Znany japoński bank prognozuje na początku września krach na Wall Street

0

Jak wynika z informacji podanej przez bank Nomura, na początku września mogą nastąpić podobne spadki na amerykańskiej giełdzie, jak w 2008 roku. W opublikowanej prognozie analitycy zwracają uwagę m.in. na fundusze hedgingowe, które wycofują się z rynku. Do tych przewidywań odnosi się ekonomista – prof. Krzysztof Piech. Zdaniem eksperta, żaden analityk nie jest w stanie podać dokładnego terminu kryzysu. Obecnie nie widać też takiego zagrożenia na rynku. Wojna handlowa czy konflikt między USA i Chinami nie spowodują nagłego krachu giełdowego. A jeśli on nastąpi, to z pewnością odczuje go też GPW. Można zabezpieczyć się na trudniejsze czasy, np. zwiększając zapasy złota. I tak zrobił nasz bank centralny. Dobra koniunktura przecież kiedyś się skończy.

Prof. Krzysztof Piech z warszawskiej Uczelni Łazarskiego
Prof. Krzysztof Piech z warszawskiej Uczelni Łazarskiego

Analitycy znanego japońskiego banku Nomura prognozują rychły krach na Wall Street. Ich zdaniem, najpóźniej na początku września może dojść do podobnych spadków, jak w 2008 roku. Czy to realny scenariusz?

Prof. Piech: Generalnie krach jest możliwy i pewnie jeszcze będzie ich wiele na Wall Street. Natomiast nikt nie wie, kiedy do tego dojdzie. Każdy, kto mówi, że jest w stanie to przewidzieć, zwłaszcza wskazując określone dni, mija się z prawdą, bo tego nie da się zrobić. Terminy kryzysów są najtrudniejszą rzeczą do przewidzenia, jaka może się zdarzyć w naukach ekonomicznych. Nie ma takiego noblisty czy analityka, który byłby w stanie to dokładnie przepowiedzieć. Zresztą najpóźniej za kilkanaście dni się przekonamy, czy ww. bank miał rację.

Pan Profesor podchodzi z dystansem do tej prognozy?

Prof. Piech: Ta notatka dla inwestorów nie zawierała pogłębionej analizy sytuacji, np. modelu makroekonomicznego czy rynku finansowego. Nie było w niej niczego, co mogłoby pokazać konsekwencje pewnych reakcji. Każdy z nas może coś podobnego napisać. To jest kwestia odpowiednich zasięgów i to będzie czytane. Warto też zastanowić się nad tym, jaki interes miał bank w publikowaniu tego typu informacji. Na pewno wzrośnie przez to jego rozpoznawalność. Poprzedni kryzys z 2008 roku przewidziało raptem kilkanaście osób na świecie, w naszej części Europy – tylko ja. Powiedzieć, że coś się zdarzy, to jest jedna rzecz. Ale ważniejsze jest wskazanie przyczyn. A to nie jest już takie proste.

Według Nomury, z rynku wycofują się fundusze hedgingowe. To zwiększa ryzyko krachu?

Prof. Piech: Analitycy Nomury wskazali, że handel algorytmiczny zyskuje na znaczeniu, a to jest truizmem od wielu lat. Wiemy, że kryzys może być w jakiś sposób spowodowany przez ciąg zleceń wykonywanych przez boty i algorytmy. Takie rzeczy się zdarzają, ale jednak bardzo szybko się to koryguje, gdy okazuje się, że jest np. zlecenie, które uruchomiło wiele innych. To jeszcze nie jest coś, co może wywołać krach, najwyżej drobne tąpnięcie. Handel algorytmiczny to jest końcówka spirali, taki zapalnik. Co jest amunicją tej broni, tego za bardzo nie widać. Jest szereg czynników, ale na chwilę obecną żaden z nich nie jest na tyle alarmujący, żeby był w stanie uruchomić kryzys Wall Street.

Czytaj również:  Lipiec 2019 na rynkach akcji

Co mogłoby być takim czynnikiem?

Prof. Piech: Ostatni kryzys był na rynku nieruchomości, co dostrzegliśmy niespełna 2 lata przed upadkiem Lehman Brothers. Widać było spadki cen, tylko nie zauważyliśmy, jak poważnie w tę sytuację były zaangażowane banki amerykańskie. To dopiero wyszło na jaw w 2008 roku. Dziś nie widać takiego zagrożenia, w które rynek byłby zaangażowany. Można więc mówić o bańce spekulacyjnej, przynajmniej w niektórych miastach i krajach. Jednak to, co bardzo często się wiąże z kryzysem, w porównaniu ze zwykłą recesją, to element zaskoczenia. Naprawdę nie widać czegoś takiego, co realnie mogłoby rozpalić rynek.

Są jednak sytuacje, które budzą niepokój wśród inwestorów.

Prof. Piech: Tak. Jednak najważniejsze z nich, czyli wojna handlowa i konsekwencje sporu między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, nie mogą spowodować nagłego krachu giełdowego. Bo impulsy kryzysowe, które przez ten kanał się rozchodzą, są bardzo, bardzo powolne. To jest coś, co może wywołać w długim czasie większe spowolnienie, ale nie krach jako taki. Analitycy Nomury wskazują na fundusze hedgingowe, ale one też reagują na jakieś bodźce, bardziej z pogranicza rynków finansowych i realnych, a tego przecież nie ma.

W jaki sposób ewentualny krach na Wall Street wpłynąłby na GPW?

Prof. Piech: Na naszą gospodarkę na pewno nie zadziałałby w jakiś znaczący sposób, ale na giełdę – może bardziej. Nie wykluczam również wpływu na polskiego złotego. Jednak ciekawsze jest to, co stanie się później, tzn. jak głęboki będzie to kryzys, ile czasu potrwa itd. Jeśli pojawi się duża niepewność, to wtedy uruchomią się nastroje pesymistyczne. Niepewność jest jak zła informacja, a może nawet jeszcze gorsza dla rynku, bo nie wiadomo, co trzeba dalej robić.

W jaki sposób przygotować się do takiej sytuacji?

Prof. Piech: Ponad rok temu mówiłem, że trzeba się zabezpieczyć przed kryzysem. Wtedy zasugerowałem zwiększenie zapasów złota i NBP posłuchał. Wynik banku centralnego na koniec roku będzie zapewne bardzo pozytywny i bardzo ucieszy ministra finansów, ktokolwiek nim będzie. I oczywiście to będzie się dobrze przekładało na budżet czy dodatkowe możliwości. Wiadomo, że dobra koniunktura kiedyś się skończy. Jednak trudno powiedzieć, czy będzie to za kilka miesięcy, czy może za 2-3 lata.

Co wtedy?

Prof. Piech: Mam pewne obawy. O ile poprzednio udało się wyjść obronną ręką, tak teraz gospodarka jest strasznie rozgrzana, ale mocą konsumpcji, której nie towarzyszy niestety wzrost oszczędności. W naszym kraju nie ma wystarczających zapasów, żeby przetrzymać dłużej recesję. Pesymizm może dość mocno uderzyć w PKB. I wtedy od mistrzostwa PR-owego rządu będzie zależało, czy społeczeństwo rzeczywiście ograniczy wydatki, czy może uda się je w jakiś sposób podtrzymać. W takiej sytuacji wyjdzie na jaw, czy mamy kompetentny rząd.