąc pod uwagę dotychczasowe podejście chińskich władz do kontaktów z firmami zagranicznymi, jej otwarcie jest uważane za przełomowe i rewolucyjne. Ma ona na celu poprawę jakości usług finansowych, promocję handlu, usprawnienie zarządzania i przyciągnięcie zagranicznych inwestorów do 18 gałęzi ściśle regulowanego chińskiego sektora usług. Jeżeli eksperyment się powiedzie, to podobne reformy mają zostać wprowadzone także w innych częściach kraju. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte jest to szansa także dla polskich firm, które do tej pory w niewielkim stopniu prowadziły działalność biznesową w Chinach.

Zarządzana przez lokalne władze strefa wolnego handlu w szanghajskiej dzielnicy Pudong zajmuje powierzchnię niecałych 29 kilometrów kwadratowych. Obejmuje cztery istniejące wcześniej specjalne strefy handlowe, w tym na lotnisku międzynarodowym Pudong. „Trudno przecenić wagę tego wydarzenia. Strefa ma być polem doświadczalnym władz chińskich, które przetestują tam reformy, które w ciągu kilku następnych lat mogą być wprowadzone w innych częściach kraju. Należy to też ocenić jako kolejny krok w liberalizacji gospodarczej i akceptację obecności inwestorów zagranicznych w Państwie Środka” – ocenia Tomasz Konik, Partner w Deloitte, Lider Chinese Services Group. Eksperci porównują jej stworzenie do otwarcia przez Deng Xiaopinga w 1980 roku Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

W pierwszym etapie 25 chińskich i zagranicznych przedsiębiorstw otrzymało pozwolenia na rejestrację działalności w nowej strefie. Licencje przyznano również 11 instytucjom finansowym, wśród nich znalazły się amerykański Citibank i singapurski bank DBS.

Według założeń strefa ma poprawić jakość usług finansowych, promocję handlu, usprawnić zarządzanie i przyciągnąć zagranicznych inwestorów do 18 rodzajów usług pogrupowanych w sześciu sektorach. Chodzi m.in. o usługi bankowe, prawne, medyczne, leasingowe, turystyczne, HR, edukacyjne, spedycję, inżynierię i agencje reprezentujące artystów scenicznych. Dozwolona będzie również sprzedaż konsoli gier wideo, które są w Chinach zakazane, przy czym konkretne gry i oprogramowanie będą najpierw musiały uzyskać aprobatę władz.

Na czym będzie polegać rewolucyjność tych zmian? „W szanghajskiej strefie inwestorzy zagraniczni będą traktowani na tym samych zasadach jak krajowi przedsiębiorcy i podlegać będą tym samym przepisom. To duża zmiana w podejściu tamtejszego rządu” – wyjaśnia Adam Wacławczyk, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte, Chinese Services Group.

Jak zapewniają chińskie władze strefa będzie zarządzana wedle najlepszych międzynarodowych praktyk i standardów. A to oznacza między innymi, że towary przywożone na jej teren przez przedsiębiorców, posiadających zezwolenie na prowadzenie działalności, będą zwolnione od opłat celnych. Ułatwienia mają dotyczyć także instytucji finansowych, których wartość aktywów ma być obliczana według kursu rynkowego. W planach są też próby zwiększenia wymienialności juana na rachunku kapitałowym oraz przekazania rynkowi kontroli nad stopami procentowymi. Eksperci spodziewają się także uproszczenia systemu podatkowego. Działalność w strefie mogą rozpocząć zagraniczni inwestorzy, a także międzynarodowe spółki, w które zaangażowany jest chiński kapitał. Wszystkie zmiany mają być wprowadzane stopniowo, w ciągu najbliższych trzech lat. Docelowo Chińska Eksperymentalna Strefa Wolnego Handlu w 20-milionowym Szanghaju ma stać się centrum finansowym, logistycznym i handlowym.

A co to oznacza dla polskich przedsiębiorców? Choć Unia Europejska jest największym partnerem handlowym Chin, to jak dotąd rodzime firmy nie podbiły Państwa Środka. Obecnie polskie inwestycje są tam niewielkie i kształtują się na poziomie 150 mln euro, a stosunek polskiego importu z Chin do eksportu to 10 do 1 . W 2011 roku w Państwie Środka działało ponad 200 firm z udziałem kapitału polskiego, w większości były to małe spółki handlowe. Polskie firmy, które chcą zainwestować w Chinach, zachęca wizja obniżenia kosztów pracy i produkcji oraz możliwość podboju tamtejszego ogromnego rynku. Przeszkodą bywają zaś różnice kulturowe i skomplikowany system prawno-podatkowy dotyczący lokowania zagranicznych pieniędzy. To może zmienić się wraz z otwarciem strefy.

Komentarz dzienny, 11 października 2013

Najnowszy wywiad z członkiem RPP A. Bratkowskim jest dość gołębi. Scenariuszem bazowym są ewentualne podwyżki stóp pod koniec 2014 roku lub później. Warunkiem koniecznym do rozważenia podwyżek stóp jest 3% wzrost PKB, którego osiągnięcia spodziewa się Bratkowski właśnie w okolicach końca 2014 roku. W tym samym czasie inflacja zbliży się do celu RPP.

KNF zaniepokojony sytuacją w SKOK-ach. Nie można wykluczyć wniosków o upadłość

CEO Magazyn Polska

Komisja Nadzoru Finansowego nie ma zastrzeżeń do stanu finansów tylko 11 Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. 80 proc. tych instytucji przeprowadza właśnie program naprawczy. KNF w razie konieczności nie wyklucza wniosku o likwidację najbardziej nierentownych Kas. Urząd nie widzi za to powodów do interwencji wobec banków, ratujących się w dobie niskich stóp procentowych wprowadzaniem wyższych opłat z usługi.

 Fakt, że tak duża liczba SKOK-ów została objęta programami naprawczymi, powinna nas zachęcić do szczególnej pracy i do szczególnego zaangażowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – Chcemy rozwiązywać problem SKOK-ów tak szybko, jak to jest możliwe, ale to są w niektórych przypadkach bardzo trudne procesy restrukturyzacji.

Program naprawczy to pierwszy etap działania dla SKOK-ów, które mają problemy. Następnym jest zarząd komisaryczny.

 – Ustawa określa także, że jeżeli nie ma możliwości samodzielnej sanacji, to wtedy podejmuje się działania o charakterze restrukturyzacyjnym, czyli przejęcie przez inny SKOK lub bank – wyjaśnia Jakubiak. – W ostateczności ustawa daje KNF prawo zgłaszania wniosku o upadłość SKOK. Tego również nie można wykluczyć – dodaje.

Według raportu KNF, wartość depozytów w SKOK-ach zwiększyła się w pierwszej połowie 2013 r. o 9,6 proc. a aktywa – o 9 proc. Kasy odnotowały także wzrost liczby klientów o 61 tysięcy. Jednak niektóre dane wzbudziły zaniepokojenie Komisji. Okazało się, że 37,5 proc. portfela pożyczkowo-kredytowego stanowią przeterminowane należności. Kolejnym problemem dla 20 z 55 SKOK-ów jest ujemny wskaźnik wypłacalności. Postępowanie naprawcze toczy się w 44 kasach.

KNF nie planuje natomiast podejmowania interwencji wobec banków, w których rosną koszty obsługi, choćby za prowadzenie kont.

 – Nie jesteśmy Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów – mówi Jakubiak. – Naszym zadaniem jest przyglądanie się sytuacji finansowej, relacji podstawowych pozycji bilansu. Niestety bank jest instytucją, która służy przede wszystkim zarabianiu pieniędzy dla akcjonariuszy, ale co najważniejsze, ma zapewnić deponentowi zwrot jego środków wraz z należnym oprocentowaniem – dodaje szef KNF.

KNF zaniepokojona sytuacją w SKOK-ach. Nie można wykluczyć wniosków o upadłość

CEO Magazyn Polska

Komisja Nadzoru Finansowego nie ma zastrzeżeń do stanu finansów tylko 11 Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. 80 proc. tych instytucji przeprowadza właśnie program naprawczy. KNF w razie konieczności nie wyklucza wniosku o likwidację najbardziej nierentownych Kas. Urząd nie widzi za to powodów do interwencji wobec banków, ratujących się w dobie niskich stóp procentowych wprowadzaniem wyższych opłat z usługi.

 Fakt, że tak duża liczba SKOK-ów została objęta programami naprawczymi, powinna nas zachęcić do szczególnej pracy i do szczególnego zaangażowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – Chcemy rozwiązywać problem SKOK-ów tak szybko, jak to jest możliwe, ale to są w niektórych przypadkach bardzo trudne procesy restrukturyzacji.

Program naprawczy to pierwszy etap działania dla SKOK-ów, które mają problemy. Następnym jest zarząd komisaryczny.

 – Ustawa określa także, że jeżeli nie ma możliwości samodzielnej sanacji, to wtedy podejmuje się działania o charakterze restrukturyzacyjnym, czyli przejęcie przez inny SKOK lub bank – wyjaśnia Jakubiak. – W ostateczności ustawa daje KNF prawo zgłaszania wniosku o upadłość SKOK. Tego również nie można wykluczyć – dodaje.

Według raportu KNF, wartość depozytów w SKOK-ach zwiększyła się w pierwszej połowie 2013 r. o 9,6 proc. a aktywa – o 9 proc. Kasy odnotowały także wzrost liczby klientów o 61 tysięcy. Jednak niektóre dane wzbudziły zaniepokojenie Komisji. Okazało się, że 37,5 proc. portfela pożyczkowo-kredytowego stanowią przeterminowane należności. Kolejnym problemem dla 20 z 55 SKOK-ów jest ujemny wskaźnik wypłacalności. Postępowanie naprawcze toczy się w 44 kasach.

KNF nie planuje natomiast podejmowania interwencji wobec banków, w których rosną koszty obsługi, choćby za prowadzenie kont.

 – Nie jesteśmy Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów – mówi Jakubiak. – Naszym zadaniem jest przyglądanie się sytuacji finansowej, relacji podstawowych pozycji bilansu. Niestety bank jest instytucją, która służy przede wszystkim zarabianiu pieniędzy dla akcjonariuszy, ale co najważniejsze, ma zapewnić deponentowi zwrot jego środków wraz z należnym oprocentowaniem – dodaje szef KNF.

Resort budownictwa: będzie dotowany najem mieszkań, ale tylko dla najuboższych

CEO Magazyn Polska

Najem może pomóc w zrównoważeniu popytu i podaży na rynku mieszkaniowym w Polsce – uważa Piotr Styczeń, wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. By tak się stało, najem powinien być dotowany z budżetu państwa lub samorządów tylko w przypadku najuboższych. W innym wypadku, najemca powinien wrócić na rynek najmu. Ale w tym celu potrzebne są nowe inwestycje mieszkaniowe przeznaczone na wynajem.

 Próbujemy zmienić sposób myślenia o ochronie praw lokatorów. Tam, gdzie lokator jest słabo wydolny ekonomicznie, powinien być chroniony, ale tam, gdzie swoimi dochodami jest w stanie sprostać wyzwaniom rynkowym, powinien przejść do rynku z tytuły najmu – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Styczeń, wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej.

Ta zmiana oznacza również konieczność nowelizacji Ustawy o ochronie praw lokatorów, która – według wstępnych założeń resortu – miałaby umożliwić lepszą identyfikację osób, które wymagają wsparcia państwa np. przez obniżenie stawek czynszu, oraz tych, którzy takiej pomocy nie potrzebują.

 – To spowoduje zadanie pytania tym, którzy wynajmują zasoby publiczne dotowane, czy nie powinni pokrywać pełnych kosztów tego utrzymania. Wtedy u takich osób powstanie refleksja, po co mam mieszkać w zasobie komunalnym, niedoskonałym, jeżeli mam płacić pełne koszty za utrzymanie, jeżeli takimi samymi kosztami pokryje utrzymanie lokalu mieszkalnego wyżej standaryzowanego – mówi Piotr Styczeń.

To oznacza jednak, że na rynku powinno się pojawić więcej nowych mieszkań, co jest możliwe za sprawą przyspieszenia inwestycji mieszkalnych w Polsce. W ten sposób – jak podkreśla minister – najem powinien być ważnym elementem zaspokajania potrzeb mieszkaniowych, czyli równoważenia rynku popytu i podaży na mieszkania.

 – Szybkie budownictwo, szybkie wybudowanie produktu, jakim jest lokal mieszkalny, spowoduje tę grę rynkową związaną z najmem po to, żeby lokal nie stał pusty, po to żeby funkcjonował na rynku – tłumaczy wiceminister. – Musimy doprowadzić do sytuacji, w której, po pierwsze, najem powinien być opłacalny. To jest bardzo ważne, dla tych, którzy są w stanie podołać kosztom utrzymania zasobu. Natomiast powinien być dotowany z budżetu państwa i gminy tam, gdzie zaspokajamy potrzeby najuboższych.

W ramach rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych” proponuje natomiast wprowadzenie możliwości najmu okazjonalnego.

 – Czyli dobrowolne poddanie się rygorowi ewentualnej egzekucji opuszczenia lokalu mieszkalnego przez najemcę, wtedy kiedy nie sprosta wyzwaniom, jakim jest umowa najmu zawarta z właścicielem – wyjaśnia Styczeń.

Wybierając tę opcję, najemcy składaliby dodatkowo przed notariuszem oświadczenie o poddaniu się egzekucji na wypadek, gdyby po zakończeniu umowy nie chcieli opuścić mieszkania. Powinni też wskazać osobę trzecią, do której się wyprowadzą po zakończeniu umowy najmu.

Obecnie Bank Gospodarstwa Krajowego wraz z Ministerstwem Finansów pracują nad stworzeniem Funduszu Mieszkań na Wynajem. Inicjatywa rządu miałaby być realizowana w ramach programu Inwestycje Polskie. Program wynajmu na preferencyjnych warunkach miałby funkcjonować niezależnie od rządowego programu Mieszkanie dla Młodych. Ruszyłby w przyszłym roku i umożliwiał młodym ludziom, którzy wchodzą na rynek pracy, wynajem mieszkań po niższej cenie niż rynkowa. 

Komentarz indeksowy BossaFX 11 października 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 11 października 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Zapora z elektrownią wodną na Wiśle dopiero w przyszłym roku

CEO Magazyn Polska

Dopiero w przyszłym roku oddany zostanie raport oddziaływania środowiskowego planowanego drugiego stopnia na Wiśle. Wiceminister środowiska spodziewa się protestów zainteresowanych stron niezależnie od tego, jaka będzie decyzja. Dopiero po wydaniu raportu zostanie podjęta decyzja o sposobach finansowania inwestycji.

 – Trwają różnego rodzaju prace badawcze i analityczne. Prowadzone są przez różne instytucje, nie tylko przez samych zainteresowanych w tym przypadku, ale też Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej ogłosił przetarg na sporządzenie tzw. masterplanów, czyli wszystkich inwestycji, które będą realizowane w najbliższym czasie na polskich rzekach – mówi agencji informacyjnej Newseria Stanisław Gawłowski, wiceminister środowiska.

Drugi stopień na Wiśle, czyli zapora z elektrownią wodną o mocy do 100 MW, ma zostać zbudowana przez koncern Energa w pobliżu wsi Siarzewo nieopodal Ciechocinka do 2016 r. Jedyna zapora na Wiśle funkcjonuje w tej chwili we Włocławku i również jest własnością Energi.

Na razie nie wiadomo jednak, czy inwestor uzyska pozytywną decyzję środowiskową w tej lokalizacji. Gawłowski podkreśla, że opracowywanie raportu oddziaływania na środowisko jest czasochłonne, bo budowa drugiego stopnia na Wiśle to niezwykle skomplikowana inwestycja.

To nie jest łatwy projekt z punktu widzenia Regionalnej i Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska wydających decyzje, a pewnie prowadzących też różnego rodzaju postępowania w dalszym etapie. Wszyscy wiedzą, że trzeba się przyłożyć do tego dokumentu bardzo mocno i tam nie może być żadnych słabych stron, jeżeli ta decyzja ma być wydana. Wszystko jedno, czy ona będzie pozytywna, czy negatywna, któraś z zainteresowanych stron w moim przekonaniu będzie ją skarżyć – przewiduje Gawłowski.

Według niego, ze względu na konieczność wykonania dodatkowych analiz oraz spodziewane próby podważenia raportu w polskich i europejskich sądach, będzie on gotowy zapewne dopiero w przyszłym roku.

Dopiero po wydaniu decyzji środowiskowych zapadnie decyzja o sposobie finansowania. Niewykluczone, że Energa połączy siły z województwem kujawsko-pomorskim, które jest zainteresowane budową nowej przeprawy przez Wisłę. Zintegrowanie tych dwóch inwestycji będzie z pewnością korzystne dla środowiska, a także uprości kwestie związane z pozwoleniami i finansowaniem inwestycji.

 – Inwestor i marszałek województwa kujawsko-pomorskiego chcą połączyć wysiłki w celu, z jednej strony, realizacji kolejnego stopnia, z drugiej strony budowy przeprawy przez Wisłę. To jest działanie, które jak najbardziej należy uznać na dobre, bo ono mniej ingeruje w środowisko niż dwa niezależne działania, ale jak będzie na końcu – zobaczymy – dodaje Gawłowski.

Nawet 50 tysięcy Polaków choruje na stwardnienie rozsiane. NFZ daje za mało na leczenie.

CEO Magazyn Polska

Stwardnienie rozsiane to najczęstsza przyczyna niesprawności neurologicznej Polaków. Z chorobą tą zmaga się prawie 50 tysięcy osób. – Wiele osób nie wie o tym, bo choroba nie daje żadnych objawów – mówi prof. Jerzy Kotowicz, naczelny lekarz Akademickiego Centrum Medycznego w Warszawie. Jedną ze skutecznych metod jej diagnozowania jest badanie rezonansem magnetycznym.

Stwardnienie rozsiane to choroba autoimmunologiczna: przewlekła, postępująca i nieuleczalna. Chorujący często dowiadują się o niej dopiero w zaawansowanej fazie. Dotyka ona głównie osoby między 20 a 40. rokiem życia, najczęściej kobiety.

 – Choroba jest dość częsta. W Polsce choruje około 40-50 tysięcy osób – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle prof. Jerzy Kotowicz. – Choroba najczęściej przebiega w postaci rzutów. Po rzucie choroby następuje reemisja. Na początku może całkowicie dojść do ustąpienia objawów takich jak zaburzenia wzrokowe czy zaburzenia równowagi, ale z biegiem czasu te objawy nie odpuszczają.

Medycyna nie zna lekarstwa, które mogłoby całkowicie wyleczyć osobę chorująca. Objawy utrudniające życie pojawiają się dość późno, a wczesne wykrycie stwardnienia rozsianego pozwala odpowiednio dobrać leczenie i zahamować dalszy rozwój choroby.

 – Przypadkowo nieraz widzimy takie zmiany w mózgu, które nie dają objawów klinicznych. Mówimy, że to są ogniska nieme klinicznie. Od kilku lat możemy leczyć stwardnienie rozsiane. Początkowo to była choroba, która poza rzutem choroby nie była leczona – objaśnia neurolog.

Jedną z najskuteczniejszych metod diagnozowania jest badanie rezonansem magnetycznym. Taką diagnostykę prowadzi Akademickie Centrum Medyczne w Warszawie. Pracujący tam neurolodzy diagnozują pacjentów z podejrzeniem stwardnienia rozsianego i prowadzą kurację.

 – W tej chwili mamy leki immunomodulacyjne, które wpływają na układ immunologiczny i zmniejszają liczbę i nasilenie rzutów czy postęp tej choroby – mówi prof. Kotowicz.  Te leki są dostępne. Oczywiście one są drogie i niestety tylko w części refundowane. Dla przykładu w Polsce tylko 10-12 procent ludzi jest leczonych tymi lekami.

Naukowcy wciąż próbują dowiedzieć się, co wywołuje stwardnienie rozsiane. Żadna z tez nie została do tej pory w pełni potwierdzona.

 – Prawdopodobnie jest to czynnik wirusowy, który zakaża w dzieciństwie. Jeżeli trafi na organizm, w którym w sposób genetycznie uwarunkowanym jest niesprawność układu immunologicznego, to żołnierze tego układu, czyli limfocyty T i B atakują w reakcji krzyżowej zamiast tego czynnika zakaźnego własną tkankę – wyjaśnia naczelny lekarz Akademickiego Centrum Medycznego.

Orange zapowiada walkę o maksymalną liczbę rezerwacji częstotliwości z pasma 800 MHz

CEO Magazyn Polska

Skończył się czas na składanie opinii w sprawie zbliżającej się aukcji na pasma częstotliwości 800 MHz i 2,6 GHz. Wciąż jednak nie wiadomo, jaki dokładnie kształt będzie miała aukcja. Orange Polska zapowiada walkę o maksymalną liczbę rezerwacji pasm częstotliwości.

Przedmiotem aukcji będzie pięć bloków częstotliwości z pasma 800 MHz oraz siedem bloków z pasma 2,6 GHz. To częstotliwości umożliwiające świadczenie usług dostępu do sieci teleinformatycznej z bardzo dużą prędkością w technologii LTE. Pasmo 800 MHz jest szczególnie ważne dla usług transferu danych, coraz istotniejszych na rynku telekomunikacyjnym.

 – Ta aukcja rzeczywiście w tej chwili jest najgorętszym tematem dla wszystkich operatorów telekomunikacyjnych – przyznaje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Muszyński, wiceprezes ds. operacyjnych Orange Polska.

Urząd Komunikacji Elektronicznej po raz pierwszy zdecydował o przeprowadzeniu aukcji na częstotliwości. W lutym tego roku w drodze przetargu przydzielone zostały częstotliwości z pasma 1800 MHz. Wtedy PTK Centertel, operator sieci Orange, nie otrzymał żadnej rezerwacji.

W aukcji, która ma się odbyć jeszcze w tym roku, jeden operator może wylicytować maksymalnie dwie rezerwacje z pasma 800 MHz (łącznie 20 MHz). Jak podkreśla Muszyński, taki cel ma Orange.

 – Jesteśmy nastawieni na to, żeby pozyskać dopuszczalną ilość zgodnie z regulaminem aukcji. Aukcja wymaga zupełnie innego podejścia do procesu. To jest morderczy wyścig dla wszystkich ludzi, którzy po stronie operatora będą prowadzić tę aukcję – mówi wiceprezes Orange.

Przewiduje, że ceny osiągnięte na aukcji będą zależeć od prognoz operatorów oraz posiadanego przez nich spektrum częstotliwości. Najwięcej będą gotowi zapłacić ci, którzy spodziewają się dużego wzrostu rynku transmisji danych wobec rozmów głosowych. Operatorzy, którzy już teraz posiadają częstotliwości LTE, mogą też oferować wyższe kwoty za pasmo 800 MHz.

Proponowana przez UKE cena wywoławcza to 250 mln zł za jeden z pięciu bloków z pasma 800 MHz oraz 50 mln zł za jeden z siedmiu bloków z pasma 2,6 GHz – łącznie 1,6 mld zł. Minister administracji i cyfryzacji Michał Boni liczy, że w przyszłym roku z tytułu sprzedaży pasm do budżetu wpłynie łącznie 2,5 mld zł.

 – My zdecydowanie uważamy, że oczekiwania ministra są za wysokie, ale to jest aukcja. Będziemy licytować – ocenia Muszyński.

Dodaje jednak, że koszt samej rezerwacji pasma to tylko niewielka część wydatków związanych z tymi częstotliwościami.

 – Same aukcje i kupienie częstotliwości to nie jest koniec wydatków. Gigantyczne inwestycje capexowe, czyli wydatki inwestycyjne, przed nami, będziemy musieli realizować zadania postawione przez regulatora, a one są niebanalne. W związku z tym na pewno mówimy o niebanalnych kwotach do zainwestowania później w naszą infrastrukturę – podkreśla Piotr Muszyński.

Zgodnie z wymogami UKE, zwycięzcy aukcji będą mieli tylko 12 miesięcy na rozpoczęcie komercyjnego wykorzystania kupionych częstotliwości z pasma 800 MHz. Dlatego w ocenie Muszyńskiego w licytacji konieczne będzie zbilansowanie należności na rzecz Skarbu Państwa za częstotliwości oraz podsumowanie wydatków własnych operatora.

 – Dzisiaj czekamy na to, jaki kształt przybierze ta aukcja. Daliśmy bardzo dużo ciekawych uwag, bardzo dużo ciekawych komentarzy, my i pozostali operatorzy – dodaje wiceprezes Orange.

Proces konsultacyjny UKE zakończył się 8 października. Poza dużymi operatorami telekomunikacyjnymi częstotliwościami zainteresowani są także mniejsi gracze, tacy jak MNI Telecom czy Emitel.

Pracownicy TVP chcą strajku. J. Braun: żądania związkowców przekraczają nasz roczny budżet

0

Będzie strajk w Telewizji Polskiej. Prezes TVP deklaruje gotowość do rozmów ze związkowcami, ale podkreśla, że na spełnienie żądań związków potrzebna byłaby kwota przekraczająca roczny budżet telewizji. Związki zawodowe działające w TVP nie zgadzają się na reorganizację spółki proponowaną przez jej zarząd. Oznaczać ona będzie przeniesienie ponad pół tysiąca osób do firmy zewnętrznej i wynajmowanie ich do pracy przy konkretnych produkcjach, które także będą zamawiane na zewnątrz.

W zakończonym referendum wzięła udział ponad połowa pracowników etatowych. Zdecydowana większość – około 70 proc. – opowiedziała się za akcją protestacyjną, ale nie podjęto jeszcze decyzji, kiedy i w jakiej formie ona nastąpi.

 – To, co się dzieje dzisiaj w TVP, jest sumą działań wielu zarządów, natomiast apogeum osiągnięto za kadencji prezesa Brauna – mówi Barbara Markowska, przewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników Twórczych Wizja. – Żaden z wcześniejszych szefów nie wpadł na pomysł, żeby outsoursować pracowników twórczych, zaś produkcje skierować na zewnątrz. Za publiczne pieniądze nabijamy kasę prywatnym kieszeniom – zarzuca.

Prezes TVP wyjaśnia, że wynajmowanie pracowników od firm zewnętrznych to jeden z pomysłów na uzdrowienie finansów publicznego nadawcy. Trwa proces wyboru firm, które miałyby przejąć pracowników telewizji publicznej: dziennikarzy, charakteryzatorów, montażystów czy grafików.

 – Decyzja o przeniesieniu do firm zewnętrznych pewnych rodzajów działalności jest podjęta. Procedury się toczą – mówi agencji informacyjnej Newseria Juliusz Braun, prezes TVP. – Zawsze uważam, że należy rozmawiać i gotów jestem do rozmowy, ale też pewne decyzje muszą być podjęte, bo inaczej wszyscy, razem ze związkami zawodowymi utoniemy.

Prezes mówi, że zarząd przeliczył, ile kosztowałoby zrealizowanie żądań związkowców, wśród których było również podwyżki płac.

 – To byłaby kwota większa niż cały roczny budżet telewizji – mówi szef TVP. – Musielibyśmy mieć dwa razy więcej pieniędzy niż mamy, żeby zrealizować to, co związki zawodowe stawiają jako swoje oczekiwania.

72 proc. za strajkiem

Referendum strajkowe w Telewizji Polskiej, oprócz Wizji, która je organizowała, poparło dziesięć związków zawodowych, działających wewnątrz spółki. Wśród nich Solidarność i Międzyzakładowy Związek Zawodowy Pracowników Radia i Telewizji.

 – Przekształcimy się wszyscy w komitet strajkowy i podejmiemy decyzję na temat formy strajku – mówi Barbara Markowska. – Dzisiaj nie chcę jej zdradzać, dlatego że to musi być zaskoczenie dla pracodawcy.

Możliwych scenariuszy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest tzw. strajk włoski. Zdaniem Markowskiej, nawet ta najłagodniejsza forma protestu może uniemożliwić emisję. Ale dopuszcza też bardziej zdecydowane kroki.

 – Możliwy jest, oczywiście „hebel w dół”, czyli to najbardziej drastyczne wyjście, tyle tylko, że nie chcielibyśmy, żeby na tym ucierpieli widzowie – mówi Markowska. – Tu jest cały szereg rzemieślników, twórców rzemieślników, którzy co dzień pracują, tworzą programy, i chcemy to robić dalej – dodaje szefowa Wizji.

W referendum wzięło udział blisko 1,8 tys. pracowników ośrodków regionalnych i oddziału warszawskiego. Za strajkiem opowiedziało się ponad 1200 osób.

Ponad 200 stacji paliw wciąż bez zmodernizowanych zbiorników

Do końca roku stacje benzynowe mają czas na wymianę zbiorników na paliwa, zgodnie z rozporządzeniem resortu gospodarki. Według Polskiej Izby Paliw Płynnych, nie uczyniło tego jeszcze 150-200 małych stacji należących do prywatnych firm i kilkadziesiąt stacji koncernowych. Część przedsiębiorców liczy, że resort gospodarki kolejny raz przesunie wejście w życie rozporządzenia.

 – Ostatnio na rynku są  duże ruchy kupna i sprzedaży. Właściciele pozbywają się części niezmodernizowanych stacji. Kupują je inne firmy, dokonujące już modernizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Halina Pupacz prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych. – Część stacji rzeczywiście jest w pozycji wyczekującej. Twierdzą, że ich zbiorniki są w bardzo dobrym stanie i Ministerstwo Gospodarki powinno po raz kolejny przedłużyć wejście w życie rozporządzenia o warunkach technicznych.

Zgodnie z nowelizacją rozporządzenia Ministerstwa Gospodarki z 2007 r., stacje benzynowe zostały zobowiązane do zmodernizowania zbiorników paliwowych i wyposażenia stacji w urządzenia służące do monitorowania wycieków oraz zabezpieczania zbiorników na paliwo. Początkowo ostatecznym terminem modernizacji był początek 2013 r., jednak Wobec trudności wielu właścicieli baz i stacji paliw z dotrzymaniem tego terminu w grudniu 2012 r. Ministerstwo Gospodarki przedłużyło termin o kolejny rok.

Zdaniem prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych, niezmodernizowanych zostało jeszcze 150-200 stacji prywatnych oraz kilkadziesiąt należących do koncernów.

Korzystne zmiany w biopaliwach

Halina Pupacz wskazuje na jeszcze jeden problem branży paliwowej.

 – Dzisiaj producenci i importerzy paliw nie mają możliwości wykonania przyjętego wysokiego wskaźnika udziału biokomponentów w ogólnym bilansie paliw – mówi prezes PIPP. – Bardzo duże problemy właścicielom stacji sprawiają też coraz wyższe wskaźniki biopaliw – mamy problem z higroskopijnością, z bakteriami, utlenianiem. Powstały pewne normy, które nie były do końca w praktyce przebadane i dzisiaj odpowiedzialnością obciążeni są przedsiębiorcy, którzy w ogóle nie zawinili.

Zgodnie z unijnym pakietem klimatycznym państwa należące do UE mają korzystać w 10 proc. z energii odnawialnej w transporcie.

11 września br. Parlament Europejski opowiedział się za modyfikacją polityki klimatycznej. Jeśli postulowane przez PE zmiany weszłyby w życie, to 6 proc. biopaliw mogłyby stanowić paliwa pochodzenia rolniczego (biopaliwa pierwszej generacji); a pozostałe 4 proc. miałyby stanowić biopaliwa drugiej i trzeciej generacji, wykorzystujące biokomponenty pochodzenia nierolniczego. Zmiany te popierają ekolodzy, którzy twierdzą, że wykorzystywanie biopaliw pochodzenia rolniczego doprowadziło do przeznaczenia większej ilości ziemi pod uprawy pod kątem biopaliw i w konsekwencji do wzrostu cen żywności.

Zdaniem Haliny Pupacz, kierunek, w którym zmierzają unijne propozycje jest słuszny, problem może być jednak z jego realizacją.

 – Możemy biopaliwa pierwszej generacji zastępować drugą i trzecią, ale tych biokomponentów nie produkuje się jeszcze na skalę przemysłową, więc przedsiębiorcy będą mieć problem z ich zakupem. Czyli wprowadza się takie propozycje, których nie można z pozycji przedsiębiorcy wykonać – mówi Pupacz. – One rzeczywiście byłyby pewnie lepsze dla silników, dla infrastruktury i  funkcjonowania całego rynku niż biopaliwa pierwszej generacji.

Największy producent gier w Polsce uruchamia sprzedaż filmów i audiobooków

0

CEO Magazyn Polska

CDP.pl po roku działalności ma w ofercie 70 proc. obecnych na rynku gier, rozwija segment e-booków i uruchamia sprzedaż audiobooków i filmów. Z nowymi produktami chce dotrzeć nie tylko do fanów gier komputerowych. Wierzymy, że cyfrowa dystrybucja jest przyszłością dystrybucji multimediów w Polsce – mówi dyrektor zarządzający serwisu.

 – Przez 365 dni udało nam się z 36 gier, które mieliśmy na start, rozwinąć kategorię do blisko 3 tys. produktów w tej chwili – mówi Michał Gembicki, dyrektor zarządzający CDP.pl. – To nie są już tylko gry, ale też e-booki, które uruchomiliśmy już jakiś czas temu, oraz właśnie uruchomione audiobooki oraz filmy.

Jak wylicza Gembicki, w ciągu roku od uruchomienia serwisu jego użytkownicy ściągnęli ponad 300 terabajtów danych. Liczba wizyt na stronie sięgnęła 3 milionów.

 – Dziś mamy cztery kategorie i chcemy je rozwijać równocześnie – mówi zarządzający CDP.pl. – Mamy w ofercie 50 filmów. Myślę, że do końca roku będziemy mieć ich około 200. W segmencie gier mamy trochę mniej do zrobienia, bo mamy około 70 proc. całej oferty rynkowej w naszym serwisie. Te pozostałe 30 proc. jest kwestią najbliższych kwartałów.

Nieco inaczej ma się sprawa z komiksami i książkami. Te kategorie są traktowane wybiórczo. Jak mówi Gembicki, CDP.pl chce mieć w swojej ofercie takie tytuły, które interesują graczy.

 – Nie jest naszym celem mieć wszystkie książki czy komiksy świata. Chcielibyśmy mieć te pozycje, które są interesujące z punktu widzenia osób takich, jak gracze, jak osoby zainteresowane popkulturą – wyjaśnia.

Teraz największym wyzwaniem jest rozrost serwisu – więcej użytkowników, więcej produktów, większy obrót. I przyciągnięciem tych użytkowników, którzy szukają nie tyle gier, co książek lub filmów. Jak podkreśla Michał Gembicki, zaletą serwisu jest możliwość pobrania zakupionych filmów, w przeciwieństwie do popularnych serwisów VOD.

 – CDP.pl oferuje innego rodzaju usługę, bo z jednej strony jest to zakup na zawsze – ściągam raz i ten plik jest mój, a z drugiej strony pozwalamy też pobrać plik i oglądać offline, nie będąc podłączonym do internetu, bo gdy ludzie podróżują, przebywają poza zasięgiem wi-fi, też chcą wtedy oglądać filmy – mówi Gembicki.

Boże Narodzenie i Sylwester Polaków coraz częściej na wakacjach

Polacy znacznie chętniej niż przed laty wybierają się na zimowe wakacje z okazji Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Wyjątkowo dużym zainteresowaniem cieszą się także egzotyczne kierunki, takie jak Karaiby. Z bliższych miejsc najbardziej popularne są Wyspy Kanaryjskie.

Oferta sylwestrowa cieszy się w ostatnim czasie dużym popytem. Dominują miejsca ciepłe, takie jak Karaiby oraz kraje Dalekiego Wschodu. Niejednokrotnie zdarza się, że klienci rezerwują te wyjazdy zaraz po powrocie z wakacji letnich, wiedząc, że oferta jest ograniczona. Na liczbę dostępnych wycieczek wpływa m.in. pojemność samolotów, którymi Polacy mogą dostać się na Mauritius, Tajlandię czy do Ameryki Południowej – stwierdza Stanisław Radek z biura podróży Active Travel.

Sporą popularnością cieszą się kierunki bliżej Polski, które zapewniają spędzenie świąt w znacznie cieplejszym, a nawet egzotycznym klimacie.

W związku z trudną sytuacją w Egipcie, najbardziej rozchwytywanym kierunkiem stały się Wyspy Kanaryjskie. Oferta wycieczkowa związana z tym obszarem niezwykle szybko się wyczerpuje – mówi Stanisław Radek agencji informacyjnej Newseria.

Polacy w związku ze wzrostem dochodów, zdecydowanie częściej niż kiedyś decydują się na wykup ekskluzywnych wycieczek.

Najbardziej kosztowne oferty dotyczą Malediwów, Seszeli oraz wyspy Mauritius. Kierunki te są bardzo egzotyczne oraz stosunkowo drogie. Polaków coraz częściej stać na to, żeby pozwolić sobie na taki wyjazd i co charakterystyczne, nie chodzi tylko o Nowy Rok, ale także o święta, do tej pory zwykle spędzane w rodzinnym gronie. W tej chwili można dostrzec, że jeżeli Polacy wybierają bardziej kosztowne miejsca, to wyjeżdżają tam nawet na dwa tygodnie – dodaje Radek.

To już ostatnie chwile, by zaplanować bożonarodzeniowy wyjazd za granicą. Za miesiąc może być już trudno o wolne miejsca.

Komentarz dzienny, 10 października 2013

Inflacja w Czechach wyniosła 1,0% wobec oczekiwań na poziomie 1,2%. Presja na spadek cen została wywołana przede wszystkim przez ceny turystyki zorganizowanej, gdzie obniżki sięgnęły kilkunastu procent, jednak to nie ta kategoria wpłynęła na zaskoczenie publikacją, gdyż zachowała się identycznie, jak w ubiegłym roku. Przyczyną większego od oczekiwań obniżenia inflacji są ceny żywności, które spadły o 0,8%, odbiegając (in minus) od sezonowego wzorca, plasując się jednocześnie w okolicach minimów wieloletnich.

Stawki za dostęp do torów spadną średnio o 20 proc.

CEO Magazyn Polska

Przewoźnicy kolejowi zapłacą w przyszłym roku średnio o 20 proc. mniej za dostęp do torów. PKP PLK deklaruje stabilizację stawek aż do 2017 r. Wzrosną wprawdzie opłaty za zapowiedzi głosowe na dworcach oraz dostęp do peronów, ale jak podkreślają przedstawiciele zarządcy infrastruktury to tylko 8 proc. z wszystkich kosztów dostępu do infrastruktury. Cennik PKP PLK musi jeszcze zatwierdzić Urząd Transportu Kolejowego.

Średnia stawka sieciowa spadnie o ponad 20 proc. Zarządca polskich torów zapowiedział również rezygnację z marży oraz niezmienność stawek od najbliższego rozkładu przez cztery kolejne lata.

Obniżka była konieczna, bo pierwszą propozycję cennika odrzucił wiosną Urząd Transportu Kolejowego, a unijny trybunał zakwestionował polskie przepisy, według których PLK naliczała stawki.

 – Nowy cennik na stawki dostępu na rozkład jazdy 2013/2014 to rewolucyjna zmiana. To są elementy, które mają i będą miały istotny wpływ na rozwój transportu kolejowego – przekonuje Andrzej Pawłowski, wiceprezes PKP Polskie Linie Kolejowe.

Niektórzy przewoźnicy jednak już zgłaszają uwagi do nowego cennika, a nawet apelują o jego odrzucenie przez Urząd Transportu Kolejowego. M.in. Koleje Mazowieckie oraz jeżdżąca w województwie kujawsko-pomorskim Arriva RP zwracają uwagę na to, że obniżka dotyczy głównie ciężkich pociągów uruchamianych na liniach zelektryfikowanych oraz na to, że znacznie zdrożeją zapowiedzi megafonowe (według przewoźników nawet o 80 proc.) oraz opłaty za dostęp do peronów (nawet dwukrotnie). Dla przewoźników korzystających z lekkich szynobusów oraz zespołów trakcyjnych obniżka może być mało lub wcale nieodczuwalna.

 – W ramach tych opłat gwarantujemy wyższą jakość utrzymania peronów, inna jakość zapowiedzi. Przejmujemy zapowiedzi głosowe, informację dynamiczną. Będziemy wygłaszali tę informacje w jednym standardzie ustalonym dla całej sieci kolejowej, będziemy też wygłaszali na większej ilości punktów, niż to w tej chwili miało miejsce – dodaje Pawłowski.

PKP PLK przejmie zadanie wygłaszania zapowiedzi od innych podmiotów, którym do tej pory przewoźnicy musieli płacić osobno. To oznacza nie tylko ujednolicenie opłat, ale także poprawę jakości i ustalenie wspólnego standardu, który ma zostać całkowicie wdrożony do wiosny 2015 r.
Wiceprezes PKP PLK dodaje, że stawki w Polsce dla przewoźników pasażerskich mają należeć do najniższych w Unii Europejskiej. Zauważa, że równocześnie dzięki wielomiliardowemu programowi inwestycyjnemu jakość polskiej sieci kolejowej jest coraz lepsza, a różnica w porównaniu do innych krajów coraz mniejsza. Co roku część przychodów z opłat za dostęp do sieci jest przeznaczana między innymi na nowe inwestycje PKP PLK.

 – Spółka przeznacza część środków na poprawę miejsc związanych z obsługą podróżnych, na poprawę stanu peronów, kładek, przejść podziemnych, tuneli. To są inwestycje mieszane, częściowo ze środków unijnych, częściowo z budżetu państwa, ale też częściowo ze środków własnych spółki PKP PLK – zaznacza Pawłowski.

Pięć województw ściany wschodniej nadal będzie otrzymywać gigantyczne wsparcie z UE. Nawet 2 mld zł

CEO Magazyn Polska

Nowe miejsca pracy, poprawa infrastruktury transportowej i wsparcie przedsiębiorstw to cele programu Polska Wschodnia. Pięć wschodnich województw kraju dostanie w nowej perspektywie unijnej 2014-2020 około 2 mld euro. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego prowadzi konsultacje nad projektem tego programu.

Program jest dodatkowym instrumentem wsparcia finansowego dla pięciu województw Polski Wschodniej: lubelskiego, podlaskiego, podkarpackiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego.

 – Podjęliśmy decyzję, że w nowej perspektywie będzie realizowany dodatkowy program dla Polski Wschodniej z alokacją 2 mld euro. Dodatkowy, ponieważ region będzie mógł korzystać z pozostałych wszystkich programów operacyjnych, zarówno z regionalnych programów operacyjnych, jak i ze wszystkich programów na poziomie krajowym – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Iwona Wendel, wiceminister rozwoju regionalnego.

Polska Wschodnia ma niski poziom rozwoju gospodarczego w skali kraju, a jej regiony należą do grupy najsłabiej rozwiniętych gospodarczo regionów Unii  Europejskiej. W 2010 r. wartość PKB przypadająca na jednego mieszkańca w województwach  tego makroregionu stanowiła 42-47 proc. średniej dla 27 krajów UE. Pod względem przedsiębiorczości Polska Wschodnia odstaje od średniej krajowej. W 2011 r. na 1000 mieszkańców makroregionu przypadało jedynie 36,3 aktywnych firm. W tym samym czasie średnia krajowa wynosiła 46,3 firm.

Głównym celem programu ma być wzrost konkurencyjności i innowacyjności makroregionu Polski Wschodniej. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego chce, aby w nowej perspektywie finansowej pieniądze dla regionu wschodniego były przeznaczone w większym stopniu na wsparcie przedsiębiorców.

Głównymi beneficjentami Programu Polska Wschodnia 2014-2020 – oprócz przedsiębiorców –  będą też inicjatywy klastrowe, ośrodki innowacji, samorządy oraz PKP PLK SA.

Działania w ramach programu będą koncentrować się m.in. na wsparciu w obszarze innowacyjności oraz badań i rozwoju.

 – Chcemy realizować projekty związane z wdrażaniem nowych technologii w gospodarce oraz z budowaniem przedsiębiorstw w Polsce Wschodniej, ponieważ ten region jest tradycyjnie rolniczy, z ukrytym bezrobociem w rolnictwie. Dlatego trzeba stworzyć nowe miejsca pracy, ale chcemy je tworzyć w innowacyjnych firmach – mówi wiceminister rozwoju regionalnego.

Dodaje, że zarówno nowe, jak i już działające na rynku firmy otrzymają pomoc ze strony instytucji otoczenia biznesu ze świadczeniem profesjonalnych usług, m.in. doradczych, szkoleniowych, informacyjnych.

 – Część środków będziemy dedykować na internacjonalizację przedsiębiorstw, ponieważ w obecnej perspektywie finansowej bardzo dobrze ten projekt nam wyszedł. Przedsiębiorcy z Polski Wschodniej, zwłaszcza w przetwórstwie spożywczo-rolnym stają się prawdziwą potęgą – podkreśla Wendel. 

Pieniądze z programu będą przeznaczane także na poprawę infrastruktury transportowej. Również pod tym względem region wschodni wypada gorzej niż reszta kraju. W 2011 roku na 100 km kw. przypadało niecałe 76 km dróg o twardej nawierzchni, podczas gdy średnia kraju to blisko 90 km. W przypadku sieci kolejowej było to 4,8 km na 100 km kw. (średnia krajowa to 6,5 km linii). 

 – Będziemy się skupiali przede wszystkim na systemach zarządzania komunikacją miejską w dużych miastach i kilku projektach kolejowych – reasumuje Iwona Wendel.

Obecnie trwają konferencje uzgodnieniowe w regionach. Ministerstwo do 25 października czeka na sugestie do projektu, z których powstanie ostateczny dokument.

Prywatyzacja Energi i PHN jeszcze w tym roku. W przyszłym MSP chce uzyskać blisko 4 mld zł z prywatyzacji

CEO Magazyn Polska

Niecałe 2 mld zł z planowanych 5 mld – tak na koniec września wyglądały przychody z prywatyzacji. Ministerstwo Skarbu Państwa liczy, że w tym roku uda się jeszcze sprywatyzować Energę oraz przeprowadzić drugi etap prywatyzacji Polskiego Holdingu Nieruchomości. Cel na przyszły rok to 3,7 mld zł, a ponad 4,6 mld MSP chce uzyskać dzięki dywidendom ze spółek Skarbu Państwa.

 – Jeśli chodzi o planowane przychody z prywatyzacji, po pierwsze, musimy uzyskać potwierdzenie, że te pieniądze faktycznie są potrzebne w przychodach budżetowych. Druga rzecz to transakcja Energi – mówi Paweł Tamborski, wiceminister skarbu państwa. – Jeżeli mielibyśmy jeszcze jakieś potrzeby, oczywiście dysponujemy pakietami, które – jeżeli będzie taka potrzeba – będziemy w stanie plasować na rynku.

W tegorocznym budżecie wpływy z prywatyzacji zaplanowano na poziomie 5 mld zł. Na koniec września było to ponad 1,9 mld zł.

 – Przygotowujemy dwie transakcje: IPO, czyli pierwszą ofertę publiczną Energi i drugi etap prywatyzacji Polskiego Holdingu Nieruchomości. Jeżeli chodzi o Energę, wszystkie prace idą zgodnie z harmonogramem, więc liczę na to, że będziemy mieli możliwość i szansę przeprowadzenia tej transakcji w tym roku. Jeżeli chodzi o Polski Holding Nieruchomości, tutaj pracujemy z doradcami nad harmonogramem – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Tamborski.

Energa ma szansę zadebiutować na giełdzie w listopadzie tego roku. Obecnie Skarb Państwa ma 85 proc. udziałów w spółce; po ofercie publicznej chce zachować połowę akcji. Powołany w 2011 r. PHN zadebiutował na giełdzie w lutym br. – Skarb Państwa sprzedał wtedy 25 proc. udziałów. Teraz resort szuka inwestora branżowego, który może wykupić cześć lub całość pozostałych akcji.

Tamborski zaznacza, że PHN posiada portfel aktywów, który musi zostać wyceniony przed sprzedażą. Rezultaty wyceny wpłyną na harmonogram prywatyzacji.

 – Istotnych zagrożeń nie ma. PHN będzie sprzedany w tym roku, być może na początku przyszłego roku. Chcielibyśmy to zrobić w tym roku, natomiast z punktu widzenia naszych planów i naszych potrzeb jeżeli chodzi o przychody prywatyzacyjne, ta transakcja nie ma istotnego znaczenia – podkreśla Tamborski.

W przyszłym roku MSP z prywatyzacji chce uzyskać nieco niższe przychody, wynoszące 3,7 mld zł. Wiceminister wyjaśnia jednak, że większe oczekiwania resort ma wobec dywidend ze spółek z udziałem Skarbu Państwa.

 – Jeżeli chodzi o plany na przyszły rok, to najważniejszy dla nas jest poziom dywidend. W tej chwili kwoty przyjęte w przyszłorocznym budżecie to jest ponad 4 mld złotych. Na tym celu się w tej chwili koncentrujemy – mówi Paweł Tamborski.

Przekonuje jednak, że nie ma mowy o „wyciskaniu” pieniędzy z dobrze prosperujących spółek.

 – To jest kwestia analizy sytuacji finansowej każdej poszczególnej spółki, kwestia oceny jej zdolności finansowania się i potrzeb inwestycyjnych. To jest zawsze racjonalna decyzja podjęta na bazie racjonalnych przesłanek pochodzących ze spółki i naszej oceny zdolności finansowej spółki – zapewnia wiceminister skarbu państwa.

Szwajcarska receptura pierwszy raz na polskich drogach

0

Innowacyjna w polskich warunkach technologia układania asfaltu lanego, zastosowana przy budowie nawierzchni nowego mostu przez Wisłę w Toruniu, przedłuży jej żywotność nawet do 20 lat. Jej upowszechnienie ma szansę obniżyć koszty utrzymania i remontów dróg.

Przy realizacji inwestycji drogowych, asfalt lany najczęściej stosowany jest w Niemczech i Francji. Receptura asfaltu zastosowana w Toruniu oparta jest na doświadczeniach szwajcarskich, gdzie dokonano dopracowania tej technologii niemal do perfekcji.

Do tej pory ten rodzaj materiału, ze względu na jego wodoszczelność, był stosowany jedynie w warstwach dolnych nawierzchni, w celu ochrony warstwy izolacji konstrukcji mostowej. W Toruniu został zastosowany również do warstwy ścieralnej, zwiększając tym samym bezpieczeństwo i trwałość całej konstrukcji. Podobna technologię zastosowano na m.in. moście łączącym Danię ze Szwecją.

  Asfalt lany jest jedyną technologią, która nie wymaga zastosowania walcowania. Rozkłada się go maszynowo, za pomocą rozkładarki poruszającej się po wyprofilowanym torowisku. To nowatorskie na rynku rozwiązanie pozwala na osiągnięcie maksymalnej równości jezdni – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria dr Igor Ruttmar, prezes TPA Instytutu Badań Technicznych, spółki z grupy STRABAG.  Mieszanka, dzięki swojemu składowi, nie pozostawia wolnych przestrzeni w strukturze i zapewnia absolutną szczelność nawierzchni. Jednocześnie, dzięki wtapianiu grysu w powierzchnię asfaltu, osiągamy zwiększenie szorstkości, co znacznie skraca drogę hamowania i zwiększa bezpieczeństwo ruchu.

Prace badawcze nad dostosowaniem receptury do polskich warunków prowadzone były w laboratorium TPA w Pruszkowie przez ponad dwa lata. Na podstawie wyników badan TPA, w Rafinerii Gdańskiej został zamówiony specjalny asfalt zastosowany do układania tej nawierzchni.

Toruński most jest szczególnym projektem również z uwagi na bardzo wysokie wymagania związane z równością nawierzchni. Dlatego wykorzystane do układania asfaltu maszyny sprowadzono z Niemiec a specjalistów ze Szwajcarii. Zastosowana przy budowie nawierzchni mostu technologia zaś w opinii specjalistów jest innowacyjna na skalę nie tylko polską, ale też i europejską.

 – Jest to jeden z ciekawszych, najbardziej nowoczesnych mostów w Europie. W związku z tym nie ma powodów, by stosować tradycyjne rozwiązania, także w dziedzinie nawierzchni – przekonuje Krzysztof Wąchalski z firmy Pont-Projekt Gdańsk, projektant toruńskiego mostu. – Ważnym elementem projektu było zapewnienie na nim m. in. wysokiego stopnia bezpieczeństwa w ruchu drogowym, co uzyskaliśmy właśnie poprzez zwiększenie szorstkości jezdni. Jest to szczególnie istotne z uwagi na większą wrażliwość nawierzchni mostowych na niskie temperatury i wiążące się z tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia oblodzeń – dodaje projektant.

Dla inwestora wybór tej technologii oznacza optymalizację kosztów utrzymania nawierzchni, rzadsze remonty, jakie powinny być okresowo wykonywane. Doświadczenia ze Szwajcarii pokazują, że podobne nawierzchnie na drogach mogą wytrzymać bez napraw, spękań, dziur czy kolein nawet ponad 30 lat.

Dzięki użyciu lepiszczy modyfikowanych polimerami, charakteryzującymi się szerokim zakresem lepkosprężystości, warstwy wykazują zwiększoną odporność na spękania w niskiej temperaturze i jednocześnie utrzymują odpowiednią sztywność w wysokiej temperaturze. Ma to szczególne znaczenie w przypadku nawierzchni mostowych, które są znacznie bardziej narażone na obciążenia termiczne niż nawierzchnie drogowe. Wynika to z tego, że wahania temperatury powietrza oddziałują zarówno od góry jak i od dołu.

 – Tradycyjnie stosowane nawierzchnie asfaltowe przeciętnie wymagają wymiany górnej warstwy po 10 latach eksploatacji. Natomiast rozwiązanie zastosowane na moście w Toruniu może dwukrotnie wydłużyć ten okres. Uniknięcie remontów to nie tylko oszczędności w budżecie inwestora, ale także ograniczenie dużych kosztów społecznych wynikających z konieczności zamykania mostu i związanych z tym korków, a nawet paraliżu drogowego – podkreśla Ruttmar.

Budowa mostu Wschodniego im. gen. Elżbiety Zawackiej w Toruniu wraz z drogami dojazdowymi to kluczowa inwestycja dla miasta. Jej całkowity koszt to ponad 753 milionów złotych. Zadanie jest współfinansowane przez Unię Europejską ze środków Funduszu Spójności w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na poziomie 327,01 mln zł. Nowy most wraz z drogami dojazdowymi poprawi płynność, przejezdność i bezpieczeństwo ruchu drogowego.

Apteki przegrywają konkurencję ze stacjami benzynowymi i sklepami przez zakaz reklamy leków bez recepty

Zakaz reklamy leków dostępnych bez recepty szkodzi nie tylko aptekom, ale także pacjentom. Nie tylko dlatego, że czasem przepłacają za te preparaty, ale również dlatego, że apteki przegrywające konkurencję z drogeriami i stacjami benzynowymi, będą zamykane, a dostęp do leków utrudniony. Sprzedaż leków bez recepty to połowa przychodów aptek.

 – Zakaz reklamy leków refundowanych jest uzasadniony i nikt tego nie kwestionuje. Natomiast trzeba pamiętać, że połowa sprzedaży w aptekach to nie są leki refundowane, tylko leki ogólnodostępne, np. środki opatrunkowe, ciśnieniomierze czy kosmetyki. W związku z tym jeżeli zakazujemy reklamy aptekom, to część sprzedaży przesunie się do stacji benzynowych i sklepów, tym samym apteki będą mniej rentowne – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan.

Farmaceuci, przedstawiciele aptek oraz Ministerstwa Zdrowia spotkali się w tym tygodniu podczas okrągłego stołu zorganizowanego przez BCC. Branża apelowała do resortu o jak najszybsze doprecyzowanie przepisów dotyczących zakazu reklamy aptek. Zgodnie z obecnie obowiązującymi, zakazana jest jakakolwiek forma reklamy, w tym także tzw. leków OTC („over the counter”), czyli dostępnych bez recepty.

Te środki, które stanowią połowę sprzedaży aptek, są coraz częściej kupowane przez Polaków. Jednak nie w aptekach, a przede wszystkim w supermarketach, drogeriach i na stacjach benzynowych. Co więcej, nieprecyzyjność zapisu o zakazie reklamy aptek w rzeczywistości umożliwia interpretowanie każdej informacji udzielanej przez apteki jako formy reklamy.

 – Mamy sytuację taką, że wszyscy pozostali uczestnicy tego rynku, czyli supermarkety, drogerie mogą reklamować ofertę, apteka jako jedna jedyna nie może dostarczyć pacjentowi informacji, że tego typu wyroby też ma w dobrej cenie. Powoduje to sytuację, że pacjenci odwracają się od aptek – podkreśla Marcin Piskorski, prezes PharmaNET. – Wydaje nam się, że ten zakaz w swoim obecnym brzmieniu nie chroni żadnego interesu, co więcej – szkodzi sektorowi farmaceutycznemu .

Dodaje, że taka sytuacja jest niewłaściwa z dwóch powodów. Po pierwsze, według Piskorskiego pacjenci powinni kupować leki przede wszystkim w aptekach, gdzie mogą liczyć na pomoc wykwalifikowanego personelu, który doradzi rodzaj i sposób użycia leku. Ponadto apteki tracą możliwość konkurowania na rynku preparatów OTC, co szkodzi ich rentowności i może prowadzić do zamknięcia placówek.

 – Jeżeli zakazujemy reklamy aptekom, to część sprzedaży przesunie się do stacji benzynowych i sklepów, tym samym apteki będą mniej rentowne. Część z nich będzie musiała być zamknięta, a wtedy droga pacjenta do apteki się po prostu wydłuży. Będzie to więc niekorzystne dla pacjentów – prognozuje Mordasewicz.

Zarówno Mordasewicz, jak i Piskorski wyrażają nadzieję, że Ministerstwo Zdrowia po trwających konsultacjach społecznych zdecyduje się na zmianę przepisów. Przedstawiciel Konfederacji Lewiatan dodaje, że na obecnym prawie tracą nie tylko konsumenci, ale dodatkowo narusza ono zasady uczciwej konkurencji.

Według Mordasewicza dobrym rozwiązaniem byłby powrót do poprzednich przepisów, które zabraniały wyłącznie reklamy leków refundowanych. Problemem jest jednak brak wsparcia ze strony Naczelnej Izby Aptekarskiej. Nikt z NIA nie pojawił się na okrągłym stole farmaceutów. Mordasewicz podkreśla, że może to wynikać z tego, że cześć aptekarzy nie uważa supermarketów oraz drogerii za konkurencję, co jest błędne w obecnej sytuacji związanej z rozwojem rynku leków OTC.

 – Nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł wyliczyć, ile stracimy na zakazie reklamy aptek. Jak np. wyliczyć uszczerbek na zdrowiu pacjenta, który kupił i zażywa leki niezgodne z ich przeznaczeniem, w zbyt dużych dawkach, być może zbyt często. Jak wyliczyć straty pacjenta, który mógł np. uzyskać informację, że pewne produkty, nie mam na myśli leków refundowanych, ale inne produkty sprzedawane w aptekach, mogę kupić tutaj taniej – podsumowuje Mordasewicz.

Kompetencje matematyczne i informatyczne Polaków poniżej średniej OECD

0

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2013-10-10 9:46

Polacy wciąż mają mniejsze umiejętności matematyczne i informacyjno-komunikacyjne niż średnia państw OECD. Luka jednak się zmniejsza, a młodzi ludzie nie ustępują rówieśnikom z innych krajów. Najgorzej jest w rolnictwie i wśród osób starszych.

 – Niestety odstajemy jeszcze od średniej OECD pod względem umiejętności rozumienia tekstu, rozumowania matematycznego czy technologii informacyjno-komunikacyjnych, aczkolwiek ten dystans do średniej przez ostatnie 17 lat znacznie się zmniejszył. Na tle krajów, które były badane, stosunkowo dobrze wypada nasza młodzież – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Chłoń-Domińczak, ekonomistka z Instytutu Badań Edukacyjnych, była wiceminister pracy.

Międzynarodowe Badania Kompetencji Dorosłych przeprowadzono w latach 2011-2012 w 24 krajach. W Polsce przebadano niemal 10 tys. osób w wieku od 16 do 65 lat.

Chłoń-Domińczak zaznacza, że Polska jest jednym z krajów, które szybko nadrabiają dystans do średniej. Wynika to przede wszystkim z wysokich umiejętności młodych ludzi oraz osób zatrudnionych w sektorze nowoczesnych technologii, i dobrze wykształconych. Krajową średnią zaniżają jednak rolnicy oraz osoby starsze.

 – Badanie pokazuje, że np. bardzo niskie kompetencje mają rolnicy, których jest relatywnie dużo. Mamy jeszcze takie obszary i sektory w Polsce, gdzie umiejętności i kompetencje osób nie są najwyższe. Widzimy dużą lukę, jeżeli chodzi o umiejętności osób w najstarszych grupach wiekowych. Tutaj średnia umiejętności jest niższa niż w przypadku średniej OECD – zaznacza Chłoń-Domińczak.

Przekonuje jednak, że wyniki wskazują na pozytywny efekt zmian zachodzących w Polsce w ciągu ostatnich dwóch dekad. Choć wykształcenie wciąż liczy się bardziej na rynku pracy niż kompetencje, Chłoń-Domińczak przekonuje o konieczności nieustannej poprawy własnych umiejętności, także wśród osób w wieku średnim.

Polacy źle wypadają pod względem rozumienia tekstów. Choć w porównaniu do 1994 r. wynik jest lepszy o 35 pkt. (w skali 0-500), to gorsze od Polski spośród badanych krajów są jedynie Włochy i Hiszpania. Średni wynik w zakresie rozumowania matematycznego jest jeszcze niższy – 260 pkt. wobec 267 pkt. średniej w obszarze rozumienia tekstu.

 – Widzimy, że osoby, które pracują w sektorach bardziej rozwiniętych, są konkurencyjne z tym, jak wygląda średnia sytuacja międzynarodowo. W przeciwieństwie do takich sektorów, jak rolnictwo, gdzie widzimy nadal dosyć dużą lukę – ocenia Chłoń-Domińczak. – Widać także, że nasi studenci w niektórych obszarach są mniej więcej na poziomie średniej OECD. W niektórych, np. pedagogika, też od tej średniej odstają.

Była wiceminister pracy apeluje, by korzystać z licznych możliwości rozwijania kompetencji zarówno przez osoby młode, jak i starsze. Podkreśla, że takich narzędzi, które służą rozwijaniu umiejętności przez całe życie, jest w Polsce coraz więcej.

Pekao SA: Ponad 330 mln zł na kredyty dla innowacyjnych firm

0

Bank Pekao uruchomił program pod nazwą Instrument Podziału Ryzyka, który ma wspierać finansowanie działalności badawczo-rozwojowej lub innowacyjnej małych i średnich firm. Polscy przedsiębiorcy, którzy będą ubiegali się o kredyt w ramach tego programu, mogą liczyć na niższe od standardowego oprocentowanie i prostą procedurę udzielenia pożyczki. 

 Rozpoczęliśmy wdrażanie programu Risk Sharing Instrument, który jest w całości skierowany do innowacyjnych przedsiębiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Kierzkowski, dyrektor Biura Funduszy Unii Europejskiej i Programów Publicznych w Banku Pekao SA. – Jest to projekt pilotażowy. Komisja Europejska mówi, że to jest testowanie na instytucjach finansowych, na ile one są w stanie takie innowacyjne projekty i przedsiębiorstwa finansować, więc sami jesteśmy ciekawi, jak to w praktyce będzie wyglądało.

Chodzi o umowę, podpisaną pomiędzy Europejskim Funduszem Inwestycyjnym (EFI) i bankiem Pekao, która wspiera kredytowanie małych i średnich przedsiębiorstw w ramach Instrumentu Podziału Ryzyka (Risk Sharing Instrument – RSI). Bank w ciągu najbliższych dwóch lat udostępni innowacyjnym polskim firmom preferencyjne kredyty z 50 proc. gwarancją udzieloną przez Europejski Fundusz Inwestycyjny.

 – 50 proc. kapitału i odsetek kredytu jest poręczone przez EFI, firma musi spełnić określone kryteria, chodzi głownie o innowacyjność. Jesteśmy jedenastą instytucją, która podpisała umowę z EFI. 10 instytucji już rozpoczęło wdrażanie tego programu w innych krajach UE. Pierwsze efekty są bardzo obiecujące, ponieważ jest dużo ciekawych projektów, które w ramach tego programu są finansowane – stwierdza Tomasz Kierzkowski.

Program jest adresowany do małych i średnich przedsiębiorców oraz do dużych firm, które zatrudniają mniej niż 500 pracowników. Jednym z najważniejszych warunków jest wdrażanie przez przedsiębiorcę innowacyjnych produktów i technologii.

 – Podpisana przez nas umowa opiewa na 331 mln złotych, czyli możemy objąć finansowaniem kredyty o tej właśnie wartości. Myślę, że będzie duże zainteresowanie tym programem ze strony firm, np. mających siedziby w parkach technologicznych. Chodzi też o firmy, które w ostatnich dwóch latach uzyskały patent, czy takie, w których inwestorami są fundusze venture capital – wyjaśnia Tomasz Kierzkowski.

Dodatkową zaletą jest brak nadmiernych wymogów formalnych podczas ubiegania się o kredyt w ramach tego programu. Firma nie musi np. wypełniać dodatkowych wniosków unijnych.

 – Składa się standardową dokumentację bankową, czyli wniosek kredytowy wraz z biznesplanem. Cały proces decyzyjny odbywa się w banku i jest on zdecydowanie krótszy niż standardowy w grantowych procedurach, gdyż tutaj mówimy maksymalnie o tygodniach na podjęcie decyzji. To bank jako strona umowy z EFI jest odpowiedzialny za całość zarządzania tym programem od A do Z – dodaje Tomasz Kierzkowski.

Zachętą do zaciągnięcia kredytu ma być także jego niskie oprocentowanie, oraz to, że pieniądze mogą być przekazane nawet w dniu podpisania umowy kredytowej.

 – W tym programie oprocentowanie jest niższe w stosunku do standardowego, co najmniej o 40 punktów bazowych – podsumowuje Tomasz Kierzkowski. – Warto doradzić takiemu przedsiębiorcy, aby spotkał się z doradcą bankowym, żeby porozmawiał o pomyśle. Doradca bankowy przedstawi wniosek kredytowy, jakiego rodzaju dodatkowe dokumenty trzeba przygotować i przedstawić. Później rozpoczyna się proces oceny zdolności kredytowej i na końcu decyzja, czy kredyt może być udzielony, czy nie. Jeżeli będzie pozytywna decyzja, to kredyt z poręczeniem EFI jest udzielany automatycznie.

RSI to pilotażowy unijny program, wspierający finansowanie działalności badawczo-rozwojowej i innowacyjności małych i średnich firm. Jest to wspólna inicjatywa EFI, Europejskiego Banku Inwestycyjnego  i Komisji Europejskiej. W ramach tego programu, Europejski Fundusz Inwestycyjny zapewnia gwarancje dla banków i instytucji leasingowych udzielających kredytów firmom. W razie niewypłacalności, gwarancja taka pokrywa połowę niespłaconej części każdego kredytu.

Rośnie poziom inwestycji polskich firm w Afryce

CEO Magazyn Polska

Kraje afrykańskie są coraz atrakcyjniejsze dla polskich przedsiębiorców. Nie są już przez nich traktowane wyłącznie jako źródło surowców mineralnych, ale również jako duży rynek zbytu dla różnego typu usług. Ma to związek z szybkim tempem rozwoju gospodarczego w niektórych krajach, ale i rosnącą klasą średnią, której jeszcze kilkanaście lat temu nie było.

Według rankingów Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w Afryce znajduje się połowa spośród dwudziestu najdynamiczniej rozwijających się gospodarek świata.

 – To głównie kraje z Afryki Wschodniej, czyli Tanzania, Etiopia, Ruanda, ponadto kraje Afryki Południowej, czyli RPA Zambia, Namibia oraz Nigeria z Afryki Zachodniej – wylicza Błażej Popławski, afrykanista, członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego.

Dla przykładu, PKB Nigerii w 2012 roku urosło o 6,6 proc., Tanzanii – o 6,9 proc. To zdecydowanie większe tempo niż rozwój rynków Europy Zachodniej.

 – Oprócz wzrostu PKB przedsiębiorców powinno zachęcić również pojawienie się klasy średniej, której jeszcze dwie dekady temu w Afryce prawie nie było. Obecnie ta grupa rozwija się dynamicznie, napędza to gospodarkę, napędza popyt na towary luksusowe czy np. na usługi teleinformacyjne – tłumaczy Błażej Popławski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Starają się to wykorzystać polscy przedsiębiorcy. Rzeszowska firma telekomunikacyjna Asseco zdecydowała się, niedawno na przejęcie jednej z etiopskich spółek. Zamierza w tym kraju rozwijać sektor IT. Zakłady Chemiczne Police z kolei postanowiły zainwestować w senegalską branżę fosforytów.

 – To ciekawe inwestycje, pokazujące, iż polscy biznesmeni traktują Afrykę już nie tylko jako źródło surowców, ale także rynek zbytu usług, adresowanych właśnie do klasy średniej – mówi Popławski.

Jego zdaniem na uwagę zasługuje działalność Jana Kulczyka, który w Afryce prowadzi biznes związany z branżą wydobywczą.

 – Działalność Kulczyk Investments wypada na tle innych podmiotów polskich bardzo pozytywnie. Firma inwestuje w Tanzanii, w Gwinei Równikowej, także w Tunezji i Nigerii. To są inwestycje głównie w przemysł rafineryjny, petrochemiczny. Kulczyk próbuje zdobywać surowce, omijać pośredników, dzięki temu zwiększa swoje zyski, a także dywersyfikuje złoża tychże surowców – mówi afrykanista. – Coraz więcej polskich inwestorów decyduje się na rozwijanie samego przemysłu i branży przetwórczej w Afryce. To jest o wiele ważniejsze z punktów widzenia samych Afrykańczyków, ponieważ oni stają się bezpośrednimi beneficjentami tych inwestycji.

Błażej Popławski mówi, że mimo rozmachu podejmowanych działań, naszym firmom trudno będzie dogonić takie kraje, jak Chiny, Indie, Brazylia czy Rosja, które od dawna są aktywne w Afryce, wykorzystując jej potencjał gospodarczy.

Problemów nie brakuje

Zapóźnienie w stosunku do inwestorów z innych krajów nie jest jedynym problemem. O wiele poważniejszym są różnice polityczne i odmienne standardy w kulturze prowadzenia biznesu.

 –  Nie wszystkie standardy związane z naszym pojmowaniem wolnego rynku są realizowane w Afryce. To wiąże się z innym podejściem do sfery publicznej i prywatnej. Inwestycje w Afryce są obarczone większym ryzykiem: to wiąże się często z nieczytelną strukturą podatkową, z dużymi problemami w założeniu własnej, lokalnej firmy, a także z poziomem korupcji, która niszy instytucje społeczne – mówi Popławski.

Jak podkreśla ekspert, mimo różnych standardów polscy przedsiębiorcy inwestujący w Afryce muszą zaakceptować specyfikę danego rynku. Potrzebna jest ciągła obecność na miejscu inwestycji, dialog, respektowanie prawa lokalnej społeczności i poszanowanie środowiska.

 – Jeżeli Polacy tego nie przestrzegają, ich inwestycja jest narażona na coraz większe ryzyko – mówi Popławki. – Niestety, najczęściej te inwestycje organizowane są ad hoc przez przedsiębiorców polskich, którzy nie korzystają ze wsparcia instytucji państwowych.

Rozwojowi współpracy gospodarczej sprzyjają stosunki polityczne. W kwietniu br. z wizytą w Nigerii przebywał premier Donald Tusk. W przyszłym roku prawdopodobnie odbędzie się wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w Afryce Subsaharyjskiej.

 – To są ważne symbole współpracy, przy czym realne zyski prywatnych inwestorów zależą głównie od ich kreatywności i zrozumienia odrębności tych gospodarek – mówi Popławski.

Kobiety coraz częściej na wysokich stanowiskach w branżach uznawanych dotąd za męskie

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej kobiet zajmuje kierownicze stanowiska w sektorach, które dotychczas uważane były za typowo męskie. Widać to również w nieruchomościach, szczególnie w sektorze nieruchomości handlowych. – Im bliżej do typowo „kobiecych” tematów w tej branży, tym więcej kobiet jest zatrudnionych i tym większa jest ich odpowiedzialność i wpływ na kształtowanie tych rynków – mówi Alexander Morari, partner zarządzający w firmie Property Talents.

Z raportu Property Talents wynika, że w branży nieruchomości tylko 29 proc. pracowników to kobiety. Jednak to one coraz częściej są poszukiwane do pracy w sektorze związanym z nieruchomościami handlowymi.

  W bardziej technicznych sektorach, jak nieruchomości magazynowe albo biurowe, stosunkowo mniej jest zaangażowanych kobiet na różnych poziomach odpowiedzialności – wyjaśnia Alexander Morari w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

W centrach handlowych, u deweloperów, zarządców budynków handlowych lub w firmach, które w nie inwestują, kobiety często zajmują wysokie stanowiska. Zdaniem przedstawiciela Property Talents, to nieprzypadkowa tendencja.

  Jeżeli patrzymy na piramidę hierarchiczną struktur w firmach na rynku nieruchomości handlowych, to bardzo duża część jest kierowanych właśnie przez kobiety – na stanowiskach CEO lub top management – mówi Alexander Morari. – Jest to związane z tym, że jest to branża blisko kształtowania całego procesu zakupów, formowania centrów handlowych i ich ofert. To są również odpowiednie relacje biznesowe, negocjacje z sieciami handlowymi z segmentów fashion, accessories lub dóbr luksusowych.

Liczba kobiet pracujących w branżach uznawanych za typowo męskie wzrosła przez ostatnich dziesięć lat od kilku do kilkunastu procent, w zależności od branży. Jak podkreśla Morari, w sektorze nieruchomości wciąż można zauważyć taką prawidłowość, że im więcej ryzyka i stresu wiąże się z danymi stanowiskami, tym mniej kobiet jest tam zaangażowanych.

Z raportu Property Talents wynika, że kobiety stanowią większość pracowników w grupach poniżej 23. roku życia oraz pomiędzy 31. a 35. rokiem życia (odpowiednio 70 i 60 proc.). Wraz z rosnącym wiekiem badanych zmniejsza się udział kobiet zatrudnionych w tej branży – we wszystkich grupach powyżej 36 lat to mężczyźni stanowią zdecydowaną większość.

Komentarz dzienny, 9 października 2013

Zamówienia w niemieckim przemyśle
sprawiły niemiłą niespodziankę, notując drugi z rzędu spadek – tym razem o 0,3%
m/m (oczekiwano wzrostu o ok. 1% m/m). Tym samym, przynajmniej dla głównej
kategorii nie spełniły się prognozy odreagowania załamania zamówień w lipcu,
wiązanego przez część analityków z wygasaniem jednorazowego efektu Air Show w
Paryżu.

KNF broni banków, które pożyczały we frankach przed pomysłami polityków

CEO Magazyn Polska

45-50 mld zł straciłyby banki, gdyby musiały przewalutować kredyty we frankach szwajcarskich po starym, niższym kursie, jak chcą niektórzy politycy i kredytobiorcy. Komisja Nadzoru Finansowego podkreśla, że stratę banków w konsekwencji odczuliby ich klienci oraz budżet państwa, a ostatecznie cała gospodarka.

Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego wierzy, że nie dojdzie do pozwów zbiorowych klientów banków, którzy chcą zmian umów zawartych przed laty na kredyty we frankach szwajcarskich. Jego zdaniem, nie ma żadnych podstaw do tego, żeby sądy przyznały rację akurat tym kredytobiorcom.

 – Zobowiązań należy dotrzymywać mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Jakubiak. – W 2006 roku obowiązywała rekomendacja Komisji Nadzoru Bankowego, która nakładała na banki obowiązek informowania każdego klienta o ryzyku kursowym przed zaciągnięciem kredytu. Z tego co wiem, wiele osób składało oświadczenia, że zdają sobie sprawę z ryzyka kursowego związanego z zaciągnięciem kredytu walutowego.

Gdyby jednak taki scenariusz się zrealizował i banki musiałyby przewalutować kredyty po kursie z dnia ich zaciągnięcia, to – według obliczeń KNF – straciłyby na tym ok 45-50 mld zł.

 – To byłby duży problem dla sektora – mówi Jakubiak. – Myślę, że kilka banków miałoby bardzo poważne potrzeby kapitałowe, gdyby to zostało zrealizowane. W konsekwencji zapłaciliby za to deponenci.

KNF ocenia, że destabilizacja sektora wiązałaby się z zagrożeniem depozytów, wzrostem opłat i prowizji oraz ograniczeniem akcji kredytowej, co w konsekwencji osłabiłoby gospodarkę. Koszty operacji natychmiastowego przewalutowania miliardowych kredytów, które spowodowałyby potężne straty banków, obniżyłyby też znacząco wpływy z podatku CIT.

Scenariusz ten jednak – zdaniem przewodniczącego KNF – jest mało prawdopodobny; tym bardziej, że „frankowi” kredytobiorcy wciąż w większości przypadków płacą ratę niższą niż płaciliby, gdyby zaciągnęli kredyt w złotych. Przeważnie spłacają też zobowiązania w terminie.

 – Nie ma żadnego powodu, nic takiego na rynku się nie dzieje, żeby szczególnie pochylać się nad sytuacją kredytobiorców frankowych, bo dlaczego nikt nie myślał o kredytobiorcach, którzy zaciągnęli kredyty w złotych i musieli płacić wysokie odsetki, bo nasze stopy procentowe były wysokie – pyta Jakubiak. – Kredyty są obsługiwane i spłacane w terminach, sami kredytobiorcy w większości przypadków nie podnoszą tego problemu.

Resort nauki: mniej studentów na uczelniach poprawi ich jakość i ofertę

CEO Magazyn Polska

Niż demograficzny to szansa na zmiany na lepsze w szkolnictwie wyższym – przekonuje minister Barbara Kudrycka. Potrzeba zawalczenia o studenta wymusi poprawę jakości kształcenia oraz organizacji polskich uczelni. Pojawią się nowe kierunki i programy studiów, lepiej dostosowane do potrzeb studentów i rynku pracy, a kadra będzie miała więcej czasu na działalność naukową.

 – To właśnie niż akademicki, a nie słowa ministra czy nawet przepisy ustawowe, może wymusić na uczelniach zmianę dotychczasowej metodologii pracy naukowej i dydaktycznej, ale przede wszystkim to, aby pochylono się nad programami studiów, zmodyfikowano je, odpowiadając na wyzwania współczesnego świata i rozwiniętych cywilizacji – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Prof. Kudrycka podkreśla, że dzięki niżowi demograficznemu polskie uczelnie mogą pokonać problem masowości kształcenia i skupić się na dostosowaniu programów nauczania. O tym, że jest taka potrzeba, świadczą – w jej ocenie – decyzje kandydatów na studia. Coraz więcej z nich decyduje się na kierunki specjalistyczne w obszarze nauk technicznych i ścisłych.

Niż szansą na dobre zmiany

Mniej studentów oznacza więcej czasu dla kadry akademickiej. Dzięki temu możliwe będzie nie tylko uzyskanie bardziej bezpośredniego kontaktu pomiędzy nauczycielami a studentami, ale także rozwój badań naukowych.

 – Kadra akademicka, mając mniej studentów, ma więcej czasu, który może poświęcić na badania naukowe, ale przede wszystkim na bezpośrednie kontakty ze studentami i starać się poprawiać jakość – podkreśla minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Moim zdaniem kandydaci na studia teraz wiedzą, co jest dla nich pewną szansą, którą mogą zrealizować podczas studiów.

Dla wielu uczelni niż może stanowić poważny problem, zwłaszcza pod względem finansowym. Zarówno uczelnie publiczne, jak i niepubliczne otrzymują niższe wpływy z czesnego. Jednak prof. Kudrycka zauważa, że wbrew pozorom niedobór kandydatów może być czynnikiem napędzającym restrukturyzację uczelni. Prywatne szkoły wyższe mogą łączyć się i wprowadzać nowe, lepiej dostosowane do potrzeb rynku kierunki, równocześnie rezygnując z tych najsłabszych.

 – Czas niżu demograficznego to jest przede wszystkim czas na wdrożenie zmian, które będą zgodne z misją danej uczelni, czy to akademickiej, kształcącej elity, czy to zawodowej, która będzie starała się kształcić bardzo praktycznie, przekazywać umiejętności, na które czekają pracodawcy – podkreśla prof. Kudrycka.

Dodaje, że mniejsza liczba studentów wymusi na uczelniach jasne określenie celów kształcenia. Poprawić się mogą kształcenie zawodowe oraz programy na publicznych i niepublicznych uczelniach akademickich nastawionych na studia doktoranckie.

Prof. S. Gomułka (BCC): budżet państwa na 2014 rok bardziej realistyczny, rząd odrobił lekcję

CEO Magazyn Polska

Podczas rozpoczynającego się dziś posiedzenia Sejm rozpatrzy w pierwszym czytaniu projekt ustawy budżetowej na 2014 r. Ekonomiści podkreślają, że jego założenia są dużo bardziej realne niż w tegorocznym budżecie, natomiast wielką niewiadomą pozostaje decyzja w sprawie zmian w systemie OFE. Rząd zakłada, że w przyszłym roku dochody wyniosą niespełna 277 mld zł, wydatki nie będą wyższe niż 324,64 mld zł, a deficyt ma lekko przekroczyć 47,7 mld zł.

 Wydaje mi się, że rząd wyciągnął wnioski z błędów przy konstruowaniu założeń budżetu na 2013 rok, bo chociaż założenia tu i ówdzie są dość optymistyczne, to generalnie budżet jest dużo bardziej realistyczny niż ten przyjęty na rok bieżący, ostatnio mocno znowelizowany – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club.

Rząd założył, że w 2014 r. deficyt budżetowy przekroczy nieznacznie 47,7 mld zł.  Dochody podatkowe mają wynieść blisko 248 mld zł. Prognozę dochodów na 2014 r. oparto na przewidywanej, wyższej niż w 2013 r., dynamice wzrostu PKB – 2,5 proc. w porównaniu do 1,5 proc.

 – 2,5-proc. tempo wzrostu PKB, chociaż wyższe niż przewidywane w tym roku, nie jest nadmiernie optymistyczne, ale co ważniejsze, dochody budżetu są założone na poziomie o 3 mld zł niższym, niż przewidywane wykonanie w roku bieżącym. To jest najbardziej ostrożna liczba w tym budżecie. Wzrost wydatków jest również bardzo niewielki – podkreśla prof. Gomułka.

Budżet na przyszły rok zakłada wzrost stawki podatku akcyzowego na wyroby spirytusowe o 15 proc. i na papierosy o 5 proc. Zdaniem ekonomisty, wcale nie musi to przynieść oczekiwanych przez rząd efektów w postaci większych wpływów do budżetu, ale nie powinno to zaważyć na jego wykonaniu.

 – Rząd zakłada, że dochody budżetowe będą nieco niższe niż przewidywane wykonanie w roku bieżącym, więc nawet jeżeli dochody z akcyzy na papierosy i alkohol będą niższe niż założone, to nie zaburzy to za bardzo całej konstrukcji budżetu. To mogą być odchylenia rzędu 1-2 mld zł w budżecie, którego wydatki są między 300-400 mld zł – stwierdza prof. Gomułka.

Podkreśla, że dużym znakiem zapytania w przyszłorocznym budżecie jest kwestia OFE. Rząd założył w ustawie, że proponowane „przejęcie” środków otwartych funduszy emerytalnych przez ZUS uzyska zgodę parlamentu i prezydenta, oraz że nie zakwestionuje tego Trybunał Konstytucyjny. W innym wypadku może pojawić się konieczność znowelizowania budżetu w przyszłym roku.

 – Prawdopodobnie rządowi się uda przejęcie tych środków i to mu pomoże na krótką metę. To zwiększa nasze problemy, zarówno jeśli chodzi o deficyt, jak i przede wszystkim dług publiczny w dłuższym okresie, ale w roku przyszłym i jeszcze w następnym, czyli przed następnymi wyborami parlamentarnymi, rząd ma sytuację komfortową – ocenia prof. Gomułka.

W budżecie na przyszły rok rząd przyjął także m.in. utrzymanie stawek VAT na aktualnym poziomie oraz włączenie spółek komandytowo-akcyjnych do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Likwidacji ulegnie ulga w VAT, która umożliwia zwrot osobom fizycznym części wydatków poniesionych na budownictwo mieszkaniowe. Przewidziano również opodatkowanie akcyzą gazu ziemnego do celów opałowych i napędowych (od listopada 2013 r.), ze zwolnieniami np. dla gospodarstw domowych.

Polacy nie oszczędzają na emeryturę. Brakuje na to pieniędzy, ale i świadomości

CEO Magazyn Polska

Polacy nie odkładają na emeryturę, bo nie mają na to pieniędzy – alarmuje dr Rafał Parvi z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu. Jego zdaniem przyszli emeryci sami muszą zadbać o zabezpieczenie swojej przyszłości, przelewając pieniądze na prywatne konta. Problem w tym, że większość Polaków nie ma z czego odkładać.

 Zmniejszają nam się oszczędności na emerytury, bo Polacy nie oszczędzają tak, jak powinni. Powinni oszczędzać w trzecim filarze lub odkładać na konta prywatne, a tak się niestety nie dzieje – mówi Agencji Informacyjnej Newseria dr Rafał Parvi z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Dodatkowo rząd proponując zmiany w otwartych funduszach emerytalnych utrudnia Polakom również oszczędzanie w drugim filarze. Przesunięcie części obligacyjnej do ZUS ograniczy oszczędności zgromadzone w OFE o prawie połowę.

 – Drugi filar, jak sami widzimy, jest już przeszłością, z tego względu, że 42 proc., czyli tyle, ile zajmowały obligacje w portfelu inwestycyjnym funduszy, zostanie wytransferowane do ZUS. W związku z tym zostaje mniejsza wartość, mniejsze wpływy. I nawet jeżeli połowa Polaków nie zrezygnuje z tego filara na rzecz ZUS, nawet jeśli odejdzie 20 proc., to już o tyle, o 20 proc. mamy znowu mniejsze wpłaty – wyjaśnia Parvi.

Rząd zaproponował, by środki obligacyjne przenieść z OFE do ZUS i uniemożliwić OFE inwestowanie w obligacje w przyszłości. Jednocześnie przyszli emeryci sami zdecydują, czy resztę swoich oszczędności chcą pozostawić w OFE, czy przenieść do ZUS. To nie koniec powodów, dla których środki inwestowane przez OFE będą coraz mniejsze.

 – W dodatku OFE muszą wypłacać na emerytury, czyli coraz mniejszy kapitał będą posiadały. Stąd też są jeszcze zależne od kapitału typu giełdowego, czyli automatycznie jak indeks będzie niżej, to wartości kapitałowe będą niższe – dodaje dr Rafał Parvi.

Z sondażu przeprowadzonego w lipcu przez Instytutu GfK Polonia dla Konfederacji Lewiatan wynika, że ponad połowa Polaków nie przekazałaby swoich składek z OFE do ZUS, gdyby rząd wprowadził taką możliwość. Większość ankietowanych (70 proc.) czułoby się bezpieczniej, gdyby ich emerytura pochodziła z dwóch źródeł. Oznacza to, że Polacy nie chcą radykalnych zmian w obecnym systemie emerytalnym, mimo że wypracowywane przez fundusze wyniki ich nie satysfakcjonują.

Jako kolejną przyczynę topnienia emerytalnych oszczędności Polaków ekspert wymienia sytuację na rynku pracy. Wskazuje przede wszystkim na coraz mniejsze zarobki przy jednoczesnej redukcji stanowisk i czasu pracy.

 – Nie ma co się łudzić: coraz mniej zarabiamy wbrew rosnącej średniej krajowej. W firmach, które kreują nasz budżet, czyli odpowiadają za 90-95 proc. wpływów do budżetu państwa z podatków, są oszczędności, są cięcia. Przedsiębiorstwa niestety oszczędzają, czyli redukują czas pracy, teraz jest cała batalia o czas pracy, zmniejszają ilość stanowisk i miejsc pracy – tłumaczy ekspert.

Pasażer ma prawo do odszkodowania także za opóźnienie pociągu spowodowane siłą wyższą

0

CEO Magazyn Polska

Śnieżyca czy huragan nie mogą wyłączyć odpowiedzialności przewoźnika za opóźnienie pociągu. Trybunał Sprawiedliwości UE potwierdził, że pasażerowie, których pociąg spóźnia się z powodu działania siły wyższej, mają prawo do odszkodowania w postaci częściowego zwrotu pieniędzy za bilet. Jeśli opóźnienie przekracza godzinę, pasażerowi należy się 25 proc. ceny, w przypadku ponad 120-minutowego – 50 proc. ceny biletu.

Zgodnie z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, odpowiedzialność przewoźnika za zaistniałe zdarzenia jest stała i zależy od jego działań i staranności w trosce o pasażera, a nie od tego, czy zaistniała siła wyższa.

 – Śnieżyca to sytuacja, którą można przeciwdziałać o tyle, że można tory sprzątać. Ale jeżeli mamy do czynienia z klęską żywiołową, to wtedy indywidualnie dana sytuacja może być oceniona jako taka, kiedy przewoźnik dochował należytej staranności, robił wszystko, co mógł, żeby przeciwdziałać opóźnieniu, ale fizycznie nie był w stanie – wyjaśnia na przykładzie Elżbieta Seredyńska z Europejskiego Centrum Konsumenckiego.

W takim przypadku pasażerowi nie będzie przysługiwało odszkodowanie, ale – jak podkreśla – będą to wyjątkowe sytuacje.

 – Mamy płynną granicę między tym, kiedy przewoźnik może przeciwdziałać i jest w stanie to robić, ma takie fizyczne możliwości, a kiedy przestaje – mówi Seredyńska. –  Przewoźnik nie może jednak w swoim regulaminie wyłączyć odpowiedzialności z powodu siły wyższej, ponieważ w ogóle jest to niemożliwe.

Jeżeli opóźnienie pociągu wynosi minimum 60 minut, to pasażer musi mieć możliwość wyboru, czy chce zrezygnować podróży i uzyskać zwrot ceny bilety, czy kontynuuje podróż. Wtedy może starać się o odszkodowanie.

 – Zgodnie z unijnym rozporządzeniem, za to opóźnienie pasażerowi przysługuje prawo do odszkodowania w wysokości 25 proc. ceny biletu. W przypadku, kiedy mamy do czynienia z opóźnieniem 120 minut i więcej, wówczas 50 proc. ceny biletu – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Elżbieta Seredyńska.

Państwa członkowskie nie stosują jednak przepisów tego rozporządzenia do wszystkich kategorii połączeń kolejowych.

 Każde państwo członkowskie uzyskało możliwość – na podstawie rozporządzenia o prawach pasażerów kolejowych – do wyłączenia pewnych kategorii połączeń, i robi to w zakresie przejazdów podmiejskich, miejskich i regionalnych. W związku z tym przepisy dotyczące opóźnień i odwołanych połączeń na terenie Polski stosuje się do połączeń: Intercity, Eurocity, Euronight – informuje przedstawicielka Europejskiego Centrum Konsumenckiego.

Rozporządzenie unijne przewiduje, że prawa pasażerów reguluje międzynarodowa konwencja przewozu osób i bagażu kolejami. Zgodnie z nią przewoźnik kolejowy odpowiada za szkody, jakie poniósł podróżny, jeżeli na skutek opóźnienia pociągu podróż nie może być kontynuowana lub nie można wymagać jej kontynuowania tego samego dnia. Przewoźnik nie ponosi jednak odpowiedzialności za opóźnienie pociągu, jeżeli wynika ono z działania siły wyższej, czyli takich okoliczności zewnętrznych w stosunku do ruchu kolei, których przewoźnik nie mógł uniknąć.

Natomiast wspomniane rozporządzenie unijne stanowi, że pasażer, którego podróż opóźniła się o godzinę lub więcej, może zażądać od przedsiębiorstwa kolejowego częściowego zwrotu ceny biletu. Nie przewiduje ono żadnych wyjątków od prawa do uzyskania odszkodowania, jeżeli opóźnienie spowodowane jest działaniem siły wyższej.

Dlatego sąd administracyjny w Austrii miał wątpliwości, jakie przepisy – międzynarodowej konwencji czy rozporządzenia – mają zastosowanie do pasażerów. Zwrócił się z zapytaniem w tej sprawie do Trybunału Sprawiedliwości UE. W wyroku z 26 września br. (sygn. akt C-509/11) TSUE orzekł, że przepisy międzynarodowe, zwalniające przewoźnika z odpowiedzialności, dotyczą jedynie prawa pasażerów do uzyskania naprawienia szkody wynikłej z opóźnienia lub odwołania pociągu. Natomiast odszkodowanie, o którym mowa w rozporządzeniu, ma kompensować cenę zapłaconą przez pasażera w zamian za usługę, która nie została wykonana zgodnie z umową przewozu.

Trybunał Sprawiedliwości UE podkreślił, że pasażerowie mogą występować, obok odszkodowania ryczałtowego z rozporządzenia unijnego, z roszczeniami odszkodowawczymi od przewoźników za opóźnienia pociągów na podstawie przepisów międzynarodowych.

Pierwsza spółka z Chin debiutuje na warszawskim parkiecie

Działająca w branży przemysłu elektromaszynowego chińska spółka Peixin debiutuje dziś na równoległym rynku GPW. – To pierwsza jaskółka, ugruntowująca rolę warszawskiego parkietu jako centralnego parkietu Europy Środkowej i Wschodniej – uważa Jarosław Dąbrowski, członek rady nadzorczej Peixin oraz prezes domu maklerskiego DF Capital. W przyszłym roku spodziewa się kolejnych debiutów chińskich spółek.

Producent maszyn oraz linii produkcyjnych do wytwarzania artykułów higienicznych jest pierwszym chińskim oraz 46. zagranicznym emitentem na warszawskim parkiecie.

 – To historyczna chwila. Pierwszy raz na warszawskiej giełdzie będzie debiutować chińska spółka. Długo na to czekaliśmy, bo były już różne próby, ale cieszymy się, że się udało – komentuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jarosław Dąbrowski, członek Rady Nadzorczej Peixin oraz prezes domu maklerskiego DF Capital.

Ocenia, że dla Giełdy Papierów Wartościowych debiut ten może stanowić wyróżnienie, biorąc pod uwagę spory wybór parkietów w Europie i na świecie.

 – Spółki chińskie notowane są m.in. w Londynie, we Frankfurcie, w Nowym Jorku – wymienia Dąbrowski. – Dla nich chińskie giełdy są naturalnym wyborem, ale tam w kolejce trzeba czekać nawet półtora roku, a pierwszeństwo mają wielkie spółki o kapitale państwowym, więc średniej wielkości prywatne spółki szukają perspektyw wzrostu na innych rynkach, również w Europie.

Choć Peixin nie należy do największych spółek giełdowych, może być atrakcyjnym celem dla inwestorów, m.in. ze względu na stabilne wyniki finansowe. W ubiegłym roku zarobił na czysto 11,4 mln euro wobec 8,2 mln euro rok wcześniej, a jego przychody wzrosły z 32,84 mln euro do 46,5 mln euro.

 – Jest to spółka średniej wielkości, sprzedaż ma w granicach 200–250 mln złotych. To spółka zyskowna, mająca silny zysk brutto i EBITDA. Wydaje mi się, że może być interesującym aktywem wśród ponad 40 firm międzynarodowych, których akcje notowane są na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych – tłumaczy członek rady nadzorczej Peixin. – Bardzo ważne jest, że w toku zapisów na akcje był bardzo duży popyt inwestorów indywidualnych na akcje tej spółki.

Oferta publiczna Peixin objęła 1 mln akcji, z czego 200 tys. papierów trafiło do  inwestorów indywidualnych. Cenę emisyjną ustalono na poziomie 16 zł. Pierwotnie jednak oferta tej spółki obejmowała 4 mln akcji, przy maksymalnej cenie emisyjnej na poziomie 25 zł.

Z uwagi na duże zainteresowanie ze strony inwestorów, zdaniem Jarosława Dąbrowskiego, w najbliższym czasie można spodziewać się kolejnych chińskich spółek, które pójdą w ślady Peixin. Dom maklerski DF Capital ma swoim portfelu kilka podmiotów, które są tym zainteresowane.

 – Być może już wiosną przyszłego roku będzie kolejne notowanie spółki z innej branży, ale równie ciekawej – mówi Dąbrowski. – Peixin to pierwsza jaskółka, ale ugruntowująca rolę Warszawy jako centralnego parkietu Europy Środkowej i Wschodniej, a w dalszej perspektywie również być może jednej z kilku najważniejszych giełd europejskich – podkreśla.

Grupa Peixin jest producentem maszyn oraz linii produkcyjnych do wytwarzania artykułów higienicznych, takich jak m.in. pieluchy, podpaski czy chusteczki higieniczne. Środki pozyskane z pierwszej oferty publicznej ma w całości przeznaczyć na częściową realizację planu inwestycyjnego na lata 2013–2015. Jego łączna wartość szacowana jest na 60 mln euro. Spółka zakłada w nim trzykrotne zwiększenie swych mocy produkcyjnych, poprzez zakup gruntu, maszyn oraz budowę dwóch fabryk. W ten sposób chce sprostać rosnącym wymaganiom rynku oraz utrzymać pozycję lidera jakościowego w swojej branży.

DM BOŚ: PKP Cargo może dać zarobić

CEO Magazyn Polska

Dziś ruszają zapisy na zakup akcji PKP Cargo. Największy w Polsce i drugi w UE przewoźnik towarowy zadebiutuje na Giełdzie Papierów Wartościowych 31 października. Zdaniem ekspertów, spodziewany rozwój gospodarczy i związany z tym wzrost zapotrzebowania na przewóz towarów oraz obniżenie stawek dostępu do infrastruktury pozwalają liczyć na zysk dla posiadaczy akcji.

Zapisy chętnych na zakup akcji trwać będą od 9 do 21 października dla inwestorów indywidualnych i od 23 do 25 października dla instytucjonalnych. Przydział akcji będzie miał miejsce 28 października. Największy w Polsce i drugi w UE przewoźnik towarowy planuje sprzedaż ponad 21 mln akcji na okaziciela.

 – Oferta PKP Cargo będzie unikalna na rynku UE, ponieważ będzie to pierwsza notowana giełdowa spółka trudniąca się przewozem towarów koleją. To również bardzo duża spółka, ponieważ jest drugim po Deutsche Bahn przewoźnikiem w Europie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Łukasz Bugaj, analityk Domu Maklerskiego BOŚ.

PKP Cargo zostało wycenione na 3,2 mld zł, a maksymalna cena jednej akcji to 74 złote. Osoba indywidualna będzie mogła zakupić maksymalnie 500 akcji. W przypadku maksymalnej ceny to inwestycja rzędu 37 tys. zł.

Te warunki, według analityka, sprawią, że zainteresowanie inwestorów będzie duże.

 – Wycena akcji wydaje się względnie atrakcyjna, ponieważ jest bliżej dolnych widełek pojawiających się szacunków analityków. Poza tym w przyszłości również będą benefity, gdyż PKP Cargo zapowiedziało, że chce być spółką dywidendową – mówi Łukasz Bugaj.

Zarząd spółki rekomendować będzie przeznaczanie na dywidendę 35-50 proc. rocznego zysku.

Szansą ożywienie w gospodarce

Zainteresowaniu emisją sprzyjać będzie także spodziewane ożywienie gospodarcze, skutkujące zwiększonym popytem na przewóz towarów.

 – Jeżeli produkujemy towary, to później ktoś musi je przewieźć, a tym kimś będzie właśnie PKP Cargo. Również ostatnia dyskusja, która skutkowała obniżeniem stawek dostępu do infrastruktury rzędu 20 proc. spowoduje, że zysk spółki w przyszłym roku powinien się poprawić – mówi analityk DM BOŚ.

Nie oznacza to, że nie istnieją żadne zagrożenia.

 – Jednym z nich są silne związki zawodowe, które wywalczyły sobie gwarancje zatrudnienia na minimum cztery lata oraz środki, które mają im być przekazane, m.in. w formie akcji – twierdzi Bugaj. – Wynegocjowane warunki obniżą znacznie wygenerowany w tym roku wynik spółki.

Jeśli cena emisyjna akcji pracowniczych będzie wynosić tyle, co cena nominalna, to uprawnieni pracownicy otrzymają 2 mln 171 tysięcy akcji. Będą one mogły zostać sprzedane dopiero dwa lata po debiucie spółki.

 – Kolejny problem to przestarzały tabor kolejowy PKP Cargo, którego średni wiek to aż 30 lat. Z tym także mogą wiązać się problemy finansowe – mówi Bugaj.

Akcje PKP Cargo oferuje Dom Maklerski PKO BP. Księgę popytu współprowadzić będą także Dom Inwestycyjny Investors, Mercurius Dom Maklerski. Z PKO BP jako globalni koordynatorzy i współzarządzający księgą popytu współpracować będą także firmy międzynarodowe, takie jak Goldman Sachs International oraz Morgan Stanley & Co.

W Polsce zaczyna brakować leków

CEO Magazyn Polska

Z powodu bezpośredniej dystrybucji leków od producentów do aptek brakuje leków dla pacjentów. Naczelna Izba Aptekarska apeluje o jak najszybszą zmianę prawa, by wymusić dystrybucję poprzez hurtownie. Niezbędna jest także walka z tzw. odwróconą dystrybucją, które polega na sprzedaży preparatów przez apteki do hurtowni, które następnie wywożą je poza Polskę.

 – Trzeba jak najszybciej znieść dostawy bezpośrednie, bo dzisiaj w Polsce są one nielegalne z punktu widzenia prawa farmaceutycznego. System dystrybucji powinien przebiegać od producenta, podmiotu odpowiedzialnego, do hurtowni, a dopiero później do apteki  dzisiaj często omija się hurtownie – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Grzegorz Kucharewicz, prezes Naczelnej Izby Aptekarskiej.

Kucharewicz wyjaśnia, że obecnie niektóre apteki dostają od producentów zaledwie kilka opakowań danego leku na tydzień. Do innych placówek trafia za to nawet kilka tysięcy opakowań. To powoduje problemy dla pacjentów, którzy nie mogą zrealizować recept na niektóre leki. Według Kucharewicza, z uwagi na wadliwe prawo brakuje m.in. przeciwzakrzepowych heparyn drobnocząsteczkowych oraz niektórych typów insulin.

 – Jest to kuriozalna i niedopuszczalna sytuacja. Tutaj nadzór farmaceutyczny, Ministerstwo Zdrowia, powinno bezwzględnie jak najszybciej zadziałać. Trzeba przywrócić normalne zasady rynku aptecznego i dystrybuowania leków do pacjenta w naszym kraju. Dzisiaj pacjent musi biegać od apteki do apteki, bo w jednej aptece dostanie dwa opakowania, w innej jeszcze dwa, ale przecież recepty się nie rozerwie – przekonuje Kucharewicz.

Naczelna Izba Aptekarska uważa, że w tej chwili sytuacja jest już na tyle poważna, że niezbędne są jak najszybsze działania Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego. Niezbędna jest nie tylko kontrola zakazu dystrybucji bezpośredniej do aptek, ale także walka z tzw. odwróconą dystrybucją.

To zjawisko, które dotyczy ok. 500 leków, polega na sprzedaży preparatów przez apteki do hurtowni, które następnie wywożą je poza Polskę.

 – Ten odcinek z apteki do hurtowni jest elementem nielegalnym. Apteka ma prawo tylko sprzedawać na zewnątrz, pacjentowi, i temu służą apteki, a nie temu, żeby zaopatrywać pacjentów z innych krajów – podkreśla Kucharewicz.

Podkreśla, że dla aptek odwrócona dystrybucja jest bardzo zyskowna, ale jest to działanie nielegalne. Do tego ten proceder może zaostrzać problem z niedostępnością niektórych leków na polskim rynku.

Kucharewicz przyznaje, że problemy związane z dystrybucją leków są najważniejsze dla branży. Aptekarze chcieliby także zmniejszenia częstotliwości aktualizacji listy refundacyjnej, ale na to nie pozwala prawo europejskie. Obecnie listy są zmieniane co dwa miesiące. W nowelizacji ustawy refundacyjnej rząd proponuje zmianę co trzy miesiące. NIA postulowałaby, by odbywało się to co pół roku, ale unijna dyrektywa zabrania rzadszej aktualizacji.

 – Dyrektywy unijne mówią wyraźnie  co trzy miesiące muszą być aktualizowane listy. Rząd zmienił swoją propozycję z dwóch miesięcy na trzy miesiące i to – w naszej ocenie – jest to, co mógł zrobić. To jest maksymalny okres wydłużenia – przyznaje Kucharewicz.

Inteligentne Systemy Transportowe mogą rozwiązać problemy zatłoczonych miast

Polskie regiony muszą opracowywać plany transportowe, by móc ubiegać się o unijne fundusze. Często są one jednak przygotowywane niedokładnie, co może odbić się na skuteczności projektów. Dlatego dużą rolę, zwłaszcza w zatłoczonych aglomeracjach, będą odgrywać inteligentne systemy transportowe.

Choć konieczność tworzenia planów rozwoju transportu została zapisana w ustawie o transporcie publicznym z 2010 r., dopiero teraz widać pierwsze efekty zmian. Plany zyskały znaczenie formalne, są także podstawą do ubiegania się o fundusze unijne.

Anna Dąbrowska, prezes Fundacji Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych, podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, że mimo to wiele regionów Polski popełnia błędy w ich przygotowaniu.

 – Niektóre regiony podeszły do tego bardzo odpowiedzialnie. Od początku robione są badania ogólnoregionalnego ruchu, potoków podróżnych, skąd, dokąd, jak jadą itd. Natomiast w innych regionach jest to robione po staremu. To znaczy, że jest zlecenie opracowania planu transportowego bez przeprowadzenia badań – podkreśla Anna Dąbrowska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Szefowa Fundacji CATI zaznacza, że opracowanie planu rozwoju transportu bez szczegółowych badań, może spowodować, że przygotowane na jego podstawie projekty będą po zrealizowaniu nieskuteczne.

Dla regionów konieczność opracowania takich planów może być nowością. Anna Dąbrowska dodaje, że choć w wielu miastach plany rozwoju transportu istnieją od wielu lat, dopiero po 2010 r. zyskały one moc jako podstawa realizacji długofalowej strategii. Od tego czasu zaplanowane projekty muszą zostać zrealizowane. Dlatego, jak przekonuje, niezbędne są dane oparte na wiarygodnych modelach i badaniach.

 – W planie transportowym mogą się np. znaleźć wnioski, wyniki czy propozycje projektów, które nie będą adekwatne do trendów rozwoju regionu, aglomeracji w sensie źródeł i celów podróży, miejsc skąd i dokąd ludzie będą chcieli podróżować, jakiej wielkości ten ruch będzie, jakie będzie rozmieszczenie przestrzenne – przestrzega Dąbrowska.

Błędne plany mogą doprowadzić do tego, że za 10-15 lat miasta będą prowadziły inwestycje inne niż te, które będą potrzebne pod względem celów miasta, kierunku jego rozwoju i potrzeb jego mieszkańców.

Dużą rolę w nowych planach transportowych muszą odgrywać inteligentne systemy transportowe. Anna Dąbrowska podkreśla, że pozwalają one przede wszystkim na zwiększenie efektywności projektów, co jest szczególnie cenne w miastach.

 – Infrastruktura ma określoną przepustowość, zwłaszcza w miastach, w aglomeracjach, gdzie nie ma już możliwości jej rozbudowy – zaznacza ekspertka. – W inwestycjach infrastrukturalnych będzie coraz trudniej wykazać odpowiedni poziom efektywności ekonomicznej. Poza tym wykonalność tych inwestycji w sytuacji zagęszczenia sieci drogowej w miastach i braku możliwości rozbudowy, wymusi niejako realizacje projektów ITS.

Dzięki uwzględnieniu efektywnych ITS-ów oraz dobrych danych o transporcie publicznym, Polska może lepiej wykorzystać dostępne fundusze unijne.

Niemiecki, francuski, angielski – w tych językach można składać zgłoszenia do Europejskiego Urzędu Patentowego

Sama idea jednolitego systemu patentowego w Europie nie jest zła, natomiast sposób, w jaki ona jest w tej chwili zrealizowana, wydaje się, że może nam przynieść więcej szkód i problemów niż korzyści. Uprzywilejowane są trzy języki: niemiecki, francuski, angielski, co oznacza, że łatwiej będzie trzem nacjom, które zgłaszają najwięcej patentów – mówi Maciej Gawroński, partner zarządzający kancelarii Bird & Bird w Polsce.

Podpisanie umowy międzynarodowej o Jednolitym Sądzie Patentowym (JSP) odbyło się 19 lutego br. Umowę podpisały 24 państwa członkowskie UE – bez Polski, Hiszpanii i Bułgarii.

Umowa o JSP to część pakietu patentowego, w skład którego wchodzą dwa unijne rozporządzenia w dziedzinie jednolitej ochrony patentowej, których przepisy mają być stosowane od 1 stycznia 2014 r. lub od dnia wejścia w życie Porozumienia w sprawie Jednolitego Sądu Patentowego. Umowa o JSP zacznie obowiązywać dopiero po jej ratyfikacji przez 13 państw.

Kłopoty z językiem procedury patentowej

Do systemu JSP wiele zarzutów zgłaszają organizacje biznesowe w Polsce. Podstawowy to ten, że w odróżnieniu od obecnie obowiązujących europejskich patentów, jednolite patenty nie będą wymagały tłumaczenia na język polski, lecz będą obowiązywały w języku, w którym zostały udzielone (angielskim, francuskim albo niemieckim). W tych trzech językach będzie można składać zgłoszenia patentowe.

– Sądy patentowe, które mają rozstrzygać sprawy, również będą w tych trzech krajach, co oznacza, że trzeba podróżować daleko w sprawach patentowych i sporów z tym związanych. Istnieje też obawa, że zostaniemy zalani patentami z zagranicy Z szacunków wynika, że co roku w Polsce obowiązywałoby 65 tysięcy patentów więcej, gdyby Polska przystąpiła do systemu jednolitej ochrony patentowej – uważa Maciej Gawroński.

Obecnie europejskie patenty wymagają tzw walidacji, która polega na dostarczeniu przez właściciela do polskiego Urzędu Patentowego tłumaczenia opisu patentowego na język polski. Tłumaczenia są następnie publikowane, dzięki czemu polskie firmy mogą zapoznać się z patentami i uniknąć odpowiedzialności za ich naruszenie. Jednolite patenty nie będą podlegały tej procedurze i będą obowiązywały automatycznie.

Zniesienie obowiązku tłumaczenia patentów oznacza przerzucenie kosztów tłumaczenia na przedsiębiorców w krajach, w których językiem urzędowym nie jest angielski, francuski czy niemiecki. Wiąże się to także z ryzykiem naruszenia cudzych praw patentowych w razie błędnego tłumaczenia opisu patentu.

– W związku z tym istnieje obawa, że nie będziemy na równych prawach jak te uprzywilejowane nacje, które będą miały bliżej sądy i postępowanie w swoim języku. Prawda jest też taka, że od 20 lat staramy się nadrobić nasze różnice gospodarcze, społeczne, więc startujemy z nieco gorszego miejsca, a i tak chyba idzie nam całkiem nieźle. Polska do porozumienia nie przystąpiła, ale to da nam czas na przyjrzenie się, jak ten system funkcjonuje – podsumowuje Maciej Gawroński.

Inne zarzuty wobec umowy o JSP

Polskie organizacje biznesowe i przemysłowe obawiają się także, że wejście w życie umowy o JSP może spowodować unieważnienie części dotychczasowych patentów europejskich, bo JSP zyska także kompetencję w tym zakresie. Ponadto uważają, że system ten doprowadzi do monopoli patentowych i ich dostępności tylko dla dużych firm. JSP ma być bowiem dostępny nie tylko dla firm z Europy, ale z całego świata.

Niepewność co do ochrony patentowej spowoduje także, ich zdaniem, pogorszenie warunków prowadzenia działalności gospodarczej i rozwoju badawczego – a to z kolei będzie miało wpływ na ceny towarów i usług. Ponadto polskie firmy obawiają się, że właściciele patentów będą wymuszali zawieranie umów licencyjnych, z wysokimi opłatami licencyjnymi, pod groźbą procesu za naruszenie patentu.

Podkreślany jest także fakt, że Jednolity Sąd Patentowy nie jest ani sądem, ani trybunałem, co oznacza sprzeczność przepisów o jego powołaniu z polską konstytucją, która stanowi, że wymiar sprawiedliwości sprawują jedynie sądy i trybunały.

Dokładne tłumaczenie zgłoszenia patentowego ma ogromne znaczenie. Więcej na temat tłumaczeń zgłoszeń patentowych znajdziesz tutaj .

Rynki BRIC będą motorem wzrostu światowej branży motoryzacyjnej

Gdy Europa Zachodnia i Ameryka Północna odrabiają straty po kryzysie, a Japonia i Korea Południowa pogrążone są w stagnacji, światowy rynek motoryzacyjny napędza wzrost sprzedaży w Brazylii, Rosji, Indiach i Chinach. W 2013 roku na świecie sprzeda się 83 mln samochodów osobowych i dostawczych, z czego 25% w Chinach. Do 2020 roku światowa sprzedaż sięgnie 118 mln pojazdów, przy znacznie większym udziale młodych rynków Azji, Ameryki Południowej i Europy Wschodniej – wynika z raportu KPMG „Global Automotive Retail Market”.

Pomimo niskiej sprzedaży na dojrzałych rynkach, światowa sprzedaż samochodów osobowych i dostawczych rośnie W 2013 roku sprzedaż nowych samochodów osobowych i dostawczych na świecie osiągnie poziom 83 mln sztuk. Najwięcej (21 mln) pojazdów zostanie sprzedanych w Chinach, które odpowiadają już za 25% światowego rynku. Rośnie także sprzedaż w regionie Ameryki Północnej, gdzie w skali całego 2013 roku nabywców znajdzie 18 mln pojazdów (22% sprzedaży światowej). Mimo spadków, trzecim co do wielkości rynkiem pozostaje Europa Zachodnia, w której sprzedaż sięgnie 12,6 mln sztuk (15% światowej sprzedaży). Na znaczeniu zyskują z kolei Indie i kraje ASEAN, odpowiedzialne za 9% światowej sprzedaży (7,1 mln pojazdów).

„W latach 2008-2013, kiedy dojrzałe rynki motoryzacyjne przeżywały trudności, wiele z tzw. rynków wschodzących rosło w błyskawicznym tempie. Dziś trudno mówić o tych rynkach jako „rozwijających się” czy właśnie „wschodzących”. Teraz są to absolutnie kluczowe miejsca na mapie światowej motoryzacji, dlatego też bardziej trafne jest mówienie o nich jako o rynkach dojrzewających, stabilizujących się”
– mówi Mirosław Michna, Partner, Szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej KPMG w Polsce.

Popyt na rynkach stabilizujących się nabierze do 2020 roku bezprecedensowych rozmiarów
Najbliższe lata przyniosą wzrost światowego rynku samochodów osobowych i dostawczych średnio o 5,1% rocznie, do 118 mln sztuk w 2020 roku. Motorem wzrostu będą przede wszystkim rynki stabilizujące się: Chiny, Indie i kraje ASEAN, Ameryka Południowa oraz Europa Wschodnia.

„Uwaga światowej motoryzacji koncentruje się obecnie na Chinach – już w 2009 zyskały one status największego rynku samochodów na świecie, a w 2013 roku osiągnęły wolumen sprzedaży nienotowany nawet na rynku północnoamerykańskim przed kryzysem. Co istotne, potencjał rynkowy Chin jest daleki od wyczerpania i jeszcze długo kraj ten będzie główną siłą napędzającą wzrost globalnego przemysłu motoryzacyjnego”
– komentuje Mirosław Michna, Partner, Szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej KPMG w Polsce.

W ciągu najbliższych siedmiu lat chiński rynek samochodów osobowych i dostawczych będzie rósł w średnim tempie 7,4% rocznie. Do 2020 roku Chiny zwiększą swój udział w globalnym rynku do 29%, z wolumenem sprzedaży sięgającym 34,7 mln sztuk. Drugim najszybciej rozwijającym się regionem (średnio 11% w skali roku) będą Indie i kraje ASEAN. W 2020 roku sprzedaż na tych rynkach sięgnie łącznie 14,7 mln sztuk.

Dojrzałe rynki do 2020 ciągle będą odrabiać straty po kryzysie
W Europie Zachodniej rynek samochodów osobowych i dostawczych maleje od 2008 roku. Najbliższe lata powinny jednak przynieść stopniowy wzrost sprzedaży, średnio o 3,8% rocznie. Trudno mówić w tym przypadku o odbiciu – powrót do sprzedaży na poziomie porównywalnym do lat przed kryzysem (powyżej 16 mln sztuk) uda się osiągnąć prawdopodobnie dopiero około 2020 roku.

Lepsza jest sytuacja w Ameryce Północnej, gdzie udało się już odrobić większość strat wywołanych kryzysem. Powrót do pełnej równowagi potrwa jednak jeszcze 2-3 lata. W najbliższych 7 latach rynek ten będzie rósł średnio o 2% rocznie, a sprzedaż samochodów osobowych i dostawczych w 2020 roku może sięgnąć 20,7 mln sztuk.

Najsłabsze perspektywy mają Japonia i Korea Południowa – na tych rynkach nawet w dłuższym okresie trudno oczekiwać wzrostu. Najbardziej prawdopodobny scenariusz do 2020 roku to spadek sprzedaży średnio o 1,1% rocznie.

Jeżeli są Państwo związani z międzynarodowym sektorem produkcji, sprzedaży lub usług motoryzacyjnych, z całą pewnością potrzebują Państwo profesjonalnych usług tłumaczeniowych. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj: tłumaczenia motoryzacja.

Współpraca polskich firm z Chinami

Co polscy przedsiębiorcy myślą o współpracy z chińską potęgą gospodarczą? Cytując właśnie ukazujący się raport „Polska – Chiny. Ocena współpracy gospodarczej polskich przedsiębiorstw z Chinami” Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i KPMG, „blisko połowa już obecnych w Chinach firm planuje w najbliższych trzech latach rozszerzać zakres współpracy”. To między innymi jeden z wniosków wynikających z pierwszego tego typu badania przeprowadzonego w Polsce w tak dużej skali (500 średnich i dużych przedsiębiorstw), w którym nasi rodzimi przedsiębiorcy wypowiedzieli się, jak postrzegają współpracę gospodarczą z tym krajem. Okazuje się, że „27% polskich przedsiębiorstw prowadzi obecnie współpracę z Chinami”, jednak kooperacja ta skupia się głównie na imporcie towarów i usług (76%), nieco rzadziej zlecaniu produkcji w Chinach (32%) czy eksporcie do Chin (28%).

Wyniki przeprowadzonego badania zaprezentowane w raporcie wskazują również na rosnącą rolę Chin dla polskich firm. Przedsiębiorcy dostrzegają jednak szereg barier w prowadzeniu takiej współpracy, wśród których najważniejszą jest odległość Chin od Polski (77% odpowiedzi), trudności ze znalezieniem właściwego partnera biznesowego czy odmienna kultura biznesowa (odpowiednio: 56%, 50%). Firmy rzadko zwracają się o wsparcie w ekspansji na rynku chińskim do polskich instytucji, choć ich oczekiwania wobec państwa są wysokie. Jednocześnie ich głównym źródłem informacji o Chinach (dla 87% firm) jest Internet oraz doświadczenia innych polskich przedsiębiorstw (63%), natomiast znacznie rzadziej informacje przygotowywane przez instytucje państwowe.

Jak zauważa Andrzej Kaczmarek, szef działu China Practice w KPMG w Polsce i jeden ze współautorów raportu, „polskie przedsiębiorstwa z reguły dobrze oceniają dotychczasową współpracę z partnerami chińskimi i chcą ją rozwijać. Innym albo brakuje pomysłu na robienie biznesu w Chinach, albo cierpliwości do pokonania wielu przeszkód faktycznych lub domniemanych, niezbędnych do podpisania kontraktu i zarabiania pieniędzy na współpracy z Chińczykami”. Jednym z najważniejszych problemów, jakie wykazało badanie jest wsparcie państwa dla polskich firm we współpracy z partnerami chińskimi. Jak podkreśla Artur Gradziuk, koordynator programu w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, również jeden ze współautorów raportu, „istnieją duże rozbieżności między oczekiwaniami biznesu, a stopniem korzystania ze wsparcia ze strony państwa, co może świadczyć o braku wiedzy na temat pomocy oferowanej przez instytucje państwowe, trudnościach w wykorzystaniu dostępnych instrumentów przez polskie firmy lub rozbieżnościach między potrzebami przedsiębiorstw, a formami wsparcia proponowanymi przez instytucje państwowe”.

Przygotowany wspólnie przez PISM i KPMG raport pozwala zrozumieć, jakie są faktyczne możliwości rozwoju współpracy gospodarczej Polski z Chinami. Jest także ważnym źródłem informacji dla instytucji wspierających polskie firmy w ich ekspansji na rynek chiński oraz obserwatorów współczesnych trendów gospodarczych.

Kilka ciekawostek dla zainteresowanych wprowadzeniem produktów na rynek chiński więcej tutaj: Tłumaczenia i lokalizacja kluczem do rynku chińskiego

Do końca roku kolejne dwa projekty współfinansowane przez Polskie Inwestycje Rozwojowe. Na pierwszy ogień poszedł Lotos

CEO Magazyn Polska

Polskie Inwestycje Rozwojowe (PIR) realizują swój pierwszy projekt infrastrukturalny, który ma wzmocnić bezpieczeństwo energetyczne kraju. Państwowa spółka podpisała w tej sprawie porozumienie z Lotos Petrobaltic – spółką celową Lotosu. Warta ponad miliard złotych inwestycja będzie polegała na uruchomieniu i eksploatacji złoża ropy naftowej na Morzu Bałtyckim. Kolejne dwa projekty współfinansowane przez PIR zostaną ogłoszone w ciągu najbliższych trzech miesięcy.

 – Otrzymaliśmy 36 projektów, które można merytorycznie rozpatrzyć. Pomysłów przejrzeliśmy pewnie setkę, ale od pomysłu do przemysłu jest daleka droga – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Grendowicz, prezes PIR. – Z tych 36 nad 10 pracujemy dość intensywnie i z nich będą wywodzić się kolejne projekty, które będziemy przedstawiać światu.

Szacuje, że w ciągu 2-3 miesięcy będą znane kolejne dwa projekty, jednak o ich szczegółach za wcześnie jeszcze mówić.

 – Ja bym osobiście stawiał na jeden projekt związany z utylizacją odpadów i jeden energetyczny, ale na tym etapie to są  tylko i wyłącznie moje przewidywania – dodaje Grendowicz.

Przygotowanie całego procesu zajmuje dużo czasu, bo – jak wyjaśnia prezes PIR – to skomplikowane projekty, których przygotowanie często trwa latami.

 – PIR nie ma swoich własnych projektów. To są projekty naszych klientów i ich dynamika zależy od dynamiki nadanej im przez klientów. W związku z tym my często nie mamy wpływu na to, jak szybko pewne rzeczy postępują – wyjaśnia Grendowicz. – Poza tym weźmy pod uwagę, że mówimy o niezwykle skomplikowanych projektach, które realizowane będą w spółkach specjalnego przeznaczenia, co oznacza, że cała jakość tych projektów to jakość umów, którymi te spółki są obudowane. To czasochłonne procesy, często trwające latami.

Lotos Baltic na pierwszy ogień

Podpisane z Lotosem porozumienie zakłada, że finansowanie projektu przez PIR nie przekroczy kwoty 563 mln złotych. Pierwszą transzę finansowania PIR ma wypłacić w pierwszej połowie 2014 r.

 – Przewidujemy uruchomienie środków w okolicach pierwszego kwartału przyszłego roku, a więc generalnie zgodnie z harmonogramem, który przedstawiałem sześć miesięcy temu, przychodząc do PIR – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Grendowicz. –  Kwota zależna będzie od właściwej alokacji ryzyka pomiędzy bankami a PIR.

Całkowite nakłady na inwestycje sięgną 1,6 mld złotych, z czego wartość rynkowa wkładu spółki zależnej (Lotos Petrobaltic) to ok. 700 mln zł oraz 900 mln zł od podmiotów zewnętrznych (banków komercyjnych i PIR).

W ramach podpisanego porozumienia PIR zainwestuje w dokończenie prac wiertniczych na złożu, przygotowanie infrastruktury podwodnej dla celów eksploatacji oraz przebudowę platformy wiertniczej Petrobaltic. Po zakończeniu tych prac spółka celowa Lotosu (Lotos Petrobaltic) rozpocznie eksploatację złoża oraz sprzedaż ropy naftowej i gazu ziemnego.

Potencjał wydobywczy złoża B8 jest szacowany na 3,5 mln ton ropy naftowej. Oznacza to, że rocznie będzie można pozyskać z niego około 220 tysięcy ton surowca.

Mariusz Grendowicz tłumaczy, że finansowanie tak perspektywicznych inwestycji jak ta, jest wpisane w strategię państwowej spółki.

 – Wydaje mi się, że rola dla PIR jest bardzo jasna. Ewidentna jest potrzeba funkcjonowania tego typu podmiotu na polskim rynku. Stąd nasze negocjacje nie były trudne – mówi prezes PIR.

Spółka jako inwestor formalnie będzie podporządkowany bankom jako wierzycielom nadrzędnym, albo spółce celowej jako inwestor mniejszościowy.

Misją PIR, która powstała w ramach programu „Inwestycje Polskie”, jest przyczynianie się do wzrostu PKB oraz tworzenie nowych miejsc pracy. W projektach infrastrukturalnych spółka pełni rolę inwestora kapitałowego i dostawcy finansowania. Inwestuje wyłącznie w rentowne projekty o niskim lub średnim poziomie ryzyka, czyli w takie, które mieszczą się w zakresie działalności funduszy infrastrukturalnych lub private equity. Nigdy natomiast nie wchodzi w projekty typowe dla działalności venture capital.

Komentarz dzienny, 8 października 2013

Dziś początek serii danych z niemieckiego sektora przemysłowego. Powszechnie oczekuje się, w ślad za wzrostami sierpniowych indeksów koniunktury, odreagowania zaskakujących spadków z poprzedniego miesiąca. Efekt powinien być szczególnie widoczny w odniesieniu do zamówień (wygaśnięcie jednorazowego efektu związanego najprawdopodobniej z Air Show w Paryżu). Potwierdzeniem tego jest wzrost eksportu zbliżony do oczekiwań.