Giełda chce przyciągnąć prywatnych inwestorów. Stawia na rynek towarowy i nową platformę handlu instrumentami pochodnymi

CEO Magazyn Polska

W I kwartale 2014 r. Grupa Giełdy Papierów Wartościowych osiągnęła 86,5 mln zł przychodów ze sprzedaży – o 9 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wzrost wynika z poprawy sytuacji na rynku finansowym i towarowym. GPW liczy też na rozwój segmentu instrumentów pochodnych  ma temu służyć planowane na przyszły rok wdrożenie dedykowanego im systemu transakcyjnego  UTP-D. Warszawski parkiet chce również aktywnie wspierać budowę Warsaw Capital City  nowoczesnego centrum kapitałowego, które ugruntowałoby pozycję Warszawy jako najważniejszego rynku w regionie.

– Strumień zasilania rynku kapitałowego spółkami skarbu państwa już wysycha i nie możemy liczyć na źródło podaży akcji w formie nowych spółek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Musimy teraz jako rynek kapitałowy skoncentrować się na sektorze prywatnym. Potrzebujemy na to trochę czasu, musimy przestawić się na nowe tory, ale jestem optymistą – dodaje.

Zdaniem prezesa GPW do zrealizowania tego celu potrzebny jest jednak program rozwoju rynku kapitałowego.

Niezbędne są zachęty dla spółek prywatnych do korzystania z finansowania na publicznym rynku kapitałowym – mówi Maciejewski. – Konieczne są także pewne uproszczenia w zakresie funkcjonowania na tym rynku, tak, aby spółki, które funkcjonują na publicznym rynku kapitałowym, mogły czuć się komfortowo i żeby efektywność ich działania była porównywalna lub wyższa niż efektywność spółek typowo prywatnych – dodaje.

Według Maciejewskiego ważnym obszarem rozwoju giełdy w najbliższych latach będzie sektor towarowy.

– Rynki towarowe rozwijają się bardzo dynamicznie w różnych obszarach – mówi Maciejewski. – Chodzi tu o obszar rynku energii elektrycznej, handlu surowcami takimi jak gaz oraz o rynki rolno-spożywcze. Już teraz mniej więcej 1/3 przychodów grupy kapitałowej giełdy pochodzi z rynków towarowych i myślę, że ten odsetek będzie wzrastał – dodaje.

Najbliższym wydarzeniem, które będzie miało na celu zachęcenie inwestorów do lokowania pieniędzy na giełdzie, ma być uruchomienie w przyszłym roku nowoczesnego systemu dedykowanego instrumentom pochodnym – UTP-D. Będzie on wymagał od domów maklerskich dostosowania swoich systemów, ale stworzy im też możliwości pomnożenia przychodów dzięki wprowadzeniu nowych instrumentów. Jak zapewnia prezes GPW, będą wsród nich, m.in. opcje na akcje.

Myślę, że opcje na akcje to jest instrument, na który wielu inwestorów czeka. Pracujemy nad kilkoma nowymi, ale o tamtych nie chciałbym jeszcze mówić. Najpierw musimy zakończyć proces wprowadzania nowej technologii na warszawski parkiet – podkreśla prezes GPW.

Centrum kapitałowe w Warszawie

Jednym z priorytetów GPW jest utworzenie w Warszawie nowoczesnego centrum kapitałowego – Warsaw Capital City.

– Chodzi nam o to, żeby Warszawa stała się nie tylko rynkiem lokalnym, jeżeli chodzi o mobilizację kapitału, jego dystrybucję, lecz także centrum międzynarodowym – wyjaśnia Adam Maciejewski. – Chcemy dostarczać usług, z których korzystają nie tylko lokalne podmioty, lecz także cały region Europy Centralnej i Wschodniej.

Prace nad stworzeniem takiego centrum rozpoczęły się już z chwilą uchwalenia pierwszej strategii rynku kapitałowego w Polsce, czyli agendy Warsaw City 2010. Rozwinięcie tamtej koncepcji zapisano w przyjętej niedawno strategii giełdy GPW.2020. Zdaniem Adama Maciejewskiego trudno powiedzieć, ile czasu zajmie realizacja tego projektu.

Nie wszystko zależy od rynku, jest to kwestia także odpowiednich programów legislacyjnych – mówi Maciejewski. – Wierzę, że jeśli ludziom biznesu będzie zależeć na budowie Warsaw Capital City, to zostanie ono zbudowane. Musimy jednak mieć do tego odpowiednie warunki i stymulatory. Aktualnie pracujemy nad nimi wspólnie z Ministerstwem Finansów i Ministerstwem Skarbu Państwa – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Elementem budowy pozycji GPW w regionie jest planowana współpraca z CEESEG – grupą giełd z Wiednia, Pragi, Budapesztu i Lublany.

W. Kosiniak-Kamysz: na koniec 2014 r. bezrobocie poniżej 13 procent

CEO Magazyn Polska

Marcowe dane o bezrobociu pokazały mocniejszy od oczekiwanego spadek. Na koniec ubiegłego miesiąca w Polsce było o 74 tys. mniej bezrobotnych niż pod koniec lutego. Zdaniem szefa resortu pracy, Władysława Kosiniaka-Kamysza, pod koniec roku wskaźnik ten może spaść poniżej 13 proc. Rynek pracy czeka na reformę urzędów pracy.

Na pewno odwróciła się tendencja. Do tej pory od czasu kryzysu rok do roku mieliśmy na koniec roku wzrost bezrobocia. W 2013 ten wzrost został zahamowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Dalsza poprawa na rynku pracy widoczna jest w danych z początku 2014 r. Jak szacuje minister, poziom bezrobocia na koniec 2014 r. może spaść poniżej 13 proc., natomiast spadek bezrobocia w kwietniu powinien być jeszcze wyraźniejszy niż widać to było w danych marcowych.

– Widać, że i aura nam sprzyja, widać też, że ruszyło budownictwo co nie zależało tylko od czynników pogodowych, lecz od czynników ekonomicznych, od popytu. Jest duża szansa na to, że nasze wskaźniki, o których mówiliśmy w ustawie budżetowej 13,8 proc. bezrobocia na koniec roku nie spełnią się, bo bezrobocie będzie poniżej 13 proc. – przewiduje Władysław Kosiniak-Kamysz. – Nie wiem jeszcze, jak bardzo poniżej, ale zrobimy wszystko, żeby te wartości były bliższe 12 proc. niż 13 proc.

Istotnym elementem polskiego rynku pracy są umowy śmieciowe. Nad projektem ws. oskładkowania tych umów trwają prace w Sejmie i według oceny ministra pracy, powinien on zostać szybko przyjęty. Z wyliczeń ekspertów wynika, że na umowach śmieciowych pracuje ok. 600 tys. osób.

Rynek pracy czeka również na reformę urzędów pracy, która powinna wejść w życie w maju. Zakłada on nie tylko zmiany w ich funkcjonowaniu (np. nagradzanie za efekty, profilowanie osób bezrobotnych), lecz także cały pakiet zmian dla osób poszukujących pracy i przedsiębiorcach.

– bony zatrudnieniowe, bony stażowe, bony migracyjne. Jest też wsparcie w otwarciu działalności gospodarczej, są niższe koszty pracy poprzez odprowadzanie składek, zarówno za młodych, jak i dojrzałych pracowników – mówi minister pracy i polityki społecznej.

Polski Komitet Olimpijski: w debacie o organizacji zimowej olimpiady w Krakowie brakuje informacji o jej pozytywnych aspektach

CEO Magazyn Polska

Organizacja w Krakowie Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku budzi obawy wielu mieszkańców stolicy Małopolski przed nadmiernymi obciążeniami finansowymi i organizacyjnymi. Przedstawiciele Polskiego Komitetu Olimpijskiego twierdzą, że jest to również wina braku rzetelnej informacji o plusach i minusach organizacji igrzysk. Ich zdaniem, w debacie publicznej dominują negatywne emocje.

Organizacja igrzysk ma wiele pozytywnych aspektów, szczególnie dla Krakowa i dla regionu Małopolski. Myślę, że ten region może wygrać na organizacji igrzysk – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Krzesiński, sekretarz generalny Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Jednak informacji na ten temat nie ma wiele w debacie publicznej. Dlatego, zdaniem Krzesińskiego, komitet konkursowy powinien skoncentrować się na rzetelnej kampanii informacyjnej dotyczącej zarówno plusów, jak i minusów ewentualnej organizacji igrzysk w Krakowie. To szczególnie istotne przed zaplanowanym na za trzy tygodnie referendum.

Chodzi o to, by ci, którzy zechcą wziąć udział w referendum, mieli pełną świadomość tego, o czym decydują, i żeby ich decyzja była naprawdę rzetelna – przekonuje Krzemiński. – Zależy nam, by nie była ona związana tylko i wyłącznie z emocjami i nie do końca prawdziwymi informacjami, którymi ludzie zasypywani byli przez ostatnie tygodnie.

Przeciwnicy organizacji igrzysk w Krakowie zwracają uwagę m.in. na obciążenia związane z kwestiami bezpieczeństwa i zapewnienia ochrony.  Przypominają także, że wiele miast-organizatorów, takich jak Ateny, poniosło ogromne koszty w trakcie przygotowań, głównie na budowę odpowiedniej infrastruktury sportowej, która obecnie nie jest w ogóle wykorzystywana.

Z kolei jej zwolennicy i przedstawiciele miasta podkreślają, że organizacja igrzysk pozwoli na przyspieszenie szeregu inwestycji infrastrukturalnych oraz będzie okazją do promocji marketingowej Krakowa i regionu. Filip Szatanik z Urzędu Miasta Krakowa w ostatniej rozmowie z Newserią oszacował, że marketingowo miasto zarobi na igrzyskach ok. 300 mln zł.

Zdaniem sekretarza generalnego Polskiego Komitetu Olimpijskiego, jeśli Kraków wygra konkurs na organizację igrzysk, będzie mógł skorzystać z doświadczeń poprzednich organizatorów.

W światowym ruchu olimpijskim jest tendencja, że organizatorzy igrzysk korzystają z doświadczeń i wiedzy tych, którzy pracowali przy poprzednich edycjach. Jest to jeden z kluczy do końcowego sukcesu – twierdzi Adam Krzesiński.

25 maja mieszkańcy Krakowa będą mogli wypowiedzieć się w referendum dotyczącym m.in. organizacji w ich mieście Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022. Aby referendum było ważne, musi wziąć w nim udział blisko 175 tysięcy osób – czyli minimum 30 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców Krakowa.

Brak systemu zarządzania ryzykiem nadużyć może doprowadzić do bankructwa firmy

CEO Magazyn Polska

Nieuczciwi kontrahenci, nieodpowiednie zachowanie pracowników i cyberprzestępczość, to wszystko może doprowadzić do bankructwa firmy. Dlatego coraz więcej z nich zaczyna wdrażać instrumenty zarządzania ryzykiem nadużyć. Choć współczesne rozwiązania potrafią naprawić część szkód wynikających z działania wymierzonego przeciwko firmie, znacznie skuteczniejsza bywa prewencja.

Zarządzanie ryzykiem nadużyć to tak naprawdę zarządzanie ryzykiem strat wynikających z nieadekwatnych, wadliwych, zawodnych procesów zachodzących wewnątrz firmy, nieodpowiednich zachowań ludzi, którzy są z firmą związani, lub też zdarzeń zewnętrznych. Zarządzanie ryzykiem operacyjnym właściwie przekłada się na zarządzanie ryzykiem nadużyć, które mogą być bardzo różne – od oszustw, kradzieży, działania na szkodę spółki, aż po szpiegostwo gospodarcze – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Pacześniak, senior consultant z IBBC Group.

Pacześniak podkreśla, że w skrajnych przypadkach nadużycia mogą doprowadzić do bankructwa firmy. Zagrożeń jest dużo, zarówno z wewnątrz firmy, jak i spoza niej. Wylicza np.: nieuczciwego wspólnika lub pracowników firmy, którzy celowo działają na jej szkodę albo szkodzą z niewiedzy lub braku umiejętności. Przedsiębiorcy muszą też uważać na kontrahentów. Poza nieuczciwością ludzi, z którymi firma ma styczność, istnieje też groźba cyberprzestępczości, na przykład poprzez zainstalowanie złośliwego oprogramowania w kupowanych komputerach.

W miarę przenoszenia działalności do internetu i korzystania np. z chmur obliczeniowych, firmy muszą coraz lepiej zabezpieczać swoje dane. Jednak Joanna Pacześniak podkreśla, że za przestępstwami zawsze stoją ludzie, więc zarządzanie ryzykiem nadużyć może pozwolić je ograniczyć.

Istnieje sporo możliwości, zamykania w firmach otwartych furtek tak, aby pieniądze, dane i informacje nie wyciekały poza firmę, nie tylko w systemach IT – podkreśla Pacześniak. – Jeżeli chodzi o środowisko zewnętrzne firma może przeprowadzać badania kontrahentów – third-party due diligence. Firma przed podpisaniem niemal każdej umowy powinna to robić. Możemy przeprowadzać badania pracownicze, czyli kandydatów do pracy (pre-employment screening), możemy też przeprowadzać analizy operacyjno-doradcze przed wejściem na nowy rynek.

Dodaje, że w ramach działalności firmy powinny zostać wprowadzone metody oceny ryzyka i ujednolicone procedury zwalczania nadużyć. Według ekspertki ważną rolę w budowaniu bezpieczeństwa firmy odgrywa też jasny przekaz braku zgody na oszustwa oraz informowanie o tym, że w firmie realizowana jest polityka zapobiegania nadużyciom. Radzi, by korzystać z zewnętrznych firm audytorskich i śledczych, które mogą pomóc nie tylko w wykrywaniu nadużyć w firmie, lecz także w zapobieganiu tego typu praktykom.

Według Pacześniak, firmy powinny przede wszystkim zabezpieczać się przed tymi czynnikami ryzyka, a nie jedynie walczyć ze skutkami nadużyć. Najłatwiej zrobić to już na etapie zakładania firmy, wypracowując odpowiednie procedury, ale można je stworzyć także później. Przedstawicielka IBBC podkreśla jakie znaczenie odgrywa zintegrowanego podejścia do zarządzania ryzykiem, które uwzględnia wszystkie niebezpieczeństwa.

Obszary wewnętrzne to są przede wszystkim ludzie, którzy tworzą firmę: pracownicy, zarządzający, ale też właściciele – to w kontekście działania na szkodę spółki jednego ze wspólników. To są też procesy zachodzące w organizacji, systemy wbudowane w organizację. Środowisko zewnętrzne to wszyscy partnerzy biznesowi, klienci, kontrahenci, a także potencjalni pracownicy, kandydaci do pracy. W zależności od branży, w której firma funkcjonuje, różny jest stopień ryzyka, jakie niosą ze sobą pracownicy starający się o pracę – mówi Joanna Pacześniak.

Ponad 1 mln osób może mieć problem z odbiorem właściwej wersji programu regionalnego TVP w ramach naziemnej telewizji cyfrowej. Problem białych plam może rozwiązać sygnał satelitarny

CEO Magazyn PolskaKilkaset tysięcy Polaków ma problemy z dostępem do ogólnopolskich kanałów naziemnej telewizji cyfrowej i nie może odbierać właściwej wersji programu regionalnego TVP. Rozwiązaniem problemu może być udostępnienie sygnału satelitarnego – jak ma to miejsce w innych krajach Europy – uważa prezes zarządu Astra Central Eastern Europe. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji podkreśla, że – zgodnie z danymi z 25 kwietnia br. – dostęp do trzech multipleksów ma odpowiednio 98,6 proc., 98,5 proc., 99, 5 proc. populacji kraju.

W większości krajów europejskich, gdzie proces cyfryzacji również się zakończył lub trwa, kanały telewizyjne i radiowe nadawane naziemnie są replikowane na satelicie. Dzięki takiemu rozwiązaniu w Polsce przeciętny Kowalski, jeśli miałby problemy z odbiorem naziemnym, bo mieszka w Tatrach albo na ścianie wschodniej, gdzie są zakłócenia sygnału, wystarczy, że zamontowałby niedużą antenę satelitarną i wtedy te same kanały lub dodatkowo jeszcze inne mógłby odbierać za pomocą satelity – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Ornass-Kubacki, prezes zarządu Astra Central Eastern Europe.

W wyniku procesu cyfryzacji naziemnej, zakończonego w lipcu ubiegłego roku, wiele gospodarstw domowych w Polsce utraciło dostęp do sygnału telewizyjnego. Prezes podkreśla, że utrudnienia dotknęły kilkaset tysięcy obywateli (w zależności od multipleksu). Dodatkowo ponad milion nie ma dostępu do właściwej wersji programu regionalnego TVP.

To prawie 3 proc. gospodarstw domowych w naszym kraju, które po zakończeniu procesu cyfryzacji naziemnej mają ograniczony dostęp do regionalnych i ogólnopolskich stacji telewizyjnych – zwraca uwagę na skalę problemu Marcin Ornass-Kubacki.

Utrata sygnału dotyczy zwłaszcza mieszkańców m.in. województw dolnośląskiego, śląskiego, małopolskiego i podkarpackiego.

Jest to związane z czynnikami geograficznymi, takimi jak np. górzyste ukształtowanie terenu lub zasięgami telewizji naziemnych. Docierają do nas informacje, że podobne problemy mają także mieszkańcy województwa warmińsko-mazurskiego oraz ściany zachodniej – informuje Ornass-Kubacki.

Jego zdaniem problemu tzw. białych plam można było uniknąć, prowadząc proces cyfryzacji dwutorowo i oferując widzom możliwość wyboru dwóch platform cyfrowych – satelitarnej i naziemnej.

Sygnał satelitarny jest dostępny na terytorium całego kraju z jednakową mocą, czynniki geograficzne nie stanowią dla niego przeszkody – argumentuje prezes zarządu Astra CEE i jako przykład wymienia Czechy, Austrię i Wielką Brytanię, gdzie widzowie mogą odbierać sygnał cyfrowy drogą naziemną lub satelitarną.

W jego ocenie takie rozwiązanie powinno zostać wdrożone również w naszym kraju, szczególnie w kontekście planowanego wprowadzenia przez rząd opłaty audiowizualnej. Marcin Ornass-Kubacki uważa, że priorytetem powinno być zapewnienie wszystkim Polakom technicznej możliwości odbioru telewizji.

Trudno wymagać od obywateli ponoszenia tego rodzaju opłaty w sytuacji, gdy mają oni problem z dostępem do sygnału telewizyjnego – argumentuje prezes Astra CEE.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji poinformowało, że zgodnie z danymi z 25 kwietnia br. w zasięgu trzech multipleksów znalazły się odpowiednio: 98,6 proc., 98,5 proc. i 99,5 proc. Zdecydowana większość społeczeństwa ma więc dostęp do sygnału naziemnej telewizji cyfrowej. W przypadku sygnału analogowego możliwość odbioru dostępnych kanałów miało (w zależności od stacji) od 25 proc. do 86 proc. populacji kraju.

Źródło informacji:
Pismo przewodniczącego KRRiT do MAiC
Komunikat MAiC

Dobry czas na inwestycje w nieruchomości. Ceny materiałów budowlanych nadal niskie

CEO Magazyn Polska

Początek ożywienia w branży budowlanej i deweloperskiej na razie nie przekłada się na wzrost cen materiałów budowlanych. Rynek ten jest bardzo konkurencyjny, dlatego ewentualne podwyżki cen związane z ożywieniem,mogą dotyczyć jedynie wybranych produktów. Znaczących wzrostów nie należy się spodziewać, ponieważ przedstawiciele rynku nieruchomości wykluczają boom w branży, pomimo niskich stóp procentowych i rosnącej zdolności kredytowej Polaków.
 
Ceny niektórych materiałów budowlanych są obecnie na tak niskim poziomie, że nie pokrywają kosztów ich produkcji. To efekt głębokiego załamania produkcji w branży budowlanej i deweloperskiej, które doprowadziło do spadku cen surowców i materiałów. To dlatego część firm może próbować poprawić swoją rentowność, podnosząc ceny w czasie największego popytu, czyli latem.

– Zyskowność jest prawie żadna, a w niektórych wypadkach wręcz producenci dokładają do swoich produktów. Pewnie będą więc próby podwyżek cen. Nie wiem, czy one się udadzą, bo konkurencyjność polskiego rynku materiałów budowlanych jest bardzo wysoka, ale należy tego oczekiwać. Mamy teraz najlepszy okres do inwestowania, bo ceny materiałów budowlanych w Polsce nigdy nie były tak niskie jak teraz – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Kwapisz, dyrektor filii Polskich Składów Budowlanych w Warszawie.

Jak wynika z danych PSB, w marcu 2014 r. w porównaniu do poprzedniego miesiąca podrożały jedynie gazobetony (+1,5 proc.), silikaty (+0,5 proc.), a także cement oraz wapno (+0,2 proc.). Spadały m.in. ceny pokryć dachowych i rynien (-3,9 proc.), farb, lakierów i tapet (-10,7 proc.), wyrobów stalowych (-4,4 proc.) oraz narzędzi i sprzętu budowlanego (-2,5 proc.). Z kolei nie zmieniły się ceny płytek ceramicznych, wyposażenia łazienek i kuchni, bram, ogrodzeń oraz kostki brukowej. W najbliższym czasie najbardziej prawdopodobny jest wzrost cen surowych materiałów, zwłaszcza używanych w projektach drogowych i kolejowych.

– Myślę, że mogą drożeć niektóre materiały stanu surowego oraz stal. Jeżeli będzie bardzo dużo inwestycji, jeżeli nadal będą budowane w Polsce drogi, może zdrożeć cement albo przynajmniej nie będzie tanieć. Może nieco zdrożeć stolarka i chemia budowlana, ale chemia ma też problemy, bo to jest właśnie ta grupa produktów, których sprzedaż w Polsce najbardziej spadła, dlatego producentom będzie trudno podnosić ceny – uważa Kwapisz.

Wzrost cen wybranych produktów będzie, jego zdaniem, umiarkowany i wyniesie około 3-5 proc. To dlatego, że większy popyt ze strony deweloperów ma przyjść dopiero w drugiej połowie roku. Z danych NBP wynika, że w IV kwartale 2013 r. ceny ofertowe i transakcyjne mieszkań na rynku pierwotnym były stabilne. Jednym z wyjątków wśród przebadanych miast była Warszawa, gdzie zanotowano wzrost cen transakcyjnych na rynku pierwotnym. Według NBP ostatni kwartał 2013 r. był czwartym z kolei, w którym rosła sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym w największych miastach. Pozytywny trend widać też na rynku nieruchomości komercyjnych, gdzie wartość transakcji inwestycyjnych urosła w 2013 r. do 3,5 mld euro.

– Myślę, że mieszkania będziemy obsługiwali jesienią i w przyszłym roku, bo deweloperzy wyraźnie się ożywili, poza tym w Warszawie brakuje małych mieszkań  jedno- i dwupokojowych. Liczymy na to, że takie mieszkania zaczną powstawać. W tej chwili obsługujemy biura, i to nie wielkie, tylko średniej wielkości – mówi dyrektor w PSB Warszawa.

Analitycy oraz przedstawiciele branży deweloperskiej i budowlanej nie mają jednak wątpliwości, że obserwowanemu ożywieniu daleko jest do boomu, jaki wystąpił przed kryzysem w 2008 r. Wartości subindeksów WIG-Deweloperzy i WIG-Budownictwo są znacznie niżej nie tylko w stosunku do maksimów z 2007 r., lecz także w stosunku do lokalnego szczytu z 2010 r. W ostatnim roku rynek kapitałowy lepiej wyceniał perspektywy spółek budowlanych, których notowania urosły średnio o 41,2 proc., podczas gdy deweloperów – jedynie o 12,1 proc. Powód jest prosty: mimo niskich stóp procentowych oraz poprawiającej się zdolności kredytowej Polaków, chętnych na kupno mieszkania jest znacznie mniej niż w przeszłości. Na niektórych rynkach – zwłaszcza w największych miastach – ceny są wciąż bardzo wysokie, co może skłaniać część inwestorów do odkładania decyzji o kupnie mieszkania lub domu.

– Skłonność Polaków do inwestowania w mieszkania nie jest już tak duża jak 5-6 lat temu. Jest mniej potencjalnych inwestorów. W rejonie wielkiej Warszawy trudno w tej chwili już inwestować w dom jednorodzinny, bo po prostu jest za drogo. Mówimy o obrzeżach Warszawy i tutaj jest lekkie ożywienie, ale bardzo lekkie, nie mamy żadnego boomu – uważa Zbigniew Kwapisz.

Chude lata polskiej branży szkoleniowej

0

CEO Magazyn Polska

Rynek szkoleniowy wciąż odczuwa skutki kryzysu. Nie chodzi tylko o cięcia firm w wydatkach na szkolenia, lecz także o zmieniające się potrzeby przedsiębiorstw. Cały czas stawiają one na doskonalenie umiejętności zarządzania zmianą, zarządzania w nowej sytuacji, niezależnie od tego, czy chodzi o rozwój firmy, czy o jej restrukturyzację. Szkoleniowcy muszą sobie też radzić z rosnącą konkurencją ze strony uczelni wyższych.

To, co się dzieje na rynku szkoleniowym i na wielu rynkach usługowych, jest efekt kryzysu, mimo że upłynęło już 6 lat. Firmy poszukują przede wszystkim szkoleń z zakresu umiejętności zarządzania zmianą i umiejętności znalezienia się w innej sytuacji, niż była do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Skała, prezes i założyciel szkoleniowej firmy Megalit z Krakowa. – W mojej opinii to jest to, czego najbardziej rynek potrzebował w ciągu ostatnich 2-3 lat, być może jeszcze ze dwa lata tak będzie się działo.

Kryzys spowodował, że wiele firm zostało zmuszonych do restrukturyzacji i zmiany sposobu działania, co pociągnęło za sobą także przemodelowanie współpracy z kontrahentami. Skała wyjaśnia to na przykładzie rynku farmaceutycznego. Działalność przedstawicieli firm farmaceutycznych, odpowiedzialnych za kontakty z właścicielami aptek, zmieniła się o tyle, że apteki łączą się w sieci, więc odwiedzanie każdej z nich przestaje mieć sens. Trzeba więc zmienić nie tylko sposób pracy przedstawicieli, lecz także strukturę firmy. 

Czasami zmiany wiążą się z cięciami, z konieczności restrukturyzacji w firmie. W takiej sytuacji trzeba rozwinąć umiejętności kadry menadżerskiej dotyczące tego, jak pracować z własnymi pracownikami, żeby ten proces przebiegł w miarę bezboleśnie – podkreśla Marek Skała. – Również zmiany polegające na rozwoju wymagają umiejętności radzenia sobie z nimi.

Kolejnym wzywaniem dla firm szkoleniowych jest rosnąca konkurencja ze strony uczelni wyższych, które coraz częściej stawiają na specjalizację w nowych dziedzinach, w których do tej pory specjalizowali się właśnie szkoleniowcy.

Trzeba szukać tego, do czego uczelnie jeszcze nie dotarły: do najnowszych osiągnięć i technik i znając rynek, trzeba umieć przełożyć tę nową wiedzę na konkretne rozwiązania i mechanizmy, które można wykorzystać na co dzień. Tutaj jest duże pole do popisu dla firm szkoleniowych, czyli trochę w kierunku consultingu i oczywiście absorbowanie nowych efektów badań, które się pojawiają – uważa Marek Skała.

Rozwój polskiego rynku szkoleniowego wspomagał w znacznej mierze dopływu środków unijnych z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Wyczerpanie się środków z tego programu i trudna sytuacja finansowa może doprowadzić do spowolnienia w branży. 60 proc. uczestników  badania „EFS – End of Financial Support. Przyszłość rynku szkoleń w Polsce” zrealizowanego przez firmę HRP uznała, że popyt na szkolenia będzie spadał. Zdaniem Marka Skały, rosnąca konkurencja i dojrzałość rynku spowodują, że w najbliższych latach rynek będzie wymagał certyfikacji.

Obawiam się jednak o to, by wydawanie certyfikatów nie było traktowane tylko źródłem dodatkowych dochodów – mówi Skała. – Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jaką wartość będzie mieć certyfikat i kto będzie go wydawał. Obecnie rolę certyfikatu spełnia członkostwo w Izbie Firm Szkoleniowych, ale myślę, że w przyszłości system certyfikacji firm szkoleniowych będzie bardziej rozwinięty – dodaje. 

Narodowy plan chorób rzadkich nadal niezatwierdzony

CEO Magazyn Polska

 

Nawet 8 proc. Europejczyków cierpi na choroby rzadkie. Schorzenia te najczęściej mają podłoże genetyczne i mogą być przyczyną niepełnosprawności. Ze względu na ciężki przebieg, trudną diagnostykę i brak skutecznej terapii tego typu zaburzeń, Rada Unii Europejskiej zaleciła wszystkim państwom członkowskim ustalenie planów postępowania z chorobami rzadkimi. Mimo że prace nad polskim Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich trwają od 2011 roku, dokument do tej pory nie został zatwierdzony.

Choroby rzadkie to schorzenia dotykające bardzo niewielki odsetek społeczeństwa. W większości przypadków rozwijają się na skutek zaburzeń genetycznych, towarzyszą choremu do końca życia i często są przyczyną niepełnosprawności. Poszczególne choroby rzadkie występują u mniej niż 5 na 10 tys. Europejczyków, jednak całkowita liczba chorych obejmuje od 6 do 8 proc. populacji naszego kontynentu. Ze względu na ciężki przebieg, trudną diagnostykę i brak skutecznej terapii tego typu schorzeń, w 2009 roku Rada Unii Europejskiej zaleciła wszystkim państwom członkowskim ustalenie planów postępowania z chorobami rzadkimi.

Chodzi o to, żebyśmy my, jako pacjenci z chorobami rzadkimi, nie byli obciążeniem dla społeczeństwa, tylko żebyśmy aktywnie mogli dokładać się do niego. Jednak do tego potrzebna nam jest pomoc również ze strony administracji, bo nie każdy chory może się odnaleźć w tej rzeczywistości. Taki plan narodowy może pomóc nie tylko pacjentom, lecz także naukowcom, lekarzom i firmom, które takie produkują leki, jak również administracji państwowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Wojciech Oświeciński, prezes Stowarzyszenia Rodzin z Chorobą Gauchera.

W Polsce prace nad Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich trwają od 2011 roku. Głównymi celami dokumentu miały być: rejestracja wszystkich chorób rzadkich, upowszechnienie ich diagnostyki i zwiększenie dostępności do opieki medycznej, rozwój i wspieranie badań oraz edukacja społeczna i pomoc chorym oraz ich rodzinom.

– Odbył się szereg konsultacji z chorymi, naukowcami i lekarzami. Również z administracją państwa. Pokładamy w tym wielkie nadzieje, licząc, że wreszcie uda nam się przekonać administrację do tego, żeby podjęła odpowiednie kroki i zaczęła ten program wdrażać. My przygotowaliśmy bardzo dokładny projekt tego programu. Teraz piłeczka jest po stronie administracji państwa – dodaje Wojciech Oświeciński.

Dokument nie został jeszcze zatwierdzony, mimo że Rada Unii Europejska zaleciła rozpoczęcie realizacji tego projektów do końca 2013 roku. 

Młodzi ludzie są gotowi na wiele ustępstw, by znaleźć pracę

CEO Magazyn Polska

Z badań wynika, że zatrudnionych jest nieco ponad 70 proc. absolwentów i studentów szkół wyższych. Sytuacja na rynku pracy powoduje, że młodzi ludzie, poszukując zatrudnienia, są gotowi na daleko idące kompromisy. Podejmują pracę, która nie jest zgodna z ich wykształceniem, obniżają swoje wymagania finansowe lub gotowi są na długie dojazdy do pracy. Ci, którzy jeszcze nie znaleźli odpowiedniego zatrudnienia, mogą skorzystać z projektów umożliwiających zdobycie stażu, nawet w prestiżowych firmach.
Przeprowadziliśmy badania, które miały pokazać, jak radzą sobie młodzi ludzie wchodzący dopiero na rynek pracy. Aż 72 proc. studentów bądź absolwentów do 28. roku życia deklaruje, że pracuje, czy to na umowę o pracę, czy na umowę cywilno-prawną. Odbywają też staże lub praktyki. 28 proc. osób nie jest czynnych zawodowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Merska-Pietra, koordynator ds. komunikacji firmy Gumtree, organizującej program „Start do kariery”.

Młodzi ludzie chętnie podejmują pracę i chcą zdobywać doświadczenie zawodowe u boku pracowników z wieloletnim stażem.  Zaledwie 4 proc. studentów i absolwentów decyduje się na założenie własnej działalności gospodarczej.

–  Bardzo duży odsetek tych osób pracuje w branży, która nie jest zgodna z ich profilem wykształcenia. Młodzi ludzie są w stanie iść na kompromisy, żeby zdobyć pierwszą pracę i móc pozwolić sobie na taki start do kariery. I te kompromisy, na które najbardziej ich stać, to właśnie praca niezgodna z ich wykształceniem, są też w stanie dojeżdżać dalej do pracy bądź obniżyć swoje oczekiwania finansowe – mówi Katarzyna Merska-Pietrak.

Młodzi ludzie poszukujący pracy, którzy nie mają doświadczenia, na specjalnie przygotowanych stronach internetowych mogą uzyskać wskazówki i porady: jak szukać zatrudnienia, jak wyróżniać się spośród tysięcy kandydatów i na co zwracać szczególną uwagę podczas rozmów kwalifikacyjnych.

Chcielibyśmy tym ludziom dostarczyć wiedzy na temat tego, jak pisać CV, jaka jest specyfika poszukiwania pracy w internecie. Chcemy im dać możliwość spotkania się z przedstawicielami firm z różnych branż. To będzie możliwe podczas cyklu warsztatów, które zostaną zorganizowane w pięciu miastach: Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu – dodaje Katarzyna Merska-Pietrak. – Już wkrótce zacznie działać strona internetowa, na której osoby, które chcą wziąć udział w tym programie, będą mogły się zarejestrować, wypełnić krótki formularz, zarejestrować swoje CV. Najlepsi kandydaci zostaną zarekomendowani firmom, które zgłoszą się do udziału w programie.

Cykl „Start do kariery” rozpoczną warsztaty na Politechnice Wrocławskiej, które odbędą się 21 maja.

Fitch Ratings podtrzymuje wysoką ocenę ENEA S.A.

Agencja podtrzymała dla spółki długoterminowe ratingi w walucie krajowej i zagranicznej na poziomie „BBB” oraz długoterminowy rating krajowy na poziomie „A (pol)”. Perspektywa ratingów jest stabilna.

Grunty inwestycyjne w Polsce – gdzie szukać tych najlepszych?

Piotr Goździewicz

Dr Piotr Goździewicz, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, Region Europy Środkowo-Wschodniej, BNP Paribas Real Estate odpowiada na pytania na temat atrakcyjności inwestycyjnej gruntów.

Gdzie szukać działek pod inwestycje na rynku nieruchomości komercyjnych?

Działki atrakcyjne z punktu widzenia potencjalnego inwestora rynku nieruchomości komercyjnych zlokalizowane są przede wszystkim w obrębie dużych polskich miast oraz ich regionów (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice / Górny Śląsk, Poznań), w obrębach istniejących stref ekonomicznych np. Lódź czy też w okolicach zakładów produkcyjnych jak na przykład Volkswagen w Poznaniu. Oczywiście są to również węzły komunikacyjne czyli autostrady, lotniska, dworce kolejowe. Na przykład PKP jest właścicielem wielu lokalizacji z bardzo ciekawym potencjałem komercyjnym zarówno w charakterze strategicznym jak np. Warszawa czy Wrocław jak i w mniejszych miastach. Także w mniejszych miastach można znaleźć atrakcyjne lokalizacje. Będą to okolice osiedli mieszkaniowych z potencjałem na obiekty handlowe.

Jakie czynniki wpływają na atrakcyjność inwestycyjną działki z punktu widzenia inwestora?

Atrakcyjne lokalizacje działek inwestycyjnych powinny zapewnić potencjał na generowanie przez inwestora dochodów z wynajmu powierzchni komercyjnych, co przekłada się na zwrot z zainwestowanego kapitału. Lokalizacja działki pod obiekt biurowy musi zapewniać potencjał na znalezienie najemców na powierzchnię, która zostanie tam wybudowana. Działki pod obiekty handlowe zlokalizowane w miejscowościach o sile nabywczej mieszkańców przekraczającej średnią dla kraju, nawet jeśli jest to miejscowość poniżej 20 000 mieszkańców, również wygenerują popyt inwestycyjny.

Terenów inwestycyjnych można poszukiwać na przykład poprzez wyspecjalizowane firmy doradcze obecne na rynku nieruchomości komercyjnych, takie jak np. BNP Paribas Real Estate. Jednocześnie firma doradcza może także pomóc w sprzedaży takiej działki.

Aby zmaksymalizować cenę sprzedaży dobrze sprzedawać działkę razem z projektem inwestycyjnym tzn. na przykład razem z uzyskanym pozwoleniem na budowę, ale przynajmniej koncepcja możliwego projektu inwestycyjnego powinna być zgodna z miejscowym planem zagospodarowania terenu. Działka inwestycyjna, która mogłaby zainteresować inwestora zagranicznego, powinna mieć uregulowany stan prawny (tytuł własności lub użytkowanie wieczyste, brak roszczeń reprywatyzacyjnych).

Czy Polska Wschodnia ma szansę zyskać na atrakcyjności?

Jeśli chodzi o tereny Polski Wschodniej, to strategiczny plan i przedsięwzięcia z udziałem państwa poprzez np. rozwój infrastruktury drogowej i udział funduszy europejskich podniosłyby tam atrakcyjność terenów inwestycyjnych.

Kwietniowy spadek nastrojów konsumenckich Polaków

W kwietniu wartość Barometru Nastrojów Konsumenckich GfK spadła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 3,7 punktu. Obecnie wynosi ona minus 22 punkty.

Biorąc pod uwagę poszczególne wskaźniki wchodzące w skład barometru, na przestrzeni ostatniego miesiąca pogorszyły się oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych i możliwości oszczędzania oraz oczekiwania co do pozytywnych zmian w sytuacji ekonomicznej kraju. Wartość składowej dotyczącej ocen zmian na rynku pracy pozostała bez zmian.

Przyszła sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych
W kwietniu oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych spadły o 2 punkty i wynoszą obecnie minus 7 punktów. Oznacza to powrót do sytuacji z początku roku.

Możliwości oszczędzania
W kwietniowym pomiarze wskaźnik przedstawiający skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania spadł o 11 punktów i wynosi obecnie minus 42 punkty.

Przyszła sytuacja gospodarcza kraju
Wartość składowej barometru GfK dotyczącej ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju spadła w kwietniu o 2 punkty i wynosi obecnie minus 16 punktów.

Przyszła sytuacja na rynku pracy
Wskaźnik ilustrujący składową barometru GfK mówiący o prognozach rozwoju sytuacji na rynku pracy pozostał w kwietniu na niezmienionym poziomie i wynosi obecnie minus 23 punkty. Jest to wciąż najwyższa wartość dla tej składowej od 2,5 roku.

Wyniki finansowe Grupy IPF (właściciel Provident Polska) w pierwszym kwartale 2014

Grupa International Personal Finance, właściciel Provident Polska, w pierwszym kwartale 2014 roku, osiągnął zysk na poziomie 63,5 mln PLN (12,7 mln GBP). Jest to wzrost o 18 mln PLN (3,6 mln GBP). Zysk polskiej spółki wyniósł 39 mln PLN (7,8 mln GBP) i wzrósł o 13,5 mln PLN (2,7 mln GBP).

Mimo coraz bardziej konkurencyjnego otoczenia, w Polsce i na Litwie osiągnięto bardzo dobre wyniki oraz mocny wzrost zysku bazowego o 21 mln PLN (4,2 mln GBP), wynikający głównie ze wzrostu udzielonych pożyczek o 10% i zwiększenia się przychodów o 15% w porównaniu z I kw. 2013. Provident Polska kończy kwartał z 843 000 klientów (rok temu było to 829 tysięcy), a jakość pożyczek utrzymuje się na dobrym poziomie. Utrata wartości należności od klientów w ujęciu rocznym, jako odsetek przychodu, pozostaje na stabilnym poziomie 28,7%. Spółka ściśle kontrolowała koszty, uwzględniając inwestycje na Litwie, wskaźnik kosztów do dochodu wzrósł tylko o 0,3 punktu procentowego – do 33,0%. Obecnie trwa geograficzna ekspansja działalności firmy na Litwie, gdzie Provident posiada 2 200 klientów.

Cieszę się, mogąc poinformować o pozytywnym rozpoczęciu roku i osiągnięciem dobrych poziomów wzrostu i zysków – powiedział Gerard Ryan, Dyrektor Zarządzający IPF. Na początku kwietnia z powodzeniem refinansowaliśmy nasze euroobligacje po istotnie niższym koszcie. Dzisiejsze ogłoszenie skupu akcji własnych na kwotę około 50 mln GBP w celu obniżenia wskaźnika kapitału własnego w całości finansowania do około 45%, dowodzi naszego zaangażowania w dalsze zwiększanie wartości dla akcjonariuszy. Znajdujemy się w dobrej pozycji do zapewnienia dalszego wzrostu w kolejnych miesiącach roku – dodał prezes Ryan

Utrzymując przyspieszenie osiągnięte w roku 2013 i koncentrując się na generowaniu zrównoważonego wzrostu osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki operacyjne w pierwszym kwartale. Zysk brutto wzrósł o 3,6 mln GBP do 12,7 mln GBP. Wszystkie rynki przyczyniły się do silnego wzrostu zysku bazowego o 7,5 mln GBP, który został częściowo skompensowany przez zainwestowanie 2,3 mln GBP na naszych dwóch nowych rynkach – Litwie i Bułgarii – oraz przez wpływ niższych kursów walutowych wynoszący 1,6 mln GBP.

Najważniejszymi czynnikami kształtującymi wynik za I kw. był mocny wzrost udzielonych pożyczek o 18% oraz ich dobra jakość. Wzrost udzielonych pożyczek osiągnięto dzięki większej o 7% liczbie klientów, co stanowi kontynuację strategii wybiórczego łagodzenia warunków udzielania pożyczek nowym klientom oraz udzielania większych pożyczek obecnym klientom o dobrej jakości. Popyt na nasze produkty pożyczkowe o dłuższym terminie w Polsce, Czechach i na Słowacji jest nadal silny, a w lutym 2014 r. uruchomiona została pożyczka 100-tygodniowa na Węgrzech i pożyczki na okres do 78 tygodni w Rumunii.

Jednocześnie z osiąganiem wzrostu utrzymane zostały dobre wyniki w zakresie odzyskiwania należności, a jakość pożyczek utrzymuje się na solidnym poziomie. W związku z powyższym utrata wartości należności od klientów w skali roku, wyrażona jako procent przychodów, pozostawała na stabilnym poziomie 26,7%, mieszczącym się bez problemów w zakresie docelowym firmy: 25-30%. Wskaźnik kosztów do dochodów w ujęciu rocznym poprawił się od końca roku 2013 o 0,2 punktu procentowego do poziomu 39,3%, po zainwestowaniu 2,3 mln GBP na Litwie i w Bułgarii. Wskaźnik kosztów do dochodów w skali roku z wyłączeniem nowych rynków wyniósł 38,4%, co oznacza poprawę o 0,5% od końca roku.

Polacy mają małą wiedzę o systemie emerytalnym. ZUS zamierza edukować przyszłych emerytów już w szkole

CEO Magazyn Polska

Już od miesiąca Polacy mogą decydować o tym, gdzie ma być gromadzone 15 proc. ich składki na emeryturę. Dotychczas wpłynęło jedynie niecałe 60 tysięcy wniosków, co jest niewielką liczbą, biorąc pod uwagę 14 mln uprawnionych. Zdaniem ekspertów wiedza Polaków na temat ubezpieczeń społecznych jest wciąż znikoma, dlatego ZUS wprowadził w szkołach pilotażowe lekcje o systemie ubezpieczeń społecznych. Zakład chce, by od września takie lekcje były wprowadzone do wszystkich szkół ponadgimnazjalnych.

Badania dotyczące tego, jak ludzie rozumieją system emerytalny, pokazują, że świadomość nie jest niestety wysoka. Dlatego ZUS uznał, że trzeba edukować. Dzięki staraniom ministra pracy, ZUS-u i ministra edukacji do szkół wchodzi program edukacyjny przygotowany przez ZUS o tym, jak działa system emerytalny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Derdziuk, Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Program „Lekcje z ZUS” składa się z czterech lekcji przygotowanych przez ekspertów oraz nauczycieli metodyków. Mają one budować świadomość społeczną młodych Polaków i pokazać, jak poruszać się w systemie ubezpieczeń społecznych. Pierwszy etap pilotażu projektu odbył się w Płocku, Radomiu i Siedlcach w październiku i listopadzie ubiegłego roku, od tego roku akcja pilotażowa trwa już w całym kraju. Prezes ZUS zaznacza, że chce, by od września lekcje stanowiły element minimum programowego, a dla nauczycieli i uczniów zostały przygotowane specjalne podręczniki.

Każdy, kto zaczyna pracę, od razu musi być zgłoszony do systemu ubezpieczeń. Powinien wiedzieć, że może wybrać albo OFE, albo ZUS. Uważamy, że każdy, kto kończy szkołę, powinien wiedzieć także, jak funkcjonuje system emerytalny. Bo dzisiaj świadczenia emerytalne z ZUS-u to jest 11 proc. PKB. Co dziewiąta złotówka idzie na świadczenia związane z zabezpieczeniem społecznym. Warto, żebyśmy wiedzieli, jak nasze państwo funkcjonuje, jakie są nasze prawa i obowiązki w przyszłości, kiedy pracujemy i kiedy jesteśmy emerytami – tłumaczy Zbigniew Derdziuk.

Niewiele osób wie, jak wyliczana jest emerytura, od czego zależy jej wysokość i jaka jest przyszłość systemu emerytalnego w kontekście aktywności zawodowej obywateli i demografii. Jest to widoczne zwłaszcza przy rozpoczęciu kariery zawodowej przez młodych ludzi. Wedle danych z 2013 roku spośród blisko pół miliona uprawnionych, tylko niewiele ponad 20 procent samodzielnie dokonało wyboru OFE, z czego niewiele ponad 15 procent z tej grupy wybrało OFE bez wcześniejszego wezwania z ZUS-u. 80 procent uprawnionych było losowanych. Od lutego ci, którzy nie dokonają wyboru, nie będą już losowani, a ich składki emerytalne będą trafiały wyłącznie do ZUS-u.

Dlatego warto edukować, od czego zależą składki, jak działa system i jak różne rozwiązania wpływają na bezpieczeństwo przyszłych emerytur. Przed zmniejszeniem składek w 2011 roku 7,3 procent zarobków, czyli 37 procent naszej składki szło do OFE. Teraz, po zmniejszeniu, może to być 2,92 procent zarobków, ale to jest 15 procent naszych składek – przekonuje Derdziuk.

Członkowie OFE mogą wybrać, czy ta część składki ma być nadal przekazywana do II filaru, czy też zostać zewidencjonowana na specjalnym subkoncie w ZUS, na które trafia pozostała część składki z tego filaru, czyli w wysokości 4,38 procent wynagrodzenia. Decyzję można podjąć do końca lipca, jednak nie jest ona nieodwracalna. Co cztery lata, w ramach okienek transferowych, będzie można zmienić decyzję. Przez pierwszy miesiąc, z możliwości składania deklaracji o pozostaniu w OFE skorzystało 56 tys. osób (z 14 milionów uprawnionych). Blisko połowa zrobiła to osobiście, podczas wizyty w oddziale, na salach obsługi klienta. Ponad 35 procent wybrało pocztę, a tylko 15 procent skorzystało z drogi elektronicznej, za pośrednictwem portalu PUE.

Część ekspertów spodziewa się, że do lipca deklaracje może złożyć blisko jedna piąta wszystkich uprawnionych.
Zdaniem ekonomisty Ryszarda Bugaja, świadomość tego, jak wygląda i działa system emerytalny jest jednak dziś i tak większa niż przed kilkunastoma laty, kiedy w mediach trwała kampania reklamowa towarzystw emerytalnych, która miała przekonać Polaków do tego, że wybór OFE automatycznie oznacza wysoką emeryturę.

– To było zawracanie głowy, ale przecież prawie wszyscy ludzie uwierzyli, dlatego że ta grupa, która mogła, ale nie musiała zapisać się do PTE właściwie zapisała się prawie w 100 procentach, co zresztą ma daleko idące następstwa dla sektora finansów publicznych. Bo jeżeli oni się zapisali, to część ich składki poszła do towarzystw emerytalnych i więcej zabrakło w ZUS-ie i państwo musiało do ZUS-u więcej dopłacić – tłumaczy Ryszard Bugaj, ekonomista z Instytutu Nauk Ekonomicznych w PAN.

Wybór miały osoby urodzone między końcem 1949 r. a początkiem 1969 r. Od 1999 roku wszyscy, którzy rozpoczynali pracę, trafiali w ramach II filaru do powszechnego towarzystwa emerytalnego.

W ostatnich latach prawie wszyscy do towarzystw emerytalnych są losowani, sami się nie zapisują. Nawet dzisiaj, jeżeli jest to sytuacja taka, że trzeba zrobić krok, zapisać się, a ludzie nie wiedzą, co będzie naprawdę, to machają na to ręką – podsumowuje Bugaj.

Ministerstwo Gospodarki chce parytetów w radach nadzorczych spółek

0

Ministerstwo Gospodarki chce zachęcić biznes do pomysłu wprowadzenia parytetów w radach nadzorczych. Zdaniem wiceminister Ilony Antoniszyn-Klik, argumentów za tym jest wiele. Niedostateczna reprezentacja kobiet w firmach powoduje, że w pewnym sensie tracą na tym zarówno same firmy, jak i cała gospodarka. Debata dopiero rusza, ale już wiadomo, że będzie burzliwa, bo – jak podkreśla wiceminister – dotychczasowe reakcje są bardzo krytyczne.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że kobiety stanowią zaledwie 10 proc. zatrudnionych w radach nadzorczych polskich firm. W gronie 28 państw UE ten wskaźnik wynosi 17,6 proc, a celem KE jest osiągnięcie 40 proc. do 2020 r. Zwolennicy ustawowego rozwiązania problemu małej reprezentacji kobiet argumentują, że inne, podejmowane już działania są nieskuteczne i że zbyt duże nierówności płci są nieefektywne ekonomicznie.

– Zaczynamy debatę na temat udziału kobiet w radach nadzorczych. Sądzimy, że instrument parytetu powinien zostać poddany pod dyskusję jako jeden z możliwych instrumentów. Ograniczenie się tylko do firm Skarbu Państwa jest absolutnie niewystarczające, nie będzie odpowiadało na prawdziwe wyzwania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki.

Choć Ministerstwo Gospodarki spodziewa się dużej krytyki postulowanych przez UE rozwiązań, to uważa za konieczne podjęcie działań na rzecz większej równości między kobietami a mężczyznami.

– Wiemy, że będzie to bardzo burzliwa dyskusja, ale sądzimy, że nie wolno tematu aktywności kobiet w gospodarce zatrzymywać, on musi być prowadzony cały czas. Bierzemy na siebie ryzyko, że może być to debata trudna, być może nawet przegrana. Ale sądzimy, że ona jest jednak bezwzględnie potrzebna do tego, żeby doprowadzać do większej równości w biznesie – uważa wiceminister.

Pomysł odgórnego ustalania parytetów wzbudza kontrowersje wśród niektórych środowisk i ekspertów, ponieważ – ich zdaniem – jest nadmierną ingerencją w wolność gospodarczą, a ściślej, w prawo własności i autonomię spółek. Z tego względu nie jest wykluczone, że parytety mogą być rozwiązaniem sprzecznym z Konstytucją RP. Obecnie polskie prawo (Kodeks Spółek Handlowych) nie ogranicza swobody akcjonariuszy w zakresie wyboru członków rady nadzorczej. Istnieją jedynie rekomendacje, które nie są wiążące prawnie. Przykładem jest GPW, która w ramach dobrych praktyk zaleca spółkom publicznym dbanie o zrównoważony udział kobiet i mężczyzn w ich władzach.

W opracowaniu Forum Odpowiedzialnego Biznesu „Kobiety w biznesie: stan obecny, proponowane rozwiązania” wymienia się też inne argumenty przeciw parytetom, jak np. konieczność szukania na siłę kobiet do rad nadzorczych czy tzw. złote spódniczki, czyli wąskie grono kobiet, które dzięki parytetom wykorzysta swoje wysokie i rzadkie kompetencje do objęcia stanowisk w wielu radach nadzorczych. Ministerstwo Gospodarki zapowiada, że weźmie pod uwagę wszystkie opinie i nie będzie forsować zmian wbrew woli przedsiębiorstw. Chce jednak przekonywać, że więcej kobiet to lepsze zarządzanie, co w skali całej gospodarki oznacza wzrost zamożności.

– Na pewno nie będziemy próbowali wbrew biznesowi wprowadzać zmian. Ale jest bardzo dużo argumentów za tym, żeby parytety były wprowadzone. Trzeba jasno powiedzieć – w firmach, które są w części albo w równych częściach zarządzane przez obydwie płci, jest większa efektywność gospodarcza, jest większa innowacyjność. Nasza gospodarka nie wykorzystuje całego swojego potencjału. Kobiety, które są doskonale wykształcone, które nie uczestniczą w gospodarczym obrocie, powodują, że pewnej części PKB nie ma – twierdzi Ilona Antoniszyn-Klik.

Również według Forum Odpowiedzialnego Biznesu, istnieje wiele niezależnych raportów i badań, m.in. McKinsey & Company i Credit Suisse Research Institute, które stwierdzają, że wyższa obecność kobiet w zarządach lub radach nadzorczych pozytywnie wpływa na wyniki finansowe. Korzyści dla firm mają pojawiać się w okolicach 30 proc. udziału kobiet. Obecnie parytet 30/70 obowiązuje w Polsce na listach wyborczych i zdaniem resortu gospodarki warto się zastanowić nad jego zastosowaniem w sektorze firm.

Sądzimy, że to jest dobrym początkiem do rozmowy na temat parytetów w radach nadzorczych, które oczywiście mogą iść w obydwie strony, czyli chronią też panów przez nadmierną dominacją pań – uważa wiceminister gospodarki.

Realizacja 40-proc. celu KE będzie wyzwaniem nie tylko w Polsce. Obecnie żadne państwo unijne nie znajduje się blisko tego progu. Liderami są Finlandia i Łotwa, gdzie udział kobiet w radach nadzorczych stanowi odpowiednio 30 i 29 proc. Zdaniem unijnych urzędników, cel jest jednak osiągalny, o czym świadczą przykłady Norwegii i Islandii, gdzie reprezentacja kobiet w radach spółek sięga odpowiednio 44 i 49 proc.

Szwajcarski rynek pracy od maja stoi otworem dla Polaków

CEO Magazyn Polska

Od maja Szwajcaria zlikwidowała limity kwotowe na wydawanie długoterminowych pozwoleń na pobyt. Oznacza to całkowite otwarcie tamtejszego rynku pracy dla obywateli nowej Unii Europejskiej (oprócz Bułgarów i Rumunów), w tym dla Polaków. Do obecnych w Szwajcarii około 40 tysięcy Polaków mogą dołączyć następni, zwłaszcza że ten alpejski kraj kusi wysokimi zarobkami.

Szwajcarzy otwierają rynek, ponieważ jest taka potrzeba. Nie tylko polityczna, ze względu na integrację europejską, która też obejmuje Szwajcarów, choć mają oni w Europie pozycję wyjątkową. Wynika też z faktu, że społeczeństwo się starzeje, podobnie jak w innych rozwiniętych krajach europejskich, co powoduje, że potrzeba napływu taniej siły roboczej, zwłaszcza jeśli chodzi o zawody pielęgnacyjne, jest bardzo duża – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bernhard Matussek, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Polacy, podobnie jak mieszkańcy innych krajów Europy Wschodniej, stosunkowo łatwo integrują się ze Szwajcarami. Ma to związek z podobnymi wyznawanymi wartościami. Szacuje się, że w Szwajcarii mieszka obecnie około 40 tysięcy Polaków, z czego połowa z nich to ci, którzy przyjechali ze względu na pracę.

Polacy są na rynku, obserwuję to przede wszystkim poprzez menadżerów, ludzi wysoko wykwalifikowanych, którzy pracują tam już od wielu lat. W Szwajcarii jest wiele centrali firm czy koncernów międzynarodowych. Wiedza i doświadczenie zdobyte przez polskich menadżerów w ciągu ostatnich 20 lat zaprowadziły ich również do centrali w Szwajcarii. Polacy na wysokich stanowiskach, na stanowiskach menadżerskich są tu obecni już od wielu lat – ocenia Bernhard Matussek.

Jak podkreśla, Szwajcaria oferuje wysokie zarobki, ale jednocześnie koszty utrzymania są tam znacząco wyższe niż w innych krajach europejskich.

Uposażenie, które trzeba mieć, żeby korzystać z dobrodziejstw tego kraju jest wysoko ponad przeciętność. Płaca minimalna w Szwajcarii wynosi około 4 tysięcy franków. To suma z naszego punktu widzenia bardzo wysoka. Płaca minimalna w Szwajcarii jest jednak związana z bardzo wysokimi kosztami życia codziennego, co powoduje, że nie są to pieniądze, które pozwalałyby na podobny poziom życia jak odpowiednio 1314 tys. zł w Polsce – wyjaśnia Matussek.

Wysokie zarobki mogą skusić tych, którzy szukają przede wszystkim pracy pomocniczej i sezonowej oraz młodych ludzi, którzy początek kariery zawodowej chcą spędzić za granicą. 18 maja Szwajcarzy zadecydują w referendum, czy chcą podniesienia płacy minimalnej do poziomu 25 dolarów za godzinę. To najwyższa stawka na świecie, ale zdecydowana większość Szwajcarów zarabia więcej. Już teraz, jak podaje wydany przez szwajcarski związek zawodowy Unia we współpracy z Ambasadą Polską w Bernie i OPZZ przewodnik dla Polaków, minimalne wynagrodzenie np. malarza w niektórych kantonach przekracza tę kwotę.

Wysoka średnia płaca (na poziomie około 5 tys. euro) i niski poziom bezrobocia (na poziomie 3,5 proc.) przyciąga do pracy w Szwajcarii wielu obcokrajowców, zwłaszcza Niemców, Francuzów czy Włochów. Obcokrajowcy stanowią blisko 20 proc. mieszkańców.

Są to ludzie, którzy przez to społeczeństwo często są odbierani jako ci, którzy zabierają pracę Szwajcarom. To jest pewnie początek dyskusji społecznej, która musi się odbyć, żeby wzrosła świadomość społeczna, że obcokrajowcy, nie mówię tu koniecznie o Polakach, będą potrzebni ze względu na strukturę wiekową społeczeństwa – ocenia Matussek.

W lutowym referendum Szwajcarzy opowiedzieli się – choć minimalną przewagą głosów – za ograniczeniem imigracji. Jednak z drugiej strony na rynku pracy brakuje siły roboczej, zwłaszcza słabo wykwalifikowanej, co oznacza, że wynik referendum może zostać zweryfikowany przez życie.

Grupa Muszkieterów stawia na rozwój. W planach 500 nowych sklepów do 2020 roku

0

CEO Magazyn Polska

Francuska Grupa Muszkieterów, która zrzesza właścicieli supermarketów spożywczych Intermarché oraz działających w segmencie dom i ogród sieci sklepów Bricomarché, chce wzmocnić swoją pozycję na polskim rynku. Do 2020 roku zamierza zwiększyć sieć punktów handlowych z obecnych 300 do 800. Dzięki przyjętej strategii firmie udało się zwiększyć obroty dwucyfrowo. W 2013 roku sięgnęły w sumie prawie 5 mld zł.

Pierwsze trzy miesiące tego roku w sklepach Intermarché okazały się lepsze pod względem sprzedaży o 5 proc. w porównaniu do sytuacji sprzed roku. Sprzedaż w okresie przedświątecznym była lepsza o 11 proc.

Obroty Intermarché w 2013 roku wyniosły 3,9 mld zł. W sklepach Bricomarché sprzedaż sięgnęła w tym czasie 980 mln zł. Według zarządu Grupy, jest przestrzeń do dalszego rozwoju. W sumie, zgodnie z przyjętymi założeniami w 2020 roku obroty Muszkieterów mają sięgnąć 16 mld zł.

– Nasza strategia jest nastawiona na bardzo agresywną politykę cenową i redukcję naszych cen, zarówno stałych, jak i promocyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Waligórski, prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché.

Aby te plany udało się zrealizować, firma chce zainwestować w naszym kraju kolejne 6 mld złotych. Chodzi przede wszystkim o pieniądze na rozbudowę sieci. Dziś działa 205 sklepów pod marką Intermarché i 95 punktów handlowych z logo Bricomarché. Są one zlokalizowane głównie w zachodniej Polsce, w małych miejscowościach liczących do 70 tys. mieszkańców. W ciągu kolejnych pięciu lat ma ich być więcej, w sumie o pół tysiąca. Według strategii nowe markety zostaną uruchomione przede wszystkim w centrum i na wschodzie kraju.

– Od początku tego roku uruchomiliśmy już pięć nowych sklepów Intermarché – mówi Waligórski. – Cel na rok 2014 to 20 nowych marketów, działających pod tą marką. Myślę, że zrobimy niespodziankę, i tych sklepów będzie więcej.

Nowe punkty sprzedaży mają być otwierane zarówno w dużych miastach, takich jak Toruń, Łódź i Gdańsk, jak i w mniejszych miejscowościach, m.in. w Bukownie i Suchej Beskidzkiej.

Dalszy rozwój Grupy wpłynie także na zwiększenie zatrudnienia. Dziś Muszkieterowie są pracodawcą dla 13 tys. osób. W 2020 roku we francuskiej sieci pracować będzie 33 tys. osób, z czego 25 tys. w sklepach Intermarché.

Bezpośrednie loty z Warszawy do Dubaju coraz popularniejsze. Od czerwca Emirates zaoferuje większe samoloty

CEO Magazyn Polska

Uruchomienie połączenia lotniczego pomiędzy Warszawą a Dubajem okazało się sukcesem. Obsługująca je linia Emirates po ponad roku lotów zamierza zmienić latający do Dubaju samolot na większy, co pozwoli obsługiwać o połowę więcej pasażerów. Z bezpośredniego połączenia korzystają nie tylko turyści, którzy coraz chętniej wybierają dalekie kierunki podróży, lecz także przedsiębiorcy, którzy prowadzą interesy na rynkach azjatyckich.

– Po pierwszym roku działalności w Polsce możemy z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że spełniły się pokładane w tym połączeniu nadzieje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Pyrka, country manager linii Emirates w Polsce. – Od 1 czerwca br. będziemy operowali samolotem Boeing 777-200, który zabiera 346 pasażerów na pokład. Do tej pory operowaliśmy Airbusem A330, który zabierał ich 237. Możemy więc mówić o 50-proc. przyroście oferowanych miejsc.

Emirates rozpoczęły bezpośrednie loty do Warszawy ze swojej bazy w Dubaju 6 lutego 2013 r. Przewoźnik lata na tej trasie raz dziennie. Pyrka podkreśla, że Boeing 777-200, który od czerwca będzie wykorzystywany przez linię, będzie największym samolotem pasażerskim regularnie pojawiającym się na warszawskim Lotnisku Chopina.

Dodaje, że najwięcej pasażerów lata tylko do Dubaju, choć nie brakuje osób przesiadających się w bazie Emirates. Największe miasto Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest jednak interesujące zarówno dla turystów, jak i dla przedsiębiorców.

– Coraz więcej polskich firm decyduje się rozszerzyć swoją działalność. Postrzegają Bliski Wschód, a także rynki azjatyckie, za pośrednictwem Dubaju, jako dobre miejsce do robienia swojego biznesu, jako miejsce swojego rozwoju. Dubaj staje się atrakcyjnym miejscem ze względu na siedziby i przedstawicielstwa spółek, które pochodzą z Afryki czy też z Azji i otwierają swoje handlowe reprezentacje właśnie tam. Jest także dobrym miejscem na spędzanie wakacji, ale przede wszystkim dobrym miejscem do rozpoczynania swojej ekspansji na Bliskim Wschodzie, w Azji czy Afryce – podkreśla Pyrka.

Dodaje, że również dla turystów jest to atrakcyjny cel podróży. Jednak osoby podróżujące na urlop często korzystają z siatki połączeń Emirates z Dubaju, by dolecieć do miejsc, które do tej pory były trudno dostępne. Pyrka wylicza m.in. Mauritius, Seszele, Sri Lankę, Malediwy, a także dalsze kraje. Polacy chętnie podróżują również do Tajlandii, Malezji, Indonezji, a nawet do Australii.

To właśnie rosnąca liczba pasażerów skłoniła Emirates do zmiany samolotu na większy. Do tej pory na trasie były wykorzystywane samoloty Airbus A330-200. Był to jedyny samolot latający do Polski wyposażony w fotele klasy pierwszej. Od czerwca ta klasa podróży tymczasowo zostanie wycofana z oferty Emirates w Polsce, bo Boeing 777-200 będzie miał tylko klasę biznes i ekonomiczną. Samolot z klasą pierwszą może powrócić do Warszawy od listopada, jak wynika z systemu rezerwacyjnego linii.

Od czerwca w ofercie Emirates do Polski na każdy lot będą 304 miejsca w klasie ekonomicznej i 42 w klasie biznes. Nie zmieni się oferta cargo, która pozostanie na poziomie maksymalnie 17 ton na rejs.

– Spodziewamy się, że trendy przychodów, przynajmniej jeżeli chodzi o Emirates w Polsce, są proporcjonalne do tego, co naszym pasażerom oferujemy, czyli będzie odpowiedni wzrost związany z wprowadzeniem nowego samolotu – przewiduje Pyrka, dodając, że sprzedaż usług takich jak cargo czy pakiety wakacyjne (poprzez spółkę Emirates Holidays) są dodatkowymi źródłami przychodów.

W ciągu roku od rozpoczęcia działalności w lutym 2013 roku Emirates przewiozły z i do Polski 145 tys. pasażerów – wynika ze statystyk linii.

Na rynek trafiły telewizory o rozdzielczości wyższej niż Full HD. Sporo klientów wciąż wybiera jednak modele z podstawowymi funkcjami

CEO Magazyn Polska

Konsumenci coraz chętniej sięgają po duże telewizory, ale nie wszyscy chcą płacić za dodatkowe usługi smart TV, czyli za dostęp do internetu i możliwość korzystania z aplikacji. Dlatego w tym roku na rynku dominować będą raczej duże odbiorniki z podstawowymi funkcjami, które będą przyciągać klientów atrakcyjną ceną. Tymczasem telewizory o rozdzielczości wyższej niż Full HD już pojawiają się na rynku, ale powszechne mogą stać się dopiero w przyszłym roku.

Rok 2013 rozpoczął modę na 4K. To były pierwsze jaskółki. W tym roku telewizory 4K, czyli o rozdzielczości czterokrotnie wyższej niż Full HD, wchodzą na rynek. Praktycznie w ofercie każdej firmy pojawi się jeden lub kilka telewizorów 4K – zauważa Adrian Wysocki, product manager AV w firmie Sharp.

Pomimo rozpoczęcia sprzedaży takich telewizorów przez co najmniej kilku producentów, w tym roku nie zdobędą one jeszcze zbytniej popularności. Powody są dwa.

Telewizory 4K są dużo droższe, o 50 do 80 proc. od telewizorów Full HD. Po drugie, cały czas jest problem z kontentem. Ponieważ kontentu 4K jako takiego nie ma – mówi Adrian Wysocki agencji informacyjnej Newseria.

Z czasem ten problem będzie zanikał i w tym roku pojawi się więcej filmów czy programów w rozdzielczości 4K, które będzie można pobrać lub wypożyczyć przez VOD. Jednak dopiero w 2015 roku takie materiały mają szansę się upowszechnić.

Podejrzewam, że w przyszłym roku jedna trzecia oferty praktycznie każdej firmy to będą już produkty w rozdzielczości 4K – prognozuje Wysocki. – W związku z tym, że z jednej strony mamy produkty Full HD, z drugiej strony mamy produkty 4K, które są bardzo wysokiej jakości, jeżeli chodzi o obraz. Natomiast cenowo są również wysoko pozycjonowane.

Odpowiedzią ma być technologia Quattron Pro, która opiera się na rozdzielczości Full HD, ale oferuje zaawansowaną obróbkę subpikseli i materiały 4K można oglądać na telewizorze o niższej rozdzielczości.

Jest to jedyne tego typu rozwiązanie na rynku, że telewizor Full HD przyjmie w ogóle sygnał 4K i odtworzy go na swoim ekranie. Dzięki upscalerowi wbudowanemu w ten telewizor możemy cieszyć się jakością wyższą niż Full HD, mając sygnał tylko Full HD – zapewnia przedstawiciel firmy Sharp.

Podczas gdy technologię 4K można nazwać technologią luksusową, ponieważ ceny telewizorów sięgają kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych, produkty Quattron Pro są zbliżone cenowo do rozwiązań Full HD, ale technicznie bliżej im do 4K.

Quattron Pro to krok pośredni pomiędzy Full HD a 4K dla kogoś, kto chce mieć duży telewizor, chce mieć telewizor o jakości zbliżonej do 4K, ale nie chce wydawać kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych – mówi Adrian Wysocki.

Producenci zauważyli potrzebę wprowadzenia na rynek dużych telewizorów, ale niekoniecznie naszpikowanych nowymi technologiami. Jest bardzo duża liczba klientów, którzy chcą oglądać telewizję na dużym ekranie, ale dla których najważniejszym kryterium wyboru jest cena.

W tym roku pojawi się coraz więcej większych telewizorów aż do 50 cali, które nie będą miały funkcjonalności smart, tylko po prostu będą telewizorami do oglądania telewizji. One będą bardzo konkurencyjne cenowo. Telewizory około 50 cali będą kosztowały około 2,5 tys. zł – twierdzi Wysocki.

Część klientów będzie wybierać jednak telewizory z funkcją smart z dostępem do internetu, aplikacji, filmów na życzenie czy gier. W tej chwili około 70 proc. takich telewizorów jest podłączonych w domach do internetu.

Zmiany na liście leków refundowanych. 117 nowych leków i 46 usuniętych

CEO Magazyn Polska

Na kolejnej nowej liście refundacyjnej leków, obowiązującej od maja, znajduje się 117 nowych produktów, a 46 z niej usunięto. Cztery nowe substancje czynne do tej pory nie były dostępne w programie refundacji. Spośród nowo dodanych 117 leków w ubiegłym roku 25 było dostępnych w sprzedaży. Pacjenci wydali na nie blisko 8,4 mln zł, a dziś po zastosowaniu refundacji zapłaciliby 2,9 mln zł.

Od maja obowiązuje kolejna już, nowa lista refundacyjna – zarówno na rynku leków aptecznych, jak i na rynku szpitalnym. Największe zmiany, jakie zostały umieszczone w tej liście, to pojawienie się czterech nowych leków [substancji czynnych red.], które do tej pory nie były dostępne dla pacjenta w wyniku refundacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Leoszkiewicz z IMS Health.

Wśród nich znajduje się lek, w którym zawarto dwie substancje czynne (tramadol i paracetamol), co oznacza, że jego działanie jest szersze i bardziej skuteczne. Na nowych lekach skorzystają chorujący na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, epilepsję, pacjenci onkologiczni i z nasilonym bólem.

W przypadku dwóch innych substancji czynnych rozszerzono wskazania refundacyjne, co pozwoli pacjentom korzystać z leczenia w niższej cenie. Kwas zoledronowy, stosowany w leczeniu osteoporozy i zapobieganiu powikłaniom kostnym u chorych z zaawansowanymi nowotworami z przerzutami do kości, będzie mógł być stosowany we wszystkich zarejestrowanych wskazaniach. W przypadku rywaroksabanu, zapobiegającego powstawaniu zakrzepów krwi, zwiększono dostęp do leczenia dla pacjentów z zatorowością płucną i zakrzepicą żył głębokich.

Zmiany dopłat obejmują 765 pozycji farmaceutyków. 10-złotowa różnica w cenie dotyczy 24 leków: do 14 pozycji pacjent dopłaci, a 10 farmaceutyków potanieje o 10 złotych.

Nowa lista refundacyjna nie wprowadza drastycznych zmian w dopłacie pacjenta, w związku z czym nie należy się też martwić tym, iż pacjent po przybyciu do apteki będzie zaskoczony ceną swojego leku. Oczywiście zdarzają się wyjątki, aczkolwiek należy pamiętać o tym, że pacjent zawsze ma możliwość wykupu leku generycznego z ceną niższą niż cena leku, który został przepisany na recepcie – mówi Leoszkiewicz.

Sprzedaż 46 produktów, które usunięto z listy refundacyjnej od 1 maja, w ubiegłym roku osiągnęła wartość 3,2 mln zł, liczoną w cenach detalicznych brutto. Pacjenci dopłacili do nich 1,2 mln zł, a NFZ wydatkował w tym samym czasie 2,3 mln zł.

Proszę pamiętać o tym, że wśród leków usuniętych nie ma takiego, który znikając, pociągałby za sobą substancję czynną. Każdy produkt, który wychodzi z listy refundacyjnej, ma swój odpowiednik generyczny, w związku z czym pacjenci nie pozostali bez dostępu do omawianej wychodzącej molekuły – podkreśla Katarzyna Leoszkiewicz.

Fundusze unijne za lata 2007–2013 rozpędziły polską gospodarkę. Taki wynik może już się jednak nie powtórzyć

CEO Magazyn Polska

W poprzedniej perspektywie finansowej UE polska gospodarka rosła dzięki polityce spójności o 1 pkt proc. szybciej. Powstało wtedy blisko 350 tys. nowych miejsc pracy i ponad 1300 km autostrad i dróg ekspresowych – wynika z analiz wykonanych na zlecenie Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Ekonomiści zwracają jednak uwagę, że o ile udało się w krótkim okresie poprawić statystyki makroekonomiczne, to zbyt mało środków zainwestowano w poprawę konkurencyjności i innowacyjności.

Od 2004 do 2013 roku poziom dochodu na mieszkańca w Polsce odniesiony do średniej unijnej zwiększył się z 50 proc. do 67 proc. To jest potężny skok rozwojowy i skorzystaliśmy na nim wszyscy. Natomiast wśród branż, które skorzystały najbardziej z pewnością trzeba wymienić infrastrukturę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole.

Z danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju wynika, że dzięki funduszom europejskim w latach 2007–2013 powstało lub zostało zmodernizowanych 11,016 tys. km dróg, w tym 1,355 tys. km autostrad i dróg ekspresowych. Ponadto wybudowano lub gruntownie zmodernizowano 1653 km linii kolejowych. W tym samym okresie dzięki współfinansowaniu ze środków UE powstało także 420 oczyszczalni ścieków i zrealizowano 528 inwestycji w zakresie odnawialnych źródeł energii.

To był czynnik, który znacząco przyspieszył wzrost gospodarczy w Polsce, ale przede wszystkim poprawił jakość istniejącej infrastruktury i zwiększył jej zasób. Z lepszej infrastruktury korzystamy wszyscy, nie tylko gospodarstwa domowe, ale i firmy. Dzięki niej mamy wyższą wydajność w skali całej gospodarki. Można zatem powiedzieć, że cała gospodarka na niej skorzystała – uważa Borowski. 

Według analiz wykonanych dla MIR, polityka spójności wpłynęła pozytywnie na tempo wzrostu gospodarczego w okresie od 2007 r. W 2012 r. według modelu Hermin, wzrost PKB dzięki wykorzystaniu funduszy unijnych był o 0,8 pkt proc. wyższy w porównaniu do scenariusza braku polityki spójności. Według modelu opracowanego przez Instytut Badań Strukturalnych, w 2012 r. dzięki środkom europejskim gospodarka rozwijała się szybciej o 1,1 pkt proc. Dzięki przyspieszeniu wzrostu gospodarczego w całym okresie od 2007 r. poziom PKB w 2012 r. był wyższy o 6,2 proc. (model EUImpactMod), a według modelu Hermin – nawet o 16,1 proc. w porównaniu do hipotetycznej sytuacji, gdyby gospodarka nie była zasilana funduszami UE. Autorzy opracowania na stronie MIR piszą jednak, że zasadnicza część tego wzrostu to tzw. efekt popytowy, z czym zgadza się Jakub Borowski.

– To jest potężna korzyść, potężne przyspieszenie wzrostu, dzięki programom wsparcia dla polskiej gospodarki. Natomiast te środki tylko w pewnym stopniu, w mniejszym, niż tego oczekiwaliśmy, przyczyniają się do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki. Innymi słowy, te środki były w znacznym stopniu przepalane w ramach pierwszej unijnej perspektywy finansowej – twierdzi główny ekonomista Crédit Agricole. 

Efekt popytowy wydatkowania środków unijnych polega na tym, że w krótkim okresie w związku z inwestycjami rosną wydatki firm i konsumentów oraz zatrudnienie w gospodarce. Po upływie czasu impuls popytowy zanika, dlatego ważniejsze jest, aby inwestycje współfinansowane przez UE generowały efekt podażowy, który trwale zwiększa dobrobyt. W skrócie, wymaga to takiego wyboru inwestycji, dzięki którym będzie rosła produktywność pracy i aktywów, jakie posiadają przedsiębiorstwa.

To jest dzisiaj podstawowe wyzwanie: w jaki sposób wydać tę potężną pulę środków unijnych, aby uczynić polską gospodarkę bardziej innowacyjną, aby nie kreować tylko dodatkowego popytu w gospodarce, ale żeby stworzyć też trochę podaży. Czyli stworzyć takie firmy, innowacje, techniki produkcji i produkty, które sprawią, że polska gospodarka będzie mocniejsza i bardziej widoczna na rynkach eksportowych – uważa Borowski.

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju podaje, że z perspektywy finansowej 2007–2013 skorzystało ponad 28 tys. firm oraz 258 instytucji otoczenia biznesu. Wraz z wydatkami na infrastrukturę i politykę rynku pracy pozwoliło stworzyć około 350 tys. nowych miejsc pracy. Nie oznacza to jednak automatycznie tego, że gospodarka skorzystała na wszystkich ze stworzonych miejsc pracy czy dofinansowanych firmach. Rentowność wielu z unijnych projektów – a także sztucznie stworzonych miejsc pracy – będzie dopiero zweryfikowana przez rynek, czyli przez konsumentów i przedsiębiorców.

– Chodzi o to, aby środki trafiały do tych, którzy potrafią zamienić je na innowacje, na jakiś nowy produkt, na nową technikę produkcji, która popchnie polską gospodarkę do przodu, uczyni ją bardziej konkurencyjną. Znane są anegdoty na przykład taksówkarzy, którzy brali udział w kursach finansowanych ze środków unijnych, które miały podnosić ich znajomość języków obcych. Generalnie skuteczność takich kursów jest niska, jeżeli ta wiedza nie jest weryfikowana i ugruntowywana. To jest ciemny punkt i jednocześnie główne wyzwanie dla Polski dzisiaj – twierdzi Jakub Borowski.

Duże firmy coraz częściej odchodzą od tradycyjnych rozmów kwalifikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Podczas rozmów kwalifikacyjnych pracodawcy oprócz sprawdzania kompetencji potencjalnego pracownika, coraz częściej badają także jego odporność na stres, zdolności analityczne oraz kreatywność. W ramach procesu rekrutacyjnego kandydat może zostać poproszony o opowiedzenie dowcipu lub zapytany o podejście do zdrady partnera. Nietypowe rekrutacje pomagają budować pozytywny wizerunek firmy jako pracodawcy.

Rekruterzy prześcigają się w wymyślaniu nietypowych pytań, które mają na celu zbadanie nie tyle kompetencji rozmówcy, ile jego kreatywności lub zdolności radzenia sobie ze stresem.

Wszystkie pytania rekrutacyjne, które potem wyciekają do opinii publicznej, mają za zadanie budować wizerunek pracodawcy, tworzyć employer branding danego przedsiębiorstwa. Z nietypowych pytań rekrutacyjnych słyną firmy, które cieszą się dobrą opinią pracowników, czyli Google czy Facebook. Inne firmy starają się naśladować te trendy, również w Polsce pojawiają się nietypowe pytania podczas procesu rekrutacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Łukasz Śrama z HR24, firmy zajmującej się doradztwem personalnym i zawodowym.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej pracodawca może zapytać, ile piłek mieści się w autobusie albo ile złotówek potrzeba, by zbudować wieżę wysokości Pałacu Kultury. Abstrakcyjne zagadnienie ma na celu ocenę zdolności kandydata do analitycznego myślenia. Zdarza się również, że pracodawca zada rozmówcy niedyskretne pytanie na temat jego życia prywatnego.

Przykład dziwnego pytania, na które ciężko odpowiedzieć: „jak myślisz, ile razy zdradziła cię twoja żona?”. Badamy, jak kandydat zachowuje się pod wpływem stresujących bodźców. Podczas rozmów kwalifikacyjnych kandydat może zostać też poproszony o opowiedzenie dowcipu. Wtedy też często pojawia się wahanie, niepewność, jak wybrnąć z takiej sytuacji, kiedy nic nie przychodzi do głowy – mówi Łukasz Śrama.

Eksperci przekonują, że w sytuacji, kiedy podczas rozmowy kwalifikacyjnej padnie krępujące pytanie, najważniejsze jest zachować spokój i spróbować na nie odpowiedzieć.

PKO Bank Polski – dywidenda za 2013 rok

Zarząd PKO Banku Polskiego zaproponował podział zysku za 2013 rok, w tym wypłatę dywidendy w wysokości 937,5 mln zł, czyli 0,75 zł z brutto na jedną akcję. Spójna z polityką dywidendową banku rekomendacja zapewnia zachowanie miar adekwatności kapitałowej na bezpiecznym poziomie oraz dalszy rozwój instytucji. Po zaopiniowaniu przez Radę Nadzorczą decyzje podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.

Zarząd proponuje przeznaczyć na dywidendę 31,65 proc. zysku netto do podziału za 2013 r. z uwzględnieniem stosownych zasad rachunkowości. Polityka dywidendowa PKO Banku Polskiego, zaktualizowana w 2012 roku, zakłada stabilne realizowanie wypłat dywidend w długim terminie z zachowaniem zasady ostrożnego zarządzania instytucją i stosownie do możliwości finansowych Grupy Kapitałowej. Jest zgodna z rekomendacją UKNF odnoszącą się do wzmocnienia baz kapitałowych banków.

– PKO Bank Polski prowadzi stabilną politykę dywidendową przy jednoczesnym dynamicznym rozwoju skali działalności, realizowanym poprzez wzrost organiczny oraz fuzje i alianse strategiczne. Siła kapitałowa Banku pozwala nam na regularne dzielenie się zyskiem z akcjonariuszami – podkreśla Zbigniew Jagiełło, Prezes Zarządu PKO Banku Polskiego.

Wypłata dywidendy w rekomendowanej wysokości zapewni utrzymanie wskaźnika adekwatności kapitałowej powyżej 12 proc. oraz wskaźnika Tier 1 powyżej 9 proc. z zachowaniem niezbędnego bufora kapitałowego, co pozwoli utrzymać dobrą sytuację kapitałową i płynnościową Banku oraz zapewni rozwój działalności kredytowej.

Proponowanym terminem ustalenia prawa do dywidendy jest 18 września 2014 roku, zaś wypłaty dywidendy 3 października tego roku.

Deklaracja jest zgodna z ogólnymi rekomendacjami KNF skierowanymi do prezesów banków odnośnie wypłaty dywidendy z zysku za 2013 rok.

PKO Bank Polski, jako jedyny przedstawiciel sektora na GPW, dokonywał wypłat dywidendy w każdym roku od momentu debiutu w 2004 roku, co świadczy o silnych fundamentach i wysokich wynikach finansowych. W ubiegłym roku przy wypłacie z zysku netto za rok 2012 stopa dywidendy (na dzień dywidendy) wyniosła 4,9 proc.

Czas zmian, reorganizacje, nowy właściciel i nowe porządki w firmie

Gdy firmę przejmuje nowy właściciel, dotychczasowi pracownicy obawiają się zaprowadzenia nowych porządków. Zwłaszcza, gdy towarzyszą im duże zmiany organizacyjne, likwidacja działów, zwolnienia oraz renegocjacje umów. Czy także ciężarna pracownica w okresie ochronnym powinna obawiać się pogorszenia warunków pracy i płacy a nawet zwolnienia? Wątpliwości wyjaśnia ekspert, Marta Kosakowska, aplikant adwokacki w TGC Corporate Lawyers.

Zgodnie z art. 231 kodeksu pracy, jeśli dochodzi do przejścia zakładu w ręce innego pracodawcy, to ten staje się stroną w dotychczasowym stosunku pracy, jaki łączył zatrudnionych z poprzednim pracodawcą.

Jeśli więc ciężarna pracownica wcześniej zatrudniona została w oparciu o umowę o pracę na czas nieokreślony, zgodnie z art. 177 § 1 k.p. , obecny pracodawca nie może wypowiedzieć ani rozwiązać z nią umowy o pracę, zarówno w okresie ciąży, jak i podczas urlopu macierzyńskiego, chyba że zachodzą przyczyny uzasadniające rozwiązanie stosunku pracy bez wypowiedzenia (czyli zastosowanie zwolnienia dyscyplinarnego).

Rozwiązanie angażu zatrudnionej spodziewającej się dziecka może nastąpić jedynie w sytuacji likwidacji zakładu bądź ogłoszenia upadłości.

Również w sytuacji, gdy pracodawca zdecydowałby się dokonać w spółce zwolnień grupowych, nie ma powodu do zmartwienia. Zgodnie bowiem z art. 5 ust 5 ustawy z dnia 13 marca 2003 r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników, w okresie objęcia szczególną ochroną przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem stosunku pracy (czyli w okresie ciąży i urlopu macierzyńskiego), pracodawca może jedynie wypowiedzieć dotychczasowe warunki pracy i płacy. Ewentualne zastosowanie wypowiedzenia zmieniającego, na skutek którego zmniejszy się otrzymywane wynagrodzenie, spowoduje, iż do końca okresu szczególnej ochrony, pracownica będzie otrzymywała dodatek wyrównawczy.

Finansowa majówka, czyli dlaczego warto wysłać nasze nawyki i bariery na długi weekend

Odłożyć czy wydać? Takie pytanie zadajemy sobie niemal każdego dnia, zanim sięgniemy po portfel. Zazwyczaj nie ma wyjścia – życie kosztuje. Jednak mniejsze sumy moglibyśmy bez problemu odłożyć. „Moglibyśmy”, ale tego nie robimy.

Dlaczego?
Badania pokazują, że odsetek osób, które chcą lub uważają, że powinno się oszczędzać, od lat utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. – Wynika to z normy społecznej oraz faktu, że ludzie, którzy oszczędzają, są postrzegani jako rozsądni i racjonalni – wyjaśnia prof. Tomasz Zaleśkiewicz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. W rzeczywistości nasze zachowania znacząco odbiegają od deklaracji. Jedynie niewielki odsetek Polaków oszczędza, a jeszcze mniejszy robi to regularnie.

Uzasadnienie jest zazwyczaj podobne: „nie mam z czego”. Jednak bardzo często, wbrew powszechnemu przekonaniu, to nie wysokość zarobków blokuje nas przed oszczędzaniem. Psychologowie zajmujący się problematyką naszych zachowań finansowych wskazują, że taka postawa może mieć również inne podłoże.

– Wraz ze wzrostem zasobności rośnie poziom aspiracji. Z psychologicznego punktu widzenia nie jest więc oczywiste, że jeśli ludzie mają więcej pieniędzy, to będą więcej odkładać – twierdzi prof. Tomasz Zaleśkiewicz.

Sytuację tę komplikuje fakt, że oszczędzanie jest całkowicie sprzeczne z naturą człowieka. – Jest ono dla nas czymś nienaturalnym, wręcz nieprzyjemnym. Nie lubimy odraczać gratyfikacji. Bezpieczniej jest konsumować niż odkładać coś na przyszłość, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy – tłumaczy.

Odległy cel utrudnia mobilizację
Odkładanie pieniędzy jest dla nas tym trudniejsze, im bardziej odległy cel obierzemy. – Trudno jest zmusić ludzi, żeby uruchomili w umyśle długoterminową perspektywę i już teraz zaczęli oszczędzać na coś, co wydarzy się np. za trzydzieści lat, np. na emeryturę – mówi prof. Zaleśkiewicz.

Dodatkową przeszkodę stanowi fakt, że w Polsce nie ma tradycji samodzielnego oszczędzania na przyszłość, a ze słowem „emerytura” nierozerwalnie wiąże się hasło „ZUS”. – „Zdejmuje” to z ludzi myślenie w kategoriach, że sami muszą wykonać wysiłek i wziąć odpowiedzialność za to, co wydarzy się gdy już będą musieli przejść na emeryturę – ocenia prof. Zaleśkiewicz. – A wytworzenie pewnych norm, nawyków jest szalenie trudne. Czasami wymaga to nawet kilku pokoleń – dodaje.

Finansowy żargon i postrzeganie ryzyka
Przed skorzystaniem z dostępnych na rynku narzędzi ułatwiających odkładanie i pomnażanie pieniędzy wielu z nas powstrzymuje też stosunkowo hermetyczny język, jakim posługują się przedstawiciele instytucji finansowych. Sprawia on, że ludziom bardzo trudno jest zrozumieć mechanizm działania produktu, tym bardziej na tle skomplikowanych procesów zachodzących na rynku finansowym.

Zdaniem Tomasza Zaleśkiewicza uproszczenie języka finansowego i posługiwanie się pojęciami lepiej obrazującymi działanie produktów finansowych, ekonomii i współzależności, jakie między nimi zachodzą, pomogłoby podejmować ludziom bardziej sensowne i rozsądne decyzje.

Barierą w korzystaniu z różnorodnych produktów finansowych jest też sposób w jaki ludzie postrzegają ryzyko inwestycyjne. Jak twierdzi badacz, nie ma to nic wspólnego z metodami oceny ryzyka stosowanymi przez profesjonalne instytucje finansowe. – Ludzie „mierzą” ryzyko zupełnie innymi kategoriami, np. czy mają nad czymś kontrolę lub czy coś znają. To, co jest ludziom znane, automatycznie wydaje im się bardziej bezpiecznie, nawet jeśli nie ma to nic wspólnego z danymi rzeczywistymi, obiektywnymi” – tłumaczy.

Zdaniem Piotra Minkiny z Union Investment TFI, to zapewne jeden z powodów, dla którego lokaty bankowe są tak bliskie Polakom, podczas gdy istnieją inne produkty, które charakteryzują się zbliżonym poziomem ryzyka, a często przynoszą zauważalnie wyższe zyski.

Warto też mieć świadomość, że aby efektywnie odkładać pieniądze, powinniśmy zmienić sposób myślenia. Nie traktujmy oszczędzania i pomnażania środków w kategoriach straconej szansy czy odmówienia sobie przyjemności. Lepiej pomyślmy, co zyskujemy – możliwość zrealizowania większego celu, marzenia lub stabilność finansową.
Mity związane z pomnażaniem kapitału

Przyjrzyjmy się także największym mitom, które narosły wokół pomnażania kapitału lub mówiąc bardziej fachowo – „inwestowania”.

Mit 1 – Inwestowanie jest dla ekspertów
Nieprawda. Podobnie jak w przypadku innych usług, nie musimy się na nich profesjonalnie znać, aby z satysfakcją z nich korzystać. Wystarczy wybrać rzetelną, przejrzystą i nadzorowaną przez KNF firmę inwestycyjną, która może się pochwalić dobrymi, wieloletnimi wynikami i stabilną kadrą. To jej specjaliści będą naszymi ekspertami od zarządzania pieniędzmi. My tylko zdecydujemy, na jak długo i w jaki sposób będą pomnażane nasze oszczędności.

Mit 2 – Inwestowanie jest czasochłonne
Nieprawda. Kluczowe jest zmobilizowanie się i zrobienie pierwszego kroku. Po wyborze konkretnego produktu, co można zrobić także w banku, wystarczy ustawić stałe zlecenie przelewu z konta. Nasz kapitał cały czas będzie „pracował” a my nawet tego nie odczujemy.

Mit 3 – Inwestowanie jest drogie
Kolejny mit. Aby zacząć pomnażać kapitał wystarczy 100 lub 200 zł miesięcznie. Nie obciąży to naszego domowego budżetu. Ważna jest systematyczność.

– Jeśli uświadomimy sobie pewne psychologiczne mechanizmy wpływające na nasze zachowanie, możemy wiele zyskać. Co więcej, przy odpowiedniej taktyce uda nam się nie tylko odłożyć satysfakcjonującą sumę pieniędzy, ale co ważniejsze – zrobić to bez wielkich wyrzeczeń i zaciskania pasa – mówi Piotr Minkina z Union Investment TFI.
Może zatem warto wykorzystać wolny czas, by określić swoje cele, ze spokojem przeanalizować wydatki? Może jesteśmy w stanie wyrobić sobie pewne pozytywne nawyki, które z czasem zaprocentują?

Cel, który eliminuje straty czasu. Materiał ekspercki

Każdego dnia wykonujemy dziesiątki, a niekiedy nawet setki różnych czynności. Niezależnie od natłoku obowiązków warto jednak w pewnym momencie zwolnić i zastanowić się, jaki cel mają te podejmowane przez nas działania. Jak się bowiem okazuje, wiele niepotrzebnych zadań wykonujemy mechanicznie i bezrefleksyjnie, marnując w ten sposób codziennie mnóstwo czasu.

Większość ludzi marzy o tym, by ich każdy kolejny dzień obfitował w szereg nowych wyzwań, doświadczeń, wrażeń czy decyzji. Proza życia często sprowadza nas jednak na utarte ścieżki, na których czyhają wciąż te same, powtarzalne czynności i zachowania.

Nad tym, jak się z tego wyrwać, przynajmniej raz na jakiś czas zastanawiają się niemal wszyscy: przedsiębiorcy i pracownicy, doświadczeni i nowicjusze, specjaliści i stażyści. Prędzej czy później dochodzą oni do zatrważającego wniosku: na działania zupełnie nieistotne tracimy zbyt dużo czasu!

Co zatem należy w sobie zmienić, by zyskać pewność, że za 10 lat nie będziemy wciąż w tym samym miejscu?

Bez celu tracisz czas

– Najlepszym sposobem, by zagwarantować sobie stały rozwój, a jednocześnie uniknąć wrażenia marnowania czasu, jest określanie długofalowych celów. Żyjąc „tu i teraz” narażamy się bowiem na to, że przez cały czas pracować będziemy na sukcesy innych osób, wg ich życzeń, a nie naszych – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, ekspert zarządzania czasem.

Co więcej, działając bez wizji możemy w pewnym momencie złapać się na tym, że wykonujemy niemalże wszystko, co nam zlecono, nie zastanawiając się przy tym, jak wpłynie to na nasze dalsze losy.

Tak naprawdę to tylko od nas zależy więc, jaki skutek będą miały wspomniane setki czynności, których podejmujemy się każdego dnia: czy przybliżą nas do zaplanowanego efektu, czy też sprawią, że zmarnujemy czas kręcąc się w kółko.

Cel pozwala uniknąć bólu głowy

Wyznaczony przez nas cel pozwoli nadać sens wielu pomniejszym zadaniom. Taki sposób funkcjonowania sprawdzi się jednak również w dużo bardziej prozaicznych sytuacjach z życia codziennego.

Wyobraźmy sobie, że nasz znajomy proponuje nam wyjście do teatru na ostatnią sztukę prezentowaną w jakimś konkretnym terminie. Jednocześnie w tym samym czasie zaplanowano transmisję meczu piłki nożnej najlepszych drużyn Europy.
¬
– Staniemy w tym momencie przed nie lada problemem, co wybrać. Są osoby, dla których dylemat ten wiązał się będzie nawet z niemałym bólem głowy. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że jeszcze w styczniu postanowiliśmy w tym roku się przede wszystkim ukulturalniać, ostateczna decyzja okaże się szybka, łatwa i przyjemna – podpowiada Grzegorz Frątczak.

Długofalowe cele upraszczają więc nasze życie, a jednocześnie pozwalają zaoszczędzić czas, który do tej pory trwoniliśmy na zastanawianie się i przedstawianie samemu sobie różnych argumentów przemawiających za jednym bądź drugim rozwiązaniem.

Małe cele, duży sukces

Kierując się wizją efektu końcowego z całą pewnością dużo łatwiej jest osiągnąć sukces. Istotna przy tym jednak jest umiejętność odpowiedniego projektowania swojego czasu poprzez wyznaczanie krótszych (tygodniowych, kwartalnych czy nawet rocznych) punktów kontrolnych.

– Jeśli postanowiliśmy, że za dwa lata nasza firma będzie miała 10 mln zł obrotów, kwoty tej nie możemy podzielić na poszczególne miesiące i tylko oczekiwać stałych przyrostów. Zamiast tego, lepiej zdecydować się na systematyczne odbywanie np. 20 spotkań z klientami i rozliczanie siebie z efektów nawiązanych relacji– zauważa przedstawiciel CEO Solutions.

Co więcej, działając w ten sposób szybko odkryjemy, jakich zasobów, umiejętności czy doświadczeń brakuje nam jeszcze do realizacji zamierzeń i będziemy w stanie odpowiednio zareagować. Tego typu podejście ułatwi nam także eliminowanie działań czy zachowań, które w rzeczywistości oddalają nas od naszego celu.

– Skoro bowiem wiemy, że za naszym sukcesem stanąć powinny owe spotkania, wszystko inne schodzi na dalszy plan. Nawiązujemy kontakt, szukamy lokalizacji, rezerwujemy swój czas i nie mamy trudności z odrzucaniem tego, co nam w tym przeszkadza – dodaje specjalista zarządzania czasem.

20%, które decyduje o wszystkim

Bez wątpienia na początku najtrudniej będzie przyzwyczaić się właśnie do owej eliminacji wszystkiego, co zbędne. Warto jednak w tym momencie przypomnieć sobie zasadę Pareto, która mówi, że nawet 80% efektów jest przeważnie wynikiem tylko 20% czynności.

W praktyce, to 1/5 działań decyduje o tym, w jakim kierunku zmierzać będzie nasze życie. Klucz do sukcesu stanowi zatem racjonalna ocena, które z wykonywanych przez nas na co dzień czynności mieszczą się w tej grupie, a jednocześnie przybliżają nas do osiągnięcia wybranego efektu końcowego.

Rekordowa liczba zeznań podatkowych została wysłana przez internet. Jest już 5 milionów e-PIT-ów

CEO Magazyn PolskaZ roku na rok coraz więcej osób rozlicza się z fiskusem przez internet. W tym elektronicznie wysłano już 5 mln e-PIT-ów. Dla tych, którzy z wypełnieniem formularzy czekają do ostatniego momentu,  wysłanie PIT-u drogą elektroniczną może być dobrym rozwiązaniem, bo znacznie przyspieszy i ułatwi całą procedurę.

Obserwujemy coraz większe zainteresowanie przesyłaniem PIT-ów przez internet, i to nas bardzo cieszy. W 2011 roku odliczaliśmy do pierwszego miliona, w 2012 roku – do drugiego, w 2013 roku – do trzeciego, dzisiaj odliczamy do pięciu milionów. Mamy nadzieję pobić ten rekord – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesława Dróżdż, rzeczniczka Ministerstwa Finansów.

Rozliczenie się z urzędem skarbowym drogą elektroniczną jest nie tylko najłatwiejszym, lecz także najbezpieczniejszym i najtańszym sposobem.

Oszczędzamy czas na dojazd do urzędu skarbowego, a co za tym idzie, również czas na stanie w kolejce do okienka. Oszczędzamy pieniądze na znaczek pocztowy, który ewentualnie chcielibyśmy nakleić na list, który trzeba zanieść do skrzynki pocztowej. Wystarczy dzisiaj podłączenie do internetu, komputer, wygodny fotel, PIT za zeszły rok, ponieważ przychód z tego PIT-u będzie nam potrzebny do podpisu elektronicznego naszego zeznania, i około siedmiu do dziesięciu minut, żeby wypełnić elektroniczny druk – mówi Wiesława Dróżdż.

Elektroniczne wysłanie formularza pomoże także ustrzec się najczęstszych błędów, jakie popełniają podatnicy – przede wszystkim mowa tu o błędach rachunkowych czy o braku podpisu na zeznaniu. W sytuacji, gdyby zeznanie było wypełniane i wysyłane w tradycyjny sposób, urzędnicy nie mają możliwości poprawy ewentualnych błędów. Wówczas podatnik jest wzywany przez urząd skarbowy do korekty zeznania albo – w przypadku braku podpisu – do jego uzupełnienia.

Jeżeli decydujemy się na formę elektroniczną, takich błędów nie zrobimy. Po pierwsze, system wyliczy za nas wysokość podatku, a po drugie nie przyjmie naszego zeznania rocznego, jeżeli nie będzie tam wypełnionych wszystkich wymaganych pól, czyli między innymi naszego podpisu – zaznacza Dróżdż.

Jak wskazują statystyki Ministerstwa Finansów, rozliczenie z fiskusem drogą elektroniczną najczęściej wybierają osoby w wieku 31–40 lat – to niemal 28 proc. wszystkich przekazanych rozliczeń. Wśród młodszych osób, do 30. roku życia, taki sposób rozliczenia wybiera ponad 21 proc. podatników.

Po 10 latach w Unii Polska niemal podwoiła PKB. Kolejna perspektywa będzie trudniejsza

CEO Magazyn Polska

Na tle nowych i starych krajów członkowskich Unii Europejskiej Polska bardzo dużo zyskała dzięki dobrze wykorzystanym środkom unijnym uważa Jerzy Kwieciński, były wiceminister rozwoju regionalnego. Polski PKB wzrósł o dwie trzecie, a eksport – prawie trzykrotnie. Na wspólnym unijnym rynku korzystają przedsiębiorcy, którzy mają większy rynek zbytu, a także pracownicy, którzy mogą przemieszczać się po krajach UE w poszukiwaniu pracy. W najbliższych latach konieczne będzie jednak dostosowanie się do nowych priorytetów wspólnoty, jak wzrost innowacyjności i wykorzystania odnawialnych źródeł energii.

Polski PKB wzrósł z 924 mld w 2003 r. do ponad 1,6 bln zł w ubiegłym, a eksport jest dwa i pół razu wyższy. Do krajów członkowskich UE eksportujemy ponad trzy razy więcej niż przed akcesją.

Wynika to z uczestnictwa Polski w bardzo dużym rynku Unii Europejskiej. Jest to zdecydowanie najważniejszy ze wszystkich czynników, który wpływa na te nasze sukcesy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jerzy Kwieciński, były wiceminister rozwoju regionalnego i ekspert BCC. – Korzystamy z funduszy unijnych, które do nas napływają, przede wszystkim na inwestycje. I korzystamy jako społeczeństwo ze swobodnego wyboru miejsca pracy, poruszania się. To sprawiło, że jakość naszego życia stała się wyższa.

Jak podkreśla, najbardziej na akcesji skorzystało Mazowsze i sama Warszawa. Województwo jest pod względem rozwoju gospodarczego powyżej unijnej średniej, a sama stolica – gdyby ją wyłączyć z województwa – byłaby jednym z najbogatszych miast w całej UE.

Skorzystały również regiony, które są stosunkowo niedaleko położone od centrum Unii Europejskiej, czyli województwa dolnośląskie, wielkopolskie i śląskie, które jednocześnie były bardzo dobrze skomunikowane z resztą Unii Europejskiej, czy to trasami drogowymi, kolejowymi, czy lotniczymi. Regiony, które są dalej od centrum Unii Europejskiej, czyli regiony Polski Wschodniej, będąc jednocześnie gorzej skomunikowane, miały zdecydowanie mniejsze możliwości rozwoju. Ale trzeba wyraźnie powiedzieć, że wszystkie nasze regiony wyraźnie skorzystały na uczestnictwie w Unii Europejskiej – podkreśla Jerzy Kwieciński.

Z funduszy strukturalnych i Funduszu Spójności zostało zrealizowanych  bądź jest w trakcie realizacji prawie 140 tys. projektów o łącznym budżecie ponad 350 mld zł i wsparciu z UE na kwotę ponad 200 mld zł. Średnio na jedną osobę w Polsce Unia przekazała ok. 5 400 zł. Nie sprawdziły się więc zapowiedzi pesymistów, którzy wróżyli, że Polska będzie musiała zwracać do unijnego budżetu nawet połowę dotacji.

Oczywiście są pewne problemy, ale jeżeli porównujemy siebie z innymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej, naprawdę wypadamy nieźle. Zwłaszcza że pieniędzy unijnych mamy zdecydowanie najwięcej ze wszystkich krajów członkowskich. To stawia przed nami znacznie większe wyzwania aniżeli przed innymi krajami członkowskimi – mówi Kwieciński.

Do tej pory większość inwestycji dotyczyła infrastruktury i na nią poszło najwięcej unijnych pieniędzy. W nowej perspektywie finansowej 2014–2020 zmieniają się priorytety, środki unijne muszą przede wszystkim być przeznaczane na poprawę innowacyjności.

– Niestety była to – i nadal jest – nasza bolączka. Nie tylko naszego kraju, naszego społeczeństwa, lecz przede wszystkim naszej gospodarki. Musimy oprzeć konkurencyjność naszej gospodarki w najbliższych latach na innowacyjności, a nie tylko na niskich kosztach pracy czy na samym uczestnictwie Polski w Unii Europejskiej – mówi były minister rozwoju regionalnego. – Kolejnym wyzwaniem dla nas będą środki przeznaczane na rynek pracy. Pomimo sporych pieniędzy, do tej pory,jakość naszego kapitału ludzkiego, a szczególnie jego dostosowanie do wymogów rynku pracy, nadal są dla nas bardzo dużym wyzwaniem.

Innym problemem, z którym Polska będzie musiała się zmierzyć do 2020 roku, będzie dostosowanie się do wymagań unijnych dotyczących ochrony środowiska.

Będziemy mieli olbrzymie wyzwania związane z gospodarką niskoemisyjną, bo to jest nowy priorytet Unii Europejskiej, który zakłada promowanie wykorzystania odnawialnych źródeł energii i zwiększenie efektywności energetycznej. Ale to jak najbardziej jest ujęte w celach naszego kraju i powinno pozwolić nam na większą niezależność energetyczną w przyszłości – podsumowuje Jerzy Kwieciński.

W ofercie banków pojawią się odwrócone kredyty hipoteczne. Rząd przyjął projekt regulacji w tym zakresie

CEO Magazyn Polska

Rząd przyjął projekt Ministerstwa Finansów dotyczący ustawy o odwróconym kredycie hipotecznym. Jeśli ustawa zostanie przyjęta przez Sejm i Senat, to banki będą mogły udzielać osobom starszym kredytów, których zabezpieczeniem będzie posiadana przez nich nieruchomość. Resort finansów zapewnia, że ustawa zawiera wystarczające regulacje chroniące klientów. Jeśli nowy produkt zyska popularność, w konsekwencji zwiększy się podaż nieruchomości na rynku.

Odwrócona hipoteka w tej chwili na polskim rynku nie funkcjonuje z tego względu, że był szereg barier prawnych, które musieliśmy wyeliminować, żeby banki mogły ją zaoferować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Wachnicka, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów. – One już od dawna monitorują sytuację prawną na rynku w zakresie tego produktu. Zakładamy, że już prowadzą analizy i przygotowują się do tego, żeby móc go zaoferować. Sądzimy więc, że nastąpi to szybko, co nie znaczy, że produkt będzie w ofercie wszystkich banków.

We wtorek rząd przyjął projekt ustawy o odwróconym kredycie hipotecznym i zdecydował o skierowaniu go do Sejmu. Wprowadzenie tego produktu do oferty banków ma pomóc starszym osobom podreperować domowy budżet. Odwrócona hipoteka polega na tym, że bank wypłaca klientowi – zazwyczaj właśnie osobie starszej – daną kwotę kredytu (jednorazowo lub np. co rok lub co miesiąc), którego zabezpieczeniem jest posiadana przez klienta nieruchomość.

Po śmierci kredytobiorcy dana nieruchomość nie staje się automatycznie własnością banku. To do spadkobierców klienta należy decyzja, czy spłacą w banku wypłacony do tej pory kredyt i zachowają nieruchomość czy też przeniosą prawo własności nieruchomości na bank.

Choć ustawa nie precyzuje, kto może korzystać z odwróconego kredytu, to zapewne same banki wprowadzą limit wiekowy dla klientów. W tym przypadku młodszy wiek klienta oznacza bowiem większe ryzyko dla banku.

Resort finansów, pracując nad nowymi regulacjami, koncentrował się na odpowiednim zabezpieczeniu interesów klientów.

Jednym z elementów jest możliwość odstąpienia od umowy. Standardowo przy kredycie konsumenckim mamy na to 14 dni od jej zawarcia, tutaj przedłużyliśmy ten termin do 30 dni. Wzięliśmy pod uwagę, że grupą beneficjentów tego produktu będą osoby starsze, które być może będą potrzebowały więcej czasu na podjęcie takiej decyzji i namyślenie się, czy ta oferta była odpowiednia – mówi Wachnicka.

Banki będą też musiały przekazać potencjalnemu klientowi – co najmniej na 7 dni przed podpisaniem umowy – formularz informacyjny. Jego wzór zostanie określony w rozporządzeniu ministra finansów. To oznacza, że w każdym banku kredytobiorca otrzyma informacje na takim samym formularzu, dzięki czemu łatwiej będzie mu porównać oferty.

W formularzu znajdą się wszystkie istotne informacje dotyczące produktu – a więc prawa i obowiązki stron, kwota kredytu, jej stosunek do wartości nieruchomości i dodatkowe opłaty – dodaje przedstawicielka Ministerstwa Finansów.

Ustawa przewiduje także możliwość wcześniejszej, bezpłatnej spłaty kredytu oraz ogranicza odpowiedzialność klienta maksymalnie do wartości nieruchomości. Precyzuje też przypadki, w których bank może wypowiedzieć umowę przed terminem. Chodzi tu o zaniedbywanie przez klienta swoich podstawowych obowiązków, takich jak płacenie podatków, związanych z nieruchomością, dokonywanie niezbędnych napraw czy utrzymywanie nieruchomości w odpowiednim stanie. Jeżeli kredytobiorca naruszy te obowiązki, to bank będzie mógł wypowiedzieć umowę, ale nie od razu.

Najpierw będzie musiał kredytobiorcę wezwać do tego, żeby przestał te obowiązki naruszać, a jeśli to nie poskutkuje, to będzie musiał zażądać upoważnienia do wypełniania tych obowiązków w imieniu klienta. Bank będzie mógł wypowiedzieć umowę dopiero wtedy, gdy kredytobiorca nie zechce nawet podpisać tego upoważnienia – tłumaczy Wachnicka.

Jej zdaniem przyjęcie ustawy może mieć również wpływ na rynek nieruchomości – przekazywane bankom nieruchomości będą trafiały na rynek, co doprowadzi do zwiększenia podaży nieruchomości, a w konsekwencji do obniżki cen.

Zastąpienie bramek na autostradach elektronicznym poborem opłat pozwoli zaoszczędzić ponad 15 mld zł do 2025 r.

CEO Magazyn Polska

Polscy kierowcy tracą z powodu korków przed autostradowymi bramkami w sumie 8 mln godzin w ciągu roku. Do tego dochodzą koszty w postaci większego zużycia paliwa, które szacuje się nawet na 5 mln litrów i wyższa emisja dwutlenku węgla. Analitycy firmy doradczej Audytel SA i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych policzyli, że wprowadzenie elektronicznego poboru opłat na całej sieci autostrad w kraju przyniosłoby do 2025 roku 15,2 mld zł oszczędności w skali całej gospodarki.

Braliśmy pod uwagę trzy scenariusze. Jeden to kontynuacja stanu istniejącego, czyli wykorzystanie w dalszym ciągu manualnych punktów poboru opłat. Ten scenariusz jest dość słaby, zwłaszcza z punktu widzenia użytkowników autostrad, którzy korzystają z nich w czasach szczytu komunikacyjnego i stoją w korkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Emil Konarzewski, partner zarządzający Audytel SA.

Korki przed punktami poboru opłat mają negatywne skutki nie tylko dla kierowców i środowiska naturalnego, lecz także operatorów autostrad. W okresach wzmożonego ruchu, takich jak np. święta czy długie weekendy, część kierowców rezygnuje z przejazdu autostradami. W rezultacie niska przepustowość punktów poboru opłat obniża przychody operatorów.

Drugi scenariusz, który wzięliśmy pod uwagę, to pełna elektronizacja wszystkich systemów poboru na autostradach w Polsce. W tym scenariuszu zakładamy, że istniejące systemy manualne stopniowo zostałyby po prostu zastąpione wszędzie przez systemy elektroniczne – wyjaśnia Konarzewski.

Według analizy firmy doradczej Audytel SA i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych, scenariusz numer dwa jest najbardziej korzystny ekonomicznie, ponieważ do 2025 r. pozwoli uzyskać oszczędności w wysokości 15,2 mld zł. Jego realizacja wymagałaby objęcia elektronicznym systemem także tych odcinków autostrad, które są obecnie zarządzane przez prywatnych koncesjonariuszy. Jednak nawet gdyby pominąć odcinki prywatnych zarządców, to oszczędności i tak przekroczyłyby 12 mld zł.

To jest scenariusz mieszany, który przewiduje, że na części odcinków autostrad, zwłaszcza tych, gdzie w tej chwili już są zainstalowane systemy manualne, one po prostu by pozostały. Natomiast wszystkie inne, nowe odcinki, gdzie jeszcze nie ma żadnych inwestycji w systemy, od razu byłyby budowane w taki sposób, żeby można było tam stosować systemy elektroniczne. Ten pośredni wariant jest i tak lepszy od utrzymywania tylko i wyłącznie  systemów manualnych – twierdzi partner zarządzający Audytel SA.

Ze względu na oszczędności dla kierowców i operatorów, do pełnej elektronizacji poboru opłat dążą w większości również inne kraje europejskie. Elektroniczne systemy są powszechne, zwłaszcza w odniesieniu do pojazdów ciężarowych, i teraz dąży się do ich rozszerzenia na pojazdy lekkie.

W przypadku pojazdów ciężkich bardzo duża część jest oparta na systemie i winietowym, i elektronicznym. Systemów manualnych jest relatywnie mało i będzie ich coraz mniej. Natomiast w systemach dla pojazdów lekkich jest nieco inaczej. Zdecydowana przewaga należy dziś do systemów winietowych, ale już zmierzających w kierunków elektronicznych – mówi Anna Dąbrowska, prezes Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych (CATI) w Warszawie.

Według prezes CATI obok efektywności ekonomicznej za wprowadzeniem systemu elektronicznego w Polsce przemawia także to, że funkcjonuje on już w odniesieniu do pojazdów ciężkich.

My już okres winietowy mamy za sobą, nie będziemy do niego wracać z całą pewnością, w związku z czym de facto do wyboru zostają nam dwa  manualny i elektroniczny. I ten wybór jako długoterminowy wybór jest dosyć prosty – uważa Dąbrowska.

Przed długimi weekendami Polacy wypożyczają kabriolety, auta sportowe i większe vany. Jenak rynek wynajmu aut w Polsce wciąż daleko za zachodnimi sąsiadami

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków przekonuje się do wypożyczania samochodów. Rynek – na wzór rynków zachodnich – rozwija się dynamicznie, choć przede wszystkim w dużych aglomeracjach. Zainteresowanie ofertą wypożyczalni rośnie szczególnie przed długimi weekendami czy w okresie wakacyjnym. Klienci poszukują wtedy kabrioletów i sportowych aut lub większych, rodzinnych vanów. Ale z wypożyczalni chętnie korzystają też duże korporacje i mniejsze firmy.

– Rynek w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Perspektywy są bardzo dobre, dlatego że możemy się odnieść do rynków zachodnich, chociażby do niemieckiego. Tam wypożyczanie samochodów jest czymś zupełnie normalnym, co nikogo nie dziwi. W Polsce również staje się powoli standardem, ale wciąż tylko w dużych aglomeracjach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Żurek, dyrektor zarządzający ds. leasingu w Sixt rent a car Polska.

Wysoki potencjał wzrostu rynku i wciąż niewielka konkurencja sprawiają, że firmy wypożyczające samochody z optymizmem patrzą na polski rynek. Rosnąca popularność wynajmu samochodów sprawia, że na rynku zaznaczają się wyraźne segmenty, np. mniej zamożnych klientów, małych i średnich firm, korporacji czy wreszcie klientów wymagających i zamożnych.

– Od tego, kto wypożycza, zależy, na jak długo i jakie to są samochody. Wiadomo, że korporacje mają swoje odgórne postanowienia, co wypożyczać, komu i za ile, i do tego wtedy musimy się dostosować – tłumaczy Żurek.

W okresie wakacyjnym lub w czasie długich weekendów popularność wypożyczalni aut rośnie. Najczęściej poszukiwane są duże samochody rodzinne lub sportowe. Część zamożnych klientów lub miłośników motoryzacji poszukuje wtedy konkretnej marki lub modelu.

–  Długie weekendy są planowane przez naszych klientów już od dłuższego czasu. Wtedy królują samochody, które dają trochę smaku motoryzacji, są to samochody typu cabrio, samochody sportowe czy też samochody typu van, które mają miejsca na siedem osób i dzięki temu mieści się cała rodzina – mówi dyrektor w Sixt rent a car Polska.

Naturalną konsekwencją dużej segmentacji rynku wynajmu aut są też znaczne różnice w cenach. Firma Sixt, wypożyczając droższe samochody, dodatkowo ogranicza ryzyko, stawiając wyższe wymagania kierowcom – muszą oni mieć ukończone co najmniej 25 lat i posiadać prawo jazdy od 3 lat. W przypadku samochodów z klasy ekonomicznej minimalny wiek kierowcy to 19 lat, a jego staż – rok.

– Ceny są bardzo zróżnicowane w zależności od modelu samochodu. Oferujemy samochody od klasy samochodów ekonomicznych typu Ford Fiesta, Renault Clio, do samochodów luksusowych, bardzo drogich, jak modele Mercedesa MG czy samochód sportowy typu Camaro. To są auta, które klienci od nas biorą na urlopy czy krótsze lub dłuższe wycieczki – podkreśla Łukasz Żurek.

Klienci biznesowi, podobnie jak i prywatni, są bardzo zróżnicowaną grupą pod względem potrzeb, dlatego firmy stosują różne narzędzia marketingowe. Wśród nich są rabaty, programy lojalnościowe czy udogodnienia pozwalające szybciej rezerwować samochody.

– Mamy całą masę promocji i bonusów. Prowadzimy programy lojalnościowe dla naszych klientów, które pozwalają nam wynajmować taniej, oraz wynajmować łatwiej i szybciej. Każdy znajdzie w pakiecie coś ciekawego, zarówno duża korporacja, która chce podpisać stałą umowę na wiele lat, jak i klient, który potrzebuje samochodu na kilka godzin – twierdzi Łukasz Żurek.

Udogodnieniem jest również to, że ze względu na dużą sieć punktów wynajmu w kraju i za granicą klient może wypożyczyć auto w jednym mieście, a oddać do wypożyczalni w innym.

Co roku przybywa 6 tys. chorych na białaczkę. W bazie dawców szpiku w Polsce jest 0,5 mln dawców, w Niemczech 5 mln

CEO Magazyn PolskaCo roku w Polsce przybywa ponad 6 000 nowych przypadków białaczki. Dla wielu chorych jedyną szansą na życie jest przeszczepienie szpiku lub komórek macierzystych. W polskiej bazie dawców niespokrewnionych jest około 500 tys. potencjalnych dawców, natomiast w niemieckiej jest ich 5 mln. Tymczasem prawdopodobieństwo znalezienia dawcy szpiku wynosi 1:25 tys. Transplantację szpiku propagować będą w ten weekend wolontariusze KGHM, którzy przejadą na rowerach ponad 400 km.

Od 1 do 4 maja pokonamy ponad 400 km na rowerze, informując o tym, że przeszczep szpiku jest metodą walki z białaczką, że ratuje życie. W miejscach postoju będziemy rejestrować potencjalnych dawców szpiku. Akcja „Rowerem po szpik” organizowana jest po raz pierwszy. W długi weekend majowy poświęcamy swój czas. Jesteśmy przeszkoleni, będziemy szukać, informować i uświadamiać, co to jest białaczka, jak walczyć z tą chorobą i jak łatwo uratować komuś życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Bogusław Godlewski, koordynator wolontariatu w KGHM Polska Miedź SA.

Kilkudziesięciu pracowników, wolontariuszy KGHM, przejedzie z Lubina do Kołobrzegu w ramach akcji „Rowerem po szpik dla Justyny”. Wolontariusze będą rejestrować potencjalnych dawców szpiku od godziny 13 w następujących miejscowościach: 1 maja w Nowym Tomyślu, 2 maja w Choszcznie i przez dwa dni (3, 4 maja) w Kołobrzegu. Podczas rejestracji odbędzie się również kwesta na rzecz chorej na chłoniaka Justyny Husarek.

Akcja odbywa się w ramach programu wolontariackiego w KGHM „Miedziane serce”. KGHM zapewnia odpowiedni sprzęt, zabezpieczenie medyczne i logistyczne akcji.

To jest pomysł naszych pracowników, wolontariuszy z KGHM-u, którzy postanowili połączyć swoją pasje, jeżdżenie na rowerze, ze szczytną ideą. Ponieważ organizujemy bardzo dużo tego typu akcji i rejestracji potencjalnych dawców szpiku, zarejestrowaliśmy już ponad 800 osób. Wśród tych 800 osób trzy osoby oddały szpik – wyjaśnia Bogusław Godlewski.

Wolontariusze z KGHM, którzy brali udział w „Biegu Piastów” czy w Festiwalu Biegowym Forum Ekonomicznego w Krynicy, zdają sobie sprawę z tego, że im więcej osób zarejestruje się w Krajowym Banku Dawców Szpiku, tym większe szanse na odnalezienie genetycznego bliźniaka, który może pomóc choremu na białaczkę.

Co godzinę w naszym kraju ktoś dowiaduje się, że choruje na białaczkę i że to jest choroba śmiertelna. W polskiej bazie dawców jest około 500 tys. potencjalnych dawców szpiku, natomiast w niemieckiej jest ich 5 mln. Proszę zobaczyć, jaka to duża różnica i jaka skala – podsumowuje Godlewski.

Drużyna Szpiku KGHM należy do ogólnopolskiej Fundacji Dar Szpiku im. Anny Wierskiej w Poznaniu. Została utworzona przez pracowników spółki i zajmuje się propagowaniem zdrowego trybu życia i organizacją akcji rejestracji potencjalnych dawców.

Co dziesiąty aktywny zawodowo Polak pracuje za granicą. Od jutra otwiera się kolejny rynek pracy – w Szwajcarii

CEO Magazyn Polska

Od 2004 r. z Polski wyjechało za pracą tyle osób, ile mieszka w Warszawie, czyli blisko 2 mln pracowników i przedsiębiorców, głównie na rynki starej unijnej piętnastki. To najwięcej spośród państw naszego regionu, z wyjątkiem Rumunii, skąd wyjechało 2,4 mln osób. W ostatnim czasie zjawisko ponownie przybrało na sile, wbrew oczekiwaniom, że będą następowały powroty do kraju. W rezultacie obecnie aż 10 proc. aktywnych zawodowo Polaków pracuje poza granicami kraju – wynika z raportu think-tanku CEED Institute.

Wyjeżdżają młode roczniki, które w dużej mierze osiedlają się już za granicą, nie chcą wracać i ściągają do siebie rodziny. To powoduje, że będzie nas jeszcze więcej ubywać, że będziemy się starzeć szybciej, niż miałoby to miejsce w sytuacji, kiedy ci Polacy zostawaliby w kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu NBP.

Jeszcze szybsze starzenie się społeczeństwa grozi wyhamowaniem wzrostu gospodarczego w Polsce, a taki scenariusz uniemożliwiłby szybki wzrost płac, który jest potrzebny do ograniczenia skali emigracji. Z perspektywy wyjeżdżającego pracownika lub przedsiębiorcy emigracja jest korzystna, bo pozwala podnieść poziom życia i rozwijać nowe umiejętności. Często jest też jedyną szansą na pracę za godziwą płacę.

Bilans na poziomie kraju, który traci potencjalnych pracowników, jest jednak negatywny. Ekonomiści nie mają wątpliwości, że w dłuższym okresie beneficjentami zjawiska migracji są kraje przyjmujące, czyli np. Irlandia, Wielka Brytania i Niemcy. Zyskują na tym tamtejsze firmy, jak również budżety państw, tymczasem w Polsce skala emigracji powiększa i tak duży deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Nie ulega wątpliwości, że emigracja o dużej skali ma również wpływ na finanse publiczne. Ludzie, którzy pracują za granicą, z całą pewnością nie będą mieli wkładu do tutejszego systemu zabezpieczeń socjalnych. Czyli wyjeżdżając, wzbogacają w gruncie rzeczy w krótkim i długim okresie ten kraj, który ich gości – uważa Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Bilans emigracji jest dla Polski negatywny także po uwzględnieniu napływu pieniędzy, jakie emigranci wysyłają do swoich rodzin.

Co roku do Polski trafia ponad 4 mld euro transferu z pracy Polaków za granicą. 3,5 mld euro z tych środków to są transfery z pracy Polaków w krajach unijnych. Można powiedzieć, że jest to ewidentnie korzyść wynikająca z tego, że po otwarciu granic w 2004 roku Polacy odważyli się poszukiwać pracy. Te środki na przestrzeni ostatnich 10 lat są dosyć imponujące, bo przekroczyły kwotę ponad 40 mld euro – twierdzi Katarzyna Zajdel-Kurowska.

W sytuacji wysokiego bezrobocia w Polsce (w marcu 13,5 proc.) negatywne następstwa emigracji dla polskiego rynku pracy są mało widoczne. Choć są branże, gdzie przedsiębiorcy od lat narzekają na niedostatek pracowników, to wciąż w wielu regionach i branżach jest więcej chętnych do pracy niż wolnych wakatów. Jednak postępujące ożywienie gospodarcze wraz z dalszym odpływem pracowników z Polski będzie stopniowo odsłaniać luki na rynku pracy. Teoretycznie istnieje możliwość, że w niektórych branżach mogą one zostać wypełnione, przynajmniej częściowo, przez pracowników ze Wschodu.

Nie powinniśmy zapominać o ponad milionie osób, które mogą mieć Kartę Polaka, ludzi, którzy historycznie są Polakami lub są drugim pokoleniem w rodzinach polskich, ale mieszkają za granicą. Te osoby powinny być w pierwszej części wskazywane jako potencjalni przyszli współpracownicy w Polsce, jako nasi przyszli emigranci – mówi Tomasz Misiak, prezydent Rady Nadzorczej Work Service.

Uzasadniona jest jednak wątpliwość, dlaczego to Ukraińcy, Białorusini lub Polacy mieszkający za wschodnią granicą mieliby preferować przeprowadzkę do Polski, zamiast od razu wyjeżdżać do Europy Zachodniej. Zwłaszcza że stopa bezrobocia w Niemczech i Wielkiej Brytanii jest dwukrotnie niższa niż w Polsce, a różnica w zarobkach – wciąż wysoka. Swoboda przepływu pracowników w UE zwiększa znaczenie różnic w zarobkach i warunkach pracy jako czynników decydujących o miejscu migracji.

Rozwiązanie w postaci napływu siły roboczej z zewnątrz, ze Wschodu, będzie trwało kilka, w najlepszym wypadku kilkanaście lat. Później to się skończy, bo ci ludzie będą albo u siebie znajdowali porównywalną pracę i zarobki albo będą emigrowali dalej w poszukiwaniu lepszego życia. Więc to na pewno nie jest rozwiązanie, które powinno nas satysfakcjonować – uważa Janusz Jankowiak.

Według Michała Boniego, byłego ministra pracy i polityki socjalnej, dla polskich emigrantów jeszcze ważniejsza od różnicy zarobków jest większa stabilność zatrudnienia i łatwiejszy start zawodowy w Europie Zachodniej. Dlatego, jak podkreśla, polityka mająca na celu wyhamowanie zjawiska emigracji zarobkowej musi koncentrować się z jednej strony na pobudzaniu wzrostu gospodarczego, a z drugiej – na poprawie warunków zatrudnienia młodych Polaków.

– Programy skierowane do ludzi młodych, bo oni w dużej większości są gotowi do wyjazdu, mają powodować, że łatwiej im będzie o pracę, a także o stabilność pracy. To jest istotne  nie może być bowiem takiej sytuacji, w której młodzi ludzie będą mieli poczucie, że w Wielkiej Brytanii znajdą trwałe i stabilne zatrudnienie łatwiej niż w Polsce – podkreśla Michał Boni.

Ostatni dzień na rozliczenie z fiskusem i korektę zeznania bez strat

0

Na rozliczenie się z urzędem skarbowym został tylko jeden dzień. Ci, którzy zeznanie już złożyli, powinni sprawdzić, czy nie ma w nim żadnej pomyłki. Korekta zeznania podatkowego powinna zostać złożona możliwie jak najszybciej – złożenie jej do końca okresu rozliczeniowego nie powoduje żadnych negatywnych konsekwencji.  Im dłuższa będzie zwłoka, tym wyższe będą odsetki. Traci się też prawo do części korzystnych rozwiązań.

– Jeśli korekta wpłynie do urzędu skarbowego przed 30 kwietnia i wynika z niej obowiązek dopłacenia podatku, to musimy to zrobić, ale bez konieczności płacenia odsetek od zaległości podatkowych. Wpłata korekty do końca kwietnia oznacza, że mieścimy się jeszcze w terminie zeznania i wpłacenia podatku. Jeśli zorientujemy się po 30 kwietnia, że musimy zrobić korektę, to wówczas może okazać się, że należy obliczyć odsetki od zaległości podatkowych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Dragan-Berestecka, doradca podatkowy z kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Niezależnie od terminu złożenia korekty, należy dołączyć do niej również wyjaśnienie. Nie musi być długie, jednak powinno tłumaczyć przyczyny składania korekty.

Przekroczenie terminu uniemożliwia podatnikowi skorzystanie z preferencyjnych form rozliczenia.

 – Złożenie korekty po 30 kwietnia skutkuje tym, że nie możemy już złożyć na przykład wniosku o wspólne rozliczenie z małżonkiem bądź z dzieckiem. Taki wniosek może zostać złożony tylko do końca kwietnia – mówi Dragan-Berestecka.

Złożenie korekty ma także wpływ na możliwość przekazania 1 proc. podatku na cele organizacji pożytku publicznego. Wniosek taki musi zostać wskazany w korekcie składanej w ciągu miesiąca od upływu terminu rozliczenia, czyli do końca maja.

Jeśli złożymy korektę jeszcze do końca maja, to wówczas wniosek o przekazanie 1 proc. podatku zostanie uwzględniony. W korekcie składanej na przykład w lipcu już nie. To wynika wprost z przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych – podkreśla doradca podatkowy.

Podatnik może korygować zeznanie podatkowe dowolną ilość razy. Ma na to też dużo czasu, gdyż zobowiązania PIT za dany rok przedawniają się z upływem pięciu lat. Jednak wraz z upływem czasu, konsekwencje będą coraz bardziej odczuwalne.

W przypadku gdy z korekty wyniknie większy podatek do zapłaty, to już od 1 maja do dnia wpłacenia tego podatku wynikającego z korekty, należy naliczyć odsetki od zaległości podatkowych i wpłacić je do urzędu wraz z zaległością – przypomina Dominika Dragan-Berestecka.

Dla podatników, którzy zapłatę uregulowali na skutek kontroli organu podatkowego, stawka odsetek za zwłokę od zaległości podatkowych wynosi 10 proc. kwoty zaległości w stosunku rocznym. Dla tych, którzy sami złożą korektę wraz wyjaśnieniem i zapłacą należność w ciągu siedmiu dni od jej złożenia, stosuje się obniżoną stawkę odsetek, czyli 7,5-proc.

Strefa euro potrzebuje wyższej inflacji. Inaczej ciężko będzie o znaczący wzrost gospodarczy

CEO Magazyn Polska

Zbyt niska inflacja sprawia, że europejskie banki wciąż niechętnie udzielają firmom kredytów, a bez tego trudno będzie pobudzić wzrost gospodarczy i konsumpcję. Ekonomiści uważają, że Europejski Bank Centralny powinien podjąć dodatkowe działania, które spowodują szybszy wzrost cen, zwłaszcza że sugerował takie rozwiązania. Stawką jest jego wiarygodność oraz – przede wszystkim – stan gospodarki w Europie – uważa Ignacy Morawski, główny ekonomista FM Bank PBP.

Europa ma dwa problemy: po pierwsze, EBC nie realizuje swojego mandatu inflacyjnego, po drugie, peryferie strefy euro zmagają się z tendencjami deflacyjnymi. I taka sytuacja wręcz woła o reakcję banku. Gdyby inflacja była niska jedynie przejściowo, to nie byłby to problem, ale prognozy wskazują, że inflacja utrzyma się zdecydowanie poniżej 2 proc. jeszcze przez trzy lata – wyjaśnia główny ekonomista FM Banku PBP w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W marcu wskaźnik zharmonizowanej inflacji (HICP) dla strefy euro wyniósł 0,5 proc. Inflacja w strefie euro nie przekroczyła 1 proc. od października ubiegłego roku. W Hiszpanii i we Włoszech wzrost cen jest bliski zera, a w Grecji, Portugalii i na Cyprze zanotowano nawet deflację, czyli spadek cen. Według marcowych prognoz EBC ceny w strefie euro zwiększą się w tym roku o 1 proc., w przyszłym – o 1,3 proc., a w 2016 r. ich wzrost wyniesie 1,5 proc.

Bank centralny z siedzibą we Frankfurcie tłumaczy, że inflacja pozostanie niska z powodu słabego wzrostu gospodarczego, a także prognozowanego spadku cen energii, w tym ropy naftowej. Choć EBC zwraca uwagę, że niska inflacja zwiększa dochody pozostające do dyspozycji w gospodarstwach domowych, to część ekonomistów jest zdania, że do uzdrowienia sektora finansowego potrzebny jest szybszy wzrost cen.

Wyższa inflacja pomogłaby podnieść ceny aktywów, głównie nieruchomości, przez to naprawić bilanse banków i uruchomić akcję kredytową. Nie mówię o akcji kredytowej, która miałaby za zadanie przywrócić boom zadłużeniowy, boom konsumpcyjny, tylko o takiej kierowanej do produktywnych projektów inwestycyjnych. Gospodarka nie może się rozwijać, jeżeli produktywne projekty inwestycyjne nie mają finansowania kredytowego, a takie ciężko jest uzyskać w systemie bankowym, który ma dziurawe bilanse. I teraz przy zerowej inflacji ciężko jest naprawić bilanse banków – tłumaczy Morawski.

Wyższa inflacja może być także ulgą dla wysoko zadłużonych rządów i podmiotów prywatnych. Jak dotąd EBC zrobił wiele, by im pomóc: obok standardowej polityki w postaci obniżek krótkoterminowej stopy procentowej prowadził interwencje na rynku wtórnym w celu obniżenia rentowności obligacji, uruchomił dwie rundy tanich długoterminowych kredytów dla banków (LTRO). Wreszcie, zapowiedział także podjęcie wszelkich koniecznych działań w celu ratowania strefy euro. Jednak zdaniem części ekonomistów to wciąż za mało i EBC musi podjąć kolejne, niestandardowe działania.

Jedną z możliwości jest skup aktywów, czyli to, co robią wszystkie największe banki centralne oprócz EBC: amerykański Fed, Bank Anglii, Bank Japonii, a więc kupowanie aktywów różnego rodzaju, głównie obligacji, po to, żeby obniżyć ich rentowności i przez to stymulować aktywność gospodarczą – mówi główny ekonomista FM Banku PBP.

Faktem jest, że w marcu poziom inflacji w Stanach Zjednoczonych (1,5 proc.), Japonii (1,6 proc.) i Wielkiej Brytanii (1,6 proc.) był wyższy niż w strefie euro, co może być skutkiem m.in. skupu aktywów przez tamtejsze banki centralne.

Inną możliwością luzowania polityki pieniężnej w warunkach zerowej stopy procentowej jest tzw. forward guidance, czyli zapowiedź utrzymania niskich stóp procentowych do momentu, kiedy będą spełnione określone warunki makroekonomiczne. Na przykład kiedy wzrost PKB osiągnie określony poziom albo kiedy oczekiwania inflacyjne nie wzrosną wyraźnie ponad cel inflacyjny. Dzięki temu, że bank centralny zapowiada bardzo długi okres utrzymania niskich stóp procentowych, rentowności aktywów, szczególnie tych długookresowych, spadają – wyjaśnia Ignacy Morawski.

Taką politykę prowadzi amerykańska Rezerwa Federalna (Fed), która publikuje z wyprzedzeniem prognozy, w tym dotyczące podwyżek stóp procentowych.

Teoretycznie EBC ma jeszcze w zanadrzu inne, choć bardziej ryzykowne działania. Są wśród nich m.in.: wprowadzenie ujemnej nominalnej stopy procentowej, a także zmiana celu polityki pieniężnej (z celu inflacyjnego na cel nominalnego wzrostu PKB).

Jeszcze inny instrument, który mógłby zastosować bank centralny, to bezpośrednie finansowanie rządów po to, żeby mogły one zwiększyć na przykład inwestycje publiczne. W strefie euro jest to raczej zakazane ze względu na rozwiązania traktatowe, ale w Stanach Zjednoczonych i innych krajach jest to możliwe – wskazuje Morawski.

Scenariusz, w którym EBC finansowałby deficyty budżetowe państw poprzez bezpośrednią emisję pieniądza, jest obecnie nierealny. Ze względu na sprzeciw grupy państw na czele z Niemcami, pod znakiem zapytania stoi także uruchomienie programu skupu aktywów. Inwestorzy obstawiają jednak, że EBC nie będzie miał wyjścia i rozpoczęcie luzowania ilościowego jest tylko kwestią czasu. Dlatego rynki coraz lepiej wyceniają dług europejskich państw, w tym Grecji, Portugalii i Hiszpanii.

Wiele wskazuje na to, że jest szansa na rozpoczęcie luzowania ilościowego, czyli skupu aktywów. Już widać efekty tej zapowiedzi, szczególnie po spadku rentowności obligacji krajów peryferyjnych. Generalnie popyt na obligacje krajów peryferyjnych Europy rośnie między innymi ze względu na to, że rynek oczekuje jakiejś formy skupu aktywów – twierdzi główny ekonomista FM Banku PBP.

Krzysztof Obłój w Radzie Nadzorczej MCI Management SA

0

Uchwałą Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, podjętą 28 kwietnia 2014 r., nowymi członkami Rady Nadzorczej MCI Management, powołanymi na trzyletnią kadencję zostali Dorota Lange-Socha oraz prof. Krzysztof Obłój. Zastąpili oni Dariusza Adamiuka i Wojciecha Siewierskiego, którzy w najbliższym czasie obejmą funkcje członków Rady Nadzorczej Private Equity Managers S.A. (PEM), spółki portfelowej Grupy MCI, wyspecjalizowanej w zarządzaniu aktywami private equity.

Wysokie kompetencje nowych członków Rady Nadzorczej doskonale wpisują się w strategię ambitnego rozwoju MCI – powiedział Hubert Janiszewski, Przewodniczący Rady Nadzorczej MCI Management. Wzajemnie uzupełniające się doświadczenie obydwu osób, z pewnością wpłynie na jeszcze szybszy wzrost wartości Spółki – dodał.

Krzysztof Obłój jest wybitnym specjalistą w zakresie zarządzania strategicznego i międzynarodowego. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim, na Akademii Leona Koźmińskiego, a gościnie również w wielu renomowanych szkołach biznesu na świecie, m. in. W amerykańskiej University of Illinois, norweskiej Bodo Graduate School of Management, francuskiej ESCP – EAP, czy też słoweńskiej International Management Development Center.

Jego książki i artykuły są publikowane w Europie i Stanach Zjednoczonych m. in. Management Systems (1993), Winning: Continous Improvement Theory i High Performance Organizations (1995), Emerging economies and firms in the global crisis (2012), The Passion and discipline of strategy (2013). Dwie ostanie książki wydane w Polsce – Strategia organizacji: w poszukiwaniu trwałej przewagi konkurencyjnej (2007) oraz Pasja i dyscyplina strategii (2010)), stały się bestsellerami na polskim rynku.

Profesor Krzysztof Obłój ma również duże doświadczenie jako doradca organizacyjny. Pracował dla takich firm jak GlaxoSmithKline, LPP, Beiesdorf, ABB, Benckiser, PZU, PKN Orlen i wielu innych w dziedzinie projektowania strategii firm i tworzenia struktur organizacyjnych. Był przewodniczącym lub członkiem wielu rad nadzorczych, m.in. w spółkach: Agora – Gazeta S.A., Dwory S.A., Orlen S.A., PZU S.A., Polmos Lublin S.A., i Telekomunikacja Polska S.A.  Obecnie jest członkiem trzech rad nadzorczych spółek akcyjnych na GPW a od listopada 2012 roku jest społecznym doradcą Prezydenta RP.

Dorota Lange-Socha jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, wydziału biologii molekularnej. W latach 1982-1984 pracowała w Instytucie Biochemii Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1984 r. prowadzi własną działalność, za pomocą której już w ciągu pierwszych ośmiu lat rozwinęła sieć czołowych w owym czasie butików w Warszawie i Łodzi. Od 1992 jest współwłaścicielką spółki Forte s.c., zajmującej się działalnością multimedialną i kreowaniem wizerunku firm. Od początku lat 90-tych, aktywnie uczestniczy również w procesie kształtowania rynku kapitałowego w Polsce m.in. zasiadając w Radzie Nadzorczej Saturn TFI S.A w latach 2008-2014.

Oprócz wyżej opisanej uchwały, podczas Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, zwołanego 28 kwietnia 2014 zatwierdzono również sprawozdanie finansowe Spółki za rok obrotowy 2013, sprawozdanie Zarządu i Rady Nadzorczej z działalności spółki w 2013 roku oraz udzielono absolutorium  poszczególnym członkom Zarządu i Rady Nadzorczej MCI Management w 2013 roku. Zatwierdzono też podział zysku Spółki i Grupy Kapitałowej za 2013 rok i podjęto ustalenia w kwestii zasad wynagradzania członków Rady Nadzorczej.

Grupa PGNiG chce zwiększyć efektywność zarządzania spółkami. Restrukturyzacja ma przygotować spółki na uwolnienie rynku gazu

CEO Magazyn Polska

Spółki z Grupy Kapitałowej PGNiG podpisały porozumienie o współpracy, które ma zwiększyć koordynację działań poszczególnych spółek oraz poprawić efektywność Grupy Kapitałowej. Docelowo PGNiG SA ma pełnić funkcję centrum korporacyjnego i kompetencyjnego, które będzie nadzorować projekty i procesy zachodzące w spółkach-córkach. Według zarządu, restrukturyzacja Grupy jest konieczna ze względu na zbliżającą się liberalizację rynku gazu. Dzięki porozumieniu PGNiG SA ograniczy koszty, przez co stanie się bardziej atrakcyjne dla inwestorów i partnerów biznesowych.

W ramach grupy PGNiG jest kilkanaście spółek, z których część ma zupełnie odmienne zadania i zajmuje się zupełnie innymi rzeczami. Jest również kilka spółek, które mają zdania bardzo zbliżone. Na przykład są dwie spółki o nazwie Geofizyka, jedna z Krakowa, druga z Torunia. Chodzi o to, żeby sprawnie koordynować prace wykonywane przez spółki córki z grupy kapitałowej PGNiG. Do tej pory nie było umowy, która by to wprost regulowała. Teraz już sytuacja będzie jasna – mówi Dominik Smyrgała z Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas.

Porozumienie między dwudziestoma czterema w pełni należącymi do PGNiG spółkami z grupy kapitałowej pozwoli wprowadzić zasady i narzędzia zarządzania, które zapewnią bardziej skuteczną realizację wspólnych celów. Celem umowy jest usprawnienie procesu podejmowania strategicznych decyzji, a także uporządkowanie podziału zasobów i kompetencji wewnątrz Grupy. Według komunikatu PGNiG SA, wszystkie spółki będą odpowiedzialne za realizację strategii Grupy. Dzięki temu zostanie ograniczone niekorzystne zjawisko konkurencji wewnętrznej i dublowania kompetencji, co podnosi koszty działalności całej Grupy. Nowy ład korporacyjny ma także usprawnić przepływ informacji wewnątrz GK PGNiG. Całość zmian w sferze zarządczej i kontrolnej ma przynieść dodatkową wartość akcjonariuszom i zwiększyć atrakcyjność spółki w oczach inwestorów.

– Powinno to zaowocować, przynajmniej w teorii, sprawniejszym funkcjonowaniem całej Grupy, niedublowaniem się zadań i ściślejszą kontrolą nad tym, co spółki córki wykonują. Prawdopodobnie też z punktu widzenia inwestycyjnego będzie to korzystniejsze dla potencjalnych inwestorów, ponieważ od tej pory będzie wiadomo, że jest sprawniejsza współpraca i to może być obietnicą lepszych efektów finansowych w przyszłości  uważa Smyrgała.

Umowa ma ułatwić kontrolę spółek córek z punktu widzenia realizacji celów całej Grupy Kapitałowej. Lepsza koordynacja działań ma dać oszczędności i poprawę efektywności. PGNiG SA, obok docelowej funkcji centrum korporacyjnego i kompetencyjnego Grupy, będzie także monitorować koszty, m.in. związane z zatrudnieniem. 

To jest szukanie pewnego porządku, który z pewnością też powinien zaowocować pewnymi oszczędnościami, ale myślę też, że chodzi o efektywność, o rozliczanie działalności spółek córek, o bardziej skoordynowane działania, żeby cała Grupa funkcjonowała jako jeden mechanizm – mówi Smyrgała agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Według niego, inwestorzy oraz pozostali interesariusze powinni odczuć pozytywne skutki porozumienia w perspektywie roku od jego zawarcia. Choć podkreśla, że dużo będzie zależało od determinacji zarządu we wdrażaniu umowy.

Zaufanie na rynku obligacji Catalyst ma zwiększyć niezależna polska agencja ratingowa

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych chce zwiększać poziom zaufania do notowanych na warszawskim parkiecie spółek. Jednym z pomysłów jest utworzenie własnej agencji ratingowej, co ma też zwiększyć zaufanie na rynku obligacji Catalyst. GPW zapowiada też zmiany w kodeksie dobrych praktyk dla spółek giełdowych.

Podejmujemy szereg różnych działań zmierzających do budowania zaufania do rynku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Jest pomysł by powstał Instytut Analiz i Ratingu. To jest dosyć świeży pomysł. Byłaby to lokalna, niezależna agencja ratingowa, która dostarczałaby nie tylko narzędzi, lecz także oceny ryzyka kredytowego, przede wszystkim na rynku długu.

Rynek długu, czyli stworzony przez GPW w 2009 r. system Catalyst, na którym emitowane są obligacje firm i samorządów, jest szczególnie ważny dla dalszego rozwoju giełdy. Jak podkreśla Adam Maciejewski, nie tyle ze względów biznesowych, ile z uwagi na zasilanie gospodarki w kapitał. Catalyst ma umożliwić emisję obligacji spółkom, które nie mogą lub którym nie opłaca się korzystać z kapitału własnego.

Własna agencja ratingowa to jeden z pomysłów mających na celu zwiększanie atrakcyjności tego rynku zarówno dla emitentów, jak i dla inwestorów. Jak podkreślał wcześniej Maciejewski, agencja miałaby być niskokosztowa, a stworzyłyby ją główne polskie instytucje finansowe. Wyeliminowany zostałby konflikt interesów, bo obecnie spółki płacą agencjom za ocenę wiarygodności kredytowej.

 Chodzi o właściwe monitorowanie ryzyka podmiotów, które na rynku obligacji się pojawiają. Mieliśmy już do czynienia z szeregiem sytuacji niewypłacalności emitentów, która związana była z ich trudną sytuacją. I to jest największe zagrożenie dla rynku obligacji. Dlatego trzeba wprowadzić odpowiednie narzędzie, które pozwoli inwestorom monitorować poziom ryzyka związanego z inwestycjami w te instrumenty – podkreśla Maciejewski.

To niejedyne działania GPW w obszarze budowania zaufania do rynku. Prezes giełdy zapowiada także rewizję kodeksu dobrych praktyk spółek giełdowych. Nowe zasady mają przede wszystkim kłaść nacisk na tzw. compliance, czyli zgodność działalności spółek z prawem. Adam Maciejewski ocenia, że inwestorzy na rynku kapitałowym zwracają na to szczególną uwagę.

Na multipleks wszedł ostatni nowy nadawca w tym rozdaniu. Prezes UKE: cyfryzacja przebiegła pomyślnie

0

CEO Magazyn Polska

Na trzech multipleksach jest już komplet nadawców. Wczoraj nadawanie rozpoczął 24 kanał – Fokus TV, a TVP1 zaczęło nadawanie tylko w wersji HD. Symboliczne wyłączenie ostatniego naziemnego nadajnika ogólnopolskiej telewizji analogowej miało miejsce niespełna rok temu. Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, odpowiedzialna za cyfryzację, uważa, że cały proces był sukcesem i udało się uniknąć błędów, które pojawiały się w innych krajach.

Cały proces wyłączania telewizji analogowej odbywał się w siedmiu etapach, począwszy od listopada 2012 roku, a skończywszy na 23 lipca 2013 roku, kiedy to w Polsce zniknął sygnał analogowy, od tej pory mamy tylko technikę cyfrową – przypomina Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W trakcie cyfryzacji 108 stacji głównych oraz 137 stacji retransmisyjnych, nadających sygnał analogowy, zastąpione zostały przez 195 cyfrowych stacji głównych oraz 127 stacji doświetlających.

Cyfryzacja to ogromny, złożony proces społeczny i gospodarczy, dlatego że zarówno nadawcy musieli przejść na nową technologię, jak i obywatele musieli albo zakupić nowe telewizory albo przystawki do starszych modeli telewizorów – tłumaczy Gaj.

Na cyfryzacji przede wszystkim skorzystali konsumenci, którzy nie chcą płacić operatorom kablowym lub satelitarnym. Do tej pory w ramach telewizji analogowej za darmo dostępnych było jedynie siedem kanałów, w tym podstawowe: TVP1, TVP2, TV4, TVN czy Polsat.

Teraz mamy ogólnie dostępne 24 programy – mówi Magdalena Gaj. To jest trzykrotne zwiększenie oferty programowej, co dla widza jest bardzo istotne. Mamy też lepszą  jakość i obrazu, i dźwięku – podkreśla prezes UKE.

28 kwietnia z multipleksu (MUX 1) usunięto TVP1 w standardowej rozdzielczości. Obecnie program ten dostępny jest wyłącznie w wersji HD. To symboliczne zakończenie procesu cyfryzacji. Po kilkunastu minutach zwolnione miejsce wypełnił nowy kanał – Fokus TV

– 28 kwietnia to jest data, kiedy wszedł na multipleks ostatni nowy, komercyjny nadawca w tym rozdaniu. Nowy, czyli taki, który nie jest nadawcą wprowadzonym na multipleks jako dotychczas nadający analogowo – mówi Magdalena Gaj.

Jak przekonuje prezes UKE, proces cyfryzacji w Polsce był bardzo udany, chociaż nastąpił z pewnymi opóźnieniami. Jednak udało się uniknąć błędów, które popełniły inne kraje.

W ogromnych i rozwiniętych Stanach Zjednoczonych trzeba było zatrzymać cały proces i wyznaczyć nową datę wyłączenia nadawania analogowego, ponieważ społeczeństwo było źle poinformowane i nie poradziło sobie z tym procesem – twierdzi Gaj. – Nie mieliśmy żadnych skarg, a jeśli były, to były rozwiązywalne. To była kwestia braku możliwości w odbiorze, trzeba było albo inaczej podłączyć dekoder, albo w innym kierunku skierować antenę – zapewnia.

Kolejna lista leków refundowanych nie obejmie innowacyjnych leków na cukrzycę, mimo apeli lekarzy i pacjentów

CEO Magazyn Polska

W Polsce na cukrzycę cierpi ok. 3,5 mln osób, z czego co roku umiera 30 tys. U wielu chorych, którzy mają wysokie wahania cukrów, występują powikłania, które prowadzą do niepełnosprawności. Przełomem w leczeniu diabetologicznym są leki inkretynowe, stosowane od lat w USA czy Europie. Są one dostępne również w Polsce, ale są pełnopłatne – a miesięczna kuracja kosztuje 200-600 zł. Lekarze i chorzy apelują o ich refundację dla najbardziej potrzebujących.

Wszystkie leki inkretynowe są obecne w polskich aptekach, ale koszt ich zakupu to od 200 do 600 złotych na miesiąc. Naprawdę niewielki odsetek pacjentów stać na to, aby z nich korzystać – mówi prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

Pomogłaby refundacja z budżetu państwa, ale apele środowiska lekarskiego i chorych nie przynoszą rezultatów. 1 maja zacznie obowiązywać nowa lista leków refundowanych, na której nie będzie leków inkretynowych.

Innowacyjne farmaceutyki mają nieco odmienny mechanizm działania od insuliny, przez co zapobiegają takim efektom ubocznym, jak hipoglikemia, czyli nadmierny spadek cukru we krwi w efekcie np. przedawkowania doustnych leków przeciwcukrzycowych czy insuliny. Skutkiem hipoglikemii mogą być drgawki, utrata przytomności, udar czy zaburzenia naczyniowe. Dodatkowo leki inkretynowe zmniejszają łaknienie i pozwalają kontrolować masę ciała. 

Leki te obniżają cukier, ale robią to w sposób inteligentny – tłumaczy profesor. – Insulina i starsze leki, różne pochodne mocznika, działają w ten sposób, że jak się je weźmie, to one obniżą cukier bez względu na to, jaki jest jego poziom we krwi. A leki inkretynowe nie będą działać, jeżeli cukier będzie prawidłowy.

To oznacza, że będą obniżać poziom cukru we krwi dopiero wówczas, gdy zacznie on niepokojąco wzrastać. To pomoże chorym uniknąć groźnego dla zdrowia niedocukrzenia.

Leki inkretynowe w lecznictwie występują od 9 lat i w tym czasie pojawiło się ok. 10 różnych preparatów z tej grupy. Mają pozytywną opinię Agencji Oceny Technologii Medycznych. Mimo że nie są już najnowsze, chorzy w Polsce nie mogą z nich masowo korzystać, bo nie ma ich na liście leków refundowanych.

Profesor Leszek Czupryniak przyznaje, że diabetolodzy wciąż ponawiają swoje apele o włączenie tych farmaceutyków do zmienianych co dwa miesiące list leków refundowanych, przedstawiają korzyści ekonomicznie wynikające z ich stosowania, ale skuteczność ich zabiegów jest niewielka.

Rząd powinien na to patrzeć jak na inwestycję. Dzisiaj wydane pieniądze przyniosą duże korzyści, ale za długi czas, za 5-10, może nawet 15 lat – mówi prof. Leszek Czupryniak.

Jego zdaniem nie ma przeciwwskazań merytorycznych ani finansowych, żeby leki te znalazły się na liście leków refundowanych. Tym bardziej że refundacja nie musiałaby dotyczyć wszystkich chorych, a jedynie wybranej grupy, dla której leki inkretynowe będą najskuteczniejsze.

W ogóle nie mówimy o dużych wydatkach z budżetu, ponieważ przy obecnych regulacjach, gdzie istnieje pojęcie risk-sharingu, czyli podziału ryzyka, firma farmaceutyczna może się z ministerstwem umówić, jak wysoki będzie poziom refundacji w danym roku. I firmy są gotowe przyjąć obciążenie budżetu rzędu 10 mln złotych, czyli jeżeli na dany lek refundacja przekroczy daną kwotę, to resztę pokryje firma farmaceutyczna. 10 mln złotych w skali budżetu refundacyjnego to są naprawdę znikome pieniądze – podkreśla prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.