Maspex finalizuje połączenie z częścią marek Agros Novy. Będzie mocniej się rozwijać w Europie Środkowo-Wschodniej

CEO Magazyn Polska

Maspex, właściciel marek Tymbark i Kubuś, dokonał największej w historii akwizycji w Rumunii, która jest drugim po Polsce największym rynkiem dla grupy. Jednocześnie wadowicka spółka finalizuje przejęcie części marek Agros Novy zakupionych w połowie ubiegłego roku. Jeden z największych koncernów spożywczych w Polsce zapowiada też rozszerzenie działalności w Europie Środkowo-Wschodniej.

– Jesteśmy jeszcze na etapie łączenia z Agros Novą. Rozpoczęliśmy proces pełnej integracji na przełomie października i listopada. Cały czas jeszcze jest to dla nas wyzwanie, aczkolwiek już dużo bardziej uporządkowane niż na początku tej drogi – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pawiński, prezes Maspeksu Wadowice.

Latem ubiegłego roku Maspex zakupił od Agros Novy dwa zakłady produkcyjne (w Łowiczu i Wąsoszu) oraz marki soków i przetworów owocowo-warzywnych Łowicz, Krakus, Kotlin, Włocławek, Fruktus, Tarczyn i DrWitt. Pod koniec marca tego roku poinformował o przejęciu 100 proc. rumuńskiego producenta wody Rio Bucovina. Było to 18. przejęcie w historii koncernu, z czego 10. za granicą.

– Z punktu widzenia naszej obecności zewnętrznej jest ona stabilna. Rynki Europy Środkowej to jest główny obszar naszego zainteresowania. Oczywiście rośnie liczba krajów, do których wysyłamy nasz produkt, ale trudno chwalić się ekstensywnym rozwojem sprzedaży, bo on jest wpisany w nasz dobry, profesjonalny sposób prowadzenia biznesu. Natomiast nacisk kładziemy na Europę Środkową i Wschodnią, Polskę i nasze najbliższe otoczenie.

W 2014 roku Grupa Maspex Wadowice znalazła się na ósmym miejscu w przygotowanym przez Portal Spożywczy i Bisnode Polska rankingu największych spożywczych firm w Polsce z przychodami rzędu 3,3 mld zł rocznie. Mimo skoncentrowania na Europie Środkowo-Wschodniej firma wysyła swoje produkty także na inne kontynenty.

– Ostatnio przeglądałem sprawozdania działu eksportu. Były tam Malediwy, Seszele i Malezja. Trzeba to oczywiście odpowiednio skalować. Nie nazywamy naszej obecności w tamtych miejscach czymś szczególnym. To jest po prostu działalność eksportowa bazowana na wysyłce towaru do dystrybutora, a nie nasza obecność instytucjonalna na tych rynkach.

Jak przypomina Pawiński, spółka wprowadziła w ostatnim czasie nowy produkt pod marką Kubuś: ciasteczka Co Nieco. Dodaje, że firma nie wyklucza kolejnych nowości w najbliższym czasie.

– Wprowadziliśmy ostatnio na rynek polski ciastka Kubusia, pod brandem Kubuś. Dla nas takie wejście w nową kategorię to bardzo duża zmiana i duże wyzwanie. To dwa miesiące naszych ciekawych nowych doznań i cały czas nauki – podkreśla prezes Grupy Maspex.

Coraz gorsza pozycja polskich producentów wieprzowiny w UE. Ich udział w unijnej hodowli spadł w ciągu dekady o 1/3

CEO Magazyn Polska

Producenci wieprzowiny skarżą się na trwale niskie ceny, które nie pokrywają kosztów produkcji. Nie liczą na zmianę cyklu koniunkturalnego, bo występujące dawniej 3–4-letnie cykle, w ramach których okresy wyższych cen wyrównywały słabsze kwartały, przestały się pojawiać ze względu na wspólny unijny rynek i wyrównane ceny. Polski udział w unijnej hodowli świń spadł w ciągu dekady o jedną trzecią.

– Cykle świńskie występowały zawsze w przeszłości i one dotyczyły każdego z krajów oddzielnie. Były dość łatwe do przewidzenia, z reguły to był cykl 3–4-letni, gdzie połowa cyklu była na minusie, a druga połowa na plusie, z ceną powyżej przeciętnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marian Kapłon, producent trzody chlewnej od 23 lat, a od 10 lat prezes Krajowego Związku Pracodawców-Producentów Trzody Chlewnej. – W momencie, kiedy Unia stworzyła jeden wspólny rynek, niestety, to zjawisko przestało istnieć. Obecnie cena już od ładnych kilku lat określona jest przez cenę niemiecką.

10 lat temu Polska była na trzecim miejscu w Unii – po Niemczech i Hiszpanii – pod względem liczby hodowanych świń. Ich pogłowie stanowiło 11,5 proc. całej unijnej trzody chlewnej (i to wliczając te kraje, które weszły do Unii po 2006 r.). Obecnie poza wymienionymi producentami wyprzedzają nas Francja, Dania i Holandia, a mimo że pogłowie w całej Unii w tym czasie spadło, to dziś nad Wisłą hoduje się tylko 7 proc. populacji tych zwierząt (dane Eurostatu).

– Na pewno ważne są dwa czynniki, czyli cena jako taka i długość utrzymywania się cen poniżej kosztów produkcji. My akurat jesteśmy w prawie 3-letnim okresie, w którym cena nie pokrywa kosztów produkcji. Nie mówimy o odcinkach czasowych typu tydzień, miesiąc czy kwartał, tylko o średnich rocznych, które się zamykają dla absolutnej większości producentów poniżej granicy opłacalności – mówi Kapłon. – Obawiam się, że ruchy w górę są raczej trudne do przewidzenia, natomiast ruch w dół jest bardzo prawdopodobny – dodaje.

Jak mówi, jedyne co mogą zrobić producenci, by poprawić swoją rentowność, to ścinać koszty. Nie jest to jednak proste, bo 65–70 proc. tych ostatnich pochłania pasza. Kwestie organizacji i wydajności pracy to zaledwie 10–15 proc. kosztów. Reszta to opłaty stałe, także niezależne od hodowców.

– Ten rynek wspólny nie jest równy. On dla nas nie jest taki sam jak dla Duńczyków czy Niemców. Co więcej, on nawet w obrębie naszego kraju nie jest równy dla dużych i małych producentów – wskazuje prezes Krajowego Związku Pracodawców-Producentów Trzody Chlewnej. – Mali producenci sprzedający do 2 tys. sztuk trzody dostali dość spore wyrównanie w minionym roku do tej nieopłacalnej ceny, a my nie dostaliśmy nic.

Rząd jeszcze w grudniu ogłosił program dopłat dla producentów, którzy w ostatnim kwartale roku sprzedali od 5 do 2000 tuczników lub loch – po 70 zł od sztuki. Większych producentów program pomocowy jednak nie objął. Jak podkreśla Kapłon, w Polsce trudno się również doczekać zrozumienia od pożyczkodawców.

– Producentom duńskim od lat pomagają banki duńskie, w których są oni zadłużeni, nie likwidując ferm na pierwszy sygnał o nieopłacalności, nie żądając zwrotu kredytów, tylko je prolongując. U nas banki nawet w sytuacjach, gdzie trudno się domyślić, że ktoś ma kłopoty finansowe w produkcji, na ogół zaczynają się dopominać albo o poprawę zabezpieczenia, albo spłatę części lub całości kredytu. My też nie mamy dopłat do produkcji tak jak mają Niemcy, którym sieci wielkoobszarowe wpłacają od 4 do 9 euro od sztuki. Te same sieci w Polsce nie płacą producentom – podkreśla Kapłon.

Rośnie kwota przekazywana organizacjom pożytku publicznego w ramach 1 proc. W tym roku może to być ponad 600 mln zł

CEO Magazyn Polska

Suma części należności podatkowej przekazywana przez podatników w ramach 1 proc. jest coraz wyższa. W ubiegłym roku było to 558 mln zł, w tym prawdopodobnie kwota ta przekroczy 600 mln zł. Mechanizm ten powoduje jednak, że spada wartość indywidualnych darowizn. Przed dokonaniem odpisu warto sprawdzić obdarowywany podmiot oraz zweryfikować cel, na jaki zbierane są środki.

Kwota przekazywana przez Polaków na organizacje pozarządowe za pośrednictwem mechanizmu 1 proc. co roku jest coraz większa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Pieńkowska, prezes Polsko-Amerykańskiego Funduszu Pożyczkowego Inicjatyw Obywatelskich (PAFPIO). – Za 2015 rok wpływy te najprawdopodobniej okażą się wyższe. Być może będzie to nawet przeszło 600 mln zł.

Jak wynika ostatniego podsumowania Ministerstwa Finansów, w ramach możliwości przekazania 1 proc. podatku w 2015 roku, czyli za 2014 rok, Polacy wpłacili na konta organizacji pożytku publicznego (OPP) nieco ponad 558 mln zł. Jak zauważa Dorota Pieńkowska, w Polsce funkcjonuje ponad 8 tys. podmiotów, którym podczas rozliczenia można zapisać część podatku.

1 proc. mogą otrzymywać organizacje, które mają status OPP i od ponad dwóch lat prowadzą działalność w tzw. sferze pożytku publicznego – przypomina Pieńkowska. – To szeroki obszar, do którego należą podmioty działające na polu m.in. kultury, ekologii, edukacji, ochrony zdrowia czy pomocy społecznej. Ten wachlarz jest naprawdę bardzo duży.

Przed podjęciem decyzji o przekazaniu 1 proc. warto się zainteresować, co dany podmiot zamierza zrobić z pozyskanymi w ten sposób pieniędzmi: czy będzie leczyć dzieci, kupować karmę dla zwierząt, organizować obozy rehabilitacyjne, a może prowadzić jeszcze inną działalność.

Warto czytać sprawozdania takich organizacji, a tym, którzy boją się tabelek i cyferek, polecam stronę internetową danej OPP, gdzie powinno być napisane, na jaki cel został przeznaczony otrzymany w ubiegłym roku 1 proc. To krótka informacja, zwięzła, prosta, ale dająca pojęcie o organizacji – radzi prezes PAFPIO. – Jeżeli jest transparentna, nie ma nic do ukrycia, to powinna przynajmniej ogólnie podawać do wiadomości, na co wcześniej przeznaczyła środki z 1 proc.

Dodaje, że dobrze jest także zweryfikować dany podmiot, sprawdzić, czy deklarowaną działalność wykonuje rzetelnie i systematycznie.

Jak informuje resort finansów, w ubiegłym roku 1 procentem najwięcej podatników (niemal ¼) wsparło Fundację Dzieciom „Zdążyć z pomocą”. Na drugim miejscu znalazła się Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko”, a na trzecim – „Avalon”.

Zasadniczo mechanizm ten nie wspiera osób indywidualnych, ale jest tak, że organizacja, która od lat zbiera największe kwoty, czyni to na subkonta, które są przypisane poszczególnym osobom indywidualnym, w tym przypadku dzieciom – zauważa prezes Pieńkowska. – To pewien wybieg formalny, który ma prowadzić do tego, by jak największe środki trafiały na leczenie dzieci. Ale nie do końca jest to zgodne z ideą. Mechanizm ten z założenia miał wspierać sektor organizacji pozarządowych, a nie konkretne osoby.

Jak zauważa Pieńkowska, rozwiązanie to powoduje, że maleje wartość darowizn przekazywanych przez Polaków indywidualnie.

Wiele osób uważa, że mechanizm zwalnia ich z obowiązku pomocy potrzebującym, chociaż jest to przekazanie środków, które i tak trzeba oddać – podkreśla Dorota Pieńkowska. – Pamiętajmy, że prawdziwą darowizną jest wyjęcie pieniędzy rzeczywiście z własnej kieszeni.

Należący do Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności PAFPIO powstał w 1999 roku i obecnie zajmuje się wspieraniem rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Pomaga głównie organizacjom pozarządowym w zabezpieczeniu koniecznej dla realizacji działań statutowych płynności finansowej. Prowadzi profesjonalne doradztwo i szkolenia, których celem jest doskonalenie działania organizacji oraz procesu zarządzania nimi.

T. Kaczor (BGK): Nie mam obaw o krajowy rynek walutowy. Jest zielone światło do umocnienia złotego

CEO Magazyn Polska

Stopy procentowe w Polsce w najbliższym czasie nie powinny ulec zmianie – uważa Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego. Jego zdaniem nie ma powodów do dalszego obniżania stóp, bo gospodarka mimo deflacji rozwija się szybko. Wpływ zagranicy, zwłaszcza zacieśniania polityki monetarnej w USA i jej luzowania w strefie euro, nie powinien powodować podniesienia rentowności polskiego długu.

– Otoczenie makroekonomiczne w odniesieniu do złotego i obligacji to z jednej strony to, co się dzieje w kraju, z drugiej strony to, co dzieje się za granicą, a przede wszystkim polityka monetarna najważniejszych banków – Fedu i Europejskiego Banku Centralnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK – Dla złotego jest zielone światło do umocnienia. Mamy wszystko, co trzeba. Gospodarka rozwija się szybko, stopy procentowe, o których jeszcze do niedawna myśleliśmy, że mogą zostać obniżone, dziś wszystko wskazuje na to, że pozostaną na niezmienionym poziomie.

Polska gospodarka pod względem tempa rozwoju jest w czołówce krajów w Europie. W 2015 roku wzrosła o 3,6 proc. rok do roku. Jednocześnie wzrostowi gospodarczemu nie towarzyszy, jak zwykle w historii bywało, wzrost cen. Całorocznie ich poziom był niższy niż w 2014 roku o 0,9 proc., podobnie jak w I kwartale bieżącego roku.

– Jeżeli popatrzymy tylko na nasze krajowe podwórko, to nie ma powodu do tego, żeby złoty się istotnie osłabiał – przekonuje Kaczor – Natomiast jeśli spojrzymy na gospodarkę za granicą, to jednak obawy o spowolnienie powodują ostrożność banków centralnych w mówieniu o zacieśnieniu polityki monetarnej za oceanem i coraz silniejsze rozluźnienie polityki monetarnej w Unii Europejskiej.

Amerykański Fed podniósł w grudniu ubiegłego roku stopy procentowe o ćwierć pkt. proc. – zgodnie z oczekiwaniami, ale o kilka miesięcy później niż spodziewano się jeszcze na początku 2015 roku. Wbrew temu, czego spodziewano się jeszcze kilka miesięcy temu, Fed daje do zrozumienia, że podniesie w tym roku stopy jeszcze dwa, a nie cztery razy. Z kolei EBC od roku wtłacza w europejską gospodarkę po 60 mld euro miesięcznie, skupując obligacje. Będzie to robił co najmniej do marca 2017 roku.

– To wszystko będzie wpływać na złotego w silny sposób. Dlatego jeżeli nie będzie reakcji ze strony polskich władz monetarnych, to znowu będzie to bodziec do umocnienia złotego, bo będzie on walutą stosunkowo dobrze oprocentowaną – przekonuje Kaczor.

Złoty od roku osłabia się wobec euro, choć ostatnie trzy miesiące przyniosły odwrócenie trendu. Obecnie za europejską walutę trzeba płacić 4,28 zł, niewiele więcej niż na początku roku. W przekonaniu głównego ekonomisty BGK euro będzie się utrzymywało się w granicach 4,20–4,25 zł, i to w dłuższym terminie.

– Na rynku obligacji te czynniki grają w przeciwnych kierunkach. Szybki rozwój polskiej gospodarki sprzyja podniesieniu stóp procentowych w kraju, więc jest to niekorzystne dla rentowności – mówi Tomasz Kaczor – W mojej ocenie dominujący będzie jednak czynnik łagodnej polityki monetarnej za granicą. Napływ pieniądza do kraju będzie sprzyjał nadal korzystnym wycenom polskiego długu. Nie mam obaw, że coś niedobrego może się zdarzyć w kwestii polskiego długu, przynajmniej biorąc pod uwagę czynniki makroekonomiczne.

Rentowności polskich 10-letnich obligacji wyceniane są obecnie na 2,9 proc. W skali historycznej to niewiele (jeszcze pięć lat temu oscylowały wokół 6 proc.), jednak rok temu spadły poniżej 2 proc. Im niższe rentowności, tym mniej trzeba płacić odsetek za wyemitowane obligacje skarbowe i tym wyższy jest prestiż emitującego je kraju.

– Nie zazdroszczę Radzie Polityki Pieniężnej. Krótkookresowa busola inflacyjna pokazuje, że stopy procentowe może trzeba byłoby dalej obniżać. Przecież zarówno to, co widzimy już w polskiej inflacji, jak i to, co się dzieje za granicą, na cenach surowców, pokazuje, że inflacji w najbliższych miesiącach dużo nie przybędzie – mówi główny ekonomista BGK. – Być może efekty bazy, może trochę efektów dotyczących cen żywności, ale takiego wyraźnego wzrostu inflacji nie widać, co zresztą RPP potwierdza.

Z opinii przekazywanych przez członków RPP (zarówno poprzedniej, jak i obecnej kadencji) wynika, że w najbliższym czasie nie należy się spodziewać zmian stóp procentowych. Nie można bowiem liczyć na powrót wzrostu cen, nawet pomimo ostatniego wzrostu cen ropy naftowej.

Wrocław trzecim największym rynkiem deweloperskim w kraju. Ponad połowa mieszkań ma metraż od 40 do 60 mkw.

CEO Magazyn Polska

Pod względem sprzedaży i oferty mieszkań Wrocław jest trzecim największym rynkiem deweloperskim w kraju. Jak wynika z danych Centrum AMRON, średnia cena za 1 mkw. kształtuje się w okolicach 5,5 tys. zł i od wielu kwartałów pozostaje w miarę stabilna. Podobnie jak preferencje klientów. Ponad połowa sprzedanych mieszkań to dwu- lub trzypokojowe lokale mieszczące się w metrażu 40–60 mkw.

Z danych Centrum AMRON wynika, że najmniejsze lokale – poniżej 40 mkw. – stanowiły w ostatnich trzech latach ok. 15 proc. obrotu.

Nie obserwujemy zmian w preferencjach osób nabywających mieszkania – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Kuźniar, prezes zarządu działającego we Wrocławiu Lokum Deweloper. – Nadal najczęściej wybierane są małe lokale, o powierzchniach od 40 do 60 mkw., z większą liczbą pokoi na mniejszym metrażu. Nie sądzę, aby ta sytuacja się szybko zmieniła. Musiałaby znacznie wzrosnąć zasobność finansowa Polaków, czego na razie się nie spodziewamy.

Według niego uruchamiany właśnie rządowy program wsparcia rodzin wielodzietnych „Rodzina 500 plus” nie wzmocni znacząco popytu na mieszkania.

Trzeba pamiętać o tym, że szczególnie w dużych miastach sporą część klientów stanowią jednak osoby bezdzietne i single. Niekoniecznie więc rządowy projekt będzie wspierał budownictwo – wyjaśnia Bartosz Kuźniar.

Wrocław jest trzecim rynkiem w Polsce pod względem oferty deweloperskiej – wynika z danych Reas. W ubiegłym roku liczba mieszkań oferowanych do sprzedaży wzrosła o 4 proc.

Odnotowaliśmy w zeszłym roku wzrost sprzedaży mieszkań o 37 proc. Ten rynek się dalej świetnie rozwija. Ceny mieszkań są w zasadzie na stabilnym poziomie, nieco rosną, ale to nie jest duży wzrost. Dla nas, jako że jest to nasz podstawowy rynek, są to bardzo dobre wiadomości – podkreśla prezes Lokum Deweloper.

Z danych AMRON wynika, że w latach 2013–2015 kwartalne wahania cen nie przekroczyły 3 proc. Średnia całkowita cena nowego mieszkania wzrosła w ciągu trzech lat z poziomu 289 206 zł (I kw. 2013) do 313 605 zł (IV kw. 2015). Średnia cena transakcyjna na koniec ubiegłego roku wynosiła ok. 5,5 tys. zł za mkw. W dzielnicy Stare Miasto 1 mkw. nowego mieszkania kosztuje ponad 6,7 tys. zł, w Śródmieściu – ok. 6,3 tys. zł, a w dzielnicy Krzyki – ponad 5,8 tys. zł. Fabryczna i Psie Pole są tańsze – tu 1 mkw. kosztuje mniej niż 5,5 tys. zł

Mamy przekonanie, że to, co wytwarzamy, czyli mieszkania w centrum miasta o podwyższonym standardzie, to jest właśnie produkt, który jest najbardziej oczekiwany. Zapewnia on pełen komfort zamieszkiwania w centrum z dostępem do kultury, sztuki, do możliwości edukacyjnych dla dzieci – mówi Kuźniar.

Jak podkreśla, deweloperzy wciąż korzystają z niskich stóp procentowych. Popyt na mieszkania napędzają bowiem osoby, które kupują je w celach inwestycyjnych.

Myślę, że ta sytuacja się utrzyma. Sprzedaż napędza fakt, że z wynajmu mieszkań można uzyskać wysoki zwrot i to, że koszt kredytowania tego mieszkania jest dzisiaj bardzo niski i pewnie tak będzie w kolejnych jeszcze kwartałach – mówi Bartosz Kuźniar,

Jak wynika z analizy firmy Reas w całym 2015 roku na sześciu największych polskich rynkach (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań, Łódź) deweloperzy sprzedali ponad 51,8 tys. mieszkań. Rok wcześniej było ich 43 tys. O ponad 4 tys. wzrosła też rok do roku liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży, osiągając poziom 51,9 tys. Lokali dostępnych w sprzedaży pod koniec grudnia 2015 roku było 48,7 tys.

Rośnie zapotrzebowanie firm na rozwiązania z zakresu Business Intelligence. Rynek będzie się rozwijać w tempie ok. 10 proc. rocznie

Popyt na nowoczesne systemy informatyczne klasy Business Intelligence do zarządzania przedsiębiorstwem jest coraz większy. Niedawno stosowane były głównie przez specjalistów i analityków, obecnie coraz częściej sięgają po nie osoby na kierowniczych stanowiskach. W 2017 roku większość menadżerów ma mieć dostęp do samoobsługowych narzędzi tego typu. Z prognoz Research and Markets wynika, że do 2020 roku rynek BI powinien rosnąć o 10 proc. rocznie.

Jesteśmy na takim etapie rozwoju, w którym firmy dojrzały do tego, żeby korzystać z rozwiązań typu Business Intelligence (BI) – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Tomaszewski, wiceprezes firmy Motabi, twórcy rozwiązania Motabi Intelligence. – Zarówno funkcjonujące w Polsce koncerny międzynarodowe, jak i małe, średnie i duże firmy mające krajowy rodowód zaczynają takich systemów coraz intensywniej poszukiwać.

Rozwiązania klasy BI koncentrują się na procesie przekształcania danych w informacje oraz wiedzę, która może być wykorzystana do zwiększenia konkurencyjności firmy. Pozwalają na ujednolicenie i powiązanie wskaźników zgromadzonych w różnego rodzaju bazach danych z systemem informatycznym przedsiębiorstwa. W ten sposób dają użytkownikom dostęp do wykresów i wizualizacji, które zawierają kluczowe dla firmy dane np. o sprzedaży, wynikach handlowców czy otoczeniu rynkowym, w ten sposób ułatwiając podejmowanie strategicznych dla rozwoju decyzji.

– Takie rozwiązania jak Motabi Intelligence pomagają generować większe przychody – przekonuje Robert Tomaszewski. – Dzięki nim przedsiębiorcy mogą zarobić więcej, bo praca w firmie jest lepiej zorganizowana operacyjnie, łatwiej więc podejmować decyzje strategiczne. Kolejna kwestia dotyczy oszczędności. Mając informacje o strukturze kosztów, można skuteczniej decydować o ich ograniczaniu. W rezultacie firma działa efektywniej, bo ma wyższe przychody oraz niższe koszty.

Rynek rozwiązań klasy BI na świecie wyceniany jest na kilkanaście miliardów dolarów. Zdaniem Roberta Tomaszewskiego jego wielkość w Polsce trudno określić. Zauważalna jest natomiast wysoka, nawet dwucyfrowa w stosunku rocznym, dynamika wzrostu.

Przez ostatnie półtora roku rozmawialiśmy z ponad 250 klientami i wszyscy byli otwarci na współpracę: albo właśnie zaczynają poszukiwać tej klasy rozwiązań, albo za chwilę będą to czynić – wskazuje Robert Tomaszewski. – To idealny moment dla takiej firmy jak nasza, która jest dostawcą tego rodzaju rozwiązań.

Eksperci podkreślają, że nadzór nad danymi coraz częściej przechodzi z działów IT do osób, które podejmują strategiczne decyzje w firmie. Według firmy analitycznej Gartner do 2017 roku większość menedżerów będzie miało dostęp do takich samoobsługowych narzędzi. Zgodnie z raportem Research and Markets średnia roczna stopa wzrostu światowego rynku BI w latach 2016–2020 wyniesie 10,3 proc.

W tym zakresie Polska w zasadzie nie odbiega od trendów światowych – precyzuje Robert Tomaszewski. – Zapotrzebowanie jest bardzo duże. Rośnie także poziom świadomości krajowych przedsiębiorców. Każde rozwiązanie oparte o nowe technologie, które pozwalają im podejmować lepsze decyzje, są przez nich mile widziane.

Same systemy ewoluują. Jeszcze niedawno na rynku dominowały skomplikowane narzędzia dla analityków, które wymagały kilkudniowych szkoleń, a ich funkcjonalność pozostawiała do życzenia. Dlatego też rzadko kiedy korzystali z nich menadżerowie.

Dzisiaj kadra zarządzająca coraz częściej potrzebuje prostych, intuicyjnych produktów, które dostarczą potrzebne informacje po jednym czy dwóch kliknięciach myszką, a całego procesu ich obsługi nie trzeba się długo uczyć – zapewnia wiceprezes Motabi.

Jak podkreśla, menadżer nie musi być analitykiem. Aby więc dane stanowiły strategiczne wsparcie, muszą być wyselekcjonowane i przedstawione w czytelny sposób. Narzędzia informatyczne powinny zaś być intuicyjne i realnie ułatwiać pracę. Dlatego ważne jest to, żeby były dostępne zarówno na urządzeniach stacjonarnych, jak i mobilnych. Na rynku dostępne są tego typu narzędzia, kluczowe jednak jest przede wszystkim określenie, jakiego typu danych potrzebuje firma. W Motabi Intelligence dane są aktualizowane na bieżąco, co ułatwia reagowanie od razu na zmianę sytuacji. Rozwiązanie jest też łatwe we wdrożeniu – trwa ono kilka tygodni, a nie miesięcy. Korzysta z niego wiele dużych firm w Polsce.

UOKiK: Produkt oznakowany jako „masło” może się okazać tłuszczem roślinnym. Konsumenci muszą uważnie czytać etykiety

CEO Magazyn Polska

Masło zawiera minimum 80 proc. tłuszczu mlecznego i ani grama roślinnego, a dozwolone dodatki to jedynie beta-karoten oraz sól. W sklepach są również dostępne masła roślinne, które w rzeczywistości są margaryną, a także produkty o innych podobnych nazwach, które mogą wprowadzać w błąd. Dlatego konsumenci powinni uważnie czytać etykiety, szczególnie wtedy, gdy cena towaru jest niska.

Na sklepowych półkach można znaleźć wiele produktów różniących się zawartością tłuszczu. Jest to zgodne z prawem, o ile na etykiecie umieszczone są stosowne informacje i klient nie jest celowo wprowadzany w błąd.

Masło w 80 do 90 proc. składa się z tłuszczu mlecznego, do 16 proc. wody i do 2 proc. z tzw. suchej masy beztłuszczowej. To, czy masło jest masłem, można stwierdzić w zasadzie wyłącznie w drodze badań laboratoryjnych. Natomiast konsumenci podczas zakupów powinni uważnie czytać etykiety i sprawdzać, czy faktycznie pojawia się tam słowo „masło”, czy jest to miks tłuszczowy. Druga sprawa, czy te produkty są od siebie w sklepie wyraźnie oddzielone – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Dariusz Łomowski z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Na sklepowych półkach można też znaleźć masła o zawartości ¾ tłuszczu (w rzeczywistości zawierające 60–62 proc. tłuszczu mlecznego i ani grama roślinnego) oraz margaryny, które mogą zawierać nie więcej niż 3 proc. tłuszczu mlecznego, a reszta to tłuszcz roślinny. Podobny skład mają masła roślinne. Ekspert podkreśla, że produkty mogą być także nazwane w taki sposób, by mylnie sugerować klientom, że jest to masło. Uwagę konsumentów powinny zwrócić takie nazwy jak „osełka”, „miksełko”, „extra do smarowania”

Jeżeli coś jest oznakowane jako „masło”, a faktycznie w środku jest tłuszcz roślinny, to taki produkt jest zdecydowanie tańszy niż tłuszcz mleczny. Z punktu widzenia przedsiębiorców sprzedanie tłuszczu roślinnego jako masła jest dobrym interesem i na to powinniśmy uważać – podkreśla Dariusz Łomowski. – Kilka lat temu proceder fałszowania masła był dość niepokojący. To było kilkanaście procent różnego rodzaju przypadków.

Teraz ten proceder nie przybiera aż takich rozmiarów, natomiast nie zwalnia to konsumentów z ostrożności. Nie należy się sugerować atrakcyjną szatą graficzną opakowania ani fantazyjną nazwą. Miksy tłuszczowe można odróżnić od tradycyjnego masła domowym sposobem. Taki test nie jest jednak 100-proc. wyznacznikiem jakości.

Najprostszą metodą jest po prostu włożenie takich produktów do lodówki. Jeżeli coś się rozsmarowuje łatwiej, zasadniczo powinien być to właśnie miks tłuszczowy z dodatkiem tłuszczów roślinnych. Jeżeli coś się rozsmarowuje trudniej, wówczas mamy do czynienia z masłem. Chociaż to są oczywiście takie domowe sposoby i tu zalecana jest ostrożność – mówi Dariusz Łomowski.

Ekspert przypomina, że na opakowaniu warto też sprawdzić datę minimalnej trwałości produktu i temperaturę przechowywania. Przeterminowane masło może mieć nieprzyjemny, zjełczały zapach i smak.

Raport Pracuj.pl Rynek Pracy Specjalistów w I kw. 2016 roku

W I kwartale 2016 r. na portalu Pracuj.pl opublikowano 121 602 oferty pracy. Oznacza to 17,25% wzrost liczby ogłoszeń o pracę w porównaniu do analogicznego kwartału w ubiegłym roku. Najwięcej ofert pochodziło z branż: handel i sprzedaż, bankowość/finanse/ubezpieczenia oraz przemysł ciężki. Spośród województw na czele zestawienia pod względem liczby ogłoszeń znalazły się: mazowieckie, małopolskie i dolnośląskie.

  • Wzrost całkowitej liczby ofert pracy o 17,25% w porównaniu do I kwartału 2015
  • Wzrost całkowitej liczby ofert pracy o 10,48% w porównaniu do IV kwartału 2015
  • Najwięcej ofert pracy z branży handel i sprzedaż (23 549), o 9,1% więcej niż w I kwartale 2015
  • 21% wzrostu w branży przemysł ciężki w porównaniu do I kw. 2015
  • 12,1% wzrostu w branży IT w porównaniu do I kw. 2015
  • 31,5% wzrostu zapotrzebowania na specjalistów budownictwa w porównaniu do I kw. 2015
  • 26,6% wzrostu ofert pracy skierowanych do specjalistów HR/zasoby ludzkie w porównaniu do I kw. 2015

Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w marcu poziom bezrobocia wyniósł 10 procent i jest to wynik o 1,5 pkt proc. niższy niż przed rokiem. Jak podaje ministerstwo, to najlepszy wynik w marcu od 25 lat. Spadek bezrobocia świadczy o utrzymującej się tendencji wzrostowej na rynku pracy; dane Pracuj.pl potwierdzają ten pozytywny trend.

Jakie branże zatrudniały w I kwartale 2016 r.?

Z analizy ogłoszeń opublikowanych przez pracodawców na portalu Pracuj.pl wynika, że największe zapotrzebowanie na pracowników zgłosili w I kwartale 2016 pracodawcy z branży handel i sprzedaż. Opublikowali oni 23 549 ogłoszeń o pracę, co stanowiło prawie jedną piątą wszystkich ofert z tego okresu. Kolejnymi branżami z największą liczbą opublikowanych ofert pracy były bankowość/finanse/ubezpieczenia  (15 887 ogłoszeń) oraz przemysł ciężki (10 767 ogłoszeń). W tych branżach zanotowano także znaczące wzrosty liczby opublikowanych ofert pracy, w porównaniu do I kw. 2015.

Jak wynika z danych GUS dotyczących wskaźnika koniunktury gospodarczej w marcu
2016 r., przedsiębiorcy z obszaru handel hurtowy i handel detaliczny, zgłosili pozytywne opinie dotyczące prognozowanej koniunktury w ich branży. Zarówno w przypadku handlu hurtowego, jak i handlu detalicznego, przedsiębiorcy przewidują wzrosty zatrudnienia. Ten optymizm widoczny jest także w danych Pracuj.pl – w branży handel i sprzedaż odnotowano 9% wzrost zapotrzebowania na pracowników w porównaniu rok do roku. Jak wynika z badań Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH, w marcu także przedsiębiorcy z sektora przemysłowego, wskazali, że koniunktura w ich branży poprawia się. Badania wskazują, że rośnie portfel zamówień, zmniejszają się zapasy magazynowe a zwiększa zatrudnienie. Jak wynika z analiz Pracuj.pl w przypadku przemysłu ciężkiego, wzrost liczby opublikowanych ofert pracy wyniósł w I kwartale 2016 21% (w porównaniu rok do roku), a w przypadku przemysłu lekkiego było to 16%.

Jakich specjalistów poszukiwali pracodawcy?

W I kw. 2016 najczęściej poszukiwanymi specjalistami byli pracownicy: handlu i sprzedaży oraz obsługi klienta. Na trzecim miejscu wśród najbardziej poszukiwanych pracowników, w ciągu trzech pierwszych miesięcy 2016 r., znaleźli się specjaliści IT.

Jak wynika z szacunków Unii Europejskiej, w Europie brakuje obecnie blisko 300 tysięcy informatyków; w Polsce to zapotrzebowanie wynosi według różnych danych między 40 a 50 tysięcy. IT jest zaliczane do specjalizacji przyszłości i, jak uważają eksperci, jest to trend nieodwracalny, dlatego specjaliści IT już dziś należą do poszukiwanych pracowników, a zapotrzebowanie na nich będzie tylko wzrastać.  Dane Pracuj.pl wskazują, że w I kwartale 2016 r. popyt na ekspertów IT wzrósł w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego o niemal jedną czwartą. Z kolei dobra koniunktura w przemyśle i budownictwie przełożyła się na wzrosty zapotrzebowania na inżynierów (o 16,7%) i specjalistów budownictwa (31,5%)

Kolejne miesiące z rzędu obserwuje się także wzrosty liczby ofert pracy dla ekspertów z obszaru HR/zasoby ludzkie – w I kw. 2016 skok zapotrzebowania wyniósł prawie 27%. Inni pracownicy, na których znacząco wzrosło zapotrzebowanie, to specjaliści z zakresu logistyki (25% więcej ofert pracy) oraz produkcji  (21%).

Gdzie najłatwiej było o pracę?

Niezmiennie, jeśli chodzi o rozkład ogłoszeń według województw, dominuje woj. mazowieckie; w I kw. 2016 pracodawcy z tego województwa opublikowali 26 713 ofert (22% ogólnej liczby ogłoszeń w tym miesiącu). Na kolejnych miejscach znalazły się województwo małopolskie z 12 453 ofertami oraz dolnośląskie z 12 255 ofertami. Znaczna liczba ofert pracy pochodziła także z województw: śląskiego (10 917), wielkopolskiego (10 780) oraz pomorskiego (8 018).

W tym okresie najczęściej zapotrzebowanie na nowych pracowników zgłaszały firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników – opublikowały one łącznie 34 328 ofert pracy. Niewiele mniej pracowników poszukiwały firmy zatrudniające od 51 do 250 osób, które opublikowały 34 092 ogłoszeń (firmy te wykazały także największy wzrost liczby ogłoszeń prawie o 20%) oraz firmy zatrudniające od 11 do 50 osób – 32 753 ogłoszeń, wzrost o 19% rok do roku.

Komentarz Przemysława Gacka, prezesa zarządu Grupy Pracuj S.A.:

W I kwartale 2016 r. na Pracuj.pl opublikowano ponad 120 tys. ofert pracy, co jest wynikiem rekordowym i dobrą prognozą na kolejne miesiące.  Ożywienie na rynku pracy potwierdza również dynamiczny wzrost liczby ogłoszeń o pracę dla osób odpowiedzialnych za HR. Opublikowaliśmy ponad 26% więcej ofert pracy dla tych pracowników, co zazwyczaj oznacza, że pracodawcy mają w planach kolejne rekrutacje oraz coraz więcej inwestują w swoich obecnych pracowników.

Publikowane oferty pracy to dobry barometr nastrojów przedsiębiorców i kondycji branży. Jednym z najdynamiczniej rozwijających się sektorów, nie tylko polskiej gospodarki, jest sektor informatyczny. Trend ten widać także w stale rosnącej liczbie ofert pracy publikowanych na Pracuj.pl przez pracodawców z branży telekomunikacja, nowe technologie oraz IT. Rośnie też tym samym zapotrzebowanie na pracowników IT, którzy w minionym kwartale byli trzecią najczęściej poszukiwaną grupą zawodową, zaraz po handlowcach i specjalistach ds. obsługi klienta. Ofert pracy dla specjalistów ds. IT opublikowano w pierwszym kwartale ponad 18 000, o ponad 23% więcej niż w analogicznym okresie rok temu.

Także inżynierowie są specjalistami, o których zabiegają pracodawcy. Jak wynika z naszych danych, w I kwartale 2016 r. opublikowano ponad 11 000 ofert pracy dla tych pracowników, co oznacza wzrost o prawie 10%. Popyt na inżynierów nie dziwi; są oni chętnie zatrudniani przez pracodawców z branż przemysł ciężki, lekki oraz budownictwo i nieruchomości, w których odnotowaliśmy kilkunastoprocentowy wzrost liczby ofert pracy.

Ożywienie na rynku pracy sprawia, że pracodawcy zaczynają mieć problem ze znalezieniem odpowiednich kandydatów do pracy. Dodatkowo na rynek pracy wchodzi pokolenie z niżu demograficznego i coraz więcej pracodawców zdaje sobie sprawę, że pracą w ich firmach warto zainteresować młodych ludzi już na etapie studiów. Wychodząc naprzeciw tym trendom, na Pracuj.pl rozbudowaliśmy zakładkę dla studentów z dedykowanymi dla nich ofertami pracy, praktyk i staży oraz prowadzimy dodatkowe działania komunikacyjne do osób wchodzących dopiero na rynek pracy. Przy niedoborze odpowiednich kandydatów do pracy na znaczeniu zyskuje to, jaką opinię ma dana firma jako pracodawca. Dbałość o wizerunek firmy w tym obszarze zaczyna być coraz bardziej istotna dla przedsiębiorców. Bardzo duże zainteresowanie pracodawców dołączeniem do naszej Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji pokazuje, że coraz więcej firm zdaje sobie sprawę z tego, jak duży wpływ na postrzeganie firmy jako miejsca pracy ma odpowiedzialny proces rekrutacji.

###

Pracuj.pl to wiodący polski serwis rekrutacyjny. Kandydatom dostarcza codziennie ponad 30 tysięcy oferty pracy od atrakcyjnych pracodawców, a także porady specjalistów dotyczące poszukiwania pracy, rozwoju kariery zawodowej oraz zdobywania dodatkowych kwalifikacji. Portal powstał w 2000r. i należy do Grupy Pracuj, będącej właścicielem wiodących marek na rynku rekrutacji on-line w Polsce i na Ukrainie. www.pracuj.pl

Sezon publikacji: czy może być jeszcze gorzej?

W poniedziałek Alcoa rozpocznie sezon publikacji wyników kwartalnych, ale najbardziej oczekiwane w tym tygodniu raporty będą dotyczyły czterech banków o największej kapitalizacji: J.P. Morgan Chase & Co. w środę, Wells Fargo & Co. i Bank of America w czwartek i Citigroup w piątek. Sektor finansowy spisywał się tym roku fatalnie. Zresztą nie tylko wyniki tej branży zapowiadają się źle: według prognoz, rekordowo słabo wypadnie cała energetyka, spółki przemysłowe, technologiczne. Rynek spodziewa się najgorszego sezonu od kryzysowego 2009 r.

Ważne w tym tygodniu będą dane o inflacji, które w dużej ilości pojawią się zarówno w Europie, jak i w Ameryce. Dzisiaj informację o wzrostach cen opublikowały już Chiny – wskaźnik nie zmienił się, ale nadal nie osiągnął celu inflacyjnego. Pekin znowu znajdzie się w orbicie zainteresowań inwestorów, głównie za sprawą wyników handlu zagranicznego i PKB.

Poniedziałkowe dane nie przyniosą wiele ważnych informacji o gospodarce. Tokio znowu ostrzega, że może interweniować na rynku walutowym. Ropa na początku tygodnia traci, ale cały ten tydzień będzie nerwowy ze względu na zaplanowane na 17 kwietnia spotkanie producentów w Doha. Ciekawie zapowiadają się najbliższe dni w Wielkiej Brytanii, nie tylko ze względu na posiedzenie Bank of England, ale również na kryzys, jakiego doświadczają Konserwatyści. Panama Papers uderzył w Davida Camerona, który jest promotorem pozostania Brytyjczyków w UE. Atakowany z wielu stron – zarówno przez polityków z Partii Pracy, jak i wewnętrzna opozycję – szybko traci poparcie. Wygląda to tak, jakby Londyn zmierzał w szybkim tempie do kryzysu rządowego.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Polska w czwórce najlepszych krajów rozwijających się

0

Gospodarki krajów rozwijających się spowolniły. Jednocześnie mamy do czynienia z powolnym ożywieniem w krajach rozwiniętych. Polska jest wśród czterech wyjątkowych krajów.
Międzynarodowa firma Coface przeanalizowałą sytuację w 34 krajach zaliczanych do grona rozwijających się. Polska, Czechy, Chile i Tajlandia wypadły najlepiej, a analiza obejmowała okres obejmujący także początek br., a więc już po oniżeniu ratingu dla Polski.
O tym co wyróżnia Polskę w rozmowie z MarketNews24 mówi Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface na Europę Środkową.

Traderzy windują ceny ropy po zaskakującym zmniejszeniu zapasów

  • Rynki ropy desperacko szukają punktu zaczepienia
  • Wielkie wahania na rynkach walutowych nie wpływają na rynki towarowe
  • Głównym wygranym tego tygodnia jest sektor energetyczny
  • Górnicy i traderzy przewidują ciężkie czasy dla miedzi
  • Ujemne stopy procentowe są korzystne dla złota

Olbrzymie wahania na rynkach walutowych w niewielkim stopniu wpłynęły na indeks towarowy Bloomberg, który zamknął się na niezmienionym poziomie w porównaniu z poprzednim tygodniem. Pomimo ujemnych stóp procentowych, jen japoński umocnił się do najwyższego poziomu od października 2014 r., co umożliwiło wywarcie presji na takie wysokooprocentowane waluty, jak BRL, ZAR, czy nawet AUD.

W Europie na funta szterlinga i euro wywierana jest nadal presja w związku z obawą o Brexit, natomiast w Stanach Zjednoczonych ostrożność Federalnego Komitetu Otwartego Rynku jeszcze bardziej obniżyła oczekiwania rynku co do podwyżki stóp procentowych.

Mimo iż wartość indeksowa pozostała bez zmian, w poszczególnych sektorach miały miejsce istotne przesunięcia. Zdecydowany wzrost cen ropy i gazu ziemnego spowodował, że sektor energetyczny wyszedł na prowadzenie, natomiast ceny metali przemysłowych gwałtownie spadły w związku z obawami, że popyt ze strony Chin nie wystarczy, by zrównoważyć rosnącą podaż. Przeprowadzone wśród górników i traderów badanie podczas konferencji branżowej w Chile wykazało, że respondenci spodziewają się spadku ceny miedzi o 14% w ciągu roku.

Chaos na rynku walutowym przełożył się również na spadek cen akcji, co okazało się korzystne dla metali szlachetnych. Po uzyskaniu wsparcia złoto zaczęło szukać oporu. Pozytywny wpływ ujemnych stóp procentowych na ceny metali szlachetnych podkreślono w najnowszym raporcie Światowej Rady Złota (World Gold Council, WGC).

Dla cukru i kawy ubiegły tydzień był niekorzystny: informacje o podaży i wahania reala brazylijskiego wywarły presję na ceny obydwu tych towarów. Cukier surowy, który od wierzchołka z 24 marca stracił aż 14%, szczególnie negatywnie zareagował na spekulacje, że brazylijska naftowa spółka skarbu państwa, Petrobras, może obniżyć ceny benzyny. Taka decyzja zmniejszyłaby popyt na etanol, tym samym zwiększając globalną dostępność cukru.

Doha, amerykańskie rezerwy i koniec contango — na czym się skupić?

Rynki ropy w dalszym ciągu odnotowują wahania, ponieważ inwestorzy nie są pewni, na czym najbardziej należałoby się skupić. W ujęciu ogólnym rynek zdecydowanie się ożywił po dwóch tygodniach strat w wyniku zaskakującego zmniejszenia stanu zapasów ropy w Stanach Zjednoczonych. Z nawiązką zrównoważyło to obawy, że szczyt OPEC i producentów spoza OPEC w Doha 17 kwietnia może nie przynieść oczekiwanej decyzji o zamrożeniu produkcji.

Traderzy są w coraz większym stopniu przekonani, że określono już minimum, a obecne załamanie contango na rynku ropy Brent wskazuje na popyt ze strony inwestorów na początku krzywej, a producenci równocześnie zintensyfikowali hedging (sprzedaż).

Koniec contango, w szczególności w odniesieniu do ropy Brent, przyciągnie nowych inwestorów, ponieważ zdecydowanie zmniejszy obciążenia związane z utrzymywaniem długich pozycji. Z drugiej strony zwiększa to ryzyko wzrostu podaży, ponieważ spółki naftowe i domy maklerskie odchodzą od strategii magazynowania ropy.

Spółki naftowe i traderzy przechowują obecnie na morzu i na lądzie miliony baryłek ropy służących jako potencjalny „instrument strategiczny”. Contango, czyli różnica pomiędzy ceną terminową kontraktu a ceną transakcji natychmiastowej na ropie, odzwierciedla nadpodaż na rynku. Taka sytuacja jest bardzo korzystna dla inwestorów, którzy mają możliwość natychmiastowego kupna ropy, przechowywania jej i sprzedaży na rynku kontraktów terminowych (forward) po wyższej cenie. Transakcję taką można powtarzać tak długo, jak krzywa contango pozostaje na tyle ostro nachylona, by pokryć koszt magazynowania i ubezpieczenia – a sytuacja ta właśnie się skończyła.

Poza załamaniem contango, które przyciąga inwestorów do ropy naftowej, korzystne dla cen ropy informacje przedstawiła w swoim cotygodniowym raporcie w sprawie zapasów amerykańska Administracja Informacji Energetycznej (EIA). Zamiast przewidywanego wzrostu zapasów odnotowano spadek, co wynikało 1) z dużego spadku importu, 2) ze wzrostu popytu ze strony rafinerii, oraz 3) ze spadku produkcji po raz dziesiąty w ciągu ostatnich jedenastu tygodni.

Amerykańskie rezerwy dzieli zaledwie kilka tygodni od rozpoczęcia corocznego spadku, ponieważ rafinerie zaczynają zwiększać popyt w celu zapełnienia zbiorników benzyną na lato przed sezonem wakacyjnym. Zaskakujący spadek w ubiegłym tygodniu nastąpił nieco zbyt wcześnie i przewidujemy, że zanim nastąpi punkt zwrotny, przez kilka kolejnych tygodni stan zapasów będzie jeszcze rosnąć.

Amerykański raport na temat zapasów to obecnie jedyny raport informujący światowy rynek o aktualnym stanie popytu i podaży. Gwałtowna reakcja cen na ten raport w ciągu ostatnich trzech tygodni (dwa spadki, a następnie jeden wzrost) wyraźnie podkreśla jego znaczenie w sektorze, w którym trudno jest uzyskać bieżące dane liczbowe.

Po kilkunastu dniach strat, cena ropy Brent znalazła wsparcie w postaci 100-dniowej średniej ruchomej na poziomie 37,30 USD (pierwszy miesiąc kont.), a po publikacji raportu EIA powróciła powyżej poziomu 40 USD. Najwyraźniej inwestorzy ścigają rynek, a dodatkowe wsparcie zapewniło załamanie contango. Na światowych rynkach ma miejsce nadmierna wyprzedaż, co ponownie może wskazywać na to, że redukcja zapasów rozpoczęła się zbyt wcześnie.

W tym tygodniu rynek coraz bardziej skupiać się będzie na szczycie w Doha w niedzielę 17 kwietnia, a także na kolejnym raporcie EIA. Nie da się wykluczyć powrotu do ostatnich maksimów, jednak – jak zaznaczyliśmy w opublikowanej w ubiegłym tygodniu kwartalnej prognozie – „prognozowany przedział w II kwartale nie ulega zmianie w porównaniu z I kwartałem, tj. pozostaje na poziomie 35-40 USD za baryłkę, natomiast ryzyko spadkowe już nie występuje”.

Złoto i srebro zyskują w wyniku ujemnych stóp procentowych

Po gwałtownym wzroście w styczniu złoto od niemal dwóch miesięcy wykazuje kurs boczny. W tym okresie rynek zastanawiał się, czy zdecydowany wzrost popytu ze strony inwestorów, utrzymujący się od początku tego roku, może doprowadzić do realizacji zysków.

To szczególna obawa, biorąc pod uwagę ubiegłoroczne wydarzenia, kiedy to złoto, po mocnym rozpoczęciu roku, w kwietniu dokonało nieoczekiwanego zwrotu w dół. Wyprzedaż trwała pozostałą część roku i była dowodem na kolejny falstart żółtego metalu po licznych podobnych sytuacjach od czasu maksimum z 2011 r.

Jeden z głównych powodów przekonania, że tym razem sytuacja będzie inna, został wyraźnie zaznaczony w raporcie WGC. Na skutek obniżenia stóp do wartości ujemnych przez banki centralne w Europie i Japonii, obligacje rządowe warte biliony zostały objęte ujemnym oprocentowaniem.

W opinii WGC: „historia wykazuje, że w okresach niskich stóp procentowych zyski generowane przez złoto są zwykle ponad dwukrotnie wyższe od średniej długoterminowej”.

Jednym z rodzajów inwestycji, które coraz częściej podaje się jako alternatywę dla obligacji o zerowej rentowności, są metale szlachetne. WGC podaje cztery powody, dla których ujemne stopy procentowe strukturalnie zwiększą popyt na złoto jako aktywo portfelowe:

  • Niższy koszt alternatywny związany z inwestowaniem w złoto;
  • Ograniczona pula aktywów, w które mogliby inwestować niektórzy inwestorzy/zarządzający środkami pieniężnymi;
  • Mniejsze zaufanie do pieniądza fiducjarnego ze względu na ryzyko wojen walutowych i interwencji monetarnych;
  • Dalszy wzrost niepewności i zmienności na rynku, ponieważ bankom centralnym kończą się efektywne rozwiązania polityczne dotyczące walki z inflacją/deflacją i/lub stymulowaniem wzrostu gospodarczego.

Po wielokrotnym dotarciu do wsparcia poniżej poziomu 1 210 USD za uncję złoto podjęło w tym tygodniu kolejną próbę umocnienia. Pomogła w tym w szczególności publikacja najnowszego protokołu FOMC, zawierającego obszerną dyskusję na temat możliwości podniesienia amerykańskich stóp procentowych.

W tym tygodniu rozpoczyna się sezon publikacji zysków za I kwartał w Stanach Zjednoczonych i po trwającym od lutego zdecydowanym rajdzie rynek szykuje się na najgorszy sezon od czasu kryzysu z 2009 r.

W opublikowanej na początku zeszłego tygodnia kwartalnej prognozie podkreśliliśmy potencjał wzrostu ceny złota po okresie konsolidacji. Słabszy dolar (ostatnio przede wszystkim względem JPY), ryzyko wzrostu zmienności na giełdzie i stały nacisk na ujemne stopy procentowe mogą przyczynić się do odnowy zainteresowania złotem i srebrem – i to wcześniej, niż przewidywano.

Z perspektywy krótkoterminowej istotne są tu dwa poziomy oporu. Przede wszystkim mamy poziom 1 245 USD za uncję, czyli ostatni wierzchołek i zniesienie o 50% z linii marcowej wyprzedaży.

Wybicie powyżej znacznie ważniejszego obszaru 1 255 USD – tj. zniesienia o 61,8% – sygnalizowałoby powrót do maksimum i potencjalnie jeszcze dalej. Kluczowe wsparcie to w dalszym ciągu obszar pomiędzy 1 165 i 1 195 USD za uncję.

Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank

 

Polscy eksporterzy i importerzy będą mogli skorzystać z nowego połączenia kolejowego do Chin. To szansa na wzrost wymiany handlowej

CEO Magazyn Polska

Licząca ok. 70 mln mieszkańców chińska prowincja Hunan położona w południowo-wschodniej części kraju chce współpracować z Polską. Operator intermodalny Loconi podpisał porozumienie o współpracy w zakresie rozwoju przewozów kolejowych między tą prowincją a Polską. Uruchomione przed niespełna dwoma laty pociągi wożące kontenery między Chinami a Europą mają być również nadawane z prowincji Hunan oraz trafiać do Polski w celu dalszej dystrybucji na terenie Europy. Na razie będzie to jedno regularne połączenie. – To szansa, żeby zwiększyć eksport polskich produktów, np. żywności, do Chin – podkreślają przedstawiciele operatora.

Memorandum, które podpisaliśmy było inicjatywą prowincji Hunan. Jest świadectwem tego, że Polska zyskuję w oczach Chin, jeśli chodzi o wymianę handlową i postrzeganie na rynku europejskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Lidia Dziewierska, prezes zarządu Loconi Intermodal. – Polskę wybrano jako kraj, który będzie oknem na Europę.

Linia kolejowa Xiangyu Express z prowincji Hunan do Europy (z portem docelowym w Duisburgu w Nadrenii-Westfalii) została uruchomiona na jesieni 2014 roku. Przewozi kontenery i jest alternatywą dla jedynej dotychczas drogi morskiej. Transport trwa 18 dni, a sama linia mierzy niemal 12 tys. km. Koszt takiego transportu jest kilkukrotnie wyższy niż koszt transportu drogą morską, ale czas o ponad połowę krótszy. Teraz z tego połączenia łatwiej będzie skorzystać także polskim firmom.

Zaczynamy od jednego połączenia. Nasi partnerzy w zasadzie już te pociągi organizują i kolejne rozkłady są wdrażane. Natomiast, co ciekawe, to są pociągi, które w większości są załadowane towarem z Chin, a prawie w ogóle nie wiozą towaru z Polski. Wsparcie władz prowincji, którego dowodem jest chociażby odbywająca się wizyta, to najlepsza okazja do tego, że pociągi te jeździły załadowane również w drodze powrotnej – mówi Dziewierska.

Pociągi będą regularnie odjeżdżać tego samego dnia o stałych porach. Dziewierska podkreśla, że może się to okazać niepowtarzalną szansą dla polskich przedsiębiorców, którzy szukają nowych rynków zbytu dla swoich produktów.

To rozwiązanie logistyczne jest dzisiaj narzędziem dla polskich eksporterów, którzy poszukują możliwości, aby zawrzeć porozumienie i móc dokonywać wymiany handlowej z Chinami – przekonuje Dziewierska. – Ostatnie cztery lata to czas wzmożonej aktywność zarówno prowincji chińskich, jak i naszych misji gospodarczych. Pierwsze efekty już są – to 30-proc. wzrost wymiany handlowej, którą odnotowuje prowincja Hunan w kontaktach z Polską.

Jak twierdzi Lidia Dziewierska, wzrost wymiany handlowej z Państwem Środka może sięgać 100–200 proc. rocznie, z uwagi na wciąż niską wartość bezwzględną tej wymiany. Wszystko dlatego, że chińska gospodarka przestawia się z taniego producenta na tory konsumenta towarów i usług. Jej zdaniem może pomóc to rozwinąć polski eksport do Państwa Środka.

Z najnowszych danych GUS za styczeń 2016 roku wynika, że Chiny są dla Polski drugim po Niemczech importerem. Ich udział w imporcie wynosi 12,7 proc. Wartość przywiezionych towarów wyniosła 1,65 mld euro i była o 1,6 proc. wyższa niż przed rokiem. Eksport Polski do Chin na razie jest niewielki.

Jest duże zapotrzebowanie na polską żywność, która w świadomości Chińczyków jest zdrowa, ekologiczna i dobra, dlatego w pierwszej kolejności to będzie promowane, usługa będzie adresowana właśnie do tych przedsiębiorców – podkreśla prezes Loconi Intermodal

Loconi ma w Polsce trzy terminale własne: w Radomsku, Poznaniu oraz nowo otwarty, największy terminal w Warszawie. Planuje w najbliższym czasie uruchomienie kolejnych, w Lubuskiem, Łódzkiem i Małopolsce.

Pracujemy nad projektami, które mają spowodować przeniesienie ładunków z dróg na kolej, również w relacjach paneuropejskich. Współpraca z prowincją Hunan oraz partnerami, którzy w prowincji organizują takie połączenia, to krok ku temu, żeby w Polsce budować operatora intermodalnego, który może konkurować z największymi w Europie – mówi Lidia Dziewierska.

Firma Loconi została strategicznym partnerem prowincji Hunan w dziedzinie transportu intermodalnego nie tylko na Polskę, lecz także na Europę. Tym samym udało się jej pokonać rywali z Niemiec i Czech.

Sam terminal nie wystarczy, by klienci mogli korzystać z transportu intermodalnego. Połączenia, które budujemy w ramach naszych terminali, muszą być równie elastyczne, jak transport drogowy, aby klienci otrzymali autentyczną alternatywę dla transportu drogowego – mówi Dziewierska. – Nasze doświadczenia pokazują, że potrzebujemy roku, aby ten transport stał się serwisem codzienny z portów i żeby w ciągu roku przenieść z dróg na tory ok. 20–30 tys. samochodów ciężarowych.

Prof. K. Opolski (UW): Handel to paliwo dla gospodarki. Opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych nie może szkodzić jego rozwojowi

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w kwietniu rząd ma przedstawić nową propozycję podatku od sprzedaży detalicznej. Jak zapowiedział minister finansów Paweł Szałamacha, tym razem przepisy mają nie objąć e-handlu. Nieznane są jeszcze stawki, jakie zostaną zaproponowane. Pierwsza wersja projektu opublikowana na początku lutego wzbudziła protesty zarówno opozycji, jak i całej branży. Najbardziej uderzyłaby bowiem w polski drobny handel. Zdaniem prof. Krzysztofa Opolskiego z UW podatek powinien zostać wprowadzony, ale w takim kształcie, by nie zaszkodził mniejszym sklepom.

– Zapowiedź wyłączenia handlu internetowego to pozytywny sygnał, bo ten kanał wciąż się rozwija i staje się nowoczesnym rodzajem handlu, bardzo chętnie obsługiwanym przez młodych ludzi, którzy zarówno zakładają sklepy internetowe, jak i z nich korzystają – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Krzysztof Opolski, ekonomista z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Na początku lutego rząd opublikował na stronie Rządowego Centrum Legislacji pierwszy projekt ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej. Wzbudził on protesty całego środowiska. Krytykowane było m.in. to, że projekt zakładał traktowanie sieci franczyzowych jak jednego przedsiębiorstwa, co zarówno uniemożliwiało korzystanie z kwoty wolnej od podatku, jak i automatycznie nakładało wyższe stawki (od obrotu całej sieci). Ponadto obarczał kurierów obowiązkiem egzekwowania podatku od zagranicznych dostawców.

– Mam pełne przekonanie, że te sklepy trzeba opodatkować, ponieważ podatki są nieproporcjonalne w stosunku do ich dochodów. Natomiast trzeba to zrobić w taki sposób, żeby nie zaszkodzić polskiemu handlowi – podkreśla prof. Opolski. – Nie tak dawno polski handel dążył do integracji, zespolenia i do stworzenia silnych grup kapitałowych. Teraz może się okazać, że ich obroty są tak wysokie, że jak będą opodatkowane, to mogą ograniczyć przychody i zmniejszyć zysk, co z kolei nie pozwoli na dalszy rozwój i na dalsze inwestowanie.

Delikatesy Centrum, Piotr i Paweł oraz Alma, a także franczyzowe Intermarché i złożona z pojedynczych polskich spółek sieć Leclerc znajdują się w pierwszej dziesiątce ulubionych sklepów polskich konsumentów – wynika z przeprowadzonego jesienią ubiegłego roku badania firmy OC&C Strategy Consultants. Sprzedaż przez internet według prognoz firmy PMR ma sięgnąć do 2020 r. 10 proc. całego rynku. Już w ubiegłym roku jego wartość przekroczyła 32 mld zł.

– Każdy podatek mądrze stosowany wpłynie dodatnio na wyniki budżetu. A ten potrzebuje dzisiaj wpływów, dlatego że stał się dosyć hojny w rozumieniu wspomagania określonych grup. Mamy program „Rodzina 500 plus”, program wspomagania grup biedniejszych, pewnej redystrybucji dochodów, żeby zwiększyć tzw. sprawiedliwość społeczną. W związku z tym każdy mądry podatek będzie dobry dla budżetu, dlatego jestem za opodatkowaniem, pod warunkiem że ma ono dobrą perspektywę – mówi ekonomista.

Według założeń podatek od sprzedaży detalicznej ma przynieść budżetowi ok. 2 mld zł. To znacznie mniej niż podatek bankowy (5,5 mld zł) czy zaplanowane w budżecie przychody z VAT (128,7 mld zł). Profesor Opolski przypomina jednak o kosztach programu „Rodzina 500 plus”, które tylko w tym roku mają sięgnąć 17 mld zł.

– Opodatkowanie nie może niszczyć budżetów poszczególnych przedsiębiorstw czy firm i nie może prowadzić do ucieczek do rozmaitych rajów podatkowych. Jeżeli przedsiębiorcy będą widzieli, że podatek jest za wysoki dla nich z punktu widzenia ich efektów ekonomicznych, to nie powstrzymamy ich żadną dyrektywą – przekonuje prof. Opolski – Dlatego tylko mądre podatki, które są przemyślane, mogą zasilić budżet i per saldo pozwolić na dalszy rozwój gospodarczy.

Recykling na liście priorytetów firm w Polsce. Połowa z nich jest gotowa ponosić dodatkowe koszty z nim związane

CEO Magazyn Polska

Gospodarka odpadami stała się w ostatnich latach integralną częścią działalności produkcyjnej firm w Polsce. Jedna trzecia średnich i dużych przedsiębiorstw prowadzi politykę „zero odpadów na składowiska”. 77 proc. jest skłonnych tak zmienić swoją działalność, by zwiększyć poziom recyklingu. Co więcej, są one gotowe rozważyć poniesienie związanych z tym dodatkowych kosztów. – Taką gotowość zgłasza 45 proc. firm średnich i 68 proc. dużych – mówi Piotr Bruździak z firmy Stena Recycling.

Proces gospodarki odpadami i recykling są obecnie integralną częścią procesu produkcyjnego przedsiębiorstw – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bruździak, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Stena Recycling. – Podniesienie efektywności i właściwa gospodarka odpadami, w tym recykling, są dzisiaj na liście priorytetów firm.

Jak wynika z badania zrealizowanego przez PBS na zlecenie Stena Recycling wśród średnich i dużych firm, przeszło trzy czwarte podmiotów wyraża gotowość takiego dostosowania swoich produktów lub usług, aby zwiększyć poziom recyklingu. Ponad połowa (59 proc.) uznaje podniesienie efektywności gospodarowania odpadami za priorytet.

Rozumienie procesu odpowiedzialnego gospodarowania odpadami jest nieco odmienne w średnich i dużych firmach. Pracownicy średniej wielkości przedsiębiorstw najczęściej wskazywali, że polega ono na ograniczaniu ilości powstających podczas produkcji odpadów (45 proc.), w dalszej kolejności na właściwym ich sortowaniu (30 proc.) oraz zwiększaniu ilości odpadów poddawanych recyklingowi lub odzyskowi (17 proc.).

W dużych przedsiębiorstwach najistotniejsze okazały się sortowanie (42 proc.) oraz zwiększenie ilości odpadów poddawanych recyklingowi lub odzyskowi (30 proc.). Ograniczenie ilości odpadów uplasowało się na ostatnim miejscu, razem z redukcją emisji dwutlenku węgla.

Wszystkie badane podmioty wskazują przede wszystkim na korzyści środowiskowe wynikające z odpowiedzialnego gospodarowania odpadami, natomiast średnie firmy dostrzegają także zalety finansowe oraz duże korzyści dla lokalnej społeczności – komentuje Piotr Bruździak.

74 proc. firm średnich i 90 proc. dużych chce dostosować wykorzystywane w produkcji materiały lub świadczone przez siebie usługi tak, aby zwiększyć poziom recyklingu. Gotowość rozważenia poniesienia dodatkowych kosztów inwestycyjnych w tym celu zgłasza 45 proc. średnich oraz 68 proc. dużych podmiotów.

Politykę „zero odpadów na składowiska” już dziś prowadzi 30 proc. firm średnich i 38 proc. dużych. Jeśli spojrzymy na to, jakie są wytyczne UE, to zobaczymy, że do 2025 roku w zasadzie wszystkie odpady, które nadają się do recyklingu, w ogóle nie będą trafiały na składowiska. UE dąży również do tego, by do 2030 roku składowiska w ogóle przestały istnieć – podkreśla Piotr Bruździak.

Na decyzję o optymalizacji procesu gospodarowania odpadami w średnich przedsiębiorstwach szczególny wpływ miały wymogi ustawodawcze oraz względy środowiskowe – obydwa czynniki otrzymały prawie po jednej trzeciej głosów. W przypadku dużych firm najważniejsze okazały się natomiast względy środowiskowe (54 proc.), prawne zostały wskazane tylko przez 14 proc. podmiotów. Wyraźna różnica w podejściu większych firm wynika zdaniem Bruździaka z tego, że duże spółki częściej korzystają z usług firm zewnętrznych specjalizujących się w wykonywaniu zleceń środowiskowych, raportowaniu środowiskowym czy doradztwie w zakresie rozwiązań technologiczno-logistycznych.

Zrównoważone gospodarowanie odpadami zyskuje w UE na znaczeniu, rosną wymagania środowiskowe oraz świadomość ekologiczna. Mamy do czynienia z takimi zjawiskami, jak gospodarowanie w obiegu zamkniętym czy projektowanie dla recyklingu. To wszystko powoduje, że takie zmiany postępują również w Polsce – wyjaśnia dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Stena Recycling.

Konsorcjum częstą formą współpracy gospodarczej, ale ryzykowną. Alternatywą może być spółka celowa z ograniczoną odpowiedzialnością

CEO Magazyn Polska

Umowa konsorcjum, czyli forma współpracy gospodarczej przy realizacji jednego celu, najczęściej zawierana jest w sytuacji startu podmiotów w przetargu publicznym. Członkowie konsorcjum są solidarnie odpowiedzialni wobec osób trzecich. Każdy z nich ponosi pełną odpowiedzialność za wykonanie całej umowy niezależnie od ustalonego podziału zadań. Tym samym ta forma współpracy może potencjalnie nieść pewne zagrożenia. Alternatywą może być zawiązanie spółki typu joint venture z ograniczoną odpowiedzialnością. To nie zawsze jest akceptowane przy zamówieniach publicznych.

Konsorcjum można określić jako formę współpracy gospodarczej dwóch podmiotów, które zamierzają wspólnie realizować cel gospodarczy, choć nie ogranicza się to wyłącznie do przedsiębiorców. Występują też konsorcja w sektorze NGO czy innych aspektach życia społecznego i gospodarczego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Jan Góralski, partner Kancelarii Góralski & Goss Legal.

Konsorcjum jest tworem, które w polskim prawie nie zostało jasno zdefiniowane. Zgodnie z przepisami o zamówieniach publicznych wykonawca może łączyć swój potencjał z innymi wykonawcami. Przedsiębiorca, który nie jest w stanie samodzielnie wykonać danego zlecenia, może się porozumieć z innymi podmiotami gospodarczymi na czas realizacji określonego przedsięwzięcia.

Przy podpisaniu umowy następuje podział ról. Charakterystyczna jest rola lidera konsorcjum. Każdy z członków podejmuje się określonego zobowiązania, które ma służyć wspólnemu celowi gospodarczemu. Towarzyszy temu określone rozliczenie kosztów i przychodów, zazwyczaj za pośrednictwem lidera konsorcjum, który taki kontrakt rozlicza – podkreśla Góralski.

Wykonawcy, którzy wspólnie ubiegają się o udzielenie zamówienia publicznego, ponoszą odpowiedzialność przede wszystkim wobec zamawiającego. Jak podkreśla Góralski, w niektórych przypadkach są również solidarnie odpowiedzialni wobec podwykonawców. Na gruncie innym niż prawo zamówień publicznych członkowie konsorcjum mogą być solidarnie odpowiedzialni wobec innych podmiotów, zależy to jednak od określenia formy współpracy.

Zarówno w doktrynie, jak i w judykaturze mocno lansowany jest pogląd, że umowa konsorcjum może stanowić w rzeczywistości umowę spółki cywilnej, a co się z tym wiąże, zgodnie z przepisami Kodeksu cywilnego odpowiedzialność członków konsorcjum jest solidarna wobec osób trzecich. Rodzi to określone ryzyka, zwłaszcza po stronie pasywnych członków konsorcjum, którzy przystąpili do niego często tylko po to, żeby udostępnić swoje zasoby, a w rzeczywistości kontraktu nie realizują – wskazuje Góralski.

Odpowiedzialność za wykonanie umowy czy wniesienie zabezpieczenia jej należytego wykonania spoczywa na wszystkich członkach konsorcjum. Chroni to interesy zamawiającego, który będzie mógł dochodzić naprawienia szkody od wszystkich członków konsorcjum. To z kolei oznacza, że niezależnie od porozumień między członkami, do której części zamówienia się zobowiązują, zamawiający może wystąpić z roszczeniem nie tylko do tego podmiotu, który zaniedbał swoją część zamówienia, lecz także do członków, którzy znajdują się w lepszej sytuacji finansowej. Jak jednak przypomina Góralski, dotyczy to tylko sytuacji, w której umowa konsorcjum zostanie uznana za umowę spółki cywilnej.

W rzeczywistości jest to zawsze uzależnione od danego stanu faktycznego i umowy konsorcjum, która może zawierać typowy element dla spółki cywilnej, ale nie musi, dlatego każdy casus powinien być rozpatrywany osobno – podkreśla ekspert.

Jak przypomina adwokat, wykonawcy nie są skazani wyłącznie na zawiązanie konsorcjum. Inną możliwością, która niesie ze sobą mniejsze ryzyko, jest spółka joint venture z ograniczoną odpowiedzialnością. To przedsięwzięcie, w którym wkład kapitału pochodzi od kilku niezależnych od siebie partnerów. Strony mogą we własnym zakresie regulować prawa i obowiązki.

Przedsiębiorcy, którzy za pośrednictwem tego wehikułu realizują cel gospodarczy, całą odpowiedzialność przedsięwzięcia zamykają w takiej celowej spółce z ograniczoną odpowiedzialnością. Trzeba mieć jednak na uwadze to, że to rozwiązanie nie jest akceptowane w takim kształcie przez zamówienia publiczne, gdzie zamawiający oczekuje właśnie osobistej odpowiedzialności przedsiębiorców – przypomina dr Jan Góralski.

Cena nie jest najważniejsza dla firm przy wyborze sprzętu IT. Większą wagę przywiązują do parametrów technicznych i serwisu

CEO Magazyn Polska

Szukając sprzętu komputerowego, przedsiębiorcy coraz mniejszą wagę przywiązują do ceny. Częściej o wyborze decyduje wydajność i funkcjonalność urządzeń, a także renoma producenta i poziom serwisowania. Kupujący chcą także sprzętu dostosowanego do ich własnych potrzeb, dlatego producenci coraz częściej rozwiązania szyte na miarę. – Jesteśmy w stanie stworzyć konfigurację na potrzeby konkretnego odbiorcy – podkreśla dyrektor Lenovo Polska.

Przedsiębiorcy powinni się kierować przy wyborze sprzętu komputerowego różnymi aspektami, jak niezawodność, trwałość czy bezpieczeństwo danych, zarówno z perspektywy ich przechowywania, jak i ewentualnego ryzyka utraty. Istotna jest jakość obsługi gwarancyjnej, trwałość produktu i jego ergonomia. Cena oczywiście jest również jednym z kluczowych elementów, ale nie jest najważniejsza – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Sowiński, dyrektor generalny Lenovo Polska.

Sprzęt komputerowy ma największy udział w sprzedaży produktów i usług IT. Z danych IDC Poland wynika, że stanowi ponad połowę wartości rynku. Dla firm kupujących nowy sprzęt najważniejsza jest dobra korelacja jakości do ceny. Raport Lenovo „Komputery w polskich firmach MŚP 2015” wskazuje, że dla 69 proc. małych i średnich firm sprzęt ma być możliwie najlepszy.

Małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce przede wszystkim patrzą na parametry techniczne, następnie na cenę, w dalszej kolejności na renomę producenta, która daje im gwarancję dobrej obsługi serwisowej i wysokiej jakości produktu – wymienia Sowiński.

Średni czas wykorzystania sprzętu IT w przedsiębiorstwach nie przekracza 5 lat. Wymiana jest najczęściej spowodowana zużyciem (73 proc.), zniszczeniem sprzętu (40 proc.) i wzrostem wymagań sprzętowych związanym z wykonywaniem nowych zadań (38 proc.). Firmy zwracają uwagę na to, jak dany sprzęt będzie działał po kilku latach. Stąd producenci sprzętu notują coraz większe zainteresowanie dyskami SSD, odporniejszymi i bardziej wydajnymi.

Już 4 na 10 przedsiębiorców poszukuje rozwiązań komputerowych z ekranem dotykowym. Ten trend się nasila. Bardzo dużą popularnością cieszą się też urządzenia konwertowalne, hybrydowe [łączące kilka funkcji – red.], jak ultrabook Lenovo Yoga czy tablet Miix, który może również pełnić funkcję normalnego laptopa – podkreśla Andrzej Sowiński.

Lenovo zaprezentował ostatnio w Warszawie nową rodzinę produktów dla klientów biznesowych, wśród nich tablet Lenovo ThinkPad X1, który po dołączeniu dodatkowych akcesoriów zmienia się w laptopa, projektor lub skaner 3D.

W sprzęcie mobilnym najważniejsza jest żywotność baterii, dlatego laptopy i notebooki wymieniane są częściej (3,2 lata) niż komputery stacjonarne (3,8). Netbooki zużywają się najczęściej już po dwóch latach.

Istotne znaczenie przy wyborze sprzętu ma też design i ergonomia, zwłaszcza gdy komputer stoi w miejscu, które buduje wizerunek firmy.

ThinkCentre X1, czyli sprzęt all-in-one w bardzo cienkiej, 11-milimetrowej ramce, jest produktem, który pozwala zapewnić przedsiębiorcy politykę czystego biurka. Recepcja wygląda schludnie i ładnie, na biurku nie ma żadnych kabli. Jest to również produkt ergonomiczny, który w prosty sposób sprawia, że użytkownik jest w stanie bardzo sprawnie obsłużyć osoby, które przychodzą do firmy – zaznacza Sowiński.

Duża konkurencja na rynku i coraz większe zainteresowanie sprzętem komputerowym sprawiają, że producenci muszą walczyć o klientów. Dlatego tworząc sprzęt, mają na względzie indywidualne potrzeby klientów, są w stanie skonfigurować oferowany przez siebie sprzęt, tak żeby odpowiadał na potrzeby konkretnego przedsiębiorcy.

Klient nie musi być zainteresowany zakupem setek komputerów, by otrzymać od firmy rozwiązanie uszyte na miarę potrzeb. Jesteśmy w stanie skonfigurować sprzęt także dla przedsiębiorcy, który kupuje tylko kilkanaście urządzeń. Tylko taka oferta będzie obecnie dobrze przyjęta przez użytkownika. Rynek się zmienił, dlatego coraz częściej producenci słuchają uważnie, jakie są potrzeby klienta – wskazuje Andrzej Sowiński.

Co trzeci przedsiębiorca bierze pod uwagę cenę serwisu i jego jakość, dlatego Lenovo stawia na wysoki poziom obsługi serwisowej i krótszy od standardowego czas obsługi.

Wprowadzamy do oferty rozszerzoną wersję napraw. On-Site Next Business Day, czyli naprawa w miejscu pracy następnego dnia roboczego, mimo że jest to usługa  płatna, to jest na tyle atrakcyjna, że w ciągu najbliższego roku może nawet kilkanaście procent użytkowników biznesowych komputerów Lenovo będzie już z niej korzystało – ocenia dyrektor generalny Lenovo.

Unikatowa w Polsce pracownia ergoterapii pomoże przywrócić sprawność osobom po udarach

CEO Magazyn Polska

Udar mózgu to druga najczęstsza przyczyna zgonów na świecie. Nawet jeśli pacjent przeżyje, to jego dalsze funkcjonowanie często jest bardzo utrudnione z powodu uszkodzeń dokonanych przez udar. Wraz ze starzeniem się społeczeństwa problem będzie narastał. Dlatego skuteczna rehabilitacja pozwalająca na powrót do stanu umożliwiającego samodzielne funkcjonowanie jest kwestią kluczową. Służyć temu ma nowo uruchomiona w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornie pracownia ergoterapii.

Grupa LUX MED będzie rozwijać nowoczesne metody rehabilitacji neurologicznej. W ośrodku Tabita w Konstancinie-Jeziornie uruchomiona została pracownia ergoterapii służąca rehabilitacji osób po uszkodzeniach neurologicznych, głównie udarach mózgu i innych urazach czaszkowo-mózgowych.

Pracownia ergoterapii to miejsce, gdzie staramy się przywrócić samodzielność osobom po urazach neurologicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Mirosław Wróbel, członek zarządu ośrodka LUX MED Tabita. – Leczenie prowadzimy aż do skutku, aż do momentu, kiedy zostanie osiągnięty pożądany rezultat funkcjonalny lub dojdziemy do wniosku, że w przypadku danego pacjenta leczenie jest nieskuteczne. To też się może zdarzyć, ale bardzo rzadko.

Pracownia wyposażona jest w pomieszczenia imitujące kuchnię, sypialnię i łazienkę. Pacjenci z pomocą ergoterapeutów uczą się w nich samodzielnego funkcjonowania w codziennych warunkach. Zyskują także wiedzę, jak mogą ułatwić sobie codzienne czynności związane z domowymi obowiązkami czy higieną osobistą poprzez dostosowanie swoich mieszkań do własnych możliwości ruchowych.

W ergoterapii wykorzystuje się również zajęcia plastyczne, techniczne, a nawet rzemieślnicze. Koordynują je specjaliści z wielu dziedzin, m.in. lekarze, rehabilitanci, psychologowie, neurologopedzi i dietetycy.

Jak podkreśla Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED, Tabita jest ośrodkiem kompleksowym, zapewniającym opiekę długoterminową, z zakładem opiekuńczo-leczniczym dla osób w starszym wieku, które potrzebują opieki medycznej.

Rynek opieki długoterminowej będzie się rozwijał, ale na pewno jeszcze nie teraz. Patrząc na obecne priorytety rządu, nie widzę, by był to temat do szybkiej realizacji, aczkolwiek z uwagi na demografię i starzejące się społeczeństwo myślę, że jest to temat już do podjęcia i działania w nieodległej przyszłości – mówi Anna Rulkiewicz.

Z prognoz Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2060 roku Polskę będzie zamieszkiwać 33,2 mln osób. Co więcej, odsetek osób starszych wzrośnie do nawet 36 proc. Oznacza to nie tylko niższy PKB wypracowywany przez osoby w wieku produkcyjnym, lecz także wyższe koszty opieki i rehabilitacji osób w wieku podeszłym.

Coraz goręcej w Wielkiej Brytanii

Przedstawiciele japońskiego rządu grożą interwencją na rynku walutowym, ale czy jest to realne? Na razie wojna między rynkiem a Tokio toczy się na słowa, nie mniej jednak to, co dzieje się z jenem to klasyczna próba sił. Weekend przyniesie chwilę wytchnienia, może w przyszłym tygodniu dojdzie do jakichś rozstrzygnięć, ale ani rząd, ani Bank of Japan nie ma zbyt wielu armat.

Koniec tygodnia nie oferuje wielu danych o gospodarce: jedyne ważniejsze informacje z USA to zapasy hurtowników w lutym. Wystąpienie publiczne będzie miał dzisiaj William Dudley z Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku. Dudley zamknie tygodniową serię przemówień przedstawicieli Fed, bardzo ciekawych, choć niewiele wnoszących do notowań dolara.

Z interesującymi informacjami musi zmierzyć się funt. Na rynku pojawiły się już dane o produkcji przemysłowej i handlu zagranicznym, ale czeka nas jeszcze prognoza National Institute of Economic and Social Research (NIESR) dla PKB. Przeciwnicy Brexit znowu mają pod górkę, i to za sprawą samego Davida Camerona, który przyznał, że do 2010 r. posiadał udziały w funduszu powierniczym utworzonym w raju podatkowym przez jego zmarłego ojca. W atmosferze ostrej walki zwolenników i przeciwników pozostania Wielkiej Brytanii w UE nie jest to informacja, która pozostanie bez echa.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ujemne stopy korzystne dla złota: WGC

  • W najnowszym raporcie Światowa Rada Złota jako kluczowy czynnik kształtowania ceny XAU wskazuje ujemne stopy
  • Znaczna część światowego długu rządowego jest obecnie ujemnie oprocentowana
  • Sezon publikacji zysków w Stanach Zjednoczonych może również przyczynić się do wzrostu ceny złota

W ubiegłym tygodniu Światowa Rada Złota (World Gold Council, WGC) opublikowała najnowszy raport na temat rynku, zatytułowany: „Złoto w świecie ujemnych stóp procentowych” (ang. Gold in a world of negative interest rates). Strategia obniżania stóp do wartości ujemnych najprawdopodobniej była jedną z głównych przyczyn zmian nastrojów inwestorów, odnotowanych dotychczas w tym roku.

Po gwałtownym wzroście w styczniu złoto od niemal dwóch miesięcy wykazuje kurs boczny. W tym okresie rynek zastanawiał się, czy zdecydowany wzrost popytu ze strony inwestorów, utrzymujący się od początku tego roku, może doprowadzić do realizacji zysków.

To szczególna obawa, biorąc pod uwagę ubiegłoroczne wydarzenia, kiedy to złoto, po mocnym rozpoczęciu roku, w kwietniu dokonało nieoczekiwanego zwrotu w dół. Wyprzedaż trwała pozostałą część roku i była dowodem na kolejny falstart żółtego metalu po licznych podobnych sytuacjach od czasu maksimum z 2011 r.

Jeden z głównych powodów przekonania, że tym razem sytuacja będzie inna, został wyraźnie zaznaczony w raporcie WGC. Na skutek obniżenia stóp do wartości ujemnych przez banki centralne w Europie i Japonii, obligacje rządowe warte biliony zostały objęte ujemnym oprocentowaniem.

W opinii WGC: „historia wykazuje, że w okresach niskich stóp procentowych zyski generowane przez złoto są zwykle ponad dwukrotnie wyższe od średniej długoterminowej”.

Jednym z rodzajów inwestycji, które coraz częściej podaje się jako alternatywę dla obligacji o zerowej rentowności, są metale szlachetne. WGC podaje cztery powody, dla których ujemne stopy procentowe strukturalnie zwiększą popyt na złoto jako aktywo portfelowe:

  • Niższy koszt alternatywny związany z inwestowaniem w złoto;
  • Ograniczona pula aktywów, w które mogliby inwestować niektórzy inwestorzy/zarządzający środkami pieniężnymi;
  • Mniejsze zaufanie do pieniądza fiducjarnego ze względu na ryzyko wojen walutowych i interwencji monetarnych;
  • Dalszy wzrost niepewności i zmienności na rynku, ponieważ bankom centralnym kończą się efektywne rozwiązania polityczne dotyczące walki z inflacją/deflacją i/lub stymulowaniem wzrostu gospodarczego.

(Raport, w tym szczegółowa analiza powyższych punktów, dostępny jest tutaj.)

Po wielokrotnym dotarciu do wsparcia poniżej poziomu 1 210 USD za uncję złoto podjęło dziś kolejną próbę umocnienia. Pomogła w tym w szczególności publikacja najnowszego protokołu FOMC, zawierającego obszerną dyskusję na temat możliwości podniesienia amerykańskich stóp procentowych.

Nawet jeżeli do podwyżki istotnie dojdzie, nie zmieni to prognoz dotyczących wyjątkowo niskich i ujemnych stóp procentowych w innych krajach.

W przyszłym tygodniu rozpoczyna się sezon publikacji zysków za I kwartał w stanach Zjednoczonych i mimo iż S&P 500 znajduje się blisko maksimów, rynek szykuje się na najgorszy sezon od czasu kryzysu z 2009 r.

W opublikowanej na początku tego tygodnia kwartalnej prognozie podkreśliliśmy potencjał wzrostu ceny złota po okresie konsolidacji. Słabszy dolar (ostatnio przede wszystkim względem JPY), ryzyko wzrostu zmienności na giełdzie i stały nacisk na ujemne stopy procentowe mogą przyczynić się do odnowy zainteresowania złotem i srebrem – i to wcześniej, niż przewidywano.

Z perspektywy technicznej istotne są tu dwa poziomy oporu. Przede wszystkim mamy poziom 1 245 USD za uncję, czyli ostatni wierzchołek i zniesienie o 50% z linii marcowej wyprzedaży.

Wybicie powyżej znacznie ważniejszego obszaru 1 255 USD – tj. zniesienia o 61,8% – sygnalizowałoby powrót do maksimum i potencjalnie jeszcze dalej. Kluczowe wsparcie to w dalszym ciągu obszar pomiędzy 1 165 i 1 195 USD za uncję.

Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank

 

Nie ma chętnych na bezwarunkowe przekazanie górnikom 1,5 mld zł

Na negocjacyjnym stole leży oferta trzech państwowych spółek energetycznych. Energia, PGE i PGNiG mają dokapitalizować Kompanię Węglową kwotą 1,5 mld zł. Powstanie Polskiej Grupy Górniczej jest przesądzone, ale trwa spór o zasady finansowania.
Czy spółki energetyczne podwyższą jako inwestorzy kapitał Polskiej Grupy Górniczej, czy raczej obejmą obligacje? O wiele korzystniejsze dla nich byłoby to drugie, gdyż przy długu można wpisać do umowy rozmaite bezpieczniki. Przekazanie kwoty 1,5 mld zł w transzach, zależnie od postępu w restrukturyzacji kopalń, wymuszałoby odcinanie nierentownej działalności, ale tego obawiają się związki zawodowe. W rozmowie z MarketNews24 mówi o tym Bartłomiej Derski z Wysokiego Napięcia.
Inny kłopot rządu: banki nie chcą zostać udziałowcami KW, mowa jest tylko o restrukturyzacji obecnych obligacji i objęciu nowych. Także te, które mają wierzytelności wobec Kompanii Węglowej.

Wiosną słońce cieszy podwójnie

Potwierdzają to dane gromadzone przez OPEUS Energia pozyskiwane w wyniku monitorowania parametrów instalacji wybudowanych w różnych częściach naszego kraju. Ich analiza pokazuje, że w kwietniu ilość mocy generowanej przez panele fotowoltaiczne zwiększa się aż czterokrotnie w porównaniu do stycznia.

Pogoda panująca od kwietnia do października pozwala ogniwom fotowoltaicznym pracować najbardziej efektywnie. Niebagatelny wpływ ma na to również przestawienie się na czas letni. Dzięki temu okres największej wydajności paneli lepiej pokrywa się z naszym rytmem dziennym i łatwiej jest doprowadzić do sytuacji, w której konsumowana jest wyłącznie energia przez nie generowana. Szczytowy okres produkcji w ciągu doby przypada pomiędzy 6:00 a 20:00.

Okres wiosenny jest w związku z tym szczególnym czasem również dla branży fotowoltaicznej – producentów, projektantów i instalatorów.

– Na przestrzeni ostatnich dwóch lat poziom energii wytwarzanej za pomocą paneli fotowoltaicznych zwiększył się w Polsce czterokrotnie. Wzrost zainteresowania klientów rozwiązaniami pozwalającymi pozyskiwać energię ze słońca obserwujemy szczególnie wiosną. Ze względu na warunki pogodowe jest to faktycznie dobry czas na inwestycję, ponieważ ta poru roku daje niejako gwarancję optymalnego wykorzystania posiadanych paneli. W zeszłym okresie wiosennym wykonaliśmy 60% całości zrealizowanych w 2015 r. inwestycji. Jest to szczególnie dobry czas dla dużych inwestycji. Rok temu od marca do maja ukończyliśmy instalację m.in. farm fotowoltaicznych w Ustroniu Morskim oraz Szczecinie. Każda z nich generuje moc od 1 do 1,5 MWh – wskazuje Sławomir Reszke, prezes OPEUS Energia.

Polski rynek coraz nowocześniejszy

Czynnikiem mającym niebagatelny wpływ na rozwój branży jest ciągłe doskonalenie rozwiązań i wprowadzanie innowacji. Powstające obecnie moduły są w stanie wygenerować nawet o 25% większe uzyski energii, w porównaniu ze starszymi modelami. Ponadto wykonane są z trwalszego szkła, co jest w stanie zagwarantować ich żywotność nawet do 30 lat, a to o 5 lat więcej niż wcześniej. Rosnąca popularność paneli przekłada się też na stopniowy spadek ich cen.

– Głównym czynnikiem determinującym poziom cen instalacji w Polsce jest dostępność urządzeń oraz ilość profesjonalnych wykonawców. Pięć lat temu było ich niewielu, a kanały dystrybucji elementów składowych instalacji były nieliczne. Stąd ich cena była znacząco wyższa niż dziś. Do dziś pokutuje mit, że montaż instalacji PV zwraca się dopiero po 15 latach, więc jest nieopłacalny. Jednak obecnie dostępne są na rynku instalacje w cenie od 5 500 zł/kWp. Średnio czas zwrotu wynosi, w wypadku skorzystania z dotacji, ok. 6-7 lat – mówi Sławomir Reszke.

Nie można jednak dokonać prostego porównania cen systemów ze względu na duże zróżnicowanie warunków, decydujących o złożoności instalacji, takich jak chociażby charakterystyka obiektu, który ma obsługiwać.

Nadejście wiosny, a zatem więcej światła słonecznego i „dłuższy” dzień, to dobra wiadomość dla użytkowników instalacji fotowoltaicznych. W kwietniu wydajność paneli wzrasta gwałtownie w porównaniu do miesięcy zimowych.

Nord Stream 2 – możliwe problemy Gazpromu

Budowa nowej nitki Gazociągu Północnego według większości analiz jest inwestycją nierentowną. Projekt jest nierentowny, bo dziś tylko połowa mocy przesyłowych jest wykorzystywana, po co zatem zwiększać możliwość sieci, która w pełni nie jest eksploatowana? – To jest decyzja polityczna – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Sawicki z BiznesAlert.
A czy dziś Polska ma możliwość blokowania inwestycji? Możemy wykorzystać narzędzie, które dała nam Unia Europejska. – Polsce udało się stworzyć koalicję 9 państw, które sprzeciwiają się budowie gazociągu – mówi Sawicki i dodaje: – Kluczowe decyzje zapadną w tym roku . Więcej w materiale wideo.

Polacy jedzą mniej jaj niż sąsiedzi

Przeciętny polski konsument zjada około 160 sztuk jaj rocznie pod różnymi postaciami, a mieszkaniec krajów Europy Zachodniej blisko 240 sztuk. W Polsce rocznie produkuje się ponad 9 mld sztuk jaj konsumpcyjnych, z czego ok. 40 proc. trafia na rynki zagraniczne, głównie do Niemiec, Holandii, Włoch i Czech.

W Danii czy Austrii spożycie jaj wynosi około 240 sztuk rocznie, a w Niemczech i Francji  blisko 220 sztuk. Podobnie jest za wschodnią granicą, gdzie konsumpcja jest  znaczenie większa niż w Polsce. W 2013 r. spożycie jaj na Ukrainie wyniosło ponad 310 sztuk na mieszkańca rocznie, na Białorusi ponad 260 sztuk, a w Rosji 220.

Poziom konsumpcji jaj w Polsce prawdopodobnie jest związany z ich cenami, które w porównaniu do cen w Europie Zachodniej są relatywnie wysokie, gdyż wciąż dochody zachodnich sąsiadów są wyższe. Z kolei u wschodnich sąsiadów wymogi dotyczące warunków utrzymania kur niosek są mniej restrykcyjne niż w Polsce, co przekłada się na ich niskie ceny. W tych krajach przypuszczalnie udział jaj pochodzących z produkcji we własnych gospodarstwach jest również na wyższym poziomie niż w Polsce.

Ciekawe wnioski płyną też z analizy danych pochodzących z budżetów gospodarstw domowych, które dotyczą konsumpcji jaj w gospodarstwach domowych.

W 2014 r. najwyższym poziomem konsumpcji charakteryzowały się gospodarstwa emerytów i rencistów, gdzie przeciętne miesięczne spożycie jaj na jedną osobę wyniosło ponad 15,5 sztuki i było aż o 29 proc. wyższe od przeciętnej w gospodarstwach domowych. Znacznie więcej jaj, aż o 21 proc. konsumowały też osoby w gospodarstwach domowych rolników, które w większości pozyskują je z własnego gospodarstwa – powiedział Paweł Wyrzykowski, ekspert rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas. – Wyższe spożycie jaj wśród emerytów i rencistów oraz rolników jest prawdopodobnie wynikiem większego ich wykorzystania do wypieków ciast i innych produktów zbożowych. Za to najniższym poziomem spożycia (o 15 proc. od średniej krajowej) charakteryzowały się osoby, które prowadzą własną działalność – dodał P. Wyrzykowski.

Nie ma znaczącej różnicy w poziomie spożycia jaj na wsi i w mieście. Osoba żyjąca w gospodarstwie domowym na wsi spożywa miesięcznie przeciętnie zaledwie niecałe jajo więcej od osoby w gospodarstwie domowym w mieście.

Konsumpcja jaj w gospodarstwach domowych jest natomiast zróżnicowana regionalnie. W gospodarstwach domowych z woj. łódzkiego, świętokrzyskiego, lubelskiego, podkarpackiego spożycie jaj jest o kilkanaście (13-17) procent większe od średniej w kraju. Należy zauważyć, że w większości tych województw znacznie wyższe są również zakupy mąki. Zatem osoby je zamieszkujące w większym stopniu przygotowują posiłki z jaj i mąki samodzielnie w domu, a w mniejszym stopniu konsumują produkty gotowe zakupione w sklepach czy cukierniach.

Kobiety napędzają branżę turystyczną? Globalna akcja #HeForShe również na terenie Polski

Celem kampanii #HeForShe. Celem akcji jest zaangażowanie mężczyzn do osiągnięcia poprawy sytuacji kobiet i aktywnego działania na rzecz równości płci. Twarzą kampanii jest aktorka Emma Watson. AccorHotels – i tym samym Grupa Orbis, jest jedną z 10 firm z całego świata – wybranych do czynnego udziału w akcji.

W Grupie Orbis, 40% dyrektorów hoteli to kobiety

Poprzez uczestnictwo w kampanii #HeForShe, Orbis i AccorHotels zobowiązują się, wraz z 9 innymi przedsiębiorstwami, 10 uniwersytetami i rządami 10 państw – wybranymi przez agendę Organizacji Narodów Zjednoczonych UN Women, do osiągnięcia celów wyznaczonych na 2017 rok.

– Różnorodne zespoły osiągają po prostu lepsze wyniki i dostarczają więcej innowacji i kreatywności. I w tym właśnie tkwi siła różnorodności. W związku z tym, jestem przeświadczony, iż wspieranie kobiet w realizacji kariery zawodowej jest również obowiązkiem każdego mężczyzny.  Dlatego też jestem #HeForShe !  Oczekuję od Was nie tylko dołączenia do kampanii #HeForShe, ale chcę, aby każdy promował różnorodność, zaczynając od zrozumienia sytuacji kobiet” – oświadczył Gilles Clavie, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny Orbis S.A.

#HeforShe

8 marca, w Dniu Kobiet, Grupa Hotelowa Orbis opublikowała spot w ramach kampanii #HeForShe (link: https://www.youtube.com/watch?v=Bz-jkfHHuVk ) przedstawiający wartości, jakimi kieruje się 5 mężczyzn pracujących w Grupie Orbis na różnych stanowiskach i w różnych krajach. Dodatkowo spółka przygotowała serię wywiadów z wybranymi pracownicami Grupy, które sukcesywnie będą pojawiać się na stronie firmowej.

Cele Grupy Hotelowej Orbis na koniec 2017 roku :

Zrozumienie i zapewnienie zaangażowania pracowników płci męskiej w kampanię #HeForShe :

–  Cel : 2 000 pracowników płci męskiej zaangażowanych w kampanię #HeForShe

– Zaproszenie mężczyzn do korporacyjnej sieci kobiet Women At AccorHotels Generation (WAAG) i osiągnięcie wskaźnika 35% mężczyzn wśród członków sieci WAAG na koniec 2017 roku.

Dążenie do parytetu wynagrodzeń i reprezentacji kobiet :

–  Utrzymanie wskaźnika 40% dyrektorów hoteli reprezentowanych przez kobiety ;

–  Utrzymanie wysokiego udziału kobiet w kadrze menadżerskiej Orbis S.A. (aktualnie, 60% menadżerów w siedzibie Orbis S.A. to kobiety) ;

–  Dążenie do większego udziału kobiet w kadrze zarządzającej spółki Orbis S.A.

Pogłębianie naszej wiedzy o ewolucji  ,,ideału pracownika” oraz zmieniającej się branży hotelarskiej.

–  Udział kobiet wśród gości grupy AccorHotels wzrósł znacząco z 26% w 2000 roku do ponad 34% na koniec 2013 i stał się prawdziwym wyzwaniem, gdyż branża hotelarska była dotychczas w głównej mierze zarządzana przez mężczyzn.

Grupa Orbis wspiera kobiety

Skuteczne działania poprzez sieć Women At AccorHotels Generation (WAAG)

Sieć WAAG zrzesza kobiety pracujące w Grupie Orbis i AccorHotels w Polsce i w całym regionie Orbisu. W Grupie Orbis, 40% dyrektorów hoteli to kobiety, co stanowi najwyższy wskaźnik w całej, ogólnoświatowej społeczności AccorHotels. « Celem sieci WAAG jest zwiększenie kompetencji przywódczych, zbudowanie większego komfortu pracy oraz wzajemna inspiracja. » – wyjaśnia Katarzyna Nowak, liderka WAAG Polska i Europa Wschodnia w Grupie Hotelowej Orbis. Wokół tych celów została zbudowana propozycja warsztatów, spotkań i programu mentoringowego w Grupie Orbis – dodaje Nowak.

Przemysł 4.0? Niemcy na to stawiają

Podczas gdy w Polsce dopiero zastanawiamy się nad tym, czym jest Przemysł 4.0, jakie i komu może dać korzyści, DIN (niemiecki odpowiednik Polskiego Komitetu Normalizacji) publikuje już drugą wersję mapy drogowej standaryzacji Przemysłu 4.0. w zakresie działania grupy roboczej Architektury Referencyjnej i Standardów. Razem z pozostałymi czterema grupami (Badania i Innowacje, Bezpieczeństwo Systemów Sieciowych, Ramy Prawne oraz Praca i Szkolenie) tworzą one Platformę Przemysłu 4.0. Powołanie Platformy zostało oficjalnie ogłoszone w czasie Targów w Hanowerze w roku 2015 wspólnie przez niemieckie Ministerstwo Gospodarki i Energii oraz Ministerstwo Edukacji i Badań.

Lektura dokumentu może budzić uczucia mieszane. Z jednej strony łatwo dostrzec, dlaczego w odniesieniu do koncepcji Przemysłu 4.0 używa się określenia rewolucja, z drugiej trudno nie dostrzec przy tej okazji ryzyka wynikającego ze złożoności postulowanych przez DIN zmian. Jest i „trzecia” strona, należy bowiem zastanowić się nad tym, jak Niemców dogonić? Bo to, że trzeba doganiać, nie ulega dyskusji. Nie warto także dyskutować nad tym, czy Przemysł 4.0 jest chwilową modą czy początkiem nowej epoki w produkcji przemysłowej. Zważywszy, że w Niemczech nad pracami zaangażowane są w projekt Platformy Przemysłu 4.0 aż dwa Bundesministerstwa, Fraunhofer, DIN i dziesiątki niemieckich instytucji, pracujących na rzecz firm produkcyjnych, odpowiedź na zadane pytanie jest oczywista.

Systemowe podejście do Przemysłu 4.0 w ujęciu DIN obejmuje nie tylko kwestie wymiany danych, zakresu częstotliwości radiowych dla urządzeń produkcyjnych, standardy interfejsów z użytkownikami, ale także zasady włączenia drukarek 3D w łańcuch produkcyjny oraz ciągłe doskonalenie produktów. W obecnej postaci Mapa Drogowa definiuje obszary, w których powinny powstać normy, ewentualnie zostać zainicjowane prace, pozwalające na dokładniejsze przeanalizowanie i opisanie współzależności takich obszarów.

Jest pewne, że nadejście Przemysłu 4.0 jest nieuchronne, tak jak nieuchronne było nadejście systemu Elektronicznej Wymiany Danych EDI. Wysoki stopień zaawansowania prac nad Przemysłem 4.0 w Niemczech oraz wpływ jaki mają niemiecki DIN i DKE na europejską oraz międzynarodową standaryzację oznacza, że standardy zza Odry bardzo szybko staną się obowiązującymi także w Polsce. Analizując tempo i efekty prac normalizacyjnych, można postawić tezę, iż pierwsze normy DIN opublikuje w ciągu najbliższych dwóch lat, a w następnych będzie je uzupełniał o kolejne zasady. Niemiecka instytucja standaryzacyjna współpracuje ze swoimi odpowiednikami („w szczególności w Chinach, USA, Korei i Japonii” – jak to zostało przedstawione w Mapie Drogowej). Warto więc już teraz w planowaniu rozwoju informatyki i automatyzacji przedsiębiorstwa uwzględnić najlepsze dostępne praktyki. Z doświadczeń proALPHA, od samego początku uczestniczącej w pracach nad tym projektem wynika, że niemieckie doświadczenia w realizowaniu założeń Przemysłu 4.0 są już do dyspozycji polskich przedsiębiorców. Wystarczy chcieć i nie trzeba wywarzać otwartych drzwi.

Dariusz Śliwowski, prezes proALPHA Polska.

Pełna treść komunikatu w załączeniu.

L. Balcerowicz: jeśli rząd dalej będzie psuł prawo, to inwestorzy znajdą inne kraje do inwestowania

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy przestaną lokować kapitał na polskim rynku finansowym i przekierują go do innych krajów, jeśli rząd nie rozwiąże problemu Trybunału Konstytucyjnego – uważa Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju. I ostrzega, że jeżeli władze nie zaprzestaną manipulowania przy Trybunale Konstytucyjnym, to można się spodziewać obniżki ratingu przez agencję Moody’s. Podobnie jak w styczniu uczynił to Standard & Poor’s, który wbrew zapowiedziom rządzących nie wycofał się ze swojej decyzji.

– Obecnie rządzący nie mogą powiedzieć, że nie dostają sygnałów ostrzegawczych. Wielu ekonomistów w Polsce przekazują informacje, w tym ostrzeżenia. Ponadto są ośrodki zewnętrzne, włącznie z agencjami ratingowymi. Kolejna z nich sygnalizuje, że jeżeli utrzyma się w Polsce atak na rządy prawa, to grozi nam obniżka ratingu, bo rządy prawa są bardzo istotne dla gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju – Odchodzenie od rządów prawa na czele z atakiem konstytucyjnym powodują, że nie wiadomo, co się będzie działo. Może nastąpić pogorszenie prawnych warunków inwestowania, a w takim kraju się nie inwestuje, tylko raczej szuka się innych krajów.

Inwestorzy przyglądają się wskazaniom agencji ratingowych. Nie znając naszego kraju, słuchają ocen niezależnych organów i zastanawiają się, gdzie ulokować swoje pieniądze. Ostatnich kilka miesięcy nie było dla Polski korzystne. W styczniu agencja Standard & Poor’s obcięła rating Polski do BBB+ z A-, co było krokiem dość niespodziewanym, gdyż perspektywa ratingu była wcześniej pozytywna. Teraz Moody’s już po raz trzeci od listopada ostrzegł Polskę przed możliwą obniżką oceny, podkreślając jednocześnie, że chodzi o kwestie prawne, nie makroekonomiczne.

– Mamy 200 krajów świata i zawsze można znaleźć taki, w którym władze nie psują warunków do rozwoju gospodarki. Nawet bogatsze kraje od nas, takie jak Stany Zjednoczone, zabiegają o to, żeby przyciągać kapitał zagraniczny, bo to są nowe miejsca pracy i nowe technologie. Poważny rząd traktuje odpowiedzialnie ostrzeżenia i stara się zrobić wszystko, żeby uspokoić rynek, ale nie przez słowa, tylko przez czyny. Natomiast nieodpowiedzialne rządy atakują posłańców, którzy przynoszą złe wieści. To nie jest skuteczna metoda rządzenia krajem na dorobku – przekonuje Balcerowicz.

Były wicepremier i szef banku centralnego przestrzega przed przesadną ingerencją władz w sprawy biznesu. 13 maja jedna z trzech największych agencji ratingowych Moody’s dokona ponownej oceny wiarygodności Polski. Na razie jej rating dla naszego kraju wynosi A2 (od 2003 r.) i jest to najwyższa ocena z wszystkich agencji.

– Na gospodarkę i jej perspektywy wpływa coś, co ludziom się nie kojarzy z gospodarką. Na przykład to, że im więcej jest arbitralnej władzy politycznej czy szkodliwej legislacji, którą się uchwala z dnia na dzień, im większe jest ryzyko, że prokuratorzy będą ścigać ludzi bez uzasadnienia, tym mniej jest inwestycji. Są bardzo silne związki między stanem systemu politycznego, sposobem sprawowania władzy przez rządzących polityków a stanem gospodarki na nieco dłuższą metę – przekonuje.

Zdaniem Balcerowicza inwestorzy będą stronić od Polski, nie mogąc mieć pewności, czy ich pieniądze są bezpieczne. Podatek od aktywów bankowych, podatek od sprzedaży detalicznej, groźba przewalutowania kredytów walutowych – wszystko to jego zdaniem podnosi ryzyko inwestycyjne w naszym kraju.

– Jeżeli inwestorzy czytają wszystkie najbardziej wpływowe światowe czasopisma, jak „The Financial Times”, „The Wall Street Journal” czy „The Economist”, to z całą pewnością zastanawiają się nad innymi krajami. Należy pamiętać także o tym, że inwestorzy mają do wyboru wiele krajów, również takie, w których władze rozumieją, że to w interesie społeczeństwa i ich samych leży poprawa warunków do inwestowania zarówno dla krajowych, jak i dla zagranicznych spółek – podsumowuje.

Dolar wciąż najlepszą walutą inwestycyjną

CEO Magazyn Polska

Mimo niejednoznacznych komunikatów ze strony Fedu dolar wciąż pozostaje najpewniejszą walutą inwestycyjną – uważa Daniel Piekarek, analityk Banku BPS. Do końca roku amerykańska waluta będzie zmierzać w stronę 1,05–1,10 do euro i 3,85 do złotego.

– Pomimo znacznych wahań na rynku walutowym wydaje się, że nadal ze względu na utrzymujące się ryzyka w otoczeniu zewnętrznym, czyli przede wszystkim spowolnienie gospodarcze w Chinach, recesję w Rosji i Brazylii, a także dosyć powolny wzrost w strefie euro, preferowaną walutą będzie amerykański dolar – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Daniel Piekarek, analityk z Banku BPS.

Jak podkreśla, zagrożeniem może być niepewność komunikatów ze strony Fed. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku, gdy Rezerwa Federalna podniosła po raz pierwszy od dekady stopy procentowe, sugerowano, że w 2016 roku zobaczymy 4 podwyżki. Dziś już wiadomo, że będą najwyżej dwie.

– Komunikacja ze strony banku centralnego w USA nie jest jednoznaczna. Natomiast sądzę, że w warunkach utrzymujących się ryzyk warto jednak postawić na dolara. W tym przypadku nawet, jeśli miałyby być dwie podwyżki lub tylko jedna do końca roku, jak sugeruje część uczestników rynku, to mimo wszystko nadal preferowałbym walutę amerykańską.

Jak podkreśla, przy parze walutowej euro–dolar relacje powinny zmierzać w kierunku 1,10–1,05 do końca roku. Natomiast w przypadku złotego kurs dolara będzie wypadkową tego, jak się będzie zachowywała nasza waluta w relacji do euro. Tutaj kurs może zmierzać w stronę 3,83–3,85 zł. To oznacza umocnienie dolara względem złotego.

– Spośród głównych banków centralnych trudno jest wskazać taki, który jednoznacznie zapowiadałby czy zaostrzyłby swój komunikat w ostatnich miesiącach. Jedynym bankiem, który deklaruje, że w tym roku może zaostrzyć swoją politykę, jest Fed. Natomiast komunikat marcowy był zdecydowanie łagodny, ponieważ jeszcze w grudniu deklarowano cztery podwyżki stóp w 2016 roku, natomiast w marcu już tylko dwie. Zarówno strefa euro, jak i Szwajcaria oraz Japonia nie widzą przeszkód do dalszego łagodzenia polityki pieniężnej.

Główne banki centralne, z wyjątkiem Fedu, zapowiadają prowadzenie łagodnej polityki monetarnej. Nie wykluczył jej ostatnio Narodowy Bank Szwajcarii, mimo już niskiego poziomu -0,75 proc. Jak podkreśla Piekarek to dobra wiadomość dla zadłużonych we franku.

– Ostatni komunikat ze strony Szwajcarskiego Banku Narodowego jest pozytywną wiadomością dla osób, które mają w Polsce kredyty we franku szwajcarskim. Taka wyraźna deklaracja, którą można uznać za pewną słowną interwencję, jest ważnym sygnałem, że nie będzie raczej dramatycznego wzrostu kursu franka wobec złotego. To jest zdecydowanie pozytywna wiadomość i najbliższe miesiące będą absolutnie spokojne pod tym względem dla posiadaczy kredytów walutowych.

Od lipca fiskus będzie kontrolować firmy przez Jednolity Plik Kontrolny. Ich obawy budzi brak możliwości sprawdzenia poprawności danych

CEO Magazyn Polska

Po 1 lipca urzędy skarbowe będą przeprowadzać kontrole skarbowe elektronicznie, z wykorzystaniem Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK). Zmiany te wymagają od firm dostosowania swoich systemów informatycznych, które od tego momentu będą musiały generować taki dokument. To jednak tylko połowa sukcesu, bo kluczowe jest to, żeby JPK nie zawierał błędów. Przedsiębiorcom potrzebne są więc narzędzia, które pozwolą im sprawdzić dokument przed wysłaniem do urzędu skarbowego. 

Nowa metoda kontroli polegać ma m.in. na zobowiązaniu podatników do przekazywania danych z ksiąg podatkowych na żądanie organu podatkowego w ujednoliconej, elektronicznej formie. Wprowadzenie JPK wymaga przede wszystkim zmian w systemach informatycznych, a także przemodelowania pewnych procesów wewnątrz firmy.

Zostało bardzo mało czasu. Przygotowanie może trwać od 3 do 6 miesięcy. Zatem jeżeli przedsiębiorcy nie zaczęli tego procesu jakiś czas temu, to mogą mieć kłopoty, żeby zdążyć z wprowadzeniem JPK w swoim przedsiębiorstwie – mówi Piotr Ciski, dyrektor zarządzający firmy Sage w Polsce.

Należy przede wszystkim jak najszybciej zacząć analizować swoje systemy i to, czy mamy wszystkie dane, aby ten obowiązek wypełnić. To jest prawie 400 obiektów danych, które musimy mieć w swoich systemach. Musimy przygotować rozwiązanie, które będzie pozwalało na generowanie takich struktur ] zgodnie z wymaganiami Ministerstwa Finansów, a także na przetestowanie ich zarówno od strony informatycznej, jak i przede wszystkim od strony merytorycznej – wyjaśnia Marcin Sidelnik, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC.

Samo wygenerowanie JPK jest połową sukcesu. Ważna jest także możliwość przejrzenia i zweryfikowania informacji przed ich wysłaniem do kontroli. To tym trudniejsze, że w siedmiu generowanych plikach jest niemal 400 pól do wypełnienia. Dla porównania deklaracja VAT to ok. 40 pól.

Badani przez Sage przedsiębiorcy podkreślają, że chcą mieć możliwość przejrzenia i sprawdzenia pod kątem merytorycznym dokumentów przed ich wysłaniem. Wprawdzie resort finansów zapowiadał udostępnienie platformy testowej, ale będzie ona dawała możliwość jedynie sprawdzenia poprawności samego pliku JPK, a nie zawartych w nim danych.

Jak podkreślają przedstawiciele Sage, weryfikacja taka nie jest możliwa bez odpowiedniego narzędzia. Dlatego spółka uruchamia platformę Sage e-Audytor, która łączy funkcję przetwarzania wygenerowanego pliku JPK w postaci .xml z usługą weryfikowania poprawności danych, jakie plik zawiera. Sage odpowiada za część technologiczną, a PwC za poprawność merytoryczną testowanych informacji.

Dzięki temu rozwiązaniu przedsiębiorcy zminimalizują ryzyko popełnienia błędów i narażenia się na kary. Błędny dokument może się wiązać bowiem z odpowiedzialnością karno-skarbową, podobnie jak brak możliwości wygenerowania JPK na żądanie urzędu skarbowego.

Konsekwencje wynikają z przepisów o kontroli podatkowej i kodeksu karno-skarbowego. Mogą to być, począwszy od tych najmniejszych, mandaty rzędu 2,8 tys. zł, po poważne sankcje, jeżeli urząd uzna, że to jest notoryczne unikanie i utrudnianie kontroli podatkowej. Wtedy maksymalne kary sięgają nawet 17 mln zł – mówi Sidelnik.

Jak wynika z badania Sage, wiedza przedsiębiorców na temat JPK na trzy miesiące przed jego wdrożeniem wciąż jest niewielka.

Prawie połowa przedsiębiorstw twierdzi, że nie jest gotowa na zmiany i że zostało bardzo mało czasu na przygotowanie. 30 proc. badanych w ogóle nie słyszało o JPK – podkreśla Piotr Ciski.

Od 1 lipca obowiązek przedstawiania do kontroli danych w formacie JPK będzie dotyczył dużych firm, zatrudniających więcej niż 250 pracowników lub wypracowujących powyżej 50 mln euro obrotu rocznie. Mali i średni przedsiębiorcy będą mieli taki obowiązek od 1 lipca 2018 r., choć mogą wprowadzić to rozwiązanie do swojej firmy wcześniej.

Każdy nowy obowiązek jest dla firmy swego dodatkowym obciążeniem. Dobrze wprowadzony JPK, zarówno po stronie podatników, jak i administracji podatkowej, może być jednak pewnym ułatwieniem dla podatników. Dzięki temu kontrola podatkowa będzie zajmowała znacznie mniej czasu, bo podatnik prześle przygotowane struktury i dzięki temu spełni swój obowiązek – wyjaśnia Marcin Sidelnik.

W zależności od wielkości przedsiębiorstwa w sektorze MŚP przygotowanie firmy może kosztować od 1 tys. do 10 tys. zł. Koszt tego procesu zależy też od konieczności ujednolicenia systemów działających w poszczególnych sektorach danej firmy. Eksperci Sage podkreślają, że na etapie wyboru dostawcy JPK trzeba zwrócić uwagę na to, czy zakupione oprogramowanie będzie aktualizowane wraz z wprowadzanymi przez Ministerstwo Finansów ewentualnymi zmianami.

Jednolity Plik Kontrolny – zgodnie z założeniami resortu finansów – ma uszczelnić system podatkowy, szczególnie w zakresie VAT. W Portugalii system ten spowodował w pierwszym roku 13-proc. wzrost wpływów z podatku od towarów i usług. Szacunki resortu zakładają, że z wprowadzenia JPK w pierwszym roku wpłynąć do budżetu ma ok. 200 mln zł, a w kolejnym – ok. 300 mln zł. Wpływy z realizacji całego pakietu działań uszczelniających system zaplanowanych przez MF po trzech latach szacowane są w wariancie optymistycznym na 17,4 mld zł.

ZUS i Uniwersytet Warszawski planują nowy kierunek studiów dotyczący ubezpieczeń społecznych. Urząd zaoferuje studentom staże i praktyki, a absolwentom pracę

CEO Magazyn Polska

Zakład Ubezpieczeń Społecznych i Uniwersytet Warszawski rozpoczynają współpracę. W jej ramach instytucje będą mogły dzielić się wiedzą między sobą. Uczelnia uruchomi kursy i studia podyplomowe dla pracowników ZUS. Planowane jest też uruchomienie kierunku studiów praktycznych dotyczącego ubezpieczeń społecznych. Z kolei studenci UW zyskają możliwość odbycia staży i praktyk w placówkach urzędu. To pierwsze porozumienie zawarte przez ZUS z uczelnią wyższą.

Celem podpisanego w czwartek porozumienia jest wzbogacenie programów nauczania o tematykę ubezpieczeń społecznych. Obie strony zapowiadają, że będą podejmować wspólne działania dydaktyczne, rozwojowe i naukowe.

Porozumienie oznacza początek dobrej współpracy w kilku obszarach. Z punktu widzenia Uniwersytetu to przede wszystkim możliwość prowadzenia badań naukowych nad dorobkiem, który ma Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Myślę, że wyniki działalności w stosowaniu prawa ubezpieczeń społecznych Zakładu są bardzo zachęcające do tego, żeby prowadzić takie analizy i formułować wnioski dotyczące zmian stanu prawnego w tym zakresie – mówi prof. Gertruda Uścińska, prezes ZUS i profesor nadzwyczajny UW.

Przedstawiciele ZUS będą prowadzili wykłady na uniwersytecie, uczestniczyli w konferencjach i seminariach. Zakład będzie także organizował szkolenia z zakresu ubezpieczeń społecznych dla wykładowców i pracowników administracji uczelni.

Pamiętajmy także, że uniwersytety to zazwyczaj również bardzo duzi pracodawcy, którzy potrzebują wiedzy praktycznej o funkcjonowaniu ubezpieczeń społecznych – podkreśla prof. Marcin Pałys, rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

Z kolei pracownicy ZUS będą mogli uczestniczyć w szkoleniach, studiach i studiach podyplomowych organizowanych przez UW.

Współpraca będzie też obejmowała współpracę na poziomie studenckim.

Ubezpieczenia społeczne zasługują na to, żeby myśleć o osobnym kierunku z tym związanym. Jest też konkretny pomysł na to, żeby zarówno przygotować studia podyplomowe dla pracowników Zakładu, jaki i włączyć ich w budowanie kierunków o charakterze praktycznym z wykorzystaniem doświadczeń stosowania ubezpieczeń społecznych – mówi prof. Gertruda Uścińska.

Studenci UW zyskają możliwość odbywania staży i praktyk w urzędzie.

Myślę, że jeszcze w tym roku akademickim przyjmiemy studentów na staże i praktyki. Sądzę również, że niedługo absolwenci różnych kierunków, nie tylko prawa, polityki społecznej czy ekonomii zarządzania, lecz także np. informatyki przyjdą do nas i rozpoczną karierę. Liczę na bardzo konkretne rezultaty – zapewnia prof. Uścińska.

Bardzo zależało nam na tym, aby w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych nasi studenci mogli odbywać staże zawodowe. Chcielibyśmy, aby powstawały prace dyplomowe, które będą się odnosiły do konkretnych zagadnień, z którymi musi sobie radzić Zakład Ubezpieczeń Społecznych – podkreśla rektor UW.

Uniwersytet Warszawski jest pierwszą uczelnią, która nawiązuje stałą współpracę z ZUS. Obie strony zapewniają, że katalog obszarów wspólnych działań nie jest zamknięty, a porozumienie przyniesie szereg korzyści zarówno uczelni, pracownikom i studentom, jak i Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych.

Rozpoczęły się testy inteligentnego systemu na warszawskim Nowym Świecie. Czujniki wykryją, czy dany samochód ma zezwolenie na wjazd

CEO Magazyn Polska

Specjalne czujniki w kamerach automatycznie kontrolują samochody wjeżdżające na Trakt Królewski w Warszawie. Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem mogą się bowiem poruszać tylko pojazdy z odpowiednim zezwoleniem Zarządu Dróg Miejskich, ale jest to zasada często łamana przez kierowców. Przez najbliższe pół roku system będzie testowany. – Monitoring uprawnień to tylko jedna z jego wielu funkcji – podkreślają przedstawiciele operatora, firmy Kapsch Telematic Services.

Jest to system, który ma służyć Zarządowi Dróg Miejskich jako narzędzie w dwóch głównych modułach. Pierwszy to moduł automatycznej rejestracji samochodów i automatycznego nadawania uprawnień do wjazdu do stref ograniczonego ruchu. Drugi moduł to monitorowanie naruszeń w przypadku wjazdu samochodu, który nie ma tego rodzaju uprawnień – wyjaśnia dr Ewa Wolniewicz-Warska z Kapsch Telematic Services.

Działanie monitoringu opiera się o dane pozyskiwane z tzw. wirtualnych bram. Specjalne kamery odczytują tablice rejestracyjne pojazdów i porównują je z bazą zezwoleń ZDM. Dane są przesyłane za pomocą sieci komórkowej. Urządzenia zostały zainstalowane na słupach oświetleniowych i – jak podkreślają przedstawiciele KTS – ich wygląd został dostosowany do architektury Traktu Królewskiego.

System został zainstalowany na początku kwietnia. Na razie obejmuje odcinek Nowego Światu między ul. Smolną a Świętokrzyską. W fazie testowej zbierane dane posłużą do tego, by określić skalę naruszeń. W przyszłości będą mogły jednak być wykorzystywane do nakładania mandatów na kierowców, którzy łamią przepisy. Ekspertka z firmy Kapsch Telematic Services zaznacza, że możliwości ich wykorzystania jest znacznie więcej.

Można ten system wykorzystać do automatycznego karania tych, którzy naruszają zakaz ruchu bądź zakaz wjazdu, do automatycznego nadzoru ruchu na buspasach, a także tych, którzy łamią zakaz wjazdu dla pojazdów o określonym tonażu. Jest to dużą bolączką Warszawy – mówi dr Ewa Wolniewicz-Warska. – Docelowo system taki może służyć do naliczania opłat za wjazd do stref płatnych, jeżeli kiedyś zostaną one wprowadzone.

System będzie testowany przez pół roku. Po tym czasie będziemy mogli ocenić przydatności tego typu rozwiązań, ponieważ w Polsce nie są one jeszcze stosowane.

W Europie te rozwiązania są bardzo powszechne. Stosuje je już bez mała 300 miast zarówno po to, by ograniczyć ruch, jak i po to, by naliczyć opłat za wjazd. W Polsce do tej pory tego rodzaju rozwiązania nie były stosowane. Gdy w całej Europie takie wdrożenia startowały, w Polsce istniały różne ograniczenia prawne w tym zakresie – podkreśla Wolniewicz-Warska.

W ten sposób ruch monitorują m.in. Londyn, a także włoskie miasta, m.in. Rzym, Neapol i Mediolan. Przeprowadzone tam badania wskazują, że po wprowadzeniu ograniczeń w ruchu miastom udało się ograniczyć korki oraz obniżyć emisje spalin i zanieczyszczeń, a to przełożyło się na kondycję zdrowotną mieszkańców.

Jeżeli mówimy o zmianach prawnych, które byłyby pożądane, aby w pełni móc korzystać z automatycznego systemu wspomagania kontroli ruchu, to warto byłoby pomyśleć o nadaniu większych uprawnień straży miejskiej. W tej chwili nie może one korzystać z żadnych urządzeń rejestrujących, co jest ogromnym krokiem wstecz, jeżeli chodzi o możliwości zastosowania technologii. Jedynie policja jest uprawniona do korzystania z takich rozwiązań – mówi przedstawicielka Kapsch Telematic Services.

Po drugie, prawo nie daje samorządom miejskim możliwości ustanawiania stref płatnego wjazdu. Takie kompetencje miały do 2003 roku.

Testy wjeżdżających na Trakt Królewski pojazdów odbywają się w ramach inicjatywy Klastra Inteligentnych Systemów Transportowych przy współudziale KTS i Politechniki Warszawskiej.

Instytut Jagielloński: Należy zrezygnować z rządowych podręczników. Książki powinny być wybierane przez nauczycieli, a państwo powinno dofinansować ich zakup

CEO Magazyn Polska

Instytut Jagielloński apeluje do MEN o rozpoczęcie debaty w sprawie rządowych podręczników szkolnych oraz wysokości dotacji na ćwiczenia. Reforma podręcznikowa sprawiła, że nauczyciele najmłodszych klas stracili wpływ na kreowanie programu. Większość pedagogów źle ocenia rządowy podręcznik i podkreśla, że może się on negatywnie odbić na jakości kształcenia. – Ministerstwo nie powinno pisać podręczników, bo od tego są eksperci i profesjonalne wydawnictwa edukacyjne, natomiast sumy przeznaczane na dotacje na podręczniki powinny być wyższe – przekonuje prezes Instytutu Jagiellońskiego.

W wyniku reformy podręcznikowej z 2014 roku ministerstwo wzięło na siebie obowiązek pisania podręczników. Zamiast sfinansować zakup podręczników do klas pierwszych, żeby zdjąć ten wydatek z rodziców, państwo stwierdziło, że samo napisze te podręczniki i je przekaże rodzicom. To spowodowało, że nauczyciele stracili wpływ na kreowanie programu nauczania i nie mogą wybrać podręcznika odpowiedniego dla poziomu swoich uczniów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego.

Jak wskazuje Roszkowski, największym problemem przy wprowadzaniu reformy podręcznikowej było zerwanie dialogu z rodzicami i nauczycielami. Samo wprowadzenie dofinansowania zakupu podręcznika jest dobrym pomysłem, który z powodzeniem działa w części krajów europejskich. Obowiązek przygotowania podręcznika do klas pierwszych, który wzięło na siebie ministerstwo, nie jest jednak optymalnym rozwiązaniem. Nauczyciele i rodzice stracili wpływ na wybór książek i w ten sposób na edukację dzieci. Podobny system funkcjonuje w Europie wyłącznie na Węgrzech, Grecji, Rosji i na Ukrainie.

Zdaniem Roszkowskiego nie przemyślano również decyzji o dotowaniu ćwiczeń dla starszych uczniów, dotacje są za niskie. W klasach 4–6 szkoły podstawowej i 1–3 gimnazjum wprowadzono państwowe dotacje na podręczniki i ćwiczenia, a nauczycielom dano wolną wolę w sprawie wyboru podręczników. Przedstawiciele Instytutu podkreślają, że takie rozwiązanie mogłoby się też sprawdzić w młodszych klasach szkoły podstawowej.

Dla wyższych klas ministerstwo wprowadziło bardzo niskie limity na zakup ćwiczeń. Problemem są również podręczniki wieloletnie do języków obcych, w których dzieci nie mogą robić notatek. Były bardzo huczne deklaracje, że zrobimy tak jak w Europie i będziemy dawać pieniądze na książki, natomiast okazało się, że tak naprawdę nie dajemy dzieciom książek, tylko je pożyczamy. To ogranicza rolę nauczycieli, a ministerstwo kontroluje treści, co też jest sprzeczne ze swobodą nauczania – przekonuje prezes Instytutu Jagiellońskiego.

Zbyt niska jest również zaproponowana wysokość dotacji na ćwiczenia. Kwota 25 zł powinna wystarczyć uczniom na wszystkie zeszyty ćwiczeń w danym roku szkolnym. Roszkowski ocenia, że to kalkulacja, która zupełnie nie przystaje do realiów, bo jeden zeszyt ćwiczeń powinien wtedy kosztować ok. 5 zł. Przez to ćwiczenia, np. do nauczania języków obcych, zostały znacznie okrojone. Taka sytuacja powoduje, że zyskują szkoły językowe, na które stać jednak tylko dzieci bogatszych rodziców.

Roszkowski tłumaczy, że po kilkunastu miesiącach od wprowadzenia reformy widać, że nie spełnia ona swojej funkcji.

Po pierwsze, sumy wydane na podręczniki powinny być wyższe. Po drugie, ministerstwo nie powinno pisać samo podręczników, od tego są specjaliści. Podręczniki nie powinny też być wieloletnie, tak żeby można było zrobić notatkę na marginesie i nie ponosić z tego tytułu konsekwencji. Ten system był w zamyśle bardzo słuszny, natomiast wykonanie, niestety, wyszło w Polsce słabo, dlatego czas na zmianę – przekonuje ekspert.

Nauczyciele i rodzice już na samym początku negatywnie ocenili wprowadzony elementarz dla najmłodszych. Z badania zleconego w ubiegłym roku przez dziennik „Rzeczpospolita” wynika, że 90 proc. nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej zadeklarowało chęć powrotu do sytuacji, kiedy to nauczyciel miał prawo do wyboru podręcznika, a nie musiał korzystać z tego odgórnie narzuconego. Większość pedagogów podkreśla też, że ograniczenie możliwości wyboru podręcznika będzie miało negatywne skutki dla jakości kształcenia. Wskazują też, że podręczniki szybko się niszczą, choć cykl ich życia przewidziano na 3 lata.

Od tego roku zniknie też obowiązek szkolny dla sześciolatków. Naukę rozpoczynać będą starsze dzieci, a to oznacza, że to należy do nich dostosować materiały dydaktyczne.