Ożywienie na rynku nieruchomości w lutym. Mieszkania sprzedają się szybciej

Luty 2026 r. przyniósł wyraźne ożywienie na rynku mieszkaniowym: skrócił się czas sprzedaży, wzrosła liczba udzielanych kredytów, a popyt ponownie nabrał dynamiki. Jednocześnie oferta mieszkań nadal się kurczy, a ceny – choć stabilne w ujęciu miesięcznym – utrzymują się na relatywnie wysokim poziomie. W tle tych zmian pojawia się jednak istotna zmiana makroekonomiczna: zakończenie cyklu obniżek stóp procentowych i rosnąca niepewność co do ich przyszłego kierunku. Zestawienie najważniejszych wydarzeń w lutym br. przygotowali eksperci SonarHome.pl.

Luty nie przyniósł gwałtownych zmian cen ofertowych w największych miastach. W większości z nich stawki pozostały na poziomie zbliżonym do stycznia, co wskazuje na chwilową stabilizację rynku. Wyjątkiem okazał się Poznań, gdzie ceny wzrosły o blisko 2% miesiąc do miesiąca. W ujęciu rocznym wzrosty są nadal widoczne, choć umiarkowane – najmocniej wyróżniają się Gdańsk (+6%) oraz Poznań (+4%) – wynika z analizy SonarHome.pl, platformy umożliwiającej wycenę mieszkania i znalezienie agenta.

Jednocześnie wyraźnie kurczy się liczba dostępnych ofert. Trend spadkowy rozpoczął się już w drugiej połowie 2025 roku i na początku 2026 roku przeszedł w fazę stabilizacji – liczba ogłoszeń przestała gwałtownie maleć, ale pozostaje wyraźnie niższa niż wcześniej. Największe spadki podaży odnotowano we Wrocławiu i Krakowie (po ok. -15% rok do roku) oraz w Poznaniu (-10%). W Warszawie i Łodzi zmniejszenie oferty było łagodniejsze.

Rynek wszedł w fazę ograniczonej podaży, która przy odbudowującym się popycie może w kolejnych miesiącach wywierać presję na wzrost cen, nawet jeśli dziś jeszcze tego wyraźnie nie widać. Na tym tle wyróżnia się Gdańsk, gdzie liczba ofert niemal się nie zmieniła, a ceny mimo to rosną, co może świadczyć o silnym popycie wynikającym z poprawy zdolności kredytowej kupujących – mówi Anton Bubiel, ekspert rynku mieszkaniowego SonarHome.

Kredyty wpływają na szybszą sprzedaż mieszkań

Luty – po słabszym styczniu – przyniósł wyraźne odbicie aktywności rynkowej. Czas potrzebny na sprzedaż mieszkań skrócił się we wszystkich największych miastach, co potwierdza powrót do typowego dla rynku tempa po sezonowym spowolnieniu. Średni czas sprzedaży w sześciu największych miastach wynosi obecnie 108 dni. Najdłużej na kupca czekają sprzedający w Krakowie i Wrocławiu (ok. 111 dni), a najszybciej transakcje realizowane są w Poznaniu (ok. 103 dni).

Styczniowe wydłużenie czasu sprzedaży było efektem sezonowości. Luty potwierdził, że fundamenty popytu pozostają mocne, a kupujący wracają na rynek szybciej, niż można było się spodziewać – zauważa Anton Bubiel.

Silnym impulsem dla rynku pozostaje kredyt hipoteczny. Liczba udzielonych kredytów wzrosła o ponad 54% rok do roku, a także o 8,5% względem stycznia. Równocześnie liczba osób wnioskujących o finansowanie sięgnęła 45 tys., co oznacza wzrost o blisko 23% miesiąc do miesiąca.

Koniec obniżek stóp procentowych i rosnąca niepewność

Ważnym kontekstem dla rynku mieszkaniowego są decyzje monetarne. Najnowsze sygnały z banku centralnego wskazują, że cykl obniżek stóp procentowych dobiegł końca, a polityka pieniężna przechodzi w fazę wyczekiwania.

Pojawiają się również głosy sugerujące możliwość podwyżek stóp w przyszłości, szczególnie w kontekście utrzymującej się inflacji i zwiększającej się liczby czynników ryzyka geopolitycznego, takich jak napięcia na Bliskim Wschodzie, które mogą wpłynąć na ceny energii i transportu. Dodatkową składową niepewności pozostają dyskusje o potencjalnych zmianach podatkowych – w tym o podatku katastralnym lub dodatkowym opodatkowaniu kolejnych nieruchomości.

Co to oznacza dla kupujących i inwestorów?

Obecna sytuacja rynkowa tworzy mieszany obraz. Z jednej strony rosnący popyt i ograniczona podaż mogą sprzyjać wzrostowi cen. Z drugiej – brak dalszych obniżek stóp procentowych ogranicza potencjał poprawy dostępności kredytów. Dla kredytobiorców oznacza to konieczność podejmowania decyzji w warunkach stabilnych, ale niekoniecznie korzystniejszych kosztów finansowania. W scenariuszu pogorszenia sytuacji makroekonomicznej raty kredytów mogą nawet wzrosnąć.

Konsumenci i inwestorzy stają się bardziej ostrożni, zarówno ze względu na koszt pieniądza, jak i niepewność regulacyjną. Najbliższe miesiące mogą sprzyjać sprzedającym – zwłaszcza jeśli ograniczona oferta spotka się z utrzymującym się wysokim popytem. Kluczowe będzie jednak to, czy zdolność kredytowa kupujących pozostanie na obecnym poziomie – podsumowuje rynkową sytuację Anton Bubiel.

Marcowy wzrost inflacji w Polsce słabszy od oczekiwań analityków

Wstępne marcowe odczyty inflacji CPI w Polsce wyniosły odpowiednio 1 proc. w ujęciu miesięcznym i 3 proc. w ujęciu rocznym. Te odczyty są wyraźnie wyższe od poprzednich (0,3 proc. m/m i 2,1 proc. r/r), ale równie wyraźnie niższe od prognoz (1,4 proc. m/m i 3,3 proc. r/r). To może oznaczać, że chociaż w wyniku konfliktu na Bliskim Wschodzie należy się spodziewać wyższej inflacji to jednak pierwsze szacunki były odrobinę przereagowane. Dopóki jednak konflikt się nie zakończy to należy się pogodzić z dużą niepewnością, a co za tym również większymi rozbieżnościami pomiędzy prognozami i właściwymi odczytami.

Rynek pracy wchodzi w fazę ostrożności. Firmy zamrażają rekrutacje, a pracownicy trzymają się etatów

Skutki geopolitycznej destabilizacji, z którą na bieżąco musi radzić sobie polska gospodarka, widać już na rynku pracy. Firmy coraz częściej zamrażają rekrutacje i ograniczają najmniej efektywne stanowiska, jednocześnie przyspieszając automatyzację procesów. W efekcie rośnie zjawisko „job huggingu”. Pozornie zwiększa to stabilność zespołów i zmniejsza rotację, ale nie przekłada się na produktywność, ani na prawdziwą lojalność. Co więc mogą zrobić pracodawcy? Wyniki badania Trenkwalder pokazują, jakie działania naprawdę wiążą pracownika z organizacją.

Zaburzenia geopolityczne, stagnacja na świecie i pełzająca inflacja sprawiły, że w oczekiwaniu na lepsze czasy, polskie firmy przeszły w tryb optymalizacji, próbując osiągnąć wzrost produktywności poprzez automatyzację i zamrożenie rekrutacji.  W lutym br. stopa bezrobocia po raz pierwszy od września 2021 wzrosła do poziomu 6,1 proc., a liczba ofert pracy zgłaszanych do urzędów pracy była o 40 proc. mniejsza niż w ubiegłym roku i wyniosła zaledwie 31,7 tys. To najniższy poziom od 15 lat. Z kolei według danych systemu rekrutacyjnego Element dla Grant Thornton na 50 największych portalach rekrutacyjnych opublikowano o 7 proc. mniej ogłoszeń o pracę niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

OD RYNKU PRACOWNIKA DO RYNKU OSTROŻNOŚCI

Spadek liczby ofert pracy i ostrożniejsze podejście firm do rekrutacji tworzą nową rzeczywistość, w której pracownicy coraz częściej porzucają myśl o zmianie zatrudnienia. Widoczne zaczyna być zjawisko tzw. „job huggingu”, czyli kurczowego trzymania się przez pracowników miejsca zatrudnienia, pomimo braku satysfakcji zawodowej. Wg. najnowszego „Barometru Polskiego Rynku Pracy”, aż 22 proc. Polaków  deklaruje, że nic nie jest w stanie nakłonić ich do zmiany obecnego miejsca zatrudnienia – nawet wyższe wynagrodzenie. Pracownicy wybierają strategię bezpieczeństwa, której nie należy mylić z lojalnością.
W raporcie Trenkwalder „Wyzwania pracodawców. Strategie budowanie lojalności pracowników”[1], przeprowadzonym wśród 500 pracodawców i 500 pracowników, zarówno pracodawcy (52,4 proc.), jak i pracownicy (69,4 proc.) wskazali, że wysoka jakość pracy i zaangażowanie w obowiązki zawodowe to dwa najważniejsze czynniki, które świadczą o prawdziwej lojalności pracownika. Realne zaangażowanie, inicjatywa czy gotowość do podejmowania dodatkowej odpowiedzialności pomogą więc odróżnić lojalnego pracownika od job huggersa.

POZORNA LOJALNOŚĆ PRACOWNIKÓW, REALNE PROBLEMY PRACODAWCÓW

Jak wynika z raportu Trenkwalder aż 44,6 proc. pracodawców postrzega obecnie swoich pracowników jako umiarkowanie lojalnych, czyli częściowo zdystansowanych i nie w pełni zaangażowanych w życie organizacji. W efekcie organizacje funkcjonują w warunkach pozornej stabilizacji – zespoły się nie zmieniają, ale ich efektywność i dynamika rozwoju mogą stopniowo słabnąć.

– Zjawisko „job huggingu” warto analizować nie jako przejaw stabilizacji, ale jako sygnał ostrzegawczy. To moment, w którym firmy powinny przyjrzeć się lojalności i zaangażowaniu pracowników i ocenić, czy jest autentyczne, czy to może tylko pozorna gra na przeczekanie. – podkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej, CEO agencji zatrudnienia Trenkwalder i Członek Zarządu Polskiego Forum HR.

SEKRETY BUDOWANIA LOJALNOŚCI – CZEGO OCZEKUJĄ PRACOWNICY?

W tej sytuacji kluczowe staje się pytanie, co w praktyce buduje prawdziwą lojalność pracowników – taką, która przekłada się na ich zaangażowanie i efektywność. Badanie Trenkwalder, pokazuje, że dla 53 proc. respondentów kluczową rolę odgrywa stabilne wynagrodzenie oraz bezpieczeństwo finansowe.

To oznacza, że strategie, pomysły i działania HR warto zderzać z piramidą potrzeb Maslowa, aby zrozumieć co zadziała, albo dlaczego nie działa. Według Abrahama Maslowa, amerykańskiego psychologa i autora teorii potrzeb, potrzeby wyższe aktywizują się dopiero wówczas, gdy niższe są już zaspokojone.

– W organizacjach oznacza to, że pracownik nie rozwinie się, ani nie będzie w pełni zaangażowany, jeśli nie ma poczucia bezpieczeństwa. W praktyce, jeżeli wynagrodzenie pracownika będzie nierynkowe, to benefity pozapłacowe, szkolenia czy warsztaty rozwojowe nie zwiążą go z organizacją, a mogą zadziałać wręcz odwrotniezaznacza Ewelina Glińska-Kołodziej. – Pracownik, który ma zapewnione stabilne warunki zatrudnienia i przewidywalność, czyli poczucie bezpieczeństwa, otrzymuje fundament, dzięki któremu może skupić swoją energię na rozwoju, a nie na obawach.dodaje Ewelina Glińska-Kołodziej.Działana pracodawcy zwiększanie lojalności

Blisko 47 proc. ankietowanych zwraca uwagę na zachowanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, a 38 proc. na elastyczny czas pracy. Tym samym pracownicy coraz wyraźniej mówią: chcemy pracować dobrze, ale nie kosztem siebie.

– To pokazuje głęboką zmianę paradygmatu. Dziś praca nie definiuje całego życia, lecz stanowi jego część – ważną, ale nie jedyną, równorzędną z innymi sferamimówi Ewelina Glińska-Kołodziej.

PRACOWNICY CHCĄ BENEFITÓW I DOCENIENIA ZAMIAST AWANSÓW

Według raportu Trenkwalder, 35 proc. ankietowanych zapytanych o działania pracodawców, które skutecznie zwiększają lojalność, wskazuje na kwestię różnorodności benefitów pozapłacowych, 34 proc. docenia programy zdrowotne i pakiety medyczne, a 32 proc. zwraca uwagę na kwestię szacunku dla doświadczenia i kompetencji pracowników.

Ciekawym wnioskiem jest relatywnie niskie znaczenie awansów czy programów rozwojowych w kontekście lojalności (27 proc. wskazań) – to sygnał, że wielu pracowników nasyciło się już tytułami. Nie chodzi więc o kolejne dodatki, lecz o prawdziwą troskę o dobrostan – równowagę, docenienie i kulturę współpracy.

Dla pracowników bardzo ważne są potrzeba przynależności, akceptacji, współpracy, otwarta komunikacja i poczucie, że jest się częścią zespołu. To właśnie wtedy zaczyna kiełkować autentyczna więź z firmą. Gdy w kolejnym kroku organizacja konsekwentnie wzmacnia potrzebę uznania poprzez szacunek i docenianie pracownika, daje mu poczucie wpływu na decyzje, możliwość rozwijania kompetencji i budowania autorytetu, pracownik zaczyna postrzegać ją jako miejsce, w którym może się rozwijaćprzekonuje Ewelina Glińska-Kołodziej, CEO agencji zatrudnienia Trenkwalder i Członek Zarządu Polskiego Forum HR.

POKOLENIA A SKUTECZNOŚĆ STRATEGII LOJALNOŚCIOWYCH

Badanie Trenkwalder pokazało, że pracownicy w dużym stopniu potwierdzają intuicje pracodawców. Dla „Zetek” najważniejsza jest elastyczność i work-life-balance, a dopiero na trzecim miejscu stabilne wynagrodzenie. Natomiast starsze pokolenia (Milenialsi, Pokolenie X i Baby Boomers) najwyżej cenią sobie stabilne wynagrodzenie i bezpieczeństwo finansowe, ale też szacunek dla swojego doświadczenia zawodowego i kompetencji.

Firmy, które potrafią to docenić, zyskują nie tylko lojalność, ale i ambasadorów marki pracodawcy. W obliczu starzejącego się społeczeństwa i malejącej liczby kandydatów na rynku pracy, ta umiejętność nabiera strategicznego znaczeniapodkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej.Działania pracodawcy ocena pracowników wg pokoleń

Według danych GUS, współczynnik przyrostu naturalnego w Polsce od stycznia do września 2025 roku wyniósł -4,3%, co potwierdza, że nadchodzi czas, w którym utrzymanie doświadczonych pracowników stanie się jednym z kluczowych wyzwań HR. Dlatego przyszłość lojalności nie będzie należała do tych, którzy oferują najwięcej benefitów, lecz do tych, którzy najlepiej rozumieją potrzeby swoich ludzi – niezależnie od wieku, doświadczenia i etapu życia zawodowego.

Jak zaznacza CEO agencji zatrudnienia Trenkwalder, najtrwalszą lojalność można zbudować na szczycie piramidy Maslowa, czyli tam, gdzie pojawia się kreatywność, poczucie sensu i samorealizacji. Jeśli pracownik widzi, że jego praca ma znaczenie, a cele firmy są spójne z jego wartościami, lojalność staje się naturalną konsekwencją, a nie wymuszoną strategią.

[1] „Wyzwania pracodawców. Strategie budowanie lojalności pracowników”, Trenkwalder, Listopad 2025. Badanie przeprowadzone we współpracy z pracownią badawczą Openfield wśród 500 pracowników i 500 pracodawców
z sektora prywatnego z różnych branż
.

Jen pod presją, dolar w ofensywie. Rynki boją się eskalacji i stagflacji

Główna para walutowa świata poniżej 1,15 – to jedna z wielu konsekwencji wzrostu niepewności na Bliskim Wschodzie. Protokół z posiedzenia BoJ sugeruje, że podwyżki stóp są nieuniknione, a pierwsze dane dotyczące konsumentów wskazują na znaczne pogorszenie nastrojów, zarówno w Europie, jak i w USA. 

Znów sygnał eskalacyjny

Na rynku FX rozpoczynamy kolejny tydzień wojny na Bliskim Wschodzie. Pozbawiona spójności narracja obu stron sprawia, że trudno oczekiwać szybkiego zakończenia konfliktu. Prezydent USA ogłosił 15-punktowy plan pokojowy, ale jednocześnie mówi też o przejęciu irańskiej ropy i zajęciu wyspy Chark. Początek tygodnia przebiega pod znakiem umocnienia dolara amerykańskiego, który w relacji do euro schodzi poniżej granicy 1,15. Do wojny dołączyli rebelianci z Huti, co jest czynnikiem eskalującym i zwiększa ryzyko zakłóceń w globalnych dostawach. Na indeksie dolarowym znów widzimy próbę wyjścia ponad poziom 100 pkt. Wartość indeksu była już w tym miejscu kilka razy, ale za każdym razem opór zadziałał. Kolejne godziny handlu pokażą, jak będzie tym razem.

Chwilowa ulga dla JPY?

Sporo dzieje się ostatnio na jenie japońskim, a także na giełdzie w Tokio. To kolejny dzień wyprzedaży, a Nikkei tylko dzisiaj stracił blisko 4%. Jen umocnił się dzisiaj o 0,5% do dolara amerykańskiego po „ostatecznym ostrzeżeniu” rządu, który stwierdził, że nie będzie dalej biernie patrzył, jak kapitał spekulacyjny osłabia jena. Kurs USD/JPY przebił w piątek wieczorem granicę „bólu” na poziomie 160. Jej przekroczenie ma zdaniem analityków  skłonić władze Kraju Kwitnącej Wiśni do interwencji na rynku walutowym. Deprecjacja waluty znacznie zwiększa koszt importu towarów, a przy tak wysokich cenach ropy naftowej może prowadzić do wyższej inflacji, a w konsekwencji do stagflacji. A tego władze w Japonii chcą za wszelką cenę uniknąć. Dzisiaj jenowi pomaga też opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia BoJ, który wskazuje, że kilku członków z dziewięcioosobowego gremium opowiada się za przyśpieszonym tempem zacieśniania monetarnego. Sytuacja na Bliskim Wschodzie powinna sugerować nawet wyższą skalę podwyżki stóp, co rynki odczytały jako coś więcej niż 25 pkt bazowych. Japonia niemal całą ropę i gaz importuje, a większość właśnie przez Cieśninę Ormuz. Dalsza jej blokada i wzrost cen surowców może uderzyć bezpośrednio w gospodarkę. Istotne jest więc pytanie, czy BoJ już 28 kwietnia zdecyduje się na podwyżkę stóp.

Fatalne nastroje konsumentów

Przedłużający się konflikt na Bliskim Wschodzie musiał w końcu przełożyć się na pogorszenie nastrojów wśród konsumentów. Opublikowany dzisiaj raport Komisji Europejskiej pokazał, że w marcu zaufanie konsumentów spadło do poziomów niewidzianych od 2023 r. To bez wątpienia efekt szoku energetycznego, który ma aktualnie miejsce. Nie może więc dziwić największy niepokój, który widać w raporcie. W przypadku  oczekiwań inflacyjnych nastąpił wzrost z 17,2 do aż 43,4 pkt. Nie inaczej jest w USA. Piątkowy raport Uniwersytetu Michigan pokazał znaczne pogorszenie nastrojów gospodarstw domowych i wzrost oczekiwań inflacyjnych. Dla EBC i Fed takie dane są bardzo niepokojące, gdyż załamanie konsumpcji (w USA to blisko 70% PKB) może wpłynąć na pogorszenie wzrostu gospodarczego. Te dane można traktować jako prognostyk co do  kolejnych napływających odczytów. Tym bardziej, że cena ropy WTI znów przekracza dzisiaj poziom 100 USD za baryłkę, co dość szybko będzie miało odzwierciedlenie na stacjach benzynowych.

Wojna w Iranie bez przełomu. Kurs dolara i ceny energii nadal rosną

Rozpoczyna się drugi miesiąc wojny w Iranie. Wciąż nie widać realnych perspektyw zawieszenia ognia ani otwarcia cieśniny Ormuz.

Kluczowe punkty:

  • PLN znów pod presją w obliczu konfliktu na Bliskim Wschodzie.
  • Na początku drugiego miesiąca wojny w Iranie USD radzi sobie dobrze.
  • Ceny energii rosną, mimo że Trump szuka drogi wyjścia.
  • Zgodnie z danymi PMI obawy związane z wojną oddziałują już na aktywność biznesową.
  • Komunikaty EBC budzą wątpliwości co do podwyżki stóp procentowych w kwietniu.
  • Rentowności 10-letnich obligacji w Wlk. Brytanii są najwyższe od 2008 r.
  • W piątek poznamy raport NFP z USA.

Perspektywa przedłużającego się konfliktu, którego wynik nie jest pewny, sprawiła, że akcje, obligacje i niemal wszystkie waluty z wyjątkiem dolara amerykańskiego odnotowały spadki. Wyprzedaż przyspieszyła przed zamknięciem handlu w piątek i dalej trwała w poniedziałek podczas wczesnego handlu w Azji. Ceny surowców energetycznych kierują się w górę, a wraz z nimi rosną ceny innych surowców – to jedyna ważna klasa aktywów, która zyskuje na sytuacji. Dane makroekonomiczne z całego świata zaczynają odzwierciedlać konsekwencje wojny, czyli wyższą inflację i słabszy wzrost gospodarczy.

Największy wpływ na rynki mają oczywiście wciąż nagłówki dotyczące wojny w Iranie. Podobnie jak podczas chaosu po „dniu wyzwolenia”, nieprzewidywalne oświadczenia Trumpa mają coraz mniejszy wpływ na codzienne wahania cen aktywów. Choć przewidzenie dalszego przebiegu wojny jest właściwie niemożliwe, poznamy w tym tygodniu kluczowe odczyty makroekonomiczne, które powinny pokazać, jak wpływa ona na największe gospodarki. Najważniejsze spośród nich to amerykańskie dane z rynku pracy w marcu, których zwieńczeniem będzie raport NFP (non-farm payrolls) w piątek (03.04) i wskaźnik ISM PMI dla przemysłu w środę (01.04) oraz wstępny odczyt inflacji HICP w marcu w strefie euro we wtorek (31.03).

PLN

Złoty ponownie radzi sobie gorzej, a kurs EUR/PLN zbliża się do poziomu 4,30. Krajowe odczyty ekonomiczne były niespecjalnie dobre. Sprzedaż detaliczna pogłębiła spadek z początku roku – oczekiwany był łagodniejszy. Stopa bezrobocia wzrosła zaś do 6,1%, jak szacowało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Pewne rozluźnienie na rynku pracy jest widoczne, potrzebujemy jednak więcej danych, by przekonać się, na ile jest ono przejściowe. W tym tygodniu poznamy wstępny odczyt inflacji w marcu (wtorek 31.03), który będzie uwzględniać początkowy wpływ wojny na Bliskim Wschodzie. Oczekuje się jej silnego wzrostu z 2,1% w lutym do ponad 3%. W kwietniu, w obliczu rządowych działań osłonowych, powinna ponownie zbliżyć się do 2%.

Krajowe informacje mają jednak niewielki wpływ na walutę, a kurs EUR/PLN zależy praktycznie całkowicie od nagłówków dotyczących Bliskiego Wschodu.

EUR

W ubiegłym tygodniu euro osłabiło się przez coraz gorsze nagłówki dotyczące wojny w Iranie, niemniej utrzymuje się wciąż w przedziale, który obserwujemy od początku lata. Wskaźniki PMI znacznie spadły, lecz – podobnie jak w Wielkiej Brytanii – pozostają spójne z powolnym wzrostem, nawet po tym, jak kadra zarządzająca zaczęła uświadamiać sobie konsekwencje wojny w Iranie. Sektor przemysłowy ponownie pozornie wydaje się odporny, sądzimy jednak, że jego siła będzie krótkotrwała. Wydaje się ona raczej efektem wyścigu firm o zgromadzenie zapasów przed oczekiwanym wzrostem cen niż wynikiem rzeczywistej ekspansji napędzanej popytem.

Komunikaty Europejskiego Banku Centralnego sugerują, że nie będzie on wahał się przed podwyżkami stóp procentowych w odpowiedzi na wzrost presji inflacyjnej spowodowany skokiem cen surowców energetycznych, co prawdopodobnie pomaga wspólnej walucie odbić się z ostatnich minimów. Niemniej ostatnie wypowiedzi członków Rady Prezesów nie potwierdziły wprost ruchu w górę w kwietniu i zarówno termin, jak i skala zacieśniania polityki monetarnej pozostają otwartą kwestią. Biorąc pod uwagę jastrzębi przechył w EBC, wstępny odczyt inflacji we wtorek (31.03) może być najważniejszym od wielu miesięcy.

USD

Dzięki rewolucji łupkowej, która zakończyła zależność USA od importu surowców energetycznych i uczyniła z nich eksportera netto, Stany Zjednoczone nie są narażone na najpoważniejsze konsekwencje skoku cen surowców energetycznych. Znajduje to odzwierciedlenie w umocnieniu się dolara względem pozostałych walut G10. Spodziewamy się dalszych jego wzrostów tak długo, jak długo wojna będzie trwała bez perspektyw na jej zakończenie. Pewną pociechą może być fakt, że Donald Trump przynajmniej wydaje się dążyć do relatywnie szybkiego wycofania się z wojny. Przekonamy się, czy będzie w stanie przeprowadzić kontrolowaną deeskalację w taki sposób, by mógł ją przedstawić jako swoje zwycięstwo.

Dolarowi ciąży obecnie przede wszystkim relatywna gołębiość Rezerwy Federalnej, która wydaje się mniej chętna niż inne banki centralne G10, by na skok cen energii zareagować podwyżkami stóp procentowych. Zamiast przygotowywać się na wyższe stopy w USA, rynki futures spodziewają się obecnie zaledwie ich utrzymania na obecnym poziomie do końca roku. Perspektywy te wystawią na próbę w tym tygodniu dane z rynku pracy (piątek 03.04). Oczekuje się, że wojna w Iranie wpłynie na nie w stosunkowo niewielkim stopniu, co mogłoby skłonić większą liczbę członków FOMC do poparcia wyższych stóp procentowych.

GBP

Funt, który w ubiegłym tygodniu osłabił się względem dolara i euro, zaczyna odczuwać pełny wpływ wojny w Iranie. Jak dotąd jedynym istotnym odczytem, który odzwierciedla wpływ wojny na brytyjską gospodarkę, były ubiegłotygodniowe wstępne wskaźniki PMI. Zbiorczy był niższy niż w lutym, daleko mu jednak było do katastrofalnego poziomu – zgodnie z nim gospodarka wciąż rośnie, choć powoli. Sektor przemysłowy doświadczył zaskakującego odbicia, niemniej było to spowodowane po części gromadzeniem zasobów i zakłóceniami podaży, które sztucznie podniosły wskaźnik.

Jednocześnie gwałtowna wyprzedaż obligacji skarbowych na całym świecie była na brytyjskim rynku szczególnie silnie odczuwana – rentowności benchmarkowych obligacji 10-letnich wzrosły w ubiegłym tygodniu do najwyższego poziomu od 2008 r. Obawy dotyczące inflacji w Wielkiej Brytanii są w pełni uzasadnione. Bank Anglii szacuje obecnie, że ze względu na wzrost kosztów energii inflacja konsumencka osiągnie w dalszej części roku szczyt na poziomie ok. 3,5–4%. Wykluczy to z pewnością dalsze obniżki stóp procentowych, biorąc pod uwagę osłabienie rynku pracy, nie jesteśmy jednak przekonani, że poskutkuje agresywnym zacieśnianiem polityki monetarnej. Wyceniane przez rynki trzy podwyżki w 2026 r. wydają się nam przesadne.

Rosną zasoby instytucjonalnego najmu mieszkań. Ożywienie także w prywatnych akademikach

Sektor instytucjonalnego najmu mieszkaniowego (PRS) w Polsce rozbudowuje się dynamicznie. W 2025 r. na rynek wprowadzono 5821 lokali, co było rekordowym wynikiem – wskazuje raport CBRE „2026 Poland Real Estate Market Outlook”. W 2026 r. możliwy jest porównywalny wynik. Równolegle z rozwojem rynku PRS rośnie sektor prywatnych akademików. W 2025 r. w takich obiektach przybyło trzy razy więcej miejsc niż rok wcześniej. Zdaniem ekspertów CBRE, w bieżącym roku ten wynik może zostać powtórzony.

W minionych 5 latach w sektorze PRS uruchomiono najem blisko 24,7 tys. mieszkań, czyli 87 proc. całej dostępnej obecnie na rynku podaży. W samym 2025 r. na rynek wprowadzono 5821 lokali, a więc rekordową liczbę, choć rezultat poprzedniego roku poprawiony został jedynie o około 100 mieszkań.

Choć teoretycznie sektor PRS i mieszkań na sprzedaż konkurują o podobne grunty, obserwujemy przesuwanie się sektora PRS coraz bardziej w kierunku budynków długoterminowego zakwaterowania realizowanych na gruntach usługowych. Dzięki temu zwiększa się katalog gruntów, na których deweloperzy mogą realizować projekty przeznaczone na długoterminowy najem oraz poszerza się przestrzeń do współpracy z inwestorami instytucjonalnymi. Wielu deweloperów jest otwartych na współpracę z inwestorami instytucjonalnymi na rynku najmu lub na budowę własnej platformy z mieszkaniami na wynajem. Te plany stopniowo mogą się realizować ze względu na umiarkowane wyniki sprzedaży mieszkań na rynku pierwotnym – mówi Agnieszka Mikulska, ekspertka rynku mieszkaniowego w CBRE.

Na koniec minionego roku liczba lokali w instytucjonalnym najmie w największych miastach w Polsce przekraczała łącznie 28,5 tys. Obiekty PRS cieszą się dużym i stabilnym popytem ze strony najemców. Poziom pustostanów na rynku sięga przeciętnie 3,5 proc.

Rozwojowi sektora sprzyja zmniejszony popyt na mieszkania na sprzedaż, zwłaszcza w porównaniu do okresu obowiązywania Bezpiecznego Kredytu 2% czy wcześniejszych niskich stóp procentowych. Skutkuje to ograniczeniem liczby nowych mieszkań na wynajem wprowadzanych na rynek przez osoby prywatne. Z drugiej strony zwiększa liczbę gospodarstw domowych, które korzystają z rynku najmu, nie mogąc sobie pozwolić na zakup mieszkania.

Oferta dla studentów rośnie w siłę

Wraz z rozwojem rynku PRS rośnie pula lokali kierowanych przede wszystkim do studentów, czyli sektor prywatnych akademików. W 2025 r. uruchomiono najem rekordowej, trzykrotnie wyższej niż w poprzednim roku, liczby ponad 3800 miejsc w 12 prywatnych domach studenckich. Aktualne plany inwestorów wskazują, że w 2026 r. ten wynik się powtórzy.

– Dla sytuacji na rynku mieszkaniowym istotne będą zmiany demograficzne i społeczne. Na mapie Polski pojawią się miejsca, które na skutek procesów demograficznych będą się wyludniać, tworząc nowe wyzwania dla rynku mieszkaniowego. Natomiast w największych aglomeracjach popyt mieszkaniowy pozostanie duży – dodaje Agnieszka Mikulska, CBRE.

Kurs dolara rośnie wraz z napięciem wokół Cieśniny Ormuz

Zapowiadany przełom na wojnie nie nadszedł. Walki nadal trwają, atakowane są cele w państwach niebędących bezpośrednio zaangażowanych, a Cieśnina Ormuz pozostaje wciąż niemal zablokowana. Dolar i ropa zyskują. Inflacja na razie nie taka straszna.

Kolejny weekend bez przełomu

Zapowiadane szybkie zakończenie wojny w zatoce i udrożnienie Cieśniny Ormuz wciąż nie nastąpiło. Przed weekendem widzieliśmy typową reakcję rynkową przygotowującą się na wzrost ryzyk: w górę szła ropa naftowa i dolar amerykański. Dzisiaj nad ranem ropa dalej drożeje, głównie dlatego, że Cieśnina Ormuz w dalszym ciągu jest realnie nieżeglowna. Owszem, teoretycznie widać pojedyncze przepływające statki z państw przyjaznych Iranowi, ale nie jest to skala, która powodowałaby jakąkolwiek stabilizację. W rezultacie ropa naftowa wróciła do poziomu 109 USD za baryłkę, czyli w okolice sprzed wpisu prezydenta USA o zawieszeniu broni i postępach w rozmowach pokojowych. Wygląda na to, że te postępy są na razie wolniejsze, niż pierwotnie zakładano.

Dolar znów poniżej 1,15

Gdy trwoga, to do dolara. Podobnie jest teraz na rynku. Jeszcze po zeszłotygodniowych doniesieniach o rozmowach pokojowych oglądaliśmy dolara po 3,66 zł. Dziś to już 3,73 zł. Ruch ten składa się zarówno ze zmian globalnych, jak i lokalnych. Kurs euro wobec dolara wyraźnie spadł wraz z gasnącym optymizmem: na głównej parze walutowej przeszliśmy z poziomu 1,16 USD za EUR do 1,15. Do tego nasza rodzima waluta – polski złoty – również był w odwrocie. Często tak bywa, że wraz z odpływem pieniędzy za ocean, są one zasysane nie tylko ze strefy euro, ale również z państw naszego regionu. Trzeba również pamiętać, że waluty państw rozwijających się nie lubią się z niepokojem na rynku, a tym właśnie jest obecna Wojna w Zatoce Perskiej.

Dobre dane z Hiszpanii

W piątek Hiszpania pokazała dane na temat inflacji. To oczywiście wstępne odczyty, bo marzec się jeszcze nie skończył. Hiszpania z jakiegoś powodu jest pierwszym z dużych państw, które pokazują szacunki dotyczące zmian cen. Warto zwrócić uwagę na to, że oczekiwano wzrostu inflacji w skali roku do 3,7% z 2,3% w lutym. Finalnie wstępny wynik wyniósł 3,3%. Z jednej strony wzrost o 1% w skali miesiąca to poważny problem. Z drugiej – wszyscy widzimy, co dzieje się na rynkach w związku z wojną w Zatoce Perskiej. Fakt, że znaleźliśmy się o 0,4% poniżej oczekiwań analityków, sugeruje, że nie jest aż tak źle, jak sądzono. Wybuch inflacji jest powodem, przez który wiele banków centralnych zapowiada możliwe podwyżki stóp procentowych. Jeżeli inflacja nie będzie rosła aż tak szybko, może uda się ich uniknąć. To byłoby korzystne dla portfeli kredytobiorców, których – poza wysokimi paragonami – mogłyby dodatkowo obciążyć wyższe raty.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Niemcy – wstępny odczyt inflacji.

Należy też pamiętać, że w weekend zmieniliśmy czas na letni i wróciliśmy do standardowej różnicy stref czasowych względem USA.

Święta pod kontrolą budżetów. Polacy w tym roku wydają ostrożnie, ale bez większych cięć

0

Jak wynika z najnowszego raportu rynkowego, 38,1% Polaków planuje utrzymać swój świąteczny budżet na zeszłorocznym poziomie. Chodzi o ilość pieniędzy przeznaczanych na zakup żywności na Wielkanoc, w tym napojów bezalkoholowych. 34,7% rodaków zapowiada podniesienie zakresu wydatków. Natomiast 17,5% konsumentów stwierdza, że ich budżet będzie niższy niż rok temu. Z kolei 7,2% osób nie potrafi się określić w tej kwestii. Tylko 2,5% badanych nic nie wyda na ww. cel, bo np. nie obchodzi świąt lub wyjeżdża w tym czasie. Autorzy raportu twierdzą, że Polacy w tym roku są raczej ostrożni, ale nie przeżywają kryzysu. Do tego po wynikach widać, że obecnie raczej funkcjonują w warunkach umiarkowanej stabilizacji z elementami lekkiej presji kosztowej.

Z raportu UCE RESEARCH i Shopfully Poland pt. „Polacy na świątecznych zakupach. Wielkanoc 2026” wiemy, jak konsumenci oceniają swój tegoroczny budżet na zakup żywności (w tym napojów bezalkoholowych) na Wielkanoc w odniesieniu do zeszłorocznego. 38,1% respondentów zapewnia, że będzie on taki sam jak poprzednio. Jak stwierdza Robert Biegaj, współautor raportu, taka deklaracja świadczy o próbie utrzymania gospodarstwa domowego na dotychczasowym poziomie wydatków.

– To można interpretować jako sygnał względnej stabilizacji zachowań konsumenckich. Wielu rodaków przyzwyczaiło się do określonego poziomu wydatków na świąteczne zakupy i stara się utrzymać podobny budżet, dostosowując do niego listę produktów lub korzystając z promocji. W tej grupie mogą być także osoby, które rok temu nie ograniczały wydatków na święta i chcą utrzymać podobny standard wielkanocnego stołu – komentuje ekspert.

Z kolei 34,7% Polaków zapowiada, że ich tegoroczny budżet będzie wyższy niż poprzedni (6,9% – znacznie wyższy, 27,8% – wyższy). Robert Biegaj uważa, że takie podejście może wynikać z kilku czynników. Po pierwsze, część konsumentów zakłada, że ceny produktów spożywczych przed świętami mogą być wyższe niż rok temu. Dlatego z góry planuje większe wydatki. Po drugie, w wielu przypadkach może to oznaczać chęć podniesienia nieco standardu świąt, np. kupienia większej liczby produktów lub lepszej jakości artykułów, choć niekoniecznie w bardzo dużej skali. To potwierdza fakt, że większość osób z tej grupy mówi raczej o nieznacznie wyższym budżecie.

– Nie można też wykluczyć wpływu indywidualnej poprawy sytuacji finansowej części gospodarstw domowych, np. dzięki podwyżkom wynagrodzeń czy premiom. To pokazuje, że sytuacja materialna części Polaków mogła w ostatnim roku nieco się poprawić, co pozwala im podejść do świątecznych wydatków z większą swobodą – mówi ekspert z Shopfully Poland.

Natomiast 17,5% uczestników sondażu stwierdza, że ich budżet będzie niższy (13,1% – niższy, 4,4% – znacznie niższy). – To grupa ostrożniejszych finansowo konsumentów. W części przypadków może to wynikać z konieczności ograniczenia wydatków z powodu indywidualnej sytuacji finansowej, np. wyższych bieżących kosztów życia. Możliwe też, że część respondentów planuje podejść do zakupów bardziej rozsądnie niż w ub.r. Należy podkreślić, że niższy budżet wcale nie musi oznaczać rezygnacji ze świątecznych produktów, lecz raczej bardziej racjonalne planowanie zakupów, np. większe korzystanie z promocji, porównywanie cen czy ograniczenie liczby kupowanych artykułów – analizuje Robert Biegaj.

Z raportu wynika też, że 7,2% Polaków nie potrafi się określić. – Te osoby podejmą decyzję bliżej świąt. W ich przypadku wysokość wydatków zależeć może od aktualnych cen w sklepach, dostępnych promocji lub bieżącej sytuacji finansowej. Część respondentów może też po prostu nie mieć jeszcze sprecyzowanych planów zakupowych – zwraca uwagę współautor raportu.

2,5% rodaków nic nie wyda na ww. cel, bo np. nie obchodzi świąt lub wyjeżdża w tym czasie. Zdaniem eksperta, to relatywnie niewielka grupa. Najczęściej są to osoby, które nie celebrują Wielkanocy, spędzą ten czas poza domem, np. w innym kraju. Ewentualnie będą uczestniczyć w spotkaniach organizowanych przez innych członków rodziny. W skali całej populacji nie jest to zaskakujący wynik, ponieważ święta nie dla wszystkich wiążą się z organizacją własnych zakupów i przygotowań.

– Deklaracje uczestników tego sondażu należy traktować przede wszystkim jako informacje orientacyjne, barometr nastrojów, a nie precyzyjne porównanie kwotowe rok do roku. Dane wskazują raczej to, jak Polacy postrzegają swoje wydatki i plany zakupowe, niż ile faktycznie wyda każda rodzina. Porównywanie budżetów rdr. przez respondentów obarczone jest naturalnym ryzykiem niedokładności, bo większość osób nie prowadzi szczegółowych rejestrów wydatków świątecznych i często bazuje na pamięci lub odczuciach – przekonuje Robert Biegaj.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Raport pt. „Polacy na świątecznych zakupach. Wielkanoc 2026” powstał na kanwie specjalnego badania opinii publicznej. Badanie zostało przeprowadzone na początku marca 2026 roku metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i Shopfully Poland na ogólnopolskiej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci i regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.

Nie hakerzy, lecz rutyna. To proste błędy otwierają drzwi do cyberataków

Najczęściej bagatelizowane zagrożenia są zarazem najbardziej powszechne: phishing, fałszywe wiadomości, prośby o pilny przelew, a także brak aktualizacji systemów. To właśnie te „proste” pomyłki stoją za około 70-85% udanych ataków, a według raportów CERT Polska i firm security (np. Check Point) ponad 80-90% incydentów zaczyna się od błędu popełnionego przez człowieka. Tradycyjne filtry i procedury przestają wystarczać, jeśli nie towarzyszy im świadome zachowanie użytkowników. Dlatego dziś kluczowym elementem cyberodporności nie są wyłącznie technologie, lecz kultura bezpieczeństwa, regularne szkolenia oraz budowanie nawyku zatrzymania się i weryfikacji – zwłaszcza wtedy, gdy pojawia się presja czasu lub emocji.

Tam, gdzie zawodzi rutyna, zaczynają się straty

Cyberbezpieczeństwo firm przegrywa dziś rzadziej z wyrafinowanym hakerem, a częściej z codzienną rutyną: kliknięciem w fałszywy link, podaniem hasła na spreparowanej stronie, otwarciem zainfekowanego załącznika czy presją czasu w dziale finansów. Ten czynnik pozostaje najtańszą i najskuteczniejszą drogą wejścia do organizacji. Jednocześnie sztuczna inteligencja wzmacnia cyberprzestępców – usuwa typowe „czerwone flagi”, przyspiesza personalizację ataków i umożliwia ich prowadzenie na masową skalę.

Jak zauważa Adam Kassenberg, kierownik specjalizacji Cybersecurity w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, w realnym świecie nie wygrywa najbardziej zaawansowana technologia, ale konsekwentne przestrzeganie podstawowych zasad.

 – To rutynowy phishing, podszywanie się pod przełożonego czy kontrahenta oraz brak aktualizacji oprogramowania odpowiadają za realne straty — mówi. – Te zagrożenia są na pierwszy rzut oka „nudne”, więc łatwo je zlekceważyć, aż do momentu, gdy firma staje przed zablokowanymi danymi lub przelewem kilkuset tysięcy złotych w ręce oszusta podkreśla ekspert.

Rośnie wykrywalność, ale spora część ataków pozostaje „niewidzialna”

Rośnie wykrywalność incydentów, ale wciąż spora część ataków pozostaje „niewidzialna”. – Skala zgłoszeń rośnie, jednak liczby pokazują jedynie to, co zostało zaraportowane. Tylko 10-20% poważniejszych incydentów trafia do CERT/CSIRT lub UODO – reszta pozostaje w „szarej strefie” z obawy przed konsekwencjami wizerunkowymi, presją kontrahentów albo po prostu nie mają procedur, by rozpoznać, który incydent wymaga formalnego zgłoszenia podkreśla Adam Kassenberg.

Z danych CERT Polska wynika, że w 2025 r. zarejestrowano 658 tys. zgłoszeń, a obsłużono/zarejestrowano ok. 261 tys. incydentów (wobec ok. 103 tys. w 2024 r.). Wzrost o ponad 150% wynika głównie z lepszych narzędzi wykrywania i większej świadomości, a niekoniecznie z lawinowego przyrostu liczby ataków.

– Wiele firm żyje w przekonaniu, że nic się nie stało, bo niczego nie zauważyły. Tymczasem brak wykrycia nie oznacza braku incydentu – zwraca uwagę Kassenberg. – Te liczby pokazują skalę problemu, ale nie pokazują pełnego obrazu. Widać głównie to, co zostało wykryte i zgłoszone.

W praktyce najtrudniejsze do zauważenia są małe wycieki danych oraz przypadki, w których firma nieświadomie pełni rolę „pomostu” w kolejnych cyberatakach. – W praktyce „niewidzialne” są szczególnie drobne wycieki i sytuacje, w których organizacja staje się punktem pośrednim do kolejnych ataków i, co gorsza, odkrywa to dopiero po czasie – dodaje ekspert. Tego typu zagrożenia pozostają ukryte, a ich skutki stają się widoczne dopiero po czasie – od naruszenia bezpieczeństwa partnerów, przez utratę zaufania klientów, aż po poważne konsekwencje finansowe i prawne.

W publicznej wyobraźni dominują spektakularne ataki APT (Advanced Persistent Threat), często sponsorowane przez państwa, jednak w praktyce codzienną presję na biznes wywierają masowe kampanie wyłudzeń i złośliwe załączniki trafiające regularnie do setek tysięcy polskich użytkowników i firm.  – Prawdziwe straty generuje rutynowy phishing, oszustwa takie jak podszywanie się pod szefa lub kontrahenta oraz brak aktualizacji oprogramowania – zauważa ekspert. – Te zagrożenia są „nudne”, więc łatwo je bagatelizować, aż do momentu, gdy firma stoi z zablokowanymi danymi lub przelewem kilkuset tysięcy złotych na konto oszusta.

Ekspert wymienia m.in. fałszywe wiadomości od znanych firm, dostawców benefitów czy nawet zgubione pendrive’y. To ważny wniosek dla zarządów: ryzyko nie zawsze rośnie wraz z technologicznym zaawansowaniem atakującego, często rośnie po prostu wraz z natężeniem i skalą prób. W końcu „ktoś w firmie kliknie w podesłany link”.

Łańcuch dostaw: jedno słabe ogniwo otwiera drzwi do dziesiątek firm

Drugim niedocenianym trendem są ataki na łańcuch dostaw (supply chain). W polskich firmach temat bywa traktowany jako problem wielkich korporacji, podczas gdy realnie dotyczy także średnich i mniejszych podmiotów korzystających z popularnych narzędzi i podwykonawców.

 – Jeden zhakowany podwykonawca może otworzyć drzwi do dziesiątek, a nawet setek firm jednocześnieostrzega Kassenberg. Zwraca także uwagę na to, że organizacje rzadko wymagają od dostawców audytów bezpieczeństwa, nie monitorują dostępu osób trzecich i nie analizują, skąd pochodzą biblioteki lub aktualizacje oprogramowania. Problem dotyczy nie tylko dostawców. Czasem mogą to być firmy serwisowe czy podmioty mające fizyczny dostęp do infrastruktury.

AI ułatwia cyberataki: perfekcyjny phishing, deepfake’i i złośliwe programy

Sztuczna inteligencja nie tworzy nowej kategorii ryzyka. Ona wzmacnia stare, znane techniki, czyniąc je tańszymi i skuteczniejszymi. – Na razie przewagę zyskują atakujący. AI ułatwia phishing, deepfake’i i automatyzację atakówmówi Adam Kassenberg, wskazując, że w krótkim czasie przestępcy szybciej zaadaptują AI do ofensywy niż organizacje przygotują się do obrony.

W praktyce sztuczna inteligencja otwiera nowe możliwości dla cyberprzestępców. Pozwala na tworzenie spersonalizowanego phishingu, wolnego od typowych błędów językowych i precyzyjnie dopasowanego do roli oraz kontekstu ofiary. Umożliwia masową produkcję deepfake’ów – zarówno głosowych, jak i wideo – co może prowadzić do oszustw sięgających setek tysięcy, a nawet milionów złotych. AI wspiera też automatyzację spear-phishingu wymierzonego w kadrę zarządzającą oraz przyspiesza tworzenie wariantów złośliwego oprogramowania, w tym polimorficznego malware, który łatwiej omija tradycyjne mechanizmy wykrywania.

W 2025 r. sztuczna inteligencja znacząco obniżyła próg wejścia do skutecznego phishingu i tworzenia deepfake’ów. Ataki, które kiedyś wymagały tygodni pracy, dziś można przygotować i skalować w ciągu godzin.

Dla biznesu oznacza to przede wszystkim obniżenie kosztów przygotowania ataku oraz skrócenie czasu jego realizacji. Tam, gdzie wcześniej oszust musiał „ręcznie” tworzyć wiadomości i narażał się na błędy, dziś kampanie mogą być prowadzone szybciej, efektywniej i znacznie taniej.

1%: ryzyko nie w liczbie prób, tylko w skutkach

Choć większość prób ataków jest skutecznie blokowana przez zabezpieczenia, ryzyko koncentruje się w tej niewielkiej części ataków, które przełamują ochronę, oraz w drobnych incydentach, które bywają ignorowane, aż eskalują. – Ten przysłowiowy „1%” może zatrzymać firmę na tygodnie. Ale drobne incydenty, jeśli są ignorowane, mogą prowadzić do eskalacji i poważniejszych naruszeń – podkreśla Adam Kassenberg, ostrzegając jednocześnie przed konkretnymi liczbami.

Według szacunków z lat 2024–2025 średni koszt incydentu dla polskiej firmy wynosił ok. 30–35 tys. zł, jednak w przypadku średnich i większych przedsiębiorstw realne straty (w tym przestoje, kary, utrata kontraktów, odszkodowania) często sięgały od 500 tys. do kilkunastu milionów złotych.

Ekspert zwraca uwagę, że często koszty pośrednie, takie jak utrata zaufania klientów czy przerwa w działalności, są znacznie wyższe niż sam okup czy naprawa systemów.

Kto jest najbardziej narażony?

Z perspektywy rynku nie wszystkie organizacje są atakowane „tak samo”. Najbardziej narażone sektory (2024–2025) to: produkcja i przemysł, usługi profesjonalne/BPO/IT/telekom, ochrona zdrowia, retail i e-commerce, sektor publiczny oraz infrastruktura krytyczna (dostawcy wody, energii elektrycznej i odbiorcy odpadów). W 2025 r. CERT odnotował wyraźny wzrost ransomware w sektorze produkcyjnym i energetycznym (np. incydent z 29 grudnia 2025 r. w farmach wiatrowych i elektrociepłowni).

Są też wyraźne różnice w profilu ryzyka. Małe firmy częściej padają ofiarą prostego phishingu i „commodity ransomware”, bo mają słabszą ochronę i rzadziej aktualizują systemy; częściej też nie raportują incydentów, więc statystyki są zaniżone. Natomiast duże firmy częściej padają ofiarą ukierunkowanych ataków, ransomware-as-a-service, kradzieży danych w celu szantażu oraz ataków przez łańcuch dostaw, ponieważ dysponują znacznie większą „powierzchnią” narażoną na zagrożenia.

To oznacza, że „jedna strategia dla wszystkich” nie działa oraz że średnie firmy mogą być paradoksalnie w najtrudniejszym położeniu: są już wystarczająco atrakcyjne dla ransomware, a nadal niedoinwestowane w procesy i ekspertów od cyberzagrożeń.

Dlaczego to temat dla zarządu, nie tylko dla IT

Adam Kassenberg zwraca uwagę, że największą barierą w firmach jest sposób myślenia o cyberbezpieczeństwie: bywa ono traktowane jako „problem działu IT”, a nie jako ryzyko strategiczne. – Statystyki w większości zarządów pozostają abstrakcyjnymi liczbami. Dopiero przełożenie ich na konkretne scenariusze biznesowe – przestój, straty, kary – robi różnicę — podkreśla.

Wśród decyzji zarządczych, które najczęściej prowadzą do poważnych incydentów, wymienia się m.in. cięcie budżetów na bezpieczeństwo „w imię optymalizacji”, brak wdrożenia MFA na wszystkich kontach, brak ćwiczeń reakcji na incydenty, nieegzekwowanie aktualizacji oraz brak audytu bezpieczeństwa dostawców. W tle pojawia się jeszcze jedno zjawisko, określane jako „malowanie trawy na zielono” – raportowanie bezpieczeństwa jako dobrego, ponieważ formalnie istnieją procedury, choć w praktyce nie funkcjonują one skutecznie.

W tym kontekście Adam Kassenberg podsumowuje jasno sedno problemu: – Cyberbezpieczeństwo nie jest tematem pobocznym ani jednorazowym zakupem – to element kultury organizacyjnej. W debacie publicznej najbardziej brakuje uczciwej rozmowy o kosztach ludzkich błędów oraz o tym, że najdroższą ochroną jest ta, której w ogóle nie trzeba uruchamiać – czyli prewencja przez kulturę bezpieczeństwa, regularne symulacje phishingowe i egzekwowanie podstawowych zasad (MFA, aktualizacje, weryfikacja przelewów pod presją).

98 proc. firm w EMEA planuje zwiększyć inwestycje w sztuczną inteligencję

Aż 98% firm w regionie EMEA planuje zwiększyć inwestycje w sztuczną inteligencję do końca 2026 roku, a niemal co piąta z nich zakłada wzrost nakładów o ponad połowę – wynika z badania Red Hat. Jednocześnie przedsiębiorstwa coraz wyraźniej porządkują swoje podejście do tej technologii. Dla 75% podmiotów priorytetem strategii AI na najbliższe 18 miesięcy jest wdrażanie rozwiązań w praktyce, zapewnienie transparentności działań oraz optymalizacja kosztów. Sztuczna inteligencja przestaje być obszarem pojedynczych eksperymentów, a staje się elementem długofalowego planowania i zarządzania.

Przekłada się to na sposób, w jaki firmy w Europie projektują swoje strategie AI z myślą o szerszym ekosystemie IT. Trzy na cztery podmioty wskazują konieczność dostosowania strategii chmurowej do potrzeb sztucznej inteligencji, a niemal ten sam odsetek uznaje kwestie suwerenności AI za jeden z głównych obszarów uwagi na najbliższe półtora roku. Dla 73% respondentów istotnym elementem strategii pozostaje również bezpieczeństwo. Potwierdza to potrzebę powiązania rozwoju AI z istniejącą architekturą chmurową oraz obszarami zarządzania ryzykiem i kontroli. W europejskim kontekście trend ten dodatkowo wzmacnia rosnące znaczenie unijnych regulacji, w tym AI Act, które wymuszają większą przejrzystość, kontrolę nad danymi oraz odpowiedzialne podejście do wdrażania sztucznej inteligencji.

Zderzenie strategii z realiami wdrożeń

Wraz ze wzrostem inwestycji w AI firmy coraz wyraźniej dostrzegają przeszkody związane z jej wdrażaniem. Badanie Red Hat wskazuje, że 30% przedsiębiorstw mierzy się z brakiem współpracy między zespołami zajmującymi się AI a działami IT, a 27% ma trudność z jednoznacznym określeniem wartości zwrotu z inwestycji w sztuczną inteligencję. Co czwarta badana firma zwraca ponadto uwagę na brak transparentności modeli sztucznej inteligencji. Wyniki te sugerują, że dla wielu firm wyzwaniem nie jest już samo uruchamianie inicjatyw AI, lecz ich uporządkowanie i nadanie im spójnych ram zarządczych.

Mimo wskazywanych barier firmy nie zwalniają tempa wdrożeń AI i koncentrują się na zwiększaniu skali jej wykorzystania. Trzy na cztery przedsiębiorstwa stawiają sobie za priorytet upowszechnienie korzystania ze sztucznej inteligencji wśród pracowników, a 74% podkreśla rosnące znaczenie agentowej AI, czyli rozwiązań automatyzujących bardziej złożone zadania. Wskazuje to na rosnącą rolę sztucznej inteligencji w codziennej pracy oraz stopniowe rozszerzanie zakresu jej zastosowań.

Co kraj to potencjał

W badaniu Red Hat wzięły udział firmy prowadzące działalność w dziewięciu krajach regionu EMEA. Ponad połowa z nich (57%) przyznaje, że ich państwo już jest globalnym ośrodkiem rozwoju sztucznej inteligencji, a kolejne 36% uważa, że może się nim stać w ciągu najbliższych trzech lat. Jednocześnie na poziomie poszczególnych rynków widać wyraźne różnice w tempie i dojrzałości tego procesu.

W Holandii aż 93% firm uważa, że ich kraj już dziś jest globalną potęgą AI, podobnie jak w Szwecji (77%) czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich (71%). W Niemczech i Hiszpanii dominuje bardziej ostrożne podejście – odpowiednio 53% i 70% przedsiębiorstw wskazuje, że ich państwo dopiero ma potencjał, aby osiągnąć taką pozycję w najbliższych latach. Na drugim biegunie znajdują się Włochy, gdzie tylko 36% firm uważa, że kraj już dziś jest liderem AI, a 24% nie wierzy, że stanie się nim w przewidywalnej przyszłości.

Mimo różnic w poziomie optymizmu firmy, które uważają, że ich kraj nie przewodzi jeszcze w obszarze sztucznej inteligencji, wskazują na bardzo podobne systemowe bariery rozwoju AI. W regionie EMEA najczęściej wymieniane przez respondentów są niedostateczne ramy polityczne i strategiczne na poziomie krajowym, na które zwraca uwagę 43% respondentów, a także ograniczenia związane z finansowaniem oraz dostępem do infrastruktury obliczeniowej (po 41%). Jednocześnie charakter tych wyzwań wyraźnie różni się między rynkami. W Holandii aż 57% firm zauważa niedostatki w obszarze polityki i strategii państwa na rzecz rozwoju sztucznej inteligencji, podczas gdy w Niemczech i Szwajcarii częściej podkreślany jest brak zaangażowania sektora prywatnego (47% i 48% respondentów). W Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Hiszpanii szczególnie wyraźnie wybrzmiewa problem dostępności odpowiedniej infrastruktury (odpowiednio 62% i 52%). Istotnym wyzwaniem pozostaje także luka kompetencyjna – w skali całego regionu 38% firm wskazuje na niedobory talentów jako jedną z barier wdrażania sztucznej inteligencji.

Z badania Red Hat wynika, że rozwój AI w regionie EMEA wchodzi w fazę porządkowania i integracji. Firmy z jednej strony planują znaczące zwiększenie inwestycji, z drugiej – równolegle koncentrują się na obszarach takich jak bezpieczeństwo, suwerenność, transparentność oraz integracja AI z architekturą chmurową. O powodzeniu tych działań zdecyduje nie tylko tempo wdrożeń, lecz przede wszystkim zdolność przedsiębiorstw do przejścia od zbioru rozproszonych narzędzi do spójnej strategii platformowej, która umożliwi zarządzanie sztuczną inteligencją w całej organizacji.

O badaniu: 

Badanie przeprowadzone przez firmę Censuswide objęło 909 menedżerów i dyrektorów IT (w tym osoby pełniące funkcje związane z infrastrukturą oraz infrastrukturą chmurową) oraz inżynierów AI (w tym inżynierów oprogramowania w obszarach AI/ML, inżynierów NLP i LLM oraz analityków danych) z firm zatrudniających ponad 500 pracowników w regionie EMEA (we Francji, Niemczech, Włoszech, Holandii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Wielkiej Brytanii). Spośród tej grupy 100 respondentów pochodziło z Wielkiej Brytanii. Censuswide przestrzega zasad Market Research Society i zatrudnia badaczy będących członkami tej organizacji oraz postępuje zgodnie z kodeksem postępowania MRS i wytycznymi ESOMAR. Censuswide jest również członkiem British Polling Council.

Rynek PRS w Polsce rośnie mimo wyzwań. Inwestorzy stawiają na najem instytucjonalny

Instytucjonalny rynek mieszkań na wynajem staje się coraz ważniejszym elementem rynku mieszkaniowego, notując wzrosty podaży i przyciągając kapitał zarówno krajowy, jak i zagraniczny – takie wnioski płyną z raportu BNP Paribas Real Estate Poland „Instytucjonalny rynek mieszkań na wynajem (PRS)” za II połowę 2025 roku.

Dynamiczny rozwój PRS

Instytucjonalny rynek mieszkań na wynajem (PRS) w Polsce intensywnie się rozwija. W ostatnich latach zarówno podaż, jak i zainteresowanie inwestorów, krajowych i zagranicznych, systematycznie rosną. W samym 2025 roku przybyło 5,8 tys. mieszkań, co stanowi drugi najwyższy wynik roczny w historii tego rynku, potwierdzając etap stabilnego wzrostu.

Jak zauważają analitycy BNP Paribas Real Estate Poland, rośnie również popyt na wynajem mieszkań. Wynika to między innymi z ograniczonej dostępności zakupu mieszkań – w porównaniu z okresem niskich stóp procentowych i funkcjonowania programu „Bezpieczny Kredyt”. W efekcie fundamenty sektora pozostają silne.

Atrakcyjność segmentu PRS opiera się na stabilnych fundamentach rynkowych, w tym utrzymującym się silnym popycie na mieszkania na wynajem, długoterminowych trendach demograficznych oraz rosnącej preferencji dla elastycznych form zamieszkania w porównaniu z własnością mieszkaniową. W średnim horyzoncie czasowym segment mieszkaniowy powinien pozostać jednym z kluczowych obszarów rynku nieruchomości – podkreśla Arkadiusz Bielecki, Dyrektor Działu Wycen, BNP Paribas Real Estate Poland.  

Dominują duże miasta

Instytucjonalny rynek mieszkań na wynajem w Polsce pozostaje silnie skoncentrowany w największych aglomeracjach miejskich. Na koniec 2025 roku najwięcej zasobów znajdowało się w Warszawie (32%), Krakowie (19%) i Wrocławiu (16%).

Do największych budynków oddanych do użytkowania w 2025 roku należy projekt Kraków Romanowicza (673 mieszkań), Katowice Korczaka (523 mieszkań), AFI Home Metro Zachód w Warszawie (517) oraz UP2U Piątkowska w Poznaniu (460 mieszkań).

Liderem rynku pozostaje Resi4Rent (20% zasobów rynku), a Fundusz Sektora Mieszkań dla Rozwoju odpowiada za 16% rynku.

Więcej mieszkań w regionach

W latach 2026–2027 planowane jest oddanie kolejnych 5 tys. mieszkań. Biorąc pod uwagę lokalizacje nowych inwestycji, rośnie znaczenie rynków regionalnych, co potwierdza fakt, że Warszawa znajduje się dopiero na trzecim miejscu (24% nowej podaży). Do końca 2027 roku najwięcej nowych mieszkań zostanie oddanych do użytku we Wrocławiu (30%) i Trójmieście (26%).

Wśród największych inwestycji planowanych do oddania w ciągu dwóch najbliższych lat znajdą się projekt Wrocław Bardzka (620 mieszkań) i Gdańsk Nowomiejska (569 mieszkań), realizowane przez Resi4Rent oraz Lett Nocznickiego w Warszawie (480 mieszkań) od NREP.

Warszawa najdroższa, regiony z potencjałem

Typowe czynsze za mieszkania jednopokojowe w sektorze PRS w Warszawie kształtują się w przedziale od 2800 do 3900 zł miesięcznie. W innych dużych miastach poziom stawek jest wyraźnie niższy i bardziej zróżnicowany: w Trójmieście wynosi 2600 – 3000 zł, we Wrocławiu 2300 – 2700 zł, a w Krakowie 2200 – 2700 zł.

Dane wskazują, że Warszawa utrzymuje najwyższy poziom czynszów, przy jednoczesnym rosnącym znaczeniu rynków regionalnych. Różnice w stawkach mogą sprzyjać dalszej dywersyfikacji inwestycji PRS poza stolicą, szczególnie w większych miastach oferujących relatywnie niższe koszty wejścia i stabilny popyt na najem.

Rekordowe transakcje inwestycyjne

Wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze PRS w Polsce na koniec 2025 roku przekroczyła poziom odnotowany w rekordowym 2024 roku. W samej drugiej połowie 2025 roku łączna wartość inwestycji w sektorze mieszkań na wynajem oraz prywatnych akademików wyniosła 108 mln euro, co oznacza wzrost o 4% rok do roku.

W okresie od stycznia do grudnia 2025 roku sfinalizowano kilka znaczących transakcji. Największą z nich był zakup projektu AFI Home Metro Szwedzka (ex. Bohema) przez OKAM Capital o wartości 76 mln euro. Kolejne istotne transakcje obejmowały nabycie obiektu AFI Metro Zachód przez Dom Development od AFI Europe za 61 mln euro oraz zakup Gdańsk Old Town przez Modernę od NREP za 35 mln euro.

Atrakcyjność sektora wynika z relatywnie wysokich stóp zwrotu na poziomie 5,5 – 6,5%, pomimo utrzymującej się ograniczonej skali aktywności inwestycyjnej. Jednocześnie dalsza ekspansja sektora napotyka istotne ograniczenia, w tym niepewność regulacyjną, ryzyko walutowe oraz wysokie koszty gruntów i finansowania – podkreśla Karolina Wojciechowska, Dyrektorka Działu Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland.

Własność prywatna a najem

Według danych Eurostatu, około 87% mieszkańców Polski zamieszkuje lokale będące własnością ich gospodarstw domowych, podczas gdy jedynie 13% korzysta z najmu. Tym samym Polska od wielu lat należy do krajów o najniższym udziale najmu komercyjnego w strukturze mieszkaniowej w Unii Europejskiej.

Prognozy wskazują jednak, że do 2040 roku, mimo utrzymania dominującej roli własności, udział osób mieszkających we własnych lokalach będzie stopniowo maleć na rzecz wzrostu znaczenia rynku najmu. Trend ten wspierają m.in. rosnąca mobilność społeczeństwa, napływ pracowników zagranicznych oraz utrzymujące się wysokie koszty kredytów hipotecznych.

Małe firmy ostrożne wobec KSeF. Pierwsze doświadczenia częściej negatywne niż pozytywne

Ponad 80% właścicieli małych i mikroprzedsiębiorstw miało już do tej pory styczność z Krajowym Systemem e-Faktur, ale tylko ok. 18% korzysta z niego na co dzień do wystawiania faktur – wynika z badania IFIRMA. Jednocześnie pierwsze doświadczenia nie są pozytywne: 45% ankietowanych ocenia pierwszy etap wdrożenia negatywnie (w tym 36% – bardzo źle), a ponad połowa badanych opowiada się za odroczeniem lub złagodzeniem obowiązku pełnego wdrożenia KSeF.

Na krytyczną ocenę pierwszego etapu wdrożenia KSeF mogły wpływać doświadczenia firm z pierwszego miesiąca działania systemu. Wśród najczęściej wskazywanych trudności znalazły się: problemy techniczne, na które wskazało 21,3% badanych, oraz konieczność wykonywania dodatkowych czynności po stronie firm (19,5%). W dalszej kolejności respondenci wymieniali: braki lub niejasności w wytycznych Ministerstwa Finansów, trudności z uprawnieniami, certyfikatami i autoryzacją oraz opóźnienia w przetwarzaniu dokumentów.

Największe obawy firm to nadal bezpieczeństwo danych i ryzyko popełnienia błędów

Aktualne obawy przedsiębiorców związane z KSeF w dużej mierze pozostają zbieżne z tymi, które były wyrażane jeszcze przed uruchomieniem systemu. W badaniu IFIRMA przeprowadzonym w grudniu 2025 r. najczęściej wskazywanym źródłem niepokoju były pomyłki wynikające z nowych procedur (24% badanych) oraz bezpieczeństwo danych i poufność informacji (22%). W najnowszej edycji ankiety te same kwestie pozostają wśród najczęściej wskazywanych obaw, jednak na pierwszy plan wysuwa się bezpieczeństwo danych (22%), a także o przerwy w działaniu systemu (20%) oraz zaistnienie błędów wynikających z nowych procedur (20%).

Wraz z pierwszymi doświadczeniami z KSeF ciężar obaw przesunął się z etapu przygotowań i hipotetycznych scenariuszy na poziom praktycznego działania systemu. W najnowszym badaniu właściciele firm najczęściej wskazywali kwestie związane z bieżącym funkcjonowaniem systemu. Co istotne, obawy utrzymują się mimo zapewnień administracji skarbowej, że za 2026 r. nie będą nakładane kary za błędne stosowanie KSeF, a sankcje za naruszenie obowiązków w systemie mają zacząć obowiązywać dopiero od 1 stycznia 2027 r. Może to sugerować, że sam okres ochronny nie wystarcza dziś przedsiębiorcom do odzyskania poczucia bezpieczeństwa – co drugi ankietowany przyznaje, że nadal odczuwa niepewność związaną z funkcjonowaniem systemu – komentuje Joanna Łuksza, kierownik Zespołu Ekspertów Księgowych w IFIRMA.PL.

Ponad połowa firm gotowa na KSeF, ale równie wiele chce odroczenia pełnego wdrożenia

W odpowiedziach przedsiębiorców widać wyraźne poparcie dla rozwiązań, które dawałyby firmom więcej czasu na dostosowanie się do nowych zasad. 56% respondentów popiera możliwość przesunięcia terminu pełnego wdrożenia KSeF lub odejścia od jego obowiązkowego charakteru, a 44% badanych opowiada się za wydłużeniem okresu przejściowego o co najmniej 2 lata.

Choć pierwsze doświadczenia z systemem nie zawsze były pozytywne, wyniki badania pokazują również sygnały stopniowej adaptacji przedsiębiorców do nowego modelu fakturowania. Ponad połowa firm deklaruje dziś, że jest gotowa na pełne przejście na KSeF lub znajduje się bardzo blisko tego etapu. 39% badanych wskazuje, że są już przygotowani do działania w systemie w pełnym zakresie, a kolejne 18% ocenia, że potrzebuje jedynie dopracowania kilku elementów, aby osiągnąć pełną gotowość – jednocześnie co drugi ankietowany uważa, że jego firma w ogóle nie jest przygotowana – wyjaśnia ekspertka IFIRMA.PL.

Firmy dostrzegają koszty, ale też zalety

Proces dostosowania do wymogów KSeF wiązał się również z dodatkowymi nakładami pracy i kosztami po stronie przedsiębiorców. 47% badanych już odczuwa lub spodziewa się wzrostu kosztów obsługi księgowej, podczas gdy jedynie ok. 7% doświadczyło ich spadku lub liczy na to. Mimo tych wyzwań i utrzymujących się obaw część małych i mikro firm dostrzega praktyczne zalety systemu oraz jego potencjał do uproszczenia codziennych procesów.

Jedną z najbardziej oczywistych korzyści jest większa widoczność faktur w jednym systemie oraz ograniczenie konieczności przesyłania dokumentów między firmą, kontrahentami i biurem rachunkowym. W praktyce oznacza to mniej wiadomości e-mail, mniej załączników i łatwiejszy dostęp do dokumentów wtedy, gdy są potrzebne – podsumowuje Joanna Łuksza z IFIRMA.PL.

O badaniu

Badanie zostało zrealizowane przez IFIRMA na przełomie lutego i marca 2026 roku w formie anonimowej ankiety online wśród właścicieli małych i mikro przedsiębiorstw. Próba wyniosła 319 respondentów. Celem badania było sprawdzenie, jak firmy korzystają dziś z KSeF, jak oceniają pierwszy etap wdrożenia systemu, jakie trudności napotkały w pierwszym miesiącu jego działania oraz na ile są gotowe na pełne przejście do nowego modelu fakturowania.

Podział Synektika dokonany – sąd zarejestrował emisję akcji Syn2bio

27 marca 2026 roku sąd rejestrowy wpisał do KRS podwyższenie kapitału zakładowego Syn2bio związane z emisją akcji podziałowych dla akcjonariuszy Synektika. Oznacza to formalne zakończenie procesu podziału Synektika na dwa niezależne podmioty. W efekcie, obok notowanego już na giełdzie Synektika, około 16 kwietnia br. na warszawskim parkiecie zadebiutują akcje Syn2bio – spółki, do której wydzielona została działalność związana z badaniami nad kardioznacznikiem oraz przyszłą komercjalizacją tego innowacyjnego radiofarmaceutyku do diagnostyki chorób serca.

– Podział Synektika stał się faktem. Do Syn2bio wydzieliliśmy działalność związaną z rozwojem kardioznacznika – naszym flagowym projektem badawczo-rozwojowym. Spółka ta ma zapewnione środki na kontynuowanie badań klinicznych przez kolejnych 12–14 miesięcy. Syn2bio będzie ponadto mogła ubiegać się o finansowanie z grantów, dotacji oraz programów przeznaczonych dla MŚP, które dla Synektika – jako dużego przedsiębiorstwa – nie były już dostępne. Z kolei Synektik, który dotychczas finansował koszty badań, zyska przestrzeń do dalszej poprawy rentowności i zwiększania wypłat dywidendy – przypomina ideę podziału Cezary Kozanecki, założyciel i prezes Synektika oraz prezes Syn2bio.

– Dzięki podziałowi wkrótce na GPW notowane będą dwie niezależne firmy o odmiennym profilu działalności, przyciągające inwestorów o różnym podejściu do ryzyka i oczekiwaniach. Pozwoli to na bardziej adekwatną wycenę obu spółek, lepiej odzwierciedlającą ich potencjał i kierunki rozwoju. Sądzę, że w dłuższej perspektywie powinno to przełożyć się na wzrost wartości akcji obu firm – ocenia Cezary Kozanecki.

Ostatnia prosta przed debiutem Syn2bio na GPW

Zarejestrowane przez sąd podwyższenie kapitału zakładowego Syn2bio związane jest z emisją łącznie 8.529.129 akcji Syn2bio (na taką samą liczbę akcji dzieli się obecnie kapitał Synektika). Zostaną one przydzielone akcjonariuszom Synektika w stosunku 1 do 1 – za każdą 1 akcję Synektika posiadaną w tzw. dniu referencyjnym inwestor otrzyma 1 akcję Syn2bio. Nastąpi to automatycznie, bez konieczności podejmowania dodatkowych czynności przez akcjonariuszy.

Intencją Spółki jest, aby dzień referencyjny został wyznaczony na 7 kwietnia br. W takim scenariuszu, sesja giełdowa 1 kwietnia (tj. dwa dni sesyjne przed dniem referencyjnym) będzie ostatnią, na której będzie możliwość nabycia akcji Synektika uprawniających do uczestnictwa w podziale. Oznacza to zarazem, że kurs odniesienia na kolejną sesję (2 kwietnia) zostanie pomniejszony o wartość działalności wydzielanej do Syn2bio, czyli o około 7,73% (proporcja ta wynika z wyceny sporządzonej wcześniej na potrzeby planu podziału, wg stanu na 30 czerwca 2025 r.). Wartość ta będzie jednocześnie stanowiła kurs odniesienia dla pierwszej sesji notowania akcji Syn2bio na GPW. Według przyjętego harmonogramu, giełdowy debiut Syn2bio spodziewany jest około 16 kwietnia br. Dzień wcześniej akcje tej spółki pojawią się na rachunkach akcjonariuszy.

Głównym przedmiotem działalności Syn2bio będzie dalszy rozwój projektu kardioznacznika oraz jego komercjalizacja, a w przyszłości także poszukiwanie nowych, innowacyjnych cząsteczek farmaceutycznych. Pozostała działalność prowadzona obecnie przez Synektik pozostanie w dotychczasowej spółce. Będzie się on zatem nadal zajmować m.in. dystrybucją i serwisem innowacyjnych urządzeń medycznych, opracowywaniem własnych rozwiązań informatycznych oraz produkcją i sprzedażą radiofarmaceutyków.

***

Przewidywany harmonogram publicznej oferty akcji Syn2bio – dalsze kroki

1 kwietnia 2026 r. Ostatni dzień sesyjny, w którym będzie można nabyć akcje Synektik S.A. uprawniające do objęcia akcji Syn2bio S.A.
7 kwietnia 2026 r. Dzień Referencyjny
10 kwietnia 2026 r. Podjęcie przez GPW uchwały o wprowadzeniu akcji Syn2bio S.A. do obrotu na rynku regulowanym
15 kwietnia 2026 Rejestracja akcji Syn2bio S.A. na rachunkach akcjonariuszy
16 kwietnia 2026 r. Pierwszy dzień notowania akcji Syn2bio S.A. na rynku regulowanym GPW

 

AI w elektronicznym arbitrażu gospodarczym. Cicha rewolucja, która zmienia sposób rozstrzygania sporów

Od niszy do globalnego trendu. Sztuczna inteligencja coraz śmielej wkracza do świata arbitrażu gospodarczego online – jednej z najważniejszych metod rozwiązywania sporów w różnych sektorach gospodarki: finansowym, IT, budowlanym, ubezpieczeniowym czy e-handlu. To, co jeszcze kilka lat temu było domeną startupów legal tech, dziś jest wdrażane przez największe instytucje arbitrażowe na świecie. Nie chodzi jednak o zastąpienie arbitrów sztuczną inteligencją. AI pełni rolę narzędzia, które przyspiesza pracę, porządkuje dane i wspiera podejmowanie decyzji. W praktyce oznacza to jedno: arbitraż online staje się szybszy, tańszy i bardziej dostępny.

Jak AI zmienia arbitraż gospodarczy w praktyce

Współczesne narzędzia AI wspierają niemal każdy etap postępowania arbitrażowego. Przede wszystkim rewolucjonizują analizę materiału dowodowego. W dużych sporach gospodarczych liczba dokumentów idzie w tysiące stron. Systemy AI są w stanie w kilka minut przeanalizować dane, które wcześniej wymagały tygodni pracy zespołów prawników. Zgodnie z założeniami unijnego AI Act, systemy wykorzystywane w procesach decyzyjnych o skutkach prawnych – w tym w arbitrażu – mogą być kwalifikowane jako rozwiązania wysokiego ryzyka, co wiąże się z obowiązkiem zapewnienia odpowiedniego nadzoru człowieka, transparentności oraz kontroli nad sposobem działania algorytmów. Równolegle organizacje branżowe, takie jak Chartered Institute of Arbitrators, podkreślają, że AI powinna wspierać efektywność i jakość postępowań, ale nie może zastępować decyzji podejmowanych przez arbitrów.

Wprowadzając do wymiaru sprawiedliwości AI trzeba pamiętać, że w obszarze rozstrzygania sporów nie ma miejsca na w pełni autonomiczne systemy. Dlatego projektując nowe funkcjonalności zakładamy, że najbardziej zaawansowane narzędzia – zwłaszcza te związane z przygotowywaniem pism procesowych – powinny pozostawać w rękach profesjonalnych pełnomocników. Przyczyny są bardzo proste: AI Act zakłada, że decyzje co do wyników generowanych przez algorytmy sztucznej inteligencji w systemach wymiaru sprawiedliwości podejmuje wyłącznie człowiek. Wyniki takie muszą więc podlegać późniejszej analizie przez człowieka, który bierze za nie odpowiedzialność prawną. Jedyną zaś grupą zawodową mającą do takich czynności kompetencje, zarówno profesjonalne jak i ustrojowe, są właśnie adwokaci i radcowie prawni. To nie jest zatem ograniczenie technologii, tylko świadomy wybór modelu, który ma zapewnić bezpieczeństwo i przewidywalność postępowania. – komentuje Robert Szczepanek, założyciel Ultima RATIO., pierwszego dostawcy systemu IT dla arbitrażu online w Polsce.

Ultima RATIO. rozwija narzędzia oparte na AI w sposób ściśle powiązany z arbitrażem gospodarczym online. Spółka pracuje nad rozbudową swojego systemu w dwóch głównych obszarach. Pierwszym z nich jest tzw. Contract Studio – środowisko przygotowywania umów, w którym użytkownik będzie mógł zarówno wygenerować dokument od podstaw, oprzeć się na własnym wzorze, jak i stworzyć samą klauzulę arbitrażową. System ma na bieżąco analizować treść dokumentu, w tym weryfikować kwestie formalne, takie jak umocowanie osób podpisujących do reprezentacji stron. Drugim elementem jest rozwój modułu Case Builder, który ma stanowić centralny punkt obsługi sprawy arbitrażowej. Po dodaniu materiału dowodowego system będzie automatycznie weryfikował jego kompletność i spójność, identyfikując brakujące dowody i niespójności faktyczne, takie jak brak strony danego dokumentu czy brak podpisu na dokumencie. Będzie też weryfikował potencjalne braki formalne. Integralną częścią tego rozwiązania ma być panel asysty proceduralnej, który porządkuje materiał sprawy poprzez tworzenie osi czasu zdarzeń oraz tzw. mapy sporu – zestawienia argumentów i kontrargumentów wraz z przypisanym materiałem dowodowym. System ma również wspierać przygotowywanie pism procesowych – w tym pozwów, odpowiedzi na pozew oraz stanowisk stron – a także projekty rozstrzygnięć.

Sztuczna inteligencja nie powinna zastępować arbitra ani pełnomocnika. Jej rolą jest uporządkowanie materiału sprawy, wskazanie braków formalnych i wsparcie w analizie argumentów. Dzięki temu ciężar pracy przesuwa się z czynności technicznych na strategię i merytorykę sporu. W naszej ocenie to właśnie w tym kierunku będzie rozwijał się arbitraż online w najbliższych latach. –  komentuje Robert Szczepanek, założyciel Ultima RATIO.

Największe instytucje już korzystają z AI

To nie są pilotaże – to realne wdrożenia. London Court of International Arbitration (LCIA) współpracuje z platformami wykorzystującymi AI do analizy orzecznictwa i argumentacji prawnej. Narzędzia te pozwalają szybciej identyfikować precedensy i budować spójne linie argumentacyjne. Singapore International Arbitration Centre (SIAC) dostosował swoje regulaminy do wykorzystania AI. Strony i arbitrzy mogą korzystać z technologii przy analizie dowodów czy zarządzaniu sprawą – instytucja stworzyła środowisko „AI-ready”. Podobne podejście przyjął Hong Kong International Arbitration Centre (HKIAC), który testuje rozwiązania legal tech i wprowadza je do praktyki w sposób pragmatyczny, bez nadmiernych regulacji. W Stanach Zjednoczonych American Arbitration Association (AAA/ICDR) poszła o krok dalej – wprowadziła formalne wytyczne dotyczące korzystania z AI przez arbitrów. Dopuszcza użycie technologii m.in. do analizy dokumentów czy przygotowania uzasadnień, ale jednocześnie jasno wskazuje: decyzja musi należeć do człowieka, a użycie AI powinno być transparentne. Najbardziej zaawansowane wdrożenia znajdują się dziś w Azji, szczególnie w Chinach. Instytucje takie jak Shenzhen Court of International Arbitration, Guangzhou Arbitration Commission czy Shanghai International Arbitration Center wykorzystują AI znacznie szerzej niż ich europejskie odpowiedniki. Technologia pełni tam rolę „cyfrowego sekretarza” – automatycznie transkrybuje rozprawy, tłumaczy wypowiedzi, analizuje dowody i przygotowuje projekty wyroków. W niektórych przypadkach testowano nawet wykorzystanie AI do prowadzenia rozpraw i rozstrzygania prostszych spraw. Z kolei China International Economic and Trade Arbitration Commission (CIETAC) wdrożyła systemy pełnej cyfryzacji postępowań – od składania pozwów po analizę dowodów.

Mimo dynamicznego rozwoju technologii, jedno pozostaje niezmienne: odpowiedzialność za wyrok spoczywa na arbitrze. Na całym świecie obowiązują podobne zasady. AI nie może samodzielnie wydawać wyroków, a arbiter nie może delegować decyzji na algorytm. Strony powinny być informowane o wykorzystaniu AI, a dane muszą być chronione zgodnie z zasadami poufności. To nie tylko kwestia prawa, ale także zaufania do systemu arbitrażowego. Wszystko wskazuje na to, że AI stanie się standardem w arbitrażu szybciej, niż wielu się spodziewa. W perspektywie dwóch lat można oczekiwać powszechnego wykorzystania AI w większości spraw, powstania szczegółowych regulacji dotyczących AI i coraz większego znaczenia narzędzi przewidujących wyniki postępowań. komentuje Robert Szczepanek, założyciel Ultima RATIO.

Co się zmieniło – i dlaczego to ma znaczenie

Wprowadzenie AI do arbitrażu przyniosło trzy fundamentalne zmiany.

  • Po pierwsze – czas. Spory, które trwały miesiącami, dziś mogą być rozstrzygane znacznie szybciej.
  • Po drugie – koszty. Automatyzacja ogranicza konieczność angażowania dużych zespołów prawników.
  • Po trzecie – dostępność. Arbitraż przestaje być narzędziem wyłącznie dla największych firm.

Rynki tracą nadzieję na deeskalację

To pytanie intryguje coraz większe grono obserwatorów konfliktu na Bliskim Wschodzie. Pierwsze odczyty dynamiki cen za marzec wskazują wzrosty, a medialny chaos informacyjny i obawy inflacyjne podbijają strach u inwestorów. Rynki reagują ucieczką kapitału do bezpiecznych przystani. Tym razem testu safe haven nie zdaje japoński jen. Czy po weekendzie notowania amerykańskiej ropy wrócą powyżej 100 USD za baryłkę? 

Umierają nadzieje na deeskalację

W czwartek dowiedzieliśmy się o wydłużeniu ultimatum Trumpa dla Iranu o kolejne 10 dni. W tym czasie Stany Zjednoczone mają nie atakować obiektów energetycznych wroga. Kiedyś taka informacja dałaby rynkom znaczną ulgę, jednak wczoraj oznaczała dosłownie kilkunastominutową naiwną wiarę w deeskalację. Chwilowe wzrosty amerykańskiej giełdy, czy spadki cen ropy (np. WTI z 94,5 USD na 89 USD) pozostawiły jedynie długie cienie nawet na wykresach o interwale 5-minutowym, po czym notowania szybko wróciły do wcześniejszych poziomów. Rynek aż za bardzo chce usłyszeć o zakończeniu wojny, jednak nawet szybka kalkulacja staje się chłodną i natychmiast przemawia inwestorom do rozsądku. W mijającym tygodniu pojawiło się kilka argumentów sugerujących wydłużanie się konfliktu. Zaczęło się od odrzucenia propozycji 15-punktowego planu pokojowego USA. Następnie przechodziliśmy przez doniesienia o możliwym dołączeniu Arabii Saudyjskiej czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich do działań zbrojnych, czy przedstawienie przez Iran zupełnie odmiennych od amerykańskich warunków zakończenia walk. Piątek to natomiast doniesienia o możliwej interwencji lądowej Amerykanów na Bliskim Wschodzie. To wszystko podbija obawy na rynkach.

Rynek wycenia ryzyko

Ruchy rynkowe mówią jedno — aktywa ryzykowne idą w odstawkę. Na rynku forex umacnia się amerykański dolar. Kurs EUR/USD w piątkowe południe wraca do 1,15 USD, a USD/PLN rośnie do 3,72 PLN. Strach uderza w złotego, który traci także do euro, funta czy franka. EUR/PLN to już 4,29 PLN, GBP/PLN to 4,95 PLN, a CHF/PLN to 4,67 PLN. Na czerwono świecą się europejskie indeksy giełdowe, podobnie jak kontrakty terminowe na amerykański rynek kapitałowy. Tracą także kryptowaluty. Wzrostów doświadczamy na wykresach surowców energetycznych. Odmiana amerykańska „czarnego złota” szybuje do 97 USD za baryłkę, a handlowana w Londynie przebija 104 USD. Jeżeli w drugiej części sesji nastroje nie ulegną zmianie, a w weekend dojdzie do nawet najmniejszej eskalacji konfliktu, poniedziałkowe otwarcie rynków może ponownie okazać się nad wyraz emocjonujące. Przy takim zbiegu okoliczności wykres ropy WTI może po raz kolejny próbować pokonać barierę 100 USD. Jeżeli jednak w ostatnich dniach marca rynek otrzyma rzetelne informacje mówiące o łagodzeniu napięć na Bliskim Wschodzie, możemy wrócić w okolice 95 USD za baryłkę, a nawet niżej.

Inflacja zaczyna straszyć

W piątkowym kalendarzu makroekonomicznym uwagę analityków zwrócił odczyt tempa wzrostu cen w Hiszpanii. Zarówno roczne, jak i miesięczne dane są wyższe od poprzednich, jednak nie dorównują wygórowanym oczekiwaniom. Wstępna inflacja konsumencka zwyżkuje z 2,3% r/r do 3,3% r/r. Okrągły punkt procentowy to istotny skok, jednak do prognozowanego 3,7% r/r trochę zabrakło. Czy zwyżki zostaną odnotowane w innych krajach, dowiemy się w pierwszej połowie przyszłego tygodnia. We wtorek publikacje z gospodarek strefy euro od Eurostatu, a także szybki szacunek od GUS-u. Tego samego dnia poznamy inflację bazową w Japonii. Będzie ona istotna dla jena, gdyż japońska waluta w ostatnich dniach traciła na forex. Kurs USD/JPY ponownie zbliżył się do 160 JPY, czyli poziomu kojarzonego z interwencjami Banku Japonii. Problem w tym, że aktualnie sytuacja Kraju Kwitnącej Wiśni komplikuje się coraz bardziej, gdyż gospodarka ta w dużej mierze oparta jest na importowanej, coraz droższej ropie. To właśnie ten fakt osłabia JPY, co sprawia, że w tym kryzysie ewidentnie nie jest on bezpieczną przystanią, jak miało to miejsce podczas poprzednich zawirowań, na skutek masowego odwracania transakcji carry trade.

Rosną ceny ropy i obawy o stopy procentowe

Miniony weekend był relatywnie spokojny na tle poprzednich. To jednak wcale nie oznacza, że ten też taki będzie. Za oceanem trwa dyskusja, co ze stopami procentowymi. Iran zamierza przepuszczać przyjazne statki. Norwegowie również boją się wzrostu cen.

Stopy procentowe za oceanem

Mamy obecnie rosnącą różnicę pomiędzy oczekiwaniami rynków co do stóp procentowych w USA a przewidywaniami samych członków FED. Te drugie prezentowane są w formie kropek na wykresach, zwanych czasem „fedokropkami”. Obecna sytuacja jest o tyle zadziwiająca, że na grudzień kropki wszystkich członków FED znajdują się na niższych poziomach niż wycena kontraktów rynkowych na stopę procentową. Co to oznacza w praktyce? Mamy dwie możliwości. Pierwsza zakłada, że rynki nadmiernie boją się wojny i czeka nas spora przecena dolara po ustaniu walk, związana z powrotem oczekiwań obniżek stóp – niskich, ale jednak. Druga możliwość to zmiana nastawienia członków FED wraz z przedłużającym się zaangażowaniem USA w Zatoce Perskiej i realizacja scenariusza walki z rosnącą inflacją, co powinno sprzyjać dolarowi.

Co z Cieśniną Ormuz?

Teoretycznie Iran deklaruje, że statki państw niebędących wrogo nastawionych mogą przekraczać Cieśninę Ormuz. Na liście tych krajów wymienione zostały m.in. Chiny, Indie, czy Rosja. Taka wiadomość technicznie powinna przecież uspokoić sytuację. Nic bardziej mylnego. Pomimo tej deklaracji ceny ropy naftowej znów idą w górę. Tutaj trzeba pamiętać jeszcze o kilku kwestiach. Po pierwsze, nie wiemy, jak stabilna jest sytuacja. Po drugie, koszty przewozu ropy wystrzeliły w górę, co też wpływa na ceny. Po trzecie, statki nie płyną przez brak ważnych ubezpieczeń. Efekt jest taki, że mamy już 103 dolary za baryłkę, a zbliżający się weekend raczej nie spowoduje, że cena będzie dzisiaj spadać. Zwyczajowo przed weekendem inwestorzy przygotowują się na negatywne scenariusze. Nie możemy oczywiście wykluczyć nagłych wiadomości z Białego Domu, jak to miało miejsce na początku tygodnia.

Norwegia nie zmienia stóp procentowych

Wczoraj – zgodnie z oczekiwaniami – Bank Norwegii nie zmienił stóp procentowych. Pozostały one na poziomie 4%. Rynek oczekiwał natomiast zmiany nastawienia. W rezultacie sam fakt, że na konferencji nie zapowiedziano wycofania się z obniżek, nie jest dużą niespodzianką. Możliwość podnoszenia stóp okazała się jednak pewnym zaskoczeniem. Zwłaszcza że najnowsza ścieżka oczekiwanych poziomów stóp procentowych dla tego kraju wynosi obecnie na koniec roku 4,25%-4,5%. Mamy zatem kolejny bank centralny, który uważa, że obecna sytuacja będzie powodowała nie tylko, że wstrzymanie cięć, ale wręcz może wymuszenie podwyżek stóp procentowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Europa coraz bliżej stagflacji. Konflikt z Iranem podnosi ryzyko kryzysu

Wojna z Iranem coraz wyraźniej przestaje być wyłącznie ryzykiem geopolitycznym, a staje się realnym problemem makroekonomicznym dla Europy. Z perspektywy rynkowej oznacza to wzrost prawdopodobieństwa scenariusza stagflacyjnego, czyli połączenia słabszego tempa wzrostu gospodarczego z utrzymującą się presją inflacyjną. To szczególnie niekorzystna kombinacja, ponieważ jednocześnie osłabia aktywność gospodarczą, pogarsza rentowność przedsiębiorstw i ogranicza możliwości reakcji zarówno po stronie polityki fiskalnej, jak i monetarnej.

Najbardziej narażone pozostają sektory energochłonne, przede wszystkim przemysł chemiczny. Niemcy, jako największa gospodarka przemysłowa Europy, odczuwają ten problem szczególnie mocno. Wysokie ceny energii, napięcia wokół cieśniny Ormuz oraz ryzyko dalszych zakłóceń w dostawach surowców sprawiają, że część firm ogranicza produkcję, co jest czytelnym sygnałem pogarszających się warunków prowadzenia działalności. To nie jest jednak problem ograniczony wyłącznie do przemysłu ciężkiego. Rosnące koszty paliw, transportu, ubezpieczeń i magazynowania zaczynają stopniowo przenikać do całego łańcucha dostaw, zwiększając ryzyko szerokiego wzrostu kosztów w gospodarce i dalszego osłabienia realnej siły nabywczej konsumentów.

Z punktu widzenia polityki gospodarczej sytuacja staje się coraz trudniejsza. Europejskie rządy zaczynają przygotowywać się na obniżenie prognoz wzrostu, a banki centralne mogą zostać zmuszone do utrzymania bardziej restrykcyjnego nastawienia lub nawet dalszego zacieśniania polityki pieniężnej, jeśli wzrost cen energii ponownie przełoży się na inflację bazową i oczekiwania inflacyjne. Oznaczałoby to częściowy powrót do schematu znanego z poprzednich kryzysów energetycznych – z jednej strony osłony dla gospodarstw domowych i wybranych sektorów gospodarki, z drugiej strony presję na wyższe stopy procentowe. Problem polega jednak na tym, że dziś wiele państw nie dysponuje już taką samą przestrzenią fiskalną jak wcześniej.

To właśnie ograniczenia budżetowe mogą stać się jednym z najważniejszych czynników różnicujących reakcję poszczególnych krajów. Niemcy nadal mają relatywnie większe możliwości wsparcia gospodarki, podczas gdy wiele innych państw strefy euro musi brać pod uwagę wysoki poziom zadłużenia oraz napięcia wokół finansów publicznych. Lepszy od oczekiwań deficyt we Francji może dawać tamtejszym władzom nieco większą elastyczność, ale nie zmienia to szerszego obrazu. Pole manewru fiskalnego w Europie jest dziś wyraźnie bardziej ograniczone niż w czasie poprzednich szoków. W praktyce oznacza to, że każda decyzja o wsparciu obywateli i firm będzie wiązała się z coraz trudniejszym wyborem między stabilizacją gospodarczą a dyscypliną budżetową.

Wielka Brytania znajduje się dodatkowo w szczególnie wrażliwym położeniu politycznym. Rosnące koszty życia już teraz wzmacniają napięcia społeczne i nastroje populistyczne, a przedłużający się konflikt mógłby ten proces jeszcze przyspieszyć. Jednocześnie rynek zaczyna zakładać, że zarówno Bank Anglii, jak i Europejski Bank Centralny mogą być zmuszone do bardziej jastrzębiego podejścia, jeśli wzrost cen energii i transportu okaże się trwały. To oznaczałoby dalsze pogorszenie warunków finansowania dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, a tym samym dodatkowe obciążenie dla wzrostu. Jeżeli konflikt się przedłuży, Europa może wejść w okres wyraźnie słabszej aktywności gospodarczej przy jednoczesnym utrzymaniu inflacji powyżej celu banków centralnych.

Z rynkowego punktu widzenia to jeden z najbardziej wymagających scenariuszy. Oznacza presję na marże przedsiębiorstw, większą zmienność na rynku obligacji, utrzymanie wysokiej wrażliwości walut i akcji na ceny energii oraz rosnące znaczenie decyzji politycznych. Innymi słowy, wojna z Iranem staje się dla Europy nie tylko kryzysem bezpieczeństwa, lecz także szokiem energetycznym, inflacyjnym i fiskalnym, który może istotnie spowolnić ożywienie gospodarcze oraz podnieść temperaturę sporu politycznego w wielu krajach regionu.

Polska potrzebuje nowego planu na państwo w czasach kryzysu demograficznego

Zamiast pytać, jak zwiększyć dzietność, powinniśmy zastanowić się, jak sprawić, by państwo, gospodarka i usługi publiczne mogły sprawnie funkcjonować w warunkach trwałego spadku liczby ludności.

Między rokiem 2024 a 2025 ludność Polski zmniejszyła się o 157 tys. osób – wynika z najnowszych danych GUS. To tak, jakby w ciągu 12 miesięcy zniknęły Opole i Sopot. Prognozy demograficzne nie pozostawiają złudzeń – z roku na rok będzie nas coraz mniej.

Na koniec 2025 r. liczba mieszkańców Polski wyniosła 37,3 mln, chociaż jeszcze dziesięć lat temu było nas blisko 38,5 mln. Oznacza to, że w ciągu dekady populacja naszego kraju skurczyła się o ponad 1,1 mln osób (o 3 proc.). Prognozy demograficzne wskazują, że w najbliższych dziesięcioleciach czeka nas jej dalsze zmniejszenie. Według przewidywań GUS, liczba mieszkańców Polski w 2060 r. może zmaleć do 28,4 mln. Jeszcze bardziej pesymistyczne są przewidywania ONZ, według których w 2100 r. populacja Polski może skurczyć się do 19,4 mln osób. Możemy zatem zapomnieć o kraju nad Wisłą liczącym 40 mln mieszkańców – niespełnionym marzeniu, które pozostanie poza naszym zasięgiem.

Główną przyczyną spadku populacji jest rekordowo niska liczba urodzeń. W poprzednim roku w naszym kraju na świat przyszło 238 tys. dzieci, a więc o ok. 14 tys. mniej niż w 2024 r. Tendencja ta jest konsekwencją niskiego współczynnika dzietności, czyli średniej liczby dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku 15–49 lat. W ostatnich latach proces ten dodatkowo potęguje malejąca liczba kobiet w wieku rozrodczym, co stanowi efekt wchodzenia roczników niżu demograficznego w ten okres życia.

Według danych Eurostatu w 2024 r. współczynnik dzietności w Polsce wyniósł 1,14. Oznacza to, że w ciągu swojego życia statystyczna Polka rodzi tylko jedno dziecko. W Unii Europejskiej niższy współczynnik dzietności odnotowano tylko w trzech krajach: Malcie (1,01), Hiszpanii (1,10) i Litwie (1,11).

Współczynnik dzietności na poziomie 1,1 oznacza niewiarygodnie szybkie kurczenie się populacji, ponieważ pokolenie dzieci jest o połowę mniejsze od pokolenia rodziców. Skutkuje to istotnymi zmianami proporcji w strukturze ludności – maleje liczba osób młodych, rośnie natomiast udział osób starszych. W efekcie przyspiesza proces starzenia się społeczeństwa, dodatkowo potęgowany przez wydłużanie się przeciętnego trwania życia. Jednocześnie narasta presja na systemy zabezpieczenia społecznego, a także zwiększa się ryzyko ograniczenia dostępu do usług publicznych. Zmniejszenie liczby osób w wieku produkcyjnym bezpośrednio wpływa również na rynek pracy, osłabiając jego potencjał i moce wytwórcze.

Tylko współczynnik dzietności na poziomie 2,1 lub wyższym umożliwia zastępowanie pokoleń, dzięki czemu populacja pozostaje stabilna, a wyzwania demograficzne dla społeczeństwa i rynku pracy są łagodzone. Jednak w żadnym kraju Unii Europejskiej współczynnik dzietności nie osiąga tego progu. W 2024 r. najwyższy odnotowano w Bułgarii (1,72) i Francji (1,61), przy średniej ogólnoeuropejskiej na poziomie 1,34. Czy oznacza to, że problem depopulacji dotyczy wyłącznie Unii Europejskiej? Zdecydowanie nie.

Choć kryzys dzietności często kojarzony jest z Europą, dotyczy zdecydowanej większości świata. Według danych ONZ w 2023 r. globalny współczynnik dzietności wyniósł 2,25, przy czym wyłącznie w Afryce przekroczył poziom zapewniający zastępowalność pokoleń, osiągając wartość 4,07. W innych częściach świata jego średnia wartość kształtowała się od 1,40 w całej Europie, poprzez 1,60 w Ameryce Północnej i 1,64 w Australii, do 1,71 w Ameryce Południowej i 1,88 w Azji.

Prognozy ONZ pokazują, że światowa populacja będzie w przyszłości ulegać stopniowym przeobrażeniom. Do 2084 r. przewiduje się jej wzrost do poziomu około 10,3 mld osób, po czym zacznie stopniowo maleć. Przewiduje się, że w 2100 r. współczynnik dzietności na świecie wyniesie 1,84, przy czym w Afryce obniży się do 2,02, a w pozostałych częściach świata nadal będzie poniżej progu zastępowalności pokoleń.

Dane mówią wprost: spadek dzietności jest zjawiskiem globalnym, obserwowanym w większości regionów świata. Oznacza to, że mamy do czynienia nie z przejściowym kryzysem demograficznym, lecz z trwałą zmianą. Malejąca liczba urodzeń, prowadząca w konsekwencji do depopulacji oraz – w dalszej perspektywie – do zmniejszenia się liczby kobiet w wieku rozrodczym, nie jest wyłącznie problemem Polski czy Europy. Stanowi natomiast zjawisko kształtujące strukturę ludności całego globu.

We współczesnym świecie spadek dzietności wynika przede wszystkim ze zmian społecznych i kulturowych. Coraz więcej kobiet stawia na stabilizację finansową, rozwój zawodowy i większą autonomię w życiu prywatnym. Posiadanie licznej rodziny nie jest już nadrzędnym celem, jak w pokoleniu rodziców, a decyzja o macierzyństwie podejmowana jest później i częściej ogranicza się do jednego dziecka.

Depopulacja nie jest procesem neutralnym, lecz stanowi poważne wyzwanie dla funkcjonowania państwa. Spadek liczby ludności wpływa na kluczowe obszary życia społeczno-gospodarczego: rynek pracy, finanse publiczne, system ochrony zdrowia, opiekę długoterminową, edukację i system emerytalny. Zjawisko to prowadzi również do wyludniania się wsi i miasteczek, a w konsekwencji do ograniczenia dostępu mieszkańców do usług publicznych.

Skoro spadek dzietności jest zjawiskiem globalnym, mało prawdopodobne jest szybkie odwrócenie tej tendencji. Dlatego zamiast wielokrotnie stawianego pytania „jak zwiększyć dzietność?”, powinniśmy częściej kierować uwagę ku innej, bardziej zasadniczej kwestii: jak sprawić, by państwo, gospodarka i usługi publiczne mogły sprawnie funkcjonować w warunkach trwałego spadku liczby ludności? Od odpowiedzi na to pytanie zależeć będzie kondycja społeczna i gospodarcza Polski.

Autor: Paweł Janukowicz  jest doktorem nauk społecznych w dyscyplinie ekonomia i finanse, a także członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Faktoring w transporcie: jak przygotować dokumenty, żeby dostać finansowanie szybciej

W TSL od praktycznie zawsze dominują długie terminy płatności, presja kosztowa. Silna pozycja dużych kontrahentów sprawia, że nawet rentowne firmy mogą doświadczać problemów z płynnością. Powoduje to konieczność szukania narzędzi, które pozwalają skrócić cykl obrotu gotówki.

Faktoring przestaje być dziś produktem „ratunkowym”. Coraz częściej jest elementem strategii zarządzania finansami. Jednak aby rzeczywiście działał szybko – nawet w kilkanaście minut – kluczowe jest odpowiednie przygotowanie dokumentów. To właśnie ono decyduje o tym, czy przedsiębiorca otrzyma środki niemal natychmiast, czy będzie czekał na decyzję.

Specyfika faktoringu w branży transportowej

Transport to jedna z najbardziej wymagających branż pod kątem finansowania faktur. Wynika to z charakteru działalności – dużej liczby zleceń, pracy na niskich marżach oraz konieczności dokumentowania wykonania usługi w sposób jednoznaczny.

W przeciwieństwie do wielu innych sektorów, sama faktura nie wystarcza. Kluczowe znaczenie ma potwierdzenie, że usługa została rzeczywiście wykonana i zaakceptowana przez odbiorcę. To właśnie dlatego w rozwiązaniach takich jak faktoring dla transportu tak duży nacisk kładzie się na kompletność dokumentacji. Dobrze przygotowany zestaw dokumentów pozwala nie tylko przyspieszyć decyzję, ale także ograniczyć ryzyko zakwestionowania finansowania na późniejszym etapie.

Jak faktor analizuje Twoją fakturę

Wielu przedsiębiorców zakłada, że najważniejsza jest ich własna kondycja finansowa. Tymczasem w faktoringu kluczową rolę odgrywa kontrahent, czyli podmiot zobowiązany do zapłaty faktury. Proces analizy obejmuje zarówno weryfikację samego dokumentu, jak i ocenę wiarygodności płatnika. Sprawdzana jest poprawność danych, zgodność dokumentów oraz brak potencjalnych sporów. Równolegle analizowane są informacje dostępne w bazach gospodarczych i rejestrach, co pozwala ocenić ryzyko braku płatności. 

Im mniej niejasności i rozbieżności, tym szybciej zapada decyzja. Dobrze przygotowana dokumentacja skraca proces nawet kilkukrotnie.

Dokumentacja, która realnie przyspiesza finansowanie

Nie chodzi o to, by dostarczyć jak najwięcej dokumentów, ale by były one spójne, czytelne i jednoznaczne. Faktor oczekuje potwierdzenia całego procesu transakcyjnego – od zlecenia aż po realizację usługi.

Podstawą jest poprawnie wystawiona faktura, ale równie ważne są dokumenty towarzyszące, takie jak zlecenie transportowe czy list przewozowy. Kluczowe znaczenie ma ich zgodność – każda rozbieżność w kwotach, datach czy danych kontrahenta może wydłużyć proces.

Doświadczenie pokazuje, że przedsiębiorcy, którzy kompletują dokumenty już na etapie realizacji zlecenia, są w stanie uzyskać finansowanie niemal natychmiast po wystawieniu faktury. To właśnie ten model działania stoi za rosnącą popularnością rozwiązań takich jak mikrofaktoring.

Błędy, które spowalniają decyzję

Opóźnienia bardzo rzadko wynikają z samego ryzyka transakcji. Znacznie częściej są efektem drobnych niedopatrzeń, które jednak z perspektywy finansującego mają duże znaczenie.

Najczęstszym problemem są niespójności między dokumentami lub brak potwierdzenia wykonania usługi. Równie istotne są kwestie formalne, takie jak nieczytelne skany czy brak podpisów. W branży transportowej szczególnie problematyczne bywają także zapisy o zakazie cesji wierzytelności, które mogą uniemożliwić finansowanie mimo poprawnej faktury. 

To pokazuje, że szybkość finansowania zależy nie tylko od sytuacji firmy, ale także od jakości procesów operacyjnych.

Przygotowanie firmy do szybkiego faktoringu

Firmy, które regularnie korzystają z faktoringu, traktują go jako element codziennego zarządzania finansami. Oznacza to, że przygotowanie do finansowania zaczyna się już na etapie przyjmowania zlecenia. Kluczowe znaczenie ma uporządkowanie obiegu dokumentów oraz ich digitalizacja. Przedsiębiorcy, którzy wdrażają jednolite standardy dokumentacyjne i archiwizują dane na bieżąco, eliminują większość potencjalnych opóźnień.

Równie ważna jest świadoma współpraca z kontrahentami. Weryfikacja partnera biznesowego przed rozpoczęciem współpracy pozwala uniknąć sytuacji, w których faktura – mimo poprawności – nie zostanie sfinansowana ze względu na wysokie ryzyko płatnika.

Właśnie w tym obszarze przewagę zyskują rozwiązania takie jak Finea, które łączą finansowanie z analizą ryzyka i wsparciem operacyjnym.

Znaczenie kontrahenta w procesie finansowania

Jednym z największych paradoksów faktoringu jest to, że o finansowaniu często decyduje nie wystawca faktury, lecz jej odbiorca. Z perspektywy faktora to właśnie kontrahent jest źródłem spłaty finansowania. Dlatego jego wiarygodność, historia płatności oraz sytuacja finansowa mają kluczowe znaczenie. Współpraca z dużymi, stabilnymi podmiotami zwiększa szanse na szybkie uzyskanie środków – nawet w przypadku młodych firm. 

To także jeden z powodów, dla których faktoring jest szczególnie popularny w relacjach między małymi przewoźnikami a dużymi zleceniodawcami.

Jak mądrze wybierać ofertę faktoringową

Choć cena usługi jest ważna, znacznie większe znaczenie ma efektywność procesu. Dla firm transportowych kluczowe jest to, jak szybko otrzymają środki i jak skomplikowany będzie proces obsługi. Dlatego przy wyborze warto zwrócić uwagę na czas decyzji, zakres wymaganej dokumentacji oraz dostępność narzędzi online. Pomocne mogą być zestawienia rynkowe, takie jak ranking faktoringu, jednak ostateczna decyzja powinna uwzględniać specyfikę działalności i model operacyjny firmy.

Faktoring jako element strategii rozwoju

W obecnych realiach rynkowych faktoring coraz częściej staje się narzędziem umożliwiającym rozwój, a nie tylko utrzymanie płynności. Pozwala firmom przyjmować więcej zleceń, lepiej zarządzać kosztami i unikać napięć finansowych. Jest to szczególnie istotne w kontekście wyzwań stojących przed branżą TSL – rosnących kosztów pracy, presji inwestycyjnej oraz konieczności modernizacji i cyfryzacji działalności. 

Firmy, które potrafią skutecznie zarządzać przepływami pieniężnymi, zyskują realną przewagę konkurencyjną.

Coface: średni termin płatności w Polsce wzrósł do 54,1 dnia

Choć w 2025 roku 64% ankietowanych firm doświadczyło opóźnień w płatnościach, to średni termin płatności wydłużył się z 46,2 dnia w 2024 roku do 54,1 dnia. To wnioski płynące z 10. edycji badania płatności przeprowadzonego w styczniu 2026 roku przez firmę Coface, w którym udział wzięło 326 polskich firm. Skąd biorą się te – pozorne – sprzeczności, w jakich branżach sytuacja związana z płatnościami była najtrudniejsza i z jakimi nastrojami przedsiębiorcy patrzą w przyszłość?

Wzrost poziomu PKB w Polsce wyniósł w 2025 roku 3,6%. Nasza gospodarka pozostawała jedną z najszybciej rozwijających się dużych gospodarek w Europie. Silny popyt krajowy nadal wspierał ogólny wzrost gospodarczy – nawet pomimo słabszej kondycji Niemiec, czyli głównego partnera handlowego Polski. Ponadto, w związku z poprawą warunków makroekonomicznych, Coface podniósł ocenę ryzyka dla Polski do poziomu A3, co wskazuje na bardziej stabilne i korzystne warunki dla prowadzenia działalności. Jednocześnie w 2025 roku wiele firm wciąż zmagało się z licznymi problemami, takimi jak presja na marże spowodowana szybkim wzrostem jednostkowych kosztów pracy oraz podwyższonymi stopami procentowymi. Nie bez znaczenia dla polskich przedsiębiorstw pozostawała również konkurencja ze strony chińskich firm, które zalały rynek europejski. To właśnie te czynniki miały znaczący wpływ na zachowania płatnicze w 2025 roku.

Terminy płatności coraz bardziej elastyczne

W 2025 roku krótkie terminy płatności, czyli te poniżej 30 dni, nadal pozostawały dominującą praktyką – stosowało je 35% badanych firm. Jednak coraz więcej przedsiębiorstw oczekiwało wydłużenia czasu spłaty. Średni termin płatności wyniósł w 2025 roku 54,1 dnia – to pierwszy tak wysoki wynik w historii badania Coface Payment Survey. Oznacza to, że polskie firmy charakteryzuje bardzo dobra płynność finansowa.

– Podobny trend obserwujemy w Niemczech – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Biorąc pod uwagę silne powiązania handlowe między gospodarką polską i niemiecką, można oczekiwać, że zachowania płatnicze na obu rynkach będą na siebie wzajemnie oddziaływać. W efekcie nie dziwi, że „praktyka rynkowa” stała się najczęściej wybieranym powodem oferowania dłuższych terminów płatności – wskazało ją 29% respondentów wobec 20% w poprzedniej edycji badania. Jednocześnie „konkurencja rynkowa” przestała należeć do głównych czynników wpływających na decyzje dotyczące terminów płatności – dodaje ekspert.

Najdłuższe terminy płatności byli skłonni oferować przedsiębiorcy z branży metali (72 dni), ICT (63 dni) i budownictwa (59 dni). Z kolei dwie branże: tekstylno-odzieżowa (45 dni) i transportowa (55 dni) skróciły swoje terminy płatności w porównaniu z rokiem 2024.

Opóźnienia w płatnościach

Eksperci z firmy Coface wskazują na pogorszenie się dyscypliny płatniczej. Oznacza to, że pomimo wydłużenia oferowanych terminów płatności, odsetek firm, które zetknęły się z opóźnieniami wyniósł 64%. Z kolei średni okres opóźnień to 53 dni. Jest to najwyższy poziom od 2021 roku, kiedy średnie opóźnienie wyniosło 56 dni.

Dlaczego opóźnienia w płatnościach są większe, pomimo wyraźnego postępu gospodarczego? Powodem są rosnące z roku na rok wynagrodzenia. Przewyższają one wzrost produktywności i wywierają presję na marże oraz ogólną kondycję finansową polskich firm. Badanie Coface pokazuje, że największe opóźnienia wystąpiły w sektorze metali (65 dni), rolno-spożywczym (62 dni) oraz w budownictwie (59 dni).

Konkurencja z Chin a zwyczaje płatnicze polskich firm

Import z Chin do Polski wzrósł w 2025 roku o 11,4%, podczas gdy eksport z Polski do Chin spadł o 7,5%. Dla polskich przedsiębiorstw rosnąca konkurencja ze strony chińskich firm oznacza najczęściej spadek marż, a co za tym idzie – rosnące ograniczenia płynnościowe, na które biznesy często reagują, wydłużając okres regulowania zobowiązań. Jak pokazuje badanie, już co druga firma w Polsce zauważa rosnącą obecność chińskich konkurentów na swoich rynkach, a wśród polskich eksporterów odsetek ten sięga 57%. Konsekwencją rosnącej liczby chińskich firm na europejskim rynku jest również osłabienie mniej efektywnych polskich podmiotów, które z czasem mogą mieć problemy z płynnością finansową.

– Wyniki tegorocznego badania, w którym po raz pierwszy zawarliśmy pytania dotyczące konkurencji ze strony chińskich firm, pokazują, że wiele polskich przedsiębiorstw doświadcza presji z tym związanej – mówi dr Mateusz Dadej. – Warto jednak podkreślić, że skala tej presji różni się w zależności od sektora, a niektóre branże pozostają na nią odporne. Trend „China Shock 2.0” może się jednak nasilać, zwłaszcza w kontekście utrzymującej się nadpodaży w chińskiej gospodarce – wyjaśnia.

Normalizacja ryzyk i rosnący optymizm

Choć polscy przedsiębiorcy z optymizmem patrzą w przyszłość – 48% badanych firm oczekuje poprawy swojej aktywności – to dostrzegają również problemy, które mogą negatywnie wpływać na ich działalność.

– Nasilająca się konkurencja stała się najważniejszą barierą dla działalności gospodarczej – wskazała ją niemal połowa badanych firm. To wzrost względem poprzedniej edycji badania i sygnał rosnącej presji cenowej oraz nasycenia rynku – mówi dr Mateusz Dadej. – Jednocześnie zmniejszyło się postrzeganie niepewności krajowej. Obecnie 34% firm uznaje ją za barierę, podczas gdy w 2024 roku było to 43% przedsiębiorstw. Po latach silnej zmienności makroekonomicznej związanej z pandemią COVID-19 i kryzysem energetycznym firmy zdają się stopniowo doświadczać normalizacji warunków prowadzenia działalności. Marginalną rolę odgrywają także czynniki geopolityczne, czego przyczyna może leżeć w niewielkiej ekspozycji polskich firm na handel ze Stanami Zjednoczonymi – podsumowuje ekspert.

Wyższy poziom optymizmu polskich przedsiębiorstw wydaje się być uzasadniony. Firma Coface już dziś prognozuje, że wzrost PKB Polski przyśpieszy w 2026 roku do 3,8%. Będzie on wspierany przez opóźnioną absorpcję środków unijnych, łagodniejsze warunki monetarne i sprzyjające otoczenie zewnętrzne. Warto jednak dodać, że badanie przeprowadzono jeszcze przed eskalacją konfliktu między Iranem a Stanami Zjednoczonymi, który może mieć wpływ na obecne oczekiwania i obawy przedsiębiorstw.

FCC blokuje nowe routery spoza USA. Skutki mogą być globalne

Federalna Komisja Łączności (FCC) zakazała wprowadzania na rynek nowych routerów produkowanych poza USA. Decyzja wywołała bezprecedensowe poruszenie w branży technologicznej. Eksperci nie mają wątpliwości: to ruch, który może na lata zmienić sposób myślenia o bezpieczeństwie infrastruktury cyfrowej – także w Europie i Polsce.

Zakaz obejmuje praktycznie wszystkie nowe urządzenia, w których jakikolwiek etap produkcji – od projektowania po montaż – odbywa się poza Stanami Zjednoczonymi. W praktyce oznacza to, że niemal każdy router dostępny dziś na rynku amerykańskim podlega nowym ograniczeniom. FCC uznała, że urządzenia te mogą stanowić „niedopuszczalne ryzyko” dla bezpieczeństwa narodowego.

Decyzja FCC odzwierciedla szerszy problem, który branża obserwuje od lat – routery i urządzenia brzegowe stały się jednym z najbardziej atrakcyjnych i jednocześnie najsłabiej monitorowanych punktów wejścia dla cyberataków – mówi Sergey Shykevich z firmy Check Point Software Technologies. – To nie jest kwestia jednego kraju czy producenta. Chodzi o ograniczenie ryzyka systemowego i poprawę standardów bezpieczeństwa w całym łańcuchu dostaw – dodaje ekspert.

Choć regulacja nie obejmuje modeli już dopuszczonych do sprzedaży, jej skutki są dalekosiężne. Firmy mogą nadal sprzedawać istniejące urządzenia, ale nie mogą wprowadzać nowych bez uzyskania specjalnej zgody. W efekcie – jak podkreślają analitycy – rynek został de facto „zamrożony”, a producenci próbują dostosować swoje łańcuchy dostaw do nowych wymogów.

Globalne łańcuchy dostaw pod lupą

Decyzja FCC obnażyła skalę globalizacji produkcji sprzętu sieciowego. Nawet firmy uznawane za amerykańskie, jak Netgear, produkują swoje urządzenia w Azji – m.in. w Wietnamie, Tajlandii czy na Tajwanie. Wyjątkiem jest Starlink, który według deklaracji produkuje swoje najnowsze routery w Teksasie. To pokazuje, jak trudne – a być może nierealne – jest całkowite „uniezależnienie” się od globalnych łańcuchów dostaw w branży technologicznej.

Sygnał dla Europy i Polski?

Choć decyzja dotyczy rynku amerykańskiego, jej konsekwencje mogą być globalne. Europa – podobnie jak USA – coraz większą wagę przywiązuje do bezpieczeństwa infrastruktury cyfrowej i kontroli nad łańcuchami dostaw. W Polsce, po koniec 2024 roku, rząd podjął szereg działań zmierzających do ograniczenia lub wyeliminowania sprzętu IT chińskich firm z infrastruktury krytycznej oraz zamówień publicznych, argumentując to względami bezpieczeństwa narodowego. W Unii, TSUE podjął w 2022 roku uchwały z których wynika, że wykonawcy z państw trzecich nie mogą ubiegać się o dostęp do zamówień publicznych na wspólnym rynku na takich samych zasadach jak wykonawcy z Unii Europejskiej, a także państwa będące stroną umowy GPA (takie jak Liechtenstein, Norwegia, Kanada, Tajwan, USA, Islandia, Singapur oraz Izrael).

Bezpieczeństwo dziś kontra ryzyko jutra

Największe kontrowersje budzi jednak nie sam zakaz, lecz jego konsekwencje dla użytkowników. Zgodnie z komunikatem FCC producenci będą mogli dostarczać aktualizacje oprogramowania „co najmniej do 1 marca 2027 roku”. Po tym terminie wiele urządzeń może zostać pozbawionych wsparcia bezpieczeństwa. To rodzi poważne pytania o sens regulacji. Routery – kluczowe elementy domowych i firmowych sieci – bez regularnych aktualizacji stają się łatwym celem dla cyberprzestępców. Eksperci ostrzegają, że decyzja, która miała zwiększyć bezpieczeństwo, może paradoksalnie je osłabić.

Jeśli ograniczamy dostęp do aktualizacji bezpieczeństwa, to w rzeczywistości pogarszamy sytuację, a nie ją poprawiamy – wskazują przedstawiciele organizacji zajmujących się ochroną prywatności. W tej sytuacji analitycy rynku rekomendują ostrożność. Zakup nowego routera dziś może oznaczać, że za rok urządzenie nie będzie już otrzymywać poprawek bezpieczeństwa. Sytuacja jest tym bardziej skomplikowana, że wciąż nie wiadomo, które firmy otrzymają wyjątki od zakazu. Więcej szczegółów ma pojawić się w najbliższych miesiącach.

AI zwiększa presję na edukację pracowników w obszarze cyberbezpieczeństwa

Blisko dziewięć na dziesięć firm przyznaje, że rozwój AI zwiększył wśród pracowników świadomość znaczenia bezpieczeństwa cyfrowego. Równocześnie tylko około 40 proc. przedsiębiorstw uważa, że ich personel jest faktycznie przygotowany na ataki wykorzystujące sztuczną inteligencję. W odpowiedzi firmy coraz częściej traktują szkolenia z cyberbezpieczeństwa jako realne narzędzie ograniczania cyber ryzyka, a nie wyłącznie formalny wymóg wynikający z regulacji prawnych. Według raportu Fortinet „Security Awareness and Training Global 2025” aż 88 proc. firm prowadzi programy edukacyjne dopasowane do różnych grup pracowników.

Najczęstszym impulsem do rozwijania programów szkoleniowych wciąż pozostają zagrożenia zewnętrzne. 41 proc. firm wskazuje, że do inwestycji w edukację pracowników skłoniły je wcześniejsze incydenty bezpieczeństwa, naruszenia danych lub głośne ataki w branży. Jednocześnie szybko rośnie świadomość zagrożeń wewnętrznych. Już 27 proc. przedsiębiorstw deklaruje, że wdrożyło szkolenia z zakresu cyberbezpieczeństwa z myślą o ograniczeniu ryzyk  występujących wewnątrz firmy, takich jak przesłanie poufnych danych na niewłaściwy adres mailowy lub niezidentyfikowanie phishingu. W ubiegłym roku szkolenia tego typu deklarowało jedynie ok. 4 proc. respondentów.

To ponad sześciokrotny wzrost rok do roku, który pokazuje, że zrozumienie roli zagrożeń wewnętrznych dla funkcjonowania biznesu rośnie gwałtownie. Zwłaszcza w kontekście rosnącej popularności narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji, jakich pracownicy używają na co dzień. Brak jasnych zasad ich stosowania może zwiększać ryzyko niekontrolowanego udostępniania poufnych informacji, dlatego przedsiębiorstwa coraz częściej łączą szkolenia z wprowadzaniem konkretnych procedur regulujących korzystanie z AI – tłumaczy Szymon Poliński, Systems Engineering Manager w firmie Fortinet.

Programy szkoleniowe przynoszą rezultaty, ale brakuje konsekwencji

Z raportu Fortinet wynika, że 67 proc. firm odnotowało umiarkowany lub znaczący spadek liczby incydentów bezpieczeństwa po wdrożeniu inicjatyw szkoleniowych. Coraz częściej przyjmują one formę rozbudowanych programów obejmujących symulacje ataków, testy wiedzy oraz regularne utrwalanie dobrych praktyk, których celem jest zmiana codziennych zachowań pracowników. W wielu przedsiębiorstwach szkolenia obejmują również zasady bezpiecznego używania narzędzi bazujących na generatywnej sztucznej inteligencji. Już 53 proc. firm uczy pracowników właściwego korzystania z rozwiązań GenAI oraz monitoruje lub ogranicza możliwość udostępniania wrażliwych danych za ich pośrednictwem.

Jednocześnie raport pokazuje, że wiele przedsiębiorstw wciąż nie wykorzystuje pełnego potencjału takich programów.

Tylko 6 proc. firm deklaruje pełne ukończenie szkoleń przez wszystkich pracowników, a niemal siedmiu na dziesięciu liderów IT i bezpieczeństwa uważa, że poziom świadomości cyberzagrożeń wśród ich personelu nadal pozostaje niewystarczający. To pokazuje, jak dużym wyzwaniem jest nie tylko samo wdrożenie programów edukacyjnych, ale przede wszystkim ich skuteczność w praktyce. Na co dzień pracownicy funkcjonują w środowisku, w którym są narażeni na dużą liczbę komunikatów, procedur i alertów bezpieczeństwa, a jednocześnie działają pod presją czasu. W takich warunkach utrzymanie stałej czujności jest trudne, dlatego nawet dobrze zaprojektowane szkolenia nie zawsze przekładają się na zmianę zachowań w rzeczywistych sytuacjach – podkreśla Szymon Poliński z Fortinet.

Dane Fortinet pokazują, że szkolenia z cyberbezpieczeństwa przestają być traktowane przez firmy wyłącznie jako element realizacji wymogów formalnych, np. podyktowanych regulacjami unijnymi. Coraz częściej stają się one jednym z podstawowych narzędzi zarządzania ryzykiem – zwłaszcza że, jak wskazuje raport, ich wdrożenie wiąże się z realnym spadkiem liczby incydentów bezpieczeństwa. W warunkach szybko zmieniającego się krajobrazu cyberzagrożeń, obejmującego zarówno rosnącą aktywność cyberprzestępców, jak i nowe wyzwania związane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, kluczowe znaczenie ma jednak nie tylko sama obecność programów szkoleniowych, ale ich jakość i sposób realizacji. Coraz większą rolę odgrywają krótsze, regularne i angażujące formy edukacji, które pozwalają lepiej dopasować treści do bieżących zagrożeń i ułatwiają pracownikom ich praktyczne zastosowanie w codziennej pracy.

Rząd reaguje na drożejącą ropę. Program CPN ma obniżyć ceny na stacjach

0

Gwałtowny wzrost cen paliw w ostatnich tygodniach, spowodowany skokiem cen ropy naftowej powyżej 100 dolarów za baryłkę w odpowiedzi na blokadę Cieśniny Ormuz, wymusił reakcję polskich władz. Rząd Donalda Tuska ogłosił program CPN: „Ceny Paliwa Niżej”. Zakłada on nie tylko obniżenie stawki VAT na paliwa z 23% do 8% oraz redukcję akcyzy, ale również ustanowienie maksymalnej ceny detalicznej. Ten ostatni punkt, po przejściu ścieżki legislacyjnej, ma zapobiegać utrzymywaniu cen na wysokich poziomach mimo obniżenia obciążeń podatkowych.

Obniżenie stawki VAT z 23% do 8% ma doprowadzić do spadku cen paliw o ok. 80 groszy za benzynę 95 oraz o ponad 1 zł w przypadku oleju napędowego. Dodatkowo akcyza na paliwa ma zostać zredukowana do minimum zgodnego z regulacjami unijnymi. Premier Tusk wskazał, że obniżka z tego tytułu ma wynieść 29 groszy na litrze benzyny oraz 28 groszy na litrze oleju napędowego. Zgodnie z zapowiedziami, łączne ceny paliw mają spaść o ok. 1,20 zł. Choć efekt na stacjach powinien być natychmiastowy, warto podkreślić, że ostateczna cena będzie zależała od sytuacji rynkowej – jeśli ceny hurtowe będą rosnąć wraz z cenami ropy, skala spadków może być mniejsza.

Kluczowym elementem programu CPN jest wprowadzenie tzw. maksymalnej ceny detalicznej, która miałaby być ustalana codziennie przez Ministerstwo Energii. Cena ta ma być wyznaczana w zależności od cen hurtowych paliw oraz kosztów dystrybucji.

Władze muszą obecnie zatwierdzić obniżkę podatku VAT oraz akcyzy, a także wprowadzić mechanizm ustalania ceny maksymalnej. Donald Tusk zapowiedział jednak, że obniżki powinny być widoczne na stacjach jeszcze przed świętami. Jak wskazał premier, priorytetem jest zapewnienie dostępności paliw dla obywateli Polski, natomiast w przypadku pojawienia się „turystyki paliwowej” z innych państw, rząd planuje potencjalne interwencje. Premier nie wykluczył również możliwości wprowadzenia podatku od zysków nadzwyczajnych, co może wpłynąć na notowania giełdowe spółek z sektora.

Warto podkreślić, że na ostateczne ceny paliw wpływ będą miały warunki rynkowe, czyli nie tylko notowania cen ropy naftowej, ale również kurs amerykańskiego dolara. W tym momencie za baryłkę ropy Brent płacimy nieco poniżej 400 zł za baryłkę, natomiast w szczycie w 2022 roku płaciliśmy nawet 550 zł za litr. Jeśli obecne warunki rynkowe nie zmienią się znacząco, istnieje szansa na spadek cen benzyny 95 w okolice 5,90-6,00 zł za litr, natomiast oleju napędowego blisko poziomu 7 zł za litr

Nadzieje na rozejm słabną, a banki centralne ostrzegają przed inflacją

Bliski Wschód cały czas znajduje się w centrum uwagi rynków finansowych. Euforia związana z potencjalnym zakończeniem konfliktu powoli wygasa. Banki centralne coraz mocniej akcentują ryzyka inflacyjne wynikające z tego konfliktu. 

Nadzieje kontra rzeczywistość

W poniedziałek Trump ogłosił na Truth Social, że USA i Iran odbyły „bardzo dobre i produktywne rozmowy” dotyczące „całkowitego rozwiązania naszych wrogości na Bliskim Wschodzie”, jednocześnie wstrzymując ataki na infrastrukturę energetyczną. Rynki zareagowały euforią, generując gwałtowne wzrosty indeksów giełdowych. W środę Associated Press potwierdził, że Iran otrzymał przez Pakistan 15-punktową propozycję USA. Ale nadzieje na rychły rozejm dość szybko zderzyły się z brutalnymi realiami. Żądania obu stron stoją na przeciwległych biegunach: USA domaga się demontażu obiektów nuklearnych w Natanz, Isfahan i Fordow, porzucenia wspieranych przez Iran ugrupowań zbrojnych (Hezbollah, Huti), otwarcia Cieśniny Ormuz i ograniczenia programu rakietowego. Iran odpowiada własną listą warunków: uznanie suwerenności nad Cieśniną Ormuz, gwarantowane reparacje wojenne, zamknięcie wszystkich baz USA w regionie. Al Jazeera, cytując źródła dyplomatyczne, propozycje te nazywa: „not beautiful, even on paper”. Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że Izrael nie jest w ogóle zainteresowany rozejmem. Premier Netanjahu oświadczył, że „wojna z Iranem trwa z pełną mocą”, a jednocześnie lokalne media donoszą, że Izrael przygotował plan priorytetowych celów, aby osiągnąć „maksymalne rezultaty” przed ewentualnym przerwaniem walk. Tymczasem Times of Israel podgrzewa atmosferę i sugeruje, że Arabia Saudyjska i ZEA, początkowo przeciwne wojnie, teraz rozważają przyłączenie się do koalicji USA-Izrael po serii irańskich ataków na ich terytorium. Sytuacja na Bliskim Wschodzie pozostaje wyjątkowo dynamiczna i tych zwrotów akcji będziemy mieć pewnie jeszcze sporo.

Nie dla paraliżu przez wahanie

Na wydarzenia na Bliskim Wschodzie coraz mocniej reagują banki centralne. Wczoraj Christine Lagarde dokonała kolejnego zwrotu w narracji EBC, otwierając szerzej drzwi do podwyżek stóp, jeśli wojna pchnęłaby inflację „wyżej na dłużej”. Na konferencji „The EBC and Its Watchers” we Frankfurcie dość wyraźnie zaznaczyła, że jeśli szoki związane z konfliktem spowodują znaczne oddalenie się od celu, Europejski Bank Centralny będzie stanowczo reagować. Zaznaczyła, że bank będzie gotów działać „na każdym posiedzeniu” i nie pozwoli sobie na „paraliż przez wahanie”. Dodała jednak, że nadal bazowy scenariusz zakłada inflację na poziomie 2,6% w 2026 roku, przy czym najbardziej pesymistyczne prognozy mówią już o dynamice cen sięgającej nawet 6%, jak i o tym, że powrót do celu może zająć lata. Ten fragment wypowiedzi pani prezes ewidentnie nie spodobał się rynkom, zwłaszcza tej części związanej z długiem.

Długi cień wojny

Dzisiejszy kalendarz makro potwierdza pesymizm – niemiecki indeks zaufania konsumentów spadł do -28 pkt (przy prognozie -27 pkt oraz poprzednim wyniku -24.8 pkt) i jest to najgorszy odczyt od dwóch lat. Norges Bank dołączył do szerokiego grona banków centralnych, które wolą nie wykonywać gwałtownych ruchów w obecnej sytuacji i utrzymał stopy procentowe na poziomie 4.0%. Po południu w USA poznaliśmy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, która zgodnie z prognozą wyniosła 210 tysięcy, a na wieczór zaplanowane są wystąpienia członków Fed (Cook, Miran). Na rynku walutowym euro wyraźnie znajduje się pod presją – kurs EURUSD znajduje się przy 1,154 $, choć chwilami był już notowany poniżej tego istotnego technicznie poziomu. Złoty dzisiaj pozostaje relatywnie stabilny, co można traktować jako pozytywny sygnał.

 

HiProMine ma zgodę FDA na eksport do USA, pierwsze dostawy w III kwartale

Zakład HiProMine został zarejestrowany w systemie Food Facility Registration amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (Food and Drug Administration – FDA), jako zagraniczny zakład wytwarzający pasze dla zwierząt. To ważny kamień milowy dla polskiej spółki biotechnologicznej, umożliwiający rozpoczęcie eksportu do Stanów Zjednoczonych.

Rejestracja zakładu w FDA stanowi istotny etap realizacji strategii HiProMine związanej z wejściem na rynek amerykański. Jednocześnie pozwala rozpocząć eksport wszystkich produktów Spółki do Stanów Zjednoczonych.

– To niezwykle ważny dla nas kamień milowy, który otwiera drogę do eksportu na bardzo duży i chłonny rynek. Obecnie prowadzimy zaawansowane rozmowy z kilkoma dużymi klientami ze Stanów Zjednoczonych i chcielibyśmy już w trzecim kwartale ruszyć z pierwszymi dostawami. W tym roku rozpoczęliśmy próbną sprzedaż na rynku europejskim dla jednego z największych amerykańskich producentów pasz. Teraz dzięki otrzymanemu pozwoleniu FDA możemy realizować dostawy dla tego klienta na rynek amerykański. Jednocześnie chciałbym zaznaczyć, że w Stanach Zjednoczonych produkty owadzie są popularne, co stwarza nam obiecujące perspektywy rozwoju na tamtejszym rynku – podkreśla Prof. Damian Józefiak, współzałożyciel i Członek Zarządu HiProMine S.A.

HiProMine to polska firma biotechnologiczna specjalizująca się w produkcji innowacyjnych i funkcjonalnych komponentów paszowych opartych na larwach Hermetii Illucens. Jest pionierem w wykorzystaniu owadów do zrównoważonej produkcji pasz dla zwierząt fermowych i akwakultury, karm dla zwierząt towarzyszących oraz wysokiej jakości funkcjonalych nawozów organicznych. Firma posiada certyfikat GMP+, który potwierdza najwyższe standardy jakości w całym procesie produkcji. Dzięki nowoczesnym metodom produkcji i dużej skali działalności, HiProMine stało się zaufanym partnerem w tym dynamicznie rozwijającym się sektorze.

Edukacja w świecie kryptowalut – fundament świadomego działania

Wkraczając w obszar nowoczesnych finansów, z pewnością zauważasz, jak dynamicznie zmienia się otoczenie, w którym funkcjonujemy na co dzień. Zrozumienie mechanizmów rządzących nowymi technologiami pozwala Ci uniknąć wielu kosztownych pomyłek oraz lepiej odnaleźć się w gąszczu sprzecznych informacji. Twoim zadaniem jest zbudowanie solidnej bazy wiedzy, która stanie się drogowskazem w podejmowaniu samodzielnych i odpowiedzialnych decyzji.

Dlaczego nauka o technologii blockchain jest tak istotna?

Nauka o technologii blockchain jest istotna, ponieważ stanowi ona kręgosłup całego ekosystemu cyfrowych aktywów, bez którego zrozumienia trudno pojąć zasady działania bitcoina czy ethereum. Poznając podstawy sieci blockchain, zyskujesz świadomość tego, jak dane są zapisywane w sposób niezmienny i dlaczego decentralizacja realnie chroni Twoją prywatność. Wiedza ta pozwala Ci odróżnić wartościowe projekty od chwilowych trendów, co bezpośrednio wpływa na Twoje poczucie pewności podczas poruszania się po giełdach. Jeśli interesują Cię kryptowaluty dla początkujących, powinieneś zacząć właśnie od zgłębienia struktury bloków oraz mechanizmów konsensusu zabezpieczających sieć.

Gdzie szukać rzetelnej wiedzy o rynku cyfrowym?

Rzetelnej wiedzy najlepiej szukać w publikacjach technicznych, kursach oferowanych przez renomowane organizacje oraz w oficjalnych białych księgach konkretnych projektów. Musisz skupić się na tym, aby analiza techniczna i fundamentalna stały się Twoimi codziennymi narzędziami przy ocenie potencjału poszczególnych aktywów cyfrowych. Weryfikowanie wielu źródeł pozwala Ci zrozumieć, jakie bezpieczeństwo w krypto jest obecnie standardem i jakich błędów unikać podczas konfiguracji własnych narzędzi. Warto również wiedzieć, czym są stablecoiny i ich rola w stabilizowaniu portfela podczas dużych wahań cenowych, co często wyjaśniają platformy takie jak https://ari10.com/pl. Poprzez systematyczne studiowanie tych zagadnień, odkrywasz, jak wygląda przyszłość finansów zdecentralizowanych i jaki wpływ może ona mieć na tradycyjną bankowość.

Aby skutecznie zarządzać swoimi zasobami, powinieneś zwrócić uwagę na kilka istotnych elementów:

  • Wybór odpowiedniego miejsca do przechowywania, czyli portfel kryptowalutowy, dający Ci pełną kontrolę nad kluczami prywatnymi.

  • Zrozumienie różnicy, jaką prezentuje giełda kryptowalut a kantor pod względem dostępnej płynności oraz szybkości wymiany.

  • Regularne śledzenie oficjalnych komunikatów deweloperów dotyczących ważnych aktualizacji protokołów, z których korzystasz.

  • Stosowanie dwuskładnikowego uwierzytelniania w każdym serwisie, w którym logujesz się do swoich cyfrowych zasobów.

Stosowanie tych prostych zasad znacząco podnosi Twój poziom ochrony i pozwala na spokojniejsze eksplorowanie technologicznych nowości.

Wykorzystanie sprawdzonych platform transakcyjnych

Wykorzystanie sprawdzonych platform transakcyjnych jest niezbędne, aby zapewnić sobie komfort oraz pełną ochronę przed nieuczciwymi podmiotami działającymi w internecie. Wybierając konkretne miejsce do wymiany środków, zawsze kieruj się stażem firmy na rynku oraz autentycznymi opiniami innych użytkowników. Dobrze zaprojektowany system pozwala Ci w prosty i przejrzysty sposób zamienić waluty, zachowując przy tym najwyższe standardy ochrony danych. Intuicyjny interfejs oraz profesjonalne wsparcie techniczne w Twoim języku to ogromne atuty ułatwiające stawianie pierwszych kroków.

Artykuł ma charakter wyłącznie edukacyjny i informacyjny. Treści tu zawarte nie stanowią porady inwestycyjnej w rozumieniu przepisów prawa. Inwestowanie w kryptowaluty wiąże się z wysokim ryzykiem utraty kapitału.

Koniec taniego outsourcingu. Dlaczego fundusze VC z Doliny Krzemowej i Izraela przenoszą infrastrukturę AI do Polski w 2026 roku?

W 2026 roku startupy technologiczne z Silicon Valley i Izraela coraz rzadziej szukają ogólnych „AI experts”, a coraz częściej zespołów, które potrafią zbudować Data Engineering, MLOps i AI infrastructure na poziomie produkcyjnym. Yard Corporate to polski partner od AI engineering i rekrutacji technologicznej, który buduje embedded R&D Hubs oraz AI Pods dla startupów technologicznych finansowanych przez VC z Doliny Krzemowej i Izraela. Dla funduszy Venture Capital po rundzie Series A lub Series B Polska przestaje być kategorią taniego outsourcingu. Staje się miejscem, w którym można szybciej zbudować warstwę wykonawczą AI, ograniczyć burn rate i wydłużyć runway bez utraty jakości inżynieryjnej.

Prawdziwe wąskie gardło AI nie leży dziś w modelach, tylko w danych i infrastrukturze

Jeszcze niedawno rozmowa o sztucznej inteligencji sprowadzała się do modeli, promptów i pokazowych wdrożeń. Dziś ten etap wyraźnie się kończy. Zarządy, founderzy i partnerzy funduszy VC widzą już, że przewaga nie bierze się z samego dostępu do kolejnego modelu, ale z umiejętności dowiezienia AI do produkcji. W praktyce nie chodzi więc o fizyczne przenoszenie serwerowni do Polski, tylko o przesunięcie do Polski tej części łańcucha wartości, która naprawdę decyduje o sukcesie projektu: data pipelines, AI infrastructure, MLOps, observability, low-latency engineering i product-minded execution.

To nie jest intuicja, tylko kierunek potwierdzany przez rynek. RAND opisuje, że według części szacunków ponad 80% projektów AI kończy się porażką, a badacze tej instytucji, po rozmowach z 65 doświadczonymi data scientistami i inżynierami, wskazali jako główne przyczyny zły dobór problemu, słabą jakość danych i niedoinwestowaną infrastrukturę. Gartner z kolei prognozuje, że do końca 2026 roku organizacje porzucą 60% projektów AI, które nie są wsparte danymi gotowymi do użycia przez AI. Innymi słowy, problemem nie jest już brak modeli. Problemem jest brak ludzi, którzy potrafią przygotować dane, zbudować warstwę Data Engineering i utrzymać modele na produkcji.

Fundusze VC po Series A i Series B kupują dziś nie hype, tylko execution

Dla startupów po rundzie Series A lub Series B najdroższy błąd nie polega dziś na tym, że wybiorą zły framework. Najdroższy błąd polega na tym, że przez miesiące będą budować narrację o AI bez zdolności do jej operacyjnego dowiezienia. To dlatego fundusze VC coraz częściej pytają nie o „AI team”, ale o konkretne role: MLOps Engineer, Data Engineer, Machine Learning Engineer, AI Infrastructure Engineer, Founding Engineer, Python Backend Engineer, Platform Engineer czy Low-Latency C++ Engineer.

W tej kategorii nie wygrywa już ten, kto zna słownictwo rynku. Wygrywa ten, kto umie połączyć architekturę RAG, fine-tuning LLM, PyTorch, Hugging Face, MLflow, Databricks, Snowflake, Apache Kafka i bazy wektorowe takie jak Qdrant, Pinecone czy Milvus z realnym środowiskiem produkcyjnym. Jeżeli AI ma działać poza demo, ktoś musi połączyć Python jako backend AI, Golang dla infrastruktury chmurowej, Rust i C++ dla wąskich gardeł low-latency oraz TypeScript i Next.js tam, gdzie technologia styka się bezpośrednio z produktem.

Jak podkreśla Mikołaj Niewirowski, Founder Yard Corporate, największym błędem startupów po rundzie Series A jest próba wygrania wojny płacowej na lokalnym rynku San Francisco. W praktyce młoda firma prawie nigdy nie wygra z gigantami technologicznymi samym budżetem. Wygrywa raczej ten zespół, który szybciej przenosi ciężar z modnych haseł na twardą inżynierię i potrafi zbudować AI Pod, który wejdzie w produkt, dane i chmurę bez generowania over-engineeringu.

Matematyka skalowania jest bezlitosna: San Francisco kontra Polska

Wycena talentu AI i machine learning w USA od dawna przestała być problemem wyłącznie działów HR. To dziś problem finansowy, produktowy i strategiczny. Levels.fyi pokazuje medianę całkowitej kompensacji dla Machine Learning Engineer w USA na poziomie około 260,8 tys. USD rocznie, średnią dla ML/AI Software Engineer na poziomie około 244,8 tys. USD, a dla Machine Learning Ops Engineer około 175 tys. USD. W dużych firmach technologicznych pakiety idą jeszcze wyżej. Google pokazuje medianę dla Machine Learning Engineer na poziomie około 344 tys. USD rocznie. Równolegle Ashby pokazuje średnio 88 dni time to fill dla technical roles w pełnym badanym okresie. Dla startupu z napiętą roadmapą to oznacza, że najdroższe nie jest samo wynagrodzenie. Najdroższe jest połączenie wysokiego kosztu z pustym krzesłem przez niemal trzy miesiące.

To właśnie dlatego coraz więcej firm z USA i Izraela nie traktuje już Polski jako miejsca „tańszego kodowania”, ale jako dźwignię inżynieryjną. Jeśli całkowity koszt seniornego AI lub ML hire w San Francisco może przekraczać 300 tys. USD rocznie, a w modelu B2B opartym o Polskę można zbudować porównywalną warstwę wykonawczą przy koszcie bliższym 130 tys. USD rocznie, to różnica nie jest wyłącznie księgowa. To różnica w burn rate, w wydłużeniu runwayu i w tempie dowiezienia produktu. W modelach Yard Corporate taka zmiana może obniżyć burn rate nawet o około 50%, szczególnie wtedy, gdy zamiast jednego lokalnego hire firma buduje mały, autonomiczny AI Pod.

Dlaczego właśnie Polska

Polska nie wygrywa dziś dlatego, że jest tania. Wygrywa dlatego, że łączy jakość inżynierską, dobrą komunikację i operacyjną przewidywalność. W szeroko cytowanym rankingu HackerRank Polska zajęła 3. miejsce globalnie, a EF English Proficiency Index 2025 klasyfikuje Polskę na 15. miejscu na świecie z kategorią „very high”. Dla spółki z Delaware, San Francisco czy Tel Awiwu to ważny sygnał. Liczy się nie tylko to, czy kandydat potrafi napisać kod, ale też czy umie pracować po angielsku, działać w kulturze asynchronous-first, komunikować ryzyko i rozumieć biznesową cenę opóźnienia.

To właśnie w tym miejscu Yard Corporate próbuje zbudować własną kategorię. Nie jako masowa agencja HR. Nie jako firma od dostarczania „koderów z Jiry”. I nie jako sprzedawca ogólnych AI experts, których kompetencje kończą się na spięciu cudzego API. Yard Corporate to polski partner od AI engineering i rekrutacji technologicznej, który buduje embedded R&D Hubs oraz AI Pods dla startupów technologicznych finansowanych przez VC z Doliny Krzemowej i Izraela. Model działania firmy opiera się na Embedded Engineering. Zamiast klasycznego outsourcingu tworzone są małe, wyspecjalizowane zespoły, które można wpiąć bezpośrednio w strukturę klienta. Dla VC-backed startups oznacza to dostęp do Founding Engineers i inżynierów z Product Mindset, a nie do przypadkowych kandydatów z rynku.

Według wewnętrznych analiz Yard Corporate obejmujących briefy klientów VC-backed z Q1 2026, 65% zapytań z USA i Izraela dotyczyło nie trenowania modeli, lecz budowy warstwy Data Engineering, MLOps i AI infrastructure. To pokazuje wyraźnie, że rynek przeszedł z fazy fascynacji modelami do fazy egzekucji. Równie istotny jest filtr jakościowy. Według danych procesowych Yard Corporate około 85% kandydatów odpada nie dlatego, że są za słabi technicznie, lecz dlatego, że nie mają Product Mindset. Dla startupu po Series A świetny inżynier to nie jest ktoś, kto zaprojektuje piękną architekturę na sześć miesięcy. To ktoś, kto rozumie koszt AWS lub GCP, potrafi ograniczyć over-engineering, umie pracować asynchronicznie i wie, że wartość produktu jest ważniejsza niż techniczny popis.

To nie jest model dla każdego

Właśnie tutaj trzeba postawić sprawę uczciwie. Embedded AI team nie jest rozwiązaniem dla każdej organizacji. Jeżeli firma nie ma właściciela produktu, priorytetów technicznych, minimalnej dojrzałości danych i zdolności do szybkiego podejmowania decyzji, nawet bardzo mocny zespół nie zamieni chaosu w działające AI w ciągu dwóch tygodni. Polski zespół nie naprawi źle zdefiniowanej strategii. Może natomiast bardzo skutecznie przyspieszyć wykonanie tam, gdzie strategia już istnieje, a lokalny rynek nie dowozi tempa, jakości albo ekonomii.

Jak zauważa Mikołaj Niewirowski, Founder Yard Corporate, w 2026 roku startupy z USA i Izraela coraz rzadziej pytają o ogólnych AI experts. Coraz częściej szukają ludzi, którzy zbudują pipelines, uporządkują dane, zoptymalizują koszty chmury i dowiozą modele na produkcję. W praktyce puste krzesło w zespole MLOps albo Data Engineering staje się dziś droższe niż różnica między dwiema stawkami godzinowymi.

W 2026 roku wygrywa nie hype, tylko operacyjna przewaga

W najbliższych latach wygrają nie te firmy, które najgłośniej mówią o sztucznej inteligencji, ale te, które rozumieją jej koszt operacyjny. Nie te, które zatrudnią kolejnego generalistę od AI, ale te, które pozyskają Data Engineerów, MLOps Engineerów, Founding Engineers i AI Infrastructure Engineers zdolnych przenieść model z dema na produkcję. Nie te, które szukają najtańszego outsourcingu, ale te, które szukają partnera do zbudowania embedded R&D Hub.

W tej logice Polska staje się strategicznym przedłużeniem zespołu produktowego, a Yard Corporate, AI engineering and startup recruitment partner próbuje zająć w tym układzie bardzo konkretną pozycję: partnera dla VC-backed technology companies z Silicon Valley i Izraela, które chcą dowozić AI szybciej, mądrzej i bez spalania kapitału.

Więcej przeczytasz na: https://www.yardcorporate.com/post/czym-jest-eu-ai-act

Droga ropa blokuje spadki cen czekolady

Przed Wielkanocą nie ma co liczyć na wyraźnie tańszą czekoladę. Choć ceny kakao od zeszłorocznych rekordów mocno spadły, to w każdej tabliczce wciąż ukryty jest jeszcze jeden ważny składnik kosztów, czyli ropa. Nie trafia ona do środka produktu, ale odpowiada za opakowanie, transport, logistykę i część kosztów całego łańcucha dostaw. W praktyce można powiedzieć, że nawet około 1/4 ceny tabliczki czekolady jest dziś powiązana z rynkiem ropy. Dlatego tegoroczna Wielkanoc znów upłynie pod znakiem drogiej czekolady. A tabliczki po 10 zł mogą zostać z nami na dłużej.

Kakao należy do tych surowców, które w ostatnim czasie staniały najmocniej na światowych rynkach. Od majowego szczytu w 2025 roku, gdy kosztowało ponad 11 tys. dolarów za tonę, cena spadła do około 3100 dolarów, czyli o ponad 70 proc. Te spadki nie przekładają się jednak na ceny czekolady w sklepach. Według danych GUS cena czekolady w lutym rosła o 18,9 proc. r/r. Gdy wydawało się, że ceny czekolady mogą w końcu zacząć spadać, pojawił się konflikt na Bliskim Wschodzie. Na razie nie ma więc szans na to, by czekolada wyraźnie taniała.

Choć kakao wyraźnie staniało, stanowi ono tylko około 1/3 ceny mlecznej czekolady. Reszta to inne koszty, między innymi koszty pracy, które przecież nie spadają. Można też powiedzieć, że co najmniej 1/4 ceny czekolady to ropa naftowa, oczywiście nie bezpośrednio, ale przez silny wpływ na koszty produkcji i dostaw. Około 10 proc. ceny to opakowanie, a dalsze 15 do 20 proc. to logistyka, fracht i transport. Dotyczy to zarówno gotowego produktu, który musi dotrzeć do sklepu, jak i przewozu kakao oraz innych półproduktów.

W związku ze wzrostem cen ropy, a także wzrostem kosztów transportu morskiego i ubezpieczeń, ten element znów stał się istotnym źródłem presji kosztowej dla producentów czekolady. Do tego dochodzi niepewność. Wszystko wskazuje więc na to, że mimo silnego spadku cen kakao nie należy oczekiwać istotnych obniżek cen czekolady.

Spadki cen kakao są kontynuacją wielomiesięcznej korekty po rekordowych poziomach i coraz mocniej uderzają w eksporterów z Afryki Zachodniej. Tylko w środę 25 marca cena spadła o kolejne 3 proc. Na przecenę wpływa mocniejszy dolar oraz perspektywa bardzo dobrych zbiorów w Afryce Zachodniej. Plantatorzy z Wybrzeża Kości Słoniowej i Ghany sygnalizują, że regularne opady poprawiły rozwój owoców kakaowca, a Ghana, korzystając z dobrych zbiorów, obniżyła o 30 proc. ceny skupu kakaowca.

Na ceny wpływa dziś także słabszy popyt, bo konsumenci coraz wyraźniej ograniczają zakupy drogiej czekolady. Wysokie ceny zaczęły realnie uderzać w sprzedaż, szczególnie w Europie i Azji. Dane o przetwórstwie kakao na Starym Kontynencie są w ostatnim czasie najsłabsze od 2013 roku. Rynek odczytał to jednoznacznie. Konsumpcja hamuje, bo czekolada stała się produktem wyraźnie droższym.

Paradoksalnie jednak najtrwalszym skutkiem niedawnej fali wzrostów mogą okazać się nie same ceny, lecz zmiany receptur i to, że czekolada przestaje smakować tak jak kiedyś. Producenci już wcześniej reagowali zmniejszaniem gramatury tabliczek i ograniczaniem zawartości kakao. Dziś coraz częściej sięgają po tańsze substytuty, szczególnie w USA, gdzie regulacje są mniej restrykcyjne niż w Europie. Wiele osób narzeka, że czekolada nie smakuje już jak kiedyś. W Polsce obserwujemy także shrinkflację, czyli spadek wagi tabliczek. Wiele z nich nie ma już 100 gramów, ale 90 albo 75 gramów.

Jeszcze w styczniu wydawało się, że ten rok po silnych wzrostach z ubiegłego roku powinien przynieść spadek cen czekolady. Teraz taki scenariusz wydaje się jednak coraz mniej prawdopodobny. Droższa ropa i wzrost pozostałych kosztów związanych z produkcją czekolady ograniczają przestrzeń do obniżek. To oznacza, że jeśli dojdzie do spadku cen czekolady w tym roku, będzie on raczej symboliczny. Czekolady kosztujące około 10 zł najprawdopodobniej zostaną z nami na dłużej. Przed nami więc kolejna Wielkanoc z drogą czekoladą i z niewielką szansą na to, że po świętach ceny wyraźnie spadną.

Małgorzata Więcko w zarządzie Indotek Polska

Małgorzata Więcko objęła funkcję członkini zarządu w polskiej spółce Indotek Group – europejskiej grupie inwestycyjnej zarządzającej zdywersyfikowanym portfelem aktywów nieruchomościowych.

Małgorzata Więcko dołączyła do Indotek w Polsce w kwietniu 2025 roku jako Head of Asset Management. Posiada 18-letnie doświadczenie w zarządzaniu aktywami i nieruchomościami, które zdobywała m.in. w JLL, Amazon i Accolade. Jej ekspertyza obejmuje kluczowe sektory rynku: przemysłowy, biurowy, handlowy i mieszkaniowy w ramach aktywów różnej klasy. Ukończyła Uniwersytet w Białymstoku, Szkołą Główną Handlową oraz Heriot-Watt University w Szkocji.

– Polska to dla nas kluczowy rynek, dlatego stawiamy na silne lokalne kompetencje. Dołączenie Małgorzaty do zarządu to naturalny krok, który pozwoli nam jeszcze sprawniej zarządzać rosnącym portfelem nieruchomości. Jej międzynarodowe doświadczenie i świetna znajomość lokalnego rynku są niezbędne, by skutecznie budować wartość naszych aktywów w tym regioniepodkreśla Stevan Todorović, International Asset Management Director w Indotek Group. 

Małgorzata Więcko została formalnie powołana do zarządu pod koniec ubiegłego roku i w pełni przejęła nowe obowiązki w ramach kierownictwa spółki w pierwszym kwartale 2026 r. Członkami zarządu Indotek Polska są także:Tamás Szöllősi i Stevan Todorović,.

Allianz i TPG zainwestują 350 mln USD w Cambridge Mobile Telematics

0

Partnerstwo ma na celu rozwój globalnej platformy bezpieczeństwa drogowego oraz modeli AI do oceny ryzyka w czasie rzeczywistym. Inwestycji towarzyszą nowe długoterminowe umowy handlowe między Allianz i CMT.

Allianz X ogłosił strategiczną inwestycję o wartości 350 mln USD w Cambridge Mobile Telematics (CMT) – największego na świecie dostawcę usług telematycznych – realizowaną wspólnie z TPG, przy współudziale State Farm. Nowi inwestorzy przyspieszą ekspansję CMT w trzech kluczowych obszarach: skalowaniu globalnej platformy bezpieczeństwa drogowego, rozwoju modeli AI do oceny ryzyka jazdy i wykrywania wypadków w czasie rzeczywistym oraz zwiększenie liczby wdrożeń Universal Driving Score.

Strategicznej inwestycji towarzyszą długoterminowe umowy handlowe z różnymi podmiotami operacyjnymi Grupy Allianz, w tym Allianz Partners oraz Allianz Versicherungs-AG, których celem jest współpraca w zakresie tworzenia opartych na danych produktów ubezpieczeniowych i usług na terenie Europy – dla klientów indywidualnych, producentów samochodów (OEM) oraz partnerów z obszaru mobilności. Partnerstwo z CMT wzmocni strategiczne kompetencje Allianz, będzie sprzyjać rozwojowi innowacji oraz wspierać bezpieczniejszą mobilność poprzez połączenie rozwiązań telematycznych z globalnym doświadczeniem Allianz jako wiodącego ubezpieczyciela komunikacyjnego oraz dostawcy usług assistance.

TPG dokonuje inwestycji za pośrednictwem The Rise Funds – wielosektorowej strategii należącej do globalnej platformy inwestycji wpływu (impact investing) TPG. Allianz, jeden z wiodących globalnych ubezpieczycieli, inwestuje poprzez Allianz X, swoje ramię inwestycji strategicznych. Doświadczenie TPG w inwestycjach technologicznych i AI, w połączeniu ze 136-letnią historią Allianz w obszarze ochrony, wesprze kolejny etap rozwoju i ekspansji CMT. State Farm, którego program Drive Safe & Save jest jedną z najczęściej wykorzystywanych platform telematycznych w Stanach Zjednoczonych, postrzega platformę CMT do analizy ryzyka w czasie rzeczywistym jako naturalne rozszerzenie swojej szerszej strategii wykorzystania AI i danych w celu poprawy efektów dla klientów i społeczności, którym służy.

CMT pokazuje siłę i potencjał technologii ukierunkowanej na realny wpływ społeczny. Dzięki danym firmy oraz modelom AI DriveWell Atlas pomagamy kierowcom podejmować bezpieczniejsze decyzje, a jednocześnie przyczyniamy się do zwiększenia dostępności cenowej ubezpieczeń komunikacyjnych. Cieszymy się na współpracę z CMT, Allianz i State Farm, dzięki której będziemy mogli dalej umacniać pozycję firmy jako lidera w obszarze telematyki opartej na sztucznej inteligencji – powiedział Akash Pradhan, Business Unit Partner w The Rise Funds.

W Allianz X nie tylko inwestujemy – budujemy kompetencje i partnerstwa, które kształtują przyszłość ubezpieczeń i mobilności. Łącząc rozwiązania telematyczne CMT z globalnym zasięgiem Allianz, przechodzimy od reagowania na ryzyko do jego zapobiegania. Ta transakcja pokazuje, w jaki sposób – dzięki strategicznej wizji – wzmacniamy Allianz poprzez innowacje, poprawiając doświadczenie klientów i promując bezpieczniejszą mobilność – skomentował dr Nazim Cetin, CEO Allianz X.

Ściśle współpracujemy z producentami samochodów (OEM) i partnerami z branży motoryzacyjnej na całym świecie, aby rozwijać przyszłość mobilności. Technologia CMT pozwala nam oferować jeszcze bardziej dopasowane i oparte na danych rozwiązania ubezpieczeniowe oraz assistance dla naszych partnerów i klientów, zapewniając im poczucie bezpieczeństwa na każdym etapie podróży – powiedział Tomas Kunzmann, CEO Allianz Partners.

Technologia telematyczna stała się przełomowym rozwiązaniem dla branży ubezpieczeniowej, zapewniając bezprecedensowy wgląd w zachowania kierowców, wykrywanie wypadków i sposób użytkowania pojazdów. Wykorzystując dane dotyczące jazdy – z pojazdów, telefonów i urządzeń IoT – za zgodą kierowców, ubezpieczyciele tacy jak Allianz oraz State Farm mogą lepiej identyfikować i pozytywnie wpływać na ryzyko, personalizować ubezpieczenia oraz promować bezpieczniejsze i bardziej zrównoważone nawyki jazdy.

Nasze partnerstwo z CMT pozwala wykorzystać technologię do zapobiegania wypadkom i ulepszania produktów ubezpieczeń komunikacyjnych, a co najważniejsze – umożliwia zapewnienie naszym klientom i ich rodzinom jeszcze lepszej ochrony – powiedział Frank Sommerfeld, CEO Allianz Versicherungs-AG.

Dla State Farm ta inwestycja to wyraz zaangażowania firmy w wykorzystywanie technologii, aby jeszcze lepiej obsługiwać ponad 90 mln polis w całych Stanach Zjednoczonych – m.in. dzięki dokładniejszej ocenie ryzyka, która bezpośrednio przekłada się na korzyści dla klientów – dodała Sara Frankowiak, Vice President & Actuary w State Farm.

Wyróżniana nagrodami platforma CMT – wykorzystywana przez dziesiątki milionów kierowców, czołowych ubezpieczycieli, producentów samochodów, firmy z sektora mobilności oraz sektor publiczny – łączy zaawansowaną telematykę i rozwiązania analityczne z AI, aby przesunąć branżę od reaktywnego podejścia do bezpieczeństwa drogowego w stronę działań prewencyjnych. Dzięki niej udało się zapobiec ponad 100 tys. wypadków, zapewnić ochronę 55 mln kierowców w 25 krajach oraz angażować użytkowników w bezpieczniejsze i bardziej zrównoważone zachowania na drodze poprzez 140 programów na całym świecie.

Dzisiejsza inwestycja wzmacnia nasze działania na rzecz bezpieczniejszych dróg, silniejszych społeczności i lepszej przyszłości, a nowe partnerstwa z TPG, Allianz oraz State Farm są dla nas ogromną motywacją – powiedział William V. Powers, współzałożyciel i CEO CMTKażdy wypadek, któremu zapobiegamy, każde życie, które chronimy, i każdy kierowca, któremu pomagamy poprawić styl jazdy, przybliża nas do rozwiązania jednego z największych globalnych wyzwań. Wykorzystujemy pełną moc AI, aby zmieniać mobilność na skalę globalną – ratować życie, ograniczać koszty i wspierać bardziej zrównoważony transport.

Citigroup pełnił rolę wyłącznego agenta plasującego dla CMT w związku z tą transakcją. Moelis & Company LLC działał jako doradca finansowy TPG.

7 na 10 polskich rolników poniosło straty przez tegoroczną zimę

Najnowsze badanie przeprowadzone przez Fieldstat na zlecenie firmy ubezpieczeniowej Warta pokazuje, że to anomalie pogodowe stały się największym wyzwaniem dla polskiej wsi. Połowa rolników wskazuje je jako swoje główne zmartwienie w nadchodzącym sezonie. Mimo powszechnych obaw, skala zabezpieczeń pozostaje alarmująco niska. Co więcej, co 4. rolnik deklaruje, że nie jest przygotowany do radzenia sobie ze stratami pogodowymi w 2026 r.

Tegoroczne warunki pogodowe mocno uderzyły w polskie gospodarstwa. Z badania1 wynika, że aż 67% rolników uważa, że zima 2026 spowodowała lub spowoduje straty w ich uprawach. To niepokojący wynik, szczególnie gdy zestawimy go z faktem, że w ciągu ostatnich dwóch lat straty pogodowe deklarowało jedynie 21% badanych.
Pokłosie mroźnej zimy dalej straszy rolników

Wśród zjawisk, których respondenci obawiają się najbardziej w 2026 roku, na pierwszy plan wysuwają się przymrozki wiosenne, wskazane przez 55%. Dla niemal połowy (46%) są to nagłe odwilże i powroty przymrozków, a dla 37% ujemne skutki przezimowania.

Portfele pod presją rosnących kosztów

Nieprzewidywalność sezonów to jednak niejedyny problem, z jakim mierzy się wieś. Rolnicy zmagają się również z ogromną presją ekonomiczną. Obok anomalii pogodowych, które wskazuje 48% badanych, niemal identyczny odsetek rolników (47%) wskazuje na rosnące koszty prowadzenia gospodarstwa, takie jak paliwo, energia, logistyka czy sprzęt. Dodatkowo 46% respondentów obawia się drastycznego wzrostu kosztów ochrony upraw, a 37% wskazuje na niestabilność rynku i nieprzewidywalność cen.

Polskie gospodarstwa nieprzygotowane do nadchodzącego sezonu

Mimo tak szerokiego katalogu ryzyk, stopień gotowości gospodarstw budzi obawy ekspertów. Połowa rolników ocenia swoje przygotowanie do radzenia sobie ze stratami jako zaledwie średnie, a co czwarty przyznaje wprost, że czuje się raczej lub zupełnie nieprzygotowany na nadchodzące wyzwania. Brak ochrony potwierdza również niewielki odsetek respondentów, którzy zadeklarowali objęcie swoich upraw ubezpieczeniem – zaledwie 35%2.

7 na 10 polskich rolników poniosło straty przez tegoroczną zimę
Wyniki tegorocznego badania mogą budzić nasze obawy jako ubezpieczycieli. Wciąż duża część rolników nie ubezpiecza swoich upraw przy jednoczesnym poczuciu ogromnego zagrożenia pogodowego. Pokazuje to dużą lukę w strategicznym zarządzaniu ryzykiem. Tegoroczna zima dobitnie udowodniła, że pogoda wciąż potrafi nas zaskakiwać i to pod wieloma względami. W dobie tak dużej zmienności klimatycznej samo obowiązkowe ubezpieczenie to często za mało. Aby realnie chronić swój warsztat pracy, rolnicy powinni stawiać na kompleksowe rozwiązania. Takie, które uwzględniają ryzyka dodatkowe (np. deszcz nawalny, huragan, zastoiska wodne), pamiętając jednocześnie, aby polisa odpowiadała realnej rynkowej wartości plonów. Tylko takie podejście pozwala odzyskać stabilność finansową po wystąpieniu szkody, które, jak pokazują dane, dotykają wielu polskich właścicieli gospodarstw. – mówi Joanna Chudzik, ekspertka ubezpieczeń upraw w Warcie.

Badanie zostało zrealizowane przez agencję badawczą Fieldstat na zlecenie TUiR Warta w lutym 2026 r. na grupie 700 polskich rolników.

W podsumowaniu wniosków o dopłaty bezpośrednie i obszarowe 2025 Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa co 4. rolnik nie ubezpieczył upraw. Więcej na ten temat: https://www.gov.pl/web/arimr/podsumowanie-kampanii-wnioskow-o-doplaty-bezposrednie-i-obszarowe-2025.

18,5 tys. zł za metr w Warszawie, ale są miasta o połowę tańsze

Choć w Warszawie średnia cena ofertowa mieszkania z rynku wtórnego sięga już 18,5 tys. zł/mkw., w niektórych z największych miast w Polsce nadal można kupić używane lokum za mniej niż 10 tys. zł/mkw. Otodom sprawdził, na których z siedmiu największych rynków ta granica wciąż nie została przekroczona.

Dane z serwisu Otodom pokazują wyraźne kontrasty pomiędzy poszczególnymi miastami. Najdrożej jest w Warszawie, choć w lutym nastąpił tam symboliczny spadek cen w ujęciu miesięcznym (o 0,2%).

– Przeciętna stawka za metr kwadratowy w stolicy jest ponad dwukrotnie wyższa niż w Łodzi, która pozostaje najtańszym spośród siedmiu analizowanych miast. Pod koniec lutego ofertowe ceny mieszkań z drugiej ręki wynosiły tam 8,8 tys. zł/mkw. – wyjaśnia Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Gdzie poza Łodzią szukać ogłoszeń poniżej 10 tys. zł/mkw.?

Łódź nie jest jedynym rynkiem, który wciąż opiera się pięciocyfrowym stawkom. Do tego grona należą również Katowice, choć tamtejsze ceny są już zauważalnie wyższe. Różnica między tymi rynkami wynosi nieco ponad 820 zł na każdym metrze kwadratowym, co oznacza, że średnia ofertowa cena w stolicy Górnego Śląska sięga blisko 9,6 tys. zł/mkw. W praktyce zakup dwupokojowego mieszkania o powierzchni 40 mkw. wiąże się tam z wydatkiem rzędu 383 200 zł.

Jak zauważa Paweł Jarząbek, w Trójmieście za lokal o takim samym metrażu trzeba byłoby już zapłacić średnio 657 240 zł. Jednocześnie Trójmiasto to rynek, który w lutym odnotował największy wzrost cen zarówno w ujęciu miesięcznym (3,9%), jak i rocznym (5,9%). Mimo to pod względem poziomu stawek pozostaje na trzecim miejscu, ponieważ drożej jest w Krakowie, gdzie przeciętna cena używanego mieszkania wynosi 16,8 tys. zł/mkw.

Gdzie na tym tle plasują się pozostałe duże rynki?

– Wrocław i Poznań tworzą wyraźny środek stawki. W obu tych miastach bariera 10 tys. zł/mkw. została już dawno przekroczona, jednak wciąż daleko im do najdroższej trójki. Co ciekawe, choć ceny we Wrocławiu są wyższe niż w Poznaniu, to właśnie w stolicy Wielkopolski odnotowaliśmy w lutym silniejszą dynamikę wzrostu rok do roku, sięgającą 4,5% – dodaje Paweł Jarząbek.

We Wrocławiu za mieszkanie z rynku wtórnego trzeba zapłacić średnio blisko 13,5 tys. zł/mkw., natomiast w Poznaniu stawka ta wynosi nieco ponad 12,1 tys. zł/mkw.

Prawie 70 proc. specjalistów IT codziennie korzysta z AI, ale 40 proc. jej nie ufa

Prawie 70 proc. specjalistów IT codziennie używa w pracy narzędzi sztucznej inteligencji, ale 40 proc. nie ma do nich zaufania. Co 3. obawia się zastąpienia przez AI.

Już ¾ firm z sektora IT w Polsce zachęca swoich pracowników do korzystania z rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję, a kolejna ⅕ nie zachęca, ale zezwala na jej używanie. Większość specjalistów IT wspiera się tą technologią codziennie, a 88 proc. wysoko ocenia ich użyteczność. Jednak tylko 2 proc. ma do AI pełne zaufanie. Najwięcej obaw budzi możliwość generowania błędów w kodzie oraz wycieku danych. Co 3. badany specjalista IT obawia się zastąpienia w pracy przez sztuczną inteligencję, a żadnych obaw co do przyszłości swojej pozycji zawodowej nie ma 16 proc.

Już 68 proc. osób zatrudnionych w branży IT w Polsce codziennie korzysta w pracy z narzędzi wykorzystujących sztuczną inteligencję. Co 5. używa ich kilka razy w tygodniu, a 7 proc. – parę razy w miesiącu. Aż 88 proc. wysoko ocenia ich przydatność, ale zaledwie 2 proc. ma pełne zaufanie do wiarygodności i dokładności ich działania. To dane z najnowszego raportu „AI na rynku pracy IT” od No Fluff Jobs. 

Zaledwie 4 proc. specjalistów IT uważa, że narzędzia sztucznej inteligencji są w ich pracy zupełnie nieprzydatne, a 8 proc. ma do nich obojętny stosunek. Ograniczone zaufanie wobec tego typu wsparcia ma 37 proc. badanych, 21 proc. nie umie tego ocenić, a aż 40 proc. przyznaje, że im nie ufa. Największe obawy budzą możliwość wygenerowania błędnego kodu (60 proc. odpowiedzi) oraz ryzyko wycieku danych udostępnianych AI (59 proc.).

Tylko 2 proc. firm IT zabrania używania sztucznej inteligencji w pracy

Według dostępnych danych w Polsce ze sztucznej inteligencji w codziennej pracy korzysta 14 proc. osób, jednak, pracując w podatnej na innowacje branży technologicznej, można odnieść wrażenie, że technologia ta jest wszechobecna. Potwierdzają to dane – z naszego raportu wynika, że ⅔ pracujących w IT korzysta z AI codziennie – mówi Marek Psiuk, CTO w No Fluff Jobs. – Część osób nie wyobraża sobie już pracy bez używania AI. Firmy IT w większości doskonale zdają sobie sprawę z powszechności stosowania tego typu narzędzi przez pracowników i wspierają tę transformację – stworzenie własnych wytycznych jest znacznie bezpieczniejszym rozwiązaniem niż pozostawienie tego procesu bez kontroli. 

Jak wynika z badania, już połowa pracodawców z sektora IT nie tylko zachęca do korzystania ze sztucznej inteligencji w pracy, lecz także daje co do tego formalne wytyczne. W co 4. firmie zachęca się do używania AI, nie ma jednak żadnych wytycznych czy formalnej polityki w tym zakresie. W przypadków pracodawca dopuszcza korzystanie z AI, ale nie zachęca do tego aktywnie i nie daje wytycznych. Zakaz korzystania z rozwiązań AI w pracy dotyczy tylko 2 proc. przedsiębiorstw. Natomiast 4 proc. badanych specjalistów IT nie zna polityki swojego pracodawcy w tym zakresie.

Co 3. specjalista IT obawia się zastąpienia przez sztuczną inteligencję

Chat GPT cieszy się największą popularnością ze wszystkich narzędzi sztucznej inteligencji  w polskiej branży IT – korzysta z niego 63 proc. specjalistów badanych przez No Fluff Jobs. Kolejne pozycje zajmują: rozwiązania AI od Google (46 proc.), GitHub (41 proc.), Claude Code (33 proc.) oraz Claude.ai (24 proc.). 

Głównym celem, do którego specjaliści IT wykorzystują rozwiązania Ai, jest szukanie rozwiązań problemów (77 proc. odpowiedzi). Do pisania kodu wykorzystuje je 60 proc. badanych, 54 proc. do tworzenia lub utrzymywania dokumentacji. Nowych koncepcji lub technologii z pomocą AI szuka 53 proc. respondentów, a 51 proc. wspomaga się sztuczną inteligencją przy debugowaniu lub naprawianiu kodu. Prawie połowa badanych specjalistów IT wykorzystuje sztuczną inteligencją jako partnera do burzy mózgów

Zastąpienia w pracy przez sztuczną inteligencję obawia się co 3. ankietowany. O swoją pozycję zawodową zdecydowanie nie obawia 16 proc. badanych, a 28 proc. raczej nie czuje obaw. Zdania na ten temat nie ma 23 proc. 

W wielu branżach AI nie tylko wspiera operacje, ale też zaczyna podważać dotychczasowe źródła przewagi konkurencyjnej. Zmienia sposób tworzenia produktów, obsługi klientów i podejmowania decyzji. To oznacza, że firmy wdrażają AI nie tylko po to, by robić więcej szybciej, ale także po to, by nie oddać rynku tym, którzy przebudują swój model działania – mówi Marek Psiuk, CTO w No Fluff Jobs. – Każdego dnia AI pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze, jednak coraz bardziej widać, że nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy w organizacjach. Sztuczna inteligencja część rzeczy przyspieszyła, ale w innych wciąż nie jest w stanie zastąpić człowieka i jeszcze długo nie zastąpi. To dobry znak, bo pokazuje, że technologia dalej może wspierać rozwój kariery, ale nie sprawia, że ludzka wiedza i doświadczenie tracą na znaczeniu.

Rolnictwo wchodzi w sezon 2026 z ostrożnością. Długi lekko spadły, ale nastroje w branży wyraźnie się pogorszyły

Pierwszy dzień kalendarzowej wiosny symbolicznie otworzył nowy sezon w polskim rolnictwie, jednak branża rozpoczyna go w warunkach dalekich od optymizmu. Choć dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy BIK pokazują niewielki spadek zaległego zadłużenia firm z sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa, to skala tej poprawy pozostaje ograniczona. Jednocześnie wskaźniki koniunktury pokazują wyraźne pogorszenie nastrojów, a dodatkowym źródłem niepewności są skutki mroźnej zimy oraz utrzymująca się presja kosztowa.

Na koniec stycznia 2026 r. łączne zaległe zadłużenie firm z sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa wyniosło 645,8 mln zł. To o ponad 9 mln zł mniej niż rok wcześniej, co oznacza spadek o 1,4 proc. W tym samym czasie zmniejszyła się także liczba przedsiębiorstw mających przeterminowane zobowiązania – z 2 566 do 2 470. Dane te można odczytywać jako sygnał umiarkowanej poprawy, jednak poziom zadłużenia branży nadal pozostaje wysoki.

Największa część zaległości przypada na segment upraw i hodowli, czyli działalność sklasyfikowaną w grupie PKD 01. Odpowiada on za około 70 proc. całego zadłużenia sektora. W tej kategorii zaległe zobowiązania spadły z 491,3 mln zł do 453,4 mln zł, a więc o blisko 38 mln zł w skali roku. Równocześnie liczba niesolidnych płatników zmniejszyła się z 1 493 do 1 415. To właśnie ten obszar najmocniej wpłynął na poprawę ogólnego obrazu zadłużenia rolnictwa.

Mimo tego trudno mówić o wyraźnym przełomie. Jak ocenia Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor, spadek przeterminowanego zadłużenia można określić jako odwilż po trudnym okresie, ale nie zmienia to faktu, że ponad 645 mln zł zaległych zobowiązań nadal pokazuje dużą skalę problemów finansowych w branży. W jego ocenie poprawa wynika często nie tyle z trwałej odbudowy kondycji gospodarstw, ile z większej ostrożności finansowej, ograniczania inwestycji i koncentracji na utrzymaniu płynności.

Ostrożne podejście rolników potwierdzają także badania koniunktury. Z najnowszej informacji sygnalnej Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH za pierwszy kwartał 2026 r. wynika, że główny wskaźnik koniunktury w rolnictwie znalazł się na poziomie -26,9 pkt. W ciągu zaledwie trzech miesięcy obniżył się o 12,6 pkt, a w ujęciu rocznym spadł o 7,2 pkt. Według autorów badania jest to jedno z najgłębszych pogorszeń w historii pomiaru. Skala kwartalnego spadku okazała się większa niż w okresie światowego kryzysu finansowego z lat 2008–2009 czy podczas szoku energetycznego w 2022 r.

Tak słabe nastroje nie są przypadkowe. Sytuacja ekonomiczna gospodarstw rolnych w dużej mierze zależy od relacji między kosztami produkcji a cenami sprzedaży. W ostatnich latach sektor był silnie obciążony wzrostem kosztów energii, nawozów, środków ochrony roślin, paliw i pasz. Jednocześnie producenci funkcjonowali w warunkach dużej zmienności cen skupu, co dodatkowo ograniczało rentowność. Jak podkreśla dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor, nawet niewielkie wahania rynkowe mogą w takich warunkach szybko przekładać się na problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań.

Nowy sezon produkcyjny rozpoczyna się również pod presją czynników pogodowych. Wyjątkowo mroźna zima, w wielu regionach określana jako najostrzejsza od lat, mogła negatywnie wpłynąć na stan upraw i zwiększyć koszty ich odtwarzania. To oznacza ryzyko niższych zbiorów już na starcie sezonu. Dodatkowo sytuację komplikuje napięcie geopolityczne na Bliskim Wschodzie, które wpływa na ceny energii. Droższe paliwo do maszyn rolniczych oraz wyższe koszty gazu potrzebnego do produkcji nawozów mogą jeszcze bardziej pogorszyć opłacalność produkcji rolnej.

W dłuższej perspektywie problemem pozostaje także susza. Jak wskazują analitycy, zima nie poprawiła zapasów wody w glebie, a modele klimatyczne zapowiadają ciepłą i relatywnie suchą wiosnę. To oznacza, że obawy o tegoroczne plony nie kończą się na skutkach mrozu, lecz obejmują także ryzyko niedoborów wody w kolejnych miesiącach.

Na tle całego kraju szczególnie trudna sytuacja występuje na Lubelszczyźnie. To właśnie w województwie lubelskim odnotowano najwyższy poziom zaległych zobowiązań firm rolnych – blisko 116 mln zł, co stanowi około 18 proc. całego zadłużenia sektora. Przeciętnie na jedną zadłużoną firmę przypada tam aż 927 tys. zł długu, co jest najwyższym wynikiem w Polsce. Dane te pokazują skalę problemów z płynnością finansową, które coraz mocniej dotykają część producentów rolnych.

Niepokój budzi także kondycja przedsiębiorstw rolnych na Mazowszu, Pomorzu Zachodnim i w Wielkopolsce. Szczególnie województwo wielkopolskie wyróżnia się największą liczbą zadłużonych firm – 346 podmiotów. W tle pozostają takie czynniki jak rozdrobniona struktura produkcji, presja cenowa wynikająca z nadpodaży surowców oraz rosnące koszty operacyjne, które utrudniają terminową obsługę zobowiązań.

Najlepiej na tle kraju wypadają natomiast województwa świętokrzyskie, opolskie i podkarpackie. Łączne zaległości firm rolnych wynoszą tam odpowiednio ponad 5,2 mln zł, 6,6 mln zł i 8,8 mln zł. Regiony te mają również najmniejszą liczbę niesolidnych płatników, co może sugerować bardziej zrównoważoną strukturę produkcji i mniejszą ekspozycję na wahania cen surowców.

Kupujesz działkę? Marzec to najlepszy moment, by sprawdzić jej realną wartość

Po zimowym zastoju rośnie liczba osób szukających działek budowlanych, ale — jak podkreślają eksperci portalu RynekPierwotny.pl — to właśnie wczesna wiosna jest najlepszym momentem na ich ocenę. Marzec nie upiększa rzeczywistości — pokazuje ją w najtrudniejszych warunkach, ujawniając problemy, których latem często nie widać.

To, co w lipcu wygląda jak idealna działka pod dom, w marcu potrafi zamienić się w podmokły teren z realnym ryzykiem podtopień. Właśnie teraz grunt przechodzi najważniejszy test — a dla kupującego jest to wiedza bezcenna.

– Wiosna działa jak naturalny audyt działki. Jeśli grunt ma problem z wodą, to właśnie teraz wychodzi to na jaw – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Żeby kupić działkę, a nie staw

Ostatnie tygodnie tylko to potwierdzają. Gwałtowna odwilż i szybki spływ wód roztopowych doprowadziły do licznych podtopień w całym kraju. W ciągu jednego dnia strażacy interweniowali blisko dwa tysiące razy — szczególnie w województwach kujawsko-pomorskim, mazowieckim i zachodniopomorskim. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wydał jednocześnie ostrzeżenia hydrologiczne dla większości kraju.

To nie są pojedyncze zdarzenia, lecz praktyczny sprawdzian terenu. Pokazuje on, czy działka leży w naturalnym obniżeniu, czy znajduje się na drodze spływu wód, oraz czy lokalna infrastruktura radzi sobie z ich odprowadzaniem.

– Widzimy działki, które latem wyglądają jak gotowe pod budowę, a w marcu przypominają rozlewisko. To moment, w którym kupujący może uniknąć bardzo kosztownego błędu – podkreśla Marek Wielgo.

Oferta działek mocno się skurczyła

Choć początek roku sprzyja ocenie przydatności działek do zabudowy, to jednocześnie ostatni dzwonek dla tych, którzy chcieliby jeszcze w tym roku rozpocząć budowę. Problem w tym, że wybór parceli jest wyraźnie mniejszy niż przed rokiem.

Według danych przeszukiwarki nieruchomości Adradar w lutym 2026 r. w całej Polsce dostępnych było ok. 185 tys. unikalnych ogłoszeń dotyczących działek o różnym przeznaczeniu. To o 12% mniej niż rok wcześniej i aż o 25% mniej niż w lipcu 2024 r., kiedy liczba ofert była najwyższa.

Co prawda początek 2026 r. przyniósł odbicie i więcej sprzedających zdecydowało się wystawić działki na rynek, ale liczba nowych ogłoszeń była aż o 37% niższa niż rok temu. O prawie połowę spadła też liczba działek wycofywanych z rynku — najczęściej po sprzedaży.

– Rynek działek jest dziś bardzo wymagający dla kupujących. Mamy mniej ofert i ograniczoną skłonność sprzedających do negocjacji, więc presja cenowa pozostaje wysoka – komentuje Marek Wielgo.działki budowlane kraj

Działka w cenie mieszkania

Najbardziej spektakularne zmiany widać w cenach. W dużych miastach działki coraz częściej kosztują tyle co mieszkania — a czasem nawet więcej. Przykład? Parcela o powierzchni niespełna 700 m kw. na warszawskim Mokotowie kosztuje 4,2 mln zł. Za niespełna 1000 m kw. na Pradze-Południe sprzedający żąda 3,3 mln zł. Oferty powyżej miliona złotych przestają kogokolwiek dziwić.

Tańsze działki oczywiście też istnieją — w Wawrze za ok. 650 tys. zł można kupić działkę o powierzchni ok. 730 m kw., czyli za tyle, ile kosztuje tam dwupokojowe mieszkanie.

W innych dużych miastach sytuacja wygląda podobnie — za grunt płaci się coraz więcej, często kwoty zbliżone do cen mieszkań.

Według GUS średnia cena działki pod zabudowę mieszkaniową (ok. 1800 m kw.) w 2024 r. wynosiła 280,3 tys. zł, czyli o prawie 20% więcej niż rok wcześniej. W miastach na prawach powiatu było to średnio ponad 900 tys. zł, a w pozostałych obszarach — ok. 187 tys. zł. Rekordy biją zwłaszcza miasta powiatowe w województwach: mazowieckim (ponad 2,9 mln zł), małopolskim (ok. 1,6 mln zł), dolnośląskim (ok. 1,5 mln zł) i pomorskim (ok. 1,4 mln zł).Komunikat działki budowlane ceny

Zakup działki obarczony ryzykiem

Marek Wielgo radzi, by w obecnych warunkach szukać przede wszystkim działek z jasną sytuacją planistyczną. Jeśli teren jest objęty miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego (MPZP) lub sprzedający ma bezterminową decyzję o warunkach zabudowy (WZ), uzyskanie pozwolenia na budowę staje się formalnością.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy MPZP nie ma, a o WZ musi wystąpić kupujący. Wtedy ryzyko wyraźnie rośnie. Działka uznawana dziś za budowlaną może w ciągu kilku miesięcy stracić ten status. To efekt reformy planistycznej, której kluczowym elementem jest plan ogólny gminy — dokument nadrzędny określający, co i gdzie można budować. Na jego podstawie będą uchwalane nowe MPZP oraz wydawane decyzje WZ, które odtąd będą ważne tylko przez pięć lat.

Dopóki gmina nie uchwali planu ogólnego — a ma na to czas do połowy roku, ewentualnie do końca wakacji — wydawanie decyzji WZ może zostać wstrzymane. Ponieważ większość gmin ma opóźnienia, w praktyce oznacza to ryzyko paraliżu inwestycyjnego.

I to jeszcze nie koniec. Nawet jeśli gmina uchwali plan ogólny na czas, wcale nie oznacza to, że działka pozostanie budowlaną. Może zostać przeznaczona pod zieleń, rekreację, korytarz ekologiczny albo nową drogę.

Innymi słowy: ktoś kupi działkę pięknie położoną przy lesie, nad strumieniem, z cudownym widokiem… a po uchwaleniu planu okaże się, że nie wolno tam budować, bo grunt jest zalewowy albo cenny przyrodniczo.

– Działka marzeń może więc stać się działką tylko do piknikowania – przestrzega ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Pepco zwiększa sprzedaż i podtrzymuje cele na 2026 rok

Grupa Pepco przedstawia dziś wybrane wyniki za pierwsze sześć miesięcy roku obrotowego 2026. Publikacja wyników finansowych za I półrocze roku obrotowego 2026 jest zaplanowana na 21 maja 2026.

Stephen Borchert, prezes Grupy Pepco, skomentował wyniki:

„Po raz kolejny osiągnęliśmy solidne wyniki: wzrost przychodów oraz marży brutto Pepco – w tym w Polsce, naszym największym rynku. Pepco zanotowało już piąty z kolei kwartał wzrostu przychodów w ujęciu porównywalnym. W bieżącym roku obrotowym wzrost przychodów Pepco w ujęciu porównywalnym, z wyłączeniem towarów szybkozbywalnych, osiągnął 4,2 proc. do czego przyczyniły się nasza atrakcyjna oferta kierowana do klientów, dalsze ulepszenie linii produktowych oraz dyscyplina cenowa. Te działania przynoszą pozytywne efekty, mimo mieszanych nastrojów wśród konsumentów.

Jesteśmy na dobrej drodze do realizacji naszego planu otwierania nowych sklepów, przy 31 nowych sklepach netto otwartych dotychczas w tym roku obrotowym. Od czerwca będziemy obecni w Macedonii Północnej, co jeszcze bardziej wzmocni nasz biznes w Europie Środkowej i Wschodniej. Będziemy wówczas działać już łącznie w 19 krajach. Ponadto, nasze silne wyniki i skuteczne działania zarządcze podjęte na Płw. Iberyjskim i we Włoszech zapewniły stabilną, dochodową ekspansję sklepów w tym regionie, co pozwala optymistycznie patrzeć na dalszy potencjał tego obszaru. Przedstawimy bardziej przekrojowy przegląd tej kluczowej części naszego biznesu przy okazji publikacji wyników półrocznych, w maju 2026 r.

Mieliśmy udany start naszej strategii cyfrowej, uruchamiając niedawno w Polsce naszą nową stronę internetową oraz aplikację mobilną. Przed końcem roku planujemy udostępnić je w jeszcze kilku innych krajach. Po zaledwie kilku tygodniach z satysfakcją możemy poinformować, że zanotowaliśmy 800 000 pobrań aplikacji mobilnej Pepco. Ten wynik przekroczył nasze oczekiwania i jest dowodem na popularność marki Pepco i naszej oferty wśród coraz większej liczby klientów” – dodaje.

BIEŻĄCE WYNIKI

W okresie 25 tygodni do 22 marca 2026 r., przychody Pepco wzrosły o 4,8% przy założeniu stałych kursów walutowych, z przychodami w ujęciu porównywalnym (LFL) rosnącymi o 4,2%, nie licząc towarów szybkozbywalnych (wliczając je, przychody LFL wzrosły o 0,7% w tym samym okresie). Przyczyniły się do tego pozytywne wyniki LFL w Polsce i dalszy dwucyfrowy wzrost przychodów LFL w Europie Zachodniej. Na Półwyspie Iberyjskim Spółka odnotowuje pozytywne przychody LFL w pierwszych sklepach, które zakończyły sprzedaż towarów szybkozbywalnych ponad rok temu. Odkąd minął rok od konwersji, te konkretne sklepy utrzymują dwucyfrowy wzrost przychodów LFL, analogicznie do pozostałych sklepów regionie, które nie musiały przechodzić takich zmian. Skutkiem tego jest stabilny wzrost przychodów w ujęciu raportowanym.

Obroty marki Pepco w ostatnich tygodniach dodatkowo jeszcze się poprawiły, dzięki silnej, pozytywnej reakcji klientów na pojawienie się w sklepach Grupy nowych propozycji na sezon wiosna/lato oraz na Wielkanoc. Przełożyło się to w ostatnich czterech tygodniach na wzrost przychodów LFL o 9,6%, bez towarów szybkozbywalnych (oraz o 6,6% licząc z FMCG). Pepco wciąż odnotowuje solidny wzrost marży brutto w ujęciu rok do roku, oferując przy tym klientom najlepszą wartość w wiodących na rynku cenach.

Na poziomie Grupy, w okresie 25 tygodni do 22 marca 2026 r. przychody wzrosły o 3,7% (przy założeniu stałych kursów walutowych), przy negatywnym wpływie wyników Dealz. W tym samym okresie, przychody LFL Grupy zwiększyły się o 3,1% bez towarów szybkozbywalnych (oraz nie zmieniły się, licząc z FMCG), a przychody LFL samego Dealz spadły o 9,8%. Proces wyjścia Grupy z Dealz postępuje w dobrym tempie, a zakończenie tego procesu spodziewane jest w bieżącym roku obrotowym.

Na koniec lutego 2026 r. Pepco prowadziło 4 046 sklepów. Otworzyło 31 nowych sklepów netto w trwającym I półroczu roku obrotowego 2026. Na ten relatywnie niewielki wynik netto wpływ miały zamknięcia w Niemczech związane z ogłoszoną wcześniej restrukturyzacją działalności Grupy w tym kraju. Spółka niezmiennie spodziewa się otworzyć ok. 250 nowych sklepów netto w roku obrotowym 2026, wszystkie pod marką Pepco. Dealz prowadzi 344 sklepów, tj. bez zmian w stosunku do poprzedniego sprawozdania.

ŁAŃCUCH DOSTAW

Ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie mają jedynie minimalny wpływ na Grupę Pepco, a Spółka jest dobrze przygotowania do podejmowania odpowiednich kroków, dzięki inwestycjom w odporność łańcucha dostaw poczynionym w ostatnich latach. Około 95% importowanych towarów jest transportowanych szlakiem wokół Przylądka Dobrej Nadziei za pomocą regularnego frachtu morskiego, przy zakontraktowanych wcześniej stawkach i wolumenach. Szlak ten nie odczuł poważnych zakłóceń w świetle ostatnich wydarzeń. Spółka ma odpowiedni poziom zatowarowania w centrach dystrybucyjnych. Jest on wyższy niż w tym samym okresie rok temu, m.in. z uwagi na przypadające w tym roku wcześniej Wielkanoc i chiński Nowy Rok. Grupa charakteryzuje się również strukturalnie niższą ekspozycją na krótkoterminową zmienność popytu i cykle fast fashion, co wspierają długie horyzonty planowania i kontraktowania dostaw. Mimo to Grupa stale uważnie monitoruje rozwój wydarzeń i jest w gotowości do podejmowania kroków na rzecz zapewnienia właściwego zatowarowania sklepów w odpowiednich cenach, jeżeli tylko zajdzie taka konieczność.

SKUP AKCJI WŁASNYCH – AKTUALIZACJA

Czwarta transza programu zakupu akcji własnych, o wartości 52,9 mln euro, rozpoczęła się 12 marca 2026 r., a jej koniec nastąpi nie później niż 22 maja 2026 r. Ta transza zakończy pierwszy program skupu akcji własnych Grupy Pepco o wartości 200 mln euro, po raz pierwszy przedstawiony na Dniu Inwestora w 2025 r. Zgodnie ze stanem na 20 marca 2026 r. Spółka zakupiła łącznie 1 333 482 akcji zwykłych, przy średniej cenie 26,53 zł, w ramach czwartej transzy. Przed jej rozpoczęciem, w obrocie publicznym było łącznie 553 918 650 akcji, nie licząc 23 533 285 akcji w posiadaniu Spółki.

PERSPEKTYWY

Spółka spodziewa się osiągnięcia solidnego wyniku za I półrocze. W kontekście oczekiwanych wyników za cały rok, mimo niepewności związanych z nastrojami konsumenckimi oraz wydarzeniami geopolitycznymi, Spółka podtrzymuje przekonanie o realizacji celów nakreślonych w grudniu 2025 r. W skład tych założeń wchodzi spodziewany wzrost przychodów raportowanych w roku obrotowym 2026 na poziomie między 6% a 8%, uwzględniając negatywny wpływ wyjścia z segmentu FMCG – zgodnie z wcześniejszymi założeniami – który według naszych szacunków obniży wzrost przychodów w całym roku obrotowym 2026 o około 2 punkty procentowe, przy jednoczesnym pozytywnym wpływie na marże i rentowność. Wpływ tego na przychody będzie szczególnie widoczny w I półroczu roku obrotowego.

Nasze cele na cały rok obrotowy pozostają bez zmian, planujemy również zakończyć nasz programu skupu akcji własnych o wartości 200 mln euro w tym roku obrotowym. Plan otwierania nowych sklepów również postępuje zgodnie z harmonogramem, a oferta dla klientów wciąż jest polepszana. Daje nam to solidną pozycję do skutecznej realizacji naszych zobowiązań w tym roku i kolejnych latach” – dodaje Stephan Borchert, prezes Grupy Pepco

Zgodnie ze wcześniejszymi informacjami, spodziewany wzrost bazowej EBITDA (MSSF 16) w roku obrotowym 2026 ma osiągnąć przynajmniej 9% rok do roku, mimo wzrostu kosztów transformacji, z 25 mln euro do 35 mln euro. Spółka spodziewa się wzrostu bazowego zysku netto o ponad 25% rok do roku, dzięki poprawie efektywnej stawki podatkowej, znacząco niższym kosztom odsetkowym uzyskanym dzięki niedawnemu udanemu refinansowaniu zadłużenia, a także dzięki lepszemu dopasowaniu reguł amortyzacyjnych do faktycznych okresów najmu sklepów.

NADCHODZĄCE WYDARZENIA

  • Wyniki za I półrocze roku obrotowego 2026: 21 maja 2026
  • Wybrane wyniki operacyjne za III kwartał roku obrotowego 2026: 9 lipca 2026

Prezesi firm technologicznych i telekomunikacyjnych mocniej stawiają na AI, a 67% firm zwiększy budżet

Sztuczna inteligencja stała się jednym z głównych motorów transformacji sektora technologii, mediów i telekomunikacji (TMT). 80% CEO firm z branży TMT wyraża pewność co do perspektyw wzrostu swoich organizacji, a 83% optymistycznie ocenia przyszłość całego sektora. Jednocześnie niemal trzy czwarte liderów dostosowało swoje strategie do zmieniających się warunków regulacyjnych i geopolitycznych. Z badania „KPMG CEO Outlook 2025. Technology & Telecommunications”, przeprowadzonego wśród 230 dyrektorów generalnych firm technologicznych i telekomunikacyjnych, wynika także, że AI stanowi priorytet inwestycyjny dla 71% liderów, przy czym 67% z nich planuje przeznaczyć 10-20% budżetu na sztuczną inteligencję w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Firmy z sektora technologii i telekomunikacji przygotowują się do rozwoju, stawiając na sztuczną inteligencję, innowacje w modelach biznesowych oraz strategiczne fuzje i przejęcia. 80% CEO jest pewnych perspektyw swoich firm, a 83% wierzy w wzrost całego sektora. Poprawiają się też prognozy finansowe – 40% liderów spodziewa się solidnego wzrostu zysków, w czym kluczową rolę odgrywać będzie agentowa AI, zwiększająca efektywność i otwierająca nowe źródła przychodów. W efekcie firmy częściej rozważają fuzje i przejęcia, przede wszystkim w celu pozyskania kompetencji i infrastruktury AI.

Jednocześnie sztuczna inteligencja dla 71% respondentów pozostaje priorytetem inwestycyjnym, a 67% planuje przeznaczyć 10-20% budżetu na AI w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Największym wyzwaniem pozostają kwestie etyczne, wyprzedzające barierę danych, regulacji czy kosztów. Równolegle branża konsekwentnie rozwija działania w obszarze ESG – dla 62% firm zrównoważony rozwój jest już integralną częścią modelu biznesowego, a AI może wspierać poprawę efektywności wykorzystania zasobów, podnosić jakość danych i procesów raportowych oraz usprawniać modelowanie ryzyka klimatycznego.

Zapytani o kluczowe priorytety operacyjne wspierające wzrost, dyrektorzy zarządzający w sektorze technologicznym za najważniejszą dla wzrostu uznają zmianę modeli biznesowych oraz operacyjnych na bardziej innowacyjne (18%), a także zrozumienie i wdrożenie generatywnej oraz agentowej sztucznej inteligencji (18%). Z kolei prezesi firm telekomunikacyjnych najczęściej wskazują cyfryzację i rozwój łączności (26%). Takie odpowiedzi odzwierciedlają konieczność modernizacji infrastruktury w celu obsługi modeli „as-a-service”, takich jak AI-as-a-service czy cloud-as-a-service, a także dalszego wdrażania sieci 5G. Jednocześnie aż 59% respondentów wskazuje gotowość danych jako jedno z głównych wyzwań. Organizacje zmagają się z dostępem do wiarygodnych i odpowiednio ustrukturyzowanych danych zbieranych z wielu źródeł. Silosowość danych uniemożliwia między innymi uzyskanie spójnego profilu klienta w obszarach marketingu, sprzedaży i obsługi posprzedażowej, a w konsekwencji prowadzi do straconych szans na cross-selling i upselling, zwiększonej rotacji klientów, czy opóźnień w zamówieniach. Dodatkowo część organizacji, w miejsce spójnego programu transformacyjnego, realizuje równolegle w różnych jednostkach biznesowych wiele rozproszonych, nieskoordynowanych pilotaży AI. Takie podejście jest nie tylko nieproduktywne – może także generować wyższe koszty i osłabiać pewność co do osiągnięcia oczekiwanego zwrotu z inwestycji w AI, a w efekcie spowolnić tempo innowacji – mówi Rafał Szafraniec, Partner, Lider doradztwa dla branży Technologii, Mediów i Telekomunikacji w KPMG w Polsce.

Sztuczna inteligencja stanowi jeden z kluczowych priorytetów inwestycyjnych dla kadry zarządzającej sektora technologii i telekomunikacji – wskazuje na nią 75% badanych przedstawicieli z firm technologicznych oraz 66% z branży telekomunikacyjnej. Z badania KPMG wynika, że prezesi firm technologicznych zazwyczaj realizują bardziej sprecyzowaną i strategicznie uporządkowaną wizję inwestycji w AI, podczas gdy liderzy przedsiębiorstw telekomunikacyjnych częściej pozostawiają jednostkom biznesowym większą autonomię w eksperymentowaniu z rozwiązaniami opartymi na sztucznej inteligencji, wspierając zdecentralizowany model adopcji.

Aż 84% prezesów oczekuje pozytywnego zwrotu z inwestycji w AI w perspektywie trzech lat, a 22% spodziewa się osiągnięcia dodatniego ROI w ciągu roku lub krócej. Do najczęściej wymienianych korzyści należą poprawa jakości analityki danych i podejmowania decyzji, rozwój nowych produktów i usług generujących dodatkowe strumienie przychodów oraz wzrost innowacyjności organizacji.

Kluczowe wyzwania sektora: regulacje, cyberbezpieczeństwo i ESG

Firmy z sektora technologii i telekomunikacji mierzą się z rosnącymi wyzwaniami regulacyjnymi, operacyjnymi i środowiskowymi. Monitorują zmiany regulacji, które mogą wpływać na globalne łańcuchy dostaw, które – wobec ograniczeń w pozyskiwaniu sprzętu sieciowego, półprzewodników i komponentów – muszą pozostawać elastyczne i odporne na ryzyka geopolityczne. Cyberbezpieczeństwo jest jednym z najważniejszych czynników krótkoterminowych decyzji biznesowych W odpowiedzi na rosnące ryzyka prezesi deklarują zwiększenie nakładów na cyberbezpieczeństwo (51%), koncentrując się przede wszystkim na wzmocnieniu ochrony danych i zarządzania tożsamością oraz dostępem, rozwoju modeli security-as-a-service opartych na szyfrowaniu end-to-end, a także zapewnieniu zgodności regulacyjnej. Jednocześnie 68% liderów wyraża przekonanie, że ich organizacje osiągną neutralność klimatyczną do 2030 roku, choć wyzwaniem pozostają niedobór kompetencji, dekarbonizacja łańcuchów dostaw oraz konieczność wykazania biznesowej wartości inwestycji w ESG.

****

O raporcie:

Raport stanowi część jedenastej edycji globalnego badania „KPMG CEO Outlook”, przeprowadzonego wśród 1 350 dyrektorów generalnych z 11 strategicznych rynków w okresie od 5 sierpnia do 10 września 2025 roku. Publikacja skupia się wyłącznie na ankietowanych dyrektorach generalnych spółek z branży TMT – 120 z firm technologicznych i 110 z firm telekomunikacyjnych – z uwzględnieniem porównań między tymi podsektorami w odpowiednich przypadkach. Wszyscy respondenci kierują firmami o rocznych przychodach przekraczających 500 milionów dolarów amerykańskich.

Współczesne chłodnictwo przemysłowe: nowoczesne technologie, ekologia i efektywność energetyczna

Współczesne chłodnictwo przemysłowe znajduje się w ważnym momencie. Rosnące ceny energii elektrycznej, rygorystyczne normy środowiskowe i postępująca cyfryzacja wymuszają na producentach redefinicję strategii energetycznych. Dla profesjonalisty z branży dzisiejszy system chłodzenia to nie tylko agregat i parownik – to inteligentne ogniwo w łańcuchu produkcyjnym, które musi być jednocześnie wydajne, ekologiczne i niezawodne. Jakie rozwiązania dominują obecnie na rynku i na co powinien zwrócić uwagę inwestor?

Poznaj kluczowe trendy w chłodnictwie przemysłowym 2026. Analizujemy wpływ regulacji F-gazowych, technologie odzysku ciepła oraz rolę IoT. Dowiedz się, jak MAS – Producent systemów chłodzenia może optymalizować przemysłowe instalacje chłodzenia.

Naturalne czynniki chłodnicze jako standard rynkowy

Przez dekady branża opierała się na syntetycznych czynnikach chłodniczych (HFC). Jednak sukcesywne wycofywanie substancji o wysokim współczynniku GWP (Global Warming Potential) sprawiło, że przemysłowe instalacje chłodzenia powróciły do korzeni, wykorzystując nowoczesne technologie.

Obecnie standardem w dużych obiektach, takich jak centra logistyczne czy zakłady przetwórstwa spożywczego, stają się instalacje oparte na amoniaku (NH3 – R717) oraz dwutlenku węgla (CO2 – R744). Amoniak pozostaje niedościgniony pod względem efektywności termodynamicznej w dużych układach, natomiast CO2 zrewolucjonizował mniejsze i średnie obiekty handlowe oraz magazynowe.

Istotnym wyzwaniem jest projektowanie układów minimalizujących napełnienie czynnikiem przy jednoczesnym zachowaniu maksymalnej wydajności chłodniczej. Inwestycja w czynniki naturalne to nie tylko wyraz dbałości o ekologię, ale przede wszystkim zabezpieczenie przed gwałtownym wzrostem cen i ograniczoną dostępnością tradycyjnych gazów technicznych.

Odzysk ciepła

Jednym z najbardziej efektywnych ekonomicznie trendów są nowoczesne przemysłowe instalacje chłodzenia zintegrowane z systemami odzysku ciepła odpadowego. Dzięki zastosowaniu wymienników ciepła oraz pomp ciepła zintegrowanych z obiegiem chłodniczym, ciepło odpadowe może zostać wykorzystane do:

  • podgrzewania wody technologicznej (mycie linii produkcyjnych, procesy pasteryzacji),

  • ogrzewania pomieszczeń biurowych i socjalnych,

  • wspomagania systemów wentylacji (osuszanie powietrza).

W praktyce przekłada się to na wyraźne obniżenie rachunków za gaz czy energię cieplną z sieci. Projektując takie systemy, doświadczony producent systemów chłodzenia analizuje profil cieplny całego zakładu, tworząc synergię między chłodzeniem a grzaniem, co w skali roku pozwala na zwrot z inwestycji liczony w miesiącach, a nie latach.

Cyfryzacja a ciągłość produkcji

Każda godzina przestoju w dużych zakładach produkcyjnych może oznaczać straty tysięcy złotych. Nie powinien więc dziwić fakt, że nowoczesne chłodnictwo przemysłowe staje się coraz bardziej inteligentne. Wykorzystanie czujników IoT (Internet of Things) oraz zaawansowanych algorytmów analizy danych pozwala na przejście z modelu serwisowania reaktywnego na predykcyjne (Predictive Maintenance).

Systemy monitoringu śledzą temperatury w komorach w czasie rzeczywistym, ale także drgania sprężarek, poziomy ciśnień w kluczowych punktach układu czy pobór prądu przez poszczególne komponenty. Dzięki temu algorytmy potrafią wykryć nieszczelność w układzie lub zbliżającą się awarię łożysk silnika, zanim dojdzie do fizycznego zatrzymania instalacji. Istotnym czynnikiem jest gwarancja dostępu do zdalnego nadzoru nad instalacją. Inżynierowie mogą dokonywać korekt nastawów bez konieczności wizyty na miejscu, optymalizując pracę układu pod kątem zmiennych warunków atmosferycznych, co przekłada się na niższe zużycie energii.

Optymalizacja komponentów

Sercem każdej instalacji są podzespoły, które w ostatnich latach przeszły ogromną ewolucję. Kluczowym elementem stała się płynna regulacja wydajności. Zastosowanie falowników (inwerterów) w napędach sprężarek i wentylatorów pozwala na precyzyjne dopasowanie mocy chłodniczej do aktualnego zapotrzebowania, które w cyklu dobowym rzadko bywa stałe. Równie istotne są elektroniczne zawory rozprężne (EEV). W przeciwieństwie do swoich mechanicznych poprzedników, pozwalają one na pracę przy znacznie niższych ciśnieniach skraplania w okresach chłodniejszych, co bezpośrednio redukuje pracę sprężarki.

Nowoczesne przemysłowe instalacje chłodzenia są projektowane jako układy modułowe. Pozwala to na łatwą rozbudowę mocy w przyszłości bez konieczności kosztownej wymiany całej infrastruktury. Elastyczność ta jest fundamentem strategii, którą promuje każdy nowoczesny producent systemów chłodzenia, świadomy dynamiki rozwoju współczesnego biznesu.

Nowoczesne chłodnictwo to dziedzina wymagająca integracji wielu czynników: od termodynamiki, przez automatykę, aż po prawo środowiskowe. Wybierając system dla swojego zakładu, nie warto kierować się wyłącznie najniższą ceną zakupu (CAPEX). Kluczowe są całkowite koszty użytkowania (OPEX) oraz wsparcie inżynieryjne na etapie koncepcji.

ZUE z rekordowym backlogiem 3,6 mld zł. Spółka liczy na dobre otoczenie w 2026 roku

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży Grupy ZUE w 2025 r. wyniosły 945,9 mln zł. Zysk na działalności operacyjnej w omawianym okresie wyniósł 20,9 mln zł, a zysk netto ukształtował się na poziomie 11,2 mln zł. Mimo niższych przychodów rdr., Grupa wypracowała wyższą o 2,3 p.p marżę brutto na sprzedaży sięgającą 6,4%.

Portfel zamówień Grupy ZUE ma obecnie wartość 3,6 mld zł, co jest najwyższym wynikiem w historii działalności. W portfelu znajdują się kontrakty kolejowe i miejskie na rynku polskim oraz zlecenia w Rumunii i Niemczech, gdzie Grupa realizuje prace od drugiej połowy 2025 roku.

Grupa koncentruje się na dalszej rozbudowie portfela zamówień, korzystając
z obserwowanego
ożywienia inwestycyjnego zarówno na rynku polskim, jak i innych rynkach europejskich. Aktualna wartość najlepszych ofert złożonych w przetargach wynosi ok. 1,8 mld zł netto.

Dzięki silnym fundamentom oraz wieloletniemu doświadczeniu ponownie udało nam się wypracować solidne wyniki. To co szczególnie nas cieszy, to marża brutto, która wyniosła 6,4% oraz portfel zamówień na poziomie 3,6 mld zł. Pod względem budowy portfela szczególnie owocna okazała się końcówka roku. W grudniu podpisaliśmy bowiem umowę na rozbudowę odcinka kolejowego Gdynia Chylonia – Lębork o wartości 3,2 mld zł brutto. Tak solidny backlog nie tylko zapewnia nam przewidywalność przychodów i stabilność finansową, ale także stanowi mocny fundament dalszego rozwoju mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE.

Kontynuujemy aktywność na rynku ofertowym, biorąc udział w przetargach kolejowych
i tramwajowych, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Obecnie posiadamy najlepsze oferty
w przetargach o łącznej wartości ok. 1,8 mld zł. Konkurencja o nowe zlecenia pozostaje duża, a dodatkowo mamy do czynienia z wydłużającymi się postępowaniami przetargowymi, co jest związane z wysoką liczbą odwołań. Niemniej jednak jesteśmy obecni w większości dużych postępowań przetargowych ogłaszanych przez PKP PLK i miasta. Chcemy jak najlepiej wykorzystać czas ożywienia inwestycyjnego i jesteśmy gotowi na realizację nowych projektów oraz dalsze umacnianie swojej pozycji rynkowej
– dodaje Prezes.

Grupa ZUE konsekwentnie realizuje strategię zagranicznej dywersyfikacji działalności, prowadząc projekty zarówno w Polsce, jak i w Rumunii oraz w Niemczech. Skuteczność naszych działań potwierdzają przychody z rynków zagranicznych, które systematycznie rosną i w 2025 r. stanowiły już ponad 14 proc. łącznych przychodów Grupy. Głównym rynkiem zagranicznym pozostaje Rumunia.

Rumunia sprawnie absorbuje środki z UE na modernizację kolei, co przekłada się na sporą liczbę inwestycji w modernizację infrastruktury. Są tam również planowane znaczące inwestycje w infrastrukturę tramwajową. 130 mln zł przychodów Grupy za 2025 rok dotyczy kontraktów rumuńskich, a projekty realizowane obecnie przez nas na tamtejszym rynku opiewają na łączną kwotę ok. 470 mln zł. Realizujemy prace w Rumunii od 2022 roku i jesteśmy w trakcie pozyskiwania kolejnych kontraktów na tamtejszym rynku mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE. 

W Niemczech z kolei jesteśmy od niedawna, ale realizujemy już z powodzeniem pierwsze projekty trakcyjne i liczymy na pozyskanie nowych. Niemiecka sieć kolejowa obejmuje ok. 38 tys. km, co czyni ją największą siecią w Europie. Za względu na wieloletnią przerwę
w modernizacji, kolej ta wymaga dużych nakładów inwestycyjnych. W 2025 roku rząd federalny Niemiec ogłosił plan zainwestowania w ten sektor ok. 107 mld euro do roku 2029. Aby maksymalnie wykorzystać potencjał tego rynku, pracujemy nad prekwalifikacją niemieckiej spółki ZUE Bahnbau na budowę nawierzchni torowej w zakresie torów i zwrotnic. Dzięki konsekwentnej realizacji planu umiędzynarodowienia działalności nie tylko wspieramy nasz wzrost, ale również stopniowo zmniejszamy zależność od koniunktury krajowego sektora budowlanego
dodaje Prezes.

WYNIKI FINANSOWE – SZCZEGÓŁY

Łączna wartość przychodów wygenerowanych przez Grupę ZUE w 2025 roku wyniosła
945,9 mln zł wobec 1.219,4 mln zł rok w roku 2024. Mimo niższych przychodów, Grupa odnotowała w 2025 roku wzrost wyników finansowych. Skonsolidowany zysk brutto na sprzedaży wzrósł do 60,9 mln zł z 50,5 mln zł przed rokiem. Grupa wygenerowała marżę brutto 6,4%.

Szczegóły dotyczące wyników przedstawia tabela:

 

w mln zł Grupa ZUE ZUE S.A.
2025 2024 2025 2024
Przychody ze sprzedaży 945,9 1.219,4 846,8 1.115,0
Zysk brutto na sprzedaży 60,9 50,5 48,8 43,0
EBIT 20,9 19,1 16,2 16,8
EBITDA 37 34,7 31,2 31,4
Zysk przed opodatkowaniem 14 12,1 10,4 11,8
Zysk netto 11,2 10,8 7,9 10,3

 

W 2025 roku do Grupy dołączyła firma NTB Systemy, która wniosła dodatkowy know-how w zakresie budowy, modernizacji i remontów torowisk tramwajowych – w szczególności opartych na konstrukcjach z materiałami chemicznymi w swoim składzie. W drugiej połowie 2025 roku działalność operacyjną w Niemczech rozpoczęła spółka ZUE Bahnbau, realizując tam już pierwsze kontrakty.

KOMENTARZ RYNKOWY

Głównym źródłem przychodów ZUE jest budownictwo infrastrukturalne w zakresie inwestycji kolejowych i miejskich (głównie tramwajowych). Dlatego rezultaty operacyjne i finansowe Grupy w największym stopniu zależą od sytuacji na tych dwóch rynkach.

2026 rok powinien być dobrym czasem dla infrastruktury kolejowej. Obserwujemy ożywienie inwestycyjne zarówno na rynku polskim, jak i innych rynkach europejskich. Na polskiej kolei trwa wieloletni plan modernizacyjny – Krajowy Program Kolejowy do 2030 roku o łącznej wartości ok. 80 mld zł w zakresie perspektywy 2021-2027 i 11 mld zł w zakresie Krajowego Planu Odbudowy. To właśnie na te kontrakty, wspierane funduszami unijnymi, liczymy najbardziej. Co więcej, na rynku mogą pojawić się również kolejne przetargi w ramach projektu Port Polska (wcześniej CPK) – mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE.

W ramach Krajowego Programu Kolejowego PKP PLK zamierza ogłosić w 2026 roku 27 przetargów na łączną kwotę ok. 9,5 mld zł. Nakłady inwestycyjne PKP PLK w 2026 roku mają wynieść ok. 20 mld zł, a w 2027 ok. 21 mld zł.

Pozytywny scenariusz rysuje się także na rynku tramwajowym, który zyskuje na znaczeniu
w Europie jako element zrównoważonego transportu. Obecnie w Polsce systemy tramwajowe posiada 15 ośrodków miejskich, a łączna długość tras tramwajowych wynosi ok. 900 km.  Miasta zaczynają coraz intensywniej ogłaszać nowe przetargi w tym zakresie.

Poza głównymi rynkami, czyli kolejowym oraz tramwajowym, Grupa spodziewa się także wzrostu możliwości na rynku drogownictwa lokalnego i pozyskanie kolejnych kontraktów dla swojej spółki Energopol. Ten perspektywiczny i stabilny segment jest wspierany przez Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg, który obejmuje dofinansowanie prawie 2 700 zadań inwestycyjnych w zakresie budowy lub modernizacji dróg lokalnych.

Na 2026 rok patrzymy z nadzieją i optymizmem oraz wierzymy, że uda nam się ponownie wypracować satysfakcjonujące wyniki operacyjne i finansowe. Planujemy wykorzystać szanse związane z zapowiadanymi w Polsce projektami inwestycyjnymi oraz kontynuować ekspansję na rynkach zagranicznych. Chcemy nie tylko utrzymać pozycję jednego z liderów w budowie infrastruktury kolejowej i miejskiej, ale – w dłuższym terminie – rozwijać także obszary: od dystrybucji materiałów torowych po usługi serwisowe i utrzymaniowe mówi na koniec Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE S.A.

Region łódzki umacnia pozycję logistycznego lidera. Popyt na magazyny wzrósł o 17 proc.

Region łódzki umacnia swoją pozycję jednego z najważniejszych hubów logistycznych w Polsce. Jak wynika z raportu największej polskiej firmy doradczej na rynku nieruchomości komercyjnych AXI IMMO „Łódzkie. Szyte na miarę. Analiza sektora magazynowo–produkcyjnego w województwie łódzkim”, w 2025 r. popyt na powierzchnie magazynowe w regionie osiągnął 1,17 mln mkw. (+17% r/r) i był to drugi najwyższy wynik w kraju. Całkowite zasoby rynku przekroczyły 5,1 mln mkw., a przy ograniczonej aktywności deweloperskiej nowa podaż spadła do 216 tys. mkw. (-37% r/r). Jednocześnie widoczny był trend spadkowy współczynnika powierzchni niewynajętej, który na koniec grudnia 2025 r. obniżył się o 2,7 p.p., w porównaniu rok do roku, do poziomu 7%.

Popyt napędzany przez handel, logistykę i produkcję

Rok 2025 na rynku łódzkim upłynął pod znakiem wysokiej aktywności najemców, w której dominowały przedłużenia umów najmu odpowiadające za 60% całkowitego popytu. Jednocześnie popyt netto (obejmujący nowe umowy oraz ekspansje) wyniósł 475 tys. mkw. (-4% r/r). Najwyższą aktywność odnotowano w samej Łodzi, gdzie wolumen nowych transakcji osiągnął 141 tys. mkw. Struktura popytu w regionie pozostaje stabilna i oparta przede wszystkim na trzech głównych sektorach gospodarki. W 2025 r. za niemal całość wynajętej powierzchni odpowiadały firmy z branży handlowej (37,5%), operatorzy logistyczni i dystrybucyjni (36%) oraz firmy produkcyjne (23,5%).

Selektywna aktywność deweloperów

Podobnie jak na większości głównych rynków magazynowych w Polsce, również w regionie łódzkim widoczna była większa ostrożność deweloperów. W ciągu 2025 r. oddano do użytku 216 tys. mkw. nowej powierzchni (-37% r/r). Na koniec grudnia w budowie pozostawało 189 tys. mkw., z czego jedynie 14,8% stanowiła powierzchnia spekulacyjna, niezabezpieczona umowami najmu. Wstrzymanie części projektów wynikało m.in. utrzymującego się przez kilka kwartałów wysokiego poziomu pustostanów powyżej 10%. Sytuacja uległa jednak poprawie współczynnik niewynajętej powierzchni spadł do 7% na koniec 2025 r., ponadto dostępność dużych modułów magazynowych powyżej 20 tys. mkw. wyraźnie się zmniejszyła.

Stabilne czynsze i konkurencyjność regionu

Według analityków działu badań i analiz rynkowych AXI IMMO rynek łódzki pozostaje jednym z najbardziej konkurencyjnych kosztowo w Polsce. W starszych projektach stawki bazowe kształtowały się w przedziale 3,60–4,20 EUR/mkw./mies., natomiast w nowych inwestycjach wynosiły 4,20–4,60 EUR/mkw./mies. Najniższe czynsze możliwe były do osiągnięcia w Piotrkowie Trybunalskim (3,1–3,7 EUR/mkw./mies.), a najwyższe w granicach administracyjnych Łodzi (4,0–4,6 EUR/mkw./mies.).

Hubert Wojtera, Dyrektor w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, AXI IMMO, komentuje: „Region łódzki od wielu lat pełni rolę jednego z kluczowych hubów logistycznno-dystrybucyjnych w Polsce. Jego przewaga wynika przede wszystkim z centralnego położenia oraz bardzo dobrej dostępności infrastruktury transportowej, co umożliwia efektywną dystrybucję towarów w skali całego kraju. W 2025 roku widzieliśmy szczególnie dużą aktywność firm obsługujących rynek krajowy, które traktują region łódzki jako naturalne miejsce do budowania krajowych centrów logistycznych. W kolejnych latach popyt może być dodatkowo wspierany przez rozwój sektora produkcyjnego oraz nowe inwestycje infrastrukturalne. Coraz większe znaczenie będą również miały lokalizacje położone w pobliżu planowanego projektu „Port Polska”, który może w dłuższej perspektywie stać się istotnym impulsem rozwojowym dla całego regionu.”

Perspektywy rozwoju rynku

Według ekspertów AXI IMMO w 2026 r. rynek magazynowy w województwie łódzkim pozostanie stabilny, a popyt nadal w dużej mierze będzie opierał się na renegocjacjach istniejących umów najmu. Jednocześnie potencjał wzrostu generować będą firmy dystrybucyjne planujące ekspansję oraz sektor produkcyjny, który coraz częściej poszukuje rozwiązań umożliwiających oddzielenie funkcji produkcji i magazynowania.