70 wydziałów polskich uczelni i jednostek badawczych z najniższą oceną. Będą miały problem z finansowaniem badań

CEO Magazyn Polska

Jednostki naukowe i badawcze, które otrzymały najniższą kategorię C w ocenie Komitetu Ewaluacji Jednostek Naukowych, otrzymają najmniej funduszy na działalność badawczą i w dodatku tylko przez 6 miesięcy. Wśród nich są również dopiero powstałe instytuty i wydziały oraz uczelnie niepubliczne, które po raz pierwszy poddały się badaniom. Na 963 zbadane jednostki 37 otrzymało najwyższą ocenę (A+), a najwięcej, bo 500, zostało ocenionych dobrze (kategoria B).

 – Oceniane były wszystkie instytuty naukowe, instytuty badawcze, i wszystkie wydziały, jednostki wewnętrzne uczelni wyższych, centra – jeśli prowadzą badania naukowe – również. W sumie było parametryzowanych ponad 900 jednostek – wyjaśnia prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Wyróżniającą ocenę A+ otrzymało 37 jednostek, w których badania prowadzi się na światowym poziomie. To m.in. instytuty naukowe Polskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu Warszawskiego, Jagiellońskiego, Wrocławskiego i SGH. To do nich trafi największe finansowanie.

 – Za kategoriami kryje się algorytm finansowania jednostek. Ponad 70 jednostek to kategoria C, wśród nich są nowe instytuty, wydziały, często uczelnie niepubliczne, które po raz pierwszy poddały się parametryzacji. Te będą miały najgorzej, otrzymają najmniej środków i tylko przez 6 miesięcy. W ciągu całego okresu obowiązywania oceny, czyli czterech lat, jednostki z kategorią C albo muszą bardzo mocno pracować, żeby poprawić jakość badań, albo szukać sposobów poprzez restrukturyzację, konsolidację, nawet likwidację w niektórych przypadkach – mówi prof. Kudrycka.

Przyznaje, że wcześniej środki na realizację badań nie były kierowane zgodnie z wynikami parametryzacji, a były uzależnione od uznania ministra

 – My wprowadziliśmy zasadę, że parametryzacja jest najistotniejszym składnikiem algorytmu i tutaj minister nie może wedle uznania powiedzieć: lubię jeden instytut, przekonali mnie jego pracownicy, to mu więcej dam, a drugiego nie lubię, bo mi podpadł z jakichś powodów, i w związku z tym dostaną mniej. Tutaj te wszystkie parametry, wskaźniki, mierniki i wagi określają bardzo szczegółowo, jaki jest potencjał naukowy i jakie osiągnięcia naukowe ma dana jednostka w ostatnich kilku latach – podkreśla minister.

Kategorię A i B, czyli ocenę bardzo dobrą i dobrą, otrzymało łącznie ok. 800 jednostek. Zdaniem minister nauki to dowód na to, że prowadzone tam badania oceniono jako bardzo rzetelne, w wielu przypadkach przełomowe.

Wyjaśnia, że KEJN oceniał działalność naukową instytutów i wydziałów, ale za tym idzie również jakość zajęć dydaktycznych. Jest to więc cenna informacja  punktu widzenia studentów, ale również przedsiębiorców, którzy coraz częściej szukają wśród naukowców partnerów do badań.

 – W danej jednostce naukowej, na danym wydziale pracują lepsi naukowcy, więc powinny tam docierać studenci, którzy chcą spotykać dobrych lub wybitnych naukowców. Naturalnie to jest też pewien sygnał dla przedsiębiorców,  zainteresowanych współpracą z nauką. To właśnie tam, gdzie są najlepsi, powinni znajdować partnerów, którzy by prowadzili badania na ich zlecenie, czy też pomagali im ekspercko w dalszej działalności – mówi prof. Kudrycka.

Ministerstwo liczy się z tym, że jednostki będą odwoływać się od wyników badania i zapewnia, że wszystkie uwagi zostaną wzięte pod uwagę, co może oznaczać konieczność weryfikacji ocen.

Analizą i porównywaniem dorobku naukowego wydziałów, instytutów naukowych i badawczych zajmował się Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych. Składał się on z naukowców pod przewodnictwem prof. Macieja Zabela z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Ocenie podlegały osiągnięcia o naukowe i twórcze, potencjał naukowy, a także efekty działalności naukowej. Jednostki podzielono na cztery grupy nauk: humanistyczne i społeczne, nauki o życiu, nauki ścisłe i inżynieryjne oraz nauki o sztuce i twórczości artystycznej.

Resort budownictwa: „Mieszkanie dla Młodych” rozwinie nowe zasoby mieszkaniowe, a nie będzie ponownie dotować starych

Dopłacanie do zakupu mieszkań z rynku wtórnego byłoby nieefektywne ekonomicznie – uważa Piotr Styczeń, wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Tłumaczy, że celem rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych” jest rozwijanie nowych zasobów mieszkaniowych. Program ma wspierać nie tylko nabywców nowych mieszkań, ale pośrednio też inwestorów mieszkaniowych, bo za tym idą nowe miejsca pracy i impuls dla gospodarki.

Startujący od przyszłego roku program rządowych dopłat „Mieszkanie dla Młodych” będzie funkcjonował wyłącznie na rynku pierwotnym. Takie było pierwotne założenie rządu, taka wersja została również przyjęta przez Sejm. Oznacza to, że o dofinansowanie do własnego „M” będą mogli starać się głównie mieszkańcy dużych miast, bo tam powstaje najwięcej inwestycji.

Wiceminister Piotr Styczeń podkreśla, że rządowi chodzi przede wszystkim o to, by rozwijać nowe zasoby mieszkaniowe, zamiast ponownie dopłacać do starych, często zniszczonych już inwestycji.

 – Polski rynek pracy w budownictwie, w szczególności mieszkaniowym, wymaga podtrzymania tej zdolności produkcyjnej, która w ostatnich kilku latach w liczbie oddanych lokali mieszkalnych między 130 a 160 tys. pozwoliła osiągnąć sukces mieszkaniowy i przyrosnąć zasobom mieszkaniowym w ilości niedostępnej w ostatnim 20-leciu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Styczeń, wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej.

Podkreśla, że nowe inwestycje stwarzają dodatkowe miejsca pracy w budownictwie i dają możliwości wykorzystania do tego celu nowoczesnych maszyn i technologii. Oznacza to, że program z jednej strony wesprze rodziny w zakupie mieszkania, a z drugiej – pośrednio też inwestorów mieszkaniowych, czyli deweloperów, spółdzielnie mieszkaniowe czy Towarzystwa Budownictwa Społecznego.

Zdaniem wiceministra Stycznia, Polska powiatowa ma duży potencjał inwestycyjny, który dotychczas nie był wykorzystywany, ze względu na słaby popyt. Mieszkanie dla Młodych może natomiast stać się impulsem dla inwestorów do rozpoczęcia nowych projektów.

 – Spółdzielnie mieszkaniowe i Towarzystwa Budownictwa Społecznego, szczególnie w powiatach, tych mniejszych miejscowościach mają potencjał, który jest niewykorzystany, jest uśpiony. Należy go uruchomić – podkreśla.

Dopłaty do nowych mieszkań mają przyczynić się również do urealnienia cen rynkowych. Oznacza to, że staną się one bardziej adekwatne do wieku, jakości i standardu sprzedawanych nieruchomości.

 – Powinna powstać myśl o obniżeniu ceny po to, żeby konkurować z rynkiem pierwotnym, a nie utrzymaniu ceny, jak na rynku pierwotnym, gdyby taka dotacja na rynku wtórnym się pojawiła – wyjaśnia Piotr Styczeń.

Rząd liczy również na to, że bardziej przyjazne kieszeni kupującego staną się ceny mieszkań z rynku pierwotnego. Po wygaśnięciu programu „Rodzina na Swoim” ceny transakcyjne poszły w górę. Przede wszystkim dlatego, że deweloperzy nie musieli już dopasowywać swoich ofert do limitów narzuconych przez program.

 – Nadal będziemy prosić inwestorów mieszkaniowych, aby zechcieli dostosować ceny do tego programu. Liczę na to, że takie oddziaływanie potwierdzone rokiem 2012 przez RnS, spotka się z reakcją popyt-podaż, odpowiednią do środków budżetowych zaprojektowanych do tego programu – dodaje wiceminister.

Choć Sejm uchwalił ustawę o MdM, nie kończy to prac nad programem, tym bardziej, że opozycja jest za włączeniem do niego rynku wtórnego. W kolejnym etapie prac ustawą zajmie się Senat.

PKP Cargo ma szanse na silną pozycję w Europie

CEO Magazyn Polska

3 proc. rocznie – w takim tempie przez następne siedem lat ma rozwijać się rynek kolejowych przewozów towarowych w Polsce. O ile znikną bariery, które na razie hamują jego rozwój – twierdzą eksperci Instytutu Jagiellońskiego. Tymi barierami są przede wszystkim zły stan infrastruktury i regulacje prawne, które ograniczają ekspansję spółek, takich jak PKP Cargo, w tym niewłaściwe definiowanie rynku przez urząd antymonopolowy.

Rynek towarowych przewozów kolejowych wciąż rozwija się wolniej niż przed kryzysem, czyli przed 2008 rokiem. Dodatkowo wciąż traci na korzyść transportu drogowego, który w ostatnich latach rósł w tempie 8,4 proc. rocznie.

Eksperci Instytutu Jagiellońskiego wyliczają, że szybszy rozwój utrudniają takie bariery, jak słaba infrastruktura i wysokie opłaty za korzystanie z niej, które stanowią ok. 30 procent kosztów ponoszonych przez przewoźników. Problemem są także roszczenia związków zawodowych i kondycja całej grupy PKP.

 – W przypadku PKP Cargo barierą rozwoju spółki są decyzje UOKiK, który traktuje przewoźnika jako firmę działającą tylko na rynku krajowym i tak rozpatruje jej działania, podejmując decyzje antymonopolowe – uważa Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego, autor raportu „Co hamuje i napędza polską kolej?”

PKP Cargo ma 48 proc. udział w polskim rynku. Jednocześnie jest drugim największym przewoźnikiem w Europie (8 proc. udziału). Zdaniem Roszkowskiego z tego powodu właściwym urzędem antymonopolowym powinien być urząd w Brukseli, który szerzej patrzy na rynek kolejowych przewozów towarowych i konkurencję z liderem, Deutsche Bahn. Jego zdaniem UOKiK zawęża się jedynie do rynku polskiego i nie widzi, że rynek transportu kolejowego jest de facto rynkiem europejskim, a nie krajowym.

 – W zasadzie chodzi o traktowanie PKP Cargo i rynku kolejowego w Polsce szerzej, jako rynku europejskiego. Na naszym zliberalizowanym rynku przewozów towarowych mamy 55 różnych przewoźników. PKP Cargo jest największym. Następny jest Deutsche Bahn i spółki córki francuskich kolei. Mamy przestrzeń, w której sami się ograniczamy – podkreśla prezes Instytutu Jagiellońskiego.

Nie tylko problemy

Jego zdaniem, PKP Cargo ma szanse, by wzmacniać swoją pozycję na wspólnotowym rynku przewozów.

 – Do tego potrzeba odpowiedniego otoczenia prawnego, stabilnej sytuacji na giełdzie, czyli np. żeby rząd nie majstrował przy OFE, do tego potrzeba położenia większego nacisku na kolej przy wydatkowaniu środków unijnych oraz niskich stawek za przewozy kolejowe – wymienia Roszkowski.

To ostatnie już powoli się zmienia. We wrześniu spółka PKP Polskie Linie Kolejowe zatwierdziła projekt zakładający zmniejszenie stawek za korzystanie z przestrzeni kolejowej o średnio 20,4 proc. Ponadto do 2015 r. mają się zakończyć inwestycje na torach służących do ruchu towarowego w okolicy Wrocławia, Katowic i Kielc.

PKP PLK planują także przeznaczenie znacznej części funduszy unijnych przeznaczonych na lata 2014-2020 właśnie na modernizację linii towarowych. Planowana jest także modernizacja głównych szlaków towarowych – m.in. magistrali z Górnego Śląska do portów w Gdańsku i Gdyni, jak również linii kolejowej łączącej południe Polski z portami leżącymi na zachodnim wybrzeżu.

Szanse PKP Cargo rosną, szczególnie w kontekście prywatyzacji spółki. W piątek 4 października Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt emisyjny przewoźnika. Giełdowy debiut planowany jest jeszcze przed końcem roku.

Eksperci z Instytutu Jagiellońskiego zwracają także uwagę na korzystne czynniki dla polskiego transportu kolejowego, do których należą korzystne położenie Polski w centralnej Europie, czy stykanie się na polskiej granicy torów o szerokości standardowej z torami szerokimi typu wschodniego. Nie bez znaczenia jest także dochodzenie szerokich torów do terminalu przeładunkowego w śląskim Sławkowie, co może ułatwiać transport tranzytowy z Rosji i Chin do zachodniej Europy.

IBM: Polskie młode firmy mają szansę na zdobycie globalnej pozycji

0

CEO Magazyn Polska

Początkujące firmy na rynku technologii informacyjnych i komunikacyjnych (ICT) najczęściej rozwijają znane już rozwiązania, rzadko realizują zupełnie nowe pomysły. Według IBM, który organizuje programy wspierające takie firmy, zgłaszane pomysły dotyczą różnych dziedzin życia, a łączy je możliwość działania w dowolnym miejscu globu i na światową skalę.

 – Wiele z naszych firm, które współpracują na rynku polskim, jest rozpoznawalna wszędzie. Nowe technologie są nośnikiem rozwiązań, które pomagają im rozwinąć biznes – mówi Marek Majewski, dyrektor Działu Oprogramowania IBM Polska. – Firmy te starają się wymyślać jakieś nowe pomysły, rzeczy, których do tej pory duże firmy nie robiły i na tym budować swoją przewagę rynkową. Wiele z tych firm, które możemy widzieć w Polsce, rozpoczynało swój biznes od razu zakładając, że będzie to firma globalna.

Jak tłumaczy, obecnie firmy zaczynające działalność specjalizują się zwykle w jednym z czterech obszarów – rozwiązania chmurowe (cloud computing), rozwiązania mobilne, big data oraz business analytics.

 – To nie są firmy, które koncentrują się tylko na bankowości, na zarządzaniu miastami, na rynku telekomunikacyjnym czy energetycznym. Pomysły, które firmy mają, dotykają wszystkich możliwych dziedzin życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Majewski. – Zarządzanie flotą transportową, analiza danych, wspomaganie firmy w zarządzaniu biznesem, czy pomoc we wdrażaniu wirtualnych rozwiązań, które wspomagają pracę urzędników w urzędach publicznych – to są tego typu rozwiązania.

IBM organizuje program SmartCamp, który jest częścią IBM Global Entrepreneur. W jego ramach młode przedsiębiorstwa uzyskują wsparcie przy wprowadzaniu produktu na rynek. Wszyscy uczestnicy programu otrzymują bezpłatny dostęp do oprogramowania IBM, jak również możliwość spotkania z ekspertami reprezentującymi fundusze venture capital.

 – Firmy, które tutaj się prezentują, mają możliwość rozwinąć swoje pomysły – wyjaśnia Majewski. – Dostają też od nas porady, jak prowadzić biznes, jakie technologie na dzień dzisiejszy na rynku światowym są rozpoznawalne. Dzięki współpracy z naszym działem IBM Venture Capital Group mają też możliwość zaprezentowania się szerszej grupie inwestorów, którzy potencjalnie mogą zainwestować w ich biznes.

W tym roku po raz pierwszy zorganizowano polską edycję konkursu. Zwyciężyła w niej firma Lab4motion z Poznania, która zajmuje się badaniami behawioralnymi w przestrzeniach komercyjnych. W ofercie firmy są m.in. narzędzia analityczne oraz systemy pomiarowe, które dostarczają danych i zwiększają wiedzę na temat klientów.

 – Nisze, które firmy wybierają, to uzupełnianie gotowych rozwiązań , które na rynku występują. Czyli nie wymyślanie nowych rozwiązań od początku, tylko raczej uzupełnianie technologii, które pozwolą, żeby były one jeszcze lepiej, jeszcze mądrzej używane przez przedsiębiorców – mówi dyrektor działu oprogramowania IBM Polska.

Finał konkursu SmartCamp na region Azji, Europy Centralnej i Wschodniej, Bliski Wschód i Afrykę odbędzie się 30 i 31 października w Stambule. Globalny finał – na początku lutego 2014 roku w San Francisco.

Google ma sposób na cookies. Tworzy własny system śledzenia użytkowników

CEO Magazyn Polska

Google tworzy alternatywę dla plików cookies. Nowy system „śledzenia” internautów ma podlegać większej kontroli użytkowników, ale będzie w całości kontrolowany przez tę firmę.

 – Google postanowiło stworzyć własne rozwiązanie, które mogłoby zastąpić pliki cookie i równocześnie lepiej chronić prywatność internautów – mówi agencji informacyjnej Newseria Arkadiusz Cywiński, niezależny specjalista RTB. – Pomysłem Google, który obecnie jest w fazie testów i spekulacji, jest AdID, czyli indywidualny anonimowy identyfikator użytkownika ustawiany na poziomie przeglądarki.

AdID miałby zastąpić pliki cookies, które zostały stworzone po to, żeby poprawić funkcjonalność przeglądarek internetowych i ułatwić korzystanie z sieci przez użytkowników. Ich późniejsze wykorzystywanie przez reklamodawców przyniosło im jednak złą opinię. W niektórych krajach – jak w Polsce – przyczyniły się do tego uciążliwe dla użytkowników obowiązkowe ostrzeżenia publikowane na stronach, które używają cookies.

 – Mają one obecnie bardzo zły wizerunek, w związku z tym, że są uznawane za głównego winowajcę śledzenia użytkowników w internecie. Według mnie jest to stwierdzenie nie do końca prawdziwe, gdyż każdy użytkownik z poziomu przeglądarki może te pliki bardzo łatwo skasować, przez co również ustaje śledzenie użytkownika przez wszystkich reklamodawców – mówi Cywiński.

Nowe rozwiązanie prawdopodobnie najpierw zostanie użyte w Chrome, przeglądarce stworzonej przez Google. Dopiero po tym, jak zyska uznanie użytkowników, może być wykorzystane w konkurencyjnych przeglądarkach.

 – To ma działać na takiej zasadzie, iż użytkownik może określić już z poziomu przeglądarki, czy w ogóle chce być śledzony, tzn. czy chce by anonimowe dane o jego zainteresowaniach, historii przeglądania, historii wyszukiwania mogły być wykorzystywane przez reklamodawców. Dodatkowo może określić, którzy reklamodawcy będą mieć do tego systemu dostęp – wyjaśnia rozmówca Newserii.

Według eksperta, koszty wdrożenia nowego systemu będą niewielkie, szczególnie przy ogromnym potencjale Google. Problemem może być jednak to, że w przeciwieństwie do obecnie stosowanych cookies, AdID będzie zarządzany przez jedną firmę, a więc inni będą musieli dostosować się do wymagań narzuconych przez Google.

Sama firma nie chce komentować doniesień na temat nowego systemu.

Dziś dyrektywa tytoniowa w Parlamencie Europejskim. Organizacje pozarządowe: czas na skuteczniejszą politykę antytytoniową

Dziś Parlament Europejski ma się zająć dyrektywą tytoniową, zgodnie z którą wprowadzony zostanie zakaz sprzedaży papierosów z dodatkami smakowymi, w tym mentolowych oraz papierosów typu slim. Przedstawiciele organizacji promujących zdrowy tryb życia popierają inicjatywę Komisji Europejskiej, którą polski rząd próbuje złagodzić.

Zdaniem Stworzyszenia MANKO, Ministerstwo Zdrowia nie wykorzystuje dostępnych mu narzędzi w celu zwalczania nałogu palenia, a papierosy są nadal zbyt tanie. Rząd od przyszłego roku chce podnieść akcyzę na tytoń.

 Przez ostatnie lata apelujemy do ministra zdrowia, aby podjął skutecznie działania, oraz aby przygotował prace nad programem antynikotynowym wykorzystując potencjał, który został już stworzony – mówi agencji informacyjnej Newseria Magda Petryniak ze Stowarzyszenia MANKO. – Niestety, program od kilku lat nie jest realizowany, ponieważ minister zdrowia nie przeznacza na niego budżetu.

Według opublikowanego we wrześniu raportu Najwyższej Izby Kontroli, na Program Ograniczenia Zdrowotnych Następstw Palenia Tytoniu przeznaczono w 2011 r. jedynie 1 proc. ustawowej sumy. To o 90 mln zł mniej niż przewidywała ustawa, wymagająca przeznaczenia na profilaktykę 0,5 proc. wpływów z akcyzy na towary tytoniowe. Według NIK, Ministerstwo Zdrowia praktycznie nie sprawowało przewidzianego w ustawie antynikotynowej nadzoru nad przedsiębiorstwami tytoniowymi.

Jak podkreśla Magda Petryniak, nadal niemal co trzeci Polak pali tytoń, a koszty leczenia chorób tym wywołanych przewyższają wpływy budżetowe z akcyzy.

Potrzeba skuteczniejszej walki z tytoniem

 Skuteczna polityka antytytoniowa jest możliwa. Istnieje tu skuteczne prawodawstwo wypracowane na szczeblu światowym, np. konwencja WHO, tzw. FCTC, którą Polska ratyfikowała w 2006 roku – mówi Petryniak.

Framework Convention of Tobacco Control (Ramowa Konwencja Światowej Organizacji Zdrowia o Ograniczeniu Użycia Tytoniu) przyjęta przez WHO w 2003 r. wskazuje na pięć najważniejszych elementów polityki antytytoniowej, w tym na takie działania jak monitoring, podnoszenie podatków, ograniczanie palenia w miejscach publicznych, a także skuteczne wsparcie osób uzależnionych.

Zdaniem Magdy Petryniak, przy realizacji polityki antynikotynowej nie należy stronić od zakazów i podnoszenia podatków.

 – Dobrym rozwiązaniem jest znowelizowana w 2010 r. ustawa wprowadzająca zakaz palenia w lokalach gastronomicznych, a także systematyczne zwiększanie akcyzy. Ceny papierosów w Polsce nadal należą do najniższych w Europie – twierdzi przedstawicielka Stowarzyszenia MANKO. – Wiek inicjacji tytoniowej w Polsce obniżył się drastycznie. W tym momencie 13-15-latkowie palą tytoń. Szacuje się, że nawet 20 proc. młodych ludzi jest uzależnionych od codziennego palenia tytoniu, a 95 proc. palaczy to osoby, które rozpoczęły palenie przed 25. rokiem życia. Różnica kilku złotych w cenie może skutecznie zniechęcić nastolatków do rozpoczęcia palenia.

Dodaje, że równie ważne są kampanie społeczne, mające na celu zmianę postrzegania palenia jako czynności atrakcyjnej, kojarzącej się z wolnością, niezależnością i dorosłością oraz uświadomienie rzeczywistych skutków używania tytoniu.

Fornetti zwiększa liczbę piekarni. Nie wyklucza rozbudowy fabryki we Wrocławiu

0

CEO Magazyn Polska

Sieć małych piekarni Fornetti chce w ciągu dwóch lat zwiększyć liczbę placówek w Polsce o ponad 100. Nowe będą powstawać zarówno w większych, jak i mniejszych miastach. Cel jest taki, by punktów sprzedaży było więcej niż McDonaldów.

Liczba lokalizacji, w których nasz koncept się sprawdza, jest znacznie większa, niż sprawdzi się koncept hamburgerowy. W związku z tym potencjał rozwoju mini-piekarni Fornetti jest olbrzymi. To są setki, a może i powyżej tysiąca lokalizacji – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Piotr Panasiewicz, prezes Fornetti Polska.

W tej chwili spółka ma w Polsce ponad 200 piekarni, w tym 56 własnych oraz ponad 150 franczyzowych. Jest największą siecią na tym rynku. Planuje dalszy rozwój w tempie 4-5 punktów miesięcznie, co za dwa lata umożliwi przekroczenie liczby 300 placówek i pozwoli na wyprzedzenie najpopularniejszej sieci fast-food z hamburgerami.

Główny zakład Fornetti w Polsce zatrudnia ok. 70 osób, a w całym kraju dla spółki pracuje 211 osób. Liczba ta nie uwzględnia osób zatrudnionych w punktach franczyzowych.

 – Chcemy rozwijać się zarówno w jednej, jak i w drugiej formule. Będziemy budować placówki własne, ale jednak zdecydowanie największy rozwój upatrujemy w kanale partnerskim, franczyzowym – zapowiada Panasiewicz.

Koszt otwarcia placówki franczyzowej Fornetti to ok. 60-80 tys. zł w zależności od tego, jak mocno musi zostać przystosowany lokal. Panasiewicz przyznaje, że własne placówki umożliwiają lepszy zysk, bo cała marża trafia do Fornetti, ale z drugiej strony możliwość wzrostu jest ograniczona dostępnością kapitału. Rozwój poprzez sieć franczyzową za cenę podziału marży między spółką a franczyzobiorcą jest zdecydowanie szybszy.

Panasiewicz prognozuje, że jeśli uda się zrealizować ambitne plany rozwojowe, to już wkrótce konieczna może być rozbudowa zakładu we Wrocławiu oraz zwiększenie zatrudnienia.

 – W tym roku prawdopodobnie przekroczymy 20 mln złotych przychodów, a w kolejnych latach, jeśli ten dynamiczny wzrost będzie kontynuowany, to będzie oznaczało konieczność zatrudnienia większej liczby osób w naszej fabryce – podkreśla Panasiewicz. – Te moce, których dzisiaj na razie nie brakuje i których mamy jeszcze dużo do zagospodarowania, przy tak dynamicznym rozwoju, za 2-3 lata mogą okazać się niewystarczające. Wtedy kolejnym krokiem będzie rozbudowa naszej fabryki.

Jak podkreśla Panasiewicz, koncept małych piekarni Fornetti sprawdza się we wszystkich miastach, nie tylko tych największych. By inwestycja w punkt franczyzowy zwróciła się w okresie krótszym niż rok, wystarczy średnio 10 klientów na godzinę. Dlatego rozwój będzie następował w całej Polsce. Jedynym kryterium wyboru miejsca jest duży ruch przechodzących osób.

W Polsce brakuje wsparcia dla dużych inwestorów, którzy realizują wiele projektów

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce brakuje wsparcia dla zagranicznych firm, które są już obecne na naszym rynku i dokonują kolejnych inwestycji. Aż 50 proc. z nich przypada na firmy z branży spożywczej, które rzadko otrzymują wsparcie od władz lokalnych i centralnych. Reinwestycje to 40-60 proc. wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych.

 – Dużo więcej uwagi poświęca się firmom, które dopiero się zastanawiają nad inwestycją, nawet jeżeli to są małe inwestycje, które mają tworzyć 20-25 miejsc pracy. Często duzi inwestorzy, cały czas podejmujący nowe decyzje o rozbudowie i modernizacji istniejących zakładów produkcyjnych, które wiążą się z nowymi miejscami pracy, albo nie są w ogóle brani pod uwagę, albo się o nich nie wspomina – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Joanna Bensz, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce (AmCham).

Z badań AmCham wynika, że od 40 do nawet 60 proc. środków inwestowanych w Polsce to reinwestycje, czyli inwestycje firm, które już są obecne na naszym rynku. Powstają nowe obiekty przemysłowe, ale także centra badawczo-rozwojowe lub usług outsourcingowych. Połowę tych reinwestycji generuje branża spożywcza, która rzadko kwalifikuje się do otrzymania wsparcia np. w postaci grantów rządowych.

Bensz podkreśla, że niezbędne jest szeroko zakrojone działanie na rzecz wsparcia reinwestycji. To m.in. zacieśnienie współpracy biznesu z uczelniami i szkołami, by dostosować program nauczania do oczekiwań rynku.

 – Na pewno konieczna jest otwartość naszych władz, głównie centralnych, i też to, żeby spotykać się i wspierać lokalnych inwestorów, zwłaszcza na etapie przed podjęciem decyzji inwestycyjnych. Pomoże wsparcie jednostek rządowych, jednostek lokalnych, i współpraca z uniwersytetami – przekonuje Bensz.

Zauważa, że reinwestycje zagranicznych firm oznaczają nie tylko rozwój produkcji, ale również poszerzanie działalności, np. dzięki pojawieniu się innych działów międzynarodowych grup. Przykładami są amerykański koncern 3M, produkujący m.in. materiały biurowe oraz produkty czyszczące, a także Mondelez International, działający w obszarze produktów żywnościowych i napojów.

 – Firma 3M ma w Polsce dziewięć fabryk, z czego sześć to są inwestycje od zera, czyli typu „green field”. Każda z tych fabryk to jest inny rodzaj produktu, inna dywizja i osobny zakład, najczęściej w tym samym regionie, czyli w okolicach Wrocławia. Natomiast firma Mondelez posiada sześć zakładów produkcyjnych i część z nich to były nowe inwestycje, a część to było kupno istniejących zakładów. Firma ma także różne dywizje, bo to jest i czekolada, i guma do żucia – wylicza Bensz.

Bezrobocie spadło, ale tylko o 900 osób

Stopa bezrobocia we wrześniu wyniosła 13 procent i nie zmieniła się w stosunku do sierpnia. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych spadła tylko o 900 osób. To zbyt mały spadek, by popadać w optymizm. To prawdopodobnie ostatni miesiąc obniżki stopy bezrobocia.

To kolejny, już siódmy miesiąc spadku bezrobocia. W ciągu siedmiu miesięcy liczba zarejestrowanych bezrobotnych spadła o 253 tys. osób. Dla porównania w zeszłym roku było to 189 tys. Jednak w analogicznym okresie rok temu stopa bezrobocia wynosiła 12,4%, czyli była niższa o blisko 100 tysięcy osób.

Liczba zarejestrowanych osób bezrobotnych zmniejszyła się w dziewięciu województwach. Najsilniejszy spadek bezrobocia był w województwie małopolskim (o 1,4 tys. osób), łódzkim (1,3 tys. osób) oraz lubuskim (o 0,3 tys. osób). Bezrobocie spadało także w województwie dolnośląskim, lubelskim, mazowieckim, podkarpackim, podlaskim i wielkopolskim.

900 szczęśliwców

Chociaż odnotowaliśmy spadek bezrobocia to dane są raczej kiepskie. Tyle warte są aktywne formy walki z bezrobociem. To bardzo zła wiadomość, bo pokazuje, że pomimo całkiem dobrych wyników napływających z gospodarki wciąż nie mają one przełożenia na rynek pracy. Na aktywne formy walki z bezrobociem wydamy w tym roku ponad 3 mld zł. Do tego dochodzą słynne wahania sezonowe, którymi zwykle tłumaczy się wzrosty bezrobocia. We wrześniu liczba zarejestrowanych ludzi bez pracy powinna się mocnej obniżać. 900 zarejestrowanych mniej to wynik na granicy błędu statystycznego.

Liczba bezrobotnych zwykle zaczyna znacznie rosnąć dopiero w październiku. Biorąc pod uwagę słaby wrześniowy wynik niewykluczone, że w październiku odnotujemy pierwszy wzrost, co oznacza, że na koniec roku prawdopodobnie stopa bezrobocia zbliży się do 14%. I to pomimo całkiem dobrych danych, np. wskaźnika PMI czy wynikach eksportu.

Niepokojące są zapowiedzi resortu pracy dotyczące oskładkowania umów cywilnoprawnych, co może spowodować przeniesienie części pracowników do szarej strefy, a co za tym idzie – wzrostu zarejestrowanej liczby bezrobotnych. ZUS z kolei proponuje, aby nie kombinować i obligatoryjnie obciążyć składkami wszystkie umowy śmieciowe. W praktyce jest to prosty sposób do aktywnej i efektywnej „walki”, ale nie z bezrobociem tylko z rynkiem pracy.

Łukasz Piechowiak
Główny ekonomista Bankier.pl

Polityka ma decydujący wpływ na funkcjonowanie bankowości

Zdrowe i sprawnie funkcjonujące systemy bankowe to domena państw demokratycznych, których rządy nie wykorzystują instrumentalnie regulacji do realizacji własnych partykularnych celów – wynika z wypowiedzi Charlesa Calomirisa, światowej sławy eksperta od bankowości i polityki monetarnej, który był gościem specjalnym 128 seminarium BRE – CASE.

Charles W. Calomiris jest Profesorem Columbia UniversityGraduate School of Business, wybitnym teoretykiem i historykiem finansów, bankowości i polityki monetarnej. Po raz pierwszy odwiedził Polskę, aby wystąpić na seminarium organizowanym w siedzibie BRE Banku.

– Nie można stworzyć sektora bankowego bez aktywnego udziału władz państwowych, które regulują cały ten system. To zadanie rządów, jednak realizując cele polityczne często tworzą systemy podatne na kryzysy. W większości przypadków główne problemy bankowości wynikają właśnie z tego faktu, gdyż reguły ustanawiane przez państwo zmieniają się, w zależności od bieżących potrzeb politycznych –powiedział Calomiris.

Według gościa seminarium BRE – CASE, mimo, że bankowość została wynaleziona już w VII wieku, to do dziś do końca nie wiemy jak ją rozwijać, a ostatnie 30 lat to okres szczególnych zawirowań na rynku. Przez tak długi czas rządy i społeczeństwa wciąż nie nauczyły się, w jaki sposób unikać poważniejszych kryzysów finansowych. Najlepiej dziś funkcjonują systemy bankowe w małych, stabilnych demokracjach. Ze 150 krajów ujętych w badaniu przeprowadzonym przez prof. Calomirisa, tylko 6 państw ma wysoki poziom stosunku akcji kredytowej do PKB i jednocześnie uniknęło kryzysów – w każdym przypadku są to kraje demokratyczne.

Głównym powodem kruchości systemów bankowych jest fakt, że tak zostały wymyślone przez rządy – to działanie celowe. Celem rządów jest bowiem utrzymanie władzy oraz zaspokajanie interesów społeczno – politycznych swoich kluczowych sprzymierzeńców. Nie zawsze jest to zbieżne z potrzebą budowania stabilnych systemów bankowych. Rządy mogą być uzależnione od wsparcia politycznego elektoratu, który jest jednocześnie kredytobiorcom, stąd na przykład przypadki umarzania części kredytów udzielonych przez banki określonym grupom społecznym.

Podobnie interes państwa przeważa w przypadku problemów z jego możliwościami zadłużania się. Kiedy istnieją kłopoty z długiem publicznym, może ono zapewnić sobie finansowanie niejako siłą, poprzez wprowadzenie odpowiednich regulacji czy obciążeń na sektor bankowy czy chociażby spowodowanie wzrostu inflacji. Zasady gry mogą się więc zmieniać, bo wynikają głównie z czynników politycznych – twierdzi prof. Calomiris.

Podczas swojego wykładu ekspert omówił szczegółowo historię kształtowania się współczesnych systemów bankowych w wybranych krajach, między innymi w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, USA, Brazylii oraz Meksyku, przedstawiając przykłady wpływu polityki na bankowość. Jego zdaniem, każda dyskusja ekonomistów na temat regulacji sektora finansowego powinna rozpoczynać się od pytania, w czyim interesie politycznym jest dana regulacja. Tylko to pozwoli zrozumieć zasady tej gry. Niestety, mało który przypadek na świecie pokazuje, że te zasady nie zmienią się w sytuacji kryzysu politycznego czy gospodarczego, który we własnym interesie muszą rozwiązać rządzący.

***

BRE Bank współpracuje z Fundacją Naukową CASE (Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych) od wielu lat, współorganizując cykliczne seminaria oraz wydając towarzyszące im publikacje. CASE jest międzynarodowym, niezależnym centrum badawczym i doradczym, prowadzącym działalność non-profit w zakresie transformacji w Europie Środkowej i Wschodniej, na Zakaukaziu i w Azji Środkowej, integracji europejskiej oraz gospodarki światowej. Seminaria i zeszyty koncentrują się na kluczowych zagadnieniach sektora finansowego, finansów publicznych, unii monetarnej i innych bieżących, ważnych zagadnieniach polityki gospodarczej w Polsce i na świecie.

Reklama wideo w Internecie

Coraz większy dostęp do szerokopasmowego Internetu i mobilnych urządzeń sprawił, że w sieci pojawia się ogromna ilość treści wideo. Dużym zainteresowaniem cieszą się nie tylko materiały rozrywkowe, ale – jak pokazują badania – chętnie oglądane są również reklamy wideo.

Czy rozwój rynku internetowego i związana z nim interaktywność sprawią, że reklamodawcy będą przeznaczać jeszcze większe budżety na reklamę wideo w sieci?

„Reklamy telewizyjne sprawdzają się w sieci, ponieważ reklama wideo generalnie się sprawdza – bez względu na to, czy jest emitowana w telewizji, czy w Internecie. Faktem jest, że do Internetu warto jest dostosowywać przekaz, ponieważ w tym przypadku widz potrzebuje szybszego i bardziej dynamicznego kontaktu – korzysta z wideo w inny sposób. Internet daje o wiele więcej możliwości niż klasyczna telewizja i – jak widać – reklamodawcy z tego korzystają, co bardzo cieszy” – mówi Wojciech Kowalczyk, Dyrektor Marketingu Atmedia.

„Dzisiaj reklamę w Internecie możemy profilować na wiele bardzo różnych sposobów, wykorzystując różnego rodzaju technologie, które od niedawna redefiniują już nie tylko rynek reklamy internetowej, ale rynek reklamowy w ogóle. Możemy przykładowo próbować tworzyć profile związane z zainteresowaniami użytkowników odwiedzających serwisy www, wykorzystując pliki „cookie”. Przestajemy wysyłać komunikat osobom, które po prostu są w Internecie, ale wysyłamy go w zależności od tego, kim ta osoba jest” – mówi Michał Daniluk, Członek Zarządu ds. Nowych Mediów, OMD Sp. z o.o.

Tablet i smartfon w firmie problemem dla bezpieczeństwa danych

Aż 96 proc. ankietowanych Amerykanów, którzy korzystają z publicznego transportu, wykonuje swoje czynności służbowe za pośrednictwem ogólnodostępnego w nich Wi-Fi. Jednocześnie, aż jedna piąta respondentów przyznaje, że na swoim tablecie lub smarfonie nie ma hasła zabezpieczającego lub nawet PIN-u – to wnioski z badania firmy GFI Software. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte te dane powinny być niepokojące dla firm, które nie mają sposobów na odpowiednią ochronę swoich danych i systemów IT biorąc pod uwagę wskazane nawyki użytkowników w korzystaniu z urządzeń mobilnych. Edukacja pracowników, którzy muszą nauczyć się jak bezpiecznie korzystać z urządzeń mobilnych w celach zawodowych powinna stać się dla firm priorytetem.

Szybkie tempo życia, ostra konkurencja w biznesie oraz era Internetu i technologii zmuszają pracowników do zajmowania się obowiązkami zawodowymi także poza miejscem pracy. Coraz częściej wykorzystują oni w tym celu nowoczesne urządzenia mobilne, smartfony i tablety, a koncepcja BYOD (Bring Your Own Device), umożliwiająca elastyczność i mobilność, stała się popularna w wielu przedsiębiorstwach.

„Z jednej strony smartfony i tablety stały się dużym ułatwieniem w sprawach służbowych (pracownik jest non stop on-line), z drugiej jednak strony ich stale zwiększająca się liczba w użyciu powoduje brak jakiejkolwiek kontroli nad ich wykorzystaniem do celów zawodowych. Przez urządzenia mobilne przepływają setki ważnych i często poufnych danych, a tymczasem nie chronimy tego typu urządzeń tak, jak choćby laptopów czy komputerów” – wyjaśnia Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Pokazuje to również badanie firmy Coalfire „BYOD Survey 2013: Employees and Companies Remain Lax with BYOD Security” . Wynika z niego, że 86 proc. użytkowników smartfonów i tabletów w USA używa ich zarówno do celów prywatnych, jak i zawodowych. A 47 proc. respondentów korzystających z urządzań mobilnych w miejscu pracy, nie używa hasła zabezpieczającego, oraz że aż 30 proc. ma jedno hasło do wszystkich urządzeń. Dodatkowo aż 61 proc. ankietowanych przyznało, że zapisuje hasło na kartce papieru. Przyczyną tego stanu rzeczy jest brak świadomości istnienia cyberzagrożeń. Z badania wynika, że prawie połowa osób nie miała szkolenia IT w swoich firmach, które przygotowywałoby ich do odpowiedzialnego użytkowania smartfonów i tabletów w celach zawodowych. Jedna trzecia respondentów przyznała, że ich firmy nie mają możliwości zdalnego wymazania danych w przypadku zablokowania, zagubienia czy kradzieży urządzania. Co prawda w ciągu roku ich odsetek spadł o 17 pp., ale wciąż wydaje się to być dużym problemem.

Z kolei połowa firm badanych przez Deloitte w ramach „2013 TMT Global Security Survey” stwierdziła, że posiada uregulowania dotyczące BYOD, a trzy czwarte badanych widzi w wykorzystaniu technologii mobilnych poważne zagrożenie. Stosowanie tradycyjnych mechanizmów ochronnych nie wystarczy, gdy pracownicy korzystają ze sprzętu znajdującego się poza kontrolą pracodawców.

„W celu zapewnienia bezpiecznego funkcjonowania sprzętu pracownika większość firm stosuje niestety tylko najprostsze metody, tj. politykę dozwolonego użytku, programy security awareness, czy środki techniczne np. hasło lub PIN, rzadziej szyfrowanie czy „czyszczenie” urządzenia w przypadku jego oddania lub kilkukrotnego podania błędnego hasła. Jest to podyktowane najprawdopodobniej obawami związanymi z kwestiami regulacyjnymi, gdyż telefon należy do pracownika i przechowuje on w nim także swoje prywatne dane” – mówi Cezary Piekarski.

Jeszcze bardziej niepokojący obraz wyłania się z badania firmy GFI Software. Przebadano tysiąc pracowników z USA, którzy korzystają z transportu publicznego. Niemal wszyscy przyznali się, że korzystają z darmowego Wi-Fi do czynności związanych z pracą przynajmniej raz w tygodniu. Ponad jedna trzecia zadeklarowała, że zdarza się to nawet 20 razy w ciągu tygodnia, a niektórzy mówili nawet o 70 razach. Chodziło najczęściej o wysyłanie wiadomości e-mail, ściąganie danych potrzebnych do wykonania jakiejś pracy itd. Sześciu na dziesięciu ankietowanych przyznało, że jeżeli ma dostęp do free spot Wi-Fi to z niego korzysta. A ten sam odsetek respondentów jest niezadowolonych, jeżeli w jakimś publicznym miejscu nie ma darmowego Internetu. W tym samym badaniu 20 proc. osób odpowiedziało, że nie ma hasła ani nawet numeru PIN na swoim tablecie czy smartfonie. Prawie 27 proc. martwi się co prawda, że dane i poufne informacje mogą zostać przechwycone, ale nie powstrzymuje to ich przed korzystaniem z darmowego Wi-Fi.

„Tylko niespełna jedna czwarta osób przyznała, że na swoich osobistych urządzeniach mają niezbędne zabezpieczenia wynikające z polityki korporacyjnej swoich firm. To oznacza, że przedsiębiorstwa nie mają sposobu na ochronę swoich systemów IT, a to powinno stać się dla nich priorytetem. I nie chodzi tutaj o nadmierną kontrolę pracowników i ich urządzeń mobilnych, a raczej o edukację i uświadamianie oraz ustanowienie jasnych zasad korzystania ze smartfonów i tabletów w miejscu pracy. Bez właściwych regulacji i skutecznego zakomunikowania zainteresowanym pracownikom celowości ich wprowadzania, żadna technologia nie rozwiąże problemów” – podsumowuje ekspert.

Umorzenie zaległości w składkach ZUS tylko na określonych zasadach

O ogólnych zasadach dotyczących obowiązującej od 15 stycznia abolicji składek ZUS mówiło się sporo. Są jednak kwestie, które budzą pewne wątpliwości wśród samych zainteresowanych. Jakiego rodzaju składki mogą zostać umorzone? Co z nieuregulowanymi składkami pracowniczymi, których co prawda abolicja nie obejmuje, ale za to ulegają one przedawnieniu? Wszelkie wątpliwości wyjaśnia ekspert, Wojciech Popławski, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych Kowalski, Popławski i Wspólnicy w Legnicy

Kto i jak może ubiegać się o umorzenie zaległych składek?

O umorzenie należności powstałych z tytułu nieopłaconych składek ubezpieczeniowych może ubiegać się osoba prowadząca pozarolniczą działalność w rozumieniu art. 8 ust. 6 ustawy z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych (t.j. Dz.U. z 2009 r. Nr 205, poz. 1585 ze zm.), tj.:

– osoba prowadząca pozarolniczą działalność gospodarczą na podstawie przepisów o działalności gospodarczej lub innych przepisów szczególnych,
– twórca i artysta,
– osoba prowadząca działalność w zakresie wolnego zawodu,
– wspólnik jednoosobowej spółki z o.o. oraz wspólnicy spółki jawnej, komandytowej lub partnerskiej.

Zgodnie z art. 1 ustawy z dnia 9 listopada 2012 r. o umorzeniu należności powstałych z tytułu nieopłaconych składek przez osoby prowadzące pozarolniczą działalność (Dz. U. z 2012 r., poz. 1551), wniosek o umorzenie może złożyć osoba podlegająca w okresie od dnia 1 stycznia 1999 r. do dnia 28 lutego 2009 r. obowiązkowym ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym oraz wypadkowemu z tytułu prowadzenia pozarolniczej działalności:

1) która przed dniem 1 września 2012 r. zakończyła prowadzenie pozarolniczej działalności i nie prowadzi jej w dniu wydania decyzji określającej warunki umorzenia,
2) inna niż wymieniona w punkcie 1.
Z kolei w przypadku osób prowadzących pozarolniczą działalność w formie jednoosobowej spółki z o.o. oraz wspólników spółki jawnej, komandytowej lub partnerskiej, wniosek o umorzenie składa płatnik składek (tak samo jest, gdy we wnioskowanym okresie płatnikiem składek za wspólnika była spółka – wtedy to również spółka składa wniosek).

Wniosek o umorzenie składek mogą złożyć również osoby trzecie oraz spadkobiercy, co do których Zakład Ubezpieczeń Społecznych wydał decyzję o odpowiedzialności za zobowiązania płatnika z tytułu nieopłaconych przez niego składek.

Aby ubiegać się o umorzenie, należy złożyć stosowny wniosek, którego druk znajduje się na stronie internetowej www.zus.pl. Sam wniosek składa osoba, która nie prowadziła pozarolniczej działalności w dniu 1 września 2012 r. oraz w dniu złożenia wniosku o umorzenie. Natomiast osoba, która prowadziła taką działalność w dniu 1 września 2012 r. oraz/lub w dniu złożenia wniosku o umorzenie do musi dodatkowo przedłożyć:
– wszystkie zaświadczenia (lub oświadczenie) o pomocy de minimis, którą wnioskodawca otrzymał w roku, w którym ubiega się o pomoc oraz w ciągu dwóch poprzedzających go lat albo oświadczenie, że takiej pomocy nie otrzymał w tym okresie,
– wypełniony „Formularz informacji przedstawianych przy ubieganiu się o pomoc de minimis”,
– wypełniony „Formularz informacji przedstawianych przez wnioskodawcę” – w przypadku ubiegania się o pomoc de minimis w rolnictwie lub rybołówstwie,
– oświadczenie zawierające informacje niezbędne do ustalenia kategorii ratingowej.

Składek pracowniczych abolicja nie dotyczy

Umorzeniu podlegają nieopłacone składki na ubezpieczenia społeczne, tj. emerytalne, rentowe i wypadkowe, ale tylko za osoby podlegające obowiązkowo tym ubezpieczeniom z racji prowadzonej pozarolniczej działalności. Umorzeniu podlegają też odsetki za zwłokę, opłaty prolongacyjne, koszty upomnienia, opłaty dodatkowe, a także koszty egzekucyjne.
Co ważne, umorzenie należności, o których mowa powyżej, skutkuje umorzeniem nieopłaconych składek na ubezpieczenie zdrowotne i na Fundusz Pracy za ten sam okres. Ponadto umorzeniem objęte są należności, które do dnia wejścia w życie ustawy zostały rozłożone na raty i nie zostały opłacone do dnia złożenia wniosku o umorzenie (podlegają wyłączeniu z umowy o rozłożeniu należności z tytułu składek na raty).
Umorzeniu nie podlegają natomiast składki ubezpieczeniowe należne w związku z zatrudnieniem innych osób np. pracowników czy zleceniobiorców.

Umorzenie tylko dla spełniających wymagania

Aby ZUS mógł wydać decyzję o umorzeniu, należy spełnić określone warunki. Wnioskodawca nie może mieć zaległości w niepodlegających umorzeniu składkach na ubezpieczenia społeczne, ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych oraz na Fundusz Emerytur Pomostowych, za okres od dnia 1 stycznia 1999 r. oraz należnych od tych składek odsetek za zwłokę, opłat prolongacyjnych, kosztów upomnienia, opłat dodatkowych, a także kosztów egzekucyjnych naliczonych przez dyrektora oddziału Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, naczelnika urzędu skarbowego lub komornika sądowego. Niedopuszczalna jest również zaległość w składkach na własne ubezpieczenia należne za okres po dniu 28 lutego 2009 r.

Przedawnione czy nie?

Do końca 2011 roku obowiązywał czas przedawnienia składek ZUS wynoszący 10 lat. Tak długi okres został wprowadzony w roku 2003 (przed tą datą okres przedawnienia składek wynosił 5 lat). Od 1 stycznia 2012 r., tak jak do końca 2002 r., okres przedawnienia to ponownie 5 lat, licząc od dnia, w którym składki stały się wymagalne. W nowych przepisach przewidziano jednak wyjątki. I tak, jeśli składki stały się wymagalne przed dniem 1 stycznia 2012 r., to nowy 5-letni bieg przedawnienia zaczyna się dopiero od dnia 1 stycznia 2012 r. Nie dotyczy to sytuacji, w której składki wymagalne przed dniem 1 stycznia 2012 r., zgodnie ze starym 10-letnim biegiem przedawnienia, wcześniej ulegają „przeterminowaniu”. Następuje ono bowiem z upływem tego wcześniejszego terminu, a nie zgodnie z nowymi przepisami, ponieważ jest to korzystniejsze dla dłużnika.

Oznacza to, że przedawnieniu uległy składki, które stały się wymagalne do końca 2002 r. Jeśli chodzi na przykład o składki wymagalne w latach 2003 i 2004 – przedawnią się one odpowiednio w 2013 i 2014 r. W takim przypadku zasadne wydaje się wstrzymanie się ze złożeniem wniosku o umorzenie, bowiem można złożyć go w terminie 24 miesięcy od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy, tj. do 14.01.2015 r. (art. 1 ust. 4 ustawy o umorzeniu należności powstałych z tytułu nieopłaconych składek przez osoby prowadzące pozarolniczą działalność). Należy jednak pamiętać, że do złożenia wniosku możemy zostać przymuszeni, w sytuacji, gdy po dniu 15 stycznia 2013 r. ZUS wyda decyzję o podleganiu obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym lub o wysokości zadłużenia z tytułu składek na nie. Wówczas termin na złożenie wniosku wynosić będzie 12 miesięcy od dnia uprawomocnienia się tej decyzji, przy czym termin na złożenie wniosku nie będzie mógł się skończyć przed 15 stycznia 2015 r.

Debiuty giełdowe na rynkach europejskich

Jak wynika z najnowszego kwartalnego raportu IPO Watch Europe przygotowanego przez firmę doradczą PwC, w okresie od lipca do września 2013 roku na rynkach europejskich odnotowano 52 IPO o łącznej wartości 3 mld euro, co stanowi poziom ponad ośmiokrotnie wyższy niż w trzecim kwartale 2012 roku. Warto podkreślić, że coraz więcej debiutów ma miejsce w wyniku ofert przeprowadzanych przez spółki średniej wielkości, co wskazuje na trwałe ożywienie na rynku pierwotnym w Europie.

W wyniku poprawy sytuacji na rynkach europejskich należy oczekiwać, że czwarty kwartał będzie cechował się dalszym wzrostem liczby spółek decydujących się na IPO. Już na początku października odnotowano debiut spółki Royal Mail, której oferta będzie najprawdopodobniej największym IPO w Europie w całym 2013 roku. Eksperci PwC odnotowują również, że wiele spółek, które w ciągu ostatnich trzech lat odłożyły decyzję o debiucie giełdowym ze względu na niekorzystną sytuację rynkową, obecnie powraca do planów przeprowadzenia IPO. Lepsze perspektywy wynikają ze stosunkowo wysokich wycen rynkowych oraz z korzystnych zmian cen akcji po debiucie w przypadku znacznej części spółek.

Spółki z portfeli funduszy private equity w dalszym ciągu odpowiadały za znaczną część aktywności na rynku pierwszych ofert publicznych – przeprowadziły one dwa z pięciu największych IPO o łącznej wartości 1 mld euro. Od początku roku tego typu transakcje stanowiły ponad połowę wszystkich ofert w Europie. Eksperci PwC oczekują, że w najbliższej przyszłości spółki z portfeli funduszy będą w dalszym ciągu stanowić znaczną część rynku IPO.

Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, powiedział:
„Po ogromnych zawirowaniach na europejskim rynku IPO w ostatnich latach, perspektywy jego rozwoju w czwartym kwartale 2013 roku rysują się bardzo optymistycznie. Lista planowanych w najbliższych miesiącach ofert zapowiada się bardzo ciekawie. Dużą część wszystkich ofert stanowią IPO spółek należących do funduszy private equity, przy czym ich potencjał nie został jeszcze w pełni wykorzystany.

Ponadto w ostatnich miesiącach obserwowaliśmy wzrost indeksów na giełdach w Europie przy jednoczesnym ustabilizowaniu się indeksu zmienności rynkowej na poziomie sprzed kryzysu. Jest to szansa na wzrost aktywności na rynku IPO nie tylko w ostatnim kwartale bieżącego roku, ale również w roku 2014. Rynki wydają się być bardziej odporne na niekorzystne czynniki, które wcześniej powodowały, że liczne oferty były zawieszane”.

Pomimo tego, że łączna wartość IPO była niższa niż w trzecim kwartale 2011 roku, kiedy to odnotowano trzy duże oferty w Hiszpanii i Polsce (Jastrzębska Spółka Węglowa), w minionym kwartale odnotowano więcej ofert o wartości powyżej 250 mln euro.

W trzecim kwartale bieżącego roku dominowała giełda w Londynie – odnotowano tam ponad połowę łącznej wartości wszystkich ofert (1,7 mld euro). Pozostałe giełdy charakteryzujące się dużą aktywnością to Frankfurt (dwie oferty o łącznej wartości 500 mln euro), Oslo (oferty o łącznej wartości 409 mln euro) oraz giełda w Irlandii (jedna oferta o wartości 310 mln euro).

Oczekuje się, że sytuacja na rynkach w ostatnim kwartale 2013 roku nadal będzie korzystna – od początku roku do końca września odnotowano już 173 oferty o łącznej wartości 11,7 mld euro, co stanowi poziom trzykrotnie wyższy niż w analogicznym okresie 2012 roku.

Rosnąca atrakcyjność pierwszych ofert publicznych znajduje swoje odzwierciedlenie w wycenach debiutujących spółek – cztery spośród pięciu największych IPO w Londynie oraz dwa spośród pięciu największych IPO w Europie kontynentalnej zostało wycenionych na najwyższym poziomie z ustalonego przedziału cenowego, co wskazuje zarówno na rosnący popyt ze strony inwestorów, jak i bardziej realistyczne oczekiwania cenowe ze strony emitentów.

Notowania akcji po dniu debiutu również kształtowały się pozytywnie – ceny akcji spółek Crest Nicholson oraz Al Noor Hospital na koniec trzeciego kwartału wzrosły, względem dnia debiutu, o 50,1% i 42,1%.

Na giełdzie w Londynie spółka Foxton (sektor nieruchomości) pozyskała 462 mln euro, a wycena jej akcji w dniu debiutu była dwukrotnie wyższa niż w roku 2007, kiedy to jeden z funduszy private equity zdecydował się zainwestować w spółkę. Kolejną transakcją z sektora nieruchomości okazała się przeprowadzona w lipcu oferta Deutsche Annington Immobilien SE (500 mln euro) – największej niemieckiej spółki z sektora nieruchomości mieszkaniowych. Obydwie transakcje jasno wskazują na poprawę sytuacji w sektorze nieruchomości, który pozostawał poza kręgiem zainteresowania inwestorów od początku kryzysu finansowego.

Najbardziej aktywnymi sektorami okazały się działalność inwestycyjna oraz nieruchomości – łączna wartość ofert z tych sektorów wyniosła 2,1 mld euro (z 3 mld euro łącznej wartości wszystkich ofert w minionym kwartale). Oferty spółek z tych dwóch sektorów stanowiły również blisko połowę wartości wszystkich IPO od początku 2013 roku.

Bardzo dużych IPO należy oczekiwać również w Stanach Zjednoczonych. Przygotowywane są oferty spółek Twitter oraz Ali Baba (nieoficjalnie zwaną „azjatyckim Amazonem”), aczkolwiek jeszcze nie ustalono, czy wybiorą one giełdę NYSE czy też Nasdaq.

KOMENTARZ DO RYNKU POLSKIEGO

W trzecim kwartale 2013 roku GPW w Warszawie z 10 IPO (2 na rynku głównym i 8 na NewConnect) była drugim rynkiem w Europie pod względem liczby debiutów. Łączna wartość IPO wyniosła jednak zaledwie 15 mln euro, co plasuje polską giełdę na dalekim siódmym miejscu w Europie. Największą ofertą w Warszawie było IPO spółki OT Logistics o wartości 7 mln euro. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się IPO spółek Imagis (New Connect, 3,3 mln euro) i Global Cosmed (rynek główny, 2,6 mln euro).

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki i perspektywy rynku pierwotnego w Warszawie:

„Sytuacja na rynku pierwotnym w Warszawie, wbrew trendom panującym na innych rynkach europejskich, niestety pozostaje trudna. Główną przyczyną tej niekorzystnej tendencji jest utrzymująca się od wielu miesięcy niepewność związana z planowanymi zmianami w systemie emerytalnym. Rynek obawia się, że zapowiedzi rządu zmierzające do wycofania części środków z Otwartych Funduszy Emerytalnych mogą doprowadzić do marginalizacji OFE i negatywnie wpłynąć na wielkość kapitału dostępnego na rynku pierwotnym. Do kiedy nie zostanie przesądzone, jaki dokładnie będzie kształt wprowadzonych w życie zmian, warszawska giełda będzie najpewniej dalej wykazywać niską aktywność w porównaniu z wiodącymi rynkami w Europie.

Prawdziwym testem dla GPW będą zapowiadane na czwarty kwartał 2013 roku duże oferty publiczne, w tym przede wszystkim planowane przez skarb państwa IPO spółek Energa i PKP Cargo. Jeśli zakończą się pomyślnie, okażą się zapewne największymi ofertami pierwotnymi na warszawskiej giełdzie w całym 2013 roku. Warto jednak zaznaczyć, że również ze strony sektora prywatnego planowanych jest w nadchodzących miesiącach kilka IPO o rozmiarach dużych jak na nasz rynek. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że polskiemu rynkowi kapitałowemu w końcu uda się wyjść z marazmu jaki trwa nieprzerwanie od początku bieżącego roku.”

Dodatkowe informacje

1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011 i 2012.

IPO Watch Europe

Ankieta IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie w najważniejszych segmentach rynku akcji (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, Wielkiej Brytanii i Włoszech) i jest przeprowadzana kwartalnie. Opcje nadsubskrypcji („greenshoe offerings”), debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Ankieta dotyczy okresu od 1 lipca do 30 września 2013 roku i została sporządzona w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

O współtworzących ankietę

Ankieta została opracowana przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe. Dom Maklerski PricewaterhouseCoopers Securities S.A., posiadający zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej w zakresie oferowania instrumentów finansowych, zapewnia usługi podmiotu oferującego akcje.

Komentarz dzienny, 7 października 2013

W piątek NBP podał informację o rezygnacji Zyty Gilowskiej z funkcji członka RPP (została przyjęta przez Prezydenta RP). Rezygnacja głosującej spójnie z jastrzębim skrzydłem RPP członkini i prawdopodobna nominacja nowego, bardziej gołębiego członka Rady (na takie rozwiązanie wskazywały komentarze polityków już przy poprzednim zawirowaniu w RPP związanym z procesem sądowym J. Winieckiego) może istotnie zmienić układ sił w podejmującej wiele decyzji stosunkiem głosów 5:5 Radzie. Może się okazać, że skrzydło opowiadające się za łagodniejszą polityką uzyska trwałą przewagę i głos (jednak jastrzębiego) J. Hausnera przestanie być de facto decydujący.

URE odeśle wniosek taryfowy PGNiG do korekty

Dzisiaj prezes URE skieruje do PGNiG wezwanie do korekty wniosku taryfowego. Zdaniem Marka Woszczyka, mimo wejścia w życie akcyzy na gaz, ceny w niektórych przypadkach powinny nawet spaść – np. dla odbiorców przemysłowych. Ostatecznie nowa taryfa musi zostać ogłoszona do 17 grudnia, żeby mogła zacząć obowiązywać 1 stycznia przyszłego roku.

 W poniedziałek skieruję wezwanie do spółki, już nie do wyjaśnień, ale do korekty oczekiwań co do tego, jak miałaby wyglądać nowa taryfa – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prezes URE Marek Woszczyk. – Na tym etapie postępowania nie potrafię jeszcze przesądzić, jaki będzie finał, natomiast zależy mi na tym, żeby skutki, jeśli miałyby być wzrostowe, były jak najmniejsze, natomiast będę upierał się przy tym, żeby ceny dla przemysłu były niższe niż dotychczasowe.

Równolegle toczy się postępowanie o zmianę dotychczasowej taryfy PGNiG. Prezes URE wprawdzie przedłużył okres jej obowiązywania do końca roku, ale problemem są zmiany w podatku akcyzowym.

 – Od 1 listopada kończy się okres zwolnienia z podatku akcyzowego i będą musiały zostać wdrożone przepisy ustawy o akcyzie, a mówiąc wprost, odpowiednio skalkulowane ceny gazu tak, żeby podmioty zobowiązane do płacenia podatku akcyzowego, musiały płacić wyższą cenę gazu. Do połowy października muszę to rozstrzygnąć – mówi Marek Woszczyk.

Na razie kwestię tę utrudnia fakt, że parlament wciąż się nie uporał z przygotowaniem zmian w przepisach, więc prezes URE musi czekać na ostateczne rozwiązania.

 – Mam nadzieję, że do połowy października parlament skończy z procedowaniem tej ustawy, co ułatwi mi podjęcie decyzji o tym, jak zmienić dotychczasową taryfę PGNiG oraz innych sprzedawców gazu – mówi Woszczyk.

Prezes URE nie chce jeszcze przesądzać, w jaki sposób wprowadzenie akcyzy na gaz wpłynie na wysokość rachunków klientów PGNiG. Woszczyk tłumaczy, że w pewnych grupach odbiorców ceny mogą wzrosnąć, w innych – w szczególności u odbiorców przemysłowych – powinny spaść. Ale jak podkreśla – za wcześnie na ostateczne decyzje.

 – Taki będzie cel mojego wezwania, żeby trochę powstrzymać apetyty spółki, co do tego, w jakim stopniu poszczególne grupy odbiorców powinny być obciążane rachunkami za gaz – mówi Woszczyk.

Zdaniem prezesa Instytutu Jagiellońskiego, Marcina Roszkowskiego, oczekiwanie URE, by ceny dla odbiorców przemysłowych spadały, jest nieuzasadnione.

 – Zapowiedź prezesa URE wpisuje się w niedobrą tradycję lekceważenia faktu, że dostawca surowca nie działa w próżni i nie może sprzedawać gazu ze stratą. O ile indywidualni odbiorcy gazu powinni mieć zapewnioną pewną ochronę przed dużymi wahaniami cen, to nie ma żadnego uzasadnienia dla preferencji wobec odbiorców przemysłowych. Ceny gazu powinny być związane z rzeczywistymi kosztami importu surowca – mówi Marcin Roszkowski.

Według Marka Woszczyka, pod wpływem zmian na światowym rynku gazu, ceny tego surowca w dłuższym terminie powinny spadać.

 – To jest presja ogólnoświatowa wywołana m.in. przez tzw. rewolucję łupkową w USA. Dzisiaj cały świat szuka łupków, co pozwala mieć nadzieję, że podaż gazu na rynku światowym będzie rosła, a wtedy będą spadać jego ceny – mówi prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Świadczą o tym również obniżki, na które po negocjacjach z europejskimi firmami zgodził się rosyjski Gazprom.

W tym miesiącu zakończą się konsultacje ws. wydatkowania środków unijnych

0

CEO Magazyn Polska

Trwają konsultacje społeczne dotyczące wydatkowania funduszy europejskich na lata 2014-2020. Dziś konferencja resortu rozwoju regionalnego w sprawie Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. W kolejnych dniach konferencje w regionach objętych wsparciem programu Polska Wschodnia. Konsultacje zakończą się w tym miesiącu, a programy powinny być przejęte przez Radę Ministrów do końca roku.

Jeszcze przez kilkanaście dni strona rządowa będzie zbierać uwagi od przedstawicieli świata nauki, administracji, przedsiębiorców i organizacji pozarządowych, dotyczące programów operacyjnych.

 – Na obecnym etapie jeszcze nie widać wielkiego pola konfliktu, niezrozumienia założeń programów czy chęci ich zupełnej zmiany. Uwagi na razie dotyczą zazwyczaj wdrażania, a nie samej treści programów, czyli tego w co będziemy inwestować – mówi Agencji Informacyjnej Newseria wiceminister rozwoju regionalnego Paweł Orłowski. – Traktujemy konsultacje społeczne bardzo rzetelnie. Napływające opinie będą rzeczywiście wpływały także na kształt programu.

Konsultacje zakończą się publikacją raportu, w którym zostaną przedstawione uwagi partnerów społeczno-gospodarczych.

Zgodnie z propozycjami resortu rozwoju regionalnego w nowej perspektywie finansowej będzie sześć krajowych programów operacyjnych (m.in. Infrastruktura i Środowisko, Inteligentny Rozwój, Polska Cyfrowa), w tym jeden ponadregionalny (Polska Wschodnia). Mają one zostać przyjęte przez Radę Ministrów do końca tego roku.

 – Potem mamy jeszcze kolejny etap – formalnych negocjacji z Komisją Europejską. Dzisiaj negocjacje mają charakter roboczy. Być może tu będą jeszcze jakieś zmiany następowały – mówi Paweł Orłowski.

Ze względu na przedłużające się prace w Parlamencie Europejskim nad regulacjami na nową perspektywę, na razie nie można mówić o konkretnych budżetach programów.

 – Parlament Europejski nie przyjął jeszcze wszystkich regulacji. A kształt rozporządzeń będzie częściowo wpływał na programy – mówi Orłowski. – Na pewno jednak do końca roku poznamy przynajmniej tę podstawową, główną treść wydatkowania funduszy europejskich.

Według propozycji Rady Europejskiej, Polska otrzyma 72,9 mld euro na realizację polityki spójności w latach 2014-2020. Pieniądze te będą inwestowane m.in. w transport i infrastrukturę, badania i rozwój, przedsiębiorczość, cyfryzację kraju, a także aktywizację zawodową i tzw. włączenie społeczne.

Niemal połowa Polaków jest nieaktywna zawodowo

CEO Magazyn Polska

Na każdy 1000 pracujących Polaków przypada ponad 990 niepracujących. Aż 44 proc. obywateli Polski jest nieaktywnych zawodowo – więcej niż np. w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Część z nich nie może znaleźć pracy, ale większość wcale jej nie szuka. A to oznacza mniej wpływów do budżetu i ZUS-u.

W Polsce jest 719 niepracujących mężczyzn oraz 1348 niepracujących kobiet na tysiąc reprezentantów swojej płci.

Osoby nieaktywne zawodowo przebywają na emeryturach, stałych zwolnieniach lekarskich lub rezygnują z szukania pracy z przyczyn rodzinnych czy niemożności znalezienia zatrudnienia.

 – Kłopot polega na tym, że ludzie ci wypadają z życia zawodowego, nie mają możliwości zdobywania nowych doświadczeń, stają się bierni zawodowo. Dla społeczeństwa to mniej wpływów podatkowych, mniej wpływów ubezpieczeniowych – coraz mniejsza grupa pracujących musi ich utrzymywać – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Tomasz Misiak, prezydent rady nadzorczej Work Service SA. – To ekonomiczny problem i katastrofa.

Ponad 50 proc. nieaktywnych zawodowo to emeryci.

 – Nie mamy sprzyjających warunków do tego, żeby ludzie przebywający na emeryturze podejmowali pracę. Mało tego, wprowadzone przez państwo rozwiązanie np. wymagające płacenia dodatkowego ubezpieczenia przez tych ludzi, spowodowało wypchnięcie ich z rynku pracy – twierdzi Misiak.

Kolejna liczna grupa to osoby pozostające bez pracy ze względu na brak odpowiednich kwalifikacji.

 – To osoby niedostosowane do aktualnych warunków zawodowych. Szkoda, bo w Polsce mamy bardzo dużo miejsc pracy, które mogłyby być przez tych ludzi obsadzone, gdyby okazało się, że mają kwalifikacje. To tu powinno pójść główne ostrze uderzenia rządowego, jeśli chodzi o aktywizację zawodową – przekonuje Misiak.

Jak podkreśla, pod względem liczby aktywnych zawodowo osób Polska jest na szarym końcu w UE. W Niemczech pracuje ponad 60 proc. społeczeństwa. Również w Wielkiej Brytanii i Francji odsetek pracujących jest wyższy niż w kraju.

Prywatne pośrednictwo pracy i pomoc specjalistów

Rośnie liczba osób, które pozostają bezrobotne, ponieważ są zniechęcone bezskutecznym poszukiwaniem pracy. W 2010 r. taką postawę deklarowało 370 tysięcy osób, a obecnie – 539 tys.

Misiak z aprobatą mówi o pomysłach państwa dotyczących dofinansowania prywatnego pośrednictwa pracy. Jego zdaniem prywatni pośrednicy będą mieć większą motywację do pomagania ludziom w znalezieniu pracy.

 – Wydaje się, że należałoby ludzi przekonać też do większej mobilności, jeżeli chodzi o miejsce pracy, również przy wsparciu państwa czy urzędów pracy. Dlatego warto pomyśleć o dofinansowaniu nie tylko szkoleń, ale być może przez początkowy okres pracy mieszkania w nowym mieście, czy chociażby wsparcia stałego doradcy zawodowego lub psychologa – mówi Misiak.

Zdaniem Misiaka aktywizowani powinni być przede wszystkim ludzie młodzi, którzy są w pełni zdolni do pracy. Chodzi nie tylko o absolwentów, ale też jeszcze uczące się osoby. Dlatego jako absurdalne ocenia postulaty związków zawodowych, by studenci nie byli zatrudniani na umowy cywilno-prawne.

 – Mamy szereg przepisów, które utrudniają podejmowanie pracy ludziom młodym, którzy nie są w pełni elastyczni jeśli chodzi o czas pracy i nie mogą na pracy poświęcić całego swojego czasu wolnego. Wprowadzenie braku elastyczności w Kodeksie pracy, ograniczenie możliwości zatrudniania na umowy zlecenie doprowadziłoby do kompletnego wykluczenia tych ludzi z rynku pracy – twierdzi przedstawiciel Work Service.

Dziś Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej poda szacunki dotyczące stopy bezrobocia we wrześniu. Prawdopodobnie spadło ono poniżej poziomu z sierpnia, czyli poniżej 13 proc.

Mali i średni przedsiębiorcy coraz bardziej interesują się eksportem na Daleki Wschód

CEO Magazyn Polska

Rosja, Europa Wschodnia oraz Daleki Wschód to w ocenie Euler Hermes najbardziej obiecujące kierunki eksportowe dla polskich firm. I o ile duzi przedsiębiorcy są już tam zwykle obecni, to teraz także mali i średni coraz częściej szukają tam odbiorców. Jednak odmienne systemy prawne, odległość między kontrahentami i różnice kulturowe mogą przynieść straty w prowadzeniu biznesu, dlatego przedsiębiorcy starają się zabezpieczać przed takimi ryzykami.

 – Obserwujemy 7-8 proc. wzrost zainteresowania eksportem wśród naszych klientów, przy czym nasz sąsiad, Czechy, wśród naszych klientów zanotował w ostatnich miesiącach ponad 20-proc. wzrost eksportu – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Rafał Hiszpański, prezes zarządu Towarzystwa Ubezpieczeń Euler Hermes.

Najczęściej firmy wybierają Niemcy, Wielką Brytanię czy Włochy. Popularne są także rynki wschodnie – Rosja, Białoruś czy Ukraina, a ostatnio Daleki Wschód. Aby zabezpieczyć działania na egzotycznych rynkach, konieczne staje się ubezpieczenie transakcji.

 – Duże firmy zazwyczaj są już ubezpieczone, np. w ramach programów światowych przez swoje spółki-matki. Są też na tyle świadome produktów ubezpieczeniowych, że od dawna korzystają z ochrony na rynku polskim. Natomiast małe i średnie przedsiębiorstwa jeszcze w niewielkim stopniu korzystają z ubezpieczenia należności. W naszym portfelu już ponad 70 proc. firm to właśnie te z sektora MŚP i na nich chcemy koncentrować działania w najbliższym czasie – zapowiada prezes Towarzystwa Ubezpieczeń Euler Hermes.

Wsparcie przy wejściu na nowe rynki jest szczególnie cenne, gdy chodzi o te zlokalizowane poza granicami Unii Europejskiej. Inne systemy prawne czy nawet zwyczaje nawiązywania relacji biznesowych, mogą okazać się barierą w prowadzeniu biznesu.

 – Często są to transakcje zawierane drogą głównie elektroniczną, całe negocjacje są tak prowadzone. Oferujemy więc informację o wiarygodności kontrahenta, o jego standingu biznesowym. Ale także ubezpieczenie należności, czyli kredytu kupieckiego, a następnie, jeżeli okaże się, że jednak zapłata za towar czy usługę nie nastąpiła – windykację tych należności – wymienia Rafał Hiszpański.

Najwięcej zleceń w sprawie windykacji firma otrzymuje na rynek niemiecki, ale także coraz więcej we Francji i na południu Europy. Zlecenia dotyczą też kontrahentów czeskich i litewskich. To zdaniem Macieja Harczuka, prezesa zarządu Euler Hermes Collections świadczy o tym, że na tych rynkach polscy eksporterzy są najbardziej aktywni, ale problemem są nieterminowe płatności. Jak podkreśla, coraz częściej firmy wolą dokładniej sprawdzić kontrahenta przed zawarciem transakcji, niż później borykać się z zatorami płatniczymi.

 – Dokonujemy oceny wiarygodności firm na całym świecie, przygotowujemy informacje na temat poszczególnych przedsiębiorców w różnych państwach tak, że na końcu mamy bogaty obraz danego potencjalnego odbiorcy. Jesteśmy w stanie doradzić klientowi na samym początku, jakie powinien zastosować warunki płatności, albo w którym momencie rozpocząć działania windykacyjne i jakiego rodzaju, czy może sobie pozwolić na windykacje polubowną, która może trwać np. trzy miesiące, czy od razu sugerujemy postępowanie sądowe z uwagi na to, że sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana – wyjaśnia Maciej Harczuk.

Według danych Narodowego Banku Polskiego eksport towarów z Polski wzrósł w lipcu o 6 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Z kolei import zmniejszył się o 0,4 proc. w tym samym okresie.

Z danych GUS wynika, że w całym 2012 roku eksport wyniósł 143,5 mld euro, co oznacza wzrost o 4,9 proc. w porównaniu do 2011 roku. Wobec przedkryzysowego poziomu eksportu z 2008 roku wartość zwiększyła się o blisko jedną czwartą.

Zmiany w e-sklepach. Konsumenci zyskają nowe prawa.

CEO Magazyn Polska

Czternaście dni zamiast dziesięciu na zwrot zakupionego w sieci towaru, łatwiejsza reklamacja wadliwego produktu, nowe możliwości dochodzenia swoich praw – to najważniejsze dla klientów e-sklepów zmiany w nowelizacji ustawy o prawach konsumenta, która zacznie obowiązywać w czerwcu przyszłego roku. Dla właścicieli sklepów nowe przepisy wiążą się przede wszystkim z obowiązkiem informacyjnym, a co za tym idzie również koniecznością zmian w regulaminach i procedurach sprzedaży.

 – Największym wyzwaniem dla sklepów internetowych jest duża liczba zmian, które należy wprowadzić. Dotyczą one nie tylko informacji, których trzeba udzielić na stronie internetowej, ale które trzeba też wprowadzić technicznie. Dodatkowe są też zmiany w procedurach w sklepie, w serwisie – wyjaśnia Julia Mandel, specjalista ds. prawa i certyfikacji z firmy Trusted Shops, która jest europejskim liderem na rynku certyfikacji sklepów internetowych.

Przedstawiona przez resort sprawiedliwości nowelizacja ustawy ma dostosować polskie prawo do wymogów dyrektywy ws. praw konsumenckich.

Jedną z ważniejszych zmian jest wydłużenie czasu, jaki klient ma na zwrot zakupionego przez internet towaru bez podania przyczyny. Dziś w Polsce można dokonać zwrotu w ciągu 10 dni, od połowy przyszłego roku ma to być 14 dni.

 – Będą także jaśniejsze regulacje dotyczące tego, kto ponosi koszty wysyłki, jakie koszty ponosi konsument, kto odstąpił od umowy. Będą również nowe wyjątki od prawa do odstąpienia od umowy, np. nie będzie możliwości zwrotu artykułów higienicznych po usunięciu odpowiednich zabezpieczeń – wymienia Julia Mandel podczas konferencji zorganizowanej przez Europejskie Centrum Konsumenckie oraz Trusted Shops.

Właściciele e-sklepów będą mieli więcej obowiązków informacyjnych wobec klientów. Jeśli na stronach sklepu nie znajdzie się informacja  o tym, że nabywca ma prawo zwrócić towar bez podania przyczyny, to termin na zwrot wydłuży się o rok, a sprzedawcy grozić będzie grzywna.

Celem przyjętych w dyrektywie zmian jest ujednolicenie obowiązującego w 28 państwach prawa konsumenckiego. W opinii ekspertów, zagwarantują one podobne warunki konkurencji dla przedsiębiorców, a wprowadzenie jednolitych obowiązków informacyjnych zwiększy zaufanie klientów do e-sklepów. W konsekwencji nowe regulacje przyczynią się do rozwoju handlu transgranicznego online.

 – Dla polskich sklepów pojawią się większe i lepsze możliwości rozwoju i ekspansji na innych rynkach UE. Nowa ustawa ma też pozytywny wpływ na rynek polski. Po pierwsze, przepisy będą bardziej precyzyjne, a po drugie, będą eliminowane przepisy, które do tej pory sprawiały nam problemy – stwierdza Mandel w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Nowe przepisy będą obowiązywać od czerwca przyszłego roku. Zdaniem ekspertki, właściciele sklepów powinni już zacząć proces dostosowywania swoich serwisów i regulaminów. Jak podkreśla, właściwa implementacja przepisów i dobre przygotowanie przedsiębiorców na zmiany powinny mieć pozytywny wpływ na rozwój e-commerce w Polsce.

 – W innych krajach UE częściej zmieniano prawo, więc sprzedawcy są bardziej doświadczeni we wdrażaniu nowego prawa. W Polsce jeszcze nie mieliśmy takiej zmiany, w takim wielkim zakresie, więc trzeba się wcześniej przygotować na to. Już dziś trzeba się zapoznać z nową ustawą, aby wcześniej i w czasie wprowadzać zmiany – podkreśla specjalista ds. prawa i certyfikacji z Trusted Shops.

Polskie e-sklepy będą musiały również dostosować się do nowych unijnych przepisów dotyczących alternatywnych metod rozstrzygania sporów (ADR) – z wykorzystaniem niezależnych instytucji pozasądowych – rzeczników praw konsumenta, arbitrów, negocjatorów – do rozstrzygania sporów między sprzedawcą czy usługodawcą a klientem. Jednym z narzędzi będzie platforma internetowa (ODR), która ułatwi całą procedurą w przypadku, gdy strony sporu pochodzą z różnych krajów i istnieje między nimi bariera językowa.

Prezes BIG Infomonitor: duże firmy pożyczkowe bezpieczne dla klientów

CEO Magazyn Polska

Pomysł Ministerstwa Finansów, by uregulować rynek firm pożyczkowych, ma służyć wyeliminowaniu patologii uważa Mariusz Hildebrand, prezes Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor. Jego zdaniem duże, reklamujące się firmy pożyczkowe, nie mają się czego obawiać po wprowadzeniu nowego prawa. Są one bowiem wiarygodne i angażują pieniądze własne lub swoich inwestorów.

 – Rynek firm pożyczkowych jest rozwojowy. W tej chwili szacowany jest na 2,5-4 mld złotych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Hildebrand, prezes BIG InfoMonitor. – W stosunku do kwot, których udzielają banki, jest to niewielki procent wszystkich operacji.

Kwotę finansowania udzielanego przez banki szacuje się nawet na  900 mld zł, dlatego  zdaniem Mariusza Hildebranda  konkurencja firm pożyczkowych nie stanowi dla sektora bankowego żadnego zagrożenia, a jedynie uzupełnienie jego oferty. Podkreśla również, że rynek firm pożyczkowych w Polsce nie był dotychczas mocno regulowany, stąd bierze się jego dążenie do samoregulacji.

 – Rynek nie ma w tej chwili instytucji nadzorczych. Z drugiej strony, widać pewne ruchy ze strony samych firm – chcą się samoregulować, czyli kontrolować swoje działania, żeby ten rynek był bezpieczniejszy – przekonuje prezes BIG InfoMonitora. Podkreśla przy tym, że do samoregulacji dążą głównie duże firmy pożyczkowe. Te, które najaktywniej działają na rynku, starają się, aby sposób działania branży został ucywilizowany – tłumaczy.

Jego zdaniem, podmiotom tym zależy na wiarygodności, bo angażują pieniądze własne lub swoich inwestorów. Dlatego zależy im na budowaniu pozytywnego wizerunku własnej działalności, a tym samym na uczciwości całego rynku pożyczek pozabankowych.

  Te firmy raczej odcinają się od działań nieetycznych – uważa Hildebrand. – Firmy pożyczkowe widzą potrzebę lepszego ułożenia relacji z rynkiem po to, by były lepiej postrzegane.

Tłumaczy, że firmy, które dążą samoregulacji bądź objęcia nadzorem, są podmiotami, które cenią sobie wartość informacji z rynku oraz opinię klienta. Często też w swoich władzach mają ludzi, którzy wcześniej pracowali w sektorze bankowym i rozumieją potrzebę wprowadzenia pewnych regulacji.

 – Nie jest trudno udzielić finansowania. Podstawową sprawą jest odzyskanie tych pieniędzy. Firmy finansują swoją działalność z własnych środków bądź ze środków inwestorów. Tu nie ma mowy o zbieraniu depozytów, w związku z powyższym muszą bardzo mocno zwracać uwagę na to, z kim pracują i w jaki sposób – przekonuje Mariusz Hildebrand.

 

Mariusz Hildebrand zwraca też uwagę, że uczciwe firmy często i aktywnie wymieniają się informacjami z BIG InfoMonitorem. Tłumaczy, że etyka zawodowa jest wpisana  w zasady ich funkcjonowania. Inaczej bywa natomiast w wypadku małych, nieznanych podmiotów.

 – Firmy pożyczkowe, które reklamują się na słupach hasłem: „Bez BIK”, czyli mówiąc krótko pokazują swoją działalność trochę poza nawiasem funkcjonowania, raczej nie są tymi, które będą chciały się samoregulować – dodaje prezes BIG Infomonitor.

Ministerstwo Finansów proponuje objęcie firm pożyczkowych nadzorem KNF, podwyższenie kar za nieuczciwą działalność parabankową oraz utworzenie rejestru legalnie działających firm pożyczkowych. Bierze też pod uwagę wprowadzenie maksymalnego limitu kosztu kredytu. Do stworzenia projektu przez resort w dużej mierze przyczyniła się afera związana z Amber Gold.

Prezes Fakro: polskim firmom trudno konkurować na europejskich rynkach

CEO Magazyn Polska

Producent okien dachowych Fakro chce nawet kilkukrotnie zwiększyć swoją sprzedaż w krajach Europy Zachodniej. Żeby na równi konkurować z rywalami, chce mieć co najmniej 20-proc. udział w tamtejszych rynkach. Prezes firmy Ryszard Florek podkreśla jednak, że konkurencja z europejskimi producentami jest bardzo nierówna.

 W tej chwili w UE polskie firmy praktycznie nie mają szans konkurowania na rynkach Europy Zachodniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Ryszard Florek, prezes Fakro. – Nie uwzględniono efektu skali i korzyści z niego płynących, które mają firmy ze „starej” Unii, a których nie mają polskie przedsiębiorstwa. Te korzyści czasami sięgają 15-20 proc. Mniejsze koszty powodują, że trudno w ogóle nawiązać jakąkolwiek konkurencję.

Zdaniem prezesa Fakro, ten efekt skali jest niewłaściwie wykorzystywany przez wiodące w Europie firmy. Dlatego chciałby, żeby polski rząd na forum unijnym wziął rodzimych przedsiębiorców pod większą ochronę.

 – Firmy dominujące mają o kilkanaście procent niższe koszty: badań, rozwoju, produkcji i dystrybucji przede wszystkim – wyjaśnia Florek. – Gdy UE powstawała, takich problemów nie było, a teraz doszły nowe kraje, które nie mają tego efektu skali, nie mają kapitału, nie mają silnych marek. Najwyższy czas, żeby te regulacje zmienić.

Jak mówi Florek, jednym z najważniejszych działań jest informowanie klientów o nadużywaniu dominującej pozycji przez producentów zachodnich.

 – Wtedy dominanci będą mniej tego prawa nadużywać. Poza tym dystrybutorzy i konsumenci też będą ich mogli odpowiednio za to ocenić – proponuje prezes Fakro.

Kolejna sprawa to skuteczny lobbing w Komisji Europejskiej przeciwko próbom liberalizacji prawa dla firm dominujących, a nawet za jego zaostrzeniem.

 – Zawsze to prawo będzie nadużywane w stosunku do polskich firm – mówi Florek. – W UE prawo to jedna sprawa, a polityka – druga. Jeżeli polski rząd nie będzie tam lobbował, to żadna polska firma nie ma szans konkurować na rynku europejskim.

Firma Fakro dobrze sobie radzi zagranicą, jest obecna w ponad 50 krajach.

 – Są jeszcze szanse na podbój rynków afrykańskich czy dalekowschodnich, natomiast w zasadzie na wszystkich najważniejszych rynkach już jesteśmy. Ważne jest dla nas, żeby zdobywać coraz większy udział w tych rynkach, żeby powiększać efekt skali, bo tylko wtedy możemy mieć niższe koszty, wtedy możemy walczyć o równe szanse konkurowania na rynku globalnym – mówi Florek.

Jego firma jest jednym z liderów rynków Europy Środkowo-Wschodniej. Jak wyjaśnia Florek, to jednak sukces na rynkach zachodnioeuropejskich daje największą szansę na globalny rozwój.

Bardzo nam zależy na zwiększaniu udziałów w rynkach Europy Zachodniej. Tam mamy średnio od 2 do 10 proc., a żebyśmy mieli szanse konkurowania jak równy z równym, z liderem rynku, powinniśmy mieć przynajmniej 20 proc. tamtego rynku – mówi prezes polskiego producenta okien.

Lotnisko w Modlinie wraca do gry. Na razie poza Ryanairem może liczyć na loty czarterowe.

CEO Magazyn Polska

Powrót Ryanaira na lotnisko w Modlinie to dopiero początek trudnej drogi do budowy pozycji podwarszawskiego portu. Irlandzkie linie wróciły do Modlina w ubiegłym tygodniu, po ponad 9 miesiącach przerwy i będą stamtąd latać w 26 kierunkach. Drugi tani przewoźnik Wizz Air, pozostał na Lotnisku Chopina, które chociaż nieco droższe, zdecydowanie wygrywa z Modlinem dostępnością dla podróżnych. Lataniem z Modlina mogą być zainteresowani jeszcze mniejsi tani przewoźnicy i linie czarterowe.

 Wrócił ten „gorszy” przewoźnik, który jest chyba najbardziej drapieżny i najbardziej wymagający – mówi agencji informacyjnej Newseria Sebastiana Gościniarek, ekspert ds. rynku lotniczego z firmy BBSG. – Nie rokuje to łatwego życia dla lotniska, ale lepiej, że jest ten operator, który będzie rozwijał połączenia z Modlina, i który rzeczywiście umie to robić, aniżeli na lotnisku miałoby wiać pustką.

Drugi tani przewoźnik, Wizz Air, pozostał na Okęciu. Nic na razie nie wskazuje na to, by miało się to zmienić w najbliższych tygodniach.

 – Wizz Air otrzymał bardzo korzystny pakiet promocyjny na Lotnisku Chopina – tłumaczy Gościniarek. – Nie dlatego, że to jest Wizz Air, tylko dlatego, że takie są reguły narzucone przez Lotnisko Chopina i każdy inny przewoźnik, spełniający warunki, też taki pakiet by otrzymał.

Dlatego oferta Modlina nie jest już dla węgierskiego przewoźnika tak atrakcyjna. Zdaniem eksperta, pozostanie na Okęciu jest też elementem konkurencyjnej walki Węgrów z Ryanairem.

 – Ryanair próbował „demolować” Wizz Aira, otwierając dokładnie te same kierunki w bardzo podobnych slotach czasowych – mówi. – Wizz Air, nie mogąc się zmierzyć z Irlandczykami w bezpośredniej walce w Modlinie, próbuje teraz poprawić swoją pozycję konkurencyjną, operując z lotniska, które jest znacznie lepiej dostępne, a jednocześnie oferuje całkiem przyzwoite warunki finansowe.

Lotniska Chopina ma zdecydowaną przewagę nad Modlinem w kwestii dostępności, szczególnie dla podróżnych z samej Warszawy i południowej części Mazowsza.

 – Modlin jeszcze przez długi czas będzie się borykał z problemem dostępności. Dopóki nie uruchomiona zostanie kolejka, która będzie dowoziła pasażerów pod sam terminal, dopóty skomunikowanie lotniska z resztą województwa będzie pozostawiało wiele do życzenia – twierdzi Gościniarek.

Problem dostępności to istotny, ale nie jedyny problem portu lotniczego w Modlinie. Drugi to kwestie środowiskowe, które mogą blokować jego dalszy rozwój. Lotnisko sąsiaduje z obszarem Natura 2000 i przez to przepustowość ekologiczna portu kształtuje się dziś w granicach 2 mln pasażerów rocznie.

 – Gdyby Ryanair bardzo dynamicznie się rozwinął lub gdyby na lotnisko zawitali jeszcze inni przewoźnicy, czy to niskokosztowi, czy czarterowi, to granica 2 mln pasażerów zostanie osiągnięta bardzo szybko – mówi Sebastian Gościniarek.

Jego zdaniem, szanse na zdobycie nowych przewoźników są, ale ocenia, że stanie się to raczej w dłuższej perspektywie.

 – Zawsze twierdziłem i twierdzę, że pomysł lotniska w Modlinie jest bardzo dobry, przyszłościowy. W tej chwili jako potencjalnych klientów widzę przede wszystkim linie czarterowe. Być może jeszcze jacyś mniejsi tani przewoźnicy będą chcieli operować z Modlina, natomiast na pewno nie będzie to żaden dynamiczny skok – raczej powolne, mozolne budowanie pozycji lotniska – prognozuje ekspert.

Port lotniczy w Modlinie został uruchomiony w lipcu 2012 roku. W grudniu ubiegłego roku Wojewódzki Inspektor Nadzoru Budowlanego cofnął zgodę na użytkowanie pasa startowego. Powodem były dziury w nawierzchni, zagrażające bezpieczeństwu lotów. Wykonujące stąd swoje loty Wizz Air i Ryanair zostały zmuszone do przeniesienia się na Lotnisko Chopina w Warszawie. Przebudowa pasa w Modlinie trwała kilka miesięcy. Pod koniec czerwca Urząd Lotnictwa Cywilnego wydał zgodę na wznowienie operacji lotniczych, ale na powrót na podwarszawskie lotnisko zdecydował się jedynie irlandzki przewoźnik.

Inteligentne domy nie tylko w ekskluzywnych rezydencjach

CEO Magazyn Polska

Urządzenia, które potrafią automatycznie ustawić temperaturę, zasłonić rolety, a nawet zamówić jedzenie do lodówki, są coraz bardziej popularne już nie tylko wśród właścicieli ekskluzywnych domów. – Taka automatyka domowa wkracza do wszystkich mieszkań  – mówi Arkadiusz Walus z portalu dominteligentny.pl.

Są dwie przyczyny, które sprawiły, że klientów przybywa, a rynek z takimi urządzeniami wciąż się rozszerza.

 – Ceny bardzo mocno spadają – wyjaśnia Arkadiusz Walus z dominteligentny.pl i dodaje, że ludzie coraz chętniej inwestują w inteligentne domy również z tego powodu, że urządzenia zapewniają oszczędzanie energii oraz nie niszczą środowiska. Są to m.in. automatyczne regulatory ogrzewania, oświetlenia, sterowniki klimatyzacji, wentylacji czy żaluzji.

Najpopularniejsze według eksperta jest obecnie inwestowanie w oświetlenia typu LED, dzięki czemu właściciel zużywa mniej energii.

 – Poprzez dopasowanie oświetlenia do miejsca, gdzie w danym czasie funkcjonujemy, używamy światła i co za tym idzie, tylko wtedy i tam, gdzie jej potrzebujemy – mówi Arkadiusz Walus.

Bardzo popularnym urządzeniem energooszczędnym są regulatory temperatury.

 – Możemy ustawić sobie komfortowy zakres, a temperatura będzie się automatycznie ustawiać – tłumaczy i podsumowuje energooszczędne właściwości automatyki domowej: – Jeśli wychodzimy z domu, ten dom wie o tym i nie zużywa niepotrzebnie energii na klimatyzację, która jest jeszcze droższa od ogrzewania bądź na ogrzewanie, kiedy jest zimno. Kiedy wchodzimy, dom już wie o tym, kto przyszedł i czego potrzebuje. Mamy więc odpowiednią temperaturę, odpowiednio ustawione światło, w zależności od pory dnia bądź pogody, bo instalacje współpracują ze stacją pogodową – mówi Arkadiusz Walus Agencji Informacyjnej Newseria.

Rynek automatyki domowej wciąż się rozszerza i ciągle pojawiają się nowe technologie.

 – Mamy już dzisiaj w ofercie producenta urządzenia, które potrafią zamawiać zakupy do lodówki, aby nigdy nie świeciła pustkami – opowiada ekspert.

Polish Weekly Review, 4 października 2013

The first week of October brought us surprisingly strong PMI release, a further sign of a forthcoming recovery in Polish economy. The surprise was mainly due to unexpected increase in employment, which indicates a brighter future for polish labour market. Wednesday’s MPC meeting was a non-event. Everything went according to the plan, as rates remained unchanged and a quasi-forward guidance was maintained. Our baseline scenario (accelerating growth and stable interest rates) is materializing itself.

Ekstraklasa piłkarskiego biznesu – ranking finansowy klubów Ekstraklasy

Mistrz Polski z sezonu 2012/2013 został zwycięzcą rankingu finansowego opublikowanego w piątej edycji raportu „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu”. Publikację tradycyjnie przygotowali eksperci z firmy doradczej EY i spółki Ekstraklasa S.A. Legia po raz pierwszy zajęła najwyższą pozycję w rankingu finansowym. Do tej pory wygrywał go Lech Poznań (trzykrotnie) oraz KGHM Zagłębie Lubin (raz). Drugie miejsce w tegorocznym zestawieniu zajął Kolejorz, a trzecie Lechia Gdańsk. W raporcie „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu” obok rankingu finansowego po raz pierwszy znalazły się kompleksowe dane o frekwencji na stadionach, oglądalności przed TV, medialności i skuteczności działań marketingowych wszystkich klubów najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.

Autorzy rankingu finansowego, oceniając kluby Ekstraklasy, wzięli w tym roku pod uwagę 7 kryteriów. Były wśród nich: wysokość przychodów, koszt zdobytego punktu (stosunek kosztów operacyjnych do liczby punktów zdobytych we wszystkich rozgrywkach), poziom dywersyfikacji przychodów, rentowność, obciążenie majątku zobowiązaniami, wskaźnik płynności i dynamika przychodów. Po nadaniu tym wskaźnikom odpowiednich wag powstał ranking 18stu zespołów – 16stu występujących w Ekstraklasie w sezonie 2012/2013 oraz dwóch beniaminków sezonu 2013/2014.

Dominacja Wojskowych

Legia Warszawa zdystansowała konkurencję przede wszystkim w najważniejszym z kryteriów finansowych – wysokości przychodów. Wyniosły one w 2012 r. 89,9 mln PLN i były aż o 36,9 mln PLN wyższe od wpływów drugiego w tej kategorii Lecha Poznań. Wysokie przychody Legii to m.in. zasługa gry w Lidze Europy (Legia grała mecze 1/16 Ligi Europy z sezonu 2011/2012) oraz sprzedaży Borysiuka, Komorowskiego i Rybusa. Legia zdominowała też konkurencję w materii przychodów z transferów. Wyniosły one w 2012 r. ponad 23 mln PLN. Lech z tego tytułu uzyskał 18 mln, a Górnik 10. W przypadku żadnego innego klubu wpływy z transferów nie wyniosły więcej niż 5 mln PLN.

– Można sobie zadawać pytanie czy awans do Ligi Europy w sezonie 2013/2014 zagwarantuje Legii finansową hegemonię na kilka następnych lat. Odpowiedź brzmi – raczej nie. Liga Europy to jednak nie Liga Mistrzów. Jednak niełatwo będzie zdetronizować Wojskowych. Najbliżej tego mógłby być poznański Lech – dziś chyba niezagrożona drużyna numer dwa pod względem biznesowym w Ekstraklasie. Jednak trzeci z rzędu sezon bez Ligi Europy powoduje, że Kolejorz dalej będzie musiał mocno koncentrować się na równoważeniu kosztów i przychodów. A jak trudne jest to zadanie widać na przykładzie Wisły – mówi Krzysztof Sachs, Partner w EY i pomysłodawca raportu „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu”. W porównaniu do poprzedniej edycji raportu – Biała Gwiazda spadła aż o 9 pozycji w rankingu finansowym, a jej wpływy ogółem w porównaniu do roku 2011 zmniejszyły się prawie o połowę i wyniosły 32,5 mln PLN. Trzecie miejsce w kategorii przychodów ogółem zajęło KGHM Zagłębie Lubin z wpływami na poziomie prawie 41 mln. Najniższe przychody za rok 2012 wśród klubów sklasyfikowanych w rankingu wykazał Zawisza Bydgoszcz – beniaminek Ekstraklasy w sezonie 2013/2014 – 4,1 mln PLN.

Gliwicka niespodzianka

Jak podkreślają autorzy raportu, Piast Gliwice był sprawcą największych niespodzianek, zarówno na boiskach Ekstraklasy w sezonie 2012/2013 jak i w roku finansowym, którego dotyczy ranking. Piast zajął w rankingu finansowym pierwsze pozycje w kategoriach dynamiki przychodów (wzrost o 234,7%!) i wskaźnika płynności oraz drugie pozycje w kategoriach kosztu zdobytego punktu i rentowności. Wszystko to jednak nie wystarczyło do pokonania Legii, gdyż przychody Piasta były drugimi najniższymi wśród sklasyfikowanych klubów. Ww. osiągnięcia dały gliwiczanom bardzo dobre 4. miejsce w rankingu finansowym – tuż za Lechią Gdańsk. Oba kluby, w porównaniu z poprzednią edycją zestawienia, zanotowały awans o 5 pozycji.

Zawisza i Cracovia w Ekstraklasie dają nadzieję na wyższe przychody z dnia meczu

Eksperci z firmy doradczej EY zwracają uwagę na pierwszy od lat spadek przychodów wszystkich klubów sklasyfikowanych w rankingu finansowym. W porównaniu z rokiem 2011 spadły one jednak nieznacznie – o 7 mln PLN z 449 do 442 mln. – Nawet jeśli uznamy, że przy pominięciu dużego spadku wpływów Wisły Kraków, suma przychodów reszty klubów wzrosła, to nie da się nie zauważyć, że w dobie kryzysu finansowego również piłkarski biznes popadł w lekką stagnację – zauważa Krzysztof Sachs – Trzeba też uczciwie przyznać, że frekwencja na stadionach Ekstraklasy nie rosła tak, jak się tego spodziewaliśmy. Minął już efekt EURO. Pozostało kilka wspaniałych stadionów, kolejne się modernizują, a średnia frekwencja na ligowych meczach nie chce przekroczyć 10 tys. Choć w tym zakresie jest nadzieja na poprawę. Słabe kibicowsko Bełchatów i Polonię zastąpiły w Ekstraklasie Zawisza i Cracovia, których stadiony i tradycje gwarantują zwyżkę frekwencji. Wzrosła liczba widzów na stadionach Lecha i Legii. Do tego kończy się modernizacja stadionu w Zabrzu i Białymstoku. Musi być lepiej! – dodaje.

48 milionów widzów T-Mobile Ekstraklasy

Według danych przedstawionych w raporcie „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu 2013” w sezonie 2012/2013 dało się zauważyć znaczący wzrost atrakcyjności Ekstraklasy mimo niewielkiego spadku frekwencji na stadionach. Świadczy o tym rosnąca po raz kolejny w tempie dwucyfrowym oglądalność spotkań w TV. Dlatego prezes Ekstraklasy S.A. jest optymistą jeśli chodzi o przyszłość naszej ligi zawodowej. Podkreśla, że Ekstraklasa to dzisiaj najsilniejsza marka w polskim sporcie.

– Jak wynika z badań Millward Brown na zlecenie Ekstraklasy S.A., ponad 10 milionów dorosłych Polaków deklaruje zainteresowanie rozgrywkami Ekstraklasy, a ponad 4 miliony przyznaje, że ogląda w telewizji przynajmniej jeden mecz co dwie kolejki. Te okoliczności powodują, że wartość marki Ekstraklasa systematycznie wzrasta, co w kolejnych latach powinno przełożyć się na większe przychody uzyskiwane przez Ekstraklasę S.A. i jej kluby z tytułu praw medialnych i marketingowych – mówi Bogusław Biszof. Dane o oglądalności spotkań potwierdzają słowa prezesa ligi. Średnia oglądalność meczów w TV w sezonie 2012/2013 wzrosła o 47%. Łącznie mecze najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce oglądało ponad 48 mln widzów. W tym samym czasie frekwencja na arenach Ekstraklasy wyniosła 8,3 tys. osób w porównaniu z 8,7 tys. w sezonie 2011/2012.

Legia najatrakcyjniejsza dla Pań – czyli raport naszpikowany ciekawostkami

W tegorocznej edycji raportu „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu”, oprócz szczegółowych danych finansowych, o frekwencji w klubach i oglądalności telewizyjnej spotkań znalazły się również setki ciekawostek dla kibiców piłki nożnej. I tak najchętniej oglądanym klubem przez płeć piękną jest Legia Warszawa. Panie stanowiły aż 27% widzów oglądających Legię w TV. Druga w tej kategorii Lechia gromadziła 26,9% kobiet przed telewizorami. Najwięcej fanów na Facebooku ma również Legia Warszawa (284 tys. – stan na 30 czerwca kiedy były gromadzone dane do raportu). Drugi jest Lech z wynikiem 279 tys. Najpopularniejszym wśród kibiców Lechii Gdańsk gadżetem z klubowego sklepu z pamiątkami była silikonowa bransoletka, której sprzedało się prawie 3,5 tys. sztuk. Najchętniej oglądanym zespołem w Canal+ była Jagiellonia Białystok, która nawet grając o godz. 14.30 w sobotę (poza prime time) potrafiła zgromadzić przed telewizorami 229 tys. widzów.

– W mocno zmienionym, w stosunku do lat poprzednich, raporcie „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu” po raz pierwszy odchodzimy od spojrzenia na kluby, w którym dominowałyby finanse. Bierzemy pod lupę każdy z klubów, który w 2012 roku występował w Ekstraklasie i 2 beniaminków sezonu 2013/2014. To pierwsza aż tak kompleksowa publikacja o lidze zawodowej piłki nożnej i jedyny oficjalny raport finansowy, który firmuje swoim logo nasza spółka – konkluduje Bogusław Biszof.

ATM S.A. sprzedaje akcje mPay S.A.

ATM S.A., zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami, przystąpiła do sprzedaży posiadanych akcji spółki mPay S.A. Za pośrednictwem doradcy finansowego przekazane zostanie do określonych podmiotów zaproszenie do składania ofert kupna wszystkich 42 927 227 akcji mPay S.A. będących w posiadaniu ATM. Decydującą rolę w wyborze oferty będzie miała cena oferowana za sprzedawane akcje. Podejmowane czynności, mające charakter oferty prywatnej, są istotnym krokiem prowadzącym do ostatecznego wycofania się ATM z działalności w zakresie płatności mobilnych. O decyzji w tej sprawie Spółka informowała w ostatnich dwóch raportach okresowych.

Najnowszy raport DTZ – Investment Market Update

Według najnowszego raportu DTZ – Investment Market Update podsumowującego aktywność inwestycyjną na rynku nieruchomości komercyjnych, w pierwszym półroczu 2013 roku odnotowano w Polsce najlepszy wynik wolumenu transakcyjnego od 2007 roku. Polska jest nadal postrzegana przez zagranicznych inwestorów, jako rynek o silnych fundamentach makroekonomicznych, utrzymującym się wzroście PKB (prognoza na 2013 – 0, 9% oraz lata 2014 – 2, 5%, 2015 – 3, 3%), silnej sprzedaży detalicznej oraz rosnącym popycie.

W pierwszych 6 miesiącach 2013 roku wartość transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości w Polsce wyniosła 1, 2 miliarda euro wartości transakcji i oczekuje się, że w kolejnych miesiącach wartość transakcji wyniesie 1,3 miliarda euro, osiągając poziom 2,5 miliarda euro na koniec 2013 roku. Mimo wzrostu wartości inwestycji ich średnia wartość spadała z 71 milionów euro w 2012 roku do 43 milionów euro w pierwszej połowie 2013 roku, z tylko 4 transakcjami przewyższającymi 100 milionów euro.

Przez okres 30 miesięcy od 2011 roku do 1. poł. 2013, Niemieccy inwestorzy zdominowali polski rynek i odpowiadali za ok. 29% wartości wszystkich inwestycji. Na drugim miejscu znaleźli się inwestorzy międzynarodowi (22% wartości wszystkich inwestycji), inwestorzy z Francji (14%), Austrii i Polski (odpowiednio 8% i 7%).Podobnie jak w latach ubiegłych, również w pierwszej połowie 2013 roku nieruchomości biurowe były dominującym rodzajem aktywów nabywanych przez inwestorów. W całej 1 połowie 2013, inwestycje w biura stanowiły 48% wartości wszystkich inwestycji w nieruchomości komercyjne w Polsce. Na drugim miejscu znalazł się sektor przemysłowy (dzięki dwóm znaczącym transakcjom typu joint venture pomiędzy Prologis i Norges Bank oraz SEGRO i kanadyjskim PSP) z 28% udziałem w całkowitej wartości inwestycji. Inwestycje w nieruchomości o funkcji mieszanej stanowiły 12% całkowitej wartości inwestycji.

Wartość inwestycji w sektorze handlu detalicznego spadła z 25% w 2012 roku do 11% w pierwszej połowie 2013, jednakże oczekuje się, że udział tego sektora zwiększy się w drugiej połowie roku w związku z finalizacją wielu transakcji, np. sprzedaży Galerii Katowickiej. Pomimo tego spadku, centra handlowe pozostały najbardziej poszukiwanym rodzajem aktywów na rynku handlu detalicznego (83% wartości wszystkich inwestycji w sektorze), na dalszych miejscach znalazły się sklepy zlokalizowane przy głównych ulicach (6% całkowitej wartości inwestycji w sektorze detalicznym) i parki handlowe / magazyny (5% całkowitej wartości inwestycji).

Stopa kapitalizacji we wszystkich sektorach w 2 kw. 2013 pozostała bez zmian i dla najlepszych aktywów w danym sektorze wynosiła 6, 00% dla centrów handlowych, 6, 25% dla biur i 8, 00% dla sektora magazynowego. Od 2011 roku zauważalna jest tendencja do wydłużania przez banki terminu zapadalności kredytów deweloperskich. Ze względu na bardziej rygorystyczne kryteria przyznawania kredytów, większość polskich banków, mimo niesprzyjających warunków rynkowych, utrzymało poziom rezerw z tytułu utraty wartości tych kredytów na akceptowalnym poziomie. Ponadto, banki oczekują od deweloperów wyższego wkładu własnego, wynoszącego obecnie około 20-40% całkowitych kosztów inwestycji (w zależności od typu projektu i sektora). W konsekwencji deweloperzy zwiększyli emisję obligacji własnych, która staje się alternatywnym źródłem finansowania dla wielu projektów inwestycyjnych – mówi Kamila Wykrota, szefowa działu doradztwa i analiz w firmie DTZ.

Komentarz dzienny, 4 października 2013

Zgodnie z opublikowanymi w dniu wczorajszym danymi, liczba osób ubiegających się po raz pierwszy o zasiłek wzrosła w ostatnim tygodniu września o 1 tys., do 308 tys., po raz kolejny sprawiając pozytywną niespodziankę. Ze względu na dużą wahliwość, w analizie danych tygodniowych z rynku pracy wygodnie jest korzystać z wartości uśrednionych. Czterotygodniowa średnia spadła do 305 tys. i jest najniższa od maja 2007 roku, sugerując bardzo niską destrukcję miejsc pracy.

PGNiG dostarczy gaz za 3 mld zł dla Elektrociepłowni Gorzów

CEO Magazyn Polska

PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna zostało jednym z największych klientów gazowej spółki. PGNiG zapewni dostawy gazu ziemnego do nowo budowanego bloku gazowo-parowego w Elektrociepłowni Gorzów. Surowiec z lokalnych kopalni PGNiG będzie dostarczany przez 20 lat. Wartość umowy szacowana jest na 3 mld zł.

Podpisana 3 października między koncernami umowa zapewni  dostawy gazu ziemnego na potrzeby planowanego do uruchomienia w 2015 r. kogeneracyjnego bloku parowo-gazowego w Elektrociepłowni Gorzów o mocy 138 MWe netto. Oznacza to, że od momentu jego uruchomienia PGNiG będzie sprzedawać PGE GiEK aż 281 mln m3 gazu ziemnego rocznie.

 – Podpisana umowa jest bardzo ważnym elementem naszej strategii, w której pokazujemy, że PGNiG jest stabilnym dostawcą dla naszych klientów, a w szczególności dla naszych dużych odbiorców. Pokazujemy, iż gaz, który dostarczamy, może być podstawą dla przeprowadzenia poważnych inwestycji przez duże firmy energetyczne – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Kurella, p.o. prezesa PGNiG.

Na potrzeby tej inwestycji PGNiG będzie dostarczało gaz ziemny ze złóż krajowych, w tym z niedawno otwartej kopalni ropy naftowej i gazu ziemnego Lubiatów. Niedalekie położenie kopalni od elektrociepłowni pozwala obniżyć koszty dostarczanego paliwa.

 – Ta umowa jest dla nas umową korzystną. Jej efektywność jest tak skalkulowana, iż PGNiG osiągnie przychód. Jest to głównie spowodowane faktem, iż mówimy o dostarczeniu gazu bezpośrednio z naszych złóż zlokalizowanych obok Gorzowa Wielkopolskiego, jak również z nowo otwartej kopalni Lubiatów. To jedna z największych w kraju oraz jedna z najnowocześniejszych w Europie inwestycji tego typu, którą PGNiG otwierało ponad dwa miesiące temu – zaznacza Jerzy Kurella.

Nowa umowa zastępuje wcześniejszą z 1996 roku, która zapewniała dostawę paliwa do istniejącego bloku parowo-gazowego.

 – Podpisaliśmy umowę z wykonawcą, z konsorcjum firm Siemens na realizację nowej inwestycji, nowego bloku parowo-gazowego – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Waldemar Szulc, wiceprezes zarządu PGE GiEK SA. – Stąd zapotrzebowanie na ten gaz radykalnie się zwiększy, dlatego negocjowaliśmy z PGNiG w zakresie warunków dostawy tego gazu dla nowego, jak i dla starego bloku.

Zaznacza przy tym, że budowany blok będzie dużo bardziej efektywny niż dotychczasowy. Ma przynieść korzyści zarówno spółce, jak i całemu regionowi oraz kontrahentom PGE.

 – Ten nowy blok po uruchomieniu zapewni nam produkcję większej ilości energii elektrycznej, którą będziemy mogli sprzedać do krajowego systemu, a produkcja ciepła z tego systemu pozowali nam zastąpić produkcję ciepła z dotychczasowych starych kotłów węglowych, które są już nieekonomiczne, nie są dostosowane do wymagań środowiskowych, które będą obowiązywały od 1 stycznia 2016 roku,  więc te stare instalacje będą wyłączone, a będą zastąpione przez nowoczesny blok parowo-gazowy – mówi  Szulc.

Gazowa spółka liczy na kolejne kontrakty.

Rozwój krajowego upstreamu wpisany jest w strategię PGNiG. Spółka liczy na to, że w przyszłości uda jej się zawrzeć podobne umowy, jak ta z PGE GiEK. Będzie to jednak zależało od uwarunkowań prawnych.

 – Mam nadzieję, że jest szansa, żeby takie umowy podpisywać w niedalekiej przyszłości. Natomiast aby tego typu inwestycje mogły być realizowane, bardzo ważnym elementem musi być system wsparcia – tłumaczy  p.o. prezesa PGNiG. – Nasi partnerzy, czyli inwestorzy tego typu projektów energetycznych, muszą mieć zapewnione odpowiednie warunki prawne związane z certyfikatami. Dopóki tego typu warunki prawne nie zaistnieją, będzie trudno naszym partnerom zdecydować się na inwestycje w bloki gazowe.

Trwają prace nad nowym prawem wodnym. Energetyka i rolnicy zapłacą za pobór wody z rzek.

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Środowiska zakończyło konsultacje nad założeniami nowego Prawa wodnego i w najbliższym czasie prześle projekt do Komitetu Stałego Rady Ministrów. Po przyjęciu założeń przez rząd, ruszą pracę nad konkretną ustawą. Resort nie wie jeszcze, w jaki sposób będzie uregulowana kwestia opłat za pobór wody z rzek przez branżę energetyczną i rolników.

Ważnym elementem nowego prawa będzie wprowadzenie wymogów Ramowej Dyrektywy Wodnej, unijnego prawa z 2000 roku. Jednym z nich są opłaty za pobór wody z rzek. Dotkną one m.in. branżę energetyczną, rolników oraz hodowców ryb.

Jak podkreśla wiceminister środowiska Stanisław Gawłowski, cały czas trwają konsultacje dotyczące sposoby pobierania tych opłat i ich wysokości.

 – Postaramy się wprowadzić te opłaty w niezbędnej, minimalnej wysokości – mówi Stanisław Gawłowski. – Nie mam w tej chwili gotowej odpowiedzi, czy to będzie ułamek grosza od metra sześciennego wody pobieranej na potrzeby turbin hydroenergetycznych, czy jeszcze mniejsza kwota pobierana na potrzeby chłodzenia reaktorów czy w elektrowniach konwencjonalnych. Energetyka dzisiaj wie, że nie mamy wyboru i że z naszej strony jest wola poszukania dobrego rozwiązania.

Gawłowski w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria zapowiada, że ministerstwo będzie forsować proste rozwiązania oparte o stawki za objętość pobranej wody. Mają one być uzależnione od miejsca poboru i celu. Według niego najlepsze rozwiązanie to takie, które nie będzie powodować dodatkowych komplikacji.

 – W najbliższym czasie spotykam się też z przedstawicielami firm rybackich, które pobierają wodę na potrzeby hodowli ryb, do stawów. Tam też będziemy szukać takich rozwiązań, które z jednej strony wprowadzą tę zasadę, ale z drugiej strony, nie będą stanowić jakiegokolwiek nadzwyczajnego obciążenia w tym środowisku – zapewnia wiceminister środowiska.

Poza wprowadzeniem wymogów Ramowej Dyrektywy Wodnej nowe Prawo wodne ma też spowodować szereg innych zmian prawnych.

 – To jednoznaczna odpowiedzialność za poszczególne rzeki, czyli jeden gospodarz i jedna rzeka. To budowa całego systemu finansowania, utrzymania całej infrastruktury przeciwpowodziowej. To rozdzielenie władztwa wodnego, administracji od zarządzania majątkiem – wylicza główne założenia nowych przepisów Stanisław Gawłowski.

Zakończyły się już konsultacje społeczne samych założeń. Ich projekt trafi do Komitetu Stałego Rady Ministrów. Gawłowski przewiduje, że rząd zajmie się nim w ciągu kilkunastu najbliższych tygodni. Jego zdaniem, nie będzie to proces szybki, ponieważ prawo jest bardzo skomplikowane i wprowadza liczne zmiany.

Jeszcze przed uchwaleniem nowego Prawa wodnego resort środowiska chce znowelizować obecne przepisy. Ich zmianą już wkrótce zajmie się Rada Ministrów, a potem propozycja trafi pod obrady Sejmu. Nowelizacja przede wszystkim dostosuje polskie prawo do wymogów unijnych.

Dzięki nowym składom zespołowym PKP Intercity obniży koszty przejazdu pociągów nawet o 40 proc.

CEO Magazyn Polska

PKP Intercity dzięki inwestycjom w nowy tabor lub modernizację używanego może zmniejszyć koszty o nawet 30-40 proc. Przewoźnik poszerzy również swoją ofertę, zwłaszcza na trasach niezelektryfikowanych, gdzie dziś pociągi prowadzone są lokomotywami spalinowymi. Elastyczność producentów taboru w kwestii terminów dostaw stanowi dla PKP Intercity jeden z priorytetów w prowadzonych przetargach.

 Nasz program inwestycyjny w tej chwili jest wart około 5,5 mld złotych. Oczywiście, najbardziej znany projekt to zakup 20 składów zespołowych z prędkością maksymalną 250 km/h, czyli pociągów Pendolino. Ale to tylko część tego, co robimy. Realizujemy też dwa przetargi na zakup składów zespołowych z prędkością do 160 km/h – wylicza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Paweł Hordyński, członek zarządu PKP Intercity ds. finansowych. Dodaje: – Zostało wszczęte postępowanie w sprawie zakupu 10 składów zespołowych piętrowych. Oprócz tego modernizujemy 218 wagonów na linię Przemyśl – Szczecin. Kupujemy 45 nowych wagonów, 10 nowych lokomotyw spalinowych i modernizujemy 20 lokomotyw spalinowych.

Hordyński podkreśla, że dzięki zakupom nowych elektrycznych zespołów trakcyjnych (czyli składów, które nie mają osobnej lokomotywy) spółka zaoszczędzi w segmencie kosztów eksploatacyjnych. EZT, zabierające tyle samo osób, co tradycyjne składy wagonowe z lokomotywą, są konstrukcyjnie lekkie, w porównaniu z tradycyjnymi pociągami ważą o ok. 30-40 proc. mniej. To w praktyce oznacza mniejsze koszty eksploatacji nowych składów, bo 25 proc. kosztów spółki to koszty dostępu do infrastruktury, które są wyliczane na podstawie masy pociągów. Nowe EZT pobierają również mniej energii elektrycznej. „Odchudzenie” składów oznacza obniżenie kosztów o 30-40 proc.

W tej chwili PKP Intercity ma 14 elektrycznych składów zespołowych ED74 Bydgostia, wyprodukowanych przez bydgoską Pesę. W grudniu 2014 roku służbę rozpocznie 20 szybkich Pendolino wyprodukowanych we Włoszech przez francuski koncern Alstom. Pod koniec sierpnia przewoźnik rozstrzygnął przetarg na 20 EZT o prędkości 160 km/h – zamówienie warte 1,5 mld zł zdobyło konsorcjum Stadler i Newag. Trwa również postępowanie na kolejnych 20 EZT o prędkości 160 km/h.

 – Zakup 40 EZT oznacza uzupełnienie naszego parku taborowego o kolejne nowoczesne pociągi, dedykowane m.in. trasom Kraków-Olsztyn czy Jelenia Góra – Białystok. Początkowo planowaliśmy jedynie zakup 11 EZT w tej perspektywie, jednak uzyskaliśmy możliwość wykorzystania większej ilości środków. Stąd inwestycja w 40 nowych pojazdów. Jest to dla rynku producentów duże zamówienie, ale liczymy, że zgodnie z umową składy kursować będą już w 2015 roku – mówi Hordyński.

Dzięki modernizacji 20 lokomotyw spalinowych oraz zakupie 10 nowych, przewoźnik będzie mógł nie tylko zaoszczędzić na kosztach przejazdów wynajmu taboru, ale uruchomi również nowe połączenia, które teraz nie są obsługiwane przez pociągi PKP Intercity. Dzięki inwestycjom pasażerowie skorzystają z nowych połączeń, np. w Bieszczady.

Nowe i zmodernizowane lokomotywy spalinowe, używane również do prac manewrowych, dzięki zastosowanym technologiom oferować będą mniejsze koszty eksploatacyjne, np. pozwolą zużywać znacznie mniej paliwa.

 – Lokomotywy emitować będą mniej spalin i hałasu. W części maszyn zastosowane zostaną dodatkowe urządzenia umożliwiające zasilanie pociągu w energię elektryczną. Tego typu lokomotywy pozwolą nam nie tylko na prowadzenie prac manewrowych, ale używanie lokomotyw na szlakach niezelektryfikowanych, np. na Hel. Pomimo wykorzystania lokomotywy spalinowej skład pociągu nadal będzie zasilany w energię elektryczną, co oznacza możliwość m.in. korzystania z klimatyzacji– tłumaczy Paweł Hordyński.

W SKOK-ach depozyty będą gwarantowane. S. Kluza (SGH): zmiany wprowadzane są zbyt późno

Od 29 listopada Bankowy Fundusz Gwarancyjny zapewni bezpieczeństwo depozytów w Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. Według Stanisława Kluzy, ekonomisty SGH i byłego szefa KNF to potrzebna zmiana, ale spóźniona. Jego zdaniem, powinno to nastąpić najpóźniej w momencie, gdy SKOK-i zostały objęte nadzorem KNF, czyli w październiku ubiegłego roku.

 Oceniam, że wprowadzenie nadzoru nad systemem SKOK-ów w Polsce jest, po pierwsze, potrzebne, po drugie, nastąpiło za późno, po trzecie, dostrzegam pewnego rodzaju słabości w sposobie, w jaki to wprowadzenie nastąpiło – uważa Stanisław Kluza, były przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe (SKOK-i) objęto państwowym nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) w październiku 2012 r. Pół roku później Sejm zdecydował, że depozyty do wysokości 100 tys. euro, gromadzone w tych instytucjach, objęte będą – tak jak te w bankach – gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Stanie się to 29 listopada.

Obecnie SKOK-i posiadają fundusz stabilizacyjny Kasy Krajowej, tworzony na wzór Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (każda z Kas odprowadza składki – część swoich aktywów, do Kasy Krajowej), a dodatkowo korzystają z ubezpieczeń do równowartości 100 000 euro.

 – Z punktu widzenia każdego systemu, każdego podmiotu na rynku finansowym, bardzo ważną rzeczą jest bycie w systemie gwarantowania, który zwiększa reputację i zaufanie klientów do takich instytucji finansowych – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Stanisław Kluza. – Poddanie jakiejkolwiek działalności pod nadzór publiczny powinno iść równolegle z objęciem również publicznym systemem gwarantowania.

Zarówno nadzór, jak i gwarancje powinny korzystnie wpłynąć na sytuację SKOK-ów. Przede wszystkim oznaczają większe bezpieczeństwo, a tym samym lepszy wizerunek wśród klientów.

 – Państwo gwarantując daje wiarygodność, że nawet w przypadku zachwiań, materializacji się pewnych ryzyk, ulokowane tam depozyty do znaczącej kwoty jednak nie ulegną przepadkowi – mówi ekonomista.

Jak podkreśla, nowe regulacje są kosztowne dla SKOK-ów, ale i korzyść z nich jest większa.

 – To niesie ze sobą bardzo dużą wartość, która wiąże się z trwałością i dobrymi fundamentami do rozwoju w przyszłości. Wprowadzenie takich rozwiązań na odpowiednio wczesnym etapie rozwoju poszczególnych instytucji finansowych jest im bardzo potrzebne, żeby w późniejszym okresie, kiedy częściej doświadczają etapów krótkookresowych, dynamicznych wzrostów, nie zostały w ten sposób zdestabilizowane – wyjaśnia Stanisław Kluza.

Jego zdaniem, stabilny rozwój takich instytucji jak SKOK-i gwarantuje, że polski system finansowy jest dobrze „zdywersyfikowany”.

 – Funkcjonują w nim instytucje o różnej wielkości, odmiennym profilu ryzyka, interesujące się różnymi grupami klientów. SKOK-i ze względu na swoje podstawy chcą być obecne w szczególności w pewnym segmencie klientów mniej zarabiających, bardziej obecnych w społecznościach i środowiskach lokalnych, czasami mniej zamożnych – mówi Stanisław Kluza. – Myślę, że jest dużo miejsca na różnego rodzaju spółdzielcze formy działalności finansowej, przykładowo SKOK-i bądź banki spółdzielcze.

Dyskonty pogrążają branżę spirytusową

W ciągu ostatnich pięć lat zbankrutowało osiem Polmosów. Z blisko 1000 gorzelni w ciągu 20 lat zostało 100. To jeden z najmniej rentownych rynków sektora spożywczego. Polacy piją więcej whisky, a wódkę wolą kupować w dyskontach, co jeszcze bardziej obniża zyski branży.

 – Najtańszy alkohol, te wódki ekonomiczne i mainstreamowe, można kupić w sieciach dyskontowych, które mają bardzo niskie marże, ale też z uwagi na wolumen zakupów są bardzo ważne dla producentów  mówi Leszek Wiwała, prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.  Dostarczając tam, siłą rzeczy, producent traci zysk, ale jakby nie dostarczał, to dramatycznie traci rynek. Jesteśmy między młotem a kowadłem.

Od 2008 roku spożycie wódki w Polsce spada. Branża określa ten spadek jako „dramatyczny”. Rentowność gorzelni jest bardzo niska w ubiegłym roku zarobiły niecałe 200 mln zł, co nie starczyło nawet na pokrycie długu z poprzedniego okresu.

 – W kraju producenci dopłacili w 2011 roku ponad 300 mln zł do produkcji wódki, nierentowna była połowa przedsiębiorstw – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Leszek Wiwała.  W ciągu ostatnich pięciu lat zbankrutowało osiem państwowych Polmosów. Teraz już nie ma ich w ogóle. Nie ma zakładów, które należały do Skarbu Państwa. Liczba gorzelni dramatycznie spadła na przestrzeni ostatnich 20 lat. To spadek z blisko 1 tys. gorzelni do działających około 100 gorzelni.

Jak wyjaśnia prezes ZP PPS, od momentu wejścia do Unii Europejskiej Polacy bardzo polubili whisky. Kiedyś to była kategoria niszowa, obecnie jest na czwartym miejscu pod względem spożycia po wódce, piwie i winie.

 – Część Polaków, być może są to ludzie, którzy pracowali za granicą, jeździli do Irlandii, Wielkiej Brytanii czy do Francji, gdzie whisky jest bardzo popularna, wrócili do Polski i chcą pić ten alkohol. W Polsce whisky nie produkujemy, więc to importerzy obecni na naszym rynku na tym zyskują  mówi przedstawiciel pracodawców przemysłu spirytusowego.

Ale na unijnym rynku polscy producenci też zyskali. Polska wódka cieszy się na Zachodzie dużą popularnością, szczególnie w Wielkiej Brytanii. Dla branży to jednak za mało, bo gros produkcji idzie na rynek polski, a ten od pięciu lat się kurczy, a konkurencja na nim rośnie.

 – Mieliśmy do czynienia z takim ewenementem, że wódki, które były znane z tego, że są wódkami gatunkowymi, smakowymi, miały swoje odnowione wersje w postaci wódek czystych. One zyskały bardzo dużą popularność  dodaje Wiwała.  Natomiast kiedy wchodziły na rynek, to dostały odpowiednie dofinansowanie, bo nowy produkt musi być sprzedawany trochę taniej, żeby w ogóle jego sprzedaż zaczęła się liczyć. To też jest jeden z elementów, który obniżał rentowność całej branży, ale też funkcjonowanie małych firm.

Z tych powodów producenci z obawą patrzą na podniesienie od przyszłego roku akcyzy na alkohole wysokoprocentowe. Jej wzrost o 15 proc. oznacza średnią podwyżkę ceny pół litra wódki o 1,8 zł. Zdaniem branży, przełoży się to na jeszcze niższą sprzedaż, a co za tym idzie  jeszcze niższą rentowność polskich zakładów.

 – Być może Polacy zmienią swoje zapatrywanie i cena przestanie być dla nich ważna. To byłby bardzo pozytywny scenariusz dla wszystkich, i dla Ministerstwa Finansów, i dla producentów, gorzej dla dyskontów. Ale wydaje mi się, że gigantyczny boom gospodarczy nam raczej nie grozi i nasz przemysł będzie nadal jedną z najmniej rentownych części sektora spożywczego – mówi Wiwała.

Firmy, które nie mają szans na kredyt bankowy, mogą dostać pieniądze z funduszu pożyczkowego

CEO Magazyn Polska

Około 70 proc. małych i średnich firm w ogóle nie korzysta z finansowania zewnętrznego. Często problemem w uzyskaniu kredytu są wysokie wymagania, jakie przedsiębiorcom stawiają banki. Dla nich szansą na rozwój firmy może być oferta funduszy pożyczkowych, czyli instrumenty zwrotne finansowane głównie ze środków unijnych. Pożyczyć mogą również ci, którzy dopiero chcą uruchomić swój biznes.

 Polskie małe i średnie przedsiębiorstwa generalnie są niechętne zadłużaniu się – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Tomasz Sypuła, prezes Mazowieckiego Regionalnego Funduszu Pożyczkowego. – Szacuje się, że około 70 proc. małych i średnich przedsiębiorstw w ogóle nie korzysta z finansowania zewnętrznego, co wcale nie jest dobre, bo żeby firma się rozwijała musi na pewnym etapie z niego korzystać.

Niektóre małe i średnie firmy mają utrudniony dostęp do kredytów. Dlatego coraz częściej korzystają oni z ofert funduszy pożyczkowych.

 – Fundusze pożyczkowe są określane funduszami wysokiego ryzyka. My udzielając pożyczki bierzemy na siebie bardzo duże ryzyko, którego bank bardzo często nie chce wziąć – mówi Sypuła. – Więc po pierwsze, łatwiej takiej firmie uzyskać finansowania, po drugie, jest mniej formalności i prostsze procedury.  

O finansowanie z funduszu mogą starać się również początkujący przedsiębiorcy, którzy mają pomysł na biznes, ale nie mają za co go rozkręcić. Mazowiecki Regionalny Fundusz Pożyczkowy oferuje początkującym firmom pożyczki w wysokości do 120 tysięcy na okres pięciu lat.

 Wspieramy start-upy, czyli firmy, które zakładają osoby bezrobotne czy absolwenci, którzy nie mogą znaleźć pracy i decydują się na podjęcie własnej działalności gospodarczej. Dla takiej osoby szanse otrzymania kredytu bankowego są zerowe. Tymczasem fundusze pożyczkowe udzielają wsparcia  – w naszej instytucji około 50 proc. pożyczek przeznaczonych jest dla start-upów – podkreśla prezes MRFP.

Firmy działające na rynku ponad rok mogą liczyć na pół miliona zł pożyczki. Można też negocjować spłaty w razie niepowodzenia przedsięwzięcia.

 – Jeśli rynek zweryfikuje dany pomysł negatywnie lub wystąpią nieprzewidziane przeszkody, to staramy się pomóc dłużnikowi i zrestrukturyzować zadłużenie, np. rozłożyć raty na dłuższy okres – mówi Sypuła. – Nie możemy umorzyć długu, gdyż operujemy środkami publicznymi, głównie unijnymi. Jednak w przypadku problemów staramy się rozłożyć spłatę w czasie i poczekać, aż przedsiębiorca odzyska zdolność kredytową.

Polski rynek handlu elektronicznego warty ok. 5 mld euro. Rośnie udział transakcji mobilnych

CEO Magazyn Polska

Polski rynek handlu elektronicznego jest już wart ok. 5 mld euro i cały czas bardzo szybko się rozwija. Co dziesiąta transakcja jest dokonywana za pomocą urządzeń mobilnych. Mimo to udział tego typu handlu w całej sprzedaży detalicznej to tylko ok. 3-4 proc.

 – Polska to duży rynek e-commerce i m-commerce w Europie, tak duży jak Hiszpania. Jego całkowita wartość to ok. 4-5 mld euro. Wciąż obserwujemy na nim znaczący, dwucyfrowy wzrost, czego nie widać na dojrzałych rynkach jak Wielka Brytania czy Niemcy, które są bardzo duże, ale nie rosną już tak szybko – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Damien Perillat, dyrektor zarządzający PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej.

Odsetek transakcji dokonywanych za pomocą internetu i technologii mobilnych rośnie w całej Europie, ale w Polsce wciąż jest na bardzo niskim poziomie i wynosi 3-4 proc. całej sprzedaży detalicznej. Perillat zauważa jednak, że coraz więcej przedsiębiorstw z każdego segmentu wielkości korzysta z internetowych kanałów sprzedaży. Wraz ze wzrostem liczby smartfonów i tabletów, rośnie też liczba konsumentów korzystających z m-commerce.

W tym roku na całym świecie PayPal planuje przetworzyć płatności mobilne o wartości 20 mld dolarów. Spółka przewiduje, że dynamika wzrostu tego segmentu płatności wyniesie w 2013 r. w Polsce ponad 5 proc. Z kolei w ciągu kolejnych dwóch lat 10 proc. transakcji elektronicznych w naszym kraju będzie wykonanych za pomocą urządzeń mobilnych. Rozwój tego segmentu wpłynął na decyzję o udostępnieniu w Polsce aplikacji mobilnej PayPal na systemy operacyjne iOs oraz Android.

 – Można również zauważyć, że telefony komórkowe zdobywają coraz większą część w handlu internetowym. Ten trend będzie coraz wyraźniejszy w nadchodzących latach – przewiduje Perillat.

Dodaje, że dzięki rozwojowi handlu elektronicznego i mobilnego nawet małe firmy mogą znacznie łatwiej sprzedawać towary za granicę – nie tylko na rynki Europy Środkowo-Wschodniej, ale także globalnie.

 – Mamy znakomite przykłady polskich firm, które ruszyły ze sprzedażą online na całym świecie. To pozytywny trend, ponieważ koszty prowadzenia biznesu w internecie są bardzo niskie – podkreśla Perillat.

Według niego, najważniejszym problemem dla dalszego rozwoju handlu elektronicznego i mobilnego pozostaje zaufanie pomiędzy kupującymi a przedsiębiorcami. Z tego powodu niezwykle istotne są dobre przepisy dotyczące ochrony danych osobowych oraz bezpieczeństwa transakcji online. Zdaniem Perillata, klienci sklepów kupujący towary przez internet muszą mieć pewność, że zakup jest tak samo bezpieczny, jak w tradycyjnym sklepie.

Tylko niecałe 4 proc. Polaków szczepi się przeciwko grypie

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku przeciwko grypie zaszczepiło się niecałe 4 proc. Polaków. Powodem jest najczęściej niepewność co do skuteczności szczepionek oraz brak wiedzy na temat konsekwencji grypy.

 – To naprawdę skandaliczne, że w Polsce w ostatnim sezonie 2012/2013 zaszczepiło się jedynie 3,75 proc. populacji, mimo że urzędy marszałkowskie w wielu województwach zapłaciły za szczepionkę dla osób po 64. roku życia – mówi polska wirusolog prof. Lidia Brydak. – Niestety my, Polacy, nie chcemy się szczepić przeciwko grypie. To choroba lekceważona, bardzo często mylona z przeziębieniem.

Liczba szczepień była w ubiegłym sezonie niższa niż rok wcześniej, kiedy ze szczepionek skorzystało 4,5 proc. Polaków. Mimo to przypadków zachorowań na grypę i podejrzeń takich przypadków było niemal półtora miliona. W ubiegłym sezonie – już 2,4 miliona. Z raportu EY wynika, że nawet w latach, gdy nie ma epidemii grypy, koszty związane z tą chorobą sięgają 836 mln zł rocznie. Eksperci wyliczyli, że gdyby zaszczepiło się 45 proc. populacji, gospodarka zaoszczędziłaby netto pół miliarda złotych.

Szczepionki obecnie są już dostępne w aptekach, ale skorzystać z nich można nawet za kilka tygodni lub miesięcy, kiedy wirus zacznie krążyć w populacji, czyli kiedy Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego ogłosi, że wyizolowano wirus grypy określonego typu.

 Zgodnie z decyzjami WHO nie ma terminów, co do szczepień. Osoby z grupy podwyższonego ryzyka powinny jednak się zaszczepić, kiedy szczepionka jest w aptekach – tłumaczy profesor w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Osobami szczególnie narażonymi na zachorowanie na grypę są dzieci oraz przewlekle chorzy.

 – Dzieci od 6 miesiąca życia do 18. roku życia zostały zaklasyfikowane do grupy podwyższonego ryzyka. Ale to są również osoby po przeszczepach, osoby z problemami kardiologicznymi, neurologicznymi, nefrologicznymi, osoby, które mają astmę, z POChP [przewlekła obturacyjna choroba płuc – red.] oraz wszystkie te osoby, które były wielokrotnie hospitalizowane – wymienia profesor.

Dziś dzień bez drukowania. Przeciętny Polak zużywa w ciągu miesiąca więcej niż ryzę papieru do drukarki

Przeciętny Polak zużywa w pracy ponad ryzę papieru do drukarki w ciągu miesiąca. Łączna powierzchnia kartek wydrukowanych w ciągu roku pozwoliłaby aż sześciokrotnie przykryć powierzchnię Warszawy. Drukując świadomie, oszczędzamy pieniądze i środowisko przekonuje firma doradcza KPMG, inicjator corocznej akcji „No printing Day”, odbywającej się w każdy pierwszy piątek października.

Blisko 60 proc. pracujących Polaków używa drukarki w miejscu pracy, z czego 63 proc. robi to codziennie – wynika z badania II edycji akcji „No printing Day”. W skali roku daje to gigantyczne zużycie papieru, biorąc pod uwagę, że łączna powierzchnia wydrukowanych kartek pozwoliłaby aż sześciokrotnie przykryć powierzchnię Warszawy lub ponad trzydziestokrotnie powierzchnię największego polskiego jeziora – Śniardwy.

Jak tłumaczy Jerzy Kalinowski, partner w KPMG,  ideą nie jest wyłączenie wszystkich drukarek, ale przemyślane korzystanie z papieru. Chodzi o to, by dokładnie zastanowić się nad koniecznością wykonania danego wydruku oraz liczbą jego kopii.

 – Przeciętny Polak produkuje w skali miesięcznej 560 stron papieru, czyli ryzę papieru plus kilkadziesiąt stron – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Kalinowski, partner firmy doradczej KPMG.

Z drukarek najczęściej korzystają osoby zatrudnione w sektorze administracji publicznej (93 proc.), edukacji (85 proc.) oraz usługach finansowych, telekomunikacyjnych, profesjonalnych i technicznych (73 proc.). Z kolei najrzadziej drukuje się w budownictwie (34 proc.) oraz przy produkcji dóbr konsumpcyjnych i przemysłowych (po 40 proc.). Niestety, Polacy chętnie korzystają z drukarek nie tylko w pracy, ale też prywatnie.

 – 70 proc. Polaków pracujących, którą zbadaliśmy, zadeklarowało, że ma drukarki, a ponad połowa korzysta z nich przynajmniej raz miesięcznie. Na dodatek ta drukarka jest też wykorzystywana często do wydruków służących w pracy, nie tylko w domu – tłumaczy Jerzy Kalinowski.

Świadomie drukując, możemy obniżyć zużycie papieru, czyli przyczynić się do ochrony drzew w Polsce. Dlatego akcja „No printing Day” zachęca firmy, instytucje i osoby prywatne do powstrzymania się od drukowania na jeden symboliczny dzień, aby w realny sposób pozytywnie wpłynąć na środowisko. Z badań firmy doradczej wynika, że świadomość ekologiczna Polaków z roku na rok wzrasta.

 – Trzy czwarte tych, których pytaliśmy, jak korzystają z papieru, odpowiadało: tak, jesteśmy świadomi, staramy się oszczędzać – mówi Jerzy Kalinowski.

Podkreśla, że szansę na zwiększenie skali oszczędności, a co za tym idzie, również ochrony środowiska, stwarza rozwój technologiczny. Na rynku pojawiają się coraz tańsze i coraz ciekawsze urządzenia mobilne, które zaczynają zastępować tradycyjne nośniki informacji.

 – Wiążemy duże nadzieje związane z możliwością wykorzystania w przyszłości czytników czy tabletów – podkreśla partner KPMG. – To nie są jeszcze narzędzia popularne, ale osoby, które je mają, wskazują to jako substytut drukarki  zamiast drukować sobie tekst, można go załadować do tabletu, mieć go tam na stałe, zdecydowanie łatwiej jest wyszukać potrzebną informację.

Jak wynika z badania KPMG, z elektronicznych czytników korzysta bardzo niewiele osób – co trzeci respondent nigdy nie użył go w pracy, a co drugi w domu. To najgorszy wynik w porównaniu do statystyk dotyczących innych działań proekologicznych. Największą wagę przywiązujemy bowiem do oszczędzania energii elektrycznej i wody oraz do segregacji śmieci – zarówno w miejscu pracy, jak i w domu.

Podsumowanie sezonu turystycznego 2013

W bieżącym roku Polska odnotowała 15% wzrost zagranicznych wyjazdów wakacyjnych. W dobie kryzysu to bardzo dobry wynik.

„Wyjazd na wakacje w dzisiejszych czasach nie jest dużym wydatkiem. Nie jest też luksusem, tylko elementem składowym normalnego trybu życia – ludzie wypoczywają po ciężkiej pracy” – mówi Jarosław Kałucki, Rzecznik Travelplanet.pl.

Polacy w tym roku chętnie wyjeżdżali do Egiptu mimo, że dochodziło tam do krwawych zamieszek. Wynikało to przede wszystkim z faktu, że kurorty, w których wypoczywali turyści, były bezpieczne. O zamieszkach, bójkach i płonących budynkach urlopowicze dowiadywali się od bliskich z Polski. „Egipt od lat należy do ulubionych destynacji wypoczynkowych Polaków – jest stosunkowo tani i dobry jeśli chodzi o standardy” – mówi Jarosław Kałuski.

Urlop w Polsce jest konkurencją dla kurortów zagranicznych pod warunkiem, że dopisuje nam pogoda, a z nią bywa różnie – nawet w okresie wakacyjnym. Sposób spędzania wolnego czasu zależy od preferencji każdego urlopowicza – jedni lubią aktywnie spędzać czas i zwiedzać zabytki, inni wolą opalać się na plaży.

Najchętniej odwiedzanym przez Polaków krajem jest Bułgaria. Na drugim miejscu plasuje się Grecja. Tunezja poprawiła swój wynik odwiedzin, nie znalazła się jednak w pierwszej piątce najchętniej odwiedzanych miejsc.

Liderem w organizacji wyjazdów zagranicznych jest Itaka – aż 1/3 polskich turystów korzysta z usług tego biura. Na zajęcie wysokiej pozycji w rankingu mają szanse biura specjalizujące się w jednym kierunku. Przykładem może tu być organizator greckich wakacji Grecos Holiday, który uplasował się na trzecim miejscu.

„Po ubiegłorocznej fali bankructw wszyscy spodziewali się, że rynek mocno się zachwieje. Tymczasem tegoroczne wyniki są zaskakujące – pokazują zupełnie coś innego. Polacy lubią korzystać z usług biur podróży, ponieważ chcą mieć wszystko dopięte na ostatni guzik” – mówi Jarosław Kałucki.

Bank Zachodni WBK z sukcesem kończy kolejny etap fuzji

Bank Zachodni WBK zrealizował z sukcesem kolejny etap fuzji – całkowitą integrację marki „Kredyt Bank”. We wrześniu zakończono zmianę oznakowania placówek, a do połączonej sieci wprowadzona została jednolita oferta produktowa. Synergie z połączenia zostaną osiągnięte wcześniej, niż zakładano.

Promocję oferty oraz nowe pozycjonowanie Banku Zachodniego WBK wesprze słynny amerykański aktor, dwukrotny laureat Oscara – Kevin Spacey.

Z końcem września zakończył się kolejny etap fuzji, zakładający ujednolicenie oferty w całej sieci oraz wycofanie z rynku marki „Kredyt Bank”, zgodnie z pierwotnym założeniem, że połączony bank będzie działał pod marką Bank Zachodni WBK. Proces integracji rozpoczął się 4 stycznia 2013 r. rejestracją połączenia.

– Dla Banku Zachodniego WBK pojęcie fuzji jest tożsame ze zwiększaniem efektywności naszego banku. Dlatego od początku tego roku zoptymalizowaliśmy sieć placówek, dokonaliśmy odpowiednich zmian w strukturze organizacyjnej i polityce produktowej. Wszystkie te działania pozwoliły nam osiągnąć pierwsze synergie biznesowe szybciej, niż zakładaliśmy, co zmotywowało nas do zwiększenia celów na obecny i przyszły rok. Dowodem na skuteczność integracji jest też fakt, że jeszcze przed rebrandingiem i pełną integracją systemów zaoferowaliśmy Klientom połączonego banku wspólny produkt. Dlatego śmiało mogę powiedzieć, że fuzja z Kredyt Bankiem jest jak dotąd jednym z najsprawniej przeprowadzonych tego typu procesów w Polsce – powiedział Mateusz Morawiecki, Prezes Zarządu Banku Zachodniego WBK.

Od początku września w nowej sprzedaży dostępna jest pełna, jednolita oferta. Integrację rozpoczęto od stopniowej zmiany oferty produktowej – wiosną do sprzedaży wprowadzono jako pierwsze fundusze Arka, a następnie m.in. przelewy Western Union, Konto Godne Polecenia. Bank uspójnił ofertę kredytów hipotecznych i gotówkowych. We wszystkich oddziałach nastąpiło ujednolicenie oferty kart kredytowych. Wydane do kont karty debetowe będą stopniowo, od IV kwartału, zastępowane nowymi kartami Banku Zachodniego WBK.

Także dla klientów z segmentu SME dostępna jest pełna oferta Banku Zachodniego WBK. Pierwszym produktem wprowadzonym w sieci dawnego Kredyt Banku był flagowy produkt BZ WBK – kredyt Biznes Ekspres. Od września wszyscy klienci połączonego banku mogą korzystać z ujednoliconej oferty rachunków, depozytów i pozostałych produktów kredytowych. Produkty dla SME sprzedawane są w jednym procesie kredytowym; dodatkowo wybrana grupa korzysta z oferty prelimitów. Dostępna jest też oferta faktoringu oraz leasingu.

W segmencie bankowości korporacyjnej Bank wdrożył wiele zmian i działań uspójniających, ale też rozszerzających ofertę. Bank proponuje klientom korporacyjnym produkty kredytowe, finansowania handlu, leasing i faktoring oraz bogatą ofertę bankowości transakcyjnej. Wdrożone zostały nowe produkty m.in. cashpooling rzeczywisty, gwarancja de minimis, karta korporacyjna. Usprawniono też procesy np. obsługi gotówki. Specjalny moduł obsługi gwarancji, dostępny już w systemie bankowości elektronicznej iBiznes24, stanowi dziś niekwestionowaną przewagę rynkową.

Klienci są obsługiwani w prawie 1000 placówek, z których część zlokalizowana jest w nowych dla Banku Zachodniego WBK miastach. Obecnie jest to trzecia pod względem liczby sieć placówek bankowych w Polsce.

Jednocześnie zakończył się proces wycofywania marki „Kredyt Bank” z rynku – wszystkie placówki oznaczone tym logo zmieniły szyldy na Bank Zachodni WBK, strona internetowa została przekierowana na www.bzwbk.pl, zmieniła się również kolorystyka serwisów transakcyjnych, ale nadal będą one działać pod dotychczasowymi nazwami.

Obecnie trwają zaawansowane prace nad ostatnim etapem połączenia – migracją informatyczną na wszystkie systemy Banku Zachodniego WBK. Ten proces bank zakończy do końca 2014 r. Wtedy też wszyscy klienci będą korzystać z jednego systemu bankowości elektronicznej czy mobile bankingu.

Wprowadzenie jednolitej marki zostanie podkreślone zintegrowaną kampanią reklamową. Bank przygotował jesienną ofensywę marketingową, w której twarzą kampanii będzie amerykański aktor, dwukrotny laureat Oscara Kevin Spacey.

– To dobry moment, aby rozpocząć budowanie silnej, rozpoznawalnej marki trzeciej największej instytucji finansowej w Polsce. Zakończyliśmy właśnie bardzo istotny, najbardziej widoczny dla naszych klientów etap fuzji – wprowadzenie marki Banku Zachodniego WBK w całej połączonej sieci, dla wszystkich klientów. Teraz, poprzez kampanię, chcemy im zaprezentować nowy wizerunek. Jestem przekonany, że Kevin Spacey wesprze nowe pozycjonowanie banku zorientowanego na długofalowe relacje z klientami, oparte na wzajemnym zaufaniu i wspierającego ich skutecznie w realizacji planów. Ważnym wyróżnikiem banku mają być też nowoczesne i wygodne dla klientów rozwiązania finansowe – uważa Artur Sikora, dyrektor Obszaru Komunikacji Korporacyjnej i Marketingu.

Wybór Kevina Spacey jest nieprzypadkowy. Błyskotliwy, znany z profesjonalizmu, inteligencji i poczucia humoru aktor świetnie wpisuje się w nowe pozycjonowanie Banku Zachodniego WBK – banku godnego zaufania, skutecznego, wygodnego i nowoczesnego. Banku dla tych, którzy wymagają więcej.

– Właśnie pozytywne postrzeganie aktora i cechy mu przypisywane powodują, że Kevin Spacey doskonale portretuje naszego docelowego klienta: wymagającego, ceniącego jakość i relacje. Z drugiej strony aktor dobrze komunikuje się z młodszą grupą docelową: docenia niekonwencjonalne rozwiązania, zachęca do oryginalnych pomysłów wykorzystujących nowe technologie czy kanały komunikacji – dodaje Artur Sikora.

Pierwszym produktem promowanym w jesiennej kampanii jest Konto Godne Polecenia. To produkt bardzo dobrze oceniany przez jego użytkowników. Aż 96% jego posiadaczy deklaruje, że poleciłoby go innym. Uzupełnieniem tej kampanii będzie komunikacja aplikacji mobilnej BZWBK24, która umożliwia wygodne korzystanie z konta.

Bank wykorzysta w promocji TV, prasę, internet, outdoor, media własne i media społecznościowe.
Spot reklamowy konta (45’) pojawi się w stacjach głównych, m.in. TVP, TVN, Polsat oraz tematycznych.

Za koncepcję i kreację kampanii odpowiada agencja Red8 Advertising, za przygotowanie kreacji interaktywnych agencja LemonSky, za negocjacje z gwiazdą Business Sport Solutions. Zakup mediów powierzono Starcomowi. Reżyserem spotów jest Jurek Bogajewicz („Kasia i Tomek”, „Niania”, „Camera Café”), a wyprodukował je dom produkcyjny Propeller Film.