Ruszył nabór wniosków o pozyskanie pieniędzy z UE

0

82,5 mld euro – tyle pieniędzy przyznanych z Unii Europejskiej ma prawo wydać Polska do 2020 r. O dotacje będzie można ubiegać się w ramach pięciu programów ogólnopolskich i jednego dla województw wschodnich. Wnioski można składać już w ramach „Polski Cyfrowej”.

„50% całej alokacji zostanie przeznaczone na rozwój badań, innowacyjności, komercjalizację prac badawczo-rozwojowych w gospodarce, podnoszenie konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw, ulepszanie technologii informatyczno-komunikacyjnych oraz wsparcie gospodarki niskoemisyjnej. Największy wzrost środków nastąpi w obszarze małych i średnich przedsiębiorstw. Szacuje się, że będzie to ok. 15 mld euro” – mówi serwisowi infoWire.pl Iwona Wendel, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. 8,6 mld euro ma być wydane na rozwój obszarów wiejskich.

W nowym programowaniu województwa będą zarządzać niemal 40% wszystkich pieniędzy przyznanych z Unii. W latach 2007–2013 miały do dyspozycji 25%. Część samorządów doskonale wie, na co chce pozyskać środki. Są jednak pewne ograniczenia. Jak wyjaśniał podczas konferencji prasowej wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski: „Komisja Europejska jest bardziej wymagająca – już nie da się »wcisnąć« jakiegokolwiek projektu, który jest innowacyjny i ładny. Komisja oczekuje planów gospodarki niskoemisyjnej, w których trzeba dokładnie wykazać związek realizacji określonych przedsięwzięć z poprawą jakości powietrza. Bez tego nie ma co liczyć na dotację”.

To już ostatnie lata, w których Polska może liczyć na pieniądze z Unii i dzięki nim – rozwijać się w wielu obszarach, dlatego warto wykorzystać te środki finansowe odpowiednio.

Prof. Marian Noga: Waluty państw w dobrej kondycji gospodarczej pozostaną mocne.

CEO Magazyn Polska

Euro pozostanie słabą walutą tak długo, jak długo słaby będzie rozwój gospodarczy państw Unii Europejskiej – uważa prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej. Jego zdaniem dziś w notowaniach najważniejszych walut świata mniej liczy się spekulacja, a bardziej czynniki fundamentalne, czyli kondycja gospodarki.

Wbrew różnym spekulacjom na walutowym rynku nie doszło do spektakularnych przetasowań. Choć wielu analityków oczekiwało, że amerykańska waluta zacznie słabnąć, bo tamtejszy Zarząd Rezerwy Federalnej nie zapowiedział podwyżki stóp procentowych, to dziś za euro trzeba zapłacić o 10 centów mniej niż na początku roku i jest to poziom najniższy od dekady.

– Jesteśmy w bardzo interesującej sytuacji, bo rzeczywiście umacnia się dolar, euro się osłabia, frank był i jest mocny mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej. – Sytuacja taka zaistniała z prostych powodów – działają czynniki fundamentalne. Tutaj nic się nie zmieniło. Wszyscy mówią, że to popyt, podaż, moda, trendy, a tu się okazuje, że działają fundamenty.

Krótko mówiąc, tam, gdzie gospodarka ma się dobrze, waluta staje się mocniejsza, bo kraj ten przyciąga inwestorów, a tam, gdzie gospodarka ma kłopoty, waluta słabnie.

– W Stanach Zjednoczonych PKB powyżej 3 proc. i silny dolar zwraca uwagę prof. Marian Noga. W Europie PKB poniżej 1 proc., a właściwie 0,5 proc., i słabe euro. Szwajcarska gospodarka rośnie w tempie 2-3 proc., prawie jak w Stanach Zjednoczonych, i frank szwajcarski jest mocny.

W dłuższym terminie tendencje się odwrócą, ponieważ amerykańska gospodarka potrzebuje osłabienia dolara, by zwiększyć eksport, a bez tego jej wyniki zaczną wreszcie rozczarowywać. Europejska zaś dzięki słabemu euro wreszcie zacznie się rozwijać, co spowoduje, że euro zacznie nabierać wartości.

Dolar się osłabi na pewno prognozuje były członek Rady Polityki Pieniężnej. Tylko tak, jak to mówią uczeni w piśmie, nie wiadomo kiedy i w jakiej skali, ale na 100 proc. się osłabi. Euro się wzmocni, ale wiadomo kiedy. Wtedy, kiedy wzrosną fundamenty gospodarki europejskiej, strefy euro, kiedy ten PKB będzie miał przynajmniej 2-proc. wzrost roczny, a nie taki, jak w tej chwili, rachityczny. Ale te zmiany nie nastąpią szybko, więc euro będzie moim zdaniem słabe jeszcze przez rok. Dolar może się osłabić już za rok i wtedy nastąpią pewne przetasowania.

Te reguły działają jednak tylko w krajach o wysokiej gospodarczej reputacji. Na rynkach państw, które dopiero nad taką reputacją pracują, poza czynnikami fundamentalnymi liczą się też inne kwestie, głównie ta, że inwestorzy na światowych rynkach finansowych waluty takich państw traktują wspólnie, bez rozróżniania ich. Gdy któreś państwo z rynków wschodzących ma problemy, waluty wszystkich trafiają na sprzedaż, gdy jedno odnosi wyraźny sukces, wszystkie waluty się wzmacniają.

– A my jesteśmy ciągle krajem wschodzącym, krajem o gospodarce reformującej się, transformującej się, a w związku z tym jesteśmy „na jednym guziku” u maklerów na rynku Forex, razem z takimi krajami, jak Brazylia, jak Turcja, jak Rumunia, jak Bułgaria itd. podkreśla prof. Marian Noga.

Indykpol zainwestuje w produkcję nawet 200 mln zł w ciągu czterech lat. Celem jest wzrost obrotów i zdobycie nowych rynków zbytu

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 200 mln zł zamierza zainwestować w rozwój produkcji polski potentat na rynku drobiarskim spółka Indykpol. Firma szuka nowych rynków zbytu i sposobów na zwiększenie eksportu. Liczy, że jej obroty będą rosły w tempie sięgającym 10 proc. rocznie.

Producent jako firma zintegrowana, czyli posiadająca własne zaplecze hodowlane, własne pasze i produkująca potem ubój, czyli mięso i przetwory drobiowe, mająca wpływ na cały łańcuch produkcyjny, może zapewnić klienta, że rzeczywiście jego produkty są bezpieczne, zdrowe i że kontrolujemy to, co robimy, jesteśmy w tym specjalistami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ryszard Waśniewski, dyrektor zarządzający ds. operacyjnych Grupy Indykpol.

Indykpol realizuje strategię rozwoju drogą integracji pionowej. To oznacza, że zamiast polegać na podwykonawcach czy poddostawcach, spółka zamierza samodzielnie kontrolować wszystkie etapy produkcji. Jak tłumaczy Ryszard Waśniewski, atutem spółki jest polskie mięso tanie i dobrej jakości. Dlatego planowane inwestycje dotyczyć będą polskich zakładów i nie przewidują budowy fabryk poza Polską. Firma ma w kraju trzy zakłady produkcyjne: Olsztyn, Lublin i Świebodzin, w które zainwestuje w ciągu najbliższych czterech lat dziesiątki milionów złotych.

Są to inwestycje w majątek produkcyjny, mówię tu o maszynach i urządzeniach, i w formy pakowania. Nadążanie za rynkiem w dziedzinie nowoczesnych form pakowania, głównie małych, również w związku z terminem ważności, czyli takich, które wydłużają termin ważności, to aspekty, w które będziemy inwestować. To są inwestycje nawet do 100-200 mln zł w najbliższych latach.

Jak podaje dyrektor operacyjny, udział Indykpolu w polskim rynku drobiarskim wynosi ok. 10 proc. Jeżeli zaś chodzi o produkcję samego indyka, to sięga 30 proc. Drogę rozwoju spółka dostrzega w eksporcie, dlatego zwiększa produkcję drobiarską, by dotrzeć na rynki nie tylko Unii Europejskiej, lecz także do Azji oraz Afryki.

Polski drób jest dużo tańszy niż drób produkowany na Zachodzie i śmiem twierdzić, że dużo zdrowszy podkreśla dyrektor zarządzający ds. operacyjnych Grupy Indykpol. Obroty rosną w granicach 8-10 proc., tak jak rośnie rynek, tutaj podążamy za rynkiem.

Obecnie spółka eksportuje niemal 1/3 swojej produkcji. By ten wynik poprawić, szuka nowych rynków i stara się sprostać lokalnym oczekiwaniom. W pierwszej kolejności jak zaznacza Ryszard Waśniewski z Indykpolu trzeba spełniać wszystkie kryteria jakościowe.

– Na rynku europejskim większość zakładów spełnia kryteria jakościowe, ale by zacząć działalność na rynku azjatyckim, choćby chińskim, trzeba uzyskać pozwolenia i certyfikacje wydane przez misje lekarzy weterynarii, którzy do nas przyjeżdżają. Firma Indykpol spełnia te wszystkie wysokie wymagania, otrzymaliśmy certyfikacje. Nie wszystkie firmy je jednak spełniają, a tutaj jakość to podstawowa rzecz, potem dopiero nawiązuje się kontakty handlowe.

System rowerów miejskich powstanie w Łodzi z opóźnieniem. Firma, która wygrała przetarg, podejrzana o sfałszowanie dokumentów

 

System rowerów miejskich w Łodzi nie ruszy – jak wcześniej zapowiadano – 1 maja br. W przetargu na system rowerów miejskich wystartowały dwie firmy – oferta Nextbike została jednak zakwestionowano jako zbyt tania, a BikeU z kolei jest podejrzewane o przedstawienie sfałszowanej opinii bankowej. Prokuratura prowadzi w tej sprawie śledztwo. Mimo to miasto nie wyklucza współpracy z tą firmą, choć już przed wyborem oferty wiedziało, że opinia przedstawiona przez nią może być sfałszowana. Tymczasem na jaw wychodzą kolejne wątpliwości dotyczące dokumentów złożonych przez BikeU.

– Zdajemy sobie sprawę z wyzwania, jakim jest realizacja projektu Łódzki Rower Miejski. Jako operator i dostawca 10 systemów w Polsce mamy odpowiednie doświadczenie, wiedzę i potencjał, a są to niezwykle istotne elementy, które wpływają na sukces tego typu projektów – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Wojtkiewicz, prezes Nextbike Polska.

Rozpisany jeszcze w zeszłym roku przetarg na system rowerów miejskich to już drugie podejście Łodzi do wprowadzenia na ulice miasta jednośladów. Do przetargu stanęły dwie firmy – Nextbike (operator i dostawca systemów m.in. w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i Sopocie) oraz BikeU (operator systemów w Bielsku-Białej i Bydgoszczy). Ta druga firma posiada znacznie skromniejsze dokonania na polskim rynku bezobsługowych wypożyczalni, ale agresywnie stara się wejść na rynek.

– System rowerów miejskich to projekt zgłoszony w budżecie obywatelskim jeszcze w poprzedniej edycji. System zakładał, że to będzie 100 stacji na terenie ścisłego Śródmieścia, w których będzie docelowo 1000 rowerów, natomiast został tak zaprojektowany, że każdy podmiot prywatny, firmy czy np. centra handlowe mogą do niego dołączać poprzez dostawianie swoich stacji, jednocześnie uzupełniając ofertę i wzbogacając ten system – wyjaśnia Bartosz Zimny z Zarządu Dróg i Transportu w Łodzi.

Rozstrzygnięcie przetargu przedłużyło się jednak ze względu na zbyt niską cenę, jaką zdaniem Krajowej Izby Odwoławczej zaproponowała firma Nextbike. Firma oczekiwała za kontrakt z Łodzią niecałych 9 mln zł – o prawie 4 mln zł mniej niż BikeU.

Tymczasem w sprawie oferty BikeU postępowanie prowadzą aż trzy prokuratury. Zawiadomienie o podejrzeniu sfałszowania opinii bankowych przez tę firmę w trakcie postępowania przetargowego złożył Łódzki ZDiT, Nextbike oraz jeden z banków.

– Wykonawca BikeU w ramach uzupełnienia dokumentów, do czego był  zobowiązany, złożył opinię bankową. To właśnie w sprawie tej opinii bank rzekomo ją wystawiający złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa – wyjaśnia Marcin Radecki, adwokat z kancelarii prawnej PIERÓG i Partnerzy.

Mimo to ZDiT może podpisać umowę z BikeU. Jak podkreśla Zimny, zarzuty dopiero weryfikuje prokuratura. „W związku z zawiadomieniem, w dniu 16 marca 2015 r. prokuratura śródmiejska wszczęła dochodzenie w sprawie o przestępstwo dotyczące podrobienia opinii bankowej, a następnie użycia jej jako autentycznej” – napisała prokuratura w Łodzi w komunikacie przesłanym Newserii.

– Bardzo nas dziwi sytuacja, w której zamawiający, mimo że ma taką wiedzę, chce dalej podpisać umowę z wykonawcą, który dostarczył nieprawdziwe dokumenty w postępowaniu – mówi prezes Wojtkiewicz. – Mamy tutaj na myśli opinię bankową złożoną przez firmę BikeU w tym postępowaniu, która to jest opinią nieprawdziwą. Zostało to potwierdzone przez bank, który tę opinię wydał, zostało to stwierdzone również przez Zarząd Dróg i Transportu.

Przedstawiciel zamawiającego podkreśla natomiast, że samo wszczęcie postępowania prokuratorskiego nie jest przesłanką do unieważnienia przetargu.

– Postępujemy zgodnie z wyrokiem KIO, który nakazuje nam wybranie kolejnej najkorzystniejszej oferty, w tym wypadku była to jedna oferta, firmy BikeU – podkreśla Zimny. – To nie są przesłanki, które pozwalają nam unieważnić przetarg.

Mec. Radecki zwraca jednak uwagę na to, że miasto jeszcze przed rozstrzygnięciem przetargu wiedziało o podejrzeniach dotyczących sfałszowania opinii bankowej. Miało bowiem taką informację z banku, który rzekomo miał wystawić opinię i który złożył zawiadomienie do prokuratury. Podkreśla, że taka decyzja ZDiT budzi wątpliwości i niepokój prawników.

– Zamawiający miał wiedzę o istnieniu okoliczności, które spowodowały wszczęcie trzech postępowań karnych. Mimo to powziął decyzję o wyborze tejże oferty. Jakie motywy kierowały decyzją zamawiającego, tego nie wiemy, ale będziemy chcieli to ustalić – mówi Radecki.

Jak dodaje prezes Nextbike Tomasz Wojtkiewicz w ostatnich dniach zaistniała kolejna przesłanka przemawiająca przeciwko konkurencyjnej wobec jego firmy ofercie.

– To są nowe okoliczności, które pojawiły się kilka dni temu. Mianowicie firma grecka, której referencje i doświadczenie miały być użyczone podczas realizacji tego projektu firmie BikeU, oświadczyła w piśmie do Zarządu Dróg i Transportu, że nie współpracuje od pół roku z firmą BikeU i że wycofuje swoje wszelkie poświadczenia przekazania zdolności i pomocy przy realizacji tego projektu – informuje prezes Nextbike.

Prezes Wojtkiewicz zwraca również uwagę na to, że ani KIO, ani sąd nie zajmowały się i nie rozstrzygały kwestii fałszerstwa dokumentów w ofercie BikeU, trudno więc mówić, że ta sprawa została należycie wyjaśniona.

System łódzkich rowerów miejskich miał ruszyć jeszcze przed długim majowym weekendem, ale obecnie mało prawdopodobne jest, by tak się stało. Na uruchomienie miejskich wypożyczalni jednośladowych czekają mieszkańcy miasta, bo rowery mają stać się nową gałęzią transportu w Łodzi.

Firmom będzie łatwiej zarabiać na innowacjach. Mogą liczyć na wsparcie ARP i NCBR

CEO Magazyn Polska

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Agencja Rozwoju Przemysłu ułatwią firmom zarabianie na najlepszych innowacjach. Dzięki współpracy tych dwóch instytucji przedsiębiorcy będą mogli liczyć na wsparcie od wczesnego etapu prac badawczo-rozwojowych po komercjalizację swoich pomysłów. Z projektu już skorzystał krakowska firma GRC Technologie, kolejne projekty są w trakcie analiz.

Przede wszystkim chcemy w ten sposób uzupełnić ofertę partnerów, którzy już dziś działają na rynku w obszarze innowacyjności, czyli Narodowe Centrum Badań i Rozwoju jako kluczowa instytucja wspierająca pierwszy etap, czyli przekuwanie pomysłu na innowacyjność, prace badawczo-rozwojowe i wczesną ich komercjalizację, a później Agencja Rozwoju Przemysłu, która uzupełnia kapitał na komercjalizację tych pomysłów – wyjaśnia Patrycja Zielińska, wiceprezes zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu.

Dzięki porozumieniu podpisanemu przez NCBiR i ARP polscy przedsiębiorcy otrzymają wsparcie na wszystkich etapach wprowadzania nowego produktu. NCBiR poprzez swoje programy zapewnia wsparcie na etapie prac badawczo-rozwojowych dla przedsiębiorstw i naukowców. Z kolei ARP, szczególnie poprzez fundusz ARP Venture, inwestuje środki, które pozwalają na komercjalizację pomysłu i uzyskanie przychodów z jego sprzedaży.

Pierwsza firma już skorzystała z tej współpracy. To krakowskie przedsiębiorstwo GRC Technologie. Rozwiązanie stosowane przez tę firmę, czyli produkcja m.in. cementu z popiołu powstającego ze spalania węgla, zostało opracowane przez naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie w ramach projektu finansowanego przez NCBiR. Dalszy kapitał na rozpoczęcie produkcji zapewniła ARP Venture.

Wartością dodaną jest to, że przedsiębiorca będzie miał pełną ofertę wsparcia: kiedy wyjdzie z fazy badawczo-rozwojowej, będzie miał komfort, że otrzyma kapitał na komercjalizację tych prac – podkreśla Zielińska.

NCBiR w ramach swojego budżetu nie może wspierać komercjalizacji efektów prac badawczo-rozwojowych. Z kolei ARP nie finansuje wczesnych faz prac nad innowacyjnymi technologiami. Nowe porozumienie wzmocni dostępną w ramach programów NCBiR z rodziny BRIdge ofertę finansowania innowacyjnych projektów przy udziale funduszy wysokiego ryzyka.

Chcielibyśmy wspólnie, bardziej kompleksowo niż do tej pory, wesprzeć wszystkich przedsiębiorców, którzy realizują ambitne przedsięwzięcia zaczynające się w fazie badawczo-rozwojowej – podkreśla prof. Krzysztof Kurzydłowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju

Finansowanie nie jest ograniczone pod względem branż lub typów produktów, choć prof. Kurzydłowski przyznaje, że zapewne większość funduszy trafi do naukowców i firm funkcjonujących w sektorze wysokich technologii oraz do opartej na tego typu technologiach części sektora przemysłowego.

Zielińska dodaje, że trwają już rozmowy nad wsparciem kolejnych projektów, jednak przed sfinalizowaniem tych negocjacji nie może ujawniać, jakich produktów i sektorów dotyczą.

Badamy kolejne inwestycje. Pewnie jako ARP Venture będziemy obejmować status obserwatora w tych inwestycjach w pierwszej fazie komercjalizacji, by przyglądać się, jak rokują, jak się rozwijają, żeby w fazie, w której się kończy finansowanie z NCBiR, uzupełnić kapitałem z Agencji Rozwoju Przemysłu – wyjaśnia Zielińska.

Powołany pod koniec ubiegłego roku fundusz venture capital ARP Venture dysponuje budżetem ponad 300 mln zł. Zgodnie z założeniami tego funduszu, firmy mogą liczyć na inwestycję w wysokości 5-15 mln zł na okres do 5 lat. ARP łącznie, również poprzez inne mechanizmy, chce do 2020 r. przeznaczyć na innowacyjność 1,3 mld zł.

Na emigrację decyduje się coraz więcej specjalistów. Młodzi Polacy wolą pracować za granicą poniżej swoich kwalifikacji, ale za lepsze pieniądze

CEO Magazyn Polska

Od czasu wejścia Polski do UE wciąż rośnie liczba Polaków wyjeżdżających do pracy za granicę. Emigruje też coraz więcej specjalistów. Zdecydowana większość wyjeżdżających jako powód wskazuje zbyt niskie zarobki w kraju. Rosnąca skala emigracji powoduje, że do Polski napływa coraz więcej pracowników ze Wschodu.

Według raportu CEED Institute w 2012 roku za granicą mieszkało prawie 1,7 mln Polaków, o ponad 1,2 mln więcej niż przed akcesją. Rok później poza krajem pracowało już blisko 1,9 mln obywateli Polski. Pod względem liczby emigrantów w grupie 10 państw nowej Unii Polska zajmuje drugie miejsce, zaraz po Rumunii. 74 proc. emigrantów wskazuje, że powodem wyjazdu nie jest brak pracy w Polsce, ale zbyt niskie zarobki.

Polacy poza granicami kraju, np. w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, zarabiają średnio czterokrotnie więcej niż w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Springer, menedżer kierunku zarządzanie Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Te dysproporcje różnią się w zależności od branży, stażu i kwalifikacji. Dla przykładu spawacz w Polsce może liczyć na zarobki rzędu 3 tys. zł, podczas gdy w Niemczech zarobi około 8 tys. zł. W przypadku pielęgniarki ta różnica jest większa, bo w Polsce początkująca pielęgniarka zarabia około 2 tys. zł, podczas gdy w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii te zarobki sięgają 8-9 tys. zł.

Badania wskazują, że ponad 80 proc. pracujących na emigracji w UE jest zadowolonych ze swojej sytuacji zawodowej i nie zamierza wracać do kraju. Ponad 90 proc. z nich wskazuje na istotna poprawę swojej sytuacji finansowej.

Częściej wyjeżdżają osoby młodsze, do 35. roku życia, głównie posiadające wyższe wykształcenie, co na pewno jest związane z ich znajomością języka obcego. Czują się bezpiecznie, wyjeżdżając za granicę. Są to osoby, które zwykle jeszcze nie założyły rodziny, dopiero to planują. W związku z tym ich zobowiązania nie są na tyle silne, żeby ich zatrzymać w Polsce – podkreśla dr Agnieszka Springer.

Jak podkreśla, wciąż większość wyjeżdżających podejmuje pracę poniżej swoich kwalifikacji. Akceptują oni taką pracę z uwagi na wyższe zarobki lub w ogóle możliwość wykonywania jakiejkolwiek pracy, której nie mogły znaleźć w Polsce. Najpopularniejsze branże, w których Polacy znajdują zatrudnienie za granicą, to budownictwo i gastronomia. Bardzo wyraźnie widać jednak, że na emigrację decyduje się coraz więcej wysoko wykwalifikowanych specjalistów, m.in. inżynierowie, informatycy i lekarze.

Ze względu na rosnącą emigrację do Polski napływa coraz więcej pracowników ze Wschodu. 90 proc. z nich to Ukraińcy.

Mimo że ciągle w niektórych rejonach kraju mamy dwucyfrowe bezrobocie, to w przypadku prac sezonowych pojawiają się wyraźne problemy ze znalezieniem pracowników – zauważa dr Agnieszka Springer. – Problemy te dotyczą przede wszystkim budownictwa, rolnictwa i przetwórstwa. Zatrudnienie w Polsce w tym momencie znajdują mieszkańcy Ukrainy, którzy chętnie podejmują pracę zarobkową w Polsce z uwagi na lepsze zarobki i warunki pracy niż w ich kraju.

Zdaniem ekspertki rosnąca imigracja nie wiąże się z zagrożeniem dla polskich pracowników. Tym bardziej że pracownicy ze Wschodu często znajdują zatrudnienie przy pracach mniej atrakcyjnych ze względu na niskie zarobki, wypełniając lukę, która powstaje na rynku pracy. Pracodawca, zatrudniając pracownika legalnie, musi przestrzegać zapisów Kodeksu Pracy niezależnie od tego, czy zatrudnia Polaka czy Ukraińca.

Większym zagrożeniem jest emigracja polskich specjalistów. Jest to grupa, w której edukacje polskie społeczeństwo zainwestowało. Tej grupy pracowników tak łatwo nie zastąpimy pracownikami z Ukrainy czy Białorusi – mówi Springer.

Według rankingu atrakcyjności migracyjnej przygotowanego przez CEED Institute na podstawie porównania kryteriów socjalno-ekonomicznych spośród państw Europy Środkowo-Wschodniej Polska zajęła czwarte miejsce, za Czechami, Słowacją i Estonią.

Priorytetem UE jest rozwój przemysłu. Będzie on zależeć m.in. od stanu infrastruktury kolejowej

CEO Magazyn Polska

Sukces promowanego przez Komisję Europejską procesu reindustrializacji Europy zależy od inwestycji w infrastrukturę, zwłaszcza kolejową. To szczególnie ważne w Polsce, która jest mocniej uprzemysłowiona niż inne kraje. Dlatego PKP PLK zamierza skupić się w najbliższych latach na inwestycjach usprawniających transport towarowy.

Zgodnie z przyjętą w 2012 r. strategią Komisji Europejskiej do 2020 r. ok. 20 proc. europejskiego PKB ma pochodzić z przemysłu. Jak wynika z danych Eurostatu, w 2013 r. sektor ten odpowiadał za 19,1 proc. unijnej gospodarki. Znacznie mniej uprzemysłowione są stare kraje członkowskie – średnia dla strefy euro to 18,4 proc. PKB z przemysłu, a m.in. w Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii wskaźnik ten jest poniżej 15 proc.

Reindustrializacja Europy zaczyna być priorytetem dla gospodarki europejskiej, a bez dobrej infrastruktury i logistyki możliwości rozwojowe będą bardzo ograniczone. Ta perspektywa dla Polskich Linii Kolejowych to przede wszystkim nacisk na poprawę jakości przewozów kolejowych cargo i przewozów intermodalnych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej PKP PLK.

Uprzemysłowienie Polski na tle innych krajów Unii jest na wysokim poziomie – już w 2013 r. zgodnie z danymi Eurostatu niemal jedna czwarta (24,7 proc.) polskiego PKB pochodziła z przemysłu.

Polska ze swoimi tradycjami, przede wszystkim dzięki temu, że nie zlikwidowała swojego przemysłu w okresie, kiedy on był trochę passé i był traktowany jako mniej atrakcyjna część gospodarki, dzisiaj staje się atrakcyjna dla wszystkich inwestorów, zwłaszcza europejskich – podkreśla Krężel.

Atrakcyjność polski w oczach inwestorów zwiększa dodatkowo wycofywanie kapitału z rynków wschodnich, takich jak Chiny i Indie. Ich miejsce zajmują nowe, wschodzące rynki europejskie – poza Polską to także m.in. Czechy i Rumunia.

By jednak polski przemysł mógł dalej się rozwijać i być atrakcyjny dla kapitału zagranicznego, poprawie musi ulec infrastruktura transportowa, w szczególności dotyczy to kolei. Dlatego PKP PLK do końca 2022 r., czyli do momentu, kiedy upływa termin na rozliczenie środków unijnych z perspektywy 2014-2020, będzie inwestować przede wszystkim w infrastrukturę przewozów towarowych.

Właściwie zakończyliśmy w dużym stopniu część, która była poświęcona transportowi osobowemu. Myślę, że projekt Pendolino, czy inwestycje związane ze zwiększeniem prędkości pociągów osobowych, się udał i ostatnie trzy lata dużego przyspieszenia w inwestycjach poprawiły tę jakość. Teraz stawiamy na cargo – zapowiada Krężel.

Inwestycje będą obejmowały zarówno linie wykorzystywane w ruchu krajowym, jak i korytarze Wschód-Zachód. Krężel jest przekonany, że pomimo obecnych problemów politycznych i gospodarczych tranzyt pomiędzy Europą a Wschodem nie zniknie.

Wśród planowanych i realizowanych przez PKP PLK inwestycji jest m.in. poprawa przepustowości linii kolejowych prowadzących do portów morskich oraz modernizacja magistrali węglowej, czyli linii łączącej Śląsk z Gdynią.

Ochrona przeciwpożarowa w Polsce na bardzo niskim poziomie. Straty wynikające z pożarów to nawet 1,5 mld zł rocznie

 

Polska ma jeden z najwyższych na świecie wskaźników śmiertelności w pożarach wynoszący 1,53 ofiar na 100 tys. osób. Rocznie odnotowywanych jest 150-180 tys. zdarzeń, a poniesione w nich straty sięgają ok. 1,5 mld zł. Zdaniem Stowarzyszenia „Nie igraj z ogniem” w Polsce zbyt długo czekamy na nowelizację odpowiednich przepisów o bezpieczeństwie pożarowym, wprowadzenie rozwiązań o charakterze prewencyjnym, a użytkownicy nie zdają sobie sprawy ze skali zagrożenia.

W latach 80., w czasach jeszcze sprzed wielkiej rewolucji technologicznej, mieliśmy do czynienia z 20 tys. pożarów rocznie. Dziś jest ich od 150 do 180 tys., nastąpił więc prawie dziewięciokrotny wzrost. To bardzo dużo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Dreger, prezes zarządu Stowarzyszenia na rzecz bezpieczeństwa pożarowego „Nie igraj z ogniem”.

W wyniku takich zdarzeń ginie około 500 osób rocznie, a poszkodowanych i rannych jest kilka tysięcy. Straty materialne z tytułu pożarów szacowane są na 1,5 mld zł.

Jest to tendencje wzrostowa – informuje Dreger. – Przy czym mowa tu tylko o bezpośrednich szkodach. Statystyka nie uwzględniają tego, że za stratą materialną mogą też iść bardzo duże szkody gospodarcze, środowiskowe, a także ludzkie życie. Jeżeli ktoś traci dorobek swojego życia, to nie ważne, czy był on wart 10 czy 50 tys. zł, ponieważ ten człowiek staje przed koniecznością odbudowania wszystkiego.

Jej zdaniem jednym z istotniejszych powodów rosnącego zagrożenia pożarem jest rewolucja technologiczna w budownictwie. Poprzedni, centralnie zarządzany system narzucał firmom stosowanie materiałów niepalnych, technologie były znane strażakom. Od roku 1990 na rynku pojawiło się wiele nowoczesnych rozwiązań, za którymi nie nadążały system prawny, rozwiązania prewencyjne oraz świadomość użytkowników nieruchomości.

W dużym stopniu jest to związane z przeobrażeniami, jakie nastąpiły w Polsce – mówi prezes Stowarzyszenia „Nie igraj z ogniem”. – Choć w ogólnym bilansie były korzystne, to nie zawsze jednak wszystko nadążało za tymi zmianami. O ile od czasów powojennych do lat 70. liczba pożarów i skala strat systematycznie malały, o tyle po 1990 roku trend się odwrócił.

W Polsce obecnie jest około 5 mln budynków. Rosnące ceny energii w ostatnich latach sprawiły, że właściciele oraz zarządcy nieruchomości zaczęli bardziej dbać o izolację termiczną. Do ocieplania używane są zarówno palne, jak i niepalne materiały izolacyjne.

To odróżnia obecne budynki od tych sprzed dziesięcioleci – zauważa Maria Dreger. – Kiedyś izolacji nie było w ogóle, a fasady budynków były niepalne i dobrze znane strażakom. Mieszkańcy również doskonale wiedzieli, jakie są ich właściwości. Obecnie izolacja jest często palna i mamy jej coraz więcej, czego skutkiem może być pożar, który szybko rozprzestrzeni się po elewacji.

Nawet najlepiej zorganizowana służba ratowniczo-gaśnicza nie wystarczy, by zmniejszyć liczbę ofiar i ograniczyć straty. Jak podkreśla Dreger, problemem jest brak świadomość oraz brak zmian w przepisach prawnych.

– Przepisy w podstawowej konstrukcji nie zmieniły się od lat 90., bardzo rzadko są nowelizowane i w żaden sposób nie obejmują już wszystkich rozwiązań – twierdzi Maria Dreger. – Dlatego poziom bezpieczeństwa pożarowego zamiast się zwiększać, ulega raczej obniżeniu.

Każdy kraj ma specyficzne wymagania związane z bezpieczeństwem pożarowym. Polska jest jednym z niewielu krajów, gdzie wraz z rozwojem rynku ociepleń i wzrostem grubości izolacji, nie wprowadzono rozwiązań mających zapobiec obniżaniu poziomu bezpieczeństwa. Tymczasem pod koniec ubiegłego roku w Niemczech wprowadzono kolejne już regulacje, które wymagają wykonania w palnych ociepleniach pasów zabezpieczających z niepalnej wełny ograniczających rozprzestrzenianie się ognia po zewnętrznej stronie budynku.

Polacy mieszkają mniej bezpiecznie niż na przykład Niemcy czy Czesi, a stosują te same materiały i rozwiązania budowlane – wskazuje Dreger. – Problemem okazują się zaniechania i nienadążanie naszych krajowych regulacji za rozwojem technologii.

Według zajmującej się problemami cywilizacyjnymi międzynarodowej organizacji The Geneva Association Polska ze wskaźnikiem 1,53 ofiary śmiertelnej na 100 tys. mieszkańców jest jednym z krajów o najwyższym poziomie śmiertelności w pożarach na świecie.

Hipermarkety szukają nowych strategii. Kierunek zmian wyznaczają rosnące wymagania klientów

0

 

Stagnacja na rynku hipermarketów powoduje, że duzi gracze na rynku szukają nowych strategii rozwoju. Zmiany będą przechodzić również dominujące na rynku dyskonty oraz sieci franczyzowe. Nowe kierunki wyznaczają rosnące oczekiwania klientów i coraz większa konkurencja.

Już pierwsze jaskółki pokazują, że w branży dyskontów mogą nastąpić pewne zmiany w samym podejściu do klienta. Będą się zmieniać z typowego hard dyskontu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD). – Sieci hipermarketów przeżywają stagnację, dlatego muszą przebudować swoje praktyki i strategie.

W przypadku sieci dyskontowych wyraźnie widać, że ich oferta jest coraz bardziej rozbudowana. Sięgają również po produkty premium. Przekształcanie się z typowych sieci dyskontowych jest spowodowane tym, że dla klientów coraz ważniejsza – obok ceny – staje się jakość kupowanych produktów.

Jak szacuje analizująca ten rynek firma PMR, w 2014 r. udział największych sieci hipermarketów w detalicznym handlu spożywczym zmalał o 2 proc. Juszkiewicz podkreśla, że sieci hipermarketów intensywnie pracują nad nowymi kierunkami rozwoju. Szukają możliwości optymalizacji kosztów i sposobów na przyciągniecie nowych i zatrzymanie dotychczasowych klientów. Rosnące oczekiwania konsumentów są jednym z najważniejszych impulsów do zmian na rynku.

Widzimy zmiany w nastawieniu klientów, w ich oczekiwaniach. Pojawiają się nowinki technologiczne. Firmy istniejące na rynku już od dłuższego czasu muszą dostosowywać i zmieniać swoje koncepty, tak by klient otrzymała to, czego oczekuje – mówi Renata Juszkiewicz. – Ważne jest utrzymanie pozycji, żeby klient do nas wracał. Musimy udowodnić, że mimo zmieniających się warunków rynkowych i ekonomicznych handel reaguje najszybciej jak można, by klienta zatrzymać oraz nie stracić jego zaufania i lojalności.

Zmiany dotyczą także mniejszych sieci handlowych działających w oparciu o model franczyzowy.

Także pozostałe sieci, w tym polskie, które muszą znaleźć dla siebie drogę poprzez franczyzę i grupy zakupowe, będą pokazywać najlepiej, w jaki sposób można obronić swoją pozycję – ocenia prezes POHiD.

Według GUS w lutym br. odnotowano spadek sprzedaży detalicznej w cenach bieżących o 1,3 proc. w skali roku. W porównaniu ze styczniem nastąpił spadek o 2 proc.

Poduszki powietrzne i napinacze pasów to za mało. Koncerny motoryzacyjne inwestują w najnowsze systemy bezpieczeństwa

CEO Magazyn Polska

Producenci aut starają się nie tylko zabezpieczyć kierowcę i pasażerów w razie wypadku, lecz także pomóc im w unikaniu niebezpiecznych zdarzeń na drodze. Temu służą nowoczesne systemy antykolizyjne, m.in. kamera stereoskopowa czy aktywny tempomat, które same zareagują w sytuacji zagrożenia.

Producenci samochodów dbają nie tylko o bezpieczeństwo pasywne, któremu służą poduszki powietrzne, kurtyny czy napinacze pasów. Coraz częściej zaczynają dbać również o to, żeby zapobiec kolizjom – mówi agencji Newseria Paweł Latała, specjalista ds. sprzedaży Subaru.

Temu z kolei służyć mają systemy antykolizyjne. Jednym z najnowocześniejszych jest system kamer stereoskopowych zamieszczanych przed przednią szybą samochodu. Specjaliści określają je mianem cyfrowej drugiej pary oczu kierowcy – działają bowiem na dwa sposoby: są asystą kierowcy wzmagającą jego uwagę podczas jazdy, a także zapobiegają kolizjom, interweniując w momentach zagrożenia.

Kiedy kierowca jedzie monotonną trasą albo jest korek, zaczyna tracić czujność, a to zwiększa zagrożenie. Kiedy ktoś przed nim nagle bardzo mocno wytraci prędkość, system przejmuje kontrolę nad hamulcami. Nie tylko może wyhamować, lecz także wspomoże nas w hamowaniu, jeżeli sami nie robimy tego dostatecznie mocno – wyjaśnia Latała.

Kamery cały czas obserwują drogę, wykrywając różnorakie obiekty, m.in. inne samochody, pieszych, motocyklistów i rowerzystów. System uwzględnia prędkość ich poruszania się i odległość od samochodu. Gdy wykrywa potencjalne niebezpieczeństwo, ostrzega kierowcę, a w sytuacji krytycznej zatrzymuje samochód. Systemem steruje komputer, angażujący przepustnicę i układ hamulcowy. Bardzo często jest on wyposażony w funkcję asystenta pasa ruchu, która ostrzega roztargnionego lub zmęczonego kierowcę, że wyjeżdża poza krawędź własnego pasa ruchu. System daje także znać prowadzącemu samochód, że pojazd stojący przed nim, np. na światłach, właśnie ruszył i możliwa jest kontynuacja jazdy.

Również aktywny tempomat coraz częściej pojawia się seryjnie w samochodach. Ten sam system, który odpowiada za ostrzeganie przed potencjalnym zagrożeniem i wyhamowuje, potrafi również monitorować prędkość z jaką się poruszamy i dostosować ją do prędkość samochodu poprzedzającego – mówi Paweł Latała. – Poprawia to komfort, bo kierujący skupia się jedynie na tym, aby trzymać kierownicę i utrzymać tor jazdy, a samochód sam dopasowuje prędkość do ruchu, w którym się porusza.

System antykolizyjny w niczym nie przeszkadza kierowcy. Ma tylko wesprzeć kierowcę i sprawić, że podróż będzie bezpieczna i komfortowa. Nie zwalnia on jednak kierowcy z obowiązku uważnego i bezpiecznego prowadzenia samochodu, w pewnych przypadkach, np. pod wpływem wyjątkowo niekorzystnych warunków pogodowych, może nie zadziałać optymalnie.