3 proc. PKB na naukę jako punkt wyjścia. WZ UW chce debaty o reformie systemu

Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego wyraża poparcie dla postulatów inicjatywy „3% dla nauki, 100% dla Polski”, której celem jest zwiększenie finansowania polskiej nauki. Zdaniem dziekana WZ UW prof. dr. hab. Grzegorza Karasiewicza, poziom nakładów na badania i rozwój powinien być traktowany nie tylko jako sprawa środowiska akademickiego, ale także jako jeden z warunków konkurencyjności gospodarki.

„Popieramy akcję »3% dla nauki, 100% dla Polski«, ponieważ stawka tej rozmowy wykracza poza interes środowiska akademickiego. Mówimy o warunkach, w których za kilka lat będą funkcjonować polskie firmy, instytucje publiczne i społeczeństwo. Nauka niedofinansowana w sposób systemowy nie jest w stanie wytwarzać wiedzy potrzebnej gospodarce ani kształcić specjalistów, których potrzebuje rynek pracy” — powiedział prof. dr hab. Grzegorz Karasiewicz, dziekan Wydziału Zarządzania UW.

Według danych GUS nakłady krajowe brutto na działalność badawczo-rozwojową w Polsce wyniosły w 2024 r. 51,5 mld zł i były o 3,1 proc. niższe niż rok wcześniej. Wskaźnik intensywności prac B+R, czyli udział nakładów wewnętrznych na działalność badawczo-rozwojową w PKB, wyniósł 1,41 proc. wobec 1,56 proc. w 2023 r.

Dla porównania, według Eurostatu nakłady na badania i rozwój w Unii Europejskiej wyniosły w 2024 r. 2,24 proc. PKB. UE pozostaje pod tym względem poniżej poziomów notowanych m.in. w Japonii, Stanach Zjednoczonych i Korei Południowej.

Inicjatywa „3% dla nauki, 100% dla Polski” zakłada apel o zwiększenie finansowania polskiego sektora nauki do poziomu 3 proc. PKB. Organizatorzy wskazują trzy główne obszary postulatów: powiązanie wynagrodzeń w nauce z realiami rynkowymi, stabilniejsze warunki dla studentów i doktorantów oraz zwiększenie środków na prowadzenie badań, w tym dodatkowe finansowanie Narodowego Centrum Nauki.

Organizatorzy akcji prowadzą zbiórkę podpisów pod petycją i zapowiadają protest środowiska naukowego 27 maja w Warszawie, przed Sejmem RP.

Jak zaznaczył prof. Karasiewicz, Wydział Zarządzania UW patrzy na problem finansowania nauki także z perspektywy współpracy uczelni z otoczeniem gospodarczym.

„Z jednej strony coraz trudniej zatrzymać w nauce młodych badaczy, którzy mogą pracować w sektorze prywatnym za wynagrodzenia nieporównywalnie wyższe niż akademickie. Z drugiej strony partnerzy biznesowi coraz wyraźniej sygnalizują, że potrzebują uczelni jako partnera w projektach badawczych, wdrożeniach i transferze wiedzy” — wskazał.

Według dziekana dojście do poziomu 3 proc. PKB nakładów na badania i rozwój powinno być traktowane jako punkt wyjścia do szerszej rozmowy o roli nauki w gospodarce.

„Równie istotna jest jakość wydatkowania tych środków: stabilne finansowanie jednostek naukowych, godne wynagrodzenia, wsparcie dla doktorantów oraz przewidywalny system grantowy. Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego deklaruje gotowość do udziału w merytorycznej debacie nad tym, jak zwiększenie nakładów powiązać z reformą systemu, tak aby nowe środki realnie wzmocniły polską naukę” — dodał prof. Karasiewicz.

Złoto szuka kierunku po spadkach. Eksperci wskazują na możliwy powrót powyżej 5 tys. USD za uncję

Przy ekstremalnej zmienności cen ropy naftowej cena złota stała się zaskakująco stabilna. Trwa oczekiwanie na zakończenie wojny w Zatoce Perskiej, które będzie sprzyjać wzrostom na złocie. Prognozowane ceny na koniec roku tym bardziej różnią się.

Zmienność na rynku złota jest zdecydowanie mniejsza niż to, co obserwowaliśmy pod koniec 2025 r. i na początku 2026 r.

Pod koniec stycznia cena złota osiągnęła poziom 5 500 USD za uncję, a cena srebra 120 USD/uncja. W tym roku na rynku kontraktów terminowych cena złota zmieniała się pomiędzy 4 340 – 5 623 USD.

– Od końca stycznia mamy trajektorię spadkową, a cena 4 000 – 4 200 to strefa kluczowego, ostatecznego wsparcia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz w XTB. – Te poziomy nie zostały naruszone, a w początkach maja obserwowaliśmy wyraźne odbicie.

Złoto oczekuje jak będzie kształtowała się inflacja, a to zależy od tego co będzie działo się na rynku ropy naftowej. Na rynku surowców to ropa jest ekstremalnie zmienna.

Jednak na zmiany cen ropy złoto reaguje w umiarkowany sposób. Natomiast dane za I kw. Dotyczące popytu na złoto wypadły całkiem solidnie, choć ten fragment rynku, który dotyczy popytu jubilerskiego wyraźnie osłabł, był najniższy od I kw. 2020 r.

Bardzo solidne dane dotyczą natomiast popytu na sztabki i monety oraz popytu ze strony banków centralnych.

– Rysą na popycie inwestycyjnym jest spadek po stronie ETF-ów – dodaje ekspert XTB.

Podstawowym czynnikiem ryzyka jest geopolityka, a więc skutki zmiennej polityki D.Trumpa. Prezydent USA zapowiadał ograniczenie deficytu budżetowego, a prowadzać wojnę w Zatoce Perskiej doprowadził do jego bardzo dużego zwiększenia i próbuje przerzucać koszty na inne kraje, co szczególnie odczuwa UE.

Potrzeby pożyczkowe USA bardzo szybko rosną, pojawia się obawa o stabilność finansową Stanów Zjednoczonych. Odchodzenie innych banków centralnych od dolara będzie kontynuowane, a podobnie zachowują się instytucje finansowe.

Jeżeli problemy zaczną się jeszcze bardziej nasilać, to rynek tym bardziej będzie musiał znaleźć sobie ostoję spokoju i będzie nią złoto.

Złoto może też zabezpieczyć inwestorów przed spadkami na giełdach, gdzie poziom indeksów jest tak wysoki, że jest to „jazda bez trzymanki”. Publikacja wyników kwartalnych ten proces nasiliła pod wpływem niesłabnącego optymizmu związanego z rozwojem sztucznej inteligencji.

– Wzrostowi cen złota będzie więc sprzyjać zakończenie wojny w Zatoce Perskiej – podsumowuje M.Stajniak z XTB. – Niektóre banki komercyjne w swych prognozach przewiduję, że przed końcem roku cena złota może sięgnąć 6 tys. dolarów za uncję, a JP Morgan jest jedną z takich instytucji. Jednak konserwatywne prognozy zakładają, że będzie to poziom powyżej 5 tys. dolarów.

Rozbieżność jest więc duża, bo mowa o wzrostach ceny o 500 USD, albo o 1 500 USD.

Pesymistyczny scenariusz dla złota, to wzrost inflacji i podwyżki stóp procentowych. Taka sytuacja wyzwoli wzrost zapotrzebowania na gotówkę ze strony inwestorów.

Sytuacja polskich inwestorów inwestujących w złoto w złotych obecnie też jest mniej zmienna. Złoty pozostaje silną walutą, tylko nieznacznie osłabił się do amerykańskiego dolara. Chcąc się zabezpieczyć przed osłabieniem złotego możemy inwestować w aktywa notowane w innych walutach, a złoto jest takim aktywem.

UOKiK sprawdził największe domy aukcyjne. Chodziło m.in. o podbijanie cen podczas licytacji

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zakończył działania dotyczące praktyk stosowanych przez największe domy aukcyjne sprzedające dzieła sztuki w Polsce. Kontrola objęła regulaminy, wzorce umów oraz procedury reklamacyjne pięciu podmiotów: Desa Unicum, Sopockiego Domu Aukcyjnego, Domu Aukcyjnego Polswiss Art, Agra Art oraz Rempexu.

Wątpliwości UOKiK dotyczyły przede wszystkim zasad prowadzenia aukcji, w tym sytuacji, w których aukcjonerzy lub pracownicy domów aukcyjnych mogli uczestniczyć w licytacjach, występując jako zwykli klienci. Według Urzędu tego typu praktyka mogła wprowadzać konsumentów w błąd, ponieważ kupujący mogli odnosić wrażenie, że konkurują z innymi realnymi nabywcami zainteresowanymi danym dziełem sztuki.

Pracownicy domów aukcyjnych mogli licytować jak zwykli klienci

Jednym z głównych zastrzeżeń Prezesa UOKiK była możliwość uczestniczenia przez domy aukcyjne we własnych licytacjach. Chodziło o sytuacje, w których pracownicy lub aukcjonerzy podbijali cenę przedmiotu do tzw. ceny gwarancyjnej. Jest to minimalna kwota, za jaką obiekt może zostać sprzedany, ustalana poufnie między sprzedającym a domem aukcyjnym.

Z analizy Urzędu wynika, że cztery z pięciu badanych domów aukcyjnych — Desa Unicum, Sopocki Dom Aukcyjny, Agra Art oraz Rempex — zastrzegały sobie możliwość takiego udziału w licytacjach. Pracownicy mogli występować jako uczestnicy aukcji, a w niektórych przypadkach przebijać również własne oferty.

Zdaniem UOKiK mogło to zniekształcać obraz rzeczywistego zainteresowania danym dziełem sztuki. Każde kolejne przebicie ceny mogło być odbierane przez kupujących jako sygnał, że inni uczestnicy aukcji są gotowi zapłacić więcej. W praktyce mogło to wpływać na decyzje konsumentów i prowadzić do sztucznego zawyżania ceny końcowej.

– Dbając o to, by konsumenci nie byli wprowadzani w błąd, zwróciliśmy się do domów aukcyjnych o zaprzestanie praktyki podbijania cen do ceny gwarancyjnej. Kupujący na aukcjach mogli nie wiedzieć, że licytują przeciwko pracownikom domów aukcyjnych. Każde przebicie mogło być przez nich traktowane jako realne zainteresowanie dziełem i prawdziwa oferta jego zakupu. To mogło zupełnie zmieniać dynamikę aukcji i sztucznie modelować notowania wystawianych przedmiotów – mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

UOKiK zakwestionował także inne zapisy regulaminów

Kontrola nie ograniczała się wyłącznie do kwestii podbijania cen. UOKiK przeanalizował również inne praktyki i postanowienia stosowane przez domy aukcyjne. Wątpliwości wzbudziły m.in. zapisy ograniczające lub wyłączające odpowiedzialność za ukryte wady fizyczne i prawne sprzedawanych obiektów.

Urząd zwrócił także uwagę na postanowienia dotyczące błędów w opisach przedmiotów, zmiany warunków aukcji po jej rozpoczęciu oraz możliwość wycofania obiektu przez aukcjonera bez ważnych i obiektywnych powodów. Badano również klauzule umożliwiające ponowne przeprowadzenie licytacji już po udzieleniu przybicia oraz zapisy dotyczące zmian w opisach katalogowych.

Dodatkowo Prezes UOKiK zakwestionował nieprawidłowo wskazywane terminy związane z odstąpieniem od umowy, składaniem reklamacji oraz udzielaniem odpowiedzi na reklamacje. Tego typu zapisy mogły utrudniać konsumentom korzystanie z przysługujących im praw lub wprowadzać ich w błąd co do zakresu ochrony.

Domy aukcyjne zmieniły regulaminy

Wszystkie badane podmioty współpracowały z Urzędem w toku postępowania wyjaśniającego. Desa Unicum, Sopocki Dom Aukcyjny, Dom Aukcyjny Polswiss Art, Agra Art oraz Rempex dostosowały swoje regulaminy i wzorce umowne do uwag Prezesa UOKiK.

Efektem interwencji jest wyeliminowanie praktyk, które mogły naruszać zbiorowe interesy konsumentów lub stanowić niedozwolone postanowienia umowne. Domy aukcyjne usunęły również możliwość sztucznego podbijania cen do ceny gwarancyjnej przez osoby związane z organizatorem aukcji.

– Dzięki naszej interwencji i podjętemu dialogowi z największymi graczami na rynku dzieł sztuki udało się zapewnić transparentne warunki licytacji. Domy aukcyjne zmieniły regulaminy i niekorzystne dla konsumentów postanowienia umów, a także wyeliminowały możliwość sztucznego podbijania cen. W trakcie postępowania wypracowane zostały wyższe standardy działań, zaś miłośnicy sztuki nie będą narażeni na zachowania wprowadzające w błąd – mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Większa przejrzystość na rynku dzieł sztuki

Sprawa ma znaczenie nie tylko dla uczestników aukcji, ale także dla całego rynku dzieł sztuki. Aukcje opierają się na zaufaniu do organizatora, przejrzystości zasad oraz przekonaniu, że cena końcowa wynika z realnego zainteresowania kupujących. Jeżeli uczestnik licytacji nie wie, że konkuruje z osobą działającą w interesie domu aukcyjnego lub sprzedającego, może podejmować decyzje na podstawie niepełnych informacji.

Interwencja UOKiK ma więc zwiększyć transparentność licytacji i ograniczyć ryzyko sztucznego wpływania na ceny. Zmiany w regulaminach największych domów aukcyjnych oznaczają, że konsumenci powinni otrzymywać bardziej jednoznaczne informacje o zasadach sprzedaży, odpowiedzialności za oferowane obiekty oraz procedurach reklamacyjnych.

Dla kupujących dzieła sztuki oznacza to większą ochronę i bardziej przejrzyste warunki uczestnictwa w aukcjach. Dla domów aukcyjnych — konieczność stosowania standardów, które nie tylko odpowiadają przepisom prawa konsumenckiego, ale również wzmacniają wiarygodność rynku.

Długi mieszkańców małych miast i wsi maleją

Mieszkańcy miejscowości do 20 tys. osób odpowiadają za niemal 30 proc. zaległości finansowych wszystkich konsumentów – pokazują dane Krajowego Rejestru Długów. Muszą oddać bankom, telekomom, dostawcom energii, telewizji, Internetu, zarządcom mieszkań i innym firmom prawie 11,8 mld zł. Największy dług obarcza 46-55-latków. Mają oni także najwyższe średnie zadłużenie, które przekracza 30 tys. zł na osobę.

Według dostępnych danych GUS, m.in. z „Rocznika Statystycznego Województw 2025”, w Polsce w miejscowościach liczących do 20 tys. mieszkańców, a więc i na wsiach, żyje ok. 20 mln osób. Przypada na nie 29 proc. wszystkich zaległości konsumentów widocznych w Krajowym Rejestrze Długów, które obecnie wynoszą 40,8 mld zł. Pokazuje to, że problem zadłużenia w Polsce lokalnej nie jest marginalny.

Mikromiejscowości z niewielkimi dochodami

Według najnowszych danych GUS z raportu „Warunki życia – deprywacja materialna i społeczna w 2025 r.”, przeciętny roczny ekwiwalentny dochód do dyspozycji na osobę w miastach do 20 tys. mieszkańców wyniósł niespełna 64 tys. zł. Dla porównania w aglomeracjach liczących powyżej 500 tys. mieszkańców było to 86,2 tys. zł.

Dochód do dyspozycji mieszkańców największych miast jest o ponad jedną trzecią wyższy niż w tych do 20 tysięcy mieszkańców. Widać więc dużą dysproporcję. Na to nakładają się ograniczone możliwości zarobkowania. Lokalny rynek zatrudnienia jest bardzo wąski: dyskonty, mała gastronomia, szkoły, przychodnie, urzędy i niewielkie prywatne firmy. Nie ma tam ulokowanych zagranicznych inwestycji, bo te wybierają ośrodki z większą liczbą pracowników i lepszą infrastrukturą. Wiele osób dojeżdża do pracy w odległych miastach, a więc ponosi wysokie koszty transportu, które pochłaniają znaczną część pensji. Wystarczy, że ktoś z domowników straci pracę lub zaczyna nieregularnie dostawać wypłatę, a pojawiają się problemy – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Z analizy GUS wynika, że w ostatnim dziesięcioleciu, tj. latach 2015-2025 r. odsetek osób doświadczających pogłębionej deprywacji materialnej i społecznej obniżył się z 7,8 proc. do 2 proc., czyli o 5,8 p. proc. Deprywacja materialna to brak możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb z powodu ograniczeń finansowych. Natomiast deprywacja społeczna oznacza brak możliwości uczestniczenia w życiu społecznym i kulturalnym, prowadząc do wykluczenia. Wskaźnik pogłębionej deprywacji materialnej i społecznej w wielkich aglomeracjach wyniósł zaledwie 0,7 proc., a w małych miejscowościach 2,6 proc.

Największa część kłopotów finansowych koncentruje się w miasteczkach liczących od 5 tys. do 10 tys. mieszkańców. Zaległości sięgają tam 4,93 mld zł i są udziałem 223,8 tys. osób z przeciętnym długiem wynoszącym 22 tys. zł.

Dług z męską twarzą

Wśród dłużników dominują ci w wieku 36-45 lat – aż 149,7 tys. osób. To ponad 1/4 wszystkich konsumentów z tych miejscowości, którzy figurują w rejestrze. Ale najwyższą łączną kwotę zaległości mają mieszkańcy pomiędzy 46. a 55. rokiem życia, którzy muszą oddać 3,8 mld zł. Stanowi to aż 1/3 wszystkich nieuregulowanych zobowiązań w małych miejscowościach. Ta grupa ma również najwyższe średnie zadłużenie, przekraczające 30 tys. zł na osobę.

Osoby w wieku 46-55 lat najczęściej są w okresie najwyższej aktywności zawodowej, ale jednocześnie ponoszą wysokie koszty utrzymania gospodarstw domowych oraz wychowania, nauki i usamodzielniania dzieci. Na to nakłada się spłata wcześniejszych, często wieloletnich, zobowiązań, jak kredyty hipoteczne czy na działalność gospodarczą. W przypadku tej grupy problem zadłużenia wynika więc głównie z długotrwałego obciążenia domowego budżetu stałymi wydatkami – zauważa Adam Łącki.

Mężczyźni stanowią blisko 70 proc. dłużników na wsiach i w małych miastach, ale odpowiadają za aż 80 proc. wszystkich zaległości. Mają do spłaty 9,3 mld zł, podczas gdy kobiety 2,5 mld zł, czyli ok. 21 proc. całej kwoty. Ich przeciętny dług też jest zdecydowanie wyższy niż u płci pięknej. Panowie mają do oddania średnio 25,3 tys. zł, a w przypadku pań jest to 14,3 tys. zł.

W najmniejszych ośrodkach to mężczyźni mają większe możliwości zatrudnienia lub dojazdu do pracy w innych miastach. Posiadając regularne dochody, zaciągają zobowiązania na potrzeby rodziny, takie jak zakupy ratalne czy kredyty gotówkowe i to na nich spoczywa ciężar spłaty. Oni też ponoszą konsekwencje – jeśli nie pokryją zaległości, trafiają do rejestrów dłużników, a wierzyciele chcą od nich wyegzekwować zwrot pieniędzy – wyjaśnia Jakub Kostecki, wiceprezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Praktyka windykacyjna pokazuje, że mieszkańcy z małych miejscowości znacznie częściej niż ci z dużych podchodzą do zadłużenia w sposób bardziej odpowiedzialny i mniej konfrontacyjny. Zamiast unikać kontaktu, częściej próbują wyjaśnić swoją sytuację, pytają o możliwość ustalenia nowego terminu płatności lub rozłożenia zobowiązania na raty.

W ich przypadku zaległości częściej są skutkiem pogorszenia sytuacji życiowej czy niespodziewanych dużych wydatków niż świadomego uchylania się od płacenia. Z doświadczeń naszych negocjatorów wynika również, że dłużnicy z mniejszych miejscowości częściej dotrzymują ustaleń i bardziej konsekwentnie spłacają długi. Sprzyja temu silniejsze poczucie odpowiedzialności, ale też znaczenie opinii otoczenia. Tam, gdzie życie toczy się bliżej lokalnej społeczności, problemy finansowe mają nie tylko wymiar ekonomiczny, lecz także społeczny i wizerunkowy – mówi Jakub Kostecki.

Wielkomiejskie aspiracje małych miejscowości

Mieszkańcy wsi i małych miast coraz częściej aspirują do stylu życia kojarzonego z większymi ośrodkami. Chcą mieszkać wygodniej, korzystać z nowoczesnego sprzętu, jeździć lepszym samochodem, zapewnić dzieciom dodatkowe zajęcia, a sobie większy komfort codziennego życia, wypoczynku i dostępu do usług. Same aspiracje są naturalne i świadczą o rosnących oczekiwaniach wobec jakości życia. Problem zaczyna się wtedy, gdy możliwości finansowe nie nadążają za tymi potrzebami. W takiej sytuacji część gospodarstw domowych sięga po kredyty, zakupy ratalne i odroczone płatności (kup teraz, zapłać później), które początkowo mają pomóc w realizacji planów, ale przy ograniczonych lub niestabilnych dochodach mogą z czasem prowadzić do nadmiernego zadłużenia.

Raport GUS „Ubóstwo w Polsce w latach 2023 i 2024” pokazuje, że mieszkańcy wsi są wyraźnie częściej zagrożeni ubóstwem ekonomicznym niż mieszkańcy miast, a w samych miastach sytuacja pogarsza się wraz ze spadkiem wielkości miejscowości. W 2024 r. stopa zagrożenia ubóstwem relatywnym wyniosła 21,1 proc. na wsi i 11,8 proc. w miejscowościach poniżej 20 tys. mieszkańców, podczas gdy w największych miastach było to 4,2 proc.

Na poziomie regionalnym najwyższą łączną wartość zaległości widać w województwie mazowieckim – 1,5 mld zł, wielkopolskim – 1,1 mld zł i dolnośląskim – 1,1 mld zł. Jednak najwyższe przeciętne zadłużenie przypadające na jedną osobę jest w innych regionach. W Lubelskiem to 24,8 tys. zł, Warmińsko-Mazurskiem 23,6 tys. zł i Pomorskiem – 23,3 tys. zł.

Najmniej do oddania mają mieszkańcy wsi i miasteczek z Podlasia – 314,2 mln zł, Opolszczyzny – 378,3 mln zł i Świętokrzyskiego – 419,7 mln zł.

Rekord zadłużenia należy do mieszkańca powiatu bartoszyckiego w województwie warmińsko-mazurskim. To 50-letni mężczyzna, który ma 16,3 mln zł zaległości wobec sądu.

Zaległości maleją, pensje rosną

Najnowsze dane KRD wskazują, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy sytuacja finansowa osób z miejscowości do 20 tys., a więc także i wsi, poprawiła się: o 814,3 mln zł obniżyła się łączna kwota nieuregulowanych zobowiązań – z 12,61 mld zł w maju ub.r. do 11,79 mld zł obecnie. O 36,7 tys. ubyło także samych dłużników – z 578,5 tys. do 541,8 tys. Przeciętne obciążenie na jedną osobę pozostało natomiast niemal bez zmian i wynosi blisko 21,8 tys. zł.

Spadek zadłużenia w ciągu ostatniego roku można częściowo wiązać z poprawą warunków makroekonomicznych, w tym z obniżeniem inflacji. Z ostatnich dostępnych danych GUS wynika, że w marcu 2025 r. inflacja wynosiła jeszcze 4,9 proc., podczas gdy w marcu 2026 r. już tylko 3 proc. Oznacza to spadek tempa wzrostu cen o 1,9 pkt proc. Równolegle dane o wynagrodzeniach pokazują zwiększenie dochodów z pracy. Przeciętna pensja w gospodarce narodowej w I kw. 2025 r. wyniosła 8904 zł, a według najnowszych danych GUS w I kw. 2026 r. urosła o 6,7 proc., osiągając 9563 zł. Od stycznia 2026 r. podniosła się również płaca minimalna — do 4806 zł. Widać więc, że wolniejszy wzrost kosztów życia oraz poprawa dochodów sprzyjają części gospodarstw domowych.

Rynek pierwotny w kwietniu: stabilne ceny, większa oferta i rosnące znaczenie gotowych mieszkań

Gotowe mieszkania sprzedają się dziś najszybciej. Dane Barometru Cen Mieszkań przygotowanego przez portal mieszkaniowy Tabelaofert.pl pokazują, że w kwietniu już co trzeci nabywca zdecydował się na zakup lokalu w zakończonej inwestycji — takie mieszkania odpowiadały za blisko 32 proc. całej sprzedaży. Na koniec kwietnia w gotowych projektach dostępnych było 15,6 tys. lokali, co stanowiło blisko 23 proc. całej oferty deweloperskiej na siedmiu największych rynkach.

Kwiecień był kolejnym miesiącem stabilizacji cen na rynku pierwotnym. Średnia cena mieszkań na siedmiu największych rynkach wyniosła 16 011 zł za mkw., co oznacza wzrost o zaledwie 0,6 proc. względem marca. W porównaniu z grudniem 2025 roku średnia cena wzrosła o 1,7 proc., jednak nie wynika to z szerokich podwyżek cenników. To przede wszystkim efekt szybszej sprzedaży tańszych mieszkań, które w ostatnich tygodniach cieszyły się dużym zainteresowaniem kupujących.Średnia cena ofertowa na 7 największych rynkach _ Kwiecień 2026

– Patrząc na same średnie ceny można odnieść wrażenie, że mieszkania drożeją, ale struktura sprzedaży pokazuje coś innego. Najszybciej sprzedają się dziś tańsze lokale, co automatycznie podnosi średnią cenę mieszkań pozostających w ofercie – komentuje Robert Chojnacki, założyciel i wiceprezes Tabelaofert.pl.

W kwietniu 2026 roku deweloperzy działający na siedmiu największych rynkach sprzedali 3,9 tys. mieszkań, co oznacza spadek o 8,9 proc. względem marca. Korekta była jednak spodziewana, ponieważ marzec przyniósł przyspieszenie decyzji zakupowych części klientów kredytowych, którzy obawiali się wzrostu kosztów finansowania. W efekcie część popytu została przesunięta właśnie na wcześniejszy miesiąc.

Największe miesięczne spadki sprzedaży odnotowano w Warszawie oraz we Wrocławiu — po około 20 proc. Z kolei wyraźne wzrosty liczby sprzedanych mieszkań miały miejsce w Poznaniu (+25,2 proc.) oraz Łodzi (+15,8 proc.).

Średnia cena nie pokazuje całego rynku

Średnia cena mieszkań w Warszawie obejmuje zarówno lokale z segmentu popularnego, jak i apartamenty premium, dlatego nie zawsze dobrze pokazuje sytuację większości kupujących. W kwietniu średnia cena wszystkich mieszkań w stolicy wyniosła 19,6 tys. zł za mkw., podczas gdy w segmencie popularnym – który stanowi aż 68 proc. całej warszawskiej oferty – było to 16,3 tys. zł za mkw. – o 3,3 tys. zł mniej w porównaniu do średniej dla stolicy.  Średnia cena mieszkań w podwyższonym standardzie i apartamentów sięgnęła natomiast 29,2 tys. zł za mkw.MIeszkania i apartamenty - Warszawa _ Kwiecień 2026

Podobny mechanizm widoczny jest również w innych dużych miastach. Największe różnice pomiędzy średnią ceną wszystkich mieszkań a cenami w segmencie popularnym odnotowano w Trójmieście (ok. 22 proc.) oraz Warszawie (ok. 16 proc.). To właśnie na tych rynkach duży udział drogich inwestycji premium najmocniej wpływa na średnią cenę dla całego miasta.Średnie ceny w wybranych miastach _segment popularny _ Kwiecień 2026

– Warszawska średnia cena coraz częściej jest zaburzana przez dużą liczbę projektów premium i apartamentowych, które mają istotny wpływ na statystyki dla całego miasta. Tymczasem segment popularny odpowiada dziś za większość oferty i pozostaje wyraźnie tańszy, dlatego dla większości kupujących jest znacznie lepszym punktem odniesienia niż ogólna średnia dla rynku –komentuje Robert Chojnacki

W kwietniu niewielki spadek średniej ceny ofertowej odnotowano we Wrocławiu (-1,5 proc.), natomiast w Warszawie średnia wzrosła o 1,3 proc. W pozostałych analizowanych miastach ceny pozostawały stabilne, a miesięczne zmiany nie przekraczały 1 proc. W porównaniu z grudniem 2025 roku spadki średnich cen odnotowano jedynie w Łodzi i Katowicach, podczas gdy Warszawa zanotowała wzrost o blisko 5 proc.

Średnie ceny ofertowe w wybranych miastachsrednie ceny

Szeroka oferta nadal studzi ceny

Jednym z głównych czynników stabilizujących ceny pozostaje szeroka oferta mieszkań. Na koniec kwietnia deweloperzy działający na siedmiu największych rynkach oferowali 68,7 tys. lokali, czyli o blisko 2 proc. więcej niż miesiąc wcześniej. Największy wzrost liczby dostępnych mieszkań odnotowano we Wrocławiu (+6,4 proc.) oraz w Warszawie (+5,2 proc.). Spadki podaży wystąpiły jedynie w Łodzi (-2 proc.) i Katowicach (-3 proc.)

ofert amieszkan top7

– Mieszkania gotowe do odbioru cieszą się dziś dużym zainteresowaniem, bo klienci mogą zobaczyć finalny produkt przed zakupem i znacznie szybciej się wprowadzić. Dla wielu kupujących to ważniejsze niż zakup na bardzo wczesnym etapie inwestycji – komentuje Ewa Palus, główna analityczka Tabelaofert.pl.

Analiza została przygotowana na podstawie wewnętrznego monitoringu rynku pierwotnego prowadzonego przez dział analiz. Tabelaofert. Badanie obejmuje około 3,0 tys. inwestycji obejmujących ponad 100 tys. mieszkań. Monitoring prowadzony jest zarówno w największych miastach wojewódzkich, jak i w miejscowościach tworzących aglomeracje największych ośrodków miejskich. Dane aktualizowane są w systemie miesięcznym, kwartalnym oraz półrocznym, w zależności od analizowanego zakresu rynku.

Opracowanie bazuje na bieżącej analizie oferty deweloperskiej, cen mieszkań, poziomu sprzedaży oraz zmian podaży na rynku pierwotnym.

Prezentowany materiał dotyczy siedmiu największych rynków mieszkaniowych w Polsce: Warszawy, Wrocławia, Trójmiasta, Krakowa, Poznania, Łodzi oraz Katowic.

Cognor poprawia wyniki po trudnym okresie. Zysk operacyjny wrócił na plus, ale zadłużenie nadal ciąży spółce

0

Cognor Holding zakończył I kwartał 2026 roku z wyraźnie lepszymi wynikami operacyjnymi niż rok wcześniej. Przychody grupy wzrosły o 8,8 proc. rok do roku, marża brutto poprawiła się, a wynik operacyjny wrócił powyżej zera. Spółka wciąż jednak mierzy się z wysokim zadłużeniem, naruszeniem kowenantów kredytowych oraz ujemnymi przepływami pieniężnymi z działalności operacyjnej.

Raport za okres styczeń–marzec 2026 roku, opublikowany 15 maja, pokazuje spółkę znajdującą się w fazie przejściowej. Cognor ma za sobą kilka lat intensywnych inwestycji, które istotnie obciążały wyniki, ale jednocześnie powinny zwiększyć potencjał produkcyjny grupy w kolejnych kwartałach.

Inwestycje obciążały wyniki przez kilka lat

Na ocenę wyników Cognoru za I kwartał 2026 roku duży wpływ ma kontekst wcześniejszych lat. Spółka realizowała szeroki program modernizacyjny, obejmujący m.in. budowę nowej walcowni kształtowników w Siemianowicach Śląskich, remont stalowni w Gliwicach oraz modernizację walcowni w Krakowie.

Największym projektem była walcownia w Siemianowicach Śląskich, której koszt przekroczył 800 mln zł. Modernizacja walcowni w Krakowie pochłonęła natomiast ponad 300 mln zł. Tak duże przedsięwzięcia wiązały się z przestojami, opóźnieniami rozruchu oraz czasowym spadkiem efektywności produkcyjnej.

W latach 2023–2025 Cognor wykazał odpowiednio 74,1 mln zł, 55,5 mln zł i 25,9 mln zł kosztów postojowych. Łącznie daje to ponad 155 mln zł strat związanych z ograniczeniem lub wstrzymaniem produkcji. Dodatkowym obciążeniem była słaba koniunktura na rynku stali, szczególnie w segmencie prętów żebrowanych.

Przychody wzrosły o prawie 9 proc.

W I kwartale 2026 roku przychody ze sprzedaży Cognoru wyniosły 591,3 mln zł wobec 543,3 mln zł rok wcześniej. Oznacza to wzrost o 8,8 proc. rok do roku.

Jeszcze mocniejsza poprawa widoczna była na poziomie zysku brutto ze sprzedaży. Wyniósł on 37,4 mln zł wobec 24,1 mln zł w analogicznym okresie 2025 roku. Oznacza to wzrost o ponad 55 proc. Marża brutto poprawiła się z 4,4 proc. do 6,3 proc.

Choć poziom rentowności nadal pozostaje relatywnie niski, kierunek zmian jest korzystny. Koszty sprzedanych produktów rosły wolniej niż przychody, co może wskazywać na poprawę relacji między cenami wyrobów stalowych a kosztami wsadu, w tym złomu i energii.

Najlepiej wypadły segmenty HSJ oraz ZLMET. Huta Stalowa Wola wypracowała 15,6 mln zł wyniku brutto, a segment złomowy ZLMET 6,7 mln zł. Najsłabszym ogniwem pozostał segment FER, obejmujący Ferrostal oraz walcownie w Krakowie, Gliwicach i Siemianowicach Śląskich. Segment ten zakończył kwartał stratą brutto na poziomie 1,8 mln zł.

EBIT wrócił na plus

Na poziomie operacyjnym Cognor wypracował 12,0 mln zł zysku wobec 7,9 mln zł straty rok wcześniej. Poprawa wyniosła więc blisko 20 mln zł. To jeden z ważniejszych sygnałów w raporcie, ponieważ pokazuje powrót grupy do dodatniego wyniku EBIT po trudnym okresie inwestycyjno-rozruchowym.

Na poprawę wyniku operacyjnego złożyły się wyższa marża brutto, wzrost pozostałych przychodów operacyjnych oraz relatywna kontrola kosztów sprzedaży i zarządu. Pozostałe przychody operacyjne wzrosły do 23,2 mln zł wobec 16 mln zł rok wcześniej. Istotne znaczenie miały tu m.in. szacowane rekompensaty związane ze wzrostem cen uprawnień do emisji CO₂. Na koniec marca 2026 roku należności z tego tytułu ujęte narastająco wynosiły 74,2 mln zł.

Koszty sprzedaży i ogólnego zarządu wyniosły łącznie 49 mln zł, czyli tylko nieznacznie więcej niż rok wcześniej.

Mimo dodatniego wyniku operacyjnego grupa zakończyła kwartał niewielką stratą netto. Wyniosła ona 0,7 mln zł wobec 14,8 mln zł straty przed rokiem. Głównym obciążeniem były koszty finansowe, obejmujące odsetki i prowizje, które sięgnęły 19,2 mln zł.

Zadłużenie pozostaje największym wyzwaniem

Najbardziej problematycznym obszarem raportu pozostaje struktura zadłużenia. Na 31 marca 2026 roku łączne zadłużenie finansowe Cognoru, bez leasingu, przekraczało 884 mln zł. Z tej kwoty 601 mln zł zostało zaprezentowane jako zobowiązania krótkoterminowe.

Powodem takiej klasyfikacji było naruszenie wskaźników finansowych określonych w umowach kredytowych. Dotyczyły one m.in. EBITDA, relacji długu netto do EBITDA, wskaźnika DSCR oraz przepływów operacyjnych. Naruszenia obejmują umowy z Banco Santander, Santander Bank Polska, mBankiem, Alior Bankiem i Bankiem Pekao.

Zgodnie z zasadami MSSF część zobowiązań długoterminowych musi zostać w takiej sytuacji pokazana jako krótkoterminowa, nawet jeśli banki nie zażądały natychmiastowej spłaty kredytów. Zarząd Cognoru wskazuje, że kredytodawcy dotychczas wykazywali elastyczne podejście i udzielali zgód na naruszenia kowenantów.

Szczególnie istotny jest kredyt inwestycyjny z Banco Santander, obejmujący łącznie około 490 mln zł i euro. W bilansie został on zaprezentowany jako zobowiązanie krótkoterminowe, choć harmonogram jego spłaty rozłożony jest na lata 2031–2033.

Sytuację finansową grupy poprawiła emisja akcji serii 14 i 15, zakończona pod koniec 2025 roku. Cognor pozyskał z niej 300 mln zł kapitału. Kapitał własny grupy na koniec marca wynosił 1,4 mld zł. Dodatkowym wsparciem była pożyczka podporządkowana od głównego akcjonariusza, PS HoldCo, w wysokości 87 mln zł.

Ujemne przepływy operacyjne w I kwartale

Słabiej wyglądały przepływy pieniężne. Działalność operacyjna przyniosła w I kwartale 2026 roku odpływ gotówki w wysokości 95 mln zł. Rok wcześniej Cognor wygenerował dodatnie przepływy operacyjne na poziomie 21 mln zł.

Główną przyczyną pogorszenia było większe zapotrzebowanie na kapitał obrotowy. Należności wzrosły o 113 mln zł, a zapasy o 63 mln zł. Można to wiązać z wyższą sprzedażą oraz większą aktywnością produkcyjną. Część tego efektu może mieć charakter sezonowy, ponieważ początek roku często wiąże się z przygotowaniami do okresu zwiększonego popytu w budownictwie.

Nakłady inwestycyjne wyniosły 26,2 mln zł wobec 32,9 mln zł rok wcześniej. To potwierdza, że grupa wychodzi z fazy największych wydatków inwestycyjnych i stopniowo przechodzi do etapu wykorzystania nowych mocy produkcyjnych.

Na koniec marca środki pieniężne netto, po uwzględnieniu kredytu w rachunku bieżącym, wynosiły minus 6,8 mln zł wobec plus 115 mln zł na początku roku. Spółka posiadała także 65,3 mln zł środków o ograniczonej możliwości dysponowania, związanych głównie z zabezpieczeniami kredytowymi.

Rynek stali, energia i kurs euro będą kluczowe

W kolejnych kwartałach dla wyników Cognoru istotne będą przede wszystkim trzy czynniki: relacja cen produktów stalowych do cen złomu, ceny energii elektrycznej oraz kurs PLN/EUR.

Znaczenie ma również sytuacja geopolityczna. Konflikt na Bliskim Wschodzie może wpływać na ceny gazu ziemnego i stabilność łańcuchów dostaw. Dla Cognoru jest to ważne, ponieważ grupa zużywa ponad 0,5 MWh energii gazowej na tonę produktu. Ewentualny wzrost cen gazu mógłby więc bezpośrednio obciążyć marże.

Spółka wskazuje jednocześnie, że na moment sporządzenia raportu nie identyfikuje bezpośredniego zagrożenia dla działalności operacyjnej. Pozytywnym czynnikiem może być natomiast stopniowa poprawa popytu na wyroby stalowe po słabym 2025 roku, szczególnie w budownictwie i infrastrukturze.

Cognor po trudnym okresie pokazuje poprawę, ale bilans nadal wymaga ostrożności

Wyniki Cognoru za I kwartał 2026 roku pokazują poprawę na większości poziomów operacyjnych. Przychody wzrosły, marża brutto się poprawiła, a wynik EBIT wrócił powyżej zera. Strata netto została ograniczona do symbolicznego poziomu w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Jednocześnie raport nie usuwa najważniejszych ryzyk. Wysokie zadłużenie, naruszenie kowenantów, duża część zobowiązań prezentowana jako krótkoterminowa oraz ujemne przepływy operacyjne oznaczają, że sytuacja finansowa grupy nadal wymaga uważnej obserwacji.

Kluczowe znaczenie będzie miało tempo dochodzenia nowej walcowni w Siemianowicach Śląskich do docelowej efektywności. Jeżeli rozruch zakończy się zgodnie z planem, a popyt na stal będzie się normalizował, kolejne kwartały mogą przynieść wyraźniejszą poprawę wyników. Jeżeli jednak proces ten się przedłuży lub ponownie wzrosną koszty energii, Cognor może nadal pozostawać pod presją.

Na razie I kwartał 2026 roku można traktować jako pierwszy sygnał poprawy po okresie dużych inwestycji i słabej koniunktury. Pełny efekt modernizacji będzie jednak widoczny dopiero w kolejnych okresach.

Grupa PZU w I kwartale 2026 roku: wzrost przychodów z ubezpieczeń, niższy zysk netto i propozycja dywidendy

0

Grupa PZU opublikowała wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2026 roku. Przychody brutto z ubezpieczeń wyniosły 7,8 mld zł, co oznacza wzrost o 243 mln zł, czyli o 3,2% w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Jak podkreśla spółka, był to najwyższy w historii wynik dla pierwszego kwartału pod względem przychodów z ubezpieczeń.

Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł blisko 1,4 mld zł. Był to wynik o 22,6% niższy rok do roku, ale jednocześnie wyższy od średniego kwartalnego wyniku netto Grupy z ostatnich czterech lat. Skorygowana rentowność kapitału własnego, czyli aROE, wyniosła 15,7%. Współczynnik wypłacalności na koniec 2025 roku wynosił 239% dla Grupy PZU oraz 237% dla PZU SA.

Wśród najważniejszych wydarzeń pierwszego kwartału spółka wskazuje m.in. rozpoczęcie procesu konsolidacji PZU i LINK4 w modelu multibrandowym, rozwój oferty funduszy pasywnych o trzy pierwsze polskie fundusze ETF oraz rekomendację wypłaty dywidendy w wysokości 4,8 zł na akcję.

– Początek roku był dla nas szczególnie intensywny – pracowaliśmy nad kolejnymi etapami realizacji naszej strategii i wzmocnieniem pozycji Grupy PZU. Ogłosiliśmy połączenie PZU i LINK4 – mówi Bogdan Benczak, prezes PZU. – Pierwszy kwartał zakończyliśmy solidnym wynikiem finansowym, osiągniętym w trudnych warunkach geopolitycznych – dodaje.

Wzrost przychodów w ubezpieczeniach na życie i majątkowych

W pierwszym kwartale 2026 roku Grupa PZU odnotowała wzrost przychodów w ubezpieczeniach na życie we wszystkich liniach biznesowych. W ubezpieczeniach grupowych, które odpowiadały za 88% przychodów z obszaru życiowego w Polsce, przychody wzrosły o 5,5%. Jednocześnie rentowność tego segmentu poprawiła się do 21,7%.

W ubezpieczeniach majątkowych wzrost widoczny był przede wszystkim w obszarze ubezpieczeń pozakomunikacyjnych masowych. Przychody w tym segmencie wzrosły o 7,8% rok do roku. Spółka wskazuje, że wpływ na ten wynik miał m.in. rozwój produktów mieszkaniowych, w tym nowej odsłony ubezpieczenia PZU DOM, a także wzrost sprzedaży ubezpieczeń dla małych i średnich przedsiębiorstw.

– Konsekwentnie rozwijamy obszary, w których klienci najszybciej widzą realną wartość: ochronę życia i majątku oraz bezpieczeństwo finansowe. Szczególnie zadowolony jestem ze wzrostu w segmencie indywidualnych ubezpieczeń na życie. Cieszy nas okazywane nam zaufanie klientów – powiedział Bogdan Benczak.

W ubezpieczeniach komunikacyjnych Grupa PZU działała w warunkach presji cenowej i konkurencyjnej. Mimo tego odnotowano poprawę w obszarze ubezpieczeń komunikacyjnych korporacyjnych, gdzie przychody wzrosły o 9,4% rok do roku. Wzrost dotyczył zarówno ubezpieczeń OC komunikacyjnych, jak i Auto Casco.

Wskaźnik COR dla ubezpieczeń majątkowych wzrósł o 4,3 punktu procentowego, do poziomu 86,8%. Według spółki było to związane głównie z utrzymującą się presją cenową i kosztową.

Konsolidacja PZU i LINK4 oraz rozwój kanałów obsługi

Jednym z kluczowych elementów strategii Grupy PZU pozostaje konsolidacja działalności w Polsce. W pierwszym kwartale 2026 roku spółka kontynuowała prace związane z planowanym połączeniem PZU z LINK4. Proces ma być realizowany w modelu multibrandowym, zakładającym wykorzystanie komplementarności obu marek.

– Pierwszy kwartał 2026 roku był dla nas okresem intensywnej realizacji kluczowych inicjatyw strategicznych. Kontynuujemy proces konsolidacji działalności w Polsce, w tym planowane połączenie PZU z LINK4, które pozwoli nam w pełni wykorzystać komplementarność obu marek. Widzimy w tym potencjał do dalszego rozwoju kanałów dystrybucji oraz istotnej poprawy efektywności operacyjnej i wykorzystania kapitału – powiedział Bogdan Benczak.

Równolegle Grupa rozwijała program „Partnerstwo odNowa”, którego celem jest zwiększanie efektywności sieci agentów wyłącznych. Program opiera się m.in. na wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi, w tym systemu CRM, oraz na budowie bardziej zintegrowanego modelu obsługi klienta.

Zmiany obejmowały również obszar likwidacji szkód. Wdrażane procesy mają skracać czas obsługi i przyspieszać cały proces likwidacyjny, co według spółki powinno przełożyć się na poprawę doświadczeń klientów i efektywności operacyjnej.

Grupa PZU kontynuowała także rozwój cyfrowych kanałów obsługi. W aplikacji mojePZU wdrożono nowy pulpit użytkownika. Aplikacja ma obecnie ponad 2 mln aktywnych użytkowników, a cała platforma mojePZU — 6 mln.

TFI PZU rozwija ofertę ETF-ów

Istotnym obszarem działalności Grupy PZU pozostaje zarządzanie aktywami. W pierwszym kwartale 2026 roku TFI PZU zajęło pierwsze miejsce na rynku pod względem sprzedaży netto funduszy dla klientów zewnętrznych. Sprzedaż netto wyniosła 2,2 mld zł, przy napływach do funduszy na poziomie 11,5 mld zł i udziale rynkowym wynoszącym 19,3%.

Rosły również aktywa zgromadzone w pracowniczych planach kapitałowych. Aktywa w PPK zwiększyły się o 40,2% rok do roku, do 10,5 mld zł. TFI PZU zajmowało w tym segmencie drugą pozycję na rynku, z udziałem na poziomie 22,1%.

W pierwszych miesiącach 2026 roku Komisja Nadzoru Finansowego wydała zgodę na uruchomienie trzech pierwszych funduszy ETF PZU. Są to: PZU ETF WIG20 TR + mWIG40 TR Portfelowy FIZ, PZU ETF MSCI World Portfelowy FIZ oraz PZU ETF Gold Portfelowy FIZ. Fundusze mają zapewniać ekspozycję odpowiednio na rynek krajowy, zagraniczny oraz złoto.

– Wprowadzenie do oferty TFI PZU pierwszych trzech polskich funduszy ETF wzmocniło pozycję Grupy PZU jako lidera innowacji inwestycyjnych i jednocześnie podniosło konkurencyjność oraz dojrzałość całego polskiego rynku kapitałowego – powiedział Bogdan Benczak.

Zarząd rekomenduje 4,8 zł dywidendy na akcję

Zarząd PZU rekomenduje wypłatę dywidendy z zysku za 2025 rok, powiększonego o kwotę przeniesioną z kapitału zapasowego utworzonego z zysku za 2024 rok. Łącznie na dywidendę miałoby trafić 4,14 mld zł, co oznacza 4,8 zł na akcję.

Proponowany dzień dywidendy to 17 września 2026 roku, a termin jej wypłaty został wyznaczony na 8 października 2026 roku.

– Systematycznie zwiększamy wartość dla akcjonariuszy. Od debiutu na giełdzie PZU wypłacił już blisko 37 mld zł dywidendy. W tym roku zarząd zarekomendował przeznaczenie na ten cel kolejnych ponad 4 mld zł. Zaproponowana wartość jest wyższa od ambicji strategicznych dla tego celu na rok 2027 – podkreśla prezes PZU.

Stabilne przychody, presja na wynik netto

Wyniki Grupy PZU za pierwszy kwartał 2026 roku pokazują wzrost przychodów z ubezpieczeń, szczególnie w obszarze ubezpieczeń na życie oraz wybranych segmentach ubezpieczeń majątkowych. Jednocześnie wynik netto był niższy niż rok wcześniej, a rentowność w ubezpieczeniach majątkowych pozostawała pod wpływem presji cenowej i kosztowej.

W najbliższych kwartałach istotne dla Grupy będą dalsze działania związane z integracją PZU i LINK4, rozwój kanałów cyfrowych, wzmacnianie sieci sprzedaży oraz rozbudowa oferty inwestycyjnej TFI PZU. Ważnym elementem pozostaje również polityka dywidendowa, która nadal ma znaczenie dla akcjonariuszy spółki.

EKIPA Holding w I kwartale 2026 r.: przychody na poziomie 14,12 mln zł i strata netto po odpisie jednorazowym

Notowana na NewConnect EKIPA Holding S.A. opublikowała wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2026 roku. Grupa osiągnęła przychody na poziomie 14,12 mln zł, wobec 14,92 mln zł rok wcześniej. Jednocześnie wynik netto wyniósł –1,92 mln zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2025 roku spółka wypracowała 0,04 mln zł zysku.

Na wynik netto istotny wpływ miało zdarzenie jednorazowe – odpis aktualizujący wartość należności handlowych w wysokości ok. 1,48 mln zł. Dotyczy on faktury z 2025 r., wobec której spółka zależna Ekipa Management podjęła kroki zmierzające do odzyskania środków. Po wyłączeniu tego zdarzenia jednorazowego wyniki operacyjne pozostają stabilne. Skorygowana EBITDA wynosi ok. 0,84 mln zł (wobec 1,09 mln zł rok wcześniej, spadek o 23,2% r/r), natomiast skorygowana strata brutto zmniejszyła się do ok. –0,13 mln zł (z –0,25 mln zł w I kwartale 2025 r.), co oznacza poprawę o 45,7%.

Struktura przychodów uległa istotnej zmianie, co odzwierciedla realizowaną strategię rozwoju Grupy. Sprzedaż produktów własnych wzrosła o 29% r/r, osiągając poziom 11,04 mln zł, podczas gdy sprzedaż towarów handlowych spadła o 52% r/r do 3,08 mln zł. Trend ten potwierdza przesunięcie działalności w kierunku budowy własnych marek oraz produkcji autorskiego contentu.

Pierwszy kwartał był dla nas wymagający, dlatego doceniam osiągnięte wyniki. Patrzę jednak przede wszystkim w przyszłość. W tym roku wiele ważnych projektów, a wśród nich Festiwal EKIPY, który odbywa się już w czerwcu. Od wielu miesięcy rozwijamy jego koncepcję, budujemy line-up, realizujemy działania promocyjne i angażujemy fanów. Wierzę, że Festiwal będzie niezapomnianym doświadczeniem dla tysięcy z nich. – mówi Łukasz Wojtyca, Prezes Zarządu EKIPA Holding

Kluczowym działaniem w minionym okresie były przygotowania do Festiwalu EKIPY, który zaplanowany jest na czerwiec 2026 r.. W I kwartale rozpoczęto komunikację line-upu wydarzenia, ogłaszając pierwszych artystów, takich jak Genzie, BAZA, Hi Hania oraz Crazy Oliwka. Istotnym elementem promocji był projekt MULTIVERSE EKIPA CAMP – przedsięwzięcie łączące produkcję muzyczną, działania contentowe oraz współprace komercyjne. Podczas Campu powstały nowe utwory, które znajdą się na albumie EKIPY (premiera w maju 2026 r.), a publikowane materiały wideo i teledyski generowały wysokie zaangażowanie społeczności, wspierając promocję festiwalu.

Za realizację produkcyjną projektu odpowiadała spółka Direct by EKIPA, działania marketingowe prowadził PORTALL, a współpraca z marką Koral zaowocowała wprowadzeniem na rynek nowych produktów lodowych – BAZA oraz EKIPA MULTIVERSE.

W segmencie FMCG Grupa kontynuowała rozwój portfolio produktów. W lutym do sieci Żabka trafiły chrupki BAZA w dwóch wariantach smakowych. Produkcję realizowała spółka ESSA, natomiast za strategię marketingową odpowiadał PORTALL. Równolegle rozwijano współpracę Mortalcia z marką GBS, wprowadzając na rynek napój mleczno-kawowy w formacie „to-go”. ESSA uruchomiła również nową markę OWN LAB, oferującą suplementy do włosów, których dystrybucją zajmuje się EKIPATONOSI. Dodatkowo w sieci Empik pojawiły się książeczki „Chmurka i Burza”, rozwijające segment produktów skierowanych do najmłodszych odbiorców.

INFLUCENTER rozwijał ofertę poprzez nowe kolekcje merchowe, współpracę z twórcami oraz działania angażujące społeczność. Wśród nich znalazła się kolekcja Julity Różalskiej, której premiera była wspierana spotkaniem z fanami. Podobne działania towarzyszyły premierze albumu „Matka Idolka” Wersow oraz drugiej kolekcji merchu BAZY. Dzięki współpracy INFLUCENTER i EKIPATONOSI.

W marcu zadebiutowała czwarta edycja formatu MAFIA IRL Karola „Friza” Wiśniewskiego, która ponownie osiąga wysokie wyniki oglądalności. Równolegle zrealizowano ogólnopolską kampanię z marką KFC, obejmującą działania 360°, dedykowane menu oraz aktywacje digitalowe i social media. Projekt angażował wiele spółek Grupy i potwierdził jej kompetencje w realizacji kompleksowych kampanii marketingowych dla największych marek.

Na koniec marca Karol „Friz” Wiśniewski ogłosił nowy projekt „Bądź fajny” – format mający na celu wyłonienie nowych osobowości internetowych. Inicjatywa wpisuje się w strategię Grupy polegającą na rozwoju ekosystemu twórców i budowaniu nowych formatów contentowych.

Michał Tekliński: Złoto poniżej 4600 USD to techniczny przystanek przed uderzeniem stagflacji

Piątkowe otwarcie rynków przyniosło techniczną korektę cen kruszców – złoto osunęło się w okolice 4575 dolarów za uncję. To bezpośrednia reakcja na silniejszego dolara i jastrzębie sygnatury z amerykańskiej gospodarki.

Piątkowe otwarcie rynków przynosi wyraźną presję na wycenę metali szlachetnych. Cena złota osunęła się w okolice 4575 dolarów za uncję, notując tygodniową stratę. Rynek dynamicznie reaguje na publikację fatalnych danych o amerykańskiej inflacji producenckiej (PPI), która w kwietniu wzrosła o 1,4% (aż 6% r/r) oraz gwałtowny skok inflacji konsumenckiej (CPI) do poziomu 3,8%.

– Złoto znajduje się obecnie w fazie chwilowej korekty rynkowej. Dzisiejsze zejście notowań poniżej granicy 4600 dolarów to bezpośrednia, techniczna reakcja na nową nominację Kevina Warsha na stanowisko przewodniczącego Fed oraz to, jak giełdy wyceniają obecnie potencjalne ruchy na stopach procentowych – a rynki w najbliższym czasie po prostu nie spodziewają się ich obniżek. W efekcie dolar amerykański uległ wyraźnemu wzmocnieniu, co naturalnie wywarło presję sprzedażową na królewski metal. Pozycja amerykańskiej waluty poprawiła się również w wyniku oficjalnych, całkiem pozytywnych komunikatów, jakie napłynęły po spotkaniu prezydenta Donalda Trumpa z przywódcą Chin, Xi Jinpingiem. Z Wall Street leci jednak jasny sygnał: szanse na obniżki stóp w USA w tym roku spadły do zaledwie 3%. Choć wysoki koszt pieniądza uderza w złoto krótkoterminowo, to wchodzimy w głęboki scenariusz stagflacyjny, który w dłuższej perspektywie historycznej zawsze faworyzował aktywa fizyczne – komentuje Michał Tekliński, ekspert rynku złota Goldsaver i Goldenmark.

Analityk zwraca uwagę na tektoniczne, strukturalne przesunięcia w globalnym handlu złotem fizycznym.

– Mamy do czynienia z bezprecedensowym, 285-procentowym skokiem eksportu złota ze Stanów Zjednoczonych, głównie w kierunku Azji. Po tym, jak administracja Donalda Trumpa wycofała się z planów nałożenia ceł na kruszec, nowojorskie skarbce giełdowe COMEX, w których zgromadzono rekordowe w historii 1350 ton metalu, zaczęły gwałtownie topnieć. Banki masowo wywożą sztabki, które po przetopieniu w Szwajcarii trafiają bezpośrednio do Chin i Hongkongu, aby zaspokoić tamtejszą, międzypokoleniową gorączkę złota. Podobną ucieczkę od dolara widać na poziomie instytucjonalnym. Kolejny, 18. miesiąc z rzędu zakupów przez Ludowy Bank Chin oraz konsekwentne powiększanie rezerw przez Narodowy Bank Polski pokazują, że państwa wyciągnęły wnioski z zamrożenia rosyjskich aktywów. Złota, w przeciwieństwie do walut fiat, nikt nie może „wyłączyć” jednym przyciskiem  – podsumowuje Michał Tekliński.

Ropa znów drożeje, inflacja wraca. Rynki coraz mniej wierzą w szybkie obniżki stóp

Ceny ropy naftowej znów w górę, a spotkanie na linii Trump-Xi nic w tej kwestii nie pomogło. Inflacja CPI w kwietniu nieco wyższa niż w marcu — czy czeka nas kontynuacja tego trendu w kolejnych miesiącach? Podwyżka stóp w Japonii na najbliższym posiedzeniu wydaje się przesądzona, szczególnie po odczycie inflacji hurtowej na poziomie 4,9% za ostatni miesiąc.

Nie ma ulgi

Kolejne incydenty ze statkami w Cieśninie Ormuz sprawiają, że napięcie na notowaniach ropy naftowej jest ciągle wysokie. Choćby przejęcie statku u wybrzeży Zjednoczonych Emiratów Arabskich sprawia, że piątkowe otwarcie na WTI znów wskazuje ponad 3% wzrost, co zbliża nas do poziomu 105 USD za baryłkę. Premia za ryzyko w geopolityce jest więc ciągle wysoka i w tej kwestii spotkanie na szczycie między prezydentami Chin i USA niewiele zmieniło. Niby mamy deklarację, że strony zgadzają się w sprawie rozbrojenia nuklearnego Iranu, ale w całej tej dyskusji brakuje konkretów, jak to zrobić. Nie mogło też zabraknąć słów Trumpa o „fantastycznych rzeczach”. Tym razem chodziło o umowy handlowe, ale takie oświadczenia to za mało, by uspokoić sytuację na rynku ropy naftowej i przybliżyć odblokowanie Cieśniny Ormuz. Efekt jest więc taki, że nie widać na horyzoncie światełka w tunelu, a do wysokich cen ropy trzeba się przyzwyczaić, przynajmniej w kontekście kolejnych miesięcy.

Potwierdzone 3,2%

Wzrost notowań ropy naftowej (w przypadku WTI wartości powyżej 100 USD za baryłkę utrzymują się już dłuższy czas) ma niebagatelny wpływ na gospodarki i mierzoną dynamikę cen w konkretnych krajach. Dzisiaj zostały opublikowane wartości CPI z krajowej gospodarki. Można powiedzieć, że nastąpiło odbicie za kwiecień „tylko” do poziomu 3,2%, przy odczycie za marzec 3,0%. Analitycy sądzili, że możemy być świadkami nawet wyższych wartości, niemniej jednak pamiętajmy, że wartości za styczeń i luty wynosiły raptem 2,1%, a więc wskazanie za kwiecień znacznie wzrosło. Wydaje się, że nieuchronnie zbliżamy się do dopuszczalnego pasma odchyleń wskazanych przez NBP, czyli poziomu 3,5%. Trzeba też dodać, że cały czas obowiązują obniżone stawki VAT i akcyza na olej napędowy i benzynę, które sprawiają, że przełożenie sytuacji na rynku paliw na CPI jest nieco stłumione. Zagłębiając się w strukturę inflacji konsumenckiej, widzimy wzrost cen paliw względem marca o blisko 10%, ale widoczny jest już także trend przerzucania kosztów producentów na konsumentów, co widać po rosnącej dynamice w każdej kategorii. Dla złotego to dobra informacja, bo w takiej sytuacji RPP będzie się wstrzymywało z obniżkami stóp, a wręcz może pojawić się dyskusja o ich podwyższeniu, w przypadku dalszych wzrostów CPI. Dzisiaj PLN nieco traci, ale jest to pokłosie spadków na EUR/USD, co zwyczajowo powoduje odpływ kapitału z rynków wschodzących.

Koniec symbolu ultra luźnej polityki?

Temat inflacji jeszcze długo będzie dominował przy publikacji nowych danych makro. Niejednokrotnie czekają nas negatywne niespodzianki i wartości wyższe, niż wskazują na to prognozy. Daleko nie trzeba szukać – choćby dzisiejsze dane o inflacji producenckiej w Japonii zaskoczyły wszystkich, a wynik za kwiecień wyniósł aż 4,9%, przy oczekiwaniach na poziomie raptem 3%. To najwyższy wynik od 3 lat. Inwestorów nie trapi już więc pytanie, czy Bank Japonii na czerwcowym posiedzeniu podniesie stopy do 1% (bo to już niemal pewnik), tylko czy to wystarczy, by okiełznać presję inflacyjną. Wiadomo było, że Kraj Kwitnącej Wiśni jest w TOP 3 państw najbardziej uzależnionych od importu ropy z Bliskiego Wschodu, ale tempo, w jakim odczuwa negatywne skutki aktualnego konfliktu, może już zaskakiwać. Również na rynku obligacji widać jasny sygnał – inwestorzy nie wierzą, że BoJ poradzi sobie z inflacją, a rentowności 10-latek osiągnęły poziom 2,665, ostatnio widziany w… 1997 roku. Problem jest nie tylko inflacja, ale również brak spójności w polityce monetarnej i fiskalnej. BoJ stara się brzmieć jastrzębio i zapowiada rychłe podwyżki stóp, podczas gdy premier Japonii niemal jednocześnie rozważa szereg pakietów fiskalnych, by wspomóc sytuację gospodarstw domowych. Kiedy pomyślimy sobie o stagflacji, to pierwsza myśl kieruje nas do Kraju Kwitnącej Wiśni. Wręcz symboliczny PKB (0,5% zakładane w tym roku) przy cenach rosnących w obecnym tempie to klasyczny przykład tego zjawiska. Spodziewana podwyżka stóp do 1% ma też swój wydźwięk w operacjach carry trade, które opierają się o jena japońskiego – cała operacja będzie po prostu mniej opłacalna.

Stabilizacja cen w sklepach, brak wyraźnej poprawy odczuwalnej przez konsumentów

0

W kwietniu br. codzienne zakupy podrożały średnio o 3,7% rdr. We wcześniejszych dwóch miesiącach wzrosty wyniosły po 3,8% rdr. Natomiast w styczniu zanotowano taki sam wynik jak ostatnio. Z kolei ceny samej żywności w kwietniu poszły w górę rdr. o 3,3%, w marcu – o 3,2%, a w lutym – o 3,4%. Widać zatem, że ogólnie ceny w sklepach lekko wyhamowały, ale inaczej jest w przypadku żywności. Autorzy raportu są zdania, że dane wskazują na stabilizację, ale wkrótce to może się zmienić. Sytuacja na Bliskim Wschodzie wciąż jest niepewna. Do tego producenci w Polsce zaczynają mówić o tym, że coraz bardziej odczuwają ww. kwestię, a to może tylko wróżyć kolejne podwyżki.

Jak wynika z niedawno opublikowanego raportu pt. „Indeks Cen w Sklepach Detalicznych”, opartego na blisko 104 tys. cen detalicznych z przeszło 48 tys. sklepów, w kwietniu br. codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,7% rdr. Dotyczyło to 17 kategorii, w tym m.in. żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej czy art. dla dzieci. W marcu i lutym wzrosty rdr. wyniosły po 3,8%. W styczniu ceny średnio poszły w górę o 3,7% rdr.

– Ceny detaliczne żywności znajdują się pod wpływem wciąż tańszych rdr. surowców rolnych. Według GUS, ceny skupu podstawowych produktów rolnych w marcu były niższe o 11,5% rdr. Co prawda indeks cen żywności FAO w marcu i kwietniu charakteryzował się lekką tendencją wzrostową, wynikającą m.in. z efektów konfliktu na Bliskim Wschodzie, jednak reakcja na niego rynków rolnych była na ogół spokojna. Zyskiwały w dużej mierze oleje roślinne, pod wpływem drożejącej ropy. Powyższy indeks wyrażony w polskim złotym wciąż był jednak niższy niż przed rokiem – wyjaśnia dr Mariusz Dziwulski, analityk PKO BP.

Przy tym ekspert zastrzega, że jeśli sytuacja na Bliskim Wschodzie będzie się przedłużać, roczna dynamika cen żywności prawdopodobnie zacznie rosnąć. Istnieje duża korelacja cen żywności z cenami surowców energetycznych. Cały czas występują duże ryzyka pogodowe. Susza w wielu obszarach produkcyjnych na świecie i duże straty przymrozkowe w Polsce mogą skutkować podwyżkami cen w drugiej połowie roku. Jak komentuje dr Joanna Myślińska-Wieprow z Uniwersytetu WSB Merito, obserwowaną od początku roku dynamikę wzrostu cen detalicznych można zinterpretować jako stabilizację na wysokim poziomie.

– Z jednej strony silna presja kosztowa wciąż podbija drożyznę w sklepach. Z drugiej – ograniczony popyt konsumencki oraz walka sieci handlowych o klienta skutecznie hamują podwyżki poprzez promocje i rabaty. W rezultacie ta względna stabilność cen nie jest trwałym fundamentem, lecz stanem niepewnej równowagi, która może zostać nagle zachwiana, gdy zmieni się którykolwiek z czynników. To może być np. gwałtowny wzrost kosztów surowców lub wyhamowanie działań promocyjnych w sklepach – dodaje ekspertka.

Z raportu wynika również, że w kwietniu sama żywność zdrożała średnio o 3,3% rdr. W marcu wzrost rdr. wyniósł 3,2%, a w lutym – 3,4%. Marcin Luziński, analityk Santander Bank Polska, komentuje, że w ostatnich miesiącach ceny żywności ustabilizowały się na relatywnie niskim poziomie, czemu sprzyjałby przede wszystkim dobre zeszłoroczne zbiory. Do tego ekspert przewiduje, że w najbliższych kwartałach może zacząć się to zmieniać.

– Przedłużająca się blokada cieśniny Ormuz, przez którą przepływa wiele produktów koniecznych do produkcji nawozów dla przemysłu spożywczego, np. gaz, siarka czy mocznik, oznaczać będzie rosnącą presję kosztową dla produkcji żywności, co będzie się przekładało na wzrost dynamiki cen. Do tego pierwsze oceny przezimowania upraw w Polsce wskazują na nieco gorszy wynik niż rok temu. Obecnie nie zakładałbym, by wzrost dynamiki cen żywności był znaczący, ale im dłużej potrwa blokada, tym wyższych cen można się spodziewać – mówi Marcin Luziński.

Do tego dr Piotr Arak, analityk VeloBanku, przypomina, że wygasa korzystna baza statystyczna z wiosny 2025 roku, kiedy ceny niektórych kategorii świeżych produktów były szczególnie wysokie po mrozach. Ekspert prognozuje, że jeśli notowania ropy utrzymają się na podwyższonym poziomie, dynamika cen żywności w drugim półroczu może być wyraźnie wyższa niż dziś. Natomiast dr Joanna Myślińska-Wieprow zwraca uwagę na to, że kwietniowy wzrost cen żywności o 3,3% rok do roku pokazuje przede wszystkim, iż presja cenowa w tym segmencie nadal utrzymuje się na podwyższonym poziomie, choć rynek pozostaje raczej stabilny.

– Widać, że tempo wzrostu cen pozostaje względnie stabilne, choć nadal nie można wykluczyć dalszych podwyżek w kolejnych miesiącach. Można więc mówić raczej o umiarkowanej stabilności cen żywności niż o początku silniejszego trendu spadkowego. Z kolei niewielki wzrost dynamiki cen w ujęciu miesiąc do miesiąca sugeruje, że na rynek nadal oddziałują czynniki kosztowe i sezonowe – dodaje dr Myślińska-Wieprow.

Analiza cen prowadzi do jeszcze jednego ciekawego wniosku. O ile we wszystkich kategoriach widzimy lekki spadek miesiąc do miesiąca, to w przypadku samej żywności nastąpił delikatny wzrost cen w zestawieniu miesięcznym. Widoczna jest również różnica pomiędzy wszystkimi kategoriami a samą żywnością. Jak stwierdza dr Joanna Myślińska-Wieprow, to pokazuje, że proces stabilizacji cen w gospodarce pozostaje nierównomierny. Część segmentów rynku zaczyna odczuwać słabszy popyt i większą presję konkurencyjną.

– Jednocześnie sama żywność notuje niewielki wzrost mdm. To oznacza, że ceny produktów codziennego użytku nadal pozostają pod wpływem kosztów produkcji, logistyki i sezonowości. Żywność reaguje bowiem wolniej na poprawę sytuacji inflacyjnej niż część pozostałych kategorii konsumenckich. To może być sygnał, że konsumenci nadal nie odczuwają realnej poprawy podczas codziennych zakupów, mimo bardziej optymistycznych danych dotyczących całego indeksu – tłumaczy ekspertka.

Z kolei dr Artur Fiks z Uniwersytetu WSB Merito twierdzi, że niewielki wzrost cen żywności mdm. jest efektem podwyżek na rynkach światowych. To wyraźnie pokazuje indeks FAO. Presja wywierana przez wzrost cen art. spożywczych nie jest jednak duża. Spowolnienie wzrostów cen w innych kategoriach spowodowało, iż w ogólnym podsumowaniu nastąpił spadek tempa wzrostu cen mdm. o 0,1%.

– Natomiast różnica pomiędzy wszystkimi kategoriami a samą żywnością może wynikać między innymi z bazy statystycznej i poziomu cen żywności, jaki mieliśmy rok temu. Ponadto napływ towarów spoza UE hamuje tempo wzrostu ich cen, a silna konkurencja cenowa pomiędzy sklepami jeszcze bardziej wzmacnia tę sytuację – uważa dr Fiks.

Tymczasem analitycy z UCE Research przewidują, że wkrótce ten stan może się zmienić, bo wciąż nie jest wyjaśniona sytuacja na Bliskim Wschodzie. Do tego producenci w Polsce jasno już sygnalizują, że coraz bardziej odczuwają powyższą kwestię, a to dla rynku wyraźny sygnał, że mogą zacząć podnosić ceny.

– Polski handel detaliczny wszedł w fazę inflacji pełzającej. Ceny rosną przewidywalnie, ale konsekwentnie. Dla gospodarstw domowych oznacza to, że realna siła nabywcza dochodów dalej rośnie, ale wolniej, niż konsumenci by sobie tego życzyli. Napięcia geopolityczne na Bliskim Wschodzie i wzrosty cen ropy przebiją się w pełni do półek sklepowych w ciągu najbliższych miesięcy. Efekt niestety będzie widoczny, oby jednak nie był długotrwały – podsumowuje dr Piotr Arak.

Polacy przeprowadzają się pod miasta. Które aglomeracje zyskują

Pod koniec PRL-u, na terenie obecnego pow. poznańskiego mieszkało 2 razy mniej osób niż teraz. To nie jest odosobniony przypadek – to nie jedyna aglomeracja, gdzie miała miejsce demograficzna i mieszkaniowa rewolucja – twierdzą eksperci z portalu RynekPierwotny.pl

„Mieszkaniówka” PRL-u obecnie kojarzy się głównie z osiedlami wielkopłytowymi. A czego po latach będą dotyczyć podobne skojarzenia związane z III RP? Jeżeli chodzi o ostatnie 30 – 35 lat, to bez wątpienia jedną z najważniejszych i najbardziej spektakularnych zmian był intensywny rozwój kilku aglomeracji. Mowa o zjawisku, którego skalę trudno było przewidywać na przełomie lat 80. i 90. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl porównują obecną sytuację z wynikami ostatniego PRL-owskiego spisu powszechnego. Wszystko po to, by wskazać te powiaty, w których dodatnie zmiany liczby ludności oraz liczby lokali i domów były najbardziej imponujące.

Powiatów nie było w 1988 roku, lecz to nie kłopot?

Wspomniany wcześniej, ostatni spis powszechny z czasów PRL-u odbył się w 1988 r. Ten cenzus był oczywiście przeprowadzany w ramach podziału administracyjnego, który nie przewidywał istnienia powiatów. Skąd zatem powiatowe statystyki w poniższej tabeli dotyczącej 1988 roku i 2021 roku? Eksperci RynekPierwotny.pl zwracają uwagę, że GUS przeliczył niektóre wyniki spisu z 1988 r. na powiaty – już po wprowadzeniu nowego podziału administracyjnego. Dzięki temu można porównywać chociażby spisową liczbę ludności oraz domów i lokali. Pewnym utrudnieniem jest jednak fakt, że przeliczenie danych uwzględniało nowy podział administracyjny w pierwszej wersji (z 1999 r.).

Ludność się podwoiła nie tylko pod Poznaniem …

Poniższa tabela przygotowana przez ekspertów portalu RynekPierwotny.pl pokazuje, które powiaty między datami spisów powszechnych (1988 r. i 2021 r.) zaliczyły największy procentowy wzrost liczby ludności. W zestawieniu zobaczymy również wzrosty procentowe spisowej liczby zamieszkanych domów i lokali. Zacznijmy jednak od liczby ludności. Jeżeli chodzi o wspomniany wcześniej powiat poznański, to ludnościowo urósł on o 96% od 1988 r. do 2021 r. W świetle danych z 2024 r. – 2025 r. wzrost przekroczyłby już 100%, lecz analiza zakłada porównywanie statystyk spisowych.

Powiat poznański to nie tylko największy ludnościowo powiat podmiejski, ale również najbardziej ludny powiat w całym kraju z populacją wyraźnie przekraczającą 400 000 osób. Jednak największy procentowy wzrost populacji przez 33 lata odnotował powiat piaseczyński (+116%). W tym przypadku, trzeba natomiast pamiętać o przyłączeniu gminy Tarczyn (2003 r.). Na najniższym stopniu podium uplasował się powiat wrocławski z wynikiem 95%. Jeśli mowa o dwunastu innych powiatach z tabeli, to widzimy ludnościowe wzrosty rzędu 38% – 82%. To nadal niezwykle wysokie wyniki w skali całego kraju, który przez 33 lata nie odnotował przecież spisowego wzrostu populacji.

Potrojenie lokali oraz domów – rekord spod stolicy

Wyniki wiodących powiatów okazują się jeszcze bardziej spektakularne, jeśli spojrzymy na zmianę liczby zamieszkanych domów i lokali przez ponad 30 lat. Mowa bowiem o procentowych zmianach wyraźnie większych niż wyniki obliczone dla populacji. Rekordzistą ponownie okazuje się powiat piaseczyński, gdzie w latach 1988 – 2021 liczba zamieszkanych domów i lokali się potroiła. Podobnie jak w przypadku ludności, pewien wpływ na tę zmianę miało przyłączenie niedużej gminy Tarczyn (1 stycznia 2003 r.).

Bardzo imponujące są również wyniki z powiatu poznańskiego (wzrost liczby zasiedlonych domów i lokali o 147%), powiatu wrocławskiego (+181%) oraz powiatu gdańskiego (+149%). Inne powiaty uwzględnione w zestawieniu oczywiście też mocno przekraczają ogólnokrajowy średni wzrost zasobu mieszkaniowego.

Na drugim biegunie powiaty z dużym regresem

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl podkreślają, że pomimo wyzwań związanych z tak gwałtownym wzrostem populacji, wielu samorządowców może pozazdrościć sytuacji swoim kolegom z powiatów wymienionych w tabeli. Porównanie wyników dwóch spisów powszechnych oddalonych o ponad 30 lat pokazuje bowiem nie tylko powiaty notujące ogromny wzrost liczby mieszkańców i wielkości zasobu mieszkaniowego. Na drugim biegunie znajdziemy powiaty cechujące się populacyjnym oraz mieszkaniowym regresem.

Przykładem obszaru dotkniętego dużymi problemami demograficznymi jest powiat hrubieszowski, gdzie spisowa liczba ludności spadła o 28% (1988 r. – 2021 r.), a liczba zasiedlonych domów i lokali zmniejszyła się o 3%. Bardzo duże spadki spisowej liczby ludności nie omijały też części miast na prawach powiatu. Oprócz Łodzi (-22%) warto zwrócić uwagę chociażby na Katowice (-24%), Bytom (-29%), Wałbrzych (-30%) oraz Sopot (-34%). Ostatnie z wymienionych miast ma oczywiście zupełnie inną specyfikę niż ośrodki, które doświadczyły przemysłowego kolapsu pod koniec minionego stulecia.    aglomeracje tabela

Polski handel zagraniczny w I kwartale 2026 r. Eksport rósł szybciej niż import, a deficyt zmalał do 1,2 mld zł

Polski handel zagraniczny rozpoczął 2026 rok od umiarkowanego wzrostu eksportu i importu, przy wyraźnej poprawie salda obrotów towarowych. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego za styczeń–marzec 2026 r. eksport towarów z Polski wyniósł 394,1 mld zł, co oznacza wzrost o 2,2 proc. rok do roku. Import osiągnął wartość 395,2 mld zł i zwiększył się o 1,0 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.

W efekcie deficyt w handlu towarowym wyniósł jedynie 1,2 mld zł. To wyraźna poprawa wobec pierwszego kwartału 2025 r., kiedy ujemne saldo sięgało 4,2 mld zł. Dane wskazują, że w pierwszych miesiącach roku polska gospodarka sprzedawała za granicę szybciej, niż zwiększała zakupy z zagranicy.

Eksport i import w górę, ale saldo niemal zrównoważone

W ujęciu złotowym wzrost eksportu był ponad dwukrotnie szybszy niż wzrost importu. Eksport zwiększył się o 2,2 proc. r/r, natomiast import o 1,0 proc. r/r. Choć nominalna wartość importu nadal była nieco wyższa niż eksportu, różnica między nimi była niewielka.

W przeliczeniu na euro eksport wyniósł 93,3 mld euro, a import 93,6 mld euro. Dynamika w walucie europejskiej była zbliżona do danych wyrażonych w złotych: eksport wzrósł o 2,2 proc., a import o 0,9 proc.

Znacznie mocniejsze wzrosty widać natomiast w ujęciu dolarowym. Eksport liczony w dolarach wyniósł 109,9 mld USD i zwiększył się o 15,1 proc. rok do roku, a import osiągnął 110,3 mld USD, rosnąc o 13,7 proc. Tak duża różnica między dynamiką w dolarach a dynamiką w złotych wynika przede wszystkim z efektów kursowych, a nie z równie silnego realnego wzrostu wymiany handlowej.

Unia Europejska pozostaje głównym kierunkiem polskiego eksportu

Najważniejszym rynkiem dla polskich eksporterów pozostają kraje rozwinięte, które odpowiadały za 87,4 proc. całego eksportu. W tej grupie kluczowe znaczenie miała Unia Europejska, do której trafiło 75,2 proc. polskiego eksportu. Udział UE wzrósł o 0,3 punktu procentowego w porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 r.

Import z krajów rozwiniętych stanowił 66,0 proc. całego importu, w tym import z Unii Europejskiej odpowiadał za 53,3 proc. zakupów zagranicznych Polski. W handlu z krajami rozwiniętymi Polska odnotowała bardzo wysoką nadwyżkę — 83,4 mld zł. Jeszcze lepszy wynik dotyczył samej Unii Europejskiej, gdzie saldo było dodatnie i wyniosło 85,7 mld zł.

Odwrotna sytuacja występuje w relacjach z krajami rozwijającymi się. Eksport do tej grupy państw wyniósł 31,0 mld zł, natomiast import aż 129,0 mld zł. Oznacza to deficyt na poziomie 98,0 mld zł. Tak głęboka nierównowaga wynika w dużej mierze z dużego importu z Chin.

Niemcy nadal najważniejszym partnerem Polski

Niemcy pozostają zdecydowanie najważniejszym partnerem handlowym Polski. W pierwszym kwartale 2026 r. eksport do Niemiec wyniósł 105,0 mld zł, co odpowiadało 26,6 proc. całego polskiego eksportu. Udział Niemiec był jednak o 0,6 punktu procentowego niższy niż rok wcześniej, co może wskazywać na stopniowe, choć bardzo powolne, zmniejszanie koncentracji eksportu na jednym rynku.

Na kolejnych miejscach wśród odbiorców polskich towarów znalazły się Czechy z eksportem na poziomie 26,0 mld zł, Francja z wynikiem 25,1 mld zł, Wielka Brytania z 20,4 mld zł, Holandia z 18,6 mld zł oraz Włochy z 18,0 mld zł.

W pierwszej dziesiątce znalazła się również Ukraina, do której eksport wzrósł o 13,3 proc. rok do roku i wyniósł 14,8 mld zł. To jeden z najbardziej widocznych wzrostów wśród głównych partnerów handlowych Polski. Dane potwierdzają, że Ukraina pozostaje ważnym i rosnącym rynkiem dla polskich firm, a Polska wzmacnia swoją rolę jako zaplecze logistyczne i handlowe dla ukraińskiej gospodarki.

Chiny i USA mocne po stronie importu

Po stronie importu, według kraju pochodzenia towarów, największym partnerem Polski również były Niemcy. Import z tego kraju wyniósł 76,5 mld zł i wzrósł o 1,9 proc. rok do roku. Drugie miejsce zajęły Chiny, z których import osiągnął wartość 62,5 mld zł, czyli 15,8 proc. całego importu.

Trzecim największym źródłem importu były Stany Zjednoczone. Import z USA wyniósł 22,3 mld zł i wzrósł o 10,2 proc. rok do roku. Jednocześnie eksport z Polski do USA spadł o 11,0 proc. i wyniósł 11,9 mld zł. To jeden z ciekawszych sygnałów w danych GUS, ponieważ pokazuje pogorszenie bilansu w relacjach handlowych ze Stanami Zjednoczonymi.

W pierwszej dziesiątce krajów pochodzenia importu znalazły się także Włochy, Holandia, Francja, Czechy, Hiszpania, Dania i Norwegia. Szczególnie mocno wzrósł import z Norwegii — o 37,7 proc. rok do roku — co może być powiązane m.in. z surowcami energetycznymi i zmianami w strukturze dostaw.

Spada import z krajów Europy Środkowo-Wschodniej

Z danych GUS wynika również wyraźny spadek importu z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Import z tej grupy państw wyniósł 5,2 mld zł i był o około jedną czwartą niższy niż rok wcześniej. Dynamika importu wyniosła 75,1 proc., co oznacza spadek o 24,9 proc. rok do roku.

Jednocześnie eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej wzrósł o 9,5 proc. i osiągnął 18,7 mld zł. Saldo handlu z tą grupą państw było dodatnie i wyniosło 13,5 mld zł. Spadek importu można wiązać z utrzymującymi się sankcjami, ograniczeniem relacji gospodarczych z Rosją i Białorusią oraz dalszym przekierowywaniem łańcuchów dostaw.

Maszyny, urządzenia i transport dominują w strukturze handlu

Największą kategorią w polskim handlu zagranicznym pozostają maszyny, urządzenia i sprzęt transportowy. W pierwszym kwartale 2026 r. odpowiadały one za 37,2 proc. eksportu i 36,5 proc. importu. To pokazuje, że polska wymiana handlowa jest silnie powiązana z przemysłem, produkcją części, komponentów, pojazdów, maszyn i urządzeń wykorzystywanych w europejskich łańcuchach dostaw.

W eksporcie istotne znaczenie miały również różne wyroby przemysłowe, towary przemysłowe sklasyfikowane według surowca, żywność i zwierzęta żywe oraz chemikalia i produkty pokrewne. W imporcie, poza maszynami i urządzeniami, duży udział miały chemikalia, różne wyroby przemysłowe, towary przemysłowe według surowca, żywność oraz paliwa mineralne.

Największą dynamikę wzrostu po stronie eksportu odnotowano w kategorii towarów i transakcji niesklasyfikowanych, gdzie wzrost wyniósł 81,7 proc. Wzrosły także eksport towarów przemysłowych według surowca, paliw mineralnych, napojów i tytoniu, żywności, chemikaliów oraz maszyn i urządzeń transportowych. Spadki dotyczyły natomiast m.in. surowców niejadalnych bez paliw oraz olejów, tłuszczów i wosków.

Trzy najważniejsze wnioski z danych GUS

Pierwszy istotny wniosek dotyczy poprawy salda handlowego. Polska nadal odnotowuje niewielki deficyt w handlu towarami, ale jego skala jest znacznie mniejsza niż rok wcześniej. Przy eksporcie i imporcie zbliżonym do 400 mld zł różnica na poziomie 1,2 mld zł oznacza niemal zrównoważony bilans.

Drugi wniosek dotyczy znaczenia Unii Europejskiej. Mimo rosnącej roli Ukrainy, USA, Chin czy innych rynków pozaeuropejskich, polski handel zagraniczny pozostaje mocno zakorzeniony w gospodarce unijnej. To UE jest głównym odbiorcą polskich towarów i źródłem ponad połowy importu.

Trzeci wniosek dotyczy różnic między partnerami handlowymi. Polska utrzymuje wysoką nadwyżkę w relacjach z krajami rozwiniętymi i Unią Europejską, ale jednocześnie ma głęboki deficyt z krajami rozwijającymi się, przede wszystkim z powodu importu z Chin. Oznacza to, że struktura geograficzna handlu pozostaje jednym z kluczowych czynników wpływających na całkowite saldo obrotów towarowych.

Handel zagraniczny pozostaje stabilnym elementem gospodarki

Dane za pierwszy kwartał 2026 r. pokazują, że polski handel zagraniczny pozostaje odporny mimo zmiennego otoczenia międzynarodowego. Eksport rośnie szybciej niż import, deficyt jest niewielki, a polskie firmy nadal utrzymują silną pozycję na rynku unijnym.

Jednocześnie widoczne są obszary wymagające obserwacji. Należą do nich spadek eksportu do Stanów Zjednoczonych, duży deficyt w handlu z krajami rozwijającymi się, wysoka zależność importowa od Chin oraz wpływ kursów walutowych na wartość obrotów liczonych w dolarach.

Pierwszy kwartał 2026 r. można więc uznać za okres umiarkowanie pozytywny dla polskiego handlu zagranicznego. Nie był to czas spektakularnego wzrostu, ale dane wskazują na poprawę bilansu, stabilność głównych kierunków eksportu i utrzymanie silnej pozycji Polski w europejskich łańcuchach dostaw.

Kurs dolara rośnie po danych z USA. USD/PLN zbliża się do 3,65 zł

Ostatnia seria danych makroekonomicznych, połączona z brakiem przełomów w geopolityce, powoduje, że znów jesteśmy świadkami umacniania się dolara. W górę idzie też ropa naftowa i rentowność obligacji, co pokazuje, że rynek ucieka od ryzyka.

Obecny tydzień jest pierwszym od dawna, kiedy tak naprawdę koncentrujemy się na danych statystycznych. Najpierw wyższe odczyty o inflacji spowodowały, że rynek nie tylko przestaje widzieć perspektywę obniżek stóp, ale wręcz zaczyna wyceniać w przyszłym roku ich wzrost. Rezultatem tych danych jest rosnąca rentowność obligacji. W przypadku 10-letnich papierów amerykańskich jest ona najwyższa od czerwca 2025 roku. Pokazuje to, że wojna, która jest obecnie prowadzona na kredyt, będzie jeszcze droższa dla podatnika. Wczoraj natomiast zobaczyliśmy w miarę neutralne – bo bliskie oczekiwaniom – dane z rynku pracy i wyniki sprzedaży detalicznej. Wzrosły natomiast ceny importu i eksportu. Po tych publikacjach kontynuowany był ruch umacniający dolara. W jego efekcie amerykańska waluta jest najsilniejsza względem europejskiej od pierwszej połowy kwietnia.

Jak reagują rynki?

Wraz ze wzrostem rentowności amerykańskich obligacji widać również wzrost rentowności w innych państwach, w tym w Polsce. Powód jest prosty: jeżeli nagle amerykańskie papiery zaczynają płacić zbyt dobrze, to inwestorzy przenoszą na nie swoje środki. W rezultacie rynek się trochę wyrównuje i w wyniku problemów USA podatnicy w większej liczbie krajów będą drożej finansowali deficyt budżetowy. Silniejszy dolar przełożył się na kurs USD/PLN. Dzień zaczynał się ledwo powyżej 3,62 zł, z kolei w nocy testowany był już poziom 3,65 zł. W tym samym czasie kurs EUR/PLN niemal się nie zmienił.

Wojna w Zatoce Perskiej

Rynki nadal znajdują się pod dużą presją konfliktu pomiędzy Izraelem i USA z jednej strony a Iranem z drugiej. Głównym efektem gospodarczym pozostaje oczywiście blokada Cieśniny Ormuz, która jest poważnym problemem dla rynku ropy naftowej. Obecnie wciąż trwa przeciąganie liny pomiędzy marynarką USA a Iranem. Co ciekawe, pomimo olbrzymiej dysproporcji sił wydaje się, że to Iran znacznie skutecznie kontroluje żeglugę przez ten przesmyk. Im bliżej jesteśmy zakończenia lub załagodzenia sytuacji, tym spokojniej reagują rynki. Obecnie, patrząc zarówno na napływ kapitału do dolara, jak i na wzrost ceny baryłki ropy naftowej, inwestorzy przewidują raczej kontynuację konfliktu. Tym bardziej, że nie udało się go zakończyć do wizyty prezydenta USA w Chinach.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Rumunia – decyzja NBR w sprawie stóp procentowych.

W Trójmieście buduje się prawie 200 tys. mkw. magazynów. Większość jest już wynajęta

Trójmiejski rynek magazynowo-przemysłowy wchodzi w kolejny etap rozwoju, łącząc stabilny popyt z rosnącym znaczeniem sektora produkcyjnego, portowego oraz zaawansowanych technologii. Z najnowszego raportu Savills „Market in Minutes: Trójmiasto. Rynek przemysłowo-logistyczny” wynika, że na koniec 2025 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni w regionie osiągnęły 1,82 mln m kw., co oznacza wzrost o 4% r/r. Pomimo wyraźnego spadku nowej podaży, która wyniosła 77 300 m kw., aktywność najemców pozostała wysoka. Popyt brutto sięgnął 351 700 m kw., rosnąc o 21% r/r, natomiast popyt netto zwiększył się aż o 37%, do 273 300 mkw.

– Dane za 2025 rok pokazują, że Trójmiasto pozostaje rynkiem o solidnych fundamentach. Mimo ograniczonej nowej podaży obserwowaliśmy wyraźny wzrost aktywności najemców, szczególnie w ujęciu popytu netto. To potwierdza, że region nie jest już postrzegany wyłącznie jako zaplecze dystrybucyjne północnej Polski, ale coraz częściej jako lokalizacja dla bardziej złożonych operacji logistycznych, produkcyjnych i technologicznych – mówi Piotr Kolmetz, Associate, Industrial, Savills.

Produkcja, infrastruktura i nowe impulsy rozwojowe

Jednym z czynników, które mogą dodatkowo wzmacniać pozycję północnej Polski, jest rosnące znaczenie projektów przemysłowych, infrastrukturalnych i energetycznych realizowanych w regionie. Rozwój infrastruktury krytycznej, zaplecza logistycznego, energetyki oraz terenów inwestycyjnych może sprzyjać dalszemu wzrostowi zapotrzebowania na grunty, obiekty produkcyjne, magazyny oraz infrastrukturę wspierającą działalność przedsiębiorstw.

Pomorze zyskuje także na znaczeniu jako lokalizacja dla firm produkcyjnych i technologicznych. Dostęp do portów, tradycje sektora morskiego, kompetencje w elektronice oraz aktywne wsparcie instytucji regionalnych tworzą warunki dla projektów związanych z produkcją specjalistyczną, integracją systemów, zaawansowaną logistyką oraz obsługą międzynarodowych łańcuchów dostaw

Pomorze coraz mocniejsze w sektorze high-tech

Pomorze wzmacnia zaplecze dla firm z sektora high-tech, szczególnie tych, które potrzebują sprawnych łańcuchów dostaw, dostępu do portów oraz nowoczesnej powierzchni przemysłowo-logistycznej. Według raportu Savills, kluczową przewagą Trójmiasta jest możliwość wykorzystania transportu multimodalnego, opartego m.in. na portach morskich w Gdańsku i Gdyni, w tym Baltic Hub i GCT. Region korzysta również z dostępu do wykwalifikowanych pracowników, bliskości rynków skandynawskich oraz lokalnych instytucji wspierających inwestorów.

Równolegle Trójmiasto umacnia swoją pozycję w europejskim ekosystemie półprzewodników. Sopot ponownie gościł ISS Europe, jedno z istotnych wydarzeń branży high-tech. Ten kierunek rozwoju wzmacnia dobrze rozwinięte zaplecze przemysłowo-logistyczne Trójmiasta, oparte na dostępie do transportu multimodalnego, portów w Gdańsku i Gdyni oraz bliskości rynków skandynawskich. Dzięki temu Pomorze może być coraz atrakcyjniejsze dla firm technologicznych, które potrzebują sprawnych łańcuchów dostaw i nowoczesnej infrastruktury operacyjnej.

Porty i infrastruktura wzmacniają przewagi regionu

Według Savills, jednym z kluczowych atutów aglomeracji pozostaje położenie umożliwiające sprawną obsługę transportu multimodalnego. Porty w Gdańsku i Gdyni, w tym Baltic Hub oraz GCT, tworzą naturalne zaplecze dla logistyki morskiej, dystrybucji i działalności eksportowej. Znaczenie lokalizacji wzmacniają również autostrada A1, droga ekspresowa S7 oraz rozwijana S6, której kluczowy odcinek Lębork-Słupsk ma zostać w pełni oddany do użytkowania przed wakacjami, znacząco poprawiając skomunikowanie z zachodnią częścią Pomorza i Niemcami.

– Porty morskie pozostają jednym z najważniejszych wyróżników Trójmiasta na tle innych rynków regionalnych. Bliskość terminali kontenerowych, dostęp do głównych szlaków drogowych oraz rozwijająca się infrastruktura transportowa sprawiają, że region jest naturalnym wyborem dla firm obsługujących handel międzynarodowy, dystrybucję i logistykę morską. Coraz częściej widzimy też, że ta przewaga przekłada się na decyzje najemców z sektorów produkcyjnych i technologicznych, którzy szukają lokalizacji łączących sprawną dystrybucję z dostępem do zaplecza przemysłowego – Robert Katzor, Associate Director, Industrial, Savills.

Nowe inwestycje przy ograniczonej dostępności gruntów

Na koniec 2025 roku w budowie znajdowało się 197 400 m kw. powierzchni, czyli o 69% więcej niż rok wcześniej. Co istotne, 84% realizowanych obiektów było już wynajęte, co potwierdza utrzymujące się zainteresowanie regionem ze strony operatorów logistycznych, sieci handlowych, firm farmaceutycznych oraz przedsiębiorstw produkcyjnych. Wśród największych projektów w realizacji znalazły się m.in. 7R Park Gdańsk III, 7R Park Gdańsk V oraz Panattoni Park Gdańsk West II.

Wskaźnik pustostanów wyniósł 6,4%, co oznacza wzrost o 50 punktów bazowych r/r, ale nadal pozostaje poziomem pozwalającym na zrównoważony rozwój rynku, a kolejne miesiące powinny przynieść jego spadek. Czynsze bazowe kształtują się w przedziale 4,20-5,75 EUR/m kw./miesięcznie, a efektywne wynoszą 3,50-4,70 EUR/m kw./miesięcznie, przy czym najwyższe poziomy są osiągalne w najnowszych projektach w kluczowych lokalizacjach, szczególnie w pobliżu Baltic Hub i lotniska.

W efekcie Trójmiasto pozostaje jednym z najbardziej perspektywicznych rynków przemysłowo-logistycznych w Polsce. O jego przewadze decyduje nie tylko infrastruktura transportowa, lecz także rosnąca rola portów, dostęp do wykwalifikowanej kadry oraz coraz silniejsze powiązanie logistyki z produkcją i nowymi technologiami.

TREX podsumowuje mocny kwartał. Przychody wzrosły do 21,3 mln zł

TREX S.A., spółka działająca na rynku e-commerce, zanotowała znaczący wzrost wyników w I kwartale 2026 r. Wobec analogicznego okresu w 2025 r., Spółka niemal podwoiła przychody, a wynik EBITDA wzrósł o ponad 220 proc.

Jak wynika z opublikowanego dziś raportu kwartalnego, w I kwartale 2026 r. skonsolidowane przychody Grupy TREX wyniosły 21,3 mln zł wobec 11,3 mln zł w analogicznym okresie roku poprzedniego. Z kolei wypracowany w tym okresie zysk EBITDA wzrósł do poziomu 2,6 mln zł, wobec 812 tys. zł w I kwartale 2025 r. Grupa zanotowała też wyraźny wzrost rentowności,  co potwierdza, że rozwój kolejnych kanałów sprzedaży i rynków zagranicznych przekłada się na budowę stabilnych fundamentów finansowych.

Zarząd TREX podkreśla, że miniony kwartał był dla Spółki bardzo intensywny. Wśród licznych wyzwań udało się m.in. zaplanować kolejne, ambitne etapy rozwoju TREX na lata 2026-27, co zostało zaprezentowane w nowej strategii. Przede wszystkim jednak Spółka mocno rozwinęła działalność na rynkach zagranicznych i poszerzyła zakres działalności o kolejne kraje.

Bardzo istotne w tym okresie było dla nas rozpoczęcie sprzedaży przez platformę Decathlon na rynku rumuńskim oraz węgierskim, a także otwarcie sklepów internetowych w tych krajach. Równolegle uruchomiliśmy sklepy online, skierowane do klientów w Austrii, Holandii i Francji. Rozwój międzynarodowy wymaga odpowiedzialnego podejścia do zarządzania organizacją i procesami operacyjnymi, dlatego jednym z najważniejszych priorytetów w kolejnych kwartałach będzie utrzymanie rentowności Grupy na satysfakcjonującym poziomie, przy intensywnym skalowaniu działalnościwyjaśnia Karolina Koczwara, prezeska Zarządu TREX S.A.

Jak podkreśla Prezeska Zarządu, w warunkach tak dynamicznego wzrostu ilości obsługiwanych rynków i kanałów sprzedaży, prawdziwym wyzwaniem pozostaje też utrzymanie wysokiej płynności dostaw oraz efektywnego zarządzania logistyką.

Ten obszar traktujemy nie tylko jako wyzwanie, ale jako potencjał do budowania naszej przewagi konkurencyjnej na rynku. Mocno inwestujemy w rozwój procesów operacyjnych oraz narzędzi wspierających zarządzanie sprzedażą i dostępnością produktów wyjaśnia Karolina Koczwara.

W kolejnych kwartałach Zarząd TREX chce się skoncentrować na poszerzaniu ekspansji na europejskim rynku e-commerce, rozwoju nowych kanałów dystrybucji oraz wzmacnianiu pozycji marek TREX SPORT i TREX E-SPORTS.

Inflacja w USA zmienia nastroje na rynku metali szlachetnych

Złoto i srebro znalazły się pod silną presją sprzedaży, gdy inwestorzy zaczęli ponownie wyceniać ryzyko dłuższego utrzymywania się wysokich stóp procentowych w USA. Bezpośrednim impulsem do pogorszenia nastrojów były dane inflacyjne, które wskazały na wyraźne przyspieszenie presji cenowej w amerykańskiej gospodarce. Wzrost inflacji, napędzany skutkami wojny i droższą energią, ograniczył oczekiwania na łagodzenie polityki pieniężnej przez Rezerwę Federalną, uderzając szczególnie w aktywa nieprzynoszące odsetek.

Cena złota spadła o około 1,9%, schodząc poniżej 4565 dolarów za uncję. Od poprzedniego piątku kruszec stracił około 3%, a od początku wojny jego notowania obniżyły się już o ponad 13%. Choć złoto zwykle zyskuje w okresach podwyższonej niepewności geopolitycznej, tym razem jego rolę bezpiecznej przystani osłabiły rosnące rentowności amerykańskich obligacji oraz umacniający się dolar. Jeszcze głębszą przecenę zanotowało srebro, którego cena spadła o około 6%, do okolic 78 dolarów za uncję. Był to gwałtowny zwrot po wcześniejszym dynamicznym rajdzie, podczas którego notowania metalu chwilowo zbliżyły się do 90 dolarów za uncję. Tak silny wzrost zwiększył podatność rynku na realizację zysków, zwłaszcza w warunkach pogorszenia nastrojów wobec metali szlachetnych i rosnącej awersji do bardziej zmiennych aktywów.

Presję na złoto i srebro wzmacniała sytuacja na rynku długu. Rentowność dwuletnich obligacji USA wzrosła do najwyższego poziomu od 14 miesięcy, sygnalizując, że inwestorzy coraz mocniej zakładają utrzymanie restrykcyjnej polityki pieniężnej przez Fed. Ten scenariusz wspierały również dane makroekonomiczne. Inflacja producencka w USA przyspieszyła w kwietniu do najwyższego poziomu od 2022 roku, a inflacja konsumencka wzrosła najmocniej od 2023 roku. W efekcie rynek zaczął ograniczać oczekiwania na szybkie obniżki stóp procentowych.

Istotnym źródłem napięcia pozostawała także sytuacja na rynku energii. Cieśnina Ormuz jest praktycznie zamknięta, co podtrzymuje kryzys energetyczny i zwiększa obawy o dalszy wzrost kosztów surowców. Cena czerwcowych kontraktów terminowych na ropę WTI zbliżą się do 105 dolarów za baryłkę, a droższa energia wzmacnia ryzyko utrwalenia inflacji. Dla metali szlachetnych oznacza to trudne otoczenie: z jednej strony utrzymuje się napięcie geopolityczne, z drugiej rosną oczekiwania, że banki centralne będą zmuszone dłużej utrzymywać wysokie stopy procentowe.

Dodatkowym czynnikiem obciążającym rynek złota były decyzje Indii, które zaostrzyły zasady importu kruszcu, próbując bronić rupii po wcześniejszym podniesieniu ceł importowych. Pogorszyło to nastroje popytowe na jednym z największych rynków złota na świecie i zwiększyło presję na ceny.

Ostatnie spadki pokazują, że metale szlachetne tracą wsparcie w środowisku rosnących rentowności, silnego dolara i uporczywej inflacji. Złoto nie zdołało w pełni wykorzystać swojego statusu bezpiecznej przystani, ponieważ rynek większą wagę przywiązuje obecnie do perspektywy dłużej utrzymujących się wysokich stóp procentowych. Srebro znalazło się pod jeszcze większą presją, gdyż inwestorzy realizowali zyski po wcześniejszym rajdzie. W efekcie cały segment metali szlachetnych pozostaje wrażliwy na kolejne dane inflacyjne, ruchy na rynku obligacji oraz rozwój sytuacji na rynku energii.

Dlaczego firmy B2B powinny łączyć reklamy na Google Ads, Facebook i LinkedIn? Podejście AdWise

Jeszcze kilka lat temu wiele firm B2B opierało pozyskiwanie leadów niemal wyłącznie na Google Ads. Dziś skuteczność kampanii coraz rzadziej zależy od jednego kanału. Nie dlatego, że Google Ads przestał działać, ale dlatego, że proces zakupowy klienta B2B całkowicie się zmienił. W 2026 roku moment wyszukiwania nie jest początkiem decyzji zakupowej, lecz jedynie fragmentem dużo dłuższego procesu.

W AdWise obserwujemy, że firmy opierające marketing wyłącznie na jednym źródle ruchu coraz częściej przepalają budżet i tracą klientów pomiędzy kanałami. Najlepsze wyniki osiągają dziś marki, które łączą Google Ads, LinkedIn oraz Meta Ads w jeden spójny system marketingowy. Jakie jednak konsekwencje ponoszą firmy, które nadal opierają marketing B2B wyłącznie na jednym kanale?

Dlaczego tradycyjny model kampanii B2B przestaje działać?

Największy problem tradycyjnego podejścia polega na tym, że firmy próbują pozyskiwać klientów wyłącznie w momencie aktywnego wyszukiwania oferty. Tymczasem dzisiejszy proces zakupowy B2B wygląda inaczej: klient nie podejmuje decyzji po jednym kliknięciu reklamy. Wraca do marki wielokrotnie, konsumuje treści w różnych kanałach i przechodzi między platformami, zanim skontaktuje się z działem sprzedaży.

Mimo zmian w zachowaniach klientów wiele firm nadal działa według starego modelu:

  • Google Ads traktowany jest jako główne lub jedyne źródło leadów,
  • Facebook uznawany jest za kanał nieskuteczny w B2B,
  • LinkedIn oceniany jest wyłącznie przez pryzmat wysokiego kosztu kliknięcia,
  • kampanie działają niezależnie od siebie i komunikują różne rzeczy.

Co to oznacza w praktyce?

  • coraz wyższy koszt pozyskania klienta,
  • niższą jakość leadów,
  • wydłużenie procesu sprzedaży,
  • ograniczone możliwości skalowania kampanii,
  • utratę użytkowników między kanałami.

Firmy pracują wtedy na fragmentach procesu zakupowego, zamiast budować spójny system prowadzący użytkownika do momentu podjęcia decyzji zakupowej.

Jak projektujemy skuteczne kampanie wielokanałowe w AdWise?

W AdWise nie traktujemy Google Ads, LinkedIn i Meta Ads jako oddzielnych działań reklamowych. Projektujemy je jako elementy jednego systemu sprzedażowego, w którym każdy kanał odpowiada za inny etap procesu zakupowego klienta B2B. Ponieważ w rzeczywistości użytkownik bardzo rzadko po pierwszym kontakcie z marką od razu wysyła formularz kontaktowy.

Znacznie częściej użytkownik najpierw styka się z marką w jednym z kanałów, później wraca do niej na kolejnych etapach researchu i dopiero po czasie wpisuje konkretne zapytanie w Google. Dlatego skuteczny marketing B2B nie powinien opierać się wyłącznie na odpowiadaniu na istniejący popyt, ale również na wcześniejszym adresowaniu wyzwań, problemów i potrzeb potencjalnego klienta

„Google Ads daje możliwość pracy na całym lejku marketingowym – od budowania świadomości i edukacji użytkownika, aż po moment kontaktu z firmą. Tymczasem wiele przedsiębiorstw wykorzystuje go wyłącznie na końcu procesu, kiedy klient porównuje już konkretne oferty i często zna wcześniej konkurencję. W efekcie płacą coraz więcej za użytkowników, którzy są już bardzo blisko wyboru innego dostawcy” – mówi Patryk Michalec, lider zespołu performance marketingu w AdWise.

Google Ads – moment przechwycenia decyzji zakupowej

Google Ads nadal pozostaje jednym z najważniejszych kanałów w marketingu B2B, ponieważ pozwala docierać do użytkowników dokładnie w momencie aktywnego zainteresowania konkretnym rozwiązaniem. To właśnie dlatego kampanie w wyszukiwarce bardzo często odpowiadają za pozyskiwanie najbardziej wartościowych zapytań sprzedażowych.

Jednocześnie skuteczność działań Google Ads coraz rzadziej zależy wyłącznie od samej kampanii w wyszukiwarce. W sektorze B2B użytkownik znacznie częściej podejmuje kontakt z firmą dopiero po wcześniejszych interakcjach z marką w innych kanałach, które budują rozpoznawalność i ułatwiają podjęcie decyzji

LinkedIn Ads – dotarcie do decydentów, zanim zaczną szukać

LinkedIn pełni w marketingu B2B zupełnie inną funkcję niż Google Ads. To kanał, który pozwala docierać do konkretnych osób decyzyjnych jeszcze zanim rozpoczną aktywne poszukiwanie rozwiązania lub kontakt z dostawcami.

W działaniach B2B LinkedIn najczęściej odpowiada za budowanie świadomości problemu, pozycjonowanie marki jako eksperta oraz docieranie do konkretnych stanowisk i branż. To właśnie tutaj bardzo często pojawia się pierwszy kontakt użytkownika z marką. Ma to szczególne znaczenie w firmach, gdzie decyzje zakupowe angażują kilka osób po stronie klienta.

Meta Ads – utrzymanie obecności marki w procesie zakupowym

Wiele firm nadal zakłada, że Meta i Instagram nie odgrywają większej roli w marketingu B2B. W rzeczywistości kanały Meta bardzo często odpowiadają za utrzymywanie regularnego kontaktu z użytkownikiem pomiędzy kolejnymi etapami procesu zakupowego.

Meta Ads pozwala wzmacniać wcześniejsze komunikaty, przypominać o marce i utrzymywać uwagę użytkownika również wtedy, gdy nie znajduje się on jeszcze na etapie aktywnego wyszukiwania rozwiązania. Dzięki temu użytkownik wielokrotnie styka się z marką przed podjęciem decyzji zakupowej.

Ma to szczególne znaczenie w B2B, gdzie decyzje zakupowe rzadko zapadają natychmiast. Regularna obecność marki w różnych kanałach skraca dystans do kontaktu z działem sprzedaży i zwiększa szansę, że użytkownik wróci właśnie do tej firmy w momencie podjęcia decyzji.

Dlaczego połączenie kanałów daje efekt skali?

Największym ograniczeniem modelu opartego na jednym kanale jest jego niestabilność. Wyniki zaczynają zależeć od pojedynczego źródła ruchu, kosztów kliknięcia, zmian algorytmów oraz rosnącej konkurencji.

Połączenie Google Ads, LinkedIn i Meta Ads pozwala rozłożyć ciężar pozyskiwania klientów między różne działania oraz etapy komunikacji. Dzięki temu marketing nie opiera się wyłącznie na jednym momencie kontaktu z użytkownikiem.

Efekt?

  • kampanie stają się bardziej przewidywalne,
  • firma buduje stabilniejszy system lead generation,
  • łatwiejsze skalowanie działań,
  • mniejsza zależność od jednego kanału,
  • lepsze wykorzystanie budżetu reklamowego.

Co firmy zyskują dzięki podejściu AdWise?

Większą przewidywalność działań marketingowych

Firma nie uzależnia wyników od jednego kanału ani chwilowych zmian kosztów reklamowych.

Lepsze przygotowanie użytkownika do rozmowy sprzedażowej

Kontakt z marką następuje wcześniej, dzięki czemu użytkownik trafiający do działu sprzedaży lepiej rozumie problem i dostępne rozwiązania.

Krótszą drogę od pierwszego kontaktu do decyzji

Regularna obecność marki w różnych kanałach ogranicza moment startu od zera przy każdej kolejnej interakcji z użytkownikiem.

Skuteczniejsze docieranie do osób decyzyjnych

Różne kanały umożliwiają komunikację z kilkoma uczestnikami procesu zakupowego jednocześnie, również na różnych etapach decyzji.

Większą odporność na zmiany rynkowe

Marketing nie opiera się wyłącznie na konkretnym źródle ruchu, dzięki czemu firma może rozwijać działania stabilniej oraz bez gwałtownego wzrostu kosztów pozyskania klienta.

Dla jakich firm model AdWise ma największy sens?

Jeszcze kilka lat temu wielu firmom wystarczała dobra widoczność w Google i pojedyncze kampanie nastawione na szybkie pozyskanie kontaktu. Dziś w sprzedaży B2B coraz częściej wygrywają marki, które potrafią utrzymywać uwagę użytkownika na różnych etapach procesu decyzyjnego oraz konsekwentnie budować przewagę między kolejnymi punktami kontaktu z klientem. Właśnie dlatego podejście marketingowe AdWise najlepiej sprawdza się w firmach, gdzie sprzedaż wymaga czasu, zaangażowania kilku decydentów i regularnej obecności marki w wielu kanałach jednocześnie.

Polska nauka bliżej biznesu. Zespół doradczy przedstawił rekomendacje dla transferu technologii

Powołany niespełna rok temu zespół doradczy ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych przedstawił rekomendacje, które mają pomóc lepiej wykorzystać potencjał polskiej nauki w rozwoju gospodarki, technologii, usług publicznych i budowie społeczeństwa opartego na wiedzy. Kluczowe rozwiązania zostały już uwzględnione w nowym modelu ewaluacji jakości działalności naukowej.

Rekomendacje są efektem współpracy przedsiębiorców, założycieli i menedżerów firm deep tech, naukowców z doświadczeniem zarządczym oraz liderów instytucji nauki. W przygotowanie projektu zmian dotyczących współpracy nauki i biznesu zaangażowani byli również eksperci transferu technologii, specjaliści ds. przedsiębiorczości akademickiej i finansowania innowacji oraz przedstawiciele środowiska akademickiego.

Główny wniosek z naszych prac jest taki, że potrzebujemy dzisiaj w Polsce przejścia od systemu wytwarzania wiedzy, bo wytwarzanie wiedzy jest już naszą mocną stroną, do systemu współtworzenia technologii i wpływu społeczno-gospodarczego – mówi Natalia Osica, przewodnicząca zespołu doradczego ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych. – Tu kluczem jest słowo „współtworzenie”, bo my uważamy, że naukowcy sami tego nie zrobią, potrzebują zaangażowania wszystkich stron.

Transfer wiedzy zależy od silnych uczelni

Środowisko akademickie podkreśla, że skuteczny transfer wiedzy i technologii zależy od silnych uczelni, stabilnego finansowania badań oraz mechanizmów premiujących realny wpływ badań na rozwój społeczno-gospodarczy.

Polskie uczelnie są gotowe do aktywnego udziału w budowaniu gospodarki opartej na wiedzy. Warunkiem powodzenia jest jednak system, który wzmacnia jakość badań, wspiera naukowców w ścieżce wdrożeniowej i pozwala uczelniom działać jako równorzędni partnerzy administracji, biznesu i inwestorów – zaznacza prof. Bogumiła Kaniewska, przewodnicząca KRASP.

Trzy filary i dziewięć rekomendacji

Agenda na rzecz współpracy nauki i biznesu obejmuje 9 rekomendacji operacyjnych pogrupowanych w trzy filary: gotowość środowiska akademickiego do przekładania wiedzy na wartość społeczno-gospodarczą, budowę bezpiecznego i przewidywalnego systemu transferu wiedzy i technologii oraz zintegrowany proces rozwoju badań w kierunku wdrożeń.

Wśród najważniejszych propozycji znalazły się m.in.: rozwój przedsiębiorczości akademickiej, powiązanie ewaluacji działalności naukowej z efektami wdrożeniowymi, uproszczenie zasad komercjalizacji własności intelektualnej, wsparcie dla akademickich spółek spin-off oraz uporządkowanie finansowania badań
i technologii w jeden cykl – od wyników badań do wdrożenia.

Kluczowe rozwiązania zespołu stały się fundamentem nowego modelu ewaluacji jakości działalności naukowej, który trafi pod obrady rządu już w czerwcu – zapowiada prof. Maria Mrówczyńska, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.

Nie tylko finansowanie

Autorzy rekomendacji wskazują, że problemem polskiego systemu jest nie tylko poziom finansowania nauki, lecz także brak spójnej architektury przejścia od badań do praktyki. Wyniki badań zbyt często nie przechodzą kolejnych etapów tworzenia wartości – od proof of concept po wdrożenie, licencję albo spółkę technologiczną.

Wśród najważniejszych propozycji znalazły się trzy inicjatywy ponadresortowe: Science to Market – mechanizm zapewniający ciągłość finansowania od wyników badań do wdrożenia, budowa globalnie konkurencyjnego ośrodka badawczego oraz DeepTech Starter – mechanizm inkubacji i inwestycji zalążkowych dla spin-offów uczelnianych.

Rekomendacje obejmują także standaryzację zasad transferu wiedzy i technologii, uproszczenie zasad komercjalizacji własności intelektualnej oraz stworzenie systemu monitorowania danych dotyczących transferu technologii.

Potrzeba przewidywalnych warunków

Uczelnie potrzebują stabilnych i przewidywalnych warunków działania. Jeżeli chcemy, aby badania prowadzone w Polsce częściej stawały się podstawą nowych technologii, firm i polityk publicznych, musimy zapewnić naukowcom bezpieczne ścieżki rozwoju, jasne zasady komercjalizacji oraz wsparcie instytucjonalne na kolejnych etapach pracy nad wdrożeniem – podkreśla prof. Bogumiła Kaniewska, przewodnicząca KRASP.

Ważnym elementem rekomendacji jest także mechanizm budowania prestiżu dla działań naukowców
i instytucji rozwijających gospodarkę i społeczeństwo oparte na wiedzy. Ma temu służyć Science Impact Poland, obejmujący m.in. nagrody, grant dla najbardziej wpływowego podmiotu oraz rozwój społeczności liderów współpracy nauki z otoczeniem społeczno-gospodarczym.

Nie jesteśmy małą wyspą, która jest odizolowana. Ten świat już nie istnieje. Geopolityka powoduje, że my tak naprawdę nie możemy patrzeć tylko i wyłącznie na nasze własne podwórko, również od strony tego, jak biznes współpracuje z nauką. I tutaj ważne jest to, żebyśmy bardzo szybko wyciągali te wnioski, żebyśmy nie czekali kolejnych 20 lat, bo za 20 lat po prostu będzie za późno – mówi Michał Spoczyński, członek zarządu Pracodawców RP.

Transfer wymaga współpracy

Autorzy rekomendacji podkreślają, że skuteczny transfer wiedzy i technologii wymaga współodpowiedzialności uczelni, administracji publicznej, instytucji finansujących oraz partnerów gospodarczych.

Zbudowaliśmy most, ale żeby ten most, który zbudowaliśmy naszym raportem, zadziałał, potrzebna jest też podaż i popyt – wskazuje Natalia Osica, przewodnicząca zespołu doradczego ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych.

Autorzy rekomendacji są zgodni, że konieczne jest zarówno większe zainteresowanie biznesu współpracą
z nauką, jak i dalsze działania państwa wspierające rozwój badań i wdrożeń.

Stawką jest nie tylko liczba wdrożeń czy patentów. Stawką jest to, czy Polska będzie potrafiła organizować wiedzę jako jedno z głównych źródeł swojego rozwoju. Uczelnie powinny być ważnym uczestnikiem tego procesu – jako miejsca prowadzenia badań, kształcenia kadr i tworzenia rozwiązań potrzebnych gospodarce i społeczeństwu – podsumowuje prof. Bogumiła Kaniewska, szefowa KRASP.

Red Square Games S.A. podsumowuje I kwartał 2026 r.

Red Square Games S.A. – notowana na rynku NewConnect spółka gamedev, podsumowuje I kwartał 2026 r. Spółka dynamicznie rozwija kluczowe projekty, w tym Twilight Imperium Digital, które przekroczyło poziom 80 tys. zapisów na wishliście Steam, plasując tytuł na 582. miejscu w rankingu Top Wishlisted Steam. Równolegle firma konsekwentnie rozbudowuje portfolio gier planszowych, które wzrosło do 11 tytułów i pozostaje jednym z kluczowych filarów jej działalności.

I kwartał 2026 r. był dla nas okresem dalszej realizacji przyjętej strategii rozwoju opartej na dwóch filarach: produkcji gier cyfrowych i rozwoju portfolio gier planszowych. Szczególnie istotny jest dla nas postęp prac nad grą Twilight Imperium Digital, która generuje rosnące zainteresowanie społeczności graczy, co potwierdza przekroczenie poziomu 80 tys. zapisów na wishliście Steam i buduje solidny pipeline na kolejne okresy – mówi Krzysztof Wolicki, prezes zarządu Red Square Games S.A.

Twilight Imperium Digital to wierna, cyfrowa adaptacja kultowej gry planszowej, zachowująca jej złożoność, głębię strategiczną oraz klimat galaktycznego konfliktu i intryg politycznych. Tytuł pozostaje jednym z kluczowych projektów spółki i buduje długoterminowy potencjał jej wzrostu.

Kolejnym ważnym wydarzeniem minionego kwartału było ukończenie przez zespół gry Sancticide realizowanej na zlecenie Sylen Studio, która trafiła do graczy 11 marca br. Tytuł inspirowany twórczością pisarza Michała Gołkowskiego przenosi użytkowników do mrocznego świata biblijnej apokalipsy. Premiera wersji 1.0 stanowi ważny etap komercjalizacji produkcji.

Poza grami cyfrowymi Red Square Games S.A. w I kwartale 2026 r. skupiała się na rozwoju portfolio wydawniczego gier planszowych, które obejmuje już 11 projektów. Wśród rozwijanych i licencjonowanych tytułów znajdują się m.in. Blooming Sea, Orbita, Under the Leaves, Cereal Killer oraz kolejne produkcje znajdujące się na różnych etapach przygotowań do premiery.

Rozwój naszego portfolio gier planszowych pokazuje, jak istotnym i perspektywicznym obszarem działalności stał się ten segment. Systematyczne zwiększanie liczby projektów oraz współpraca z partnerami z Korei Południowej, Kanady, Chile oraz Hiszpanii pozwalają nam budować skalowalny katalog wydawniczy i wzmacniać naszą pozycję na rynkach międzynarodowych – dodaje Krzysztof Wolicki.

Obecnie spółka przygotowuje się do premiery gry planszowej Artistry (Kunszt), zaplanowanej na 27 maja 2026 r. Tytuł osadzony jest w klimacie inspirowanym secesją i pozwoli graczom wcielić się w początkujących artystów rywalizujących o uznanie oraz budujących swoją pozycję w świecie sztuki.

W I kwartale 2026 r. Red Square Games S.A. wypracowała 571,3 tys. zł przychodów netto ze sprzedaży oraz 43,6 tys. zł zysku netto, przy jednoczesnej istotnej poprawie efektywności operacyjnej i redukcji kosztów działalności o 37,6% r/r do poziomu 527,2 tys. zł. W marcu 2026 r. spółka pozyskała 1 mln zł finansowania w ramach emisji akcji serii I, co wzmacnia jej sytuację płynnościową i wspiera dalszy rozwój projektów. Na koniec okresu suma bilansowa wyniosła 2,18 mln zł wobec 1,99 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 9,3% r/r, a kapitały własne ukształtowały się na poziomie 1,47 mln zł.

Red Square Games S.A. konsekwentnie realizuje przyjętą strategię opartą na dywersyfikacji działalności, rozwoju własnych IP oraz budowie międzynarodowego portfolio wydawniczego. Zarząd podkreśla, że spółka znajduje się w fazie intensywnego rozwoju, a realizowane projekty – zarówno w segmencie gier cyfrowych, jak i planszowych – budują podstawy wzrostu skali działalności w kolejnych okresach, przy czym pełna komercjalizacja kluczowych tytułów planowana jest na lata 2026–2027.

Green Lanes przechodzi od inwestycji do komercjalizacji. Strumber® wchodzi w fazę rozruchu

Spółka Green Lanes opublikowała raport za I kwartał 2026 roku. Dla Grupy był to okres kontynuacji działań związanych z ukończeniem głównego etapu strategicznej inwestycji a następnie uruchomieniem rozruchu pierwszego na świecie zakładu produkującego Strumber®, dalszym skalowaniem zaplecza operacyjnego oraz wzmacnianiem fundamentów finansowych pod rozwój działalności komercyjnej. Równolegle Spółka koncentrowała się na finalizacji procesów organizacyjnych i inwestycyjnych, rozwijaniu relacji z partnerami przemysłowymi i handlowymi.

– Pierwszy kwartał 2026 roku był dla nas naturalną kontynuacją intensywnych działań inwestycyjnych realizowanych w poprzednich okresach. Koncentrowaliśmy się przede wszystkim na sprawnym uruchomieniu rozruchu produkcji Strumber® oraz dalszym przygotowaniu organizacji do przejścia w etap działalności komercyjnej. Rozpoczęcie rozruchu pierwszej na świecie linii produkcyjnej Strumber® to przejście z etapu inwestycji i przygotowań technologicznych do pracy na docelowej instalacji przemysłowej. Aktualnie koncentrujemy się na ostatecznej kalibracji parametrów produktu komercyjnego, tak aby zapewnić powtarzalność jakości, stabilność procesu i zgodność materiału z wymaganiami odbiorców. W kolejnych tygodniach będziemy konsekwentnie zwiększać wolumeny produkcji, równolegle dopracowując ustawienia linii i towarzyszące procesy operacyjne – mówi Piotr Pietras, współzałożyciel, akcjonariusz i Prezes Zarządu Green Lanes S.A.

W I kwartale 2026 roku Green Lanes kontynuował działania związane z uruchomieniem zakładu produkcyjnego w Tarnawatce Tartak. Grupa prowadziła dalsze prace w zakresie infrastruktury technologicznej oraz procesów operacyjnych niezbędnych do osiągnięcia docelowej wydajności produkcyjnej. W I kwartale br. zakończono ostatni etap inwestycji obejmujący budowę kotłowni oraz instalację kotła parowego, co umożliwiło przejście do fazy rozruchu produkcji Strumber®. Jednocześnie Grupa podjęła decyzję o dalszym rozwoju zdolności produkcyjnych zakładu w Tarnawatce poprzez rozbudowę infrastruktury o linię do produkcji płyt warstwowych na bazie Strumber® – dostawa i instalacja linii planowana jest na przełom II i III kwartału 2026 roku.

Równolegle Spółka zapewniła finansowanie dalszego rozwoju, pozyskując w I kwartale 2026 roku 9 mln zł brutto. Dzięki tej rundzie Green Lanes wzmocnił swoją pozycję kapitałową i zabezpieczył środki na kontynuację uzupełniających inwestycji, rozwój infrastruktury wspierającej oraz skalowanie działalności produkcyjnej i handlowej.

Konsekwentnie realizujemy przyjętą strategię rozwoju i wzmacniamy fundamenty organizacyjne oraz finansowe Grupy. Przeprowadzenie z sukcesem emisji akcji i pozyskanie 9 mln zł potwierdza zaufanie inwestorów do naszego modelu biznesowego i kierunku rozwoju Green Lanes. Szczególnie cieszy nas dołączenie do grona akcjonariuszy kolejnego inwestora instytucjonalnego – TFI PZU – co dodatkowo wzmacnia naszą pozycję i potencjał dalszego wzrostu. Obok działań operacyjnych nakierowanych na doskonalenie procesów produkcyjnych i komercjalizację Strumber®, realizujemy także zapowiedziane uproszczenie struktury organizacyjnej Grupy Green Lanes – ostatni etap zakończymy w 2026 r., co dalej przełoży się na zwiększenie efektywności zarządzania i dyscyplinę kosztową mówi Jacek Kramarz, współzałożyciel, akcjonariusz i Wiceprezes Zarządu Green Lanes S.A.

Strumber® to innowacyjna tarcica wytwarzana z roślin jednorocznych, stanowiąca alternatywę dla wysokogatunkowego drewna liściastego. Materiał został opracowany jako odpowiedź na rosnące wyzwania związane z dostępnością drewna oraz potrzebą wdrażania bardziej zrównoważonych rozwiązań materiałowych dla przemysłu meblarskiego i drzewnego. Co istotne, do produkcji Strumber® nie zostaje ścięte ani jedno drzewo.

W I kwartale 2026 roku Grupa kontynuowała działania związane z komercjalizacją produktów Strumber® oraz rozwojem współpracy z partnerami branżowymi w kraju i za granicą. Green Lanes rozwija relacje zarówno z producentami mebli i komponentów drewnianych, jak i dystrybutorami materiałów dla przemysłu meblarskiego. Dotychczas Spółka zawarła umowy o współpracy i przedwstępne umowy sprzedaży m.in. z Vank Sp. z o.o. – renomowanym producentem mebli biurowych i systemów akustycznych, Grupą Drewmet – producentem obłogów i lameli drewnianych – oraz ogólnopolskim dystrybutorem materiałów dla przemysłu meblarskiego i drzewnego. Natomiast pod koniec stycznia 2026 roku Green Lanes podpisał pierwszą zagraniczną umowę handlową z hiszpańską firmą ExperMuebles Mateusz Szymczyk.

Green Lanes pozostawał aktywny również w obszarze działalności B+R. W I kwartale 2026 roku Grupa podpisała umowę z PARP dotyczącą dofinansowania projektu „Opracowanie technologii wytwarzania kompozytu Gramber z surowców potartacznych oraz łodyg roślin jednorocznych”. Wartość projektu wynosi ok. 5,2 mln zł, z czego ok. 3,8 mln zł stanowi dofinansowanie. Działania te wpisują się w długoterminową strategię budowy przewag technologicznych oraz rozwoju portfolio nowoczesnych materiałów ekologicznych.

W 2026 roku Grupa kontynuowała również proces reorganizacji i upraszczania struktury kapitałowej. Ukończony został proces połączenia Green Lanes S.A. z dwoma spółkami zależnymi, tj. Green Lanes Farming sp. z o.o. i Green Lanes Proteins sp. z o.o. Aktualnie w skład Grupy wchodzi Green Lanes S.A. jako spółka dominująca oraz spółka zależna The True Green S.A., której połączenie z Green Lanes S.A. zaplanowane jest do końca 2026 r. Uproszczenie struktury organizacyjnej pozytywnie wpływa na efektywność zarządzania, ograniczenie kosztów administracyjnych oraz uproszczenie procesów operacyjnych i nadzorczych w Grupie.

Wyniki finansowe Grupy za I kwartał 2026 roku odzwierciedlają aktualny etap rozwoju Spółki, skoncentrowany na inwestycjach, rozruchu produkcji oraz przygotowaniu do rozpoczęcia działalności komercyjnej. Wchodząc w kolejne kwartały 2026 roku Green Lanes koncentruje się na zakończeniu fazy rozruchowej, rozpoczęciu sprzedaży Strumber® na skalę komercyjną oraz dalszym zwiększaniu efektywności operacyjnej. Priorytetem Grupy pozostaje dalsze skalowanie działalności, rozwój relacji handlowych oraz budowa pozycji Strumber® jako nowoczesnej i zrównoważonej alternatywy dla drewna.

W ramach działań wspierających komercjalizację Strumber® oraz budowę rozpoznawalności marki na rynkach krajowych i zagranicznych Green Lanes planuje udział w najważniejszych wydarzeniach branżowych. Spółka będzie obecna podczas Furnitech Expo w Warszawie, które odbędzie się w dniach 26–28 maja 2026 roku, Warsaw Home w Warszawie zaplanowanych na 21–24 października 2026 roku, a także podczas Dutch Design Week w Eindhoven w Holandii, odbywającego się w dniach 17–25 października 2026 roku. Udział w targach stanowi element strategii rozwoju sprzedaży oraz budowy międzynarodowej sieci partnerów handlowych i przemysłowych zainteresowanych wdrażaniem nowoczesnych, ekologicznych materiałów alternatywnych dla drewna.

7Levels z 0,16 mln zł zysku w I kw. 2026 r.

Ponad 0,6 mln zł przychodów ze sprzedaży wypracował 7Levels w pierwszym kwartale 2026 r. Zysk operacyjny krakowskiego developera wyniósł niespełna 0,16 mln zł.

– I kwartał był zdecydowanie najspokojniejszym, jeśli chodzi o premiery planowane na ten rok. Mimo tego wypracowaliśmy satysfakcjonujące wyniki. Na nasze przychody złożyło się kilkanaście tytułów wydanych na przestrzeni lat, co jest świetnym dowodem na to, że strategia przez nas obrana jest skuteczna – w okresach bez premier, zabezpieczamy kontynuowanie projektów w produkcji. Warto również odnotować spadek kosztów własnych o około ¼, co jest efektem konsekwentnych działań ukierunkowanych na optymalizację kosztów oraz bardziej efektywne zarządzanie zasobami – tłumaczy Krzysztof Król, wiceprezes 7Levels

W I kwartale spółka wprowadziła do sprzedaży wydania pudełkowe Castle of Heart: Retold na PlayStation 5 i Nintendo Switch oraz Warplanes Bundle na tych samych platformach. Jednocześnie spółka pracowała nad premierami Kong: Survivor Instinct na Epic Games Store (PC) oraz Football Cup 2026 na Nintendo Switch. Oba tytuły zadebiutowały w kwietniu i będą miały wpływ na wyniki kolejnych okresów. W przypadku Kong: Survivor Instinct, 7Levels jeszcze w tym roku planuje premierę na platformie Nintendo Switch. Według krakowskiego wydawcy, debiut na tej platformie nastąpić do końca III kwartału 2026 roku.

Równolegle studio prowadzi prace nad nowymi, autorskimi projektami. Szczegóły dotyczące ich rozwoju Spółka będzie starała się sukcesywnie przekazywać w raportach bieżących. Część z nowych gier może powstać we współpracy z podmiotami zewnętrznymi w celu optymalizacji kosztów i skrócenia cyklu produkcyjnego.

Polski rząd pod cyberostrzałem. Blisko 3000 ataków tygodniowo na instytucje publiczne

Polskie instytucje rządowe znów na czele europejskiej listy cyberataków. W ciągu zaledwie tygodnia cyberprzestępcy dokonują blisko 3000 prób ataku na polski rząd i instytucje publiczne – wynika z najnowszego raportu Check Point Research, która analizuje zagrożenia państw na całym świecie. Polska, obok Włoch i Hiszpanii znajduje się w czołówce europejskiej listy najbardziej zagrożonych państw atakami na rządowe instytucje.

Państwo Liczba ataków na instytucje rządowe
Włochy 5475
Hiszpania 3260
Polska 2916
Czechy 2745
Francja 2527
Austria 2399
Holandia 1233

 

Co ciekawe, liczba ataków na polskie instytucje rządowe jest o 80 proc. większa niż drugi najbardziej zagrożony sektor finansów (1795) czy sektor energetyczny i użyteczności publicznej (1662). Polska administracja musi odpierać więcej ataków (2916) niż wynosi średnia dla instytucji rządowych na świecie (2795). W ciągu roku liczba ataków wzrosła średnio o 18%, a od połowy ubiegłego roku nawet o 40%.

Ryzyko i intensywność ataków cybernetycznych rosną od wielu miesięcy. Podczas gdy w połowie 2025 roku zanotowaliśmy 2000 ataków na sektor rządowy to obecnie mamy ich już o 40% więcej. Polskie instytucje rządowe odpierają blisko 3000 ataków tygodniowo – więcej niż rząd Czech (2745), Francji (2527) czy Austrii (2399) – podkreśla Krzysztof Nierodka, menedżer w polskim oddziale Check Point Software Technologies.Polska wśród najbardziej atakowanych rządów w Europie Polska wśród najbardziej atakowanych rządów w Europie

Jak wynika z obserwacji Check Point Research, liczba ataków na instytucje rządowe rośnie nie tylko w Polsce – praktycznie w każdym z analizowanych państw hakerzy zwiększyli intensywność swoich działań, co wiąże się ze wzrostem ryzyka. Polska – ze względu na znaczenie geopolityczne oraz czynny udział w realizacji europejskiej strategii NATO – staje się jednym z kluczowych celów wrogich operacji cybernetycznych i dezinformacyjnych.

Potwierdzają to dane polskiego rządu, według których w 2025 roku Polska odnotowała rekordową liczbę cyberataków — o ponad 140% więcej niż w 2024 roku. Z 682 tys. zgłoszonych przypadków zespoły reagowania obsłużyły 273 tys. incydentów. – Rok 2025 był rekordowy pod względem ataków i incydentów, które spadły na Polskę, których Polska doświadczyła. Cyfrowa wojna, która w Polsce i z Polską toczona przez inne państwa trwa, jest coraz bardziej widoczna w faktach – informował w połowie kwietnia br. wicepremier Krzysztof Gawkowski. Liczba incydentów obsłużonych przez zespół przy Ministerstwie Obrony wzrosła o prawie 70% rok do roku.

W obecnych uwarunkowaniach geopolitycznych cyberataki nie mogą być traktowane wyłącznie jako problem techniczny, lecz jako istotny komponent działań hybrydowych, ukierunkowanych na destabilizację państwa oraz erozję jego odporności instytucjonalnej i społecznej. Wymaga to systemowego podejścia do cyberbezpieczeństwa, obejmującego zarówno wzmocnienie zdolności prewencyjnych i reagowania, jak i budowanie świadomości oraz odporności na poziomie całego społeczeństwa – zauważa Wojciech Głażewski, dyrektor firmy Check Point Software Technologies w Polsce.

OPINIA EKSPERTA

– Polska, ze względu na swoje położenie geograficzne w Europie Wschodniej oraz szerszy kontekst bezpieczeństwa regionalnego, pozostaje w centrum zainteresowania zaawansowanych, powiązanych z państwami grup odpowiedzialnych za ataki cybernetyczne. Podmioty te prowadzą zarówno działania dezinformacyjne, jak i operacje cybernetyczne z wykorzystaniem złośliwego oprogramowania służącego do pozyskiwania informacji wywiadowczych, a w niektórych przypadkach także do potencjalnego zakłócania działania systemów. Do najbardziej znanych grup związanych z tego typu aktywnością należą Sandworm, APT29 oraz APT28 – Sergey Shykevich, Check Point Threat Intelligence Unit Manager

Europa na celowniku hakerów

Europa jako jeden z najbogatszych i najbardziej cyfrowo połączonych regionów świata, staje się coraz atrakcyjniejszym celem dla cyberprzestępców dążących do zysków finansowych i wpływu, co w połączeniu z rozbudowaną infrastrukturą cyfrową i znaczeniem gospodarczym przekłada się na rosnącą skalę zagrożeń. W marcu 2026 roku cyberatak uderzył w infrastrukturę chmurową wykorzystywaną przez Komisję Europejską do obsługi platformy Europa.eu — kluczowego ekosystemu, na którym funkcjonują strony Komisji, Parlamentu Europejskiego, Rady UE i innych instytucji unijnych.

To zdarzenie wpisuje się w szerszy trend: Jak wynika z raportu ENISA 2026 administracja publiczna pozostaje najbardziej atakowanym sektorem w UE, odpowiadając za około 38,5% wszystkich incydentów. Choć zdecydowaną większość stanowią stosunkowo mało dotkliwe ataki typu DDoS (aż 94,8%), coraz większym problemem staje się ransomware, które szczególnie dotyka samorządy i lokalne instytucje, narażając je na poważne zakłócenia działania i straty finansowe.

Szczególne obawy budzą działania grup powiązanych z Rosją — jak wskazał szwedzki minister obrony cywilnej Carl-Oskar Bohlin, ich metody ewoluują od prostych ataków typu DDoS w kierunku bardziej destrukcyjnych operacji wymierzonych w europejskie organizacje. Przykładem jest próba poważnego ataku na polską sieć energetyczną w grudniu 2025 roku, przypisywana grupie związanej z rosyjskim wywiadem, a także szeroko zakrojona kampania grupy Fancy Bear, która wykorzystywała słabo zabezpieczone routery Wi-Fi do pozyskiwania haseł, e-maili i wrażliwych danych z instytucji rządowych i wojskowych w Europie oraz Ameryce Północnej.

Skala problemu ma również wymiar ekonomiczny — według Światowego Forum Ekonomicznego cyberprzestępczość stanowi już trzecią największą „gospodarkę” świata po USA i Chinach (World Economic Forum), a globalne wydatki na cyberbezpieczeństwo dynamicznie rosną: rynek ma osiągnąć wartość 424,97 mld dolarów do 2030 roku, przy rocznych wydatkach sięgających 240 mld dolarów już w 2026 roku (Grand View Research, SentinelOne). Jednocześnie firmy przeznaczają średnio około 2 700 dolarów rocznie na jednego pracownika na zabezpieczenia cyfrowe (Deloitte), co pokazuje, że cyberbezpieczeństwo staje się jednym z kluczowych obszarów inwestycji we współczesnej gospodarce.

W odpowiedzi na rosnące zagrożenia w Polsce, Ministerstwo Cyfryzacji opracowało Strategię Cyberbezpieczeństwa RP – program wzmacniana m.in. infrastruktury krytycznej (energetyka) oraz sektoru zdrowia. Ponadto wprowadzono nowelizację ustawy o KSC wdrażającą dyrektywę NIS2. Równolegle realizowane są programy wsparcia, a od końca 2025 r. działa portal cyber.gov.pl do zgłaszania incydentów.

Inflacja w kwietniu zgodna z szacunkiem

Kwietniowy finalny odczyt inflacji konsumenckiej wyniósł 3,2 proc. r/r i był zgodny z wcześniejszymi szacunkami. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 0,6 proc.

Analizując strukturę danych można zauważyć, że w kwietniu większość kategorii w koszyku inflacyjnym odnotowała wzrost cen w relacji miesięcznej. Wyjątkiem był transport, na co w dużej mierze wpłynęło uruchomienie programu osłonowego CPN, obowiązującego od końca marca.

Inflacja nadal pozostaje w paśmie dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego NBP, wynoszącego 2,5 proc. +/- 1 pkt proc. To istotny argument wspierający ostrożne podejście Rady Polityki Pieniężnej do dalszych decyzji dotyczących stóp procentowych.

Wypowiedzi członków RPP wskazują obecnie na utrzymanie strategii „wait and see”. Coraz wyraźniej widać również, że kluczowe znaczenie dla kolejnych decyzji będzie miała lipcowa projekcja inflacji. Szczególnie istotna będzie ocena tego, w jakim stopniu presja inflacyjna rozlewa się na kolejne obszary gospodarki i czy ma charakter bardziej trwały.

Stopy procentowe znów pójdą w górę? RPP może rozpocząć debatę o podwyżkach już w lipcu

Rynek kontraktów terminowych na stopy procentowe wskazuje na dwie lub trzy podwyżki w tym roku i dojście w 2027 r. do stopy terminowej 4,5%. Wycenia też kiedy RPP zdecyduje się na pierwsze podwyżki. Niektóre banki centralne już podniosły stopy.

Wojna na Bliskim Wschodzie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Iranem doprowadziła do ekstremalnych wzrostów cen ropy naftowej, ropa brent podrożała na kontraktach terminowych w porównaniu do cen z początku roku o 73%. Choć na razie wydaje się, że jest jeszcze zbyt wcześnie, aby twierdzić, że miało to wyraźny wpływ na ograniczenie aktywności konsumenckiej, to w ostatnim wywiadzie dla Bloomberga członek RPP Henryk Wnorowski wskazał, że bardziej obawia się negatywnego wpływu sytuacji na Bliskim Wschodzie na wzrost gospodarczy w Polsce niż podwyższonej inflacji. H.Wnorowski podkreślił, że operujemy w środowisku ogromnej niepewności, a zbyt wczesna decyzja o podwyżce może jeszcze mocniej zaszkodzić gospodarce.

Prof. Glapiński zasugerował na ostatnim posiedzeniu RPP, iż rozważania na temat podwyżek stóp procentowych pojawiły się w trakcie ostatnich dyskusji. Inni członkowie RPP, jak Przemysław Litwiniuk oraz Ludwik Kotecki, wskazali, że debata na temat podwyżki może rozpocząć się w lipcu. Warto pamiętać, że będziemy wtedy już po czerwcowej decyzji EBC, która potencjalnie może przynieść pierwszy ruch wśród kluczowych banków centralnych na świecie, choć z drugiej strony warto wspomnieć, że podwyżki miały już miejsce w Australii czy Norwegii.

Kluczowe dla dalszych decyzji RPP będą projekcje inflacyjne. Jeśli te wskażą, że inflacja do końca tego roku będzie znacząco odbiegać od celu inflacyjnego, szanse na podwyżki wyraźnie wzrosną. Rynek w zasadzie cały czas widzi dość duży potencjał na podwyżki, choć oczekiwania co do ich liczby minimalnie spadły.

– Rynek kontraktów terminowych na stopy wskazuje na dwie lub trzy podwyżki w tym roku, a w mojej opinii wydaje się to nadmierne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Jóźwiak, analityk rynków finansowych w XTB. – Z wypowiedzi prezesa NBP wynika też, że poprzeczka dla podwyżek zawieszona jest wysoko. Kluczowe będą nie obecne podwyżki cen ropy, ale efekty drugiej rundy, czyli inflacja wynikająca z czynników popytowych, a nie podażowych, związana z wyższą konsumpcją związaną z wyższymi oczekiwaniami płacowymi z powodu wzrostu inflacji.

Rynek przewiduje też dojście w przyszłym roku do stopy terminowej na poziomie 4,5%. Jednocześnie w trzech najbliższych miesięcy rynek nie widzi raczej szans na podwyżki.

Lipcowe posiedzenie RPP będzie kluczowe. Wtedy poznamy najnowsze projekcje inflacyjne i będziemy już po czerwcowym posiedzeniu EBC, podczas którego wskazuje się na 80% prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych. Z drugiej strony, w perspektywie jednego miesiąca może nie zmienić się zbyt wiele, a bank centralny w dalszym ciągu nie będzie miał wystarczającej ilości informacji na temat tego, jak będzie kształtować się inflacja w okresie niepewności związanej z wojną na Bliskim Wschodzie.

Cieśnina Ormuz pozostaje zamknięta, co utrzymuje ceny ropy naftowej na wysokich poziomach i grozi nie tylko pozostawieniem inflacji na podwyższonym poziomie, ale również jej dalszymi wzrostami. W środowisku wysokich cen konsumenckich banki centralne zastanawiają się nad dalszymi ruchami. Część z nich zdecydowała się na podwyżki, tak jak miało to miejsce w przypadku Banku Rezerw Australii czy Norges Banku.

– Z największym prawdopodobieństwem dwa europejskie banki będą podnosić stopy procentowe, to EBC oraz Bank Anglii – ocenia ekspert XTB. – Dla obu tych banków fundamentalne są ceny surowców energetycznych oraz jakie będzie ich przełożenie w przyszłości.

Jednak obecna sytuacja znacznie różni się od tego, co obserwowaliśmy w latach 2021–2022 i można zastanawiać się czy podwyżki stóp procentowych ze strony takich banków centralnych jak EBC, Fed czy nawet NBP mają sens.

Inwestorzy na świecie przede wszystkim zastanawiają się co zrobi Fed, tym bardziej że będzie obradował już z nowym przewodniczącym.

– Rynki zbliżają się do wyceny podwyżek stóp procentowych przez Fed, niemal wykluczając obniżkę, ale to sytuacja geopolityczna wciąż będzie rozdawać karty – wyjaśnia M.Jóźwiak z XTB. – O ile w przypadku banków europejskich należy się spodziewać przede wszystkim w tym roku, to w przypadku Fed decyzje mogą przenieść się na przyszły rok.

Rynek tłumaczeń wchodzi w erę AI. Przetrwają specjaliści, audytorzy i tłumacze przysięgli

Sztuczna inteligencja stała się jednym z najważniejszych czynników zmieniających rynek tłumaczeń. Nie oznacza to jednak prostego końca zawodu tłumacza. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz głębokiej przebudowy branży: część prostych zleceń zostanie przejęta przez narzędzia automatyczne, a większą wartość zyskają specjalizacje wymagające odpowiedzialności, wiedzy eksperckiej i kontroli jakości.

Z analizy opublikowanej przez Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl wynika, że globalny rynek usług językowych w 2025 roku nadal rośnie, ale jednocześnie zmienia się jego struktura. Według szerokich szacunków jego wartość może wynosić około 71–72 mld USD, natomiast węższe ujęcia, takie jak raport Slatora, wskazują na około 31,7 mld USD. Różnica wynika z odmiennego zakresu rynku: jedne opracowania wliczają tłumaczenia pisemne, ustne, lokalizację, napisy, dubbing i technologie językowe, inne obejmują tylko część tych usług. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Rynek rośnie, ale tradycyjne tłumaczenia tanieją

Największy paradoks obecnej zmiany polega na tym, że świat tłumaczy coraz więcej treści, ale niekoniecznie płaci więcej klasycznym tłumaczom. Automatyzacja sprawia, że koszt pierwszej wersji przekładu spada. Klient, który jeszcze kilka lat temu zamawiał tłumaczenie od podstaw, dziś coraz częściej przychodzi z tekstem wygenerowanym przez system AI i oczekuje jedynie weryfikacji.

W praktyce oznacza to przesunięcie wartości z samego przekładu na kontrolę jakości. Tłumacz coraz częściej staje się redaktorem, postedytorem, audytorem językowym i specjalistą od ryzyka. Jego zadaniem nie jest już tylko przełożenie zdań z jednego języka na drugi, ale ocena, czy tekst jest poprawny terminologicznie, prawnie, kulturowo i biznesowo.

Według przywoływanej analizy Europa pozostaje jednym z kluczowych rynków usług językowych, przede wszystkim ze względu na wielojęzyczność Unii Europejskiej, dużą liczbę firm międzynarodowych i rozbudowany obrót dokumentami prawnymi, urzędowymi, technicznymi oraz finansowymi. Polski rynek jest natomiast silnie rozdrobniony: działa na nim około 1,5 tys. profesjonalnych biur tłumaczeń, około 11 tys. tłumaczy przysięgłych oraz znaczna grupa freelancerów. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Które tłumaczenia są najbardziej zagrożone?

Największą presję odczuwają segmenty, w których tekst jest powtarzalny, prosty i mało ryzykowny. Dotyczy to przede wszystkim tłumaczeń ogólnych, opisów produktów, prostych dokumentów firmowych, FAQ, e-maili biznesowych czy podstawowej lokalizacji interfejsów. W takich przypadkach AI często generuje tekst wystarczająco dobry do szybkiego użytku wewnętrznego.

Wysokie ryzyko dotyczy również części tłumaczeń technicznych, zwłaszcza wtedy, gdy terminologia jest ustandaryzowana, a dokumentacja ma powtarzalną strukturę. Podobny proces widać w napisach i tłumaczeniach audiowizualnych, gdzie systemy automatyczne coraz częściej przygotowują pierwszy szkic napisów, a człowiek poprawia błędy.

Znacznie odporniejsze pozostają tłumaczenia prawne, medyczne, farmaceutyczne, kliniczne, literackie, przysięgłe oraz konferencyjne. W tych obszarach błąd może mieć konsekwencje prawne, finansowe, zdrowotne lub reputacyjne. Im wyższy koszt pomyłki, tym większa wartość człowieka w procesie tłumaczeniowym.

Postedycja staje się nowym standardem

Jednym z najważniejszych zjawisk jest rozwój postedycji tłumaczeń maszynowych, czyli MTPE. Polega ona na tym, że pierwszy przekład przygotowuje system, a następnie tłumacz sprawdza tekst, poprawia błędy i doprowadza go do jakości wymaganej przez klienta.

Problem polega na tym, że postedycja nie zawsze jest prostsza niż tłumaczenie od podstaw. Przy tekstach specjalistycznych, medycznych, prawnych lub kreatywnych sprawdzanie błędów AI bywa czasochłonne, ponieważ tekst maszynowy może wyglądać poprawnie, ale zawierać subtelne błędy znaczeniowe. Dlatego oczekiwanie dużych rabatów tylko dlatego, że użyto narzędzia AI, coraz częściej spotyka się ze sprzeciwem tłumaczy.

W analizie 123tlumacz.pl wskazano, że typowe stawki za postedycję są niższe niż za klasyczne tłumaczenia, ale różnica nie zawsze odpowiada realnemu nakładowi pracy. To jeden z głównych punktów napięcia między klientami, biurami tłumaczeń i freelancerami. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Ilu tłumaczy może wypaść z rynku?

Nie da się wiarygodnie wskazać jednej liczby osób, które stracą pracę do 2030 roku. Zawód tłumacza obejmuje wiele specjalizacji, a dane o freelancerach są niepełne. Część osób formalnie nie straci pracy, ale utraci znaczną część zleceń lub będzie zmuszona do zmiany profilu zawodowego.

Można jednak mówić o trzech scenariuszach. W wariancie ostrożnym 20–30% tłumaczy może stracić znaczną część zleceń lub wyjść z zawodu. W scenariuszu umiarkowanym problem może dotyczyć 40–55% osób pracujących głównie w segmencie tłumaczeń ogólnych. W wariancie pesymistycznym presja AI mogłaby doprowadzić do odpływu nawet 60–75% tłumaczy z najbardziej podatnych segmentów rynku.

Najbardziej narażeni są tłumacze ogólni, osoby wykonujące proste tłumaczenia techniczne oraz freelancerzy bez wyraźnej specjalizacji. Najlepsze perspektywy mają natomiast tłumacze medyczni, farmaceutyczni, prawniczy, przysięgli, literaccy, konferencyjni oraz specjaliści od rzadkich par językowych.

Kto przetrwa zmianę?

Największe szanse będą mieli tłumacze, którzy potrafią połączyć kompetencje językowe z wiedzą branżową. Sama znajomość języka przestaje być wystarczającym wyróżnikiem, ponieważ pierwszy szkic tekstu może dziś przygotować narzędzie automatyczne. Wartością staje się umiejętność rozpoznania, czy ten szkic jest bezpieczny, zgodny z terminologią i odpowiedni dla konkretnego kontekstu.

Do najbardziej przyszłościowych specjalizacji należą tłumaczenia dla life sciences, badań klinicznych, farmacji, prawa, finansów, energetyki, technologii, administracji publicznej i dokumentacji technicznej związanej z bezpieczeństwem produktu. Rosnąć będzie również znaczenie audytu tłumaczeń AI, kontroli jakości, zarządzania terminologią oraz walidacji tekstów generowanych automatycznie.

Nowe role zawodowe mogą obejmować postedytora, audytora tłumaczeń AI, konsultanta terminologicznego, specjalistę Language QA, lokalizatora kulturowego czy eksperta od wdrażania narzędzi językowych w firmach. To nadal będą zawody językowe, ale mniej oparte na mechanicznym przekładzie, a bardziej na wiedzy, ocenie i odpowiedzialności.

Biura tłumaczeń także muszą zmienić model działania

Zmiana dotyczy nie tylko freelancerów. Biura tłumaczeń, które działały głównie jako pośrednicy między klientem a tłumaczem, mogą stracić część przewagi. Klienci korporacyjni coraz częściej będą wdrażać własne systemy AI albo korzystać z platform typu Translation as a Service.

Przetrwają przede wszystkim te biura, które zaoferują wartość dodaną: specjalizację, bezpieczeństwo danych, zgodność z procedurami, kontrolę jakości, audyt, obsługę dużych projektów i odpowiedzialność za proces. Szczególnie ważne będą sektory regulowane, w których klient nie może pozwolić sobie na niekontrolowane użycie publicznych narzędzi AI.

Znaczenia nabiorą także systemy TMS, bazy terminologiczne, prywatne modele tłumaczeniowe, automatyzacja zarządzania projektami i dokumentowalna ścieżka kontroli jakości. Biuro tłumaczeń przyszłości będzie bardziej firmą technologiczną i compliance’ową niż tradycyjnym punktem przekazywania plików między klientem a tłumaczem.

Tłumaczenia przysięgłe pozostają bardziej odporne

Szczególnym segmentem są tłumaczenia przysięgłe. Ich odporność na automatyzację wynika nie tylko z trudności językowych, ale przede wszystkim z przepisów prawa. Tłumaczenie poświadczone wymaga osoby posiadającej uprawnienia, podpisu, pieczęci lub odpowiedniego uwierzytelnienia elektronicznego.

AI może wspierać pracę tłumacza przysięgłego, ale nie może samodzielnie ponosić odpowiedzialności za dokument. Sądy, urzędy, uczelnie, ZUS, prokuratura czy instytucje publiczne nadal będą wymagały tłumaczeń wykonanych i poświadczonych przez osobę uprawnioną. Dlatego ten segment może zmieniać narzędzia pracy, ale nie zostanie łatwo zastąpiony przez automatyzację.

Cyfryzacja może natomiast zmienić formę uwierzytelnienia. Coraz większą rolę może odgrywać podpis kwalifikowany i elektroniczny obieg dokumentów. Nie oznacza to jednak zniesienia wymogu odpowiedzialności zawodowej tłumacza.

Lata 2025–2030 będą okresem selekcji

Najbliższe lata prawdopodobnie przyniosą podział rynku na dwa światy. Pierwszy to segment masowy, niskomarżowy, oparty na automatyzacji, szybkiej realizacji i ograniczonej ingerencji człowieka. Drugi to segment premium, w którym liczy się specjalizacja, odpowiedzialność, bezpieczeństwo danych i jakość.

W 2025 roku branża weszła w fazę przyspieszonej transformacji. W 2026 roku presja na tłumaczy ogólnych i małe biura bez specjalizacji będzie rosnąć. W kolejnych latach coraz wyraźniejszy stanie się podział między usługami prostymi, obsługiwanymi przez AI, a usługami eksperckimi, w których człowiek nadal pozostanie kluczowy.

Do 2030 roku klasyczne tłumaczenie od podstaw może stać się usługą bardziej niszową, zarezerwowaną dla tekstów wymagających wysokiej jakości, kreatywności, odpowiedzialności lub szczególnej wiedzy. Nie oznacza to końca zawodu, ale oznacza koniec dawnego modelu pracy.

Wnioski dla tłumaczy i klientów

Dla tłumaczy najważniejszy wniosek jest prosty: nie warto konkurować z AI w obszarach, w których technologia jest szybka, tania i wystarczająca. Znacznie rozsądniejszą strategią jest rozwijanie specjalizacji, znajomości branży, kompetencji technologicznych i umiejętności kontroli jakości.

Dla klientów oznacza to konieczność większej świadomości. AI może być użytecznym narzędziem, ale nie każde tłumaczenie nadaje się do automatyzacji. W dokumentach prawnych, medycznych, technicznych, finansowych czy urzędowych pozornie poprawny tekst może zawierać błąd, którego konsekwencje będą dużo droższe niż profesjonalna weryfikacja.

Rynek tłumaczeń nie znika. Znika natomiast proste przekonanie, że tłumaczenie polega wyłącznie na przełożeniu słów z jednego języka na drugi. W nadchodzących latach przewagę zyskają ci, którzy potrafią połączyć język, technologię, wiedzę ekspercką i odpowiedzialność za efekt końcowy.

Źródło: opracowano na podstawie analizy „Rynek tłumaczeń 2025–2030: kto przetrwa rewolucję AI?” opublikowanej przez Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Creotech Quantum ustalił cenę emisyjną akcji serii D na 232 zł

Creotech Quantum, notowana na GPW polska spółka rozwijająca i komercjalizująca technologie kwantowe, ustalił cenę emisyjną akcji serii D w wysokości 232 zł. Spółka emituje 350.000 akcji zwykłych na okaziciela serii D, wielkość oferty wyniesie 81,2 mln zł brutto. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na realizację strategii rozwoju spółki oraz wejście w fazę jej dynamicznego wzrostu, w szczególności poprzez umożliwienie realizacji szerszego zakresu inicjatyw strategicznych, obejmujących potencjalne projekty rozwojowe i inwestycyjne, które mogą pojawiać się w toku jej dalszej działalności. Spółkę w procesie wspiera cc group jako doradca IR i finansowy, a koordynatorem oferty jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A.

Z sukcesem zakończyliśmy proces przyspieszonej budowy księgi popytu, który potwierdził bardzo duże zainteresowanie inwestorów naszą ofertą. Osiągnięty, 4,51% poziom premii względem rynku (liczony jako stosunek osiągniętej ceny emisyjnej do średniej ceny ważonej wolumenem obrotu (tzw. VWAP) od momentu debiutu)  pokazuje, że emisja została dobrze przyjęta i odzwierciedla zaufanie do naszej długoterminowej strategii rozwoju. Pozyskane środki z emisji akcji pozwolą nam przyspieszyć realizację kluczowych projektów B+R, rozwój technologii kwantowych oraz dalszą komercjalizację systemów QKD. Jednocześnie wzmocnią nasz potencjał  ekspansji zagranicznej, realizacji potencjalnych przejęć podmiotów komplementarnych technologicznie oraz udziału w większych przetargach i projektach, które mogą istotnie przyspieszyć rozwój spółki i zwiększyć jej skalę działalności – komentuje dr Anna Kamińska, Prezes Zarządu Creotech Quantum S.A.

W dniach 11–13 maja 2026 r. Creotech Quantum S.A. przeprowadziła proces przyspieszonej budowy księgi popytu. Oferta objęcia łącznie 350.000 akcji zwykłych na okaziciela serii D skierowana była do wybranych inwestorów kwalifikowanych, nie więcej niż 149 osób fizycznych lub prawnych niebędących inwestorami kwalifikowanymi oraz inwestorów nabywających akcje o wartości co najmniej 100.000 EUR na inwestora. Cena emisyjna akcji serii D została ustalona na 232 zł.

Pozyskane środki spółka planuje przeznaczyć na dalszy rozwój działalności badawczo-rozwojowej oraz rozbudowę organizacji, kontynuując jednocześnie współfinansowanie projektów realizowanych m.in. dla Komisji Europejskiej i ESA. Creotech Quantum koncentrować się będzie przede wszystkim na rozwoju nowej generacji systemów kwantowej dystrybucji klucza (QKD), detektorów pojedynczych fotonów, odbiorników dla optycznych stacji naziemnych, a także rozwiązań z obszaru bezpieczeństwa kosmicznego i elektroniki dla procesorów kwantowych. Równolegle spółka planuje inwestycje we wzmocnienie infrastruktury bezpieczeństwa, rozwój zaplecza inżynieryjnego oraz zwiększenie zdolności integracyjnych i testowych.

Pozostałe środki mają wesprzeć rozwój działalności komercyjnej, wdrożenia i sprzedaż produktów, w tym pierwszego systemu QKD, zwiększenie zdolności produkcyjnych, wzmocnienie kompetencji w obszarze sprzedaży i marketingu, w tym aktywny udział w kluczowych wydarzeniach branżowych oraz ekspansję zagraniczną.

Spółka nie wyklucza również możliwości przejęć lub częściowych przejęć podmiotów komplementarnych technologicznie lub biznesowo, które mogłyby przyczynić się do przyspieszenia rozwoju działalności, poszerzenia kompetencji oraz wzmocnienia pozycji rynkowej Creotech Quantum. Pozyskane z emisji środki zwiększają możliwości spółki w tym zakresie oraz umożliwiają udział w większych przetargach wymagających zapewnienia płynności finansowej.

Kurs dolara czeka na sygnał z Fed. Warsh zaczyna kadencję w trudnym momencie

Najnowsze publikacje ze Stanów Zjednoczonych o dynamice cen producentów i zmianach zapasów paliw znacząco odbiegły od rynkowych oczekiwań. Nowa rzeczywistość okaże się wymagającym testem dla nowego szefa FED. W trakcie szczytu w Pekinie eurodolar oscyluje przy 1,17 USD, za to złoty się umacnia.

Krajobraz coraz gorszy

Wczorajsze publikacje ze Stanów Zjednoczonych powinny choć trochę zwrócić uwagę prezydenta największej gospodarki globu, który aktualnie znajduje się w Pekinie. Po skoku inflacji konsumenckiej w USA otrzymaliśmy jeszcze wyższą zwyżkę cen producentów. Inflacja PPI zgodnie z oczekiwaniami miała wzrosnąć z 4,3% r/r do 4,9% r/r. Odczyt znalazł się na poziomie 6% r/r i nie jest jedyną wartością, która powinna dawać do myślenia. PPI bazowe (bez cen energii i żywności) to 5,2% r/r, a konsensus mówił o zmianie z 4% r/r do 4,3% r/r. Tłumaczenia tych zaskakujących wzrostów nie da się przypudrować zestawieniem miesięcznym, gdyż tam również odnotowano niemałe zwyżki. Ceny producentów porównywane do poziomów z marca wzrosły o 1,4%, mimo że oczekiwano 0,5%. Czy to koniec złych wieści? No nie. Późniejszym popołudniem poznaliśmy tygodniowe zmiany zapasów paliw. Mimo oczekiwanego ograniczenia dynamiki spadku rezerw ropy z -2,31 mln baryłek do -1,6 mln baryłek oraz utrzymania -2,5 mln baryłek benzyny najnowszy raport wyraźnie zaskoczył na minus, wskazując odpowiednio -4,3 mln baryłek i prawie -4,1 mln baryłek.

Test Warsha

Trzeba przyznać, że moment przejęcia stanowiska przez nowego szefa FED nie jest najszczęśliwszy. Ceny konsumentów i producentów wyglądają na wymykające się spod kontroli. Trzycyfrowe notowania ropy nie napawają optymizmem, a rezerwy paliw spadają, mimo zwiększania wydobycia przez USA. Do tego gołębie oczekiwania prezydenta, który  wobec poprzednika nie wahał się ani rzucać oszczerstw, ani grozić pozwem, ani wszcząć federalnego dochodzenia w sprawie kosztów remontu siedziby FED. Choć Kevin Warsch podczas przesłuchań zastrzegał, że będzie stać na straży niezależności Rezerwy Federalnej, to prawdziwy test przyjdzie podczas pierwszych posiedzeń FOMC. Dziś wiemy, że Senat USA zagłosował za jego nominacją stosunkiem głosów 54 do 45. Czy Kevin okaże się mniej stanowczy niż jego poprzednik? Moim zdaniem to pytanie zadają sobie dziś rynki, co, oprócz wyczekiwania na rezultaty spotkań w Pekinie, ogranicza umocnienie dolara, który powinien zyskiwać chociażby na skutek wczorajszych danych inflacyjnych. Od wczoraj kurs EUR/USD nie może trwale pokonać wsparcia 1,17 USD, pozostając powyżej tego poziomu w czwartkowe południe.

Powrót PLN

Dziś złoty kontynuuje odrabianie strat z początku tygodnia. Kurs EUR/PLN wraca poniżej 4,24 PLN, USD/PLN to 3,62 PLN, GBP/PLN oscyluje przy 4,89 PLN, a CHF/PLN to 4,63 PLN. Umocnienia krajowej waluty nie zakłócają delikatne spadki PKB. Zgodnie z wstępnymi danymi w I kwartale 2026 roku krajowa gospodarka rozwijała się w tempie 3,4% r/r (poprzednio 3,7% r/r) i 0,5% k/k (poprzednio 1% k/k). Zniżki, choć zauważalne, to i tak pozostawiają dynamikę wzrostu na przyzwoitych poziomach, zwłaszcza jeżeli porównamy je do innych państw unijnych. Dodatkowo krajowa waluta wspierana jest jastrzębią narracją płynącą z RPP, której kolejny członek wskazał na większe prawdopodobieństwo podwyżki, niż obniżki kosztu pieniądza do końca roku. To m. in. dzięki temu PLN pozostaje dziś silny nawet do funta, za którym stoją dobre dane. Na Wyspach, mimo prognozowanego spadku, odnotowano wzrost PKB za marzec z 1% r/r do 1,2% r/r. Dodatkowo przetwórstwo przemysłowe wróciło na dodatnie poziomy. Nienajgorsze dane nie pomagają jednak brytyjskiej walucie, której w tym tygodniu wyraźnie ciąży polityka. Rozczarowujący wynik laburzystów w wyborach samorządowych stawia pod znakiem zapytania stabilność rządu premiera Starmera.

AI i chmura stają się fundamentem nowoczesnej ochrony zdrowia

Rynek sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia rośnie w tempie, które jeszcze kilka lat temu było trudne do wyobrażenia. Według MarketsandMarkets jego wartość wzrośnie z 21,6 mld USD w 2025 r. do 110,6 mld USD w 2030 r., co oznacza średnioroczny wzrost na poziomie 38,6%. Długoterminowe prognozy są jeszcze bardziej ambitne – Fortune Business Insights wskazuje, że do 2034 r. rynek AI w medycynie może zbliżyć się do poziomu 1 bln USD.

AI zmienia sposób diagnozowania i leczenia

Dynamiczny rozwój obejmuje zarówno diagnostykę obrazową, analizę danych pacjentów, jak i systemy wspomagania decyzji klinicznych. AI coraz wyraźniej przestaje być technologicznym dodatkiem, a zaczyna pełnić rolę jednego z kluczowych filarów systemów ochrony zdrowia.

Wpływ sztucznej inteligencji na praktykę medyczną jest już mierzalny. Badania publikowane m.in. w BMJ Quality & Safety oraz analizach Harvard School of Public Health wskazują, że systemy wspierające decyzje kliniczne mogą ograniczyć liczbę błędów medycznych o ok. 27%. Jednocześnie, jak wynika z analiz McKinsey & Company, czas diagnozy skraca się średnio o 20-22%, co ma bezpośrednie przełożenie na skuteczność leczenia.

W wybranych obszarach, takich jak analiza obrazów medycznych, algorytmy osiągają skuteczność na poziomie ok. 94%, przewyższając średnią skuteczność lekarzy wynoszącą ok. 88% – wynika z publikacji w Nature Medicine oraz Lancet Digital Health. W praktyce AI nie zastępuje specjalistów, ale staje się narzędziem zwiększającym precyzję i szybkość podejmowania decyzji.

Chmura fundamentem rozwoju technologicznego sektora opieki zdrowotnej

Rozwój sztucznej inteligencji w medycynie jest ściśle powiązany z transformacją infrastrukturalną sektora. Rynek chmury w ochronie zdrowia ma wzrosnąć z 54,7 mld USD w 2025 r. do 93,4 mld USD w 2030 r. – wynika z danych MarketsandMarkets i Grand View Research – a w dłuższej perspektywie osiągnąć ok. 275 mld USD w 2034 r., według prognoz Precedence Research.

To właśnie środowiska chmurowe umożliwiają skalowanie mocy obliczeniowej, integrację danych oraz wdrażanie zaawansowanych modeli AI. Według Gartnera już ponad 70% nowych rozwiązań digital health powstaje w modelu cloud-first.

Bez odpowiedniej infrastruktury i mocy obliczeniowej nie ma mowy o skalowaniu AI w medycynie. Kluczowe jest nie tylko przetwarzanie danych, ale też ich bezpieczeństwo i zgodność z regulacjami, które w sektorze zdrowia są szczególnie restrykcyjne – mówi Piotr Czernichowski, Business Development Manager w Polcom. – Zmiana ta dotyczy nie tylko technologii, ale całej architektury systemów zdrowotnych – od elektronicznej dokumentacji medycznej, przez telemedycynę, po platformy analityczne i systemy wspierające decyzje kliniczne – dodaje.

Dane jako kluczowy zasób system ochrony zdrowia

Rosnące inwestycje i szybkie tempo adopcji technologii sprawiają, że sektor ochrony zdrowia staje się jednym z głównych beneficjentów rozwoju AI. Jednocześnie rośnie znaczenie danych – ich jakości, dostępności i bezpieczeństwa – jako kluczowego zasobu w procesie leczenia.

W sektorze ochrony zdrowia kontrola nad informacjami staje się kluczowym wyzwaniem. Mówimy o danych o szczególnie wysokim poziomie wrażliwości, dlatego organizacje coraz częściej poszukują rozwiązań, które zapewniają ich przetwarzanie w bezpiecznym, w pełni kontrolowanym środowisku. W odpowiedzi na te potrzeby coraz większą rolę odgrywa właśnie chmura obliczeniowa — oferująca nie tylko wysoki poziom bezpieczeństwa i zgodności regulacyjnej, ale także skalowalność oraz elastyczność niezbędną do rozwoju nowoczesnych usług medycznych. Inwestycja w chmurę i AI w ochronie zdrowia jest często postrzegana przez pryzmat kosztu wdrożenia. Tymczasem właściwe pytanie brzmi: ile kosztuje brak tej infrastruktury? Przestój systemu, utrata danych, niespełnienie wymogów regulacyjnych – to realne ryzyka finansowe, które wielokrotnie przewyższają koszt nowoczesnego, bezpiecznego środowiska. Organizacje, które patrzą na chmurę wyłącznie jako na wydatek IT, pomijają jej strategiczną rolę w utrzymaniu ciągłości działania i zgodności z przepisami – podkreśla ekspert Polcom.

Wraz z tym przesunięciem pojawiają się nowe wyzwania związane z integracją systemów, interoperacyjnością oraz zgodnością z regulacjami dotyczącymi danych medycznych. W najbliższych latach można spodziewać się dalszego przyspieszenia tego trendu. AI będzie coraz głębiej integrowana z codzienną praktyką kliniczną, a decyzje dotyczące inwestycji w technologie i infrastrukturę staną się jednym z kluczowych czynników kształtujących jakość i dostępność opieki zdrowotnej. W efekcie to tempo adaptacji AI – a także zdolność do bezpiecznego zarządzania danymi – może przesądzić o tym, które systemy ochrony zdrowia będą w stanie skutecznie odpowiadać na rosnące potrzeby pacjentów i ograniczenia kosztowe.

Reklasyfikacja marihuany w USA rozgrzała rynek. Akcje konopnych spółek najpierw rosły, potem spadały

W USA doszło do długo oczekiwanej zmiany w polityce wobec marihuany. Administracja Donalda Trumpa ogłosiła wykreślenie marihuany z najbardziej restrykcyjnej kategorii federalnych substancji kontrolowanych. To ważna decyzja dla branży i inwestorów. Nie oznacza jednak, że Stany Zjednoczone zalegalizowały marihuanę rekreacyjną na poziomie federalnym. Do tego droga pozostaje długa i politycznie trudna. Po reklasyfikacji, zgodnie z zasadą „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”, akcje firm z branży najpierw silnie wzrosły, a potem mocno spadły. Ostateczny bilans pozostaje jednak pozytywny, ponieważ cała branża w ostatnim miesiącu zachowywała się lepiej niż amerykański indeks S&P500.

Reklasyfikacja, do której doszło pod koniec kwietnia, polegała na przeniesieniu produktów zatwierdzonych przez FDA oraz marihuany medycznej z kategorii I do kategorii III. W USA substancje kontrolowane są podzielone na pięć grup, od Schedule I, czyli najbardziej restrykcyjnej, do Schedule V, czyli najłagodniejszej. O klasyfikacji decyduje DEA, biorąc pod uwagę m.in. ryzyko nadużywania danej substancji oraz jej możliwe zastosowanie medyczne. W praktyce zmiana oznacza uznanie, że marihuana może mieć zastosowanie w leczeniu. Nie jest już traktowana tak samo jak substancje z Schedule I, które uznaje się za pozbawione wartości medycznej i obarczone wysokim ryzykiem nadużyć. Przeniesienie do Schedule III oznacza łagodniejsze podejście regulacyjne, łatwiejsze prowadzenie badań klinicznych oraz możliwość korzystniejszego rozliczania podatków przez firmy działające w legalnym segmencie medycznym.

Szczególnie ważne jest to, że po przeniesieniu marihuany medycznej z Schedule I do Schedule III firmy z legalnego segmentu medycznego mogą zyskać możliwość normalnego zaliczania wielu wydatków do kosztów uzyskania przychodu. Wcześniej było to niemożliwe i mocno obciążało ich rentowność.

Nie jest to jednak zielone światło dla pełnej legalizacji. Rekreacyjna marihuana pozostaje nielegalna na poziomie federalnym. USA funkcjonują dziś w systemie prawnej mozaiki. Marihuana rekreacyjna jest legalna w 24 stanach, a marihuana medyczna w 42 stanach. To pokazuje skalę zmian społecznych i gospodarczych, ale jednocześnie podkreśla główny problem branży. Prawo stanowe i federalne nadal nie mówią jednym głosem, a czasem pozostają ze sobą sprzeczne.

Najważniejszą kwestią dla branży pozostaje jednak federalna legalizacja, która nadal wydaje się odległa i nieprzesądzona. Co prawda administracja Trumpa sygnalizuje bardziej otwarte podejście do polityki narkotykowej, jednak warto pamiętać, że na federalną legalizację nie zdecydowała się także poprzednia administracja prezydenta Bidena, na co rynek wcześniej bardzo liczył. Federalna legalizacja marihuany rekreacyjnej wymaga szerokiego porozumienia politycznego, ponieważ decyzję musi podjąć Kongres. Polymarket wycenia szanse dalszej zmiany statusu marihuany do końca roku na 25 proc.

Reakcja rynku na reklasyfikację była bardzo gwałtowna. Akcje części spółek po ogłoszeniu decyzji mocno rosły, ale później równie szybko oddały znaczną część wzrostów. To klasyczny przykład rynkowej zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Inwestorzy wcześniej częściowo oczekiwali tej decyzji, a po jej publikacji zaczęli analizować nie tylko potencjalne korzyści, lecz także to, czego decyzja wciąż nie rozwiązuje. Jednak dla całej branży efekt pozostaje umiarkowanie pozytywny. Skupiający globalne spółki z tego sektora fundusz ETF Amplify Alternative Harvest ETF (MJ) wzrósł w ciągu ostatniego miesiąca o 11 proc. Choć w okresie ogłoszenia decyzji również obserwowaliśmy najpierw silny wzrost, a później mocne odreagowanie w dół. Akcje związane z konopiami radziły sobie zatem lepiej niż szeroki rynek, ponieważ S&P500 wzrósł w tym czasie o ponad 8 proc. Nie można jednak tych wyników rozpatrywać w oderwaniu od wcześniejszych kilku lat spadków. W ciągu ostatnich trzech lat MJ stracił łącznie 33 proc.

Rynek konopny w USA cały czas rośnie i ma osiągnąć wartość około 47 mld dolarów w 2026 roku. Dzieli się przede wszystkim na dwie grupy firm. Pierwszą są amerykańskie MSO, czyli multi state operators, działające w co najmniej kilku amerykańskich stanach. Do tej grupy należą m.in. Trulieve, Curaleaf, Verano czy Cresco Labs. Drugą grupą są kanadyjskie LP, czyli licensed producers, takie jak Tilray, Canopy Growth, Cronos czy Aurora Cannabis. Są one łatwiejsze do kupienia przez inwestorów, ponieważ częściej notowane są na NASDAQ lub NYSE, ale ich dostęp do rynku amerykańskiego pozostaje ograniczony.

Spółki z branży zmagają się z dużą zmiennością kursów. Im bliżej firma znajduje się samej uprawy i sprzedaży marihuany, tym zwykle większa jest zmienność jej akcji. Dodatkowo wiele spółek konopnych ma małą kapitalizację, co wzmacnia ruchy kursów zarówno w górę, jak i w dół. Branża nadal zmaga się także z ograniczonym dostępem do bankowości, problemami z przechowywaniem aktywów, trudnościami z wejściem na duże giełdy, ograniczoną płynnością części akcji oraz zależnością od przepisów stanowych i federalnych. Dlatego inwestorzy powinni patrzeć nie tylko na polityczne decyzje, ale przede wszystkim na fundamenty.

Reklasyfikacja marihuany medycznej to ważny krok, który może poprawić rentowność części firm oraz ułatwić dalszy rozwój i badania. Najważniejsza perspektywa dla branży to jednak federalna legalizacja, która może pchnąć niszowy biznes do inwestycyjnego mainstreamu. Jednak ta perspektywa pozostaje nadal odległa i niepewna. A branża nadal nie jest rynkiem dla osób o słabych nerwach. Może nagradzać cierpliwych inwestorów, ale wymaga długiego horyzontu, odporności na zmienność i uważnego śledzenia decyzji regulatorów.

Organizacja human-centric w erze AI – jak LM PAY S.A. łączy automatyzację z zaufaniem

W fintechach wyzwaniem nie jest już samo wdrażanie sztucznej inteligencji, ale określenie granicy między automatyzacją a odpowiedzialnością za decyzję. Kluczowe staje się dziś budowanie organizacji, w której technologia zwiększa skalę działania, ale człowiek nadal odpowiada za jakość decyzji, relacje i zaufanie klientów.

W fintechu oznacza to przejście od myślenia o automatyzacji jako celu samym w sobie do modelu, który coraz częściej określany jest jako współpraca człowieka i sztucznej inteligencji w ramach odpowiedzialnego, human-centric biznesu.

Szczególnie widoczne jest to w sektorach, w których decyzje finansowe bezpośrednio wpływają na jakość życia, zdrowie i komfort klientów – takich jak finansowanie usług medycznych, estetycznych czy ubezpieczeniowych.

AI nie zastępuje ludzi – zmienia ich rolę

Współczesny fintech nie powinien funkcjonować w logice pełnej automatyzacji. Rośnie bowiem świadomość, że istnieje wyraźna granica między efektywnością operacyjną a odpowiedzialnością decyzyjną.

Sztuczna inteligencja doskonale radzi sobie z wieloma procesami operacyjnymi, szczególnie tam, gdzie kluczowe są szybkość, powtarzalność i analiza dużych zbiorów danych. Istnieją jednak obszary, w których decyzja nadal wymaga odpowiedzialności człowieka doświadczenia:

  • sytuacje niestandardowe wymagające indywidualnej interpretacji i doświadczenia,
  • decyzje kredytowe o podwyższonym poziomie ryzyka,
  • obsługa klienta w momentach kryzysowych.

Jak podkreśla Jakub Czarzasty, CEO LM PAY S.A.:

„W naszej branży technologia ma olbrzymie znaczenie wtedy, gdy wspiera odpowiedzialne decyzje i realnie poprawia jakość doświadczenia klienta. AI przyspiesza procesy, ale nie zastępuje odpowiedzialności za ich skutki”.

LM PAY jako przykład firmy human-centric

LM PAY S.A. działa w obszarze finansowania usług medycznych i estetycznych, gdzie kluczowym elementem modelu biznesowego jest zaufanie pacjenta i partnera (gabinetu, kliniki).

Właśnie w tym kontekście powstały i funkcjonują rozwiązania takie jak MediRaty i MediPay, które stanowią praktyczne wdrożenie embedded finance w sektorze ochrony zdrowia i usług medycznych.

W tym modelu technologia nie zastępuje relacji – lecz ją wspiera. Kluczowe momenty procesu nadal wymagają zaufania, odpowiedzialności i ludzkiej decyzji.

W praktyce oznacza to wyraźny podział ról:

  • AI przejmuje powtarzalne, operacyjne i analityczne zadania,
  • człowiek odpowiada za decyzje, relacje i wyjątki od reguł.

W finansowaniu usług medycznych ma to szczególne znaczenie – proces może być cyfrowy i szybki, ale finalne zaufanie buduje się w interakcji pomiędzy klientem, placówką i instytucją finansową.

Olga Gójska, Dyrektor Sprzedaży LM PAY S.A. dodaje:

„Nasze rozwiązania finansowe mają zwiększać dostępność usług i upraszczać procesy, jednocześnie zapewniając przewidywalność i stabilność zarówno dla pacjentów, jak i partnerów medycznych”.

Podejście human-centric jako przewaga konkurencyjna

W branży fintech coraz częściej obserwujemy, że:

  • szybkość działania staje się standardem,
  • UX jest warunkiem wejścia na rynek,
  • dostęp do technologii jest powszechny.

W takim środowisku przewaga konkurencyjna przesuwa się w stronę:

  • zaufania,
  • jakości relacji,
  • odpowiedzialności,
  • zdolności łączenia technologii z człowiekiem.

W szczególności w finansowaniu usług medycznych brak elementu ludzkiego w procesie może oznaczać utratę poczucia bezpieczeństwa po stronie pacjenta i partnera.

Fintech przyszłości: infrastruktura zaufania

Ewolucja fintechu prowadzi do zmiany jego definicji. Nie jest to już wyłącznie sektor technologii finansowej, ale coraz częściej infrastruktura zaufania pomiędzy klientem, usługodawcą i instytucją finansową.

Najczęściej dzieje się to w trzech przypadkach:

  • AI odpowiada za skalę i efektywność,
  • człowiek odpowiada za sens, odpowiedzialność i relacje,
  • produkt finansowy staje się elementem szerszego ekosystemu usług.

Human-centric fintech nie oznacza spowolnienia cyfryzacji. Oznacza jej dojrzalszą formę – taką, w której technologia i człowiek nie konkurują ze sobą, ale współtworzą wartość.

Jak pokazuje podejście LM PAY S.A. oraz rozwój rozwiązań takich jak MediRaty (www.mediraty.pl) i MediPay, przyszłość finansowania usług medycznych nie należy do systemów, które zastępują ludzi, ale do tych, które: eliminują tarcie operacyjne i pozwalają ludziom skupić się na tym, co najważniejsze – relacjach i zaufaniu.

Dane z USA zmieniają nastroje. Podwyżki stóp znów stają się realnym scenariuszem

Amerykanie – podobnie jak Chińczycy – pokazali w tym tygodniu dane o inflacji wyraźnie powyżej oczekiwań. Poziomy za oceanem są jednak dużo wyższe, co powoduje, że wraca temat podwyżek stóp procentowych. W tle kapitał ucieka z rynku obligacji.

Inflacja producencka jest problemem

O ile we wtorek byliśmy świadkami odbicia w górę inflacji konsumenckiej, o tyle wczoraj oglądaliśmy wystrzał producenckiej w USA. Ceny wytwórców miały rosnąć o 4,9% w skali roku, a wskaźnik finalnie wyniósł 6%. Pokazuje to, że USA mają fundamentalne problemy w tej sprawie. Przy tak wysokiej presji na producentów należy oczekiwać, że będzie ona prędzej czy później przekładana na użytkownika końcowego. Im wyższa inflacja, tym silniejszy dolar, bo rynki oczekują, że skoro już teraz konsumencka rośnie o 3,8%, to nie ma co czekać na obniżki stóp procentowych. Znacznie bardziej prawdopodobne są podwyżki. Mocniejsza amerykańska waluta pozwoli trochę zamortyzować tę sytuację, bo dobra importowane będą tańsze. Jest to jednak marne pocieszenie dla lokalnych producentów, którzy będą zarabiać mniej, a jednocześnie płacić więcej za życie.

Inflacja w Europie

W ostatnich dniach poznaliśmy wskaźniki dla Francji, Niemiec i Czech. Okazuje się, że w przeciwieństwie do Chin czy Stanów Zjednoczonych, tutaj analitycy się nie pomylili. Inflacja w Niemczech, zgodnie z oczekiwaniami, wyniosła 2,9%. Z kolei Francja pokazała 2,2%, a Czesi 2,5%. Pokazuje to, że Europa znosi obecny kryzys lepiej niż rynek amerykański – przynajmniej pod względem wzrostu cen, który na Starym Kontynencie jest mniej dotkliwy niż za Atlantykiem. Przy obecnym poziomie cen nie ma jeszcze ryzyka podwyżek stóp procentowych w strefie euro. Trzeba jednak pamiętać, że są one na wyraźnie niższym pułapie niż w USA. W rezultacie poziom cen, który będzie wymuszał wzrosty stóp jest niższy, niż za oceanem.

Brak zaufania do złotego

Wczoraj znów oglądaliśmy polskie 10-letnie obligacje z rentownością 5,8%. Powodem jest oczywiście wzrost awersji do ryzyka wśród inwestorów. Dla obywateli nie jest to w sumie najgorsza informacja. Pokazuje to bowiem, że inwestycja w obligacje, będące alternatywą dla lokat bankowych, może przynieść wyższe stopy zwrotu. Z drugiej strony jest jednak sytuacja budżetu państwa. Jako kraj zadłużamy się, emitując obligacje. Jeżeli rynek nie chce kupować ich taniej niż ta wartość, to taki będziemy mieć koszt zadłużania się. W rezultacie obecne zmiany będą problemem dla polskich finansów publicznych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

The Gentlemen pod lupą badaczy. Wyciek ujawnił kulisy działania jednej z największych grup ransomware

Świat cyberbezpieczeństwa wstrzymał oddech po bezprecedensowym włamaniu do systemów wewnętrznych grupy The Gentlemen, która w 2026 roku wyrosła na drugą najaktywniejszą organizację ransomware na świecie z ponad 400 ofiarami na koncie. Dzięki naruszeniu bazy danych hostingu 4VPS, badacze Check Point Research uzyskali rzadki wgląd w działania operacyjne grupy.

The Gentlemen mimo swojej niszczycielskiej skali, jest zarządzana przez zaledwie dziewięciu operatorów skupionych wokół administratora o pseudonimie zeta88. Ten doświadczony cyberprzestępca, wywodzący się z programu Qilin, stworzył nową potęgę w zaledwie trzy dni, wykorzystując do budowy panelu administracyjnego zaawansowane chińskie modele sztucznej inteligencji, takie jak DeepSeek i Qwen.

Sukces grupy opiera się na agresywnym modelu biznesowym oferującym partnerom aż 90% zysków, co pozwoliło na błyskawiczne przejęcie najbardziej doświadczonych hakerów z konkurencyjnych programów. Ujawnione logi z czatów i negocjacji pokazują bezwzględną skuteczność grupy, która nie tylko automatyzuje ataki, ale w której sam administrator osobiście nadzoruje proces szyfrowania danych u ofiar. Strategia The Gentlemen opiera się na brutalnej eksploatacji niezałatanych urządzeń sieciowych i luk w VPN-ach, takich jak CVE-2024-55591, co pozwala im na błyskawiczne przejęcie kontroli nad domeną i jednoczesne uderzenie we wszystkie punkty końcowe.

Uzyskanie tak szerokiego wglądu w aktywną operację ransomware zdarza się rzadko. To nie są anonimowe postacie działające w cieniu, lecz profesjonaliści posiadający konkretne stanowiska, oczekiwania co do wyników i model przychodowy. Administrator zbudował ich platformę ataku w trzy dni przy użyciu sztucznej inteligencji. Jedno włamanie stało się kluczem do kolejnej ofiary. Mamy do czynienia z przestępczością zorganizowaną o mentalności startupu i specjaliści bezpieczeństwa muszą zacząć ją tak traktować – mówi Eli Smadja, menedżer grupy w Check Point Research.

Szczególnie alarmujący dla liderów biznesu jest przypadek brytyjskiej firmy konsultingowej, której dane posłużyły grupie jako „pomost” do ataku na tureckiego klienta. W ramach wyrafinowanego szantażu hakerzy publicznie oskarżyli Brytyjczyków o bycie ich nieświadomym brokerem dostępu, próbując tym samym skłócić partnerów biznesowych i wymusić drogę sądową między ofiarami. Wg Check Point Research, ten profesjonalny model „biznesowy” pokazuje, że współczesne ransomware to nie tylko złośliwy kod, ale przede wszystkim doskonale zorganizowana i skalowalna machina do zarabiania pieniędzy, wykorzystująca najnowsze zdobycze technologii AI do destabilizacji globalnego rynku.

Duża transakcja na rynku PRS. PZFD: najem instytucjonalny nie odbiera Polakom mieszkań

Planowana finalizacja jednej z największych transakcji na polskim rynku najmu instytucjonalnego ponownie otworzyła dyskusję o roli sektora PRS w mieszkalnictwie. Polski Związek Firm Deweloperskich wskazuje, że ocena tego segmentu powinna opierać się na danych, proporcjach oraz realnych potrzebach mieszkaniowych, a nie wyłącznie na pojedynczych transakcjach.

Po zgodzie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Vantage Development może sfinalizować przejęcie 18 spółek działających na rynku najmu instytucjonalnego. Transakcja obejmuje 5322 gotowe lokale na wynajem w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. Jej wartość, według wcześniejszych informacji rynkowych, wynosi około 2,4 mld zł.

PRS wciąż stanowi mały fragment rynku mieszkaniowego

PZFD podkreśla, że choć skala transakcji jest istotna dla młodego segmentu najmu instytucjonalnego, jej znaczenie dla całego rynku mieszkaniowego należy oceniać we właściwych proporcjach. Według danych GUS w 2025 roku w Polsce oddano do użytkowania 208,8 tys. mieszkań, z czego deweloperzy przekazali 134,1 tys. lokali.

Dla porównania cały polski sektor najmu instytucjonalnego liczy około 28 tys. mieszkań. Prognozy zakładają, że do 2029 roku może wzrosnąć do ponad 50 tys. lokali. Oznacza to, że mimo dynamicznego rozwoju PRS pozostaje niewielkim dodatkiem do rynku mieszkaniowego, a nie jego dominującym segmentem.

Według różnych szacunków w rękach indywidualnych właścicieli znajduje się obecnie ponad milion mieszkań przeznaczonych na wynajem. Na tym tle najem instytucjonalny odpowiada za około 2 proc. całego rynku najmu i około 0,2 proc. wszystkich mieszkań w kraju.

Deficyt mieszkań pozostaje głównym problemem

PZFD zwraca uwagę, że najważniejszym wyzwaniem pozostaje dostępność mieszkań. Z raportu Habitat for Humanity Poland z 2025 roku wynika, że w Polsce brakuje około 2 mln mieszkań odpowiadających realnym potrzebom społecznym, finansowym i rodzinnym osób poszukujących lokum.

Niedobór mieszkań jest szczególnie widoczny w największych miastach i ich obszarach funkcjonalnych. To tam koncentrują się miejsca pracy, uczelnie, usługi publiczne oraz infrastruktura. W tych lokalizacjach rośnie popyt zarówno na mieszkania kupowane na własność, jak i na stabilną ofertę najmu.

Jednocześnie Polska pozostaje krajem o bardzo wysokim udziale własności mieszkaniowej. Według danych Eurostatu w 2024 roku 68 proc. mieszkańców Unii Europejskiej mieszkało w lokalach własnościowych, podczas gdy w Polsce było to około 86–87 proc. Rozwój PRS nie zmienia więc dominującego modelu mieszkaniowego, ale uzupełnia ofertę tam, gdzie zakup mieszkania nie jest możliwy lub nie odpowiada aktualnym potrzebom.

– Rynek mieszkaniowy powinien odpowiadać na różne potrzeby i etapy życia. Inne potrzeby ma rodzina kupująca pierwsze mieszkanie, inne student, osoba przeprowadzająca się do innego miasta czy cudzoziemiec podejmujący pracę w Polsce. Potrzebujemy zarówno silnego rynku mieszkań na sprzedaż, jak i bezpiecznego, przejrzystego oraz profesjonalnego rynku najmu. Własność pozostaje ważną potrzebą wielu Polaków, ale stabilny najem jest niezbędnym elementem dojrzałego rynku mieszkaniowego – podkreśla Bartosz Guss, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Najem instytucjonalny jako uzupełnienie rynku

Na sytuację mieszkaniową w Polsce coraz silniej wpływają mobilność zawodowa, migracje do największych miast, umiędzynarodowienie rynku pracy i szkolnictwa wyższego oraz zmieniające się modele życia. Według danych ZUS na koniec 2025 roku w Polsce legalnie pracowało i podlegało ubezpieczeniom społecznym blisko 1,29 mln obcokrajowców. W roku akademickim 2024/2025 na polskich uczelniach studiowało 108,6 tys. cudzoziemców.

To grupy, które często potrzebują stabilnego najmu, zanim zdecydują się na zakup mieszkania albo zanim zwiążą się z konkretnym miastem na stałe. Z tej perspektywy PRS może być jednym z elementów zwiększania dostępnej oferty mieszkaniowej.

Najem instytucjonalny nie zastępuje mieszkań własnościowych, najmu prywatnego, mieszkań komunalnych, społecznych ani akademików. Może jednak dostarczać lokale projektowane od początku z myślą o wynajmie, zarządzane profesjonalnie i oferowane na przejrzystych zasadach.

Wysoki poziom wynajęcia pokazuje popyt

Według danych JLL średni poziom wynajęcia mieszkań w sektorze najmu instytucjonalnego wynosi obecnie 95–98 proc. Oznacza to wysokie zainteresowanie profesjonalnie zarządzanymi lokalami na wynajem. Nawet przy dalszym wzroście sektor ten pozostanie jednak niewielką częścią całego rynku.

Prognozowane 50 tys. lokali w PRS odpowiadałoby około 4 proc. dzisiejszego prywatnego rynku najmu oraz około 0,3 proc. całego zasobu mieszkaniowego w Polsce. Zdaniem PZFD pokazuje to, że najem instytucjonalny nie powinien być traktowany jako główna przyczyna problemów mieszkaniowych, lecz jako jeden z elementów uzupełniających ofertę.

– Inwestorzy instytucjonalni odpowiadają na ogromne zapotrzebowanie na wysokiej jakości mieszkania na wynajem, rozwijając profesjonalnie zarządzane projekty PRS, które oferują najemcom stabilne umowy najmu oraz dodatkowe udogodnienia – komentuje Patrick Pospiech z JLL.

PZFD: rozwój PRS należy oceniać w kontekście całego rynku

Polski Związek Firm Deweloperskich wskazuje, że rozwój rynku najmu instytucjonalnego powinien być oceniany w szerszym kontekście: deficytu mieszkaniowego, rosnącej mobilności zawodowej, napływu cudzoziemców oraz potrzeb osób, które nie chcą lub nie mogą kupić mieszkania. Organizacja podkreśla, że pojedyncze duże transakcje mogą wywoływać dyskusję publiczną, ale nie zmieniają struktury całego rynku.

– Warto patrzeć na liczby. Mówimy o segmencie, który jest widoczny medialnie, ale wciąż bardzo mały w skali całego rynku. Jego rozwój nie odbiera Polakom mieszkań. Przeciwnie – zwiększa liczbę dostępnych lokali na wynajem w miastach, w których popyt mieszkaniowy jest największy – podsumowuje Bartosz Guss.

Według PZFD najem instytucjonalny pozostanie niewielkim, ale potrzebnym uzupełnieniem rynku. Jego znaczenie może rosnąć szczególnie w największych miastach, gdzie presja popytowa jest najwyższa, a potrzeby mieszkaniowe są najbardziej zróżnicowane.

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej za 2025 rok. Przedsiębiorcy muszą zdążyć do 20 maja

Tylko do 20 maja przedsiębiorcy mają czas na złożenie rocznego rozliczenia składki zdrowotnej za 2025 rok. Informacje te należy wykazać w deklaracji ZUS za kwiecień i w tym samym terminie uregulować ewentualną niedopłatę. Jeśli z rozliczenia wynika nadpłata, przedsiębiorca może wystąpić o jej zwrot, a środki trafią na wskazany rachunek bankowy najpóźniej do 3 sierpnia 2026 roku.

Roczne rozliczenie muszą złożyć przedsiębiorcy opodatkowani według skali podatkowej, podatkiem liniowym oraz ryczałtem – niezależnie od tego, czy prowadzili działalność przez cały 2025 rok, czy zawiesili ją w jego trakcie. Zwolnienie z tego obowiązku obejmuje m.in. osoby rozliczające się kartą podatkową oraz wspólników spółek komandytowych.

Skala, liniowy, ryczałt: jak rozliczyć składkę zdrowotną za 2025 rok

W przypadku przedsiębiorców rozliczających się według skali podatkowej miesięczna składka zdrowotna wynosi 9 proc. dochodu i jest ustalana na podstawie dochodu z miesiąca poprzedzającego miesiąc, za który jest rozliczana. Nie może być jednak niższa niż kwota odpowiadająca 9% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w pierwszym dniu roku składkowego.

Rok składkowy dla celów ZUS trwa od 1 lutego do 31 stycznia roku następnego. Oznacza to, że składkę zdrowotną za styczeń 2026 obliczamy jeszcze według zasad ustalonych na luty 2025. Wówczas minimalne wynagrodzenie wynosiło 4 666 zł, a minimalna podstawa wymiaru składki stanowiła 75% tej kwoty, czyli 3 499,50 zł.

W przeliczeniu na konkretne wartości minimalna miesięczna składka zdrowotna na skali podatkowej w roku 2026 wynosi:

  • za styczeń 2026: 314,96 zł (75% × 4 666 zł × 9%),
  • za luty–grudzień 2026: 432,54 zł (4 806 zł × 9%).

Podobne zasady obowiązują przedsiębiorców, którzy wybrali podatek liniowy. W ich przypadku miesięczna składka zdrowotna wynosi 4,9% dochodu za poprzedni miesiąc, również liczonego narastająco, przy czym nie może być mniejsza niż wartość minimalna podana wyżej dla skali.

Inaczej składkę obliczają przedsiębiorcy rozliczający się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych. W tym przypadku jej wysokość nie zależy od dochodu, lecz od rocznych przychodów z działalności. Podstawą wymiaru składki jest odpowiedni procent przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału poprzedniego roku.

  • Roczny przychód do 60 000 zł – 60% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku.
  • Roczny przychód od 60 000,01 do 300 000 zł – 100% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025.
  • Roczny przychód powyżej 300 000 zł – 180% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku.

Wysokość przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku to 9 228,64 zł co oznacza, że składka zdrowotna na ryczałcie w roku 2026 wynosi:

 

Roczny przychód (próg) Składka miesięczna
do 60 000 zł 498,35 zł
od 60 000,01 do 300 000 zł 830,58 zł
powyżej 300 000 zł 1495,04 zł

 

Na ryczałcie rok składkowy dla celów składki zdrowotnej pokrywa się z rokiem kalendarzowym, czyli trwa od 1 stycznia do końca grudnia tego samego roku. W tej formie opodatkowania przedsiębiorca może wybrać sposób naliczania składki zdrowotnej na podstawie przychodów bieżących lub na podstawie przychodów ubiegłorocznych, jeżeli prowadził działalność cały ubiegły rok – mówi Joanna Łuksza, kierownik Zespołu Ekspertów Księgowych w IFIRMA.PL.

Odliczenia od dochodu/przychodu składki zdrowotnej

Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że forma opodatkowania wpływa nie tylko na sposób obliczania składki zdrowotnej, ale także na możliwość jej rozliczenia podatkowego. Najmniej korzystne zasady obowiązują podatników rozliczających się według skali podatkowej. W ich przypadku zapłacone składki zdrowotne nie mogą zostać ani zaliczone do kosztów uzyskania przychodów, ani odliczone od dochodu.

–  Inaczej wygląda sytuacja przedsiębiorców na podatku liniowym. Mogą oni uwzględnić zapłacone składki zdrowotne w kosztach podatkowych albo odliczyć je od dochodu, jednak wyłącznie do limitu określonego w przepisach. Z kolei podatnicy rozliczający się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych mogą pomniejszyć przychód o 50 proc. zapłaconych składek zdrowotnych. Oznacza to, że choć sama składka pozostaje obowiązkowym obciążeniem, w części może obniżyć podstawę opodatkowania – wyjaśnia Joanna Łuksza z FIRMA.PL.

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej za 2025 rok przedsiębiorcy składają w tym samym terminie, niezależnie od formy opodatkowania. Należy je wykazać w deklaracji ZUS DRA lub ZUS RCA za kwiecień 2026 roku, składanej do 20 maja.

Przedsiębiorcy powinni pamiętać też, że zawieszenie działalności nie zawsze zwalnia z obowiązku rocznego rozliczenia. Jeśli firma była prowadzona choćby przez część roku składkowego, a przedsiębiorca podlegał ubezpieczeniu zdrowotnemu, nadal może być zobowiązany do złożenia rozliczenia i wykazania nadpłaty albo niedopłaty – dodaje ekspertka IFIRMA

Nadpłata, niedopłata i korekta

Jeżeli z rocznego rozliczenia składki zdrowotnej wynika nadpłata, wniosek o jej zwrot, czyli RZS-R, zostanie udostępniony na profilu płatnika w eZUS/PUE-ZUS następnego dnia po złożeniu rozliczenia. Należy go wysłać najpóźniej do 1 czerwca 2026 roku. Zwrot środków powinien nastąpić najpóźniej do 3 sierpnia 2026 roku. Jeśli przedsiębiorca nie złoży wniosku, ZUS rozliczy nadpłatę na jego koncie, a w przypadku zaległości zaliczy ją w pierwszej kolejności na ich poczet.

W przypadku, gdy z rozliczenia wynika niedopłata, trzeba ją uregulować razem ze składkami za kwiecień, czyli do 20 maja 2026 roku. Po tym terminie może być traktowana jako zaległość wobec ZUS. Błędy w dokumentach można skorygować – w przypadku wniosku o zwrot nadpłaty najpóźniej w dniu jego wysłania, a w pozostałych przypadkach do 1 lipca 2026 roku.

Wzrost składki zdrowotnej od lutego 2026 r.

Od 1 lutego 2026 r. wzrosła minimalna podstawa wymiaru składki zdrowotnej dla części przedsiębiorców. Zmiana dotyczy przedsiębiorców stosujących skalę podatkową, podatek liniowy lub preferencję IP Box.

W roku składkowym obejmującym okres od 1 lutego 2026 r. do 31 stycznia 2027 r. minimalna miesięczna podstawa wymiaru składki zdrowotnej wynosi 4 806 zł. Oznacza to podwyższenie składki zdrowotnej do 432,54 zł miesięcznie. Dla porównania jeszcze za styczeń 2026 r. minimalna składka zdrowotna wynosiła 314,96 zł.

Zmianę tę odczują szczególnie przedsiębiorcy osiągający niskie dochody albo okresowo wykazujących stratę z działalności gospodarczej. W praktyce oznacza to, że nawet przedsiębiorca, który w danym miesiącu nie osiągnie realnego dochodu, nadal będzie zobowiązany do opłacenia minimalnej składki zdrowotnej w pełnej wysokości. Zmiana ma też duże znaczenie dla osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, zwłaszcza w branżach o nieregularnych przychodach – komentuje Joanna Łuksza z IFIRMA.PL.

Najważniejsze daty dla przedsiębiorców

  • 20 maja 2026 r. – złożenie rocznego rozliczenia składki zdrowotnej, opłacenie składek za kwiecień i ewentualnej niedopłaty.
  • 1 czerwca 2026 r. – termin wysłania wniosku RZS-R o zwrot nadpłaty.
  • 1 lipca 2026 r. – ostateczny termin korekty rozliczenia za 2025 rok dla przedsiębiorców, którzy nie składają wniosku o zwrot.
  • 3 sierpnia 2026 r. – najpóźniejszy termin zwrotu nadpłaty przez ZUS, o ile rozliczenie i wniosek są prawidłowe, a na koncie nie ma zaległości.

Dom Development z mocnym początkiem 2026 roku. Przychody wzrosły do 961 mln zł

W pierwszym kwartale 2026 roku Grupa Kapitałowa Dom Development S.A. („Grupa Dom Development”) wypracowała 180 mln zł zysku netto, o 21% więcej niż rok wcześniej, przy wzroście przychodów o 30% r/r do 961 mln zł. Znaczący wzrost wyników finansowych to efekt przekazania klientom 1 273 lokali, czyli o 29% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku, przy utrzymaniu wysokiej efektywności operacyjnej i dyscypliny kosztowej.

Jednocześnie, w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku Grupa Dom Development sprzedała 1 161 lokali netto, co oznacza wzrost o 12% r/r. Był to już siódmy kwartał z rzędu ze sprzedażą na poziomie co najmniej 1 000 lokali, potwierdzający powtarzalność wysokich rezultatów oraz wiodącą pozycję Grupy Dom Development na rynku mieszkaniowym w Polsce.

Skumulowana sprzedaż netto do rozpoznania w przychodach przyszłych okresów, obejmująca lokale już sprzedane, ale jeszcze nieprzekazane nabywcom, na koniec marca 2026 roku wynosiła blisko 5,1 tys. lokali o łącznej wartości 4 mld zł.

– Grupa Dom Development rozpoczęła 2026 rok od bardzo dobrych wyników operacyjnych i finansowych, potwierdzając swoją wiodącą pozycję na rynku mieszkaniowym w Polsce oraz umiejętność skutecznego wykorzystania sprzyjających warunków rynkowych. Pierwszy kwartał przyniósł kontynuację stopniowego ożywienia popytu, wspieranego poprawą zdolności kredytowej klientów oraz dalszym wzrostem wynagrodzeń. Z kolei podwyższona niepewność geopolityczna związana z sytuacją na Bliskim Wschodzie skłoniła część nabywców do przyspieszenia decyzji zakupowych w obawie przed potencjalnym wzrostem inflacji. W największych ośrodkach miejskich w Polsce sprzedaż wyraźnie wzrosła, a jednocześnie oferta pozostawała wysoka, z dużym udziałem lokali gotowych. W odpowiedzi na tę sytuację deweloperzy ograniczali nowe wprowadzenia, dostosowując podaż do aktualnego tempa sprzedaży. Widzimy przy tym wyraźne zróżnicowanie regionalne: przewagę popytu nad podażą w Warszawie, względną równowagę w Trójmieście i Wrocławiu oraz podwyższoną podaż w Krakowie. Na tym tle czas wyprzedaży oferty w Grupie Dom Development pozostaje wyraźnie krótszy niż średnia na poszczególnych rynkach, co potwierdza wysoką skuteczność naszych działań sprzedażowych oraz dopasowanie oferty do oczekiwań klientów – komentuje Mikołaj Konopka, prezes zarządu Dom Development.

Kwartalna sprzedaż netto konsekwentnie powyżej 1 000 lokali

W pierwszym kwartale tego roku Grupa Dom Development sprzedała 1 161 lokali netto, czyli o 12% więcej niż rok wcześniej. Pod tym względem był to najlepszy pierwszy kalendarzowy kwartał w historii Grupy. Transakcje współfinansowane kredytem stanowiły 58% całkowitej sprzedaży, wobec 53% w pierwszym kwartale 2025 roku oraz średnio 56% w całym ubiegłym roku.

Średnia wartość lokalu mieszkalnego sprzedanego przez Grupę w pierwszych trzech miesiącach 2026 roku (obejmująca cenę mieszkania wraz z ewentualnym wykończeniem, komórką lokatorską i miejscem postojowym) wyniosła 842 tys. zł brutto i była nieco wyższa niż w analogicznym okresie 2025 roku (818 tys. zł). Zmiana ta wynika głównie z innej struktury aktualnej oferty.

– Na szerokim rynku ceny mieszkań zasadniczo ustabilizowały się, z wyjątkiem Warszawy, gdzie wzrost średnich cen wynikał głównie z wprowadzania nowych, droższych projektów. Jednocześnie obserwujemy pojawienie się impulsu wzrostu kosztów budowy na skutek wojny na Bliskim Wschodzie, co w najbliższym czasie będzie skutkować zmianą cenników na wybranych projektach – wskazuje Mikołaj Konopka.

W pierwszym kwartale Grupa Dom Development wprowadziła do sprzedaży łącznie 1 382 lokale w ośmiu projektach. Na koniec marca 2026 roku oferta Grupy obejmowała 3 538 lokali, podobnie jak przed rokiem. Przy utrzymaniu tempa sprzedaży z pierwszego kwartału oznaczałoby to możliwość jej całkowitej wyprzedaży w zaledwie trzy kwartały, znacznie szybciej niż w przypadku zdecydowanej większości konkurentów.

Rosnące przychody i zyski, bardzo dobre perspektywy na kolejne kwartały

Miniony kwartał był dla Grupy Dom Development także intensywnym okresem pod względem przekazywania mieszkań klientom. Grupa wydała klucze do 1 273 lokali, o 29% więcej niż w pierwszych trzech miesiącach 2025 roku. Przełożyło się to pozytywnie na wyniki finansowe: skonsolidowane przychody w pierwszym kwartale 2026 roku sięgnęły 961 mln zł, co oznacza wzrost o 30% r/r, a skonsolidowany zysk netto wyniósł 180 mln zł, rosnąc o 21% r/r.

– Na koniec marca 2026 roku Grupa Dom Development miała blisko 5,1 tys. lokali o łącznej wartości 4 mld zł, które zostały już sprzedane, ale jeszcze nieprzekazane klientom. Spośród nich niemal 0,5 tys. stanowiły lokale już ukończone, a budowa kolejnych 3,2 tys. zakończy się jeszcze w tym roku. Skumulowana sprzedaż oraz planowane przekazania, przypadające głównie na drugie półrocze, w połączeniu z optymalizacją kosztów budowy dzięki własnemu generalnemu wykonawstwu, tworzą solidną bazę dla wyników finansowych Grupy w całym 2026 roku. Liczymy, że pozwoli nam to poprawić rezultaty wypracowane w dotychczas rekordowym 2025 roku – zapowiada Monika Dobosz, wiceprezes zarządu, dyrektor finansowy Dom Development.

Bank ziemi z potencjałem do wybudowania ponad 20 tys. lokali

– Mocną stroną Grupy Dom Development jest również wysoki poziom dostępnego finansowania, w tym możliwe do wykorzystania linie kredytowe oraz środki pochodzące z emisji obligacji. Na przełomie lutego i marca z sukcesem przeprowadziliśmy ofertę obligacji skierowaną do inwestorów kwalifikowanych, z której pozyskaliśmy 250 mln zł przy rekordowo niskiej marży. Zapewnia nam to dużą elastyczność w zarządzaniu płynnością, pozwala sprawnie reagować na pojawiające się okazje oraz systematycznie uzupełniać nasz bank ziemi. W pierwszym kwartale sfinalizowaliśmy zakup kilku atrakcyjnych gruntów w Warszawie, Trójmieście i Wrocławiu – informuje Monika Dobosz.

Na koniec pierwszego kwartału bieżącego roku Grupa Dom Development dysponowała bankiem ziemi z potencjałem do wybudowania łącznie około 20,3 tys. lokali, co umożliwia utrzymanie sprzedaży na obecnym poziomie przez blisko 5 lat.

* * *

Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Grupy Dom Development

Rachunek zysków i strat (dane w mln zł) I kw. 2026 I kw. 2025 Zmiana r/r
Przychody ze sprzedaży 960,9 741,9 30%
Przychody ze sprzedaży wyrobów gotowych 943,1 712,4 32%
Przekazane lokale (szt.) 1 273 984 29%
Przychody na lokal (tys. zł) 741 724 2%
Zysk brutto ze sprzedaży 301,8 253,4 19%
Marża brutto 31,4% 34,2% (2,8) p.p.
Zysk operacyjny (EBIT) 223,3 182,0 23%
Marża EBIT 23,2% 24,5% (1,3) p.p.
Zysk brutto 222,6 184,0 21%
Marża zysku brutto 23,2% 24,8% (1,6) p.p.
Zysk netto 180,0 148,4 21%
Marża zysku netto 18,7% 20,0% (1,3) p.p.
Zysk na akcję (zł) 6,98 5,75 21%

 

Koniec ery taniej siły roboczej. Dlaczego fabryki wracają do Europy?

0

Przez lata globalny biznes produkował tam, gdzie jest najtaniej, najszybciej i najbardziej efektywnie – jednak ten model właśnie się kończy. „Reindustrialization of Europe and the US – 2026”, firmy po obu stronach Atlantyku coraz wyraźniej odchodzą od logiki opartej na wydajności kosztowej i zmierzają w kierunku reindustrializacji, w której najważniejsze stają się biznesowa odporność, bezpieczeństwo dostaw i większa kontrola nad kluczowymi zasobami.

Z danych Capgemini wynika, że 73% europejskich i amerykańskich organizacji ma już strategię reindustrializacji albo właśnie ją rozwija. Dla porównania: w 2025 r. było to 66%, a w 2024 r. 59%. W ciągu zaledwie dwóch lat proces ten przeszedł więc drogę od trendu do jednego z głównych tematów na agendach zarządów. Globalna pandemia, konflikty zbrojne, geopolityczna niestabilność, napięcia handlowe i wynikające z tego zakłócenia logistyczne uświadomiły firmom, że najtańszy łańcuch dostaw bywa też najbardziej kruchy.

Najlepiej pokazują to powody, dla których przedsiębiorstwa przenoszą produkcję bliżej rynków macierzystych lub do państw politycznie bardziej przewidywalnych. Z badania Capgemini wynika, że firmy dążą do większej suwerenności i kontroli nad kluczowymi surowcami, komponentami, technologiami i zdolnościami produkcyjnymi, aby ograniczyć zależność od zagranicznych dostawców i ryzyko koncentracji geograficznej. Innymi słowy, są dziś skłonne ponieść wyższe koszty w zamian za większą stabilność i bezpieczeństwo operacyjne.

Jeszcze mocniej wybrzmiewa wpływ geopolityki: aż 85% organizacji przyznaje, że obecne napięcia międzynarodowe skłaniają je do rozważania krajowej produkcji albo sourcingu w państwach sojuszniczych. Biznes przestał traktować geopolitykę jako tło i w rezultacie weszła ona w sam środek kalkulacji inwestycyjnej.

Trzeba zaznaczyć, że firmy nie podejmują decyzji o reindustrializacji wyłącznie pod wpływem strachu. Coraz częściej widzą w niej inwestycję w trwałą przewagę konkurencyjną. 64% respondentów w naszym badaniu deklaruje, że będzie kontynuować działania reindustrializacyjne nawet wtedy, gdy krótkoterminowe koszty wzrosną, a 78% spodziewa się, że w dłuższym okresie większa skala lokalnej lub regionalnej produkcji obniży jednostkowe koszty. Odporność staje się zatem elementem biznesowego rachunku – komentuje Dr Krzysztof Bar- Supply Chain and Procurement Transformation Manager w Capgemini Polska

W tle tej zmiany pozostaje rosnące znaczenie nie tylko suwerenności politycznej – ale też przemysłowej, surowcowej, energetycznej i technologicznej. Z raportu Capgemini wynika, że 72% firm dąży do większej suwerenności lub kontroli nad kluczowymi surowcami, komponentami, technologiami i zdolnościami produkcyjnymi. 62% podkreśla znaczenie suwerenności energetycznej, a 66% – suwerennych zdolności technologicznych. Oznacza to, że w świecie permanentnych kryzysów stawką staje się kontrola nad energią, komponentami, danymi, infrastrukturą i technologią.

Po obu stronach Atlantyku reindustrializacja przybiera inną formę

W USA dominuje tzw. reshoring, czyli powrót produkcji do kraju. Niemal połowa (48%) amerykańskich organizacji zainwestowało już w to rozwiązanie, podczas gdy rok wcześniej było to 30%. To efekt ceł, zachęt federalnych i stanowych oraz coraz silniejszej presji na budowę krajowych mocy produkcyjnych.

Europa idzie inną drogą i częściej wybiera tzw. friendshoring, czyli lokowanie produkcji w krajach sojuszniczych. Taką strategię realizuje 64% organizacji europejskich. W tym regionie przemysł działa jednak w znacznie trudniejszych warunkach kosztowych niż w Ameryce. Ceny energii w UE pozostają średnio dwa razy wyższe niż w USA, a 55% firm europejskich uważa, że regulacje środowiskowe utrudniają reshoring lub nearshoring. W USA takiego zdania jest tylko 26%.

Ambicje a kapitał

Raport Capgemini pokazuje też ciekawy paradoks. Okazuje się bowiem, że choć firmy pokładają w reindustrializacji coraz większe nadzieje na zbudowanie odporności biznesowej, to coraz ostrożniej znajdują na nią kapitał. Łączna wartość inwestycji planowanych na najbliższe trzy lata przez badane organizacje spadła do 2,5 biliona dolarów, wobec 4,7 biliona dolarów deklarowanych rok wcześniej.

Powodem są przede wszystkim niepewność geopolityczna, niestabilność regulacyjna, słabszy klimat inwestycyjny i wyższe koszty energii, szczególnie w Europie. Innymi słowy – ambicje pozostały, ale apetyt na wielkie wydatki osłabł.

Biznes coraz częściej szuka modeli mniej kapitałochłonnych, w tym lepszego wykorzystania istniejących zakładów, współdzielenia aktywów i partnerstw produkcyjnych zamiast kosztownej budowy wszystkiego od zera. Wyjątki są nieliczne, ale znaczące: duże pieniądze nadal płyną do sektorów uznawanych za strategiczne, takich jak półprzewodniki, farmacja, obronność i centra danych. To właśnie tam firmy i państwa wciąż są gotowe płacić za odporność więcej niż za krótkoterminową efektywność.

Inteligentna produkcja jest kluczowa

Powrót produkcji bliżej rynku nie byłby dziś możliwy na większą skalę bez technologii. 87% organizacji zapytanych przez Capgemini deklaruje inwestycje w AI i automatyzację po to, by zrównoważyć wyższe koszty reindustrializacji.

Innymi słowy: jeśli Zachód chce produkować bliżej siebie, musi produkować znacznie inteligentniej. Technologia ma ograniczać koszty pracy, skracać czas wdrożeń, poprawiać jakość i zwiększać elastyczność fabryk. Dlatego reindustrializacja coraz częściej oznacza budowę nowego modelu przemysłu opartego na automatyzacji, robotyce, cyfrowych bliźniakach i danych. Nic zatem dziwnego, że 82% organizacji spodziewa się wzrostu innowacyjności dzięki reindustrializacji.

Główną barierą dla nowej fali uprzemysłowienia są kompetencje

Nowy model produkcji wymaga pracowników o znacznie wyższych kompetencjach niż tradycyjny przemysł. 83% organizacji przyznaje, że niedobór wykwalifikowanej kadry technicznej utrudnia reindustrializację. Problem polega na tym, że biznes wciąż nie jest na to gotowy: tylko 34% firm deklaruje gotowość do włączenia rozwoju kompetencji, szkoleń i cyfrowej biegłości pracowników w model produkcyjny.

W USA skala wyzwania jest szczególnie widoczna – raport przywołuje ponad 400 tysięcy nieobsadzonych miejsc pracy w przemyśle. To oznacza, że bez ludzi umiejących pracować z automatyką, robotyką, AI i danymi nawet najlepiej zaprojektowana reindustrializacja może utknąć na etapie strategii.

Reindustrializacja nie oznacza cofnięcia globalizacji, lecz jej przebudowę. Firmy nie przenoszą dziś po prostu wszystkiego z powrotem do kraju, ale układają produkcję na nowo, bliżej rynku, w krajach sojuszniczych, w bardziej odpornych i politycznie bezpiecznych łańcuchach dostaw. Globalne ekosystemy produkcji raczej się rekonfigurują niż są rysowane od zera. Dlatego wygrywać będą nie ci, którzy najszybciej zamkną offshore, ale ci, którzy najlepiej połączą odporność, technologię, elastyczność kosztową i nowe kompetencje pracowników.

Reindustrializacja nie jest dziś zatem sentymentalnym powrotem do starego przemysłu, tylko próbą zbudowania przemysłu, który przetrwa świat permanentnej niestabilności.

AI zmienia rynek pracy w IT, ale nie w sposób, którego się spodziewano

Jeszcze niedawno dyskusja o wpływie sztucznej inteligencji na rynek pracy w IT była zdominowana przez proste scenariusze zastąpienia człowieka przez technologię. Dziś coraz wyraźniej widać, że rzeczywistość jest bardziej złożona, a zmiany zachodzą równolegle w kilku kierunkach. Z jednej strony rośnie zapotrzebowanie na specjalistów rozwijających i wdrażających rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, z drugiej – automatyzacji ulega coraz większa część pracy wykonywanej dotychczas przez zespoły IT. Nie prowadzi to jednak do zmniejszenia liczby miejsc pracy, lecz do ich redefinicji.

W praktyce oznacza to przesunięcie ciężaru z wykonywania powtarzalnych zadań na kompetencje związane z projektowaniem, integracją i nadzorem nad systemami. Narzędzia oparte na modelach językowych czy automatycznym generowaniu kodu coraz częściej wspierają programistów w codziennej pracy, skracając czas realizacji projektów i zmieniając strukturę zespołów. W efekcie rośnie znaczenie ról łączących kompetencje techniczne z rozumieniem biznesu, a także umiejętności pracy z systemami, które nie są już wyłącznie narzędziem, ale współuczestnikiem procesu tworzenia oprogramowania.

Jednocześnie coraz wyraźniej zarysowuje się napięcie widoczne szczególnie na poziomie wejścia do zawodu. Firmy ograniczają liczbę prostych zadań, które wcześniej stanowiły naturalną ścieżkę rozwoju dla juniorów, ponieważ część z nich przejmują rozwiązania automatyzujące. Nie oznacza to jednak zamknięcia rynku dla mniej doświadczonych specjalistów, lecz zmianę oczekiwań wobec nich. Znajomość podstaw programowania przestaje być wystarczająca, a większego znaczenia nabierają umiejętności analityczne, zdolność pracy z danymi oraz rozumienie kontekstu, w jakim wykorzystywane są technologie – mówi Marek Wróbel, partner zarządzający w Optiveum.

Równolegle obserwowany jest wzrost zapotrzebowania na specjalistów w obszarach takich jak uczenie maszynowe, inżynieria danych czy bezpieczeństwo systemów, co prowadzi do coraz większej polaryzacji rynku. Doświadczeni eksperci zyskują na znaczeniu, ponieważ to oni odpowiadają za projektowanie architektury rozwiązań i podejmowanie decyzji, których nie można w pełni zautomatyzować. W efekcie organizacje coraz częściej koncentrują się nie tylko na pozyskiwaniu talentów, ale także na ich rozwijaniu i utrzymaniu, traktując kompetencje jako zasób strategiczny.

Zmienia się również sposób podejścia do samego procesu rekrutacji. Weryfikacja umiejętności technicznych przestaje opierać się wyłącznie na deklaracjach kandydatów, a coraz większą rolę odgrywa praktyczne sprawdzanie kompetencji oraz dopasowania do konkretnych projektów. W środowisku, w którym technologie ewoluują szybciej niż formalne ścieżki edukacji, zdolność oceny realnych umiejętności staje się kluczowa zarówno dla pracodawców, jak i kandydatów – dodaje Marek Wróbel.

Wpływ sztucznej inteligencji na rynek pracy w IT nie polega na prostym zastępowaniu ludzi, lecz na głębokiej transformacji charakteru pracy. Zmieniają się role, kompetencje i modele współpracy, a granica między człowiekiem a technologią staje się coraz bardziej płynna. W tym kontekście kluczowe znaczenie ma zdolność adaptacji, zarówno po stronie specjalistów, jak i organizacji, które muszą nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, gdzie zmiana nie jest już etapem, lecz stałym elementem działania.


Sztuczna inteligencja nie eliminuje miejsc pracy w IT, lecz redefiniuje role specjalistów, przesuwając ciężar z powtarzalnego kodowania na projektowanie, integrację i nadzór nad systemami. W efekcie dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na ekspertów od uczenia maszynowego (ML) oraz inżynierii danych, którzy potrafią tworzyć inteligentne algorytmy osadzone w kontekście potrzeb rynkowych. Ta ewolucja kadrowa w branży technologicznej bezpośrednio napędza intensywny rozwój procesów AI i ML u wiodących dostawców oprogramowania dla przedsiębiorstw, takich jak Comarch.

Jawność cen transakcyjnych z RCN już urealnia negocjacje

Jawność cen transakcyjnych w Rejestrze Cen Nieruchomości (RCN) urealnia negocjacje, zwiększa przejrzystość rynku i powoli ogranicza skrajnie zawyżone ceny – wynika z badania Nieruchomosci-online.pl przeprowadzonego wśród 1500 pośredników. Większość ocen jest pozytywna, ale część agentów studzi oczekiwania: „suche” ceny łatwo źle odczytać, nie wszyscy kupujący i sprzedający umieją z nich korzystać, a różnice w standardzie mieszkań sprawiają, że dane wymagają ostrożnej interpretacji.

„Jak oceniasz ujawnienie cen transakcyjnych z Rejestru Cen Nieruchomości (RCN) oraz jego wpływ na zachowania kupujących i sprzedających?” Takie pytanie zadał grupie 1500 agentów z całej Polski portal ogłoszeniowy Nieruchomosci-online.pl. To pierwsze tak szerokie badanie nastrojów wśród biur nieruchomości przeprowadzone po upublicznieniu danych transakcyjnych.

Z analizy uzyskanych odpowiedzi wynika, że uwolnienie cen transakcyjnych było na wielu lokalnych rynkach niczym włączenie światła w rozmowach o cenie. Najczęściej powtarza się jeden wątek: dane z realnych transakcji zaczęły części sprowadzać dyskusję z poziomu „wydaje mi się” na poziom „sprawdźmy”. Kupujący zyskują poczucie, że łatwiej im ocenić, czy nie przepłacają, przez co wchodzą do negocjacji pewniej, z konkretnym argumentem. Sprzedający natomiast – widząc, za ile podobne mieszkania faktycznie się sprzedają – częściej są skłonni do rozmowy. W efekcie, w opinii wielu pośredników, różnica między cenami ofertowymi a transakcyjnymi może stopniowo się zmniejszać – mówi Rafał Bieńkowski, PR manager w Nieruchomosci-online.pl.

Jednocześnie część agentów studzi oczekiwania. Nie wszyscy korzystają jeszcze z RCN, a dla części kupujących i sprzedających dane nie są w pełni czytelne. Dlatego wpływ narzędzia na rynek może narastać powoli, stopniowo – dodaje Rafał Bieńkowski.

„To ucina spekulacje i emocjonalne podejście do wyceny”

W wielu wypowiedziach przedstawicieli biur ujawnienie cen transakcyjnych jest opisywane jako krok, który pomaga obu stronom transakcji szybciej urealnić oczekiwania.

Dostępność cen transakcyjnych z RCN stała się kluczowym czynnikiem zmieniającym zasady gry. Skończyła się era licytowania pod marzenia, nie ma już mowy o kupowaniu kota w worku. Sprzedający musieli zejść na ziemię, wzrosła elastyczność w negocjacjach – mówi Anna Bylewska z biura Bylewscy Nieruchomości w Poznaniu.

Ujawnienie cen transakcyjnych zwiększyło transparentność rynku. Dla kupujących to ważne narzędzie porównawcze, które pomaga ocenić, czy dana oferta jest rynkowa. Dla sprzedających może to być natomiast moment weryfikacji oczekiwań. W dłuższej perspektywie dostęp do danych transakcyjnych powinien stabilizować rynek i ograniczać skrajnie zawyżone ceny ofertowe – komentuje Agata Stradomska z agencji Białe Lwy w Warszawie.

Pośrednicy podkreślają też, że ujawnienie cen transakcyjnych zmienia sposób prowadzenia rozmów z klientami – dane ułatwiają uzasadnianie wyceny i przesuwają negocjacje z poziomu opinii na poziom argumentów.

Dostęp do danych z RCN to dla nas, pośredników, ogromne ułatwienie. To ucina spekulacje i emocjonalne podejście do wyceny. Gdy pokazuję sprzedającemu twarde dane z sąsiedztwa, dyskusja o cenie przestaje być walką o „widzimisię”, a staje się merytoryczną analizą wartości rynkowej. (…) Sprzedający stają się coraz bardziej pragmatyczni. Odeszli od wystawiania nieruchomości za kwoty z sufitu, bo widzą, że zbyt wysoka cena ofertowa tylko mrozi sprzedaż – opowiada Ewa Tonia z MUVON Nieruchomości.

Agentowi łatwiej jest wyjaśnić różnice między ceną ofertową a transakcyjną, a także pokazać, dlaczego konkretna nieruchomość jest wyceniana w określony sposób – mówi Hanna Kamińska z Metrohouse w Kołobrzegu.

Zarówno właściciele, jak i pośrednicy mogą bardziej realistycznie ustalać ceny ofertowe mieszkań, opierając się na faktycznych transakcjach, a nie tylko na cenach ogłoszeniowych. W dłuższej perspektywie może to przyczynić się do stabilizacji rynku oraz skrócenia czasu sprzedaży nieruchomości, ponieważ ceny będą bliższe realnym oczekiwaniom kupujących – mówi Agnieszka Markowska z biura Biernaccy Nieruchomości w Warszawie.

W opinii agentów, jawność cen transakcyjnych wpływa też na relację między rynkiem pierwotnym i wtórnym.

Ujawnienie cen transakcyjnych w pierwszej kolejności wymusiło urynkowienie cen przez deweloperów. Zmienił się margines zawyżonych cen, co jednocześnie wpłynęło na rynek wtórny, który jest porównywany do pierwotnego jako możliwość nabywania nieruchomości o podobnych parametrach – mówi Robert Klimek z Joy Properties w Warszawie.

Problemem ogromne zróżnicowanie standardów mieszkań

Część agentów biorących udział w badaniu przeprowadzonym przez Nieruchomosci-online.pl podkreśla, że samo ujawnienie cen transakcyjnych to krok w dobrą stronę, ale rynek musi dopiero nauczyć się z tych danych korzystać. Agenci między innymi wyrażają obawy, że niektórzy uczestnicy rynku mogą używać danych zbyt dosłownie. Bez rozumienia, jak wiele czynników buduje cenę, np. standard, piętro, stan prawny, ekspozycja, układ czy niedawny remont.

Na rynku pierwotnym to rewolucja, która ukróci nieuczciwe praktyki niektórych deweloperów. Na rynku wtórnym sprawa jest bardziej złożona. Pochopne wyciąganie wniosków na podstawie suchych danych może przynieść więcej szkody niż pożytku ze względu na ogromne zróżnicowanie standardu mieszkań – komentuje Jacek Kasprzak z agencji Kasprzak Nieruchomości we Wrocławiu.

W jednym bloku różnica cen mieszkań może wynosić do 40 proc. wartości, a sprzedający nie rozumieją mechanizmów wpływających na wartości. Będą podpierali się informacją, za ile sprzedał sąsiad, a nie ile ich mieszkanie realnie jest warte – twierdzi Iwona Pisarek z biura Pisarek Nieruchomości w Warszawie.

RCN jest pomocny dla specjalistów, klienci nie mają wiedzy, jak z niego korzystać. Czasami utrudnia to negocjacje, bo klient rzadko uwzględnia inne czynniki wpływające na zmianę ceny, jak np. wartość pieniądza w czasie, koszty materiałów budowlanych czy koszty pracy – dodaje Dawid Basiak z Metrohouse.

Kolejny wątek dotyczy tego, jak daleko wstecz takie dane powinny być traktowane jako realny punkt odniesienia. Niektórzy agenci zwracają uwagę, że przy szybko zmieniających się warunkach rynkowych starsze transakcje mogą bardziej zaciemniać obraz niż pomagać.

Myślę, że 2-3 lata wstecz taka informacja o cenie jest ważna, ale starsze dane są niepotrzebne – uważa Anna Brljacic z biura Topowi Agenci w Warszawie.

Padają też opinie, że rynek działa po staremu, a na niektórych lokalnych rynkach poziom świadomości istnienia samego rejestru jest niski.

Poza ogromnym zainteresowaniem w pierwszych dniach od uwolnienia cen, niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o sprzedających. Nadal w większości przypadków trzymają się cen życzeniowych, a nie realnych na danym rynku – mówi Małgorzata Arkuszyńska z RE/MAX Polska, która także wzięła udział w badaniu Nieruchomosci-online.pl.

––––

Nastrojometr rynku nieruchomości to cokwartalne badanie nastrojów rynkowych w ocenie pośredników. Zostało przeprowadzone przez Nieruchomosci-online.pl i Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu w marcu na grupie 1505 agentów.

Polska gospodarka poniżej prognoz. PKB w I kwartale z negatywnym zaskoczeniem

Najnowszy wstępny odczyt PKB w Polsce zaskoczył negatywnie. Wstępny odczyt wzrostu PKB na koniec 1 kwartału wyniósł w ujęciu kwartalnym 0,5% (poprzedni odczyt wynosił 1,1%, a rynek spodziewał się 0,6%), a w ujęciu rocznym i wyrównany sezonowo 3,4% (poprzedni wyniósł 4,1%, a rynek spodziewał się 3,7%).

Wolniej rosnące PKB będzie z pewnością czynnikiem, który może wesprzeć retorykę RPP spod znaku „wait and see”, ponieważ rozważane podwyżki stóp procentowych miałyby dalszy negatywny wpływ na rozwój gospodarczy w Polsce.