Niezależność energetyczna UE dzięki węglowi i odnawialnym źródłom energii

CEO Magazyn Polska

Kryzys polityczny na Ukrainie wyraźnie pokazał, że na dostawach z Rosji nie można polegać. Właśnie dlatego odnawialne źródła energii oraz utrzymanie produkcji energii z węgla są szansą dla Unii Europejskiej na zwiększenie swojej niezależności energetycznej. To oznacza, że wprowadzenie niezbędnych ograniczeń emisji gazów cieplarnianych musi być dostosowane do realiów gospodarczych. Według polityków i ekspertów jest to największe wyzwanie polityki energetycznej UE.

Uważam, że Unia Europejska powinna zdecydowanie postawić na samowystarczalność energetyczną, czyli szukać swoich źródeł, odejść od zdecydowanej polityki negacji wykorzystywania węgla w energetyce  co jest w interesie Polski, a jednocześnie stawiać na te źródła, które w każdym kraju występują. Na pewno ważnym elementem będzie energetyka odnawialna – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Stryjecki, prezes Fundacji na rzecz Energetyki Zrównoważonej.

Według niego, trwający na Ukrainie kryzys i konflikt polityczny z Rosją pokazują, że budowa gazociągów z Rosji do Unii Europejskiej nie rozwiązuje problemu zależności energetycznej wspólnoty. Obecnie działa jeden gazociąg, który transportuje gaz bezpośrednio z Rosji do Niemiec – przebiegający dnem Bałtyku Nord Stream. Planowany jest także gazociąg South Stream z Rosji do Bułgarii przez Morze Czarne, ale jego budowa stoi pod znakiem zapytania z uwagi na wydarzenia na Ukrainie.

Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki, dodaje, że zależność energetyczna ma olbrzymie znaczenie polityczne. UE, według Eurostatu, importuje ponad 50 proc. potrzebnej energii (najnowsze dostępne dane z 2012 r.), a jedynym samowystarczalnym energetycznie krajem dzięki polom naftowym na Morzu Północnym jest Dania. Biorąc pod uwagę sam gaz, uzależnienie jest jeszcze większe i przekracza 65 proc. Dla Polski ten wskaźnik to niemal 74 proc.

W 2011 r. ok. 67,1 proc. energii produkowanej z gazu pochodziło z importowanego surowca. Ponad jedną czwartą niezbędnego gazu spoza UE dostarczyła Rosja.

Dlatego też akcentujemy ten element bezpieczeństwa energetycznego. A w jego kontekście również potrzebę opierania się i możliwie jak najlepszego wykorzystywania własnych zasobów energetycznych. Tutaj nawiązujemy do naszego bogactwa narodowego, jakim jest węgiel brunatny i kamienny. Ale to jest kwestia też i naszego miksu energetycznego, i potrzeby jego dywersyfikacji, bo to też jest element bezpieczeństwa – podkreśla Pietrewicz.

Zgodnie z danymi Eurostatu, w 2012 r. aż 85 proc. energii produkowanej w Polsce pochodziło z paliw stałych, czyli głównie z węgla. Pietrewicz przyznaje, że w ramach zrównoważonego rozwoju kwestie ochrony środowiska i redukcji emisji dwutlenku węgla są ważne. Zastrzega jednak, że nie można zapominać o wpływie na rozwój regionalny i wykorzystaniu lokalnych zasobów. Dlatego całkowity odwrót od węgla nie jest pożądany, choć większa dywersyfikacja źródeł energii z pewnością zabezpieczy Polskę.

Unia Europejska musi szukać pewnych alternatyw. Łatwym rozwiązaniem nie jest też postawienie na import dużo tańszego gazu łupkowego ze Stanów Zjednoczonych, dlatego że to nie jest w interesie Amerykanów. Oni będą woleli nam eksportować towary, które będą taniej produkowane dzięki niższym cenom ich energii, niż pozbywać się swojego paliwa – dodaje Stryjecki.

Zauważa, że uniezależnienie UE od importu gazu będzie bardzo trudne, ale należy w tym kierunku zmierzać. Pomóc może energetyka odnawialna. Według Stryjeckiego, w większym stopniu należy wykorzystać morskie farmy wiatrowe, które mogą generować więcej energii niż lądowe. Podkreśla, że UE nie powinna regulować emisji gazów cieplarnianych bezpośrednio, lecz jedynie pośrednio poprzez silne wsparcie dla OZE oraz energooszczędnej gospodarki.

Hipermarkety próbują odzyskać pozycję na rynku. Walczą z dyskontami ofertą i ceną

0

CEO Magazyn Polska

Ekspansja dyskontów pozostaje największym wyzwaniem dla hipermarketów i mniejszych sklepów. Metodą na ograniczenie ich dominacji jest m.in. franczyza, obniżanie cen i cięcie kosztów. Wielkie sieci handlowe na razie nie muszą martwić się o wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę, bo dwa projekty w tej sprawie przepadały w Sejmie.

Hipermarkety mają spośród wszystkich rodzajów sklepów największe zadanie do wykonania i realizują je przez politykę cenową i zmianę asortymentu, dostosowanie się do klienta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji oraz dyrektor przedstawicielstwa Metro AG w Polsce (właściciel m.in. Makro Cash&Carry, Media Markt). – Tak naprawdę mamy asortyment na dwóch poziomach. Ten najniższy, najtańszy, jak również ten delikatesowy – najwyższa półka. I na oba asortymenty mamy duże zapotrzebowanie wśród konsumentów polskich.

Juszkiewicz podkreśla, że wszystkie hipermarkety przyjęły bardzo mocną politykę obniżania cen do takiego poziomu, by były one porównywalne do dyskontów.

Udział dyskontów w sprzedaży FMCG [towarów szybko zbywalnych – red.] to około 20 proc. Ten udział jest bardzo duży, a jednocześnie przyrost jest bardzo szybki. Polskie małe sklepy stawiają czoła dyskontom poprzez systemy integrujące, w które wchodzą poprzez systemy franczyzowe z dużymi hurtowniami i hurtowniami Cash&Carry – tłumaczy prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Juszkiewicz dodaje, że w Polsce wciąż jest miejsce na nowe sklepy. Zdecydowanie większy potencjał rozwoju mają mało- i średniopowierzchniowe sklepy. Typ powstających obiektów zależy w dużej mierze od wielkości miasta, a nie od jego położenia. Większe miasta to większy potencjał dla hipermarketów.

Cały czas trwa konsolidacja na rynku, czyli wszystkie przedmioty mniejsze czy większe łączą się ze sobą – dodaje Juszkiewicz. Podkreśla, że cała branża szybko się modernizuje: – Jeśli chodzi o nowe technologie, to przede wszystkim obsługa klienta, smartfony i wszelkie możliwe inne płatności mobilne. Mamy również propozycję w postaci kas samoobsługowych.

Nowoczesne rozwiązania pojawiają się także w łańcuchu dostaw. Polacy coraz chętniej kupują też produkty pod marką własną sieci handlowych. Juszkiewicz podkreśla, że firmy wykorzystują to, oferując produkty pod marką własną we wszystkich kategoriach – od najdroższych po najtańsze. Ich jakość jest jednak zwykle bardzo wysoka.

Rozwój tej części handlu zostałby jednak zahamowany, gdyby wprowadzone zostały regulacje zakazujące sprzedaży w niedziele. Za takim prawem opowiadają się posłowie Prawa i Sprawiedliwości oraz katolickie organizacje społeczne i organizacje zrzeszające małe sklepy. Te ostatnie zyskałyby na zmianie prawa, bo ich właściciele mogliby – podobnie jak dziś w 12 ustawowo wolnych od pracy dni świątecznych – samemu stanąć za ladą. W niedziele nie mieliby konkurencji.

Jednak w marcu Sejm odrzucił głosami większości posłów koalicji oraz lewicy dwa niemal identyczne projekty ustawy. Juszkiewicz podkreśla, że dla branży handlowej jako całości taki zakaz oznaczałby wielkie straty. Obroty sklepów spadłyby o 4–12 proc., co oznaczałoby utratę kilku miliardów złotych rocznie. Największymi przegranymi byliby jednak pracownicy.

Najwyższy odsetek strat będziemy odnotowywać na rynku pracy. To dla nas oznacza zwolnienia nawet do 50 tys. osób w całej branży – ocenia Juszkiewicz.

W Polsce w obrocie są butelki zwrotne warte 150 mln zł. Konsumenci jednak najczęściej wyrzucają je do śmieci

CEO Magazyn Polska

W Polsce krąży ok. 400 milionów szklanych butelek zwrotnych o wartości 150 milionów złotych. Ale tylko niespełna 20 proc. konsumentów ma świadomość, że taka butelka to opakowanie ekologiczne, które nadaje się do ponownego wykorzystania. W ten sposób można nie tylko przyczynić się do ochrony środowiska, lecz także zmniejszyć koszty produkcji. Polacy wolą jednak butelki wyrzucać, bo panuje stereotyp, że ich oddawanie to czynność zarezerwowana dla społecznego marginesu. Nie każdy sklep chce też przyjmować opakowania zwrotne.

Obecnie w Polsce jedyną branżą, która stosuje butelkę zwrotną, jest branża piwowarska. 50 procent swoich wyrobów browary sprzedają właśnie w opakowaniach zwrotnych.

Butelka zwrotna może krążyć 20 razy i więcej. W Polsce średnio krąży od 8 do 12 razy, czyli dużo mniej. Z naszych badań przeprowadzonych w ubiegłym roku wynika, że raptem 20 proc. konsumentów wie, że zwracając butelkę, też czynią ekologiczny gest. Mamy więc sporo do nadrobienia – mówi Jagoda Jastrzębska, kierownik ds. rozwoju odpowiedzialnego biznesu w Carlsberg Polska, organizatora kampanii „Weź mnie w obroty”, która właśnie ruszyła i ma na celu zmienić nawyki konsumentów.

Z badania TNS dla Carlsberg Polska wynika, że butelka zwrotna jest drugim po puszcze najpopularniejszym opakowaniem wybieranym przez osoby kupujące piwo (26 proc.). Jednak tylko 6 proc. klientów interesuje to, czy piwo jest sprzedawane w opakowaniu zwrotnym.

Ambasadorem kampanii został Piotr Rogucki. Wokalista przekonuje, że nie ma powodu, by się wstydzić oddawania butelek do sklepu i wylicza płynące z tego korzyści.

– Po pierwsze, można przyczynić się do ochrony środowiska, po drugie, sprawić, że będzie czysto, po trzecie wynikające z tego oszczędności można wykorzystać i zagospodarować w inny sposób – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Rogucki, wokalista.

Łączna wartość butelek zwrotnych krążących w Polsce szacowana jest na ok. 150 mln zł.

Jak wynika z informacji Carlsberga, oddanie butelki do sklepu pozwala zaoszczędzić sporo energii i surowców. Do produkcji jednej szklanej butelki zużywanych jest ok. 1 100 W energii. To tyle, ile komputer zużywa przez 22 godziny. Zastąpienie butelki zwrotnej jednorazową oznaczałoby dodatkowych 600 tys. ton odpadów rocznie. To dwa razy więcej niż obecnie przetwarzają huty w Polsce.

Liderami używania butelek zwrotnych są Dania, Finlandia, Norwegia i Holandia. Tam konsumenci oddają do sklepów ponad 70 proc. opakowań ekologicznych. Polska plasuje się w połowie listy krajów europejskich.

Ludzie starsi byli wychowywani w takim momencie, kiedy butelka zwrotna funkcjonowała non stop. Jest to więc tylko kwestia przypomnienia, że takie schematy na rynku ekonomicznym funkcjonowały i funkcjonują nadal, tylko są mniej popularne. Trzeba im uświadomić fakt, że mogą z nich korzystać – mówi Piotr Rogucki.

Zdaniem wielu konsumentów, zwrot butelek to spory kłopot. Tylko część sklepów przyjmuje wszystkie zwracane butelki. Inne tylko te, na które klienci mają paragon, a inne w ogóle nie przyjmują opakowań zwrotnych. Kampania społeczna „Weź mnie w obroty” ma zmienić zarówno nawyki konsumentów, jak i sprzedawców.

Kłopoty polskich producentów żywności: niskie ceny żywności, embargo na polską wieprzowinę i zagrożenie suszą

CEO Magazyn Polska

Wzrost cen żywności od kilku lat utrzymuje się na stabilnym, dość niskim poziomie, który nie przekracza 2 proc. rocznie. Ceny niektórych produktów spadają, co cieszy konsumentów, ale negatywnie wpływa na kondycję producentów. Pozycję wytwórców osłabić może także embargo na polską wieprzowinę i małe ilości opadów w lutym i w marcu.

Opierając się na danych różnych ośrodków, możemy stwierdzić, że w ostatnich latach wzrost cen żywności ustabilizował się na stosunkowo niskim poziomie – zauważa prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – Ceny żywności rok do roku rosną obecnie o ok. 1,5– 2 proc., a w niektórych okresach spadają.

Jak podkreśla, dla najbiedniejszych nawet tak niewielka podwyżka cen jest odczuwalna. Jednak dla rynku jest ona niezbędna. Dzięki temu producenci mają środki na inwestycje, odtworzenie upraw i środki do ochrony roślin, co pozwala im z optymizmem patrzeć na następny sezon. Wyjaśnia, że podwyżki nie zawsze zależą od producentów.

Surowce rolnicze w złotówce konsumenta jest to w granicach co najwyżej 20–30 proc., a pozostałe są to koszty energii, transportu, przechowania czy przetwórstwa – zauważa dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – Na ceny wpływają też czynniki zewnętrzne, takie jak embargo na polską wieprzowinę wprowadzone przez Rosję i inne kraje w obawie przed przenoszeniem wirusa afrykańskiego pomoru świń – dodaje.

Tego typu utrudnienia eksportowe zwiększają podaż na rynku krajowym, co obniża cenę w krótszej perspektywie. Jednak jest to niekorzystne dla producentów, których część wypada z rynku, ponieważ trudno im tak szybko obniżyć koszty produkcji.

W efekcie produkuje się mniej mięsa, mniej trafia na rynek, ceny rosną, a w dodatku uzależniamy się od importu. A wtedy to importujący dyktuje warunki, a my musimy płacić więcej – wyjaśnia prof. Kowalski.

Wpływ na ceny produktów żywnościowych ma także pogoda. Choć, według eksperta, nie mamy powodów do narzekań. Najważniejsze jest to, że nie występują duże wahania temperatury między dniem a nocą.

Pojawiają się sygnały, że jest susza, że może być nieurodzaj – mówi Kowalski. – Uważam, że jest to wyolbrzymione. W zeszłym roku, kiedy w kwietniu leżał śnieg, też głoszono klęskę. Tymczasem ceny żywności rok do roku wzrosły o 1,5 proc., co jest niezłym wynikiem – dodaje.

W ostatniej dekadzie, według danych GUS-u, ceny żywności były zazwyczaj wyższe niż ogólny wskaźnik CPI. Choć w ostatnich latach różnice się zmniejszyły, to wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych nadal jest nieco wyższy od wzrostu ogólnego Consumer Price Index. Polacy przeznaczają na żywność około jednej czwartej swoich budżetów domowych, podczas gdy Czesi – 17 proc. a Brytyjczycy – 11 proc.

Sposób rozliczania z dochodów uzyskiwanych za granicą zależy od kraju, w jakim podatnik pracuje

CEO Magazyn Polska

Już tylko kilka dni zostało na rozliczenie się z fiskusem. Osoby, które nawet część swoich dochodów osiągnęły za granicą, powinny pamiętać, że choć podlegają opodatkowaniu w kraju, w którym osiągnęły dochody, to zobowiązane są także do rozliczenia się z urzędem skarbowym w Polsce. Nie oznacza to jednak, że będą zmuszone zapłacić podwójny podatek. Istnieją bowiem metody, które pozwalają tego uniknąć.

– Podatnicy, którzy mają stałe miejsce zamieszkania w Polsce, czyli są tak zwanymi rezydentami, powinni pamiętać, żeby w zeznaniu podatkowym rozliczyć całe swoje światowe dochody. Czyli jeżeli zarabiali za granicą z tytułu umowy o pracę czy inwestycji giełdowych lub mieli konto bankowe i z tego konta otrzymywali odsetki, to te dochody powinni rozliczyć w Polsce – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Marczak, doradca podatkowy i partner KPMG.

Niektóre umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania zobowiązują do zapłaty podatku wyłącznie w kraju, w którym dochody zostały osiągnięte. Ma to zastosowanie m.in. w większości krajów europejskich (np. Niemczech, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Francji) oraz Chinach, Indonezji, Japonii, Kanadzie, Kuwejcie czy RPA.

– W pierwszym przypadku dochód zarobiony za granicą jest wyłączony z opodatkowania w Polsce, tylko go deklarujemy i pokazujemy, i on ma wpływ na nieco wyższą stawkę podatkową, która ma zastosowanie do dochodu polskiego. Jest to tak zwana metoda wyłączenia z progresją – mówi Marczak.

Są jednak kraje, w których umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania nie przewiduje zastosowania metody wyłączenia – są to m.in. Australia, Chile, Finlandia, Rosja czy Stany Zjednoczone.

Stosujemy wówczas metodę zaliczenia podatkowego, czyli dochód zagraniczny deklarujemy, liczymy polski podatek, i od niego odejmujemy podatek zapłacony za granicą. Czyli w tej metodzie istotna jest kwota zapłaconego podatku – dodaje doradca podatkowy z KPMG.

Co warte podkreślenia, metodę tę należy stosować także przy rozliczaniu się z dochodów osiągniętych w państwach, z którymi Polska nie ma podpisanej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania (np. Libii, Arabii Saudyjskiej, Brazylii czy Afganistanu).

Przy rozliczaniu w Polsce zagranicznych dochodów można skorzystać z furtki, którą zostawia ulga abolicyjna z ustawy o podatku PIT.

Podatnik może sobie wybrać, która z dwóch metod jest dla niego bardziej korzystna. Tam jest specjalna metoda wyliczenia w zeznaniu podatkowym PIT-36 i ta ulga abolicyjna de facto zrównuję metodę zaliczenia podatkowego z metodą wyłączenia z progresją, która w większości przypadków jest bardziej korzystna niż zaliczanie podatku zapłaconego za granicą – wyjaśnia Andrzej Marczak.

Jak przypomina, dochody uzyskane poza granicami Polski mogą być pomniejszone o pewne odliczenie. Jest to odliczenie w wysokości 30 proc. diety, która przysługuje, kiedy  jest wydelegowany za granicę w podróż służbową.

– Załóżmy, że dieta wynosi 50 euro dziennie, czyli możemy sobie pomniejszyć dochód do opodatkowania o 15 euro dziennie, czyli o 30 proc. To odliczenie przysługuje nie za każdy dzień wykonywania za granicą pracy, ale za każdy dzień pobytu za granicą, w którym byliśmy zatrudnieni – mówi doradca podatkowy z KPMG.

Odliczenie to pozwala na znaczne zmniejszenie dochodu, który podlega opodatkowaniu w Polsce.

Należy też pamiętać, że ustawa dopuszcza odliczenie od dochodu obowiązkowych składek na ubezpieczenie społeczne zapłaconych za granicą. Jest to jednak możliwe tylko wówczas, gdy składki te nie zostały odliczone poza granicami Polski. O ile składki na ubezpieczenie społeczne odliczane są od dochodu, to od podatku można odliczyć składki na ubezpieczenie zdrowotne.

– W Polsce odliczamy maksymalnie 75 proc. podstawy odliczenia tych składek i do takiej kwoty możemy również odliczyć w Polsce składki odliczone za granicą, ale pod warunkiem że były obowiązkowe i nie zostały w tamtym kraju odliczone – podkreśla Marczak.

Podatnikom przysługują także inne odliczenia, dedykowane krajowym podatnikom –  z tytułu ulg czy darowizn.

Wszyscy rozliczający w Polsce dochody uzyskane za granicą zobowiązani są do złożenia obok głównego formularza PIT-36, także załącznika PIT/ZG, w którym należy wyszczególnić, jakiego typu są to dochody i w jakim kraju zostały osiągnięte.

Przy rozliczaniu dochodów z zagranicy pamiętajmy też, że istotna jest kwestia przeliczenia dochodów czy też podatku na złote. Od pewnego czasu jest jednolita zasada, że stosujemy kurs średni NBP z dnia poprzedzającego dzień uzyskania przychodu czy też poniesienia kosztu, ale pamiętajmy: kurs średni Narodowego Banku Polskiego – podsumowuje Andrzej Marczak.

Answear.com wchodzi na rynki Czech i Słowacji

0

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, jeden z największych multibrandowych sklepów odzieżowych w polskim Internecie – Answear.com, zgodnie z długoterminową  strategią stworzoną wspólnie z inwestorem – funduszem MCI.TechVentures, realizuje plan ekspansji regionalnej w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, wchodząc na rynki czeski i słowacki. Strona Answear.cz, przygotowana na rynek czeski została uruchomiona na początku kwietnia 2014.

Rynki Polski, Czech i Słowacji to rynki tworzące największy potencjał popytu e-commerce w regionie CEE: (Polska – ok. 40 mln mieszkańców, Czechy i Słowacja – to potencjał  15 mln mieszkańców), z dynamiką wzrostu rynku e-commerce przekraczającą 20% rocznie. Jednocześnie, powyższe kraje charakteryzują się najwyższą średnia wartością rocznych e-zakupów na osobę: w Czechach to EUR 581, w Polsce – EUR 465, na Słowacji EUR 212.

Czechy i Słowacja – poza atrakcyjnością komercyjną, stanowią naturalne kierunki ekspansji również ze względu na położenie geograficzne. Centrum logistyczne Answear.com zlokalizowane jest w Krakowie, co pozwala spółce na realizację dostaw do czeskiej Ostrawy czy też słowackiej Żyliny w czasie zbliżonym dla dostaw do np. Warszawy. Nie bez znaczenia jest również wsparcie spółki w projekcie ekspansji ze strony zespołu funduszu MCI.TechVentures, którego dobra znajomość rynku czeskiego i słowackiego pozwoliła m.in. na identyfikację lokalnych partnerów oraz strukturyzacje projektu wejścia na powyższe rynki.

Projekt ekspansji był przygotowywany od kilku miesięcy. Ze względu na kluczowe znaczenie poziomu satysfakcji klientów, najważniejszym wyzwaniem było zoptymalizowane procesu logistycznego by móc efektywnie realizować dostawy – mówi Krzysztof Bajołek założyciel Answear.com – dzisiaj jesteśmy w stanie dostarczać nasze produkty na terytorium Czech  w ciągu 24 godzin.

Spółka otworzy własne biuro w Pradze. Partnerami Answear.cz w projekcie są osoby posiadającej silną pozycję w czeskiej branży marketingu, PR i sprzedaży.

Wejście na rynki Czech i Słowacji jest jednym z kluczowych elementów strategii budowania pozycji spółki jako jednego z liderów segmentu e-fashion w regionie.

Inwestycja KGHM-u w Chile na ukończeniu. Pod koniec czerwca ruszą Zakłady Wzbogacania Rud

CEO Magazyn Polska

Pod koniec czerwca w pełni ruszy produkcja koncentratu rudy miedzi i molibdenu w chilijskim projekcie KGHM-u Sierra Gorda. Przygotowanie robót górniczych trwało dwa lata. Od dwóch miesięcy trwa już eksploatacja rudy siarczkowej, a pod koniec czerwca ruszy ostatni element projektu – Zakłady Wzbogacania Rud. KGHM wyprodukował już 50 ton katod miedzianych. Produkcja ta znacząco poprawi wyniki finansowe projektu Sierra Gorda, bo nie była brana pod uwagę w planach.

 Prace idą zgodnie z zakładanym planem. Pod koniec czerwca powinniśmy rozpocząć już techniczny odbiór, eksploatację i przerób rudy w Zakładach Wzbogacania Rud – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź SA. – To są dwa elementy, kopalnia i Zakład Wzbogacania Rud. Budowa ZWR jest zaawansowana, gotowe jest już 93-95 proc., zostało jeszcze 5 proc. do tego, żeby uruchomić Zakład Wzbogacania Rud. To dopiero da nam ostateczny produkt handlowy, jakim jest koncentrat rudy miedzi i molibdenu.

Przygotowania do rozpoczęcia robót górniczych trwały dwa lata. Najpierw trzeba było zdjąć tzw. nadkład, czyli skały płonne, przykrywające złoża miedzi, nieużyteczne z punktu widzenia KGHM-u. Potem spółka przez 100-140 metrów eksploatowała rudę tlenkową. Początkowo nie była ona brana pod uwagę w procesie produkcji miedzi. Jak podkreśla Kędzia, ruda tlenkowa faktycznie nie nadaje się do produkcji miedzi standardową techniką flotacji, jednak dzięki technologii ługowania oraz elektrorafinacji (SX/EW), możliwa jest produkcja katod miedzianych.

Już dzisiaj mamy około 50 ton czystej katody, która została wyprodukowana metodą SX/EW, a więc to pokazuje, że ekonomika tego projektu Sierra Gorda jeszcze bardziej wzrośnie – podkreśla Kędzia.

Dwa miesiące temu od poziomu 170 metrów ruszyła także eksploatacja właściwej rudy siarczkowej. Na razie jest ona składowana w oczekiwaniu na uruchomienie ZWR-ów, co powinno nastąpić pod koniec czerwca.

Kędzia przypomina, że inwestycja w Sierra Gorda to największa, flagowa inwestycja KGHM-u. Budowy na taką skalę poza granicami kraju nie prowadzi żadna spółka. Sierra Gorda to czwarta największa kopalnia odkrywkowa na świecie. Kędzia zauważa, że inwestycja ma wymiar nie tylko finansowy, ale i symboliczny, bo pokazuje możliwości polskiej gospodarki w skali światowej.

Ciech planuje nowe inwestycje, głównie w segmencie sody. Mimo to są czynniki mogące przeszkodzić mu w rozwoju

0

CEO Magazyn Polska

Ciech zapowiada odchodzenie od niskomarżowej produkcji na rzecz bardziej przetworzonych produktów, głównie z segmentu sodowego. Chce również dalej inwestować w projekty związane z ochroną środowiska. Spółka w najbliższych pięciu latach przeznaczy na inwestycje miliard złotych. Sztandarowym przedsięwzięciem jest rozwój biznesu sodowego. Minusem jest ciągle wysoki poziom zadłużenia spółki i niepewna sytuacja na Wschodzie, gdzie chciałaby ona lokować swoją nową produkcję.

Stawiamy na wyżej przetworzone gatunki sody oraz żywice w spółce Organika-Sarzyna, w tej ostatniej tworzymy dział badawczo-rozwojowy. Powoli odchodzimy od masowej, niskomarżowej produkcji na rzecz bardziej przetworzonych produktów – komentuje Dariusz Krawczyk, prezes Ciechu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Dodaje, że firma chce opracować lub pozyskać technologię najwyższych wysokomarżowych gatunków sody. Dział badawczo-rozwojowy jest tworzony w zakładach Organika-Sarzyna, nowe jednostki organizacyjne tego typu mają powstać również w trzech innych zakładach Grupy. Prezes zapowiada, że oprócz tego Ciech będzie dążył do zwiększania możliwości produkcyjnych w najważniejszych obszarach swojego operowania.

Mamy bardzo dużo ciekawych pomysłów. Mamy też środki finansowe, które wreszcie możemy wykorzystać do realizacji naszych planów rozwojowych – podkreśla Dariusz Krawczyk.

Jak podkreśla, nowe inwestycje będą dotyczyły zarówno zakładów w Polsce, jak i fabryk w Rumunii i Niemczech. Stały się one możliwe dzięki restrukturyzacji Grupy, której w pewnym momencie groziła nawet upadłość – spółka praktycznie utraciła zdolność do terminowej obsługi zaciągniętych kredytów. Grupa Chemiczna Ciech w ubiegłym roku osiągnęła przychody przekraczające 3,5 mld zł i zysk operacyjny w wysokości prawie 140 mln zł. Zysk netto wyniósł 40 mln zł, podczas gdy rok wcześniej Ciech zanotował 438 mln zł straty. W porównaniu do 2012 r. w tym samym okresie zadłużenie netto spółki zmalało o około 18 proc., dzięki czemu wskaźnik dług/znormalizowana EBITDA obniżył się z 3,5 do 2,7.

Teraz idziemy w kierunku pełnej integracji w obrębie trzech spółek sodowych, doskonalimy się operacyjnie, czego efektem są coraz lepsze wyniki finansowe. Również w każdym kolejnym raporcie kwartalnym możemy zaobserwować poprawiający się wynik na poziomie EBITDA , co powoduje, że stosunek EBITDA do długu netto znacząco się poprawia – podkreśla Dariusz Krawczyk.

Prezes zapowiada również dalsze projekty związane z ochroną środowiska w zakładach produkcyjnych.

Podejmujemy wiele projektów związanych z eliminacją tlenków siarki i azotu, które doprowadzą do istotnej redukcji tych opłat – mówi Dariusz Krawczyk. – W jednym z takich projektów chcemy zastosować naszą sodę w modułach eliminujących emisję szkodliwych substancji do środowiska. Jest to projekt, który się bardzo dobrze rozwinął np. w Niemczech, i bazując na doświadczeniach naszej firmy niemieckiej, będziemy się starali ten projekt rozwinąć w Polsce.

Nad Grupą nadal ciąży niejedno ryzyko. Mimo obniżenia poziomu zadłużenia nadal pozostaje ono na bardzo wysokim poziomie (obniżka o 18 procent w stosunku do roku 2012 – do poziomu około 1,2 mld PLN). Również niepokoje na Ukrainie, a co za tym idzie pojawiające się ograniczenia w handlu z Rosją nie sprzyjają planom rozwinięcia produkcji sody, której dodatkowe wolumeny mają być planowo plasowane na tamtych rynkach.

Fokus TV zaczyna nadawanie. Od dziś w naziemnej telewizji cyfrowej dostępne są 24 stacje w jakości cyfrowej

0

CEO Magazyn PolskaKanał telewizyjny Fokus TV rozpoczął dziś nadawanie na multipleksie cyfrowym MUX-1. To koniec procesu wypełniania multipleksów, na których obecne są 24 stacje. Powinny je odbierać wszystkie nowe telewizory, choć konieczne może być ich przestrojenie. Kto po 26 sierpnia 2011 r. kupił nieświadomie telewizor nieodbierający telewizji cyfrowej, może ubiegać się o zwrot kosztów.

28 kwietnia kończy się proces wypełniania multipleksów telewizji cyfrowej. Wchodzi ostatni program, który na uruchomionych dotychczas trzech multipleksach miał się pojawić, a to oznacza, że widzowie w kraju będą mieli do dyspozycji 24 programy w jakości cyfrowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dawid Piekarz z Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Nowy kanał, Fokus TV, ma profil edukacyjno-poznawczy i zastąpi na pierwszym multipleksie TVP1 w standardowej rozdzielczości. Programy TVP będą nadawane jedynie w wysokiej rozdzielczości (HD) na multipleksie trzecim. Nie powinno to spowodować żadnych zmian dla odbiorców. Telewizory mogą przestroić się automatycznie lub po uruchomieniu funkcji „automatyczne strojenie” przez użytkownika.

Wszystkie nowe telewizory powinny bez problemów odbierać sygnał cyfrowy, w tym ten nadawany w wysokiej rozdzielczości. Starsze odbiorniki mogą wymagać dodatkowego dekodera.

Dawid Piekarz przypomina, że – zgodnie z ustawą o cyfryzacji – jeśli po 26 sierpnia 2011 r. konsumenci kupowali telewizor bez możliwości odbioru sygnału cyfrowego, sprzedawca powinien ich o tym poinformować.

Klient kupując taki telewizor, powinien złożyć pisemne oświadczenie o tym, że zdaje sobie sprawę z tego, że odbiornik tej funkcji nie ma, nie nadaje się do odbioru telewizji cyfrowej, czyli że klient kupuje go na własną odpowiedzialność. Co ciekawe, jeżeli klient nie podpisał takiego dokumentu, a telewizor mu sprzedano, to ma możliwość żądania od sprzedawcy przyjęcia zwrotu tego telewizora – podkreśla Piekarz.

Zwrotu można dokonać w każdej chwili, bo ustawa nie określa, do kiedy powinno się to zrobić. Podstawę prawną stanowi artykuł 6. Ustawy o cyfryzacji. Jeśli sprzedawca nie przyjmie naszego zwrotu, należy zwrócić się do rzecznika konsumentów. W ustawie nie ma żadnych zastrzeżeń ani terminów ograniczających obowiązywanie tego prawa.

Kryzys zmusił firmy do kontrolowania skuteczności akcji marketingowych. Ostrożniej planują budżety wydatkowane na ten cel

CEO Magazyn Polska

Kryzys gospodarczy, który kilka lat temu odbił się na wysokości firmowych budżetów marketingowych, miał także swoje dobre strony – m.in. przekonał klientów do inwestowania w rozwiązania przynoszące konkretne, mierzalne efekty. Tym samym zmusił agencje reklamowe do stosowania często prostszych, ale skuteczniejszych środków przekazu.

Kryzys nauczył klientów i agencje, aby patrzeć na komunikację w sposób bardzo efektywny. Zaczęliśmy zwracać uwagę na to, czy reklama jest skuteczna, a co za tym idzie, czy przekłada się na konkretne, wymierne korzyści, często na sprzedaż – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Maj, wiceprezes OS3 Group.

Jego zdaniem takie podejście wychowało również nowe pokolenie agencji na polskim rynku, które oprócz strony wizualnej zaczęły zwracać uwagę na efektywność proponowanych rozwiązań.

Jednocześnie Maj zwraca uwagę na bieżące problemy, z którymi mierzy się branża marketingowa.

Mamy do czynienia z trendem specjalizacji, powstają m.in. agencje social mediowe czy agencje odpowiedzialne za projekty mobile. To dobrze i źle. Dobrze, bo faktycznie firmy wyspecjalizowane w pewnym zakresie dostarczają klientom rozwiązania na najwyższym poziomie. Złe jest natomiast psucie rynku przez podmioty jedno- lub dwuosobowe, bez doświadczenia, oferujące dumpingowe ceny i nieefektywne rozwiązania marketingowe – zauważa Marcin Maj.

Wiceprezes OS3 Group docenia nowe, młode inicjatywy rynkowe, z jasno sprecyzowanym pomysłem na działanie i strategią. W jego opinii takie podmioty podnoszą konkurencyjność polskiej branży marketingowej i jakość oferowanych rozwiązań. 

Dzisiejszy konsument jest bardzo znudzony, wyczulony na reklamę, szczególnie tę w mediach tradycyjnych – w telewizji, radiu i prasie. Liczy się myślenie o tym, jak efektywnie dotrzeć do grupy docelowej, do naszego odbiorcy, skonstruować komunikat tak, żeby był on zabawny, zauważalny, adekwatny do komunikacji – podkreśla Marcin Maj.

Zdaniem Maja, mamy aktualnie do czynienia z trendem upraszczania komunikacji, co może przypominać powrót do wczesnych lat 90., kiedy reklama bardzo często składała się z jednego zdjęcia, ale musiała być jednocześnie efektywna i wizualnie atrakcyjna. Drugim aspektem, na który zwraca uwagę Maj, jest rosnący w siłę format wideo i jego wpływ na reklamę.

Komunikacja dzisiaj wygląda zupełnie inaczej niż 5-10 lat temu i będzie zupełnie inna za kolejne pięć lat. Chcąc nie chcąc, musimy być kameleonami, dostosowywać się do zmieniającego otoczenie. Ci, którzy zrobią to najlepiej, najbardziej efektywnie, przetrwają – prognozuje Maj.

Polacy chętnie sięgają po suplementy diety. Rośnie ich sprzedaż i ceny

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej i coraz chętniej kupują suplementy diety. Wybierane są przede wszystkim te produkty, które mogą uzupełnić codzienną dietę o niezbędne witaminy i minerały – stanowią połowę sprzedaży w tym segmencie. Konsumenci chętnie sięgają też po specyfiki mające służyć zdrowiu i urodzie. Wartość rynku suplementów diety z roku na rok systematycznie rośnie. W ubiegłym roku na takie produkty Polacy wydali ponad 3 miliardy złotych. 

Suplementy diety stanowią drugą pozycję w sprzedaży odręcznej, zaraz po lekach bez recepty. Cała sprzedaż odręczna szacowana jest na poziomie około 12 mld, w tym leki bez recepty stanowią około 6 mld zł, suplementy diety prawie 3 mld zł, pozostała wartość sprzedaży to wyroby medyczne i kosmetyki apteczne.

Rynek suplementów diety w ubiegłym roku wzrósł o 7 proc. w porównaniu do 2012 roku.

– W przypadku rynku suplementów diety jest wyraźny wzrost dynamiki wartościowej – zauważa Ewa Jankowska, prezes Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty PASMI. – W ostatnich trzech latach istotnie wzrosły ceny suplementów diety na rynku.

Dziś jedno opakowanie suplementu diety kosztuje statystycznie 16 zł, czyli o 4 zł więcej od leku dostępnego bez recepty. Jeszcze trzy lata temu sytuacja była odwrotna. To leki były znacznie droższe.

Wśród produktów, po które sięgamy najchętniej, są specyfiki witaminowo-mineralne. Stanowią one ponad połowę wartości rynku sprzedaży.

W ubiegłym roku statystyczny Polak zjadł 133 tabletki produktów witaminowo-mineralnych – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes PASMI.

Na drugim miejscu, zarówno jeśli chodzi o spożycie, jak i o sam zakup, są suplementy, które wpływają na urodę: tzw. sektor beauty, czyli produkty do skóry, włosów i paznokci. Polacy chętnie sięgają po produkty wspomagające prawidłowe funkcjonowanie układów pokarmowego, moczowego, kostno-mięśniowego czy odpornościowego.

Nową kategorią, która się pojawiła, to kategoria wspomagania wzroku, zmęczonych oczu, wspomagania ostrości widzenia – wymienia Jankowska. – Niezmienną popularnością cieszą się suplementy, które poprawiają sprawność seksualną. To są kategorie, które istotnie wzrosły w ostatnich trzech latach.

Polacy najczęściej kupują suplementy w aptekach i sklepach. Spora część sprzedaży odbywa się też przez internet. Nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań, bowiem suplementy tak jak każdy inny rodzaj żywności mogą być oferowane w sieci.

Oczywiście zdecydowanie lepiej jest, jeśli pacjent, konsument kupuje suplementy diety w sprawdzonych aptekach internetowych, bo wtedy ma gwarancję, z jakiego źródła pochodzą te produkty i jest zdecydowanie mniej narażony na zafałszowanie tych produktów – zaznacza Ewa Jankowska.

Według szacunków roczny obrót suplementami diety w internecie sięga kwoty 200 mln złotych.

Suplementy to jedna z kategorii żywności. Są to produkty, które mają uzupełnić naszą codzienną dietę w elementy, których ta nie ma albo ma, ale w śladowych ilościach. Chodzi m.in. o niedobory witamin i minerałów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania ludzkiego organizmu. Suplementy, inaczej niż leki, których zadaniem – jako substancji czynnych – jest leczyć chorobę, wspomagają i wzbogacają naszą codzienną dietę.

Rok 2013 najlepszym rokiem w historii SKOK-u Wołomin. W tym wzrost może być mniejszy z powodu dostosowywanie się do wymogów nadzorcy

0

Mimo spowolnienia, zmian legislacyjnych oraz spadku zaufania do sektora SKOK-ów Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa w Wołominie zanotowała najlepszy rok w swojej historii. Strategia do roku 2015 zakłada dalszy zrównoważony wzrost poprzez zwiększenie działalności depozytowej i kredytowej, poprawę efektywności i doskonalenie zarządzania ryzykiem. W tym roku Kasa będzie się koncentrowała także na dostosowaniu działalności do wymogów KNF.

– 2013 rok był rokiem dynamicznym, rokiem intensywnej pracy, mającej na celu dostosowanie do nowych warunków prawnych, które nas spotkały. Natomiast jeżeli chodzi o wyniki finansowe, jest to najlepszy rok w historii naszej kasy. Aktywa wzrosły o 46 proc. w stosunku do końca poprzedniego roku i zbliżają się na koniec 2013 roku do 3 mld złotych. Mamy 79 tys. pełnoprawnych członków, czyli zdeklarowanych stałych klientów, kwota pożyczek to jest ponad 2,2 mld złotych, a wynik finansowy 83 mln złotych netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Gazda, prezes SKOK Wołomin.

Wyniki wyglądają dobrze na tle konkurencyjnych kas, ponieważ w 40 z 52 działających SKOK-ów wszczęto programy naprawcze, a w trzech działa zarząd komisaryczny. Trudna sytuacja sektora sprawia, że KNF szuka sposobu na restrukturyzację kas, które mają problemy. Zmiany regulacyjne oraz niepewność związana z działaniami regulatora wobec kas niekorzystnie wpływały na otoczenie, w którym działał SKOK w Wołominie – napisano w Raporcie Rocznym 2013.

Pod względem wielkości aktywów SKOK w Wołominie jest drugą największą kasą w kraju. Posiada obecnie 102 oddziały na terenie 10 województw. Strategia SKOK-u w Wołominie na lata 2013–2015 zakłada rozwój poprzez doskonalenie zarządzania ryzykiem, zmiany struktury organizacyjnej, dalszy rozwój bazy depozytowej i działalności kredytowej oraz wzrost efektywności funkcjonowania.

– Celem na ten rok jest utrzymanie tempa rozwoju oraz dalsze prace dostosowujące nas do nowego nadzorcy. Zaplanowaliśmy 3,2 mld sumy bilansowej, 92 tys. członków, a wynik  na poziomie 60 mln złotych. Ponadto w planie na ten rok jest sześć nowych placówek, z czego dwie już zostały uruchomione – mówi Gazda.

Od 27 października 2012 r. Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe są nadzorowane przez Komisję Nadzoru Finansowego. To efekt rosnącej skali działalności SKOK-ów, które oferują podobne produkty do banków. Przede wszystkim gromadzą depozyty i obciążają je ryzykiem, udzielając kredytów, co jest tradycyjną działalnością bankową. Nowe regulacje i zalecenia KNF to dodatkowe koszty dla sektora kas. Przykładowo nadzór może żądać zmiany lub rozwiązania umów z firmami zewnętrznymi, jakie zawarły SKOK-i.

– Założyliśmy w tym roku mniejszy wzrost i mniejszy rozwój niż w latach poprzednich, ponieważ musimy dostosować nasze procedury, chociażby systemy monitoringu do zaleceń, do oczekiwań nowego nadzorcy – uważa prezes SKOK Wołomin.

W raporcie rocznym za 2013 wskazano, że SKOK w Wołominie dotychczas pilnował wzrostu kosztów, zwłaszcza związanych z wynagrodzeniami. Zdaniem zarządu, wraz z efektywnym budowaniem relacji ze swoimi klientami, pomogło to utrzymać dobre wyniki w okresie spowolnienia.

– Kasa zawsze miała restrykcyjną politykę kosztową, co przy wejściu gospodarki w gorszą koniunkturę okazało się przewagą. Kasa zawsze była nastawiona na klienta, na członka, bo członek to jest nasz współwłaściciel. Staramy się być dla niego doradcą, dlatego jeżeli nie mamy w jakimś segmencie dobrych produktów, to mówimy o tym, i proponujemy poszukanie czegoś na rynku. Oferujemy tylko to, w czym jesteśmy najlepsi – deklaruje Mariusz Gazda.

Spada sprzedaż ubezpieczeń na życie w bankach. Instytucje finansowe szykują się do Rekomendacji U

CEO Magazyn PolskaW ubiegłym roku spadła sprzedaż ubezpieczeń na życie w bankach, a udział tego kanału sprzedaży w dystrybucji polis życiowych spadł o niemal 7 pkt proc. Część ekspertów ocenia, że może mieć to związek z wchodzącą w życie w listopadzie Rekomendacją U, która ma rozdzielić podwójną rolę, jaką pełnią banki – ubezpieczającego i pośrednika finansowego.

W sektorze ubezpieczeń na życie od lat był zauważalny wzrost przypisu składki z kanału dystrybucji bancassurance. W 2012 roku było to 53,5 procent przypisu składki. Rok później, w 2013 roku, przypis w segmencie życiowym spadł do nieco ponad 46 procent. To istotny spadek. Być może banki zrezygnowały z jakiejś grupy produktów mniej atrakcyjnych zarówno dla nich, jak i dla klientów. Być może jest to jednak próba przygotowywania się do nowego sposobu dystrybucji ubezpieczeń wynikających z Rekomendacji U – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Czublun, partner w Kancelarii Radców Prawnych Czublun Trębacki.

Spadek w sprzedaży ubezpieczeń na życie nie wpłynął jednak negatywnie na inne ubezpieczenia oferowane przez banki. Wręcz przeciwnie. Jak wynika z badań Polskiej Izby Ubezpieczeń, w segmencie ubezpieczeń majątkowych banki zanotowały wzrost udziałów o dwa punkty procentowe do 9,2 procent rynku. To najwyższy wskaźnik w całym przedstawionym przez PIU okresie, czyli od 2009 roku.

Jest to ciekawy trend, zobaczymy, czy się utrzyma i na ile banki, które do tej pory były głównie dystrybutorami produktów życiowych, poradzą sobie z rolą dystrybutora produktów majątkowych, takich jak OC, autocasco komunikacyjne czy produkty mieszkaniowe. Zobaczymy, czy kolejne lata pokażą wzrost sprzedaży tego typu ubezpieczeń w kanale bankowym – mówi Czublun.

Przedstawiona przez Komisję Nadzoru Finansowego Rekomendacja U, która wejdzie w życie w listopadzie, ma zlikwidować podwójną rolę pełnioną przez banki – ubezpieczyciela i sprzedawcy ubezpieczeń. Instytucje, które nie dostosują się do przepisów związanych z działalnością ubezpieczeniową, będą musiały z niej zrezygnować. Zdaniem eksperta, Rekomendacja U może spowodować u części banków znaczące ograniczenie przychodów z tego tytułu.

Rekomendacja, zwłaszcza gdyby była ona uchwalona w tej postaci, zawiera bardzo wiele niekorzystnych rozwiązań. Nawet nie tyle z punktu widzenia banku, ile z optymalnego modelu oferowania produktu bankowego, możliwości zarabiania przez bank na tego typu produktach – zaznacza Czublun.

Wymogi Komisji Nadzoru Finansowego dotyczą m.in. zamiany polis grupowych na indywidualne. Po wejściu w życie rekomendacji banki będą musiały z tego powodu co miesiąc wystawiać 3 miliony polis. Dlatego też istnieje duże ryzyko, że część banków znacznie ograniczy swoje przychody z tytułu sprzedaży ubezpieczeń, choć w niektórych bankach stanowią one znaczący udział w całości przychodów.

Świat nie znosi próżni. Dlatego wydaje mi się, że braki w budżetach banków wynikające stąd, że nie ma składki ubezpieczeniowej, będą zrekompensowane. Być może wyższymi opłatami za inne usługi, być może innymi produktami. Ale jestem przekonany, że rynek sobie poradzi i znajdzie wyjście z sytuacji, bez względu na finalną treść Rekomendacji U – podsumowuje Czublun.

Na nowych zasadach obliczania ulgi na dzieci skorzystają przede wszystkim rodziny wielodzietne

0

CEO Magazyn Polska

Na rozliczenie się z fiskusem zostało zaledwie kilka dni. Podatnicy wychowujący dzieci, którzy nie złożyli jeszcze rozliczenia rocznego, powinni dokładniej przyjrzeć się uldze prorodzinnej. Od tego roku ulga jest obliczana na nowych zasadach. Na zmianach zyskają rodzice i opiekunowie, którzy wychowują troje dzieci lub więcej.

W 2013 roku w sposób dość radykalny zmieniło się uprawnienie do odliczenia ulgi prorodzinnej z tytułu wychowywania dzieci. Przy ocenie, czy podatnik jest uprawniony do korzystania z ulgi i w jakiej wysokości, znaczenie mają zasadniczo trzy wskaźniki. Po pierwsze, czy podatnik pozostaje w związku małżeńskim, po drugie liczba wychowanych dzieci, po trzecie wysokość dochodów – wskazuje Rafał Sidorowicz, doradca podatkowy w spółce Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy.

Zadowoleni nie będą z pewnością rodzice wychowujący jedno dziecko, którzy przy wysokich zarobkach nie będą mogli liczyć już na ulgę. Uprawnienie będzie przysługiwało tylko w sytuacji, jeśli dochody nie przekroczą 112 tys. zł w przypadku małżeństw i 56 tys. zł w przypadku jednej osoby. Inne przepisy stosowane są dla tych, którzy spełniają warunki do uznania ich za osoby samotnie wychowujące dziecko.

Mowa tu o pozostających w stanie wolnym czy też będących wdową lub wdowcem, przy założeniu, że te osoby rzeczywiście samotnie wychowują małoletnie dziecko. W takim wypadku limit dochodów również wynosi 112 tys. złotych – wyjaśnia Sidorowicz.

Zmiany w żaden sposób nie dotkną rodziców z dwójką dzieci. Nie ma limitu dochodów, po przekroczeniu którego ulga na dzieci nie będzie przysługiwać, nie zmienia się też kwota odpisu. Zmianę w przepisach odczują natomiast wychowujący troje lub więcej dzieci. Będzie to zmiana zdecydowanie dla nich korzystna. Nie ma bowiem kryterium dochodowego, a ponadto wyższa będzie ulga.

W przypadku wychowania trojga dzieci: z tytułu wychowania dwojga pierwszych dzieci ulga wynosi tyle samo, co w roku ubiegłym, natomiast za trzecie dziecko ta ulga jest wyższa o 50 procent. Natomiast w przypadku wychowywania czworga lub większej liczby dzieci, za czwarte i kolejne dziecko ta ulga wynosi 100 procent więcej niż ulga przysługująca w latach ubiegłych – mówi Sidorowicz.

Oznacza to, że rodzice co najmniej trójki dzieci zwiększą odliczaną kwotę za trzecie dziecko o 556,02 zł, natomiast za czwarte i każde kolejne – o 1112,04 zł.

Przy składaniu zeznania nie można zapomnieć o dołączeniu załącznika PIT/O, gdzie należy wskazać dane identyfikacyjne dziecka (wystarczający będzie numer PESEL) oraz podać, czy inny upoważniony podatnik, głównie małżonek, dokonuje rozliczenia ulgi na dzieci. Jeśli władza rodzicielska przysługuje obojgu rodzicom, powinni oni ustalić, które z nich i w jakim zakresie skorzysta z ulgi.

– Ważna jest kwestia dokumentacyjna. Składając zeznania podatkowe, nie musimy dołączać żadnych dokumentów potwierdzających uprawnienia do ulgi. Natomiast w przypadku, kiedy zażąda tego organ podatkowy, możemy być zobowiązani do dostarczenia, po pierwsze, odpisu aktu urodzenia dziecka, po drugie dokumentów szczególnych, na przykład kiedy wychowujemy dziecko przysposobione – zaznacza Rafał Sidorowicz.

Jeszcze inaczej wygląda sytuacja, kiedy z ulgi prorodzinnej chce się skorzystać w stosunku do pełnoletniego dziecka, które nie ukończyło 25 lat. Dziecko takie musi wówczas być na utrzymaniu rodziców, kontynuować naukę oraz nie uzyskiwać w całym roku przychodów wyższych niż kwota wolna od podatku (obecnie 3089 zł). Także wówczas należy jednak pamiętać o zachowaniu odpowiednich dokumentów.

– W przypadku, kiedy korzystamy z odliczenia w zakresie wychowania pełnoletniego dziecka, organ podatkowy może zażądać dodatkowo przedstawienia zaświadczenia dokumentującego kontynuację nauki dziecka w szkole wyższej lub innej placówce edukacyjnej po ukończeniu 18. roku życia – przypomina Sidorowicz.

Polskie firmy nie chronią swoich wynalazków poza granicami kraju

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy zgłosiły w ubiegłym roku blisko 55 razy mniej międzynarodowych wniosków patentowych niż niemieckie. Dystans w innowacyjności między Polską a najbardziej rozwiniętymi krajami pozostaje ogromny. Równocześnie zagraniczne firmy umacniają swoją pozycję konkurencyjną na polskim rynku, ponieważ rośnie liczba obowiązujących nad Wisłą patentów udzielanych przez Europejski Urząd Patentowy. Ich udział w całkowitej liczbie patentów udzielonych w Polsce w 2013 roku sięgnął 72 proc.

– Pomimo rosnącej tendencji do zgłaszania patentów do krajowego Urzędu Patentowego, Polacy stosunkowo rzadko zgłaszają swoje wynalazki poza granicami kraju, nie chroniąc swoich rozwiązań poza Polską. Uzyskiwanie monopolu jedynie na terytorium kraju nie daje należytego zabezpieczenia, jeżeli chcemy prowadzić biznes poza granicami. W zeszłym roku w Polsce było 330 zgłoszeń międzynarodowych w trybie PCT, a dla Niemiec to jest 16 tys. zgłoszeń. To pokazuje dystans dzielący nas od technologicznie zaawansowanych krajów – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Czernicki z firmy doradczej Crido Taxand.

W 2013 roku walidowano w Polsce 7236 patentów europejskich, podczas gdy Urząd Patentowy RP (UPRP) udzielił w tym samym czasie 2 804 patenty. To oznacza, że europejskie firmy coraz większą uwagę poświęcają utrzymaniu swojej przewagi technologicznej na polskim rynku. Obok ochrony patentowej na poziomie europejskim, w globalnej gospodarce kluczowe są zgłoszenia patentowe w trybie PCT. Umożliwiają one uzyskanie ochrony patentowej w 148 państwach (łącznie z USA, Japonią i Chinami). Z Polski pochodzi znikoma część zgłoszeń PCT – 0,16 proc. globalnej liczby.

Z raportu firmy Crido Taxand, przygotowanego z okazji Światowego Dnia Ochrony Własności Intelektualnej, wynika, że za małą liczbę wniosków PCT odpowiada polski sektor przedsiębiorstw. W Polsce blisko połowa zgłoszeń pochodzi z instytucji akademickich i naukowych. Firmy odpowiadają za jedynie 34 proc. wniosków o patent w trybie międzynarodowym, podczas gdy na świecie ich udział we wnioskach PCT wynosi 84 proc.

– Polskie przedsiębiorstwa nie dokonują bardzo często zgłoszeń patentowych. Wydaje im się, że wynalazek to powinno być nie wiadomo jakie odkrycie, charakteryzujące się wyjątkową unikalnością czy nowością; ponadto kultura patentowa w Polsce wśród przedsiębiorstw jest stosunkowo niska, widać, że wśród instytucji naukowych i akademickich jest zasadniczo wyższa –  tłumaczy Czernicki.

W wysokorozwiniętych państwach te relacje są odwrotne – na liście podmiotów najczęściej składających wnioski o ochronę patentową dominują transnarodowe korporacje. W 2012 r. na czele listy pod względem zgłoszeń PCT znalazły się ZTE Corporation (3906 zgłoszeń wynalazków), a najwięcej zgłoszeń do Europejskiego Urzędu Patentowego w 2012 r. pochodziło od Samsunga (2289). Tymczasem w Polsce do grona liderów należą państwowe uczelnie wyższe: Politechnika Wrocławska (193 zgłoszenia), AGH (121) i Politechnika Poznańska (111). 

Polska wypada słabo nie tylko w stosunku do państw Europy Zachodniej, lecz także w porównaniu do sąsiadów o podobnym poziomie rozwoju. W przeliczeniu na 1 mln mieszkańców w zeszłym roku zanotowano w Polsce 8,68 zgłoszeń międzynarodowych PCT, podczas gdy w Czechach było to 19, a na Węgrzech – 16. Z raportu Crido Taxand wynika, że Polska ledwo wyprzedziła Rosję, Słowację i Bułgarię (wszystkie osiągnęły ok. 8 zgłoszeń na 1 mln mieszkańców). Na drugim biegunie znajdują się takie kraje, jak Luksemburg i Szwajcaria. W pierwszym z tych krajów na 1 mln mieszkańców (gdyby było ich tylu) przypadłyby 652 wnioski patentowe; w ośmiomilionowej Szwajcarii – 543 wnioski na 1 mln obywateli. Czyli więcej niż cała licząca 38 mln mieszkańców Polska (330 wnioski).

Obok niskiej kultury patentowej przyczyną niskiej liczby patentów mogą być cechy strukturalne polskich firm. Rdzeń polskiej gospodarki stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa (MSP), których duża część ma niski potencjał innowacyjny, zwłaszcza w porównaniu do zagranicznych koncernów. Prawdopodobne jest jednak i to, że nawet innowacyjne MSP rezygnują z ochrony swoich wynalazków ze względu na zbyt wysokie koszty.

– Zgłoszenie i przeprowadzenie całej procedury w Polsce to są wydatki rzędu kilku tysięcy złotych maksymalnie. Samo zgłoszenie wniosku patentowego w formie papierowej to jest 550 zł. Porównanie tych samych opłat w Europie, przed Europejskim Urzędem Patentowym bądź w procedurze międzynarodowej, to są kwoty sięgające kilkunastu tysięcy złotych. Niewątpliwie bariera finansowa jest jedną z tych, które powodują, że wynalazki nie są zgłaszane za granicą – uważa Łukasz Czernicki.

Ochrona patentowa jedynie na terenie Polski często nie jest jednak dobrym wyborem. Takie rozwiązanie oznacza, że firma ujawnia swój wynalazek konkurencji, która będzie mogła za darmo skorzystać z niego na zagranicznych rynkach.

– W takim wypadku otrzymamy monopol w Polsce, ale z drugiej strony przed całym światem otwieramy naszą wizję techniczną, nasz know-how, pokazujemy całemu światu nasz pomysł, każdy może z tego korzystać poza granicami Polski bez naszego zezwolenia. Czyli to jest de facto dzielenie się wiedzą za darmo. Czasami lepiej nie chronić jakichś wynalazków, a jeżeli już chronić to na całym świecie – radzi Czernicki.

Dlatego trudno uznać za korzystne statystyki, według których w latach 2007–2013 liczba krajowych zgłoszeń do Urzędu Patentowego RP wzrosła z 2392 do 4237. Zwłaszcza że w tym samym okresie liczba zgłoszeń PCT ze strony polskich podmiotów zwiększyła się zaledwie o 223.

NIK o oznakowaniu dróg

Oznakowanie niezgodne z przyjętą organizacją ruchu, zniszczone znaki drogowe, nieczytelne pasy na jezdni, nagromadzenie znaków utrudniające ich odczytanie, braki w oznakowaniu, reklamy zasłaniające znaki, wreszcie w wielu przypadkach brak przyjętej organizacji ruchu – to wszystko ujawnili na polskich drogach kontrolerzy NIK i działający na zlecenie Izby inspektorzy z Urzędów Wojewódzkich.

Łączna długość wszystkich dróg publicznych w Polsce wynosi ponad 400 tys. km – z tego 55 proc. to drogi gminne (ponad 237 tys. km), 33 proc. powiatowe (prawie 130 tys. km), 7 proc. drogi wojewódzkie (28,5 tys. km), a pozostałe 5 proc. to drogi krajowe, w tym autostrady i ekspresówki (prawie 19 tys. km). NIK przeprowadziła kontrolę jakości oznakowania i organizacji ruchu na wszystkich drogach z wyjątkiem krajowych.

Nieprawidłowości związane z organizacją ruchu

Znaki są źle ustawione, bo dla wielu dróg – szczególnie gminnych i powiatowych – nie zostały opracowane projekty organizacji ruchu lub zostały one zaprojektowane wadliwie. A to właśnie na ich podstawie wprowadza się oznakowanie pionowe i poziome, sygnalizację świetlną i dźwiękową oraz urządzenia bezpieczeństwa ruchu (np. barierki czy progi zwalniające).

Wiele dróg w Polsce nie posiada zatwierdzonej organizacji ruchu drogowego. Dotyczy to najczęściej dróg w gorszym stanie technicznym, czyli gminnych i powiatowych. Wybudowano je bowiem przed 19 sierpnia 1999 roku. Od tego dnia zarządcy dróg mieli obowiązek sporządzać projekty organizacji ruchu tylko dla nowych dróg lub tych fragmentów dróg, które zostały wyremontowane. W pozostałych przypadkach, czyli w stosunku do dróg wybudowanych przed 19 sierpnia 1999 r., zależało to od ich dobrej woli.

Tymczasem to właśnie zatwierdzona organizacja ruchu jest podstawą wprowadzenia znaków pionowych i poziomych, sygnalizacji świetlnej i dźwiękowej oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu. Dlatego NIK postuluje, by dla poszczególnych kategorii dróg samorządowych wyznaczyć ostateczne terminy na wprowadzenie stałych organizacji ruchu.

Samorządy w różnym stopniu wdrożyły na swoim terenie organizację ruchu. Przykładowo żadna ze skontrolowanych dróg na terenie powiatu zgierskiego nie miała opracowanego projektu organizacji ruchu. Podobnie było w gminie Gietrzwałd, gdzie zdarzało się, że znaki ustawiano na polecenie wójta, bez przestrzegania wymogów w tym zakresie. Z kolei na terenie powiatu białostockiego przyjętej organizacji ruchu nie posiadało ponad 40 proc. dróg, a na terenie powiatu jędrzejowskiego blisko 30 proc. dróg gminnych. Przeważająca część dróg wojewódzkich miała zatwierdzoną organizację ruchu.

W większości skontrolowanych dróg organizację ruchu zatwierdzano na podstawie niekompletnych projektów. Nie zawierały one planów orientacyjnych i sytuacyjnych lub sporządzono je w niewłaściwej skali. Stwierdzono także przypadki przedkładania do zatwierdzenia projektów, do których nie zostały dołączone wszystkie wymagane opinie (przede wszystkim policji).

Główną przyczyną tych nieprawidłowości było słabe przygotowanie merytoryczne pracowników odpowiedzialnych za projekty organizacji ruchu. W obecnym stanie prawnym praktycznie każdy może sporządzić taki projekt, bo przepisy nie określają kwalifikacji projektanta.

Organy zarządzające ruchem – starostowie i marszałkowie województw – nie przeprowadzali obligatoryjnych kontroli dróg lub robili to nierzetelnie. Dotyczy to zarówno kontroli technicznych, które przeprowadza się w ciągu
14 dni od wprowadzenia stałej organizacji ruchu na drodze, jak i kontroli znaków, sygnalizacji oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego. Te ostatnie kontrole należy przeprowadzać na wszystkich drogach raz na pół roku.

Wskaźniki sygnalizują poprawę w branży budowlanej

Wszystko wskazuje na to, że rok 2014 będzie przełomowym okresem dla branży budowlanej. Wahające się pomiędzy plusem i minusem dynamiki w poszczególnych kategoriach budowlanych wraz z biegiem czasu będą się stabilizować i ostatecznie 2014 rok zakończy się jednocyfrowym wzrostem.

Według najnowszego raportu opracowanego przez firmę badawczą PMR zatytułowanego „Sektor budowlany w Polsce, I połowa 2014 − Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”, pierwszym dobrym zwiastunem dla budownictwa jest poprawiająca się sytuacja na rynku cementu, którego ożywienie zawsze przekłada się na intensyfikację prac budowlanych. Lata 2012-2013 notowały spore spadki w zakresie produkcji cementu (odpowiednio -16% i -7,5%), co znajdowało przełożenie w malejącym wolumenie sprzedaży produkcji budowlano-montażowej. Obecnie po I kwartale 2014 roku wielkość produkcji podstawowego składnika dla budownictwa zanotowała wzrosty rzędu 53% w ujęciu rocznym oraz ponad 100% w przypadku zużycia. Dla całego roku indeksy te będą zdecydowanie bardziej umiarkowane, jednak na mocnym plusie.

Stabilizuje się także sytuacja finansowa w spółkach budowlanych. Zgodnie z danymi GUS za 2013 rok, rentowność obrotu po opodatkowaniu podniosła się. W przypadku wysokości wskaźnika poziomu kosztów ruch ten odbył się w przeciwną stronę, co jednakowoż oznacza poprawę w stosunku do kryzysowego i nierentownego w ujęciu całościowym wyniku za 2012 rok. Analitycy PMR przewidują, że procesy uzdrawiające portfele zamówień spółek oraz rozsądniejsze i bardziej wyważone podejście do wycen w przypadku nowych przedsięwzięć w 2014 zaowocuje nieco zdrowszym rozłożeniem ryzyk a przez to lepszymi wynikami firm budowlanych.

Dotychczasowa słaba sytuacja finansowa firm miała także przełożenie na obniżające się ceny usług budowlanych. Wiele firm chcąc reperować portfele zleceń nowymi zamówieniami, w obliczu rosnącej konkurencji zmuszone były obniżać ceny, co w konsekwencji tylko pogorszyło sytuacje wielu z nich. Według statystyk, indeks cen produkcji budowlano montażowej obniżył się o 1,8%. Sytuacja ta wraz z niskimi stopami procentowymi wpływa korzystnie na analizy opłacalności ekonomicznej przedsięwzięć – z punktu widzenia inwestora. Dlatego też sektor prywatny zintensyfikował wysiłki inwestycyjne, co widoczne jest przede wszystkim w segmencie niemieszkaniowym. Budowane są nowe biurowce i hotele a także zakłady przemysłowe.

Coraz aktywniej poczynają sobie na rynku również deweloperzy, gdzie z łatwiejszym dostępem do pieniądza zbiegł się okres wdrożenia cieszącego się dużą popularnością programu wspierania zakupu pierwszego mieszkania (MdM) oraz zapowiedzi nawiązania współpracy z sektorem publicznym w związku z Funduszem Mieszkań na Wynajem. Także coraz jaśniej rysuje się przyszłość inwestycji infrastrukturalnych. Dla budownictwa kolejowego nadchodzi okres intensywnego kończenia projektów z poprzedniego budżetu, zaś nowe projekty drogowe obecnie znajdują się w fazie przetargowej i oczekują na rozstrzygnięcie. Budżet unijny wspomoże także niebawem obiekty kubaturowe użyteczności publicznej czy też prace o charakterze hydrotechnicznym.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Sektor budowlany w Polsce, I połowa 2014 − Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Stabilny wzrost na rynku prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce

Jak wynika z najnowszego raportu firmy badawczej PMR pt. „Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”, w 2013 r. wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce wyniosła 35,4 mld zł. Dynamika rynku była nieco wyższa niż w 2012 r., głównie za sprawą zwiększenia dynamiki w kategorii „Wydatki pacjentów na produkty zdrowotne”, na skutek trendu związanego ze stabilizacją tego segmentu. Według szacunków PMR, w roku 2016 wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej przekroczy 40 mld zł.

Wzrost rynku średnio o 5,7 % pomiędzy 2014 a 2018

W 2013 roku wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej wzrosła o 4,6%, co wskazuje na ożywieniu rynku w tym segmencie w porównaniu z rokiem 2012, kiedy to rynek prywatnej opieki zdrowotnej zanotował wzrost na poziomie 4,4%. W latach 2014-2018 rynek prywatnej opieki zdrowotnej będzie się rozwijał w tempie około 5,7% średnio rocznie. Dynamika będzie wzrastać w kolejnych latach, w związku ze stopniową poprawą ogólnej sytuacji ekonomicznej w Polsce. Na rok 2014 przewidywany jest wzrost PKB, o około 3,4%, przy jednoczesnej poprawie na rynku pracy. Dlatego w roku 2014 rynek znów będzie rozwijał się nieco bardziej dynamicznie, niż w dwóch poprzednich latach i ten trend zostanie utrzymany do roku 2018.

Wydatki prywatne a wydatki publiczne

Udział wydatków prywatnych systematycznie wzrasta i stanowi coraz większy udział w całkowitych wydatkach na opiekę zdrowotną w Polsce. Ten trend utrzyma się w kolejnych latach. Będzie to spowodowane faktem, iż w prognozowanym okresie 2014-2018 wydatki publiczne będą wzrastały w tempie 2,1% średnio rocznie, natomiast wydatki prywatne będą w tym okresie rosły w tempie 5,7% średnio rocznie.

Implikacje ustawy refundacyjnej w dwa lata po jej wejściu w życie
Struktura prywatnych wydatków na opiekę zdrowotną pozostała niemal niezmieniona w ciągu ostatnich kilku lat. W 2013 roku udział kategorii: produkty zdrowotne (leki i sprzęt medyczny) zmniejszył się nieznacznie, bo o 0,2 punktu procentowego. W 2012 r. udział tej kategorii zmniejszył się o 1,4 punktu procentowego w porównaniu do sytuacji w roku 2011, co było przede wszystkim wynikiem wejścia w życie od 1 stycznia 2012 r. tzw. ustawy refundacyjnej, która wywołała prawdziwą rewolucję na rynku farmaceutycznym w Polsce. Po dwóch latach od wejścia ustawy refundacyjnej, segment wydatków na leki wyraźnie oswoił się z nowymi uwarunkowaniami i stał się stabilniejszy.

Rynek abonamentów a rynek ubezpieczeń zdrowotnych

W opinii PMR, rynek ubezpieczeń zdrowotnych nie jest obecnie dynamizowany przez żadne istotne czynniki, poza czynnikami makroekonomicznymi i w najbliższych 2-3 latach nie nastąpi znaczne ożywienia rynku w tym segmencie, które byłoby uwarunkowane na przykład zmianami legislacyjnymi. Dopóki rynek ubezpieczeń nie nasyci się, czynniki makroekonomiczne będą miały na niego największy wpływ. Korzystne przewidywania dla poziomu bezrobocia, płac i PKB w latach 2014-2018 będą wpływały najmocniej na rynek ubezpieczeń zdrowotnych do roku 2015. W latach 2016-2018, większe nasycenie rynku ubezpieczeń zdrowotnych spowoduje zahamowanie dynamiki jego wzrostu.

Jeśli chodzi o rynek abonamentów medycznych w Polsce, to jest to już rynek dość stabilny i przewidywalny. Z tego powodu dynamika rynku abonamentów spadła w roku 2013 poniżej 10% i była najniższa od roku 2005. Czynnikiem decydującym o spadku dynamiki było nasycenie rynku przy obecnych warunkach makroekonomicznych, które w roku 2013 nie były korzystne. Rynek abonamentów staje się rynkiem dojrzałym i w opinii PMR, dynamiki rozwoju z początków jego rozwoju nie są już adekwatne dla jego obecnych uwarunkowań.

Wyjaśnienia metodologiczne
Na wartość rynku składają się wydatki na produkty zdrowotne bezpośrednio z kieszeni pacjenta, usługi rehabilitacyjne, badania diagnostyczne i wizyty lekarskie opłacane z własnej kieszeni, abonamenty oferowane przez firmy medyczne wraz z usługami medycyny pracy, ubezpieczenia zdrowotne oferowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, opłaty w szarej strefie, np. „dowody wdzięczności” dla lekarzy oraz inne opłaty ponoszone bezpośrednio z kieszeni pacjenta.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

Internauci o stażach i praktykach: 9,5 tys. wzmianek w ciągu miesiąca

Nawet 700 publikacji dziennie pojawia się w Internecie na temat staży i praktyk – wynika z badania przeprowadzonego przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami (PSZK) we współpracy z Brand24 w ramach kampanii społecznej „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”.

Prawie 9,5 tys. wzmianek w ciągu miesiąca – od wymiany opinii na temat konkretnych pracodawców, przez komunikaty o poszukiwaniach staży i stażystów, po kwestie formalne, takie jak opodatkowanie przychodów wynikających ze współpracy studentów z firmami, umowa czy prawa i obowiązki stażysty.

Debata na temat staży i praktyk toczy się głównie w mediach społecznościowych. Podstawowym miejscem wymiany opinii jest Facebook – pojawiło się tam 35,5 proc. odnotowanych w analizowanym okresie wzmianek. Po 15 proc. wypowiedzi opublikowanych zostało łącznie na blogach i mikroblogach, tyle samo na forach. Publikacje o charakterze informacyjnym dostępne na portalach internetowych to kolejne 15 proc.

Badania wskazały nie tylko miejsca dyskusji, ale też najaktywniejszych twórców treści i uczestników debat: fanpage’e firm, portale studenckie i rekrutacyjne. Jedną z najbardziej zaangażowanych społecznościowo w kontekście współpracy ze studentami firm jest PZU. – Doceniamy media społecznościowe jako miejsce dyskusji i wymiany informacji o stażach i praktykach. Komunikacja takimi kanałami jest dla nas bardzo ważna w relacjach z młodymi odbiorcami, dlatego prowadzimy fanpage „Grupa PZU Kariera”. Studentom poszukującym staży czy praktyk sugeruję korzystanie ze sprawdzonych, merytorycznych źródeł i dystans wobec anonimowych wypowiedzi znalezionych na forach czy blogach – mówi Maciej Hassa, Kierownik Zespołu Marki Pracodawcy z PZU.

Jak wynika z analizy wydźwięku publikacji przeprowadzonej przez Brand24, wypowiedzi związane ze stażami i praktykami są przede wszystkim neutralne, 10 proc. uznać można za pozytywne, zaledwie 1 proc. to komunikaty o negatywnym wydźwięku.

Badanie przeprowadzone przez Brand24 obrazuje obecność tematu staży i praktyk w internecie w okresie między 16 marca a 15 kwietnia 2014 r. Do szczegółowej analizy wyselekcjonowano niemal 9,5 tys. publikacji.

Kampania społeczna „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”, w ramach której przeprowadzono badanie, ma na celu zwiększenie poziomu edukacji praktycznej ludzi młodych poprzez zachęcenie pracodawców do organizowania staży i praktyk wysokiej jakości. Mecenasami kampanii są: Nestlé, Orange, PZU oraz Siemens. Partnerem merytorycznym kampanii są Wyższe Szkoły Bankowe, z kolei Partnerem Technologicznym – eRecruiter.

R. Burdach, UI TFI: „Rynek turecki wciąż atrakcyjny”

Sytuacja na rynku akcji w Polsce jest spokojna, ale inwestorzy instytucjonalni bacznie przyglądają się skutkom reformy systemu emerytalnego i związanemu z tym zachowaniu OFE.

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Robertem Burdachem, zarządzającym funduszami akcji Union Investment TFI.

To prawda. Teoretycznie na polskiej giełdzie jest teraz dosyć spokojnie, WIG20 oscyluje w granicach 2400–2500 pkt, na horyzoncie nie widać żadnych spektakularnych ofert publicznych. W ciągu najbliższych tygodni rozpocznie się okres publikacji wyników spółek za I kwartał 2014 r.

Pozory mogą jednak mylić, ponieważ wszyscy uważnie śledzą liczbę deklaracji osób chcących pozostać w OFE. Myślę, że z całą pewnością możemy włożyć między bajki pierwotne pozytywne założenia, że ok. 20–30% uprawnionych pozostanie w OFE. Obecnie optymistyczne prognozy mówią o 15–20%, a ostatecznie może to być ok. 10% przyszłych emerytów.

Jednak emeryt emerytowi nierówny. Wybór OFE deklarują osoby bardziej świadome, a zarazem te o wyższych dochodach.
Zgadza się. Pytanie, czy jeśli w OFE zostaną tylko lepiej zarabiające osoby, to czy ich składki wystarczą zarządzającym na sprawne i efektywne inwestowanie, w co wątpię. Może to być bardzo trudne, ponieważ ci, którzy wybiorą fundusze otwarte, musieliby wypełnić lukę po składkach przynajmniej kilku milionów ludzi.

Wciąż trudno dokładnie określić, jak liczba przyszłych emerytów deklarujących pozostanie w OFE przełoży się na skalę sprzedaży przez fundusze dotychczasowych aktywów. OFE zatrudniają bardzo dobrych specjalistów i na pewno opracowują już konkretne scenariusze odpowiedzialnego, sprawnego upłynnienia aktywów na warszawskiej giełdzie. Najprawdopodobniej zarządzający będą szukali większej ekspozycji na spółki zagraniczne.

A jakie są nastroje inwestorów na naszej giełdzie, biorąc pod uwagę konflikt toczący się niedaleko naszych granic?
Mimo wszystko umiarkowanie pozytywne. Wciąż widzimy niesłabnący apetyt inwestorów na ryzyko. Na rynkach finansowych nadal panuje przekonanie, że konflikt Ukraina–Rosja, przynajmniej przy jego obecnym natężeniu, nie wpłynie fundamentalnie na międzynarodową gospodarkę.

A czy sytuacja na Ukrainie nie odbije się na wynikach rodzimych funduszy?
Wszystko zależy od stopnia ekspozycji danych funduszy na spółki rosyjskie czy ukraińskie. Wiadomo, że aktualnie są to aktywa o bardzo podwyższonym ryzyku ze względu na wciąż niestabilną sytuację polityczną. Aktywa te mogą mocno ucierpieć w razie korekty na tamtejszych giełdach.

My wybraliśmy bezpieczniejsze podejście i w ostatnich miesiącach ułożyliśmy portfele w taki sposób, że ekspozycja geograficzna na wspomniane rynki jest bardzo niska. Dzięki temu ewentualne załamanie na tamtejszych giełdach nie powinno wpłynąć na wycenę jednostek naszych funduszy.

Dobrze na tle innych rynków zachowuje się ostatnio giełda turecka. Czy może tutaj zajść jakaś negatywna korelacja z konfliktem wschodnim?
Moim zdaniem wpływ zawirowań ukraińsko-rosyjskich na Turcję może być paradoksalnie pozytywny. Jeśli kapitał będzie uciekał z tamtejszych gospodarek i giełd, to prawdopodobnie będzie szukał ujścia np. w Turcji, gdzie rynek akcji jest obecnie kilka razy płynniejszy niż chociażby w Polsce, czyli kolejnym potencjalnym miejscu do ulokowania kapitału.

Czyli Turcja nadal pozostaje dobrym kierunkiem do inwestowania?
Bez wątpienia. W porównaniu z różnymi problemami, z jakimi zmagają się inne kraje europejskie (wolniejszy wzrost PKB czy negatywna struktura demograficzna), Turcja ma bardzo dobre perspektywy. Jest to kraj odmienny kulturowo i ze stosunkowo mniej stabilną sceną polityczną, ale inwestorzy zdołali się już z tym oswoić, co przekłada się na to, że na informacje stamtąd napływające reagują coraz spokojniej i racjonalniej.
Oczywiście szukanie okazji do inwestowania na giełdzie tureckiej związane jest z podwyższonym ryzykiem, ale naszym zdaniem uzasadniają je potencjalne korzyści wiążące się z tą inwestycją.

K. Izdebski, UI TFI: Okazje inwestycyjne można znaleźć na każdym rynku

O sytuacji na rynku obligacji rozmawiamy z Krzysztofem Izdebskim z Union Investment TFI, zarządzającym subfunduszem UniObligacje Aktywny

Na początku roku oczekiwania związane ze wzrostem rentowności obligacji były duże. Czy po I kwartale 2014 r. można powiedzieć, że się one spełniły?
Na szczęście dla posiadaczy obligacji – nie. Wygrała przewrotna prawidłowość, że jeśli wszyscy czegoś oczekują, to rzeczywistość okazuje się zgoła inna. W zdecydowanej większości rentowności obligacji na świecie wyraźnie spadły. W Polsce obligacje 10-letnie na koniec 2013 r. miały rentowność 4,3%, obecnie zaś ich rentowność wynosi ok. 4,10-4,15%.

Czy taka sytuacja się utrzyma?
Ryzyko wzrostu rentowności obligacji zwiększa się ze względu na długi okres niskich stóp procentowych w gospodarkach rozwiniętych i na dane potwierdzające wzrost gospodarczy – pozytywne wskaźniki PMI oraz lepsze odczyty PKB.

Czy będzie to miało przełożenie na zachowanie inwestorów?
W wypadku gdy rentowność obligacji zacznie wzrastać, funduszom będzie trudniej utrzymać takie zyski jak w poprzedzających miesiącach ze względu na spadki cen tych papierów.

Jakie kroki w tej sytuacji będą więc najlepsze?
Przede wszystkim inwestorzy powinni szukać okazji na takich rynkach, gdzie rentowności obligacji są na tyle wysokie, że odwrócenie globalnego trendu nie będzie dla nich tak bolesne. Za przykład może posłużyć rynek turecki, oferujący wysokie oprocentowanie papierów dłużnych 2–3-letnich – w okolicy 9–10%. Dla porównania na Węgrzech rentowność obligacji 2-letnich wynosi aktualnie 4%, a w Polsce 2,5%.

Czy można jednoznacznie określić, które rynki są perspektywiczne?
Moim zdaniem nie. Każdy rynek należy analizować pod względem fundamentów oraz obserwować globalne trendy na rynkach obligacji – okresy awersji do ryzyka (kiedy inwestorzy preferują bezpieczne, ale nisko rentowne rynki, takie jak niemieckie bundy czy amerykańskie Treasuries) lub zwiększonej akceptacji ryzyka (gdy kapitał szuka wysoko rentownych inwestycji na rynkach wschodzących). W każdym otoczeniu zarządzający poszukuje okazji inwestycyjnych.

Z funduszem na giełdę?

Czy współpraca z funduszem Private Equity / Venture Capital to jedyna droga na giełdę? Oczywiście nie. Jednak spółki znajdujące się w portfelu funduszu, które stoją u progu kolejnego etapu rozwoju, jakim niewątpliwie jest debiut giełdowy mogą liczyć na jego znaczne wsparcie. Dlaczego? Z jednej strony dla funduszu debiut giełdowy to często droga wyjścia z inwestycji. Zespół zrobi więc wszystko, żeby spółka płynnie weszła na parkiet, a tym samym inwestycja jak najlepiej się zwróciła. Z drugiej strony zespół analityczno-menadżerski funduszu zna spółkę, branże, realia rynkowe, instytucje z którymi spółka będzie musiała nawiązać współpracę (jak doradcy autoryzowani doradcy) i jest w stanie wszystko to połączyć w spójną całość. Po trzecie wreszcie przed pierwszym notowaniem akcji konieczne jest uporządkowanie struktur przedsiębiorstwa, zdyscyplinowanie procesów zarządczych, ale też precyzyjna strategia rozwoju biznesu. Fundusz ma więc możliwość odegrać znaczącą rolę w tym procesie.

Niezależnie czy chodzi o główny parkiet, czy o NewConnect w obu przypadkach konieczne jest spełnienie określonych warunków formalnych, – jak przekształcenie stanu prawnego firmy w spółkę akcyjną, podjęcie przez WZ uchwały o ofercie publicznej, wybór biegłego rewidenta i biura maklerskiego, przygotowanie prospektu emisyjnego, czy wreszcie złożenie stosownego wniosku do KNF.

– Spółka, która decyduje się wejść na parkiet musi przygotować się na wprowadzenie pewnych standardów dyscyplinujących oraz regulujących działalność, jak choćby obowiązek raportowania wyników finansowych czy innych ważnych zdarzeń. Fundusz w ramach monitoringu działań nie tylko pomaga zdyscyplinować kadrę zarządzającą do przekazywania okresowych raportów z działalności ale też, a może przede wszystkim, pomaga
w określeniu planu działania. A następnie weryfikuje jego wykonanie i motywuje kadrę do konsekwentnego osiągania kolejnych, założonych w nim celów strategicznych – tłumaczy Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Spółka giełdowa aby zasłużyć na zaufanie inwestorów musi działać w sposób transparentny, konsekwentnie realizować strategię i informować o tym. Do tego świetnie przygotowuje współpraca z funduszem. Ponadto fundusz wspiera spółkę w spełnieniu szeregu wymogów formalnych. I choć może wydawać się to mało istotne to tak naprawdę właśnie formalności często przysparzają najwięcej trudności. Doświadczenie zespołu funduszu nieocenione jest również w zakresie przygotowania prospektu emisyjnego. Dokument ten to jedno z ważniejszych źródeł informacji dla inwestorów, dlatego powinien być przygotowany rzetelnie, i tu pole do popisu ma zespół analityczno-managerski funduszu.

– Przejście drogi od decyzji do debiutu to ciężka, często wieloletnia praca. Przedsiębiorcy, którzy decydują się na to pierwszy raz stają więc przed nie lada wyzwaniem. Ale oprócz wskazanych wymogów narzuconych przez GPW, równie ważne jest podjęcie decyzji o tym kiedy najlepiej wejść na parkiet. Najlepiej z punktu widzenia rozwoju spółki, sytuacji na danym rynku czy ogólnie sytuacji gospodarczej kraju i nastrojów panujących na giełdzie. A z tym już różnie bywa i wiele czynników należy brać pod uwagę. I tu również nieocenione będzie wsparcie funduszu i zespołu analitycznego, który pomoże wybrać najwłaściwszy moment – dodaje Krzysztof Wiśniewski.

Sama decyzja i przygotowanie się na formalności związane z debiutem nie wystarczą aby skutecznie prowadzić biznes notowany na giełdzie. Dla chcących się rozwijać przedsiębiorców dobrym rozwiązaniem jest więc współpraca z funduszem VC, który nie tylko dokapitalizuje firmę ale wchodząc w jej struktury wskaże właściwa ścieżkę rozwoju, uzupełni potrzeby merytoryczne, czy networkingowe i pomoże wskazać moment, w którym najlepiej wejść na parkiet.

Duży awans Firmy Oponiarskiej Dębica S.A. w rankingu przedsiębiorstw „Lista 500” Rzeczpospolitej

Firma Oponiarska Dębica S.A., z wielkością eksportu wynoszącą ponad 88 proc. całości wartości sprzedaży w 2013 roku, należy do grona największych polskich eksporterów, według rankingu „Lista 500” przygotowanego przez dziennik „Rzeczpospolita”. Spółka w ostatnich czterech lat awansowała również w zestawieniu ogólnym największych polskich przedsiębiorstw aż o 50 miejsc, z 213. pozycji w 2009 roku na miejsce 163. w 2013 roku.

„Tak duży skok w ciągu ostatnich czterech lat na ‘Liście 500’ najlepszych przedsiębiorstw w Polsce nasza Spółka wykonała dzięki wdrożonym w tym okresie inwestycjom, których wartość przekroczyła ponad 200 mln złotych. Sprawiły one, że Firma Oponiarska Dębica S.A. jest jednym z najnowocześniejszych na świecie producentów opon. Z kolei wysoka pozycja naszej firmy wśród polskich eksporterów została osiągnięta przede wszystkim dzięki ścisłej współpracy z naszym strategicznym udziałowcem, firmą Goodyear, której spółki, obecne na wszystkich kontynentach, zaopatrują się w opony produkowane w Dębicy” – powiedział Jacek Pryczek, Prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A.

Firma Oponiarska Dębica S.A., zajmując 163. pozycję na „Liście 500”, wyprzedziła takie przedsiębiorstwa, jak Henkel Polska, Amica Wronki S.A., Deutsche Bank Polska, Grupa Fakro, czy Telewizja Polska S.A. Jedyny producent opon oprócz Firmy Oponiarskiej Dębica S.A., który znalazł się „Liście 500” – Continental Opony Sp. z o.o., zajął 275. miejsce.

Wysoka pozycja w rankingu „Rzeczpospolitej” jest następną w kolekcji nagród i wyróżnień Spółki, które otrzymała ostatnio. W 2014 roku po raz kolejny T.C. Dębica S.A., wraz z innymi spółkami z Grupy Goodyear Polska, otrzymała certyfikat Top Employers, przyznawany co roku przez międzynarodowy Top Employers Institute tym firmom, które prowadzą najlepszą politykę personalną.

Z kolei w 2013 roku marka Dębica zajęła 5. pozycję wśród najczęściej wybieranych marek w Polsce i 14. miejsce wśród najmocniejszych marek produktów niespożywczych oraz pierwszą wśród producentów opon w Polsce w ‘X rankingu Polskich Marek’ dziennika „Rzeczpospolita”.

Także w ubiegłym roku Firma Oponiarska Dębica S.A. znalazła się na 54. miejscu rankingu 100 najszybciej rozwijających się spółek giełdowych, prestiżowego magazynu ekonomicznego „Forbes”. Spółka otrzymała także wyróżnienie konsumentów. Opony marki Dębica zdobyły najwyższą liczbę wskazań w ogólnopolskim badaniu postaw i preferencji konsumenckich „Dobry Produkt 2012”. Badanie przeprowadziła Redakcja ‘Forum Biznesu’ – dodatku do ‘Dziennika Gazety Prawnej’.

Firma Oponiarska Dębica S.A. została ponadto liderem eksportu w zestawieniu Największych Przedsiębiorstw Podkarpacia. W dorocznym Rankingu ,,Złotej Setki”, dębicki producent opon zdobył również wyróżnienia w kategoriach: zysk netto, udział eksportu w sprzedaży, wielkość zatrudnienia oraz najwyższa kapitalizacja giełdowa. To kolejny rok z rzędu, gdy wyróżnienie zostało przyznane Firmie Oponiarskiej Dębica S.A. W 2013 roku Spółka zajęła także 46. pozycję wśród 400 największych przedsiębiorstw w Polsce, które zostały wytypowane do Rankingu firm przemysłowych, który został przygotowany wspólnie przez wywiadownię gospodarczą Bisnode D&B Polska oraz tygodnik „Gazeta Finansowa”. Podstawowym kryterium zestawienia były przychody przedsiębiorstw osiągnięte w 2012 roku.

Sejm przyjął nowe prawo antymonopolowe

0

Eliminowanie praktyk niekorzystnych dla gospodarki, przedsiębiorców i konsumentów – to główne cele nowej ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Nowelizacja została przyjęta dzisiaj przez Sejm

Opracowując nowe regulacje, UOKiK zainicjował szerokie konsultacje społeczne. Ostatecznie, wychodząc naprzeciw postulatom biznesu, Urząd wprowadził wiele proprzedsiębiorczych zmian do projektu ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, który dziś przyjął Sejm. Prace nad ustawą są prowadzone od ponad dwóch lat.

Ustawa wprowadza m.in. dwuetapową procedurę analizowania wniosków w sprawie fuzji i przejęć – proste sprawy rozpatrywane będą w ciągu miesiąca, natomiast bardziej złożone przez dodatkowe cztery miesiące. Takie rozwiązanie stosuje Komisja Europejska oraz wiele krajowych urzędów. Przedsiębiorca jeszcze w toku trwającego postępowania pozna przewidywany kierunek rozstrzygnięcia, w tym zastrzeżenia Urzędu. Podczas prowadzonego postępowania będzie mógł odnieść się do nich, a nawet zmodyfikować zakres koncentracji, tak aby uniknąć decyzji zakazującej transakcji.

Pozytywne z punktu widzenia profesjonalnych uczestników rynku są również tzw. środki zaradcze (ang. remedies). W decyzji kończącej postępowanie UOKiK będzie miał możliwość wskazania przedsiębiorcy, jakie działania ma podjąć w celu usunięcia skutków naruszenia lub zaprzestania niedozwolonej praktyki.

Korzystne dla przedsiębiorców będą również zmiany w programie łagodzenia kar leniency, który umożliwia uczestnikowi niedozwolonego porozumienia uniknięcie lub obniżenie sankcji finansowej w zamian za współpracę z Urzędem i dostarczenie informacji na temat zmowy. Obecnie tylko podmiot, który jako pierwszy poinformuje Urząd o niedozwolonych praktykach, może liczyć na całkowite zwolnienie z kary – pozostali na obniżenie sankcji. Wprowadzone rozwiązanie, tzw. leniency plus umożliwi przedsiębiorcy, który złoży wniosek jako drugi lub kolejny, uzyskanie dodatkowego obniżenia kary o 30 proc, jeśli poinformuje Urząd o innej zmowie, której również był uczestnikiem. W tej drugiej sprawie będzie miał status pierwszego wnioskodawcy i uniknie w niej kary finansowej.

Ustawa wprowadza również istotną zmianę dotyczącą ochrony konsumentów. Prezes UOKiK będzie miał możliwość publicznego ostrzegania o praktykach naruszających zbiorowe interesy konsumentów, które mogą narazić ich na poważne straty finansowe.

Ustawa trafi pod obrady Senatu.

M. Boni: dobrym pomysłem byłoby powołanie rządowego koordynatora ds. ochrony własności intelektualnej. Mógłby promować korzystanie z legalnych treści

CEO Magazyn PolskaBranża audiowizualna postuluje powołanie rządowego koordynatora odpowiedzialnego za ochronę własności intelektualnej. Zdaniem Michała Boniego taka instytucja miałaby sens, jeśli jej głównym zadaniem nie byłoby kontrolowanie internautów i ograniczanie im dostępu do treści w internecie, tylko edukowanie społeczeństwa i promowanie legalnego korzystania z tych treści.

 Jeżeli koordynator dbałby o promocję legalnego korzystania z różnych treści, używałby do tego sił, struktur i osób z różnych resortów, to myślę, że taka funkcja by się przydała – mówi były minister administracji i cyfryzacji agencji informacyjnej Newseria Biznes.  Wtedy może byłaby też dobra koordynacja różnych prac rządowych w tej dziedzinie i dobry kontakt z partnerami społecznymi.

Z raportu PwC wynika, że straty z samej tylko nielegalnej dystrybucji treści wideo w internecie wyceniane są w Polsce na nawet 700 milionów złotych, a w ciągu kolejnych czterech lat ubytek w PKB może sięgnąć nawet 6 mld zł.

 Nie chodzi o to, żeby teraz wprowadzić policjanta, który będzie śledził każdego użytkownika tych treści, które gdzieś rozsiewają się po sieci, tylko o to, żeby promować legalne użytkowanie, i stworzyć takie sposoby korzystania, które będą tworzyły wymóg legalnego korzystania – uważa Boni.

Podkreśla, że nie chodzi tu o ściganie końcowych użytkowników, oglądających w internecie filmy, ale tych, którzy je nielegalnie udostępniają. Argumentuje, że powszechny dostęp to istota internetu i nie można go ograniczać. Jednak jednocześnie musi to być dostęp legalny.

 Musimy stworzyć takie rozwiązania, które z jednej strony będą ludziom dawały dostęp do różnych treści, a z drugiej strony będą zwiększały poziom przestrzegania legalności ich dostępu, wtedy te straty będą mniejsze  zaznacza Michał Boni.

Boni tłumaczy, że chodzi o stworzenie takiego mechanizmu, który ograniczy piractwo na początku istnienia danego produktu na rynku – żeby producentom i dystrybutorom opłacała się ich działalność. Po pewnym czasie film czy płyta powinny być dostępne legalnie dla wszystkich, dostępne również finansowo.

 Branży filmowej też zależy na tym, żeby jak najwięcej ludzi obejrzało dany film – mówi były minister.  Tylko problem polega na tym, że dystrybutor określonego filmu wie, ile dni on powinien być tylko w kinach, po to, żeby koszty się zwróciły. Żaden z dystrybutorów i producentów filmowych nie chce przecież, żeby później to dzieło było bardzo trudno dostępne. Ale na pewno efektem tych działań nie może zmniejszenie oferty dla użytkowników, bo to byłoby rzeczywiście strzelanie sobie w stopę.

Promocji korzystania z legalnych treści służy też obchodzony od 2001 roku Światowy Dzień Własności Intelektualnej – w tym roku przypada w najbliższą sobotę, 26 kwietnia.

Resort gospodarki wspiera kobiety przedsiębiorców. Oferuje pożyczki na start firmy oraz misje promujące eksport

CEO Magazyn Polska

Od 20 do nawet 40 tys. zł pożyczki dla kobiet, które prowadzą własną działalność gospodarczą, proponuje Ministerstwo Gospodarki. Fundusze będą przyznawane pilotażowo na razie jedynie tam, gdzie bezrobocie kobiet jest najwyższe. Resort pracuje nad ostateczną listą województw. Docelowo fundusz może otrzymać nawet 100 mln euro z środków unijnych. Ministerstwo chce też wspierać działalność gospodarczą kobiet na rynkach zagranicznych, w tym arabskich i azjatyckich.

Resort gospodarki chce ułatwiać firmom prowadzonym przez kobiety ekspansję na rynki zagraniczne. Zwłaszcza tam, gdzie kobietom przedsiębiorcom trudniej pokonać bariery administracyjne i kulturowe, np. w krajach arabskich.

Sądzimy, że trzeba kobietom pokazywać, że eksport jest jednym z elementów, które pomogą im na dłuższą metę zarabiać więcej na swoich produktach i usługach. Mamy już zaplanowany cykl misji, które będą typowo misjami kobiecymi – dla kobiet przedsiębiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki.

W trzecim kwartale tego roku resort planuje taką właśnie misję do Dubaju. O ile znajdą się chętne z gotowymi do eksportu projektami, jeszcze w 2014 r. możliwe są misje do Wietnamu i Japonii. Ministerstwo jest otwarte na propozycje krajów, z którymi można nawiązać współpracę i zachęca kobiety przedsiębiorców do zgłaszania pomysłów. Antoniszyn-Klik dodaje, że w tym roku możliwa jest jeszcze wizyt w jednym z krajów afrykańskich, a na początku przyszłego roku planowane są misje do Malezji i Tajlandii. Wśród interesujących obszarów, na których ministerstwo skoncentruje się w 2015 roku, jest też Ameryka Południowa.

Resort proponuje kobietom wsparcie również w kraju w rozpoczynaniu i rozwijaniu swojej działalności gospodarczej.

Kobiety z terenów, na którym bezrobocie kobiet jest stosunkowo duże, mają możliwość uzyskania pożyczki pomiędzy 20 tys. a 40 tys. złotych w ramach wsparcia z Ministerstwa Gospodarki. Ten fundusz będzie operowany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Pilotaż ma nam pokazać, czy jest zainteresowanie wśród kobiet, jakiego rodzaju projekty kobiety planują, i z tego mamy zrobić instrument, który na 5-10 lat powinien być instrumentem stałym – tłumaczy wiceminister gospodarki.

Na pilotaż programu pożyczek dla kobiet ministerstwo chce przeznaczyć 25 mln zł. Docelowo program ma jednak objąć cały kraj. Unijne dofinansowanie może sięgnąć nawet 100 mln euro.

Skierowane do kobiet pożyczki mają zapewnić im środki na start w biznesie. Nie będą one obciążone marżą, a oprocentowanie będzie stałe, na poziomie 2 proc. Do tego wkład własny będzie na niskim poziomie 5 proc. Resort stawia jednak warunki: pożyczka nie będzie mogła być przeznaczona na finansowanie bieżącej działalności firmy, a jedynie na rozwój lub rozruch.

Będzie można też, jeżeli sytuacja będzie w firmie trudna, na 12 miesięcy przerwać spłacanie – dodaje Antoniszyn-Klik. – Będzie to ułatwiona, prostsza procedura uzyskania pomocy na rozwój bądź otwarcie swojej działalności. Ale musi być już ta firma zarejestrowana.

Maksymalny czas spłaty pożyczki to 5 lat. Nie wiadomo, w których województwach ruszy pilotaż, bo wciąż trwają prace nad odpowiednim rozporządzeniem. Będą to jednak obszary o najwyższym bezrobociu kobiet, w tym na pewno zachodniopomorskie i prawdopodobnie świętokrzyskie.

Od stycznia mają zacząć obowiązywać nowe prawa konsumentów. Będą jednakowe w całej UE

CEO Magazyn PolskaPrawdopodobnie nie za dwa miesiące jak planowano, a dopiero od stycznia 2015 roku zaczną obowiązywać na polskim rynku nowe prawa konsumentów, również tych kupujących w sieci. Taką poprawkę do ustawy poparła wczoraj sejmowa komisja gospodarki. Nowe przepisy zakładają, że właściciele sklepów internetowych będą zobowiązani do informowania klientów o przysługujących im prawach. Kierunek zmian narzuca unijna dyrektywa. W ten sposób przepisy dotyczące e-handlu będą jednolite w całej Unii Europejskiej.

Poprawkę o wprowadzeniu półrocznego vacatio legis zaproponował Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Poparła ją sejmowa komisja gospodarki. Teraz projekt ustawy trafi do drugiego czytania. Według resortu sprawiedliwości, który projekt przygotował, ustawa powinna wejść w życie zgodnie z wymogami UE, czyli w czerwcu br. W innym przypadku grożą nam kary. Rządowy projekt ma bowiem implementować do polskiego prawa przepisy dyrektywy unijnej.

 – Bez względu na to, czy będziemy kupowali coś w Polsce czy za granicą, będziemy mieć takie same prawa jako konsumenci. Oczywiście najważniejszą rolę odgrywają obowiązki informacyjne, jakie spoczywają na przedsiębiorcach wobec konsumentów. Konsument musi być informowany dużo obszerniej, rzetelniej o wielu aspektach, które dotyczą zarówno towaru, jak i przysługujących mu praw – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Wójcik, dyrektor ds. korporacyjnych MIH Allegro Group.

Po wejściu w życie ustawy konsumenci będą mogli łatwiej zwracać towary. Poprawi się sytuacja osób kupujących, zwłaszcza tych kupujących przez internet. Będą oni mieli 14 dni na odstąpienie od zakupu (dziś w Polsce jest to 10 dni).

Ale jeżeli sprzedawca nie poinformuje konsumenta rzetelnie o wszystkich obowiązujących w ustawie prawach, to prawo do zwrotu może się wydłużyć aż do roku. Konsument, który się zorientuje, że nie był właściwie poinformowany, może parę miesięcy później po prostu, bez żadnych dodatkowych kosztów oddać towar na koszt sprzedawcy – podkreśla Wójcik.

Sprzedawcy zgodnie z nowym prawem będą musieli informować nie tylko o prawie do odstąpienia od zakupu, lecz także podawać więcej danych swojej firmy oraz szczegółów dotyczących towaru i jego ceny. Wójcik podkreśla, że z uwagi na surowe prawo przedsiębiorcy muszą dostosować swoją ofertę do nowych przepisów. Również w przypadku sprzedawców korzystających z platformy Allegro to na nich, a nie na Allegro, ciąży obowiązek udzielenia klientom wymaganych prawem informacji.

Nie zawsze w przypadku zwrotu towaru klient będzie mógł jednak liczyć na całkowity zwrot kosztów. Wójcik zwraca uwagę, że ustawa wprowadzi możliwość pomniejszenia wartości towaru, choć dokładny sposób, w jaki będzie się to odbywało, pozostaje niejasny.

Przedsiębiorca będzie mógł dochodzić pomniejszenia wartości towaru, więc ten zwrot potencjalnie będzie mniejszy niż kwoty, które były wpłacone. Od razu narzuca się pytanie, czy tego typu pomniejszenie wartości towaru to jest prosta sprawa – nie jest. Dlatego, że nie ma żadnych wytycznych co do tego, w jaki sposób dla różnych kategorii asortymentowych tego typu wartość pomniejszenia szacować, a więc to będzie kwestia uznaniowa – ocenia Wójcik.

Dodaje, że możliwości rozwiązania tej kwestii jest kilka. Oceną pomniejszenia wartości mogą zająć się rzecznicy praw konsumentów, sądy lub też może to zostać pozostawione polubownym porozumieniom stron. W każdym wypadku rozwiązanie to powinno jednak pomóc przedsiębiorcom walczyć z nieuczciwymi konsumentami, którzy kupują towar, a potem zwracają go w stanie niepełnowartościowym.

Wójcik ocenia, że nowe przepisy są najgroźniejsze dla sprzedawców w tych branżach, gdzie marże są niskie. Większa liczba zwrotów może nawet zagrozić ich płynności finansowej.

Dla tych podmiotów, które sprzedają przy bardzo niskiej marży, a jest silna presja i konkurencja cenowa, może dochodzić do sytuacji, w której w wyniku zwrotów sprzedaż staje się nierentowna. Odpracowanie takiego kosztu będzie musiało być skompensowane dużo większą skalą sprzedaży, co oczywiście proste nie jest – podkreśla Wójcik. – Są branże, dla których to nie ma większego znaczenia, głównie takie, w których na danym towarze marża jest większa.

Podkreśla jednak, że pomimo pewnych zagrożeń nowe przepisy będą obowiązywały w bardzo zbliżonej formie w całej Europie. To zwiększy konkurencję między sprzedawcami z różnych państw.

McDonald’s oferuje zatrudnienie młodym ludziom w Polsce. Kolejny tysiąc miejsc pracy w bieżącym roku

CEO Magazyn Polska

Sieć restauracji McDonald’s, w której pracuje w Polsce 16,5 tys. osób, zamierza co roku zwiększać zatrudnienie o kolejne tysiąc osób. Związane jest to z rozrostem sieci o kilkadziesiąt restauracji rocznie. Większość pracowników McDonald’s to ludzie młodzi. Sieć wystartowała właśnie z kampanią medialną „McDonald’s wierzy w młodych ludzi w Polsce”, która ma promować zatrudnianie tej grupy wiekowej.

McDonald’s naprawdę wierzy w młodych. Na fali toczącej się obecnie dyskusji o trudnej sytuacji młodych ludzi i na fali tego, że mówi się o nich jako o straconym pokoleniu – my mówimy zdecydowane nie. Nasz biznes prowadzą przede wszystkim młodzi. Blisko 4 tysiące menadżerów w całej Polsce to w większości ludzie, którzy zaczynali pracę w naszych restauracjach naprawdę jako bardzo młodzi ludzie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych w McDonald’s Polska.

Liczba pracowników będzie dynamicznie rosła. Sieć posiada obecnie ponad 330 restauracji w Polsce i co roku pojawiać się będzie kolejnych kilkadziesiąt. 

Dynamiczny rozwój powoduje, że co roku oferujemy ponad tysiąc nowych miejsc pracy. W ramach tych miejsc pracy oczywiście część to pozycje menadżerskie. To jest oferta dla już pracujących, żeby właśnie mogli pójść wyżej, rozwinąć się – przekonuje Krzysztof Kłapa.

McDonald’s zachęca do pracy nie tylko młodych. Restauracja otwarta jest na każdego. Zatrudniane są także osoby starsze, a w okresie przede wszystkim wakacyjnym – młodociani, między 16. a 18. rokiem życia. Sieć oferuje pełny pakiet socjalny.

– W naszym rozumieniu jest to naprawdę podstawa, że jest umowa o pracę, nie są to żadne umowy śmieciowe, to że są zapewnione podstawowe pakiety socjalne, to że płacimy na czas, że dbamy o higienę i bezpieczeństwo. To są rzeczy w McDonald’s oczywiste – podkreśla.

Firma, chcąc podkreślić zalety, jakie niesie ze sobą praca w McDonald’s, rozpoczęła kampanię medialną. Potrwa ona do 11 maja i prezentuje przedstawicieli młodego pokolenia, którzy dzięki pracy w tej sieci restauracji osiągnęli sukces zawodowy. Kampania została zrealizowana nie z udziałem aktorów, lecz pracowników McDonald’s. Wystartowała także nowa strona internetowa, gdzie można znaleźć informacje dotyczące możliwości zatrudnienia i kariery. 

W sieci zatrudnionych jest ponad 16,5 tysiąca osób (wliczając także tych, którzy pracują w restauracjach franczyzowych), z czego blisko jedna czwarta to kadra menadżerska, która nadzoruje pracę lokali czy personel biurowy.

Poczta Polska wydała ponad 1,5 mln znaczków z okazji kanonizacji Jana Pawła II

0

Z okazji niedzielnej kanonizacji Jana Pawła II Poczta Polska wydała serię znaczków. To wspólne przedsięwzięcie z Pocztą Watykańską, która wydała identyczne znaczki z napisami po włosku. Projekt powstał w Polsce i ma upamiętniać nie tylko postać polskiego papieża, ale przede wszystkim jego nauczanie.

Poczta Polska od wielu lat wspierała ideę upamiętniania myśli Jana Pawła II. Od 1979 roku wydaliśmy ponad 30 emisji, z czego ta obecna jest wspólną inicjatywą Poczty Polskiej i Poczty Watykańskiej. Zaprojektowaliśmy aureolę, w którą włączyliśmy 35 zawołań z okresu pontyfikatu, najpiękniejszych zdań, najpiękniejszych przesłań, które towarzyszyły Janowi Pawłowi II, a które są też pewnego rodzaju krokami milowymi w jego nauczaniu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Agnieszka Kłoda-Dębska, zastępca dyrektora Biura Marketingu i Filatelistyki Poczty Polskiej.

W serii upamiętniającej kanonizację polskiego papieża są trzy wydawnictwa. Poczta Polska wypuściła na rynek arkusz sześciu znaczków o wartości 2,35 zł każdy, znaczek w bloku o wartości 5 zł oraz wykonany techniką stalorytu znaczek o wartości 8,50 zł. Znaczków za 2,35 zł wydrukowanych zostało 1,5 mln sztuk, droższych w blokach – po 200 tys. sztuk.

Wspólnym elementem wszystkich znaczków jest wizerunek Jana Pawła II otoczonego aureolą, która składa się z 35 jego przesłań. W wersji watykańskiej jest o jedno hasło mniej.

Kłoda-Dębska wspomina, że początkowo nie była planowana seria trzech wydawnictw, jednak podczas powstawania projektu się to zmieniło.

Znaczek z Janem Pawłem II w bloku był w tym roku również wyrytowany. Mieliśmy ten ryt połączyć z offsetem i miał to być głęboki, piękny znaczek – taka nowa forma wydawnicza. Okazało się, że ryt sam w sobie był tak piękny, że w formie wyrytowanego znaczka Intalio wydaliśmy drugą formę wydawniczą – na białym tle znaczek wydrukowany w szarościach również ze złotymi napisami w aureoli – opisuje Kłoda-Dębska.

Dodaje, że Polacy chętnie kupują znaczki z papieżem. Do tego Poczta Polska przywróciła też do sprzedaży znaczki z poprzednich emisji związane z Janem Pawłem II. Było ich łącznie ponad 30, a w seriach tych wydanych zostało ponad 100 różnych znaczków. Były drukowane m.in. z okazji wizyt papieża w Polsce, rocznic czy Światowych Dni Młodzieży.

Poczta wydawała miliony znaczków przez te lata dla Jana Pawła II. Dzisiaj jest ich dużo mniej, ale może jeszcze ucieszą kolekcjonerów – mówi Kłoda-Dębska. – Nasze emisje – polska i watykańska – będą towarzyszyły wielu wydarzeniom, które się odbędą i w Polsce, i w Rzymie. W Polsce ten znaczek będzie od piątku do zakończenia niedzieli promowany w całym kraju przy okazji różnych wydarzeń, szczególnie podczas czuwania od piątku do niedzieli, kiedy wierni w Polsce będą oczekiwali na kanonizację.

W Rzymie znaczek będzie promowany m.in. przy okazji koncertu „Tryptyk rzymski” Stanisława Sojki w kościele Chiesa Nuova. Będzie także promowany podczas wydarzeń dla Polonii – niedzielnego spotkania prezydenta Bronisława Komorowskiego z Polakami z zagranicy oraz poniedziałkowego koncertu Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk i Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze w kościele Santa Maria Maggiore.

Poczta Polska wydała też podwójny znaczek z wizerunkami obydwu kanonizowanych papieży – Jana Pawła II i Jana XXIII. Wszystkie znaczki są dostępne w sprzedaży od 2 kwietnia. Poczta wydała także książkę, w której poza wizerunkami wszystkich znaczków związanych z Janem Pawłem II są też jego wypowiedzi. Kłoda-Dębska podkreśla jednak, że nie są to nauczania, lecz wypowiedzi papieża związane z polską historią, sztuką i przyrodą.

Rekordy na rynku powierzchni biurowej w Polsce. Rośnie podaż i popyt, ale mocniejszą pozycję mają najemcy

CEO Magazyn Polska

W Polsce powstaje prawie 1,2 mln mkw. powierzchni biurowej – wynika z danych firmy JLL. Najwięcej buduje się w Warszawie, zaraz za nią są Kraków i Wrocław. Nieustannie rośnie popyt, ale najemcy mają szereg ciekawych opcji do wyboru. Stawki za najlepsze biura w centrum Warszawy to 22-24 euro za mkw. miesięcznie. Poza stolicą czynsze nie przekraczają 15,5 euro. W Lublinie wystarczy 11-12 euro.

Rynek powierzchni biurowej w Warszawie rozwija się bardzo dynamiczne. W tym roku w stolicy będziemy mieć najwyższą podaż od 14 lat – ponad 320 tys. mkw. w nowoczesnych biurowcach klasy A. Warto zauważyć, że w ciągu ostatnich dwóch lat przekraczała ona poziom 250 tys. mkw. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Lis, dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych w JLL.

Rośnie nie tylko wartość powierzchni biurowej, lecz także popyt na nią.

W zeszłym roku zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w Warszawie wyniosło ponad 600 tys. metrów kwadratowych. To najwyższy poziom od czasów, kiedy rejestrujemy dane. Takie wzrosty cieszą inwestorów i zachęcają do kolejnych projektów – uważa dyrektor z JLL.

Dynamicznie rozwijają się także rynki regionalne. Tuż za Warszawą lokują się Kraków i Wrocław, w których deweloperzy realizują szereg nowych, ciekawych inwestycji. Nowoczesne biurowce powstają też w Trójmieście, Katowicach i Poznaniu. W miastach regionalnych budowane jest aktualnie 570 tys. metrów kwadratowych biur.

Rośnie również aktywność deweloperów w Szczecinie i Lublinie. Powstaje tam coraz więcej nowoczesnej powierzchni biurowej klasy A. Dużo miast już awansuje z trzeciej do drugiej ligi, a nawet z drugiej do pierwszej – tłumaczy Michał Lis. – Łączna podaż w regionach to 3 mln metrów kwadratowych. Porównanie tej liczby do powierzchni budowanej pokazuje, jak mocno wzrosła dynamika rozwoju rynku biurowego w kraju.

W niektórych miastach regionalnych wskaźnik pustostanów jest znacznie niższy niż w Warszawie. Na przykład w Krakowie czy Katowicach jest ok. 5-6 proc. w porównaniu do 12 proc. w stolicy. Zdaniem Michała Lisa, poza Gdańskiem, czy ogólniej Trójmiastem, gdzie czynnik niewynajętych powierzchni rośnie, w pozostałych miastach ustabilizował się lub lekko spada.

Duża konkurencja na rynku wywiera presję na wynajmujących, by obniżali czynsze.

Najemcy mają w tej chwili w czym wybierać i deweloperzy są tego świadomi. Zwłaszcza że wiele projektów jest położonych bardzo blisko siebie, praktycznie w tej samej lokalizacji – stwierdza dyrektor.

Podkreśla, że w takiej sytuacji deweloperzy muszą się dostosować do oczekiwań rynku – choć popyt systematycznie rośnie, wysoka podaż wciąż sprzyja najemcom. Michał Lis dodaje, że nie należy spodziewać się dużych obniżek czynszów, które już od pewnego czasu ustabilizowały się na stosunkowo niskim poziomie.

W Polsce jest czterokrotnie mniej transakcji kartą niż średnio w UE. Popularne stają się płatności zbliżeniowe

CEO Magazyn PolskaPolacy przyzwyczaili się do kart zbliżeniowych i chętnie z nich korzystają. Z 35 mln wydanych kart płatniczych blisko 60 proc. ma funkcję bezstykową. Ten rodzaj płatności będzie się upowszechniał wraz z rozwojem sieci terminali. A ten z kolei ma nastąpić po obniżeniu opłaty interchange, czyli prowizji pobieranej za transakcje kartowe. Do końca 2016 roku wszystkie terminale mają umożliwiać płatność bezstykową.

– Jak porównujemy naszą transakcyjność do Skandynawii, krajów nadbałtyckich, Anglii czy Francji, to nadal jesteśmy słabi. Mamy parę tysięcy transakcji na terminal na rok, podczas gdy w Europie średnia jest cztery razy większa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Diemko, prezes zarządu First Data.

Według danych NBP, w szybkim tempie rośnie liczba transakcji dokonywanych przy użyciu kart zbliżeniowych, a co za tym idzie wzrasta również wartość transakcji. Okazuje się, że tempo to jest wyższe od tradycyjnych transakcji dokonywanych zwykłymi kartami debetowymi. Już dziś z 35 mln kart wydanych w Polsce prawie 57 proc., czyli niemal 20 mln ma funkcję zbliżeniową.

Transakcyjność Polaków będzie rosła wraz z rozwojem sieci terminali płatniczych. Jeśli kartą, i to w dodatku bezstykowo, będzie można zapłacić nawet w małym sklepie lub kiosku, to więcej osób będzie z tej możliwości korzystać. Dziś funkcję zbliżeniową ma mniej więcej połowa terminali. Do końca 2016 roku wszystkie nowe urządzenia będą umożliwiały takie transakcje, a stare zostaną wymienione. Jak podkreśla Janusz Diemko, w ten sposób Polska będzie pierwszym krajem, który będzie w 100 proc. bezstykowy.

Impet spadku interchange będzie miał jakiś wpływ na zwiększenie liczby terminali, również na wejście na rynek mobilnych POS-ów [point of sale, terminali – red.], które są prostsze i tańsze. Z badania widzimy, że jest około 1,5 mln punktów, które mają różne systemy i kasy fiskalne, oraz paręset tysięcy terminali. Więc możemy założyć, że z tego jedna trzecia, do połowy, może przejść na terminale, ale według mnie zajmie to pięć lat – przekonuje prezes First Data Polska.

Wartość transakcji zbliżeniowych nie jest na razie duża. Wynika to z faktu, że bezstykowo zwykle klienci płacą za drobne zakupy w kawiarni czy w małych punktach handlowych, również za parking czy bilet.

Diemko przekonuje, że Polska jest unikalna również pod tym względem, że rozwijanych jest tu więcej systemów płatności mobilnych, np. IKO czy iKasa.

Jeżeli sześć największych banków w Polsce stworzy spółkę [Polski Standard Płatności – red.] i w nią zainwestuje, to takie transakcje w 70-80 proc. kart czy rachunków będą możliwe. Będziemy albo w terminalu skanowali kod, albo będziemy wpisywali kod, który telefon nam wygeneruje, albo będziemy dotykali telefon z tym kodem, on przeniknie z telefonu do terminala, w ogóle nie będziemy musieli mieć karty. Będziemy mieli przy sobie tylko telefon, a pieniądze z naszego rachunku będą przelewane na rachunek punktu – wyjaśnia Janusz Diemko.

Z badania First Data wynika również, że w Polsce nie widać większej liczby transakcji oszukańczych na kartach zbliżeniowych niż na pozostałych. Takie przypadki należą do rzadkości.

Podatek można zmniejszyć dzięki darowiznom. Również na rzecz organizacji religijnych

0

CEO Magazyn Polska

Osoby, które jeszcze nie rozliczyły się z fiskusem, powinny pamiętać, że mogą zmniejszyć swój podatek dzięki darowiznom przekazanym w 2013 roku na cele pożytku publicznego. Mowa tu także o darowiznach na cele kultu religijnego. W obu przypadkach obowiązuje limit 6 proc. dochodu. Bez limitu można za to odliczać darowizny na cele charytatywno-opiekuńcze Kościoła.

– Podatnicy mają możliwość odliczenia darowizn, np. na cele kultu religijnego obok innych darowizn na cele społecznie użyteczne. Limit wysokości tej darowizny to 6 proc. dochodu. Tyle możemy odliczyć od naszego dochodu, czyli przychodu po odliczeniu kosztów jego uzyskania, ale przed odliczeniem innych wydatków – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Marczak, partner i szef zespołu ds. PIT z KPMG.

Faktyczny zysk podatnika zależy od progu podatkowego – 18-procentowego (przy dochodach nieprzekraczających 85 528 zł) oraz 32-procentowego (dla osób, których dochód przekracza tę kwotę). Poprzez zmniejszenie kwoty do opodatkowania można sporo zaoszczędzić. Za każda złotówkę przekazaną na cele kultu religijnego można odliczyć 18 lub 32 grosze. Ważne, by dysponować odpowiednimi dokumentami w razie ewentualnej kontroli urzędu skarbowego. 

W przypadku darowizny pieniężnej musi być to przekaz pocztowy albo wpływ na rachunek bankowy obdarowanego. W przypadku darowizny rzeczowej musi być oświadczenie obdarowanego o przyjęciu darowizny i dokument wartościujący kwotę przekazanych rzeczy. W zeznaniu podatkowym takie darowizny wykazujemy w załączniku PIT/O, w którym powinny się znaleźć nie tylko kwoty darowizn, lecz także dane adresowe obdarowanego – mówi Andrzej Marczak.

Przy zwrocie darowizny należy zmienić zeznanie. Obowiązek przekazania do urzędu skarbowego informacji o zwrocie spoczywa na obdarowanym, który ma na to jeden miesiąc od momentu dokonania zwrotu.

Obok darowizn na cele kultu religijnego i na cele pożytku publicznego, gdzie obowiązuje limit kwotowy, istnieje także darowizna bez limitu. 

– W przypadku darowizn na cele charytatywno-opiekuńcze Kościoła możemy odliczyć darowizny, które nie mają limitu kwotowego – w ekstremalnym przypadku nawet 100 procent naszego dochodu. To odliczenie nie funkcjonuje wprost w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych, ale wynika z ustaw regulujących stosunek państwa do Kościoła, na przykład Kościoła katolickiego czy Kościoła prawosławnego, jak również innych Kościołów – tłumaczy Andrzej Marczak.

Przy tych darowiznach obowiązują specyficzne regulacje dotyczące ich udokumentowania. Podobnie jak przy innych darowiznach, darczyńca powinien posiadać dowód wpłaty na rachunek bankowy obdarowanego. Jeśli zamiast gotówką podatnik zdecydował się wesprzeć daną organizację darowizną rzeczową, to także podlega one uldze. W zeznaniu rocznym należy wpisać ich wartość rynkową, przy czym trzeba dysponować paragonem lub fakturą dokumentującą zakup. Także na obdarowanym spoczywają pewne obowiązki. Przede wszystkim musi darowiznę rozliczyć – przekazać darczyńcy pokwitowanie odbioru oraz sprawozdanie o przeznaczeniu darowizny. Na wydatkowanie i rozliczenie Kościół ma dwa lata. Istotny jest też cel darowizny, gdyż warunkiem wyłączenia z opodatkowania jest jej przekazanie na działalność charytatywno-opiekuńczą, np. na dożywianie czy wspieranie bezdomnych. Oświadczenie składane przez Kościół powinno więc być bardzo szczegółowe.

Ze sprawozdania musi wynikać, że urząd skarbowy będzie mógł weryfikować te kwoty i obdarowanych, czyli środki, które zostały na ten cel wydatkowane. Ważny więc jest nie tylko cel, lecz także kwoty, na rzecz kogo i na jaki cel zostały wydatkowane. W ten sposób sprawozdanie może zbliżać się do sprawozdania finansowego, które składają spółki z tytułu swojej działalności gospodarczej – podsumowuje Andrzej Marczak.

Rośnie popyt na konsultantów ślubnych. Trzeba ich zatrudniać najpóźniej 7-8 miesięcy przed uroczystością

CEO Magazyn Polska

Od lat z usług wedding plannerów, czyli konsultantów ślubnych, masowo korzystają Amerykanie, Anglicy i Chińczycy. W Polsce ten rynek usług dopiero się rozwija. Pary mają jednak już coraz większą świadomość, że skorzystanie z usług eksperta od organizacji ślubu i wesela daje gwarancję bezpieczeństwa podczas wymarzonej uroczystości i pozwala oszczędzić czas. Należy jednak pamiętać, że trzeba go zatrudnić z odpowiednim wyprzedzeniem.

Do zadań profesjonalnego konsultanta ślubnego należy zorganizowanie całego ślubu, czyli m.in. rezerwowanie terminów w Urzędzie Stanu Cywilnego, w kościele, zamawianie sali, ustalanie kwestii związanych z sesją fotograficzną czy oprawą muzyczną, zamawianie menu, dekoracji, nadzór nad finalną uroczystością i pomoc gościom.

Wedding planner zajmuje się organizacją wesela od A do Z. Rozwiązuje wszystkie problemy, np. jeśli w trakcie ślubu dzieje się coś, co nie powinno się wydarzyć. Często państwa młodych nawet o tym nie informuje, żeby po prostu się nie denerwowli. Zdarzają się sytuacje, kiedy na weselu zabraknie lodu, to my wsiadamy w samochód i jedziemy. Jeśli którejś z cioć, pannie młodej czy druhnie obluzuje się czy naderwie sukienka, to my to zszywamy  – tłumaczy Alicja Bartkowiak z firmy Wedding Designers.

Najczęściej z usług wedding plannera korzystają dziś osoby z dużych miast, zapracowane, które nie mają czasu na organizację uroczystości, a także te, które chcą mieć pewność, że ślub będzie taki, jaki sobie wymarzyli. Konsultanta ślubnego zatrudniają obowiązkowo gwiazdy show-biznesu. Wedding plannera miały m.in. Małgorzata Kożuchowska i Dorota Zawadzka.

Korzystanie z konsultanta ślubnego w Polsce nie jest jednak jeszcze tak popularne jak za granicą, np. w Stanach Zjednoczonych, Anglii czy Chinach. Pierwsze agencje, świadczące tego typu usługi, pojawiły się w kraju dopiero w 2000 r., więc rynek dopiero nabiera tempa.

W Polsce ten odsetek jest jeszcze niewielki, aczkolwiek świadomość samego zawodu, jakim jest wedding planner, jest coraz większa. Myślę, że ten boom jest przed nami – uważa Alicja Bartkowska. 

W kraju działa nawet Polskie Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych, które zrzesza wedding plannerów, rekomenduje szkolenia na konsultanta ślubnego, a także bierze czynny udział w pracach sejmowych nad zmianą ustawy dotyczącą możliwości udzielania ślubów cywilnych poza lokalem Urzędu Stanu Cywilnego.

Pary, które decydują się na skorzystanie z usług wedding plannera, powinny zatrudnić go najpóźniej na 7-8 miesięcy przed planowaną uroczystością.

– Taka data daje nam bardzo duże pole manewru, jesteśmy w stanie z dużą swobodą to wszystko zorganizować. Jeśli ślub jest w sezonie ciepłym, zaczynamy najczęściej współpracę z młodymi parami w styczniu, lutym. Jesteśmy też w stanie zrealizować ślub, który się okaże nagle np. w dwa miesiące czy w miesiąc. Wiadomo jednak, że nie będzie to tak przemyślane, jak gdyby był to ślub planowany w ciągu roku, bo terminy u wielu dobrych podwykonawców są zajmowane dużo wcześniej –  mówi Alicja Bartkowiak.

 
Koszt zatrudnienia konsultanta ślubnego zależy od agencji, jaką przyszła para młoda wybierze. Cena waha się w granicach od 7 do 10 tys. Pod uwagę bierze się ilość pracy, jaką musi wykonać konsultant ślubny.

Raport CEED Institute: prawie 2 miliony Polaków przebywa na emigracji zarobkowej w UE

Ponad 5,6 miliona obywateli z 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej należących do Wspólnoty przebywa na emigracji zarobkowej na rynkach starej Unii. Ponad 30 proc. z nich (1,8 mln) to Polacy – wynika z raportu przygotowanego przez CEED Institute, think-tanku założonego przez Jana Kulczyka. Podczas debaty na temat migracji zaproszeni przez CEED Institute eksperci przyznali, że skala zjawiska jest większa niż oczekiwano i wciąż więcej osób wyjeżdża z kraju niż wraca z emigracji. Zmiana tego trendu jest jednym z największych wyzwań stojących przed Polską w najbliższych latach. 

Prawie dwa miliony Polaków zdeterminowanych, przedsiębiorczych, chcących i potrafiących ciężko pracować, to armia, która może być siłą napędową każdej europejskiej gospodarki. Polska, która aspiruje do roli lidera regionu, nie może marnować takiego potencjału. Nasza gospodarka, żeby się rozwijać, musi stawać się coraz bardziej konkurencyjna, również na rynku pracy dla własnych obywateli. Dopiero wtedy, gdy będziemy potrafili wykorzystać i rozwijać własną przedsiębiorczość, kreatywność i know-how, będziemy mogli myśleć o skutecznym konkurowaniu na rynkach UE – przekonuje Jan Kulczyk, globalny przedsiębiorca i założyciel CEED Institute.

Autorzy zaprezentowanego raportu podkreślają, że skala emigracji zarobkowej jest większa od przewidywań.

Raport pokazuje, że liczba osób, które po wejściu Polski do Unii wyemigrowały w celach zarobkowych, jest dużo większa niż się nam wydawało przed rozszerzeniem. Drugi wniosek z raportu jest taki, że powroty, które – jak się spodziewaliśmy – będą następowały po kilku, 2–3, może 5 latach od wyjazdu – są również dużo mniejsze od przewidywanych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Duszczyk, ekspert CEED Institute i autor raportu „Migracje w XXI wieku z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej – szansa czy zagrożenie?”.

Z raportu CEED Institute wynika, że w 2012 r. ok. 5,6 mln obywateli 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej mieszkało w państwach starej UE. Zdecydowana większość z nich – 4 mln – wyemigrowała po rozszerzeniu wspólnoty w 2004 r. Najwięcej emigrantów pochodzi z Rumunii – 2,4 mln, a Polska (1,8 mln) jest pod względem ilościowym na drugim miejscu. Procentowo największy wzrost zanotowano na Łotwie (450 proc.) Litwie (400 proc.) i w Rumuni (340 proc.). Wzrost emigracji po 2004 roku w najmniejszym stopniu dotknął Słowenii (25 proc.) i Czech (40 proc.). W Polsce wskaźnik ten wyniósł 210 proc.

Zgodnie z raportem CEED Institute z Polski w 2012 r. wyjechały statystycznie 2 osoby na każde 10 tys. mieszkańców. Choć emigrantów wciąż przybywa, to w latach 2009–2011 do Polski rocznie wracało ponad 100 tys. osób, które wcześniej zdecydowały się na wyjazd.

Dane przedstawione w raporcie na pewno nie powodują euforii, ale dają inny obraz tej sytuacji. Nie brakuje dyskusji o emigracji Polaków, ja też bym wolał, żeby większość z nich znalazła pracę tutaj, w Polsce. Ale ważna jest też możliwość swobodnego przemieszczania się – podkreśla Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Duszczyk dodaje, że ekonomicznie zjawisko migracji jest korzystne dla krajów przyjmujących. Sama Wielka Brytania, gdzie niemal 4 proc. populacji to emigranci z innych krajów UE, od 2000 r. zyskała dzięki nim 20 mld funtów. Obywatele innych państw pomagają wypełnić luki na rynku pracy i wspierają wzrost gospodarczy, a ci, którzy pozostają, pozwalają na długoterminowy rozwój kraju emigracji. Ekspert CEED Institute zauważa także, że w krótkiej perspektywie zyskują też kraje, z których ludzie wyjeżdżają za pracą. Głównie dzięki transferom finansowym od emigrantów do ich rodzin, które pozostały w kraju. W 2012 r. do Polski trafiły w ten sposób ponad 3 mld euro, czyli niemal 1 proc. PKB. W innych krajach, takich jak Litwa, Rumunia czy Chorwacja, transfery z krajów UE to nawet blisko 2 proc. PKB.

Jednak ten pozytywny obraz migracji, jeśli chodzi o konsekwencje ekonomiczne, burzy nam się, jeśli nałożymy tak zwany filtr demograficzny. Otóż, jeżeli Polacy i obywatele innych państw Europy Środkowo-Wschodniej nie będą wracali do Polski i do swoich krajów, to czeka nas katastrofa demograficzna – prognozuje Duszczyk.

Eurostat szacuje, że do 2060 r. liczba mieszkańców Polski może spaść poniżej 33 milionów.

Problem emigracji zarobkowej jest olbrzymi, a głównym czynnikiem wpływającym na skalę zjawiska, istotniejszym nawet niż wysokość wynagrodzenia, jest stabilność zatrudnienia – podkreślał podczas dyskusji Michał Boni, były minister pracy i polityki socjalnej. – Wielu młodych ludzi wybiera dzisiaj pracę np. w Wielkiej Brytanii, bo tam łatwiej o start zawodowy, a poczucie bezpieczeństwa w kwestii stabilności jest większe. Najwyższa pora to zmienić.

Wszyscy uczestnicy debaty zgodzili się, że choć nadmierna emigracja zarobkowa jest dla Polski poważnym wyzwaniem i zagrożeniem, zarówno ekonomicznym, jak i demograficznym, to swoboda w przepływie pracowników w ramach Wspólnoty jest kluczową zasadą UE, której nie należy zmieniać.

– Co zrobić, żeby Polacy chcieli zostać, bo to jest bardzo ważne pytanie? Receptą jest przede wszystkim wzrost gospodarczy. Bo jeżeli on będzie, to będą wyższe płace i większa stabilność zatrudnienia – zapewnia Kosiniak-Kamysz. – Zmiany, które wprowadzamy, na przykład w oskładkowaniu umów-zleceń, czyli odchodzenie od tymczasowych form zatrudnienia, czy zmiany w umowach terminowych o pracę, to może być dobry sposób na utrzymanie Polaków w kraju.

Dodaje, że resort pracy wspiera też młodych przedsiębiorców, także już na ostatnim roku studiów. Trwa pilotażowy program „Wsparcie w starcie”, dzięki któremu studenci w trzech województwach mogą ubiegać się o tanią pożyczkę na uruchomienie własnej działalności gospodarczej. Po wejściu w życie reformy urzędów pracy program obejmie cały kraj. Nowi przedsiębiorcy mogą też liczyć na dwuletnią obniżkę składek ZUS.

Z danych CEED Institute wynika, że wyjeżdżają głównie młodzi Polacy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, w wieku 25-35 lat. Wielu z nich ma wyższe wykształcenie.

W zorganizowanej przez CEED Institute debacie o wyzwaniach związanych ze zjawiskiem migracji wzięli udział: Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej, Michał Boni, były minister pracy i polityki socjalnej, Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu NBP, Janusz Jankowiak, główny ekonomista PRB, Maciej Duszczyk, ekspert CEED Institute i zastępca dyrektora Instytutu Polityki Społecznej UW oraz Tomasz Misiak, przewodniczący rady nadzorczej Work Service i wiceprezydent Pracodawców RP.

ENEA wypłaci 0,57 zł dywidendy na akcję

0

Zgodnie z Uchwałą nr 7 Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia ENEA S.A. Spółka wypłaci 251.622.269,46 zł dywidendy z zysku netto za 2013 r., co oznacza 0,57 zł dywidendy na akcję. Dzień dywidendy ustalony został na 23 lipca 2013 r., a termin jej wypłaty na 12 sierpnia 2013 r.

M. Boni: Polska pomoże Ukrainie w cyfryzacji

CEO Magazyn Polska

Polska pomoże Ukrainie we wdrażaniu europejskich norm dotyczących cyfryzacji i cyberbezpieczeństwa. Nasz wschodni sąsiad mógłby skorzystać z polskich doświadczeń w budowie e-administracji, zasobów kultury i edukacji czy kompetencji cyfrowych w społeczeństwie – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji. Dzięki wzorcom takim jak nasz program Polska Cyfrowa Ukraina może lepiej wykorzystać potencjał młodego pokolenia do tworzenia rozwiązań wspierających i zabezpieczających wszystkich mieszkańców.

Ukraińcy chcą poważnie i bardzo sprawnie przygotowywać się do wejścia do Unii Europejskiej, szykując swoje rozwiązania w tej cyfrowej dziedzinie już dopasowane do tego, co się dzieje w Unii Europejskiej. Polscy eksperci będą mogli tam pojechać i pomóc im w przygotowaniu takiej wizji rozwiązań po to, by technologię dopasować do tego, co się chce osiągnąć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji.

Michał Boni w ubiegłym tygodniu spotkał się na Ukrainie z przedstawicielami ministerstw i instytucji publicznych odpowiedzialnymi za cyfryzację tego kraju. Podkreśla, że sytuacja na Ukrainie przypomina tę w Polsce sprzed kilkunastu lat. Brakuje koordynacji i wspólnego działania. Jak podkreśla, Ukraińcy są zainteresowani czerpaniem z polskich doświadczeń w tej dziedzinie.

Szczególnie ciekawe dla Ukraińców są polskie programy „Latarnicy” oraz „Polska Cyfrowa”. Ten pierwszy to program edukacji społecznej osób w wieku powyżej 50 lat, którym brakuje wiedzy i umiejętności do tego, by korzystać z dostępu do internetu. Program operacyjny „Polska Cyfrowa” to jedyny tak szeroko zakrojony program cyfryzacyjny w Unii Europejskiej. Dzięki niemu wszyscy obywatele Polski mają zyskać możliwość załatwiania większej liczby spraw administracyjnych przez internet. Będzie się też koncentrować na budowaniu cyfrowych kompetencji w społeczeństwie.

Będziemy ten program przedstawiać kolegom z Ukrainy, bo to jest dobry sposób, żeby skoordynować wysiłki zmierzające do tego, żeby z jednej strony ludzie mieli dostęp do internetu, z drugiej, żeby państwo oferowało jak najwięcej treści, także tych nowych usług administracyjnych świadczonych drogą elektroniczną. Po trzecie, żeby rozwijał się dostęp do zasobów kultury, edukacji, bo to buduje też tożsamość. I wreszcie, po czwarte, to jest rozwój e-biznesu i budowanie warunków dla świetnych informatyków – wylicza cele cyfryzacji Boni.

Podkreśla, że cyfryzacja to jeden z celów Unii Europejskiej, dlatego Ukraina, po zmianach politycznych zorientowana na integrację ze wspólnotą, musi szybko rozpocząć ten proces. Powinien on jednak być ukierunkowany przede wszystkim na obywateli i dawać im wymierne korzyści. Niezbędne do tego są współpraca między instytucjami państwowymi, uproszczenie procedur administracyjnych, a także branie pod uwagę wymagań UE od początku procesu. Ważna jest integracja różnych platform e-administracji.

Boni zauważa, że Ukraina ma bardzo duży potencjał.

– Moim zdaniem dobra kooperacja między polskimi a ukraińskimi uczelniami zaowocowałaby w taki sposób, że nasi informatycy mogliby pracować tu, w naszych krajach, a także zdobywać różne miejsca pracy w całej Europie. Bo w Europie brakuje ludzi z umiejętnościami programowania – mówi były minister administracji i cyfryzacji.

Duży potencjał wynika nie tylko z bardzo dużej liczby studentów informatyki, lecz także z sprawności w wykorzystywaniu internetu przez młode pokolenie. Widać to w ostatnich miesiącach, również w trakcie trwających od listopada protestów na Majdanie.

– Był Majdan, gdzie ramię w ramię stali obok siebie ludzie, ale był też Majdan w sieci, gdzie ludzie wymieniali się informacjami i kształtowali poglądy na to, co dzieje się na Majdanie. I uważam, że młoda sieć obywatelska na Ukrainie jest bardzo dobrze rozwinięta. Oni rozumieją, że budowanie przejrzystego, nowego państwa po to, żeby razem budować solidarność europejską, musi opierać się o zupełnie nowe zasady. Że państwo służy obywatelom, że wszystko, co państwo robi jest przejrzyste, otwarte – ocenia Boni.

Dodaje, że władze ukraińskie chcą skopiować polskie nastawienie dotyczące odpowiedzialności wobec obywateli i wykorzystać internet do poprawy jakości demokracji. Ma temu służyć m.in. poszerzony dostęp do informacji publicznej, wzorowany na wprowadzanym w Polsce Centralnym Repozytorium Informacji Publicznej.

Niezbędne jest też wprowadzenie nowego prawa dotyczącego ochrony prywatności w sieci. Boni dodaje, że w procesie cyfryzacji nie można zapominać o bezpieczeństwie zarówno obywateli, jak i całej administracji państwowej.

Można powiedzieć, że sieć przejęła część akcji wojennych, związanych z konfliktem i walką o opinię. A także możliwość unieruchomienia funkcjonowania niektórych instytucji publicznych poprzez hakowanie czy poprzez zamrażanie funkcjonowania stron z informacjami, to wszystko jest arsenał walki w świecie cyfrowym i musimy być na to też odporni – podkreśla Boni. – Rozmawialiśmy o tym, że na Ukrainie – tak jak w UE – również są potrzebne grupy specjalistów, które monitorują sytuację, tworzą zabezpieczenia przed ingerencją zewnętrznych sił cyfrowych.

Prywatyzacja Ciechu szansą na zagraniczną ekspansję spółki. Jutro decyzję w tej sprawie podejmą akcjonariusze

0

CEO Magazyn Polska

24 kwietnia akcjonariusze Grupy Ciech zdecydują o przyszłości spółki. To, czy KI Chemistry przejmie 66 procent akcji Ciechu, zależy od Ministra Skarbu Państwa, który kontroluje prawie 38 procent kapitału zakładowego chemicznej spółki. Wzywający do sprzedaży akcji zapowiada budowę międzynarodowej grupy, która będzie obecna m.in. w Afryce. WZA podejmie też decyzję w sprawie podziału zysku za 2013 rok.

– Jesteśmy gotowi współpracować z każdym akcjonariuszem, który będzie ukierunkowany na rozwój firmy. Spółka przeszła przez naprawdę bardzo ciężką, ale skuteczną restrukturyzację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prezes Grupy Chemicznej Ciech, Dariusz Krawczyk.

Według danych spółki, strategia polegająca na koncentracji działalności w segmentach sodowym i organicznym pozwoliła wypracować prawie 40 mln zł zysku netto w 2013 r., podczas gdy rok wcześniej Ciech zanotował 438 mln zł straty. Przychody w 2013 r. były niższe o 20 proc., jednak koszty własne sprzedaży spadły o 23 proc. W porównaniu do 2012 r. w tym samym okresie zadłużenie netto spółki zmalało o około 18 proc, dzięki czemu wskaźnik dług/znormalizowana EBITDA obniżył się z 3,5 do 2,7.

Dzięki poprawie sytuacji finansowej spółka stała się bardziej atrakcyjna dla inwestorów. 5 marca bieżącego roku kontrolowana przez Kulczyk Investments spółka KI Chemistry wezwała do sprzedaży 66 procent akcji Ciechu. Dotychczasowym akcjonariuszom zaoferowano 29,5 zł za jeden walor. Ministerstwo Skarbu Państwa przekazało w komunikacie, że „Spółka Ciech jest przeznaczona do prywatyzacji. Skarb Państwa z zadowoleniem przyjął informację o zainteresowaniu inwestorów akcjami Ciechu. Ponieważ spółka jest notowana na giełdzie, zbycie udziałów Skarbu Państwa może się odbyć również za pośrednictwem odpowiedzi na wezwanie. MSP będzie analizowało złożoną przez KI Chemistry propozycję”.

Na WZA zwołanym na 24 kwietnia br. akcjonariusze będą także głosować nad uchwałą o przeznaczeniu całości zysku za 2013 r. na kapitał zapasowy. Zarząd rekomenduje niewypłacanie dywidendy, ponieważ chce w dalszym ciągu obniżać zadłużenie spółki.

Polskie banki łączą siły. Chcą wspólnie rozwijać bankowość mobilną

CEO Magazyn Polska

W przyszłym kwartale ruszy działalność operacyjna Polskiego Standardu Płatności – spółki, którą zawiązało sześć dużych banków w celu stworzenia wspólnej platformy do płatności mobilnych. Do końca roku system ma mieć 1 mln użytkowników. Przedstawiciele instytucji finansowych podkreślają, że przyszłość będzie należała do bankowości mobilnej.

Nad wspólną platformą płatności mobilnych pracuje grupa banków: Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, mBank, ING Bank Śląski oraz PKO Bank Polski.

Uruchomienie wspólnej bankowej platformy płatności będzie jednym z najciekawszych wydarzeń w tym roku nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Standard powstanie na bazie platformy IKO działającej w PKO BP – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Panowicz, dyrektor marketingu i rozwoju biznesu detalicznego w mBanku.

Już dziś samo IKO ma ponad 125 tys. użytkowników. Panowicz podkreśla, że to z jednej strony innowacyjne rozwiązanie techniczne dla klientów, a z drugiej rzadki przykład współpracy kilku konkurentów. Dzięki wspólnemu standardowi korzyści odniosą i bankowość, i klienci, a Polska będzie jednym z pierwszych rozwiniętych krajów, który umożliwi powszechny dostęp do płatności mobilnych szerokiej rzeszy konsumentów.

Bankowość mobilna jest w tej chwili jednym z najważniejszych czynników rozwoju branży bankowej. Jeszcze 15 lat temu trzeba było korzystać z placówek w określonych porach. Później, dzięki internetowi, można było prowadzić operacje z domu, ale ograniczeniem był komputer stacjonarny. Dziś bankowość można mieć w kieszeni – tłumaczy przedstawiciel mBanku. – W każdej chwili, o każdej porze dnia, co fenomenalnie zwiększa dostęp do usług bankowych.

Podkreśla, że dla banków najważniejsze będzie przełożenie skomplikowanej materii bankowej na niewielkie, 3,5–4-calowe ekrany. Tak, by zapewnić wygodny sposób użycia bez klawiatury i precyzyjnej myszy.

Czyli wszystkie usługi, rachunki, przelewy, kredyty, depozyty trzeba przyciąć do tego małego ekranu i tak zwanego grubego palca – wyjaśnia przedstawiciel mBanku.

Uważa też, że banki muszą przygotować odpowiednio procesy bankowe oraz często przystosować do nowej sytuacji regulaminy, tak, by operacje, do niedawna wykonywane w placówce lub na dużym ekranie komputera, przetransponować na urządzenia kieszonkowe. A to oznacza inwestycje nie tyle w same technologie, ile w procesy wewnętrzne w banku. Samo wytwarzanie aplikacji mobilnych, jak przekonuje dyrektor, jest tańsze od budowy dużych sieci oddziałów czy też przebudowywania bankowości internetowej.

Przygotowanie usług tak, by klient w 30–60 sekund od wyciągnięcia urządzenia mógł przeprowadzić operację, wymaga przebudowy regulaminów, regulacji procesów i opracowania tego, w jaki sposób usługa bankowa jest klientowi dostarczana – twierdzi Michał Panowicz.

Dodaje, że klienci uzyskają niespotykaną wygodę, ale jednocześnie bankom będzie trudniej zaproponować nowe usługi. 

Bankowość mobilna na razie pozostaje na wstępnym etapie i nie jest postrzegana jako źródło istotnych przychodów w bankach. Na razie, jak zaznacza Panowicz, wszyscy, czyli bankowcy i klienci, uczą się nowego kanału komunikacji i usług.

Uczymy się, jak takie usługi oferować. Przejście do sytuacji, w której klient na 2-3 prostych ekranach może zareagować na reklamę, założyć lokatę czy zaplanować inwestycję, to nieodległa, ale jeszcze przyszłość – sądzi Michał Panowicz.

mBank należał do pierwszych banków oferujących aplikację na smartfony, szybko ułatwił klientom korzystanie z aplikacji, tak zmienił interfejs użytkownika, by był ergonomiczny, i dołożył nowe, wartościowe funkcje. Dzięki temu wystarczyło kilka tygodni, by mBank w 20 procentach stał się bankiem mobilnym.

Według analiz firmy Deloitte bankowość mobilna do 2020 roku może prześcignąć internetową. Z danych Związku Banków Polskich wynika, że już w 2013 roku z bankowości internetowej korzystało 12 mln osób w Polsce.

Nowe usługi na platformie Poczty Polskiej Envelo – łatwiejsza wysyłka i odbiór faktur w jednym miejscu

CEO Magazyn Polska

Poczta Polska Usługi Cyfrowe (PPUC) uruchamia coraz więcej usług na platformie Envelo. Klienci biznesowi mogą już za pośrednictwem platformy wysyłać faktury papierowe i elektroniczne, a indywidualni odbierać swoje rachunki. Wkrótce spółka uruchomi opcję odczytywania korespondencji papierowej przez internet oraz wprowadzi e-usługi dla przesyłek rejestrowanych. Funkcjonalności stopniowo są wdrażane także w aplikacji mobilnej.

Uruchomiliśmy nowe usługi na platformie Envelo: neofakturę i neorachunki. Neofaktura to możliwość wysyłania faktury w wersji elektronicznej i papierowej. Usługa jest adresowana głównie do klientów biznesowych. Neorachunki to skrzynka pocztowa, która umożliwia odebranie i gromadzenie w jednym miejscu, w sposób bezpieczny, różnych rachunków. To oferta dla klientów indywidualnych – tłumaczy Grzegorz Świdwiński, prezes zarządu spółki Poczta Polska Usługi Cyfrowe z Grupy Kapitałowej Poczty Polskiej, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Neorachunki są dostępne dla klientów indywidualnych oraz mikroprzedsiębiorstw bezpłatnie i działają jak skrzynka odbiorcza dla faktur wystawianych np. przez dostawców mediów. Natomiast usługa neofaktura to płatna opcja dla przedsiębiorców. Koszt zależy od formy (papierowe faktury są droższe niż elektroniczne) i liczby przesyłek danego klienta. Usługa umożliwia wysyłkę faktur do wielu odbiorców równocześnie, o dowolnej porze i z każdego miejsca. PPUC szacuje, że usługa będzie się cieszyć popularnością, bo w Polsce rocznie wysyła się 700-800 mln faktur, z tego ok. 90 proc. w wersji papierowej. Poczta Polska dostarcza zdecydowaną większość z nich.

Prezes PPUC zapowiada, że na platformie Envelo będą pojawiać się kolejne usługi. Poczta Polska chce zwiększać dostępność swojej oferty właśnie poprzez usługi cyfrowe, skierowane zarówno dla klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorców.

Envelo rozwija także wcześniej wdrożone e-usługi, takie jak neoznaczek i neokartka. Przez internet można już kupić znaczki na przesyłki zagraniczne, a także znaczki spersonalizowane, z własną grafiką. Edytor neokartek został zmieniony i, jak podkreśla prezes Świdwiński, oferuje teraz więcej możliwości graficznych, takich jak kolaże czy ramki.

Kartki oferujemy teraz również w mniejszym formacie – to oferta dla klientów biznesowych, którzy chcą robić akcje marketingowe, reklamowe. Dzięki temu obniżają koszty, ponieważ mniejsza kartka jest tańsza. Mamy także kartki w formie karnetów. Neolisty również są skierowane do klientów biznesowych, oprócz tego, że drukujemy je w kolorze, możemy również drukować czarno-białe – wylicza Świdwiński.

Dodaje, że na początku platforma Envelo była przeznaczona głównie dla klientów indywidualnych. Teraz Envelo rozwija usługi dla biznesu, a w przyszłości zamierza wychodzić naprzeciw potrzebom obydwu grup. Świdwiński zapowiada, że dostęp do usług pocztowych ma być równie łatwy i popularny jak prowadzenie konta bankowego przez internet.

Strategicznym pomysłem na przyszłość jest wirtualizacja skrzynki na listy, czyli możliwość odbioru korespondencji tradycyjnej w wersji elektronicznej. Będzie to możliwe dzięki usłudze skanowania.

Realizujemy naszą wizję poczty na biurku i poczty w kieszeni. Mamy jeszcze kilka pomysłów na przyszłość – zapowiada prezes spółki Poczta Polska Usługi Cyfrowe. – W tym roku należy spodziewać się przede wszystkim rozwoju komunikacji elektronicznej. Myślimy o tak zwanym neoliście elektronicznym, jak również o czymś, o co klienci pytają i co jest elementem naszej strategii rozwoju, czyli obsługa przesyłek rejestrowanych.

Świdwiński dodaje, że klienci nie muszą obawiać się o bezpieczeństwo. Usługi cyfrowe są zabezpieczone i szyfrowane, a proces ich obsługi zautomatyzowany. Archiwum przesyłek chronione jest certyfikatami cyfrowymi wysokiej klasy, a faktury przechowywane będą przez nawet 6 lat.

Docelowo wszystkie usługi będą również dostępne poprzez aplikację mobilną.

Aplikacja mobilna rozwija się równolegle do platformy internetowej. Najpierw uruchamiamy usługę na platformie internetowej, za jakiś czas, po jej ustabilizowaniu, wprowadzimy  jej wersję mobilną. W tym momencie aplikacja mobilna oferuje sześć usług. Oprócz neokartki są to usługi tradycyjne, takie jak lokalizacja placówek czy skrzynek pocztowych, możliwość zamówienia kuriera. Za kilka miesięcy damy też dostęp do skrzynki neorachunki, którą uruchomiliśmy na platformie online – zapowiada Świdwiński.