Rozwiązywanie sporów konsumenckich poza sądem ma być łatwiejsze. We wtorek rząd zajmie się założeniami do nowych przepisów

0

 

Na najbliższym posiedzenie rząd ma zająć się projektem założeń do ustawy o pozasądowym rozstrzyganiu sporów. Przygotowywane przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zmiany mają ułatwić i przyspieszyć rozwiązywanie sporów między konsumentami a przedsiębiorcami. Pomijanie drogi sądowej staje się coraz popularniejsze, bo jest zdecydowanie szybsze, tańsze i bardziej skuteczne. Urząd liczy, że nowe przepisy zostaną przyjęte do końca kadencji Sejmu.

Czasami jest tak, że wszystkich problemów między klientami a przedsiębiorcami nie da się rozwiązać horyzontalnie, w związku z czym trzeba dokładnie przeanalizować konkretny spór. Temu będzie służył system ADR, czyli system alternatywnego sposobu rozwiązywania sporów, który w tej chwili tworzymy poprzez nowe przepisów ustawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Karczewska, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jak podkreśla, dziś często konsument nie wie, do jakiej instytucji może się zgłosić, kiedy pojawi się spór z przedsiębiorcą. W nowym systemie ADR wskazane będą podmioty, zarówno publiczne, jak i niepubliczne, które będą mogły udzielić konsumentowi wsparcia i pomóc w pozasądowym rozstrzygnięciu sporu.

Po wejściu w życie nowych przepisów konsument ze swoją skargą będzie się mógł zwrócić do konkretnego ośrodka ADR branżowego albo innego, gdzie jego spór zostanie rozpoznany – wyjaśnia Karczewska.

Sprawy te będą trafiały do ADR przy takich instytucjach, jak Inspekcja Handlowa, Urząd Regulacji Energetyki czy Urząd Komunikacji Elektronicznej. Warunkiem jest to, by ADR-y były bezstronne, sprawiedliwe, a ich działania transparentne. Postępowania prowadzone w ramach nowego systemu mają być nie tylko znacznie łatwiejsze i szybsze (proponowany maksymalny czas rozpatrzenia sporu to 90 dni), lecz także mniej kosztowne.

Unijne regulacje zakładają, że uzupełnieniem systemu ADR ma być elektroniczna platforma (ODR), która ułatwi rozwiązywanie sporów między konsumentami i przedsiębiorcami z różnych państw członkowskich UE.

Projektem założeń do nowych przepisów na najbliższym posiedzeniu 31 marca ma się zająć Rada Ministrów.

Przyjęcie nowych rozwiązań wymusza na Polsce dyrektywa z 2013 roku w sprawie alternatywnych metod rozstrzygania sporów konsumenckich. Termin jej implementacji upływa 9 lipca br.

Mam nadzieję, że ustawa zostanie uchwalona do końca kadencji tego Sejmu – mówi Karczewska.

Dziś polubowne rozwiązywanie sporów jest możliwe tylko w przypadku niektórych usług i transakcji, ale zyskuje na popularności. Urząd liczy na to, że nowe przepisy jeszcze zwiększą odsetek rozstrzyganych w ten sposób spraw. Oczekuje, że w ciągu pięciu lat liczba spraw podwoi się i wyniesie ok. 45 tys. rocznie.

Aby konsument poczuł się na rynku bezpiecznie, potrzebne są przepisy nowej ustawy konsumenckiej, ale istotne są również organy, które go chronią – tłumaczy wiceprezes UOKiK. – Konieczne jest, by w tym zakresie instytucje współpracowały ze sobą w sieci. W mojej ocenie ważna jest także siła popytowa konsumentów. Dzisiaj potrafią oni czasami przeciwstawić się nieuczciwym praktykom stosowanym przez firmy z różnych branż. To bardzo ważny element, którego wcześniej nie było.

HSBC: Polskie firmy mogą skorzystać na boomie w tureckiej gospodarce. Największe szanse mają firmy zajmujące się infrastrukturą energetyczną, transportową i telekomunikacyjną

CEO Magazyn Polska

Polscy przedsiębiorcy mogą skorzystać na dużym zapotrzebowaniu na inwestycje w szybko rosnącej tureckiej gospodarce. PKB tego kraju liczone w dolarach wzrosło w ciągu ostatniej dekady ponaddwukrotnie, a perspektywy są równie dobre  w najbliższych latach prawdopodobnie będzie się zwiększało o około 5 proc. Szykują się duże inwestycje infrastrukturalne. Największą szansę na tym rynku mają firmy specjalizujące się w inwestycjach z sektora energetycznego, transportu i telekomunikacji. Ale rośnie także zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne.

– Turcja w ostatnich latach przeszła transformację – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jaime Amoedo, odpowiedzialny za bankowość międzynarodową w tureckim oddziale banku HSBC. – W ciągu ostatniej dekady PKB tego kraju niemal potroiło swoje rozmiary. To jest rynek z 80 milionami mieszkańców i każdego roku powiększa się o milion. Przewiduje się, że w przyszłości Turcja będzie najszybciej rozwijającym się rynkiem OECD, z prawdopodobnym wzrostem pomiędzy 5-6 proc. rok do roku.

W październiku ubiegłego roku Turcja obniżyła prognozy wzrostu gospodarczego w 2015 roku do 4 proc., uzasadniając korektę niekorzystnymi warunkami panującymi w światowej gospodarce. Według Ahmeta Davutoğlu, premiera tego kraju, powrót na ścieżkę szybszego wzrostu uzależniony jest m.in. od rozwoju technologii, krajowych zasobów energii, zwiększenia wydajności energetycznej i wsparcia sektorów zdrowia oraz turystyki.

Zdaniem premiera Turcji nowa strategia zwiększy produkt krajowy brutto Turcji w 2018 roku do 1,3 bln dolarów (w ubiegłym roku wyniósł on 822 mld dolarów; dla porównania PKB Polski to około 520 mld dolarów). W tym czasie deficyt na rachunku obrotów bieżących ma być zredukowany z 7 proc. w 2013 roku do 5,2 proc., a bezrobocie ma spaść do 7 proc. z prawie 10 proc. obecnie. W ślad za tym prognozy PKB Turcji zredukowała także Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Według tej instytucji PKB tego kraju ma wzrosnąć w 2015 roku o 3,2 proc., a nie o 4 proc., jak wcześniej sądzono. OECD oczekuje ponownego przyspieszenia dynamiki do 4 proc. w 2016 r.

Polskie firmy mają w Turcji wiele możliwości. Trudno znaleźć tam sektor, który się nie rozwija albo nie przeżywa rozkwitu – uważa Jaime Amoedo. – Na tureckim rynku jest duże zapotrzebowanie na infrastrukturę energetyczną, transportową i telekomunikacyjną. Nie mam wątpliwości, że polskie firmy, które szczególnie liczą się w tym sektorze, mają duże szanse na tureckim rynku. W budżecie ujęto na przykład budowę około 11 tysięcy kilometrów tras dla szybkich pociągów.

Jak podkreśla, w Turcji rośnie także zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne. Jego źródłem jest powiększająca się co roku klasa średnia, największy odbiorca tego rodzaju produktów.

– Dziesięć lat temu w Turcji było zaledwie 60 galerii handlowych, dziś jest ich ponad 350 – mówi ekspert HSBC. – Są tu naprawdę dobre możliwości rozwoju dla marek, które wchodzą na ten rynek ze swoimi produktami.

Jego zdaniem Turcja stwarza dobre warunki dla zagranicznych przedsiębiorstw, które przez tamtejszą administrację traktowane są tak samo, jak miejscowe. Obecnie w Turcji prowadzi działalność około 30 tys. podmiotów z kapitałem zagranicznym.

– Turecki rząd podjął w ostatnich latach wiele inicjatyw, żeby przyciągnąć zagraniczne firmy – zauważa Jaime Amoedo. – Warto wskazać na projekt rozwoju regionalnego, który daje duże korzyści przedsiębiorstwom decydującym się na ulokowanie swojego biznesu w regionach niebędących typowymi miejscami inwestycji, w zakresie obniżenia podatków, składek na ubezpieczenie społeczne itd. To widoczna różnica, która pomaga szybko stać się konkurencyjnym zakładem produkcyjnym na tureckim rynku.

Odpowiedni lobbing w Brukseli może pomóc biznesowi. Polskie firmy są tam wciąż mało aktywne

CEO Magazyn Polska

Tylko 4,2 proc. polskich organizacji gospodarczych ma biuro w Brukseli. To niewiele, bo wśród niemieckich organizacji odsetek ten sięga ponad 44 proc. Tymczasem skuteczny lobbing w Brukseli może przynieść wiele korzyści biznesowi. Ponad 70 proc. prawodawstwa, które dotyczy przedsiębiorców, powstaje właśnie w instytucjach unijnych.

To nie polski rząd stanowi większość praw, które mają wpływ na polskie przedsiębiorstwa. To, o czym muszą pamiętać firmy, to fakt, że ponad 70 proc. prawodawstwa, które na nie wpływa, pochodzi z Brukseli – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jeremy Galbraith, prezes na Europę, Środkowy Wschód i Afrykę w Burson-Marsteller, światowej firmie public relations i public affairs. – Prawodawstwo może dodać regulacje, faworyzować jednego gracza w danym sektorze, może też wprowadzić zakaz wobec danych produktów. Dlatego jeśli polskich firm zabraknie w Brukseli, w związku z czym nie będą próbować wpływać na prawodawstwo, z miejsca na tym stracą.

Jak podkreśla, jest to tym bardziej istotne, że firmy z innych państw członkowskich oraz międzynarodowe korporacje z USA czy Chin aktywnie lobbują na rzecz swoich interesów w Brukseli.

Jak wynika z badań Eurolob II, dotyczącego lobbingu w Brukseli, jedynie 4,2 proc. polskich organizacji gospodarczych ma w stolicy Belgii biuro. W Niemczech odsetek ten jest dziesięciokrotnie wyższy – 44,3 proc. Niecałe 12 proc. organizacji polskich posiada wpis w rejestrze przejrzystości UE, ale są to przede wszystkim małe organizacje.

Badanie wskazało też, że większość polskich organizacji ma budżet na działania lobbystyczne niższy niż 100 tys. euro, a tylko w niecałych 5 proc. firm budżet mieści się w przedziale 1-5 mln euro. Takie środki są do dyspozycji 34 proc. organizacji niemieckich, ponad 30 proc. francuskich i 23 brytyjskich.

Najważniejsze jest to, by polskie firmy były obecne w Brukseli, żeby były aktywne w stowarzyszeniach handlowych, żeby miały w Brukseli swoje przedstawicielstwa. Duże amerykańskie, brytyjskie, holenderskie czy francuskie firmy mają tam swoje biura, w których jest ktoś, kto dba o te kwestie. Bardzo niewiele polskich firm to robi, a obecność tam jest najważniejsza – mówi Jeremy Galbraith.

Inną metodą może być członkostwo w stowarzyszeniach handlowych, które są skuteczne jako rzecznicy firm i organizacji, lub też korzystanie z pomocy zawodowych doradców.

Jak podkreśla Galbraith, unijne prawo nie reguluje lobbingu przepisami, jednak został stworzony rejestr przejrzystości. Choć jest on dobrowolny, to Komisja Europejska wyraźnie zaznacza, że jest gotowa spotykać się wyłącznie z tymi organizacjami, które się w nim zarejestrowały.

Byłoby lepiej, gdyby rejestracja była obowiązkowa, tak żeby wszystkie organizacje lobbujące musiały się rejestrować. Nie podjęto jednak tak daleko posuniętych kroków – zaznacza ekspert.

Ekspert zaznacza, że przy lobbowaniu kluczowa jest transparentność i odpowiednie rozeznanie. Ważne jest także podjęcie inicjatywy na odpowiednio wczesnym etapie, kiedy można mieć jeszcze wpływ na podejmowane decyzje.

Trzeba umieć dobrze przedstawić swoją sprawę i trzeba mieć niezależną ocenę ekonomiczną lub naukową. Ważne jest także to, by używać właściwych narzędzi lobbingu. Najskuteczniejszym środkiem jest spotkanie z kimś twarzą w twarz. Trzeba się upewnić, czy mamy odpowiednie materiały. Firmy uwielbiają wielostronicowe dokumenty, a statystyczny polityk chce znać trzy najważniejsze zagadnienia. To moim zdaniem najważniejsze wskazówki, które pomogą skutecznie lobbować – mówi prezes Burson-Marsteller.

Branża drobiarska eksportuje coraz więcej. Embargo rosyjskie nie szkodzi, bo większość produkcji trafia do Europy

CEO Magazyn Polska

Ubiegły rok był bardzo dobry dla polskiej branży drobiarskiej, a kolejne zapowiadają się równie dobrze. Niemal 900 tys. ton drobiu z rekordowej produkcji na poziomie 2,1 mln ton trafiło na eksport. Sprzedaż zagraniczna wzrosła o 20 proc., a poza UE – o 28 proc. Polska dominuje na rynku europejskim – jest największym producentem i czwartym największym eksporterem mięsa drobiowego.

Branża drobiowa jest wzorem dla polskiego eksportu, dlatego że ma dobrze zdywersyfikowane kierunki dystrybucji. Większość eksportu trafia do Unii Europejskiej, więc rosyjskie embargo praktycznie w ogóle nie wpłynęło na jego wielkość. Rynki rozwijające się takie jak Azja, Afryka Północna, RPA czy Chiny, to kierunki, gdzie również dobrze rozwija się eksport i w ciągu roku wzrósł o 28 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Wcisło, prezes zarządu Kompas Poland, firmy dostarczającej informacje biznesowe.

W 2014 r. produkcja polskiej branży drobiarskiej sięgnęła 2,1 mln ton. Z tego 867 tys. ton trafiło na rynki zagraniczne – głównie, ale nie tylko do krajów Unii Europejskiej. Niemal 150 tys. ton mięsa drobiowego polscy producenci sprzedali poza wspólnotę. Szczególnie atrakcyjnym rynkiem jest Afryka. Dwóch największych pozaunijnych odbiorców polskiego drobiu to RPA oraz Benin.

W Europie nasz drób trafia m.in. do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Czech, Francji i Włoch. Te rynki, mniej ryzykowne niż azjatyckie i afrykańskie, pozostaną głównym odbiorcą. Jak podkreśla Wcisło, perspektywy dla polskiej branży są bardzo optymistyczne.

Badania europejskie wskazują, że w najbliższych dziesięciu latach nastąpi wzrost konsumpcji mięsa drobiowego. Już ostatnie lata pokazały kilkuprocentowe wzrosty konsumpcji, a wraz z nimi rośnie produkcja ‒ mówi Wcisło. ‒ Wysoka jakość naszego produktu, zgodna z unijnymi normami, daje nam szansę na to, że 2015 rok oraz kolejne lata będą okresem dalszego rozwoju i sukcesów polskiego rynku drobiarskiego.

Według prognoz do 2020 r. Europejczycy rocznie będą zjadali 13,7 mln ton mięsa drobiowego. To o 1,2 mln ton więcej niż obecnie. Polska, która już jest największym producentem drobiu i cały czas poprawia pozycję w rankingu eksporterów, ma duże szanse skorzystać z tego wzrostu.

Rozwój eksport polskiego drobiu wspierają także władze. Agencja Rynku Rolnego w tym roku wyda w ramach Funduszu Promocji Mięsa Drobiowego ponad 12,1 mln zł. Dzięki tym środkom mięso i przetwory drobiowe będą promowane w Polsce i za granicą (m.in. w UE, RPA, Chinach i Wietnamie, a także w ramach osobnego programu na pograniczu polsko-czeskim). Opłacone zostanie też uczestnictwo w targach, badania rynkowe i naukowe oraz szkolenia.

Dzięki temu wsparciu polski przedsiębiorca będzie dobrze przygotowany do eksportu. Ale już dzisiaj polski przemysł drobiarski i producenci są bardzo wysoko oceniani w Unii Europejskiej dzięki kilku elementom. To jest nie tylko jakość mięsa, lecz także sposób przechowywania, a więc mrożenie, pakowanie, transport wysokiej jakości oraz przestrzeganie wymaganych norm europejskich – mówi Wcisło.

Od kilku lat branża drobiarska notuje co roku wzrosty o 7-8 proc. Towarzyszy temu wzrost spożycia drobiu przez Polaków – w 1990 r. jedliśmy tylko średnio 11 kg drobiu na osobę rocznie, ale w 2013 r. było to już niemal trzy razy więcej. Mięso to jest w Polsce popularniejsze niż w innych krajach Europy, bo unijna średnia to tylko 22,5 kg na osobę rocznie.

Netto Polska zamierza co roku otwierać do 30 nowych sklepów i zatrudniać ponad 300 osób

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 30 nowych sklepów rocznie chce otwierać w Polsce duńska sieć dyskontów Netto. To jednak o połowę mniej niż firma zapowiadała poprzednio. Obecnie właściciel Netto przeznacza na inwestycje 200 mln zł i planuje zatrudnienie ponad 300 osób.

Netto ma obecnie w Polsce 335 sklepów oraz dwa centra logistyczne. Od października 2013 r., gdy otwarty został 300. sklep Netto w Polsce, sieć uruchomiła w naszym kraju 35 nowych placówek. Przeciętny metraż polskiego marketu sieci to 750 mkw. Duńska firma poza Polską i rodzimym rynkiem działa jeszcze w Niemczech i Szwecji.

– Ograniczyliśmy nieco nasze inwestycje, nie ze względu na wyniki, bo jesteśmy z nich bardzo zadowoleni, lecz ze względu na zmianę właściciela w naszej spółce matce – mówi agencji informacyjnej Newseria Kent Petersen, dyrektor generalny Netto Polska. – Wciąż jednak mamy plany rozwoju w Polsce, choć już nie tak agresywne, jak planowaliśmy dwa lata temu. Teraz chcemy otwierać od 25 do 30 sklepów rocznie.

Rok temu większościowym udziałowcem Dansk Supermarked, właściciela ponad 1300 sklepów sieci Netto w Europie, została duńska Grupa Salling. Przed zmianą w akcjonariacie spółka deklarowała uruchamianie w Polsce od 50 do 75 sklepów rocznie. Zamierzała też otwierać co roku jedno nowe centrum logistyczne w naszym kraju. Z nowym właścicielem rozwój sieci Netto będzie nieco wolniejszy.

– 25 sklepów z około 12 pracownikami w każdym i kilku pracowników do magazynu – to są wyliczenia dotyczącej tej inwestycji – powiedział Kent Petersen podczas Poland & CEE Retail Summit 2015. – Dziś zatrudniamy 4,8 tys. osób i na pewno będzie więcej. Inwestycje będą warte około 200 milionów złotych.

Netto zadowolone jest z wyników osiągniętych w Polsce w zeszłym roku, choć dyrektor sieci podkreśla, że nie pomaga w działalności rosyjskie embargo na polską żywność. Spowodowało ono spadki cen, które przyczyniły się do deflacji, co w ocenie dyrektora generalnego Netto Polska było najważniejszym dla handlu wydarzeniem w zeszłym roku.

– Widzieliśmy też reakcję Narodowego Banku Polskiego. Obniżka stóp procentowych była słuszną decyzją. Już obserwujemy, że ceny zaczynają iść w górę. Brakowało nam takiej reakcji w ubiegłym roku – podkreśla Kent Petersen.

Netto jest trzecią co do wielkości siecią dyskontów w Polsce. Duńczyków wyprzedzają Portugalczycy z Jeronimo Martins, czyli właściciele Biedronki z ponad 2,5 tys. placówek, oraz niemiecki Lidl, który ma ich przeszło 0,5 tys. Mimo czasowego ograniczenia tempa rozwoju Netto deklaruje, że zamierza realizować swoją strategię długookresową, która zakłada m.in. podwojenie liczy sklepów w Polsce.

W call contact center roboty mogą zastąpić ludzi. Branża usług telefonicznych w Polsce nie będzie już tak szybko rosła

CEO Magazyn Polska

W branży call contact center pracuje w Polsce ok. 200 tys. osób. Polskie centra obsługują wiele różnych firm w kilkunastu językach. Po 20 latach dynamicznego rozwoju teraz branżę czeka pewna stagnacja, a zagrożeniem dla zatrudnionych w centrach obsługi telefonicznej jest zmierzanie w kierunku automatyki.

Z jednej strony jesteśmy bardzo nastawieni na jakość pracy, więc branża call center będzie rozwijać się w oparciu o wysokie kompetencje pracowników, którzy będą w stanie udzielić konkretnej odpowiedzi, adekwatnej do tego, czego dzwoniący do call center klient poszukuje. Jest to dosyć kosztowna usługa, dlatego będziemy mieli coraz więcej urządzeń, aplikacji i systemów, które będą usprawniały obsługę klienta zarówno w zakresie jego identyfikacji, jak i udzielania mu konkretnych odpowiedzi – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiktor Doktór, prezes zajmującej się wspieraniem usług outsourcingowych fundacji Pro Progressio.

Branża call contact center działa w Polsce od 20 lat. Kiedyś kontakt z klientem był wyłącznie telefoniczny (call center), dziś obsługa obejmuje także kanał internetowy, czyli np. czaty czy e-maile. W opinii eksperta w najbliższych latach branża nie będzie rozwijać się już tak szybko jak do tej pory i tak szybko jak centra usług wspólnych.

Będzie to bardziej stagnacja niż dalszy dynamiczny rozwój. Myślę, że wyniesie on maksymalnie 5 proc. rocznie dla usług typowego call contact center. Natomiast przy procesach finansowo-księgowych, zarządzania wiedzą czy opartych o usługi prawnicze wzrost wyniesie od 15 do 20 proc. Następne lata będą przynosiły podobny wzrost i rozwój tego typu inwestycji – mówi prezes fundacji Pro Progressio.

Jeszcze kilka lat temu centra tego typu koncentrowały się wyłącznie na obsłudze polskiego rynku, przede wszystkim w zakresie telemarketingu, telesprzedaży i infolinii. Dziś praktycznie każda branża korzysta z usług call center, a ich zakres znacząco się rozwinął. Oferowane jest np. profesjonalne wsparcie techniczne i informatyczne dla klientów.

Bardzo rozwinęły się usługi telefoniczne, tzw. helpdeski. Są one zarówno pierwszej, drugiej, jak i trzeciej linii wsparcia, czyli wsparcia technicznego, wymagające wiedzy i kompetencji technicznych – zwraca uwagę Wiktor Doktór. – Tutaj nie wystarczy to, że ktoś z wykształceniem podstawowym usiądzie przy stanowisku konsultanta i udzieli informacji na temat tego, jak jest zbudowany komputer. Chodzi o rozwiązanie bardzo skomplikowanych problemów natury technicznej i działy call center w tej chwili je wykonują.

Rozwój branży napędzany jest również przez nowoczesne technologie. Polskie firmy zaczęły produkować zaawansowane aplikacje dla call center, które skutecznie zastąpiły systemy z zagranicy.

Call center to duży pracodawca. Branża zatrudnia ok. 200 tys. osób.

Natomiast nie możemy tego zawęzić tylko do call center w modelu outsourcingowym. Takie centra są wielokrotnie wykorzystywane wewnątrz firm i są to czasami spółki córki, a czasami ogromne departamenty obsługi klienta, chociażby w bankach czy firmach ubezpieczeniowych – mówi Doktór.

Jak podkreśla, w ciągu ostatnich pięciu lat wiele mówiło się o pogorszeniu jakości pracy w call center, ale teraz następuje widoczne odbicie.

Coraz więcej prób kradzieży pieniędzy z kart płatniczych. Przed skopiowaniem danych z karty można się jednak zabezpieczyć

CEO Magazyn Polska

Zagrożenie skimmingiem, czyli kradzieżą poprzez skopiowanie danych z paska karty płatniczej, rośnie. Aby ograniczyć ryzyko, przy płatnościach kartą trzeba zachować szczególną ostrożność. Eksperci radzą, by nie spuszczać karty z oczu, a przy podejmowaniu środków z bankomatu zwrócić uwagę, czy nie ma na nim dodatkowych nakładek lub kamer, które mogłyby służyć kopiowaniu danych.

Z ubiegłorocznego badania ZBP i TNS wynikało, że co trzeci ankietowany ocenia jako dużą skalę klonowania kart, czyli kopiowania danych z paska magnetycznego w celu kradzieży środków z konta. Zagrożenie dotyczy zarówno płatności kartą w sklepach czy restauracjach, jak i transakcji bankomatowych.

Eksperci podkreślają, że przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, można zminimalizować ryzyko skimmingu.

 Płacąc kartą w sklepie lub restauracji, powinniśmy przede wszystkim pilnować swojej karty. Nigdy nie powinniśmy stracić jej z oczu. Nie pozwalajmy na przykład pracownikowi oddalić się gdzieś z nasza kartą na zaplecze, cała płatność powinna odbywać się przy kliencie – radzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Lejman z PKO Banku Polskiego. – Z kolei kiedy wypłacamy pieniądze z bankomatu, powinniśmy się przyjrzeć, czy nie ma w nim podejrzanych niepasujących części, dodatkowej nakładki czy na przykład dodatkowej kamery.

Magdalena Lejman zaleca, aby wypłacając pieniądze z bankomatu, zasłonić dłonią klawiaturę, tak aby nie dało się zauważyć wprowadzanego PIN-u. Jej zdaniem jeśli cokolwiek w wyglądzie bankomatu budzi zaniepokojenie, należy natychmiast skontaktować się z bankiem lub policją.

Konsumenci powinni również systematycznie śledzić swoją historię transakcji.

– Jeżeli którakolwiek transakcja wydaje nam się podejrzana, powinniśmy natychmiast złożyć reklamację w banku. Pamiętajmy, że banki mają swoje procedury, dzięki którym monitorują transakcje i jeżeli one z kolei wychwycą coś niepokojącego, z reguły kontaktują się z klientem bądź chwilowo blokują kartę, aby przestępcy nie mogli skorzystać ze środków na tej karcie – wyjaśnia Lejman.

Ważne jest również ustawienie na swoim koncie limitów w transakcjach bezgotówkowych i bankomatowych, żeby ustrzec się przed utratą wszystkich środków w przypadku, gdy dojdzie do skopiowania danych. Jak tylko klient zauważy jakieś nieprawidłowości, powinien od razu zastrzec kartę w swoim banku.

Eksperci radzą, by ostrożność zachować również przy zakupach internetowych. Warunkiem koniecznym są programy antywirusowe, a także korzystanie ze znanych witryn. Klient powinien sprawdzić, czy na stronie rejestracji lub logowania połączenie jest szyfrowane.

Jak podkreśla Lejman, zarówno banki, jak i towarzystwa ubezpieczeniowe mają w swojej ofercie produkty zabezpieczające karty. Zwykle za kilka złotych miesięcznie można zabezpieczyć się przed użyciem karty lub danych karty przez osobę nieuprawnioną.

Zarówno banki, jak i producenci bankomatów starają się ograniczać ryzyko skimmingu. Niektóre instytucje montują np. bankomaty z czytnikami zbliżeniowymi.

Teraz jest dobry moment na zaplanowanie majówki. W kwietniu wybór będzie mniejszy, a ceny wyższe

CEO Magazyn Polska

W tym roku kalendarz jest wyjątkowo niekorzystny – popularna wśród Polaków majówka będzie trwała tylko trzy dni. Mimo to nie brakuje chętnych na wyjazd w tym terminie. Obecnie w biurach podróży trwa jeszcze przedsprzedaż i promocje. Najczęściej wybieranym kierunkiem jest Grecja.

Jeszcze do końca marca trwa w biurach podróży okres przedsprzedaży, co oznacza, że możemy kupić wyjazd na majówkę w niższej cenie. Możemy także pytać o bezpłatne gwarancje niezmienności ceny, wycieczki fakultatywne, vouchery gratis czy inne dodatkowe bonusy. Niezmienność ceny oznacza, że nie zapłacimy więcej, jeżeli zmienią się np. kursy walut czy opłaty lotniskowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Klaudyna Mortka, specjalista ds. PR z serwisu Wakacje.pl.

Teraz też można ciągle jeszcze liczyć na większy wybór ofert. Chociaż niektóre kierunki z niektórych lotnisk regionalnych są już wyprzedane.

Nie brakuje też takich turystów, którzy czekają na last minute, natomiast należy pamiętać, że last minute to już nie jest pełna oferta i może być tak, że jakiegoś miejsca w hotelu czy na jakimś kierunku już nie będzie. Dlatego warto kuć żelazo póki gorące i wakacje wybrać już teraz – mówi Klaudyna Mortka.

Mimo niekorzystnego kalendarza biura podróży liczą na spore zainteresowanie wyjazdami w tym czasie. Chętnych nie brakuje, bo w większości popularnych krajów sezon jeszcze się nie rozpoczął. Turystów przyciągają przede wszystkim wyjazdy zagraniczne do cieplejszych miejsc niż Polska. To m.in. Egipt, Turcja i Hiszpania.

W tym roku atrakcyjnym i najczęściej wybieranym kierunkiem jest Grecja. Pojawiły się nowości, małe wyspy, gdzie możemy kameralnie odpocząć, m.in. Lindos czy Leros. Ta druga będzie na majówkę już dostępna dla turystów – podkreśla Mortka.

Wybór kierunku i miejsca wypoczynku zależy oczywiście od preferencji zainteresowanych. Ci, którzy wolą bardziej aktywny wypoczynek, wybierają wycieczki objazdowe.

Polecamy Grecję, Wyspy Kanaryjskie, Cypr, a także Maltę. To są kierunki, gdzie nie będzie upałów, dzięki czemu będziemy mogli sobie swobodnie wynająć samochód, rower i pozwiedzać – mówi przedstawicielka portalu Wakacje.pl. – Włochy i Francja to są kierunki, które przodują w wycieczkach objazdowych.

Z danych serwisu wynika, że najczęściej turyści podróżują we dwoje. Średnio płacą za kilkudniowy wyjazd około 5350 zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Minimalną stawka godzinowa w tzw. umowach śmieciowych

Już 18 kwietnia mieszkańcy Warszawy po raz kolejny boleśnie przekonają się, że życie w stolicy nie jest łatwe, szczególnie kiedy jednego roku wybiera się prezydenta i parlament. Tego dnia zarówno OPZZ jak i przedstawiciele wszystkich związków zrzeszonych w porozumieniu zorganizują masową demonstrację, która ma pokazać, że rząd Ewy Kopacz ma za nic postulaty walczących o prawa pracownicze. Podczas protestu na sztandary trafią: ograniczenie umów śmieciowych, nowa ustawa o dialogu społecznym, walka z ubóstwem, całościowa polityka rodzinna i minimalna płaca godzinowa – pisze portal Money.pl.

– Polska jest dziwnym krajem gdzie wielu ludzi zarabia mniej niż minimalne wynagrodzenie zapisane ustawowo. Dzieje się tak za sprawą zbyt częstego stosowania umów zlecenia i o dzieło. Wielokrotnie już przedstawialiśmy dowody i wyliczenia potwierdzające, że są Polacy pracujący w ochronie, czy gastronomii, zarabiający po 3-4 złote za godzinę – mówi Piotr Szumlewicz, ekspert OPZZ.

Przyjmując, że średnio zatrudnieni na etacie w Polsce pracują 168 godzin w miesiącu, zarabiający 3 złote na godzinę miesięcznie otrzymują 504 złote brutto. Będący w odrobinę lepszej sytuacji, dostający 4 złote, muszą próbować przeżyć miesiąc za 672 brutto – wylicza Money.pl. Należy też pamiętać, że opłacając wszystkie składki, pracujący na zlecenie nie zarobi więcej, niż etatowiec.

Biorąc na potrzebę tego przykładu obecnie obowiązującą płace minimalną, czyli 1750, z tytułu umowy zlecenia pracownik „na rękę” otrzyma 1274,16 zł. Z tytułu umowy o pracę 1286,16. Inaczej rzecz wygląda w obciążeniach umów o dzieło z 1750 złotych, pracownik otrzyma 1592 zł tyle, że bez opłacenia jakiejkolwiek składki. Co więcej nie o te umowy głównie chodzi. – Pracujący za te 3-4 złote oczywiście nie zawierali umów o dzieło tylko o zlecenie. Patologia dotyczy głównie tego drugiego rozwiązania wygodnego dla pracodawców – wyjaśnia Szumlewicz.

Porównanie zarobków netto, w zależności od rodzaju umowy
rodzaj umowy Umowa o pracę Umowa zlecenie Umowa o dzieło
(50% kosztów
uzyskania przychodu)
Umowa o dzieło
(20% kosztów
uzyskania przychodu)
źródło: Money.pl
Wynagrodzenie brutto 1750 1750 1750 1750
Składka społeczna 239,93 239,93 0 0
Składka zdrowotna 135,91 135,91 0 0
Podatek dochodowy 88 100 158 252
Wynagrodzenie netto 1286,16 1274,16 1592 1498

– Rozumiemy, że tak szybko nie da się zupełnie wyeliminować zatrudnienia na tak zwane umowy śmieciowe, ale wierzymy, że można je ucywilizować przez wpisanie do nich minimalnej stawki za godzinę na poziomie 11 złotych – mówi Piotr Szumlewicz. Związkowy ekspert przekonuje, że taka właśnie stawka stanowiła by ekwiwalent obecnego minimalnego wynagrodzenia. Ponownie przeliczając to przez 168 godzin miesięcznie, daje nam to 1848 złotych, czyli nawet o 100 złotych więcej od minimalnej. Zdaniem strony związkowej, trzeba jednak przyjąć założenie, że na umowy zlecenie często pracuje się w mniejszym wymiarze niż te 168 godzin, stąd też różnica.

W Europie minimalna stawka godzinowa określona jest w zaledwie kilku krajach. Jak przypomina Money.pl. od stycznia tego roku w Niemczech jest to 8,50 euro, Irlandii – 8,65, Francji – 9,61, Wielkiej Brytanii – po przeliczeniu 9,12, ale pojawiły się już zapowiedzi podniesienia do 9,40 euro.

– Wprowadzenie minimalnych stawek godzinowych przy umowach cywilno-prawnych (umowa o dzieło i zlecenie) jest karkołomne bo nie jest często możliwe określenia czasu trwania ukończenia zamówionego dzieła, na przykład – odpowiada Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan. – Zawierającego umowę zlecenie też nie musi interesować czas. Umawia się na staranne wykonanie, ale nie ma potrzeby szacować jak długo to potrwa. Sprzątanie biura na przykład można wycenić na 300 złotych i nie ma znaczenia czy trwa to trzy godziny, czy pięć.

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w odpowiedzi przesłanej Money.pl argumentuje z kolei, że możliwość ustalenia minimalnej płacy godzinowej, za prace wykonywane na podstawie umów cywilnoprawnych „wymaga szczególnego podejścia”. Co więcej, wyraźnie daje do zrozumienia, że projekt nowelizacji ustawy złożony formalnie przez SLD, a będący opracowany przez OPZZ posiada istotne luki prawne. – Na negatywne aspekty takiego rozwiązania uwagę zwracał między innymi Sąd Najwyższy oraz Prokurator Generalny. W opinii wyrażonej do poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę„, Sąd Najwyższy wskazał, m.in., że projektowana regulacja jest wadliwa, gdyż nie uwzględnia różnicy pomiędzy przedmiotem świadczenia pracownika w stosunku pracy a przedmiotami świadczeń osób pozostających w różnych cywilnoprawnych zobowiązaniach – przekonuje ministerstwo.

– Pomysł z godzinową stawką minimalną wprowadziłby zupełnie niepotrzebne zamieszanie. Płaca minimalna i tak rośnie szybciej niż średnie wynagrodzenie. Nie psujemy tego co działa wyrównując różnice w płacach. Relacja tej minimalnej do średniej wzrosła z 35 proc. w 2007 do 44 proc. w 2014 – mówi w rozmowie z Money.pl Jacek Brzozowski, doradca prezydenta Pracodawców RP.

Piotr Szumlewicz, ekspert OPZZ zwraca jednak uwagę na to, że żądania związkowców i tak są bardziej wyważone niż te wynikające z badań opinii publicznej – Polacy w zdecydowanej większości popierają wprowadzenia minimalnej stawki za godzinę pracy do umów zlecenia. I w ocenie badanych powinno być to nawet 15 złotych – podkreśla. Rzeczywiście w badaniach CBOS z sierpnia ubiegłego roku, 74 procent jest za i wskazuje, że 15 złotych byłoby jej właściwym poziomym.

Jak przypomina Money.pl, zwolennicy minimalnej stawki godzinowej przeważali we wszystkich grupach społecznych i demograficznych, ale częściej byli robotnicy wykwalifikowani, aż 85 proc. i Polacy o najniższych dochodach – 83 proc.. Wśród przeciwników takiego rozwiązania przeważają technicy, zatrudnieni w usługach i specjaliści wyższego szczebla.