Bliźniaki, domy jednorodzinne i szeregowce biją rekordy popularności. Nie zawsze zakup jest jednak dobrą decyzją

Polacy ruszyli po zakup nieruchomości. Ofert na rynku pierwotnym i wtórnym jest więcej niż w roku 2025, a podaż jest mniej więcej wyrównana z większym popytem. Co ciekawe, zainteresowanie nieruchomościami nie zamyka się tylko i wyłącznie do mieszkań i kawalerek, ale także do domów, segmentów poza dużymi miastami, a także do bliźniaków. Z czego wynika taka tendencja? – Czasem bliźniak w okolicach dużego miasta, opłaca się bardziej niż mieszkanie w centrum. Przykładem mogą być takie miasta jak Kraków, Wrocław, Poznań czy Szczecin. Oczywiście wszystko zależy od standardu, metrażu i lokalizacji, ale znam sytuacje, że rodziny zrezygnowały z zakupu dużego mieszkania, bo bliźniak pod miastem był lepszym pomysłem – przyznaje Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

Bliźniak pod Warszawą jest tańszy niż mieszkanie w stolicy. Tak jest w większości dużych miast

Trudno mówić o tendencjach, ale na pewno wybór mieszkania czy domku lub mieszkania w szeregowcu pod miastem, staje się coraz częstszy i coraz bardziej zasadny.

Dlaczego? Ceny mieszkań na rynku deweloperskim w dużych miastach są rekordowe i coraz częściej plasują się na poziomie powyżej 15 tysięcy złotych za metr kwadratowy.

– Nominalna cena domu pod miastem, domu w szeregowcu lub bliźniaka na pewno jest wyższa niż mieszania w mieście, ale jak przeliczymy to na metry kwadratowe to nagle okazuje się, że zakup obiektu poza miastem daje nam zdecydowanie lepszą ofertę. Jeżeli więc szukamy dobrej przestrzeni do życia, a budżet inwestycji nie jest priorytetem to zdecydowanie widzimy, że rodziny przychodzące do biur nieruchomości zastanawiają się i podejmują decyzje, by szukać i odwiedzać mniej standardowe lokalizacje – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

Przykłady?

– Dom w zabudowie szeregowej 110 metrów kwadratowych pod Szczecinem można kupić za 800 tysięcy złotych. Bliźniak 40 kilometrów od Poznania można kupić za milion złotych. Nawet na tak gęstym rynku jak Warszawa zdarzają się bliźniaki czy szeregowce o metrażu około 110 metrów za 1,5 czy 1,6 miliona złotych. Te ceny pokazują, że można mieć mieszkanie w klimacie domu, z małym ogródkiem, tarasem i zielenią za kwoty analogicznie, a w przeliczeniu na metr kwadratowy mniejsze niż mieszkania w centrach – przyznaje Mirosław Król.

Warto dodać, że podmiejskich ofert jest całkiem sporo, ale to liczba zdecydowanie mniejsza niż np. mieszkań w miastach. Mowa tutaj zarówno o rynku wtórnym jak i pierwotnym.

Wady i zalety mieszkania poza miastem

Czy wybór mieszkania czy domu poza miastem jest zawsze oczywisty? Może wydawać się, że dom czy bliźniak to gwarancja spokoju i komfortu, ale eksperci zawsze przestrzegają i zwracają uwagę, by każda taka decyzja była przemyślana.

– Mieszkanie poza miastem ma wiele zalet. Jeżeli ktoś poszukuje spokojniejszej przestrzeni, zieleni i odpoczynku od wielkomiejskich bodźców to jest to rozwiązanie idealne. Jeżeli jednak będziemy mieszkać poza miastem, a jednocześnie codziennie żyć w mieście to zawsze radzę, by zastanowić się czy codzienne dojazdy do pracy, do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne itp. Nie zabiorą nam radości z nowego domu. Takie sytuacje zdarzają się naprawdę często – przyznaje ekspert.

– Wykończenie domu poza miastem jest dużo droższe niż mieszkania w centrum. Mieszkanie w bliźniaku czy szeregowcu również nie daje nam niezależności np. od sąsiadów, a to czasem ważny argument. Tutaj jest wiele „za” i „przeciw” i na pewno każdy musi zastanowić się na jakie poświęcenia jest gotów, a na jakie nie – przyznaje ekspert.

– Najbardziej zachęcam do przemyśleń jeżeli planujemy zakup domu na rynku wtórnym, a ma on już swoje lata. Bardzo często atrakcyjna cena to jedno, a np. koszty remontu to drugie. Znam sytuacje, że remont instalacji, kuchni, łazienek, pokojów itp. Miał kosztować więcej niż sam dom. Takich decyzji musimy unikać, a przynajmniej być nich świadomi – dodaje ekspert.

Sprzedaż farb dekoracyjnych spada. Branża mierzy się z presją kosztową

Pierwszy kwartał 2026 roku potwierdził, że sektor farb dekoracyjnych w Polsce wkroczył w fazę korekty strukturalnej. Najnowsze dane z panelu SellFiK, wiodącego instrumentu monitoringu rynku prowadzonego przez Polski Związek Producentów Farb i Klejów, pokazują spadki w ujęciu wartościowym i ilościowym. Na te wyniki mają wpływ złożone czynniki makroekonomiczne, surowcowe i konsumenckie, które kształtują dziś warunki prowadzenia działalności w branży.

Wyniki z panelu SellFiK za pierwszy kwartał 2026 roku pokazują, że wartość sprzedaży całego rynku farb dekoracyjnych obniżyła się o 3,5% rok do roku. Jednocześnie spadek wolumenu sprzedaży okazał się głębszy niż spadek wartości, co stanowi istotny sygnał dla całej branży. Ta różnica może wskazywać, że część spadków sprzedaży jest kompensowana wyższymi cenami produktów, lecz te możliwości stopniowo się wyczerpują. Przyczyn należy szukać w uwarunkowaniach makroekonomicznych. Spowolnienie aktywności w sektorze budowlanym, będące pochodną wcześniejszego cyklu wysokich stóp procentowych, przełożyło się na wyraźne ograniczenie liczby realizowanych inwestycji i remontów. Choć realne dochody gospodarstw domowych wykazują poprawę, nie przekłada się to jeszcze na ożywienie w segmencie dekoracyjnym.

Kategorie produktowe i kanały dystrybucji: gdzie widoczne są największe zmiany?

Monitoring prowadzony w ramach panelu SellFiK pozwala nie tylko na ocenę kondycji całego rynku, lecz także na precyzyjną diagnozę jego poszczególnych segmentów. W pierwszym kwartale 2026 roku obraz ten jest wyraźnie zróżnicowany. Rozpiętość wyników między kategoriami jest znacząca, od ponad -12% wartościowo r/r w kategorii ochrony drewna (woodcare), która najmocniej odbiega od średniej rynkowej, aż po wzrosty w segmencie farb uniwersalnych i farb do metalu. Znaczące spadki dotknęły również farby emulsyjne (kluczową kategorię dla całego rynku) oraz grunty. Na tym tle relatywną odporność wykazują też koloranty, które utrzymały wzrostową dynamikę wartości sprzedaży. Odporność tych segmentów może wskazywać na preferencje konsumentów w kierunku produktów wielofunkcyjnych, oferujących lepszy stosunek wartości do ceny w warunkach ograniczonej siły nabywczej. W przekroju kanałów dystrybucji SellFiK rejestruje zbliżoną skalę trudności zarówno w kanale tradycyjnym (TRD), jak i kanale DIY, żaden z nich nie stanowi wyraźnej strefy wzrostu. Powszechność zjawiska świadczy o tym, że mamy do czynienia z systemową zmianą zachowań nabywczych, a nie efektem przesunięcia popytu między kanałami. Szczegółowe wyniki dla wszystkich kategorii produktowych oraz kanałów dystrybucji, w tym pełne zestawienie wyników wartościowych i ilościowych, dostępne są w raporcie SellFiK.

Nożyce kosztowe: kiedy podwyżki przestają być rozwiązaniem

Producenci farb mierzą się dziś ze spiętrzeniem presji kosztowej.  – Rynek jest pod presją z kilku stron jednocześnie. Ceny podstawowych komponentów wzrosły w nienotowanej dotąd skali: aceton i monomer VAM podrożały o około 300%, nafta o blisko 60%, a wybrane dyspersje o 80%. Do tego dochodzą rosnące koszty opakowań oraz logistyki, która podrożała o ok. 15%. Przy jednoczesnym ograniczeniu możliwości przenoszenia tych kosztów na ceny produktów końcowych, jest to wyzwanie, z którym branża nie mierzyła się dotąd w takiej skali – podkreśla Michał Czekaj, Prezes Zarządu Polskiego Związku Producentów Farb i Klejów (PZPFK).

Historycznie branże o charakterze procesowym (oparte na przetwarzaniu surowców chemicznych według stałych receptur, gdzie koszt komponentów stanowi o rentowności) reagowały na wzrosty kosztów surowców, przenosząc je na ceny produktów końcowych. Ta ścieżka jest dziś poważnie utrudniona: słabnący popyt i malejąca inflacja drastycznie zawężają przestrzeń do dalszych podwyżek bez ryzyka utraty wolumenu sprzedaży. Producenci stoją zatem przed realnym wyborem między ochroną marż a utrzymaniem udziałów rynkowych. Jak wskazuje Adrian Miałkowski, Dyrektor Zarządzający PZPFK, wyzwanie wykracza już poza wymiar czysto cenowy – To, co widzimy w wynikach za pierwszy kwartał, to nie jednorazowe odchylenie, a wyraźny sygnał zmiany strukturalnej. Coraz większym wyzwaniem staje się fizyczna dostępność surowców oraz brak przewidywalności dostaw, co bezpośrednio ogranicza możliwość stabilnego planowania produkcji. Producenci, którzy będą w stanie szybko odczytać, które segmenty zachowują odporność, a które wchodzą w głębszą korektę, zyskają realną przewagę. Strategiczne planowanie produkcji staje się dziś zatem równie istotnym obszarem zarządzania ryzykiem, co optymalizacja polityki cenowej.

Dane jako przewaga: rola rzetelnego monitoringu w zarządzaniu niepewnością

W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu zdolność do podejmowania decyzji opartych na twardych danych nabiera strategicznego znaczenia. Panel SellFiK, opracowywany przez PZPFK na podstawie informacji od czołowych producentów działających na polskim rynku, stanowi w tym zakresie unikalny zasób informacyjny. Dzięki temu kadra zarządzająca może rzetelnie oceniać pozycję rynkową firmy, weryfikować skuteczność działań sprzedażowych na tle dynamiki całego rynku oraz identyfikować kategorie i kanały, które w danym momencie wykazują relatywną odporność lub przyspieszenie. W praktyce oznacza to możliwość optymalizacji portfela produktowego w oparciu o kompleksowe dane, a nie wyłącznie na podstawie wewnętrznych wskaźników sprzedaży.

Perspektywy: stabilizacja przy niskim wolumenie jako nowe środowisko operacyjne

Sygnały płynące z danych SellFiK za pierwszy kwartał br. wskazują, że przed polskim rynkiem farb dekoracyjnych stoi perspektywa stabilizacji, jednak na niższym niż dotychczas poziomie popytu. Nie jest to scenariusz głębokiego kryzysu, lecz trwała normalizacja po latach relatywnie wysokiej aktywności rynkowej. W tych warunkach efektywność operacyjna, precyzja alokacji zasobów i trafność decyzji w zakresie portfolio stają się czynnikami różnicującymi pozycję rynkową. Dla podmiotów aspirujących do roli liderów sektora kluczowe będzie nie tylko zarządzanie kosztami, lecz także zdolność do szybkiego reagowania na zmiany zachowań w zakresie popytu, a to wymaga z kolei wiarygodnego, bieżącego obrazu rynku. Wyniki za kolejne kwartały, systematycznie monitorowane przez panel SellFiK, pokażą, czy korekta ma charakter przejściowy, czy utrwala się jako nowa norma dla branży.

KNF zatwierdziła prospekt Victoria Dom dotyczący programu emisji obligacji o wartości do 500 mln zł

Zatwierdzenie kolejnego prospektu przez Komisję Nadzoru Finansowego to pozyskanie dla Victorii Dom ważnego narzędzia umożliwiającego elastyczne kształtowanie finansowania działalności deweloperskiej na kolejne 12 miesięcy. Wpisuje się to w długoterminową strategię rozwoju Victoria Dom w zakresie pozyskiwania środków na nowe inwestycje, rozwój banku ziemi jak i refinansowanie części zapadających zobowiązań – mówi Waldemar Wasiluk, wiceprezes Victoria Dom. I dodaje, że po 4 miesiącach 2026 r. widzi także pozytywne sygnały płynące z rynku mieszkaniowego, które pozwalają z umiarkowanym optymizmem patrzeć w przyszłość.

Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt Victoria Dom S.A. sporządzony w związku z IV Publicznym Programem Emisji Obligacji o łącznej wartości nominalnej do 500 mln zł. Spółka planuje ubiegać się o wprowadzenie obligacji do alternatywnego systemu obrotu Catalyst organizowanego przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie.

Priorytetem rozwój i bank ziemi

Wiceprezes Victoria Dom podkreśla, że środki pozyskane z emisji mają wspierać dalszy rozwój działalności operacyjnej i inwestycyjnej spółki. Jednym z priorytetów pozostaje zabezpieczanie atrakcyjnych gruntów pod przyszłe projekty mieszkaniowe w Warszawie, Krakowie oraz Trójmieście.

Bank ziemi jest podstawą rozwoju każdego dewelopera. To dzięki niemu możemy planować inwestycje z kilkuletnim wyprzedzeniem i stabilnie rozwijać skalę działalności – podkreśla Waldemar Wasiluk.

Trzy kluczowe czynniki

Spółka zwraca uwagę, że sytuacja na rynku mieszkaniowym stopniowo się stabilizuje. Jak zaznacza wiceprezes Victoria Dom, rynek nieruchomości rozwija się wtedy, gdy spełnione są trzy kluczowe warunki: istnieją realne potrzeby mieszkaniowe, gospodarka zapewnia wzrost oraz bezpieczeństwo wynagrodzeń, a koszt pieniądza pozostaje na poziomie akceptowalnym dla kredytobiorców.

Potrzeby mieszkaniowe w największych aglomeracjach w Polsce nadal są bardzo duże. Jeśli ludzie mają poczucie stabilności finansowej i odpowiedni poziom dochodów, są gotowi podejmować decyzje o zakupie mieszkań i zaciągać kredyty hipoteczne. Trzecim elementem jest rozsądny koszt pieniądza. Gdy wszystkie te czynniki współgrają, rynek wraca do równowagi. Pierwsze miesiące tego roku właśnie takie były, co daje nadzieję na stabilizację rynku mieszkaniowego. Nie spodziewamy się  boomu, ale raczej zbalansowanego i przewidywalnego rozwoju – ocenia Waldemar Wasiluk.

Pozytywne sygnały

Victoria Dom zakończyła ubiegły rok z wynikiem sprzedażowym wyższym o 35 proc. rok do roku. Spółka sprzedała 1365 mieszkań, a – jak podkreśla zarząd – również pierwsze miesiące 2026 r. przynoszą pozytywne sygnały z rynku.

Victoria Dom to deweloper z 28-letnim doświadczeniem. Posiada rozbudowany bank ziemi i zgodnie z planem na 2026 r systematycznie wprowadza do oferty kolejne etapy rozbudowywanych inwestycji oraz nieruchomości w nowych lokalizacjach. W Polsce aktualnie realizuje projekty na terenie Warszawy, Krakowa i Trójmiasta. Spółka rozwija także działalność w Niemczech: w Berlinie i Lipsku.

Branża półprzewodników potrzebuje miliona nowych pracowników do 2030 roku

Światowa branża technologiczna mierzy się z krytycznym niedoborem kadr, który może zahamować tempo innowacji. Jak wynika z najnowszego raportu Manpower „Global Engineering World of Work Outlook 2026”, sam sektor półprzewodników musi pozyskać milion dodatkowych pracowników do 2030 roku, aby zaspokoić popyt na układy scalone. Kluczowym wyzwaniem jest też „srebrne tsunami”, czyli masowe odejścia doświadczonych pracowników na emeryturę. W ciągu najbliższej dekady, w skali globalnej z rynku pracy zniknie nawet 20% doświadczonej kadry.

Gwałtowny rozwój technologii cyfrowych sprawił, że półprzewodniki stały się zasobem o kluczowym znaczeniu. Jednocześnie w branży rośnie zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników, które przekracza zdolności ich pozyskania i rozwoju. Do 2030 roku sektor będzie potrzebować około 1 mln dodatkowych specjalistów na świecie, przy czym obecne niedobory obejmą ponad 100 tys. inżynierów w Europie oraz ponad 200 tys. w regionie Azji i Pacyfiku. Szczególnie trudna sytuacja dotyczy stanowisk specjalistów i starszych specjalistów, gdzie wymagane są zarówno zaawansowane kompetencje techniczne, jak i doświadczenie operacyjne.

„Srebrne tsunami” i przyszłość talentów

Kluczowym wyzwaniem jest „srebrne tsunami”, czyli masowe odejścia doświadczonych pracowników na emeryturę. W ciągu najbliższej dekady, w skali globalnej z rynku pracy zniknie nawet 20% kadry. Problem pogłębia kryzys mentoringu – aż 57% pracowników nigdy nie otrzymało wsparcia od bardziej doświadczonych współpracowników. Aby zachować ciągłość kompetencji, firmy muszą postawić na rozwój talentów inżynieryjnych, m.in. poprzez aktywizację kobiet oraz odejście od rekrutacji opartej wyłącznie na dyplomach na rzecz podejścia opartego na kompetencjach, w szczególności modelowania cyfrowych bliźniaków czy biegłości w pracy z AI.

Jak zaznacza Tomasz Walenczak, dyrektor generalny ManpowerGroup, Polska jest ważnym ośrodkiem na mapie globalnego łańcucha dostaw branży półprzewodników, głównie w obszarze R&D, projektowania układów, rozwoju oprogramowania. – W Polsce mamy silne kompetencje inżynierskie, softwarowe oraz rozwinięty sektor elektroniki. Jednocześnie w wyniku coraz większej globalizacji rynku pracy konkurujemy o tych samych ekspertów, co USA, kraje nordyckie czy Niemcy. A firmy rywalizują nie tylko wynagrodzeniem, ale też projektami i możliwościami rozwoju, środowiskiem pracy. W praktyce oznacza to, że odpływ doświadczonych specjalistów jest realnym ryzykiem dla firm nad Wisłą i pracodawcy muszą walczyć o ich utrzymanie. Z punktu widzenia rynku pracy kluczowe jest także to, że obecny już niedobór talentów dotyczy doświadczonych inżynierów. Na zbudowanie kompetencji na tym poziomie potrzeba około 5-10 lat. Żeby jednak skorzystać na boomie w branży półprzewodników potrzebujemy zwiększyć skalę kształcenia i przyciągać doświadczonych pracowników z zagranicy – dodaje szef ManpowerGroup.

Presja na energetykę i infrastrukturę

Szacuje się, że globalne zapotrzebowanie na moc w centrach danych podwoi się do 2030 roku, co czyni inżyniera elektryka jednym z najbardziej poszukiwanych zawodów na świecie. W nadchodzących latach światowe zapotrzebowanie na energię wzrośnie średnio o ponad 3,5% rocznie, co wymusi intensywny rozwój produkcji energii elektrycznej z OZE, gazu ziemnego i źródeł jądrowych.

Z kolei jak zaznacza Marta Szymańska, lider specjalizacji, ekspert rynku pracy w Manpower, skala inwestycji w infrastrukturę cyfrową i energetyczną przekłada się bezpośrednio na rynek pracy. – Dynamiczny rozwój centrów danych będących fundamentem rozwoju AI generuje dziś miliony miejsc pracy, jednak aż 58% operatorów ma trudności z obsadzeniem ról technicznych. Równocześnie rosnący popyt na energię, napędzany między innymi elektryfikacją transportu i gwałtownym wzrostem zapotrzebowania ze strony technologii cyfrowych, prowadzi do przyspieszonego tworzenia wyspecjalizowanych ról inżynieryjnych w obszarach takich jak systemy zasilania, efektywność energetyczna czy zarządzanie sieciami. W efekcie największe przyrosty zatrudnienia koncentrują się dziś w segmentach infrastrukturalnych obejmujących przesył, generację energii oraz optymalizację jej wykorzystania, które odpowiadają nawet za 75% nowych miejsc pracy powstających w ramach transformacji energetycznej – dodaje ekspertka.

Nowe podejście do wydajności

W obliczu niedoboru zasobów oraz wykwalifikowanych kadr branża musi szukać wsparcia w technologii i zrównoważonym planowaniu. Odpowiedzią na te wyzwania jest model „inżyniera wspomaganego technologią”, w którym automatyzacja zadań z wykorzystaniem AI pozwala zwiększyć produktywność nawet o 30-40%. Równolegle, sektor odchodząc od modelu liniowego na rzecz gospodarki obiegu zamkniętego, reaguje na rosnącą presję surowcową i skalę odpadów, które mogą sięgnąć 3,4 mld ton do 2050 roku. To nie tylko wyzwanie środowiskowe, ale też impuls dla rynku pracy – rośnie zapotrzebowanie na inżynierów i specjalistów tworzących zrównoważone rozwiązania.

– Zmienia się również sama natura pracy inżyniera. W sektorach najmocniej narażonych na wpływ sztucznej inteligencji rola ta ewoluuje z wykonawczej w kierunku projektowej i integracyjnej: inżynier staje się architektem rozwiązań, który potrafi wykorzystywać technologie cyfrowe do budowania bardziej złożonych systemów. Automatyzacja stopniowo eliminuje zadania rutynowe, jednocześnie znacząco zwiększając zapotrzebowanie na kompetencje wyższego rzędu, takie jak analiza danych, projektowanie systemów czy integracja rozwiązań technologicznych. W praktyce oznacza to przesunięcie środka ciężkości z pracy operacyjnej na strategiczną, gdzie kluczowe staje się łączenie wiedzy inżynierskiej, cyfrowej i biznesowej – uzupełnia Szymańska.

O raporcie
Raport „Global Engineering World of Work Outlook 2026”, opracowany przez Manpower, analizuje siedem kluczowych trendów, które do 2030 roku będą kształtować globalny rynek inżynieryjny.

Ukrainiec mieszka i pracuje w Polsce, ale podatki płaci w Ukrainie. Fiskus może się upomnieć o swoje

Od wybuchu wojny tysiące obywateli Ukrainy przeniosło swoje życie do Polski. Wielu nadal pracuje zdalnie dla ukraińskich firm – szczególnie w branży IT, finansach czy usługach specjalistycznych. Problem w tym, że część z nich wciąż rozlicza podatek wyłącznie w Ukrainie, zakładając, że skoro pracodawca jest z Kijowa, polski fiskus „nie ma nic do tego”. To jeden z najczęstszych i najdroższych błędów.

Doradcy podatkowi coraz częściej spotykają się z sytuacjami, w których po kilku latach pobytu w Polsce ukraińscy obywatele zgłaszają się do nich z zaległymi zeznaniami podatkowymi i naliczonymi odsetkami. Zdarza się, że są narażeni na ryzyko odpowiedzialności karno-skarbowej. Często o tym nie wiedzą, ale kluczowe znaczenie ma bowiem nie kraj pracodawcy, ale miejsce życia i wykonywania pracy.

Wielu Ukraińców żyje dziś w przekonaniu, że skoro podatek pobiera ukraiński pracodawca, to temat polskiego PIT ich nie dotyczy. Tymczasem po przekroczeniu 183 dni pobytu w Polsce albo przeniesieniu tutaj centrum interesów życiowych sytuacja podatkowa może zmienić się diametralnie – wskazuje Tomasz Prokurat, partner w kancelarii Litigato.

183 dni, które zmieniają wszystko

Polskie przepisy są w tej kwestii jasne. Rezydentem podatkowym w Polsce jest osoba fizyczna, która:

  • przebywa w Polsce dłużej niż 183 dni w roku lub
  • posiada tu centrum interesów życiowych, w szczególności mieszkanie, rodzinę, szkołę dzieci czy główne źródło dochodu, przy czym decydujący jest całokształt jej sytuacji.

Wystarczy spełnienie jednego z tych warunków, aby Polska mogła oczekiwać rozliczenia całego dochodu – również tego uzyskiwanego z pracy dla zagranicznego pracodawcy. W praktyce problem dotyczy często osób, które od 2022 r. mieszkają w Polsce niemal na stałe, wynajmują mieszkania, pracują zdalnie z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, ale formalnie nadal rozliczają się wyłącznie w Ukrainie.

Należy pamiętać, że organy podatkowe mogą skrupulatnie przeanalizować stan faktyczny danego rezydenta, czyli w jakim kraju posiada konta bankowe, gdzie opłacane są rachunki lub nawet z jakimi operatorami sieci komórkowych posiada umowy. Te z pozoru drobne aspekty mogą mieć zasadniczy wpływ na to, jaka rezydencja podatkowa faktycznie zostanie wpisana w rejestr – mówi Mateusz Zubik Project Manager w Smart Solutions HR.

Dla polskiego fiskusa istotne są dwa pytania: czy dana osoba jest polskim rezydentem podatkowym oraz gdzie faktycznie wykonywana jest praca. Jeżeli odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi „tak”, a na drugie: „w 100% z terytorium Polski”, to bez wątpliwości powstaje obowiązek rozliczenia podatku od tego wynagrodzenia w Polsce. Co więcej, opodatkowanie w Polsce będzie mieć miejsce również w wielu przypadkach, gdy tylko na jedno z tych pytań odpowiedź jest twierdząca. Polsko-ukraińska umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania przewiduje, że dochód z pracy najemnej wykonywanej w Polsce może być opodatkowany w Polsce, nawet gdy wykonuje ją osoba, która nie jest w niej rezydentem podatkowym, a Ukraina może nadal uważać taką osobę za swojego rezydenta. Od strony technicznej powinien zadziałać mechanizm eliminacji podwójnego opodatkowania, ale nie dzieje się to automatycznie – mówi Tomasz Prokurat, partner w kancelarii Litigato

Największe mity

Najczęściej problemy wynikają z błędnego przekonania, że skoro podatek został zapłacony w Ukrainie, polski fiskus nie może go ponownie zażądać. Zapisy w umowie o unikaniu podwójnego opodatkowania pozwalają ustalić, który kraj ma prawo opodatkować dochód w danej sytuacji, a jeśli wynika z nich, że prawo to mają obydwa kraje, wówczas dopiero zastosowanie znajdują mechanizmy unikania podwójnego opodatkowania: odliczenia lub zwolnienia. Aby uniknąć podwójnego podatku, trzeba prawidłowo rozliczyć dochód również w Polsce i ewentualnie wykazać podatek zapłacony za granicą. Brak działania może oznaczać podwójny problem: podatek pobrany w Ukrainie i zaległość podatkową w Polsce.

Sam fakt pracy w Polsce nie zawsze oznacza, że powstaje obowiązek pełnego rozliczania wszystkich dochodów w Polsce, jednak po przekroczeniu 183 dni pobytu lub przeniesieniu centrum interesów życiowych sytuacja podatkowa może się całkowicie zmienić. Z perspektywy agencji pracy tymczasowej to obecnie jeden z najczęstszych problemów przy rozliczeniach PIT pracowników z Ukrainy. Przykładowo, pracownik często mieszka i pracuje w Polsce przez większą część roku, ale nadal uważa, że rozlicza się wyłącznie na Ukrainie. W efekcie pojawiają się zaległości podatkowe, błędy w deklaracjach lub konieczność składania korekt. Kluczowe są również prawidłowa analiza rezydencji podatkowej, bieżąca kontrola dokumentów oraz edukacja pracowników już na etapie rozpoczęcia współpracy – mówi Mariana Zubryk Project Manager w Smart Solutions HR.

Inny rozpowszechniony mit to przekonanie, że dopóki pracodawca jest ukraiński, Polska nie ma prawa do podatku od dochodu. W polskim PIT kluczowe są przede wszystkim dwa czynniki: rezydencja podatkowa oraz miejsce faktycznego wykonywania pracy. Jeżeli ktoś pracuje fizycznie z terytorium Polski – nawet zdalnie, dla pracodawcy z Kijowa czy Lwowa, ale też z Berlina czy Londynu – to z perspektywy polskiego fiskusa jego wynagrodzenie ma bardzo silny związek z naszym krajem.

Konsekwencje braku rozliczenia w Polsce

Zaniedbanie obowiązków w Polsce może mieć kilka wymiarów. Po pierwsze, finansowy – powstają zaległości podatkowe powiększone o odsetki, często za kilka lat, co przy dobrze opłacanych zawodach w branży IT może oznaczać bardzo znaczące kwoty. Po drugie, karno-skarbowy – dłuższe nieujawnianie dochodów w Polsce, przy jednoczesnym stałym pobycie, może zostać ocenione jako przestępstwo lub wykroczenie skarbowe. Po trzecie, międzynarodowy – im dłużej trwa taki stan, tym trudniej odzyskać podatek zapłacony na Ukrainie albo prawidłowo go rozliczyć w Polsce.

Ryzyko dotyczy również ukraińskich firm. Jeżeli kluczowi pracownicy stale wykonują pracę z Polski, to polskie organy mogą uznać, że zagraniczna spółka prowadzi tu działalność poprzez tzw. zakład podatkowy. To może oznaczać obowiązek rozliczania CIT w Polsce również przez te ukraińskie firmy.

Co warto zrobić?

Najgorszym rozwiązaniem jest ignorowanie problemu. W pierwszej kolejności warto:

  • policzyć rzeczywisty czas pobytu w Polsce,
  • przeanalizować, gdzie znajduje się centrum interesów życiowych,
  • sprawdzić, czy nie powstał obowiązek złożenia zaległych deklaracji PIT,
  • uporządkować model współpracy z zagranicznym pracodawcą.

W wielu przypadkach możliwe jest ograniczenie ryzyka i uniknięcie sankcji, szczególnie jeśli podatnik sam podejmie działania, zanim zrobi to urząd skarbowy. W dobie pracy zdalnej granice państw mogą być mniej widoczne na co dzień, ale dla fiskusa nadal mają ogromne znaczenie. Jeśli życie i praca od lat toczą się w Polsce, samo przekonanie, że „podatek jest w Kijowie”, może okazać się bardzo kosztowne.

USA i Iran negocjują, ale najważniejsze punkty sporne pozostają nierozwiązane

Alfred Hitchcock zwykł mawiać, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Obecna sytuacja na linii USA–Iran pokazuje, jak ogromny potencjał filmowy ma ten konflikt. Wczoraj pojawiały się doniesienia medialne, że irańskie władze miały nakazać pozostawienie uranu w kraju, co zagroziło wizji jakiegokolwiek porozumienia. Prezydent Donald Trump zagroził, że USA dopilnują, aby Iran nie zdobył broni jądrowej, albo będą musiały podjąć „bardzo drastyczne” kroki. Chwilę później do opinii publicznej dotarła informacja o zarysie wstępnej umowy między krajami, którą następnie zdementowała strona irańska. Rozmowy między USA a Iranem pokazują więc, że przestrzeń do dyplomacji nadal istnieje, ale skala nierozwiązanych sporów pozostaje bardzo duża. Sygnały płynące z Teheranu sugerują, że najnowsza propozycja Waszyngtonu mogła częściowo zmniejszyć różnice między stronami, jednak nie oznacza to jeszcze realnego przełomu. Najważniejsze punkty sporne dotyczą irańskiego programu nuklearnego, przyszłości wzbogaconego uranu, bezpieczeństwa żeglugi przez cieśninę Ormuz oraz szerszego zakończenia walk w regionie.

Stanowiska obu stron pozostają odległe. USA oczekują, że Iran przekaże wzbogacony uran i wstrzyma proces wzbogacania na co najmniej dekadę. Dla Teheranu są to warunki politycznie bardzo trudne do zaakceptowania, co potwierdzają publiczne wypowiedzi irańskich przywódców. Prezydent Masud Pezeszkian deklaruje, że Iran „nigdy się nie cofnie”, co ogranicza pole manewru negocjatorów i zwiększa ryzyko fiaska rozmów. Z kolei Donald Trump utrzymuje presję na Teheran, ostrzegając, że USA mogą wznowić ataki, jeśli Iran nie zaakceptuje amerykańskich warunków. Taka retoryka wzmacnia niepewność, ponieważ dyplomacja toczy się równolegle z groźbą dalszej eskalacji militarnej.

Szczególne znaczenie ma spór o cieśninę Ormuz. Pomysł stałych opłat za przepływ przez ten akwen spotyka się ze sprzeciwem USA, ponieważ mógłby zwiększyć koszty transportu surowca i stworzyć niebezpieczny precedens dla globalnego handlu energią. Każde napięcie wokół cieśniny natychmiast przekłada się na rynek ropy, co widać po silnych wahaniach cen. Ropa Brent we wczorajszym najwyższym punkcie zyskiwała ponad 4%, a dzień zakończyła stratą w wysokości 2,32%, schodząc poniżej 102,60 USD za baryłkę. Dzisiaj znów znajduje się powyżej 105 USD i zyskuje 2,29%, co pokazuje, że inwestorzy reagują zarówno na groźbę eskalacji, jak i na nawet ograniczone sygnały dyplomatycznego postępu.

Ryzyko gospodarcze pozostaje wysokie, ponieważ cena ropy przekłada się na wzrost cen energii, presję inflacyjną i pogorszenie nastrojów na rynkach finansowych. Dodatkowym czynnikiem niepewności są malejące globalne zapasy ropy i produktów naftowych. Oznacza to, że światowy rynek surowcowy ma mniejszy bufor bezpieczeństwa na wypadek nagłego kryzysu podażowego.

Istotną rolę w całej układance odgrywa również Izrael, który pozostaje sceptyczny wobec ewentualnego porozumienia z Iranem. Izraelskie władze sugerują, że Teheranowi nie można ufać, a jego potencjał wojskowy powinien zostać jeszcze bardziej osłabiony. Taka postawa może utrudniać stabilizację sytuacji, zwłaszcza jeśli Izrael uzna, że dyplomacja nie daje wystarczających gwarancji bezpieczeństwa, i zdecyduje się na dalsze działania militarne.

Obecny etap rozmów należy więc oceniać ostrożnie. Z jednej strony pojawiły się sygnały, że dialog nie został zerwany i że propozycja USA w pewnym stopniu zmniejszyła dystans między stronami. Z drugiej strony najważniejsze kwestie pozostają nierozwiązane, a publiczne deklaracje przywódców ograniczają możliwość kompromisu. Dopóki USA i Iran nie zbliżą stanowisk w sprawie programu nuklearnego, a napięcie wokół cieśniny Ormuz i Izraela pozostanie wysokie, rynki będą funkcjonować w warunkach podwyższonej niepewności. Największym zagrożeniem gospodarczym pozostaje wzrost cen ropy, który mógłby ponownie wzmocnić inflację oraz zwiększyć presję na banki centralne i gospodarki importujące energię.

UODO apeluje o systemowe ograniczenie telefonów w szkołach. Chodzi o prywatność, dane osobowe i ryzyko nagrywania uczniów

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski przedstawił uwagi do projektu zmian w Prawie oświatowym. Organ nadzorczy popiera kierunek działań zmierzających do ograniczenia wykorzystywania przez dzieci i młodzież telefonów komórkowych oraz innych urządzeń elektronicznych podczas pobytu w szkole. Jednocześnie wskazuje, że projektowane przepisy powinny zostać doprecyzowane, aby były zgodne z zasadami ochrony danych osobowych i prywatności.

Zdaniem Prezesa UODO problem korzystania z telefonów w placówkach oświatowych nie powinien być rozwiązywany wyłącznie na poziomie pojedynczych statutów szkół. Potrzebne są rozwiązania systemowe, wpisane w przepisy Prawa oświatowego. Mają one ograniczać ryzyka związane z nagrywaniem obrazu i dźwięku, publikowaniem materiałów w internecie oraz wykorzystywaniem nowych technologii do naruszania prywatności uczniów i nauczycieli.

Telefony w szkołach a ochrona danych osobowych

Prezes UODO zwrócił uwagę, że dzieci i młodzież coraz częściej przetwarzają dane osobowe innych osób przy użyciu prywatnych urządzeń elektronicznych. Chodzi przede wszystkim o wykonywanie zdjęć, nagrywanie filmów i dźwięku, a następnie publikowanie takich materiałów w internecie lub przesyłanie ich innym osobom.

Tego typu działania mogą prowadzić do poważnych naruszeń prywatności. Na zdjęciach i nagraniach mogą znajdować się inni uczniowie, nauczyciele lub pracownicy szkoły, którzy nie wyrazili zgody na utrwalanie i rozpowszechnianie swojego wizerunku. W ocenie UODO rejestrowanie obrazu i dźwięku jest szczególnie inwazyjną formą przetwarzania danych osobowych, ponieważ może naruszać prawa i wolności osób nagrywanych.

Organ nadzorczy wskazuje również na szersze zagrożenia związane z korzystaniem przez małoletnich z internetu i narzędzi cyfrowych. Wśród nich wymienia ryzyko uzależnień behawioralnych, w tym uzależnienia od pornografii czy hazardu internetowego.

Deepfake jako nowe zagrożenie dla uczniów

Jednym z problemów, które szczególnie niepokoją Prezesa UODO, jest wykorzystywanie technologii deepfake. Pozwala ona na tworzenie fałszywych, ale realistycznie wyglądających zdjęć, nagrań wideo lub nagrań głosowych. W praktyce może być używana do ośmieszania, szantażowania, nękania albo naruszania godności i prywatności konkretnych osób.

UODO podkreśla, że takie działania mogą prowadzić do krzywdzącego i nielegalnego przetwarzania danych osobowych. Problem ten jest szczególnie poważny w środowisku szkolnym, gdzie materiały z udziałem uczniów mogą szybko rozprzestrzeniać się w mediach społecznościowych i komunikatorach.

Prezes UODO już wcześniej zwracał uwagę na konieczność wprowadzenia rozwiązań ustawowych, które zapewnią skuteczną ochronę przed szkodliwym wykorzystaniem deepfake’ów. Temat ten był także omawiany podczas posiedzenia sejmowej Komisji do Spraw Dzieci i Młodzieży.

Statut szkoły nie wystarczy

Projekt zmian w Prawie oświatowym przewiduje możliwość regulowania w statutach szkół zasad korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych. Prezes UODO wskazuje jednak, że takie rozwiązanie wymaga większej precyzji.

Zdaniem organu nadzorczego należy jasno określić, czy dopuszczenie korzystania z urządzeń elektronicznych oznacza również możliwość nagrywania obrazu i dźwięku. To istotne, ponieważ samo używanie telefonu do kontaktu z rodzicem, korzystania z aplikacji edukacyjnej czy sprawdzenia planu lekcji jest czymś innym niż nagrywanie innych osób.

UODO podkreśla, że statut szkoły nie może samodzielnie określać warunków przetwarzania danych osobowych na prywatnych urządzeniach uczniów. Oznacza to, że ustawodawca powinien precyzyjnie wskazać ramy, w jakich szkoły mogą regulować korzystanie z telefonów, zwłaszcza gdy chodzi o rejestrowanie dźwięku i obrazu.

Potrzebne jasne zasady wnoszenia i przechowywania urządzeń

Prezes UODO zaproponował także doprecyzowanie pojęć używanych w projektowanych przepisach. W szczególności chodzi o sformułowanie „warunki wnoszenia” telefonów i innych urządzeń elektronicznych na teren szkoły.

Zdaniem organu nadzorczego pojęcie to powinno zostać wyjaśnione albo zastąpione bardziej jednoznacznymi określeniami. Pozwoliłoby to uniknąć nieporozumień dotyczących tego, czy szkoła może jedynie określać zasady korzystania z telefonu, czy również wymagać jego zdeponowania lub ograniczać możliwość posiadania urządzenia podczas zajęć.

UODO wskazuje, że projekt można uzupełnić o regulacje dotyczące bezpiecznego przechowywania telefonów i innych urządzeń elektronicznych w czasie pobytu dziecka w placówce. Takie rozwiązanie mogłoby ograniczyć ryzyko nagrywania uczniów i nauczycieli, ale musiałoby być odpowiednio opisane, aby nie prowadziło do kolejnych wątpliwości prawnych.

Inaczej należy ocenić sytuację uczniów pełnoletnich

Osobną kwestią są uczniowie pełnoletni. Prezes UODO zwrócił uwagę, że projektowane regulacje dotyczące wnoszenia i używania telefonów przez takie osoby powinny zostać ocenione z punktu widzenia konstytucyjnych wolności i praw podstawowych.

Pełnoletni uczniowie mają inny status prawny niż osoby małoletnie. Nie oznacza to jednak, że szkoła nie może wprowadzać wobec nich ograniczeń. Takie ograniczenia muszą jednak mieć jasno określony cel, być proporcjonalne i służyć ochronie dobra wszystkich osób przebywających na terenie placówki.

W opinii UODO takim celem może być m.in. zapewnienie dobrostanu uczniów, ochrona prywatności oraz ograniczenie ryzyka naruszeń danych osobowych. Warunkiem jest jednak właściwe wyważenie interesów szkoły, uczniów małoletnich, uczniów pełnoletnich i innych osób przebywających w placówce.

UODO chce regulacji systemowych

Prezes UODO ocenia, że problem bezpiecznego korzystania z telefonów przez dzieci i młodzież powinien zostać rozwiązany całościowo. Oznacza to potrzebę uregulowania tej kwestii nie tylko w statutach szkół, ale przede wszystkim w przepisach Prawa oświatowego.

Organ nadzorczy przypomniał również swoje wcześniejsze uwagi do projektu zmian w rozporządzeniu dotyczącym wypoczynku dzieci i młodzieży. Zdaniem UODO zasady korzystania z telefonów komórkowych powinny zostać określone także podczas kolonii, obozów i innych form zorganizowanego wypoczynku.

W praktyce chodzi więc o stworzenie spójnych zasad dotyczących korzystania z urządzeń elektronicznych przez dzieci i młodzież zarówno w szkole, jak i poza nią, gdy pozostają pod opieką placówek lub organizatorów wypoczynku.

Edukacja nadal pozostaje kluczowa

UODO podkreśla, że same przepisy nie rozwiążą wszystkich problemów związanych z korzystaniem z telefonów przez uczniów. Ważnym elementem powinny być działania edukacyjne skierowane do dzieci, młodzieży, rodziców i nauczycieli.

Edukacja powinna obejmować nie tylko zasady ochrony danych osobowych, ale także odpowiedzialność za publikowanie zdjęć i nagrań, skutki naruszania prywatności innych osób, zagrożenia związane z deepfake’ami oraz bezpieczne korzystanie z internetu.

Z perspektywy organu nadzorczego ograniczenia w korzystaniu z telefonów powinny więc iść w parze z budowaniem świadomości cyfrowej. Tylko takie podejście może realnie zmniejszyć skalę naruszeń prywatności i danych osobowych w środowisku szkolnym.

Osiem miesięcy ograniczenia wolności za kradzież kabli ze stacji ładowania pojazdów elektrycznych

Wyrok w sprawie kradzieży kabli o łącznej wartości niemal 15,5 tys. zł ze stacji ładowania należącej do sieci Powerdot pokazuje, że przestępstwa wymierzone w infrastrukturę elektromobilności spotykają się z realnymi konsekwencjami prawnymi i finansowymi. W ramach kary ograniczenia wolności oskarżony skazany został na prace społeczne o łącznym wymiarze 240 godzin, musi też zwrócić operatorowi pełną wartość skradzionego mienia. 

Zapadł wyrok w sprawie kradzieży infrastruktury do ładowania samochodów elektrycznych – Sąd Rejonowy w Głogowie uznał sprawcę za winnego kradzieży dwóch kabli ładujących ze stacji ładowania należącej do sieci Powerdot, największego europejskiego operatora ładowarek pojazdów elektrycznych, dostawcy ponad połowy punktów szybkiego ładowania w Polsce. Do zdarzenia doszło w miejscowości Przemków w województwie dolnośląskim. Wartość obu skradzionych kabli wyniosła blisko 15,5 tys. zł

Sąd wymierzył sprawcy karę ośmiu miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania nieodpłatnej pracy na cele społeczne, łącznie przez 240 godzin. Dodatkowo orzeczono obowiązek naprawienia szkody poprzez zwrot pełnej wartości skradzionego mienia na rzecz operatora stacji. Podczas tych ośmiu miesięcy skazany bez zgody sądu nie może zmieniać stałego miejsca zamieszkania i ma obowiązek udzielania kuratorowi wyjaśnień odnośnie przebiegu odbywania kary. 

To ważny sygnał dla wszystkich – rynku, użytkowników pojazdów elektrycznych i złodziei – że przestępstwa wymierzone w infrastrukturę ładowania są traktowane poważnie przez organy ścigania i wymiar sprawiedliwości – mówi Grigoriy Grigoriev, General Manager Powerdot Polska. – Tego typu działania powodują czasowe wyłączenia stacji z użytkowania i wpływają na komfort kierowców samochodów elektrycznych oraz generują koszty dla operatorów infrastruktury. Ten wyrok pokazuje, że nie pozostają one bez konsekwencji, a sprawcy muszą liczyć się z odpowiedzialnością zarówno karną, jak i finansową. 

Kable do ładowania aut elektrycznych mają dużą zawartość miedzi, której ceny w skupach złomu wynoszą ok. 40 zł za kilogram. Jeden taki kabel to od 1,5 kg do 7 kg miedzi, co przekłada się na zysk o wartości kilkuset złotych – niewspółmierny w stosunku do potencjalnej kary, która tylko w finansowym aspekcie może być kilkudziesięciokrotnie wyższa, jak pokazuje opisany przypadek. Nielegalne jest również sprzedawanie i kupowanie miedzi z nieudokumentowanego źródła. 

Rynek biurowy w Trójmieście z silnym popytem i spadkiem pustostanów

Trójmiasto pozostaje jednym z najbardziej aktywnych i dojrzałych regionalnych rynków biurowych w Polsce. W I kwartale 2026 roku rynek wyróżniał się bardzo silnym popytem przy jednocześnie ograniczonej nowej podaży, co przełożyło się na dalszy spadek pustostanów do jednego z najniższych poziomów wśród największych miast regionalnych.

Całkowite zasoby powierzchni biurowej w Trójmieście na koniec I kwartału 2026 roku wyniosły 1,07 mln mkw.. Największym rynkiem pozostaje Gdańsk, który koncentruje około 75% całkowitych zasobów biurowych regionu.

Ograniczona nowa podaż wzmacnia rynek biurowy w Trójmieście

Aktywność deweloperska w Trójmieście pozostaje bardzo ograniczona. W I kwartale 2026 roku oddano do użytkowania tylko jeden budynek biurowy – Punkt o powierzchni blisko 13 000 mkw.. Był to jednocześnie pierwszy projekt ukończony w regionie od sześciu kwartałów.

Skala realizowanych inwestycji pozostaje niewielka. Obecnie w budowie znajduje się jedynie około 17 600 mkw. powierzchni biurowej w ramach trzech projektów. Ograniczona podaż nowych biur w Trójmieście przy utrzymującym się wysokim popycie będzie w kolejnych kwartałach wspierać dalsze ograniczanie dostępności powierzchni.

„Trójmiasto pozostaje jednym z najbardziej stabilnych rynków regionalnych w Polsce. Bardzo ograniczona aktywność deweloperska, przy utrzymującym się popycie, będzie sprzyjać dalszemu spadkowi pustostanów i wzmacniać pozycję właścicieli najlepszych projektów”, – komentuje Dorota Lachowska, head of research, Knight Frank.

Trójmiasto liderem popytu wśród rynków regionalnych

W I kwartale 2026 roku Trójmiasto odpowiadało za 41% całkowitego wolumenu najmu odnotowanego na regionalnych rynkach biurowych w Polsce. Łącznie wynajęto około 49 500 mkw. powierzchni, co oznacza wzrost o 19% względem poprzedniego kwartału oraz aż o 88% rok do roku.

Struktura popytu wyraźnie przesunęła się w kierunku nowych umów, które odpowiadały za niemal 53% całkowitego wolumenu najmu. Jednocześnie spadł udział renegocjacji, które w poprzednich latach dominowały w strukturze transakcji. Pozytywnym sygnałem pozostaje również udział ekspansji, wskazujący na rozwój części najemców obecnych już na rynku.

Największą aktywność wykazywały firmy z sektora produkcyjnego oraz IT, jednak struktura popytu pozostawała bardzo zróżnicowana, co potwierdza szeroką bazę potencjalnych najemców funkcjonujących w regionie.

„Firmy coraz częściej patrzą na biuro nie tylko przez pryzmat kosztów, ale także dostępności talentów, jakości otoczenia i możliwości dalszego rozwoju. Trójmiasto bardzo dobrze odpowiada dziś na te potrzeby”,uzupełnia Joanna Gomułkiewicz, associate director, Knight Frank.

Pustostany w Trójmieście należą do najniższych w Polsce

Wskaźnik pustostanów w Trójmieście kontynuował trend spadkowy i na koniec I kwartału 2026 roku wyniósł 10,8%. Oznacza to spadek o 1,1 punktu procentowego względem poprzedniego kwartału oraz o 1,8 punktu procentowego rok do roku.

Poziom pustostanów pozostaje jednym z najniższych wśród głównych rynków regionalnych w Polsce, ustępując jedynie mniejszym rynkom, takim jak Szczecin i Lublin.

Stabilny popyt oraz ograniczona nowa podaż powinny sprzyjać utrzymaniu wskaźnika pustostanów na relatywnie niskim poziomie również w kolejnych kwartałach.

Czynsze biurowe w Trójmieście pozostają stabilne

W I kwartale 2026 roku czynsze wywoławcze w Trójmieście utrzymały się na stabilnym poziomie i najczęściej mieściły się w przedziale od 11 do 16 EUR/mkw. /miesiąc. W najlepszych projektach oraz nowopowstających budynkach stawki mogą jednak przekraczać górną granicę tego zakresu.

Stabilne pozostawały również opłaty eksploatacyjne, które wynosiły zazwyczaj od 18 do 31 PLN/mkw. /miesiąc.

Lotnictwo w Europie przed nową strategią. Polska branża apeluje o realizm regulacyjny

  • Komisja Europejska kończy konsultacje nowej Strategii Lotniczej UE, która zdefiniuje długoterminowe kierunki rozwoju sektora lotniczego w państwach członkowskich.
  • Swoje stanowisko w ramach konsultacji przedstawił Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM, zrzeszający kluczowych interesariuszy sektora w Polsce.
  • PSNM wskazuje, że nowa strategia powinna łączyć cele dekarbonizacyjne z utrzymaniem konkurencyjności europejskiego lotnictwa, odpornością infrastruktury oraz otwarciem regulacji na wyzwania technologiczne i geopolityczne.

Sektor transportu lotniczego w Unii Europejskiej jest kluczowy dla gospodarek państw członkowskich: bezpośrednio zapewnia 2 mln miejsc pracy i generuje wpływy do unijnego PKB na poziomie 174 mld euro. W 2015 r. UE przyjęła swoją pierwszą Strategię Lotniczą dla Europy, której celem była poprawa łączności, przepustowości i dostępu do rynku. Po upływie ponad 10 lat sytuacja europejskiego sektora lotniczego diametralnie się zmieniła w związku z narastającą konkurencją, wyścigiem o surowce, dążeniem do dekarbonizacji i wyzwaniami geopolitycznymi. W odpowiedzi na te wyzwania Komisja opracowała projekt nowej strategii, którą skierowała do konsultacji w państwach członkowskich. Swoją opinię do strategii opracował Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM.

Do dyskusji o nowej, unijnej strategii wnosimy perspektywę jednego z najszybciej rosnących rynków lotniczych w Europie. Krajowe lotniska obsłużyły w 2025 r. ponad 66 mln pasażerów, a sektor lotniczy generuje ponad 500 tys. miejsc pracy i wnosi prawie 58 mld zł wartości dodanej brutto do krajowej gospodarki. W naszej opinii podkreśliliśmy przede wszystkim konieczność równoległego realizowania celów dekarbonizacyjnych oraz zapewnienia konkurencyjności operacyjnej, spójności regulacyjnej i odporności strategicznej sektora – mówi Łukasz Witkowski, Wiceprezes PSNM.

Polska branża lotnicza zwraca szczególną uwagę na kwestię zrównoważonych paliw (SAF). Rozporządzenie ReFuelEU Aviation wprowadza obowiązkowe progi udziału SAF w tankowanym paliwie – od 2% w 2025 r. do 70% w 2050 r. Ze stanowiska PSNM wynika, że europejskie moce produkcyjne pozostają dalece niewystarczające, a ceny SAF wielokrotnie przewyższają koszt konwencjonalnego paliwa Jet-A1. Dodatkowo, ciężar zapewnienia wolumenów SAF i rozliczenia obowiązków spoczywa dziś na dostawcach paliwa i liniach lotniczych.

Dyskusja o paliwach SAF nie może ograniczać się do wyznaczania kolejnych progów obowiązkowego blendingu – musi objąć całą ekonomikę łańcucha dostaw. Dziś cena SAF jest trzy- do pięciokrotnie wyższa od Jet-A1, a europejskie moce produkcyjne pokrywają ułamek zapotrzebowania wynikającego z rozporządzenia ReFuelEU. To oznacza, że bez mechanizmów wyrównujących tę lukę cenową – takich jak kontrakty różnicowe (CfD) na SAF, dedykowane linie gwarancyjne EBI dla nowych biorafinerii czy preferencyjne stawki opłat lotniskowych dla operatorów tankujących paliwo zrównoważone – europejscy przewoźnicy będą de facto subsydiować transformację klimatyczną z własnych marż operacyjnych. A marże w lotnictwie rzadko przekraczają 3–5 procent. Efekt będzie paradoksalny: zamiast globalnej dekarbonizacji, uzyskamy relokację ruchu do krajów, gdzie obowiązek SAF po prostu nie istnieje. Hub-switching to nie scenariusz teoretyczny – to proces, który już obserwujemy na trasach dalekiego zasięgu. Polska perspektywa jest tu szczególnie istotna, bo nasz rynek jest w fazie intensywnego wzrostu i każde dodatkowe obciążenie kosztowe uderza w niego proporcjonalnie mocniej niż w rynki dojrzałe, które swoją skalę budowały przez dekady w zupełnie innych warunkach regulacyjnych – mówi dr hab. inż. Remigiusz Jasiński, Przewodniczący Komitetu ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM oraz Kierownik Zakładu Lotnictwa, Politechnika Poznańska.

Istotnym problemem jest również brak europejskich regulacji umożliwiających certyfikację paliw SAF do zastosowań wojskowych. Obowiązujące przepisy, w tym rozporządzenie ReFuelEU Aviation, obejmują wyłącznie lotnictwo cywilne, podczas gdy operacje prowadzone przez siły powietrzne państw NATO – również na samolotach F-16 i F-35 – pozostają poza zakresem regulacji. W stanowisku postuluje się harmonizację procedur certyfikacyjnych SAF dla zastosowań wojskowych i cywilno-wojskowych (dual-use) jako element strategicznej autonomii energetycznej państw członkowskich. W opinii podkreślono również, że infrastruktura lotniskowa powinna zostać uznana za element infrastruktury krytycznej Unii Europejskiej – zarówno w wymiarze cywilnym, jak i obronnym. Doświadczenia pandemii COVID-19, wojny w Ukrainie i eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie ukazały strategiczną rolę lotnisk w operacjach ewakuacyjnych, humanitarnych i logistycznych. Rekomendacje obejmują dedykowane wsparcie finansowe UE (m.in. w ramach TEN-T) dla rozbudowy infrastruktury dual-use – dróg startowych, dróg kołowania i płyt postojowych – wdrożenie systemów nawigacyjnych odpornych na zakłócenia i degradację sygnału GNSS/GPS, szczególnie istotnych przy wschodniej granicy NATO, a także pilne uregulowanie ochrony portów lotniczych przed bezzałogowymi statkami powietrznymi. Strategia powinna również wspierać cyfryzację usług lotniskowych, w tym wdrażanie systemów AI i automatyzacji, a także przyspieszać prace nad Single European Sky i systemem SESAR jako elementami efektywności zarządzania ruchem lotniczym.

Konieczna jest także rewizja ram regulacyjnych rynku lotniczego. Przegląd rozporządzenia 261/2004 w sprawie praw pasażerów powinien uwzględniać realny podział odpowiedzialności pomiędzy przewoźników, zarządzających lotniskami i służby ruchu lotniczego. Z kolei rewizja rozporządzenia 1008/2008 musi zapewnić ochronę europejskich przewoźników przed przejęciami przez podmioty spoza UE korzystające ze znaczącego wsparcia państwowego. Przegląd Airport Package powinien natomiast wprowadzać wyłącznie ukierunkowane zmiany zachowujące równowagę interesów lotnisk, linii lotniczych i podmiotów obsługi naziemnej.

Polska ma dziś argumenty, których jeszcze kilka lat temu nie miała: jesteśmy jednym z najdynamiczniej rosnących rynków lotniczych w Europie, budujemy nowe lotnisko centralne, a ORLEN jako pierwszy w regionie uruchomił dostawy paliwa SAF. To daje nam prawo – i obowiązek – współkształtowania europejskich standardów. Nie możemy pozwolić, aby transformacja klimatyczna lotnictwa odbywała się kosztem konkurencyjności europejskich przewoźników albo była projektowana z myślą wyłącznie o dojrzałych, nasyconych rynkach Europy Zachodniej. Naszym celem było pokazanie Komisji, że odpowiedzialna dekarbonizacja i dynamiczny rozwój sektora nie wykluczają się nawzajem – pod warunkiem, że regulacje będą tworzone w dialogu z rynkiem, a nie ponad nim – mówi Aleksander Rajch, Członek Zarządu PSNM.

Wśród rekomendacji przekazanych Komisji znalazły się również postulaty dotyczące europejskiego sektora obsługi technicznej (MRO), który zmaga się z narastającym deficytem wykwalifikowanego personelu. Autorzy stanowiska wskazują m.in. na potrzebę utworzenia europejskich instrumentów finansujących szkolenie kadr lotniczych oraz przyspieszenie cyfryzacji procesów compliance – w tym wdrożenia elektronicznej dokumentacji technicznej i cyfrowych logbooków. Odrębną część poświęcono uwarunkowaniom geopolitycznym. Zamknięcie rosyjskiej przestrzeni powietrznej dla przewoźników UE, zagrożenia spoofingiem i jammingiem GPS oraz nieprzewidywalność konfliktów regionalnych generują poważne straty operacyjne. W ramach konsultacji zgłoszono potrzebę równego dostępu wszystkich przewoźników do tras transyberyjskich, wzmocnienia europejskiej odporności cybernetycznej oraz uznania connectivity za podstawowy wskaźnik (KPI) polityki lotniczej.

Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa to platforma współpracy kluczowych interesariuszy sektora lotniczego w Polsce. W jego obradach brali udział przedstawiciele m.in. Polskiej Grupy Lotniczej, Polskich Portów Lotniczych, Polskich Linii Lotniczych LOT, Portu Polska, Grupy ORLEN, a także portów regionalnych, firm MRO (ang. Maintenance, Repair and Overhaul), producentów statków powietrznych oraz administracji centralnej i instytucji akademickich.

Centra danych ciągną wyniki Nvidii. Przychody segmentu wzrosły o 92%

  • Nvidia zakończyła kolejny bardzo mocny kwartał, napędzany popytem na infrastrukturę sztucznej inteligencji.
  • Prognozy przebiły oczekiwania, ale Chiny oraz wysokie oczekiwania rynku ograniczyły początkową reakcję kursu akcji.
  • Najważniejsze pytanie inwestorów dotyczy dziś trwałości: jak długo ten cykl wydatków może utrzymać tak silne tempo?

Nvidia nie tylko opublikowała wyniki 20 maja 2026 roku – przekazała inwestorom kolejny raport z postępów w zakresie rozwoju sztucznej inteligencji.

Wyniki były imponujące. Nvidia odnotowała w pierwszym kwartale przychody w wysokości 81,6 mld USD, co stanowi wzrost o 85% w porównaniu z rokiem poprzednim. Przychody z centrów danych, stanowiące trzon działalności w zakresie sztucznej inteligencji, osiągnęły poziom 75,2 mld USD, co oznacza wzrost o 92%. Według danych zebranych przez agencję Bloomberg firma prognozuje, że przychody w drugim kwartale przekroczą oczekiwania.

Ruben Dalfovo, strateg inwestycyjny w Saxo Bank wskazuje, że początkowa reakcja rynku po ogłoszeniu wyników była lekko negatywna, co sugeruje, że inwestorzy docenili dobre wyniki, ale już patrzyli dalej niż tylko na przekroczenie prognoz. Może to zabrzmieć surowo. Tak właśnie się dzieje, gdy firma staje się nieoficjalnym barometrem jednego z największych trendów inwestycyjnych na rynkach. Kwestia zysków nie dotyczy już tego, czy popyt jest realny. Chodzi o to, czy popyt może pozostać na tak wysokim poziomie wystarczająco długo, aby uzasadnić oczekiwania już uwzględnione w cenie akcji.

Silne wyniki, bardziej wymagający rynek

Główny wniosek jest jasny: popyt pozostaje bardzo silny.

Przychody wzrosły o 20% wobec poprzedniego kwartału i o 85% r/r. Skorygowana marża brutto wyniosła 75%, co oznacza, że Nvidia nadal zatrzymuje bardzo dużą część każdego dolara sprzedaży po uwzględnieniu bezpośrednich kosztów produkcji. Pokazuje to, że klienci wciąż są gotowi płacić premię za wydajność, dostępność podaży i dostęp do platformy Nvidii.

Nvidia ogłosiła również dodatkowy program skupu akcji własnych o wartości 80 mld USD oraz podniosła kwartalną dywidendę z 0,01 USD do 0,25 USD na akcję. Nie będzie to głównym tematem dla inwestorów nastawionych na wzrost, ale pokazuje, jak duże zasoby gotówki generuje boom w dziedzinie sztucznej inteligencji.

Powściągliwa początkowa reakcja rynku wynika zatem nie tyle ze słabych wyników, co z wysokich oczekiwań. Firma Nvidia stała się tak ważna, że dobre wyniki nie są już wystarczające. Inwestorzy chcą dowodów na to, że cykl ten potrwa do 2027 roku i dłużej, że marże mogą pozostać wysokie, a klienci nie składają po prostu zamówień z wyprzedzeniem przed kolejną zmianą generacji chipów.

Centra danych są dziś środkiem ciężkości

Przychody Nvidii z obliczeń w centrach danych wyniosły 60,4 mld USD, rosnąc o 77% r/r. Przychody z rozwiązań sieciowych sięgnęły 14,8 mld USD, co oznacza imponujący wzrost o 199%. Ten drugi wynik ma duże znaczenie, ponieważ systemy sztucznej inteligencji nie opierają się wyłącznie na jednym potężnym chipie. Wymagają wielu układów, które muszą szybko współpracować.

Wyniki Nvidii mają znaczenie nie tylko dla samej firmy. Silna aktualizacja centrów danych wspiera szerszy łańcuch dostaw sztucznej inteligencji: producentów chipów, firmy zajmujące się pamięcią, specjalistów od sieci, operatorów centrów danych, producentów sprzętu zasilającego i platform chmurowych. Pomaga to również wyjaśnić, dlaczego temat ten przesunął się od ekscytacji związanej z oprogramowaniem do rzeczywistości infrastrukturalnej.

Dla inwestorów długoterminowych ta zmiana jest istotna. Historia sztucznej inteligencji nie dotyczy już tylko chatbotów i efektownych demonstracji. Dotyczy nakładów inwestycyjnych, łańcuchów dostaw i zwrotu z zainwestowanego kapitału. Mówiąc prościej: firmy wydają ogromne kwoty, a inwestorzy muszą teraz ocenić, kto osiąga na tych wydatkach atrakcyjne zyski.

Chiny pozostają cichym czynnikiem ryzyka

Nvidia poinformowała, że jej prognoza na drugi kwartał nie uwzględnia żadnych przychodów z obliczeń dla centrów danych w Chinach. Oznacza to, że prognoza przebiła oczekiwania nawet bez uwzględnienia wkładu jednego z największych rynków technologicznych na świecie.

Z jednej strony czyni to wynik jeszcze bardziej imponującym, z drugiej pokazuje, gdzie nadal leży niepewność. Kontrole eksportu, ograniczenia produktowe i decyzje geopolityczne mogą zmieniać rynek docelowy Nvidii. Rynek docelowy oznacza realną skalę przychodów, do której firma może dążyć. W przypadku spółki tej wielkości nawet niewielkie zmiany dostępu do rynku mogą przekładać się na bardzo duże kwoty.

Kolejnym czynnikiem jest konkurencja. Istotne znaczenie mają firmy Advanced Micro Devices, Broadcom, niestandardowe układy od firm zajmujących się chmurą obliczeniową oraz nowe rozwiązania wewnętrzne. Być może nie zdołają one szybko odebrać Nvidii pozycji lidera, ale z czasem mogą osłabić jej siłę cenową. Nie chodzi o to, czy Nvidia ma konkurencję, ale o to, czy jej kompletny system – od układów scalonych, przez oprogramowanie, aż po rozwiązania sieciowe – nadal jest nie do zastąpienia.

Ryzyka, które warto obserwować

Pierwszym ryzykiem są oczekiwania. Nvidia może pokazać doskonałe wyniki, a mimo to znaleźć się pod presją, jeśli inwestorzy oczekiwali niemal perfekcyjnego kwartału. To nie jest niesprawiedliwe – tak po prostu wygląda sytuacja, gdy kurs akcji odzwierciedla bardzo wysoki poziom zaufania rynku.

Drugim ryzykiem są wydatki klientów. Największe firmy chmurowe intensywnie inwestują w infrastrukturę sztucznej inteligencji. Jeśli spowolnią wydatki, opóźnią zamówienia albo będą miały trudności z monetyzacją usług opartych na sztucznej inteligencji, skutki może odczuć cały łańcuch dostaw.

Trzecim ryzykiem jest geopolityka. Warto uważnie śledzić komentarze dotyczące Chin, licencje eksportowe oraz wszelkie zmiany w założeniach spółki dotyczących przychodów z centrów danych w Chinach. W tym przypadku polityka może zmieniać się szybciej niż plan rozwoju produktów.

Scenariusz dla inwestorów

  • Jeżeli akcje spadają po mocnych wynikach, warto porównać skalę ruchu z prognozami, marżami i założeniami dotyczącymi Chin.
  • Jeżeli marże utrzymują się w pobliżu obecnych poziomów, sugeruje to, że Nvidia nadal ma siłę cenową, a klienci odczuwają pilną potrzebę dostępu do jej rozwiązań.
  • Jeżeli rozwiązania sieciowe rosną szybciej niż segment obliczeniowy, wspiera to tezę, że systemy sztucznej inteligencji są skalowane.
  • Jeżeli firmy chmurowe spowalniają nakłady inwestycyjne, warto testować odporność całego łańcucha dostaw sztucznej inteligencji, a nie tylko samej Nvidii.

Podsumowanie

Kwartał Nvidii pokazuje, że rozbudowa infrastruktury sztucznej inteligencji pozostaje bardzo realna, bardzo duża i bardzo dochodowa dla firm znajdujących się najbliżej warstwy infrastrukturalnej. Pierwsza reakcja rynku pokazuje jednak też, że inwestorom coraz trudniej zaimponować. To zdrowy sygnał.

Nawet świetne spółki muszą sprostać świetnym oczekiwaniom, a raport Nvidii nie dotyczy już wyłącznie przychodów za jeden kwartał. Dotyczy długości, rentowności i odporności całego cyklu inwestycyjnego. Lekcja dla inwestorów nie polega na zgadywaniu jutrzejszego kursu akcji. Polega na zrozumieniu mechanizmu stojącego za tą historią, bo dziś to właśnie ten mechanizm stał się całą historią.

Wyniki Nvidii pokazują, że sztuczna inteligencja przeszła z etapu narracji technologicznej do fazy realnych, wielomiliardowych inwestycji infrastrukturalnych. Tak silna koncentracja uwagi rynku wokół jednego tematu i wąskiej grupy spółek zwiększa jednak znaczenie dywersyfikacji, ponieważ nawet bardzo dobre wyniki mogą nie wystarczyć, gdy oczekiwania są wyjątkowo wysokie. W obecnych warunkach zasadna jest ekspozycja nie tylko na liderów sztucznej inteligencji, ale także na szerszy ekosystem – od producentów chipów i rozwiązań sieciowych, po centra danych, energetykę i infrastrukturę. Taka struktura portfela pozwala lepiej równoważyć potencjał długoterminowego trendu z ryzykiem krótkoterminowej zmienności, regulacji i geopolityki – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Mocne dane z amerykańskiego przemysłu. Wstępny odczyt PMI na najwyższych poziomach od połowy 2022 r.

Wstępny odczyt PMI dla przemysłu w USA w maju 2026 r. wskazuje na wzrost tego wskaźnika do wartości 55,3 pkt, osiągając tym samym najwyższy poziom od połowy 2022 r., co sygnalizuje na wyraźne przyspieszenie aktywności tego sektora. Wzrost napędzały produkcja oraz nadal silny napływ nowych zamówień. Jednocześnie część poprawy wynika z odbudowy zapasów w obawie przed rosnącymi kosztami i zakłóceniami dostaw. W tle utrzymuje się presja inflacyjna oraz wydłużające się terminy dostaw. W efekcie koniunktura jest bardzo dobra, choć jej trwałość pozostaje pod pewnym znakiem zapytania.

Develia z rekordowym I kwartałem. Przychody wzrosły o 252%, a zysk netto wyniósł 177,1 mln zł

0
  • W I kwartale 2026 r. przychody ze sprzedaży grupy Develia wyniosły 892,1 mln zł w porównaniu do 253,5 mln zł w analogicznym okresie ubiegłego roku.
  • Zysk netto grupy wyniósł 177,1 mln zł wobec 65,2 mln zł zysku netto w I kwartale 2025 r.
  • W okresie styczeń-marzec 2026 r. deweloper sprzedał 860 lokali wobec 951 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Na wynik miała wpływ niska baza rezerwacji na koniec 2025 r. Cel Develii na ten rok to sprzedaż 3600-3800 mieszkań.
  • Develia przekazała 1205 lokali, czyli 130% więcej r/r. Cel przekazań na 2026 r. to 3750-3950 mieszkań.
  • Na koniec marca 2026 r. Develia posiadała łącznie 729,6 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych wobec 610,4 mln zł na koniec 2025 r.

– Mamy za sobą mocny początek roku – wypracowaliśmy najwyższy w historii spółki wynik za I kwartał. Wysoka aktywność klientów pozwala nam systematycznie budować bazę rezerwacji. Jednocześnie obserwujemy impulsy kosztowe, przede wszystkim związane z niestabilną sytuacją geopolityczną, które mogą zwiększać presję kosztową w kolejnych kwartałach. Spodziewamy się stopniowego ograniczenia przestrzeni na rabaty w nadchodzących miesiącach mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii.Zgodnie z naszymi zapowiedziami w I połowie tego roku koncentrujemy się na uzupełnianiu oferty i uruchamianiu nowych projektów. W I kwartale wprowadziliśmy do sprzedaży ponad 1350 mieszkań dodaje Andrzej Oślizło.

W okresie styczeń-marzec 2026 r. Develia sprzedała 860 mieszkań (w tym 131 lokali w inwestycjach pozyskanych dzięki przejęciu Bouygues Immobilier Polska oraz 8 lokali w projektach realizowanych w ramach joint venture). Najwięcej mieszkań znalazło nabywców w projektach Unii Lubelskiej Vita w Poznaniu, M Bemowo i Aleje Praskie w Warszawie, Południe Vita w Gdańsku oraz Centralna Vita w Krakowie. W I kwartale br. Develia przekazała 1205 mieszkań w porównaniu do 523 lokali rok wcześniej.

W lutym br. Develia zawarła umowę o współpracy joint venture z Mosaic Poland Holding, należącą do Mosaic World, międzynarodowej grupy działającej w sektorze micro-living. Jej celem jest realizacja akademika z ponad 620 pokojami i lokalami usługowymi oraz infrastrukturą towarzyszącą. Maksymalna powierzchnia użytkowa obiektu wyniesie 11,8 tys. mkw. Dom studencki powstanie w centrum Wrocławia przy pl. Orląt Lwowskich, na gruncie należącym do Develii. Docelowo deweloper będzie posiadać 25% udziałów w spółce joint venture, a Mosaic 75% udziałów.

W kwietniu br. Develia zawarła z Gdansk Development Holding N.V., utworzonym przez dwóch belgijskich deweloperów: Alides i Revive, przedwstępną umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów spółki Stocznia Cesarska Development, będącej użytkownikiem wieczystym nieruchomości stanowiącej tereny dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Wartość transakcji wyniesie ok. 550 mln zł. Po finalizacji transakcji Develia na terenach Stoczni Cesarskiej planuje zrealizować wielofunkcyjny projekt obejmujący co najmniej 3000 mieszkań i dodatkowo lokale usługowe.

Wyniki finansowe

Dane finansowe (tys. zł) 1Q2026 1Q2025 Zmiana
Przychody 892 109 253 530 251,88%
Zysk brutto ze sprzedaży 279 748 80 814 246,16%
EBITDA 226 445 47 515 376,58%
EBITDA skorygowana* 226 493 49.589 356,74%
Udział w zyskach (stratach) jednostek ujmowanych metodą praw własności JV (20) 13.271 n/d
Zysk netto 177 105 65 176 171,73%
Skorygowany zysk netto* 177 072 67 160 163,66%
ROE 8,37% 3,65% +4,72 pp.
ROE skorygowane* 8,37% 3,76% +4,61 pp.

(*) – skorygowany zysk netto, liczony według wzoru: skorygowany zysk netto = zysk netto skorygowany o sumę przeszacowań netto z tytułu nieruchomości inwestycyjnych i zapasów – przychody/koszty finansowe z tytułu wycen zobowiązań finansowych w EUR – podatek odroczony utworzony od korygowanych pozycji (odpowiednio ROE i EBITDA)

Przychody grupy za I kwartał 2026 r. wyniosły 892,1 mln zł i były o 252% wyższe wobec 253,5 mln zł rok wcześniej. Zysk netto grupy wyniósł 177,1 mln zł i był o 172% wyższy od 65,2 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku.

– Rekordowy wynik za I kwartał wypracowaliśmy dzięki wysokiej liczbie przekazań mieszkań w pierwszych miesiącach roku – 1 205 lokali. Nasz cel na ten rok to przekazanie 3750-3950 mieszkań, czyli 30% więcej niż w 2025 r. mówi Paweł Ruszczak, wiceprezes zarządu Develii. – Zgodnie z przyjętą polityką dywidendową chcemy podzielić się ubiegłorocznym, rekordowym zyskiem z akcjonariuszami. W maju zarekomendowaliśmy walnemu zgromadzeniu wypłatę dywidendy na poziomie 342,8 mln zł, czyli 0,73 zł na akcję – najwyższej w historii spółki – dodaje Paweł Ruszczak.

Zarząd Develii zarekomendował walnemu zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 342,8 mln zł, w tym 7,1 mln zł z kapitału rezerwowego utworzonego z zysku z roku 2019 z przeznaczeniem na wypłaty dywidend i zaliczek na poczet dywidend w przyszłości, co oznacza wypłatę 0,73 zł na akcję. Proponowany dzień dywidendy to 25 września 2026 r., a dzień wypłaty dywidendy – 30 września 2026 r.

W grudniu 2025 r. Develia zaoferowała inwestorom 4-letnie obligacje o wartości 180 mln zł z marżą na poziomie 2,0% ponad WIBOR 3M. Emisja została sfinalizowana w styczniu 2026 r. Z kolei w maju br. Develia wyemitowała obligacje o wartości 150 mln zł. Oprocentowanie obligacji zostało ustalone w oparciu o WIBOR 3M powiększony o najniższą w historii spółki marżę na poziomie 1,95% w skali roku. Emisja została przeprowadzona w ramach programu emisji obligacji o wartości powiększonej w kwietniu br. do 850 mln zł.

Na koniec marca 2026 r. Develia posiadała łącznie 729,6 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych wobec 610,4 mln zł na koniec 2025 r. Na koniec I kwartału 2026 r. zobowiązania finansowe wyniosły 874,5 mln zł w porównaniu z 903,9 mln zł na koniec 2025 r.

Grupa ZUE z przychodami 148,1 mln zł i portfelem zamówień wartym 3,7 mld zł

Przychody ze sprzedaży Grupy ZUE wyniosły w I kwartale 2026 roku 148,1 mln zł wobec 180,1 mln zł w analogicznym okresie roku poprzedniego. Mimo spadku przychodów, Grupa poprawiła marżę brutto na sprzedaży, która wzrosła do 3,1 proc. z 3 proc. przed rokiem. Marża brutto na sprzedaży na poziomie spółki ZUE wzrosła z kolei do 3,7 proc. z 2,4 proc. rok wcześniej.

Aktualny portfel zamówień Grupy ZUE wynosi łącznie ok. 3,7 mld zł netto, a wartość najkorzystniejszych złożonych ofert w przetargach to ok. 1,6 mld zł. Grupa intensywnie pracuje nad dalszą rozbudową portfela i aktywnie uczestniczy w przetargach zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach zagranicznych.

Jesteśmy  zadowoleni z naszego aktualnego wysokiego poziomu portfela zamówień, niemniej skupiamy się na dalszej jego rozbudowie i bierzemy udział w licznych nowych postępowaniach przetargowych zarówno w segmencie kolejowym, jak i tramwajowym. Od początku roku podpisaliśmy nowe umowy na roboty budowlane o wartości ok. 212 mln zł, w tym umowy  w Rumunii i w Niemczech, kilka inwestycji tramwajowych na Śląsku oraz kontrakt utrzymaniowy w Krakowie. Dodatkowo, mamy złożone najlepsze oferty w przetargach na łączną kwotę ok. 1,6 mld zł. Rozbudowujemy nasz portfel szeroko, uwzględniając przyjęte kierunki dywersyfikacji– mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE.

Portfel zamówień Grupy ZUE wynosi obecnie 3,75 mld zł netto, w tym zakontraktowane roboty budowlano montażowe ZUE, ZUE Bahnbau, Energopol oraz NTB Systemy to wartość 3,72 mld zł.

Grupa konsekwentnie stawia na dywersyfikację geograficzną, dążąc do ograniczenia zależności od koniunktury krajowego rynku budowlanego. W tym miesiącu Spółka wraz z konsorcjantami pozyskała w Rumunii nowy kontrakt kolejowy o łącznej wartości ok. 386 mln zł, z 3-letnim terminem realizacji.

Aktywnie poszukujemy nowych projektów za granicą i składamy oferty na rynku niemieckim oraz rumuńskim. Nasza niemiecka spółka ZUE Bahnbau z powodzeniem realizuje pierwsze kontrakty, dotyczące modernizacji sieci trakcyjnej dla Deutsche Bahn – jednego z największych przewoźników kolejowych w Europie. Z kolei w Rumunii prowadzimy prace na  projektach już  o łącznej wartości ok. 590 mln zł. Z optymizmem patrzymy na kolejne kwartały 2026 roku – mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE.

WYNIKI FINANSOWE – SZCZEGÓŁY

Łączna wartość przychodów wygenerowanych przez Grupę ZUE w pierwszym kwartale 2026 roku wyniosła 148,1 mln zł wobec 180,1 mln zł w analogicznym okresie roku poprzedniego. Podobnie jak w poprzednich okresach głównym źródłem przychodów Grupy była działalność budowlana.

Z uwagi na sezonowość prac w branży budowlanej, pierwszy kwartał jest zwykle najsłabszym kwartałem w roku. Dodatkowo, warunki pogodowe podczas zimy 2026 roku były wyjątkowo niekorzystne, co wpłynęło negatywnie na część procesów budowlanych i – co za tym idzie – obniżyło rdr poziom przychodów.

Mimo niższych rdr wyników i przychodów, spółka ZUE poprawiła marżę brutto na sprzedaży, która wzrosła w pierwszym kwartale 2026 roku do 3,7% z 2,4% rok wcześniej.

Szczegóły dotyczące wyników przedstawia tabela:

w tys. zł Grupa ZUE ZUE S.A.
I kw. 2026 I kw. 2025 I kw. 2026 I kw. 2025
Przychody ze sprzedaży 148 133 180 134 131 865 162 507
Wynik brutto na sprzedaży 4 531 5 425 4 927 3 943
Marża brutto na sprzedaży 3,1% 3% 3,7% 2,4%
EBIT -3 695 -4 544 -1 383 -4 573
EBITDA 302 -432 2 363 -700
Wynik netto -4 413 -4 804 – 2 022 -4 352

 

KOMENTARZ RYNKOWY

Głównym źródłem przychodów ZUE jest budownictwo infrastrukturalne w zakresie inwestycji kolejowych i miejskich (głównie tramwajowych). Dlatego rezultaty operacyjne i finansowe Grupy w największym stopniu zależą od sytuacji na tych dwóch rynkach.

Rok 2026 zapowiada się korzystnie dla sektora infrastruktury kolejowej. Widzimy wyraźne ożywienie inwestycyjne zarówno w Polsce, jak i na pozostałych rynkach europejskich. Krajowe długoterminowe programy inwestycyjne tworzą solidne podstawy dla dalszego rozwoju rynku. To właśnie z tymi inwestycjami, wspieranymi środkami unijnymi, wiążemy największe oczekiwania. Dodatkowo liczymy na pojawienie się kolejnych postępowań przetargowych związanych z projektem Port Polska, który zakłada szeroką rozbudowę polskiego systemu kolejowego –  mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE.

W ramach Krajowego Programu Kolejowego PKP PLK zamierza ogłosić w 2026 roku ponad 40 przetargów na łączną kwotę ok. 11,5 mld zł. Nakłady inwestycyjne PKP PLK w 2026 roku mają wynieść ok. 20 mld zł, a w 2027 ok. 21 mld zł.

Pozytywny scenariusz rysuje się także na rynku tramwajowym. Obecnie w Polsce systemy tramwajowe posiada 15 ośrodków miejskich. Nowe inwestycje, dotyczące zarówno tras tramwajowych, jak nowych zajezdni, planuje większość największych polskich miast.

Poza głównymi rynkami, czyli kolejowym oraz tramwajowym, Grupa spodziewa się także wzrostu możliwości na rynku drogownictwa lokalnego i pozyskanie kolejnych kontraktów dla swojej spółki Energopol, która również jest aktywna na rynku ofertowym.

Rynek pożyczek pozabankowych lekko zwolnił, ale nadal rośnie rok do roku. Firmy odrzucają 80 proc. wniosków

Rynek pożyczek pozabankowych w Polsce utrzymuje wysoką dynamikę roczną, choć po wiosennym odbiciu w kwietniu 2026 r. widoczne było lekkie wyhamowanie aktywności. Z najnowszych danych Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce oraz CRIF wynika, że wartość udzielonych pożyczek spadła w ujęciu miesięcznym, ale nadal była wyraźnie wyższa niż rok wcześniej. Jednocześnie sektor pozostaje bardzo selektywny w ocenie ryzyka – w kwietniu odrzucono aż 80 proc. wniosków.

Raport „Kondycja rynku pożyczkowego w Polsce”, przygotowany przez ZPF i CRIF, obejmuje około 90 proc. rynku pożyczek pozabankowych. Dane pokazują, że instytucje pożyczkowe nadal notują duże zainteresowanie finansowaniem, ale jednocześnie koncentrują się głównie na klientach znanych, sprawdzonych i ocenianych jako mniej ryzykowni.

W kwietniu udzielono pożyczek za ponad 2 mld zł

Wartość pożyczek udzielonych w kwietniu 2026 r. wyniosła 2,03 mld zł. Było to o 4,4 proc. mniej niż w marcu, ale jednocześnie o 22,9 proc. więcej niż w kwietniu poprzedniego roku. Oznacza to, że mimo miesięcznego spadku rynek utrzymuje wyraźny wzrost w ujęciu rocznym.

Podobny obraz widać w liczbie wypłaconych pożyczek. W kwietniu instytucje pozabankowe udzieliły 433,54 tys. pożyczek. To spadek o 3,6 proc. miesiąc do miesiąca, ale wzrost o 12,1 proc. rok do roku.

Według Jolanty Pytel, ekspertki CRIF odpowiedzialnej za współpracę z sektorem pożyczkowym, fintech i e-commerce, obecne dane nie pozwalają jeszcze mówić o zmianie trendu. Jak wskazuje, wiosenne ożywienie obserwowane w poprzednich miesiącach nieco wyhamowało, ale jest to zbyt krótki okres, aby wyciągać daleko idące wnioski.

Średnia wartość pożyczki wyniosła 4 675 zł

Z danych ZPF i CRIF wynika, że średnia wartość pożyczki pozabankowej udzielonej w kwietniu 2026 r. wyniosła 4 675 zł. Była więc o 0,8 proc. niższa niż miesiąc wcześniej, ale o 9,6 proc. wyższa niż rok temu.

Wzrost przeciętnej kwoty pożyczki pozostaje wyższy niż dynamika inflacji. Jak zwraca uwagę Agnieszka Kozioł, Dyrektor Departamentu Badań i Analiz ZPF, inflacja konsumencka w kwietniu 2026 r. wyniosła 3,2 proc. rok do roku, a przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w marcu o 6,6 proc. rok do roku. Na tym tle średnia kwota pożyczki rośnie relatywnie szybko.

Może to oznaczać, że konsumenci sięgający po finansowanie pozabankowe potrzebują dziś wyższych kwot niż rok wcześniej. Jednocześnie nie przekłada się to automatycznie na większą dostępność pożyczek, ponieważ firmy bardzo restrykcyjnie podchodzą do oceny zdolności i wiarygodności klientów.

Firmy pożyczkowe wybierają mniej ryzykownych klientów

Jednym z najważniejszych wniosków z raportu jest bardzo wysoki odsetek odrzuconych wniosków. W kwietniu 2026 r. instytucje pożyczkowe odmówiły finansowania w 80 proc. przypadków. Oznacza to, że tylko co piąty wniosek zakończył się pozytywną decyzją.

Wskaźnik udziału nowych klientów wyniósł zaledwie 8,6 proc. To pokazuje, że sektor w dużej mierze opiera się na osobach już znanych firmom pożyczkowym, których profil ryzyka można łatwiej ocenić. Nowi klienci mają znacznie trudniejszy dostęp do finansowania, zwłaszcza jeśli ich historia kredytowa, dochody lub inne dane budzą wątpliwości.

Według ekspertów CRIF selektywność rynku jest elementem odpowiedzialnego podejścia do udzielania finansowania. Jolanta Pytel podkreśla, że mimo wysokiego popytu większość wniosków kończy się odmową, ponieważ firmy konsekwentnie stawiają na klientów mniej ryzykownych. Potwierdzeniem tego trendu ma być utrzymujący się od kilkunastu miesięcy spadek wartości zadłużenia przeterminowanego.

Mniej złych długów, ale większe ryzyko wykluczenia finansowego

Ostrożna polityka instytucji pożyczkowych może pozytywnie wpływać na jakość portfela i ograniczać ryzyko nadmiernego zadłużania się konsumentów. Z perspektywy sektora oznacza to bardziej stabilny rozwój i mniejsze ryzyko narastania niespłacanych zobowiązań.

Z drugiej strony tak wysoki odsetek odmów rodzi pytania o dostępność legalnego finansowania dla części konsumentów. Z danych ZPF i CRIF wynika, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy prawie 500 tys. osób nie otrzymało finansowania, o które wnioskowało.

Eksperci zwracają uwagę, że skala ta wymaga stałego monitorowania. Jeżeli osoby odrzucane przez legalnie działające instytucje nie znajdą alternatywnych, bezpiecznych źródeł finansowania, część z nich może szukać środków poza regulowanym rynkiem. To z kolei zwiększa ryzyko rozwoju szarej strefy oraz korzystania z ofert mniej przejrzystych i potencjalnie bardziej kosztownych.

Regulacje mogą wpłynąć na dostępność finansowania

ZPF i CRIF wskazują, że problem dostępności finansowania powinien być analizowany również w kontekście prac nad nową ustawą o kredycie konsumenckim. Według przedstawicieli sektora obecnie proponowane rozwiązania mogą dodatkowo ograniczyć dostęp części konsumentów do legalnych pożyczek.

Jolanta Pytel podkreśla, że skala odmów jest na tyle duża, iż powinna stać się przedmiotem debaty regulacyjnej. Jej zdaniem zbyt restrykcyjne przepisy mogą pogłębić zjawisko wykluczenia finansowego, zwłaszcza wśród osób, które nie mają dostępu do kredytu bankowego, ale jednocześnie potrzebują krótkoterminowego, legalnego finansowania.

Rynek pozostaje mocny, ale bardzo ostrożny

Kwietniowe dane pokazują rynek, który z jednej strony nadal rośnie w ujęciu rocznym, a z drugiej zachowuje dużą ostrożność. Spadek wartości i liczby pożyczek względem marca może oznaczać chwilowe wyhamowanie po wcześniejszym odbiciu, ale nie przekreśla pozytywnej dynamiki rocznej.

Najważniejszym sygnałem pozostaje jednak selektywność sektora. Odrzucenie 80 proc. wniosków pokazuje, że instytucje pożyczkowe nie dążą do wzrostu za wszelką cenę, lecz skupiają się na ograniczaniu ryzyka. Dla rynku może to oznaczać większą stabilność, ale dla części konsumentów – trudniejszy dostęp do legalnego finansowania.

Popyt na magazyny rośnie, a pustostany spadają pierwszy raz od 2022 roku

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała sytuację w pierwszym kwartale 2026 roku, który przyniósł wyraźne sygnały umocnienia polskiego rynku magazynowo-przemysłowego. Jak wynika z najnowszych danych, popyt netto wzrósł aż o 78% rok do roku, a całkowita aktywność najemców sięgnęła 1,58 mln mkw. W efekcie po raz pierwszy od 2022 roku wskaźnik pustostanów spadł już w pierwszym kwartale, osiągając poziom 7,3%. Ożywienie widać również w sektorze inwestycyjnym, gdzie wolumen transakcji logistycznych zanotował skok o 120% w porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 roku, potwierdzając silną pozycję Polski w regionie.

POPYT: wysoka aktywność przy widocznej zmianie udziału renegocjacji

W pierwszym kwartale 2026 roku łączna aktywność najemców osiągnęła 1,58 mln mkw., co oznacza wzrost o 47% r/r. Popyt netto (bez umów przedłużenia) przekroczył 850 tys. mkw., co oznacza znaczący wzrost aż o 78% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

Po okresie przewagi ostrożnych strategii, których efektem była przewaga przedłużeń najmu w wolumenie transakcji brutto w 2025 roku, widzimy wyraźną zmianę. Zgodnie z naszymi przewidywaniami, na znaczeniu zyskują projekty „szyte na miarę”. Pod względem struktury transakcji w pierwszych trzech miesiącach 2026 roku nowe umowy odpowiadały za 42% całkowitego wolumenu, ekspansje za 12%, natomiast przedłużenia oraz transakcje typu sale & leaseback łącznie stanowiły 46%”, komentuje Szczepan Gowin, Head of Industrial & Logistics, Cushman & Wakefield.

Najwyższą aktywność najemców odnotowano w województwach mazowieckim i wielkopolskim, gdzie wolumeny przekroczyły odpowiednio 316 tys. mkw. oraz 309 tys. mkw.

W pierwszym kwartale struktura popytu na powierzchnie magazynowe była zdominowana przez operatorów logistycznych (3PL), odpowiadających za 30,2% aktywności najemców, podczas gdy kolejne miejsca zajęły sektory furniture, homeware & DIY (7,6%) oraz engineering, construction & machinery i FMCG (po 7,3%), co podkreśla rosnącą dywersyfikację branżową popytu na powierzchnie logistyczne

PODAŻ: deweloperzy coraz mocniej stawiają na BTS

W pierwszym kwartale 2026 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce osiągnęły 37,44 mln mkw., co odpowiada wzrostowi o 6% r/r. W analizowanym okresie oddano do użytku ponad 653 tys. mkw. nowej powierzchni, co wyraźnie przewyższa wynik z poprzedniego kwartału (138 tys. mkw.) i pozostaje zbliżone do poziomu odnotowanego rok wcześniej. Łącznie ukończono 27 projektów, a budowę rozpoczęto w ramach kolejnych 18 inwestycji o łącznej powierzchni przekraczającej 331 tys. mkw. Do największych nowo rozpoczętych projektów należą Prologis Park Poznań III oraz Panattoni Park Katowice Airport, o powierzchniach odpowiednio ok. 46 tys. mkw. i 40 tys. mkw.

Wolumen projektów w budowie wyniósł 1,45 mln mkw. Aktywność deweloperska staje się coraz bardziej selektywna, co znajduje odzwierciedlenie w wysokim udziale powierzchni zabezpieczonej umowami najmu typu pre-let. Około 37% realizowanego wolumenu pozostaje dostępne na rynku. Wskazuje to na utrzymującą się ostrożność deweloperów oraz rosnące znaczenie projektów opartych na realnym, zakontraktowanym popycie”, mówi Ewa Derlatka-Chilewicz, Head of Research, Cushman & Wakefield.

W ujęciu regionalnym liderem aktywności deweloperskiej pozostaje województwo mazowieckie, z ponad 542 tys. mkw. w budowie, wyraźnie wyprzedzając znajdujące się na drugim miejscu województwo śląskie, gdzie w realizacji znajduje się ok. 216 tys. mkw.

Największym deweloperem pod względem liczby prowadzonych projektów w budowie jest nadal Panattoni, realizujący obecnie 16 inwestycji o łącznej powierzchni ok. 427 tys. mkw.

PUSTOSTANY: pierwszy kwartał z korektą w dół ilości powierzchni dostępnej w ujęciu r/r

Na koniec pierwszego kwartału 2026 roku całkowita dostępna powierzchnia wyniosła 2,72 mln mkw., co odpowiadało wskaźnikowi pustostanów na poziomie 7,3% istniejących zasobów. Oznacza to nieznaczny spadek względem poprzedniego kwartału o 0,1 p.p. oraz wyraźną korektę w ujęciu rocznym – o 1,2 p.p.”, komentuje Zuzanna Seger, Analityk Rynku, Cushman & Wakefield.

Zróżnicowanie regionalne pozostaje widoczne, wskazując na odmienną dynamikę podaży i popytu w poszczególnych częściach kraju. Najniższe poziomy dostępności utrzymują się w województwach opolskim (1,1%) oraz zachodniopomorskim (1,4%). Z kolei najwyższe wskaźniki pustostanów utrzymują się w województwach lubuskim (15,0%) i świętokrzyskim (17,9%).

Na uwagę zasługują również zmiany kwartalne w kluczowych regionach logistycznych. W województwie dolnośląskim odnotowano istotną poprawę sytuacji rynkowej – wskaźnik pustostanów spadł z 11% do 8%, co wskazuje na skuteczną absorpcję istniejącej powierzchni.

Pomimo utrzymującego się podwyższonego poziomu dostępności w wybranych regionach, rynek wykazuje oznaki stabilizacji, wspieranej przez stopniowe ograniczanie aktywności spekulacyjnej oraz stabilny udział popytu netto.

CZYNSZE: presja na zachęty dla najemców

Czynsze bazowe dla najlepszych powierzchni magazynowych (prime) pozostają relatywnie stabilne na wszystkich głównych rynkach, jednak rosnąca presja na oferowanie zachęt dla najemców (incentives) w dalszym ciągu obniża efektywne poziomy czynszów.

RYNEK INWESTYCYJNY: mocne otwarcie roku

Polski rynek inwestycyjny w sektorze logistycznym zanotował mocny początek 2026 roku, z wolumenem transakcyjnym na poziomie ok. 447 mln euro, oznaczającym wzrost o ponad 120% r/r.

Było to w dużej mierze efektem finalizacji procesów rozpoczętych w drugiej połowie 2025 roku, jednak skala wzrostu wskazuje również na realne odbudowanie aktywności inwestorów oraz poprawę płynności rynku. Struktura zawartych transakcji obejmowała zarówno pojedyncze aktywa o wartości przekraczającej 50 mln euro, jak i portfeli logistycznych, co potwierdza powrót większych ticketów oraz rosnącą gotowość inwestorów do angażowania kapitału w sektorze”, tłumaczy Jakub Grabara, Associate, Capital Markets Poland, Cushman & Wakefield.

Jednocześnie wyraźnie zarysował się dominujący trend inwestycyjny, którym pozostaje koncentracja na strategiach typu long-income.

Większość zrealizowanych transakcji dotyczyła aktywów oferujących stabilny cash flow, w szczególności projektów typu BTS oraz transakcji sale & leaseback z długimi umowami najmu, zazwyczaj przekraczającymi 12 lat”, dodaje Jakub Grabara.

Równolegle obserwowana jest umiarkowana, lecz stabilna aktywność inwestorów w segmencie value-add, koncentrująca się na aktywach oferujących potencjał wzrostu czynszów, poprawy parametrów najmu lub repozycjonowania, choć segment ten pozostaje wyraźnie drugorzędny względem strategii long-income.

Pomimo utrzymującej się selektywności, widocznej w podejściu do jakości najemców i długości WAULT, stopy kapitalizacji pozostały stabilne – dla najlepszych aktywów na poziomie ok. 6,00%, a dla większości core’owych produktów w przedziale ok. 6,00%–6,75%, przy czym w horyzoncie średnioterminowym widoczna jest potencjalna przestrzeń do ich kompresji. Mocny start roku oraz dominacja produktów o charakterze „bond-like” wskazują na utrzymujący się popyt na bezpieczne strategie dochodowe i tworzą solidną bazę pod dalszy wzrost aktywności inwestycyjnej w kolejnych kwartałach 2026 roku.

Polskie dane komplikują sytuację RPP. PPI rośnie, ale presja płacowa słabnie

Czwartkowy handel nie przebiega w pozytywnych nastrojach, ale ruchy nie są mimo wszystko zbyt mocne. Inwestorom nie pomagają coraz słabsze dane, zarówno ze strefy euro, jak i z Polski. Dolar wciąż nie potrafi wykonać kolejnego dużego kroku umocnienia, dzięki czemu złoty pozostaje w niezłej pozycji.

Nastroje coraz gorsze

Przedłużający się konflikt na Bliskim Wschodzie coraz wyraźniej wpływa na nastroje w europejskich przedsiębiorstwach. A przynajmniej taki wniosek można wyciągnąć z najnowszych wskaźników PMI, badających nastawienie menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia. Wręcz o tąpnięciu można mówić we Francji, gdzie przemysłowy subindeks zleciał z 52,8 pkt do 48,9 pkt (prognoza 52,1 pkt). Jednak to i tak była ta lepsza informacja znad Sekwany, bo tragicznie zaprezentował się odczyt dla gałęzi usługowej. Oczekiwano, że rezultat pozostanie bliski poprzedniej publikacji (46,5 pkt), a on tąpnął i zatrzymał się dopiero na 42,9 pkt. To najgorszy wynik od listopada 2020 roku, czyli czasu pandemicznych restrykcji. Niektórzy mogą szukać pocieszenia w usługowym PMI z Niemiec, które wzrosło powyżej konsensusu do 47,8 pkt. Niestety dla równowagi przemysłowy wskaźnik spadł za Odrą zdecydowanie poniżej poprzedniego odczytu i oczekiwań – wykazał 49,9 pkt, czyli na dodatek przebił granicę 50 pkt, która oddziela ekspansję od recesji. Skoro dwie największe gospodarki wypadły tak blado, to publikacje dla całej strefy euro nie mogły przynieść za wiele dobrego. Przemysłowe PMI jeszcze znalazło się po dobrej stronie mocy z 51,4 pkt (widać mimo wszystko negatywny trend), ale usługi to już tylko 46,4 pkt, czyli najsłabiej od lutego 2021 roku. Wyraźnie dostrzegamy, że sektor usług znalazł się już w odwrocie, obawy o koszty energii, słabnący popyt i ciągła niepewność nie pozwalają na pozytywne przewidywania. Jeszcze jakoś trzyma się przemysł, ale w miarę zmniejszania się zapasów i równoczesnego przedłużania turbulencji mających źródło w Zatoce Perskiej, także ten sektor powinien osuwać się w danych. Taki obraz utrudnia EBC podjęcie decyzji o podwyżce stóp, która będzie jeszcze bardziej chłodzić aktywność gospodarczą. W ten sposób pakiet dzisiejszych publikacji nie mógł pomóc wspólnej walucie.

Polskie dane twardym orzechem dla RPP

Czwartkowy kalendarz makro jest całkiem obfity, także w przypadku Polski. Negatywnie pokazała się inflacja producencka, która w kwietniu w ujęciu rocznym wyniosła +1,9%. To najwyższy rezultat tego wskaźnika od maja 2023 roku, a od tamtego momentu PPI znajdowało się cały czas w strefie deflacyjnej. Niestety należy tę publikację traktować jako sygnał przed dalszym wzrostem inflacji konsumenckiej, ponieważ producenci w pewnym momencie muszą zacząć przenosić wyższe koszty na końcowego odbiorcę. Taki odczyt staje się też przyczynkiem do dyskusji o podwyżkach stóp procentowych w naszym kraju. Chłodząco na te oczekiwania mogłaby wpływać produkcja przemysłowa, która rosła zdecydowanie poniżej prognoz, czyli o 3,1% rdr. Jednak zdecydowanie ważniejszą publikacją w tym kontekście są płace w sektorze przedsiębiorstw (+9 pracowników). Urosły one tylko o 5,4% rdr, co jest najsłabszym wynikiem od początku 2021 roku. Oznacza to, że presja płacowa jest w dalszym ciągu w odwrocie, więc chociaż ten aspekt nie wywołuje potrzeby nagłych ruchów ze strony RPP. Mimo wszystko bankierzy centralni stają przed coraz trudniejszym wyzwaniem ważenia bardzo przeciwstawnych czynników. Powyższy pakiet danych miał ograniczony wpływ na złotego, który pozostaje głównie pod wpływem wydarzeń na szerokim rynku.

Czwartkowy negatywny zastój

W czwartek nastroje znowu się pogarszają i to pomimo otoczenia przynajmniej w teorii pozytywnych sygnałów. Nie pomaga jako takie zmniejszenie napięcia na Bliskim Wschodzie. Nie pomógł raport kwartalny Nvidii oraz mocarstwowe plany największej spółki świata. Nie pomogło ogłoszenie przez Elona Muska rekordowego IPO na Wall Street. Spacex chce zebrać z wejścia na giełdę skromne 75 mld USD. Może dzisiejsze rynkowe ruchy nie są spektakularne, ale nie napawają optymizmem. Jeszcze w Azji obraz był mieszany, mocne spadki w Chinach rekompensowały pokaźne wzrosty w Japonii (+3,14%) i Australii (+1,4%). W Europie króluje już czerwień, od skromnego Amsterdamu (-0,2%) po coraz bardziej dołujące Frankfurt i Madryt (-0,7%). Za rynkami bazowymi podąża Warszawa, gdzie WIG20 spada o 0,5%. Kontrakty na Wall Street wskazują na negatywne otwarcie także za oceanem. Na rynku walutowym dolar znowu przeciąga linę na swoją stronę, ale wciąż ma problem z trwałym zejściem poniżej 1,16 na EUR/USD. Przekłada się to na symboliczne straty polskiego złotego. Kurs dolara nie może wyjść powyżej 3,66 zł, kurs euro jest poniżej 4,25 zł, kurs franka to 4,64 zł, a kurs funta przekracza 4,91 zł. Odbija rynek ropy naftowej, za lipcowy kontrakt na europejską odmianę Brent trzeba płacić znowu 107 USD, a amerykańska WTI przekroczyła ponownie okrągłe 100 USD.

Deweloperzy wracają do gry. Najlepszy miesiąc od pół roku

Kwiecień przyniósł wyraźne ożywienie w budownictwie mieszkaniowym. Rozpoczęto budowę ponad 15 tys. mieszkań – najwięcej od października 2024 r. i o ponad 22 proc. więcej niż rok wcześniej. Branża studzi jednak optymizm: to raczej odbicie po zimowym spowolnieniu niż trwała zmiana trendu.

O dalszej aktywności inwestycyjnej zdecydują nastroje kupujących oraz sytuacja gospodarcza i geopolityczna.

Rozpoczęte budowy

W kwietniu deweloperzy zainicjowali budowę 15 118 nowych lokali mieszkalnych, co stanowi najlepszy miesięczny wynik od października 2024 r. Porównując do kwietnia rok wcześniej, liczba nowo budowanych lokali wzrosła o 22,4%.

– Jest jednak zdecydowanie za wcześnie, aby ogłaszać na tej podstawie większą zmianę trendu. Przyczyn tak dobrego rezultatu należy raczej upatrywać w próbie odbicia po kiepskich pierwszych dwóch miesiącach roku, na co z pewnością wpływ miały niekorzystne warunki atmosferyczne tej zimy – komentuje Patryk Kozierkiewicz, radca prawny w Polskim związku Firm Deweloperskich.

Warto podkreślić że, względem pierwszych czterech miesięcy poprzedniego roku, dynamika wprowadzeń w sektorze deweloperskim spadła o 4,9%, co w świetle utrzymującej wysokich poziomów oferty dostępnych mieszkań, należy odbierać pozytywnie.

– Oznacza to, że deweloperzy nie zwalniają znacząco tempa w obawie przed niskim tempem wyprzedaży gotowej oferty i decydują się sukcesywnie wprowadzać na rynek nowe lokale – dodaje radca prawny PZFD.

Nie jest jednak jasne, czy taki stan będzie utrzymywać się na przestrzeni całego roku. Będzie to uzależnione m.in. od nastrojów popytowych, które mogą wahać się w zależności od działań geopolitycznych i ich wpływu na gospodarkę.

Pozwolenia na budowę

W zakresie pozwoleń na budowę w sektorze deweloperskim, w kwietniu zaobserwować możemy niemal identyczny wynik w ujęciu miesiąc do miesiąca. Deweloperzy uzyskali zgodę na budowę 18 372 lokali, raptem 0,5% mniej niż miesiąc wcześniej.

Dzięki pozytywnym wynikom w minionym marcu i kwietniu, liczba pozwoleń r/r wzrosła o 22,5% względem pierwszych czterech miesięcy 2025.

– Świadczy to o kontynuowaniu przygotowań deweloperów do wprowadzania nowych inwestycji w niedalekiej przyszłości, choć trudno oszacować, czy silna dynamika z marca i kwietnia utrzyma się również w pozostałych miesiącach – uważa Patryk Kozierkiewicz.

Za taką narracją przemawiać mogłyby pozytywne dane sprzedażowe i rosnąca liczba rezerwacji. Jednak eksperci Otodom Analytics oceniają, że wzrost popytu mógł być jednorazowy i został wywołany obawą przed pogorszeniem sytuacji makroekonomicznej, np. w skutek długotrwałego konfliktu w Iranie.

Pozwolenia na użytkowanie

Dane dotyczące pozwoleń na użytkowanie zachowują największą stabilność. Liczba mieszkań oddanych do użytkowania w okresie od stycznia do kwietnia spadła w sektorze deweloperskim r/r o 4,4%.

– Z uwagi na średni czas budowy budynków wielorodzinnych i wzrost dynamiki nowych budów w 2024 r., liczba ta powinna jednak w naszej ocenie sukcesywnie zwiększać się z każdym miesiącem bieżącego roku, domykając obecną, kilkuprocentową lukę – podsumowuje ekspert PZFD.

PIAP Space udostępni ramiona robotyczne do projektu Smart Skin for Exploration Cobots

PIAP Space ogłosiła swój udział w projekcie ESA Smart Skin for Exploration Cobots, którego celem jest opracowane zaawansowanej osłony ochronnej dla ramion robotycznych przeznaczonych do misji księżycowych, marsjańskich oraz operacji orbitalnych. W ramach projektu spółka udostępnia swoje kompetencje w obszarze robotyki kosmicznej oraz rozwijane dla ESA ramiona robotyczne, wokół których projektowana jest nowa technologia smart skin.

Przyszła eksploracja kosmosu będzie w coraz większym stopniu opierać się na robotach jako podstawowej sile roboczej. Oznacza to jednak konieczność lepszego przygotowania ich do pracy w ekstremalnych środowiskach Księżyca, Marsa oraz przestrzeni orbitalnej, gdzie muszą funkcjonować w warunkach ściernego pyłu, intensywnego promieniowania słonecznego oraz temperatur sięgających od minus 150°C do plus 120°C.

W tym celu Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) powierzyła konsorcjum kierowanemu przez Duński Instytut Technologiczny (Danish Technological Institute – DTI) opracowanie nowej generacji osłony ochronnej dla ramion robotycznych. Projekt o nazwie Smart Skin for Exploration Cobots ma na celu rozwinięcie technologii do poziomu umożliwiającego jej demonstrację w warunkach zbliżonych do kosmicznych.

– Potencjał robotów w eksploracji kosmosu jest ogromny. Mogą wspierać działania od wydobycia surowców na Księżycu po serwisowanie satelitów na orbicie i aktywne usuwanie śmieci kosmicznych. Wymaga to jednak, aby roboty były wyjątkowo wytrzymałe i zdolne do autonomicznej pracy lub bezpiecznej współpracy z człowiekiem – mówi Christian Dalsgaard, Senior Consultant w DTI.

Technologia smart skin jest projektowana tak, aby mogła być dostosowana do różnych ramion robotycznych, zarówno dla przyszłych misji księżycowych, przyszłych misji marsjańskich, jak i operacji orbitalnych. Jej podstawę stanowi drukowana w 3D struktura nośna, którą można zamontować na ramieniu robotycznym. Pełni ona funkcję platformy integrującej cztery główne elementy: warstwę ochrony termicznej i przeciwpyłowej zabezpieczającą przed ekstremalnymi zmianami temperatur oraz penetracją ściernego pyłu, elastyczne przewody zasilające i transmisji danych, sensory zdolne do wykrywania i zapobiegania kolizjom, a także rozwiązania wspierające interakcję człowiek-maszyna.

Technologia druku 3D została wybrana ze względu na swobodę projektowania, jaką oferuje, jednak w tym projekcie będzie wykorzystywana w sposób wykraczający poza dotychczasowe standardy, z zastosowaniem całkowicie nowych podejść do projektowania i doboru materiałów. Tradycyjnie materiały typu Multi-Layer Insulation (MLI) stosowane są na wszystkich statkach kosmicznych, zapewniając wysokowydajną ochronę termiczną całej konstrukcji lub poszczególnych instrumentów. Są to jednak rozwiązania statyczne, niewystępujące w elementach ruchomych. Opracowanie podobnego typu izolacji termicznej dla ruchomych komponentów jest znacznie bardziej wymagające, ale jednocześnie otwiera szerokie możliwości przyszłych zastosowań w systemach robotycznych.

– Zastosowanie zaawansowanego systemu ochronnego może umożliwić budowę ramion robotycznych z wykorzystaniem komercyjnie dostępnych komponentów. Może to stworzyć efektywny kosztowo sposób dostarczania nowych rozwiązań dla klientów działających w wielu obszarach sektora kosmicznego – od misji dalekiego kosmosu, przez serwisowanie orbitalne, aż po kolonizację Księżyca. W Admatis wspieramy wszystkie działania zapewniające Europie przewagę konkurencyjną, a ten projekt jest w pełni zgodny z naszą strategią – wskazuje Tamás Bárczy, CEO firmy Admatis.

– Udział w projekcie Smart Skin for Exploration Cobots jest dla nas bardzo wartościowym doświadczeniem, ponieważ łączy kompetencje rozwijane przez PIAP Space od lat w obszarze robotyki kosmicznej z nowymi technologiami ochrony i interakcji systemów robotycznych. To również potwierdzenie jakości rozwijanych przez nas rozwiązań i zaufania, jakim europejscy partnerzy obdarzają technologie PIAP Space rozwijane na potrzeby przyszłych misji ESA – zaznacza Kamil Grassmann, CTO PIAP Space.

Ramię robotyczne TITAN produkcji PIAP Space
Ramię robotyczne TITAN produkcji PIAP Space

Choć technologia smart skin rozwijana jest z myślą o wyjątkowych wyzwaniach środowiska kosmicznego, część rozwiązań może w przyszłości znaleźć zastosowanie również w innych sektorach przemysłu.

– Widzimy duży potencjał tej technologii w zastosowaniach przemysłowych, szczególnie tam, gdzie roboty pracują w ekstremalnych warunkach. Dobrym przykładem są odlewnie metali, w których pył i wysokie temperatury wpływają negatywnie na działanie urządzeń. Rozwijana przez nas technologia może potencjalnie wydłużyć żywotność kluczowego sprzętu i obniżyć koszty utrzymania – wyjaśnia Christian Dalsgaard.

Projekt o budżecie 1,65 mln EUR i potrwa 24 miesiące. Konsorcjum bazuje na wcześniej zrealizowanej, udanej fazie pilotażowej, łączącej czołowe europejskie firmy sektora kosmicznego oraz specjalistów z pokrewnych dziedzin. DTI odpowiada za koordynację działań i wnosi kompetencje w zakresie robotyki, funkcjonalnych materiałów oraz przemysłowego druku 3D. Admatis (Węgry) rozwija system ochrony termicznej, natomiast PIAP Space (Polska) oraz Redwire Space Europe (Luksemburg) udostępniają swoje kompetencje oraz ramiona robotyczne – te same, które są obecnie rozwijane na potrzeby przyszłych księżycowych misji ESA. Dzięki temu technologia smart skin od początku projektowana jest z myślą o konkretnych systemach, które ma chronić.

Co trzeci zatrudniony obawia się utraty pracy. Rynek pracy traci poczucie stabilności

Chociaż połowa Polaków nadal czuje się pewnie w swoim miejscu zatrudnienia, obawy o zawodową stabilność rosną – deklaruje je 33,3% pracujących. Niepewność przekłada się na gotowość do aktywnego poszukiwania nowej pracy i otwartość na przebranżowienie – wśród osób obawiających się utraty pracy aż 66% bierze pod uwagę zmianę zawodu, wynika z raportu „Barometr rynku pracy 2026” Gi Group Holding.

Wzrost obaw o utratę pracy a plany firm

Obawy o stabilność zatrudnienia wzrosły, szczególnie w porównaniu z sytuacją sprzed dwóch czy trzech lat. Obecnie mówi o nich 33,3% aktywnych zawodowo, podczas gdy jeszcze dwa lata temu było to 26%. Jednocześnie spadł odsetek osób, które są spokojne o swoją pracę – z 55% rok temu do 50,7% obecnie, wynika z ,,Barometru rynku pracy 2026” Gi Group Holding. Co istotne, niepewność coraz częściej dotyczy najbliższych miesięcy, a nie odległej przyszłości.Obawy o utratę pracy_Zestawienie latami_Barometr rynku pracy 2026

– Choć nadal większość Polaków czuje się stabilnie w swoim miejscu zatrudnienia, obawy rosną. Wiąże się to z ogólną niepewnością, wynika też z obserwacji rynku. Rosnące koszty działalności, w tym koszty pracy oraz nieprzewidywalność koniunktury sprawiają, że firmy ograniczają skalę rekrutacji, skupiając się na stanowiskach kluczowych z punktu widzenia efektywności – wyjaśnia Agnieszka Żak, Dyrektor ds. kluczowych klientów Gi Group.

Obecnie firmy ostrożnie podchodzą do planowania rekrutacji. Podobnie jak rok czy dwa lata temu najczęściej zamierzają utrzymać obecny poziom zatrudnienia, co deklaruje ponad 72,7% z nich. Zwiększenie etatów w najbliższym kwartale zapowiada 13,7% organizacji (rok wcześniej 16,7%), a dwukrotnie wzrósł odsetek przewidujących redukcje – z 4,9% rok temu do 9,8%. Nie są to dane alarmujące, jednak świadczą o dużej uważności firm i bardziej zachowawczym podejściu do rozbudowywania zespołów w warunkach rosnących kosztów i niepewnego otoczenia gospodarczego.

Najpewniej czują się pracownicy sektora publicznego oraz usług

Obawy przed utratą pracy są wyraźnie częstsze wśród kobiet. Deklaruje je 37,7% z nich, aż o 7 p.p. więcej w stosunku do ub. roku. Wśród mężczyzn odsetek ten jest nie tylko niższy (29%), ale też zmniejszył się w porównaniu z 2025 rokiem (o 3,6 p.p.).

Najczęściej o zawodową stabilność martwią się są osoby w wieku 25‒44 lata, przy czym odsetek deklarujących takie obawy znacząco wzrósł w tej grupie– z 31% do prawie 40%. Częściej niepokoją się także osoby do 24 lat (37,3%). Najbezpieczniej czują natomiast się starsi pracownicy, powyżej 55 lat – aż 65,6% z nich nie obawia się utraty pracy, podczas gdy niepokoi się o to 20%. Wśród osób w wieku 45-54 lata wskaźniki te wynoszą odpowiednio 61% i 24,5%.Obawy o utratę pracy_Wiek_Barometr rynku pracy 2026

Podobnie jak rok temu, największą niepewność dotyczącą swojej sytuacji zawodowej odczuwają osoby zarabiające powyżej 10 tys. zł netto – obecnie wskazuje na nią 48,7% z nich. Najspokojniejsi są natomiast pracownicy osiągający dochody w przedziale 7–9,9 tys. zł netto. W tej grupie obawy deklaruje 22,6% badanych.

Z „Barometru rynku pracy” Gi Group Holding wynika, że niepokoją się głównie pracownicy transportu i logistyki (46,6%) oraz handlu (42%) i produkcji (39,3%). Najpewniej czują się natomiast pracujący w sektorze publicznym (20,7%) oraz w usługach (28,2%). To też jedyne branże, w których obawy są mniejsze w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jeśli chodzi o poziom stanowiska, niepewność wzrosła niemal we wszystkich grupach, szczególnie wśród pracowników niższego szczebla (aż 40,4% wskazań). Wyjątkiem są starsi specjaliści, wśród których odsetek obawiających się spadł do 26,2%.Obawy o utratę pracy_Branża_Barometr rynku pracy 2026

Poziom obaw wyraźnie różni się w zależności od wieku, płci, stanowiska czy branży. Starsi pracownicy nie tylko czują się pewniej niż młodsi, ale także rzadziej niż rok temu odczuwają niepokój związany z utrzymaniem zatrudnienia. Bardziej widoczna jest również różnica między kobietami a mężczyznami. O ile w ubiegłym roku nastroje w obu grupach były zbliżone, o tyle dziś kobiety sygnalizują niepewność zdecydowanie częściej. Największą zmianę odnotowano w sektorze transportu i logistyki, gdzie udział osób obawiających się utraty pracy wzrósł o blisko 16 p.p. – komentuje Agnieszka Żak, Dyrektor ds. kluczowych klientów w Gi Group.

Najrzadziej utraty stanowiska boją się mieszkańcy regionu północnego (23%). Mniej obaw niż przed rokiem widać w regionie południowym – spadek z 40% do 34,2%. Najbardziej zaniepokojeni są natomiast mieszkańcy regionu południowo-zachodniego (43%) oraz centralnego (36,5%) i wschodniego (36,3%) – we wszystkich tych przypadkach wyższy niż rok temu.Obawy o utratę pracy_Regiony_Barometr rynku pracy 2026

Niepewność a poszukiwanie nowej pracy i gotowość na przebranżowienie

Wśród osób, które obawiają się utraty pracy lub zamierzają ją zmienić, odsetek aktywnie szukających nowego zajęcia, przewyższa udział tych, którzy nie zamierzają podjąć takich kroków (odpowiednio 56,7% i 43,4%). Proaktywność stopniowo jednak słabnie – pracownicy ostrożniej podejmują decyzje zawodowe, odkładając ewentualną zmianę zatrudnienia.Poszukiwanie pracy_Barometr rynku pracy 2026

Polacy uważniej analizują dziś za i przeciw zmianie pracy, jednak trend „brania spraw w swoje ręce” wydaje się trwały. Wynika to zarówno ze zmian pokoleniowych, jak i rosnącej elastyczności i zdolności adaptacji. Nie bez znaczenia są też doświadczenia z okresu pandemii, która zmieniła sposób wykonywania obowiązków zawodowych i pokazała, jak szybko mogą zmieniać się realia rynku pracy – komentuje Agata Naklicka, Regional Manager Grafton Recruitment.

Pracownicy, którzy nie czują się pewnie, częściej myślą nie tylko o zmianie miejsca zatrudnienia, ale także o zmianie zawodu. W tej grupie podjęcie takich kroków rozważa aż 66% badanych. Dla porównania – wśród osób, które nie obawiają się utraty pracy lub nie planują jej zmienić, odsetek ten wynosi znacząco mniej niespełna 40%, wynika z „Barometru rynku pracy” Gi Group Holding. Pokazuje to, że niepewność zatrudnienia może skłaniać do szerszego spojrzenia na swoją sytuację zawodową. W takim kontekście coraz większego znaczenia nabiera rozwój kompetencji, które zwiększają elastyczność na rynku pracy i pozwalają odnaleźć się w nowych obszarach zawodowych. Zgodnie z przewidywaniami Światowego Forum Ekonomicznego (raport „Future of Jobs”) do 2030 roku blisko 60% pracowników stanie przed koniecznością zdobycia nowych umiejętności lub zmiany kwalifikacji.Rozważanie przebranżowienia_Barometr rynku pracy 2026

– Rozwój technologii sprawia, że zmienia się zapotrzebowanie na kompetencje – jedne role tracą na znaczeniu, a rośnie popyt na nowe specjalizacje i umiejętności. Oznacza to nie tylko konieczność ciągłego uczenia się, ale też zdobywania nowych kwalifikacji, a czasem także zmiany zawodu. Przebranżowienie przestaje być dziś sytuacją wyjątkową i staje się jednym ze sposobów budowania bezpieczeństwa zawodowego w zmieniających się realiach rynku. Potwierdzają to deklaracje osób, które nie czują się pewnie w obecnym miejscu pracy – w tej grupie aż 66% rozważa zmianę zawodu – podsumowuje Piotr Wajgielt, Executive Manager Wyser Executive Search.

Link do raportu: https://www.gigroupholding.com/polska/insights/barometr-rynku-pracy-2026/?utm_source=media&utm_medium=komunikat&utm_campaign=barometr_20

O raporcie:

„Barometr Rynku Pracy 2026” to już 20. edycja raportu przygotowywanego od 2014 roku. Został opracowany przez ekspertów Gi Group Holding na podstawie badań przeprowadzonych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research. Badanie wśród pracodawców zostało zrealizowane metodą CATI (25.02–09.03.2026 r.), a wśród pracowników metodą CAWI (23.02–03.03.2026 r.). Partnerami raportu są: Federacja Przedsiębiorców Polskich, Polskie Forum HR oraz Konfederacja Lewiatan.

Nvidia między euforią a sceptycyzmem inwestorów

Nvidia znów pokazała wyniki, które jeszcze niedawno mogłyby wystarczyć do wywołania kolejnej fali euforii na Wall Street. Przychody i zyski okazały się lepsze od oczekiwań, prognoza na bieżący kwartał wyraźnie przebiła konsensus, a segment centrów danych nadal rośnie w tempie imponującym nawet jak na spółkę będącą symbolem boomu na sztuczną inteligencję. Mimo to kurs akcji prawie nie drgnął. Ta chłodna reakcja rynku pokazuje, że inwestorzy przyzwyczaili się już do perfekcji i dziś nie pytają wyłącznie o to, czy AI będzie zmieniać gospodarkę, lecz także o to, ile tej przyszłości jest już w cenach akcji. Nvidia próbuje przekonywać, że sztuczna inteligencja wychodzi poza wielkie centra danych i zaczyna realnie zmieniać biznes, administrację oraz świat fizyczny. Coraz mocniej powraca jednak pytanie, czy w tej nowej, bardziej masowej fazie rozwoju AI spółka utrzyma swoją obecną dominację. Ten sceptycyzm widać również wśród polskich inwestorów indywidualnych, po raz pierwszy więcej osób spodziewa się spadków niż wzrostów cen akcji z segmentu AI.

Same liczby trudno nazwać rozczarowaniem. Przychody Nvidii wyniosły 81,6 mld dolarów i były o 85 proc. wyższe niż w analogicznym kwartale poprzedniego roku. Najważniejszy segment centrów danych przyniósł 75,2 mld dolarów przychodów, co oznacza wzrost o 92 proc. Dla firmy tej wielkości utrzymywanie takiego tempa rozwoju jest czymś wyjątkowym. Prognoza na kolejny kwartał (kończący się w lipcu 2026) wynosi około 91 mld dolarów, czyli wyraźnie więcej niż oczekiwane przez rynek 87 mld dolarów. Skorygowana marża brutto sięgnęła 75 proc., co pokazuje, że Nvidia nie tylko szybko rośnie, ale nadal potrafi bardzo dobrze zarabiać na tym wzroście. Zarząd podniósł także kwartalną dywidendę z 1 centa do 25 centów na akcję oraz zatwierdził kolejny skup akcji własnych o wartości 80 mld dolarów. To jasny sygnał wysłany do akcjonariuszy: firma chce dzielić się gotówką i podtrzymać zaufanie rynku, nawet jeśli powtórzenie spektakularnych wzrostów kursu z ostatnich lat będzie coraz trudniejsze.

Rynek oczekuje jednak od Nvidii coraz więcej. Spółka przez ostatnie lata przyzwyczaiła inwestorów do tego, że przebija prognozy, podnosi oczekiwania i pozostaje głównym beneficjentem globalnego wyścigu o infrastrukturę sztucznej inteligencji. Dlatego nawet bardzo dobre dane mogą dziś wywoływać ograniczoną reakcję kursu. Wycena akcji zaczęła przypominać bardzo wysoko zawieszoną poprzeczkę. By ponownie rozpalić entuzjazm, nie wystarczy już osiągnięcie świetnych wyników. Trzeba jeszcze przekonać rynek, że kolejne lata przyniosą równie szybki wzrost, a konkurencja nie odbierze spółce najważniejszej części rynkowego tortu.

Wyniki pokazały jednocześnie, że historia wzrostu Nvidii coraz mocniej wychodzi poza same układy graficzne. Przychody z segmentu sieciowego wyniosły 14,8 mld dolarów i były wyraźnie wyższe od oczekiwanych przez analityków 12,7 mld dolarów. To ważny sygnał, bo wraz z budową wielkich „fabryk sztucznej inteligencji” sama warstwa sieciowa staje się czymś więcej niż technicznym dodatkiem do procesorów graficznych. Jednocześnie na rynku coraz wyraźniej widać zwrot w stronę tzw. agentowej sztucznej inteligencji, czyli systemów AI zdolnych do bardziej samodzielnego wykonywania zadań. To kolejna warstwa obecnego boomu, bo AI przestaje być wyłącznie narzędziem odpowiadającym na pytania, a zaczyna działać jak cyfrowy pracownik wykonujący konkretne procesy. Nvidia nadal zajmuje pierwsze miejsce w tym wyścigu, ale na rynku procesorów silną pozycję mają także Intel i AMD. Nieprzypadkowo akcje obu tych spółek wzrosły w tym roku ponad dwukrotnie. Inwestorzy zaczęli dostrzegać, że wraz z rozwojem AI wartość będzie rozlewać się szerzej po całym rynku technologii obliczeniowych, a nie tylko po segmencie układów graficznych.

Kolejną falą może być fizyczna implementacja sztucznej inteligencji, czyli roboty, autonomiczne pojazdy, inteligentne maszyny i systemy działające w realnym świecie. To moment, w którym AI wychodzi z serwerowni, ekranów komputerów i aplikacji, a zaczyna trafiać do fabryk, magazynów, samochodów, szpitali czy urzędów. Dla Nvidii jest to ogromna szansa, ale także nowe wyzwanie. Im bardziej sztuczna inteligencja staje się technologią powszechną, tym więcej firm będzie próbowało przejąć część tego rynku. Dominacja w pierwszej fazie rewolucji AI nie musi automatycznie oznaczać równie silnej pozycji w każdej kolejnej fazie.

Ostrożniejsze podejście do AI widać także wśród polskich inwestorów indywidualnych. Po wielu kwartałach, w których sztuczna inteligencja była niemal synonimem wzrostu, nastroje zaczynają się wyraźnie chłodzić. Najnowszy raport eToro Puls Inwestora Indywidualnego pokazuje, że tylko 26 proc. Polaków oczekuje wzrostu cen akcji spółek związanych z AI w 2026 roku, podczas gdy jeszcze w I kwartale 2025 roku było to 33 proc. Co ważniejsze, po raz pierwszy więcej inwestorów spodziewa się spadków niż wzrostów w tym segmencie — odpowiednio 29 proc. wobec 26 proc. To istotna zmiana, szczególnie na tle globalnym, gdzie optymiści nadal mają przewagę. Podobne ochłodzenie widać w podejściu do największych amerykańskich spółek technologicznych. Obecnie 43 proc. polskich inwestorów uważa, że „Magnificent 7” poradzi sobie w 2026 roku lepiej niż szeroki rynek, podczas gdy na początku 2025 roku było to 52 proc.

W kontekście Nvidii oznacza to, że nawet bardzo dobre wyniki finansowe mogą już nie wystarczać do utrzymania jednoznacznie pozytywnej narracji. Rynek zaczyna zadawać trudniejsze pytania. Nie tylko o to, czy sztuczna inteligencja zmieni gospodarkę, bo co do tego inwestorzy mają coraz mniej wątpliwości. Kluczowe staje się pytanie, kto najwięcej na tej zmianie zarobi i czy obecne wyceny nie zakładają już zbyt dużej części przyszłego wzrostu. Nvidia nadal pozostaje w centrum rewolucji AI, ale inwestorzy coraz wyraźniej odróżniają wiarę w technologię od bezwarunkowej wiary w dalszy wzrost każdej spółki z nią związanej. A wraz z dojrzewaniem rynku sztucznej inteligencji kapitał może coraz częściej płynąć także do spółek dostarczających sieci, procesory, pamięci, energię, oprogramowanie, robotykę i infrastrukturę potrzebną do działania AI w realnej gospodarce.

Polska branża kosmiczna rośnie, ale rynek pracy nie nadąża

Po 2022 roku polska branża kosmiczna rozwinęła skrzydła. Uhonorowaniem ostatnich lat transformacji była eskapada dr. Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, który jako drugi Polak w historii znalazł się w przestrzeni kosmicznej. Polski wkład w rozwój tego sektora jest coraz większy, ale zdaniem ekspertów Smart Solutions HR, jego kluczowym aspektem są odpowiedni specjaliści, których na ten moment brakuje. Kto może wypełnić luki?

Polska branża kosmiczna jeszcze kilka lat temu była kojarzona głównie z działalnością instytutów badawczych i projektami realizowanymi na niewielką skalę. Dziś sektor przechodzi jednak wyraźną transformację. Coraz więcej firm pracuje nad realnymi produktami i technologiami wykorzystywanymi przez Europejską Agencję Kosmiczną (ESA), wojsko czy administrację publiczną.

– Polski sektor kosmiczny w 2026 jest nadal relatywnie mały na tle Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii, ale tempo wzrostu jest wyraźne. To już nie jest niszowa działalność kilku instytutów badawczych. Rynek przeszedł w etap budowy realnych produktów: satelitów, systemów obserwacji Ziemi, elektroniki kosmicznej, software’u dla ESA i rozwiązań dual-use dla wojska oraz administracji. Można powiedzieć, że branża jest dziś na etapie skalowania kompetencji. Polska nie konkuruje jeszcze pełnymi rakietami orbitalnymi czy dużymi platformami satelitarnymi, ale coraz częściej dostarcza kluczowe komponenty, oprogramowanie i systemy integracyjne dla europejskiego rynku – wskazuje Włodzimierz Kucharczuk, Project Manager w Smart Solutions HR.

Nowy impuls rozwojowy dla branży pojawił się szczególnie po 2022 roku. Polska realizuje już projekty o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa i rozwoju krajowych kompetencji technologicznych. Jednym z najważniejszych przedsięwzięć jest projekt CAMILA realizowany przez Creotech Instruments we współpracy z ESA. Kontrakt o wartości blisko 52 mln euro obejmuje budowę narodowej konstelacji co najmniej trzech satelitów obserwacyjnych, rozwój infrastruktury naziemnej, wyniesienie satelitów na orbitę oraz zarządzanie misją kosmiczną. Równolegle rozwijany jest także program MIKROGLOB, czyli Satelitarny System Obserwacji Ziemi realizowany na potrzeby Ministerstwa Obrony Narodowej. Coraz więcej polskich firm pracuje również nad własnymi mikrosatelitami obserwacyjnymi.

– W latach 2026–2030 branża kosmiczna będzie rozwijać się szybciej niż cały rynek IT i inżynierii. Wpływ na to mają rosnące wydatki ESA, rozwój sektora military space, potrzeba budowania europejskiej autonomii technologicznej, boom na małe satelity oraz rosnące znaczenie sztucznej inteligencji i analityki danych satelitarnych. To z kolei będzie napędzać jeszcze jeden aspekt – zapotrzebowanie na specjalistów – sygnalizuje Włodzimierz Kucharczuk.

Jakie stanowiska są poszukiwane w branży kosmicznej?

Polska Strategia Kosmiczna zakłada zwiększenie udziału Polski w europejskim rynku kosmicznym do 2030 roku oraz rozbudowę krajowych kompetencji satelitarnych. Rozwój sektora przekłada się na rosnące zapotrzebowanie na specjalistów technicznych – zwłaszcza z obszarów embedded systems, cyberbezpieczeństwa, AI, analizy danych satelitarnych oraz oprogramowania czasu rzeczywistego.

Raport Polskiej Agencji Kosmicznej „Ocena stanu rozwoju badań i użytkowania przestrzeni kosmicznej w Polsce za 2024 rok” podaje, że cenieni w branży są przede wszystkim inżynierowie (szczególnie inżynierowie systemowi), analitycy danych, specjaliści od systemów satelitarnych, naukowcy i eksperci w dziedzinach technicznych i zarządzania. W firmach dominują zespoły zajmujące się: elektroniką i systemami wbudowanymi, mechaniką precyzyjną i materiałami kompozytowymi, optyką i optoelektroniką, oprogramowaniem i przetwarzaniem danych, robotyką, automatyką i mechatroniką oraz technologiami telekomunikacyjnymi i systemami zasilania (ARP).

Z analizy Smart Solutions HR wynika, że największy popyt dotyczy obecnie stanowisk takich jak:

  • Embedded Software Engineer (programista tworzący oprogramowanie dla urządzeń i systemów elektronicznych, np. satelitów czy elektroniki pokładowej),
  • Firmware Engineer (specjalista odpowiedzialny za niskopoziomowe oprogramowanie sterujące działaniem sprzętu elektronicznego),
  • C/C++ Developer (programista tworzący wydajne i szybkie systemy w językach C lub C++, wykorzystywane m.in. w technologii kosmicznej i systemach czasu rzeczywistego),
  • Real-Time Systems Engineer (inżynier projektujący systemy, które muszą reagować natychmiast i działać bez opóźnień, np. w satelitach czy systemach sterowania),
  • czy FPGA Engineer (specjalista programujący zaawansowane układy elektroniczne wykorzystywane tam, gdzie potrzebna jest bardzo szybka i niezawodna analiza danych).

Branża kosmiczna wymaga produkcji wyjątkowo precyzyjnych komponentów i lekkich konstrukcji wykonywanych z zaawansowanych materiałów, takich jak aluminium lotnicze, tytan czy specjalistyczne stopy metali wykorzystywane w przemyśle aerospace. Elementy satelitów, systemów elektronicznych czy urządzeń optycznych muszą być wykonane z ogromną dokładnością – często na poziomie pojedynczych mikronów, czyli tysięcznych części milimetra. Kluczowe znaczenie mają więc kompetencje związane z frezowaniem 5-osiowym, programowaniem CAM (Computer-Aided Manufacturing, komputerowego wspomagania produkcji), precision machining oraz kontrolą jakości. Duże zapotrzebowanie dotyczy również frezerów CNC (Computerized Numerical Control, komputerowego sterowania numerycznego), tokarzy CNC, operatorów maszyn 5-osiowych oraz specjalistów precision manufacturing i prototypowania krótkich serii.

Odpowiedni specjaliści stanowią dodatkowy impuls dla rozwoju polskiej branży kosmicznej i dorównania bardziej zaawansowanym w tym obszarze państwom. Jest tylko jeden problem – odpowiednich specjalistów niestety brakuje.

Stanowiska techniczne od dawna są jednymi z najtrudniejszych do obsadzenia i dokładnie to samo widzimy dziś w branży kosmicznej. Dotyczy to nie tylko programistów czy inżynierów systemowych, ale również operatorów CNC, frezerów i tokarzy. W space-tech operator CNC z umiejętnością programowania nie jest traktowany jak zwykły operator produkcji, ale jako część bardzo zaawansowanego procesu aerospace manufacturing, co dodatkowo zawęża liczbę odpowiednich kandydatów – mówi Kucharczuk.

Liczą się kompetencje praktyczne

W 2024 roku w polskim sektorze kosmicznym pracowało około 12 tys. osób (Polska Agencja Kosmiczna). Wedle raportu Agencji Rozwoju Przemysłu „Polski sektor kosmiczny 2025”  w rdzeniu 21 wiodących firm kosmicznych w latach 2022–2024 zatrudnienie wzrosło o ponad 30%, zatem można przypuszczać, że aktualnie liczba osób pracujących w tym obszarze jest jeszcze wyższa.

Co trzeba umieć, aby pracować w branży kosmicznej? Ogromne znaczenie ma wykształcenie w odpowiednim kierunku – inżynierii kosmicznej, lotniczej, elektronice czy informatyce. Kandydaci często, po odbyciu odpowiedniego szkolenia, są transferowani również  z sektorów pokrewnych, jak obronność czy telekomunikacja, np. specjalista od łączności satelitarnej mógłby przejść z branży IT/telekom po kursach z FPGA (Field-Programmable Gate Array, konfigurowalnych układów logicznych) czy RTOS (Real-Time Operating System, systemu czasu rzeczywistego). Operatorzy produkcji również mogą znaleźć swoją ścieżkę do aerospace. W Polsce i Europie popularne są szkolenia Siemens SITRAIN, akademie producentów obrabiarek oraz prywatne szkoły CNC, takie jak TBI Technology CNC Academy, które uczą obsługi maszyn, programowania, ustawiania narzędzi i pracy na sterowaniach. Typowa droga rozwoju prowadzi od szkoły technicznej, przez kurs CNC i pracę w produkcji, aż po wejście do firm aerospace, gdzie dodatkowo liczą się kompetencje CAM, znajomość wymagań jakościowych AS9100, doświadczenie z materiałami trudnymi w obróbce, np. tytanem, oraz gotowość do szkoleń pod konkretny model maszyny i standardy danego pracodawcy.

Najbardziej wartościowy profil potencjalnego kandydata powinien zawierać trzy elementy – CNC, programowanie i jakość, czyli specjaliści łączący umiejętności techniczne z praktycznym doświadczeniem produkcyjnym. Szczególnie cenione są osoby, które potrafią jednocześnie obsługiwać maszyny, programować CAM, czytać dokumentację techniczną, optymalizować procesy i rozumieć specyfikę materiałów aerospace. Firmy coraz częściej szukają osób, które rozumieją cały proces technologiczny, a nie wyłącznie jeden jego fragment – wskazuje ekspert.

Raport ARP wskazuje, że ponad 70-80% zatrudnienia w spółkach kosmicznych stanowią inżynierowie i specjaliści STEM, ale wraz z przejściem rozwoju branży z fazy „R&D” do fazy „komercjalizacji”, na znaczeniu zyskują także kompetencje uzupełniające. Najbardziej poszukiwane są osoby wykształcone w takich obszarach jak:

  • zarządzanie projektami (szczególnie znajomość metodyk zgodnych ze standardami ESA),
  • prawo i regulacje (zwłaszcza w obszarze własności intelektualnej, kontraktów międzynarodowych, compliance czy prawa kosmicznego),
  • marketing i komunikacja,
  • rozwój biznesu i sprzedaż,
  • zarządzanie finansami i projektami inwestycyjnymi.

Choć wynagrodzenia w polskim sektorze kosmicznym rosną, nadal pozostają niższe niż w Europie Zachodniej. Klasyczny operator CNC może dziś liczyć na wynagrodzenie na poziomie 6–9 tys. zł brutto miesięcznie. Doświadczeni frezerzy i tokarze CNC zarabiają zwykle od 10 do 16 tys. zł brutto, natomiast specjaliści aerospace, operatorzy 5-osiowi oraz eksperci CAM i precision manufacturing osiągają wynagrodzenia rzędu 15–25 tys. zł brutto. Pensja najbardziej doświadczonych ekspertów może przekraczać poziom 25–35 tys. zł miesięcznie.

Inwestycja w edukację = inwestycja w rozwój całego sektora

Raport ARP wskazuje kapitał ludzki jako kluczowy zasób determinujący innowacyjność i konkurencyjność branży. Jednym z najważniejszych warunków zwiększenia udziału Polski w europejskim rynku kosmicznym będzie dalsze wzmacnianie kompetencji inżynieryjnych. Znaczenie ma również rozwój edukacji oraz budowanie zainteresowania sektorem już na etapie szkół i uczelni technicznych. Rosnące potrzeby rynku już wpływają na rozwój edukacji. Specjalistyczne kierunki związane z technologiami kosmicznymi rozwijają m.in. Akademia Górniczo-Hutnicza, Politechnika Warszawska oraz Politechnika Wrocławska. Wsparcie dla startupów i młodych specjalistów oferuje również ESA BIC Poland, zapewniający doradztwo technologiczne, programy preinkubacyjne i rozwój kompetencji biznesowych. Jednym z ważniejszych elementów rozwoju kadr pozostaje Narodowy Program Stażowy w ESA (National Trainee Programme – NTP), który umożliwia polskim absolwentom zdobywanie doświadczenia zawodowego w międzynarodowym środowisku Europejskiej Agencji Kosmicznej. Program rozwija kompetencje m.in. z zakresu inżynierii systemowej, gospodarki kosmicznej, dyplomacji kosmicznej, technologii obserwacji Ziemi oraz wsparcia dla załogowych lotów kosmicznych.

Ważną rolę odgrywają także projekty popularyzujące technologie kosmiczne, w tym udział polskich astronautów w międzynarodowych misjach kosmicznych.

Wnioski z raportu Polskiej Agencji Kosmicznej sugerują, że misje kosmiczne mają znaczenie nie tylko technologiczne, ale również edukacyjne i kompetencyjne. Mogą inspirować kolejne pokolenia specjalistów i budować kadry potrzebne do realizacji przyszłych narodowych projektów kosmicznych. Miejmy nadzieję, że historyczna wyprawa dr. Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego jest zapowiedzią rosnącej konkurencyjności polskiej branży kosmicznej i zachęci młode osoby do podjęcia drogi zawodowej właśnie w tym sektorze – podsumowuje Włodzimierz Kucharczuk.

Źródła: Polska Agencja Kosmiczna „Ocena stanu rozwoju badań i użytkowania przestrzeni kosmicznej w Polsce za 2024 rok”, Agencja Rozwoju Przemysłu „Polski sektor kosmiczny 2025”, opracowanie własne Smart Solutions HR.

Spadek cen ropy poprawia nastroje. Rynek pracy w Polsce łapie zadyszkę. Produkcja przemysłowa słabsza od prognoz

Jeszcze kilka dni temu rynki zaczynały rozważać scenariusz inwazji lądowej USA w Iranie. Dzisiaj z kolei widać nadzieję na pokój. Dane z Polski okazały się w miarę neutralne dla złotego, choć martwi spadające tempo wzrostu płac.

Dalszy impas w Zatoce

Na razie nie ma przełomu w sprawie amerykańsko-izraelskiej agresji na Iran. Rynki uwierzyły jednak, że jesteśmy coraz bliżej rozwiązania. Wczoraj cena baryłki spadła o ponad 5 USD, co jasno pokazuje wzrost nadziei inwestorów. Iran przekazał kolejną propozycję przez mediatorów z Pakistanu. Podobno poczyniono duże postępy w temacie ograniczenia programu nuklearnego Iranu oraz częściowego zniesienia sankcji w zamian za odblokowanie Cieśniny Ormuz. Nadal pozostaje kwestia sytuacji w regionie, a w szczególności obecności wojsk USA i gwarancji bezpieczeństwa dla Iranu. Scenariusz zmiany władzy w Teheranie wydaje się być bardzo odległy. Im bliżej będziemy podpisania umowy pokojowej, tym tańszą powinniśmy oglądać ropę naftową. Na rynku walutowym z kolei powinno to się objawiać przeceną dolara wobec głównych walut.

Dane z Polski

Dzisiaj trafił na rynek pakiet danych z Polski. Produkcja przemysłowa okazała się słabsza od oczekiwań. Rośnie bowiem o 3,1%, a nie – jak zakładano – o 4,1%. Do tego trzeba dodać budowlano-montażową. Ta jednak pozytywnie zaskoczyła. Zobaczyliśmy wzrost o 4,5% przy prognozowanych 1,2%. W tle pojawiły się ceny produkcji sprzedanej przemysłu. W ciągu roku rosną one o 1,9%, czyli wolniej niż inflacja. To dobra wiadomość dla naszych portfeli, bo przynajmniej z tej strony presja cenowa nie zwiększa się tak bardzo. Po tych danych polski złoty się umacniał. Biorąc pod uwagę, że w tym samym czasie zyskiwały również forint i czeska korona, należy to raczej łączyć z ruchem na rynkach niż z sytuacją w kraju.

Płace w Polsce

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wynagrodzeń i zatrudnienia w przedsiębiorstwach zatrudniających więcej niż 9 pracowników. Nie obejmują one oczywiście całej gospodarki, ale to najbardziej precyzyjny odczyt dla polskiego rynku pracy pod kątem wynagrodzeń. Średnia płaca wyniosła 9530,74 zł – jest to jednocześnie wzrost o 5,4% oraz spadek względem zeszłego roku. Kwiecień bardzo często pokazuje spadki względem marca. Wtedy bowiem wypłacane są często premie roczne, co zaburza wskaźnik. Warto jednak zwrócić uwagę, że analitycy oczekiwali wzrostu płac o 6%. Pokazuje to, że rynek pracy powoli łapie zadyszkę. Zatrudnienie w przedsiębiorstwach spada o 0,9%, ale trzeba pamiętać, że nie przekłada się to od razu na bezrobocie. Dane te bowiem nie pokazują, jaki procent z tych osób faktycznie znika z rynku pracy, a jaki odnajduje się w mniejszych firmach.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Ropa coraz mocniej wpływa na rentowności obligacji, dolara i złoto

Ceny ropy przejmują kontrolę nad rynkami w obliczu sprzecznych sygnałów z frontu dyplomatycznego i ograniczającej się podaży.

  • Ropa nadal wpływa na ogólny apetyt na ryzyko poprzez oddziaływanie na oczekiwania inflacyjne, rentowności obligacji i dolara amerykańskiego.
  • Naprzemienna dyplomatyczna i konfrontacyjna retoryka Donalda Trumpa obniżyła ceny ropy, nie poprawiając jednak istotnie perspektyw ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz.
  • Wskaźniki rynku fizycznego nadal sygnalizują zacieśnienie, mimo ostatniego osłabienia kontraktów terminowych.
  • Podwyższona ujemna korelacja złota z ropą, rentownościami i dolarem pokazuje, jak silny wpływ ropa wywiera obecnie na różne klasy aktywów.

Jak tłumaczy Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank, ropa nadal oddziałuje daleko poza samym rynkiem energii. Bardziej niż jakiekolwiek inne aktywo w obecnym otoczeniu, ceny ropy kształtują szerszy sentyment rynkowy poprzez wpływ na oczekiwania inflacyjne, nastawienie banków centralnych, rentowności obligacji skarbowych oraz dolara amerykańskiego. W praktyce ropa stała się obecnie głównym mechanizmem transmisji dla rynków.

Wyniki różnych klas aktywów coraz wyraźniej odzwierciedlają tę zależność. Złoto, mimo utrzymującej się niepewności geopolitycznej, ma trudność z wypracowaniem trwałego popytu. Wyższe ceny ropy zwiększają obawy o uporczywość inflacji, podbijają rentowności obligacji i wzmacniają dolara, tworząc mniej sprzyjające warunki dla aktywów nieprzynoszących dochodu. Obecnie widoczna jest podwyższona ujemna korelacja między złotem z jednej strony a ropą, rentownościami obligacji i dolarem z drugiej. Dopóki ta relacja się nie zmieni, ropa prawdopodobnie pozostanie dominującym czynnikiem makroekonomicznym na rynkach.

Ostatnie ruchy cen ponownie pokazały, jak rynek jest wrażliwy na retorykę polityczną. Ceny ropy gwałtownie spadły po tym, jak Trump stwierdził, że Stany Zjednoczone są w „końcowej fazie” rozmów z Iranem, co zwiększyło nadzieje, że pewien przełom dyplomatyczny mógłby ostatecznie złagodzić zakłócenia podaży. Nadzieje te osłabły po kolejnych komentarzach, w których ostrzegł, że „czeka nas dalsza walka, jeśli Iran nie zmądrzeje”.

Rynki coraz wyraźniej wydają się uwięzione między tymi naprzemiennymi sygnałami. Efektem jest znacząca zmienność cen, bez jednego rozstrzygnięcia, które ma kluczowe znaczenie: ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz i normalizacji regionalnych przepływów energii.

Jednocześnie uwaga rynku coraz bardziej przesuwa się z wystrzeliwanych rakiet na logistykę i magazynowanie. Dane Kpler pokazują, że od połowy kwietnia żaden tankowiec przewożący irańską ropę nie przekroczył linii blokady, a załadunki ropy spadły z około 2,1 mln baryłek dziennie przed zakłóceniami do obecnych 640 tys. baryłek dziennie. Równocześnie pływające zapasy w Zatoce wzrosły z około 23 mln do 42 mln baryłek, a kolejne 15 mln baryłek gromadzi się na lądzie. Te rosnące zapasy oznaczają baryłki, które utknęły, a nie te usunięte z rynku – i stanowią punkt nacisku, który administracja USA ma nadzieję wykorzystać, aby ostatecznie skłonić Iran do powrotu do negocjacji.

Pojawiły się jednak pewne ostrożne sygnały ruchu. Ograniczony ruch tankowców z Chin i Korei Południowej został ostatnio wznowiony, a Indie przygotowują się do ponownego odbioru ładunków od dostawców z Bliskiego Wschodu. Wolumeny te pozostają jednak ułamkiem normalnych poziomów i nie wskazują jeszcze na znaczącą normalizację.

Najnowszy tygodniowy raport EIA dotyczący rynku ropy dostarczył kolejnych dowodów na utrzymujące się zacieśnienie rynku fizycznego. Łączne zapasy ropy w USA spadły o rekordowe 17,8 mln baryłek, choć niemal 10 mln baryłek tego spadku wynikało z uwolnienia surowca ze Strategicznej Rezerwy Ropy Naftowej. Komercyjne zapasy ropy zmniejszyły się jednak o znaczące 7,9 mln baryłek, a zapasy w Cushing spadły czwarty tydzień z rzędu.

Import wzrósł, wspierany przez dostawy ropy z Wenezueli, które osiągnęły najwyższy poziom od 2018 roku, ale zostało to w dużej mierze zrównoważone kolejnym wzrostem eksportu, ponieważ międzynarodowy popyt nadal kierował amerykańską ropę typu light sweet na globalne rynki. Zapasy destylatów wzrosły nieznacznie, ale pozostają blisko najniższych sezonowych poziomów od ponad dwóch dekad, co wzmacnia sygnały utrzymującego się napięcia w segmencie średnich destylatów.

Tymczasem Goldman Sachs szacuje, że widoczne globalne zapasy ropy i produktów naftowych spadają w rekordowym tempie, a w tym miesiącu zmniejszają się dotąd o 8,7 mln baryłek dziennie.

Na razie ceny kontraktów terminowych mogą nadal reagować na doniesienia dotyczące działań dyplomatycznych i zmieniającą się retorykę polityczną. Jeśli jednak nie przełożą się one na znaczący wzrost przepływów fizycznych, słabość cen może pozostać w większym stopniu napędzana oczekiwaniami niż fundamentami. Kontrakty terminowe reagują na doniesienia; natomiast rynki fizyczne nadal opierają się na rzeczywistych dostawach.

Podczas gdy Brent pozostaje w trendzie bocznym, ceny oleju napędowego i paliwa lotniczego spadły

Podczas gdy Brent pozostaje w trendzie bocznym, ceny oleju napędowego i paliwa lotniczego spadły – źródło: Bloomberg i Saxo

Dane EIA pokazujące spadek zapasów ropy i produktów naftowych oraz gwałtowny wzrost eksportu – źródło: Bloomberg i Saxo

Dane EIA pokazujące spadek zapasów ropy i produktów naftowych oraz gwałtowny wzrost eksportu – źródło: Bloomberg i Saxo

Hotel Gołębiewski w Pobierowie z rezerwacyjnym rekordem. Ponad 2 tys. zgłoszeń w dobę

Pierwsza rezerwacja wpłynęła jeszcze w pierwszej minucie. To, co wydarzyło się przez kolejne 24 godziny, rzadko zdarza się nawet na dojrzałych rynkach hotelarskich. Hotel Gołębiewski w Pobierowie po uruchomieniu możliwości rezerwacji na sezon wakacyjny 2026 przeżywa prawdziwe oblężenie, a liczba chętnych, mimo spodziewanego zainteresowania, przerosła oczekiwania.

Pierwsze minuty po uruchomieniu rezerwacji

W pierwszej dobie od uruchomienia systemu złożono 2 119 rezerwacji. Szczytowy ruch przypadł na godzinę 11:00–12:00, kiedy do systemu trafiało 229 zgłoszeń – jedno co 16 sekund. W pierwszej dobie strona internetowa odnotowała 249 501 tysięcy wejść.

Największym zainteresowaniem cieszy się termin 26 czerwca, który w ciągu zaledwie kilku godzin stał się najchętniej wybieraną datą w całej ofercie. To efekt rozpoczynających się wakacji, wielu Polaków planuje wyjazd bezpośrednio po zakończeniu roku szkolnego.

Spodziewaliśmy się dużego zainteresowania naszym nadmorskim obiektem, jednak skala przerosła nasze oczekiwania. Przez pierwszą dobę pracowaliśmy na mocno zwiększonych obrotach, jednak z dumą mogę powiedzieć, że stanęliśmy na wysokości zadania. Hotel Gołębiewski w Pobierowie rozpocznie sezon wakacyjny z przytupem – mówi Marta Masłowska, Dyrektor Sprzedaży Centralnej w Gołębiewski Holding.

Tempo, w jakim zapełniają się terminy w Pobierowie, nie ma precedensu w polskiej branży hotelarskiej w segmencie wypoczynkowym. To sygnał, że polski rynek turystyczny dojrzał do produktów, które do tej pory kojarzyły się wyłącznie z ofertą zachodnioeuropejską.

Widzimy ogromne zainteresowanie projektem, dlatego wychodząc naprzeciw oczekiwaniom przyszłych gości, dokładamy wszelkich starań, aby uruchomić hotel wcześniej niż pierwotnie zakładaliśmy i udostępnić go gościom być może jeszcze przed rozpoczęciem sezonu wakacyjnego. O postępach i kolejnych etapach realizacji będziemy informować na bieżąco. Wierzymy, że taki kompleks ma realny potencjał, by odczarować sezonowość nad Morzem Bałtyckim i przyciągać gości przez cały rok – dodaje Agnieszka Gawińska – Rucińska, Członek Zarządu Gołębiewski Holding.

Rynek pracy wysyła sygnał schłodzenia. Dynamika płac wyraźnie hamuje

Kwietniowe dane o wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw przyniosły wyraźne wyhamowanie dynamiki płac. Przeciętne wynagrodzenie brutto w firmach zatrudniających powyżej 10 osób, z wyłączeniem sektora publicznego, wzrosło o 5,4 proc. rok do roku, wobec oczekiwań rynkowych na poziomie 6,0 proc. Średnia płaca wyniosła 9 530,74 zł brutto.

Obecne dane potwierdzają wyraźne wygaszanie presji płacowej w gospodarce. Jeszcze kilka kwartałów temu szybki wzrost wynagrodzeń był wskazywany jako jeden z głównych czynników presji inflacyjnej. Dziś ryzyko to wyraźnie maleje, zwłaszcza w warunkach dominującego wpływu zewnętrznego szoku podażowego na rynku energii.

W takim otoczeniu Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje ostrożne podejście i pozostaje w trybie „wait and see”. Oznacza to, że dalsze decyzje dotyczące stóp procentowych będą w najbliższych miesiącach uzależnione przede wszystkim od napływających danych makroekonomicznych, skali przenoszenia się inflacji na kolejne obszary gospodarki oraz oceny trwałości obecnych procesów inflacyjnych.

Enefit z nowym modelem operacyjnym w Polsce i planami rozwoju OZE

Estońska spółka energetyczna Enefit wzmacnia swoją pozycję na polskim rynku. Od 1 maja br. firma rozszerzyła działalność w Polsce o odnawialne moce wytwórcze Enefit Green, integrując swoje kompetencje w obszarze zielonej energii. Zmiany są częścią szerszej reorganizacji struktur Grupy na wszystkich rynkach oraz realizowanej konsekwentnie strategii rozwoju segmentu OZE.

W nowym modelu operacyjnym działalność związana z rozwojem i zarządzaniem odnawialnymi źródłami energii będzie prowadzona w ramach spółki Enefit, co – przy wsparciu silnego zaplecza Grupy Eesti Energia – pozwoli na jeszcze lepszą integrację kompetencji oraz oferowanie klientom bardziej spójnych i zintegrowanych rozwiązań energetycznych. Portfel projektów OZE Enefit Green w Polsce obejmuje 21 farm o łącznej mocy około 33 MW, a dodatkowo spółka rozwija 8 projektów farm wiatrowych o planowanej łącznej mocy do 360 MW.

Enefit jest obecny na polskim rynku od 2016 roku, a tegoroczne 10-lecie działalności spółki zbiega się z rozpoczęciem kolejnego etapu jej rozwoju. W ramach zmian w strukturach, z dniem 1 maja nowoutworzoną funkcję Country Managera Enefit w Polsce objął Łukasz Musiałkiewicz, dotychczasowy prezes spółki. W tej roli będzie odpowiadać za całościowy rozwój działalności spółki na rynku krajowym – obejmujący obszar odnawialnych źródeł energii, sprzedaży energii, usług dla klientów biznesowych oraz elektromobilności – a także za realizację strategii Grupy Enefit, budowanie organizacji i relacji z kluczowymi partnerami oraz interesariuszami.

Przez ostatnie 10 lat konsekwentnie rozwijaliśmy obecność Enefit w Polsce, budując relacje z klientami biznesowymi i poszerzając zakres oferowanych rozwiązań energetycznych. Dziś wchodzimy w kolejny etap rozwoju, w którym chcemy jeszcze mocniej wspierać firmy w transformacji energetycznej i dostarczać im rozwiązania oparte na zielonej energii. To ważny moment dla Enefit i dobra baza do dalszego wzrostu – mówi Łukasz Musiałkiewicz, Country Manager Enefit w Polsce.

Wszystkie zmiany wynikają z szerszej reorganizacji Enefit na wszystkich rynkach. Nowy model działania ma wspierać dalszy rozwój spółki na kluczowych rynkach, w tym w Polsce.

Nowa mapa biznesu: wygrają miasta z energią, talentami i infrastrukturą dla AI

Sztuczna inteligencja, ograniczenia w dostępie do energii oraz zmiany demograficzne w nadchodzących latach mogą całkowicie przekształcić globalne centra biznesowe – wynika z raportu Colliers „Building Resilience: 5 Megatrends Redefining Corporate Real Estate”. Jednocześnie analiza pokazuje, że wiele organizacji wciąż nie jest przygotowanych na skalę i tempo tych zmian.

Z badania wynika, że to właśnie obszary o największym wpływie na przyszłość biznesu – takie jak rozwój AI czy rosnące zapotrzebowanie na energię – są jednocześnie tymi, w których firmy wykazują najniższy poziom gotowości. Luka między potencjalnym oddziaływaniem megatrendów a zdolnością firm do reagowania na nie staje się jednym z kluczowych wyzwań strategicznych dla przedsiębiorstw na całym świecie.

AI zmienia biznes, ale firmy nie nadążają z wdrożeniami

Choć sztuczna inteligencja jest dziś uznawana za jeden z głównych motorów transformacji gospodarki i przewagi konkurencyjnej, wiele organizacji wciąż znajduje się na bardzo wczesnym etapie jej wdrażania. Z danych Colliers wynika, że mniej niż jedna trzecia firm ma dziś spójną strategię wykorzystania AI, a pozostałe dopiero planują jej wdrożenie. Co więcej, nawet tam, gdzie projekty już ruszyły, ich efektywność pozostaje ograniczona – tylko około jedna czwarta inicjatyw przynosi oczekiwany zwrot z inwestycji, a w przypadku generatywnej sztucznej inteligencji odsetek nieudanych wdrożeń sięga nawet 95%.

Jednocześnie rośnie znaczenie dostępu do odpowiedniej infrastruktury cyfrowej i wysoko wykwalifikowanych specjalistów, co już dziś wpływa na decyzje firm dotyczące lokalizacji inwestycji. Oznacza to, że w najbliższych latach konkurencja między miastami i regionami będzie coraz silniej koncentrować się wokół zdolności wspierania rozwoju technologii AI.

Energia – nowe „wąskie gardło” rozwoju

Dynamiczny rozwój technologii, a w szczególności sztucznej inteligencji i centrów danych, powoduje gwałtowny wzrost zapotrzebowania na energię. Jak wskazuje raport, do 2030 roku Stany Zjednoczone i Chiny mogą odpowiadać za niemal 80% całkowitego wzrostu zużycia energii przez data center na świecie.

W praktyce oznacza to, że dostęp do stabilnych i konkurencyjnych cenowo źródeł energii staje się jednym z najważniejszych czynników decydujących o lokalizacji nowych inwestycji. Firmy coraz częściej muszą nie tylko analizować dostępność energii, ale również aktywnie inwestować w zwiększenie efektywności energetycznej swoich budynków oraz rozwijać alternatywne źródła zasilania, aby ograniczyć ryzyko operacyjne i koszty.

Dariusz Chrzanowski, dyrektor ds. strategii kontraktacji energii z firmy Colliers
Dariusz Chrzanowski, dyrektor ds. strategii kontraktacji energii z firmy Colliers

– Jeszcze kilka lat temu energia była dla nieruchomości głównie kosztem operacyjnym. Dziś staje się jednym z kluczowych czynników decydujących o możliwości rozwoju inwestycji. Szczególnie w przypadku centrów danych czy nowoczesnych parków logistycznych dostęp do stabilnej, przewidywalnej cenowo energii zaczyna mieć znaczenie porównywalne z lokalizacją czy dostępem do infrastruktury transportowej. Coraz więcej firm projektuje dziś nieruchomości wokół energetyki – uwzględniając lokalne źródła OZE, magazyny energii czy długoterminowe kontrakty PPA – komentuje Dariusz Chrzanowski, dyrektor ds. strategii kontraktacji energii z firmy Colliers.

Klimat zmienia zasady gry dla lokalizacji biznesu

Coraz istotniejszym czynnikiem wpływającym na strategie lokalizacyjne przedsiębiorstw stają się narastające ryzyka klimatyczne. Jak wskazuje raport Colliers, rosnąca częstotliwość ekstremalnych zjawisk pogodowych oraz długoterminowe zmiany klimatyczne istotnie wpływają na profil ryzyka wielu kluczowych rynków nieruchomości. W konsekwencji część dotychczasowych centrów biznesowych może w perspektywie kolejnych dekad wymagać kosztownych działań adaptacyjnych lub tracić na atrakcyjności inwestycyjnej.

Dodatkowo, coraz bardziej restrykcyjne regulacje środowiskowe oraz rosnące oczekiwania inwestorów i najemców powodują, że kwestie klimatyczne stają się integralnym elementem strategii biznesowych i nieruchomościowych. Oznacza to konieczność uwzględniania odporności aktywów na ryzyka fizyczne, a także ich zgodności z wymaganiami dotyczącymi zrównoważonego rozwoju.

Europa się starzeje. Firmy muszą szukać talentów dalej

Równolegle przedsiębiorstwa mierzą się z rosnącą presją demograficzną, szczególnie w Europie i Ameryce Północnej. Starzejące się społeczeństwa oraz malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym powodują, że dostęp do talentów staje się coraz bardziej ograniczony. Według szacunków przywoływanych w raporcie, do końca dekady aż 150 milionów miejsc pracy na świecie może zostać obsadzonych przez starszych pracowników.

W tej sytuacji firmy będą zmuszone do zmiany dotychczasowych strategii zarządzania kapitałem ludzkim. Oznacza to nie tylko większe inwestycje w podnoszenie kwalifikacji pracowników, ale również bardziej globalne podejście do rekrutacji oraz dostosowanie środowiska pracy do potrzeb różnych pokoleń. Jednocześnie rośnie znaczenie elastyczności – zarówno pod względem modeli pracy, jak i lokalizacji biur.

Dorota Osiecka, partnerka, dyrektorka Colliers Define
Dorota Osiecka, partnerka, dyrektorka Colliers Define

– Pomimo zmian na rynku pracy, zdobycie i utrzymanie kluczowych talentów, to nadal duże wyzwanie dla pracodawców. Umiejętność stworzenia środowiska pracy, w którym pracownicy mogą efektywnie realizować swój potencjał, to ważny aspekt strategii firmy. W ostatnich latach obserwujemy, że coraz więcej pracodawców odchodzi od jednego uniwersalnego modelu pracy, delegując na szefów zespołów odpowiedzialność za decyzje dotyczące pracy zdalnej i biurowej. W praktyce oznacza to, że często w organizacji funkcjonują różne modele. Podejmując decyzje dotyczące biura warto uwzględnić zróżnicowanie przestrzeni, tak aby adekwatnie wspierać potrzeby pracowników o różnych stylach pracy i rytmie obecności w biurze – wyjaśnia Dorota Osiecka, partnerka, dyrektorka Colliers Define.

Nowa mapa wzrostu gospodarczego

Zmiany technologiczne i demograficzne idą w parze z przekształceniami w globalnym układzie gospodarczym. Rosnące znaczenie rynków wschodzących, szczególnie w Azji, powoduje, że dotychczasowe centra wzrostu stopniowo tracą przewagę. Z prognoz wynika, że region ten może odpowiadać za około 60% światowego wzrostu gospodarczego w nadchodzących dekadach.

Dla firm oznacza to konieczność dywersyfikacji obecności geograficznej oraz poszukiwania nowych rynków wzrostu. Jednocześnie napięcia geopolityczne i zmieniające się łańcuchy dostaw sprawiają, że decyzje lokalizacyjne stają się bardziej złożone i wymagają uwzględnienia nie tylko kosztów, ale także ryzyka i odporności operacyjnej.

Jak firmy mogą się przygotować

W obliczu tych wyzwań kluczowe staje się budowanie elastyczności i odporności organizacyjnej. Raport Colliers wskazuje, że przedsiębiorstwa powinny już dziś odchodzić od sztywnych modeli zarządzania nieruchomościami na rzecz bardziej adaptacyjnych rozwiązań, które pozwolą szybciej reagować na zmiany rynkowe. Coraz większe znaczenie zyskują również strategie rozproszone, takie jak model „hub and spoke”, który umożliwia łączenie głównych centrów operacyjnych z mniejszymi lokalizacjami bliżej pracowników i rynków.

Elastyczność stała się jednym z kluczowych elementów strategii nieruchomościowych. W dynamicznym otoczeniu firmy potrzebują rozwiązań, które pozwalają szybko dostosować skalę i sposób wykorzystania powierzchni – zarówno w odpowiedzi na rozwój zespołów, jak i zmieniające się modele pracy. Z tego względu organizacje coraz częściej włączają do swoich strategii biura elastyczne, traktując je jako istotny element budowania odporności i możliwość szybkiego reagowania na zmiany – mówi Robert Romanowski, ekspert z Działu Powierzchni Biurowych, Colliers.

Równocześnie firmy powinny ściślej integrować decyzje dotyczące nieruchomości z planowaniem łańcuchów dostaw oraz inwestować w rozwiązania zwiększające efektywność energetyczną i odporność na ryzyka klimatyczne. To właśnie zdolność do łączenia tych elementów – technologii, lokalizacji, ludzi i infrastruktury – będzie w najbliższych latach decydować o przewadze konkurencyjnej.

Zdaniem autorów raportu skala i tempo nadchodzących zmian sprawiają, że odkładanie decyzji na później przestaje być opcją. Organizacje, które już dziś podejmą działania adaptacyjne, mogą nie tylko ograniczyć ryzyka, ale także wykorzystać transformację jako impuls do dalszego rozwoju.

Umiarkowane wejście produkcji przemysłowej w Polsce w II kwartał 2026 r.

Kwietniowy wzrost produkcji przemysłowej do 3,1 proc. r/r oznacza dość istotne wyhamowanie po bardzo mocnym marcu. Odczyt ten potwierdza, że wcześniejsze przyspieszenie miało w dużej mierze charakter jednorazowego odbicia po słabszym początku roku. Nadal czynnikiem determinującym dynamikę produkcji pozostaje konflikt w Zatoce Perskiej i jego oddziaływanie na kształtowanie się kluczowym surowców produkcyjnych. Mimo spowolnienia przemysł pozostaje na ścieżce wzrostu, choć jego tempo jest już bardziej umiarkowane. W tle nadal widoczne są bariery w postaci słabszego popytu oraz wysokich kosztów produkcji. Dane sugerują więc raczej stabilizację koniunktury niż trwałe, mocne ożywienie.

Finansowanie ochrony zdrowia za wyniki? Dr Łukasz Rakasz: najpierw trzeba nauczyć się dobrze mierzyć jakość

Ustawa o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta z 2023 roku daje podstawę do definiowania wskaźników jakości i wykorzystywania ich w kontraktowaniu.

Polski system ochrony zdrowia od lat mierzy przede wszystkim to, co najłatwiej policzyć: liczbę porad, hospitalizacji, procedur, punktów rozliczeniowych, kontraktów i wykonanych świadczeń. To są dane potrzebne, ale niewystarczające dla oceny efektywności systemu opieki zdrowotnej. Pacjenta nie interesuje przecież, ile system wykonał czynności. Interesuje go, czy po leczeniu żyje dłużej, funkcjonuje lepiej, cierpi mniej, krócej czeka na pomoc, ma mniej powikłań i nie zostaje sam po wypisie ze szpitala. Dlatego coraz częściej wraca hasło finansowania opieki zdrowotnej za wyniki — outcome-based financing, value-based payment, pay-for-performance, pay-for-results. Brzmi atrakcyjnie: zamiast płacić za samą aktywność, płaćmy za efekt. Zamiast premiować liczbę procedur, premiujmy poprawę zdrowia. Zamiast rozliczać system z ruchu, rozliczajmy go z kierunku.

Najpierw mierzyć. Dopiero potem płacić

To jest kluczowa lekcja dla Polski. Outcome-based financing nie zaczyna się od przelewu. Zaczyna się od definicji wskaźnika. Trzeba wiedzieć, co dokładnie mierzymy. Czy 30-dniowa śmiertelność po zawale jest liczona od przyjęcia, od wypisu, czy od zabiegu? Czy ponowna hospitalizacja obejmuje każde ponowne przyjęcie do szpitala (np. złamana noga), czy tylko możliwe do uniknięcia powikłanie zawału? Jak uwzględnić wiek, choroby współistniejące, status społeczno-ekonomiczny, ciężkość przypadku i dostępność opieki po wypisie? Kto zatwierdza dane? Jak wykrywamy manipulację kodowaniem? Jak odróżniamy placówkę dobrą od placówki, która wybiera łatwiejszych pacjentów?

Bez odpowiedzi na te pytania finansowanie za wyniki staje się finansowaniem za pozór wyniku. Dlatego najważniejszym instrumentem poprzedzającym outcome-based financing jest audyt i feedback – systematyczne mierzenie jakości i przekazywanie placówkom informacji zwrotnej. Najlepiej nie w formie karzącego rankingu, lecz w formie porównania do grupy podobnych jednostek, z jasnym pokazaniem, gdzie jesteśmy, gdzie są najlepsi i co konkretnie można poprawić.

Dania zbudowała silną kulturę rejestrów klinicznych. Izrael od lat monitoruje jakość w podstawowej opiece zdrowotnej, także z analizą nierówności. Estonia prowadzi program premii jakościowej w POZ w warunkach bardziej porównywalnych do naszego regionu niż systemy anglosaskie. Anglia w wybranych obszarach szpitalnych stosowała taryfy najlepszej praktyki, premiując nie samo wykonanie procedury, ale przeprowadzenie leczenia zgodnie z dowodami naukowymi.

To są dla Polski ciekawsze inspiracje niż kopiowanie największych amerykańskich programów, które są skomplikowane, kosztowne i często nie dają się przenieść na europejski system publiczny.

Polska ma podstawę prawną, ale nie może pójść za szybko

Dobra wiadomość jest taka, że Polska nie musi zaczynać od zera. Ustawa o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta z 2023 roku daje podstawę do definiowania wskaźników jakości i wykorzystywania ich w kontraktowaniu. Narodowy Fundusz Zdrowia ma instrumenty zakupowe. Centrum Monitorowania Jakości może pełnić istotną rolę w niezależnym pomiarze. AOTMiT ma kompetencje metodologiczne. CeZ rozwija infrastrukturę cyfrową.

Zła wiadomość jest taka, że same instytucje nie wystarczą. Potrzebujemy ich jasnego rozdzielenia ról. Ministerstwo Zdrowia powinno określać politykę. NFZ powinien kupować świadczenia. CMJ powinno mierzyć jakość w sposób możliwie niezależny. AOTMiT powinien odpowiadać za metodologię, ocenę technologii i zasady interpretacji dowodów.

Jeżeli ten sam podmiot jednocześnie płaci, mierzy, karze, publikuje rankingi i zmienia reguły gry, zaufanie świadczeniodawców szybko zniknie. A bez zaufania finansowanie za wyniki zamienia się w konflikt o wskaźniki.

Dlatego polski plan powinien być konserwatywny. Nie dlatego, że brakuje ambicji. Właśnie dlatego, że ambicja wymaga powagi.

Trzy rzeczy, które Polska może zrobić w latach 2026–2027

Pierwszym rozsądnym krokiem jest premia jakościowa w podstawowej opiece zdrowotnej, czyli polska wersja premii dla POZ inspirowana Estonią i Izraelem. Powinna dotyczyć kilku stabilnych obszarów: cukrzycy, nadciśnienia, szczepień, opieki po wypisie ze szpitala i profilaktyki u pacjentów wysokiego ryzyka. Przez pierwsze 6–12 miesięcy placówki powinny otrzymywać wyłącznie informację zwrotną, bez konsekwencji finansowych. Dopiero po tym okresie można uruchomić premię — najlepiej dodatnią, a nie karną.

Drugi krok to narodowe dashboardy jakości i bezpieczeństwa, początkowo bez pieniędzy. Polska powinna zbudować system audytu i informacji zwrotnej dla POZ, szpitali i onkologii. Każdy świadczeniodawca powinien widzieć swoje wyniki na tle podobnych jednostek. Nie w formie medialnej tabeli „najlepszy–najgorszy”, lecz w formie narzędzia zarządczego i klinicznego. To tańsze, bezpieczniejsze i lepiej udokumentowane niż natychmiastowe uruchamianie skomplikowanych premii.

Trzeci krok to jeden wąski pilotaż szpitalnego kontraktu jakościowego. Nie reforma całego lecznictwa szpitalnego. Nie narodowa mega-matryca. Jeden obszar, dobrze wybrany: na przykład złamanie szyjki kości udowej, endoprotezoplastyka, prewencja delirium, odzwyczajanie od respiratora albo opieka okołoporodowa. Mechanizm może przypominać angielską taryfę najlepszej praktyki: dodatkowe finansowanie za spełnienie jasno określonej, dowodowej ścieżki leczenia i zbieranie i raportowanie wyników leczenia pacjentów.

To wystarczy na początek. Więcej byłoby ryzykowne.

Największe ryzyko: karać tych, którzy leczą najtrudniejszych

Każdy system finansowania za wyniki musi zmierzyć się z problemem sprawiedliwości. Szpital leczący pacjentów starszych, biedniejszych, z wielochorobowością i ograniczonym wsparciem społecznym będzie miał gorsze surowe wyniki niż placówka obsługująca populację zamożniejszą i zdrowszą. To nie znaczy, że leczy gorzej.

Dlatego nie wolno opierać finansowania na prostych rankingach. Potrzebne są modele korekty ryzyka, uwzględniające choroby współistniejące, ciężkość stanu, historię leczenia, a docelowo także czynniki deprywacji społecznej. Ale korekta ryzyka jest nie tylko technicznym algorytmem. To decyzja moralna. Określa, za co odpowiada lekarz, za co placówka, za co pacjent, a za co państwo i warunki życia.

Szczególnie niebezpieczne są programy karne. Jeśli szpital ma być finansowo ukarany za ponowną hospitalizację, może zacząć unikać pacjentów, którzy mają największe ryzyko powrotu. Jeśli przychodnia jest rozliczana z idealnej kontroli cukrzycy, może niechętnie przyjmować pacjentów z ubóstwem, depresją, uzależnieniem albo brakiem stabilnego miejsca zamieszkania.

Dlatego lepsze są modele, które premiują zarówno poziom osiągnięcia, jak i poprawę. Izraelska logika 70/30 – częściowo nagradzająca zbliżanie się do indywidualnie wyznaczonego celu, a częściowo wynik absolutny – jest ciekawym wzorem, bo pozwala słabszym placówkom poprawiać się bez konieczności natychmiastowego dogonienia najlepszych.

Celem nie powinno być nagradzanie tych, którzy już są najlepsi. Celem powinno być podnoszenie całej podłogi systemu.

Nie wszystko, co ważne, da się łatwo zapłacić

W ochronie zdrowia istnieje pokusa, by każdy problem zamienić w KPI (kluczowe wskaźniki efektywności). To błąd. Niektóre wskaźniki są użyteczne do zarządzania, ale nie nadają się bezpośrednio do finansowania. Niektóre są zbyt podatne na manipulację. Inne są ważne, ale zbyt rzadkie, by sprawiedliwie rozliczać pojedyncze placówki. Jeszcze inne mierzą tylko fragment rzeczywistości.

Śmiertelność 30-dniowa jest ważna, ale nie mówi wszystkiego o jakości leczenia. Ponowna hospitalizacja może oznaczać błąd, ale może też oznaczać dobrą czujność kliniczną i szybki powrót pacjenta do opieki. HbA1c jest istotnym wskaźnikiem w cukrzycy, ale pacjent to nie wynik laboratoryjny. Czas oczekiwania jest ważny, ale nie mówi, czy wykonano właściwe leczenie. Satysfakcja pacjenta jest ważna, ale nie zawsze koreluje z medyczną skutecznością.

Dlatego dobry system musi być zbilansowany. Powinien łączyć wyniki kliniczne, bezpieczeństwo, doświadczenie pacjenta, dostępność, koszty, sprawiedliwość i ciągłość opieki. Powinien też mieć wskaźniki równoważące, które pilnują, czy poprawa jednego obszaru nie pogarsza innego.

Najgorszy model to taki, który bierze jeden wskaźnik, przywiązuje do niego pieniądze i ogłasza reformę.

Polska powinna oprzeć się kilku modnym pokusom

Po pierwsze, nie powinniśmy wdrażać szerokiej, szpitalnej punktacji jakościowej na wzór najbardziej rozbudowanych amerykańskich programów. Taki model jest trudny, kosztowny, mało przejrzysty i często daje niewielkie efekty.

Po drugie, nie powinniśmy zaczynać od kar za kolejne hospitalizacje bez silnych zabezpieczeń społecznych i klinicznych. To może uderzyć w szpitale leczące najbiedniejszych i najbardziej złożonych pacjentów.

Po trzecie, nie powinniśmy robić wielkiej reformy populacyjnej przed zbudowaniem infrastruktury danych. Bez dojrzałych rejestrów, dobrego łączenia danych, walidacji i korekty ryzyka będzie to bardziej reforma księgowa niż kliniczna.

Po czwarte, nie należy podpisywać kontraktów opartych na wynikach lekowych bez pełnego rejestru pacjentów, jasnego mianownika i niezależnego pomiaru efektu. W przeciwnym razie państwo będzie negocjować cenę w ciemności.

Po piąte, nie wolno zbierać PROMs i PREMs — czyli wyników i doświadczeń raportowanych przez pacjentów — tylko dlatego, że brzmią nowocześnie. Jeśli pacjent wypełnia ankietę, system musi z tych danych korzystać. Inaczej jest to biurokracja ubrana w język empatii.

Finansowanie za wyniki to nie reforma systemu. To narzędzie reformy

Najuczciwsze zdanie o outcome-based financing brzmi: to narzędzie przydatne, ale ograniczone. Może poprawiać wybrane procesy. Może zmniejszać niektóre koszty epizodów leczenia. Może promować standardy kliniczne. Może wzmacniać odpowiedzialność za populację pacjentów. Może przesunąć uwagę systemu z aktywności na efekt.

Ale nie zastąpi kadr. Nie skróci kolejek samą zmianą wskaźnika. Nie zbuduje łóżek opieki długoterminowej. Nie naprawi koordynacji między POZ, AOS i szpitalem, jeśli nikt jej organizacyjnie nie zaprojektuje. Nie rozwiąże problemu niedofinansowania świadczeń, jeśli taryfy są oderwane od realnych kosztów. Nie zastąpi cyfryzacji, interoperacyjności i kultury pracy z danymi.

Polska potrzebuje finansowania za wyniki, ale nie jako hasła politycznego. Potrzebuje go jako spokojnego, technicznego, dobrze sekwencjonowanego programu.

  • Najpierw: mierzyć.
  • Potem: pokazywać wyniki lekarzom i menedżerom.
  • Następnie: uczyć się poprawiać system.
  • Dopiero później: ostrożnie podłączać pieniądze.
  • I zawsze: pilnować, czy nie krzywdzimy pacjentów, których system powinien chronić najbardziej.

Jeżeli Polska w latach 2026–2027 wybierze drogę skromną, ale wiarygodną – premia jakościowa w POZ, narodowe dashboardy audytu i jeden wąski pilotaż szpitalny – może zbudować fundament pod prawdziwie nowoczesne kontraktowanie świadczeń. Jeśli natomiast zaczniemy od wielkiego modelu krajowego, wielu wskaźników i szybkich kar, ryzykujemy kolejną reformę, która dobrze wygląda w prezentacji, ale źle działa przy łóżku pacjenta.

Ostatecznie pytanie nie brzmi, czy płacić za wyniki. Pytanie brzmi: czy potrafimy uczciwie, sprawiedliwie i odpowiedzialnie zdefiniować wynik, za który chcemy płacić.

Bo w ochronie zdrowia najważniejsze nie jest to, żeby system zapłacił mniej. Najważniejsze jest to, żeby pacjent otrzymał lepszą opiekę – a państwo wiedziało, za co naprawdę płaci.

Nie jeden model, lecz piętnaście różnych mechanizmów

Outcome-based financing nie jest jednym modelem płatności. To raczej rodzina mechanizmów, które doklejają element jakościowy do istniejącego sposobu finansowania. Można go zastosować do opłaty za procedurę, kapitalizację, ryczałtu, budżetu globalnego, kontraktu lekowego albo programu populacyjnego.

W tej rodzinie mieszczą się bardzo różne rozwiązania: premie jakościowe w podstawowej opiece zdrowotnej, płatność za raportowanie danych, potrącenia i późniejsze odzyskanie środków po spełnieniu warunków, płatności pakietowe za epizod leczenia, wspólne oszczędności, kontrakty jakościowe, programy lekowe z rozliczaniem efektów, modele populacyjne, kontrakty profilaktyczne, a nawet instrumenty oparte na wynikach społecznych.

To rozróżnienie ma znaczenie. Czym innym jest premia dla lekarza rodzinnego za poprawę kontroli cukrzycy w populacji pacjentów, czym innym kontrakt szpitalny za leczenie złamania szyjki kości udowej według ścieżki opartej na dowodach naukowych, a czym innym umowa z producentem bardzo drogiego leku onkologicznego, w której cena zależy od rzeczywistej skuteczności terapii.

Wszystkie te mechanizmy łączy jedna idea: jakaś część przychodu zależy od mierzalnego efektu. Ale diabeł tkwi w szczegółach: kto odpowiada za wynik, jak jest on mierzony, czy pacjenci są porównywalni, czy dane są wiarygodne, czy wskaźnik nie zachęca do manipulacji, jak duża jest premia i czy nie karzemy tych, którzy leczą najtrudniejsze przypadki.

Co pokazują doświadczenia międzynarodowe?

Najważniejsza lekcja z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Holandii, Estonii, Izraela, Danii, Niemiec czy Szwecji jest taka: najłatwiej poprawić wskaźniki procesowe, dużo trudniej poprawić realne wyniki zdrowotne.

Jeśli system płaci za wykonanie pomiaru ciśnienia, oznaczenie HbA1c, szczepienie, kontrolę po wypisie albo spełnienie konkretnej ścieżki klinicznej, zwykle widać poprawę. Najczęściej jest to kilka punktów procentowych, czasem więcej, zwłaszcza tam, gdzie punkt wyjścia był słaby. Ale przełożenie tych zmian na śmiertelność, sprawność, liczbę powikłań czy jakość życia jest znacznie mniej pewne.

Programy pakietowe w procedurach ortopedycznych czy wybranych epizodach szpitalnych potrafią obniżać koszty o kilka procent bez pogorszenia jakości. Modele wspólnych oszczędności w amerykańskim Medicare przynoszą umiarkowane, ale trwałe efekty, zwłaszcza gdy są prowadzone przez organizacje lekarskie, a nie wielkie systemy szpitalne. Z kolei szerokie, szpitalne programy pay-for-performance z wieloma wskaźnikami i małą premią finansową często nie pokazują istotnego wpływu na śmiertelność, doświadczenie pacjenta ani całkowite koszty.

Jeszcze bardziej pouczające są przykłady niepowodzeń. Amerykański program ograniczania ponownej hospitalizacji zmniejszył ich liczbę, ale w niektórych analizach pojawiły się sygnały niepokojące, w tym możliwy wzrost śmiertelności u pacjentów z niewydolnością serca i nadmierne karanie szpitali obsługujących biedniejsze populacje. To klasyczne ostrzeżenie: wskaźnik może się poprawiać, a system niekoniecznie staje się bardziej sprawiedliwy ani bezpieczny.

Brytyjski Quality and Outcomes Framework poprawił wiele wskaźników w podstawowej opiece zdrowotnej, ale efekty z czasem się wypłaszczyły. Co więcej, gdy część wskaźników wycofano w Szkocji, jakość w wielu obszarach spadła. To oznacza, że bodźce finansowe potrafią utrzymywać zachowanie, ale nie zawsze zamieniają je w trwałą kulturę zawodową.

Najbardziej stabilne pozytywne doświadczenia pochodzą nie z systemów, które od razu „płaciły za wynik”, lecz z tych, które najpierw przez lata budowały pomiar, informację zwrotną, rejestry, zaufanie i kulturę audytu klinicznego.

Przychody FO Dębica spadły o 8,2% w I kwartale 2026 roku

Firma Oponiarska Dębica S.A. (FO Dębica), wiodący na polskim rynku producent opon do samochodów osobowych i ciężarowych, osiągnęła w pierwszym kwartale 2026 roku przychody ze sprzedaży na poziomie 688,3 mln zł, wobec 749,6 mln zł w analogicznym okresie 2025 roku.

Wynik operacyjny FO Dębica sięgnął w tym okresie 36,8 mln zł (42,6 mln zł przed rokiem), a zysk netto ukształtował się na poziomie 33,3 mln zł (42,9 mln zł przed rokiem).

Marża brutto na sprzedaży w pierwszym kwartale 2026 r. wyniosła 5,9 proc. wobec 6,5 proc. w analogicznym okresie 2025 roku, a marża EBIT 5,3 proc. wobec 5,7 proc.

„Po pierwszym kwartale utrzymujemy stabilną kondycję finansową, a nasza sytuacja płynnościowa pozostaje bezpieczna. Osiągnięte rezultaty wynikają przede wszystkim z obniżenia jednostkowych kosztów wytworzenia, w szczególności w obszarze surowców i materiałów, co znalazło odzwierciedlenie w poziomie cen w rozliczeniach z podmiotami powiązanymi. Na wynik wpłynęły również niższe przychody finansowe, głównie w związku ze spadkiem rynkowych stóp procentowych.” – mówi Ireneusz Maksymiuk, Prezes FO Dębica S.A.

W pierwszym kwartale 2026 roku łączne koszty wytworzenia na jednostkę wyrobu spadły rdr o 7,9 proc., w tym koszty surowców i materiałów spadły o 12 proc., a koszty przerobu o 1,2 proc.

Przychody FO Dębica ze sprzedaży do podmiotów niepowiązanych w pierwszym kwartale 2026 r. wyniosły 28,3 mln zł, co oznacza spadek o 34,9 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2025 roku. Marża zysku brutto w relacji do przychodów od tych podmiotów wzrosła z 6,7 proc. do 16,3 proc.

Natomiast przychody ze sprzedaży do podmiotów powiązanych spadły w pierwszym kwartale o 6,5 proc. rdr, osiągając poziom 660,0 mln zł. Sprzedaż ta stanowiła 95,9 proc. sprzedaży ogółem wobec 94,2 proc. przed rokiem. Marża brutto w relacji do przychodów od tych podmiotów spadła rdr do 5,5 proc. z 6,4 proc.

Otoczenie branżowe pozostaje niesprzyjające – spółka wskazuje na osłabioną aktywność inwestycyjną oraz niższą dynamikę w sektorze transportowym.

Dodatkowym źródłem niepewności jest sytuacja na Bliskim Wschodzie. Ograniczenia w żegludze w Zatoce Perskiej oraz zakłócenia na rynkach energii mogą wpływać na koszty operacyjne i łańcuchy dostaw. Spółka prowadzi bieżący monitoring i wdraża działania ograniczające potencjalne skutki tych zjawisk, nie wykluczając ich wpływu w kolejnych kwartałach.

„Z uważnością monitorujemy sytuację rynkową i konsekwentnie dostosowujemy nasze działania do zmieniającego się otoczenia, uwzględniając również czynniki geopolityczne.

Naszą przewagą pozostaje doświadczony zespół, oferta wpisująca się w potrzeby rynku oraz stałe inwestycje w technologie wspierające efektywność. Dzięki temu możemy szybko reagować na zmiany rynkowe oraz budować trwałą wartość w długim okresie” mówi Prezes FO Dębica S.A.

Szczegóły dotyczące wyników przedstawia tabela poniżej:

w mln PLN 1Q 2026 1Q 2025 Zmiana
Przychody ze sprzedaży 688,3 749,6 -8,2%
Marża brutto 40,7 48,4 -15,9%
Wynik operacyjny (EBIT) 36,8 42,6 -13,6%
Wynik netto 33,3 42,9 -22,4%

 

KOMSA Poland chce zwiększyć przychody o około 10% rok do roku

KOMSA Poland zamknęła ubiegły rok przychodami na poziomie 767,7 mln zł, utrzymując stabilną pozycję na wymagającym rynku. Spółka kontynuuje inwestycje w rozwój logistyki i systemów IT, planując wzrost w kolejnych kwartałach. Wyniki oraz perspektywy rozwoju komentuje Dominik Kaczmarek, CEO KOMSA Poland Hemani Ventures.

Ubiegły rok upłynął na rynku dystrybucji ICT pod znakiem dużej zmienności i presji kosztowej, co wpłynęło na decyzje inwestycyjne vendorów, resellerów i klientów końcowych. W wielu przypadkach obserwowano przesunięcia projektów w czasie oraz większą ostrożność w podejmowaniu decyzji zakupowych. W przypadku KOMSA Poland nie przełożyło się to jednak negatywnie na przychody.

– Rok 2025 zamknęliśmy przychodami na poziomie blisko 768 mln zł, zachowując stabilność operacyjną. Dominującą rolę odgrywał sprzęt IT oraz rozwiązania telekomunikacyjne. Odnotowaliśmy istotny wpływ programów dla edukacyjnych  w ramach KPO oraz zmiany wywołane rozwoje AI – mówi Dominik Kaczmarek, CEO KOMSA Poland Hemani Ventures i dodaje: – Skala działalności, którą osiągnęliśmy w ubiegłym roku, wymaga dalszego wzmacniania efektywności operacyjnej, wspierającej i automatyzujących procesy sprzedażowe i logistyczne. Jest to konieczność w modelu dystrybucyjnym opartym na wysokich wolumenach i niskich marżach. Stąd szereg inwestycji planowanych na 2026.

Największy udział w strukturze przychodów KOMSA Poland stanowiła sprzedaż sprzętu IT, która wygenerowała ponad 523 mln zł. Istotnym filarem działalności pozostawały również rozwiązania telekomunikacyjne z przychodami na poziomie ponad 162 mln zł.

W 2026 roku spółka będzie koncentrowała się na kolejnych etapach transformacji technologicznej. Dotyczyły one inwestycji w rozwój infrastruktury logistycznej oraz wdrożenie nowych systemów IT. W tym klasy ERP, CRM i WMS.

– Wypracowane wyniki traktujemy jako punkt wyjścia do kolejnego etapu. Planujemy wzrost ok. 10% rok do roku. Aby to osiągnąć, obecnie inwestujemy w skalowalną  platformę operacyjną, która w perspektywie kolejnych lat umożliwi dalszą automatyzację procesów oraz optymalizację współpracy z partnerami – dodaje CEO KOMSA Poland.

Spółka zakłada dalszy rozwój biznesu mimo niepewności makroekonomicznej oraz zmian w globalnym otoczeniu rynkowym. Kluczowe znaczenie w najbliższym okresie będą miały według managera dostępność produktów, poziom ich cen oraz sentyment konsumencki, a także zmiany w WIBOR.

– W kolejnych kwartałach będziemy funkcjonować w otoczeniu pełnym napięcia pomiędzy spadkami wolumenów a presją wzrostu cen. Kluczowe będzie to, czy rynek utrzyma wartość sprzedaży przy zmieniającej się strukturze popytu. W tak rozedrganym środowisku istotne znaczenie mają elastyczność i silne relacje biznesowe z partnerami, budowane na zaufaniu, analityce biznesowej, wspólnych strategiach i szybkiej wymianie danych. To one pozwalają na szybką reakcję na wyzwania i wychodzenie z kryzysów silniejszymi – podsumowuje Dominik Kaczmarek.

Wspomniana zdolność do adaptacji i zarządzania zmiennością będzie w najbliższym czasie kluczowym czynnikiem wzrostu w dystrybucji ICT.

ASICS notuje mocny początek roku. Wzrost sprzedaży we wszystkich kategoriach

ASICS EMEA opublikował wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2026 roku. Przychody firmy wzrosły o 21,2% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku.

ASICS EMEA osiągnął rentowny wzrost we wszystkich kategoriach produktowych w pierwszym kwartale 2026 roku. Firma zanotowała również wyraźny wzrost w kanale hurtowym. Sprzedaż wzrosła rok do roku o 29,4%.

Według danych Jewell Running Group, ASICS jest najczęściej wybieraną marką obuwia przez biegaczy podczas najważniejszych wiosennych maratonów w Europie. Analiza obejmuje wyniki z maratonów w Sewilli, Mediolanie, Paryżu, Rotterdamie, Londynie i Hamburgu. ASICS utrzymuje pozycję lidera pod względem łącznej liczby butów widocznych na trasach maratońskich, a szczególnie mocną pozycję marka zajmuje w segmencie modeli bez płytki karbonowej. Kluczową rolę odgrywają tutaj serie NOVABLAST, SUPERBLAST oraz GEL-NIMBUS.

Z kolei według danych Circana, ASICS pozostaje marką numer 1 w kategorii Performance Running Footwear na pięciu kluczowych europejskich rynkach, we Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, w okresie ostatnich 12 miesięcy zakończonych w marcu 2026 roku. Firma odnotowała również znaczący wzrost udziałów rynkowych w segmencie SportStyle oraz utrzymała pozycję lidera w kategorii Core Performance Sports (tenis, sporty halowe i padel) w analizowanym okresie.

Nadal obserwujemy bardzo silny popyt na nasze produkty oraz wzrost we wszystkich kategoriach. Dzięki konsekwentnemu rozwojowi współpracy z partnerami handlowymi i wzmacnianiu naszej strategii dystrybucyjnej, nieustannie umacniamy swoją pozycję, budując wartość marki zarówno dla partnerów biznesowych, jak i konsumentów. Nasz unikalny cel, połączony z konsekwentnym podejściem do innowacji produktowych, znajduje odzwierciedlenie w rosnącym zainteresowaniu konsumentów. Inspirujemy coraz więcej osób do ruchu z korzyścią dla ciała i umysłu – podsumowuje Carsten Unbehaun, CEO ASICS EMEA.

Auto Partner z rekordową sprzedażą kwartalną. Przychody wzrosły do 1,17 mld zł

Grupa Auto Partner, jeden z największych dystrybutorów części samochodowych na polskim rynku, w I kwartale 2026 r. zanotowała przychody ze sprzedaży na poziomie 1,17 mld zł, co oznacza wzrost o 9% rok do roku. Była to jednocześnie najwyższa sprzedaż kwartalna w historii Spółki. Wynik EBITDA Grupy wyniósł blisko 104,6 mln zł (+47,2% r/r), a zysk operacyjny EBIT 88,1 mln zł (+56% r/r).  Zysk netto  zwiększył się o 58,3% do 62,1 mln zł.

Eksport, odpowiadający za ponad połowę przychodów Grupy, wzrósł o ponad 13% rok do roku. W kolejnych kwartałach jego dynamikę wspierać będzie nowe centrum logistyczne w Zgorzelcu, które powinno osiągnąć pełną operacyjność do końca pierwszego półrocza 2026 r. Dzięki lokalizacji przy granicy z Niemcami i Czechami flagowa inwestycja Grupy pozwala sprawniej obsługiwać kluczowe rynki Europy Zachodniej.

Pomimo niesprzyjających warunków pogodowych w styczniu i lutym, w pierwszym kwartale osiągnęliśmy satysfakcjonujący wzrost sprzedaży – był to najlepszy sprzedażowo kwartał w naszej historii – oraz osiągnęliśmy dwucyfrowe wzrosty wyników na poziomie EBITDA, EBIT i zysku netto. Na wzrost marży brutto do 27,8% wpływ miały m.in. umiarkowany wzrost kursu euro do złotego oraz wygasanie trendów deflacyjnych w cenach towarów, a w przypadku części asortymentu olejowego również wzrost cen wynikający z sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie. Jednocześnie nowe centrum logistyczne w Zgorzelcu – największa inwestycja w historii Grupy – zbliża się do pełnej operacyjności, umożliwiając sprawniejsze realizowanie zamówień i lepszą obsługę rosnącej sprzedaży w Europie Zachodniej. Nasze operacje pozostają stabilne i odporne na czynniki zewnętrzne, a ryzyka geopolityczne są monitorowane na bieżąco i obecnie nie mają istotnego wpływu na działalność Grupy – mówi Aleksander Górecki, Prezes Zarządu Auto Partner S.A.

W I kwartale 2026 r. sprzedaż w Polsce stanowiła 47,2% przychodów i osiągnęła 552,8 mln zł, co oznacza wzrost o 4,5% r/r. Eksport, odpowiadający za 52,8% sprzedaży, urósł o 13,4% do 617,3 mln zł, przy czym kluczowym rynkiem pozostaje Unia Europejska.

Dalsza ekspansja sprzedaży, skuteczna polityka cenowa i poprawa efektywności operacyjnej przełożyły się na znaczący wzrost finansowych wskaźników Grupy. Przy przychodach wyższych o 9% zysk z działalności operacyjnej wzrósł o 56%, a zysk netto o 58,3% rok do roku. Uruchomienie nowego centrum logistycznego w Zgorzelcu zwiększyło wydatki operacyjne, jednak dzięki utrzymaniu dyscypliny kosztowej udało się utrzymać dynamikę kosztów operacyjnych (9,9% r/r) na poziomie zbliżonym do wzrostu przychodów. Sprzedaż eksportowa rozwijała się dynamicznie, rosnąc w ujęciu rocznym o ponad 13%, ze szczególnie silnym wzrostem na rynku UE. W kolejnych miesiącach skupimy się na dalszej optymalizacji i automatyzacji procesów oraz dywersyfikacji oferty i rynków. Celem pozostaje dalsze wzmacnianie rentowności Grupy, rozwój sprzedaży w kraju i za granicą oraz wysoka dyscyplina kosztowa – mówi Piotr Janta, Wiceprezes Zarządu Auto Partner S.A.

WYBRANE DANE FINANSOWE PO I KWARTALE 2026 ROKU

1Q 2026 1Q 2025 Zmiana%
Przychody ze sprzedaży 1 170 033 1 073 292 9,0%
Sprzedaż w Polsce 552 750 529 055 4,5%
Sprzedaż zagraniczna 617 283 544 237 13,4%
Zysk brutto ze sprzedaży 324 873 272 638 19,2%
Rentowność brutto na sprzedaży 27,8% 25,4% 2,4 p.p.
EBITDA 104 588 71 038 47,2%
Rentowność EBITDA 8,9% 6,6% 2,3 p.p.
EBIT 88 127 56 502 56,0%
Rentowność EBIT 7,5% 5,3% 2,2 p.p.
Zysk netto 62 093 39 236 +58,3%
Rentowność netto 5,3% 3,7% 1,6 p.p.

 

Dywidenda

17 marca 2026 roku Zarząd Spółki zarekomendował wypłatę dywidendy z zysku netto dla akcjonariuszy Spółki w kwocie 19,6 mln zł, tj. po 0,15 zł na jedną akcję. Rada Nadzorcza na posiedzeniu w dniu 14 kwietnia 2026 roku pozytywnie zaopiniowała w/w wniosek Zarządu.  Ostateczną decyzję w powyższym zakresie podejmie Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki, które ustali dzień, według którego zostanie ustalona lista akcjonariuszy uprawnionych do dywidendy oraz termin jej wypłaty.

Dobry początek drugiego kwartału

Szacunkowe przychody Auto Partner w kwietniu br. wyniosły 430,5 mln zł wobec 372,3 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 15,6% r/r. Narastająco, po czterech miesiącach 2026 r., przychody przekroczyły 1,6 mld zł, rosnąc rok do roku o 10,7%, wskazując na solidną pozycję operacyjną Grupy.

Tradycyjna telewizja nadal mocna. Najczęściej oglądają ją seniorzy i mieszkańcy mniejszych miejscowości

Według najnowszego badania, obecnie 57,6% Polaków codziennie ogląda tradycyjną telewizję, co oznacza wzrost od ub.r. (53,4%). Częściej deklarują to mężczyźni niż kobiety. Głównie dot. to rodaków w wieku 45-54 lat, z miesięcznymi dochodami netto w przedziale 7000-8999 zł, a także mieszkańców miejscowości liczących 5-19 tys. ludności. Patrząc na status zawodowy, tak robią przede wszystkim emeryci, osoby zajmujące się domem i renciści. Z badania wiadomo też, że 21,9% Polaków śledzi tradycyjną telewizję kilka razy w tygodniu (w ub.r. – 24,2%), a 10,4% – rzadziej niż raz w tygodniu (poprzednio – 11,8%). Tylko 9,1% w ogóle tym się nie zajmuje (wcześniej – 9,9%). Autorzy badania uważają, że telewizja jako źródło ma się całkiem dobrze, a ostra rywalizacja między nadawcami stale przyciąga szeroką widownię.

Z badania UCE RESEARCH i Hybrid Europe wiemy, jak często Polacy oglądają tradycyjną telewizję. 57,6% respondentów deklaruje, że robi to codziennie (w 2025 roku – 53,4%). – Ten wynik zaskakuje i powinien być punktem wyjścia do głębszej analizy. Myślę, że przyczyn może być wiele, jak np. zmiana władzy oraz stopniowe przetasowanie widowni TVP, wzmożone zainteresowanie programami informacyjnymi, spowodowane intensyfikacją wydarzeń politycznych. Również rywalizacja między nadawcami powoduje, że ich oferty programowe ciągle przyciągają szeroką widownię – wyjaśnia Adam Iwiński, CEO Hybrid Europe, współautor badania.

Jak komentuje Jan Baczyński, Growth & Operations Director w Media Context, konsultant merytoryczny badania, w badanym okresie mieliśmy niezwykle istotne mecze reprezentacji Polski, które osiągały milionowe oglądalności. Tego typu wydarzenia nadal pokazują siłę telewizji na żywo i mogą okresowo poprawiać wyniki całego rynku. – Według danych firmy Nielsen, badającej widownię za pomocą telemetrii, coraz więcej jest na naszych telewizorach treści pochodzących z internetu. W percepcji widza może zacierać się granica między tradycyjną, linearną telewizją, a streamingiem czy innymi treściami wideo oglądanymi na ekranie telewizora – zauważa Adam Iwiński.

Do tego Jan Baczyński dodaje, że szeroki wachlarz ponad 180 stacji telewizyjnych przekłada się na możliwość wyboru programów, które faktycznie nas interesują. – Oczywiście sposób konsumpcji video na przestrzeni lat znacząco się zmienił. Widzowie coraz częściej korzystają ze streamingu, ale pojawia się też zjawisko zmęczenia nadmiarem wyboru. Użytkownicy platform VOD potrafią spędzić nawet 30 minut na samym szukaniu treści. Na tym tle telewizja linearna bywa po prostu łatwiejszym doświadczeniem. Widz włącza telewizor i akceptuje to, co aktualnie jest emitowane – dodaje ekspert.

Codziennie oglądają telewizję przede wszystkim osoby w wieku 45-54 lat (73,7%), z miesięcznymi dochodami w przedziale 7000-8999 zł netto (63,7%). Głównie są to mieszkańcy miejscowości liczących od 5 tys. do 19 tys. ludności (62,7%). Jak informuje Beata Komosa-Trzaska, Marketing & Client Solutions Director w Hybrid Europe, współautorka badania, wyniki dotyczące wieku są zgodne z ogólnym profilem tzw. heavy TV viewer, odnoszącym się do osób intensywnie oglądających tradycyjną telewizję. Przyzwyczajenie do linearnego odbioru telewizji jest skorelowane z wiekiem.

– Z kolei dane związane z zarobkami nie wskazują na wyraźną i jednoznaczną korelację z częstotliwością oglądania telewizji. Analiza deklaracji i wielkości miejsca zamieszkania pokazuje natomiast wyraźnie, że codzienne śledzenie telewizji to domena raczej mieszkańców mniejszych miejscowości. W miastach liczących powyżej 200 tys. ludności mamy wyraźną nadreprezentację osób oglądających telewizję rzadziej niż raz w tygodniu – zwraca uwagę Beata Komosa-Trzaska.

Biorąc pod uwagę status zawodowy, respondenci zostali podzieleni na 9 grup (m.in. pracujący w pełnym wymiarze godzin, zajmujący się domem czy bezrobotni). I jak wynika z badania, codziennie oglądają telewizję głównie osoby będące na emeryturze (wśród nich – 70,6%), zajmujące się domem (66,7%) oraz przebywające na rencie (65,7%). Adam Iwiński podkreśla, że telewizja jest najprostszą i najbardziej dostępną formą rozrywki, stąd nadreprezentacja wymienionych grup spędzających dużo czasu w domu. Dodatkowo, status emeryta pokazuje, że poza czynnikiem materialnym, mamy tu też do czynienia ze wzorcem związanym z wiekiem.

– Telewizja często jest medium towarzyszącym, więc naturalnie jest chętniej konsumowana w ciągu dnia przez osoby, które mają więcej wolnego czasu na jej oglądanie. Dodatkowo w grę wchodzą tutaj również kwestie pokoleniowe, bo dla osób na emeryturze, telewizor niemal od zawsze był jedną z podstawowych czy też głównych rozrywek na przestrzeni czasu – zwraca uwagę Jan Baczyński.

Z kolei 21,9% respondentów deklaruje, że tradycyjną telewizję ogląda kilka razy w tygodniu (rok wcześniej – 24,2%). Z kolei 10,4% badanych robi to rzadziej niż raz w tygodniu (poprzednio – 11,8%). 9,1% w ogóle nie ogląda (9,9%), a 1% nie pamięta, jak często tym się zajmuje (0,7%). Jak podsumowuje Jan Baczyński, zmienia się rola samego telewizora. Coraz częściej nie służy wyłącznie do oglądania telewizji linearnej, ale np. do streamingu i gamingu. Widać to po rosnącym udziale treści spoza tradycyjnej telewizji oglądanych na ww. ekranie. W Polsce już ponad połowa gospodarstw domowych ma podłączony telewizor do internetu, co zwiększa konkurencję o uwagę widza. Istotne są też zmiany pokoleniowe. Dla generacji Z to urządzenie pełni inną funkcję niż dla seniorów. To wszystko wpływa na sposób konsumpcji mediów.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i Hybrid Europe na ogólnopolskiej próbie 1015 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci oraz regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.

Grupa Recykl rozwija działalność na Litwie. Rusza sieć zbiórki opon

Grupa Recykl: ruszyła budowa sieci zbiórki opon używanych na Litwie. Jej operatorem będzie, przejęta przez polską firmę, litewska spółka APG. W tym roku, we współpracy z siecią punktów wymiany opon, firmy transportowe oraz miejsca selektywnej zbiórki odpadów, zostanie rozlokowanych kilkadziesiąt kontenerów na zużyte opony. To dopiero początek, bo Grupa Recykl widzi w krajach nadbałtyckich, interesujący kierunek ekspansji, stąd również systematycznie analizowane są różne propozycje inwestycyjne związane z dalszą budową wartości spółki i grupy kapitałowej.

– Chcemy, aby Litwa była naszym punktem wyjścia na pozostałe kraje nadbałtyckie i dalej do Skandynawii. Zaczynamy od Litwy, gdzie po reorganizacji i dostosowaniu struktur i zasad funkcjonowania APG do naszych standardów, po zainwestowaniu w odpowiednie zaplecze logistyczne i techniczne, uzyskaliśmy możliwości wstępnej obróbki zebranych opon. Dziś każdy samochód zamiast dotychczasowych 10 ton, wiezie ich minimum 12, a plan na najbliższe miesiące zakłada wzrost o kolejne kilka ton zużytych opon na każdym zrealizowany transporcie. Poprawa efektywności jest kluczowym elementem zwiększeniem przychodów, które pozwolą na zwrot poniesionych nakładów i na tym się teraz koncentrujemy – przekonuje i podkreśla Maciej Jasiewicz, prezes zarządu spółki.

Przypomnijmy, że w ubiegłym roku Grupa Recykl, we współpracy z PFR TFI Fundusz Ekspansji Zagranicznej 2 FIZAN, zrealizowała przejęcie na Litwie (Antrinio Perdirbimo Grupė – APG). Firma prowadzi także drugi proces akwizycyjny w Niemczech (Harzer Reifenhandel und Verwertung GmbH – HRV). W kwietniu br. Grupa Recykl i HRV podpisały aneks, na podstawie którego strony wydłużyły termin prowadzenia negocjacji i spełnienia warunków zawieszających zawarcie ostatecznej umowy sprzedaży udziałów, do dnia 31 grudnia 2026 roku.

– Rok 2026 nie musi oznaczać wysokiego tempa wzrostu wyników. Rozwój niesie ze sobą określone koszty, choć istotną część z nich traktujemy w charakterze rozwojowym i inwestycyjnym – podkreśla Maciej Jasiewicz. – Warto przy tym podkreślić, że poziom zbiórki opon i ich przetwórstwa, który osiągnęliśmy, zbliżył się do maksymalnych możliwości przerobowych naszych instalacji. Decyzja o ich powiększeniu to wybór strategii rozwoju, która będzie determinować przyszłość grupy. Im więcej politycznego wsparcia i konkretnych decyzji UE na rzecz utrzymaniu produkcji w Europie, tym bliżsi jesteśmy podjęcia takiej decyzji. Wszystko ma jednak swój czas, a rozwiązania przyjęte w ramach reindustrializacji muszą okazać się trwałe i stabilne dla biznesu – przekonuje prezes Jasiewicz.

Przez ostatnie kilka lat Grupa Recykl przetwarzała średniorocznie ok. 130 tys. ton zużytych opon. Przypomnijmy, że opony zawierają cenne materiały, w tym gumę, a właściwie naturalny kauczuk (min 50%), stal (15%- 20%) i włókna tekstylne (10%- 13%), reszta to już dodatki procesowe.

– W tym roku chcemy się skoncentrować na rozwoju sprzedaży dodatku do asfaltu SMAPOL oraz dalszych pracach nad technologiami przetwarzania włókien tekstylnych z opon. Tu znowu wraca nam temat rynków skandynawskich i analizowanej przez nas możliwości rozszerzenia naszej obecności i włączenia się wraz z miejscowym partnerem w szwedzki, krajowy system zbiórki opon.  To jeszcze wymaga pogłębionych analiz to jedna z naszych opcji strategicznych, kiedy mówimy o dalszym rozwoju – stwierdził prezes Jasiewicz, dodając jednocześnie. – W kraju kontynuowane będą inwestycje w poprawę efektywności procesów i rozwój ekologicznych produktów spełniających wymagania gospodarki obiegu zamkniętego. Ale pracujemy również nad rozwojem kolejnych produktów powstałych dzięki własnym pracom badawczo-rozwojowym, które są odpowiedzią na oczekiwania naszych partnerów handlowych i rynków, na których działamy – stwierdził prezes Maciej Jasiewicz

Nowe produkty i nowe możliwości

Jednym z przykładów nowych produktów jest ELITEX, napełniacz do mieszanek gumowych oraz polimerów termoplastycznych, regulujący parametry mechaniczne wyrobów oraz pozwalający na obniżenie ich śladu węglowego i kosztów produkcji.

– Przyglądamy się możliwością wykorzystania zużytych opon do produkcji efektywnych barier akustycznych. Z dostępnych badań wynika, że biorąc pod uwagę unikalne właściwości fizyczne i chemiczne, materiały gumowe pochodzące z recyklingu mogą zapewnić znaczące korzyści w zakresie izolacji akustycznej i termicznej, a także kontroli wibracji. To ciekawy i dający spore możliwości kierunek rozwoju oferty może nie tyle dla dróg, ale przede wszystkim dla kolejnictwa. O ile w przypadku tych pierwszych ekrany akustyczne już są i systematycznie ich przybywa, o tyle w przypadku hałasu powodowanego przez pociągi nadal jest wiele do zrobienia – wyjaśnia M.Jasiewicz.

Jak przekonują autorzy opublikowanego w ubiegłym roku opracowania „Analiza akustyczna materiałów dźwiękochłonnych z wykorzystaniem gumy pochodzącej z recyklingu samochodów”, potencjał akustyczny granulatu wynika z jego porowatej struktury oraz możliwości regulacji frakcji, grubości i zagęszczenia. Co nie mniej ważne, guma pochodząca z recyklingu jest zrównoważoną alternatywą dla tradycyjnych materiałów, takich jak wełna mineralna, a jej dodatkową zaletą jest wysoka odporność na wilgoć, chemikalia i podobne czynniki. Ta cecha rozszerza potencjalne zastosowania granulatu, szczególnie w środowiskach przemysłowych[1].

Grupa Recykl jest największym w Europie Środkowo-Wschodniej podmiotem na rynku zagospodarowania zużytych opon poprzez ich zbiórkę, odzysk i recykling. Funkcjonuje od 2004 r. i obecnie posiada trzy nowoczesne zakłady produkcyjne, których zdolności przetwórcze wynoszą 150 tys. ton opon. Firma dysponuje unikatową ogólnopolską siecią zbiórki opon, złożoną z kilku tysięcy punktów odbioru. Grupa Recykl produkuje m.in. czyste granulaty gumowe, paliwa alternatywne, kord stalowy, puder gumowy, SMAPOL, ELITEX oraz realizuje usługi recyklingu i odzysku, rozliczenia opłaty produktowej, zbiórki opon na zlecenie.

[1] https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC12250704/.

Roboty da Vinci trafią do Ukrainy. Synektik buduje lokalny zespół i spółkę

Synektik rozpoczyna działalność operacyjną na rynku ukraińskim. W Ukrainie powstała już lokalna spółka oraz zespół, który będzie odpowiadał za sprzedaż oraz serwis. Szkolenia tamtejszych lekarzy i personelu medycznego mają być prowadzone Polsce i Czechach. W perspektywie dwóch lat Synektik zamierza zainstalować w Ukrainie około 20 systemów robotycznych da Vinci.

Wejście na rynek ukraiński stało się możliwe dzięki zawartej w lutym br. umowie z Intuitive Surgical, producentem systemów robotycznych da Vinci, rozszerzającej zakres terytorialny współpracy dot. wyłącznej dystrybucji produktów tej firmy przez Grupę Synektik o kolejny rynek – Ukrainę.

– Ukraina to dla nas kolejny naturalny, duży rynek. Pod względem populacji – wyłączając tereny obecnie okupowane, a więc obszar, na którym faktycznie można dziś prowadzić działalność – to blisko 30 milionów mieszkańców, a więc kraj porównywalny z Polską. Penetracja chirurgii robotycznej jest tam wciąż na wczesnym etapie, a obserwowany popyt można określić jako duży. Jednocześnie startujemy w momencie, gdy dyskusja o tym czy chirurgia robotyczna jest potrzebna już dawno się zakończyła. Już teraz przyjmujemy w Polsce ukraińskich lekarzy, którzy chcą poznawać nasze systemy i zdobywać pierwsze doświadczenia. To dla nas ważny sygnał gotowości rynku – mówi Cezary Kozanecki, założyciel i prezes Synektika.

Synektik współpracuje z Intuitive Surgical na polskim rynku nieprzerwanie od 2018 roku, gdzie systemy robotyczne da Vinci stały się istotnym elementem nowoczesnej chirurgii. Od 2022 roku Grupa jest wyłącznym dystrybutorem tych systemów także w Czechach i Słowacji, a w 2024 roku zakres współpracy został rozszerzony o Litwę, Łotwę i Estonię. Wejście do Ukrainy to kolejny krok w budowie silnej, regionalnej platformy dystrybucji zaawansowanych technologii medycznych. Docelowo Synektik chce być obecny w Ukrainie z całym portfolio oferowanych technologii. Już wkrótce udostępni pełną ofertę robotów chirurgicznych oraz rozwiązań cyfrowych takich jak telementoring i teleproktoring.

Lokalna obecność, międzynarodowe wsparcie Synektik

W ocenie Synektika, pomimo trwającej wojny, rynek służby zdrowia w Ukrainie – zarówno prywatny, jak i publiczny – funkcjonuje prężnie, a logistyka działa sprawnie. Specyfika sytuacji wymaga jednak innego podejścia organizacyjnego niż na pozostałych rynkach, gdzie firma jest już obecna. W Ukrainie działać będzie lokalna spółka, z ukraińskim zespołem, który będzie stopniowo rozszerzany wraz z kolejnymi instalacjami. Jednocześnie na potrzeby szkoleń tamtejszych lekarzy i personelu medycznego będą wykorzystywane istniejące centra szkoleniowe Synektika w Polsce oraz w Czechach.

– Model lokalny jest dla nas kluczowy z dwóch powodów. Po pierwsze, w warunkach trwającej wojny zakładamy, że oddelegowywanie pracowników z Polski lub innych krajów może mieć oczywiste ograniczenia. Po drugie, postępowania przetargowe w Ukrainie rozliczane są w walucie lokalnej i premiują podmioty zarejestrowane na miejscu. Obecność operacyjna w Ukrainie jest więc dla nas praktyczną koniecznością – wyjaśnia Cezary Kozanecki.

Rynek porównywalny z polskim

W ocenie Synektika, tempo rozwoju ukraińskiego rynku robotyki chirurgicznej w najbliższych latach może być zbliżone lub nawet wyższe niż dynamika obserwowana wcześniej w innych krajach regionu. – Nasz plan zakłada około 20 instalacji systemów robotycznych da Vinci w Ukrainie w perspektywie najbliższych dwóch lat. Dla porównania, w Polsce, gdzie jesteśmy przedstawicielem Intuitive od siedmiu lat, do końca czerwca będziemy mieli zainstalowanych już 100 robotów da Vinci, a w całym regionie ponad 140. Naszą ambicją jest, aby Ukraina, podobnie jak Polska czy kraje bałtyckie, była rynkiem, gdzie dostarczamy nie tylko roboty, ale także szkolenia, serwis i instrumenty robotyczne. Ta część biznesu generuje powtarzalne przychody, stanowiące już ponad 50% sprzedaży naszej grupy – informuje Cezary Kozanecki.

Trzy uzupełniające się źródła finansowania

Zakupy sprzętu medycznego w Ukrainie mogą być, zdaniem Synektika, finansowane z trzech uzupełniających się źródeł. Pierwszym jest budżet państwa, drugim – równie istotnym – jest sektor prywatny, gdzie podobnie jak w Polsce i na innych rynkach gotowość do adaptacji i intensywnego wykorzystywania nowoczesnych technologii medycznych jest wysoka. – Widzimy, że placówki prywatne najszybciej wprowadzają nowe technologie, mają silną motywację, by przyciągać pacjentów i oczekują, że zainstalowany sprzęt zacznie szybko i intensywnie pracować. Podobnie było w Polsce, gdzie ekspansję z robotami da Vinci zaczynaliśmy właśnie od sektora prywatnego – komentuje Cezary Kozanecki.

Trzecim źródłem finansowania, specyficznym dla Ukrainy, są środki pomocowe na odbudowę i wsparcie systemu ochrony zdrowia oraz niektóre z programów obronnych. Część z nich obejmuje także chirurgię rekonstrukcyjną i potrzeby medycyny pola walki, czyli obszary, w których technologie oferowane przez Synektik znajdują realne zastosowanie.

Świetne wyniki Nvidii, ale rynek oczekuje perfekcji

Nvidia pozostaje jedną z najważniejszych spółek globalnego boomu na sztuczną inteligencję, ale jej najnowsze wyniki pokazują, że inwestorzy zaczynają patrzeć na firmę z większą ostrożnością. Spółka zaprezentowała bardzo mocne dane finansowe: przychody wzrosły o 85% rok do roku, do 81,6 mld USD, a segment centrów danych wygenerował 75,2 mld USD sprzedaży. Równie imponująca była prognoza na kolejny kwartał, zakładająca około 91 mld USD przychodów, czyli więcej niż oczekiwał rynek. Mimo to akcje Nvidii spadły w handlu posesyjnym, co dobrze pokazuje, że w przypadku tak wysoko wycenianej firmy same bardzo dobre wyniki przestają wystarczać.

Najważniejszym elementem historii Nvidii pozostaje dominacja w infrastrukturze AI. Firma nadal jest kluczowym dostawcą układów wykorzystywanych do trenowania i uruchamiania zaawansowanych modeli sztucznej inteligencji, a jej platforma Blackwell jest przedstawiana przez zarząd jako najszybciej rozwijany produkt w historii spółki. Jensen Huang buduje wokół Nvidii narrację o „fabrykach AI”, czyli nowej generacji infrastruktury obliczeniowej, która ma stać się fundamentem cyfrowej gospodarki. W tej wizji popyt na moc obliczeniową nie jest krótkotrwałym cyklem inwestycyjnym, lecz początkiem wieloletniej przebudowy globalnej infrastruktury technologicznej.

Jednocześnie Nvidia próbuje zmniejszyć zależność od największych operatorów centrów danych, czyli hyperscalerów. To ważny kierunek strategiczny, ponieważ obecnie duża część przychodów firmy jest powiązana z inwestycjami największych grup technologicznych. Spółka coraz mocniej liczy na popyt ze strony przedsiębiorstw, rządów oraz klientów przemysłowych, którzy będą wdrażać AI w produkcji, administracji, robotyce, automatyzacji i systemach autonomicznych. Taka dywersyfikacja mogłaby obniżyć ryzyko koncentracji przychodów i wydłużyć cykl wzrostu poza obecny boom na centra danych.

Rynek pozytywnie odebrał zwłaszcza sugestie Huanga, że sztuczna inteligencja wychodzi poza serwerownie i zaczyna przenikać do świata fizycznego. Koncepcja „physical AI”, obejmująca roboty, humanoidy i pojazdy autonomiczne, zwiększa potencjalny rynek adresowalny nie tylko dla Nvidii, lecz także dla szerokiego łańcucha dostaw. Dlatego komentarze szefa spółki wywołały silne wzrosty wśród azjatyckich producentów pamięci, chipów, elektroniki i komponentów. Rosły między innymi akcje Samsunga, SK Hynix, TSMC, Hon Hai Precision, SoftBanku oraz spółek związanych z robotyką, takich jak LG Electronics i Hyundai Mobis. To pokazuje, że inwestorzy zaczynają patrzeć na boom AI szerzej niż wyłącznie przez pryzmat jednej amerykańskiej spółki.

Azja ma w tej historii znaczenie fundamentalne. To właśnie tam znajduje się znaczna część łańcucha dostaw Nvidii: od produkcji półprzewodników, przez pamięci, po montaż sprzętu i komponenty elektroniczne. Jeżeli popyt na AI będzie dalej rósł, korzyści mogą odnieść nie tylko producenci najbardziej zaawansowanych układów, ale również firmy dostarczające tańsze chipy, pamięci, systemy chłodzenia, sprzęt sieciowy i rozwiązania wykorzystywane w automatyzacji. Z punktu widzenia rynku oznacza to, że inwestorzy szukają kolejnych beneficjentów trendu AI, zwłaszcza tam, gdzie wyceny mogą być niższe niż w przypadku samej Nvidii.

Nie oznacza to jednak braku ryzyk. Największą niewiadomą pozostają Chiny. Nvidia nie odnotowała w kwartale przychodów z chińskiego rynku centrów danych, mimo że potencjalny popyt na AI w tym kraju jest bardzo duży. Ograniczenia eksportowe USA sprawiają, że firma nie może w pełni wykorzystać tego rynku, a sama Nvidia wskazuje, że Chiny mogłyby potencjalnie generować nawet dziesiątki miliardów dolarów rocznych przychodów. Brak istotnego wkładu Chin w prognozie na kolejny kwartał pokazuje, że zarząd zachowuje ostrożność i nie zakłada szybkiego rozwiązania problemów regulacyjnych.

Drugim istotnym ryzykiem jest konkurencja. AMD, Broadcom i Google rozwijają własne rozwiązania, a najwięksi klienci Nvidii pracują nad autorskimi chipami, aby ograniczyć zależność od zewnętrznego dostawcy. Na razie przewaga Nvidii pozostaje bardzo duża, ponieważ spółka oferuje nie tylko układy graficzne, ale cały ekosystem obejmujący sprzęt, sieci, oprogramowanie, modele AI i kompletne systemy komputerowe. W dłuższym terminie presja klientów na obniżenie kosztów oraz rozwój własnych układów może jednak ograniczać tempo wzrostu marż lub zmieniać strukturę popytu.

Inwestorzy zwracają też uwagę na koszty. Nvidia nadal utrzymuje bardzo wysoką rentowność, a marża brutto wynosi około 75%, ale spółka zwiększa wydatki na pracowników, infrastrukturę i rozwój nowych produktów. Na obecnym etapie nie jest to jeszcze problem, ponieważ dynamika przychodów pozostaje imponująca. Rynek będzie jednak uważnie obserwował, czy koszty operacyjne nie zaczną rosnąć szybciej niż sprzedaż, zwłaszcza gdy tempo inwestycji w centra danych zacznie się normalizować.

Spółka wczoraj do zamknięcia zyskała 1,3%, względem poprzedniego dnia. Z kolei po ogłoszeniu wyników, na koniec fazy posesyjnej (post-market) straciła 1,26%. Ta reakcja rynku wydaje się być zrozumiała. Nvidia nie rozczarowała operacyjnie, lecz poprzeczka została zawieszona wyjątkowo wysoko. Kurs spółki wcześniej mocno rósł, dlatego część inwestorów mogła zrealizować zyski po publikacji danych. Spadek akcji mimo lepszych od oczekiwań wyników nie oznacza słabości fundamentów, lecz pokazuje, że rynek zaczyna wymagać od Nvidii nie tylko wzrostu, ale niemal perfekcyjnej realizacji scenariusza dalszej ekspansji.

W długim terminie historia Nvidii pozostaje bardzo silna. Spółka jest centralnym graczem rewolucji AI, posiada wyjątkową pozycję technologiczną i korzysta z ogromnego popytu na moc obliczeniową. Jednocześnie jej przyszła wycena będzie zależeć od odpowiedzi na kilka kluczowych pytań: czy popyt na AI utrzyma obecne tempo, czy nowe obszary, takie jak robotyka i physical AI, rzeczywiście staną się dużym źródłem przychodów, czy ograniczenia eksportowe wobec Chin nie będą trwale hamować wzrostu oraz czy konkurenci i najwięksi klienci nie osłabią przewagi spółki.

Nvidia pozostaje symbolem obecnej fali sztucznej inteligencji, ale rynek coraz wyraźniej przechodzi od bezwarunkowego entuzjazmu do bardziej selektywnej oceny. Fundamenty firmy są mocne, prognozy nadal bardzo ambitne, a potencjał długoterminowy ogromny. Jednocześnie przy tak wysokich oczekiwaniach nawet świetne wyniki mogą zostać uznane za niewystarczające, jeśli inwestorzy zaczną obawiać się spowolnienia wzrostu, presji konkurencyjnej lub problemów geopolitycznych. Dlatego Nvidia pozostaje liderem rewolucji AI, ale również spółką, wobec której rynek nie wybacza już żadnych oznak niepewności.

Digitree Group poprawia wyniki. EBITDA w Q1 2026 wyniosła 1,26 mln zł

  • Finalne wyniki za Q1 2026 potwierdziły dalszą poprawę sytuacji operacyjnej i finansowej Digitree Group. Notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa osiągnęła EBITDA na poziomie 1,26 mln zł, wobec ujemnego wyniku rok wcześniej, utrzymując jednocześnie wysoką dynamikę wzrostu biznesu.
  • W pierwszym kwartale 2026 r. skonsolidowane przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, rosnąc o 33,6% r/r. O 1,52 mln zł poprawił się również wynik netto. Na rezultaty pozytywnie wpłynęły zarówno efekty zakończonej restrukturyzacji, jak i konsolidacja Euvic Digital.
  • Digitree Group koncentruje się obecnie na dalszym skalowaniu najbardziej rentownych obszarów działalności, rozwoju poprzez akwizycje oraz uproszczeniu struktury organizacyjnej wokół dwóch filarów biznesowych – agencyjnego i technologicznego.

Digitree Group, notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa, w finalnym raporcie za pierwszy kwartał 2026 r. potwierdziła wyraźną poprawę wyników operacyjnych oraz dalszy wzrost skali działalności. Grupa utrzymała dodatnią rentowność EBITDA, jednocześnie notując istotny wzrost przychodów i poprawę wyniku netto rok do roku.

W pierwszych trzech miesiącach 2026 r. przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, wobec 15,84 mln zł rok wcześniej. EBITDA osiągnęła poziom 1,26 mln zł, poprawiając się r/r o 1,4 mln zł, natomiast wynik netto wzrósł o 1,52 mln zł rok do roku.

Opublikowane dane wyraźnie potwierdzają, że zakończony w poprzednich kwartałach proces zmian organizacyjnych i optymalizacji działalności przełożył się na poprawę jakości biznesu oraz większą stabilność operacyjną Grupy. – W poprzednich kwartałach koncentrowaliśmy się przede wszystkim na uporządkowaniu organizacji, poprawie jakości portfela projektów i zwiększeniu efektywności operacyjnej. Dziś widzimy już konkretne efekty tych działań w wynikach finansowych oraz rosnącej skali biznesu. W Q1 2026 osiągnęliśmy rekordowy poziom EBITDA w porównaniu do analogicznych okresów z ostatnich siedmiu lat – podkreśla Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group S.A.

Jednocześnie coraz większy wpływ na skalę działalności mają przeprowadzone akwizycje oraz rozwój najbardziej rentownych obszarów biznesowych. Istotny udział mają kompetencje oraz portfolio klientów rozwijane w ramach Euvic Digital. Spółki Euvic Digital, Euvic Organic Search oraz Euvic Buzz wspierały w pierwszym kwartale zarówno wzrost przychodów, jak i poprawę rentowności operacyjnej Grupy. Digitree Group pozostaje jednocześnie aktywna w obszarze dalszego rozwoju poprzez kolejne, potencjalne przejęcia i prowadzi rozmowy z kolejnymi podmiotami.

Jednocześnie Grupa pracuje nad dalszym uproszczeniem modelu operacyjnego oraz integracją kompetencji w ramach kluczowych obszarów biznesowych. Prowadzone działania mają wspierać dalszy wzrost efektywności organizacyjnej oraz zwiększać przejrzystość modelu biznesowego z perspektywy rynku i inwestorów. – Chcemy budować Grupę opartą o jasny i czytelny model kompetencyjny, który będzie wspierał dalszy wzrost oraz lepsze wykorzystanie synergii pomiędzy spółkami. Konsolidacja działalności wokół dwóch głównych filarów biznesowych agencyjnego i technologicznego jest jednym z ważnych elementów tego procesu – zaznacza Przemysław Marcol, członek zarządu Digitree Group S.A.

Strategia Digitree Group zakłada dalszy wzrost skali działalności, poprawę rentowności oraz osiągnięcie do końca 2027 r. poziomu ponad 10 mln zł EBITDA.

Przemysł drzewno-meblarski w kryzysie: branża czeka na systemowe działania państwa

Polski sektor drzewny i meblarski to jeden z filarów naszej gospodarki. To setki tysięcy miejsc pracy, miliardy złotych eksportu i innowacje, które wspierają rozwój wszystkich regionów kraju. Dziś ten filar kruszeje i znajduje się w poważnym zagrożeniu.

Rada ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego: pilne zadania państwa

6 maja odbyło się II posiedzenie Rady ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego przy Premierze RP, któremu przewodniczył sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii Michał Jaros. W spotkaniu uczestniczyły Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna oraz stowarzyszenia reprezentujące wszystkie branże przemysłu drzewnego.  Na posiedzeniu Rady przedstawiciele sektora podkreślili, że obecna sytuacja wymaga natychmiastowych działań.

Najważniejsze ustalenia spotkania obejmują:

  • Przygotowanie do połowy lipca przez Lasy Państwowe 10‑letniej prognozy pozyskania drewna z podziałem na gatunki i sortymenty.
  • Wypracowanie założeń ustawy traktującej drewno jako surowiec kluczowy.
  • Konieczność długofalowej strategii opartej na przewidywalności rynku, bezpieczeństwie surowcowym i partnerskim dialogu między administracją a przedsiębiorcami.

Wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli Piotr Wójcik podkreślił, że branża meblarska od lat buduje dodatnie saldo handlowe, tworzy dziesiątki tysięcy miejsc pracy i jest jednym z największych eksporterów mebli na świecie. Bez stabilnego dostępu do surowca i przewidywalnych warunków funkcjonowania firmy ograniczają produkcję, zwalniają pracowników i zamykają zakłady. Jeśli państwo nie podejmie interwencji, Polska straci nie tylko miejsca pracy, ale i jeden z filarów swojej gospodarki i eksportu.

Ograniczanie podaży drewna uderza w polską gospodarkę

Obecnie najważniejszym zagrożeniem dla stabilności przemysłu drzewnego w Polsce jest ograniczanie dostępności drewna. Wysokie ceny i brak surowca nie są przypadkiem – to konsekwencja decyzji kierownictwa Ministerstwa Klimatu i Środowiska, które zmniejszają podaż drewna. Do najważniejszych należą: wprowadzanie moratoriów na wyrąb bez wystarczających podstaw prawnych, wyznaczanie obszarów tzw. „starolasów”, „lasów społecznych” i rezerwatów czy modyfikacja metod użytkowania lasu.  Te ruchy, podejmowane bez rzetelnych analiz i konsultacji, powodują gwałtowny spadek podaży. Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe zapewniało w latach 2017‑2024 około 41 mln m³ drewna rocznie. Po decyzjach MKiŚ na rok 2025 zaplanowano sprzedaż ok. 38 mln m³, a w 2026 r. tylko 36 mln m³To  oznacza redukcję podaży o ponad 12%, co bezpośrednio przekłada się na wzrost cen i erozję konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Kryzys narasta

Z najnowszych analiz branżowych wynika, że polski przemysł meblarski i drzewny mierzy się z najpoważniejszym kryzysem od lat. Na kondycję sektora wpływają czynniki geopolityczne (wojna w Ukrainie, napięcia na Bliskim Wschodzie), spadek popytu i rosnąca niepewność gospodarcza. Jednocześnie koszty prowadzenia działalności – energii, wynagrodzeń, paliw, materiałów oraz surowca drzewnego – rosną lawinowo. Cena papierówki w niektórych RDLP przekroczyła już 540 zł za m³, a rosnący import mebli z Chin odpowiada za blisko 40% całego importu.

Dramatycznie spada też wartość produkcji sprzedanej mebli liczonej metodą podmiotową jako suma przychodów całego sektora – z 69,0 mld zł w 2022 r. do 62,1 mld zł w 2024 r., a prognozy mówią o dalszym spadku. Rentowność branży wynosi zaledwie około 4,4% i  wciąż się kurczy – w pierwszej połowie 2025 r. spadła do 3,8%, przy czym niemal 36% firm jest nierentownych. Zamówienia z rynku niemieckiego spadły w wielu firmach o 50–70%.

Przy malejących zamówieniach firmy są zmuszone do trudnych decyzji: w ciągu ostatnich czterech lat branża meblarska zredukowała około 27 tys. miejsc pracy, co oznacza spadek zatrudnienia o ponad 16%  ze średniego poziomu 165 tys. pracowników w 2022 roku do około 138 tys. w marcu 2026 roku. Lista zamykanych lub zmniejszających produkcję zakładów rośnie – od małych firm rodzinnych po duże, rozpoznawalne marki.

Kluczowe pytania do rządu – branża oczekuje konkretnych działań państwa:

  1. Kiedy zostanie przedstawiona kompleksowa strategia surowcowa gwarantująca stabilny dostęp do drewna, dzięki której firmy będą mogły utrzymać produkcję i planować inwestycje?
  2. Kiedy polski przemysł drzewno-meblarski będzie miał zapewnione przewidywalne i rynkowe ceny surowca drzewnego, stanowiące jeden z podstawowych warunków utrzymania konkurencyjności sektora?
  3. Jakie narzędzia ograniczą rosnące koszty energii i pracy? Utrzymanie konkurencyjności wymaga obniżenia kosztów prowadzenia działalności.
  4. W jaki sposób rząd zamierza chronić rynek przed nieuczciwymi praktykami importowymi oraz nadmierną presją producentów i dostawców spoza Unii Europejskiej?
  5. Czy przewidziano systemowe wsparcie finansowe dla przedsiębiorstw w utrzymaniu zatrudnienia i płynności, aby uniknąć fali bankructw i zwolnień?
  6. Jakie działania zostaną podjęte na rzecz ochrony miejsc pracy oraz lokalnych społeczności przed skutkami kolejnych zamknięć zakładów?

Sektor drzewny i meblarski nie ma czasu na kolejne miesiące strat i bierności. Chodzi o realne życie tysięcy Polek i Polaków, dla których praca w tej branży jest fundamentem bytu. Spadająca produkcja, rosnące koszty i zwolnienia pracowników nie mogą już dłużej czekać na reakcję. Jeśli państwo nie zareaguje natychmiast, znikną miejsca pracy i wpływy do budżetu, a Polska utraci przewagę eksportową.

Polski przemysł potrzebuje działania tu i teraz. Nie możemy pozwolić sobie na opieszałość – każdy kolejny miesiąc zwłoki oznacza dalsze redukcje zatrudnienia, utratę rynku i wzmocnienie zagranicznej konkurencji.

Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna wraz z całym środowiskiem branżowym apeluje do władz państwa o pilne i systemowe działania: stworzenie stabilnej, długofalowej strategii surowcowej, szybkie wsparcie finansowe i regulacyjne oraz ochronę miejsc pracy i lokalnych społeczności.

Polska i Polacy nie mogą pozwolić sobie na bierność. Teraz jest czas na decyzje – na odpowiedzialność i zaangażowanie ze strony organów państwa. Branża drzewno‑meblarska jest gotowa współpracować, dzielić się wiedzą i doświadczeniem, ale oczekuje konkretnych kroków, a nie deklaracji. Tylko w ten sposób uratujemy jeden z najważniejszych filarów polskiej gospodarki, zapewniając bezpieczną przyszłość pracownikom i ich rodzinom.

Kolejne posiedzenie Rady zaplanowano na połowę lipca – to szansa  dla przedstawicieli państwa, aby przedstawić konkretne propozycje działań.