Od nowego roku banki będą inaczej liczyły zdolność kredytową. W życie wchodzi Rekomendacja S

CEO Magazyn Polska

Od nowego roku każdy starający się o kredyt hipoteczny będzie musiał dysponować 5-procentowym wkładem własnym. Wchodząca w życie od stycznia  Rekomendacja S zakłada, że docelowo  w 2017 roku  kredyt hipoteczny będą mogli uzyskać tylko klienci, którzy posiadają wkład własny na poziomie 20 proc. wartości nieruchomości. Z drugiej strony KNF łagodzi kryteria liczenia zdolności kredytowej.

Od 1 stycznia 2014 roku każdy ubiegający się o kredyt hipoteczny będzie musiał posiadać 5 proc. wkładu własnego. To efekt wejścia w życie pierwszej części zaleceń KNF-u zawartych w Rekomendacji S. W praktyce oznacza to, że zaciągając kredyt złotówkowy w wysokości 300 tys. zł, trzeba mieć na koncie 15 tys. zł plus środki na opłaty związane z kredytem.

  W tym obszarze Rekomendacja S zaostrza wymagania dotyczące udzielania kredytów – mówi Michał Krajkowski, główny analityk DK Notus. – W pewnych obszarach jednak łagodzi wymagania, między innymi w zakresie liczenia zdolności kredytowej.

Do tej pory przy zaciąganiu kredytu na 30 lat zdolność kredytową liczono na 25 lat. Zgodnie z nową rekomendacją ten okres wydłuży się o pięć lat. Jak ocenia Krajkowski, zdolność kredytowa społeczeństwa wzrośnie o około 5-7 proc.

Ponadto od stycznia polskie banki nie będą mogły udzielać kredytów hipotecznych na okres dłuższy niż 25 lat. Przed wprowadzeniem zmian nieruchomość mogła być spłacana nawet przez 50 lat.

 – Z punktu widzenia klienta jest to jak najbardziej korzystne – podkreśla analityk. – Często klienci nieświadomi kosztów, jakie z tym się wiążą, mogli wydłużać okres kredytowania, a to powodowało, że łączny koszt, odsetki w skali 40 czy 50 lat rosły w sposób nieproporcjonalny do korzyści, jakie zyskujemy na niższej racie.

Rekomendacja ogranicza także dostępność do kredytów walutowych. Od nowego roku będą one dostępne tylko dla tych, którzy zarabiają w danej walucie. W tym wypadku decyzja KNF potwierdza tylko stosowaną już od dawna praktykę banków.

 – Oczywiście ograniczenie kredytów walutowych, patrząc krótkowzrocznie, dla klientów może być nie do końca satysfakcjonujące. Celem jest jednak ochrona całego systemu bankowego – mówi rozmówca Newserii Biznes.

Nowa rekomendacja ma również pomóc bankom w stworzeniu fundamentów do rozwoju rynku instrumentów dłużnych opartych o jednorodne portfele kredytów mieszkaniowych.

Centrum Badań Energetyki w Kijowie: Jest wielki potencjał do eksportu energii z Ukrainy do Europy

Dmytro Wasylew

Mimo podpisania umowy z Moskwą i otrzymania od niej pierwszej transzy obiecanej pomocy, Ukraina nadal ma otwarte drzwi do Unii Europejskiej. I powinna wykorzystać tę współpracę do zwiększenia kierunków dostaw gazu oraz do rozwijania odnawialnych źródeł energii, co uniezależniłoby ją od Rosji.

 – Jest wielki potencjał do eksportu energii z Ukrainy do Europy. Istnieje duża szansa na dogadanie się i podpisanie kontraktów na eksport energii do Polski i na Węgry, być może i do innych krajów. Ukraina może rozwijać przemysł wytwarzania energii – mówi Newserii Biznes Dmytro Wasylew, zastępca dyrektora zarządzającego z Centrum Badań Energetyki w Kijowie.

17 grudnia prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz zdecydował się na zbliżenie z Rosją i podpisał w Moskwie porozumienie z Wladimirem Putinem. Zgodnie z nim Rosja wykupi część ukraińskiego zadłużenia opiewającego na 15-17 mld dolarów. Cena rosyjskiego gazu dla Kijowa od 1 stycznia zostanie obniżona. Ukraina zapłaci za surowiec 268,5 dolara za 1 tys. m3 zamiast obecnych ok. 400 dolarów za 1 tys. m3. Obecne stawki należą do najwyższych w Europie. Ukraina już dostała 3 mld dolarów w postaci sprzedaży Rosji swoich obligacji skarbowych na giełdzie irlandzkiej.

 – Europa może zaoferować znacznie więcej: zasady gry, które znamy, więcej kontraktów i szans na współpracę w dziedzinie energetyki, możliwy import energii elektrycznej z Ukrainy, również dobre ceny gazu ze – przynajmniej – Słowacji i Węgier, i może Polski – uważa Dmytro Wasylew.

Wskazuje także na możliwości dywersyfikacji źródeł energii, które dają odnawialne źródła energii (OZE).

 – Europa może zaoferować Ukrainie również inwestycje w OZE, mamy tu ogromny potencjał, jeśli chodzi o ich rozwój. Jeśli europejscy partnerzy będą mogli przyjechać do nas ze swoimi inwestycjami i tu je rozwijać, to wspomogłoby również rozwój Ukrainy oraz zmniejszyłoby jej zapotrzebowanie na dostawy gazu z Rosji – zwraca uwagę Dmytro Wasylew.

Dodaje, że także kwestie związane z polityką, np. ze złagodzeniem reżimu wizowego przybliżyłoby Ukrainę do Europy i wpłynęło na jej rozwój gospodarczy.

Sylwester w górach nigdy nie był aż tak popularny

Znalezienie noclegu w Zakopanem i okolicach jest praktycznie niemożliwe. Ceny ofert przekraczały zarobki przeciętnego Polaka. Wszystko za jedną noc! Internetowe Centrum Podróży eSKY.pl zestawiło ceny, które w polskich górach obowiązują w święta i w sylwestra. Jak się one kształtują? I o ile wzrosły w stosunku do roku ubiegłego?

– W roku poprzednim po raz pierwszy porównaliśmy ceny noclegów, które obowiązują w okresie od świąt do sylwestra i zestawiliśmy je z cenami „poza sezonem”. Wówczas zwróciliśmy przede wszystkim uwagę na to, że ceny rosną dwukrotnie – pierwszy raz na święta, a drugi na sylwestra. Przy czym ten drugi wzrost bywa naprawdę bardzo znaczący – mówi Łukasz Neska z serwisu eSKY.pl – Zdarza się, zwłaszcza w przypadku hoteli wyższej klasy, że cena rośnie parokrotnie. Dodatkowo, nie ma możliwości rezerwacji tylko jednej nocy, tylko należy się zdecydować od razu na pakiet. Przykładowo, są hotele w Zakopanem, w których normalnie nocleg kosztuje od 390 PLN za dobę dla dwóch osób, tymczasem na czas sylwestra jest wyłącznie możliwość rezerwacji 4 dób w cenie od 3 612 PLN.

Zimowa stolica Polski to najdroższa opcja dla tych, którzy chcą świętować w górach nadejście nowego roku. Na dwa tygodnie przed sylwestrem oferty zaczynają się od 385 PLN za dobę dla dwóch osób. Dostępnych noclegów jest niewiele i większość tych, które pozostały, dotyczą hoteli pięciogwiazdkowych, w których ceny zaczynają się od 1200 PLN.

Gdy przyjrzeć się kosztom rezerwacji, które już zostały dokonane, to są one również wyższe od tych, które zrobiono przed rokiem. Porównując koszty pobytu w Zakopanem w okresie zwykłym tj. gdy nie ma żadnych świąt, to średnio wzrosły one o 30 PLN w stosunku do roku ubiegłego (237 PLN w 2012 roku, a w 2013 – 267 PLN). Średni koszt pobytu w czasie świąt zwiększył się o 68 PLN (z 346 PLN w roku 2012 do 414 PLN w tym roku). Rekordowe koszty wiążą się z rezerwacją hotelu na sylwestrową noc. Rosną one aż o 91 PLN w stosunku do roku ubiegłego i dają średnią 696 PLN. Statystyki te dotyczą samego miasta Zakopane, natomiast gdy analizie zostaną poddane noclegi w Białce Tatrzańskiej czy w Bukowinie to o nie zmieniły się one znacząco od roku ubiegłego. Nieco wyższe są koszty związane ze spędzaniem sylwestra w tych miejscowościach i ich okolicach – średnio o 25 PLN, co daje kwotę oscylującą w granicach 465 PLN. Niższe ceny niż w Zakopanem powodują, że miejsca noclegowe zapełniły się tu jeszcze szybciej niż w zimowej stolicy Polski.

Osoby, które chciały spędzić sylwester w polskich górach, często decydowały się na pobyt w Beskidach lub Sudetach. Analitycy z Internetowego Centrum Podróży eSKY.pl porównali również koszty związane z pobytem z popularnych miejscowościach zlokalizowanych u podnóża tych łańcuchów górskich.

W przypadku Beskidów porównano ceny hoteli w czterech miejscowościach: Wiśle, Żywcu, Szczyrku i Ustroniu. Tu średnie koszty pobytu nie zmieniły się w ogóle w stosunku do roku ubiegłego. Nadal najdroższy jest Żywiec. W okresie nieświątecznym średni koszt doby hotelowej w mieście wynosi 230 PLN i niewiele zwiększa się w czasie świąt – 250 PLN, natomiast na sylwestrową noc koszty rosną prawie dwukrotnie i wynoszą średnio 453 PLN. Rok temu najtańszy był pobyt w Wiśle – w normalnym okresie za dobę w pokoju dwuosobowym płaci się tam średnio 129 PLN, w święta jest to 160 PLN, a w sylwestra 223 PLN. W tym roku ceny nieznacznie się podniosły. I tak w okresie zwykłym nocleg dla dwóch osób kosztuje średnio 135 PLN, w święta 180 PLN, a w sylwestra 250 PLN. Ten wzrost średnich kosztów noclegu powoduje, że najtańszy jest pobyt w Ustroniu, gdzie ceny nieco zmalały. Doba dla dwóch osób w okresie nieświątecznym to koszt 120 PLN, w święta 170 PLN, a w sylwestra 235 PLN. Podobnie jak w roku ubiegłym, sylwester w Beskidach może być prawie trzy razy tańszy niż ten spędzony w Zakopanem.

Sprawdzono również koszty, które poniosą osoby spędzające sylwester w zimowych kurortach województwa dolnośląskiego. Przeanalizowane ceny dotyczą trzech popularnych miejscowości: Szklarskiej Poręby, Karpacza i Kudowy Zdroju. W roku ubiegłym najdroższy był pobyt w Kudowie, gdzie średnie ceny w hotelach w normalnym okresie oscylują w okolicach 300 PLN, natomiast na sylwester wzrastają do 763 PLN (należy jednak zaznaczyć, że wszystkie hotele zlokalizowane w Kudowie Zdroju, które zostały poddane analizie, w cenie noclegu oferowały również bal sylwestrowy). W tym roku koszty znacznie się zmniejszyły i średnia cena noclegu w sylwestra to 520 PLN. Znacznie wyższa jest średnia cena pobytu w Szklarskiej Porębie. Chociaż normalnie średni koszt rezerwacji noclegu wynosi 183 PLN, w święta kwota wzrasta średnio do 501 PLN, a w sylwestra do 608 PLN. Ceny niewiele się różnią od tych, które należy zapłacić za pobyt w Zakopanem.

– Należy podkreślić, że w przeprowadzonej przez nas analizie nie były brane pod uwagę kwatery prywatne. Ma to w tym wypadku duże znaczenie, bo najczęściej to właśnie ich właściciele podnoszą cenę w sposób dowolny – w zależności od popytu. Chociaż ceny kwater nie rosną do tak wysokich, jak noclegi w hotelach – wyjaśnia Łukasz Neska z eSKY.pl.

Niezależnie od tego, jak bardzo rosną koszty pobytu w górach w okresie świątecznym i sylwestrowym, zainteresowanie takimi wyjazdami nie maleje, a wręcz przeciwnie. Coraz więcej osób rezygnuje z tradycyjnej Wigilii i zamiast spędzać święta w dużym rodzinnym gronie, woli wyjechać i odpocząć w górach. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat liczba takich wyjazdów zwiększyła się o 14 proc. – w roku ubiegłym o 8 proc., natomiast w tym o kolejne 6 proc. Oczywiście najwięcej osób wybiera się do Zakopanego i w jego okolice – blisko 40 proc. klientów eSKY.pl. Na drugim miejscu jeżeli chodzi o popularność są Beskidy – tu zachęcające są przede wszystkim ceny, najniższe ze wszystkich górskich ośrodków. Sylwester w Beskidach spędzi 23 proc. klientów eSKY.pl. Sudety w tym roku są najmniej oblegane: zaledwie 15 proc. osób zdecydowało się na się na spędzenie sylwestra właśnie tam.

Źródło: eSKY.pl

Wind Mobile – kluczowy projekt dla operatora sfinalizowany

W dniu 23 grudnia 2013 Wind Mobile sfinalizował realizację kluczowego projektu dla operatora mobilnego. Projekt, o którym Spółka informowała w raporcie za trzeci kwartał 2013 dotyczył dostawy licencji własnych Wind Mobile. Wartość projektu wyniosła ok. 1 milion złotych netto, a jego wpływ na wynik netto to ponad 800 tysięcy złotych.

„Realizacja tego projektu jest dużym osiągnięciem Wind Mobile. Zapotrzebowanie operatora na licencje Wind Mobile było związane głównie z dynamicznym rozwojem projektu One Ringback. Wzrost sprzedaży muzyki cyfrowej osiągnięty przez Dział Mobilnej Rozrywki spowodował dodatnie sprzężenie zwrotne odzwierciedlone przychodami działu Mobilnej Infrastruktury. Poszerzona pojemność platformy One Ringback pozwala nam na skokowe zwiększenie skali działania. Przygotowujemy się do największego wydarzenia w historii One Ringback. Pozyskaliśmy prawa do najlepszych hitów na rynku muzycznym i spodziewamy się rekordowych wyników sprzedaży już począwszy od grudnia 2013.” – mówi Tomasz Kiser, wiceprezes Wind Mobile odpowiedzialny za sprzedaż i marketing spółki.

W tym roku upadnie prawie tysiąc firm

CEO Magazyn Polska

Liczba upadłości w Polsce będzie w tym roku większa o ponad 6 proc. w porównaniu z 2012 rokiem – wynika z prognoz KUKE. Upadnie ok. 930 przedsiębiorstw. Dzięki ożywieniu gospodarczemu w przyszłym roku realna liczba upadłości może okazać się mniejsza, jednak problem wciąż jest aktualny. Dla dobra gospodarki lepiej, by upadłości kończyły się układem z wierzycielami lub przejęciem firmy, a nie ich likwidacją. Do tego potrzeba jednak zmian w prawie.

 Zdecydowanie trzeba zmienić polskie prawo upadłościowe tak, aby umożliwić przedsiębiorcom, którzy mają kłopoty, wyjście z tych kłopotów w sposób optymalny dla wierzycieli, z pożytkiem dla nich i dla gospodarki. Uważam, że rozwiązaniem będzie rozbudowanie możliwości restrukturyzacji – zbudowanie szerokiego wachlarza możliwości prawnych, dzięki którym przedsiębiorstwo pozostanie przy życiu, pracownicy nie stracą miejsc pracy, a gospodarka nie straci źródła podatku i ogólnie PKB – stwierdza Piotr Zimmerman, mecenas i założyciel Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy, ekspert w dziedzinie prawa upadłościowego i naprawczego.

Polskie prawo dopuszcza upadłość układową zakładającą negocjacje z wierzycielami oraz upadłość likwidacyjną, prowadzącą do sprzedaży masy upadłościowej przez syndyka. W wielu przypadkach dochodzi do bankructwa ostatecznego, choć być może część spółek udałoby się uratować. Ale to wymaga zmian legislacyjnych.

 – Dziś polska upadłość układowa jest zbyt blisko upadłości likwidacyjnej. Dlatego przedsiębiorca starający się o zawarcie układu jest traktowany jako przedsiębiorca upadły. Nikt nie chce z nim handlować, nikt nie chce mu sprzedawać na kredyt. Jest praktycznie skreślony w oczach swoich kontrahentów, jedynie wyrok pozostaje odroczony. W prawie upadłościowym trzeba wyraźnie wyróżnić tych, którzy zasługują na zawarcie układu i na to, żeby przetrwać na rynku. Trzeba dać wyraźną szansę naprawy poza postępowaniem upadłościowym – komentuje w rozmowie z Newserią Biznes Piotr Zimmerman.

W Stanach Zjednoczonych ogłoszenie upadłości bywa naturalnym etapem w działalności firmy, chroni przed wierzycielami i daje szansę na odbudowę: czy to własnymi siłami, czy z pomocą nowych inwestorów. W Polsce tylko nieliczne firmy, jak np. grupa budowlana PBG, są w stanie wynegocjować redukcję zadłużenia i program naprawczy, a i to z niejasnymi perspektywami. 

 – Trzeba przyspieszyć postępowanie, procedury. Należy przenieść większość czynności w postępowaniu upadłościowym na platformę elektroniczną: w internecie zgłaszać wierzytelności, publikować informacje o sprzedaży majątku i rezygnować – jeśli to tylko możliwe – z dokumentacji papierowej. Dzięki temu procedury zostałyby skrócone z 1,5-2 lat do maksimum 12 miesięcy. Wtedy upadające przedsiębiorstwo będzie miało szansę przeżyć, czasami pod rządami innego właściciela, ale zachowując swoją pozycję na rynku – przekonuje założyciel Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

Rozsądnie przygotowane rozwiązania sprawdzą się nie tylko w czasach trudnych dla gospodarki, kiedy liczba bankructw rośnie, ale także w okresie wychodzenia z kryzysu czy dobrej koniunktury.

 – Pakiet zmian jest wręcz przygotowywany na wyjście z kryzysu, na okres dynamicznego rozwoju, napływu kapitału i rosnącej konkurencji na rynku. Właśnie wtedy trzeba przeciwdziałać bezsensownym likwidacjom, prowadzącym do zniszczenia majątku, który mógłby być wykorzystany i który mógłby generować miejsca pracy – podkreśla Piotr Zimmerman.

W niektórych przypadkach jedynym rozwiązaniem pozostaje likwidacja przedsiębiorstwa. Ale także w tym przypadku najpierw należy właściwie rozpoznać sytuację, by nie podejmować decyzji pochopnie. Taką rolę powinien spełniać wykwalifikowany sąd upadłościowy, który określi, czy jest szansa na restrukturyzację, czy potrzebna jest szybka likwidacja.

Zdaniem mecenasa w takiej sytuacji byłoby możliwe, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych lub w Wielkiej Brytanii, przejęcie przedsiębiorstwa przez nabywcę przed podaniem do publicznej wiadomości informacji o upadłości.

 – Unika się wtedy negatywnych skutków, firma funkcjonuje normalnie, jedynie z dnia na dzień zmienia się właściciel. Cały proces jest poddany kontroli sądowej z prawem do zażalenia i kontrolą wyceny majątku dokonaną przez biegłych sądowych – dodaje mecenas.

Wciąż jednak polskie ustawodawstwo w zakresie upadłości nie dorównuje regulacjom obowiązującym w krajach Europy Zachodniej i w USA. Brakuje kadry zdolnej do zarządzania przedsiębiorstwami w kryzysie, a ograniczenie sześć lat temu wynagrodzeń syndyków doprowadziły do ucieczki profesjonalistów zajmujących się zarządzaniem i biegłych w zakresie upadłości firm.

 – Uważam, że trzeba wrócić do godziwego wynagradzania syndyków, przy czym uzależnić je od efektów. Za szybką i efektywną sprzedaż spółki powinno się odpowiednio płacić, w przypadku postępowań toczących się latami i sprzedaży spółek za ułamek wartości, wynagrodzenie musi być symboliczne. Tak, by stworzyć motywację do szybkiej, efektywnej pracy – tłumaczy Piotr Zimmerman.

Prof. J. Stępień o ustawie ws. OFE: Na miejscu prezydenta ręka by mi zadrżała

Przesunięcie 150 mld zł z otwartych funduszy emerytalnych do ZUS ma uratować finansowe publiczne, ale w opinii wielu ekspertów jest rozwiązaniem niezgodnym z konstytucją. To pieniądze należące do obywateli, a nie do państwa – argumentują. Prezydent ma czas do 2 stycznia na podpisanie ustawy o zmianach w OFE.

 – Jeśli prezydent podpisze ustawę i skieruje do Trybunału Konstytucyjnego, to ustawa wejdzie w życie i z końcem stycznia będziemy mieli do czynienia z wywłaszczeniem mienia, które jest w OFE. Na jego miejscu ręka by mi zadrżała. Nie chciałbym przejść do historii jako ktoś, kto jednym podpisem doprowadził do przesunięcia 150 mld zł z finansów prywatnych do finansów publicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku.

6 grudnia Sejm uchwalił ustawę o zmianach w systemie emerytalnym. Prezydent Bronisław Komorowski ma ją podpisać do 2 stycznia. Może też ją zawetować lub skierować do Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent może to zrobić zarówno przed, jak i po jej podpisaniu. Zdaniem prof. Stępnia, jeśli ustawa trafi do trybunału, to najprawdopodobniej orzeknie on o jej niekonstytucyjności.

 – Specjaliści mówią, że jest niekonstytucyjna, bo działa przeciwko prawom nabytym, mieniu i przeciwko pewnej zborności systemu – wyjaśnia prof. Jerzy Stępień. – 2,5 roku temu ostrzegałem, że manipulowanie przy tym systemie w takim kierunku, w jakim się to odbywa, jest niebezpieczne. Ale wtedy tylko ograniczyliśmy dopływ składki do systemu, a w tej chwili nie tylko ograniczamy dopływ składki, ale jeszcze na dodatek wyciągamy rękę po mienie prywatne obywateli. Pamiętajmy jeszcze o tym, że te składki są wzięte z wynagrodzenia przed opodatkowaniem. 

Należy zatem rozpatrywać tę sprawę także z punktu widzenia ochrony stosunku pracy, którego istotnym elementem jest właśnie wynagrodzenie.

Kluczowe znaczenie ma to, czy środki zgromadzone w funduszach należą do obywateli.

 – Od początku, jak tylko weszła ustawa o OFE, było zdecydowane, że te pieniądze wchodzą w skład majątku dorobkowego małżonków. A ponieważ były pewne wątpliwości, w 2004 roku Sejm jeszcze raz podkreślił, że te środki są objęte wspólnością małżeńską, i zrobił to rząd Leszka Millera. Kodeks rodzinny i opiekuńczy wyraźnie mówi, do kogo należą te środki, co się z nimi dzieje w momencie, kiedy następuje koniec małżeństwa – podkreśla profesor.

Sam prezydent przyznał w wywiadzie, że ma poważne wątpliwości co do zapisów tej ustawy. Nie przesądził jednak jeszcze, jaką decyzję podejmie. Po niedzieli ma rozmawiać na ten temat z szefem rządu.

W przypadku pierwszego scenariusza, gdy prezydent podpisze ustawę przed odesłaniem jej do trybunału, sytuacja może przypominać tę, która miała miejsce w przypadku ubezpieczeń zdrowotnych.

 – Mieliśmy Kasy Chorych, które następnie zlikwidowano, sprawa trafiła do trybunału. Trybunał orzekł, że ta ustawa jest niekonstytucyjna, po pewnym czasie trzeba było uchwalić nową, która nie poprawiła systemu i widzimy, że system ubezpieczeń zdrowotnych kuleje, jest coraz gorzej – przypomina były prezes TK.

Zdaniem profesora, system emerytalny, w tym również OFE, wymagają zmian. Jednym z pomysłów jest obniżenie prowizji powszechnych towarzystw emerytalnych, czyli ich wynagrodzenia za obracanie zgromadzonymi środkami.

 – Chociaż nie powinno się ich likwidować do końca, bo to jest dodatkowy bodziec, który potęguje większą aktywność funduszy. Moim zdaniem trzeba się naprawdę dobrze zastanowić, kto ostatecznie ma wypłacać emeryturę. To musi być jedna emerytura, czy może powinna przypływać z dwóch różnych źródeł, żeby ludzie jednak mieli cały czas kontrolę nad tym, co przypływa z systemu repartycyjnego, a co przypływa z systemu kapitałowego – uważa prof. Jerzy Stępień.

PAIiIZ: Mijający rok rekordowy pod względem inwestycji bezpośrednich w Polsce

W 2013 r. wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce wyniosła blisko 825 mld euro. W przyszłym roku powinno być podobnie – ocenia prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Polska nie jest już tylko miejscem, w którym opłaca się wybudować fabrykę – staje się krajem usług biznesowych i centrów badawczo-naukowych.

 – Dzięki inwestycjom krajowym i zagranicznym prowadzonym przez PAIiIZ w 2013 r. powstanie 18 tys. nowych miejsc pracy. To jest ponad 45 proc. więcej niż przed rokiem  mówi Newserii Biznes Sławomir Majman, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

W tym roku 50 inwestorów zdecydowało się na ulokowanie inwestycji w Polsce. Razem zainwestują oni 824,9 mln euro. Większość to inwestycje w nowoczesne usługi biznesowe i przemysł samochodowy. Prezes Agencji podkreśla znaczenie powstających w Polsce centrów naukowo-badawczych.

 – Jest to nowość, z której jesteśmy bardzo zadowoleni. Ona nobilituje Polskę jako miejsce do inwestowania. Możemy już wyrzucić ten obraz inwestycji z początku tego wieku, mianowicie taśmy produkcyjne, przy tych taśmach produkcyjnych przeszkoleni w ciągu paru miesięcy ludzie montujący jakieś części. Zarówno centra usług biznesowych, jak i centra naukowo-badawcze wymagają wysokich kwalifikacji umysłowych mówi Majman.

Obecnie PAIiIZ negocjuje ponad 160 nowych projektów. Najwięcej ze Stanów Zjednoczonych  43 projekty o wartośći prawie 1 mld euro, które mogą przynieść prawie 7 tys. miejsc pracy. Na kolejnym miejscu uplasowały się Niemcy z 26 projektami inwestycyjnymi o wartości ponad 500 mln euro, które stworzą prawie 5 tys. miejsc pracy. Trzecie miejsce zajmują Chiny  11 projektów na 300 mln euro i prawie 3 tys. miejsc pracy. Po 10 projektów inwestycyjnych pochodzi z Wielkiej Brytanii, Japonii i Korei Południowej.

37 projektów prowadzonych przez PAIiIZ dotyczy branży motoryzacyjnej. Mniej więcej tyle samo stanowią BPO i sektor badawczo rozwojowy. Z branży lotniczej jest dziewięć nowych projektów, natomiast ze spożywczej  osiem.

 – Te projekty, jeżeli zakończą się happy endem, to w ciągu najbliższych trzech lat. Co ciekawe, tych projektów na różnych etapach negocjacji z różnymi inwestorami mamy na koniec tego roku znacznie więcej niż mieliśmy ich na koniec zeszłego roku, co jest wiadomością optymistyczną  ocenia Majman.

O tym, jak będzie w 2014 roku trudno obecnie przesądzać, ale prezes PAIiIZ jest dobrej myśli.

 – Jak zawsze jesteśmy bardzo uzależnieni od koniunktury na rynkach europejskich i ciągle wąskiego strumienia inwestycji, które sączą ze świata do Europy. Powinno być nie najgorzej, stabilna sytuacja z lekkim optymizmem podsumowuje prezes PAIiIZ.

Będą limity kosztów pożyczek. Utrudni to działalność firm pożyczkowych

Ministerstwo Finansów zmieniło swoje pierwotne propozycje regulacji firm pożyczkowych pod wpływem konsultacji z branżą i innymi resortami. Związek Firm Pożyczkowych (ZFP) część zapisów popiera, wyraża jednak obawy wobec wprowadzenia sztywnego limitu kosztu kredytów. 

Plany Ministerstwa Finansów to m.in. wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych w Ministerstwie Gospodarki, nałożenie wymogów kapitałowych na poziomie minimum 200 tys. zł, niekaralność członków zarządu i obowiązek przedstawiania klientom pełnej informacji na temat pożyczki. Chodzi o to, by pożyczkobiorca wiedział, jak będzie spłacał pożyczkę i na jakich zasadach zawiera umowę, przed jej podpisaniem.

 – Te wymogi są racjonalne. Branża nie boi się tego, żeby przejrzyście prezentować ofertę dla klientów. Regulacja na rynku jest potrzebna i Związek Firm Pożyczkowych ją popiera, natomiast nie popieramy nadmiernego przeregulowania, czyli ingerowania w ceny produktu. Każdy przedsiębiorca miałby ogromne opory, żeby zaakceptować to, że ktoś mu narzuca ceny maksymalne lub chce ingerować dokładnie w to, jak jego produkt ma wyglądać – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych.

Taką nadmierną regulacją jest, zdaniem Ryby, wprowadzenie limitu ograniczającego koszt pożyczki. Pierwotnie ministerstwo proponowało, by wynosił on 30 proc. wartości pożyczki; w najnowszej propozycji podniesiono ten próg do 50 proc. Pozaodsetkowe koszty pożyczek to wszelkie opłaty, ubezpieczenia i prowizje nakładane przez pożyczkodawcę. Koszty odsetkowe ustawowo są ograniczone do czterokrotności stopy lombardowej Narodowego Banku Polskiego.

 – Nie odnosimy się do wysokości limitu, tylko krytykujemy jego zasadność. Nie wiemy, jak zmieni się otoczenie w przyszłości, jak długo utrzymają się obecne warunki, np. rekordowo niskie stopy procentowe. To może się wkrótce zmienić, a wtedy okaże się, że wzrośnie koszt pieniądza i rynek będzie wyglądał zupełnie inaczej. Propozycja MF to sztywny limit i w przypadku zmiany warunków rynkowych świadczenie usług pożyczkowych może się okazać niemożliwe – tłumaczy Jarosław Ryba. – Poza tym nowe regulacje, jak rejestr, wymiana informacji o klientach, zbiór informacji kredytowej oznaczają dla firm pożyczkowych wyższe koszty, które mogą przełożyć się na ceny pożyczek. Wprowadzenie limitu grozi zniknięciem części ofert z rynku – dodaje.

Branża pożyczkowa bywa oskarżana o wpędzanie klientów w pętlę zadłużenia. Szef ZFP odrzuca te zarzuty. Tłumaczy, że wskaźnik niespłacanych pożyczek w firmach to 11-13 proc., lepszy niż w np. SKOK-ach.

 – Niski odsetek wynika z kilku czynników. Po pierwsze, klienci są bardzo dokładnie weryfikowani. 99 proc. nowych klientów jest sprawdzana w Biurach Informacji Gospodarczej. Tylko co trzeci wniosek o pożyczkę jest akceptowany. Z pozostałych połowa zostaje odrzucona z powodu niewystarczających dochodów klienta, a połowa ze względu na negatywną historię, czyli opóźnienia w spłatach innych zobowiązań. Sito weryfikacji jest bardzo gęste – przekonuje Jarosław Ryba.

Z danych związku wynika, że średnia kwota pożyczki internetowej dla nowego klienta to jest 449 zł. Dla klienta powracającego, czyli kogoś, kto już spłacił pierwsze zobowiązanie i chce ponownie pożyczyć pieniądze, przeciętna kwota wynosi 750 zł. Nieco wyższych pożyczek udzielają placówki terenowe – to kwoty rzędu tysiąca złotych.

 – Tak niskie kwoty w żaden sposób nie mogą zaszkodzić kondycji domowego budżetu. Nawet w przypadku, gdyby klient miał przejściowe problemy z ich spłatą. Na stronach firm pożyczkowych można samodzielnie sprawdzić maksymalny limit pierwszej pożyczki. Z reguły to 1000 zł, choć wiele firm przyjmuje na pierwszą pożyczkę dla klienta kwotę 500 zł. To są mikropożyczki – informuje Jarosław Ryba.

Według prezesa ZFP źródła spirali zadłużenia znajdują się w sektorze bankowym, udzielających dużych kredytów, trudnych do spłacania np. w razie utraty pracy przez dłużnika.

 – Takie kredyty nawet przy niższym oprocentowaniu bardzo szybko mogą narastać wartościowo, są zatem bardziej ryzykowne. Za to firmy pożyczkowe bardzo często pomagają utrzymać płynność finansową. Gdy pojawiają się niespodziewane wydatki, szybka pożyczka firmy pożyczkowej może pozwolić uregulować na czas zagrożoną ratę. I gdy klient w przyszłym miesiącu znowu osiąga dochody, może spłacić oba zobowiązania równolegle – twierdzi Jarosław Ryba.

Komputronik zapowiada ekspansję na Wschód i do Niemiec. Będzie to możliwe dzięki rekordowym zyskom w tym roku

CEO Magazyn Polska

Komputronik osiągnie w tym roku rekordowy wynik sprzedaży detalicznej. Szczególnie dobrze sprzedają się smartfony oraz komputery przeznaczone do gier. Dzięki dobrym wynikom spółka szykuje ekspansję na Wschód i uruchomienie rosyjskojęzycznego portalu. Komputronik chce także dotrzeć do klientów w Niemczech.

 – Niewątpliwie ten rok należy uznać za bardzo udany. Spółka notuje rekordowe przychody, również bardzo dobre zyski. Jeżeli w trzecim kwartale kalendarzowym, który zakończył się we wrześniu, spółka miała wyższe przychody niż do tej pory w czwartym  najlepszym dla branży kwartale zeszłego roku, można oczekiwać, że w tym kwartale uda nam się ten rekord pobić – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Buczkowski, prezes Komputronika.

W ciągu ośmiu miesięcy roku, od kwietnia do listopada, szacunkowy zysk handlowy wyniósł blisko 80 mln zł, czyli był o ponad 25 proc. wyższy niż w tym samym okresie 2012 roku.

Spółka notuje wzrosty szczególnie w sprzedaży detalicznej, w tym także poprzez stronę internetową. Wielu klientów decyduje się na zakup smartfonów, a hitem był tani model Goclever Quantum. W pewnych momentach sprzedaż przekroczyła nawet możliwości realizacji zamówień.

W przyszłym roku Komputronik chce dalej zwiększać przychody, m.in. poprzez ekspansję zagraniczną. Buczkowski zapowiada uruchomienie portalu rosyjskojęzycznego, który będzie skierowany dla klientów z Obwodu Kaliningradzkiego, Białorusi i Ukrainy. Sprzedaż jednak nadal będzie odbywała się w Polsce.

 – Dodatkowo uruchomimy cztery punkty agencyjne, które będą blisko punktów granicznych, tak żeby skrócić podróż naszych potencjalnych klientów z krajów ościennych – zapowiada Buczkowski. – Od paru lat jesteśmy na rynkach czeskim i słowackim. Jeżeli chodzi o sprzedaż w kierunku zachodnim, to myślimy również o uruchomieniu sprzedaży w Niemczech. W pierwszym kwartale przyszłego roku spodziewamy się startu naszego projektu sprzedaży z wykorzystaniem platform transakcyjnych, takich jak Amazon.

Buczkowski dodaje, że sytuacja w branży komputerowej bardzo się skomplikowała po wprowadzeniu na rynek nowych technologii. Produkowane są już nie tylko smartfony i tablety, ale także telewizory, a nawet lodówki, które mają możliwość podłączenia do internetu. Sprzedaż wszystkich urządzeń tego typu rośnie, ale tracą na tym sprzedawcy komputerów.

 – Sprzedaż komputerów stacjonarnych globalnie na rynku nieco spada, chociaż Komputronik, jako największy producent sprzętu tego typu w Polsce, może się pochwalić dodatnią dynamiką. Nasza sprzedaż wzrasta, szczególnie w segmencie komputerów do gier – podkreśla Buczkowski.

Banki czeka rewolucja w nadchodzącym roku

Nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, która wejdzie w życie 1 stycznia, zakłada m.in. zmiany w podatku CIT. Ułatwią one bankom sprzedaż praw do ich własnych należności z tytułu kredytów i pożyczek innym instytucjom finansowym. Zdaniem Joanny Andryszczak-Lewandowskiej, eksperta ds. obrotu wierzytelnościami, zmiana ta oznacza dla banków małą rewolucję, która z jednej strony poprawi ich płynność finansową, a z drugiej da gospodarce pozytywny impuls do przyspieszenia.

 Zmiany z jednej strony wyrwą trochę banki z marazmu, a z drugiej strony będą miały wpływ na ożywienie i pozytywny impuls w spowolnieniu gospodarczym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Andryszczak-Lewandowska, ekspert obrotu wierzytelnościami.

Na podstawie umowy o subpartycypację fundusze sekurytyzacyjne będą kupować od banków prawa do przyszłych świadczeń ze spłat kredytów i pożyczek. Dzięki temu banki zyskają nowe źródło finansowania swojej działalności. Dotychczas sprzedaż wierzytelności była dla banków nieopłacalna z przyczyn podatkowych (zgodnie z ustawą o CIT). Przepisy pośrednio niekorzystnie przekładały się również na sytuację kredytobiorców.

 – Banki do tej pory udzielały kredytów i w ten sposób blokowały swoją gotówkę, nie mając dalszej perspektywy na to, że będą mogły się rozwijać i swobodnie prowadzić akcję kredytową – tłumaczy ekspertka. – Oznaczało to również, że te środki nie mogły być przez kredytobiorców spłacane szybciej, tylko zgodnie z harmonogramami, które były podpisane na wstępie.

Zmiana przepisów da przede wszystkim bankom spory zastrzyk gotówki, co poprawi ich płynność finansową. Tym bardziej, że transakcje o subpartycypację zawierane są przy dużych kwotach aktywów –  zazwyczaj powyżej 100 mln euro.

 – Pewnego dnia jako kredytobiorca dostaniemy informację o tym, że bank sprzedał nasz kredyt, ale my realizujemy dalej spłaty, natomiast bank ma gotówkę, którą może wydawać i którą może swobodnie dysponować budując swój rozwój – wyjaśnia Joanna Andryszczak-Lewandowska.

Poprawa płynności banków pozytywnie przełoży się  również na całą gospodarkę.

 – To będzie wzrost gotówki w gospodarce, będzie to napędzało rynek usług doradczych, pośredniczących. Pojawią się instytucje finansujące tego typu transakcje na rynku – zaznacza Andryszczak-Lewandowska. – Spodziewamy się również pozytywnego impulsu z napływu gotówki z Zachodu.

Podkreśla natomiast, że sami kredytobiorcy nie odczują bezpośrednio tych zmian.

 – Harmonogramy spłat zostają dokładnie takie same jakie były do tej pory. Umowy kredytowe, które banki podpisały z kredytobiorcami pozostają w mocy, a dopóki spłacamy nasze zadłużenia nic nam nie grozi, możemy zachowywać pełny spokój – dodaje ekspertka.

Na Zachodzie umowy banków z funduszami sekurytyzacyjnymi zawierane są od lat 80. ubiegłego stulecia. Obserwując rozwój zagranicznych instytucji, polski rynek od dawna już oczekiwał takich samych możliwości u siebie.

Niskie stopy procentowe napędzają popyt na mieszkania. Będzie ożywienie na rynku

CEO Magazyn Polska

Historycznie niskie stopy procentowe zachęciły wielu Polaków do podjęcia decyzji o zaciągnięciu kredytu hipotecznego na zakup własnego mieszkania. Zdaniem analityków z DK Notus w 2014 roku należy spodziewać się ożywienia na rynku nieruchomości. Jednym z czynników napędzających koniunkturę będzie start rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”.

Od 1 stycznia Komisja Nadzoru Finansowego wprowadza Rekomendację S. Zaostrzy ona kryteria przyznawania kredytów hipotecznych. By otrzymać taki w przyszłym roku będzie trzeba dysponować 5 proc. wkładu własnego, w 2015 roku – 10 proc, a w 2017 roku – 20 proc. Dlatego rynek nieruchomości, w tym wielu deweloperów, wyczekują startu rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”. Następca „Rodziny na Swoim” dedykowany jest młodym Polakom do 35. roku życia, którzy kupują pierwszą nieruchomość w życiu. MdM będzie jednorazową dopłatą do wkładu własnego na zakup mieszkania z rynku pierwotnego lub budowę domu.

 – Wielu klientów wstrzymywało się z zakupem nieruchomości, z zaciągnięciem kredytu właśnie w oczekiwaniu na ten program. To jest zrozumiałe, jeżeli ktoś może otrzymać 10 czy 15 proc. dopłaty – przypomina Michał Krajkowski, główny analityk DK Notus w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Wdrożenie tego programu przesunęło się o pół roku, więc wielu deweloperów mogło mieć pewien problem ze sprzedażą nieruchomości.

Zdaniem głównego analityka DK Notus należy spodziewać się zwiększonego ruchu na rynku nieruchomości.

 – Patrząc na rok 2014 deweloperzy informują, że rośnie zainteresowanie klientów zakupem nieruchomości, rynkiem nieruchomości, więc i rynkiem kredytowym będzie rosło – zauważa Krajkowski.

To nie był zły rok

W ocenie analityków kończący się rok można ocenić jako czas stabilizacji, zarówno cen, jak i popytu na nieruchomości. I to mimo tego, że w 2013 roku nie obowiązywał żaden program dopłat publicznych do mieszkań, z których mogliby skorzystać młodzi Polacy. Rynek kształtowany był decyzjami Rady Polityki Pieniężnej. Dzięki obniżaniu stóp procentowych WIBOR 3M, na którym opiera się oprocentowanie kredytów, spadł do poziomu 2,65 proc.

 – Tak niskie stopy procentowe przełożyły się na wzrost zdolności kredytowej. Osoby, które zaciągały kredyt w 2013 roku, miały możliwość zaciągnięcia kredytu wyższego o kilka czy nawet kilkanaście procent niż w roku 2012 – mówi Krajkowski.

Przykładowo rata osoby, która zaciągnęła kredyt złotówkowy w wysokości 300 tys. zł na 30 lat, jest niższa o około 250 zł miesięcznie.

 – Myślę, że niskie stopy procentowe były jednym z czynników, który wspomógł akcję kredytową. Rok 2013 zapowiadał się początkowo dosyć kiepsko. Wyniki sprzedaży w pierwszych dwóch kwartałach były zdecydowanie poniżej oczekiwań – przypomina główny analityk DK Notus.

Pasażerowie Przewozów Regionalnych od nowego roku będą mogli kupić bilety przez urządzenia mobilne

Pasażerowie Przewozów Regionalnych od 1 stycznia 2014 r. będą mogli dzięki specjalnej aplikacji nabyć bilety elektronicznie przez komórkę lub tablet. To nie jedyna zmiana, którą spółka planuje na następny rok. Na najdłuższych trasach pojawią się także wagony restauracyjne.

 Aplikacja w pierwszym etapie będzie dostępna na Androida oraz na systemy iOS. Docelowo w niedługim czasie także na Windowsa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Żmuda, dyrektor Pionu Handlowego Przewozów Regionalnych SA.

Za pomocą aplikacji możliwy będzie zakup biletów na połączenia InterREGIO, jak również pociągi REGIO.

 – Mamy coś, czego nie mają inni. Nie musimy mrozić pieniędzy ani zakładać specjalnych subkont. Aplikacja bezpośrednio i bezpłatnie obciąża naszą kartę płatniczą tak jakbyśmy płacili za bilety w kasie biletowej – przekonuje Żmuda.

W razie pomyłki zakupiony za pomocą aplikacji bilet będzie można zwrócić w ciągu 4 minut od transakcji. Po ich upływie staje się ważny.

Przewoźnik planował uruchomienie sprzedaży przez urządzenia mobilne od dłuższego czasu. Wahał się jednak, czy podjąć w tym zakresie współpracę z TK Telekom, czy stworzyć własną aplikację. Ostatecznie zdecydowały się na drugie rozwiązanie.

Elektroniczny zakup biletów to nie jedyna planowana zmiana w Przewozach Regionalnych.

 – W przyszłym roku planujemy także wprowadzenie wagonów restauracyjnych na najdłuższych trasach. Wagon taki będzie w połowie wagonem 2 klasy, a w połowie wagonem restauracyjnym, w którym będzie można usiąść, wypić kawę, coś zjeść lub zamówić posiłek do swojego przedziału – mówi Żmuda.

Wagony będą kursować pod marką cafeREGIO, a jedzenie będzie zapewniane dzięki współpracy z firmą Wars. Przewoźnik uruchomił również wagony multimedialne z dostępem do filmów i audiobooków. Jak podkreśla Żmuda, pierwsze wyniki wszystkich zmian spodziewane są w II połowie przyszłego roku.

 – Mamy świadomość tego, że pasażerowie nie przyjdą i nie skorzystają z tego od razu – zauważa dyrektor Pionu Handlowego Przewozów Regionalnych SA. – Będzie to dłuższy proces, ale chcemy, że do końca przyszłego roku ten projekt nam się zwrócił.

Świąteczne „promocje” i „gratisy” to często oszustwa. Takie towary można reklamować

Promocyjne ceny i „gratisy” to najczęstsze sposoby naciągania klientów, także przed bożonarodzeniowymi zakupami. W tym okresie 10 proc. skarg, które trafiają do UOKiK-u, dotyczy właśnie tego problemu. Klienci skarżą się również na to, że sklepy nie przyjmują zwrotów zakupionych towarów, ale jak przypomina Urząd to zależy wyłącznie od dobrej woli sprzedawcy.

 – Co roku trafia do nas ok. 10 proc. spraw, które dotyczą głównie problemów z tzw. promocjami świątecznymi. To są głównie wprowadzenia w błąd, gdzie wydaje się, że konsument płaci znacznie mniej za pakiety świąteczne, ponieważ dostaje coś w „gratisie”, coś jest większe niż zazwyczaj, a tak naprawdę opakowanie zewnętrzne jest większe, ale w środku jest znacznie mniej albo tyle samo. Albo sprzedawcy przekreślają wyższą cenę, ale w wielu przypadkach okazuje się, że ta przedświąteczna stawka nigdy nie obowiązywała – mówi Małgorzata Cieloch, rzeczniczka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W takiej sytuacji warto zgłosić sprawę do Inspekcji Handlowej. Po kontroli promocji zastrzeżenia wzbudziło 7 proc. ze sprawdzonych 2477 produktów. Fałszywe promocje można też zareklamować, na takich samych zasadach jak pozostałe produkty.

Zwrot nie w każdym sklepie

Nietrafiony prezent można oddać, ale nie we wszystkich sklepach.

 – Jeśli Święty Mikołaj nie umówił się ze sprzedawcą, że będzie można wymienić lub zwrócić w określonym terminie niechciany prezent, to nie można tego zrobić – przestrzega Małgorzata Cieloch.

Tak jest w przypadku zakupów w tradycyjnych sklepów. Nawet jeśli klient ma paragon, ale chce zwrócić albo wymienić towar, a nie go zareklamować, nie ma takiego prawa. Wyjątkiem są sklepy, które stosują „dobry obyczaj” i dają możliwości zwrotu towaru w określonym terminie z dobrej woli. Wówczas zwracana rzecz najczęściej musi być opakowana i ometkowana. Zwykle nie można zwrócić przedmiotów osobistego użytku, jak bielizna.

Natomiast kupującym w sieci przysługuje w tym przypadku więcej praw.

 – Wirtualnie jesteśmy chronieni znacznie lepiej niż w sklepach tradycyjnych. Mamy możliwość do namysłu, do zwrotu towaru w ciągu 10 dni od daty zakupu. To jest istotne, ponieważ za datę zakupu w tym przypadku uznaje się dzień fizycznego dostarczenia nam danej rzeczy. Czyli od dnia przyjazdu kuriera liczymy 10 dni i mamy możliwość zwrotu lub wymiany – tłumaczy rzeczniczka.

Z tej możliwości wyłączone są zakupy płyt CD, DVD i programów komputerowych (jeśli opakowanie zostało otwarte) oraz gdy towar kupiony został od innego konsumenta, np. podczas licytacji w serwisie aukcyjnym, a nie w sklepie internetowym. W pozostałych sytuacjach towar należy odesłać sprzedawcy na własny koszt, ale ten musi zwrócić koszty wysyłki. Co więcej, nie trzeba wówczas podawać powodu rezygnacji z zakupu.

Podobnie jest w przypadku coraz popularniejszych tzw. zakupów grupowych. Jeśli osoba obdarowana nie będzie zadowolona z wykonania usługi, można złożyć reklamację do sprzedawcy. Co więcej, od umowy nabycia kuponu można odstąpić w ciągu 10 dni, ale pod warunkiem, że nie zaczęło się go realizować.

Polacy prezenty kupowali głównie w galeriach handlowych. Wydali na nie około 250 zł

Połowa Polaków wydała na prezenty tyle samo co przed rokiem. Z badania przeprowadzonego przez Citi Handlowy wynika, że inspiracji szukaliśmy najczęściej w galeriach handlowych.  Decydując się na wybór prezentów zwracaliśmy uwagę na promocje  podkreśla Marta Cieśla z Departamentu Kart Kredytowych Citi Handlowy.

Większość z nas – 60 proc. – szukała inspiracji na prezenty w galeriach handlowych. To tam prezenty kupiło 74 proc. osób spośród tych, którzy wybrali zakupy tradycyjne. Zaledwie co trzeci z nas zwiększył upominkowy budżet w porównaniu z ubiegłym rokiem. 52 proc. Polaków wydało na ten cel tyle ile rok temu, czyli średnio 250 zł.

 – Tylko 30 proc. respondentów deklaruje, że wyda więcej niż w zeszłym roku. To jest ten czas, kiedy wydajemy najwięcej – wyjaśnia Marta Cieśla.

Citi Handlowy zapytał respondentów o to, w jaki sposób wybierają prezenty. 60 proc. pytanych wskazało, że szuka inspiracji w galeriach handlowych, co drugi Polak – w rozmowach z bliskimi. Prawie połowa  z nas sugeruje się informacjami umieszczonymi w broszurach oraz reklamami.

 – Na podstawie naszych analiz widzimy również, że wydatki związane są głównie z zakupem biżuterii, kosmetyków i książek. To jest stały wzrost w tych okresach świątecznych – tłumaczy przedstawicielka banku.

Duży wpływ na nasze wybory mają rabaty i promocje oferowane przez sklepy. Autorzy badania twierdzą, że zwraca na to uwagę 66 proc. z nas. Częściej takich okazji szukają przede wszystkim kobiety.

 – Kobiety jak zwykle więcej wydają od mężczyzn, pokazują to nasze badania i raporty – mówi Cieśla. – Smart zakupy oznaczają płacenie za nie mniej niż więcej. Po co płacić więcej skoro mogę zapłacić kartą i otrzymać rabat? To samo dotyczy internetu. Wielu respondentów sprawdza to, co chciałoby kupić w centrum handlowym, a potem szuka danej rzeczy w sieci.

Wciąż rośnie grupa tych, którzy zdają się tylko na internet. W tym roku prezenty w sieci planowało kupić 47 proc. Polaków. W sieci upominki kupują głównie mężczyźni.

 – Dużo Polaków dokonuje transakcji za granicą i jest to związane z tym, że dużo brandów nie ma w Polsce. Polacy szukają okazji także w transakcjach zagranicznych. Niemniej nadal jest to mały odsetek kupujących, więc ten rynek na pewno będzie się rozwijał – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Decydując się na zakupy internetowe najczęściej płacimy przelewem bezpośrednim, czyli tzw. pay-by-link, najczęściej robi tak 79 procent z nas.  Z kart płatniczych korzysta w sieci zaledwie 37 procent pytanych.

Z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Citi Handlowy wynika, że Polacy kupując w sieci zapominają o bezpieczeństwie.

 – Przede wszystkim czytajmy regulaminy sklepów w internecie, w których dokonujemy zakupów. Sprawdzajmy, kto jest dostawcą płatności, sprawdzajmy nasze prawa. Róbmy zakupy rozsądnie – radzi Marta Cieśla.

Po świętach i Nowym Roku statystyczny Polak wyrzuci na śmietnik jedzenie warte 200 zł

CEO Magazyn Polska

W tym roku po świętach i sylwestrze wyrzucimy na śmietnik produkty żywnościowe warte 200 zł. To dwa razy więcej niż w każdym innym miesiącu w roku. Przed świętami kupujemy za dużo, często w obawie przed tym, żeby nie zabrakło jedzenia podczas rodzinnych spotkań.

Jak wynika z prognoz różnych firm badawczych, w tym roku na przygotowanie Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku Polacy wydadzą łącznie ok. 1700 zł.

 – Ponad 30 proc. to wydatki na jedzenie – mówi Arieta Prusak z firmy cateringowej Canappka i dodaje, że po Nowym Roku jedna trzecia z tego, co kupimy,  wyląduje w koszu na śmieci. – A to oznacza, że lekką ręką wyrzucimy na śmietnik prawie 200 zł. – wylicza Arieta Prusak.

Na kilka świątecznych dni Polacy często kupują takie ilości produktów żywnościowych, że nie są w stanie ich zjeść w terminie ich przydatności do spożycia. Według badania Millward Brown SMG/KRC przeprowadzonego na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności we wrześniu br. do wyrzucania żywności przyznaje się 39 proc. Polaków. To o 9 proc. więcej niż przed rokiem. Z powodu nieumiejętnego oszacowania tego, ile produktów żywnościowych potrzebujemy na przygotowanie posiłków, co roku na śmietniku ląduje ponad 13 mln ton jedzenia.

 – Tak naprawdę kupujemy za dużo, a później nie jesteśmy w stanie tego wykorzystać i zwyczajnie wyrzucamy to do śmieci. Zawsze staramy się, żeby jedzenia nie zabrakło, ale i żeby nie było w nadmiarze, i bardzo się tym denerwujemy. – tłumaczy zjawisko Arieta Prusak.

Dlatego wielu Polaków, świadomych braku umiejętności w przygotowaniu wystawnej kolacji, woli zamówić firmę cateringową i jej zlecić przygotowanie jedzenia, szczególnie na noworoczną imprezę.

 – Są bardzo dobrym rozwiązaniem na tego typu okazje, ponieważ profesjonaliści przygotowują duże kolacje nie tylko od święta, lecz także każdego dnia w ciągu roku. – tłumaczy Arieta Prusak.

W Europie marnuje się 89 mln ton żywności, a na całym świecie – 1,3 mld ton, co stanowi 1/3 ilości produkowanej żywności nadającej się do spożycia.

Według pomysłodawców kampanii NieMarnuje.pl jest kilka podstawowych rad, których przestrzeganie powinno zmniejszyć ilość wyrzucanej na śmietnik żywności. Przede wszystkim powinno się robić zakupy z wcześniej przygotowaną listą zakupów, a planując potrawy warto robić to z przepisami, by dokładnie oszacować, jakie ilości składników potrzebujemy. Zakupioną żywność trzeba w odpowiedni sposób przechowywać, a nadmiar potraw warto wcześniej zamrozić – w ten sposób będą nadawały się do spożycia nawet kilka tygodni po świętach.

Praca na święta i Sylwestra. Najwięcej zarobi św. Mikołaj

Usługi i handel to miejsca, gdzie najczęściej można dorobić w okresie świąteczno-noworocznym. Za pracę hostessy albo przy pakowaniu koszy upominkowych i podczas inwentaryzacji można zarobić od 10 do 20 zł za godzinę. Za wystąpienie w roli św. Mikołaja jest szansa na nawet 180 zł za godzinę.

Popyt na pracowników w branży handlowej i usługowej zwiększa się od początku listopada do końca stycznia. W tym roku porównując do minionych lat wzrosło zapotrzebowania na tzw. doradców klientów w sklepach z elektroniką i perfumeriach – wynika z danych Adecco Poland.

 – W tym czasie cała działalność produkcyjna zostaje w zasadzie wyłączona. Natomiast działy, które mają jakkolwiek wspierać funkcjonowanie społeczności, są czynne i muszą być do pełnej dyspozycji. Pracują wszelkie lokale gastronomiczne, także niektóre kluby – wymienia Ewa Wardak, HR Manager w firmie Adecco Poland.

Z kolei w okresie międzyświątecznym usługodawcy ograniczają swoją działalność, poza takimi jak zakłady kosmetyczne czy fryzjerskie, które są często odwiedzane przed zabawami sylwestrowymi.

W Sylwestra też można zarobić

Sama noc sylwestrowa jest okazją do zwiększenia obrotów przez firmy przewozowe.

 – Te firmy zdecydowanie przeżywają boom. Pamiętajmy, że często dużo wcześniej są rezerwowane przez osoby, które chcą z takiej usługi  w tym okresie skorzystać – zwraca uwagę Ewa Wardak.

Szczególnie poszukiwane są w tym okresie także osoby do pracy przy wykładaniu towarów w sklepach, aranżacji przestrzeni sklepowych i poświątecznej inwentaryzacji. Tu mogą zarobić od 10 do 14 zł brutto za godzinę. Przy promocji w dużych sieciach spożywczych stawki są nieco wyższe – od 15 do 20 zł brutto za godzinę. Jak informuje Adecco Poland, szczególne zapotrzebowanie jest na osoby wspierające sprzedaż napojów, produktów spożywczych, kosmetyków, produktów dla dzieci oraz sprzętu RTV i AGD.

 – Formy zatrudnienia preferowane przez przedsiębiorców to zdecydowanie umowy zlecenia. Coraz częściej, i to należy chwalić, to są również umowy o pracę tymczasową, które mogą być obsługiwane przez agencję pracy tymczasowej. Jest to bezpieczniejsza forma zatrudnienia i gwarantująca otrzymanie wypłaty po zakończonej pracy – podkreśla Ewa Wardak. – Na pewno warto poszukać pracy w korporacjach, które też wspierają się różnymi formami pomocy. I to jest właściwie jedyne miejsce, które może nam zagwarantować oficjalne i rzeczywiście zgodne z prawem zatrudnienie.

Mimo że w wielu branżach święta i Sylwester to okres wytężonej pracy, pracodawcy nie zwiększają wynagrodzenia.

 – Przedsiębiorcy nadal są dość zachowawczy i ostrożni i zmiana wynagrodzeń nie koreluje bezpośrednio z ilością pracy. Stawki nie odbiegają zdecydowanie od tego, co oferowane jest w trakcie całego roku – mówi Ewa Wardak.

Święta na Facebooku. Smartfony utrudniają Polakom wspólne, rodzinne świętowanie

CEO Magazyn Polska

Święta stają się coraz bardziej „społecznościowe”. Na Facebooku młodzi ludzie nie tylko składają sobie świąteczne życzenia, lecz także na bieżąco dzielą się wrażeniami ze świąt. – Coraz rzadziej obserwujemy i przeżywamy, a coraz częściej tylko dokumentujemy po to, żeby udostępnić znajomym – mówi Piotr Bucki, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Gdyni. To sprawia, że nawet przy świątecznym stole nie rozstajemy się ze smartfonami. Specjaliści od komunikacji przekonują, że może to utrudnić budowanie bezpośrednich relacji z rodziną i znajomymi.

 – Sherry Turkle z Massachusetts Institute of Technology, która od 15 lat bada wpływ technologii na nasze życie i na nasze zachowania, zwraca uwagę, że coraz rzadziej obserwujemy, a coraz częściej tylko dokumentujemy przeżycia po to, żeby je udostępniać – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bucki, coach i wykładowca z Wyższej Szkoły Bankowej. – Na koncertach rockowych ludzie nie wyciągają zapalniczek, tylko smartfony, wszystko nagrywają i nagrania szybko udostępniają.

Jak podkreśla, użytkownicy mediów społecznościowych w pewnym stopniu uzależniają się od tej możliwości i natychmiastowej reakcji zwrotnej znajomych. Dlatego tego typu zachowania towarzyszą im w różnych codziennych sytuacjach, również podczas świąt.

 – Nie zdziwię się, że jeżeli podczas świąt również nasze tablice na wszelkiego rodzaju mediach społecznościowych zostaną zalane przez to, co przeżywamy w danej chwili, czyli na przykład wigilijną kolację czy choinkę z różnymi komentarzami – dodaje Bucki.

Uzależnienie od korzystania z urządzeń mobilnych i ciągłego dostępu do internetu może jednak przeszkodzić w rodzinnym świętowaniu, a w dalszej konsekwencji – nawet w budowaniu bezpośrednich relacji z innymi.

 – Jesteśmy z rodziną podczas ważnych świąt, siedzimy przy jednym stole, ale jednocześnie jesteśmy w innej rzeczywistości, którą zapewniają nam smartfony – podkreśla Piotr Bucki. – To jest chyba najdziwniejszy element i, jak twierdzi Sherry Turkle, najbardziej niepokojący, ponieważ wskazuje, że możemy mieć bardzo dużo kłopotów z budowaniem relacji. Komunikacja, którą teraz uprawiamy, te kawałki kodu językowego – nowego wizualnego, związanego z mediami społecznościowymi – nie prowadzą do głębszego poznania i do głębszego przeżywania, to jest przeżywanie natychmiastowe – wyjaśnia.

Jego zdaniem, wielu użytkowników mediów społecznościowych ma podobny problem: boją się rozmowy w realu, której nie mogą kontrolować tak jak tej wirtualnej. Dlatego rozmowy w czasie świąt są dla nich udręką.

Dodaje, że „społecznościowe” przeżywanie świąt będzie z roku na rok coraz bardziej intensywne, o ile sami na to pozwolimy.

 – Niektóre restauracje zabraniają już używania smartfonów i może warto, byśmy w czasie świąt podążyli ich śladem – zachęca Bucki. – Złóżmy sobie taką obietnicę, że odkładamy smartfon i jesteśmy z rodziną. Pozwoli to na wzajemne poznanie, nawet jeśli czasem dojdzie do spięć czy padną przykre słowa.

Polacy pomagają chętnie, ale niesystematycznie

CEO Magazyn Polska

Polacy chętnie przekazują pieniądze i dary rzeczowe, znacznie rzadziej poświęcają własny czas, by pomóc potrzebującym. Wzruszają ich chore dzieci, ale nie dostrzegają innych problemów i osób szukających wsparcia. Socjolodzy oceniają, że polska dobroczynność charakteryzuje się masowymi zrywami, bez tradycji stałego, systematycznego pomagania, jaka jest w krajach zachodnich.

 – Potrzebujemy więcej systematyczności, więcej gotowości do małych działań, małych kroków, które będą się kumulowały w pozytywną masę krytyczną. A nie tylko wystrzały, fajerwerki raz do roku– przekonuje dr Joanna Szalacha-Jarmużek, socjolog z Katedry Nauk Społecznych Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Przytacza badania CBOS-u, które od lata pokazują, że Polacy popierają ideę pomocy innym, zwłaszcza słabszym, ale mają problem z aktywnym angażowaniem się w tę pomoc.  

 – Polacy najchętniej dają pieniądze, ponad 60 proc. badanych przez CBOS w 2012 roku deklaruje, że przynajmniej raz w roku przekazało je na jakiś cel społeczny. Mniejszy odsetek respondentów i respondentek, ok. 50 proc., daje dary rzeczowe. Jeszcze mniej osób, od 15 proc. do nawet poniżej 10 proc., w zależności od badania, poświęca czas innym w ramach np. wolontariatu – zwraca uwagę ekspertka.

Badanie CBOS z początku bieżącego roku mówi, że w 2012 roku niespełna jedna piąta badanych (17 proc.) przeznaczyła na cele charytatywne własną pracę, a co dwudziesty badany (5 proc.) pracował jako wolontariusz.

 – Brakuje nam kultury wolontariatu, m.in. dlatego że w systemie szkolnictwa nie jesteśmy uczeni, czym on jest. Wiele osób kojarzy go z tak trudnymi miejscami jak hospicja, które wymagają szczególnej postawy. Jest więc sporo organizacji, które szukają wolontariuszy i ich nie znajdują, a potrzebni są np. w ogrodach zoologicznych, w miejscach, gdzie przychodzą bawić się dzieci. To nie musi być pomoc trwająca przez kilka godzin w ciągu dnia. Czasem wystarczy, że wolontariusz pojawi się na dwie godziny w tygodniu. To jest obszar, który w Polsce wymaga pewnego dopracowania, uświadomienia – podkreśla dr Joanna Szalacha-Jarmużek.

Badacze CBOS-u zwracają uwagę, że Polacy znani są z masowych zrywów i zbiórek pieniędzy oraz darów na rzecz potrzebujących przy okazji wojen, kataklizmów, wielkich akcji charytatywnych. Natomiast nie mają tradycji niesienia systematycznej pomocy.

 – Inaczej wygląda sytuacja w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy w krajach skandynawskich, gdzie dobroczynność ma długie tradycje. I przede wszystkim jest związana z drobnymi kwotami, ale wpłacanymi regularnie. Wiele osób w tych krajach co miesiąc lub kwartalnie wysyła czeki czy drobne przelewy. W Wielkiej Brytanii szacuje się, że średnio to jest ok. 10 funtów miesięcznie przekazywane wybranej organizacji – informuje dr Joanna Szalacha-Jarmużek.

I te drobne kwoty, jak twierdzą często przedstawiciele organizacji, pozwalają im przetrwać, a także tworzyć długofalowe plany.

Dodatkowo Polacy w swej dobroczynności koncertują się tylko na kilku wybranych problemach, co sprawia, że wiele z organizacji pozarządowych nie może liczyć na wsparcie. 

 – Najczęściej jest to pomoc chorym dzieciom, jesteśmy wrażliwi na tego typu komunikaty. Rzadziej przeznaczamy pieniądze na inne cele społeczne, które nie są związane bezpośrednio z dziećmi, pomocą medyczną czy z pomocą najsłabszym. Jest wiele małych organizacji, które nie są wspierane przez znane postaci, w związku z czym nie mają odpowiedniego rozgłosu – wymienia problemy polskich organizacji pozarządowych Szalacha-Jarmużek.

Sylwester i święta pod palmami albo na narciarskim stoku

Wystarczyło wziąć pięć dni urlopu i mieć ponad dwutygodniową przerwę w pracy. Wyjątkowo sprzyjający w tym roku kalendarz oraz większy optymizm co do przyszłości gospodarki i domowych budżetów sprawiły, że więcej Polaków niż przed rokiem święta i Sylwestra spędzi poza domem.

 Sylwester to najpopularniejszy termin wyjazdowy w sezonie zimowym. Coraz więcej osób spędza go poza domem, łącząc świętowanie z wypoczynkiem. Dotychczas Polacy wyjeżdżali na Sylwestra tuż po Wigilii. Natomiast w tym roku ze względu na korzystny układ dni wolnych wiele osób łączyło święta z Sylwestrem wypoczywając nawet 17 dni – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Plutecka-Dydoń z Neckermann Polska.

W tym roku wystarczy wziąć pięć dni wolnego, aby zimowe wakacje trwały ponad dwa tygodnie. Wiele osób korzysta z okazji, by naładować akumulatory w pełnym słońcu.

 – Dlatego wybierają ciepłe, słoneczne kierunki, zarówno te bliskie, jak chociażby Wyspy Kanaryjskie, Egipt, Maroko, Tunezję, jak i dalsze – Meksyk, Dominikanę, Kubę, Tajlandię. Coraz częściej decydujemy się na mniej znane, mniej odkryte miejsca, jak chociażby Oman albo Wietnam – wymienia Magda Plutecka-Dydoń.

W Neckermannie wzrost grudniowych rezerwacji wyjazdów do egzotycznych miejsc wyniósł ponad 60 proc.

 – W Tunezji tygodniowy wypoczynek połączony z Sylwestrem w czterogwiazdkowym hotelu to koszt od około 1,8 tys. zł, na Wyspach Kanaryjskich od 3,5 tys. zł. Natomiast za dziewięciodniowy wyjazd w tym czasie do Meksyku zapłacimy od około 9,5 tys. zł – wylicza Magda Plutecka-Dydoń.

Biorąc pod uwagę wszystkie wykupione wycieczki, także na narciarskie stoki, Neckermann odnotowuje blisko 12-procentowy wzrost liczby klientów, która wyjedzie w grudniu na wakacje.

 – W okresie świątecznym wiele osób rozpoczyna również sezon narciarski. Najpopularniejsze są kurorty alpejskie, głównie we Włoszech oraz w Austrii. Tygodniowe wakacje połączone z Sylwestrem to koszt od około 1,8 tys. zł z wyżywieniem – mówi przedstawicielka biura podróży.

Grudzień i styczeń to czas żniw dla sprzedawców sprzętu sportowego

CEO Magazyn Polska

Ostatnie tygodnie roku to dla sprzedawców artykułów sportowych miesiące największych obrotów. W tym czasie branża koncentruje się na sprzedaży sprzętu i odzieży do sportów zimowych, głównie dla narciarzy. Wydatki Polaków na akcesoria sportowe rosną, choć wciąż największą popularnością cieszą się sporty, które nie wymagają specjalistycznego i drogiego wyposażenia.

Branżę artykułów sportowych cechuje duża sezonowość sprzedaży. W ostatnich latach sezon zimowy zaczyna się jednak coraz później.

 – Zmieniliśmy nasze podejście do towarowania sklepów. Jesień towarujemy jeszcze grupami całorocznymi, a nacisk na grupy zimowe stawiamy od listopada, i liczymy na nadejście zimy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Mikołajko, prezes zarządu Intersport Polska SA. – Z tej jesieni jesteśmy zadowoleni. Listopad też jest na dwucyfrowym wzroście.

Mimo że spółce nie udało się wyjść na plus w trzecim kwartale, jej strata netto zmalała do 1,6 mln zł z 2,1 mln zł rok wcześniej, przy porównywalnych przychodach ze sprzedaży na poziomie 50,2 mln zł. W ocenie spółki poprawa wyników związana była z optymalizacją kosztów oraz wyższą marżą w porównaniu do ubiegłorocznej. Intersport liczy, że uda się ograniczyć stratę w ostatnich tygodniach roku.

Sprzedawcy sprzętu sportowego w ostatnich latach zauważyli, że są dyscypliny sportowe, które z sezonowych stają się całorocznymi – np. bieganie. W niektórych przypadkach mnożą się odmiany danej dyscypliny, czyli pojawia się zapotrzebowanie na różne rodzaje sprzętu.

 – Wśród sportów zimowych dominuje narciarstwo, ale jest wiele jego rodzajów. Dawniej ludzie jeździli tylko na wyciągach, teraz jest też freerajd, czyli narciarstwo pozatrasowe, ludzie chodzą na biegówkach czy śladówkach – tłumaczy Artur Mikołajko. – Jeżeli biegamy po ulicy, w okolicach bloku, domu, jeden czy dwa kilometry to może nie ma znaczenia w jakim ubraniu, ale jeżeli biegam 5–10 kilometrów dziennie, potrzebuję innej odzieży. Ludzie poszukują pewnego poziomu zaawansowania, innego sprzętu i odzieży, co z punktu widzenia handlowego jest dla nas dobre.

Polacy jednak wciąż ostrożnie podchodzą do wydatków na sport. Dlatego najszybciej rośnie popularność tanich sportów, jak bieganie czy jazda na rowerze.

 – To jest różna odzież, to jest różna częstotliwość i różny poziom koszyka wydatków na uprawiany sport – wyjaśnia Mikołajko. – Są duże wzrosty w bieganiu, jest popularne i tanie. Są duże wzrosty w rowerach, ponieważ ludzie uważają, że lepiej wydać na rower 1000 czy 2000 zł i używać go przez dziewięć miesięcy w roku, a nie tylko przez dwa tygodnie w zimie, jak w przypadku nart.

Rozwój sieci sklepów

W trzecim i czwartym kwartale tego roku Intersport podpisał umowę najmu powierzchni handlowej w CH Zakopianka w Krakowie oraz przedłużył umowę najmu lokali w Galerii Wisła w Płocku, Galerii Sfera w Bielsku-Białej i CH Plejada w Bytomiu. W listopadzie otworzył sklep o powierzchni 800 metrów kwadratowych w Galerii Bronowice w Krakowie, a w 2014 roku planuje otwarcie nowych sklepów w CH Felicity w Lublinie i Galerii Amber w Kaliszu.

 – W przyszłym roku na wiosnę otwieramy sklep w Lublinie i negocjujemy dwie inne placówki – dodaje prezes. – Otwieramy sklepy w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, ponieważ musi być potencjał zakupowy, by był sens otwierać sklep. Jesteśmy już w większości miast, w tej chwili zastanawiamy się nad każdą lokalizacją, mieliśmy burzliwy rozwój w latach 2007-2010 i w tej chwili optymalizujemy sklepy i jednocześnie szukamy dobrych lokalizacji.

W najbliższych 2-3 latach spółka zakłada dalszy zrównoważony rozwój poprzez zwiększanie liczby swoich sklepów w najbardziej rentownych lokalizacjach.

Bombki „made in Poland” hitem w USA

CEO Magazyn Polska

Polskie bombki zdobywają rynki zachodnioeuropejskie i amerykański. Są symbolem dobrej jakości i luksusu. Amerykanie płacą za nie nawet 100 zł za sztukę i oczekują co roku nowych wzorów. To tu trafia od 70 proc. do 95 proc. produkcji, czyli 400-600 tys. szt.

W tym roku Magdalena Słodyczka, współwłaścicielka podwarszawskiej firmy Silverado, odpowiedzialna za projektowanie wzorów bombek, postawiła na te związane z owocami i warzywami. Popularnością cieszą się też te pod hasłem „royality”, czyli związane z insygniami władzy – korony, berła, wysadzone kamieniami.

 – Amerykanie kochają święta i stać ich na nie. Musimy się mocno nagimnastykować, żeby ich zadowolić. Jest to bardzo dopracowany, wymagający, ale i chłonny rynek. Odczuwamy presję, żeby cały czas szukać nowych inspiracji. Mogłabym go porównać do rynku mody, gdzie w kolekcjach projektantów są tematy inspiracyjne, do których odnoszą się całe kolekcje. Amerykanie uwielbiają budować historię, mamy więc wzory nawiązujące do Orientu, Egiptu, Hawajów. – opowiada Magdalena Słodyczka. – I co jest ważne – musi być karteczka, że to są bombki z Polski. Mamy bardzo dobrą renomę, jeżeli chodzi o te produkt w Stanach.

O amerykański rynek polscy producenci walczą głównie z wytwórcami z Meksyku, Portugalii, Słowacji i Ukrainy. Zagrożeniem są również Chiny, ale tylko pod względem ceny, a nie jakości produktu.

 – Chiny odebrały nam kilku dużych klientów. Jednak nasz produkt jest ekskluzywny i bardzo drogi w wykonaniu, a tym samym w sprzedaży. To jest dla nas nisza, której Chińczycy na razie nie będą w stanie wypełnić. Są poważną konkurencją dla firm, które specjalizują się w tańszych produktach. – wyjaśnia Magdalena Słodyczka.

Polskim firmom udaje się utrzymać pozycję dzięki produktom wysokiej jakości i kreatywności w wymyślaniu nowych wzorów. Tu Chińczycy przegrywają także dlatego, że w tradycji tej kultury nie ma świąt Bożego Narodzenia, więc nie czują tego rynku i kopiują wzory od Europejczyków.

Oprócz Stanów Zjednoczonych, bombki z podwarszawskiego Józefowa wędrują także do Szwajcarii, Kanady, Niemiec, Krajów Beneluksu, Danii, Austrii. Pojawiają się również zapytania od potencjalnych kontrahentów z RPA i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Na polski rynek w zależności od roku trafia zaledwie 3-5 proc. produkcji Silverado.

Nieprzewidywalność różnic kursowych niesie spore ryzyko, ponieważ umowy z zagranicznymi kontrahentami podpisywane są raz na cały rok. A to sprawiło, że i na producentach polskich bombek odbił się kryzys w Stanach Zjednoczonych.

 – Zabójcze dla nas były różnice kursowe, które były przyczyną upadku wielu dużych polskich firm. W tej branży jest niemalże roczny cykl, kontraktujemy zamówienia, a produkcja jest realizowana dopiero kilka miesięcy później, płatności spływają po kolejnych dwóch miesiącach. Jeżeli pojawiają się jakiekolwiek wahania kursowe, to jesteśmy kompletnie zdruzgotani finansowo. – mówi Magdalena Słodyczka.

Załamanie amerykańskiej gospodarki najmocniej, w ocenie Słodyczki, dotknęło polskich producentów trzy lata temu.

 – Kluczowe, duże firmy, które miały wielkie osiągnięcia, zatrudniały około 300 osób, nie były w stanie pokonać tych trudności. Dochodowość kontraktowa im spadła, a utrzymanie takiej liczby pracowników jest kosztowne. – wyjaśnia Magdalena Słodyczka.

Firmie Silverado udało się przetrwać, a dziś sytuacja jest stabilniejsza i ten rok zamknięty zostanie z ośmioprocentowym wzrostem.

 – Kolejne prognozy będą znane po pierwszym kwartale roku 2014, kiedy to zaczną spływać nowe zamówienia na bazie wyników sprzedaży i trafności doboru kolekcji w 2013 roku. Dotychczasowe spotkania z kupcami mogą sugerować w miarę dobrą koniunkturę na nadchodzący rok. – informuje Wojciech Słodyczka, drugi właściciel fabryki.

Najtańsza bombka może kosztować 1 zł, a najdroższa nawet 100 zł.

 – W sprzedaży detalicznej ceny te wzrastać mogą kilkakrotnie, a w niektórych sklepach w USA nawet pięciokrotnie – podaje Wojciech Słodyczka. – W zależności od skomplikowania wzoru koszt projektu do wyprodukowania pierwszej sztuki to nie mniej niż 2 tys. zł dla bombki formowej (gdzie jest konieczne przygotowanie modeli gipsowych i odlewów aluminiowych). Natomiast koszt wykonania projektu na bombce okrągłej zaczyna się od około 100 zł.

87 proc. tabletów spełnia wszystkie niezbędne wymogi. Do niedawna zaledwie połowa

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa dostępnych na polskim rynku tabletów nie spełniała wymagań formalnych lub technicznych – wykazała kontrola Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Korzystanie z wadliwego urządzenia mobilnego może być niebezpieczne i uciążliwe dla użytkownika, powodując m.in. zakłócenia w pracy innych sprzętów domowych. W efekcie kontroli UKE odsetek tabletów spełniających normy techniczne wzrósł do 87 proc.

W wyniku naszej kontroli producenci i dystrybutorzy tych urządzeń zostali wezwani do poprawienia się – wyjaśnia Jacek Strzałkowski, rzecznik Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – W większości przypadków producenci bardzo dobrze z nami współpracowali, szybko naprawili te wszystkie brakiJedynie w przypadku kilku urządzeń musieliśmy nakazać wycofanie ich z rynku, w trzech przypadkach producenci sami zdecydowali o tym, że nie będą tych urządzeń dalej sprzedawać, ponieważ nie są w stanie tych wad usunąć.

Urządzenia mobilne bardzo szybko zyskują w Polsce na popularności. W pierwszym półroczu 2013 r. sprzedaż tabletów wzrosła o ponad 141 proc. wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. Szacuje się, że do końca tego roku sprzedaż tabletów na polskim rynku może osiągnąć nawet 1,1 mln sztuk.

Przed podjęciem decyzji o zakupie tabletu – na przykład na gwiazdkowy prezent „last minute” – warto odwiedzić stronę Urzędu Komunikacji Elektronicznej, aby zapoznać się z jego szczegółowym opisem. Znajdują się tam rekomendacje UKE dla najpopularniejszych w Polsce urządzeń mobilnych oraz pełny opis ich testów technicznych.

 – Łącznie do kontroli pobraliśmy 104 urządzenia, z tego niestety połowa nie spełniała wymagań: zarówno administracyjnych, jak i technicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Strzałkowski.

UKE skoncentrował się głównie na tabletach z niższej półki, na które w Polsce jest największy popyt. Kontrola wymagań administracyjnych polegała na sprawdzeniu wymaganych dokumentów, które powinny być dołączone do urządzenia.

 – Sprawdzamy, czy taki tablet posiada dołączoną instrukcję obsługi, deklarację producenta o spełnianiu norm technicznych, jak również, czy jest odpowiednio oznaczony znakiem CE – wymienia rzecznik UKE.

Producent, który zamierza wprowadzić tablet na rynek, zobowiązany jest m.in. do zamieszczenia oznakowania CE na produkcie, dołączenia do niego deklaracji zgodności, a także informacji umożliwiającej identyfikację kraju, w którym urządzenie może być używane, oraz informacji o zakończeniach sieci publicznej, do których urządzenie może być podłączone.

Dużo bardziej złożonym procesem jest kontrola techniczna, ponieważ wymaga ona użycia sprzętu laboratoryjnego. Poddaje się jej urządzenia radiowe nadawcze i nadawczo–odbiorcze, do których należą m.in. tablety. Pozwala ona bowiem zweryfikować m.in. wymagania kompatybilności elektromagnetycznej danego urządzenia.

 – W laboratorium badamy, czy taki tablet w chwili, kiedy działa i jest podłączony do sieci zasilającej, nie powoduje groźnych zaburzeń w sieci – wyjaśnia Strzałkowski. – Jeśli mamy jakieś trzaski w odbiorniku radiowym lub zakłócenia na ekranie telewizora, to mogą one pochodzić właśnie z takiego niesprawnego urządzenia.

MCI pozyskało 30 mln zł z emisji obligacji

0

30 mln zł pozyskała MCI Management S.A. z prywatnej emisji obligacji zwykłych serii H3.Pozyskane środki zostaną przeznaczone na inwestycje typu growth i buyout.

W dniu 19 grudnia 2013 roku MCI zamknęło trzecią w tym roku emisję obligacji zwykłych zabezpieczonych certyfikatami inwestycyjnymi subfunduszy Grupy MCI. W ofercie na 30 mln zł inwestorzy złożyli zapisy na 50,3 mln zł. Wysoki popyt na papiery spółki jest potwierdzeniem trafności decyzji podjętych przez zarządzających subfunduszami oraz właściwej strategii inwestycyjnej, zakładającej inwestycje w firmy, które w różnym stopniu rozwijają swój model biznesowy w oparciu o możliwości, jakie daje Internet. Od początku działalności do 30.09.2013 MCI osiągnął stopę zwrotu netto (net IRR) na poziomie 19,8%.

Wcześniej w kwietniu i czerwcu tego roku, konto funduszu zostało zasilone kwotą 54,8 mln zł z emisji obligacji serii H1 i H2. Pozyskane środki finansowe fundusz przeznaczy na finansowanie kolejnych inwestycji subfunduszy MCI.TechVentures i MCI.EuroVentures w spółki technologiczne (e-commerce, mobile internet, cloud computing). Oferującym emisji był Copernicus Securities S.A.

– Emisja serii H3 to kolejna udana sprzedaż obligacji naszego funduszu. Cieszymy się, że już po raz trzeci w tym roku inwestorzy tak chętnie zapisywali się na nasze obligacje. Oznacza to, że pozytywnie oceniają nasze dotychczasowe wyniki i perspektywy dalszego wzrostu spółek portfelowych – komentuje Wojciech Marcińczyk, członek zarządu MCI Management odpowiedzialny za fundraising i zarządzanie funduszem dłużnym MCI.CreditVentures FIZ w Grupie MCI .

Emisja została objęta w całości przez inwestorów indywidualnych i fundusze inwestycyjne. W ramach budowania księgi popytu inwestorzy złożyli deklaracje objęcia obligacji o wartości 50.336.000 zł, co oznacza, że wartość zapisów przekroczyła o 68% podaży oferty.

Obligacje serii H3, które będą notowane na rynku Catalyst, posiadają oprocentowanie zmienne z marżą 450 bp ponad WIBOR 6M w skali roku. Odsetki będą wypłacane półrocznie, a wykup obligacji nastąpi po trzech latach od emisji. Ryzyko inwestycyjne jest niskie – podobnie jak obligacje serii H1 i H2, obligacje serii H3 są zabezpieczone zastawem rejestrowym na certyfikatach inwestycyjnych subfunduszy Grupy MCI: MCI.EuroVentures i MCI.TechVentures. Spółka zagwarantowała sobie prawo do przedterminowej spłaty papierów serii H3, może z niego skorzystać najwcześniej sześć miesięcy po dacie emisji.

Event Marketing 2013

Budżety firm wydawane na eventy w nadchodzącym roku utrzymają się, ale marketerzy będą częściej korzystać z profesjonalnego wsparcia agencji i firm prowadzonych działania z obszaru MICE. To tylko kilka z wniosków z raportu Event Marketing 2013 przygotowanego przez Mind Progress Group

W elektronicznej publikacji znajdują się m.in. szczegółowe wyniki badania przeprowadzonego przez Mind Progress Group i Instytut Badawczy IPC na temat polskiego rynku event-marketingowego. – Okazuje się, że organizacja wydarzeń jest jednym z pięciu najchętniej wybieranych narzędzi w firmach powyżej 250 pracowników – mówi Michał Pawlik, head of strategy w Mind Progress Group. – O wiele rzadziej na tego typu działania decydują się małe i średnie przedsiębiorstwa. To tylko 6%.

Wykorzystanie narzędzi on-line sprawia, że nośność materiału wideo może być jeszcze większa i skuteczniej realizować cele postawione przez organizatora wydarzenia – mówi Piotr Radziemski ze studia filmowego Ikona KMP. – Eventowe wideo może być doskonałym elementem następnego newslettera, które podniesie bo skuteczność e-mail marketingu niemal 2-3-krotnie. Film z wydarzenia spowoduje, że zatrzymujemy użytkowników na swojej stronie około 2 minuty dłużej niż zazwyczaj.

W 2014 roku, ponad połowa dużych i 40% małych oraz średnich firm chce przeznaczyć na działania eventowe podobne kwoty jak w mijającym roku. Mimo generalnego trendu związanego z cięciami budżetów, klienci oczekują od agencji i firm realizujących wydarzenia nie tylko kompleksowej obsługi, ale także wysokiego stopnia wyspecjalizowania, profesjonalizacji, a także doświadczenia. Eventy i działania MICE postrzegane są jako kosztowne i o niewielkim zasięgu. Co ciekawe, marketerzy cenią sobie je m.in. za możliwość bezpośredniego kontaktu z klientami i możliwość otrzymania szybkiej informacji zwrotnej.

Jakub Korczak spadek kursu akcji Serinus Energy reakcją inwestorów na porozumienie miedzy Ukrainą a Rosją

W ostatnich dniach odnotowaliśmy spadek kursu akcji Serinus Energy. Sądzimy, że wynika on z pochopnej reakcji inwestorów na porozumienie miedzy Ukrainą a Rosją, dotyczące redukcji cen gazu. W odpowiedzi na pytania inwestorów, informujemy, że Serinus Energy nie rozważa sprzedaży licencji na Ukrainie – jest odpowiedzialnym inwestorem długoterminowym. Zatem obawy o losy naszej ukraińskiej spółki są nieuzasadnione.

Uczestnikom rynku nie są znane ani szczegóły umowy, ani jej przełożenie na cenę gazu dla odbiorców ostatecznych. Tak więc trudno na tej podstawie określić jej wpływ na naszą działalność.

Z pewnością nawet zmiana dotychczasowych warunków nie spowoduje utraty opłacalności naszego zaangażowania na Ukrainie. Ewentualny spadek cen gazu do 268 dolarów za tysiąc metrów sześciennych (wariant skrajnie pesymistyczny), oznaczałby obniżenie naszej rentowności operacyjnej na Ukrainie do trzydziestu kilku procent. Obecnie rentowność wynosi ponad 60 procent. To byłby nadal bardzo dobry poziom zyskowności. Ponadto, gdyby zaistniała taka potrzeba, jesteśmy w stanie zrekompensować spadek marży planowanym długoterminowym wzrostem produkcji oraz możliwym ograniczaniem kosztów. Istnieje możliwość wstrzymania najdroższych operacji (np. szczelinowania) lub np. rezygnacji z jednorazowego wynajmu wiertni do przeprowadzenia bardzo głębokiego odwiertu – jedynego tego typu, zaplanowanego na przyszły rok. Wszystkie zaplanowane odwierty wykonujemy bowiem z wykorzystaniem własnego sprzętu i posiadanej przez nas wiertni. Pozwala to na utrzymanie optymalnego poziomu kosztów.

Pragnę podkreślić, że udział przychodów z Ukrainy, który dziś stanowi około 60-70 procent przychodów całej grupy, będzie się systematycznie zmniejszał. Planujemy zwiększenie wydobycia gazu i ropy naftowej w Tunezji już w ciągu 1-3 lat. W ten sposób nasz biznes jest zbalansowany i zdywersyfikowany.

Najpopularniejszym upominkiem pod choinkę nadal jest gotówka

Aż 57 proc. polskich kobiet, które dysponują mniejszym niż w ubiegłym roku świątecznym budżetem, tłumaczy to gorszą sytuacją ekonomiczną w Polsce. Wśród mężczyzn odsetek ten jest o 11 pp. niższy. Zarówno Polacy, jak i Polki pod choinką chcą znaleźć przede wszystkim gotówkę i książki Jak pokazuje coroczne badanie firmy doradczej Deloitte „Zakupy Świąteczne 2013” jedynie w przypadku 18-24- latków pieniądze nie są najbardziej oczekiwanym prezentem gwiazdkowym.

Grupa osób, którzy są zmuszone ograniczyć swój budżet świąteczny z powodu złej sytuacji ekonomicznej, rośnie wraz z wiekiem. Przyznało to aż 74 proc. badanych w grupie powyżej 55 lat, podczas gdy wśród ludzi pomiędzy 18 a 34 rokiem życia odsetek ten nie przekracza 44 proc.

Zarówno Polki, jak i Polacy święta zamierzają w ogromnej większości sfinansować głównie z oszczędności. „Co ciekawe najwięcej osób, które planują skorzystać z tej opcji znajduje się w grupie pomiędzy 18 a 34 rokiem życia. Tam odsetek sięga nawet 86 proc., a tylko co dziesiąty badany zadeklarował, że za świąteczne zakupy zapłaci kartą kredytową. Tymczasem w grupach powyżej 35 i 45 lat odsetek ten sięgał 18 i 16 proc. Wynika to prawdopodobnie z lepszej sytuacji ekonomicznej, a tym samym większego poczucia bezpieczeństwa finansowego ludzi, którzy na rynku pracy funkcjonują już kilkanaście lat” – mówi Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte.

Niezależnie od płci najpopularniejszym upominkiem jest gotówka, a na drugim miejscu książki. Jednak kobiety pod choinką na równi z dobrą lekturą chciałyby znaleźć także kosmetyki i perfumy (49 proc.). Taki rodzaj prezentów za to niemal zupełnie nie interesuje panów, którzy marzą raczej o smartfonach (28 proc.). I to one właśnie znalazły się na trzecim miejscu ich listy prezentów, a ich popularność w ciągu roku wzrosła aż o 5 pp. Tylko w jednej grupie wiekowej (18-24 lata) gotówka przegrała z książkami, co może świadczyć o tym, że młodzi ludzie nie są tak pragmatycznie nastawieni do świąt, jak reszta badanych.

Najmłodsi wiekiem respondenci są najbardziej podatni na promocje. Aż 78 proc. z nich przyznało, że są skłonni wydać na święta więcej niż planowali, jeżeli natkną się na promocyjne ceny. Na ten rodzaj marketingowych chwytów bardziej wrażliwi są mężczyźni (70 proc.) niż kobiety (66 proc.).

Pragmatyzm kobiet widać także w stosunku do dzieci. Aż siedem na dziesięć badanych, kupując prezenty dla najmłodszych, zwraca na ich edukacyjny charakter. Wśród panów takiej odpowiedzi udzieliło zaledwie 53 proc. Polki częściej niż Polacy chcą w tym roku poszukiwać bardziej użytecznych prezentów, które mają zamiar kupić w tańszych sklepach.

Więcej Polek niż Polaków zdecydowało się na świąteczne zakupy już w listopadzie. Było to odpowiednio 30 do 18 proc. Mężczyźni są też tymi, którzy zostawiają zakup prezentów na ostatnią chwilę. Zadeklarowało tak 30 proc. badanych, prawie dwa razy większy odsetek niż wśród pań. Dość widoczne różnice występują także biorąc pod uwagę wiek badanych. Ludzie w starszym i średnim wieku chętniej ruszyli do sklepów już w listopadzie (odpowiednio 31 i 26 proc.) niż osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (16 proc.). Prawie jedna trzecia przedstawicieli tej grupy wiekowej zaplanowała świąteczne zakupy na ostatnie dni przed Wigilią.

Młodzi ludzie najczęściej szukają i porównują ceny towarów w Internecie, ale co ciekawe, aż 58 proc. z nich zadeklarowało, że już samego zakupu dokonuje w tradycyjnych sklepach. Pod tym względem byli najliczniejszą grupą wśród badanych, przewyższając o 1 pp. osoby powyżej 55 roku życia. Zakupy online największą popularnością cieszą się zaś wśród 35-44 latków (52 proc.). „Okazuje się także, że wiek odgrywa rolę przy wyborze sklepów, w których kupujemy prezenty. Wśród młodych ludzi zdecydowanie wygrywają galerie handlowe i domy towarowe, zaś starsze pokolenie preferuje raczej super- i hipermarkety” –wyjaśnia Adam Chróścielewski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte.

Jeżeli chodzi o sklepy spożywcze, to świąteczne jedzenie kobiety będą kupować najczęściej w sklepach dyskontowych (65 proc.), które cieszą się nieco mniejszą popularnością wśród mężczyzn (55 proc.). Dyskonty wygrywają także w praktycznie każdej grupie wiekowej, jedynie osoby przed 25. rokiem życia wybierają supermarkety i sklepy wielkopowierzchniowe.

Azoty szukają nowych rynków zbytu. Głównie w krajach UE

CEO Magazyn Polska

Zmiana polityki gospodarczej Chin wymusza na Grupie Azoty nowe podejście do rynków zagranicznych. Producent nawozów i tworzyw testuje więc nowe możliwości produkcji i zmienia kurs na rynek europejski. 

 – Grupę Azoty czekają wyzwania, które wyznacza nam rynek. Jednak trudno sobie wyobrazić tak dobry okres koniunktury jak ostatnie lata. Nałożenie się dwóch szczytów cykli koniunkturalnych i w nawozach, i tworzywach. Teraz musimy się przygotowywać do stanu, w którym ten cykl się odwróci w jednym i w drugim przypadku. – uważa Witold Szczypiński, wiceprezes zarządu Grupy Azoty.

Jednym z elementów tych przygotowań jest fuzja zakładów w Tarnowie i Puławach, która miała miejsce na początku tego roku.

 – Połączenie zasobów Puław i Tarnowa w części kaprolaktamowej determinuje dalsze działania. Zakładamy wydłużenie łańcucha produktowego, zbilansowanie całości wytwarzanego kaprolaktamu w Polsce, czyli 170 tys. ton. Taki projekt obecnie badamy i sądzę, że w I kwartale przyszłego roku będziemy mogli jednoznacznie odpowiedzieć, jakie są jego efekty. – zapowiada Witold Szczypiński.

Zakład w Puławach jest w stanie wytworzyć 70 tys. ton kaprolaktamu rocznie, co razem z produkcją Tarnowa daje właśnie 170 tys. ton tego tworzywa. Z kolei 70 tys. ton to moce przerobu kaprolaktamu na poliamid w Tarnowie.

Kaprolaktam to organiczny związek chemiczny, który jest stosowanym do produkcji poliamidów (rodzaj syntetycznych włókien) oraz technicznych żywic poliamidowych, wykorzystywanych głównie w motoryzacji i elektrotechnice.

 – W Grupie Azoty przygotowywany jest program inwestycyjny, obejmujący zadania związane z dalszym przetwórstwem kaprolaktamu w ramach grupy. Opracowywana jest nowelizacja studium wykonalności projektu poliamidowego, związana ze zmianami na rynku tego produktu w Chinach. Projekt ten pozwoliłby nam zoptymalizować portfel tworzyw konstrukcyjnych w ramach całej Grupy Azoty – informuje Grzegorz Kulik, rzecznik prasowy Grupy Azoty.

 – Próbujemy realizować niewielkie projekty wydłużenia łańcucha produktowego z poliamidów na mieszaniny. Ta część byłaby realizowana w Tarnowie. – tłumaczy Witold Szczypiński. – W części związanej z tworzywami, w zasadzie z organiką, alkoholami OXO, w Kędzierzynie, mam nadzieję, że pod koniec przyszłego roku zostanie uruchomiony nowy plastyfikator [środek zmiękczający stosowany w przemyśle chemicznym], odpowiadający w pełni wymaganiom Unii Europejskiej. I to jest bardzo istotne zadanie z punktu widzenia Kędzierzyna.

Kędzierzyńska spółka wchodząca w skład Grupy Azoty jest jedynym producentem alkoholi OXO w Polsce. Dysponuje jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie instalacji OXO w Europie. Alkohole OXO wykorzystuje się jako dodatki do olejów oraz jako rozpuszczalniki w produkcji farb, lakierów i innych gałęziach przemysłu.

 – Te działania mają być odpowiedzią na to, co stało się w ostatnich latach w Chinach, czyli zdecydowany wzrost produkcji kaprolaktamu. W ten sposób chcemy globalnie zmienić nasze rynki dotychczasowe i zamierzamy tę część kaprolaktamu, która lokowana była na rynku chińskim, lokować w postaci poliamidów na innych rynkach, głównie Unii Europejskiej. – informuje Witold Szczypiński. – Poliamid jest produktem bardziej zaawansowanym niż kaprolaktam i liczy się tutaj budowa relacji między producentem bezpośrednim a konsumentem.

Z danych spółki wynika, że już trzy lat temu Państwo Środka zużywało 25 proc. światowej produkcji kaprolaktamu, a według prognoz w 2015 roku osiągnie pułap 40 proc. W 2011 roku aż 5 proc. jego importu pochodziło właśnie z Polski. Jednak Chiny dążą do samowystarczalności w produkcji tego związku, tak aby móc zaspokoić aż 80 proc. zapotrzebowania, dzięki rodzimym dostawcom. W 2011 roku wprowadziły cło antydumpingowe, rozwijają też własną produkcję w tym zakresie. To sprawiło, że Azoty musiały zmodyfikować strukturę sprzedaży na rynkach Dalekiego Wschodu, przeznaczając produkt na rynki inne niż chiński (Tajwan, Malezja) oraz wchodząc na nowe rynki zbytu.

Prezes PERN „Przyjaźń”: Terminal naftowy w Gdańsku hubem do magazynowania i przeładunku ropy

W połowie przyszłego roku ma być gotowa nowa strategia PERN „Przyjaźń”. – To będzie kompleksowa strategia dla podmiotu, który będzie świadczył usługi przesyłu oraz magazynowania ropy, paliw i chemikaliów – zapowiada prezes spółki, Marcin Moskalewicz. Kluczowym elementem ma być inwestycja w terminal naftowy w Gdańsku.

 – Dokładną strategię przekażemy w połowie przyszłego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Moskalewicz, prezes zarządu PERN „Przyjaźń” SA. – To będzie nowa infrastruktura, nowa logistyka, nowe obszary. Mamy dużo pomysłów. Chcemy wykorzystać potencjał, który mamy, czyli spółki w Gdańsku. Chcemy również wykazać innowacyjność, czyli spółkę, która zajmuje się monitoringiem rurociągów, nie tylko ropnych. Chcemy pokazać, że stać nas na to, by konkurować w tym obszarze nie tylko na rynku europejskim, ale też światowym.

Zapewnia, że spółka bardzo poważnie „wzięła się” za realizację inwestycji w terminal naftowy w Gdańsku, który będzie kluczowym elementem nowej strategii.

Terminal ma być pierwszym polskim hubem morskim na ropę naftową, chemikalia i produkty ropopochodne. Jego pojemność będzie wynosić ok. 700 tys. metrów sześciennych. W terminalu ma być możliwe magazynowanie, blendowanie i kumulacja ropy naftowej. Całość inwestycji kosztującej 820 mln zł ma zostać zrealizowana do 2018 r. Budowa ma się rozpocząć w przyszłym roku.

Zdaniem Moskalewicza, możliwości wykorzystania terminala pokazuje podpisana na początku listopada z włoskim koncernem Eni Trading and Shipping. Kontrakt dotyczy, oprócz transportu, również przeładunku i magazynowania ok. 100 tysięcy ton ropy.

 – To jest pierwsza umowa, krótkofalowa. Liczymy na to, że to jest początek naszej drogi, ale po 2015 roku. Mam nadzieję, że terminal w Gdańsku będzie postrzegany przez traderów jako hub do magazynowania i przeładunku, czyli usług, których Polska do tej pory nie świadczyła – podkreśla Marcin Moskalewicz.

M. Boni: Szybki internet w całym kraju do 2020 roku

CEO Magazyn Polska

Dostęp do szybkiego internetu, e-administracja i poszerzenie cyfrowych kompetencji użytkowników internetu – to cele Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. Jego realizacja oparta jest m.in. na budowie sieci szerokopasmowego internetu. Do 2020 roku każdy Polak ma mieć dostęp do internetu o przepustowości co najmniej 30 Mbps.

Polska Cyfrowa ma zwiększyć zasięg i dostęp do szybkiego internetu na terenie całego kraju, dzięki czemu, po pierwsze ma się poprawić jakość życia społeczeństwa, a po drugie powinien się zmniejszyć dystans pomiędzy Polską a krajami tzw. starej piętnastki w cyfrowym wyścigu.

 – W tym programie mówimy, że trzeba zapewnić dostęp do szybkiego internetu, bo im więcej go używamy i im więcej treści przetwarzamy, tym bardziej przepustowość musi być na odpowiednim poziomie. – mówi Newserii Biznes Michał Boni.

E-budowa

Pierwszym krokiem ma być stworzenie odpowiedniej infrastruktury. Ma to odbyć się przez dokończenie budowy szerokopasmowej sieci światłowodów. Projekt dofinansowywany jest w poszczególnych regionach ze środków europejskich. Jednak nie wiadomo, czy wszędzie uda się stworzyć sieć na czas, np. na Mazowszu.

 – W 2015 roku będziemy wiedzieli, czy inwestycja w 35 tysięcy kilometrów linii światłowodowych się udała, czy nie. Myślę, że w dużej mierze się uda. – mówi Michał Boni. – To jest baza do tego, żeby w oparciu o tę szkieletową sieć budować sieć dostępową w tym okresie do 2020 roku, o nowoczesnych parametrach technicznych, czyli o wysokiej przepływności.

Jednocześnie kontynuowane są rozmowy dotyczącego modelu budowania sieci szerokopasmowej. Celem programu jest stworzenie siatki kryjącej cały kraj. Zdaniem Boniego najlepszym rozwiązaniem jest pozostawienie najbardziej dochodowych miejsc w rękach rynku i wspieranie ze środków unijnych miejsc, gdzie nie opłaca się wejść inwestorom.

 – Dzisiaj już nikt, kto buduje sieć, nie myśli o samym zbudowaniu, ale myśli o jej użytkowaniu. – tłumaczy były minister. – Dlatego ten wysiłek na rzecz wzrostu podaży i popytu będzie zmieniał warunki biznesowe dalszego inwestowania w sieci teleinformatyczne. Trzeba zadbać nie tylko o duże miasta, lecz także o te miejsca, w które rynek nie inwestuje, bo mu się to nie opłaca. Chcemy w Programie Operacyjnym Polska Cyfrowa, żeby te inwestycje ze środków unijnych tam zaistniały.

Trzy cyfrowe kroki

Z danych Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji wynika, że dziś Internet dociera do 70 proc. polskich domów. Regularnie korzysta z niego tylko 59 proc. Polaków. Połowa społeczeństwa przyznaje, że nie korzysta z internetu, bo nie ma takiej potrzeby. Zdaniem byłego ministra, to będzie się zmieniać w kolejnych miesiącach i latach wraz z rozwojem e-usług w administracji czy służbie zdrowia.

 – Taka depapieryzacja jest potrzebna i do tego jest przygotowany grunt, np. nowa ustawa o informatyzacji, przyjęta przez Sejm. Są przygotowywane kolejne projekty – mówi Michał Boni. – Ta podaż powinna rozwijać się również w postaci treści, do których jako obywatele, użytkownicy będziemy mieli dostęp: informacja publiczna, treści edukacyjne, kulturowe, treści naukowe.

Do tego potrzebny jest również rozwój kompetencji. Zdaniem byłego ministra cyfryzacji i administracji szczególny nacisk należy położyć na edukację osób z grup 50+ oraz seniorów. W jego opinii nieprzekazanie im odpowiednich kompetencji może doprowadzić do ich wykluczenia społecznego.

 – Musimy umieć korzystać z internetu, młodzi to umieją, ale też pewnie będą potrzebne coraz to nowe umiejętności, choćby programowania – wyjaśnia Boni.

Program Polska Cyfrowa w I połowie roku będzie konsultowany z Komisją Europejską. Jego realizacja powinna rozpocząć się w II połowie. Na realizację celów PO PC z unijnej kasy trafi nawet 8 mld złotych, ze środkami krajowymi będzie ok. 10 mld zł.  Projekt prowadzą wspólnie Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji oraz Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju.

Hiszpański sąd zdecyduje o losach FagorMastercook. Wierzyciele z Polski powinni składać wnioski

CEO Magazyn Polska

Hiszpański sąd zdecyduje wkrótce o wszczęciu postępowania, związanego z bankructwem spółki FagorMastercook SA. Oznacza to, że polscy wierzyciele będą musieli zgłaszać swoje wierzytelności do sądu w San Sebastian, gdzie trafił wniosek o upadłość układową, złożony przez zarząd firmy. Będą mogli też wnioskować  o ogłoszenie upadłości wtórnej do polskiego wymiaru sprawiedliwości. – Wtedy polski majątek będzie podlegał polskim regulacjom likwidacyjnego postępowania upadłościowego – tłumaczy mec. Piotr Zimmerman z kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

Zarząd spółki FagorMastercook podjął decyzję o ogłoszeniu bankructwa, nie widząc szans na wyjście z fatalnej sytuacji finansowej. Firma nie była w stanie terminowo realizować zobowiązań. Próby zawarcia porozumienia z wierzycielami albo pozyskania dodatkowych źródeł finansowania nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Wniosek o upadłość układową trafił do sądu w San Sebastian 30 października, o czym zarząd spółki poinformował niedawno w krótkim komunikacie opublikowanym  na stronach internetowych.  

 – Na mocy przepisów rozporządzenia Unii Europejskiej jest możliwe ogłoszenie upadłości spółki zarejestrowanej w Polsce przez sąd w Hiszpanii – tłumaczy mec. Piotr Zimmerman. – Było to spowodowane problemami spółki-matki, która kilka lat temu kupiła to polskie przedsiębiorstwo i na skutek niewypłacalności podstawowej spółki z grupy doszło do niewypłacalności spółek-córek, w tym polskiej firmy.  

Zgodnie ze znowelizowanym niedawno hiszpańskim prawem upadłościowym, tamtejszy sąd może prowadzić proces upadłościowy całej grupy spółek jednocześnie. Polscy wierzyciele, domagający się spłaty zobowiązań, które wobec nich ma producent sprzętu AGD, mają teraz do wyboru dwa wyjścia.

 – Mogą zaakceptować fakt, że postępowanie odbywa się w Hiszpanii, tam zgłosić swoje wierzytelności  i zagłosować w sprawie układu, bo takie postępowanie otwarto w Hiszpanii – mówi mec. Zimmerman. – Mogą też w Polsce złożyć wniosek o ogłoszeniu upadłości wtórnej.

Wówczas majątek należący do polskich spółek-córek hiszpańskiej grupy podlegał będzie polskim regulacjom likwidacyjnego postępowania upadłościowego. Zdaniem mec. Piotra Zimmermana wierzyciele powinni poczekać na efekt postępowania układowego prowadzonego w Hiszpanii. Okazać się może, że znajdzie się inwestor, który będzie zainteresowany przejęciem całej grupy. Układ powinien być zawierany na poziomie spółki-matki.

Kiedy okaże się, że układ jest nierealny, powinni złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości wtórnej, bo rzeczywiście dla wierzycieli korzystniejsze jest prowadzenie likwidacji przez sąd lokalny – tłumaczy ekspert.

Dodaje, że w jego ocenie doszło w tym wypadku do pewnego nadużycia. Spółka jest bowiem zarejestrowana w Polsce, tutaj prowadzi interesy i tu urzęduje jej zarząd. W Polsce też znajduje się duża część firmowego majątku.

Właściwy do rozpatrywania sprawy byłby sąd polski, ale nie można tego niestety zakwestionować, a polskie sądy są zobowiązane uznawać to orzeczenie automatycznie, bez możliwości jego skontrolowania – tłumaczy mec. Zimmerman.

Zdaniem eksperta dobrze byłoby, gdyby sąd zgodził się na zawarcie układu z wierzycielami. Byłoby to nie tylko z korzyścią dla nich, lecz także dla konsumentów, którzy mają w swych domach sprzęt marki Mastercook. Przede wszystkim ze względów gwarancyjnych.

W wypadku likwidacji szanse na zrealizowanie roszczeń gwarancyjnych są praktycznie zerowe – mówi  mec. Piotr Zimmerman.

Spółka FagorMastercook SA wchodzi w skłąd grupy Fagor. We Wrocławiu działają cztery jej fabryki, produkujące sprzęt kuchenny, pralki, zmywarki, lodówki oraz tłocznie. Zatrudniają łącznie 1300 pracowników.

Wartość udzielonych kredytów hipotecznych niższa niż przed kryzysem. Spadła o 15 mld zł

Po kryzysie znacznie zmalał polski rynek kredytów hipotecznych. Choć widać pewne oznaki ożywienia, to w tym roku banki udzielą kredytów o wartości 33-35 mld zł – o 15 mld zł mniej niż przed spowolnieniem gospodarczym. Trudniejszy dostęp do kredytów mieszkaniowych wpływa na rozwój rynku najmu.

 – Widzimy pewne oznaki ożywienia na tym rynku, powoli zaczyna wzrastać popyt, więc jest szansa, że kredyt hipoteczny dla banków uniwersalnych będzie ponownie ważnym produktem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Cyburt, prezes zarządu mBanku Hipotecznego.

Nawet jeśli na rynku nastąpi odbicie, to nie będzie już taki sam rynek jak przed kryzysem. Przede wszystkim rzadkością będą kredyty walutowe. Już teraz stanowią one niewielki odsetek udzielanych kredytów, a od nowego roku – zgodnie z przyjętą przez Komisję Nadzoru Finansowego w czerwcu Rekomendację S – prawie zupełnie znikną z rynku. Będą one oferowane tylko osobom, które zarabiają w danej walucie obcej.

Drugą wprowadzaną od stycznia zmianą będzie wymóg posiadania wkładu własnego – w 2014 roku będzie to 5 proc. wartości nieruchomości. Oznacza to, że o własne mieszkanie może być coraz trudniej. Nawet jeśli wejdzie w życie nowy program wspierania zakupu nieruchomości „Mieszkanie dla Młodych”.

 – Zawsze byłem dość sceptycznie nastawiony do skuteczności wszystkich pojedynczych narzędzi, jak „Rodzina na Swoim” czy „Mieszkanie dla Młodych”. Brakuje nam strategicznej wizji, co chcielibyśmy osiągnąć na rynku mieszkaniowym, tylko w zależności od potrzeb politycznych, czasem sytuacji budżetowej, wymyślane są nowe produkty – uważa Piotr Cyburt. – Jestem zwolennikiem tego, by rynek regulował te kwestie, natomiast można go stymulować, np. rozwiązaniami systemowymi, jak zmiany deregulacyjne w prawie budowlanym.

Prognozuje, że rynek kredytów hipotecznych będzie rozwijał się wraz z przyspieszaniem wzrostu gospodarczego i wzrostu płac.

Według prezesa mBanku Hipotecznego, zmiany w sytuacji na rynku kredytów mogą wpłynąć na kondycję polskiego rynku mieszkaniowego i na rozwój najmu. Cyburt ocenia, że Polacy chętnie do tej pory kupowali mieszkania, ale w porównaniu np. z rynkiem niemieckim zdecydowanie mniejszą rolę odgrywa wynajem mieszkań.

 – W Polsce jest bardzo duża skłonność do tego, żeby posiadać mieszkanie na własność, natomiast trzeba sobie szczerze powiedzieć, że nie wszystkich na to stać. Myślę, że zacznie się kształtować rynek najmu w przyszłości, na trochę większą skalę. Jak patrzę na analizy niemieckiego rynku kredytów hipotecznych, to jedną z kluczowych obserwacji  jest pytanie o różnice między ceną najmu a ceną kredytu i wysokością miesięcznej raty – podkreśla Cyburt.

Trzy czwarte firm przygotowało dla swoich pracowników wigilię lub inną atrakcję z okazji świąt

Firmowe wigilie stały się już tradycją, a po rosnącej w tym roku liczbie takich spotkań można zaobserwować, że firmy wychodzą „z dołka”. Podczas świątecznych spotkań z pracownikami polscy pracodawcy decydują się najczęściej na serwowanie tradycyjnych potraw. Rzadkością są specjalne zamówienia jak sushi czy rozbefy.

 – Zwykle klienci wybierają wigilię w stylu klasycznym, gdzie serwujemy dania, które często możemy spotkać na naszych domowych stołach. Są to pierogi, kapusta, wszelkiego rodzaju ryby, zwłaszcza karp oraz śledzie. Tradycyjne ciasta typu sernik, makowiec i szarlotka. Te potrawy królują na stołach co roku – mówi Leszek Rułka, szef kuchni i manager restauracji Sodexo. – Choć zdarzają się także specjalne zamówienia, jak sushi, pieczone mięsa, rozbefy.

Zwykle świąteczne spotkania z pracownikami przebiegają według podobnego scenariusza w tygodniu, przeważnie pod koniec dnia pracy, przed wyjściem do domu. Obserwując częstotliwość pracowniczych wigilii, można stwierdzić wzrost optymizmu pracodawców i wychodzenie ze stagnacji gospodarczej. Z badania firmy Randstad i TNS OBOP wynika, że 72 proc. pracodawców ma dla swoich pracowników jakieś atrakcje świąteczne.

 – Porównując poprzednie dwa lata widać, że tendencja jest wzrostowa, wychodzimy z kryzysu. Ten trend się odradza i powraca do normy – uważa Leszek Rułka.

Budżety przeznaczane na te spotkania wahają się, w zależności od wielkości firmy i, liczby pracowników, od 30 zł do 100 zł na osobę.

Większość pracodawców, którzy wzięli udział w badaniu Randstad i TNS OBOP, organizuje Wigilię w siedzibie firmy, rzadziej w restauracjach czy klubach.

 – Jeżeli jest organizowana w miejscu pracy, przeważnie jest to tzw. szwedzki stół. To ok. 90 proc. Wigilii, a pozostała część to przyjęcia „zasiadane” – mówi Leszek Rułka.

Wrocławski stadion zwiększa przychody i tnie koszty. Zbilansuje się dopiero w 2016 r.

Wrocławski stadion zarabia więcej niż zakładano. W tym roku przychody są o kilkanaście procent wyższe od zaplanowanych, a koszty niższe o jedną piątą. Władze stadionowej spółki liczą na rosnące przychody z organizacji konferencji oraz wynajmu biur. W 2017 r. stadion powinien mieć już zyski.

 – Z początkiem tego roku założyliśmy sobie długofalowy plan finansowy do 2017 roku, żeby nie działać punktowo i krótkoterminowo. Skrupulatnie go realizujemy. Ten plan zakłada, że w 2016 roku Stadion Wrocław się zbilansuje. Od 2017 zacznie na siebie zarabiać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Burak, dyrektor ds. komunikacji Stadionu Wrocław. – Dzięki oszczędnościom, które poczyniliśmy, tegoroczne koszty będą o około 20 proc. niższe niż zakładaliśmy, natomiast przychód o około 15-17 proc. wyższy niż zakładaliśmy na początku roku.

Oszczędności poczyniono m.in. dzięki nowemu przetargowi na dostawę i sprzedaż energii. To dało ok. miliona złotych oszczędności. Po zakończeniu budowy obiektu restrukturyzację przeszła sama spółka zarządzająca stadionem. Obecnie zatrudnionych jest tam tylko 37 osób.

Mimo cięć, miesięczne koszty utrzymania stadionu to aż 800 tys. zł. W skali roku to koszt ok. 10-12 mln zł. Dotyczy to wyłącznie „technicznych” kosztów zarządzania obiektem. Wysokie koszty powodują, że stadion nie zacznie zarabiać przed 2017 r. Burak podkreśla jednak, że podobne obiekty w Holandii, Niemczech czy Portugalii, również budowane na piłkarskie rozgrywki, także potrzebowały 4-5 lat, by wyjść na plus.

 – Teraz naszym głównym zadaniem jest zwiększenie przychodów, które pokryją te wydatki. To jest jak najbardziej możliwe. Trzeba na to tylko trochę czasu. Nikt nie przyjdzie do nas i nie wynajmie od razu 9 tys. metrów kwadratowych powierzchni biurowej. Klienci wynajmują średnio od 500 do 1500 tys. metrów kwadratowych – przekonuje Burak.

Stadion ma obecnie trzy główne źródła przychodu. Jedna z nich, czyli wynajem powierzchni biurowych w tym roku da ok. 2 mln zł. Spośród 9 tys. m kw. powierzchni na razie wynajęta jest połowa, choć jak podkreśla Burak, chętnych nie brakuje. Stadion jest doceniany za dobrą lokalizację w pobliżu Autostradowej Obwodnicy Wrocławia oraz lotniska, a także szybki dojazd do centrum oraz dostępne miejsca parkingowe.

 – W zasadzie nie ma dnia, żeby nie odzywaliby się do nas kolejni potencjalni klienci. Od 1 grudnia zaczęła działać u nas wypożyczalnia samochodów. To taki nasz najświeższy produkt, firma CarNet zdecydowała się właśnie na otwarcie tej wypożyczalni na stadionie. W połowie lutego z kolei wprowadza się do nas Grupa Kapitałowa Navi z sektora finansowego, która zatrudniać będzie na stadionie 250 osób – wylicza Burak.

Kolejne ok. 4 mln zł stadion zarobi na centrum konferencyjno-biznesowym. Największa spośród 13 sal konferencyjnych może pomieścić nawet 1500 osób. Jak podkreśla Burak, stadion stał się bardzo popularnym miejscem wśród organizatorów bankietów. W tym roku odbędzie się około 300 imprez, ale w przyszłym ma to być już 350, a docelowo nawet 400 konferencji, szkoleń i bankietów rocznie.

Trzecim źródłem przychodów, w tym roku w wysokości 5 mln zł, jest sprzedaż pakietów VIP na mecze piłkarskie Śląska Wrocław.

Przychody stadionu łącznie w tym roku wyniosą ok. 11 mln zł, ale Burak zaznacza, że cały czas są rezerwy. Do wynajęcia pozostaje jeszcze połowa powierzchni biurowej. Do sprzedaży przeznaczone są także kolejne pakiety VIP-owskie na mecze. W tej chwili na każdym meczu w loży VIP, Klubie Diamentowym i Klubie Biznesowym jest łącznie około 600 gości. Maksymalnie stadion może przyjąć do 1000 VIP-ów.

 – Jesteśmy na obiekcie czysto piłkarskim, więc niezwykle istotny jest tutaj poziom sportowy Śląska Wrocław. A to dlatego, że spory przychód również pochodzi właśnie z tytułu meczów Śląska. 5 mln zł, które zarobimy w tym roku na sprzedaży pakietów VIP-owskich, to właśnie pieniądze, które udaje się zarobić dzięki temu, że mamy tutaj drużynę klubową, która na co dzień występuje w ekstraklasie – dodaje Burak.

Dla finansów stadionu, a przede wszystkim klubu piłkarskiego, ważni są też zwykli kibice. Burak liczy na 25-30 tys. osób na meczach Śląska we Wrocławiu. Podkreśla, że stadion i klub jako spółki są od siebie uzależnione, więc muszą współpracować w celu zapewnienia dobrej frekwencji na meczach.

Za wigilijne potrawy zapłacimy podobnie jak przed rokiem. Więcej wydamy na prezenty

Po raz pierwszy od ośmiu lat ceny żywności są na podobnym poziomie jak przed rokiem. Średnio Polacy wydadzą 250 zł na przygotowanie i zakup wigilijnych potraw. Więcej pieniędzy niż przed rokiem mamy przeznaczyć na prezenty, ponieważ rośnie nasz optymizm co do poprawy sytuacji gospodarczej.

 – Wydatki na żywność i napoje po raz pierwszy od 2005 roku będą zbliżone do tych, które mieliśmy w ubiegłym roku. Do tej pory z roku na rok żywność była coraz droższa. Szacujemy, że w grudniu ceny żywności i napojów bezalkoholowych są o około 1-1,5 proc. wyższe niż były rok temu – informuje Marta Skrzypczyk, ekonomistka banku BGŻ.

Więcej za żywność na Wigilię zapłacą ci, których dieta opiera się przede wszystkim na warzywach.

 – Te są istotnie droższe ze względu na uboższe zbiory w kraju w tym roku. Przede wszystkim chodzi o ziemniaki i cebulę – ich ceny będą dwukrotnie wyższe niż w ubiegłym roku. Ale także kapusta, buraki czy tradycyjne produkty kupowane na święta również są kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent droższe niż przed rokiem – wyjaśnia Marta Skrzypczyk.

W drugiej połowie roku ceny większości warzyw utrzymywały się na wyższym w stosunku do minionego roku poziomie, co wynikało przede wszystkim ze spadku ich podaży. Według GUS-u wyniósł on 5,9 proc., do poziomu 4,3 mln ton – podają analitycy BGŻ. Przykładowo ceny cebuli na rynkach hurtowych w listopadzie były od kilkudziesięciu do nawet 150 proc. wyższe niż przed rokiem.

 – Ceny mięsa są zbliżone do ubiegłorocznych, za kurczaki zapłacimy nieco mniej, a z kolei za indyki więcej – informuje Marta Skrzypczyk. – Staniał cukier, z kolei ceny mąki są zbliżone do ubiegłorocznej stawki, co przełoży się na tańsze wypieki i wyroby cukiernicze. Wynika to głównie z dobrych zbiorów zbóż i roślin oleistych w kraju i na świecie.

Według danych zebranych przez BGŻ najnowsze prognozy światowych zbiorów pszenicy w sezonie 2013/14 mówią o ich wzroście o 6,6-8,2 proc. wobec 2012/13.

Za nabiał, w tym jogurty czy sery dojrzewające zapłacimy o 5 proc. więcej. Ceny skupu przetworów mleczarskich według prognoz banku będą rosnąć do końca 2013 roku. Wyhamowanie tych tendencji jest możliwe w styczniu, lutym 2014 roku. Te zwyżki wynikają z globalnie niższej podaży, na którą wpłynęły niekorzystne warunki pogodowe, zaś w kraju – ograniczenia nałożone poprzez unijny system kwotowania.

 – Średnio polska rodzina wyda w tym roku na świąteczne zakupy żywnościowe około 250 zł  to zależy od sytuacji dochodowej, od miejsca zamieszkania – mówi Newserii Biznes Marta Skrzypczyk.

Z kolei produkty nieżywnościowe nie powinny zaskoczyć wyższymi cenami. Choć kupując prezenty tuż przed świętami należy liczyć się z tym, że zapłacimy więcej niż choćby miesiąc wcześniej za takie produkty jak tablety, telefony czy perfumy. To tradycyjna praktyka stosowana przez producentów i sprzedawców.

 – Możemy nieco więcej pieniędzy przeznaczyć na takie zakupy, bo nasza skłonność do wydawania zwiększyła się ze względu na ożywienie gospodarcze, lekki spadek bezrobocia, wzrost realnych dochodów oraz oczekiwanie poprawy sytuacji gospodarczej w 2014 roku – podsumowuje ekonomistka BGŻ.

Kradzieże w sklepach coraz większym problemem. Ich wartość to przynajmniej 5 mld zł

Maciej Ptaszyński

Handlowcy domagają się przywrócenia przepisów stwierdzających, że kradzież o wartości powyżej 250 zł jest przestępstwem. Alarmują, że już miesiąc po podniesieniu tego progu wzrosła wartość kradzionych przedmiotów. Złodzieje stają się coraz bardziej zuchwali, ponieważ teraz za kradzież do 400 zł grozi im tylko mandat, a sklepikarze są bezradni.

  Po zmianie, która weszła w życie 9 listopada, liczba kradzieży pozostała mniej więcej na tym samym poziomie, może trochę wzrosła. Natomiast wzrosła znacząco wartość kradzieży, bo niemalże podwojona została wartość przedmiotów, które można ukraść nie narażając się na oskarżenie o popełnienie przestępstwa, a jedynie wykroczenia – tłumaczy Maciej Ptaszyński, dyrektor Polskiej Izby Handlu.

Nowelizacją Kodeksu wykroczeń przesunęła granicę, od której „czyny zabronione skierowane przeciwko mieniu” stanowią przestępstwo. Co oznacza, że limitem wykroczenia jest wartość rzeczy nieprzekraczająca 1/4 minimalnego wynagrodzenia za pracę, czyli do końca tego roku będzie wynosił 400 zł. Kradzież rzeczy do tej wartości jest traktowana jak wykrocznie i karana co najwyżej mandatem.

 – Dotychczasowa skala problemu w całym kraju była szacowana nawet na 5 mld zł. W przypadku sklepów to jest powyżej 1 proc. obrotów, czyli jeżeli na przykład mamy sklep o powierzchni sprzedażowej wynoszącej 100 m kw., to można przyjąć, że towary wyłożone na jednym metrze kwadratowym tej powierzchni są przeznaczone do kradzieży – mówi Newserii Biznes Maciej Ptaszyński.

Zmiany w Kodeksie wykroczeń, zdaniem sklepikarzy, rozzuchwaliły złodziei. Mówią o zorganizowanych, wyspecjalizowanych w kradzieżach gangach wynoszących niemal bezkarnie towar ze sklepów.

 – Zorganizowane grupy wiedzą, ile kosztują poszczególne towary, kradną do wysokości tego limitu i śmieją się właścicielom sklepu w twarz, bo doskonale wiedzą, że nie ma możliwości walki z nimi. O ile jeszcze w dużych sklepach funkcjonuje ochrona, są bramki, to w mniejszych problem jest właściwie nierozwiązywalny – uważa dyrektor PIH.

Przypomina, że zarówno PIH, jak i Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji oraz inne organizacje zrzeszające detalistów, apelowały żeby tej kwoty nie podnosić.

 – Każda kradzież jest przestępstwem i powinna być piętnowana – podkreśla Ptaszyński. – W naszej ocenie nie jest to zgodne z Konstytucją, ponieważ ta zapewnia ochronę własności każdemu obywatelowi. A dziś jest niewystarczająca.

Dlatego PIH domaga się przywrócenia poprzednich przepisów, gdzie granica wynosiła 250 zł, lub obniżenia tej kwoty. Chcą także stworzenia zintegrowanego rejestru osób popełniających wykroczenia.

 – Osoba płacąca mandat nie trafia do żadnego systemu, który by w sposób zintegrowany zarządzał bazą danych wszystkich osób popełniających wykroczenie. Policjant wystawiający mandat nie wie więc, że osoba dokonuje kolejnej kradzieży – tłumaczy dyrektor PIH.

Do Ogólnopolskiego Rejestru Wykroczeń miałyby być wpisywane czyny, których dopuścił się dany złodziej i sumowana wartość tych kradzieży. Gdy zostałaby przekroczona granica, miałaby zostać wyznaczona kara za przestępstwo.

Problem może narastać, ponieważ dziś minimalne wynagrodzenie za pracę wynosi 1 600 zł, ale w nadchodzącym roku kalendarzowym wynosić będzie 1 680 zł. Czyli jednocześnie zostanie podniesiona granica pomiędzy wykroczeniem a przestępstwem i będzie wynosić 420 zł.

Rzecznik Klienta w PKO Banku Polskim już w styczniu

Jako jeden z nielicznych w polskim sektorze bankowym, PKO Bank Polski zdecydował o powołaniu stanowiska Rzecznika Klientów. Od 1 stycznia 2014 roku będzie do dyspozycji klientów.

Polski Standard Płatności coraz bliżej – 6 banków powołało spółkę joint venture

Banki uczestniczące w projekcie budowy lokalnego standardu płatności mobilnych zawarły umowę inwestycyjną określającą szczegółowo zasady tworzonej spółki joint venture, która będzie zarządzać systemem płatności mobilnych. Pozwala to na złożenie wniosku o rejestrację spółki Polski Standard Płatności oraz wystąpienie o stosowne zgody do NBP i UOKiK.

PKO Bank Polski złożył wniosek o rejestrację spółki Polski Standard Płatności. Następnie zostanie złożony wniosek o udzielenie zgody na prowadzenie systemu płatności mobilnych do Narodowego Banku Polskiego oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Po uzyskaniu zgody organów antymonopolowych do spółki dołączą udziałowcy: Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski oraz mBank.

– Wraz z powołaniem spółki Polski Standard Płatności kontynuujemy mocno już zaawansowane prace, które pozwolą na wcielenie w życie porozumienia sześciu polskich banków. Liczymy przede wszystkim na to, że wypełnimy przestrzeń zdominowaną obecnie przez gotówkę, ale potencjał rozwoju płatności mobilnych widzimy również w takich obszarach jak płatności w sklepach internetowych czy transakcje person to person – mówi Adam Malicki, prezes spółki Polski Standard Płatności.

Zgodnie z podpisaną przez sześć banków umową inwestycyjną, spółka Polski Standard Płatności będzie działać na rzecz wspierania rozwoju oraz upowszechniania i promowania standardu płatności mobilnych. Tworzony system będzie wykorzystywał do autoryzacji transakcji mechanizm kodów jednorazowych prezentowanych za pomocą aplikacji mobilnej instalowanej na telefonie użytkownika. Umowa inwestycyjna określa także m.in. ład korporacyjny spółki, jej statut czy wysokość wnoszonych przez udziałowców dopłat. W spółce zostaną ustanowione Zarząd, Rada Nadzorcza oraz Zgromadzenie Wspólników.

Po uzyskaniu zgód organów antymonopolowych do spółki przystąpi pięć pozostałych banków – stron umowy inwestycyjnej: Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski oraz mBank, w wyniku czego udziały każdego ze wspólników w spółce będą równe i wyniosą 16,67%. W ciągu 18 miesięcy od powołania spółki planowane jest przejęcie części działalności przez Krajową Izbę Rozliczeniową, która będzie docelowo realizowała pełną obsługę operacyjną systemu płatności mobilnych, a także zapewni infrastrukturę teleinformatyczną niezbędną do realizacji przedsięwzięcia.

Tworzony standard płatności mobilnych będzie systemem płatności w rozumieniu przepisów ustawy z 24 sierpnia 2001 roku o ostateczności rozrachunku w systemach płatności i systemach rozrachunku papierów wartościowych. Standard jest budowany wspólnie przez Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski, mBank i PKO Bank Polski oraz Krajową Izbę Rozliczeniową. Projekt docelowo będzie otwarty na pozostałych uczestników rynku: inne banki, operatorów sieci bankomatów oraz organizacje płatnicze. Dzięki porozumieniu sześciu banków Polska znalazła się w elitarnej grupie krajów, które mają szansę na zbudowanie lokalnego standardu płatności mobilnych. Dla klientów oznacza to wygodny dostęp do płatności telefonem w szerokiej sieci akceptacji. Użytkownicy systemu będą mogli płacić telefonem zarówno w sklepach tradycyjnych, jak i internetowych, korzystać z bankomatów oraz przelewać środki na numer telefonu odbiorcy, bez względu na to, z którym bankiem są związani. Projekt jest unikalny ze względu na swoją skalę, dzięki znaczącemu udziałowi rynkowemu zaangażowanych instytucji finansowych, jak i szerokie możliwości, które to rozwiązanie oferuje użytkownikom.

Prof. Jerzy Osiatyński dołączył do Rady Polityki Pieniężnej

Rada Polityki Pieniężnej od stycznia będzie obradować w pełnym składzie. Prezydent Bronisław Komorowski powołał prof. Jerzego Osiatyńskiego do RPP w miejsce prof. Zyty Gilowskiej. – Będę starał się patrzeć na to, w jaki sposób zadania polityki fiskalnej, które nie są zadaniami banku centralnego, tylko rządu, mogą być uzgodnione z zadaniami polityki pieniężnej – zapewnia w rozmowie z agencja informacyjną Newseria Biznes prof. Jerzy Osiatyński.

 – Wchodzę do Rady Polityki Pieniężnej w sytuacji problemów polityki fiskalnej. Mamy otwartą procedurę nadmiernego deficytu. Komisja Europejska w ostatnich zaleceniach dla Polski idzie bardzo daleko w oczekiwaniu w najbliższych dwóch latach redukcji strukturalnych wydatków lub wzrostu trwałych dochodów, z naciskiem na te pierwsze. Pamiętajmy o tym, że 3/4 wydatków budżetu państwa to są wydatki sztywne, czyli wszystkie cięcia muszą być wykonywane na kwotach w przedziale 85-95 miliardów złotych. Cięcia, gdyby nie przeprowadzono zmian w OFE, byłyby w tym roku rzędu 17-18 mld zł, w następnym roku ok. 22 mld zł – podkreśla prof. Jerzy Osiatyński

 – Wobec tego, przychodząc do Rady Polityki Pieniężnej będę starał się patrzeć na to, w jaki sposób zadania polityki fiskalnej, które nie są zadaniami banku centralnego, tylko rządu, mogą być uzgodnione z zadaniami polityki pieniężnej i tym, co się dzieje po stronie inflacji. To jest bowiem naczelne zadanie Narodowego Banku Polskiego – dodaje prof. Osiatyński.

Prof. Jerzy Osiatyński jest doradcą społecznym prezydenta i przewodniczącym Rady Naukowej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. W latach 1992-1993 był ministrem finansów. W październiku prof. Zyta Gilowska została odwołana przez prezydenta w związku ze zrzeczeniem się przez nią funkcji członka RPP. Prof. Osiatyński będzie członkiem Rady przez pełną, sześcioletnią kadencję. Pierwsze posiedzenie w nowym składzie odbędzie się w dniach 7-8 stycznia 2014.

Z komunikatu po grudniowym posiedzeniu Rada podtrzymała ocenę, że w najbliższych kwartałach koniunktura będzie się poprawiać, a presja inflacyjna pozostanie ograniczona. Potwierdziła także, że sytuacja uzasadnia utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie co najmniej do końca pierwszej połowy 2014 roku. Od kilku miesięcy główna stopa procentowa NBP wynosi 2,5 proc.

W komunikacie podkreślono, że obniżki z I połowy br. i ich stabilizacja w ostatnich miesiącach sprzyjają ożywieniu gospodarki, stopniowemu powrotowi inflacji do celu oraz stabilizacji na rynkach finansowych.

Lotos wciąż inwestuje w stacje z tańszym paliwem. Do końca roku będzie 150 stacji Lotos Optima

Z polskiego rynku znikają tanie stacje Neste i część stacji Bliska, ale mimo to szef Lotosu wierzy w projekt Lotos Optima. Do końca roku liczba obiektów pod tym szyldem może zwiększyć się do 150, a docelowo do 200. Stacje oferujące tańsze paliwo i uzupełniające segment premium mają pomóc w osiągnięciu przez koncern 10-proc. udziału w rynku detalicznym.

 – Projekt Lotos Optima dobrze się wkomponował w rynek i daje nam przy niższych cenach dość istotny wolumen sprzedaży. To jest dość efektywny dla nas kanał dystrybucji – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Olechnowicz, prezes Lotosu..

Lotos Optima to nazwa ekonomicznej sieci stacji, utworzonej w 2011 roku i będącej odpowiedzią koncernu na rosnące wówczas ceny paliw. Sieć pod nowym szyldem już po kilku miesiącach funkcjonowania liczyła 50 obiektów. Na koniec 2012 r. w sieci było ich 101, a pod koniec listopada tego roku – 137.

 – W sieci detalicznej rentowność jest na maksymalnym poziomie 2 proc., nie jest więc bardzo atrakcyjna – przyznaje prezes. – Ale kanał sprzedaży jest i biznesowo, i marketingowo ciekawy i osiągamy dobry efekt ekonomiczny.

Wśród priorytetów w obszarze sprzedaży detalicznej w strategii na lata 2011-2015 Lotos zapisał uzyskanie 10-procentowego udziału w handlu paliwami na stacjach. Startując z projektem Optima koncern szacował udział w detalu na prawie 7,5 proc., a dziś na ponad 8 proc. Wejście w segment ekonomiczny miało być istotnym krokiem w realizacji założonego w strategii celu.

 – Szukamy nisz, w które takie stacje mogą się wkomponować. Znajdujemy ich coraz więcej i myślę, że ten rok zamkniemy osiągając poziom blisko 150 stacji – informuje Paweł Olechnowicz. – Docelowo stacji Optima ma być ponad 150, być może około 200, ale nie ma założonego celu, ile musi ich być. Jeżeli ekonomicznie jest to uzasadnione i są warunki do tego, żeby stacje albo przejąć i przemianować, albo wybudować nową w środowisku, które dla nas jest atrakcyjne, to będziemy je dalej rozwijać.

Lotos informuje, że budowa jednej stacji premium kosztuje 3-4 mln zł, zaś stacje Lotos Optima powstają przy nakładach od 1 mln zł. Ceny na nich mają odpowiadać warunkom danej lokalizacji i są niższe od cen na stacjach premium. Stacje pod tym szyldem są zlokalizowane na obszarach o innym potencjale rynkowym niż stacje premium.

B. Sonik: Grozi nam wzrost cen energii i ucieczka inwestorów

Wzrosną ceny energii i koszty produkcji, a przemysł może „przenieść się” za wschodnią granicę – prognozuje europoseł Bogusław Sonik, tłumacząc, jaki wpływ będą miały zmiany wprowadzane przez Unię Europejską dotyczące systemu handlu emisjami dwutlenku węgla. Ma to uderzyć głównie w polskie kopalnie i elektrownie węglowe. Jednak Sonik przypomina, że polityka energetyczno-klimatyczna w takim kształcie jest prowadzona już od dekady i Polska miała dużo czasu, by się do niej dostosować.

 – Komisja Europejska przyrzekła, że to będzie jednorazowe działanie, odsunięte nieco w czasie. Mimo to dla Polski nie jest to dobra wiadomość – uważa Bogusław Sonik.

W tym tygodniu kraje członkowskie UE, po ponadpółrocznych dyskusjach, zgodziły się na jednorazowy backloading. Oznacza to w tym wypadku wycofanie 900 mln uprawnień do emisji CO2 z rynku. Ma  to podnieść ich cenę, a tym samym zachęcić firmy do zielonych inwestycji. To wszystko dzieje się w ramach Europejskiego System Handlu Emisjami (EU ETS), który został uruchomiony w 2005 roku jako instrument krajów UE, aby przeciwdziałać zmianom klimatycznym.

Aukcja tych 900 mln pozwoleń na emisję CO2 zostanie zawieszona w latach 2013-2015, a następnie o tyle samo ma zostać zwiększona liczba pozwoleń w kolejnych latach do 2020 r. Pojawiają się jednak głosy, że uprawnienia mogłyby zostać trwale usunięte. Polska sprzeciwiała się tym zmianom, obawiając się podwyżki cen prądu.

 – Nasza energetyka oparta na węglu powoduje, że nie tylko indywidualnym odbiorcom wzrosną koszty, ale też przemysłowi energochłonnemu. Trzeba uważać, żeby nie doszło do ucieczki przemysłu za granice UE – przestrzega Sonik.

Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami (KOBiZE) szacuje, że w 2014 roku średnia cena uprawnienia do emisji CO2 wzrośnie do 12,07 euro za tonę z 4,41 euro w tym roku. Gdyby nie doszło do backloadingu, średnia cena uprawnienia miałyby wzrosnąć zaledwie do 5,5 euro za tonę. Według tych szacunków polskie przedsiębiorstwa, które uczestniczą w tym systemie, zaoszczędziły na opóźnieniu backloadingu od ok. 1,8 mld zł do nawet ok. 2,4 mld zł (biorąc pod uwagę okres: styczeń 2013 – czerwiec 2014).

 – Z drugiej wiedzę o tym, że taka jest polityka unijna, mamy już od dobrych 10 lat. Trzeba więc koniecznie przyspieszyć zwiększanie odnawialnych źródeł energii i usprawniać bloki energetyczne, jest też pewna nadzieja na gaz łupkowy. Należy również tworzyć energetykę prosumencką, żeby każdy mógł produkować energię własnym źródłem odnawialnym i sprzedawać do sieci. Nie możemy dziś już tylko bazować na klasycznym, tradycyjnym, jeszcze z lat 70. pomyśle energetycznym – mówi Newserii Biznes Bogusław Sonik.

W połowie listopada resort gospodarki skierował do konsultacji międzyresortowych i społecznych kolejny już projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE). Resort planuje, że ustawa wejdzie w życie od początku 2015 roku. Ale już od wielu miesięcy banki wstrzymują kredytowanie projektów w odnawialne źródła energii z powodu niepewności co do przyszłego systemu wsparcia takich inwestycji. Ustawa powinna wejść w życie zgodnie z wymogami unijnej dyrektywy w 2010 roku i przeciwko Polsce toczy się postępowanie w związku z tym trzyletnim już opóźnieniem. Komisja Europejska wnioskowała do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości o nałożenie na Polskę kary ponad 133 tysięcy euro za każdy dzień zwłoki.