Nowe mieszkania spółdzielcze? Początek 2026 roku przyniósł negatywny rekord

Spółdzielnie mieszkaniowe mają budować więcej tanich mieszkań. Jednak od stycznia do kwietnia 2026 r. rozpoczęły budowę tylko 1 lokalu w modelu spółdzielczym.

O konieczności aktywizacji spółdzielni mieszkaniowych mówi się w Polsce od dawna. Trudno się dziwić wziąwszy pod uwagę fakt, że jeszcze w latach 90. wspominane instytucje budowały stosunkowo dużo nowych lokali (nie wspominając już o latach 60. – 80.). Obecnie większość spółdzielni jedynie zarządza starzejącymi się blokami, a tylko niektóre budują mieszkania – zwykle jednak w modelu komercyjnym, czyli deweloperskim. Inwestycji typowo spółdzielczych jest bardzo niewiele. Wystarczy powiedzieć, że przez pierwsze cztery miesiące 2026 roku spółdzielnie mieszkaniowe z całej Polski rozpoczęły budowę tylko jednego mieszkania dla swoich członków.

Artykuł w dużym skrócie:

  • Nowych inwestycji mieszkaniowych w modelu typowo spółdzielczym od lat jest niewiele. Jednak na początku 2026 r. negatywny rekord został pobity. W przypadku wyników z całego 2026 roku, również trudno będzie się spodziewać pozytywów.
  • Spółdzielnie mieszkaniowe budują więcej w modelu deweloperskim, czyli działając jak deweloperzy. Wtedy sprzedaż mieszkań następuje bez konieczności przystępowania do spółdzielni i wnoszenia wkładu budowlanego lub mieszkaniowego (na zasadach określonych przez ustawę o spółdzielniach mieszkaniowych).
  • Rząd chce zachęcić spółdzielnie mieszkaniowe do bardziej aktywnej działalności w modelu spółdzielczym, ale niektóre planowane rozwiązania budzą kontrowersje. Chodzi głównie o przekazanie praw do gruntów na preferencyjnych zasadach w zamian za budowę nowych lokali spółdzielczych i dogęszczanie starszych osiedli.

Poniżej Leszek Markiewicz prowadzący agencję nieruchomości z Warszawy (NieruchomosciSzybko.pl) przedstawia więcej ciekawych informacji dotyczących spółdzielni mieszkaniowych oraz ich inwestycji.

Jaki jest negatywny rekord spółdzielni w 2026 roku?

Wydaje się, że opis aktualnej sytuacji warto rozpocząć od dokładniejszego przedstawienia wspomnianego wcześniej negatywnego rekordu spółdzielni. Mianowicie, według danych GUS, przez pierwsze cztery miesiące poszczególnych lat rozpoczęto budowę następującej liczby mieszkań spółdzielczych w całej Polsce:

  • 2020 r. – 790 mieszkań
  • 2021 r. – 672 mieszkania
  • 2022 r. – 323 mieszkania
  • 2023 r. – 9 mieszkań
  • 2024 r. – 136 mieszkań
  • 2025 r. – 168 mieszkań
  • 2026 r. – 1 mieszkanie

Zaledwie jedno mieszkanie spółdzielcze z okresu styczeń – kwiecień 2026 r. prawdopodobnie zostało rozpoczęte razem z lokalami, które spółdzielnia będzie oferować na zasadach wynikających z ustawy deweloperskiej. „Natomiast liczba lokali rozpoczętych w modelu spółdzielczym (według przepisów ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych), pod koniec roku będzie raczej dużo większa. Nie należy się jednak spodziewać wysokich wyników w całym 2026 roku” – przewiduje Leszek Markiewicz.

Spółdzielnia jako deweloper to częstszy wariant …

Temat działalności spółdzielni jako typowych deweloperów jest niewątpliwie interesujący, lecz w jego przypadku napotykamy na problem. Otóż, dane GUS nie pozwalają stwierdzić, ile mieszkań spółdzielnie rozpoczęły w danym okresie na zasadach deweloperskich (z uwzględnieniem ustawy deweloperskiej). Spółdzielczy inwestorzy są bowiem w takim wariancie traktowani na równi z deweloperami. „Informacje GUS prezentowane wyżej dotyczą natomiast lokali spółdzielczych sensu stricto, a więc takich, które spółdzielnia buduje dla swoich członków z wykorzystaniem m.in. wkładu mieszkaniowego (patrz: spółdzielcze lokatorskie prawo) lub wkładu budowlanego (odrębna własność mieszkania)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz.

Nowa propozycja rządu może budzić kontrowersje

Już od lat mówi się, że budownictwo spółdzielcze realizowane na tradycyjnych zasadach mogłoby pomóc wielu młodym Polakom. Jednak te spółdzielnie mieszkaniowe, które nadal budują bloki, wolą to robić w modelu deweloperskim. Rząd chciałby zachęcić spółdzielnie, aby mocniej rozwijały swoją działalność w kierunku budowania mieszkań na tani wynajem (oferując spółdzielcze lokatorskie prawa do lokali). W maju 2026 r. zapowiedziano przepisy, których celem jest „uproszczenie procedur uzyskiwania publicznego wsparcia oraz dostosowanie ich dla spółdzielni mieszkaniowych, Towarzystw Budownictwa Społecznego i Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych” – cytuje Leszek Markiewicz.

Jednocześnie rząd pracuje nad przepisami, które mają rozwiązać problem nieuregulowanych gruntów pod spółdzielczymi blokami. Rozwiązanie tego problemu dotyczącego ponad 100 000 lokali (głównie w Warszawie) stanowiłoby przełom. Jednak już teraz, na wczesnym etapie prac legislacyjnych widzimy, że wypracowanie ostatecznych rozwiązań nie będzie łatwe. Projekt ustawy o uregulowaniu praw do gruntów zabudowanych przez spółdzielnie mieszkaniowe wskazuje bowiem, że spółdzielnia, na rzecz której uregulowane zostanie prawo do gruntu poza obszarem niezbędnym do prawidłowej obsługi budynków, będzie mogła realizować tam wyłącznie inwestycje w ramach społecznego budownictwa czynszowego. „Innymi słowy rząd proponuje spółdzielniom wymianę pod hasłem uregulowanie praw do gruntów w zamian za możliwą realizację na tych działkach tylko inwestycji ze społecznego programu” – wyjaśnia Leszek Markiewicz.

Dogęszczanie osiedli to wcale nie jest łatwy temat

Opisywane wyżej rozwiązanie może wydawać się ciekawe, ale jednocześnie jest niekoniecznie akceptowalne z punktu widzenia niektórych spółdzielni – tym bardziej, że planowane przepisy przewidują dla spółdzielni możliwy obowiązek budowy nowych bloków w określonym terminie. Pamiętajmy również, że sama koncepcja dogęszczania osiedli zabudowanych wcześniej starszymi blokami (najczęściej z lat 60. – 80.), wzbudza nierzadko sprzeciw lokalnych mieszkańców. „Z jednej strony trudno się dziwić protestom, natomiast z drugiej trzeba pamiętać o ograniczonym zasobie gruntów pod zabudowę w lepszych miejskich lokalizacjach” – podsumowuje Leszek Markiewicz prowadzący agencję nieruchomości z Warszawy (NieruchomosciSzybko.pl).

Green Capital wzmacnia zarząd. Jarosław Broda i Marta Złotkowska dołączają do spółki

Green Capital, deweloper i operator projektów OZE oraz magazynów energii, wzmacnia zespół zarządzający. Do spółki dołączyli Jarosław Broda, który objął stanowisko Chief Operating Officer, oraz Marta Złotkowska, która jako Head of International będzie odpowiedzialna za nadzór nad strategicznymi projektami spółki za granicą na kolejnych etapach ich przygotowania, finansowania i realizacji. Zmiany mają wesprzeć dalszy rozwój Green Capital w Polsce i na rynkach zagranicznych, w szczególności w obszarze projektów OZE, bateryjnych magazynów energii oraz infrastruktury energetycznej dla sektora cyfrowego.

Rozbudowa zespołu zarządzającego następuje w ważnym momencie rozwoju Green Capital. Spółka konsekwentnie wzmacnia swoją pozycję jako deweloper i operator projektów OZE oraz magazynów energii, rozwijając jednocześnie kompetencje niezależnego producenta energii elektrycznej (IPP). Green Capital zarządza pełnym cyklem życia projektu – od zabezpieczenia praw do gruntów i uzyskiwania pozwoleń, przez realizację inwestycji, po długoterminowe zarządzanie operacyjne aktywami. W Polsce krajowy pipeline spółki przekracza 13 GW i obejmuje projekty fotowoltaiczne, lądową energetykę wiatrową oraz magazyny energii. Poza Polską Green Capital rozwija działalność w Europie Środkowo-Wschodniej i Ameryce Południowej, wzmacniając swoją obecność na styku sektora odnawialnych źródeł energii i infrastruktury cyfrowej.

Jarosław i Marta wnoszą do Green Capital doświadczenie, którego potrzebujemy na kolejnym etapie rozwoju organizacji. Jarosław wzmacnia nasze kompetencje operacyjne, inwestycyjne i zarządcze, szczególnie w kontekście dużych projektów infrastrukturalnych. Marta będzie wspierać rozwój naszej działalności międzynarodowej i projektów, które wymagają umiejętności łączenia perspektywy energetycznej, finansowej, regulacyjnej i technologicznej. To ważny krok w budowie organizacji zdolnej do realizacji ambitnych projektów w Polsce i za granicą – mówi Michał Polanowski, Prezes Zarządu Green Capital S.A.

Jarosław Broda objął stanowisko Chief Operating Officer 25 maja 2025 r. To menedżer z ponad 20-letnim doświadczeniem w sektorze energetycznym, obejmującym zarówno technologie konwencjonalne, jak i odnawialne źródła energii. Jako CEO i współdyrektor projektu Baltic Power uczestniczył w realizacji pierwszej polskiej morskiej farmy wiatrowej. Jego rolą było wsparcie pozyskania rekordowego finansowania project finance o wartości 4,4 mld euro oraz budowa zespołu odpowiedzialnego za rozpoczęcie budowy inwestycji o mocy 1,2 GW. Wcześniej, jako członek zarządu Tauron, odpowiadał m.in. za rozwój portfela OZE, nadzór nad kluczowymi inwestycjami oraz wdrażanie innowacji.

W Green Capital Jarosław Broda będzie odpowiadał za wzmacnianie zdolności operacyjnych organizacji, rozwój struktur umożliwiających skuteczną realizację projektów oraz wsparcie spółki w przechodzeniu od fazy deweloperskiej do budowy i długoterminowego zarządzania aktywami. Jego doświadczenie w prowadzeniu dużych projektów infrastrukturalnych, finansowaniu projektowym, zarządzaniu zespołami oraz transakcjach M&A będzie istotne z perspektywy dalszego skalowania działalności Green Capital.

Dołączam do Green Capital z przekonaniem, że spółka ma potencjał, aby skutecznie realizować złożone projekty energetyczne i infrastrukturalne w Polsce oraz na rynkach zagranicznych. Moim celem jest wniesienie do organizacji doświadczenia związanego z prowadzeniem dużych inwestycji, transakcji M&A oraz budowaniem struktur pozwalających skutecznie przechodzić od fazy rozwoju projektów do ich realizacji. Wierzę, że transparentność, współpraca i dzielenie się wiedzą są fundamentem skutecznych organizacji, a największą satysfakcję daje wspólne osiąganie ambitnych celów – mówi Jarosław Broda, Chief Operating Officer, Green Capital S.A.

Do zespołu Green Capital dołączyła również Marta Złotkowska, obejmując stanowisko Head of International. W nowej roli będzie odpowiadać za rozwój międzynarodowej działalności spółki oraz nadzór nad strategicznymi projektami na kolejnych etapach ich przygotowania, finansowania i realizacji.

Marta Złotkowska ma doświadczenie w rozwoju i prowadzeniu złożonych projektów energetycznych oraz infrastrukturalnych w Europie, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Jej kompetencje obejmują obszary odnawialnych źródeł energii, magazynowania energii oraz ekosystemu data center. Łączy doświadczenie w zakresie project development, finansowania, regulacji oraz współpracy z partnerami publicznymi i prywatnymi.

Wzmocnienie kompetencji międzynarodowych jest szczególnie istotne z perspektywy strategicznego kierunku rozwoju Green Capital. Spółka buduje zintegrowaną platformę energetyczno-cyfrową na rynkach, na których deficyt stabilnej mocy i rosnący popyt na infrastrukturę obliczeniową tworzą przestrzeń dla nowego modelu biznesowego. W tym modelu odnawialne źródła energii, magazyny energii oraz infrastruktura gotowa do obsługi sektora data centers i AI tworzą spójny ekosystem odpowiadający na potrzeby gospodarki cyfrowej.

Green Capital znajduje się dziś w ważnym momencie rozwoju. Nie tylko rozwijamy projekty energetyczne, ale budujemy platformę, która może wspierać sposób, w jaki infrastruktura AI i data centers będą zasilane w przyszłości. Doświadczenie międzynarodowe Marty, jej podejście do realizacji złożonych projektów oraz kompetencje strategiczne będą istotnym wsparciem dla dalszego skalowania naszej działalności. Cieszymy się, że dołącza do naszego zespołu – dodaje Michał Polanowski, Prezes Zarządu Green Capital S.A.

Nowe nominacje są elementem konsekwentnego wzmacniania organizacji przed kolejną fazą rozwoju. Green Capital rozwija projekty w obszarze magazynów energii, fotowoltaiki oraz lądowej energetyki wiatrowej, a jednocześnie przygotowuje się do długoterminowego zarządzania wybranymi aktywami jako niezależny producent energii i dostawca usług elastyczności dla systemu elektroenergetycznego.

Rynki uwierzyły w porozumienie wokół Ormuzu. Przed inwestorami gorący tydzień

Podobno porozumienie jest już naprawdę za rogiem Cieśniny Ormuz. Przynajmniej rynki są o nim przekonane, chociaż żarliwość tej wiary nie rozkłada się równomiernie. Czy nowy szef Fed przekona Komitet do swojego spojrzenia na świat? Czy może piątkowe trzy wiedźmy staną się katalizatorem odwrotu? Przed nami gorący tydzień.

Płynie przekaz, czy popłynie ropa?

Zgodnie ze starą tradycją na urodziny władcy zorganizowano igrzyska. Jednak sama impreza na trawniku Białego Domu to za mało, potrzebny jest też chleb. Ten ma się pojawić, dzięki zakończeniu kryzysu surowcowego. Podobno nigdy nie było tak blisko… przedłużenia zawieszenia broni. Jednak chyba po raz pierwszy naprawdę pojawia się szansa na szersze otwarcie Cieśniny Ormuz, chociaż strony mają sobie dać miesięczny okres na udrożnienie kanału żeglugi. Według ostatnich doniesień formalne podpisanie dokumentów może nastąpić w piątek w Szwajcarii. A to oznacza, że mamy niemałe szanse na kolejne zwroty akcji przed osiągnięciem wielkiego, historycznego dealu. Największą niewiadomą pozostaje to, czy Izrael jest już gotowy do respektowania jakichkolwiek porozumień.

Done deal?

Rynki w praktyce nie mają wątpliwości – porozumienie jest na stole, żadnego kryzysu nie ma, idziemy dalej (a może raczej biegniemy?). Ceny ropy wybijają właśnie kolejne dołki i są już na poziomach z początku marca. Lipcowy kontrakt na amerykańską WTI podejmuje próbę zejścia poniżej 80 USD, podczas gdy sierpniowy kontrakt na europejski Brent wybił właśnie 83 USD. Spadkowa euforia nie omija też rynku gazu, holenderski TTF traci blisko 6%, a za Mwh trzeba płacić 47 euro. W tyle nie chcą pozostać rynki kapitałowe, a najmocniej dotknięta blokadą Ormuzu Azja wpadła prawie w ekstazę, japoński Nikkei oraz koreański KOSPI zyskały dziś w okolicach 5%. Europejskie otwarcie było już mniej euforyczne, ale wciąż jest bardzo mocne. Niemiecki DAX i francuski CAC40 rosną nawet 1,7%. Za rynkami bazowymi stara się nadążyć Warszawa – WIG20 idzie w górę o 1,3%. Kontrakty futures na Wall Street wskazują na otwarcie powyżej +2%. Po trudnym okresie do wzrostów powraca złoto, za uncję trzeba znowu płacić powyżej 4300 USD. Za zyski metali szlachetnych częściowo może odpowiadać zachowanie dolara amerykańskiego. Ten przy szerokorynkowym risk on wyraźnie traci, chociaż zachowanie forex już zwyczajowo w ostatnich tygodniach można nazwać najbardziej wyważonym. Kurs EUR/USD wrócił powyżej kluczowego poziomu 1,157 USD i balansuje na okrągłym 1,16 USD. Przekłada się to na kurs USD/PLN testujący od góry 3,65 zł. Kurs EUR/PLN balansuje na 4,24 zł.

Będzie się działo!

W tym tygodniu czeka nas spora dawka fundamentalnych impulsów. Oczywiście inwestorski wzrok w dalszym ciągu musi zerkać w stronę Bliskiego Wschodu. Jednak, przynajmniej w teorii, wydarzeniem tygodnia powinno być posiedzenie amerykańskiej władzy monetarnej. Konsensus nie zakłada żadnego ruchu na stopach ze strony FOMC, ale Komitet pokaże swoje oczekiwania na ich wysokość w kolejnych kwartałach (tzw. dot spot). Możliwe, że jeszcze istotniejszy będzie sposób komunikacji ze strony nowego szefa Fed. Kevin Warsh wchodzi na scenę w blasku sporej niepewności, a podstawowe pytanie brzmi: czy przekona resztę decydentów do swojej wizji polityki monetarnej? Nie brakuje też innych wątpliwości. Czy – kiedy wraz ze zbliżającym się weekendem napięcie wokół możliwego porozumienia w Zatoce Perskiej będzie zapewne rosło – przyjdą trzy wiedźmy i zjedzą całe zyski? Równie dobrze mogą dolać więcej paliwa do inicjowanych już dziś ruchów, jeśli traderzy ustawią kontrakty na trzeci kwartał według logiki przeszłego konfliktu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 11:00 – strefa euro – produkcja przemysłowa (kwiecień)
  • 14:30 – USA – produkcja przemysłowa (maj)

Ceny luksusowych nieruchomości na świecie wzrosły o 3,2%. Liderami Tokio i Dubaj

Firma Knight Frank opublikowała jubileuszowe, 20. wydanie raportu The Wealth Report. Zawarty w nim Prime International Residential Index (PIRI 100) analizuje zmiany cen luksusowych nieruchomości mieszkaniowych na 100 najważniejszych rynkach na świecie.

Rosnąca liczba osób ultra-zamożnych oraz coraz większa mobilność kapitału sprawiają, że luksusowe nieruchomości pozostają jedną z najbardziej odpornych klas aktywów na świecie.

Według najnowszych danych ceny luksusowych nieruchomości wzrosły średnio o 3,2% w 2025 roku, osiągając lepszy wynik niż rynek mieszkaniowy ogółem już drugi rok z rzędu.

Najważniejsze wnioski z raportu

  • Na 73 spośród 100 analizowanych rynków odnotowano wzrost cen luksusowych nieruchomości.
  • Tokio było najszybciej rosnącym rynkiem na świecie – ceny nowych luksusowych apartamentów wzrosły tam o 58,5%.
  • Dubaj zanotował wzrost o 25,1%, utrzymując pozycję najbardziej aktywnego rynku nieruchomości o wartości powyżej 10 mln USD. W 2025 roku zawarto tam 500 transakcji w segmencie super-prime.
  • Najlepsze wyniki regionalne osiągnął Bliski Wschód (+9,4%). Wzrosty odnotowano również w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach (+4,7%), regionie Azji i Pacyfiku (+3,6%) oraz w Europie (+3,3%).
  • Ameryka Północna była jedynym regionem ze spadkiem cen (-0,9%), głównie za sprawą korekty na rynku kanadyjskim.
  • Ograniczona podaż gotowych do zamieszkania nieruchomości nadal przekłada się na wyższe ceny najlepiej przygotowanych aktywów.
  • Coraz większa mobilność najzamożniejszych inwestorów wpływa na zmiany wzorców zakupowych. Rośnie liczba osób ultra-zamożnych (UHNWI), które spędzają mniej niż 90 dni rocznie w swoich tradycyjnych lokalizacjach, co napędza popyt na luksusowe nieruchomości na wynajem.
  • Wśród rynków o największym potencjale wzrostu raport wskazuje m.in. Mumbaj, Brisbane, Miami oraz Hongkong.

Luksusowe nieruchomości coraz bardziej odporne na zawirowania gospodarcze

Jak podkreśla Liam Bailey, redaktor raportu The Wealth Report:

– Na wielu rynkach segment luksusowych nieruchomości wyraźnie oddzielił się od szerokiego rynku mieszkaniowego, korzystając z dynamicznego przyrostu globalnego majątku. Podczas gdy rynek masowy pozostaje bardziej podatny na presję gospodarczą, tempo wzrostu liczby zamożnych osób pomaga utrzymać stabilny popyt na nieruchomości premium, nawet pomimo zmienności kosztów finansowania.

Ekspert zwraca również uwagę na rosnącą mobilność najbogatszych inwestorów:

– Osoby ultra-zamożne coraz częściej organizują swoje życie pomiędzy kilkoma krajami, a family offices aktywnie zarządzają ryzykiem podatkowym, politycznym i związanym ze stylem życia. W efekcie tradycyjne globalne centra, takie jak Londyn, coraz częściej pełnią funkcję miejsc wykorzystywanych okresowo – do prowadzenia biznesu, korzystania z oferty kulturalnej czy budowania relacji – zamiast stałego miejsca zamieszkania.

Ile luksusowych nieruchomości można kupić za 1 mln USD?

W ciągu ostatnich pięciu lat siła nabywcza inwestorów na rynku nieruchomości premium wyraźnie się zmieniła. W niektórych miastach za 1 mln USD można dziś kupić znacznie mniej metrów kwadratowych niż w 2020 roku, co pokazuje skalę wzrostu cen w segmencie luksusowym.

Miasto Powierzchnia za 1 mln USD (Q4 2020) Powierzchnia za 1 mln USD (Q4 2025)
Monako 17,3 m² 16,0 m²
Hongkong 22,6 m² 22,5 m²
Genewa 37,2 m² 27,9 m²
Singapur 36,2 m² 28,1 m²
Londyn 30,7 m² 32,9 m²
Nowy Jork 34,9 m² 33,9 m²
Los Angeles 50,4 m² 36,4 m²
Tokio 62,4 m² 36,6 m²
Paryż 41,9 m² 37,1 m²
Wiedeń 41,0 m² 39,0 m²
Sydney 44,2 m² 42,1 m²
Szanghaj 49,8 m² 44,4 m²
Mediolan 59,9 m² 45,8 m²
Miami 97,0 m² 58,1 m²
Berlin 66,4 m² 58,8 m²
Dubaj 182,8 m² 62,2 m²
Madryt 93,1 m² 75,1 m²
Lizbona 92,5 m² 79,4 m²
Melbourne 79,4 m² 82,6 m²
Mumbaj 104,9 m² 95,5 m²

Źródło: Knight Frank, Prime International Residential Index (PIRI 100), Q4 2025

Najbardziej spektakularna zmiana dotyczy Dubaju, gdzie za 1 mln USD można dziś kupić niemal trzy razy mniej powierzchni niż pięć lat temu. Silne wzrosty cen widoczne są także w Tokio, Miami i Genewie.

Jednocześnie takie rynki jak Londyn czy Melbourne pozostają relatywnie bardziej stabilne pod względem siły nabywczej inwestorów.

Nowa polityka zakupowa państwa. Więcej szans dla MŚP, ale też większe wymagania

0

Rynek zamówień publicznych w Polsce jest dziś wart około 587 mld zł rocznie, jednak zdecydowana większość przedsiębiorców wciąż z niego nie korzysta. Jak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Miliardy na stole”, aż siedem na dziesięć prywatnych firm nigdy nie złożyło oferty w przetargu publicznym i nawet nie rozważa takiego kroku. Rząd chce to zmienić. Przyjęta Polityka zakupowa państwa na lata 2026-2029 zakłada większe wsparcie dla sektora MŚP, uproszczenie procedur oraz odejście od myślenia o zamówieniach publicznych wyłącznie przez pryzmat najniższej ceny.

Miliardy są dostępne, ale firmy nie chcą po nie sięgać

Skala niewykorzystanego potencjału jest ogromna. Z danych PIE wynika, że tylko 13 proc. przedsiębiorstw podjęło w 2025 roku próbę udziału w postępowaniu przetargowym. Dla wielu firm rynek zamówień publicznych pozostaje zbyt skomplikowany, zbyt sformalizowany i obarczony dużym ryzykiem proceduralnym.

Nowa polityka zakupowa ma to zmienić. Rząd zapowiada m.in. szersze stosowanie zaliczek, szybsze płatności, prostszy język dokumentacji oraz większy dialog z przedsiębiorcami jeszcze przed ogłoszeniem postępowania.

– W dalszym ciągu duża część przedsiębiorców z sektora MŚP nie jest aktywna na rynku zamówień publicznych. Jeżeli nowe rozwiązania rzeczywiście ograniczą bariery wejścia, może to być jedna z najważniejszych zmian dla sektora MŚP od lat – mówi mec. Michał Liżewski, partner kancelarii LEGALLY.SMART, specjalista z zakresu prawa zamówień publicznych.

Koniec ery „najniższej ceny”?

Eksperci zwracają uwagę, że nowa polityka zakupowa oznacza również zmianę filozofii państwa wobec zamówień publicznych. Coraz większą rolę mają odgrywać bezpieczeństwo dostaw, innowacyjność oraz rozwój krajowego potencjału gospodarczego.

W praktyce oznacza to odejście od podejścia, w którym o wyniku przetargu decyduje przede wszystkim cena.

Zamówienia publiczne – zwłaszcza w sektorach o znaczeniu strategicznym – przestają być wyłącznie procedurą zakupową. Państwo coraz częściej traktuje je jako narzędzie wzmacniania bezpieczeństwa gospodarczego czy zwiększania innowacyjności w sektorze publicznym – podkreśla mec. Liżewski.

Nowe szanse dla MŚP, ale też nowe wymagania

Eksperci wskazują, że większe otwarcie rynku dla mniejszych firm będzie wymagało również większej profesjonalizacji po stronie wykonawców. Rosnąć będzie znaczenie transparentności, zarządzania ryzykiem, jakości dokumentacji i zdolności do spełniania coraz bardziej złożonych wymagań zamawiających.

Przedsiębiorcy, którzy wcześniej przygotują swoje organizacje do funkcjonowania na rynku publicznym, mogą zyskać przewagę nad konkurencją.

– Dla wielu firm najbliższe lata będą okresem uczenia się nowego rynku. Ci, którzy odpowiednio wcześnie zbudują kompetencje związane z zamówieniami publicznymi, mogą znaleźć się w gronie największych beneficjentów zmian – ocenia mec. Michał Liżewski.

Zdaniem eksperta przyjęta polityka zakupowa pokazuje, że publiczne wielomiliardowe środki mają w coraz większym stopniu wspierać nie tylko realizację inwestycji, ale również rozwój krajowej gospodarki i wzmacnianie pozycji polskich przedsiębiorstw.

Geopolityczna ulga na rynkach. Ceny ropy reagują na sygnały z USA i Iranu

Wstępne porozumienie USA i Iranu w sprawie ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz zostało przez rynki odebrane jako sygnał spadku ryzyka geopolitycznego, ale nie oznacza jeszcze trwałej stabilizacji ani szybkiego powrotu do normalnego handlu ropą i gazem. To raczej pierwszy etap procesu, w którym decyzja polityczna musi zostać przełożona na realne bezpieczeństwo żeglugi, odbudowę zaufania armatorów i ubezpieczycieli oraz rozwiązanie najtrudniejszych kwestii dyplomatycznych: irańskiego programu nuklearnego, sankcji, zamrożonych aktywów i ewentualnych zachęt gospodarczych dla Teheranu.

Znaczenie porozumienia jest istotne, ponieważ Cieśnina Ormuz pozostaje jednym z najważniejszych punktów światowej gospodarki. Przez ten wąski szlak morski przechodzi około jedna piąta globalnych przepływów ropy i LNG, a korzystają z niego najważniejsi eksporterzy energii z Zatoki Perskiej. Jej blokada uderzyła więc nie tylko w rynek surowców, ale także w transport morski, koszty ubezpieczeń, logistykę przemysłową i oczekiwania inflacyjne. Przez Ormuz transportowane są również inne towary, w tym produkty rafineryjne, nawozy, aluminium czy hel, dlatego zakłócenia w tym miejscu mogą rozlewać się na wiele sektorów gospodarki.

Reakcja rynku była zgodna z logiką obniżenia premii za ryzyko: ceny ropy spadły, a nastroje na giełdach poprawiły się. Inwestorzy uznali, że porozumienie zmniejsza prawdopodobieństwo gwałtownego niedoboru ropy i gazu oraz kolejnej fali wzrostu cen energii. Z punktu widzenia banków centralnych może to ograniczać presję inflacyjną i wzmacniać argumenty za ostrożniejszą polityką pieniężną. Ten pozytywny efekt może być jednak stopniowy i nietrwały, ponieważ wysokie ceny energii z poprzednich miesięcy już obciążyły przedsiębiorstwa, konsumentów i budżety państw importujących surowce.

Najważniejszym ograniczeniem porozumienia jest jego tymczasowy charakter. Formalne otwarcie cieśniny nie wystarczy, aby handel natychmiast wrócił do poziomów sprzed konfliktu. Konieczne będzie usunięcie zagrożeń, w tym min, przywrócenie pełnej przepustowości portów, obniżenie kosztów ubezpieczenia oraz przekonanie armatorów, że trasa jest bezpieczna. W praktyce rynek często reaguje szybko na polityczne deklaracje, ale fizyczne przepływy surowców i zaufanie uczestników handlu odbudowują się znacznie wolniej.

Dodatkowym źródłem niepewności są rozbieżne interpretacje samego porozumienia. USA przedstawiają je jako sukces dyplomatyczny i krok w stronę stabilizacji regionu, natomiast irańskie media państwowe opisują je jako wymuszenie na USA i Izraelu zakończenia wojny. Taka różnica narracji pokazuje, że obie strony już na starcie próbują wykorzystać porozumienie politycznie. Może to utrudnić dalsze rozmowy, zwłaszcza jeśli pojawi się spór o kontrolę nad żeglugą przez Cieśninę Ormuz, zakres znoszenia sankcji lub skalę finansowych korzyści dla Iranu.

Ryzykiem pozostaje również Izrael, którego działania wojskowe mogą komplikować wdrażanie ustaleń. Jeżeli napięcia regionalne ponownie wzrosną, armatorzy i ubezpieczyciele mogą utrzymać ostrożne podejście, nawet jeśli formalnie cieśnina będzie otwarta. W takim scenariuszu ceny ropy mogłyby ponownie wzrosnąć, szczególnie jeśli popyt pozostanie silny, a odbudowa podaży okaże się wolniejsza od oczekiwań. Dodatkowo część państw może chcieć odbudować strategiczne rezerwy paliw, co ograniczyłoby skalę spadku cen w krótkim terminie.

Kryzys wokół Cieśniny Ormuz może mieć także długofalowe konsekwencje. Importerzy energii prawdopodobnie będą mocniej dywersyfikować dostawców, trasy transportowe i zaplecze logistyczne, aby zmniejszyć zależność od jednego strategicznego szlaku. Oznacza to, że nawet po uspokojeniu sytuacji część zmian w globalnym handlu surowcami może się utrwalić. Rynek otrzymał więc dobrą wiadomość, ale nie powrót do dawnego status quo. Oficjalne podpisania porozumienia między USA a Iranem ma nastąpić w Szwajcarii w piątek. Lipcowe kontrakty na ropę WTI na giełdzie NYMEX tracą w poniedziałek rano ponad 5,3% i wyceniane są na 80,33 USD.

Rolników w KRD jest mniej, ale średnie zadłużenie rośnie

Według danych KRD, na koniec I kwartału br. liczba rolników w tym rejestrze spadła o blisko 6% w porównaniu z analogicznym okresem 2025 roku. Z kolei kwota całkowitego zadłużenia tej grupy zmniejszyła się rdr. o prawie 4%, do 239,9 mln zł. Widać też, że najwięcej, bo 5,6 mln zł, miał do uregulowania dłużnik z województwa mazowieckiego. Z kolei średnie zadłużenie wyniosło blisko 69 tys. zł, a więc o przeszło 1,4 tys. więcej niż rok wcześniej. Z kolei statystyczny rolnik zalegał ze spłatą zobowiązań prawie 2 lata.

Z danych Krajowego Rejestru Długów (KRD) wynika, że na koniec I kw. br. w tym rejestrze znajdowało się 3481 rolników (zajmujących się uprawą roli i hodowlą zwierząt), w tym 548 z woj. mazowieckiego i 509 – z wielkopolskiego. To o 5,9% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 3699. Jak przekonuje Sławomir Izdebski, przewodniczący OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych, skala problemu jest większa. Sporo rolników, którzy zalegają z płatnościami, np. wobec producentów pasz czy dostawców nawozów, nie trafia od razu do KRD. Zdaniem eksperta, przedstawione dane to maksymalnie 40-50% stanu faktycznego.

– Spadek rdr. liczby rolników figurujących w tym rejestrze należy ocenić jako umiarkowanie pozytywny sygnał. Jednak nie można go automatycznie utożsamiać z trwałą poprawą kondycji finansowej całego sektora rolnego. Część gospodarstw zdołała uregulować zaległości lub ograniczyć skalę problemów płatniczych, ale jednocześnie nadal mamy do czynienia z grupą blisko 3,5 tys. rolników posiadających przeterminowane zobowiązania – komentuje Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Z kolei Sławomir Izdebski zaznacza, że część rolników rezygnuje z prowadzenia gospodarstw rolnych. Zdarza się, że zamożniejsi pomagają spłacać im zobowiązania, przejmują ich tereny na określonych warunkach. Według eksperta, to mogło wpłynąć na ww. spadek rdr. Przewodniczący OPZZ RiOR podkreśla również, że problemy finansowe dotyczą przede wszystkim hodowców trzody chlewnej i producentów zbóż. I dodaje, że do tej poprawy w KRD mogła przyczynić się też koniunktura. Przez 2-3 lata było w miarę dobrze w hodowli bydła i produkcji mleka.

– Na zmianę rdr. liczby zadłużonych rolników mogło wpłynąć kilka czynników. Po pierwsze, w części sektorów rolnictwa w 2024 roku doszło do stabilizacji kosztów produkcji po okresie gwałtownych wzrostów cen energii, paliw i nawozów obserwowanych po wybuchu wojny w Ukrainie. Po drugie, część gospodarstw mogła poprawić płynność dzięki dopłatom bezpośrednim, środkom unijnym czy restrukturyzacji zadłużenia. Nie można również wykluczyć, że część najbardziej zadłużonych podmiotów zakończyła działalność lub całkowicie zmieniła formę funkcjonowania – stwierdza radca prawny Adrian Parol.

Na koniec I kw. br. całkowite zadłużenie rolników w KRD wyniosło 239,9 mln zł. To o 3,9% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy mowa była o kwocie 249,5 mln zł. Jak przekonuje Sławomir Izdebski, podana różnica rdr. nie jest duża. Natomiast dane te nie są adekwatne do rzeczywistości. OPZZ RiOR szacuje, że rolnicy są zadłużeni łącznie na ok. 500 mln zł. Według eksperta, to nie jest wielka kwota, biorąc pod uwagę, że w Polsce czynnie pracuje 500-600 tys. gospodarstw rolnych.

– Tempo spadku kwoty zadłużenia rdr. jest niższe niż tempo spadku liczby zadłużonych rolników. Oznacza to, że z rejestru ubywa część dłużników posiadających relatywnie niższe zaległości, natomiast pozostają osoby mające większe problemy finansowe. Nie jest to więc sytuacja, w której cały sektor szybko wychodzi z zadłużenia. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz stopniowego oczyszczania się grupy dłużników z mniejszymi zaległościami przy jednoczesnym utrzymywaniu się problemów wśród najbardziej zadłużonych gospodarstw – analizuje Adrian Parol.

Według stanu na 31 marca br. maksymalne zadłużenie rolnika w KRD wyniosło 5,6 mln zł (dłużnik z woj. mazowieckiego). Natomiast rok wcześniej niechlubny rekordzista miał do uregulowania 3,3 mln zł (również z woj. mazowieckiego).

– Choć ogólna liczba zadłużonych maleje, to skala problemów w pojedynczych przypadkach może być coraz większa. Tak wysokie zobowiązania dotyczą raczej dużych podmiotów prowadzących działalność na dużą skalę. One przeważnie korzystają z kredytów inwestycyjnych, leasingu maszyn, finansowania zakupów środków produkcji czy rozbudowy infrastruktury, gdzie dużo łatwej – przy niesprzyjających warunkach – wpaść w kłopoty – dodaje Adrian Parol.

Na koniec I kwartału br. średnie zadłużenie rolnika w KRD wyniosło 68 906 zł. To o 2,1% więcej niż rok wcześniej, kiedy było to 67 464 zł. Sławomir Izdebski zaznacza, że niewiele się tutaj zmieniło rdr. i prawdopodobnie w najbliższych latach będzie podobnie. Choć można się spodziewać, że na pewno część gospodarstw rolnych upadnie. Rolnicy już sygnalizują problemy związane z hodowlą trzody chlewnej i zaczynają od niej stopniowo odchodzić. Według przewodniczącego OPZZ RiOR, to jest ogromne zagrożenie, bo w to miejsce wchodzi chów przemysłowy.

– Maleje liczba zadłużonych rolników i spada całkowita wartość zadłużenia, a mimo to przeciętna kwota przypadająca na jednego dłużnika rośnie. Oznacza to, że w rejestrze pozostają osoby mające relatywnie większe problemy finansowe. Taki obraz często pojawia się w okresach przejściowej poprawy sytuacji gospodarczej. Dla przeciętnego rolnika zadłużenie na poziomie ok. 69 tys. zł może oznaczać nie tylko ograniczony dostęp do finansowania zewnętrznego. To także trudności z zakupem bieżących środków produkcji na kredyt kupiecki, większe koszty działalności oraz mniejsza zdolność do inwestowania w rozwój gospodarstwa – zaznacza Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z kancelarii prawa gospodarczego GKPG.

Ponadto według danych KRD, na koniec I kwartału br. statystyczny rolnik z tego rejestru zalegał ze spłatą zobowiązań 704 dni, a w województwie świętokrzyskim – 975 dni. Rok wcześniej było to 748 dni, a w woj. małopolskim – 1402 dni. Sławomir Izdebski potwierdza, że rolnicy mają problemy ze spłatą należności. Ekspert dodaje, że zdaniem wielu przedsiębiorców, jest to najbardziej uczciwa i najlepiej zorganizowana grupa społeczna w kwestii płatności. Zazwyczaj im mniejsze gospodarstwo, tym lepiej to wygląda.

– Spadek średniego czasu zalegania ze spłatą zobowiązań można uznać za sygnał umiarkowanej poprawy, jednak trudno mówić o jakimś przełomie. Nadal mamy bowiem do czynienia z okresem przekraczającym 23 miesiące, a więc niemal dwa lata. Tak długie opóźnienia wskazują, że część gospodarstw od dawna nie jest w stanie uregulować swoich zobowiązań. W praktyce oznacza to, że problemy mają charakter strukturalny, a nie wyłącznie sezonowy. Natomiast pozytywne jest to, że średni czas zaległości maleje – podsumowuje Łukasz Goszczyński.

Efektywność kontra bezpieczeństwo. AI w firmach wymyka się spod kontroli

0

Sztuczna inteligencja stała się stałym elementem codziennej pracy w polskich firmach, jednak organizacje wyraźnie nie nadążają za tempem jej adopcji. Z najnowszej edycji raportu „Cyberportret polskiego biznesu 2026”, przygotowanego przez ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT, wynika, że 62% pracowników korzysta już z narzędzi AI w obowiązkach służbowych, a co trzeci użytkownik przyznaje wprost, że próbowałby obejść firmowe blokady, gdyby pracodawca ograniczył mu dostęp do ulubionych narzędzi. Dążenie do maksymalnej efektywności zaczyna brać górę nad bezpieczeństwem danych, a zjawisko Shadow AI może być ogromnym zagrożeniem dla wielu biznesów.

Najważniejsze informacje:

  • 62% polskich pracowników korzysta z narzędzi AI w codziennej pracy służbowej
  • 35% użytkowników AI przyznaje, że próbowałoby obejść firmowe blokady, gdyby pracodawca ograniczył dostęp do ulubionych narzędzi
  • Tylko 27% firm posiada spisaną politykę korzystania z narzędzi AI
  • 10% pracowników wprost przyznaje, że udostępnia otwartym modelom AI wrażliwe dane firmowe

Jak powszechne jest używanie AI w polskich firmach?

W polskich firmach AI często weszła przez tylne drzwi i zdążyła się już zadomowić. Z danych raportu wynika, że 62% pracowników (którzy pracują z komputerem min. 3 dni w tygodniu) korzysta z narzędzi AI w codziennych obowiązkach służbowych, a niemal co piąty deklaruje, że opiera się  na pomocy autonomicznych agentów. Skala adopcji jest więc znacząca.

Problem w tym, że firmy wyraźnie nie dotrzymują jej kroku. Większość pracowników porusza się w organizacyjnej szarej strefie, a konsekwencje są już widoczne: 10% pracowników wprost przyznaje, że udostępnia otwartym modelom AI wrażliwe dane firmowe. To właśnie istota zjawiska określanego jako Shadow AI, czyli używania sztucznej inteligencji wewnątrz organizacji bez oficjalnej zgody i nadzoru. Tylko 27% firm posiada dziś spisaną politykę regulującą korzystanie z AI, co oznacza, że zdecydowana większość pracowników nie ma żadnych firmowych drogowskazów w tym obszarze.

Dlaczego pracownicy omijają firmowe zasady dotyczące AI?

Narzędzia AI realnie przyspieszają i ułatwiają pracę, co przynosi wymierne korzyści zarówno pracownikom, jak i pracodawcom. Raport ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT pokazuje jednak, że często spotykana w biznesie presja efektywności ma swoją ciemną stronę: 35% użytkowników AI przyznaje, że próbowałoby obejść firmowe blokady, gdyby pracodawca ograniczył im dostęp do ulubionych narzędzi. Co więcej, 26% deklaruje, że w takiej sytuacji wygenerowałoby potrzebne treści na prywatnym sprzęcie i przesłało je na służbową pocztę.

Warto podkreślić, że gotowość do obchodzenia zasad nie musi wynikać z lekceważenia bezpieczeństwa. Pracownicy często po prostu nie wiedzą, jakie ryzyko niesie korzystanie z publicznych modeli językowych, i nie mają dostępu do bezpiecznych alternatyw. To właśnie brak jasnych zasad i odpowiednich narzędzi sprawia, że granica między efektywną a ryzykowną pracą z AI staje się coraz trudniejsza do wytyczenia. Dla organizacji to sygnał, że sama polityka zakazów nie wystarczy.

Jakie ryzyko dla firmy niesie Shadow AI?

Korzystanie z niezatwierdzonych narzędzi AI to nie tylko kwestia naruszenia firmowych procedur. To realne ryzyko utraty kontroli nad danymi. Pracownicy, którzy wklejają służbowe dokumenty czy dane klientów do publicznych modeli językowych, często nie zdają sobie sprawy z konsekwencji. Informacje te mogą trafiać na serwery poza Unią Europejską, być wykorzystywane do trenowania algorytmów lub stać się dostępne dla podmiotów zewnętrznych. Tymczasem tylko 38% firm zainwestowało w korporacyjne licencje AI, które gwarantują, że wprowadzane dane nie trafią do baz treningowych zewnętrznych modeli.

Konsekwencje mogą być poważne: od wycieków danych i naruszenia tajemnicy handlowej, po kary wynikające z RODO. W świecie, w którym dane są jednym z najcenniejszych zasobów firmy, brak polityki AI to nie tylko luka organizacyjna, ale realne zagrożenie biznesowe. Tymczasem zaledwie 25% firm wdrożyło systemy klasy DLP lub CASB, pozwalające monitorować ruch sieciowy pod kątem zapobiegania wyciekom danych do AI.

– Punktem wyjścia powinno być zrozumienie skali zjawiska, a następnie wprowadzenie jasnych zasad – co wolno, czego nie wolno i przede wszystkim dlaczego. Bez wyjaśnienia powodów trudno oczekiwać, że pracownik zrozumie, iż wklejenie firmowych danych do publicznego modelu językowego może zagrozić bezpieczeństwu całej organizacji. Warto też zadbać o dostęp do bezpiecznych, zatwierdzonych narzędzi – wtedy pracownicy nie będą musieli sięgać po prywatne konta. Właśnie brak takich zasad napędza Shadow AI. Największym ryzykiem jest wyciek danych do chmury, nad którą organizacja nie ma kontroli. Odpowiedzią nie jest zakaz, lecz wyjaśnienie ryzyka i wskazanie bezpiecznych alternatyw – mówi Dawid Koziorowski, Offensive Cybersecurity Team Leader, DAGMA Bezpieczeństwo IT.

Jak firmy mogą skutecznie zarządzać AI i chronić swoje dane?

Rosnąca skala zjawiska Shadow AI nie oznacza, że firmy są bezradne. Kluczem nie jest samo blokowanie narzędzi, lecz budowanie środowiska, w którym pracownicy mogą korzystać z AI w sposób bezpieczny i zgodny z firmowymi zasadami. Punktem wyjścia powinna być jasna polityka AI, która określa które narzędzia są dozwolone, jakie dane można przetwarzać i dlaczego określone zachowania są ryzykowne. Sama świadomość zagrożeń znacząco zmniejsza prawdopodobieństwo nieświadomych naruszeń.

Równie ważne jest zapewnienie pracownikom bezpiecznych alternatyw. Firmy, które inwestują w korporacyjne licencje AI i zatwierdzają konkretne narzędzia, eliminują główny powód, dla którego pracownicy sięgają po rozwiązania z szarej strefy. Uzupełnieniem całości powinny być systemy monitorowania przepływu danych, które pozwalają na bieżąco kontrolować, jakie informacje opuszczają organizację. To nie technologia jest tu największym wyzwaniem, lecz wyprzedzenie jej odpowiednimi zasadami.

—————

O raporcie: Trzecia edycja raportu „Cyberportret polskiego biznesu 2026” powstała na podstawie badania ilościowego zrealizowanego w marcu 2026 roku przez instytut ARC Rynek i Opinia na próbie 1026 Polaków pracujących przy komputerze co najmniej 3 dni w tygodniu (w tym ekspertów ds. cybersecurity z firm zatrudniających min. 10 osób). Badanie przeprowadzono techniką CAWI.

UOKiK sprawdza Easy Payment i Fincard. Chodzi o ukryte koszty kart kredytowych

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi postępowania przeciwko spółkom Easy Payment oraz Fincard. Sprawa dotyczy sposobu naliczania opłat przy kartach kredytowych oferowanych konsumentom na polskim rynku. Według UOKiK dodatkowe opłaty i prowizje stosowane przez te firmy mogły w praktyce działać jak ukryte odsetki kapitałowe, a tym samym prowadzić do obchodzenia przepisów o maksymalnym oprocentowaniu kredytu konsumenckiego.

Easy Payment to bułgarska spółka finansowa oferująca w Polsce karty kredytowe Axi Card. Fincard wydaje natomiast karty kredytowe pod markami Net Credit oraz Halvo. W obu przypadkach urząd analizuje, czy przedsiębiorcy nie naruszali zbiorowych interesów konsumentów, pobierając opłaty zależne od wysokości wykorzystanego limitu kredytowego.

Karta kredytowa to forma kredytu konsumenckiego

Choć karta kredytowa bywa postrzegana jako wygodne narzędzie płatnicze, z prawnego i ekonomicznego punktu widzenia jest formą kredytu konsumenckiego. Konsument korzysta z pieniędzy udostępnionych przez instytucję finansową, a następnie musi je zwrócić na określonych warunkach.

Kosztem takiego finansowania mogą być przede wszystkim odsetki kapitałowe, czyli wynagrodzenie instytucji finansowej za udostępnienie pieniędzy. Ich wysokość zależy od kwoty wykorzystanego limitu oraz czasu, przez jaki konsument korzysta z pożyczonych środków. Polskie przepisy określają jednak maksymalny poziom odsetek, którego przedsiębiorcy nie mogą przekraczać.

Oprócz odsetek konsument może być obciążany również różnego rodzaju opłatami, prowizjami lub kosztami dodatkowymi. Problem pojawia się wtedy, gdy takie opłaty nie mają charakteru stałego ani nie są związane z konkretną usługą, lecz są naliczane podobnie jak odsetki — regularnie i proporcjonalnie do kwoty wykorzystanego limitu.

Opłaty, które mogły działać jak dodatkowe odsetki

Zarzuty Prezesa UOKiK dotyczą między innymi pobierania opłat za korzystanie z kart kredytowych jako procentu od wykorzystanego limitu kredytowego. Urząd wskazuje również na możliwość wprowadzania konsumentów w błąd co do rzeczywistego kosztu kredytu.

W przypadku Easy Payment spółka miała pobierać odsetki od zadłużenia w maksymalnej dopuszczalnej wysokości, a oprócz tego naliczać dodatkowe opłaty. Chodzi między innymi o opłaty za obsługę karty, udzielenie limitu kredytowego czy udostępnienie limitu płatniczego.

Fincard z kolei miał pobierać prowizję za korzystanie z limitu kredytowego. Według ustaleń UOKiK również ta opłata była powiązana z wysokością wykorzystanych środków.

W ocenie urzędu w obu przypadkach opłaty były naliczane regularnie i zależały od kwoty zadłużenia konsumenta. To oznacza, że mogły pełnić funkcję zbliżoną do odsetek kapitałowych, mimo że formalnie nie były ujmowane w oprocentowaniu kredytu.

Konsument mógł nie znać rzeczywistego kosztu kredytu

Zdaniem UOKiK taki mechanizm mógł utrudniać konsumentom ocenę rzeczywistych kosztów korzystania z kart kredytowych. Jeżeli przedsiębiorca pobiera maksymalne dopuszczalne odsetki, a dodatkowo nalicza opłaty zależne od wysokości wykorzystanego limitu, całkowity koszt finansowania może być wyższy, niż wynikałoby to z samego oprocentowania.

W praktyce oznacza to, że im więcej pieniędzy konsument pożyczył, tym wyższe były nie tylko odsetki, lecz także dodatkowe opłaty. Według UOKiK takie rozwiązanie może prowadzić do obejścia przepisów, które mają chronić konsumentów przed nadmiernymi kosztami kredytu.

– Sposób naliczania opłat za korzystanie z kart kredytowych stosowany przez obu przedsiębiorców w praktyce oznaczał, że im więcej pieniędzy konsument pożyczył, tym wyższa była nie tylko kwota odsetek, ale również dodatkowych opłat. Tymczasem opłaty i prowizje mają co do zasady stałą wysokość albo są związane z konkretną usługą. W tym przypadku działały one tak jak odsetki od pożyczki, zwiększając koszt kredytu ponad dozwolony prawnie limit – mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

UOKiK: dodatkowe koszty nie mogą służyć obchodzeniu prawa

Sprawa Easy Payment i Fincard wpisuje się w szerszy problem przejrzystości kosztów usług finansowych. Konsument, decydując się na kartę kredytową, powinien wiedzieć, ile faktycznie zapłaci za korzystanie z udostępnionego limitu. Informacje o oprocentowaniu, prowizjach i innych kosztach muszą być przedstawione w sposób jasny i niewprowadzający w błąd.

Jeżeli dodatkowe opłaty są naliczane w sposób podobny do odsetek, mogą zniekształcać obraz rzeczywistego kosztu kredytu. Konsument widzi określone oprocentowanie, ale faktyczne obciążenie finansowe może być wyższe z powodu opłat, które formalnie nie są prezentowane jako odsetki.

UOKiK wskazuje, że opłaty i prowizje powinny co do zasady mieć stałą wysokość albo być związane z konkretną usługą. Jeżeli natomiast są uzależnione od kwoty wykorzystanego limitu i naliczane regularnie, mogą w praktyce stanowić dodatkowe wynagrodzenie za korzystanie z pieniędzy, czyli pełnić funkcję odsetek.

Firmom grożą wysokie kary

Postępowania prowadzone przez Prezesa UOKiK mogą zakończyć się nałożeniem kar finansowych. Za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów przedsiębiorcom grozi kara do 10 proc. obrotu.

Na tym etapie sprawa dotyczy zarzutów stawianych przez urząd. Ostateczne rozstrzygnięcie będzie zależało od wyników prowadzonych postępowań. Jeżeli UOKiK potwierdzi naruszenia, Easy Payment i Fincard mogą ponieść konsekwencje finansowe oraz zostać zobowiązane do zmiany praktyk stosowanych wobec konsumentów.

Co zrobić z nadwyżką gotówki? Jak przedsiębiorcy i Polacy chronią pieniądze przed inflacją

Rosnące koszty prowadzenia działalności, inflacja i niepewność gospodarcza sprawiają, że coraz więcej przedsiębiorców oraz osób prywatnych zadaje sobie podobne pytanie: jak chronić wartość zgromadzonych pieniędzy? Dziś bezpieczeństwo finansowe nie oznacza już wyłącznie trzymania środków na rachunku bankowym. Coraz częściej kluczowe staje się rozsądne rozłożenie kapitału pomiędzy różne rozwiązania, które mogą ograniczać wpływ inflacji i zwiększać odporność majątku na zmieniające się warunki gospodarcze.

Jeszcze kilka lat temu lokaty bankowe były dla wielu osób naturalnym miejscem przechowywania oszczędności. Dziś zarówno właściciele firm, jak i osoby prywatne coraz częściej szukają alternatyw pozwalających nie tylko przechować kapitał, ale również zachować jego siłę nabywczą w dłuższym terminie.

Nie oznacza to rezygnacji z tradycyjnych instrumentów finansowych. Zmienia się jednak sposób myślenia o zarządzaniu majątkiem. Coraz więcej osób odchodzi od poszukiwania jednego idealnego rozwiązania na rzecz budowania zdywersyfikowanego portfela aktywów.

Dlaczego pieniądze pozostawione na koncie tracą wartość?

Inflacja nie zawsze jest odczuwalna z miesiąca na miesiąc, jednak w dłuższym okresie znacząco wpływa na realną wartość oszczędności. Nawet jeśli nominalnie na rachunku znajduje się ta sama kwota, jej siła nabywcza może być niższa niż kilka lat wcześniej.

Z tego powodu przedsiębiorcy coraz częściej analizują nie tylko bieżącą płynność finansową firmy, ale również sposoby zabezpieczenia części wypracowanego kapitału. Podobne podejście obserwujemy wśród osób prywatnych, które budują poduszkę finansową lub odkładają środki na przyszłość.

Jakie rozwiązania najczęściej wybierają osoby chcące chronić oszczędności?

Najczęściej wykorzystywane instrumenty obejmują konta oszczędnościowe, lokaty, obligacje skarbowe, nieruchomości, fundusze inwestycyjne oraz metale szlachetne.

Każde z tych rozwiązań ma własne zalety i ograniczenia. Lokaty zapewniają wysoką płynność, obligacje dają przewidywalność, nieruchomości pozwalają budować majątek w długim terminie, natomiast metale szlachetne są często wykorzystywane jako element dywersyfikacji.

W praktyce coraz rzadziej mówi się o wyborze jednego aktywa. Znacznie częściej eksperci podkreślają znaczenie odpowiedniego rozłożenia środków pomiędzy różne klasy aktywów, tak aby ograniczyć ryzyko związane z pojedynczym rynkiem lub scenariuszem gospodarczym.

Dlaczego przedsiębiorcy interesują się dziś złotem i srebrem?

Metale szlachetne od wielu lat są wykorzystywane jako element ochrony majątku. W okresach zwiększonej niepewności gospodarczej zainteresowanie nimi zwykle rośnie, ponieważ stanowią aktywa o globalnym charakterze i nie są bezpośrednio powiązane z wynikami konkretnych spółek czy sektorów gospodarki.

Coraz częściej uwagę przedsiębiorców zwraca również srebro. Oprócz funkcji związanej z dywersyfikacją majątku pojawia się tutaj także aspekt podatkowy, który odróżnia je od złota inwestycyjnego.

Złoto a srebro – najważniejsze różnice z perspektywy firmy

Jedną z kluczowych różnic pomiędzy tymi metalami są zasady opodatkowania. Złoto inwestycyjne spełniające warunki określone w przepisach korzysta ze zwolnienia z podatku VAT. W przypadku srebra sytuacja wygląda inaczej – obrót srebrem co do zasady objęty jest podatkiem VAT.

To właśnie dlatego przedsiębiorcy często analizują srebro nie tylko jako aktywo materialne, ale również w kontekście zasad rozliczeń podatkowych związanych z działalnością firmy. Każda sytuacja wymaga jednak indywidualnej oceny księgowej i podatkowej, uwzględniającej sposób wykorzystania zakupionych aktywów oraz charakter prowadzonej działalności.

GoldPlan Mennica Mazovia

Coraz większe znaczenie mają rozwiązania długoterminowe

Zmienia się również sposób nabywania metali szlachetnych. Obok jednorazowych zakupów coraz większą popularnością cieszą się programy umożliwiające regularne budowanie oszczędności poprzez systematyczne zakupy mniejszych ilości złota lub srebra.

Takie rozwiązania pozwalają rozłożyć zakupy w czasie i stopniowo budować ekspozycję na wybraną klasę aktywów. Na polskim rynku funkcjonują między innymi programy takie jak GoldPlan, a osoby zainteresowane metalami inwestycyjnymi mogą korzystać z oferty wyspecjalizowanych podmiotów działających w tym obszarze, takich jak Mennica Mazovia.

Co zrobić z nadwyżką gotówki? Jak przedsiębiorcy i Polacy chronią pieniądze przed inflacją 1

Dywersyfikacja zamiast przewidywania przyszłości

Jednym z najważniejszych trendów widocznych zarówno wśród przedsiębiorców, jak i osób prywatnych jest odejście od prób przewidywania kolejnych kryzysów, decyzji banków centralnych czy zachowań rynków finansowych.

Coraz większą rolę odgrywa budowanie odporności finansowej. Odpowiednio zdywersyfikowany majątek może lepiej funkcjonować w różnych scenariuszach gospodarczych i ograniczać wpływ nieprzewidzianych wydarzeń na zgromadzony kapitał.

Dlatego współczesne zarządzanie pieniędzmi coraz rzadziej sprowadza się do pytania „jak najwięcej zarobić?”. Znacznie częściej dotyczy pytania, które dla wielu osób okazuje się ważniejsze: jak skutecznie zachować wartość oszczędności i zabezpieczyć przyszłość swoją, rodziny lub firmy w świecie, w którym zmienność stała się nową normą.

WAŻNE: Materiał ma charakter informacyjny i promocyjny. Nie stanowi porady inwestycyjnej, podatkowej, księgowej ani rekomendacji nabycia jakichkolwiek aktywów. Decyzje dotyczące lokowania kapitału, zakupu metali szlachetnych lub sposobu rozliczenia takich transakcji powinny być podejmowane po analizie indywidualnej sytuacji finansowej, podatkowej i prawnej oraz po konsultacji z doradcą podatkowym, księgowym lub doradcą inwestycyjnym.