CPK: start konsultacji z partnerami branżowymi

Spółka Centralny Port Komunikacyjny rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi. Podczas inauguracyjnego spotkania, w którym wzięło udział ponad 60 przedstawicieli firm i instytucji zainteresowanych projektem, inwestor CPK przedstawił założenia koncepcji planowanego portu

Wśród uczestników Forum Interesariuszy CPK znalazły się m.in. Polskie Linie Lotnicze LOT, BARIP (Rada Przedstawicieli Linii Lotniczych w Polsce), Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, Poczta Polska, Orlen, LOTOS, PERN, Straż Graniczna, LOT AMS, LS Airport Services, LS Technics, Welcome Airport Services, Krajowa Administracja Skarbowa, Polski Holding Hotelowy, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, FedEx, DHL, UPS i TNT Express. Wydarzenie rozpoczęło cykl spotkań z partnerami biznesowymi CPK. To pierwsze w Polsce tak szerokie forum uczestników lotniskowego procesu inwestycyjnego.

Spółka zaprezentowała wstępną definicję portu lotniczego Programu CPK (tzw. model systemowy lotniska). W zakresie tzw. infrastruktury airside został w nim uwzględniony m.in. zakładany układ równoległych dróg startowych (dwóch w ramach etapu pierwszego oraz dodawanych etapowo i w zależności od zapotrzebowania kolejnych: z czterema w układzie docelowym) oraz dróg kołowania i płyt postojowych. Wśród elementów infrastruktury landside znalazły się np. terminale: pasażerski, cargo i general aviation, stacja kolejowa zintegrowana z terminalem pasażerskim oraz parkingi i drogi wewnętrzne. Definicja portu lotniczego uwzględnia też m.in. infrastrukturę utrzymania technicznego, paliwową, odladzania samolotów, Lotniskowej Straży Pożarnej, utrzymania pojazdów, a także przyłącza: energetyczne, gazowe i kanalizacyjne.

W trakcie spotkania przedstawiciele Komponentu Lotniskowego CPK zapoznali partnerów branżowych z zakładanymi etapami inwestycji, przedstawili roboczy blokowy schemat realizacji projektu i założenia spółki CPK dotyczące formuły i zakresu współpracy. Do końca kwietnia zaproszone firmy mają czas na zgłoszenie swoich uwag i oczekiwań.

Centralny Port Komunikacyjny (CPK) "Solidarność"Definicja części lotniskowej inwestycji stanowi pierwszy krok w procesie planowania, a później projektowania CPK. Na wstępnym schemacie lotniska uwzględniliśmy dotychczas ponad 60 elementów infrastruktury, które wejdą w jego skład. Następnie model będzie jeszcze modyfikowany w zależności od potrzeb interesariuszy, które chcemy określić i doprecyzować – mówi Dariusz Sawicki, odpowiedzialny w zarządzie CPK za część lotniskową inwestycji.

Lotniska nie da się wybudować bez wsłuchiwania się w głos tych, którzy będą  z niego korzystać i świadczyć dla niego usługi. Właśnie rozpoczęliśmy konsultacje koncepcyjnych założeń CPK z naszymi partnerami branżowymi. Powstanie bezcenna baza wiedzy, która posłuży nam do przygotowania planu generalnego Portu Lotniczego Solidarność z uwzględnieniem ich potrzeb operacyjnych – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.

To pierwsze z serii spotkań z podmiotami, które będą zaangażowane w proces tworzenia Portu Lotniczego Solidarność, a docelowo będą jego użytkownikami lub dostawcami usług na jego potrzeby. W ciągu najbliższych tygodni spółka planuje kolejne spotkania tego typu. Każdy z podmiotów uczestniczących w Forum Interesariuszy będzie mógł zadeklarować swoje wymagania i potrzeby dotyczące infrastruktury planowanego lotniska.

Za budową tego lotniska przemawiają liczby i potrzeby rynkowe, dlatego cieszy mnie rozpoczęcie kolejnego etapu przygotowań do jego zaprojektowania i realizacji – mówi Rafał Milczarski, prezes LOT-u. – Zakładam, że CPK może stać się dla pasażerów najwygodniejszym lotniskiem w Europie. Przepustowość na poziomie 45 mln pasażerów rocznie z możliwością dalszej modułowej rozbudowy da LOT-owi możliwość stworzenia dla pasażerów optymalnej oferty przesiadkowej, co na dochodzącym do granic przepustowości Lotnisku Chopina staje się dziś coraz trudniejsze.  CPK ma realne szanse zostać głównym hubem dla Europy Środkowo-Wschodniej, obszaru z ogromnym potencjałem pasażerskim. Pod względem lotniczym geograficzne położenie Polski jest po prostu idealne, dlatego już najwyższy czas, żeby z tego w pełni skorzystać – podkreśla.

Prezes LS Airport Services Marcin Opaliński twierdzi: – Ten wyjątkowy projekt to nie tylko szansa na powstanie nowoczesnego lotniska z perspektywy pasażerów, ale również możliwość stworzenia nowej jakości środowiska pracy dla pracowników obsługi naziemnej, bez których trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie jakiegokolwiek portu czy linii lotniczej. Dlatego tak bardzo cenne z naszej perspektywy największego pracodawcy w branży lotniczej w Polsce jest to, że możemy uczestniczyć w konsultacjach i pracach nad koncepcją powstania Portu Lotniczego Solidarność –  dodaje.

Jak podkreśla Paweł Przychodzeń, członek zarządu Poczty Polskiej ds. logistyki, rozwój infrastruktury jest niezbędny po to, by Polska zaczęła lepiej zarabiać na swoim położeniu, korzystając z rozwoju handlu transgranicznego. Do tego potrzebne są huby logistyczne, takie jak CPK: dobrze skomunikowane z infrastrukturą transportową: lotniczą, kolejową i drogową.

Poczta Polska obecnie przebudowuje swoją sieć logistyczną w związku z intensywnym rozwojem e-commerce krajowego i międzynarodowego. Chcemy dalej rozwijać się m.in. poprzez zwiększenie potencjału infrastrukturalnego, jaki da nam powstanie CPK. Nie ulega wątpliwości, że centralne lotnisko udrożni kanał dystrybucyjny. Inwestycja ta pozwoli na zwiększenie przepustowości obecnej infrastruktury, poprzez obsługę większej liczby połączeń lotniczych, w tym cargo, co w przypadku Poczty Polskiej wpłynie pozytywnie na rozwój obecnych, jak i nowych usług – mówi Paweł Przychodzeń z Poczty Polskiej.

Prezes DHL Express Poland Tomasz Buraś deklaruje: – DHL Express z chęcią podzieli się wiedzą i doświadczeniem z ekspertami Centralnego Portu Komunikacyjnego. Celem jest stworzenie bardzo istotnej dla polskiej logistyki strategii obsługi transportu ekspresowych przesyłek międzynarodowych typu cargo w planowanym porcie.

CPK to jeden z ważniejszych infrastrukturalnych projektów w Polsce w perspektywie najbliższych lat. Inwestycja przyczyni się do  rozwoju gospodarczego nie tylko z punktu widzenia transportu pasażerskiego, ale również jako hub importowo-eksportowy towarów – mówi Michał Róg, członek zarządu PKN ORLEN ds. handlu hurtowego i międzynarodowego. – Jesteśmy zainteresowani udziałem w tym przedsięwzięciu. Posiadamy doświadczenie w zarządzaniu strategiczną infrastrukturą paliwowo-naftową, wytwarzaniu paliwa lotniczego JET-A1 oraz świadczeniu paliwowych usług logistycznych i handlingowych w portach lotniczych. Ponadto w obrębie nowego portu możemy zagwarantować dostęp do nowoczesnych stacji paliw, punktów obsługi podróżnych czy stacji ładowania pojazdów elektrycznych – podkreśla.

Zebrane w ramach spotkań z partnerami branżowymi informacje posłużą do kolejnych etapów inwestycji, np. planowanej w tym roku weryfikacji założeń projektu CPK przez niezależnych specjalistów z obszarów projektowego i inżynieryjnego (tzw. Quick & Dirty Test). Efekty rozmów będą punktem wyjścia do zaplanowanego na ten rok zlecenia opracowania planu generalnego (masterplanu), który jest najważniejszym dokumentem z punktu widzenia przygotowania koncepcji i projektu portu lotniczego.

Masterplan to jeden z najważniejszych dokumentów przy planowaniu portów lotniczych, jeszcze bardziej rozbudowany i istotny przy planowaniu inwestycji typu „greenfield”. Przedstawia on prognozowany rozwój portu lotniczego, zwykle na przestrzeni ponad 20 lat. Zawiera szereg studiów wykonalności i  strategii, m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury i wstępny plan jej ulokowania, etapowanie budowy, plan organizacji przestrzeni powietrznej, strategię dojazdu do lotniska, strategię zrównoważonego rozwoju i wpływu na społeczności lokalne oraz szczegółowy model biznesowy planowanego lotniska – wylicza Dariusz Sawicki z zarządu CPK.

W  tym roku powinien zostać wskazany doradca strategiczno–techniczny, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie współpraca ze spółką CPK i jej bieżące wsparcie merytoryczne. Tzw. Test Prywatnego Inwestora wykonany w tym roku przez jedną z wiodących firm konsultingowych wykazał, że stopa zwrotu z lotniskowej części tej inwestycji wynosi prawie 10 proc. TPI określa m.in. podstawowe parametry inwestycji i weryfikuje argumenty ekonomiczne przemawiające za jej budową. Wyniki wskazują na opłacalność budowy CPK z perspektywy potencjalnego inwestora prywatnego.

Rynki w zawieszeniu

Miniony tydzień możemy zaliczyć do tych spokojnych. Indeksy akcyjne zamknęły się na zbliżonych poziomach z otwarcia na początku tygodnia. Poza słowami prezydenta Donalda Trumpa o gotowości nałożenia kolejnych ceł, tym razem na Unią Europejską, rynki nie zachowywały się nerwowo. Posiedzenie EBC nie wniosło nic nowego, podkreślając wciąż aktualne ryzyka dla wzrostu. Protokół z marcowego posiedzenia FOMC również nie przedstawił żadnych nowych informacji, uzależniając dalszą politykę pieniężną od sytuacji w gospodarce. Dodatkowo, w poprzednim tygodniu zapadły decyzje w sprawie Brexitu. Termin wyjścia Wielkiej Brytanii z UE został przesunięty o sześć miesięcy do 31 października z opcją wcześniejszego opuszczenia Unii w przypadku zawarcia umowy Brexitowej.

Również na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie rynki nie obrały jednego, konkretnego kierunku. W skali całego tygodnia indeks szerokiego rynku WIG zyskał 0,35%, w tym największe spółki wzrosły o 0,66%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, 0,04% oraz -0,61%. W piątek, tak jak było to oczekiwane, agencja S&P potwierdziła rating Polski na poziomie „A-„ z perspektywą stabilną.

W tym tygodniu czeka nas sporo danych z krajowej gospodarki. We wtorek poznamy finalną wartość inflacji bazowej, w środę opublikowane zostaną dane z rynku pracy, zatrudnienie oraz przeciętne wynagrodzenie, natomiast w czwartek zobaczymy odczyt produkcji przemysłowej, inflacji PPI oraz opublikowany zostanie protokół z ostatniego posiedzenia RPP. Na globalnych rynkach najważniejsze mogą okazać się środowe odczyty z Chin (produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna oraz PKB), a także czwartkowe PMI z Europy oraz USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Polacy mają blisko 12 mld zł długów alimentacyjnych. Każdy z nich ma do spłaty średnio ok. 39 tys. zł

Polacy mają blisko 12 mld zł długów alimentacyjnych. Każdy z nich ma do spłaty średnio ok. 39 tys. zł 1

Alimentów nie płaci około 315 tys. rodziców. Łącznie mają oni do spłaty długi alimentacyjne o wartości ponad 12 mld zł – wynika z danych ERIF Biura Informacji Gospodarczej SA. Średnio każdy z nich zalega ze spłatą alimentów o wartości niemal 39 tys. zł. Zdecydowana większość dłużników alimentacyjnych to mężczyźni. Dzieci, które nie otrzymują alimentów od swoich rodziców, mogą otrzymać pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego. Od 2019 roku próg uprawniający do pobierania świadczenia wzrósł do 800 zł. Dzięki temu świadczenie może otrzymać o 60 tys. dzieci więcej.

– Po zakończeniu 2018 roku mieliśmy w bazie informacje o prawie 315 tys. osób, które nie płacą alimentów. To osoby, za które obowiązek płacenia świadczeń przejął Fundusz Alimentacyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Wilczak-Grzesik, kierownik Działu Klienta Instytucjonalnego w ERIF Biurze Informacji Gospodarczej SA.

Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty” wskazuje, że alimentów na dzieci nie płaci 84 proc. zobowiązanych do tego rodziców. Z danych ERIF BIG wynika, że obecnie jest niemal 315 tys. dłużników alimentacyjnych. Chociaż od końca 2017 roku do końca 2018 roku liczba ta nieznacznie się zmieniła, to aż o 1 mld zł wzrosła łączna wartość długów alimentacyjnych. W 2017 roku wynosiła ona prawie 11,4 mld zł. Z kolei na koniec 2018 roku rodzice zalegający ze spłatą alimentów mieli w sumie 420 tys. niespłaconych alimentów, których łączna wartość wyniosła ponad 12,2 mld zł. Na każdego niesolidnego rodzica przypada średnio niemal 39 tys. zł niespłaconych alimentów, czyli aż o 5 tys. więcej niż po zakończeniu 2017 roku. Nie brakuje jednak rekordzistów, którzy winni są swoim dzieciom nawet kilkaset tysięcy złotych. Największy dług alimentacyjny w wysokości niemal 1 mln zł ma 43-letni mężczyzna z województwa pomorskiego.

– Z roku na rok w bazie przybywa ponad 55–60 tys. dłużników rocznie. Nie są to już takie duże wzrosty, jak miały miejsce w roku 2015 i 2016 – ocenia Aleksandra Wilczak-Grzesik.

Na przyrost liczby dłużników w bazach biur informacji gospodarczej częściowo wpływa większa aktywność gmin, które od 2015 roku mają obowiązek przekazywać informacje o niesolidnych rodzicach do wszystkich BIG-ów działających w naszym kraju.

Należnych świadczeń nie otrzymuje nawet milion dzieci. Zdecydowana większość dłużników (95 proc.) to mężczyźni – w bazie ERIF BIG jest ich blisko 300 tys.

– Średnia wartość długu alimentacyjnego mężczyzny to jest prawie 30 tys. zł, a łączna wartość wszystkich długów alimentacyjnych mężczyzn to 11,8 mld zł – wskazuje Aleksandra Wilczak-Grzesik.

Choć statystyki są bezlitosne dla mężczyzn, to wśród dłużników alimentacyjnych nie brakuje też kobiet. Według danych ERIF BIG blisko 17,5 tys. matek nie płaci na swoje dzieci alimentów.

– Średnie saldo kobiety niepłacącej alimentów to 22,5 tys. zł, czyli znacznie mniej niż w przypadku mężczyzn, a łączna wartość długów alimentacyjnych kobiet to 460 mln zł – mówi ekspertka.

Jak wynika ze statystyk, często zaległości z tytułu alimentów to nie są jedyne niespłacane rachunki czy inne zobowiązania finansowe. Co drugi dłużnik alimentacyjny zalega też z opłatami na rzecz innych wierzycieli, jak np. operatorzy telekomunikacyjni i multimedialni, banki, firmy pożyczkowe czy sądy. Aż 16 tys. z nich ma też niezapłacone grzywny.

– Możemy stwierdzić, że jedną z przyczyn niepłacenia alimentów jest niska wypłacalność dłużników alimentacyjnych. Z naszych ostatnich danych po zakończeniu roku 2018 wynika, że dłużnicy alimentacyjni to najczęściej multidłużnicy – ocenia Wilczak-Grzesik.

Od 2019 roku weszły zmiany prawne, które mają ułatwić ściąganie pieniędzy od alimenciarzy. Organizatorzy prac publicznych mają w pierwszej kolejności zatrudniać dłużników alimentacyjnych, a urzędy pracy aktywizować bezrobotnych, zadłużonych rodziców, aby mogli płacić alimenty. Warto dodać, że od egzekucji komorniczej wolna pozostaje tylko połowa pensji. Dodatkowo pracodawca, który nie ujawnia informacji na temat dłużnika i nie przekazuje zajętego wynagrodzenia, może zapłacić 5 tys. zł grzywny.

Niepłacących rodziców z ich obowiązku alimentacyjnego w pewnym sensie wyręcza państwo. Fundusz Alimentacyjny wypłaca alimenty, jeśli uprawniony do ich pobierania nie jest w stanie wyegzekwować ich od drugiego rodzica. Grono osób, które mogą z niego skorzystać, jest bardzo okrojone. Wynika to z bardzo niskich progów dochodowych. Od tego roku limit wzrósł z 725 do 800 zł.

– Jest to bardzo istotne, ponieważ wpłynie w pewnym zakresie na to, że dostęp do tych świadczeń otrzyma większa liczba dzieci. Według rachunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej to jest około 60 tys. dzieci, które otrzymają te świadczenia w związku z podniesieniem progu dochodowego. Możemy się też spodziewać, że ta zmiana spowoduje zwiększenie liczby dłużników alimentacyjnych, którzy zostaną dopisani od 1 października 2019 roku do baz biur informacji gospodarczej – analizuje Aleksandra Wilczak-Grzesik.

PKP Cargo skupia się na międzynarodowej ekspansji. Inwestycja w słoweńskiego przewoźnika oraz partnerstwo z kolejami litewskimi i włoskimi umacnia jego pozycję w Europie

PKP Cargo skupia się na międzynarodowej ekspansji. Inwestycja w słoweńskiego przewoźnika oraz partnerstwo z kolejami litewskimi i włoskimi umacnia jego pozycję w Europie 2

Ekspansja międzynarodowa i transport intermodalny – to dwa główne kierunki rozwoju Grupy PKP Cargo na nadchodzące lata, zapisane w strategii do 2023 roku. Grupa będzie się rozwijać przede wszystkim w obszarze Trójmorza oraz w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Stąd m.in. zwiększone inwestycje, które w ubiegłym roku wzrosły o 60 proc. – Jako grupa chcemy się stać operatorem logistycznym. Odchodzimy od tradycyjnego modelu przewoźnika kolejowego. Rozwój segmentu intermodalnego, akwizycje, rozwój organiczny są podyktowane potrzebami rynku i oczekiwaniami klientów, i my się do tych trendów dostosowujemy – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo SA.

– Chcemy, żeby naszą główną specjalizacją w najbliższych latach był transport intermodalny. Dlatego w tym kierunku będą zmierzać nasze akwizycje i inwestycje rozwojowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes  Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo SA.

Transport intermodalny to przewożenie towarów różnymi środkami transportu – np. drogą morską i koleją – ale w tej samej jednostce ładunkowej, najczęściej w kontenerze. W ramach transportu intermodalnego można przewozić szeroki wachlarz towarów – od tekstyliów, poprzez urządzenia elektroniczne, aż po elementy maszyn. Brak konieczności przeładunku oznacza oszczędność czasu i pieniędzy, a zamknięte w kontenerach towary są mniej narażone na uszkodzenia. To zalety, które przekładają się na rosnące zainteresowanie klientów.

– Przewozy intermodalne są kluczowe dla systemu rozwoju przewozów, bo integrują ze sobą różne środki transportu, pozwalają dostarczać ładunki od drzwi do drzwi. W intermodalu te ładunki trafiają z miejsca na miejsce w odpowiednim czasie, w dobrej cenie i widząc ten trend, potrzeby klientów w tym zakresie, my taką ofertę przygotowujemy. Stajemy się już nie tylko przewoźnikiem kolejowym, lecz także operatorem logistycznym – mówi Czesław Warsewicz – Zarządzamy całym procesem przesyłki towaru, czyli przewozem, przeładunkiem, magazynowaniem i dostarczaniem. To jest potrzeba rynku. Stąd nasze inwestycje, nasz rozwój w kierunku zwiększenia udziału przewozów intermodalnych w naszej strukturze.

W Polsce segment intermodalny szybko rośnie i jest kluczowy dla rozwoju całego rynku. W 2018 roku przewieziono w ten sposób 1259 tys. jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-procentowy wzrost rok do roku. Natomiast w ostatnim kwartale ubiegłego roku wzrost wyniósł 22,5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Liderem segmentu intermodalnego – z 54-procentowym udziałem – jest PKP Cargo. W ubiegłym roku spółka przewiozła blisko 677 tys. jednostek (w porównaniu z 564 tys. w 2017) i liczy na dalszy wzrost. Sprzyja mu cały szereg czynników, m.in.: rosnące przeładunki w portach, wzrost przewozów Nowym Jedwabnym Szlakiem, unifikacja światowej produkcji – która wymusza standaryzację produktów i opakowań, aby można je było łatwo przewieźć w kontenerach – oraz fakt, że polski rynek stopniowo upodabnia się do zachodnich, gdzie intermodal stanowi nawet 70 proc. przewozów, podczas gdy w Polsce ten odsetek nie przekracza jeszcze kilkunastu procent.

– Segment przewozów intermodalnych wykazuje bardzo dużą dynamikę wzrostu. W ostatnich latach ten wzrost był dwucyfrowy. Z kolei na przestrzeni ostatnich pięciu lat wolumen przewozów intermodalnych się podwoił. To pokazuje potencjał tkwiący w tym segmencie przewozów – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo – W najbliższych latach ta tendencja rozwoju przewozów intermodalnych będzie utrzymana, bo w tym kierunku zmienia się rynek, takie są oczekiwania klienta. My do tego się dostosowujemy. W strategii przyjętej w ubiegłym roku postawiliśmy na główną specjalizację w przewozach intermodalnych i dzisiaj ten rynek pozytywnie weryfikuje nasze założenia. W pierwszych miesiącach tego roku te przewozy już wykazują dużą dynamikę.

PKP Cargo jest obecnie drugim, największym przewoźnikiem w Europie. Ubiegłoroczna strategia zakłada dalszą ekspansję międzynarodową grupy. Temu celowi służy m.in. niedawna inwestycja w słoweńską spółkę Primol-Rail, która umacnia obecność PKP Cargo w regionie Trójmorza.

– Przewozy międzynarodowe to istotny element rozwoju grupy, bo jesteśmy podmiotem europejskim, globalnym. Bez rozwoju międzynarodowego trudno wyobrazić sobie rozwój PKP Cargo. W naszym przypadku ruch międzynarodowy to przede wszystkim przewozy intermodalne, kontenerowe, ponieważ wymiana handlowa między krajami generalnie jest oparta na wymianie kontenerowej. Na tym polu widzimy dla siebie miejsce, swoją rolę do odegrania – mówi Czesław Warsewicz.

Dla realizacji międzynarodowej ekspansji spółka zawarła też partnerstwa m.in. z Kolejami Litewskimi oraz włoską spółką Mercitalia Rail i ciągle inwestuje – w zeszłym roku nakłady inwestycyjne PKP Cargo sięgnęły 894 mln zł i były o prawie 60 proc. wyższe w ujęciu rocznym. Gros środków (ok. 89 proc. nakładów) został przeznaczony na rozwój taboru – spółka podpisała niedawno z Siemensem umowę na zakup 5 nowoczesnych lokomotyw wielosystemowych, 936 platform intermodalnych (umowa z Tatravagónką) i planuje dokupić jeszcze kolejnych 220 platform.

– Upatrujemy rozwoju w dwóch aspektach: we wzroście organicznym i wykorzystaniu naszego naturalnego potencjału, ale – zwłaszcza jeśli chodzi o rozwój międzynarodowy – chcemy rosnąć też poprzez akwizycje, zwieszające naszą konkurencyjność. Chcemy przejmować, tworzyć dużą i silną grupę, która będzie liderem w obszarze Trójmorza i europejskiej części Nowego Jedwabnego Szlaku – podkreśla Czesław Warsewicz.

Rozwój międzynarodowy w obszarze Trójmorza oraz w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku jest jednym z kierunków zapisanych w strategii PKP Cargo na lata 2019–2023. Polska – ze względu na swoje strategiczne położenie – ma się w przyszłości stać regionalnym hubem na trasie NJS, co oznacza ogromną szansę dla rynku przewozów towarowych.

– Polska jest głównym krajem na Nowym Jedwabnym Szlaku. Potwierdzeniem tego jest m.in. podpisany w tym tygodniu list intencyjny z Duisburgiem, największym portem rzecznym, który jest takim hubem końcowym na trasie NJS. W tej relacji Polska i PKP Cargo, jako główny podmiot, stanowią kluczowy element – mówi Czesław Warsewicz.

PKP Cargo jest w trakcie rozbudowy Terminalu Małaszewicze, który ze względu na położenie jest strategiczny dla międzynarodowego rozwoju grupy. Szczególnie w kontekście przewozów na Nowym Jedwabnym Szlaku. Małaszewicze, położone ok. 5 km od przejścia granicznego w Terespolu na granicy z Białorusią, to najważniejszy terminal kolejowy na NJS w Europie. PKP Cargo już w tej chwili odnotowuje wzrost liczby przejeżdżających przez niego pociągów z Chin. W 2018 roku było ich 2,2 tys. – w porównaniu z 17 w 2011 roku.

– Większość ładunków, które płyną z Chin, przepływa przede wszystkim przez Polskę. Stanowimy kluczowy element Nowego Jedwabnego szlaku i chcemy tę pozycję umacniać. Chcemy, żeby uprzywilejowaną pozycję dawało nam nie tylko położenie, lecz także nasza oferta: czas dotarcia, konkurencyjny koszt – mówi Czesław Warsewicz.

Transporty do i z Chin stanowią dziś ok. 18 proc. wszystkich kolejowych przewozów intermodalnych w Polsce. Choć większość ładunków z Chin nadal trafia do Unii Europejskiej drogą morską, proporcje powoli zmieniają się na korzyść kolei. Drogą lądową trafia około 24 proc. wszystkich kontenerów przewożonych do i z Chin (dla porównania w 2016 roku odsetek ten wynosił 16 proc).

Co istotne, przewozy Nowym Jedwabnym Szlakiem ciągle rosną, władze chińskie podają, że w 2017 roku przez szlak przewieziono koleją 350 tys. TEU, a w ubiegłym roku już 450 tys. Natomiast za około 10 lat pociągi mają przewieźć 1 mln TEU. Dobrą informacją jest też ekspansja gospodarcza Chin, które według WTO umacniają się na pozycji globalnego lidera pod względem wartości eksportu.

Dla PKP Cargo drugim, ważnym kierunkiem ekspansji zagranicznej jest też transport Północ–Południe, w regionie Trójmorza. Do 2023 roku spółka chce awansować na pozycję lidera na tym rynku. Co istotne, przewozy kolejowe w regionie Trójmorza będą również wpisywały się w koncepcję NJS – większość transportu na tym szlaku wciąż będzie odbywać się drogą morską, a z portów towary będą trafiać na platformy. Stąd istotny jest również rozwój transportu intermodalnego, w który inwestuje grupa.

– Mówiąc o planach na ten rok i na najbliższy czas, zwracamy uwagę na te segmenty, które rosną najbardziej dynamicznie. Ale poza tym oczywiście skupiamy się też na naszych tradycyjnych produktach, czyli przewozy towarów masowych. W tej chwili pik przewozowy kruszyw i materiałów budowlanych jest spowodowany realizacją inwestycji drogowych i kolejowych. To stwarza ogromny potencjał, w najbliższych 3–4 latach ten boom będzie ogromny i musimy mu sprostać – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo.

Jak podkreśla, wzrost gospodarczy i inwestycje infrastrukturalne sprzyjają rynkowi przewozów. W 2018 roku koleją przewieziono ok. 250 mln ton towarów – w porównaniu z niecałymi 240 mln ton rok wcześniej. W ciągu kilku nadchodzących lat PKP Cargo spodziewa się wzrostu masy przewożonych towarów, zwłaszcza w segmencie kruszyw i materiałów budowlanych, ale prognozuje też nieznaczny wzrost w segmencie węgla (m.in. ze względu na inwestycje w moce wytwórcze w elektrowniach Ostrołęce i w Opolu). Na polskim rynku PKP Cargo jest niekwestionowanym liderem kolejowych przewozów towarowych, z 43,5-procentowym udziałem w rynku (dla porównania udział drugiej największej w Polsce firmy DB Cargo Polska wynosi 16,41 proc.). Strategia grupy zakłada, że do 2023 roku ten udział wzrośnie już do 65 proc.

– Jako grupa chcemy się stać operatorem logistycznym. Odchodzimy od tradycyjnego modelu przewoźnika kolejowego. Ten rozwój segmentu intermodalnego, akwizycje, rozwój organiczny są podyktowane potrzebami rynku i oczekiwaniami klientów i my się do tych trendów dostosowujemy – podsumowuje Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo.

Zgubny wpływ małej wódki. Połowa pijących sięga po „małpkę” przed południem

„Małpki”, czyli wódki w butelkach o małych pojemnościach – 100 i 200 ml – są na rynku alkoholi oddzielną kategorią, mającą własne miejsce na półce, odrębną estetykę oraz ofertę smaków. Jak wynika z raportu pracowni badawczej Synergion, mała wódka to produkt bardzo atrakcyjny dla pijących – umożliwia picie w poczuciu bezpieczeństwa, w sytuacjach, w których wcześniej było to niemożliwe lub zbyt krepujące.

Dla konsumentów mogą się wydawać pozornie nieatrakcyjną propozycją: są droższe w przeliczeniu na litr, zazwyczaj zawierają mniej alkoholu i starczają na 2–3 łyki. Mimo to ich sprzedaż szybko rośnie, a „małpki” tworzą osobny, silny segment alkoholowego rynku. W 65 proc. małych sklepów zajmują więcej niż jedną półkę, a często trafiają nawet do specjalnych lodówek czy na dodatkowe stojaczki – wynika z najnowszego raportu pracowni badawczej Synergion, „Dokąd płynie mała wódka?”.

– „Małpki” bardzo dobrze pasują do tego, w jaki sposób Polacy chcą pić alkohol: bezpiecznie dla siebie, nie za dużo na raz, w chwilach krótkiego relaksu. Sytuacje takie często nadarzają się poza domem, w drodze do lub z pracy, w trakcie przerwy, na spacerze z psem. Dodatkowo to alkohol smaczny, w niewielkiej porcji, przez co wypicie jednej czy dwóch butelek nie powoduje upojenia, nie zakłóca funkcjonowania, może być wplecione pomiędzy różne zajęcia i zadania – mówi Michał Kociankowski, dyrektor generalny Synergion, autor raportu.

– „Małpki” pojawiły się jako coś nowego, kolorowego, wygodnego i taniego. Małe opakowania stwarzają złudzenie, że po ich spożyciu nic złego się nie stanie – nikt nie zauważy, nikt nie poczuje zapachu wódki. To jest pokusa dla osób, które w małej porcji alkoholu znajdują coś wartościowego dla siebie. Po wypiciu czują się spokojniej i pewniej. To jest chyba główny motyw sięgania po „małpki” – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Adam Kłodecki, psycholog kliniczny i psychoterapeuta uzależnień, superwizor psychoterapii.

Ponad 90 proc. sprzedawców zauważa, że klienci, którzy kupują „małpki”, w większości dobrze wiedzą, po jaki produkt przyszli. W 3/4 przypadków odbywa się to na zasadzie: „Poproszę to, co zwykle”. W większości przypadków zakupom małej wódki nie towarzyszą inne zakupy, a zatem jest ona jedynym powodem odwiedzenia sklepu.

– Wśród kupujących jest więcej mężczyzn, choć coraz częściej to produkt nabywany przez kobiety w różnym wieku. Po „małpki” sięgają zarówno ludzie młodzi, jak i emeryci. To świadczy o sukcesie tego produktu i o tym, że jest on dobrze dopasowany do potrzeb konsumentów. Można powiedzieć, że dokładnie trafił w potrzeby różnych grup – mówi Michał Kociankowski.

Wypicie małej ilości alkoholu, z dyskretnej butelki, niemal wszędzie pozostaje niezauważone. Dlatego dla wielu konsumentów małych wódek sama już możliwość używania ich w nowych sytuacjach jest atrakcyjna. Łatwo wnoszą małe butelki do kina, na stadiony, niektórzy nawet do teatru, a wielu również do pracy.

– Głównym motywem sięgania po „małpki” jest możliwość konsumowania alkoholu w wielu sytuacjach, gdzie jest to zabronione i możliwość ukrycia tej konsumpcji. Można je wnieść do klubu, do kina, na stadion, na koncert. Taka możliwość działania wbrew zasadom, bez konsekwencji, to jest coś, co przyciąga konsumentów do tego produktu – mówi, szef pracowni badawczej Synergion.

Jak podkreśla dr Adam Kłodecki, alkohol w małych butelkach jest złudnie postrzegany jako bezpieczny ze względu na jego niewielką ilość.

– Tymczasem wypijanie łatwo dostępnych, tanich „małpek” może prowadzić do trwałego uzależnienia. Niektórzy moi pacjenci sięgali po „małpki” jako wygodne lekarstwo na kaca i przez to utrwalali w sobie mechanizm uzależnienia. „Małpki” ze względu na niewielką porcję alkoholu stwarzały iluzję bezpieczeństwa i kontroli nad piciem – mówi dr Adam Kłodecki.

Volvo stawia na hybrydy i najwyższe technologie. Nowy model S60 wyposażono w system umożliwiający komunikację między samochodami

Volvo stawia na hybrydy i najwyższe technologie. Nowy model S60 wyposażono w system umożliwiający komunikację między samochodami 3

Na polski rynek wchodzi właśnie nowe Volvo S60 – średniej wielkości sedan i najbardziej sportowy model w ofercie tej marki. To pierwszy samochód produkowany w nowej fabryce Volvo w Południowej Karolinie – i jednocześnie pierwszy, który będzie oferowany bez wersji z dieslem. Tym samym marka potwierdza swoją wcześniejszą strategię przechodzenia na napędy hybrydowe, a w dalszej perspektywie – na samochody elektryczne. Nowe Volvo jest też naszpikowane nowymi technologiami – nowością jest system Car2Car Communication, który umożliwia komunikację pomiędzy samochodami i w przyszłym roku zostanie rozszerzony na wszystkie pozostałe modele Volvo.

– Volvo S60 to najbardziej sportowy model w ofercie marki i jednocześnie ostatni, który całkowicie odświeża gamę modelową, która od 2015 roku została całkowicie wymieniona. To także pierwsze Volvo, które będzie miało naklejkę „made in USA” i pochodzi z nowej fabryki zlokalizowanej w Karolinie Południowej. Jednocześnie jest to pierwszy model od kilkudziesięciu lat, który absolutnie celowo nie będzie miał silnika diesla. Będzie za to wyposażony w mocne silniki czterocylindrowe, silniki benzynowe, które będą także wspomagane silnikiem elektrycznym w topowej wersji hybrydowej – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Nowe Volvo S60 to sportowy sedan, którego premiera miała miejsce równolegle z otwarciem nowej fabryki koncernu w Ridgeville w Południowej Karolinie. Jest pierwszym samochodem produkowanym w USA, który ma też umocnić pozycję marki na rynku chińskim i amerykańskim. Na tym ostatnim Volvo S60 pojawiło się już w ubiegłym roku. Natomiast w marcu br. marka rozpoczęła eksport nowego modelu na rynki Europy.

– Volvo S60 jest naszym najmniejszym sedanem o najbardziej sportowym charakterze. Jest to ważny dla nas segment w Ameryce Północnej, w Azji, ale także w Europie i w Polsce, szczególnie wśród klientów biznesowych, dużych flot, więc tutaj liczymy na pokaźną sprzedaż. Zresztą historycznie pierwsza i druga edycja tego samochodu sprzedawała się bardzo dobrze. Konkurujemy z takimi samochodami niemieckich marek jak Audi A4, BMW serii 3, czy Mercedes C klasy – mówi Mariusz Nycz, dyrektor ds. marketingu Volvo Car Poland.

– Pierwsze egzemplarze S60 docierają właśnie do salonów w Polsce, zaczynamy realną sprzedaż tego samochodu. On trafia do bardzo wymagającego segmentu, jakim jest segment sedanów premium. Dlatego przygotowaliśmy ofertę, dzięki której ten samochód ma wejść na rynek z przytupem. W ramach początkowej serii, tzw. First Edition – której sprzedaż jest ograniczona tylko do tego roku – nowe Volvo S60 dostanie bardzo bogate wyposażenie dodatkowe, warte około 40–50 tys. zł. W cenie bazowej 165 tys. oferujemy silnik 190-konny, a także całą serię dodatków, jak skórzana tapicerka, automatyczna skrzynia biegów, czujniki cofania, nawigacja, elektryka lusterek i siedzeń i jeszcze mnóstwo, mnóstwo innych systemów – mówi Stanisław Dojs.

Pod koniec marca, podczas salonu samochodowego Geneva International Motor Show, model Volvo S60 został już zakwalifikowany do nagrody głównej World Car of the Year 2019. Poprzednio Samochodem Roku 2018 został luksusowy SUV XC60.

Volvo S60 został zaprojektowany tak, aby zapewnić kierowcy maksymalną wygodę, komfort jazdy i intuicyjne prowadzenie. Wygodnie pomieści pięciu pasażerów, oferuje też bagażnik o objętości 442 litrów, wygodne i luksusowe wnętrze oraz zaawansowane opcje connectivity i systemy zapewniające wsparcie i ochronę kierowcy.

– Pierwszą, która trafi na polski rynek, będzie seria R Design, która ma większe koła i mnóstwo stylistycznych smaczków, które wyraźnie pokazują, że jest to samochód usportowiony. W środku wszystkie przyciski zostały zastąpione centralnym ekranem dotykowym. Dostęp do setek funkcji zapewnia więc czytelny i estetyczny ekran, a nowe Volvo S60 to taka skandynawska wersja luksusu – „ładnie, ale nie za dużo” – mówi Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Jak podkreśla, nowe Volvo jest naszpikowane najnowszymi technologiami. Sterowanie funkcjami pojazdu odbywa się za pomocą ekranu dotykowego i systemu Sensus, który jest kompatybilny z Apple CarPlay, Android Auto i 4G. Aplikacje można wgrywać bezpośrednio do pokładowego systemu pojazdu. Do modelu S60 zostały też przeniesione zaawansowane rozwiązania technologiczne z większego modelu S90.

– Volvo S60 odziedziczy wraz z platformą podłogową SPA wszystkie najnowocześniejsze technologie bezpieczeństwa, które znamy z większych i droższych modeli. Będzie to m.in. system City Safety, który reaguje na rozmaite scenariusze drogowe i wykrywa inne pojazdy, rowerzystów, pieszych, nawet duże zwierzęta. Dołączamy też system zapobiegający temu, żeby samochód zjechał na przeciwny pas i minimalizujący do zera zderzenia czołowe. Dodatkowo w Volvo S60 pojawi się Car2Car Communication, czyli system umożliwiający komunikację pomiędzy samochodami. On zostanie rozszerzony również na pozostałe modele tak, żeby samochody bez naszej ingerencji ostrzegały się np. o śliskiej nawierzchni – mówi Stanisław Dojs.

– Car2Car Communication w przyszłym roku wdrożymy w standardzie zarówno w tym samochodzie, jak i we wszystkich nowych samochodach Volvo – dodaje Mariusz Nycz, dyrektor ds. marketingu Volvo Car Poland.

Nowe S60 będzie pierwszym modelem Volvo, które od samego początku będzie oferowane bez wersji z dieslem. Tym samym marka potwierdza swoją wcześniejszą strategię przechodzenia na napędy hybrydowe, a w dalszej przyszłości – na pojazdy elektryczne. Od przyszłego roku wszystkie modele Volvo będą wyposażone jakiś element napędu hybrydowego.

– Volvo kilka lat temu ogłosiło światu, że rezygnuje z silników 6- i 8-cylindrowych. To było szokujące, bo w segmencie premium takie silniki mają bardzo mocną pozycję. Wtedy uważano, że jest to szaleństwo i Volvo może na tym stracić. Teraz, kiedy okazuje się, że w 2021 roku będziemy mieli ostre normy dotyczące emisji dwutlenku węgla, nasi konkurenci nerwowo starają się zmodyfikować całą swoją gamę modelową w taki sposób, jak Volvo zrobiło to już kilka lat temu. Zatem czekają nas na pewno trochę mniejsze silniki, 1,5 czy 2-litrowe czy 1,5-litrowe. Volvo konsekwentnie uzupełnia też swoją gamę modelami hybrydowymi. Mamy hybrydy typu plug-in, ładowane z gniazdka, ale od tego roku mamy również delikatne hybrydy z silnikiem elektrycznym, delikatnie wspomaganym przez silnik spalinowy – mówi Stanisław Dojs.

Jak podkreśla, kierunek zmian w motoryzacji wyznaczają oczekiwania klientów, a na rynku wyraźnie widać spadek zainteresowania silnikami diesla.

– One nadal trzymają się mocno, nadal są ważną częścią naszej oferty, ale klienci coraz chętniej wybierają silniki benzynowe. To jest trend numer jeden. Drugim trendem jest to, że klienci oczekują, aby w samochodzie było coraz więcej elektroniki, np. takiej, która pozwala bezproblemowo zintegrować system pokładowy z systemem operacyjnym naszego smartfona. Zatem zarówno systemy apple’owskie czy androidowe są tym, na co samochody muszą być przygotowane – mówi Stanisław Dojs.

Z bankowych korytarzy do muzealnych sal. Kolekcja sztuki współczesnej PKO Banku Polskiego trafiła na wystawę w Muzeum Narodowym

Z bankowych korytarzy do muzealnych sal. Kolekcja sztuki współczesnej PKO Banku Polskiego trafiła na wystawę w Muzeum Narodowym 4

Ponad 30 prac ze zbioru dzieł polskiej sztuki współczesnej zgromadzonych przez PKO Bank Polski trafiło na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie. Wśród nich znajdują się obrazy i rzeźby artystów takich jak Stefan Gierowski, Krzysztof Bednarski, Tomasz Ciecierski, Edward Dwurnik, Marek Chlanda, Zofia Kulik czy Zbigniew Makowski. Wystawa jest elementem wieloletniej współpracy Muzeum Narodowego z PKO Bankiem Polskim, który jest jednym z największych w Polsce mecenasów kultury i sztuki.

PKO Bank Polski kojarzony jest głównie z nowoczesną instytucją finansową i największym bankiem w kraju. Słusznie, ale jesteśmy również zaangażowanym mecenasem sztuki. Wspieramy młodych artystów oraz wiele instytucji i wydarzeń kulturalnych w całej Polsce. W tym roku, z okazji obchodów 100-lecia PKO Banku Polskiego, postanowiliśmy – po raz pierwszy – zaprezentować szerokiej publiczności naszą kolekcję sztuki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Antczak, wiceprezes zarządu PKO Banku Polskiego. – Wystawa odbywa się w Muzeum Narodowym, z którym od lat współpracujemy, m.in. uczestniczyliśmy w rekonstrukcji obrazu „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki, jesteśmy mecenasem Galerii Sztuki Średniowiecznej i wspieramy wiele odbywających się tu wystaw.

Kolekcja sztuki PKO Banku Polskiego powstała w 1998 roku. Jej tworzeniem zajęła się Anda Rottenberg. Zbiór tworzą obrazy, fotografie, rysunki, grafiki i rzeźby ponad 30 polskich twórców.

Bankowa kolekcja liczy ponad 70 prac autorstwa ponad 30 artystów, którzy reprezentują trzy pokolenia polskiej sztuki powojennej. Począwszy od nestorów, takich jak Jan Tarasin i Jacek Sempoliński, poprzez Tomasza Ciecierskiego, Tomka Tatarczyka, aż po artystów tzw. Gruppy i skończywszy na Robercie Maciejuku, przedstawicielu najmłodszego pokolenia. Mamy rysunki, obrazy i rzeźby. Wśród nich jest „Drzewo wiadomości dobrego i złego” Magdaleny Abakanowicz wykonane na specjalne zamówienie – mówi Lidia Stefanowska, dyrektor zbiorów PKO Banku Polskiego.

Wystawa „Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego” w warszawskim Muzeum Narodowym została zorganizowana z okazji 100-lecia powstania PKO Banku Polskiego. To idealna okazja, by pokazać i opowiedzieć o powstaniu jednej z pierwszych w Polsce komercyjnych kolekcji sztuki. Opracowanie jej koncepcji powierzono Andzie Rottenberg, krytykowi i historykowi sztuki.

– Kiedy dostałam tę propozycję, byłam zbudowana inicjatywą. Komercyjne kolekcje powstawały za granicą, ale w Polsce takich nie było. Uznałam więc, że powinna podkreślać polską tradycję malarstwa powojennego, która będzie widoczna w pracach artystów kolejnych pokoleń – opowiadała Anda Rottenberg.

Anda Rottenberg zwróciła się do przedstawicieli trzech pokoleń polskich artystów, najpierw do nestorów – Jana Tarasina, Stefana Gierowskiego i Zbigniewa Makowskiego, a także rzeźbiarki Magdaleny Abakanowicz. Kolejne pokolenie reprezentowali m.in. Tomasz Ciecierski i Łukasz Korolkiewicz. Wśród przedstawicieli wówczas młodego pokolenia byli Ryszard Grzyb i Jarosław Modzelewski. W efekcie udało się uchwycić osiągnięcia polskiej sztuki z końca XX wieku i pokazać je przekrojowo. W zbiorach znajdują się nie tylko obrazy, lecz także rysunki czy rzeźby.

Stałą kolekcję banku sztuki współczesnej wzbogacają także prace młodych twórców. Bank współpracuje z uczelniami artystycznymi w kraju i organizuje dla nich plenery oraz wystawy prac studentów.

Wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie można będzie oglądać do 30 czerwca br. Pierwszy raz można zobaczyć ten ciekawy zbiór prac wybitnych polskich artystów współczesnych. Na co dzień dzieła znajdują się w banku. Jest to więc jedyna taka okazja – mówi kurator wystawy Katarzyna Szydłowska-Schiller.

Wystawa „Sztuka to wartość” została podzielona na trzy odrębne części, według chronologii wyznaczanej przez daty uzyskania dyplomów przez prezentowanych na niej artystów. Ekspozycji będą towarzyszyć oprowadzania kuratorskie, warsztaty, pokazy filmowe. Muzeum zaplanowało również spotkania z artystami, których prace można oglądać na wystawie.

Pierwszy komercyjny lot rakiety SpaceX z sukcesem. Polacy także pracują nad rakietami kosmicznymi wielokrotnego użytku

Pierwszy komercyjny lot rakiety SpaceX z sukcesem. Polacy także pracują nad rakietami kosmicznymi wielokrotnego użytku 5

Rakieta Falcon Heavy firmy SpaceX Elona Muska wyniosła na orbitę satelitę Arabsat-6A, a następnie wszystkie trzy jej główne moduły po raz pierwszy w historii bezpiecznie wróciły na Ziemię. Tym samym rakieta, przy stosunkowo niewielkim koszcie renowacji, będzie mogła przetransportować na orbitę kolejny ładunek. Nad rakietami wielokrotnego użytku pracują także Polacy.

SpaceX wystrzelił 12 kwietnia swoją największą rakietę Falcon Heavy w celu wyniesienia na orbitę arabskiego satelity Arabsat-6A. Pierwsze wystrzelenie tej rakiety odbyło się w lutym 2018 roku i służyło wyniesieniu w kosmos samochodu Tesla Roadster. Kwietniowa misja to pierwsze komercyjne użycie tej rakiety, a zarazem pierwsza udana próba potrójnego lądowania, dzięki któremu na Ziemię bezpiecznie wróciły wszystkie trzy moduły maszyny. W zeszłorocznym starcie udało się sprowadzić tylko dwa elementy.

Choć w opracowywaniu technologii kosmicznej przodują zagraniczne przedsiębiorstwa z dużym kapitałem, to ambicje naszych naukowców również wiążą się z rozwijaniem rakiet wielokrotnego użytku.

– Projekt „Turbulencja” jest projektem pierwszej w Polsce rakiety zasilanej paliwem ciekłym. Aktualnie jesteśmy na etapie wytwarzania komponentów gotowej rakiety oraz przeprowadzania testów statycznych naszego silnika, które polegają na przeprowadzaniu próbnych odpaleń naszego silnika w symulowanych warunkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Drożdż z AGH Space Systems.

Dotychczas wyniesienie jakiegoś ładunku na orbitę, takiego jak satelita, wiązało się ze zbudowaniem rakiety wartej kilkadziesiąt milionów dolarów, która po wykonaniu zadania ulegała destrukcji w atmosferze. Takie organizowanie transportu orbitalnego Jeff Bezos porównał do niszczenia samolotu klasy Boeinga 747 po zaledwie jednym locie.

– Nasza rakieta pracuje na takiej samej zasadzie, jak te większe rakiety. Jest wyrzutnia, jest launchpad i nasza rakieta startuje na odpowiedni, zadany przez nas pułap, następnie spada na spadochronie, dzięki czemu jest wielokrotnego użytku – tłumaczy Przemysław Drożdż.

Obecnie najbardziej zaawansowane rakiety wielokrotnego użytku posiadają Elon Musk i Jeff Bezos. Zarówno SpaceX Elona Muska, jak i Blue Origin Bezosa pracują więc nad rakietami, które po wyniesieniu ładunku na orbitę wracałyby na Ziemię w stanie pozwalającym na remont i ponowne użycie. Ograniczyłoby to koszty kolejnego transportu do zaledwie kilkuset tysięcy dolarów, z czego najwięcej kosztowałoby paliwo.

Tymczasem polscy naukowcy z AGH szykują się do testów swojej rakiety.

– Rakieta „Turbulencja” jest swoistego rodzaju demonstratorem technologii rakiet zasilanych na paliwo ciekłe. Wpisuje się bardzo dobrze w trend New Space, czyli sposób na wynoszenie niedużych ładunków tanim kosztem. Przyszłość zapowiada się ciekawie, w maju tego roku planujemy przeprowadzić testy lotne naszej rakiety – zapowiada Przemysław Drożdż.

Opracowywany przez polskich naukowców algorytm pozwoli przewidzieć wstrząsy sejsmiczne w kopalniach. Na podstawie zachowania skał oceni ryzyko i zagrożenia

Opracowywany przez polskich naukowców algorytm pozwoli przewidzieć wstrząsy sejsmiczne w kopalniach. Na podstawie zachowania skał oceni ryzyko i zagrożenia 6

Roboty wodne, ultraprecyzyjne sygnały sonarowe i systemy GPS pozwalają naukowcom lepiej przewidywać wstrząsy sejsmiczne. Znacznie trudniej jednak przewidzieć wstrząsy w kopalniach. Te zaś mogą prowadzić do poważnych uszkodzeń podziemnych instalacji oraz stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa i życia ludzi. Tylko w 2018 roku w kopalniach w Polsce zginęło ponad 20 górników. Dzięki algorytmowi, który opracowują polscy naukowcy, będzie można prognozować wystąpienia zjawisk sejsmicznych o określonej energii i kontrolować czas trzęsień ziemi, których uniknąć się nie da.

– Wstrząsy się zdarzają, nie zawsze daje się im zapobiec, pytanie, czy można je przewidzieć. Bo gdyby je można było przewidzieć, to z zagrożonego obszaru można by było usunąć ludzi, sprzęt i co najmniej istotnie ograniczyć straty. Jesteśmy w stanie mierzyć wstrząsy poprzedzające i to, co się próbuje robić, to szukać wzorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego Polskiej Akademii Nauk.

W marcu w Warszawie wystartował hackathon ESGI144, którego celem jest rozwiązanie problemów przedsiębiorstw. Jednym z nich jest ten zgłoszony przez KGHM, czyli możliwość prognozowania wstrząsów sejsmicznych w oparciu o dane na temat zachowania mas skalnych.

Zagrożenie tąpnięciami w kopalniach rud miedzi systematycznie rośnie. Coraz większa eksploatacja, głębsze wybieranie złoża czy powiększanie się powierzchni zrobów powodują, że wstrząsów jest coraz więcej. Aktywność sejsmiczna i tąpnięcia są powszechne wszędzie tam, gdzie wysokie naprężenia w skorupie ziemskiej i znaczna wytrzymałość skał prowadzą do ich dynamicznego niszczenia. Niesie to ze sobą katastrofalne skutki, może prowadzić do zniszczeń otoczenia, wpływa na bezpieczeństwo i życie ludzi.

– Sprawa jest dość ważna, bo ma znaczenie ekonomiczne, w sensie zniszczenie w kopalni, zniszczenie sprzętu. Chodzi o ludzkie życie, bo jesteśmy w stanie usunąć ludzi z zagrożonego obszaru, natomiast mimo kilkudziesięciu lat prac nikt tego problemu nie rozwiązał, i to nie jest kwestia nieudolności tych, którzy się tymi problemami zajmowali, ale dlatego, że to jest bardzo trudne. Tak więc to, co się może wydarzyć, to może powstanie lepszy model, który pozwoli lepiej prognozować wystąpienie tych wstrząsów – ocenia dr Kamil Kulesza.

Ludzie próbowali od wieków przewidywać trzęsienia ziemi. Starożytni Grecy sądzili, że węże i szczury uciekały ze swoich nor, gdy zbliżał się kataklizm. Inni szukali niezwykłych formacji chmur lub próbowali obliczyć, kiedy inne planety mogą się zrównać z ziemskimi płytami tektonicznymi. Obecnie metody są znacznie dokładniejsze.

Grupa badawcza ds. geofizyki stosowanej i środowiskowej na Uniwersytecie Keele zastosowała np. monitorowanie mikrosejsmiczne do prognoz wybuchów w kopalniach węgla w Wielkiej Brytanii i Australii. Dzięki temu można rejestrować, analizować i interpretować mniejsze wstrząsy w przypadku pękania i awarii materiałów geologicznych. Może to mieć miejsce w podziemnych wyrobiskach, np. kopalniach węgla kamiennego. Analiza trzech składowych danych mikrosejsmicznych może zapewnić lokalizację awarii.

Przydatna jest też sztuczna inteligencja – w Indiach naukowcy z Instytutu Technologii i Nauki Sinhgad w Pune badają, w jaki sposób uczenie maszynowe może pomóc pracownikom przewidzieć i przygotować się na trzęsienia ziemi w otoczeniu kopalni węgla.

– Matematycy czasami patrząc z zewnątrz, nie będąc specjalistami w dziedzinie, to znaczy nie badając np. przez 30 lat tego, jak zachowuje się górotwór i skąd wstrząsy się biorą, są w stanie spojrzeć na sprawy bardziej oryginalnie w stosunku do tego, co wiemy dzisiaj i znaleźć rozwiązania, o których inni wcześniej nie pomyśleli – ocenia ekspert Instytutu Matematycznego PAN.

Polscy naukowcy pracują nad algorytmem, który pozwoli prognozować dokładny czas wystąpienia wstrząsów, a także sprowokować w określonym czasie nieuniknione zjawiska sejsmiczne. Może to pozwolić uniknąć ogromnych kosztów, jakie niosą ze sobą wysokoenergetyczne wstrząsy sejsmiczne. Tylko w 2017 roku do kopalń Polskiej Grupy Górniczej wpłynęło prawie 5 tys. wniosków o naprawę szkód. W 2019 roku na naprawianie szkód firma przeznaczyła blisko 155 mln zł.

Wstrząsy stanowią też zagrożenia dla bezpieczeństwa i życia ludzi, także dla obiektów znajdujących się na powierzchni ziemi. Łącznie w ciągu 45 lat w polskim górnictwie węgla kamiennego doszło do ponad 20 poważnych katastrof i wypadków, w każdym z nich zginęło od kilku do ok. 30 osób, a w sumie życie straciło ponad 200 górników. Do największej katastrofy doszło w 1954 roku w kopalni Barbara-Wyzwolenie w Chorzowie, kiedy zginęło ponad 100 osób. Części ofiar można byłoby uniknąć, gdyby wcześniej udałoby się przewidzieć wstrząsy i przeprowadzić je w kontrolowany sposób.

– Świat coraz bardziej polega na matematyce. Można zaryzykować twierdzenie, że tak jak ostatnie 30 lat świat zmieniała rewolucja informatyczna, to powoli informatyka staje się standardem. Zaczynamy te wszystkie techniki cyfrowe i urządzenia traktować tak jak prąd elektryczny, który 100 lat temu też był przełomem. I coraz częściej trzeba zacząć myśleć nie tylko o tym, jakie urządzenia to zmierzą, jakie to policzą, lecz także o tym, w jaki sposób to policzymy, za pomocą jakiego modelu – przekonuje dr Kamil Kulesza.

30% transakcji na rynku nieruchomości odbywa przez agencje

Co roku w Polsce sprzedaje się i kupuje kilkaset tysięcy nieruchomości. Blisko jedna trzecia transakcji kupna-sprzedaży odbywa się za pośrednictwem agentów nieruchomości. Liczba aktywnych pośredników w Polsce wynosi blisko 10 tysięcy. Jak wybrać tego właściwego i na co zwrócić uwagę przy wyborze?

W Polsce jest ponad 14,5 miliona mieszkań o łącznej powierzchni przekraczającej 1,1 miliona m2, których szacowana wartość przekracza 3,2 biliona złotych, wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Popyt na zakup mieszkań stanowi blisko 4/5 całego popytu na rynku nieruchomości i rozkłada się on na mieszkania: 2-pokojowe 42,44%,  3-pokojowe 33,59%,  1-pokojowe 16,15%,  4-pokojowe 7,61%,  5-pokojowe 0,2%, według Morizon. Na rynku nieruchomości mieszkaniowych, odsetek transakcji gotówkowych wynosi ponad 60%, a kredytów poniżej 40% – wynika z danych przedstawionych przez Emmerson Evaluation.

30% transakcji na rynku nieruchomości odbywa się przy pomocy pośredników – wynika z badań Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości (PFRN). Aktualnie ich liczba w Polsce, zarejestrowanych w PFRN, wynosi 4879. Jednak z analiz platformy Rentier.io wynika, że aktywnych agentów nieruchomości jest dwa razy więcej, tzn. około 10 000. Jak zatem, z tak dużej grupy, wybrać tego właściwego i na co zwrócić uwagę przy wyborze? Eksperci Rentier.io podpowiadają.

Dlaczego warto?

Dobry pośrednik to taki, który swojego klienta obsłuży nie tylko skutecznie, ale też sprawnie, tzn. szybko. Na pytanie „Dlaczego korzystał(a) Pan(i) z usług pośrednika” respondenci w najnowszych badaniach PFRN odpowiadali: oszczędność czasu, szybkość (35%), wygoda (20%), bezpieczeństwo i pewność (19%), trudność w znalezieniu odpowiedniej oferty (11%), szeroka oferta (10%), kompetentna i fachowa pomoc ze strony pośrednika (9%).

Kompleksowa obsługa, wielozadaniowość, praca pod presją zarówno czasu, jak i rosnących wymagań klientów czy konieczność permanentnego rozwoju – to charakterystyka pracy pośredników. Nie jest łatwo być agentem nieruchomości i ci najlepsi doskonale zdają sobie z tego sprawę. Korzystanie z aplikacji pomagających w organizacji czasu czy agregujących wszystkie nieruchomości, za które odpowiadają, to chleb powszedni dla profesjonalistów. Jeśli zatem pośrednik chce sprawnie i skutecznie działać , musi być dobrze zorganizowany i mieć kompleksową wiedzę na temat rynku, jak i poszczególnych nieruchomości.

Nowy typ klienta wspierany danymi rynkowymi

Coraz popularniejsze staje się inwestowanie w nieruchomości wśród Polaków. I mimo potrzeby większego nakładu czasowego oraz finansowego, w porównaniu do tradycyjnych narzędzi inwestycyjnych, np. lokaty bankowej czy bonów skarbowych, wiele osób decyduje się na zakup nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem. Co więcej, taki sposób inwestowania swojego kapitału wybierają coraz częściej osoby nie związane wcześniej z rynkiem nieruchomości. Mimo, że wiele z nich próbuje swoich sił w samodzielnym działaniu, znacząca część osób zwraca się o pomoc do profesjonalistów, w tym do pośredników nieruchomości.

Co więcej, także dane rynkowe zachęcają w dalszym ciągu do zainteresowania się tym rodzajem inwestycji. Analitycy rynku mieszkaniowego spodziewający się końca boomu na rynku nieruchomości wraz z przełomem roku zostali zaskoczeni dobrymi wynikami pierwszego kwartału 2019 r. Pod koniec ubiegłego roku dane wskazywały, że mamy do czynienia z ochłodzeniem koniunktury. Biuro Informacji Kredytowej (BIK) opublikowało informacje, że kredytodawcy przesłali zapytania opiewające na kwotę o niemal jedną czwartą niższą w ostatnim miesiącu 2018 r., w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r.

Dane napływające z rynku w pierwszym kwartale obecnego roku, okazały się  bardzo dobre. W marcu 2019 roku o kredyt hipoteczny aplikowało aż 45 tys. osób, wynika z najnowszych danych opublikowanych przez BIK. To o blisko 9,0 proc. więcej niż 12 miesięcy wcześniej. Średnia kwota wnioskowanego kredytu wzrosła o 11,1 proc., w stosunku do marca 2018 r., do poziomu 271 tys. zł. – mówi Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io. – Indykatorem utrzymującej się dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym jest też wynik BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. W ostatnim miesiącu pierwszego kwartału 2019 r. banki i SKOK-i, w przeliczeniu na dzień roboczy, przesłały do BIK-u zapytania o kredyty hipoteczne na kwotę wyższą o 26,7 proc., niż rok wcześniej. Zatem, nie tylko nie mamy do czynienia z początkiem bessy mieszkaniowej, ale możemy uznać, że hossa na rynku nieruchomości trwa  – podsumowuje Bubiel z Rentier.io.

Oczywiście, inwestor jest zdecydowanie innym rodzajem klienta niż osoba szukająca wymarzonych czterech kątów dla siebie. Kieruje się innymi kryteriami wyboru nieruchomości. Nie przekona go wizualizacja mieszkania jako idealnego ogniska domowego czy dobra lokalizacja skomunikowana ze szkołą czy przedszkolem. W jego wypadku zdecydowanie chodzi o liczby i wskaźniki. Czy nieruchomość będzie rentowna? Jaki będzie zwrot z inwestycji? Na te pytania pośrednik musi być w stanie odpowiedzieć i to szczegółowo, ponieważ co najważniejsze w tym przypadku – klient inwestycyjny to klient powracający. Warto zatem zadbać o niego jak najlepiej.

Więcej, szybciej, skuteczniej

Jeżeli przy sprawach tak prostych jak organizacja dnia korzystamy z dodatkowych narzędzi, dlaczego pośrednik nie powinien zrobić tego samego przy procesach o wiele bardziej skomplikowanych? Z pewnością, każdy doświadczony agent nieruchomości jest w stanie ocenić swoim fachowym okiem czy dana nieruchomość jest atrakcyjna czy też nie. Jednak co w przypadku, gdy klient zada bardziej szczegółowe pytania? Porównanie stopy zwrotu z wynajmu nieruchomości z lokatą w określonym czasie? Jaki będzie miesięczny przychód, po uwzględnianiu podatków i opłat oraz okresu pustostanów? Ciężko będzie odpowiedzieć pośrednikowi na takie pytania nie będąc przygotowanym. Dzięki zautomatyzowanym, internetowym narzędziom jest to jednak możliwe. Wyszukują one najciekawsze oferty mieszkaniowe, a jednocześnie obliczają ponad 40 wskaźników dla nieruchomości i porównują je dla kilku mieszkań. Wspomagają pośredników przy tak ważnych klientach jak inwestorzy, oszczędzając czas, czyniąc pośrednika efektywniejszym, a tym samym pozwalają na budowanie dobrej, długofalowej relacji z klientem.

Takie aplikacje internetowe współdziałają z większością popularnych portali ogłoszeniowych oraz sprawnie generują raporty na temat wybranego mieszkania, który w sposób wygodny i przejrzysty pośrednik może zaprezentować klientowi. Od informacji o przychodach, po obliczenie ROI – wszystkie te dane i wskaźniki zostaną zaprezentowane w zgrabnej formie opatrzonej logo biura nieruchomości oraz danymi kontaktowymi pośrednika. W takiej postaci będą gotowe do zaprezentowania nawet najbardziej wymagającemu inwestorowi.

Coś, co agentom nieruchomości mogłoby niepotrzebnie zająć dużo czasu, przy pomocy narzędzia zajmuje chwilę, a równocześnie robi to precyzyjniej i automatycznie. Funkcjonalność aplikacji to nie tylko analiza inwestycyjna. Pozwala ona pośrednikom także na orientacyjną wycenę nieruchomości na podstawie obszernych baz danych podobnych ofert w okolicy. Oczywiście, każdy pośrednik mógłby starać się pozyskać dane we własnym zakresie, sprawdzać oferty konkurencji na portalach lub nawet zakupić całe bazy. Jednak jak wiadomo czas to pieniądz. Po co więc przedzierać się przez gąszcze rekordów, kiedy aplikacja może to zrobić za pośrednika?

Warto także podkreślić, że klient indywidualny na potrzeby jednej transakcji raczej nie będzie kupował dostępu do zaawansowanych narzędzi, a dobry pośrednik je ma i będzie korzystał z nich dla dobra klienta. To w połączeniu z wiedzą ekspercką agenta, uzasadnia płacenie pośrednikowi prowizji – podsumowuje Anton Bubiel z Rentier.io.

Oczywistym jest jednak, że praca agenta nieruchomości to coś więcej niż wyszukiwanie ofert i przenoszenie własności od jednej osoby do drugiej. Osoby, które zwracają się o pomoc do pośredników, oczekują kompleksowej, sprawnej obsługi, ale także pomocy i profesjonalnej porady od osoby, której będą w stanie zaufać. Zakup nieruchomości to nie decyzja, którą podejmuje się pochopnie, a znalezienie odpowiedniego mieszkania to nie lada wyzwanie. Poświęcenie i obowiązkowość to bardzo ważne cechy pośrednika. Automatyzacja procesów ma na celu wspomóc pośrednika, ale go nie zastąpi.