W UE coraz więcej osób nie stać na opłacanie rachunków za prąd i gaz

CEO Magazyn Polska

Rosnące ceny energii w Unii Europejskiej sprawiają, że zwiększa się liczba osób, których nie stać na opłacenie rachunków za prąd i gaz. Oszczędzanie na ogrzewaniu przekłada się na pogorszenie ich stanu zdrowia i absencję w pracy. Pomóc w walce z tym zjawiskiem mogą mechanizmy zapobiegające ubóstwu energetycznemu. Polska może czerpać z doświadczenia innych unijnych krajów.

 – Ceny energii rosną i dla coraz większej liczby gospodarstw problemem jest zapłacenie rachunków za prąd. Część budżetu, którą wydają na energię, jest coraz większa i coraz trudniej jest im nabyć taką ilość energii, aby zapewnić sobie normalne warunki funkcjonowania – zwraca uwagę Ute Dubois, profesor ekonomii ISG International Business School w Paryżu, która gościła w Warszawie na konferencji Instytutu na rzecz Ekorozwoju.

Z raportu opublikowanego przez Komisję Europejską pod koniec stycznia wynika, że w latach 2008-2012 ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w UE rosły średnio o 4 proc. rocznie, a gazu o 3 proc. rocznie. Polska plasuje się wśród krajów o umiarkowanej cenie energii. Konsumenci z USA i Kanady średnio za gaz w 2012 r. płacili 2,5 razy mniej niż ci z UE, natomiast za prąd prawie dwukrotnie mniej.

Rosnące rachunki za prąd, ogrzewanie i gaz przyczyniają się do wzrostu poziomu ubóstwa energetycznego w Unii. Ośrodek Studiów Wschodnich szacuje, że ten problem dotyczy od 50 mln do nawet 125 mln osób.

Ute Dubois wskazuje na rozwiązania, które mogą temu przeciwdziałać.

 – Wiele krajów europejskich pomaga odbiorcom energii w zapłaceniu tych należności poprzez różnego rodzaju dodatki energetyczne, zasiłki na opłacenie rachunku za energię. Jest to jednak rozwiązanie krótkoterminowe, które sprawdza się w sytuacjach awaryjnych, natomiast w dłuższej perspektywie nie poprawia sytuacji – mówi ekonomistka agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Innym rozwiązaniem są taryfy socjalne czy ochrona tzw. wrażliwych odbiorców (osób o niskich dochodach) przed odłączeniem prądu. Zgodnie z unijną dyrektywą z 2009 roku dotyczącą wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej, państwa członkowskie powinny podjąć niezbędne środki, aby chronić takich konsumentów. W myśl tej dyrektywy rząd po długich pracach w połowie ubiegłego roku znowelizował ustawę Prawo energetyczne, wprowadzając od tego roku możliwość skorzystania z dodatku energetycznego. Mają do niego prawo osoby otrzymujące dodatek mieszkaniowy. Przy czym określony został limit energii elektrycznej, jaką można zużyć, by otrzymać takie wsparcie.

Najbardziej korzystnym rozwiązaniem, według Dubois, jest poprawa efektywności energetycznej budynków.

 – W tym przypadku mamy do czynienia z wieloma korzyściami, także zdrowotnymi. Często osoby mające niskie dochody mieszkają w budynkach o złym stanie technicznym i mają problemy z zadłużeniem. W Wielkiej Brytanii nazwano to problemem „heat or eat’’, czyli „ogrzewanie albo jedzenie”. Ludzie muszą dokonywać takich wyborów, jednak podjęcie działań, które poprawiają efektywność energetyczną, pozwala rozwiązać ten problem w dłuższej perspektywie – podkreśla Ute Dubois.

Przytacza przykład Francji, gdzie w roku 2011 wprowadzono program pod nazwą „Mieszkać Lepiej’’, polegający na działaniach termomodernizacyjnych realizowanych w domach jednorodzinnych.

 – Zysk z efektywności energetycznej w wyniku takiej termomodernizacji musi wynosić co najmniej 25 proc. Po paru latach realizacji tego programu, czyli wdrażaniu działań poprawiających efektywność energetyczną, okazało się że ten zysk był nawet wyższy niż to planowano, średnio osiągał 38 proc. – mówi Ute Dubois. – Gospodarstwa o niskich dochodach nie mają pieniędzy na to, żeby inwestować w działania zwiększające efektywność energetyczną i to państwo musi je sfinansować.

Ubezpieczyciele i banki jeszcze co najmniej przez dwa lata będą ostrożniej udzielać gwarancji

CEO Magazyn Polska

Dzięki restrykcyjnym zasadom przy udzielaniu gwarancji ubezpieczeniowych dla projektów inwestycyjnych rynek kolejowy ma szansę uchronić się przed zapaścią, która dotknęła branżę budowlaną. Ubezpieczyciele, którzy zaostrzyli kryteria po bankructwach firm budowlanych, raczej nie zamierzają ich łagodzić jeszcze przez kolejny rok lub dwa lata.

 – Niestety przy dzisiejszych dużych inwestycjach kolejowych obserwujemy próby takich samych zachowań, jakie były w 2012 przy inwestycjach drogowych. Jeżeli nie będziemy restrykcyjni, to za dwa lata możemy mieć powtórkę w branży kolejowej. Przez najbliższy rok, może i dwa lata musimy uważniej patrzeć na ryzyko – mówi Elżbieta Urbańska, dyrektor Biura Ubezpieczeń Finansowych PZU. – Nasze restrykcje będą naturalnym czynnikiem przesiewającym oferentów i będą miały pozytywny wpływ na rynek.

Sytuacja na rynku jest nadal jest na tyle niestabilna, że nie należy spodziewać się poluzowania tych restrykcji. Jak wyjaśnia Elżbieta Urbańska, to efekt doświadczeń z 2012 roku, kiedy branżę budowlaną dotknęły masowe upadki firm, również dużych spółek.

 – Bardzo dużo się zmieniło w ciągu ostatnich lat, w pewnym momencie praktycznie wszyscy wystawiający gwarancje – banki, firmy ubezpieczeniowe – wstrzymali ich wydawanie. Zwłaszcza po ogłoszeniu upadłości przez znaczące firmy budujące drogi – powiedziała Elżbieta Urbańska podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Dziś udzielający gwarancji są szczególnie ostrożni, a kryteria oceny zaostrzone.

 – Badamy nie tylko zdolność finansową podmiotu, wykonawcy, lecz także opłacalność samego kontraktu – tłumaczy Elżbieta Urbańska. – Te dwa elementy na końcu służą nam do oceny zdolności tego wykonawcy do realizacji danego kontraktu. Jest jeszcze szereg ryzyk, które wpływają na to, że często odmawiamy udzielenia gwarancji. Różnią się one w zależności od podbranży budowlanych.

Dziś uzyskanie gwarancji ubezpieczeniowej należytego wykonania kontraktu jest znacznie trudniejsze niż jeszcze cztery lata temu. Mimo że branża budowlana najpoważniejsze turbulencje ma za sobą. Jak wyjaśnia dyrektor Biura Ubezpieczeń Finansowych, dany podmiot musi wykazać, że jest zdolny do zarabiania na kontraktach. 

 – Czyli badamy cały jego portfel zamówień i przychód jaki z niego generuje, jakie osiąga rentowności, jaka jest efektywność tych kontraktów. Nie chcemy udzielać gwarancji podmiotom, które są ukierunkowane tylko na uzyskiwanie kontraktów. W związku z tym te podmioty, które nie kierują się przede wszystkim ceną, mają większe szanse na uzyskanie gwarancji – wyjaśnia Elżbieta Urbańska.

Pod uwagę brane są też kompetencje specjalistyczne danego przedsiębiorcy. Oznacza to, że ci, którzy nie mają doświadczania w danej dziedzinie, a dopiero chcą w niej zaistnieć, mają mniejsze szanse na uzyskanie gwarancji. Im mniejsze doświadczenie, tym wyższe ryzyko takiej inwestycji.

Polacy coraz chętniej dokonują rezerwacji wyjazdów turystycznych. To może oznaczać poprawę koniunktury w całej gospodarce

CEO Magazyn Polska

Zainteresowanie Polaków wyjazdami zagranicznymi rośnie, zarówno w przypadku wycieczek letnich, jak i zimowych. Coraz więcej osób rezerwuje wakacje w opcji first minute, a także decyduje się na wyjazd do hoteli o wyższym standardzie. Zdaniem ekspertów świadczy to o tym, że koniunktura w gospodarce się poprawia, a konsumpcja będzie rosła. 

Rosnący ruch w biurach podróży może świadczyć o tym, że Polacy chętniej wydają pieniądze, również na przyjemności. To może oznaczać, że przestali się bać utraty pracy lub innych konsekwencji spowolnienia gospodarczego, i zwiększają konsumpcję.

 – Trzeba zwrócić uwagę na to, że wydatki na turystykę są realizowane w ramach tak zwanego funduszu swobodnej konsumpcji – zauważa Daniel Puciato, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Są one realizowane dopiero po zaspokojeniu potrzeb podstawowych. Poprawa koniunktury na rynku  turystycznym świadczy więc o poprawie nastrojów konsumentów i kondycji finansowej gospodarstw domowych.

Aktualne prognozy dla rynku turystycznego na 2013/2014 rok (od 1 listopada 2013 do 31 października 2014 r.) to, według Polskiego Związku Organizatorów Turystyki, wzrost liczby klientów o 44 proc.

 – Jak wynika z danych biur podróży w styczniu zainteresowanie wyjazdami zagranicznymi wzrosło w przypadku wyjazdów zimowych o 40 procent, a w przypadku wyjazdów letnich aż o 70 procent – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Puciato, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Według badania KPMG, na wyjazdy zimowe w sezonie 2013/2014 Polacy zamierzali przeznaczyć łącznie 4 mld złotych. 54 proc. osób połączy wypoczynek z uprawianiem sportów zimowych, zwłaszcza jazdą na nartach. Znaczna część turystów uda się za granicę. W tym sezonie rezerwacji na wyjazdy lotnicze jest o 80 proc. więcej niż w ubiegłym roku.

Rośnie też liczba osób rezerwujących wycieczki letnie w ramach first minute i chociaż obniżki na wyjazdy letnie nie są już tak wysokie, jak jeszcze kilka tygodni temu, to ruch w biurach podróży nie słabnie. Często polscy turyści wybierają też wycieczki o wyższym standardzie. 

 – Największy odsetek Polaków kupuje wycieczki za około 5 tys. zł. Najbardziej popularne kierunki to wciąż Egipt, Grecja, Tunezja oraz Hiszpania – mówi Puciato. – Z danych z biur podróży wynika, że Polacy zatrzymują się w hotelach cztero-, pięcio- i trzygwiazdkowych. Najczęściej wprawdzie w trzygwiazdkowych, jednak i tam wykupują opcję all-inclusive.

Spada sprzedaż komputerów w Polsce. Tylko niektórzy producenci na plusie

CEO Magazyn Polska

Polski rynek komputerów osobistych w IV kwartale skurczył się o 10 proc. – wynika z danych firmy IDC. Spada zarówno sprzedaż komputerów stacjonarnych (o 2 proc.), jak i notebooków (o 15 proc.). Liderem na rynku jest Lenovo, które – mimo tendencji spadkowych na rynku – odnotowało w tym czasie 35-proc. wzrost. Spółka zapowiada dynamiczny rozwój również w segmencie tabletów i smartfonów. 

Na koniec 2013 roku Lenovo osiągnęło w globalnym rynku PC udział na poziomie 18,5 proc., co oznacza wzrost o 2,4 pkt proc. rok do roku. Na zwiększenie udziału wpłynęły bardzo dobre wyniki sprzedaży w regionach EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), Azji i Pacyfiku oraz Chin. Dostawy komputerów w ostatnim kwartale roku wyniosły 15,3 mln sztuk.

 – W Polsce w ostatnim kwartale mieliśmy ponad 21 proc. udziału rynkowego i bardzo dynamiczny wzrost jako największy dostawca komputerów osobistych na polski rynek – urośliśmy o ponad 35 proc. na rynku, który skurczył się o 10 proc. – mówi Andrzej Sowiński, dyrektor generalny Lenovo Polska.

Lenovo coraz mocniej chce się rozwijać również w innych segmentach. Zajmuje już drugą pozycję na światowym rynku tabletów i trzecią na szerszym rynku urządzeń łączących się z internetem (PC, tablety i smartfony). W ostatnim kwartale ujętym w sprawozdaniach firma dostarczyła więcej urządzeń mobilnych (17,3 mln) niż komputerów stacjonarnych (15,3 mln).

Ten rok – zgodnie z zapowiedziami firmy – ma również stać pod znakiem rozszerzania oferty w nowych obszarach.

 – Będziemy kładli bardzo duży nacisk na rozwój kategorii all-in-one, ze szczególnym uwzględnieniem urządzeń wyposażonych w ekrany dotykowe. Również będziemy oferować urządzenia konwertowalne, urządzenia hybrydowe, łączące w sobie cechy klasycznego peceta czy notebooka i elementy bardziej mobilnego urządzenia, zbliżonego do tabletu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sowiński.

Przy tworzeniu nowej oferty duże znaczenia mają ostatnie przejęcia. Dzięki planowanej akwizycji Motorola Mobile (transakcja czeka na zatwierdzenie przez odpowiednie urzędy) Lenovo poszerzy portfolio sprzedawanych smartfonów. W ostatnim kwartale roku 2013 firma była czwartym pod względem wielkości dostawcą smartfonów – z udziałem w rynku na poziomie 4,8 proc. Dostawy wzrosły o blisko 50 proc. w ujęciu rocznym, głównie dzięki wprowadzaniu urządzeń na nowe rynki.

 – Będziemy mogli zaoferować urządzenia naszej produkcji, z którymi planowaliśmy wejść na rynek, ale i smartfony Motorola – zapowiada Andrzej Sowiński. – Patenty, które pozyskuje firma, przejmując Motorola Mobile, będą wykorzystywane do unowocześnienia i ulepszenia produktów naszej własnej marki. Myślę, że taki ruch będzie z korzyścią dla wszystkich na rynku, zarówno dla odbiorców indywidualnych końcowych, jak i dla całego kanału, ponieważ poprawi się konkurencyjność rynku.

Cena zakupu to blisko 3 mld dolarów. Poprzez planowane przejęcie Motoroli Lenovo wejdzie na rynek Europy Zachodniej i zapewni sobie znaczącą obecność na rynkach Ameryki Północnej i Łacińskiej.

W tym roku Lenovo Polska chce ruszyć również z ofertą enterprise, skierowaną do przedsiębiorców. Wszystko to dzięki planowanemu przejęciu działu serwerów x86 od IBM. Ta transakcja również czeka na zatwierdzenie przez regulatorów prawnych.

 – Wejdziemy w tę ofertę na bazie tego, co już mamy w naszym portfolio, a więc urządzeń storage’owych [do przechowywania danych – red.], które są kontynuacją dawnej firmy Iomega. Plus oferta serwerowa związana z akwizycją działu serwerów x86 firmy IBM – wylicza Sowiński. – Do tej pory firma nie oferowała takich rozwiązań swoim partnerom i klientom. Dzięki tej akwizycji będziemy mogli poszerzyć portfolio naszych produktów i poprawić naszą pozycję rynkową.

Avon będzie rozwijać sprzedaż online. Zamierza też nadal inwestować w sprzedaż bezpośrednią

CEO Magazyn Polska

Avon zamierza rozwijać sprzedaż w internecie. Ma to być dodatkowy kanał wobec tradycyjnego, czyli sprzedaży bezpośredniej, która – jak zapewnia dyrektor generalna Avon Cosmetics Polska – dobrze sobie radzi i w dalszym ciągu wpływy z niej będą rosnąć. Producent kosmetyków zapowiada ponadto intensyfikację akcji marketingowych i reklamowych oraz częste zmiany w ofercie produktowej.

Główną siłą Avon w Polsce jest największa w porównaniu do konkurencji sieć konsultantek prowadzących sprzedaż bezpośrednią kosmetyków. W kolejnych latach firma planuje inwestować w jej dalszy rozwój. Zdaniem Oksany Zharkovej ten kanał dystrybucji ma w Polsce duży potencjał. 

W ubiegłym roku sprzedaż Avon rosła szybciej niż cały rynek kosmetyczny. Aby utrzymać swoją przewagę, firma zamierza równolegle rozwijać uruchomioną w ubiegłym roku platformę internetową, która umożliwia zakup kosmetyków online, ale jest elementem łańcucha sprzedaży bezpośredniej.

 – Plany sprowadzają się do inwestowania, rozwoju i wzrostu. Mam nadzieję, że z czasem nasza sieć konsultantek oraz klientów będzie rosła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Oksana Zharkova, dyrektor generalny Avon Cosmetics Polska. – Mówiąc o naszych głównych inicjatywach i działaniach, mam na myśli to, że będziemy rozwijać zdecydowanie naszą obecność w sieci. Większość firm stara się wdrożyć internet do swojego modelu biznesowego, ponieważ dziś trudno jest rozwijać się bez tego kluczowego elementu. To naturalny dla nas etap rozwoju biznesu, jednak pozostajemy jednocześnie przy kanale sprzedaży bezpośredniej – wyjaśnia.

Firma kosmetyczna zapowiada intensyfikację swoich akcji marketingowych i reklamowych. 

 – Takie dni jak walentynki czy Dzień Kobiet są okazją, by pomóc naszym klientom w kupieniu upominków dla bliskich im osób. W tym celu opracowujemy wyjątkowe oferty bogate w nowe produkty w atrakcyjnych cenach – mówi dyrektor generalna Avon Cosmetics Polska.

Podobnie jak w poprzednich latach Avon stawia również na nowości produktowe. Co roku na rynku pojawia się ok. 1500 premierowych kosmetyków i na ten rok plan jest równie ambitny.

 – To dopiero początek roku, trudno więc mówić o nowych trendach. Na razie wszystkie kategorie cieszą się popularnością wśród naszych klientów, ze szczególnym uwzględnieniem kategorii zapachowej – podkreśla Zharkova.

Polska jest strategicznym rynkiem dla firmy, dlatego też między innymi inwestuje mocno w infrastrukturę. W 1997 roku Avon wybudował fabrykę w Garwolinie, z której produkty trafiają na 60 rynków świata. Firma kosmetyczna ma również w Polsce Centrum Usług Finansowych, odpowiedzialne za obsługę procesów finansowo-księgowych w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA).

W Polsce powstaje właśnie 40 nowych centrów handlowych

CEO Magazyn Polska

W Polsce w budowie jest ok. 40 centrów handlowych, co oznacza dodatkowe 900 tys. metrów kwadratowych powierzchni najmu. W niektórych miastach nie ma już miejsca na nowe obiekty tego typu, niewykluczone jednak, że mimo to będą tam powstawać. Szczególnie, że centra handlowe zmieniają swoją specyfikę i coraz częściej stawiają na specjalizacje – np. proponują szerszą ofertę leczniczą dla osób starszych lub rozrywkową dla dzieci oraz dorosłych.

Według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) w kraju działają 404 centra handlowe, wynajmujące blisko 9,5 mln metrów kwadratowych powierzchni handlowej i usługowej. 180 centrów znajduje się w ośmiu największych miastach w Polsce. 

 – Zgodnie z naszymi szacunkami w budowie znajduje się około 40 obiektów, przy czym 11 powstaje w największych ośmiu aglomeracjach. To blisko jedna trzecia powierzchni centrów przewidzianych do oddania. W sumie powstanie dodatkowe 900 tysięcy metrów kwadratowych – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Knap, wicedyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

W wielu starszych obiektach trwają przebudowy i modernizacje, tak, by po zmianach były lepiej dostosowane do potrzeb rynku i by spełniały oczekiwania klientów. Zmiany na rynku centrów handlowych wiążą się ze zmianami demograficznymi i zmianą podejścia konsumentów.

 – Centra będą bardziej specjalistyczne, ze zróżnicowaną ofertą kierowaną do którejś z grup społecznych. Na przykład będą ukierunkowane bardziej na osoby starsze, z szerszą ofertą leczniczą i farmaceutyczną, albo pojawi się więcej projektów rozrywkowych, m.in. oferta kinowa czy propozycje rozrywki dla dzieci – tłumaczy Radosław Knap.

Wciąż dominującą branżą w wynajmowanych powierzchniach jest moda i odzież. Knap szacuje, że to ok. 30 proc. najemców, nie licząc sklepów z galanterią skórzaną czy akcesoriami. Z roku na rok w miksie najemców pojawia się coraz więcej firm usługowych, gastronomicznych (tzw. food courty)  i związanych z rozrywką.

Zmiana specyfiki powstających centrów powoduje, że trudno szacować, ile takich obiektów może jeszcze powstać i w których miastach.

 – W centrach średniej wielkości obiektów o powierzchni najmu około 30 tysięcy metrów kwadratowych liczba odwiedzających waha się między 400 a 500 tysięcy osób rocznie – informuje wicedyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Wskazuje też, że w przypadku większych obiektów, rzędu 70 tysięcy metrów kwadratowych, liczba odwiedzających przekracza nawet kilkanaście milionów rocznie. Decyduje o tym jednak nie tylko wielkość centrum handlowego, lecz także jego lokalizacja i popularność.

Region, miasto i dzielnica, w jakiej znajduje się dane centrum handlowe, determinują również stawki czynszu za wynajem. Inne stawki obowiązują w centrach miast, inne na terenach podmiejskich i pozamiejskich. Ważna jest też konkurencyjność – ile obiektów jest w mieście, jaka jest siła nabywcza i nasycenie oraz zróżnicowanie oferty handlowej.

 – Najwyższe czynsze za lokal o powierzchni 100-150 metrów kwadratowych w Warszawie dochodzą nawet do 100 euro za metr kwadratowy. W pozostałych miastach mogą one wynosić 30-40 euro. Im mniejsze miasto, tym liczba centrów jest mniejsza i czynsze są niższe – podsumowuje Radosław Knap. 

Spada fizyczna sprzedaż gier komputerowych. O kilkaset procent rośnie ich cyfrowa dystrybucja

CEO Magazyn Polska

Rynek gier komputerowych w Polsce dynamicznie się rozwija. I to mimo spadku sprzedaży fizycznej gier i konsoli. Coraz większą popularnością cieszy się dystrybucja cyfrowa, a więc zakupy gier bez płyty i pudełka, bezpośrednio na komputer. W ubiegłym roku wzrosła o kilkaset procent.

 Według oficjalnych danych rynek gier w tym roku nieco się skurczył, jednak naszym zdaniem nie dają one pełnego obrazu sytuacji, bo dane te monitorują jedynie rynek fizyczny, a nie uwzględniają rynku cyfrowej dystrybucji, która wzrosła nawet o kilkaset procent w ostatnim roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Ogrodnik, redaktor naczelny gram.pl – portalu i sklepu poświęconego grom. – Według naszych szacunków rynek wzrósł właśnie dzięki cyfrowej dystrybucji.

Fizyczny rynek gier obejmuje gry pudełkowe oraz konsole. Przy statystykach nie uwzględnia się sprzętu komputerowego ani sprzedaży cyfrowej.

 – Rynek w takim ujęciu jest wart 700-800 mln w skali roku – mówi Ogrodnik. – Nie ma tu cyfrowej dystrybucji, która pewnie dorzuciłaby jeszcze kilkadziesiąt milionów złotych. W całym rynku gier zmieniają się proporcje w stronę cyfrowej dystrybucji, która zdobywa coraz większą część tego tortu.

Cyfrowa dystrybucja oznacza sprzedaż gier bez płyt i pudełka. W jej ramach sklep internetowy przekazuje towar drogą elektroniczną, bezpośrednio do klienta. To również są mikrotranskacje z gier, zakupy różnych dodatków cyfrowych drogą elektroniczną. Jak podkreśla Ogrodnik, choć w przeważają wciąż gry pudełkowe, to niektóre tytuły sprzedają się lepiej cyfrowo.

 – W tym roku „kilerem” będzie na pewno „Wiedźmin 3”. To bezdyskusyjnie będzie najlepiej sprzedająca się gra w Polsce w tym roku. Również dodatek do „Diablo” będzie mocny, oczywiście „Fifa” i stare gry, które zawsze się sprzedają, czyli „Simsy”, „Assassin’s Creed” również w tym roku będą rządzić – wymienia Krzysztof Ogrodnik. – Polacy ogólnie lubią gry, w których trzeba trochę pomyśleć. Nawet jeśli to są strzelanki, to z wydźwiękiem taktycznym. Lubią też historyczne tło, jak  na przykład w „World of Tanks”.

Choć polski rynek gier rośnie dynamicznie, nadal jest on stosunkowo słabo rozwinięty. Według raportu firmy badawczej Newzoo, specjalizującej się w badaniach rynku gier, w 2013 r. w Polsce było 13,4 mln graczy. Jedynie 6 na 15 z nich ma pracę na pełny etat. Za gry płaciło 52 proc. polskich graczy, a kwoty, jakie przeznaczali na ten cel były stosunkowo niewielkie. Najbardziej popularnym narzędziem służącym do grania jest w Polsce pecet.

Gram.pl zamierza nadal rozwijać cyfrową dystrybucję gier, nie tylko dla klientów indywidualnych, lecz także biznesowych. Chce również poszerzać ofertę dotyczącą sprzętu dla graczy – od kart graficznych i innych akcesoriów, poprzez konsole i pecety, aż do telewizorów.  

 – Będziemy również rozwijać portal, idąc jeszcze bardziej w stronę serwisu społecznościowego – zapowiada Ogrodnik.

W tym roku podatek od nieruchomości będzie minimalnie wyższy

CEO Magazyn Polska

Do 1 marca każdy właściciel domu lub mieszkania powinien dostać z urzędu miasta lub gminy informację o wysokości podatku od nieruchomości, a do 15 marca – zapłacić pierwszą jego ratę. W tym roku niska inflacja spowodowała, że stawki wzrosły minimalnie.

Konstrukcja podatku zakłada dwustopniowe obliczanie stawek. Zgodnie z ustawą pojawiają się stawki maksymalne, natomiast na terenie każdej gminy obowiązują stawki, które przyjmuje dana gmina.

 – W praktyce oczywiście te stawki oscylują w granicach maksymalnych. Trudno się dziwić – taki jest interes gminy – tłumaczy Mariusz Unisk, dyrektor generalny ds. doradztwa podatkowego w Instytucie Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy.

Stawki rosną systematycznie w zależności od poziomu inflacji. Za 1 m2 mieszkania w 2014 roku maksymalna stawka to 0,74 zł. Natomiast rozliczenia stawek zależą od statusu podatkowego, czyli od tego kto jest jakim podatnikiem.

 – Podatek od nieruchomości jest świadczeniem publiczno-prawnym, które każdy właściciel nieruchomości, budynku, lokalu, gruntu, jest zobowiązany ponieść. Osoby fizyczne płacą podatek na podstawie otrzymanych z gminy decyzji. Osoby prawne, jednostki organizacyjne, spółki, fundacje, stowarzyszenia płacą ten podatek na podstawie samodzielnie składanych rok do roku deklaracji – informuje Mariusz Unisk.

To podatek płacony do samorządu lokalnego w odróżnieniu od takich podatków jak dochodowy czy VAT odprowadzanych do urzędu skarbowego.

Podatek od nieruchomości płaci osoba fizyczna, osoba prawna, która jest właścicielem gruntu budynku, budowli, ewentualnie użytkownikiem wieczystym. W wyjątkowych sytuacjach także każdy posiadacz na podstawie umowy najmu lub dzierżawy.

 – Ale to dotyczy wyjątkowych sytuacji, w których jesteśmy najemcą czy dzierżawcą gruntów czy budynków komunalnych albo państwowych – wyjaśnia Unisk.

Ustawa o podatkach i opłatach lokalnych zawiera wiele zwolnień z tego podatku, ale dotyczą one niewielkiej grupy właścicieli i dzierżawców.

 – W praktyce zwolnienia dotyczą takich obszarów, jak grunty użyteczności publicznej w rodzaju lotnisk, budowli kolejowych czy altanek w ogródkach działkowych do pewnego metrażu – tłumaczy przedstawiciel ISP Modzelewski i Wspólnicy.

Dodatkowo każda gmina może decydować samodzielnie, jaki będzie ich zakres zwolnień z tego podatku.

Pokolenie Y stawia na innowacyjność, odrzuca tradycyjny model organizacji firmy

Pracownicy wywodzący się z pokolenia Y (urodzeni w 1983 roku i później) mają wysokie oczekiwania wobec miejsca zatrudnienia. Dla 70 proc. z nich tym, co decyduje o atrakcyjności miejsca pracy jest mniej sformalizowany, a bardziej samodzielny i niezależny styl pracy, który umożliwiają m.in.: nowoczesne technologie. Jak wynika z trzeciej edycji badania „The Millennial Survey 2014”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte w 26 krajach świata, pokolenie Y zwraca coraz baczniejszą uwagę na stopień innowacyjności przyszłego pracodawcy, społeczną odpowiedzialność prowadzonego przez niego biznesu oraz oczekuje, że ich firmy w większym niż dotychczas stopniu zaangażują się w rozwiązywanie ważnych problemów, takich jak: bezrobocie, nierówność społeczna i gospodarcza, walka ze skutkami zmian klimatycznych.

Przedstawiciele pokolenia Y, którzy wkraczają obecnie w szeregi kadry kierowniczej, w 2025 roku będą stanowić aż 75 proc. aktywnej zawodowo części społeczeństwa. Ich wpływ na kształt biznesu będzie systematycznie wzrastał. Już teraz pokolenie Y przejmuje coraz większą odpowiedzialność w firmach, zajmując stopniowo miejsce odchodzących na emeryturę reprezentantów pokolenia powojennego (z tzw. generacji Baby Boomers). Ta przemiana pokoleniowa dla wielu przedsiębiorstw, chcących zatrudnić i utrzymać wykwalifikowanych pracowników, będzie wiązała się z potrzebą znaczących zmian. Firmy będą musiały wyjść naprzeciw oczekiwaniom pokolenia Y, które w zdecydowanej większości wybiera zawodową niezależność i odrzuca tradycyjny model organizacji firmy. Zjawisko to widoczne jest szczególnie na rynkach wschodzących, gdzie takiej odpowiedzi udzieliło aż 82 proc. badanych. W krajach rozwiniętych była to nieco więcej niż połowa respondentów.

Podobnie jak w poprzedniej edycji badania, przedstawiciele generacji Y stawiają na innowacje. Aż ponad trzy czwarte z nich wyraża pogląd, że innowacyjność jest ważnym argumentem, którym kierują się przy wyborze pracodawcy. Jest to widoczne szczególnie na rynkach wschodzących, jak Chiny czy Indie, gdzie ten wskaźnik sięga nawet 90 proc. „W świetle tych wyników niepokojącym jest, że w tak znacznej przewadze uczestnicy badania negatywnie oceniają obecnych pracodawców pod kątem ich zdolności do motywowania i stymulowania innowacyjnego myślenia. Zapytani o najpoważniejsze przeszkody hamujące ten proces badani wymienili postawę kierownictwa (63 proc.), struktury i procedury operacyjne (61 proc.), kwalifikacje i postawy pracowników oraz brak różnorodności (39 proc)”– mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider działu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.„Jednocześnie, to właśnie w biznesie młodzi ludzie widzą źródło innowacyjnych rozwiązań (takiego wyboru dokonało 44 proc. respondentów). Wśród miejsc, wskazywanych jako źródło innowacyjnych rozwiązań, badani wymienili również uczelnie wyższe i ośrodki akademickie (23 proc.) oraz rządy (22 proc.)”, dodaje Magdalena Burnat-Mikosz.

Dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie są świadomymi członkami swoich społeczności. Choć większość z nich (74 proc.) jest zdania, że działalność gospodarcza pozytywnie wpływa na społeczeństwo, ponieważ tworzy miejsca pracy (46 proc.) i podnosi stopę życiową (71 proc.), to jednocześnie przedstawiciele tego pokolenia oceniają, że biznes może znacznie bardziej przyczynić się do rozwiązania problemów społecznych w najbardziej newralgicznych obszarach: racjonalnym gospodarowaniu zasobami naturalnymi (56 proc.), walce ze skutkami zmian klimatycznych (55 proc.) i wyrównywaniu nierówności ekonomicznych (48 proc.). Dziewięciu na dziesięciu badanych jest zdania, że biznes powinien skuteczniej walczyć z bezrobociem, a trzy czwarte wyraziło opinię, że przedsiębiorcy powinni dążyć do zniwelowania znaczących różnic w dochodach. Ponadto połowa respondentów chce pracować w firmach, które przestrzegają określonych standardów etycznych. „Młodzi ludzie zdają sobie sprawę, że biznes nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów samodzielnie. Oczekują raczej współpracy pomiędzy przedsiębiorcami, rządem a organizacjami pozarządowymi. Zdaniem ankietowanych to władze państwowe mają największe możliwości w zakresie rozwiązywania podstawowych problemów społecznych, ale zdecydowana większość tego nie robi” – zauważa Małgorzata Wnęk-Kolaska, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, Deloitte.

Niemal połowa badanych jest zdania, że działalność rządów ma negatywny wpływ na obszary stanowiące największe wyzwania: bezrobocie (47 proc.), niedobory zasobów naturalnych (43 proc.) i nierówności ekonomiczne (56 proc.). Jeżeli chodzi o biznes, to w opinii ankietowanych jego wpływ jest negatywny w zakresie takich problemów jak: niedobory zasobów naturalnych (28 proc.), skutki zmian klimatycznych (25 proc.) oraz różnice w dochodach (18 proc.). Za to jego pozytywny wpływ respondenci dostrzegają w obszarze edukacji (38 proc.), stabilności gospodarek narodowych (27 proc.) i niwelowaniu bezrobocia (12 proc.).

Zdaniem respondentów sukces działalności firmy powinno mierzyć się nie tylko wynikami finansowymi, ale również tym, w jakim zakresie wpływa ona na poprawę jakości życia społeczeństwa. Zdaniem pokolenia Y powinien to być jeden z podstawowych celów działania przedsiębiorstwa. Młodzi ludzie interesują się działalnością charytatywną i udziałem w „życiu publicznym”. Aż 63 proc. badanych zadeklarowało, że przekazuje pieniądze na cele charytatywne, 43 proc. działa w wolontariacie lub organizacjach społecznych, a 52 proc. podpisuje różnego rodzaju petycje.

Przedstawiciele pokolenia Y uważają, że w biznesie za mało wagi przywiązuje się do rozwijania umiejętności przywódczych oraz, że firmy powinny bardziej dbać o swoją przyszłą kadrę kierowniczą, która nie ma zamiaru biernie czekać, aż zwolnią się dla niej stanowiska. Zdaniem 50 proc. badanych pracodawcy mogliby więcej inwestować w proces kształcenia przyszłych liderów. Ponad jedna czwarta deklaruje ponadto chęć otrzymania szansy wykazania się swoimi umiejętnościami przywódczymi.

„Aby przyciągnąć i utrzymać młodych pracowników firmy muszą wyjść naprzeciw ich potrzebom. Kluczowym jest zrozumienie wizji świata, jaką ma pokolenie Y i umiejętność komunikowania się z nim jego językiem. To jest warunek zatrzymania najlepszych specjalistów i zdobycia przewagi konkurencyjnej. Badanie pokazało wyraźnie, że dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie są gotowi na zmianę pokoleniową w biznesie. Chcą samodzielnie pracować, przyjąć na siebie odpowiedzialność i mieć wpływ na rozwój gospodarczy i społeczny” – podsumowuje Małgorzata Wnęk-Kolaska

Pełna wersja raportu znajduje się na stronie www.deloitte.com/MillennialSurvey.

Strategia, zarządzanie i zespół. 6 rzeczy o których zapominają przedsiębiorcy

Pozyskanie kapitału na rozwój firmy to dopiero początek pracy nad wzrostem jej wartości. Każdym biznesem rządzą bowiem pewne reguły. Przedsiębiorstwa walczące o swoją pozycję na rynku oraz chcące się rozwijać powinny reguły te znać, ale też wyciągać wnioski z błędów innych i się tych błędów wystrzegać. Rozwijając spółkę nie należy zapominać o pokorze i ciężkiej pracy również nad samym sobą.

Jakie błędy popełniane są przez zarządzających przedsiębiorstwami? Specjaliści WSI Capital, jako najczęstsze wskazują brak planu działania oraz niewłaściwą organizację pracy zespołu.

– Brak strategii to brak kierunku, w którym chcemy żeby rozwijała się firma. Nie mając takiego drogowskazu łatwo zgubić drogę. A firma to ludzie, których należy odpowiednio poprowadzić, co jest zadaniem zarządzających. Ponadto w firmach dużą wagę przykłada się do komunikacji z otoczeniem i klientami, wciąż jednak zaniedbuje się komunikację we własnym zespole. A nieumiejętne zarządzanie i motywowanie zespołu nawet składającego się z najlepszych specjalistów może przyczyniać się do znacznego zmniejszenia jakości pracy. W efekcie firma staje się mniej wydajna i mniej konkurencyjna – tłumaczy Krzysztof Wiśniewski, Partner WSI Capital.

Kolejne, choć równie istotne problemy przedsiębiorców to brak dostatecznej wiedzy nt. branży, w której działają, jak i monitorowania działań konkurencji, czy nieumiejętność optymalizowania kosztów. Często bagatelizowane są kwestie dopilnowania formalności prawno-podatkowych. Firmy zapominają również o podnoszeniu twardych i miękkich kompetencji swoich pracowników. Warto pamiętać również żeby nie palić za sobą mostów. Dbałość o dobre relacje z byłymi kontrahentami i pracownikami mogą bowiem zaprocentować w przyszłości.

Mając wieloletnie doświadczenie w rozwijaniu przedsiębiorstw i ich wartości łatwo zauważyć powtarzające się schematy działań, które stanowią znaczne utrudnienia dla firm w realizowaniu ich celów i założeń strategicznych. Z mojej obecnej perspektywy, mógłbym powiedzieć, że są to błędy oczywiste. Z obserwacji wynika jednak, że są to błędy częste. Szczególnie zauważalne w młodych przedsiębiorstwach, czy popełniane przez zarządy w trakcie intensywnych zmian. A unikając ich możemy tylko zyskać – dodaje Krzysztof Wiśniewski.

WSI Capital to podmiot zarządzający funduszami Venture Capital/Private Equity, specjalizujący się w inwestycjach kapitałowych na rynku publicznym i niepublicznym. W ramach funduszy inwestycyjnych kapitał lokowany jest w spółki na różnych etapach rozwoju, z naciskiem na projekty, które cechuje biznesowa dojrzałość i udokumentowana historia rynkowa.

Misją WSI Capital jest budowanie sprawnie funkcjonującego podmiotu inwestycyjnego, który dzięki umiejętnemu wykorzystaniu wiedzy, doświadczenia, kontaktów biznesowych oraz wytrwałej pracy, jest źródłem wysokojakościowych przedsięwzięć biznesowych i projektów inwestycyjnych o najwyższym potencjale wzrostu.

WSI Capital zostało zbudowane na fundamentach wieloletnich doświadczeń i sukcesów biznesowych. Historia sięga 1998 roku i założonej oraz rozwijanej z sukcesem przez obecnych partnerów WSI Capital firmy kurierskiej Siódemka.

Najbardziej znaczące sukcesy inwestycyjne partnerów WSI Capital, jak Siódemka, Grupa PTWP, czy Nicolas Entertainment Group potwierdzają słuszność przyjętych kierunków myślenia i metod działania, które także w WSI Capital znajdują swoje zastosowanie.

W 2012 roku spółka powołała WSI Capital Venture Fund I z kapitalizacją 40 mln PLN. Za pośrednictwem funduszu zainwestowano do tej pory w takie spółki jak: Numed, OS3 Group, Sports Hospitallity, Hello Coffee, ANT, D35.
Więcej informacji na stronie www.wsicapital.pl

Poczta Polska: rewolucja w ubezpieczeniach. Polisę można kupić u listonosza i w placówce

Trwa ubezpieczeniowa ofensywa Poczty Polskiej. W ofercie są ubezpieczenia komunikacyjne i majątkowe, ale operator już pracuje nad wprowadzeniem kolejnych: ubezpieczeń rolnych i turystycznych. W drugiej połowie roku ma ruszyć sprzedaż polis na życie. Ubezpieczenia można kupić w większości placówek poczty lub u listonoszy – sieć dystrybucji jest stopniowo poszerzana, a listonosze są wyposażani w smartfony ze specjalną aplikacją, która ułatwia zawieranie transakcji.

 Rozwój oferty w zakresie usług finansowych i ubezpieczeń jest celem strategicznym Poczty Polskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Widziewicz, prezes zarządu Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych. – W tej chwili oferujemy pełny pakiet komunikacyjny, na który składa się OC posiadacza pojazdu, autocasco, ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków oraz assistance. Ponadto w placówkach pocztowych można nabyć ubezpieczenia domów i mieszkań.

Poczta przygotowuje się do sprzedaży ubezpieczeń rolnych i turystycznych. Trwają także prace nad wprowadzeniem ubezpieczeń na życie. Pocztowe Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SA będzie je prawdopodobnie sprzedawać jeszcze w tym roku. W tej sprawie toczą się obecnie rozmowy z dwoma partnerami biznesowymi. Dostępne mają być ubezpieczenia ochronne, bancassurance (ubezpieczenia na życie od kredytów i pożyczek oraz dołączane do rachunków bankowych), a także polisy grupowe dla pracowników Grupy Poczty Polskiej.

 – Strategia rozwoju usług finansowych, w szczególności ubezpieczeń, była budowana w oparciu o doświadczenia innych krajów europejskich. Te doświadczenia są bardzo dobre, zarówno w zakresie oferty ubezpieczeń majątkowych, jak i ubezpieczeń życiowych. Poczta włoska uzyskuje ponad 50 proc. swoich przychodów właśnie z ubezpieczeń, w szczególności ubezpieczeń życiowych. Dlatego też oferta Poczty Polskiej w perspektywie tego roku zostanie uzupełniona również o ubezpieczenia życiowe – mówi prezes zarządu Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych.

Klienci mają możliwość zakupu Ubezpieczenia Pocztowego w 640 specjalnych pocztowych strefach finansowych lub w zwykłych placówkach poczty na terenie całego kraju – od niemal 6 tysięcy sprzedawców. W ciągu tego roku ich liczba ma wzrosnąć do 10 tysięcy.

 – Są to osoby przeszkolone gruntownie ze wszystkich produktów, które oferują. Ta sieć była budowana przez ostatnie dwa lata i dalej będzie rozbudowywana tak, żeby nasz klient mógł docelowo kupić ubezpieczenie na każdej poczcie – podkreśla Aleksandra Widziewicz.

Umowę ubezpieczenia można zawrzeć także podczas wizyty listonosza. Poczta pracuje nad usprawnieniem tego typu transakcji i wyposaża listonoszy w smartfony z aplikacją, która przyspieszy i uprości sprzedaż polis, na razie OC i NNW. W ramach projektu pilotażowego w takie urządzenia wyposażono 100 listonoszy, a do końca lutego dostanie je kolejnych 400 osób.

 – Zawarcie transakcji poza placówką pocztową, przy pomocy smartfona jest możliwe i bardzo dogodne, gdyż wycena takiego ubezpieczenia, określenie składki ubezpieczeniowej, jak również zawarcie samej transakcji następuje w ciągu paru minut – zapewnia Aleksandra Widziewicz. – Początkowo wyposażamy w smartfony tych, którzy zawierają najwięcej umów ubezpieczenia. Jednak z czasem będziemy rozszerzać listę tych osób.

Poczta stawia na dostępność produktów ubezpieczeniowych, również cenową, i dotarcie do szerokiego grona klientów, zwłaszcza tych z mniejszych miejscowości, w których brakuje prostej, zaspokajającej podstawowe potrzeby oferty ubezpieczeniowej i bankowej.

 – Oczywiście bardziej koncentrujemy się na terenach mniejszych miast, na terenach wiejskich. Poczta Polska może proponować swoją ofertę tam, gdzie inni ubezpieczyciele z nią nie docierają. Natomiast ona jest oczywiście dostępna również w dużych miastach – mówi Aleksandra Widziewicz.

Poczta Polska sprzedaje ubezpieczenia pod marką Ubezpieczenia Pocztowe. Są to ubezpieczenia komunikacyjne – OC, autocasco, assistance i NNW oraz inne ubezpieczenia majątkowe. W zakresie ubezpieczeń komunikacyjnych Pocztowe Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych, należące w całości do Poczty Polskiej,  skonstruowało ofertę we współpracy z partnerem – MTU Moim Towarzystwem Ubezpieczeń SA z grupy Ergo Hestia.

Polska kolej traci pasażerów

CEO Magazyn Polska

Kolej musi zwiększyć prędkość i regularność, by zatrzymać odpływ pasażerów. W innym wypadku, coraz więcej osób będzie wybierać samochód, zwłaszcza po dokończeniu budowy sieci autostrad i dróg ekspresowych. Ten rok może być dla kolei wyjątkowo trudny ze względu na trwające modernizacje infrastruktury. Są one zdecydowanie bardziej uciążliwe i dłuższe inwestycje niż drogowe. Często wiążą się z zamknięciem lub ograniczeniem ruchu na danych trasach.

 – Projekty kolejowe są bardzo wielobranżowe, inaczej niż drogowe, dlatego że od razu robimy sygnalizację, zasilanie. Na drogach robimy tylko miejsca, gdzie są stacje paliwowe, natomiast tu jest cała linia zelektryfikowana, często trzeba doprowadzić energię elektryczną odpowiedniej mocy, więź z linii zasilających zarządzanych przez Polskie Sieci Energetyczne, informacje dla pasażerów, telekomunikacja, więc jest tam dużo systemów, które wymagają zaprojektowania i wybudowania – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Celiński, odpowiedzialny za projekty transportowe w firmie CH2M HILL, zajmującej się doradztwem infrastrukturalnym.

Celiński podkreśla, że z tego powodu inwestycje kolejowe są prowadzone wolniej i z większymi problemami niż drogowe, nie tylko w Polsce, lecz także we wszystkich innych krajach Unii Europejskiej. Dodaje, że problemem modernizacji sieci kolejowej jest to, że linie przebiegają często przez centra miast. Remontowane trasy nie powstają też w nowych miejscach, lecz wymagają zamknięcia lub ograniczenia ruchu na starej linii na czas inwestycji.

Remonty powodują zatem wydłużenie czasu przejazdu, co wpływa na utratę konkurencyjności przez kolej. Celiński prognozuje, że w miarę rozbudowy sieci autostrad i dróg ekspresowych coraz mniej osób będzie podróżowało pociągiem.

 – Uważam, że będziemy mieli do czynienia z odpływem pasażerów po wybudowaniu dróg ekspresowych i autostrad, jeżeli w kolei nie postawimy na zwiększenie średniej prędkości handlowej, czyli skrócenie czasów jazdy do takich, które zachęcą kierowców do zmiany środka transportu. Bo skoro można dojechać pociągiem do Krakowa w półtorej godziny, to jechanie autostradą ponad dwie godziny nie będzie dużym osiągnięciem – argumentuje Celiński.

Według niego niezbędne jest takie zaplanowanie rozkładów jazdy, by umożliwić pasażerom wyjazd i powrót w ciągu tego samego dnia. Jednak nawet taka częstotliwość nie wystarczy, co pokazuje przykład rynku lotniczego. Podróżni chcą mieć możliwość wyboru godziny oraz wymagają jak najkrótszego czasu przejazdu. Dlatego na najpopularniejszych trasach szybkie pociągi muszą jeździć często.

Celiński dodaje, że równocześnie ceny biletów muszą być na tyle niskie, by zachęcić podróżnych do wyboru kolei. Z drugiej strony jednak przyznaje, że przewoźnicy muszą pokrywać swoje koszty, w tym wielomilionowe wydatki na nowy tabor. Pociągi, takie jak szybkie składy Pendolino, muszą być w stanie dziennie przejechać trasę w obydwie strony nawet trzykrotnie, by zwrócił się ich koszt.

Problemem polskiej kolei jest też to, że tradycyjnie miała ona własne służby zajmujące się inwestycjami, np. poprzez ewidencję gruntów czy planowanie prac. Modernizację utrudnia także konieczność przebudowy istniejącej infrastruktury, szczególnie podziemnej. Natomiast, jak podkreśla Celiński, praca może zostać dużo efektywniej zaplanowana przez wyspecjalizowanych w tym konsultantów, tak jak ma to miejsce w innych krajach europejskich.

 – Zamawiający wyłania w drodze przetargu konsultanta, który mu pomaga na etapie przygotowania inwestycji i dyskusji na temat jej efektywności, możliwości jej przeprowadzenia, na etapie robienia studium wykonalności, na etapie robienia projektu, budowy i wreszcie oddania do eksploatacji. Czyli cały ten proces jest kierowany nie poprzez administrację, którą się rozbudowuje w sposób nadmierny, tylko poprzez wynajęcie konsultanta – tłumaczy Celiński.

Dodaje, że to również rolą konsultantów jest znalezienie odpowiednich ekspertów oraz wynegocjowanie z nimi umów, a także elastyczne zarządzanie liczbą pracowników na budowie. CH2M HILL pełni tę funkcję m.in. w Wielkiej Brytanii, pracując przy projekcie budowy drugiej linii kolei dużych prędkości (tzw. High Speed Line 2) oraz przy przecinającej Londyn podziemnej trasie kolejowej Crossrail. Spółka pomagała wcześniej przy budowie obiektów przed letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie w 2012 r.

ZUS płaci niemal 1 mld zł rocznie na świadczenia dla chorych na schizofrenię. Oszczędności przyniosłaby zmiana systemu opieki

CEO Magazyn Polska

Schizofrenia jest jednym z czterech schorzeń, generujących najwyższe wydatki z ZUS. To niemal 1 mld zł rocznie na świadczenia związane z niezdolnością do pracy. NFZ na refundację leczenia schizofrenii przeznacza dwukrotnie niższą kwotę. Specjaliści podkreślają, że leki nowej generacji i zmiana systemu opieki nad chorymi przyniosłyby większe efekty w leczeniu, a tym samym przyspieszyły ich powrót do normalnego funkcjonowania, również na rynku pracy. To z kolei oznacza oszczędności dla budżetu państwa.

Dane te prezentuje najnowszy raport przygotowany przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne i Fundację Ochrony Zdrowia Psychicznego – „Schizofrenia – perspektywa społeczna. Sytuacja w Polsce”. 

Schizofrenia to grupa zaburzeń psychotycznych o różnych objawach, przebiegu i rokowaniach. Jest ona chorobą przewlekłą, która niekiedy wymaga leczenia przez całe życie. Jej główne objawy to apatia, wycofanie życiowe, brak energii, motywacji czy problem z realizacją planów i wytyczonych wcześniej zadań. W stanach zaostrzenia dochodzą do tego pobudzenie, halucynacje czy urojenia, które często wymagają hospitalizacji.

 – Po ustąpieniu ostrych objawów staramy się ustawić leczenie tak, by leki nie zakłócały albo w jak najmniejszym stopniu zakłócały funkcjonowanie pacjenta. Do tego służą leki nowej generacji – mówi dr Tomasz Tafliński z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Założenie jest takie, że po osiągnięciu stabilnego leczenia pacjenta kierujemy do poradni, do zespołów leczenia środowiskowego. Staramy się, żeby pacjent odnalazł się w swoim otoczeniu i w miarę możliwości pozostał aktywny, czyli wrócił do nauki czy do pracy.

W Polsce schizofrenia dotyczy 1 proc. populacji, co oznacza, że cierpi na nią 380-400 tys. osób Większość – niemal 60 proc. – jest na rencie, co kosztuje ZUS niemal miliard złotych rocznie (dane z 2009 roku). Po postawieniu diagnozy pracę traci 72 proc. zatrudnionych, po piątej hospitalizacji zachowuje ją jedynie 7 proc. pacjentów. Koszty społeczne są o tyle wyższe, że choroba ta jest zazwyczaj rozpoznawana w młodym wieku (średnia to 27 lat), a więc na wczesnym etapie kariery pacjenta, bez wyrobionej pozycji w zawodzie. Tracą też członkowie rodziny chorego, którzy rezygnują z kariery zawodowej i zajmują się opieką. Eksperci podkreślają, że są to pośrednie koszty schizofrenii, których często nie bierze się pod uwagę.

Narodowy Fundusz Zdrowia na refundacje leczenia osób chorych na schizofrenię przeznacza rocznie ok. 450 mln zł.

 – Pojawia się więc problem podwójnych wydatków na schizofrenię. Płaci ZUS – na świadczenia, i NFZ – na leczenie. Ale niestety nie ma to przełożenia na to, co możemy osiągnąć dzięki rehabilitacji – myślę tu o powrocie do pełnej aktywności zawodowej. To jest celem leczenia, a wtedy koszty byłyby mniejsze – podkreśla dr Tafliński.

Pacjent właściwie leczony, z zastosowaniem leków nowej generacji np. długodziałających (już w stanach zaostrzenia lub bezpośrednio po ustąpieniu najpoważniejszych objawów) i metod rehabilitacyjnych, których w dzisiejszym systemie terapii brakuje, ma duże szanse na w miarę normalny powrót do życia. Może podjąć pracę, założyć rodzinę. Problem tkwi jednak w tym, że psychiatria jest mało dofinansowaną dziedziną medycyny.

 – Niewiele mamy środków na leczenie farmakologiczne i hospitalizację – mówi psychiatra z IPiN. – Pacjenci zbyt dużo czasu spędzają na oddziałach, na których mamy do dyspozycji leki, a nie ma terapii. Po takim pobycie na oddziale zamkniętym pacjent, który wraca do życia, niestety nie ma szansy na to, żeby wrócić od razu do pełnej aktywności. Nie ma części rehabilitacyjnej, na którą brakuje pieniędzy.

Problemem jest również to, że ponad połowa pacjentów z rozpoznaniem schizofrenii nie stosuje się do zaleceń lekarzy, co wiąże się często z niedogodnościami w przyjmowaniu leków starszej generacji. Rozwiązaniem byłoby wprowadzanie na większą skalę leków o przedłużonym działaniu podawanych np. raz na dwa tygodnie.

Zdaniem lekarzy brakuje też specjalistycznego programu, który kompleksowo rozwiązywałby istniejące problemy. Wiele obiecywano sobie po wprowadzeniu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, ale jego realizacja utknęła w martwym punkcie. Według specjalistów najważniejsze dzisiaj jest wprowadzenie indywidualnego programu opieki nad pacjentem.

 – Chodzi o osobę, która koordynowałaby działania terapeutyczne. Nie może to polegać tylko i wyłącznie na podawaniu leków, ale ważne jest również to, by pacjent, biorąc leki, mógł wracać do aktywności, mógł zatroszczyć się o swoje życie pod kierunkiem kogoś, kto w pierwszym etapie leczenia będzie go wspierał – tłumaczy dr Tafliński. – Leczenie środowiskowe jest bardzo istotne. Tego typu rozwiązania sprawdzają się na całym świecie.

Lekarz podkreśla, że łącząc skuteczną i mało uciążliwą farmakoterapię z rehabilitacją w zdecydowanej większości przypadków chorzy mogą wrócić na rynek pracy.

 – Osoby ze schizofrenią błędnie są często utożsamiane z osobami, które wymagają izolacji. Uważa się, że to są osoby nieproduktywne, nietwórcze. To nie jest prawda, ci ludzie mogą pracować i powinni pracować, mogą dać z siebie bardzo wiele. Musimy im tylko na to pozwolić, musimy przestać się ich bać – mówi dr Tomasz Tafliński.

40 proc. pożyczek gotówkowych jest udzielanych przez internet. W tym roku może będzie to nawet połowa

CEO Magazyn Polska

W tym roku co druga pożyczka poza sektorem bankowym będzie udzielana przez internet – liczą przedstawiciele firm pożyczkowych. Z tego sposobu zaciągania pożyczek korzysta coraz więcej osób, zwłaszcza młodych. Segment ten dopiero się rozwija, ale optymistyczne dane płynące z gospodarki dają nadzieję na dalsze wzrosty.

 – Gdy wchodziliśmy na polski rynek, czyli w 2012 roku, pożyczki przez internet stanowiły 10, może 15 proc. wszystkich udzielanych poza sektorem bankowym. Dzisiaj można śmiało powiedzieć, że to jest około 40 proc. Spodziewamy się, że w 2014 roku co najmniej co druga pożyczka będzie udzielana właśnie przez internet – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Loukas Notopoulos, prezes zarządu Vivus Finance, firmy specjalizującej się w udzielaniu pożyczek online. 

Dodaje, że dzięki kampanii reklamowej prowadzonej w mediach Vivus Finance zbudował markę i dotarł do pół miliona klientów.

 – Nasza grupa docelowa to ok. 1,5-2 mln ludzi i cały czas rośnie. Wydaje się, że wskaźniki gospodarcze oraz dane płynące z Polski, a także ze strefy euro i krajów rozwiniętych, wpływają pozytywnie na nasze przedsiębiorstwa, a głównie na naszych konsumentów – uważa Loukas Notopoulos. 

Podkreśla, że jest to młoda branża, a rynek nie jest jeszcze nasycony. 

Potwierdzają to dane firmy doradczej PwC, według której prawie 40 proc. gospodarstw domowych w Polsce korzysta z różnych produktów kredytowo-pożyczkowych, z czego prawie 90 proc. deklaruje zadłużenie w bankach, 8 proc. w firmach ratalnych, 6 proc. u osób prywatnych, 5 proc. w SKOK-ach. Tylko około 4 proc. gospodarstw domowych korzysta z usług firm pożyczkowych.

Według raportu PwC „Rynek firm pożyczkowych w Polsce” klienci korzystający z usług firm pożyczkowych są mniej zamożni niż klienci instytucji bankowych – średni dochód netto gospodarstwa domowego wynosi ok. 2,5 tys. zł, podczas gdy w przypadku klientów banków jest on o ok. 50 proc. wyższy (ok. 3,9 tys. zł miesięcznie).

Całkowite zadłużenie z tytułu kredytów konsumenckich w bankach wynosi ok. 122,7 mld zł. Natomiast na firmy pożyczkowe przypada dodatkowe 3-4 mld zł udzielonych pożyczek, to stanowi 0,7 proc. całkowitych zobowiązań kredytowych gospodarstw domowych. Polskie gospodarstwa domowe zawierają rocznie ok. 1 miliona umów z firmami pożyczkowymi, a przeciętna wartość pojedynczej pożyczki wynosi około 1 tys. zł.

Alior Bank na celowniku branży bankowej

Włoski właściciel 34 proc. udziałów Alior Banku ma czas do końca 2014 roku na znalezienie inwestora strategicznego dla banku i sprzedaż udziałów. Zakupem interesują się m.in. PKO BP i Pekao SA. Jeśli właściciele Alior Banku zgodzą się na przejęcie, dojdzie do jednej z najbardziej spektakularnych transakcji na polskim rynku.

 – Popyt na aktywa Alior Banku jest duży, choć jego cena i wskaźniki ceny do wartości księgowej są dosyć wysokie. Mówimy o banku najbardziej innowacyjnym w Polsce, a może i w Europie Środkowej, z powodzeniem realizującym strategię i maksymalizującym zyski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego DF Capital. – Wydaje się, że każdy poważny gracz chce mieć Alior Bank, ale inną sprawą jest, kogo na to stać i czy akcjonariusze banku są gotowi na takie małżeństwo – komentuje.

Polski sektor bankowy, mimo ostatnich fuzji, w porównaniu do innych państw członkowskich Unii Europejskiej wciąż jest rozproszony i wciąż mówi się o jego dalszej konsolidacji.

Zdaniem Dąbrowskiego, z tego powodu prawdopodobnie ani Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ani Komisja Nadzoru Finansowego nie zablokowałyby kupna Alior Banku.

 – Nie ma alternatywy dla konsolidacji sektora. Choć z punktu widzenia makroekonomicznego należałoby zadbać o to, żeby konsolidacja łączyła się z udomowieniem, czyli żeby polskie banki przejmowały inne podmioty z korzyścią dla rodzimej gospodarki – uważa Jarosław Dąbrowski.

Innymi słowy, preferowany byłby polski PKO BP niż włoski Pekao.

PKO BP to lider rynku, ale kojarzony z bardzo tradycyjną bankowością opartą o sieć placówek i obsługę w okienkach. Z drugiej strony PKO od kilku lat zabiega o zmianę tego wizerunku i stara się prezentować jako instytucja nowoczesna. Jakiś czas temu przejął Inteligo – bank skoncentrowany na usługach internetowych. Teraz PKO BP promuje płatności mobilne, a wraz z grupą innych banków pracuje nad wprowadzeniem jednolitego standardu takich płatności.

 – Alior Bank na pewno wzmocniłby innowacyjność i dynamikę banku numer jeden w Polsce. Powinniśmy życzyć sobie tego, żeby największy polski bank był jeszcze większy, jeszcze bardziej zyskowny i jeszcze bardziej innowacyjny. I co ważne, by był gotowy do konsolidacji rynku bankowego w Europie Środkowej – przekonuje Jarosław Dąbrowski.

A pole do zagospodarowania jest całkiem spore. Zdaniem eksperta rynki w Czechach, na Węgrzech, w Rumunii, Chorwacji czy krajach Bałtyckich mają potencjał wzrostu. Nie mówiąc już o bardziej rozwiniętych krajach.

 – Największy bank największej gospodarki w regionie z całą pewnością powinien wyjść na północ, południe i wschód. Im większy będzie w Polsce, tym łatwiej będzie tę strategię w przyszłości realizować – podsumowuje prezes Domu Maklerskiego DF Capital.

Zniesienie terminu ogłaszania przez szkoły listy podręczników spowoduje chaos w księgarniach

W Sejmie trwają prace nad nowelizacją ustawy, dzięki której rząd będzie mógł wydać darmowy podręcznik dla klas pierwszych szkół podstawowych. We wtorek sejmowa komisja edukacji przyjęła poprawkę znoszącą obowiązek podawania przez szkoły listy podręczników do 15 czerwca. Przeciwnicy pomysłu ostrzegają, że wywoła to chaos i przysporzy kłopotów rodzicom.

Rząd i posłowie PO argumentują, że dowolność terminu pozwoli nauczycielom dobrać odpowiednie do poziomu uczniów podręczniki i poprawi organizację pracy. Z kolei według opozycji oraz środowiska nauczycieli i branży wydawniczej zmiana wprowadzi zamieszanie i utrudni pracę edukacji.

 – Nauczyciele do tej pory wybierali podręczniki przed wakacjami, więc mieli dwa miesiące wakacyjne, żeby przygotować się do roku szkolnego, przygotować rozkład materiału i zajęć na cały rok. Po zmianach będą musieli zarywać noce we wrześniu, żeby się przygotowywać, ponieważ ustawowo są do tego zobowiązani – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Wojtyński, dyrektor wydawniczy w Wydawnictwie Nowa Era.

Zmiany na własnej kieszeni odczują również rodzice, którzy zamiast rozłożyć zakup podręczników na okres od czerwca do września, będą musieli kupić je w komplecie po rozpoczęciu roku szkolnego.

 – Dziś około 70 proc. obrotu, jeżeli chodzi o sprzedaż podręczników w sieci Matras, to jest okres czerwiec – wrzesień. Wielu rodziców rozkłada te zakupy, bo wiążą się z dość poważnym wydatkiem – mówi Paweł Urbaniak, członek zarządu firmy Matras. – W przypadku opóźnienia publikacji listy zakładam, że cała sprzedaż skumuluje się w jednym miesiącu, co przełoży się zarówno na liczbę odwiedzin w księgarniach, na sprzedaż, ale obawiam się, że znaczna część rodziców nie zdąży kupić podręczników w odpowiednim czasie i dzieci pójdą do szkoły nieprzygotowane.

Likwidacja terminu 15 czerwca może spowodować, że we wrześniu zabraknie podręczników. Jeśli przed wakacjami nie będą znane listy podręczników, wydawnictwa nie będą mogły rozpocząć druku i przygotowań do sprzedaży.

 – Zwykle w czerwcu wydawcy przygotowywali odpowiednią liczbę podręczników i produkowali je w trakcie lata. Jeżeli zaczniemy je drukować we wrześniu, to książki będą dopiero w listopadzie. Ma to ogromne znaczenie dla pracy i komfortu pracy nauczycieli, uczniów oraz dla rodziców – podkreśla Marcin Wojtyński.

Problemy wydawnictw przełożą się z kolei na księgarnie.

 – Szczególnie dotknie to ponad tysiąca małych, drobnych księgarni, w których problemy z odpowiednim zatowarowaniem przełożą się na ich rentowność, spadek obrotów i spowodują, że księgarnie te będą miały bardzo duże kłopoty finansowe – wyjaśnia Paweł Urbaniak.

Rząd, pozostawiając dyrektorom szkół dowolność momentu ogłoszenia listy podręczników, uznał, że ustawowy termin jest niepotrzebny. Jednak, według Marcina Wojtyńskiego, fakt, że szkoły zwykle wcześniej publikowały listy podręczników, wskazuje, że jest to sprawdzona praktyka dla wszystkich stron.

 – Jeśli nie 15 czerwca, to kolejny możliwy termin to 1 września, kiedy nauczyciele i uczniowie wracają do szkoły. To trudny „rozbiegowy” okres w szkole i jeśli wtedy podręczniki będą wybierane, to po prostu nie będzie ich na rynku – stwierdza przedstawiciel Wydawnictwa Nowa Era.

Propozycja jest kontrowersyjna. Polska Izba Książki skupiająca wydawców edukacyjnych zgłaszała uwagi, Związek Nauczycielstwa Polskiego też zajął oficjalne stanowisko, które mówi wprost, iż propozycja zniesienia terminu ogłaszania listy podręczników wynika wyłącznie z faktu, że rząd nie będzie w stanie przygotować nowego podręcznika dla klas I w takim terminie, by dyrektorzy mogli wywiązać się z tego ustawowego obowiązku. 

 – Sparafrazuję słowa premiera. „Edukacja nie lubi rewolucji, edukacja lubi ewolucję”. A zmiana tego zapisu będzie właśnie rewolucją – komentuje Marcin Wojtyński i dodaje, że pozostaje liczyć na zdrowy rozsądek dyrektorów szkół i nauczycieli. – Zmiana nie jest obowiązkowa, cały czas podręczniki można wybierać wcześnie. Mam nadzieję, że dyrektorzy szkół jednak zdecydują się publikować listy podręczników przed wakacjami.

Młode firmy tworzą połowę nowych miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Od początku kryzysu młode firmy stworzyły połowę nowych miejsc pracy w krajach OECD. Zazwyczaj są to niewielkie przedsiębiorstwa, potrzebujące dodatkowych środków. Według OECD unijne pieniądze przeznaczone na budowę innowacyjnego przemysłu w krajach UE powinny trafiać głównie do młodych firm.

 Od rozpoczęcia kryzysu w 2007 r. kraje OECD utraciły 9 mln miejsc pracy. Jednak w tym czasie powstawały też nowe etaty, a 50 proc. z nich zostało utworzonych przez młode firmy istniejące do pięciu lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Wojciechowski ambasador i Stały Przedstawiciel przy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).

Co piąte przedsiębiorstwo w krajach OECD to firma funkcjonująca na rynku mniej niż pięć lat. Głównie są to małe i średnie przedsiębiorstwa.

 – Mają one duży potencjał wzrostu i w polskim przypadku istotne jest to, żebyśmy zapewnili im dostęp do finansowania, a w tym do środków europejskich – mówi Wojciechowski. – To, ile pieniędzy zostanie przekazane innowacyjnym małym i średnim przedsiębiorstwom, będzie papierkiem lakmusowym skuteczności polityki wspierania biznesu. 

Trzecia fala rewolucji przemysłowej  

Według przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela  Barroso do 2020 r. jedna piąta PKB Unii Europejskiej powinna pochodzić z przemysłu. Jest to efekt powrotu ekonomistów i polityków do poglądu o kluczowej roli przemysłu dla gospodarki. Nie ma to jednak być tradycyjny przemysł zanieczyszczający środowisko, ale produkcja wykorzystująca nowe, zielone technologie. Jedną z nich może być grafen. Na badania nad możliwością komercyjnego wykorzystania tego czystego węgla Komisja przeznaczy 1 mld euro w ciągu najbliższych 10 lat.  

 – Wszelkie projekty, które będą stwarzały firmom podstawy do rozwoju, które będą skuteczne, są mile widziane – twierdzi Paweł Wojciechowski.  

Jak przekonuje, chodzi tu nie tylko o politykę spójności czy politykę regionalną.  

Jest to również kwestia wspierania poprzez różnego rodzaju fundusze europejskie budowy infrastruktury twardej  – np. klastrów przemysłowych, jak również infrastruktury miękkiej. Temu służą programy podnoszące innowacyjność – mówi Wojciechowski.

Jako przykład tego typu programu ekspert podaje realizowany w Holandii program Top Sectors, w ramach którego władze wyłoniły dziewięć sektorów, w których warto wspierać działania innowacyjne. To m.in. przemysł rolno-spożywczy, energetyka, logistyka i wysokie technologie. Następnie tzw. Top Teams – zespoły powołane spośród przedstawicieli administracji publicznej, nauki i biznesu – wypracowały strategię ich rozwoju.

 – Na podstawie tych rekomendacji podpisywane są kontrakty na innowacje, m.in. z ośrodkami badawczymi, które mają wspierać konkretne sektory właśnie w miękki sposób, by zwiększać ich konkurencyjność – wyjaśnia Wojciechowski.

Jego zdaniem, tzw. stara polityka przemysłowa, czyli jednoznaczne postawienia na dany sektor i konkretne firmy, nie do końca się sprawdziła.

 – To rodzi pokusy w zakresie lobbingu, zarzuty o korupcję i faworyzowanie pewnych przedsiębiorstw. W związku z tym chodzi raczej o wybór pewnych sektorów i zastanowienie się, jak im pomóc w praktyczny sposób, żeby były bardziej konkurencyjne, właśnie poprzez budowanie infrastruktury miękkiej i twardej, która generować będzie w przyszłości środowisko do tworzenia gospodarki opartej o wiedzę – mówi Paweł Wojciechowski.

Specjalne strefy ekonomiczne już nie tylko dla gigantów z zagranicy. Inwestują tam także małe i średnie firmy z Polski

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej polskich firm, również z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, inwestuje w specjalnych strefach ekonomicznych. Ta zmiana proporcji oraz przedłużenie funkcjonowania stref do 2026 roku były najważniejszymi, z punktu widzenia rozwoju polskiej przedsiębiorczości, zmianami w ubiegłym roku. Przedstawiciele stref ekonomicznych liczą na to, że nowe unijne regulacje dotyczące pomocy publicznej, które wchodzą w życie w połowie roku, nie zniechęcą przedsiębiorców do korzystania z oferty SSE.

W związku z nową perspektywą finansową na lata 2014-2020 Komisja Europejska zmodyfikowała dotychczasowe podstawy prawne udzielania pomocy publicznej w państwach członkowskich UE. Nowe przepisy obejmą również specjalne strefy ekonomiczne na terenie Polski.

 – Od lipca tego roku wejdzie w życie nowa dyrektywa unijna, która inaczej rozkłada akcenty pomocy publicznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Teresa Kamińska, prezes zarządu Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Nowa dyrektywa ograniczy możliwość uzyskania pomocy przez przedsiębiorców za zainwestowane pieniądze. Do tej pory mogła ona sięgać maksymalnie połowy zainwestowanych środków, od lipca górny limit wyniesie 35 proc.

 – Po pierwsze, jest to zmniejszenie możliwości uzyskania pomocy w poszczególnych regionach, po drugie, inaczej w układzie polskim to się odbywa. Będą nieco bardziej wyśrubowane kryteria. A więc od lipca będziemy mieli trochę trudniejszą sprawę, jeśli chodzi o pomoc publiczną – wyjaśnia Teresa Kamińska.

Przedstawiciele stref liczą jednak na to, że nie zniechęci to przedsiębiorców do inwestycji. Do SSE inwestorów przyciągają przede wszystkim takie czynniki, jak dobra infrastruktura, uzbrojenie i wyposażenie terenów inwestycyjnych oraz preferencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej, w tym ulgi podatkowe. Zdaniem prezes PSSE, dodatkowym atutem w tym roku będzie nowa oferta, obejmująca m.in. parki technologiczne i wsparcie kadry naukowej. Strefy chcą się również zaangażować w szkolnictwo zawodowe.

Inwestorów przyciąga również fakt, że w ubiegłym roku funkcjonowanie stref zostało – decyzją rządu – przedłużone do 2026 roku. Jak wynika z szacunków KPMG, wydłużenie okresu działalności SSE może zwiększyć nakłady inwestycyjne w strefach o 40 miliardów złotych, a odsetek inwestorów – o 16 proc.

 – Inwestorzy mogą sobie w biznesplanach założyć, że jednak opłaca im się taka inwestycja, którą będą mogli sobie odebrać w podatku dochodowym do 2026 roku – tłumaczy Kamińska.

Cieszyć może również fakt, że SSE stają się coraz bardziej atrakcyjne dla polskich przedsiębiorców.

 – W tym roku mieliśmy dużo więcej małych, średnich i polskich przedsiębiorców, którzy dostawali zezwolenia strefowe niż dużych zagranicznych – podkreśla prezes pomorskiej strefy. – Zawsze nam zależało, żeby te proporcje między inwestycjami zagranicznymi a polskimi w strefach bardziej się wyrównały.

Obecnie w czternastu SSE w Polsce działa ponad 1600 firm zatrudniających ponad 250 tysięcy pracowników. W ubiegłym roku aż 5 z 16 polskich stref znalazło się w rankingu 50 najlepszych na świecie, przygotowanym przez „Financial Times” i jego „fDi Magazine”.

Na olimpiadzie zarobi głównie MKOl. Osiągnie przychody na poziomie globalnych korporacji

Obecnie Międzynarodowy Komitet Olimpijski to wielki konglomerat sportowo-finansowy. Przychody w ostatnim czteroleciu olimpijskim, obejmującym zimowe igrzyska w Vancouver i letnie w Londynie, sięgnęły 8 mld dolarów. Blisko połowa to wpływy ze sprzedaży praw telewizyjnych. Dynamicznie rosną również przychody z lokalnego sponsoringu i sprzedaży biletów, szczególnie VIP-owskich. 

Przychody MKOl już 10 lat temu oscylowały około 2,5-4 mld dolarów. Dziś są ponad dwukrotnie wyższe.

 – Ostatnie czterolecie olimpijskie, które obejmowało Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie i Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver, wygenerowało wręcz astronomiczną sumę przychodów w postaci ponad 8,046 mld dolarów. To suma większa, niż ta, którą osiągają światowe koncerny bankowe, towarzystwa ubezpieczeniowe, nie mówiąc o fabrykach produkcyjnych –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Znaczną część tych przychodów – w ostatnim budżecie 3,85 mld dolarów – stanowią prawa telewizyjne. Ponad połowa (2 mld) to wpływy z amerykańskich telewizji, europejskie z niektórymi nadawcami z północnej Afryki odpowiadają za ok. 850 mln dolarów.

 – Z kolei Azja generuje zaledwie około pięciuset kilkudziesięciu milionów dolarów, co jest niewielką kwotą w stosunku do ogromnego potencjału tego kontynentu – mówi Kita.

Kolejnym, znaczącym źródłem przychodów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest program dla sponsorów, który umożliwia korzystanie na całym świecie z praw olimpijskich, takich jak korzystanie ze znaku olimpijskiego. MKOl posiada obecnie 11 partnerów tzw. top-programu.

 – Są to wielkie, międzynarodowe koncerny, które przynoszą prawie miliard dolarów przychodu – zauważa Kita. – Chodzi tu o takie korporacje, jak Coca-Cola, Procter & Gamble, Visa czy Samsung

Trzecim, znaczącym źródłem zarobków MKOl jest sponsoring umożliwiający korzystanie ze znaku olimpijskiego, jednak ograniczony do jednego kraju – gospodarza igrzysk. Jak podkreśla Grzegorz Kita, przychody z tego tytułu w ostatnim czasie zaczęły dynamicznie rosnąć. W ostatnim czteroleciu olimpijskim osiągnęły poziom 1,2 mld dolarów.

 – To dość dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w Vancouver takich firm o statusie sponsora krajowego było 57, a w Londynie – 42. To ciekawe, ponieważ wydawało się, że to źródło nie jest w stanie ewoluować znacząco – zauważa Grzegorz Kita.  

MKOl zarabia także na tzw. licensingu, a więc produkowaniu towarów z logo olimpijskim. Znacznym źródłem przychodów dla komitetu są również wpływy ze sprzedaży biletów. W ostatnim czteroleciu olimpijskim przyniosły one 1,2 mld dolarów, głównie za sprawą igrzysk w Londynie. Zwiększanie wpływów z tego tytułu jest możliwe dzięki tzw. programom hospitality.

 – Programy te przeznaczone są dla zamożniejszych klientów, korporacji i VIP-ów – wyjaśnia Kita. – To coś podobnego do sprzedaży lóż na polskich stadionach. Takie loże mogą ograniczać się do 10-15 miejsc. Jednak ich zyskowność jest znacząca. Generują one kilkanaście razy większe przychody niż bilety krzesełkowe, nawet w uprzywilejowanych sektorach.

VoIP sposobem na segment biznesowy

Według raportu PMR „Usługi telekomunikacyjne dla segmentu biznesowego i operatorskiego w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2014-2017” liczba linii VoIP w segmencie biznesowym w Polsce w ciągu ostatnich lat nieprzerwanie notuje wzrost. Na koniec 2013 r. przekroczyła już wyraźnie pół miliona. Rosnące wykorzystywanie tej technologii przez polskie firmy umożliwia operatorom oferowanie usług dodatkowych – najczęściej tych z segmentu komunikacji zunifikowanej.

Historycznie usługi telefonii internetowej były w pierwszym rzędzie zorientowane na segment firm dużych. Obecnie jednak pod względem zdobywania nowych klientów operatorzy kładą większy nacisk na segment MŚP/SOHO. W rezultacie rynek w ujęciu ilościowym rozwija się w szybkim tempie. W 2012 r. dynamika wzrostowa wynosiła 20%, a w 2013 r. utrzymała dwucyfrowy – choć niższy – poziom. Pozwoliło to na przekroczenie liczby pół miliona linii VoIP.

Zmiany ilościowe na rynku usług VoIP oraz tradycyjnych linii telefonii stacjonarnej w segmencie biznesowym różnią się i podlegają innym trendom. Podczas gdy liczba linii tradycyjnych obniża się, usługi VoIP notują wzrost. Ponieważ skala spadku linii okazuje się wyższa, wpływa to na zmianę całego rynku, który od 2008 r. notuje mniejszą erozję liczby aktywnych usług. Należy zaznaczyć, że technologia VoIP podobnie do usług telefonii komórkowej również wpływa na spadek liczby linii tradycyjnych telefonii stacjonarnej. W rezultacie rośnie liczba usług alternatywnych, co (w obliczu spadku liczby linii tradycyjnych) skutkuje zwiększeniem udziałów segmentu VoIP w całkowitej liczbie usług. W 2013 r. udział VoIP był na poziomie aż o 18 p.p. wyższym niż w 2007 r.

Promowanie technologii VoIP w segmencie stacjonarnym przez operatorów spowodowane jest nie tylko tym, iż usługa ta po części niweluje cięcia w liczbie linii tradycyjnych, ale również z uwagi na możliwość do sprzedaży dodatkowych usług. Usługi te ukierunkowane są na świadczenie pakietów komunikacji zunifikowanej, które również mogą być dostarczane w modelu usługowym. W modelu tym operator współpracuje z dostawcą oprogramowania, a klient uzyskuje całościowy pakiet usług biznesowych. Dla operatora oznacza to związanie klienta swoimi usługami oraz podniesienie średnich przychodów. Z kolei dostawca oprogramowania uzyskuje nowy kanał sprzedaży oprogramowania oraz dociera do szerszej bazy klienckiej. Najczęściej stosowany model współpracy operatora i dostawcy oprogramowania to dzielenie się przyszłymi przychodami. Takie podejście sprzyja zmianom zachodzącym w polskich firmach, które coraz bardziej sceptycznie podchodzą do zakupu dużych i kosztownych platform telekomunikacyjnych. Wybierają one rozwiązania, które nie wymagają jednorazowych inwestycji, a pozwalają rozłożyć koszty w czasie. Pakiety komunikacji zunifikowanej w konsekwencji uzyskują coraz większą popularność. Skierowane są one w pierwszym rzędzie do klientów z segmentu MŚP. Firmy duże, ale i częściowo średnie, zazwyczaj już posiadają ukształtowaną sieć firmową, często opierającą się na centralach zakupionych kilka lat temu.

Polski rynek budownictwa kolejowego w 2014 r. wart 5 mld zł

W 2014 r. wartość rynku budownictwa kolejowego wzrośnie o ok. jedną trzecią i wyniesie 5,1 mld zł. W nowej perspektywie unijnej sektor kolejowy do wykorzystania będzie miał ponad 10 mld €, a w puli planowanych inwestycji większego znaczenia nabiorą budowy nowych linii kolejowych, wyceniane na 15 mld zł. Jednakże nie wszystkie z nowych połączeń kolejowych ostatecznie trafią do fazy realizacji.

Jak wynika z raportu „Budownictwo kolejowe w Polsce 2014 – Prognozy na lata 2014-2019” przygotowanego przez firmę badawczą PMR, po niespełnionych zapowiedziach kolejowego przyspieszenia inwestycyjnego w latach minionych, w 2014 r. dynamika rynku budownictwa kolejowego wyraźnie przyspieszy, w efekcie czego wartość produkcji budowlanej z tytułu budowy dróg szynowych po raz pierwszy przekroczy wartość 5 mld zł. Wysokie przeroby rynek utrzyma także w 2015 r. na co wpłynie intensywne domykanie inwestycji współfinansowanych minionej perspektywy unijnej.

W związku z rozpoczętym budżetem unijnym na lata 2014-2020 polskie kolejnictwo może liczyć na dofinansowanie przekraczające 10 mld €. Duża część z tej puli trafi na stosunkowo mało-inwazyjne projekty rewitalizacyjne, jednak rządowa lista inwestycji wskazuje także na bardziej zaawansowane, finansowo i czasowo, projekty polegające na budowie nowych odcinków i łącznic kolejowych.

Największe szanse na realizację mają najkrótsze z nowych planowanych odcinków. Do 2020 roku Łódź ma realne szanse na wzbogacenie swojej podziemnej sieci połączeń o dodatkowe blisko 6 km. Rozbudowa stanowi kolejny element przyszłych Kolei Dużych Prędkości, a przy okazji stanowi element spinający łódzki węzeł kolejowy. Na początku lutego 2014 roku PLK ogłosiły przetarg na uzupełnienie studium wykonalności, które obejmuje także opracowanie programu funkcjonalno-użytkowego.

Projektem o dużych szansach powodzenia jest także połączenie kolejowe pomiędzy Katowicami a portem lotniczym w Pyrzowicach. Przedsięwzięcie jest w trakcie projektowania, które z racji dofinansowania unijnego powinno zakończyć się najpóźniej z końcem 2015 roku.

Dokumentacja powstaje już także dla budowy łącznicy kolejowej w Krakowie, która ma zostać zaprojektowana przez firmy BBF i Safege. Firmy za niespełna 10 mln zł zobowiązały się do przygotowania dokumentacji przedprojektowej i projektowej oraz sporządzenie materiałów przetargowych niezbędnych do wyłonienia wykonawców robót budowlanych. Zakładany okres realizacji całej inwestycji planuje się na lata 2016-2020 a koszt budowy to ok. 1,7 mld zł.

Najnowszym projektem, który trafił na listę rządowego Dokumentu Implementacyjnego jest budowa nowej linii pomiędzy Łowiczem a Jaktorowem, która ma stanowić usprawnienie jednej z najbardziej eksploatowanych relacji z Warszawy w kierunku zachodniej części kraju. Projekt ma pochłonąć ok. 1,7 mld zł, jednakże póki co znajduje się w fazie koncepcyjnej i terminowe zrealizowanie go może przysporzyć trudności.

Kolejnym projektem, który pomimo kilkunastoletniej fazy planowania wciąż nie ruszył naprzód jest plan zbudowania szybszego połączenia kolejowego z Zakopanem. Trwa obecnie aktualizacja studium wykonalności dla tego ocenianego na 6 mld zł projektu. Co ważne, w odróżnieniu od połączenia Jaktorów-Łowicz sensowności tej inwestycji się nie neguje, a środowiska kolejowe chciałyby by projekt ten kontynuowano.

Większego poparcia ekonomicznego nie ma natomiast kolejny projekt na Mazowszu, tj. budowa ponad 70 km odcinka pomiędzy Modlinem a Płockiem. Inwestycja miałaby stanowić połączenie nowo otwartego portu lotniczego z zaledwie 100 tysięcznym miastem, co z ekonomicznego punktu widzenia przy założonym koszcie ok. 1,8 mld zł stanowi słaby argument.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. “Budownictwo kolejowe w Polsce 2014 – Prognozy na lata 2014-2019”.

57 proc. studentów obawia się wejścia na rynek pracy

57 proc. studentów obawia się wejścia na rynek pracy – wynika z badania przeprowadzonego przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami. Jednocześnie, tylko 20 proc. z nich deklaruje, że w trakcie studiów zdobywa umiejętności praktyczne ułatwiające znalezienie zatrudnienia. W tym kontekście najlepiej wypadają staże i praktyki, w których skuteczność wierzy ponad 80 proc. respondentów – o ile są to programy wysokiej jakości.

Właśnie dlatego Stowarzyszenie rozpoczęło audyty programów staży i praktyk oferowanych przez firmy – by sprawdzić czy spełniają one standardy zawarte w Polskich Ramach Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiorze norm określających zasady odbywania staży i praktyk wysokiej jakości. – Problemy ludzi młodych na rynku pracy wynikają z ich niewystarczającego przygotowania do rozpoczęcia kariery zawodowej, będącego efektem niskiego poziomu edukacji praktycznej, której istotnym aspektem są właśnie staże i praktyki. Dlatego rozpoczęliśmy weryfikacje programów staży i praktyk – by sprawdzić na ile przedsiębiorstwa stosują standardy jakościowe przy ich organizacji. Pierwsze procesy audytowe ruszyły ponad miesiąc temu, z powodzeniem przeszły je trzy organizacje: PZU, Nestlé i Siemens – komentuje Piotr Palikowski, prezes PSZK.

Podczas audytu Stowarzyszenie szczegółowo bada kolejne zawarte w Ramach obszary, z których powinien składać się staż wysokiej jakości, czyli m.in.: walor edukacyjny, umowa, wynagrodzenie, czy mentoring. Ważną częścią audytu są wywiady przeprowadzane zarówno z pracownikami działu personalnego, kadrą menedżerską, jak i praktykantami i stażystami. W przypadku zgodności ze standardami określonymi w kodeksie, PSZK przyznaje danemu programowi Znak Jakości, który dla studentów stanowi potwierdzenie standardów stażu czy praktyki. – Nasza inicjatywa wynika z faktu, że ponad 80 proc. przebadanych przez nas studentów wyraża chęć wzięcia udziału w stażu wysokiej jakości. To najlepszy dowód na to, że młodzi ludzie coraz bardziej świadomie kierują swoją ścieżką kariery i nie chcą tracić czasu na stażach o niskim walorze edukacyjnym, z których nie wyniosą nic poza pieczątką w indeksie – dodaje Palikowski. PSZK przeprowadziło wspomniane badanie dotyczące czynników istotnych przy ocenie jakości programów praktyk i staży na grupie ponad 1600 studentów z 40 uczelni w całej Polsce.

Pierwsze firmy, które pozytywnie przeszły proces weryfikacji to Nestlé, PZU oraz Siemens. Dlaczego organizacje chcą poddawać swoje praktyki i staże audytowi? Przyczyn jest kilka. – Uczestnictwo w rzetelnie zrealizowanym stażu czy praktyce może stanowić przepustkę do zatrudnienia, ponieważ pracodawca ma w czasie trwania stażu okazję do obserwowania i oceny predyspozycji stażysty jako potencjalnego, przyszłego pracownika – mówi Maciej Hassa, Kierownik Zespołu Marki Pracodawcy z PZU. Inny powód to chęć wyznaczania standardów w zakresie realizacji programów staży i praktyk. – Chcemy upowszechniać nasze zasady w zakresie przeprowadzania staży i praktyk, ponieważ wierzymy, że ma to wartość zarówno dla młodych ludzi wchodzących na rynek pracy, jak i dla pracodawców. Studenci i absolwenci zyskują wiedzę o tym, gdzie warto odbyć praktykę i staż oraz gdzie rozwiną swoje kompetencje. Pracodawcy natomiast mają szansę poznania potencjalnych kandydatów do pracy, mogą także świadomie kształtować swój wizerunek jako atrakcyjnego, wiarygodnego pracodawcy, dla którego jest ważne by traktować ludzi z szacunkiem – komentuje Wiesława Czarnecka – Stańczak, Dyrektor ds. Zarządzania Personelem z firmy Siemens. Zdaniem Marioli Raudo, Kierownika Działu Rekrutacji i HR Business Partnera z Nestlé Polska, weryfikacja jakości staży i praktyk jest receptą na zmniejszenie rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami pracodawców, a kompetencjami młodych. – Rzetelnie przygotowane oraz zorganizowane praktyki są skutecznym narzędziem edukacji praktycznej młodego pokolenia oraz dobrym sposobem na wyławianie talentów. Właśnie dlatego inwestujemy w program praktyk w Nestlé już od 15 lat – komentuje Raudo.

Więcej informacji na temat Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk oraz programów staży i praktyk, które otrzymały Znak Jakości można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl oraz na portalu Facebook.

Sprzedaż nowych samochodów osobowych: 2014 r. zaczął się dobrze i w Polsce i Europie

Pierwszy miesiąc 2014 r., europejski rynek samochodowy zakończył na 5,5% plusie – tak wynika z najnowszych danych ACEA, Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów. W styczniu Europejczycy kupili blisko 936 tys. nowych samochodów osobowych. W Polsce natomiast z salonów wyjechało o 11% osobówek więcej niż rok temu i wolumenowo jest to najlepszy miesięczny wynik od prawie dwóch lat. Zdaniem przedstawicieli Exact Systems, firmy kontrolującej części motoryzacyjne, za sprawą okienka derogacyjnego w lutym i marcu będziemy mieć do czynienia z jeszcze większym popytem na nowe samochody.

Styczeń to siódmy miesiąc z kolei, w którym w Polsce odnotowaliśmy wzrost rejestracji samochodów osobowych. Jednocześnie wypracowany wynik wolumenowy jest najlepszym od marca 2012 r. A wszystko to za sprawą krótkiego powrotu do kratek, dzięki któremu polskie firmy korzystają z możliwości odliczenia całego podatku VAT. Spodziewamy się, że w lutym i marcu, kiedy okienko derogacyjne będzie jeszcze obowiązywać, wyniki sprzedaży i rejestracji samochodów osobowych będą jeszcze lepsze. W styczniu wielu producentów dopiero przygotowywało specjalne oferty sprzedaży „kratek” i dopiero teraz będą w stanie na bardzo wysoki popyt odpowiedzieć odpowiednią podażą – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, członek Polskiej Izby Motoryzacji.

W styczniu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 29,18 tys. nowych samochodów osobowych (wliczając tzw. kratki), czyli o ponad 11% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Samych samochodów osobowych z homologacją ciężarową, czyli „kratek”, z polskich salonów osobowych wyjechało nieco ponad 2 tys.

Piąty miesiąc wzrostu w Unii Europejskiej

Również w Europie styczeń był piątym miesiącem z rzędu, w którym liczba rejestracji była wyższa niż przed rokiem. W pierwszym miesiącu 2014 r. Europejczycy kupili prawie 936 tys. aut osobowych, i choć jest to o 5,4% więcej niż w styczniu ubiegłego roku, to wolumenowo mamy jeden z najsłabszych wyników styczniowych w ciągu ostatniej dekady. Do głównych rynków, które w styczniu odnotowały wzrosty należą Niemcy (+7% r/r), Francja (+0,5% r/r), Włochy (+3% r/r) i Wielka Brytania (+7%). Mamy nowy rok i nowe dane, ale Wyspy Brytyjskie nadal pozostają fenomenem w skali europejskiej – od ponad dwudziestu miesięcy mogą chwalić się wzrostem rejestracji i w tym momencie trudno jest nam określić, jak długo ten trend będzie jeszcze trwał – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

W Polsce numerem jeden Skoda, w Europie Volkswagen

Jak podaje PZPM, najchętniej kupowanym samochodem w styczniu br. w segmencie osobówek w Polsce była Skoda (ponad 4 tys. sprzedanych modeli), tuż za nią uplasowały się Volkswagen i Toyota. Polacy nadal najchętniej kupują Skodę Oktavię, a potem Toyotę Auris. Nieco inaczej prezentuje się europejska mapa producentów. W Europie najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z ponad 122 tys. sprzedanymi autami – mówi Jacek Opala.

Co nas czeka w 2014 r.?

Wyniki rejestracji samochodów osobowych w Polsce po pierwszym miesiącu skłaniają mnie do optymistycznego przypuszczenia, że obecny rok dla naszej branży motoryzacyjnej będzie lepszy od minionego. Jeśli w lutym i marcu „kratki” ściągną do salonów jeszcze więcej klientów, liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w tym roku, co da nam ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem realna – ocenia Paweł Gos.

W materiale prasowym zostały wykorzystane dane ACEA, Głównego Urzędu Statystycznego, Centralnej Ewidencji Pojazdów, Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

***
Exact Systems Sp. z o.o. działa od 2004 r. i jest obecnie czołowym dostawcą rozwiązań
w zakresie kontroli jakości, czyli selekcji, naprawy i sortowania części, komponentów oraz wyrobów gotowych dla przedstawicieli branży motoryzacyjnej. Głównymi odbiorcami usług firmy są dostawcy
i poddostawcy dla przemysłu motoryzacyjnego oraz producenci samochodów. Klientami firmy są również zakłady zajmujące się produkcją wielkoseryjną z branży elektronicznej, AGD oraz kosmetycznej. Obecnie firma posiada swoje przedstawicielstwa w Polsce, Czechach, Niemczech, Słowacji, Turcji, Rosji, Rumunii i Wielkiej Brytanii.
Firma kładzie duży nacisk na jakość świadczonych usług oraz na rzetelność i stabilność we współpracy ze swoimi kontrahentami. Współpraca z Exact Systems pomaga osiągnąć najwyższe standardy jakości oraz wspiera organizację procesów produkcyjnych.
Więcej informacji o firmie dostępnych jest pod adresem: www.exactsystems.pl.

Decyzja UOKiK: kara 630 tys. zł dla Multimedia Polska

Opłacenie faktury nie oznacza automatycznej zgody konsumenta na przyjęcie nowej oferty. Jak ustalił Urząd, Multimedia Polska włączała dodatkowe usługi bez zgody konsumentów, jednostronnie zmieniając w ten sposób umowę. Prezes UOKiK nałożyła na spółkę karę ponad 630 tys. zł

Spółka Multimedia Polska (MP) z Gdyni jest dostawcą stacjonarnego Internetu i telewizji kablowej. Prezes UOKiK w lipcu 2013 r. wszczęła przeciwko niej postępowanie po przeanalizowaniu doniesień medialnych i zawiadomień od konsumentów.

Postępowanie wykazało, że MP w okresie od lipca do listopada 2012 r. wysyłała swoim abonentom ulotkę informującą o nowej ofercie „multiPower” — podwojenie prędkości Internetu, płatnej dodatkowo 4,99 zł brutto miesięcznie. Usługa była automatycznie uruchamiana u każdego abonenta na dwumiesięczny, bezpłatny okres testowy. Po tym czasie dostawca wysyłał klientom fakturę za usługi powiększoną o należność za dodatkowy, niezamawiany pakiet. Informowano na niej małym drukiem, że opłacenie całkowitej sumy będzie traktowane jako przyjęcie oferty. Konsumenci, którzy nie chcieli wykupić usługi, mieli przed dokonaniem płatności odjąć jej cenę od całkowitej kwoty. Dodatkowym utrudnieniem było umieszczenie na fakturze cen netto wraz z obowiązującą stawką VAT. Konsument musiał we własnym zakresie obliczyć cenę brutto niechcianej usługi, następnie odjąć ją od łącznej kwoty. Drugą z możliwości rezygnacji z oferty był kontakt z MP poprzez infolinię, stronę internetową lub w biurze obsługi klienta.

Promocyjna oferta została skierowana do niemal 200 tys. abonentów, a przyjęło ją 70 proc. z nich. Prezes UOKiK uznała, że MP stosując powyższą praktykę jednostronnie zmieniła umowy z klientami. W ocenie Urzędu, spółka powinna poinformować ich o nowej ofercie, a następnie oczekiwać na zgłoszenia. Multimedia Polska zaniechała zakwestionowanej praktyki w styczniu 2013 r., ale nie uniknęła kary finansowej w wysokości 637 850 zł. Decyzja nie jest ostateczna, przedsiębiorca odwołał się do sądu.

PKO Bank Polski nagrodzony za zmiany w HR

PKO Bank Polski zajmuje wysokie miejsca w rankingach najbardziej pożądanych pracodawców. W ubiegłym roku najistotniejszymi wyróżnieniami było: trzecie miejsce w Top 100 Ideal Employer w kategorii biznes i w rankingu „Jakość na bank 2013”, tytuł Solidny Pracodawca Dekady, pierwsze miejsce w konkursie Employer Branding Excellence Awards 2013 za kampanię wizerunkowo – rekrutacyjną „Jeden Bank. Wiele Pasji”. Do bogatego zestawienia posiadanych już wyróżnień dołączyła nagroda przyznana w trakcie konferencji Warszawskich Dni Rekrutacji.

J. Piechociński: na początku kwietnia pojedziemy do Iranu z konkretną ofertą współpracy

CEO Magazyn Polska

Przemysł rolno-spożywczy, przetwórczy, środków transportu i maszynowy – to niektóre branże, z którymi Polska chciałaby zaistnieć na irańskim rynku. Na początku kwietnia polska delegacja pojedzie do Iranu rozmawiać o perspektywach współpracy gospodarczej. Janusz Piechociński zapewnia, że polska strona przygotowuje konkretną ofertę współpracy. Ministerstwo Gospodarki zamierza w ten sposób wykorzystać złagodzenie międzynarodowych sankcji wobec Iranu. 

 – Na początku kwietnia biorę dużą grupę przedsiębiorców i jedziemy na spotkanie z ludźmi odpowiedzialnymi za irańską gospodarkę. Pojedziemy tam z bardzo konkretną ofertą – powiedział wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Polacy zamierzają promować w Iranie produkty z szeroko pojętej branży rolniczej – w tym przemysłu rolno-spożywczego i przetwórstwa.

 – Ponadto będziemy promować nasze środki transportu i polski przemysł maszynowy – zapowiada wicepremier. – Uważam, że możemy też wejść w irański segment dóbr konsumpcyjnych  od sprzętu AGD po sektor audio/video.

Wizyta będzie poprzedzona podróżą do Iranu ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego i wiceministra gospodarki Andrzeja Dychy. Piechociński zapowiada, że strona polska skonsultuje się także z przedstawicielami krajów mających większe doświadczenie w handlu w tym regionie.

 – Ściągamy ze wszystkich stron wszelkie informacje, konsultujemy się z innymi krajami z regionu, które mają większe doświadczenie i które są z nami zaprzyjaźnione. Chcielibyśmy, aby zdjęcie sankcji międzynarodowych z Iranu pozwoliło nam na szybkie odzyskanie utraconego rynku – mówi Piechociński. – Już w tej chwili bardzo wiele polskich produktów dociera do Iranu, ale dzieje się to poprzez kraje Zatoki Perskiej albo przez Azerbejdżan czy Gruzję.

W listopadzie przedstawiciele Iranu i tzw. Grupy 5+1 (złożonej ze Stanów Zjednoczonych, Chin, Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec) zawarli wstępne porozumienie w Genewie. Ugoda weszła w życie 20 stycznia br. W ramach jej realizacji Iran ograniczył swój program nuklearny, a społeczność międzynarodowa zniosła niektóre sankcje gospodarcze.

Polacy coraz chętniej zmieniają dostawcę energii elektrycznej

Tylko 40 proc. Polaków jest zadowolonych z usług dostawców energii elektrycznych – wynika z obserwacji firmy Accenture w Polsce. To oznacza, że pozostali mogą teraz lub w przyszłości rozważać zmianę dostawcy. Już teraz gotowość do zmiany jest większa niż kilka lat temu, a możliwe, że Polacy będą to robić jeszcze chętniej, kiedy na rynku pojawią się atrakcyjne pakiety łączące usługi energetyczne, telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe i bankowe.

 – Już w tym roku i przyszłym należy oczekiwać postępującej pakietyzacji produktów, czyli uzupełniania tradycyjnych produktów, jak prąd czy gaz, o usługi i produkty powiązane, jak również produkty uzupełniające, np. z obszaru telekomunikacji, bankowości czy ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Chudziak, wiceprezes Accenture w Polsce.

Przykładem takiego działania są chociażby inicjatywy telekomów. Polkomtel (operator sieci Plus) od listopada ubiegłego roku oferuje dostawy energii elektrycznej (z ZE PAK). Na razie oferta jest skierowana do klientów biznesowych, ale zgodnie z zapowiedziami pojawią się również podobne usługi dla klientów indywidualnych. Plus sprzedaje również pakiety połączone z ofertą Cyfrowego Polsatu oraz zapowiada pojawienie się usług bankowych.

T-Mobile przygotowuje się do sprzedaży usług telekomunikacyjnych połączonych z usługami bankowymi. Zgodnie z umową zawartą w grudniu ub.r. z Alior Bankiem operator będzie oferować swoim klientom rachunki, depozyty, kredyty, pożyczki oraz karty płatnicze. Pod koniec roku T-Mobile rozpoczął również pilotażowy program sprzedaży energii wspólnie z Tauronem.

Podobną próbę podjęło też Orange – wspólnie z PGE od marca ub.r. przygotowywało się do połączenia sprzedaży usług telekomunikacyjnych i energetycznych, ale na razie wycofało się z projektu.

Jarosław Chudziak ocenia, że sprzedaż łączona jest przyszłością rynku energii. Atrakcyjne pakiety będą w coraz większym stopniu skłaniały konsumentów do zmiany dostawcy prądu.

 – W ciągu ostatnich pięciu lat prowadziliśmy na świecie badanie dotyczące zachowań konsumenckich w obszarze elektroenergetyki. Wynika z niego, że rośnie otwartość klientów na zmianę sprzedawców, co jest podyktowane nie tylko zmianami na rynku energii, lecz także zmianami konsumenckimi na rynkach pokrewnych, jak telekomunikacja, bankowość, ubezpieczenia – podkreślił wiceprezes Accenture podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Tylko 40 proc. klientów jest zadowolonych z obecnego dostawcy, więc można spodziewać się, że reszta jest gotowa na rozważenie nowej oferty dostawców alternatywnych. Według Jarosława Chudziaka, Polacy nauczyli się otwartości na nowych dostawców po liberalizacji rynków telekomunikacyjnych, bankowych czy ubezpieczeniowych.

 – Pytanie o kształt przyszłego rynku, w szczególności jeżeli mówimy o fragment obejmujący sprzedaż, jest pytaniem otwartym. I tutaj należy bacznie obserwować to, co się dzieje nie tylko w Polsce, lecz także na rynkach krajów bardziej rozwiniętych w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych czy Australii. Na pewno czekają nas ciekawe czasy – prognozuje Chudziak.

Prawo do zmiany sprzedawcy energii elektrycznej jest zagwarantowane w unijnej dyrektywie elektroenergetycznej 2003/54/WE. Zgodnie z obowiązującym prawem Polacy mają prawo do bezpłatnej zmiany dostawcy. Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że do końca 2013 roku na zmianę zdecydowało się 230 tysięcy odbiorców, w tym 125 tys. gospodarstw domowych. Prawie połowa klientów indywidualnych zrobiła to w ubiegłym roku. Urząd Regulacji Energetyki uruchomił stronę internetową, która ułatwia porównanie taryf i dokonanie wyboru.

Zapaść na rynku leków refundowanych

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich dwóch lat sprzedaż leków refundowanych spadła o ok. 4 mld złotych, głównie z powodu niekorzystnych dla hurtowników i aptekarzy marż. Jak wynika ze statystyk branży farmaceutycznej, aż 60 proc. sprzedaży leków wypisywanych na receptę przynosi sprzedawcom straty. Powoduje to, że w ich ofercie pojawia się coraz więcej parafarmaceutyków, czyli leków sprzedawanych bez recepty.

Polski rynek farmaceutyczny osiągnął w 2013 roku wartość 27,6 mld złotych, z czego około 45 proc. (ok. 11 mld zł) stanowiły parafarmaceutyki. Oznacza to, że na rynku dostępna jest już bardzo szeroka oferta leków bez recepty, jak m.in. leki na przeziębienie, wątrobę, zgagę, nawodnienie czy na wzmocnienie.

 – Polski rynek farmaceutyczny, rynek apteczny bardzo się zmienił, ponieważ na rynku leków refundowanych jest duża zapaść. Rynek znacznie się zmniejszył – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kula, prezes firmy Pharma Expert.

W ciągu ostatnich dwóch lat sprzedaż leków refundowanych spadła o ok. 4 mld złotych. Powodem tej zapaści są wyjątkowo niekorzystne dla sprzedawców leków, regulowane przez państwo marże.

 – Marże są sztywne, zarówno hurtownicy, jak i aptekarze do sprzedaży leków refundowanych dopłacają. Hurtownicy obliczyli, że aż 60 proc. sprzedaży leków refundowanych, na receptę, to jest sprzedaż deficytowa – podkreśla Piotr Kula.

Od momentu wejścia w życie ustawy refundacyjnej (1 stycznia 2012 roku) rynek farmaceutyczny nieprzerwanie szuka możliwości wzrostu sprzedaży w tych obszarach, w których marża nie jest regulowana. 

 – Stąd parafarmaceutyki, których cena nie jest regulowana przez państwo, ani marża hurtowa, ani apteczna. Jest boom na te produkty, co widzimy też w reklamach, w telewizji, w gazetach czy w radiu – tłumaczy prezes Pharma Expert.

W jego ocenie rynek parafarmaceutyków z pewnością nadal będzie rozwijał się dynamicznie. Największy popyt na leki bez recepty zgłaszają osoby powyżej 35. roku życia, kupując je zarówno w aptekach, jak i w sklepach zielarskich, supermarketach czy kioskach.

 – Będzie rosła, po pierwsze, liczba produktów, które wchodzą na rynek, będą rozszerzały się wskazania do stosowania tych produktów i rosły ceny tych leków – prognozuje Kula.

SKOK Wołomin: obsługa instytucji trzeciego sektora nie wpłynie znacząco na przychody, ale zwiększy depozyty

Drugi co do wielkości w Polsce SKOK Wołomin zarobił w 2013 roku ok. 90 mln zł netto – wynika ze wstępnych szacunków. W tym roku kasom dodatkowo sprzyjać będą przepisy znowelizowanej ustawy o SKOK-ach. Zgodnie z nowym prawem zyskają one możliwość obsługi instytucji trzeciego sektora, czyli m.in.: spółdzielni, wspólnot mieszkaniowych, fundacji, stowarzyszeń czy parafii, co korzystnie przełoży się na depozyty w kasach.

Choć zmiany w prawie związane z dostosowywaniem się SKOK-ów do wymogów nadzoru KNF zwiększą koszty ich działalności, nie powinny pogorszyć wyników kas. Satysfakcjonujące rezultaty finansowe za ubiegły rok osiągnął m.in. SKOK Wołomin.

 – Co prawda wynik nie jest jeszcze zbadany przez biegłego rewidenta, są to bardzo wstępne dane. Natomiast będzie oscylował w granicach 80-90 mln zł netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes zarządu SKOK Wołomin.

SKOK Wołomin jest drugim co do wielkości SKOK-iem w Polsce. Na koniec stycznia tego roku Kasa obsługiwała blisko 80 tysięcy członków, a jej aktywa wynosiły 2,99 mld zł. Tym, co wyróżnia ją na rynku, jest również niski wskaźnik pożyczek przeterminowanych.

 – Przygotowujemy otwarcie nowych oddziałów, chcemy docierać do nowych środowisk. Ale podstawową zmianą będzie to, że nowa ustawa o SKOK-ach pozwala nam obsługiwać instytucje tzw. sektora trzeciego, czyli: fundacje, stowarzyszenia, związki parafialne, związki wyznaniowe – podkreśla Mariusz Gazda. – Nie będą to dla nas wielkie zmiany w wielkości przychodów, bo naszym przychodem jest sprzedaż pożyczek. Natomiast na pewno będzie to miało wpływ na wzrost sumy bilansowej, wzrost depozytów – tłumaczy prezes SKOK Wołomin.

Podkreśla, że tego rodzaju organizacje osiągają spore nadwyżki finansowe w perspektywie średniookresowej.

Od strony działań promocyjnych wołomiński SKOK planuje zaangażowanie nowych twarzy medialnych w swoich kampaniach. Tym bardziej że ostatni spot reklamowy z udziałem Michała Wiśniewskiego, mimo kontrowersji jakie wzbudzał, okazał się bardzo skuteczny.

 – Myślimy o następnych akcjach, również z innymi znanymi twarzami – potwierdza prezes SKOK Wołomin. – Ponieważ nie są podpisane umowy, nie chciałbym zdradzać tajemnicy.

Branża budowlana liczy na lepsze siedem lat

CEO Magazyn Polska

Branża budowlana liczy na to, że obecna perspektywa finansowa UE – w przeciwieństwie do ostatnich lat poprzedniej „siedmiolatki” – będzie dla nich szansą rozwoju. Przedsiębiorcy podkreślają, że wprowadzenie zmian w prawie zamówień publicznych może znacznie usprawnić proces budowy dróg ekspresowych i autostrad. Eksperci są zgodni, że o wyborze wykonawcy nie może decydować kryterium najniższej ceny.

Budżet unijny ustala pułapy finansowania różnych sektorów na siedem lat. W ostatnich latach dostarczył polskiemu budownictwu infrastrukturalnemu funduszy, jakich do tej pory nie miało ono do dyspozycji. Efektem, obok dużej ilości nowych odcinków autostrad i tras szybkiego ruchu, jest też paradoksalnie nie najlepsza forma sektora budownictwa. 

 – Kryzysy w branży z reguły były powodowane brakiem pieniędzy na inwestycje i rozwój, a nie nadmiarem pieniędzy. Tym razem okazało się, że nadmiar też może być zabójczy – mówi Marek Michałowski, ekspert Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Szczególnie wtłoczony w bardzo krótki okres, bo ten program nie mógł wystartować, w związku z tym okazało się, że to, co miało być zrobione w siedem lat, musimy zrobić w trzy lata.

Opóźnienia w inwestycjach oraz zastosowanie kryterium najniższej ceny i przerzucanie odpowiedzialności na wykonawców przy realizacji programu doprowadziło do upadku wielu firm budowlanych.

 – Efekt jest taki, że branża budowlana zamiast cieszyć się z zarobionych pieniędzy, liże rany, liczy straty i zastanawia się, czy w nowej perspektywie unijnej będzie tak samo, czy nadal warto startować w kontraktach, czy może już nie – ocenia Michałowski.

Zdaniem eksperta Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, realizacja inwestycji drogowych wymaga zmian w prawie zamówień publicznych. Przede wszystkim kryterium najniższej ceny nie powinno być jedynym czynnikiem przy wyborze oferty. 

 – Jeżeli cena ma być wciąż najważniejszym kryterium, to musi być rzetelna prekwalifikacja, czyli wybór wykonawców, którzy gwarantują, że od strony technicznej i finansowej są przygotowani i gwarantują realizację danego obiektu, czy to jest kawałek autostrady, most, czy obwodnica. Inaczej zawsze będą ogromne problemy – mówi Michałowski. – Nie może być tak, że wygrywa ten, kto dał najniższą cenę, a w ogóle nie wiadomo, czy jest przygotowany do realizacji tego zadania, czy nie jest.

Kondycję branży i jakość inwestycji mogłaby także poprawić umowa, która równo rozłożyłaby prawa, obowiązki i ryzyka między zamawiającego a wykonawcę. 

 – Jeżeli do tego jeszcze wprowadzimy obowiązek rozliczania na końcu budów i nie będzie takich sytuacji jak dziś, że większość roszczeń ląduje w sądach i branża traci płynność, to powinno być dużo lepiej – prognozuje Michałowski.

Polacy wybierają nietypowe formy turystyki m.in. do slumsów oraz opuszczonych dzielnic

CEO Magazyn Polska

Odwiedzanie slumsów, opuszczonych budynków, a także regionów ogarniętych konfliktem staje się atrakcyjne dla coraz większej liczby turystów. Nietypowe formy turystyki zyskują na popularności i są szansą dla mniejszych biur podróży na specjalizację. Nie brakuje także osób uprawiających turystykę seksualną, medyczną, a nawet tzw. turystykę śmierci. 

  Pojawiają się pierwsze zwiastuny nowych trendów turystycznych, które z jednej strony nie wymagają długiego pobytu, jak do tej pory plaża, opalanie, kąpiele, wypoczynek pod palmami czy zwiedzanie atrakcji turystycznych. Te oferty są bardziej nastawione na zaszokowanie, zainteresowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Krystyna Szczęsny, wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie.

Jednym z popularnych nowych trendów jest turystyka slumsowa. Polega ona na odwiedzaniu dzielnic skrajnej biedy. Jak podkreśla Szczęsny, tę formę podróży wybierają często bardzo zamożne osoby. Ośrodkami turystyki slumsowej są Ameryka Łacińska, w szczególności brazylijskie Rio de Janeiro, Indie, a także Kenia (slumsy Kibera w Nairobi).

Coraz więcej osób decyduje się także na turystykę urbex, czyli odwiedzanie miejsc, które nie są typowymi atrakcjami turystycznymi – opuszczonych budowli, cmentarzy, katakumb. Szczęsny zauważa, że osoby, które uprawiają tę formę podróżowania, chętnie dzielą się swoimi przeżyciami i zdjęciami w internecie, tworząc w ten sposób charakterystyczną społeczność. 

Dążenie do absolutnego zaszokowania ofertą powoduje stworzenie nowej, ciemnej strony w turystyce. Śmierć, mrok i strach stają się takimi samymi produktami branży turystycznych, jak zdrowie, słonce i radość. Są tacy turyści, którzy z chęcią doświadczają wątpliwego uroku ponurej tanatoturystyki, spragnieni mocnych wrażeń, przemierzają setki kilometrów, żeby na własne oczy zobaczyć spreparowane szczątki ludzkie, narzędzia tortur i miejsca masowych mordów. Ta kontrowersyjna forma podróży cieszy się coraz większym zainteresowaniemNasuwa się pytanie o etykę i moralne przyzwolenie społeczeństwa na ingerowanie w życie rdzennej ludności, z drugiej zaś strony podróżujący do takich miejsc mogą stać się świadkami współczesnej historii.

 – Uczestnicy tanatoturystyki fascynują się mrokiem, ciemnością, grozą. Jeżdżą w miejsca, gdzie odbywają się masowe egzekucje. Spotykają się z ludźmi, obserwują skazańców, ludzi w miejscach, gdzie toczą się wojny. To w ramach tanatoturystyki mieści się również turystyka aborcyjna, jak również tzw. turystyka śmierci, turystyka samobójców. Oczywiście spotyka się to z ogromną krytyką – dodaje Szczęsny.

W ocenie wykładowczyni chorzowskiej WSB mroczna turystyka jest przeznaczona przede wszystkim dla osób szukających nowych wrażeń i skoku adrenaliny.

Według niej pojawiające się nowe trendy nie występują jeszcze na dużą skalę, a wiele osób wciąż preferuje tradycyjny wypoczynek. Większość turystów wybiera wakacje na słonecznych plażach, połączonych z korzystaniem z ośrodków typu spa i wellness.

Zmieniające się trendy w turystyce wymuszają zmiany w ofercie biur podróży. Duzi touroperatorzy mogą sobie pozwolić na szeroką ofertę, w której każdy znajdzie coś dla siebie, ale małe biura powinni się raczej specjalizować. 

 – Wielkie firmy touroperatorskie będą mogły postawić na wiele kierunków. Natomiast mniejsze biura zachęcałabym jednak do segmentacji, do określenia specjalnych ofert. Wtedy turyści będą wiedzieli, gdzie szukać ofert dla singli, ofert dotyczących turystyki kobiecej, czy też na przykład turystyki slumsowej, albo też tego, co określamy turystyką masową, wyjazdy wypoczynkowe, wakacje nad morzem. Osobiście nie pochwalam takiej formy turystyki – mówi Krystyna Szczęsny.

DM IDM: czynsze w biurach w największych polskich miastach nie będą rosły przez kolejne 4-5 lat

CEO Magazyn Polska

Rozwój e-handlu i nadpodaż powierzchni handlowych w wielu miastach powoduje obniżki czynszów w galeriach handlowych. Również w biurowcach ceny wynajmu nie rosną, m.in. za sprawą dużej podaży nowych powierzchni biurowych, i tak może być przez kolejne 4-5 lat. To powoduje, że sytuacja deweloperów komercyjnych jest dużo gorsza niż deweloperów mieszkaniowych, którzy notują wzrosty sprzedaży.

 Sytuacja deweloperów komercyjnej, czyli tych budujących obiekty biurowe i galerie handlowe, nie jest tak dobra jak deweloperów mieszkaniowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Wewiórski, analityk Domu Maklerskiego IDM. – Mam na myśli głównie wywieranie presji na deweloperów, by obniżali czynsze w biurowcach i w galeriach handlowych.

Przyczyną problemów deweloperów w galeriach handlowych jest przede wszystkim dynamiczny rozwój handlu w internecie. 

 – E-commerce odbiera klientów galeriom. Niektóre rynki są już nasycone, np. we Wrocławiu czy Kielcach nie ma już raczej miejsca na nowe obiekty. Z drugiej strony są nawet miejsca w Warszawie, np. na Białołęce brakuje nowoczesnej powierzchni handlowej i deweloperzy nadal poszukują gruntów pod jej budowę – wyjaśnia Maciej Wewiórski.

Z kolei spółki wynajmujące powierzchnię biurową zmagają się z problemami stagnacji gospodarczej oraz dużej podaży nowych biurowców w największych polskich miastach.

 – Wywiera to presję na deweloperów, by obniżali czynsze i tym samym marże – zauważa analityk DM IDM. – Mniejsze przychody z wynajmu i przeszacowania wartości nieruchomości zapewne wpłyną na wyniki finansowe spółek deweloperskich.  

Zdaniem eksperta sytuacja nie ulegnie w najbliższych latach poprawie.  

 – Jesteśmy zdania, że ciągły rozwój e-commerce będzie miał negatywne przełożenie na stawki czynszów w galeriach. Z kolei wzrost powierzchni biurowej w dużych aglomeracjach nie pozwoli na wzrost stawek czynszów w najbliższych 4-5 latach – prognozuje Wewiórski.

Zamieszanie z ustawą o opakowaniach. Przedsiębiorcy skarżą się na brak odpowiednich rozporządzeń

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd ma się zająć ustawą o bateriach i akumulatorach, której projekt zakłada, że producenci tych wyrobów będą finansować ich utylizację. Tymczasem do obowiązującej od początku roku ustawy o odpadach opakowaniowych brakuje rozporządzeń wykonawczych, które wskazałyby przedsiębiorcom, jak mają zagospodarowywać odpady w swoich firmach.

W styczniu tego roku weszła w życie ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi. Teoretycznie, bo Ministerstwo Środowiska wciąż nie wydało odpowiednich rozporządzeń wykonawczych. To jednak nie koniec zawirowań legislacyjnych dla przedsiębiorców w zakresie gospodarowania odpadami. 

 – Dyrektywa unijna dotycząca zużytego sprzętu elektrycznego narzuciła nam termin w połowie lutego, abyśmy wprowadzili nową ustawę. Tej ustawy w ogóle nie ma. W chwili obecnej postępują prace nad nowelizacją ustawy o bateriach i akumulatorach. Biorąc pod uwagę jeszcze ustawę opakowaniową, mamy trzy ustawy, które ulegają właśnie przekształceniom, a to oznacza dużo zmian na raz – ocenia Zbigniew Milkiewicz, prezes CCR Polska.

Projektem ustawy o bateriach i akumulatorach ma się dzisiaj zająć Rada Ministrów. Zakłada on udział producentów baterii i akumulatorów w kosztach utylizacji tych produktów.

Najwięcej niewiadomych wciąż niesie ze sobą ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi. Kontynuuje ona w dużej mierze poprzednią ustawę o obowiązkach przedsiębiorców w zakresie gospodarowania niektórymi odpadami i o opłacie produktowej z 2001 roku. Sprawa dotyczy wielu tysięcy przedsiębiorców w Polsce, którzy produkują lub wprowadzają na rynek swoje produkty w opakowaniach. Opakowania są albo wyrzucane w supermarkecie (w przypadku opakowań zbiorczych), albo trafiają do kosza na śmieci w gospodarstwie domowym. 

 – Celem ustawy, zarówno poprzedniej, jak i nowej, jest to, aby ktoś podjął się zbiórki odpadów opakowaniowych i poddał odpady recyklingowi. Idea jest jak najbardziej szczytna. Surowce wtórne, które uzyskujemy z takich zbiórek trafiają do właściwych zakładów recyklingowych, do papierni, do hut i dzięki temu mamy zwrot surowca do gospodarki – tłumaczy Milkiewicz.

Ustawa niesie ze sobą kilka istotnych zmian. Przede wszystkim dotyczą one obowiązku finansowania kampanii edukacyjnych przez przedsiębiorców. Przepisy wskazują, jaki procent wartości opakowań musi zostać wydany na edukowanie społeczeństwa w zakresie prawidłowego postępowania z odpadami opakowaniowymi. Kolejną wprowadzoną zmianą jest obowiązek zbierania części z całej grupy odpadów z gospodarstw domowych.

 – Czyli dla przykładu, jeśli dzisiaj był obowiązek zbiórki papieru i na poziomie ponad 50 proc., można było ten obowiązek rozliczyć zbiórką z sieci handlowych kartonów zbiorczych. Natomiast nowa ustawa wskazuje, że te odpady powinny pochodzić z gospodarstw domowych – wyjaśnia Zbigniew Milkiewicz.

Wątpliwości przedsiębiorców budzi też utrudnienie scedowania obowiązków recyklingu opakowań wielomateriałowych na organizacje odzysku, który może być realizowany tylko przez porozumienia zawierane przez izby gospodarcze, co jest całkowitą nowością. Pod pojęciem opakowań wielomateriałowych kryją się opakowania typu Tetra Pak, czyli przede wszystkim opakowania do żywności płynnej, pasty do zębów, przypraw, masła.

 – Do tej pory organizacje odzysku mogły realizować te obowiązki, przejmując je od wprowadzających. Natomiast dziś jest to w sferze wielkiej niewiadomej, gdyż prawdopodobnie te obowiązki może realizować tylko i wyłącznie izba gospodarcza. Żadna jeszcze nie wyszła z takim pomysłem do rynku. Nikt nie zawarł stosownego porozumienia, a przedsiębiorcy wciąż nie wiedzą, ile ich będzie ten recykling kosztować – podkreśla Milkiewicz.

Jak podkreśla, jedynym pewnym efektem wprowadzonej ustawy jest wzrost kosztów. Mają na to wpływ dwa czynniki. Z jednej strony, co roku rosną poziomy zbierania poszczególnych typów odpadów, co skutkuje wzrostem opłat. Ponadto obowiązek zbierania części odpadów z gospodarstw domowych sprawia, że koszty rosną zdecydowanie. Wciąż nie wiadomo, ile będzie kosztować obowiązek recyklingu opakowań wielomateriałowych poza organizacją odzysku.

 – Nie wiemy nawet, jak duży procent tych opakowań musi być zebrany, ponieważ nie zostało opublikowane rozporządzenie. Przedsiębiorcy nie mogą bazować na rozwiązaniach z poprzedniej ustawy, gdyż tam nie było osobnego rozwiązania dla opakowań wielomateriałowych – ocenia Milkiewicz.

Brak sprecyzowanych wytycznych może grozić chaosem, a przedsiębiorcom, którzy nie wywiążą się z obowiązku recyklingu, grożą wysokie kary, które mogą wynosić nawet setki milionów złotych.

Polska gospodarka rozwija się stabilnie, ale niejasne przepisy podatkowe utrudniają pracę przedsiębiorcom

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka jest na dobrej drodze do długotrwałego rozwoju – oceniają amerykańscy biznesmeni. Potrzebne są jednak kolejne inicjatywy, które skłonią zarówno polskie firmy, jak i zagraniczne przedsiębiorstwa do inwestowania kapitału w Polsce. Zmian wymaga przede wszystkim skomplikowany i niejasny system podatkowy, który stanowi poważny problem, szczególnie dla małych i średnich firm.

 – Sami przedsiębiorcy szukają dziś pomysłów na to, jak sprawić, by Polska stała się atrakcyjnym miejscem do inwestowania, i to nie tylko jeśli chodzi o inwestycje zagraniczne, lecz także krajowe. Polskie firmy też zadają sobie pytanie, gdzie zainwestować nadwyżki. Budują fabryki w Stanach Zjednoczonych, w Niemczech, i tam zatrudniają ludzi. Trzeba zrobić wszystko, by polski kapitał pracował w kraju – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tony Housh, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.

Część inwestycji odbywa się przez specjalne strefy ekonomiczne, których działalność w ubiegłym roku przedłużono do 2026 roku. Jednak polskim problemem jest wciąż skomplikowany system podatkowy, który obniża produktywność i hamuje rozwój firm.

 – Zmiany w systemie podatkowym, ułatwienia w raportowaniu, większa elastyczność systemu – te kroki wydają się drugorzędne, ale najprostsze, by pobudzić zatrudnienie i zachęcić do inwestowania w kraju – tłumaczy Tony Housh. – Czy potrzebuję „kratki” w swoim samochodzie? Jakie wydatki są moimi kosztami i jaką kwotę mogę odliczyć? To szczególnie ważne dla małych i średnich przedsiębiorców, którzy nie mają wyspecjalizowanego działu podatkowego w swojej firmie.

Housh wskazuje, że takie problemy utrudniają podejmowanie decyzji i powodują, że mały czy średni przedsiębiorca nie wie, co może zrobić, albo boi się, że jeśli coś zrobi, będzie miał kłopoty. Skutek takich dylematów to zaniechanie udziałów w transakcjach lub wstrzymanie inwestycji w rozwój.

 – W tym przypadku można zrobić bardzo dużo, po prostu upraszczając procedury. Cały czas pracujemy nad tym w Polsce i już jest lepiej, ale nadal można dostać dwie różne interpretacje przepisów w dwóch urzędach skarbowych. Jeśli prowadzisz przedsiębiorstwo w całym województwie mazowieckim, to możesz dostać inną interpretację w urzędzie w Radomiu i inną w Warszawie – podkreśla członek zarządu AmCham.

Z drugiej strony dane gospodarcze nadchodzące w tym roku są lepsze niż w poprzednim. Siedem lat problemów gospodarczych nie sprzyjało rozwojowi gospodarki i choć w Polsce sytuacja była lepsza niż w innych krajach, zdaniem przedstawiciela Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce, wielu przedsiębiorców z niepokojem patrzyło na to, co dzieje się naokoło i pieniądze lokowało w banku zamiast inwestować.

 – To z kolei powodowało ostrożność wśród konsumentów i niepokój o to, co się dzieje. A gospodarkę napędza teraz bardziej konsumpcja wewnętrzna. Eksport w ciągu kilku ostatnich lat był silny, i to na pewno pomogło gospodarce, ale żeby polski rynek rósł i to w sposób znaczący, czyli więcej niż 3 procent rocznie, to musimy wzmacniać popyt wewnętrzny. Ludzie muszą chcieć wydawać pieniądze, jednocześnie czując się bezpiecznie – tłumaczy Tony Housh.

Podkreśla, że sytuacja gospodarcza Polski jest stabilna i możemy liczyć na 2,5-3 procent wzrostu gospodarczego w ciągu kilku następnych lat.

 – Na pewno jest szansa na wzrost szybszy niż w ubiegłym roku, ale jednocześnie nikt nie chce bardzo szybkiego krótkotrwałego wzrostu. Wszystkim, i inwestorom, i mieszkańcom, lepiej posłuży 3-4 procentowy wzrost przez kolejne 10 lat niż gwałtowny wzrost i później spadek – podsumowuje Tony Housh.

„Nowa era rynku obligacji” – rozmowa z Dariuszem Laskiem (UI TFI)

„Nowa era rynku obligacji” – o sytuacji na rynku długu rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

W ostatnim czasie polski rynek papierów dłużnych zachowywał się gorzej. Czy to w związku z przekazaniem obligacji z OFE do ZUS?

Tak, ale nie tylko. Polski rynek obligacji znalazł się pod presją, jeszcze zanim aktywa z OFE zostały przeniesione do ZUS. Było to związane z pogorszeniem globalnego sentymentu do rynków wschodzących w wyniku zmian w polityce monetarnej USA, a przede wszystkim dalszego ograniczania skupu aktywów przez Fed. Inwestorzy zagraniczni wycofywali kapitał z rynków wschodzących, przenosząc go do „bezpiecznych przystani”, choćby amerykańskich papierów skarbowych czy japońskiego jena. Wywołało to spadki cen aktywów na rynkach rozwijających się – w tym polskich obligacji. Do niedawna polski rynek obligacji skarbowych był odporny na tego typu zawirowania, jednak sytuacja się zmieniła.

To efekt reformy emerytalnej w Polsce?

Tak. Wskutek reformy struktura uczestników polskiego rynku długu uległa istotnym zmianom. Po zniknięciu jednego z największych graczy – OFE – dominującą pozycję zajęli inwestorzy zagraniczni. Tym samym zachowanie rentowności polskich obligacji skarbowych stało się w dużej mierze uzależnione od ich sentymentu. Zajmie jeszcze trochę czasu, zanim wszyscy uczestnicy rynku, m.in. TFI czy banki, oswoją się z nową rzeczywistością.

A zatem jesteśmy skazani na łaskę i niełaskę inwestorów zagranicznych?

Niezupełnie. Nową sytuację rynkową, w jakiej się znaleźliśmy, dostrzegło m.in. Ministerstwo Finansów, które poinformowało o możliwości dokonywania transakcji na polskich obligacjach skarbowych z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, co powinno stabilizować ich rentowności. Ponadto przedstawiciele NBP uspokajają, że obserwują sytuację polskiej waluty. Uważam jednak, że obecnie NBP jest zbyt pasywne, szczególnie jeśli spojrzymy na aktywność banków centralnych na świecie. Niezależnie od doraźnych działań polskich organów państwowych oceniam, że w dłuższym okresie sytuacja się ustabilizuje.

Rada Polityki Pieniężnej nie zdecydowała się na podniesienie stóp. To dobra wiadomość dla rynku obligacji?

Rzeczywiście, RPP nie zdecydowała się na żaden ruch, ale było to zgodne z oczekiwaniami. Warto jednak zwrócić uwagę, że ostatnie odczyty wskaźników obrazujących kondycję gospodarczą Polski są lepsze, niż spodziewał się rynek. To w dalszej perspektywie oczywiście otwiera furtkę do zacieśniania polityki pieniężnej, jako że im lepsze dane z gospodarki, tym gorzej dla obligacji, a lepiej dla akcji.

Union Investment TFI o sytuacji na rynku akcji

„Na koniec dnia liczą się fundamenty” – o sytuacji na rynku akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. akcji Union Investment TFI

W Polsce trwa okres publikacji wyników spółek za IV kwartał 2013 r. Jakich danych można się spodziewać?
Wyniki kwartalne spółek w Polsce mogą być całkiem niezłe, jako że już w ubiegłym roku weszliśmy na ścieżkę wzrostu. W przeciwieństwie do zysków polskich firm słabsze wyniki zaprezentują zapewne spółki tureckie, które od kilku miesięcy zmagają się ze spowolnieniem i osłabianiem waluty. Gorsze dane widać póki co w raportach niektórych banków notowanych w Stambule. W ich przypadku słabsze wyniki mogą być efektem zawiązywania rezerw finansowych.

Kontynuując wątek Turcji – w ostatnim czasie ekonomiści obniżyli prognozy wzrostu gospodarczego dla tego kraju…
Rzeczywiście. Pierwszy raz, nie licząc kryzysowego 2009 r., wzrost PKB w Turcji będzie najprawdopodobniej niższy niż w Polsce. Wedle ostatnich przewidywań dynamika wzrostu gospodarczego w Turcji może spaść w tym roku do 1,5%. Ścięte zostały również prognozy zysków spółek. Z jednej strony to zła informacja dla inwestorów chcących już teraz zarabiać na tureckiej giełdzie, z drugiej jednak to szansa na zakup aktywów w dołku. Kupując akcje dziś, gra się przecież pod odreagowanie w kolejnych miesiącach i latach.

Wydaje się jednak, że obecnie nie ma chętnych na inwestowanie w Turcji.
Jeśli spojrzymy na średnie dzienne obroty o wartości kilku miliardów tureckich lir, teza ta nie znajduje uzasadnienia. Owszem, patrząc choćby na wartość indeksu tureckiej giełdy BIST 100 czy analizując skalę odpływu kapitału zagranicznego, dostrzeżemy, że sprzedający są obecnie w przewadze. Warto jednak zwrócić uwagę, że po drugiej stronie jest całkiem sporo kupujących.

Czy liczba kupujących może wzrosnąć?
Wszystko będzie zależało od sentymentu, jednak pamiętajmy, że stabilizacja w sferze politycznej czy walutowej prędzej czy później nastąpi. Wówczas tak szybko, jak kapitał odpływał z rynku tureckiego, zacznie napływać z powrotem.

Kto może być skłonny do zainwestowania w Turcji?
Spójrzmy choćby na Polskę i wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację. OFE, po oddaniu obligacji do ZUS, weszły w zupełnie nową erę, stając się de facto funduszami akcyjnymi. Są prawie w całości zbudowane na polskich akcjach. Dysponując wciąż potężnymi aktywami i chcąc efektywnie zarządzać portfelem, OFE będą musiały dywersyfikować inwestycje geograficznie. Załóżmy, że drobny ułamek, np. 0,5–1% (to jest około 2 mld zł), zarządzanych aktywów postanowią ulokować na tureckiej giełdzie, na której po ostatnich przecenach można znaleźć sporo okazji inwestycyjnych. Skala napływów na turecką giełdę (np. ze strony polskich funduszy emerytalnych) może sprawić, że część graczy zagranicznych, zachęconych zwiększonym popytem, zacznie wracać do Turcji. Fundamenty są na razie niezbyt dobre, ale pamiętajmy, że za jakiś czas się poprawią. Wówczas powróci sentyment – poza fundamentami to drugi kluczowy czynnik wspierający.

A jak prezentują się inne kraje w regionie „Nowej Europy”, np. Węgry?
Wbrew obiegowym opiniom o negatywnych skutkach działań premiera Viktora Orbána fundamenty węgierskiej gospodarki są całkiem dobre. Bezrobocie jest relatywnie niskie, wskaźniki wyprzedzające koniunktury (PMI) rosną, a do Węgier zaczął płynąć kapitał. Nieco gorzej, choćby na tle złotego, wypada forint, jednak jego osłabienie nastąpiło głównie w wyniku zawirowań na rynkach wschodzących. Z węgierską giełdą jest o tyle nieciekawie, że jej główny indeks BUX jest zdominowany przez cztery spółki: OTP Bank, MOL, Gedeon Richter i Magyar Telekom. Trudno więc mówić o poszukiwaniu okazji na węgierskim rynku akcji.

A Czechy?
Czeski rynek akcji jest zdominowany przez spółki defensywne, więc nie spodziewałbym się imponującej dynamiki wzrostu tamtejszej giełdy. Dużo ciekawiej prezentuje się polski rynek akcji i – dla osób świadomych wysokiego ryzyka – rynek turecki.

Na koniec przenieśmy się na Wall Street, będącą punktem odniesienia dla inwestorów. W USA osiągnięto limit zadłużenia, jednak na mocy porozumienia między demokratami a republikanami, limit został podniesiony do marca 2015 r. Czy możemy się spodziewać kontynuacji hossy na amerykańskiej giełdzie?

W krótkim horyzoncie to całkiem możliwe, szczególnie po „gołębich” wypowiedziach Janet Yellen przed Kongresem. Pamiętajmy jednak, że hossa na amerykańskiej giełdzie jest dojrzała i każda negatywna informacja, która pojawi się w najbliższym czasie, może stanowić pretekst do zapoczątkowania korekty.

Czy ewentualne pogorszenie w USA może się przełożyć na polski rynek akcji?
Ze statystycznego punktu widzenia to całkiem prawdopodobne. Z drugiej strony, patrząc na fundamenty polskiej gospodarki, można zauważyć sporą szansę na to, że warszawska giełda będzie zachowywała się lepiej niż amerykańska, gdzie wyceny wielu spółek są już „wymagające”.

Union Investment Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. od 18 lat oferuje najwyższej jakości rozwiązania finansowe inwestorom indywidualnym (w zakresie funduszy inwestycyjnych, portfeli asset management, a także produktów systematycznego oszczędzania) oraz instytucjom (w zakresie zarządzania płynnością firmy, asset management, tworzenia dedykowanych produktów). Towarzystwo wielokrotnie nagradzane było za osiągane wyniki zarządzania, w tym – jako jedyne – 11-krotnie stawało na podium najstarszego rankingu funduszy inwestycyjnych w Polsce, przygotowywanego przez Rzeczpospolitą i Analizy Online. Więcej informacji na stronie www.union-investment.pl

Komentarz indeksowy BossaFX 17 lutego 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 17 lutego 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W tym roku PKP wyda 9 mld zł na modernizację torów

CEO Magazyn Polska

Obecny rok ma być przełomowy dla polskiej kolei. Do grudnia pasażerowie muszą liczyć się z dużymi utrudnieniami spowodowanymi remontami torów, na które Polska wyda niemal 9 mld zł. Jednak potem pociągi mają przyspieszyć, a symbolem zmian ma stać się wprowadzenie rozkładowych jazd Pendolino.

 – W tym roku skupiamy się przede wszystkim na wykorzystaniu funduszy Unii Europejskiej po to, żeby zaniedbaną polską infrastrukturę kolejową podnieść na wyższy poziom, żeby wydać w tym roku sensownie blisko 9 mld zł na nadrobienie tych wieloletnich zaległości związanych z infrastrukturą i wprowadzeniem polskich Pendolino na tory – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Karnowski, prezes zarządu PKP SA.

Karnowski podkreśla, że obecny rok będzie trudny z uwagi na trwające remonty. Zamykanie torów kolejowych i ograniczanie przepustowości linii jest jednak nieuniknione. Jak zaznacza prezes PKP SA, w przypadku budowy autostrad i dróg ekspresowych stare trasy nie muszą być zamykane, więc rozbudowa infrastruktury jest mniej uciążliwa dla kierowców. Jednak w przypadku kolei nowych tras nie buduje się równolegle do starych, lecz w tym samym miejscu.

Prezes PKP przyznaje, że remonty są dużym utrudnieniem dla funkcjonowania spółek z kolejowej grupy, ale dodaje, że każdy menedżer rozumie tę sytuację.

 – Wszyscy finansiści wiedzą, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. Jeżeli remontujemy tory, infrastrukturę, to musimy robić zamknięcia. Jak się buduje autostradę, to wszyscy jeżdżą po starej drodze. Mamy nową autostradę, de facto większą przepustowość, bo dwa razy tyle dróg. W przypadku kolei musimy zamknąć, żeby wyremontować, musimy to zrobić, żeby wydać pieniądze z Unii i żeby mieć lepszą infrastrukturę. Ten rok będzie bardzo trudny – ocenia Karnowski.

Dużym utrudnieniem dla PKP, zwłaszcza dla PKP Intercity, będzie remont torów dalekobieżnych na warszawskiej linii średnicowej. Prace rozpoczną się 9 marca i potrwają do połowy czerwca. W związku z tym wiele pociągów dalekobieżnych jadących do, z i przez Warszawę zamiast przez Warszawę Centralną pojedzie przez dworzec Warszawa Gdańska.

Utrudnienia na torach powodują wydłużenie czasu przejazdu oraz zmniejszenie liczby połączeń, co zniechęca pasażerów. PKP Intercity straciło w ubiegłym rok ponad 4 mln pasażerów. Nienależące do Grupy PKP Przewozy Regionalne przewiozły nawet o 16 mln mniej osób w 2013 r. niż w 2012 r.

Karnowski zauważa jednak, że mimo straty liczby pasażerów oraz trudnej sytuacji na torach w Grupie PKP pozytywnym znakiem jest zakończony sukcesem debiut giełdowy PKP Cargo. Przewoźnik towarowy, który jest drugi po Deutsche Bahn w Europie, wszedł na GPW 30 października 2013 r.

 – Wejście PKP Cargo na giełdę jest przełomem w polskiej kolei. W tym sensie, że każda spółka, która była kiedyś w podobnej sytuacji wie, że wejście na giełdę oznacza większą transparentność, a tym samym większą efektywność. Jeszcze rok temu nikt nie wierzył, że nam się to uda. Udało się nam w założonym terminie 9 miesięcy wprowadzić pierwszą spółkę z grupy PKP na giełdę. Jest to ogromna korzyść nie tylko dla inwestorów, lecz także dla pracowników PKP Cargo, bo oni również byli beneficjentami tej zmiany – mówi Karnowski.

Dodaje, że debiut PKP Cargo to też szansa tej spółki na dynamiczny rozwój. Z kolei PKP SA dzięki ofercie publicznej, której wartość wyniosła ok. 1,4 mld zł, spłaca historyczne długi polskiej kolei.

Resort gospodarki pomaga producentom mebli w promowaniu się na pięciu rynkach Europy

CEO Magazyn Polska

Niemcy, Rosja, Ukraina, Wielka Brytania i Francja to pięć rynków, na których chcą się promować producenci polskich mebli. Wspiera ich w tym Ministerstwo Gospodarki,  m.in. poprzez pomoc de minimis, zagraniczne misje handlowe oraz specjalistyczne szkolenia dla firm.

Na działania promocyjne na rzecz branży meblarskiej na świecie resort gospodarki przeznaczy w tym roku około 5,5 mln złotych. Producenci mebli uzyskają natomiast w formule de minimis  13,5 mln złotych dofinansowania.

 – Wybraliśmy 15 branż, w tym również branżę meblarską, które uznaliśmy firmy mające duże perspektywy eksportowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Eliasz, naczelnik wydziału realizującego projekt systemowy „Promocja polskiej gospodarki na rynkach międzynarodowych” w Ministerstwie Gospodarki.

Choć Polska już jest czwartym na świecie (po Chinach, Niemczech i Włoszech) eksporterem mebli, program resortu gospodarki ma dodatkowo zwiększyć rozpoznawalność polskich wyrobów w środowisku międzynarodowym, przede wszystkim na pięciu zagranicznych rynkach.

 – Branża meblarska wybrała sobie pięć krajów: są to nasi sąsiedzi, czyli Niemcy, Rosja, Ukraina, ale też Wielka Brytania i Francja jako kraje docelowe, w których chciałyby się promować – wymienia Eliasz.

Jak wynika z danych  Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli (OIGPM) – Polska w ubiegłym roku wyeksportowała meble za łączną kwotę ponad 9 mld dolarów. Największymi odbiorcami są Niemcy (39 proc. łącznego eksportu branży) oraz kolejno Francja (blisko 9 proc. eksportu), Czechy, Wielka Brytania, Szwecja i Holandia. Największy popyt zgłaszają na meble tapicerowane, meble do jadalni oraz salonu.

Resort gospodarki wspiera promocję polskich produktów w dwojaki sposób.

 – Pomoc dla przedsiębiorców w formule de minimis i pomoc dla branży jako całość podkreślająca właśnie efekt programu promocji – tłumaczy przedstawiciel ministerstwa.

Pierwszy z komponentów programu zakłada udział w targach w Polsce i za granicą, misjach handlowych oraz specjalistycznych szkoleniach dla firm. Przedsiębiorcy mogą ubiegać się również o refundację 85 proc. kosztów poniesionych w związku z realizacją działań zawartych w programie (dofinansowanie udziału w targach, przejazdu, transportu mebli i ich ubezpieczenie, przygotowanie materiałów promocyjnych). Drugi komponent programu zakłada m.in. organizację przez resort gospodarki stoisk informacyjnych na targach zagranicznych oraz kampanię promocyjną w zagranicznej prasie codziennej i branżowej.

Przedsiębiorcy, którzy biorą udział w programie, mają możliwość uczestniczenia inicjatywach zarówno wskazanych przez resort, jak i wybranych przez siebie. Ważnymi z punktu widzenia promocji wydarzeniami są dla nich zagraniczne misje gospodarcze, na których spotykają się z potencjalnymi kupcami, oraz szkolenia.

Realizowany w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka Poddziałanie 6.5.1. program promocji branży meblarskiej został przewidziany na 36 miesięcy i zakończy się 31 grudnia tego roku. Jego główne cele to poprawa wizerunku Polski, jej gospodarki oraz dostępu do informacji o Polsce, wzrost inwestycji polskich przedsiębiorców na rynkach zagranicznych, a także wsparcie i pomoc w rozwoju eksportu branży.