Uzgodniono pakiet zabezpieczający miejsca pracy w Volkswagen Poznań. Zarząd Spółki zawarł porozumienie ze związkiem zawodowym OM NSZZ Solidarność

  • Umowy na czas nieokreślony dla 8500 pracowników do 2024 roku
  • Utrzymanie bonusów, premii, dodatków, programu emerytalnego i pakietu zdrowotnego oraz wzrost wynagrodzeń od połowy 2021 roku
  • Wdrożenie programu offboardingowego

Po ponad 6 tygodniach negocjacji zarząd Volkswagen Poznań i reprezentacja pracowników OM NSZZ Solidarność podpisały porozumienie regulujące najważniejsze kwestie dotyczące zatrudnienia i wynagrodzeń w Volkswagen Poznań

Główne ustalenia porozumienia:

Gwarancje zatrudnienia i umów na czas nieokreślony dla 8 500 pracowników do stycznia 2024 roku, tym samym zwiększenie ilości osób zatrudnionych na czas nieokreślony o min. 1000 pracowników w 2021 roku.

Utrzymanie dotychczasowych warunków płacowych zawartych w układzie zbiorowym oraz waloryzacja  płac o wskaźnik inflacji od 1.07.2021. Powyższe oznacza utrzymanie wszystkich dotychczasowych świadczeń tj. bonusu wakacyjnego (100% wynagrodzenia), bonusu świątecznego (max.70% wynagrodzenia), premii miesięcznej (200 pln), premii rocznej (3,5% wynagrodzenia), pozostałych dodatków, pakietu medycznego. Ponadto przedłużony został na czas nieokreślony Pracowniczy Program Emerytalny (3,5% rocznego wynagrodzenia – opłacane w całości przez pracodawcę.)

Wdrożenie programu offboardingowego dla osób, których umowy zgodnie z wcześniejszymi komunikatami dot. automatyzacji i spadku zamówień, nie zostaną przedłużone. Osoby te otrzymają  wsparcie w ponownym wejściu na rynek pracy oraz w postaci wypłaty bonusu finansowego w wysokości 3800 pln brutto oraz zostaną rozliczone dni wolne od pracy wynikające z wcześniejszych porozumień, w wysokości 300 pln brutto za każdy dzień.

Jens Ocksen, prezes zarządu Volkswagen Poznań : „To były szczególnie trudne negocjacje, ale udało się zagwarantować bezpieczeństwo zatrudnienia oraz wynagrodzeń dla tysięcy naszych pracowników.”

Wypowiedź prezesa, dopełnia Jolanta Musielak, członek zarządu ds. personalnych i organizacji mówiąc: „Stabilne zatrudnienie to kwestia ważna tak dla związku zawodowego jak i pracodawcy. Dzięki stałej, zmotywowanej załodze nie tylko budujemy najlepsze samochody i komponenty, ale efektywniej wykorzystujemy zasoby finansowe, chociażby na programy szkoleniowe i doskonalenie zawodowe naszej załogi. Chciałabym także podkreślić, że duże znaczenie dla powodzenia tych negocjacji miało odpowiedzialne podejście związku zawodowego do rozwiązań z zakresu elastyczności czasu pracy. Ten pakiet rozwiązań pozwala nam zarządzać czasem pracy na bieżąco, uwzględniając zmienne prognozy produkcyjne.

Międzynarodowa współpraca oraz konsekwentnie realizowana strategia pozwala skutecznie radzić sobie z globalnymi wyzwaniami. W kwestii kooperacji marki Volkswagen Samochody Dostawcze z Fordem Jens Ocksen dodaje: „Budowa miejskich samochodów dostawczych na bazie nowego Caddy dla Forda pozwala nam dodatkowo lepiej planować dalszą przyszłość dla zakładów Volkswagen Poznań”.

Piotr Olbryś, Przewodniczący zakładowej Solidarności podkreśla, że dialog nawet w trudnych czasach ma sens i prowadzi do konstruktywnych rozwiązań: „Mogłoby się wydawać, że negocjacje w warunkach pandemii, są ryzykowne, czy skazane na niepowodzenie. Mieliśmy 2 główne postulaty. Pierwszy dotyczył zabezpieczenia stałych miejsc pracy, drugi utrzymania poziomu wynagrodzeń.  Walczyliśmy do samego końca, przy stole, odpowiedzialnie forsując argumenty. Mamy poczucie, że w tej sytuacji osiągnęliśmy wszystko to co było realne aby zagwarantować naszej załodze bezpieczeństwo. Rozmawialiśmy także o redukcji zatrudnienia. Nie wszystkie umowy na czas określony zostaną przedłużone. Staraliśmy się aby pracodawca zapewnił naszym kolegom, którzy nie mogą z nami zostać możliwie dobre warunki startu na rynku pracy. Efektem wspólnego wysiłku związku zawodowego i pracodawcy są dzisiaj wypracowane rozwiązania: gwarancje zatrudnienia, bezpieczeństwo płac i ochrona finansowa oraz wsparcie dla tych, którzy nie będą z nami pozostać.”

Kredyt hipoteczny a utrata pracy – co zrobić, aby nie stracić także mieszkania?

  • Z powodu pandemii pracę w Polsce straciło dotychczas 660 tys. osób – wynika z badania Uniwersytetu Warszawskiego, Diagnoza+.
  • Wiele osób, choć nie straciło pracy, musi radzić sobie ze zmniejszonymi pensjami; aż 1/3 gospodarstw domowych zanotowała spadek dochodów.
  • Banki oferują szereg rozwiązań, by ułatwić klientom spłatę kredytu w trudnym okresie, m.in. zawieszenie lub zmniejszenie miesięcznych rat czy konsolidację zobowiązań.

Pandemia koronawirusa w znaczny sposób wpłynęła na finanse Polaków. Związane z nią zamrożenie gospodarki wiele osób pozbawiło pracy, premii lub części dochodów. W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się kredytobiorcy. Z raportu AMRON-SARFiN wynika, że w 2019 r. banki udzieliły Polakom rekordową liczbę 225 tys. kredytów hipotecznych. Teraz wielu kredytobiorców boryka się z problemem spłaty należności. Jest jednak kilka sposobów na poradzenie sobie z tego typu kłopotami.

Zmniejszenie miesięcznej raty, czyli wydłużenie okresu spłaty kredytu

Z badania Diagnoza+ przeprowadzonego przez Uniwersytet Warszawski wynika, że z powodu pandemii pracę w Polsce straciło do tej pory 660 tys. osób. Jednak problemy finansowe nie dotyczą tylko osób zwolnionych. Pracodawcy zmniejszają wymiar pracy, przez co pensje bywają obcinane nawet o 20%. Aż 1/3 gospodarstw domowych musi sobie radzić ze spadkiem dochodów. Jednym ze sposobów na zmniejszenie miesięcznych zobowiązań – chociaż wobec banku – jest wydłużenie okresu spłaty kredytu. Dzięki temu obniżona zostanie wysokość jego rat, ale niestety wzrośnie całkowity koszt.

– Przyjmijmy, że dwa lata temu zaciągnęliśmy kredyt na kwotę 250 000 zł na okres 20 lat, z oprocentowaniem na poziomie 3,6%. W takiej sytuacji  mamy ratę równą w wysokości ok. 1463 zł. Przy 20-letnim okresie kredytowania spłacilibyśmy 101 066 zł odsetek. Jeżeli po tych dwóch latach zdecydowalibyśmy się na przedłużenie kredytu do 30 lat, to nasza miesięczna rata wynosiłaby ok. 1098 zł, a łącznie w całym okresie kredytowania odsetki wyniosą 154 135 zł. Taka operacja daje nam oszczędność na racie miesięcznej 365 zł, ale za to spowoduje wzrost całkowitej kwoty do spłaty o ponad 53 tys. zł – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Z tej opcji nie może jednak skorzystać każdy. Pozytywna decyzja zależy m.in. od maksymalnego okresu kredytowania obowiązującego w danym banku. W większości przypadków wynosi on do 30 – 35 lat. Nie przedłużymy zatem kredytu, jeżeli obecne warunki już przewidują taki okres spłaty. Innym czynnikiem decydującym o możliwości przedłużenia okresu spłaty jest wiek kredytobiorcy. Również w tej kwestii banki wewnętrznie ustalają limity. W większości przypadków, bank nie przedłuży kredytu, jeśli w momencie spłaty ostatniej raty wiek kredytobiorcy będzie wynosił 70 lat.

Konsolidacja kredytów możliwa, ale tylko w tym samym banku

Osoby, które posiadają więcej niż jedno zobowiązanie wobec banku, mogą je skonsolidować. Ta opcja pozwala na przekształcenie wszystkich posiadanych zobowiązań – pożyczek, kredytów czy debetów na karcie płatniczej w jedno, z jedną ratą. Największą zaletą takiego kredytu jest często niższa miesięczna rata niż suma wszystkich rat, jakie do tej pory musieliśmy płacić. Niestety sprawa znacznie się komplikuje po utracie pracy. Wtedy konsolidacja możliwa jest tylko w przypadku należności posiadanych w jednym banku.

Zawieszenie całości lub części raty

Zawieszenie obowiązku spłaty rat, czyli tzw. wakacje kredytowe, to najpopularniejsza w ostatnim czasie propozycja banków na poradzenie sobie z przejściowymi problemami finansowymi. Mamy do wyboru dwie opcje.

– Pierwsza, to zawieszenie raty kapitałowej, co oznacza, że musimy zapłacić jedynie odsetki. Jest to mniej opłacalne dla stosunkowo niedawno zaciągniętych kredytów ze stałą ratą, ponieważ na początku kredytowania dużą część raty stanowią właśnie odsetki. Drugą opcją jest zawieszenie raty kapitało – odsetkowej. W przyjętej w ostatnim czasie Tarczy Antykryzysowej 4.0. wprowadzono nowe przepisy dotyczące wakacji kredytowych, dzięki którym będzie można zawiesić spłatę zarówno części odsetkowej, jak i kapitałowej maksymalnie do trzech miesięcy. Rozwiązanie przeznaczone jest dla osób, które straciły pracę lub główne źródło dochodu po 13 marca. Jeżeli jednak kredytobiorca ma więcej kredytów u jednego kredytodawcy, będzie musiał wybrać jeden, w którym chce skorzystać z wakacji kredytowych –dodaje Katarzyna Dmowska.

Zmniejszenie lub zawieszenie rat kredytu, a także konsolidacja to dobre opcje dla tych osób, które faktycznie mają przejściowe kłopoty finansowe i problem z zapłatą miesięcznych należności. Korzystanie z tych możliwości przez pozostałe osoby nie jest opłacalne, ponieważ zwiększa koszt całkowity kredytu.

Źródło: ANG Spółdzielnia

ERP w trybie zdalnym – zmiany i trendy we wdrażaniu oprogramowania biznesowego

Dla wielu organizacji praca zdalna stała się w ostatnich miesiącach codziennością. Niektóre firmy jeszcze przed koniecznymi zmianami trybu pracy, rozważały wdrożenie oprogramowania biznesowego, inne właśnie teraz poszukują narzędzi, które mogą im pomóc w budowaniu efektywności i lepszym zarządzaniu firmą. Czy wdrożenie systemów ERP podczas home office jest jednak możliwe?

„W ostatnim czasie, zaobserwowaliśmy dwa podejścia do kwestii wdrożeń oprogramowania. Niektóre firmy zostały zmuszone do odłożenia tych planów na przyszłość. Są jednak również organizacje, dla których obecna sytuacja stała się motorem przyspieszającym cyfrową transformację. W tych przypadkach, przejście na tryb zdalny nie tylko nie przeszkodziło we wdrożeniu oprogramowania biznesowego, ale tak naprawdę przyspieszyło ten proces” – mówi Wojciech Wileński, Consultancy Manager CEE w Exact Software Poland.

Korzyści, jakie daje wprowadzenie elektronicznego obiegu dokumentów, a tym samym znacznie łatwiejszego dostępu do informacji czy też efektywna możliwość zarządzania procesami produkcyjnymi, logistycznymi i biznesowymi, mogą teraz dodatkowo zyskać na znaczeniu. Niezależnie od poszczególnych sytuacji, kluczem do sukcesu staje się elastyczność.

Zmiana podejścia

Nie ulega wątpliwości, że wdrożenie ERP w trybie zdalnym wymusza zmiany zarówno z punktu widzenia dostawcy, jak i przedsiębiorstwa. Część trudności i ograniczeń wynika z samej mentalności i przekonań. „Ważną rolą konsultanta staje się pokazanie klientom, że wdrożenie oprogramowania jest obecnie możliwe, a także przekonanie go o nowych kompetencjach firmy. Zmiana konieczna jest po obu stronach – zarówno konsultanci, jak i organizacje, muszą przyzwyczaić się do nowej sytuacji, gdzie dotychczasowe spotkania przekształcają się w wideokonferencje i wyłącznie zdalne odwiedzenie hali produkcyjnej, magazynu czy firmy klienta” – dodaje Wojciech Wileński. Podobnie jak wszędzie indziej, we wdrożeniach ERP dużą rolę odgrywają teraz narzędzia umożliwiające spotkania zdalne, a szczególnie możliwość realizacji wideokonferencji.

Obecna sytuacja może mieć wpływ również na sam proces wyboru dostawcy oprogramowania. Do niedawna dla wielu klientów bardzo istotne były referencje. Dzisiaj jednym z najważniejszych pytań może okazać się to, czy dostawca potrafił dostosować się do nowej rzeczywistości. Dotychczasowe standardy, w postaci wielogodzinnych spotkań z konsultantem bezpośrednio w siedzibie firmy czy hali produkcyjnej, być może nigdy już nie wrócą w takiej samej formie. W kontekście wdrożenia systemów ERP, część zadań realizowanych w trybie zdalnym jest nie tylko uproszczona, ale również bardziej efektywna kosztowo – oszczędności wynikają m.in. z braku konieczności dojazdów czy zakwaterowania konsultanta.

Od waterfall do agile

W trybie zdalnym, jednym z najważniejszych zadań dla obu stron: klienta oraz dostawcy, jest upewnienie się, czy wszystkie potrzeby zostały precyzyjnie zdefiniowane. Do tej pory przy wdrożeniach bardzo popularna była metodyka pracy „waterfall”. Dokładnie określała ona kolejne kroki i była świetnym rozwiązaniem w sytuacjach, gdzie oczekiwania i potrzeby klienta mogły być jasno sprecyzowane. Obecnie ogromne znaczenie zyskują metodyki agile. Dostawcy, którzy są otwarci na działania „zwinne” mają szansę lepiej odpowiedzieć na dynamicznie zmieniające się potrzeby klientów. To podejście ułatwia również pracę w trybie zdalnym, gdzie precyzyjne określenie potrzeb może okazać się trudniejsze. Nie jest to nowa koncepcja – jednak być może aktualna sytuacja może przyspieszyć jej popularyzację.

Zdalne wdrożenie = zdalny dostęp

Co jest konieczne, aby w trybie zdalnym przeprowadzić wdrożenie systemów ERP? W skrócie, wystarczy laptop oraz połączenie internetowe. Z tego punktu widzenia, lokalizacja klienta oraz konsultanta nie ma znaczenia. Aby takie wdrożenie było jednak możliwe, w przypadku niektórych firm istnieje konieczność zmiany restrykcyjnych zasad bezpieczeństwa. Do tej pory zdarzały się obawy z przyznaniem zdalnego dostępu, które nie zawsze było uznawane przez klientów za wystarczająco bezpieczne. Takie sytuacje wymagały obecności konsultanta w siedzibie klienta, a nawet korzystania z wydzielonych sieci wewnętrznych. „Klienci coraz częściej widzą, że aktualne technologie pozwalają na znacznie więcej w zakresie bezpieczeństwa w połączeniach zdalnych. Jeśli dotychczas z ważnych powodów nie chcieli oni rezygnować z wdrożenia systemów ERP, a byli ograniczeni politykami bezpieczeństwa – zaczęli dostosowywać wewnętrzne regulacje, aby bezpiecznie realizować projekty w trybie spotkań zdalnych. Z naszego punktu widzenia może to być trend, który trwale zmieni podejście do realizowania projektów. Wdrożenia mają szansę stać się łatwiejsze i szybsze do przeprowadzenia, co odbędzie się tylko z korzyścią dla klientów” – mówi Wojciech Wileński, Consultancy Manager CEE w Exact Software Poland.

Chmura, chmura i jeszcze raz chmura

Już od jakiegoś czasu, w kontekście ERP wiele się mówi o rosnącym znaczeniu wdrożeń w modelu chmurowym. Przyczyn było wiele: od rosnących kosztów utrzymania własnej infrastruktury, po coraz większą ilość przetwarzanych danych. Obecna sytuacja sprawia, że trend ten jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu. Oczywiście, wciąż są branże, które nie mogą sobie pozwolić na pełne przejście na infrastrukturę chmurową i przynajmniej część danych muszą przechowywać we własnych zasobach. Tam jednak, gdzie przepisy na to pozwalają, firmy redefiniują swoje podejście. Znaczenie ma utrudniony obecnie dostęp do infrastruktury. Wiele organizacji zostało zmuszonych do inwestycji w sprzęt, np. masową zamianę komputerów stacjonarnych na laptopy. Aby umożliwić zdalną pracę, część firmy potrzebowała szybkiego zwiększenia możliwości swojego korporacyjnego centrum danych, co spowodowało na rynku problemy z dostępnością sprzętu. Wdrożenia chmurowe przenoszą odpowiedzialność za utrzymanie infrastruktury, inwestycje sprzętowe, a także odpowiednią skalowalność na dostawcę. Klienci coraz częściej zaczynają dostrzegać znaczne korzyści wynikające z tego modelu, zwłaszcza w długoterminowej perspektywie.

Patriotyzm konsumencki – akcja #WspierajmyNasze

Pandemia dała się we znaki polskim przedsiębiorcom. Firmy musiały z dnia na dzień przystosować się do panującej sytuacji, niestety nie wszystkim udało się utrzymać na rynku. Dlatego Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Radomsku rozpoczęła działania mające na celu zjednoczenie, a w zasadzie solidaryzację z innymi polskimi przedsiębiorstwami. OSM postanowiła przeprowadzić akcję marketingową pro bono, której motywem przewodnim został hashtag #WspierajmyNasze

Pierwszym krokiem ze strony OSM w Radomsku było dołączenie do ogólnopolskiej kampanii #KupujŚwiadomie, następnym rozpoczęcie własnej akcji, na którą zdecydowano się po rozmowach z partnerami biznesowymi. Jak wyjaśnia firma, wspólnym mianownikiem okazała się potrzeba wzajemnego wsparcia między  przedsiębiorcami, zwłaszcza w dobie kryzysu wywołanego epidemią. Wtedy też powstał hashtag #WspierajmyNasze symbolizujący całą kampanię. OSM w Radomsku zaprosiło do akcji partnerów, w celu integracji na stronie internetowej Spółdzielni. Początkowo działania miały na celu pokazanie solidaryzmu między polskimi biznesami, jednak wraz z rosnącym zainteresowaniem, challenge znajdował nowe grona odbiorców, a akcja przerodziła się w kampanię marketingową.

Jak działa #WspierajmyNasze

Akcja opiera się na obustronnych korzyściach – partnerów i pomysłodawców przedsięwzięcia, a udział jest bezpłatny. OSM w Radomsku reklamuje na swojej stronie internetowej polskie firmy, które dołączają do kampanii. W zamian przedsiębiorstwa udostępniają na swoich platformach i portalach informacje o akcji wzajemnego wsparcia. Poprzez wykorzystanie mechanizmu rekomendacji Spółdzielnia buduje grono firm i odbiorców.  Cały kontent jest tworzony zarówno przez OSM w Radomsku, jak i przez partnerów kampanii, dzięki temu jest on dostosowany do obecnej sytuacji i przedstawia polskie przedsiębiorstwa w pozytywnym świetle, promując kupowanie rodzimych produktów oraz wspieranie polskich firm.

Promotorom akcji zależy głównie na zachęcaniu Polaków do patriotyzmu konsumenckiego oraz przekonaniu kupujących, że warto sięgać po polskie produkty, gdyż są zdrowe, smaczne, a przede wszystkim pochodzą z naszego kraju, od polskich producentów.

Firmy, które dołączyły do akcji solidaryzują się na różne sposoby. Niektóre promują ją na swoich kanałach społecznościowych, inne zamieszczają linki do strony kampanii na własnych platformach internetowych. Część polskich przedsiębiorstw, głównie tych większych, występuje jako marka w kontekście hashtagu #WspierajmyNasze we wpisach reklamowych na stronie akcji :http://osmradomsko.pl/aktualnosci/wspierajmynasze/

Oprócz tego, w celu urozmaicenia kampanii na stronie OSM w Radomsku, pojawiły się Portrety [nie]zwykłych Polaków. Każdy portret to profil osobowości. Dzięki temu akcja oprócz instytucjonalnego charakteru, poszerzyła się o perspektywę zwykłego obywatela. Do akcji dołączają się także pojedyncze osoby, np. blogerzy.

Działalność kampanii można śledzić na stronie facebookowej: https://www.facebook.com/wspierajmynasze

oraz na profilu instagramowym: https://www.instagram.com/wspierajmynasze/

Warto zwrócić uwagę na to, co i od kogo kupujemy, gdyż konsumencki patriotyzm, zwłaszcza w dobie kryzysu wywołanego pandemią, pomaga wesprzeć polskich przedsiębiorców.

Branża e-papierosów na skraju bankructwa. Pisze list do premiera

Od początku lipca na wyroby w postaci płynów do elektronicznych papierosów nałożona zostanie akcyza, co dla polskich firm produkujących i dystrybuujących e-papierosy i liquidy oznacza stanięcie na skraju bankructwa. Branża, zrzeszona w stowarzyszeniu walczy o przetrwanie i przedstawia premierowi swój apel.

Wraz z początkiem lipca wprowadzona ma zostać akcyza na e-papierosy oraz tzw. wyroby nowatorskie, która zdaniem przedstawicieli branży mocno uderzy w już osłabiony przez pandemię biznes. Co prawda dotychczas produkty te nie były objęte akcyzą, aczkolwiek moment wprowadzenia jej po raz pierwszy jest wyjątkowo niekorzystny, gdyż zbiega się w czasie ze spadkami wynikającymi z lockdownu gospodarczego.

Akcyza – co to oznacza w praktyce?

Wprowadzenie podatku akcyzowego to kolejny czynnik, który negatywnie wpłynie nie tylko na branżę, lecz też na użytkowników końcowych.

– Liczbę osób korzystających z e-papierosów w Polsce szacuje się na około 1,5 miliona. Wprowadzenie akcyzy wiązać się będzie z koniecznością podniesienia cen o około 100 %., gdyż tylko w ten sposób możemy spróbować zniwelować straty wynikające z pandemii oraz dodatkowego podatku – mówi Jacek Golenia, Dyrektor Handlowy VAPE RIDE, firmy produkującej płyny.

Według danych Komisji Europejskich 10 proc. Polaków spróbowało w przeszłości e-papierosa, co jest siódmym wynikiem w Europie. Wprowadzenie akcyzy oznacza również dla użytkowników niepewną przyszłość. Zdaniem przedstawicieli branży nowy podatek to prosta droga do powstania i powiększania się szarej strefy, w której krążyć będą produkty. – Zjawisko to będzie niekorzystne zarówno dla branży, jak i dla rządu, który utraci wpływy z podatków od towarów i usług oraz podatku dochodowego. W efekcie branża e-papierosów zatrudniająca w kraju kilka tysięcy ludzi znajdzie się na skraju bankructwa, co będzie oznaczać wzrost bezrobocia i potrzebę wypłaty ewentualnych zasiłków czy zapomóg – dodaje Justyna Lipowicz ze Stowarzyszenia „NIE dla tytoniu!”, zrzeszającego członków działających w branży elektronicznych inhalatorów nikotyny propagujących mniej szkodliwy styl życia dla uzależnionych nałogowych palaczy tradycyjnego tytoniu.

Apel do premiera

Biorąc pod uwagę negatywne skutki pandemii i wprowadzenie nowego podatku, branża zrzeszona w Stowarzyszeniu „NIE dla Tytoniu!” zaznacza, w jak trudnym znalazła się położeniu. W tym celu napisano list do Premiera Mateusza Morawieckiego.

„(…) Branża e-papierosów za sprawą realnej stawki akcyzy na poziomie nigdy niespotykanym na rynku tradycyjnych wyrobów tytoniowych, tj. podwyższającym wielokrotnie o 100% ceny jej produktów, stanie lada dzień na skraju bankructwa (…)” – czytamy w apelu wystosowanym przez  branżowe Stowarzyszenie „NIE dla Tytoniu!”.

„Najlepszym, ale nie jedynym negatywnym przykładem są Włochy, gdzie wprowadzenie realnej akcyzy na e-papierosy załamało totalnie branżę, pozbawiając tym samym Budżet nie tylko oczekiwanych wpływów, ale również generując dodatkowe wydatki natury socjalnej (wypłata zasiłków) oraz zdrowotnej (na rynku pojawiły się wyroby z szarej strefy, niezweryfikowane pod kątem zdrowotnym).”– piszą w liście przedstawiciele branży.

Jakie zatem rozwiązanie proponuje branża?

– Jesteśmy za rozważnie wprowadzonym podatkiem akcyzowym, więc koniecznie równo z banderolowaniem, czyli od stycznia 2021 roku, jak podaje niedawno wprowadzone rządowe rozporządzenie do ustawy. Wówczas powinna się unormować sytuacja gospodarcza z koronawirusem, więc nie wzrośnie bezrobocie z powodu podupadających firm, a rząd będzie pewny wpływów pieniężnych – podsumowuje Justyna Lipowicz.

Tarcza Antykryzysowa pozwoli fiskusowi sprawdzać, czy przedsiębiorcy mieli prawo z niej skorzystać

Celem ratowania gospodarki, w tym przede wszystkim miejsc pracy, w ramach Tarczy Antykryzysowej państwo oferuje pomoc finansową przedsiębiorcom. Okazuje się jednak, że Tarcza ma też kolce. Wciąż nowelizowane przepisy mają pozwolić skarbówce na łatwiejszy dostęp do kont podatników, by sprawdzić, czy kryzys rzeczywiście ich dotknął.

Najpierw 212 mld zł, a później dodatkowe 100 mld zł – tyle rząd przeznaczył na ratowanie polskich przedsiębiorstw i miejsc pracy. To ok. 15% Produktu Krajowego Brutto, czyli pod tym względem poziom zbliżony do wielu innych europejskich państw. Dla przykładu na walkę z negatywnymi skutkami gospodarczymi wywołanymi pandemią COVID-19 Niemcy przeznaczyły ok. 20% swojego PKB (ok. 3,4 bln zł), Czechy ok. 18% PKB (ok. 167 mld zł), Węgry ok. 17% PKB (ok. 115 mld zł), Hiszpania ok. 15% PKB (ok. 900 mld zł), Wielka Brytania ok. 14% PKB (ok. 1,7 bln zł). Rekordzistą w tym zestawieniu są Włochy, które na ekonomiczną walkę z koronawirusem przeznaczyły aż 37% swojego PKB (ok. 3,4 bln zł).

Kryzysowa pomoc państwa

By starać się o państwową pomoc, przedsiębiorcy w Polsce muszą spełniać określone wymagania. Czasem niewielkie, takie jak uzyskanie wsparcia przez pracodawcę/przedsiębiorcę zatrudniającego, wraz z samym sobą, do 10 osób. Taki przedsiębiorca może tylko w oparciu o posiadany przed 1 kwietnia 2020 r. wpis do ewidencji osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarcza, jak i opłacając przed tą datą składki na własne ubezpieczenia lub będąc ich płatnikiem, uzyskać trzymiesięczne zwolnienie z opłacania składek ZUS za siebie i pracowników.

Ale w przypadku większości innych programów pomocowych, przedsiębiorca występując o ich przyznanie deklaruje spowodowany przez pandemię COVID-19 spadek obrotów. Tak np. w przypadku świadczenia postojowego dla osób prowadzących działalność gospodarczą, muszą one wykazać co najmniej 15% spadek przychodu w miesiącu poprzedzającym miesiąc złożenia wniosku. Podobnie warunkiem przyznania dofinansowania wynagrodzeń pracowników ze środków unijnych jest co najmniej 30% spadek obrotów w stosunku do porównywanego okresu roku 2019.

Śledzenie kont bankowych firmy

W trakcie panującej pandemii COVID-19, na etapie składania wniosku o pomoc państwa, nie wymaga ono potwierdzenia spadku przychodów, czy obrotów, w dokumentach. Wszystko odbywa się w oparciu o złożoną pod rygorem odpowiedzialności za składanie fałszywych oświadczeń deklarację podatnika. Wraz z kolejną nowelizacją przepisów dotyczących Tarczy Antykryzysowej, Ministerstwo Finansów chce jednak zapewnić sobie możliwość sprawdzenia szczerości zamiarów przedsiębiorcy i prawdziwość twierdzeń o jego pogarszającej się sytuacji. Wykorzysta do tego STIR.

STIR, czyli System Teleinformatyczny Izby Rozliczeniowej, to zgodnie z Ordynacją podatkową (dalej: O.p.) narzędzie do odbioru i przetwarzania danych w celu ustalenia wskaźnika ryzyka, czyli wskaźnika wykorzystywania działalności banków i spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych do celów mających związek z wyłudzeniami skarbowymi. System nadzoruje Krajowa Izba Rozliczeniowa i wykorzystywany jest głównie do analizy i blokowania przez Szefa Krajowej Administracji Skarbowej kont przedsiębiorców w przypadku podejrzenia o nieprawidłowości.

Ustawą z dnia 16 kwietnia 2020 r. o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2 (Dz.U.2020, poz. 695) do Ordynacji wprowadzono zapis, zgodnie z którym Minister Finansów może zlecać izbie rozliczeniowej analizę skutków zachodzących zjawisk gospodarczych, w tym w szczególności ich wpływu na płynność finansową przedsiębiorców i innych podmiotów (art. 119zhb O.p.). Oznacza to, że Minister Finansów będzie mógł, za pośrednictwem KIR, badać konta firmowe przedsiębiorców, celem ustalenia, czy faktycznie i w sposób niesztuczny spadły im obroty. A jeśli przepisy te nie zostaną uchylone po zakończeniu pandemii koronawirusa, fiskus będzie mógł przyglądać się w ten sposób rozliczeniom firmy już zawsze.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

Dziesięć lat od ataku Stuxnet. Jak obecnie rozwijają się zagrożenia wobec infrastruktury fizycznej?

Wraz z rozwojem przemysłowego Internetu rzeczy (IIoT) oraz związanym z tym coraz częstszym łączeniem technologii operacyjnych (OT) z informacyjnymi (IT), infrastruktura fizyczna stała się podatna na przeprowadzane zdalnie cyberataki. Jednym z pierwszych złośliwych narzędzi, które zostały wykorzystane przeciwko niej, był robak Stuxnet, odkryty dziesięć lat temu – w czerwcu 2010 roku. Korzystając z tej okazji analitycy z FortiGuard Labs firmy Fortinet przypominają historię najważniejszych ataków na systemy przemysłowe.

Stuxnet pojawił się na czołówkach gazet, ponieważ atakował przemysłowe systemy sterujące SCADA, a konkretnie programowalne sterowniki logiczne (PLC), które umożliwiają automatyzację procesów elektromechanicznych. Jego kod był wyjątkowo skomplikowany i miał rozmiar ponad 500 kilobajtów, co jest unikalne wśród złośliwych narzędzi. Zdołał przedostawać się do urządzeń fizycznych i systemu Windows, a następnie kilkukrotnie replikować w celu poszukiwania oprogramowania, które docelowo miał zaatakować.

Od czasu odkrycia Stuxnetu na całym świecie miało miejsce wiele innych przypadków ataków wymierzonych w systemy technologii operacyjnych. Według raportu Fortinet  o stanie bezpieczeństwa OT, aż 74% przedsiębiorstw doświadczyło w ciągu ostatnich 12 miesięcy naruszenia ochrony systemów przemysłowych.

Przegląd najważniejszych cyberataków na systemy przemysłowe

Obserwując najważniejsze cyberataki na systemy przemysłowe w ciągu ostatniej dekady, łatwo zauważyć, jak rozwinęły się umiejętności i możliwości techniczne cyberprzestępców. Znacznie bardziej niepokojąca jest jednak ich gotowość do wyrządzania szkód nie tylko w środowiskach cyfrowych, ale i w infrastrukturze fizycznej. Może mieć to wpływ na bezpieczeństwo publiczne oraz ludzkie zdrowie i życie.

Stuxnet jest jednym z pierwszych przykładów, które pokazały światu, jaki wpływ mogą mieć cyberataki na infrastrukturę fizyczną. Wzrost liczby nowych zagrożeń radykalnie zmienił sposób funkcjonowania przemysłowych systemów ICS/SCADA. Specjaliści z FortiGuard Labs przeanalizowali niektóre z najważniejszych cyberataków na systemy przemysłowe, które miały miejsce w ciągu ostatniej dekady.

2011: Duqu

Złośliwe oprogramowanie, odkryte przez węgierskich analityków, które pod względem struktury bardzo przypominało Stuxnet. Duqu został zaprojektowany w celu kradzieży informacji (tzw. infostealer) poprzez ukrycie transmisji danych w ruchu HTTP i przesyłanie złośliwych plików w formacie jpg. Odkrycie tego narzędzia unaoczniło jak w procesie ataku ważny jest etap rekonesansu, w trakcie którego złośliwy kod wykrada informacje. Bardzo często bowiem jest to pierwszy krok z zaplanowanej wcześniej serii kolejnych etapów ataku.

2013: Havex

Havex jest złośliwym oprogramowaniem typu Remote Access Trojan (RAT), które zostało odkryte w 2013 r. Stworzone przez grupę przestępczą znaną jako Grizzly Steppe, Havex atakował systemy kontroli przemysłowej (ICS) i komunikował się z serwerem nadzorującym pracę złośliwego kodu (Command&Control, C2), z którego dostarczane były kolejne moduły zawierające niebezpieczne narzędzia.

Kod tego narzędzia, specjalnie dostosowany do atakowania systemów ICS, gromadził dane przesyłane przez różne serwery z wykorzystaniem standardu otwartej platformy komunikacyjnej (Open Platform Communication, OPC), w tym takie informacje jak identyfikator klas CLSID, nazwę serwera, identyfikator programu, wersję OPC, informacje o producencie atakowanej platformy, stan pracy, liczbę grup i przepustowość serwera, a także był w stanie wyliczyć znaczniki OPC. Komunikując się z infrastrukturą C2, Havex otrzymywał instrukcje, które dawały możliwości nieznane dotąd złośliwemu oprogramowaniu.

2015: BlackEnergy

Odkryte w 2015 r. oprogramowanie BlackEnergy wykorzystywało makra w dokumentach Microsoft Excel. Złośliwe narzędzie dostawało się do sieci za pośrednictwem wiadomości e-mail typu spear-phishing, wysyłanych do konkretnych, starannie wybranych jako cel, pracowników. Kampania ta udowodniła, że cyberprzestępcy mogą manipulować infrastrukturą krytyczną na dużą skalę.

2017: TRITON

Złośliwe oprogramowanie, które jest ukierunkowane szczególnie na systemy zapewniające ochronę rozwiązań przemysłowych (Safety Instrumented System, SIS). Triton modyfikuje oprogramowanie układowe w pamięci, aby dodać do niego złośliwe funkcje. Pozwalało to przestępcom odczytać lub zmodyfikować zawartość pamięci i zaimplementować niestandardowy kod wraz z dodatkowymi instrukcjami, które miały na celu wyłączenie, spowolnienie pracy lub zmodyfikowanie rozwiązań umożliwiających bezpieczne wstrzymanie pracy procesu przemysłowego. Triton to pierwsze znane złośliwe oprogramowanie zaprojektowane specjalnie do atakowania systemów bezpieczeństwa przemysłowego, chroniących ludzkie życie.

W 2020 roku konieczna szeroka świadomość ryzyka

Bezpieczeństwo systemów ICS/SCADA powinno być traktowane priorytetowo ze względu na możliwe konsekwencje takiego ataku. Bardzo ważne również jest, aby reguły polityki bezpieczeństwa w przedsiębiorstwach były zgodne z obowiązującymi przepisami prawa.

Ryzyko związane z systemami przemysłowymi jest coraz szerzej znane i coraz bardziej priorytetowo traktowane. Istnieją instytucje rządowe, jak ICS-CERT w USA czy Centrum Ochrony Infrastruktury Narodowej (CPNI) w Wielkiej Brytanii, które publikują porady i wytyczne dotyczące najlepszych praktyk w zakresie bezpieczeństwa systemów ICS.

Odpowiednie normy zostały również opracowane przez Międzynarodowe Towarzystwo Automatyki (ISA). Natomiast organizacja non-profit ICS-ISAC podejmuje działania edukacyjne dotyczące świadomości zagrożeń i najlepszych praktyk, aby pomóc obiektom rozwijać świadomość dotyczącą sytuacji, w których może być zagrożone bezpieczeństwo lokalne, narodowe i międzynarodowe.

Sektor MŚP potrzebuje rok na rekonwalescencję po koronawirusie

Pod koniec maja br., czyli po prawie trzech miesiącach od wybuchu epidemii koronawirusa w Polsce, widać zdecydowanie więcej optymizmu w sektorze MŚP niż jeszcze miesiąc wcześniej. Na szybką rekonwalescencję branży, jeszcze w tym roku, liczy 18 proc. firm, podczas gdy w kwietniu ten odsetek był ponad dwa razy niższy (8,5 proc.). Najwięcej zapytanych przedsiębiorców – 58 proc. – jest zdania, że optymistyczny scenariusz ziści się w przyszłym roku (w kwietniu uważało tak 45 proc. zapytanych).Barometr COVID-19 sektor MŚP

19 proc. uważa, że nastąpi to najwcześniej za 2-3 lata (40 proc. w kwietniu). Trzecia edycja Barometru COVID-19 zrealizowana przez EFL przynosi także pesymistyczny wniosek – wciąż ponad połowa przedsiębiorców uważa, że koronawirus spowoduje upadłość wielu firm.

We wszystkich branżach powrót koniunktury spodziewany jest raczej w przyszłym roku – uważa tak 81 proc. przedstawicieli budownictwa (poprzednio 52 proc.), 67 proc. sektora HoReCa (poprzednio 33 proc.), 62 proc. branży produkcyjnej (poprzednio 45 proc.), 61 proc. – transportowej (poprzednio 48 proc.) i 47 proc. – handlowej (poprzednio 51 proc.). Także w branży usług to przekonanie jest minimalnie powszechniejsze (45 proc.) w porównaniu z przeświadczeniem, że nastąpi to w ciągu 2-3 lat (44 proc.). Nadal na lata 2022-2023 stawia najwięcej szefów hoteli restauracji i firm cateringowych (27 proc.), jednak w kwietniu było to aż 49 proc. Najwięcej optymistów, którzy stawiają jeszcze na rok 2020, jest wśród przedstawicieli handlu (33 proc., poprzednio 8 proc.) oraz przemysłu (21 proc., poprzednio 8 proc.).

Będzie lepiej niż się spodziewaliśmy?

– EFL już po raz trzeci w badaniu Barometr COVID-19, pod koniec maja br., zapytał przedsiębiorców o wpływ kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa na kondycję branży, w jakiej działa firma w perspektywie następnych sześciu miesięcy. W porównaniu do dwóch poprzednich edycji (koniec marca i koniec kwietnia) wśród przedstawicieli mikro, małych i średnich przedsiębiorstw przybyło optymistów. Choć wciąż najwięcej zarządzających biznesem oceniło, że sytuacja pogorszy się (40 proc.), to jednak jest to grupa znacznie mniejsza niż miesiąc wcześniej (77 proc.). Przybyło zatem przedsiębiorców z optymizmem spoglądających w przyszłość.  Co czwarty twierdzi, że sytuacja firmy poprawi się, w kwietniu tego zdania było tylko 1,5 proc. Ponadto dwa razy więcej zapytanych uważa, że nic się nie zmieni – komentuje Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Im mniejsza firma, tym większy pesymizm w odniesieniu do wpływu pandemii na kondycję branży – ta zależność jest identyczna jak w kwietniowym pomiarze, jednak odsetki pesymistów są dwukrotnie niższe wśród mikroprzedsiębiorców (spadek z 90 proc. do 44 proc.) oraz niższe w małych (spadek z 74 proc. do 43 proc. w maju) i średnich firmach (spadek z 63 proc. do 26 proc. w maju).

W trzech branżach (handel, transport, usługi) nadal przeważają ci, którzy uważają, że sytuacja zmieni się na gorsze, chociaż odsetki pesymistów są o wiele niższe w porównaniu z kwietniem (np. w branży usługowej różnica wyniosła aż 46 pkt. proc.). W budownictwie i przemyśle najwięcej jest respondentów, którzy nie spodziewają się zmian i tutaj też nastąpił największy spadek liczby optymistów – w budownictwie z 31 proc. do 19 proc., w branży produkcyjnej z 24 proc. do 20 proc. Co ciekawe, HoReCa, która na początku epidemii była najbardziej pesymistycznie nastawiona do swojej przyszłości, jest jedyną branżą, w której więcej przedsiębiorców uważa, że sytuacja ulegnie poprawie. Taką opinię wyraził 1 na 4 zarządzających hotelem, restauracją lub firmą cateringową (40 proc.).  Jednak wciąż 38 proc. obawia się pogorszenia kondycji w ciągu kolejnych sześciu miesięcy.

Mniej firm w Polsce?

Trzecia fala badania Barometr COVID-19  potwierdziła, że w ciągu najbliższych miesięcy polski sektor MŚP może się skurczyć. Wciąż ponad połowa przedsiębiorców uważa, że najpoważniejszym skutkiem epidemii koronawirusa będą upadki firm (54 proc. wskazań, w kwietniu – 51 proc.). Co piąty ankietowany (20 proc.) uważa, że jej konsekwencją będzie aktywne poszukiwanie innych rynków, dywersyfikacja obszarów działania lub zmiana profilu działalności (w kwietniu – 25 proc.). Im mniejsza firma, tym większa obawa, że pandemia spowoduje upadki firm. Im większa firma, tym częściej pojawia się oczekiwanie, że koronawirus spowoduje poszukiwanie innych rynków, dywersyfikację lub zmianę profilu działalności.

W pięciu branżach przewagę mają ci, którzy uważają, że pandemia spowoduje upadki firm. Tak jak w kwietniu najwięcej pesymistów znajduje się w branży HoReCa (83 proc., poprzednio 85%). W branży handlowej tego zdania jest 2 na 3 przedstawicieli (64 proc., poprzednio 49 proc.), usługowej – 58 proc. (w kwietniu – 71 proc.) i transportowej – 46 proc. (poprzednio 48 proc.). W maju br. dołączyło do nich budownictwo (47 proc., poprzednio 29 proc.). Tylko w branży produkcyjnej najwięcej osób uważa, że sytuacja nie zmieni się (33 proc.), chociaż nadal niewiele rzadziej odpowiadano, że koronawirus wpłynie pozytywnie  na aktywne poszukiwanie innych rynków (29 proc., poprzednio 46 proc.).

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm.

Pierwsza edycja badania Barometr COVID-19 odbyła się w dniach 17 marca-1 kwietnia 2020 roku. Druga edycja została przeprowadzana w dniach 20-30 kwietnia 2020 roku. Aktualna, trzecia edycja, odbyła się w dniach 18-30 maja 2020 roku.

GMC Live! vol. 2 transmitowana bezpłatnie dla wszystkich zainteresowanych

Na fali sukcesu i Waszego zainteresowania pierwszą edycją Golden Marketing Conference online – GMC Live!,  Grupa MTP postanowiła pójść za ciosem i już 15 lipca zorganizować GMC Live! vol. 2.

Kolejna odsłona również będzie transmitowana bezpłatnie dla wszystkich zainteresowanych na kanałach Facebook oraz YouTube GMC:
FB –
https://www.facebook.com/GoldenMarketingConference/          
YT –
https://www.youtube.com/channel/UCq5BqQRFge4ya7symJ527qQ

Projekt GMC Live! powstał w odpowiedzi na potrzeby rynku marketingowo-eventowego,
który w czasie największych obostrzeń wynikających ze światowej pandemii został zobligowany do przeniesienia swoich stacjonarnych spotkań na inne terminy. By móc kontynuować swoją misję prowadzenia rozmów o najnowszych trendach w branży oraz dzielić się dobrymi praktykami marketingowymi stworzyliśmy formułę spotkań online, które mają zagwarantować możliwość nieustannego wzbogacania wiedzy marketingowców i bezpłatnego podnoszenia kwalifikacji.

Pierwsza edycja GMC Live! miała w sobie to do czego Golden Marketing Conference w wersji stacjonarnej przyzwyczaiła swoich odbiorców: merytoryczne i inspirujące wystąpienia, tempo i zaangażowaną społeczność marketingowców oraz branżowych ekspertów z największych polskich i międzynarodowych firm. Wydarzenie zorganizowane przez Grupę MTP to doskonały benchmark, jak przenosić konferencję do sieci. Wersja online Golden Marketing Conference zdecydowanie  wyróżni się na tle podobnych, konkurencyjnych spotkań w wirtualnym świecie. Wysoka jakości wizualna i streamingowa oraz brak zamazanych kamerek internetowych pozwala na stworzenie poczucia fizycznego uczestnictwa w konferencji.

Pierwsza edycja GMC Live! w liczbach:

  • 99 169 – Tyle minut widzowie konferencji live obejrzeli łącznie.
  • 8 481 – Unikalnych użytkowników relacji live.
  • 2783 – Stałych widzów w trakcie całej transmisji na FB oraz YouTube.
  • 844 – Reakcji pod relacją live.
  • 84 – Udostępnienia transmisji online.*

Do udziału w GMC Live! vol. 2 zaproszono prelegentów, których wykłady poruszą najistotniejsze w ostatnich miesiącach obszary real-time marketingu, e-commerce, marketing automation, power generation, social mediów w kontekście B2B czy komunikacji marek. Na wirtualnej scenie wystąpią m.in.: Aleksander Skałka, Marketing Automation Strategy Director, SALESmanago, Magdalena Olak, Managing Director / Executive Producer, TANK, Przemysław Jończyk, Chief Executive Officer, Jaaqob,  Anna Robotycka, CEO, Agency F11, Dimaq Trainer oraz Grzegorz Borowiecki, Nadsztygar, WUNDERTEAM.

Całość zrealizowana zostanie w specjalnie wybudowanym studio nagraniowym Grupy MTP wyposażonym w najnowsze rozwiązania techniczne, co umożliwia przeprowadzenie transmisji live w najwyżej jakości, co zapewni uczestnikom możliwe najlepszy odbiór oglądanych prelekcji. Wydarzenie całkowicie bezpłatnie będzie można śledzić na żywo na Facebooku oraz kanale YouTube Golden Marketing Conference już 15 lipca. Wystarczy narzędzie z dostępem do internetu i wygodny fotel.

Wydarzenie objęte jest akredytacją programu DIMAQ. Osoby z certyfikatem uczestniczące
w konferencji GMC Live! vol. 2 otrzymają punkty recertyfikacyjne:

➡️ uczestnik – 10➡️ prelegent – 30

Uczestnicy GMC Live vol. 2 będą mieć także możliwość uzyskać certyfikat uczestnictwa właśnie w tym wydarzeniu.

Bądź na bieżąco i śledź profil Golden Marketing Conference na Facebooku.

*Dane przedstawiają moment zakończenia transmisji live w dniu 1 czerwca.

Biura turystyczne idą z torbami

Branża turystyczna jest jedną z tych, które najmocniej ucierpiały wskutek pandemii. Zakaz podróżowania spowodował, że tylko samo wykorzystanie bazy noclegowej w Polsce w kwietniu spadło o 97,5 proc. względem analogicznego miesiąca ubiegłego roku. Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, przez ponad rok zadłużenie firm turystycznych wzrosło dwukrotnie, do prawie 118 mln zł. Czy uda im się przekonać klientów, że już jest bezpiecznie i można wyjeżdżać? Wpływ na decyzje wakacyjne będą z pewnością miały zarówno niepewne prognozy dotyczące drugiej fali zachorowań, jak i zwyżkujące ceny w polskich kurortach.  

Część dużych biur zapowiedziała, że w związku ze znoszeniem ograniczeń w podróżowaniu z początkiem lipca wznawia funkcjonowanie. Oczywiście odbywać się to ma w bardzo ograniczonym zakresie, ale dla wielu wczasowiczów stęsknionych zagranicznych wojaży zaświtał promyk nadziei. Czy rzeczywiście uda im się wyjechać? Firmy turystyczne bardzo na to liczą, bo jeśli nie zaczną wreszcie zarabiać, ich sytuacja będzie jeszcze bardziej dramatyczna.

Skalę zapaści tej branży w Polsce pokazują dane GUS. W marcu 2020 r. z turystycznych obiektów noclegowych skorzystało 881,4 tys. turystów, którym udzielono 2,5 mln noclegów. W porównaniu z marcem 2019 r. było to mniej odpowiednio o 63,3 proc. i o 56,7 proc. Kwiecień tylko pogłębił kryzys. Według szacunków liczba osób korzystających z noclegów w porównaniu z analogicznym miesiącem roku poprzedniego była niższa o ok. 97,5 proc.

– To katastrofa. Obłożenie miejsc noclegowych spadło w zasadzie do zera, co musiało odbić się na kondycji finansowej całej branży, nie tylko właścicieli pensjonatów czy hoteli. Jak wynika z naszych danych, zadłużenie podmiotów turystycznych między marcem a majem wzrosło o blisko 37 mln zł, do 118 mln zł. Jeśli weźmiemy pod uwagę zmianę od marca zeszłego roku do kwietnia 2020 r., to mówimy już o blisko 59 mln zł – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Kłopoty branży turystycznej ze spłatą zaległych zobowiązań

turystyka.PNG

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

Dane BIG InfoMonitor pokazują też, że choć w ciągu roku udział firm, które mają zaległości w całej branży spadł nieznacznie z 5,9 proc., czyli wartości średniej dla ogółu gospodarki, do 5,7 proc. (w zestawieniu bierzemy pod uwagę firmy aktywne, zawieszone i zamknięte), to jednak liczba przedsiębiorstw doświadczających problemów z terminową spłatą zobowiązań wzrosła z 919 do 939. Kwotowo największe zadłużenie mają organizatorzy turystyczni (56,1 mln zł), pozostałe firmy zajmujące się rezerwacją (43,6 mln zł) oraz agenci (11,9 mln zł). Na pośrednikach turystycznych ciąży 5,2 mln zł.

Wakacyjne powroty

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa sprawił, że ten początek wakacji wcale nie oznacza nagłej fali wyjazdów urlopowych. Wielu potencjalnych urlopowiczów w tym roku nie zdecyduje się na wyjazd. Po części dlatego, że mimo zapewnień decydentów obawiają się o swoje zdrowie, po części, bo kryzys odbił się na możliwościach ich domowych budżetów. Po miesiącach koniecznej bezczynności do gry wracają jednak biura podróży, choć z poważnie ograniczoną ofertą. Kilku dużych operatorów od początku lipca zamierza uruchomić zorganizowane wyjazdy, przede wszystkim w europejską część basenu Morza Śródziemnego – do Grecji, Hiszpanii czy Chorwacji.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w przypadku małych organizatorów, szczególnie tych, którzy oferują wyjazdy w odległe regiony świata dla niewielkich grup, często właśnie pod specjalne wymagania konkretnych klientów.

– Jesteśmy w kropce. Aby zarabiać, musimy organizować wyjazdy, a to oznacza ponoszenie kosztów, np. zaliczek usług za granicą. Jeśli imprezę trzeba będzie odwołać z powodu nagłego nawrotu epidemii, to zgodnie z ustawą o usługach turystycznych musimy klientom zwrócić całość wniesionych wpłat. Pełna odpowiedzialność finansowa za odwołane lub przerwane wycieczki ciąży na organizatorach turystyki. Dlatego samo otwarcie granic nie powoduje, że firmy turystyczne takie jak nasza będą od razu odrabiać straty. Wprost przeciwnie. Organizacja kolejnych wyjazdów może wpędzać w jeszcze większe kłopoty. Żeby branża bezpiecznie ruszyła, jest potrzebna natychmiastowa zmiana ustawy o usługach turystycznych – mówi Jarosław Poniewiera z Klubu Laurazja.

Droga niepewność

Przedstawiciele branży turystycznej nie mogą być pewni, jak będzie wyglądała sytuacja epidemiologiczna na świecie i w jaki sposób poszczególne kraje będą na nią reagowały. Dotychczasowe doświadczenia nie napawają optymizmem. O pewnym zagubieniu i rozgoryczeniu może świadczyć, że część przedsiębiorców branży turystycznej czuje się pokrzywdzona przez – ich zdaniem – niezgodne z prawem zakazy i ograniczenia nałożone przez rząd w związku z epidemią koronawirusa. 84 firmy chcą w sumie 141 mln zł odszkodowań od państwa, a według szacunków takich poszkodowanych może być nawet 10 tys. w całym sektorze.

Na rynku krajowym daje się zauważyć, że wiele firm turystycznych, ale też z turystyką powiązanych, chce skorzystać na zniesieniu ograniczeń, nawet jeśli, a może właśnie dlatego, że mogą one powrócić. Rachunek za posiłek i nocleg w kurortach w Polsce niejednokrotnie przewyższa już więc ten, który trzeba by było zapłacić w którejś z europejskich wakacyjnych destynacji.

– To zrozumiałe, że po kilku miesiącach kompletnego zastoju firmy branży turystycznej usiłują odbić się od dna i poprawić swoją sytuację finansową. Przepadł im początek sezonu, kilka kolejnych długich weekendów, dotychczas tradycyjnie mocno obleganych, więc teraz, gdy wreszcie mogą, starają się nadrobić zaległości. Niestety dzieje się to częściowo kosztem tych wszystkich, którzy wakacje chcieliby spędzić w kraju, a budżety domowe ok. 40 proc. Polaków również ucierpiały w czasie pandemii – mówi Sławomir Grzelczak.

Jak więc w praktyce będzie wyglądał powrót do aktywności przedsiębiorstw zajmujących się turystyką? Nie wiadomo, ale np. bałagan wywołany przez brytyjski rząd, który ogłosił, że znosi ograniczenia w podróżowaniu do kraju, a następnie doprecyzował, że będzie się to wiązało z 14-dniową kwarantanną po przekroczeniu granicy, z pewnością ani operatorom turystycznym, ani liniom lotniczym w planowaniu powrotu do względnie normalnej działalności nie pomógł.