Sytuacja na rynku pracy będzie coraz lepsza, również dzięki ostatniej decyzji EBC

CEO Magazyn Polska

W ciągu roku bezrobocie w Polsce obniżyło się z 13,4 proc. do 11,5 proc. Coraz mniej osób rejestruje się w urzędach pracy, za to coraz szybciej przybywa nowych ofert zatrudnienia. To zaś oznacza, że firmy chętniej inwestują. Nowym inwestycjom, a tym samym tworzeniu nowych miejsc pracy, sprzyjać będzie ostatnia decyzja Europejskiego Banku Centralnego o skupowaniu obligacji państw Eurolandu.

Dziś polska gospodarka potrzebuje przede wszystkim inwestycji strategicznych, które będą dawać stabilne miejsca pracy. W tym sensie decyzja Europejskiego Banku Centralnego może przekonać lub utwierdzić w przekonaniu niektóre firmy, które jeszcze zastanawiają się nad tym, czy rozpocząć inwestycje, że to jest właśnie dobry czas, by wystartować – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej. – Te informacje mogą być dla gospodarki i dla rynku pracy optymistyczne.

22 stycznia EBC podjął decyzję o rozpoczęciu skupu obligacji państw strefy euro. Chce na to przeznaczać 60 mld euro miesięcznie, co najmniej do września 2016 r. Program ten ma rozruszać gospodarkę Eurolandu, a to z kolei może przełożyć się na zwiększenie zamówień dla polskich firm.

Z danych resortu pracy wynika, że na koniec grudnia bezrobocie wyniosło 11,5 proc. W porównaniu z listopadem wzrosło o 0,1 proc. To najniższy grudniowy wzrost tego wskaźnika od 2008 r.

W ciągu roku bezrobocie zmniejszyło się o prawie 2 punkty procentowe. To jest bardzo dobry wynik. Obserwowaliśmy nie tylko ożywienie na rynku pracy, lecz także zmniejszony napływ do grona bezrobotnych i zwiększony odpływ. Liczba ofert pracy była duża, co oznacza, że firmy inwestują – podkreśla Jacek Męcina.

Resort pracy podaje, że w 2014 r. liczba osób bez pracy spadła o 332,1 tys. (o 15,4 proc.), podczas gdy w 2013 r. było ich więcej o 21,1 tys. osób względem 2012 r. Ożywienie gospodarcze przyczyniło się do tworzenia nowych etatów. W ubiegłym roku pracodawcy zgłosili do pośredniaków prawie 1,1 mln wolnych miejsc pracy, tj. o 25,3 proc. więcej niż w 2013 roku.

Według grudniowych badań Manpower dodatnie prognozy zatrudnienia na I kwartał odnotowano we wszystkich sześciu badanych regionach oraz w siedmiu sektorach gospodarki ( z dziesięciu analizowanych). Prognoza netto zatrudnienia wyniosła 5 proc. Powyżej średniej znalazły się takie branże, jak produkcja przemysłowa, handel czy budownictwo.

Jak podkreśla wiceminister, sytuacji na rynku pracy pomaga w ostatnich tygodniach ciepła zima.

Ostatnie dane na temat produkcji i budownictwa pokazują, że ożywienie w budownictwie jest bardzo wysokie – 5-proc. wzrost. To pokazuje, że dobra pogoda także pomaga sezonowo polskiej gospodarce. Firmy deweloperskie budowlane nauczyły się zarządzać procesem inwestycyjnym, tak aby nie przerywać produkcji sezonowo wtedy, gdy jest zima, ale rozkładać te prace w roku, zgodnie z warunkami klimatycznymi – dodaje Jacek Męcina.

Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w grudniu 2014 r. produkcja przemysłowa zwiększyła się w ujęciu rocznym o 8,4 proc. Wzrosła również produkcja przedsiębiorstw budowlanych – w porównaniu z grudniem 2013 r. o 5 proc., a w porównaniu z listopadem 2014 r. – o 29,7 proc.

Rząd zajmie się dziś nowelizacją ustawy o bankach spółdzielczych. Będą lepiej zabezpieczone

Dziś rząd zajmie się długo wyczekiwaną nowelizacją ustawy o bankach spółdzielczych, ich zrzeszaniu się i bankach zrzeszających. Banki spółdzielcze mają zyskać możliwość powołania instytucjonalnych systemów ochrony, które umożliwią im grupowe rozliczanie się ze wskaźników płynności. Uważają jednak, że z racji skali zmian, które je czekają, powinni otrzymać większe wsparcie od państwa. 

Jest to bardzo wyczekiwana zmiana. Prace nad ustawą trwały kilka lat – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krystyna Majerczyk-Żabówka, prezes zarządu Krajowego Związku Banków Spółdzielczych. ‒ Prawo ma przede wszystkim uregulować kwestie funduszy, tak by banki miały prawo dokonywania odmowy albo przesunięcia w czasie wypłaty udziałów w przypadku, kiedy jest to podyktowane potrzebą utrzymania kapitału.

Ta zmiana jest pozytywnie odbierana przez sektor. Zgodnie z nowelizacją banki spółdzielcze będą mogły odmówić zwrotu wpłat dokonanych na udziały członkowskie, które zostały wypowiedziane. Dzięki uzyskaniu takiego uprawnienia będą mogły zaliczyć kapitał uzyskany z takich wpłat do kapitału Tier I. Tego typu kapitał stanowi podstawę do zabezpieczenia podejmowanego przez banki ryzyka.

Nowe prawo zakłada jednak dobrowolność tego rozwiązania. Te banki, które nie dostosują swoich zasad będą mogły zaliczać wpłaty na udziały członkowskie jedynie do kapitału Tier II, czyli funduszy uzupełniających.

Proponowane przez resort finansów prawo daje też możliwość tworzenia grup płynnościowych lub powołania systemu ochrony instytucjonalnej (IPS). Obydwa rozwiązania mają służyć zwiększeniu bezpieczeństwa banków, bo umożliwią grupowe utrzymywanie wymaganych unijnym prawem wskaźników płynnościowych. Zgodnie z unijnym rozporządzeniem banki muszą utrzymywać wystarczającą płynność, by pokryć 30-dniowy okres odpływów gotówkowych – jednak nowe prawo zniesie ten wymóg z poszczególnych banków, dając im w zamian możliwość tworzenia grup.

Wnioskowaliśmy, żeby w większym stopniu, niż to wynika z projektu, państwo amortyzowało skutki wdrożenia tej trudnej regulacji, ponieważ ona wymaga od banków zdecydowanych zmian. Mało tego, wymaga powołania nowego podmiotu, w postaci albo spółdzielni, albo spółki, który będzie odpowiadał wspólnie za płynność i wypłacalność, bo takie jest zadanie IPS-u. Jest to zupełnie nowe rozwiązanie – podkreśla Krystyna Majerczyk-Żabówka.

Prezes KZBS podkreśla, że banki spółdzielcze zdają sobie sprawę z potrzeby dostosowania polskiego prawa do unijnych przepisów, co – jak podkreślono w uzasadnieniu projektu – jest głównym powodem nowelizacji ustawy. Jednak dodaje, że oceny są mieszane, bo nowe prawo nakłada na banki spółdzielcze duże obciążenia.

Jeśli chodzi o tworzenie grup płynnościowych to tu pogląd wśród banków jest zróżnicowany – podkreśla Krystyna Majerczyk-Żabówka. ‒ Oprócz kosztów powołania systemów ochrony, a więc grup płynnościowych, w ramach których będzie tworzony z jednej strony fundusz pomocowy, z drugiej minimum depozytowe, czyli bardzo dobre zabezpieczenia dla sektora bankowości spółdzielczej, banki jeszcze są zobowiązane ponosić opłaty na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i na rzecz Komisji Nadzoru Finansowego.

Stworzenie IPS-u będzie dobrowolne. Warunkiem jego stworzenia będzie m.in. wzajemne gwarantowanie zobowiązań, powołanie funduszu pomocowego (to kolejny koszt dla banków spółdzielczych) i zatwierdzenie całego systemu przez KNF.

Jest jeszcze jeden element, który nie został uwzględniony, a był podnoszony przez banki spółdzielcze – możliwość odliczania VAT od czynności występujących w ramach IPS-u. Ustawowo banki są zobowiązane wykonywać pewne czynności na rzecz nowo powołanej instytucji i wzajemnie świadczyć sobie usługi chociażby audytu, kontroli wewnętrznej, ale w tym zakresie traktowane są jak każdy przedsiębiorca, nie ma możliwości odliczenia VAT, mimo że jest to czynność wymuszona specjalną ustawą i dzieje się to tylko w ramach grupy – mówi Krystyna Majerczyk-Żabówka.

Polska zagłębiem samochodowym Europy. Eksport aut w ubiegłym roku sięgnął 18,6 mld euro

CEO Magazyn Polska

Branża automotive w Polsce wypracowuje blisko 10 proc. PKB i odpowiada za jedna dziesiątą polskiego eksportu. Według prognoz AutomotiveSuppliers.pl w 2014 r. wartość eksportu wyniosła 18,6 mld euro. W Europie Polska uznawana jest za zagłębie samochodowe. Chociaż nie ma własnej  sprzedawanej i produkowanej w Polsce – marki aut osobowych, a popyt wewnętrzny na nowe auta wciąż jest poniżej potencjału rynku.

Mimo że nie posiadamy własnej marki i nie produkujemy polskich samochodów, coraz częściej mówi się na świecie o nas jako o zagłębiu motoryzacyjnym, mając głównie na myśli poddostawców, czyli producentów części i komponentów motoryzacyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży zajmującej się kontrolą jakości części samochodowych firmy Exact Systems. – Branża wypracowuje ok. 10 proc. PKB i odpowiada za prawie 10 proc. polskiego eksportu.

Motoryzacja daje pracę 800 tys. osób, czyli zatrudnia prawie dwa razy więcej pracowników niż sektor energetyczny – wynika z raportu DNB Bank Polska i Deloitte. Są to osoby nie tylko bezpośrednio zatrudnione przy produkcji, lecz także dostawcy, pracownicy firm usługowych i handlowych.

Polska nie ma znaczącej pozycji w tej części Europy jako producent samochodów, wyraźnie przoduje jednak w sektorze części i komponentów.

Zestawiając Polskę z południowymi sąsiadami, Czechami i Słowacją, od razu dostrzegamy, że pod względem liczby wyprodukowanych samochodów wypadamy na ich tle bardzo słabo – to są wielkości rzędu 30 proc. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w przemyśle poddostawczym. Szacuje się, że w Polsce mamy zlokalizowanych około 850 zakładów produkcyjnych z tego sektora – mówi Opala.

W Czechach zakładów produkujących części i komponenty jest tylko nieznacznie mniej (ok. 800), a na Słowacji – tylko 350. Spośród 850 zakładów produkcyjnych zdecydowana większość (ok. 600) to inwestycje zagranicznych podmiotów. Przekrój produkcji i asortymentu jest bardzo szeroki – od prostych produkcji, jak tłoczenie blach, po skomplikowane systemy bezpieczeństwa. Zdaniem eksperta o mocnej pozycji Polski w tym segmencie nie decydują już niskie koszty pracy, jak było jeszcze kilka lat temu.

W tym momencie najważniejsza jak jakość, kwalifikacje personelu, partnerskie podejście, które jest bardzo ważne np. w przypadku rozwiązywania trudnych sytuacji, i nabywanie nowych umiejętności. Powszechna jest świadomość, że Polacy mają chęć do ciągłego podnoszenia kwalifikacji, usprawniania swojej pracy, a także wysokiej jakości obsługi klienta i wytwarzanych produktów – zauważa Jacek Opala.

Większość produkcji trafia na eksport. Eksperci AutomotiveSuppliers.pl szacują, że w 2014 r. wartość eksportu całej branży motoryzacyjnej wyniosła 18,6 mld euro. Ostatnie dane firmy wskazują, że wrzesień 2014 r. był najlepszy pod względem eksportu – 1,76 mld euro (726 mln euro wyniosła wartość eksportu samych części i akcesoriów)

Popyt na tego rodzaju produkty jest w Polsce jednak znikomy, podobnie jak na nowe auta. W ubiegłym roku zarejestrowano w kraju blisko milion samochodów, a według danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego w segmencie nowych pojazdów liczba ta wyniosła ok. 330 tys.

Polacy decydują się częściej na zakup samochodu z drugiej ręki i jest to niewątpliwie nasz słaby punkt, dla potencjalnych inwestorów ważny jest bowiem potencjał rynku wewnętrznego – zauważa Opala. – Wydaje się, że mamy nad czym pracować, mając na względzie chociażby dane dotyczące średniego wieku samochodów, które poruszają się po ulicach w Polsce.

Według Centralnej Ewidencji Pojazdów pod koniec ubiegłego roku przeciętny wiek pojazdów na terenie Polski wynosił 15,5 roku, gdy w Niemczech sięgał zaledwie około ośmiu.

Przybywa osób aktywnie uprawiających sport. Rośnie także ryzyko kontuzji

CEO Magazyn Polska

Już dwie trzecie Polaków aktywnie uprawia sport, a połowa z nich regularnie biega. Aktywność fizyczna bez odpowiedniej opieki medycznej wiąże się jednak z dużym ryzykiem kontuzji. Ważne jest zwiększenie wydajności badań osób z urazami sportowym, bo tych przybywa.

Jak wynika z badań CBOS-u, już dwie trzecie Polaków aktywnie uprawia sport. 36 proc. wszystkich Polaków, czyli nawet co drugi spośród tych, którzy uprawiają sport, wybiera bieganie.

Jeżeli diagnoza jest szybsza i bardziej precyzyjna, to pojawia się szansa terapeutyczna, czyli szansa na wyleczenia pacjenta. Im szybciej rozpoznamy chorobę, tym skuteczniej możemy ją leczyć. Jednym słowem dobre, nowoczesne aparaty o lepszej rozdzielczości, o lepszych możliwościach diagnostycznych i krótszym badaniu, to na pewno wyższy poziom wyleczalności – podkreśla prof. Jerzy Walecki, konsultant krajowy ds. radiologii i diagnostyki obrazowej.

Aby poprawić jakość badań, Warszawskie Centrum Medycyny Sportowej zakupiło pierwszy wysokopolowy rezonans magnetyczny. Dzięki niemu czas badania się skróci, co umożliwi postawienie szybszej diagnozy.

Pacjenci chcą jak najszybciej powrócić do zdrowia, a my im to umożliwiamy poprzez zastosowanie najnowocześniejszych technologii w obrazowaniu. Mówię tu o rezonansie magnetycznym, a dokładniej o  aparacie trzyteslowym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Ferenc, dyrektor Centrum Medycyny Sportowej w Warszawie.

Wysokopolowy rezonans magnetyczny, czyli o indukcji co najmniej 1,5 tesli, umożliwia znacznie dokładniejsze obrazowanie i diagnozowanie. Mocniejsze urządzenia pozwalają na skrócenie czasu badania do nawet poniżej 10 minut, a do tego średnica otworu magnesu wynosi 70 cm zamiast standardowych 60 cm. Dzięki temu pacjenci, którzy boją się ciasnych przestrzeni, lepiej znoszą badanie.

W nowo otwartej Pracowni Rezonansu Magnetycznego CMS zainstalowany został w pełni cyfrowy rezonans Philips Ingenia 3.0T. Ten system jest jak na razie jedynym w pełni cyfrowym, wysokopolowym rezonansem w Polsce i oferuje czułość o nawet 40 proc. lepszą niż tradycyjne urządzenia.

Lepsze parametry cyfrowych rezonansów wysokopolowych poprawią sytuację nie tylko pacjentów z urazami sportowymi. Można je połączyć także z nowoczesnymi technikami zabiegowymi. Od niedawna w Polsce działa pierwszy trzyteslowy rezonans magnetyczny połączony z ultrasonografem. Urządzenie, również wyprodukowane przez Phillipsa, pozwala na nisko- lub bezinwazyjne leczenie mięśniaków macicy.

Jak podkreśla prof. Jerzy Walecki, badanie rezonansem magnetycznym jest nieinwazyjne i nie naraża pacjentów na promieniowanie RTG. Wykorzystując naturalne zjawisko rezonansu magnetycznego, pozwala zobrazować różne tkanki z bardzo dużą precyzją.

Uzyskujemy doskonały zarówno pod względem rozdzielczości liniowej, ostrości obrazu, jak i rozdzielczości kontrastowej, która przede wszystkim pozwala nam ocenić, jaki charakter tkanek widzimy – podkreśla prof. Walecki. ‒ Wysokopolowe systemy pozwalają na uzyskanie lepszego sygnału. Cyfrowa obróbka, a konkretnie  urządzenie, które pozwala na ucyfrowienie przebiegu sygnału między cewką a samym aparatem, rzeczywiście poprawia jakość obrazu.

Dodaje, że wysokopolowe systemy rezonansu są szczególnie przydatne podczas badań funkcjonalnych, czyli np. związanych z urazami sportowymi. Profesor Walecki ocenia, że w najbliższym czasie kolejne szpitale kliniczne będą kupowały takie systemy.

Nowoczesne systemy rezonansu to nie tylko większa skuteczność diagnozy i leczenia, lecz także poprawa gospodarowania zasobami. Jak podkreśla Jarosław Lange, dyrektor generalny Philips Healthcare w Polsce i krajach bałtyckich, oszczędzają one czas pracy lekarzy i pozwalają na wykonanie większej liczby badań w ciągu dnia.

Skracając czas jednego badania, zwiększamy liczbę przebadanych pacjentów. Również nowoczesne rozwiązania softwarowe zastosowane w tym urządzeniu pomagają w diagnostyce zmian chorobowych – dodaje Lange.

Na rynku walutowym lepiej wstrzymać się z pochopnymi decyzjami. Frank może jeszcze sporo potanieć

CEO Magazyn Polska

W perspektywie kilku miesięcy możliwy jest spadek kursu franka szwajcarskiego nawet poniżej 4 zł. Rynek walutowy musi jednak ochłonąć po emocjach, jakich mu dostarczył bank centralny Szwajcarii oraz Europejski Bank Centralny, który zdecydował o większym niż oczekiwano poluzowaniu polityki pieniężnej.

22 stycznia EBC podjął decyzję o luzowaniu ilościowym, czyli operacji skupu rządowych obligacji. Do września 2016 roku wyda na ten cel bilion euro, aż dwa razy więcej niż oczekiwano na rynku. To zwiększy ilość pieniądza w strefie euro, co wpłynie na wzrost ożywienia gospodarczego na kontynencie.

– W przypadku QE [quantitative easing, luzowanie ilościowe – red.] oceniamy, że jednak złoty będzie cały czas tracił, ponieważ jest mimo wszystko bardziej skorelowany z walutami europejskimi. Jesteśmy dużo mniejszą gospodarką, więc jesteśmy bardziej podatni na tego typu wahania – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange.

Decyzja EBC o rozpoczęciu skupu obligacji przyniosła spadek wartości euro. Obecnie jest ono najtańsze od 12 lat, a może jeszcze potanieć.

– Potencjał na spadki kursu euro do dolara jest w tej chwili bardzo duży – ocenia Marek Paciorkowski.

W najbliższym czasie rynek walutowy będzie też czekać na rozwój sytuacji w Grecji po wygranej lewicowej partii Syriza w niedzielnych wyborach parlamentarnych.

Pozostaje również kwestia tego, co zrobi bank Szwajcarii, czy będzie kolejna interwencja, bo osłabienie euro wpłynie mocno na wzmocnienie franka. Umacniająca się waluta już niepokoi szwajcarskie firmy, bo osłabia konkurencyjność tamtejszej gospodarki.

Po ostatnich wydarzeniach rynek walutowy jest nieco rozchwiany i trudno racjonalnie ocenić, co się na nim w najbliższych dniach stanie. Wkrótce jednak inwestorzy powinni zacząć wracać do równowagi.

– Uważam, że powinniśmy poczekać, wtedy rynek zdąży już dobrze przeanalizować co się stało i na tyle się uspokoić, żeby realnie spojrzeć, co dalej z tą walutą – doradza Marek Paciorkowski. – Może się zdarzyć, że frank zatrzyma się w okolicach 4,30-4,32, a to będzie szansa na ponowne osłabienie franka. Oczywiście ono nie będzie tak samo dynamiczne, ale można liczyć na kilkumiesięczne, powolne osuwanie się w kierunku 4,00-3,80.

Dla rynku franka koniec miesiąca będzie kluczowy także z punktu widzenia analizy technicznej. Operując na walucie, która jest zmienna w krótkim terminie, trzeba znaleźć da niej punkt równowagi w długim okresie.

– Jest szansa na to, że dojdzie do korekcyjnego cofnięcia, ponieważ rynek od 2008 roku znajduje się w takim bardzo regularnym kanale wzrostowym, gdzie ostatnie wybicie idealnie wpasowuje się w piątą falę. Jak wiadomo rynek porusza się w cyklach i ta piąta fala zazwyczaj jest ostatnią w takim długoterminowym cyklu wzrostów – zwraca uwagę dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange.

Po wprowadzeniu wolnego handlu z USA wzrost gospodarczy byłby wyższy nawet o 0,7 pkt proc. Nie brakuje jednak przeciwników umowy z USA

CEO Magazyn Polska

Ponad 2,5 tys. zł oszczędności dla przeciętnej rodziny i wzrost gospodarczy szybszy o 0,5-0,7 pkt proc. – takie korzyści dla mieszkańców Unii Europejskiej może przynieść umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Przeciwnicy TTIP krytykują jednak tajność negocjacji oraz silną pozycję sądów arbitrażowych. Warto jednak zauważyć, że sądy takie już funkcjonują i spełniają swoją funkcję bez szkody dla mechanizmów demokratycznych.

Komisja Europejska przewiduje, że wprowadzenie umowy o wolnym handlu wpłynie na znaczny wzrost gospodarczy obu gospodarek. Według wyliczeń londyńskiego Centrum Badań Ekonomicznych (CEPR) wzrost miałby wynieść 0,4 pkt proc. w Stanach Zjednoczonych i o 0,5 pkt proc. w Unii Europejskiej, więc przyczyniłoby się to do wzrostu gospodarczego również w Polsce – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Majkowska, analityczka Instytutu Spraw Publicznych.

Od 2 do 6 lutego w Brukseli odbędzie się już ósma runda negocjacji umowy Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP), czyli porozumienia o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi.

Porozumienie ma doprowadzić do zniesienia barier celnych i innych ograniczeń w handlu pomiędzy dwoma największymi gospodarkami świata. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego Unia Europejska i Stany Zjednoczone razem odpowiadają za ponad 45 proc. światowego PKB. Po podpisaniu TTIP obydwie gospodarki mają rosnąć jeszcze szybciej – najbardziej optymistyczne prognozy mówią o nawet 0,7 pkt proc. dodatkowego wzrostu w UE.

Skorzystają na tym mieszkańcy UE, w tym Polski. Według prognoz Komisji Europejskiej oszczędności wygenerowane przez TTIP przełożą się na 655 euro (ok. 2,7 tys. zł), które zostanie w domowym budżecie przeciętnej rodziny. Powstaną też kolejne miejsca pracy.

Wyliczono, że mniej więcej 2,5 mln nowych miejsc pracy miałoby powstać w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej, więc także w Polsce – mówi Majkowska. ‒ Aż o 37 proc. rocznie wzrosłaby wymiana handlowa.

Otwarcie rynku amerykańskiego może być szczególnie atrakcyjne dla polskich eksporterów. Zarówno duże firmy, jak i małe i średnie przedsiębiorstwa mogłyby wtedy wejść do tego kraju. Dziś utrudniają to cła i inne bariery. To szansa np. dla polskich producentów jabłek – rynek w Stanach Zjednoczonych jest dla nich obecnie zamknięty, a mógłby być szansą na kompensację strat spowodowanych rosyjskim embargiem.

Oficjalne stanowisko polskiego rządu jest bardzo przychylne umowie, na której mają skorzystać zarówno duże, jak i małe firmy. TTIP ma jednak również swoich przeciwników. Krytykują oni przede wszystkim tajność negocjacji prowadzonych przez UE i Stany Zjednoczone. W odpowiedzi na te zarzuty Komisja zdecydowała się ujawnić część dokumentów.

Przeciwnicy nie zgadzają się także na rozwiązywanie sporów w sądach arbitrażowych.

Takie głosy pojawiają się zwłaszcza ze strony organizacji pozarządowych, które twierdzą, że umowa jest tak skonstruowana, że propaguje rozwój wielkich korporacji, które to miałyby szansę dochodzić swoich praw na drodze niedemokratycznych sądów arbitrażowych. Sądy takie miałyby się odbywać w momencie, gdy dana korporacja zainwestowała w danym kraju, a w międzyczasie zmieniły się w nim jakieś warunki prawne – tłumaczy Majkowska.

Przeciwnicy TTIP argumentują, że w ten sposób korporacje i państwa spierałyby się nie w sądach powszechnych, lecz na spotkaniach prowadzonych przez duże kancelarie prawnicze. To według nich mogłoby prowadzić do prowadzenia działalności tych firm niezgodnej z krajowym prawem. Majkowska zwraca jednak uwagę na to, by nie demonizować sądów arbitrażowych.

Ministerstwo Gospodarki podkreśla, że w umowie Polski ze Stanami Zjednoczonymi z początku lat 90. mamy klauzulę, która pozwala na rozwiązywanie sporów na drodze sądów arbitrażowych. Po prostu trzeba tłumaczyć, że to nie jest nic nowego, to już działa i nie jest nadużywane. Od początku lat 90. w sądach arbitrażowych odbyło się jedynie sześć takich spraw i właśnie na linii inwestor-państwo w relacjach polsko-amerykańskich – uspokaja Majkowska.

Polisolokaty już mniej atrakcyjne. Od zysków trzeba zapłacić podatek Belki

Polisolokaty nie pozwalają już na uniknięcie podatku Belki. Od 1 stycznia ten produkt jest objęty tym opodatkowaniem tak samo, jak wszystkie inne produkty generujące dochody kapitałowe. Podatku nie zapłacą osoby, które wykupiły polisolokatę przed końcem 2014 r. – ale tylko do czasu zmiany lub przedłużenia umowy.

Z uwagi na opodatkowanie polisolokat przestają one być atrakcyjnym instrumentem finansowym. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że wszystkie instrumenty finansowe ‒ lokaty, depozyty, polisolokaty ‒ będą opodatkowane, to znajdą się na tej samej półce pod względem atrakcyjności, co inne produkty oferowane przez banki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Warmiński, radca prawny i doradca podatkowy z kancelarii Galt.

Polisolokaty do tej pory były jedynym instrumentem finansowym tego typu nie objętym podatkiem Belki, czyli 19-proc. podatkiem od dochodów kapitałowych.

Warmiński przypomina jednak, że już wcześniej widać było tendencję do rozszerzania zakresu tego podatku – w 2012 r. podatkiem zostały objęte tzw. lokaty jednodniowe, czyli z codzienną kapitalizacją odsetek. Wcześniej uzyskane z ich tytułu odsetki nie były opodatkowane, bo zgodnie z prawem kwotę podatku poniżej 50 groszy pomijało się – czyli nie płaciło się podatku od odsetek wynoszących mniej niż ok. 2,60 zł.

Zmiana dotyczy jedynie nowych polisolokat. Klienci, którzy podpisali umowę do 31 grudnia 2014 r., na razie nie muszą płacić podatku Belki ale tylko wtedy, gdy nie zmieniają warunków lub nie przedłużają kontraktów.

Obecnie wszelkie produkty bankowe skierowane do konsumentów zostały ujednolicone w traktowaniu podatkowym. Obawiam się, że w przypadku zmiany czy przedłużenia takiej polisolokaty, niestety, trzeba się będzie liczyć z koniecznością opodatkowania uzyskanych zysków od momentu zmiany czy przedłużenia takiej polisolokaty – tłumaczy Warmiński.

Podkreśla, że na tej zmianie bezpośrednio stracą klienci, a zysk w postaci wyższych wpływów z podatków uzyska państwo.

Polisolokaty to instrument finansowy składający się z elementu ochrony ubezpieczeniowej oraz przeważającej części inwestycyjnej. Wartość sprzedanych polisolokat na polskim rynku sięga zapewne kilkuset miliardów złotych, bo tylko cztery instytucje finansowe ukarane w ubiegłym roku przez UOKiK za naruszanie interesów konsumentów przy sprzedaży polisolokat (Aegon TUnŻ, Idea Bank, Open Finance i Polbank EFG – przejęty przez Raiffeisen Bank Polska) miały sprzedaż na poziomie 50 mld zł.

T. Regulski (Raiffeisen Polbank): Wydarzenia nadchodzących tygodni mogą mocno wpływać na notowania, zwłaszcza walutowe

CEO Magazyn Polska

W najbliższych tygodniach w gospodarce oczekiwanych jest sporo ważnych wydarzeń. Niedzielne wybory w Grecji, które mogą zatrzymać reformy w tym kraju, posiedzenie Fed, gdzie mają zapaść decyzje dotyczące zmian w polityce pieniężnej USA, najnowsze informacje o sytuacji gospodarczej Polski i innych krajów. Wszystkie te czynniki będą musieli brać pod uwagę zarówno czynni inwestorzy, jak i uczestnicy rozpoczynającego się właśnie konkursu Futures Masters.

Konkurs Futures Masters rozpoczyna się w bardzo ciekawym momencie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Regulski z Zespołu Analiz Ekonomicznych Raiffeisen Polbank, jeden z mentorów konkursu. – Jesteśmy tuż po decyzji Europejskiego Banku Centralnego o rozpoczęciu programu skupu aktywów na duża skalę. – Od początku tego roku obserwowaliśmy silne wzrosty na zachodnioeuropejskich giełdach w oczekiwaniu właśnie na te decyzje. W oczekiwaniu na te decyzje obserwowaliśmy również silne umocnienie dolara amerykańskiego. To wszystko sprawia, że na rynku obserwujemy dość silne trendy, dość dużą zmienność.

Jak przypomina Tomasz Regulski, w ramach konkursu Futures Masters można posługiwać się kontraktami na WIG20, mWIG40 i kontraktami na parę dolar/złoty. W związku z tym obserwować trzeba zarówno rynek giełdowy, jak i walutowy. Zwłaszcza ten ostatni jest dosyć silnie uzależniony od informacji ze sfery makroekonomicznej i takich wydarzeń makroekonomicznych w najbliższym czasie będziemy mieć wiele.

– Na dane z Polski nasz parkiet reaguje zwykle w umiarkowanym stopniu – zwraca uwagę Tomasz Regulski. – Dlatego też być może indeksy czy też kontrakty na indeksy giełdowe nie odnotują silnych zmian. Natomiast już w notowaniach walut taką reakcję możemy obserwować. Ciekawy moment, wysoka zmienność i te istotne wydarzenia będą się odbywać nie tylko w tym pierwszym tygodniu, ale również w kolejnych tygodniach konkursu Futures Masters.

W kolejnym tygodniu  będzie miała publikacja danych z amerykańskiego rynku pracy, która zawsze wpływa na rynek walutowy i często na giełdowy. Widać bardzo silne umocnienie dolara amerykańskiego. Złoty jest najtańszy od 6, a euro od 11 lat.

– Obserwujemy duże zmiany na rynkach i w perspektywie kolejnych dni, tygodni rozstrzygać się będą dalsze losy, być może nawet średnioterminowe, tego, co będzie się działo na rynkach – zapowiada przedstawiciel Zespołu Analiz Ekonomicznych Raiffeisen Polbank. – Bowiem zwykle po takich wydarzeniach jak chociażby decyzja Europejskiego Banku Centralnego o skupie aktywów często mieliśmy do czynienia z realizacją zysków.

Dlatego zdaniem Tomasza Regulskiego kierunek, w jakim podążą rynki w następnych tygodniach będzie wyjątkowo silnie zdeterminowany przez wydarzenia makroekonomiczne i wyjątkowo podatny na zmiany, a właśnie kontrakty terminowe są narzędziem, które na zmienności pozwala skutecznie zarabiać.

Z takiego punktu też wychodzę, jeżeli chodzi o wsparcie uczestników konkursu Futures Masters. Chciałbym dostarczać jak najwięcej informacji pomocnych w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych z własną interpretacją tych wydarzeń i z własną oceną tego, jak te wydarzenia mogą wpływać na rynek – deklaruje mentor konkursu. – W związku z tym nie ograniczę się jedynie do analizy technicznej, ale chciałbym też przekazywać jak najwięcej istotnych informacji ze sfery czy to makroekonomicznej czy też mikro, informacji ze spółek, które mogą wpływać na notowania kontraktów.

Futures Masters zorganizowany przez warszawską giełdę, Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych, KDPW CCP wraz ze Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych i grupą 11 biur maklerskich potrwa pięć tygodni począwszy od 26 stycznia. Uczestnicy zmierzą się w tygodniowych turach, w każdej starając się pomnożyć 50 tys. wirtualnych złotych.

R. Benecki (ING BSK): Frankowicze mogą liczyć na obniżkę szwajcarskich stóp procentowych

0

CEO Magazyn Polska

Bank centralny Szwajcarii może nie zdecydować się już na osłabiający franka skup walut. Natomiast zadłużeni w tej walucie Polacy mogą liczyć na kolejną obniżkę stóp.

Największym sojusznikiem polskich frankowiczów jest szwajcarski przemysł. Po spektakularnym umocnieniu franka jego eksportowa rentowność gwałtownie spadła. Producenci muszą albo obniżać ceny sprzedawanych za granicę towarów albo godzić się z niższymi zyskami. Przed 15 stycznia bowiem każde zarobione w krajach Unii euro, szwajcarskie firmy wymieniały na 1,2 franka. Dziś dostają za nie ok. 99 rappenów lub centymów, jak zwie się odpowiednik polskich groszy w różnych częściach tego kraju.

Na razie Szwajcarii Bank Narodowy próbuje nie dotykać rynku, czekając na to, aż ustali się jakiś kurs euro w stosunku do franka mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Benecki, główny ekonomista ING Bank Śląski. Wydaje mi się, że ruch jest po stronie ujemnych stóp. Interwencje na większą skalę są w tej chwili mało realne, dlatego że szwajcarski bank centralny skupił już około ponad 500 mld franków w postaci rezerw walutowych.

Europejski Bank Centralny podjął decyzję, że na skup rządowych obligacji państw strefy wyda od marca 2015 do końca września 2016 roku 1 bilion euro, niemal dwa razy więcej niż oczekiwał rynek. Jego cel taktyczny to zahamowanie deflacji i podniesienie cen o 2 proc. Strategiczny zaś to rozruszanie europejskiej gospodarki dzięki taniemu euro. Dla Szwajcarów jednak ta polityka oznacza, że walutowi inwestorzy będą chcieli zamieniać euro na franka. Tymczasem szwajcarskie rezerwy walutowe sięgają już około 85 proc. tamtejszego PKB.

Dalsze zwiększanie rezerw w momencie, kiedy jest obawa o umacnianie się franka, powodowałoby generowanie strat przez szwajcarski bank centralny – zwraca uwagę Rafał Benecki. – To jest inny bank niż większość banków na świecie, który jest najzwyczajniej w świecie notowany na giełdzie. Ten bank będzie zatem bardzo ostrożny w zwiększaniu swoich rezerw.

Zatrzymać wzrost szwajcarskich rezerw można zaś albo jeszcze podnosząc wartość franka, co już chyba nikomu nie odpowiada, albo obniżając stopy procentowe frankowych inwestycji. Dlatego w Szwajcarii obowiązują dziś ujemne stopy procentowe. Bank centralny tego kraju obniżył je do poziomu minus 0,75 proc., a styczniowa obniżka była drugą w ciągu kilku tygodni. To jednak na razie nie wystarczyło, by franka osłabić, szczególnie wobec polityki prowadzonej przez EBC. Dlatego analitycy oczekują kolejnych tego typu decyzji.

Możliwe są jakieś ruchy po stronie ujemnych stóp procentowych, tak by zniechęcić potencjalnych inwestorów, którzy przenoszą swoje pieniądze do strefy euro, aby to czynili ocenia główny ekonomista ING Bank Śląski.

BZ WBK: Dzięki zwiększeniu konsumpcji wewnętrznej i inwestycjom ubiegłoroczny wzrost PKB wyniósł 3,3 proc. W tym roku powinien być podobny

CEO Magazyn Polska

Wbrew obawom gorsza koniunktura za granicą nie wpłynęła negatywnie na PKB Polski, który w ostatnim kwartale ub.r. prawdopodobnie nie spadł poniżej 3 proc. Według ekonomisty Banku Zachodniego WBK niekorzystne czynniki zostały zniwelowane przez wzrost konsumpcji wewnętrznej i inwestycji. Tegoroczny wzrost zapewne będzie podobny, chociaż pierwszy kwartał może być nieco słabszy.

Myślę, że wzrost PKB w 2014 roku wyniósł 3,3 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK. – To by oznaczało, że w czwartym kwartale wzrost gospodarczy nie spadł poniżej 3 proc., czego obawialiśmy się wcześniej, widząc pogarszającą się koniunkturę za granicą.

Zdaniem tego analityka choć okazało się, że popyt zagraniczny po wakacjach rzeczywiście zaczął się osłabiać, to towarzyszył temu wzrost popytu krajowego.

Na rynku pracy mieliśmy ożywienie, spadała inflacja, która podnosiła realne dochody Polaków – wskazuje Piotr Bielski. – Firmy najwyraźniej nie wystraszyły się tego osłabienia koniunktury za granicą i inwestowały. W rezultacie szybki, ponad 3-proc. wzrost gospodarczy w zeszłym roku zawdzięczamy poprawie konsumpcji i inwestycji, czyli dwóm filarom popytu krajowego. Eksport co prawda rósł, ale w słabnącym tempie, co było konsekwencją kryzysu rosyjskiego i tego, że strefa euro zaczęła wpadać w kłopoty.

Według ekonomisty banku BZ WBK w br. przeciętne tempo wzrostu gospodarczego Polski, podobnie jak w roku ubiegłym, przekroczy 3 proc. Tylko w pierwszym kwartale może być wolniejsze.

Elementem stabilizującym będzie wciąż silny wzrost konsumpcji i inwestycji, ale przejściowego spadku wzrostu gospodarczego poniżej 3 proc. na początku 2015 roku raczej nie unikniemy – uważa Piotr Bielski. – Natomiast w kolejnych kwartałach liczyłbym na stopniowe przyspieszanie wzrostu , co spowoduje, że w efekcie osiągniemy poziom około 3,2 proc., czyli zbliżony do tego, który był w ub.r.

W dalszym ciągu kołem zamachowym gospodarki będzie – zdaniem tego ekonomisty – wzrost apetytu Polaków na zakupy. Rosną wynagrodzenia, spadają ceny, a trzymanie oszczędności w bankach nie opłaca się ze względu na niskie stopy procentowe. Zostaje wydawanie pieniędzy na konsumpcję i inwestycje przedsiębiorstw.

Na rynku pracy wciąż obserwujemy wzrost zatrudnienia, płace rosną w umiarkowanym tempie, ale jednocześnie spada inflacja, przez co zmniejszają się ceny podstawowych towarów, m.in. paliwa i żywności – zauważa Bielski. – W związku z tym Polacy w skali roku dużo mniej wydadzą na podstawowe zakupy, co pozwoli im odłożyć pieniądze na inne wydatki. Nie spodziewam się jednak znaczącego wzrostu oszczędności. Sądzę raczej, że dodatkowe środki zostaną wydane na towary być może bardziej luksusowe, drugiej czy trzeciej potrzeby.

Motorem tegorocznego wzrostu – zdaniem Piotra Bielskiego – będą też dalsze inwestycje przedsiębiorstw.

Myślę, że wzrost inwestycji utrzyma się na przyzwoitym poziomie, do czego przyłoży się między innymi sektor publiczny – twierdzi Bielski. – Pamiętajmy, że mamy rok wyborczy, więc trudno liczyć na to, że wydatki sektora publicznego, szczególnie inwestycyjne, będą mocno ograniczane.

Nie wiadomo jednak, jak będzie przebiegać absorpcja funduszy unijnych.

Uruchomienie środków z nowej perspektywy finansowej UE może się trochę opóźnić – prognozuje Bielski. – Pamiętajmy jednak, że 2015 rok jest ostatnim, podczas którego będą wydawane środki z poprzedniej perspektywy finansowej. Mówimy tu o kilkudziesięciu miliardach złotych, które z pewnością przyczynią się do wzrostu wydatków inwestycyjnych.

Zdaniem Piotra Bielskiego sytuacja na Wschodzie w br. wciąż będzie negatywnie wpływać na wyniki polskiego eksportu. Według Głównego Urzędu Statystycznego po jedenastu miesiącach ubiegłego roku wartość polskiego eksportu ogółem wyniosła prawie 150,5 mld euro i była wyższa niż rok wcześniej o 4,8 proc.

Liczę jednak na to, że gospodarka europejska zacznie przyspieszać, szczególnie w drugiej połowie roku – uważa Bielski. – W związku z tym dla eksporterów ten rok może nie być aż tak dramatyczny. Jeżeli rzeczywiście popyt w Europie Zachodniej ożywi się, to może powoli poprawiać także ich sytuacja.

Niższe ceny ropy mogą stworzyć okazje do przejęć. PKN Orlen rozważa akwizycje w Kanadzie

CEO Magazyn Polska

Projekt kanadyjski pozostaje strategiczny dla Orlenu. Spółka zależna TriOil Resources notuje coraz lepsze wyniki operacyjne, więc koncern planuje następne inwestycje. Rozważa też kolejne akwizycje, zwłaszcza że spadające ceny ropy mogą skutkować niższą wyceną spółek, co może okazać się dobrą okazją do przejęć.

Spółka TriOil Resources osiąga coraz lepsze wyniki operacyjne. Produkcja w grudniu wyniosła 8,4 tys. baryłek dziennie. Planujemy kolejne inwestycje, aczkolwiek przy obecnej cenie ropy prowadzimy prace i analizy związane z racjonalizacją wydatków inwestycyjnych. Nie ukrywajmy, że jest pewna próg cenowy, poniżej którego nie opłaca się robić kolejnych odwiertów – powiedział agencji informacyjnej Newseria Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes zarządu ds. finansowych PKN Orlen.

Zapewnia, że dla spółki projekt kanadyjski jest strategiczny. Rozważane są też kolejne akwizycje. Warunki rynkowe mogą temu sprzyjać.

Jeżeli niektóre spółki ze względu na niskie ceny ropy będą zmuszone wyprzedawać swoje aktywa, bo np. nie będą w stanie obsługiwać finansowania, to może być taki moment, kiedy wyceny spółek upstreamowych zmniejszą się dość poważnie, a to będzie dobry moment do tego, by przeanalizować konkretnie jakiś projekt związany z aktywem kanadyjskim – podkreśla Jędrzejczyk.

Notowania ropy naftowej na światowych giełdach spadły w ciągu roku o ponad 50 proc., ale ceny hurtowe paliw (także produkowanego przez PKN Orlen), również są dużo niższe. Według danych BM Reflex najpopularniejsza 95-oktanowa benzyna bezołowiowa produkowana przez PKN Orlen 23 stycznia w hurcie kosztowała 3281 zł/1000 l (bez podatku VAT). 12 miesięcy wcześniej za tę samą ilość paliwa należało zapłacić ponad 4100 zł.

Obecna cena ropy powoduje, że każda firma na koniec 2014 roku przeprowadziła tzw. test na trwałą utratę wartości aktywów. Zakładam, że wszystkie duże spółki upstreamowe muszą zweryfikować swoje prognozy dotyczące cen ropy i na bazie tych zweryfikowanych prognoz dokonać adekwatnych odpisów. Poczekajmy na te raporty, które będziemy wnikliwie śledzić, bo być może będą to bardzo poważne kwoty ‒  zaznacza Jędrzejczyk.

Ceny ropy naftowej wpływają pozytywnie na wyniki w części downstreamowej PKN Orlen, czyli dotyczącej segmentu rafineryjnego i petrochemicznego, co pozwala na rozszerzenie marż.

2015 rok zaczął się dobrze, w dalszym ciągu nasze wolumeny i marże rafineryjne są dobre, ale oczywiście musimy poczekać na rozwój wydarzeń. Jesteśmy przygotowani na bardzo dynamiczne zmiany w otoczeniu. Cena ropy jest tutaj krytyczna i będzie ona wpływać na ceny produktów i ich notowania. Spodziewamy się zmiennego roku, ale miejmy nadzieję, że zakończymy go równie pozytywnie jak 2014 rok ‒ prognozuje wiceprezes zarządu ds. finansowych PKN Orlen.

W IV kwartale 2014 roku przychody spółki wyniosły 24,9 mld zł, a wynik finansowy netto zakończył się stratą w wysokości 1,22 mld zł, na co wpłynęło przeszacowanie cen ropy naftowej, skutkujące dokonaniem odpisów aktualizacyjnych i utratą części wartości aktywów. Podstawowa marża rafineryjna wzrosła o 40 proc. do 12,6 dolarów za baryłkę. Inwestorzy docenili wyniki i po początkowych spadkach na piątkowej sesji akcje spółki ostatecznie podrożały o 1,14 proc.

2014 rok okazał się dla nas bardzo dobry. Mimo trudnego i zmiennego otoczenia wypracowaliśmy ponad 5,2 mld zysku operacyjnego powiększonego o amortyzację. Jest to rekordowy wynik. Tutaj bardzo dobrze zachował się zarówno nasz podstawowy segment, czyli segment downstream, tzn. rafineria, petrochemia i energetyka, jak i detal. Detal osiągnął 1,4 mld zł, co też jest najlepszym wynikiem w historii w naszej części detalicznej ‒ wyjaśnia Jędrzejczyk.

Dobre wyniki finansowe PKN Orlen pozwalają na podejmowanie nowych oraz kontynuację aktualnie trwających inwestycji. W grudniu spółka zawarła kontrakt o wartości 1,3 mld zł z koncernem Siemens na budowę bloku gazowo-parowego pod budowę drugiej elektrociepłowni w Płocku o mocy 596 MWe. Cała inwestycja ma zostać zakończona do końca 2017 roku. Firma przede wszystkim skupia się jednak na włocławskiej inwestycji.

W segmencie energetycznym kontynuujemy nasz podstawowy projekt budowy elektrociepłowni we Włocławku. Prace trwają zgodnie z harmonogramem, jest szansa na to, że pod koniec tego roku będziemy świętowali zakończenie inwestycji, a od początku 2016 roku będziemy oferowali pierwszą komercyjną produkcję energii ‒ mówi Sławomir Jędrzejczyk.

A. Bratkowski (RPP): Jest przestrzeń do cięcia stóp procentowych o 100 pkt bazowych

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka potrzebuje obniżki stóp procentowych o 100 punktów bazowych – przekonuje członek Rady Polityki Pieniężnej Andrzej Bratkowski. Według niego comiesięczna obniżka o 25 punktów pozwoliłaby na wyjście z deflacji i zachęciłaby inwestorów do utrzymania wysokich inwestycji. Tylko w ten sposób nasz kraj może osiągnąć około trzyprocentowy wzrost PKB.

Powinniśmy jeszcze trochę obniżyć stopy procentowe, ale ze względu na ryzyko jakie się z tym wiąże, powinniśmy to raczej robić małymi krokami. Myślę, że jest miejsce do obniżki o 100 punktów bazowych, o ile nie będziemy obserwować nowych silnych zaburzeń na rynkach finansowych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Bratkowski, członek Rady Polityki Pieniężnej.

Obecnie stopa referencyjna Narodowego Banku Polskiego jest na najniższym poziomie w historii – 2,0 proc. Rada Polityki Pieniężnej obniżyła ją do tego poziomu w październiku ubiegłego roku. Na posiedzeniach w listopadzie, grudniu i styczniu padały wnioski o dalszą obniżkę stóp, jednak RPP ich nie przyjęła.

Bratkowski argumentuje, że dalsza obniżka stóp procentowych jest jednak niezbędna. Podkreśla, że w sytuacji dużych zaburzeń na rynkach finansowych RPP nie powinna podejmować gwałtownej decyzji i obcinać ich od razu o 100 punktów bazowych, ale cztery kolejne, comiesięczne obniżki po 25 punktów bazowych są potrzebne. Jego zdaniem tylko w ten sposób RPP może pobudzić polską gospodarkę do wyjścia z deflacji.

Nie mamy danych, które by wskazywały, że z tej deflacji szybko wyjdziemy. Bo żebyśmy mogli szybko wyjść z deflacji, musimy mieć prognozy pokazujące bardzo silny wzrost gospodarczy. Na razie spodziewamy się raczej w najlepszym razie utrzymania wzrostu gospodarczego z 2014 roku, ale to za mało, żebyśmy mogli szybciej zwiększyć inflację. To jest podstawowa informacja, którą teraz bierzemy pod uwagę – wyjaśnia Bratkowski.

Deflacja w ujęciu rok do roku utrzymuje się w Polsce od lipca 2014 r. Spadki cen pogłębiają się coraz bardziej i w grudniu wyniosły już 1,0 proc.

Niskie stopy procentowe mają umożliwić osiągnięcie większego wzrostu PKB, bo w ocenie Bratkowskiego motorem napędowym wzrostu mogą być jedynie inwestycje. Niskie stopy procentowe pobudzają inwestycje, ponieważ przedsiębiorcy mogą liczyć na tanie kredyty, a z drugiej strony nisko oprocentowane lokaty i depozyty nie zachęcają do oszczędzania.

Problemem gospodarki jest to, że nie da się utrzymać sytuacji, w której wzrost inwestycji wynosi ponad 10 proc. Mamy osłabienie w eksporcie, mamy spadek eksportu netto i konsumpcję, która, owszem, rośnie dosyć stabilnie, ale nie jest to bardzo wysokie tempo wzrostu – ocenia Bratkowski. – W takiej sytuacji ważne jest to, by niskimi stopami procentowymi zachęcić inwestorów do podtrzymania akcji inwestycyjnej w oczekiwaniu na trochę lepszą koniunkturę.

Członek RPP dodaje, że wzrostu PKB nie napędzi eksport, bo słaba koniunktura w strefie euro zmniejszy popyt na polskie towary i usługi. Dodatkowym problemem może być zapowiedziany w ubiegłym tygodniu przez Europejski Bank Centralny skup rządowych obligacji w krajach strefy euro, który ma ruszyć w marcu – napływ europejskiej waluty na rynek osłabi ją wobec złotego, co wpłynie na mniejszą konkurencyjność cenową polskiego eksportu.

Bratkowski ocenia, że m.in. dzięki postulowanym przez niego cięciom stóp procentowych polska gospodarka może w tym roku osiągnąć około 3-proc. wzrost. To mniej niż prognozy Ministerstwa Finansów (3,4 proc.) i Banku Światowego (3,2 proc.).

Dwa miesiące temu sądziłem, że to będzie między 2 a 3 proc. Dane z ostatniego miesiąca są bardzo dobre, ale widać, że jest dużo efektów jednorazowych. W dalszym ciągu uważam, że podstawowy scenariusz to jest nieco poniżej 3 proc. Ale rzeczywiście niepewność jest duża, może być zarówno trochę powyżej 3 proc., jak i bliżej 2 proc. – mówi Bratkowski.

W tym roku o miliard złotych więcej na OZE i ochronę środowiska z NFOŚiGW

O prawie miliard złotych wzrosną w tym roku nakłady Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na inwestycje. Fundusz wyda 6,6 mld zł z środków własnych oraz unijnych. Ruszył już nabór wniosków w sprawie przystąpienia banków do programu Prosument. Za pośrednictwem wyłonionych instytucji finansowych Polacy będą mogli ubiegać się o dopłaty do instalacji wykorzystujących odnawialne źródła energii.

To kolejny rok większych wydatków. W 2013 r. wydaliśmy ponad 5,5 mld zł, w 2014 r. o 300 mln więcej, a w tym roku chcemy przeznaczyć na ten cel ponad 6,6 mld. To są nasze środki oraz środki unijne, które są pod naszą opieką – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Małgorzata Skucha, prezes zarządu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

NFOŚiGW stawia w tym roku na dwie główne osie działania: energetykę oraz ochronę środowiska. W ramach tej pierwszej wkrótce ruszy program Prosument. Banki, które będą uczestniczyć w programie finansowania inwestycji w odnawialne źródła energii, mogą już składać wnioski. Dzięki niemu konsumenci decydujący się na instalację OZE w swoim domu mogą uzyskać dofinansowanie z banku w ramach budżetu przewidzianego przez NFOŚiGW.

Na lata 2015-2017 (z możliwością zawierania kontraktów do końca 2015 r.) Fundusz przeznaczył na program 200 mln zł. W ramach dofinansowania konsumenci mogą liczyć na 20-40 proc. kosztów kwalifikowanych w formie dotacji oraz resztę kosztów w formie kredytu. Poza osobami fizycznymi o wsparcie mogą ubiegać się także spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe.

Wdrażanie Prosumenta przez banki to ostatni z trzech kanałów dystrybucji środków. W zeszłym roku odbył się nabór beneficjentów wśród jednostek samorządu terytorialnego oraz za pośrednictwem wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej. Cały budżet pilotażu w latach 2014-2015 to 400 mln zł.

‒ W zeszłym roku udostępnialiśmy środki na energetykę prosumencką, czyli mikroinstalacje produkujące prąd i ciepło dla gospodarstw domowych poprzez gminy i wojewódzkie fundusze. Do końca stycznia trwa nabór dla banków – precyzuje Skucha. ‒ To jest kontynuacja dobrze sprawdzonego programu na kolektory słoneczne, czyli dodatkowy element rozproszenia energetyki. W przypadku kolektorów słonecznych z dofinansowania skorzystało ponad 61 tys. gospodarstw domowych.

Skucha dodaje, że dodatkowym bodźcem dla gospodarstw domowych do wprowadzenia OZE jako źródła domowej energii i ciepła może być przyjęta już przez Sejm ustawa o odnawialnych źródłach energii.

Dodatkowym bodźcem do inwestycji będą też programy unijne z perspektywy 2014-2020. Nabory do pierwszych powinny ruszyć już w tym roku.

Ciekawych projektów jest bardzo dużo, ale wszystkie nastawione są przede wszystkim na realizację Umowy Partnerstwa – tłumaczy Skucha. ‒ Chcemy współpracować z wojewódzkimi funduszami ochrony środowiska i gospodarki wodnej oraz z marszałkami przy potężnym projekcie doradztwa, aby plany gospodarki niskoemisyjnej, które są konieczne do pozyskania środków unijnych, były dobrze wdrażane.

W ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko Polska otrzyma 27,4 mld euro. Na I oś priorytetową (zmniejszenie emisyjności gospodarki) przeznaczono ponad 1,8 mld euro, a na II oś priorytetową (ochrona środowiska) ponad 3,5 mld euro.

Do piątku można renegocjować umowy w ramach zamówień publicznych w związku z podwyższeniem płacy minimalnej

CEO Magazyn Polska

Do końca stycznia firmy realizujące zamówienia publiczne mogą zgłaszać wnioski o zmianę wartości umowy w związku z podwyższeniem płacy minimalnej. Taką możliwość dała ubiegłoroczna nowelizacja Prawa zamówień publicznych. W praktyce zamawiający będą jednak niechętnie zmieniać wartość umów, a do tego przepisy te może zakwestionować Komisja Europejska.

W nowelizacji Prawa zamówień publicznych przewidziano, że w terminie 30 dni od zmiany przepisów rzutujących na wynagrodzenie firmy mają prawo wystąpić do zamawiającego o renegocjację umowy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Czaban, ekspert APEXnet.

Nowelizacja ustawy dająca taką możliwość weszła w życie 19 października ubiegłego roku. Możliwość renegocjacji umów dotyczy zamówień publicznych udzielonych przed tą datą. Dla nowych umów zawieranych na ponad 12 miesięcy klauzula zmiany wynagrodzenia dla wykonawcy musi być zawarta w treści kontraktu.

W przypadku umów podpisanych przed 19 października przedsiębiorca musi jedynie udokumentować wpływ np. podwyższenia płacy minimalnej, które nastąpiło 1 stycznia tego roku (z 1680 zł brutto na 1750 zł), na koszty wykonania umowy. Powinien więc np. wskazać, jak wielu osobom musiał podnieść wynagrodzenie i jaki był tego koszt.

W przypadku starszych umów przedsiębiorcy mogą jedynie zwrócić się do zamawiającego o zmianę wynagrodzenia. Ten jednak nie musi uwzględnić tej prośby.

Należy zakładać, że efekt tych rozmów może być, niestety, dla przedsiębiorcy negatywny. Zamawiający zasłoni się trudną sytuacją budżetową, brakiem środków w budżecie lub napiętym budżetem. Znajdzie szereg wymówek, które pozwolą mu odmówić podwyższenia wynagrodzenia – uważa Czaban.

Ekspert zwraca jednak uwagę na to, że po ubiegłorocznej nowelizacji po raz pierwszy udzielający zamówień publicznych mają podstawę prawną, by zgodzić się na podwyższenie wynagrodzenia dla wykonawcy. Dlatego urzędnicy, którzy zgodzą się na taką waloryzację, nie muszą obawiać się, że zostaną posądzeni o niegospodarność.

Niewykluczone jest jednak, że polskie przepisy zakwestionuje Komisja Europejska. Czaban podkreśla, że nie muszą się tym martwić przedsiębiorcy ani urzędnicy – wynegocjowane podwyższenie wynagrodzenia ma ważną podstawę prawną. Ewentualne zastrzeżenia Brukseli to problem dla ustawodawców.

Jako kraj możemy mieć pewien problem, gdyby Komisja Europejska się tym zainteresowała – ocenia Czaban. Wyjaśnia: Wyobraźmy sobie, jak wygląda sytuacja wykonawcy, który przegrał kiedyś rozpisany przetarg, a teraz się dowiaduje, że firma, która miała podpisaną umowę z zamawiającym na jakieś usługi, otrzymała jednak podwyżkę wynagrodzenia po zmianie minimalnej płacy, która nastąpiła z początkiem tego roku. Może poczuć się trochę oszukany.

Czaban argumentuje, że niektórzy wykonawcy mogą twierdzić, że gdyby przewidzieli możliwość waloryzacji wartości zamówienia, mogliby zaoferować inne ceny. Komisja Europejska stoi na stanowisko, że warunków już udzielonych zamówień publicznych nie powinno się zmieniać.

Z jednej strony jest to ciekawa regulacja, z drugiej strony jej stosownie może być odebrane jednak jako godzące w przepisy prawa Unii Europejskiej – ocenia Czaban.

Kolejna obniżka maksymalnych opłat interchange od transakcji kartą

0

W czwartek nastąpi kolejny spadek opłat prowizyjnych do 0,3 proc. w przypadku transakcji kartą kredytową i 0,2 proc. w przypadku karty debetowej. Obecnie prowizje od transakcji pobieranych przez banki wynoszą 0,5 proc. Dzięki promowaniu płatności, tworzeniu zachęt do używania kart oraz obniżce prowizji w lipcu ub.r. w Polsce przyspieszył rozwój obrotu bezgotówkowego. W III kwartale dokonano prawie 0,5 mld transakcji bezgotówkowych, co oznacza wzrost o ponad 13 proc. w porównaniu z II kwartałem 2014 r.

Myślę, że był to przełomowy rok dla płatności bezgotówkowych w Polsce. Z danych raportowanych przez banki i jednostki rozliczeniowe NBP po I półroczu 2014 roku wynika, że nastąpił dwucyfrowy wzrost transakcji bezgotówkowych. Wyniki opublikowane po III kw. bieżącego roku pokazują, że trend jest kontynuowany, nastąpiło nawet pewne przyspieszenie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Kurowski, dyrektor Visa Europe w Polsce.

Z danych NBP wynika, że na koniec III kwartału 2014 r. w Polsce było 35,5 mln kart płatniczych (wzrost o 1 proc. w stosunku do czerwca). W okresie od lipca do września dokonano 690 mln transakcji na kwotę 121 mld zł, z tego 494,1 mln transakcji bezgotówkowych o wartości 41,2 mld zł, co oznacza wzrosty odpowiednio o 13,4 i 9,6 proc. w porównaniu z wcześniejszym kwartałem.

Na obserwowane wzrosty składają się dwa główne czynniki. Pierwszy to obniżka opłaty interchange, która z jednej strony spowodowała zmniejszenie dochodowości modeli biznesowych bankowych, a z drugiej strony dała szansę na wzrost sieci akceptacji tych kart – zaznacza Kurowski. – Sztandarowym przykładem rozwoju rynku jest rozpoczęcie akceptacji kart u największego polskiego detalisty pod względem obrotów, czyli sieci Biedronka.

16 czerwca ub.r. sieć sklepów Biedronka rozpoczęła wdrażanie płatności kartami, początkowo w 330 sklepach, obecnie bezgotówkowe zakupy są możliwe we wszystkich sklepach, a jest ich aż 2,5 tys..

Chodzi o obniżenie maksymalnej opłaty interchange (ponoszonej przez akceptantów-sprzedawców) do 0,5 proc. od 1 lipca 2014 r. Z kolei od 29 stycznia nastąpi kolejna obniżka – do 0,3 proc. w przypadku płatności kartą kredytową oraz 0,2 proc. przy transakcji kartą debetową. Zmiana w polskich przepisach została wywołana przez porozumienie między Visa Europe a Komisją Europejską, które weszło w życie 1 stycznia br. i zakłada możliwość stosowania w krajach członkowskich UE i EOG transgranicznych stawek od transakcji kartowych na poziomie 0,2 i 0,3 proc., jeśli detalista jest obsługiwany przez agenta rozliczeniowego, który ma siedzibę za granicą danego kraju.

Drugim, nawet ważniejszym, powodem wzrostu transakcji – według Kurowskiego – są działania marketingowe i promocyjne realizowane przez Visa Europe we współpracy z bankami członkowskimi i detalistami. Ich celem jest zmiana przyzwyczajeń polskich konsumentów (80 proc. transakcji to wciąż gotówka) i w konsekwencji popularyzacja obrotu bezgotówkowego (m.in. dzięki finansowanemu przez banki programowi rozwoju sieci akceptacji „Kartą Visa zapłacisz wszędzie”).

Wraz ze zmianą generacyjną i wdrażaniem nowych technologii zmiana przyzwyczajeń następuje coraz szybciej. Dobrym przykładem są płatności mobilne. Większość młodych konsumentów, którzy nie wyrośli w kulcie gotówki, nie ma problemu z tym, żeby zacząć płacić telefonem. Koncentrujemy bardzo dużo uwagi na tym, żeby 2015 rok stał się okresem masowych wdrożeń płatności mobilnych – mówi Kurowski.

Jak podkreśla, Polska jest najbardziej dynamicznie rozwijającym się rynkiem w Europie pod względem wzrostu transakcji bezgotówkowych. Jesteśmy także liderem płatności zbliżeniowych. 40 proc. transakcji realizowanych kartami Visa w Polsce to transakcje zbliżeniowe. Nawet 70 proc. terminali zainstalowanych w Polsce jest przystosowanych do obsługi transakcji zbliżeniowych, a do końca 2017 roku wszystkie terminale zainstalowane w Polsce będą wyposażone w czytniki zbliżeniowe.

Jesteśmy liderem w zakresie pomysłowości. To banki członkowskie inwestują duże pieniądze w to, żebyśmy byli ciągle postrzegani jako rynek innowacyjny – wyjaśnia Kurowski.

Przykładem innowacyjnego rozwiązania są mobilne płatności zbliżeniowe Visa wykorzystujące chmurę i technologię Host Card Emulation (HCE), które mogą być integrowane z bankowością mobilną oferowaną przez banki. Projekt Visa Europe, do którego przyłączyło się dziewięć banków, zakłada wdrożenie na polskim rynku płatności mobilnych Visa opartych o chmurę i technologię HCE, które pozwalają na szybkie udostępnienie rozwiązania znaczącej grupie odbiorców. Wśród nich jest Getin Noble Bank, który ogłosił w tym miesiącu rozpoczęcie pilotażu usługi.

Doganiamy niektóre kraje europejskie, a w niektórych dziedzinach, takich jak płatności zbliżeniowe czy przyszła implementacja płatności mobilnych, będziemy przeganiać Europę – mówi dyrektor Visa Europe w Polsce.

Inwestycje w rozwój pracowników szansą na zatrzymanie najlepszych

CEO Magazyn Polska

Lepsza sytuacja na rynku pracy powoduje, że pracodawcy muszą zabiegać o najlepszych specjalistów i starać się ich zatrzymać w firmie. Jednym ze sposobów jest inwestowanie w ich rozwój. Orange dba o swoich pracowników, dzięki czemu aż 77 proc. zatrudnionych ocenia tę firmę jako dobrego pracodawcę, a jedynie kilka procent spośród odchodzących rezygnuje z pracy na własne życzenie. 

‒ Trzeba wiedzieć, jak wspierać rozwój i co da przewagę pracownikowi na rynku pracy, ale jednocześnie będzie inwestycją, która nam się zwróci ‒ wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Kowalski, członek zarządu ds. zasobów ludzkich w Orange Polska. ‒ Takie firmy jak Orange Polska mają też zobowiązania wobec swoich klientów i środowisk, w których pracują. Wierzę, że klienci długoterminowo będą to postrzegali jako dodatkową wartość.

Orange Polska dużo inwestuje w szkolenia i rozwój zawodowy swoich pracowników, ale nie zapomina także o dawaniu im możliwości samorealizacji. Dlatego spółka ma m.in. program wolontariatu pracowniczego, w który angażuje się ponad 3,5 tys. zatrudnionych. To największy tego typu program w kraju. Pracownicy doceniają takie inicjatywy, bo jak pokazują badania przeprowadzone przez Orange, aż 77 proc. zatrudnionych ocenia tę firmę jako dobrego pracodawcę.

Kowalski podkreśla, że inwestycje we własnych pracowników przynoszą wiele korzyści. Zadowolenie, a w efekcie większa efektywność i lojalność pracowników są tego przykładem.

Jeżeli w odpowiedni sposób inwestujemy w rozwój, to rosną zarówno efektywność pracowników, jak i ich przywiązanie do firmy, a w konsekwencji pozycja Orange Polska jako pracodawcy ‒ podkreśla Kowalski. ‒ To ewidentnie zwraca się także w postaci lepszej obsługi klientów i innowacyjności pracowników. Stwarzamy takie warunki pracy, że pracownicy z nami zostają.

Utrzymanie najlepszych pracowników może być dla Orange, podobnie jak dla innych pracodawców, szczególnie trudne w nadchodzących latach. Przy spadającym bezrobociu rynek pracy staje się rynkiem pracownika i zatrudnieni będą mieć wkrótce większą swobodę wyboru pracodawcy.

Kowalski przekonuje, że spośród wszystkich pracowników Orange, którzy zmieniają pracę, tylko kilka procent działa z własnej inicjatywy. To oznacza, że zatrudnieni w firmie cenią ją i nie szukają alternatywy.

Dodaje również, że rozwój pracowników Orange nie pozostaje bez znaczenia dla klientów operatora.

‒ Klienci, mając porównywalne wybory, częściej decydują się na produkty, które pochodzą od firm, które nie tylko inwestują w rozwój technologii, lecz także w rozwój społeczności. Dlatego wpływ społeczny firmy jest bardzo istotny ‒ podkreśla Kowalski.

Obecnie Orange zatrudnia w Polsce 18 tys. pracowników. Z możliwości rozwoju zawodowego mogą skorzystać zarówno zatrudnieni na etat, jak i współpracownicy. Kowalski podkreśla, że dla Orange działalność społecznie odpowiedzialna musi łączyć działania typowo biznesowe z troską o lokalne społeczności i pracowników. Firma prowadzi również programy ambasadorskie, staże i prezentacje dla studentów.

1/3 Polaków korzysta z assistance. Zimą liczba zgłoszeń w ramach assistance samochodowego rośnie o około 30 proc.

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak deklaruje posiadanie polisy z pakietem usług assistance, gwarantującym wsparcie w awaryjnych sytuacjach. Zdecydowana większość to assistance samochodowy, dołączany do obowiązkowych ubezpieczeń OC. Zimą częstotliwość korzystania z oferowanych w ten sposób świadczeń wzrasta o ok. 30 proc.

Szczególnie zimą warto rozszerzyć swoje ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej o usługi samochodowego assistance – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Morańska z Europ Assistance Polska. – Gwarantują one pomoc w sytuacji na przykład rozładowanego akumulatora czy zamarznięcia płynów, wycieraczek bądź zamków. Zapewniają także całodobową pomoc na drodze w sytuacji kolizji, zdarzenia czy przebitej opony.

W miesiącach zimowych liczba zgłoszeń z powodu trudniejszych warunków pogodowych rośnie o około jedną trzecią.

Jak wynika z ostatniej edycji Ogólnopolskiego Badania Assistance, przeprowadzonego na zlecenie Europ Assistance Polska, 34 proc. ankietowanych posiada polisę z pakietem assistance (w 2010 roku było to 27 proc.). Wśród nich największy udział (93 proc.) stanowią pakiety samochodowe. Blisko 90 proc. badanych przyznało, że najbardziej przydatną usługą jest holowanie pojazdu i pomoc drogowa.

Liczba kierowców posiadających assistance rośnie. Wynika to m.in. z rosnącej świadomości o korzyściach oraz pozytywnych doświadczeń z korzystania z tego typu wsparcia. Dodatkowo koszt takiego pakietu, jak wskazuje Morańska, jest stosunkowo niewielki w stosunku do oferowanych funkcjonalności.

Ceny rocznej polisy assistance zaczynają się od około 80 zł – podkreśla przedstawicielka Europ Assistance Polska. – Jest to niewielki koszt w porównaniu do tych, które trzeba pokryć z własnej kieszeni w sytuacji braku takiego ubezpieczenia, np. skorzystania z pomocy drogowej. Cena holowania w Polsce wynosi około 400 zł. Kilkaset złotych może kosztować naprawa pojazdu na miejscu zdarzenia. Za granicą koszty te są zazwyczaj dużo wyższe. Za usługę usprawnienia pojazdu trzeba zapłacić nawet kilkaset euro.

Cena pakietu zależy przede wszystkim od zakresu usług, jakie on obejmuje, oraz zakresu terytorialnego. Jak podkreśla Morańska, przed podpisaniem umowy trzeba zapoznać się z ogólnymi warunkami ubezpieczenia, w których wyszczególnione są m.in. wyłączenia odpowiedzialności ubezpieczyciela.

Nie zawsze ubezpieczyciel w definicji awarii zamieszcza wszystkie zdarzenia, podczas których będziemy potrzebować pomocy – tłumaczy Morańska. – Warto sprawdzić, czy możemy liczyć na pomoc, kiedy akumulator rozładuje nam się pod domem. Może być tak, że ubezpieczyciel włączył to w definicję awarii, ale tylko wówczas, gdy zdarzenie ma miejsce w promieniu minimum 50 kilometrów od miejsca zamieszkania. 

Istotny jest także zasięg terytorialny obowiązywania takiej polisy.

Podpisując umowę, trzeba sprawdzić, czy na ewentualną pomoc będziemy mogli liczyć tylko na terenie Polski, czy także poza jej granicami, na przykład na Słowacji, w Niemczech czy Francji – radzi Morańska. – Warto także wiedzieć, jakie świadczenia przysługują w razie ewentualnej awarii za granicą oraz jak tam jest ona definiowana przez ubezpieczyciela.

2015 r. i 2016 r. będą należały do start-upów. Sukcesy na miarę Skype’a są coraz bliżej

W tym roku w Polsce powinny pojawić się pierwsze duże międzynarodowe sukcesy krajowych start-upów. Będzie to dopiero zapowiedź większych projektów, które zostaną zrealizowane w przyszłym roku. Większy dostęp do finansowania i rozwijający się ekosystem dla start-upów powodują, że coraz więcej osób widzi w tym sposób na życie. Jeśli ta tendencja się utrzyma, do 2020 r. Polska może mieć na koncie kilka sukcesów na miarę Skype’a.

Rok 2015 będzie rokiem start-upów. Boom nastąpi jednak w 2016 roku. Spodziewam się, że do 2020 roku będziemy mieli trzy polskie Skype’y, które wykreujemy, i tysiące mniejszych firm z wielkimi sukcesami – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Żuk, prezes Polski Przedsiębiorczej.

Jak podkreśla, Polska już jest liderem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby start-upów, a także warunków do ich rozwoju, bo sieć inkubatorów jest największa w Europie. Na polskim rynku działa 50 Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości. Od 2004 roku dzięki nim powstało 7 tys. firm, a obecnie funkcjonuje w nich ponad 1,5 tys. start-upów.

Uważam, że nie ma dziś lepszego miejsca w Europie, a myślę, że i na świecie, niż Polska do startowania z własnym pomysłem na biznes. Mamy tutaj ekosystem, kapitał i niesamowitych ludzi – podkreśla Dariusz Żuk.

Młode firmy mają coraz większy dostęp do kapitału. Nowa perspektywa unijna powinna jeszcze zwiększyć te możliwości.

Co ważne, jest kapitał i jest go coraz więcej. Jest kapitał na wczesnym etapie rozwoju, są fundusze seed capital, fundusze venture capital, więc warto startować ze swoim start-upem – mówi prezes Polski Przedsiębiorczej. – Staramy się inwestować w start-upy, mamy swój fundusz AIP SeedCapital, który inwestuje 100 tys. zł w każdy projekt. Do tej pory zainwestowaliśmy w 65 projektów, m.in.  w kupony.pl, łazik marsjański i kilka innych, które już są sukcesem w tej części Europy.

Prognozuje, że wiele inicjatyw start-upowych w tym roku będzie dotyczyło obszaru internetu rzeczy, czyli komunikacji między urządzeniami. Pojawi się również coraz więcej projektów z branży medycznej i okołomedycznej. Dominującym trendem będzie e-commerce i jego mobilna odmiana.

M-commerce to coraz szybciej rosnący trend. Warto się temu przyglądać i startować w tym obszarze. To jest rynek, na którym chcielibyśmy inwestować najwięcej – zapowiada Dariusz Żuk. – Bardzo szybko rośnie też segment gier, również edukacyjnych. To także są projekty, w które nasz fundusz AIP Seed Capital chce inwestować.

Samodzielne budowanie robota lub wytwarzanie prądu elektrycznego, czyli ferie w mieście dla miłośników nauki

Milion gości rocznie odwiedza warszawskie Centrum Nauki Kopernik, a w takich okresach jak ferie zimowe liczba zwiedzających rośnie. Czeka na nich siedem wystaw, laboratoria naukowe, planetarium i pracownia dla majsterkowiczów. Miłośnicy nauki i majsterkowania mogą samodzielnie wyprodukować prąd elektryczny, zbudować robota lub obejrzeć świat oczami węża.

W Centrum Nauki Kopernik funkcjonuje sześć wystaw stałych, m.in. „Człowiek i środowisko”, w której eksponatami stają się sami zwiedzający, „Świat w ruchu”, pokazująca jak rozchodzą się fale dźwiękowe i światło i w jaki sposób wprawiane są w ruch palce dłoni, oraz „Re: generacja”, która korzystając z najnowszych odkryć psychologii, socjologii i neurobiologii, prowadzi po świecie emocji i relacji międzyludzkich. Od końca listopada w Centrum działa także kolejna wystawa czasowa „Mikroświat”, która pozwala dojrzeć to, co zazwyczaj pozostaje niewidoczne dla oka.

Ukazuje ona naszym oczom świat małych stworzeń, którego normalnie nie możemy zobaczyć, bo potrzebne są do tego różnego rodzaju urządzenia, jak mikroskopy. Mamy zdjęcia, na których widać małe istoty powiększone 500 razy. Są też takie, na których organizmy są powiększone nawet ponad 32 tys. razy, to takie istoty, których nigdy nie bylibyśmy w stanie zobaczyć, gdybyśmy nie mieli technologicznych wynalazków w postaci mikroskopów – mówi Katarzyna Nowicka, rzecznik prasowy Centrum Nauki Kopernik, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W Centrum Nauki Kopernik można się także wybrać do dwóch teatrów. Pierwszy z nich to Teatr Robotyczny, czyli miejsce, gdzie w role aktorów wcielają się roboty. W Teatrze Wysokich Napięć w głównej roli występuje natomiast prąd elektryczny, zwykle o bardzo wysokim napięciu, który manifestuje swoją obecność w postaci piorunów. Dla najmłodszych miłośników nauki Centrum przygotowało wystawę „Bzzz!”, którą mogą zwiedzać dzieci do 6. roku życia.

Wszystko jest niskie, dostosowane również psychologicznie do sposobu odbierania świata przez najmłodszych odbiorców. Zapraszamy też do planetarium, gdzie praktycznie co tydzień są nowe projekcje i pokazy. Są filmy, pokazy na żywo, koncerty muzyczne i pokazy laserowe. W laboratoriach  można poczuć, jak to jest być naukowcem – mówi Katarzyna Nowicka.

W Centrum Nauki Kopernik istnieją cztery laboratoria: chemiczne, fizyczne, biologiczne i pracownia robotyczna. W laboratorium chemicznym zwiedzający mogą samodzielnie wyprodukować prąd lub wodór, a w pracowni robotycznej – zbudować własnego robota. W Centrum zlokalizowane jest także planetarium Niebo Kopernika, w którym odbywają się m.in. pokazy filmów o tematyce popularnonaukowej.

Centrum Nauki Kopernik zostało otwarte w listopadzie 2010 roku. Jego celem jest promowanie i popularyzacja nauki. Instytucja została wyróżniona nagrodą Popularyzator Nauki, przyznawaną przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Rocznie to miejsce gości ponad milion osób.

Każdy z naszych zwiedzających jest inny i mamy tego świadomość, dlatego nasza oferta jest tak skonstruowana, by każdy mógł tutaj znaleźć coś dla siebie, odnaleźć się i przede wszystkim zainspirować. Bo jest to miejsce, które ma inspirować naszych zwiedzających. Chcemy, żeby łykali oni naukowego bakcyla, aby później rozwijać swoje zainteresowania już innymi metodami – mówi Katarzyna Nowicka.

Bilety do Centrum Nauki Kopernik można kupić na miejscu lub przez internet. Podczas ferii zimowych lepiej zdecydować się na wcześniejszy zakup online, ponieważ ze względu na bardzo dużą liczbę zwiedzających, ich sprzedaż może być w danym dniu ograniczona.

Przewalutowanie sposobem na kredyt we frankach?

Przewalutowanie kredytu zaciągniętego we frankach szwajcarskich na złotówki po kursie z dnia zawarcia umowy? Propozycja przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego wydaje się dobrym rozwiązaniem dla osób zadłużonych, ale bardzo kosztownym dla banków.

Wraz z utrzymywaniem się wysokiego kursu franka przybywa pomysłów na rozwiązanie trudnej sytuacji osób mających kredyt w szwajcarskiej walucie. Już od samego początku mówiło się o ewentualnym przewalutowaniu zobowiązań, tak jak to miało miejsce w listopadzie ubiegłego roku na Węgrzech. Jak wyjaśnia w rozmowie z serwisem infoWire.pl Paweł Majtkowski, główny analityk Centrum Finansów Aviva: „Atrakcyjność przewalutowania zależy bardzo mocno od kursu, po jakim miałoby do niego dojść. Niewiele osób chciałoby z tego skorzystać, gdyby był to kurs dzisiejszy – taki wariant przyjęto na Węgrzech, gdzie dokonano przymusowego przeliczenia kredytów zaciągniętych między innymi we frankach”.

Co innego, gdyby przewalutowanie na złote odbyło się po kursie z dnia wzięcia kredytu, pod warunkiem pokrycia różnicy między faktycznie poniesionym kosztem spłaty zadłużenia a tym, który poniosłaby osoba, gdyby od początku był to kredyt złotowy. Taką myśl podsunął przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. „Ten pomysł jest bardzo dobry i ciekawy. Rozwiązuje nie tylko problem wysokich rat, lecz także tego, że koszty kredytu hipotecznego często przewyższają wartość zakupionego mieszkania” – podkreśla Paweł Majtkowski.

W najbliższym czasie nie ma co liczyć na spadek ceny franka szwajcarskiego poniżej 4 zł. „Frankowicze” muszą uzbroić się w cierpliwość i spokój. Dziś już wiadomo, że większość banków zastosuje ujemną stopę LIBOR, co zmniejszy raty nawet o 50%. Warto sprawdzić, co mamy zapisane w umowie kredytowej, jakie są ustalone parametry naszego zobowiązania, tak abyśmy w momencie pojawienia się nowych rozwiązań wiedzieli, czy będą one dla nas korzystne – podpowiada ekspert.

Województwo śląskie szuka specjalistów

Z analizy rocznego Raportu Pracuj.pl Rynek Pracy Specjalistów 2014 wyłania się obraz woj. śląskiego jako regionu o dość stabilnym przyroście zatrudnienia. Jakich specjalistów poszukują pracodawcy w tej części kraju? Czy struktura ofert pracy odbiega od ogólnopolskiej?

W 2014 roku, jak wynika z danych Pracuj.pl, pracodawcy z województwa śląskiego opublikowali 34 435 ofert pracy, co oznacza wzrost o 6% w porównaniu z rokiem 2013, kiedy to opublikowano 32 486 ofert. Taka liczba ogłoszeń plasuje ten region w czołówce województw, w których poszukiwano specjalistów do pracy; województwo śląskie ze swym 9% udziałem plasuje się na piątej pozycji.

 Jakie branże dominują w ofertach pracy w województwie śląskim?

Ogólnopolskie dane Pracuj.pl wskazują na handel i sprzedaż, jako na branżę, z której pojawia się najwięcej ofert pracy – 22% ogółu wszystkich ofert. Województwo śląskie odzwierciedla te proporcje niemal jeden do jednego, ponieważ liczba ogłoszeń z tej branży stanowi 23% wszystkich ofert kierowanych do mieszkańców województwa śląskiego (7 804 propozycji pracy). Druga z kolei branża okazuje się dość reprezentatywna dla tego konkretnego miejsca Polski i jest nią przemysł ciężki, dając 15% ogółu ogłoszeń (5 282 ofert pracy). Na trzecim miejscu plasuje się bankowość, finanse i ubezpieczenia z 13% udziałem w całości.

Analizując rynek pracy, należy przyjrzeć się nie tylko liczbie ogłoszeń, ale także dynamice ich przyrostu w celu wyselekcjonowania kluczowych dla regionu branż. Wielka trójka dla województwa śląskiego to: przemysł ciężki, w którym odnotowano 10% wzrost ofert pracy w stosunku do 2013, transport i logistyka z 9% wzrostem oraz budownictwo i nieruchomości z 7% wzrostem.

 Województwo śląskie handlem stoi?

Niemal połowa z poszukiwanych w województwie śląskim specjalistów to handlowcy i sprzedawcy (42% wszystkich ogłoszeń). – Liczba ogłoszeń skierowana do tych specjalistów rzeczywiście jest imponująca. W 2014 roku było ich ponad 14 tys., można powiedzieć, że w naszym regionie handel kwitnie. Jest to oczywiście cecha ogólnopolska. Handel najsłabiej reaguje na kryzys i najszybciej z kryzysu się odbija – mówi Mariusz Górniak, Kierownik Regionalnego Biura Sprzedaży w Katowicach Grupy Pracuj. – Wzrost rok do roku pokazuje jednak, że rynek w tym obszarze się stabilizuje (5% wzrostu), natomiast dynamiczniej rośnie zapotrzebowanie na inżynierów, ofert pracy było o 12% więcej niż w zeszłym roku, łącznie ponad 4,5 tys. – dodaje Górniak.

Także eksperci ds. obsługi klienta powinni przychylnie spojrzeć na województwo śląskie, ponieważ na ich usługi zapotrzebowanie wzrosło o 15% rok do roku. Rośnie również popyt na pracowników odpowiedzialnych za logistykę (wzrost o 8%). Także pracownicy produkcji mogą być zadowoleni, ponieważ liczba ofert skierowanych do nich wynosi o 19% więcej niż w 2013 r.

 Kogo rekrutowały kluczowe w województwie śląskim branże?

Jacy specjaliści byli najbardziej poszukiwani w 2014 roku w kluczowych dla województwa śląskiego branżach, czyli w handlu i sprzedaży, przemyśle ciężkim oraz bankowości, finansach i ubezpieczeniach? Analiza zamieszczonych na portalu Pracuj.pl ogłoszeń pokazuje, że dla każdej z branż bardzo ważni są handlowcy i sprzedawcy. To, że w branży handel i sprzedaż stanowią 73% wszystkich poszukiwanych specjalistów jest oczywiste. Ciekawie przedstawia się wynik dla bankowości, finansów i ubezpieczeń. Na drugim miejscu w tej branży (po specjalistach odpowiedzialni za finanse) znajdują się oferty dla handlowców i sprzedawców. Jak widać w finansach, obok wiedzy liczą się więc także umiejętności sprzedażowe. Również w przemyśle ciężkim oferty dla handlowców i sprzedawców to 25% ogłoszeń. Warto nadmienić, że branża ta poszukuje jednak przede wszystkich inżynierów, bo ogłoszenia do nich skierowane mają 41% udział w całości ofert.

 Gdzie w województwie śląskim najłatwiej o pracę?

Co czwarta oferta z województwa śląskiego pochodzi z Katowic. Porównując z zeszłym rokiem liczba ogłoszeń z tego miasta wzrosła  o 9%. Ponad 30% więcej ofert zanotowano w Tychach, Gliwicach i Dąbrowie Górniczej, a ponad 20% więcej w Częstochowie. Jeżeli chodzi o wielkość firm poszukujących pracowników, to wykazują one podobne zapotrzebowanie na nowych pracowników. Co ważne, zapotrzebowanie na specjalistów zwiększyło się w każdym przypadku.

NIK o systemie krwiodawstwa i krwiolecznictwa

Ilość pozyskiwanej krwi i osocza zapewnia Polsce samowystarczalność. Jednak rosnące zapotrzebowanie na krew i jej składniki, przy utrzymującej się od 2010 roku na podobnym poziomie liczbie dawców, stwarza ryzyko niezabezpieczenia wystarczającej ilości krwi dla potrzeb leczenia pacjentów. NIK zwraca również uwagę, że w Polsce wciąż brakuje systemowego rozwiązania zagospodarowywania nadwyżek osocza. Polska, jako jeden z nielicznych dużych krajów europejskich, nie ma do tej pory własnej fabryki przetwarzającej osocze na produkty krwiopochodne i musi je kupować za granicą.

W Polsce, podobnie jak w większości państw europejskich, funkcjonuje centralny system krwiodawstwa. Gwarantuje on bezpieczeństwo zarówno dawcom jak i pacjentom leczonym krwią dzięki stosowaniu takich samych, sprawdzonych procedur pobierania oraz badania krwi i jej składników we wszystkich centrach krwiodawstwa i krwiolecznictwa na terenie całego kraju.

Krwiodawstwo w liczbach

Na koniec 2013 r. w ogólnokrajowym rejestrze zewidencjonowanych było ogółem 2,8 mln dawców krwi, jednak czynni, aktywni dawcy to jedynie mniej więcej jedna czwarta zarejestrowanych. Liczba osób zgłaszających się do oddania krwi systematycznie rosła. Nie przekładało się to jednak na istotny wzrost realnej liczby dawców, ponieważ z roku na rok coraz mniej chętnych spełniało warunki by dawcą zostać. Regularnie zwiększał się odsetek osób niedopuszczanych przez lekarzy do oddawania krwi: z 11% w 2010 r. do 15% w 2013 r.

Najczęstszymi przyczynami niezakwalifikowania potencjalnych dawców do oddania krwi w kontrolowanych centrach krwiodawstwa i krwiolecznictwa były m.in.: zbyt niskie stężenie hemoglobiny lub złe wyniki innych badań, przyjmowanie leków, ostre choroby układu oddechowego, zbyt niskie lub zbyt wysokie ciśnienie krwi.

Najczęstsze powody utylizacji krwi i jej składników w latach 2010-2013

Zaopatrzenie w krew i jej wykorzystanie

Polska na poziomie ogólnokrajowym osiągnęła samowystarczalność w zakresie zaopatrzenia w krew i jej składniki, jednak nie wszystkie potrzeby poszczególnych szpitali zostały w pełni zabezpieczone. Wciąż, zarówno w szpitalach, jak i w centrach krwiodawstwa zdarzają się okresowe nadwyżki i niedobory składników krwi. Skontrolowane szpitale w sytuacjach nagłych zawsze otrzymywały krew na tzw. „ratunek”, jednak bezpieczeństwo pacjentów to nie efekt sprawności systemu, ale operatywności dyrektorów szpitali i centrów krwiodawstwa.

System poboru krwi umożliwiał jej pozyskiwanie i swobodną dystrybucję na terenie całego kraju, a mimo to przy realizacji zamówień składanych przez szpitale brakowało właściwej koordynacji oraz współpracy pomiędzy poszczególnymi centrami, posiadającymi nadwyżki i niedobory składników krwi. Dzięki stworzonemu przez Narodowe Centrum Krwi mechanizmowi codziennego raportowania o stanie zapasów, poszczególne centra miały co prawda bieżące informacje o zasobach krwi w poszczególnych jednostkach, jednak już przy samej realizacji zamówień nie wykorzystywały wszystkich możliwości pozyskania brakujących składników krwi z innych, bliźniaczych placówek. Aż dwie trzecie skontrolowanych centrów krwiodawstwa i krwiolecznictwa nie realizowało w pełni wpływających do nich zamówień, a ograniczenia wydań składników krwi wahały się od pół – do ponad 12 proc.

Z wyjaśnień dyrektorów placówek wynika, że nawet w okresach niedoborów niechętnie kupują oni krew z innych jednostek posiadających nadwyżki, ponieważ każde centrum chce wykonać założony plan sprzedaży, niezbędny do otrzymania dofinansowania. W przypadku niewykonania planu, część dotacji podlega zwrotowi. Z tego powodu starają się także blokować możliwość zaopatrywania się przez szpitale ze swego regionu w innych centrach.

Czynnikiem dodatkowo ograniczającym pozyskiwanie składników krwi z innych jednostek i wpływającym na ostateczną cenę zakupu krwi mogą być również koszty transportu. Część centrów, oprócz cen za składniki krwi, pobierało od jednostek zamawiających opłaty za transport, niekiedy zróżnicowane jeszcze, w zależności od pory dnia czy dni roboczych lub świątecznych. Zdarza się jednak także, że niektóre centra za ten sam transport opłat nie pobierają, chcąc skutecznie zagospodarowywać posiadane nadwyżki.

NIK docenia przedsiębiorczość i aktywność wszystkich kierujących placówkami, zarówno dostarczającymi, jak i kupującymi krew, jednak zwraca uwagę na fakt, iż tak wrażliwy, oparty na honorowych donacjach rynek nie powinien być polem współzawodnictwa, ale współdziałania.

Tymczasem z kontroli NIK wynika, że w sytuacji okresowych kłopotów z dostępnością krwi lub jej składników (np. w okresie nagłego wzrostu zapotrzebowania na daną grupę krwi lub w okresie wakacyjnym) część szpitali musiała poszukiwać krwi na własną rękę lub przekładać zaplanowane zabiegi. Przypadki przesuwania zabiegów i przedłużania hospitalizacji pacjentów, spowodowane trudnościami z pozyskaniem krwi, wystąpiły w 25 proc. skontrolowanych szpitali oraz placówek leczniczych, w których NIK zasięgała informacji. Izba podkreśla jednak, że w żadnym ze skontrolowanych szpitali nie stwierdzono, by życie lub zdrowie pacjentów były z tego powodu zagrożone. Gdy krew była niezbędna dla ratowania życia ludzkiego, szpitale ją zdobywały.

Zdarzało się, że równolegle z brakami krwi w jednym miejscu, w innym – zarówno w centrach krwiodawstwa i krwiolecznictwa, jak i szpitalach – występowały przypadki niepełnego zagospodarowania posiadanych składników krwi w terminie ważności, co wymuszało ich utylizację.

W latach 2010-2013 wytworzono prawie 10 mln jednostek i opakowań składników krwi, z czego do celów klinicznych wydano niemal 6,3 mln (63 proc.). Pozostałe składniki magazynowano, część osocza zbywano wytwórniom farmaceutycznym, a nienadające się do wykorzystania nadwyżki poddawano utylizacji. We wszystkich centrach krwiodawstwa zutylizowano łącznie ok. 607 tys. jednostek i opakowań krwi i jej składników (ok. 6 proc. wytworzonych jednostek), w tym niemal 137 tys. jednostek i preparatów zniszczono z powodu przeterminowania. Szczególnie niepokoić może systematyczny wzrost liczby jednostek krwi i jej składników przeznaczonych do zniszczenia: z 4,9% w 2010 r. do 7,4% w 2013 r. Kontrola wykazała, że w 7 z 9 skontrolowanych centrów organizacja pobierania oraz zagospodarowania krwi nie zapewniała ograniczania strat spowodowanych przeterminowaniem pobranego materiału.

Chociaż Instytut Hematologii i Transfuzjologii oraz Narodowe Centrum Krwi prowadziły monitoring i analizę m.in. bieżących stanów zapasów w poszczególnych centrach, liczby jednostek krwi i jej składników wytworzonych oraz wydanych do leczenia, to jednak wciąż nie stworzono takich mechanizmów porównywania wielkości zamówień szpitalnych i stopnia ich realizacji przez centra, które pozwoliłyby na optymalizację wykorzystania i jednocześnie zmniejszenie rozmiarów utylizacji pozyskanej krwi z powodu przeterminowania.

Zaopatrzenie w produkty krwiopochodne i zagospodarowanie nadwyżek osocza

W Polsce brakuje systemowego rozwiązania zagospodarowywania nadwyżek osocza. Tylko ok. 30% pobieranego osocza wykorzystywane jest do celów klinicznych, reszta stanowi nadwyżkę, którą wykorzystuje się do produkcji leków krwiopochodnych. Polska, jako jeden z nielicznych już dużych krajów europejskich, nie ma do tej pory własnej fabryki przetwarzającej (frakcjonującej) osocze na produkty krwiopochodne i musi je kupować za granicą.

Rozdzielanie składników krwi

W Polsce wciąż występują problemy z pełnym wykorzystaniem pobranego osocza. W efekcie trzeba ponosić koszty jego magazynowania i przechowywania. Koszty poniesione z tego tytułu tylko w latach 2012-2013 wyniosły ogółem (w pięciu centrach) ponad 1,4 mln zł. Trzeba także pamiętać, że długotrwale przechowywane osocze stopniowo traci na wartości. Tym samym maleje cena, za jaką można je sprzedać producentom leków krwiopochodnych. Wartość osocza przechowywanego w sześciu skontrolowanych centrach na dzień 31 grudnia 2013 r. była niższa od ustalonej po jego wytworzeniu o blisko 12 mln zł.

Centra niejednokrotnie sprzedawały osocze do frakcjonowania za cenę niższą niż koszty jego wytworzenia. W latach 2010-2013 w siedmiu skontrolowanych centrach, różnica ta wynosiła blisko 42 mln zł. Brak możliwości pełnego zagospodarowania nadwyżek doprowadził do tego, że w latach 2010-2013 z powodu przeterminowania zutylizowano w Polsce 32,5 tys. jednostek osocza (czyli około 9 proc. rocznego zapotrzebowania na osocze).

NIK zwraca uwagę, że w Polsce wciąż nie powstała  fabryka przetwarzająca osocze polskich dawców. Problem ten nie został rozwiązany od lat 90-tych XX w., kiedy to próbowano uruchomić fabrykę frakcjonowania osocza.

Do końca 2009 r. centra sprzedawały nadwyżki osocza szwajcarskiemu frakcjonatorowi, ale umowa nie została przedłużona ze względu na brak porozumienia co do ceny. Pod koniec 2009 r. ogłoszono więc konkurs na sprzedaż nadwyżek, ale unieważniono go w maju 2010 r. W tym czasie rosły zapasy osocza i konieczne było ich kosztowne magazynowanie. W tej sytuacji podjęto negocjacje z niemieckim odbiorcą. Wynegocjowane warunki nie umożliwiały jednak sprzedaży całości nadwyżek, w dodatku uzyskana cena była o jedną trzecią niższa od oferowanej w postępowaniu konkursowym. Podpisana umowa dawała przewagę odbiorcy i stwarzała konieczność dalszego poszukiwania nabywców pozostałych nadwyżek osocza przez dyrektorów poszczególnych centrów. Ostatecznie zalegające nadwyżki były sprzedawane firmom farmaceutycznym m.in. z Polski, Niemiec, Włoch, Litwy, USA, na nie zawsze korzystnych dla centrów warunkach (uzyskiwane ceny osocza wahały się od 10 do 93 euro za litr).

W sierpniu 2010 r. przyjęto specjalny rządowy dokument, porządkujący problem przetwarzania nadwyżek osocza (Główne założenia przedsięwzięcia dotyczącego dostępności systemu ochrony zdrowia do produktów leczniczych (leków osoczopochodnych) wytwarzanych na terenie RP z osocza pochodzącego przede wszystkim od polskich dawców na lata 2010-2031).Zapisano w nim różne warianty systemowego zagospodarowania nadwyżek osocza i pozyskania produktów krwiopochodnych. Rozważano m.in.: powierzenie odpłatnego frakcjonowania osocza podmiotowi z zagranicy, skąd wytworzone leki wracałyby do kraju, przetwarzanie przez frakcjonatora zagranicznego osocza nabywanego po cenach rynkowych, przy jednoczesnym rozliczeniu poprzez przekazanie do Polski części leków wytworzonych na bazie tego osocza, a także sprzedaż osocza oraz zakup leków osoczopochodnych na wolnym rynku. Ostatecznie zdecydowano się na wariant przetwarzania osocza na terenie Polski przez zakład będący własnością prywatnego inwestora.

Jednak podjęte później przez resort zdrowia działania na rzecz systemowego rozwiązania zagospodarowania nadwyżek osocza i zabezpieczenia potrzeb pacjentów na leki krwiopochodne były nieskuteczne. Pozyskany potencjalny inwestor wycofał się z planu  budowy fabryki w 2012 r., m.in. z powodu braku zgody Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych na umożliwienie placówkom leczniczym zakupu leków krwiopochodnych produkowanych w tej fabryce w trybie zamówienia z wolnej ręki. Od tego czasu minister zdrowia nie podejmował już kolejnych działań w celu ulokowania w Polsce fabryki osocza. Zrezygnowano też z możliwości przetworzenia pozyskanego przez centra osocza za granicą przez podmiot zewnętrzny. Obecnie nadwyżki osocza Polska sprzedaje, a oddzielnie kupuje produkty krwiopochodne (m.in. koncentraty czynników krzepnięcia wyprodukowane za granicą) od firm farmaceutycznych lub importerów.

Na koniec 2013 r. regionalne centra krwiodawstwa posiadały łącznie ponad 370 tys. litrów osocza, w tym nadwyżka ponad tzw. stan ustalony przez Ministra Zdrowia wynosiła 257 tys. litrów. Ponadto Wojskowe Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa posiadało 8,8 tys. litrów zgromadzonego osocza, a Centrum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ponad tysiąc litrów. Z tego zapasu prawie 25 tys. litrów osocza zostało pobrane w 2010 r. i wcześniej. (przydatność osocza do celów leczniczych wynosi trzy lata).

Zapewnienie bezpieczeństwa dawcom i biorcom krwi

W ocenie NIK prawidłowo stosowane procedury w ramach stworzonego przez państwo systemu krwiodawstwa i krwiolecznictwa, minimalizowały ryzyko zagrożenia zdrowia zarówno dawców, jak i biorców krwi. O skuteczności systemu świadczy znikoma liczba niepożądanych reakcji oraz powikłań poprzetoczeniowych w stosunku do przeprowadzonych transfuzji. Odsetek zgłoszonych przez szpitale do skontrolowanych centrów krwiodawstwa powikłań poprzetoczeniowych wahał się od 0,002 proc. do 0,8 proc.

Centra posiadały wymagane akredytacje i zezwolenia, wdrożyły systemy zapewnienia jakości oraz przestrzegały warunków pobierania, badania, przetwarzania i przechowywania krwi. Każdorazowo badano pozyskaną od dawców krew i jej składniki, przeprowadzano badania serologiczne oraz nadzorowano leczenie krwią w szpitalach. W razie powikłań po przetoczeniu krwi, szczegółowo analizowano każdy przypadek, w celu ustalenia przyczyn.

Przy tej okazji NIK zwraca uwagę na deficyt lekarzy specjalistów i szkoleń w dziedzinie transfuzjologii. Jak wynika z danych posiadanych przez Narodowe Centrum Krwi nie we wszystkich szpitalach przetaczających krew wyznaczono lekarzy odpowiedzialnych za gospodarkę krwią, choć jest taki obowiązek. W skontrolowanych przez NIK szpitalach tacy lekarze-koordynatorzy zostali wyznaczeni, jednak wobec braku transfuzjologów, obowiązki te powierzano lekarzom innych specjalności.

Jednostki organizacyjne publicznej służby krwi prowadziły działalność szkoleniową w zakresie krwiolecznictwa, ale w 25 proc. skontrolowanych podmiotów leczniczych ich kierownicy nie zapewnili udziału w tych szkoleniach lekarzy odpowiedzialnych za gospodarkę krwią lub pielęgniarek dokonujących przetoczeń krwi i jej składników.

Wnioski

Od 2010 r. liczba dawców w Polsce utrzymuje się na względnie stałym poziomie, a jednocześnie rośnie zapotrzebowanie na krew i jej składniki. W najbliższych latach istnieje więc ryzyko niezabezpieczenia wystarczającej ilości krwi dla potrzeb leczenia pacjentów, jeżeli nie zostaną podjęte skuteczne działania na rzecz utrzymania dotychczasowych oraz pozyskania nowych dawców i optymalizacji wykorzystania krwi.

Z uwagi na występujące w tym samym czasie przypadki z jednej strony niedoborów, a z drugiej nadwyżek składników krwi w poszczególnych centrach, niezbędne jest także zapewnienie właściwej koordynacji gospodarki krwią na terenie kraju, przede wszystkim ograniczenie zniszczeń i optymalne wykorzystanie krwi i jej składników. W tym celu wskazane jest stworzenie skutecznych i efektywnych mechanizmów dystrybucji składników krwi pomiędzy centrami.

Jak wskazują wyniki ankiety przeprowadzonej przez NIK wśród krwiodawców, główną motywacją do oddania krwi jest chęć pomocy innym ludziom. Takiej odpowiedzi udzieliło blisko 90 % dawców. Jako podstawowe źródło informacji o idei honorowego krwiodawstwa krwiodawcy najczęściej wskazywali rodzinę i znajomych (45,4%), szkołę lub studia (33,5%) oraz pracę (8,9%), a niespełna 3% pracowników centrów lub służby zdrowia. Tylko 5,3% ankietowanych o idei honorowego krwiodawstwa dowiedziało się ze środków masowego przekazu, które jednocześnie aż 60% ankietowanych uznało za najskuteczniejszą formę popularyzacji i promocji krwiodawstwa, która przekonałaby ich do dalszego oddawania krwi. Wśród innych skutecznych form popularyzacji krwiodawstwa ankietowani wymieniali najczęściej akcje krwiodawstwa w szkołach połączone z wykładem lekarza i prelekcje osób oddających krew.

Zapytani o sugestie dotyczące zmian w honorowym krwiodawstwie, ankietowani proponowali najczęściej wydłużenie godzin, w których można oddawać krew i umożliwienie oddania krwi w soboty oraz możliwość egzekwowania przysługujących uprawnień, w tym korzystania ze świadczeń opieki zdrowotnej poza kolejnością.

Zmiany rozliczania odsetek od pożyczek

1 stycznia 2015 r. weszły w życie przepisy wprowadzające istotne zmiany w zasadach podatkowego rozliczania odsetek od – szeroko rozumianych – pożyczek.

Polegają one na modyfikacji istniejących przepisów dotyczących tzw. niedostatecznej (cienkiej) kapitalizacji oraz wprowadzeniu alternatywnej w stosunku do przepisów o tzw. niedostatecznej (cienkiej) kapitalizacji regulacji określającej metodę ujmowania w kosztach podatkowych odsetek od pożyczek.

Nowe rozwiązania wprowadzono na podstawie ustawy z dnia 29 sierpnia 2014 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 1328 i 1478).

Obszerne wyjaśnienia dotyczące nowej regulacji są dostępne w materiale: Nowe zasady limitowania wysokości odsetek zaliczanych do kosztów uzyskania przychodów obowiązujące w podatku dochodowym od osób prawnych

Termin na składanie deklaracji podatkowych

0

Od 1 stycznia 2015 r. przepis art. 12 § 5 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa (Dz. U. z 2012 r. poz. 749, z późn. zm.), ma nowe brzmienie nadane ustawą z dnia 25 lipca 2014 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Ordynacja podatkowa (Dz. U. poz. 1171): „Jeżeli ostatni dzień terminu przypada na sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy, za ostatni dzień terminu uważa się następny dzień po dniu lub dniach wolnych od pracy, chyba że ustawy podatkowe stanowią inaczej.„. Nowa jest końcowa część przepisu wskazująca na możliwość określenia w innych ustawach wyjątku od zasady wynikającej z tego przepisu. Aktualnie wyjątek jest jeden i dotyczy on terminu składania deklaracji VAT w procedurze szczególnej rozliczania VAT od usług telekomunikacyjnych, usług nadawczych lub usług elektronicznych świadczonych na rzecz osób niebędących podatnikami, zlokalizowanych w innych państwach członkowskich Unii Europejskiej – procedurze MOSS (art. 130c ust. 3 oraz art. 133 ust. 2a ustawy o podatku od towarów i usług).

Deklaracje w procedurze MOSS składa się za okresy kwartalne do 20. dnia miesiąca następującego po każdym kolejnym kwartale, bez względu na to, czy dzień ten przypada na sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy. Termin ten jest wspólny dla wszystkich państw członkowskich UE, na jego określenie nie mają zatem wpływu krajowe ustalenia, co do dni ustawowo wolnych od pracy. MOSS to system uproszczony, w którym deklaracje składa się wyłącznie elektronicznie, a bramka do ich przyjmowania otwarta jest 24h/dobę 7 dni w tygodniu. Stąd też w przywołanych art. 130c ust. 3 i 133 ust. 2a wprost zapisano, iż termin ten upływa również, gdy ostatni dzień terminu przypada na sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy. Taki sposób obliczania terminu nie dotyczy terminów składania „krajowych” deklaracji VAT oraz deklaracji podatkowych w innych podatkach. Nie dotyczy także terminów płatności podatków. Zasady obliczania terminów płatności podatków i terminów składania deklaracji pozostają niezmienione, z wyjątkiem szczególnej regulacji dotyczącej deklaracji VAT w procedurze MOSS. Obecnie nie planuje się zmian przepisów wprowadzających inne wyłączenia w zakresie obliczania terminów.

GPW chce promować rynek terminowy. Chętni do inwestowania w kontrakty mają szansę nauczyć się mechanizmów działania tego instrumentu

CEO Magazyn Polska

Stabilizacja notowań głównych indeksów na warszawskim parkiecie powoduje, że na zyski mogą liczyć ci, którzy dobrze wybrali spółki do portfela, lub grający na kontraktach terminowych. Niestety, niewielu inwestorów potrafi na nich zarabiać. Tym, którzy chcieliby spróbować swoich sił na tym rynku, GPW w Warszawie proponuje „jazdę próbną”.

Kontrakty terminowe to nie jest rynek dla początkujących – przestrzegają specjaliści. Na dodatek inwestowanie w nie wiąże się ze sporym ryzykiem.

Kontrakty terminowe to instrumenty z dźwignią finansową, pozwalają na zarabianie zarówno wtedy, kiedy instrument bazowy rośnie, jak i wtedy, kiedy spada mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Kwaśniewski z Działu Relacji z Inwestorami i Członkami Giełdy GPW w Warszawie. Pamiętajmy o tym, że z dźwignią finansową wiąże się jednak nie tylko zarobek, lecz także ryzyko, dlatego są to instrumenty przeznaczone dla inwestorów, którzy już znają giełdę, którzy mają pewne doświadczenie i pewien zasób wiedzy.

Giełdzie zależy na edukacji inwestorów. Wraz z Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych, 11 biurami maklerskimi oraz Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych zorganizowała więc edukacyjny konkurs, który pozwoli zainteresowanym na bezbolesne zapoznanie się z rynkiem kontraktów terminowych.

Te osoby, które jeszcze nie inwestowały, a chciałyby spróbować, tylko się boją, zapraszamy do konkursu, który właśnie trwa informuje Marcin Kwaśniewski.  Konkurs Futures Masters przeznaczony dla wszystkich, którzy chcą nauczyć się inwestowania właśnie w kontrakty terminowe.

Uczestnicy konkursu będą mieli do wyboru trzy kontrakty terminowe: kontrakt na indeks WIG20, kontrakt na indeks mWIG40 oraz parę walutową dolar-złoty. Rachunki są wirtualne, a udział w zawodach bezpłatny.

Konkurs ten jest doskonałym połączeniem praktyki z teorią – podkreśla przedstawiciel GPW w Warszawie. – Pozwoli osobom, które są zainteresowane kontraktami terminowymi, spróbować swoich sił na wirtualnych rachunkach. Do dyspozycji będzie 50 tys. wirtualnych złotych, a uczestnicy będą inwestowali w interwałach tygodniowych. Czyli będzie to 5 edycji konkursu, trwających od poniedziałku do piątku i po każdej edycji zostanie wyłonionych 10 zwycięzców.

Na osobę, która zajmie pierwsze miejsce w konkursie, czekają 4 tys. zł nagrody. Za drugie miejsce przewidziano 3 tys., za trzecie – 2 tys., a za czwarte miejsce – 1 tys. zł. Osoby, które zajmą od piątego do dziesiątego miejsca, zostaną uhonorowane nagrodami pieniężnymi w wysokości 500 zł. Konkurs ma jednak promować nie tylko sukces inwestycyjny, lecz także sprawność w wykorzystywaniu zdobywanej wiedzy. Uczestnicy będą też w trakcie gry otrzymywać odznaki.

 Odznaki będą zbierane przez uczestników konkursu przez cały okres trwania tego projektu, czyli przez 5 tygodni – zapowiada Marcin Kwaśniewski z GPW.  Będą to po prostu punkty przyznawane za pewne czynności, np. za wykonanie określonej liczby transakcji w ciągu danej sesji albo za osiągnięcie najwyższej dziennej stopy zwrotu. Trzech najlepszych uczestników, czyli tych mających największą liczbę odznak, a w związku z tym najwyższą sumę punktów, otrzyma nagrody.

Jak podaje GPW, po korekcie uwzględniającej zakończenie w czerwcu ubiegłego roku handlu kontraktami terminowymi z mnożnikiem 10 zł wolumen obrotu kontraktami na indeksy w całym 2014 r. wzrósł o 6,0 proc. względem 2013 r., osiągając poziom 4,5 mln sztuk. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł w samym grudniu 2014 r. 508,9 tys. szt., natomiast wolumen obrotu pozostałymi kontraktami (akcje, waluty i stopy procentowe) w tym samym miesiącu osiągnął poziom 307,7 tys. sztuk.

Polskie ePłatności nie wykluczają przejęcia firmy z branży. Spółka chce się znaleźć w pierwszej trójce największych polskich agentów rozliczeniowych

0

CEO Magazyn Polska

Polskie ePłatności chcą się znaleźć w pierwszej trójce największych agentów rozliczeniowych w Polsce. Firma, która ma dziś ponad 8,5-proc. udział w rynku polskich terminali płatniczych, nie wyklucza przejęcia któregoś z mniejszych konkurentów. Przyszłość widzi przede wszystkim w rozwoju sieci urządzeń do akceptacji płatności telefonem komórkowym.

Dzięki szybkiej rozbudowie sieci oraz wyposażeniu w funkcjonalność do akceptacji płatności smartfonami Polskie ePłatności – agent rozliczeniowy, działający od 2010 roku, próg rentowności operacyjnej osiągnął po 3,5 roku działalności, czyli od niemal dwóch lat już na siebie zarabia. Jak podkreśla prezes spółki, zajęło jej to mniej czasu niż konkurentom, którzy startowali na rynku wcześniej, gdy był on mniej rozwinięty.

– Osiągnięcie równowagi przez firmy takie, jak First Data (dawny Polcard) czy eService, trwało 5-7 lat, Polskim ePłatnościom udało się to osiągnąć po 3,5 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Bober, prezes zarządu spółki. Pokazuje to, że efektywnie budowaliśmy nasz biznes. Oczywiście można mówić, że 10 czy 12 lat temu warunki na rynku był zupełnie inne niż dzisiaj, to jest zresztą prawda. Dzisiaj świadomość płatności kartowych jest dużo większa niż wtedy, dlatego na pewno dla Polskich ePłatności ta sytuacja była handicapem.

Na polskim rynku działa dziś około 350 tys. terminali płatniczych. Z tego Polskie ePłatności mają blisko 30 tys. Polski rynek nowoczesnych płatności rozwija się dziś bardzo szybko, jednak do poziomu nasycenia państw starej Unii jeszcze mu bardzo daleko. Na milion mieszkańców w Polsce przypada ok. 8,5 tys. terminali. W całej Unii średnia sięga 18 tys. To pozwala Polskim ePłatnościom z optymizmem myśleć o dalszym rozwoju.

– Czas, w którym można było łatwo zwiększać udziały rynkowe, już się skończył – podkreśla Janusz Bober.  Nie oznacza to jednak, że na rynku nie będą zachodziły procesy konsolidacyjne. Jest dużo organizacji, które zajmują się głównie np. sprzedażą prepaida. Być może trzeba będzie pomyśleć o jakiejś konsolidacji i zdecydowanie przyśpieszyć ten rozwój organiczny. Cel, który stawiam naszej firmie, to bycie jednym z największych, czyli znalezienie się w pierwszej trójce.

Polskie ePłatności przewidują nie tylko rozwój sieci terminali. Na polskim rynku będą się też systematycznie pojawiały najnowsze rozwiązania. Technologicznie w płatnościach następuje bardzo szybki rozwój, a to co przyjmuje się w innych krajach, sprawdza się też w Polsce.

– Od samego początku stawialiśmy na nowoczesność – deklaruje prezes Polskich ePłatności.Wszystkie nasze terminale już w 2010 r. były oferowane z funkcjonalnością akceptacji bez styku. Na naszych terminalach funkcjonują schematy lojalnościowe, programy giftowe. Dzisiaj rozmawiamy o płatnościach mobilnych, także e-commerce jest tutaj w dość dużym obszarze zainteresowań Polskich ePłatności. Uważam, że Polskie ePłatności będą beneficjentem tych zmian i będą pierwsze wszędzie tam, gdzie będzie się działo coś nowego.

Prezes jest optymistą, bo jak zaznacza, spółka swe cele od początku realizuje zgodnie z planami. Obecnie na polskim rynku działa 20 agentów rozliczeniowych, jednak Polskie ePłatności na tyle wysoko oceniają własne kompetencje, że nie obawiają się o swoją pozycję.

Nieskromnie powiem, że znaliśmy się trochę na tym biznesie – zaznacza Janusz Bober, prezes Polskich ePłatności. Przez lata prowadziliśmy badania i prace w zakresie systemów kartowych, w związku z tym mieliśmy wiedzę na temat technologii i prowadzenia biznes. A połączenie tych dwóch elementów spowodowało, że nasz rozwój był ukierunkowany, dzięki czemu nie traciliśmy energii na niepotrzebne ruchy.

Właścicielem połowy udziałów w Polskich ePłatnościach jest giełdowy OPTeam.

R. Sadoch (Plus Bank): Kurs franka powinien spaść. Jego obniżenie leży w interesie szwajcarskiej gospodarki

Frank może potanieć. W interesie samych Szwajcarów leży to, by ich waluta nie była za mocna. Można więc oczekiwać, że Szwajcarski Bank Narodowy poczyni odpowiednie kroki, które doprowadzą do osłabienia franka. Zamiast panikować i przewalutowywać kredyty, lepiej więc poczekać.

Decyzja szwajcarskiego banku centralnego, który w połowie stycznia zrezygnował z obrony kursu 1,2 franka za euro była zaskakująca, ale zrozumiała. Europejski Bank Centralny luzuje swą politykę pieniężną, by osłabić euro i ożywić gospodarkę. Wczoraj Mario Draghi zgodnie z oczekiwaniami zapowiedział wsparcie gospodarki Eurolandu, i to nieco wyższą od spodziewanej kwotą 60 mld euro miesięcznie, poprzez skup obligacji. To spowodowało również oczekiwane osłabienie euro. Utrzymując sztywną granicę dla wzrostu wartości franka, Szwajcarzy musieliby drukować coraz więcej pieniędzy, by mieć czym finansować ten kurs.

Bank Szwajcarii odszedł od pewnego pułapu, przy którym bronił wartości swojej waluty, dlatego że w długim horyzoncie prowadzi to do powstania  pewnych nierównowag w gospodarce szwajcarskiej mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku. Bank nie może w nieskończoność drukować swojej waluty, bo prędzej czy później ona może wrócić do kraju i przyczynić się do wzrostu presji inflacyjnej. Zatem raczej nie uważam, że ten kurs zostanie ustalony gdzieś wcześniej. Spodziewam się tylko tego, że bank może interweniować na rynku walutowym.

Niektóre skutki decyzji szwajcarskiego banku centralnego są bowiem i zaskakujące, i niekorzystne dla samych Szwajcarów. Wysoki kurs franka to nie tylko kłopoty zadłużonych we frankach, ale i spadek konkurencyjności tamtejszych eksporterów.

To silne umocnienie franka nie było oczekiwane przez szwajcarskich bankierów centralnych zwraca uwagę Rafał Sadoch.  Być może na kolejnych posiedzeniach oni będą dostosowywać swoją politykę monetarną do tych w jakiś sposób niewyważonych narzędzi. Oni zamienili narzędzia, zamienili obronę kursu waluty na głębokie cięcie stóp procentowych i widać, że to cięcie stóp procentowych było niewystarczające. Zatem kiedy tylko sytuacja się ustabilizuje, oni będą pewnie podejmować kolejne działania zmierzające do osłabienia wartości franka.

Zatem zamiast wykonywać paniczne ruchy, jak przewalutowanie kredytów (co przy mocnej walucie jest wyjątkowo nieracjonalne) czy występowanie na drogę sądową przeciw bankom, Polacy powinni najpierw poczekać na ustabilizowanie sytuacji.

Wydaje mi się, że w obecnej sytuacji ci kredytobiorcy frankowi, którzy mogą mieć jakieś krótkoterminowe problemy w spłacaniu swoich rat, abstrahując od tego, że ich jest niewielu, powinni nieco zacisnąć pasa, zorganizować te dodatkowe 200-300 zł, a nie próbować coś robić z tymi kredytami – doradza ekonomista Plus Banku. – Tak jak już mówiłem wcześniej, wydaje mi się, że kurs franka się ustabilizuje i obniżyć, bo Szwajcarski Bank Narodowy może poczynić kolejne kroki w kierunku osłabienia swojej waluty.

Obecnie wszystkie inne rozwiązania są kosztowne i niosą za sobą negatywne skutki. Przewalutowanie kredytów po kursie obecnym oznaczałoby straty zadłużonych. Przewalutowanie po kursie z chwili zaciągnięcia kredytu – straty banków. To z kolei uderzyłoby w tych klientów, którzy w bankach trzymają oszczędności.

Kto miałby te gigantyczne straty ponieść? pyta Rafał Sadoch z Plus Banku.  Są one szacowane na kilkadziesiąt miliardów złotych. Dla sektora bankowego oznaczałoby to redukcję kapitału o około jedną trzecią, a to wiązałoby się z niewypłacalnością kilku polskich banków.

W skali całej polskiej gospodarki nawet pozostawanie franka na poziomie powyżej 4 zł przez cały 2015 rok nie powinno – zdaniem ekonomisty – mocno odcisnąć się na konsumpcji. Z jego wyliczeń wynika, że spowolniłoby to wzrost PKB o nie więcej niż 0,1 pkt proc.

Kontrole skarbowe ograniczyły szarą strefę na rynku paliwowym. To zachęca koncerny do inwestycji

Poprawia się sytuacja na polskim rynku paliwowym. Ceny są coraz niższe, a współpraca służb skarbowych i policji przyczynia się do dalszego ograniczania szarej strefy w tej branży. To sprawia, że polski rynek staje się atrakcyjny dla nowych firm. Otwarcie 100 stacji w ciągu dwóch lat zapowiada koncern Total.

Sytuacja na polskim rynku paliwowym przez ostatnie 2 lata był bardzo trudna, przede wszystkim z powodu szarej strefy – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Myszczyszyn, dyrektor oddziału stacji i hurtu paliw Total Polska. – Niedawno wprowadzono jednak zmiany legislacyjne, które spowodowały, że rynek zaczął się stabilizować. Mam nadzieję, że teraz dla każdego koncernu i każdej firmy działającej legalnie na polskim rynku jest przyszłość.

W cenie benzyny na stacji mniej niż połowa to koszt paliwa. Jak podaje BM Reflex, koszt zakupu paliwa w rafinerii to tylko 35 proc. ceny benzyny 95 i 42-proc. oleju napędowego. Reszta to podatki, VAT, akcyza, opłata paliwowa i kilkuprocentowa marża detaliczna. Te wysokie daniny, jakie płacą w Polsce kierowcy, sprawiają, że oszukiwanie fiskusa może być opłacalne. W rezultacie szatra strefa na paliwowym rynku jest silna i ogranicza zyski legalnych sprzedawców.

Dystrybutorzy bardzo liczą na to, że walka skarbówki z szarą strefą przyniesie rezultaty. Sprzyja im jednak także rynek. Czarne złoto tanieje od lata i dziś baryłka ropy Brent kosztuje około 50 dolarów, czyli aż o 60 dolarów mniej niż w połowie zeszłego roku. Wraz z tanią ropa tanieją też paliwa na stacjach. Dziś średnia cena benzyny na stacja spadła poniżej 4,50 zł za litr, a w niektórych regionach bliska jest 4,30 zł. Rok temu kosztowała o ponad złotówkę więcej. Diesel potaniał w podobnej skali.

Specjaliści wypowiadają się z optymizmem o kwestii konsumpcji diesla – ta ma nieznacznie wzrosnąć, natomiast konsumpcja benzyny ma nieznacznie spaść – podkreśla Magdalena Myszczyszyn. – Prognozy są optymistyczne, może w końcu uporamy się z problemem szarej strefy, który do tej pory nas dotykał.

Dzięki tym optymistycznym prognozom firmy paliwowe przymierzają się do inwestycji na polskim rynku. Total podkreśla, że zaczyna nowy rozdział w swojej historii. Będzie otwierał stacje paliw w Polsce pod własną marką. W ciągu następnych dwóch lat planuje otworzyć aż 100.

Naszym naturalnym regionem rozwojowym będzie zachód i południe Polski, dlatego że najbliższa sieć detaliczna Total znajduje się w Niemczech, mamy tam trzecią pozycję – informuje dyrektor oddziału stacji i hurtu paliw Total Polska.

Inwestycje koncernu już się rozpoczęły. Pod koniec 2014 roku powstały dwie pierwsze stacje Total w Polsce: w Białym Borze, między Piłą i Słupskiem, oraz przy granicy polsko-niemieckiej w Słubicach.

Jest to duża stacja nastawiona głównie na ciężarówki, ale ma również dobrą ofertę dla klientów indywidualnych, głównie są to klienci niemieccy – zaznacza Magdalena Myszczyszyn. – Stacja ma cały zakres paliw, nawet paliwa premium, mowa tu o paliwach Excellium. Oprócz tego jest AdBlue, LPG. Stacja w Białym Borze ma zupełnie inny charakter, choć też jest nastawiona głównie na obsługę ciężarówek i klientów indywidualnych.

Ministerstwo Finansów: Popyt wewnętrzny napędzi wzrost gospodarczy. Prognozy krajowe lepsze od prognoz Banku Światowego

Popyt wewnętrzny wynikający z malejącego bezrobocia i rosnących płac będzie motorem wzrostu PKB w tym roku ‒ ocenia resort finansów. Eksperci Banku Światowego podkreślają skuteczność reform strukturalnych i prognozują 3,2 proc. wzrostu PKB Polski w tym roku. Ministerstwo Finansów utrzymuje, że gospodarka urośnie o 3,4 proc.

Głównym motorem wzrostu polskiej gospodarki w tym roku będzie popyt wewnętrzny. Nie będzie nim popyt zewnętrzny, dlatego że raport Banku Światowego pokazuje, że gospodarka europejska po raz kolejny będzie rozczarowywać. Popyt zewnętrzny będzie odgrywał ograniczoną rolę – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Radziwiłł, wiceminister finansów, pełnomocnik ds. wprowadzenia euro. – Siła popytu wewnętrznego w Polsce bierze się z poprawy sytuacji na rynku pracy: spadającego bezrobocia, rosnącego zatrudnienia i pozytywnej dynamiki wynagrodzeń.

Wiceminister finansów przekonuje, że malejące bezrobocie oraz rosnące płace wpływają pozytywnie na konsumpcję. Do tego w Polsce szybko rośnie wartość inwestycji, co – jak przekonuje Radziwiłł – wynika m.in. z dobrego wizerunku naszego kraju wśród zagranicznych inwestorów.

Radziwiłł dodaje, że eksperci Banku Światowego doceniają także elastyczność polskiej gospodarki oraz dużą zdolność polskich podmiotów do dostosowywania się do szoków na rynkach globalnych. Do tego dochodzi stabilność sektora finansów publicznych oraz instytucji finansowych.

‒ Nasza stopa wzrostu jest znacznie wyższa niż w innych krajach Europy. Wszystko dzięki stabilnej pozycji makroekonomicznej budowanej przez odpowiedzialną politykę fiskalną w ciągu ostatnich lat oraz ambitnemu i ‒ jak to ocenili eksperci Banku Światowego  szybko wdrażanemu programowi reform strukturalnych, które zwiększają elastyczność, odporność i dynamikę polskiej gospodarki – przekonuje Radziwiłł.

Bank Światowy ocenia jednak perspektywę wzrostu dla polskiej gospodarki nieco słabiej niż resort finansów. Eksperci z tej instytucji szacują, że w tym roku polskie PKB wzrośnie o 3,2 proc. – najwięcej w regionie (tyle samo wynosi prognoza dla Litwy). Radziwiłł oczekuje jednak, że głównie dzięki popytowi wewnętrznemu Polska ma osiągnąć w tym roku nawet 3,4 proc. wzrostu PKB. Resort finansów utrzymuje, że uda się wypracować taki wzrost.

Niskie ceny, z jakimi polska gospodarka ma do czynienia od połowy ubiegłego roku, podbijają jeszcze siłą nabywczą Polaków. Radziwiłł ocenia, że indeks cen na pewno będzie spadał jeszcze przez kilka miesięcy. Mają na to wpływ nie tylko ceny ropy naftowej, które w ciągu ostatniego roku spadły o ponad 50 proc., lecz także ceny żywności.

Na spadek cen mają wpływ dwa czynniki: urodzaj w Polsce i sankcje wprowadzone przez Rosję – podkreśla Radziwiłł.

W tym roku niewiele nowych dróg zostanie oddanych do użytku. GDDKiA koncentruje się na trwających budowach i przetargach

Tylko nieco ponad 50 kilometrów nowych dróg krajowych, ekspresowych i autostrad zostanie oddanych do użytku w tym roku. Na 1,5 tys. km dróg trwają prace lub postępowania przetargowe. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podkreśla, że w kolejnych latach nastąpi przyspieszenie, bo ten rok jest przede wszystkim czasem planowania przetargów i inwestycji.

Ten rok to przede wszystkim postępowania przetargowe, wybieranie nowych wykonawców oraz sprawne przeprowadzenie postępowań. Oddamy w tym roku 56,5 km nowych odcinków dróg – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy GDDKiA. ‒ Oddawanych odcinków będzie niewiele, ale za to będzie bardzo dużo odcinków, na których będziemy rozpoczynać realizację bądź dalej prowadzić postępowanie przetargowe w celu jak najszybszego wyłonienia wykonawcy.

W realizacji jest ponad 500 kilometrów nowych dróg zarządzanych przez GDDKiA. Wśród najważniejszych inwestycji Krynicki wylicza dokończenie autostrady A4 na odcinku pomiędzy Rzeszowem a Jarosławiem oraz odcinek autostrady A1 ze Strykowa do Tuszyna. Ten pierwszy projekt zapewni pierwsze całkowicie autostradowe połączenie od wschodniej do zachodniej granicy kraju, a drugi znacznie ułatwi dojazd m.in. z Wrocławia do Warszawy.

Trwają również prace przy obwodnicach miast (m.in. Wielunia i Bełchatowa), budowane są także kolejne fragmenty dróg ekspresowych S3 (na południe od Nowej Soli) i S5 (na północ od Wrocławia).

Kolejne 1000 km dróg jest na etapie postępowań przetargowych.

Mamy chociażby drogę S7, połączenie Trójmiasta z Olsztynem i dalej w stronę Warszawy. Prowadzimy postępowania przetargowe na Pomorzu Zachodnim, na cały odcinek drogi S6 – połączenie Koszalina ze Szczecinem, na autostradę A1, czyli odcinek, który po połączeniu z drogą krajową nr 1 i budowaną w centralnej Polsce autostradę A1 da pełne połączenie północ-południe, czyli od Trójmiasta aż do Czech – wylicza Krynicki.

Podkreśla, że pełna lista odcinków jest znacznie dłuższa. Priorytetem jest realizacja inwestycji z Programu Budowy Dróg Krajowych oraz połączenie już istniejących odcinków szybkich tras w spójną sieć. W najbliższych latach GDDKiA chce połączyć trzy istniejące autostrady z drogami ekspresowymi, które zapewniają szybki dojazd do coraz większej liczby miast.

Niektóre z tych połączeń są szczególnie strategiczne dla gospodarki i sieci transportowej Polski. Krynicki wymienia wśród nich połączenie portów w Szczecinie i Świnoujściu z autostradą A4 poprzez drogę ekspresową S3. To zapewni szybszy transfer towarów z tych portów na Ukrainę oraz do południowych sąsiadów Polski, a także usprawni transport do Niemiec (który już istnieje dzięki połączeniu S3 z A2).

Dalej mamy drogę S5, połączenie Trójmiasta poprzez autostradę i drogę S5 z Poznaniem i Wrocławiem, aż do autostrady A4. Do końca tego roku będziemy mogli oddać wylot drogi S8 [z Warszawy w stronę Krakowa – red.] Opacz-Paszków – wylicza Krynicki.

Dodaje, że kolejne fragmenty dróg wyjazdowych z Warszawy na południe (S7 i S8) są już w postępowaniach przetargowych. Trwa także budowa połączenia stolicy z Białymstokiem (S8), a także przygotowanie realizacji odcinka trasy S19 pomiędzy Lublinem a Rzeszowem i kolejnych fragmentów S17 z Warszawy do Lublina. Krynicki zapowiada, że trwają już prace zmierzające do ukończenia budowy S17 na całym odcinku ze stolicy do Lublina.

Zadłużeni we frankach nie są w sytuacji bez wyjścia. Mogą wystąpić o zmianę warunków umowy

Kredyty we frankach spłaca 550 tys. Polaków. Po uwolnieniu kursu szwajcarskiej waluty raty kredytów wzrosły o ponad 20 proc., a łączne zadłużenie o 30 mld zł. W dyskusjach wraca więc temat możliwości powołania się przed sądem na nadzwyczajną zmianę stosunków i renegocjacji umów kredytowych. W ocenie eksperta Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy na porozumienie są szanse, więc gra jest warta świeczki.

Problem kredytu we frankach szwajcarskich nie rozpoczął się decyzją banku centralnego Szwajcarii o uwolnieniu kursu franka, to problem systemowy. Dlatego należy się zastanowić, czy w toku wykonywania umowy nie zaszły takie okoliczności, które powodują, że wykonanie umowy jest nadmiernie trudne, a utrzymanie stosunku zobowiązaniowego nie jest możliwe – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Cioban, radca prawny i partner w Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy.

Zgodnie z art. 357[1] Kodeksu cywilnego jeśli z powodu nadzwyczajnej zmiany stosunków spełnienie świadczenia oznaczałoby nadmierne trudności lub straty dla jednej ze stron, czego strony nie przewidywały przy zawarciu umowy, sąd może po rozważeniu interesów stron zmienić sposób wykonania, wysokość świadczenia lub orzec o rozwiązaniu umowy. Część ekspertów twierdzi, że ostatnia decyzja szwajcarskiego banku i jej skutki mogą być traktowane jako nadzwyczajna zmiana stosunków.

Jeżelibyśmy rozpatrywali możliwość zmiany stosunków umownych tylko w oparciu o ostatnią decyzję, to musielibyśmy szybko dojść do wniosku, że być może żądanie zmiany umowy jest przedwczesne – to fluktuacja, która jest normalnym zachowaniem na rynku walutowym, a waluta ustabilizuje się. Natomiast jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że od 2008 roku mamy do czynienia z permanentnym wzrostem kursu waluty, to należy to powiązać właśnie z nadzwyczajną zmianą stosunków – mówi Paweł Cioban.

Jak podkreśla, chociaż zmiany kursowe to normalna rzecz, trwałego wzrostu nikt kilka lat temu nie mógł przewidzieć. Tym bardziej że miało na niego wpływ szereg wydarzeń w gospodarce światowej.

Musielibyśmy uznać, że analitycy bankowi i banki udzielające kredytów przed 2008 rokiem przewidziały cały splot okoliczności prowadzący do istotnego wzrostu kursu waluty, a więc np. upadek banku Lehman Brothers, recesję w strefie euro przy jednoczesnym osłabieniu się waluty polskiej czy konflikt na Ukrainie – podkreśla prawnik.

Jego zdaniem wystąpienie o zmianę umowy nie jest skazane na porażkę. Wyzwaniem dla sądu byłoby jednak takie orzeczenie, w którym zrównoważone byłyby interesy obu stron.

Granicą dopuszczalności stosowania przepisu przez sąd jest poszanowanie interesu drugiej strony. Dlatego zmiana umowy nie może powodować takiej sytuacji, która groziłaby bankowi rażącą stratą, bo wówczas przepis mijałby się z celem – zaznacza Cioban. – Powiedzenie z góry, że nic się nie stało i nie mamy o czym mówić w permanentnie zmieniającej się sytuacji powodującej wzrost kursu waluty szwajcarskiej, byłoby jednak postawą zdecydowanie zbyt łatwą.

Zdaniem eksperta istotne jest podjęcie negocjacji kredytobiorców z bankami, bo dla nich sytuacja też nie jest łatwa. Znacznemu pogorszeniu uległy wskaźniki LTV. Przy obecnym kursie franka ponad 200 tys. osób ma kredyty, których wartość przekracza wartość nabytych za nie nieruchomości nawet o 130 proc., a to teoretycznie oznacza, że banki będą mogły żądać dodatkowego zabezpieczenia, a w najgorszym wypadku nawet wypowiedzieć umowy kredytowe.

Dlatego rozwiązanie tej sytuacji jest także w interesie banków. W tym momencie, do czego zresztą zachęcam, obie strony mogą wykorzystać możliwość zażądania od sądu zbadania, czy w konkretnej sytuacji nie znajdzie zastosowania przepis pozwalający na ingerencję sądów – mówi Paweł Cioban.

Kredyt we frankach spłaca ponad 500 tys. polskich rodzin. Po uwolnieniu kursu franka ich raty wzrosły o ponad 20 proc. W najgorszej sytuacji są osoby, które wzięły kredyt w latach 2007-2008, gdy frank kosztował ok. 2 zł. Obecnie problem ze spłatą zadłużenia ma ok. 30 tys. rodzin. Jeśli kurs franka utrzyma się na poziomie powyżej 4 zł, może to dotyczyć nawet 90 tys.

Sądy rejestrowe mogą wykreślać z KRS podmioty, które nie składają sprawozdań finansowych

0

Przedsiębiorcy mają czas do końca czerwca, by dopełnić zaległych obowiązków rejestrowych. Nowelizacja, która obowiązuje od stycznia, dała sądom rejestrowym możliwość wykreślania z KRS podmiotów, które ich nie wypełniają, np. nie składając sprawozdań finansowych. Procedura może być wszczęta bez przeprowadzania postępowania likwidacyjnego, a mienie podmiotu w takich przypadkach przejmie Skarb Państwa.

Zalecamy sprawdzenie, czy wszystkie obowiązki rejestrowe są i czy były spełniane, szczególnie w tzw. uśpionych spółkach projektowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Lisiecki, radca prawny, partner w kancelarii Galt. – Żeby uniknąć wykreślenia, należy wykonać zaległe obowiązki rejestrowe do 1 lipca 2015 r.

W przypadku niewykonania obowiązków rejestrowych, a więc niezłożenia wniosku o zmianę wpisu czy braku złożenia wymaganych dokumentów (np. sprawozdania finansowego), sąd rejestrowy będzie mógł z urzędu wszcząć procedurę rozwiązania i wykreślenia podmiotu wpisanego do KRS bez przeprowadzania postępowania likwidacyjnego.

Dotychczasowe przepisy przewidywały, że w przypadku braku sprawozdań sąd mógł wymierzyć grzywnę – wskazuje Sławomir Lisiecki. – Okazało się jednak, że nie było to rozwiązanie skuteczne. Po zmianach, poza grzywną, która nie przynosiła zamierzonego efektu, będzie także możliwe wszczęcie procedury zmierzającej do rozwiązania spółki z urzędu. Dotyczy to spółek, czy nawet szerzej, wszystkich podmiotów. Najwięcej jest spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, więc to je najbardziej dotkną nowe regulacje.

Wszczęcie procedury możliwe jest po tym, gdy podmiot nie składa sprawozdań przez dwa lata. Sąd jednak zawiadamia, że zostało rozpoczęte postępowanie oraz wzywa do wykazania, że spółka prowadzi faktyczną działalność i posiada majątek.

Wtedy jest czas na to, żeby udowodnić, iż nie powinno się wykreślać podmiotu z rejestru, bo wciąż prowadzi działalność – radzi Lisiecki. – Przed wykreśleniem w wyniku tej procedury można się ustrzec, wypełniając obowiązki informacyjne.

W toku postępowania sąd może zwracać się do innych organów i instytucji, w tym podatkowych, o udzielenie różnych informacji, żeby ustalić, czy podmiot posiada zbywalny majątek i czy faktycznie prowadzi działalność. Jeżeli sąd rejestrowy ustali, że podmiot nie wykonujący obowiązków rejestrowych faktycznie nie prowadzi działalności i nie posiada zbywalnego majątku, orzeknie o rozwiązaniu podmiotu i jego wykreśleniu z KRS. W takiej sytuacji majątek spółki przechodzi na Skarb Państwa.

To ma skutek dla wierzycieli danej spółki. Jeśli nasz kontrahent zostanie wykreślony z KRS, możemy dochodzić długów od Skarbu Państwa, ale jest na tylko rok – mówi Lisiecki.

Kolejna zmiana dotyczy wykreślenia podmiotów, które zgłosiły wniosek o upadłość, ale nie została ona ogłoszona z powodu braku środków na pokrycie kosztów postępowania.

Do tej pory właściwie nie było wiadomo, co się działo z takimi spółkami kadłubkowymi: nie były wykreślane, nie upadły, formalnie dalej funkcjonowały, a jednocześnie wiadomo było, że powinny zniknąć, bo nie mają majątku – zauważa Lisiecki. – Teraz także takie podmioty zostaną objęte postępowaniem o rozwiązanie.

Zmiany, które obowiązują od początku miesiąca, mają poprawić wydajność sądów rejestrowych, obniżyć koszty prowadzonych postępowań oraz zwiększyć bezpieczeństwo obrotu gospodarczego poprzez uaktualnienie danych w KRS, czyli wykreślenie „martwych” podmiotów z rejestru.

Konsolidacja sektora bankowego przyspieszy. Banki szukają oszczędności i chcą zwiększać skalę działania

CEO Magazyn Polska

2015 rok może być czasem przetasowań na rynku bankowym. Na pewno zostanie sprzedany Bank BPH, a właścicieli być może zmienią również Alior Bank, Raiffeisen Bank Polska i FM Bank PBP. W środowisku niskich stóp procentowych, kolejnych obniżek opłat interchange i spadających marż banki silniej próbują poprawić poziomy przychodów i udziały rynkowe poprzez procesy fuzji i przejęć. Przeszkodą pozostają relatywnie wysokie wyceny polskich banków w porównaniu z europejskimi podmiotami.

Konsolidacja w sektorze bankowym znowu nabierze tempa – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marta Jeżewska-Wasilewska, analityk WOOD & Company Financial Services – Mówimy jednak nie tylko o łączeniu banków, lecz także o ich przejmowaniu przez instytucje nie zawsze obecne na polskim rynku.

Utrudnieniem w przejęciu banków, które mają dużą ekspozycję na kredyty we frankach, może być jednak styczniowe umocnienie tej waluty po decyzji SNB.

– Niestety, w świetle ostatnich wydarzeń na rynku walutowym konsolidacja jest pod znakiem zapytania. Potencjalni inwestorzy mogą obawiać się zaangażowania w banki, które mają ekspozycję na kredyty hipoteczne w CHF, a do tej grupy należy m.in. BPH, Millennium i Raiffeisen Bank Polska. Być może obecnie stanie się ona bardziej selektywna.

Ostatnim przejęciem w sektorze jest nabycie 97,9 proc. akcji Meritum Banku ICB przez Alior Bank. Z kolei włoska grupa Carlo Tassara, czyli właściciele tego samego Alior Banku, szukają nabywcy na pakiet akcji banku, choć we wrześniu KNF wydłużyła termin sprzedaży akcji przez Włochów aż do 30 czerwca 2016 r. Ostatnie spekulacje mówią, że nabywcą może być francuski Société Générale. Poza tym w grudniu na rynku pojawiła informacja o tym, że austriacki Raiffeisen Bank International szuka nabywcy na Raiffeisen Bank Polska. Od lat także mówi się o zmianie właściciela Banku Millennium. Na pewno zostanie sprzedany niewielki FM Bank PBP ze względu na konflikt funduszu Abris, który jest jego właścicielem, z KNF.

Zaraz po ogłoszeniu wyników stress-testów w Europie firma General Electric zgłosiła oficjalną notyfikację do Komisji Nadzoru Finansowego, że zamierza sprzedać swój bank – mówi Jeżewska-Wasilewska.

Mowa o Banku BPH, czyli jedynym banku, który jest oficjalnie przeznaczony na sprzedaż. Amerykańska grupa GE (wraz z podmiotami zależnymi) w październiku poinformowała o chęci pozbycia się 89,16 proc. akcji.

Sądzę, że niskie stopy procentowe i kolejny spadek opłat interchange, czyli presja na poziom marż i przychodów w polskich bankach, spowodują, że będą one szukały oszczędności i efektów skali. A przy dość dobrze, choć cały czas jednocyfrowo rosnącym wolumenie w całym sektorze konsolidacja jest najprostszą odpowiedzią – zaznacza ekspertka.

Ostatnią dużą i istotną transakcją było przejęcie grudniu 2013 roku Banku BGŻ przez BNP Paribas. W 2014 roku procesy konsolidacyjne nieco zwolniły, większa transakcja była związana jedynie z przejęciem Santander Consumer Bank przez BZ WBK, choć zmiana odbyła się w ramach grupy Santander, bez udziału partnerów trzecich.

Polski rynek jest cały czas dość atrakcyjny z perspektywy zagranicznego inwestora. W dalszym ciągu jesteśmy rynkiem, który rośnie dość szybko i mamy do czynienia z relatywnie wysokimi, jeśli nie najwyższymi, rynkowymi stopami procentowymi. Niestety, atrakcyjność rynku przekłada się na dość wysokie wyceny polskich banków na tle innych europejskich instytucji. Poza tym martwimy się o to, co stanie się z marżami polskich banków, które muszą poradzić sobie z niższymi niż historyczne poziomami rynkowych stóp procentowych – wyjaśnia.

Analityk WOOD & Company Financial Services od 2010 roku jest zdania, że konsolidacja musi w Polsce postępować. A według danych KNF obecnie w Polsce funkcjonuje niespełna 40 banków komercyjnych, w porównaniu do 50 sprzed czterech lat.

Wydaje mi się, że ta liczba będzie spadać, a tempo spadku będzie zależało od otoczenia ekonomicznego i apetytu zagranicznych inwestorów na wchodzenie na polski rynek – podkreśla Jeżewska-Wasilewska.

W jej ocenie to, że banki się łączą, nie wynika z chęci osiągnięcia efektu skali i efektywności kosztowej, lecz z optymalizacji obecności w Polsce. Jeśli w Polsce panowałoby tempo wzrostu wolumenów z lat 2004-2008, to banki zagraniczne nie byłyby skłonne do wychodzenia z polskiego rynku.

Pod względem tempa wzrostów wolumenów lata 2004-2008 już nie powrócą. Ten wzrost będzie jednocyfrowy. Panuje silna konkurencja, z tego powodu niektórzy gracze, którzy w okresie boomu kredytowego nie zdołali zbudować swojej pozycji, pewnie wcześniej czy później podejmą trudną decyzję o sprzedaniu bądź kupieniu innego banku, by w ten sposób osiągnąć wyższe udziały w rynku – tłumaczy ekspertka.

M. Tyrmand: politycy odbierają Polakom szanse na szybszy rozwój gospodarczy

CEO Magazyn Polska

Błędy polityków spowalniają wzrost gospodarczy Polski ‒ ocenia Matthew Tyrmand. Według niego rozwiązaniem mogłoby być zwiększenie przejrzystości działań i wydatków publicznych oraz skrócenie maksymalnego czasu sprawowania funkcji politycznych.

Nie wierzę w statystyki, które mówią o ponad 3-proc. wzroście. Nawet jeśli byłyby to wiarygodne dane, to nie jest to wartość, która pozwoli na podniesienie w Polsce poziomu życia tak, by był porównywalny do tego w Europie Zachodniej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista, finansista, autor książki „Jestem Tyrmand, syn Leopolda”. – Potrzeba czegoś więcej, a wy macie tego ducha przedsiębiorczości, który może pobudzić wzrost.

Tyrmand ocenia, że to polską klasę polityczną należy obwiniać o to, że wzrost gospodarczy nie jest tak wysoki, jak mógłby być. Według niego decyzje podejmowane przez rządzących są zbyt krótkowzroczne. Przykładem jest właśnie polski gaz łupkowy. Według Tyrmanda Polska, nawet gdyby okazało się, że złoża są niewielkie lub nieopłacalne w eksploatacji, mogła przez kilka lat czerpać korzyści z poszukiwań.

Tyrmand uważa jednak, powołując się na rozmowy z międzynarodowymi graczami z sektora energetycznego, że nadmiar regulacji i brak pewności co do kierunku rozwoju polityki energetycznej oznacza dla przedsiębiorców zbyt duże ryzyko.

Firmy z sektora energetycznego, które prowadziły działalność w Wenezueli, Nigerii, Indonezji i Malezji, wiedzą, jak to jest, kiedy klasa rządząca okrada sektor prywatny. One poczekają kilka lat zanim tu wrócą i to jest naprawdę smutne, bo to są naprawdę dobre miejsca pracy, zarówno przy poszukiwaniach, jak i w usługach pomocniczych – mówi Tyrmand.

Amerykański finansista krytykuje również korupcję polityczną. Choć pod względem percepcji korupcji według Transparency International Polska znajduje się na dobrym 35. miejscu na świecie, to problemem jest krótkowzroczność klasy politycznej. Tyrmand ocenia, że rządzący starają się ugrać jak najwięcej dla siebie, póki stoją na czele kraju.

Patrzę na polski rynek i widzę korupcję polityczną, widzę klasę rządzącą, która chce zniszczyć wartość tylko po to, żeby przetrwać, mieć korzyści i zgromadzić majątki. Sądzę, że polski wzrost uderza w mur. To mnie bardzo rozczarowuje, bo ja też tu prowadzę biznes – krytykuje Tyrmand.

Pomóc może jednak większa przejrzystość oraz aktywność organizacji monitorujących działania rządów (ang. watchdogs). Tyrmand liczy na to, że w Polsce sytuację zmienią takie inicjatywy, jak CEO Round Table Mixer – coroczna debata na temat przywództwa, w której biorą udział młodzi liderzy, ludzie polityki, biznesu i mediów.

Rząd powinien być transparentny i odpowiedzialny. Transparentność bierze się stąd, że dajemy ludziom możliwość audytu, wglądu w wydatki, oceny działań rządu. Mamy przecież takie możliwości technologiczne, możemy udostępnić informacje o wydatkach online – przekonuje Tyrmand.

Ważne w jego ocenie jest też skrócenie maksymalnego czasu sprawowania funkcji politycznych. Większa częstotliwość zmian wprowadzi dynamikę, która ożywi całą gospodarkę – uważa Tyrmand.

Potrzebujemy ograniczenia kadencyjności – to jedyny sposób, żeby zapewnić uczciwość polityków, ponieważ ludzie mają naturalną skłonność do bycia skorumpowanym, w sposób naturalny szukają swojego, chcą wciąż więcej i więcej – argumentuje Tyrmand.

Tyrmand dodaje, że o swoich przemyśleniach i doświadczeniach z dwuletniej obecności na polskim rynku napisze w kolejnych książkach.

Agencje zatrudnienia w Polsce rekrutują coraz więcej osób. Rośnie też zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych

CEO Magazyn Polska

2014 rok był dla agencji zatrudnienia bardzo dobry, zarówno w zakresie pracy tymczasowej, jak i rekrutacji stałych. W tym roku branża także ma się rozwijać w tempie dwucyfrowym. Agencje pracują teraz nad tym, by obalić stereotyp, że pracownik tymczasowy to osoba młoda i zarabiająca minimalne wynagrodzenie.

Co prawda nie jest aż tak dobrze, jak spodziewaliśmy się tego jeszcze kilka miesięcy temu, ale bardzo liczymy na to, że rzeczywiście otworzy się dla nas opcja współpracy z publicznymi służbami zatrudnienia. Mimo że 2015 rok to jest rok wyborczy, są wybory parlamentarne, wydaje się, że inicjatywa po stronie ministerstwa jest na tyle silna, że część z tych rekomendowanych zmian dotyczących agencji zatrudnienia będziemy w stanie wprowadzić jeszcze w tym roku – mówi agencji Newseria Biznes Anna Wicha, prezes Polskiego Forum HR.

Ten rok może być dla agencji nieco słabszy niż poprzedni, kiedy branża rosła w tempie ponad 15-proc. Jednak zdaniem Anny Wichy wzrost powinien pozostać dwucyfrowy.

Rośnie przede wszystkim wartość usług rekrutacyjnych. W III kwartale 2014 r. agencje zatrudnienia odnotowały rekordowy 28-proc. wzrost w ujęciu rocznym (do 16,8 mln zł). To efekt przede wszystkim niedopasowania kwalifikacji do potrzeb rynku pracy. Firmy mają coraz więcej problemów ze znalezieniem odpowiednich kandydatów do pracy, więc zlecają to zadanie agencjom.

Rynek rośnie również w zakresie pracy tymczasowej. W ciągu trzech kwartałów ubiegłego roku firmy zrzeszone w Polskim Forum HR zatrudniły łącznie 332 446 pracowników tymczasowych – o ponad 41 tys. więcej niż przed rokiem. Szczególnie szybko rośnie liczba pracowników do 26. roku życia (w III kwartale wzrosła o jedną czwartą w porównaniu z II kwartałem).

Osoby młode to niecałe 50 proc. zatrudnianych przez nas pracowników i dla nich jest to często pierwsze wejście na rynek pracy. Natomiast jest też spora grupa osób powyżej 45. roku życia, czyli osób, które jak mogłoby się wydawać, nie powinny być naszymi klientami czy pracownikami tymczasowymi – mówi Anna Wicha. – Ten rynek cały czas się edukuje. Walczymy o to, żebyśmy nie byli pozycjonowani jako agencje oferujące prace tylko osobom młodym czy agencje, które płacą minimalne wynagrodzenie.

Jak wskazują dane PFHR, poziom wynagrodzeń pracowników tymczasowych był w ubiegłym roku wyższy o ok. 30 proc. od płacy minimalnej.

W tej chwili nie ma chyba takiego sektora, który byłby dla nas zamknięty, może oprócz sektora publicznego. Najczęściej kierujemy pracowników tymczasowych do sektorów, które charakteryzują się dużą elastycznością, gdzie w niektórych momentach roku potrzeba więcej pracowników sezonowych czy tymczasowych – mówi prezes PFHR.

Największą część zatrudnienia tymczasowego stanowią stanowiska produkcyjne (66 proc.). W III kw. wzrosło zapotrzebowanie na pracę w usługach (o 30 proc. w porównaniu z II kw.). W budownictwie ze względu na ograniczenia ustawowe pracuje niewiele ponad 1 proc. pracowników tymczasowych (przy europejskiej średniej na poziomie 9 proc.). Największe zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych deklarują firmy, w których zatrudnienie rośnie sezonowo, oraz te z branży spożywczej i motoryzacyjnej.

Egzotyczna podróż bez odpowiedniego przygotowania medycznego może być groźna dla zdrowia

CEO Magazyn Polska

Wyjazd do krajów tropikalnych wymaga odpowiedniego przygotowania medycznego. Szczególnie dotyczy to osób przewlekle chorych. Oprócz niezbędnych szczepień, trzeba również zadbać o badania. Pomogą one lekarzowi odpowiednio przygotować nas do wyjazdu, a także mogą przydać się w razie problemów na miejscu.  

Odpowiednie przygotowanie się do wyjazdu pod względem zdrowotnym, czyli przyjęcie szczepień i wykonanie badań, może pomóc w uniknięciu części problemów.

Jesteśmy wówczas przygotowani, bo wiemy, w jakim stanie wyjeżdżamy. Ułatwi to także ewentualne leczenie na miejscu. Jeżeli będziemy musieli skorzystać z pomocy lekarza na miejscu, to mając badania, będziemy mogli pokazać mu wartości wyjściowe i zrobić badanie dla porównania. To zdecydowanie uprości całe postępowanie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Marszałek, dyrektor medyczny w Laboratoriach Synevo.

Ekspert zaznacza, że ważna jest nie tylko odpowiednio zaopatrzona apteczka, lecz także przeprowadzenie odpowiednich badania, tak by móc dokładnie skontrolować stan zdrowia. To o tyle istotne, że pobyt w tropikach może nasilić niektóre dolegliwości, szczególnie przy chorobach cywilizacyjnych.

Osoby, które przyjmują leki rozrzedzające krew, powinny sprawdzić wartość INR. To forma przedstawienia wyniku, która pozwala na porównanie wartości pomiędzy laboratoriami zarówno w kraju, jak i za granicą. Jeżeli dojdzie do jakiegokolwiek problemu, np. nadmiernego krwawienia czy ryzyka wystąpienia stanu zatorowo-zakrzepowego, będziemy mogli porównać nasze wyniki. Zmiana diety na pewno wpłynie na wartości czasu krzepnięcia, a ta jest nieunikniona podczas wyjazdu do obcego kraju – tłumaczy Marszałek.

Uważać powinny także osoby z dolegliwościami układu moczowego. Inna flora bakteryjna i większa ilość wypijanej wody w tropikach mogą spowodować gorsze samopoczucie. Tropiki mogą również rozchwiać stężenie glukozy we krwi, dlatego chorzy na cukrzycę powinni podczas wyjazdu regularnie kontrolować glikemię.

Kilka tygodni przed wyjazdem warto pomyśleć o szczepieniach. Informacji o tym, jakie szczepienia są zalecane przy podróży do danego regionu, udzielają lekarze chorób tropikalnych lub medycyny podróży. W zależności od kierunku podróży zalecane są szczepienia przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i typu B, durowi brzusznemu, błonicy czy kleszczowemu zapaleniu mózgu.

Nie wolno też zapominać o unikaniu rejonów, w których panuje epidemia. Należy zachować ostrożność przy podróżowaniu do krajów Afryki Zachodniej, przede wszystkim Sierra Leone, Gwinei, Liberii i Mali, gdzie wciąż notuje się przypadki zachorowania na gorączkę krwotoczną.

Jesteśmy zalewani informacjami dotyczącymi zakażeń wirusowych i eboli, wiemy więc, gdzie nie należy jechać. Pamiętajmy też o tym, że czyste ręce chronią przed wirusowymi zakażeniami wątroby – przypomina ekspert.

W ubiegłym roku Państwowa Inspekcja Sanitarna zanotowała ponad 9 tys. zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby typu A i B. Szczepionka zalecana jest w przypadku podróży do większości egzotycznych kierunków, uchronić przed zachorowaniem może jednak higiena osobista oraz unikanie jedzenia z ulicznych straganów i nieprzegotowanej wody.

Dobre dane z rynku pracy

Komentarz dra Grzegorza Baczewskiego, dyrektora Departamentu Dialogu Społecznego i Stosunków Pracy Konfederacji Lewiatan.

– GUS ogłosił, że zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w grudniu 5549,1 tys. osób, co oznacza sytuację niemal identyczną jak w listopadzie. W ujęciu rocznym poziom zatrudnienia wzrósł jednak aż o 1,1 pkt. proc., oznacza to dalsze przyspieszenie wzrostu zatrudnienia mierzonego r/r.

W początkowych miesiącach 2014 r. wzrost ten następował w tempie 0,2 pkt. proc., by w kolejnych miesiącach przyspieszać do poziomu 0,7 – 0,9 pkt. proc. Utrzymanie wskaźnika zatrudnienia z listopada można zatem traktować jako zapowiedź relatywnie dobrej sytuacji na rynku pracy. Jest to kolejny taki sygnał obok danych dotyczących poziomu bezrobocia rejestrowanego.

W grudniu 2014 r. stopa bezrobocia wzrosła w stosunku do listopada tylko o 0,1 pkt. proc. – do poziomu 11,5 proc. Tak niski przyrost poziomu bezrobocia w grudniu jest ewenementem na polskim rynku pracy. Ze względu na tzw. efekt sezonowości wynikający z ograniczenia aktywności w niektórych sektorach gospodarki oraz w związku z kończeniem się części programów rynku pracy, stopa bezrobocia w grudniu zazwyczaj wyraźnie rosła. Ponadto, w urzędach pracy, odnotowano znaczną liczbę wolnych miejsc pracy i miejsc aktywizacji – niemal 55 tys. To prawie o 1/5 więcej niż przed rokiem.

Grudzień jest miesiącem wypłaty wynagrodzeń wyższych w stosunku do pozostałych miesięcy roku. Stąd znaczący wzrost przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, który w stosunku do listopada wyniósł ponad 9 pkt. proc. Dlatego w pierwszym miesiącu nowego roku nastąpi spadek o podobnej wartości. Niemniej w grudniu, podobnie jak w całym roku 2014, utrzymał się w miarę stabilny trend wzrostu wynagrodzeń w okolicach 3-3,5 pkt. proc. wobec analogicznego okresu poprzedniego roku. Tempo wzrostu będzie kontynuowane, a nawet przyśpieszy w 2015 r., choć w pierwszym kwartale nie jest wykluczone lekkie spowolnienie.

Konfederacja Lewiatan

Świetny akord na koniec roku

Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w grudniu r/r do 8,4 proc. a produkcja budowlano-montażowa o 5 proc. r/r – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan.

Przemysł w grudniu pokazał swoją siłę, bowiem wzrósł o 8,4 proc. w firmach zatrudniających od 10 pracowników. Wynik o tyle dobry, że baza dla niego była bardzo wysoka. W grudniu 2013 roku wzrost produkcji przemysłowej wyniósł bowiem 6,6 proc., w tym przetwórstwa przemysłowego o 8,3 proc. Ważne jest także to, że zwiększyła się liczba działów przemysłu wykazujących przyrost produkcji, a te o najwyższej dynamice wzrostu to działy eksportowe, m.in. maszyny i urządzenia, meble, urządzenia elektryczne oraz samochody. Potwierdza to siłę polskiego przemysłu, który radzi sobie nawet w sytuacji, gdy rynki rosyjski i ukraiński bardzo się skurczyły, zaś rynki europejskie rosną niezwykle powoli. Warto dodać, że w całym 2014 roku produkcja przemysłowa wzrosła o 3,3 proc., co jest znacznie lepszym wynikiem niż w 2013 roku (2,2 proc.).

Dzięki pogodzie także budownictwo odnotowało w grudniu wzrost o 5 proc., a w całym 2014 produkcja budowlano-montażowa zwiększyła się o 3,6 proc. Jak na okres zimowy to wyjątkowo dobry wynik. Tym bardziej, że budownictwo rośnie przede wszystkim w obszarze robót specjalistycznych, co wyprzedzająco wskazuje na to, że 2015 rok będzie dla budownictwa lepszy niż poprzedni.

Dane za grudzień są dobrym prognostykiem na 2015 rok.  Będzie rosła produkcja sprzedana przemysłu – tak na rynek krajowy, jak i na rynki zewnętrzne. Jeśli trend się utrzyma (przemysł tworzy 25 proc. wartości dodanej brutto), to w 2015 roku możemy oczekiwać wzrostu gospodarczego na poziomie wyższym niż w 2014 roku.

Szantaż związków zawodowych zagraża Polsce

Konfederacja Lewiatan sprzeciwia się poczynaniom związków zawodowych, które trójstronny dialog społeczny chcą zamienić w dwustronne negocjacje i przystawianie rządowi „pistoletu do głowy”.

W przekazanym Pani Premier Ewie Kopacz liście związkowcy postulują m.in. likwidację umów cywilno-prawnych, obniżenie wieku emerytalnego czy cofnięcie zmian w zakresie elastycznego czasu pracy. Szokujący jest przede wszystkim szantaż, do którego posuwają się przedstawiciele związków zawodowych stawiający ultimatum rządowi. Dostrzegamy w tym złą wolę i nieodpowiedzialne wykorzystanie kalendarza wyborczego oraz nieuzasadnionego – bo kosztownego dla wszystkich  Polaków – kompromisu w sprawie zmian w górnictwie dla osiągnięcia partykularnych politycznych celów.

Postulaty związków zawodowych pokazują, jak bardzo ich szefowie nie liczą się z realiami gospodarczymi i społecznymi. Podniesiony wiek emerytalny oznacza wyższe emerytury dla Polaków, elastyczny czas pracy oznacza możliwość zachowania miejsc pracy w okresie dekoniunktury na rynku, a umowy cywilno-prawne, które zostaną od 1 stycznia 2016 roku obligatoryjnie oskładkowane, dają szansę na legalną pracę i dochód kilkuset tysiącom Polaków. Treść postulatów sprzed 1,5 roku, o których związki zawodowe chcą rozmawiać, była już wielokrotnie poddawana krytyce nie tylko przez przedsiębiorców, ale także inne grupy, dla których stanowią one zagrożenie. Ich wartość i aktualność ulega także szybkiej dewaluacji.

Badania monitorujące wdrożenie elastycznego czasu pracy wskazują, że zagrożenia, którymi straszyli związkowcy, nie ziściły się, a rozwiązania te są pozytywnie oceniane zarówno przez pracodawców, jak i pracowników. Warto dodać, że 20 stycznia 2015 r. w Ministerstwie Gospodarki obradował zespół do spraw oceny wpływu regulacji dotyczących elastycznego czasu pracy na wzrost gospodarczy i konkurencyjność przedsiębiorstw, omawiano rezultaty wspomnianych badań. Niestety, na spotkaniu pojawił się tylko jeden przedstawiciel związków zawodowych.

Odnosząc się do innych postulatów związkowców trzeba przytoczyć także kolejne dane – wskaźnik zatrudnienia osób starszych systematycznie rośnie – z 33 proc. w 2010 do ponad 43 proc. obecnie. Rośnie także płaca minimalna – od 2010 r. została podniesiona w sumie o 33 proc. A zatem pozytywne zmiany następują stopniowo i wyraźnie.

Warto podkreślić, że wszystkie żądania związkowców były w minionych latach przedmiotem dyskusji w Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych oraz zaistniały w debacie publicznej. To związki zawodowe opuściły Komisję Trójstronną, to również związki zawodowe wielokrotnie nie odpowiadały na apele o udział w procesie legislacyjnym i ustalaniu stanowisk. Szantaż, podjęcie politycznej rozgrywki, eliminowanie z dialogu przedsiębiorców i pracodawców, którzy przecież tworzą miejsca pracy, wskazuje, że związki zawodowe nie są odpowiedzialnym partnerem debaty o najważniejszych sprawach dla społeczeństwa i państwa. Tym bardziej szokujące jest, że podejmując te działania związkowcy wiedzieli o zaplanowanym na przyszły tydzień spotkaniu z ministrem pracy i polityki społecznej, Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, które ma być poświęcone nowym rozwiązaniom dotyczącym dialogu społecznego w Polsce na bazie związkowego projektu! Takie zachowanie podważa zaufanie, które powinno być podstawą rokowań i negocjacji.

Konfederacja Lewiatan

E-Deklaracje nie przez e-PUAP

0
Ministerstwo Finansów informuje, że deklaracje i informacje podatkowe przesyłane drogą elektroniczną nie mogą być podpisywane profilem zaufanym ePUAP i przesyłane za pośrednictwem platformy ePUAP.
Deklaracje i informacje składane za pomocą środków komunikacji elektronicznej mogą być podpisane:
  • bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu – do dokumentów składanych przez osoby fizyczne i inne podmioty,

lub

  • danymi autoryzującymi (podpisem elektronicznym nieweryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu) – do dokumentów składanych prze osoby fizyczne.

Deklaracje i informacje podatkowe można składać drogą elektroniczną wyłącznie do systemu e-Deklaracje:

  1. Za pośrednictwem  bramki e-Deklaracje – korzystając z:
    • formularzy zamieszczonych na Portalu Podatkowym w zakładce e-Deklaracje/Formularze,
    • aplikacji e-Deklaracje Desktop,
    • bezpośrednio z systemów finansowo – księgowych przy wykorzystaniu odpowiednich aplikacji (modułów) dostarczanych przez producentów oprogramowania,
    • oprogramowania dostarczonego przez innych producentów.
  2. Przy użyciu Uniwersalnej Bramki Dokumentów (UBD) – która przeznaczona jest do składania dokumentów zbiorczych: PIT-8C, PIT-11, PIT-R, PIT-40, korzystając z:
    • systemów finansowo-księgowych podatnika – odpowiednich aplikacji (modułów) dostarczanych przez producentów oprogramowania,
    • oprogramowania dostarczonego przez innych producentów.

Więcej informacji w zakresie sposobu wysyłania deklaracji i informacji drogą elektroniczną znajduje się w zakładce Dla płatników i Instrukcjach.