Roboty da Vinci trafią do Ukrainy. Synektik buduje lokalny zespół i spółkę

Synektik rozpoczyna działalność operacyjną na rynku ukraińskim. W Ukrainie powstała już lokalna spółka oraz zespół, który będzie odpowiadał za sprzedaż oraz serwis. Szkolenia tamtejszych lekarzy i personelu medycznego mają być prowadzone Polsce i Czechach. W perspektywie dwóch lat Synektik zamierza zainstalować w Ukrainie około 20 systemów robotycznych da Vinci.

Wejście na rynek ukraiński stało się możliwe dzięki zawartej w lutym br. umowie z Intuitive Surgical, producentem systemów robotycznych da Vinci, rozszerzającej zakres terytorialny współpracy dot. wyłącznej dystrybucji produktów tej firmy przez Grupę Synektik o kolejny rynek – Ukrainę.

– Ukraina to dla nas kolejny naturalny, duży rynek. Pod względem populacji – wyłączając tereny obecnie okupowane, a więc obszar, na którym faktycznie można dziś prowadzić działalność – to blisko 30 milionów mieszkańców, a więc kraj porównywalny z Polską. Penetracja chirurgii robotycznej jest tam wciąż na wczesnym etapie, a obserwowany popyt można określić jako duży. Jednocześnie startujemy w momencie, gdy dyskusja o tym czy chirurgia robotyczna jest potrzebna już dawno się zakończyła. Już teraz przyjmujemy w Polsce ukraińskich lekarzy, którzy chcą poznawać nasze systemy i zdobywać pierwsze doświadczenia. To dla nas ważny sygnał gotowości rynku – mówi Cezary Kozanecki, założyciel i prezes Synektika.

Synektik współpracuje z Intuitive Surgical na polskim rynku nieprzerwanie od 2018 roku, gdzie systemy robotyczne da Vinci stały się istotnym elementem nowoczesnej chirurgii. Od 2022 roku Grupa jest wyłącznym dystrybutorem tych systemów także w Czechach i Słowacji, a w 2024 roku zakres współpracy został rozszerzony o Litwę, Łotwę i Estonię. Wejście do Ukrainy to kolejny krok w budowie silnej, regionalnej platformy dystrybucji zaawansowanych technologii medycznych. Docelowo Synektik chce być obecny w Ukrainie z całym portfolio oferowanych technologii. Już wkrótce udostępni pełną ofertę robotów chirurgicznych oraz rozwiązań cyfrowych takich jak telementoring i teleproktoring.

Lokalna obecność, międzynarodowe wsparcie Synektik

W ocenie Synektika, pomimo trwającej wojny, rynek służby zdrowia w Ukrainie – zarówno prywatny, jak i publiczny – funkcjonuje prężnie, a logistyka działa sprawnie. Specyfika sytuacji wymaga jednak innego podejścia organizacyjnego niż na pozostałych rynkach, gdzie firma jest już obecna. W Ukrainie działać będzie lokalna spółka, z ukraińskim zespołem, który będzie stopniowo rozszerzany wraz z kolejnymi instalacjami. Jednocześnie na potrzeby szkoleń tamtejszych lekarzy i personelu medycznego będą wykorzystywane istniejące centra szkoleniowe Synektika w Polsce oraz w Czechach.

– Model lokalny jest dla nas kluczowy z dwóch powodów. Po pierwsze, w warunkach trwającej wojny zakładamy, że oddelegowywanie pracowników z Polski lub innych krajów może mieć oczywiste ograniczenia. Po drugie, postępowania przetargowe w Ukrainie rozliczane są w walucie lokalnej i premiują podmioty zarejestrowane na miejscu. Obecność operacyjna w Ukrainie jest więc dla nas praktyczną koniecznością – wyjaśnia Cezary Kozanecki.

Rynek porównywalny z polskim

W ocenie Synektika, tempo rozwoju ukraińskiego rynku robotyki chirurgicznej w najbliższych latach może być zbliżone lub nawet wyższe niż dynamika obserwowana wcześniej w innych krajach regionu. – Nasz plan zakłada około 20 instalacji systemów robotycznych da Vinci w Ukrainie w perspektywie najbliższych dwóch lat. Dla porównania, w Polsce, gdzie jesteśmy przedstawicielem Intuitive od siedmiu lat, do końca czerwca będziemy mieli zainstalowanych już 100 robotów da Vinci, a w całym regionie ponad 140. Naszą ambicją jest, aby Ukraina, podobnie jak Polska czy kraje bałtyckie, była rynkiem, gdzie dostarczamy nie tylko roboty, ale także szkolenia, serwis i instrumenty robotyczne. Ta część biznesu generuje powtarzalne przychody, stanowiące już ponad 50% sprzedaży naszej grupy – informuje Cezary Kozanecki.

Trzy uzupełniające się źródła finansowania

Zakupy sprzętu medycznego w Ukrainie mogą być, zdaniem Synektika, finansowane z trzech uzupełniających się źródeł. Pierwszym jest budżet państwa, drugim – równie istotnym – jest sektor prywatny, gdzie podobnie jak w Polsce i na innych rynkach gotowość do adaptacji i intensywnego wykorzystywania nowoczesnych technologii medycznych jest wysoka. – Widzimy, że placówki prywatne najszybciej wprowadzają nowe technologie, mają silną motywację, by przyciągać pacjentów i oczekują, że zainstalowany sprzęt zacznie szybko i intensywnie pracować. Podobnie było w Polsce, gdzie ekspansję z robotami da Vinci zaczynaliśmy właśnie od sektora prywatnego – komentuje Cezary Kozanecki.

Trzecim źródłem finansowania, specyficznym dla Ukrainy, są środki pomocowe na odbudowę i wsparcie systemu ochrony zdrowia oraz niektóre z programów obronnych. Część z nich obejmuje także chirurgię rekonstrukcyjną i potrzeby medycyny pola walki, czyli obszary, w których technologie oferowane przez Synektik znajdują realne zastosowanie.

Świetne wyniki Nvidii, ale rynek oczekuje perfekcji

Nvidia pozostaje jedną z najważniejszych spółek globalnego boomu na sztuczną inteligencję, ale jej najnowsze wyniki pokazują, że inwestorzy zaczynają patrzeć na firmę z większą ostrożnością. Spółka zaprezentowała bardzo mocne dane finansowe: przychody wzrosły o 85% rok do roku, do 81,6 mld USD, a segment centrów danych wygenerował 75,2 mld USD sprzedaży. Równie imponująca była prognoza na kolejny kwartał, zakładająca około 91 mld USD przychodów, czyli więcej niż oczekiwał rynek. Mimo to akcje Nvidii spadły w handlu posesyjnym, co dobrze pokazuje, że w przypadku tak wysoko wycenianej firmy same bardzo dobre wyniki przestają wystarczać.

Najważniejszym elementem historii Nvidii pozostaje dominacja w infrastrukturze AI. Firma nadal jest kluczowym dostawcą układów wykorzystywanych do trenowania i uruchamiania zaawansowanych modeli sztucznej inteligencji, a jej platforma Blackwell jest przedstawiana przez zarząd jako najszybciej rozwijany produkt w historii spółki. Jensen Huang buduje wokół Nvidii narrację o „fabrykach AI”, czyli nowej generacji infrastruktury obliczeniowej, która ma stać się fundamentem cyfrowej gospodarki. W tej wizji popyt na moc obliczeniową nie jest krótkotrwałym cyklem inwestycyjnym, lecz początkiem wieloletniej przebudowy globalnej infrastruktury technologicznej.

Jednocześnie Nvidia próbuje zmniejszyć zależność od największych operatorów centrów danych, czyli hyperscalerów. To ważny kierunek strategiczny, ponieważ obecnie duża część przychodów firmy jest powiązana z inwestycjami największych grup technologicznych. Spółka coraz mocniej liczy na popyt ze strony przedsiębiorstw, rządów oraz klientów przemysłowych, którzy będą wdrażać AI w produkcji, administracji, robotyce, automatyzacji i systemach autonomicznych. Taka dywersyfikacja mogłaby obniżyć ryzyko koncentracji przychodów i wydłużyć cykl wzrostu poza obecny boom na centra danych.

Rynek pozytywnie odebrał zwłaszcza sugestie Huanga, że sztuczna inteligencja wychodzi poza serwerownie i zaczyna przenikać do świata fizycznego. Koncepcja „physical AI”, obejmująca roboty, humanoidy i pojazdy autonomiczne, zwiększa potencjalny rynek adresowalny nie tylko dla Nvidii, lecz także dla szerokiego łańcucha dostaw. Dlatego komentarze szefa spółki wywołały silne wzrosty wśród azjatyckich producentów pamięci, chipów, elektroniki i komponentów. Rosły między innymi akcje Samsunga, SK Hynix, TSMC, Hon Hai Precision, SoftBanku oraz spółek związanych z robotyką, takich jak LG Electronics i Hyundai Mobis. To pokazuje, że inwestorzy zaczynają patrzeć na boom AI szerzej niż wyłącznie przez pryzmat jednej amerykańskiej spółki.

Azja ma w tej historii znaczenie fundamentalne. To właśnie tam znajduje się znaczna część łańcucha dostaw Nvidii: od produkcji półprzewodników, przez pamięci, po montaż sprzętu i komponenty elektroniczne. Jeżeli popyt na AI będzie dalej rósł, korzyści mogą odnieść nie tylko producenci najbardziej zaawansowanych układów, ale również firmy dostarczające tańsze chipy, pamięci, systemy chłodzenia, sprzęt sieciowy i rozwiązania wykorzystywane w automatyzacji. Z punktu widzenia rynku oznacza to, że inwestorzy szukają kolejnych beneficjentów trendu AI, zwłaszcza tam, gdzie wyceny mogą być niższe niż w przypadku samej Nvidii.

Nie oznacza to jednak braku ryzyk. Największą niewiadomą pozostają Chiny. Nvidia nie odnotowała w kwartale przychodów z chińskiego rynku centrów danych, mimo że potencjalny popyt na AI w tym kraju jest bardzo duży. Ograniczenia eksportowe USA sprawiają, że firma nie może w pełni wykorzystać tego rynku, a sama Nvidia wskazuje, że Chiny mogłyby potencjalnie generować nawet dziesiątki miliardów dolarów rocznych przychodów. Brak istotnego wkładu Chin w prognozie na kolejny kwartał pokazuje, że zarząd zachowuje ostrożność i nie zakłada szybkiego rozwiązania problemów regulacyjnych.

Drugim istotnym ryzykiem jest konkurencja. AMD, Broadcom i Google rozwijają własne rozwiązania, a najwięksi klienci Nvidii pracują nad autorskimi chipami, aby ograniczyć zależność od zewnętrznego dostawcy. Na razie przewaga Nvidii pozostaje bardzo duża, ponieważ spółka oferuje nie tylko układy graficzne, ale cały ekosystem obejmujący sprzęt, sieci, oprogramowanie, modele AI i kompletne systemy komputerowe. W dłuższym terminie presja klientów na obniżenie kosztów oraz rozwój własnych układów może jednak ograniczać tempo wzrostu marż lub zmieniać strukturę popytu.

Inwestorzy zwracają też uwagę na koszty. Nvidia nadal utrzymuje bardzo wysoką rentowność, a marża brutto wynosi około 75%, ale spółka zwiększa wydatki na pracowników, infrastrukturę i rozwój nowych produktów. Na obecnym etapie nie jest to jeszcze problem, ponieważ dynamika przychodów pozostaje imponująca. Rynek będzie jednak uważnie obserwował, czy koszty operacyjne nie zaczną rosnąć szybciej niż sprzedaż, zwłaszcza gdy tempo inwestycji w centra danych zacznie się normalizować.

Spółka wczoraj do zamknięcia zyskała 1,3%, względem poprzedniego dnia. Z kolei po ogłoszeniu wyników, na koniec fazy posesyjnej (post-market) straciła 1,26%. Ta reakcja rynku wydaje się być zrozumiała. Nvidia nie rozczarowała operacyjnie, lecz poprzeczka została zawieszona wyjątkowo wysoko. Kurs spółki wcześniej mocno rósł, dlatego część inwestorów mogła zrealizować zyski po publikacji danych. Spadek akcji mimo lepszych od oczekiwań wyników nie oznacza słabości fundamentów, lecz pokazuje, że rynek zaczyna wymagać od Nvidii nie tylko wzrostu, ale niemal perfekcyjnej realizacji scenariusza dalszej ekspansji.

W długim terminie historia Nvidii pozostaje bardzo silna. Spółka jest centralnym graczem rewolucji AI, posiada wyjątkową pozycję technologiczną i korzysta z ogromnego popytu na moc obliczeniową. Jednocześnie jej przyszła wycena będzie zależeć od odpowiedzi na kilka kluczowych pytań: czy popyt na AI utrzyma obecne tempo, czy nowe obszary, takie jak robotyka i physical AI, rzeczywiście staną się dużym źródłem przychodów, czy ograniczenia eksportowe wobec Chin nie będą trwale hamować wzrostu oraz czy konkurenci i najwięksi klienci nie osłabią przewagi spółki.

Nvidia pozostaje symbolem obecnej fali sztucznej inteligencji, ale rynek coraz wyraźniej przechodzi od bezwarunkowego entuzjazmu do bardziej selektywnej oceny. Fundamenty firmy są mocne, prognozy nadal bardzo ambitne, a potencjał długoterminowy ogromny. Jednocześnie przy tak wysokich oczekiwaniach nawet świetne wyniki mogą zostać uznane za niewystarczające, jeśli inwestorzy zaczną obawiać się spowolnienia wzrostu, presji konkurencyjnej lub problemów geopolitycznych. Dlatego Nvidia pozostaje liderem rewolucji AI, ale również spółką, wobec której rynek nie wybacza już żadnych oznak niepewności.

Digitree Group poprawia wyniki. EBITDA w Q1 2026 wyniosła 1,26 mln zł

  • Finalne wyniki za Q1 2026 potwierdziły dalszą poprawę sytuacji operacyjnej i finansowej Digitree Group. Notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa osiągnęła EBITDA na poziomie 1,26 mln zł, wobec ujemnego wyniku rok wcześniej, utrzymując jednocześnie wysoką dynamikę wzrostu biznesu.
  • W pierwszym kwartale 2026 r. skonsolidowane przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, rosnąc o 33,6% r/r. O 1,52 mln zł poprawił się również wynik netto. Na rezultaty pozytywnie wpłynęły zarówno efekty zakończonej restrukturyzacji, jak i konsolidacja Euvic Digital.
  • Digitree Group koncentruje się obecnie na dalszym skalowaniu najbardziej rentownych obszarów działalności, rozwoju poprzez akwizycje oraz uproszczeniu struktury organizacyjnej wokół dwóch filarów biznesowych – agencyjnego i technologicznego.

Digitree Group, notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa, w finalnym raporcie za pierwszy kwartał 2026 r. potwierdziła wyraźną poprawę wyników operacyjnych oraz dalszy wzrost skali działalności. Grupa utrzymała dodatnią rentowność EBITDA, jednocześnie notując istotny wzrost przychodów i poprawę wyniku netto rok do roku.

W pierwszych trzech miesiącach 2026 r. przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, wobec 15,84 mln zł rok wcześniej. EBITDA osiągnęła poziom 1,26 mln zł, poprawiając się r/r o 1,4 mln zł, natomiast wynik netto wzrósł o 1,52 mln zł rok do roku.

Opublikowane dane wyraźnie potwierdzają, że zakończony w poprzednich kwartałach proces zmian organizacyjnych i optymalizacji działalności przełożył się na poprawę jakości biznesu oraz większą stabilność operacyjną Grupy. – W poprzednich kwartałach koncentrowaliśmy się przede wszystkim na uporządkowaniu organizacji, poprawie jakości portfela projektów i zwiększeniu efektywności operacyjnej. Dziś widzimy już konkretne efekty tych działań w wynikach finansowych oraz rosnącej skali biznesu. W Q1 2026 osiągnęliśmy rekordowy poziom EBITDA w porównaniu do analogicznych okresów z ostatnich siedmiu lat – podkreśla Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group S.A.

Jednocześnie coraz większy wpływ na skalę działalności mają przeprowadzone akwizycje oraz rozwój najbardziej rentownych obszarów biznesowych. Istotny udział mają kompetencje oraz portfolio klientów rozwijane w ramach Euvic Digital. Spółki Euvic Digital, Euvic Organic Search oraz Euvic Buzz wspierały w pierwszym kwartale zarówno wzrost przychodów, jak i poprawę rentowności operacyjnej Grupy. Digitree Group pozostaje jednocześnie aktywna w obszarze dalszego rozwoju poprzez kolejne, potencjalne przejęcia i prowadzi rozmowy z kolejnymi podmiotami.

Jednocześnie Grupa pracuje nad dalszym uproszczeniem modelu operacyjnego oraz integracją kompetencji w ramach kluczowych obszarów biznesowych. Prowadzone działania mają wspierać dalszy wzrost efektywności organizacyjnej oraz zwiększać przejrzystość modelu biznesowego z perspektywy rynku i inwestorów. – Chcemy budować Grupę opartą o jasny i czytelny model kompetencyjny, który będzie wspierał dalszy wzrost oraz lepsze wykorzystanie synergii pomiędzy spółkami. Konsolidacja działalności wokół dwóch głównych filarów biznesowych agencyjnego i technologicznego jest jednym z ważnych elementów tego procesu – zaznacza Przemysław Marcol, członek zarządu Digitree Group S.A.

Strategia Digitree Group zakłada dalszy wzrost skali działalności, poprawę rentowności oraz osiągnięcie do końca 2027 r. poziomu ponad 10 mln zł EBITDA.

Przemysł drzewno-meblarski w kryzysie: branża czeka na systemowe działania państwa

Polski sektor drzewny i meblarski to jeden z filarów naszej gospodarki. To setki tysięcy miejsc pracy, miliardy złotych eksportu i innowacje, które wspierają rozwój wszystkich regionów kraju. Dziś ten filar kruszeje i znajduje się w poważnym zagrożeniu.

Rada ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego: pilne zadania państwa

6 maja odbyło się II posiedzenie Rady ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego przy Premierze RP, któremu przewodniczył sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii Michał Jaros. W spotkaniu uczestniczyły Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna oraz stowarzyszenia reprezentujące wszystkie branże przemysłu drzewnego.  Na posiedzeniu Rady przedstawiciele sektora podkreślili, że obecna sytuacja wymaga natychmiastowych działań.

Najważniejsze ustalenia spotkania obejmują:

  • Przygotowanie do połowy lipca przez Lasy Państwowe 10‑letniej prognozy pozyskania drewna z podziałem na gatunki i sortymenty.
  • Wypracowanie założeń ustawy traktującej drewno jako surowiec kluczowy.
  • Konieczność długofalowej strategii opartej na przewidywalności rynku, bezpieczeństwie surowcowym i partnerskim dialogu między administracją a przedsiębiorcami.

Wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli Piotr Wójcik podkreślił, że branża meblarska od lat buduje dodatnie saldo handlowe, tworzy dziesiątki tysięcy miejsc pracy i jest jednym z największych eksporterów mebli na świecie. Bez stabilnego dostępu do surowca i przewidywalnych warunków funkcjonowania firmy ograniczają produkcję, zwalniają pracowników i zamykają zakłady. Jeśli państwo nie podejmie interwencji, Polska straci nie tylko miejsca pracy, ale i jeden z filarów swojej gospodarki i eksportu.

Ograniczanie podaży drewna uderza w polską gospodarkę

Obecnie najważniejszym zagrożeniem dla stabilności przemysłu drzewnego w Polsce jest ograniczanie dostępności drewna. Wysokie ceny i brak surowca nie są przypadkiem – to konsekwencja decyzji kierownictwa Ministerstwa Klimatu i Środowiska, które zmniejszają podaż drewna. Do najważniejszych należą: wprowadzanie moratoriów na wyrąb bez wystarczających podstaw prawnych, wyznaczanie obszarów tzw. „starolasów”, „lasów społecznych” i rezerwatów czy modyfikacja metod użytkowania lasu.  Te ruchy, podejmowane bez rzetelnych analiz i konsultacji, powodują gwałtowny spadek podaży. Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe zapewniało w latach 2017‑2024 około 41 mln m³ drewna rocznie. Po decyzjach MKiŚ na rok 2025 zaplanowano sprzedaż ok. 38 mln m³, a w 2026 r. tylko 36 mln m³To  oznacza redukcję podaży o ponad 12%, co bezpośrednio przekłada się na wzrost cen i erozję konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Kryzys narasta

Z najnowszych analiz branżowych wynika, że polski przemysł meblarski i drzewny mierzy się z najpoważniejszym kryzysem od lat. Na kondycję sektora wpływają czynniki geopolityczne (wojna w Ukrainie, napięcia na Bliskim Wschodzie), spadek popytu i rosnąca niepewność gospodarcza. Jednocześnie koszty prowadzenia działalności – energii, wynagrodzeń, paliw, materiałów oraz surowca drzewnego – rosną lawinowo. Cena papierówki w niektórych RDLP przekroczyła już 540 zł za m³, a rosnący import mebli z Chin odpowiada za blisko 40% całego importu.

Dramatycznie spada też wartość produkcji sprzedanej mebli liczonej metodą podmiotową jako suma przychodów całego sektora – z 69,0 mld zł w 2022 r. do 62,1 mld zł w 2024 r., a prognozy mówią o dalszym spadku. Rentowność branży wynosi zaledwie około 4,4% i  wciąż się kurczy – w pierwszej połowie 2025 r. spadła do 3,8%, przy czym niemal 36% firm jest nierentownych. Zamówienia z rynku niemieckiego spadły w wielu firmach o 50–70%.

Przy malejących zamówieniach firmy są zmuszone do trudnych decyzji: w ciągu ostatnich czterech lat branża meblarska zredukowała około 27 tys. miejsc pracy, co oznacza spadek zatrudnienia o ponad 16%  ze średniego poziomu 165 tys. pracowników w 2022 roku do około 138 tys. w marcu 2026 roku. Lista zamykanych lub zmniejszających produkcję zakładów rośnie – od małych firm rodzinnych po duże, rozpoznawalne marki.

Kluczowe pytania do rządu – branża oczekuje konkretnych działań państwa:

  1. Kiedy zostanie przedstawiona kompleksowa strategia surowcowa gwarantująca stabilny dostęp do drewna, dzięki której firmy będą mogły utrzymać produkcję i planować inwestycje?
  2. Kiedy polski przemysł drzewno-meblarski będzie miał zapewnione przewidywalne i rynkowe ceny surowca drzewnego, stanowiące jeden z podstawowych warunków utrzymania konkurencyjności sektora?
  3. Jakie narzędzia ograniczą rosnące koszty energii i pracy? Utrzymanie konkurencyjności wymaga obniżenia kosztów prowadzenia działalności.
  4. W jaki sposób rząd zamierza chronić rynek przed nieuczciwymi praktykami importowymi oraz nadmierną presją producentów i dostawców spoza Unii Europejskiej?
  5. Czy przewidziano systemowe wsparcie finansowe dla przedsiębiorstw w utrzymaniu zatrudnienia i płynności, aby uniknąć fali bankructw i zwolnień?
  6. Jakie działania zostaną podjęte na rzecz ochrony miejsc pracy oraz lokalnych społeczności przed skutkami kolejnych zamknięć zakładów?

Sektor drzewny i meblarski nie ma czasu na kolejne miesiące strat i bierności. Chodzi o realne życie tysięcy Polek i Polaków, dla których praca w tej branży jest fundamentem bytu. Spadająca produkcja, rosnące koszty i zwolnienia pracowników nie mogą już dłużej czekać na reakcję. Jeśli państwo nie zareaguje natychmiast, znikną miejsca pracy i wpływy do budżetu, a Polska utraci przewagę eksportową.

Polski przemysł potrzebuje działania tu i teraz. Nie możemy pozwolić sobie na opieszałość – każdy kolejny miesiąc zwłoki oznacza dalsze redukcje zatrudnienia, utratę rynku i wzmocnienie zagranicznej konkurencji.

Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna wraz z całym środowiskiem branżowym apeluje do władz państwa o pilne i systemowe działania: stworzenie stabilnej, długofalowej strategii surowcowej, szybkie wsparcie finansowe i regulacyjne oraz ochronę miejsc pracy i lokalnych społeczności.

Polska i Polacy nie mogą pozwolić sobie na bierność. Teraz jest czas na decyzje – na odpowiedzialność i zaangażowanie ze strony organów państwa. Branża drzewno‑meblarska jest gotowa współpracować, dzielić się wiedzą i doświadczeniem, ale oczekuje konkretnych kroków, a nie deklaracji. Tylko w ten sposób uratujemy jeden z najważniejszych filarów polskiej gospodarki, zapewniając bezpieczną przyszłość pracownikom i ich rodzinom.

Kolejne posiedzenie Rady zaplanowano na połowę lipca – to szansa  dla przedstawicieli państwa, aby przedstawić konkretne propozycje działań.

Wyniki Nvidii testem dla hossy AI. W tle Fed, ropa i Bliski Wschód

Maj powoli zbliża się do końca, a rynki dalej żyją w cieniu bliskowschodniego napięcia. Trochę w tle, chociaż w dużym związku z konfliktem w Zatoce Perskiej, pojawiają się kolejne odczyty makro. Ciekawie zapowiada się również lektura protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC. Jednak wszystko to może zejść na dalszy plan po publikacji wyników największej spółki akcyjnej świata.

Zegar tyka, drony czekają

Naprawdę chciałoby się czasem całkowicie pominąć doniesienia z Bliskiego Wschodu, ale trudno to zrobić, kiedy wiele rynkowych wydarzeń wciąż jest interpretowanych przez ten pryzmat. Zasadniczo niewiele zmieniło się od wczoraj, kiedy pisałem, że napięcie wokół tego zawieszonego konfliktu rośnie. Kolejne media potwierdzają (zarówno te z USA, jak i z Izraela), że atak na Iran zasadniczo jest potwierdzony i tylko czekamy na godzinę zero. Zdecydowanie osłabł nawet optymizm pakistańskich pośredników w negocjacjach, którzy przestali już dostrzegać dobrą wolę po obu stronach. Mimo coraz bardziej jednoznacznego i powszechnego nastawienia do zbliżającej się eskalacji, w trakcie środowej sesji traderzy raczej trzymają palce uniesione nad klawiszami zleceń „sell”. Wcisną je i nie przestaną puszczać chyba dopiero w momencie, gdy niebo nad Bliskim Wschodem znowu zasłonią drony i rakiety. Czy już trochę klasycznie stanie się to w weekend?

Poprawa sentymentu bez fundamentu?

Mniej wprawni obserwatorzy rynków (czyli oczywiście nie nasi czytelnicy) mogliby ze środowego handlu wysnuć wniosek, że mamy do czynienia wręcz ze zniknięciem jakichś ryzyk. Przecież indeksy giełdowe ładnie rosną (dla tezy pominiemy azjatycką sesję), a główne europejskie parkiety zyskują ponad 0,5%. Jeszcze mocniej wyglądają rynki wschodzące, czego przykładem jest Warszawa, WIG20 stara się odrobić wczorajsze straty i rośnie ponad 1%. Na rynku długu w końcu chwila oddechu, rentowności obligacji dużej części państw dziś wyraźnie spadają (wystarczyło, że na napięcia w tym obszarze, o którym pisałem wczoraj, dziś uwagę zwróciła większość polskich analityków), a polskie 10-latki znowu są poniżej 6%. Najbardziej w coś (do końca w sumie nie wiadomo w co) chce w środę uwierzyć rynek ropy naftowej, główne odmiany tracą dziś ok. 3%, za lipcowy kontrakt na Brent trzeba płacić mniej niż 108 USD. Najmniej przekonany do kierunku pozostaje forex, gdzie za dobrą oznakę należy chyba uznać brak widocznego umocnienia dolara amerykańskiego. Kurs EUR/USD balansuje na psychologicznym 1,16 USD i pewnie zbiera siły przed dalszym marszem na południe. Taki układ ogranicza straty złotego, a kurs dolara nie przekracza 3,67 zł. Z kolei kurs euro pozostaje w pobliżu 4,25 zł, a kurs franka skorygował się do 4,64 zł.

All in Nvidia

Trochę w tle głównej osi rynkowych zainteresowań pojawiają się kolejne dane makro. W strefie euro potwierdzono wstępne dane inflacyjne za kwiecień, CPI w ujęciu rocznym wyniósł równe 3%. Trudno stwierdzić, czy taki rezultat zmieni podejście EBC już na najbliższym posiedzeniu, ponieważ decydenci mogą się zasłaniać wynikiem odczytu bazowego na poziomie 2,2% rdr. Rynek zdaje się coraz bardziej wierzyć w czerwcową podwyżkę stóp w strefie, ale wciąż trudno to dostrzec w wycenie wspólnej waluty… Pozytywne inflacyjne zaskoczenie nadeszło za to z Wielkiej Brytanii. Kwietniowy CPI w ujęciu rocznym został skorygowany z 3% do 2,8%. Jeszcze mocniej w dół zjechał bacznie obserwowany przez Bank Anglii wskaźnik cen detalicznych RPI, z 3,6% do 3% rdr. Mimo wszystko te publikacje nie zmieniają nastawienia do oczekiwanej w czerwcu podwyżki stóp w Zjednoczonym Królestwie. Nie widać też zmiany w nastawieniu do GBP, kurs funta jest blisko 4,91 zł. Już dziś wieczorem rynki dostaną kolejne silne impulsy. Najpierw o godz. 20 naszego czasu zostanie opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia amerykańskiej władzy monetarnej. W trakcie tego spotkania ujawniły się największe podziały w Komitecie od ponad 30 lat. Jednak jeszcze większą uwagę przyciągnie raport finansowy za pierwszy kwartał największej spółki na świecie (pod względem rynkowej kapitalizacji). Nvidia przyzwyczaiła już do bicia rekordów, więc sama publikacja (po zamknięciu Wall Street) może stać się świetnym sygnałem do realizacji zysków.

Polski rynek magazynowy przekroczył 37 mln mkw.

Według najnowszego raportu „Rynek magazynowo-przemysłowy w Polsce”, opublikowanego przez firmę doradczą Newmark Polska, w pierwszym kwartale 2026 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce przekroczyły 37 mln mkw. W tym czasie sześć głównych rynków regionalnych umocniło swoją przewagę nad pozostałymi regionami, skupiając prawie 70% nowej podaży, ponad 83% powierzchni w budowie oraz niemal 85% zarejestrowanego popytu. Średni wskaźnik pustostanów odnotował spadek nie tylko w ujęciu rocznym, lecz także drugi kwartał z rzędu.

Na koniec pierwszego kwartału 2026 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce przekroczyły 37,4 mln mkw., notując przyrost w ujęciu rocznym o nieco ponad 6,2%.

– Nowa podaż od początku roku wyniosła ok. 653 250 mkw., co stanowi wzrost o ponad 374% względem poprzedniego kwartału, ale jednocześnie spadek o niespełna 4% w porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 r. W trzech województwach deweloperzy oddali do użytku ponad 100 000 mkw. Łącznie przeszło 450 000 mkw. nowej powierzchni trafiło na sześć głównych rynków magazynowych kraju, co odpowiada prawie 70% całkowitej nowej podaży odnotowanej w pierwszym kwartale 2026 roku – mówi Jakub Kurek, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych w firmie doradczej Newmark Polska.

Pod koniec marca 2026 r. w budowie znajdowało się niecałe 1,46 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej, tj. o 18,6% mniej niż w czwartym kwartale 2025 r., ale o prawie 6% więcej niż w analogicznym okresie w 2025 r. Obecnie obiekty w budowie stanowią niecałe 4% całkowitych istniejących zasobów magazynowych w Polsce, co świadczy o stosunkowo niewielkiej aktywności deweloperów. Wskazuje to również na większą ostrożność inwestorów i deweloperów przy podejmowaniu decyzji o rozpoczynaniu nowych inwestycji oraz na stopniową stabilizację rynku po latach bardzo dynamicznego wzrostu.

– Liderem pod względem zarówno powierzchni w budowie, jak i udziału w całkowitym wolumenie realizowanych projektów pozostaje województwo mazowieckie (542 400 mkw.; 37,3%). Drugą pozycję zajmuje Górny Śląsk z wynikiem ponad 216 000 mkw., co stanowi ok. 15% powierzchni wszystkich magazynów pozostających w realizacji – dodaje Jakub Kurek.

Całkowity wolumen powierzchni wynajętej w pierwszym kwartale 2026 r. wyniósł prawie 1,58 mln mkw., co oznacza wzrost o ponad 46,8% rok do roku, ale spadek o 27,7% kwartał do kwartału. Był to jednocześnie najlepszy wynik dla pierwszego kwartału od 2021 roku.

– Biorąc pod uwagę wielkość polskiego rynku oraz aktywność najemców w ostatnich 12 miesiącach, możemy spodziewać się utrzymania zainteresowania wynajmem powierzchni magazynowo-przemysłowych w najbliższym czasie na stosunkowo wysokim poziomie. W efekcie całkowity popyt w tym roku może przekroczyć 6 mln mkw. – mówi Jakub Kurek.

W strukturze transakcji zawartych w pierwszym kwartale 2026 r. dominowały nowe umowy, które odpowiadały za 42% całkowitego popytu. Renegocjacje stanowiły 35,2%, natomiast pozostałe 22,8% przypadło na ekspansje (11,8%) oraz najem zwrotny (11,0%). Szczególnie duży udział transakcji najmu zwrotnego odnotowano w województwie podkarpackim (77,2% całkowitego popytu w regionie), lubelskim (44,8%) i wielkopolskim (43,2%). Warto również dodać, że w tym czasie najemcy wynajęli łącznie 91 950 mkw. na podstawie umów krótkoterminowych (zawieranych na okres do jednego roku).

Wśród największych transakcji sfinalizowanych w okresie od stycznia do końca marca 2026 r. znalazły się m.in. wynajem zwrotny 125 800 mkw. w magazynie dedykowanym firmie Raben w Poznaniu oraz dwie renegocjacje: w Prologis Park Janki na 72 000 mkw. i w Logistic City Piotrków Trybunalski na 68 300 mkw. Oba przedłużenia dotyczyły poufnych najemców z sektora handlowego.

Na koniec marca bieżącego roku udział niewynajętej powierzchni magazynowo-przemysłowej w całkowitych zasobach wyniósł 7,3%, co oznacza spadek o 0,1 p.p. kwartał do kwartału oraz o 1,2 p.p. rok do roku. Przekłada się to na ponad 2,7 mln mkw. dostępnej powierzchni w istniejących budynkach. Dla porównania inwestycje będące w trakcie realizacji oferują do wynajęcia 539 750 mkw., co stanowi nieco ponad 37% całkowitego wolumenu powierzchni pozostającej w budowie.

W pierwszym kwartale 2026 roku zaobserwowano dalszą polaryzację rynku pod względem czynszów ofertowych za powierzchnie magazynowe i przemysłowe.

– Obiekty wyposażone w zaawansowane rozwiązania technologiczne i ekologiczne, znajdujące się w najbardziej poszukiwanych lokalizacjach, odnotowały nieznaczne wzrosty stawek, natomiast właściciele magazynów o niższym standardzie mierzyli się z mniejszym zainteresowaniem najemców oraz koniecznością oferowania bardziej rozbudowanych pakietów zachęt. Najwyższe stawki czynszów na koniec marca roku nadal utrzymywały się w Warszawie (strefa I) oraz w województwie pomorskim – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

Pokolenie Z najczęściej odwiedza galerie handlowe, mimo cyfrowego stylu życia

0

Konsumenci wybierają tradycyjne zakupy przede wszystkim po to, by zobaczyć produkt na żywo – wskazuje tak 6 na 10 osób. Decydujemy się na nie również wtedy, gdy chcemy sprawdzić jakość produktu, zależy nam na czasie lub mamy ograniczone zaufanie do zakupów online, takie wnioski płyną z badania CBRE „Nowy konsument, nowe centra handlowe”. Galerie najczęściej odwiedzają osoby z pokolenia Z – trzy czwarte z nich pojawia się w centrach przynajmniej dwa razy w miesiącu.

Tradycyjne zakupy utrzymują swoje przewagi pomimo rozwoju e-commerce. Główną motywacją klientów do wyboru centrów handlowych jest chęć zobaczenia produktu na żywo – wskazało na to 60 proc. respondentów. Niewiele mniej, bo 56 proc. badanych, udaje się do galerii z potrzeby przymierzenia rzeczy lub zweryfikowania jej jakości. Istotną rolę odgrywa również czas – dla 36 proc. konsumentów kluczowa jest możliwość natychmiastowego zakupu i zabrania produktu ze sobą. Z kolei blisko co czwarty ankietowany (23 proc.) deklaruje, że po prostu lubi atmosferę towarzyszącą wizytom w sklepach. Co ciekawe, jedynie 8 proc. odpowiadających motywuje swoją decyzję brakiem zaufania do e-commerce.

Wyniki badania pokazują, że model omnichannel stał się dziś standardem. Konsumenci swobodnie przełączają się między zakupami online i offline, wybierając kanał najlepiej dopasowany do konkretnej potrzeby. E-commerce wygrywa przede wszystkim ceną i wygodą, umożliwiając szybkie porównanie ofert oraz komfort zakupów bez wychodzenia z domu. Z kolei handel stacjonarny pozostaje niezastąpiony tam, gdzie liczy się możliwość zobaczenia, dotknięcia czy przymierzenia produktu oraz jego natychmiastowa dostępność. Offline wygrywa doświadczeniem zakupowym, a online efektywnością i wygodą. Oba kanały się przenikają, szczególnie dla konsumentów z pokolenia Z, którzy choć żyją w cyfrowym świecie, centra handlowe odwiedzają najczęściej – mówi Anna Wysocka, szefowa działu handlowego, CBRE.

Kobiety i mężczyźni w centrum handlowym

Choć ogólne motywacje konsumentów obu płci do wizyt w galeriach handlowych są podobne, w pewnych aspektach widać istotne różnice. Kobiety wykazują bardziej praktyczne podejście do zakupów tradycyjnych. 59 proc. z nich wybiera sklepy stacjonarne by mieć możliwość przymierzenia lub osobistego sprawdzenia jakości asortymentu (w porównaniu do 52 proc. wśród panów). Kobiety częściej potrzebują również szybko otrzymać produkt (38 proc. vs. 34 proc.).

Dla mężczyzn atmosfera zakupów jest ważniejsza niż dla kobiet – na jej znaczenie wskazała jedna czwarta panów, w porównaniu jednej piątej pań. Co ciekawe, w grupie badanych mężczyzn odnotowano niemal dwukrotnie wyższy poziom sceptycyzmu wobec handlu elektronicznego niż wśród badanych kobiet. Brak zaufania do zakupów online jako powód wizyty w galerii handlowej wskazało 11 proc. mężczyzn i zaledwie 6 proc. kobiet.

– Kobiety i mężczyźni mają różne oczekiwania wobec centrów handlowych. Dla mężczyzn większe znaczenie ma gastronomia, rozrywka czy sama atmosfera zakupów. Kobiety doceniają możliwość przymierzenia produktów, oceny ich jakości i zrobienia zakupów w komfortowych warunkach. Bardziej niż mężczyźni cenią sobie także możliwość zwrotu zamówień złożonych online – dodaje Anna Wysocka, CBRE.

METODOLOGIA

Badanie przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie respondentów odwiedzających centra handlowe, liczącej N=2190 osób. Termin realizacji: od 27 lutego do 4 marca 2026. Metoda: CAWI.

Do 10% rocznego obrotu kary. UOKiK ma nowe narzędzie na e-sklepy już od czerwca

0

Od 19 czerwca 2026 roku każdy polski sklep internetowy musi mieć działający „przycisk odstąpienia od umowy”. Brak ulgi czasowej, brak preferencji dla mikrofirm, kary do 10% rocznego obrotu. W internecie krąży już lawina poradników i połowa z nich myli się co do podstaw. Co naprawdę zmienia dyrektywa (UE) 2023/2673 i dlaczego część sklepów ma już ten problem z głowy – wyjaśnia Michał Tykarski, członek zarządu IAI S.A., właściciela platformy IdoSell.

Mniej niż miesiąc. Tyle zostaje polskim przedsiębiorcom e-commerce do wejścia w życie dyrektywy (UE) 2023/2673, która zmienia sposób, w jaki klient może odstąpić od umowy zawartej online.

UOKiK może nałożyć do 2 mln kary dla osób zarządzających firmą, a w przypadku poważnych i powtórzonych uchybień sankcja sięga 10% rocznego obrotu przedsiębiorstwa.  Warto też pamiętać o tym, że niedopełnienie obowiązków informacyjnych skutkuje przedłużeniem terminu na zwrot z 14 dni do 12 miesięcy. Nowa ustawa wdraża szersze obowiązki informacyjne odnośnie zwrotów, a także bardziej reguluje funkcjonalności odstąpienia od umowy w sklepie.

To nie jest kolejna dyrektywa do „zanotowania na później”. Czerwiec 2026 to twarda data.

O co właściwie chodzi?

Dyrektywa (UE) 2023/2673, przyjęta przez Parlament Europejski i Radę 22 listopada 2023 roku, dodaje art. 11a do dyrektywy 2011/83/UE o prawach konsumentów. Główne założenie to, że rezygnacja z zakupu ma być równie prosta jak sam zakup. Jeśli klient mógł zawrzeć umowę jednym kliknięciem w sklepie, odstąpienie od niej także musi być dostępne elektronicznie, w tym samym środowisku.

Z perspektywy ostatnich dwóch lat i ciągu nowych aktów prawnych (w tym Omnibus, DSA, GPSR, WCAG) – widać, że środowisko e-commerce w Polsce żyje w stanie permanentnego dostosowywania się. Rozumiem, że dla wielu właścicieli sklepów to brzmi jak „znowu coś”. Ale ta zmiana akurat nie jest tak straszna, jak ją opisują. Wymaga konkretnej decyzji, konkretnej konfiguracji i nic więcej.

W praktyce oznacza to, że każdy sklep musi udostępnić wyraźny, łatwy do znalezienia przycisk „Odstąp od umowy tutaj” lub „Odstąp od umowy” w interfejsie zakupowym. Przycisk ten ma być dostępny przez cały czas trwania ustawowego prawa do zwrotu, czyli standardowo 14 dni od odbioru towaru lub zawarcia umowy.

Funkcja powinna być opisana w sposób jednoznaczny i zrozumiały, np. „Odstąp od umowy” albo „Odstąp od umowy tutaj”, lub innym równoważnym określeniem, które nie budzi wątpliwości co do swojego znaczenia.

Obowiązek dotyczy też informowania klienta o istnieniu i lokalizacji funkcji, czyli aktualizacji regulaminu i polityki zwrotów.

Kogo dotyczy?

Odpowiedź jest krótka: wszystkich sprzedawców B2C. Dyrektywa obejmuje towary fizyczne, usługi cyfrowe, treści cyfrowe, subskrypcje, VOD, a także usługi finansowe zawierane na odległość. Nie ma progu obrotów, nie ma wyjątku dla mikroprzedsiębiorców, nie ma kryterium liczby pracowników.

Jeśli prowadzisz sklep B2C i klient może przez Twój serwis zawrzeć umowę na odległość, dyrektywa Cię dotyczy. Bez wyjątków.

Mity i fakty

Słyszę dziś od sprzedawców, że muszą wydłużyć termin zwrotu z 14 do 30 dni, że dyrektywa zmusi ich do darmowych zwrotów, że trzeba budować nową bramkę zwrotów. To wszystko nie wynika z dyrektywy. Ona zmienia tylko jedno: sposób, w jaki klient z prawa do zwrotu może skorzystać. Termin pozostaje ten sam, koszty zwrotu według dotychczasowych zasad. Mity rosną szybciej niż obowiązki.

MITY KRĄŻĄCE W SIECI FAKTY
„Termin na zwrot wydłuża się z 14 do 30 dni.” Termin pozostaje 14 dni od otrzymania towaru – dyrektywa nie zmienia długości terminu, tylko sposób korzystania z prawa odstąpienia.
„Sklep musi pokrywać koszty zwrotu.” Zasady ponoszenia kosztów zwrotu nie zmieniają się – można je nadal przerzucać na konsumenta na obowiązujących regułach.
„Dyrektywa nie dotyczy mikrofirm.” Dotyczy wszystkich sprzedawców B2C – bez progów obrotów, transakcji, liczby pracowników.
„Wystarczy formularz PDF do pobrania.” Nie wystarczy. Wymagana jest funkcja online – przycisk i formularz w środowisku, w którym klient zawarł umowę. PDF może działać dodatkowo, ale nie zastępuje przycisku.
„Jest okres przejściowy – można wdrażać do końca 2026.” Obowiązek dotyczy wszystkich umów zawieranych od 19 czerwca 2026 roku.
„Wystarczy jeden klik – bez potwierdzenia.” Wymagane jest dwustopniowe potwierdzenie, żeby uniknąć przypadkowych odstąpień. Plus e-mail potwierdzający na trwałym nośniku.

 

Omnibus, DSA, GPSR, i teraz to

Według komentarzy, na które można trafić w mediach branżowych, właściciele polskich e-sklepów przeżywali już „katastrofy” związane z dyrektywą Omnibus (ceny i opinie), DSA (moderacja treści), GPSR (bezpieczeństwo produktów). Każda z tych regulacji wyglądała groźnie na papierze. Każda skończyła się jako element konfiguracji.

Pamiętam panikę przy Omnibusie i pamiętam panikę przy DSA. Za każdym razem rynek dramatyzował. Tymczasem zawsze okazywało się, że dobrze przygotowana platforma robiła to za sprzedawcę w tle. Z tą dyrektywą będzie tak samo, pod warunkiem, że ktoś za sprzedawcę myśli zawczasu.

Sklepy, które ten temat mają już z głowy

Różnica między modelami e-commerce w obliczu regulacji prawnych jest subtelna, ale ważna. W modelu SaaS, czyli abonamentowej platformy zarządzanej przez dostawcę, dostosowanie do nowych przepisów leży po stronie dostawcy, nie sprzedawcy.

Na platformach opartych na otwartym oprogramowaniu, takich jak WooCommerce czy PrestaShop, wdrożenie leży po stronie właściciela sklepu lub agencji. To oznacza koszt deweloperski, czas i ryzyko błędów.

W modelu SaaS taka regulacja wygląda inaczej niż na rynku open source. W IdoSell dostosowanie do dyrektywy 2023/2673 to jest nasz problem, nie sprzedawcy: w odpowiednim momencie funkcja włącza się w panelu, a nasi klienci dostają zgodne z prawem rozwiązanie bez kosztów deweloperskich, bez kupowania wtyczek, bez audytów. Tak działa profesjonalna platforma: bierze na siebie zmienność prawa, aby sprzedawca mógł skupić się na sprzedaży.

Jeśli mam coś poradzić właścicielowi sklepu, który dziś czyta o tej dyrektywie po raz pierwszy: nie panikuj, nie czekaj. Sprawdź, na jakiej platformie sprzedajesz i kto bierze odpowiedzialność za zgodność z prawem: Ty, agencja, czy dostawca. To jedno pytanie odpowiada na całą resztę.

Kontekst prawny:

Do 19 czerwca 2026 r. każdy sklep B2C w UE musi mieć wdrożone: widoczny i stale dostępny przycisk odstąpienia na stronie www, online’owy formularz z możliwością wyboru konkretnych produktów, dwuetapowe potwierdzenie, automatyczny e-mail zwrotny, zaktualizowany regulamin, a wszystko to bez dark patterns. Stawką jest do 10% rocznego obrotu, a także 12-miesięczne prawo zwrotu dla klientów.

Retail media rosną w polskim handlu. Ekrany w sklepach zauważa niemal co drugi klient

0

Prawie połowa klientów zauważa w sklepach reklamy na ekranach. Co trzeci konsument nie dostrzega ich. Z kolei jedna piąta osób tuż po wyjściu z placówki handlowej nie pamięta, czy je w ogóle widziała. Autorzy raportu oceniają ww. wyniki jako zadowalające dla marek, producentów i retailerów. I jak twierdzą, zebrane dane pokazują aktualny potencjał retail mediów w Polsce, ale też przestrzeń do pewnych korekt, które – w ich ocenie – branża musi ewidentnie wykonać. Raport daje również wyraźny sygnał retailerom, że sam ekran to za mało. Liczy się jego umiejscowienie, kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym.

Badacze z UCE RESEARCH w ramach raportu pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu” przeprowadzili bezpośrednie wywiady z prawie tysiącem konsumentów wychodzących ze sklepów. I tak z zebranych danych wynika, że 47,4% osób podczas zakupów zauważyło reklamy na ekranach. Według autorów raportu, to jest dobry wynik i poziom, który może na tym etapie rynkowym zadowalać marki, producentów i retailerów. W warunkach sklepowych, gdzie uwaga jest mocno rozproszona między listą zakupów, cenami i logistyką poruszania się po sklepie, niemal co druga osoba zauważyła reklamę. W praktyce oznacza to, że in-store retail media znajdują się w polu widzenia konsumenta, a nie są tylko elementem tła.

– Rynek retail media w Polsce dopiero się skaluje i uczy optymalizacji zarówno po stronie sieci, jak i reklamodawców. Powyższy wynik pokazuje potencjał, ale też przestrzeń do poprawy. To sygnał przede wszystkim dla retailerów, że sam ekran to za mało. Najważniejsze kwestie to jego umiejscowienie, kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym – komentuje Radosław Gołąb, ekspert rynku retail mediów i współautor raportu z MyShopTV.

Przede wszystkim retail media w sklepie wymagają takiego samego podejścia jak digital, czyli planowania, optymalizacji i mierzenia, co podkreśla ekspert. – Kluczowe jest planowanie ustawienia ekranów w kontekście realnej ścieżki klienta, tak aby komunikaty pojawiały się w momentach decyzyjnych, a nie przypadkowych. Kampanie in-store powinny być projektowane pod konkretne miejsce i moment, bo inaczej wygląda komunikacja przy wejściu, a inaczej – przy półce. Do tego dochodzi właściwe wykorzystanie danych oraz powiązanie ekspozycji z efektem sprzedażowym – wskazuje znawca rynku.

Z raportu wynika też, że co trzeci konsument nie zauważył tego typu reklamy – 31,3%. Według ekspertów z MyShopTV, powodem tego może być to, że sklep nie jest typowym medium. Klient przychodzi z konkretnym celem i filtruje bodźce. Jeśli komunikat nie jest osadzony w jego ścieżce zakupowej, fizycznie lub mentalnie, to po prostu go pomija. To nie jest problem samego formatu, tylko dopasowania do momentu i kontekstu.

– Właśnie dlatego tak ważne jest korzystanie z danych first party retailera i dostosowywanie komunikatu do profilu koszyka zakupowego czy prime time sprzedaży produktów z danej kategorii. Dopiero wtedy in-store retail media zaczynają działać jak trzeba, czyli skracają dystans między komunikatem a decyzją, zwiększają konwersję przy półce i realnie wpływają na sprzedaż w miejscu, gdzie ona faktycznie zapada – wyjaśnia Radosław Gołąb.

Do tego widać, że jedna piąta osób zaraz po wyjściu ze sklepu nie pamięta, czy w ogóle zauważyła tego typu reklamy – 21,3%. Jak tłumaczą autorzy raportu, to nie oznacza braku kontaktu, tylko raczej niepamięć. A to już kwestia jakości kreacji, powtarzalności i dopasowania komunikatu. W praktyce oznacza to, że reklama się wyświetliła, ale nie zostawiła żadnego śladu. I tutaj jest bardzo dużo czynników, które mogły mieć na to wpływ – od niewłaściwego dopasowania komunikatu, samej formy reklamy aż po wygląd kreacji.

– Wyniki pokazują, że fundament działa, czyli ekran generuje kontakt z reklamą. Natomiast efektywność nie będzie wynikać z samej obecności ekranów, tylko z tego, jak dobrze kampanie są dopasowane do zachowań konsumenta i jak precyzyjnie wpisują się w proces zakupowy. In-store retail media zaczynają przypominać media digitalowe, gdzie liczy się nie tylko zasięg, ale jakość dotarcia i moment ekspozycji – analizuje ekspert z MyShopTV.

Jak stwierdza Radosław Gołąb, klienci są otwarci na komunikację w sklepie, gdy zapadają ich decyzje. Natomiast ta otwartość trwa bardzo krótko i dotyczy tylko części kategorii. Jeśli komunikat odpowiada na aktualną potrzebę, to działa. Jeśli nie trafia w nią, wówczas znika w tle. Tylko niewielka część kupujących sztywno trzyma się swojej listy zakupów. Potwierdzają to inne badania rynkowe UCE RESEARCH, z których wyraźnie wynika, że polski konsument często zmienia zdanie w samym sklepie w kwestii konkretnego zakupu czy wyboru producenta.

– Skoro decyzje zmieniają się nawet w samym sklepie, to placówka handlowa staje się ostatnim, często decydującym punktem wpływu. In-store nie buduje lojalności w klasycznym sensie, ale bardzo skutecznie przechwytuje decyzję w momencie zakupu. Na samą zauważalność reklam w sklepach najbardziej wpływają takie czynniki, jak odpowiednia lokalizacja ekranu, kontekst kategorii i prostota komunikatu. Ekran przy wejściu działa inaczej niż przy półce. Kreacja do przeczytania przegrywa z komunikatem do zobaczenia w sekundę. Nadmiar bodźców oczywiście istnieje, ale problemem rzadziej jest ich liczba, a częściej brak dopasowania – mówi Radosław Gołąb.

W opinii współautora raportu, wyniki zrealizowanych w sklepach kampanii jednoznacznie pokazują, że reklama w miejscu sprzedaży działa i wpływa na decyzje zakupowe. Na pewno jest jeszcze pole do optymalizacji. Retail media w sklepach fizycznych są dokładnie w tym miejscu, w którym digital był kilkanaście lat temu. Potencjał jest ogromny, ale standardy w handlu dopiero się kształtują.

– Obecnie rynek w Polsce jest na etapie obecności ekranów w sklepach stacjonarnych, natomiast zmierza ku efektywności działań reklamowych. W najbliższych latach wygrają ci, którzy przestaną traktować placówkę handlową tylko jak miejsce emisji reklamy, a zaczną je postrzegać jako środowisko decyzji zakupowej, w którym warto być ze swoim przekazem. Sklep fizyczny stanie się pełnoprawnym kanałem mediowym, z własną logiką planowania i optymalizacji, opartą na danych first party retailera – podsumowuje Radosław Gołąb z MyShopTV.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Raport został oparty na specjalnym badaniu, które realizowano w bezpośrednim otoczeniu blisko 80 placówek handlowych, które w dniu badania posiadały ekrany wizyjne z wyświetlanymi reklamami. Zastosowano metodę wywiadów bezpośrednich z respondentami opuszczającymi sklep (tzw. intercept survey). Do udziału kwalifikowano osoby w wieku od 18 do 65 lat, które w danym momencie realizowały zakupy w analizowanej placówce. Łączna liczebność próby wyniosła blisko 1 tys. osób. Dobór próby miał charakter celowy i był związany z kontekstem sytuacyjnym (tj. dokonywania zakupów), co umożliwiało uchwycenie bezpośrednich deklaracji respondentów dotyczących ich doświadczeń zakupowych. Celem badania była analiza percepcji oraz poziomu zauważalności reklam wizyjnych emitowanych w przestrzeni sklepów detalicznych, a także ocena reakcji konsumentów na tego typu komunikaty w środowisku zakupowym. Badanie stanowi część szerszego projektu badawczego realizowanego w ramach raportu rynkowego pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu. Edycja 2026”.

Praca sezonowa w Polsce coraz bardziej opłacalna. Stawki sięgają nawet 52 zł za godzinę

Praca sezonowa w Polsce może dziś opłacać się bardziej niż wyjazd na saksy. Jak wynika z danych Grupy Progres, obecne stawki wahają się od 32 do nawet 52 zł brutto za godzinę. Firmy, walcząc o pracowników oferują też dodatkowe benefity — premie frekwencyjne, darmowe zakwaterowanie i wyżywienie, dopłaty do transportu czy elastyczne grafiki. Tegoroczny sezon przynosi również ważną zmianę dla zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych: wykonywanie takiej pracy zaczyna wliczać się do stażu pracy i przyszłej emerytury dzięki przepisom obowiązującym od początku 2026 r.

Jeszcze kilka lat temu praca sezonowa kojarzyła się głównie ze zbiorami owoców czy pracą w restauracjach zlokalizowanych w kurortach turystycznych. Dziś nie mniejsze zapotrzebowanie dotyczy magazynów obsługujących e-commerce, centrów logistycznych, festiwali muzycznych, parków rozrywki i całej branży hotelowej czy handlu. Sezon stał się dziś czasem, z którego korzystają niemal wszyscy, a jego wszechstronność sprawia, że rośnie liczba ofert pracy o coraz bardziej zróżnicowanym charakterze. Dzięki temu takie oferty obejmują nie tylko proste, monotonne zajęcia, ale również bardziej interesujące i dynamiczne role w różnych branżach.

Jedna z większych zmian, którą na przestrzeni lat obserwujemy w przypadku pracy sezonowej dotyczy różnorodności stanowisk. Coraz częściej nie są to już wyłącznie proste prace fizyczne, ale role wymagające podstawowych kompetencji cyfrowych, szybkiej adaptacji i umiejętności pracy w dynamicznym środowisku. Sezonowość zatrudnienia zaczyna przypominać elastyczny rynek projektowy, w którym pracownicy płynnie przechodzą między branżami w zależności od popytu i lokalnych wydarzeń. Do tego mają szansę na dość szybki zarobek mówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Rekordowe stawki i nowe benefity napędzają sezon 2026

Jak wynika z danych Grupa Progres, tegoroczne stawki w pracy sezonowej wahają się od 32 do 45 zł brutto za godzinę, choć w przypadku bardziej wymagających lub pilnych zleceń zdarzają się również oferty bardziej intratne sięgające 52 zł brutto. Zarobki części osób plasują się w środku tej stawki. Według statystyk Jooble dotyczących stanowisk zawierających określenie „sezonowa”, przeciętny pracownik w Polsce zarabia rocznie około 80 628 zł (stan na 13 maja 2026 r.). Przekłada się to na średnio 6 719 zł miesięcznie, 1 680 zł tygodniowo lub około 41,99 zł za godzinę. Jednocześnie analiza pokazuje zróżnicowanie wynagrodzeń – najniższe roczne stawki wynoszą około 77 640 zł, a najwyższe sięgają 83 508 zł.

Praca sezonowa ma swoją wartość

W gastronomii nadal dominują oferty dla kelnerów (ok. 32–40 zł/h + napiwki), barmanów (32–50 zł/h, w sezonie i klubach/eventach nawet 50–70 zł/h), baristów (32–45 zł/h), pomocy kuchennych (32–38 zł/h) i kucharzy (35–60 zł/h, w topowych lokalizacjach i kurortach więcej), ale coraz częściej pojawiają się także operatorzy food trucków (32–55 zł/h lub stawka dzienna + udział w obrocie), pracownicy cateringu eventowego (35–60 zł/h) oraz obsługa mobilnych stref gastronomicznych podczas koncertów i festiwali (40–70 zł/h, często z dodatkami za godziny nocne i pracę w weekendy).

W hotelach rekrutowani są nie tylko recepcjoniści i pokojowe (32–45 zł/h), ale też animatorzy dziecięcy (30–50 zł/h), opiekunowie stref wellness (35–60 zł/h), technicy basenowi (35–55 zł/h), concierge sezonowi dla apartamentów premium (40–70 zł/h, często wymagane języki obce) oraz osoby odpowiedzialne za obsługę rezerwacji online (30–50 zł/h, czasem system premiowy od wyników).

W logistyce i handlu sezonowym firmy szukają magazynierów (32–40 zł/h), operatorów kompletacji zamówień (32–45 zł/h), pracowników pakujących przesyłki e-commerce (32–40 zł/h), osób do inwentaryzacji (32–45 zł/h) oraz kierowców dostaw miejskich (35–55 zł/h + premie za kursy i godziny). Coraz więcej ofert dotyczy również obsługi automatów paczkowych i punktów odbioru zamówień w miejscowościach turystycznych (32–40 zł/h).

Bardzo dynamicznie rośnie sektor eventowy, gdzie poszukiwani są montażyści scen (35–60 zł/h), technicy światła i nagłośnienia (40–80 zł/h), stewardzi wydarzeń (32–45 zł/h), pracownicy stref VIP (35–70 zł/h) i osoby obsługujące zaplecze sanitarne podczas imprez plenerowych (32–40 zł/h). Pojawiają się też bardziej nietypowe stanowiska, takie jak operator dmuchańców (32–40 zł/h), opiekun stref relaksu (32–50 zł/h), tester escape roomów sezonowych (32–60 zł/h), kierownik kina letniego (40–70 zł/h) czy animator aktywności sportowych w hotelach i kurortach (32–55 zł/h).

W turystyce i rekreacji szukają instruktorów sportów wodnych (40–80 zł/h, często prowizje od zajęć), operatorów wypożyczalni rowerów elektrycznych (32–45 zł/h), obsługi parków linowych (32–50 zł/h), ratowników (35–60 zł/h + dodatki za odpowiedzialność) i przewodników miejskich (35–70 zł/h + napiwki). Z kolei branża beauty i wellness rekrutuje sezonowych masażystów (40–90 zł/h), kosmetyczki (40–80 zł/h), stylistki paznokci (40–85 zł/h) i recepcjonistów spa (32–50 zł/h). W miejscowościach turystycznych pojawiają się nawet oferty dla fotografów wykonujących zdjęcia turystom (32–70 zł/h lub prowizja od sprzedaży) oraz twórców materiałów do social mediów obsługujących profile hoteli i beach barów (35–80 zł/h lub stawki projektowe).

Praca sezonowa przestała być wyłącznie rozwiązaniem dla studentów szukających wakacyjnego zarobku. Dziś to pełnoprawny segment rynku pracy, w którym firmy rywalizują o kandydatów niemal tak samo jak przy rekrutacjach stałych. Coraz więcej pracodawców buduje markę wokół sezonu i wraca do tych samych pracowników co roku. Kandydaci zwracają uwagę już nie tylko na stawkę, ale też na warunki zatrudnienia, dodatki do pensji, grafik i atmosferę pracymówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Umowa nadal ma znaczenie. Najwięcej ofert na zlecenie, ale rynek się zmienia

Najpopularniejszą formą zatrudnienia pozostaje umowa zlecenie, szczególnie w gastronomii, turystyce i eventach. W logistyce oraz magazynach coraz częściej pojawiają się jednak umowy o pracę na czas określony, ponieważ firmy chcą ograniczyć rotację i szybciej szkolić pracowników do kolejnych sezonów. Pracodawcy próbują przyciągać kandydatów dodatkowymi benefitami: darmowym noclegiem, posiłkami pracowniczymi, premiami za brak absencji czy dopłatami do paliwa.

Duże zainteresowanie budzą także krótkie kontrakty weekendowe i mikrosezony trwające od dwóch do sześciu tygodni. To odpowiedź na zmieniające się podejście młodych pracowników, którzy coraz rzadziej deklarują gotowość do pracy przez całe wakacje. Popularne stają się również hybrydowe modele zatrudnienia – kilka dni pracy stacjonarnej i część zadań wykonywana zdalnie, np. przy obsłudze rezerwacji czy klienta online.

Nowe przepisy zmieniają rynek pracy sezonowej

Nowe przepisy obowiązujące od 2026 roku sprawiły też, że część osób zaczęła zwracać większą uwagę na legalność zatrudnienia i odprowadzanie składek. Zmiany pozwalają bowiem wliczać część okresów przepracowanych na zleceniu do stażu pracy, co może mieć znaczenie przy naliczaniu uprawnień pracowniczych, dodatków stażowych czy długości urlopu.

To pierwszy sezon, w którym kandydaci naprawdę pytają o składki i formalności. Jeszcze niedawno większość młodych ludzi interesowała wyłącznie stawka netto i liczba godzin. Dziś coraz częściej dopytują, czy umowa będzie zgłoszona do ZUS, czy pojawi się odprowadzanie składek i jak wygląda kwestia stażu pracy. To pokazuje, że świadomość rynku pracy rośnie szybciej, niż wielu pracodawców zakładało. W praktyce legalność zatrudnienia zaczyna być elementem przewagi konkurencyjnej podkreśla Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Rodzice wracają do procesu rekrutacji

Jednym z widocznych trendów tegorocznego sezonu jest obecność rodziców podczas rekrutacji. Młodzi kandydaci często przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne z mamą lub tatą, szczególnie jeśli praca wiąże się z wyjazdem do innego miasta albo zakwaterowaniem zapewnianym przez pracodawcę.

Rodzice pytają o standard noclegów, liczbę godzin pracy, bezpieczeństwo transportu i zapisy w umowie. Dla części firm to zaskoczenie, ale wiele organizacji zaczęło już przygotowywać specjalne informacje dla rodzin kandydatów. W branży hotelarskiej i gastronomicznej pojawiły się nawet dni otwarte dla rodziców pracowników sezonowych.

Wraz ze wzrostem liczby ofert rośnie również ryzyko nadużyć, dlatego szczególna czujność kandydatów jest jak najbardziej wskazana. Warto dokładnie weryfikować ogłoszenia – zwłaszcza te, które nie zawierają pełnych danych firmy, jasno określonych warunków zatrudnienia czy szczegółów dotyczących miejsca i formy pracy. Niepokój powinny budzić również nieprecyzyjne zasady dotyczące zakwaterowania, zbyt wysokie potrącenia za nocleg i wyżywienie, a także brak informacji o rzeczywistej liczbie godzin pracy czy systemie zmianowym – zaznacza Magda Dąbrowska. – Szczególnie ostrożnie należy podchodzić do ofert, które obiecują bardzo wysokie zarobki bez umowy lub bez jasno określonego sposobu rozliczeń. Transparentność w tych obszarach jest kluczowa – jej brak może świadczyć o potencjalnych nieprawidłowościach lub nieuczciwych praktykach. Dlatego przed podjęciem decyzji o wyjeździe lub zatrudnieniu warto każdą ofertę dokładnie sprawdzić i upewnić się, że warunki są jasno opisane i możliwe do zweryfikowania. Jeśli oferta wydaje się zbyt dobra, by była prawdziwa, lepiej podejść do niej z dystansem i w razie wątpliwości po prostu z niej zrezygnować – podsumowuje prezeska Grupy Progres.

UOKiK ukarał sprzedawcę kursów językowych. Chodzi o fikcyjne dofinansowania i „darmowe” kursy

0

Prezes UOKiK wydał decyzję dotyczącą spółki Mobile Marketing Center, która sprzedawała multimedialne kursy języków obcych. Urząd uznał, że przedsiębiorca naruszał zbiorowe interesy konsumentów, m.in. poprzez sugerowanie nieistniejących dofinansowań, reklamowanie pozornie darmowych produktów oraz nieprawidłowości przy zawieraniu umów na odległość.

Na spółkę nałożono karę w wysokości 2,232 mln zł. Dodatkową sankcję finansową, w wysokości 420 tys. zł, otrzymała osoba zarządzająca, której UOKiK zarzucił umyślne dopuszczenie do naruszeń prawa. Decyzja jest prawomocna wobec Mobile Marketing Center, natomiast osoba zarządzająca odwołała się do sądu.

Kursy językowe z rzekomym dofinansowaniem

Mobile Marketing Center oferowała kursy językowe za pośrednictwem strony poliglotos.pl, a także telefonicznie. Spółka korzystała również z serwisu speakking.pl. Według ustaleń UOKiK konsumenci byli zachęcani do zakupu kursów poprzez komunikaty sugerujące możliwość skorzystania z publicznego wsparcia finansowego.

Szczególne wątpliwości urzędu wzbudziła domena funduszwsparcia.eu, na której przedsiębiorca posługiwał się nazwą „Europejski Fundusz Wsparcia Nauki Języków Obcych i Edukacji”. Konsumentom sugerowano, że dzięki takiemu programowi mogą kupić kursy z 87-procentową zniżką.

Postępowanie wykazało jednak, że wskazany fundusz nie istniał. Zdaniem UOKiK narracja o dofinansowaniu miała stworzyć wrażenie wyjątkowej okazji cenowej i skłonić konsumentów do podjęcia decyzji zakupowej.

„Darmowe” produkty wymagały zakupu

Urząd zakwestionował również sposób reklamowania ofert określanych jako darmowe. Konsumenci mogli odnieść wrażenie, że otrzymają bezpłatny kurs lub materiały edukacyjne. W praktyce warunkiem skorzystania z takiej oferty był zakup innego, pełnopłatnego produktu.

Według UOKiK informacja o tym warunku była podawana w sposób niejasny lub ukrywana. Tym samym konsument nie otrzymywał pełnej i rzetelnej informacji o rzeczywistych kosztach oferty przed podjęciem decyzji.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny ocenił, że spółka budowała swój model sprzedaży na dezinformacji i manipulacji. Jak wskazał, konsumenci byli kuszeni wizją atrakcyjnych, lecz nieistniejących dofinansowań oraz ofertami darmowymi, które w rzeczywistości wiązały się z koniecznością zapłaty.

Nieprawidłowości w sprzedaży telefonicznej

Istotna część zarzutów dotyczyła sprzedaży telefonicznej. Według ustaleń UOKiK konsultanci Mobile Marketing Center nie przekazywali konsumentom pełnych informacji wymaganych przy zawieraniu umów na odległość.

Chodziło m.in. o brak jasnego wskazania handlowego celu rozmowy, danych identyfikujących przedsiębiorcę oraz informacji o prawie do odstąpienia od umowy. Urząd zakwestionował także praktykę uznawania transakcji za zawarte już podczas rozmowy telefonicznej.

W przypadku umów zawieranych przez telefon przepisy wymagają, aby konsument potwierdził wolę zawarcia umowy na trwałym nośniku. Według UOKiK Mobile Marketing Center traktowała umowy jako skutecznie zawarte mimo braku takiego potwierdzenia.

Spór o prawo do odstąpienia od umowy

Kolejny zarzut dotyczył utrudniania konsumentom odstąpienia od umowy. Spółka miała odmawiać takiego prawa w przypadku kursów multimedialnych, argumentując, że aktywacja kodu dostępu do treści cyfrowej wyłącza możliwość rezygnacji.

UOKiK wskazał jednak, że konsument musi wcześniej otrzymać jasną informację o skutkach aktywacji treści cyfrowej. Jeżeli przedsiębiorca nie poinformuje go prawidłowo o utracie prawa do odstąpienia, nie może później powoływać się na taki skutek.

W ocenie urzędu praktyka stosowana przez Mobile Marketing Center mogła prowadzić do sytuacji, w której konsumenci byli pozbawiani możliwości skutecznej rezygnacji z umowy, mimo że nie zostali wcześniej właściwie poinformowani o konsekwencjach swoich działań.

Ponad 2,6 mln zł kar

Łączna wysokość kar finansowych w sprawie przekracza 2,65 mln zł. Na Mobile Marketing Center nałożono 2,232 mln zł kary za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów. Osoba zarządzająca spółką ma zapłacić 420 tys. zł za umyślne dopuszczenie do naruszeń.

Spółka została również zobowiązana do poinformowania konsumentów, z którymi zawarła umowy, o decyzji Prezesa UOKiK. Ma to umożliwić klientom zapoznanie się z ustaleniami urzędu i ocenę swojej sytuacji prawnej.

Sprawa pokazuje, że UOKiK coraz dokładniej analizuje nie tylko same treści reklamowe, ale również sposób prowadzenia sprzedaży telefonicznej, konstrukcję ofert promocyjnych oraz przestrzeganie obowiązków informacyjnych wobec konsumentów.

Konsument musi znać rzeczywistą cenę i warunki oferty

Decyzja dotycząca Mobile Marketing Center wpisuje się w działania UOKiK wymierzone w praktyki, które mogą zniekształcać decyzje zakupowe konsumentów. Szczególne znaczenie mają tutaj komunikaty o promocjach, dotacjach, zniżkach i darmowych produktach.

Z perspektywy konsumenta kluczowe jest, czy informacja o cenie, warunkach skorzystania z oferty i prawie do odstąpienia od umowy została przekazana w sposób jasny, widoczny i zrozumiały. Jeżeli przedsiębiorca eksponuje korzyść, a ukrywa koszt lub istotne ograniczenia, może naruszać przepisy o ochronie konsumentów.

W przypadku Mobile Marketing Center UOKiK uznał, że konsumenci mogli być wprowadzani w błąd na kilku etapach kontaktu z firmą: od reklamy internetowej, przez rozmowę telefoniczną, po realizację prawa do odstąpienia od umowy.

Mikrokawalerki znów na celowniku resortu. Rynek mieszkaniowy może stracić kolejną furtkę

Ministerstwo Rozwoju i Technologii po raz kolejny bierze na tapet mikrokawalerki. Najpierw zakazano budowy mieszkań mniejszych niż 25 mkw., później ograniczano możliwość obchodzenia tych przepisów poprzez lokale użytkowe, a teraz nowe warunki techniczne mają domknąć również furtkę wykorzystywaną przez mikroapartamenty w hotelach, aparthotelach czy akademikach. Problem polega jednak na tym, że za każdym razem rynek znajduje nowe obejście. Bo mikrolokale – niezależnie od regulacji – wciąż mają swoje wierne grono amatorów.

Według najnowszej wersji projektu rozporządzenia w sprawie warunków technicznych, nie będzie można projektować lokali mniejszych niż 25 mkw. także w budynkach zamieszkania zbiorowego. Zmiana ma ograniczyć praktykę budowania małych lokali formalnie użytkowych, które w rzeczywistości funkcjonują jako mieszkania.

– To kolejny etap trwającej od lat wojny regulatora z rynkiem – komentuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Od liberalizacji do uszczelniania

Paradoks całej historii polega na tym, że jeszcze dekadę temu kierunek myślenia administracji był dokładnie odwrotny niż dziś. W 2016 roku resort infrastruktury planował zniesienie norm dotyczących minimalnych powierzchni pomieszczeń mieszkalnych, uznając, że o parametrach lokali powinien decydować przede wszystkim rynek i preferencje nabywców.

Jak argumentowali wówczas eksperci portalu RynekPierwotny.pl, mikromieszkania nie były żadnym polskim wynalazkiem, lecz naturalnym elementem funkcjonowania największych światowych metropolii – od Nowego Jorku i Londynu po Paryż. W warunkach szybko rosnących cen nieruchomości i postępującej urbanizacji segment najmniejszych mieszkań miał stanowić jeden z elementów dywersyfikacji oferty deweloperskiej.

W tamtym okresie dominowało przekonanie, że rynek sam zweryfikuje skalę zjawiska.

Dwa lata później nastąpił jednak gwałtowny zwrot regulacyjny. Od 1 stycznia 2018 roku zaczęły obowiązywać przepisy zakazujące projektowania mieszkań o powierzchni mniejszej niż 25 mkw. Regulacja miała poprawić standard zamieszkiwania i ograniczyć najbardziej skrajne przypadki „upakowywania” ludzi na minimalnej przestrzeni.

I rzeczywiście – z punktu widzenia urbanistyki czy jakości życia trudno odmówić tym argumentom racjonalności.

Problem w tym, że rynek mieszkaniowy rzadko podporządkowuje się prostym administracyjnym zakazom.

Mikrokawalerki nie są żadnym nowym wynalazkiem

W publicznej debacie najmniejsze lokale często przedstawiane są jako stosunkowo nowy produkt „patodeweloperki”. Tymczasem mieszkania o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych funkcjonowały w Polsce od dekad – również w czasach PRL. Dla wielu osób były pierwszym krokiem do samodzielności mieszkaniowej.

Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu nikogo szczególnie nie dziwiły kawalerki o powierzchni 16, 18 czy 20 mkw., zwłaszcza w dużych miastach i atrakcyjnych lokalizacjach. Ich przewagą była relatywnie niska cena nominalna, dobra lokalizacja i możliwość samodzielnego zamieszkania bez konieczności wynajmowania większego lokalu.

Jak wynikało z analiz portalu RynekPierwotny.pl jeszcze sprzed wprowadzenia limitu 25 mkw., popyt na najmniejsze lokale utrzymywał się stabilnie na poziomie około 1–2 proc. całkowitego popytu na rynku pierwotnym. Segment miał więc charakter niszowy, ale trwały i wyraźnie obecny w strukturze rynku.

To właśnie ten stabilny popyt sprawił, że mimo regulacji mikrolokale nie zniknęły z rynku.

Popyt nie zniknął. Rynek znalazł obejście

Po wejściu nowych przepisów deweloperzy bardzo szybko zaczęli wykorzystywać alternatywne formuły prawne.

Ponieważ ograniczenia dotyczyły wyłącznie lokali mieszkalnych, na rynku zaczęły pojawiać się:

  • mikroapartamenty,
  • aparthotele,
  • condohotele,
  • prywatne akademiki,
  • lokale użytkowe pełniące funkcję mieszkań.

Formalnie nie były to mieszkania, lecz lokale użytkowe lub budynki zamieszkania zbiorowego. W praktyce jednak często funkcjonowały dokładnie tak samo jak klasyczne lokale mieszkalne.

Kupujący godzili się przy tym na liczne niedogodności:

  • wyższy, 23-procentowy VAT,
  • mniej korzystny status prawny,
  • ograniczenia meldunkowe,
  • problemy eksploatacyjne.

W zamian otrzymywali jednak produkt relatywnie tani w zakupie. Nawet jeśli cena za metr kwadratowy była bardzo wysoka, to niewielki metraż oznaczał dużo niższy próg wejścia kapitałowego niż w przypadku tradycyjnego mieszkania.

I właśnie w tym miejscu najlepiej widać fundamentalne zderzenie dwóch sposobów myślenia o rynku mieszkaniowym.

Zderzenie dwóch logik rynku mieszkaniowego

Zwolennicy podejścia rynkowo-liberalnego przekonują, że państwo nie powinno administracyjnie eliminować produktu, na który istnieje trwały popyt. Ich zdaniem mikrolokale są naturalną odpowiedzią rynku na wysokie ceny mieszkań, urbanizację oraz zmieniający się styl życia mieszkańców dużych miast.

W praktyce najmniejsze lokale trafiają najczęściej do:

  • studentów,
  • singli,
  • młodych pracowników migrujących do największych aglomeracji,
  • inwestorów szukających małych lokali na wynajem.

W wielu przypadkach nie chodzi nawet o wybór komfortu, lecz o wybór pomiędzy bardzo małym mieszkaniem a całkowitym brakiem możliwości zakupu własnego lokalu.

Z drugiej strony istnieje jednak równie silne podejście urbanistyczno-regulacyjne, które zwraca uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sam metraż, lecz obchodzenie prawa i rozbijanie logiki planowania przestrzennego.

Na ten aspekt zwraca uwagę m.in. Hanna Milewska-Wilk z Instytutu Rozwoju Miast i Regionów. Jak podkreśla ekspertka, budynki formalnie projektowane jako hotele, aparthotele czy obiekty usługowe w praktyce zaczynają pełnić funkcję mieszkaniową, co prowadzi do przeciążenia infrastruktury oraz chaosu urbanistycznego.

Gmina planuje bowiem:

  • określone natężenie ruchu,
  • zużycie mediów,
  • funkcje usługowe lub biurowe,
  • odpowiednią infrastrukturę techniczną.

Tymczasem w miejscu planowanego obiektu usługowego pojawia się budynek zamieszkany przez setki osób. W efekcie rozjeżdża się zarówno logika planowania przestrzennego, jak i realne funkcjonowanie miasta.

Resort próbuje zamknąć ostatnią furtkę

Nowe przepisy mają być odpowiedzią właśnie na ten mechanizm.

Nie chodzi już wyłącznie o sam zakaz projektowania mieszkań poniżej 25 mkw., ale o ograniczenie możliwości obchodzenia wcześniejszych regulacji poprzez budowę mikroapartamentów w budynkach zamieszkania zbiorowego.

To bardzo istotna zmiana, ponieważ przez ostatnie lata właśnie ten segment stał się głównym kanałem rozwoju najmniejszych lokali na rynku.

W praktyce oznacza to kolejny etap uszczelniania systemu:

  • najpierw zakazano mikrokawalerek jako mieszkań,
  • następnie rynek przeniósł się do lokali użytkowych,
  • potem do aparthoteli i akademików,
  • dziś regulator próbuje ograniczyć również tę ścieżkę.

Nowe przepisy nie walczą więc już z samą powierzchnią lokalu, lecz z mechanizmem obchodzenia wcześniejszych regulacji.

Wojna, która szybko się nie skończy

Historia mikrokawalerek pokazuje paradoks polskiego rynku mieszkaniowego. Państwo przez lata próbowało regulować segment, który jeszcze dekadę temu samo chciało liberalizować. Rynek odpowiadał jednak kolejnymi konstrukcjami prawnymi – od lokali użytkowych po aparthotele i condohotele.

Trudno zresztą oczekiwać, by było inaczej. Dopóki ceny mieszkań pozostaną wysokie, a część kupujących będzie poszukiwać możliwie najtańszego wejścia na rynek, zainteresowanie najmniejszymi lokalami prawdopodobnie nie zniknie.

– Pytanie brzmi raczej, czy segment ten będzie funkcjonował w przejrzystych i spójnych ramach prawnych, czy też nadal będzie wypychany do kolejnych legislacyjnych szarych stref – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.

Trend Capital chce podwoić skalę działalności. Firma celuje w czołówkę rynku pozabankowego finansowania dla MŚP

Trend Capital, polska firma oferująca finansowanie pomostowe dla małych i średnich przedsiębiorstw, poinformowała o przekroczeniu progu 70 mln zł wartości portfela pożyczkowego. Spółka deklaruje, że w najbliższych latach chce istotnie zwiększyć skalę działalności i znaleźć się wśród największych podmiotów na rynku pozabankowych pożyczek hipotecznych dla firm.

Według informacji przekazanych przez firmę, Trend Capital obsłużył dotychczas ponad 200 klientów, a obecnie współpracuje z blisko 100 aktywnymi przedsiębiorcami. Roczna wartość udzielanego finansowania wynosi około 35,6 mln zł. Średnia kwota pojedynczej pożyczki w ostatnich kwartałach zbliża się do 1 mln zł, natomiast maksymalne finansowanie może sięgać 4 mln zł.

Pozabankowe finansowanie jako odpowiedź na potrzeby firm

Spółka działa w segmencie finansowania pomostowego zabezpieczonego hipotecznie. Tego typu rozwiązania są kierowane przede wszystkim do przedsiębiorców, którzy potrzebują szybkiego dostępu do kapitału, na przykład w celu utrzymania płynności, realizacji kontraktu lub sfinansowania bieżących potrzeb rozwojowych.

Trend Capital wskazuje, że popyt na takie finansowanie rośnie m.in. w związku z wydłużonymi procedurami kredytowymi w bankach oraz ograniczoną dostępnością finansowania dla części branż. Według spółki klasyczne procesy bankowe mogą trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy, podczas gdy w finansowaniu pomostowym kluczowe znaczenie ma czas decyzji i wypłaty środków.

Z oferty Trend Capital korzystają firmy z różnych sektorów gospodarki, w tym deweloperzy, firmy produkcyjne, przedsiębiorstwa z branży medycznej, transportowej, technologicznej oraz gastronomicznej.

Ambicja wejścia do pierwszej trójki rynku

Strategia spółki zakłada podwojenie skali działalności operacyjnej w ciągu około dwóch lat. Trend Capital planuje również systematycznie zwiększać wartość aktywów o 20–30 mln zł rocznie. Zgodnie z deklaracjami firmy portfel pożyczek na koniec 2027 r. ma przekroczyć 110 mln zł.

Anna Kafel-Kwiatkowska, CEO i współzałożycielka Trend Capital, ocenia, że polski rynek pozabankowego finansowania przedsiębiorstw pozostaje rozdrobniony, ale jego wartość można szacować na 3–5 mld zł. Spółka chce wykorzystać rosnące zapotrzebowanie na szybki kapitał i wejść do pierwszej trójki największych podmiotów oferujących pozabankowe finansowanie przedsiębiorstw zabezpieczone hipotecznie.

Firma informuje jednocześnie, że prowadzi proces pozyskiwania dodatkowego finansowania, które ma umożliwić dalszy wzrost portfela pożyczkowego.

Model oparty na prowizji i analizie ryzyka

Trend Capital podkreśla, że jego model biznesowy opiera się na przejrzystych kosztach dla klienta. Według informacji spółki przy terminowej spłacie pożyczki firma nie stosuje oprocentowania, a kosztem finansowania jest z góry określona prowizja. Ma to odróżniać ofertę od mniej transparentnych modeli pożyczkowych funkcjonujących wcześniej na rynku.

Istotnym elementem działalności firmy jest również analiza ryzyka. Trend Capital korzysta z autorskiego systemu scoringowego stworzonego we współpracy z firmą technologiczną Algolytics. System ma automatyzować pracę analityków i pozwalać na szybkie przygotowanie oceny ryzyka po wprowadzeniu danych.

Spółka deklaruje, że dzięki takiemu podejściu utrzymuje zdrowy portfel pożyczkowy, a wskaźnik pożyczek z opóźnieniami w spłacie pozostaje na niskim poziomie. Nie podano jednak konkretnej wartości wskaźnika NPL.

Wsparcie inwestorów instytucjonalnych

Trend Capital zwraca uwagę także na strukturę finansowania swojej działalności. Od pięciu lat spółkę finansują m.in. fundusze zarządzane przez CVI Dom Maklerski, określany w materiale jako lider rynku private debt w Europie Środkowo-Wschodniej. Ich zaangażowanie w projekt ma wynosić 26 mln zł.

Działalność operacyjna grupy jest zarządzana przez Trend Capital Sp. z o.o., natomiast portfele pożyczkowe są lokowane w wyodrębnionych spółkach celowych. Według spółki taka struktura ma zwiększać przejrzystość oraz bezpieczeństwo inwestorów, a także ułatwiać tworzenie wehikułów finansowych dla funduszy instytucjonalnych i inwestorów prywatnych.

Rynek może rosnąć wraz z zapotrzebowaniem na szybki kapitał

Rozwój Trend Capital wpisuje się w szerszy trend profesjonalizacji rynku pozabankowego finansowania przedsiębiorstw. Segment ten pozostaje alternatywą dla finansowania bankowego, szczególnie w sytuacjach, gdy przedsiębiorcy potrzebują szybkiej decyzji lub nie mieszczą się w standardowych kryteriach bankowych.

Jednocześnie działalność tego typu instytucji wymaga ostrożnego zarządzania ryzykiem. Finansowanie zabezpieczone hipotecznie daje pożyczkodawcy dodatkową ochronę, ale nie eliminuje ryzyk związanych z kondycją finansową przedsiębiorców, jakością zabezpieczeń czy sytuacją na rynku nieruchomości.

Trend Capital deklaruje, że chce rosnąć przy zachowaniu konserwatywnego profilu ryzyka. Jeśli spółce uda się pozyskać dodatkowe finansowanie i utrzymać jakość portfela, może zwiększyć swoją pozycję w segmencie, który w Polsce pozostaje rozdrobniony, ale odpowiada na realne potrzeby wielu firm z sektora MŚP.

Samochody elektryczne w Polsce: więcej rejestracji, więcej ładowarek i rekord autobusów

Według danych z końca kwietnia 2026 r. w Polsce było zarejestrowane łącznie 147 596 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). Przez pierwsze cztery miesiące b.r. ich liczba zwiększyła się o 15 386 szt., czyli o 46% więcej niż w analogicznym okresie 2025 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Licznik_Elektromobilnosci_2026-04_grafika_800x450px

Pod koniec kwietnia 2026 r. po polskich drogach jeździły 273 122 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 135 413 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 137 709 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 13 044 szt. Stale rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec kwietnia b.r. składała się z 29 611 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 1 390 772 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 2 225 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 2 061 szt., zaś wodorowe 164 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec kwietnia 2026 r. w Polsce funkcjonowało 12 779 ogólnodostępnych punktów ładowania pojazdów elektrycznych. 48% z nich (6 183 szt.) stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 52% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W przypadku 21% punktów DC możliwe jest również alternatywne skorzystanie z ładowania AC.

Kwiecień to kolejny już miesiąc z rzędu, w którym odnotowaliśmy lepszy wynik rejestracji osobowych BEV niż w roku ubiegłym.  Pomimo wyczerpania budżetu programu „NaszEauto” na polskim rynku nadal dostępnych jest wiele atrakcyjnych ofert na „elektryki”. Średnie ceny szczególnie popularnych w Polsce elektrycznych SUVów segmentu C oraz D są o kilkanaście tys. niższe w porównaniu do 2025 r. Szykuje się nam również absolutnie rekordowy rok pod względem rozwoju zeroemisyjnego transportu publicznego. Od stycznia do kwietnia na drogi wyjechało ponad 330 autobusów bateryjnych – prawie tyle samo co w całym roku 2025 i o niemal 2/3 więcej niż w całym roku 2024. To m.in. konsekwencja kontynuacji dostaw pojazdów objętych dofinansowaniem z programu „Zielony Transport Publiczny” mówi Jan Wiśniewski, Dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.

– Analizując wyniki kwietnia b.r. możemy stwierdzić, że poziom rejestracji samochodów bateryjnych wrócił do poziomu sprzed wprowadzenia programu NaszEauto. Producenci pojazdów – aby spełnić ambitne cele klimatyczne – robią wszystko, aby zaoferować klientom szeroką gamę samochodów bateryjnych i   hybryd plug-in w bardzo atrakcyjnych cenach. Widać to szczególnie w przypadku hybryd plug-in, które nie są objęte żadnym programem dofinansowania, a których ilość w parku pojazdów jest praktycznie taka sama jak samochodów elektrycznych. Warto podkreślić, że konsekwentnie rośnie liczba publicznych punktów ładowania samochodów elektrycznych, a prawie połowa z nich to punkty szybkiego ładowania prądem stałym – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Agent zamiast listy linków. Google zapowiada największą zmianę w historii wyszukiwarki

Podczas dorocznej konferencji Google I/O 2026 w Mountain View technologiczny gigant ogłosił najbardziej radykalną przebudowę swojej sztandarowej usługi od niemal ćwierćwiecza. Skromne pole tekstowe, będące dla miliardów ludzi codzienną bramą do globalnej sieci, ulega gruntownej transformacji. Zamiast prostego katalogowania linków firma stawia na całkowicie przeprojektowane pole wyszukiwania o nazwie Intelligent Search Box oraz autonomicznych agentów opartych na sztucznej inteligencji. Ich zadaniem nie będzie już jedynie odpowiadanie na pytania użytkowników, lecz przede wszystkim samodzielne realizowanie wieloetapowych zadań w tle, co zwiastuje początek zupełnie nowej ery w komunikacji człowieka z maszyną.

Zmiany zaprezentowane przez Google trudno tym razem uznać za kosmetyczne. Ikoniczne, minimalistyczne okienko wyszukiwarki przestaje być jedynie przestrzenią do wpisywania krótkich, sztywnych fraz. Nowy mechanizm został zaprojektowany w taki sposób, aby dynamicznie rozszerzać się na ekranie w miarę wprowadzania dłuższych, naturalnych wypowiedzi. System, napędzany najnowszym modelem językowym Gemini 3.5 Flash, jest w pełni otwarty na komunikację multimodalną. Aby uzyskać pogłębioną, kontekstową analizę danego zagadnienia, obok tradycyjnego tekstu można przesyłać zdjęcia, materiały wideo, obszerne dokumenty, a nawet udostępniać aktywne karty przeglądarki Chrome. Maszyna uczy się odczytywać nie tylko słowa, lecz cały cyfrowy krajobraz, w którym w danej chwili operujemy.

Obserwujemy fundamentalne przesunięcie środka ciężkości z prostego wyszukiwania informacji na ich wielowymiarowe przetwarzanie. Przez ponad dwadzieścia lat to my musieliśmy uczyć się języka maszyny, redukując złożone myśli do prymitywnych zbitków słów. Dziś Google chce, abyśmy zaczęli traktować wyszukiwarkę jak partnera w dialogu, który bez trudu wychwytuje intencję ukrytą za chaotycznym, potocznym językiem – podkreśla Marcin Stypuła z Semcore. – To koniec żmudnego stukania w ekran przy wpisywaniu precyzyjnych haseł. W tej nowej cyfrowej architekturze liczy się przede wszystkim szeroki kontekst. Odejście od myślenia w kategoriach słów kluczowych wywraca do góry nogami zasady gry, które obowiązują od czasu, gdy internet był jeszcze w powijakach – dodaje ekspert ekspert.

Aplikacje na życzenie

Zmiany w Google nie ograniczają się jedynie do sposobu pozyskiwania informacji. Firma idzie o krok dalej, redefiniując również proces tworzenia oprogramowania i zamieniając wyszukiwarkę w interaktywne studio programistyczne. Napędzana technologią Google Antigravity usługa umożliwia generowanie, na podstawie naturalnych poleceń formułowanych w języku potocznym, dynamicznych interfejsów i aplikacji bezpośrednio w oknie przeglądarki. W praktyce oznacza to, że użytkownik nie musi już znać języków programowania, aby stworzyć funkcjonalne narzędzie dopasowane do własnych potrzeb. System potrafi samodzielnie zaprojektować, zakodować i uruchomić choćby spersonalizowany tracker fitness integrujący dane z kalendarza, prognoz pogody oraz lokalnych map, tworząc gotowe do użycia narzędzie, które można zapisać, udostępniać i rozwijać. Subskrybenci wersji AI Pro i Ultra będą mogli budować tzw. „superaplikacje” wspierające złożone, wieloetapowe procesy. Posiadacze podstawowej wersji – przynajmniej na razie – będą musieli zadowolić się prostymi wizualizacjami i symulacjami.

Google zadzwoni do fryzjera i umówi wizytę

Prawdziwym przełomem, na który zwracają uwagę analitycy branżowi, jest debiut tak zwanych Information Agents – agentów AI dostępnych na głównej stronie wyszukiwarki. Mowa o autonomicznych programach, które przypominają niestrudzonych wirtualnych lokajów, pracujących na zlecenie użytkownika bez względu na porę dnia. Agent może na przykład otrzymać polecenie nieustannego monitorowania rynku nieruchomości pod kątem bardzo precyzyjnych wymagań, śledzenia w tle promocji w sklepach odzieżowych czy analizowania subtelnych zmian na rynkach finansowych. Właściciel konta nie musi już odświeżać stron ani wertować portali informacyjnych – otrzymuje gotowy raport w czasie rzeczywistym, dokładnie wtedy, gdy pojawia się istotna z jego perspektywy zmienna.

Na tym nie kończą się ambicje giganta z Mountain View, co doskonale ilustruje funkcja Agentic Booking, w ramach której system samodzielnie zarezerwuje wizytę u fryzjera, dopilnuje realizacji harmonogramu napraw domowych, a w niektórych przypadkach wykona połączenia głosowe do firm, by samodzielnie dopytać o brakujące informacje w ofercie. Funkcjonowanie agentów informacyjnych wesprze usługa Personal Intelligence, która – za wyraźną zgodą użytkownika – integruje dane z jego prywatnego kalendarza, skrzynek pocztowych oraz archiwów zdjęć. Dzięki temu asystent dysponuje pełniejszym, bardziej intymnym obrazem życia swojego właściciela, co pozwala mu unikać konfliktów w harmonogramie i proponować rozwiązania skrojone na miarę.

Jeden koszyk dla wszystkich sklepów

Wisienką na torcie w prezentacji Google jest Universal Cart – koszyk zakupowy oparty na architekturze Google Wallet, który integruje usługi Search, Gemini, Google Pay, Gmail oraz YouTube. Fundamentem tej rewolucji jest Universal Commerce Protocol (UCP), czyli otwarty standard stanowiący wspólny język dla agentów AI, umożliwiający płynne dokonywanie zakupów u wielu sprzedawców jednocześnie. Dzięki temu użytkownik może sfinalizować transakcję kilkoma kliknięciami bezpośrednio przez Google Pay albo przejść na stronę wybranego sklepu. Już na starcie projekt przyciągnął potężnych partnerów, w tym Nike, Sephora, Target, Walmart, Wayfair oraz marki działające w ekosystemie Shopify, takie jak Fenty czy Steve Madden.

W tym wszystkim najciekawsze jest to, że uniwersalny koszyk zakupowy radykalnie upraszcza proces podejmowania decyzji konsumenckich: nie tylko zapamiętuje przeglądane produkty i monitoruje spadki ich cen, lecz także samodzielnie wyszukuje ukryte oszczędności, analizuje historię cen oraz informuje o ponownej dostępności towaru. Możliwości systemu sięgają jednak znacznie dalej – np. podczas kompletowania podzespołów do budowy komputera potrafi on automatycznie wykryć brak kompatybilności sprzętu i zaproponować odpowiednie zamienniki.

Nie mamy tu do czynienia z kolejną ciekawą funkcją, lecz z początkiem epoki Agentic Commerce, która może całkowicie zmienić układ sił w e-commerce. Dzięki integracji zakupów z ekosystemem Google proces zakupowy zostanie niemal całkowicie pozbawiony tarć związanych z logowaniem, płatnościami czy przechodzeniem między sklepami. Oznacza to znaczący spadek liczby porzuconych koszyków oraz możliwość finalizowania transakcji dokładnie w chwili pojawienia się intencji zakupowej, na przykład podczas oglądania recenzji produktu na YouTube. Jednocześnie ta wygoda niesie ze sobą istotne ryzyko dla samych sprzedawców. W modelu kontrolowanym przez platformę Google sklepy internetowe mogą zostać sprowadzone do roli anonimowych centrów logistycznych, tracąc bezpośredni kontakt z klientem, możliwość budowania lojalności wobec marki oraz dostęp do danych first-party. Proces decyzyjny i sama transakcja przenoszą się bowiem do interfejsu technologicznego giganta – uważa Marcin Stypuła z Semcore.

Ekspert ostrzega również, że rozwój agentów AI analizujących ceny i automatycznie wyszukujących najtańsze oferty może doprowadzić do brutalnej wojny cenowej i dalszej presji na marże. – Asystent zakupowy nie będzie promował produktów konkretnego sklepu, lecz po prostu wybierze najkorzystniejszą ofertę dostępna na rynku. To oznacza również osłabienie tradycyjnych strategii cross-sellingowych – prognozuje Stypuła.

Nowości przedstawione na konferencji Google I/O 2026 bazują na imponujących możliwościach obliczeniowych nowego modelu Gemini 3.5 Flash. Przedstawiciele firmy twierdzą, że poczynili milowy krok w kierunku stworzenia sztucznej inteligencji ogólnej, zdolnej do swobodnego rozumowania na poziomie ludzkim. Choć podstawowy wariant nowego silnika trafił właśnie do użytkowników na całym świecie, te najbardziej spektakularne, wielowątkowe zdolności agentów zostaną zarezerwowane dla płatnych subskrybentów planów Pro i Ultra, których premiera w USA planowana jest na lato 2026 r.

Sezonowe ożywienie nie ratuje finansów budownictwa. 45,6 tys. firm ma 1,85 mld zł zaległości

Polska branża budowlana weszła w drugi kwartał 2026 roku z większym ruchem na placach budów, ale bez wyraźnej poprawy kondycji finansowej. Sezonowe ożywienie nie zmienia faktu, że tysiące firm nadal zmagają się z zaległościami płatniczymi, rosnącymi kosztami i niską rentownością kontraktów. Według danych Krajowego Rejestru Długów 45 621 firm budowlanych ma przeterminowane zobowiązania finansowe, a ich łączna wartość wynosi 1,85 mld zł.

Prawie połowa wszystkich zaległości sektora przypada na firmy zajmujące się robotami budowlanymi specjalistycznymi. Ich łączny dług wynosi 846,2 mln zł. Drugie miejsce zajmują przedsiębiorstwa wznoszące budynki, które mają 758 mln zł zaległości. Pozostałe ponad 245 mln zł przypada na firmy budujące obiekty inżynierii lądowej i wodnej.

Najliczniejszą grupę dłużników stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Jest ich 29 740, a ich łączny dług wynosi 853,6 mln zł. Spółki prawa handlowego, choć mniej liczne, odpowiadają za wyższą kwotę zaległości, sięgającą blisko 996,1 mln zł. To właśnie w tej grupie znajduje się krajowy rekordzista zadłużenia – firma budowlana z województwa małopolskiego, która zalega firmie z tej samej branży niemal 18,5 mln zł.

Budownictwo jest branżą silnie powiązaną siecią zależności, dlatego zaległości jednej firmy rzadko pozostają jej indywidualnym problemem. Jeśli wykonawca nie otrzymuje zapłaty na czas, opóźnia płatności wobec podwykonawców, dostawców materiałów czy leasingodawców. Dane pokazują, że najmniejsi przedsiębiorcy są najliczniejszą grupą dłużników, ale największe kwoty zaległości generują większe podmioty. To szczególnie niebezpieczne, bo ich problemy płynnościowe mogą oddziaływać na cały łańcuch realizacji inwestycji – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Słabsza kondycja firm

Dobrze ilustruje to Analiza wiarygodności płatniczej KRD. Choć większość firm budowlanych nadal ma najlepsze oceny A+B+C, to ich udział jest niższy niż rok wcześniej. W marcu 2026 roku wyniósł 86,9 proc., wobec 87,9 proc. r/r. Jednocześnie wzrósł udział przedsiębiorstw z ocenami pośrednimi D+E: z 5,9 proc. w marcu 2025 roku do 6,7 proc. w marcu 2026 roku. Lekko wzrósł też (z 6,2 proc. do 6,4 proc.) udział firm, z którymi współpraca jest najbardziej ryzykowna (z kategorii F+G+H). Oznacza to pogorszenie wiarygodności płatniczej w sektorze budowlanym na przestrzeni ostatniego roku.

Kondycję sektora dodatkowo obciążają rosnące koszty. Według portalu WielkieBudowanie.pl, kwiecień, tradycyjnie już, przyniósł wzrost zamówień we wszystkich analizowanych segmentach usług budowlanych, choć skala poprawy była zróżnicowana. Najmocniejsze odbicie widoczne było w pracach terenowych, posadzkach betonowych oraz ociepleniach i elewacjach. Jednocześnie w kwietniu wzrosły ceny usług budowlanych – średnio o 4,2 proc. miesiąc do miesiąca, w usługach wykończeniowych o 5,7 proc., a w pracach terenowych o 5,1 proc. Dodatkowym obciążeniem pozostają ceny materiałów i sytuacja na rynkach surowców, które według szacunków portalu mogą przełożyć się na ok. 4-proc. wzrost kosztów budowy w skali roku.

Ożywienie ma głównie charakter sezonowy

Dane makroekonomiczne pokazują jedynie ograniczone odbicie po bardzo słabym lutym, ale nie wskazują jeszcze na trwałą poprawę kondycji rynku. Z najnowszego raportu GUS za marzec 2026 roku wynika, że produkcja budowlano-montażowa była o 0,4 proc. wyższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Skala wzrostu pozostaje więc symboliczna, szczególnie w zestawieniu z narastającymi problemami płynnościowymi firm. Wzrost odnotowano w budowie budynków, gdzie wyniósł 1,4 proc. oraz w robotach budowlanych specjalistycznych, które zwiększyły się o 0,2 proc. Spadek utrzymał się natomiast w budowie obiektów inżynierii lądowej i wodnej, gdzie produkcja była niższa o 0,2 proc. niż rok wcześniej.

Słabsze nastroje potwierdza również Barometr EFL. Subindeks dla budownictwa spadł w II kwartale 2026 roku do 47,1 pkt z 51,4 pkt kwartał wcześniej, schodząc poniżej neutralnego poziomu 50 pkt. To najniższy wynik od końca 2022 roku. Szczególnie mocno pogorszyły się oczekiwania dotyczące sprzedaży: jej wzrostu spodziewa się jedynie 3 proc. firm budowlanych, wobec 19 proc. w poprzednim kwartale.

Największym problemem pozostaje niska rentowność prac. Firmy funkcjonują pod presją rosnących kosztów pracy, paliw i wybranych materiałów, a jednocześnie silna konkurencja zmusza je do składania bardzo agresywnych ofert. To klasyczne „przekleństwo najniższej ceny”: kontrakt można wygrać, ale coraz trudniej na nim zarobić. Po okresie dekoniunktury głód zleceń sprawia, że część firm akceptuje stawki, które przy obecnych kosztach szybko stają się zagrożeniem dla płynności – mówi Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Wykonawcy czekają na zapłatę

Największa część długu firm budowlanych (565 mln zł) należy się zarządcom wierzytelności. Kolejna część zadłużenia to faktury nieopłacone wewnątrz samej branży. Dłużnicy zalegają innym podmiotom z sektora budowlanego na 296 mln zł. Na trzecim miejscu znajdują się leasingodawcy, którzy czekają na zwrot 133 mln zł.

Problemem branży nie jest już wyłącznie liczba nowych kontraktów, ale ich opłacalność oraz tempo przepływu pieniędzy między inwestorami, generalnymi wykonawcami, podwykonawcami i dostawcami. W takiej sytuacji nawet wzrost aktywności na rynku nie musi automatycznie oznaczać poprawy bezpieczeństwa finansowego firm.

Najmniejsze firmy budowlane to przeważnie wykonawcy i podwykonawcy, którzy często muszą kupić materiały, opłacić ludzi albo dojechać na budowę, zanim sami otrzymają pieniądze od kontrahenta. Dlatego szukają elastycznego dostępu do finansowania: czasem na krótki cykl realizacji zlecenia, a czasem na dłuższe rozłożenie kosztów. Z naszych danych wynika, że w ostatnim roku produktem pierwszego wyboru w tej branży stała się pożyczka, która wyprzedziła nawet finansowanie w faktoringu cichym i jawnym. Liczba firm korzystających z tego rozwiązania zwiększyła się o ponad 102 proc. rok do roku, a wartość finansowania wzrosła o ponad 120 proc. Średnia kwota pożyczki wynosi 7,7 tys. zł. Jednocześnie przy większych zleceniach firmy nadal chętnie sięgają po eFaktoring. Liczba mikroprzedsiębiorstw budowlanych korzystających z tego rozwiązania zwiększyła się o ponad jedną trzecią rok do roku, a średnia finansowana faktura to ok. 19 tys. zł. Dla dużych podmiotów to niewielkie sumy, ale dla małego wykonawcy mogą decydować o tym, czy przyjmie kolejne zlecenie, kupi materiały na czas i utrzyma płynność między jedną płatnością a drugąmówi Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Firmy budowlane nie tylko mają nieopłacone zobowiązania, ale same również czekają na zwrot 393 mln zł od swoich klientów i kontrahentów. Oprócz wewnętrznych długów branży, które stanowią lwią część zaległości, 44 mln zł są im również winne przedsiębiorstwa przemysłowe, a 22,6 mln zł – z branży nieruchomości.

Dealerzy samochodowi popierają projekt PSL. Chodzi o przewagę producentów i importerów

W dniu 19 maja 2026 roku w Sejmie odbyła się konferencja prasowa zorganizowana przez klub poselski Polskiego Stronnictwa Ludowego, na której zaprezentowano przełomowy projekt zmian w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów. Inicjatywa ta ma na celu radykalne zwiększenie ochrony małych i średnich przedsiębiorców w Polsce.

Projektowana nowelizacja wprowadza do polskiego porządku prawnego zupełnie nową instytucję – pojęcie „względnej pozycji dominującej”. Będzie to kluczowe narzędzie w rękach Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, pozwalające na skuteczną walkę z praktykami polegającymi na wykorzystywaniu rażącej dysproporcji w potencjale ekonomicznym oraz przewagi kontraktowej stron.

Zgodnie z projektem, nadużywanie względnej pozycji dominującej będzie surowo zakazane i obejmie m.in. narzucanie nieuczciwych cen, odległych terminów płatności, nieuzasadnionych warunków umownych czy stosowanie działań odwetowych. Co niezwykle istotne, czynności prawne będące przejawem takiego nadużycia będą w całości lub w odpowiedniej części nieważne z mocy prawa.

Szczegóły nowych przepisów podczas konferencji przedstawili:

• Krzysztof Paszyk – poseł i przewodniczący klubu parlamentarnego Polskie Stronnictwo Ludowe – Trzecia Droga,
• Jacek Tomczak – poseł i wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego Polskie Stronnictwo Ludowe – Trzecia Droga.

Problem nierównowagi sił jest szczególnie dotkliwy w branży dealerskiej. Dealerzy samochodowi, działający najczęściej jako sektor MŚP, regularnie stają w pozycji zależności od globalnych producentów i importerów. Ci drudzy mogą obecnie w sposób jednostronny narzucać wysokość marż, bonusów, rygorystycznych celów sprzedażowych oraz innych warunków drastycznie wpływających na stabilność biznesową polskich firm.

Projektowane przepisy wychodzą naprzeciw tym wyzwaniom, wprost wskazując, że zależność występuje wtedy, gdy przedsiębiorca jest zmuszony do zawarcia umowy z podmiotem posiadającym przewagę kontraktową lub gdy alternatywne rozwiązania byłyby dla niego nadmiernie uciążliwe.

„Jako branża dealerska jesteśmy żywo zainteresowani tymi zmianami i będą one bardzo korzystne dla ochrony interesów polskich dystrybutorów samochodów. W obecnym stanie prawnym jesteśmy „zblokowani”, bo w aktualnej definicji pozycji dominującej przedsiębiorca powinien mieć udział 40% rynku, a żadna z marek samochodów nie ma obecnie nawet 15%. Zaproponowana zmiana będzie miała ogromny wpływ na rynek, ponieważ w końcu firmy dealerskie będą objęte należytą ochroną. Zresztą, zyska na tym nie tylko nasza branża – nowymi przepisami objęte zostanie ponad 2 miliony przedsiębiorców będących MŚP w Polsce.”

— komentuje Paweł Tuzinek, Prezes Związku Dealerów Samochodów.

Inicjatywę wspierają także przedstawiciele innych branż, wśród których są m.in. najemcy w centrach handlowych zrzeszeni w Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.

„Nowelizacja stanowi szansę na naprawę relacji na linii najemca – wynajmujący. Dzięki nowym narzędziom prawnym UOKiK będzie mógł ingerować we wszystkie sytuacje, w których strona silniejsza nadużywa pozycji dominującej, zwłaszcza w stosunku do małych i średnich przedsiębiorców. W obecnym stanie prawnym najemcom pozostaje jedynie ścieżka sądowa, która – jak wiadomo – jest kosztowna i niezwykle czasochłonna. Mamy historyczny przykład jednego z małych najemców, który czekał na zwycięstwo w sądzie osiem lat.”

– mówi Waldemar Ciępka, dyrektor generalny Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.

Więcej rolników w dobrej niż złej kondycji finansowej, choć sytuacja jest złożona

Z niedawno opublikowanego raportu wynika, że największa grupa rolników (32,9%) ocenia swoją sytuację finansową jako przeciętną. Pozytywne opinie stanowią 36,6% (w tym 9,1% bardzo dobre i 27,5% raczej dobre), natomiast negatywne – 30,5% (19,3% raczej złe oraz 11,2% bardzo złe). Eksperci komentujący te wyniki podkreślają, że przewaga ocen neutralnych może świadczyć o braku finansowych rezerw i uzależnieniu od czynników zewnętrznych. Do tego widać, że około jedna trzecia gospodarstw ma trudności z utrzymaniem płynności lub odczuwa presję zadłużenia, co zwiększa ryzyko przy wahaniach cen. Swobodę inwestycyjną posiada jedynie niewielka część badanych rolników.

Według raportu pt. „Kondycja finansowa polskich rolników. 2026” (autorstwa UCE Research), największa grupa rolników ocenia swoją sytuację finansową na ani dobrą, ani złą – 32,9%. Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, ekspert w dziedzinie zadłużenia w sektorze rolniczym, jest zdania, że dominacja tej odpowiedzi nie oznacza stabilizacji w sensie ekonomicznego bezpieczeństwa, lecz funkcjonowanie gospodarstw w warunkach równowagi bilansowej, gdzie dochody pokrywają koszty, ale nie generują istotnych nadwyżek.

– To bardzo ważne, bo w praktyce oznacza to sektor, który działa na styk, bez buforów finansowych. Taki stan jest typowy dla gospodarek rolnych w okresach presji kosztowej – szczególnie przy wysokich cenach środków produkcji i ograniczonej przewidywalności przychodów. W tym sensie neutralność nie jest komfortem, lecz raczej ekonomicznym „punktem zerowym”, który jest względnie stabilny, ale tylko pozornie – mówi Adrian Parol.

Natomiast dr Paweł Kraciński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie (SGGW) stwierdza, że ww. wyniki należy interpretować jako złe. Skoro nie ma nadwyżek, to znaczy, że rolnicy nie zarabiają. Innymi słowy, nie osiągają odpowiedniego zysku. Raport wykazał też, że 30,5% respondentów negatywnie ocenia swoją sytuację (19,3% – raczej źle, a 11,2% – bardzo źle). Jak wyjaśnia dr Kraciński, to oznacza, że w znacznej części gospodarstw występują trudności z płynnością, a to poważny sygnał ostrzegawczy.

– W sektorze tak silnie uzależnionym od czynników zewnętrznych ww. odsetek negatywnych ocen przekłada się nie tylko na problemy jednostek, ale też na większą niestabilność całego rynku rolnego. To może skutkować ograniczeniem inwestycji, wzrostem zadłużenia oraz spadkiem zdolności gospodarstw do reagowania na kryzysy – komentuje Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z kancelarii GKPG.

W raporcie łącznie 36,6% ocen jest pozytywnych (9,1% bardzo dobrych i 27,5% raczej dobrych). – Niski udział ocen bardzo dobrych wskazuje na to, że tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. Sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – mówi Łukasz Goszczyński.

Prof. Jakub Piecuch z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie uważa, że względna równowaga między odpowiedziami wskazującymi na dobrą i złą sytuację finansową to dowód na brak stabilności i poczucia bezpieczeństwa rolników. – W mojej opinii, wyniki badania wskazują na niepewność sytuacji. Chcąc zgłębić analizę, warto byłoby uwzględnić sytuację makroekonomiczną rolników, czyli napływ produktów z Ukrainy, otwarcie wspólnego rynku w ramach umowy MERCOSUR, kontrakty z Australią itd. To wszystko powoduje, że presja odczuwana przez rolników jest coraz większa – zauważa prof. Piecuch.

Zdaniem Adriana Parola, obraz jest bardziej niejednoznaczny, niż mogłaby to sugerować sama dominacja kategorii neutralnej. Łącznie 36,6% pozytywnych ocen wskazuje na to, że ponad jedna trzecia gospodarstw funkcjonuje w warunkach stabilności lub nawet realnej zdolności inwestycyjnej. Z kolei aż 30,5% ocen negatywnych pokazuje, że niemal co trzecie gospodarstwo doświadcza realnych problemów finansowych, w części przypadków bardzo poważnych, związanych z utratą płynności lub ryzykiem zadłużeniowym. To w warunkach rolnictwa jest szczególnie istotne, bo ogranicza zdolność do inwestycji i zwiększa wrażliwość na wahania cen. To nie jest jeszcze obraz kryzysu systemowego, ale jest to poziom, który wrażliwie reaguje na pogorszenie otoczenia makroekonomicznego.

– Widać strukturę spolaryzowaną wokół środka, przy jednoczesnym istotnym udziale skrajnych napięć. Sektor jest rozciągnięty między stabilnością a kryzysem, bez wyraźnej dominacji jednego stanu. Tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. W praktyce oznacza to, że sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – uważa Adrian Parol.

Jak wyjaśnia ekspert z SGGW, dobra sytuacja garstki rolników wynika z prowadzenia specyficznej działalności, tj. produkcji niszowej. Są produkty czy gałęzie, które dają zysk, np. okresowo niektóre warzywa i owoce. – Nie oznacza to jednak, że za rok ci sami rolnicy nie znajdą się w złej sytuacji. Zmienność, zwłaszcza na małych rynkach, jest duża. Co gorsza, większość czynników makroekonomicznych oddziałuje negatywnie. Stopy procentowe nadal są wysokie w porównaniu do rentowności produkcji rolnej. Rynek pracy jest trudny, bo mało jest chętnych do pracy w rolnictwie, co pociąga za sobą wzrost kosztów wynagrodzeń, a nawet czasami konieczność rezygnacji czy reorganizacji produkcji – zwraca uwagę dr Paweł Kraciński.

W opinii Łukasza Goszczyńskiego, neutralne odpowiedzi w badaniu pokazują, że nawet niewielkie wstrząsy mogą przesunąć je w stronę ocen negatywnych. Dominujące nastroje w rolnictwie zależą głównie od stabilności kosztów produkcji, cen skupu oraz przewidywalności regulacyjnej. Obecnie najbardziej prawdopodobny jest scenariusz dalszej polaryzacji. Część gospodarstw będzie się rozwijać, a reszta – coraz mocniej odczuwać presję finansową. Do tego prof. Jakub Piecuch przewiduje, że sytuacja rolników będzie coraz trudniejsza, m.in. ze względu na zmiany klimatyczne, rosnące ceny nawozów i konkurencję ze strony producentów z krajów, w których produkcja rolna jest tańsza niż u nas.

Przełom dla małych firm. Po zmianie przepisów rośnie liczba „pojedynczych kontroli” L4

Nowelizacja przepisów dotyczących zwolnień lekarskich, która weszła w życie 13 kwietnia 2026 roku, po raz pierwszy dała możliwość samodzielnej kontroli L4 także firmom zatrudniającym poniżej 20 pracowników. Eksperci rynku pracy wskazują, że dla sektora MŚP to prawdziwy przełom. Dotychczas małe firmy były w praktyce uzależnione od działań ZUS, który prowadził kontrole stosunkowo rzadko. Dziś przedsiębiorcy coraz częściej sięgają po tzw. pojedyncze kontrole L4, które można zlecić w kilka minut i przeprowadzić nawet w ciągu 24-72 godzin na terenie całego kraju.

Jedno L4 potrafi sparaliżować małą firmę

Zdaniem ekspertów nowe przepisy szczególnie mocno zmieniają sytuację małych przedsiębiorstw, gdzie nawet pojedyncza absencja może wywołać poważne problemy organizacyjne.

– W dużej organizacji jedno L4 jest często jedynie elementem statystyki. W małej firmie może oznaczać realny kryzys operacyjny. Mówimy o sytuacjach, w których nagła nieobecność pracownika potrafi zatrzymać produkcję, sparaliżować realizację usług albo wymusić czasowe zamknięcie punktu – mówi Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy i prezes Conperio, polskiej firmy doradczej specjalizującej się w zarządzaniu absencją chorobową.

Jak wskazuje, po zmianie przepisów wyraźnie wzrosło zainteresowanie tzw. kontrolą pojedynczych zwolnień chorobowych.

– Jeszcze kilka miesięcy temu wielu małych przedsiębiorców było praktycznie bezradnych. Dziś mogą zlecić kontrolę w ciągu kilku minut i szybko zweryfikować, czy zwolnienie jest wykorzystywane prawidłowo. Widzimy wyraźny wzrost zainteresowania takimi pojedynczymi kontrolami – dodaje ekspert rynku pracy.

Największe ryzyko? Krótkie i nagłe L4

Najbardziej problematyczne dla sektora MŚP czy produkcji są dziś krótkie, niezaplanowane absencje, szczególnie jednodniowe zwolnienia pojawiające się w okolicach weekendów lub w okresach zwiększonego obciążenia pracą. To właśnie one są najtrudniejsze do organizacyjnego zabezpieczenia i często powodują największe straty operacyjne.

– Jednodniowe, nagłe L4 są dziś jednym z największych wyzwań dla zespołów. W praktyce przedsiębiorca bardzo często nie ma możliwości szybkiego zastąpienia pracownika, a każda taka absencja automatycznie zwiększa obciążenie pozostałych osób – wskazuje Mikołaj Zając.

Jak wynika z danych Barometru Absencji Chorobowej Conperio za 2025 rok, ponad 44 proc. jednodniowych zwolnień lekarskich przypada na dni bezpośrednio sąsiadujące z weekendami.

Kontrola L4 staje się usługą „na żądanie”

Nowe przepisy nie tylko rozszerzyły uprawnienia przedsiębiorców, ale również zmieniły sposób funkcjonowania rynku kontroli L4. Coraz częściej mają one charakter szybkiej, punktowej reakcji na konkretną sytuację w firmie.

Zdaniem ekspertów rok 2026 może przynieść dalszy wzrost zainteresowania kontrolami zwolnień lekarskich w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw.

To milowy krok dla MŚP. Po raz pierwszy mali przedsiębiorcy otrzymali realne narzędzie reagowania na nadużycia, które wcześniej pozostawały praktycznie poza ich kontrolą. Można się spodziewać, że liczba pojedynczych kontroli będzie systematycznie rosła, szczególnie w branżach najbardziej narażonych na problemy kadrowe i absencje – podsumowuje prezes Conperio.

Allianz Partners wdraża AI do automatyzacji likwidacji szkód

Allianz Partners wdrożył rozwiązanie firmy Minte.ai – narzędzie oparte na sztucznej inteligencji wspierające proces likwidacji szkód osobowych. System wykorzystywany jest w obsłudze roszczeń z tytułu następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW) w ramach produktów Allianz Zdrowie.

Zawarta umowa umożliwia Allianz Partners wykorzystanie technologii Minte.ai w procesie rozpatrywania zgłaszanych szkód osobowych. Narzędzie jest wykorzystywane przy obsłudze roszczeń z tytułu hospitalizacji oraz NNW, usprawniając proces likwidacji szkód i skracając czas podejmowania decyzji.

Szybsze decyzje i większa spójność dzięki AI

Wdrożenie Minte CLAIMS odpowiada na jedno z kluczowych wyzwań branży – konieczność szybkiej i precyzyjnej analizy obszernej dokumentacji medycznej oraz ograniczenia ryzyka niejednolitych ocen szkód.

Automatyzacja pozwala znacząco przyspieszyć proces oraz zwiększyć jego transparentność. System może dostarczyć wstępną ocenę roszczenia nawet w ciągu kilku minut, wspierając ekspertów w podejmowaniu decyzji oraz ograniczając konieczność manualnej analizy – komentuje Ewelina Nazarczuk, Kierownik ds. likwidacji szkód w Allianz Partners Polska.

– Współpraca z Allianz Partners potwierdza korzyści, jakie osiągają nowoczesne podmioty stawiając na gotowe, głęboko wyspecjalizowane komponenty. Sprostanie restrykcyjnym wymogom AI Act oraz RODO w automatyzacji roszczeń medycznych to duże wyzwanie produktowe. W Minte.ai łączymy ogólną technologię AI z własnymi, specyficznymi rozwiązaniami, dzięki czemu zapewniamy efektywność i pełną zgodność regulacyjną już od pierwszego dnia. Taki komplementarny model pozwala wewnętrznym zespołom technologicznym partnera uwolnić zasoby inżynieryjne i skupić się na innych polach budowania przewagi rynkowej – mówi Romuald Paprzycki, CEO Minte.ai.

Rozwiązanie Minte CLAIMS bazuje na wyspecjalizowanych modelach AI poświęconych analizie dokumentacji medycznej, które identyfikują m.in. diagnozy, przebieg leczenia, czy okoliczności uszczerbku oraz obliczają – zgodnie z warunkami umowy ubezpieczeniowej – wysokość świadczenia, np. poziom uszczerbku na zdrowiu. System pozwala na parametryzację produktów ubezpieczeniowych bez przeuczania modeli AI, co jest istotne przy różnorodności załączników do OWU i pozwala na pełną automatyzację procesu oceny roszczenia zgodnie z obowiązującą legislacją. Co istotne, technologia działa bez przesyłania danych do chmury obliczeniowej, co oznacza, że wrażliwe dane medyczne nie są przesyłane poza ściśle określoną infrastrukturę.

Kierunek: automatyzacja i lepsze doświadczenie klienta

Wdrożenie rozwiązania firmy Minte.ai wpisuje się w szerszy trend wykorzystania sztucznej inteligencji w ubezpieczeniach – nie tylko w celu optymalizacji kosztów, ale przede wszystkim poprawy doświadczenia klientów. Szybsze decyzje, większa przewidywalność procesu oraz przejrzystość rozliczeń stają się dziś kluczowe w ocenie jakości obsługi.

Mieszkania w Warszawie najdroższe w historii. Ale rekord cen mieszkań ma drugie dno

W połowie maja 2026 roku średnia cena ofertowa mieszkań deweloperskich w Warszawie po raz pierwszy w historii przekroczyła barierę 20 tys. zł/mkw. Eksperci Otodom studzą jednak rynkową panikę, a na pytanie o to, czy Polaków jeszcze stać na własne M, odpowiadają, że rekord nie oznacza nagłego załamania dostępności mieszkań. To przede wszystkim efekt wyraźnej zmiany w strukturze podaży. Jak ten wynik ma się do cen transakcyjnych i realnej zawartości portfeli kupujących?

Najważniejsze informacje:

  • Średnia cena ofertowa mieszkań deweloperskich na poziomie 20 tys. zł/mkw. w Warszawie jest faktem. To rezultat wprowadzenia do sprzedaży nowych, drogich inwestycji (powyżej 23,1 tys. zł/mkw.).
  • W połowie maja średnia cena transakcyjna w stolicy okazała się aż o 13,7% niższa od średniej ceny ofertowej.
  • Eksperci Otodom prognozują, że w II kwartale 2026 roku przeciętna stawka transakcyjna w stolicy (według danych własnych Otodom) wyniesie około 17,1-17,2 tys. zł/mkw.

Mechanizm majowego rekordu: 900 drogich mieszkań wywindowało warszawską średnią

– Przekroczenie progu 20 tys. zł/mkw. to nie tylko medialna, ale i rynkowa sensacja. Tak drogo jeszcze nie było, ale warto zrozumieć mechanizm stojący za tym rekordem. Kluczową rolę odegrały przede wszystkim bardzo drogie wprowadzenia. W ciągu zaledwie dwóch tygodni do sprzedaży trafiło ponad 900 mieszkań, których średnia cena wyniosła 23,1 tys. zł/mkw. – mówi Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Równolegle w pierwszej połowie maja kupujący nabyli 800 mieszkań po przeciętnej stawce 17,3 tys. zł/mkw. Skoro z rynku zniknęły tańsze lokale, a ich miejsce zajęły nowe i wyraźnie droższe, to średnia warszawskiej oferty niemal automatycznie wzrosła do 20 063 zł/mkw. To niezwykle ważna informacja dla nabywców, ponieważ oznacza, że ceny lokali dostępnych już wcześniej w sprzedaży w zdecydowanej większości wcale się nie zmieniły.

Ceny ofertowe a transakcyjne. Ile naprawdę płaci się za mieszkanie w Warszawie?

Dane NBP potwierdzają to, co obserwujemy w analizach Otodom od dłuższego czasu. Kwota z ogłoszenia odbiega od tej widniejącej w akcie notarialnym. Różnica między ceną ofertową i transakcyjną wyniosła w I kwartale 1 581 zł/mkw. Oznacza to, że większość sprzedanych w I kwartale mieszkań miała niższą od średniej rynkową cenę metra kwadratowego. Nie musi to jednak dowodzić, że nabywcy uzyskiwali 8-9% upusty, co sugeruje różnica między ceną ofertową i transakcyjną, ale z pewnością świadczy o ich zainteresowaniu mieszkaniami z tańszej części oferty firm deweloperskich – przyznaje Katarzyna Kuniewicz.

Aby przełożyć najświeższe, majowe dane na konkretny przykład musimy sięgnąć po ceny całkowite oferowanych w stolicy lokali. Według badań Otodom przeciętne mieszkanie w sprzedaży na rynku deweloperskim ma 55 mkw. i kosztuje prawie 1,1 mln zł. Tymczasem nabywcy którzy zdecydowali się na zakup w pierwszej połowie maja wybierali mieszkania przeciętnie 54-metrowe, za które płacili około 930 tys. zł (średnia cena mieszkań sprzedanych). Oznacza to, że przeciętna transakcja na rynku deweloperskim w maju została zrealizowana na wyraźnie niższym poziomie niż sugeruje to cena całkowita przeciętnego oferowanego mieszkania (o 166 tys. zł  mniej).

ceny mieszkań w warszawie

Mieszkanie z rynku deweloperskiego czy wtórnego? Zaskakujący remis cenowy

Jak zaznacza Katarzyna Kuniewicz, z danych NBP za I kwartał 2026 roku wyłania się zaskakujący obraz warszawskiego rynku. Okazuje się, że mimo dużych różnic w cenach ofertowych, średnie ceny transakcyjne mieszkań deweloperskich i używanych były niemal identyczne. W przypadku nowych lokali to 16 475 zł/mkw., a na rynku wtórnym – 16 393 zł/mkw. (mniej niż 1%).

– Po raz pierwszy od dwóch lat to średnia cena transakcyjna na rynku deweloperskim okazała się wyższa od transakcji na rynku wtórnym. Co więcej, nasz stały monitoring pozwala już teraz prognozować wyniki dla trwającego – II kwartału*. Ponieważ bieżące odczyty badań Otodom niemal pokrywają się z oficjalnymi raportami NBP, spodziewamy się, że w II kwartale ostateczna średnia cena transakcyjna w stolicy ogłaszana przez NBP ukształtuje się na poziomie około 16,8-16,9 tys. zł/mkw. – mówi dyrektorka badań rynku Otodom.

*Zgodnie z metodologią NBP oznacza to miesiące od marca do maja.

multiQure z wyceną na poziomie 104,6 mln USD. Polski projekt celuje w przełom w terapii Huntingtona

Dom Maklerski INC ocenia, że platforma RNAi opracowana przez zespół projektu multiQure może istotnie wpłynąć na standard leczenia w chorobie Huntingtona w ciągu najbliższych lat. Analitycy zauważają, że projekt ma wysoki potencjał innowacyjny w obszarze chorób o istotnej niezaspokojonej potrzebie medycznej, jakimi są choroby poliglutaminowe. Wynika on z przewag konkurencyjnych, perspektywicznej niszy oraz szybkiego momentu „sprawdzam”. Pozwoliło to wycenić multiQure na 104,6 mln USD (około 380 mln zł przy obecnym kursie).

Ideą stojącą za multiQure jest realizacja amerykańskiego modelu biotechnologii w Polsce, który polega na skoncentrowaniu środków i zasobów na wiodącym projekcie i jak najszybszym udowodnieniu działania terapii w rzeczywistych warunkach klinicznych. Zdaniem autorów raportu projekt zagospodarowuje istotną niszę rzadkich chorób neurodegeneracyjnych, do których zaliczają się m.in. choroby poliglutaminowe.

– Metody leczenia, które są wykorzystywane obecnie, koncentrują się na zwalczaniu objawów choroby, nie ingerując w jej przyczynę, czyli powstawanie zmutowanego białka w efekcie wadliwego genu. Platforma RNAi autorstwa multiQure nie pozwala na powstanie wspomnianego białka, przez co zatrzymywany jest rozwój choroby, a to stanowi główną wartość projektu – informuje Maciej Kietliński, autor raportu analitycznego DM INC.

Najbardziej zaawansowanym programem spółki jest terapia choroby Huntingtona, jednak potencjalny zakres zastosowania technologii obejmuje również inne choroby poliglutaminowe, takie jak DRPLA, SCA3 czy SCA7. Wspólnym mechanizmem biologicznym tych schorzeń są ekspansje powtórzeń CAG, co nadaje technologii multiQure™ charakter platformowy i pozwala budować strategię rozwoju wykraczającą poza pojedyncze wskazanie terapeutyczne.

– Wycenę tego projektu z pewnością wspiera fakt, że stoi za nim światowej klasy zespół badawczy pod kierownictwem prof. Marty Olejniczak. Dla inwestorów kluczowy jest fakt, że technologia z IChB PAN ma mocne, udokumentowane podstawy naukowe, co minimalizuje ryzyko na wczesnym etapie rozwoju. Dodatkowo, obecność Biofund Capital Management jako partnera strategicznego gwarantuje odpowiednie know-how w obszarze komercjalizacji. To rzadkie i pożądane na rynku połączenie twardej nauki z doświadczeniem biznesowym. Ponadto, szybki moment „sprawdzam” zaplanowany na 2028 r. pozwoli zwiększyć szanse na sprawne wprowadzenie terapii na rynek – podkreśla analityk.

Analitycy dostrzegają, że pomimo prac prowadzonych nad innymi terapiami genowymi, na czele z metodą autorstwa spółki uniQure, to właśnie polski projekt ma największy potencjał do stania się terapią „best-in-class”, ze względu na długotrwałe wyciszenie genu oraz selektywne działanie na zmutowany gen. Terapie konkurencyjne nie łączą w sobie obu tych cech na raz, dlatego szanse na ich sukces rynkowy są zdaniem autorów raportu niższe niż w przypadku multiQure. Większa szansa na sukces rynkowy jest zdaniem DM INC istotnym elementem wyceny projektu.

– Duży potencjał platformy multiQure oraz jej przewagi na tle konkurencyjnych terapii sprawiają, że w przypadku dopuszczenia jej na rynek projekt może notować w szczytowym momencie przychody od jednego pacjenta w kwocie 1,3 mln USD w USA oraz 1,0 mln USD w Europie. Na podstawie naszego modelu oszacowaliśmy wartość projektu na 104,6 mln USD, co w przeliczeniu na złote wynosi około 380 mln zł. Wspomniane założenia oraz przyjęte szacunki mają charakter ostrożnościowy, szczególnie w kontekście obecnych poziomów cen terapii genowych na rynku – mówi Maciej Kietliński.

Raport analityczny DM INC ma charakter scenariuszowy i nie stanowi prognozy finansowej spółki ani rekomendacji inwestycyjnej.

Link do raportu: https://www.dminc.pl/raport-analityczny/multiqure/

Strach wraca na rynki. Dolar zyskuje, a rentowności obligacji idą w górę

Inwestorzy boją się, że sytuacja w Zatoce Perskiej może eskalować. Efektem tego strachu są trzy elementy: droższa ropa, której wpływ państwa odrobinę amortyzują, napływ kapitału do dolara oraz rosnące koszty obsługi długu. W tle inflacja w Kanadzie poniżej oczekiwań.

Co z długiem?

Na rynku wyraźnie widać, że inwestorzy oczekują coraz wyższych stóp zwrotu z inwestycji w obligacje. Jeszcze dwa tygodnie temu polskie papiery 10-letnie były handlowane przy rocznej rentowności 5,6%. Dzisiaj za ryzyko na poziomie ponad 6% żądania wierzycieli rosną. Co się w tym czasie w Polsce zmieniło? Właściwie nic. Na świecie natomiast postępuje przekonanie, że jeszcze kilka miesięcy temu zbyt gwałtownie wycenialiśmy skalę obniżek stóp procentowych w najbliższych latach. Skoro wskaźniki będą wyższe, to i oczekiwania inwestorów za pożyczanie pieniędzy państwom rosną. Nie jest to oczywiście tylko polski problem. Drożej zadłuża się też USA, które wywołały większość tego zamieszania oraz gospodarki Europy Zachodniej. Co to oznacza dla Polski? Nasz kraj jest zadłużony niemal na 60% PKB, czyli około ćwierć procenta naszego PKB idzie dodatkowo w obsługę długu.

EURUSD poniżej 1,16

Na rynkach trwają przygotowania na najgorsze. Widać to po notowaniach dolara amerykańskiego, który zasysa kapitał niczym wir. Jeszcze w zeszłym tygodniu za 1 EUR płacono 1,1750 USD. Wczoraj byliśmy już na poziomie 1,1600. Dolar jest miejscem, do którego kapitał ucieka w trudnych czasach. Wielu analityków zastanawia się, czy nie dojdzie do eskalacji obecnej wojny w Zatoce Perskiej. Spotkanie USA–Chiny nie przyniosło rozstrzygnięcia, mimo absurdalnych zalotów administracji prezydenckiej sugerujących możliwość przehandlowania bezpieczeństwa Tajwanu. Obecna sytuacja wygląda już trochę na desperację. Ceny ropy są w miarę pod kontrolą, ale to głównie dlatego, że kolejne państwa uwalniają rezerwy surowca na rynek. Nie bez znaczenia jest też zawieszenie sankcji na Rosję na kolejny miesiąc, dzięki czemu może finansować agresję na Ukrainę. Im bardziej jednak rynki się boją eskalacji, tym silniejszy staje się dolar.

Miła niespodzianka w Kanadzie

Pomimo słabej passy negatywnych niespodzianek dotyczących wskaźnika inflacji nie wszędzie jest źle. Pozytywnie zaskoczyła nas wczoraj Kanada. Analitycy oczekiwali wzrostu inflacji dla konsumentów do 3,1%. Faktycznie był on jednak niższy – ceny rosną o 2,8% w skali roku. Głównym powodem była wyraźnie mniejsza od oczekiwań inflacja bazowa. W rezultacie, pomimo kryzysu energetycznego wywołanego przez USA wojną w Zatoce Perskiej, Kanadyjczycy nie odczuwają tego aż tak dotkliwie. Po samej publikacji dolar kanadyjski osłabiał się względem amerykańskiego. Był to jednak chwilowy ruch.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Inflacja w strefie euro przyspiesza. Ceny energii znów podbijają odczyty

Kwietniowy odczyt inflacji konsumenckiej w strefie euro przyspieszył do 3,0 proc. w ujęciu rocznym wobec 2,6 proc. miesiąc wcześniej. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 1,0 proc., a dane okazały się zgodne z oczekiwaniami rynku. Głównym czynnikiem odpowiadającym za wyraźne przyspieszenie inflacji był wzrost cen surowców energetycznych, będący konsekwencją napięć geopolitycznych na Bliskim Wschodzie.

Jednocześnie harmonizowana inflacja bazowa, która nie uwzględnia cen energii oraz nieprzetworzonej żywności, wyniosła w kwietniu 2,2 proc. w ujęciu rocznym. Relatywnie umiarkowany poziom tego wskaźnika sugeruje, że presja inflacyjna pozostaje w dużej mierze ograniczona do komponentów najbardziej podatnych na wahania cen surowców. Na ten moment nie widać wyraźnych sygnałów szerokiego rozlewania się inflacji na pozostałe sektory gospodarki.

Mimo to inflacja konsumencka nadal pozostaje powyżej średnioterminowego celu Europejskiego Banku Centralnego wynoszącego 2,0 proc. W efekcie w ostatnich miesiącach rynek wyraźnie zmienił oczekiwania dotyczące polityki monetarnej. Jeszcze trzy miesiące temu dominował scenariusz stabilizacji stóp procentowych, natomiast obecnie inwestorzy wyceniają pierwsze podwyżki stóp procentowych w strefie euro w tym roku.

Złoto blisko dolnego ograniczenia korekty. Inwestorzy szukają nowego kierunku

0
  • Złoto znajduje się przy dolnym ograniczeniu korekty o skali 1 500 USD, wyznaczonej między styczniowym szczytem na poziomie 5 595 USD a marcowym minimum w okolicach 4 100 USD.
  • Rosnące oczekiwania inflacyjne napędzane cenami energii oraz wyższe rentowności obligacji obecnie przysłaniają czynniki, które od dłuższego czasu wspierają złoto: obawy o zadłużenie fiskalne, dywersyfikację rezerw przez inwestorów i banki centralne oraz utrzymujące się trendy dedolaryzacyjne.
  • Przepływy do ETF-ów oraz wskaźniki zmienności wskazują na ograniczoną aktywność uczestników rynku i oczekiwanie na wyraźniejszy impuls – techniczny lub fundamentalny.

Jak tłumaczy Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank, złoto kontynuuje trwającą od tygodnia fazę konsolidacji po historycznym rajdzie, który wyniósł cenę kruszcu do styczniowego szczytu w pobliżu 5 595 USD, zanim nastąpiła gwałtowna korekta do marcowego minimum w okolicach 4 100 USD. Przy cenie około 4 550 USD złoto nadal zyskuje mniej więcej 5% od początku roku i 40% w ujęciu rocznym, ale pozostaje blisko dolnego ograniczenia korekty o skali około 1 500 USD, która ukształtowała się w pierwszym kwartale.

Obecne otoczenie coraz wyraźniej pokazuje różnicę między tym, na czym w krótkim terminie koncentrują się traderzy, a tym, co w dłuższej perspektywie obserwują inwestorzy. Choć strukturalne argumenty za złotem pozostają w dużej mierze nienaruszone, krótkoterminowe czynniki makroekonomiczne stworzyły dla cen bardziej wymagające warunki.

Z perspektywy traderów uwaga nadal skupia się na cenach energii, oczekiwaniach inflacyjnych, rentownościach obligacji i dolarze. Kryzys na Bliskim Wschodzie oraz związane z nim zakłócenia na rynkach energii podniosły oczekiwania inflacyjne w momencie, gdy rynki przygotowywały się do niższych stóp procentowych. Wyższe ceny energii bezpośrednio przekładają się na inflację, a w konsekwencji także na rentowności obligacji skarbowych, jednocześnie wspierając dolara amerykańskiego.

To połączenie stworzyło trudne środowisko dla złota. Rosnące rentowności zwiększają koszt alternatywny utrzymywania aktywa nieprzynoszącego dochodu, a mocniejszy dolar zwykle ogranicza popyt ze strony inwestorów spoza USA. W rezultacie typowa reakcja złota jako bezpiecznej przystani stała się mniej jednoznaczna. W obecnym mechanizmie rynkowym eskalacja napięć geopolitycznych może czasami ciążyć złotu, jeśli jednocześnie prowadzi do kolejnego wzrostu cen energii i oczekiwań inflacyjnych.

Z technicznego punktu widzenia złoto w bardzo krótkim terminie ustabilizowało się w wąskim przedziale 4 500–4 590 USD, a ceny skupiają się wokół kluczowych poziomów zniesienia Fibonacciego. Szerszy układ pozostaje ograniczany przez dwie istotne średnie kroczące. 200-dniowa średnia krocząca, obecnie w pobliżu 4 355 USD, stanowi kolejny ważny poziom wsparcia, natomiast 50-dniowa średnia krocząca w okolicach 4 705 USD nadal ogranicza próby wzrostowe.

Złoto spot z poziomami technicznymi

Złoto spot z poziomami technicznymi – źródło: Saxo

Złoto spot, wykres pięcioletni

Złoto spot, wykres pięcioletni – źródło: Saxo

Pozycjonowanie inwestorów potwierdza obraz rynku czekającego na wyraźniejszy kierunek. Zasoby ETF-ów w ostatnim miesiącu zasadniczo pozostawały stabilne, co sugeruje brak silnego, świeżego przekonania inwestorów, a zmienność nadal spada. Wskaźnik ATR (Average True Range) obniżył się do najniższego poziomu od czterech miesięcy, wskazując na coraz bardziej skompresowane warunki handlu i rynek, który może przygotowywać się do większego ruchu kierunkowego, gdy obraz techniczny lub fundamentalny stanie się bardziej klarowny.

Kolejnym czynnikiem mogącym ciążyć cenom jest wymuszona lub taktyczna sprzedaż ze strony części banków centralnych. Kilka krajów importujących energię mierzy się z gwałtownie rosnącymi kosztami paliw oraz większą presją na lokalne waluty wynikającą z wyższych rachunków importowych denominowanych w dolarze. W takich warunkach część oficjalnych posiadaczy rezerw może sprzedawać złoto, aby bronić walut lub pomóc finansować podwyższone zakupy energii. Nie musi to podważać szerszej historii popytu ze strony sektora oficjalnego, ale może częściowo tłumaczyć ograniczoną reakcję złota na napięcia geopolityczne.

Naszym zdaniem inwestorzy długoterminowi nadal koncentrują się na innym zestawie czynników. Rosnące obciążenia związane z zadłużeniem fiskalnym, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, ponownie przyciągają uwagę, ponieważ wyższe rentowności obligacji skarbowych zwiększają koszty obsługi długu. Jednocześnie uporczywa inflacja nadal stanowi wyzwanie dla tradycyjnych stóp zwrotu z instrumentów o stałym dochodzie, a dywersyfikacja rezerw i trendy dedolaryzacyjne pozostają czynnikami wspierającymi złoto.

Zmienność na rynku złota przypomina, że decyzje inwestycyjne warto oceniać w szerszym kontekście, a nie wyłącznie przez pryzmat bieżących ruchów cen. Krótkoterminowo rynki często reagują na zmiany inflacji, rentowności obligacji czy kursu dolara, natomiast w dłuższym horyzoncie większe znaczenie mają trwałe tendencje makroekonomiczne i sposób zarządzania ryzykiem. Dlatego kluczowe pozostaje budowanie portfela w oparciu o różne klasy aktywów, regiony i waluty, tak aby ograniczać wpływ pojedynczych źródeł niepewności  – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Gdy bezpośrednia presja związana z cenami energii zacznie słabnąć, popyt ze strony banków centralnych może ponownie stać się ważniejszym czynnikiem dla rynku. Na razie złoto pozostaje zawieszone między krótkoterminowymi przeciwnościami makroekonomicznymi a długoterminowym wsparciem strukturalnym, utrzymując się w fazie wyczekiwania bez wyraźnego kierunku, podczas gdy rynek czeka na większą klarowność.

Przepływy inwestycyjne w złoto poprzez ETF-y i kontrakty terminowe

Przepływy inwestycyjne w złoto poprzez ETF-y i kontrakty terminowe oraz krótkoterminowe korelacje z dolarem i realnymi rentownościami w USA – źródło: Bloomberg i Saxo

CVI sfinalizował zamknięcie funduszu Private Debt Fund II

CVI Dom Maklerski ogłosił finalne zamknięcie funduszu CVI Private Debt Fund II, który osiągnął kapitalizację na poziomie 262 mln euro. W ramach ostatniego zamknięcia do grona inwestorów funduszu dołączyła Erste Group, wiodąca instytucja finansowa w Europie Środkowej. Wśród nowych inwestorów znalazły się także ALTUM, łotewska instytucja finansowa wspierająca rozwój przedsiębiorstw oraz Raiffeisen Investment. Środki pozyskane przez fundusz zostaną przeznaczone na wsparcie rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw w Europie Środkowej, w tym ekspansji zagranicznej polskich spółek.

CVI Private Debt Fund II to drugi instytucjonalny fundusz private debt zarządzany przez CVI. Fundusz został uruchomiony w pierwszym kwartale 2024 roku i zapewnia elastyczne finansowanie private debt skierowane przede wszystkim do małych i średnich przedsiębiorstw.

Od momentu uruchomienia fundusz zrealizował już 29 inwestycji. Fundusz ma za sobą również pierwszy exit, który pokazuje skuteczność przyjętej strategii inwestycyjnej oraz zdolność do generowania zwrotów zgodnie z założeniami.

Kapitał funduszu przeznaczony jest dla firm, które realizują projekty rozwojowe, planują ekspansję zagraniczną, wzmacniają swoją konkurencyjność lub potrzebują finansowania dopasowanego do specyfiki prowadzonej działalności.

CVI Private Debt Fund II finansuje przedsiębiorstwa z wybranych sektorów, w tym IT, finansów, transportu, budownictwa oraz sektora rolno-spożywczego. Fundusz planuje przeprowadzenie ponad 40 inwestycji w Europie Środkowej, w tym przede wszystkim w Polsce, a także m.in. w Rumunii, Czechach, Słowacji, krajach bałtyckich, na Węgrzech, w Słowenii i Chorwacji. Fundusz spełnia wymogi Artykułu 8 SFDR, co odzwierciedla zaangażowanie CVI we wdrażanie polityk ESG w procesie inwestycyjnym.

Wśród inwestorów CVI Private Debt Fund II znajdują się m.in. Bank Gospodarstwa Krajowego, Europejski Fundusz Inwestycyjny, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, IFC – Międzynarodowa Korporacja Finansowa, Polski Fundusz Rozwoju, a także fundusze emerytalne z czterech krajów, banki, firmy zarządzające aktywami, fundacje rodzinne, zamożni inwestorzy indywidualni.

Latem 2025 roku do grona nowych inwestorów dołączył Raiffeisen Investment, członek regionalnej grupy bankowej.

– Cieszymy się, że latem 2025 roku dołączyliśmy do funduszu CVI Private Debt Fund II. Aktywność na rynku private equity wzrosła w ostatnich latach, podczas gdy private credit pozostaje relatywnie słabiej rozwinięty. Dlatego z zadowoleniem przyjęliśmy możliwość połączenia sił z silnym partnerem regionalnym. Wierzymy, że rynki prywatne będą nieodzownym elementem portfela każdego świadomego inwestora w Europie Środkowo-Wschodniej, a rosnący popyt ze strony klientów potwierdza ten trend – powiedział Jaromir Sladkovsky, CEO Raiffeisen Investment.

W ramach ostatniego zamknięcia do grona inwestorów funduszu dołączyła Erste Group. Jest to wiodąca grupa bankowa w Europie Środkowej, obsługująca około 23 mln klientów w Austrii, Chorwacji, Czechach, na Węgrzech, w Polsce, Rumunii, Serbii i Słowacji. Erste Group oferuje klientom indywidualnym, korporacyjnym i instytucjonalnym szeroki zakres usług bankowych i finansowych od bankowości detalicznej i prywatnej, przez bankowość korporacyjną i transakcyjną, po zarządzanie aktywami.

– W CVI widzimy partnera z dużym doświadczeniem i wiodącą pozycją na rynku private debt w Europie Środkowej. Wspólne podejście oparte na długoterminowym budowaniu wartości postrzegamy jako fundament trwałego partnerstwa, które wzmocni naszą zdolność do odpowiadania na zapotrzebowanie klientów na stabilne możliwości inwestycyjne – powiedział Nemanja Stevanović, Director Corporate Finance & Alternative Investments Erste Group.

Kolejnym nowym inwestorem został ALTUM, łotewska instytucja finansowa, której misją jest wspieranie rozwoju gospodarki poprzez uzupełnianie oferty prywatnego rynku finansowego. Instytucja udziela finansowania w formie instrumentów takich jak pożyczki, gwarancje oraz inwestycje w fundusze venture capital.

– Inwestycja ALTUM w CVI Private Debt Fund II odzwierciedla nasze ukierunkowane podejście do zwiększania dostępu do kapitału w regionie. Szczególnie cenimy aktywną ekspansję funduszu w państwach bałtyckich, w tym na Łotwie, która tworzy nowe możliwości dla lokalnych firm. Partnerstwo z CVI, uznanym liderem rynku, dodatkowo wesprze rozwój przedsiębiorstw średniej wielkości oraz pomoże wprowadzać nowe, elastyczne rozwiązania finansowe na Łotwie i w szerszym regionie państw bałtyckich. Postrzegamy tę inwestycję jako początek silnego, długoterminowego partnerstwa, które może wnieść istotny wkład w rozwój firm w regionie. Z optymizmem patrzymy na udaną współpracę w kolejnych latach – powiedział Reinis Bērziņš, Prezes Zarządu ALTUM.

– Naszą misją jest zapewnianie finansowania wartościowym projektom biznesowym. W naszych inwestycjach koncentrujemy się na firmach, dla których tradycyjne finansowanie może być niewystarczające lub trudniej dostępne. W ten sposób pomagamy przełamywać bariery związane z ograniczonym dostępem do kapitału, otwieramy przed przedsiębiorcami nowe możliwości rozwoju i stymulujemy wzrost przedsiębiorczości w Europie Środkowej. Jednocześnie, dzięki pracy ponad czterdziestoosobowego, doświadczonego zespołu inwestycyjnego, tworzymy dla naszych inwestorów stabilne możliwości lokowania kapitału i budowania atrakcyjnych, skorygowanych o ryzyko stóp zwrotu – powiedział Radoslav Tausinger, Partner w CVI.

SLA czy pakiet godzinowy dla enova365? Jak firmy zabezpieczają ciągłość działania ERP

System ERP rzadko jest dziś wyłącznie narzędziem do księgowości. W wielu organizacjach enova365 odpowiada za finanse, kadry i płace, obieg dokumentów, sprzedaż czy raportowanie zarządcze. To właśnie dlatego sposób organizacji wsparcia technicznego ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo operacyjne firmy.

W praktyce przedsiębiorstwa korzystające z enova365 najczęściej wybierają jeden z dwóch modeli współpracy: wsparcie w ramach umowy SLA lub pakiet godzinowy. Oba rozwiązania pozwalają rozwijać i utrzymywać system ERP, jednak zostały stworzone z myślą o zupełnie innych potrzebach biznesowych.

Jak wybrać właściwy model supportu enova365? Wszystko zależy od skali środowiska, poziomu ryzyka oraz tego, jak ważny dla organizacji jest szybki czas reakcji.

Na czym polega wsparcie enova365 w modelu SLA?

SLA (Service Level Agreement) to model współpracy oparty na jasno określonych parametrach obsługi. Organizacja otrzymuje gwarantowany czas reakcji na zgłoszenie, ustalone zasady obsługi incydentów oraz stałe wsparcie zespołu znającego środowisko klienta.

W praktyce oznacza to większą przewidywalność działania systemu ERP i szybsze reagowanie w sytuacjach krytycznych.

Firmy decydujące się na abonament SLA dla enova365 najczęściej oczekują:

  • ciągłości działania systemu,
  • priorytetowej obsługi zgłoszeń,
  • ograniczenia ryzyka przestojów,
  • stałego wsparcia konsultacyjnego i developerskiego,
  • większej kontroli nad rozwojem środowiska ERP.

Model SLA dobrze sprawdza się szczególnie tam, gdzie nawet krótkotrwała niedostępność systemu może wpływać na realizację procesów biznesowych.

Pakiet godzinowy enova365 – kiedy to dobre rozwiązanie?

Pakiet godzinowy działa w bardziej elastycznym modelu. Firma wykupuje określoną liczbę godzin i wykorzystuje je wtedy, gdy pojawia się potrzeba wsparcia.

To rozwiązanie często wybierają organizacje, które:

  • korzystają ze stabilnego środowiska ERP,
  • posiadają własny dział IT,
  • potrzebują wsparcia projektowego,
  • realizują pojedyncze wdrożenia lub integracje,
  • nie wymagają gwarantowanego czasu reakcji.

Pakiet godzinowy sprawdza się również w przypadku prac rozwojowych, takich jak tworzenie raportów, rozbudowa funkcjonalności czy integracje API.

Warto jednak pamiętać, że ten model nie daje takiej samej przewidywalności dostępności konsultantów jak umowa SLA.

Dlaczego czas reakcji w ERP ma znaczenie?

Wiele organizacji zaczyna analizować model wsparcia dopiero wtedy, gdy pojawia się poważny incydent. Problem z naliczeniem wynagrodzeń, niedostępność systemu podczas zamknięcia miesiąca czy awaria integracji potrafią szybko pokazać, jak istotna jest dobrze zorganizowana obsługa ERP.

W środowiskach, w których system enova365 wspiera kluczowe procesy biznesowe, liczy się nie tylko możliwość zgłoszenia problemu, ale przede wszystkim czas reakcji oraz znajomość środowiska przez partnera serwisowego.

To właśnie dlatego coraz więcej firm traktuje support ERP jako element strategii bezpieczeństwa organizacji, a nie wyłącznie koszt operacyjny.

Jak dobrać model wsparcia do organizacji?

Nie istnieje jeden uniwersalny model obsługi enova365. Wybór powinien zależeć od kilku czynników (szerszą analizę obu wariantów znajdziesz również pod adresem: https://smartsupportcenter.bpxglobal.com/blog/wsparcie-enova365-z-sla-czy-pakiet-godzinowy/):

Skala środowiska ERP

Im więcej modułów, użytkowników i integracji, tym większe znaczenie ma szybka dostępność specjalistów oraz uporządkowany proces obsługi zgłoszeń.

Krytyczność procesów biznesowych

Jeśli ERP wspiera finanse, kadry i płace lub procesy sprzedażowe, ryzyko przestoju staje się znacznie większe niż w przypadku prostych środowisk administracyjnych.

Kompetencje wewnętrznego działu IT

Firmy posiadające własnych administratorów często wybierają pakiety godzinowe jako uzupełnienie kompetencji zespołu wewnętrznego. Organizacje bez rozbudowanego zaplecza IT częściej decydują się na pełne wsparcie SLA.

Potrzeby rozwojowe

Jeżeli firma regularnie rozwija system enova365, wdraża nowe moduły lub tworzy dedykowane rozwiązania, stała współpraca z partnerem serwisowym zwykle pozwala lepiej planować rozwój środowiska.

Wsparcie ERP a bezpieczeństwo organizacji

Coraz więcej firm zwraca uwagę nie tylko na rozwój systemu ERP, ale również na bezpieczeństwo i odporność środowiska IT. Dotyczy to szczególnie organizacji objętych regulacjami DORA, NIS2 lub wymaganiami dotyczącymi ciągłości działania.

W takich przypadkach uporządkowany proces obsługi incydentów, raportowanie SLA oraz centralizacja zgłoszeń stają się ważnym elementem zarządzania ryzykiem.

Profesjonalny support enova365 obejmuje dziś nie tylko rozwiązywanie problemów, ale również wsparcie w utrzymaniu stabilności i przewidywalności działania całego środowiska ERP.

Kiedy warto rozważyć zmianę modelu wsparcia?

Najczęściej firmy decydują się na zmianę partnera lub modelu obsługi wtedy, gdy:

  • wydłuża się czas reakcji na zgłoszenia,
  • pojawiają się trudności z rozwojem systemu,
  • brakuje transparentności obsługi,
  • organizacja dynamicznie rośnie,
  • środowisko ERP staje się bardziej złożone.

W wielu przypadkach przejście na bardziej uporządkowany model wsparcia pozwala ograniczyć liczbę incydentów i poprawić stabilność działania systemu.

Podsumowanie

Wsparcie enova365 powinno być dopasowane nie tylko do budżetu, ale przede wszystkim do poziomu odpowiedzialności, jaki system ERP pełni w organizacji.

Pakiet godzinowy zapewnia elastyczność i dobrze sprawdza się przy projektowym wykorzystaniu supportu. Umowa SLA daje natomiast większą przewidywalność, uporządkowany proces obsługi oraz gwarantowany czas reakcji w sytuacjach krytycznych.

Im większe znaczenie system ERP ma dla codziennego funkcjonowania firmy, tym bardziej strategicznym elementem staje się profesjonalne wsparcie techniczne enova365.

Czym jest akredytacja – najważniejsze informacje

Akredytacja to pojęcie, które w kontekście przemysłu i bezpieczeństwa technicznego pojawia się coraz częściej – ale nie zawsze wiadomo, co konkretnie oznacza. Czym różni się od certyfikacji? Kto jej udziela i dlaczego ma znaczenie dla Twojego przedsiębiorstwa? Poniżej znajdziesz najważniejsze informacje, które pomogą rozwiać te wątpliwości.

Akredytacja – czym jest i kto jej udziela?

Akredytacja to formalne potwierdzenie przez niezależny organ, że dana jednostka – laboratoryjna, inspekcyjna lub certyfikująca – ma kompetencje do wykonywania określonych działań zgodnie z wymaganiami norm międzynarodowych. W Polsce akredytacji udziela Polskie Centrum Akredytacji (PCA), które działa jako krajowa jednostka akredytująca. PCA funkcjonuje w ramach europejskiej sieci EA (European cooperation for Accreditation), co oznacza, że akredytacja udzielona w Polsce jest uznawana we wszystkich krajach członkowskich.

Czym się różni akredytacja od certyfikacji?

Często oba te pojęcia są ze sobą mylone. Certyfikacja potwierdza, że produkt, usługa lub system zarządzania spełnia określone wymagania – np. normy ISO. Akredytacja natomiast dotyczy samych jednostek, które taką certyfikację przeprowadzają. Innymi słowy: akredytacja to potwierdzenie wiarygodności i kompetencji instytucji wystawiającej certyfikaty lub przeprowadzającej inspekcje. Jest więc niejako „certyfikatem dla certyfikujących”.

Jakie jednostki podlegają akredytacji?

Akredytacji podlegają przede wszystkim laboratoria badawcze i wzorcujące, jednostki certyfikujące oraz jednostki inspekcyjne. Te ostatnie odgrywają szczególną rolę w branżach, gdzie bezpieczeństwo instalacji i urządzeń ma kluczowe znaczenie – jak przemysł chemiczny, petrochemiczny, górnictwo czy energetyka. Jednostka inspekcyjna akredytowana według normy PN-EN ISO/IEC 17020 działa według ściśle określonych procedur, które gwarantują rzetelność, bezstronność i powtarzalność wyników inspekcji.

Dlaczego akredytacja jest tak ważna dla przedsiębiorców?

Dla firm działających w strefach zagrożonych wybuchem – oznaczonych jako strefy ATEX – współpraca z akredytowaną jednostką inspekcyjną to najlepsza praktyka. Dyrektywy ATEX nakładają na pracodawców obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa instalacji elektrycznych i mechanicznych w przestrzeniach zagrożonych powstaniem atmosfery wybuchowej. Inspekcja przeprowadzona przez akredytowaną jednostkę daje pewność, że ocena jest obiektywna, zgodna z normami i uznawana przez organy nadzoru.

Akredytowana jednostka inspekcyjna – co warto wiedzieć przed wyborem?

„Wybierając jednostkę inspekcyjną, warto upewnić się, że działa ona na podstawie akredytacji udzielonej przez PCA i że jej zakres obejmuje konkretny typ instalacji lub urządzeń, które mają być poddane inspekcji. Akredytacja to nie formalność – to gwarancja, że wynik inspekcji będzie uznany przez organy nadzoru i że cały proces przebiegł zgodnie z międzynarodowymi standardami”. – Mówi pracownik Instytutu Bezpieczeństwa Technicznego.

Instytut Bezpieczeństwa Technicznego prowadzi inspekcje zgodnie z normą PN-EN ISO/IEC 17020, posiadając akredytację PCA nr AK 046. Zakres działania obejmuje inspekcje odbiorcze i dozorowe urządzeń, instalacji i obiektów w obszarze bezpieczeństwa przeciwwybuchowego Ex. Szczegółowe informacje o tej jednostce inspekcyjnej znajdziesz tutaj.

Liftero z sukcesem zakończyło ofertę publiczną pozyskując 17,5 mln zł brutto

Liftero, polski producent technologii napędowych do misji kosmicznych, z sukcesem zakończył ofertę publiczną w ramach której pozyskał 17,5 mln zł brutto. Spółka przeznaczy środki m.in. na skalowanie zdolności produkcyjnych oraz wzmocnienie działań sprzedażowych i marketingowych w związku z rozpoczęciem szerokiej komercjalizacji autorskiego napędu BOOSTER. Oferta publiczna cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem inwestorów – popyt wielokrotnie przewyższył liczbę oferowanych akcji, a stopa redukcji zapisów w Transzy Otwartej wyniosła 95 proc. W najbliższym czasie Liftero złoży wniosek o wprowadzenie akcji na GPW w związku z planowanym debiutem giełdowym na rynku NewConnect. Liczy na możliwość debiutu na przełomie drugiego i trzeciego kwartału 2026 roku.

  • W ramach oferty publicznej Spółka wyemitowała 500 000 nowych akcji zwykłych na okaziciela serii C po cenie emisyjnej ustalonej na poziomie 35,00 zł za akcję
  • Pozyskane środki pozwolą Liftero m.in. rozwijać i szerzej komercjalizować autorski system napędowy BOOSTER – wykorzystujący nietoksyczne materiały pędne, zweryfikowany w przestrzeni kosmicznej i posiadający kluczowy w branży flight heritage
  • W procesie Spółkę wspierały cc group – Doradca Finansowy i Autoryzowany Doradca NewConnect, CK Legal – Doradca Prawny oraz Trigon Dom Maklerski S.A. – Główny Menedżer Oferty i Zarządzający Księgą Popytu

Dziękuję wszystkim inwestorom, którzy poświęcili swój czas na zapoznanie z działalnością Liftero i tak licznie zdecydowali się wziąć udział w naszej ofercie publicznej. Jesteśmy bardzo zadowoleni z jej przebiegu oraz zainteresowania, jakie wygenerowała zarówno wśród inwestorów indywidualnych, jak i instytucjonalnych. Popyt na akcje Liftero istotnie przewyższył wielkość oferty w obu transzach, a stopa redukcji zapisów w Transzy Otwartej wyniosła aż 95 proc., co oznacza, że popyt w tej transzy ok. 20-krotnie przekroczył liczbę oferowanych akcji. W rezultacie wzmocniliśmy nasz akcjonariat o długoterminowe fundusze oraz wielu inwestorów indywidualnych, którzy uzyskują ekspozycję na wkrótce jedyną spółkę z sektora kosmicznego notowaną na NewConnect, a także pierwszą spółkę typu pure-play space propulsion na giełdzie w Europie, której głównym obszarem działalności są systemy napędowe dla satelitówkomentuje Tomasz Palacz, CEO Liftero.

Dzięki ofercie pozyskaliśmy 17,5 mln zł brutto, czyli więcej niż pierwotnie zakładaliśmy, co pozwoli nam znacząco  przyspieszyć komercjalizację technologii, zwiększyć moce produkcyjne i wejść w kolejny etap rozwoju biznesu. Cieszy nas, że inwestorzy dostrzegają potencjał rozwijanego przez nas systemu BOOSTER oraz perspektywy wzrostu rynku napędów kosmicznych. Wierzę, że dalszy rozwój technologii i skuteczne skalowanie działalności pozwolą nam systematycznie budować wartość Spółki i wynagrodzić inwestorom okazane zaufanie dodaje Tomasz Palacz.

Liftero przechodzi aktualnie od rozwoju technologii do jej szerokiej komercjalizacji. Autorski system BOOSTER został już zweryfikowany w warunkach kosmicznych, a spółka konsekwentnie zwiększa skalę działalności i buduje portfel klientów na rynku międzynarodowym. W I kwartale 2026 roku Liftero podpisało największy kontrakt w swojej historii – umowę z indyjską spółką OrbitAID na dostarczenie dwóch systemów napędowych BOOSTER wykorzystywanych w segmencie in-orbit servicing. Jednocześnie Spółka prowadzi działania sprzedażowe na rynkach europejskim, amerykańskim i azjatyckim – wartość pipeline ofertowego Liftero wynosi ok. 115 mln EUR, a jednym z kluczowych celów Spółki pozostaje dalsze zwiększanie zdolności produkcyjnych w odpowiedzi na rosnące globalne zapotrzebowanie na systemy napędowe dla satelitów.

Widzimy bardzo duże zainteresowanie systemami napędowymi rozwijanymi przez Liftero, co potwierdza zarówno prowadzony dialog z potencjalnymi klientami, jak i rosnąca wartość naszego pipeline ofertowego. Rynek kosmiczny znajduje się dziś na etapie intensywnego wzrostu, a coraz większa liczba projektów wymaga wydajnych i elastycznych systemów napędowych, które można szybko wdrażać i skalować produkcyjnie. Dlatego równolegle rozwijamy kolejne warianty systemu BOOSTER oraz inwestujemy w rozbudowę zaplecza produkcyjnego i testowego, przygotowując organizację do realizacji większej liczby kontraktów w kolejnych latach mówi Przemysław Drożdż, COO Liftero.

Spółka planuje do końca 2027 roku zwiększenie mocy produkcyjnych do ok. 30 systemów BOOSTER rocznie, co odpowiada ok. 80 silnikom. Liftero obserwuje rosnące zainteresowanie swoim produktem ze strony potencjalnych klientów, dlatego w najbliższych miesiącach zamierza usprawnić obsługę procesu ofertowania poprzez m.in. wzmocnienie zespołu i zatrudnienie dodatkowych specjalistów. Plan Spółki zakłada zwiększenie zatrudnienia z ok. 20 do ok. 40 osób do końca 2026 roku, przede wszystkim w obszarach związanych ze skalowaniem produkcji, rozwojem technologii oraz obsługą klientów.

Rok 2026 będzie dla Liftero okresem bardzo intensywnego rozwoju i realizacji kolejnych ważnych etapów budowy pozycji Spółki na globalnym rynku kosmicznym. Przed nami zarówno dalsze skalowanie działalności operacyjnej i produkcyjnej, jak i planowany debiut giełdowy na rynku NewConnect. Chcemy wykorzystać najbliższe kwartały do dalszego wzmacniania pozycji Liftero jako jednego z liderów europejskiego sektora space-tech w obszarze napędów kosmicznych oraz konsekwentnie realizować przyjęte cele biznesowe i technologiczne podsumowuje Przemysław Drożdż.

Liftero planuje wkrótce złożyć wniosek o wprowadzenie akcji na GPW i rozpocząć przygotowania do debiutu na rynku NewConnect. Spółka będzie jedynym przedstawicielem sektora kosmicznego notowanym na małym parkiecie oraz trzecim podmiotem z branży space-tech obecnym na polskim rynku kapitałowym – obok notowanych na rynku regulowanym GPW spółek Creotech Instruments i Scanway. Zarząd Liftero podkreśla, że rynek NewConnect ma stanowić etap przejściowy wspierający dalsze skalowanie działalności i organizacji Spółki, a docelowym kierunkiem jest przeniesienie notowań na Rynek Główny GPW w Warszawie.

Po debiucie, Liftero stanie się również jedyną notowaną na giełdzie w Europie spółką typu pure-play space propulsion, której głównym obszarem działalności są systemy napędowe dla satelitów, co czyni ją unikalnym podmiotem w skali globalnego sektora kosmicznego.

Kapitał płynie do dolara. Bliski Wschód i obligacje USA podbijają nerwowość rynku

Poniedziałkowa próba korekty na rynku dolara spełzła na niczym. Tym samym we wtorek kapitał ponownie płynie szerokim strumieniem do USD. Z jednej strony napięcie wokół Iranu zdaje się zmierzać do punktu wrzenia, a z drugiej „zielony” jest pompowany rosnącymi oczekiwaniami co do podwyżek stóp w USA. Risk off nie jest jednak dziś całkowicie powszechny, ale zachowanie FX i rentowności obligacji mogą być zwiastunem rozlania się negatywnego sentymentu po reszcie rynków.

Podobno…

Podobno Donald Trump czekał już z palcem nad guzikiem (polecam jeden z niedawnych graficznych postów prezydenta USA), który miał rozpocząć zmasowane uderzenie na Iran. Podobno decyzję o ataku powstrzymały prośby (naciski?) ze strony arabskich sojuszników. Podobno przedstawiciele Izraela twierdzą, że kolejna ofensywa militarna jest przesądzona i tylko odsuwana w czasie. Podobno Irańczycy mieli w ostatnich dniach tylko symulować chęć negocjacji. Wyraźnie widać, że Zatoka Perska jest coraz gęściej usłana nie tylko minami głębinowymi, ale też przypuszczeniami. Niestety coraz trudniej z tych doniesień i domysłów wyłuskać jakiekolwiek promyki nadziei. Sytuacja eskaluje i tym samym rośnie premia za ryzyko. A w takiej sytuacji na rynku walutowym gwiazda może być tylko jedna (i nie, nie jest to Donald Trump). Dolara amerykańskiego dodatkowo premiuje coraz bardziej napięta inflacja za Atlantykiem. Wszystkie odczyty dotyczące kwietniowej dynamiki cen zaskoczyły w górę i w ten sposób przybliżyły oczekiwania co do podwyżek stóp procentowych. Doskonale widać to w rentownościach amerykańskich obligacji. Tamtejsze 10-latki po raz pierwszy od ponad dwóch lat przebiły 4,6%. Na krótkim końcu wcale nie jest lepiej, 2-latki pierwszy raz od początku 2025 roku wyszły powyżej 4%. Cały rynkowy układ dostraja się pod USD.

USD rozdaje karty

Jeszcze w poniedziałek niektórzy mogli uwierzyć, że dolar napotka skuteczną kontrę. Jednak musieli oni szybko pozbyć się złudzeń, kiedy kurs EUR/USD nie potrafił pokonać nawet 50-sesyjnej średniej, która idealnie odegrała rolę oporu. W trakcie wtorkowych notowań wracamy do granej już od ponad tygodnia ucieczki w kierunku bezpiecznej dolarowej przystani, a kurs eurodolara znowu łapczywie zerka na 1,16 USD. Przełamanie tego bardziej psychologicznego wsparcia będzie oznaczało wypróbowanie prawdziwego wsparcia w rejonie 1,156-1,157 USD. Właśnie tam odnajdziemy dolne ograniczenie konsolidacji, w której główna para globu znajduje się przez większość czasu już od ponad roku. Bardziej niż przyzwoicie w tych okolicznościach zachowuje się polski złoty. Kurs dolara wciąż nie potrafi wyjść wyraźnie powyżej 3,65 zł, a kurs euro jest blisko 4,24 zł. Niestety w dalszym ciągu niezła pozycja rodzimej waluty może być częściowo związana z wyraźnie rosnącymi rentownościami polskich obligacji, które stają się łakomym kąskiem dla inwestorów. Polskie 10-latki znowu wyszły powyżej 6% (jeszcze w lutym cieszyliśmy się, że pierwszy raz od kilku lat znalazły się poniżej 5%). Oczywiście dla szerokiego rynku o wiele ciekawszy jest rejon jena japońskiego. Kurs USD/JPY znowu narusza 159 JPY, co może skończyć się kolejną interwencją walutową japońskich władz. Taka reakcja przynajmniej chwilowo naruszyłaby prodolarowy sentyment.

Po co te nerwy?

Kiedy rynek długu i rynek walutowy z coraz większym napięciem zerkają na Bliski Wschód, to na rynkach kapitałowych zabawa trwa w najlepsze. W Azji negatywnie zamknęły się co prawda Tokio czy Mumbaj, ale dominowały tam wzrosty, Szanghaj i Sydney zyskały ok. 1%. W Europie o godz. 15 nastroje też są świetne, z głównych indeksów najsłabiej radzi sobie Mediolan (ledwo +0,15%), a liderem jest Frankfurt (+1,3%). Niestety za rynkami bazowymi nie podąża GPW, gdzie WIG20 nieznacznie traci (-0,1%). O wiele lepiej jest w drugiej i trzeciej linii spółek, zarówno mWIG40, jak i sWIG80 idą w górę o blisko 0,4%. Niestety nastroje mogą popsuć Amerykanie, kontrakty na Wall Street wskazują na zauważalnie negatywne otwarcie za oceanem. Zadziwiający spokój panuje dziś na rynku ropy naftowej, lipcowy kontrakt na baryłkę europejskiej odmiany Brent stabilizuje się przy 110 USD.

Akademia Sztuki Wojennej wesprze CPK w obszarze bezpieczeństwa i odporności operacyjnej

Akademia Sztuki Wojennej i spółka Centralny Port Komunikacyjny, realizująca program Port Polska, zawarły porozumienie o współpracy. Jego głównym celem jest rozwój kompetencji w obszarze zarządzania infrastrukturą lotniczą, bezpieczeństwa, logistyki oraz odporności operacyjnej strategicznych inwestycji państwa.

Podpisane porozumienie otwiera drogę do długoterminowej współpracy eksperckiej. Akademia Sztuki Wojennej, jako uczelnia specjalizująca się w obszarze bezpieczeństwa, obronności, logistyki, zarządzania kryzysowego oraz planowania operacyjnego, będzie wspierać działania związane z budową nowoczesnego i odpornego systemu funkcjonowania powstającego nowego lotniska krajowego.

– Chcemy wspólnie prowadzić działania badawczo-naukowe i dydaktyczne, obejmujące m.in. analizę zagrożeń, planowanie operacyjne oraz rozwój procedur bezpieczeństwa w transporcie lotniczym. Istotnym elementem będzie także kształcenie kadr poprzez praktyki, zajęcia dydaktyczne oraz prace dyplomowe przygotowujące specjalistów do zarządzania złożonymi strukturami lotniskowymi i reagowania na sytuacje kryzysowe – podkreśla dr Filip Czernicki, prezes zarządu spółki Centralny Port Komunikacyjny, Port Polska.

Porozumienie stanowi przykład współpracy nauki, sektora strategicznych inwestycji państwowych oraz środowiska eksperckiego odpowiedzialnego za rozwój kompetencji w obszarze bezpieczeństwa państwa. Jego realizacja pozwoli na wykorzystanie potencjału Akademii Sztuki Wojennej w procesie budowania bezpieczeństwa nowej infrastruktury transportowej, a jednocześnie umożliwi studentom, słuchaczom cywilnym i wojskowym Akademii dostęp do praktycznej wiedzy oraz doświadczeń związanych z jednym z najważniejszych projektów infrastrukturalnych w Polsce.

– Współpraca uczelni ze Spółką to przykład partnerstwa, które wzmacnia zaplecze kompetencyjne powstającej inwestycji oraz przyczynia się do budowy nowoczesnego i bezpiecznego systemu transportowego w Polsce. Dodatkowo umożliwia wykorzystanie innowacyjnej wiedzy teoretycznej i praktycznej ekspertów Spółki w procesie dydaktyczno-naukowym studentów, słuchaczy cywilnych i wojskowych Akademii – zaznacza rektor Akademii Sztuki Wojennej dr Mieczysław Gocuł, generał w stanie spoczynku.

Współpraca ze Spółką wpisuje się w misję Akademii Sztuki Wojennej jako Kreatora Kształtowania Odporności Państwa oraz ośrodka przygotowującego kadry zdolne do działania w złożonym środowisku bezpieczeństwa. Porozumienie ma charakter długoterminowy i będzie podstawą do realizacji wspólnych przedsięwzięć eksperckich, badawczych oraz edukacyjnych, ukierunkowanych na rozwój kompetencji niezbędnych dla bezpieczeństwa nowoczesnego państwa.

Spółka wcześniej podpisała porozumienia o współpracy m.in. z Uniwersytetem Gdańskim, Politechnikami: Krakowską, Łódzką, Poznańską, Śląską, Wrocławską, Państwową Akademią Nauk Stosowanych w Chełmie, Akademią Nauk Stosowanych w Skierniewicach, Akademią Sztuk Pięknych w Warszawie, Wojskową Akademią Techniczną.

Firma SATO mianowała Annę Opieczyńską dyrektorem zarządzającym na region Europy Środkowej i Wschodniej

14 kwietnia 2026 Heidelberg, Niemcy Firma SATO Europe, globalny dostawca rozwiązań w zakresie automatycznej identyfikacji i etykietowania, mianowała Annę Opieczyńską na stanowisko dyrektora zarządzającego na region Europy Środkowej i Wschodniej ze skutkiem od 1 kwietnia 2026 r. Awans ten stanowi kolejny etap w karierze zawodowej, która rozpoczęła się w 2018 r., kiedy to Anna dołączyła do firmy jako asystentka ds. sprzedaży i marketingu, i odzwierciedla zarówno jej rozwój osobisty, jak i stały rozwój firmy SATO w tym regionie.

W ramach nowych obowiązków Anna będzie nadzorować działalność w całej Polsce, a także na kluczowych rynkach regionalnych, takich jak między innymi Czechy, Słowacja, Węgry i Turcja. Będzie odpowiedzialna za wzmocnienie wyników organizacji, rozwój zespołów i kompetencji, tworzenie skutecznych struktur i procesów oraz zapewnienie klientom stałego dostępu do produktów i usług wysokiej jakości. Do jej obowiązków należy również nadzór nad polską fabryką materiałów eksploatacyjnych we Wrocławiu.

Awans uwzględniający zarówno dotychczasowe osiągnięcia, jak i potencjał

Mianowanie Anny stanowi doskonały przykład rozwoju przywództwa w ramach samej organizacji. W ciągu ostatnich siedmiu i pół roku pięła się po szczeblach kariery, zajmując coraz wyższe stanowiska i zdobywając bogate doświadczenie w zakresie sprzedaży, rozwoju rynku oraz kierowania operacyjnego. Po dołączeniu do firmy SATO w 2018 roku w 2019 roku objęła stanowisko Account Managera, w 2022 roku została mianowana Country Managerem na Polskę, w 2024 roku została Branch Managerem, a następnie w 2025 roku General Managerem, zanim objęła obecne stanowisko Managing Director.

Jej kariera ściśle odzwierciedla ważny okres rozwoju i transformacji firmy w tym regionie. 1 kwietnia 2025 r. firma SATO skonsolidowała swoją działalność w Polsce i krajach Europy Wschodniej w ramach bardziej ujednoliconej struktury, łącząc działy produkcji, logistyki i sprzedaży w celu zapewnienia lepszej koordynacji działań operacyjnych oraz bardziej spójnej obsługi klienta. Anna odegrała kluczową rolę w tej fazie rozwoju organizacyjnego, a obecnie obejmuje stanowisko kierownicze w momencie, gdy firma koncentruje się na dalszej ekspansji w Europie Środkowej i Wschodniej.

Od lokalnego przywództwa do odpowiedzialności regionalnej

Firma SATO nadal umacnia swoją pozycję w Europie Środkowej i Wschodniej poprzez ściślejszą integrację, większą elastyczność rynkową oraz silniejsze ukierunkowanie na tworzenie długoterminowej wartości. W swojej nowej roli Anna Opieczyńska będzie odpowiedzialna za rozszerzanie działalności w całym regionie, budowanie silnych struktur organizacyjnych, rozwój zespołów i kompetencji oraz utrzymywanie wysokich standardów obsługi i realizacji dostaw dla klientów. Jej styl przywództwa, łączący zrozumienie biznesowe z podejściem opartym na ludziach i transformacji, będzie ważnym atutem w miarę dalszego rozwoju organizacji.

„Objęcie tej funkcji to dla mnie zarówno wielki zaszczyt, jak i ogromna odpowiedzialność” – powiedziała Anna Opieczyńska, dyrektor zarządzająca na Europę Środkową i Wschodnią. „Dołączyłam do firmy SATO w 2018 roku i miałam okazję rozwijać się wraz z firmą krok po kroku, ucząc się po drodze od wybitnych osób. To, co sprawia, że ten nowy rozdział jest szczególnie znaczący, to fakt, że pojawia się on w momencie, gdy budujemy coś silniejszego w całym regionie: silniejsze zespoły, silniejsze struktury i jeszcze lepsze wsparcie dla naszych klientów. Jestem podekscytowana tym, co nas czeka, i w pełni zaangażowana w dalszy rozwój firmy wraz z naszymi pracownikami”.

Laurent Lassus, dyrektor SATO Europe, powiedział: „Mianowanie Anny jest wyrazem uznania nie tylko dla jej doskonałych wyników, ale także dla tego, jak dobrze wpisuje się ona w długoterminową wizję naszej działalności w Europie Środkowej i Wschodniej. Wyróżnia ją umiejętność łączenia wiedzy biznesowej z zdolnością do budowania silnych zespołów, rozwoju pracowników oraz wdrażania odpowiednich procesów zapewniających zrównoważony wzrost. Wnosi ze sobą konsekwencję, zaufanie oraz styl przywództwa, który wspiera zarówno transformację, jak i długoterminowy rozwój rynku. Jestem przekonany, że jest ona właściwą osobą, aby poprowadzić SATO w kolejnym rozdziale jego historii”.

Mianowanie Anny stanowi ważny kolejny krok dla firmy SATO w Europie Środkowej i Wschodniej, gdzie organizacja nieustannie umacnia swoją pozycję w regionie i buduje przyszłość. Dzięki stylowi przywództwa opartemu na doświadczeniu, współpracy i długoterminowym myśleniu jest ona idealną osobą do poprowadzenia firmy przez kolejny etap rozwoju.

O firmie SATO

SATO (TOKYO:6287) zajmuje się projektowaniem i produkcją sprzętu, etykiet oraz przywieszek, a także tworzeniem oprogramowania integrującego się z rozwiązaniami innych producentów w ramach systemów automatycznej identyfikacji. Rozwiązania te usprawniają procesy robocze, umożliwiając gromadzenie i wizualizację danych w połączonym świecie, gdzie liczy się wydajność, bezpieczeństwo, pewność i zrównoważony rozwój. Nadając przedmiotom cyfrową tożsamość, firma SATO pomaga w sprawnym funkcjonowaniu przedsiębiorstw z branży detalicznej, produkcyjnej, spożywczej, opieki zdrowotnej oraz transportu i logistyki. Założona w 1940 roku firma SATO jest obecna w 27 krajach i zatrudnia ponad 5900 pracowników. W roku obrotowym zakończonym 31 marca 2025 r. odnotowała przychody w wysokości 154 807 mln jenów (1,014 mld USD*).

Więcej informacji o SATO może zostać znalezione na www.sato-global.com

Przy średnim kursie wymiany wynoszącym 1 USD = 152,62 JPY

Od TikToka do sklepowej półki. Jak zmysły przyciągają Pokolenie Z do sklepów stacjonarnych?

Pokolenie Z, uznawane za pierwszą generację prawdziwych „digital natives”, spędza w sieci średnio kilka godzin dziennie. Mogłoby się wydawać, że dla dzisiejszych dwudziestolatków zakupy ograniczają się do jednego kliknięcia w aplikacji i krótkiego hasła „TikTok made me buy it”. Tymczasem w 2026 roku obserwujemy zupełnie odwrotny, potężny trend. Najmłodsi konsumenci masowo wracają do sklepów stacjonarnych, poszukując w nich tego, czego nie da im żaden smartfon – namacalnych, wielosensorycznych doświadczeń. Przed markami detalicznymi stoi dziś najważniejsze wyzwanie dekady: jak stworzyć przestrzeń „Phygital”, która połączy wygodę e-commerce z potęgą zmysłów?

Jeszcze kilka lat temu wieszczono zmierzch tradycyjnego handlu (tzw. retail apocalypse). Dziś wiemy już, że te prognozy były nietrafione, a kołem ratunkowym dla fizycznych placówek okazała się… technologia i potrzeba autentyczności. Dla pokolenia Z (Gen Z), scrollowanie nieskończonych feedów produktowych staje się męczące. Sklep stacjonarny ewoluował z punktu odbioru towaru w przestrzeń spędzania wolnego czasu, interakcji społecznych i budowania relacji z marką.

Cyfrowy detoks między sklepowymi półkami

Dane rynkowe nie pozostawiają złudzeń. Z obszernego raportu opublikowanego przez firmę doradczą Kearney („How Gen Z’s Concern with Emotional Health Fuels Retail Growth”) płyną zaskakujące wnioski. Mimo doskonałej biegłości w świecie cyfrowym, aż 81% przedstawicieli Pokolenia Z preferuje finalizację transakcji w sklepie stacjonarnym, a 73% traktuje fizyczną przestrzeń jako najlepsze miejsce do odkrywania nowych produktów. Co więcej, aż 58% badanych z tej grupy wiekowej przyznaje, że zakupy in-store pozwalają im odłączyć się od mediów społecznościowych i cyfrowego przebodźcowania.

Młody konsument szuka oddechu, ale to nie oznacza, że oczekuje analogowej ciszy. Oczekuje środowiska „Phygital” (Physical + Digital) – przestrzeni, w której fizyczne produkty są obudowane cyfrową i sensoryczną narracją.

– Dla Pokolenia Z granica między światem wirtualnym a fizycznym praktycznie nie istnieje. Jeśli na Instagramie czy TikToku widzą dynamiczną, pełną konkretnych kolorów i dźwięków markę, dokładnie tego samego „vibe’u” oczekują po przekroczeniu progu jej butiku – tłumaczy Aleksandra Potrykus, Vice President Mood Media CEE. – Sklep stacjonarny przestał być jedynie wielkim magazynem z kasą fiskalną. Dzisiaj to immersyjna scena, na której marka musi na żywo odegrać swoją obietnicę. Brak spójności wizualnej i dźwiękowej to dla młodego klienta natychmiastowy zgrzyt, który zniechęca go do zakupu równie skutecznie, co słaba jakość samego produktu.

Zmysły, które zatrzymują i sprzedają

Jak zatem zaprojektować przestrzeń, która przyciągnie generację wychowaną na kilkusekundowych formatach wideo? Kluczem jest marketing sensoryczny. Badania pokazują, że odpowiednio dobrana muzyka, zapach (scent marketing) oraz bodźce wizualne (digital signage) są w stanie całkowicie zmienić percepcję upływającego czasu i skłonić klienta do pozostawienia w kasie wyższej kwoty.

Potwierdzają to globalne badania własne Mood Media („In-Store Customer Trends Report”). Wynika z nich, że dla aż 84% konsumentów przyjemna atmosfera w sklepie jest głównym czynnikiem skłaniającym do ponownej wizyty, a 79% deklaruje, że dzięki niej spędza w placówce handlowej znacznie więcej czasu. Ponadto wdrażanie rozwiązań z pogranicza technologii i zmysłów – takich jak interaktywne przymierzalnie (smart fitting rooms) czy duże ekrany LED – sprawia, że 43% klientów z chęcią powróci do danego salonu modowego.

Muzyka w sklepie dla Gen Z nie może być przypadkową stacją radiową. Musi być starannie wyselekcjonowaną playlistą, której tempo i rytm adaptują się do pory dnia lub natężenia ruchu w lokalu. Zapach z kolei, omijając świadome procesy myślowe, trafia bezpośrednio do układu limbicznego w mózgu, budując u klienta poczucie bezpieczeństwa, luksusu lub ekscytacji – w zależności od pozycjonowania brandu.

– W 2026 roku nie traktujemy marketingu sensorycznego jako miękkiego elementu wizerunkowego (nice-to-have), ale jako twarde narzędzie analityczne o mierzalnym zwrocie z inwestycji (ROI)”dodaje Aleksandra Potrykus. – Widzimy wyraźnie z wdrożeń dla największych sieci retail, że integracja zapachu, muzyki strefowej i inteligentnych ekranów cyfrowych bezpośrednio wpływa na koszyk zakupowy. Gen Z to konsument wysoce społeczny – 37% z nich traktuje zakupy jako rozrywkę ze znajomymi. Jeśli dostarczymy im przestrzeń, która dobrze brzmi, pięknie pachnie i świetnie wygląda w obiektywie smartfona, zyskamy ambasadorów marki, którzy sami poniosą ten komunikat dalej w świat.

Sklep jako nowe social media

Przejście od „TikTok made me buy it” do zakupów fizycznych nie oznacza odrzucenia technologii. Oznacza jej mądrą ewolucję. Dzisiejszy „Phygital Store” sam w sobie staje się platformą społecznościową. To tu najmłodsi konsumenci nagrywają „haule zakupowe”, robią zdjęcia w estetycznych przymierzalniach i sprawdzają, czy zapach i dźwięk marki w świecie realnym zgadza się z tym, co marka obiecuje w sieci.

Dla retailerów wniosek jest jeden. Bitwa o portfele Pokolenia Z nie rozstrzygnie się wyłącznie poprzez kody rabatowe w aplikacjach mobilnych. Wygrana należy do tych, którzy potrafią uwieść zmysły w miejscu ostatecznej decyzji zakupowej – przy półce sklepowej.

* Raport Kearney: https://www.kearney.com/documents/291362523/291366591/How+Gen+Zs+Concern+with+Emotional+Health+Fuels+Retail+Growth+and+Failure.pdf

* Raport Mood Media: https://us.moodmedia.com/wp-content/uploads/2023/11/2023-Mood-In-store-Trends-Report.pdf

Zmiany w portfelu Berkshire w I kwartale: zasady Buffetta, strategia Abela

Raport 13F Berkshire Hathaway za I kwartał 2026 r. wskazuje na bardziej aktywne zarządzanie portfelem oraz większą koncentrację wybranych ekspozycji. Spółka istotnie zwiększyła swoje zaangażowanie w Alphabet oraz pojawiła się nowa eskpozycja na Delta Air Lines. Jednocześnie Berkshire całkowicie zamknęło pozycje w kilku dużych spółkach, w tym w Amazon, UnitedHealth, Visa i Mastercard.

Charu Chanana, główna strateg inwestycyjna w Saxo Bank uważa, że pierwsze sygnały strategii Grega Abela nie wskazują na odejście od zasad Warrena Buffetta, lecz raczej na ich adaptację do obecnych realiów rynkowych. Oznacza to inwestowanie w wartość stosowane na rynku, na którym platformy technologiczne generują przepływy pieniężne, skalę działania i trwałe przewagi konkurencyjne, wcześniej kojarzone głównie z liderami tradycyjnej gospodarki.

Nowa strategia Abela: zasady Buffetta dostosowane do gospodarki AI

  1. Inwestowanie w wartość przesuwa się tam, gdzie znajdują się przepływy pieniężne

Przez dekady klasyczne inwestowanie w wartość kojarzono przede wszystkim z bankami, dobrami pierwszej potrzeby, ubezpieczeniami, kolejami, energetyką i przemysłem. Struktura rynku uległa jednak istotnej zmianie. Alphabet, Microsoft, Apple i inne globalne platformy technologiczne nie są już wyłącznie postrzegane jako „spółki wzrostowe”. Dysponują powtarzalnymi przychodami, globalną skalą działania, wysokimi marżami, znaczną zdolnością generowania gotówki oraz możliwością finansowania dużych cykli inwestycyjnych ze środków własnych. Nadaje im to część cech defensywnych, nawet jeżeli ich wyceny pozostają wymagające.

Przesłanie ery Abela można ująć następująco: wartość nie jest definiowana przez sektor. Definiują ją trwałość przepływów pieniężnych i przewaga konkurencyjna.

  1. Największe spółki technologiczne stają się defensywnym wzrostem

Największe spółki technologiczne są coraz częściej traktowane nie tylko jako źródło wzrostu, lecz także jako forma jakości bilansowej w niepewnym otoczeniu makroekonomicznym. Ma to istotne znaczenie w środowisku wyższych rentowności obligacji, podwyższonego ryzyka geopolitycznego, presji inflacyjnej oraz nierównomiernego wzrostu gospodarczego. W takich warunkach spółki dysponujące nadwyżką gotówki netto, siłą cenową, powtarzalnymi przychodami i wysoką stopą zwrotu z kapitału naturalnie zyskują na atrakcyjności.

Nie oznacza to, że największe spółki technologiczne są pozbawione ryzyka. Oznacza raczej, że najsilniejsze z nich są dziś wykorzystywane przez inwestorów jako połączenie ekspozycji na wzrost oraz ekspozycji na jakość.

  1. Ekspozycja na AI staje się bardziej selektywna

Trend związany ze sztuczną inteligencją się nie skończył, ale dojrzewa.

Rynek stopniowo odchodzi od premiowania każdej spółki powiązanej z narracją AI. Inwestorzy coraz mocniej koncentrują się na różnicy między wydatkami na AI, przychodami z AI i marżami generowanymi dzięki AI. Dlatego istotne są różnice w działaniach największych inwestorów. Jedni zwiększają pozycję w Alphabet, inni w Microsoft, a kolejni rotują między tymi samymi megaspółkami.

Przesłanie pozostaje jasne: temat AI nadal jest silnym motorem rynku, ale selekcja zwycięzców będzie coraz bardziej zależeć od fundamentów i specyfiki konkretnej spółki.

  1. Koncentracja portfeli rośnie, ale inwestorzy detaliczni powinni zachować ostrożność

Portfel Berkshire Hathaway stał się w I kwartale bardziej skoncentrowany. Wpisuje się to w szerszy wzorzec rynkowy: wielu czołowych inwestorów skupia ekspozycję na mniejszej liczbie spółek, wobec których ma wyższe przekonanie inwestycyjne. Nie jest to jednak sygnał, aby inwestorzy indywidualni bezrefleksyjnie budowali silnie skoncentrowane portfele. Na rynku napędzanym rosnącym zróżnicowaniem wyników, jakości bilansowej i ekspozycji na AI inwestorzy powinni uważniej oceniać, jaką rolę pełni każda pozycja w portfelu.

Co to oznacza dla inwestorów?

  1. Definicja „wartości” się zmienia

Ruch Berkshire Hathaway w kierunku Alphabet przypomina, że inwestowanie w wartość nie musi oznaczać unikania sektora technologicznego. Na dzisiejszym rynku część najlepszych „maszyn do generowania gotówki” stanowią właśnie globalne platformy technologiczne. Kluczowe pozostaje rozróżnienie między kupowaniem technologii wyłącznie dlatego, że jest modna, a inwestowaniem w spółki technologiczne ze względu na trwałość ich modelu biznesowego, skalę działania, przewagi konkurencyjne i zdolność do generowania wolnych przepływów pieniężnych. Ruch Berkshire wydaje się bliższy tej drugiej kategorii.

  1. Największe spółki technologiczne pozostają kluczowe, ale rośnie znaczenie selektywności

Alphabet, Microsoft, Apple, Amazon, Meta i Nvidia są częścią ekosystemu technologicznego, ale ich czynniki ryzyka są różne: reklama, chmura, urządzenia, oprogramowanie dla firm, infrastruktura AI, półprzewodniki, nakłady inwestycyjne i regulacje. Kolejna faza trendu AI może w mniejszym stopniu opierać się na szerokiej ekspozycji na samą narrację, a w większym na identyfikacji spółek, w których inwestycje w sztuczną inteligencję realnie przekładają się na wzrost przychodów, odporność marż oraz generowanie wolnych przepływów pieniężnych.

  1. Jakość ma większe znaczenie, gdy rentowności są wysokie

Wyższe rentowności obligacji podnoszą poprzeczkę dla akcji. To sprawia, że spółki ze słabymi bilansami, odległymi zyskami lub niepewnymi przepływami pieniężnymi stają się bardziej podatne na presję. Dlatego wielu dużych inwestorów nadal wybiera firmy z siłą cenową, skalą i wysoką stopą zwrotu z kapitału. W świecie, w którym koszt kapitału nie jest już zerowy, jakość nie jest luksusem. Jest narzędziem zarządzania ryzykiem.

  1. Stara gospodarka nie zniknęła

Berkshire Hathaway nadal utrzymuje znaczące pozycje w sektorze finansowym, spółkach konsumenckich o silnych markach oraz w energetyce. Zakup akcji Delta Air Lines oraz redukcja pozycji w Chevronie pokazują również, że portfel nie przesuwa się jednostronnie w stronę technologii.

Można powiedzieć, że Berkshire buduje portfel oparty na przepływach pieniężnych zarówno starej, jak i nowej gospodarki. To istotna lekcja dla inwestorów: AI może pozostawać kluczowym motywem inwestycyjnym, ale nie eliminuje potrzeby dywersyfikacji między sektorami, cyklami gospodarczymi i czynnikami ryzyka.

Podsumowanie

Inwestorzy szczególnie wyczuleni na wyceny coraz częściej znajdują miejsce w portfelach dla największych spółek technologicznych, o ile jakość ich modeli biznesowych pozostaje wystarczająco wysoka.

Zwiększenie pozycji Berkshire Hathaway w Alphabet nie musi być więc interpretowane jako wezwanie do pogoni za trendem AI. To raczej sygnał, że granica między inwestowaniem w wartość a inwestowaniem we wzrost uległa zatarciu. Dla inwestorów wniosek jest jasny: największe spółki technologiczne pozostają istotnym elementem rynku, AI nadal ma strukturalny potencjał, ale kluczowego znaczenia nabiera selektywność. Zwycięzcami kolejnej fazy mogą nie być spółki z najgłośniejszą narracją AI, lecz te, które potrafią przełożyć nakłady na sztuczną inteligencję na trwałe przepływy pieniężne.

Polska spóźnia się z wdrożeniem unijnych przepisów o najmie krótkoterminowym

20 maja zaczyna być stosowane unijne rozporządzenie dotyczące gromadzenia i udostępniania danych o najmie krótkoterminowym, ale polskie władze nadal nie uchwaliły ustawy, która wprowadzałaby je do lokalnego porządku prawnego. W efekcie właściciele mieszkań, platformy rezerwacyjne i samorządy wchodzą w okres niepewności, w którym obowiązki wynikające z prawa unijnego zaczynają obowiązywać szybciej niż krajowe procedury. Eksperci SonarHome podkreślają jednak, że nie oznacza to natychmiastowej rewolucji na rynku ani automatycznie egzekwowanych sankcji dla wynajmujących.

Samo rozporządzenie nie zakazuje najmu krótkoterminowego ani nie wprowadza limitów dni wynajmu. Jego głównym celem jest uporządkowanie rynku oraz zwiększenie przejrzystości danych dotyczących tego segmentu gospodarki, co da administracji publicznej i samorządom lepszy dostęp do informacji o skali zjawiska, lokalizacji mieszkań oraz poziomie aktywności właścicieli. W praktyce oznacza to konieczność stworzenia systemu numerów identyfikacyjnych oraz obowiązków raportowych dla takich platform jak Airbnb czy Booking.

Jednak w Polsce sytuacja wokół najmu krótkoterminowego stała się wyjątkowo skomplikowana. Nie dość, że przepisy wykonawcze dotyczące tego rozporządzenia dopiero procedowane są w rządzie, to dodatkowo w Sejmie znajduje się bardzo restrykcyjny projekt Polski 2050. Dlatego na pewno nie można dziś mówić, że polski system rejestracji i ewidencji wchodzi w życie 20 maja. Był taki plan, ale projekt ustawy nie jest jeszcze ustawą i dopóki nie przejdzie pełnej ścieżki legislacyjnej, zakończonej podpisem prezydenta i publikacją w Dzienniku Ustaw, nie można mówić o nowych obowiązkach ani tym bardziej o karach – mówi Anton Bubiel, ekspert rynku mieszkaniowego w SonarHome.pl, platformie do wyceny mieszkania i znalezienia agenta.

Według danych Polskiego Stowarzyszenia Wynajmu Krótkoterminowego, w 2024 roku w Polsce funkcjonowało około 65 tys. mieszkań oferowanych w tym modelu. Na samej platformie Airbnb znajdowało się niemal 60 tys. ofert mieszkań, natomiast na Bookingu ponad 35 tys., przy czym większość z nich pokrywała się. Rynek jest silnie skoncentrowany na kilku największych platformach i obejmuje głównie mieszkania w dużych miastach. Najwięcej ofert znajduje się w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Wrocławiu, szczególnie w centralnych oraz turystycznych dzielnicach.

Rynek raczej bez rewolucji, ale z większą transparentnością

Rządowy projekt, przygotowywany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, zakłada, że najem krótszy niż 30 dni zostanie formalnie włączony do systemu usług hotelarskich. Właściciele mieszkań mieliby obowiązek wpisu do ewidencji oraz uzyskania numeru identyfikacyjnego, który następnie byłby publikowany w ogłoszeniach na platformach rezerwacyjnych. Projekt przewiduje także obowiązki informacyjne, mechanizmy kontroli oraz administracyjne kary za naruszenia.

Zdaniem ekspertów sam rządowy projekt nie ma charakteru rewolucyjnego. Jego celem jest przede wszystkim uporządkowanie rynku, który do tej pory działał częściowo w szarej strefie lub w rozproszonych lokalnych rejestrach. Wejście w życie nowych przepisów oznaczałoby większą liczbę formalności, ale nie powinno znacząco ograniczyć skali samego najmu krótkoterminowego. Najbardziej odczuwalne skutki mogłyby dotyczyć właścicieli lokali działających poza oficjalnym obiegiem gospodarczym.

Największe kontrowersje budzi projekt Polski 2050, który przewiduje szerokie kompetencje dla wspólnot mieszkaniowych, spółdzielni i samorządów. Zawiera on m.in. przepis wymuszający konieczność uzyskania zgody wspólnoty lub spółdzielni na prowadzenie najmu krótkoterminowego. Zakłada także możliwość tworzenia lokalnych stref ograniczających taki najem oraz wysokie kary administracyjne, sięgające nawet 50 tys. zł. W praktyce mogłoby to znacząco ograniczyć skalę rynku.

To właśnie ten projekt stanowi największe ryzyko dla właścicieli mieszkań. Wprowadzenie wymogu zgody wspólnot lub spółdzielni mogłoby doprowadzić do istotnego zmniejszenia podaży mieszkań dostępnych na platformach rezerwacyjnych. Szczególnie mocno skutki mogłyby odczuć centra dużych miast, gdzie najem krótkoterminowy jest najbardziej rozwinięty. Na razie jednak także ten projekt pozostaje dopiero po pierwszym czytaniu sejmowym – ocenia ekspert SonarHome.

Platformy będą musiały reagować szybciej niż państwo

W praktyce kluczową rolę w najbliższych miesiącach mogą odegrać same platformy rezerwacyjne. Unijne rozporządzenie nakłada bowiem obowiązki gromadzenia i raportowania danych właśnie na takie serwisy jak Airbnb czy Booking. Oznacza to, że firmy te będą musiały dostosować swoje systemy niezależnie od tempa prac legislacyjnych w Polsce. Możliwe więc, że jako pierwsze zaczną wymagać od właścicieli dodatkowych danych lub oświadczeń dotyczących rejestracji.

Eksperci nie spodziewają się jednak masowego blokowania ogłoszeń bez numerów identyfikacyjnych. Byłoby to trudne do uzasadnienia w sytuacji, gdy państwo nie stworzyło jeszcze działającego systemu rejestracji. Bardziej prawdopodobne wydaje się wprowadzenie tymczasowych rozwiązań, jak dodatkowe formularze czy oświadczenia składane przez właścicieli operatorom platform rezerwacyjnych.

Chociaż 20 maja nie przyniesie jeszcze pełnej rewolucji prawnej, kierunek zmian wydaje się już przesądzony. Rynek najmu krótkoterminowego będzie stopniowo bardziej transparentny, rejestrowany i kontrolowany. Właściciele mieszkań powinni więc przygotowywać się do nowych obowiązków, porządkować dokumentację i śledzić komunikaty platform rezerwacyjnych. Szczególnie ważne w przypadku ewentualnych sporów prawnych może okazać się zachowywanie korespondencji, udokumentowanie prób rejestracji czy komunikatów z platform – podsumowuje Anton Bubiel.

Najbliższe miesiące należy uznać za okres przejściowy, w którym prawo unijne zacznie działać szybciej niż krajowe przepisy wykonawcze, a stworzona luka regulacyjna będzie prowadzić do niepewności zarówno po stronie właścicieli mieszkań, jak i platform internetowych. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, aby legalnie działający wynajmujący mieli nagle utracić możliwość publikowania ofert. Znacznie większe znaczenie dla przyszłości rynku może pojawić się w sytuacji, gdyby zaczęły obowiązywać bardziej restrykcyjne propozycje regulacyjne.

Kurs dolara rośnie, ropa drożeje, a USA znów pomagają rosyjskiej ropie

Amerykanie po raz kolejny postanowili w panice ratować coś, do czego sami doprowadzili. Po raz trzeci pozwolono Rosji eksportować ropę naftową bez sankcji. W tym tempie faktycznie mogą „rozwiązać” problem rosyjskiej inwazji na Ukrainę, choć zapewne Inaczej, niż myśleliśmy. W tle inflacja bazowa w Polsce uspokaja rynek.

Inflacja w Polsce bez niespodzianek

Wczoraj poznaliśmy odczyt inflacji bazowej dla Polski. To wskaźnik dynamiki cen z wykluczeniem żywności i energii. Dzięki temu otrzymujemy wynik lepiej pokazujący pewne trendy niż chwilowe wahania. Parametr ten nie jest jednak doskonały, bo zmiany kosztów ropy naftowej – chociażby po stronie logistyki – wpływają i tak na pozostałe ceny. Analitycy spodziewali się zmiany o 3% i dokładnie taki odczyt zobaczyliśmy. To w sumie dobra wiadomość dla naszej gospodarki. Pokazuje, że po uspokojeniu sytuacji na rynku ropy naftowej nadal powinniśmy mieścić się w celu inflacyjnym. Cel ten wynosi co prawda 2,5%, ale ma pasmo tolerancji 1%. Jesteśmy zatem w górnych 25% tego przedziału. Rynki obawiały się, że podobnie jak w innych państwach wskaźnik zmian cen negatywnie nas zaskoczy. Dlatego po publikacji danych złoty zyskiwał na wartości. Jego umocnienie wynikało z faktu, że oczekując wyższej inflacji, chwilowo inwestorzy grali pod podwyżki stóp procentowych.

USA znów wspiera Rosję

Amerykańsko-izraelska agresja na Iran spowodowała olbrzymie problemy na rynku ropy naftowej. Powodem jest zablokowanie Cieśniny Ormuz. Aby łagodzić skutki tej operacji – jak określają to Amerykanie – poluzowano sankcje na rosyjski surowiec. W rezultacie doszliśmy do momentu, w którym zamiast negocjacji z Iranem doszło do destabilizacji sytuacji na Bliskim Wschodzie. A żeby ograniczyć skutki tego rozwiązania, USA postanowiły dosypać Rosji ogromny strumień pieniędzy, by jej agresja wojskowa na Ukrainie przypadkiem nie była zbyt uciążliwa dla budżetu. W ten oto sposób, zamiast zakończyć jedną wojnę, co w kampanii obiecano zrobić w ciągu 30 dni, rozpoczęto nową. To również kłóci się z obietnicami wyborczymi, podobnie jak kwestia zadbania o portfele Amerykanów, którzy pomimo bycia największym producentem ropy naftowej, też cierpią. Tymczasem baryłka Brent znów stabilizuje się powyżej 110 USD. Dzieje się to pomimo informacji, że w całym czerwcu Rosja będzie mogła eksportować surowiec.

Dolar znów się umacnia

Amerykańska waluta od dawna jest traktowana jako bezpieczna przystań na trudne czasy. W rezultacie, mimo że to Amerykanie destabilizują sytuację na świecie, kapitał płynie do USA szerokim strumieniem. Dodatkowo na korzyść dolara działają oczekiwania względem stóp procentowych. Patrząc na kontrakty terminowe na stopę procentową, widać, że obecnie króluje scenariusz podwyżek w 2027 roku. Na razie jednej, ale docelowo pod koniec roku może pojawić się druga. To właśnie dlatego amerykańska waluta już kolejny dzień wyznacza najsilniejsze poziomy od początku kwietnia względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – Kanada – inflacja konsumencka.

Kolekcjonerzy zdecydują, ile warte są dzieła sztuki. DESA Unicum rusza z aukcjami bez ceny minimalnej

Licytacje bez ceny minimalnej – kolekcjonerzy zdecydują, ile warte są dzieła sztuki uznanych artystów. DESA Unicum wprowadza nowy format aukcji od 1000 zł – projekt „stART”.

Dzieła takich artystów jak Magdalena Abakanowicz, Wojciech Kossak, Igor Mitoraj czy Jacek Malczewski będzie można licytować nawet od 1000 zł. DESA Unicum, największy dom aukcyjny w Europie Środkowo-Wschodniej, wprowadza na polski rynek nowy format aukcyjny „stART”, który ma otworzyć aukcje sztuki na nowych kolekcjonerów. Jest on oparty na dostępności, niskim progu wejścia i edukacji rynku. W formule licytacji bez ceny minimalnej to uczestnicy zdecydują, ile warte są prace uznanych twórców – artystów, których dzieła na co dzień osiągają wysokie ceny sprzedaży i znajdują się w najważniejszych kolekcjach muzealnych i prywatnych. Pierwsze aukcje odbędą się 8 i 9 czerwca w domu aukcyjnym przy ul. Pięknej 1A.

Format licytacji bez ceny minimalnej sprawdził się już w Aukcjach Młodej Sztuki – autorskim projekcie DESA Unicum, który przez ponad 15 lat wprowadził na rynek tysiące nowych klientów. Dzięki cenie wywoławczej rozpoczynającej się od 1000 zł i szerokiej ofercie prac wiele osób po raz pierwszy wzięło udział w licytacjach, a z czasem zaczęło świadomie kolekcjonować sztukę także w innych segmentach rynku.

Na aukcjach „stART” pojawią się prace twórców, których nazwiska od lat należą do najważniejszych w historii sztuki. Wśród nich znajdują się zarówno klasycy sztuki dawnej, m.in. Jacek Malczewski, Wojciech Kossak, Zofia Stryjeńska czy Mela Muter – a także twórców, którzy współtworzyli historię polskiej sztuki powojennej, m.in. Edwarda Dwurnika, Jerzego Nowosielskiego czy Igora Mitoraja. Wśród najciekawszych obiektów, które będą licytowane można wymienić m.in.:

  • pracę na papierze „Bez tytułu” z 1985 roku, Magdaleny Abakanowicz, jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystek na świecie, reprezentująca charakterystyczny dla artystki sposób pracy z materią;
  • obraz Jerzy Kossak „Ułan na koniu w zimowej scenerii”, prezentujący znany i pożądany motyw przez miłośników sztuki dawnej;
  • „Pejzaż miejski recto / Portret chłopca verso” Meli Muter powstały w latach 20. ubiegłego wieku. Praca wyjątkowa, ponieważ jest dwustronna – łączy dwa odmienne motywy w jednym obiekcie;
  • wczesną pracę Romana Opałkiz cyklu „Skamieniały statek”, powstałą jeszcze przed rozpoczęciem jego słynnego projektu liczbowego.

Na rynku aukcyjnym prace tych artystów osiągają często ceny liczone w dziesiątkach tysięcy, a niekiedy milionach złotych. Format aukcji „stART” zmienia jednak punkt wejścia w ich twórczość – licytacja każdej z prac rozpoczyna się od jednego z trzech progów ceny wywoławczej: 1000, 3000 lub 5000 zł. Co kluczowe, są to licytacje bez ceny minimalnej, co oznacza, że ostateczna wartość dzieła nie jest z góry ograniczona, a dom aukcyjny nie zdradza estymowanych kwot. Podobny model stosują największe domy aukcyjne na świecie, jak Christie’s czy Sotheby’s w przypadku aukcji typu no reserve, gdzie ostateczna cena powstaje w wyniku decyzji i zainteresowania uczestników rynku.

Dla wielu początkujących kolekcjonerów może to być pierwsza realna okazja, aby spróbować swoich sił w licytacji prac artystów, których nazwiska do tej pory kojarzyły się raczej z najwyższymi segmentami rynku sztuki. W tym sensie aukcje „stART” mają charakter nie tylko sprzedażowy, ale także demokratyzujący rynek oraz edukacyjny. Jako największy dom aukcyjny w Polsce pozwalamy im obserwować mechanizm rynku w praktyce i zobaczyć, jak w trakcie licytacji kształtuje się wartość dzieła sztuki – mówi Juliusz Windorbski, Prezes Rady Nadzorczej DESA Unicum.

Aukcja najbardziej demokratycznym mechanizmem rynku

Doświadczenie DESA Unicum pokazuje, że właśnie dostępność aukcji i możliwość rozpoczęcia licytacji od niższych poziomów cenowych przyciąga nowych uczestników rynku. Jednym z najlepszych przykładów są organizowane przez ten dom aukcyjny od ponad piętnastu lat Aukcje Młodej Sztuki, które dla wielu osób stanowią pierwszy kontakt z rynkiem sztuki i mechanizmem aukcyjnym.

Licytacja od 1000 zł przyciąga osoby, które chcą spróbować swoich sił, zrozumieć mechanizm aukcji i zdobyć pierwsze dzieło sztuki. W 2025 roku na Aukcje Młodej Sztuki zarejestrowało się blisko 10 tysięcy uczestników, co pokazuje skalę tego zjawiska. To właśnie ten model dostępności i edukacji przyczynił się do rozwoju polskiego rynku sztuki oraz wzrostu nowego pokolenia kolekcjonerów.

Nasze doświadczenie pokazuje, że jednym z najważniejszych elementów rynku sztuki jest sam mechanizm aukcyjny. To właśnie podczas licytacji w najbardziej bezpośredni sposób ujawnia się zainteresowanie kolekcjonerów i realna wartość dzieła. W przeciwieństwie do wielu innych form sprzedaży aukcja pozostaje jedną z najbardziej transparentnych i demokratycznych form funkcjonowania rynku sztuki – komentuje Juliusz Windorbski i dodaje – Rosnące zainteresowanie kolekcjonowaniem wynika nie tylko z potrzeby obcowania ze sztuką, ale także z rosnącej świadomości jej wartości inwestycyjnej. Rynek sztuki w długiej perspektywie potrafi generować znaczące wzrosty wartości prac, szczególnie w przypadku uznanych artystów. Spektakularnym przykładem jest wzrost wartości prac Meli Muter. Na początku lat 2000. jej obrazy sprzedawały się za kilka tysięcy funtów. Dziś mówimy o zupełnie innej skali, a rekordem tej artystki w naszym domu aukcyjnym jest płótno za blisko 2 mln zł.

Rynek sztuki przyciąga nowe pokolenie kolekcjonerów

Zainteresowanie kolekcjonowaniem sztuki rośnie zarówno globalnie, jak i w Polsce. Wartość polskiego rynku sztuki przekracza obecnie 400 milionów złotych rocznie, co w porównaniu z 2019 rokiem oznacza wzrost o około 45 procent. Jednak jeszcze ciekawsza od samych wartości sprzedaży jest zmiana struktury rynku.

Coraz wyraźniej widać bowiem, że obok doświadczonych kolekcjonerów, budujących wielkie kolekcje i kupujących najważniejsze dzieła historii sztuki, pojawia się nowe pokolenie odbiorców rynku. To osoby, które zaczynają interesować się sztuką nie tylko jako elementem kultury czy estetyki, ale także jako przestrzenią budowania własnych kolekcji i świadomego obcowania ze sztuką w codziennym życiu.

Zmiana ta ma charakter pokoleniowy, ale także społeczny. Wraz z dojrzewaniem polskiej gospodarki po ponad trzech dekadach wolnego rynku pojawia się coraz liczniejsza grupa osób, które chcą inwestować, rozwijać swoje pasje i budować prywatne kolekcje – często zaczynając od niewielkich zakupów. Dla wielu z nich pierwszy kontakt z rynkiem sztuki nie jest spektakularną aukcją milionowych dzieł, lecz raczej próbą zrozumienia mechanizmu aukcji, obserwowania licytacji i stopniowego zdobywania doświadczenia kolekcjonerskiego.

Pierwsze aukcje stART odbędą się w dwóch sesjach: 8 czerwca (Sztuka Dawna) oraz 9 czerwca (Sztuka Współczesna). W ofercie znajdą się zarówno klasycy polskiego malarstwa, jak i artyści, którzy odegrali kluczową rolę w rozwoju sztuki współczesnej.

Nowoczesny sprzęt to dopiero początek. Polska armia musi zmodernizować cały system

Nasza armia stoi przed koniecznością głębokiej i pilnej modernizacji i dzieje się to na wszystkich poziomach. W przeciwieństwie do wielu sił zbrojnych zachodu, które od dekad rozwijają i doskonalą nowoczesne systemy polska armia często zmuszona jest zastępować przestarzały sprzęt od razu nowymi technologiami. To nie wybór, lecz realia. Eksploatowane przez lata Mi‑24 czy inne starsze platformy nie odpowiadają współczesnym wymaganiom pola walki. Głównym czynnikiem determinującym tempo i zakres modernizacji jest presja ze strony przeciwnika. Rosja systematycznie rozwija i masowo produkuje klasyczne systemy pancerne, artyleryjskie oraz lotnicze. Odpowiedzią musi być zarówno inwestycja w nowoczesne platformy tradycyjne takie jak czołgi, artylerię, lotnictwo oraz rozwój nowych technologii, bezzałogowych systemów, systemów walki elektronicznej czy rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. W praktyce oznacza to konieczność prowadzenia równoległych programów zakupowych i rozwojowych.

– Z jednej strony pojawiają się decyzje o nabyciu zaawansowanych czołgów, zarówno koreańskich K2, jak i amerykańskich Abramsów, które mają zapełnić lukę w broni pancernej. Z drugiej strony modernizacja obejmuje rozwój obrony powietrznej, systemów dalekiego zasięgu typu Patriot, systemów krótkiego zasięgu oraz dedykowanych rozwiązań do neutralizacji bezzałogowców, łączących artylerię, rakiety i środki radioelektroniczne – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Mariusz Marszałkowski, zastępca redaktora naczelnego Defence24.pl. – Równolegle inwestujemy w marynarkę wojenną, budowa nowoczesnych fregat typu „Miecznik” ma wzmocnić ochronę szlaków morskich i obronę przybrzeżną. Kluczowe jest też wzmocnienie zdolności przeciwlotniczych i przeciwrakietowych wokół kluczowych węzłów logistycznych oraz infrastruktury krytycznej. Modernizacja to także rozwój systemów rozpoznania, dowodzenia i łączności, które umożliwiają skuteczne wykorzystanie zarówno tradycyjnych, jak i autonomicznych środków. Nie można zapominać o aspekcie logistycznym i kadrowym. Nowoczesny sprzęt wymaga odpowiedniego wsparcia technicznego, magazynów części, amunicji oraz wyszkolonych załóg i serwisantów. Transformacja dotyczy więc nie tylko zakupu platform, lecz również szkolenia, utrzymania i integracji systemów w spójną doktrynę operacyjną. Wyzwaniem pozostaje finansowanie, koordynacja zakupów i budowa krajowych zdolności produkcyjnych, by uniezależnić się od zewnętrznych dostaw i przyspieszyć wdrażanie innowacji – podsumował Mariusz Marszałkowski.

Wyniki Ryanaira pokazują, że problemy branży lotniczej dopiero się zaczynają

Mimo dobrych wyników linii Ryanair, rynek nie chce uwierzyć w spokojne czasy dla całej branży lotniczej. Od początku roku akcje spółki notowane na Euronext spadły o 22,6 proc., a JETS, jeden z najbardziej znanych funduszy ETF opartych na akcjach linii lotniczych, stracił w tym samym czasie 8,8 proc. To ważny sygnał, że inwestorzy patrzą dziś nie tyle na to, co było w ostatnim roku, ile na to, co może wydarzyć się w kolejnych kwartałach. Ceny biletów Ryanair w ostatnim roku wzrosły o 10 proc., a to może być dopiero początek podwyżek wynikających ze wzrostu cen paliwa.

Ryanair pokazał bardzo mocne wyniki za rok finansowy zakończony 31 marca 2026 roku. Zysk netto wzrósł o 40 proc., do 2,26 mld euro, przychody grupy wzrosły o 11 proc. do 15,54 mld euro, a liczba pasażerów sięgnęła rekordowych 208,4 mln. Marża EBIT wyniosła około 15,8 proc., czyli poziom, o którym większość konkurentów może tylko marzyć.  Różnice w rentowności całej branży są dziś zresztą ogromne. Marża EBIT American Airlines wyniosła zaledwie 3,1 proc., Lufthansy 3,5 proc., a Wizz Aira 3,6 proc. Air France-KLM osiągnęa 6,3 proc., easyJet 7 proc., United Airlines 8,6 proc., a Delta Air Lines 8,9 proc. Jedynie IAG, właściciel m.in. British Airways i Iberii, zbliżył się do poziomu Ryanaira z wynikiem 15,4 proc. Średnia dla największych analizowanych przewoźników wyniosła około 8,1 proc. To pokazuje, że Ryanair funkcjonuje dziś właściwie w osobnej lidze kosztowej.

Problem w tym, że dobry wynik za nami nie oznacza łatwej drogi przed nami. Część raportowanego sukcesu przypadła na okres, który objął także miesiąc konfliktu na Bliskim Wschodzie. To właśnie ten wątek pokazuje, jak kruche stały się warunki działania przewoźników. Popyt nadal jest mocny, ale presja kosztowa rośnie szybciej niż wielu inwestorów zakładało.

Najlepiej widać to na paliwie. Ryanair zabezpieczył 80 proc. zapotrzebowania na najbliższy rok po cenie około 85 dolarów za baryłkę, co daje mu wyraźną przewagę nad słabszymi liniami, które nie mają podobnej poduszki ochronnej. Po konflikcie na Bliskim Wschodzie ceny paliwa lotniczego na rynku spot mocno wzrosły i chwilami przekraczały nawet 150 dolarów za baryłkę. W takiej sytuacji drogie paliwo nie jest jedynym problemem. Do tego dochodzą rosnące wynagrodzenia, wyższe podatki klimatyczne w UE, starzenie się części floty i rosnące koszty serwisowania silników. Ryanair sam ostrzega, że koszty jednostkowe mogą wzrosnąć o kilka procent.

To tworzy ciekawy paradoks. Krótkoterminowo Ryanair mówi o wyższych kosztach i większej niepewności. Długoterminowo pozostaje jednak przekonany, że obecny kryzys jeszcze bardziej osłabi konkurencję i umocni pozycję największych tanich przewoźników w Europie. Innymi słowy: branża ma pod górkę, ale nie wszyscy pod tę górkę wchodzą z tym samym bagażem. A Ryanair do 2034 roku chce obsługiwać ponad 300 mln pasażerów rocznie.

Dla konsumentów obecna sytuacja oznacza to jedno: tanie latanie może być coraz mniej tanie. Ryanair przyznaje, że średnie ceny biletów w ostatnim roku wzrosły o 10 proc., odrabiając wcześniejszy 7-procentowy spadek taryf. A to może być dopiero początek większego trendu. Jeśli nawet najbardziej efektywna kosztowo linia lotnicza w Europie musi podnosić ceny, to słabsi przewoźnicy mogą być zmuszeni do jeszcze większych podwyżek. Szczególnie że wielu z nich ma znacznie niższe marże, słabsze zabezpieczenia cen paliwa i wyższe koszty finansowania. W praktyce oznacza to, że w kolejnych kwartałach podróże lotnicze mogą drożeć szybciej niż oczekują dziś pasażerowie, zwłaszcza na popularnych trasach wakacyjnych i w okresach największego popytu.

Jednocześnie sama branża lotnicza wygląda dziś jak sektor, który płaci rachunek za kilka kryzysów naraz. Konflikt na Bliskim Wschodzie, napięcia na rynku paliw, rosnące koszty pracy i coraz większa ostrożność konsumentów składają się na jeden obraz: to nie będzie łatwy czas dla przewoźników. Rezerwacje pojawiają się bliżej terminu podróży niż rok wcześniej, ceny biletów przestały rosnąć tak szybko jak wcześniej, a część klientów zaczyna pilnować wydatków bardziej niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Centra danych przestają być tylko odbiorcą energii. Mogą pomóc stabilizować sieć

Najnowszy raport ENTSO-E – organizacji zrzeszającej europejskich operatorów systemów przesyłowych – po raz pierwszy tak wyraźnie wskazuje centra danych jako potencjalny element wspierający stabilność systemu elektroenergetycznego. Dokument pokazuje, że infrastruktura cyfrowa może aktywnie uczestniczyć w zwiększaniu elastyczności sieci, integracji odnawialnych źródeł energii oraz ograniczaniu przeciążeń systemowych.

Zdaniem Polskiego Związku Centrów Danych (PLDCA), rekomendacje te otwierają nowy etap debaty o roli centrów danych jako partnerów wspierających bezpieczeństwo energetyczne kraju. Znaczenie tej synergii będzie rosło wraz z rozwojem AI i usług chmurowych, które skokowo zwiększają zapotrzebowanie na moc obliczeniową i energię elektryczną w całej Europie.

Raport ENTSO-E kładzie nacisk na tzw. Demand Side Flexibility, czyli aktywny udział dużych odbiorców w bilansowaniu sieci. W praktyce oznacza to możliwość czasowego ograniczania poboru energii z sieci lub wykorzystania własnych zasobów zasilania w okresach jej najwyższego obciążenia.

Temat ten ma szczególne znaczenie dla Polski, która jest obecnie jednym z najbardziej perspektywicznych hubów cyfrowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednocześnie w krajowym sektorze energetycznym trwają szeroko zakrojone inwestycje strukturalne: od rozbudowy sieci przesyłowych, przez integrację nowych mocy z odnawialnych źródeł energii, aż po przygotowania do wdrożenia energetyki jądrowej. W najbliższych latach rozwój infrastruktury energetycznej i cyfrowej będzie od siebie współzależny.

Raport ENTSO-E pokazuje, że rola nowoczesnych centrów danych w systemie elektroenergetycznym może być znacznie szersza niż dotychczas postrzegano. Dzięki rozwiniętym systemom zasilania awaryjnego, magazynowania energii czy zaawansowanemu zarządzaniu infrastrukturą mogą wspierać bilansowanie systemu elektroenergetycznego oraz zwiększać jego elastyczność. Wraz z rozwojem gospodarki opartej na danych rośnie znaczenie centrów danych jako infrastruktury krytycznej, zarówno pod względem konkurencyjności, jak i suwerenności. Kierunek ten warto uwzględnić w polskiej debacie o bezpieczeństwie energetycznym i cyfrowym”, komentuje Piotr Kowalski, Dyrektor Zarządzający, PLDCA.

PLDCA wskazuje, że wykorzystanie potencjału opisanego w rekomendacjach ENTSO-E będzie wymagało dalszych działań w kilku obszarach, m.in.:

  • rozwijania mechanizmów udziału dużych odbiorców energii – w tym centrów danych – w usługach elastyczności i programach DSR;
  • doprecyzowania standardów technicznych współpracy infrastruktury krytycznej z systemem elektroenergetycznym;
  • zwiększania przewidywalności i transparentności procesów przyłączeniowych dla inwestycji strategicznych dla gospodarki cyfrowej;
  • pogłębiania dialogu pomiędzy sektorem energetycznym, administracją publiczną oraz branżą infrastruktury cyfrowej.

Dla Polski, która równolegle rozwija infrastrukturę energetyczną i aspiruje do roli regionalnego hubu cyfrowego, wnioski z raportu ENTSO-E mają szczególne znaczenie. Pokazują, że te dwa obszary – energia i cyfryzacja – nie powinny być już analizowane oddzielnie. W dłuższej perspektywie centra danych mogą stać się jednym z filarów wspierających zarówno transformację energetyczną, jak i budowę pozycji Polski jako regionalnego lidera technologicznego. Kluczem do sukcesu będzie synergia działań”, podsumowuje Piotr Kowalski.