Warszawa niezmiennie utrzymuje pozycję lidera wśród rynków biurowych
w Polsce. W I kwartale 2025 roku odnotowano dynamiczny wzrost aktywności najemców – popyt na powierzchnie biurowe zwiększył się aż o 16% względem analogicznego okresu roku poprzedniego, osiągając poziom ponad 160 000
m kw. wynajętej powierzchni.
„W tym samym czasie na stołeczny rynek trafiło jedynie 6 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej, co przyczyniło się do dalszego spadku wskaźnika pustostanów – na koniec marca 2025 roku wyniósł on średnio 10,5%, a w centralnych lokalizacjach zaledwie 7,4%. Szczególnie niskim poziomem pustostanów (3,5%) cieszą się nowoczesne budynki oddane do użytku po 2020 roku,” – komentuje Michał Kusy, analityk w dziale badań rynku w Knight Frank.
Całkowite zasoby biurowe Warszawy na koniec I kwartału wyniosły 6,28 mln m kw., co stanowi niemal połowę zasobów w skali kraju. Największa koncentracja powierzchni (45%) znajduje się w strefach centralnych, z istotnym udziałem obszarów takich jak Służewiec i Aleje Jerozolimskie, odpowiednio 17% i 12%.
Aktywność deweloperska pozostaje na niskim poziomie – od początku roku oddano tylko jeden nowy budynek (siedzibę CD Projekt o powierzchni 6 000 m kw.). W budowie pozostaje jedynie 241 000 m kw., z czego większość ma zostać ukończona do końca 2025 roku, głównie w rejonie Ronda Daszyńskiego. Poza tym w centrum dominują modernizacje, które odpowiadają za 26% całej powierzchni w budowie.
„Kolejnym pozytywnym sygnałem dla rynku ze strony najemców jest znaczny wzrost nowych umów i ekspansji. Struktura najmu w I kwartale 2025 roku pokazuje dominację nowych umów (49% wolumenu), przy znacznym spadku udziału renegocjacji (do 25%). Coraz większy udział stanowią również umowy zawierane na potrzeby własne najemców (17%) oraz ekspansje (9%),”– dodaje Piotr Kalisz, dyrektor działu reprezentacji najemcy w Knight Frank.
Aż 68% wynajętej powierzchni przypadało na budynki z certyfikatami ekologicznymi, z czego 43% posiadało najwyższe klasy certyfikacji – BREEAM Excellent i Outstanding oraz LEED Platinum.
Czynsze wywoławcze w I kwartale 2025 roku utrzymały się na stabilnym poziomie. W centrum miasta kształtowały się na poziomie od 18 do 28 EUR/m kw./miesiąc, a w najbardziej prestiżowych lokalizacjach mogły przekraczać ten zakres. Poza centrum stawki wynosiły od 10 do 17 EUR/m kw./miesiąc. Opłaty eksploatacyjne wahały się najczęściej od 18 do 38 PLN/m kw./miesiąc.
Warszawski rynek biurowy pozostaje silny, a jego dalszy rozwój determinowany będzie przez rosnące znaczenie nowoczesnych, zrównoważonych budynków oraz zmieniające się potrzeby najemców.
Depresja, lęk społeczny, ale także choroby neurologiczne jak demencja czy choroba Alzheimera – ich diagnoza będzie w przyszłości wspierana przez sztuczną inteligencję. Polski zespół naukowców połączył śledzenie ruchu gałek ocznych ze sztucznymi sieciami neuronowymi, by stworzyć narzędzie do wczesnej diagnostyki. – Dokładność naszej metody sięga nawet 62 procent. Przed nami kolejne badania, ale wynik już jest obiecujący – mówi Karol Chlasta, współautor badania, doktor nauk inżynieryjno-technicznych z Akademii Leona Koźmińskiego.
Szybciej, ale równie skutecznie – dzięki sztucznym sieciom neuronowym
W badaniu wzięło w sumie udział 101 osób – w tym pacjenci z rozpoznaną depresją, osoby z lękiem społecznym oraz osoby zdrowe (grupa kontrolna). Badani oglądali przez 10 sekund zdjęcia twarzy o różnym wyrazie emocji, a specjalne czujniki w okulografach rejestrowały ich ruchy gałek ocznych. Zebrane dane posłużyły do wygenerowania tzw. „ścieżek spojrzeń”, które następnie zostały przeanalizowane przez modele głębokich konwolucyjnych sieci neuronowych – uczących się rozpoznawania wzorców w danych wizualnych i działające na podobnej zasadzie jak ludzki mózg, czyli przetwarzając informacje warstwa po warstwie i wyszukując znaczące sygnały.
– Wzorce ruchów oczu mogą dostarczyć obiektywnych danych na temat naszej kondycji psychicznej. U osób depresyjnych zauważamy tendencję do skupiania uwagi na negatywnych bodźcach. Z kolei osoby z lękiem społecznym wykazują zwiększoną aktywność w skanowaniu twarzy, co jest związane z występowaniem zjawiska w psychologii nazywanego hiperskanowaniem. Objawia się to wydłużeniem ścieżki skanowania twarzy, co świadczy o ich wrażliwości na bodźce społeczne – mówi dr Karol Chlasta, współautor badania i ekspert od sztucznej inteligencji.
– W przypadku rozróżniania depresji i lęku społecznego nasza metoda osiąga skuteczność rzędu 60–70 procent. To porównywalne z tradycyjnymi metodami, ale dużo szybsze i mniej angażujące dla pacjenta. Umożliwia także łatwiejsze i szybsze monitorowanie zmian stanu psychicznego chorego – dodaje.
Testy podobne do tych ze smartwatcha?
Choć dokładność modeli sztucznej inteligencji nie jest jeszcze idealna, bo wynosi 62 proc. dla porównania pacjentów z depresją, lękiem społecznym i grupy kontrolnej, to dla badań przesiewowych jest to wynik obiecujący. Szczególnie, że można go uzyskać na podstawie zaledwie 10 sekundowego testu. Co więcej, takie rozwiązania mogą w przyszłości trafić do urządzeń codziennego użytku.
– Możemy to porównać do działania inteligentnych zegarków, które mówią nam jak wyglądał nasz rytm snu. Tyle że poza pulsem, możemy mierzyć i analizować także nasz wzrok, choćby kamerą internetową, albo poprzez coraz popularniejsze okulary VR – wyjaśnia dr Chlasta.
Pozwoliłoby to na stworzenie “wykresu dobrostanu psychicznego” podobnego do wykresów kroków, tętna czy jakości snu oferowanych przez dzisiejsze inteligentne zegarki czy smartphony. Poza analizą wzroku, badacz zwraca uwagę również na swoje pozostałe badania związane z zastosowaniem nowych metod sztucznej inteligencji do analizy głosu. Prace te dotyczą zarówno analizy głosu w kontekście diagnostyki depresji, jak i schorzeń neurologicznych, takich jak demencja czy choroba Alzheimera.
– W przypadku wielu schorzeń nasz głos delikatnie się zmienia. Można porównać to do tego, że przeciążony pracą komputer pracuje nieco wolniej. Musi przełączać się pomiędzy różnymi zadaniami. W przypadku ludzi, możemy zaobserwować zmiany w działaniu narządów mowy, które często są trudne do wyłapania przez człowieka, ale które taki system oparty o sztuczne sieci neuronowe jest w stanie od razu wyłowić, nawet z krótkich fragmentów wypowiedzi – przekonuje badacz. – To może dać wczesny sygnał ostrzegawczy, że jesteśmy narażeni na depresję, demencję lub chorobę Alzheimera. Dzięki temu mamy szansę szybciej zareagować. Zmienić codzienne nawyki i skonsultować się z lekarzem, zanim nasze objawy się nasilą – dodaje dr Chlasta.
Obiecujące badania, ale co dalej?
Depresja i lęk społeczny to jedne z najczęstszych zaburzeń psychicznych, a liczba osób nimi dotkniętych wciąż rośnie. WHO przewiduje, że do 2030 roku depresja będzie najczęściej diagnozowaną chorobą na świecie. W Polsce cierpi na nią już około 4 miliony osób, choć wiele przypadków pozostaje niezauważonych. Głównie dlatego, że ich wczesne wykrycie jest trudne i czasochłonne. Tymczasem badania dr. Chlasty wskazują, że analiza ruchów gałek ocznych może dostarczyć cennych informacji o stanie psychicznym – i stanowić dla nas pierwszy sygnał, że warto skonsultować się z lekarzem.
Żeby jednak takie rozwiązania jak eye-tracking i inne oparte o AI, mogły trafić do powszechnego użytku, konieczna jest kontynuacja badań, a także zmiany systemowe. Dr Chlasta wskazuje, że możliwe byłoby zastosowanie tej technologii w szerszym systemie umożliwiającym monitorowanie stanu zdrowia psychicznego pacjentów – czy to na skalę całego systemu opieki zdrowotnej, czy też np. na poziomie jednej kliniki, która mogłaby stale oceniać stan zdrowia jej pacjentów. Możliwe byłoby nawet indywidualne użycie za pomocą laptopa z kamerą internetową i mikrofonem, okularów VR lub smartfona.
– Aby stworzyć dobrze działający model, potrzebne są jednak dodatkowe dane. Systemowo jednak nie są one zbierane, a placówki medyczne również ich nie gromadzą. Dodatkowo, społeczne zaufanie do sztucznej inteligencji wciąż jest niskie, a ludzie podchodzą do przekazywania swoich danych z pewną dozą niepewności. Prawda jest jednak taka, że bez dodatkowych danych nie będzie nam łatwo wyjść poza warunki laboratoryjne, a bez kolejnych analiz nie uda się nam przeprowadzić demonstracji prototypu tej nowej technologii w warunkach operacyjnych – tłumaczy dr Karol Chlasta.
W prace nad nową metodą diagnozy zaangażowani byli zarówno psychologowie, jak i eksperci od badań nad sztuczną inteligencją. Wśród nich znaleźli się: dr hab. Krzysztof Krejtz oraz dr hab. Izabela Krejtz z Uniwersytetu SWPS, dr Karol Chlasta z Akademii Leona Koźmińskiego oraz dr Katarzyna Wisiecka z Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie. Badanie zostało opublikowane w czasopiśmie International Journal of Marketing, Communication and New Media.
Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej obniżyła główną stopę procentową z 5,75 proc. do 5,25 proc., czyli o 50 p.b.
Większość uczestników rynku od kilku miesięcy spodziewała się, że cykl obniżek stóp procentowych może rozpocząć się najpóźniej w lipcu, czyli na pierwszym posiedzeniu po wyborach prezydenckich, ale jeszcze dwa miesiące temu Prezes RPP mówił, że rozpoczęcie cyklu obniżek w tym roku może być jeszcze możliwe.
Dopiero kilka tygodni temu profesor Glapiński znacząco zmienił retorykę w oparciu o nową projekcję inflacyjną i nowe odczyty gospodarcze, praktycznie wprost deklarując, że obniżka w maju jest możliwa.
Dzisiaj cykl obniżek można oficjalnie uznać za rozpoczęty, a ta obniżka wydaje się być pierwszą z serii obniżek, które mogą mieć miejsce na kolejnych posiedzeniach RPP.
Wyceny kontraktów FRA sugerują, że cykl obniżek stóp procentowych powinien się zakończyć na początku 2026 roku przy stopie referencyjnej na poziomie 3,50 proc., co oczywiście jest bardzo dobrą informacją dla kredytobiorców oraz emitentów obligacji, gorszą dla banków, obligatariuszy i oszczędzających na klasycznych produktach bankowych.
Autor: Piotr Bawolski, CFA, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych, Michael / Ström Dom Maklerski
Rynek nieruchomości od dłuższego czasu wyczekiwał decyzji o obniżce stóp procentowych, a jej ogłoszenie może okazać się ważnym impulsem. Jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem tej zmiany, dane z Biura Informacji Kredytowej oraz analizy Otodom wskazywały na rosnące zainteresowanie potencjalnych nabywców – przybywało zapytań o kredyty hipoteczne i zwiększała się liczba wyszukiwań ofert mieszkań oraz domów. Konsumenci zaczęli testować swoją zdolność kredytową w nadziei na lepsze warunki finansowania.
Badania Otodom pokazały, że aż 13% osób rozważających zakup nieruchomości było gotowych podjąć decyzję zakupową pod warunkiem obniżki stóp. Gdyby ta grupa faktycznie zdecydowała się na zakup, sprzedaż mieszkań na siedmiu największych rynkach w Polsce mogłaby wzrosnąć o niemal 5 tys. lokali w porównaniu z rokiem 2024, przekraczając próg 42 tys. transakcji.
Mimo pozytywnego sygnału, jaki wysyła decyzja RPP, jedno obniżenie stóp nawet o 50 czy nawet 75 punktów bazowych nie rozwiąże wszystkich problemów rynku. Przy obecnym poziomie cen mieszkań, wyraźny wzrost sprzedaży o 15–20% byłby możliwy dopiero przy łącznym cięciu rzędu 100–150 punktów bazowych a to wymaga czasu i sprzyjających warunków makroekonomicznych. Jeszcze silniejszy efekt mogłoby przynieść połączenie dalszych obniżek stóp z wprowadzeniem rządowego programu wspierającego zakup mieszkań z rynku wtórnego. To właśnie ta część rynku odczułaby wówczas znaczącą poprawę sytuacji.
Warto jednak zaznaczyć, że w ostatnich kwartałach rynek mieszkaniowy udowodnił swoją odporność i zdolność do funkcjonowania bez dodatkowego wsparcia. Co więcej, według badań prowadzonych na zlecenie Otodom, od dwóch kwartałów nastroje klientów się poprawiają i coraz mniej z nich spodziewa się dalszych wzrostów cen nieruchomości. Ta zmiana wynika przede wszystkim ze stabilizacji cen ofertowych i poprawy dostępności mieszkań, a nie z samych oczekiwań wobec polityki monetarnej.
Dzisiejsza decyzja Rady Polityki Pieniężnej daje szansę na powrót tzw. „kupującego kredytowego”, jednak realna siła tego impulsu będzie zależeć od kontynuacji obniżek stóp oraz ewentualnego wsparcia popytu – na przykład w postaci rządowych programów. Dla wielu potencjalnych nabywców sam sygnał poprawy warunków finansowania może nie wystarczyć, jeśli nie zostanie on wzmocniony działaniami, które zwiększą dostępność kredytów hipotecznych i zmniejszą bariery dla potencjalnych nabywców.
Autor: Katarzyna Kuniewicz, Dyrektorka badań rynku, Otodom
Amerykański sąd federalny nakazał izraelskiej firmie szpiegowskiej NSO Group, twórcy Pegasusa, zapłatę niemal 170 milionów dolarów odszkodowania na rzecz WhatsAppa i spółki macierzystej – Meta;
To finał sprawy, która rozpoczęła się w 2019 roku, gdy przedstawiciele WhatsApp odkryli, że NSO Group wykorzystało jego system połączeń wideo do przesyłania złośliwego oprogramowania użytkownikom, w tym Pegasus;
Tym sposobem zainfekowano około 1 400 kont WhatsApp.
odszkodowania jest ważnym sygnałem. Tak wysoka kara może być druzgocąca dla NSO Group i stanowi ostrzeżenie dla innych firm rozwijających zaawansowane narzędzia do cyberinwigilacji, takich jak Pegasus, znany z wykorzystywania do ataków na przeciwników politycznych, dziennikarzy i przedstawicieli różnych organizacji.
Kluczowe znaczenie w tym procesie miała decyzja Mety, której decydenci zdecydowali o ujawnieniu incydentów włamań do WhatsAppa. To pozwoliło kontynuować postępowanie sądowe i ostatecznie pociągnąć NSO Group do odpowiedzialności finansowej. Równie istotne były też: stały monitoring sytuacji i równolegle prowadzone dochodzenia przez organizacje społeczne, takie jak Amnesty International i Citizen Lab, które odegrały ważną rolę w ujawnianiu nadużyć związanych z oprogramowaniem szpiegowskim i zwiększaniu świadomości na temat zagrożeń. Niestety rynek inwazyjnych i złośliwych technologii nadal się rozwija.
Dosłownie w zeszłym miesiącu, podczas Paryskiego Forum Obrony i Bezpieczeństwa, państwa ze wszystkich kontynentów uzgodniły dobrowolny kodeks postępowania mający na celu regulację i ograniczenie rozprzestrzeniania się złośliwego oprogramowania szpiegowskiego. Choć porozumienie to jest dobrowolne, stanowi ważny sygnał dla społeczeństwa, że nie ma przyzwolenia rządzących na takie praktyki. Z drugiej strony, niestety znaczna część krajów kodeksu nie przyjęła, co może stanowić poważne wyzwanie dla cyberbezpieczeństwa międzynarodowego.
Niewątpliwie grupę osób najbardziej narażonych na działania cyberszpiegów stanowią politycy (zarówno szczebla krajowego, jak i lokalnego), liderzy biznesu, pracownicy organizacji i jednostek pożytku publicznego. Osoby te powinny ze szczególną starannością dbać o zabezpieczanie swoich urządzeń.
Autor: Kamil Sadkowski, analityk laboratorium antywirusowego ESET
Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała się na obniżenie stóp procentowych o 50 punktów bazowych, co było zgodne z oczekiwaniami rynkowymi. Na decyzję o obniżce stóp procentowych musieliśmy czekać bardzo długo, gdyż poprzednia decyzja o obniżce była podjęta ostatnim razem w październiku 2023 roku. Główna stopa procentowa została obniżona z poziomu 5,75% do poziomu 5,25%. Co stało za dzisiejszą decyzją?
Szef NBP oraz RPP, czyli prof. Glapiński wyraźnie zmienił komunikację na początku kwietnia, co było związane z dwoma czynnikami. Po pierwsze już od dawna w Radzie budowała się narracja o potrzebie obniżek, a po drugie inflacja dała powód ku temu, aby zmienić komunikację. Inflacja w marcu wypadła na poziomie 4,9%, czyli poniżej poziomów prognozowanych przez NBP oraz następnie inflacja za kwiecień spadła do poziomu 4,2%. Oczywiście pozostaje ona wyraźnie powyżej celu, ale ostatnia projekcja i tak pokazała, że szczyt inflacji miał miejsce na początku tego roku i powinien zmierzać do celu i osiągnąć go w 2026 roku. Prof. Glapiński zapowiadał, że widzi przestrzeń do dwóch obniżek o 50 punktów bazowych w tym roku, w sumie o 100 punktów bazowych i następnie analizie tego, jak wpłynie to na gospodarkę oraz inflację. Wobec tego najprawdopodobniej kolejnym terminem obniżki będzie lipiec, kiedy poznamy najnowsze projekcje inflacyjne. Oprócz tego szef NBP zakładał, że stopy procentowe zostaną obniżone do poziomu 3,5% w przyszłym roku.
Co oznacza dzisiejsza obniżka? Jest to z pewnością ulga dla kredytobiorców. Zakładając kredyt hipoteczny na poziomie 500 tysięcy złotych na 25-30 lat, ze średnim oprocentowaniem, które wynosi obecnie ok. 7,5%, rata powinna być niższa o nieco ponad 150 zł. Zakładając jednak obniżki do 3,5% do przyszłego roku, od obecnych poziomów dla wskazanego kredytu, rata w przyszłym roku może być niższa o ponad 700 zł. Niższe stopy procentowe to również dobra informacja dla przedsiębiorców, którzy nierzadko korzystają z takiego rodzaju finansowania czy również inwestorów, choć kredyt inwestycyjny w Polsce nie jest tak popularny jak np. Na Wall Street.
Co ze złotym? Złoty stracił na wartości na początku kwietnia w momencie zmiany narracji ze strony Narodowego Banku Polskiego i dzisiejsza decyzja była wyraźnie komunikowana przez wielu członków Rady Polityki Pieniężnej w ostatnich tygodniach. Wobec tego złoty najprawdopodobniej pozostanie stabilny, niemniej jego postawa będzie zależeć od zapowiedzi prof. Glapińskiego w trakcie czwartkowej konferencji prasowej. Jeśli zapowie cały regularny cykl obniżek, złoty może znaleźć się pod presją. Jeśli jednak zachowa neutralny stosunek, najprawdopodobniej złoty pozostanie stabilny.
Obecnie za dolara płacimy 3,76 zł, za euro 4,27 zł, za funta 5,02 zł, za franka 4,56 zł.
Autor: Michał Stajniak, CFA, wicedyrektor Działu Analiz XTB
Ujawnienie danych osobowych podczas konferencji prasowej – Prezes UODO wszczyna postępowanie z urzędu
Podczas jednej z ostatnich konferencji prasowych w Sejmie RP doszło do poważnego naruszenia zasad ochrony danych osobowych. W trakcie wydarzenia, którego celem było wyjaśnienie kwestii majątkowych jednego z kandydatów na Prezydenta RP, poseł Przemysław Czarnek zaprezentował dokumenty zawierające dane osobowe dwóch osób prywatnych – imiona, nazwiska, adresy zamieszkania oraz numery PESEL. Dane te zostały ujawnione publicznie i znalazły się na zdjęciach dostępnych w mediach.
Sprawą natychmiast zainteresował się Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), Mirosław Wróblewski, który poinformował o wszczęciu postępowania z urzędu. Jak podkreślił, osoby te nie pełnią żadnych funkcji publicznych, a ujawnienie ich danych osobowych w tak szerokim zakresie może wiązać się z poważnymi konsekwencjami – w tym zagrożeniem dla ich prywatności i bezpieczeństwa.
To nie pierwszy przypadek, gdy osoby publiczne – politycy czy urzędnicy – podczas wystąpień medialnych nie zachowują ostrożności w kwestii danych osobowych. Tym razem jednak skala naruszenia, jak również jego potencjalne skutki dla osób postronnych, skłoniły UODO do podjęcia natychmiastowych działań.
„Doceniam te media, które zachowały czujność i nie upowszechniały dalej w swoich publikacjach danych osobowych widocznych na zdjęciu i które je zasłoniły” – powiedział Prezes UODO. Jednocześnie zwrócił uwagę, że to osoby publiczne powinny w pierwszej kolejności zadbać o bezpieczeństwo danych, szczególnie tych, które dotyczą osób prywatnych.
Wobec zbliżających się wyborów prezydenckich Prezes UODO przypomniał również, że kampania polityczna, mimo że często nacechowana silnymi emocjami, nie zwalnia z obowiązku przestrzegania przepisów o ochronie danych osobowych.
Naruszenia przepisów RODO (Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych) mogą skutkować nie tylko postępowaniem administracyjnym, ale również dotkliwymi karami finansowymi. Przypadek ten pokazuje, że nawet w realiach politycznych i medialnych, prywatność obywateli powinna być bezwzględnie chroniona – szczególnie gdy dotyczy osób, które nie zdecydowały się na udział w życiu publicznym.
Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała dziś o obniżce stóp procentowych o 50 pb, tym samym podstawowa stopa procentowa w Polsce wynosi obecnie 5,25 pkt proc. Taka decyzja w pierwszej kolejności powinna obniżyć raty kredytów mieszkaniowych. Od poprzedniej obniżki stóp minęło już ponad 1,5 roku – poprzednio stopy spadły 5 października 2023 roku. Wieczorem decyzję o stopach podejmuje natomiast amerykański FED, a jutro Bank Anglii.
Zgodnie z oczekiwaniami rynku doszło dziś do obniżki stóp procentowych. Zaskoczyła jednak jej skala – Rada zdecydowała się ściąć stopy aż o 50 pb. To efekt coraz silniej spadającej inflacji, która w kwietniu wyniosła 4,2 proc. (spadek z poziomu 4,9 proc. w marcu). Inflacja wyraźnie znajduje się w trendzie spadkowym – już w lipcu, za sprawą efektu bazy (wysokie odczyty w tych samych miesiącach rok temu), inflacja powinna spaść do poziomu około 3 proc. Zbliżamy się też do wakacji, gdy spadki cen produktów sezonowych zwykle wyhamowują wzrost cen żywności – choć jeszcze w kwietniu ceny żywności wzrosły o 0,8 proc.
Obniżka stóp ucieszy wszystkich spłacających kredyty mieszkaniowe, których oprocentowanie powiązane jest z wysokością rynkowej stopy WIBOR, bowiem jej wartość bezpośrednio zależy od poziomu oficjalnych stóp. Stawki te już częściowo spadły w przededniu decyzji Rady. Spadek WIBOR-u o 50 pb powinien przełożyć się na spadek raty przeciętnego kredytu o 25-35 zł na każde 100 tys. zł kredytu. Nie dotyczy to jednak osób, które posiadają kredyty z okresowo stałym oprocentowaniem – one odczują spadek stóp dopiero po zakończeniu okresu stałej stopy (w większości przypadków jest to okres 5 lat od zaciągnięcia kredytu).
Obniżka stóp zarówno w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii powinna zostać pozytywnie odebrana przez i inwestorów i giełdy, których atrakcyjność rośnie, gdy spadają stopy procentowe. Według badania eToro Puls Inwestora Indywidualnego, odsetek polskich inwestorów uważających inflację za największe zagrożenie dla ich portfela inwestycyjnego spadł w pierwszym kwartale do poziomu 24 proc., z 28 proc. kwartał wcześniej. Inflacja jednak cały czas pozostaje najpopularniejszym zagrożeniem dla portfela polskich inwestorów, choć jednocześnie 22 proc. z nich najbardziej obawia się konfliktów międzynarodowych, a dla 9 proc. najważniejszym problemem pozostają wysokie stopy procentowe w Polsce.
Z drugiej strony możemy także spodziewać się spadku oprocentowania bankowych depozytów, co powoduje, że mimo spadku inflacji bankowe lokaty realnie będą przynosić swoim posiadaczom straty – podobnie jak miało to miejsce w ostatnich miesiącach.
Spadek stóp procentowych w Polsce może także osłabić złotego, który w ostatnim okresie pozostaje najmocniejszy od kilku lat. Obniżka stóp oznacza bowiem, że lokowanie kapitału w Polsce stanie się mniej dochodowe, a zatem złoty może stać się mniej atrakcyjny dla inwestorów. Warto jednak pamiętać, że stopy w Polsce cały czas pozostają znacząco wyższe od stóp w USA i strefie euro. Dziś wieczorem decyzję o stopach będzie podejmował amerykański FED, który z dużym prawdopodobieństwem pozostawi stopy bez zmian. Jutro natomiast zbiera się Bank Anglii – tutaj rynek przewiduje, że dojdzie do obniżki stóp.
Dyrektor KIS potwierdził, że nabycie przez fundację rodzinną udziałów wyłącznie w celu ich dalszego zbycia mieści się w zakresie dozwolonej działalności gospodarczej i nie podlega opodatkowaniu CIT. Należy jednak zachować ostrożność, bo zdaniem Szefa KAS takie działanie pozbawione uzasadnienia ekonomicznego może zostać uznane za agresywną optymalizację podatkową.
Szybkie zbycie udziałów to dozwolona działalność gospodarcza fundacji rodzinnej
Fundacja rodzinna, prócz ochrony majątku i planowania sukcesji, czy element strategii Family Office, oferuje swoim fundatorom i beneficjentom namacalne preferencje podatkowe. Jeżeli fundacja wykonuje tzw. dozwoloną działalność gospodarczą, o której mowa w art. 5 ustawy o fundacji rodzinnej – to podatku dochodowego płacić nie musi. W pewnym uproszczeniu, można wskazać, że dopiero w przypadku transferu zarobionych środków z fundacji rodzinnej, trzeba będzie podatek uiścić. Model opodatkowania jest więc w dużym stopniu zbliżony do spółek opodatkowanych ryczałtem od dochodów spółek (nazywanym również popularnie estońskim CIT).
Jest jeszcze jedna istotna kwestia – w przypadku przekroczenia zakresu dozwolonej działalności gospodarczej, dochód z takiej działalności jest opodatkowany w stawce 25%. Innymi słowy, prowadzenie działalności gospodarczej spoza katalogu z art. 5 ustawy o fundacji rodzinnej skutkuje jej opodatkowaniem. W art. 5 wymienione jest m.in. zbywanie mienia, o ile mienie to nie zostało nabyte wyłącznie w celu dalszego zbycia, przystępowanie do spółek handlowych, nabywanie i zbywanie papierów wartościowych, instrumentów pochodnych i praw o podobnym charakterze.
Podatnicy występowali o interpretacje indywidualne
Podatnicy zaczęli mieć wątpliwości, czy zbycie udziałów w spółce prawa handlowego następujące w krótkim okresie czasu od ich nabycia przez fundację rodzinną mieści się w zakresie owej dozwolonej działalności, co skutkuje brakiem opodatkowania. Pytania rodzą zwłaszcza granice „dozwolonego” zbywania mienia.
Brzmienie literalne przepisów jest jasne, i przemawia na korzyść podatników
O ile może być wątpliwe to, czy dochód ze zbycia udziałów powinien być zaliczony do zakresu działalności, jakim jest przystępowanie do spółek prawa handlowego, czy też nabywanie i zbywanie papierów wartościowych, instrumentów pochodnych i praw o podobnym charakterze, to trzeba zwrócić uwagę na treść art. 5 ust. 3 ustawy o fundacji rodzinnej. Stosownie do jego treści, ograniczenia dotyczące nabycia mienia tylko po to, aby je następne zbyć nie stosuje się do działalności, jaką jest przystępowanie do spółek prawa handlowego, oraz nabywanie i zbywanie papierów wartościowych. Dlatego, abstrahując od klasyfikacji zbywania udziałów w ramach art. 5, krótki czas pomiędzy nabyciem, a zbyciem nie niweluje prawa do zwolnienia z podatku dochodowego.
Dyrektor KIS z taką interpretacją się zgodził
Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej podzielił taką argumentację. Jak wyjaśniano w interpretacji indywidualnej z 29 października 2024 r., znak: 0111-KDIB1-2.4010.508.2024.1.EJ: „mając bowiem na względzie przywołany art. 5 ust. 3 ustawy o fundacji rodzinnej, stwierdzić należy, że fundacja rodzinna może prowadzić działalność polegającą na zbywaniu praw wynikających z przystąpienia do spółek handlowych oraz podmiotów o podobnym charakterze mających swoją siedzibę za granicą, nawet jeśli takie prawa, składniki mienia zostały nabyte wyłącznie w celu ich dalszego zbycia. Na gruncie art. 5 ust. 1 pkt 3 ustawy o fundacji rodzinnej, fundacja rodzinna może przystępować do spółek handlowych i innych wymienionych w tym przepisie podmiotów, uczestniczyć w nich oraz wykonywać wszelkie prawa wynikające z tych tytułów, również z nich występować, czy zbywać części udziału”.
A może jednak są jakieś zagrożenia podatkowe
Pomimo wydanej interpretacji, takich transakcji nie można jednak uznać za w pełni bezpieczne. Szef Krajowej Administracji Skarbowej w odmowie wydania opinii zabezpieczającej z dnia 19 grudnia 2024 r., znak: DKP1.8082.7.2023, uznał bowiem, że może stanowić przejaw unikania opodatkowania czynność polegająca na wniesieniu udziałów do fundacji rodzinnej i następne szybkie ich zbycie. Jeśli więc fundacja rodzinna została wykorzystana z perspektywy ekonomicznej jako zbędny podmiot pośredniczący, mający na celu uzyskanie korzyści podatkowych, możliwe jest wówczas zastosowanie art. 119a Ordynacji podatkowej i w konsekwencji zakwestionowanie tych korzyści.
Wniosek z tego jest następujący, w przypadku takich zamierzeń należy dokładnie zweryfikować, czy podejmowane działanie ma uzasadnienie ekonomiczne. Jeśli, celem podatnika jest wyłącznie uzyskanie korzyści podatkowych, należy uznać je za obarczone ryzykiem podatkowym. By ustalić bezpieczną, zgodną z prawem strategię warto postawić na doradztwo podatkowe.
Autor: Robert Nogacki, radca prawny, partner zarządzający, Kancelaria Prawna Skarbiec, specjalizująca się w doradztwie podatkowych, ochronie majątku, Family Office w tym w tworzeniu fundacji rodzinnych i planowaniu sukcesji
Wyniki badania EY wskazują, że tylko 10% przedsiębiorstw z branży handlowej ma za sobą pierwsze wdrożenie AI. Jednocześnie długi proces analiz możliwych rozwiązań przekłada się na skuteczność – 89% podmiotów uznało, że sztuczna inteligencja pozwoliła im osiągnąć zamierzone cele. Handel najrzadziej ze wszystkich sektorów (22%) wskazywał, że AI przyczyniło się do redukcji liczby rekrutacji na stanowiska niewymagające doświadczenia.
Automatyzacja obsługi klienta, predykcyjne zarządzanie zapasami czy optymalizacja cen w czasie rzeczywistym – to tylko niektóre z przykładów tego, w jaki sposób branża handlowa wykorzystuje narzędzia oparte o sztuczną inteligencję. Dzięki inteligentnemu prognozowaniu zapotrzebowania i zarządzaniu zasobami, firmy z tego sektora mogą działać efektywniej. Najnowsze badanie EY – Jak polskie firmy wdrażają AI – dokładnie przygląda się temu, jak rodzima branża handlowa wdraża sztuczną inteligencję.
Handel odstaje od innych branż. Dlaczego tak często przerywa projekty?
Według raportu EY – Jak polskie firmy wdrażają AI – który wziął pod uwagę obszar handlu, produkcji i usług, obecnie prawie 1/3 (30%) przedsiębiorstw w Polsce ma już za sobą wdrożenia AI. Handel znajduje się poniżej średniej, ponieważ tylko co dziesiąta firma (10%) z sukcesem zaimplementowała tę technologię. Jest to znacząca różnica względem branży produkcyjnej (30%) i usługowej (24%). Dodatkowo ten sektor, częściej niż inne, przerwał rozpoczęty proces implementacji (13%, usługi – 8%, produkcja – 7%).
– Przedsiębiorstwa handlowe częściej niż inne branże korzystają z gotowych rozwiązań AI dostarczonych przez zewnętrzne podmioty, a tylko 14% z nich opracowuje własne narzędzia AI. W porównaniu do wyników naszego badania z poprzedniego roku widać bardzo istotny spadek liczby zakończonych wdrożeń (z 20% do 10%) i większy odsetek przerwanych wdrożeń (z 9% do ponad 13%). Może to oznaczać, że tzw. „nisko wiszące owoce” zostały już skonsumowane w pierwszej fali wdrożeń AI, a uzyskanie istotnych korzyści biznesowych z szerszej adopcji tej technologii stanowi duże wyzwanie. Dodatkowo, 26% firm z tego sektora, a więc znacznie więcej niż z innych obszarów, wskazuje obawy o bezpieczeństwo – w tym bezpieczeństwo danych – jako barierę w podjęciu decyzji o wdrożeniu. Jest to naturalne dla branży, dla której zaufanie klientów, kontrahentów i partnerów jest kluczowe dla prowadzenia biznesu – mówi Bartosz Pacuszka, partner EY Polska, lider zespołu AI Technology.
Pomimo niższego od innych segmentów rynku odsetka wdrożeń, to właśnie handel jest branżą, która najczęściej (89%) wskazywała, że implementacja AI pozwoliła na osiągnięcie zamierzonych korzyści. Dla porównania w przypadku produkcji ten odsetek sięgnął 79%, a usług – 74%. W sektorze handlowym szczególnie docenione były niższe koszty prowadzenia biznesu (47%) oraz zwiększenie skali działania i poprawa jakości usług (oba po 36%). AI był zaś najczęściej wdrażany w obszarach marketingu i analizy rynku (60%), sprzedaży (51%), obsługi klienta (46%) i zarządzania łańcuchem dostaw (40%).
– Od personalizacji doświadczeń zakupowych w e-commerce, przez zarządzanie łańcuchem dostaw, aż po obsługę klienta. Spektrum zastosowania AI w handlu jest bardzo szerokie i w tym sektorze dotyczy też nowych, innowacyjnych obszarów. Dziś już pojawiają się pierwsze sklepy bezobsługowe, a część branży stosuje określane przez sztuczną inteligencję, zmieniające się w czasie rzeczywistym ceny – mówi Michał Płotnicki, Partner EY-Parthenon, Lider Zespołu Sektora E-commerce.
Branża handlowa, częściej niż inne, stawia również na zabezpieczenia sztucznej inteligencji. To właśnie w tym sektorze 35% firm wskazało, że inwestuje w cyberbezpieczeństwo AI (w produkcji było to 28%, w usługach – 27%), a co czwarty podmiot w tej kwestii łączy rozwiązania proceduralne (jak szkolenia) z narzędziowymi, zwiększając tym samym odporność na potencjalny atak (w usługach był to co piąty, a w produkcji –18%).
Sztuczna inteligencja w handlu. Pracownicy jasno o zmianach
W przypadku wpływu AI na kwestie zatrudnienia, w branży handlowej również widać dużą ostrożność. Ten sektor najrzadziej (22%) wskazywał, że popularyzacja sztucznej inteligencji przyczyniła się do redukcji liczby rekrutacji na stanowiska niewymagające doświadczenia (względem 34% w usługach i 40% w produkcji). Podobnie w przypadku wprowadzania zmian organizacyjnych i operacyjnych spowodowanych podniesieniem efektywności dzięki AI. Handel najrzadziej (21%) spośród sektorów przeprowadzał takie działania (dla porównania w sektorze produkcji było to aż 48%), ale równocześnie najchętniej (49%) poszukuje nowych rozwiązań zwiększających efektywność.
Sami pracownicy natomiast podchodzą do popularyzacji AI bardzo pragmatycznie. Aż 40% firm handlowych zaznaczyło, że wśród zatrudnionych w nich osób dominuje przekonanie, iż wykorzystanie AI w ich pracy jest nieuchronne i trzeba zdobywać nowe umiejętności w tym zakresie. Jednocześnie przedstawiciele tej branży rzadziej (17%) przejawiali pogląd, że AI zabierze im pracę bądź trwale zmieni jej charakter.
– Pracownicy sektora handlowego są bardzo dobrze zaznajomieni z nowymi technologiami. Magazyny obsługiwane przez samojezdne roboty, systemy skanowania i inwentaryzacji czy boty, pomagające automatyzować obsługę klienta, nie są dziś niczym nowym. AI jest więc kolejnym, choć dużym i istotnym, krokiem rozwoju branży. Kluczowe dla zespołów HR będzie odpowiednie podejście do tej zmiany i pokazanie pracownikom, np. poprzez zapewnienie szkoleń, w jaki sposób narzędzia sztucznej inteligencji mogą pomóc im łatwiej i skuteczniej wykonywać codzienne zadania – mówi Katarzyna Ellis, Partnerka EY Polska i liderka zespołu People Consulting.
O badaniu
Druga edycja badania – Jak polskie firmy wdrażają AI – została opracowana na zlecenie EY Polska przez Cube Research w ostatnim kwartale 2024 roku na próbie 501 dużych i średnich przedsiębiorstw działające w branżach produkcyjnej, usługowej i handlowej.
Dzisiaj trzy ważne decyzje banków centralnych. W Europie – Czechy i Polska. Prawdopodobnie w obydwóch krajach dojdzie do obniżek stóp procentowych. Wieczorem USA, gdzie rynek nie oczekuje zmian.
Czekając na RPP
Dzisiaj kończy się dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Poznamy zatem decyzję w sprawie stóp procentowych, jednak nie wiadomo kiedy dokładnie. W przeciwieństwie bowiem do wielu innych tego typu gremiów, polskie nigdy nie ustaliło stałej godziny publikacji. Patrząc historycznie, należałoby typować godziny około 14:00-15:00. Problem w tym, że przy tak dużej zmianie, jaką jest potencjalna pierwsza od półtora roku obniżka stóp, nie można wykluczyć, że potrwa to dłużej. Złośliwi przypominają, że zdarzały się decyzje publikowane po godzinie 18:00. Rynek patrząc na stawkę WIBOR, oczekuje spadku od 0,25% do 0,5%. Obserwując analityków przed dzisiejszym posiedzeniem, niespodziewanie widoczny jest szeroki wachlarz opinii. Jedni prognozują brak decyzji, wskazując, chociażby konflikt polityczny prezesa NBP z obecną władzą. Drudzy natomiast rozważają opcje atomowe w postaci szokowego cięcia o dużą wartość, zamiast rozpoczynać cykl obniżek. Gdyby nie doszło do obniżki stóp procentowych, należy spodziewać się umocnienia złotego.
Czy Czesi obniżą stopy procentowe?
Dzisiaj o 14:30 poznamy decyzję w sprawie stóp procentowych w Czechach. Będzie to zatem najprawdopodobniej podobny czas jak w przypadku decyzji w Polsce. Warto jednak pamiętać, że obecny poziom tego wskaźnika w Czechach wynosi 3,75%. Jest to zatem już teraz o pełne 2 punkty procentowe mniej niż w Polsce. U nas główna stopa wynosi obecnie 5,75%. Niemniej jednak inflacja w Czechach w kwietniu spadła po raz pierwszy od 2018 roku poniżej 2% – wynosi ona 1,8%. W Polsce cieszymy się ze spadku do 4,2%. Sytuacja naszego południowego partnera jest zatem wyraźnie inna. To właśnie dlatego rynek spodziewa się dzisiaj obniżki o 0,25% u naszych południowych sąsiadów. Gdyby do tej obniżki nie doszło, należy się spodziewać umocnienia korony czeskiej.
Co w USA?
Dzisiaj poznamy decyzję Federalnego Komitetu Otwartego Rynku, czyli amerykańskiego odpowiednika naszej RPP. Analitycy są zgodni, że na posiedzeniu nie dojdzie do zmian stóp procentowych. Jest ona obecnie spodziewana w czerwcu lub lipcu. Mamy zatem typową sytuację gdzie ważniejsza będzie konferencja prasowa. Administracja prezydencka oczywiście naciska na obniżki. Łatwiej się rządzi przy niższych stopach procentowych. Dodatkowo im niższe stopy, tym słabsza powinna być waluta. Słaby dolar z kolei doskonale wpasowuje się w wyrównywanie deficytu handlowego. Powoduje on bowiem, że import staje się mniej opłacalny, za to mocno zyskują eksporterzy.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych, oprócz decyzji RPP o nieznanej godzinie, warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,
20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Stanowisko Rzecznika MŚP w związku z prezydenckim wetem dotyczącym składki zdrowotnej.
Prezydenckie weto do ustawy obniżającej składkę zdrowotną dla przedsiębiorców to decyzja głęboko niesprawiedliwa i nieracjonalna ekonomicznie. Obowiązujące od blisko trzech lat, uchwalone w ramach tzw. Polskiego Ładu przepisy są krzywdzące dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Zostały one obarczone nieproporcjonalnie wysokimi składkami, co w wielu przypadkach stanowiło ciężar nie do udźwignięcia dla prowadzonych przez nich firm i wymuszało ich likwidację bądź zawieszenie prowadzenia działalności. W latach 2022-2024 mieliśmy do czynienia z rekordowo wysoką liczbą przedsiębiorstw, które zaprzestawały działalności. Odbiło się to negatywnie na poziomie rozwoju gospodarczego Polski i oznaczało utratę setek tysięcy miejsc pracy.
Szczególnie dotkliwie skutki Polskiego Ładu odczuli przedsiębiorcy z sektora MŚP. To oni wytwarzają blisko połowę polskiego PKB. Małe i średnie przedsiębiorstwa są głównym źródłem elastyczności i konkurencyjności naszej gospodarki. I to właśnie one ponoszą największe ciężary wprowadzonych w 2022 roku rozwiązań. Dwa i pół miliona przedsiębiorców z nadzieją oczekiwało na zmianę szkodliwych i niesprawiedliwych przepisów. Dla nich i ich rodzin decyzja Prezydenta Andrzeja Dudy oznacza przekreślenie nadziei na poprawę warunków prowadzenia działalności oraz stwarza zagrożenie dla istnienia prowadzonych przez nich firm.
Jako Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców będę konsekwentnie dążyła do tego, by po wyborach prezydenckich rząd i parlament wróciły do sprawy. Wprowadzenie sprawiedliwych rozwiązań dotyczących składki zdrowotnej dla przedsiębiorców to jeden z głównych warunków przyspieszenia tempa rozwoju gospodarczego naszego kraju i przywrócenia przedsiębiorcom poczucia, że są przez państwo traktowani sprawiedliwie.
Zdaję sobie sprawę, że zarówno wysokość, jak i formy finansowania służby zdrowia wymagają gruntownego przemyślenia. Jestem gotowa do udziału w pracach nad finalnymi rozwiązaniami. Nie mogę jednak zgodzić się na obecne przepisy, które dyskryminują jedną grup społeczną.
Wynik 2024 r. wykazał powrót do stabilizacji na polskim rynku nieruchomości komercyjnych – powiało optymizmem. Całkowity wolumen transakcji przekroczył dwukrotność wyniku z 2023 r., potwierdzając istotne ożywienie na rynku. Oczekujemy, że ta dynamika utrzyma się w 2025 roku, dodatkowo napędzana przez spodziewane obniżki stóp procentowych, poprawę płynności i pojawienie się wielu okazji inwestycyjnych we wszystkich segmentach rynku.
W I kw. 2025 r. wolumen transakcji inwestycyjnych w Polsce wyniósł 686 mln euro, co stanowi wzrost o 64% rok do roku. Płynność rynku wzrosła z kolei o 46%. Struktura transakcji była zbudowana głównie w oparciu o sektor handlowy – w szczególności parki handlowe – oraz starsze biurowce. W rezultacie średnia wartość transakcji pozostała stosunkowo niewielka, i tylko wartość 4 transakcji znalazła się w przedziale 50-75 mln euro. Polscy inwestorzy odpowiadali za 17% wolumenu, co podkreśla stabilny udział i rosnący wpływ polskiego kapitału.
Inwestycje w sektorze magazynowym nabrały tempa: w I kw. odpowiadały za 29% całkowitego wolumenu transakcji, oraz dodatkowo w segmencie została zrealizowana ogromna fuzja (sprzedaż GLP do Ares). Transakcje biurowe miały miejsce zarówno w Warszawie, jak i na rynkach regionalnych, podczas gdy inwestycje w sektorze handlowym koncentrowały się na parkach handlowych i centrach handlowych zlokalizowanych w miastach regionalnych. Na rynku sfinalizowano również 3 transakcje w sektorze mieszkaniowym, a także zakup hoteli przez francuski SCPI.
Główne liczby:
686 milionów euro – całkowity wolumen inwestycyjny w I kw. 2025
35 transakcji
Wysoka płynność, umiarkowana średnia wartość transakcji
Sprzedaż GLP do Ares – duże przejęcie w sektorze magazynowym
Sektor magazynowy – bezpieczne opcje
Utrzymujące się zainteresowanie inwestorów aktywami magazynowymi sygnalizuje dalsze przyspieszenie w tym segmencie rynku. W obliczu utrzymującej się niepewności geopolitycznej, Polska wyróżnia się jako strategiczne miejsce dla inwestorów zagranicznych realizujących strategie „nearshoringu”, co wskazuje na silny i długotrwały potencjał wzrostu dla sektora.
W I kw. 2025 r. w sektorze magazynowym zrealizowano 5 transakcji o łącznej wartości 202 mln euro, co stanowiło 29% całkowitego wolumenu inwestycji w Polsce w tym okresie. Transakcje dotyczyły wielkopowierzchniowych obiektów logistycznych typu big-box zlokalizowanych w aglomeracjach trójmiejskiej i warszawskiej, a także nowoczesnego obiektu logistycznego i chłodniczego znajdującego się w samej Warszawie.
Kolejną zapowiedzią przyspieszenia w tym sektorze może być liczba realizowanych przez nasz zespół doradztwa technicznego projektów due diligence (TDD), które poprzedzają transakcje. A obecnie większość z nich przygotowywana jest dla obiektów magazynowych.
Polski sektor magazynowy konsekwentnie pozostaje silny, nawet w trudnych czasach. Dlatego też, wraz z wyczekiwanym większym przyspieszeniem na rynku inwestycyjnym, spodziewamy się rosnącej liczby transakcji portfelowych, a także transakcji fuzji i przejęć. Jedna znacząca transakcja została już sfinalizowana – GLP sprzedał swoje aktywa magazynowe do Ares Management (w tym duże portfolio znajdujące się w Polsce) w ramach globalnej transakcji typu M&A.
Sektor w liczbach:
202 miliony euro – wolumen sektora w I kw. 2025
5 transakcji
Sprzedaż GLP do Ares – duże przejęcie w sektorze magazynowym
Sektor handlowy – wygodne zakupu poza głównymi miastami
Polski sektor handlowy nadal cieszy się dużym zainteresowaniem inwestorów. W I kw. 2025 r. zrealizowano 14 transakcji, przy czym Avison Young doradzał przy 3 z nich.
Po sprzedaży kilku dużych centrów handlowych typu „prime” w 2024 r., początek 2025 r. został zdominowany przez aktywa typu „convenience” – parki handlowe odpowiadały za 56% wolumenu. Ta klasa aktywów, niezmiennie postrzegana jako bezpieczna opcja inwestycyjna, utrzymuje swoją atrakcyjność wśród inwestorów.
Kluczowe transakcje w I kw. 2025 r. obejmowały zakup Power Park Olsztyn przez BIG Shopping Centers oraz zakup Comfy Park Bielik przez Newgate Investment, z udziałem Avison Young pośredniczącego w finalizacji tej transakcji. Dodatkowo Terg nabył portfel dwóch parków handlowych.
Co ciekawe, niewielkie centra handlowe z ofertą typu „convenience”, zlokalizowane poza głównymi miastami Polski odpowiadały za ponad 1/3 wolumenu inwestycji sektora. Spośród 4 transakcji w tym segmencie, największą było nabycie 3 centrów handlowych Plaza Center na Śląsku przez ukraiński fundusz Focus Estate Fund. Transakcja ta podkreśla rosnący apetyt inwestorów na centra regionalne, których atutami są dobre lokalizacje, ugruntowane pozycje handlowe i atrakcyjne ceny sprzedaży.
Inne sprzedane w I kw. istotne obiekty w tej kategorii to Galeria Świdnicka, Pasaż Świętokrzyski i Galeria Młyńska. Przy tej ostatniej transakcji doradzał Avison Young. W tym okresie doszło również do sprzedaży kilku mniejszych obiektów typu „convenience” i samodzielnych obiektów handlowych, co pokazuje utrzymujący się popyt na zróżnicowane formaty obiektów handlowych.
Sektor w liczbach:
189 milionów euro – wolumen sektora w I kw. 2025
6 transakcji parkami handlowymi (na 14 zrealizowanych w sektorze)
2 transakcje portfelowe
Sektor biurowy – zainteresowanie stabilne, ale selektywny popyt
Rynek inwestycji biurowych w Polsce cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem inwestorów, choć kupujący dalej podchodzą do transakcji bardzo selektywnie. Strategie „value-add” i „core+” zyskują na popularności w określonych segmentach, szczególnie tam, gdzie przeceny zbliżyły do siebie oczekiwania sprzedających i kupujących.
Polski rynek biurowy zrealizował w I kw. 2025 r. wolumen inwestycyjny o wartości 176 mln euro. Największą transakcją kwartału – i jedyną transakcją typu core – było nabycie budynku Wronia 31 w Warszawie przez Uniqa Real Estate. Warto zauważyć, że ponad 60% aktywów będących przedmiotami transakcji miało charakter typu „value-add” lub oportunistyczny, co odzwierciedla zainteresowanie inwestorów możliwościami repozycjonowania nieruchomości. Podczas gdy popularność miast regionalnych rośnie, ich udział w całkowitym wolumenie inwestycji pozostaje ograniczony. Chociaż 8 z 12 transakcji miało miejsce na rynkach regionalnych, ich łączny wolumen stanowił nieco ponad 40% całkowitego wolumenu sektora.
Kapitał typu „core” pozostaje nieznacznie aktywny, ponieważ inwestorzy reprezentujący tego typu strategie nadal unikają ryzyka związanego z zawirowaniami gospodarczymi i geopolitycznymi. Z kolei inwestorzy typu „value-add” i oportunistyczni wykazują większą – aczkolwiek zachowawczą – aktywność, poszukując okazji bez przepłacania za aktywa. Wiemy o kilku transakcjach tego typu w Warszawie i miastach regionalnych, które mają zostać sfinalizowane w najbliższej przyszłości.
Sektor w liczbach:
176 milionów euro – wolumen sektora w I kw. 2025
8 transakcji na rynkach regionalnych (na 12 zrealizowanych w sektorze)
1 transakcja typu „core”
Sektor PRS – konwersje i nowi gracze
W 2024 r. rynek mieszkaniowy w Polsce odnotował łącznie 12 transakcji w sektorze PRS, osiągając rekordowy wynik 344 mln euro. Transakcje w sektorze PRS zostały sfinalizowane głównie przez aktywnych już operatorów. Dominował Szwedzki kapitał z 50% udziałem w całkowitym wolumenie inwestycji w PRS.
I kw. 2025 r. rozpoczął się od sfinalizowania 3 transakcji w sektorze mieszkaniowym o łącznej wartości ponad 100 mln euro. Największą z nich była transakcja typu „forward funding”- PRS Metro Szwedzka zostało pozyskane przez AFI Europe. Kolejnym projektem był zakup obiektu typu „co-living” Nad Stawem sfinalizowany przez NREP. Trzecia transakcja dotyczyła rynku wtórnego – Xior Student Housing nabył projekt PRS w Warszawie od Syrena Real Estate. Jest to jedna z niewielu transakcji na rynku wtórnym w Polsce, ponieważ rynek ten jest wciąż na wczesnym etapie rozwoju.
W sektorze pojawił się nowy gracz – Polski Holding Nieruchomości (PHN), ogłosił wejście w segment PRS. PHN wykorzysta własne zasoby i przebuduje posiadane pustostany na lokale PRS. Nowa platforma będzie oferować ok. 800 lokali PRS dostarczonych do końca 2030 roku.
Obserwujemy rosnące zainteresowanie inwestorów starszymi biurowcami z potencjałem przekształcenia w domy studenckie, mieszkania lub jednostki PRS. Jedną z kluczowych zalet tych nieruchomości jest atrakcyjna lokalizacja z bardzo dobrym dostępem do transportu publicznego. Doradcy techniczni Avison Young przeprowadzili już wiele analiz budynków biurowych pod kątem potencjalnej przebudowy na takie cele. Okazuje się, że adaptacja powierzchni biurowych na cele mieszkaniowe – bez konieczności wyburzania – jest względnie łatwa do wykonania w świetle obowiązujących przepisów technicznych. W rzeczywistości, przekształcenie budynków biurowych w jednostki mieszkalne jest znacznie łatwiejsze niż w drugą stronę.
Co dalej?
Polska pozostaje jednym z najbardziej atrakcyjnych rynków w regionie. Obserwujemy znaczny wzrost aktywności inwestorów typu REIT i SCPI.
Silne fundamenty napędzają ponowne zainteresowanie wysokiej jakości aktywami. Inwestorzy koncentrują się na takich właśnie obiektach, dodatkowo spełniających kryteria ESG lub poszukują aktywów oportunistycznych z potencjałem zmiany ich funkcji.
Oczekiwane obniżki stóp procentowych pomogą zmniejszyć rozbieżność w oczekiwaniach cenowych sprzedających i kupujących.
Wysiłki zmierzające do osiągnięcia zerowej emisji dwutlenku węgla staną się istotne nie tylko dla deweloperów i inwestorów, ale także dla banków finansujących rynek nieruchomości.
Autor Paulina Brzeszkiewicz-Kuczyńska – Research and Data Manager w Avison Young
Dziś niemiecki parlament niespodziewanie odrzucił kandydaturę Fredrica Merca na kanclerza. A w Warszawie trwa konferencja poświęcona branży obronnej – Defence24 Days. Te wydarzenia mają znaczenie dla sektora zbrojeniowego, który w ostatnich miesiącach stał się prawdziwym inwestycyjnym hitem. Trwająca wojna w Ukrainie, efekt prezydenta Trumpa oraz zwiększone wydatki zbrojeniowe w Europie skutkują nowymi zamówieniami. O ile wcześniej były to jedynie polityczne deklaracje, to teraz rosnące nakłady zaczynają realnie przekładać się na wyniki finansowe firm z branży. Widać to choćby w najnowszych danych niemieckiego koncernu Rheinmetall.
Rosnące zagrożenie ze Wschodu uruchomiło proces, który z roku na rok przyspiesza – europejskie państwa zwiększają wydatki na obronność. Jednak tempo tych zmian jest bardzo nierównomierne. Podczas gdy Polska czy państwa bałtyckie deklarują wydatki sięgające 5 proc. PKB, wiele krajów Europy Zachodniej wciąż z trudem zbliża się do progu 2 proc., wyznaczonego przez NATO. Obecnie ten warunek spełnia 23 z 32 państw sojuszu. Już teraz jednak widać, że 2 proc. to zdecydowanie za mało i coraz więcej mówi się o konieczności podniesienia minimalnego progu do 3, a nawet 4 proc. PKB.
Nowym bodźcem dla Europy stała się retoryka Donalda Trumpa, który otwarcie kwestionuje sens amerykańskiego zaangażowania w obronę NATO. Zapowiedź wstrzymania pomocy wojskowej dla Ukrainy oraz presja na europejskich sojuszników, by „płacili więcej”, prowadzi do strukturalnej zmiany podejścia. Państwa UE, dotąd uzależnione od parasola ochronnego USA, zaczynają budować własne zdolności obronne. To nie jest chwilowy trend a raczej długofalowa reorientacja polityki bezpieczeństwa. Widzimy to chociażby po decyzjach nowej niemieckiej koalicji rządowej, która już na początku negocjacji zgodziła się na wyłączenie wydatków na obronność z ogólnych ograniczeń w zadłużaniu. W związku z tym niemieckie wydatki zbrojeniowe mocno rosną – i będą rosnąć w kolejnych latach.
Wzrost ten wyraźnie widać w wynikach niemieckiego koncernu Rheinmetall, który pod koniec kwietnia przedstawił znakomite dane finansowe za pierwszy kwartał br. Sprzedaż wzrosła o 73 proc. w sektorze wojskowym i o 46 proc. ogółem, osiągając 2,305 miliarda euro (znacznie przebijając oczekiwania analityków, wynoszące 1,95 mld euro). Zysk operacyjny wzrósł o 96 proc. w sektorze obronnym i 49 proc. ogółem, osiągając 199 milionów euro. Marża operacyjna wyniosła 8,7 proc., co było zgodne z oczekiwaniami rynku. Portfel zamówień wzrósł o 181 proc. do 11 miliardów euro, osiągając rekordowy poziom 62,6 miliarda euro. Ten wzrost wynika głównie z dużych zamówień niemieckiego rządu.
Patrząc w przyszłość, Rheinmetall prognozuje dalszy wzrost przychodów o 25–30 proc. w 2025 roku, przy marży operacyjnej na poziomie około 15,5 proc. Firma jest dobrze przygotowana do dalszego wzrostu – zwłaszcza w sektorze obronnym, gdzie spodziewa się kolejnych zamówień w związku z rosnącymi wydatkami w Europie. Rheinmetall angażuje się również w rozwój zaawansowanych technologii wojskowych, takich jak systemy TaWAN i Soldier Systems. TaWAN to zintegrowana sieć komunikacyjna dla niemieckich sił zbrojnych, a Soldier Systems obejmuje różne rodzaje broni strzeleckiej i wyposażenia żołnierzy, w tym karabiny, pistolety, granatniki, systemy celownicze, ochronne oraz amunicję. To stawia firmę w korzystnej pozycji do dalszego rozwoju i umacniania swojej pozycji rynkowej.
Akcje Rheinmetall wzrosły w ciągu ostatniego miesiąca o 30 proc., a od początku roku już aż o 167 proc. Podobny trend dotyczy innych europejskich koncernów zbrojeniowych – akcje włoskiego Leonardo wzrosły od początku roku o 85 proc., szwedzkiego Saab Group o 94 proc., a brytyjskiego BAE Systems o ponad 52 proc. Firmy te zyskują dzięki coraz większej liczbie zawieranych długoterminowych kontraktów zbrojeniowych, wynikających z rosnących wydatków obronnych na kontynencie. Widać, że po okresie deklaracji rządowych o zwiększeniu wydatków, dziś do firm trafia coraz więcej realnych zamówień – a to przekłada się na coraz lepsze wyniki finansowe. To pokazuje, że korzystny trend dla europejskich spółek zbrojeniowych może się nadal utrzymywać, mimo ryzyk związanych z wysokimi wycenami i ograniczonymi możliwościami produkcyjnymi.
Cena złota osiąga w ostatnim czasie historyczne szczyty i bije kolejne rekordy, co budzi wśród części komentatorów obawy o spekulacyjną bańkę. Czy jednak rzeczywiście mamy do czynienia z irracjonalnym wzrostem cen, jak podczas tulipomanii czy bańki internetowej? Ekspert rynku metali szlachetnych tłumaczy, dlaczego te porównania są fundamentalnym nieporozumieniem.
Zanim ocenimy bieżącą sytuację na rynku złota, którego kurs pod koniec kwietnia zbliżył się do psychologicznej bariery 3500 dolarów za uncję, bijąc już po raz 27. w tym roku swój rekord, warto zdefiniować, czym właściwie jest klasyczna bańka spekulacyjna.
– Bańka to sytuacja, gdy cena jakiegoś aktywa gwałtownie rośnie, znacznie przewyższając jego realną wartość wewnętrzną – często wbrew zdrowemu rozsądkowi – tłumaczy Michał Tekliński, ekspert rynku złota Goldsaver.pl z Grupy Goldenmark.
Klasycznym przykładem jest tulipomania z XVII-wiecznej Holandii, kiedy cebulki tulipanów osiągały wartość porównywalną z cenami domów w Amsterdamie. Gdy bańka pękła, wiele osób straciło majątki życia. Tak wyglądała też bańka internetowa z początku XXI wieku.
– Wystarczyło, że firma ogłosiła, iż działa w branży internetowej, a jej akcje windowane były bez względu na realne fundamenty. W dużej mierze był to efekt hype’u i masowej spekulacji – zauważa ekspert Goldsavera.
Dlaczego złoto nie jest bańką?
Bańki zawsze pękają, a ceny spadają gwałtownie, pozostawiając po sobie długi, bankructwa i ludzkie dramaty. Królewski metal jest często traktowany jako aktywo spekulacyjne, ale porównanie do bańki – nie ma nie uzasadnienia. Dlaczego?
1. Złoto posiada realną wartość wewnętrzną
– Od tysięcy lat złoto było wykorzystywane jako pieniądz i magazyn wartości. Jego unikalne właściwości fizyczne oraz powszechna akceptacja czynią je aktywem o trwałej wartości – podkreśla Michał Tekliński.
2. Złoto pełni rolę bezpiecznej przystani
W czasach kryzysów czy niepewności gospodarczej inwestorzy masowo kierują kapitał do złota. Postrzegane jest jako tzw. bezpieczna przystań, a więc aktywo o dużym poziomie bezpieczeństwa. Chroni ono wartość majątku, gdy inne aktywa tracą.
3. Złoto jest kluczowym składnikiem rezerw banków centralnych
– Banki centralne na całym świecie kupują złoto, by dywersyfikować rezerwy, zabezpieczać się przed wahaniami kursów walut i budować swoją wiarygodność. To świadczy o jego trwałej roli w globalnym systemie finansowym – zaznacza analityk Goldsaver.pl.
4. Złoto jest fizycznym towarem
Złoto jest surowcem fizycznym, którego ilość w obiegu rośnie bardzo wolno. Ograniczona podaż to kluczowy czynnik wpływający na jego długoterminową wartość. Złoto, które jesteśmy w stanie pozyskać skończy się prawdopodobnie w ciągu najbliższych pięciu dekad.
5. Złoto podlega korektom, ale nie pęka jak bańki
Cena złota, jak każda inna, może spadać, ale nie obserwujemy dramatycznych pęknięć charakterystycznych dla spekulacyjnych baniek. Złoto przechodzi cykle, ale jego siła nabywcza utrzymuje się w długim terminie.
Cena kruszcu ma solidne fundamenty
W krótkim okresie nastroje rynkowe mogą wpływać na cenę złota, powodując jej nadmierny wzrost lub spadek. Cena kruszcu opiera się jednak na fundamentach, a na przestrzeni dziesięcioleci utrzymuje swoją wartość, podczas gdy pieniądz fiducjarny, czyli papierowy, ją traci. Najlepiej obrazuje to przykład historyczny.
– Na początku XX wieku Ford T kosztował równowartość około 13 uncji złota. Dziś współczesny model kosztuje 30–40 tys. dolarów, ale to w dalszym ciągu równowartość około 13 uncji kruszcu. To oznacza, że mimo upływu lat złoto utrzymuje swoją realną wartość – tłumaczy Michał Tekliński.
Podsumowując, złoto nie spełnia definicji spekulacyjnej bańki. Ma tysiącletnią historię i realną wartość wewnętrzną, pełni funkcję bezpiecznej przystani w globalnych kryzysach, jest także ważnym aktywem rezerwowym i cieszy się uznaniem banków centralnych. To również fizyczny towar o ograniczonej, naturalnej podaży.
– Jego długoterminowe zachowanie cenowe różni się od schematu pękających baniek. Nawet jeśli obecne wzrosty zakończą się głębszą korektą, złoto prawdopodobnie do nich powróci. Jego cena opiera się bowiem na solidnych fundamentach, a długofalowe prognozy nie przewidują, by kruszec miał tracić na wartości – podkreśla ekspert Goldsaver.pl.
Pierwsze sygnały wskazujące, że Chiny pozwalają na umocnienie swojej waluty, wywołały nerwowość na rynku walutowym w Azji. Tymczasem po stronie amerykańskiej najbliższe posiedzenie FOMC prawdopodobnie nie przyniesie większych niespodzianek.
Piątkowa sesja przyniosła sprzeczne sygnały na rynku walutowym. Pomimo mocnych danych z amerykańskiego rynku pracy, dolar nieoczekiwanie stracił na wartości i to przy rosnących rentownościach obligacji skarbowych USA. Pod koniec dnia zdołał jednak częściowo odrobić straty kończąc tydzień na nieco wyższym poziomie. Część tej nietypowej reakcji była związana z wyraźnym spadkiem kursu USD/CNH, który w piątek osiągnął wielomiesięczne minimum na poziomie 7,2200, a dziś w nocy go przebił. To pierwszy od dawna wyraźny sygnał, że Chiny pozwalają na znaczące umocnienie juana względem dolara. Efekty tego ruchu są odczuwalne w całym regionie Azji – z wyjątkiem jena, który pozostaje pod wpływem ostatniego zaskakująco gołębiego stanowiska Banku Japonii.
Najmocniej zareagował dolar tajwański, który jako waluta o niskiej płynności nie zdołał zrównoważyć nagłego popytu. W piątek zyskał 6%, a w trakcie kolejnej sesji wzrósł o kolejne kilka procent, zanim jego kurs się ustabilizował. Tak gwałtowny ruch na TWD jest bezprecedensowy w obecnych czasach. W innych częściach Azji sytuacja była mniej dynamiczna, ale wciąż istotna – ringgit malezyjski wyraźnie się umocnił, a dolar singapurski zbliżył się do swoich wieloletnich maksimów wobec USD. John J. Hardy, główny strateg makroekonomiczny w Saxo podkreśla, że zapowiadane przez Donalda Trumpa cła skłaniają kraje azjatyckie do ponownej oceny swojej merkantylistycznej polityki i jej wpływu na rynek walutowy. Waluty bardziej płynne szybciej dostosowują się do nowych realiów, natomiast Chiny nadal poruszają się bardzo ostrożnie.
Wykres: USD/CNH
USD/CNH staje się obecnie parą walutową, na którą warto zwrócić szczególną uwagę. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Pekin pozwolił na tak wyraźne umocnienie juana wobec dolara i to w sytuacji, gdy amerykańska waluta nie znajduje się pod wyraźną presją na innych rynkach. Może to być sygnał spóźnionej reakcji na fakt, że dolar osłabił się znacząco od początku roku – czego kurs USD/CNH dotąd nie odzwierciedlał. Przykładowo: silna aprecjacja euro w marcu i kwietniu doprowadziła do wzrostu kursu EUR/CNH powyżej 8,33 – najwyżej od 2014 roku. Kluczowe pytania na ten moment to: jak szybko CNH będzie się umacniał wobec USD, jak szeroki będzie ten trend oraz czy pozostanie on niezależny od ogólnego kierunku dolara. Najbliższym psychologicznym i technicznym poziomem do obserwacji jest 7,00.
Istotne wydarzenia dla inwestorów w tym tygodniu:
Środa:
Posiedzenie FOMC: oczekiwania są bardzo ograniczone, rynek nie spodziewa się obniżki stóp, a szanse na taki ruch w czerwcu spadły po piątkowych danych z rynku pracy. Czerwcowe cięcie są możliwe tylko w przypadku wyraźnego pogorszeniu sytuacji na rynku pracy. Decyzje Fedu nadal będą zależeć od danych dotyczących gospodarki, szczególnie przy niepewności co do kształtu umów handlowych. Tymczasem Trump nie ustaje w krytyce prezesa Powella, nazywając go „sztywniakiem” i wzywając do obniżek, choć potwierdził, że nie planuje jego odwołania.
Czwartek:
Banki centralne Norwegii i Szwecji: w Norwegii nastroje pogarszają się ze względu na niskie ceny ropy, jednak Norges Bank może wstrzymać się z obniżkami, by nie dopuścić do dalszego osłabienia NOK. EUR/SEK ustabilizował się w okolicach 11,00. Riksbank raczej nie wniesie wiele nowego, cykl obniżek prawdopodobnie jest już zakończony (rynek wycenia jeszcze jedną symboliczną obniżkę, by stopa wyniosła równe 2,0%).
Bank Anglii: rynek w pełni wycenia kolejną obniżkę stóp. Kluczowe będzie forward guidance – posiedzenie BoE w czerwcu wyceniane jest na 50% szans na dalsze cięcia. Dla funta równie ważne będzie ogólne nastawienie rynku do ryzyka – w zeszłym tygodniu GBP osłabił się w reakcji na nastroje risk-off przed Dniem Wyzwolenia i pozostanie wrażliwy na kolejne epizody rynkowej zmienności.
Wnioski z cotygodniowych danych o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych w USA: to najbardziej aktualny wskaźnik rynku pracy. Wzrost w ubiegłym tygodniu był interesujący, ale wynikał głównie z jednorazowego skoku wniosków nauczycieli z Nowego Jorku, którzy mogą je składać w czasie przerwy wielkanocnej.
Piątek:
Dane o zatrudnieniu w Kanadzie za kwiecień: Choć kurs USD/CAD spadł poniżej 1,4000, nie ma zbyt wielu powodów do optymizmu – kanadyjska gospodarka wydaje się zmierzać ku recesji. Dane z rynku pracy rzadko dają jednoznaczny obraz, mogą jednak ponownie uwypuklić trudną sytuację kanadyjskiej gospodarki.
Tablica walutowa G10 i CNH – kierunki trendów i ich siła
Najbardziej wyraźnym sygnałem pozostaje obecna zmiana dynamiki CNH – pytanie, czy trend ten się utrzyma? Warto zwrócić również uwagę na AUD, który odnotowuje wykazuje oznaki umocnienia (w ujęciu 2 i 5-dniowym), wspierany przez umocnienie juana. Para AUD/USD testuje obecnie nowe, wielomiesięczne maksima w trakcie notowań na rynkach azjatyckich.Tablica trendów FX Board dla poszczególnych par walutowych
Zaznaczone pary z dolarem australijskim (AUD) mogą dziś przejść do trendu wzrostowego, jeśli siła AUD się utrzyma – co wyraźnie wynika z umocnienia juana (CNH). W przypadku par z jenem japońskim (JPY), które również sygnalizują zmianę kierunku na wzrostowy, trudno na razie o jednoznaczne potwierdzenie – najbliższe sesje pokażą, czy ten trend się utrzyma.
Amerykańska waluta nie potrafi znaleźć argumentów do trwalszego umacniania na rynku. Piątkowe zyski po lepszych danych z rynku pracy zostają wymazane niepewnością w polityce handlowej. W Szwajcarii i Turcji spada inflacja. Helweci doszli do poziomu zero.
(Jeszcze) jest praca w USA
Ostatnie dni kwietnia to umocnienie dolara względem euro. Lokalnym wsparciem okazał się jednak poziom 1,127 USD. Po jego osiągnięciu (pierwszego dnia maja) nastąpiło odbicie. W piątek przed południem eurodolar rósł na fali wyższych od oczekiwań odczytów inflacyjnych ze strefy euro. Doprowadziło to kurs EUR/USD o jeden cent wyżej. Kłopoty unijnej waluty pojawiły się po południu, kiedy poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Inwestorzy skupili się na wyższym od prognoz zatrudnieniu. W sektorze pozarolniczym zmiana wynosiła 177 tys. (oczekiwano 130 tys.). Natomiast w sektorze prywatnym było to 167 tys., a nie 125 tys. jak zakładał konsensus. W tym miejscu należy zaznaczyć, że obydwie pozycje były niższe od poprzednich odczytów. Lepsze od oczekiwań dane jednocześnie oddaliły Stany od scenariusza środowego cięcia stóp przez FED, w który aktualnie chce wierzyć chyba jedynie sam prezydent USA (CME FedWatch Tool aż 98,2% na brak cięcia). Efekt korzystniejszych danych z rynku pracy USA to umocnienie dolara w piątek wieczorem. Notowania głównej pary walutowej świata wróciły wtedy na 1,13 USD.
Same plotki to za mało dla USD
Poniedziałek już nie jest łaskawy dla amerykańskiej waluty. Od samego rana obserwujemy straty względem euro. O godzinie 15:00 kurs EUR/USD to już 1,136 USD. Oznacza to wymazanie prawie całych zysków wypracowanych po piątkowych danych z amerykańskiego rynku pracy. Powodem po raz n-ty jest geopolityka. Najnowsze doniesienia mówią, że prezydent USA jest gotów zawrzeć umowy handlowe z niektórymi państwami. Są to Japonia, Korea Południowa i Indie. W tle wybrzmiały także propozycje obniżenia chińskich ceł, jednak o planach rozmowy z chińskim prezydentem nic nie wiadomo. Brak konkretów po raz kolejny denerwuje inwestorów, w oczach których USA traci wiarygodność. To w połączeniu z najbardziej prawdopodobnym środowym brakiem ruchu na stopach procentowych w USA podnosi rentowności amerykańskich „10-latków”. W momencie pisania tekstu wynoszą one 4,33%. Jeszcze 1 maja było to 4,15%. Jest to kolejny raz, kiedy rentowności rosną przy jednoczesnym osłabieniu USD.
Inflacja w dół
W poniedziałek poznaliśmy odczyty dynamiki cen z Turcji i Szwajcarii. Nad Bosforem tempo wzrostu cen wynosi 37,9% r/r. Choć wynik pozostaje dwucyfrowy, to był niższy od prognozy 38,1% r/r. Jednocześnie daje to najniższy rezultat od ponad 3 lat. O poranku danymi pochwaliła się także Szwajcaria. W tym przypadku spadek inflacji do 0% r/r to wynik niewidziany od 4 lat. Na informację o braku wzrostu cen zareagował CHF, który chwilowo się osłabił. Frank szybko jednak odrobił poranne zniżki, gdyż już chwile po południu jego notowania do euro, dolara czy funta wróciły na poziomy sprzed publikacji. Wśród wykresów CHF wyróżnia się CHF/PLN. Tu po południu siłą wykazał się polski złoty. Krajowa waluta o godzinie 15:00 sprowadziła kurs CHF/PLN ponownie do 4,565 PLN. Moc złotego widać także na innych wykresach. Notowania EUR/PLN zeszły do 4,265 PLN, USD/PLN to 3,755 PLN, natomiast GBP/PLN to 5,005 PLN. Dobra kondycja PLN zostanie poddana próbie już w środę, kiedy poznamy decyzję RPP w sprawie stóp procentowych. Przypomnę, że wraz z ostatnim niższym od oczekiwań odczytem inflacji w Polsce, wielu analityków twierdzi, że cięcie może wynosić aż 50 punktów bazowych.
Spółka Ailleron S.A. ogłosiła planowane zmiany w składzie zarządu. Rada Nadzorcza zamierza powołać Sławomira Soszyńskiego na stanowisko Prezesa Zarządu. Decyzja ma zostać sfinalizowana najpóźniej podczas Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia (ZWZ), zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za 2024 rok.
Sławomir Soszyński posiada ponad 20-letnie doświadczenie w obszarze technologii i cyberbezpieczeństwa, zdobyte m.in. w instytucjach finansowych takich jak ING, J.P. Morgan czy Citi. W swojej karierze przeprowadził kilkanaście transformacji cyfrowych oraz uczestniczył w ponad 150 projektach związanych z fuzjami, przejęciami i rozwojem patentów.
Obecny Prezes Zarządu, Rafał Styczeń, zapowiedział rezygnację z pełnienia funkcji w zarządzie oraz zamiar objęcia stanowiska Przewodniczącego Rady Nadzorczej. Pozwoli mu to na dalsze strategiczne wsparcie spółki oraz nadzór nad realizacją jej długoterminowych celów, w tym sukcesji na stanowisku Prezesa Zarządu.
Równocześnie Grzegorz Młynarczyk, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu, planuje zrezygnować z pełnienia funkcji w zarządzie, aby skupić się na rozwoju spółki zależnej – Software Mind Sp. z o.o. Zmiany te są związane z procesem przeglądu opcji strategicznych dla Software Mind oraz potencjalnym procesem wyjścia Ailleron z tej spółki.
Wszystkie planowane zmiany mają zostać wdrożone najpóźniej podczas najbliższego ZWZ, kończącego trzyletnią kadencję obecnego zarządu.
Opublikowane z końcem kwietnia dane GUS, podsumowujące sytuację w sektorze budowlanym, nie pozostawiają złudzeń – w pierwszym kwartale 2025 roku branża nie poradziła sobie ze skutkami słabej koniunktury roku ubiegłego, a perspektywa istotnego odbicia pozostaje odległa. Jak wskazują rządowi analitycy, w pierwszych trzech miesiącach tego roku liczba mieszkań oddanych do użytkowania spadła o 4,6 proc. r/r, wydano także o 11,6 proc. mniej pozwoleń na budowę niż przed rokiem. W pierwszym kwartale 2025 roku wystartowało też o 7,3 proc. mniej budów w porównaniu z tym samym okresem w 2024 roku. Słabą kondycję sektora potwierdzają też dane dotyczące produkcji budowlano-montażowej, która w marcu br. spadła o 1,1 proc. w ujęciu rocznym.
Na pogorszenie koniunktury budownictwa w pierwszym kwartale tego roku wskazuje też Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH, według którego wskaźnik budownictwie IRG SGH (IRGCON) wyniósł 0,3 punktu, co oznacza spadek o 1,7 pkt. w porównaniu do poprzedniego kwartału. Przebadani przez Instytut przedsiębiorcy wskazują, że sektor boryka się z dużymi wyzwaniami jak rosnące koszty, nadmierne obciążenie podatkowe czy pozostające w trendzie wzrostu ceny surowców i materiałów.
Powyższe dane nie dają podstaw do nadmiernego optymizmu co do zasadniczej i szybkiej poprawy sytuacji w kolejnych miesiącach. Zwracam jednak uwagę, że z trudnymi warunkami sektorowymi mierzymy się nie od dziś, co dla firm z sektora budowlanego nie musi oznaczać absolutnego zatrzymania w rozwoju biznesu. Wyniki finansowe Grupy Selena, która pełen niepewności rok 2024 zamknęła ze znaczącym wzrostem rentowności i podwojonym zyskiem, są tego przykładem. Kluczem do sukcesu okazała się polityka zarządcza, oparta na trzech głównych filarach – fuzjach, dywersyfikacji i optymalizacji. Wykorzystywanie tych narzędzi rekomendowałbym firmom operującym w sektorze budowlanym, w trudnym dla niego czasie.
W obliczu słabej koniunktury istotnym czynnikiem rozwoju są zwłaszcza fuzje i przejęcia – zarówno na poziomie krajowym jak i międzynarodowym. Pozostają one niezmiennie synonimem rozwoju – służą zwiększeniu skali działalności, marży, poszerzeniu obecności na światowych rynkach i tym samym poprawie konkurencyjności przedsiębiorstwa. W dłuższej perspektywie mają one wpływ na rozwój kolejnego, istotnego filaru obranej przez Grupę Selena strategii, czyli dywersyfikacji. Ta zaś, w obliczu potencjalnego kryzysu wywołanego czynnikami makroekonomicznymi, może dawać poczucie niezależności i zachowania elastyczności w polityce zarządczej firmy. Obecna sytuacja w handlu światowym doskonale to obrazuje. Grupa Selena przez ponad 30 lat swojej działalności, zagwarantowała sobie obecność w ponad 100 krajach. Nasze produkty wytwarzane są w zakładach zlokalizowanych na różnych kontynentach. W obliczu zmiennej sytuacji w polityce celnej, taka dywersyfikacja daje nam bezpieczeństwo, możliwość elastycznego reagowania i odpowiadania na dynamiczne zmiany, z zachowaniem stabilności biznesu, w perspektywie globalnej. Wszystko to jest efektem przemyślanej polityki optymalizacyjnej w każdym aspekcie funkcjonowania naszego holdingu i finalnie wpływa na naszą mocną pozycję w branży. W mojej opinii, czerpiąc z dobrych wzorców, podobną może osiągnąć wiele firm związanym z polskim sektorem budowlanym.
Sztuczna inteligencja (AI) rewolucjonizuje tłumaczenia tekstów, od prostych e-maili po złożone dokumenty. Jednak w tym dynamicznym krajobrazie prawnym i biznesowym, powszechne wykorzystanie AI do tłumaczeń rodzi istotne pytania o bezpieczeństwo danych, w tym zgodność z RODO i ochronę tajemnic handlowych.
Sztuczna inteligencja jest potężnym narzędziem, również w dziedzinie tłumaczeń, ale jak każda technologia – wymaga świadomego i odpowiedzialnego użytkowania. Samo korzystanie z AI nie jest nielegalne, jednak ujawnianie poufnych informacji może być naruszeniem przepisów RODO, prawa umów czy ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa.
Każda firma, kancelaria czy instytucja publiczna powinna opracować jasne procedury korzystania z narzędzi AI, uwzględniając aspekt prawny i technologiczny. Tylko wtedy można bezpiecznie korzystać z potencjału, jaki niesie ze sobą sztuczna inteligencja – także w tłumaczeniach.
Czy wykorzystywanie AI przy tłumaczeniach jest legalne? Uwaga na wrażliwe dane i nieuprawniony dostęp
Wraz z dynamicznym rozwojem narzędzi opartych na sztucznej inteligencji (AI), coraz więcej osób i firm korzysta z nich do automatycznych tłumaczeń tekstów – od krótkich wiadomości e-mail po wielostronicowe umowy i dokumentację prawną. Choć samo wykorzystywanie AI do tłumaczeń jest legalne, to nie zawsze jest bezpieczne, szczególnie w kontekście RODO, ochrony tajemnic handlowych i danych poufnych.
Legalność a odpowiedzialność: co mówi prawo?
W świetle europejskich przepisów, w tym Ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (RODO) oraz Dyrektywy o ochronie tajemnicy przedsiębiorstwa, użycie narzędzi AI – takich jak DeepL, Google Translate, ChatGPT czy DeepSeek – jest legalne pod warunkiem, że:
użytkownik nie przetwarza za ich pomocą danych osobowych bez odpowiedniej podstawy prawnej;
nie przesyła informacji poufnych, np. umów, danych klientów, dokumentacji technicznej czy danych pracowników, do narzędzi, które działają w modelu „black box” (gdzie nie wiadomo, jak dane są przetwarzane i przechowywane);
posiada kontrolę nad miejscem przetwarzania danych i wie, czy dane są przesyłane poza Europejski Obszar Gospodarczy (EOG), co może wiązać się z dodatkowymi obowiązkami i ryzykiem prawnym.
Samo korzystanie z narzędzi tłumaczeniowych AI nie narusza prawa, dopóki użytkownik nie wprowadza do nich danych wrażliwych lub chronionych, których przetwarzanie wymaga specjalnych procedur.
Uwaga na umowy i dane klientów
W praktyce najwięcej ryzyk pojawia się wtedy, gdy do AI przesyłane są treści umów, ofert handlowych, informacji objętych klauzulą poufności (NDA) czy danych osobowych (np. CV, listy płac, dokumenty HR). Takie działanie może prowadzić do:
naruszenia RODO (jeśli dane osobowe są przesyłane bez podstawy prawnej lub do podmiotów spoza EOG bez tzw. odpowiednich zabezpieczeń),
złamania umów o poufności (NDA), jeśli dane udostępnione AI są chronione umownie,
ujawnienia tajemnicy przedsiębiorstwa, co może skutkować odpowiedzialnością cywilną lub nawet karną.
Dodatkowo, niektóre systemy AI – jak np. OpenAI (ChatGPT) czy DeepSeek – zastrzegają w swoich regulaminach możliwość wykorzystania przesyłanych treści do dalszego trenowania modeli, chyba że użytkownik korzysta z płatnych, zamkniętych wersji API z wyłączonym logowaniem danych (ang. data logging). Nie każdy użytkownik ma tego świadomość.
Jakie są ryzyka?
Najpoważniejsze zagrożenia związane z nieprzemyślanym użyciem AI w tłumaczeniach to:
Wyciek danych – np. poprzez przesłanie pliku zawierającego dane klientów do aplikacji, która nie szyfruje komunikacji lub nie gwarantuje prywatności.
Naruszenie umów i przepisów – co może skutkować karami administracyjnymi (np. od UODO), utratą zaufania partnerów biznesowych lub odpowiedzialnością cywilną.
Wykorzystanie informacji przez podmioty trzecie – np. do trenowania modeli językowych bez zgody właściciela treści, co może prowadzić do nieuprawnionej redystrybucji lub wykorzystania danych.
Tajemnica przedsiębiorstwa i poufność informacji
Automatyczne tłumaczenie dokumentów zawierających poufne informacje może prowadzić do ujawnienia tajemnicy przedsiębiorstwa, szczególnie jeśli narzędzie AI przetwarza dane w sposób niemożliwy do audytu lub archiwizuje dane do dalszego wykorzystania (np. do trenowania modelu).
Zgodnie z przepisami ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji oraz dyrektywą UE 2016/943, ujawnienie informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa bez zgody uprawnionego podmiotu może być uznane za czyn nieuczciwej konkurencji, a osoba odpowiedzialna może ponieść konsekwencje cywilne lub nawet karne.
Dotyczy to zarówno firm, które same tłumaczą dokumenty za pomocą AI, jak i biur tłumaczeń, które korzystają z takich rozwiązań bez poinformowania klienta. Pracodawca lub zleceniodawca może żądać odszkodowania, jeśli dojdzie do wycieku lub niewłaściwego użycia danych.
Odpowiedzialność kontraktowa – naruszenie umów i NDA
Z punktu widzenia prawa cywilnego, nieuprawnione wykorzystanie automatycznych translatorów może prowadzić do naruszenia zobowiązań umownych, zwłaszcza jeśli dokument objęty był klauzulą poufności (NDA). Przesłanie treści takiego dokumentu do zewnętrznego narzędzia – które przechowuje dane na serwerach podmiotów trzecich – może zostać uznane za złamanie warunków umowy, co skutkuje odpowiedzialnością odszkodowawczą.
W przypadku umów z kontrahentami zagranicznymi, które zawierają wyraźny zakaz przetwarzania danych poza określonym terytorium (np. UE), tłumaczenie tekstu za pomocą systemu AI działającego w USA lub Chinach może prowadzić do poważnych sporów prawnych, w tym żądań rozwiązania umowy i wypłaty odszkodowania.
Kwestie własności intelektualnej i utraty kontroli nad treścią
Wielu użytkowników nie zdaje sobie sprawy, że przesyłając treść do narzędzi AI – w tym darmowych lub publicznych – może utracić kontrolę nad jej dalszym wykorzystaniem. W szczególności niektóre narzędzia zastrzegają sobie w regulaminach prawo do wykorzystywania przesyłanych danych w celach rozwojowych (np. trenowania modeli). Może to oznaczać, że poufna treść lub fragmenty umowy pojawią się w przyszłości w innych kontekstach – niekoniecznie za zgodą pierwotnego właściciela.
W niektórych przypadkach, jeśli tłumaczenie dotyczyło nieopublikowanych materiałów chronionych prawem autorskim (np. instrukcji, prezentacji, wewnętrznych analiz), może to skutkować naruszeniem prawa autorskiego, zwłaszcza jeśli treści zostały udostępnione osobom trzecim lub zarchiwizowane w bazie danych bez zgody twórcy.
Jak korzystać z AI do tłumaczeń bezpiecznie?
Nie przesyłaj do AI poufnych danych, takich jak umowy, dane osobowe, dokumenty wewnętrzne, bez uprzedniego ich zanonimizowania.
Sprawdź politykę prywatności narzędzia, z którego korzystasz – czy dane są przechowywane? Czy mogą być użyte do trenowania modeli?
Wybieraj narzędzia zgodne z RODO – wiele komercyjnych wersji (np. DeepL Pro, Microsoft Translator for Business) umożliwia przetwarzanie danych w UE i z wyłączonym zapisem treści.
Szkol pracowników – upewnij się, że osoby korzystające z AI rozumieją, czego nie wolno przesyłać i jakie ryzyka się z tym wiążą.
Zabezpiecz wrażliwe treści – np. szyfrując pliki lub korzystając z bezpiecznych środowisk wewnętrznych (on-premise lub zaufane chmury) do tłumaczeń.
Przekazuj tylko to, co niezbędne – niezależnie od tego, czy tłumaczenie wykonujesz samodzielnie z pomocą AI, czy zlecasz je zewnętrznemu wykonawcy, kieruj się zasadą minimalizacji danych – usuń dane osobowe, wrażliwe szczegóły finansowe czy techniczne, jeśli nie są one absolutnie niezbędne do zrozumienia kontekstu dokumentu. Taki krok ograniczy ryzyko, nawet jeśli dojdzie do naruszenia bezpieczeństwa.
Żeby światowa gospodarka przyspieszyła dzięki sztucznej inteligencji, konieczne jest odpowiedzialne podejście do strategii, nastawione na budowanie społecznego zaufania. To ważne też z innego powodu – zagrożenia spowodowanego zmianami klimatycznymi, które mogą zmniejszyć tempo wzrostu globalnego PKB o 7% do 2035 r.
Sztuczna inteligencja ma potencjał na wzmocnienie tempa wzrostu globalnej gospodarki o 15 pp. na przestrzeni najbliższych 10 lat. W praktyce dodałoby to 1 pp. do rocznych stóp wzrostu – na równi z przyrostami z czasów XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej. Badanie „Value in motion” to analiza scenariuszy opartych o istniejące dane. Wynika z nich, że globalny wzrost napędzany sztuczną inteligencją nie jest całkowicie pewny i zależy od innych czynników niż same ograniczenia techniczne. Do kluczowych elementów zaliczamy również odpowiedzialną implementację oraz pełne zaufanie ze strony administracji, społeczeństwa oraz sektora prywatnego. Analizowane scenariusze charakteryzujące się niższym poziomem zaufania wskazywały, że światowy wzrost napędzany sztuczną inteligencją wynosi 8 pp., lub w bardziej pesymistycznym wariancie jedynie 1 pp.
Przemiana globalnej gospodarki już się zaczęła i nabiera rozpędu. Z badań PwC wynika, że przedsiębiorstwa mierzą się z najwyższym poziomem presji zmiany swoich dotychczasowych modeli biznesowych od 25 lat – dotyczy to aż 17 z 22 sektorów. Tylko w 2025 roku pomiędzy firmami może dojść do przepływu nawet 7,1 biliona dolarów przychodów. I to jeszcze zanim uwzględnimy ostatnie podwyżki ceł. W ciągu 10 lat przedsiębiorstwa będą zmuszone do zdefiniowania siebie na nowo, żeby zaspokoić nowe, społeczne oczekiwania. Doprowadzi to do powstania „domen”, które na nowo określą istniejące sektory biznesowe. Dobrym tego przykładem są pojazdy elektryczne, które sprowadzają dostawców energii, producentów baterii, firmy technologiczne i inne przedsiębiorstwa do sektora transportowego, co pozwala im na budowanie wartości wspólnie z producentami samochodów.
„Przedsiębiorcy i szefowie firm są dziś w ciągłej zmianie. Nowe megatrendy i nowe wydarzenia geopolityczne nakładają się na zmieniające się potrzeby konsumenckie. To powoduje, że liderzy biznesowi Polski i Europy Środkowo-Wschodniej coraz mocniej odczuwają potrzebę przemiany i adaptacji, żeby zwiększyć swoją konkurencyjność w obecnym status quo. Dzięki ogromnej pracy naszych zespołów, także my zmieniamy nasz system budowania doświadczeń dla klientów (Customer Experience). Łącząc go jeszcze silniej z efektywnym wykorzystaniem technologii i AI do transformacji biznesowej, nie tylko możemy łatwiej wypracować nowe możliwości budowania wartości dla naszych klientów, ale i wzmocnienia wzrostu naszego kraju i regionu” – mówi Michał Mastalerz, partner zarządzający i prezes PwC Polska.
Wpływ na klimat
O ile AI ma przyspieszyć wzrost gospodarczy, to koszty związane ze zmianami klimatycznymi mogą go spowolnić. Modele ekonomiczne sugerują, że globalna gospodarka może zmniejszyć się o aż o 7% do 2035 r. Jednocześnie zwiększona chęć do wdrożeń AI doprowadzi do większego zużycia energii przez centra danych. Jednak niewielkie użycie narzędzi sztucznej inteligencji do zwiększenia efektywności wydatkowania energii może zrównoważyć te wzrosty.
Znaczenie przemysłu obronnego dla europejskiej stabilności i strategicznej autonomii było jednym z priorytetowych tematów poruszanych podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego. Eksperci, którzy wzięli udział w debacie „Przemysł obronny w Europie” zgodnie wskazali, że skuteczna obrona zaczyna się od zdolności odstraszania – możliwej do zbudowania jedynie dzięki długoterminowej współpracy międzynarodowej oraz partnerstwom pomiędzy podmiotami państwowymi i prywatnymi. W dyskusji uczestniczyli przedstawiciele administracji rządowej, wojska, polskich i zagranicznych przedsiębiorstw przemysłu obronnego oraz firmy doradczej Deloitte.
Kwestie bezpieczeństwa militarnego zyskują na znaczeniu zarówno w dyskusjach eksperckich, jak i publicznych. Jedna z takich debat odbyła się podczas tegorocznego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ramach panelu poświęconego przemysłowi obronnemu. Eksperci Deloitte uczestniczyli w rozmowie, której przedmiotem była nie tylko konieczność wzmacniania zdolności odstraszających, ale również gospodarcze i przemysłowe konsekwencje inwestycji w zbrojenia, w tym potencjał rozwoju krajowego przemysłu, wpływ demografii oraz miejsce Polski w europejskich łańcuchach dostaw.
Nowa definicja bezpieczeństwa
Paneliści zwrócili uwagę na to, że przez lata Europa korzystała z tzw. „dywidendy pokojowej” i finanse, które mogły być przeznaczane na obronność, były inwestowane w rozwój społeczno-gospodarczy. Obecnie, wobec zmieniającej się sytuacji geopolitycznej, sytuacja uległa zmianie i coraz więcej państw odczuwa konieczność zwiększenia wydatków militarnych. Podkreślono jednak, że wzrost budżetu na zbrojenia nie powinien być celem samym w sobie, a jego podstawową funkcją jest odstraszanie i budowanie odporności państw.
Dzisiejsze realia geopolityczne i ekonomiczne pokazują, że samodzielne działania poszczególnych państw czy firm nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa ani zbudować konkurencyjnego przemysłu zbrojeniowego. Potrzebujemy wspólnych standardów, interoperacyjności, bezpiecznych łańcuchów dostaw i skoordynowanych inwestycji zarówno na poziomie krajowym, jak i europejskim. Współpraca powinna stanowić fundament do budowy odporności nie tylko militarnej, ale również technologicznej i gospodarczej. Indywidualne wysiłki są ważne, ale jeśli Europa chce realnie zwiększyć swoje zdolności odstraszania, musi działać jako całość, a nie tylko zbiór niezależnych inicjatyw
– mówi Mariusz Ustyjańczuk, partner, lider sektora obronnego Deloitte w Europie Środkowej.
Obronność jako element strategii gospodarczej
Eksperci podkreślali, że inwestycje w sektor obronny to nie tylko odpowiedź na zagrożenia militarne, lecz także narzędzie długofalowego rozwoju gospodarczego. Rozbudowa krajowego przemysłu obronnego, integracja z europejskimi łańcuchami wartości oraz rozwój nowych kompetencji – m.in. w obszarze technologii satelitarnych, dronów czy sztucznej inteligencji – mogą napędzać wzrost, innowacje i eksport.
Podkreślono, że wymaga to jednak realistycznego spojrzenia na ograniczenia, a rozbudowa potencjału obronnego wiąże się z szeregiem wyzwań o charakterze infrastrukturalnym, surowcowym i demograficznym, które muszą być uwzględniane na etapie planowania. Polska importuje obecnie około 30 proc. stali netto, w tym tej najwyższej jakości, która jest niezbędna w produkcji uzbrojenia. Natomiast planowany wzrost liczebności sił zbrojnych do 300 tys. żołnierzy stoi w sprzeczności z prognozowanym spadkiem populacji w wieku produkcyjnym o ok. 1 mln osób w nadchodzących latach. Eksperci zwrócili uwagę, że takich wyzwań nie da się rozwiązać w krótkim czasie, dlatego konieczne jest stworzenie długofalowych strategii.
Przez ostatnie trzy dekady wiele państw regionu Europy Środkowej, w tym Polska, świadomie ograniczało wydatki na zbrojenia, inwestując w rozwój infrastruktury, edukacji czy usług publicznych. Dziś konieczna jest zmiana podejścia i traktowanie bezpieczeństwa jako integralnej części stabilności ekonomicznej państwa. Zwiększanie potencjału obronnego to złożony proces, który wymaga nie tylko nakładów finansowych, ale też strategicznego planowania, skutecznej koordynacji między instytucjami oraz jasnego określenia priorytetów. Nie zbudujemy skutecznego systemu w izolacji. Potrzebna jest współpraca międzynarodowa, międzysektorowa i instytucjonalna. Dialog jest istotny, ale jeszcze ważniejsze jest przechodzenie do wspólnych działań – podkreśla Julia Patorska, Partnerka w dziale Advisory, liderka portfolio Sustainabilty & Climate w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.
Rozwój współpracy offsetowej, joint venture, harmonizacja procesów produkcyjnych i standaryzacja technologii – to działania, które zdaniem ekspertów powinny być priorytetem dla państw NATO. Tylko dzięki temu Europa będzie mogła budować konkurencyjność wobec potęg takich jak Stany Zjednoczone, gdzie aż 43 ze 100 największych firm zbrojeniowych mają swoją siedzibę, a pięć największych generuje dwa razy większe przychody niż wszystkie firmy europejskie łącznie. Aby jednak te wysiłki przyniosły realny efekt, niezbędne jest również stworzenie odpowiednich ram prawnych. Eksperci wskazali na pilną potrzebę przyjęcia ponadsektorowych regulacji i specustaw, które umożliwią sprawną realizację strategicznych inwestycji w obszarze obronności – również w czasie pokoju i podwyższonego zagrożenia.
Agenci AI szybko zmieniają sposób, w jaki pracujemy, ale najnowsze badania Salesforce pokazują, że klienci również wykazują zapotrzebowanie na asystę sztucznej inteligencji przy swoich transakcjach. Ankieta przeprowadzona wśród 2552 amerykańskich konsumentów identyfikuje cztery różne typy osobowości zainteresowane agentami AI: Life-Hacker; Tastemaker (Pionier Trendów); Minimalist (Minimalista); i Smarty Pants (Mądrala).
„Nasze wyniki pokazują, że osobowości konsumentów są tak zróżnicowane, jak obsługujący ich agenci AI” – powiedział Vala Afshar, Chief Digital Evangelist, Salesforce. „Zdolność agentów do personalizacji usług w oparciu o cechy każdej osoby otworzy niesamowite możliwości zarówno dla marek, jak i konsumentów w miarę dalszego rozwoju tej technologii”.
Podczas gdy firmy koncentrują się na wydajności, którą mogą uzyskać wdrażając agentów AI, badanie wykazało, że większość konsumentów preferuje narzędzia, które pomagają im odnaleźć się w nadmiarze informacji i podjąć optymalną decyzję, tym samym ułatwiając życie. Badanie ujawnia również bogaty wachlarz możliwości dla agentów AI za pośrednictwem tych kluczowych person:
Smarty Pants (43%), który ceni świadome podejmowanie decyzji
Minimalista (22%), dla którego priorytetem jest uproszczenie
Life-Hacker (16%), który dąży do wydajności
Tastemaker (15%), który pragnie spersonalizowanych rekomendacji
Dlaczego warto to przemyśleć?
Konsumenci twierdzą, że doświadczenie zapewniane przez firmę jest równie istotne, co jej produkty lub usługi. Agenci sztucznej inteligencji z czasem jeszcze bardziej podniosą oczekiwania klientów, czyniąc spersonalizowane, proaktywne i konwersacyjne doświadczenia nowym standardem. Aby sprostać tym wymaganiom, przedsiębiorcy muszą dobrze poznać preferencje swoich odbiorców oraz zaimplementować rozwiązania AI w taki sposób, aby jak najlepiej im odpowiadały.
„Badanie podkreśla nowatorskie i różnorodne sposoby, na jakie konsumenci mogą wykorzystać agentów AI: nie tylko oddelegowując do nich część żmudnych zadań, lecz również używając dostarczonych danych do podejmowania bardziej świadomych decyzji” – powiedział Afshar. „Firmy powinny potraktować powyższe archetypy jak drogowskazy, podążyć ich śladem i dostosować rozwój agentów do rzeczywistych potrzeb konsumentów”.
A jak to wygląda w liczbach?
Smarty Pants (43% respondentów) Smarty Pants, który ceni sobie bycie dobrze poinformowanym, chce, aby agent AI zapewniał dokładną analizę opcji i jasno przedstawiał informacje, ułatwiając podejmowanie optymalnych i strategicznych decyzji.
53% chce, aby agent AI rozkładał złożone informacje na czynniki pierwsze i prezentował je w sposób, który ma dla nich sens.
52% potrafi działać wielozadaniowo, gdy jest to konieczne, ale generalnie lubi działać strategicznie.
54% uwielbia znajdować pomocne narzędzia, ale zawsze bada wszystkie opcje, aby podjąć świadomą decyzję.
Przy zakupie nowego produktu konsumenci ci mają tendencję do przeprowadzania wielu badań, aby dowiedzieć się jak najwięcej przed jego użyciem.
Minimaliści (22% respondentów) Minimaliści z pokolenia X/Boomer, często mniej komfortowo czujący się ze sztuczną inteligencją, chcą, aby agent uprościł dla nich proces podejmowania decyzji oraz wykonywał zadania w klarowny, pozbawiony zbędnych dodatków sposób. Preferują prostolinijne, pozbawione stresu podejście do życia.
Ponad jedna trzecia (37%) chce, aby agent AI uczynił dla nich podejmowanie decyzji prostszym oraz odciążył ich z części zadań.
64% z nich to pokolenie X lub Baby Boomers.
58% nie czuje się komfortowo korzystając z narzędzi AI.
42% preferuje rozwiązania, które maksymalnie upraszczają ich styl życia.
Life-Hacker (16% respondentów) Obeznany z technologią Life-Hacker, swobodnie posługujący się narzędziami AI, chce, aby agent zmaksymalizował wydajność, wielozadaniowość i działał jako osobisty menedżer projektu, pozwalając na szybszą realizację zadań.
52% chce agenta AI, który pomoże im działać szybciej i z maksymalną wydajnością.
56% czuje się komfortowo korzystając z narzędzi AI.
55% zawsze szuka sposobów, aby zrobić więcej w krótszym czasie.
57% uwielbia wielozadaniowość, zawsze chce łączyć zadania i oszczędzać czas.
Podejmując decyzje, chcą wybierać mądrze i efektywnie.
Tastemaker (15% respondentów) Tastemakerzy – głównie z pokolenia Z / milenialsów – chcą, aby agent AI dostarczał spersonalizowane, wyselekcjonowane rekomendacje, dotyczące rozrywki, restauracji, produktów i nie tylko, zgodnie z ich unikalnymi gustami i preferencjami.
40% chce, aby agent AI polecał najlepsze programy do obejrzenia, restauracje lub produkty dostosowane specjalnie do nich.
54% to pokolenie Z lub milenialsi.
51% preferuje przemyślane, wyselekcjonowane sugestie zamiast ogólnych wskazówek.
Kiedy otrzymują nowy produkt, personalizują każde ustawienie, aby dopasować je do swoich unikalnych potrzeb.
John Perey i Conrad Trubenbach to nazwiska, które na stałe zapisały się w historii technologii kontroli dostępu. To właśnie ich wynalazek – bramki obrotowe – odmienił sposób, w jaki reguluje się ruch osób w przestrzeniach publicznych i prywatnych. Współczesne rozwiązania, wyposażone w zaawansowane technologie identyfikacji, takie jak czytniki kart, biometrię czy systemy rozpoznawania twarzy, umożliwiają precyzyjne zarządzanie dostępem. Jak działają? Gdzie mogą być stosowane? Wyjaśniamy!
Jak działają bramki obrotowe?
Bramki obrotowe to mechaniczne urządzenia kontrolujące przepływ osób, działające na zasadzie selektywnego dostępu. W zależności od rodzaju i zastosowania mogą mieć różne mechanizmy działania, ale ich głównym zadaniem jest umożliwienie przejścia wyłącznie osobom uprawnionym. Najczęściej współpracują z systemami kontroli dostępu, w tym kartami RFID, czytnikami biometrycznymi, a nawet aplikacjami mobilnymi.
Działanie bramek obrotowych można podzielić na kilka etapów:
Identyfikacja użytkownika – osoba, która chce przejść przez bramkę, musi przedstawić odpowiedni identyfikator, np. kartę dostępu, odcisk palca lub kod QR.
Weryfikacja dostępu – system ocenia, czy dany użytkownik ma uprawnienia do wejścia.
Otwarcie bramki – jeśli identyfikacja zakończy się pozytywnie, bramka umożliwia przejście.
Blokada po przejściu – po przejściu bramka automatycznie blokuje się do momentu kolejnej autoryzacji.
Niektóre modele bramek obrotowych mogą być wyposażone w dodatkowe funkcje, takie jak licznik osób, zdalne sterowanie czy integracja z systemami alarmowymi. Takie rozwiązania dostarcza m.in. EntryWise, która oferuje kompleksowe systemy dostępu dostosowane do potrzeb różnych branż.
Kiedy warto montować bramki obrotowe?
Decyzja o instalacji bramek obrotowych powinna być uzależniona od kilku czynników:
Zwiększenie bezpieczeństwa – ograniczają dostęp do stref chronionych, minimalizując ryzyko wejścia osób nieuprawnionych.
Kontrola ruchu osobowego – ułatwiają monitorowanie przepływu osób i zapobiegają zatorom.
Automatyzacja dostępu – eliminują konieczność ręcznej weryfikacji przez ochronę.
Oszczędność kosztów – w dłuższej perspektywie zmniejszają wydatki na zabezpieczenie budynku.
Gdzie stosuje się bramki obrotowe?
Lotniska, dworce
W miejscach takich jak lotniska, dworce kolejowe czy stacje metra pomagają w codziennej organizacji ruchu. Tysiące pasażerów przechodzących przez bramki każdego dnia – to zadanie, które wymaga precyzyjnej synchronizacji. Dzięki zintegrowanym systemom biletowym bramki obrotowe nie tylko przyspieszają proces kontroli, ale również gwarantują, że nikt nie dostanie się na teren objęty ograniczeniami bez odpowiednich uprawnień.
Przestrzenie biurowe
Wejdźmy na przykład do nowoczesnego biurowca – żadnych kolejek do recepcji, żadnych papierowych identyfikatorów. Zamiast tego eleganckie bramki obrotowe, które automatycznie przepuszczają autoryzowanych pracowników. Wystarczy karta, telefon lub system rozpoznawania twarzy, by bez przeszkód przejść przez strefy wejściowe.
Zakłady przemysłowe i centra logistyczne
Inny obraz z bramkami obrotowymi widzimy w zakładach przemysłowych oraz centrach logistycznych. Wysokiej jakości bramki pełnowysokościowe są w stanie skutecznie kontrolować wejście do stref, do których dostęp mają tylko osoby uprawnione. Dla pracowników to gwarancja, że miejsce pracy jest odpowiednio zabezpieczone. Dla firm oznacza to z kolei minimalizację ryzyka, że ktoś niepowołany dostanie się w obręb przestrzeni, która może zawierać poufne dane lub cenne zasoby.
Szpitale i inne obiekty
Znajdują także swoje zastosowanie w placówkach medycznych, gdzie dostęp do określonych stref musi być ściśle kontrolowany. Tu wiele miejsc wymaga wyjątkowej ochrony przed osobami nieupoważnionymi. Dzięki nowoczesnym bramkom, które mogą łączyć się z systemami biometrycznymi, zarządzanie dostępem staje się zarówno bardziej efektywne, jak i bezpieczne. Podobnie jest zresztą w obiektach strategicznych – takich jak elektrownie czy bazy wojskowe. Tam, gdzie bezpieczeństwo ma duże znaczenie, bramki obrotowe stanowią jedną z pierwszych linii obrony.
Podsumowując, bramki obrotowe to więc nie tylko element wyposażenia – to fundament nowoczesnych systemów ochrony, które skutecznie łączą wygodę, efektywność i bezpieczeństwo. Niezależnie od branży, w której są stosowane, ich skuteczność i niezawodność sprawiają, że stanowią kluczowy element systemów kontroli dostępu.
W ostatnich latach trwa tzw. złoty wyścig zbrojeń, intensywne zwiększanie rezerw złota przez niektóre państwa. Kruszec ten od wieków odgrywa kluczową rolę w światowym systemie finansowym: stanowi nie tylko symbol bogactwa, ale też zabezpieczenie przed niepewnością ekonomiczną i polityczną. Banki centralne gromadzą rezerwy złota, traktując je m.in. jako poduszkę bezpieczeństwa.
Złoto uchodzi za bezpieczną przystań w okresach zawirowań gospodarczych i politycznych, bo jego wartość pozostaje stosunkowo stabilna w porównaniu z innymi aktywami, takimi jak waluty czy akcje. Banki centralne traktują złoto jako narzędzie dywersyfikacji rezerw walutowych, co pozwala ograniczyć ryzyko związane z wahaniami kursów walut i inflacją. Ponadto posiadanie znacznych rezerw złota może zwiększyć wiarygodność kraju na arenie międzynarodowej i wzmocnić zaufanie inwestorów.
Według danych World Gold Council, na koniec 2024 roku największe rezerwy złota niezmiennie posiadały Stany Zjednoczone (ponad 8 000 ton). Kolejne miejsca zajmowały Niemcy (ponad 3 300 ton) oraz Włochy (ponad 2 400 ton). W ostatnich latach rośnie zainteresowanie złotem ze strony krajów rozwijających się. Na miano nowego lidera zasługuje także Polska, która w ciągu dekady zwiększyła swoje rezerwy z około 100 do 448 ton na koniec czwartego kwartału 2024 roku. Zgodnie z informacją NBP z 25 kwietnia 2025 roku, Polska osiągnęła obecnie poziom rezerw złota wynoszący 500 ton. To czyni nasz kraj liderem pod względem tempa wzrostu rezerw złota na świecie i plasuje w pierwszej dziesiątce państw posiadających największe zasoby tego kruszcu.
W Stanach Zjednoczonych, zgodnie z danymi fiscaldata.treasury.gov, większość rezerw złota przechowywana jest w Fort Knox w Kentucky. Pozostałe lokalizacje to West Point w stanie Nowy Jork, Denver w Kolorado oraz mniejsze obiekty w całym kraju. Polska, podobnie jak wiele innych państw, dywersyfikuje miejsca przechowywania złota. Narodowy Bank Polski wskazał, że na koniec 2024 roku około 75 proc. polskich rezerw złota znajdowało się w zagranicznych skarbcach – w Banku Anglii w Londynie oraz w Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku. Głównym celem takiego działania jest zwiększenie bezpieczeństwa i zapewnienie niezbędnej płynności rezerw.
Na „złoty wyścig zbrojeń” wpływa kilka kluczowych czynników. Po pierwsze, do poszukiwania bezpiecznych aktywów skłania banki centralne rosnąca niepewność gospodarcza na świecie, związana z pandemią COVID-19, inflacją i napięciami geopolitycznymi. Po drugie, część krajów dąży do zmniejszenia zależności od dolara amerykańskiego, który od dekad pełni rolę głównej waluty rezerwowej. Zwiększanie rezerw złota postrzegane jest jako sposób na uniezależnienie się od polityki monetarnej Stanów Zjednoczonych i wzmocnienie własnej pozycji międzynarodowej. Po trzecie, niskie stopy procentowe i programy luzowania ilościowego prowadzone przez wiele banków centralnych (np. Europejski Bank Centralny) sprawiają, że trzymanie gotówki staje się mniej opłacalne, co skłania do inwestowania w inne aktywa, takie jak złoto.
Istotny wpływ na rynek złota miała także polityka Donalda Trumpa, zwłaszcza wprowadzenie ceł i wywołanie napięć handlowych, które zwiększyły popyt na złoto jako bezpieczną przystań inwestycyjną. Jego zapowiedzi taryf na import metali szlachetnych do USA spowodowały gwałtowny wzrost popytu na fizyczne złoto, głównie w postaci sztabek. Według danych World Gold Council, od grudnia ubiegłego roku do nowojorskich skarbców trafiły znaczne ilości złota, przesuwane z magazynów w Londynie przez dealerów i banki inwestycyjne. Eksperci szacują, że w ciągu dwóch pierwszych miesięcy tego roku tylko do magazynów nowojorskiej giełdy COMEX trafiło 12,2 mln uncji złota, zwiększając tamtejsze zapasy o 70 proc. Odnotowano również duży popyt na złoto niematerialne w postaci napływów do globalnych funduszy ETF na złoto. W samym marcu 2025 roku napływ do tych funduszy wyniósł 8,6 mld dol., a po czterech miesiącach nieprzerwanych napływów, łączne aktywa pod zarządzaniem globalnych funduszy ETF na złoto osiągnęły rekordowy poziom 345 mld dol.
W ostatnich dniach złoto poszybowało w okolice 3 500 dol. za uncję trojańską, przy jednoczesnej silnej deprecjacji dolara amerykańskiego. Według wielu analityków nie jest to jeszcze koniec wzrostów tego surowca. Roczny wzrost wartości złota przekroczył 40 proc. Dla wszystkich banków centralnych, które zdecydowały się na zwiększenie rezerw w złocie, okazało się to trafną strategią.
„Złoty wyścig zbrojeń” może mieć różnorodne konsekwencje dla globalnej gospodarki. Po pierwsze, zwiększony popyt na złoto ze strony banków centralnych może prowadzić do dalszego wzrostu jego cen, co z kolei może wpłynąć na inflację. Po drugie, uniezależnianie się niektórych krajów od dolara amerykańskiego może osłabić jego pozycję jako głównej waluty rezerwowej, prowadząc do zmian w globalnym systemie finansowym. Po trzecie, gromadzenie złota przez banki centralne może zmniejszyć ilość złota dostępnego dla inwestorów prywatnych, co może wpłynąć na jego płynność i dostępność.
Autor: Krzysztof Borecki
Autor jest niezależnym ekspertem ds. rynków finansowych oraz członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich.
– Polska może stać się znaczącym beneficjentem zmian, które następują w branży obronnej i zyskać status istotnego ośrodka technologicznego dla Europy, uważają eksperci kancelarii Baker McKenzie. Znaczny udział wydatków zbrojeniowych w polskim budżecie, wysoki wolumen zamówień od międzynarodowych dostawców oraz rola, jaką Polska odgrywa w trakcie wojny w Ukrainie, przyciągają uwagę największych światowych producentów technologii jak i wielu inwestorów.
Ostatnie lata w branży obronnej cechowały przyspieszenie w tworzeniu i upowszechnianiu nowoczesnych technologii stosowanych na polach bitwy, rosnąca rola sektora prywatnego oraz wzrost znaczenia technologii o podwójnym zastosowaniu – cywilnym i militarnym (dual-use). Można spodziewać się, że zjawiska te w najbliższych latach przybiorą na sile.
– Technologiczni wizjonerzy, dzięki swojej determinacji we wdrażaniu śmiałych idei, zmieniają sposób funkcjonowania tradycyjnych biznesów. Przeorganizowali już gruntownie branże takie jak transport, finanse, czy handel, a teraz coraz mocniej zmieniają przemysł obronny – mówi Radzym Wójcik, counsel w praktyce fuzji i przejęć w Baker McKenzie w Warszawie. – Obecna sytuacja geopolityczna i zapowiadane przez wiele państw intensywne zbrojenia stymulują popyt, czyniąc tę branżę jeszcze ciekawszą dla innowatorów i inwestorów. Zwłaszcza, że wiele rozwiązań da się wykorzystać dwa razy, dla rozwiązań cywilnych i wojskowych.
Polska może skorzystać na zmianach w procesie produkcji zbrojeniowej. Prawnicy Baker McKenzie obserwują duże zainteresowanie zagranicznego biznesu współpracą z polskimi firmami oraz umiejscowieniem europejskich centrów spółek z USA, ale też np. Korei Południowej właśnie w Polsce. Atutem Polski jest przynależność do NATO i Unii Europejskiej, stabilna sytuacja ekonomiczna, znaczny budżet przeznaczany na zakupy dla wojska, a także dostęp do wysoko wykwalifikowanej kadry inżynieryjnej i informatycznej. Zdaniem ekspertów Baker McKenzie, zmiany w prawie i praktyce urzędniczej mogłyby pomóc w skuteczniejszym przełożeniu tego zainteresowania na realne projekty.
– Kontrola i wysoki poziom regulacji są oczywiste w branży obronnej. Niemniej jednak pewien poziom elastyczności jest w tej chwili bardzo potrzebny, jeśli chcemy aktywnego zaangażowania ze strony przedsiębiorstw – mówi Radosław Nożykowski, counsel, ekspert w obszarze nowych technologii, szef praktyki obronności oraz cyberbezpieczeństwa w Baker McKenzie w Warszawie. – Dotyczy to w szczególności skrócenia czasu potrzebnego na wydawanie zgód oraz przeprowadzenie procedur administracyjnych. Już teraz można dostrzec pozytywne zmiany wynikające z nowych inicjatyw legislacyjnych, takich jak specustawa obronna.
Ze względu na toczącą się wojnę Ukraina zaadaptowała procedury współpracy z sektorem zbrojeniowym i skraca w miarę możliwości czas niezbędny na uruchomienie produkcji lub wdrożenia technologii militarnych. Zachowując bardzo wysoki poziom kontroli i regulacji blisko współpracuje z firmami przekazując informacje zwrotne, dane i zgłaszając potrzeby raportowane z frontu, co przyspiesza adaptację technologii do bieżących potrzeb wojennych.
Specjalizujący się w doradztwie dla firm zbrojeniowych prawnicy Baker McKenzie zwracają uwagę, że zapotrzebowanie na innowacje jest ogromne, a czas od stworzenia nowych rozwiązań do użycia ich w warunkach bojowych znacznie się skrócił.
– Intensywne prace badawczo-rozwojowe, szybsze niż kiedykolwiek wprowadzanie innowacji na rynek, jak również strategiczne zmiany w procesach produkcyjnych możliwe są między innymi dzięki rosnącemu zainteresowaniu kapitału prywatnego branżą – mówi Łukasz Targoszyński, partner w praktyce fuzji i przejęć w Baker McKenzie. – Fundusze i inwestorzy prywatni intensywnie szukają atrakcyjnych celów inwestycyjnych. Z dużym zainteresowaniem spoglądają w kierunku tzw. militechów, czyli firm tworzących technologie obronne. Inwestorzy widzą szansę na dynamiczny rozwój tych firm w niedalekiej przyszłości.
Przedstawiciele inwestorów finansowych podkreślają zmianę, która zaszła w ostatnim czasie na rynku w podejściu do firm z branży obronnych. Jednym z podmiotów pozyskujących do swojego portfolio innowacyjne firmy zbrojeniowe jest grupa inwestycyjna RKKVC.
– Jeszcze niedawno inwestorzy private equity i VC omijali sektor obronny szerokim łukiem – odstraszały ich regulacje, długi czas zwrotu i reputacyjne ryzyka. Dziś sytuacja jest zupełnie inna: defense i technologie dual-use stały się jednym z najbardziej perspektywicznych obszarów inwestycyjnych na najbliższe lata – komentuje Aleksander Kłak, przewodniczący komitetu inwestycyjnego RKKVC.
– Warto pamiętać, że to dzięki inwestycjom obronnym powstały takie centra innowacji jak Silicon Valley czy Boston. W Polsce brakuje tej infrastruktury, choć pojawiają się obiecujące inicjatywy. Inwestorzy będą gotowi mocniej zaangażować się w region, jeśli zobaczą konsekwentne działania wspierające rozwój technologii dual-use nie tylko od strony budżetów, ale też praktyki rynkowej i regulacyjnej – mówi Mateusz Bodio, założyciel RKKVC.
– W najbliższych latach spodziewamy się przeorganizowania łańcuchów dostaw dla wielu wrażliwych sektorów, zwłaszcza obronnego czy po prostu dual-use. Z powodów politycznych, bezpieczeństwa, ale również ekonomicznych. Jednym z takich nowych miejsc, może być Polska – dodaje Radosław Nożykowski z Baker McKenzie. – Model biznesowy powinien łączyć przemysł tradycyjny z nowoczesnymi technologiami. Warto, aby innowacje były bardziej wspierane na szczeblu rządowym. Specyfiką innowacji w tym sektorze jest nie tylko ich koszt czy ryzyko powodzenia, ale ściśle regulowany rynek na jakim można je tworzyć czy oferować.
Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłasza konkurs, który ma na celu wsparcie szkół wyższych w zakresie podnoszenia kompetencji kadry kierowniczej oraz administracyjnej. Wnioski o dofinansowanie projektów w naborze pt. „Wzmocnienie potencjału administracyjnego uczelni” można składać od 5 maja do 11 lipca 2025 roku.
To ważna inwestycja w przyszłość edukacji, krok w kierunku pobudzania innowacyjności i nowych standardów zarządzania. Blisko 100 mln zł z programu Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego (FERS) zostanie przeznaczone na doskonalenie kompetencji lub kwalifikacji kadry kierowniczej i administracyjnej uczelni. Główną ideą konkursu jest dostosowanie umiejętności pracowników, którzy odpowiadają za sprawne funkcjonowanie szkół wyższych, do wymogów nowoczesnej gospodarki oraz zielonej i cyfrowej transformacji.
– Modernizacja w tym zakresie to jeden z koniecznych warunków dostosowania szkolnictwa wyższego do wyzwań XXI wieku. W naszym konkursie dofinansowanie mogą otrzymać projekty, w których wnioskodawca skupi się na działaniach podnoszących kompetencje i kwalifikacje swojej kadry kierowniczej lub kadry zaangażowanej w procesy administrowania uczelnią – mówi prof. dr hab. inż. Jerzy Małachowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.
Dlaczego to takie ważne? Dobre zarządzanie i administrowanie mają bezpośredni wpływ na funkcjonowanie i rozwój szkół wyższych. Stanowią one nieocenione wsparcie w prowadzeniu działalności naukowej, zapewnieniu wysokiej jakości kształcenia, ale też w transferze efektów badań do gospodarki i na wielu innych polach.
– Żeby uczelnia działała jak szwajcarski zegarek i kształciła kadry dla nowoczesnej gospodarki, potrzebuje dobrze przygotowanych ludzi, którzy będą sprawnie nią kierować i wspierać jej rozwój na wielu różnych polach. Począwszy od rektorów i prorektorów, poprzez dziekanów, po sekretariaty i biura administracyjne – każdy w tym łańcuchu ma do odegrania swoją rolę.Każdy też musi nauczyć się współpracy i w zależności od swoich zadań, posiąść wiele innych umiejętności, np. z zakresu posługiwania się nowoczesnymi technologiami, w tym systemami rekrutacji, a także planowania, budżetowania i nadzoru nad finansami. Przydatna jest także znajomość języków obcych, tak istotna z perspektywy współpracy międzynarodowej – zauważa dyrektor Jerzy Małachowski. – Uczelnie powinny być również forpocztą dbania o środowisko, stąd pracownicy potrzebują umiejętności planowania, wdrażania i nadzorowania procesów, które ograniczą zużycie energii czy zwiększą recykling. To tylko przykłady licznych wyzwań administracyjnych, a dzięki Funduszom Europejskim chcemy pomóc naszym przyszłym beneficjentom przygotować kadry do ich podejmowania – dodaje.
Na co można uzyskać dofinansowanie?
Działania w projekcie muszą prowadzić do uzyskania bądź podniesienia przez kadrę kierowniczą lub administracyjną uczelni wszystkich wskazanych kompetencji lub kwalifikacji:
zarządczych (wymóg obowiązkowy tylko w odniesieniu do kadry kierowniczej),
cyfrowych,
na rzecz zielonej transformacji.
Dodatkowo można zaplanować działania podnoszące kompetencje lub kwalifikacje przekrojowe, analityczne, merytoryczne i językowe uczestników, a także zarządcze – w sytuacji, gdy wnioskodawca planuje rozwój tych kompetencji bądź kwalifikacji u pracowników zaangażowanych w procesy administrowania uczelnią.
Wnioski o dofinansowanie projektów uczelnie będą składać drogą elektroniczną przez system SOWA EFS od 5 maja do 11 lipca 2025 roku. Łączna kwota przeznaczona na ten cel to 97 mln zł. Maksymalna wartość projektu wynosi 3 mln zł. Można się ubiegać o dofinansowanie na realizację zaplanowanych działań na poziomie nieprzekraczającym 97 proc., wkład własny uczelni to zatem co najmniej 3 proc. wartości projektu. W uzasadnionych przypadkach NCBR dopuszcza realizację projektu w partnerstwie, np. z inną uczelnią.
Nabór „Wzmocnienie potencjału administracyjnego uczelni” organizowany jest w ramach Działania „Umiejętności w szkolnictwie wyższym”, Priorytet „Umiejętności” Programu Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego.
Sieć World, której celem jest zapewnienie bardziej ludzkiego internetu w dobie AI, debiutuje w Stanach Zjednoczonych. Założyciele Tools for Humanity – Sam Altman i Alex Blania – ogłosili właśnie w San Francisco szereg nowości.
W miarę jak sztuczna inteligencja rozwija się w zawrotnym tempie, granica między człowiekiem a maszyną w przestrzeni cyfrowej staje się coraz bardziej płynna. Właśnie w tym kluczowym momencie pojawił się World Network — inicjatywa mająca na celu stworzenie fundamentu wiarygodnego potwierdzenia bycia człowiekiem, które chroni autonomię jednostki w erze AI.
Pilna potrzeba potwierdzania tożsamości ludzkiej to odpowiedź na realne, codzienne wyzwania: rosnącą liczbę deepfake’ów, automatyzację oszustw oraz coraz większą trudność w odróżnianiu prawdziwej ludzkiej interakcji od tworzonych przez boty treści.
World – dostępny już w 160 krajach – ma 26 mln użytkowników aplikacji, a 12 mln ludzi potwierdziło, że jest człowiekiem, uzyskując World ID. Po debiucie w Europie – w tym w Polsce, w której swój cyfrowy paszport World ID można uzyskać w jednej z 45 lokalizacji – Azji, Ameryce Południowej i Afryce, World debiutuje w Stanach Zjednoczonych.
W ciągu najbliższych 12 miesięcy w USA ma zostać udostępnionych 7,5 tys. Orbów służących do weryfikacji, że jest się unikalnym człowiekiem – to cztery razy więcej, niż jest obecnie na całym świecie. Orb to najnowocześniejsza kamera typu open-source, która robi zdjęcia tęczówki w wysokiej jakości, potwierdzając unikalność danej osoby, w sposób chroniący prywatność. Takie zdjęcia na terenie USA można od 1 maja wykonać w Atlancie, Austin, Los Angeles, Miami, Nashville oraz San Francisco, a wkrótce także w Seattle, Las Vegas, San Diego i Orlando.
Prestiżowe partnerstwa i jeszcze większa użyteczność
Tradycyjne metody weryfikacji – takie jak numery telefoniczne lub testy CAPTCHA – nie są w stanie sprostać obecnym wyzwaniom.
– Istnieją trzy obszary, w których weryfikacja człowieczeństwa wydawała nam się od początku działalności World kluczowa: granie, randkowanie i zarządzanie finansami
— powiedział Alex Blania, CEO Tools for Humanity.
Te obszary znajdują swoje odbicie w serii prestiżowych partnerstw, które ogłoszono w San Francisco.
Pierwsze to współpraca z Match Group, właścicielem aplikacji randkowych takich jak Tinder, Hinge, Okcupid. Dzięki World ich użytkownicy mają mieć pewność, że rozmawiają z prawdziwym, pełnoletnim człowiekiem, a nie botem. Pilotaż rozwiązania wystartuje na Tinderze w Japonii. A problem jest realny: według badania World, 6 na 10 randkujących online wie lub podejrzewa, że jeden z ich partnerów w aplikacji był botem.
Kooperacja z Visą zaowocuje powstaniem karty płatniczej World x Visa jeszcze w tym roku. Dzięki niej środkami zgromadzonymi w aplikacji World App będzie można płacić w jednym ze 150 mln punktów stacjonarnych oraz w internecie.
World rozwija też współpracę z kluczowym graczem na rynku gamingu, Razer. Poza dalszym integrowaniem technologii umożliwiających potwierdzenie, że jest się człowiekiem w środowisku Razer, planowany jest League of Humans – turniej gamingowy tylko dla ludzi. Tu również potrzeba weryfikacji człowieczeństwa wydaje się pilna – aż 80 proc. polskich graczy przebadanych przez SW Research na zlecenie World Network deklaruje, że doświadczyło obecności botów, co rujnuje rozgrywkę.
Podczas wydarzenia zaanonsowano też współpracę z rozpoznawalnymi fintechami Stripe i Circle oraz rozwój World Chata.
Prostsze technologie weryfikacyjne: najnowsza generacja Orba
Rich Heley, Chief Device Officer w Tools for Humanity i były dyrektor Apple, zaprezentował również zupełnie nowe, przenośne urządzenie Orb Mini, które wygląda jak smartfon. Umożliwi uzyskanie World ID w jeszcze prostszy sposób, dziesięciokrotnie zwiększając skalę przedsięwzięcia. Nowa generacja Orbów Mini ma być dostępna w 2026 roku.
Na konferencji ogłoszono wprowadzenie najnowszej generacji urządzeń Orb, wykorzystujących zaawansowane modele AI z czujnikami światła widzialnego i podczerwieni i napędzana procesorem NVIDIA Jetson. Urządzenia będą produkowane w Richardson w stanie Teksas.
“W dobie AI, weryfikacja tożsamości użytkowników stała się niezbędna tu i teraz. Kiedy gramy online, randkujemy w aplikacjach lub zarządzamy swoimi finansami, musimy wiedzieć, kto po drugiej stronie ekranu jest prawdziwym człowiekiem, a kto botem. World gwarantuje tę pewność za pomocą prostej technologii, która potwierdza, że jesteś człowiekiem, jednocześnie zachowując prywatność Twoich danych osobowych i Twojego cyfrowego śladu” – podsumowują swoję misję twórcy i podsumowują wszystkie ogłoszone nowości. Zaznaczają, że World zapewniając ludzką warstwę internetu jest otwartą, globalną infrastrukturą dla wszystkich ludzi.
SprawdzaMY – Inicjatywa Przedsiębiorcy dla Polski Rafała Brzoski to oddolna akcja, która działa w celu przygotowania i zaproponowania politykom pakietu rozwiązań w zakresie deregulacji, uproszczeń i ułatwień obrotu gospodarczego. To wspólna inicjatywa wszystkich ludzi zatroskanych o przyszłość polskiej gospodarki i o przyszłość projektów rozwojowych całego kraju. Jest wsparciem dla Polaków szukających odpowiedzi na swoje potrzeby i aspiracje, ale też wątpliwości i troski. Celem Inicjatywy jest ułatwienie życia wszystkich grup społecznych – pracownikom, przedsiębiorcom, a także urzędnikom. Proponowane są uproszczenia i ułatwienia, z których skorzystają polscy obywatele. Deregulacja ma służyć każdemu Polakowi.
– W ostatnich dniach nasz zespół deregulacyjny przedstawił dziesiąty już pakiet propozycji zmian prawnych – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Wojciech Kostrzewa, Prezes Polskiej Rady Biznesu, członek Komitetu Sterującego Inicjatywy SprawdzaMY Rafał Brzoski. – Łącznie opublikowaliśmy 280 propozycji, z czego 230 przekazaliśmy rządowi, a 67 z nich jest już w trakcie realizacji. To znaczący sukces, oparty na niesamowitej energii, jaką wzbudziła ta inicjatywa wśród przedsiębiorców oraz obywateli. Pokazuje to ogromną potrzebę eliminacji niepotrzebnych i niespójnych przepisów prowadzących do biurokracji. Przedsiębiorstwa pragną działać w oparciu o zdrowy rozsądek, a nie zależeć od arbitralnych decyzji urzędników czy polityków. Wierzę, że do końca maja – osiągając limit stu dni pracy – zaprezentujemy 350 propozycji, które rząd będzie mógł wcielić w życie. Mam nadzieję, że większość z nich skutecznie przejdzie przez proces legislacyjny i otrzyma podpis Prezydenta. Rafał Brzoska, nasz lider projektu, zapowiedział, że choć wraca do swoich obowiązków jako prezes dużej firmy, nadal będzie wspierał naszą inicjatywę. Nową formułę kontynuowania projektu zaprezentujemy pod koniec maja. Osobiście wierzę, że nie możemy zmarnować tej energii i inicjatywy, jakie obecnie obserwujemy. To poziom porównywalny z dynamiką przedsiębiorczości lat 80. i 90. – zaraz po upadku komunizmu oraz z okresem przemian legislacyjnych przed przystąpieniem do UE na przełomie wieków. Jeśli chcemy stworzyć podstawy konkurencyjnej polskiej gospodarki, zdolnej do wygrywania na arenie międzynarodowej przez kolejne dekady, musimy wykorzystać ten moment – dodaje Wojciech Kostrzewa.
Decyzja Arabii Saudyjskiej oraz jej sojuszników z OPEC+ o znacznym zwiększeniu wydobycia ropy naftowej od czerwca 2025 roku – o dodatkowe 411 tys. baryłek dziennie – wywołała gwałtowne reakcje na globalnych rynkach surowcowych. Tak dynamiczne działanie ze strony kartelu zaskoczyło inwestorów oraz analityków, ponieważ oznacza ono odejście od dotychczasowej, bardziej ostrożnej polityki wzrostu produkcji na rzecz radykalnego i natychmiastowego zwiększenia podaży. W konsekwencji ceny kontraktów terminowych na ropę Brent spadły o 2.7%, osiągając poziom 59.63 USD za baryłkę, co jest najniższym wynikiem od czterech lat i wyraźnym sygnałem nadchodzących turbulencji na rynku ropy.
Zmiana strategii OPEC+ spowodowała natychmiastową rewizję prognoz cenowych przez największe instytucje finansowe. Goldman Sachs, Morgan Stanley oraz ING obniżyły swoje oczekiwania dotyczące średnich cen ropy w drugiej połowie 2025 roku. Morgan Stanley prognozuje obecnie, że ceny ropy będą oscylować wokół 62.50 USD za baryłkę w trzecim i czwartym kwartale roku. To wyraźne obniżenie oczekiwań odzwierciedla nie tylko rosnącą podaż, lecz także zwiększoną niepewność co do dalszego kształtowania się równowagi popytowo-podażowej na rynku.
Działania Arabii Saudyjskiej interpretowane są również jako próba zdyscyplinowania innych członków OPEC+, w szczególności Kazachstanu i Iraku, które w ostatnich miesiącach regularnie przekraczały przyznane im limity produkcyjne, podważając tym samym spójność polityki kartelu. Ponadto decyzja Rijadu może być wymierzona w amerykańskich producentów ropy łupkowej, którzy dzięki elastyczności operacyjnej i nowym technologiom zwiększają udział w rynku w warunkach wyższych cen. Obniżenie cen ropy może więc stanowić próbę osłabienia konkurencji ze strony USA oraz jednocześnie być gestem politycznym mającym na celu zbliżenie stanowisk z administracją prezydenta Stanów Zjednoczonych.
W dłuższym horyzoncie czasowym strategia oparta na szybkim zwiększeniu wydobycia wiąże się jednak z poważnymi ryzykami. Według szacunków Morgan Stanley, już w drugiej połowie 2025 roku rynek może borykać się z nadwyżką podaży sięgającą 1.1 mln baryłek dziennie. W warunkach słabnącego globalnego wzrostu gospodarczego, obaw przed recesją w kluczowych gospodarkach oraz napięć geopolitycznych i handlowych, taka nadpodaż może doprowadzić do dalszej destabilizacji rynku i pogłębienia presji spadkowej na ceny surowca.
Nie można również pominąć długofalowych konsekwencji dla krajów produkujących ropę, dla których dochody z eksportu tego surowca są kluczowym źródłem wpływów budżetowych. Długotrwałe utrzymywanie się niskich cen ropy może prowadzić do zwiększenia deficytów fiskalnych, rewizji planów inwestycyjnych oraz napięć społeczno-ekonomicznych. Również dla firm naftowych oznacza to konieczność rewizji modeli biznesowych, zwłaszcza w zakresie opłacalności nowych projektów wydobywczych.
W tym kontekście zasadniczym pytaniem pozostaje, jak długo Arabia Saudyjska będzie gotowa utrzymywać obecny poziom produkcji, tolerując jednocześnie niższe dochody z eksportu i pogłębiające się napięcia wewnątrz kartelu. Niewykluczone, że obecna strategia ma charakter tymczasowy i zostanie skorygowana w zależności od rozwoju sytuacji gospodarczej oraz reakcji konkurentów. Tymczasem światowy rynek energii wchodzi w kolejny okres zwiększonej zmienności, a decyzje OPEC+ będą miały kluczowe znaczenie dla cen paliw, poziomu inflacji oraz polityki gospodarczej wielu państw na świecie.
Według najnowszego sondażu, 68,3% Polaków, zaciągając kredyt bądź pożyczkę, sprawdza treść umowy. 20,1% rodaków nie zajmuje się tym. Z kolei 11,6% nie pamięta lub nie wie, co robi w takiej sytuacji. Osoby, które weryfikują tego typu dokument, najczęściej wertują go tylko we własnym zakresie – 36,6%. Natomiast konsumenci pomijający tę czynność z reguły nie widzą potrzeby analizowania zapisów – 5,9%. Z badania wynika również, że konsultują lub sprawdzają treść umowy głównie ankietowani z miesięcznymi dochodami netto w wysokości 7000-8999 zł. A nie robią tego przeważnie respondenci zarabiający poniżej 1000 zł.
Jak wynika z raportu pt. „Jak Polacy zaciągają kredyty? Edycja 2025”, autorstwa platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH i Kancelarii SubiGo, 68,3% Polaków, sięgając po kredyt bądź pożyczkę, sprawdza treść umowy. 20,1% osób nie robi tego, biorąc na siebie takie zobowiązanie. Z kolei 11,6% ankietowanych nie pamięta lub nie wie, jak jest w ich przypadku w powyższej sytuacji.
– Według deklaracji, wyraźna większość badanych konsultuje bądź sprawdza treść umowy przy zaciąganiu kredytu lub pożyczki. Jednak ponad dwie trzecie Polaków to nadal nie jest w pełni satysfakcjonujący wynik. Spory odsetek rodaków nie dba o to, by przynajmniej zapoznać się z zapisami czy omówić je z innymi osobami. Nie wykazuje więc ostrożności i świadomości prawnej. Dodatkowo ponad jedna dziesiąta ankietowanych nie pamięta bądź nie wie, jak było dotychczas – komentuje radca prawny Adrian Goska, współautor raportu z Kancelarii SubiGo.
W opinii eksperta, część osób niedbających o swoje bezpieczeństwo prawno-finansowe może zakładać, że procedury i przepisy są już na tyle przejrzyste, iż nie ma potrzeby dokładnie weryfikować treści dokumentów. – To, jak istotna bywa dokładna analiza zapisów przed podpisaniem, doskonale pokazały doświadczenia frankowiczów czy chociażby ostatnio głośne problemy wokół SKD. Wiele umów kredytowych okazało się wadliwych, a niektóre banki świadomie bądź nieświadomie ukrywały kluczowe kwestie. To tylko potwierdza, że nawet przy stabilnej sytuacji finansowej i wysokich zarobkach warto zadbać o drobiazgowe sprawdzenie dokumentu – przekonuje mec. Adrian Goska.
Do tego znawca tematu przypomina, że każdy zapis w umowie kredytowej czy pożyczkowej może mieć realny wpływ na sytuację finansową klienta, zwłaszcza jeśli chodzi o dodatkowe opłaty, prowizje czy warunki spłaty. – Z tego powodu zachowawcze podejście jest najczęściej rekomendowane. Póki co ponad 68% Polaków daje przynajmniej sygnał, że nie podpisuje umów w ciemno, choć wielu mimo tego że czyta, czasem może nie do końca rozumieć zawartych tam zapisów, bo z reguły tego typu umowy dokumenty są pisane ciężkim prawniczym językiem – podkreśla ekspert z Kancelarii SubiGo.
Spośród pięciu wariantów odpowiedzi twierdzącej najwięcej osób wskazało, że sprawdziło treść umowy tylko we własnym zakresie – 36,6%. – Można to interpretować jako efekt dwóch głównych czynników. Po pierwsze, część osób może sądzić, że umowy kredytowe czy pożyczkowe są na tyle zrozumiałe, iż wystarczy uważnie je przeczytać. Po drugie, nie każdy chce angażować członków rodziny, znajomych czy tym bardziej prawnika, bo to często oznacza dodatkowy wysiłek lub koszty – wyjaśnia współautor raportu.
Na drugim miejscu w tym zestawieniu widać analizowanie dokumentów z kimś z rodziny – 15,4%. Na trzeciej pozycji jest weryfikacja zapisów z prawnikiem – 8%, na czwartej – ze znajomym – 4,5%, a na piątej – z kimś innym niż wyżej wymieniono – 3,8%. – W ujęciu procentowym, odsetek osób konsultujących treść umowy z prawnikiem nie jest duży, ale też nie można go zupełnie bagatelizować. Wskazuje, że pewna grupa klientów podchodzi do tematu wyjątkowo ostrożnie lub też ma doświadczenia skłaniające do sięgania po profesjonalną pomoc. Jednak dla wielu osób może to być bariera finansowa albo brak poczucia, że taka konsultacja jest niezbędna – mówi mec. Adrian Goska.
Konsultacją lub samodzielnym sprawdzaniem treści umowy zajmują się przede wszystkim osoby w wieku 35-44 lat (wśród nich 74,7%). Głównie są to konsumenci z miesięcznymi dochodami netto w wysokości 7000-8999 zł (76,5%), a także mieszkańcy miast liczących od 200 tys. do 499 tys. ludności (74,5%). –Można przyjąć, że osoby w ww. przedziale wiekowym są w okresie największej aktywności zawodowej i często zaciągają kredyty na wyższe kwoty, np. kredyty hipoteczne. Naturalnie może to skłaniać do bardziej wnikliwej analizy umowy, zwłaszcza jeśli chodzi o dodatkowe koszty czy potencjalne ryzyka – analizuje współautor raportu.
Z kolei spośród czterech wariantów odpowiedzi przeczących najwięcej osób wskazało, że nie sprawdza zapisów, bo nie widzi takiej potrzeby – 5,9%. Z innego powodu, niż wyżej podano, nie analizuje treści umowy 5,7% ankietowanych. Z reguły nie ma na to czasu 5,2% respondentów, a na zaufanie do instytucji finansowych powołuje się 3,3% badanych.
– Skutki takiego podejścia mogą być poważne. Każdy zapis w umowie może zawierać potencjalne obciążenia czy kary umowne, o których klient mógłby się dowiedzieć dopiero w sytuacji problematycznej. Zatem brak konsultacji lub lektury dokumentu może prowadzić do przykrych konsekwencji, a zmiana podejścia wydaje się co najmniej wskazana, zwłaszcza przy zobowiązaniach długoterminowych lub na większe kwoty – alarmuje mec. Adrian Goska.
Nie konsultują i nie sprawdzają treści umowy przede wszystkim osoby w wieku 75-80 lat (wśród nich 42,7%), z miesięcznym dochodem netto poniżej 1000 zł (37%), a także z miast liczących od 100 tys. do 199 tys. mieszkańców (24,8%). Zdaniem mec. Adriana Goski, w przypadku seniorów mogą wchodzić w grę przyzwyczajenia z wcześniejszych dekad. Do tego dochodzi zaufanie do tradycyjnych instytucji albo brak dostępu do narzędzi, które ułatwiają sprawdzanie.
– Z kolei w grupie o bardzo niskich dochodach może istnieć przekonanie, że skoro kwota pożyczki lub kredytu będzie raczej niewielka, to zbędna jest wnikliwa analiza dokumentacji. Jednak nawet przy małych kwotach nieprzeczytanie bądź nieuwzględnienie zapisów umowy może skutkować problemami finansowymi lub dodatkowymi kosztami. Dlatego sugeruje się, by kwestię sprawdzenia i ewentualnego konsultowania umowy traktować poważnie, niezależnie od wysokości zobowiązania – podsumowuje ekspert z Kancelarii SubiGo.
Opis metody analitycznej/badawczej
Raport pt. „Jak Polacy zaciągają kredyty lub pożyczki? Edycja 2025” został przygotowany na podstawie specjalnego badania opinii publicznej, przeprowadzonego metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i Kancelarię SubiGo na próbie 1008 konsumentów w wieku 18-80 lat.
Mieszkanie na swoim to marzenie wielu osób. Jego realizacja często wiąże się z koniecznością zaciągnięcia kredytu hipotecznego. To jedna z najważniejszych decyzji finansowych w życiu, dlatego warto dobrze się do niej przygotować. Czym wyróżnia się kredyt hipoteczny na tle innych produktów bankowych? Jakie warunki trzeba spełnić, żeby go dostać? O czym pamiętać, by uniknąć kosztownych błędów? Odpowiedzi na te pytania znajdziesz w naszym artykule.
Kredyt hipoteczny – co to za produkt?
Kredyt hipoteczny, często określany jako kredyt mieszkaniowy, to produkt finansowy umożliwiający zakup nieruchomości na rynku pierwotnym lub wtórnym. Może być także przeznaczony na budowę domu, nabycie działki budowlanej, remont, wykończenie wnętrza czy spłatę innych zobowiązań związanych z posiadaną nieruchomością. Jego podstawowym i docelowym zabezpieczeniem jest hipoteka ustanowiona na rzecz banku na nieruchomości. Hipoteka jest ustanawiana na mocy umowy między kredytobiorcą a bankiem. Jej celem jest zabezpieczenie interesów wierzyciela. Jeśli klient przestanie spłacać raty, bank ma prawo rozpocząć odzyskiwanie swoich pieniędzy z ustanowionych wcześniej zabezpieczeń – może np. wystąpić o przeprowadzenie egzekucji w celu sprzedaży nieruchomości. Czym jeszcze wyróżnia się kredyt hipoteczny? Kredyt ten charakteryzuje się długim okresem spłaty, nawet do 35 lat, oraz niższym oprocentowaniem niż inne produkty bankowe. Warto pamiętać, że warunki ofert mogą się różnić. Dlatego przed podjęciem decyzji dobrze jest porównać propozycje różnych banków. Narzędziem, które może w tym pomóc, jest aktualny ranking kredytów hipotecznych.
Jak dostać kredyt na mieszkanie?
Uzyskanie kredytu na mieszkanie zależy w głównej mierze od posiadania odpowiedniej zdolności kredytowej, czyli możliwości spłaty zaciągniętego zobowiązania wraz z odsetkami w terminach określonych w umowie. Zdolność kredytowa jest oceniana m.in. na podstawie dochodów, wydatków i historii kredytowej klienta. Ważnymi kryteriami rozpatrywania możliwości spłaty kredytu hipotecznego są również: wiek potencjalnego kredytobiorcy, stan cywilny i liczba osób na utrzymaniu oraz wysokość wkładu własnego. To ostatnie jest jednym z najważniejszych warunków przy ubieganiu się o kredyt na zakup mieszkania lub budowę domu. Aby uzyskać kredyt na standardowych warunkach, należy posiadać wkład na poziomie 20%. Niektóre banki mają w ofercie kredyty z 10-procentowym wkładem, ale zazwyczaj wiąże się to z dodatkowymi kosztami, np. obowiązkowym ubezpieczeniem kredytu lub wyższym oprocentowaniem. Warto nadmienić, że niebawem ma zostać wprowadzony nowy program rządowy „Pierwsze Klucze”: https://www.creditspace.pl/pierwsze-klucze/. To kolejna inicjatywa rządowa, która ma ułatwić dostęp do własnego mieszkania osobom, które do tej pory nie mogły pozwolić sobie na zakup nieruchomości. Według oficjalnych zapowiedzi program ma ruszyć w drugiej połowie 2025 roku, ale szczegóły mogą jeszcze ulec zmianie.
Czy można zmienić warunki kredytu hipotecznego?
Nie każda osoba ubiegająca się o kredyt hipoteczny zdaje sobie sprawę z tego, że wraz z upływem czasu warunki kredytu mogą ulec zmianie. Prawdą jest, że warunki umowy kredytowej określane są w momencie jej zawarcia. Jednakże istnieje kilka możliwości, by dostosować je do aktualnej sytuacji finansowej konsumenta. Jednym ze sposobów na obniżenie kosztów jest refinansowanie kredytu hipotecznego, czyli po prostu zmiana kredytodawcy. Głównym celem refinansowania jest poprawa warunków kredytowania, co może obejmować zmniejszenie miesięcznych rat, wydłużenie okresu spłaty lub obniżenie całkowitego kosztu kredytu przez niższe oprocentowanie. Można także rozważać wcześniejszą spłatę części zadłużenia, co również może przynieść znaczące oszczędności. Każda z tych opcji wymaga dokładnej analizy, dlatego warto skonsultować się z niezależnym ekspertem kredytowym, aby wybrać najkorzystniejsze rozwiązanie.
Przychody związane ze sztuczną inteligencją mają odnotować +30% CAGR (skumulowany roczny wskaźnik wzrostu) w ciągu następnej dekady, osiągając 1,6 bln USD do 2032 r., administracja USA robi więc wszystko, aby zapewnić sobie pozycję lidera w tym segmencie, zwłaszcza po przełomowym sukcesie chińskiego Deepseek.
W ocenie Allianz Trade nowe ograniczenia dotyczące chipów uniemożliwia amerykańskim firmom sprzedaż chipów zaprojektowanych specjalnie dla Chin. Ten ruch mający chronić prymat amerykańskiej gospodarki może jednak przynieść odwrotny skutek w krótkim okresie, ponieważ sprzedaż dużych amerykańskich firm półprzewodnikowych w dużym stopniu realizowana jest do Chin (30% ich przychodów w przypadku firm z pierwszej dziesiątki) i będą musiały wypracować rozwiązania w odpowiedzi na rosnące (i realne) obawy dotyczące powolnych zwrotów z ogromnych inwestycji w sztuczną inteligencję.
Co więcej, izolacjonistyczna polityka USA zapewne przyspieszy w Chinach wspierane przez środki publiczne inwestycje w półprzewodniki, torując tym samym drogę dla innowacyjnego i tańszego ekosystemu, który w przyszłości może być faworyzowany w stosunku do amerykańskiego.
Po przełomowym sukcesie chińskiego Deepseek, władze USA wprowadziły dodatkowe ograniczenia w eksporcie półprzewodników, aby zabezpieczyć swoją pozycję w globalnym wyścigu sztucznej inteligencji. Biały Dom ogłosił niedawno szereg nowych ograniczeń w eksporcie półprzewodników do Chin i Hongkongu, w szczególności zakazując amerykańskim firmom Nvidia i AMD sprzedaży chipów przeznaczonych specjalnie na rynek chiński. Już za rządów administracji prezydenta Bidena amerykańskie firmy napotykały ograniczenia w sprzedaży swoich najlepszych chipów do Chin. Niemniej jednak Chinom w ocenie Allianz Trade udało się dokonać zdecydowanego skoku naprzód w technologii sztucznej inteligencji, polegając na mniej wydajnych „lekkich” chipach (np. H20 firmy Nvidia) w celu zbudowania taniego, otwartego modelu uczenia się języka (modele v3 i r1), aby konkurować ze znacznie droższymi wersjami zbudowanymi przez duże amerykańskie firmy technologiczne (OpenAI, Meta, Amazon). Kolejne zaostrzenie przepisów jest więc następną próbą odizolowania Chin w trwającym wyścigu o przywództwo w dziedzinie sztucznej inteligencji i zapewnienia sobie (USA) przewagi technologicznej. Pomimo pewnych namacalnych rezultatów, zilustrowanych znacznym spadkiem wolumenu importu chipów od czasu zastosowania ograniczeń (spadek o -22% w latach 2022-2024 w porównaniu z latami 2019-2021), Chiny zawsze były drugim co do wielkości nabywcą amerykańskich półprzewodników, a po uwzględnieniu Hongkongu zajmują pierwsze miejsce (20% amerykańskiego eksportu półprzewodników i innej elektroniki w 2024 r.). W rzeczywistości zakupy amerykańskich chipów przez odbiorców z Chin w ubiegłym roku faktycznie wzrosły (udział w rynku wzrósł o +4%), a globalny popyt na chipy był również wyższy w I kwartale 2025 r. (znacznie powyżej konsensusu oczekiwanych zysków zaprezentowanego zarówno przez azjatyckiego producenta chipów TSMC, jak i SK Hynix), ponieważ część firmy prawdopodobnie gromadziło zapasy w oczekiwaniu na ostrzejsze stanowisko prezydenta Trumpa.
Wykres 1: Eksport półprzewodników i innych podzespołów elektronicznych z USA w skali roku (w podziale na kraje)
Źródła: Międzynarodowa Administracja Handlu USA (ITA), Allianz Trade Research
Luki prawne osłabiły skutki istniejących ograniczeń. Stany Zjednoczone mają długą historię nakładania na Chiny ograniczeń handlowych w związku z nowymi technologiami, ale wyścig o prymat w sztucznej inteligencji tylko zaostrzył konkurencję o nie. W Allianz Trade zakładamy, że branża sztucznej inteligencji stanie się głównym motorem globalnego wzrostu w przyszłości, a spodziewane przychody osiągną 1,6 bln USD do 2032 roku. W tym kontekście kluczowa rola półprzewodników sprawiła, że branża ta znalazła się w centrum uwagi w obliczu obecnego impasu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Stany Zjednoczone mają wyraźną przewagę technologiczną w gospodarce opartej na sztucznej inteligencji, w szczególności dzięki silnym prywatnym zdolnościom inwestycyjnym, ale także potężnemu ekosystemowi korporacyjnemu i edukacyjnemu promującemu innowacje i przedsiębiorczość. Jednak ograniczenia nałożone w celu ochrony tej przewagi technologicznej zostały osłabione przez luki wynikające głównie z luźniejszych ram regulacyjnych u partnerów handlowych USA, a zwłaszcza braku ograniczeń dotyczących transferu technologii do Chin przez użytkowników końcowych lub strony trzecie. Co więcej, amerykańskiej administracji brakuje zasobów kapitałowych, aby zidentyfikować ostateczne miejsce przeznaczenia produktów będących przedmiotem handlu oraz kontrolować bezpośrednią i pośrednią wymianę amerykańskiej technologii za granicą, a w przypadku naruszenia amerykańskich ograniczeń nie stosuje się procedury karnej. W tym kontekście całkowity zakaz wydaje się być jedyną opcją, aby w pełni zablokować Chinom dostęp do amerykańskich chipów.
Wykres 2: Szacowane przychody generowane przez branżę sztucznej inteligencji w podziale na aplikacje
Źródła: Bloomberg Intelligence, Allianz Trade Research
Jednak amerykańskie firmy również zapłacą cenę. Nvidia i AMD stwierdziły, że nowe ograniczenia eksportowe do Chin oznaczają dla nich ogromne straty w wysokości odpowiednio 5,5 mld USD i 800 mln USD (tj. 6,5% i 14,6% ich rocznej EBITDA w 2024 r.), jeśli zostaną zastosowane, ponieważ istniejące zapasy chipów zaprojektowanych specjalnie dla Chin nie mogą zostać przekierowane do innych regionów. W rzeczywistości Chiny wciąż generują nawet jedną trzecią przychodów niektórych firm, nawet jeśli ich ogólny udział (w zakupach półprzewodników) zmniejszył się od czasu pierwszej kadencji Trumpa, ponieważ kraj ten pozostaje największym na świecie ośrodkiem produkcji elektroniki użytkowej. Dla takich firm utrata dostępu do Chin byłaby więc bardzo bolesna, przynajmniej dopóki nie zostanie znaleziona alternatywa, która zrekompensowałaby potencjalną utratę przychodów.
Wykres 3: Ekspozycja głównych amerykańskich firm z branży półprzewodników na przychody z Chin
Źródła: Dokumenty korporacyjne, Bloomberg, Allianz Trade Research
Ostatecznie, całkowity zakaz sprzedaży chipów do Chin będzie posunięciem przynoszącym efekt przeciwny do zamierzonego. Nowe ograniczenia – i zbliżające się ryzyko nałożenia konkretnych ceł na półprzewodniki – zwiększą presję na amerykańskie firmy technologiczne, które i tak stały w obliczu ryzyka recesji związanego z taryfami i kontrolą ze strony krajowych organów regulacyjnych w związku z domniemanymi praktykami monopolistycznymi (Google i Meta są obecnie przedmiotem dochodzeń w sprawie niezgodności z przepisami). Od połowy lutego amerykański sektor technologiczny odnotowywał silną wyprzedaż, a indeks Nasdaq spadł o -30%, ponieważ inwestorzy obawiają się poważnego spadku przychodów i rentowności w obliczu zbliżającej się recesji. Biorąc pod uwagę, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy prognozy zysków prawdopodobnie zostaną skorygowane w dół, amerykańskie spółki technologiczne muszą pilnie przekonać inwestorów, że krótkoterminowe zawirowania mają jedynie charakter cykliczny, zależny głównie od tymczasowych niekorzystnych czynników zewnętrznych, a nie strukturalny. Wymagać to będzie wykazania się przez nie kontrolą nad kosztami związanymi z nowymi cłami i znalezienie nowych źródeł przychodów, które nie są zależne od Chin, ale także udowodnienie, że ogromne inwestycje poczynione w technologię AI nie poszły na marne. Inwestorzy byli do tej pory stosunkowo spokojni, ale w obliczu radykalnej zmiany warunków gospodarczych, firmy technologiczne muszą pilnie dostarczyć pierwsze namacalne wyniki, aby ostudzić rosnącą nerwowość.
W przeciwieństwie do pochmurnych perspektyw amerykańskich firm technologicznych, dla chińskiego przemysłu technologicznego niebo jest zdecydowanie jaśniejsze. Duże korporacje, takie jak Huawei i Tencent, już opracowują własne najnowocześniejsze chipy powiązane ze sztuczną inteligencją, które mają zostać wykorzystane w laptopach, telefonach komórkowych a także systemach oprogramowania samochodowego. W rzeczywistości izolacjonistyczne podejście USA może więc nawet przynieść odwrotny skutek, jeśli pociągnie za sobą przyspieszenie w chinach inwestycji publicznych w technologię AI w celu zbudowania silnego krajowego ekosystemu, znacznie mniej zależnego od amerykańskich chipów, a przy tym także tańszego. Nawet jeśli zmniejszenie luki technologicznej w stosunku do USA zajmie Chinom kilka lat, to stopniowa emancypacja Chin i ich zdolność do budowania niezawodnego i innowacyjnego kontr-modelu (jak widać w branży pojazdów elektrycznych) może doprowadzić do nowego rozdania kart i osłabić dominującą pozycję USA. Niewątpliwie niektóre gospodarki wschodzące mogą już w bliskiej przyszłości faworyzować chińską technologię kosztem amerykańskiej w celu rozwoju własnej infrastrukturę sztucznej inteligencji.
Wykres 4: Dotychczasowe wyniki indeksu akcyjnego i ceny akcji
Źródła: LSEG Workspace, Allianz trade Research
Wykres 5: Prywatne inwestycje w sztuczną inteligencję (skumulowana kwota w mld USD, 2013-2024)
Źródła: Amerykańskie Biuro Statystyki Pracy, Allianz Trade Research
Według przewidywań ekonomistów wzrost zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych prawdopodobnie spowolnił w kwietniu, podczas gdy stopa bezrobocia utrzymała się na poziomie 4.2%. Prognozowany przyrost miejsc pracy w sektorze pozarolniczym wynosi około 138 tys., co stanowi zauważalny spadek względem wyjątkowo wysokiego wyniku z marca. Te dane są szczególnie istotne, ponieważ obrazują sytuację na rynku pracy po ogłoszeniu przez administrację Donalda Trumpa szeroko zakrojonych taryf celnych, które zwiększyły niepewność wśród przedsiębiorców.
Ekonomiści z Bank of America, zwracają uwagę, że choć polityka imigracyjna i handlowa może mieć negatywny wpływ na rynek pracy w nadchodzących miesiącach, to w kwietniu jej skutki były jeszcze ograniczone. Z kolei analitycy z EY twierdzą, że niepewność związana z polityką handlową, w połączeniu z typowymi dla kwietnia czynnikami sezonowymi, przyczyniła się do osłabienia zatrudnienia w sektorach takich jak turystyka, handel detaliczny i transport. Zwykle w tym okresie obserwuje się wzrost zatrudnienia w branży wypoczynkowej i hotelarskiej, jednak w tym roku efekt sezonowy mógł zostać osłabiony przez ogólną atmosferę niepewności gospodarczej.
Analitycy Bloomberg Economics przewidują, że wyraźniejsze pogorszenie sytuacji na rynku pracy może nastąpić już w maju, głównie wskutek osłabienia zatrudnienia w logistyce oraz w sektorze wypoczynkowym i hotelarskim. Mimo wszystko oczekuje się, że stopa bezrobocia pozostanie stabilna. Wiele firm, które w ostatnich miesiącach zmagały się z niedoborem siły roboczej, może być skłonnych utrzymywać zatrudnienie, rezygnując z innych wydatków. Dodatkowo, ograniczenie napływu imigrantów zmniejsza liczbę nowych uczestników rynku pracy, co paradoksalnie pomaga utrzymać niską stopę bezrobocia mimo słabnącego popytu na pracowników.
Kwestie zatrudnienia mają również znaczący wpływ na politykę Rezerwy Federalnej. Oczekuje się, że Fed utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie podczas najbliższego posiedzenia. Jednak dalsze pogorszenie sytuacji na rynku pracy, szczególnie w maju, może zwiększyć presję na Fed, by w większym stopniu skoncentrował się na wspieraniu pełnego zatrudnienia przy podejmowaniu kolejnych decyzji.
Pierwszy kwartał 2025 r. przyniósł na rynku wtórnym dwie niekorzystne tendencje dla osób sprzedających mieszkania. Pierwsza, to coraz wyższa skala negocjacji cen, a druga – dłuższy okres oczekiwania na klienta. Jednocześnie zmienia się profil kupujących – coraz częściej są to doświadczeni nabywcy wracający na rynek, co wzmacnia ich pozycję negocjacyjną.
Wyniki raportu Barometr Metrohouse i Credipass oraz RynekPierwotny.pl za I kwartał 2025 r. pokazują, że na rynku nadal jest wielu klientów, którzy są zdecydowani, aby w najbliższym czasie dokonać transakcji. Świadczą o tym dość wysokie odczyty Indeksu Popytu, który mierzy m.in. aktywność klientów poszukujących mieszkania. Zaskakująco dobre wyniki tego indeksu, nie pokrywają się na razie z liczbą transakcji, którą w I kw. można określić jako umiarkowaną. Jednakże można spodziewać się, że przy sprzyjających warunkach rynkowych, czyli m.in. dalszej korekcie cen oraz oczekiwanym spadkom stóp procentowych, można spodziewać się większego optymizmu wśród strony popytowej i zwiększenia wolumenu transakcji w II kw. br.
Sprzedający na słabszej pozycji
Coraz lepsza pozycja klientów kupujących, wynikająca w dużej mierze z wysokiej dostępności produktów mieszkaniowych, to z kolei niezbyt dobra informacja dla indywidualnych osób sprzedających obecnie mieszkanie. Barometr Metrohouse i Credipass wskazuje na dwie tendencje, które są niekorzystne z punktu widzenia strony podażowej.
Pierwszy z nich to coraz większa presja na negocjacje cen. – Nawet kilka procent wynegocjowanej przez kupującego kwoty nie robi dużego wrażenia, ale musimy pamiętać, że długotrwała ekspozycja oferty na rynku powoduje korektę, czasami wielokrotną ceny ofertowej, więc końcowa cena jest znacząco inna od tej z samego początku procesu sprzedaży, mówi Marcin Jańczuk, ekspert Metrohouse. Nadal wiele ofert posiada ceny, które nie spotykają się z reakcjami rynku. Wśród transakcji znajduje się pula ofert, gdzie cena ofertowa różni się od transakcyjnej nawet o 20 proc., co świadczy o tym, jak bardzo część cen jest tylko odzwierciedleniem życzeniowych postaw zbywców względem sprzedawanych nieruchomości.
Miasto
Różnica między pierwszą a ostatnią ceną ofertową
Negocjacje
Średnia cena nabywanego mieszkania
Średni metraż nabywanego mieszkania
Wrocław
6,2%
1,6%
550 000 zł
48
Kraków
4,4%
4,7%
560 000 zł
41
Warszawa
5,7%
1,4%
844 000 zł
53
Gdańsk
5,1%
2,7%
649 000 zł
53
Łódź
6,3%
1,3%
423 000 zł
55
Wyliczenia w oparciu o dane transakcyjne Metrohouse Franchise S.A.
Drugim istotnym aspektem jest wydłużanie się czasu sprzedaży mieszkania. Nawet bez analizowania danych, tylko na podstawie obserwacji rynkowych, można zauważyć spadające tempo sprzedaży ofert. Niekorzystna sytuacja sprzedażowa dotyczy wszystkich lokalizacji – niezależnie od wielkości miasta. – W stolicy na sprzedaż lokalu z rynku wtórnego czekamy średnio ponad miesiąc dłużej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku (obecnie wg wyliczeń Metrohouse jest to średnio 116 dni). Jeszcze bardziej pesymistyczne dane dotyczą pozostałych lokalizacji, gdzie na sprzedaż trzeba czekać prawie 5 miesięcy, dodaje Marcin Jańczuk z Metrohouse.
Kupujący coraz lepiej przygotowani
Z kolei ciekawym zjawiskiem, które obserwujemy na rynku kredytów hipotecznych, jest rosnący udział tzw. klientów powracających – osób, które mają już doświadczenie w zakupie nieruchomości i często decydują się na kolejną transakcję. W odróżnieniu od debiutujących nabywców (obecnie 26 proc. wszystkich kupujących) charakteryzują się oni lepszym rozeznaniem w ofertach bankowych, większą świadomością całkowitego kosztu finansowania oraz wyraźnie określonymi oczekiwaniami względem nieruchomości. – To najczęściej osoby w wieku 30–40 lat, z ustabilizowaną sytuacją zawodową, które spłaciły już jeden kredyt lub posiadają oszczędności umożliwiające wniesienie solidnego wkładu własnego. Coraz częściej decyzje zakupowe w tej grupie są podyktowane nie tylko potrzebami mieszkaniowymi, ale również inwestycyjnymi – np. zakupem lokalu pod wynajem długoterminowy, zauważa Andrzej Łukaszewski z Credipass.
Na rynku pierwotnym gości stabilizacja
W odróżnieniu od rynku wtórnego, I kw. 2025 r. przyniósł ożywienie sprzedażowe na rynku pierwotnym mieszkań. Potwierdzają to między innymi dane BIG DATA RynekPierwotny.pl. Według ekspertów tego portalu, największe wzrosty średniej ceny ofertowej zaobserwowano w Gdańsku (+3,1 proc. kw./kw., do 16 993 zł za m kw.) i w Warszawie (1,3 proc. kw./kw., do 17 878 zł za m kw.). W pozostałych największych miastach różnice w porównaniu do IV kw. 2024 nie przekraczają 1 proc.
– Uwagę na pewno może zwracać przypadek Warszawy, która pod względem cenowym powróciła do poziomu z III kw. 2024 r. Przypomnijmy, że koniec minionego roku przyniósł w stolicy spadek średniej ofertowej stawki z deweloperskich cenników o 1,2%. Dodatnia zmiana z I kw. 2025 r. (+1,3%) skompensowała w całości wpływ wcześniejszego spadku, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Dużo większym, kwartalnym wzrostem od warszawskiego (+3,1%) cechował się natomiast Gdańsk. Stolica Pomorza pod koniec I kw. 2025 r. już dość zdecydowanie wyprzedzała cenowo Kraków. To wiele osób może uznać za niespodziankę.
– Przez dwa kwartały, czyli IV kw. 2024 r. i I kw. 2025 r. średnia ofertowa cena nowych mieszkań z Gdańska wzrosła o niemal 1100 zł/mkw., co jest sytuacją niemal bez precedensu. Z kolei w Krakowie średnie ceny nowego metrażu na początku 2025 r. spadły o symboliczne 0,1%. Była to jedyna ujemna zmiana kwartalna w grupie sześciu badanych miast, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
Wstępny szacunek inflacji konsumenckiej za kwiecień wyniósł 4,2 proc. r/r względem konsensusu rynkowego wynoszącego 4,3 proc. W ujęciu miesięcznym szacunek wyniósł 0,4 proc., względem konsensusu rynkowego na poziomie 0,3 proc.
Dane kwietniowe potwierdziły, że tegoroczny szczyt inflacji przypadł na I kw. bieżącego roku, w lutym i marcu inflacja konsumencka wyniosła 4,9 proc. r/r.
Bieżący odczyt inflacji, jak i poprzednie dane makro, dają kolejne argumenty dla gołębiej części Rady Polityki Pieniężnej. Oczekiwania rynkowe względem majowego posiedzenia RPP coraz bardziej zarysowują się wokół skali obniżki stóp procentowych, powrót do obniżek stóp procentowych wydaje się przesądzony.
Jan Karczewski, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych, Michael / Ström Dom Maklerski
Ostatni dzień kwietnia to wypchany kalendarz makro, w którym znajdziemy tak kluczowe publikacje jak wstępne dane o inflacji za mijający miesiąc. Polska dynamika cen zaskoczyła pozytywnie, co jeszcze bardziej podsyca dyskusję o decyzji RPP, która już za tydzień. Jednak cios przygniatającej niespodzianki nadszedł po południu wraz z danymi z USA.
Ceny rosną coraz wolniej
Kwietniowy szacunek inflacyjny ze strony GUS zaskoczył pozytywnie. CPI w ujęciu rocznym wyniosło 4,2% przy prognozowanym 4,3% i poprzednim odczycie wynoszącym 4,9%. Najważniejszym kontekstem dla dynamiki cen pozostaje jej wpływ na decyzje Rady Polityki Pieniężnej. Przypomnijmy, że główna stopa wynosi w naszym kraju wciąż 5,75%, a więc tzw. realna stopa przekracza w tym momencie już 1,5 p.p., co przynajmniej w teorii daje decydentom całkiem szerokie pole do obniżki kosztu pieniądza. Zresztą narracja płynąca z RPP zmieniła się na tyle w ostatnich tygodniach, że rynek jest przekonany, że pierwsze cięcie w tym wznowionym cyklu zobaczymy już za tydzień. Zagadką pozostaje jedynie jego głębokość, a co za tym idzie efekt, który dotknie polskiego złotego (niższy koszt pieniądza to przynajmniej w teorii powód do osłabienia waluty). Dzisiejszy odczyt mógłby skłonić Radę do obniżki nawet o 50 pb. Zobaczymy, czy powstrzyma ich przed takim ruchem „wnętrze” naszej inflacji, ponieważ jej aktualna wysokość w głównej mierze zależy od tańszego paliwa, na którego cenę jako państwo mamy minimalny wpływ. Pozostałe kategorie, czyli żywność (+5,3%), a już szczególnie nośniki energii (+13%) rosną we wciąż nieakceptowalnym tempie. Mimo wszystko można założyć, że ten odczyt miał dziś ograniczony wpływ na PLN, który wciąż w głównej mierze spogląda na szeroki rynek.
Europa całkiem nieźle
Lokalnie kluczowy był dla nas odczyt inflacji znad Wisły, ale globalnie inwestorzy otrzymali mnóstwo ciekawych publikacji. Jeszcze w nocy naszego czasu poznaliśmy wskaźniki wyprzedzające PMI z Chin. Obie gałęzie wypadły gorzej od prognoz, ale usługi utrzymały się powyżej granicy ekspansji i zatrzymały się na 50,4 pkt. Gorzej zaprezentował się przemysł, który przeszedł na stronę recesyjną z jedynie 49 pkt. Był to najgorszy wynik od grudnia 2023 roku i można założyć, że chińskie przedsiębiorstwa poczuły niepewność związaną z wojną handlową. Skoro odwiedziliśmy drugą gospodarkę świata, to przyszedł czas na trzecią. Marcowa sprzedaż detaliczna urosła w Niemczech w ujęciu rocznym o 2,2%, co było wskazaniem poniżej prognoz. Stopa bezrobocia w kwietniu utrzymała się na 6,3%, ale przybyło tylko 4 tys. nowych wnioskujących o zasiłki (przy przewidywanych 16 tys.). Niestety niemieckie PKB spadło w ujęciu rocznym o 0,2%, na szczęście w ujęciu kwartalnym poszło w górę o identyczną wartość. Wreszcie inflacja za naszą zachodnią granicą spadła mniej od oczekiwań, ale utrzymuje się na przyzwoitym poziomie 2,1% rok do roku. Francja gra w swojej własnej lidze inflacyjnej, ponieważ CPI rok do roku to tylko 0,8% (chociaż warto zaznaczyć, że prognozowano nawet niższy rezultat). Taki sam wynik przy identycznym punkcie odniesienia osiągnął wzrost gospodarczy w tym kraju, ale w ujęciu kwartał do kwartału wyniósł skromniejsze 0,1%. Zgodnie z oczekiwaniami analityków zachowała się włoska dynamika cen, która w ujęciu rocznym wyniosła okrągłe 2%. Natomiast tamtejsze PKB poszło w górę o 0,6% r/r i 0,3% k/k. Te wszystkie dane przełożyły się na lepszy od prognoz obraz gospodarki strefy euro, która wykazała +1,2% r/r i 0,4% k/k. Cały powyższy pakiet danych można uznać za korzystny dla unii walutowej, ale zdawały się one mieć ograniczony wpływ na umysły inwestorów. Jednak wtedy do gry weszli Amerykanie…
Gospodarka USA na zakręcie
Nawet jeśli któreś dane z Europy rozminęły się z oczekiwaniami, to była to co najwyżej przygrywka do cichej mszy żałobnej zza Atlantyku. Najpierw poznaliśmy raport ADP, który jest wstępem do oficjalnych danych Departamentu Pracy (te już w piątek). W sektorze prywatnym w kwietniu przybyło jedynie 62 tys. miejsc pracy, co nie tylko było o wiele gorszym wskazaniem od poprzedniego (147 tys.), ale też diametralnym rozminięciem z prognozami (114 tys.). Niestety to był dopiero początek złych wieści. Bazowy indeks cen wydatków konsumpcyjnych wyniósł w pierwszym kwartale aż 3,5% (poprzednio 2,6%, oczekiwano 3,1%). Wreszcie PKB w USA (podawane w sposób annualizowany) miało rosnąć w poprzednim kwartale o skromne 0,2%, gdy poprzednio było to 2,4%. Tymczasem amerykańska gospodarka skurczyła się o 0,3%. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w drugim kwartale 2022 roku, tylko wtedy przyczyny były całkowicie inne. Aktualnych wyników trudno nie wiązać z chaotyczną polityką gospodarczą (i nie tylko) prezydenta Donalda Trumpa, która może stanowić coraz większą przeszkodę dla tamtejszych przedsiębiorstw. W teorii takie odczyty makro mogą zmusić do działania bank centralny, ale na razie trudno na rynkach dostrzec efekt możliwych obniżek stóp procentowych. Kurs EUR/USD utrzymuje się poniżej 1,14 $, kurs USD/PLN jest blisko 3,76 zł, a kurs EUR/PLN sięga 4,28 zł. Wyprzedaż dotyka parkiety giełdowe, główne indeksy na Wall Street zniżkują już o ponad 2%, a w Warszawie panika spycha WIG20 o 3% (chociaż tutaj negatywne nastroje dominują od rana).
W Warszawie średnia cena metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów jest już tylko o nieco ponad 1% wyższa niż przed rokiem. W stolicy, ale też we Wrocławiu, Trójmieście, Łodzi i Poznaniu kwiecień był kolejnym miesiącem, który upłynął pod znakiem stabilizacji średniej ceny metra kwadratowego. O 1% poszła ona w górę w Krakowie i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – wynika ze wstępnych danych BIG DATA RynekPierwotny.pl.
– Podwyżkami w Krakowie i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii nie warto się zbytnio przejmować. W skali miesiąca średnia cena metra kwadratowego może wzrosnąć lub spaść w zależności od tego, czy w sprzedaży pojawi się pula drogich czy stosunkowo tanich – jak na dany rynek – lokali – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
Warto przypomnieć, że w tym roku z taką sytuacją mieliśmy wcześniej do czynienia w Warszawie, Trójmieście, Wrocławiu i Poznaniu. We wszystkich tych metropoliach stabilizacja wracała na rynek. W praktyce już od blisko roku trwa ona w Warszawie (ok. 17,8 tys. zł/m kw.), od maja ubiegłego roku – w Poznaniu (ok. 13,4 tys. zł/m kw.), od czerwca – w Krakowie (ok. 16,6 tys. zł/m kw.), od sierpnia – w Łodzi (11,5 tys. zł/m kw.), a od października – we Wrocławiu (ok. 14,8 tys. zł/m kw.). Wzloty, spadki i okresy stabilizacji średniej ceny metra kwadratowego przeplatają się w Trójmieście (ok. 16,4 tys. zł/m kw.) i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (ok. 11,2 tys. zł/m kw.).
Należy zwrócić uwagę, że porównując średnie ceny metra kwadratowego nowych mieszkań z kwietnia tego roku i analogicznego okresu roku ubiegłego, to we wszystkich metropoliach podwyżki są już jednocyfrowe. W Warszawie wynosi tylko nieco ponad 1% i gdyby stabilizacja utrzymała się w kolejnych miesiącach, to prawdopodobnie w lipcu zobaczymy wartość 0%.
Tymczasem we Wrocławiu i Trójmieście zmiana średniej ceny metra kwadratowego w okresie 12 miesięcy wynosiła w kwietniu 9%, w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – 5%, w Łodzi – 4%, w Krakowie – 3%, a w Poznaniu – 2%.
30 kwietnia – to dzień, który dla milionów Polaków oznacza ostatnią szansę na rozliczenie się z fiskusem, złożenie wniosków o świadczenia czy zapisanie się na badania w ramach programu Profilaktyka 40+. Dla cyberprzestępców – idealny moment na atak. W środę rano rządowy System Rejestrów Państwowych padł ofiarą zmasowanego cyberataku typu DDoS, który na kilka godzin zakłócił funkcjonowanie kluczowych usług publicznych.
Według informacji podanych przez RMF FM, celem ataku była m.in. aplikacja mObywatel oraz Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców (CEPiK). Użytkownicy zgłaszali trudności w dostępie do usług już około godziny 9:00 na portalu downdetector.pl. Choć dostęp do podstawowych dokumentów, takich jak mDowód osobisty czy mPrawo jazdy, był możliwy, inne funkcje aplikacji przestały działać.
Atak został skutecznie odparty, jednak – jak informują źródła RMF FM – skutki mogłyby być znacznie poważniejsze, gdyby nie szybka reakcja służb. Sprawą zajmuje się już cyberpolicja oraz Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Atak typu Distributed Denial of Service polega na przeciążeniu serwerów przez jednoczesne łączenie się z nimi tysięcy lub nawet milionów komputerów należących do cyberprzestępców. Efekt? Systemy przestają odpowiadać, a użytkownicy zostają odcięci od usług. Eksperci twierdzą, że wybór daty nie był przypadkowy. – Cyberprzestępcy celowo uderzyli właśnie dzisiaj. Środa, 30 kwietnia, to jeden z najbardziej newralgicznych dni w całym kalendarzu administracyjnym – ostatni moment na złożenie zeznań podatkowych, wniosków o 800+, czy zapisy do programów zdrowotnych. To wszystko czyniło systemy podatne na zakłócenia i idealne do przeprowadzenia ataku – relacjonuje RMF FM.
Cyberoszustwa rosną w siłę – nie tylko w Polsce
Oprócz technicznych ataków na infrastrukturę rządową, rośnie także fala cyberoszustw wymierzonych w zwykłych obywateli. Eksperci firmy Check Point Research ostrzegali na początku kwietnia przed kampaniami phishingowymi, które wykorzystują podszywanie się pod instytucje rządowe – podatkowe w celu wyłudzenia danych od obywateli.
– Polski przypadek – podobnie jak w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych – pokazuje, w jaki sposób cyberprzestępcy starają się wywołać niepokój w społeczeństwie. Ale mogą również wykorzystać nieuważność użytkowników. W czasie, gdy miliony osób wysyła swoje zeznania podatkowe, oszuści podszywają się pod urzędy skarbowe i biura podatkowe w celu przejęcia cennych danych osobowych – komentuje Wojciech Głażewski, country manager polskiego oddziału firmy Check Point Software.
Od lutego br. eksperci z Check Point zarejestrowali dziesiątki fałszywych domen, m.in. takich jak „hmrcnoticecenter[.]com”, która łudząco przypominała oficjalną stronę brytyjskiego urzędu skarbowego HMRC. Aż 46% z tych stron zostało sklasyfikowanych jako złośliwe lub podejrzane. To kolejny dowód na to, że internetowa przestępczość nie zna granic – ani geograficznych, ani etycznych.
Choć atak został powstrzymany, jego konsekwencje pokazują, jak kruche potrafią być nawet najbardziej rozwinięte systemy administracyjne w obliczu nowoczesnych zagrożeń. Coraz bardziej cyfrowe państwo wymaga równie silnych zabezpieczeń – nie tylko technicznych, ale też edukacyjnych. Ostatecznie to użytkownicy są pierwszą linią obrony.
Samoloty zdrożały już o 10% z powodu rekordowych, popandemicznych zaległości w ich produkcji. Cła uderzą w dostawców obydwu głównych producentów – ceny samolotów wzrosną więc o kolejne 20% do 2030 roku. Na wyniki ich nabywców, linii lotniczych wpływa także spadek najbardziej lukratywnych przewozów transatlantyckich– tym niemniej linie europejskie tracą na tym niej niż amerykańskie, zachowując średnio wyższe marże EBIDTA (16% przy 11% dla linii amerykańskich).
Taryfy celne psuja pogodę dla branży lotniczej, dochodzącej jeszcze do siebie po pandemicznych zakłóceniach.
Po silnym odbiciu w swoich przychodach w 2023 r. (+23% r/r) i 2024 r. (+7%), linie lotnicze stoją teraz w obliczu rosnących kosztów samolotów (+16% w ciągu 5 lat) i ograniczonej podaży, przy dostawach wciąż o 10% niższych niż przed pandemią i rekordowych zaległościach w dostawie 17 000 samolotów.
W opinii Allianz Trade nowe cła grożą zwiększeniem kosztów złożonych łańcuchów dostaw Boeinga i Airbusa, ponieważ obaj producenci mają zakłady w USA, a ponad połowa ich dostawców znajduje się za granicą.
Jednocześnie turystyka przyjazdowa do Stanów Zjednoczonych – kluczowy czynnik napędzający przychody przewoźników – zmniejszyła się, w marcu notowano spadek przyjazdów z Europy Zachodniej -17% r/r, a współczynniki obciążenia linii lotniczych na początku I kwartału spadły do 78% (z 84%).
Linie lotnicze z Ameryki Północnej prognozują obecnie najsłabszy na świecie wzrost przychodów w 2025 r. (+1% r/r) po potwierdzonym spadku przychodów o -10% kw/kw
w I kwartale.
Spadek cen paliwa lotniczego (-22% r/r) łagodzi liniom lotniczym spadki przewozów, zwłaszcza tych najbardziej lukratywnych – transatlantyckich, ich rentowność nie jest więc zagrożona, chociaż nie jest tak rekordowa jak w latach 2023-2024.
Tym niemniej – w opinii Allianz Trade samoloty będą nadal drożeć (zakładamy wzrost ich cen o kolejne +20% do 2030r.), przewozy lotnicze nie będą już tanie – z powodu opóźnień w dostawach spada tempo przyrostu przepustowości w przewozach lotniczych. Dodatkowo – koszt lotów rozkłada się na mniejsza liczbę pasażerów, gdyż spada wskaźnik zapełnienia miejsc w samolotach (koniec powszechnego, popandemicznego boomu na usługi turystyczne)
Pochmurne niebo dla linii lotniczych. Po pandemii, która zdewastowała branżę turystyczną i spowodowała, że linie lotnicze traciły zyski przez trzy lata z rzędu, sektor ten stoi teraz w obliczu kolejnego burzliwego okresu wywołanego rosnącymi cłami, które mogą spowodować wzrost kosztów produkcji samolotów (zaostrzając istniejące nadal wyzwania produkcyjne) i osłabić turystykę przyjazdową do USA. Z pewnością obecna wojna handlowa zatrzymała odbicie finansowe, którym linie lotnicze cieszyły się w latach 2023-2024 (kiedy to ich przychody wzrosły odpowiednio o +23% i +7% r/r, a wyniki finansowe były dodatnie). Wśród wszystkich obecnych przeciwności, z jakimi musza się one mierzyć, najbardziej niepokoi je ograniczona przepustowość. Podczas gdy przepustowość sektora, mierzona za pomocą ATK[1] , wzrosła o około +21% r/r w 2022 i 2023 r., w 2024 r. globalna ATK wzrosła tylko o +8% i powinna pozostać na poziomie około +5% w tym roku.
W opinii Allianz Trade producenci samolotów i kluczowych komponentów wciąż walczą o powrót do poziomów produkcji sprzed pandemii, co utrudnia dostawy. W 2024 r. dwaj najwięksi producenci samolotów – Boeing i Airbus – dostarczyli na rynek zaledwie 90% tego, co wcześniej. Wraz z rosnącym popytem na nowe samoloty, globalne zaległości w zamówieniach osiągnęły bezprecedensowy poziom 17 000 samolotów pod koniec 2024 r., co znacznie utrudniło duopolowi zaspokojenie popytu i wydłużyło czas dostawy samolotów do poziomów niespotykanych w historii (wykres 1), szczególnie w przypadku samolotów wąskokadłubowych (krótkodystansowych) i szerokokadłubowych (długodystansowych).
Wykres 1: Średni czas dostawy samolotu w latach, według roku dostawy
Źródło: IATA, Cirium, Allianz Research
Oczekiwać można, że obecna wojna handlowa zaostrzy trwające zakłócenia w globalnych łańcuchach dostaw, a także konkretne problemy producentów z dostępnością komponentów, w efekcie przekładając się na wzrost cen samolotów.
Chociaż łańcuch dostaw Boeinga jest mniej złożony i rozległy niż w przypadku Airbusa (345 w porównaniu z 2398 dostawcami), 54% dostawców Boeinga znajduje się za granicą. W efekcie ponad połowa kosztów produkcji firmy wzrośnie o co najmniej 10% po wejściu w życie nowych ceł (głównym dostawcą Boeinga spoza USA jest francuski Safran). Z kolei dla Airbusa krajem, w którym skupiona jest najwieksza liczna dostawców z zagranicy sa Stany Zjednoczone (2000 dostawców rozsianych w 40 stanach), z kluczowymi własnymi zakładami produkcyjnymi w Alabamie, Mississippi i na Florydzie. W rezultacie Airbus będzie również musiał stawić czoła wyższym cłom na komponenty potrzebne do budowy odrzutowców. Samoloty już są o +16% droższe niż przed pięciu laty, a ich ceny powinny nadal rosnąć o około +20% do 2030 roku.
W opinii Allianz Trade wzrost cen spowodowany cłami może zmienić dynamikę rynku na korzyść Airbusa, ponieważ linie lotnicze mogą zwrócić się do europejskiego gracza jako bardziej przystępnej cenowo i niezawodnej opcji. Ponadto rządy, takie jak Chiny, które niedawno nakazały swoim liniom lotniczym wstrzymanie odbioru samolotów Boeinga, mogą wpłynąć na inne rządy, aby poszły w ich ślady (a prawie 8% bazy klientów Boeinga znajduje się w Chinach). Aby jednak Airbus mógł to zdyskontować i zdobyć większy udział w globalnym rynku musi zmniejszyć swoją podatność na zagrożenia, inwestując zdecydowanie i na dużą skalę a także przyjmując nowe, strategicznie zorientowane na przyszłość podejście do wyboru swoich dostawców.
Wykres 2: Ekspozycja floty linii lotniczych na dostawy samolotów Boeing vs Airbus
Źródła: Bloomberg Intelligence, wyniki własne spółek, Allianz Research.
Zmienia się również „rozkład lotów” amerykańskiej turystyki, co będzie miało wpływ na linie lotnicze o dużej ekspozycji na ten rynek. Stany Zjednoczone zajmują trzecie miejsce na świecie pod względem turystyki międzynarodowej, po Francji i Hiszpanii. W ubiegłym roku kraj ten przyjął ponad 72 mln zagranicznych turystów (+9% r/r). Wzrost ten przyczynił się do osiągnięcia rekordowych 215 mld USD (+14% r/r) wpływów z turystyki, co czyni ten sektor (i wszystkie podbranże związane z usługami rekreacyjnymi) ważnym dla amerykańskiej gospodarki. Dlatego też obawy inflacyjne i niepewność związana z pogorszeniem stosunków dyplomatycznych z sąsiednimi krajami mogą pozostawić ślad w turystyce. Kanada i Meksyk odpowiadają za 52% (37 mln) ogółu turystów odwiedzających USA rocznie, a według amerykańskiego urzędu celnego i ochrony granic (wykres 3) liczba turystów przekraczających północną i południową granicę spadła już o -6% r/r w lutym i o kolejne -8% w marcu.
Wykres 3: Przyjazdy do USA według miesiąca, przez granice północne i południowe, wszystkie środki transportu
Źródła: US Customs and Border Protection, Allianz Research.
Chociaż amerykańskie linie lotnicze będą bardziej dotknięte, przewoźnicy transatlantyccy również szykują się na spadek rezerwacji na loty do USA. Pod względem liczby pasażerów, Ameryka Północna jako region jest kluczowa dla branży lotniczej, ponieważ stanowi około 23% globalnego rynku przewozów lotniczych, zaraz po Azji i Pacyfiku (36%) i Europie (27%). Dlatego też spowolnienie w turystyce będzie miało wpływ nie tylko na amerykańskich i regionalnych przewoźników, takich jak Air Canada i Aeroméxico, ale w mniejszym stopniu także na wszystkie grupy linii lotniczych z ekspozycją na rynek amerykański. Obejmuje to British Airways (IAG) i Lufthansę, europejskie firmy, których udział w rynku miejsc na trasach transatlantyckich wynosi od 12% do 15% (wykres 4). Inną kwestią jest to, że turystyka transatlantycka stanowi kluczowy czynnik napędzający zyski dla linii lotniczych, ponieważ trasy długodystansowe zazwyczaj przewożą większą liczbę pasażerów pierwszej klasy i podróżujących służbowo, czyli segmentów, które generują najwyższe marże. Najnowsze dane Narodowego Biura Podróży i Turystyki (NTTO) wykazały, że turystyka przyjazdowa do USA z Europy Zachodniej spadła o -17% r/r w marcu i -7% r/r w pierwszych trzech miesiącach 2025 r., przy czym największe spadku przylotów turystów do USA w ubiegłym miesiącu były z Niemiec (-28% r/r) i Hiszpanii (-25% r/r).
Wykres 4: Udział w rynku miejsc na trasie USA <> Europa według linii lotniczych
Źródła: Bloomberg, dane spółki, Allianz Research.
Wstępne wyniki za I kwartał 2025 r. podkreślają spadający popyt na podróże do USA, a najsłabszy wzrost przychodów w 2025 r. osiągną przewoźnicy z Ameryki Północnej. Współczynniki obciążenia[2] dla linii lotniczych latających w USA i do USA wynoszą obecnie średnio około 78%, podczas gdy przed ogłoszeniem ceł przez Trumpa wynosiły one około 84%. Dla głównych amerykańskich linii lotniczych oznaczało to spadek przychodów średnio o -10% kw/kw w okresie styczeń-marzec. Jak pokazano na wykresie 5, prognozuje się, że w 2025 r. przewoźnicy z Ameryki Północnej odnotują najsłabszy wzrost przychodów wśród globalnych konkurentów, z zaledwie +1% wzrostem r/r. Dla porównania, europejskie linie lotnicze mają odnotować średni wzrost przychodów o +10%, podczas gdy chińscy przewoźnicy mają wzrosnąć o +3%.
Trzeba przyznać, że perspektywy są trudne i czekają nas turbulencje, ale daleko nam do awaryjnego lądowania. Linie lotnicze działają dziś z wyższymi marżami – średnia marża EBITDA wynosi 11% dla przewoźników amerykańskich, 16% dla europejskich i 20% dla chińskich – w dużej mierze dzięki znacznemu spadkowi cen paliwa lotniczego (-22% r/r i -56% poniżej szczytu obserwowanego w połowie 2022 r.). Ceny nafty są głównym czynnikiem wpływającym na zyski linii lotniczych, ponieważ paliwo stanowi ich największy koszt operacyjny (29% całości), więc tańsze paliwo jest wiatrem w plecy, który rekompensuje spadki przychodów.
Wykres 5: wzrost przychodów r/r w 2024 r. (oś X), oczekiwany wzrost przychodów w 2025 r. (oś Y) i obecna marża EBITDA każdej linii lotniczej (wielkość bąbelka)
Źródła: Bloomberg, Allianz Research
Cena samolotu jest zawsze wynikiem skomplikowanych i długotrwałych negocjacji, w których kluczowe znaczenie ma znajomość rynku, stanu technicznego maszyny i jej historii. Dlatego tak ważne jest, aby proces zakupu prowadzić we współpracy z doświadczonym lokalnym dystrybutorem. Zespół GB Aircraft pomaga klientom na każdym etapie, od precyzyjnego zdefiniowania potrzeb po finalizację transakcji na najkorzystniejszych warunkach.
GB Aircraft to jeden z najaktywniejszych dealerów na polskim i europejskim rynku lotniczym, specjalizujący się w sprzedaży samolotów, w tym odrzutowców, śmigłowców oraz profesjonalnych symulatorów. Z ponad 15-letnim doświadczeniem i dziesiątkami dostarczonych maszyn, firma ugruntowała swoją pozycję jako czołowy dostawca, oferując kompleksowe usługi od doradztwa po serwis.
[1] ATK, czyli dostępne tonokilometry, to miara przepustowości, która łączy zarówno przepustowość pasażerską, jak i towarową. Oblicza się ją mnożąc zdolność przewozu pasażerów i ładunku (przeliczoną na tony) przez przeleciany dystans.
[2] Load factor to wskaźnik wykorzystywany przez linie lotnicze do pomiaru procentu dostępnej liczby miejsc wypełnionych pasażerami. Linie lotnicze z wysokim wskaźnikiem obciążenia sprzedają większość dostępnych miejsc. Im wyższy współczynnik obciążenia, tym bardziej linia lotnicza może rozłożyć swoje koszty stałe na pasażerów.