Francusko-hiszpańskie konsorcjum ADP i IDOM, holenderska grupa NACO oraz niemiecko-austriacki ILF złożyły oferty w postępowaniu na wykonawcę master planu Centralnego Portu Komunikacyjnego. Przed końcem roku spółka CPK planuje podpisanie umowy z wykonawcą
Postępowanie na konsultanta wsparcia technicznego ds. opracowania master planu CPK odbywa się w formie dialogu konkurencyjnego. Oferty złożyły w nim trzy duże konsorcja, które świadczą usługi inżynieryjne i projektowe oraz zajmują się zarządzaniem i nadzorem nad budowami portów lotniczych w różnych częściach świata.
– Master plan to kluczowe opracowanie przedprojektowe, od którego zależą m.in.: parametrytechniczne, ostateczna lokalizacja i koncepcja finansowania nowego portu lotniczego. To postępowanie to jeden z kamieni milowych potrzebnej Polsce inwestycji, jaką jest CPK. Cieszę się, że oferty w postępowaniu złożyły firmy z tak bogatym międzynarodowym doświadczeniem w realizacji inwestycji infrastrukturalnych – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.
Elementami master planu będą: szczegółowa lokalizacja lotniska i koncepcja wariantowania jego budowy, które mają być przygotowywane równolegle z badaniami środowiskowymi i terenowymi. W skład opracowania wejdą też m.in: prognozy ruchu lotniczego (z uwzględnieniem wpływu na rynek lotniczy pandemii COVID-19), analizy przepustowości planowanej infrastruktury lotniskowej, koncepcja rozwoju CPK i etapowania jego budowy, strategia operacyjna systemu bagażowego i obsługi logistycznej oraz zawansowane analizy kosztowe i specjalistyczne.
– Master plan CPK zapewni integrację lotniska z siecią kolejową i drogową. Wraz z masterplanerem opracujemy także zasady rozwoju najbliższego otoczenia CPK, tzw. Airport City. Wspólnie przygotujemy także wszystkie inne dokumenty konieczne do stworzenia projektu Portu Solidarność. Jeżeli nie będzie odwołań od procedury przetargowej, jeszcze w tym roku podpiszemy umowę z wybranym wykonawcą – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.
Master plan CPK będzie gotowy w 2022 r., ale odbiory poszczególnych części składowych zaczną się już w przyszłym roku.
Spółka CPK wymagała od kandydatów do roli master plannera doświadczenia w przygotowaniu analogicznej dokumentacji: dla dużych lotnisk przesiadkowych (czyli: hubów), dla inwestycji infrastrukturalnych typu greenfield (projektowanych i budowanych od podstaw), dla lotnisk obsługiwanych transportem kolejowym. Spółka sprawdzała też zdolności finansowo-ekonomiczne do realizacji zamówienia o tej skali, co CPK.
ADP Ingénierie to spółka zależna Grupy ADP, która jest operatorem lotnisk m.in. De Gaulle’a i Orly w Paryżu. Firma działa w 20 krajach i zatrudnia w sumie 420 ekspertów. Była zaangażowana m.in. w budowę lotnisk Daxing w Pekinie i Incheon w Seulu. IDOM to z kolei hiszpańska grupa inżynieryjna, w której pracuje ponad 3,8 tys. osób w 45 biurach w różnych częściach świata. Ta firma przygotowała m.in. projekt konstrukcyjny Terminala 2 dla Heathrow w Londynie. Spółka brała udział w opracowywaniu master planu dla portów lotniczych m.in. w Manili na Filipinach i Santa Lucia w Meksyku.
NACO Netherlands Airport Consultants i Royal HaskoningDHV to uczestnicy konsorcjum z Holandii. Od początku swojej działalności NACO było zaangażowane w projekty na ponad 600 lotniskach na całym świecie, m.in. w budowę otwartego w ub. roku lotniska Daxing w Pekinie, a wykonywało master plan np. dla portów: w stolicy Meksyku i Phnom Penh w Kambodży. NACO od lat 50. ubiegłego wieku współpracuje przy kolejnych projektach z Portem Lotniczym Amsterdam-Schiphol, który jest trzecim lotniskiem w Europie pod względem liczby pasażerów (72 mln w 2019 r.) Royal HaskoningDHV ma z biura w 30 krajach i zatrudnia łącznie ponad 5,8 tys. specjalistów.
ILF Consulting Engineers to niemiecko-austriacki koncern, który wystartował w przetargu CPK w konsorcjum z firmą amd.sigma. Większościowym udziałowcem tej ostatniej jest Port Lotniczy w Monachium (jedyne lotnisko przesiadkowe w Europie, które uzyskało pięć gwiazdek w lotniskowym rankingu jakości Skytrax). Dla lotniska w Monachium ILF przygotowuje obecnie koncepcję rozbudowy do 2035 r. Terminalu 1. Koncern opracowywał master plany m.in. dla lotnisk w Wiedniu w Austrii, Zhengzhou w Chinach i Quito w Ekwadorze. W ciągu 50 lat ILF zrealizował ponad 6 tys. projektów w 150 krajach. Zatrudnia 2,4 tys. osób w ponad 40 biurach na pięciu kontynentach.
Równolegle do postępowania na master plan spółka CPK prowadzi postępowanie na doradcę strategicznego. W drugiej połowie października br. oferty w postępowaniu złożyły dwa porty lotnicze z Azji: Incheon w Seulu i Narita w Tokio. Doradca strategiczny ma zapewnić wiedzę operacyjną i komercyjną dotyczącą projektowania, budowy i efektywnego zarządzania dużym lotniskiem przesiadkowym. CPK planuje wybranie doradcy strategicznego przed końcem roku – podobnie jak wykonawcy master planu. Umowa na doradcę zostanie podpisana na trzy lata, co oznacza, że będzie dotyczyła etapów planowania i projektowania inwestycji lotniskowej.
Oba podmioty – master planner z Europy i doradca strategiczny z Azji – wejdą w skład zintegrowanego zespołu CPK, który będzie przygotowywał budowę Portu Solidarność.
Z inicjatywy Centrum Symulacji Medycznych i Innowacji Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz firmy Termini powstała COVID.Termini.app, pierwsza polska aplikacja, pomagająca w diagnozowaniu chorych zakażonych koronawirusem, bez konieczności wizyty u lekarza. Zastosowana na dużą skalę, będzie mogła odciążyć służbę zdrowia i dostarczać danych dotyczących przebiegu choroby.
Stworzenie aplikacji COVID.Termini.app, która powstała w ramach projektu systemu rejestracji pacjentów współfinansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR), to efekt pracy 7-osobowego zespołu programistów spółki Termini. Projekt powstał z inicjatywy Centrum Symulacji Medycznych i Innowacji Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (CSMI WUM) w konsultacji z Zakładem Informatyki Medycznej i Telemedycyny WUM. To pierwsze takie rozwiązanie w Polsce i jedno z pierwszych w Europie.
– Głównym celem, jakie sobie postawiliśmy jest odciążenie polskiego systemu ochrony zdrowia poprzez zautomatyzowanie działań na niektórych poziomach opieki nad pacjentami. Aplikacja pomoże typować osoby, które mogą już być zakażone, nawet jeśli nie odczuwają jeszcze objawów infekcji. Wskaże też czy dany pacjent potrzebuje bezpośredniej konsultacji lekarskiej, czy też może zostać w domu, gdzie jego stan będzie na bieżąco monitorowany – mówi dr Marcin Kaczor, prezes CSMI WUM. – Korzystanie z aplikacji nie zastępuje oczywiście badania, ale dzięki analizie trzech podstawowych parametrów umożliwia przyśpieszenie decyzji diagnostycznych i terapeutycznych.
COVID.Termini.app jest już dostępna online i w pełni gotowa do użytku, ale aktywowana zostanie dopiero wtedy, kiedy w systemie pojawią się administratorzy (mogą nimi być placówki medyczne, ale też samorządy), którzy wykupią abonament na korzystanie z niej.
– Dopóki to się nie wydarzy, każdy pacjent, który wypełni formularz rejestracyjny i wprowadzi dane otrzyma maila z powiadomieniem, czy aktualnie jego miasto, gmina, czy powiat jest obsługiwany przez jakiś podmiot zarządzający – mówi Michał Szulecki, prezes spółki Termini.
Jak to działa?
Korzystanie z COVID.Termini.app jest bardzo proste. Jedyny wydatek, jaki ponosi pacjent jest związany z zakupem pulsoksymetru – nieinwazyjnego (zakładanego na palec) urządzenia elektronicznego, służącego do pomiaru saturacji, czyli wysycenia tlenem krwi.
Po zarejestrowaniu się w dostępnej online aplikacji, użytkownik podaje trzy dane: procentowy wynik badania pulsoksymetrem, subiektywną ocenę odczuwalnych duszności (w skali od 1 do 10) oraz temperaturę ciała. W kolejnej wersji aplikacji konieczne będzie jeszcze dodanie informacji o liczbie oddechów na minutę oraz wartości tętna, którego wartość także można odczytać z pulsoksymetru. Dane będą automatycznie przesyłane do lekarza lub ratownika medycznego zarejestrowanego w systemie, wskazanego przez samorząd lub instytucję publiczną – administratora.
– Jeśli wynik pomiarów jest niepokojący, na przykład pulsoksymetr wskazuje wielkość saturacji poniżej 90%, pacjent zostaje oznaczony za pomocą „czerwonej chorągiewki”. Lekarz wie, że osoba taka potrzebuje pomocy i dzwoni do niej, żeby przeprowadzić dodatkową konsultację – wyjaśnia Michał Szulecki. – W trakcie rozmowy może ocenić, że np. z chorym nie jest dobrze, ale może on samodzielnie dotrzeć do szpitala, albo że jego stan wymaga wezwania karetki – mówi Szulecki.
Dodaje, że docelowo w ramach aplikacji będzie wdrożony drugi kanał przekazywania danych przez pacjenta – automatyczna ankieta telefoniczna. Pacjent, zamiast wpisywać dane do aplikacji, będzie mógł wybierać je tonowo w trakcie połączenia głosowego z automatem. Jeśli wyniki będą niepokojące, na końcu usłyszy komunikat: „Za chwilę skontaktuje się z tobą lekarz”.
Żeby skutecznie monitorować stan pacjentów wymagane jest wprowadzanie danych minimum dwa razy dziennie. Jeśli pacjent tego nie robi system automatycznie powiadamia za pomocą SMS o kolejnym terminie przeprowadzenia pomiarów.
Nie tylko dla szpitali i sanepidu
Twórcy COVID.Termini.app podkreślają, że działanie aplikacji będzie miało sens pod warunkiem jej stosowania na szeroką skalę. Dlatego zakładają, że jej administratorami nie muszą być placówki ochrony zdrowia, które i tak już obecnie są przeciążone pracą.
– Usługę obsługi mieszkańców może zamówić np. samorząd: województwa, powiatu gminy czy miasta. Ze swojej strony zapewniamy też zakontraktowanie ratowników medycznych do obsługi aplikacji, zarządzania danymi i działaniami dla pacjentów – mówi Michał Szulecki. Ponieważ aplikacja jest połączona z GUS-owskim rejestrem TERYT, pacjent po wybraniu swojej lokalizacji automatycznie trafia do najbliższego administratora (ratownika lub lekarza).
– Każde miasto może dzięki temu zadbać o swoich mieszkańców i jednocześnie odciążyć sanepid i szpitale. To idealne rozwiązanie problemu z jakim borykają się obecnie osoby podejrzewające u siebie chorobę – brakiem możliwości szybkiego kontaktu z wyszkolonym pracownikiem ochrony zdrowia w celu zdiagnozowania i profesjonalnej oceny stanu chorego – dodaje dr Marcin Kaczor.
Branża opieki zdrowotnej zainwestuje 14 mld dolarów w rozwój robotów, które pomogą nam uporać się z deficytem personelu medycznego. Czeka nas prawdziwa rewolucja – mówi Anna Lew-Starowicz, prezes Telemedika.net, e-przychodni oferującej telekonsultacje medyczne. Już za chwilę na oddziałach pojawią się maszyny, które z łatwością przejmą część obowiązków pielęgniarek, a może nawet lekarzy.
Wg raportu “Medical Robotics Global Market – Forecast to 2026” światowy rynek robotyki medycznej ma do 2026 roku osiągnąć wartość prawie 14 mld dolarów (13 899,4 mln USD). Od 2019 wzrost w tym obszarze ma się odbywać tempie dwucyfrowym. Wpływ na to mają takie czynniki, jak zwiększenie popytu na chirurgię małoinwazyjną, potrzeba zapewnienia wysokiej jakości usług medycznych, innowacje technologiczne, a także starzejące się społeczeństwa, wymagające coraz lepszej opieki. Przemożny wpływ na branżę ma również światowa pandemia koronawirusa, która spowodowała przeciążenie systemów opieki zdrowotnej niemal na całym świecie i ujawniła, że bez wykorzystania nowoczesnych technologii nie uda się pokonać choroby.
– Ostatnie miesiące przekonały nas, że jesteśmy gotowi na zmiany w służbie zdrowia – zauważa prezes Telemedika.net, e-przychodni oferującej telekonsultacje medyczne – Teleporady lekarskie, które jeszcze na początku 2020 roku stanowiły rodzaj nowinki czy ciekawostki, dziś, po kilku miesiącach pandemii, są codziennością. Z naszych usług do tej pory skorzystało już ponad 45 tys. pacjentów, co dobitnie świadczy, że ten rodzaj konsultacji lekarskich przyjął się w społeczeństwie i nic nie wskazuje, abyśmy po ustaniu pandemii musieli wrócić do bezpośrednich spotkań z lekarzami w gabinetach.
Czy zatem kolejnym przystankiem na drodze do poprawy sytuacji w służbie zdrowia będzie wprowadzenie robotów na oddziały szpitalne? Działania w tym zakresie trwają nie tylko na świecie, ale także w Polsce. Oto kilka tygodni temu w mediach pojawiła się informacja, że naukowcy z Politechniki Śląskiej w Gliwicach zaprezentowali robota, który mógłby wesprzeć w pracy pielęgniarki w szpitalach zakaźnych. Czym na początek mogłaby się zająć taka maszyna? Działaniami najprostszymi, ale często pochłaniającymi wiele czasu i energii, jak mierzenie temperatury pacjentów i innych parametrów życiowych czy podawanie im leków. Do tego robot mógłby zadbać o utrzymanie czystości i odkażanie pomieszczeń szpitalnych.
Precyzyjne narzędzie
Tego typu rozwiązania już od pewnego czasu są zresztą wprowadzane w krajach Europy Zachodniej, rozwiniętych krajach Azji czy w USA. Humanoidalne roboty wspierają tam zarówno pracę salowych i pielęgniarek, jak i pełnią rolę asystentów osób starszych w domach opieki czy hospicjach.
W Dubaju na przykład osiem “inteligentnych” robotów zajmuje się sterylizacją prowadzonych przez rząd szpitali i klinik. Wykorzystują tym celu promieniowanie ultrafioletowe. Kholoud Abdullah Al Ali, lider zespołu Dubai Future Accelerators przyznaje: – Roboty są bardzo sprawne i mogą zakończyć kompleksową sterylizację pomieszczenia w ciągu 10 do 15 minut. To sprawia, że proces zapobiegania zakażeniom jest wysoce skuteczny. [Dodatkowo ta technologia] może być używana do sterylizacji wielu miejsc, takich jak biura, sale szpitalne i korytarze, sale operacyjne, magazyny, mieszkania i inne przestrzenie. Ile zaoszczędzają one pracy personelowi medycznemu? Raczej trudno to policzyć.
Roboty mogą także wydatnie wspomagać pracę specjalistów, np. chirurgów. Świętym Graalem tej specjalizacji, o skorzystaniu z którego marzy chyba każdy lekarz, jest system robotyczny Da Vinci. Ma on niezwykle szerokie zastosowanie – od urologii i ginekologii po kardiologię i laryngologię. Pozwala na przeprowadzenie niezwykle precyzyjnych działań chirurgicznych oraz wyeliminowanie niepożądanych skutków operacji. A do tego operator może znajdować się na drugim końcu świata, robotem można bowiem sterować zdalnie, dzięki połączeniu sieciowemu.
– To kolejna odsłona telemedycyny, w której lekarz już nie tylko konsultuje pacjenta i udziela porad, ale przeprowadza zabiegi chirurgiczne na odległość – komentuje Anna
Lew-Starowicz. – To zaś sprawia, że pacjenci mają jeszcze szerszy dostęp do wybitnych specjalistów z różnych dziedzin i nie są ograniczeni tylko do tych lekarzy, którzy działają w ich miejscu zamieszkania.
Przywrócić sprawność
Obok asystowania pacjentom, lekarzom lub pozostałemu personelowi medycznemu roboty w służbie zdrowia mają do odegrania jeszcze jedną niezwykle ważną rolę. Jest nią przywrócenie sprawności osobom, które uległy różnego rodzaju urazom lub cierpią na schorzenia, ograniczające możliwość poruszania się. Taką rolę pełnią egzoszkielety. Dzięki czujnikom wykrywającym sygnały elektryczne użytkownik takiego urządzenia może sterować nim w sposób naturalny – własnymi myślami. W efekcie chodzenie wspomagane egzoszkieletem przestaje różnić się od sposobu poruszania się osoby, która nie uległa urazowi, a osoby dotychczas skazane na poruszanie się na wózkach i pomoc innych mogą odzyskać sprawność i samodzielność.
Pakiet korzyści
Choć wszystkie te rozwiązania mogą się wydawać dość nieprawdopodobne, ich wykorzystanie przynosi szereg korzyści, wobec których trudno będzie przejść obojętnie każdemu, komu rzeczywiście leży na sercu poprawa jakości świadczonych usług medycznych. Oto na przykład wspomniany wcześniej raport Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie ujawnił, że podczas pandemii 27 proc. lekarzy i 34 proc. pielęgniarek doświadczyło różnego rodzaju przejawów hejtu. Być może tu tkwi jedna z przyczyn zamiaru ich odejścia z zawodu. Tymczasem roboty będą najzwyczajniej w świecie nieczułe na hejt, w dodatku zawsze zachowają „zimną krew” i pełen profesjonalizm. Do tego odpowiednio skonfigurowane maszyny będą odporne na przykład na pomyłki, wynikające choćby właśnie ze zdenerwowania czy zmęczenia. Ograniczenie zaś liczby błędów ludzkich znacząco wpłynie na poprawę bezpieczeństwa pacjentów.
Do tego roboty medyczne mogą przynieść szpitalom wymierne oszczędności finansowe. Bo choć ich implementacja może wiązać się na początku z dużymi kosztami, to po jej dokonaniu robot taki jest w stanie pracować bez przerwy, nie pobierając za to wynagrodzenia ani innych świadczeń. Jest dostępny 24 godziny każdego dnia i odporny na choroby.
Robotyzacja służby zdrowia może także poprawić dostępność łóżek szpitalnych – tak deficytowego towaru w ostatnim czasie. Oto bowiem dzięki robotom na oddział szpitalny pacjenci przyjmowani mogliby być tylko w celu wykonania najważniejszych czynności medycznych czy zabiegów. Po kilku dobach pacjent byłby odsyłany do własnego domu wraz z wypożyczonym mu robotem, który przez następne kilka czy kilkanaście dni sprawowałby nad nim opiekę, monitorując parametry życiowe i konsultując je na bieżąco z lekarzami w szpitalu. To z pewnością poprawiłoby rotację pacjentów w szpitalach, a co za tym idzie dostępność usług medycznych.
Podołać wyzwaniom
– Jestem przekonana, że tylko dzięki aktywnemu wdrażaniu nowoczesnych rozwiązań w ochronie zdrowia będziemy w stanie sprostać wszystkim czekającym nas wyzwaniom – konkluduje prezes Telemedika.net. – Tych zaś przecież nie brakuje. Obok wszystkich, które ujawniła pandemia, mamy bowiem jeszcze kilka, które być może odeszły chwilowo na plan dalszy, ale wkrótce dadzą o sobie znać, jak choćby starzejące się społeczeństwo, któremu coraz trudniej będzie zapewnić właściwy poziom opieki medycznej tradycyjnymi metodami.
Wszystko to sprawia, że powinniśmy zacząć żegnać się ze służbą zdrowia, jaką znamy dotąd. Przyszedł bowiem czas, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ważniejsze jest zdrowie, czy przyzwyczajenia. A konsultacje lekarskie przez komunikatory, operacje na odległość i robot zamiast pielęgniarki to po prostu przyszłość. Unikając tego typu rozwiązań skażemy się zaś na systematyczne pogarszanie się poziomu opieki zdrowotnej, a tym samym obniżenie jakości naszego życia oraz jego długości.
Najgorsze przed nami?
Wydaje się, że pandemia to najgorsze, co mogło spotkać polską służbę zdrowia – w wielu obszarach niedoinwestowaną, zapóźnioną i z brakami w personelu. Tymczasem okazuje się, że najgorsze być może jeszcze przed nami. Opublikowany niedawno raport Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie ujawnia to, co może wydarzyć się, kiedy wreszcie poradzimy sobie z koronawirusem. Otóż wg jego autorów 29 proc. lekarzy po zakończeniu pandemii zamierza ograniczyć swoją aktywność zawodową. 15 proc. chce w ogóle odejść z polskiego rynku pracy. To samo zamierza zrobić 10 proc. pielęgniarek.
Dane te, wobec faktu, że w Polsce już dziś na 1000 mieszkańców przypada 2,3 lekarza – co jest najniższym wynikiem w Europie – mogą budzić niepokój. Oznaczają one bowiem, że zbliżamy się wielkimi krokami do chwili, w której nie będzie miał kto ani leczyć pacjentów, ani opiekować się nimi w trakcie hospitalizacji. Na szczęście jednym ze sposobów wyjścia z impasu może okazać się wykorzystanie nowoczesnych technologii, w tym także robotów.
– Pandemia koronawirusa spowolniła pewne projekty inwestycyjne również we Wrocławiu, ale sytuacja się ustabilizowała i inwestorzy do nas wracają – mówi Mateusz Jarzombek z Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej. Stolica Dolnego Śląska uzyskała wysoką pozycję w rankingu Globalization and World Cities 2020, według którego zaraz po Warszawie jest najsilniejszym ośrodkiem gospodarczym w Polsce. To dobra rekomendacja dla miasta, zwiększająca jego atrakcyjność dla firm, także o globalnym zasięgu, które poszukują lokalizacji dla nowych inwestycji.
Ranking „The World According to GaWC” organizowany przez brytyjski think tank Globalization and World Cities (GaWC) przy Loughborough University kwalifikuje miasta do kilku kategorii: alfa, beta i gamma, a także high sufficiency i sufficiency (poziom wysoki dostateczny i dostateczny). W tegorocznej edycji Wrocław awansował do kategorii gamma, w której są metropolie łączące małe regiony i państwa z globalną gospodarką, np. Ankara, Ottawa, Nashville czy Turyn. W poprzednich edycjach raportu, w 2018 i 2016 roku, był oceniany o klasę niżej. Warszawa już od lat jest w kategorii alfa (w tym roku spadła do poziomu alfa –). Ponadto Wrocław jest najwyżej ocenionym niestołecznym miastem Europy Środkowej.
– Cieszymy się z wyniku Wrocławia i robimy wszystko, żeby w kolejnych edycjach rankingu uplasować się jeszcze wyżej. Jego tegoroczna pozycja jest lepsza niż w poprzednich latach, co wynika przede wszystkim z nieustającej pracy i koncentrowaniu się na ważnych założeniach, czyli innowacjach, przedsiębiorczości i nowych technologiach. Globalization and World Cities stawia na miasta, w których bardzo istotnym elementem są nowoczesne usługi biznesowe – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Jarzombek, dyrektor Centrum Wspierania Biznesu w Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej.
Jak podkreśla, Wrocław wybierany jest przez inwestorów z wielu powodów, a jednym z najważniejszych jest otwartość mieszkańców i świetny klimat dla biznesu. To miasto o wysokiej jakości życia, które w dodatku stawia na ekologię i zrównoważony rozwój.
– Nie chcemy się porównywać do Warszawy, która rządzi się swoimi prawami, natomiast staramy się dotrzymać jej kroku. Dlatego Wrocław jest doskonale skomunikowany, szczególnie dzięki szerokiej siatce połączeń lotniczych, i tym sposobem jest dostępny dla osób z różnych regionów Europy i świata – dodaje dyrektor w ARAW.
Na atrakcyjność Wrocławia wpływa również fakt, że nawet w obliczu tak trudnej sytuacji, jaką jest pandemia koronawirusa, nie odnotował trwałego spowolnienia gospodarczego, a te projekty, które wyhamowały, już wróciły na właściwe tory.
– Lokalni przedsiębiorcy dostrzegają szanse w wyzwaniach, które stawia im pandemia koronawirusa, stąd transformacja cyfrowa, która jeszcze niedawno była tylko w sferze planów na przyszłość, dzisiaj staje się już faktem. Nie bez powodu Wrocław nazywany jest stolicą IT i nietrudno odgadnąć, że ta branża bardzo dobrze dziś funkcjonuje. Podobnie jak inne branże związane z e-commerce, które świetnie się rozwijają i szybko zaadaptowały się do nowej rzeczywistości. Wrocław jest również silnym ośrodkiem akademickim, a to znaczy, że firmy technologiczne mają dostęp do wykwalifikowanej kadry – zauważa Mateusz Jarzombek.
Zaznacza, że stolica Dolnego Śląska to również nowoczesny przemysł oraz centra usług dla biznesu.
– Nowoczesne centra usług zlokalizowane we Wrocławiu doskonale się rozwijają i z pewnością będą świadczyć o harmonijnym rozwoju gospodarczym naszego regionu. Jesteśmy także wciąż atrakcyjnym i konkurencyjnym rynkiem dla przemysłu. Sektor ten z pewnością będzie chciał wykorzystać potencjał, jaki drzemie w mieszkańcach. Liczymy też na to, że nasze atuty zostaną dostrzeżone przez działy badań i rozwoju kolejnych firm, dla których stolica Dolnego Śląska będzie doskonałą lokalizacją – zakłada dyrektor Centrum Wspierania Biznesu ARAW.
W 2020 roku w rankingu „The World According to GaWC” za Wrocławiem znalazły się także inne polskie miasta: Poznań (gamma –), Katowice (gamma –), Kraków (poziom wysoki dostateczny) oraz Łódź (poziom dostateczny).
W Polsce padają w ostatnich tygodniach rekordy zakażeń SARS-CoV-2. Firmy, które – ze względu na rodzaj prowadzonej działalności – nie mogą pozwolić sobie na pracę zdalną, coraz częściej decydują się na prywatne testy w kierunku COVID-19, żeby zapewnić bezpieczeństwo pracy i uniknąć przestojów w działalności. Problemami są jednak koszt badania dużej liczby pracowników oraz fakt, że wizyta w placówce medycznej i czekanie w kolejce stwarzają dodatkowe ryzyko. Dlatego też na rynku pojawiają się rozwiązania, które mają szansę pozytywnie wpłynąć na ograniczenie rozprzestrzeniania się koronawirusa. Proteon Pharmaceuticals, we współpracy z Instytutem Biologii Medycznej PAN, opracował nowatorską metodę diagnostyczną, która pozwala wykonywać testy na dużych grupach pracowników, obniżając przy tym ich koszt o ok. 2/3.
W celu ograniczenia pandemii GIS opracował wytyczne dla zakładów pracy i poszczególnych branż, które obejmują m.in. częstą dezynfekcję i zachowanie odstępów pomiędzy stanowiskami pracy. Obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa i reżimu sanitarnego spoczywa na pracodawcach. Jednak np. w biurach typu open space czy w firmach produkcyjnych jest to trudne, a w przypadku wykrycia wirusa wśród pracowników trzeba liczyć się z przestojem i wynikającymi z tego stratami finansowymi.
– Dystans, stosowanie maseczek i higiena dłoni zmniejszają ryzyko zakażenia koronawirusem. Natomiast wśród osób pracujących np. w działach produkcyjnych, gdzie ludzie fizycznie muszą się ze sobą kontaktować, nie zawsze jest to możliwe. Z naszej praktyki, jako firmy biotechnologicznej, wynika, że ogólne zalecenia sanitarne nie są wystarczające – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Jarosław Dastych, prezes Proteon Pharmaceuticals. –W sytuacji kryzysowej odpowiedzialność pracodawcy rośnie. Zespół oczekuje wskazówek od kierownictwa i opieki nad pracownikami. Ludzie chcieliby wiedzieć, że firma zapewnia im jak najwyższe bezpieczeństwo w trakcie pracy.
Dlatego też coraz więcej pracodawców decyduje się na przeprowadzanie profilaktycznych testów w kierunku COVID-19 wśród pracowników, żeby zapewnić im bezpieczeństwo pracy, uniknąć przymusowej kwarantanny, a jednocześnie utrzymać ciągłość biznesową przedsiębiorstwa.
– W naszej firmie rutynowo prowadzimy profilaktyczne testy wszystkich pracowników. Każdy z nas przychodzi do pracy ze świadomością, że kilka dni temu wszyscy byli testowani, mają wyniki negatywne i nie zarażają – dodaje prof. Dastych.
WHO podkreśla, że testy wykrywające zakażenie SARS-CoV-2 są jednym z podstawowych narzędzi w walce z pandemią, i rekomenduje diagnostykę metodą RT-PCR. Te jako jedyne wykrywają czynną infekcję na wczesnym etapie, zanim organizm wytworzy przeciwciała. Testy wykonywane tą metodą są wysoce czułe i mniej podatne na błędy, ponieważ badanie przeprowadza się w jednej zamkniętej probówce, a wynik uzyskuje się w ciągu 6–8 godzin. Diagnostykę przeprowadza się na podstawie wymazu z nosogardzieli, a materiał do badania jest najczęściej pobierany w warunkach szpitalnych albo w specjalnie do tego przystosowanych punktach pobrań. Problem stanowi fakt, że wizyta w placówce medycznej i czekanie w kolejce stwarza dodatkowe ryzyko kontaktu z osobami potencjalnie zakażonymi. Dlatego na rynku pojawiło się badanie RT-PCR na obecność wirusa SARS-CoV-2 wykonywane nie na podstawie wymazu z nosogardzieli, lecz próbki śliny bądź wymazu z gardła, które można pobrać samodzielnie.
– Przy pobraniu materiału do badania z nosogardzieli niezbędny jest udział wykwalifikowanego pracownika służby zdrowia. Natomiast przy wymazie z gardła czy pobraniu próbki śliny wystarczy zestaw do samodzielnego pobrania, a pacjent może sam wykonać taki wymaz zgodnie z instrukcją – przekonuje prof. dr hab. Jarosław Dziadek, dyrektor Instytutu Biologii Medycznej PAN. – Te próbki również są bardzo dobrej jakości, a wyniki wiarygodne.
– Testowanie i badania przeprowadzane na dużej grupie osób to sytuacja, która tworzy niepotrzebny kontakt. W różnych krajach są różne podejścia do tego, jak należy przeprowadzać te testy. Diagnostyka metodą RT-PCR jest przyjęta jako tzw. złoty standard, ale wirus pojawił się dopiero na początku tego roku i wszystkie wytyczne – włącznie z pochodzącymi od WHO – są bardzo młode, wciąż pojawiają się nowe dane, które zmieniają nasze podejście – dodaje prof. Jarosław Dastych.
Proteon Pharmaceuticals wprowadził możliwość przeprowadzenia testów RT-PCR bez konieczności wychodzenia z domu. Czysty zestaw do samodzielnego pobrania próbki można zamówić online na www.proteonzdrowie.pl, a dostawa na wskazany adres (w Łodzi i w Warszawie) jest realizowana jeszcze tego samego bądź następnego dnia. Próbkę pobiera się zgodnie z dołączoną prostą instrukcją.
Pobrany materiał można bez czekania w kolejce zostawić w jednym z mobilnych punktów odbioru bądź zamówić wyspecjalizowanego kuriera. W sytuacjach wyjątkowych i pilnych kurier dostarczający czysty zestaw pobraniowy może poczekać na próbki od pacjenta i natychmiast przewieźć je do laboratorium. Wszystkie próbki są badane w jednym z laboratoriów akredytowanych przez Ministerstwo Zdrowia, a wynik otrzymuje się zazwyczaj następnego dnia roboczego po dostarczeniu materiału do laboratorium.
– To coraz częstsze rozwiązanie. Nie jesteśmy jedynymi, którzy oprócz klasycznych punktów pobrań i drive-thru wprowadzają możliwość bezpiecznej, efektywnej diagnostyki właśnie poprzez samodzielne wykonanie wymazu lub pobranie samodzielnie próbki śliny. Dane pokazują, że to bardzo efektywnie wykrywa osoby zakażone wirusem – podkreśla prezes Proteon Pharmaceuticals. – Amerykańska agencja regulacyjna FDA dopuściła zestawy do samodzielnego wykonywania wymazów, ogłaszając, że na ich podstawie uzyskuje się porównywalną jakość diagnostyczną jak w przypadku testów wykonywanych przez profesjonalistów w punktach pobrań.
Według rządowych zaleceń testy są w tej chwili wykonywane tylko u pacjentów objawowych, którzy mają symptomy wskazujące na zakażenie koronawirusem. Dlatego rośnie liczba osób, które decydują się na przeprowadzenie diagnostyki w prywatnych gabinetach, ponieważ wiedzą lub podejrzewają, że miały kontakt z osobą zakażoną, albo wróciły z zagranicy. Z kolei firmy, które chcą przebadać pracowników, mogą skorzystać z okresowych testów epidemiologicznych, które Proteon Pharmaceuticals przeprowadza na dużej grupie osób.
Taki masowy test ma dwa etapy. W pierwszym próbki śliny kilku osób (zazwyczaj od 4 do 12) są łączone i badane metodą RT-PCR opracowaną specjalnie do tego typu badań przez Proteon we współpracy z Instytutem Biologii Medycznej PAN. Test opiera się na detekcji trzech genów wirusowych i ma wysoką czułość. Jeżeli w tej puli kilku próbek znajdzie się choć jeden wynik pozytywny, każda z osób jest dalej diagnozowana indywidualnie.
– Testy pulowane można najlepiej omówić na przykładzie 100-osobowej grupy. Jeżeli chcemy w niej zidentyfikować osoby zakażone, możemy przeprowadzić 100 indywidualnych testów diagnostycznych. To jest oczywiście kosztowne, szczególnie że takie badania należałoby powtarzać w miarę regularnie. Tutaj właśnie można zastosować testy pulowane, czyli pobrać od pracowników materiał do badań, następnie pogrupować np. po pięć próbek razem i stworzyć łącznie 20 takich puli. Wtedy możemy zaobserwować, w której puli znajdują się osoby wykazujące nosicielstwo wirusa SARS-CoV-2, i tylko ją przekazać do badań indywidualnych. To oznacza wykonanie kilkunastu zamiast łącznie stu testów diagnostycznych. Pozwala to obniżyć koszt całego badania o około 2/3 – tłumaczy dyrektor Instytutu Biologii Medycznej PAN.
Wspólna europejska waluta od początku listopada umacnia się względem amerykańskiego dolara. To efekt fali optymizmu na rynkach i odstąpienia inwestorów od „bezpiecznych przystani”, do których należy waluta Stanów Zjednoczonych. Zdaniem analityka walutowego Marcina Kiepasa trend ten potrwa jeszcze tydzień lub dwa, ale mocniejsze uderzenie drugiej fali pandemii za oceanem może przerwać tę passę.
– Od pierwszych dni listopada jesteśmy świadkami wyraźnego umocnienia euro względem dolara. Ten mocny ruch do góry miał miejsce w następstwie przede wszystkim poprawiających się nastrojów na rynkach globalnych i związanego z tym wzrostu apetytu na ryzyko – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kiepas, analityk walutowy Tickmill. – To następowało w oczekiwaniu na zmianę warty w Białym Domu, a przede wszystkim w oczekiwaniu na przyszłe uchwalenie dużego pakietu fiskalnego. Jednocześnie inwestorzy ignorowali szereg innych czynników, negatywnych z punktu widzenia rynków, a więc i z punktu widzenia eurodolara, jak chociażby pandemia w Europie i wprowadzane kolejno przez europejskie rządy lockdowny.
Optymizm inwestorów widoczny jest nie tylko na rynkach walutowych, ale także na giełdach. Indeks szerokiego amerykańskiego rynku S&P 500 ustanowił 9 listopada kolejny rekord, przekraczając 3610 punktów, technologiczny NASDAQ zbliżył się do poziomów z początku września, niemiecki DAX ponownie przekroczył 13 tys. punktów i nawet polski WIG20 zaliczył najlepszy tydzień od 12 lat. Nie przeszkodziło temu odłożenie uchwalenia pakietu fiskalnego w Stanach Zjednoczonych na okres po wyborach prezydenta, Senatu i Izby Reprezentantów (demokraci chcieli 2,2 bln dol., republikanie byli skłonni zgodzić się na 1,88 bln dol.). Nawet prowadzenie Joe Bidena w wyścigu do Białego Domu nie popsuło nastrojów, gdyż rynki są przekonane, że Senat pozostanie w rękach republikanów, co utrudni przeprowadzenie gwałtownych reform, takich jak np. podwyżka podatków dla najbogatszych czy podział wielkich firm technologicznych.
– Rynki zignorowały też m.in. zapowiedź poluzowania polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny, co w normalnych warunkach byłoby czynnikiem osłabiającym euro względem dolara. Sytuacja na wykresie eurodolara, ale też otoczenie rynkowe sugerują, że te dobre nastroje na rynkach finansowych mogą być podtrzymane, chociażby przez ostatnie doniesienia na temat skutecznej szczepionki na koronawirusa – przewiduje Marcin Kiepas. – To wszystko każe oczekiwać, że w perspektywie tygodnia, może dwóch tygodni kurs eurodolara ponownie przetestuje okolicę 1,20, a więc poziomy, które stały się momentem zwrotnym na początku września.
Euro umacnia się do dolara nie tylko od listopada, ale w ogóle w tym roku. Od stycznia zyskało ponad 5 proc., a w ciągu ostatnich 12 miesięcy – niemal 7 proc. Wyjątkiem był marzec, gdy uderzenie pierwszej fali pandemii na Europę osłabiło eurodolara z poziomu ok. 1,14 do mniej niż 1,10. Jednak już od drugiej połowy maja, czyli zluzowania obostrzeń, europejska waluta wznowiła rajd w górę. Na przełomie lipca i sierpnia przekroczyła poziom 1,175 i od tej pory oscyluje wokół niego. Obecnie eurodolar kosztuje około 1,18 dol., najwięcej od przełomu sierpnia i września, gdy zbliżył się do granicy 1,20.
– Trwałe wybicie powyżej 1,20 staje pod sporym znakiem zapytania. Przede wszystkim dlatego, że poważnym ryzykiem z punktu widzenia rynków jest rozszerzająca się druga fala pandemii w Stanach Zjednoczonych. Wydaje się, że Ameryka idzie ścieżką wcześniej wydeptaną przez Europę, z dwu–trzytygodniowym opóźnieniem. Można więc zakładać, że w drugiej połowie listopada Stany Zjednoczone będą się borykały z takimi samymi problemami dotyczącymi liczby zakażeń i systemu ochrony zdrowia, co obecnie Europa – komentuje analityk walutowy Tickmill. – Istnieje więc ryzyko, że również tam będą wprowadzane lockdowny, a to miałoby negatywne przełożenie na nastroje na rynkach finansowych, a więc nie tylko zatrzymałoby wzrosty eurodolara, ale nawet mogłoby prowokować zwrot na tej parze.
Nowatorskie wyroby tytoniowe są w Polsce opodatkowane pięciokrotnie niższą stawką akcyzy niż papierosy tradycyjne, a to może zniekształcać rynek – podkreślili eksperci podczas debaty zorganizowanej przez Business Centre Club. Ich zdaniem potrzebne jest urealnienie stawki akcyzy na nowatorskie wyroby i wprowadzenie planu, który określi kierunek polityki akcyzowej dla branży tytoniowej w kilkuletniej perspektywie. Eksperci wskazują, że te działania pozwoliłyby zwiększyć wpływy z akcyzy do budżetu państwa o ok. 1 mld zł rocznie.
– Mamy do czynienia z trzema grupami wyrobów, które zaspokajają analogiczną potrzebę konsumenta: tradycyjne papierosy, wyroby nowatorskie i płyny do papierosów elektronicznych. Te produkty są w istotnym zakresie substytutami, a rynek jest zniekształcany za pomocą podatków – niektóre wyroby są faworyzowane, a niektóre dyskryminowane. Należy to, po pierwsze, z punktu widzenia biznesowego wyeliminować, bo podatki, zwłaszcza tak ważne jak akcyza, powinny być pod tym względem neutralne, a po drugie, może to dać wzrost dochodów budżetowych bez zwiększenia cen wyrobów – mówi agencji Newseria Biznes prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.
Jeszcze do października br. podatkiem akcyzowym objęte były tylko tradycyjne wyroby, natomiast e-papierosy i wyroby nowatorskie były z niego zwolnione. Akcyzę na nie wprowadzono wprawdzie w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata była to zerowa stawka. Zmieniło się to od 1 października.
– Podatek akcyzowy od wyrobów nowatorskich jest pobierany metodami wadliwie wymyślonymi. Obowiązuje na nie stawka stanowiąca 1/5 akcyzy od papierosów, co nie ma żadnego uzasadnienia – podkreśla prof. Witold Modzelewski. – Ponadto sama konstrukcja podatku akcyzowego od wyrobów nowatorskich jest nieprzemyślana i obecnie nieadekwatna do realiów rynkowych – powinna przede wszystkim zostać uproszczona. Należałoby także odejść od powiązania jej z tytoniem do palenia, aby ograniczyć możliwość wpływania na wysokość akcyzy dla wyrobów nowatorskich.
– Podgrzewacze tytoniu stanowią substytut papierosów. Wyglądają jak papieros, zawierają tytoń do podgrzewania, a jedyna różnica jest taka, że nie dochodzi w nich do procesu spalania. Wyroby nowatorskie są jednak w Polsce opodatkowane pięciokrotnie niższą stawką akcyzy niż papierosy tradycyjne – mówi Szymon Parulski, doradca podatkowy w Kancelaria Parulski i Wspólnicy.
Według ekspertów urealnienie opodatkowania nowatorskich wyrobów tytoniowych do poziomu ok. 40–50 proc. akcyzy, którą objęte są tradycyjne papierosy, pozwoliłoby zwiększyć wpływy do budżetu państwa o około 1 mld zł rocznie.
Jak podkreślają eksperci, urealnienie opodatkowania ma szczególne znaczenie ze względu na to, że wyroby nowatorskie są bardzo szybko rosnącą kategorią.
– Ten rynek urósł już do takiego poziomu, kiedy jest najlepszy moment, aby tę stawkę urealnić i nie popełniać błędów takich jak Litwa, gdzie te produkty nie były przez wiele lat opodatkowane. Potem dokonano drastycznej podwyżki, która spowodowała negatywne konsekwencje, bo została wprowadzona zbyt późno – przekonuje Szymon Parulski.
Rosnąca popularność wyrobów nowatorskich i preferencyjna stawka akcyzy stwarzają ryzyko kolejnych rynkowych perturbacji. Według ekspertów wpływy budżetowe z tradycyjnych papierosów mogą wówczas spadać, więc Ministerstwo Finansów może chcieć kompensować je kolejną skokową podwyżką akcyzy na wyroby tradycyjne. Historyczne doświadczenia pokazały jednak, że radykalne podwyżki prowadzą do załamania legalnego rynku i wzrostu szarej strefy.
– Od stycznia tego roku rząd podniósł akcyzę na wyroby tytoniowe i alkoholowe o 10 proc. Jakiekolwiek radykalne podwyżki dla tradycyjnych wyrobów skończą się tak jak w latach 2010–2014: wzrostem szarej strefy i spadkiem wpływów do budżetu, ponieważ mimo wysiłków służb państwowych wyroby te są łatwo dostępne na bazarach. Dlatego właśnie apelujemy o przewidywalną politykę akcyzową w postaci kilkuletniego planu. Jednocześnie urealnienie opodatkowania nowatorskich wyrobów tytoniowych do poziomu ok. 40–50 proc. w stosunku do tradycyjnych papierosów nie tylko znacząco zwiększy wpływy do budżetu państwa, pozwoli na dalszy rozwój tej kategorii, ale także zapewni bardziej sprawiedliwe traktowanie przedsiębiorstw – wyjaśnia Anna Potocka-Domin, wiceprezeska i dyrektorka Instytutu Interwencji Gospodarczych Business Centre Club.
Eksperci BCC apelują o opracowanie tzw. akcyzowej mapy drogowej, która określi kierunki polityki akcyzowej na nadchodzące trzy lata. Zbudowanie takiego planu pomogłoby przedsiębiorcom przygotować się na podwyżki, zapobiegłoby odpływowi konsumentów do szarej strefy i zabezpieczyło wpływy budżetowe.
– Każda branża musi wiedzieć, w jakim otoczeniu ma działać. Mapa akcyzowa jest w miarę prosta: zamiast jednorazowej, 10-proc. podwyżki zakłada 3 proc. podwyżki stawki kwotowej na papierosy przez kolejne trzy lata. To o wiele lepsze rozwiązanie, bo lepiej jest 10 proc. rozłożyć w czasie – mówi Szymon Parulski. – To rozwiązanie jest ważne z punktu widzenia stabilności i zabezpieczenia przed wzrostem szarej strefy. Uniknęlibyśmy takich sytuacji jak w zeszłym roku, kiedy podatek na wyroby tytoniowe po czterech latach nagle został skokowo podwyższony o 10 proc.
Wraz ze wzrostem cen część konsumentów naturalnie zwraca się ku szarej strefie. Taki scenariusz miał już miejsce w latach 2010–2014, kiedy rząd skokowo podnosił akcyzę na wyroby tytoniowe. W efekcie legalny rynek się załamał, szara strefa wystrzeliła do najwyższych w historii poziomów, a wpływy budżetowe spadały, zamiast rosnąć. W ostatnich latach udało się ograniczyć szarą strefę z prawie 20 proc. w 2015 roku do poniżej 10 proc. w ubiegłym. Jednak ostatnie wyniki badań prowadzonych przez Instytut Almares wskazują już na trend wzrostowy. Co istotne, wzrost szarej strefy uderza głównie w budżet państwa, bo w jednej paczce papierosów aż 80 proc. ceny stanowią właśnie podatki.
Ten rok jest dla branży tytoniowej szczególnie trudny. Po wzroście akcyzy od stycznia o 10 proc. kolejną bolączką stała się pandemia. Wiosną branża odnotowała duże spadki sprzedaży. Z kolei w maju – zgodnie z unijnymi przepisami – zaczął obowiązywać zakaz sprzedaży papierosów o charakterystycznym aromacie (np. mentolowych), które stanowiły ok. 1/3 polskiego rynku.
– Polska jest drugim największym producentem wyrobów tytoniowych w Unii Europejskiej. Największe firmy budują u nas fabryki i inwestują swoje pieniądze. Natomiast akcyza jest drugim najważniejszym podatkiem dla Skarbu Państwa, po podatku od towarów i usług. Każdego roku branża tytoniowa dostarcza do budżetu ok. 29 mld zł, w ubiegłym roku sama akcyza z wyrobów tytoniowych wyniosła rekordowe 20 mld zł – wskazuje dr Jacek Matarewicz z Kancelarii Ożóg Tomczykowski, ekspert Business Centre Club ds. podatku VAT, akcyzy i prawa karnoskarbowego.
O sytuacji w branży tytoniowej, konieczności opracowania drogowej mapy akcyzowej i możliwych konsekwencjach działań w sferze podatkowej dla budżetu państwa rozmawiali uczestnicy debaty pt. „Znaczenie branży tytoniowej dla gospodarki i budżetu państwa”, którą zorganizował Business Centre Club.
Branża technologiczna intensyfikuje prace wdrożeniowe innowacyjnych interfejsów mózg–komputer. Wysoce wyspecjalizowana elektronika implantacyjna umożliwi nawiązanie bezpośredniego połączenia pomiędzy maszyną a układem nerwowym, dzięki czemu za pomocą myśli będziemy mogli kontrolować urządzenia elektroniczne. Pierwsze interfejsy sprawdzą się w branży medycznej, a do końca dekady mogą powstać maszyny zdolne do połączenia mózgu z chmurą danych.
– Neuralink pozwoli dogonić sztuczną inteligencję i nie dać się jej prześcignąć w cyfrowym świecie. Obecnie rozmawiamy o jego potencjale z punktu widzenia możliwości, które za sobą niesie. Osoby z ograniczeniami motorycznymi za pośrednictwem myśli mogłyby sterować egzoszkieletami czy inteligentnymi bionicznymi protezami. To również możliwości wykorzystania w przypadku osób cierpiących na choroby neurologiczne. Neuralink mógłby okazać się elementem, który zwiększyłby szanse ich powrotu do społeczeństwa – mówi agencji Newseria Innowacje dr Dominika Kaczorowska-Spychalska, dyrektor Centrum Mikser Inteligentnych Technologii na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.
Zespół odpowiedzialny za projekt Neuralink opracował już wyspecjalizowaną maszynę do wszywania układów elektronicznych, dzięki której możliwe będzie zautomatyzowanie procesu implantacji interfejsu mózg–komputer. Firmie Elona Muska udało się pomyślnie wszczepić oraz usunąć implant z mózgów świń laboratoryjnych, co ma być dowodem na to, że korzystanie z tej technologii jest w pełni bezpieczne. Kolejnym krokiem na drodze do wdrożenia będą testy przeprowadzone na ludziach, które zaplanowano na 2021 rok. Jeśli zakończą się pomyślnie, naukowcy będą mogli wykorzystać ten interfejs jako narzędzie do analizy fal mózgowych pacjentów oraz stymulacji ich mózgu.
Naukowcy zaangażowani w ten projekt chcieliby w pierwszej kolejności wykorzystać Neuralinka jako narzędzie wspomagające funkcjonowanie osób cierpiących na chorobę Parkinsona. Implant mógłby ułatwić im kontrolowanie ruchu kończyn. W dalszej perspektywie czasowej sprzężenie urządzenia z elektronicznymi protezami umożliwiłoby kontrolowanie ich bez konieczności przeprowadzania inwazyjnych operacji. Protezy sterowane byłyby bezprzewodowo, za pośrednictwem impulsów elektrycznych wyzwalanych przez mózg i tłumaczonych na polecenia zrozumiałe przez elektroniczny układ sterowania zainstalowany w takiej protezie.
– Neuralink może mieć też inne zastosowania. Mógłby pozwolić odczuwać muzykę wewnątrz naszego mózgu. To samo dotyczyłoby kwestii związanych z odczuwaniem czy przeżywaniem sztuki, filmu. Mógłby również stanowić pewną perspektywę w interakcji pomiędzy konsumentem a różnego rodzaju markami. To rozwiązania czysto futurologiczne, ale takie scenariusze już zaczynają się pojawiać. Wchodzimy na całkiem inną przestrzeń wzajemnych interakcji, odczuwania, czegoś na wzór cyfrowej telepatii – zauważa ekspertka.
Prace nad podobnym interfejsem prowadzą również naukowcy z firmy Synchron, która opracowała urządzenie o nazwie Stentrode. W przeciwieństwie do Neuralinka implementacja tego interfejsu nie wymaga przewiercenia się przez czaszkę pacjenta – układ implementowany jest w ścianach żyły szyjnej i za jej pośrednictwem komunikuje się z płatem czołowym. Ten system skupia się wyłącznie na analizie impulsów elektrycznych związanych z ruchem ludzkiego ciała, co ma przede wszystkim ułatwić życie osobom sparaliżowanym. Pierwsze testy laboratoryjne dowiodły, że interfejs może zostać wykorzystany do poruszania wskaźnika myszy po ekranie komputera za pośrednictwem myśli.
Przewodowe połączenie mózgu z komputerem to jednak dopiero początek cybertechnologicznej rewolucji. Zespół badaczy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley oraz US Institute for Molecular Manufacturing opublikowali na łamach „Frontiers in Neuroscience” pracę naukową opisującą Human Brain/Cloud Interface, czyli interfejs łączący mózg pacjenta z chmurą obliczeniową. Praca opisuje wyspecjalizowane nanoroboty, które miałyby odpowiadać za przesyłanie danych pomiędzy korą nową mózgu a zewnętrznym serwerem chmurowym. Takie połączenie umożliwiłoby błyskawiczne pozyskiwanie informacji z szerokich zasobów internetowych.
– Jedyne, co nas ogranicza, to nasza wyobraźnia. Natomiast coś, na co powinniśmy zwrócić uwagę, to właśnie funkcja człowieka, który powinien być weryfikatorem, wskaźnikiem racjonalności określonych zastosowań i decyzji o tym, czy dane rozwiązanie powinniśmy implementować do naszego życia – podsumowuje dr Dominika Kaczorowska-Spychalska.
Według analityków z firmy Valuates Reports wartość globalnego rynku interfejsów mózg–komputer w 2019 roku wyniosła 1,36 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 3,85 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,3 proc.
Pierwsi pasażerowie podróżowali już w lewitującym systemie Hyperloop. Virgin Hyperloop osiągnął prędkość 172 km/h. Tym samym dzieli nas tylko krok od wprowadzenia rewolucyjnego systemu transportu na szeroką skalę. Hyperloop będzie w stanie przewozić ludzi i ładunki między miastami z prędkością większą niż komercyjne samoloty pasażerskie z rekordową wydajnością energetyczną. Podróż między Nowym Jorkiem a Waszyngtonem może trwać zaledwie 30 minut, tym samym miasta mogą się stać kolejnymi stacjami metra.
Już od lat trwa wyścig w dziedzinie transportu przyszłości. Coraz bliżej są autonomiczne pojazdy czy latające taksówki, które zastąpią zwykły transport miejski. Przyszłością transportu kolejowego mogą być pociągi bez maszynisty, napędzane wodorem, ale przede wszystkim pociągi-pociski, które nie tyle jeżdżą, co lewitują nad torami. Wszystko wskazuje na to, że właśnie pojazdy hyperloop będą tymi, które zmienią w najbliższym czasie oblicze transportu. Właśnie zakończyła się pierwsza na świecie przejażdżka pasażerska w szybkim lewitującym systemie kapsuły Virgin Hyperloop.
– Zespół Virgin Hyperloop od kilku lat pracuje nad wprowadzeniem przełomowej technologii do naszej rzeczywistości – podkreśla Sir Richard Branson, założyciel Virgin Group. – Tym udanym testem pokazaliśmy, że ten duch innowacji w nadchodzących latach zmieni sposób, w jaki ludzie na całym świecie żyją, pracują i podróżują.
Dotychczas firma przeprowadziła już ponad 400 testów bez pasażerów w zakładzie w Nevadzie. Tym razem jednak kapsuła zabrała na pokład dwoje pasażerów. Wszystko po to, by sprawdzić bezpieczeństwo nowego środka transportu. Docelowo futurystyczna kolej ma jeździć z prędkością 900 km/h. Hyperloop byłby więc tak szybki jak samolot, tańszy niż pociąg i dostępny niezależnie od pogody, przy okazji ekologiczny, bo nie emituje dwutlenku węgla.
Gdyby ludzie mogli dostać się z Los Angeles do San Francisco w mniej niż 30 minut, z Los Angeles do Las Vegas w 20 minut lub z Nowego Jorku do Filadelfii w 10 minut, miasta stałyby się w zasadzie stacjami metra, zniknęłyby też granice. Przemieszczanie się byłoby znacznie prostsze, można byłoby więc pracować w zasadzie w dowolnym miejscu na kontynencie, a mieszkać tam, gdzie dotychczas.
– Przeprowadzone przez nas testy z pasażerami dowodzą, że hyperloop jest bezpiecznym środkiem transportu. Virgin Hyperloop nie tylko może bezpiecznie umieścić osobę w kapsule w próżniowym środowisku, ale także mamy przemyślane podejście do bezpieczeństwa, które zostało potwierdzone przez niezależną organizację – przekonuje Jay Walder, dyrektor generalny Virgin Hyperloop.
Już w październiku 2020 roku Virgin Hyperloop wskazała Wirginię Zachodnią jako lokalizację Centrum Certyfikacji Hyperloop (HCC). W lipcu powstały zaś wytyczne dotyczące jasnych ram regulacyjnych dotyczących hyperloopu w Stanach Zjednoczonych. To pierwszy krok do regulacji i wdrażania hyperloopów w USA. Virgin zapowiada, że certyfikacja bezpieczeństwa będzie gotowa do 2025 roku, a operacje komercyjne ruszą najpóźniej w 2030 roku.
– Historia tworzy się na naszych oczach, jesteśmy świadkami powstania pierwszego od ponad 100 lat nowego środka transportu zbiorowego – twierdzi Sultan Ahmed Bin Sulayem, przewodniczący Virgin Hyperloop. – Zawsze bardzo wierzyłem, że zespół Virgin Hyperloop przekształci tę technologię w bezpieczny system i właśnie to zrobiliśmy. Jesteśmy o krok bliżej do zapoczątkowania nowej ery ultraszybkiego i zrównoważonego transportu osób i towarów.
Warto zaznaczyć, że coraz bliższa jest też ogólnoeuropejska sieć ultraszybkich transportów. To możliwe dzięki współpracy Hardt, Nevomo (wcześniej Hyper Poland), TransPod i Zeleros, w kooperacji z Europejskim Komitetem Normalizacyjnym i Europejskim Komitetem Normalizacyjnym Elektrotechniki. Konsorcjum europejskich i kanadyjskich firm hyperloop wspólnie z europejskimi instytucjami opracowuje ramy regulujące nowe systemy ruchu. Kapsuły nowego, lewitującego środka transportu są także rozwijane w Polsce.
Osoba, która dopiero co zdecydowała się na założenie własnej działalności gospodarczej, zmaga się na początku swojej drogi z kosztami prowadzenia działalności. Wydatki, które może ponieść muszą być starannie zaplanowane. Szczególnie te, które są związane z bieżącymi kosztami prowadzenia firmy. Ceny pomieszczeń biurowych rosną, dlatego jeśli nie potrzebujemy na co dzień lokalu i nie zatrudniamy dużej ilości pracowników, warto skorzystać z usług wirtualnego biura. Czym jest wirtualne biuro i jakie korzyści za sobą niesie?
Wynajem wirtualnego biura – opcja dla nowych przedsiębiorców
W początkowym okresie prowadzenia działalności gospodarczej bardzo istotną kwestią jest wynajęcie powierzchni biurowej. Wysokie koszty wynajmu mogą odstraszyć przedsiębiorców, którzy są dopiero na początku swojej drogi. Zakładając firmę potrzebujemy posiadać adres, pod którym zostanie zarejestrowana. W celu zredukowania kosztów, dobrym rozwiązaniem będzie wynajem wirtualnego biura.
Korzyści wynikające z takiego rozwiązania są spore. Przede wszystkim nie musimy martwić się o utrzymanie własnego biura. Wiele firm oferujących wirtualne biura, takie jak Dolnośląskie Centrum Biznesu, oferują kompleksową obsługę administracyjną firmy. Unikniemy w ten sposób niepotrzebnych kosztów zatrudniając pracownika biurowego. Przedsiębiorca, który zdecyduje się na skorzystanie z usług wynajmu biura, otrzyma do dyspozycji adres korespondencyjny. Cała poczta firmowa będzie docierać na adres wirtualnego biura, a klient zostanie poinformowany telefonicznie lub mailowo w celu odebrania korespondencji.
Dodatkowymi zaletami, wynikającymi z wirtualnego biura, jest wynajem lokalu na godziny. Jest to o tyle pomocne, gdy chcemy umówić się na spotkanie z klientem i mieć zapewnione dobre warunki do przedstawienia swojej oferty, omówienia efektów swojej pracy czy chęci pracy w miejscu, które jest do tego przystosowane. Zdecydowanie lepiej wygląda to w oczach klienta, z którym spotykamy się w warunkach biurowych. Buduje to reputację i wiarygodność przedsiębiorcy. Jest to przydatna opcja również przy okazji szkoleń dla kilku osób, które możemy przeprowadzić bez problemu w warunkach do tego przeznaczonych.
Dla kogo polecane jest wirtualne biuro?
Zlecenie obsługi biurowej jest przeznaczona dla osób lub firm, które chcą zredukować koszty działalności. Jest to idealne rozwiązanie dla tych, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki w biznesie i próbują znaleźć oszczędności na wynajmie pomieszczenia biurowego. To świetne rozwiązanie dla firm, które chcą zmniejszyć dotychczasowe wydatki związane z wynajmem lokalu, który w zasadzie nie jest im potrzebny.
Na koniec, ostatnią grupą, dla której wirtualne biuro będzie szczególnie przydatne to freelancerzy. Osoby, które wykonują wolny zawód, szczególnie zdalnie, mogą pracować w każdym miejscu na świecie. Dlatego zbędne jest posiadanie biura, w którym nikt nie będzie pracował, ale uiszczał comiesięczne opłaty za jego wynajem.
Podsumowując, jeśli przedsiębiorca chce obniżyć koszty wynajmu biura i zlecić obsługę zewnętrznej firmie, wirtualne biuro jest najlepszą opcją. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze może przeznaczyć na rozwój własnej firmy lub pracowników, których zatrudnia.
Po osiągnięciu porozumienia ws. budżetu UE 2021-2027, środki na odbudowę powinny zostać uruchomione jak najszybciej, powiedział przewodniczący Komisji Budżetowej PE Johan Van Overtveldt.
„Porozumienie między Parlamentem Europejskim i Radą w sprawie wieloletnich ram finansowych, czyli długoterminowego budżetu UE, jest krokiem w kierunku pomocy gospodarce UE w odbudowie po szkodach, jakie wyrządził i cały czas wyrządza kryzys COVID-19” – powiedział Dyrektor Generalny BusinessEurope Markus J. Beyrer.
Porozumienie było wynikiem długich negocjacji. Tym bardziej cieszy, że strony znalazły płaszczyzny porozumienia w duchu kompromisu. „Wszyscy możemy wskazać obszary wydatków, w których chcielibyśmy widzieć więcej, i chociaż z zadowoleniem przyjmujemy dodatkowe środki dla HorizonEurope, nadal wspieramy większy nacisk na innowacje i badania i rozwój. Niemniej jednak w pełni popieramy to porozumienie, które pokazuje, że decydenci UE są w stanie pójść na kompromis dla wspólnego dobra i gwarantuje, że UE znajduje się w centrum naszej długoterminowej odpowiedzi na ten kryzys.” – dodał Beyrer.
Obecnie ważne jest, aby osiągnięte porozumienie zostało szybko ratyfikowane, aby dodatkowo zapewnić milionom przedsiębiorstw i innych podmiotów pewność, że będą mogły korzystać z programów finansowanych przez UE.
Przewodniczący Komisji Budżetowej PE Johan Van Overtveldt
„Wiemy, że jest problem z p. Orbánem i projektem w sprawie praworządności, ale nie można sprawiać, że reszta Europy czeka na 750 miliardów euro potrzebnych do walki z tą pandemią. Obecnie zagrożone są miliony miejsc pracy, a każdy zmarnowany dzień jest straszny dla tych, którzy żyją w niepewności i dla wszystkich firm na skraju bankructwa”. powiedział przewodniczący Komisji Budżetowej PE Johan Van Overtveldt.
Przewodniczący Komisji Budżetowej wyszczególnił dodatkowe środki zabezpieczone przez Parlament dla kluczowych programów UE w dziedzinach takich jak zdrowie, badania naukowe i młodzież. Całkowita kwota tych dodatkowych środków wynosi 15 miliardów euro, a kolejny 1 miliard euro zostanie odłożony na wypadek konieczności walki z nieoczekiwanymi przyszłymi kryzysami.
Wychodzenie z deficytu i recesji gospodarczej będzie długim procesem. Sytuacja, w jakiej znajduje się Polska gospodarka, jest bezprecedensowa. Ekonomiści wskazują, że do oceny stanu naszej gospodarki nie możemy używać narzędzi i porównań z poprzednich lat. To całkowicie nowa sytuacja, która wymaga specjalnego planu wychodzenia z recesji. Prawie całkowite zahamowanie gospodarki na wiosnę, a także nadchodzący kolejny lockdown jesienny to potężne ciosy dla płynności finansowej przedsiębiorstw, a także dla skarbu państwa. Chociaż reakcja rządu na potrzeby pracodawców i pracowników była całkowicie nieunikniona, to dziura w budżecie państwa musi zostać w jakiś sposób załatana. A plan na wyjście z recesji już powinien powstawać.
– Trzeba znaleźć jakąś ścieżkę i zaprezentować realistyczną, ale także zdecydowaną, drogę wychodzenia z tego wielkiego deficytu w kolejnych latach. Po to, żeby uprzedzić sytuację, w której uczestnicy rynku zaczną nas w tę stronę popędzać – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Trzeba mocno zastanowić się nad inwestycjami publicznymi i używaniem środków unijnych na inwestycje prywatne. To będzie element, który zdecyduje o dynamice polskiej gospodarki w kolejnych latach. Tu pojawia się pytanie: czy rząd powinien finansować w Centralny Port Komunikacyjny, którego budowa nie zacznie się w ciągu najbliższych lat, czy nie lepiej skoncentrować środki unijne na mniejszych inwestycjach, które mogą być szybko uruchomione? Raczej sugerowałbym to drugie rozwiązanie.
– Ale wyjście z recesji to nie tylko zarządzanie funduszami unijnymi. W tej chwili Bank Centralny drukuje pieniądze, żeby pomóc rządowi pokryć deficyt. To jest polityka, z której trzeba będzie w pewnym momencie wyjść. Ujemne stopy procentowe i chroniczna inflacja to sytuacja, która dzisiaj nie dziwi, natomiast w perspektywie kilku lat musi się zakończyć. Jest to bowiem potężny czynnik zniechęcający ludzi do oszczędzania. Dlatego Bank Centralny i rząd muszą zacząć myśleć o tym, w jaki sposób kontynuować wsparcie dla gospodarki, a jednocześnie zacząć już pokazywać ścieżkę wyjścia z tej nadzwyczajnej sytuacji – radzi Orłowski.
Life Science Open Space – Online Week’20
Forum Współpracy dla Zdrowia i Jakości Życia
NOWA RZECZYWISTOŚĆ – NOWE WYZWANIA
23-27 listopada 2020
W ostatnim tygodniu listopada odbędzie się 10 edycja Life Science Open Space – tym razem w formule Online Week. Edycja jubileuszowa i pod wieloma względami wyjątkowa. W związku z obecną sytuacją wydarzenie zostało w całości przeniesione do sieci. Postawiło to przed uczestnikami nowe zadania, ale również otwarło wiele nowych możliwości.
LSOS, czyli Forum Współpracy i Innowacji dla Zdrowia i Jakości Życia, opiera się na czterech głównych filarach, którymi są: life (czyli rozwiązania służące poprawie zdrowia i jakości życia), science (czyli interdyscyplinarne naukowe spotkania służące nawiązaniu współpracy), open (czyli otwarcie na wiele różnych grup interesów i stworzenie dla nich warunków do kooperacji) oraz space (czyli inspirująca atmosfera i ciekawy program, co tworzy przestrzeń szans dla rozwoju współpracy).
Wydarzenie rozpocznie się w poniedziałek 23 listopada i potrwa przez cały tydzień. Każdego dnia przewidziane są sesje tematyczne w MODULE WSPÓŁPRACA. Na każdą sesję złożą się prezentacje dotyczące możliwości współpracy w projektach, przedsięwzięciach oraz innych interdyscyplinarnych działaniach w następujących ścieżkach tematycznych:
Przez cały czas trwania wydarzenia odbywać się będą spotkania B2B w MODULE PARTNERINGOWYM, które można umawiać poprzez system matchmakingowy. Ponadto każdy zarejestrowany uczestnik może stworzyć profil swojej firmy i zaprezentować swoją ofertę w MODULE MARKETPLACE.
Zapowiada się ciekawy tydzień pod znakiem współpracy!
Wszystkie informacje o Forum, odbywającym się w formule Digital Event, znaleźć można na oficjalnej stronie wydarzenia: http://lsos.info
– projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie osób i mienia oraz ustawy o Żandarmerii Wojskowej i wojskowych organach porządkowych;
– projekt ustawy o zmianie ustawy o działach administracji rządowej oraz niektórych innych ustaw (projekt przyjęty kierunkowo, zostanie przegłosowany po wprowadzeniu korekt wynikających z posiedzenia Rady Ministrów).
Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie osób i mienia oraz ustawy o Żandarmerii Wojskowej i wojskowych organach porządkowych, przedłożony przez ministra obrony narodowej.
Uregulowane zostały zasady związane ze sprawowaniem nadzoru nad specjalistycznymi uzbrojonymi formacjami ochronnymi (SUFO). Zadaniem tych formacji jest ochrona osób i mienia, w tym np. ochrona obiektów czy konwojowanie.
Nadzór nad specjalistycznymi uzbrojonymi formacjami ochronnymi w resorcie obrony narodowej sprawować będzie Minister Obrony Narodowej poprzez Komendanta Głównego Żandarmerii Wojskowej.
Nadzór ten będzie realnym i skutecznym narzędziem weryfikacji prawidłowej ochrony terenów jednostek wojskowych podległych, podporządkowanych lub nadzorowanych przez szefa MON. Na terenach tych jednostek zdarzają się nieprawidłowości, które są ujawniane przez Żandarmerię Wojskową w ramach kontroli specjalistycznych uzbrojonych formacji ochronnych.
Najważniejsze rozwiązania
1. Nadzór sprawowany będzie poprzez kontrolę organizacji i zasad działania, uzbrojenia i wyposażenia, współpracy z innymi formacjami i służbami oraz zgodności aktualnego stanu ochrony jednostki z planem ochrony. Dotyczyć to będzie także m.in. kontroli warunków przechowywania broni i amunicji oraz zgodności ewidencji broni i amunicji ze stanem faktycznym.
2. Żołnierzom Żandarmerii Wojskowej wykonującym czynności w ramach nadzoru nad SUFO przysługiwać będzie:
– prawo wstępu na teren obszarów i obiektów objętych ochroną,
– żądanie wyjaśnień,
– dostęp do dokumentacji ochronnej,
– wstęp na teren siedziby przedsiębiorcy prowadzącego działalność ochronną,
– wydawanie pisemnych zaleceń zmierzających do usunięcia stwierdzonych nieprawidłowości i dostosowania działalności SUFO do przepisów prawa.
3. W ramach nadzoru nad SUFO Żandarmeria Wojskowa będzie kontrolowała wpis na listę kwalifikowanych pracowników ochrony oraz dokumentację szkoleniową.
4. Projekt ustawy zawiera także szczegółowe zagadnienia związane z wydawaniem upoważnień do czynności nadzoru, a także prawa i obowiązki osoby nadzorującej i nadzorowanego.
5. Przebieg czynności nadzoru będzie mógł być utrwalany za pomocą technik audiowizualnych.
Nowe przepisy wejdą w życie po upływie 30 dni od ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.
Rada Ministrów przyjęła kierunkowo projekt ustawy o zmianie ustawy o działach administracji rządowej oraz niektórych innych ustaw, przedłożony przez Ministra – Członka Rady Ministrów.
Struktura administracji rządowej została dostosowana do nowej, zrekonstruowanej Rady Ministrów, będącej odpowiedzią na czasy, z którymi wiążą się wyzwania wywołane COVID-19. Chodzi o zwiększenie efektywności, przy jednoczesnym zmniejszeniu kosztów działania administracji rządowej. Zoptymalizowana została także struktura funkcjonowania administracji uwzględniająca konieczność zapewnienia racjonalnego i efektywnego wykorzystania kadry urzędniczej.
Wyodrębnione zostały nowe działy administracji rządowej: geologia, leśnictwo i łowiectwo oraz centrum administracyjne rządu. Ponadto wprowadzono zmiany dotyczące spraw przyporządkowanych do działu budownictwo, planowanie i zagospodarowanie przestrzenne oraz mieszkalnictwo, gospodarka, gospodarka wodna, gospodarka złożami kopalin, klimat, kultura fizyczna, turystyka i środowisko.
Nowy dział administracji – centrum administracyjne rządu obejmować będzie sprawy dotyczące m.in.:
– określania strategicznych kierunków rozwoju państwa i oceny funkcjonalności jego struktur, analiz, prognoz oraz ocen skutków społeczno-gospodarczych projektowanych regulacji,
– koordynacji działań administracji rządowej w zakresie powierzonym przez Radę Ministrów lub Prezesa Rady Ministrów,
– polityki kadrowej w administracji rządowej,
– koordynacji działań związanych ze współdziałaniem Rady Ministrów i Prezesa Rady Ministrów z Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, Sejmem Rzeczypospolitej Polskiej, Senatem Rzeczypospolitej Polskiej i innymi organami państwowymi, obronności i bezpieczeństwa państwa – w zakresie zadań należących do działu, polityki informacyjnej Rady Ministrów i Prezesa Rady Ministrów oraz obsługi merytorycznej, organizacyjno-prawnej, technicznej i kancelaryjno-biurowej Rady Ministrów, Prezesa Rady Ministrów, wiceprezesa Rady Ministrów, oraz innych podmiotów, jeżeli tak stanowią przepisy o ich utworzeniu.
Zmiany w ustawie o Radzie Ministrów
– Zaproponowano przepisy zmierzające do podniesienia poziomu tworzonego prawa przez usystematyzowanie zagadnień dotyczących funkcjonowania podmiotów stanowiących organ opiniodawczo-doradczy Rady Ministrów czy podległych Prezesowi Rady Ministrów. Chodzi o podmioty, których zadaniem jest dbanie o spójność systemu prawa.
– Wprowadzono zmiany dotyczące obsługi Rady Ministrów i Prezesa Rady Ministrów w zakresie opracowywania analiz dotyczących kluczowych polityk publicznych.
Nowe przepisy mają wejść w życie 1 stycznia 2021 r., z wyjątkiem niektórych artykułów, które zaczną obowiązywać z dniem następującym po dniu ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.
Podmioty powiązane współpracujące ze sobą w zakresie dostawy towarów lub świadczenia usług muszą ustalić warunki transakcji takie same jak podmioty rynkowe. W związku z tym częstą praktyką jest bazowanie na benchmarkach lub na kosztach planowanych, które następnie są porównywane z kosztami realnymi. W przypadku pojawienia się różnic konieczna jest korekta ceny transferowej, mająca na celu wyrównanie cen do poziomu rynkowego. Ustawa o podatku od towarów i usług nie wskazuje wyraźnie, czy korekta ceny transferowej dokonywana pomiędzy podmiotami powiązanymi (lub inna korekta rentowności) powinny być uznane za zdarzenia podlegające lub niepodlegające VAT.
Opinia Komisji Europejskiej
Tytułem wstępu warto wspomnieć, że tematyka korekty ceny transferowej w kontekście VAT była przedmiotem wniosków sformułowanych przez Grupę Ekspertów ds. VAT działającą w ramach Komisji Europejskiej. Wskazania Grupy Ekspertów zostały opisane w dokumencie z dnia 18 kwietnia 2018 r. (VEG nr 071 REV2).
Zgodnie z opinią Grupy Ekspertów ds. VAT korekty cen transferowych należy traktować jako znajdujące się „poza zakresem regulacji VAT” w przypadku, gdy obie strony mają pełne prawo do „odzyskania” podatku. Jedynie w sytuacji, gdy jeden z przedsiębiorców nie ma pełnego prawa do zwrotu VAT, korekta ceny transferowej powinna zostać opodatkowana VAT, jeżeli oczywiście istnieje wystarczająco bezpośredni związek między płatnościami wynikającymi z korekty a konkretnymi dostawami.
Dodatkowo według Grupy Ekspertów ds. VAT w przypadku, gdy korekta cen transferowych może być powiązana z pierwotną dostawą, rozliczenie korekty VAT jest traktowane tak samo, jak pierwotna dostawa. „Powiązanie” wymaga, aby korektę cen transferowych można było zrobić tak, aby powiązać poszczególne części korekty z każdym pojedynczym sprzedawanym towarem lub świadczoną usługą. W przypadku towarów takie powiązanie jest stosunkowo proste do wykonania. Problematyczna sytuacja powstaje jednak w odniesieniu do usług, w przypadku których często płatność korygująca ma na celu osiągnięcie uzgodnionej marży zysku, która nie jest transakcją podlegającą opodatkowaniu VAT.
Podejście polskich organów podatkowych i sądów
Zgodnie z obecnym podejściem polskich organów podatkowych i sądów administracyjnych korekta ceny transferowej może zostać uznana za będącą poza regulacjami podatku VAT i może być rozliczona na podstawie noty księgowej.
Polska ustawa o VAT nie zawiera również żadnych bezpośrednich przepisów dotyczących konsekwencji VAT w przypadku korekty cen transferowych. W związku z tym nie można wykluczyć, że organy podatkowe będą skłaniać się do traktowania korekty cen transferowych obniżającej podatek należny jako nieobjętej zakresem podatku VAT. Przykładowo w interpretacji z dnia 7 kwietnia 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.47.2020.1.SJ, Dyrektor KIS wskazał, że takie korekty służą zniwelowaniu różnic w rentowności pomiędzy planowanym a realnym poziomem rentowności i w związku z tym pozostają poza zakresem ustawy o VAT. Inną przyczyną korekt wskazywaną przez organy podatkowe są rozbieżności pomiędzy ustaloną ceną a wynikami analizy porównawczej, co wymusza konieczność zmiany ceny transferowej. W takim przypadku mamy również do czynienia z czynnością będącą poza zakresem VAT (por. interpretacja z dnia 24 czerwca 2019 r., sygn. akt 0111-KDIB1-2.4010.98.2019.5.AW).
Z kolei w interpretacji z dnia 3 stycznia 2020 r., sygn. akt 0111-KDIB3-1.4012.754.2019.1.KO, Dyrektor KIS potwierdził, że w przypadku, gdy korekta marży na sprzedaży jest dokonywana na poziomie zysku operacyjnego, a nie na poziomie zysku ze sprzedaży poszczególnych towarów, to taka korekta jest poza regulacjami ustawy o VAT. Innymi słowy, w sytuacji, gdy korekta dokonywana jest w celu urynkowienia całościowej marży ze sprzedaży, znajduje się poza VAT, a w sytuacji odniesienia korekty do poszczególnych towarów należy taką transakcję opodatkować VAT.
Kryteria formalne korekty na potrzeby CIT
Dodatkowo warto zwrócić uwagę na kryteria formalne w przypadku dokonywania korekty cen transferowych między podmiotami powiązanymi. Zgodnie z art. 11e ustawy o CIT, aby dokonać korekty cen transferowych, niezależnie od tego, czy jest to korekta kosztowa, czy przychodowa, muszą zostać spełnione określone kryteria:
transakcje kontrolowane dokonane przez podatnika były niezgodne z zasadą ceny rynkowej;
nastąpiła istotna zmiana okoliczności ważnych z punktu widzenia ustalenia warunków transakcji lub są znane faktycznie poniesione koszty lub znany jest uzyskany dochód niezbędny do obliczenia ceny transferowej i konieczne jest skorygowanie ceny transferowej w celu zachowania transakcji na warunkach rynkowych;
w momencie dokonania korekty podatnik posiada oświadczenie podmiotu powiązanego dokonującego przeciwstawnej korekty, że jest to kwota równa;
podmiot powiązany musi mieć siedzibę w Polsce lub w innym państwie, z którym Polska zawarła umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania;
podatnik powinien potwierdzić korektę ceny transferowej w zeznaniu rocznym za rok podatkowy, którego korekta dotyczy.
Dodatkowo, w oparciu o nowe przepisy ustawy o CIT, w przypadku korekty ceny transferowej zwiększającej wynik podatkowy podmiotu wystarczy spełnienie pierwszego i drugiego z wymienionych warunków. W przypadku korekt zmniejszających powinny zostać spełnione wszystkie warunki.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Założony w maju 2019 roku z inicjatywy oraz z udziałem kapitałowym i organizacyjnym Banku Gospodarstwa Krajowego Fundusz Trójmorza (Three Seas Initiative) wykupił 100% udziałów w spółce Industrial Division działającej jako Cargounit.
Cargounit to pool taborowy, który ma 175 lokomotyw. Jego właścicielem były podmioty związane z Abris Capital Partners.
Parametry transakcji w tym cena nigdy nie zostały ujawnione. Przewodniczącą rady nadzorczej Funduszu Trójmorza jest prezes BGK Beata Daszyńska-Muzyczka.
O transakcji pisał Puls Biznesu: https://www.pb.pl/pierwsza-inwestycja-funduszu-trojmorza-1006396
Abris Capital Partners to fundusz który w lutym 2019 roku wygrał w arbitrażu ze Skarbem Państwa spór związany ze sprawą FM Banku oraz 650 mln. zł. Aktualnie sprawa jest w blisko dwuletnim zawieszeniu. Abris jest też współwłaścicielem spółki GetBack.
W 2015 roku PKP Cargo kupiło 80% udziałów w czeskiej spółce AWT International (dzisiaj PKP Cargo International) która ma także około 170 lokomotyw oraz 3400 wagonów (plus 1800 wynajmowanych), licencje na 8 krajów i kontrakty przewozowe. Miesiąc po tej transakcji akcje PKP Cargo osiągnęły historyczny rekord ponad 92 zł. Dziś to około 11 zł.
Równocześnie z zakupem AWT ówczesne władze PKP Cargo podpisały strategiczną umowę o współpracy z kolejami chorwackimi (HZ). Umowa i transakcja idealnie wpisywały się w projekt Trójmorza oraz w powstałą w 2017 roku Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju ówczesnego wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który w 2015 roku chwalił transakcję przejęcia AWT przez PKP Cargo. W zakupie zarządowi PKP Cargo doradzało konsorcjum złożone z Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego, firmy doradczej EY i prawnej WGM. Po jej zakończeniu firma doradcza PWC przeprowadziła zewnętrzny audyt procesu.
W związku z tym pojawiają się następujące pytania:
(1) Czy Fundusz Trójmorza – utworzony za publiczne pieniądze państwowego BGK – rozważał zakup PKP Cargo International od PKP Cargo? Czy PKP Cargo rozważało sprzedaż spółki?
Całe PKP Cargo ma około 3000 lokomotyw i 65000 wagonów.
(2) Jakie elementy zdecydowały, że Fundusz Trójmorza nabył spółkę taborową od prywatnego funduszu Abris Capital Partners a nie od kontrolowanego przez rząd PKP Cargo?
(3) Dlaczego opinia publiczna nie może poznać szczegółów transakcji zakupu Cargounit przez Fundusz Trójmorza w formie Białej Księgi?
(4) Dlaczego rząd Mateusza Morawieckiego używa publicznych pieniędzy państwowego banku do budowy struktury bezpośrednio konkurencyjnej wobec swojego „narodowego championa” którego wartość stopniała do 12% wartości z przed 5 lat, a jego perspektywy są bardzo słabe?
Jakub Karnowski – w latach 2012-15 Prezes Zarządu PKP S.A. oraz Przewodniczący Rady Nadzorczej PKP Cargo S.A. Obecnie pracuje jako konsultant Banku Światowego ds. restrukturyzacji kolei w Kazachstanie i Tanzanii.
Pomysłowe gadżety reklamowe to bardzo miły i elegancki gest wobec Twoich klientów oraz kontrahentów. Taki podarunek nie ma w sobie negatywnych konotacji związanych z nachalnym marketingiem, a wręcz przeciwnie, jest odbierany bardzo pozytywnie.
Gadżety reklamowe powalają nam w subtelny sposób utrwalać wizerunek naszej firmy, a jednocześnie stanowią atrakcyjny prezent dla obdarowanej osoby. Czym lepszej jakości są gadżety reklamowe, tym większy prestiż osiąga nasza aktywność marketingowa. Coraz większą popularność zdobywają gadżety ekskluzywne, które stanowią naprawdę wartościowy upominek, a dzięki elegancko naniesionemu logo Twojej firmy stanowią skuteczną i długotrwałą reklamę.
Najlepsza jakość gwarantuje ogromne wrażenie
Gadżety biznesowe są aktualnie jednym z najczęściej wybieranych wariantów wśród akcesoriów reklamowych. Charakteryzują się świetną jakością wykonania i nienaganną prezentacją. Jest to zatem doskonały wybór dla wszystkich firm, które chcą dla swoich najlepszych klientów lub cenionych kontrahentów przygotować prezent naprawdę wyjątkowy. Nie musisz się obawiać, że ten rodzaj upominku spowoduje jakakolwiek niezręczność. Dzięki umieszczeniu Twojego logo na przedmiotach eleganckich i wyszukanych Twój podarunek będzie robił pożądane, duże, ale jednocześnie gustowne wrażenie. Gadżety ekskluzywne są odbierane jako taktowne i na miejscu, nie wywołując wrażenia zbyt nachalnej reklamy. Stawiając na gadżety firmowe masz też pewność, że obdarowany klient od razu będzie mieć świadomość, że otrzymał coś wartościowego, co naprawdę ma podkreślić, że jest cenionym ogniwem w waszej współpracy.
Nie tylko dla klientów
Planujesz pomysłowe podarunki dla swoich pracowników? A może myślisz o nagrodzeniu najbardziej lojalnych klientów? Gadżety firmowe oferowane przez Polagift.pl to doskonały wybór, gdy chcesz mieć pewność, że połączysz w udany sposób ciekawy prezent oraz mądry marketing. Twoja załoga z pewnością doceni taki gest. Dzięki swojej jakości ekskluzywne gadżety reklamowe będą służyć osobie, której je wręczysz bardzo długo. Stwarza to sytuację, w której logo Twojej firmy będzie przez długi czas utrwalane w oczach danej osoby i osób z nią przebywających. A jeśli produkt świetnie spełni swoje podstawowe zadania podczas jego użytkowania, klient lub pracownik będzie mógł kojarzyć jego świetną i długotrwałą jakość właśnie z Twoją firmą i Twoim prezentem. To doskonały sposób na tworzenie pozytywnego wizerunku i budowanie zaufania do swojego przedsiębiorstwa i usług lub produktów, które oferujesz. Gadżety ekskluzywne zapewnią ci zadowolenie osoby, która je otrzyma oraz Twoją satysfakcję z rozsądnego sposobu na elegancką reklamę.
Odzież oraz upominki w segmencie premium
Dzięki szerokiej ofercie gadżetów firmowych na Polagift.pl znajdziesz najbardziej prestiżowe gadżety ekskluzywne, dopasowane do okazji oraz rangi wydarzenia, które chcesz podkreślić. Znajdziesz tu zarówno firmową odzież cenionego angielskiego producenta Brook Taverner, którego doświadczenie sięga już 1912 roku, ale także mnóstwo propozycji na gadżety biznesowe uznanych firm, jak Parker czy Waterman. Masz zatem możliwość ubrania swoich pracowników na najwyższym możliwym poziomie w odzież premium, podkreślającą profesjonalizm oraz wysublimowany wizerunek Twojej firmy. Znajdziesz tu też gadżety biznesowe, które zadowolą nawet najbardziej wymagających i światowych kontrahentów.
Nie było pewne czy pracodawca może nakazać pracę zdalną podczas kwarantanny, jeżeli pracownik się na to nie zgadza. Nowa ustawa nie rozstrzyga tej wątpliwości, a dodatkowo wprowadza nowe przepisy, który rodzą kolejne pytania i trudności interpretacyjne.
3 listopada 2020 r. prezydent podpisał kolejną wersję tarczy antykryzysowej (tj. ustawę z 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID‑19), w której m.in. dodany został przepis, zgodnie z którym w okresie ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii, pracownicy i inne osoby zatrudnione, poddane obowiązkowej kwarantannie, mogą – za zgodą pracodawcy albo zatrudniającego – świadczyć w trybie pracy zdalnej pracę określoną w umowie i otrzymywać z tego tytułu wynagrodzenie. Chodzi przy tym o kwarantannę w rozumieniu przepisów o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, tj. o odosobnienie osoby zdrowej, która była narażona na zakażenie, a obowiązek poddania się kwarantannie wynika z decyzji właściwego organu albo z mocy prawa (po przekroczeniu granicy).
Za okres trwania kwarantanny przysługuje (na ogólnych zasadach) wynagrodzenie za czas choroby od pracodawcy lub zasiłek chorobowy z ZUS. Jeśli natomiast pracownik wykonuje pracę zdalną podczas kwarantanny, nie przysługuje mu wynagrodzenie chorobowe albo zasiłek chorobowy, a normalne wynagrodzenie za pracę.
Na podstawie obecnie obowiązujących przepisów możliwość wykonywania pracy przez pracownika przebywającego na kwarantannie nie budziła wątpliwości i była akceptowana zarówno przez pracodawców jak i pracowników. – Jeśli u danej osoby nie stwierdzono objawów choroby, to uznawano, że nie ma przeciwskazań, aby przy zachowaniu rygorów kwarantanny wykonywała zdalnie pracę wynikającą z umowy o pracę, jeśli rodzaj pracy na to pozwalał, a pracownik miał umiejętności i warunki do tego aby pracę zdalną wykonywać – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Agata Miętek z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.
Nowa regulacja potwierdza wskazaną możliwość wykonywania pracy podczas kwarantanny, ale nie rozstrzyga, czy pracownikowi przebywającemu na kwarantannie pracodawca może jednostronnie polecić wykonywanie pracy zdalnej, czy zgoda pracownika jest konieczna. Zgodnie ze stanowiskiem prezentowanym nieformalnie przez niektóre powiatowe inspektoraty pracy, pracownik ma prawo wyboru między zasiłkiem chorobowym, a wynagrodzeniem, a tym samym polecenie pracodawcy do wykonywania pracy zdalnej podczas kwarantanny należy potraktować jako propozycję.
– Nie było dotąd wątpliwości, że praca zdalna może być wykonywana podczas kwarantanny o ile pracodawca i pracownik wyrażają na to zgodę. Istniały natomiast wątpliwości czy taką pracę jednostronnie może zlecić pracodawca i co w sytuacji, gdy pracownik odmówi – komentuje dr A.Miętek. – Nowa regulacja nie tylko nie wyjaśnia wątpliwości istniejących dotychczas, ale wywołuje także nowe pytania. W odniesieniu do pracowników pojawia się pytanie czy brak wystąpienia przez pracownika z prośbą/wnioskiem o wykonywanie pracy podczas kwarantanny będzie oznaczał, że pracodawca nie może jednostronnie polecić/zaproponować takiej pracy oraz czy w przypadku braku zgody pracownika na wykonywanie pracy zdalnej pracodawca może odmówić wypłaty wynagrodzenia chorobowego.
Nie jest też jasne jaka jest relacja nowej regulacji do art. 14 ustawy zasiłkowej, zgodnie z którym pracownikowi odsuniętemu od pracy w wyniku decyzji wydanej przez właściwy organ albo uprawniony podmiot na podstawie przepisów o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z powodu podejrzenia o nosicielstwo zarazków choroby zakaźnej nie przysługuje zasiłek choroby (a tym samym także wynagrodzenie chorobowe) jeżeli nie podjął proponowanej mu przez pracodawcę innej pracy niezabronionej takim osobom, odpowiadającej jego kwalifikacjom zawodowym lub którą może wykonywać po uprzednim przeszkoleniu.
– W mojej ocenie pracownik, który jest zdrowy, ale przebywa na kwarantannie i odmówi pracy zdalnej, zarówno w świetle dotychczasowych jak i nowych przepisów powinien to uzasadnić – wyjaśnia A.Miętek z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Uzasadniać może to na przykład brakiem odpowiednich warunków lokalowych w jego domu.
Nowy przepis ustawy antykryzysowej będzie dotyczył nie tylko pracowników, ale także „innych osób zatrudnionych”. Z uwagi na brak definicji, takie sformułowanie zakresu podmiotowego budzi wątpliwości. Wydaje się, że przepis w tym zakresie będzie dotyczył osób wykonujących pracę na innej podstawie niż stosunek pracy. To mogą być przykładowo osoby pracujące na podstawie umowy zlecenia. W przypadku osób wykonujących pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej (np. umowy zlecenia), pojawiają się dodatkowe wątpliwości o zakres dopuszczalnej ingerencji podmiotu zatrudniającego w sytuację drugiej strony – na podstawie nowych przepisów, podmiot zatrudniający będzie mógł jednostronnie polecić osobie wykonującej pracę (np. na podstawie umowy zlecenia) sporządzanie szczegółowej ewidencji i czasu wykonywanych czynności.
Nowa ustawa wprowadza także inne zmiany, choćby dotyczące lekarzy. Przykładowo, do zwalczania epidemii może być skierowany lekarz, który nie przekroczył wieku 65 lat, gdy dotychczas była to granica 60 lat.
Dane ekonomiczne wskazują, że amerykańskie przedsiębiorstwa dzięki elastyczności zatrudnienia lepiej radzą sobie z kryzysem.
Jedną z najważniejszych cech, jakie są potrzebne przedsiębiorstwu w czasie kryzysu jest elastyczność. Możliwość szybkiego dostosowania się do zmiennych warunków w otoczeniu gospodarczym może nawet stanowić warunek niezbędny dla przetrwania organizacji.
Elastyczność przedsiębiorstwa może jednak być w istotny sposób ograniczona w ramach obowiązującego systemu gospodarczego i prawnego a szczególnym problemem mogą się okazać się obowiązujące przepisy prawa pracy. W warunkach głębokiego kryzysu los firmy może zależeć od sprawnie przeprowadzonej redukcji personelu. W tym zakresie w Unii Europejskiej i w Stanach Zjednoczonych obowiązują skrajnie odmienne podejścia. W niektórych krajach Unii, na przykład we Włoszech, Szwecji czy Portugalii zwolnienie pracownika jest ekstremalnie drogie. Natomiast w Stanach Zjednoczonych prawo nie oferuje pracownikom praktycznie żadnej ochrony a zwolnienie często odbywa się z dnia na dzień. Zostawiając na boku zagadnienia moralne czy socjalne obowiązki pracodawcy wobec pracowników, zastanówmy się, jakie rozwiązanie jest długoterminowo korzystniejsze dla gospodarki jako całości (a tym samym zarówno dla pracodawców, jak i pracowników).
Bardzo ciekawych wniosków dostarcza analiza danych ekonomicznych dotyczących ostatniego poważnego kryzysu gospodarczego, czyli kryzysu finansowego z 2008 roku. Miał on istotny wpływ na rynki pracy po obu stronach Atlantyku. W Stanach Zjednoczonych stopa bezrobocia zaczęła powoli rosnąć już w styczniu 2007 roku. Z poziomu 4,6% urosła aż do 10% w październiku 2009, następnie zaczęła konsekwentnie spadać. Zupełnie inaczej sytuacja wyglądała w strefie euro, gdzie obowiązują restrykcyjne prawa dotyczące zwalniania pracowników. Stopa bezrobocia zaczęła rosnąć od marca 2008. Jednak kulminację na poziomie 12,1% osiągnęła dopiero w maju 2013. A więc w Stanach Zjednoczonych bezrobocie zaczęło spadać po około roku od wybuchu kryzysu we wrześniu 2008, podczas gdy w Europie stało się to dopiero po pięciu latach.
Pierwsza faza aktualnego kryzysu przynosi podobne dane. W USA stopa bezrobocia eksplodowała z 3,5% w lutym do 14,7% w kwietniu aby od maja zacząć dynamicznie spadać. W strefie euro jest zupełnie inaczej. Stopa bezrobocia wzrosła bardzo nieznacznie z poziomu 7,2% w marcu do 8,1% w sierpniu ale cały czas rośnie. Co więcej, prognozy wskazują na to, że poziom pomiędzy 8,5% a 10,5% będzie się utrzymywał co najmniej do roku 2022.
Wygląda na to, że w modelu amerykańskim przedsiębiorstwa są w stanie znacznie bardziej elastycznie reagować na kryzys. Zwalniają pracowników natychmiast aby adaptować się do nowej sytuacji ale jak tylko mają możliwość, natychmiast zatrudniają. W Europie ze względu na koszty przedsiębiorcy zwlekają z redukcjami zatrudnienia, w efekcie ich sytuacja nie ulega poprawie i muszą cały czas zwalniać, gdy ich amerykańscy konkurenci już od dawna zatrudniają. Amerykańskie podejście w długim okresie jest korzystne również dla pracowników, którzy co prawda muszą przetrwać zwolnienie ale bardzo szybko mogą znaleźć nową pracę.
Również dane o wzroście gospodarczym nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że amerykańska gospodarka jest bardziej dynamiczna. Co prawda dla obu gospodarek wstępne dane za trzeci kwartał 2020 roku wskazują na ujemne tempo wzrostu, jednak w przypadku Stanów Zjednoczonych jest to -2,9% a w przypadku strefy euro -4,3%.
Autor: Łukasz Blichewicz, współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.
Mastercard zaprosił kolejnych dziesięć fintechów do swojego globalnego programu Start Path. Startupy te, pod okiem specjalistów Mastercard przez najbliższe pół roku będą rozwijać swoje rozwiązania z obszaru cyfrowego handlu i finansów. Jest to szczególnie ważne w czasie trwającej pandemii, kiedy innowacje technologiczne ułatwiają dostęp do cyfrowych rozwiązań, także dla osób, które wcześniej nie miały z nimi do czynienia.
Start Path to program akceleracyjny Mastercard, w którym od 2014 r. wzięło udział już 250 startupów z całego świata, w tym polski Zencard. Firmy te po uczestnictwie w programie zebrały w sumie 2,9 mld dolarów finansowania, a ich rozwiązania zmieniają świat handlu i finansów.
Fintechy zaproszone do najnowszej edycji Mastercard Start Path oferują tak nowatorskie rozwiązania jak: ultradźwiękowa transmisja danych, integracja usług bankowych z aplikacjami biznesowymi typu ERP, niedrogie przelewy na konta na całym świecie czy zarządzanie subskrypcjami z poziomu bankowości elektronicznej. Oto one:
Carry1st niweluje cyfrowe nierówności wykorzystując technologię mobilną, bramki płatności i treści specyficzne dla danej kultury, aby służyć afrykańskim użytkownikom smartfonów.
FISPAN to platforma, która osadza usługi bankowości w aplikacjach biznesowych i księgowych, z których firmy korzystają w prowadzeniu działalności gospodarczej.
Lendio zapewnia kompleksowe podejście do finansowania małych firm, od infrastruktury technologicznej dla instytucji finansowych, po dostęp do kapitału na rozwój.
LISNR łączy obsługę klienta offline i online za pomocą ultradźwiękowej technologii transmisji danych, umożliwiającej sprzedawcom i dostawcom usług finansowych weryfikację transakcji zbliżeniowych.
Mocafi to platforma usług finansowych zaprojektowana tak, aby osobom wykluczonym finansowo ułatwiać dostęp do usług bankowości elektronicznej, kredytów czy wiedzy w zakresie zarządzania swoimi pieniędzmi.
Mo Technologies oferuje innowacyjny model oceny zdolności kredytowej dla instytucji finansowych i niefinansowych, który umożliwia przyznawanie kredytów większej liczbie klientów we wszystkich segmentach.
Panda Remit buduje globalną platformę finansową, w której pieniądze nie mają granic, umożliwiając bezpieczne, wygodne i tanie przelewy.
Paycode zapewnia niedrogi, biometryczny system bankowości i płatności online i offline, który odpowiada na trzy kluczowe wyzwania osób nieubankowionych: potwierdzanie tożsamości, dostęp do rozwiązań w sieci oraz koszty.
Fanbank/Plink to platforma automatyzacji handlu stworzona, aby pomóc rozwijać małe firmy poprzez zwiększanie wartości klienta w czasie, przyciąganie lokalnych kupujących i przekształcanie terminali w punktach sprzedaży.
Subaio oferuje bankową usługę zarządzania subskrypcjami, umożliwiając użytkownikom śledzenie i anulowanie subskrypcji z poziomu bankowości internetowej.
Płatność online niewątpliwie posiada dużą przewagę nad innymi formami. Zaletą dokonywania szybkich przelewów przez internet jest przede wszystkim – jak sama nazwa wskazuje – krótki czas, jaki musimy poświęcić na dokonanie transakcji. W przypadku wspomnianych wcześniej nowoczesnych metod nie ma konieczności podawania swoich danych, a płatności w sklepie internetowym zazwyczaj dokonuje się za pomocą kilku ruchów, jedynie za pomocą własnego smartfonu.
Kolejną zaletą jest też możliwość dokonania zakupów z każdego miejsca na świecie, co zdecydowanie ułatwia proces decyzyjny kupującego. Korzyść występuje również po stronie sklepu – klient łatwiej dostaje to, czego potrzebuje i rzadziej porzuca koszyk zakupowy w trakcie robienia zakupów.
Dlaczego warto korzystać z szybkich przelewów w ramach bramek płatności?
Szeroki wybór szybkich płatności w sklepie internetowym jest gwarancją powodzenia firm działających w branży e-commerce. Klient dokonujący zakupów online powinien mieć możliwość skorzystania z różnych metod dokonania transakcji zakupowej – najlepiej takich, które są najszybsze i dodatkowo bezpieczne! Doskonałym rozwiązaniem są w tym zakresie tzw. bramki płatności, które pozwalają na zintegrowanie w jednym miejscu różnych kanałów płatności, m.in. szybkich przelewów online. Jak dokładnie działają bramki płatności i dlaczego warto korzystać właśnie z szybkich przelewów przez internet?
Czym są bramki płatności i jak z nich korzystać?
Bramki płatności, z których obecnie korzysta coraz więcej sklepów internetowych, dają klientowi dokonującemu zakupów online możliwość dokonania autoryzacji transakcji za pomocą różnych metod. Należą do nich m.in. formy takie jak np.:
karta kredytowa,
kod BLIK,
Google Pay,
przelew online.
Zdecydowaną zaletą bramek płatności jest uproszczenie całego procesu dokonania zakupów, co rodzi korzyści zarówno po stronie klienta, jak i sprzedającego. Bramka płatności oznacza bowiem możliwość dokonania płatności online wieloma kanałami, ale w jednym miejscu. Warto wspomnieć, że jest to rozwiązanie szybkie i bardzo intuicyjne w obsłudze. Co szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, pozwala również na zachowanie bezpieczeństwa transakcji, pomimo tego, że klient podaje w trakcie zakupów swoje dane, takie jak np. numer karty.
Jedną ze wspomnianych metod płatności jest przelew online. Stanowi on bardzo dobre rozwiązanie dla klientów, którym zależy przede wszystkim na łatwości i szybkości transakcji.
Zalety szybkich przelewów
Szybkie przelewy online, będące obecnie jedną z najpopularniejszych form płatności w sklepach internetowych, to zdecydowanie łatwiejsza forma niż przelewy tradycyjne, do czego przekonało się już wielu klientów. Pozwalają one na w zasadzie natychmiastowe zrealizowanie danej transakcji – jak sama nazwa wskazuje, to właśnie „szybkość” jest ich główną cechą, a także niewątpliwą zaletą. Co ważne, system szybkich przelewów zintegrowany jest z różnymi bankami, dzięki czemu każdy klient ma możliwość wyboru własnego banku. Dzięki temu cały proces zakupowy zostaje uproszczony. Klient nie traci czasu na dokonanie przelewu tradycyjnego poprzez stronę swojego banku, natomiast korzyścią po stronie branży e-commerce są szybsze i częstsze decyzje zakupowe oraz zadowolenie klientów.
Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ) zachęca do zatrudniania pracowników o innej narodowości. Realizując swoje projekty dba o wzmacnianie pracowników różnych sytuacjach życiowych – również uchodźców i emigrantów – by ich głos był słyszalny w dialogu społecznym. Problemy cudzoziemców – szczególnie pochodzących z biedniejszych krajów, zza wschodniej granicy lub o innym kolorze skóry – często dotyczą nierównego traktowania w pracy i nieposzanowania praw pracowniczych.
– Realizujemy szereg projektów, współfinansowanych ze środków Komisji Europejskiej lub Innovation Norway, do których zapraszamy wszystkich pracowników. Jesteśmy również w stałej współpracy z Międzyzakładowym Związkiem Zawodowym Ukraińców w Polsce, który często zapraszamy do realizacji i współudziału we wszystkich projektach, i który chętnie w nich uczestniczy – powiedziała serwisowi eNewsroom Nicole Cieplik, specjalistka ds. funduszy europejskich OPZZ. – Chcemy, aby pracownicy, szczególnie z krajów trzeciego świata albo zza wschodniej granicy, mieli takie same prawa pracownicze jak Polacy i osoby z innych krajów europejskich. Realizując nasze projekty mamy na celu stworzenie sprawiedliwego, równego rynku pracowniczego w Polsce – traktującego pracowników tak samo, bez względu na pochodzenie rasowe, wykształcenie i różnice kulturowe – podkreśla Cieplik.
Już prawie 30 proc. Polaków deklaruje, że przy kolejnej zmianie pojazdu, rozważy zakup samochodu z napędem elektrycznym. Czwarta edycja „Barometru Nowej Mobilności” PSPA obrazuje, jakie zmiany zaszły od 2017 r. w świadomości i preferencjach Polaków, związanych z ekologicznym transportem.
Barometr Nowej Mobilności 2020 to 4. edycja cyklicznego opracowania PSPA zawierającego wnioski z badania opinii społecznej dotyczącego elektromobilności, w tym potencjału zakupowego Polaków w zakresie nabywania samochodów elektrycznych oraz ich preferencji związanych z infrastrukturą ładowania. Barometr powstaje na podstawie odpowiedzi uzyskanych od reprezentatywnej grupy polskich kierowców, którzy realnie rozważają zakup nowego pojazdu w najbliższych trzech latach. Partnerami strategicznymi najnowszej edycji raportu zostały Mazda, GreenWay Polska, Arval oraz Volvo Polska. Tegoroczna edycja jest już czwartą z kolei i przynosi ciekawe wnioski o tym, jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniało się podejście Polaków do elektromobilności.
– Zeroemisyjna transformacja w sektorze transportu wymaga zmiany nawyków mobilnościowych Polaków i prowadzenia kompleksowej edukacji społecznej. To rola nie tylko administracji publicznej, ale również sektora biznesu. Aby te działania były skuteczne, ważne jest ustalenie aktualnego poziomu wiedzy i świadomości społecznej w zakresie nowego trendu, jakim jest elektromobilność. Opracowany przez PSPA Barometr Nowej Mobilności 2020 stanowi przekrojowe źródło wiedzy w tym zakresie. Projekt wpisuje się w założenia kampanii edukacyjnej elektromobilni.pl, którą z sukcesem realizuje polska branża elektromobilności – mówi Michał Kurtyka Minister Klimatu i Środowiska.
– W ramach Barometru od czterech lat konsekwentnie badamy opinię Polaków w zakresie ich podejścia do zero- i niskoemisyjnego transportu. Przepytaliśmy łącznie 4,7 tys. osób, od których zebraliśmy w sumie pół miliona odpowiedzi– dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Tegoroczna edycja jest o tyle wyjątkowa, że podjęliśmy się analizy wyników ze wszystkich lat i wskazujemy trendy konsumenckie w obszarze elektromobilności. Emisyjność pojazdów, która do niedawna nie była zbyt istotna dla osób zainteresowanych zakupem nowego pojazdu, dzisiaj zyskuje na znaczeniu. Paliwa konwencjonalne, w tym Diesel, jest w odwrocie. Świadomość ekologiczna polskich kierowców rośnie. Potrzebne jest jednak dalsze wsparcie administracji stymulujące rozwój rynku, które odpowie na te preferencje i wpłynie na dynamiczny wzrost liczby EV na polskich drogach.
Coraz większe zainteresowanie EV
Z najnowszej edycji badania wynika, że w 2020 r. po raz kolejny zanotowano wzrost zainteresowania Polaków zakupem samochodu elektrycznego. 29,4 proc. respondentów zadeklarowało, że realnie rozważy zakup BEV (samochód w pełni elektryczny) lub PHEV (hybryda typu plug-in) w okresie kolejnych trzech lat. W 2019 r. taką gotowość wyraziło 28 proc. ankietowanych, w 2018 r. 17 proc., zaś w 2017 r. – 12 proc.
– Rośnie zainteresowanie samochodami elektrycznymi, ponieważ rośnie rynek elektromobilności, w szczególności liczba oferowanych modeli EV oraz ogólnodostępnych ładowarek – mówi Jan Wiśniewski z Centrum Badań i Analiz PSPA. – Od czasu wydania pierwszej edycji Barometru w 2017 r., w Polsce uruchomiono ponad 1,1 tys. stacji ładowania, a oferta samochodów z napędem elektrycznym poszerzyła się o 69 nowych modeli. Średni zasięg EV zwiększył się o niemal 100 km, a cena najtańszego pojazdu spadła o 10 proc.
Jednocześnie cały czas zmniejsza się zainteresowanie silnikami Diesla, z 38 proc. w 2017 r. do 17 proc. w roku bieżącym. W latach 2017-2020 znaczenie aspektów środowiskowych wśród Polaków przy zakupie nowego samochodu wzrosło o ponad 30 proc. Co istotne, coraz więcej respondentów postrzega samochody elektryczne jako pojazdy pozytywnie wpływające na środowisko. W 2017 r. takie przekonanie wyrażało zaledwie 8 proc. ankietowanych, w 2018 r. 12 proc., w 2019 r. – 19 proc., zaś w 2020 r. – już prawie 33 proc.
To właśnie ekologiczność jest także najczęściej wymieniana jako czynnik, który w największym stopniu wpływa na podjęcie decyzji o zakupie pojazdu elektrycznego, równolegle z niskimi kosztami eksploatacji (na te odpowiedzi wskazało po 70 proc. ankietowanych, będących już użytkownikami EV). Dla 50 proc. respondentów liczyły się także pozytywne opinie o elektromobilności, a dla 45 proc. lepsze osiągi EV od pojazdów konwencjonalnych.
Pozytywne doświadczenia
W przypadku 95 proc. użytkowników samochodów elektrycznych, obecnie eksploatowany pojazd jest ich pierwszym samochodem elektrycznym. Co istotne, aż 98 proc. kierowców jest zadowolona z jego zakupu. EV w pełni zaspokajają ich potrzeby eksploatacyjne, także w zakresie zasięgu (87 proc. kierowców stwierdziło, że nie pokonuje dziennie więcej niż 50 km).
– Nasze doświadczenia z wprowadzeniem elektrycznej Mazdy MX-30 na polski rynek pokrywają się z danymi opublikowanymi w Barometrze. Polacy oczekują dobrze wycenionych i wyposażonych samochodów elektrycznych, którymi zamierzają pokonywać każdego dnia średnio kilkadziesiąt kilometrów, a do tego są gotowi korzystać z domowych stacji ładowania. To wpisuje się w wizję elektromobilności Mazdy, którą realizujemy naszym kompaktowym SUV-em. Do lepszego rozpromowania elektromobilności potrzebne są jeszcze rządowe subwencje, które, jak widzimy na innych rynkach, stymulują sprzedaż samochodów elektrycznych – mówi Łukasz Paździor, Dyrektor Zarządzający Mazdy w Polsce.
Coraz większa liczba Polaków miała także okazję jeździć samochodem elektrycznym. W 2017 r. było to 6 proc. badanych, w 2018 r. 11 proc., w 2019 r. – 16 proc., zaś w 2020 r. z EV skorzystał już niemal co piąty respondent (18 proc.). Prawie połowa z nich (47,7 proc.), miała okazję usiąść za kierownicą samochodu elektrycznego kilkukrotnie. Wśród największych zalet użytkowych, respondenci korzystający z EV wymieniają niskie koszty eksploatacji (65 proc.), ekologiczność (60 proc.) oraz cichą pracę układu napędowego (25 proc.). Wśród największych wyzwań najczęściej wskazywany jest zasięg (50 proc.), dostępność infrastruktury ładowania (45 proc.) oraz ceny (35 proc.).
Z Barometru wynika także, że Polacy postrzegają elektromobilność jako przyszłość motoryzacji. Zdaniem 73,5 proc. ankietowanych samochody elektryczne zastąpią w przyszłości pojazdy spalinowe.
– Wnioski z badania napawają dużym optymizmem. Jako firma zajmująca się wynajmem pojazdów obserwujemy rosnące zainteresowanie firm samochodami elektrycznymi. Transformacja energetyczna zatacza coraz szersze kręgi i cieszymy się bardzo, że zamiar przejścia na ekologiczne auta deklarują także osoby prywatne. Istotne jest, by takie postawy były umacniane zarówno poprzez wspieranie klientów w wyborze właściwego pojazdu, jak i zachęty finansowe zawarte w programach rządowych do ich zakupu, nie bez znaczenia będzie również rozwój infrastruktury do ich ładowania– mówi Radosław Kitala, Consultant & AMO Manager w Arval Service Lease Polska.
Cena i ładowarki kluczowe
Wybierając samochód Polacy kierują się przede wszystkim pragmatyzmem – w pierwszej kolejności, zainteresowani zwracają uwagę na cenę (95 proc.). Największa grupa respondentów (32 proc.) deklaruje, że na zakup pojazdu jest w stanie przeznaczyć środki w wysokości od 50 do 100 tys. zł., 23 proc. od 100 do 150 tys. zł. W tej kwocie Polacy są w stanie obecnie kupić dwa razy więcej pojazdów niż w 2017 r. Autorzy badania postawili respondentów przed teoretyczną sytuacją zakupową, w ramach której ankietowani mieli wybierać spośród kilku par samochodów spalinowych i odpowiadających im modeli elektrycznych, w cenach katalogowych oraz w cenach uwzględniających dopłaty z programów wsparcia NFOŚiGW.
– Jak się okazało, ceny EV są coraz bardziej dopasowane do oczekiwań Polaków. Ankietowani, pytani o ile samochody elektryczne powinny być tańsze, z każdym rokiem typują coraz niższą wartość. W 2017 r. wskazywali, że ceny samochodów elektrycznych w salonach powinny zostać zredukowane o 44 proc., w 2018 r. o 42 proc., w 2019 r. o 31 proc., zaś w 2020 r. – już o 26 proc.– mówi Albert Kania z PSPA.
Niemal 97 proc. badanych chciałoby mieć możliwość ładowania EV w miejscu zamieszkania. Ważne są także szybkie ładowarki publiczne, które według ankietowanych są priorytetowe dla tras przelotowych pomiędzy głównymi miastami (58,9 proc.) oraz w miejscach użyteczności publicznej, takich jak centra handlowe (20 proc.). Zdaniem 44 proc. respondentów czas ładowania nie powinien przekraczać w punkcie publicznym 30 min, a dla 34 proc. jednej godziny. Ponad 75 proc. badanych pokonuje trasę dłuższą niż 300 km nie częściej niż raz w miesiącu. 65 proc. z nich zdecydowałoby się na dłuższą podróż międzymiastową samochodem elektrycznym, wiedząc, że mają możliwość skorzystania z szybkiej stacji DC.
– Jako firma wdrażająca infrastrukturę dla ładowania pojazdów elektrycznych zdajemy sobie sprawę z konieczności ciągłej analizy potrzeb i oczekiwań naszych klientów. Jest to nieodzownym elementem kreowania naszych rozwiązań. Wyniki badania przedstawione w nowym raporcie są więc dla nas istotną wskazówką, w jaki sposób dostosowywać nasze rozwiązania do oczekiwań posiadaczy samochodów elektrycznych– mówi Rafał Czyżewski, Prezes Zarządu GreenWay Polska.
Miasta coraz bardziej elektromobilne
Barometr Nowej Mobilności 2020 obrazuje również preferencje Polaków związanych z korzystaniem ze zbiorowego transportu publicznego. Aż 98 proc. respondentów popiera trend polegający na wdrażaniu elektromobilności w transporcie publicznym. 36 proc. ankietowanych miało już okazję jeździć autobusem elektrycznym. Za największe zalety e-busów badani uznali brak emisji CO2 (55 proc.) oraz cichą pracę układu napędowego (40 proc.).
– Polacy, wskazując brak emisji CO2 i redukcję hałasu, trafnie identyfikują korzyści płynące z elektryfikacji transportu publicznego. I choć znakomita większość, aż 98 proc. badanych, popiera rozwój zelektryfikowanego transportu publicznego, to elektrycznym autobusem miała okazję jechać zaledwie 1/3 respondentów. To wszystko z jednej strony pokazuje, jakie są oczekiwania społeczne odnośnie kierunku rozwoju transportu publicznego, zaś z drugiej, jak wiele jest jeszcze do zrobienia. Jedno jest jednak pewne, od elektryfikacji transportu w miastach nie ma odwrotu– mówi Marek Gawroński, Wiceprezes Volvo Polska ds. relacji z sektorem publicznym.
Wyniki Barometru wskazują także na potrzebę prowadzenia w Polsce społecznych działań edukacyjnych z zakresu elektromobilności. Aż 86 proc. respondentów przyznaje, że nie dysponuje wystarczającą wiedzą dotyczącą ładowania pojazdów elektrycznych. Jedynie co 10 Polak potrafi odróżnić złącza ładowania oraz wymienić rodzaje dostępnych stacji. 74 proc. badanych nie wie, czym różni się hybryda typu plug-in od klasycznej hybrydy. 79 proc. ankietowanych zadeklarowało brak wiedzy lub posiadanie niewystarczającej wiedzy dotyczącej kosztów eksploatacji EV, 77 proc. zasad działania pojazdów tego typu, a 65 proc. znajomości przywilejów i systemów wsparcia. 93 proc. osób niebędących użytkownikami EV nie jest w stanie wskazać lokalizacji ładowarek w swojej w miejscowości.
– Rzetelne informowanie na temat zeroemisyjnego transportu stanowi jeden z warunków niezbędnych dla dynamizacji rozwoju elektromobilności w naszym kraju i dokonywania świadomych wyborów konsumenckich i inwestycyjnych w zakresie EV przez Polaków i polskie przedsiębiorstwa. Dlatego właśnie PSPA, wspólnie z Krajowym Ośrodkiem Zmian Klimatu zainicjowało kampanię elektromobilni.pl, której celem jest edukacja na temat pojazdów elektrycznych. W ramach kampanii dostarczamy wiedzę i narzędzia, niezbędne do podejmowania odpowiedzialnych decyzji o zamianie pojazdu na elektryczny– mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA).
Razem dla elektromobilności
Kampania elektromobilni.pl to jedna z najbardziej kompleksowych inicjatyw w Europie, której celem jest edukacja i wzrost świadomości społecznej w zakresie rozwoju zeroemisyjnych technologii w transporcie. Projekt został objęty patronatem honorowym Ministerstwa Klimatu i Środowiska oraz Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. W inicjatywę zaangażowało się także kilkadziesiąt podmiotów i instytucji aktywnych w obszarze zrównoważonego transportu w Polsce, w tym koncerny motoryzacyjne: BMW, Daimler, Nissan i Volkswagen, sektor infrastrukturalny: ABB i Nexity oraz instytucje finansowe: PKO Leasing. Wśród partnerów są ponadto: Arval, Garo, GreenWay, Volvo, LOTOS, Energa, innogy Go! oraz MAN. Wśród patronów znalazły się również liczne ambasady, m.in. Niderlandów, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Włoch, Izraela, Niemiec oraz izby handlowe i kilkadziesiąt polskich samorządów, a także organizacje, w tym m.in. UDT, NCBiR, PZPM, PZWLP, Forum Energii, ZPL, ZDS, ITS.
Wrocławski Aquapark, jako pierwszy kompleks basenowy na świecie wprowadza płatność okiem. To pierwszy park wodny we Wrocławiu, w Polsce i na świecie, który udostępni taką możliwość swoim klientom. We wtorek, 10 listopada władze spółki podpisały umowę o współpracy z PayEye, wrocławskim fintechem, który pierwszy na świecie wprowadził biometryczną płatność w tej formie.
Mimo pandemii wrocławski Aquapark szykuje się na powrót klientów i ponowne otwarcie. Obecnie trwają prace remontowe w części rekreacyjnej tuż przy jacuzzi i leniwej rzece, ale na tym nie koniec. Jak tylko obostrzenia sanitarne zostaną poluzowane, a park wodny otworzy się dla odwiedzających, to ci od razu będą mieć do dyspozycji nowatorską płatność tęczówką oka. Takie propozycji dla swoich klientów nie ma żaden park wodny na świecie.
– Jak tylko usłyszałem o możliwości dokonywania płatności okiem, pomyślałem, że to idealne rozwiązanie dla klientów naszego Aquaparku. Na basen, saunę czy siłownię przychodzi się ze spakowanym ręcznikiem, strojem sportowym, kostiumem kąpielowym i klapkami. Jeśli nie musimy mieć ze sobą portfela ani telefonu, a płatności dokonamy dosłownie w mgnieniu oka, to nasz pobyt stanie się szybszy i łatwiejszy. Uwielbiamy takie technologiczne nowości – mówi Grzegorz Kaliszczak, prezes Aquapark.
Prezes Grzegorz Kaliszczak wraz z Pawłem Rańdą, członkiem zarządu Aquparku podpisali właśnie umowę współpracy ze spółką PayEye, która wprowadziła autorski system płatności okiem.
– Marzył nam się system płatności, który nie będzie wymagał portfela, karty, telefonu, czy też jakiegokolwiek dodatkowego akcesorium, które nas ogranicza Klienci wrocławskiego Aquaparku chcą korzystać z jego atrakcji właśnie mając pełną swobodę, a o to chodziło w idei payeye, którą wcielamy w życie. Cieszę się z dzisiejszego dnia, bo będziemy współpracować z bardzo ważnym partnerem, a tak patrzymy na wrocławski Aquapark. Liczymy, że zagrożenie epidemiczne oraz restrykcje miną jak najszybciej, bo nie możemy się doczekać, gdy pierwszy klient Aquaparku zrealizuje płatność jednym spojrzeniem – wyjaśnia Krystian Kulczycki, prezes PayEye.
Znamy już ostateczną liczbę nieruchomości sprzedanych w 2019 roku. Warto dowiedzieć się, czy Polacy kupili rekordową liczbę lokali i domów. Rekordów raczej nie uda się pobić w bieżącym roku.
Na ostateczne informacje dotyczące liczby sprzedanych mieszkań zawsze trzeba dość długo czekać. Jest to związane z faktem, że takie dane powstają po analizie aktów notarialnych.
Konieczność analizowania informacji przekazywanych przez notariuszy tłumaczy, dlaczego GUS dopiero niedawno podał statystyki o liczbie nieruchomości, które nasi rodacy kupili w 2019 roku. Eksperci RynekPierwotny.pl przyglądają się tym danym.
Aktualnie dostępne dane GUS na temat obrotu nieruchomościami w Polsce bazują na informacjach Ministerstwa Sprawiedliwości. Na podstawie tych dwóch źródeł można ustalić, że liczba sprzedanych nieruchomości w minionym roku przedstawia następująco (patrz tabela).
Zaprezentowane informacje sugerują, że rekordowa sprzedaż nieruchomości w 2019 r. miała związek m.in. z aktywizacją rynku domów jednorodzinnych oraz działek. Można przypuszczać, że w tym drugim przypadku chodziło również o grunty budowlane pod inwestycje mieszkaniowe.
Niestety nie znamy jeszcze informacji o skali obrotu nieruchomościami w pierwszym kwartale lub pierwszej połowie bieżącego roku. Można być jednak niemal pewnym, że rynkowi nieruchomości nie uda się pobić ubiegłorocznych rekordów transakcyjnych.
Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl
Cichną na rynku efekty wyborów w USA i wracają stare problemy. Brexit teoretycznie miał się rozstrzygnąć dwa tygodnie przed wyborami, ale wygląda na to, że ten temat będzie z nami jeszcze długo.
Co z brexitem?
Po przekroczeniu terminów osiągnięcia porozumienia wyznaczonych przez Brytyjczyków temat mocno przycichł. Z jednej strony powodem były wybory w USA, które przyćmiły inne wydarzenia. Z drugiej strony nie bardzo jest o czym pisać. Boris Johnson zresztą na dodatek przegrywa głosowania w brytyjskim parlamencie. Teraz dotyczyło ono głosowania w sprawie granicy w Irlandii. Problemem były zapisy niezgodne z prawem międzynarodowym oraz umowami brexitowymi. Oznacza to, że premier wcale nie ma takiej swobody działania, jakby wynikało czasem z jego zachowań. Nie zmienia to faktu, że ostatnie dni są dość dobre dla funta brytyjskiego, który po wyborach w USA zyskuje na wartości.
Dane z Chin
Poznaliśmy dzisiaj dane na temat inflacji w Chinach. Wynosi ona zaledwie 0,5% w skali roku. To najniższy poziom wzrostu cen od 2009 roku, kiedy to po kryzysie z 2008 roku mieliśmy deflację w Chinach. Warto zwrócić uwagę, że w weekend poznaliśmy dane na temat wymiany handlowej, import jest znacznie słabszy od oczekiwań i rośnie o 4,7%, a nie o 9,5% jak oczekiwali analitycy. Wskazuje to na pewien problem z konsumpcją. Z drugiej strony produkcja ma się relatywnie dobrze, bo eksport rośnie powyżej oczekiwań.
Rośnie nadwyżka handlowa Niemiec
Wczorajsze dane pokazują, że o ile eksport w Niemczech zgodnie z oczekiwaniami rośnie około 2%, to problemem jest import. We wrześniu uległ on zmniejszeniu o symboliczne 0,1%. Efektem tego jest kolejny wzrost nadwyżki handlowej. Pokazuje to, że o ile przemysł niemiecki ma się całkiem dobrze, skoro utrzymywany jest wzrost eksportu, o tyle problemy mogą dotyczyć konsumpcji.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Połączenie trwającej pandemii koronawirusa SARS CoV-2 z ewentualną epidemią wirusa grypy stanowi nie tylko realne zagrożenie dla zdrowia i życia Polaków, ale także kosztować będzie polską gospodarkę miliardy złotych. Najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego dowodzi, że choć dzięki większej świadomości epidemiologicznej i przy obowiązujących zasadach dystansowania społecznego zachorowalność na grypę będzie w tym sezonie niższa niż zazwyczaj to grypę w tym sezonie złapie nawet 2,31 mln Polaków, a koszt społeczny tej choroby może wynieść 3,11 mld PLN. Nie będzie on jednak znacząco odbiegał od kosztu, którego należałoby się spodziewać w normalnej sytuacji (3,33 mld PLN).
W krajach rozwiniętych grypa nie jest chorobą niebezpieczną, jednak ze względu na wysoką liczbę przypadków, jej coroczne koszty na świecie można liczyć w miliardach euro. Na tę sumę składają się koszty związane z leczeniem choroby i wykorzystaniem zasobów systemu opieki zdrowotnej (tzw. koszty bezpośrednie), czyli m.in. koszty wizyt lekarskich, badań laboratoryjnych, hospitalizacji i leków. Są to wartości namacalne, które stosunkowo łatwo zmierzyć i odnieść do budżetów konkretnych osób bądź instytucji.
Mniej oczywiste są koszty pośrednie, czyli koszty choroby odnoszące się do utraconej produktywności i zysków, które mogły lecz nie zostały osiągnięte. Koszty te ponoszą nie tylko konkretne osoby dotknięte chorobą bądź instytucje zajmujące się leczeniem, lecz całe społeczeństwo i gospodarka, których dobrobyt w kolejnych latach traci w wyniku obniżonej produktywności jednostek. Oba rodzaje tych kosztów w tym roku zostaną skumulowane z kosztami pandemii Covid-19, która aktualnie pustoszy polską gospodarkę, służbę zdrowia i budżet państwa.
– Prognozowana liczba zachorowań na grypę w sezonie 2020-2021 w sytuacji trwającej pandemii oraz obowiązujących obostrzeń wynosi 2,31 mln. Zgodnie z naszym modelem leczenia grypy, spośród tych osób 986 tys. będzie szukało profesjonalnej pomocy medycznej a 31 tys. będzie hospitalizowanych z powodu grypy. Równocześnie oszacowaliśmy, że liczba zgonów związanych z grypą wyniesie 4,36 tys. W normalnej sytuacji, tj. gdyby nie pandemia Covid-19, liczba zachorowań na grypę w sezonie 2020-2021 wyniosłaby 3,04 mln. Spośród tych osób 1,31 mln szukałoby profesjonalnej pomocy medycznej, co skutkowałoby 41 tys. hospitalizacji, a liczba zgonów wyniosłaby 6,07 tys. – Adam Czerwiński, analityk z zespołu strategii w Polskim Instytucie Ekonomicznym.
Bezpośrednie, pośrednie i całkowite koszty grypy w bazowym scenariuszu pandemicznym, w którym założono obniżoną skumulowaną zapadalność na grypę oraz dłuższe trwanie zwolnień chorobowych, wyniosły odpowiednio 493 mln PLN, 2,616 mld PLN i 3,109 mld PLN. Scenariusz niepandemiczny cechował się zbliżonymi kosztami, które wyniosły odpowiednio 649 mln PLN, 2,681 mld PLN i 3,329 mld PLN. Wyniki dla obydwu tych scenariuszy wskazują, że koszt grypy w sezonie 2020-2021 nie powinien znacząco odbiegać od kosztów, które zaobserwowalibyśmy w normalnej sytuacji i poniesionych w poprzednich sezonach.
– Wyniki bazowych analiz wskazują, że koszt grypy w pandemicznym sezonie 2020-2021 powinien być zbliżony do kosztu grypy, którego należałoby oczekiwać w normalnej sytuacji. Należy jednak spodziewać się zmiany struktury tych kosztów – z racji obniżonej zapadalności powinny spaść koszty opieki zdrowotnej, podczas gdy wydłużony czas trwania zwolnień lekarskich powinien zwiększyć skalę utraty produktywności z tego powodu. Istotny wpływ na ostateczny koszt grypy w obecnym sezonie będą miały ludzkie zachowania, a także skala obowiązujących obostrzeń – uważa Adam Czerwiński, analityk z zespołu strategii w Polskim Instytucie Ekonomicznym.
Wykres 1: Bezpośrednie i pośrednie koszty grypy w sezonie 2020-21 w normalnej sytuacji i w sytuacji trwającej pandemii (mln PLN wg wartości z 2020 r.)
Ustawowa abolicja czynszowa – art. 15ze ustawy z 2 marca 2020 r. – podjęta w ramach wiosennego lockdownu powinna zostać uznana za absolutnie wyjątkowy, jednorazowy zabieg, który nie powinien być uważany za regułę w państwie chroniącym prawo własności oraz swobodę przedsiębiorczości.
Piotr Staniszewski, Wiceprezes Zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych, partner Dentons.
Środki prawne wprowadzane w różnych krajach w związku z COVID-19, częściowe wsparcie gospodarki i narzucane ograniczenia w funkcjonowaniu biznesu budzą coraz większe wątpliwości prawne ze względu na niesymetryczne i wybiórcze podejście do różnych sektorów gospodarki. W związku z tym inwestorzy i właściciele przedsiębiorstw objętych ograniczeniami w Europie coraz częściej sięgają po rozwiązania sądowe. Pozwy zostały już złożone przeciwko rządowi w Irlandii, a także przeciwko krajom związkowym w Niemczech.
Z punktu widzenia prawa UE dopuszczalne są regulacje w celu walki z rozprzestrzenianiem się pandemii (ograniczenia) oraz dopuszczalne jest udzielanie w tym celu pomocy publicznej, o ile została ona notyfikowana i zatwierdzona przez Komisję Europejską (Tarcze) lub jest objęta obowiązującymi wyłączeniami blokowymi. Nie są natomiast dopuszczalne środki krajowe, w tym nienotyfikowana pomoc publiczna, które są nadmierne, zbytnio zakłócają rynek, są nieproporcjonalne, preferują przedsiębiorców danej kategorii, z danego kraju, ze szkodą dla przedsiębiorców innych kategorii, lub z innych względów są niezgodne z rynkiem wewnętrznym.
Tego rodzaju zastrzeżenia co do zgodności z prawem unijnym nie są w pełni wykluczone w stosunku do środków zastosowanych na polskim rynku. Przykładowo można argumentować, że rozwiązania takie jak ustawowa abolicja czynszowa, wprowadzona w art. 15ze ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych, mogą naruszać swobodę przepływu kapitału czy swobodę przedsiębiorczości. Rząd nie włączył również formalnie sektora nieruchomości komercyjnych do notyfikowanej pomocy publicznej w ramach Tarcz, co utrudnia udzielenie wsparcia rządowego właścicielom nieruchomości (wynajmującym lokale dla poszczególnych najemców w centrach handlowych), w tym właśnie sektorze w sposób zgodny z prawem unijnym.
W sferze prawa międzynarodowego istnieją umowy o ochronie inwestycji (tzw. BITy, od Bilateral Investment Treaties), które przewidują pewne standardy ochrony prawnej inwestycji dokonywanych przez inwestorów z państw – stron tych umów. Co istotne, BITy zawierają postanowienia zabraniające państwom między innymi uchwalania i stosowania środków nieproporcjonalnych, czy nadmiernie faworyzujących określonych przedsiębiorców z pokrzywdzeniem innych. Polska zawarła szereg umów o ochronie inwestycji, w tym z państwami, z których pochodzi kapitał inwestowany w Polsce, dotyczy to m.in. centrów handlowych (np. USA, Australia, Kanada czy Korea Południowa). Pokrzywdzonym inwestorom przysługuje prawo do dochodzenia odszkodowania przed międzynarodowymi trybunałami arbitrażowymi.
Wprowadzone od 7 listopada 2020 roku zakazy prowadzenia działalności w obiektach handlowych, usługowych oraz parkach handlowych powodują duże trudności ekonomiczne w całym sektorze nieruchomości komercyjnych. Jeżeli wraz z wprowadzonymi zakazami zostanie zastosowany również art. 15ze ustawy z 2 marca 2020 r. bez dodatkowego wsparcia finansowego od rządu dla sektora centrów handlowych, spowoduje to w rzeczywistości wsparcie grupy najemców kosztem właścicieli i inwestorów centrów handlowych. Takie rozwiązanie, zastosowane już w ramach wiosennego lockdownu, budziło i nadal budzi daleko idące wątpliwości pod względem zgodności z Konstytucją Rzeczpospolitej Polskiej, przede wszystkim prawem ochrony własności (jako wywłaszczenie bez rekompensaty) czy swobodą działalności gospodarczej (jako ustawowa ingerencja w stosunki cywilnoprawne). Nie przesądzając o zgodności z prawem tego rozwiązania, ustawowa abolicja czynszowa (art. 15ze ustawy z 2 marca 2020 r.) podjęta w ramach wiosennego lockdownu powinna zostać uznana za absolutnie wyjątkowy, jednorazowy zabieg, który nie powinien być uważany za regułę w państwie chroniącym prawo własności oraz swobodę przedsiębiorczości. Ograniczenie zastosowania art. 15ze ustawy z 2 marca 2020 r. wyłącznie do wiosennego lockdownu powinno zostać niezwłocznie potwierdzone w przepisach prawa odpowiedniej rangi.
Polska jest jednym z bardzo nielicznych państw demokratycznych, które zdecydowały się na taki krok. Niektóre państwa europejskie, np. Czechy czy Litwa proponują inne podejście, zapewniające ochronę własności i równe traktowanie przedsiębiorców działających w danym sektorze rynku, podejmując rozwiązania wspomagające całą branżę handlową – poprzez dofinansowanie czynszów pomagają zarówno najemcom, jak i wynajmującym.
Powyższe przykłady wskazują, jak istotne i konieczne w obecnej sytuacji jest wprowadzanie rozwiązań prawnych uwzględniających interesy wszystkich uczestników rynku oraz spójnych z konstytucyjnym porządkiem prawnym.
Rynki otrzymały nowy zastrzyk optymizmu w postaci informacji o przełomie w pracach nad szczepionką przeciwko COVID-19. Euforia, jak zapanowała, wywindowała ceny akcji i ropy naftowej oraz przyniosła skok ryzykownych walut. Ale po wstępne ekscytacji przychodzi trzeźwa analiza faktów i wątpliwości.
Komunikat Pfizera i BioNTech, że ich badania wskazują na ponad 90-proc. skuteczność szczepionki przeciw COVID-19 jest fantastyczną informacją, która może odmienić wszystko, co ma jakikolwiek związek z wirusem. Nie dziwi więc silna reakcja rynku akcji po stronie spółek uzależnionych od kondycji globalnej gospodarki, a na FX brylowały walutowy ryzykowne. Istotna poprawa perspektywy ożywienia napędzała odbicie cen ropy naftowej, za to pod presją znalazło się złoto i inne bezpieczne przystanie (JPY, CHF). Razem z rozstrzygnięciem wyborów w USA na korzyść J. Bidena rynki mają wszystko, by wyceniać pomyślniejszą i stabilniejszą przyszłość.
Po wstępnej euforii przychodzi czas na spokojną ocenę faktów i oszacowane, czy rajd był uzasadniony i jeśli tak, jak daleko może zajść? Badania się jeszcze nie zakończyły i niewiele wiadomo o tym, na jak długo szczepionka daje ochronę, jaką ma skuteczność u osób z grupy podwyższonego ryzyka lub wobec nowych szczepów wirusa oraz czy zarażeni pomimo zaszczepienia mają łagodne lub ostre objawy? Mimo to firmy już szykują zatwierdzenie szczepionki w USA pod koniec listopada i później w Europie, jednocześnie przygotowując się do produkcji 50 mln dawek w tym roku i 1,3 mld w 2021 r.
Kryzys pandemiczny jeszcze się nie zakończył, ale po wczoraj jesteśmy zdecydowanie bliżej niż dalej szczęśliwego zakończenia. Skala wczorajszej reakcji sugeruje, że przez zamieszanie związane z wyborami USA rynek całkowicie wyzbył się z ujmowania w cenach premii za postępy w pracach nad szczepionką i teraz ma spore pokłady niezagospodarowanego kapitału. Choć COVID-19 prędko nie zniknie z naszego życia i minie jeszcze dużo czasu, zanim wystarczająca część populacji uzyska odporność, postępy w pracach nad lekarstwem leków wspierają trend, do którego inwestorzy dopiero co zaczęli wracać – poprawa perspektyw globalnego ożywienia wspartego niskimi stopami procentowymi i ekspansją monetarną oraz fiskalną.
Rajd ryzyka nie będzie odbywał się w prostej linii i jeszcze wczoraj kilka godzin po rewelacjach widać nerwowe korekty. Badania medyczne to trudna droga przełomów i porażek, na które rynki będą teraz reagować z podwyższoną wrażliwością. Ale w ogólnym ujęciu więcej przemawia za scenariuszem pozytywnych efektów długoterminowych dla globalnej gospodarki.
Wczoraj na FX mieliśmy sugestię, co może najbardziej korzystać na szczepionkowym optymizmie. Ryzykowne waluty AUD, NZD, NOK i CAD były najsilniejsze, podczas gdy inwestorzy porzucali bezpieczne przystanie: JPY, CHF i USD. Na uboczu pozostawiono EUR i GBP. W przypadku funta zbliżający się wielkimi krokami deadline 15 listopada dla zakończenia negocjacji handlowych z UE może być ważniejszy – można by rzec, że z punktu widzenia Wielkiej Brytanii twardy brexit jest groźniejszym wirusem niż COVID-19. W kwestii euro brak umocnienia jest o tyle intersujący, że w ostatnich dniach wzrosty kursu były skorelowane z zachowaniem rynku akcji. Wczoraj rano stawiałem tezę, że dopiero 1,20 będzie poziomem, który zacznie generować obawy inwestorów o werbalną interwencję EBC, ale być może zbiorowa trwoga zaczyna zniechęcać do kupna jeszcze przed wskoczeniem na 1,19? Tak czy inaczej inwestowanie w EUR wymaga teraz podwyższonej ostrożności.
Observer: System Redux, pierwsza polska gra na konsole nowej generacji już dziś zadebiutuje na Xbox Series X|S oraz komputerach osobistych. W czwartek, w dniu PS5 premiery, gra będzie dostępna również na tę platformę. Krakowski developer jako pierwszy ma 2 tytuły “launchowe” na obie konsole nowej generacji.
– Premiera Observer: System Redux w dzień debiutu najnowszej generacji konsol, obrazuje jak daleką drogę przeszliśmy i gdzie obecnie się znajdujemy. Napawa nas ogromną dumą fakt, że wśród gier dostępnych w momencie najważniejszej od 8 lat premiery naszej branży, znajdzie się cyberpunkowy tytuł prosto z Polski – komentuje Piotr Babieno, prezes Bloober Team.
Observer: System Redux będzie posiadał wszystkie usprawnienia graficzne, które zostały rozpowszechnione w ostatnich latach, w tym tekstury w rozdzielczości 4K, ray-tracing oraz HDR. Zostały dodane także trzy nowe zadania poboczne. Gra będzie dostępna na komputerach osobistych (Steam, Epic Store oraz GOG) oraz konsolach Xbox Series X|S oraz PlayStation 5 w cenie 29.99 EUR/USD.
– Konsole nowej generacji to dla nas kolejna szansa by pokazać naszą grę z zupełnie nowej strony. Myślę, że udało nam się to osiągnąć i nawet dla osób, które już miały okazję grać w Observera będzie to całkowicie nowe doświadczenie. Potwierdzają to pierwsze opinie, które już dostajemy – komentuje prezes.
Ron Burke w swojej recenzji na Gaming Trend ocenił grę na 95%! Odświeżony Observer System Redux dostarczał najwyższej klasy rozrywkę w retrofuturystycznym cyberpunkowym świecie horroru. O ile oryginał był oceniany dobrze, nową wersję gry uznano za znakomitą.
Ponad 23,6 mln zł przychodów ze sprzedaży wypracował Vivid Games narastająco do końca października bieżącego roku, wynika ze wstępnych wyników finansowych opublikowanych przez spółkę. To o ponad 160 proc. więcej niż a analogicznym okresie roku ubiegłego. Zysk bydgoskiego developera i wydawcy wzrósł po 10 miesiącach do 2,15 mln zł.
Tylko w październiku Vivid Games wypracował ponad 2,14 mln zł przychodów ze sprzedaży i 130 tys. zysku netto. Narastająco sprzedaż bydgoskiej spółki sięgnęła 23,6 mln zł, a zysk netto przekroczył 2,15 mln zł. Dla porównania prognoza na 2020 r. zakładała wypracowanie 19 mln zł przychodów i 3 mln z zysku netto. – Jesteśmy bliscy realizacji prognozy również na poziomie zysku netto. Czy będzie to poziom zbliżony do przewidywań czy nieznacznie poniżej w dużej mierze zależy od kampanii marketingowych Knights Fight 2 i Real Boxing 2. – zapowiada Remigiusz Kościelny, prezes zarządu Vivid Games.
Przypomnijmy, że celem strategicznym Vivid Games na najbliższe lata jest powiększanie portfolio gier o 2-3 wysokiej jakości gry segmentu mid-core oraz dużą liczbę gier z segmentu casual rocznie. Tytuły z obu segmentów będą produkowane wewnętrznie, zlecane zewnętrznym producentom lub pozyskiwane za pośrednictwem programu wydawniczego. Wiadomo już, że w przyszłym roku na rynek trafią trzy tytuły mobilne: mid-corowy RPG „Amusing Heroes”, jak również „The Cash” oraz „Right Swipes”.
Kluczowe w dalszym rozwoju spółki będzie poszukiwanie nowych konceptów gier przy jednoczesnej koncentracji na najlepszych tytułach w zakresie zwiększania metryk zadowolenia i zaangażowania graczy oraz monetyzacji i zwiększenia zasięgu (ilości pobrań) poprzez działania marketingowe (tzw. user-acquisition), co w efekcie prowadzić będzie do stałego zwiększania przychodów ze sprzedaży. – Wydaje się, że problemy są już przeszłością. Rozpoczęliśmy szósty kwartał z rzędu z dodatnimi wynikami finansowymi. Bieżący rok będzie najlepszy w historii pod kątem sprzedaży. – podsumowuje Kościelny.
Pandemia COVID-19 uderza w portfele wielu gospodarstw domowych, ale w znacznie mniejszym stopniu niż się obawiano. Ponad 60 proc. Polaków nie odczuwa negatywnego wpływu pandemii na stan swoich finansów, a tylko 16 proc. ogranicza wydatki. Nie sprawdziły się też obawy o wzrost zadłużenia konsumentów – 9 na 10 osób zaprzecza, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do sięgnięcia po kredyt lub pożyczkę. W czasach kryzysu nie chcemy zaciągać długów, a częściej wspieramy się zaskórniakami. Koronawirus uszczuplił oszczędności co 3. rodziny – to wnioski z raportu opublikowanego podczas debaty organizowanej przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
ZPP zorganizował debatę podczas której opublikowany został raport z badania przeprowadzonego przez Federację Konsumentów i Fundację Rozwoju Rynku Finansowego. W debacie na temat raportu wzięli udział:
Piotr Patkowski, Podsekretarz Stanu, Główny Rzecznik Dyscypliny Finansów Publicznych w Ministerstwo Finansów,
Tadeusz Białek, Wiceprezes Związku Banków Polskich,
Tomasz Chróstny, Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów,
Kamil Pluskwa-Dąbrowski, Prezes Federacja Konsumentów,
Agnieszka Wachnicka, Prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.
Debatę poprowadził Piotr Palutkiewicz, Z-ca Dyrektora Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.
Wnioski z raportu przedstawił Kamil Pluskwa-Dąbowski. Według badania 61 proc. gospodarstw domowych nie odczuwa negatywnych efektów pandemii pod kątem finansowym. Pogorszenie sytuacji materialnej deklaruje 1/3 badanych, a w grupie tej przeważają osoby młode w wieku 18-24 lata i 25-34 lata. Nie wiążę się to jednak z nagłą zmianą nawyków finansowych i choćby większą kontrolą wydatków – do ich ograniczania przyznaje się bowiem jedynie 16 proc. ankietowanych. W większości rodzin (56 proc.) poziom wydatków pozostał na takim samym poziomie jak przed marcem 2020 r.
COVID-19 nie spowodował również trudności w spłacie stałych miesięcznych zobowiązań, takich jak np. czynsz za mieszkanie czy rata kredytu. Tylko 1 na 10 osób wskazuje na taki problem. Nie sprawdziły się też obawy o nadmierne zadłużanie się Polaków w związku z pandemią – 90 proc. respondentów zaprzeczyło, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do zaciągnięcia kredytu lub pożyczki. Co więcej, ponad połowa ankietowanych (55 proc.) odrzuca taką możliwość w kolejnych miesiącach.
Polacy niechętnie się zadłużają w czasach kryzysu
Pomimo ogólnego przekonania, że Polacy lubią żyć na kredyt i chętnie sięgają po pożyczki, to w przypadku gorszych i niepewnych czasów sytuacja jest wręcz odwrotna. Nie zaciągamy długów, gdy istnieje realne ryzyko, że możemy mieć problem z ich spłatą.
Ankietowani zapytani o skłonność do poszczególnych zachowań finansowych w przypadku znalezienia się w trudnej sytuacji ekonomicznej wskazują w pierwszej kolejności na rezygnację z wydatków na abonament za telefon, internet czy dostęp do popularnych serwisów muzycznych i filmowych. Co drugi badany uznaje taki scenariusz za prawdopodobny. Drugim w kolejności rozwiązaniem wskazywanym przez 1/3 respondentów jest sprzedaż swojego majątku, np. biżuterii czy samochodu. Dopiero na trzecim miejscu znalazła się możliwość zaciągnięcia kredytu lub pożyczki – taką opcję rozważyłoby 30 proc. ankietowanych. Zastawienie swojego majątku w lombardzie lub innym miejscu dopuszcza co 5. badany. Natomiast jako ostateczność traktujemy zaprzestanie spłacania stałych zobowiązań – aż 72 proc. osób wprost odrzuca ten wariant zachowania, nawet w razie kłopotów finansowych.
„Przywykliśmy mówić, że Polacy chętnie sięgają po kredyty lub pożyczki, szczególnie w przypadku problemów finansowych, tymczasem jak wynika z naszego badania, w czasach niepewności gospodarczej nie chcemy zaciągać nowych zobowiązań. Co więcej, jesteśmy bardziej skłonni do sprzedaży majątku niż skorzystania z oferty kredytowej banku lub firmy pożyczkowej” – komentuje Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. „Jedną z obaw, jaka towarzyszy nam przy decyzji kredytowej, jest ryzyko nagłej utraty zdolności do terminowej spłaty długu. To świadczy o ostrożnym i odpowiedzialnym podejściu konsumentów do kwestii zadłużania się” – dodaje Agnieszka Wachnicka z FRRF.
Wyniki badania nie tylko wskazują, że w czasach kryzysu z dystansem podchodzimy do kredytów i pożyczek, ale równocześnie obalają popularny mit, że te służą nam głównie do uzupełniania luk w budżecie domowym. „Jako główny powód zaciągania kredytów i pożyczek konsumenci wskazują na pojawienie się u nich dużego wydatku, którego nie są w stanie pokryć z bieżących dochodów. Co ciekawe, częściej w ten sposób finansujemy impulsywne zakupy, np. w związku z atrakcyjną promocją na jakiś produkt lub usługę, niż ratujemy się nimi w razie chwilowych problemów finansowych” – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Respondenci wskazali, że w razie kłopotów finansowych częściej skorzystamy z debetu na koncie lub karty kredytowej niż wesprzemy się kredytem bądź pożyczką. Jednak zamiast sięgać po produkt kredytowy z dużą dozą prawdopodobieństwa w pierwszej kolejności sięgniemy po nasze zaskórniaki – a te mocno stopniały w ostatnich miesiącach.
Pandemia uszczupliła nasze oszczędności
Choć większość Polaków radzi sobie finansowo, a przynajmniej nie narzeka na kondycję swojego domowego budżetu w czasie pandemii, to jednak co 3. osoba przyznaje, że ich oszczędności zmalały w związku z COVID-19. Być może jest to efekt próby zrekompensowania zmniejszonych dochodów w czasie lockdownu, a może większa skłonność do naruszenia poduszki finansowej niż zadłużania się. Oba scenariusze są o tyle prawdopodobne, że respondenci zapytani o cel gromadzenia oszczędności wskazują właśnie na nieprzewidziane wydatki (53 proc.) oraz na tzw. czarną godzinę – w razie utraty pracy lub innego źródła dochodu (46 proc.).
Niepokojący jest jednak fakt, że wciąż 14 na 100 Polaków przyznaje, że nie posiada jakiegokolwiek zabezpieczenia finansowego. Badani nie widzą też większych szans na zmianę sytuacji w kolejnych miesiącach. Ankietowani zapytani o to, czy ich zdaniem doświadczenia z pandemii zmotywują Polaków do oszczędzania wydają się być sceptyczni. 46 proc. badanych nie podjęło się próby antycypacji, z tylko co 3. osoba wierzy, że COVID-19 będzie impulsem do gromadzenia środków na gorsze czasy.
Ze względu na pandemię tegoroczne święta Bożego Narodzenia będą wyjątkowo oszczędne. Polacy wydadzą średnio nieco ponad 744 zł, czyli ponad połowę mniej niż w 2019 roku – wynika z badania Barometr Providenta. Prezentów pod choinką spodziewa się zaledwie 62 proc. osób, a zamiast osobistych podarunków najchętniej przyjęlibyśmy pieniądze. Większość Polaków sfinansuje świąteczne wydatki z bieżących dochodów. Co trzeci sięgnie po oszczędności.
Z tegorocznymi świętami Bożego Narodzenia wiąże się wiele niewiadomych. Możliwe, że ze względu na obostrzenia związane z sytuacją epidemiologiczną z części tradycji, np. ze spotkań w dużym gronie rodzinnym, trzeba będzie zrezygnować. Tę niepewność widać także w deklaracjach dotyczących wydatków świątecznych.
– Pandemia i niepokój, który w nas wzbudza, powodują, że planujemy dość oszczędnie podejść do świątecznych wydatków. W tym roku Polacy deklarują, że średnio na gospodarstwo domowe wydadzą ok. 700 zł. To kwota o tysiąc złotych niższa niż w ubiegłym roku – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, rzeczniczka Provident Polska.
Z cyklicznego badania Barometr Providenta wynika, że oszczędniej do organizacji świąt podejdą kobiety. W ich deklaracjach średnia kwota, którą zamierzają przeznaczyć na ten cel, to 727 zł, podczas gdy u mężczyzn jest to średnio ponad 760 zł.
Wydatki świąteczne w dużym stopniu zależą od wieku. Najwięcej, bo ok. 800 zł, na Boże Narodzenie wydadzą osoby w wieku 35–49 lat. Najmłodsi, do 24 lat, deklarują zaś kwotę ok. 600 zł.
– Wynika to również z tego, że młodsze osoby przede wszystkim będą inwestowały w prezenty świąteczne, natomiast na barkach osób starszych spoczywa cała organizacja świąt – tłumaczy rzeczniczka Providenta.
Poza tym to zwykle trzydziesto- i czterdziestolatkowie mają największe grono osób do obdarowania i stąd deklarowane przez nich wyższe wydatki. W czasie pandemii prezent pod choinką spodziewa się znaleźć tylko 62 proc. badanych, a tylko 22 proc. jest tego pewnych. Dla porównania – w poprzednich latach na Świętego Mikołaja czekało ok. 80 proc. Polaków. Optymistami są przede wszystkim osoby do 24 lat oraz kobiety – 63,7 proc. pań spodziewa się otrzymać prezent (vs. 60 proc. panów).
– Coraz więcej respondentów wskazuje na to, że chciałoby otrzymać pieniądze. To rzecz, o której nie myśleliśmy w poprzednich latach – zaznacza Karolina Łuczak.
Osobiste prezenty będą w tym roku znacznie mniej popularne niż pieniądze czy bony na zakupy. Kobiety wskazują również na kosmetyki, perfumy (21,5 proc. kobiet i 14,4 proc. mężczyzn), biżuterię (12,4 proc. i 3,2 proc. mężczyzn) oraz bieliznę (5,8 proc. i 4,2 proc. mężczyzn). Panowie częściej zaś wskazują na ubrania (13,6 proc. przy 11,9 proc. kobiet) oraz sprzęt elektroniczny (16,1 proc. przy 5,2 proc. kobiet).
Jak wynika z Barometru Providenta, większość Polaków (62 proc.) świąteczne wydatki pokryje z bieżących dochodów, a ok. 30 proc. sięgnie po oszczędności. To źródło najczęściej wskazują młodzi, którzy często nie mają jeszcze stabilnych dochodów.
Rozszerzenie Małego ZUS Plus na większą grupę przedsiębiorców, wprowadzenie dobrowolnego ubezpieczenia społecznego na wzór niemiecki, regionalizacja minimalnego wynagrodzenia czy obowiązkowe wydłużenie vacatio legis w ważnych dla biznesu przepisach – to tylko część postulatów wystosowanych przez Adama Abramowicza, Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, i współpracujące organizacje. Lista 10 propozycji, które mają ograniczyć koszty działalności małych firm i ukrócić biurokrację, trafiła do rządu oraz przewodniczących kół i klubów parlamentarnych.
– Obecna sytuacja wielu firm w Polsce jest dramatyczna, a pandemia koronawirusa wymusza kolejne ograniczenia. Nasze środowisko opracowało w 10 punktach propozycje niezbędnych zmian prawnych i otoczenia prawnego przedsiębiorców, które nie będą pociągały dużych nakładów finansowych z budżetu, a przyniosą wiele korzyści przedsiębiorcom – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Abramowicz.
Jak podkreśla, celem tych zmian jest zmniejszenie kosztów działalności firm i obowiązków biurokratycznych, które powodują, że przedsiębiorcy zajmują się czymś innym niż swoim biznesem. Nowe uregulowania mają doprowadzić do większego poczucia bezpieczeństwa w prowadzeniu działalności gospodarczej w Polsce, co przełoży się na większą chęć do inwestowania.
– To jest dziesiątka postulatów skonstruowana tak, aby każdy format działalności gospodarczej uzyskał pomoc. Jest wzorowana na rozwiązaniach obowiązujących w państwach, do których młodzi Polacy wyjeżdżali także po to, żeby zakładać firmy, bo widzieli, że tam prowadzenie działalności gospodarczej jest łatwiejsze, np. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, czyli w wysoko rozwiniętych krajach Europy Zachodniej – tłumaczy Rzecznik MŚP.
Listę postulatów otwiera reforma ZUS dla przedsiębiorców, która zakłada dostosowanie składki do ich możliwości dochodowych.
– Po drugie, proponujemy, aby płaca minimalna była powiązana z parametrem ekonomicznym, a nie z oświadczeniem polityków, którzy się licytują z uwagi na poparcie pracowników. Chcemy, żeby wynosiła ona połowę średniego wynagrodzenia w danym województwie albo w powiecie – to byłoby jeszcze bardziej dokładne, co pozwalałoby powiatom mniej rozwiniętym gospodarczo na szybki wzrost – wyjaśnia Adam Abramowicz.
Punkt trzeci to zakaz nakładania przez ustawodawcę nowych obowiązków biurokratycznych dla mikroprzedsiębiorców oraz redukcja obecnie istniejących (na podstawie prawa Wielkiej Brytanii). W punkcie czwartym jest zawarty postulat, żeby wszelkie zmiany prawa gospodarczego, które nakładają obowiązki na przedsiębiorców, były ogłaszane z co najmniej półrocznym wyprzedzeniem. Zbyt krótkie vacatio legis w ważnych ustawach, szczególnie tych, które zwiększają obciążenia finansowe firm, powoduje dużą niepewność w otoczeniu gospodarczym.
Kolejny postulat Rzecznika MŚP dotyczy rozliczania się ryczałtem od przychodów bez ograniczeń wraz z dostosowaniem stawek do możliwości poszczególnych branż. Chodzi o znowelizowanie ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od osób fizycznych, aby z tego sposobu rozliczeń mogli korzystać wszyscy przedsiębiorcy, niezależnie od wysokości osiąganego przychodu oraz rodzaju działalności. Stawki podatku od przychodu powinny być ustalone tak, aby w poszczególnych branżach generowały one podobne wpływy do budżetu co podatek dochodowy.
– Chcemy także zlikwidować możliwość zawieszania biegu terminu zobowiązania podatkowego przez postawienie zarzutów z kodeksu karnego skarbowego. Urzędnicy nadużywają tej możliwości, prowadzą postępowania bardzo długo, a kiedy zbliża się data przedawnienia, robią z przedsiębiorcy przestępcę. Mamy pomysł, w jaki sposób zabezpieczyć interes budżetu państwa, jeśli chodzi o prawdziwych przestępców, ale uniemożliwiać urzędnikom używanie tego narzędzia wobec uczciwych przedsiębiorców – zapowiada Rzecznik MŚP.
Tym pomysłem jest powołanie nowego organu – rady odwoławczej przy Ministrze Finansów. W jej skład weszliby przedstawiciele samorządów zawodowych (doradcy podatkowi, adwokaci i radcowie prawni), Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, Krajowej Administracji Skarbowej, Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Rozwoju. Rada miałaby rozpatrywać zasadność odwołania od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego do Naczelnego Sądu Administracyjnego w przypadku, gdy wyrok jest korzystny dla przedsiębiorcy i zachodzą przesłanki do zastosowania zasad Konstytucji Biznesu.
– Postulujemy także wprowadzenie odpowiedzialności dyscyplinarnej i majątkowej urzędników. Chcemy, aby komisje dyscyplinarne były przenoszone do organów wyższego stopnia, bo dzisiaj komisja dyscyplinarna jest powoływana z pracowników tego urzędu, wobec którego wnioskuje się o odpowiedzialność dyscyplinarną. Chcemy także ograniczenia praktyki nadużywania tymczasowych aresztowań dla przedsiębiorców do dziewięciu miesięcy oraz skrócenia czasu trwania postępowań gospodarczych. Dzisiaj termin instrukcyjny to sześć miesięcy, ale postulujemy, żeby były narzędzia, które pozwolą na praktyczne zakończenie sprawy po sześciu miesiącach – wymienia Adam Abramowicz.
Jak podkreśla, kilka z tych postulatów już było konsultowanych z ministerstwami. Resort finansów patrzy łaskawym okiem na powołanie rady odwoławczej, były także rozmowy z ministrem Zbigniewem Ziobrą na temat sześciomiesięcznego okresu kończenia spraw w sądach gospodarczych.
– Prowadzone są rozmowy dotyczące także innych postulatów, ale oczywiście to wszystko wymaga jeszcze opracowania i analiz. Gospodarka jest teraz najważniejsza i powinna być poza sporem politycznym, dlatego liczymy na to, że wszystkie siły polityczne i kluby w parlamencie wezmą nasze propozycje jako swoje i wspólnie z obozem rządzącym szybko je przeprowadzą, wdrożą i zaczną one obowiązywać najszybciej jak to tylko możliwe – zakłada.
Postulaty Rzecznika MŚP wspiera prawie 250 organizacji Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku, ale też środowiska naukowe.
Gwałtownie rosnąca liczba zakażeń koronawirusem i przebywających na kwarantannach osób to problem dla służby zdrowia, która jest już na granicy wydolności, jak i dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego, którego pracownicy nie są już w stanie obsłużyć tysięcy telefonów dziennie. Pomoc zaoferowało 18 firm ubezpieczeniowych, które zdecydowały się sfinansować dodatkowe call center dla GIS-u. Linia będzie dostępna 24/7, a ubezpieczyciele sfinansują pracę 100 dodatkowych konsultantów przez najbliższe pół roku. Jak podkreśla prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń, to kolejna z inicjatyw branży ukierunkowanych na walkę z pandemią.
– Osiemnastu ubezpieczycieli przystąpiło do wspólnej inicjatywy rozpoczętej przez Polską Izbę Ubezpieczeń. Celem jest pomoc GIS-owi i sfinansowanie call center, które będzie w pierwszej linii pomocy obywatelom, osobom, które podejrzewają lub mają koronawirusa – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Call center ma odciążyć GIS od tysięcy telefonów każdego dnia. Ludzie często potrzebują bardzo podstawowych odpowiedzi, podczas gdy pracownicy GIS-u powinni zajmować się już tymi osobami, które są w poważnym stanie i potrzebują fachowej pomocy.
W ostatni weekend liczba zakażonych SARS-CoV-2 przekroczyła w Polsce pół miliona. Gwałtowne przyrosty nowych zakażeń to problem nie tylko dla systemu służby zdrowia, który jest już na granicy wydolności, lecz także dla GIS-u, który pełni rolę krajowego koordynatora i pierwszego źródła informacji m.in. dla osób z objawami czy przebywających na kwarantannach. Tych przybywa lawinowo, dlatego infolinia GIS-u jest przeważnie zajęta, a pracownicy call center fizycznie nie są w stanie obsłużyć tysięcy telefonów dziennie. Pomoc zapewnią im ubezpieczyciele – 18 firm zrzeszonych w Polskiej Izbie Ubezpieczeń zdecydowało się wspólnie sfinansować dodatkowe call center dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego.
Linia będzie dostępna dla potrzebujących przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Ubezpieczyciele sfinansują pracę konsultantów przez najbliższe pół roku.
– To będzie profesjonalne call center, które jest już operacyjne i które dokładnie wie, co ma robić. Konsultanci są przeszkoleni tak, żeby pomagać w zapewnieniu informacji osobom, które tego potrzebują – mówi Jan Grzegorz Prądzyński. – Będzie w nim pracowało 100 konsultantów.
Jak podkreśla, finansowanie dodatkowego call center dla GIS-u to kolejna z inicjatyw branży ubezpieczeniowej, wspierających zarówno medyków walczących z koronawirusem na pierwszej linii, jak i Polaków zmagających się ze skutkami pandemii. W ramach dotychczasowej pomocy branża ubezpieczeniowa m.in. finansowała zakupy sprzętu medycznego i środków ochrony osobistej dla medyków, pomoc prawną dla przedsiębiorców, a także bezpłatną pomoc psychologiczną i telemedyczną dla ubezpieczonych.
Polska Izba Ubezpieczeń krótko po wybuchu pandemii opracowała rekomendacje działań proklienckich dla zakładów ubezpieczeń. W efekcie uproszczono procedury zawierania i przedłużania umów ubezpieczenia oraz wprowadzono zdalną likwidację szkód w zakresie znacznie szerszym niż wcześniej. Dodatkowo przyspieszono też wypłaty dla kontrahentów, tj. warsztatów naprawczych, firm transportowych czy lekarzy orzeczników.
– Dla klientów, którzy mieli ubezpieczenie na życie dołączone do kredytu, wprowadziliśmy możliwość zawieszenia składek na okres, w którym zawieszony jest również kredyt. Z tego rozwiązania na początku pandemii skorzystało wiele osób. Natomiast w segmencie majątkowym pomogliśmy klientom m.in. w rozkładaniu ubezpieczeń komunikacyjnych na raty. Zainicjowaliśmy też wiele dobrych praktyk skierowanych np. do personelu medycznego – wymienia prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Wskazuje, że branża ubezpieczeniowa przeszła na pracę zdalną i szybko dostosowała się do nowych realiów. Kanały sprzedaży zostały przeniesione do online’u, w dużej mierze zdigitalizowany został też proces zgłaszania i obsługi szkód.
– Jako PIU współpracowaliśmy z Komisją Nadzoru Finansowego i Ministerstwem Finansów, żeby wszystkie procesy mogły odbywać się online’owo, i to się udało – mówi Jan Grzegorz Prądzyński. – Trzeba było też zmienić procesy sprzedażowe, przejść na zdalne podpisywanie umów i zdalną identyfikację klienta. Tu również się udało, m.in. dzięki pomocy KNF. Wspólnie udało nam się zmienić wiele przepisów, żeby praca zdalna była jak najbardziej efektywna. Klienci musieli zostać w domach i ubezpieczyciele się do tego dostosowali.
Praca w fotelu, łóżku czy przy kuchennym blacie, jedzenie posiłków przy komputerze – to częste realia pracy zdalnej, które mogą mieć negatywny wpływ na zdrowie pracowników. Dodatkowo stały dostęp do lodówki powoduje, że częściej podjadamy, co w połączeniu z mniejszą ilością ruchu w ciągu dnia także może powodować problemy zdrowotne. Praca zdalna oznacza także wyzwania dla kondycji psychicznej – poczucie osamotnienia, brak kontaktu z innymi ludźmi czy frustracja wynikająca z trudności w łączeniu obowiązków zawodowych i opieki nad dziećmi. To wszystko sprawia, że pracodawcy zmieniają swoje programy benefitów, przede wszystkim te nakierowane na wellbeing pracowników.
– Przed pandemią koronawirusa praca zdalna była marzeniem większości Polaków. Wiele osób podczas rozmowy rekrutacyjnej pytało o możliwość wykonywania pracy w pełnej koncentracji w domu. Teraz praca zdalna jest dostępna w znacznie szerszym zakresie i ma to swoje dobre i złe strony – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Kotzian, strateg wellbeingu w firmach, współzałożycielka Well.hr.
Z badania przeprowadzonego przez MC2 Innovations, Hays Poland i Uniwersytet SWPS wynika, że większość pracowników pozytywnie ocenia okres pracy zdalnej i swoją efektywność. Jako największe wyzwanie wskazali zaburzoną równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym (43 proc.) oraz brak bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami (37 proc.). Na liście wyzwań pojawiły się także samotność/poczucie izolacji (25 proc.) oraz brak wyznaczonego miejsca do pracy (17 proc.). Te nowe problemy, jakie pojawiły się w związku z upowszechnieniem na masową skalę pracy zdalnej, nie pozostają bez wpływu na zdrowie pracowników.
– Pierwsza kwestia to samo środowisko pracy, które nie jest takie jak to oferowane w biurach, czyli nie mamy biurka czy krzesła spełniającego wszystkie zasady ergonomii. Najczęściej pracujemy w fotelach, czasem w łóżkach, w kuchni pomiędzy talerzami czy garnkami, jednocześnie przyrządzając obiad. Te wszystkie ograniczenia dotyczące środowiska pracy przekładają się na nasz dobrostan fizyczny – podkreśla Joanna Kotzian.
Badania przeprowadzone w Finlandii pokazały, że połowa telepracowników nie miała w domu ani krzesła biurowego, ani biurka, natomiast 53 proc. cierpiało z powodu bólu barków, 46 proc. zgłaszało bóle szyi, a 1/3 bóle pleców. Telepracownicy skarżyli się także na bóle w nadgarstkach i palcach, bóle głowy, zmęczenie, znużenie i zaburzenia snu.
Jak wynika z raportu „Na zdrowie! Jak dbać o kondycję zdrowotną pracowników” stworzonego przez Well.hr i PwC, również dostępność domowej lodówki sprawia, że często podjadają oni między posiłkami, a ich aktywność fizyczna w ciągu dnia pracy jest mniejsza niż osób pracujących w firmowym biurze, ponieważ rzadziej wstają od biurka, nie muszą dojść na przystanek czy na parking ani nawet zejść po schodach. W dłuższej perspektywie grozi to otyłością.
– Druga kwestia to dobrostan psychiczny pracownika wynikający z tego, że pracujemy w izolacji domowej, co ma wpływ na nasze samopoczucie. Wtedy tym bardziej dopadają nas różne lęki. Nie mamy możliwości uzyskania natychmiastowego wsparcia w obowiązkach od kolegi przy biurku czy możliwości wyjścia na lunch, zazwyczaj jemy go po prostu przy biurku czy w miejscu, w którym pracujemy – zauważa współzałożycielka Well.hr.
Pracownicy zdalni mogą również doświadczać problemów związanych z brakiem kontaktów międzyludzkich i samotnością, co w dłuższej perspektywie prowadzi do stanów lękowych czy depresji. Kolejną uciążliwością jest praca w obecności dzieci i próba pogodzenia obowiązków zawodowych z opieką nad nimi i pomocą im w nauce zdalnej.
– Mniejsze dzieci potrzebują opieki i nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć im, że teraz mama i tata pracują. Jest to bardzo frustrujące, co przekłada się na samopoczucie pracowników i sprawia, że nie czują się ani dobrymi pracownikami, ani dobrymi rodzicami – zwraca uwagę Joanna Kotzian.
Powyższe wyzwania sprawiają, że firmy zmieniają swoje świadczenia dla zatrudnionych. Uwzględniają w nich warunki pracy zdalnej i zmieniające się w związku z nią potrzeby personelu. Wciąż na szczycie listy benefitów pozostaje opieka zdrowotna, teraz coraz częściej w postaci dostępu do tele- czy wideokonsultacji ze specjalistami czy możliwości zdalnego monitorowania stanu zdrowia przez odpowiednie urządzenia i aplikacje. W miejsce dotąd bardzo popularnych kart umożliwiających korzystanie z siłowni i klubów fitness teraz pojawiają się oferty ćwiczeń online, a bilety do teatrów i kin zostały zastąpione przez dostęp do rozrywki w sieci.
– Pracodawcy starają się, by środowisko pracy było mniej stresujące, dostarczają pracownikom podpowiedzi, jak radzić sobie w realizacji coraz trudniejszych zadań pod coraz większą presją czasu – mówi współzałożycielka Well.hr. – Jedną z korzyści pandemii jest docenienie kwestii związanych ze zdrowiem psychicznym. Jeszcze dwa lata temu to był temat kompletnie w Polsce nieporuszany. Tymczasem w Wielkiej Brytanii mamy w rządzie ministra ds. samotności, a temat wellbeingu psychicznego jest tam w firmach absolutnym priorytetem.
Jej zdaniem wsparcie psychologiczne nagle stało się hitem wellbeingu. Spotkania z psychologami i psychoterapeutami odbywają się online na chacie albo w formie telekonsultacji. Mogą z nich korzystać zarówno pracownicy, jak i ich rodziny. Jak podkreśla ekspertka, w przyszłości wellbeing psychiczny pracowników będzie zyskiwał na znaczeniu, m.in. dlatego że praca zdalna może stać się standardem.
– Kiedy wrócimy już do normalnego trybu pracy, okaże się, że model pracy zdalnej wdrożyły firmy, które wcześniej nie odważyły się tego zrobić przez wiele lat, również instytucje publiczne, organizacje, w których wcześniej wydawało się to absolutnie niemożliwe. W przyszłości może się okazać, że właśnie praca zdalna jest rozwiązaniem tańszym dla wielu pracodawców, bo nie trzeba wynajmować biur o tak dużej powierzchni, ale też rozwiązaniem przyjaznym dla pracowników, jeśli stanie się ich wyborem, a nie koniecznością – przewiduje Joanna Kotzian.
To jednak wcale nie oznacza, że pracodawcy zapomnieli o pracownikach pracujących stacjonarnie w biurach czy fabrykach. Okres pandemii i lockdownu jest szczególnie trudny dla osób, które nie mają możliwości przejścia na tryb zdalny, bo w wielu z nich potęguje się obawa o zakażenie siebie lub bliskich.
– Lęki związane z pandemią, opieką nad dziećmi mają też pracownicy na produkcji czy w sieciach handlowych. Oni także muszą sobie poradzić z obecną sytuacją. Firmy wdrożyły specjalne zasady bezpieczeństwa, część z nich wprowadziła dodatki dla osób, które nie mogą pracować zdalnie. Niektóre sieci handlowe zwalniały ze świadczenia pracy kobiety w ciąży albo pracowników starszych, żeby nie narażać ich na niebezpieczeństwo zakażenia. To również były działania bardzo wartościowe z punktu widzenia wellbeingu i świadczące o tym, że pracodawca myśli o pracownikach – podsumowuje ekspertka Well.hr.
Technologie zeroenergetyczne stają się coraz popularniejsze w budownictwie. Pozwalają na tworzenie samowystarczalnych pomieszczeń, a nawet całych budynków. Dzięki inteligentnemu systemowi opracowanemu przez polską firmę można obniżyć temperaturę w pomieszczeniach nawet o 6 stopni bez utraty komfortu cieplnego. Technologia aktywnej synergii pozwala nie tylko zoptymalizować wykorzystanie energii, lecz także zagospodarować ciepło emitowane przez pracujące w pomieszczeniach urządzenia.
– Każdy budynek, niezależnie od systemu grzewczego, produkuje dość dużo energii. Ludzie, komputery i maszyny, takie jak lodówki produkują ciepło. Jeżeli to się połączy w jeden wspólny system, to można zaoszczędzić i nie potrzeba produkować nowej energii. Najczystsza energia to ta, której się nie wyprodukuje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jerzy Hawranek, prezes zarządu iNergy.
Sposobem na zastosowanie energii wytworzonej np. przez różnego rodzaju urządzenia w pomieszczeniach może być technologia AS, czyli inteligentny system łączący w sobie wentylację, ogrzewanie i chłodzenie oraz wykorzystujący je do optymalnego dla ludzkiego organizmu rozprowadzania temperatury.
– Staramy się połączyć i wykorzystać to, co jest w danym pomieszczeniu energetyczne. Przez to, że człowiek czuje ciepło nogami, a komfort głową, czyli odwrotnie do fizyki, trzeba położyć ogrzewanie na podłodze, a chłodzenie od sufitu. Wszystko po to, żeby pod sufitem było chłodniej, a na dole cieplej – tłumaczy Jerzy Hawranek.
Transport energii odbywa się z użyciem nośnika, jakim jest woda. Takie rozłożenie temperatur w ramach technologii synergii aktywnej pozwala zwiększyć komfort cieplny przy równoczesnym obniżeniu średniej temperatury w pomieszczeniu o 4 do 6 stopni. Tymczasem jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Danfoss, obniżenie temperatury już o jeden stopień Celsjusza pozwala zaoszczędzić od 4 do 6 proc. kosztów ogrzewania.
– System jest przeznaczony zarówno dla małego budownictwa, np. budynków jednorodzinnych, domków, jak i dużych, wielopiętrowych budynków. Budując w tej technologii wieżowiec o wysokości 130 m, możemy zmieścić o cztery piętra więcej, a obniżone koszty eksploatacji pokryją z nadwyżką koszt budowy. Dla uzyskania tego samego efektu potrzebna jest mniejsza ilość powierzchni czy kubatury, ponieważ mamy tzw. wentylację rozproszoną – wyjaśnia ekspert.
Obecnie w budownictwie promowany jest trend zeroenergetyczny. Oznacza to, że konstruktorzy dążą do tego, by budynek był samowystarczalny energetycznie. Najczęściej oznacza to połączenie kilku technologii z zakresu odnawialnych źródeł energii – np. fotowoltaiki i pomp ciepła. Budynki zeroenergetyczne budowane są przeważnie od podstaw, ale możliwe jest również odpowiednie dostosowanie już istniejących.
Przykładem może być inwestycja realizowana obecnie przez Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów Ogrzewnictwa, Chłodnictwa i Klimatyzacji. Nowa siedziba organizacji będzie się mieściła w zmodernizowanym trzykondygnacyjnym budynku, który powstał w latach 70. ubiegłego wieku. Zostanie on wyposażony w panele fotowoltaiczne oraz system zdalnego monitorowania i analizy wydajności budynku, z pulpitem nawigacyjnym online, a także zaawansowany system automatyki budynkowej (BAS). Siedziba ma być samowystarczalna energetycznie najpóźniej w marcu przyszłego roku.
– Powinniśmy budować zeroenergetyczne domy, ponieważ musimy pozwolić naszym dzieciom mieć czym oddychać. Jeżeli wszyscy będziemy zużywać środowisko, to nasze dzieci nie będą miały w czym żyć. A skoro nie ma potrzeby produkowania więcej energii, niż możemy skonsumować, to trzeba to ograniczać – przekonuje prezes iNergy.
Z prognoz Prescient & Strategic Intelligence wynika, że światowy rynek budownictwa zeroenergetycznego osiągnie w 2024 roku wartość ponad 2,1 mld dol. W 2018 roku rynek ten był wyceniany na niespełna 0,9 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 15,6 proc.
W galaktyce Drogi Mlecznej może znajdować się 300 mln planet, które potencjalnie nadają się do zamieszkania. Co istotne, kilka z nich jest odległych o 30 lat świetlnych od Słońca, a niektóre nawet mniej niż 20 lat świetlnych – oceniają naukowcy NASA. To jednak najbardziej konserwatywne oceny. Wedle tych optymistycznych nawet jedna na dwie gwiazdy podobne do Słońca może mieć planetę nadającą się do zamieszkania. Tym samym nawet 2–3,6 mld planet może mieć warunki przyjazne człowiekowi.
Według nowych badań wykorzystujących dane z teleskopu kosmicznego Keplera, około połowa gwiazd o podobnej temperaturze do Słońca może mieć skalistą planetę zdolną do utrzymywania wody w stanie ciekłym na jej powierzchni. Tym samym w naszej galaktyce Drogi Mlecznej może znajdować się 300 milionów planet, które potencjalnie nadają się do zamieszkania, przy czym cztery z nich prawdopodobnie w odległości 30 lat świetlnych od Słońca, a jedna nawet bliżej niż 20 lat świetlnych.
– Kepler powiedział nam już, że istnieją miliardy planet, ale teraz wiemy, że spora część z nich może być skalista i nadająca się do zamieszkania – podkreśla Steve Bryson, naukowiec z centrum badawczego NASA Ames Research Center w Kalifornii.
To jednak najbardziej pesymistyczne obliczenia przy założeniu, że 7 proc. gwiazd podobnych do Słońca ma takie planety. Jednak przy średnim oczekiwanym wskaźniku na poziomie 50 proc. może być ich znacznie więcej.
Badacze przyjrzeli się egzoplanetom odkrytym przez teleskop Keplera o promieniu 0,5-1,5 razy większym od promienia Ziemi. Skupili się zaś przede wszystkim na gwiazdach podobnych do naszego Słońca pod względem wieku i temperatury (ok. 1500 st. Fahrenheita) oraz planetach, które najprawdopodobniej są skaliste. Odkrycie naukowców jest przełomowe – dotychczasowe badania pomijały np. zależność między temperaturą gwiazdy a rodzajem emitowanego przez nią światła pochłanianego przez planetę.
– Uzyskany przez nas wynik jest daleki od ostatecznej wartości, a woda na powierzchni planety jest tylko jednym z wielu czynników podtrzymujących życie. Jednak dokonanie obliczeń z tak dużą pewnością i precyzją, które wskazują na taką powszechność planet do zamieszkania, jest niezwykle ekscytujące – wskazuje Steve Bryson.
Nowa analiza uwzględnia większość czynników i dzięki temu pozwala lepiej ocenić, czy dana planeta może być w stanie utrzymać wodę w stanie ciekłym, a tym samym – potencjalnie życie. Było to możliwe dzięki połączeniu ostatecznego zbioru danych Keplera o sygnałach planetarnych z danymi o produkcji energii każdej gwiazdy z misji Gaia Europejskiej Agencji Kosmicznej.
– Zawsze wiedzieliśmy, że definiowanie zdolności do zamieszkania planety oparte na kategoriach jej fizycznej odległości od gwiazdy, tak aby nie była zbyt gorąca ani zimna, pozostawiało wiele wątpliwości – twierdzi Ravi Kopparapu, naukowiec z NASA Goddard Space Flight Center w Greenbelt w stanie Maryland. – Dane zebrane przez Gaię pozwoliły nam spojrzeć na te planety i ich gwiazdy w zupełnie nowy sposób.
Według naukowców atmosfera planety określa, ile światła potrzeba, aby na jej powierzchni znalazła się woda w stanie ciekłym. Wyliczenia wskazują, że nawet około połowa gwiazd podobnych do Słońca ma planety skaliste, na których powierzchniach może znajdować się woda w stanie ciekłym. Optymistyczne szacunki mówią nawet o 75 proc. takich gwiazd.
To dobra wiadomość, zwłaszcza że ludzkość może być zagrożona wyginięciem z powodu jakiegoś kataklizmu. Jak zauważył astronom Carl Sagan, jedynym możliwym sposobem uniknięcia końca świata, jaki znamy, może być zasiedlenie innej planety w krótkim czasie.
– Wiedza o tym, jak powszechne są różne rodzaje planet, jest niezwykle cenna przy projektowaniu nadchodzących misji poszukiwania egzoplanet – tłumaczy Michelle Kunimoto z zespołu TESS na uczelni Massachusetts Institute of Technology w Cambridge. – Na podstawie tych oszacowanych wyników można zmaksymalizować szanse powodzenia badań poszukiwania małych, potencjalnie nadających się do zamieszkania planet wokół gwiazd podobnych do Słońca.
Ostateczna informacja o zwycięzcy wyborów prezydenckich w USA nadeszła w weekend, ale rynki świętowały wcześniej: obserwowaliśmy wyraźne wzrosty cen akcji i spadki kursów walut safe haven, takich jak USD. Dzisiejsze informacje dotyczące możliwego przełomu w walce z pandemią jeszcze wzmocniły dobre nastroje.
Kluczowe w kontekście najbliższych kilku tygodni będzie to, jak rynek walutowy przetrawi kombinację zwycięstwa Joe Bidena i prawdopodobnego utrzymania większości w Senacie przez Republikanów. W kontekście takiej kombinacji niemal na pewno dojdzie do złagodzenia napięć w handlu, jednak perspektywy znacznego rozluźnienia polityki fiskalnej w USA oddaliły się. Ewentualność, że odmowa uznania wyników wyborów przez Donalda Trumpa przełoży się na jakiekolwiek skuteczne kroki prawne stanowi zmartwienie, jednak na tym etapie uważamy, że jest to bardzo nieprawdopodobny scenariusz.
W tym tygodniu nie czekają nas posiedzenia kluczowych banków centralnych, nie poznamy też przełomowych danych. Dlatego sądzimy, że rynki będą skupiać się przede wszystkim na pandemii. Istotne będą covidowe statystyki i ogłoszenia dotyczące nowych restrykcji, jednak na początku tygodnia uwaga rynków koncentruje się na informacjach o 90-procentowej skuteczności szczepionki Pfizer/BioNtech. Wzrost szans na szybsze i skuteczniejsze poradzenie sobie z pandemią wspiera nastroje, przekładając się na wzrosty cen aktywów ryzykownych i odwrót od safe haven.
PLN
Polski złoty zakończył miniony tydzień wyraźnym umocnieniem, zyskując ponad 2% w parze z euro. Walucie sprzyjała poprawa sentymentu do ryzyka na fali wyników wyborów prezydenckich w USA.
Piątkowe posiedzenie RPP nie było przełomowe. To, co istotne, to nowe projekcje NBP, które pokazały, że polski bank centralny spodziewa się wyższej inflacji i jednocześnie wyższego wzrostu gospodarczego niż oczekiwał jeszcze w lipcu. W piątek nadeszły też kolejne ogłoszenia ze strony rządu. Nowe działania pomocowe dla przedsiębiorców w kontekście drugiej fali pandemii są zdecydowanie mniej imponujące niż te wdrażane na wiosnę, niemniej zapowiada się, że negatywny wpływ pandemii na gospodarkę w ostatnich miesiącach tego roku nie będzie tak duży jak wtedy.
W piątek poznamy wstępny szacunek PKB Polski w III kwartale br. Wraz ze zbliżaniem się do granicy warunkującej wprowadzenie narodowej kwarantanny warto też obserwować informacje dotyczące ewentualnych nowych obostrzeń. Złoty nadal powinien jednak reagować przede wszystkim na globalne zmiany sentymentu do ryzyka. Na początku tygodnia waluta zyskuje, wspierana przez wspomniane wyżej informacje dotyczące nowej szczepionki.
EUR
Euro doświadczyło silnego umocnienia w związku z rosnącymi oczekiwaniami na zwycięstwo Bidena. Obecnie kurs EUR/USD znajduje się w okolicy poziomu 1,19 i jest najwyżej od połowy września. Dalsze wzrosty mogą jednak być trudniejsze do osiągnięcia, przynajmniej w krótkim terminie. Pogarszająca się sytuacja w związku z pandemią i szereg nowych restrykcji przekładają się na aktywność gospodarczą, co pokazały październikowe dane PMI. W tym tygodniu, za sprawą przemówień kluczowych oficjeli banku centralnego, w centrum uwagi ponownie znajdzie się EBC. Inwestorzy czekają na sygnały dotyczące tego, jakiej skali działań stymulacyjnych możemy spodziewać się w grudniu.
USD
Połączenie zwycięstwa kandydata Demokratów, Joe Bidena, i lepszego niż oczekiwano wyniku Republikanów w wyborach wpłynęło na rynek zgodnie z naszymi oczekiwaniami – tj. powodując umiarkowany rajd aktywów ryzykownych i wyprzedaż amerykańskiej waluty. Lepsze od oczekiwań miesięczne dane o zatrudnieniu w USA z piątku sugerują, że wdrożenie ambitnego pakietu fiskalnego w najbliższym czasie jest jeszcze mniej prawdopodobne, pomimo pogorszenia covidowych statystyk w USA. Po okresie istotnych wydarzeń wracamy do obserwowania publikacji makroekonomicznych. Na pierwszy plan w tym tygodniu wysuwają się czwartkowe dane o inflacji w USA.
GBP
Bank Anglii rozszerzył program QE o 150 mld funtów, zwiększając jego pułap do 895 mld funtów. Skala tego rozszerzenia była wyższa niż oczekiwaliśmy zarówno my, jak i rynki. Jednocześnie BoE istotnie obniżył prognozę PKB Wielkiej Brytanii w ostatnim kwartale, dodatkowo sugerując, że wielkość gospodarki może nie wrócić do rozmiaru sprzed pandemii aż do 2022 roku.
Gołębi BoE i brak wyraźnych postępów w negocjacjach na linii Unia Europejska-Wielka Brytania odbiły się na funcie, który w zeszłym tygodniu radził sobie gorzej niż wszystkie pozostałe waluty G10 za wyjątkiem dolara amerykańskiego i jena japońskiego. Ten tydzień wypełniony jest danymi z Wielkiej Brytanii. We wtorek poznamy dane z brytyjskiego rynku pracy, w czwartek natomiast opublikowane zostaną wstępne szacunki PKB w III kwartale. Mogą one jednak nie mieć istotnego przełożenia na zachowanie rynku, ze względu na ich wsteczność i to, że nie pokażą wpływu nowych covidowych restrykcji na gospodarkę Wielkiej Brytanii.
CHF
Frank szwajcarski radził sobie lepiej niż inne waluty safe haven, kończąc tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z euro. Wzrost zmienności pary EUR/CHF w związku z wyborami w USA okazał się dość ograniczony.
Krajowe wieści z frontu walki z pandemią były mieszane. Z jednej strony liczba nowych infekcji zdaje się stabilizować – Szwajcaria obecnie rejestruje ok. 10 tys. przypadków dziennie. Z drugiej strony jednak, rośnie liczba nowych zgonów. Niemniej restrykcje wprowadzone w kraju są stosunkowo łagodne w porównaniu z wieloma innymi europejskimi krajami. W zasięgu wzroku nie widać również drugiego lockdownu.
Najnowsze dane makroekonomiczne ze Szwajcarii w ujęciu ogólnym były dość pozytywne, jednak nie zmieniają znacząco obrazu sytuacji gospodarczej. Październikowe dane o inflacji, które poznaliśmy w zeszłym tygodniu, pokazały najniższy spadek cen od marca. Inflacja pozostaje jednak ujemna, kształtując się na poziomie -0,6%. Poza dzisiejszymi danymi z rynku pracy, które pokazały stabilizację stopy bezrobocia w październiku, kalendarz ekonomiczny na ten tydzień nie obejmuje żadnych publikacji szczególnie wartych obserwacji. Frank powinien nadal reagować głównie na zmiany rynkowych nastrojów, w poniedziałek po południu waluta doświadcza wyprzedaży, tracąc w związku z poprawą sentymentu do ryzyka po informacjach dotyczących nowej szczepionki.
Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
Wraz z rozpowszechnieniem się elastycznego modelu pracy zyskaliśmy pewność, że biura pozostaną niezbędnym elementem dla funkcjonowania firm. Transformacja oczekiwań pracowników, co do sposobu wykonywania pracy, wpłynie jedynie na zmianę ich funkcji
Ogłoszenie pandemii stało się jednym z punktów zwrotnych dla sektora biurowego. Na początku tego roku rynek elastycznych powierzchni biurowych przeżywał inwestycyjny boom. We wszystkich, dużych ośrodkach biznesowych w kraju zasoby powierzchni coworkingowych i biur serwisowanych szybko rosły. Za wzrostem podaży szło coraz większe zapotrzebowanie na tego typu przestrzeń do pracy. Po marcowym przełomie wszystko się zmieniło. W obecnej rzeczywistości elastyczne biura mają jednak szansę wrócić na ścieżkę wzrostu. Oferują bowiem gotową, dobrze wyposażoną powierzchnię w atrakcyjnym środowisku pracy, a do tego bardzo wygodne warunki najmu i niewygórowane ceny.
– Prawie połowa firm, które myślą o zmianie strategii wobec miejsca pracy rozważa wykorzystanie dostępnej na rynku oferty biur serwisowanych i centrów coworkingowych. Elastyczne przestrzenie biurowe są coraz bardziej dostosowane, zarówno do nowych wymagań najemców, jak i rosnących wymogów sanitarnych. Klienci poszukują takich rozwiązań, szczególnie jeśli mają na uwadze czas obowiązywania umowy najmu albo możliwości, jakie niosą w przypadku konieczności szybkiej ekspansji czy redukcji powierzchni biurowej. Miejsca pracy w niektórych elastycznych przestrzeniach biurowych można wynająć na bardzo krótki okres, nawet jednego miesiąca, a w niektórych obiektach istnieje możliwość wynajęcia ich na dni czy godziny – mówi Krzysztof Foks, Analyst w Walter Herz.
Optymalne ceny
Plusem elastycznych powierzchni jest na pewno prosta forma rozliczenia kosztów. Zamiast opłacać czynsz, regulować opłaty eksploatacyjne oraz rozliczać się za media, jak w przypadku regularnego najmu, najemca płaci tylko jedną, stałą kwotę na rzecz wynajmującego. W tej cenie zawarte są wszystkie podstawowe opłaty, a często obejmuje ona również dostęp do sal konferencyjnych.
Przyczyn powodzenia, jakim na powrót cieszą się coworkingi i biura serwisowane upatrywać można również w chęci optymalizacji kosztów, co wiąże się z szybkim przechodzeniem firm na pracę zdalną, najczęściej w modelu hybrydowym. Nowa sytuacja na rynku skłania firmy do stosowania modelu hybrydowego, który skupia się na połączeniu długoterminowych umów najmu powierzchni z krótkoterminowym wynajmem przestrzeni coworkingowej, co pozwala zaoferować pracownikom możliwość pracy zdalnej nie tylko z domu. Elastyczne biura stają się coraz bardziej pożądanym rozwiązaniem rynkowym, w miarę jak wrasta liczba freelancerów i osób, które nie chcą dojeżdżać do siedziby firmy i nie mogą stale pracować w domu. Od marca br. pracodawcy tworzą i rozwijają siatki umożliwiające wykonywanie pracy w różnych miejscach. To sprawia, że wzrasta zapotrzebowanie na elastyczną i łatwo dostępną przestrzeń biurową.
Warszawa z największą elastyczną ofertą
Jak wynika z danych zawartych w raporcie – Coworking i powierzchnie serwisowane w Polsce 2020 opracowanym przez Walter Herz, największą ilością elastycznych przestrzeni do pracy dysponuje Warszawa, w której jest blisko 2/3 krajowych zasobów tego rodzaju powierzchni. Największym powodzeniem firm poszukujących takich biur w stolicy cieszą się lokalizacje centralne oraz Mokotów. Na ich obszarze skupionych jest blisko 75 proc. warszawskich centrów coworkingowych. Kolejne miejsce po Warszawie na mapie podaży elastycznych przestrzeni biurowych w Polsce z 13 procentowym odsetkiem krajowej oferty zajmuje Kraków. Za nim plasuje się Wrocław (7 proc.), Poznań (3 proc.) i Trójmiasto (3 proc.).
Biura serwisowane i centra coworkingowe oferują kilka form najmu przestrzeni. Najtańszą opcją jest HotDesk, kiedy najemca zyskuje dostęp do przestrzeni biurowej, w której może zająć dowolne, wolne miejsce rotacyjne. Kolejna opcja to dedykowane biurko, kiedy najemca dostaje wyznaczone, stałe miejsce w przestrzeni open space lub w gabinecie. Do wyboru jest także prywatne biuro w gabinecie dedykowanym tylko jednemu najemcy.
W cenie najmu elastycznej powierzchni zawarte jest wiele udogodnień dla użytkowników, które w przypadku standardowego najmu pracodawca musiałby sam zorganizować. Chodzi m.in. o dostęp do części wspólnych, takich jak kuchnia i strefy wypoczynku. Użytkownicy mogą korzystać z Wi-Fi oraz podstawowych sprzętów biurowych typu skaner i drukarka, a także kawy, herbaty i wody. Mają również zapewnioną obsługę recepcji czy dostęp do zamykanych szafek i budek telefonicznych. Za dodatkową opłatą oferowana jest zaś zwykle obsługa korespondencji, wirtualny adres, obsługa księgowa, prawna i doradcza.