Długi mieszkańców małych miast i wsi maleją

Mieszkańcy miejscowości do 20 tys. osób odpowiadają za niemal 30 proc. zaległości finansowych wszystkich konsumentów – pokazują dane Krajowego Rejestru Długów. Muszą oddać bankom, telekomom, dostawcom energii, telewizji, Internetu, zarządcom mieszkań i innym firmom prawie 11,8 mld zł. Największy dług obarcza 46-55-latków. Mają oni także najwyższe średnie zadłużenie, które przekracza 30 tys. zł na osobę.

Według dostępnych danych GUS, m.in. z „Rocznika Statystycznego Województw 2025”, w Polsce w miejscowościach liczących do 20 tys. mieszkańców, a więc i na wsiach, żyje ok. 20 mln osób. Przypada na nie 29 proc. wszystkich zaległości konsumentów widocznych w Krajowym Rejestrze Długów, które obecnie wynoszą 40,8 mld zł. Pokazuje to, że problem zadłużenia w Polsce lokalnej nie jest marginalny.

Mikromiejscowości z niewielkimi dochodami

Według najnowszych danych GUS z raportu „Warunki życia – deprywacja materialna i społeczna w 2025 r.”, przeciętny roczny ekwiwalentny dochód do dyspozycji na osobę w miastach do 20 tys. mieszkańców wyniósł niespełna 64 tys. zł. Dla porównania w aglomeracjach liczących powyżej 500 tys. mieszkańców było to 86,2 tys. zł.

Dochód do dyspozycji mieszkańców największych miast jest o ponad jedną trzecią wyższy niż w tych do 20 tysięcy mieszkańców. Widać więc dużą dysproporcję. Na to nakładają się ograniczone możliwości zarobkowania. Lokalny rynek zatrudnienia jest bardzo wąski: dyskonty, mała gastronomia, szkoły, przychodnie, urzędy i niewielkie prywatne firmy. Nie ma tam ulokowanych zagranicznych inwestycji, bo te wybierają ośrodki z większą liczbą pracowników i lepszą infrastrukturą. Wiele osób dojeżdża do pracy w odległych miastach, a więc ponosi wysokie koszty transportu, które pochłaniają znaczną część pensji. Wystarczy, że ktoś z domowników straci pracę lub zaczyna nieregularnie dostawać wypłatę, a pojawiają się problemy – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Z analizy GUS wynika, że w ostatnim dziesięcioleciu, tj. latach 2015-2025 r. odsetek osób doświadczających pogłębionej deprywacji materialnej i społecznej obniżył się z 7,8 proc. do 2 proc., czyli o 5,8 p. proc. Deprywacja materialna to brak możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb z powodu ograniczeń finansowych. Natomiast deprywacja społeczna oznacza brak możliwości uczestniczenia w życiu społecznym i kulturalnym, prowadząc do wykluczenia. Wskaźnik pogłębionej deprywacji materialnej i społecznej w wielkich aglomeracjach wyniósł zaledwie 0,7 proc., a w małych miejscowościach 2,6 proc.

Największa część kłopotów finansowych koncentruje się w miasteczkach liczących od 5 tys. do 10 tys. mieszkańców. Zaległości sięgają tam 4,93 mld zł i są udziałem 223,8 tys. osób z przeciętnym długiem wynoszącym 22 tys. zł.

Dług z męską twarzą

Wśród dłużników dominują ci w wieku 36-45 lat – aż 149,7 tys. osób. To ponad 1/4 wszystkich konsumentów z tych miejscowości, którzy figurują w rejestrze. Ale najwyższą łączną kwotę zaległości mają mieszkańcy pomiędzy 46. a 55. rokiem życia, którzy muszą oddać 3,8 mld zł. Stanowi to aż 1/3 wszystkich nieuregulowanych zobowiązań w małych miejscowościach. Ta grupa ma również najwyższe średnie zadłużenie, przekraczające 30 tys. zł na osobę.

Osoby w wieku 46-55 lat najczęściej są w okresie najwyższej aktywności zawodowej, ale jednocześnie ponoszą wysokie koszty utrzymania gospodarstw domowych oraz wychowania, nauki i usamodzielniania dzieci. Na to nakłada się spłata wcześniejszych, często wieloletnich, zobowiązań, jak kredyty hipoteczne czy na działalność gospodarczą. W przypadku tej grupy problem zadłużenia wynika więc głównie z długotrwałego obciążenia domowego budżetu stałymi wydatkami – zauważa Adam Łącki.

Mężczyźni stanowią blisko 70 proc. dłużników na wsiach i w małych miastach, ale odpowiadają za aż 80 proc. wszystkich zaległości. Mają do spłaty 9,3 mld zł, podczas gdy kobiety 2,5 mld zł, czyli ok. 21 proc. całej kwoty. Ich przeciętny dług też jest zdecydowanie wyższy niż u płci pięknej. Panowie mają do oddania średnio 25,3 tys. zł, a w przypadku pań jest to 14,3 tys. zł.

W najmniejszych ośrodkach to mężczyźni mają większe możliwości zatrudnienia lub dojazdu do pracy w innych miastach. Posiadając regularne dochody, zaciągają zobowiązania na potrzeby rodziny, takie jak zakupy ratalne czy kredyty gotówkowe i to na nich spoczywa ciężar spłaty. Oni też ponoszą konsekwencje – jeśli nie pokryją zaległości, trafiają do rejestrów dłużników, a wierzyciele chcą od nich wyegzekwować zwrot pieniędzy – wyjaśnia Jakub Kostecki, wiceprezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Praktyka windykacyjna pokazuje, że mieszkańcy z małych miejscowości znacznie częściej niż ci z dużych podchodzą do zadłużenia w sposób bardziej odpowiedzialny i mniej konfrontacyjny. Zamiast unikać kontaktu, częściej próbują wyjaśnić swoją sytuację, pytają o możliwość ustalenia nowego terminu płatności lub rozłożenia zobowiązania na raty.

W ich przypadku zaległości częściej są skutkiem pogorszenia sytuacji życiowej czy niespodziewanych dużych wydatków niż świadomego uchylania się od płacenia. Z doświadczeń naszych negocjatorów wynika również, że dłużnicy z mniejszych miejscowości częściej dotrzymują ustaleń i bardziej konsekwentnie spłacają długi. Sprzyja temu silniejsze poczucie odpowiedzialności, ale też znaczenie opinii otoczenia. Tam, gdzie życie toczy się bliżej lokalnej społeczności, problemy finansowe mają nie tylko wymiar ekonomiczny, lecz także społeczny i wizerunkowy – mówi Jakub Kostecki.

Wielkomiejskie aspiracje małych miejscowości

Mieszkańcy wsi i małych miast coraz częściej aspirują do stylu życia kojarzonego z większymi ośrodkami. Chcą mieszkać wygodniej, korzystać z nowoczesnego sprzętu, jeździć lepszym samochodem, zapewnić dzieciom dodatkowe zajęcia, a sobie większy komfort codziennego życia, wypoczynku i dostępu do usług. Same aspiracje są naturalne i świadczą o rosnących oczekiwaniach wobec jakości życia. Problem zaczyna się wtedy, gdy możliwości finansowe nie nadążają za tymi potrzebami. W takiej sytuacji część gospodarstw domowych sięga po kredyty, zakupy ratalne i odroczone płatności (kup teraz, zapłać później), które początkowo mają pomóc w realizacji planów, ale przy ograniczonych lub niestabilnych dochodach mogą z czasem prowadzić do nadmiernego zadłużenia.

Raport GUS „Ubóstwo w Polsce w latach 2023 i 2024” pokazuje, że mieszkańcy wsi są wyraźnie częściej zagrożeni ubóstwem ekonomicznym niż mieszkańcy miast, a w samych miastach sytuacja pogarsza się wraz ze spadkiem wielkości miejscowości. W 2024 r. stopa zagrożenia ubóstwem relatywnym wyniosła 21,1 proc. na wsi i 11,8 proc. w miejscowościach poniżej 20 tys. mieszkańców, podczas gdy w największych miastach było to 4,2 proc.

Na poziomie regionalnym najwyższą łączną wartość zaległości widać w województwie mazowieckim – 1,5 mld zł, wielkopolskim – 1,1 mld zł i dolnośląskim – 1,1 mld zł. Jednak najwyższe przeciętne zadłużenie przypadające na jedną osobę jest w innych regionach. W Lubelskiem to 24,8 tys. zł, Warmińsko-Mazurskiem 23,6 tys. zł i Pomorskiem – 23,3 tys. zł.

Najmniej do oddania mają mieszkańcy wsi i miasteczek z Podlasia – 314,2 mln zł, Opolszczyzny – 378,3 mln zł i Świętokrzyskiego – 419,7 mln zł.

Rekord zadłużenia należy do mieszkańca powiatu bartoszyckiego w województwie warmińsko-mazurskim. To 50-letni mężczyzna, który ma 16,3 mln zł zaległości wobec sądu.

Zaległości maleją, pensje rosną

Najnowsze dane KRD wskazują, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy sytuacja finansowa osób z miejscowości do 20 tys., a więc także i wsi, poprawiła się: o 814,3 mln zł obniżyła się łączna kwota nieuregulowanych zobowiązań – z 12,61 mld zł w maju ub.r. do 11,79 mld zł obecnie. O 36,7 tys. ubyło także samych dłużników – z 578,5 tys. do 541,8 tys. Przeciętne obciążenie na jedną osobę pozostało natomiast niemal bez zmian i wynosi blisko 21,8 tys. zł.

Spadek zadłużenia w ciągu ostatniego roku można częściowo wiązać z poprawą warunków makroekonomicznych, w tym z obniżeniem inflacji. Z ostatnich dostępnych danych GUS wynika, że w marcu 2025 r. inflacja wynosiła jeszcze 4,9 proc., podczas gdy w marcu 2026 r. już tylko 3 proc. Oznacza to spadek tempa wzrostu cen o 1,9 pkt proc. Równolegle dane o wynagrodzeniach pokazują zwiększenie dochodów z pracy. Przeciętna pensja w gospodarce narodowej w I kw. 2025 r. wyniosła 8904 zł, a według najnowszych danych GUS w I kw. 2026 r. urosła o 6,7 proc., osiągając 9563 zł. Od stycznia 2026 r. podniosła się również płaca minimalna — do 4806 zł. Widać więc, że wolniejszy wzrost kosztów życia oraz poprawa dochodów sprzyjają części gospodarstw domowych.

Rynek pierwotny w kwietniu: stabilne ceny, większa oferta i rosnące znaczenie gotowych mieszkań

Gotowe mieszkania sprzedają się dziś najszybciej. Dane Barometru Cen Mieszkań przygotowanego przez portal mieszkaniowy Tabelaofert.pl pokazują, że w kwietniu już co trzeci nabywca zdecydował się na zakup lokalu w zakończonej inwestycji — takie mieszkania odpowiadały za blisko 32 proc. całej sprzedaży. Na koniec kwietnia w gotowych projektach dostępnych było 15,6 tys. lokali, co stanowiło blisko 23 proc. całej oferty deweloperskiej na siedmiu największych rynkach.

Kwiecień był kolejnym miesiącem stabilizacji cen na rynku pierwotnym. Średnia cena mieszkań na siedmiu największych rynkach wyniosła 16 011 zł za mkw., co oznacza wzrost o zaledwie 0,6 proc. względem marca. W porównaniu z grudniem 2025 roku średnia cena wzrosła o 1,7 proc., jednak nie wynika to z szerokich podwyżek cenników. To przede wszystkim efekt szybszej sprzedaży tańszych mieszkań, które w ostatnich tygodniach cieszyły się dużym zainteresowaniem kupujących.Średnia cena ofertowa na 7 największych rynkach _ Kwiecień 2026

– Patrząc na same średnie ceny można odnieść wrażenie, że mieszkania drożeją, ale struktura sprzedaży pokazuje coś innego. Najszybciej sprzedają się dziś tańsze lokale, co automatycznie podnosi średnią cenę mieszkań pozostających w ofercie – komentuje Robert Chojnacki, założyciel i wiceprezes Tabelaofert.pl.

W kwietniu 2026 roku deweloperzy działający na siedmiu największych rynkach sprzedali 3,9 tys. mieszkań, co oznacza spadek o 8,9 proc. względem marca. Korekta była jednak spodziewana, ponieważ marzec przyniósł przyspieszenie decyzji zakupowych części klientów kredytowych, którzy obawiali się wzrostu kosztów finansowania. W efekcie część popytu została przesunięta właśnie na wcześniejszy miesiąc.

Największe miesięczne spadki sprzedaży odnotowano w Warszawie oraz we Wrocławiu — po około 20 proc. Z kolei wyraźne wzrosty liczby sprzedanych mieszkań miały miejsce w Poznaniu (+25,2 proc.) oraz Łodzi (+15,8 proc.).

Średnia cena nie pokazuje całego rynku

Średnia cena mieszkań w Warszawie obejmuje zarówno lokale z segmentu popularnego, jak i apartamenty premium, dlatego nie zawsze dobrze pokazuje sytuację większości kupujących. W kwietniu średnia cena wszystkich mieszkań w stolicy wyniosła 19,6 tys. zł za mkw., podczas gdy w segmencie popularnym – który stanowi aż 68 proc. całej warszawskiej oferty – było to 16,3 tys. zł za mkw. – o 3,3 tys. zł mniej w porównaniu do średniej dla stolicy.  Średnia cena mieszkań w podwyższonym standardzie i apartamentów sięgnęła natomiast 29,2 tys. zł za mkw.MIeszkania i apartamenty - Warszawa _ Kwiecień 2026

Podobny mechanizm widoczny jest również w innych dużych miastach. Największe różnice pomiędzy średnią ceną wszystkich mieszkań a cenami w segmencie popularnym odnotowano w Trójmieście (ok. 22 proc.) oraz Warszawie (ok. 16 proc.). To właśnie na tych rynkach duży udział drogich inwestycji premium najmocniej wpływa na średnią cenę dla całego miasta.Średnie ceny w wybranych miastach _segment popularny _ Kwiecień 2026

– Warszawska średnia cena coraz częściej jest zaburzana przez dużą liczbę projektów premium i apartamentowych, które mają istotny wpływ na statystyki dla całego miasta. Tymczasem segment popularny odpowiada dziś za większość oferty i pozostaje wyraźnie tańszy, dlatego dla większości kupujących jest znacznie lepszym punktem odniesienia niż ogólna średnia dla rynku –komentuje Robert Chojnacki

W kwietniu niewielki spadek średniej ceny ofertowej odnotowano we Wrocławiu (-1,5 proc.), natomiast w Warszawie średnia wzrosła o 1,3 proc. W pozostałych analizowanych miastach ceny pozostawały stabilne, a miesięczne zmiany nie przekraczały 1 proc. W porównaniu z grudniem 2025 roku spadki średnich cen odnotowano jedynie w Łodzi i Katowicach, podczas gdy Warszawa zanotowała wzrost o blisko 5 proc.

Średnie ceny ofertowe w wybranych miastachsrednie ceny

Szeroka oferta nadal studzi ceny

Jednym z głównych czynników stabilizujących ceny pozostaje szeroka oferta mieszkań. Na koniec kwietnia deweloperzy działający na siedmiu największych rynkach oferowali 68,7 tys. lokali, czyli o blisko 2 proc. więcej niż miesiąc wcześniej. Największy wzrost liczby dostępnych mieszkań odnotowano we Wrocławiu (+6,4 proc.) oraz w Warszawie (+5,2 proc.). Spadki podaży wystąpiły jedynie w Łodzi (-2 proc.) i Katowicach (-3 proc.)

ofert amieszkan top7

– Mieszkania gotowe do odbioru cieszą się dziś dużym zainteresowaniem, bo klienci mogą zobaczyć finalny produkt przed zakupem i znacznie szybciej się wprowadzić. Dla wielu kupujących to ważniejsze niż zakup na bardzo wczesnym etapie inwestycji – komentuje Ewa Palus, główna analityczka Tabelaofert.pl.

Analiza została przygotowana na podstawie wewnętrznego monitoringu rynku pierwotnego prowadzonego przez dział analiz. Tabelaofert. Badanie obejmuje około 3,0 tys. inwestycji obejmujących ponad 100 tys. mieszkań. Monitoring prowadzony jest zarówno w największych miastach wojewódzkich, jak i w miejscowościach tworzących aglomeracje największych ośrodków miejskich. Dane aktualizowane są w systemie miesięcznym, kwartalnym oraz półrocznym, w zależności od analizowanego zakresu rynku.

Opracowanie bazuje na bieżącej analizie oferty deweloperskiej, cen mieszkań, poziomu sprzedaży oraz zmian podaży na rynku pierwotnym.

Prezentowany materiał dotyczy siedmiu największych rynków mieszkaniowych w Polsce: Warszawy, Wrocławia, Trójmiasta, Krakowa, Poznania, Łodzi oraz Katowic.

Cognor poprawia wyniki po trudnym okresie. Zysk operacyjny wrócił na plus, ale zadłużenie nadal ciąży spółce

0

Cognor Holding zakończył I kwartał 2026 roku z wyraźnie lepszymi wynikami operacyjnymi niż rok wcześniej. Przychody grupy wzrosły o 8,8 proc. rok do roku, marża brutto poprawiła się, a wynik operacyjny wrócił powyżej zera. Spółka wciąż jednak mierzy się z wysokim zadłużeniem, naruszeniem kowenantów kredytowych oraz ujemnymi przepływami pieniężnymi z działalności operacyjnej.

Raport za okres styczeń–marzec 2026 roku, opublikowany 15 maja, pokazuje spółkę znajdującą się w fazie przejściowej. Cognor ma za sobą kilka lat intensywnych inwestycji, które istotnie obciążały wyniki, ale jednocześnie powinny zwiększyć potencjał produkcyjny grupy w kolejnych kwartałach.

Inwestycje obciążały wyniki przez kilka lat

Na ocenę wyników Cognoru za I kwartał 2026 roku duży wpływ ma kontekst wcześniejszych lat. Spółka realizowała szeroki program modernizacyjny, obejmujący m.in. budowę nowej walcowni kształtowników w Siemianowicach Śląskich, remont stalowni w Gliwicach oraz modernizację walcowni w Krakowie.

Największym projektem była walcownia w Siemianowicach Śląskich, której koszt przekroczył 800 mln zł. Modernizacja walcowni w Krakowie pochłonęła natomiast ponad 300 mln zł. Tak duże przedsięwzięcia wiązały się z przestojami, opóźnieniami rozruchu oraz czasowym spadkiem efektywności produkcyjnej.

W latach 2023–2025 Cognor wykazał odpowiednio 74,1 mln zł, 55,5 mln zł i 25,9 mln zł kosztów postojowych. Łącznie daje to ponad 155 mln zł strat związanych z ograniczeniem lub wstrzymaniem produkcji. Dodatkowym obciążeniem była słaba koniunktura na rynku stali, szczególnie w segmencie prętów żebrowanych.

Przychody wzrosły o prawie 9 proc.

W I kwartale 2026 roku przychody ze sprzedaży Cognoru wyniosły 591,3 mln zł wobec 543,3 mln zł rok wcześniej. Oznacza to wzrost o 8,8 proc. rok do roku.

Jeszcze mocniejsza poprawa widoczna była na poziomie zysku brutto ze sprzedaży. Wyniósł on 37,4 mln zł wobec 24,1 mln zł w analogicznym okresie 2025 roku. Oznacza to wzrost o ponad 55 proc. Marża brutto poprawiła się z 4,4 proc. do 6,3 proc.

Choć poziom rentowności nadal pozostaje relatywnie niski, kierunek zmian jest korzystny. Koszty sprzedanych produktów rosły wolniej niż przychody, co może wskazywać na poprawę relacji między cenami wyrobów stalowych a kosztami wsadu, w tym złomu i energii.

Najlepiej wypadły segmenty HSJ oraz ZLMET. Huta Stalowa Wola wypracowała 15,6 mln zł wyniku brutto, a segment złomowy ZLMET 6,7 mln zł. Najsłabszym ogniwem pozostał segment FER, obejmujący Ferrostal oraz walcownie w Krakowie, Gliwicach i Siemianowicach Śląskich. Segment ten zakończył kwartał stratą brutto na poziomie 1,8 mln zł.

EBIT wrócił na plus

Na poziomie operacyjnym Cognor wypracował 12,0 mln zł zysku wobec 7,9 mln zł straty rok wcześniej. Poprawa wyniosła więc blisko 20 mln zł. To jeden z ważniejszych sygnałów w raporcie, ponieważ pokazuje powrót grupy do dodatniego wyniku EBIT po trudnym okresie inwestycyjno-rozruchowym.

Na poprawę wyniku operacyjnego złożyły się wyższa marża brutto, wzrost pozostałych przychodów operacyjnych oraz relatywna kontrola kosztów sprzedaży i zarządu. Pozostałe przychody operacyjne wzrosły do 23,2 mln zł wobec 16 mln zł rok wcześniej. Istotne znaczenie miały tu m.in. szacowane rekompensaty związane ze wzrostem cen uprawnień do emisji CO₂. Na koniec marca 2026 roku należności z tego tytułu ujęte narastająco wynosiły 74,2 mln zł.

Koszty sprzedaży i ogólnego zarządu wyniosły łącznie 49 mln zł, czyli tylko nieznacznie więcej niż rok wcześniej.

Mimo dodatniego wyniku operacyjnego grupa zakończyła kwartał niewielką stratą netto. Wyniosła ona 0,7 mln zł wobec 14,8 mln zł straty przed rokiem. Głównym obciążeniem były koszty finansowe, obejmujące odsetki i prowizje, które sięgnęły 19,2 mln zł.

Zadłużenie pozostaje największym wyzwaniem

Najbardziej problematycznym obszarem raportu pozostaje struktura zadłużenia. Na 31 marca 2026 roku łączne zadłużenie finansowe Cognoru, bez leasingu, przekraczało 884 mln zł. Z tej kwoty 601 mln zł zostało zaprezentowane jako zobowiązania krótkoterminowe.

Powodem takiej klasyfikacji było naruszenie wskaźników finansowych określonych w umowach kredytowych. Dotyczyły one m.in. EBITDA, relacji długu netto do EBITDA, wskaźnika DSCR oraz przepływów operacyjnych. Naruszenia obejmują umowy z Banco Santander, Santander Bank Polska, mBankiem, Alior Bankiem i Bankiem Pekao.

Zgodnie z zasadami MSSF część zobowiązań długoterminowych musi zostać w takiej sytuacji pokazana jako krótkoterminowa, nawet jeśli banki nie zażądały natychmiastowej spłaty kredytów. Zarząd Cognoru wskazuje, że kredytodawcy dotychczas wykazywali elastyczne podejście i udzielali zgód na naruszenia kowenantów.

Szczególnie istotny jest kredyt inwestycyjny z Banco Santander, obejmujący łącznie około 490 mln zł i euro. W bilansie został on zaprezentowany jako zobowiązanie krótkoterminowe, choć harmonogram jego spłaty rozłożony jest na lata 2031–2033.

Sytuację finansową grupy poprawiła emisja akcji serii 14 i 15, zakończona pod koniec 2025 roku. Cognor pozyskał z niej 300 mln zł kapitału. Kapitał własny grupy na koniec marca wynosił 1,4 mld zł. Dodatkowym wsparciem była pożyczka podporządkowana od głównego akcjonariusza, PS HoldCo, w wysokości 87 mln zł.

Ujemne przepływy operacyjne w I kwartale

Słabiej wyglądały przepływy pieniężne. Działalność operacyjna przyniosła w I kwartale 2026 roku odpływ gotówki w wysokości 95 mln zł. Rok wcześniej Cognor wygenerował dodatnie przepływy operacyjne na poziomie 21 mln zł.

Główną przyczyną pogorszenia było większe zapotrzebowanie na kapitał obrotowy. Należności wzrosły o 113 mln zł, a zapasy o 63 mln zł. Można to wiązać z wyższą sprzedażą oraz większą aktywnością produkcyjną. Część tego efektu może mieć charakter sezonowy, ponieważ początek roku często wiąże się z przygotowaniami do okresu zwiększonego popytu w budownictwie.

Nakłady inwestycyjne wyniosły 26,2 mln zł wobec 32,9 mln zł rok wcześniej. To potwierdza, że grupa wychodzi z fazy największych wydatków inwestycyjnych i stopniowo przechodzi do etapu wykorzystania nowych mocy produkcyjnych.

Na koniec marca środki pieniężne netto, po uwzględnieniu kredytu w rachunku bieżącym, wynosiły minus 6,8 mln zł wobec plus 115 mln zł na początku roku. Spółka posiadała także 65,3 mln zł środków o ograniczonej możliwości dysponowania, związanych głównie z zabezpieczeniami kredytowymi.

Rynek stali, energia i kurs euro będą kluczowe

W kolejnych kwartałach dla wyników Cognoru istotne będą przede wszystkim trzy czynniki: relacja cen produktów stalowych do cen złomu, ceny energii elektrycznej oraz kurs PLN/EUR.

Znaczenie ma również sytuacja geopolityczna. Konflikt na Bliskim Wschodzie może wpływać na ceny gazu ziemnego i stabilność łańcuchów dostaw. Dla Cognoru jest to ważne, ponieważ grupa zużywa ponad 0,5 MWh energii gazowej na tonę produktu. Ewentualny wzrost cen gazu mógłby więc bezpośrednio obciążyć marże.

Spółka wskazuje jednocześnie, że na moment sporządzenia raportu nie identyfikuje bezpośredniego zagrożenia dla działalności operacyjnej. Pozytywnym czynnikiem może być natomiast stopniowa poprawa popytu na wyroby stalowe po słabym 2025 roku, szczególnie w budownictwie i infrastrukturze.

Cognor po trudnym okresie pokazuje poprawę, ale bilans nadal wymaga ostrożności

Wyniki Cognoru za I kwartał 2026 roku pokazują poprawę na większości poziomów operacyjnych. Przychody wzrosły, marża brutto się poprawiła, a wynik EBIT wrócił powyżej zera. Strata netto została ograniczona do symbolicznego poziomu w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Jednocześnie raport nie usuwa najważniejszych ryzyk. Wysokie zadłużenie, naruszenie kowenantów, duża część zobowiązań prezentowana jako krótkoterminowa oraz ujemne przepływy operacyjne oznaczają, że sytuacja finansowa grupy nadal wymaga uważnej obserwacji.

Kluczowe znaczenie będzie miało tempo dochodzenia nowej walcowni w Siemianowicach Śląskich do docelowej efektywności. Jeżeli rozruch zakończy się zgodnie z planem, a popyt na stal będzie się normalizował, kolejne kwartały mogą przynieść wyraźniejszą poprawę wyników. Jeżeli jednak proces ten się przedłuży lub ponownie wzrosną koszty energii, Cognor może nadal pozostawać pod presją.

Na razie I kwartał 2026 roku można traktować jako pierwszy sygnał poprawy po okresie dużych inwestycji i słabej koniunktury. Pełny efekt modernizacji będzie jednak widoczny dopiero w kolejnych okresach.

Grupa PZU w I kwartale 2026 roku: wzrost przychodów z ubezpieczeń, niższy zysk netto i propozycja dywidendy

0

Grupa PZU opublikowała wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2026 roku. Przychody brutto z ubezpieczeń wyniosły 7,8 mld zł, co oznacza wzrost o 243 mln zł, czyli o 3,2% w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Jak podkreśla spółka, był to najwyższy w historii wynik dla pierwszego kwartału pod względem przychodów z ubezpieczeń.

Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł blisko 1,4 mld zł. Był to wynik o 22,6% niższy rok do roku, ale jednocześnie wyższy od średniego kwartalnego wyniku netto Grupy z ostatnich czterech lat. Skorygowana rentowność kapitału własnego, czyli aROE, wyniosła 15,7%. Współczynnik wypłacalności na koniec 2025 roku wynosił 239% dla Grupy PZU oraz 237% dla PZU SA.

Wśród najważniejszych wydarzeń pierwszego kwartału spółka wskazuje m.in. rozpoczęcie procesu konsolidacji PZU i LINK4 w modelu multibrandowym, rozwój oferty funduszy pasywnych o trzy pierwsze polskie fundusze ETF oraz rekomendację wypłaty dywidendy w wysokości 4,8 zł na akcję.

– Początek roku był dla nas szczególnie intensywny – pracowaliśmy nad kolejnymi etapami realizacji naszej strategii i wzmocnieniem pozycji Grupy PZU. Ogłosiliśmy połączenie PZU i LINK4 – mówi Bogdan Benczak, prezes PZU. – Pierwszy kwartał zakończyliśmy solidnym wynikiem finansowym, osiągniętym w trudnych warunkach geopolitycznych – dodaje.

Wzrost przychodów w ubezpieczeniach na życie i majątkowych

W pierwszym kwartale 2026 roku Grupa PZU odnotowała wzrost przychodów w ubezpieczeniach na życie we wszystkich liniach biznesowych. W ubezpieczeniach grupowych, które odpowiadały za 88% przychodów z obszaru życiowego w Polsce, przychody wzrosły o 5,5%. Jednocześnie rentowność tego segmentu poprawiła się do 21,7%.

W ubezpieczeniach majątkowych wzrost widoczny był przede wszystkim w obszarze ubezpieczeń pozakomunikacyjnych masowych. Przychody w tym segmencie wzrosły o 7,8% rok do roku. Spółka wskazuje, że wpływ na ten wynik miał m.in. rozwój produktów mieszkaniowych, w tym nowej odsłony ubezpieczenia PZU DOM, a także wzrost sprzedaży ubezpieczeń dla małych i średnich przedsiębiorstw.

– Konsekwentnie rozwijamy obszary, w których klienci najszybciej widzą realną wartość: ochronę życia i majątku oraz bezpieczeństwo finansowe. Szczególnie zadowolony jestem ze wzrostu w segmencie indywidualnych ubezpieczeń na życie. Cieszy nas okazywane nam zaufanie klientów – powiedział Bogdan Benczak.

W ubezpieczeniach komunikacyjnych Grupa PZU działała w warunkach presji cenowej i konkurencyjnej. Mimo tego odnotowano poprawę w obszarze ubezpieczeń komunikacyjnych korporacyjnych, gdzie przychody wzrosły o 9,4% rok do roku. Wzrost dotyczył zarówno ubezpieczeń OC komunikacyjnych, jak i Auto Casco.

Wskaźnik COR dla ubezpieczeń majątkowych wzrósł o 4,3 punktu procentowego, do poziomu 86,8%. Według spółki było to związane głównie z utrzymującą się presją cenową i kosztową.

Konsolidacja PZU i LINK4 oraz rozwój kanałów obsługi

Jednym z kluczowych elementów strategii Grupy PZU pozostaje konsolidacja działalności w Polsce. W pierwszym kwartale 2026 roku spółka kontynuowała prace związane z planowanym połączeniem PZU z LINK4. Proces ma być realizowany w modelu multibrandowym, zakładającym wykorzystanie komplementarności obu marek.

– Pierwszy kwartał 2026 roku był dla nas okresem intensywnej realizacji kluczowych inicjatyw strategicznych. Kontynuujemy proces konsolidacji działalności w Polsce, w tym planowane połączenie PZU z LINK4, które pozwoli nam w pełni wykorzystać komplementarność obu marek. Widzimy w tym potencjał do dalszego rozwoju kanałów dystrybucji oraz istotnej poprawy efektywności operacyjnej i wykorzystania kapitału – powiedział Bogdan Benczak.

Równolegle Grupa rozwijała program „Partnerstwo odNowa”, którego celem jest zwiększanie efektywności sieci agentów wyłącznych. Program opiera się m.in. na wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi, w tym systemu CRM, oraz na budowie bardziej zintegrowanego modelu obsługi klienta.

Zmiany obejmowały również obszar likwidacji szkód. Wdrażane procesy mają skracać czas obsługi i przyspieszać cały proces likwidacyjny, co według spółki powinno przełożyć się na poprawę doświadczeń klientów i efektywności operacyjnej.

Grupa PZU kontynuowała także rozwój cyfrowych kanałów obsługi. W aplikacji mojePZU wdrożono nowy pulpit użytkownika. Aplikacja ma obecnie ponad 2 mln aktywnych użytkowników, a cała platforma mojePZU — 6 mln.

TFI PZU rozwija ofertę ETF-ów

Istotnym obszarem działalności Grupy PZU pozostaje zarządzanie aktywami. W pierwszym kwartale 2026 roku TFI PZU zajęło pierwsze miejsce na rynku pod względem sprzedaży netto funduszy dla klientów zewnętrznych. Sprzedaż netto wyniosła 2,2 mld zł, przy napływach do funduszy na poziomie 11,5 mld zł i udziale rynkowym wynoszącym 19,3%.

Rosły również aktywa zgromadzone w pracowniczych planach kapitałowych. Aktywa w PPK zwiększyły się o 40,2% rok do roku, do 10,5 mld zł. TFI PZU zajmowało w tym segmencie drugą pozycję na rynku, z udziałem na poziomie 22,1%.

W pierwszych miesiącach 2026 roku Komisja Nadzoru Finansowego wydała zgodę na uruchomienie trzech pierwszych funduszy ETF PZU. Są to: PZU ETF WIG20 TR + mWIG40 TR Portfelowy FIZ, PZU ETF MSCI World Portfelowy FIZ oraz PZU ETF Gold Portfelowy FIZ. Fundusze mają zapewniać ekspozycję odpowiednio na rynek krajowy, zagraniczny oraz złoto.

– Wprowadzenie do oferty TFI PZU pierwszych trzech polskich funduszy ETF wzmocniło pozycję Grupy PZU jako lidera innowacji inwestycyjnych i jednocześnie podniosło konkurencyjność oraz dojrzałość całego polskiego rynku kapitałowego – powiedział Bogdan Benczak.

Zarząd rekomenduje 4,8 zł dywidendy na akcję

Zarząd PZU rekomenduje wypłatę dywidendy z zysku za 2025 rok, powiększonego o kwotę przeniesioną z kapitału zapasowego utworzonego z zysku za 2024 rok. Łącznie na dywidendę miałoby trafić 4,14 mld zł, co oznacza 4,8 zł na akcję.

Proponowany dzień dywidendy to 17 września 2026 roku, a termin jej wypłaty został wyznaczony na 8 października 2026 roku.

– Systematycznie zwiększamy wartość dla akcjonariuszy. Od debiutu na giełdzie PZU wypłacił już blisko 37 mld zł dywidendy. W tym roku zarząd zarekomendował przeznaczenie na ten cel kolejnych ponad 4 mld zł. Zaproponowana wartość jest wyższa od ambicji strategicznych dla tego celu na rok 2027 – podkreśla prezes PZU.

Stabilne przychody, presja na wynik netto

Wyniki Grupy PZU za pierwszy kwartał 2026 roku pokazują wzrost przychodów z ubezpieczeń, szczególnie w obszarze ubezpieczeń na życie oraz wybranych segmentach ubezpieczeń majątkowych. Jednocześnie wynik netto był niższy niż rok wcześniej, a rentowność w ubezpieczeniach majątkowych pozostawała pod wpływem presji cenowej i kosztowej.

W najbliższych kwartałach istotne dla Grupy będą dalsze działania związane z integracją PZU i LINK4, rozwój kanałów cyfrowych, wzmacnianie sieci sprzedaży oraz rozbudowa oferty inwestycyjnej TFI PZU. Ważnym elementem pozostaje również polityka dywidendowa, która nadal ma znaczenie dla akcjonariuszy spółki.

EKIPA Holding w I kwartale 2026 r.: przychody na poziomie 14,12 mln zł i strata netto po odpisie jednorazowym

Notowana na NewConnect EKIPA Holding S.A. opublikowała wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2026 roku. Grupa osiągnęła przychody na poziomie 14,12 mln zł, wobec 14,92 mln zł rok wcześniej. Jednocześnie wynik netto wyniósł –1,92 mln zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2025 roku spółka wypracowała 0,04 mln zł zysku.

Na wynik netto istotny wpływ miało zdarzenie jednorazowe – odpis aktualizujący wartość należności handlowych w wysokości ok. 1,48 mln zł. Dotyczy on faktury z 2025 r., wobec której spółka zależna Ekipa Management podjęła kroki zmierzające do odzyskania środków. Po wyłączeniu tego zdarzenia jednorazowego wyniki operacyjne pozostają stabilne. Skorygowana EBITDA wynosi ok. 0,84 mln zł (wobec 1,09 mln zł rok wcześniej, spadek o 23,2% r/r), natomiast skorygowana strata brutto zmniejszyła się do ok. –0,13 mln zł (z –0,25 mln zł w I kwartale 2025 r.), co oznacza poprawę o 45,7%.

Struktura przychodów uległa istotnej zmianie, co odzwierciedla realizowaną strategię rozwoju Grupy. Sprzedaż produktów własnych wzrosła o 29% r/r, osiągając poziom 11,04 mln zł, podczas gdy sprzedaż towarów handlowych spadła o 52% r/r do 3,08 mln zł. Trend ten potwierdza przesunięcie działalności w kierunku budowy własnych marek oraz produkcji autorskiego contentu.

Pierwszy kwartał był dla nas wymagający, dlatego doceniam osiągnięte wyniki. Patrzę jednak przede wszystkim w przyszłość. W tym roku wiele ważnych projektów, a wśród nich Festiwal EKIPY, który odbywa się już w czerwcu. Od wielu miesięcy rozwijamy jego koncepcję, budujemy line-up, realizujemy działania promocyjne i angażujemy fanów. Wierzę, że Festiwal będzie niezapomnianym doświadczeniem dla tysięcy z nich. – mówi Łukasz Wojtyca, Prezes Zarządu EKIPA Holding

Kluczowym działaniem w minionym okresie były przygotowania do Festiwalu EKIPY, który zaplanowany jest na czerwiec 2026 r.. W I kwartale rozpoczęto komunikację line-upu wydarzenia, ogłaszając pierwszych artystów, takich jak Genzie, BAZA, Hi Hania oraz Crazy Oliwka. Istotnym elementem promocji był projekt MULTIVERSE EKIPA CAMP – przedsięwzięcie łączące produkcję muzyczną, działania contentowe oraz współprace komercyjne. Podczas Campu powstały nowe utwory, które znajdą się na albumie EKIPY (premiera w maju 2026 r.), a publikowane materiały wideo i teledyski generowały wysokie zaangażowanie społeczności, wspierając promocję festiwalu.

Za realizację produkcyjną projektu odpowiadała spółka Direct by EKIPA, działania marketingowe prowadził PORTALL, a współpraca z marką Koral zaowocowała wprowadzeniem na rynek nowych produktów lodowych – BAZA oraz EKIPA MULTIVERSE.

W segmencie FMCG Grupa kontynuowała rozwój portfolio produktów. W lutym do sieci Żabka trafiły chrupki BAZA w dwóch wariantach smakowych. Produkcję realizowała spółka ESSA, natomiast za strategię marketingową odpowiadał PORTALL. Równolegle rozwijano współpracę Mortalcia z marką GBS, wprowadzając na rynek napój mleczno-kawowy w formacie „to-go”. ESSA uruchomiła również nową markę OWN LAB, oferującą suplementy do włosów, których dystrybucją zajmuje się EKIPATONOSI. Dodatkowo w sieci Empik pojawiły się książeczki „Chmurka i Burza”, rozwijające segment produktów skierowanych do najmłodszych odbiorców.

INFLUCENTER rozwijał ofertę poprzez nowe kolekcje merchowe, współpracę z twórcami oraz działania angażujące społeczność. Wśród nich znalazła się kolekcja Julity Różalskiej, której premiera była wspierana spotkaniem z fanami. Podobne działania towarzyszyły premierze albumu „Matka Idolka” Wersow oraz drugiej kolekcji merchu BAZY. Dzięki współpracy INFLUCENTER i EKIPATONOSI.

W marcu zadebiutowała czwarta edycja formatu MAFIA IRL Karola „Friza” Wiśniewskiego, która ponownie osiąga wysokie wyniki oglądalności. Równolegle zrealizowano ogólnopolską kampanię z marką KFC, obejmującą działania 360°, dedykowane menu oraz aktywacje digitalowe i social media. Projekt angażował wiele spółek Grupy i potwierdził jej kompetencje w realizacji kompleksowych kampanii marketingowych dla największych marek.

Na koniec marca Karol „Friz” Wiśniewski ogłosił nowy projekt „Bądź fajny” – format mający na celu wyłonienie nowych osobowości internetowych. Inicjatywa wpisuje się w strategię Grupy polegającą na rozwoju ekosystemu twórców i budowaniu nowych formatów contentowych.

Michał Tekliński: Złoto poniżej 4600 USD to techniczny przystanek przed uderzeniem stagflacji

Piątkowe otwarcie rynków przyniosło techniczną korektę cen kruszców – złoto osunęło się w okolice 4575 dolarów za uncję. To bezpośrednia reakcja na silniejszego dolara i jastrzębie sygnatury z amerykańskiej gospodarki.

Piątkowe otwarcie rynków przynosi wyraźną presję na wycenę metali szlachetnych. Cena złota osunęła się w okolice 4575 dolarów za uncję, notując tygodniową stratę. Rynek dynamicznie reaguje na publikację fatalnych danych o amerykańskiej inflacji producenckiej (PPI), która w kwietniu wzrosła o 1,4% (aż 6% r/r) oraz gwałtowny skok inflacji konsumenckiej (CPI) do poziomu 3,8%.

– Złoto znajduje się obecnie w fazie chwilowej korekty rynkowej. Dzisiejsze zejście notowań poniżej granicy 4600 dolarów to bezpośrednia, techniczna reakcja na nową nominację Kevina Warsha na stanowisko przewodniczącego Fed oraz to, jak giełdy wyceniają obecnie potencjalne ruchy na stopach procentowych – a rynki w najbliższym czasie po prostu nie spodziewają się ich obniżek. W efekcie dolar amerykański uległ wyraźnemu wzmocnieniu, co naturalnie wywarło presję sprzedażową na królewski metal. Pozycja amerykańskiej waluty poprawiła się również w wyniku oficjalnych, całkiem pozytywnych komunikatów, jakie napłynęły po spotkaniu prezydenta Donalda Trumpa z przywódcą Chin, Xi Jinpingiem. Z Wall Street leci jednak jasny sygnał: szanse na obniżki stóp w USA w tym roku spadły do zaledwie 3%. Choć wysoki koszt pieniądza uderza w złoto krótkoterminowo, to wchodzimy w głęboki scenariusz stagflacyjny, który w dłuższej perspektywie historycznej zawsze faworyzował aktywa fizyczne – komentuje Michał Tekliński, ekspert rynku złota Goldsaver i Goldenmark.

Analityk zwraca uwagę na tektoniczne, strukturalne przesunięcia w globalnym handlu złotem fizycznym.

– Mamy do czynienia z bezprecedensowym, 285-procentowym skokiem eksportu złota ze Stanów Zjednoczonych, głównie w kierunku Azji. Po tym, jak administracja Donalda Trumpa wycofała się z planów nałożenia ceł na kruszec, nowojorskie skarbce giełdowe COMEX, w których zgromadzono rekordowe w historii 1350 ton metalu, zaczęły gwałtownie topnieć. Banki masowo wywożą sztabki, które po przetopieniu w Szwajcarii trafiają bezpośrednio do Chin i Hongkongu, aby zaspokoić tamtejszą, międzypokoleniową gorączkę złota. Podobną ucieczkę od dolara widać na poziomie instytucjonalnym. Kolejny, 18. miesiąc z rzędu zakupów przez Ludowy Bank Chin oraz konsekwentne powiększanie rezerw przez Narodowy Bank Polski pokazują, że państwa wyciągnęły wnioski z zamrożenia rosyjskich aktywów. Złota, w przeciwieństwie do walut fiat, nikt nie może „wyłączyć” jednym przyciskiem  – podsumowuje Michał Tekliński.

Ropa znów drożeje, inflacja wraca. Rynki coraz mniej wierzą w szybkie obniżki stóp

Ceny ropy naftowej znów w górę, a spotkanie na linii Trump-Xi nic w tej kwestii nie pomogło. Inflacja CPI w kwietniu nieco wyższa niż w marcu — czy czeka nas kontynuacja tego trendu w kolejnych miesiącach? Podwyżka stóp w Japonii na najbliższym posiedzeniu wydaje się przesądzona, szczególnie po odczycie inflacji hurtowej na poziomie 4,9% za ostatni miesiąc.

Nie ma ulgi

Kolejne incydenty ze statkami w Cieśninie Ormuz sprawiają, że napięcie na notowaniach ropy naftowej jest ciągle wysokie. Choćby przejęcie statku u wybrzeży Zjednoczonych Emiratów Arabskich sprawia, że piątkowe otwarcie na WTI znów wskazuje ponad 3% wzrost, co zbliża nas do poziomu 105 USD za baryłkę. Premia za ryzyko w geopolityce jest więc ciągle wysoka i w tej kwestii spotkanie na szczycie między prezydentami Chin i USA niewiele zmieniło. Niby mamy deklarację, że strony zgadzają się w sprawie rozbrojenia nuklearnego Iranu, ale w całej tej dyskusji brakuje konkretów, jak to zrobić. Nie mogło też zabraknąć słów Trumpa o „fantastycznych rzeczach”. Tym razem chodziło o umowy handlowe, ale takie oświadczenia to za mało, by uspokoić sytuację na rynku ropy naftowej i przybliżyć odblokowanie Cieśniny Ormuz. Efekt jest więc taki, że nie widać na horyzoncie światełka w tunelu, a do wysokich cen ropy trzeba się przyzwyczaić, przynajmniej w kontekście kolejnych miesięcy.

Potwierdzone 3,2%

Wzrost notowań ropy naftowej (w przypadku WTI wartości powyżej 100 USD za baryłkę utrzymują się już dłuższy czas) ma niebagatelny wpływ na gospodarki i mierzoną dynamikę cen w konkretnych krajach. Dzisiaj zostały opublikowane wartości CPI z krajowej gospodarki. Można powiedzieć, że nastąpiło odbicie za kwiecień „tylko” do poziomu 3,2%, przy odczycie za marzec 3,0%. Analitycy sądzili, że możemy być świadkami nawet wyższych wartości, niemniej jednak pamiętajmy, że wartości za styczeń i luty wynosiły raptem 2,1%, a więc wskazanie za kwiecień znacznie wzrosło. Wydaje się, że nieuchronnie zbliżamy się do dopuszczalnego pasma odchyleń wskazanych przez NBP, czyli poziomu 3,5%. Trzeba też dodać, że cały czas obowiązują obniżone stawki VAT i akcyza na olej napędowy i benzynę, które sprawiają, że przełożenie sytuacji na rynku paliw na CPI jest nieco stłumione. Zagłębiając się w strukturę inflacji konsumenckiej, widzimy wzrost cen paliw względem marca o blisko 10%, ale widoczny jest już także trend przerzucania kosztów producentów na konsumentów, co widać po rosnącej dynamice w każdej kategorii. Dla złotego to dobra informacja, bo w takiej sytuacji RPP będzie się wstrzymywało z obniżkami stóp, a wręcz może pojawić się dyskusja o ich podwyższeniu, w przypadku dalszych wzrostów CPI. Dzisiaj PLN nieco traci, ale jest to pokłosie spadków na EUR/USD, co zwyczajowo powoduje odpływ kapitału z rynków wschodzących.

Koniec symbolu ultra luźnej polityki?

Temat inflacji jeszcze długo będzie dominował przy publikacji nowych danych makro. Niejednokrotnie czekają nas negatywne niespodzianki i wartości wyższe, niż wskazują na to prognozy. Daleko nie trzeba szukać – choćby dzisiejsze dane o inflacji producenckiej w Japonii zaskoczyły wszystkich, a wynik za kwiecień wyniósł aż 4,9%, przy oczekiwaniach na poziomie raptem 3%. To najwyższy wynik od 3 lat. Inwestorów nie trapi już więc pytanie, czy Bank Japonii na czerwcowym posiedzeniu podniesie stopy do 1% (bo to już niemal pewnik), tylko czy to wystarczy, by okiełznać presję inflacyjną. Wiadomo było, że Kraj Kwitnącej Wiśni jest w TOP 3 państw najbardziej uzależnionych od importu ropy z Bliskiego Wschodu, ale tempo, w jakim odczuwa negatywne skutki aktualnego konfliktu, może już zaskakiwać. Również na rynku obligacji widać jasny sygnał – inwestorzy nie wierzą, że BoJ poradzi sobie z inflacją, a rentowności 10-latek osiągnęły poziom 2,665, ostatnio widziany w… 1997 roku. Problem jest nie tylko inflacja, ale również brak spójności w polityce monetarnej i fiskalnej. BoJ stara się brzmieć jastrzębio i zapowiada rychłe podwyżki stóp, podczas gdy premier Japonii niemal jednocześnie rozważa szereg pakietów fiskalnych, by wspomóc sytuację gospodarstw domowych. Kiedy pomyślimy sobie o stagflacji, to pierwsza myśl kieruje nas do Kraju Kwitnącej Wiśni. Wręcz symboliczny PKB (0,5% zakładane w tym roku) przy cenach rosnących w obecnym tempie to klasyczny przykład tego zjawiska. Spodziewana podwyżka stóp do 1% ma też swój wydźwięk w operacjach carry trade, które opierają się o jena japońskiego – cała operacja będzie po prostu mniej opłacalna.

Stabilizacja cen w sklepach, brak wyraźnej poprawy odczuwalnej przez konsumentów

0

W kwietniu br. codzienne zakupy podrożały średnio o 3,7% rdr. We wcześniejszych dwóch miesiącach wzrosty wyniosły po 3,8% rdr. Natomiast w styczniu zanotowano taki sam wynik jak ostatnio. Z kolei ceny samej żywności w kwietniu poszły w górę rdr. o 3,3%, w marcu – o 3,2%, a w lutym – o 3,4%. Widać zatem, że ogólnie ceny w sklepach lekko wyhamowały, ale inaczej jest w przypadku żywności. Autorzy raportu są zdania, że dane wskazują na stabilizację, ale wkrótce to może się zmienić. Sytuacja na Bliskim Wschodzie wciąż jest niepewna. Do tego producenci w Polsce zaczynają mówić o tym, że coraz bardziej odczuwają ww. kwestię, a to może tylko wróżyć kolejne podwyżki.

Jak wynika z niedawno opublikowanego raportu pt. „Indeks Cen w Sklepach Detalicznych”, opartego na blisko 104 tys. cen detalicznych z przeszło 48 tys. sklepów, w kwietniu br. codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,7% rdr. Dotyczyło to 17 kategorii, w tym m.in. żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej czy art. dla dzieci. W marcu i lutym wzrosty rdr. wyniosły po 3,8%. W styczniu ceny średnio poszły w górę o 3,7% rdr.

– Ceny detaliczne żywności znajdują się pod wpływem wciąż tańszych rdr. surowców rolnych. Według GUS, ceny skupu podstawowych produktów rolnych w marcu były niższe o 11,5% rdr. Co prawda indeks cen żywności FAO w marcu i kwietniu charakteryzował się lekką tendencją wzrostową, wynikającą m.in. z efektów konfliktu na Bliskim Wschodzie, jednak reakcja na niego rynków rolnych była na ogół spokojna. Zyskiwały w dużej mierze oleje roślinne, pod wpływem drożejącej ropy. Powyższy indeks wyrażony w polskim złotym wciąż był jednak niższy niż przed rokiem – wyjaśnia dr Mariusz Dziwulski, analityk PKO BP.

Przy tym ekspert zastrzega, że jeśli sytuacja na Bliskim Wschodzie będzie się przedłużać, roczna dynamika cen żywności prawdopodobnie zacznie rosnąć. Istnieje duża korelacja cen żywności z cenami surowców energetycznych. Cały czas występują duże ryzyka pogodowe. Susza w wielu obszarach produkcyjnych na świecie i duże straty przymrozkowe w Polsce mogą skutkować podwyżkami cen w drugiej połowie roku. Jak komentuje dr Joanna Myślińska-Wieprow z Uniwersytetu WSB Merito, obserwowaną od początku roku dynamikę wzrostu cen detalicznych można zinterpretować jako stabilizację na wysokim poziomie.

– Z jednej strony silna presja kosztowa wciąż podbija drożyznę w sklepach. Z drugiej – ograniczony popyt konsumencki oraz walka sieci handlowych o klienta skutecznie hamują podwyżki poprzez promocje i rabaty. W rezultacie ta względna stabilność cen nie jest trwałym fundamentem, lecz stanem niepewnej równowagi, która może zostać nagle zachwiana, gdy zmieni się którykolwiek z czynników. To może być np. gwałtowny wzrost kosztów surowców lub wyhamowanie działań promocyjnych w sklepach – dodaje ekspertka.

Z raportu wynika również, że w kwietniu sama żywność zdrożała średnio o 3,3% rdr. W marcu wzrost rdr. wyniósł 3,2%, a w lutym – 3,4%. Marcin Luziński, analityk Santander Bank Polska, komentuje, że w ostatnich miesiącach ceny żywności ustabilizowały się na relatywnie niskim poziomie, czemu sprzyjałby przede wszystkim dobre zeszłoroczne zbiory. Do tego ekspert przewiduje, że w najbliższych kwartałach może zacząć się to zmieniać.

– Przedłużająca się blokada cieśniny Ormuz, przez którą przepływa wiele produktów koniecznych do produkcji nawozów dla przemysłu spożywczego, np. gaz, siarka czy mocznik, oznaczać będzie rosnącą presję kosztową dla produkcji żywności, co będzie się przekładało na wzrost dynamiki cen. Do tego pierwsze oceny przezimowania upraw w Polsce wskazują na nieco gorszy wynik niż rok temu. Obecnie nie zakładałbym, by wzrost dynamiki cen żywności był znaczący, ale im dłużej potrwa blokada, tym wyższych cen można się spodziewać – mówi Marcin Luziński.

Do tego dr Piotr Arak, analityk VeloBanku, przypomina, że wygasa korzystna baza statystyczna z wiosny 2025 roku, kiedy ceny niektórych kategorii świeżych produktów były szczególnie wysokie po mrozach. Ekspert prognozuje, że jeśli notowania ropy utrzymają się na podwyższonym poziomie, dynamika cen żywności w drugim półroczu może być wyraźnie wyższa niż dziś. Natomiast dr Joanna Myślińska-Wieprow zwraca uwagę na to, że kwietniowy wzrost cen żywności o 3,3% rok do roku pokazuje przede wszystkim, iż presja cenowa w tym segmencie nadal utrzymuje się na podwyższonym poziomie, choć rynek pozostaje raczej stabilny.

– Widać, że tempo wzrostu cen pozostaje względnie stabilne, choć nadal nie można wykluczyć dalszych podwyżek w kolejnych miesiącach. Można więc mówić raczej o umiarkowanej stabilności cen żywności niż o początku silniejszego trendu spadkowego. Z kolei niewielki wzrost dynamiki cen w ujęciu miesiąc do miesiąca sugeruje, że na rynek nadal oddziałują czynniki kosztowe i sezonowe – dodaje dr Myślińska-Wieprow.

Analiza cen prowadzi do jeszcze jednego ciekawego wniosku. O ile we wszystkich kategoriach widzimy lekki spadek miesiąc do miesiąca, to w przypadku samej żywności nastąpił delikatny wzrost cen w zestawieniu miesięcznym. Widoczna jest również różnica pomiędzy wszystkimi kategoriami a samą żywnością. Jak stwierdza dr Joanna Myślińska-Wieprow, to pokazuje, że proces stabilizacji cen w gospodarce pozostaje nierównomierny. Część segmentów rynku zaczyna odczuwać słabszy popyt i większą presję konkurencyjną.

– Jednocześnie sama żywność notuje niewielki wzrost mdm. To oznacza, że ceny produktów codziennego użytku nadal pozostają pod wpływem kosztów produkcji, logistyki i sezonowości. Żywność reaguje bowiem wolniej na poprawę sytuacji inflacyjnej niż część pozostałych kategorii konsumenckich. To może być sygnał, że konsumenci nadal nie odczuwają realnej poprawy podczas codziennych zakupów, mimo bardziej optymistycznych danych dotyczących całego indeksu – tłumaczy ekspertka.

Z kolei dr Artur Fiks z Uniwersytetu WSB Merito twierdzi, że niewielki wzrost cen żywności mdm. jest efektem podwyżek na rynkach światowych. To wyraźnie pokazuje indeks FAO. Presja wywierana przez wzrost cen art. spożywczych nie jest jednak duża. Spowolnienie wzrostów cen w innych kategoriach spowodowało, iż w ogólnym podsumowaniu nastąpił spadek tempa wzrostu cen mdm. o 0,1%.

– Natomiast różnica pomiędzy wszystkimi kategoriami a samą żywnością może wynikać między innymi z bazy statystycznej i poziomu cen żywności, jaki mieliśmy rok temu. Ponadto napływ towarów spoza UE hamuje tempo wzrostu ich cen, a silna konkurencja cenowa pomiędzy sklepami jeszcze bardziej wzmacnia tę sytuację – uważa dr Fiks.

Tymczasem analitycy z UCE Research przewidują, że wkrótce ten stan może się zmienić, bo wciąż nie jest wyjaśniona sytuacja na Bliskim Wschodzie. Do tego producenci w Polsce jasno już sygnalizują, że coraz bardziej odczuwają powyższą kwestię, a to dla rynku wyraźny sygnał, że mogą zacząć podnosić ceny.

– Polski handel detaliczny wszedł w fazę inflacji pełzającej. Ceny rosną przewidywalnie, ale konsekwentnie. Dla gospodarstw domowych oznacza to, że realna siła nabywcza dochodów dalej rośnie, ale wolniej, niż konsumenci by sobie tego życzyli. Napięcia geopolityczne na Bliskim Wschodzie i wzrosty cen ropy przebiją się w pełni do półek sklepowych w ciągu najbliższych miesięcy. Efekt niestety będzie widoczny, oby jednak nie był długotrwały – podsumowuje dr Piotr Arak.

Polacy przeprowadzają się pod miasta. Które aglomeracje zyskują

Pod koniec PRL-u, na terenie obecnego pow. poznańskiego mieszkało 2 razy mniej osób niż teraz. To nie jest odosobniony przypadek – to nie jedyna aglomeracja, gdzie miała miejsce demograficzna i mieszkaniowa rewolucja – twierdzą eksperci z portalu RynekPierwotny.pl

„Mieszkaniówka” PRL-u obecnie kojarzy się głównie z osiedlami wielkopłytowymi. A czego po latach będą dotyczyć podobne skojarzenia związane z III RP? Jeżeli chodzi o ostatnie 30 – 35 lat, to bez wątpienia jedną z najważniejszych i najbardziej spektakularnych zmian był intensywny rozwój kilku aglomeracji. Mowa o zjawisku, którego skalę trudno było przewidywać na przełomie lat 80. i 90. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl porównują obecną sytuację z wynikami ostatniego PRL-owskiego spisu powszechnego. Wszystko po to, by wskazać te powiaty, w których dodatnie zmiany liczby ludności oraz liczby lokali i domów były najbardziej imponujące.

Powiatów nie było w 1988 roku, lecz to nie kłopot?

Wspomniany wcześniej, ostatni spis powszechny z czasów PRL-u odbył się w 1988 r. Ten cenzus był oczywiście przeprowadzany w ramach podziału administracyjnego, który nie przewidywał istnienia powiatów. Skąd zatem powiatowe statystyki w poniższej tabeli dotyczącej 1988 roku i 2021 roku? Eksperci RynekPierwotny.pl zwracają uwagę, że GUS przeliczył niektóre wyniki spisu z 1988 r. na powiaty – już po wprowadzeniu nowego podziału administracyjnego. Dzięki temu można porównywać chociażby spisową liczbę ludności oraz domów i lokali. Pewnym utrudnieniem jest jednak fakt, że przeliczenie danych uwzględniało nowy podział administracyjny w pierwszej wersji (z 1999 r.).

Ludność się podwoiła nie tylko pod Poznaniem …

Poniższa tabela przygotowana przez ekspertów portalu RynekPierwotny.pl pokazuje, które powiaty między datami spisów powszechnych (1988 r. i 2021 r.) zaliczyły największy procentowy wzrost liczby ludności. W zestawieniu zobaczymy również wzrosty procentowe spisowej liczby zamieszkanych domów i lokali. Zacznijmy jednak od liczby ludności. Jeżeli chodzi o wspomniany wcześniej powiat poznański, to ludnościowo urósł on o 96% od 1988 r. do 2021 r. W świetle danych z 2024 r. – 2025 r. wzrost przekroczyłby już 100%, lecz analiza zakłada porównywanie statystyk spisowych.

Powiat poznański to nie tylko największy ludnościowo powiat podmiejski, ale również najbardziej ludny powiat w całym kraju z populacją wyraźnie przekraczającą 400 000 osób. Jednak największy procentowy wzrost populacji przez 33 lata odnotował powiat piaseczyński (+116%). W tym przypadku, trzeba natomiast pamiętać o przyłączeniu gminy Tarczyn (2003 r.). Na najniższym stopniu podium uplasował się powiat wrocławski z wynikiem 95%. Jeśli mowa o dwunastu innych powiatach z tabeli, to widzimy ludnościowe wzrosty rzędu 38% – 82%. To nadal niezwykle wysokie wyniki w skali całego kraju, który przez 33 lata nie odnotował przecież spisowego wzrostu populacji.

Potrojenie lokali oraz domów – rekord spod stolicy

Wyniki wiodących powiatów okazują się jeszcze bardziej spektakularne, jeśli spojrzymy na zmianę liczby zamieszkanych domów i lokali przez ponad 30 lat. Mowa bowiem o procentowych zmianach wyraźnie większych niż wyniki obliczone dla populacji. Rekordzistą ponownie okazuje się powiat piaseczyński, gdzie w latach 1988 – 2021 liczba zamieszkanych domów i lokali się potroiła. Podobnie jak w przypadku ludności, pewien wpływ na tę zmianę miało przyłączenie niedużej gminy Tarczyn (1 stycznia 2003 r.).

Bardzo imponujące są również wyniki z powiatu poznańskiego (wzrost liczby zasiedlonych domów i lokali o 147%), powiatu wrocławskiego (+181%) oraz powiatu gdańskiego (+149%). Inne powiaty uwzględnione w zestawieniu oczywiście też mocno przekraczają ogólnokrajowy średni wzrost zasobu mieszkaniowego.

Na drugim biegunie powiaty z dużym regresem

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl podkreślają, że pomimo wyzwań związanych z tak gwałtownym wzrostem populacji, wielu samorządowców może pozazdrościć sytuacji swoim kolegom z powiatów wymienionych w tabeli. Porównanie wyników dwóch spisów powszechnych oddalonych o ponad 30 lat pokazuje bowiem nie tylko powiaty notujące ogromny wzrost liczby mieszkańców i wielkości zasobu mieszkaniowego. Na drugim biegunie znajdziemy powiaty cechujące się populacyjnym oraz mieszkaniowym regresem.

Przykładem obszaru dotkniętego dużymi problemami demograficznymi jest powiat hrubieszowski, gdzie spisowa liczba ludności spadła o 28% (1988 r. – 2021 r.), a liczba zasiedlonych domów i lokali zmniejszyła się o 3%. Bardzo duże spadki spisowej liczby ludności nie omijały też części miast na prawach powiatu. Oprócz Łodzi (-22%) warto zwrócić uwagę chociażby na Katowice (-24%), Bytom (-29%), Wałbrzych (-30%) oraz Sopot (-34%). Ostatnie z wymienionych miast ma oczywiście zupełnie inną specyfikę niż ośrodki, które doświadczyły przemysłowego kolapsu pod koniec minionego stulecia.    aglomeracje tabela

Polski handel zagraniczny w I kwartale 2026 r. Eksport rósł szybciej niż import, a deficyt zmalał do 1,2 mld zł

Polski handel zagraniczny rozpoczął 2026 rok od umiarkowanego wzrostu eksportu i importu, przy wyraźnej poprawie salda obrotów towarowych. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego za styczeń–marzec 2026 r. eksport towarów z Polski wyniósł 394,1 mld zł, co oznacza wzrost o 2,2 proc. rok do roku. Import osiągnął wartość 395,2 mld zł i zwiększył się o 1,0 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.

W efekcie deficyt w handlu towarowym wyniósł jedynie 1,2 mld zł. To wyraźna poprawa wobec pierwszego kwartału 2025 r., kiedy ujemne saldo sięgało 4,2 mld zł. Dane wskazują, że w pierwszych miesiącach roku polska gospodarka sprzedawała za granicę szybciej, niż zwiększała zakupy z zagranicy.

Eksport i import w górę, ale saldo niemal zrównoważone

W ujęciu złotowym wzrost eksportu był ponad dwukrotnie szybszy niż wzrost importu. Eksport zwiększył się o 2,2 proc. r/r, natomiast import o 1,0 proc. r/r. Choć nominalna wartość importu nadal była nieco wyższa niż eksportu, różnica między nimi była niewielka.

W przeliczeniu na euro eksport wyniósł 93,3 mld euro, a import 93,6 mld euro. Dynamika w walucie europejskiej była zbliżona do danych wyrażonych w złotych: eksport wzrósł o 2,2 proc., a import o 0,9 proc.

Znacznie mocniejsze wzrosty widać natomiast w ujęciu dolarowym. Eksport liczony w dolarach wyniósł 109,9 mld USD i zwiększył się o 15,1 proc. rok do roku, a import osiągnął 110,3 mld USD, rosnąc o 13,7 proc. Tak duża różnica między dynamiką w dolarach a dynamiką w złotych wynika przede wszystkim z efektów kursowych, a nie z równie silnego realnego wzrostu wymiany handlowej.

Unia Europejska pozostaje głównym kierunkiem polskiego eksportu

Najważniejszym rynkiem dla polskich eksporterów pozostają kraje rozwinięte, które odpowiadały za 87,4 proc. całego eksportu. W tej grupie kluczowe znaczenie miała Unia Europejska, do której trafiło 75,2 proc. polskiego eksportu. Udział UE wzrósł o 0,3 punktu procentowego w porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 r.

Import z krajów rozwiniętych stanowił 66,0 proc. całego importu, w tym import z Unii Europejskiej odpowiadał za 53,3 proc. zakupów zagranicznych Polski. W handlu z krajami rozwiniętymi Polska odnotowała bardzo wysoką nadwyżkę — 83,4 mld zł. Jeszcze lepszy wynik dotyczył samej Unii Europejskiej, gdzie saldo było dodatnie i wyniosło 85,7 mld zł.

Odwrotna sytuacja występuje w relacjach z krajami rozwijającymi się. Eksport do tej grupy państw wyniósł 31,0 mld zł, natomiast import aż 129,0 mld zł. Oznacza to deficyt na poziomie 98,0 mld zł. Tak głęboka nierównowaga wynika w dużej mierze z dużego importu z Chin.

Niemcy nadal najważniejszym partnerem Polski

Niemcy pozostają zdecydowanie najważniejszym partnerem handlowym Polski. W pierwszym kwartale 2026 r. eksport do Niemiec wyniósł 105,0 mld zł, co odpowiadało 26,6 proc. całego polskiego eksportu. Udział Niemiec był jednak o 0,6 punktu procentowego niższy niż rok wcześniej, co może wskazywać na stopniowe, choć bardzo powolne, zmniejszanie koncentracji eksportu na jednym rynku.

Na kolejnych miejscach wśród odbiorców polskich towarów znalazły się Czechy z eksportem na poziomie 26,0 mld zł, Francja z wynikiem 25,1 mld zł, Wielka Brytania z 20,4 mld zł, Holandia z 18,6 mld zł oraz Włochy z 18,0 mld zł.

W pierwszej dziesiątce znalazła się również Ukraina, do której eksport wzrósł o 13,3 proc. rok do roku i wyniósł 14,8 mld zł. To jeden z najbardziej widocznych wzrostów wśród głównych partnerów handlowych Polski. Dane potwierdzają, że Ukraina pozostaje ważnym i rosnącym rynkiem dla polskich firm, a Polska wzmacnia swoją rolę jako zaplecze logistyczne i handlowe dla ukraińskiej gospodarki.

Chiny i USA mocne po stronie importu

Po stronie importu, według kraju pochodzenia towarów, największym partnerem Polski również były Niemcy. Import z tego kraju wyniósł 76,5 mld zł i wzrósł o 1,9 proc. rok do roku. Drugie miejsce zajęły Chiny, z których import osiągnął wartość 62,5 mld zł, czyli 15,8 proc. całego importu.

Trzecim największym źródłem importu były Stany Zjednoczone. Import z USA wyniósł 22,3 mld zł i wzrósł o 10,2 proc. rok do roku. Jednocześnie eksport z Polski do USA spadł o 11,0 proc. i wyniósł 11,9 mld zł. To jeden z ciekawszych sygnałów w danych GUS, ponieważ pokazuje pogorszenie bilansu w relacjach handlowych ze Stanami Zjednoczonymi.

W pierwszej dziesiątce krajów pochodzenia importu znalazły się także Włochy, Holandia, Francja, Czechy, Hiszpania, Dania i Norwegia. Szczególnie mocno wzrósł import z Norwegii — o 37,7 proc. rok do roku — co może być powiązane m.in. z surowcami energetycznymi i zmianami w strukturze dostaw.

Spada import z krajów Europy Środkowo-Wschodniej

Z danych GUS wynika również wyraźny spadek importu z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Import z tej grupy państw wyniósł 5,2 mld zł i był o około jedną czwartą niższy niż rok wcześniej. Dynamika importu wyniosła 75,1 proc., co oznacza spadek o 24,9 proc. rok do roku.

Jednocześnie eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej wzrósł o 9,5 proc. i osiągnął 18,7 mld zł. Saldo handlu z tą grupą państw było dodatnie i wyniosło 13,5 mld zł. Spadek importu można wiązać z utrzymującymi się sankcjami, ograniczeniem relacji gospodarczych z Rosją i Białorusią oraz dalszym przekierowywaniem łańcuchów dostaw.

Maszyny, urządzenia i transport dominują w strukturze handlu

Największą kategorią w polskim handlu zagranicznym pozostają maszyny, urządzenia i sprzęt transportowy. W pierwszym kwartale 2026 r. odpowiadały one za 37,2 proc. eksportu i 36,5 proc. importu. To pokazuje, że polska wymiana handlowa jest silnie powiązana z przemysłem, produkcją części, komponentów, pojazdów, maszyn i urządzeń wykorzystywanych w europejskich łańcuchach dostaw.

W eksporcie istotne znaczenie miały również różne wyroby przemysłowe, towary przemysłowe sklasyfikowane według surowca, żywność i zwierzęta żywe oraz chemikalia i produkty pokrewne. W imporcie, poza maszynami i urządzeniami, duży udział miały chemikalia, różne wyroby przemysłowe, towary przemysłowe według surowca, żywność oraz paliwa mineralne.

Największą dynamikę wzrostu po stronie eksportu odnotowano w kategorii towarów i transakcji niesklasyfikowanych, gdzie wzrost wyniósł 81,7 proc. Wzrosły także eksport towarów przemysłowych według surowca, paliw mineralnych, napojów i tytoniu, żywności, chemikaliów oraz maszyn i urządzeń transportowych. Spadki dotyczyły natomiast m.in. surowców niejadalnych bez paliw oraz olejów, tłuszczów i wosków.

Trzy najważniejsze wnioski z danych GUS

Pierwszy istotny wniosek dotyczy poprawy salda handlowego. Polska nadal odnotowuje niewielki deficyt w handlu towarami, ale jego skala jest znacznie mniejsza niż rok wcześniej. Przy eksporcie i imporcie zbliżonym do 400 mld zł różnica na poziomie 1,2 mld zł oznacza niemal zrównoważony bilans.

Drugi wniosek dotyczy znaczenia Unii Europejskiej. Mimo rosnącej roli Ukrainy, USA, Chin czy innych rynków pozaeuropejskich, polski handel zagraniczny pozostaje mocno zakorzeniony w gospodarce unijnej. To UE jest głównym odbiorcą polskich towarów i źródłem ponad połowy importu.

Trzeci wniosek dotyczy różnic między partnerami handlowymi. Polska utrzymuje wysoką nadwyżkę w relacjach z krajami rozwiniętymi i Unią Europejską, ale jednocześnie ma głęboki deficyt z krajami rozwijającymi się, przede wszystkim z powodu importu z Chin. Oznacza to, że struktura geograficzna handlu pozostaje jednym z kluczowych czynników wpływających na całkowite saldo obrotów towarowych.

Handel zagraniczny pozostaje stabilnym elementem gospodarki

Dane za pierwszy kwartał 2026 r. pokazują, że polski handel zagraniczny pozostaje odporny mimo zmiennego otoczenia międzynarodowego. Eksport rośnie szybciej niż import, deficyt jest niewielki, a polskie firmy nadal utrzymują silną pozycję na rynku unijnym.

Jednocześnie widoczne są obszary wymagające obserwacji. Należą do nich spadek eksportu do Stanów Zjednoczonych, duży deficyt w handlu z krajami rozwijającymi się, wysoka zależność importowa od Chin oraz wpływ kursów walutowych na wartość obrotów liczonych w dolarach.

Pierwszy kwartał 2026 r. można więc uznać za okres umiarkowanie pozytywny dla polskiego handlu zagranicznego. Nie był to czas spektakularnego wzrostu, ale dane wskazują na poprawę bilansu, stabilność głównych kierunków eksportu i utrzymanie silnej pozycji Polski w europejskich łańcuchach dostaw.