Ministerstwo Finansów przygotowało pakiet zmian w podatkach. Resort będzie piętnować unikających płacenia podatków

0

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Finansów przygotowało pakiet działań, który ma zwiększyć stopień przestrzegania przepisów podatkowych i poprawić efektywność administracji podatkowej. Nowe przepisy mają wejść w życie od przyszłego roku, jednak część z nich wymaga zmian ustawowych, więc będą wdrażane w różnych terminach. Wśród najważniejszych zmian, jakie planuje ministerstwo, znalazło się utworzenie Centralnego Rejestru Dłużników oraz wprowadzenie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania.

Pakiet zmian ma realizować założenia Rady UE ds. ekonomicznych i finansowych i określa listę działań na lata 2014–2017. Planowane zmiany dotyczą czterech obszarów.

Do pierwszego obszaru można zaliczyć działania, które mają na celu usprawnienie administracji podatkowej oraz informatyzację, koordynację działań w różnych dziedzinach.  Do drugiego   działania mające na celu zwalczanie oszustw podatkowych, przede wszystkim przy rozliczaniu podatku VAT, podatku akcyzowego oraz cła. Trzecia grupa działań ma ograniczyć możliwości optymalizacyjne w podatkach dochodowych oraz obchodzenie prawa poprzez tworzenie sztucznych struktur optymalizacyjnych. Do czwartej należą działania, które mają skłonić podatników do dobrowolnego regulowania zobowiązań podatkowych – wyjaśnia agencji Newseria Biznes Karol Szelągowski, doradca podatkowy z kancelarii prawnej Chałas i Wspólnicy.

Jednym z działań, które ma poprawić przestrzeganie przepisów podatkowych i zwiększyć efektywność administracji podatkowej, jest utworzenie Centralnego Rejestru Dłużników. Ministerstwo zakłada, że zostanie on uruchomiony z początkiem 2016 roku, mają się w nim znaleźć informacje o dłużnikach, którzy posiadają zaległości nie tylko z tytułu podatków, lecz także należności ZUS czy mandatów. 

Kij ma dwa końce – wprawdzie napiętnowani zostaną nierzetelni podatnicy, ale z drugiej strony pojawiają się wątpliwości, na przykład natury konstytucyjnej, ponieważ konstytucja zezwala na udostępnianie danych o obywatelach tylko wtedy, gdy jest to niezbędne w demokratycznym państwie prawnym. Pojawia się też pytanie, czy na przykład mój kontrahent musi wiedzieć, że dostałem mandat z tytułu przekroczenia prędkości – mówi Szelągowski.

W rejestrze mają się znaleźć wszystkie długi, których wysokość przekracza 500 zł. Zdaniem Karola Szelągowskiego, należałoby podnieść tę kwotę.

Aby ograniczyć oszustwa w podatku VAT, ministerstwo planuje wprowadzić list ostrzegawczy. Ma on nie tylko zabezpieczyć Skarb Państwa przed utratą wpływów, lecz także wyeliminować z rynku oszustów i w ten sposób ochronić interesy polskich przedsiębiorców.

Jest to zmiana idąca bez wątpienia w dobrym kierunku, ponieważ uczuli podatników, obecnie nieco zdezorientowanych, na kwestie oszustw podatkowych, zmusi ich do zachowania większej czujności przy dokonywaniu dostaw bądź nabywaniu niektórych towarów. Z drugiej jednak strony, podatnicy nadal nie będą w stanie określić, jakie działania mają podjąć w celu weryfikacji swoich kontrahentów – zaznacza Szelągowski.

Resort zamierza również wprowadzić zapisy, które pomogą ograniczyć optymalizację podatkową w podatku dochodowym. Do dochodu polskich rezydentów mają być zaliczane także dochody spółek kontrolowanych zagranicznych.

Pierwszym warunkiem jest to, żeby polski podatnik miał minimum 25 proc. udziałów w zagranicznej spółce kontrolowanej. Drugim warunkiem jest osiąganie przez tę spółkę co najmniej 50 proc. tak zwanych przychodów pasywnych w strukturze całych przychodów, czyli przychodów z dywidend bądź jakichś odsetek. Właśnie te dochody spółek będą zaliczane do przychodów polskiej spółki – tłumaczy Szelągowski.

Skuteczniejsze ściganie oszustw podatkowych zakłada klauzula obejścia prawa podatkowego. Ma ona uprawnić organy administracji podatkowej do walki z agresywnym planowaniem podatkowym, czyli sposobem zawierania transakcji, który – choć teoretycznie zgodny z przepisami – zawierany jest tak, by obniżyć wysokość zobowiązania podatkowego. Klauzula jest obecnie na etapie założeń do projektu ustawy o zmianie ustawy o ordynacji podatkowej i wychodzi naprzeciw wymaganiom Trybunału Konstytucyjnego.

– Aby klauzula mogła obowiązywać, musi być dokładnie zdefiniowane pojęcie unikania i obchodzenia prawa podatkowego. Podmiotem właściwym do stosowania klauzuli powinien być minister finansów, ponieważ jej stosowanie powinno być ujednolicone na terenie całego kraju. Kolejnym warunkiem jest wstrzymanie wykonania decyzji, z której wynika zastosowanie tej klauzuli aż do momentu wydania prawomocnego orzeczenia sądowego, jeśli oczywiście zostanie ona zaskarżona. Jeśli nie, to do momentu, w którym upłynie termin do zaskarżenia decyzji – tłumaczy Karol Szelągowski.

Mechanizm klauzuli obejścia prawa podatkowego stosowany jest na świecie, a jej wprowadzenie zaleca Komisja Europejska. Polska jest jednym z nielicznych krajów, który tego typu rozwiązania jeszcze nie wprowadził. Ministerstwo planuje, że klauzula wejdzie w życie w połowie 2015 roku (z zachowaniem 6-miesięcznego okresu vacatio legis).

To ma być taka hybryda interpretacji podatkowej oraz porozumienia transakcyjnego, w której będą się zawierały wspólne elementy: będzie możliwość uzyskiwania wstępnych opinii, dzięki czemu podatnicy będą mogli mieć pewność, że postępują właściwie i nie unikają opodatkowania – podsumowuje Szelągowski.

Najbogatsze kraje wychodzą z dołka. Spowolnienie dotknie szybko dotąd rosnące kraje: Rosję, Brazylię, Indie i Chiny

CEO Magazyn Polska

Gospodarki państw rozwiniętych – Stanów Zjednoczonych, UE i Japonii – mają przed sobą coraz lepsze perspektywy i powoli odrabiają straty, jakie przyniósł im światowy kryzys finansowy. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja tzw. państw BRIC, czyli Brazylii, Rosji, Indii oraz Chin. Od ponad roku ich gospodarki rozwijają się znacznie wolniej od wieloletniej średniej. W efekcie tego lokalne waluty oraz indeksy giełdowe zanotowały silne spadki.

– Prognozy głównych ekonomistów i banków inwestycyjnych mówią o wzroście gospodarczym w Stanach Zjednoczonych na poziomie 3 proc. W Europie jest on relatywnie nieduży, bo Europa dopiero wychodzi z recesji. Prognozy mówią o 1-1,5  proc., co jest i tak najlepszym wynikiem od kilku lat. Podobnie rzecz ma się w Japonii, która po tsunami także weszła na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Tak więc rynki rozwinięte zdecydowanie są w trendzie wzrostowym. Wydaje się, że świat wchodzi w nową fazę cyklu koniunkturalnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kamiński, członek zarządu Millennium TFI SA.

Świat nie składa się jednak z jednorodnych gospodarek, dlatego cykle koniunkturalne nie są w pełni zsynchronizowane. Szczególnie mocno zróżnicowana jest liczna grupa biedniejszych rynków, określanych mianem emerging markets. Inwestorzy często traktują ich problemy jako wspólne, jednak nawet w przypadku wąskiej, bo złożonej z czterech państw, grupy BRIC widać częściowo odmienne przyczyny spowolnienia gospodarczego. Przykładowo, niskie ceny surowców hamują wzrost PKB Rosji i Brazylii, natomiast sprzyjają gospodarce Chin, które są ich ogromnym importerem. Na to wszystko nakładają się problemy społeczne i polityczne, m.in. napięte stosunki między Chinami a Japonią, gwałtowne zamieszki w największych brazylijskich miastach i konflikt między Rosją a Ukrainą.

– Wiele się mówi o spowolnieniu wzrostu gospodarczego w Chinach, widzimy także spadek tempa wzrostu PKB w Brazylii i Rosji czy na innych głównych rynkach wschodzących. Chiny były i są znacznym konsumentem surowców, i w pewnym sensie oczekiwania co do wzrostu cen surowców w wyniku wzrostu gospodarczego Chin mogą być na razie odłożone. Z pewnością konflikt na Ukrainie miał negatywny wpływ na nastroje inwestorów, mieliśmy do czynienia z korektą na rynkach akcji i ze wzrostem awersji do ryzyka, czyli przesunięciem się  inwestorów w stronę bezpiecznych aktywów, takich jak chociażby obligacje – mówi Kamiński.

Dalsze pogorszenie sytuacji na Ukrainie grozi nawet recesją w Rosji, z której odpłynęło od początku roku ponad 70 mld USD kapitału. Według ekonomistów PKB Ukrainy spadnie w tym roku co najmniej o kilka proc., a dokładne szacunki są utrudnione ze względu na trwający konflikt i rzeczywiste skutki programu MFW. Z kolei PKB Rosji wzrosnąć ma według szacunków tej instytucji zaledwie o 0,2 proc. zamiast wcześniej szacowanych 1,3 proc. Zdaniem Kamińskiego, jeżeli uda się uniknąć zaostrzenia sankcji, to kryzys polityczny na Ukrainie będzie oddziaływał głównie na Moskwę i Kijów, a pozostałe gospodarki w średniej perspektywie nie odczują jego skutków.

– Dopóki konflikt na Ukrainie nie będzie przybierał rozmiarów szerszych niż lokalny i nie będą towarzyszyły mu narastające sankcje, których konsekwencje będą miały negatywny wpływ na wzrost gospodarczy w Europie czy w Stanach Zjednoczonych, dopóty naszym zdaniem ten konflikt nie będzie miał istotnego znaczenia w dłuższym horyzoncie – prognozuje członek zarządu Millennium TFI SA.

Obok ryzyka wojny domowej na Ukrainie, na światowych rynkach coraz częściej mówi się o tzw. wojnie walutowej. W ten sposób określa się ekstremalnie luźną politykę pieniężną Fed, EBC i Banku Japonii, która prowadzi do osłabienia tych walut. Amerykańska Rezerwa Federalna zaczęła jednak ograniczać program skupu aktywów, co poprzez zmniejszenie dopływu dodatkowych sum pieniędzy do sektora finansowego doprowadziło do umocnienia dolara. Teraz w ślady Fed może pójść Europejski Bank Centralny, który osłabiając euro i zwiększając podaż płynności, mógłby odsunąć ryzyko deflacji w strefie euro. Jak na razie japoński bank centralny nie zapowiedział ograniczenia tzw. luzowania ilościowego, czyli skupu aktywów, co powinno sprzyjać osłabieniu jena, zwłaszcza w relacji do dolara.

– Na rynkach walutowych mamy ścieranie się interesów głównych banków: z jednej strony Bank Japonii prowadzący politykę osłabiania jena, z drugiej strony EBC, który w swoich przyszłych decyzjach może chcieć także doprowadzić do osłabienia euro w stosunku do dolara. To wszystko powoduje, że raczej myślimy o dolarze jako o silniejszej walucie, a o walutach, takich jak euro czy jen, myślimy jako o słabszych – uważa Krzysztof Kamiński.

PKP Cargo scala zakłady i centralizuje część zadań

CEO Magazyn Polska Zmniejszenie liczby zakładów i pionizacja zadań w PKP Cargo ma pozwolić nawet na kilkanaście milionów złotych oszczędności. Jednocześnie zmiany nie będą wiązać się ze zmniejszeniem zatrudnienia. Obydwie operacje powinny zakończyć się w ciągu kilku miesięcy.  

Do tych dwóch zmian w PKP Cargo przygotowujemy się od dawna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Purwin, prezes PKP Cargo. – Są one bardzo istotne, bo wpływają na strukturę organizacyjną grupy.

Pierwsza ze zmian dotyczy liczby i granic zakładów. Spółka planuje redukcję liczby zakładów, dzięki czemu ich ogólna liczba zmniejszy się z 10 do 7. Nowe zakłady to: Centralny (powstały w wyniku połączenia zakładu Mazowiecko-Podlaskiego z Centralnym), Południowy (połączony Śląsko-Dąbrowski z Południowym),  a także Zachodni (połączony Wielkopolski z Zachodniopomorskim). Mniejsze jednostki zostaną więc połączone z większymi i silniejszymi biznesowo.

Pozwoli nam to być bliżej klienta i płynniej realizować proces przewozowy – twierdzi Purwin.  

Druga zmiana dotyczy centralizacji niektórych funkcji i zadań PKP Cargo, czyli tzw. procesu pionizacji spółki.  

Jest to związane z procesem przewozowym, obsługą klienta, a także z funkcjami wsparcia – wyjaśnia Purwin. – Wszystkie te zmiany pozwolą na lepszą kontrolę procesów produkcyjnych i handlowych,  a także na konkretne oszczędności. To one są podstawowym powodem, dla którego je realizujemy.  

Spółka szacuje, że reformy pozwolą zaoszczędzić nawet do kilkunastu milionów złotych rocznie.  

To dla nas bardzo duże środki. Staramy się wykorzystywać każdą okazję do wygenerowania oszczędności, które w efekcie powiększą nasze przewagi konkurencyjne – dodaje.  

Zdaniem prezesa PKP Cargo reformy powinny zostać zakończone już w najbliższych miesiącach.  

Proces łączenia zakładów jest już na zaawansowanym etapie. Jesteśmy po konsultacji z partnerami społecznymi – mówi Purwin. – Jeśli zaś chodzi o proces pionizacji, to mamy ułożony harmonogram działań i zamierzamy zasięgnąć opinii strony społecznej. Oceniamy, że ten proces powinien zakończyć się przed końcem II kwartału 2014 roku.  

Jak zapewnia, zmiany te nie wpłyną na wielkość zatrudnienia – większość pracowników chroniona jest Pakietem Gwarancji Pracowniczych, który zapewnia zatrudnienie na 4 lata.

Po 20 czerwca na kontraktach terminowych na GPW będzie można zarobić więcej. Wzrośnie jednak również ryzyko straty

CEO Magazyn Polska

20 czerwca wygasną ostatnie kontrakty terminowe z mnożnikiem 10 zł. Od tej pory jedynym dostępnym dla inwestorów mnożnikiem będzie dwukrotnie wyższy przelicznik, czyli 20 zł. Oznaczać to będzie szansę na wyższe zyski, ale i ryzyko większych strat.

Od września ubiegłego roku na giełdzie funkcjonują dwie serie kontraktów na indeks WIG20: z mnożnikiem 10 zł i 20 zł. Po 20 czerwca pozostanie tylko ten wyższy.

– W tej chwili funkcjonują dwie serie kontraktów  z mnożnikiem 10 i 20 zł, a inwestorzy zdecydowanie częściej handlują tym starym kontraktem o mnożniku w wysokości 10 zł – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Bugaj, analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Można powiedzieć, że inwestorzy są przyzwyczajeni do starszych rozwiązań, pomimo że kosztowo bardziej efektywne są rozwiązania nowsze, z mnożnikiem wyższym.

Handel kontraktami na WIG20 z mnożnikiem 20 zł jest z punktu widzenia kosztów bardziej opłacalny, gdyż pomimo dwukrotnego wzrostu wartości nominalnej wygląda na to, że brokerzy pozostawili opłaty na niezmienionym poziomie (podobnie jak zrobiła to Giełda). To oznacza, że stosunek kosztów transakcyjnych do wartości kontraktu spada aż o 50 proc. To może zmienić sytuację wielu inwestorów, dając możliwość zarabiania nawet na najmniejszych ruchach cen kontraktów.

Nie będę w stanie kupić ekwiwalentu jednego starego kontraktu, a tylko dwóch kontraktów. Dziś wielu inwestorów handluje jednym kontraktem, żeby mieć jak najmniejszą ekspozycję. To pokazuje plusy i minusy. Z jednej strony handel będzie bardziej efektywny kosztowo, ale z drugiej strony dźwignia z założenia będzie nieco większa – komentuje analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska.

Równolegle z wprowadzeniem kontraktów z mnożnikiem 20 zł pojawiła się możliwość oferowania przez brokerów depozytów intraday. Są to niższe depozyty, które mogą być pobierane od transakcji daytradingowych (transakcji otwieranych i zamykanych tego samego dnia). Poziom tego depozytu wyznaczony przez KDPW_CCP obecnie stanowi ok. połowę pełnego właściwego depozytu zabezpieczającego. 

Najwięcej na reklamę w I kwartale wydała branża farmaceutyczna

0

CEO Magazyn Polska

Prawie 4 mld złotych wydali polscy marketerzy na reklamę w telewizji, radiu i prasie w I kwartale 2014 r. – wynika z raportu Instytutu Monitorowania Mediów. Najwięcej środków na promocję przeznaczyły firmy z branży farmaceutycznej, a liderem wydatków był Aflofarm, który wydał na ten cel 240 mln zł. Najmniejsze wydatki na reklamę poniosły branża IT i administracja.

Branża farmaceutyczna na płatną promocję w mediach przeznaczyła przez trzy pierwsze miesiące roku ponad 860 mln zł.

I kwartał roku cechuje się zawsze wysoką aktywnością promocyjną marketerów z branży farmaceutycznej, jest to bowiem okres zwiększonej liczby zachorowań – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Sanowski, prezes zarządu Instytutu Monitorowania Mediów. – Na reklamę w mediach tradycyjnych najwięcej wydała firma Aflofarm, bo aż 240 mln zł. To ponad jedna czwarta wydatków całej branży farmaceutycznej.

W pierwszej trójce najwięcej wydających na promocję branż znalazły się również branża spożywcza (prawie 515 mln zł) i handel detaliczny (ponad 470 mln zł). Do pierwszej piątki zaliczają się również media (303 mln zł) i sektor kosmetyczny (287 mln zł).

Co ciekawe, zwykle wydaje nam się, że najwięcej wydają firmy z sektora finansowego, banki, firmy ubezpieczeniowe, fundusze, a one znalazły się dopiero na szóstym miejscu [ok. 270 mln zł – red.]. Poza pierwszą trójką znalazła się również branża telekomunikacyjna z operatorami telefonii komórkowej – mówi Paweł Sanowski. – Były też branże, które wyjątkowo mało pieniędzy przeznaczyły na ten cel. Do takich należy na przykład branża IT.

Z badania Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że sektor IT na reklamy w mediach wydał zaledwie 3,3 mln zł. Spośród badanych branż najmniej zainwestowała w promocję administracja (1,7 mln zł).

Dla porównania liderzy wydatków z branży spożywczej i handlu detalicznego – firmy Ferrero i Lidl – przeznaczyli na reklamę w telewizji, radiu i prasie odpowiednio ok. 50 i 85 mln zł.

Marketerzy nadal najchętniej wybierają telewizję. W pierwszym kwartale 2014 r. budżety na reklamę w tym medium osiągnęły łącznie poziom ok. 2,5 mld zł. Stacje radiowe zarobiły prawie 800 mln zł, a prasa – ok. 630 mln zł – wylicza Sanowski.

Instytut Monitorowania Mediów za pomocą narzędzia Admonit zbadał wydatki reklamowe firm z 30 branż. Badanie objęło 30 kanałów telewizyjnych, 65 stacji radiowych oraz 470 tytułów prasowych. Admonit to autorskie narzędzie Instytutu Monitorowania Mediów, które daje dostęp do kreacji reklamowych w monitorowanych mediach i pozwala na analizę wydatków na reklamę poszczególnych firm, marek czy branż.

Jak podkreśla prezes IMM, inspiracją do sporządzenia raportu było badanie IAB Polska na temat wydatków na reklamę w internecie w ubiegłym roku. W kwietniu br. IMM dołączył do grona członków Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.

Do IAB wnosimy nasz ekspercki potencjał i wsparcie w edukacji rynku w zakresie wykorzystania internetu. Nasze cele się pokrywają, współpracujemy na wielu wspólnych płaszczyznach, dlatego dołączenie do IAB było dla nas naturalnym posunięciem – argumentuje prezes IMM.

Inwestycja w spółki energetyczne niepewna. Atrakcyjna może być dla inwestorów długoterminowych

CEO Magazyn Polska

Notowane na GPW spółki energetyczne dla niektórych inwestorów mogą być łakomym kąskiem, szczególnie dla długoterminowych graczy. Wiele jednak zależy od takich czynników, jak regulacje prawne czy polityka właściciela, czyli Skarbu Państwa, wobec spółek. To są niektóre powody, które wymuszają na inwestorach ostrożność.

Prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (SII) podkreśla, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy akcje firm z sektora energetycznego (Energa, Enea, PGE i Tauron) są atrakcyjne dla inwestorów. Uważa, że należy zachować daleko idącą ostrożność przed podjęciem decyzji o zakupie akcji tych spółek energetycznych.

Skarb Państwa, czyli główny akcjonariusz, nie zawsze postępuje rynkowo, a to ogranicza przewidywalność działań firm. Takiego zjawiska nie lubią inwestorzy na całym świecie. Do tego dochodzi niepewność związana z regulacjami prawnymi dotyczącymi energetyki, np. odnawialnych źródeł energii – wyjaśnia Jarosław Dominiak, prezes SII.

W przypadku OZE prace nad odpowiednimi regulacjami trwają – zostały już przyjęte przez rząd i trafiły do Sejmu. Ostateczny ich kształt może spowodować wzrost rentowności niektórych spółek lub wręcz przeciwnie – problemy z wypracowaniem przez nie zysków, które usatysfakcjonują inwestorów.

Dodatkowym problemem spółek z tego sektora jest przerost zatrudnienia i wysokie odprawy. Tych czynników, które nakazują zachowanie ostrożności, można by było jeszcze dużo wymieniać – uważa prezes SII.

Jednocześnie są to spółki na tyle duże, że ich działalność i skala tej działalności są przewidywalne.  A to z kolei pomaga w ocenie tego, jakie zyski mogą przynosić i jakie dywidendy wypłacać.

Dlatego dla części osób inwestujących długoterminowo są łakomym kąskiem. Przynajmniej część swoich aktywów warto w takie spółki lokować po to, żeby czerpać dochody z dywidendy – stwierdza Jarosław Dominiak. – Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. One zadecydują, czy ci, którzy grają dziś pod dywidendę, dostaną extra bonus w postaci udziałów w spółkach, które mają potencjał wzrostowy. Czy jednak dywidenda będzie jedynym mocnym argumentem.

Energa, Enea, PGE i Tauron już zapowiedziały wypłatę dywidend za ubiegły rok w wysokości niemal 3 mld złotych. Ponad dwie trzecie tej kwoty wypłaci PGE.

Według Dominiaka, w każdej z tych spółek funkcjonuje inne podejście do inwestorów indywidualnych.

W przypadku dużych inwestorów finansowych obowiązują standardy światowe, jednak w przypadku inwestorów indywidualnych – już niekoniecznie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prezes SII.

Jako przykład pozytywny pokazuje grupę Tauron Polska Energia, która w swojej strategii koncentruje się na dotarciu właśnie do drobnych inwestorów; z drugiej strony podaje przykład PGE.

PGE otwarcie mówi, że koncentruje się na inwestorach finansowych i nie widzi potrzeby proaktywnego podejścia do inwestora indywidualnego – komentuje Jarosław Dominiak. – Mamy do czynienia z sektorem, w którym mamy najróżniejsze postawy, jeśli chodzi o wyjście i chęć zainteresowania inwestora, szczególnie indywidualnego, do inwestycji w swoje akcje.

Tablety i smartfony znów najpopularniejsze wśród prezentów komunijnych

CEO Magazyn Polska

W tym roku urządzenia mobilne będą dominować wśród prezentów komunijnych. Hitem ponownie będą tablety i smartfony, ale również przenośne audio oraz konsole. Branża oczekuje w najbliższych tygodniach wzmożonej sprzedaży zarówno w internecie, jak i sklepach stacjonarnych.

Zdecydowanie największą popularnością cieszą się produkty mobilnej elektroniki. Wszystkie prezenty elektroniki użytkowej cieszą się dużym powodzeniem, szczególnym tablety, telefony komórkowe i przenośne audio – mówi agencji informacyjnej Newseria Janusz Łapacz, kierownik grupy produktowej Media Saturn Holding Polska. W okresie komunijnym są to także konsole. Sprzedają się konsole z bieżącego asortymentu, weszła również nowa konsola, która cieszy się dużym powodzeniem, pomimo ceny zaczynającej się od 2 tys. złotych.

Jak dodaje Janusz Łapacz, klienci kupują produkty za 2-3 tys. zł oraz droższe, kierując się podczas podejmowania decyzji jakością produktów, elementami takimi, jak matryca w tabletach czy nowinki technologiczne. Klienci zwracają również uwagę na to, jak długo firma obecna jest na rynku.

Bardzo dynamicznie rośnie sprzedaż telefonów, szczególnie w grupie smartfonów, jest to najbardziej dynamicznie rosnąca grupa. Dużym powodzeniem cieszą się również produkty przenośnego audio, szczególnie są to przenośne głośniki wyposażone w technologię bluetooth – ocenia Janusz Łapacz.

Sklepy korzystają z tego trendu, ze wzmożoną intensywnością reklamując produkty nadające się na pierwszokomunijny prezent. Często dorzucają gratis drobniejszy sprzęt, by zachęcić do zakupu droższego.

Promowane są tablety, są promocje na telefony komórkowe. Mamy również promocje w segmencie telewizorów, dodajemy do nich tablety, które są bardzo dobrym prezentem na komunię, który zwiększa popularność telewizorów – wyjaśnia Janusz Łapacz.

Jak podkreśla, dużym zainteresowaniem wśród klientów cieszą się również promocyjne karty podarunkowe. Także ich sprzedaż w okresie komunijnym znacząco wzrasta. 

Przygotowania do piłkarskiego mundialu w Brazylii z problemami. Organizacja imprezy nie poprawiła sytuacji Brazylijczyków

0

CEO Magazyn Polska

12 czerwca rozpoczną się w Brazylii piłkarskie mistrzostwa świata. Przygotowania przebiegają z dużymi problemami – wiele inwestycji jest opóźnionych, a FIFA twierdzi, że to najgorzej zorganizowane rozgrywki w historii. Napływ turystów i inwestycji winduje ceny, ale nie przekłada się to na wzrost siły nabywczej zwykłych Brazylijczyków. Korzystny wpływ mistrzostw na gospodarkę kraju stoi pod dużym znakiem zapytania.

 Mieszkańcy liczą na to, że świat zwróci swoje oczy na Brazylię, że będzie popularna, że to przyniesie wzrost dochodów z turystyki. Brazylia też liczy na to, że pokaże się od tej strony mocarstwowej, jako dobry organizator, że będzie miała więcej do powiedzenia na arenie międzynarodowej. Natomiast niewątpliwie koszty, które poniosła Brazylia, już w tej chwili są dużo wyższe niż zaplanowano – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Alicja Fijałkowska z Centrum Studiów Latynoamerykańskich.

Fijałkowska podkreśla, że plany i oczekiwania wszystkich krajów organizujących tak duże wydarzenia sportowe są podobne. Liczą na rozwój infrastruktury, turystyki oraz zbudowanie pozytywnego wizerunku. Podobnie było w Polsce podczas piłkarskich Mistrzostw Europy w 2012 r. Jednak zwykle koszty są większe od zakładanych.

W Brazylii problemy organizacyjne są szczególnie duże. Z uwagi na opóźnienia w uchwaleniu ustaw przedłużyły się inwestycje, wzrosły także ich koszty. Niektóre stadiony wciąż nie są gotowe. Nie brakowało też poważnych wypadków na budowach. Z części dużych projektów infrastrukturalnych, jak budowa szybkiej kolei, w ogóle zrezygnowano. Rosnące koszty i złe warunki pracy wywołały strajki i wielkie protesty w całym kraju, co pogorszyło wizerunek Brazylii.

– Na ile to wszystko się przełoży na korzyści zarówno gospodarcze, jak i PR-owe, zobaczymy już po turnieju – mówi Fijałkowska. – Sytuacja po olimpiadzie w Barcelonie pokazała, że takie wielkie imprezy ściągają ludzi. Przyjeżdżają często po raz pierwszy, jak to było w przypadku Polski, turystyka rzeczywiście nam wzrosła po Euro 2012. I w Brazylii też będzie podobnie, natomiast trudno jest to porównywać, bo do Brazylii już się jeździ, zawsze się jeździło, Rio i karnawał zawsze były magiczne.

Dodaje, że bardziej niż o przyciągnięcie turystów Brazylii może chodzić o pokazanie kraju jako rosnącej potęgi. Południowoamerykańska republika aspiruje do statusu stałego członka zreformowanej Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Rio de Janeiro będzie też gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich za dwa lata. Fijałkowska przypomina, że o organizację obydwu imprez Brazylia ubiegała się w trakcie bardzo szybkiego wzrostu PKB. Jednak światowy kryzys spowolnił rozwój tego kraju, co wymusiło ograniczenie planów inwestycyjnych. Duże programy socjalne wprowadzone przez byłego prezydenta Lulę wyhamowały w związku z rozwojem klasy średniej, a tempo wzrostu PKB spadło z nawet 9 proc. rocznie w 2010 r. do ok. 2 proc.

W tej chwili ceny podskoczyły dramatycznie. W Rio de Janeiro obiad kosztuje kilka razy więcej niż w Paryżu, i nijak się to ma do zarobków. W związku z czym, jeżeli to będzie nawet fantastyczna infrastruktura, jeżeli ci wszyscy turyści przyjadą i zostawią potężne pieniądze w Brazylii, ale jednocześnie przeciętny Brazylijczyk nie będzie dysponował siłą nabywczą, to nie oszukujmy się  gospodarka nie będzie się rozwijała. Stąd są te wszystkie protesty – podkreśla Fijałkowska.

Dodaje, że duża część wzrostu gospodarczego związana jest z pracami sezonowymi i dotyczącymi przygotowania infrastruktury sportowej. Po mistrzostwach nie przełożą się one na trwały rozwój rynku pracy.

Problemy mogą być też z wykorzystaniem zbudowanej infrastruktury, zwłaszcza stadionów. Szczególnie w miastach takich jak Natal czy położone w sercu Amazonii Manaus, gdzie na co dzień nie ma wielkiego futbolu. Fijałkowska ocenia, że te stadiony nie będą po rozgrywkach dobrze wykorzystane. Trudnością są też olbrzymie odległości dzielące miasta gospodarzy mistrzostw oraz brak infrastruktury. Do Manaus brakuje nawet drogi – można tam się dostać jedynie samolotem.

Jednak z drugiej strony, jak ocenia Fijałkowska, projekty infrastrukturalne mogą pomóc rozwinąć te obszary gospodarki Brazylii, w których już teraz kraj stanowi regionalną potęgę. Dotyczy to zwłaszcza transportu lotniczego i autobusowego. Brazylia jest producentem Embraerów.

 To pomoże chociażby w transporcie, szczególnie że Brazylia specjalizuje się w przemyśle cięższym, typu samoloty, autobusy. Cała Ameryka Południowa jeździ autobusami brazylijskimi. Niewątpliwie cała rozbudowywana infrastruktura pomoże i wpłynie pozytywnie na produkcję – twierdzi Fijałkowska.

Work Service ponad dwukrotnie zwiększyło zysk netto w I kwartale 2014

Grupa Kapitałowa Work Service odnotowała na koniec pierwszego kwartału 2014 roku zysk netto na poziomie 14,2 mln zł, co oznacza wzrost o 135% w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Przychody Spółki wzrosły o 83% do 345 mln zł, a zysk z działalności operacyjnej (EBIT) zwiększył się o ponad 78%, osiągając poziom 16,2 mln zł. Istotny wpływ na stabilny, wysoki wzrost wyników finansowych miały konsekwentnie prowadzona strategia organicznego rozwoju Grupy, a także z sukcesem zrealizowane akwizycje.

Grupa Kapitałowa Work Service konsekwentnie realizuje strategię dynamicznego rozwoju, zmierzając do objęcie pozycji lidera usług HR zarówno w Polsce, jak i w Europie Środkowo-Wschodniej. Spółka rośnie dzięki akwizycjom, ale także poprzez rozwój organiczny i stałe rozszerzanie zakresu oferowanych usług. W analizowanym okresie przychody z „działalności organicznej” Grupy wzrosły o ponad 1/3 ze 188,6 mln zł do 251,8 mln zł, a EBIT osiągnął poziom 9,33 mln zł w porównaniu z 9,09 mln zł w analogicznym okresie roku ubiegłego. Niewątpliwy wpływ na poziom zysku operacyjnego miały koszty akwizycji i procesów integracji całej Grupy Kapitałowej. Na koniec pierwszego kwartału 2014 r. koszty te wyniosły około 1 mln zł, pomniejszając tym samym dynamikę przyrostu EBIT Grupy.

Za nami kolejny bardzo udany kwartał. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami mamy znaczną poprawę wyniku finansowego. Podtrzymujemy dotychczasową strategię rozwoju Work Service, która nadal będzie oparta na dynamicznym rozwoju organicznym. Rozważamy też kolejne akwizycje, tym razem przyglądając się spółkom specjalistycznym. Stale szukamy nowych rozwiązań, które podniosą wartość Grupy a naszym Klientom zapewnią jeszcze większą satysfakcję i szerszy zakres usług – mówi Tomasz Hanczarek, prezes Zarządu Work Service SA.

W perspektywie długofalowej rozwój poprzez akwizycje jest najszybszym i najskuteczniejszym sposobem na ekspansję zagraniczną. Stawiamy na partnerstwo, dlatego wszystkie dotychczasowe przejęcia okazały się sukcesem. Wysoki wzrost przychodów to efekt udanych przejęć, ale i naszej skuteczności w rozwijaniu oferty produktowej. Osiągnięte wyniki pozwalają nam z optymizmem patrzeć na dalsze plany rozwoju Grupy Kapitałowej Work Service – dodaje Tomasz Misiak, prezydent Rady Nadzorczej Work Service SA.

Przychody wszystkich spółek, które dołączyły do Grupy Kapitałowej Work Service w wyniku akwizycji rosną na oczekiwanym i zadowalającym poziomie. Wzrost przychodów w minionym kwartale odnotowały następujące Spółki: Antal International +31%, Work Express +25%, ProHuman +57%. Na poziomie wyniku z działalności operacyjnej (EBIT) wypracowane zostały następujące wzrosty: Antal International +55%, Work Express +4%, ProHuman +62%. Łącznie wszystkie trzy wymienione wyżej Spółki odnotowały +37% wzrost przychodów w pierwszym kwartale w odniesieniu do roku ubiegłego i +45% wzrost wyniku na działalności operacyjnej EBIT, co stanowi 42% wyniku z działalności operacyjnej (EBIT) całej Grupy Kapitałowej. Warto podkreślić, że publikowane wyniki nie obejmują jeszcze konsolidacji wyników ostatniej akwizycji Grupy Kapitałowej – joint venture z niemiecką Grupą Kapitałową Fiege Logistik Stiftung & Co. KG.

Giełda chce przyciągnąć prywatnych inwestorów. Stawia na rynek towarowy i nową platformę handlu instrumentami pochodnymi

CEO Magazyn Polska

W I kwartale 2014 r. Grupa Giełdy Papierów Wartościowych osiągnęła 86,5 mln zł przychodów ze sprzedaży – o 9 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wzrost wynika z poprawy sytuacji na rynku finansowym i towarowym. GPW liczy też na rozwój segmentu instrumentów pochodnych  ma temu służyć planowane na przyszły rok wdrożenie dedykowanego im systemu transakcyjnego  UTP-D. Warszawski parkiet chce również aktywnie wspierać budowę Warsaw Capital City  nowoczesnego centrum kapitałowego, które ugruntowałoby pozycję Warszawy jako najważniejszego rynku w regionie.

– Strumień zasilania rynku kapitałowego spółkami skarbu państwa już wysycha i nie możemy liczyć na źródło podaży akcji w formie nowych spółek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Musimy teraz jako rynek kapitałowy skoncentrować się na sektorze prywatnym. Potrzebujemy na to trochę czasu, musimy przestawić się na nowe tory, ale jestem optymistą – dodaje.

Zdaniem prezesa GPW do zrealizowania tego celu potrzebny jest jednak program rozwoju rynku kapitałowego.

Niezbędne są zachęty dla spółek prywatnych do korzystania z finansowania na publicznym rynku kapitałowym – mówi Maciejewski. – Konieczne są także pewne uproszczenia w zakresie funkcjonowania na tym rynku, tak, aby spółki, które funkcjonują na publicznym rynku kapitałowym, mogły czuć się komfortowo i żeby efektywność ich działania była porównywalna lub wyższa niż efektywność spółek typowo prywatnych – dodaje.

Według Maciejewskiego ważnym obszarem rozwoju giełdy w najbliższych latach będzie sektor towarowy.

– Rynki towarowe rozwijają się bardzo dynamicznie w różnych obszarach – mówi Maciejewski. – Chodzi tu o obszar rynku energii elektrycznej, handlu surowcami takimi jak gaz oraz o rynki rolno-spożywcze. Już teraz mniej więcej 1/3 przychodów grupy kapitałowej giełdy pochodzi z rynków towarowych i myślę, że ten odsetek będzie wzrastał – dodaje.

Najbliższym wydarzeniem, które będzie miało na celu zachęcenie inwestorów do lokowania pieniędzy na giełdzie, ma być uruchomienie w przyszłym roku nowoczesnego systemu dedykowanego instrumentom pochodnym – UTP-D. Będzie on wymagał od domów maklerskich dostosowania swoich systemów, ale stworzy im też możliwości pomnożenia przychodów dzięki wprowadzeniu nowych instrumentów. Jak zapewnia prezes GPW, będą wsród nich, m.in. opcje na akcje.

Myślę, że opcje na akcje to jest instrument, na który wielu inwestorów czeka. Pracujemy nad kilkoma nowymi, ale o tamtych nie chciałbym jeszcze mówić. Najpierw musimy zakończyć proces wprowadzania nowej technologii na warszawski parkiet – podkreśla prezes GPW.

Centrum kapitałowe w Warszawie

Jednym z priorytetów GPW jest utworzenie w Warszawie nowoczesnego centrum kapitałowego – Warsaw Capital City.

– Chodzi nam o to, żeby Warszawa stała się nie tylko rynkiem lokalnym, jeżeli chodzi o mobilizację kapitału, jego dystrybucję, lecz także centrum międzynarodowym – wyjaśnia Adam Maciejewski. – Chcemy dostarczać usług, z których korzystają nie tylko lokalne podmioty, lecz także cały region Europy Centralnej i Wschodniej.

Prace nad stworzeniem takiego centrum rozpoczęły się już z chwilą uchwalenia pierwszej strategii rynku kapitałowego w Polsce, czyli agendy Warsaw City 2010. Rozwinięcie tamtej koncepcji zapisano w przyjętej niedawno strategii giełdy GPW.2020. Zdaniem Adama Maciejewskiego trudno powiedzieć, ile czasu zajmie realizacja tego projektu.

Nie wszystko zależy od rynku, jest to kwestia także odpowiednich programów legislacyjnych – mówi Maciejewski. – Wierzę, że jeśli ludziom biznesu będzie zależeć na budowie Warsaw Capital City, to zostanie ono zbudowane. Musimy jednak mieć do tego odpowiednie warunki i stymulatory. Aktualnie pracujemy nad nimi wspólnie z Ministerstwem Finansów i Ministerstwem Skarbu Państwa – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Elementem budowy pozycji GPW w regionie jest planowana współpraca z CEESEG – grupą giełd z Wiednia, Pragi, Budapesztu i Lublany.

W. Kosiniak-Kamysz: na koniec 2014 r. bezrobocie poniżej 13 procent

CEO Magazyn Polska

Marcowe dane o bezrobociu pokazały mocniejszy od oczekiwanego spadek. Na koniec ubiegłego miesiąca w Polsce było o 74 tys. mniej bezrobotnych niż pod koniec lutego. Zdaniem szefa resortu pracy, Władysława Kosiniaka-Kamysza, pod koniec roku wskaźnik ten może spaść poniżej 13 proc. Rynek pracy czeka na reformę urzędów pracy.

Na pewno odwróciła się tendencja. Do tej pory od czasu kryzysu rok do roku mieliśmy na koniec roku wzrost bezrobocia. W 2013 ten wzrost został zahamowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Dalsza poprawa na rynku pracy widoczna jest w danych z początku 2014 r. Jak szacuje minister, poziom bezrobocia na koniec 2014 r. może spaść poniżej 13 proc., natomiast spadek bezrobocia w kwietniu powinien być jeszcze wyraźniejszy niż widać to było w danych marcowych.

– Widać, że i aura nam sprzyja, widać też, że ruszyło budownictwo co nie zależało tylko od czynników pogodowych, lecz od czynników ekonomicznych, od popytu. Jest duża szansa na to, że nasze wskaźniki, o których mówiliśmy w ustawie budżetowej 13,8 proc. bezrobocia na koniec roku nie spełnią się, bo bezrobocie będzie poniżej 13 proc. – przewiduje Władysław Kosiniak-Kamysz. – Nie wiem jeszcze, jak bardzo poniżej, ale zrobimy wszystko, żeby te wartości były bliższe 12 proc. niż 13 proc.

Istotnym elementem polskiego rynku pracy są umowy śmieciowe. Nad projektem ws. oskładkowania tych umów trwają prace w Sejmie i według oceny ministra pracy, powinien on zostać szybko przyjęty. Z wyliczeń ekspertów wynika, że na umowach śmieciowych pracuje ok. 600 tys. osób.

Rynek pracy czeka również na reformę urzędów pracy, która powinna wejść w życie w maju. Zakłada on nie tylko zmiany w ich funkcjonowaniu (np. nagradzanie za efekty, profilowanie osób bezrobotnych), lecz także cały pakiet zmian dla osób poszukujących pracy i przedsiębiorcach.

– bony zatrudnieniowe, bony stażowe, bony migracyjne. Jest też wsparcie w otwarciu działalności gospodarczej, są niższe koszty pracy poprzez odprowadzanie składek, zarówno za młodych, jak i dojrzałych pracowników – mówi minister pracy i polityki społecznej.

Polski Komitet Olimpijski: w debacie o organizacji zimowej olimpiady w Krakowie brakuje informacji o jej pozytywnych aspektach

CEO Magazyn Polska

Organizacja w Krakowie Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku budzi obawy wielu mieszkańców stolicy Małopolski przed nadmiernymi obciążeniami finansowymi i organizacyjnymi. Przedstawiciele Polskiego Komitetu Olimpijskiego twierdzą, że jest to również wina braku rzetelnej informacji o plusach i minusach organizacji igrzysk. Ich zdaniem, w debacie publicznej dominują negatywne emocje.

Organizacja igrzysk ma wiele pozytywnych aspektów, szczególnie dla Krakowa i dla regionu Małopolski. Myślę, że ten region może wygrać na organizacji igrzysk – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Krzesiński, sekretarz generalny Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Jednak informacji na ten temat nie ma wiele w debacie publicznej. Dlatego, zdaniem Krzesińskiego, komitet konkursowy powinien skoncentrować się na rzetelnej kampanii informacyjnej dotyczącej zarówno plusów, jak i minusów ewentualnej organizacji igrzysk w Krakowie. To szczególnie istotne przed zaplanowanym na za trzy tygodnie referendum.

Chodzi o to, by ci, którzy zechcą wziąć udział w referendum, mieli pełną świadomość tego, o czym decydują, i żeby ich decyzja była naprawdę rzetelna – przekonuje Krzemiński. – Zależy nam, by nie była ona związana tylko i wyłącznie z emocjami i nie do końca prawdziwymi informacjami, którymi ludzie zasypywani byli przez ostatnie tygodnie.

Przeciwnicy organizacji igrzysk w Krakowie zwracają uwagę m.in. na obciążenia związane z kwestiami bezpieczeństwa i zapewnienia ochrony.  Przypominają także, że wiele miast-organizatorów, takich jak Ateny, poniosło ogromne koszty w trakcie przygotowań, głównie na budowę odpowiedniej infrastruktury sportowej, która obecnie nie jest w ogóle wykorzystywana.

Z kolei jej zwolennicy i przedstawiciele miasta podkreślają, że organizacja igrzysk pozwoli na przyspieszenie szeregu inwestycji infrastrukturalnych oraz będzie okazją do promocji marketingowej Krakowa i regionu. Filip Szatanik z Urzędu Miasta Krakowa w ostatniej rozmowie z Newserią oszacował, że marketingowo miasto zarobi na igrzyskach ok. 300 mln zł.

Zdaniem sekretarza generalnego Polskiego Komitetu Olimpijskiego, jeśli Kraków wygra konkurs na organizację igrzysk, będzie mógł skorzystać z doświadczeń poprzednich organizatorów.

W światowym ruchu olimpijskim jest tendencja, że organizatorzy igrzysk korzystają z doświadczeń i wiedzy tych, którzy pracowali przy poprzednich edycjach. Jest to jeden z kluczy do końcowego sukcesu – twierdzi Adam Krzesiński.

25 maja mieszkańcy Krakowa będą mogli wypowiedzieć się w referendum dotyczącym m.in. organizacji w ich mieście Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022. Aby referendum było ważne, musi wziąć w nim udział blisko 175 tysięcy osób – czyli minimum 30 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców Krakowa.

Brak systemu zarządzania ryzykiem nadużyć może doprowadzić do bankructwa firmy

CEO Magazyn Polska

Nieuczciwi kontrahenci, nieodpowiednie zachowanie pracowników i cyberprzestępczość, to wszystko może doprowadzić do bankructwa firmy. Dlatego coraz więcej z nich zaczyna wdrażać instrumenty zarządzania ryzykiem nadużyć. Choć współczesne rozwiązania potrafią naprawić część szkód wynikających z działania wymierzonego przeciwko firmie, znacznie skuteczniejsza bywa prewencja.

Zarządzanie ryzykiem nadużyć to tak naprawdę zarządzanie ryzykiem strat wynikających z nieadekwatnych, wadliwych, zawodnych procesów zachodzących wewnątrz firmy, nieodpowiednich zachowań ludzi, którzy są z firmą związani, lub też zdarzeń zewnętrznych. Zarządzanie ryzykiem operacyjnym właściwie przekłada się na zarządzanie ryzykiem nadużyć, które mogą być bardzo różne – od oszustw, kradzieży, działania na szkodę spółki, aż po szpiegostwo gospodarcze – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Pacześniak, senior consultant z IBBC Group.

Pacześniak podkreśla, że w skrajnych przypadkach nadużycia mogą doprowadzić do bankructwa firmy. Zagrożeń jest dużo, zarówno z wewnątrz firmy, jak i spoza niej. Wylicza np.: nieuczciwego wspólnika lub pracowników firmy, którzy celowo działają na jej szkodę albo szkodzą z niewiedzy lub braku umiejętności. Przedsiębiorcy muszą też uważać na kontrahentów. Poza nieuczciwością ludzi, z którymi firma ma styczność, istnieje też groźba cyberprzestępczości, na przykład poprzez zainstalowanie złośliwego oprogramowania w kupowanych komputerach.

W miarę przenoszenia działalności do internetu i korzystania np. z chmur obliczeniowych, firmy muszą coraz lepiej zabezpieczać swoje dane. Jednak Joanna Pacześniak podkreśla, że za przestępstwami zawsze stoją ludzie, więc zarządzanie ryzykiem nadużyć może pozwolić je ograniczyć.

Istnieje sporo możliwości, zamykania w firmach otwartych furtek tak, aby pieniądze, dane i informacje nie wyciekały poza firmę, nie tylko w systemach IT – podkreśla Pacześniak. – Jeżeli chodzi o środowisko zewnętrzne firma może przeprowadzać badania kontrahentów – third-party due diligence. Firma przed podpisaniem niemal każdej umowy powinna to robić. Możemy przeprowadzać badania pracownicze, czyli kandydatów do pracy (pre-employment screening), możemy też przeprowadzać analizy operacyjno-doradcze przed wejściem na nowy rynek.

Dodaje, że w ramach działalności firmy powinny zostać wprowadzone metody oceny ryzyka i ujednolicone procedury zwalczania nadużyć. Według ekspertki ważną rolę w budowaniu bezpieczeństwa firmy odgrywa też jasny przekaz braku zgody na oszustwa oraz informowanie o tym, że w firmie realizowana jest polityka zapobiegania nadużyciom. Radzi, by korzystać z zewnętrznych firm audytorskich i śledczych, które mogą pomóc nie tylko w wykrywaniu nadużyć w firmie, lecz także w zapobieganiu tego typu praktykom.

Według Pacześniak, firmy powinny przede wszystkim zabezpieczać się przed tymi czynnikami ryzyka, a nie jedynie walczyć ze skutkami nadużyć. Najłatwiej zrobić to już na etapie zakładania firmy, wypracowując odpowiednie procedury, ale można je stworzyć także później. Przedstawicielka IBBC podkreśla jakie znaczenie odgrywa zintegrowanego podejścia do zarządzania ryzykiem, które uwzględnia wszystkie niebezpieczeństwa.

Obszary wewnętrzne to są przede wszystkim ludzie, którzy tworzą firmę: pracownicy, zarządzający, ale też właściciele – to w kontekście działania na szkodę spółki jednego ze wspólników. To są też procesy zachodzące w organizacji, systemy wbudowane w organizację. Środowisko zewnętrzne to wszyscy partnerzy biznesowi, klienci, kontrahenci, a także potencjalni pracownicy, kandydaci do pracy. W zależności od branży, w której firma funkcjonuje, różny jest stopień ryzyka, jakie niosą ze sobą pracownicy starający się o pracę – mówi Joanna Pacześniak.

Ponad 1 mln osób może mieć problem z odbiorem właściwej wersji programu regionalnego TVP w ramach naziemnej telewizji cyfrowej. Problem białych plam może rozwiązać sygnał satelitarny

CEO Magazyn PolskaKilkaset tysięcy Polaków ma problemy z dostępem do ogólnopolskich kanałów naziemnej telewizji cyfrowej i nie może odbierać właściwej wersji programu regionalnego TVP. Rozwiązaniem problemu może być udostępnienie sygnału satelitarnego – jak ma to miejsce w innych krajach Europy – uważa prezes zarządu Astra Central Eastern Europe. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji podkreśla, że – zgodnie z danymi z 25 kwietnia br. – dostęp do trzech multipleksów ma odpowiednio 98,6 proc., 98,5 proc., 99, 5 proc. populacji kraju.

W większości krajów europejskich, gdzie proces cyfryzacji również się zakończył lub trwa, kanały telewizyjne i radiowe nadawane naziemnie są replikowane na satelicie. Dzięki takiemu rozwiązaniu w Polsce przeciętny Kowalski, jeśli miałby problemy z odbiorem naziemnym, bo mieszka w Tatrach albo na ścianie wschodniej, gdzie są zakłócenia sygnału, wystarczy, że zamontowałby niedużą antenę satelitarną i wtedy te same kanały lub dodatkowo jeszcze inne mógłby odbierać za pomocą satelity – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Ornass-Kubacki, prezes zarządu Astra Central Eastern Europe.

W wyniku procesu cyfryzacji naziemnej, zakończonego w lipcu ubiegłego roku, wiele gospodarstw domowych w Polsce utraciło dostęp do sygnału telewizyjnego. Prezes podkreśla, że utrudnienia dotknęły kilkaset tysięcy obywateli (w zależności od multipleksu). Dodatkowo ponad milion nie ma dostępu do właściwej wersji programu regionalnego TVP.

To prawie 3 proc. gospodarstw domowych w naszym kraju, które po zakończeniu procesu cyfryzacji naziemnej mają ograniczony dostęp do regionalnych i ogólnopolskich stacji telewizyjnych – zwraca uwagę na skalę problemu Marcin Ornass-Kubacki.

Utrata sygnału dotyczy zwłaszcza mieszkańców m.in. województw dolnośląskiego, śląskiego, małopolskiego i podkarpackiego.

Jest to związane z czynnikami geograficznymi, takimi jak np. górzyste ukształtowanie terenu lub zasięgami telewizji naziemnych. Docierają do nas informacje, że podobne problemy mają także mieszkańcy województwa warmińsko-mazurskiego oraz ściany zachodniej – informuje Ornass-Kubacki.

Jego zdaniem problemu tzw. białych plam można było uniknąć, prowadząc proces cyfryzacji dwutorowo i oferując widzom możliwość wyboru dwóch platform cyfrowych – satelitarnej i naziemnej.

Sygnał satelitarny jest dostępny na terytorium całego kraju z jednakową mocą, czynniki geograficzne nie stanowią dla niego przeszkody – argumentuje prezes zarządu Astra CEE i jako przykład wymienia Czechy, Austrię i Wielką Brytanię, gdzie widzowie mogą odbierać sygnał cyfrowy drogą naziemną lub satelitarną.

W jego ocenie takie rozwiązanie powinno zostać wdrożone również w naszym kraju, szczególnie w kontekście planowanego wprowadzenia przez rząd opłaty audiowizualnej. Marcin Ornass-Kubacki uważa, że priorytetem powinno być zapewnienie wszystkim Polakom technicznej możliwości odbioru telewizji.

Trudno wymagać od obywateli ponoszenia tego rodzaju opłaty w sytuacji, gdy mają oni problem z dostępem do sygnału telewizyjnego – argumentuje prezes Astra CEE.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji poinformowało, że zgodnie z danymi z 25 kwietnia br. w zasięgu trzech multipleksów znalazły się odpowiednio: 98,6 proc., 98,5 proc. i 99,5 proc. Zdecydowana większość społeczeństwa ma więc dostęp do sygnału naziemnej telewizji cyfrowej. W przypadku sygnału analogowego możliwość odbioru dostępnych kanałów miało (w zależności od stacji) od 25 proc. do 86 proc. populacji kraju.

Źródło informacji:
Pismo przewodniczącego KRRiT do MAiC
Komunikat MAiC

Dobry czas na inwestycje w nieruchomości. Ceny materiałów budowlanych nadal niskie

CEO Magazyn Polska

Początek ożywienia w branży budowlanej i deweloperskiej na razie nie przekłada się na wzrost cen materiałów budowlanych. Rynek ten jest bardzo konkurencyjny, dlatego ewentualne podwyżki cen związane z ożywieniem,mogą dotyczyć jedynie wybranych produktów. Znaczących wzrostów nie należy się spodziewać, ponieważ przedstawiciele rynku nieruchomości wykluczają boom w branży, pomimo niskich stóp procentowych i rosnącej zdolności kredytowej Polaków.
 
Ceny niektórych materiałów budowlanych są obecnie na tak niskim poziomie, że nie pokrywają kosztów ich produkcji. To efekt głębokiego załamania produkcji w branży budowlanej i deweloperskiej, które doprowadziło do spadku cen surowców i materiałów. To dlatego część firm może próbować poprawić swoją rentowność, podnosząc ceny w czasie największego popytu, czyli latem.

– Zyskowność jest prawie żadna, a w niektórych wypadkach wręcz producenci dokładają do swoich produktów. Pewnie będą więc próby podwyżek cen. Nie wiem, czy one się udadzą, bo konkurencyjność polskiego rynku materiałów budowlanych jest bardzo wysoka, ale należy tego oczekiwać. Mamy teraz najlepszy okres do inwestowania, bo ceny materiałów budowlanych w Polsce nigdy nie były tak niskie jak teraz – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Kwapisz, dyrektor filii Polskich Składów Budowlanych w Warszawie.

Jak wynika z danych PSB, w marcu 2014 r. w porównaniu do poprzedniego miesiąca podrożały jedynie gazobetony (+1,5 proc.), silikaty (+0,5 proc.), a także cement oraz wapno (+0,2 proc.). Spadały m.in. ceny pokryć dachowych i rynien (-3,9 proc.), farb, lakierów i tapet (-10,7 proc.), wyrobów stalowych (-4,4 proc.) oraz narzędzi i sprzętu budowlanego (-2,5 proc.). Z kolei nie zmieniły się ceny płytek ceramicznych, wyposażenia łazienek i kuchni, bram, ogrodzeń oraz kostki brukowej. W najbliższym czasie najbardziej prawdopodobny jest wzrost cen surowych materiałów, zwłaszcza używanych w projektach drogowych i kolejowych.

– Myślę, że mogą drożeć niektóre materiały stanu surowego oraz stal. Jeżeli będzie bardzo dużo inwestycji, jeżeli nadal będą budowane w Polsce drogi, może zdrożeć cement albo przynajmniej nie będzie tanieć. Może nieco zdrożeć stolarka i chemia budowlana, ale chemia ma też problemy, bo to jest właśnie ta grupa produktów, których sprzedaż w Polsce najbardziej spadła, dlatego producentom będzie trudno podnosić ceny – uważa Kwapisz.

Wzrost cen wybranych produktów będzie, jego zdaniem, umiarkowany i wyniesie około 3-5 proc. To dlatego, że większy popyt ze strony deweloperów ma przyjść dopiero w drugiej połowie roku. Z danych NBP wynika, że w IV kwartale 2013 r. ceny ofertowe i transakcyjne mieszkań na rynku pierwotnym były stabilne. Jednym z wyjątków wśród przebadanych miast była Warszawa, gdzie zanotowano wzrost cen transakcyjnych na rynku pierwotnym. Według NBP ostatni kwartał 2013 r. był czwartym z kolei, w którym rosła sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym w największych miastach. Pozytywny trend widać też na rynku nieruchomości komercyjnych, gdzie wartość transakcji inwestycyjnych urosła w 2013 r. do 3,5 mld euro.

– Myślę, że mieszkania będziemy obsługiwali jesienią i w przyszłym roku, bo deweloperzy wyraźnie się ożywili, poza tym w Warszawie brakuje małych mieszkań  jedno- i dwupokojowych. Liczymy na to, że takie mieszkania zaczną powstawać. W tej chwili obsługujemy biura, i to nie wielkie, tylko średniej wielkości – mówi dyrektor w PSB Warszawa.

Analitycy oraz przedstawiciele branży deweloperskiej i budowlanej nie mają jednak wątpliwości, że obserwowanemu ożywieniu daleko jest do boomu, jaki wystąpił przed kryzysem w 2008 r. Wartości subindeksów WIG-Deweloperzy i WIG-Budownictwo są znacznie niżej nie tylko w stosunku do maksimów z 2007 r., lecz także w stosunku do lokalnego szczytu z 2010 r. W ostatnim roku rynek kapitałowy lepiej wyceniał perspektywy spółek budowlanych, których notowania urosły średnio o 41,2 proc., podczas gdy deweloperów – jedynie o 12,1 proc. Powód jest prosty: mimo niskich stóp procentowych oraz poprawiającej się zdolności kredytowej Polaków, chętnych na kupno mieszkania jest znacznie mniej niż w przeszłości. Na niektórych rynkach – zwłaszcza w największych miastach – ceny są wciąż bardzo wysokie, co może skłaniać część inwestorów do odkładania decyzji o kupnie mieszkania lub domu.

– Skłonność Polaków do inwestowania w mieszkania nie jest już tak duża jak 5-6 lat temu. Jest mniej potencjalnych inwestorów. W rejonie wielkiej Warszawy trudno w tej chwili już inwestować w dom jednorodzinny, bo po prostu jest za drogo. Mówimy o obrzeżach Warszawy i tutaj jest lekkie ożywienie, ale bardzo lekkie, nie mamy żadnego boomu – uważa Zbigniew Kwapisz.

Chude lata polskiej branży szkoleniowej

0

CEO Magazyn Polska

Rynek szkoleniowy wciąż odczuwa skutki kryzysu. Nie chodzi tylko o cięcia firm w wydatkach na szkolenia, lecz także o zmieniające się potrzeby przedsiębiorstw. Cały czas stawiają one na doskonalenie umiejętności zarządzania zmianą, zarządzania w nowej sytuacji, niezależnie od tego, czy chodzi o rozwój firmy, czy o jej restrukturyzację. Szkoleniowcy muszą sobie też radzić z rosnącą konkurencją ze strony uczelni wyższych.

To, co się dzieje na rynku szkoleniowym i na wielu rynkach usługowych, jest efekt kryzysu, mimo że upłynęło już 6 lat. Firmy poszukują przede wszystkim szkoleń z zakresu umiejętności zarządzania zmianą i umiejętności znalezienia się w innej sytuacji, niż była do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Skała, prezes i założyciel szkoleniowej firmy Megalit z Krakowa. – W mojej opinii to jest to, czego najbardziej rynek potrzebował w ciągu ostatnich 2-3 lat, być może jeszcze ze dwa lata tak będzie się działo.

Kryzys spowodował, że wiele firm zostało zmuszonych do restrukturyzacji i zmiany sposobu działania, co pociągnęło za sobą także przemodelowanie współpracy z kontrahentami. Skała wyjaśnia to na przykładzie rynku farmaceutycznego. Działalność przedstawicieli firm farmaceutycznych, odpowiedzialnych za kontakty z właścicielami aptek, zmieniła się o tyle, że apteki łączą się w sieci, więc odwiedzanie każdej z nich przestaje mieć sens. Trzeba więc zmienić nie tylko sposób pracy przedstawicieli, lecz także strukturę firmy. 

Czasami zmiany wiążą się z cięciami, z konieczności restrukturyzacji w firmie. W takiej sytuacji trzeba rozwinąć umiejętności kadry menadżerskiej dotyczące tego, jak pracować z własnymi pracownikami, żeby ten proces przebiegł w miarę bezboleśnie – podkreśla Marek Skała. – Również zmiany polegające na rozwoju wymagają umiejętności radzenia sobie z nimi.

Kolejnym wzywaniem dla firm szkoleniowych jest rosnąca konkurencja ze strony uczelni wyższych, które coraz częściej stawiają na specjalizację w nowych dziedzinach, w których do tej pory specjalizowali się właśnie szkoleniowcy.

Trzeba szukać tego, do czego uczelnie jeszcze nie dotarły: do najnowszych osiągnięć i technik i znając rynek, trzeba umieć przełożyć tę nową wiedzę na konkretne rozwiązania i mechanizmy, które można wykorzystać na co dzień. Tutaj jest duże pole do popisu dla firm szkoleniowych, czyli trochę w kierunku consultingu i oczywiście absorbowanie nowych efektów badań, które się pojawiają – uważa Marek Skała.

Rozwój polskiego rynku szkoleniowego wspomagał w znacznej mierze dopływu środków unijnych z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Wyczerpanie się środków z tego programu i trudna sytuacja finansowa może doprowadzić do spowolnienia w branży. 60 proc. uczestników  badania „EFS – End of Financial Support. Przyszłość rynku szkoleń w Polsce” zrealizowanego przez firmę HRP uznała, że popyt na szkolenia będzie spadał. Zdaniem Marka Skały, rosnąca konkurencja i dojrzałość rynku spowodują, że w najbliższych latach rynek będzie wymagał certyfikacji.

Obawiam się jednak o to, by wydawanie certyfikatów nie było traktowane tylko źródłem dodatkowych dochodów – mówi Skała. – Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jaką wartość będzie mieć certyfikat i kto będzie go wydawał. Obecnie rolę certyfikatu spełnia członkostwo w Izbie Firm Szkoleniowych, ale myślę, że w przyszłości system certyfikacji firm szkoleniowych będzie bardziej rozwinięty – dodaje. 

Narodowy plan chorób rzadkich nadal niezatwierdzony

CEO Magazyn Polska

 

Nawet 8 proc. Europejczyków cierpi na choroby rzadkie. Schorzenia te najczęściej mają podłoże genetyczne i mogą być przyczyną niepełnosprawności. Ze względu na ciężki przebieg, trudną diagnostykę i brak skutecznej terapii tego typu zaburzeń, Rada Unii Europejskiej zaleciła wszystkim państwom członkowskim ustalenie planów postępowania z chorobami rzadkimi. Mimo że prace nad polskim Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich trwają od 2011 roku, dokument do tej pory nie został zatwierdzony.

Choroby rzadkie to schorzenia dotykające bardzo niewielki odsetek społeczeństwa. W większości przypadków rozwijają się na skutek zaburzeń genetycznych, towarzyszą choremu do końca życia i często są przyczyną niepełnosprawności. Poszczególne choroby rzadkie występują u mniej niż 5 na 10 tys. Europejczyków, jednak całkowita liczba chorych obejmuje od 6 do 8 proc. populacji naszego kontynentu. Ze względu na ciężki przebieg, trudną diagnostykę i brak skutecznej terapii tego typu schorzeń, w 2009 roku Rada Unii Europejskiej zaleciła wszystkim państwom członkowskim ustalenie planów postępowania z chorobami rzadkimi.

Chodzi o to, żebyśmy my, jako pacjenci z chorobami rzadkimi, nie byli obciążeniem dla społeczeństwa, tylko żebyśmy aktywnie mogli dokładać się do niego. Jednak do tego potrzebna nam jest pomoc również ze strony administracji, bo nie każdy chory może się odnaleźć w tej rzeczywistości. Taki plan narodowy może pomóc nie tylko pacjentom, lecz także naukowcom, lekarzom i firmom, które takie produkują leki, jak również administracji państwowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Wojciech Oświeciński, prezes Stowarzyszenia Rodzin z Chorobą Gauchera.

W Polsce prace nad Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich trwają od 2011 roku. Głównymi celami dokumentu miały być: rejestracja wszystkich chorób rzadkich, upowszechnienie ich diagnostyki i zwiększenie dostępności do opieki medycznej, rozwój i wspieranie badań oraz edukacja społeczna i pomoc chorym oraz ich rodzinom.

– Odbył się szereg konsultacji z chorymi, naukowcami i lekarzami. Również z administracją państwa. Pokładamy w tym wielkie nadzieje, licząc, że wreszcie uda nam się przekonać administrację do tego, żeby podjęła odpowiednie kroki i zaczęła ten program wdrażać. My przygotowaliśmy bardzo dokładny projekt tego programu. Teraz piłeczka jest po stronie administracji państwa – dodaje Wojciech Oświeciński.

Dokument nie został jeszcze zatwierdzony, mimo że Rada Unii Europejska zaleciła rozpoczęcie realizacji tego projektów do końca 2013 roku. 

Młodzi ludzie są gotowi na wiele ustępstw, by znaleźć pracę

CEO Magazyn Polska

Z badań wynika, że zatrudnionych jest nieco ponad 70 proc. absolwentów i studentów szkół wyższych. Sytuacja na rynku pracy powoduje, że młodzi ludzie, poszukując zatrudnienia, są gotowi na daleko idące kompromisy. Podejmują pracę, która nie jest zgodna z ich wykształceniem, obniżają swoje wymagania finansowe lub gotowi są na długie dojazdy do pracy. Ci, którzy jeszcze nie znaleźli odpowiedniego zatrudnienia, mogą skorzystać z projektów umożliwiających zdobycie stażu, nawet w prestiżowych firmach.
Przeprowadziliśmy badania, które miały pokazać, jak radzą sobie młodzi ludzie wchodzący dopiero na rynek pracy. Aż 72 proc. studentów bądź absolwentów do 28. roku życia deklaruje, że pracuje, czy to na umowę o pracę, czy na umowę cywilno-prawną. Odbywają też staże lub praktyki. 28 proc. osób nie jest czynnych zawodowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Merska-Pietra, koordynator ds. komunikacji firmy Gumtree, organizującej program „Start do kariery”.

Młodzi ludzie chętnie podejmują pracę i chcą zdobywać doświadczenie zawodowe u boku pracowników z wieloletnim stażem.  Zaledwie 4 proc. studentów i absolwentów decyduje się na założenie własnej działalności gospodarczej.

–  Bardzo duży odsetek tych osób pracuje w branży, która nie jest zgodna z ich profilem wykształcenia. Młodzi ludzie są w stanie iść na kompromisy, żeby zdobyć pierwszą pracę i móc pozwolić sobie na taki start do kariery. I te kompromisy, na które najbardziej ich stać, to właśnie praca niezgodna z ich wykształceniem, są też w stanie dojeżdżać dalej do pracy bądź obniżyć swoje oczekiwania finansowe – mówi Katarzyna Merska-Pietrak.

Młodzi ludzie poszukujący pracy, którzy nie mają doświadczenia, na specjalnie przygotowanych stronach internetowych mogą uzyskać wskazówki i porady: jak szukać zatrudnienia, jak wyróżniać się spośród tysięcy kandydatów i na co zwracać szczególną uwagę podczas rozmów kwalifikacyjnych.

Chcielibyśmy tym ludziom dostarczyć wiedzy na temat tego, jak pisać CV, jaka jest specyfika poszukiwania pracy w internecie. Chcemy im dać możliwość spotkania się z przedstawicielami firm z różnych branż. To będzie możliwe podczas cyklu warsztatów, które zostaną zorganizowane w pięciu miastach: Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu – dodaje Katarzyna Merska-Pietrak. – Już wkrótce zacznie działać strona internetowa, na której osoby, które chcą wziąć udział w tym programie, będą mogły się zarejestrować, wypełnić krótki formularz, zarejestrować swoje CV. Najlepsi kandydaci zostaną zarekomendowani firmom, które zgłoszą się do udziału w programie.

Cykl „Start do kariery” rozpoczną warsztaty na Politechnice Wrocławskiej, które odbędą się 21 maja.

Fitch Ratings podtrzymuje wysoką ocenę ENEA S.A.

Agencja podtrzymała dla spółki długoterminowe ratingi w walucie krajowej i zagranicznej na poziomie „BBB” oraz długoterminowy rating krajowy na poziomie „A (pol)”. Perspektywa ratingów jest stabilna.

Grunty inwestycyjne w Polsce – gdzie szukać tych najlepszych?

Piotr Goździewicz

Dr Piotr Goździewicz, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, Region Europy Środkowo-Wschodniej, BNP Paribas Real Estate odpowiada na pytania na temat atrakcyjności inwestycyjnej gruntów.

Gdzie szukać działek pod inwestycje na rynku nieruchomości komercyjnych?

Działki atrakcyjne z punktu widzenia potencjalnego inwestora rynku nieruchomości komercyjnych zlokalizowane są przede wszystkim w obrębie dużych polskich miast oraz ich regionów (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice / Górny Śląsk, Poznań), w obrębach istniejących stref ekonomicznych np. Lódź czy też w okolicach zakładów produkcyjnych jak na przykład Volkswagen w Poznaniu. Oczywiście są to również węzły komunikacyjne czyli autostrady, lotniska, dworce kolejowe. Na przykład PKP jest właścicielem wielu lokalizacji z bardzo ciekawym potencjałem komercyjnym zarówno w charakterze strategicznym jak np. Warszawa czy Wrocław jak i w mniejszych miastach. Także w mniejszych miastach można znaleźć atrakcyjne lokalizacje. Będą to okolice osiedli mieszkaniowych z potencjałem na obiekty handlowe.

Jakie czynniki wpływają na atrakcyjność inwestycyjną działki z punktu widzenia inwestora?

Atrakcyjne lokalizacje działek inwestycyjnych powinny zapewnić potencjał na generowanie przez inwestora dochodów z wynajmu powierzchni komercyjnych, co przekłada się na zwrot z zainwestowanego kapitału. Lokalizacja działki pod obiekt biurowy musi zapewniać potencjał na znalezienie najemców na powierzchnię, która zostanie tam wybudowana. Działki pod obiekty handlowe zlokalizowane w miejscowościach o sile nabywczej mieszkańców przekraczającej średnią dla kraju, nawet jeśli jest to miejscowość poniżej 20 000 mieszkańców, również wygenerują popyt inwestycyjny.

Terenów inwestycyjnych można poszukiwać na przykład poprzez wyspecjalizowane firmy doradcze obecne na rynku nieruchomości komercyjnych, takie jak np. BNP Paribas Real Estate. Jednocześnie firma doradcza może także pomóc w sprzedaży takiej działki.

Aby zmaksymalizować cenę sprzedaży dobrze sprzedawać działkę razem z projektem inwestycyjnym tzn. na przykład razem z uzyskanym pozwoleniem na budowę, ale przynajmniej koncepcja możliwego projektu inwestycyjnego powinna być zgodna z miejscowym planem zagospodarowania terenu. Działka inwestycyjna, która mogłaby zainteresować inwestora zagranicznego, powinna mieć uregulowany stan prawny (tytuł własności lub użytkowanie wieczyste, brak roszczeń reprywatyzacyjnych).

Czy Polska Wschodnia ma szansę zyskać na atrakcyjności?

Jeśli chodzi o tereny Polski Wschodniej, to strategiczny plan i przedsięwzięcia z udziałem państwa poprzez np. rozwój infrastruktury drogowej i udział funduszy europejskich podniosłyby tam atrakcyjność terenów inwestycyjnych.

Kwietniowy spadek nastrojów konsumenckich Polaków

W kwietniu wartość Barometru Nastrojów Konsumenckich GfK spadła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 3,7 punktu. Obecnie wynosi ona minus 22 punkty.

Biorąc pod uwagę poszczególne wskaźniki wchodzące w skład barometru, na przestrzeni ostatniego miesiąca pogorszyły się oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych i możliwości oszczędzania oraz oczekiwania co do pozytywnych zmian w sytuacji ekonomicznej kraju. Wartość składowej dotyczącej ocen zmian na rynku pracy pozostała bez zmian.

Przyszła sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych
W kwietniu oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych spadły o 2 punkty i wynoszą obecnie minus 7 punktów. Oznacza to powrót do sytuacji z początku roku.

Możliwości oszczędzania
W kwietniowym pomiarze wskaźnik przedstawiający skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania spadł o 11 punktów i wynosi obecnie minus 42 punkty.

Przyszła sytuacja gospodarcza kraju
Wartość składowej barometru GfK dotyczącej ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju spadła w kwietniu o 2 punkty i wynosi obecnie minus 16 punktów.

Przyszła sytuacja na rynku pracy
Wskaźnik ilustrujący składową barometru GfK mówiący o prognozach rozwoju sytuacji na rynku pracy pozostał w kwietniu na niezmienionym poziomie i wynosi obecnie minus 23 punkty. Jest to wciąż najwyższa wartość dla tej składowej od 2,5 roku.

Wyniki finansowe Grupy IPF (właściciel Provident Polska) w pierwszym kwartale 2014

Grupa International Personal Finance, właściciel Provident Polska, w pierwszym kwartale 2014 roku, osiągnął zysk na poziomie 63,5 mln PLN (12,7 mln GBP). Jest to wzrost o 18 mln PLN (3,6 mln GBP). Zysk polskiej spółki wyniósł 39 mln PLN (7,8 mln GBP) i wzrósł o 13,5 mln PLN (2,7 mln GBP).

Mimo coraz bardziej konkurencyjnego otoczenia, w Polsce i na Litwie osiągnięto bardzo dobre wyniki oraz mocny wzrost zysku bazowego o 21 mln PLN (4,2 mln GBP), wynikający głównie ze wzrostu udzielonych pożyczek o 10% i zwiększenia się przychodów o 15% w porównaniu z I kw. 2013. Provident Polska kończy kwartał z 843 000 klientów (rok temu było to 829 tysięcy), a jakość pożyczek utrzymuje się na dobrym poziomie. Utrata wartości należności od klientów w ujęciu rocznym, jako odsetek przychodu, pozostaje na stabilnym poziomie 28,7%. Spółka ściśle kontrolowała koszty, uwzględniając inwestycje na Litwie, wskaźnik kosztów do dochodu wzrósł tylko o 0,3 punktu procentowego – do 33,0%. Obecnie trwa geograficzna ekspansja działalności firmy na Litwie, gdzie Provident posiada 2 200 klientów.

Cieszę się, mogąc poinformować o pozytywnym rozpoczęciu roku i osiągnięciem dobrych poziomów wzrostu i zysków – powiedział Gerard Ryan, Dyrektor Zarządzający IPF. Na początku kwietnia z powodzeniem refinansowaliśmy nasze euroobligacje po istotnie niższym koszcie. Dzisiejsze ogłoszenie skupu akcji własnych na kwotę około 50 mln GBP w celu obniżenia wskaźnika kapitału własnego w całości finansowania do około 45%, dowodzi naszego zaangażowania w dalsze zwiększanie wartości dla akcjonariuszy. Znajdujemy się w dobrej pozycji do zapewnienia dalszego wzrostu w kolejnych miesiącach roku – dodał prezes Ryan

Utrzymując przyspieszenie osiągnięte w roku 2013 i koncentrując się na generowaniu zrównoważonego wzrostu osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki operacyjne w pierwszym kwartale. Zysk brutto wzrósł o 3,6 mln GBP do 12,7 mln GBP. Wszystkie rynki przyczyniły się do silnego wzrostu zysku bazowego o 7,5 mln GBP, który został częściowo skompensowany przez zainwestowanie 2,3 mln GBP na naszych dwóch nowych rynkach – Litwie i Bułgarii – oraz przez wpływ niższych kursów walutowych wynoszący 1,6 mln GBP.

Najważniejszymi czynnikami kształtującymi wynik za I kw. był mocny wzrost udzielonych pożyczek o 18% oraz ich dobra jakość. Wzrost udzielonych pożyczek osiągnięto dzięki większej o 7% liczbie klientów, co stanowi kontynuację strategii wybiórczego łagodzenia warunków udzielania pożyczek nowym klientom oraz udzielania większych pożyczek obecnym klientom o dobrej jakości. Popyt na nasze produkty pożyczkowe o dłuższym terminie w Polsce, Czechach i na Słowacji jest nadal silny, a w lutym 2014 r. uruchomiona została pożyczka 100-tygodniowa na Węgrzech i pożyczki na okres do 78 tygodni w Rumunii.

Jednocześnie z osiąganiem wzrostu utrzymane zostały dobre wyniki w zakresie odzyskiwania należności, a jakość pożyczek utrzymuje się na solidnym poziomie. W związku z powyższym utrata wartości należności od klientów w skali roku, wyrażona jako procent przychodów, pozostawała na stabilnym poziomie 26,7%, mieszczącym się bez problemów w zakresie docelowym firmy: 25-30%. Wskaźnik kosztów do dochodów w ujęciu rocznym poprawił się od końca roku 2013 o 0,2 punktu procentowego do poziomu 39,3%, po zainwestowaniu 2,3 mln GBP na Litwie i w Bułgarii. Wskaźnik kosztów do dochodów w skali roku z wyłączeniem nowych rynków wyniósł 38,4%, co oznacza poprawę o 0,5% od końca roku.

Polacy mają małą wiedzę o systemie emerytalnym. ZUS zamierza edukować przyszłych emerytów już w szkole

CEO Magazyn Polska

Już od miesiąca Polacy mogą decydować o tym, gdzie ma być gromadzone 15 proc. ich składki na emeryturę. Dotychczas wpłynęło jedynie niecałe 60 tysięcy wniosków, co jest niewielką liczbą, biorąc pod uwagę 14 mln uprawnionych. Zdaniem ekspertów wiedza Polaków na temat ubezpieczeń społecznych jest wciąż znikoma, dlatego ZUS wprowadził w szkołach pilotażowe lekcje o systemie ubezpieczeń społecznych. Zakład chce, by od września takie lekcje były wprowadzone do wszystkich szkół ponadgimnazjalnych.

Badania dotyczące tego, jak ludzie rozumieją system emerytalny, pokazują, że świadomość nie jest niestety wysoka. Dlatego ZUS uznał, że trzeba edukować. Dzięki staraniom ministra pracy, ZUS-u i ministra edukacji do szkół wchodzi program edukacyjny przygotowany przez ZUS o tym, jak działa system emerytalny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Derdziuk, Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Program „Lekcje z ZUS” składa się z czterech lekcji przygotowanych przez ekspertów oraz nauczycieli metodyków. Mają one budować świadomość społeczną młodych Polaków i pokazać, jak poruszać się w systemie ubezpieczeń społecznych. Pierwszy etap pilotażu projektu odbył się w Płocku, Radomiu i Siedlcach w październiku i listopadzie ubiegłego roku, od tego roku akcja pilotażowa trwa już w całym kraju. Prezes ZUS zaznacza, że chce, by od września lekcje stanowiły element minimum programowego, a dla nauczycieli i uczniów zostały przygotowane specjalne podręczniki.

Każdy, kto zaczyna pracę, od razu musi być zgłoszony do systemu ubezpieczeń. Powinien wiedzieć, że może wybrać albo OFE, albo ZUS. Uważamy, że każdy, kto kończy szkołę, powinien wiedzieć także, jak funkcjonuje system emerytalny. Bo dzisiaj świadczenia emerytalne z ZUS-u to jest 11 proc. PKB. Co dziewiąta złotówka idzie na świadczenia związane z zabezpieczeniem społecznym. Warto, żebyśmy wiedzieli, jak nasze państwo funkcjonuje, jakie są nasze prawa i obowiązki w przyszłości, kiedy pracujemy i kiedy jesteśmy emerytami – tłumaczy Zbigniew Derdziuk.

Niewiele osób wie, jak wyliczana jest emerytura, od czego zależy jej wysokość i jaka jest przyszłość systemu emerytalnego w kontekście aktywności zawodowej obywateli i demografii. Jest to widoczne zwłaszcza przy rozpoczęciu kariery zawodowej przez młodych ludzi. Wedle danych z 2013 roku spośród blisko pół miliona uprawnionych, tylko niewiele ponad 20 procent samodzielnie dokonało wyboru OFE, z czego niewiele ponad 15 procent z tej grupy wybrało OFE bez wcześniejszego wezwania z ZUS-u. 80 procent uprawnionych było losowanych. Od lutego ci, którzy nie dokonają wyboru, nie będą już losowani, a ich składki emerytalne będą trafiały wyłącznie do ZUS-u.

Dlatego warto edukować, od czego zależą składki, jak działa system i jak różne rozwiązania wpływają na bezpieczeństwo przyszłych emerytur. Przed zmniejszeniem składek w 2011 roku 7,3 procent zarobków, czyli 37 procent naszej składki szło do OFE. Teraz, po zmniejszeniu, może to być 2,92 procent zarobków, ale to jest 15 procent naszych składek – przekonuje Derdziuk.

Członkowie OFE mogą wybrać, czy ta część składki ma być nadal przekazywana do II filaru, czy też zostać zewidencjonowana na specjalnym subkoncie w ZUS, na które trafia pozostała część składki z tego filaru, czyli w wysokości 4,38 procent wynagrodzenia. Decyzję można podjąć do końca lipca, jednak nie jest ona nieodwracalna. Co cztery lata, w ramach okienek transferowych, będzie można zmienić decyzję. Przez pierwszy miesiąc, z możliwości składania deklaracji o pozostaniu w OFE skorzystało 56 tys. osób (z 14 milionów uprawnionych). Blisko połowa zrobiła to osobiście, podczas wizyty w oddziale, na salach obsługi klienta. Ponad 35 procent wybrało pocztę, a tylko 15 procent skorzystało z drogi elektronicznej, za pośrednictwem portalu PUE.

Część ekspertów spodziewa się, że do lipca deklaracje może złożyć blisko jedna piąta wszystkich uprawnionych.
Zdaniem ekonomisty Ryszarda Bugaja, świadomość tego, jak wygląda i działa system emerytalny jest jednak dziś i tak większa niż przed kilkunastoma laty, kiedy w mediach trwała kampania reklamowa towarzystw emerytalnych, która miała przekonać Polaków do tego, że wybór OFE automatycznie oznacza wysoką emeryturę.

– To było zawracanie głowy, ale przecież prawie wszyscy ludzie uwierzyli, dlatego że ta grupa, która mogła, ale nie musiała zapisać się do PTE właściwie zapisała się prawie w 100 procentach, co zresztą ma daleko idące następstwa dla sektora finansów publicznych. Bo jeżeli oni się zapisali, to część ich składki poszła do towarzystw emerytalnych i więcej zabrakło w ZUS-ie i państwo musiało do ZUS-u więcej dopłacić – tłumaczy Ryszard Bugaj, ekonomista z Instytutu Nauk Ekonomicznych w PAN.

Wybór miały osoby urodzone między końcem 1949 r. a początkiem 1969 r. Od 1999 roku wszyscy, którzy rozpoczynali pracę, trafiali w ramach II filaru do powszechnego towarzystwa emerytalnego.

W ostatnich latach prawie wszyscy do towarzystw emerytalnych są losowani, sami się nie zapisują. Nawet dzisiaj, jeżeli jest to sytuacja taka, że trzeba zrobić krok, zapisać się, a ludzie nie wiedzą, co będzie naprawdę, to machają na to ręką – podsumowuje Bugaj.

Ministerstwo Gospodarki chce parytetów w radach nadzorczych spółek

0

Ministerstwo Gospodarki chce zachęcić biznes do pomysłu wprowadzenia parytetów w radach nadzorczych. Zdaniem wiceminister Ilony Antoniszyn-Klik, argumentów za tym jest wiele. Niedostateczna reprezentacja kobiet w firmach powoduje, że w pewnym sensie tracą na tym zarówno same firmy, jak i cała gospodarka. Debata dopiero rusza, ale już wiadomo, że będzie burzliwa, bo – jak podkreśla wiceminister – dotychczasowe reakcje są bardzo krytyczne.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że kobiety stanowią zaledwie 10 proc. zatrudnionych w radach nadzorczych polskich firm. W gronie 28 państw UE ten wskaźnik wynosi 17,6 proc, a celem KE jest osiągnięcie 40 proc. do 2020 r. Zwolennicy ustawowego rozwiązania problemu małej reprezentacji kobiet argumentują, że inne, podejmowane już działania są nieskuteczne i że zbyt duże nierówności płci są nieefektywne ekonomicznie.

– Zaczynamy debatę na temat udziału kobiet w radach nadzorczych. Sądzimy, że instrument parytetu powinien zostać poddany pod dyskusję jako jeden z możliwych instrumentów. Ograniczenie się tylko do firm Skarbu Państwa jest absolutnie niewystarczające, nie będzie odpowiadało na prawdziwe wyzwania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki.

Choć Ministerstwo Gospodarki spodziewa się dużej krytyki postulowanych przez UE rozwiązań, to uważa za konieczne podjęcie działań na rzecz większej równości między kobietami a mężczyznami.

– Wiemy, że będzie to bardzo burzliwa dyskusja, ale sądzimy, że nie wolno tematu aktywności kobiet w gospodarce zatrzymywać, on musi być prowadzony cały czas. Bierzemy na siebie ryzyko, że może być to debata trudna, być może nawet przegrana. Ale sądzimy, że ona jest jednak bezwzględnie potrzebna do tego, żeby doprowadzać do większej równości w biznesie – uważa wiceminister.

Pomysł odgórnego ustalania parytetów wzbudza kontrowersje wśród niektórych środowisk i ekspertów, ponieważ – ich zdaniem – jest nadmierną ingerencją w wolność gospodarczą, a ściślej, w prawo własności i autonomię spółek. Z tego względu nie jest wykluczone, że parytety mogą być rozwiązaniem sprzecznym z Konstytucją RP. Obecnie polskie prawo (Kodeks Spółek Handlowych) nie ogranicza swobody akcjonariuszy w zakresie wyboru członków rady nadzorczej. Istnieją jedynie rekomendacje, które nie są wiążące prawnie. Przykładem jest GPW, która w ramach dobrych praktyk zaleca spółkom publicznym dbanie o zrównoważony udział kobiet i mężczyzn w ich władzach.

W opracowaniu Forum Odpowiedzialnego Biznesu „Kobiety w biznesie: stan obecny, proponowane rozwiązania” wymienia się też inne argumenty przeciw parytetom, jak np. konieczność szukania na siłę kobiet do rad nadzorczych czy tzw. złote spódniczki, czyli wąskie grono kobiet, które dzięki parytetom wykorzysta swoje wysokie i rzadkie kompetencje do objęcia stanowisk w wielu radach nadzorczych. Ministerstwo Gospodarki zapowiada, że weźmie pod uwagę wszystkie opinie i nie będzie forsować zmian wbrew woli przedsiębiorstw. Chce jednak przekonywać, że więcej kobiet to lepsze zarządzanie, co w skali całej gospodarki oznacza wzrost zamożności.

– Na pewno nie będziemy próbowali wbrew biznesowi wprowadzać zmian. Ale jest bardzo dużo argumentów za tym, żeby parytety były wprowadzone. Trzeba jasno powiedzieć – w firmach, które są w części albo w równych częściach zarządzane przez obydwie płci, jest większa efektywność gospodarcza, jest większa innowacyjność. Nasza gospodarka nie wykorzystuje całego swojego potencjału. Kobiety, które są doskonale wykształcone, które nie uczestniczą w gospodarczym obrocie, powodują, że pewnej części PKB nie ma – twierdzi Ilona Antoniszyn-Klik.

Również według Forum Odpowiedzialnego Biznesu, istnieje wiele niezależnych raportów i badań, m.in. McKinsey & Company i Credit Suisse Research Institute, które stwierdzają, że wyższa obecność kobiet w zarządach lub radach nadzorczych pozytywnie wpływa na wyniki finansowe. Korzyści dla firm mają pojawiać się w okolicach 30 proc. udziału kobiet. Obecnie parytet 30/70 obowiązuje w Polsce na listach wyborczych i zdaniem resortu gospodarki warto się zastanowić nad jego zastosowaniem w sektorze firm.

Sądzimy, że to jest dobrym początkiem do rozmowy na temat parytetów w radach nadzorczych, które oczywiście mogą iść w obydwie strony, czyli chronią też panów przez nadmierną dominacją pań – uważa wiceminister gospodarki.

Realizacja 40-proc. celu KE będzie wyzwaniem nie tylko w Polsce. Obecnie żadne państwo unijne nie znajduje się blisko tego progu. Liderami są Finlandia i Łotwa, gdzie udział kobiet w radach nadzorczych stanowi odpowiednio 30 i 29 proc. Zdaniem unijnych urzędników, cel jest jednak osiągalny, o czym świadczą przykłady Norwegii i Islandii, gdzie reprezentacja kobiet w radach spółek sięga odpowiednio 44 i 49 proc.

Szwajcarski rynek pracy od maja stoi otworem dla Polaków

CEO Magazyn Polska

Od maja Szwajcaria zlikwidowała limity kwotowe na wydawanie długoterminowych pozwoleń na pobyt. Oznacza to całkowite otwarcie tamtejszego rynku pracy dla obywateli nowej Unii Europejskiej (oprócz Bułgarów i Rumunów), w tym dla Polaków. Do obecnych w Szwajcarii około 40 tysięcy Polaków mogą dołączyć następni, zwłaszcza że ten alpejski kraj kusi wysokimi zarobkami.

Szwajcarzy otwierają rynek, ponieważ jest taka potrzeba. Nie tylko polityczna, ze względu na integrację europejską, która też obejmuje Szwajcarów, choć mają oni w Europie pozycję wyjątkową. Wynika też z faktu, że społeczeństwo się starzeje, podobnie jak w innych rozwiniętych krajach europejskich, co powoduje, że potrzeba napływu taniej siły roboczej, zwłaszcza jeśli chodzi o zawody pielęgnacyjne, jest bardzo duża – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bernhard Matussek, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Polacy, podobnie jak mieszkańcy innych krajów Europy Wschodniej, stosunkowo łatwo integrują się ze Szwajcarami. Ma to związek z podobnymi wyznawanymi wartościami. Szacuje się, że w Szwajcarii mieszka obecnie około 40 tysięcy Polaków, z czego połowa z nich to ci, którzy przyjechali ze względu na pracę.

Polacy są na rynku, obserwuję to przede wszystkim poprzez menadżerów, ludzi wysoko wykwalifikowanych, którzy pracują tam już od wielu lat. W Szwajcarii jest wiele centrali firm czy koncernów międzynarodowych. Wiedza i doświadczenie zdobyte przez polskich menadżerów w ciągu ostatnich 20 lat zaprowadziły ich również do centrali w Szwajcarii. Polacy na wysokich stanowiskach, na stanowiskach menadżerskich są tu obecni już od wielu lat – ocenia Bernhard Matussek.

Jak podkreśla, Szwajcaria oferuje wysokie zarobki, ale jednocześnie koszty utrzymania są tam znacząco wyższe niż w innych krajach europejskich.

Uposażenie, które trzeba mieć, żeby korzystać z dobrodziejstw tego kraju jest wysoko ponad przeciętność. Płaca minimalna w Szwajcarii wynosi około 4 tysięcy franków. To suma z naszego punktu widzenia bardzo wysoka. Płaca minimalna w Szwajcarii jest jednak związana z bardzo wysokimi kosztami życia codziennego, co powoduje, że nie są to pieniądze, które pozwalałyby na podobny poziom życia jak odpowiednio 1314 tys. zł w Polsce – wyjaśnia Matussek.

Wysokie zarobki mogą skusić tych, którzy szukają przede wszystkim pracy pomocniczej i sezonowej oraz młodych ludzi, którzy początek kariery zawodowej chcą spędzić za granicą. 18 maja Szwajcarzy zadecydują w referendum, czy chcą podniesienia płacy minimalnej do poziomu 25 dolarów za godzinę. To najwyższa stawka na świecie, ale zdecydowana większość Szwajcarów zarabia więcej. Już teraz, jak podaje wydany przez szwajcarski związek zawodowy Unia we współpracy z Ambasadą Polską w Bernie i OPZZ przewodnik dla Polaków, minimalne wynagrodzenie np. malarza w niektórych kantonach przekracza tę kwotę.

Wysoka średnia płaca (na poziomie około 5 tys. euro) i niski poziom bezrobocia (na poziomie 3,5 proc.) przyciąga do pracy w Szwajcarii wielu obcokrajowców, zwłaszcza Niemców, Francuzów czy Włochów. Obcokrajowcy stanowią blisko 20 proc. mieszkańców.

Są to ludzie, którzy przez to społeczeństwo często są odbierani jako ci, którzy zabierają pracę Szwajcarom. To jest pewnie początek dyskusji społecznej, która musi się odbyć, żeby wzrosła świadomość społeczna, że obcokrajowcy, nie mówię tu koniecznie o Polakach, będą potrzebni ze względu na strukturę wiekową społeczeństwa – ocenia Matussek.

W lutowym referendum Szwajcarzy opowiedzieli się – choć minimalną przewagą głosów – za ograniczeniem imigracji. Jednak z drugiej strony na rynku pracy brakuje siły roboczej, zwłaszcza słabo wykwalifikowanej, co oznacza, że wynik referendum może zostać zweryfikowany przez życie.

Grupa Muszkieterów stawia na rozwój. W planach 500 nowych sklepów do 2020 roku

0

CEO Magazyn Polska

Francuska Grupa Muszkieterów, która zrzesza właścicieli supermarketów spożywczych Intermarché oraz działających w segmencie dom i ogród sieci sklepów Bricomarché, chce wzmocnić swoją pozycję na polskim rynku. Do 2020 roku zamierza zwiększyć sieć punktów handlowych z obecnych 300 do 800. Dzięki przyjętej strategii firmie udało się zwiększyć obroty dwucyfrowo. W 2013 roku sięgnęły w sumie prawie 5 mld zł.

Pierwsze trzy miesiące tego roku w sklepach Intermarché okazały się lepsze pod względem sprzedaży o 5 proc. w porównaniu do sytuacji sprzed roku. Sprzedaż w okresie przedświątecznym była lepsza o 11 proc.

Obroty Intermarché w 2013 roku wyniosły 3,9 mld zł. W sklepach Bricomarché sprzedaż sięgnęła w tym czasie 980 mln zł. Według zarządu Grupy, jest przestrzeń do dalszego rozwoju. W sumie, zgodnie z przyjętymi założeniami w 2020 roku obroty Muszkieterów mają sięgnąć 16 mld zł.

– Nasza strategia jest nastawiona na bardzo agresywną politykę cenową i redukcję naszych cen, zarówno stałych, jak i promocyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Waligórski, prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché.

Aby te plany udało się zrealizować, firma chce zainwestować w naszym kraju kolejne 6 mld złotych. Chodzi przede wszystkim o pieniądze na rozbudowę sieci. Dziś działa 205 sklepów pod marką Intermarché i 95 punktów handlowych z logo Bricomarché. Są one zlokalizowane głównie w zachodniej Polsce, w małych miejscowościach liczących do 70 tys. mieszkańców. W ciągu kolejnych pięciu lat ma ich być więcej, w sumie o pół tysiąca. Według strategii nowe markety zostaną uruchomione przede wszystkim w centrum i na wschodzie kraju.

– Od początku tego roku uruchomiliśmy już pięć nowych sklepów Intermarché – mówi Waligórski. – Cel na rok 2014 to 20 nowych marketów, działających pod tą marką. Myślę, że zrobimy niespodziankę, i tych sklepów będzie więcej.

Nowe punkty sprzedaży mają być otwierane zarówno w dużych miastach, takich jak Toruń, Łódź i Gdańsk, jak i w mniejszych miejscowościach, m.in. w Bukownie i Suchej Beskidzkiej.

Dalszy rozwój Grupy wpłynie także na zwiększenie zatrudnienia. Dziś Muszkieterowie są pracodawcą dla 13 tys. osób. W 2020 roku we francuskiej sieci pracować będzie 33 tys. osób, z czego 25 tys. w sklepach Intermarché.

Bezpośrednie loty z Warszawy do Dubaju coraz popularniejsze. Od czerwca Emirates zaoferuje większe samoloty

CEO Magazyn Polska

Uruchomienie połączenia lotniczego pomiędzy Warszawą a Dubajem okazało się sukcesem. Obsługująca je linia Emirates po ponad roku lotów zamierza zmienić latający do Dubaju samolot na większy, co pozwoli obsługiwać o połowę więcej pasażerów. Z bezpośredniego połączenia korzystają nie tylko turyści, którzy coraz chętniej wybierają dalekie kierunki podróży, lecz także przedsiębiorcy, którzy prowadzą interesy na rynkach azjatyckich.

– Po pierwszym roku działalności w Polsce możemy z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że spełniły się pokładane w tym połączeniu nadzieje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Pyrka, country manager linii Emirates w Polsce. – Od 1 czerwca br. będziemy operowali samolotem Boeing 777-200, który zabiera 346 pasażerów na pokład. Do tej pory operowaliśmy Airbusem A330, który zabierał ich 237. Możemy więc mówić o 50-proc. przyroście oferowanych miejsc.

Emirates rozpoczęły bezpośrednie loty do Warszawy ze swojej bazy w Dubaju 6 lutego 2013 r. Przewoźnik lata na tej trasie raz dziennie. Pyrka podkreśla, że Boeing 777-200, który od czerwca będzie wykorzystywany przez linię, będzie największym samolotem pasażerskim regularnie pojawiającym się na warszawskim Lotnisku Chopina.

Dodaje, że najwięcej pasażerów lata tylko do Dubaju, choć nie brakuje osób przesiadających się w bazie Emirates. Największe miasto Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest jednak interesujące zarówno dla turystów, jak i dla przedsiębiorców.

– Coraz więcej polskich firm decyduje się rozszerzyć swoją działalność. Postrzegają Bliski Wschód, a także rynki azjatyckie, za pośrednictwem Dubaju, jako dobre miejsce do robienia swojego biznesu, jako miejsce swojego rozwoju. Dubaj staje się atrakcyjnym miejscem ze względu na siedziby i przedstawicielstwa spółek, które pochodzą z Afryki czy też z Azji i otwierają swoje handlowe reprezentacje właśnie tam. Jest także dobrym miejscem na spędzanie wakacji, ale przede wszystkim dobrym miejscem do rozpoczynania swojej ekspansji na Bliskim Wschodzie, w Azji czy Afryce – podkreśla Pyrka.

Dodaje, że również dla turystów jest to atrakcyjny cel podróży. Jednak osoby podróżujące na urlop często korzystają z siatki połączeń Emirates z Dubaju, by dolecieć do miejsc, które do tej pory były trudno dostępne. Pyrka wylicza m.in. Mauritius, Seszele, Sri Lankę, Malediwy, a także dalsze kraje. Polacy chętnie podróżują również do Tajlandii, Malezji, Indonezji, a nawet do Australii.

To właśnie rosnąca liczba pasażerów skłoniła Emirates do zmiany samolotu na większy. Do tej pory na trasie były wykorzystywane samoloty Airbus A330-200. Był to jedyny samolot latający do Polski wyposażony w fotele klasy pierwszej. Od czerwca ta klasa podróży tymczasowo zostanie wycofana z oferty Emirates w Polsce, bo Boeing 777-200 będzie miał tylko klasę biznes i ekonomiczną. Samolot z klasą pierwszą może powrócić do Warszawy od listopada, jak wynika z systemu rezerwacyjnego linii.

Od czerwca w ofercie Emirates do Polski na każdy lot będą 304 miejsca w klasie ekonomicznej i 42 w klasie biznes. Nie zmieni się oferta cargo, która pozostanie na poziomie maksymalnie 17 ton na rejs.

– Spodziewamy się, że trendy przychodów, przynajmniej jeżeli chodzi o Emirates w Polsce, są proporcjonalne do tego, co naszym pasażerom oferujemy, czyli będzie odpowiedni wzrost związany z wprowadzeniem nowego samolotu – przewiduje Pyrka, dodając, że sprzedaż usług takich jak cargo czy pakiety wakacyjne (poprzez spółkę Emirates Holidays) są dodatkowymi źródłami przychodów.

W ciągu roku od rozpoczęcia działalności w lutym 2013 roku Emirates przewiozły z i do Polski 145 tys. pasażerów – wynika ze statystyk linii.

Na rynek trafiły telewizory o rozdzielczości wyższej niż Full HD. Sporo klientów wciąż wybiera jednak modele z podstawowymi funkcjami

CEO Magazyn Polska

Konsumenci coraz chętniej sięgają po duże telewizory, ale nie wszyscy chcą płacić za dodatkowe usługi smart TV, czyli za dostęp do internetu i możliwość korzystania z aplikacji. Dlatego w tym roku na rynku dominować będą raczej duże odbiorniki z podstawowymi funkcjami, które będą przyciągać klientów atrakcyjną ceną. Tymczasem telewizory o rozdzielczości wyższej niż Full HD już pojawiają się na rynku, ale powszechne mogą stać się dopiero w przyszłym roku.

Rok 2013 rozpoczął modę na 4K. To były pierwsze jaskółki. W tym roku telewizory 4K, czyli o rozdzielczości czterokrotnie wyższej niż Full HD, wchodzą na rynek. Praktycznie w ofercie każdej firmy pojawi się jeden lub kilka telewizorów 4K – zauważa Adrian Wysocki, product manager AV w firmie Sharp.

Pomimo rozpoczęcia sprzedaży takich telewizorów przez co najmniej kilku producentów, w tym roku nie zdobędą one jeszcze zbytniej popularności. Powody są dwa.

Telewizory 4K są dużo droższe, o 50 do 80 proc. od telewizorów Full HD. Po drugie, cały czas jest problem z kontentem. Ponieważ kontentu 4K jako takiego nie ma – mówi Adrian Wysocki agencji informacyjnej Newseria.

Z czasem ten problem będzie zanikał i w tym roku pojawi się więcej filmów czy programów w rozdzielczości 4K, które będzie można pobrać lub wypożyczyć przez VOD. Jednak dopiero w 2015 roku takie materiały mają szansę się upowszechnić.

Podejrzewam, że w przyszłym roku jedna trzecia oferty praktycznie każdej firmy to będą już produkty w rozdzielczości 4K – prognozuje Wysocki. – W związku z tym, że z jednej strony mamy produkty Full HD, z drugiej strony mamy produkty 4K, które są bardzo wysokiej jakości, jeżeli chodzi o obraz. Natomiast cenowo są również wysoko pozycjonowane.

Odpowiedzią ma być technologia Quattron Pro, która opiera się na rozdzielczości Full HD, ale oferuje zaawansowaną obróbkę subpikseli i materiały 4K można oglądać na telewizorze o niższej rozdzielczości.

Jest to jedyne tego typu rozwiązanie na rynku, że telewizor Full HD przyjmie w ogóle sygnał 4K i odtworzy go na swoim ekranie. Dzięki upscalerowi wbudowanemu w ten telewizor możemy cieszyć się jakością wyższą niż Full HD, mając sygnał tylko Full HD – zapewnia przedstawiciel firmy Sharp.

Podczas gdy technologię 4K można nazwać technologią luksusową, ponieważ ceny telewizorów sięgają kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych, produkty Quattron Pro są zbliżone cenowo do rozwiązań Full HD, ale technicznie bliżej im do 4K.

Quattron Pro to krok pośredni pomiędzy Full HD a 4K dla kogoś, kto chce mieć duży telewizor, chce mieć telewizor o jakości zbliżonej do 4K, ale nie chce wydawać kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych – mówi Adrian Wysocki.

Producenci zauważyli potrzebę wprowadzenia na rynek dużych telewizorów, ale niekoniecznie naszpikowanych nowymi technologiami. Jest bardzo duża liczba klientów, którzy chcą oglądać telewizję na dużym ekranie, ale dla których najważniejszym kryterium wyboru jest cena.

W tym roku pojawi się coraz więcej większych telewizorów aż do 50 cali, które nie będą miały funkcjonalności smart, tylko po prostu będą telewizorami do oglądania telewizji. One będą bardzo konkurencyjne cenowo. Telewizory około 50 cali będą kosztowały około 2,5 tys. zł – twierdzi Wysocki.

Część klientów będzie wybierać jednak telewizory z funkcją smart z dostępem do internetu, aplikacji, filmów na życzenie czy gier. W tej chwili około 70 proc. takich telewizorów jest podłączonych w domach do internetu.

Zmiany na liście leków refundowanych. 117 nowych leków i 46 usuniętych

CEO Magazyn Polska

Na kolejnej nowej liście refundacyjnej leków, obowiązującej od maja, znajduje się 117 nowych produktów, a 46 z niej usunięto. Cztery nowe substancje czynne do tej pory nie były dostępne w programie refundacji. Spośród nowo dodanych 117 leków w ubiegłym roku 25 było dostępnych w sprzedaży. Pacjenci wydali na nie blisko 8,4 mln zł, a dziś po zastosowaniu refundacji zapłaciliby 2,9 mln zł.

Od maja obowiązuje kolejna już, nowa lista refundacyjna – zarówno na rynku leków aptecznych, jak i na rynku szpitalnym. Największe zmiany, jakie zostały umieszczone w tej liście, to pojawienie się czterech nowych leków [substancji czynnych red.], które do tej pory nie były dostępne dla pacjenta w wyniku refundacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Leoszkiewicz z IMS Health.

Wśród nich znajduje się lek, w którym zawarto dwie substancje czynne (tramadol i paracetamol), co oznacza, że jego działanie jest szersze i bardziej skuteczne. Na nowych lekach skorzystają chorujący na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, epilepsję, pacjenci onkologiczni i z nasilonym bólem.

W przypadku dwóch innych substancji czynnych rozszerzono wskazania refundacyjne, co pozwoli pacjentom korzystać z leczenia w niższej cenie. Kwas zoledronowy, stosowany w leczeniu osteoporozy i zapobieganiu powikłaniom kostnym u chorych z zaawansowanymi nowotworami z przerzutami do kości, będzie mógł być stosowany we wszystkich zarejestrowanych wskazaniach. W przypadku rywaroksabanu, zapobiegającego powstawaniu zakrzepów krwi, zwiększono dostęp do leczenia dla pacjentów z zatorowością płucną i zakrzepicą żył głębokich.

Zmiany dopłat obejmują 765 pozycji farmaceutyków. 10-złotowa różnica w cenie dotyczy 24 leków: do 14 pozycji pacjent dopłaci, a 10 farmaceutyków potanieje o 10 złotych.

Nowa lista refundacyjna nie wprowadza drastycznych zmian w dopłacie pacjenta, w związku z czym nie należy się też martwić tym, iż pacjent po przybyciu do apteki będzie zaskoczony ceną swojego leku. Oczywiście zdarzają się wyjątki, aczkolwiek należy pamiętać o tym, że pacjent zawsze ma możliwość wykupu leku generycznego z ceną niższą niż cena leku, który został przepisany na recepcie – mówi Leoszkiewicz.

Sprzedaż 46 produktów, które usunięto z listy refundacyjnej od 1 maja, w ubiegłym roku osiągnęła wartość 3,2 mln zł, liczoną w cenach detalicznych brutto. Pacjenci dopłacili do nich 1,2 mln zł, a NFZ wydatkował w tym samym czasie 2,3 mln zł.

Proszę pamiętać o tym, że wśród leków usuniętych nie ma takiego, który znikając, pociągałby za sobą substancję czynną. Każdy produkt, który wychodzi z listy refundacyjnej, ma swój odpowiednik generyczny, w związku z czym pacjenci nie pozostali bez dostępu do omawianej wychodzącej molekuły – podkreśla Katarzyna Leoszkiewicz.

Fundusze unijne za lata 2007–2013 rozpędziły polską gospodarkę. Taki wynik może już się jednak nie powtórzyć

CEO Magazyn Polska

W poprzedniej perspektywie finansowej UE polska gospodarka rosła dzięki polityce spójności o 1 pkt proc. szybciej. Powstało wtedy blisko 350 tys. nowych miejsc pracy i ponad 1300 km autostrad i dróg ekspresowych – wynika z analiz wykonanych na zlecenie Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Ekonomiści zwracają jednak uwagę, że o ile udało się w krótkim okresie poprawić statystyki makroekonomiczne, to zbyt mało środków zainwestowano w poprawę konkurencyjności i innowacyjności.

Od 2004 do 2013 roku poziom dochodu na mieszkańca w Polsce odniesiony do średniej unijnej zwiększył się z 50 proc. do 67 proc. To jest potężny skok rozwojowy i skorzystaliśmy na nim wszyscy. Natomiast wśród branż, które skorzystały najbardziej z pewnością trzeba wymienić infrastrukturę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole.

Z danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju wynika, że dzięki funduszom europejskim w latach 2007–2013 powstało lub zostało zmodernizowanych 11,016 tys. km dróg, w tym 1,355 tys. km autostrad i dróg ekspresowych. Ponadto wybudowano lub gruntownie zmodernizowano 1653 km linii kolejowych. W tym samym okresie dzięki współfinansowaniu ze środków UE powstało także 420 oczyszczalni ścieków i zrealizowano 528 inwestycji w zakresie odnawialnych źródeł energii.

To był czynnik, który znacząco przyspieszył wzrost gospodarczy w Polsce, ale przede wszystkim poprawił jakość istniejącej infrastruktury i zwiększył jej zasób. Z lepszej infrastruktury korzystamy wszyscy, nie tylko gospodarstwa domowe, ale i firmy. Dzięki niej mamy wyższą wydajność w skali całej gospodarki. Można zatem powiedzieć, że cała gospodarka na niej skorzystała – uważa Borowski. 

Według analiz wykonanych dla MIR, polityka spójności wpłynęła pozytywnie na tempo wzrostu gospodarczego w okresie od 2007 r. W 2012 r. według modelu Hermin, wzrost PKB dzięki wykorzystaniu funduszy unijnych był o 0,8 pkt proc. wyższy w porównaniu do scenariusza braku polityki spójności. Według modelu opracowanego przez Instytut Badań Strukturalnych, w 2012 r. dzięki środkom europejskim gospodarka rozwijała się szybciej o 1,1 pkt proc. Dzięki przyspieszeniu wzrostu gospodarczego w całym okresie od 2007 r. poziom PKB w 2012 r. był wyższy o 6,2 proc. (model EUImpactMod), a według modelu Hermin – nawet o 16,1 proc. w porównaniu do hipotetycznej sytuacji, gdyby gospodarka nie była zasilana funduszami UE. Autorzy opracowania na stronie MIR piszą jednak, że zasadnicza część tego wzrostu to tzw. efekt popytowy, z czym zgadza się Jakub Borowski.

– To jest potężna korzyść, potężne przyspieszenie wzrostu, dzięki programom wsparcia dla polskiej gospodarki. Natomiast te środki tylko w pewnym stopniu, w mniejszym, niż tego oczekiwaliśmy, przyczyniają się do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki. Innymi słowy, te środki były w znacznym stopniu przepalane w ramach pierwszej unijnej perspektywy finansowej – twierdzi główny ekonomista Crédit Agricole. 

Efekt popytowy wydatkowania środków unijnych polega na tym, że w krótkim okresie w związku z inwestycjami rosną wydatki firm i konsumentów oraz zatrudnienie w gospodarce. Po upływie czasu impuls popytowy zanika, dlatego ważniejsze jest, aby inwestycje współfinansowane przez UE generowały efekt podażowy, który trwale zwiększa dobrobyt. W skrócie, wymaga to takiego wyboru inwestycji, dzięki którym będzie rosła produktywność pracy i aktywów, jakie posiadają przedsiębiorstwa.

To jest dzisiaj podstawowe wyzwanie: w jaki sposób wydać tę potężną pulę środków unijnych, aby uczynić polską gospodarkę bardziej innowacyjną, aby nie kreować tylko dodatkowego popytu w gospodarce, ale żeby stworzyć też trochę podaży. Czyli stworzyć takie firmy, innowacje, techniki produkcji i produkty, które sprawią, że polska gospodarka będzie mocniejsza i bardziej widoczna na rynkach eksportowych – uważa Borowski.

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju podaje, że z perspektywy finansowej 2007–2013 skorzystało ponad 28 tys. firm oraz 258 instytucji otoczenia biznesu. Wraz z wydatkami na infrastrukturę i politykę rynku pracy pozwoliło stworzyć około 350 tys. nowych miejsc pracy. Nie oznacza to jednak automatycznie tego, że gospodarka skorzystała na wszystkich ze stworzonych miejsc pracy czy dofinansowanych firmach. Rentowność wielu z unijnych projektów – a także sztucznie stworzonych miejsc pracy – będzie dopiero zweryfikowana przez rynek, czyli przez konsumentów i przedsiębiorców.

– Chodzi o to, aby środki trafiały do tych, którzy potrafią zamienić je na innowacje, na jakiś nowy produkt, na nową technikę produkcji, która popchnie polską gospodarkę do przodu, uczyni ją bardziej konkurencyjną. Znane są anegdoty na przykład taksówkarzy, którzy brali udział w kursach finansowanych ze środków unijnych, które miały podnosić ich znajomość języków obcych. Generalnie skuteczność takich kursów jest niska, jeżeli ta wiedza nie jest weryfikowana i ugruntowywana. To jest ciemny punkt i jednocześnie główne wyzwanie dla Polski dzisiaj – twierdzi Jakub Borowski.

Duże firmy coraz częściej odchodzą od tradycyjnych rozmów kwalifikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Podczas rozmów kwalifikacyjnych pracodawcy oprócz sprawdzania kompetencji potencjalnego pracownika, coraz częściej badają także jego odporność na stres, zdolności analityczne oraz kreatywność. W ramach procesu rekrutacyjnego kandydat może zostać poproszony o opowiedzenie dowcipu lub zapytany o podejście do zdrady partnera. Nietypowe rekrutacje pomagają budować pozytywny wizerunek firmy jako pracodawcy.

Rekruterzy prześcigają się w wymyślaniu nietypowych pytań, które mają na celu zbadanie nie tyle kompetencji rozmówcy, ile jego kreatywności lub zdolności radzenia sobie ze stresem.

Wszystkie pytania rekrutacyjne, które potem wyciekają do opinii publicznej, mają za zadanie budować wizerunek pracodawcy, tworzyć employer branding danego przedsiębiorstwa. Z nietypowych pytań rekrutacyjnych słyną firmy, które cieszą się dobrą opinią pracowników, czyli Google czy Facebook. Inne firmy starają się naśladować te trendy, również w Polsce pojawiają się nietypowe pytania podczas procesu rekrutacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Łukasz Śrama z HR24, firmy zajmującej się doradztwem personalnym i zawodowym.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej pracodawca może zapytać, ile piłek mieści się w autobusie albo ile złotówek potrzeba, by zbudować wieżę wysokości Pałacu Kultury. Abstrakcyjne zagadnienie ma na celu ocenę zdolności kandydata do analitycznego myślenia. Zdarza się również, że pracodawca zada rozmówcy niedyskretne pytanie na temat jego życia prywatnego.

Przykład dziwnego pytania, na które ciężko odpowiedzieć: „jak myślisz, ile razy zdradziła cię twoja żona?”. Badamy, jak kandydat zachowuje się pod wpływem stresujących bodźców. Podczas rozmów kwalifikacyjnych kandydat może zostać też poproszony o opowiedzenie dowcipu. Wtedy też często pojawia się wahanie, niepewność, jak wybrnąć z takiej sytuacji, kiedy nic nie przychodzi do głowy – mówi Łukasz Śrama.

Eksperci przekonują, że w sytuacji, kiedy podczas rozmowy kwalifikacyjnej padnie krępujące pytanie, najważniejsze jest zachować spokój i spróbować na nie odpowiedzieć.

PKO Bank Polski – dywidenda za 2013 rok

Zarząd PKO Banku Polskiego zaproponował podział zysku za 2013 rok, w tym wypłatę dywidendy w wysokości 937,5 mln zł, czyli 0,75 zł z brutto na jedną akcję. Spójna z polityką dywidendową banku rekomendacja zapewnia zachowanie miar adekwatności kapitałowej na bezpiecznym poziomie oraz dalszy rozwój instytucji. Po zaopiniowaniu przez Radę Nadzorczą decyzje podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.

Zarząd proponuje przeznaczyć na dywidendę 31,65 proc. zysku netto do podziału za 2013 r. z uwzględnieniem stosownych zasad rachunkowości. Polityka dywidendowa PKO Banku Polskiego, zaktualizowana w 2012 roku, zakłada stabilne realizowanie wypłat dywidend w długim terminie z zachowaniem zasady ostrożnego zarządzania instytucją i stosownie do możliwości finansowych Grupy Kapitałowej. Jest zgodna z rekomendacją UKNF odnoszącą się do wzmocnienia baz kapitałowych banków.

– PKO Bank Polski prowadzi stabilną politykę dywidendową przy jednoczesnym dynamicznym rozwoju skali działalności, realizowanym poprzez wzrost organiczny oraz fuzje i alianse strategiczne. Siła kapitałowa Banku pozwala nam na regularne dzielenie się zyskiem z akcjonariuszami – podkreśla Zbigniew Jagiełło, Prezes Zarządu PKO Banku Polskiego.

Wypłata dywidendy w rekomendowanej wysokości zapewni utrzymanie wskaźnika adekwatności kapitałowej powyżej 12 proc. oraz wskaźnika Tier 1 powyżej 9 proc. z zachowaniem niezbędnego bufora kapitałowego, co pozwoli utrzymać dobrą sytuację kapitałową i płynnościową Banku oraz zapewni rozwój działalności kredytowej.

Proponowanym terminem ustalenia prawa do dywidendy jest 18 września 2014 roku, zaś wypłaty dywidendy 3 października tego roku.

Deklaracja jest zgodna z ogólnymi rekomendacjami KNF skierowanymi do prezesów banków odnośnie wypłaty dywidendy z zysku za 2013 rok.

PKO Bank Polski, jako jedyny przedstawiciel sektora na GPW, dokonywał wypłat dywidendy w każdym roku od momentu debiutu w 2004 roku, co świadczy o silnych fundamentach i wysokich wynikach finansowych. W ubiegłym roku przy wypłacie z zysku netto za rok 2012 stopa dywidendy (na dzień dywidendy) wyniosła 4,9 proc.

Czas zmian, reorganizacje, nowy właściciel i nowe porządki w firmie

Gdy firmę przejmuje nowy właściciel, dotychczasowi pracownicy obawiają się zaprowadzenia nowych porządków. Zwłaszcza, gdy towarzyszą im duże zmiany organizacyjne, likwidacja działów, zwolnienia oraz renegocjacje umów. Czy także ciężarna pracownica w okresie ochronnym powinna obawiać się pogorszenia warunków pracy i płacy a nawet zwolnienia? Wątpliwości wyjaśnia ekspert, Marta Kosakowska, aplikant adwokacki w TGC Corporate Lawyers.

Zgodnie z art. 231 kodeksu pracy, jeśli dochodzi do przejścia zakładu w ręce innego pracodawcy, to ten staje się stroną w dotychczasowym stosunku pracy, jaki łączył zatrudnionych z poprzednim pracodawcą.

Jeśli więc ciężarna pracownica wcześniej zatrudniona została w oparciu o umowę o pracę na czas nieokreślony, zgodnie z art. 177 § 1 k.p. , obecny pracodawca nie może wypowiedzieć ani rozwiązać z nią umowy o pracę, zarówno w okresie ciąży, jak i podczas urlopu macierzyńskiego, chyba że zachodzą przyczyny uzasadniające rozwiązanie stosunku pracy bez wypowiedzenia (czyli zastosowanie zwolnienia dyscyplinarnego).

Rozwiązanie angażu zatrudnionej spodziewającej się dziecka może nastąpić jedynie w sytuacji likwidacji zakładu bądź ogłoszenia upadłości.

Również w sytuacji, gdy pracodawca zdecydowałby się dokonać w spółce zwolnień grupowych, nie ma powodu do zmartwienia. Zgodnie bowiem z art. 5 ust 5 ustawy z dnia 13 marca 2003 r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników, w okresie objęcia szczególną ochroną przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem stosunku pracy (czyli w okresie ciąży i urlopu macierzyńskiego), pracodawca może jedynie wypowiedzieć dotychczasowe warunki pracy i płacy. Ewentualne zastosowanie wypowiedzenia zmieniającego, na skutek którego zmniejszy się otrzymywane wynagrodzenie, spowoduje, iż do końca okresu szczególnej ochrony, pracownica będzie otrzymywała dodatek wyrównawczy.

Finansowa majówka, czyli dlaczego warto wysłać nasze nawyki i bariery na długi weekend

Odłożyć czy wydać? Takie pytanie zadajemy sobie niemal każdego dnia, zanim sięgniemy po portfel. Zazwyczaj nie ma wyjścia – życie kosztuje. Jednak mniejsze sumy moglibyśmy bez problemu odłożyć. „Moglibyśmy”, ale tego nie robimy.

Dlaczego?
Badania pokazują, że odsetek osób, które chcą lub uważają, że powinno się oszczędzać, od lat utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. – Wynika to z normy społecznej oraz faktu, że ludzie, którzy oszczędzają, są postrzegani jako rozsądni i racjonalni – wyjaśnia prof. Tomasz Zaleśkiewicz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. W rzeczywistości nasze zachowania znacząco odbiegają od deklaracji. Jedynie niewielki odsetek Polaków oszczędza, a jeszcze mniejszy robi to regularnie.

Uzasadnienie jest zazwyczaj podobne: „nie mam z czego”. Jednak bardzo często, wbrew powszechnemu przekonaniu, to nie wysokość zarobków blokuje nas przed oszczędzaniem. Psychologowie zajmujący się problematyką naszych zachowań finansowych wskazują, że taka postawa może mieć również inne podłoże.

– Wraz ze wzrostem zasobności rośnie poziom aspiracji. Z psychologicznego punktu widzenia nie jest więc oczywiste, że jeśli ludzie mają więcej pieniędzy, to będą więcej odkładać – twierdzi prof. Tomasz Zaleśkiewicz.

Sytuację tę komplikuje fakt, że oszczędzanie jest całkowicie sprzeczne z naturą człowieka. – Jest ono dla nas czymś nienaturalnym, wręcz nieprzyjemnym. Nie lubimy odraczać gratyfikacji. Bezpieczniej jest konsumować niż odkładać coś na przyszłość, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy – tłumaczy.

Odległy cel utrudnia mobilizację
Odkładanie pieniędzy jest dla nas tym trudniejsze, im bardziej odległy cel obierzemy. – Trudno jest zmusić ludzi, żeby uruchomili w umyśle długoterminową perspektywę i już teraz zaczęli oszczędzać na coś, co wydarzy się np. za trzydzieści lat, np. na emeryturę – mówi prof. Zaleśkiewicz.

Dodatkową przeszkodę stanowi fakt, że w Polsce nie ma tradycji samodzielnego oszczędzania na przyszłość, a ze słowem „emerytura” nierozerwalnie wiąże się hasło „ZUS”. – „Zdejmuje” to z ludzi myślenie w kategoriach, że sami muszą wykonać wysiłek i wziąć odpowiedzialność za to, co wydarzy się gdy już będą musieli przejść na emeryturę – ocenia prof. Zaleśkiewicz. – A wytworzenie pewnych norm, nawyków jest szalenie trudne. Czasami wymaga to nawet kilku pokoleń – dodaje.

Finansowy żargon i postrzeganie ryzyka
Przed skorzystaniem z dostępnych na rynku narzędzi ułatwiających odkładanie i pomnażanie pieniędzy wielu z nas powstrzymuje też stosunkowo hermetyczny język, jakim posługują się przedstawiciele instytucji finansowych. Sprawia on, że ludziom bardzo trudno jest zrozumieć mechanizm działania produktu, tym bardziej na tle skomplikowanych procesów zachodzących na rynku finansowym.

Zdaniem Tomasza Zaleśkiewicza uproszczenie języka finansowego i posługiwanie się pojęciami lepiej obrazującymi działanie produktów finansowych, ekonomii i współzależności, jakie między nimi zachodzą, pomogłoby podejmować ludziom bardziej sensowne i rozsądne decyzje.

Barierą w korzystaniu z różnorodnych produktów finansowych jest też sposób w jaki ludzie postrzegają ryzyko inwestycyjne. Jak twierdzi badacz, nie ma to nic wspólnego z metodami oceny ryzyka stosowanymi przez profesjonalne instytucje finansowe. – Ludzie „mierzą” ryzyko zupełnie innymi kategoriami, np. czy mają nad czymś kontrolę lub czy coś znają. To, co jest ludziom znane, automatycznie wydaje im się bardziej bezpiecznie, nawet jeśli nie ma to nic wspólnego z danymi rzeczywistymi, obiektywnymi” – tłumaczy.

Zdaniem Piotra Minkiny z Union Investment TFI, to zapewne jeden z powodów, dla którego lokaty bankowe są tak bliskie Polakom, podczas gdy istnieją inne produkty, które charakteryzują się zbliżonym poziomem ryzyka, a często przynoszą zauważalnie wyższe zyski.

Warto też mieć świadomość, że aby efektywnie odkładać pieniądze, powinniśmy zmienić sposób myślenia. Nie traktujmy oszczędzania i pomnażania środków w kategoriach straconej szansy czy odmówienia sobie przyjemności. Lepiej pomyślmy, co zyskujemy – możliwość zrealizowania większego celu, marzenia lub stabilność finansową.
Mity związane z pomnażaniem kapitału

Przyjrzyjmy się także największym mitom, które narosły wokół pomnażania kapitału lub mówiąc bardziej fachowo – „inwestowania”.

Mit 1 – Inwestowanie jest dla ekspertów
Nieprawda. Podobnie jak w przypadku innych usług, nie musimy się na nich profesjonalnie znać, aby z satysfakcją z nich korzystać. Wystarczy wybrać rzetelną, przejrzystą i nadzorowaną przez KNF firmę inwestycyjną, która może się pochwalić dobrymi, wieloletnimi wynikami i stabilną kadrą. To jej specjaliści będą naszymi ekspertami od zarządzania pieniędzmi. My tylko zdecydujemy, na jak długo i w jaki sposób będą pomnażane nasze oszczędności.

Mit 2 – Inwestowanie jest czasochłonne
Nieprawda. Kluczowe jest zmobilizowanie się i zrobienie pierwszego kroku. Po wyborze konkretnego produktu, co można zrobić także w banku, wystarczy ustawić stałe zlecenie przelewu z konta. Nasz kapitał cały czas będzie „pracował” a my nawet tego nie odczujemy.

Mit 3 – Inwestowanie jest drogie
Kolejny mit. Aby zacząć pomnażać kapitał wystarczy 100 lub 200 zł miesięcznie. Nie obciąży to naszego domowego budżetu. Ważna jest systematyczność.

– Jeśli uświadomimy sobie pewne psychologiczne mechanizmy wpływające na nasze zachowanie, możemy wiele zyskać. Co więcej, przy odpowiedniej taktyce uda nam się nie tylko odłożyć satysfakcjonującą sumę pieniędzy, ale co ważniejsze – zrobić to bez wielkich wyrzeczeń i zaciskania pasa – mówi Piotr Minkina z Union Investment TFI.
Może zatem warto wykorzystać wolny czas, by określić swoje cele, ze spokojem przeanalizować wydatki? Może jesteśmy w stanie wyrobić sobie pewne pozytywne nawyki, które z czasem zaprocentują?

Cel, który eliminuje straty czasu. Materiał ekspercki

Każdego dnia wykonujemy dziesiątki, a niekiedy nawet setki różnych czynności. Niezależnie od natłoku obowiązków warto jednak w pewnym momencie zwolnić i zastanowić się, jaki cel mają te podejmowane przez nas działania. Jak się bowiem okazuje, wiele niepotrzebnych zadań wykonujemy mechanicznie i bezrefleksyjnie, marnując w ten sposób codziennie mnóstwo czasu.

Większość ludzi marzy o tym, by ich każdy kolejny dzień obfitował w szereg nowych wyzwań, doświadczeń, wrażeń czy decyzji. Proza życia często sprowadza nas jednak na utarte ścieżki, na których czyhają wciąż te same, powtarzalne czynności i zachowania.

Nad tym, jak się z tego wyrwać, przynajmniej raz na jakiś czas zastanawiają się niemal wszyscy: przedsiębiorcy i pracownicy, doświadczeni i nowicjusze, specjaliści i stażyści. Prędzej czy później dochodzą oni do zatrważającego wniosku: na działania zupełnie nieistotne tracimy zbyt dużo czasu!

Co zatem należy w sobie zmienić, by zyskać pewność, że za 10 lat nie będziemy wciąż w tym samym miejscu?

Bez celu tracisz czas

– Najlepszym sposobem, by zagwarantować sobie stały rozwój, a jednocześnie uniknąć wrażenia marnowania czasu, jest określanie długofalowych celów. Żyjąc „tu i teraz” narażamy się bowiem na to, że przez cały czas pracować będziemy na sukcesy innych osób, wg ich życzeń, a nie naszych – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, ekspert zarządzania czasem.

Co więcej, działając bez wizji możemy w pewnym momencie złapać się na tym, że wykonujemy niemalże wszystko, co nam zlecono, nie zastanawiając się przy tym, jak wpłynie to na nasze dalsze losy.

Tak naprawdę to tylko od nas zależy więc, jaki skutek będą miały wspomniane setki czynności, których podejmujemy się każdego dnia: czy przybliżą nas do zaplanowanego efektu, czy też sprawią, że zmarnujemy czas kręcąc się w kółko.

Cel pozwala uniknąć bólu głowy

Wyznaczony przez nas cel pozwoli nadać sens wielu pomniejszym zadaniom. Taki sposób funkcjonowania sprawdzi się jednak również w dużo bardziej prozaicznych sytuacjach z życia codziennego.

Wyobraźmy sobie, że nasz znajomy proponuje nam wyjście do teatru na ostatnią sztukę prezentowaną w jakimś konkretnym terminie. Jednocześnie w tym samym czasie zaplanowano transmisję meczu piłki nożnej najlepszych drużyn Europy.
¬
– Staniemy w tym momencie przed nie lada problemem, co wybrać. Są osoby, dla których dylemat ten wiązał się będzie nawet z niemałym bólem głowy. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że jeszcze w styczniu postanowiliśmy w tym roku się przede wszystkim ukulturalniać, ostateczna decyzja okaże się szybka, łatwa i przyjemna – podpowiada Grzegorz Frątczak.

Długofalowe cele upraszczają więc nasze życie, a jednocześnie pozwalają zaoszczędzić czas, który do tej pory trwoniliśmy na zastanawianie się i przedstawianie samemu sobie różnych argumentów przemawiających za jednym bądź drugim rozwiązaniem.

Małe cele, duży sukces

Kierując się wizją efektu końcowego z całą pewnością dużo łatwiej jest osiągnąć sukces. Istotna przy tym jednak jest umiejętność odpowiedniego projektowania swojego czasu poprzez wyznaczanie krótszych (tygodniowych, kwartalnych czy nawet rocznych) punktów kontrolnych.

– Jeśli postanowiliśmy, że za dwa lata nasza firma będzie miała 10 mln zł obrotów, kwoty tej nie możemy podzielić na poszczególne miesiące i tylko oczekiwać stałych przyrostów. Zamiast tego, lepiej zdecydować się na systematyczne odbywanie np. 20 spotkań z klientami i rozliczanie siebie z efektów nawiązanych relacji– zauważa przedstawiciel CEO Solutions.

Co więcej, działając w ten sposób szybko odkryjemy, jakich zasobów, umiejętności czy doświadczeń brakuje nam jeszcze do realizacji zamierzeń i będziemy w stanie odpowiednio zareagować. Tego typu podejście ułatwi nam także eliminowanie działań czy zachowań, które w rzeczywistości oddalają nas od naszego celu.

– Skoro bowiem wiemy, że za naszym sukcesem stanąć powinny owe spotkania, wszystko inne schodzi na dalszy plan. Nawiązujemy kontakt, szukamy lokalizacji, rezerwujemy swój czas i nie mamy trudności z odrzucaniem tego, co nam w tym przeszkadza – dodaje specjalista zarządzania czasem.

20%, które decyduje o wszystkim

Bez wątpienia na początku najtrudniej będzie przyzwyczaić się właśnie do owej eliminacji wszystkiego, co zbędne. Warto jednak w tym momencie przypomnieć sobie zasadę Pareto, która mówi, że nawet 80% efektów jest przeważnie wynikiem tylko 20% czynności.

W praktyce, to 1/5 działań decyduje o tym, w jakim kierunku zmierzać będzie nasze życie. Klucz do sukcesu stanowi zatem racjonalna ocena, które z wykonywanych przez nas na co dzień czynności mieszczą się w tej grupie, a jednocześnie przybliżają nas do osiągnięcia wybranego efektu końcowego.

Rekordowa liczba zeznań podatkowych została wysłana przez internet. Jest już 5 milionów e-PIT-ów

CEO Magazyn PolskaZ roku na rok coraz więcej osób rozlicza się z fiskusem przez internet. W tym elektronicznie wysłano już 5 mln e-PIT-ów. Dla tych, którzy z wypełnieniem formularzy czekają do ostatniego momentu,  wysłanie PIT-u drogą elektroniczną może być dobrym rozwiązaniem, bo znacznie przyspieszy i ułatwi całą procedurę.

Obserwujemy coraz większe zainteresowanie przesyłaniem PIT-ów przez internet, i to nas bardzo cieszy. W 2011 roku odliczaliśmy do pierwszego miliona, w 2012 roku – do drugiego, w 2013 roku – do trzeciego, dzisiaj odliczamy do pięciu milionów. Mamy nadzieję pobić ten rekord – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesława Dróżdż, rzeczniczka Ministerstwa Finansów.

Rozliczenie się z urzędem skarbowym drogą elektroniczną jest nie tylko najłatwiejszym, lecz także najbezpieczniejszym i najtańszym sposobem.

Oszczędzamy czas na dojazd do urzędu skarbowego, a co za tym idzie, również czas na stanie w kolejce do okienka. Oszczędzamy pieniądze na znaczek pocztowy, który ewentualnie chcielibyśmy nakleić na list, który trzeba zanieść do skrzynki pocztowej. Wystarczy dzisiaj podłączenie do internetu, komputer, wygodny fotel, PIT za zeszły rok, ponieważ przychód z tego PIT-u będzie nam potrzebny do podpisu elektronicznego naszego zeznania, i około siedmiu do dziesięciu minut, żeby wypełnić elektroniczny druk – mówi Wiesława Dróżdż.

Elektroniczne wysłanie formularza pomoże także ustrzec się najczęstszych błędów, jakie popełniają podatnicy – przede wszystkim mowa tu o błędach rachunkowych czy o braku podpisu na zeznaniu. W sytuacji, gdyby zeznanie było wypełniane i wysyłane w tradycyjny sposób, urzędnicy nie mają możliwości poprawy ewentualnych błędów. Wówczas podatnik jest wzywany przez urząd skarbowy do korekty zeznania albo – w przypadku braku podpisu – do jego uzupełnienia.

Jeżeli decydujemy się na formę elektroniczną, takich błędów nie zrobimy. Po pierwsze, system wyliczy za nas wysokość podatku, a po drugie nie przyjmie naszego zeznania rocznego, jeżeli nie będzie tam wypełnionych wszystkich wymaganych pól, czyli między innymi naszego podpisu – zaznacza Dróżdż.

Jak wskazują statystyki Ministerstwa Finansów, rozliczenie z fiskusem drogą elektroniczną najczęściej wybierają osoby w wieku 31–40 lat – to niemal 28 proc. wszystkich przekazanych rozliczeń. Wśród młodszych osób, do 30. roku życia, taki sposób rozliczenia wybiera ponad 21 proc. podatników.

Po 10 latach w Unii Polska niemal podwoiła PKB. Kolejna perspektywa będzie trudniejsza

CEO Magazyn Polska

Na tle nowych i starych krajów członkowskich Unii Europejskiej Polska bardzo dużo zyskała dzięki dobrze wykorzystanym środkom unijnym uważa Jerzy Kwieciński, były wiceminister rozwoju regionalnego. Polski PKB wzrósł o dwie trzecie, a eksport – prawie trzykrotnie. Na wspólnym unijnym rynku korzystają przedsiębiorcy, którzy mają większy rynek zbytu, a także pracownicy, którzy mogą przemieszczać się po krajach UE w poszukiwaniu pracy. W najbliższych latach konieczne będzie jednak dostosowanie się do nowych priorytetów wspólnoty, jak wzrost innowacyjności i wykorzystania odnawialnych źródeł energii.

Polski PKB wzrósł z 924 mld w 2003 r. do ponad 1,6 bln zł w ubiegłym, a eksport jest dwa i pół razu wyższy. Do krajów członkowskich UE eksportujemy ponad trzy razy więcej niż przed akcesją.

Wynika to z uczestnictwa Polski w bardzo dużym rynku Unii Europejskiej. Jest to zdecydowanie najważniejszy ze wszystkich czynników, który wpływa na te nasze sukcesy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jerzy Kwieciński, były wiceminister rozwoju regionalnego i ekspert BCC. – Korzystamy z funduszy unijnych, które do nas napływają, przede wszystkim na inwestycje. I korzystamy jako społeczeństwo ze swobodnego wyboru miejsca pracy, poruszania się. To sprawiło, że jakość naszego życia stała się wyższa.

Jak podkreśla, najbardziej na akcesji skorzystało Mazowsze i sama Warszawa. Województwo jest pod względem rozwoju gospodarczego powyżej unijnej średniej, a sama stolica – gdyby ją wyłączyć z województwa – byłaby jednym z najbogatszych miast w całej UE.

Skorzystały również regiony, które są stosunkowo niedaleko położone od centrum Unii Europejskiej, czyli województwa dolnośląskie, wielkopolskie i śląskie, które jednocześnie były bardzo dobrze skomunikowane z resztą Unii Europejskiej, czy to trasami drogowymi, kolejowymi, czy lotniczymi. Regiony, które są dalej od centrum Unii Europejskiej, czyli regiony Polski Wschodniej, będąc jednocześnie gorzej skomunikowane, miały zdecydowanie mniejsze możliwości rozwoju. Ale trzeba wyraźnie powiedzieć, że wszystkie nasze regiony wyraźnie skorzystały na uczestnictwie w Unii Europejskiej – podkreśla Jerzy Kwieciński.

Z funduszy strukturalnych i Funduszu Spójności zostało zrealizowanych  bądź jest w trakcie realizacji prawie 140 tys. projektów o łącznym budżecie ponad 350 mld zł i wsparciu z UE na kwotę ponad 200 mld zł. Średnio na jedną osobę w Polsce Unia przekazała ok. 5 400 zł. Nie sprawdziły się więc zapowiedzi pesymistów, którzy wróżyli, że Polska będzie musiała zwracać do unijnego budżetu nawet połowę dotacji.

Oczywiście są pewne problemy, ale jeżeli porównujemy siebie z innymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej, naprawdę wypadamy nieźle. Zwłaszcza że pieniędzy unijnych mamy zdecydowanie najwięcej ze wszystkich krajów członkowskich. To stawia przed nami znacznie większe wyzwania aniżeli przed innymi krajami członkowskimi – mówi Kwieciński.

Do tej pory większość inwestycji dotyczyła infrastruktury i na nią poszło najwięcej unijnych pieniędzy. W nowej perspektywie finansowej 2014–2020 zmieniają się priorytety, środki unijne muszą przede wszystkim być przeznaczane na poprawę innowacyjności.

– Niestety była to – i nadal jest – nasza bolączka. Nie tylko naszego kraju, naszego społeczeństwa, lecz przede wszystkim naszej gospodarki. Musimy oprzeć konkurencyjność naszej gospodarki w najbliższych latach na innowacyjności, a nie tylko na niskich kosztach pracy czy na samym uczestnictwie Polski w Unii Europejskiej – mówi były minister rozwoju regionalnego. – Kolejnym wyzwaniem dla nas będą środki przeznaczane na rynek pracy. Pomimo sporych pieniędzy, do tej pory,jakość naszego kapitału ludzkiego, a szczególnie jego dostosowanie do wymogów rynku pracy, nadal są dla nas bardzo dużym wyzwaniem.

Innym problemem, z którym Polska będzie musiała się zmierzyć do 2020 roku, będzie dostosowanie się do wymagań unijnych dotyczących ochrony środowiska.

Będziemy mieli olbrzymie wyzwania związane z gospodarką niskoemisyjną, bo to jest nowy priorytet Unii Europejskiej, który zakłada promowanie wykorzystania odnawialnych źródeł energii i zwiększenie efektywności energetycznej. Ale to jak najbardziej jest ujęte w celach naszego kraju i powinno pozwolić nam na większą niezależność energetyczną w przyszłości – podsumowuje Jerzy Kwieciński.

W ofercie banków pojawią się odwrócone kredyty hipoteczne. Rząd przyjął projekt regulacji w tym zakresie

CEO Magazyn Polska

Rząd przyjął projekt Ministerstwa Finansów dotyczący ustawy o odwróconym kredycie hipotecznym. Jeśli ustawa zostanie przyjęta przez Sejm i Senat, to banki będą mogły udzielać osobom starszym kredytów, których zabezpieczeniem będzie posiadana przez nich nieruchomość. Resort finansów zapewnia, że ustawa zawiera wystarczające regulacje chroniące klientów. Jeśli nowy produkt zyska popularność, w konsekwencji zwiększy się podaż nieruchomości na rynku.

Odwrócona hipoteka w tej chwili na polskim rynku nie funkcjonuje z tego względu, że był szereg barier prawnych, które musieliśmy wyeliminować, żeby banki mogły ją zaoferować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Wachnicka, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów. – One już od dawna monitorują sytuację prawną na rynku w zakresie tego produktu. Zakładamy, że już prowadzą analizy i przygotowują się do tego, żeby móc go zaoferować. Sądzimy więc, że nastąpi to szybko, co nie znaczy, że produkt będzie w ofercie wszystkich banków.

We wtorek rząd przyjął projekt ustawy o odwróconym kredycie hipotecznym i zdecydował o skierowaniu go do Sejmu. Wprowadzenie tego produktu do oferty banków ma pomóc starszym osobom podreperować domowy budżet. Odwrócona hipoteka polega na tym, że bank wypłaca klientowi – zazwyczaj właśnie osobie starszej – daną kwotę kredytu (jednorazowo lub np. co rok lub co miesiąc), którego zabezpieczeniem jest posiadana przez klienta nieruchomość.

Po śmierci kredytobiorcy dana nieruchomość nie staje się automatycznie własnością banku. To do spadkobierców klienta należy decyzja, czy spłacą w banku wypłacony do tej pory kredyt i zachowają nieruchomość czy też przeniosą prawo własności nieruchomości na bank.

Choć ustawa nie precyzuje, kto może korzystać z odwróconego kredytu, to zapewne same banki wprowadzą limit wiekowy dla klientów. W tym przypadku młodszy wiek klienta oznacza bowiem większe ryzyko dla banku.

Resort finansów, pracując nad nowymi regulacjami, koncentrował się na odpowiednim zabezpieczeniu interesów klientów.

Jednym z elementów jest możliwość odstąpienia od umowy. Standardowo przy kredycie konsumenckim mamy na to 14 dni od jej zawarcia, tutaj przedłużyliśmy ten termin do 30 dni. Wzięliśmy pod uwagę, że grupą beneficjentów tego produktu będą osoby starsze, które być może będą potrzebowały więcej czasu na podjęcie takiej decyzji i namyślenie się, czy ta oferta była odpowiednia – mówi Wachnicka.

Banki będą też musiały przekazać potencjalnemu klientowi – co najmniej na 7 dni przed podpisaniem umowy – formularz informacyjny. Jego wzór zostanie określony w rozporządzeniu ministra finansów. To oznacza, że w każdym banku kredytobiorca otrzyma informacje na takim samym formularzu, dzięki czemu łatwiej będzie mu porównać oferty.

W formularzu znajdą się wszystkie istotne informacje dotyczące produktu – a więc prawa i obowiązki stron, kwota kredytu, jej stosunek do wartości nieruchomości i dodatkowe opłaty – dodaje przedstawicielka Ministerstwa Finansów.

Ustawa przewiduje także możliwość wcześniejszej, bezpłatnej spłaty kredytu oraz ogranicza odpowiedzialność klienta maksymalnie do wartości nieruchomości. Precyzuje też przypadki, w których bank może wypowiedzieć umowę przed terminem. Chodzi tu o zaniedbywanie przez klienta swoich podstawowych obowiązków, takich jak płacenie podatków, związanych z nieruchomością, dokonywanie niezbędnych napraw czy utrzymywanie nieruchomości w odpowiednim stanie. Jeżeli kredytobiorca naruszy te obowiązki, to bank będzie mógł wypowiedzieć umowę, ale nie od razu.

Najpierw będzie musiał kredytobiorcę wezwać do tego, żeby przestał te obowiązki naruszać, a jeśli to nie poskutkuje, to będzie musiał zażądać upoważnienia do wypełniania tych obowiązków w imieniu klienta. Bank będzie mógł wypowiedzieć umowę dopiero wtedy, gdy kredytobiorca nie zechce nawet podpisać tego upoważnienia – tłumaczy Wachnicka.

Jej zdaniem przyjęcie ustawy może mieć również wpływ na rynek nieruchomości – przekazywane bankom nieruchomości będą trafiały na rynek, co doprowadzi do zwiększenia podaży nieruchomości, a w konsekwencji do obniżki cen.

Zastąpienie bramek na autostradach elektronicznym poborem opłat pozwoli zaoszczędzić ponad 15 mld zł do 2025 r.

CEO Magazyn Polska

Polscy kierowcy tracą z powodu korków przed autostradowymi bramkami w sumie 8 mln godzin w ciągu roku. Do tego dochodzą koszty w postaci większego zużycia paliwa, które szacuje się nawet na 5 mln litrów i wyższa emisja dwutlenku węgla. Analitycy firmy doradczej Audytel SA i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych policzyli, że wprowadzenie elektronicznego poboru opłat na całej sieci autostrad w kraju przyniosłoby do 2025 roku 15,2 mld zł oszczędności w skali całej gospodarki.

Braliśmy pod uwagę trzy scenariusze. Jeden to kontynuacja stanu istniejącego, czyli wykorzystanie w dalszym ciągu manualnych punktów poboru opłat. Ten scenariusz jest dość słaby, zwłaszcza z punktu widzenia użytkowników autostrad, którzy korzystają z nich w czasach szczytu komunikacyjnego i stoją w korkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Emil Konarzewski, partner zarządzający Audytel SA.

Korki przed punktami poboru opłat mają negatywne skutki nie tylko dla kierowców i środowiska naturalnego, lecz także operatorów autostrad. W okresach wzmożonego ruchu, takich jak np. święta czy długie weekendy, część kierowców rezygnuje z przejazdu autostradami. W rezultacie niska przepustowość punktów poboru opłat obniża przychody operatorów.

Drugi scenariusz, który wzięliśmy pod uwagę, to pełna elektronizacja wszystkich systemów poboru na autostradach w Polsce. W tym scenariuszu zakładamy, że istniejące systemy manualne stopniowo zostałyby po prostu zastąpione wszędzie przez systemy elektroniczne – wyjaśnia Konarzewski.

Według analizy firmy doradczej Audytel SA i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych, scenariusz numer dwa jest najbardziej korzystny ekonomicznie, ponieważ do 2025 r. pozwoli uzyskać oszczędności w wysokości 15,2 mld zł. Jego realizacja wymagałaby objęcia elektronicznym systemem także tych odcinków autostrad, które są obecnie zarządzane przez prywatnych koncesjonariuszy. Jednak nawet gdyby pominąć odcinki prywatnych zarządców, to oszczędności i tak przekroczyłyby 12 mld zł.

To jest scenariusz mieszany, który przewiduje, że na części odcinków autostrad, zwłaszcza tych, gdzie w tej chwili już są zainstalowane systemy manualne, one po prostu by pozostały. Natomiast wszystkie inne, nowe odcinki, gdzie jeszcze nie ma żadnych inwestycji w systemy, od razu byłyby budowane w taki sposób, żeby można było tam stosować systemy elektroniczne. Ten pośredni wariant jest i tak lepszy od utrzymywania tylko i wyłącznie  systemów manualnych – twierdzi partner zarządzający Audytel SA.

Ze względu na oszczędności dla kierowców i operatorów, do pełnej elektronizacji poboru opłat dążą w większości również inne kraje europejskie. Elektroniczne systemy są powszechne, zwłaszcza w odniesieniu do pojazdów ciężarowych, i teraz dąży się do ich rozszerzenia na pojazdy lekkie.

W przypadku pojazdów ciężkich bardzo duża część jest oparta na systemie i winietowym, i elektronicznym. Systemów manualnych jest relatywnie mało i będzie ich coraz mniej. Natomiast w systemach dla pojazdów lekkich jest nieco inaczej. Zdecydowana przewaga należy dziś do systemów winietowych, ale już zmierzających w kierunków elektronicznych – mówi Anna Dąbrowska, prezes Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych (CATI) w Warszawie.

Według prezes CATI obok efektywności ekonomicznej za wprowadzeniem systemu elektronicznego w Polsce przemawia także to, że funkcjonuje on już w odniesieniu do pojazdów ciężkich.

My już okres winietowy mamy za sobą, nie będziemy do niego wracać z całą pewnością, w związku z czym de facto do wyboru zostają nam dwa  manualny i elektroniczny. I ten wybór jako długoterminowy wybór jest dosyć prosty – uważa Dąbrowska.

Przed długimi weekendami Polacy wypożyczają kabriolety, auta sportowe i większe vany. Jenak rynek wynajmu aut w Polsce wciąż daleko za zachodnimi sąsiadami

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków przekonuje się do wypożyczania samochodów. Rynek – na wzór rynków zachodnich – rozwija się dynamicznie, choć przede wszystkim w dużych aglomeracjach. Zainteresowanie ofertą wypożyczalni rośnie szczególnie przed długimi weekendami czy w okresie wakacyjnym. Klienci poszukują wtedy kabrioletów i sportowych aut lub większych, rodzinnych vanów. Ale z wypożyczalni chętnie korzystają też duże korporacje i mniejsze firmy.

– Rynek w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Perspektywy są bardzo dobre, dlatego że możemy się odnieść do rynków zachodnich, chociażby do niemieckiego. Tam wypożyczanie samochodów jest czymś zupełnie normalnym, co nikogo nie dziwi. W Polsce również staje się powoli standardem, ale wciąż tylko w dużych aglomeracjach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Żurek, dyrektor zarządzający ds. leasingu w Sixt rent a car Polska.

Wysoki potencjał wzrostu rynku i wciąż niewielka konkurencja sprawiają, że firmy wypożyczające samochody z optymizmem patrzą na polski rynek. Rosnąca popularność wynajmu samochodów sprawia, że na rynku zaznaczają się wyraźne segmenty, np. mniej zamożnych klientów, małych i średnich firm, korporacji czy wreszcie klientów wymagających i zamożnych.

– Od tego, kto wypożycza, zależy, na jak długo i jakie to są samochody. Wiadomo, że korporacje mają swoje odgórne postanowienia, co wypożyczać, komu i za ile, i do tego wtedy musimy się dostosować – tłumaczy Żurek.

W okresie wakacyjnym lub w czasie długich weekendów popularność wypożyczalni aut rośnie. Najczęściej poszukiwane są duże samochody rodzinne lub sportowe. Część zamożnych klientów lub miłośników motoryzacji poszukuje wtedy konkretnej marki lub modelu.

–  Długie weekendy są planowane przez naszych klientów już od dłuższego czasu. Wtedy królują samochody, które dają trochę smaku motoryzacji, są to samochody typu cabrio, samochody sportowe czy też samochody typu van, które mają miejsca na siedem osób i dzięki temu mieści się cała rodzina – mówi dyrektor w Sixt rent a car Polska.

Naturalną konsekwencją dużej segmentacji rynku wynajmu aut są też znaczne różnice w cenach. Firma Sixt, wypożyczając droższe samochody, dodatkowo ogranicza ryzyko, stawiając wyższe wymagania kierowcom – muszą oni mieć ukończone co najmniej 25 lat i posiadać prawo jazdy od 3 lat. W przypadku samochodów z klasy ekonomicznej minimalny wiek kierowcy to 19 lat, a jego staż – rok.

– Ceny są bardzo zróżnicowane w zależności od modelu samochodu. Oferujemy samochody od klasy samochodów ekonomicznych typu Ford Fiesta, Renault Clio, do samochodów luksusowych, bardzo drogich, jak modele Mercedesa MG czy samochód sportowy typu Camaro. To są auta, które klienci od nas biorą na urlopy czy krótsze lub dłuższe wycieczki – podkreśla Łukasz Żurek.

Klienci biznesowi, podobnie jak i prywatni, są bardzo zróżnicowaną grupą pod względem potrzeb, dlatego firmy stosują różne narzędzia marketingowe. Wśród nich są rabaty, programy lojalnościowe czy udogodnienia pozwalające szybciej rezerwować samochody.

– Mamy całą masę promocji i bonusów. Prowadzimy programy lojalnościowe dla naszych klientów, które pozwalają nam wynajmować taniej, oraz wynajmować łatwiej i szybciej. Każdy znajdzie w pakiecie coś ciekawego, zarówno duża korporacja, która chce podpisać stałą umowę na wiele lat, jak i klient, który potrzebuje samochodu na kilka godzin – twierdzi Łukasz Żurek.

Udogodnieniem jest również to, że ze względu na dużą sieć punktów wynajmu w kraju i za granicą klient może wypożyczyć auto w jednym mieście, a oddać do wypożyczalni w innym.