Polska nauka potrzebuje stabilnego finansowania. Rektorzy popierają inicjatywę „3% dla nauki”

Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) wyraziło poparcie dla postulatów inicjatywy „3% dla nauki, 100% dla Polski”. Rektorzy docenili otwartość resortu na rozmowy i zadeklarowali gotowość do dalszej współpracy. Wskazali też na konieczność zdecydowanego zwiększenia finansowania nauki i szkolnictwa wyższego.

W pełni podzielamy diagnozę, że obecny poziom finansowania nie odpowiada znaczeniu tego sektora dla rozwoju państwa, jego bezpieczeństwa technologicznego i społecznego oraz konkurencyjności gospodarki. KRASP wielokrotnie podnosiła, że utrzymywanie wydatków na naukę i szkolnictwo wyższe na poziomie nieco ponad 1% PKB oznacza pogłębianie dystansu dzielącego Polskę od najbardziej innowacyjnych gospodarek – czytamy w najnowszym stanowisku Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich.

Rektorzy podkreślają, że utrzymywanie wydatków na poziomie niewiele przekraczającym 1% PKB prowadzi do pogłębiania dystansu dzielącego Polskę od najbardziej innowacyjnych gospodarek świata.

W stanowisku Prezydium KRASP czytamy również, że wieloletnie niedoinwestowanie sektora przekłada się na pogorszenie warunków prowadzenia badań naukowych, osłabienie potencjału rozwojowego uczelni oraz trudności w zatrzymywaniu talentów naukowych w kraju.

Niepokój środowiska akademickiego należy traktować jako wyraźny sygnał potrzeby przyspieszenia działań na rzecz zwiększenia nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe – podkreślają rektorzy.

Prezydium KRASP oczekuje wypracowania stabilnej, wieloletniej strategii finansowania nauki
i szkolnictwa wyższego, bezpośrednio powiązanej ze wzrostem PKB.

Popieramy postulaty zawarte w petycji, traktując ją jako wyraz troski o przyszłość polskiej nauki
i szkolnictwa wyższego oraz apel o nadanie temu obszarowi należnego znaczenia w polityce państwa
– piszą rektorzy.

Jednocześnie zwracają uwagę, że relacje środowiska akademickiego z kierownictwem Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego mają obecnie charakter merytorycznego dialogu i partnerskiej współpracy.

KRASP docenia otwartość resortu na rozmowy i deklaruje gotowość do dalszej współpracy na rzecz stabilnego rozwoju polskich uczelni oraz poprawy sytuacji materialnej środowiska akademickiego, w szczególności młodych naukowców, studentów i doktorantów – czytamy w zakończeniu dokumentu.

Kosztowne milczenie Beliani. UOKiK wymierzył maksymalną karę 2 mln euro

0

Prezes UOKiK nałożył na Beliani (PL) GmbH karę w wysokości 8 453 400 zł, czyli równowartość 2 mln euro. Sankcja dotyczy nieudzielenia informacji żądanych przez urząd w toku postępowania wyjaśniającego. UOKiK sprawdzał komunikaty reklamowe i sposób prezentowania promocji na stronie beliani.pl.

Jak poinformował Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, sprawa dotyczy szwajcarskiej spółki prowadzącej internetową sprzedaż mebli. Urząd analizował, czy komunikaty stosowane w sklepie mogły wywoływać u konsumentów presję szybkiego zakupu oraz czy informacje o obniżkach cen były prezentowane zgodnie z przepisami.

UOKiK sprawdzał promocje i komunikaty na stronie sklepu

Postępowanie wyjaśniające dotyczyło m.in. komunikatów widocznych na stronie beliani.pl, takich jak „Szybko! Zostało kilka” czy „Ten produkt znalazł [liczba] szczęśliwych właścicieli w ciągu ostatniej doby”. Według UOKiK tego typu hasła mogą wpływać na decyzje zakupowe klientów, sugerując ograniczoną dostępność produktu lub duże zainteresowanie ofertą.

Urząd badał również sposób informowania o obniżkach cen. Chodziło m.in. o prezentowanie najniższej ceny, która obowiązywała w okresie 30 dni przed wprowadzeniem promocji. To jeden z kluczowych obowiązków sprzedawców wynikających z przepisów dotyczących przejrzystości cen w handlu.

Aby ocenić praktyki spółki, UOKiK zażądał od Beliani wyjaśnień i dokumentów. Urząd chciał ustalić m.in., jak spółka prezentuje promocje oraz co w praktyce oznaczają komunikaty zachęcające klientów do szybkiego zakupu.

Dwa wezwania bez odpowiedzi

UOKiK przekazał, że skierował do Beliani wezwanie do udzielenia informacji. Gdy odpowiedzi nie było, urząd ponowił wezwanie. Mimo skutecznego doręczenia pism spółka nie odpowiedziała.

Urząd próbował również skontaktować się ze spółką innymi kanałami, w tym poprzez podmioty powiązane z nią w Polsce. Te działania także nie doprowadziły do uzyskania wymaganych informacji. Beliani nie odpowiedziało również na zawiadomienie o wszczęciu postępowania w sprawie nałożenia kary pieniężnej i nie odniosło się do zarzutu.

– Sklep internetowy może przyciągać promocją, ale nie może chować się przed pytaniami UOKiK. Jeśli przedsiębiorca działa na polskim rynku i sprzedaje produkty polskim konsumentom, musi też współpracować z polskim urzędem. Brak odpowiedzi utrudnia wyjaśnienie sprawy i ochronę kupujących, nie może być sposobem na prowadzenie biznesu – powiedział prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Kara za brak informacji, nie za same promocje

UOKiK podkreśla, że kara nałożona na Beliani dotyczy braku współpracy z urzędem, a nie rozstrzygnięcia, czy spółka naruszyła prawa konsumentów poprzez sposób prezentowania promocji. Na tym etapie urząd prowadził postępowanie wyjaśniające i potrzebował informacji od przedsiębiorcy.

Zgodnie z przepisami przedsiębiorca ma obowiązek udzielić UOKiK informacji niezbędnych do prowadzenia postępowania. Za brak odpowiedzi, przekazanie jej po terminie lub udzielenie informacji nieprawdziwych prezes UOKiK może nałożyć karę do 3 proc. obrotu przedsiębiorcy.

W tej sprawie urząd nie dysponował danymi o obrocie Beliani. Z tego względu zastosowany został limit kwotowy, który wynosi do 2 mln euro. Kara została wymierzona w maksymalnej wysokości, czyli 8 453 400 zł.

Według UOKiK o wysokości sankcji zdecydowała skala braku współpracy. Spółka nie odpowiedziała na dwa wezwania, nie reagowała na dodatkowe próby kontaktu i nie przedstawiła stanowiska w postępowaniu dotyczącym nałożenia kary.

Spółka może się odwołać

Od decyzji prezesa UOKiK przysługuje odwołanie do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Spółka ma na to miesiąc od doręczenia decyzji.

Sprawa Beliani wpisuje się w szersze działania UOKiK dotyczące rynku e-commerce, w tym sposobu prezentowania promocji, obniżek cen i komunikatów wpływających na decyzje zakupowe konsumentów. Urząd od dłuższego czasu zwraca uwagę, że sklepy internetowe powinny rzetelnie informować klientów o cenach, dostępności produktów i warunkach promocji.

Dla przedsiębiorców działających w internecie decyzja jest również przypomnieniem, że obowiązek współpracy z UOKiK dotyczy także firm zagranicznych, jeżeli kierują ofertę do polskich konsumentów.

Globalne lotnictwo nie zwalnia. Branża spodziewa się podwojenia ruchu do 2050 roku

Najwięksi przewoźnicy z branży lotniczej podtrzymują długofalowe strategie rozwoju i zapowiadają dalsze inwestycje pomimo zakłóceń w prowadzeniu bieżącej działalności operacyjnej spowodowanych wybuchem wojny na Bliskim Wschodzie, wynika z najnowszego raportu „The Future of Global Aviation” przygotowanego przez kancelarię DLA Piper we współpracy z Infralogic i HSBC. Przedstawiciele branży spodziewają się, że do 2050 roku ruch lotniczy na świecie wzrośnie dwukrotnie.

Ponad połowa respondentów (59%) w badaniu przeprowadzonym wśród 100 menedżerów branży lotniczej uważa, że wprowadzone przez USA cła w znacznym stopniu zakłóciły globalne łańcuchy dostaw w sektorze lotniczym, prowadząc do wyższych kosztów dla klientów, a jedna trzecia badanych uznaje globalne sankcje wobec Rosji i Iranu za znaczące zagrożenie dla wzrostu zysków. Mimo to ankietowani uważają, że branża ma dużą zdolność adaptacji i cechuje się wysoką odpornością na presję zewnętrzną.

Sektor lotniczy skutecznie opiera się presji związanej ze skutkami napięć międzynarodowych i nie po raz pierwszy udowadnia swoją zdolność do działania w trudnych warunkach – mówi Marta Frąckowiak, partner w warszawskim biurze DLA Piper. – W przypadku rynków rozwiniętych, w tym Europy Środkowo-Wschodniej, kluczowym wyzwaniem pozostaje jednak funkcjonowanie w coraz bardziej złożonym otoczeniu regulacyjnym i makroekonomicznym. Rosnące koszty finansowania i energii, konsekwencje sankcji oraz presja regulacyjna, w tym w obszarze ESG i cyberbezpieczeństwo, wpływają na tempo rozwoju sektora. Dlatego utrzymanie stabilności i konkurencyjności wymaga nie tylko elastycznego zarządzania operacjami i dywersyfikacji łańcuchów dostaw, ale także przyspieszenia inwestycji w infrastrukturę oraz modernizacji istniejących zasobów.

Z raportu wynika, że wsparcie rządowe jest kluczowe dla utrzymania silnego globalnego sektora lotniczego, choć priorytety poszczególnych regionów różnią się. O ile respondenci z Europy, Bliskiego Wschodu i Azji wskazują przede wszystkim na potrzebę wsparcia dla zielonych technologii, w tym zrównoważonych paliw lotniczych (67%), to w obu Amerykach większy nacisk kładzie się na inwestycje infrastrukturalne oraz uproszczenie regulacji (56%).

Jednym z najistotniejszych czynników rozwoju sektora jest bezprecedensowo wysoki popyt. Aż trzy czwarte respondentów wskazało Azję jako najważniejszy region dla przyszłej ekspansji ruchu lotniczego, w tym 83% uznało Indie za rynek o największym potencjale wzrostu. Już teraz, wg IATA, krajowy rynek lotniczy Indii należy do największych na świecie: w 2024 roku liczba pasażerów wyniosła tam 174 mln, co oznacza wzrost o 11% w porównaniu do 2019 roku, z czego 136 mln stanowiły podróże krajowe.

Kolejnymi krajami generującymi największy ruch pasażerski są Zjednoczone Emiraty Arabskie, wskazane przez 67% respondentów oraz Chiny (61%), co odzwierciedla skalę ich rynku krajowego oraz zapotrzebowania na połączenia międzynarodowe. Według oficjalnych danych, całkowita liczba podróży lotniczych pasażerów w Chinach osiągnęła w 2024 roku rekordowy poziom 730 mln, a liczba lotów międzynarodowych wynosiła około 6400 tygodniowo. Na czwartym i piątym miejscu uplasowały się odpowiednio Arabia Saudyjska (55%) oraz Katar (44%).

Rynki wschodzące w Azji, na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Łacińskiej, czy w Afryce nie są już peryferyjne – stają się motorem rozwoju całej branży. Regiony te charakteryzuje silny popyt i znaczące inwestycje publiczne, które tworzą sprzyjające warunki dla linii i portów lotniczych oraz inwestorów. Jednocześnie rynki rozwinięte mierzą się z rosnącymi ograniczeniami związanymi z przepustowością, regulacjami oraz starzejącą się infrastrukturą – tłumaczy Marc Nichols, współkierujący globalną praktyką lotniczą w DLA Piper.

Autorzy raportu podkreślają, że dynamiczny wzrost popytu nie idzie w parze z podażą, a jednym z istotnych wyzwań dla branży jest ograniczona dostępność floty. IATA wskazuje, że zaległości w dostawach samolotów przekroczyły w 2025 roku poziom 17 tys. maszyn. Przy obecnym tempie produkcji oznacza to nawet 14-letni czas oczekiwania na realizację zamówień, co stanowi istotny czynnik hamulcowy w zaspokojeniu popytu, który, jak wskazują prognozy, ma wzrosnąć ponad dwukrotnie do 2050 roku.

Wraz ze wzrostem ruchu i popytu na usługi lotnicze, konieczne staje się zwiększenie nakładów inwestycyjnych. Tylko w 2025 roku zrealizowano 98 transakcji o łącznej wartości 65,5 mld USD, co stanowi najwyższy roczny wynik w historii w tym obszarze. Według badania trzy czwarte respondentów spodziewa się wzrostu inwestycji w infrastrukturę lotniczą w ciągu najbliższych dwóch lat. Oczekuje się, że największa część nowych inwestycji trafi do Indii (88%), które mają szeroko zakrojony program rozbudowy lokalnych hubów zakładający wzrost liczby lotnisk ze 150 do ponad 200 do 2030 roku.

Również Bliski Wschód pozostaje jednym z najbardziej aktywnych inwestycyjnie regionów w sektorze lotniczym, konsekwentnie prowadzona jest rozbudowa lokalnych hubów, pomimo utrzymujących się napięć geopolitycznych. Kluczową rolę odgrywają ambitne programy rządowe, m.in. Saudi Arabia’s Vision 2030, który zakłada inwestycje rzędu dziesiątek miliardów dolarów w projekty lotnicze, obejmujące m.in. budowę King Salman International Airport w Rijadzie oraz rozbudowę infrastruktury lotniskowej w Dżuddzie i Dammamie.

Cyfryzacja administracji drożeje. Chmura i Gen AI obciążają budżety w sektorze publicznym

Według najnowszego raportu Capgemini Research Institute (CRI) 82% ankietowanych liderów technologicznych z różnych branż odnotowało znaczny wzrost kosztów korzystania z chmury, usług SaaS i generatywnej sztucznej inteligencji (Gen AI). Organizacje sektora publicznego przeznaczają 30% swoich wydatków na te technologie, a w 2026 roku wskaźnik ten ma wzrosnąć do 44%. Tymczasem aż 67% organizacji nie jest w stanie dokładnie prognozować budżetów na chmurę. Co jest tego przyczyną i jak sektor publiczny może rozwiązać problem szybko rosnących kosztów?

Eksperci Capgemini dostrzegli, że wdrażanie nowoczesnych technologii w sektorze publicznym powoli wymyka się spod kontroli finansowej. Wzorzec pt. „najpierw chmura, a dopiero potem koszty” (często po stworzeniu i uruchomieniu usługi) jest szczególnie widoczny w sektorze publicznym. 65% uczestników sektora publicznego zadeklarowało taką postawę, w porównaniu ze średnią dla wszystkich branż wynoszącą 54%.

Jednakże zapotrzebowanie na usługi chmurowe w sektorze publicznym nie tylko nie zmaleje, ale w najbliższych latach prognozowany jest jego systematyczny wzrost. Rozwiązania te w coraz większym stopniu stanowią podstawę dostarczania usług przez urzędy, a także sposobu, w jaki sektor ten radzi sobie z nowymi lub okresowymi potrzebami – na przykład podczas wyborów, obsługi zapytań obywateli przez chatboty AI czy korzystania z platform do pracy zdalnej i współpracy.

– Sektor publiczny znajduje się dziś w momencie transformacji cyfrowej, w którym dane, chmura, dane i sztuczna inteligencja stały się fundamentem skalowalnych usług publicznych. Wyzwanie nie leży w samym wdrażaniu tych technologii, lecz w zaprojektowaniu spójnego modelu operacyjnego, który pozwala rozwijać innowacje przy zachowaniu kontroli nad kosztami i danymi. FinOps powinien być traktowany jako element strategii transformacji – obecny już na etapie przetargów i projektowania architektury – który umożliwia świadome, decyzje dotyczące wykorzystania chmury i AI. – wskazuje Artur Kmiecik- Head of Cloud and Infrastructure Delivery w Capgemini Polska.

Badanie CRI ujawniło kilka zaskakujących faktów na temat trudności, z jakimi borykają się organizacje sektora publicznego w kontrolowaniu wydatków na chmurę. Brak optymalizacji sprawia, że aż 61% badanych z sektora publicznego określa koszty technologii „na żądanie” w swoich organizacjach mianem finansowej „czarnej dziury”. Każde niepotrzebne zapytanie do sztucznej inteligencji i każda pozostawiona bez opieki usługa w chmurze generuje dodatkowe koszty. 68% badanych postrzega marnotrawstwo zasobów chmurowych jako duże wyzwanie – to wynik znacznie wyższy niż średnia dla wszystkich sektorów, wynosząca 59%. Tym bardziej, że sztuczna inteligencja konsumuje nie tylko budżety, ale i prąd.

Koniec końców, zaledwie około 30% organizacji we wszystkich branżach osiągnęło zakładane cele w zakresie oszczędności. Ten brak optymalizacji przyczynia się m.in. do sytuacji, w której globalne zapotrzebowanie na energię ze strony centrów danych wzrośnie o 50% do 2027 r. i aż o 165% do końca tej dekady.

– Wyzwania, które obserwujemy w sektorze publicznym, wynikają przede wszystkim z braku pełnej widoczności i podejścia datadriven do zarządzania środowiskami cloud, SaaS i AI. Bez połączenia danych finansowych, technicznych i biznesowych trudno skutecznie skalować rozwiązania cyfrowe i maksymalizować ich wartość. Dopiero taka perspektywa umożliwia świadome zarządzanie portfelem usług oraz dalszy rozwój nowoczesnych, opartych na danych usług publicznych. – komentuje Artur Kmiecik- Head of Cloud and Infrastructure Delivery w Capgemini Polska.

Problemy te występują również w sektorze prywatnym. Według danych Capgemini, 76% organizacji deklaruje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy przekroczyło budżet na chmurę publiczną (średnio o 10%).

„Shrinkflacja” w modelu SaaS

Problemy z utrzymaniem dyscypliny wydatków wynikają również z polityk cenowych firm dostarczających oprogramowanie. Rosnąca popularność sztucznej inteligencji, popyt na infrastrukturę cyfrową, a także inflacja, powodują wzrost kosztów usług w chmurze w różnych sektorach. Na przykład Google Workspace, jeden z czołowych dostawców rozwiązań SaaS, podniósł już ceny swoich planów abonamentowych o 20%. Branża boryka się również ze zjawiskiem tzw. „shrinkflacji w modelu SaaS”, polegającym na tym, że dostawcy oferują ograniczoną funkcjonalność przy zachowaniu tych samych stawek.

Eksperci podkreślają, że rozwiązaniem problemów z kontrolą wydatków nie jest odwrót od nowoczesnych technologii, ale wprowadzenie rygorystycznych ram operacyjnych FinOps, które optymalizują koszty i łączą finanse z technologią i biznesem. W niedalekiej przyszłości może się okazać konieczne przejście na tzw. „oszczędną architekturę AI” (frugal AI) oraz automatyzację – wdrożenie narzędzi automatycznie wyłączających zbyteczne zasoby i licencje poza godzinami pracy. Pozwoli to przynajmniej częściowo zwiększyć oszczędności w związku z wykorzystaniem AI i SaaS zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym.

Sektor obronny przyspiesza. Po umowie SAFE pojawiło się ponad 1400 ofert pracy

Ponad 1400 ofert pracy związanych z sektorem obronnym i firmami współpracującymi z branżą zbrojeniową pojawiło się na portalach rekrutacyjnych w momencie finalizacji programu SAFE i podpisania przez Polskę umowy z Komisją Europejską, wynika z danych i analiz Grupy Progres. Rynek pracy błyskawicznie zareagował na uruchomienie wielomiliardowego programu inwestycji w bezpieczeństwo i obronność, a skala rekrutacji w najbliższych miesiącach będzie systematycznie rosnąć.

8 maja Polska jako pierwszy kraj Unii Europejskiej podpisała z Komisją Europejską umowę SAFE. Do 2030 roku do naszego kraju ma trafić niemal 44 mld euro, głównie w formie niskooprocentowanych pożyczek przeznaczonych na rozwój systemów obronnych, Tarczy Wschód, zabezpieczenia infrastruktury krytycznej, ochrony przeciwlotniczej oraz technologii związanych z cyberbezpieczeństwem. Szacuje się, że około 90 proc. środków zostanie skierowanych do polskich przedsiębiorstw.

– Rynek pracy zareagował natychmiast. Jeszcze zanim podpisanie umowy SAFE stało się faktem, firmy rozpoczęły przygotowania do zwiększania zatrudnienia. W ciągu zaledwie jednej doby na portalach rekrutacyjnych pojawiło się niemal półtora tysiąca ofert pracy związanych z sektorem obronnym i branżami współpracującymi. Dziś widzimy już wyraźny wzrost liczby ofert pracy w sektorze obronnym i branżach współpracujących – mówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Skalę już istniejącego zatrudnienia w sektorze bezpieczeństwa i obronności obrazują m.in. dane GUS. Według stanu na koniec listopada 2025 r. w samej produkcji broni i amunicji pracowało w Polsce blisko 8,9 tys. osób, natomiast przy produkcji statków powietrznych, kosmicznych i podobnych maszyn zatrudnionych było ponad 22,8 tys. pracowników. Kolejne tysiące osób pracują przy produkcji wojskowych pojazdów bojowych (1548 osób), naprawie i konserwacji statków powietrznych (5599 osób) oraz obsłudze systemów bezpieczeństwa (15755 pracowników). Łącznie w sektorze administracji publicznej i obrony narodowej zatrudnienie przekracza już 1 mln osób, z czego ponad 230 tys. pracuje bezpośrednio w obronie

Teraz sektor zaczyna wchodzić w kolejną fazę intensyfikującą zatrudnienie. Z danych i analiz Grupy Progres wynika, że największe zapotrzebowanie dotyczy obecnie operatorów CNC, monterów, spawaczy, elektromechaników, automatyków, logistyków, programistów maszyn produkcyjnych oraz specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa. Firmy realizujące kontrakty dla sektora obronnego szukają również techników utrzymania ruchu, kontrolerów jakości, magazynierów, pracowników produkcji i osób odpowiedzialnych za obsługę nowoczesnych linii technologicznych. Coraz więcej ofert pojawia się także w obszarze IT, analizy danych, zabezpieczeń systemów informatycznych oraz technologii związanych z dronami i systemami bezzałogowymi.

Intensywnie poszukiwani są również inżynierowie odpowiedzialni za rozwój systemów elektronicznych, technologii radarowych, automatyki przemysłowej oraz nowoczesnych rozwiązań dla przemysłu obronnego. Wraz z uruchamianiem kolejnych inwestycji rośnie zapotrzebowanie na specjalistów zajmujących się projektowaniem infrastruktury krytycznej, cyberbezpieczeństwem oraz wdrażaniem technologii wykorzystywanych w ochronie granic i systemach bezpieczeństwa państwa.

– Rekrutacje kierowane są zarówno do doświadczonych specjalistów, jak i absolwentów szkół technicznych, branżowych oraz uczelni wyższych. Firmy coraz częściej deklarują gotowość do przyuczania nowych pracowników i finansowania szkoleń zawodowych, ponieważ skala planowanych inwestycji powoduje, że rynek już dziś odczuwa niedobór wykwalifikowanej kadry – zaznacza Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Według raportu Deloitte do 2035 roku polski przemysł obronny oraz wojsko będą potrzebowały nawet 250 tys. nowych pracowników. Już dziś skala rekrutacji systematycznie rośnie. W samej Polskiej Grupie Zbrojeniowej w dniu podpisania umowy SAFE dostępnych było ponad 200 ofert pracy. Dane rynku pracy pokazują również rosnące zainteresowanie sektorem bezpieczeństwa – tylko w II półroczu 2024 roku i I półroczu 2025 roku do Centralnej Bazy Ofert Pracy napłynęło ponad 17 tys. ofert związanych ze służbami mundurowymi i bezpieczeństwem. Jednocześnie w internecie opublikowano ponad 1,2 tys. dodatkowych ogłoszeń związanych z tym sektorem. Widoczna jest także duża dysproporcja pomiędzy skalą zapotrzebowania rynku a liczbą nowych kandydatów – liczba absolwentów szkolnictwa branżowego przygotowanych do pracy w tym obszarze wyniosła jedynie 175 osób.

Zdaniem Magdy Dąbrowskiej, tak duża luka kompetencyjna może sprawić, że firmy sektora obronnego będą jeszcze intensywniej inwestować w szkolenia, programy wdrożeniowe oraz pozyskiwanie pracowników z innych gałęzi przemysłu, zwłaszcza produkcji, automatyki, logistyki i nowych technologii.

Rozwój sektora obronnego przekłada się także na poziom wynagrodzeń. Pracownicy produkcyjni mogą obecnie liczyć na pensje od około 8 do 11 tys. zł brutto miesięcznie, natomiast doświadczeni specjaliści zatrudnieni przy strategicznych projektach osiągają wynagrodzenia przekraczające 14 tys. zł brutto. Jeszcze wyższe stawki oferowane są inżynierom oraz ekspertom technicznym – w ich przypadku miesięczne zarobki często mieszczą się w przedziale 12 do nawet 20 tys. zł brutto.

– Sektor obronny ma szansę stać się jednym z najlepiej wynagradzanych obszarów przemysłu. Firmy konkurują dziś o pracowników nie tylko między sobą, ale także z branżą lotniczą, automotive czy nowymi technologiami. To przekłada się na szybszy wzrost płac i bardziej atrakcyjne warunki zatrudnienia – podkreśla prezeska Grupy Progres.

Uruchomienie środków z programu SAFE będzie miało wpływ nie tylko na największe spółki zbrojeniowe, ale również na setki firm będących podwykonawcami i partnerami przemysłowymi. Oznacza to wzrost zatrudnienia także w obszarze transportu, energetyki, infrastruktury, IT i nowoczesnych usług dla przemysłu, prognozują analitycy Grupy Progres.

Polacy wracają do centrów handlowych. W marcu wzrosły i obroty, i liczba wizyt

0

Polska Rada Centrów Handlowych (PRCH) zaprezentowała dane dotyczące wyników centrów handlowych za marzec 2026 r. oraz podsumowanie pierwszego kwartału 2026 r. Wskazują one na mocny początek roku dla branży. W marcu obroty wzrosły o 4,1%, a odwiedzalność o 3,4% r/r. W ujęciu kwartalnym (Q1 2026 vs. Q1 2025) obroty wzrosły o 4,3%, a odwiedzalność o 1,3%. Wiarygodność prezentowanych danych zapewnia metodologia indeksów PRCH oparta na wykorzystaniu rzeczywistych, raportowanych zarządcom centrów handlowych obrotów najemców i zliczeń wizyt za pomocą kamer 3D, które działają z precyzją ponad 95%. Dane te pochodzą z reprezentatywnej liczby obiektów handlowych o łącznej powierzchni około 5 mln m kw. (34% rynku).

W marcu 2026 r. indeks obrotów wzrósł o 4,1%, a odwiedzalność o 3,4% r/r. Średnio wartość wizyty wzrosła o 0,7%. Na wyniki pozytywnie wpłynął m.in. jeden dodatkowy dzień handlowy (niedziela handlowa przed Wielkanocą) oraz zbliżające się święta wielkanocne, które przypadły na początek kwietnia. Klienci już pod koniec marca intensywniej odwiedzali centra handlowe z celem zakupów przedświątecznych, co potwierdza dobry wynik kategorii spożywczej.

Kategorie z najwyższymi wzrostami obrotów (r/r) w marcu 2026 r.:

  • Artykuły specjalistyczne (+7,0%)
  • Artykuły spożywcze (+6,7%)
  • Zdrowie i uroda (+6,7%)
  • Restauracje i kawiarnie (+5,4%)

W ujęciu kwartalnym obroty wzrosły o 4,3%, a odwiedzalność o 1,3% w porównaniu z Q1 2025. Średnia wartość wizyty w centrum wzrosła o 3,0%. Pierwszy kwartał roku okazał się więc bardzo udany dla branży centrów handlowych. Oprócz wspomnianych powyżej czynników warto zwrócić uwagę na śnieżną zimę, która wydłużyła i wmocniła popyt na odzież i akcesoria.

Kategorie z najwyższymi wzrostami obrotów (r/r) w Q1 2026 r.:

  • Usługi (+7,8%)
  • Restauracje i kawiarnie (+6,6%)
  • Rozrywka (+5,8%)
  • Zdrowie i uroda (+5,7%)

W podziale na wielkość obiektów handlowych obroty i odwiedzalność w Q1 2026 r. kształtowały się następująco:

Kategoria obiektu handlowego (wielkość GLA) Obroty (TO) Odwiedzalność (FF)
Bardzo duże obiekty (>60 tys. mkw.) +5,2% +1,4%
Duże obiekty (40–60 tys. mkw.) +3,7% +0,9%
Średnie obiekty (20–40 tys. mkw.) +2,5% +1,7%
Małe i bardzo małe obiekty (5–20 tys. mkw.) +7,3% +0,3%

W ujęciu regionalnym największe wzrosty obrotów w Q1 2026 r. odnotowano w regionach: centralnym (mazowieckie, łódzkie), wschodnim (podkarpackie, lubelskie, podlaskie, świętokrzyskie) i północno-zachodnim (wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie). Na poziomie aglomeracji wybiły się: Białystok, Poznań oraz Katowice.

„Pierwszy kwartał 2026 r. potwierdza, że handel stacjonarny w kanale centrów handlowych jest w dobrej kondycji. Od kwietnia ubiegłego roku obroty w obiektach handlowych każdego miesiąca – z wyjątkiem listopada – są wyższe niż w odpowiadającym miesiącu roku poprzedniego, a odwiedzalność utrzymuje się na stabilnym poziomie. To dowód na to, że branża cieszy się niezmiennym zaufaniem klientów. Są oni przywiązani do zakupów w centrach handlowych, a co więcej, częściej przyjeżdżają z konkretną intencją zakupową. Stabilnym trendem jest również wysoka dynamika wzrostów dla kategorii usług, gastronomii i rozrywki – klienci szukają zaspokojenia potrzeb wykraczających poza typowo zakupowe i centra handlowe skutecznie im to umożliwiają” – powiedziała Bogda Korolczuk, dyrektor zarządzająca PRCH.

Andrzej Gałkowski, szef AI w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej, przejmuje stery w KPMG w Polsce

0

Z dniem 1 maja 2026 r. Andrzej Gałkowski objął stanowisko Country Managing Partnera w KPMG w Polsce. Nowy lider firmy przez ponad 25 lat budował pozycję KPMG w sektorze finansowym – jako szef sektora bankowego i doradca największych instytucji finansowych w Polsce i za granicą, a w ostatnich latach także jako Partner odpowiedzialny za rozwój usług AI w Polsce i regionie CEE.

W nowej roli będzie koncentrować się na dalszym rozwoju usług doradczych i technologicznych oraz wzmacnianiu kompetencji KPMG w obszarze transformacji cyfrowej i AI dla klientów z różnych sektorów gospodarki – wszystko to budując na solidnym fundamencie usług audytowych, podatkowych i prawnych.

Polska pozostaje kluczowym rynkiem KPMG w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a coraz więcej klientów, firm działających jednocześnie w kilku krajach, oczekuje od doradcy odpowiedzi w skali całego regionu, nie tylko lokalnej. KPMG odpowiada na te potrzeby i w ramach CEE rozwija ofertę doradztwa biznesowego i technologicznego, gdzie skala i złożoność wyzwań rosną najszybciej. Firma stale umacnia też swoją pozycję w audycie i doradztwie podatkowym i prawnym, w których konsekwentnie plasuje się w czołówce rynku. We wszystkich tych obszarach KPMG działa w oparciu o model sektorowy – eksperci z różnych dziedzin łączą siły wokół konkretnej branży, wnosząc wiedzę i doświadczenie dopasowane do jej specyfiki.

Rynek usług doradczych zmienia się fundamentalnie. Klienci coraz rzadziej szukają eksperta w jednym obszarze – oczekują partnera, który rozumie ich biznes, technologię i regulacje jednocześnie, i który weźmie współodpowiedzialność za efekt. Transformacja cyfrowa, szeroko pojęte bezpieczeństwo, zarządzanie ryzykiem czy ekspansja zagraniczna to w praktyce jeden projekt, nie cztery osobne. Naszą odpowiedzią jest model multidyscyplinarny – bo wyzwania biznesowe mają dziś złożony charakter i tylko organizacje, które łączą skalę z elastycznością, mogą im naprawdę sprostać. Sztuczna inteligencja przyspiesza wiele z tych procesów, ale wartość tworzy dopiero wtedy, gdy jest osadzona w kompetencjach i odpowiedzialnym osądzie ludzi, którzy za nią stoją. I tu jest nasza prawdziwa przewaga. Mam to szczęście, że mogę oprzeć się na jednym z najlepszych zespołów profesjonalistów – ludziach, których wiedza, doświadczenie i zaangażowanie są fundamentem tego, co oferujemy klientom, i najlepszą gwarancją tego, co chcemy osiągnąć – mówi Andrzej Gałkowski, Country Managing Partner w KPMG w Polsce.

Andrzej Gałkowski dołączył do KPMG w 1999 roku. Przez ponad 25 lat uczestniczył w najbardziej złożonych transformacjach polskich i międzynarodowych instytucji finansowych – od strategicznych projektów doradczych i technologicznych, wdrożeń wymogów regulacyjnych, po budowę kompleksowych modeli zarządzania ryzykiem dla największych banków w Polsce i za granicą. Od kilku lat kieruje praktyką doradztwa AI w KPMG w Polsce i regionie CEE. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz University of Derby (MSc in International Finance and Investment). Zasiada w Radzie Programowej Europejskiego Kongresu Finansowego.

Jednocześnie, z dniem 1 maja 2026 roku, funkcję Chief Operating Officer w KPMG w Polsce objął Tomasz Wiśniewski, Partner i Szef Zespołu Wycen w KPMG w regionie CEE. W nowej roli będzie odpowiadał za sprawność operacyjną firmy – koordynację procesów wewnętrznych, efektywne zarządzanie zasobami oraz rozwój organizacji zdolnej szybko reagować na zmieniające się potrzeby klientów, pracowników i rynku.

Tomasz Wiśniewski jest Partnerem KPMG w Polsce z ponad 25-letnim doświadczeniem w doradztwie transakcyjnym. Kieruje zespołem specjalistów ds. wycen przedsiębiorstw w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, specjalizując się w doradztwie w zakresie pomiaru i budowania wartości. Jest absolwentem Politechniki Warszawskiej oraz Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej (MBA), posiada uprawnienia FCCA oraz CBV. Wykłada wyceny przedsiębiorstw w SGH i Akademii Leona Koźmińskiego. Ukończył Akademię Psychologii Przywództwa.

Polacy nie uciekają z pieniędzmi za granicę. Wolą trzymać oszczędności pod kontrolą

0

Zjawisko finansowej ucieczki prywatnego kapitału za granicę, które w warunkach podwyższonego ryzyka geopolitycznego bywa uznawane za naturalną reakcję, w polskich realiach nie znajduje potwierdzenia. Najnowsze dane z badania Opinia24 zrealizowanego dla firmy Tavex wskazują na relatywną odporność polskich oszczędzających na globalne wstrząsy: aż 60 proc. respondentów kategorycznie nie planuje przenoszenia swoich zasobów finansowych za granicę, a dodatkowe 15 proc. ocenia takie działania jako nadmiarową reakcję na sytuację. Choć 12 proc. badanych widzi zasadność takiej dywersyfikacji w przyszłości, to grupa realnie podejmująca kroki w kierunku lokowania środków w obcych jurysdykcjach, walutach czy zagranicznych nieruchomościach pozostaje marginalna i zamyka się w 5 proc. wskazań. Czy czujemy się pewnie?

Globalne napięcia i strach w Polsce?

Obserwując współczesną infosferę, trudno nie odnieść wrażenia, że w mediach tradycyjnych, a zwłaszcza w mediach społecznościowych, panuje permanentny stan podgorączkowy, w którym dyskusje o bezpieczeństwie fizycznym i finansowym w Polsce są skrajnie spolaryzowane i nasycone emocjami, co często prowadzi do narracji o nieuchronnym zagrożeniu. Jednak dogłębna analiza postaw społecznych sugeruje, że owo wyczuwalne napięcie jest w dużej mierze zjawiskiem kreowanym przez algorytmy i sensacyjne formaty newsowe, które sztucznie pompują poczucie zagrożenia, podczas gdy realne decyzje finansowe obywateli oparte są na znacznie trwalszych fundamentach spokoju i pragmatyzmu.

Nie jest to wyłącznie subiektywna intuicja analityków, lecz klarowny i wymierny wniosek płynący z badania zrealizowanego przez Opinia24 na zlecenie firmy Tavex, który stanowi swoiste – sprawdzam dla medialnych teorii o masowym wycofywaniu kapitału z kraju. Na pytanie o to, czy obecna sytuacja na świecie i towarzysząca jej niepewność skłoniły respondentów do realnego rozważenia przeniesienia części zgromadzonych oszczędności za granicę lub ich konwersji na obce waluty, aż 60 proc. badanych udzieliło stanowczej odpowiedzi: „nie, nie planuję takich działań”, a kolejne 15 proc. oceniło tego rodzaju kroki jako reakcję rażąco nieadekwatną, kwitując je stwierdzeniem, że „to przesada”. Zaledwie 12 proc. ankietowanych przyznaje, że rozważa taką ewentualność w bliżej nieokreślonej przyszłości, podczas gdy marginalne grupy – po zaledwie 5 proc. wskazań każda – deklarują, że albo już podjęły konkretne starania w tym kierunku, albo intensywnie nad tym pracują, choć nie przeszły jeszcze do fazy realizacji.

Co najbardziej frapujące w świetle tych danych, układ odpowiedzi pozostaje niemal identyczny we wszystkich grupach wiekowych, co dowodzi, że nie mamy tu do czynienia z izolowaną reakcją jednej, konkretnej generacji, lecz z głęboko zakorzenioną i ogólnospołeczną postawą, wedle której nawet jeśli globalne procesy budzą naturalny niepokój, Polacy nie odpowiadają impulsywnym transferem kapitału poza granice polskiej gospodarki.

Finanse Polaków papierkiem lakmusowym?

To zresztą dobrze wpisuje się w szerszy obraz polskich finansów. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że na koniec III kwartału 2025 roku aktywa finansowe gospodarstw domowych wyniosły 3,79 bln zł, z czego aż 1,85 bln zł stanowiły gotówka i depozyty, a więc najbardziej płynna i zarazem najbardziej zachowawcza część majątku. Dodatkowo NBP odnotował, że wartość pieniądza gotówkowego w obiegu sięgnęła w tym czasie 455,8 mld zł, co potwierdza utrzymującą się skłonność do budowania bezpieczeństwa finansowego w formach prostych, dostępnych i dobrze znanych. Innymi słowy, w czasie globalnej niepewności Polacy nie tyle „uciekają” z krajowego systemu finansowego, ile raczej wzmacniają w nim własne bufory bezpieczeństwa, wybierając rozwiązania płynne, osadzone lokalnie i dające szybki dostęp do środków.

W tym kontekście odpowiedź na pytanie, dlaczego Polacy nie przenoszą oszczędności za granicę, brzmi: ponieważ dla większości z nich bezpieczeństwo nie oznacza geograficznej zmiany adresu kapitału, lecz możliwość utrzymania nad nim kontroli. Zagraniczne konto, portfel walutowy czy inwestycja w nieruchomość poza Polską mogą z perspektywy medialnej wyglądać atrakcyjnie, ale z perspektywy przeciętnego gospodarstwa domowego niosą również dodatkową warstwę komplikacji: nie tylko kursowych, lecz także prawnych, podatkowych, organizacyjnych i psychologicznych – wskazuje Tomasz Gessner, główny analityk Tavex. Oszczędzanie „na miejscu” jest prostsze, bardziej zrozumiałe, łatwiejsze do monitorowania i – co równie ważne – nie wymaga specjalistycznej wiedzy ani dużego progu wejścia. W praktyce więc wielu Polaków nie postrzega zagranicy jako naturalnego azylu dla swoich pieniędzy, lecz raczej jako rozwiązanie dla węższej grupy osób o większym kapitale, wyższym doświadczeniu inwestycyjnym albo konkretnej potrzebie życiowej – dodaje.

Natomiast Ewa Bułatowicz, ekspert firmy Tavex zawraca uwagę, że: choć zjawisko finansowej „ucieczki” kapitału bywa postrzegane jako naturalna reakcja na niepewność geopolityczną, w praktyce dla wielu osób okazuje się rozwiązaniem bardziej ryzykownym niż pozostawanie przy dobrze znanych i zrozumiałych formach zarządzania finansami. Wynika to w dużej mierze z tego, że poczucie bezpieczeństwa silnie wiąże się z kontrolą – nie tylko nad samymi środkami, lecz także nad zasadami, według których są one zarządzane. Preferowanie znanych schematów postępowania, wzmacniane przez opisany w ekonomii behawioralnej efekt status quo, pozwala tę kontrolę utrzymać, ograniczając jednocześnie złożoność decyzji i postrzegane ryzyko. Mechanizm ten współwystępuje z awersją do straty, zgodnie z którą potencjalne straty są psychologicznie „silniejsze” niż porównywalne zyski – co dodatkowo zniechęca do podejmowania działań wymagających zmiany dotychczasowych schematów.

Na taką postawę wpływa również odbudowujące się zaufanie do złotego. Aż 59 proc. Polaków uznaje polską walutę za stabilną, 63 proc. deklaruje brak zainteresowania kursami walut, a 76 proc. w ciągu ostatnich 12 miesięcy nie kupiło żadnej waluty obcej. Jeśli już do zakupu dochodziło, to w 80 proc. przypadków z powodów praktycznych, głównie w związku z podróżą zagraniczną, a nie w celu ochrony majątku czy budowania walutowej poduszki bezpieczeństwa. To bardzo ważny sygnał – Polacy nie ignorują istnienia walut obcych, ale w większości nie traktują ich dziś jako pierwszego odruchu obronnego. Zwłaszcza że rok 2025 upłynął pod znakiem relatywnie mocnego złotego.

Polskie oszczędności

Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że Polacy znajdują się dziś raczej na etapie odbudowy i porządkowania oszczędności niż ich masowej internacjonalizacji. Z badania firmy Tavex wynika, że w styczniu 2026 roku już 60 proc. Polaków deklarowało posiadanie oszczędności, co oznacza poprawę względem roku poprzedniego. To ważny kontekst interpretacyjny: w sytuacji, gdy społeczeństwo odbudowuje finansowy oddech po okresie wysokiej inflacji, naturalnym priorytetem staje się nie tyle egzotyczna dywersyfikacja, co wzmacnianie krajowego fundamentu finansowego.

Warto przy tym podkreślić, że „brak transferu za granicę” nie oznacza braku ostrożności ani finansowej dojrzałości. Przeciwnie – w wielu przypadkach może oznaczać racjonalne ważenie ryzyka. Dlatego właśnie wyniki naszego badania są tak interesujące także z perspektywy szerszej debaty ekonomicznej. Pokazują one, że globalna niepewność nie musi automatycznie prowadzić do masowych, nerwowych decyzji finansowych, jeśli lokalne otoczenie – waluta, sektor bankowy, dostęp do oszczędzania i podstawowe poczucie stabilności – pozostaje dla ludzi wystarczająco wiarygodne – podkreśla Tomasz Gessner, główny analityk Tavex. Szczególnie znamienne jest to, że podobny sposób myślenia widoczny jest we wszystkich grupach wiekowych. Gdyby przewagę miały wyłącznie osoby starsze, można byłoby mówić o zachowawczości; gdyby tylko młodsi, o pragmatycznym oswojeniu świata bez granic. Tymczasem powtarzalność trendu niezależnie od wieku sugeruje coś znacznie ważniejszego: w Polsce nie utrwalił się dziś społeczny odruch finansowej ewakuacji, lecz raczej przekonanie, że w czasach niepokoju najpierw trzeba zadbać o lokalny spokój – podsumowuje.

Rynki boją się powrotu inflacji w USA. Obligacje już reagują

Inwestorzy czekają na jutrzejszy kluczowy raport o inflacji w USA, który może przesądzić o tym, jak długo Rezerwa Federalna pod kierownictwem Kevina Warsha będzie utrzymywać stopy procentowe bez zmian. W centrum uwagi pozostają przede wszystkim ceny ropy, podbijane przez napięcia między USA a Iranem w rejonie cieśniny Ormuz. Droższa energia zwiększa ryzyko, że inflacja w Stanach Zjednoczonych utrzyma się na podwyższonym poziomie dłużej, niż wcześniej zakładano.

Na te obawy wyraźnie reaguje rynek obligacji. Rentowność amerykańskich obligacji 2-letnich wzrosła o 4 punkty bazowe, do 3,92%, ponieważ inwestorzy coraz ostrożniej podchodzą do scenariusza szybkich obniżek stóp procentowych. Od początku eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie rynek nie tylko ograniczył oczekiwania na łagodzenie polityki Fed, ale zaczął również wyceniać możliwość podwyżek stóp w przyszłym roku. Obecnie prawdopodobieństwo takiego ruchu do kwietnia 2027 r. przekracza 40%.

Konsensus rynkowy zakłada, że inflacja konsumencka w USA wzrosła w kwietniu do 3,7% rok do roku, natomiast inflacja bazowa, nieuwzględniająca cen żywności i energii, wyniosła 2,7%. Kluczowe będzie to, czy presja cenowa pozostaje skoncentrowana głównie w sektorze energii, czy zaczyna rozlewać się szerzej na gospodarkę. Jeżeli dane okażą się wyższe od oczekiwań, a rynek pracy pozostanie odporny, Fed może mieć ograniczoną przestrzeń do obniżek stóp. Z kolei jeśli wzrost inflacji okaże się przejściowy, a zatrudnienie zacznie słabnąć, bank centralny mógłby wrócić do scenariusza luzowania polityki pieniężnej jeszcze w tym roku.

Dodatkowym sprawdzianem nastrojów będą aukcje amerykańskich obligacji 3-, 10- i 30-letnich. Ich wyniki pokażą, czy inwestorzy nadal są gotowi kupować dług USA mimo rosnących obaw o inflację, większą niepewność polityczną i potencjalne osłabienie wiarygodności Fed. Niepewność rynkową zwiększa również zmiana na stanowisku przewodniczącego Rezerwy Federalnej. Senat USA ma w tym tygodniu głosować nad zatwierdzeniem Kevina Warsha, kandydata Donalda Trumpa na następcę Jerome’a Powella, którego kadencja jako szefa Fed kończy się w piątek. Nominacja Warsha wpisuje się w szerszy spór między Białym Domem a bankiem centralnym o poziom stóp procentowych i niezależność polityki pieniężnej.

Warsh był członkiem zarządu Fed w latach 2006–2011 i w przeszłości uchodził za jastrzębia inflacyjnego, czyli zwolennika bardziej restrykcyjnej polityki pieniężnej w celu ograniczania presji cenowej. Obecnie jednak jego stanowisko zbliżyło się do poglądu Trumpa, że stopy procentowe są zbyt wysokie. To budzi obawy Demokratów, że jako przewodniczący Fed mógłby być bardziej podatny na presję polityczną ze strony administracji.

Dla rynków najważniejsze pytanie dotyczy więc nie tylko przyszłego poziomu stóp procentowych, ale także niezależności Fed. Jeżeli inwestorzy uznają, że decyzje Fed będą podporządkowane celom politycznym, mogą zażądać wyższej premii za ryzyko przy zakupie amerykańskich obligacji. To z kolei mogłoby utrzymać rentowności na podwyższonym poziomie, nawet jeśli administracja będzie naciskać na niższe stopy.

Warsh może próbować uspokoić rynki, podkreślając niezależność banku centralnego i ostrożność w prowadzeniu polityki pieniężnej. Jego zadanie będzie jednak trudne, ponieważ obejmuje stanowisko w momencie, gdy inflacja nadal ogranicza przestrzeń do łagodzenia polityki, ceny energii pozostają pod presją konfliktu na Bliskim Wschodzie, a Trump otwarcie domaga się niższych stóp. W efekcie najbliższe dane inflacyjne, zachowanie rynku obligacji i pierwsze sygnały ze strony nowego przewodniczącego Fed mogą mieć kluczowe znaczenie dla kierunku dolara, rentowności długu oraz nastrojów na globalnych rynkach finansowych.

Spotkanie Trumpa i Xi w Pekinie: wojna w Iranie, handel, półprzewodniki i inne tematy na agendzie

  • Wojna w Iranie, ceny ropy, inflacja, handel, metale ziem rzadkich, półprzewodniki oraz łańcuchy dostaw dla sektora AI sprawiają, że spotkanie Donalda Trumpa i Xi Jinpinga w tym tygodniu nie jest wyłącznie wydarzeniem dyplomatycznym, ale również istotnym wydarzeniem rynkowym.
  • Najważniejsze pytanie z perspektywy rynków brzmi: czy USA i Chiny będą w stanie ograniczyć szok naftowy związany z wojną w Iranie, nie wywołując jednocześnie szerszego wstrząsu w handlu i technologii.
  • Konstruktywny wynik mógłby wesprzeć aktywa ryzykowne, zwłaszcza azjatyckie akcje, sektory cykliczne, linie lotnicze, branżę turystyczną, wybrane spółki z Chin i Hongkongu oraz akcje firm z łańcucha dostaw sztucznej inteligencji. Niekorzystny wynik mógłby utrzymać wysokie ceny ropy, wzmocnić dolara amerykańskiego i złoto oraz wywrzeć presję na nastroje inwestorów.
  • Inwestorzy nie powinni traktować szczytu jako jednej transakcji typu „wszystko albo nic”. Bardziej zrównoważone podejście zakłada utrzymanie ekspozycji na strukturalne trendy wzrostowe, zachowanie zabezpieczeń przed ryzykiem geopolitycznym i inflacyjnym oraz obserwowanie taktycznych okazji, jeśli dyplomacja ograniczy premię wojenną.

Prezydent USA Donald Trump ma spotkać się z prezydentem Chin Xi Jinpingiem w Pekinie w dniach 14–15 maja. Będzie to jedno z kluczowych wydarzeń geopolitycznych i rynkowych tego tygodnia.

Wcześniej, 12–13 maja, planowane jest w Seulu spotkanie sekretarza skarbu USA Scotta Bessenta z chińskim wicepremierem He Lifengiem, aby zawęzić agendę gospodarczą. Rozmowy mają obejmować m.in. przedłużenie rozejmu handlowego, dostawy metali ziem rzadkich oraz potencjalne zakupy amerykańskich towarów przez Chiny.

Jak wyjaśnia Charu Chanana, główna strateg inwestycyjna w Saxo Bank, ta kolejność ma znaczenie. Jeśli część kwestii gospodarczych zostanie wcześniej uporządkowana, Trump i Xi będą mogli skoncentrować się na ważniejszych tematach strategicznych: wojnie w Iranie, przepływach ropy przez Cieśninę Ormuz, Tajwanie, kontrolach technologicznych oraz kierunku relacji USA–Chiny.

Konflikt z Iranem sprawił, że ropa ponownie znalazła się w centrum debaty makroekonomicznej. Wyższe ceny surowca zwiększają ryzyko inflacyjne, obciążają konsumentów i sprawiają, że banki centralne stają się bardziej ostrożne.

Dlatego to spotkanie ma znaczenie. USA chcą, aby Chiny wykorzystały swoje wpływy w Teheranie, podczas gdy Chinom zależy na stabilnych dostawach energii i drożnych szlakach żeglugowych. Szczyt prawdopodobnie nie zakończy wojny, ale może zmienić sposób, w jaki rynki wyceniają premię wojenną w ropie, handlu, metalach ziem rzadkich i półprzewodnikach.

Co prawdopodobnie znajdzie się na agendzie?

Iran i Cieśnina Ormuz

Iran będzie prawdopodobnie najpilniejszym tematem rozmów. USA będą chciały, aby Chiny wykorzystały swoje wpływy w Teheranie, szczególnie że są dużym nabywcą irańskiej ropy. Rząd Chin z kolei dąży do bezpieczeństwa energetycznego i stabilności szlaków żeglugowych, ale raczej nie będzie chciał działać pod dyktando Waszyngtonu. Najbardziej prawdopodobnym efektem tego spotkania nie jest więc przełomowe publiczne porozumienie, lecz bardziej subtelny sygnał: obie strony mogą zgodzić się co do potrzeby uniknięcia dalszej eskalacji, utrzymania otwartych szlaków żeglugowych i wspierania ścieżki dyplomatycznej.

Dla rynków miałoby to znaczenie. Jeśli Chiny zostaną odebrane jako strona pomagająca utrzymać przepływy ropy, ceny surowca mogą oddać część premii wojennej. Natomiast jeśli spotkanie przerodzi się we wzajemne obwinianie się w sprawie Iranu, ceny ropy mogą utrzymać się na wysokim poziomie, a akcje mogą mieć trudności.

Handel, cła i zaufanie rynku

Handel również będzie przedmiotem rozmów. Inwestorzy nie oczekują, że cła znikną z dnia na dzień. Kluczowe pytanie dotyczy tego, czy obie strony unikną nowej eskalacji. Przedłużenie rozejmu, więcej dialogu lub zobowiązania dotyczące zakupów amerykańskich towarów mogłyby wystarczyć, aby wesprzeć nastroje. Rynki nie potrzebują tu perfekcyjnego rozwiązania, lecz przewidywalności.

Spokojniejsze tło w relacjach handlowych USA–Chiny pomogłoby globalnym spółkom cyklicznym, azjatyckim eksporterom, sektorowi przemysłowemu oraz rynkom akcji w Chinach i Hongkongu. Z kolei bardziej konfrontacyjny ton ponownie wzbudziłby obawy, że wojna w Iranie nie jest już wyłącznie szokiem energetycznym, lecz częścią szerszej historii geopolitycznej fragmentacji.

Metale ziem rzadkich i półprzewodniki

Po ropie może to być najważniejszy temat dla rynków. Chiny kontrolują znaczną część przetwórstwa metali ziem rzadkich, które są kluczowe dla pojazdów elektrycznych, systemów obronnych, lotnictwa i kosmonautyki, robotyki, urządzeń energetycznych oraz części szeroko rozumianego łańcucha dostaw technologii. USA z kolei kontrolują dostęp do zaawansowanych technologii półprzewodnikowych i chipów AI. Tworzy to trudny układ negocjacyjny. Chiny chcą złagodzenia amerykańskich ograniczeń technologicznych. USA chcą gwarancji, że krytyczne surowce będą nadal płynąć.

Dla inwestorów stawką jest zaufanie do łańcuchów dostaw. Jeśli spotkanie złagodzi napięcia związane z surowcami ziem rzadkich i chipami, może to pozytywnie wpłynąć na akcje spółek z branży półprzewodników, motoryzacyjnej, lotniczej, przemysłowej oraz wybranych spółek zajmujących się infrastrukturą sztucznej inteligencji. Jeśli napięcia wzrosną, rynki mogą zacząć wyceniać większe zakłócenia w dostawach i wyższe koszty.

AI i bezpieczeństwo narodowe

AI nie jest już wyłącznie tematem wzrostowym. Stała się również kwestią bezpieczeństwa narodowego.

Relacje USA–Chiny będą kształtować przyszłość sprzętu dla sektora AI, infrastruktury chmurowej, centrów danych, chipów, zaawansowanej produkcji i cyberbezpieczeństwa. Każda rozmowa o zarządzaniu AI, kontrolach eksportowych lub zasadach bezpieczeństwa technologicznego może wpływać na nastroje w całym łańcuchu wartości AI.

Konstruktywne spotkanie nie usunie strategicznej rywalizacji. Pomocne byłyby jednak nawet same kanały komunikacji i jaśniejsze reguły gry. Inwestorzy przyzwyczaili się do konkurencji, jednak tym, czego nie akceptują, jest niepewność, która nagle zaburza łańcuchy dostaw lub odcina dostęp do krytycznych komponentów.

Ryzyko wokół Tajwanu

Tajwan pozostanie wrażliwym tematem, ponieważ Pekin jest zaniepokojony amerykańską sprzedażą broni Tajwanowi i może zabiegać o mocniejsze deklaracje USA przeciwko niepodległości tego państwa. Tajpej odrzuca z kolei roszczenia Pekinu i nadal dąży do większego uznania międzynarodowego.

Dla rynków Tajwan nie jest wyłącznie punktem zapalnym geopolityki. Jest centralnym elementem łańcucha dostaw półprzewodników. Każda narracja sugerująca spadek napięć mogłaby wesprzeć tajwańskie akcje i globalne nastroje wokół chipów. Agresywna retoryka mogłaby z kolei wywrzeć presję na półprzewodniki i szerzej na azjatyckie aktywa ryzykowne. To kolejny powód, dla którego spotkanie ma znaczenie wykraczające poza politykę. Ryzyko związane z Tajwanem jest bezpośrednio powiązane z wycenami globalnej technologii.

Trzy scenariusze dla rynków

Scenariusz 1: Konstruktywnie, ale bez konkretów – najbardziej prawdopodobny wariant

To scenariusz bazowy. Dwaj przywódcy unikają poważnej konfrontacji. Zgadzają się, że przepływy energii powinny się normalizować, dialog handlowy powinien być kontynuowany, a kanały w łańcuchach dostaw pozostać otwarte. Nie dochodzi do formalnego przełomu w sprawie Iranu, ale ton rozmów jest wystarczająco stabilny, by uspokoić rynki.

Prawdopodobna reakcja rynków:

  • Ceny ropy spadają, ale nie załamują się.
  • Rynki akcji odbijają, szczególnie w Azji i w segmentach cyklicznych.
  • Dolar amerykański lekko się osłabia.
  • Złoto przechodzi w konsolidację.
  • Półprzewodniki i infrastruktura AI odzyskują pozycję liderów.
  • Chiny i Hongkong notują taktyczne odbicie ulgi.

Byłby to pozytywny wynik, ale nie pełne wyzerowanie ryzyka. Inwestorzy nadal musieliby monitorować ceny ropy, dane inflacyjne i komunikację banków centralnych.

Scenariusz 2: Chiny pomagają stworzyć ścieżkę deeskalacji

To scenariusz wzrostowy. Chiny po cichu wspierają ścieżkę dyplomatyczną, która pomaga ograniczyć presję wokół Cieśniny Ormuz. Rynek ropy zaczyna wyceniać niższe ryzyko zakłóceń. USA i Chiny unikają również nowej eskalacji w handlu i technologii.

Prawdopodobna reakcja rynków:

  • Ceny ropy gwałtownie spadają wraz z wygasaniem premii wojennej.
  • Zyskują linie lotnicze, turystyka, sektor dóbr uznaniowych i gospodarki importujące ropę.
  • Oczekiwania inflacyjne maleją.
  • Rentowności obligacji mogą spaść.
  • Akcje odnotowują wzrosty, napędzane przez sektory cykliczne i rynki azjatyckie.
  • Spółki energetyczne mogą pozostać w tyle po wcześniejszym mocnym wzroście.

Byłby to najbardziej pozytywny scenariusz dla inwestorów skłonnych do podejmowania ryzyka. Potwierdzałoby to tezę, że wstrząs geopolityczny staje się coraz łatwiejszy do opanowania.

Scenariusz 3: Spotkanie ujawnia głębsze pęknięcie w relacjach USA–Chiny

To scenariusz risk-off. USA mocno naciskają na Chiny w sprawie zakupów irańskiej ropy. Chiny odmawiają działań, które mogłyby wyglądać jak presja na Teheran. Tajwan, chipy i metale ziem rzadkich stają się źródłem sporu, a nie kompromisu.

Prawdopodobna reakcja rynków:

  • Ceny ropy utrzymują się na wysokim poziomie lub dalej rosną.
  • Dolar amerykański się umacnia.
  • Ceny złota zyskują wsparcie.
  • Azjatyckie rynki akcji znajdują się pod presją.
  • Akcje spółek z branży półprzewodników tracą na wartości w obliczu ponownego nasilenia napięć w sektorze technologicznym.
  • Relatywnie lepiej radzą sobie energia, sektor obronny i zabezpieczenia przed inflacją.

Byłby to najtrudniejszy scenariusz dla inwestorów, ponieważ łączyłby dwa szoki: naftowy i podażowy w łańcuchach dostaw.

Jak inwestorzy mogą myśleć o pozycjonowaniu?

Kluczem jest unikanie stawiania wszystkiego na jedną „polityczną kartę”. To tydzień pełen ważnych wydarzeń – jednocześnie na pierwszy plan wysuwają się sprawy związane z Iranem, stosunki dyplomatyczne między USA a Chinami, dane o inflacji oraz wyniki finansowe. Bardziej zrównoważone podejście może mieć więcej sensu.

Utrzymanie ekspozycji na strukturalny wzrost, ale selektywnie

AI pozostaje jednym z najsilniejszych strukturalnych tematów na rynku. Sezon wyników potwierdził, że firmy powiązane z infrastrukturą AI, półprzewodnikami, pamięcią, sieciami, energetyką i centrami danych nadal obserwują silny popyt. Konstruktywne spotkanie Trumpa i Xi mogłoby wesprzeć ten temat poprzez ograniczenie niepewności wokół łańcuchów dostaw. Inwestorzy nie powinni jednak zakładać, że każda spółka powiązana z AI skorzysta w takim samym stopniu. Rynek staje się bardziej selektywny i premiuje firmy, które pokazują realne przychody, siłę cenową oraz widoczność przyszłych wyników.

Ryzyko polega na tym, że ponowne napięcia technologiczne między USA i Chinami mogłyby szybko uderzyć w nastroje, szczególnie po silnych wzrostach w sektorze półprzewodników i spółek infrastruktury AI.

Zachowanie części zabezpieczeń przed inflacją i ryzykiem geopolitycznym

Dopóki ryzyko wokół Cieśniny Ormuz nie zostanie realnie rozwiązane, ropa i złoto pozostają ważnymi wskaźnikami rynkowymi. Ekspozycja na energię może pełnić funkcję zabezpieczenia przed utrzymującym się szokiem naftowym, ale powinna być odpowiednio skalowana. Jeśli dyplomacja zadziała, ceny ropy mogą szybko spaść, a spółki energetyczne oddać część wcześniejszych zysków. Złoto może pomagać w okresach napięć geopolitycznych, ale wyższe realne rentowności i mocniejszy dolar mogą ograniczać jego potencjał wzrostowy.

W przypadku inwestorów nie chodzi o wycofanie się z rynku, lecz o uznanie, że szoki inflacyjne mogą zmieniać korelacje i osłabiać skuteczność tradycyjnej dywersyfikacji.

Obserwowanie taktycznego odbicia w Chinach i Azji

Konstruktywny szczyt mógłby wesprzeć rynki akcji w Chinach i Hongkongu, azjatyckich eksporterów, spółki przemysłowe, motoryzacyjne oraz konsumenckie. Skala ulgi mogłaby być większa, gdyby jednocześnie spadły ceny ropy, ponieważ niższe koszty energii zmniejszyłyby presję na marże, konsumentów i banki centralne.

Korea i Tajwan pozostają ważnymi elementami azjatyckiej historii AI, ale oba rynki są również wrażliwe na wynik spotkania. Konstruktywny szczyt mógłby wesprzeć Tajwan poprzez obniżenie ryzyka geopolitycznego wokół półprzewodników i łańcuchów dostaw, podczas gdy Korea mogłaby skorzystać na większym zaufaniu do popytu na pamięć, motoryzację, baterie i handel globalny. Negatywny wynik działałby odwrotnie: Tajwan mógłby ponownie znaleźć się pod presją obaw o chipy i ryzyko geopolityczne, a Korea odczułaby słabsze nastroje handlowe, wyższe koszty produkcji i szerszą ostrożność wobec spółek cyklicznych. Jednocześnie udany szczyt może poprawić nastroje wobec Chin i Hongkongu, ale nie rozwiązuje automatycznie problemów chińskiego rynku nieruchomości, konsumpcji ani zaufania.

Gospodarki importujące ropę mogłyby skorzystać na deeskalacji

Jeśli po spotkaniu ceny ropy spadną, ulgę mogą odczuć rynki importujące surowiec, takie jak Japonia, Indie i część Azji Południowo-Wschodniej. Linie lotnicze, turystyka, logistyka i sektory nastawione na konsumenta również mogłyby skorzystać. Jeśli jednak utrzymają się wysokie ceny ropy, te same obszary pozostaną wrażliwe. Wyższe koszty paliw mogą wywierać presję na marże, osłabiać wydatki konsumentów i utrzymywać podwyższone oczekiwania inflacyjne.

Unikanie nadmiernej pewności

Reakcja rynku może szybko się zmieniać wraz z napływem szczegółów spotkania. Pozytywne wiadomości mogą wesprzeć nastroje na kilka godzin, ale inwestorzy będą chcieli zobaczyć, czy rzeczywiście ulega poprawie sytuacja wokół szlaków żeglugowych, przepływów ropy, kontroli eksportowych i retoryki handlowej.

Wnioski dla inwestorów:

  • Spotkanie Trumpa i Xi prawdopodobnie nie zakończy wojny w Iranie, ale może wpłynąć na to, jak rynki będą ją wyceniać.
  • Konstruktywny wynik ograniczyłby część premii za ryzyko w cenach ropy, wsparł Azję i spółki cykliczne oraz poprawił nastroje wokół łańcucha dostaw AI. Negatywny scenariusz utrzymałby podwyższone ryzyka inflacyjne i przekształcił wojnę w Iranie z regionalnego szoku energetycznego w szerszy strategiczny wstrząs w relacjach USA–Chiny.
  • Dla inwestorów właściwym podejściem jest równowaga: utrzymanie ekspozycji na strukturalnych zwycięzców, zachowanie ochrony przed szokami naftowymi i inflacyjnymi oraz gotowość do wykorzystania taktycznych okazji, jeśli dyplomacja obniży premię za ryzyko.
  • To nie jest tydzień na pełne nastawienie risk-on ani na pełną defensywę. To tydzień, w którym warto zachować elastyczność, obserwować sygnały i unikać sytuacji, w której jeden nagłówek decyduje o całym portfelu.

Spotkanie Trumpa i Xi pokazuje, że geopolityka coraz mocniej przenika się z rynkami energii, technologią i globalnymi łańcuchami dostaw. Dla inwestorów kluczowe jest nie tyle przewidzenie jednego scenariusza politycznego, ile zrozumienie, jak szybko zmiany w cenach ropy, napięcia wokół półprzewodników czy dostęp do metali ziem rzadkich mogą przełożyć się na wyceny wielu klas aktywów jednocześnie. W takim otoczeniu szczególnego znaczenia nabiera elastyczne podejście do portfela, oparte na różnych źródłach ekspozycji i odporne na nagłe zwroty w narracji rynkowej. Dywersyfikacja pozostaje narzędziem ograniczania wpływu pojedynczych szoków, zwłaszcza gdy jeden polityczny komunikat może zmienić oczekiwania wobec inflacji, handlu i sektora technologicznego – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Polacy oglądają tyle samo telewizji co 10 lat temu. Zmieniło się tylko to, co wybierają

0

Z porównania klasycznych raportów Nielsena, dotyczących średniej liczby widzów oraz udziału danej stacji w widowni telewizyjnej w latach 2015-2022 z danymi The Gauge z okresu 2023-2026, badającymi głównie strukturę ekranową, płyną zaskakujące wnioski. Okazuje się, że przez około 10 ostatnich lat czas oglądania telewizji wśród Polaków praktycznie się nie zmienił. Wynosi on wciąż średnio około 4h dziennie. Zmieniło się natomiast to, kto, co i jak ogląda. Tym, co pozostaje jednak wciąż niezmienne jest fakt, iż Polacy chętnie oglądają w telewizji wydarzenia na żywo, w tym przede wszystkim sport.

Z danych z raportu Nielsena All Screens Video Landscape, a także z analiz platformy OTT MEGOGO wynika, że zarówno w telewizji linearnej, jak również w streamingu największą popularnością widzów w marcu br. cieszyły się właśnie wydarzenia sportowe. W obydwu przypadkach, jeśli chodzi o liczbę użytkowników, na dwóch pierwszych miejscach znalazły się barażowe mecze Polaków w piłce nożnej – odpowiednio ze Szwecją oraz Albanią.

Trochę historii dotyczącej polskiej telewizji w latach 2015-2026

Pokutuje przeświadczenie, że kres tradycyjnej telewizji jest bliski. Nic bardziej mylnego. Mimo zmian krajobrazu telewizyjnego, który polega w głównej mierze na transformacji sposobu odbioru treści, udział TV linearnej zmienił się w latach 2015-2026 z około 95 proc. do 80-85 proc. w zależności od analizowanego miesiąca. Streaming bije co prawda rekordy, ale wynoszą one nieznacznie ponad 10 proc. W marcu 2026 r. było to rekordowe 10,7 proc. – wyjaśnia Artur Pacuła, CEO MEGOGO w Polsce, platformy streamingowej, która dostarcza telewizję online, w tym sport na żywo, a także oferuje dostęp do biblioteki filmów VOD.

Przyglądając się bliżej danym Nielsena i zestawiając je z raportami The Gauge, które są publikowane przez Nielsena od 2023 r., widać kilka głównych trendów kształtujących polski krajobraz telewizyjny w Polsce.

Telewizja w Polsce transformuje, odchodząc od rozrywki i ewoluując w kierunku wydarzeń na żywo – newsów oraz sportu. Co istotne, streaming nie wypiera TV, ale nadbudowuje się na niej. Technologia ta rozwija się, ale głównie dotyczy to odbiorników telewizyjnych. To młodzi użytkownicy w głównej mierze wpływają na rozwój streamingu. Ci bardziej dojrzali odpowiadają za utrzymywanie się roli telewizji linearnej – dodaje Artur Pacuła z MEGOGO.

Paradoks rozwoju streamingu – rośnie, wzmacniając znaczenie sportu

Dane Sports Marketing Surveys Ltd pokazują, że 77 proc. Europejczyków ogląda sport[1].

Nawet w erze rozwoju streamingu, gdzie telewizja tradycyjna przegrywa z VOD, nadal zwycięsko wychodzi w kontekście wydarzeń na żywo. To głównie sport utrzymuje masową widownię linearnej TV. Jednak ta się nie poddaje, tworząc inne formaty, takie jak np. seriale na wyłączność czy wielkie show o wysokich budżetach – dodaje Artur Pacuła z MEGOGO.

Streaming nie zastępuje sportu, tylko o niego walczy

Z analiz Ampere[2] wynika, że średnio ponad 1/3 fanów sportu w największych krajach Europy, w tym dodatkowo w Szwecji i w Polsce, wskazuje streaming jako preferowany kanał oglądania sportu. Oznacza to, że klasyczna forma telewizji wciąż pełni dominującą rolę.

Mimo to, na rynku widać zwiększone zainteresowanie dużych platform pozyskiwaniem kontentu sportowego w Europie. W 2016 roku streaming odpowiadał za mniej niż 1 proc. praw sportowych, podczas gdy w 2026 r. będzie on wynosił już 17 proc. Co istotne, gdy prawa są dzielone między różne platformy lub między telewizję i streaming jednego nadawcy, usługi linearne wciąż zwykle osiągają wyższe wyniki. Przykładem może być rola w Wielkiej Brytanii Sky Sports i Now Sports, czyli rozwiązania należącego do tego nadawcy. Korzystanie z usługi linearnej deklarowało 45 proc., w porównaniu do 5 proc. informujących, że preferuje streaming Now Sports. W Hiszpanii nadawca linearny, w tym przypadku Movistar+, wciąż ma dominującą pozycję w stosunku do platformy streamingowej DAZN.

Czy streaming jednoznacznie wyprze telewizję tradycyjną ze sportu? Na razie się na to nie zanosi. Europejskie przykłady pokazują jednak, że każde rozwiązanie może znaleźć dla siebie miejsce.

[1] https://www.sportcal.com/pressreleases/report-77-per-cent-of-europeans-watch-sport-on-tv/?utm_source=chatgpt.com

[2] https://www.tvbeurope.com/media-consumption/the-olympic-shift-how-streamers-are-redefining-sports-viewing-in-europe?utm_source=chatgpt.com

Autonomiczne systemy AI w Google Cloud mogą uzyskiwać dostęp do danych firmy

Autonomiczne systemy AI działające w chmurze Google mogą w określonych warunkach uzyskiwać dostęp do danych i zasobów organizacji na poziomie uprzywilejowanego użytkownika. Jak wskazują badacze zespołu Unit 42, problem dotyczy środowiska Google Cloud, w tym platformy Vertex AI, gdzie domyślne konfiguracje mogą nadawać agentom AI zbyt szerokie uprawnienia[1]. W praktyce oznacza to, że błędnie skonfigurowany lub przejęty agent może uzyskiwać dostęp do kluczowych danych i systemów, wykraczający poza jego rzeczywiste potrzeby operacyjne.

Odkrycie to wpisuje się w szerszy trend związany z rosnącą rolą autonomicznych systemów w środowiskach chmurowych. Coraz więcej firm wykorzystuje agentów AI do automatyzacji procesów biznesowych, powierzając im dostęp do wielu systemów jednocześnie. Nie jest to odosobniony przypadek – z analiz Palo Alto Networks wynika, że aż 99% organizacji doświadczyło w ostatnim roku co najmniej jednego ataku wymierzonego w systemy AI, a najczęstsze scenariusze obejmują przejmowanie uprawnień i dostęp do danych[2].

Wraz z rosnącą skalą wdrażania agentów AI firmy tworzą systemy o bardzo szerokim zakresie autonomii. Jeśli ich uprawnienia nie są odpowiednio ograniczone, mogą stać się naturalnym celem dla atakujących i w efekcie działać jak uprzywilejowani użytkownicy z dostępem do krytycznych zasobów. W przypadku Google Cloud Vertex AI problem wynikał z faktu, że domyślne ustawienia przypisywały agentowi zakres dostępu wykraczający poza jego rzeczywiste potrzeby operacyjne, co w praktyce otwierało możliwość dalszej eskalacji uprawnień. W efekcie pojedynczy komponent mógł stać się punktem wyjścia do szerszego dostępu do zasobów chmurowych, w tym danych przechowywanych w infrastrukturze organizacji –  wskazuje Tomasz Pietrzyk, dyrektor techniczny w Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Analiza wskazuje również, że w określonych warunkach możliwy był dostęp do elementów infrastruktury platformy, co zwiększa ryzyko poznania jej architektury i potencjalnych ataków na łańcuch dostaw. Eksperci Unit 42 zwracają też uwagę, że zakres domyślnych uprawnień może w niektórych scenariuszach obejmować inne usługi powiązane z ekosystemem organizacji.

Nowe ustalenia pokazują zmianę charakteru zagrożeń związanych ze sztuczną inteligencją. Dotychczas AI była przede wszystkim narzędziem wykorzystywanym przez cyberprzestępców – m.in. do automatyzacji phishingu czy tworzenia złośliwego oprogramowania. Obecnie coraz częściej staje się także celem ataku lub jego pośrednikiem. Jednocześnie rozwój AI skraca czas między wykryciem podatności a jej wykorzystaniem, co dodatkowo zwiększa znaczenie błędnych konfiguracji i nadmiernych uprawnień.

Kluczowe znaczenie ma właściwa konfiguracja i nadzór nad systemami AI. W praktyce oznacza to konieczność ścisłego ograniczania zakresu uprawnień zgodnie z podstawową zasadą “least privilege” obowiązującą w security, stosowania dedykowanych kont usługowych zamiast domyślnych ustawień oraz regularnego audytu dostępu do danych i usług. Coraz większą rolę odgrywa również monitorowanie zachowania agentów AI, które – podobnie jak w przypadku użytkowników uprzywilejowanych – powinno być analizowane pod kątem anomalii – podkreśla Tomasz Pietrzyk.

Rozwój platform takich jak Vertex AI przyspiesza transformację cyfrową przedsiębiorstw, ale jednocześnie zmienia sposób myślenia o bezpieczeństwie. Autonomiczne systemy stają się pełnoprawnymi uczestnikami środowiska IT, a to oznacza, że wymagają takiego samego podejścia jak użytkownicy z wysokimi uprawnieniami – z jasno określonym zakresem dostępu i stałą kontrolą ich działania.

[1] https://unit42.paloaltonetworks.com/double-agents-vertex-ai/

[2] https://www.paloaltonetworks.com/blog/2025/12/cloud-security-2025-report-insights/

Ransomware znów blisko rekordów. Co miesiąc ponad 700 organizacji trafia na listy ofiar

Co miesiąc nawet 700 organizacji staje się ofiarami grup ransomware! Według najnowszego raportu „State of Ransomware Q1 2026” firmy Check Point Research, ogólna liczba ataków jest bliska historycznych maksimów. Równolegle zmienia się obraz ataków dla okupu – na rynku jest mniej graczy, ale bardziej skutecznych.

W pierwszym kwartale 2026 r. analitycy bezpieczeństw cybernetycznego z Check Point Research śledzili ponad 70 aktywnych witryn z wyciekami danych, które rejestrowały średnio ponad 700 ofiar miesięcznie przy minimalnych wahaniach między styczniem a marcem. Chociaż wyniki rok do roku (YoY) sugerują niewielki spadek w porównaniu do Q1 2025, to porównanie okazuje się mylące. Ubiegłoroczne statystyki zostały sztucznie zawyżone przez jedną masową kampanię. Po usunięciu tej anomalii aktywność ransomware faktycznie wzrosła.

– Ransomware w 2026 roku nie jest już grą liczb. To problem koncentracji i przyspieszenia. Gdy mniejsza liczba bardziej kompetentnych grup napędza większość ataków, każdy incydent niesie ze sobą większe skutki operacyjne i finansowe. Jednocześnie sztuczna inteligencja zaczyna skracać cykl życia ataku – od uzyskania dostępu do eksploatacji – sprawiając, że istniejące punkty ekspozycji są groźniejsze niż kiedykolwiek – uważa Sergey Shykevich, Threat Intelligence Group Manager w Check Point Software.

Najważniejszą zmianą w tym kwartale nie jest liczba ataków, lecz to, kto je przeprowadza. Okazuje się, że rynek grupa hakerskich, odpowiedzialnych za ataki dla okupu konsoliduje się… Podczas gdy w Q3 2025 aktywność była rozproszona na rekordową liczbę grup, do Q1 2026 ich liczba spadła, a udział rynkowy największych operatorów przekroczył 70%.

Eksperci Check Pointa tłumaczą to presją organów ścigania i zakłóceniami infrastruktury, które eliminują mniejszych graczy. Silniejsze grupy przetrwały, wchłonęły rozproszonych współpracowników (affiliates) i urosły w siłę. W Q1 2026 grupy takie jak Qilin, Akira, The Gentlemen i LockBit odpowiadały łącznie za 41% wszystkich ofiar. Skonsolidowane operacje są zazwyczaj lepiej zorganizowane, bardziej spójne operacyjnie i odporniejsze na próby ich zablokowania.

Głównym celem ataków dla okupu pozostają Stany Zjednoczone, odpowiadając za równe 50% wszystkich odnotowanych ofiar. Wynik ten związany jest przede wszystkim z dużą ilością przedsiębiorstw oraz rozwiniętej infrastruktury cyfrowej w tym kraju. Kolejne miejsca zajmują Kanada (4%) oraz Wielka Brytania (4%), a tuż za nimi plasują się Niemcy (3%) i Francja (3%). Zdaniem analityków Check Pointa najczęściej atakowanymi branżami są produkcja, usługi biznesowe, ochrona zdrowia oraz sektory przemysłowe.

Dżentelmeni wkraczają do gry. Powraca LockBit

Najskuteczniejszym łowcą jest obecnie grupa Qilin, który w pierwszym kwartale roku zaatakowała 338 organizacji na całym świecie. Za jej plecami znajduje się Akira z 197 ofiarami w pierwszych trzech miesiącach 2026 roku; jednak najciekawszy przypadek to zamykający czołową trójkę gang The Gentlemen. „Dżentelmeni” stali się jedną z wiodących sił w zaledwie kilka miesięcy od rozpoczęcia działalności. Ich sukces opiera się na skali wcześniej przygotowanych dostępów (pre-positioned access). Zamiast polegać na powolnej i przypadkowej eksploatacji luk, grupa operuje na ogromnych bazach przejętych punktów wejścia do sieci.

Ich model działania wyróżnia się przede wszystkim geograficznie: tylko 13% ofiar pochodziło z USA (przy średniej rynkowej wynoszącej 49,6%), a ataki koncentrowały się w regionie APAC i Ameryce Łacińskiej. Nie wynika to z celowego unikania celów w USA, lecz odzwierciedla miejsca, w których grupa posiadała już gotowe dostępy. Napastnicy coraz częściej atakują tam, gdzie mają otwartą drogę, a niekoniecznie tam, gdzie ofiary są najbogatsze.

Jedną z najbardziej rozpoznawalnych i odpornych grup ransomware na świecie jest LockBit, która w pierwszym kwartale 2026 roku potwierdziła swój powrót do ścisłej globalnej czołówki. Historia grupy to ciągła walka z organami ścigania, z której wielokrotnie wychodziła obronną ręką. Po znaczących operacjach służb mundurowych w 2024 roku (m.in. „Operation Cronos”), które miały na celu rozbicie grupy, LockBit zdołał odbudować swoją infrastrukturę i w Q1 2026 odnotował 163 ofiary. Grupa nadal stosuje schemat podwójnego wymuszenia (double-extortion), polegający na szyfrowaniu danych i jednoczesnej groźbie ich upublicznienia na specjalnych stronach z wyciekami (Data Leak Sites), jeśli okup nie zostanie wpłacony.

Rekomendacje dla firm

Eksperci CPR są zgodni. W sytuacji rosnącego zagrożenia atakami dla okupu praktyczna obrona wymaga przede wszystkim zatrzymania ataków na poziomie dostępu do sieci i chmury poprzez stosowanie architektury Hybrid Mesh Network Security oraz kontroli Zero Trust, co pozwala na blokowanie zagrożeń, zanim dotrą one do urządzeń końcowych. Kluczowe staje się również zarządzanie ekspozycją (Exposure Management), czyli identyfikacja aktywów i luk, które atakujący mogą realnie wykorzystać jeszcze przed dokonaniem włamania.

Całość strategii musi dopełniać ochrona użytkowników w ramach Workspace Security, która dzięki rozwiązaniom opartym na sztucznej inteligencji skutecznie blokuje wektory dostarczania zagrożeń, takie jak phishing czy złośliwe linki. – Organizacje muszą odejść od reagowania na incydenty ransomware na rzecz proaktywnego ograniczania ekspozycji poprzez zamykanie luk w dostępie, wzmacnianie kontroli tożsamości i sieci oraz ograniczanie ruchu bocznego (lateral movement), zanim ataki zostaną uruchomione z maszynową prędkością – podkreśla Sergey Shykevich.

Konflikt na Bliskim Wschodzie miesza na rynkach. Glapiński jednocześnie gołębi i jastrzębi

Toczący się na Bliskim Wschodzie konflikt pokazuje, że nic nie musi być takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Strony mogą się wzajemnie atakować, utrzymując jednocześnie zawieszenie broni. Obawy o eskalację mogą odciskać piętno na giełdach, a nadzieje na porozumienie zwiększać apetyt na ryzyko na forexie. Natomiast prezes NBP może być równocześnie gołębiem i jastrzębiem. 

Gorące zawieszenie

Doniesienia z Zatoki Perskiej zasadniczo pozostają bez zmian. Teoretycznie obowiązuje wciąż zawieszenie broni, ale nie przeszkadza to stronom konfliktu czasem dokonać jakichś ataków. Donald Trump nazwał ostatnią potyczkę w swoim stylu „miłosnym klepnięciem”, co w sumie w jego słowniku może oznaczać, że porozumienie rzeczywiście jest blisko. Niestety chyba innego zdania pozostają Irańczycy, ponieważ arabskie media twierdzą, że kluczowe aspekty (uran, Cieśnina Ormuz, reparacje) wciąż pozostają kością niezgody. Czy kolejne godziny lub dni przyniosą jakiś przełom? Weekendowe wydarzenia potrafią nie raz zaskoczyć, ale trudno nie pozostać sceptycznym, co do szybkiej i realnej ugody. Zegar tyka, a chińska podróż prezydenta Trumpa już za rogiem. Czy to Xi Jinping okaże się gołębiem pokoju, a Chiny jedynym stabilizatorem geopolitycznym na świecie? Długofalowe konsekwencje takiego stanu rzeczy mogą być dla USA o wiele kosztowniejsze od krótkoterminowych efektów konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Prezes na dwóch skrzydłach

Do wydarzeń w Zatoce Perskiej nie mógł nie odnieść się w trakcie konferencji szef NBP. Miała ona oczywiście miejsce po majowej decyzji RPP o utrzymaniu stóp procentowych na tym samym poziomie (referencyjna to 3,75%). Można było odnieść wrażenie, że przedłużający się konflikt przesunął akcenty na bardziej jastrzębie w komunikacji prof. Adama Glapińskiego. Obawia się on, że trwający szok podażowy na rynku surowców (nie będąc samodzielnym zmartwieniem Rady) może prowadzić do odkotwiczenia oczekiwań inflacyjnych. Dodatkowo możliwy jest w tych warunkach powrót wyższej presji na wzrost wynagrodzeń, co mogłoby wywołać efekt drugiej fali. Jednak równocześnie prezes NBP starał się tonować podwyżkowe nastroje, twierdząc, że napięcia będą działały spowalniająco na wzrost gospodarczy i w ten sposób ograniczą dynamikę cen. Dodatkowo wyższe koszty paliw czy nośników energii mają ograniczyć wydatki w innych kategoriach. Ostatecznie każdy mógł z wypowiedzi prof. Glapińskiego wyłuskać akurat to, co mu najbardziej pasuje. Rynkom pasuje w dalszym ciągu obstawianie przynajmniej jednej podwyżki stóp do końca roku.

Dolar pod presją nadziei

Zarówno decyzja RPP, jak i konferencja szefa NBP nie stanowiły istotnych impulsów dla polskiego złotego. Ten wraz z większą częścią rynku walutowego pozostaje głównie pod wpływem sygnałów z Bliskiego Wschodu. W piątek forex zdaje się ignorować negatywne doniesienia i skupia się na szansach porozumienia. Wywołało to kolejną (chociaż już gasnącą) falę osłabienia dolara amerykańskiego, a co za tym idzie umocnienia walut EM. Kurs EUR/USD znowu wyszedł powyżej 1,175 USD, ale nie da się ukryć, że wciąż utrzymuje się układ konsolidacyjny. Przekłada się to na kurs dolara poniżej 3,60 zł, a kurs euro zatrzymał się przy 4,23 zł. Jedną z najmocniejszych walut pozostaje korona norweska, która korzysta z efektu zaskoczenia w postaci wczorajszej niespodziewanej podwyżki stóp procentowych (główna to teraz 4,25%) oraz z wciąż wysoko wycenianych cen surowców energetycznych (jako jeden z najważniejszych eksporterów węglowodorów). Tym samym kurs NOK/PLN pozostaje powyżej 0,39 zł, czyli na najwyższych poziomach od jesieni 2023 roku. Ostatnim aktem odczytowym dla rynków będą dzisiejsze dane z USA – NFP już o 14:30. Analitycy spodziewają się utrzymania narracji o wciąż odpornym rynku pracy, którego kondycję podsumowują stwierdzeniem: nie zatrudniają, ale też nie zwalniają.

Henkel po I kwartale 2026: wzrost organiczny, przejęcia i utrzymana prognoza roczna

Henkel zakończył pierwszy kwartał 2026 roku sprzedażą Grupy na poziomie 4,95 mld euro. Oznacza to nominalny spadek o 5,5 proc. wobec analogicznego okresu poprzedniego roku, kiedy sprzedaż wyniosła 5,24 mld euro. Jednocześnie sprzedaż organiczna, czyli po korekcie o wpływ kursów walutowych oraz przejęcia i zbycia, wzrosła o 1,7 proc.

Według spółki wzrost organiczny był widoczny w obu głównych jednostkach biznesowych. Adhesive Technologies odnotowało wzrost organiczny sprzedaży o 1,7 proc., natomiast Consumer Brands o 1,8 proc. W obu segmentach pozytywnie rozwijały się zarówno ceny, jak i wolumeny sprzedaży.

Na wyniki nominalne negatywnie wpłynęły przede wszystkim kursy walutowe. Ich wpływ na sprzedaż Grupy wyniósł -5,2 proc. Przejęcia i zbycia obniżyły sprzedaż o kolejne 2,1 proc. Komponent cenowy zwiększył sprzedaż o 0,7 proc., a komponent wolumenowy o 1,0 proc.

Europa słabsza, mocny wzrost w IMEA i Azji

W ujęciu regionalnym wyniki Henkla były zróżnicowane. W Europie sprzedaż organiczna spadła o 3,4 proc. W Ameryce Łacińskiej była niższa o 3,1 proc. Z kolei region IMEA, obejmujący Indie, Bliski Wschód i Afrykę, zanotował wzrost organiczny o 12,8 proc., a region Azji i Pacyfiku o 10,3 proc. W Ameryce Północnej sprzedaż organiczna wzrosła o 0,9 proc.

Największym rynkiem Henkla pozostaje Europa, która odpowiadała w pierwszym kwartale za 39 proc. sprzedaży Grupy. Ameryka Północna miała 25-proc. udział, Azja i Pacyfik 18 proc., IMEA 11 proc., a Ameryka Łacińska 8 proc.

Adhesive Technologies ze wzrostem organicznym

Sektor Adhesive Technologies, obejmujący kleje, uszczelniacze, powłoki oraz technologie dla przemysłu i konsumentów, osiągnął w pierwszym kwartale sprzedaż na poziomie 2,63 mld euro. Nominalnie oznacza to spadek o 3,2 proc. rok do roku, ale organicznie sprzedaż wzrosła o 1,7 proc.

Najlepsze wyniki w tym segmencie odnotował obszar Mobility & Electronics, gdzie sprzedaż organiczna wzrosła o 6,7 proc. Wzrost był wspierany przez działalność związaną z elektroniką i przemysłem. Słabszy wynik zanotował natomiast obszar motoryzacyjny, na który wpływało wymagające otoczenie rynkowe.

Obszar Packaging & Consumer Goods zwiększył sprzedaż organiczną o 0,5 proc., głównie dzięki produktom dla branży dóbr konsumpcyjnych. Z kolei Craftsmen, Construction & Professional odnotował spadek organiczny o 2,3 proc.

Consumer Brands wspierane przez produkty do włosów

Segment Consumer Brands, obejmujący marki konsumenckie, zakończył pierwszy kwartał sprzedażą na poziomie 2,29 mld euro. Nominalnie sprzedaż spadła o 8,0 proc., ale organicznie wzrosła o 1,8 proc. Również w tym segmencie pozytywny wkład miały zarówno ceny, jak i wolumeny.

Najlepiej wypadł obszar Hair, czyli produkty do pielęgnacji włosów. Sprzedaż organiczna w tej kategorii wzrosła o 5,1 proc. Wzrost był wspierany m.in. przez kategorię koloryzacji włosów oraz produkty dla branży fryzjerskiej.

Obszar Laundry & Home Care, obejmujący środki piorące i środki czystości, zanotował stabilny wzrost organiczny na poziomie 0,1 proc. W ramach tej kategorii lepiej wypadły produkty do pielęgnacji tkanin oraz płyny do mycia naczyń, natomiast słabsze wyniki odnotowano w części środków do prania tkanin.

Pozostałe obszary Consumer Brands zwiększyły sprzedaż organiczną o 0,5 proc. Spółka wskazuje tu przede wszystkim na wzrost w kategorii Body Care w Ameryce Północnej.

Henkel kontynuuje przejęcia i skup akcji

W pierwszym kwartale Henkel kontynuował strategię rozwoju opartą także na transakcjach przejęć. Spółka poinformowała o pięciu transakcjach o łącznym wolumenie sprzedaży około 1,6 mld euro. Trzy z nich zostały już zakończone. Chodzi o Wetherby Laroc, ATP Adhesive Systems oraz Not Your Mother’s.

Pod koniec marca Henkel zakończył również program skupu akcji o wartości około 1 mld euro. Spółka podkreśla, że jej sytuacja finansowa i aktywa netto nie zmieniły się istotnie w porównaniu ze stanem na koniec 2025 roku.

Prognoza na 2026 rok bez zmian

Henkel utrzymał prognozę na cały rok obrotowy 2026. Spółka oczekuje organicznego wzrostu sprzedaży w przedziale od 1,0 do 3,0 proc. Dla Adhesive Technologies prognozowany jest wzrost organiczny również w przedziale od 1,0 do 3,0 proc., a dla Consumer Brands od 0,5 do 2,5 proc.

Skorygowana rentowność sprzedaży Grupy ma wynieść od 14,5 do 16,0 proc. W przypadku Adhesive Technologies oczekiwany przedział to 16,5–18,0 proc., a dla Consumer Brands 14,0–15,5 proc. Skorygowany zysk na akcję uprzywilejowaną przy stałych kursach walut ma wzrosnąć w jednocyfrowym tempie.

Spółka zakłada jednocześnie, że ceny surowców bezpośrednich wzrosną w 2026 roku w wysokim jednocyfrowym tempie wobec średniej z poprzedniego roku. Koszty restrukturyzacji mają wynieść od 150 do 200 mln euro, a wydatki inwestycyjne od 650 do 750 mln euro.

Wyniki pokazują wzrost operacyjny, ale presja walutowa ciąży sprzedaży

Dane za pierwszy kwartał pokazują, że Henkel poprawił sprzedaż organiczną mimo spadku nominalnych przychodów. Wzrost operacyjny był widoczny w obu jednostkach biznesowych, jednak wyniki raportowane zostały obciążone przez czynniki walutowe oraz wpływ przejęć i zbyć.

Najmocniejszymi obszarami pozostają technologie dla mobilności i elektroniki oraz produkty do pielęgnacji włosów. Słabsze wyniki w Europie, presja kosztów surowców i wymagające otoczenie w części segmentów przemysłowych pokazują jednak, że spółka nadal działa w zmiennych warunkach rynkowych.

PKP modernizują kolejne dworce. Zmiany obejmą Mikołów, Lubliniec i Szamotuły

0

Polskie Koleje Państwowe S.A. ogłosiły przetargi na przygotowanie projektów przebudowy dworców kolejowych w Szamotułach i Lublińcu. Rozpoczynają się już także prace projektowe dotyczące budowy nowego dworca w Mikołowie. Wszystkie trzy inwestycje są realizowane w ramach programu inwestycyjnego PKP S.A. Dworce Przyjazne Pasażerom, którego celem jest zwiększenie jakości obsługi podróżnych i modernizacja kluczowych obiektów kolejowych w całym kraju.

W Mikołowie (woj. śląskie) powstanie zupełnie nowy budynek dworcowy. Założenia do prac projektowych przewidują wyburzenie obecnego dworca i wybudowanie w jego miejscu budynku, który będzie dostosowany do trudnego ukształtowania terenu, gdyż obiekt znajduje się na skarpie. Dlatego też nowy dworzec wyposażony zostanie w windę, która ułatwi podróżnym dostęp do peronów. PKP S.A. podpisały już umowę z wybranym w przetargu wykonawcą, czyli firmą An Archi Group Sp. z o.o., która przygotuje projekt nowego dworca. Zgodnie z założeniami prace budowlane mogłyby się rozpocząć w drugiej połowie 2027 r.

Remontowane czy budowane od podstaw dworce, remonty liniowe czy nowe perony na stacjach – wszystkie nasze działania mają prowadzić do tego, by kolej była pierwszym wyborem transportowym Polaków. Dzięki inwestycjom powstają nowoczesne i dostosowane do potrzeb wszystkich pasażerów przestrzenie. To element spójnego działania na rzecz poprawy jakości obsługi kolejowej mieszkańców zarówno tych trzech miast, jak i całych regionów – przekonuje Dariusz Klimczak, minister infrastruktury.

Gruntowną metamorfozę przejdzie dworzec kolejowy w Lublińcu (woj. śląskie). Inwestycja ma na celu nie tylko poprawę estetyki budynku, ale przede wszystkim podniesienie komfortu pasażerów korzystających z połączeń regionalnych i dalekobieżnych. W ramach prac przewidziano renowację elewacji i wnętrz z poszanowaniem architektury budynku, w tym zachowanie i konserwację mozaiki z lat 70., znajdującej się wewnątrz budynku, a także dostosowanie powierzchni dworca do faktycznego zapotrzebowania.

Kompleksową modernizację przejdzie także dworzec w Szamotułach (woj. wielkopolskie). Dzięki niej przebudowany zostanie zarówno budynek dworca z zachowaniem jego architektonicznej formy, jak i przylegający do niego teren. Powstanie nowoczesna, pozbawiona barier architektonicznych przestrzeń obsługi podróżnych.

Konsekwentnie pracujemy nad podnoszeniem jakości obsługi podróżnych korzystających z kolei. Kluczowym elementem naszych działań jest program inwestycyjny Dworce Przyjazne Pasażerom, który umożliwia poprawę standardu obsługi na jeszcze większej liczbie dworców w całej Polsce. Kolejne inwestycje, rozpoczynające się właśnie w Mikołowie, Lublińcu i Szamotułach, to ważne działania dla lokalnych społeczności, dzięki którym zyskają komfort i bezpieczeństwo podróży – mówi Paweł Lisiewicz, członek zarządu PKP S.A. ds. inwestycji i rozwoju.

Głównym założeniem modernizacji obu dworców jest likwidacja barier architektonicznych i pełne otwarcie obiektów na potrzeby osób z niepełnosprawnościami, seniorów oraz rodziców z wózkami. Budynki wyposażone zostaną także w nowoczesne systemy bezpieczeństwa i monitoringu oraz rozwiązania przyjazne środowisku.

Obie inwestycje zostały podzielone na dwa etapy. Obecnie ogłoszone zostały przetargi dotyczące fazy projektowej dla dworców w Lublińcu i w Szamotułach. Wyłonieni w postępowaniach wykonawcy opracują dokumentacje, które staną się fundamentem dla późniejszych prac budowlanych. Zainteresowani inwestycją w Lublińcu wykonawcy swoje oferty mogą składać do 20 maja br., a termin składania ofert dla dworca w Szamotułach upływa 19 maja br.

Gospodarka regionalna w kwietniu 2026: selektywna poprawa i rosnąca presja kosztowa

W kwietniu 2026 r. nastroje przedsiębiorców poprawiły się w większości województw i w wielu analizowanych branżach. Z danych GUS wynika jednak, że obraz koniunktury pozostaje mocno zróżnicowany sektorowo i regionalnie. Najlepiej oceniana jest sytuacja w zakwaterowaniu i gastronomii oraz w informacji i komunikacji, natomiast najtrudniejsza pozostaje sytuacja w transporcie i gospodarce magazynowej.

Regionalny wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury R-BCI wzrósł rok do roku w większości badanych obszarów działalności. Poprawa była szczególnie widoczna w budownictwie i handlu detalicznym, gdzie wzrost wskaźnika odnotowano w 11 województwach. Lepsze niż przed rokiem oceny pojawiły się również w przetwórstwie przemysłowym.

Mimo poprawy ogólny obraz gospodarki nie jest jednoznaczny. Część branż pozostaje w obszarze ujemnych ocen, co oznacza przewagę pesymistycznych opinii przedsiębiorców nad optymistycznymi. Dotyczy to zwłaszcza transportu, gdzie wskaźnik R-BCI był ujemny w 14 z 16 województw.

Najlepsza sytuacja w zakwaterowaniu i gastronomii

Najwyższy wskaźnik koniunktury w skali kraju odnotowano w sekcji zakwaterowanie i gastronomia. Dla Polski R-BCI wyniósł w tym obszarze +10,2 pkt, a dodatnie wartości wskaźnika wystąpiły w 12 województwach. Najlepszy wynik zanotowano w województwie podkarpackim, gdzie wskaźnik osiągnął +37,6 pkt. Wysokie wartości odnotowano także w województwie podlaskim, gdzie R-BCI wyniósł +35,5 pkt.

Dobre oceny przeważały również w sektorze informacji i komunikacji. Wskaźnik dla Polski wyniósł tu +9,6 pkt, a dodatnie wartości wystąpiły w 10 województwach. Najwyższe wyniki zanotowano w województwie podlaskim (+26,8 pkt) oraz podkarpackim (+23,7 pkt). Jednocześnie dane pokazują duże różnice regionalne — w województwie lubelskim wskaźnik w tej sekcji spadł do -30,5 pkt.

Transport pozostaje najsłabszym sektorem

Najtrudniejsza sytuacja widoczna jest w transporcie i gospodarce magazynowej. Wskaźnik R-BCI dla Polski wyniósł w tej sekcji -5,6 pkt, a w większości województw pozostawał poniżej zera. Najsłabszy wynik odnotowano w województwie opolskim, gdzie wskaźnik spadł do -24,2 pkt. Bardzo niskie wartości zanotowano także w województwie podkarpackim (-21,2 pkt), łódzkim (-19,2 pkt) i małopolskim (-16,0 pkt).

Transport pozostaje jednocześnie branżą szczególnie wrażliwą na wzrost kosztów energii, paliw, pracy oraz obciążeń regulacyjnych. Według danych GUS prognozy przedsiębiorców z tego sektora na najbliższe trzy miesiące są pesymistyczne w zakresie popytu, sprzedaży i sytuacji finansowej. To może oznaczać utrzymanie presji kosztowej w kolejnych miesiącach.

Budownictwo z poprawą, ale wciąż poniżej zera

W budownictwie wskaźnik R-BCI dla Polski wyniósł -2,4 pkt. Oznacza to, że mimo poprawy rok do roku sektor nadal pozostaje lekko po stronie negatywnych ocen. Najlepiej sytuację ocenili przedsiębiorcy z województwa podlaskiego (+11,6 pkt), opolskiego (+11,0 pkt) oraz lubuskiego (+7,5 pkt).

Najgorsze nastroje w budownictwie zanotowano w województwie świętokrzyskim, gdzie wskaźnik wyniósł -16,6 pkt, oraz zachodniopomorskim z wynikiem -13,4 pkt. Największą poprawę rok do roku odnotowano w województwie lubuskim, gdzie wskaźnik wzrósł o 20,9 pkt.

Handel detaliczny pozostaje ostrożny

W handlu detalicznym ogólnopolski wskaźnik R-BCI wyniósł -1,3 pkt. Oznacza to, że mimo poprawy w wielu regionach nadal przeważają ostrożne lub negatywne oceny sytuacji. Najlepszy wynik odnotowano w województwie warmińsko-mazurskim (+6,0 pkt) oraz wielkopolskim (+2,7 pkt).

Najtrudniejsza sytuacja wystąpiła w województwie opolskim, gdzie wskaźnik dla handlu detalicznego wyniósł -16,6 pkt. Słabe nastroje widoczne były także w województwie lubelskim (-11,7 pkt) i podlaskim (-10,1 pkt). Dane wskazują, że mimo poprawy rok do roku sektor nadal odczuwa presję kosztową i niepewność popytu.

Przetwórstwo przemysłowe z regionalnymi różnicami

W przetwórstwie przemysłowym wskaźnik R-BCI dla Polski wyniósł -4,4 pkt. Najlepsze oceny odnotowano w województwie małopolskim, gdzie wskaźnik osiągnął +8,9 pkt, oraz pomorskim z wynikiem +7,2 pkt. Dodatnie wartości wystąpiły również m.in. w województwie podkarpackim, mazowieckim i opolskim.

Najniższe oceny w przetwórstwie przemysłowym zanotowano w województwie kujawsko-pomorskim (-9,6 pkt) oraz podlaskim (-9,5 pkt). W skali kraju sektor pozostaje więc pod presją, choć w części regionów widoczne są oznaki poprawy.

Koszty zatrudnienia główną barierą dla firm

Przedsiębiorcy we wszystkich badanych sekcjach jako jedną z głównych barier działalności wskazywali koszty zatrudnienia. W zakwaterowaniu i gastronomii w województwie wielkopolskim na ten problem zwróciło uwagę 94,7 proc. badanych firm. Wysoki odsetek wskazań odnotowano także w województwie dolnośląskim, gdzie barierę tę wskazało 90,8 proc. przedsiębiorców z tej sekcji.

Drugim istotnym problemem pozostaje niepewność ogólnej sytuacji gospodarczej. Szczególnie wyraźnie widać to w transporcie, gdzie w województwie łódzkim wskazało na nią 80 proc. badanych, a w małopolskim 73,6 proc. W handlu hurtowym niepewność gospodarcza po raz pierwszy wyprzedziła koszty zatrudnienia jako najczęściej wskazywana bariera działalności.

Firmy obawiają się cen energii i paliw

Z dodatkowego pytania ankietowego GUS wynika, że w najbliższym kwartale przedsiębiorcy spodziewają się dalszego wzrostu kosztów działalności. Najczęściej wskazywanym czynnikiem są ceny energii i paliw. W przetwórstwie przemysłowym, budownictwie, handlu hurtowym i detalicznym co najmniej 85 proc. firm we wszystkich województwach wskazało ten czynnik jako istotne źródło presji kosztowej.

W budownictwie odsetek wskazań wahał się od 89,1 proc. w województwie mazowieckim do 98,2 proc. w zachodniopomorskim. W transporcie w województwie opolskim i podlaskim ceny energii i paliw wskazały wszystkie badane podmioty. Drugim najważniejszym czynnikiem pozostają koszty zatrudnienia, a kolejnymi ceny komponentów, usług oraz koszty czynszu i najmu.

Ostrożna poprawa, ale bez równomiernego odbicia

Dane GUS pokazują, że w kwietniu 2026 r. sytuacja przedsiębiorstw poprawiała się, ale nie miała charakteru powszechnego odbicia. Najlepiej wypadały usługi związane z turystyką, zakwaterowaniem, gastronomią oraz sektor informacji i komunikacji. Słabsze pozostawały transport, handel detaliczny oraz część przemysłu.

Największym wyzwaniem dla firm pozostaje presja kosztowa. Wzrost cen energii i paliw, wysokie koszty pracy oraz niepewność gospodarcza ograniczają poprawę nastrojów i mogą wpływać na decyzje inwestycyjne przedsiębiorców w kolejnych miesiącach. W efekcie dane za kwiecień wskazują raczej na selektywną poprawę koniunktury niż na trwałe i szerokie ożywienie w całej gospodarce.

Creotech Quantum rusza z emisją akcji. Spółka celuje w 75 mln zł finansowania

Creotech Quantum, notowana na GPW polska spółka rozwijająca i komercjalizująca technologie kwantowe, rozpoczęła proces pozyskania ok. 75 mln zł w drodze emisji do 350 000 akcji zwykłych na okaziciela serii D. Oferta zostanie przeprowadzona w formie subskrypcji prywatnej skierowanej do wybranych inwestorów, z całkowitym wyłączeniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na realizację strategii rozwoju spółki oraz wejście w fazę jej dynamicznego wzrostu, w szczególności poprzez umożliwienie realizacji szerszego zakresu inicjatyw strategicznych, obejmujących potencjalne projekty rozwojowe i inwestycyjne, które mogą pojawiać się w toku jej dalszej działalności. Spółkę w procesie wspiera cc group jako doradca IR i finansowy, a koordynatorem oferty jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A.

Rozpoczęcie procesu pozyskania finansowania to istotny krok w realizacji naszej długoterminowej strategii rozwoju i budowy silnej pozycji Creotech Quantum na europejskim rynku technologii kwantowych. Zdecydowaliśmy o zwiększeniu docelowej wartości finansowania z wcześniej zakładanych 60 mln zł do 75 mln zł. Dodatkowy kapitał pozwoli nam przyspieszyć realizację kluczowych prac B+R oraz wdrożenie nowych produktów i skuteczniej wykorzystać pojawiające się szanse rynkowe. Koncentrujemy się na obszarach o największym potencjale rynkowym, takich jak komunikacja kwantowa, bezpieczeństwo danych, infrastruktura krytyczna czy rozwiązania dla sektora telekomunikacyjnego i kosmicznego. Równolegle planujemy wzmacniać kompetencje produkcyjne, integracyjne i sprzedażowe, rozwijać obecność na rynkach zagranicznych oraz inwestować w infrastrukturę i zaplecze inżynieryjne. Naszym celem jest stworzenie spółki zdolnej do dostarczania zaawansowanych technologii kwantowych na skalę międzynarodową i aktywnego uczestnictwa w budowie europejskiej suwerenności technologicznej w tym obszarze – komentuje dr Anna Kamińska, Prezes Zarządu Creotech Quantum S.A.

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, spółka planuje przeznaczyć ok. 50–65% pozyskanych z emisji środków na dalszy rozwój działalności badawczo-rozwojowej oraz rozbudowę organizacji, przy jednoczesnym kontynuowaniu współfinansowania projektów B+R ze środków zewnętrznych, w tym w ramach programów krajowych i międzynarodowych realizowanych m.in. dla Komisji Europejskiej oraz Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). W tym zakresie Creotech Quantum koncentrować się będzie przede wszystkim na rozwoju nowej generacji systemów kwantowej dystrybucji klucza (QKD), detektorów pojedynczych fotonów, odbiorników dla optycznych stacji naziemnych, a także rozwiązań z obszaru bezpieczeństwa kosmicznego i elektroniki dla procesorów kwantowych. Równolegle spółka planuje inwestycje we wzmocnienie infrastruktury bezpieczeństwa, rozwój zaplecza inżynieryjnego oraz zwiększenie zdolności integracyjnych i testowych.

Pozostała część pozyskanych środków zostanie przeznaczona na rozwój działalności komercyjnej oraz wdrażanie i sprzedaż produktów, w szczególności pierwszego systemu QKD oraz kolejnych rozwiązań z tego obszaru. Spółka planuje także rozwój i budowę urządzeń demonstracyjnych wykorzystywanych w projektach pilotażowych, zwiększenie skali produkcji własnych technologii oraz wzmocnienie kompetencji w obszarze sprzedaży i marketingu. Istotnym elementem działań będzie również dalsza ekspansja na rynki zagraniczne oraz aktywny udział w kluczowych wydarzeniach branżowych.

W ramach realizacji strategii oraz wykorzystania środków pozyskanych z emisji spółka nie wyklucza również możliwości przejęć lub częściowych przejęć podmiotów komplementarnych technologicznie lub biznesowo, które mogłyby przyczynić się do przyspieszenia rozwoju działalności, poszerzenia kompetencji oraz wzmocnienia pozycji rynkowej Creotech Quantum. Zwiększenie docelowej wartości emisji zwiększa skuteczność działania spółki w tym zakresie oraz umożliwia udział w większych przetargach wymagających zapewnienia płynności finansowej.

Emisja Akcji serii D – szczegóły

Emisja akcji serii D jest przeprowadzona z wyłączeniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy spółki w całości. Oferta zostanie skierowana wyłącznie do wybranych inwestorów – nie więcej niż 149 osób fizycznych lub prawnych innych niż inwestorzy kwalifikowani oraz inwestorów, którzy nabędą akcje o łącznej wartości co najmniej 100.000 EUR na inwestora. Jednocześnie akcjonariuszom spełniającym kryteria określone w uchwale emisyjnej będzie przysługiwać prawo pierwszeństwa objęcia nowych akcji. Rozwiązanie to ma na celu ochronę przed rozwodnieniem w głosach akcjonariuszy, którzy dokonali istotnych inwestycji w akcje spółki. Prawo to będzie przysługiwać akcjonariuszom posiadającym – według stanu na koniec dnia 11 maja – co najmniej 14.272 akcje spółki (ok. 0,5% kapitału zakładowego i ogólnej liczby głosów w spółce). Przy obliczeniu wartości 0,5% nie uwzględnia się posiadanych przez spółkę akcji własnych w kapitale zakładowym, tj. 1.500.00 akcji zwykłych imiennych serii A spółki.

Środki pozyskane w ramach emisji akcji serii D mają umożliwić spółce konsekwentną realizację strategii rozwoju oraz zbudowanie solidnych fundamentów organizacji zdolnej do dostarczania zaawansowanych technologii kwantowych na skalę międzynarodową.

Baumit przejmuje firmę Mastermas

Baumit sfinalizował przejęcie 100 proc. udziałów w firmie Mastermas, producencie gotowych do użycia mas szpachlowych. Transakcja ma wzmocnić pozycję Baumit w segmencie produktów przeznaczonych do profesjonalnego wykańczania wnętrz.

Baumit jest producentem materiałów budowlanych działającym na rynku europejskim. W ofercie firmy znajdują się m.in. systemy ociepleń, produkty do renowacji budynków, tynki maszynowe, systemy podłogowe, produkty do układania płytek, masy szpachlowe, betony oraz zaprawy murarskie. Spółka rozwija również rozwiązania związane z poprawą efektywności prac budowlanych oraz jakością użytkowania wnętrz.

Mastermas działa od 1997 roku i specjalizuje się w produkcji gotowych mas szpachlowych. Firma posiada doświadczenie w technologii wykorzystującej drobno mielone skały dolomitowe. Jej produkty są stosowane przede wszystkim przez wykonawców zajmujących się pracami wykończeniowymi.

Według Baumit przejęcie Mastermas ma umożliwić rozszerzenie oferty w kategorii produktów gotowych do użycia, które zyskują na znaczeniu na rynku wykończeniowym. Firma wskazuje, że połączenie kompetencji obu podmiotów ma pomóc w dalszym rozwoju produktów oraz w lepszym dostosowaniu oferty do potrzeb wykonawców, inwestorów i partnerów handlowych.

– Włączenie Mastermas do struktur Baumit to dla nas istotny krok strategiczny, wzmacniający naszą ofertę w segmencie produktów do wykańczania wnętrz. Obserwujemy rosnące zainteresowanie rozwiązaniami gotowymi do użycia, wyróżniającymi się komfortem aplikacji i niezawodnością. Obie firmy łączy podobne podejście do jakości oraz rozwoju produktów. Naszym wspólnym celem jest dostarczanie rozwiązań, które spełniają wymagania rynku i zapewniają trwałe efekty wykończeniowe – mówi Zbigniew Kaliciński, prezes zarządu Baumit Sp. z o.o.

Jak podkreśla przedstawiciel spółki, ważnym elementem dalszego rozwoju mają być również kwestie związane ze zrównoważonym rozwojem, w tym dobór surowców, technologie produkcji oraz ograniczanie wpływu procesów przemysłowych na środowisko.

Przejęcie Mastermas wpisuje się w strategię Baumit zakładającą rozwój portfolio produktowego, inwestycje w nowe rozwiązania oraz umacnianie pozycji na rynku materiałów budowlanych.

To kolejna inwestycja firmy w ostatnim czasie. W grudniu 2025 roku Baumit rozpoczął budowę czwartej fabryki w Polsce, zlokalizowanej w miejscowości Zimna Wódka na Opolszczyźnie. Nowy zakład ma zwiększyć moce produkcyjne spółki oraz usprawnić logistykę i dostawy do klientów z południowej części kraju.

Dzień Europy – 39 proc. Europejczyków nie wierzy w lepszą przyszłość UE

W momencie, gdy europejska debata coraz częściej koncentruje się na napięciach, wyzwaniach i poczuciu niepewności, rośnie znaczenie tego, co dzieje się poza poziomem instytucji. W Polsce wyraźnie widać, że wspólnota przestaje być deklaracją, a staje się praktyką budowaną przez codzienne postawy i zaangażowanie obywateli. Obejmuje to zarówno znaczenie symboli, takich jak wywieszanie flagi (74 proc. wskazań), jak i bardzo konkretne działania, przede wszystkim udział w wyborach (79 proc.), które dla Polaków stają się jednym z najważniejszych wyrazów obywatelskości. Dane przytoczone w komentarzu pochodzą z badania towarzyszącego kampanii We Did It In Poland.

Komentarz ekspercki Olgi Kozierowskiej, twórczyni konkursu Sukces Pisany Szminką, kampanii We Did It In Poland oraz wpływowych akcji społecznych.

Czy jesteśmy między niepewnością a sprawczością? W tym roku Dzień Europy przypada w momencie, w którym coraz częściej mówi się o zmianie, napięciu i potrzebie redefinicji dotychczasowych modeli działania. W przestrzeni publicznej rośnie poczucie, że rzeczywistość – społeczna i gospodarcza – staje się mniej przewidywalna, a dotychczasowe odpowiedzi wymagają uzupełnienia lub korekty. Jak pokazuje najnowszy Eurobarometr Parlamentu Europejskiego, 52 proc. Europejczyków wyraża pesymistyczne oczekiwania wobec przyszłości świata, a 39 proc. wobec przyszłości Unii Europejskiej. W tym kontekście wyraźnie widać proces przesuwania się ciężaru budowania wspólnoty z poziomu instytucji na poziom społeczeństw. Coraz większe znaczenie mają nie tylko decyzje systemowe, ale przede wszystkim postawy obywateli – ich gotowość do działania, współpracy i brania odpowiedzialności za otoczenie. To na tym poziomie zaczyna się dziś realna sprawczość.

Codzienność zamiast deklaracji

Zmiana ta znajduje bardzo wyraźne odzwierciedlenie w sposobie, w jaki Polacy definiują dziś patriotyzm i zaangażowanie obywatelskie. O ile symbole – takie jak wywieszanie flagi, które dla 74 proc. badanych pozostaje ważnym gestem – nadal mają swoje miejsce w budowaniu tożsamości, o tyle coraz częściej nie są wystarczające same w sobie. Uzupełnia je przekonanie, że wspólnota wymaga udziału. Dlatego tak silnie wybrzmiewają dziś postawy związane z odpowiedzialnością i współuczestnictwem: udział w wyborach (79 proc.), zaangażowanie w życie lokalnych społeczności (71 proc.) czy uczciwe funkcjonowanie w systemie gospodarczym, w tym płacenie podatków (62 proc.). W tym ujęciu patriotyzm staje się formą działania, a nie tylko deklaracją tożsamości. To przesunięcie pokazuje rosnącą świadomość, że stabilność i rozwój wynikają nie tylko z decyzji instytucji, ale także z codziennych wyborów obywateli.

Nowa pewność siebie i europejskość w praktyce

Równolegle zmienia się sposób, w jaki Polacy postrzegają swoje miejsce w Europie. Coraz rzadziej dominuje narracja porównawcza, a coraz częściej pojawia się przekonanie o własnej sprawczości i adekwatności rozwojowej. Już co trzeci Polak uważa, że Polska nie pozostaje w tyle za krajami Europy, co pokazuje rosnącą pewność siebie opartą na doświadczeniu, a nie deklaracjach. Ten sposób postrzegania znajduje swoje oparcie również w szerszych trendach gospodarczych – Polska od trzech dekad pozostaje jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek w Unii Europejskiej i wśród krajów na podobnym poziomie rozwoju, systematycznie zmniejszając dystans do średniej unijnej, który według analiz ekonomistów wynosi dziś ok. 80 proc. W tym miejscu pojawia się bardziej praktyczne rozumienie europejskości – jako zdolności do współdziałania w warunkach różnorodności, odpowiedzialności za wspólne dobro i gotowości do reagowania na wyzwania wykraczające poza granice jednego kraju. Europejskość staje się więc praktyką działania, a nie tylko punktem odniesienia.

Wspólnota w działaniu

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów tej zmiany pozostaje zdolność do mobilizacji w sytuacjach wymagających solidarności. Aż 69 proc. Polaków uważa, że potrafimy się jednoczyć w momentach zrywów, a co trzeci deklaruje dumę z własnego zaangażowania w działania prospołeczne. Co istotne, coraz częściej ta gotowość przekłada się na działania o skali i skuteczności wykraczającej poza lokalny kontekst. W ostatnim czasie widoczna była oddolna inicjatywa angażująca ogromne społeczności przez wiele dni i przynosząca rezultaty liczone w setkach milionów złotych – szeroko zauważone również poza granicami kraju. Pokazuje to, że wspólnota nie jest już tylko potencjałem, ale realną siłą działania.

Europejskość jako wspólna odpowiedzialność

W tym kontekście zmienia się sposób myślenia o Europie. Coraz mniej jest ona wyłącznie projektem instytucjonalnym, a coraz bardziej przestrzenią współodpowiedzialności, w której kluczową rolę odgrywają społeczeństwa. To one budują odporność, zaufanie i zdolność reagowania na zmieniającą się rzeczywistość. Dzień Europy staje się więc nie tylko okazją do refleksji nad integracją, ale przede wszystkim nad tym, gdzie faktycznie buduje się jej fundament. Coraz częściej odpowiedź prowadzi nie do instytucji, lecz do ludzi – ich codziennych wyborów i gotowości do działania. W tym wymiarze Polska pokazuje, że wspólnota nie musi być deklarowana, by była realna – wystarczy, że jest praktykowana.

Olga Kozierowska – pionierka działań na rzecz równości i różnorodności, twórczyni kampanii, które zmieniają sposób, w jaki Polacy myślą o sobie i swoim kraju. Mówczyni, key speakerka m.in. z wystąpień publicznych, przedsiębiorczyni społeczna, dziennikarka i twórczyni inicjatyw społecznych. Od lat działa na rzecz równego dostępu do szans, wspierania kobiet i budowania inkluzywnego przywództwa.

Założyła Sukces Pisany Szminką (2008), pierwszą w Polsce organizację wspierającą przedsiębiorczość kobiet i równość płci. Jako prezeska Fundacji WłączeniPlus oraz inicjatorka Klubu DEI Champions łączy biznes z działaniami na rzecz różnorodności i systemowej zmiany.

Blackstone inwestuje w Eurowind Energy. 2 mld euro na rozwój OZE w Europie

Blackstone został nowym współwłaścicielem firmy Eurowind Energy. Umożliwi to deweloperowi energetycznemu przyspieszenie rozwoju odnawialnych źródeł energii w Europie. Jens Rasmussen pozostał dyrektorem generalnym i wraz z koncernem energetyczno-telekomunikacyjnym Norlys nadal są większościowym właścicielem Eurowind Energy.

Blackstone, globalny inwestor infrastrukturalny, został nowym współwłaścicielem Eurowind Energy, jednego z wiodących deweloperów odnawialnych źródeł energii w Europie. Firma z siedzibą w Hobro od ponad dwóch dekad buduje, rozwija i zarządza projektami OZE. Obecnie posiada instalacje lądowej energetyki wiatrowej i słonecznej, magazynowania energii oraz biogazu w 16 krajach, o łącznej mocy 1,6 GW.

Inwestycja o wartości 2 mld euro pozwoli Eurowind Energy przyspieszyć rozwój projektów OZE w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na energię oraz zwiększoną presję na europejski system energetyczny. Założyciele firmy – CEO Jens Rasmussen, Søren Rasmussen i Jakob Kortbæk – wraz z koncernem Norlys pozostali większościowymi właścicielami spółki, natomiast Blackstone początkowo objął 24,7 proc. udziałów.

Dzięki obecnej strukturze właścicielskiej Eurowind Energy przeszedł istotną transformację i znacząco zwiększył moce w zakresie odnawialnych źródeł energii w Europie. Ostatnie wydarzenia pokazały, jak ważne jest, aby Europa była samowystarczalna pod względem stabilnych i konkurencyjnych dostaw energii. Zaangażowanie Blackstone jako inwestora długoterminowego zapewnia Eurowind Energy niezbędne wsparcie finansowe, które pozwoli kontynuować ten proces i wejść w kolejny etap rozwojumówi Gert Vinther Jørgensen, przewodniczący rady nadzorczej Eurowind Energy i Group CEO Norlys.

Eurowind Energy planuje do 2030 roku budowę parków energetycznych o łącznej mocy 1,5 GW rocznie oraz rozbudowę istniejących instalacji o magazyny energii.

Istotne dla nas jest to, że Blackstone jest inwestorem długoterminowym, który wspiera strategię Eurowind Energy zakładającą osiągnięcie pozycji wiodącego niezależnego producenta energii w Europie. Blackstone posiada międzynarodowe doświadczenie w sektorze energii i infrastruktury. Ta inwestycja pozwoli nam zwiększyć tempo rozwoju i zrealizować 3-4 razy więcej projektów energii słonecznej i wiatrowej oraz magazynów energii, niż bylibyśmy w stanie osiągnąć samodzielnie mówi Jens Rasmussen, dyrektor generalny Eurowind Energy.

Blackstone posiada bogate doświadczenie w inwestycjach w odnawialne źródła energii, m.in. w Invenergy – największego niezależnego producenta OZE w USA – oraz we wspólnym przedsięwzięciu z NextEra Energy, największym na świecie deweloperem energii wiatrowej i słonecznej.

W nadchodzących latach Europa będzie potrzebować znaczącego kapitału, aby sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu na energię. Blackstone konsekwentnie wspiera rozbudowę europejskiej infrastruktury energetycznej. W ciągu ostatnich dwóch dekad Jens Rasmussen wraz z zespołem zarządzającym zbudowali silny biznes obejmujący cały łańcuch wartości projektów OZE. Z niecierpliwością oczekujemy współpracy z Eurowind Energy oraz z Norlys mówi Adam Kuhnley, Co-Head of European Investments w Blackstone Infrastructure.

Transakcja ma zostać sfinalizowana do końca roku, pod warunkiem uzyskania wymaganych zgód regulacyjnych.

Cena akcji Liftero w IPO ustalona na 35,00 zł. Spółka chce pozyskać 17,5 mln zł

Oferta publiczna akcji Liftero, polskiego producenta technologii napędowych do misji kosmicznych, cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem inwestorów – cena emisyjna jednej akcji w ofercie została ustalona na 35,00 zł. Spółka oferuje łącznie 500 000 szt. nowych akcji zwykłych na okaziciela serii C, co oznacza wartość oferty na poziomie 17,5 mln zł. Liftero planuje debiut giełdowy do końca II kwartału 2026 roku – stanie się wtedy jedynym przedstawicielem sektora kosmicznego notowanym na rynku NewConnect.

Wysokie zainteresowanie ofertą Liftero odbieramy jako potwierdzenie atrakcyjności naszego modelu biznesowego i opracowanej technologii. Podczas roadshow otrzymaliśmy wiele pozytywnych opinii, w tym od szerokiego grona inwestorów instytucjonalnych. Cieszy nas to i motywuje do wytężonej pracy nad dalszym rozwojem biznesu i autorskiego systemu BOOSTER. Wierzymy, że oferujemy inwestorom unikalną możliwość zajęcia ekspozycji nie tylko na sektor kosmiczny, ale również atrakcyjny i dynamicznie rosnący segment napędów kosmicznych – elementu niezbędnego dla prawie wszystkich budowanych dziś na świecie satelitów  komentuje Tomasz Palacz, CEO Liftero.

Model biznesowy Liftero opiera się na autorskim systemie napędowym BOOSTER, wykorzystującym chemiczne, nietoksyczne materiały pędne, zaprojektowanym dla satelitów klasy 30–500 kg. Rozwiązanie wyróżnia się modułową architekturą, która umożliwia dopasowanie konfiguracji, w tym całkowitego impulsu oraz liczby silników, do specyfiki danej misji.

System BOOSTER został już przetestowany w warunkach kosmicznych w ramach misji RED5 i od 2025 roku operuje na orbicie, budując dla spółki kluczowy w branży tzw. flight heritage. Dzięki optymalizacji komponentów oraz rozwijaniu kluczowych kompetencji we własnym zakresie Liftero skraca czas realizacji kontraktów i jest w stanie dostarczać systemy szybciej niż standard rynkowy, odpowiadając na rosnące globalnie zapotrzebowanie na napędy dla misji kosmicznych.

Nasza strategia zakłada zbudowanie silnej i trwałej pozycji rynkowej poprzez szybkie zwiększanie liczby silników Liftero pracujących na orbicie. Dlatego ważnym elementem celów emisji jest m.in. rozwój kolejnych wariantów systemu BOOSTER. Już niedługo będzie on wykorzystany w misji in-orbit servicing, obejmującym m.in. operacje zbliżeniowe satelitów, a także ich dokowanie i tankowanie na orbicie, ale dostosowujemy go również do innych nisz rynkowych, w tym m.in. do kapsuł deorbitacyjnych czy misji w daleki kosmos. Widzimy rosnące zapotrzebowanie rynku na tego rodzaju produkty mówi Przemysław Drożdż, COO Liftero.

Backlog Liftero, obejmujący podpisane kontrakty, wynosi obecnie 725 tys. EUR, w tym m.in. ostatnie transze płatności w ramach dwóch projektów realizowanych dla Europejskiej Agencji Kosmicznej. Ponadto uwzględnia zawarty w I kwartale 2026 roku kontrakt z indyjską firmą OrbitAID na dostarczenie dwóch systemów BOOSTER wyposażonych łącznie w ponad 10 silników. To dotąd największe zamówienie w historii Liftero, którego realizacja ma zapewnić w tym roku wyższe przychody niż w całym 2025 roku, gdy Spółka wygenerowała 1,7 mln zł przychodów netto ze sprzedaży produktów.

Spółka planuje zwiększenie mocy produkcyjnych do ok. 30 systemów BOOSTER rocznie, co odpowiada ok. 80 silnikom i chce osiągnąć ten poziom do końca 2027 roku. Liftero obserwuje rosnące zainteresowanie swoim produktem ze strony potencjalnych klientów, dlatego w najbliższych miesiącach zamierza usprawnić obsługę procesu ofertowania poprzez m.in. wzmocnienie zespołu i zatrudnienie dodatkowych specjalistów.

Na koniec marca br. nasz pipeline ofert przedstawionych potencjalnym klientom wyniósł ok. 115 mln EUR, co oznacza trzykrotny wzrost w ciągu ostatniego półrocza. W związku z wysokim tempem rozwoju biznesu potrzebujemy kolejnych inżynierów produkcji, mechaników, programistów, elektroników, a także sprzedawców i fachowców od marketingu. Plan do końca tego roku zakłada zwiększenie zatrudnienia z ok. 20 do ok. 40 osób – przygotowujemy się kadrowo do obsługi rosnącej liczby zamówień oraz do planowanego w kolejnych tygodniach debiutu na rynku NewConnect dodaje Tomasz Palacz.

Wzrost zainteresowania systemem BOOSTER wpisuje się w szersze trendy rynkowe – według szacunków Spółki, opartych na raporcie „Satellites to be Built and Launched” (Novaspace), adresowalna liczba satelitów dla jej napędów w latach 2026–2030 wzrośnie pięciokrotnie do ok. 17,5 tys. jednostek, przy czym według Goldman Sachs Research liczba nowych wyniesień satelitów w tym okresie może sięgnąć nawet 70 tys. sztuk, uwzględniając megakonstelacje.

W procesie trwającej oferty publicznej Spółkę wspiera cc group – Doradca Finansowy i Autoryzowany Doradca NewConnect, CK Legal – Doradca Prawny oraz Trigon Dom Maklerski S.A. – Główny Menedżer Oferty i Zarządzający Księgą Popytu.

Harmonogram oferty:

Termin (2026) Zdarzenie
04.05 Publikacja Memorandum (rozpoczęcie Oferty)
04–07.05 Road Show
05–07.05
(w dniu 07.05 do godz. 15:00)
Budowa Księgi Popytu wśród podmiotów z Transzy na Zaproszenie
07.05 Ustalenie i opublikowanie: ceny emisyjnej Akcji Oferowanych oraz ostatecznej liczby Akcji Oferowanych w poszczególnych transzach
08–14.05 Przyjmowanie zapisów na Akcje Oferowane w Transzy na Zaproszenie
08–13.05
(w dniu 13.05 zapisy do godz. 23.59)
Przyjmowanie zapisów na Akcje Oferowane w Transzy Otwartej
15.05 Przyjmowanie zapisów od Inwestorów Zastępczych
do 19.05 Przydział Akcji Oferowanych
około 4–6 tygodni od przy-działu Akcji Oferowanych Rejestracja w KRS podwyższenia kapitału zakładowego Spółki w zwiazku z emisją Akcji Oferowanych
około 2–3 tygodni od rejestracji w KRS podwyższenia kapitału zakładowego spółki Przewidywany termin wprowadzenia do obrotu oraz rozpoczęcia notowań Akcji Oferowanych w ASO na rynku NewConnect GPW

Mabion wraca do projektu CD20. Spółka podpisała list intencyjny z francuskim Oddifact

  • Mabion S.A., polska firma biotechnologiczna, podpisała list intencyjny (LOI) z francuską firmą Oddifact SAS celem wspólnego rozwoju leku MabionCD20, co otwiera drogę do wykorzystania zaawansowanej wiedzy naukowej Spółki w nowym obszarze chorób sierocych (ang. orphan diseases)
  • Współpraca z francuskim partnerem TechDev jest wynikiem konsekwentnego wdrażania nowej strategii Mabion, zakładającej m.in. rozszerzenie modelu CDMO o realizację wybranych projektów o wysokiej wartości dodanej oraz budowę portfela produktów w oparciu o własne IP
  • List intencyjny przewiduje, że w pierwszym etapie trwającym do 30 września br., strony będą wspólnie opracowywać materiały na potrzeby pozyskania finansowania, a także uczestniczyć w spotkaniach z organami regulacyjnymi w zakresie kluczowych decyzji dotyczących leku MabionCD20
  • W drugim etapie, po ustaleniu możliwości i warunków stosowania leku MabionCD20, strony ustalą dalsze kroki, w tym swój wkład materialny i finansowy, co zostanie określone w umowie o współpracy (ang. Cooperation Agreement) oraz odpowiednich SOW (ang. Statement of Work)
  • Wykorzystanie sztucznej inteligencji (AI) przez Oddifact SAS w celu identyfikacji nowych wskazań klinicznych, w połączeniu z doświadczeniem Mabion, ma na celu przyspieszenie procesów regulacyjnych przed amerykańską Agencją Żywności i Leków (FDA) oraz Europejską Agencją Leków (EMA)

Współpraca pomiędzy Mabion S.A. a Oddifact SAS dotyczy zbadania i oceny możliwości zastosowania leku MabionCD20 w nowych wskazaniach klinicznych w obszarze chorób sierocych (orphan diseases). Docelowo ma ona doprowadzić do zawarcia partnerstwa oraz rejestracji MabionCD20 jako leku innowacyjnego na choroby sieroce.

MabionCD20 jest przeciwciałem monoklonalnym opracowanym przez Spółkę jako kandydat na lek biopodobny względem produktów MabThera i Rituxan (stosowanych m.in. w leczeniu chłoniaka oraz reumatoidalnego zapalenia stawów). Choć projekt ten był kluczowy dla Mabion we wcześniejszych latach, nigdy nie dotarł do etapu rejestracji w swojej pierwotnej formie. Współpraca z Oddifact SAS stanowi przełomową szansę na wznowienie tego projektu oraz jego pełną komercjalizację w nowej formule. Dzięki wykorzystaniu zgromadzonej przez lata wiedzy naukowej oraz zaawansowanych danych procesowych, Mabion zamierza wprowadzić CD20 na rynek w nowym modelu, jako innowacyjną terapię odpowiadającą na niezaspokojone potrzeby medyczne w niszowych obszarach chorób rzadkich.

Gregor Kawaletz, Prezes Zarządu Mabion S.A.
Gregor Kawaletz, Prezes Zarządu Mabion S.A.

Podpisanie listu intencyjnego z Oddifact to konsekwencja skutecznego wdrażania Strategii 2025–2030, którą zaprezentowaliśmy inwestorom pod koniec ubiegłego roku. Oprócz realizacji kontraktów CDMO dla naszych Klientów, chcemy koncentrować się na projektach o wysokiej wartości dodanej, które pozwalają nam utylizować wypracowaną przez lata wiedzę naukową w Mabion. Reaktywacja projektu MabionCD20 w obszarze chorób sierocych to nie tylko szansa na jego szybką komercjalizację, ale także element budowy portfela innowacyjnych produktów, które będą generować przychody w modelu co-development, gdzie dzielimy się z partnerem ryzykiem i kosztami, a także przyszłymi zyskamikomentuje Gregor Kawaletz, Prezes Zarządu Mabion S.A.

ODDIFACT jest platformą TechDev, która przekształca pozarejestracyjne zastosowania istniejących leków w autoryzowane terapie dla pacjentów cierpiących na choroby rzadkie. Jej autorski fundament oparty na sztucznej inteligencji, S.A.V.E., identyfikuje obiecujące możliwości zastosowań pozarejestracyjnych wyłaniające się z rzeczywistej praktyki medycznej i przekształca je w kompletne „Programy Sieroce” („Orphan Programs”), które następnie są licencjonowane spółkom farmaceutycznym w celu uzyskania zgód regulacyjnych oraz komercjalizacji. Programy te obejmują oznaczenia leku sierocego, dowody kliniczne, kwestie CMC, umowy dostaw, strategię regulacyjną oraz plany wejścia na rynek.

Zgodnie ze swoją misją uwalniania niewykorzystanego potencjału badań medycznych oraz przyspieszania dostępu pacjentów do leczenia, ODDIFACT uzyskał 13 oznaczeń leku sierocego przyznanych przez FDA w okresie krótszym niż 24 miesiące, stając się jednym z najaktywniejszych na świecie podmiotów generujących oznaczenia leków sierocych oraz zapewniając szybszą, tańszą i obarczoną mniejszym ryzykiem alternatywę dla tradycyjnego rozwoju leków.

CD20 jest dokładnie takim rodzajem cząsteczki, dla którego zbudowano naszą platformę – posiada udokumentowany profil bezpieczeństwa, istniejące dane kliniczne oraz niezbadane wskazania w chorobach rzadkich. Rozpoczęcie rozmów z Mabion, referencyjnym producentem CD20, stanowi decydujący kamień milowy w procesie przyspieszania licencjonowania naszych programów sierocych partnerom farmaceutycznymmówi Pierre-Alexandre Teulié, Prezes ODDIFACT.

List intencyjny zawarty pomiędzy Mabion S.A a Oddifact SAS przewiduje dwuetapowy proces współpracy. W pierwszej fazie, którą strony zamierzają zakończyć do 30 września 2026 roku, zespół Mabion i Oddifact wspólnie przygotują strategię regulacyjną oraz materiały dla potencjalnych inwestorów i organów nadzorczych, w tym dla amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (ang. FDA). Drugi etap zakłada zawarcie wiążącej umowy o współpracy (ang. Cooperation Agreement) do końca 2026 roku, co określi ostateczny wkład materialny i finansowy obu stron w rozwój i komercjalizację leku.

Mercator Medical wprowadza biodegradowalne rękawice nitrylowe

Mercator Medical, producent rękawic jednorazowych i dystrybutor materiałów medycznych, konsekwentnie rozbudowuje swoje portfolio, odpowiadając na zmieniające się potrzeby rynku i rosnące znaczenie rozwiązań przyjaznych środowisku. Najnowszą propozycją firmy jest rękawica Mercator nitrylex® green. Produkt łączy wymogi bezpieczeństwa klinicznego i zawodowego z technologią umożliwiającą kontrolowaną biodegradację w określonych warunkach środowiskowych osiąga niemal 80% biodegradacji w ciągu 2 lat. Choć obecnie segment biodegradowalnych rękawic stanowi jeszcze niewielki udział w całkowitej sprzedaży spółki, Mercator Medical traktuje go jako ważny kierunek rozwoju. Wprowadzając innowacyjne rozwiązania, firma odpowiada na oczekiwania klientów oraz globalny trend ograniczania wpływu produktów jednorazowych na środowisko.

Rosnąca presja regulacyjna i rynkowa, a także wzrost świadomości środowiskowej odbiorców instytucjonalnych w zakresie ograniczania negatywnego wpływu produktów jednorazowych na środowisko naturalne sprzyjają pojawianiu się na rynku nowych, innowacyjnych rozwiązań. Wprowadzenie biodegradowalnej rękawicy do portfolio Mercator Medical wpisuje się w ten trend.

 – Naszym celem było opracowanie rozwiązania, które z jednej strony w pełni spełnia rygorystyczne wymagania stawiane wyrobom medycznym i środkom ochrony indywidualnej, a z drugiej odpowiada na rosnące oczekiwania rynku w zakresie ograniczania wpływu produktów jednorazowych na środowisko. W praktyce oznacza to połączenie wysokich standardów ochrony użytkownika z technologią umożliwiającą kontrolowaną biodegradację produktu w określonych warunkach środowiskowych. Widzimy, że coraz więcej klientów instytucjonalnych uwzględnia dziś aspekty środowiskowe w swoich decyzjach zakupowych, dlatego rozwój takich rozwiązań traktujemy jako naturalny kierunek ewolucji rynku jednorazowych środków ochrony – mówi Justyna Rozmus Purchasing & Product Marketing Director

Mercator nitrylex® green to jednorazowa, bezpudrowa rękawica diagnostyczno-ochronna wykonana z nitrylu. Produkt posiada podwójną klasyfikację jako wyrób medyczny klasy I, a jednocześnie to środek ochrony indywidualnej kategorii III (ochrona przed zagrożeniami wysokiego ryzyka, w tym mikrobiologicznymi i chemicznymi). Takie pozycjonowanie oznacza spełnienie równoległych wymagań regulacyjnych dotyczących zarówno bezpieczeństwa pacjenta i personelu medycznego, jak i ochrony użytkownika profesjonalnego w środowisku pracy. Rękawica posiada komplet wymaganych badań, atestów i certyfikatów w obszarach zdefiniowanego ryzyka, a jej parametry użytkowe pozostają zgodne z obowiązującymi normami dla rękawic diagnostycznych i ochronnych.

W medycynie służą ochronie pacjenta i użytkownika przed zakażeniami krzyżowymi oraz wspierają wykonywanie procedur takich jak iniekcje (dożylne, domięśniowe, dotętnicze), zmiana opatrunków, rewizja ran, usuwanie szwów, badania lekarskie czy postępowanie z materiałem skażonym. Jako ŚOI przeznaczone są dla profesjonalnych użytkowników pracujących w środowiskach wymagających ochrony dłoni przed zagrożeniami mikrobiologicznymi i chemicznymi. Dzięki podwójnej klasyfikacji znajdują zastosowanie w wielu branżach, m.in. w placówkach medycznych, stomatologii, laboratoriach diagnostycznych, sektorze beauty, HORECA oraz przetwórstwie spożywczym.

Kluczowym elementem odróżniającym Mercator nitrylex® green od konwencjonalnych rękawic nitrylowych jest zastosowanie specjalnej technologii produkcji, opartej na wzbogaconej mieszance surowcowej z dodatkiem środka bioreaktywnego. Jednocześnie sam proces produkcyjny pozostaje tożsamy z procesem stosowanym w przypadku rękawic konwencjonalnych, co umożliwia zachowanie stabilnych parametrów jakościowych oraz potencjalną skalowalność rozwiązania.

Dodany do mieszanki środek bioreaktywny aktywizuje rozkład rękawic w warunkach mikrobiologicznych (beztlenowych), np. w środowisku składowiska odpadów. Inicjuje reakcję enzymatyczną prowadzącą do rozkładu materiału na prostsze cząsteczki stanowiące pożywienie dla mikroorganizmów. Środek pozostaje neutralny wobec właściwości użytkowych rękawicy w trakcie jej eksploatacji – aktywacja następuje wyłącznie w określonych warunkach środowiskowychIwona Miąsik Senior Product Group Manager

Stopień biodegradacji został określony zgodnie z normą ASTM D5511 i potwierdzony przez niezależne laboratorium. Produkt osiąga 79,4% biodegradacji w ciągu 720 dni, dla porównania: konwencjonalna rękawica nitrylowa – 1,17% po 360 dniach. Należy podkreślić, że biodegradacji nie podlegają rękawice zakwalifikowane jako odpad medyczny, które – zgodnie z obowiązującymi przepisami lokalnymi – poddawane są odmiennym procesom utylizacji (np. spalaniu).

Jeszcze do niedawna pojęcie „biodegradowalnej rękawicy jednorazowej” było postrzegane jako wewnętrznie sprzeczne. Dominujące zastosowanie medyczne wiązało się z koniecznością traktowania zużytych rękawic jako odpadów medycznych, co praktycznie wykluczało proces biodegradacji. Zmiana nastąpiła wraz z rozszerzeniem stosowania rękawic jednorazowych w sektorach pozamedycznych oraz upowszechnieniem syntetycznych materiałów (nitryl), które cechują się niską naturalną degradacją – podkreśla Iwona Miąsik.

Mercator nitrylex® green stanowi przykład technologicznej próby pogodzenia wysokich wymagań bezpieczeństwa w sektorze medycznym i profesjonalnym pozamedycznym z potrzebą ograniczania długoterminowego obciążenia środowiska przez odpady syntetyczne. Skuteczność tej koncepcji w skali systemowej będzie jednak zależeć nie tylko od parametrów samego produktu, lecz również od rozwoju infrastruktury oraz modeli zagospodarowania odpadów.

TSL pod gigantyczną presją kosztów. „Zdarza się coraz częściej, że przewoźnicy drogowi zawieszają działalność”

Przedsiębiorcy na „paliwowej karuzeli”. Jednego dnia spokój, innego wzrosty cen i kłopoty.

– Sytuacja przewoźników drogowych jest bardzo trudna to nie budzi żadnych wątpliwości. Stabilizacja na międzynarodowych rynkach jest dość pozorna, bo cena baryłki ropy wcale nie spadła zbyt mocno od momentu zawieszenia broni między Iranem, a Stanami Zjednoczonymi. Gospodarka Europy jest mocno uzależniona od sytuacji geopolitycznej, która zdaje się być w tym momencie najbardziej nieprzewidywalną od lat – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Szukanie alternatyw i mocny wzrost cen frachtów i paliwa w transporcie drogowym i lotniczym

Hanna Mojsiuk całą sytuację nazywa „paliwową karuzelą”, a jak wiadomo od zbyt długiej jazdy na karuzeli można nabawić się bólu głowy.

– Z jednej strony docierają do nas dobre sygnały o zmianie cen hurtowych paliwa na Orlenie, co przekłada się na poprawę sytuacji kierowców indywidualnych i pośrednio przedsiębiorców. Z drugiej jednak negocjacje między USA, a Iranem i nadal rekordowe ceny ropy nie pozwalają na poczucie, że mamy spokojną sytuację. Spokój społeczny jest poniekąd efektem tarcz rządowych, a nie tego, że sytuacja światowa się uspokoiła – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej.

Przedsiębiorcy borykają się więc ze sporymi problemami.

– Nie ma społecznej zgody na wzrosty cen wielu produktów i usług, więc przedsiębiorcy muszą tak analizować swoją działalność, by nie generować dużych obciążeń dla klientów. Najtrudniejsza sytuacja jest obecnie w transporcie, budownictwie, usługach i handlu. Wzrosty cen transportu na szczeblu krajowym i międzynarodowym są odczuwalne – przyznaje Hanna Mojsiuk.

– Napięcia na Bliskim Wschodzie mają kluczowe znaczenie dla globalnych cen transportu, prowadząc do gwałtownych wzrostów stawek frachtowych oraz kosztów paliw. To wszystko bezpośrednio uderza w łańcuchy dostaw i gospodarkę europejską. W 2026 roku sytuacja ta zmusza przewoźników do szukania alternatywnych tras, co zwiększa czas i koszty transportu morskiego, lądowego i lotniczego. Nawet trudno ocenić, gdzie w tym momencie wahania się największe. Cieśnina Ormuz jest w tym momencie najbardziej newralgicznym punktem światowej logistyki, a tam sytuacja nadal jest daleka od bezpiecznej i kompromisowej – dodaje Przemysław Hołowacz, dyrektor ds. rozwoju biznesu Grupy CSL.

Sektor TSL w wielkim kryzysie. „Wielu przewoźników zawiesiło działalności, a jeszcze inni funkcjonują ze stratami”

Jak dodaje Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych ceny ropy osiągnęły już swoje maksima, a sytuacja na Bliskim Wschodzie choć jeszcze nie do końca uspokojona to nie oddziałuje na rynki międzynarodowe tak jak jeszcze w marcu czy kwietniu.

Niestety, w związku z brakiem jakiegokolwiek wsparcia, wielu przewoźników nie było wstanie przetrwać tej chwilowej bardzo trudnej sytuacji i albo zamknęło swoją działalność albo ograniczyło jej skalę. Potwierdziły się więc nasze obawy zarówno o upadłościach i redukcjach, ale także o konieczności podwyższenia cen na usługi transportowe. Początkowo szacowaliśmy, ze ceny usług transportowych dla pokrycia kosztów rosnących cen paliw powinny wzrosnąć o około 20% i takie poziomy wzrostów udało się już przewoźnikom osiągnąć, a nawet przekroczyć. Jednak pamiętajmy, że zajęło to ponad dwa miesiące. W tym czasie trzeba było sfinansować dochodzące do 50% wzrosty cen i utrzymać płynność finansową przedsiębiorstw – mówi Dariusz Matulewicz.

– Przypomnę, że branża transportowa, wiedząc, że tak wysokie wzrosty cen paliwa są tylko chwilowe, postulowała o wprowadzenie czasowych dopłat do cen paliwa dla przewoźników zawodowych co pozwoliłoby przetrwać większości firm transportowych. Co prawda krótkookresowo byłoby to rozwiązanie mniej spektakularne społecznie jednak zniwelowałoby by znaczący czynnik inflacyjny jakim są koszty transportu – dodaje ekspert.

Tanie mieszkania znikają z rynku, a ich miejsce zajmują droższe. W co grają deweloperzy?

Kwiecień pokazał, że deweloperzy prowadzą grę, która coraz wyraźniej różni się w poszczególnych metropoliach. Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl jasno wynika, że w jednych zwiększają oni podaż relatywnie tańszych mieszkań, w innych – wręcz przeciwnie – wyraźnie ją ograniczają, wprowadzając na rynek głównie droższe projekty.

– Dla osób planujących zakup mieszkania nie jest to tylko ciekawostka statystyczna, ale zmiana o bardzo praktycznym znaczeniu – bo decyduje nie tylko o poziomie średnich cen, ale przede wszystkim o tym, jak duży mają oni wybór mieszkań w swoim zasięgu finansowym – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Popyt wystrzelił, ale szybko opadł

Początek 2026 r. zapowiadał bardzo silne ożywienie sprzedaży mieszkań. W Warszawie deweloperzy sprzedali w marcu 1797 lokali, a w kwietniu już 1442, co oznacza spadek o 20 proc. miesiąc do miesiąca. W Krakowie sprzedaż wyniosła 670 mieszkań wobec 714 w marcu (–6 proc.), we Wrocławiu 574 wobec 683 (–16 proc.), a w Trójmieście 544 wobec 692 (–21 proc.). Największy spadek odnotowano w Łodzi – z 548 do 402 mieszkań (–27 proc.). Jedynym rynkiem, który wyłamał się z tego trendu, były miasta Górnośląsko‑Zagłębiowskiej Metropolii, gdzie sprzedaż wzrosła z 451 do 462 lokali.

Należy też jednak odnotować, że – mimo tych spadków – kwietniowe wyniki sprzedażowe firm deweloperskich w większości miast pozostawały wyższe od średniej miesięcznej z 2025 r. – w Warszawie o 15 proc., w Krakowie o 18 proc., a w Poznaniu o 14 proc. Wyjątkiem było Trójmiasto, gdzie sprzedaż była o ok. 7 proc. niższa od ubiegłorocznej średniej.

Źródło marcowego ożywienia popytu dobrze widać na rynku kredytowym. Według Biura Informacji Kredytowej, w marcu liczba osób wnioskujących o kredyt hipoteczny sięgnęła 63,3 tys., podczas gdy w kwietniu spadła do 42,3 tys., czyli aż o 33 proc.

– Dlatego sprzedaż mieszkań była w kwietniu o 15 proc. niższa niż w bardzo silnym marcu, który był miesiącem wyjątkowym. Kupujący ruszyli wówczas po mieszkania, obawiając się dalszego wzrostu kosztów kredytu i spadku zdolności kredytowej. Zakładamy, że w kolejnych miesiącach popyt będzie stopniowo słabł wraz z rozładowywaniem się marcowych rezerwacji – komentuje Jan Dziekoński, główny ekonomista portalu RynekPierwotny.pl.

Ceny mieszkań-maj 2026-sprzedaż-średnia

Podaż ostrożniejsza, ale bardzo nierówna

Jak wynika z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl deweloperzy wyraźnie ograniczyli tempo wprowadzania nowych mieszkań, ale nie wszędzie w takim samym stopniu. W Warszawie liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży spadła z 1019 w marcu do 919 w kwietniu (–10 proc.). W Poznaniu spadek był znacznie głębszy – z 480 do zaledwie 141 lokali (–71 proc.). Jeszcze bardziej rzuca się w oczy Kraków, gdzie podaż skurczyła się z 1019 do 195 mieszkań, czyli aż o 81 proc.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja na innych rynkach. We Wrocławiu liczba nowych mieszkań wzrosła z 494 w marcu do 935 w kwietniu (+89 proc.), w Górnośląsko‑Zagłębiowskiej Metropolii – z 124 do 495 (+299 proc.), a w Trójmieście – z 468 do 549 (+17 proc.).

Co więcej, kwietniowe wyniki podażowe w części metropolii wypadają słabo także na tle średniej z 2025 r. W Krakowie do sprzedaży trafiło o ok. 70 proc. mniej mieszkań niż przeciętnie w ubiegłym roku, w Poznaniu – o ok. 62 proc. mniej, a w Warszawie – o ok. 24 proc. mniej. Są jednak wyjątki: we Wrocławiu deweloperzy wprowadzili o ok. 70 proc. więcej mieszkań niż wynosiła ubiegłoroczna średnia, a w Katowicach i pozostałych miastach Górnośląsko‑Zagłębiowskiej Metropolii – o ok. 9 proc. więcej.

– Te różnice nie są przypadkowe. Pokazują, że deweloperzy dostosowują swoją strategię do lokalnej sytuacji – poziomu sprzedaży, konkurencji i struktury oferty – tłumaczy Marek Wielgo.

Ceny mieszkań-maj 2026-podaż-średnia

Oferta rośnie, ale nie wszędzie

Efektem relacji popytu i podaży są zmiany w liczbie mieszkań dostępnych w ofercie. W kwietniu w większości metropolii oferta wzrosła. Najbardziej we Wrocławiu – z 10 tys. do 10,5 tys. mieszkań (+5 proc.). Niewielkie wzrosty odnotowano w Łodzi (z 11,3 tys. do 11,5 tys.), w miastach Górnośląsko‑Zagłębiowskiej Metropolii (z 11 tys. do 11,2 tys.) oraz w Trójmieście (z 8,7 tys. do 8,8 tys.).

Jednocześnie w trzech największych rynkach, które najmocniej ograniczyły podaż, oferta się skurczyła. W Warszawie spadła z 16,8 tys. do 16,6 tys. mieszkań, w Krakowie z 12,3 tys. do 11,9 tys., a w Poznaniu z 8,1 tys. do 7,8 tys.

– To bardzo istotna informacja dla kupujących, bo właśnie na tych rynkach dostępność mieszkań zaczyna się pogarszać – komentuje Marek Wielgo.

Ceny mieszkań-maj 2026-oferta

Kluczowa zmiana: znikają najtańsze mieszkania

Największe znaczenie ma jednak to, co dzieje się w najtańszym segmencie rynku, obejmującym jedną czwartą lokali z najniższą ceną metra kwadratowego. W Warszawie poniżej górnej granicy cen wyznaczających ten segment w grudniu ubiegłego roku (14,4 tys. zł/mkw.) było ok. 4,2 tys. mieszkań, a w kwietniu – już tylko ok. 3,4 tys., czyli aż o 20 proc. mniej.

W Trójmieście oferta najtańszych lokali skurczyła się w tym czasie z 2,1 tys. do 1,9 tys. (–10 proc.), w Poznaniu – z ok. 2 tys. do 1,6 tys. (–19 proc.), a we Wrocławiu – z 2,4 tys. do 2,2 tys. (–7 proc.). W praktyce oznacza to, że lokale dostępne dla osób z ograniczoną zdolnością kredytową znikają szybciej, niż rynek jest w stanie je uzupełniać.

Odwrotna sytuacja ma miejsce w miastach Górnośląsko‑Zagłębiowskiej Metropolii, gdzie liczba najtańszych mieszkań wzrosła z 3 tys. do 3,2 tys. (+7 proc.), oraz w Krakowie – z 2,7 tys. do 2,8 tys. (+3 proc.), przy czym w Łodzi utrzymała się ona na poziomie ok. 2,8 tys.

Ta różnica niemal idealnie pokrywa się z tym, co dzieje się z cenami: w Warszawie ceny rosną najszybciej, w Poznaniu również widać wyraźny wzrost, a w Łodzi czy Górnośląsko‑Zagłębiowskiej Metropolii pozostają praktycznie bez zmian.Ceny mieszkań-maj 2026-oferta-najtańsze lokale

Ceny: wzrost tam, gdzie znika tani segment

W Warszawie średnia cena metra kwadratowego wzrosła w kwietniu do blisko 20 tys. zł, czyli o ok. 2 proc. w porównaniu z marcem. Tym samym stolica praktycznie znalazła się na poziomie psychologicznej bariery, która jeszcze niedawno wydawała się odległa. W ujęciu rocznym oznacza to już wzrost rzędu ok. 12 proc., a skala podwyżek z pierwszych miesięcy 2026 r. przewyższa tempo obserwowane wcześniej przez blisko dwa lata.

Poza Warszawą wzrost średniej ceny metra kwadratowego odnotowano tylko w Poznaniu, gdzie wyniosła ona ok. 14,3 tys. zł (+1 proc. m/m). W pozostałych metropoliach kwiecień upłynął pod znakiem stabilizacji. W Trójmieście było to ok. 17,7 tys. zł, w Krakowie – 17,1 tys. zł, we Wrocławiu – 15,3 tys. zł, a w Łodzi – 11,5 tys. zł. W miastach Górnośląsko‑Zagłębiowskiej Metropolii kwiecień przyniósł spadek średniej o 1 proc., do ok. 11,2 tys. zł za metr.

– Jeśli z rynku znika dolna część oferty, średnia cena rośnie nawet bez podwyżek w cennikach. Dlatego Warszawa i Poznań drożeją dziś szybciej niż miasta, w których nadal dostępna jest duża liczba relatywnie tanich mieszkań – zauważa Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dodaje, że coraz większy wpływ na średnie ceny metra kwadratowego – szczególnie w Warszawie – mają inwestycje z wyższej półki cenowej.Ceny mieszkań-maj 2026-cena mkw-wprowadzone i sprzedane

Marek Wielgo zwraca uwagę, że rynku mieszkaniowego nie da się już opisać jedną, uniwersalną diagnozą. Dzieje się tak dlatego, że o realnej sytuacji kupujących w coraz większym stopniu decydują lokalne uwarunkowania.

W Warszawie, Poznaniu czy Trójmieście wybór mieszkań w segmencie dostępnych finansowo systematycznie się kurczy. Nawet przy umiarkowanych zmianach średnich cen dostępność realnie się pogarsza, bo z rynku znika część najtańszych lokali.

W Łodzi, Krakowie czy miastach Górnośląsko‑Zagłębiowskiej Metropolii sytuacja wygląda inaczej. Oferta pozostaje duża lub wręcz rośnie, liczba najtańszych mieszkań nie maleje, a ceny pozostają stabilne. To oznacza większy wybór i większą przestrzeń do negocjacji.

Krzysztof Krawczyk obejmuje udziały w G2A i staje na czele Rady Doradczej

Grupa G2A, operator jednej z największych platform marketplace dla cyfrowej rozrywki, ogłosiła, że Krzysztof Krawczyk objął mniejszościowy pakiet udziałów w spółce oraz funkcję Przewodniczącego Rady Doradczej. To krok wzmacniający kompetencje strategiczne G2A w kolejnym etapie skalowania działalności i przygotowania organizacji do operowania na poziomie instytucjonalnym. G2A rozwijała się dotychczas w oparciu o model organiczny, bez udziału kapitału zewnętrznego, osiągając roczną wartość GMV na poziomie blisko 400 mln USD. Spółka utrzymuje stabilny, dwucyfrowy wzrost rok do roku oraz EBITDA przekraczającą 20 mln USD, obsługując ponad 35 mln użytkowników w 180 krajach. Wejście inwestora z doświadczeniem private equity stanowi naturalny etap dalszej profesjonalizacji i skalowania platformy.

Inwestycja Krawczyka oraz jego wsparcie strategiczne pomogą G2A zachować niezależność, a jednocześnie przyspieszyć ekspansję międzynarodową, szczególnie w regionach i kategoriach uzupełniających obecne portfolio, a także w obszarze rozwoju agentic AI.  Krzysztof Krawczyk wnosi prawie 30 lat doświadczenia inwestycyjnego w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym jako wieloletni szef biura CVC Capital Partners w Warszawie. W trakcie swojej kariery odpowiadał za inwestycje realizowane w ramach jednego z największych globalnych funduszy private equity, zarządzającego aktywami o wartości przekraczającej 180 mld USD. Jego doświadczenie obejmuje rozwój i skalowanie spółek w modelu międzynarodowym, budowę strategii M&A oraz przygotowanie organizacji do kolejnych faz wzrostu kapitałowego.Jego kompetencje wesprą kształtowanie strategii M&A G2A, które analizuje możliwości przejęć realizujących ambicje wzrostowe firmy. Grupa koncentruje się na rentownych podmiotach o wartości od 5 mln do 350 mln USD, które pozwolą rozwinąć obecność m.in. w Azji oraz na rynkach o wysokiej dynamice wzrostu, w tym w cyfrowych kategoriach poza gamingiem.

Równolegle G2A przyspiesza transformację w kierunku organizacji AI-Native. Platforma już dziś wykorzystuje sztuczną inteligencję na wielu poziomach działalności – od zaawansowanych systemów bezpieczeństwa i przeciwdziałania nadużyciom, przez marketing oparty na danych, po automatyzację obsługi klienta, tworzenie treści oraz weryfikację sprzedawców. Wdrażanie agentic AI ma umożliwić dostarczanie spersonalizowanych doświadczeń zakupowych. Partnerstwo z Krzysztofem Krawczykiem stanowi istotne przyspieszenie rozwoju kompetencji, które już są integralną częścią platformy.

Wraz z inwestycją Krawczyk objął również stanowisko Przewodniczącego Rady Doradczej i pokieruje pracami zespołu doradzającego założycielowi G2A, Bartoszowi Skwarczkowi. To kolejny krok w kierunku wzmacniania ładu korporacyjnego oraz kompetencji strategicznych spółki, w tym budowy międzynarodowej Rady Doradczej skupiającej liderów biznesu, technologii i inwestycji.

Firma posiada huby w Hongkongu i Amsterdamie oraz zaawansowane centrum R&D w Polsce.

„Obserwuję G2A od blisko ośmiu lat z dużym zainteresowaniem. To jedna z najbardziej dynamicznych platform cyfrowych, jakie powstały w Europie, z wyraźnym potencjałem globalnym” – powiedział Krzysztof Krawczyk. „Siłą spółki jest skalowalny model marketplace. Wraz z rozszerzaniem kategorii ofertowych G2A ma bardzo dobre perspektywy dalszego wzrostu, wspieranego przez skalę, technologię, globalny zasięg oraz silne przywództwo. Priorytetem jest dziś pełne wykorzystanie tego potencjału i dalsze budowanie pozycji G2A jako codziennego miejsca zakupów cyfrowych na świecie”.

„Dołączenie Krzysztofa to ważny krok w rozwoju” – powiedział Bartosz Skwarczek, założyciel G2A. „Jego doświadczenie strategiczne oraz perspektywa inwestorska będą niezwykle cenne w dalszym skalowaniu naszej platformy, m.in. poprzez kolejny etap dywersyfikacji rynków, rozwoju oferty oraz ciągłego wdrażania i rozwijania nowych technologii. Zdolność do budowania wartości organizacyjnej oraz szeroka międzynarodowa sieć kontaktów Krzysztofa również odgrywają istotną rolę dla przyspieszenia globalnego rozwoju G2A”.

G2A wykorzystuje swoją silną pozycję w segmencie gamingowym, jednocześnie dynamicznie rozbudowując cały ekosystem handlu cyfrowego, w którym oprogramowanie, karty podarunkowe, subskrypcje i e-learning stanowią już prawie połowę biznesu firmy. W 2025 roku platforma przekroczyła 200 mln wizyt użytkowników oraz osiągnęła pułap 150 mln sprzedanych ofert od początku działalności. Spółka jest na drodze do osiągnięcia poziomu 1 mld USD GMV w ciągu najbliższych kilku lat.

Jastrzębi Glapiński, słabszy dolar i raport NFP. Co porusza rynkami w piątek?

Ostatnia sesja tygodnia to przede wszystkim echa wczorajszej konferencji prasowej prezesa Glapińskiego. To także reakcje na nocne starcie Iranu z USA. No i w końcu wyczekiwanie na kluczowy odczyt z amerykańskiego rynku pracy.

Bufet otwarty

Lokalnie piątkową sesję zdominują refleksje na temat wczorajszej konferencji prasowej. Należy docenić prezesa Glapińskiego, który poprowadził ją w taki sposób, że i gołębie i jastrzębie znajdą coś dla siebie. Mieliśmy więc zwrócenie uwagi na kilka czynników, które hamują wzrost inflacji, jak choćby potencjalne problemy popytowe. Prezes zwracał też uwagę, że wyższe ceny paliw ograniczają przestrzeń do wydatków w innych segmentach konsumpcji. Analitycy PZU w komentarzu zasugerowali, że absolutnie nie ma przestrzeni do obniżek stóp procentowych w tym roku. Sam prezes Glapiński wykazał się znacznie większą wyobraźnią i zauważył, że w przypadku, gdyby „jutro” doszło do trwałego pokoju, to temat luzowania mógłby wrócić. Większość konferencji przewodniczący Rady jednak prezentował bardziej jastrzębie podejście. Wprost przyznał, że obecnie jesteśmy bliżej podwyżek niż obniżek oraz że prawdopodobieństwo podniesienia kosztu pieniądza wzrosło przez ostatni miesiąc. Podkreślił, że jeśli dynamika cen wyrwie się z przedziału odchyleń wokół celu oraz prognozy będą pokazywać, że taki stan ma się utrzymać, Rada jest gotowa do działania. Osobiście bliżej mi do stwierdzenia, że faktycznie była to bardziej jastrzębia konferencja, jednak rozumiem, że każdy w tym bufecie będzie mógł znaleźć coś dla siebie. Rynek po wczorajszym wystąpieniu nie zmienił zdania i kontrakty dalej sugerują, że czekają nas podwyżki stóp jeszcze w tym roku.

Miłosne stukanie

Niesamowicie trwałe okazuje się zawieszenie broni między USA a Iranem. Nie ruszyła go nawet regularna bitwa morska, do jakiej doszło dziś w nocy. Trzy amerykańskie okręty znalazły się pod zorganizowanym ostrzałem rakiet, dronów oraz małych łodzi szturmowych. W odpowiedzi Amerykanie ostrzelali irańskie pozycje, co również nie naruszyło monumentalnego zawieszenia broni. Patrząc na reakcje prezydenta Trumpa można mieć wrażenie, że w tych atakach nie ma złośliwości czy złych intencji. Przywódca USA określił je pieszczotliwym mianem „love tap” i uważa, że Teheran nadal pozostaje zainteresowany porozumieniem. Rynki początkowo zareagowały, mylnie biorąc ataki za eskalację konfliktu, jednak obecnie wygląda, jakby „kupiły” narrację Trumpa. Początek piątkowej sesji to delikatny odwrót od dolara, na którym korzysta też nasz złoty.

Porozmawiajmy o ekonomii

Kiedyś, w czasach, o których mało już kto pamięta, rynki oprócz bombami i postami w social mediach interesowały się także stanem gospodarki. I dziś mamy kilka figur, które rzucają trochę światła na ten aspekt. Po pierwsze Niemcy rozczarowali produkcją przemysłową, która według danych za marzec skurczyła się o blisko 3%. W ostatnim czasie mieliśmy trochę optymistycznych doniesień z największej gospodarki Unii, więc żeby nie było zbyt różowo, warto było ostudzić optymizm. Z naszego podwórka warto też zwrócić uwagę na inflację na Węgrzech, która przebiła w górę oczekiwania i wyniosła 2,1%. Bardziej może niepokoić jednak odczyt miesięcznej dynamiki – tylko w kwietniu ceny wzrosły o 0,4%. Może co nieco o stanie gospodarki powie nam także podczas swojego wystąpienia szefowa EBC. No i zdecydowanie warto śledzić doniesienia z amerykańskiego rynku pracy, dziś o 14:30 zostanie opublikowany raport NFP. Oczekiwania analityków nie są raczej wygórowane, a tegotygodniowy odczyt ADP okazał się całkiem optymistyczny, więc możliwe są tu niespodzianki, które mogą trochę rozruszać rynek.

Kurs dolara zależny od danych z rynku pracy USA. NFP może przesądzić o kierunku USD

Kluczowym wydarzeniem dnia jest publikacja raportu z amerykańskiego rynku pracy, czyli danych Nonfarm Payrolls za kwiecień. Według ankiety Reutersa ekonomiści oczekują, że gospodarka USA dodała około 62 tys. miejsc pracy, po wzroście o 178 tys. w marcu, który był najmocniejszym wynikiem od grudnia 2024 r. Taki odczyt oznaczałby wyraźne spowolnienie tempa kreacji zatrudnienia, ale jednocześnie byłby drugim z rzędu miesiącem wzrostu liczby miejsc pracy, co nie zdarzyło się od niemal roku. Rynek pracy nie wysyłałby więc sygnału gwałtownego pogorszenia koniunktury. Stopa bezrobocia ma pozostać na poziomie 4,3%, a przeciętna płaca godzinowa prawdopodobnie wzrosła w kwietniu o 0,3% miesiąc do miesiąca, po wzroście o 0,2% w marcu. W ujęciu rocznym dynamika płac mogła przyspieszyć do 3,8% z 3,5%, co sugerowałoby, że presja płacowa pozostaje obecna mimo wolniejszego przyrostu zatrudnienia.

Największym wsparciem dla rynku pracy pozostają prawdopodobnie ochrona zdrowia i pomoc społeczna, czyli sektory relatywnie odporne na pogorszenie cyklu gospodarczego. Zatrudnienie w przemyśle mogło ponownie wzrosnąć, co byłoby pozytywnym sygnałem dla sektora produkcyjnego, choć częściowo mogło wynikać z wcześniejszego gromadzenia zamówień w obawie przed zakłóceniami podażowymi. Słabiej mógł natomiast wyglądać sektor publiczny, gdzie oczekiwany jest dalszy spadek zatrudnienia. Bezpośredni wpływ konfliktu USA-Izrael vs.Iran na zatrudnienie może być jeszcze trudny do jednoznacznego uchwycenia w danych, choć jego konsekwencje dla cen surowców i paliw są już istotnym elementem otoczenia makroekonomicznego.

Oczekiwane dane powinny więc pokazać gospodarkę, która stopniowo traci impet, ale nie wchodzi w fazę gwałtownego osłabienia. Niższy przyrost zatrudnienia potwierdzałby chłodzenie aktywności, jednak stabilne bezrobocie i nadal solidny wzrost płac sugerowałyby, że sytuacja pracowników pozostaje relatywnie dobra. Dla Rezerwy Federalnej taki zestaw danych może być argumentem za ostrożnością, ponieważ rynek pracy słabnie, ale nie na tyle, aby jednoznacznie wymuszać szybkie łagodzenie polityki pieniężnej, zwłaszcza że ceny energii pozostają ważnym źródłem ryzyka inflacyjnego. Przed publikacją danych dolar osłabia się względem większości walut, indeks dolara (DXY) testuje okolice 97,90 pkt, a EUR/USD rośnie w okolicę 1,1760. Oznaki deeskalacji konfliktu mogłyby obniżać obawy o inflacyjny wpływ cen ropy i wspierać oczekiwania na powrót do luzowania polityki pieniężnej, co działałoby negatywnie na USD. Słaby odczyt NFP wzmacniałby tę argumentację, natomiast wynik wyraźnie powyżej konsensusu, zwłaszcza przy utrzymujących się wysokich cenach energii, mógłby ponownie ożywić bardziej „jastrzębią” dyskusję wewnątrz Fed, co mogłoby przełożyć się z powrotem na umacniającego się dolara amerykańskiego.

Jak opinie klientów pomagają zdobywać ruch z Google i narzędzi AI?

Poza klasycznym pozycjonowaniem pod słowa kluczowe, widoczność w wyszukiwarkach oraz w tworzonych przez AI odpowiedziach budują również doświadczenia klientów. Na podstawie dostępnych w sieci, zweryfikowanych recenzji, ChatGPT czy Gemini tworzą opinie o markach, co nie pozostaje bez wpływu na ich wizerunek.

GEO, czyli optymalizacja pod AI

GEO (Generative Engine Optimization) to nowe zjawisko. Pod tym pojęciem kryją się wszystkie działania, zmierzające do zwiększenia widoczności marki i cytowań treści w odpowiedziach generowanych przez sztuczną inteligencję. Z prognoz serwisów monitorujących ruch wynika, że w najbliższej przyszłości AI Overviews przyczyni się do ograniczenia ruchu z klasycznego wyszukiwania o 25-70 %. Oznacza to, że nie warto zwlekać z wykorzystywaniem opinii swoich klientów w przyjętej strategii marketingowej.

Sztuczna inteligencja analizuje kontekst, emocje i szczegółowość recenzji. Krótkie, ogólne komentarze nie stanowią dużej wartości dla modeli generatywnych. Regularnie dodawane, opisowe opinie uznawane są za najcenniejsze. Narzędzia oparte na AI poddają analizie język klientów i powtarzające się zalety lub problemy. Wszystko po to, by lepiej zrozumieć, czym zajmuje się firma i do kogo skierowana jest jej oferta.

Dlaczego recenzje są tak ważne dla widoczności w sieci?

Pozyskiwanie opinii od klientów w sposób ciągły to dla algorytmów Google oraz narzędzi AI sygnał, że firma działa, a przy tym dba o doświadczenia swoich odbiorców. Ocenie i analizie podlega nie tylko liczba gwiazdek i treść recenzji, ale też tempo ich pozyskiwania, czas wystawienia czy różnorodność. Opinie klientów należą obecnie do najważniejszych czynników rankingowych zarówno w lokalnych wynikach, jak i w odpowiedziach generatywnych.

Warto także wiedzieć, że recenzje zwiększają CTR (Click-Through Rate), czyli przyciągają kliknięcia. Wyższy współczynnik klikalności oznacza dla Google większą trafność wyniku, co nie pozostaje bez wpływu na pozycję firmy w wyszukiwarce.

Jak wykorzystać opinie w strategii marketingowej?

Aby w pełni wykorzystać potencjał pozyskiwanych od klientów opinii, należy zachęcać ich do wystawiania recenzji. Przydatne jest także zadawanie pytań pomocniczych, by zyskać oceny o opisowym charakterze. Warto przy tym reagować na nie, niezależnie od tego, czy są to skargi, czy pochwały. Aktywność właściciela pokazuje algorytmom, że firma dba o klientów i jest otwarta na dialog. To także dodatkowa szansa na umieszczenie fraz kluczowych w publicznej odpowiedzi. Co jeszcze? Dobrym pomysłem jest integrowanie pozyskanych recenzji z innymi treściami marki, np. cytowanie pozytywnych opinii w postach blogowych czy w newsletterach.

Systemy do zbierania opinii i ich wykorzystanie

System do zbierania opinii sprzyja usprawnieniu ich pozyskiwania. Tego typu rozwiązanie oferuje TrustMate. Integrując się z popularnymi platformami e-commerce, np. Shopify, Shoper, WooCommerce czy PrestaShop, system automatyzuje proces zbierania opinii, a jednocześnie ułatwia dbanie o ich długość i jakość. Korzystanie z systemów takich jak TrustMate jest szczególnie przydatne dla branż, w których zaufanie klienta odgrywa dużą rolę – np. w sklepach ogrodniczych czy branży home & garden. Dzięki automatycznemu zbieraniu i weryfikowaniu opinii, sklepy mogą wykorzystać je do budowania wizerunku marki i zwiększania ruchu z wyszukiwarek.

TrustMate oferuje narzędzie użyteczne nie tylko właścicielom e-commerce, ale też konsumentom. Przykładowo, mogą oni błyskawicznie odszukać najlepsze sklepy ogrodnicze online, wyświetlając ich ranking i bez trudu znaleźć te, które cieszą się największym zaufaniem w sieci.

Podsumowując, nie ulega wątpliwości, że opinie klientów stanowią obecnie cenny zasób marketingowy w e-commerce, a nowoczesne systemy, takie jak TrustMate automatyzują proces pozyskiwania i publikowania recenzji, a także dbają o ich długość i zawartość merytoryczną, dzięki czemu stają się one bardziej atrakcyjne dla algorytmów Google i użytkowników. Warto więc zintegrować zbieranie i analizę recenzji z całą strategią SEO i marketingu, bo w erze GEO to właśnie głos klientów decyduje o pozycji marki.

Farada Group wchodzi w segment dronów morskich we współpracy z Łukasiewicz – Warszawskim Instytutem Technologicznym

Farada Group, spółka portfelowa, notowanej na GPW JRH ASI S.A. informuje o podpisaniu umowy o współpracy z Łukasiewicz – Warszawskim Instytutem Technologicznym w związku z rozpoczęciem współpracy w zakresie morskich systemów bezzałogowych. Porozumienie otwiera Farada Group drogę do przygotowania i analizy modelu komercjalizacji oraz sprzedaży (lub pośrednictwa sprzedaży) morskiego drona Manta USV na rynkach zagranicznych.

Do podpisania dokumentu doszło w drugim dniu Defence24 Days, ze strony Sieć Badawcza Łukasiewicz – Warszawskiego Instytutu Technologicznego umowę podpisał Dyrektor Instytutu, dr hab. Grzegorz Gudzbeler, a ze strony Farada Group Prezes Zarządu spółki Szymon Kupaj. Zakres porozumienia obejmuje wymianę informacji niezbędnych do wypracowania modelu komercjalizacji polskiego drona Manta USV oraz oceny możliwych form jego sprzedaży i dystrybucji poza granicami Polski. Strony zakładają, że Farada Group, posiadając doświadczenie międzynarodowe oraz sieć partnerów zagranicznych w sektorze systemów bezzałogowych, może wesprzeć Instytut w przygotowaniu rozwiązania do wejścia na rynki międzynarodowe.

(Manta USV fot. Ł – WIT)
(Manta USV fot. Ł – WIT)

Manta USV to opracowywana w Sieć Badawcza Łukasiewicz – Warszawskim Instytucie Technologicznym kompaktowa platforma nawodna, projektowana z myślą o ciągłym monitoringu infrastruktury krytycznej, w tym morskich farm wiatrowych i instalacji sektora paliwowego, a także obszarów istotnych dla wojska i służb takich jak Straż Graniczna. Konstrukcja o wymiarach 180 na 70 cm wykorzystuje kompozyty szklane oraz technologię hydrofoili, czyli zanurzonych płatów nośnych unoszących kadłub nad powierzchnią wody, co istotnie ogranicza ślad torowy nawet przy prędkości dochodzącej do 30 węzłów. Platforma może działać w trybie zdalnym, półautonomicznym oraz autonomicznym i jest odporna na zakłócenia elektroniczne, a w razie utraty łączności samoczynnie osiada na hydrofoilach i oczekuje na jej przywrócenie lub kontynuuje misję autonomicznie.

– „Farada Group poza dronami latającymi obecnie jest producentem poduszkowców na bazie licencji Instytutu Lotnictwa Sieć Badawcza Łukasiewicz, a teraz dzięki zawartemu porozumieniu wchodzimy mocno w bezzałogowy segment wodny. Tym samym budujemy ofertę obejmującą systemy bezzałogowe i pojazdy specjalne pracujące w różnych środowiskach, co istotnie zwiększa nasze możliwości w odpowiadaniu na zapotrzebowanie zarówno klientów komercyjnych, jak i sektora obronnego oraz zarządzania kryzysowego. Polski dron wodny Manta USV to nowatorskie rozwiązanie polskiej myśli technicznej, a my chcemy wykorzystać nasze doświadczenie eksportowe, aby pomóc otworzyć przed nim rynki zagraniczne” – powiedział Szymon Kupaj, współzałożyciel i Prezes Zarządu Farada Group.

Współpraca z Łukasiewicz – Warszawski Instytut Technologiczny wpisuje się w model rozwoju Farada Group, w którym istotną rolę odgrywają partnerstwa z polskim zapleczem naukowo-badawczym. W marcu 2026 r. spółka podpisała umowę z Wojskowym Instytutem Techniki Uzbrojenia na opracowanie systemu WARTOWNIK, służącego do monitorowania i ochrony obszarów o znaczeniu strategicznym z wykorzystaniem dronów powietrznych. Otrzymała również zaproszenie do testów poligonowych w Ośrodku Systemów Autonomicznych Wojska Polskiego.

– „To kolejny istotny krok rozwojowy Farada Group i potwierdzenie, że strategia powstającego holdingu ORBITEO przekłada się na konkretne projekty. Farada konsekwentnie rozszerza spektrum swoich kompetencji, wykraczając obecnie poza segment systemów powietrznych. Współpraca Instytutem wokół drona Manta USV otwiera spółce drogę do nowego, perspektywicznego obszaru rynku, a polskie technologie bezzałogowe zyskują kolejną szansę na komercjalizację za granicą. Cieszymy się, że nasze spółki portfelowe systematycznie poszerzają zakres działalności i budują zdywersyfikowane źródła przychodów” – powiedział January Ciszewski, główny akcjonariusz i Prezes JRH ASI S.A.

Farada Group jest jednym z filarów projektu ORBITEO, holdingu technologicznego organizowanego przez JRH ASI S.A., integrującego polskie spółki z sektorów space, defence, AI i deeptech. W ramach ORBITEO współpracuje między innymi z SatRev, z którym rozwija wspólne rozwiązania łączące kompetencje w zakresie systemów bezzałogowych i technologii kosmicznych. Farada Group to polska spółka technologiczna specjalizująca się w projektowaniu, produkcji i integracji zaawansowanych systemów bezzałogowych (UAS) do zastosowań cywilnych i wojskowych. Technologie spółki znajdują zastosowanie w misjach rozpoznawczych, logistycznych, inspekcyjnych oraz w ochronie infrastruktury krytycznej, a ich skuteczność została zweryfikowana również w warunkach rzeczywistych konfliktów zbrojnych.

Google Health Coach – gdy AI zostaje twoim osobistym lekarzem, trenerem i dietetykiem w jednym

Przez ostatnie lata smartwatche i opaski fitness gromadziły coraz więcej danych o użytkownikach. Tętno, liczba kroków, jakość snu, saturacja krwi, aktywność fizyczna czy poziom regeneracji stały się standardowym elementem cyfrowych usług zdrowotnych. Problem polegał jednak na tym, że dla wielu osób były to głównie wykresy i statystyki, z których trudno było wyciągnąć praktyczne wnioski.

Google chce ten model zmienić. 19 maja 2026 roku firma ma zakończyć fazę testów i udostępnić Google Health Coach – asystenta zdrowotnego opartego na modelu Gemini. Nowa usługa ma nie tylko zbierać dane, ale przede wszystkim je interpretować i przekładać na konkretne zalecenia dotyczące aktywności, odpoczynku, snu czy codziennych nawyków.

Od monitorowania danych do ich interpretacji

Dotychczasowe urządzenia ubieralne dobrze radziły sobie z pomiarem parametrów, ale znacznie gorzej z ich praktycznym wykorzystaniem. Użytkownik otrzymywał informacje o liczbie przespanych godzin, tętnie spoczynkowym czy spalonych kaloriach, ale często sam musiał ocenić, co te dane oznaczają dla jego zdrowia i trybu życia.

Google Health Coach ma działać inaczej. Usługa analizuje dane o aktywności fizycznej, jakości snu, kondycji organizmu, nawykach żywieniowych, cyklu menstruacyjnym, a także kontekst zewnętrzny, taki jak pogoda czy lokalizacja. Na tej podstawie ma podpowiadać użytkownikowi, co może zrobić danego dnia: wykonać intensywniejszy trening, postawić na regenerację, zmienić plan aktywności albo zwrócić uwagę na sen.Google Health Coach

Centralnym miejscem działania usługi ma być karta „Dzisiaj”. To tam użytkownik zobaczy najważniejsze informacje i rekomendacje. Google odchodzi więc od modelu biernego raportowania na rzecz aktywnego doradztwa.

Cyfrowy sztab specjalistów

Google przedstawia Health Coach jako rozwiązanie inspirowane pracą profesjonalnych zespołów sportowych. Zawodowi sportowcy korzystają na co dzień ze wsparcia trenerów, lekarzy, dietetyków i specjalistów od regeneracji. Każdy z nich analizuje inny obszar, ale cel jest wspólny: poprawa wydajności i ograniczenie ryzyka przeciążenia organizmu.

Health Coach ma przenieść część tego podejścia do codziennego użytku. Nie chodzi jednak o zastąpienie lekarza czy fizjoterapeuty, lecz o stworzenie narzędzia, które pomoże lepiej rozumieć własny organizm i szybciej reagować na sygnały płynące z danych.

W projekt zaangażowano zespół doradczy złożony z lekarzy klinicznych, ekspertów medycznych oraz specjalistów zajmujących się badaniami nad sportem i zdrowiem. Jedną z twarzy usługi został Stephen Curry, koszykarz NBA i doradca Google ds. wydajności. Jego udział ma podkreślać sportowy kontekst rozwiązania, choć sama usługa jest kierowana do znacznie szerszej grupy użytkowników niż zawodowi sportowcy.

Co ma oferować Google Health Coach?

Jednym z kluczowych elementów usługi mają być elastyczne plany treningowe. Zamiast sztywnego harmonogramu, który przestaje działać po pominięciu jednej aktywności, Coach ma proponować tygodniowe cele i codzienne sugestie dostosowane do aktualnej formy, postępów oraz warunków zewnętrznych.

Istotną funkcją będzie także śledzenie wielomodalne. Użytkownik ma mieć możliwość dodawania informacji głosem, zdjęciem lub dokumentem. Może to oznaczać na przykład sfotografowanie posiłku w celu oszacowania jego wartości odżywczej, zapisanie planu treningowego z siłowni albo wgranie wyników badań laboratoryjnych i zadanie pytania o ich znaczenie.

Ta ostatnia funkcja ma być początkowo dostępna wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Tam usługa będzie mogła także integrować się z osobistą dokumentacją medyczną użytkownika.

Google chce również mocniej powiązać analizę snu z pozostałymi danymi zdrowotnymi. Health Coach ma nie tylko liczyć godziny odpoczynku, ale także oceniać regularność rytmu dobowego, jakość regeneracji i jej wpływ na gotowość do wysiłku. W przypadku kobiet znaczenie mogą mieć także dane dotyczące cyklu menstruacyjnego.

Mniej formularzy, więcej rozmowy

Nowa usługa ma opierać się na bardziej naturalnej komunikacji z użytkownikiem. Zamiast wieloetapowych formularzy Google stawia na krótsze interakcje, szybkie przyciski odpowiedzi, kontekstowe powiadomienia i możliwość zadawania pytań asystentowi w dowolnym momencie.

To ważna zmiana, ponieważ skuteczność tego typu narzędzi zależy nie tylko od jakości algorytmu, ale też od tego, czy użytkownik będzie z nich regularnie korzystał. Im mniej obsługi wymaga aplikacja, tym większa szansa, że stanie się realnym elementem codziennej rutyny.

Dane zdrowotne pod szczególnym nadzorem

Największym wyzwaniem dla Google może okazać się nie sama technologia, lecz zaufanie. Dane zdrowotne należą do najbardziej wrażliwych informacji, jakie użytkownik może przekazać firmie technologicznej. Obejmują nie tylko aktywność fizyczną, ale potencjalnie także sen, cykl menstruacyjny, wyniki badań, historię zdrowotną czy informacje o stylu życia.

Google deklaruje, że dane o zdrowiu i samopoczuciu pochodzące z aplikacji Fitbit nie będą wykorzystywane do celów reklamowych. Firma wskazuje również na wewnętrzne ramy oceny SHARP, obejmujące bezpieczeństwo, przydatność, dokładność i personalizację rekomendacji.

Deklaracje te będą jednak musiały zostać potwierdzone praktyką. W przypadku usług zdrowotnych przejrzystość zasad przetwarzania danych może być równie ważna jak sama funkcjonalność produktu. Użytkownicy będą oczekiwać jasnej informacji, kto ma dostęp do danych, jak długo są one przechowywane i w jakim zakresie mogą być analizowane przez modele AI.

Dostępność i model subskrypcyjny

Google Health Coach ma być częścią subskrypcji Google Health Premium, czyli następcy Fitbit Premium. Usługa ma również trafić bez dodatkowych opłat do planów Google AI Pro oraz Google AI Ultra, co pokazuje, że firma traktuje ją jako element szerszego ekosystemu usług opartych na sztucznej inteligencji.

Wdrożenie zaplanowano na okres od 19 do 26 maja 2026 roku. W pierwszej kolejności z Health Coach mają skorzystać posiadacze urządzeń Fitbit oraz zegarków Pixel Watch. Obsługa kolejnych urządzeń ma być uruchamiana stopniowo.

Spór o cła w USA może przynieść Adidasowi setki milionów euro

Bjørn Gulden poinformował akcjonariuszy, że Adidas spodziewa się odzyskania około 300 mln euro. Zwrot miałby dotyczyć ceł, które zostały pobrane w Stanach Zjednoczonych na podstawie przepisów później zakwestionowanych przez amerykańskie sądy. Choć pieniądze nie trafiły jeszcze do spółki, wypowiedź prezesa wskazuje, że firma traktuje ten scenariusz jako bardzo realny.

Dla Adidasa to szczególnie ważne, ponieważ polityka celna USA była jednym z czynników obciążających tegoroczne prognozy finansowe. W marcu spółka ostrzegała, że połączenie ceł i niekorzystnych zmian kursowych może zmniejszyć jej zysk w 2026 roku o około 400 mln euro. Zwrot na poziomie 300 mln euro pokryłby więc znaczną część wcześniej sygnalizowanego negatywnego wpływu.

Kluczowe znaczenie ma decyzja Sądu Najwyższego USA z 20 lutego 2026 roku. Sąd uznał, że IEEPA nie daje prezydentowi prawa do nakładania ceł. W opinii napisanej przez prezesa Sądu Najwyższego Johna Robertsa wskazano, że uprawnienie do „regulowania” importu nie jest równoznaczne z prawem do jego opodatkowania.

To rozstrzygnięcie otworzyło drogę do zwrotu środków importerom, którzy wcześniej płacili należności celne na podstawie zakwestionowanych taryf. Następnie 4 marca Sąd Handlu Międzynarodowego Stanów Zjednoczonych orzekł, że importerzy będący podmiotami ewidencyjnymi mają prawo skorzystać z decyzji Sądu Najwyższego. Jednocześnie zobowiązano amerykański Urząd Ceł i Ochrony Granic do obsługi procesu zwrotów.

Potencjalny zwrot ceł może poprawić obraz finansowy Adidasa w 2026 roku. Firma opublikowała mocne wyniki za pierwszy kwartał. Przychody w ujęciu neutralnym kursowo wzrosły o 14 procent, osiągając 6,6 mld euro, a zysk operacyjny wyniósł 705 mln euro. Na tym tle możliwy zwrot 300 mln euro byłby dodatkowym, bardzo wyraźnym wsparciem dla rentowności.

Warto jednak podkreślić, że Adidas nie zaksięgował jeszcze tej kwoty. Oznacza to, że inwestorzy muszą traktować ją jako potencjalny pozytywny czynnik, a nie jako pewny element wyniku finansowego. Mimo to sama informacja może poprawiać nastroje wokół spółki, zwłaszcza po wcześniejszym spadku kursu akcji, który nastąpił po publikacji ostrożniejszej prognozy rocznego zysku operacyjnego.

Sprawa Adidasa nie jest odosobniona. Według dostępnych informacji w Sądzie Handlu Międzynarodowego złożono już ponad 2000 pozwów dotyczących zwrotu ceł pobranych na podstawie IEEPA. Amerykański urząd celny zaproponował zautomatyzowany system obsługi zwrotów za pośrednictwem platformy Automated Customs Environment, ale jednocześnie pojawiają się sygnały, że rząd dążył do opóźnienia wypłat.

Nie oznacza to jednak, że wszystkie problemy zostały rozwiązane. Proces zwrotów w USA może być czasochłonny, a ostateczne terminy wypłat pozostają niepewne. Dla Adidasa kluczowe będzie więc nie tylko odzyskanie pieniędzy, ale także utrzymanie wzrostu sprzedaży, kontrola kosztów i dalsze wzmacnianie marki na najważniejszych rynkach. Potencjalny zwrot ceł jest ważnym wsparciem, lecz przyszłość spółki nadal będzie zależeć od zdolności do zarządzania globalnym ryzykiem handlowym i konsumenckim.

PKP S.A. i Japan Railway East zacieśniają współpracę

0

6 maja w Przedstawicielstwie PKP S.A. w Brukseli podpisano memorandum o współpracy pomiędzy PKP S.A. a japońskim przewoźnikiem Japan Railway East. Porozumienie zakłada rozwój partnerstwa oraz wzmocnienie strategicznej współpracy obu spółek w sektorze kolejowym.

Dokument podpisali Tomasz Lachowicz, dyrektor Przedstawicielstwa PKP w Brukseli oraz Hideaki Kuroda, dyrektor generalny Przedstawicielstwa JR-East w Paryżu. Podpisane memorandum zakłada kontynuację i rozwój współpracy pomiędzy spółkami w obszarze wymiany wiedzy i doświadczeń dotyczących organizacji oraz zarządzania systemem kolejowym. Partnerzy zamierzają współpracować m.in. w zakresie efektywności energetycznej, zrównoważonego rozwoju, odporności infrastruktury kolejowej oraz rozwoju przewozów pasażerskich, w tym zarządzania stacjami, działalności detalicznej i obsługi klienta.

W polskim sektorze kolejowym na przestrzeni ostatniej dekady zaszły daleko idące pozytywne zmiany w wielu obszarach, co jest dostrzegane również przez naszych pozaeuropejskich partnerów. Dotychczasowa współpraca z JR East w ostatnim czasie ulega stałej intensyfikacji, pozwalają na lepsze zrozumienie potencjału współpracy obu firm oraz na zapoznanie się z doświadczeniem i najlepszymi praktykami. Nasi przyjaciele z JR East należą do jednych z najbardziej wiarygodnych partnerów we współpracy bilateralnej. Cieszymy się, że ta współpraca zostanie jeszcze bardziej pogłębiona z korzyścią dla obu stron – powiedział Tomasz Lachowicz, dyrektor brukselskiego biura PKP.

Porozumienie obejmuje również współpracę w obszarze digitalizacji procesów i wdrażania nowych technologii, takich jak systemy informatyczne, automatyzacja czy rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji. Istotnym elementem będzie także wymiana doświadczeń związanych z bezpieczeństwem, utrzymaniem i zarządzaniem majątkiem kolejowym, w tym komercyjnym zagospodarowaniem gruntów i nieruchomości. Ważnym aspektem współpracy będzie wzmocnienie dialogu eksperckiego poprzez organizację spotkań, warsztatów i wizyt studyjnych koordynowanych przez Biuro JR East w Paryżu oraz Przedstawicielstwo PKP S.A. w Brukseli.

Współpraca ta wykracza poza technologię kolejową i obejmuje kompleksowy zakres operacji kolejowych, w tym rozwój stacji i handel detaliczny. W pełni wykorzystamy know-how i doświadczenie w zakresie zarządzania koleją, rozwoju miejskiego oraz działalności komercyjnej skoncentrowanej wokół stacji, które kultywowaliśmy w Japonii. Poprzez tę inicjatywę dążymy do przyczynienia się do bezpieczeństwa, środowiska i tworzenia nowej wartości dla kolei w Polsce. Pracujemy nad połączeniem mocnych stron Polski i Japonii, aby tworzyć innowacyjne pomysły. Idąc dalej, będziemy nadal promować rozwój zrównoważonych i atrakcyjnych sieci kolejowych, dążąc do dostarczania cennych usług zarówno lokalnym społecznościom, jak i pasażerom – dodał Hideaki Kuroda, dyrektor generalny przedstawicielstwa JR East w Paryżu.

Obie strony deklarują wspólne działania na rzecz opracowywania nowych koncepcji oraz wymiany najlepszych praktyk służących podnoszeniu jakości usług kolejowych, projektów typu TOD (Transit Oriented Development) oraz projektów detalicznych, które w przyszłości mogłyby zostać zrealizowane na podstawie odrębnych porozumień. Istotnym celem partnerstwa będzie także promocja kolei jako zrównoważonego środka transportu oraz podejmowanie wspólnych inicjatyw na rzecz zwiększania atrakcyjności transportu kolejowego. Współpraca ma również wspierać wzmacnianie globalnej roli kolei, m.in. w ramach działalności prowadzonej w Międzynarodowym Związku Kolei – UIC oraz innych organizacjach sektora kolejowego.

Przedstawicielstwo PKP w Brukseli prowadzi bliską współpracę z Japan Railway East od wielu lat, zarówno na poziomie organizacji międzynarodowych, jak i we współpracy bilateralnej.  Efektem tych działań są liczne spotkania i inicjatywy realizowane wspólnie z partnerami z Japonii na rzecz rozwoju nowoczesnego transportu kolejowego.

Dziś urodziny obchodzi Lamborghini: firma świętuje 63 lata i solidne wyniki w pierwszym kwartale roku

Automobili Lamborghini obchodzi w tym roku 63. rocznicę powstania firmy, ogłaszając obiecujące wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2026.  W pierwszych trzech miesiącach roku, firma z siedzibą w Sant’Agata Bolognese, dostarczyła na rynek 2620 pojazdów, osiągając przychody w wysokości 863 mln euro, wynik operacyjny na poziomie 200 mln euro oraz rentowność wynoszącą 23,1%. Rezultaty te potwierdzają ścieżkę odpowiedzialnego wzrostu budowaną przez lata oraz siłę strategii, która w ostatnich latach pozwoliła marce osiągnąć rekordowe wyniki.Lamborghini firma świętuje 63 lata i solidne wyniki w pierwszym kwartale roku

Pierwszy kwartał przyniósł zarówno sukcesy, jak i wyzwania w roku, który zapowiada się jako wymagający, ale jednocześnie obfitujący w ważne kamienie milowe dla naszej marki. Rozpoczęcie dostaw modelu Temerario, uzupełniającego w pełni zhybrydyzowaną gamę produktów, solidny portfel zamówień na całą gamę modeli oraz nowe modele, które pojawią się w nadchodzących miesiącach, potwierdzają, że obrany przez nas kierunek jest właściwy. To właśnie na tych fundamentach z determinacją patrzymy na pozostałą część 2026 roku, mając pewność, że siła marki nadal będzie doceniana przez klientów na całym świecie – komentuje Stephan Winkelmann, prezes i dyrektor generalny Automobili Lamborghini.

Podobnie jak w poprzednim czasie, w pierwszym kwartale 2026 r. na wynik operacyjny wpłynęły czynniki zewnętrzne, takie jak niekorzystne wahania kursów walutowych oraz amerykańskie cła. Po roku przejściowym 2025, związanym z uruchomieniem produkcji modelu Temerario[1], firma z siedzibą w Sant’Agata Bolognese powróciła do bardziej zrównoważonego rozłożenia dostaw w poszczególnych kwartałach roku obrotowego.

Rok 2026 rozpoczyna się w atmosferze ciągłości i utrwalenia dotychczasowych osiągnięć. W kontekście geopolitycznym i makroekonomicznym, który od kilku lat charakteryzuje się dużą złożonością i zmiennością. Wyniki finansowe po raz kolejny potwierdzają naszą ścieżkę zrównoważonego wzrostu gospodarczego i finansowego, wspieraną przez portfel zamówień, który odzwierciedla nasze zaangażowanie w utrzymanie długoterminowej wartości dla naszych interesariuszy i pozwala nam z optymizmem patrzeć w przyszłość – mówi Paolo Poma, dyrektor zarządzający i dyrektor finansowy Automobili Lamborghini.

Pod względem realizacji dostaw, sprzedaż rozkładała się na trzy główne regiony handlowe: w krajach EMEA, Ameryce oraz regionie APAC dostarczono odpowiednio 1 398, 711 i 511 pojazdów. Po raz pierwszy, w wynikach dotyczących dostaw, uwzględniono również wszystkie trzy modele Automobili Lamborghini. Z początkiem 2026 roku rozpoczęły się dostawy modelu Temerario – pierwszego supersamochodu marki wyposażonego w silnik V8 z podwójnym turbodoładowaniem oraz trzy silniki elektryczne, który dołączył do modeli Revuelto[2] i Urus SE[3], uzupełniając w ten sposób w pełni zhybrydyzowaną gamę modeli. W całym asortymencie liczba zamówień utrzymuje się na wysokim poziomie – w przypadku modelu Revuelto czas oczekiwania wynosi ponad rok, natomiast modele Urus SE i Temerario są już niemal w całości zarezerwowane na rok 2026.

63 – numer, który przechodzi przez historię marki

63 – numer, który przechodzi przez historię marki

Firma została oficjalnie założona 7 maja 1963 roku, a 2 października tego samego roku po raz pierwszy uruchomiono na stanowisku testowym silnik V12 o pojemności 3,5 litra, który miał ewoluować i stać się bijącym sercem flagowych modeli Lamborghini przez sześć dekad. 20 października 1963 r. pierwszy prototyp Lamborghini 350 GTV, został zaprezentowany włoskiej prasie w Sant’Agata Bolognese, na tle wciąż budowanego budynku fabryki. Dziesięć dni później, 30 października, samochód został zaprezentowany publiczności podczas Turin Motor Show, co oficjalnie oznaczało narodziny nowej marki.Lamborghini firma świętuje 63 lata i solidne wyniki w pierwszym kwartale roku

Dzisiaj liczba 63 nie jest już tylko odniesieniem do ważnego roku, ale powracający motywem w języku Lamborghini. Jest to motyw natychmiast kojarzony z marką Lamborghini, spójny i dyskretny, elastyczny i wyrafinowany. Nie jest to po prostu hołd dla historii, ale dynamiczne nawiązanie marki do jej dziedzictwa.

– Rok 1963 to dla nas początek wizji, która prowadzi nas do teraz. Dzisiaj 63 to znacznie więcej niż liczba: to symbol wyrażający naszą istotę. Świętowanie tej rocznicy oznacza dalszy rozwój przy jednoczesnym pozostaniu wiernym naszym korzeniom – powiedział Stephan Winkelmann, prezes i dyrektor generalny Automobili Lamborghini.

Lamborghini w Polsce dystrybuowane jest od 2014 roku przez Porsche Inter Auto Polska, m.in. w warszawskim salonie Lamborghini Warszawa.

[1] Temerario (WLTP): Zużycie energii (średnia ważona w cyklu mieszanym): 6,4–4,3 kWh/100 km oraz 11,2–10,3 l/100 km; Emisja CO₂ (średnia ważona w cyklu mieszanym): 272–252 g/km; klasa CO₂ (średnia ważona): G; klasa CO₂ przy rozładowanym akumulatorze: G; zużycie paliwa przy rozładowanym akumulatorze (średnia): 14 l/100 km

[2] Revuelto (WLTP): Zużycie energii (średnia ważona): 4,7 kWh/100 km plus 15 l/100 km; Emisja CO₂ (średnia ważona): 350 g/km; Klasa CO₂ (średnia ważona): G; Klasa CO₂ przy rozładowanym akumulatorze: G; Zużycie paliwa przy rozładowanym akumulatorze (średnia ważona): 17,9 l/100 km

[3] Urus SE (WLTP): Zużycie energii (średnia ważona): 21,4 kWh/100 km plus 5,71 l/100 km; Emisja CO₂ (średnia ważona): 140 g/km; Klasa CO₂ (średnia ważona): E; Klasa CO₂ przy rozładowanym akumulatorze: G; Zużycie paliwa przy rozładowanym akumulatorze (średnia ważona): 12,9 l/100 km

Małgorzata Sułkowska nowym Partnerem w Wyser Executive Search

0

Małgorzata Sułkowska objęła w maju br. stanowisko Partnera w zespole finansów & księgowości w Wyser Executive Search, międzynarodowej firmie doradczej specjalizującej się w rekrutacji kadry wyższego i najwyższego szczebla. Odpowiada za projekty rekrutacyjne na stanowiska eksperckie oraz managerskie, w tym na poziomie C-Level.

Ma ponad 13-letnie doświadczenie w doradztwie HR i realizacji projektów rekrutacyjnych executive search dla polskich i międzynarodowych organizacji. Specjalizuje się w pozyskiwaniu kadry wyższego i najwyższego szczebla w obszarze finansów, podatków i księgowości. Łączy wiedzę rynkową z praktycznym podejściem do rekrutacji, skutecznie wspierając organizacje w pozyskiwaniu kluczowych talentów.

Małgorzata Sułkowska współpracowała z firmami z sektorów FMCG, e‑commerce, farmacji, urządzeń medycznych, produkcji oraz nieruchomości, prowadząc rekrutacje na stanowiska eksperckie i zarządcze w obszarze finansów, podatków i księgowości. Odpowiadała także za rozwój specjalizacji i zarządzanie zespołami. Jest współautorką raportów i publikacji dotyczących rynku pracy oraz prelegentką konferencji branżowych. Regularnie komentuje aktualne trendy na rynku pracy.

Małgorzata wnosi do naszego zespołu unikalne połączenie eksperckiej wiedzy o rynku finansowym i partnerskiego podejścia do pracy. Jej doświadczenie w realizacji projektów executive search dla organizacji o różnej skali i dynamice będzie dużym wsparciem dla dalszego rozwoju naszej praktyki finansów i księgowości – powiedział Paweł Prociak, Dyrektor Zarządzający Wyser Executive Search.

Przed dołączeniem do Wyser była związana z Devire, gdzie kierowała zespołem praktyki podatków, finansów i księgowości. Doświadczenie zdobywała również w takich organizacjach jak Shopee, Adecco Group oraz Hays.

Małgorzata Sułkowska jest absolwentką Wydziału Finansów i Rachunkowości Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu oraz kierunku Psychologii w Biznesie na SWPS w Warszawie, co pozwala jej łączyć wiedzę biznesową z zrozumieniem motywacji kandydatów i potrzeb organizacji. Jej ekspertyzę potwierdzają liczne certyfikacje, publikacje branżowe oraz współpraca z ACCA w ramach programu Executive Consulting.

Dariusz Grabowski Prezesem Zarządu Ceneo – łączy funkcję z rolą General Managera

Z dniem 4 maja 2026 r. Dariusz Grabowski objął stanowisko Prezesa Zarządu Ceneo – jednej z największych platform e‑commerce w Polsce. Jednocześnie od lutego 2026 r. pełni funkcję General Managera spółki, odpowiadając za całościowe zarządzanie operacyjne oraz realizację strategii rozwoju.

Połączenie obu ról wzmacnia jednolite przywództwo i przyspiesza realizację kluczowych inicjatyw strategicznych Ceneo, skoncentrowanych na dalszym rozwoju katalogu produktów, skalowaniu ruchu i budowaniu długoterminowej wartości użytkowników oraz partnerów.

Dariusz Grabowski jest doświadczonym menedżerem z wieloletnią praktyką w obszarze e‑commerce i transformacji cyfrowej. W Ceneo odpowiada za rozwój modelu biznesowego, poszerzanie ekosystemu usług – w tym rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję oraz produktów B2B – a także wzmacnianie pozycji platformy jako najbardziej zaufanego miejsca podejmowania decyzji zakupowych w Polsce.

– Naszym celem jest dalsze budowanie Ceneo jako platformy pierwszego wyboru dla kupujących i partnerów – zapewniającej wiarygodne wsparcie w podejmowaniu decyzji zakupowych oraz efektywne narzędzia sprzedażowe. Połączenie kompetencji strategicznych i operacyjnych pozwala nam szybciej wdrażać zmiany i lepiej odpowiadać na potrzeby rynku – mówi Dariusz Grabowski, Prezes Zarządu i General Manager Ceneo.pl

Ceneo konsekwentnie rozwija nowe obszary działalności, w tym usługi wspierające sprzedaż partnerów, rozwiązania analityczne oraz inicjatywy oparte na technologii zaufanych opinii, marketplace’u i reklamy, wzmacniając swoją rolę w ekosystemie e‑commerce w Polsce jako część Grupy Allegro.

Konferencja prezesa NBP może przesądzić o nastrojach wokół złotego

Czwartkowa sesja przynosi całkiem sporo nowych impulsów do gry. Na naszym poletku trwa wyczekiwanie na konferencję prasową prezesa NBP. Do tego mamy wysyp kolejnych decyzji banków centralnych z Europy. Na szerokim rynku mocno widać nadzieję na zakończenie konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Podnosić już teraz, czy czekać?

Lokalnie inwestorzy dziś są mocno skupieni wokół wczorajszej decyzji Rady Polityki Pieniężnej, a precyzując – na nadchodzącej konferencji prasowej prezesa Glapińskiego. Wiemy już, że Rada zgodnie z oczekiwaniami rynku postanowiła utrzymać wysokość stóp procentowych w Polsce bez zmian. Główna stopa nadal wynosi więc 3,75%, po tym jak trochę przedwcześnie została obniżona na marcowym posiedzeniu. I zapewne od takich sugestii nie ucieknie szef NBP na dzisiejszej konferencji prasowej. Już ostatni odczyt inflacji pokazał, że konflikt na Bliskim Wschodzie zaczyna uderzać w nasze portfele i nie ma raczej wątpliwości, że będzie uderzał coraz mocniej. W świetle tych bliskowschodnich zawirowań dzisiejsze wystąpienie przewodniczącego Rady będzie zapewne kluczowe dla złotego w najbliższych tygodniach. Rynek już teraz wycenia, że czekają nas podwyżki stóp jeszcze w tym roku, z zaznaczeniem, że ich kulminacja ma nastąpić w okolicach pierwszej połowy przyszłego roku. Sytuacja nie jest jednak tak zerojedynkowa. Kryzys wokół Cieśniny Ormuz oznacza nie tylko czynniki proinflacyjne, ale również mocny impuls hamulcowy dla globalnej gospodarki, co z całą pewnością przełoży się na rodzimy krajobraz. Obie strony sporu o potencjalne podwyżki mają całkiem rozsądne argumenty, a to może wpływać na wolatywność na rynkach. Ta niepewność co do tego, w którą retorykę pójdzie prezes Glapiński, może skutkować dziś większą zmiennością na parach powiązanych ze złotym.

Skandynawska niespodzianka

Doskonały tego przykład obserwujemy dziś na koronie norweskiej. Ta w czwartek wyraźnie się umacnia na szerokim rynku, co jest efektem trochę niespodziewanej decyzji Norges Banku o podniesieniu stóp procentowych. Decydenci ze Skandynawii w uzasadnieniu tego posunięcia oczywiście odnoszą się do zawirowań na rynku ropy naftowej. Podkreślają jednak, że czynników, które wpłynęły na tę decyzję jest więcej, w tym impulsy wewnętrzne, takie jak choćby rozkręcająca się dynamika płac. Dzisiejszy werdykt jest także analizowany pod kątem zeszłorocznej obniżki stóp, za którą Norges Bank był wielokrotnie krytykowany. Co istotne, w przekazie banku centralnego można doszukać się sugestii, że nie jest to jednorazowe posunięcie, choć jak zwykle wszystko zależeć będzie od napływających danych.

W zupełnie innym nastroju są sąsiedzi Norwegów. Szwedzi dzisiaj też podejmowali decyzję w sprawie stóp procentowych. Ci jednak w żadnym stopniu nie zaskoczyli i utrzymali koszt pieniądza na niezmienionym poziomie. Mogą oni sobie pozwolić na ten luksus, zwłaszcza w perspektywie wczorajszego odczytu o dynamice cen, która okazała się ujemna. W normalnych warunkach byłby to bardzo mocny sygnał do obniżania stóp, jednak obecnie można zakładać, że do powrotu powyżej zera przyczynią się czynniki globalne. Riksbank może więc zrobić to, co wszystkie banki centralne lubią najbardziej i przyjąć postawę wait & see.

Dzisiaj mamy także posiedzenie u naszych południowych sąsiadów. Czesi już kilkukrotnie w historii pokazywali, że nie boją się być awangardą w ruchach na stopach procentowych, jednak obecnie zdecydowana większość analityków spodziewa się utrzymania obecnego kosztu pieniądza.

A może jednak to koniec?

Dzisiejszy zalew informacji związanych z polityką monetarną może być miłą odskocznią od wojennej retoryki, jednak nie uciekniemy od niej tak zupełnie. Na szczęście w ostatnich godzinach w kontekście bliskowschodniego konfliktu znacznie więcej mówimy o potencjalnej umowie, niż o kolejnych bombardowaniach. Rynki zawzięcie analizują szanse na pokój, po tym jak Pakistan przekazał, że na stole leży konkretna propozycja, a obie strony podchodzą do niej z zaskakująco dużym zrozumieniem. Inwestorzy w związku z tym dalej wyprzedają dolara, który dzisiaj ponownie kosztuje poniżej 3,60 zł. Jest to oczywisty efekt ruchów na głównej parze walutowej, gdzie popularny edek dobił dziś do 1,175$.

Konflikt na Bliskim Wschodzie napędza globalny szok surowcowy

Narastający konflikt na Bliskim Wschodzie powoduje silne turbulencje na globalnych rynkach surowców. Zakłócenia w dostawach, zablokowanie Cieśniny Ormuz oraz napięcia geopolityczne między Iranem a Izraelem i Stanami Zjednoczonymi potęgują presję kosztową w kolejnych ogniwach łańcucha dostaw. Co czeka światową gospodarkę, jeśli sytuacja w tym regionie się nie unormuje?

W ostatnich miesiącach obserwujemy m.in. znaczny wzrost cen ropy, gazu, nawozów, produktów petrochemicznych i aluminium. Skala podwyżek jest duża i nierównomierna – w niektórych przypadkach ceny surowców energetycznych wzrosły o kilkadziesiąt procent w ciągu jednego miesiąca. Coraz wyraźniej widać też, że drożeją nie tylko same surowce, ale i ich przetworzone formy, co stopniowo przekłada się na koszty produkcji i ceny końcowe w wielu branżach.

Ropa: czy obecny szok cenowy się utrzyma?

Na znaczny wzrost cen surowców energetycznych wpłynęły m.in. ataki na kompleks gazowy Ras Laffan w Katarze. W wyniku tego wydarzenia notowania ropy Brent wzrosły o 50% w ciągu miesiąca.

Ekonomiści z firmy Coface podkreślają, że ceny nie rosną równomiernie, co pokazuje, jak bardzo zróżnicowany jest wpływ obecnej sytuacji geopolitycznej na poszczególne rynki i rodzaje surowców. Widać to m.in. na przykładzie ropy Oman DME, której cena przekroczyła 160 USD za baryłkę, podczas gdy cena amerykańskiej WTI utrzymuje się w okolicach 100 USD.

 – Uszkodzenia infrastruktury oraz blokada cieśniny doprowadziły do znaczących zakłóceń w fizycznej dostępności paliw, a także do niepewności co do przyszłych dostaw w poszczególnych regionach. W efekcie obserwowany jest wyraźnie zróżnicowany wzrost cen paliw na lokalnych rynkach. Jednocześnie skala zniszczeń infrastrukturalnych oraz narastające zaległości w realizacji zamówień wskazują, że presja podażowa może utrzymywać się przez dłuższy czas, nawet po ewentualnym odblokowaniu cieśniny Ormuz – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

W Stanach Zjednoczonych ceny detaliczne benzyny osiągnęły rekordowe 3,96 USD za galon (jest to wzrost o 35% miesiąc do miesiąca). Z kolei w Azji ceny oleju napędowego w Singapurze niemal potroiły się od początku konfliktu, sięgając 256 USD za baryłkę. IATA podaje natomiast, że globalne ceny paliwa lotniczego podwoiły się.
Wykres_Najbardziej_zagrożone_sektory_wzrostami_cen_paliw_Dane_Eurostatu_Coface

Gaz ziemny: zakłócenia w dostawach to kluczowy problem

Ze wzrostem cen zmaga się również rynek gazu ziemnego. W Europie kontrakty terminowe na gaz (indeks Dutch TTF) podskoczyły w ciągu miesiąca o 85%, do 55 €/MWh, podczas gdy azjatycki benchmark (LNG Japan/Korea Marker) w tym samym czasie podwoił swoją wartość. Odzwierciedla to wyjątkową wrażliwość rynków importujących na wstrząsy geopolityczne. Choć Stany Zjednoczone wydają się mniej narażone na zakłócenia dostaw, to indeks Henry Hub również znajduje się pod silną presją wzrostową (+36% miesiąc do miesiąca). Oznacza to, że napięcia energetyczne mają już charakter globalny.

W efekcie, w zawrotnym tempie rosną również ceny wielu produktów petrochemicznych, których kluczowymi dostawcami do Azji są państwa Zatoki Perskiej. Cena tony nafty w Singapurze osiągnęła 1000 USD, co stanowi wzrost o ponad 60% od początku konfliktu. Napięcia w cieśninie Ormuz oraz historycznie niskie zapasy w Azji (na 2–3 tygodnie) już przełożyły się na proces drożenia polimerów (polipropylenu, polietylenu, polistyrenu, PVC).

O 25% w ciągu miesiąca wzrosły również ceny siarki – kluczowego surowca wykorzystywanego w procesie ługowania rud miedzi i niklu. Jest to poważne zagrożenie dla największych producentów, silnie uzależnionych od tego surowca, takich jak Chile, Demokratyczna Republika Konga czy Indonezja.

Nawozy: ceny rosną mimo spodziewanej stabilizacji

Państwa Zatoki Perskiej zajmują kluczową pozycję na rynku nawozów, odpowiadając za niemal 19% globalnego eksportu nawozów azotowych i 36% światowej podaży mocznika. Arabia Saudyjska jest z kolei czwartym największym eksporterem fosforanów. Ponieważ jednak gaz ziemny stanowi nawet 80% kosztów produkcji nawozów azotowych, wzrost jego cen automatycznie przekłada się na droższe nawozy. Widać to w cenie tony granulowanego mocznika (FOB Bliski Wschód), która wzrosła od początku konfliktu o 37% – do 665 USD.

– Chociaż Unia Europejska, w tym Polska, pozostaje samowystarczalna w zakresie produkcji nawozów, ceny na tym rynku kształtowane są globalnie. W konsekwencji ich wzrost będzie miał istotny wpływ na sektor rolny. Dodatkowo szok cenowy występuje w szczególnie wrażliwym okresie roku, kiedy gospodarstwa rolne rozpoczynają zakupy nawozów oraz ich wykorzystanie. Sprzyja to silniejszemu przenoszeniu wzrostu kosztów nawozów na ceny dóbr końcowych – tłumaczy dr Mateusz Dadej.

Negatywne skutki konfliktu na Bliskim Wschodzie mogą wykraczać poza bezpośrednie dostawy nawozów i dotknąć takie kraje jak Indie, Brazylia czy USA, którym państwa Zatoki Perskiej zapewniają odpowiednio 63%, 24% i 21% importu nawozów azotowych. Stracić mogą również państwa trzecie, takie jak Maroko – największy na świecie producent fosforytów, który jest silnie uzależnione od siarki eksportowanej przez kraje Zatoki Perskiej.

Aluminium: najbardziej zagrożony metal na rynku

W wyniku zablokowania cieśniny Ormuz przez Iran w bardzo trudnej sytuacji znalazły się państwa Zatoki Perskiej, które odpowiadają za 8% globalnej produkcji aluminium. Nie są one w stanie ani eksportować własnej produkcji, ani importować surowców (boksytu i tlenku glinu) niezbędnych do pracy hut.

Co więcej, 16 marca 2026 roku firma Aluminum Bahrain (Alba), która odpowiada za 25% regionalnej produkcji aluminium, ogłosiła wstrzymanie 19% swojej produkcji, co stanowi 5% całkowitej podaży aluminium w regionie. Tymczasem, z dala od napięć na Bliskim Wschodzie, firma Mosal ogłosiła zawieszenie działalności w Mozambiku, motywując swoją decyzję nadmiernie wysokimi kosztami energii. W tak pogarszającym się otoczeniu rynkowym ceny aluminium wzrosły znacząco – o 11,5% w ujęciu miesiąc do miesiąca. Od momentu rozpoczęcia konfliktu utrzymują się one na podwyższonym poziomie, przekraczając 3 500 USD za tonę, co oznacza wzrost o blisko 25% w skali ostatniego roku..

Konsekwencje dla globalnej gospodarki wynikają nie tylko ze skali szoku podażowego, lecz także z szerokiego zakresu zastosowań dóbr nim dotkniętych. Ropa naftowa, nawozy oraz aluminium to surowce, których wzrost cen – prędzej czy później – przełoży się na ceny niemal wszystkich dóbr, oddziałując na każdy sektor polskiej gospodarki. Choć trudno dziś jednoznacznie określić, jak długo potrwa blokada cieśniny Ormuz, jedno pozostaje pewne: każdy kolejny dzień jej utrzymywania się pogłębia negatywne skutki dla gospodarki światowej – podsumowuje ekspert.

Co trzecia polska firma nie jest gotowa na transparentność płac a ponad połowa Polek i Polaków nie wie jakie prawa daje im Dyrektywa o przejrzystości wynagrodzeń

0

Najpóźniej do 7 czerwca 2026 roku wszystkie państwa członkowskie UE muszą zaimplementować w całości do prawa krajowego przepisy, wynikające z Dyrektywy o przejrzystości wynagrodzeń. Tymczasem najnowsze badanie rynku pracy, przeprowadzone przez SD Worx, pokazuje jak w 2026 roku wygląda przygotowanie pracodawców i podejście pracowników do nadchodzących zmian.

Za miesiąc – 7 czerwca 2026 roku – mija termin pełnej implementacji do prawa krajowego dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2023/970 o przejrzystości wynagrodzeń, która weszła w życie 6 czerwca 2023 r. Polska już wdrożyła część postanowień do polskiego systemu prawnego. Między innymi w zakresie stosowania w ogłoszeniach o pracę neutralnych nazw stanowisk, czy też wskazywania widełek zarobków. Z kolei do 7 czerwca tego roku powinny zostać zaimplementowane lokalnie pozostałe unijne wytyczne, w tym przepisy uprawniające każdego pracownika do wystąpienia do pracodawcy z wnioskiem o udzielenie informacji o średnich poziomach wynagrodzenia osób wykonujących taką samą lub porównywalną pracę w danej firmie z podziałem na płeć. A dodatkowo na większych pracodawców (zatrudniających powyżej 100 osób) ma zostać nałożony coroczny obowiązek raportowania luki płacowej. Wiemy już, że ten termin w Polsce nie zostanie dochowany.

W tym tygodniu opublikowano nowy projekt ustawy wdrażającej dyrektywę w Polsce. Wynika z niego, że pracodawcy otrzymają pół roku na przygotowanie się do nowych obowiązków (wprowadzono 6 – miesięczne vacatio legis). Biorąc pod uwagę vacatio legis i wcześniejsze zapowiedzi Ministerstwa, że nowe przepisy mają obowiązywać od początku 2027 roku, wszystko wskazuje na to, że ustawa może zostać uchwalona jeszcze przed wakacjami – tak, aby od początku 2027 weszła w życie.

Przesunięcie terminu wdrożenia dyrektywy da firmom więcej czasu na przygotowania.  Dodatkowy czas warto wykorzystać na uporządkowanie struktur wynagrodzeń i ułożenie nowych procesów. Przygotowanie organizacji na nowe obowiązki może okazać się dość czasochłonne. Pamiętajmy, że pracodawcy muszą m.in. zweryfikować czy mają zwartościowane stanowiska pracy, a jeśli tak, to czy zastosowano obowiązkowe kryteria (w praktyce większość przeprowadzanych wartościowań nie uwzględnia warunków pracy), ustalić kryteria stosowane przy podwyżkach, zweryfikować gdzie występują nierówności w płacach i czy są obiektywne powody tych różnic. A to tylko początek. – mówi Katarzyna Wilczyk, Starszy Prawnik w Kancelarii Raczkowski. Konieczne będzie także ułożenie procesu udzielania informacji indywidualnych o poziomie wynagrodzenia. Ten proces należy zacząć od analizy wszystkich składników wynagrodzenia i świadczeń związanych z pracą – nie wszystkie bowiem trzeba będzie uwzględniać na potrzeby udzielania informacji. Podobnie w przypadku liczenia luki płacowej – już teraz warto sprawdzić czy luka u nas występuje, a jeśli tak to na jakim poziomie i czy mamy obiektywne powody do różnicowania wynagrodzeń pracowników – dodaje.

Spore wyzwania czekają także na spółki działające w ramach grup kapitałowych. Zasada jednego źródła, którą wprowadzi polska ustawa może wymóc na takich podmiotach zmiany procesu decyzyjnego w zakresie wynagrodzeń. Jeżeli bowiem jedna ze spółek z grupy (w tym z zagranicy) narzuca innym spółkom (w Polsce) zasady wynagradzania, premiowania, podwyżek – wówczas pracownicy spółki polskiej będą mogli porównywać swoje wynagrodzenia do wynagrodzeń pracowników spółki, która te zasady ustala.

To kluczowe kwestie, które trzeba będzie rozstrzygnąć. Nawet przy założeniu — zgodnie z nowym projektem ustawy — że nowe obowiązki zaczną obowiązywać na początku 2027 roku, czasu na przygotowanie nie jest wiele. Organizacje zyskały wprawdzie co najmniej dodatkowe pół roku, jednak im wcześniej firmy rozpoczną analizę swoich struktur wynagrodzeń oraz procesów wewnętrznych, tym sprawniej i bezpieczniej dostosują się do nadchodzących wymogów. Jednym z głównych celów wspomnianej dyrektywy jest likwidacja różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Unijny ustawodawca mówi – pracodawcy muszą być transparentni w kwestii wynagrodzeń i podejmować działania w przypadku nieuzasadnionych różnic w wynagrodzeniach między płciami. Jak dotąd tylko kilka państw członkowskich Unii Europejskiej transponowało te przepisy do prawa krajowego.

Pro‑pracownicze prawo bez społecznego rezonansu

Choć temat przejrzystości wynagrodzeń funkcjonuje w debacie publicznej od kilku lat, to najnowsze dane z rynku pracy zaskakują w kontekście podejścia pracowników do tego tematu. Międzynarodowe badanie „2026 HR & Payroll Pulse” przeprowadzone przez SD Worx wśród 5936 pracodawców i 16 500 pracowników w 16 krajach europejskich, pokazuje, że 58 proc. pracowników w Polsce i aż 66 proc. w Europie nie jest świadomych dyrektywy w sprawie przejrzystości wynagrodzeń i nie wie, co to oznacza dla ich praw. To pokazuje, że przejrzystość wynagrodzeń jest na wyższym poziomie w wielu organizacjach, jeśli chodzi o politykę, niż w codziennym doświadczeniu pracowników.

Ankietowani zostali zapytani również o to jak postrzegają swoje wynagrodzenia. Co trzeci Polak (32 proc.) wskazał, że jego pensja nie jest sprawiedliwą zapłatą, w stosunku do pracy jaką wykonuje. Z kolei wśród pracowników, którzy najczęściej deklarowali, że ich wypłata jest właściwa byli Ci zatrudnieni w Wielkiej Brytanii (54 proc.), Irlandii (57 proc.) i Holandii (58 proc.). A mniej niż połowa (48 proc.) polskich pracowników wskazała, że ich wynagrodzenie jest uczciwe w porównaniu do kolegów na podobnych stanowiskach w firmie.

Pracodawcy vs. nowe prawo

Badanie przeprowadzone przez SD Worx, wiodącego europejskiego dostawcę rozwiązań HR, pokazuje, że pracodawcy nie tylko nie są gotowi na nowe przepisy, ale również że przejrzystość płac nie jest najważniejszym tematem. Tylko 18 proc. polskich organizacji wymienia przejrzystość płac wśród pięciu najważniejszych priorytetów w zakresie wynagrodzeń na rok 2026. Okazuje się, że w Europie ta kwestia prezentuje się równie niekorzystnie, bowiem tylko 19 proc. europejskich firm wskazało priorytet w tym obszarze. Co więcej tylko 3 na 4 badane polskie firmy (74 proc.) deklarują świadomość w zakresie dyrektywy UE dotyczącej przejrzystości płac, co jest i tak wyższym wynikiem niż średnia europejska, która wyniosła 68 proc.

Ponadto co dziesiąty (10 proc.) menedżer HR w Polsce i Europie nie zgadza się ze stwierdzeniem, że jego organizacja jest w pełni przygotowana do spełnienia wymogów dyrektywy. Jednak większość z nich – 64 proc. w Polsce i 62 proc. w Europie zadeklarowała, że firma jest w pełni przygotowana. Jednak widoczna jest dysproporcja, koncentrując się na wielkości firmy. Wśród przedsiębiorstw zatrudniających ponad 1000 pracowników odsetek ten wynosi 68 proc., a wśród firm zatrudniających mniej niż 100 osób – 52 proc. W tym samym czasie tylko co piąta (19 proc.) polska i europejska organizacja oferuje swoim pracownikom konkretne narzędzia, które mają na celu uwidocznienie przejrzystości wynagrodzeń, takie jak widełki płac czy poziomy wynagrodzeń na danych stanowiskach.

Sprawiedliwe płace również nie są domeną wszystkich pracodawców. Tylko 63 proc. uważa, że wynagradza swoich pracowników fair. A przeciętnie 18 proc. polskich firm przyznaje, że nie płaci swoim pracownikom uczciwie. Chociaż 59 proc. organizacji regularnie analizuje wewnętrzne dane w celu identyfikacji i likwidacji różnic w wynagrodzeniach, tylko 39 proc. pracowników uważa, że ich organizacja jest naprawdę zaangażowana w rozwiązanie tego problemu. Z czego niewiele większe zaufanie w tym obszarze wykazują Polacy (41 proc.), niż Polki (37 proc.). Jednak już połowa mężczyzn (51 proc.) i kobiet (50 proc.) oczekuje, że w nadchodzących latach przejrzystość wzrośnie.

Prace w toku

Choć prace legislacyjne nad pełnym wdrożeniem unijnej dyrektywy wciąż trwają, już dziś warto, aby organizacje podejmowały działania ułatwiające płynne wejście w nową rzeczywistość prawną. Systematyczne gromadzenie, analiza i porównywanie danych o wynagrodzeniach pozwala firmom szybciej identyfikować potencjalne nierówności płacowe i podejmować ukierunkowane działania naprawcze. Dzięki temu przedsiębiorstwa nie tylko lepiej przygotowują się do nadchodzących regulacji, ale również wzmacniają swoją atrakcyjność na rynku pracy. Transparentność wynagrodzeń odgrywa bowiem coraz większą rolę w przyciąganiu i zatrzymywaniu talentów — aż 74 proc. polskich pracowników uznaje ją za (bardzo) ważny czynnik przy wyborze pracodawcy.

Transparentność to nadchodzący obowiązek, a zarazem wartość dodana firm. Jak pokazuje najnowsze badanie SD Worx, jest wiele obszarów, które zarówno pracodawcy, jak i pracownicy muszą nadrobić. Jednocześnie jest to element, który będzie wzmacniał konkurencyjność pracodawców, ponieważ już dziś 3 na 4 Polek i Polaków wskazuje właśnie przejrzystość wynagrodzeń jako aspekt decydujący o wyborze miejsca pracy. Aby pozostać konkurencyjnym na rynku, warto już teraz podejmować działania, które przybliżą organizację do transparentności, m.in. wartościując stanowiska, czy przygotowując tabele wynagrodzeń zasadniczych, zanim jeszcze przepisy Dyrektywy UE zostaną w pełni wdrożone do prawa krajowego. Warto wykorzystać potencjał i możliwości, które oferują nam nowoczesne technologie i sztuczna inteligencja. Przeniesienie danych z formy papierowej lub arkuszy excel do profesjonalnych systemów HR może w mierzalny sposób usprawnić przygotowanie działów kadr i płac na nowe obowiązki, takie jak raportowanie, związane z dyrektywą o przejrzystości wynagrodzeń – mówi Paulina Zasempa, People Country Lead w SD Worx Poland.