Coraz mniej par decyduje się na organizację wesela. Przeważają względy osobiste: ślub często odbierany jest jako zbędna formalność, która nie cementuje związku. Często narzeczeni rezygnują z wesela także z powodu kosztów, jakie wiążą się z jego organizacją. Inne pary z kolei decydują się na kredyt, bo nawet na skromną imprezę trzeba wydać od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych.
Według danych zgromadzonych przez GUS liczba zawieranych małżeństw maleje. Do niedawna na ślubnym kobiercu stawało blisko 200 tys. par rocznie, jednak od pięciu lat liczba ta gwałtownie spada. W ubiegłym roku jedynie 181 tys. osób zdecydowało się na zawarcie związku małżeńskiego. Jako przyczyny wymieniane są niż demograficzny, wysoka liczba młodych ludzi na emigracji oraz czynnik ekonomiczny. Organizacja wesela kosztuje nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Eksperci Związku Firm Doradztwa Finansowego radzą, aby przy organizacji weselnego przyjęcia zachować przede wszystkim zdrowy rozsądek i dostosować wydatki do możliwości finansowych. Dzięki temu można uniknąć kłopotów finansowych i rozpocząć nową drogę życia bez niepotrzebnych długów.
– Za samą sukienkę możemy zapłacić nawet kilka tysięcy złotych. Niewiele mniej będzie kosztował garnitur. Żeby związek został przypieczętowany, konieczne są oczywiście obrączki. Tu też jest to inwestycja na lata, więc warto, żeby była to biżuteria piękna i trwała. To kolejny wydatek rzędu kilku tysięcy złotych. Urasta to do ceny dobrego samochodu, na który trzeba nagle niemalże z tygodnia na tydzień znaleźć pieniądze – mówi Halina Kochalska, analityk Open Finance.
Do wydatków należy doliczyć również przede wszystkim pieniądze wydane na organizację imprezy. Wesele jest uroczystością wymagającą dużej organizacji i często generuje koszty wykraczające daleko poza możliwości finansowe pary.
– Dobrze jest mocno się zdyscyplinować i trzymać pierwotnie założonych planów. Nie można ulegać presji otoczenia i rozbudowywać wesela do granic możliwości. Tak, aby skutki tej imprezy później dawały nam się we znaki przez następne miesiące czy lata. Jeżeli musimy się zapożyczać, trzeba to robić z głową. Nie sugerować się reklamami mówiącymi, że ważna jest szybkość i łatwość pożyczania, bo zazwyczaj przekłada się to na większe problemy ze spłatą i wyższe koszty tak łatwo pożyczonych pieniędzy – mówi Halina Kochalska.
Jeżeli jednak para zdecyduje się pożyczyć pieniądze od rodziców lub bliskich, powinna w miarę możliwości oddać pożyczkę albo chociaż jej część, na przykład z pieniędzy otrzymanych od zaproszonych na wesele gości.
Estoński programista i przedsiębiorca Jaan Tallinn odebrał przyznaną po raz pierwszy nagrodę CEED Institute. Think-tank założony przez Jana Kulczyka postanowił wyróżniać w ten sposób osoby oraz instytucje, które odgrywają szczególnie ważną rolę w rozwoju oraz promocji innowacyjności regionu Europy Środkowej i Wschodniej. Nagrodę wręczyli podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach prezydent Lech Wałęsa, Indrek Neivelt, przewodniczący rady nadzorczej Bank of Saint Petersburg i członek Rady Programowej CEED Institute oraz Jan Kulczyk, globalny przedsiębiorca i inicjator CEED Institute.
CEED Institute, think-tank, którego celem jest promocja osiągnięć i potencjału gospodarczego państw Europy Środkowej i Wschodniej, przyznał pierwszą w historii nagrodę za szczególne zasługi w promocji i rozwoju innowacyjności krajów tego regionu. Laureatami zostali estońscy współtwórcy programu Skype, założyciele Ambient Sound Investments: Jaan Tallinn, Priit Kasesalu oraz Ahti Heinla. W imieniu laureatów nagrodę odebrał Jaan Tallinn, twórca innowacyjnych technologii internetowych, które trwale zmieniły sposoby komunikacji w globalnym świecie.
– To pierwsza nagroda CEED Institute, nagroda dla wyjątkowych osób, którzy w tej części Europy stworzyli rzeczy niezwykłe i unikalne w skali globalnej. Czymś takim jest właśnie program Skype, który zrewolucjonizował sposób, w jaki ludzie komunikują się na całym świecie – powiedział, wręczając nagrodę, Jan Kulczyk, założyciel CEED Institute.
– Skype nie był nawet start-upem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jaan Tallinn, współtwórca Skype’a. – Początkowo nie było nawet firmy, założyliśmy ją dopiero kilka miesięcy po starcie. Przed Skype’em mieliśmy z resztą inny udany projekt, program Kazaa. Jednak później kilka pomysłów nam nie wyszło. Kiedy jednak wystartowaliśmy ze Skype’em, to po 2-3 tygodniach stało się jasne, że to będzie coś znaczącego – dodaje.
Powstały w 2003 r. komunikator umożliwiający internautom rozmowy bez pośrednictwa centrali ma obecnie – wg szacunków samej firmy – 124 miliony użytkowników na całym świecie. W tworzeniu Skype’a od początku uczestniczył zespół międzynarodowy, złożony ze współpracowników z 5 krajów całego świata. Jednak to właśnie zespół Estończyków odegrał w tym projekcie kluczową rolę.
– W Estonii mamy powiedzenie, ze nasz kraj jest wielkości Manhatanu. Dlatego jeśli mamy produkt, to nie możemy go sprzedawać tylko na lokalnym rynku, szczególnie jeśli prowadzimy biznes związany z internetem – mówi Tallinn. – Jeśli działasz w biznesie, który w dużej mierze jest wirtualny, i do tego dysponujesz kanałami komunikacji, takimi jak Skype, to możesz stworzyć zespół międzynarodowy – dodaje.
Tallinn obecnie pracuje nad kolejnymi projektami technologicznymi, a jednym z jego celów jest także uświadamianie ludziom zagrożeń, związanych z niekontrolowanym rozwojem technologii.
Przyjmując nagrodę CEED Institute, Tallinn podkreślił, że stanowi ona dla niego dodatkową motywację do dalszej pracy na rzecz wspierania globalnej komunikacji między ludźmi.
Nagroda CEED Institute będzie corocznie przyznawana osobom i instytucjom, które swoimi działaniami przyczyniają się do rozwoju i promocji osiągnięć regionu Europy Środkowej i Wschodniej, wspierając zasadę solidarności, gospodarki wolnorynkowej oraz innowacyjności i konkurencyjności regionu.
Wręczenie nagrody poprzedził panel dyskusyjny zorganizowany przez CEED Institute, którego tematem były migracje we współczesnej Europie. W debacie wzięli udział członkowie Rady Programowej i goście CEED Institute: prezydent Lech Wałęsa, Jan Kulczyk, Zdenek Bakala, wiceprezes i dyrektor New World Resources (NWR), współzałożyciel BXR Group, Indrek Neivelt, przewodniczący rady nadzorczej Bank of Saint Petersburg oraz Ldiamon, Björn Savén, prezes wykonawczy IK Investment Partners, William Lacy Swing, dyrektor generalny Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji, Arūnas Šikšta, dyrektor The Vilnius International University Business School oraz Pedro Videla – profesor Wydziału Ekonomii IESE Business School.
Uczestnicy debaty podkreślali między innymi, że we współczesnym świecie słowo migracje coraz częściej powinno być zastępowane przez określnie – mobilność. Era cyfrowa znacząco wpłynęła na otaczającą nas rzeczywistość, a nowoczesne technologie, takie jak np. Skype, zmieniły i ułatwiły sposób komunikacji między ludźmi, niezależnie od miejsca ich pobytu.
Powstały w 2010 r. CEED Institute to think-tank założony przez Jana Kulczyka. Ma on na celu promocję osiągnięć oraz potencjału gospodarczego krajów Europy Środkowej i Wschodniej i podniesienie konkurencyjności regionu. W tym celu instytut organizuje debaty, publikuje analizy ekonomiczne oraz raporty tematyczne. Ostatnio ogłoszony raport „Migracje w XXI wieku z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej – szansa czy zagrożenie?” to szóste z kolei opracowanie CEED Institute prezentujące największe wyzwania stojące przed regionem Europy Środkowej i Wschodniej.
Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe podlegają nadzorowi KNF podobnie jak banki komercyjne. Nie mają jednak możliwości konkurowania z nimi. To opinia Mariusza Gazdy, prezesa SKOK-u Wołomin, który proponuje wprowadzenie amerykańskiego modelu spółdzielczości finansowej. W USA niewielkie, lokalne kasy nie są objęte państwowym nadzorem. Taki wymóg dotyczy tylko większych instytucji finansowych lub tych, które chcą przekształcić się w bank. Do amerykańskich odpowiedników SKOK-ów należy obecnie 70 mln Amerykanów.
– Rozwiązania prawne, które weszły wraz z ostatnią ustawą o SKOK-ach, nie do końca są konsekwentne i wymierne w swojej treści w stosunku do Kas, ponieważ z jednej strony obejmują SKOK-i tym samym nadzorem, co banki spółdzielcze i komercyjne, a z drugiej strony nie traktuje się ich jako pełnoprawnego konkurenta, partnera rynku finansowego, tylko próbuje się je wtłoczyć w taką niszę, gdzie miałyby uzupełniać ofertę banków spółdzielczych. Chodzi o to, żeby być na równych warunkach z konkurencją, która w innej formie działalności prowadzi swoje biznesy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes SKOK-u Wołomin.
Zwraca przy tym uwagę, że instytucje podobne do polskich SKOK-ów występują na całym świecie i obsługują miliony klientów. Jako przykład podaje Stany Zjednoczone, gdzie do kas spółdzielczych należy około 70 mln Amerykanów, czemu sprzyjają obowiązujące w tym kraju regulacje.
– Tamtejsze kasy mają możliwość wyboru – mogą być lokalnymi kasami, które nie podlegają nadzorowi federalnemu. Natomiast kasy, które mają aspiracje i możliwości rozwoju, uzyskują licencję federalną, krajową i wtedy mają szersze możliwości, jeżeli chodzi o poszerzenie instrumentów lub oferowanych produktów. W sytuacji, kiedy chcą i mają możliwości przekształcenia się w bank, taką ścieżkę również mają pokazaną – podkreśla Gazda.
Tymczasem w opinii prezesa SKOK Wołomin, polskie prawo mogłoby dawać większe możliwości rozwoju spółdzielczym kasom.
– Zostało to tak trochę odgórnie określone, że SKOK-i mają być uzupełnieniem oferty banków spółdzielczych – mówi Mariusz Gazda.
Do 27 października 2012 r. (wtedy weszła w życie Ustawa o SKOK–ach z 2009 r.) członkami kas mogły być wyłącznie osoby fizyczne. W rezultacie, według danych KNF-u, pod koniec 2013 r. należności od osób fizycznych stanowiły ponad 98 proc. wartości portfela kredytowego SKOK–ów. Reszta przypadała na małe i średnie przedsiębiorstwa oraz rolników indywidualnych.
Dynamiczny rozwój niektórych SKOK–ów doprowadził jednak do spadku jakości ich kredytów. Według KNF–u, było to spowodowane niewystarczającą kontrolą ryzyka kredytowego. W efekcie, pod koniec 2013 roku 44 kasy zostały objęte postępowaniami naprawczymi. Ponadto, według najnowszego raportu KNF–u o sytuacji tego sektora „w 2013 r. Kasa Krajowa udzieliła niektórym kasom pomocy z funduszu stabilizacyjnego na łączną kwotę 193 mln zł, z czego 33,5 mln zł stanowiły darowizny, a 10,8 mln zł umorzone wcześniej udzielone kredyty stabilizacyjne”. Jest już niemal pewne, że część kas będzie musiała zostać przejęta, by uniknąć bankructwa. KNF pracuje obecnie nad optymalnym modelem restrukturyzacji branży SKOK-ów.
– Na pewno nastąpi konsolidacja. Najlepsze Kasy powinny sobie poradzić, jednak te słabsze będą przejęte przez inne SKOK-i lub inne instytucje – taką możliwość przewiduje ostatnia ustawę o SKOK, która w swojej treści odnosi się do przejmowania aktywów i pasywów kas przez inne instytucje, nie tylko SKOK-i. Do tej pory takie rozwiązanie nie miało miejsca, natomiast teraz taka możliwość istnieje – mówi prezes SKOK-u Wołomin.
Od początku roku na polski rynek funduszy inwestycyjnych napłynęło 2 mld zł netto. To kontynuacja pozytywnego trendu z ubiegłego roku, kiedy to Polacy zainwestowali w fundusze 30 mld zł więcej, niż z nich wypłacili. Szczególnie dużym zainteresowaniem cieszą się fundusze akcyjne, którym sprzyjają niskie stopy procentowe i poprawa koniunktury w realnej gospodarce. Mimo ryzyka, jakie wiąże się m.in. z sytuacją na Ukrainie, akcje powinny dać lepszą stopę zwrotu niż obligacje czy surowce.
– Rynek urósł o około 30 mld złotych, z czego ponad połowa to były środki, które zainwestowali klienci detaliczni w fundusze inwestycyjne. To jest oczywiście pochodną tego, że stopy procentowe i oprocentowanie depozytów bankowych istotnie spadło. W tej chwili widzimy kontynuację tego trendu, w tym roku na polski rynek funduszy napłynęło 2 mld złotych netto, rynek rośnie, łączne aktywa są na poziomie około 192 mld, więc są to rekordowe poziomy, wyższe nawet od tych, które obserwowaliśmy w 2007 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kamiński, członek zarządu Millennium TFI SA.
Klienci funduszy inwestycyjnych coraz chętniej podejmują ryzyko, o czym świadczy dodatnie saldo napływów do funduszy akcyjnych od początku 2014 r.
– To w pewnym sensie może wspierać polską giełdę, bo kolejne napływy środków finansowych mogą równoważyć ewentualne wypływy z tytułu OFE. To będzie na pewno pozytywny czynnik. My spodziewamy się napływów rzędu przynajmniej kilkunastu miliardów złotych, być może 20 mld. zł ogółem, z rosnącym udziałem funduszy akcyjnych lub funduszy mieszanych i spadającym udziałem funduszy dłużnych, które były najbardziej popularnymi funduszami w ubiegłym roku – uważa Kamiński.
Dotychczasowe statystyki pokazują, że zmiany w OFE mogą doprowadzić do silnej wyprzedaży na giełdzie. Według komunikatu ZUS do 29 kwietnia br. jedynie 56,07 tys. z blisko 16,7 mln osób (0,33 proc.) mających oszczędności w OFE zdecydowało się pozostawić część składki emerytalnej w II filarze. Ubezpieczeni w funduszach emerytalnych mają do końca lipca czas na deklarację ws. pozostania w OFE i zdaniem części ekonomistów, duża grupa osób odłoży decyzję na ostatnią chwilę.
To, czy napływy do TFI pozwolą wypełnić lukę po marginalizacji funduszy emerytalnych, zależy także od rozwoju sytuacji na rynkach finansowych i wokół nich, zwłaszcza na Ukrainie.
– Jeżeli konflikt będzie eskalował, to będzie awersja do ryzyka i klienci będą wybierali fundusze bezpieczne, gotówkowe czy papierów dłużnych. To widzieliśmy w marcu, kiedy były negatywne odpływy z funduszy akcji i pozytywne napływy do funduszy gotówkowych – tłumaczy członek zarządu Millennium TFI SA.
W średnim i dłuższym terminie akcje powinny jednak być najchętniej wybieranymi przez inwestorów aktywami. To dlatego, że ich wycenie sprzyja bardzo luźna polityka pieniężna największych banków centralnych, a jej wyraźne zaostrzenie jest wciąż odległą perspektywą. Zdaniem ekonomistów, również w Polsce stopa referencyjna NBP ma pozostać na rekordowo niskim poziomie 2,5 proc. co najmniej do I kwartału 2015 r.
– Nasze nastawienie do rynków akcji pozostaje pozytywne, uważamy, że akcje są najciekawszą klasą aktywów w tych warunkach gospodarczych. Proszę pamiętać, że żyjemy w otoczeniu ultraniskich stóp procentowych na świecie, także w Polsce mamy historycznie niskie stopy. Ten czynnik powiązany z poprawą w gospodarce powinien przekładać się na lepsze wyniki spółek. A lepsze wyniki spółek zawsze są impulsem do wzrostu ceny akcji – wyjaśnia Kamiński.
O ile prognozy dla rynków akcji są w większości optymistyczne, o tyle ceny obligacji – zwłaszcza w średnim i dłuższym terminie – mogą zacząć spadać. W przypadku niektórych rynków wschodzących byłaby to kontynuacja zniżek, które zaczęły się w połowie 2013 r. Wtedy Fed zapowiedział stopniowe ograniczanie luzowania ilościowego (QE). W rezultacie wzrosło również oprocentowanie amerykańskiego długu, zwłaszcza w relacji do długu emitowanego przez państwa strefy euro.
– W Stanach Zjednoczonych obserwujemy od pewnego czasu spadek cen obligacji, czyli wzrost ich rentowności. Jest to związane z poprawą koniunktury, wzrostem oczekiwań co do przyszłych stóp procentowych, a także w związku z wygaszaniem programu QE. W Europie mamy z kolei sytuację odwrotną, ponieważ są oczekiwania co tego, że Europejski Bank Centralny uruchomi program QE w Europie lub będzie prowadził dodatkowe elementy ekspansywnej polityki monetarnej – mówi Krzysztof Kamiński.
Na tle akcji i części obligacji rynki surowcowe pozostają od dłuższego czasu w zdecydowanej defensywie. Poprawa nastrojów na światowych rynkach i niska inflacja zmniejszają popularność złota jako bezpiecznej lokaty kapitału. W rezultacie od września 2011 r. ceny złota spadły o blisko 30 proc., z 1900 USD do ok. 1300 USD za uncję. Choć złoto zanotowało silne wzrosty od początku 2014 r., to możliwość odrobienia strat w stosunku do 2011 r. jest mało prawdopodobna.
– Nasze nastawienie do rynków surowcowych, także metali produkcyjnych, pozostaje relatywnie neutralne. W warunkach poprawy gospodarczej na świecie trudno oczekiwać wzrostów cen złota. Wydaje się, że dopiero w warunkach rosnącej inflacji złoto może stać się bardziej atrakcyjne, wrócić do łask inwestorów, w tej chwili ceny poniżej 1300 dolarów mogą pozostać na tym poziomie albo nawet jeszcze spaść. Natomiast docelowe poziomy gdzieś na poziomie 1400 dolarów wydają się uzasadnione – mówi członek zarządu Millennium TFI SA.
Dzisiaj Senat i przedstawiciele organizacji pozarządowych przedstawią propozycje zmian i rekomendacje ustawowe, które mają wesprzeć tworzenie nowych miejsc pracy dla niepełnosprawnych. Zdaniem ekspertów wpływ na kształt przepisów powinni mieć przede wszystkim pracodawcy. Z roku na rok zmniejsza się liczba zakładów pracy chronionej, co przekłada się również na wzrost bezrobocia wśród niepełnosprawnych.
– Nasze propozycje zostały oparte na dwóch fundamentach. Pierwszy z nich to zmiana systemu orzecznictwa osób niepełnosprawnych, powinno być ustalone jedno, konkretne orzeczenie o niepełnosprawności, jakie może uzyskać dana osoba – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, radca prawny Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.
Obecnie orzeczenia o niepełnosprawności mogą wydawać zarówno powiatowe zespoły, jak i Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Możliwe jest więc uzyskanie kilku zaświadczeń o niepełnosprawności, jednak przepisy nie regulują, które orzeczenie jest tak naprawdę obowiązujące.
Zdaniem Brząkowskiego zmianie powinien również ulec system dofinansowania pracodawców z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Obecnie środki przeznaczone na zatrudnianie niepełnosprawnych finansowane są w dużej mierze przez samych pracodawców – z rocznego budżetu PFRON-u, który wynosi ok. 5 mld zł., ponad 3 mld pochodzi właśnie od pracodawców. Ci, którzy zatrudniają co najmniej 25 osób, a wskaźnik zatrudnionych u nich niepełnosprawnych nie przekracza 6 procent, płacą niemałe kary – to równowartość iloczynu 40,65 procent przeciętnego wynagrodzenia z liczbą pracowników brakujących do osiągnięcia wymaganego poziomu.
– POPON proponuje, żeby ten system utrzymać, ale żeby pieniądze przekazywane przez przedsiębiorców były przeznaczane z budżetu na wsparcie rehabilitacji zawodowej osób niepełnosprawnych, na dofinansowania do wynagrodzeń, czyli wszelkie systemy pomocowe, które zapewniają wzrost zatrudnienia osób z niepełnosprawnością. Obecnie tak nie jest, a dotacja budżetowa jest niewielka. Pieniądze należy przydzielić do konkretnych grup pomocowych, które mówią, że pieniądze z wpłat wracają w postaci np. dofinansowań, refundacji, czy wszelkich innych zwolnień dla przedsiębiorców – tłumaczy Mateusz Brząkowski.
To jednak nie koniec proponowanych zmian, które mają pomóc przedsiębiorcom. POPON chce, by każdy, kto zatrudnia więcej osób z określoną niepełnosprawnością, mógł liczyć na wyższe dofinansowanie, a wysokość dofinansowania ma zależeć od schorzenia.
Z roku na rok spada także liczba zakładów pracy chronionej. Obecnie jest ich 1,3 tys., co oznacza, że ich liczba w ciągu trzech lat spadła o połowę. Mniejsza liczba ZPCH-ów oznacza wyższe bezrobocie wśród niepełnosprawnych, dlatego POPON proponuje rozwiązania, które mają powstrzymać dalszy spadek liczby zakładów.
– Zależy nam na zwiększeniu wysokość zwolnień podatkowych przeznaczonych na ZPCH-y, ale nieznacznie, chcemy takiego przesunięcia, żeby większa liczba zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych była im przekazywana – mówi Brząkowski.
Zdaniem POPON-u uproszczone powinny zostać zasady uzyskania statusu zakładu pracy chronionej. Jednym z wymogów jest zatrudnienie niepełnosprawnych na poziomie 50 procent, eksperci chcą, by wskaźnik ten obniżyć do wysokości 40 procent, co ich zdaniem zachęci pracodawców do podjęcia starań o uzyskanie tego statusu. Proponowane zmiany dotyczą również Zakładowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, z którego środków niepełnosprawni mogą finansować zakup leków czy wyjazd na turnusy rehabilitacyjne. Obecnie ZFRON funkcjonuje tylko w zakładach pracy chronionej. POPON chce, by również pracodawca z otwartego rynku pracy mógł, po spełnieniu określonego wskaźnika zatrudnienia niepełnosprawnych, taki zakładowy fundusz utworzyć.
– Główna zmiana dla zwykłych przedsiębiorców jest taka, żeby mogli utworzyć zakładowy fundusz rehabilitacji, mieć zwolnienia podatkowe i finansować z nich pomoc dla niepełnosprawnych. Druga – aby dofinansowanie z PFRON-u było tym wyższe, im wyższy jest wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych – zaznacza Brząkowski.
Najważniejszą jednak postulowaną zmianą jest dokładne zaplanowanie, na co mają zostać przeznaczone środki z PFRON-u – czy na założenie działalności gospodarczej przez niepełnosprawnego, czy na dofinansowanie przekazywane do pracodawcy.
– My w założeniach przedstawiamy na bazie już istniejącego systemu, ile pieniędzy i gdzie mogłoby funkcjonować, przede wszystkim tworząc zasadę, że tyle, ile pracodawcy wpłacają do PFRON-u, czyli ponad 3 mld zł, powinno do nich wracać w postaci np. dofinansowań, refundacji. Teraz tak nie jest, bo tak naprawdę wraca do nich tylko część z tych pieniędzy, dofinansowania nie trafiają do wszystkich, a z drugiej strony dotacja budżetowa jest z roku na rok coraz niższa. Trzeba to wypośrodkować, żeby ten system funkcjonował sprawnie, a nie od nowelizacji do nowelizacji – podsumowuje Brząkowski.
Duzi zagraniczni inwestorzy niechętnie inwestują w polskie spółki energetyczne. Kilkadziesiąt lub kilkanaście miliardów złotych kapitalizacji i silna pozycja na naszym rynku nie oznacza automatycznie, że spółka jest atrakcyjna dla dużych graczy. W Polsce do najbardziej płynnych należą spółki pod kontrolą Skarbu Państwa, które działają na silnie regulowanych rynkach, co często niweluje pozytywne statystyki giełdowe. W rezultacie mniejsze zainteresowanie ich akcjami przekłada się na wzrost kosztów finansowania poprzez giełdę.
– My się cieszymy, że one są duże, że są w WIG30, ale jeżeli popatrzymy na płynność i na free float, to te wartości przeliczone na euro stanowią barierę nie do przeskoczenia. Duże fundusze mają swoje limity i nie mogą inwestować, jeżeli free float jest mniejszy niż X, albo płynność, czyli dzienny obrót jest mniejszy niż Y. I takie czynniki proste powodują, że niezależnie od tego, jak atrakcyjna byłaby dowolna polska spółka, ona nie będzie przedmiotem zainteresowania zagranicznych funduszy – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Puchalski, Head of Equity Research w Domu Maklerskim BZ WBK.
Niski udział akcji w wolnym obrocie (free float) oraz niska płynność są niepożądane, bo m.in. zmniejszają wiarygodność rynkowej wyceny akcji, która staje się silnie uzależniona od polityki największych akcjonariuszy. Niewystarczający obrót na rynku zwiększa koszty i ryzyko szczególnie wśród dużych inwestorów, którzy operują dużymi pakietami akcji, dlatego bezwzględnie zwracają oni uwagę na te kryteria.
Duża część z największych i najbardziej płynnych spółek na polskiej giełdzie działa w silnie regulowanych branżach gospodarki, takich jak np. energetyka czy szerzej sektora „utility”. Dlatego wyniki finansowe takich firm, jak PGE czy Tauron silnie zależą od polityki regulatora, którą jest trudno prognozować analitykom. Część inwestorów jest gotowa ponosić dodatkowe ryzyko z tytułu niepewności regulacyjnej, jednak dla innych – rozważających duże, pakietowe zakupy akcji – może być ono zbyt duże. Wśród tych mogą być zwłaszcza duże, zagraniczne fundusze inwestycyjne.
– Żeby wybrać, muszą mieć dokładną przejrzystość, muszą dokładnie wiedzieć, na jakich zasadach będą grały te spółki, jakie będą ich wyniki w przyszłości. A z tym jest bardzo duży problem w Polsce. Dlatego to jest minus, jeżeli chodzi o możliwości inwestycyjne w polskie spółki utility. Dobrze wiemy, że na przykład w przypadku KGHM to też jest regulator, który zadziałał w spółce Skarbu Państwa, który nagle narzucił 2 mld zł podatku od wydobycia. Taka rzecz też nie pomaga w ocenie stabilności systemu regulacyjnego w danym kraju – tłumaczy Puchalski.
Ryzyko dla inwestorów wiąże się nie tylko z działalnością rządu jako regulatora, lecz także jako właściciela. Pokazała to np. inwestycja PGE w Opolu, która została źle przyjęta przez rynek, ponieważ według analiz wykonanych przez poprzedni zarząd będzie ona nierentowna. W poprzednich latach dyskusje wzbudzały także wysokie dywidendy, które wypłacał sobie (i przy okazji pozostałym akcjonariuszom) Skarb Państwa z podległych mu spółek. W niektórych przypadkach były one wyższe niż rekomendacje zarządów. Zdaniem Pawła Puchalskiego, rząd powinien zredukować swoje pakiety akcji, ale może mieć problem z uzyskaniem atrakcyjnej ceny, dlatego najprawdopodobniej utrzyma obecne status quo.
– Skarbu Państwa powinno być jak najmniej, czyli 25 proc. i złota akcja. Już powiedziałem, że dziwię się, że to nie zostało dużo wcześniej rozegrane, załatwione. Teraz oczywiście rynek jest relatywnie płytki. Tutaj nie byłoby łatwo uplasować na polskim rynku, szczególnie w świetle tych zmian z OFE. Ale to rząd o tym chyba doskonale wiedział, jak podejmował takie decyzje. Ja mogę tylko się dziwić, nie spodziewałbym się żadnej dużej oferty, właśnie, że dyskonto byłoby zbyt duże wymagane przez inwestorów – uważa Paweł Puchalski.
Dyskonto oznacza, że kupujący w zamian za dodatkowe ryzyko żądają niższych cen akcji. Dotyczy to zarówno papierów będących już w obrocie, jak i tych, które mogą zostać wyemitowane. Dla firmy chcącej pozyskać kapitał w drodze emisji akcji, dyskonto ze strony inwestorów finansowych zwiększa jest koszt. W rezultacie, dla spółek o niskim zadłużeniu bardziej opłacalne może być zaciąganie długu niż emisja akcji.
– PGE de facto jest bez długu. Wskaźnik zadłużenia EBITDA razy dwa, razy trzy nie jest najmniejszym problemem dla spółki energetycznej. To oznacza, że dodatkowo mamy znikąd 25 mld. Naprawdę dziwię się, jeśli ktoś rozważa opcję, że spółki będą musiały emitować nowe akcje. Chyba, że ryzyko regulacyjne jest większe niż się spodziewamy – wyjaśnia dyrektor w DM BZ WBK.
Polska Grupa Energetyczna planuje do 2018 r. wydać na inwestycje ok. 40 mld zł. Na tę kwotę składają się inwestycje w energetykę konwencjonalną w Opolu i Turowie, energetykę odnawialną, dystrybucję oraz projekt jądrowy. Spółka zapowiadała w połowie marca, że jeszcze w II kwartale przedstawi zaktualizowaną strategię. Według Puchalskiego, powinna ona zakładać cięcia kosztów, co uwolniłoby dodatkowe środki na rozwój.
– Oszczędzać, oszczędzać, oszczędzać, bo dobrze wiemy, że spółki energetyczne są powszechnie podejrzewane i nie tak wcale niesłusznie o to, że ich koszty można jeszcze zoptymalizować. Tylko i wyłącznie tutaj należy się skupić. Gdybym był w zarządzie, to koszty są jedynym problemem. Bo nic nie zrobimy z ryzykiem regulacyjnym, tylko możemy pracować nad kosztami – uważa Puchalski.
Lidl to sieć sklepów, która przeznaczyła najwięcej na reklamę w I kwartale. Wydatki na ten cel wyniosły 85 mln zł. Dwa razy mniej wydała druga w rankingu Biedronka, a trzecia Żabka przeznaczyła na promocję ponad 12 mln zł – wynika z badania Instytutu Monitorowania Mediów. W większości badanych sieci nasilenie akcji promocyjnych nastąpiło w marcu – główniez powodu zbliżających się świąt wielkanocnych. Wysokie nakłady na reklamę sprzyjają często popularności sieci wśród internautów, jednak nie zawsze ta zasada się sprawdza.
– Najbardziej aktywnym reklamodawcą handlowym w I kwartale był Lidl. Sieć przeznaczyła na promocję w prasie, radiu oraz telewizji – wśród których najpopularniejsze były kreacje z udziałem kucharzy celebrytówKarola Okrasy i Pascala Brodnickiego – łącznie około 85 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.
Na drugim miejscu pod względem wydatków reklamowych uplasowała się firma Jeronimo Martins – właściciel sieci Biedronka – która na ten cel przeznaczyła 35,6 mln zł, czyli ponad dwa razy mniej niż Lidl. Tym razem sieć w reklamach postawiła nie tylko na promocje i obniżki cenowe.
– Pewną nowością w tym kwartale była kampania wizerunkowa Biedronki, która polegała na tym, że przedstawiciele kilku polskich firm – dostawców Biedronki – promowali własne produkty sprzedawane na półkach tej sieci. Wystąpili m.in. szefowie firm Bakalland czy Sokołów – mówi Jadaś.
Na trzecim miejscu rankingu uplasowała się Żabka, której wydatki reklamowe wyniosły nieco ponad 12 mln zł. Na czwartym zaś znalazło się Tesco (8,2 mln zł). W zestawieniu na ósmym miejscu zadebiutowała sieć Piotr i Paweł (3,9 mln zł). Ostatnia w rankingu sieć Real wydała na promocję 3,6 mln zł.
Większość sieci nasiliła akcje promocyjne w marcu. Wydatki największych reklamodawców były w marcu wyższe średnio o 5–6 mln złotych niż w lutym czy styczniu.
– W marcu Lidl czy Biedronka zaczęły nawiązywać najpierw do wiosny, wiosennych produktów, natomiast w końcówce miesiąca w reklamach zaczął przewijać się motyw świąt wielkanocnych – mówi ekspert IMM.
Jednak, jak podkreślono w raporcie Instytutu, nasilenie wydatków związane z Wielkanocą było znacznie niższe niż w okresie przed Bożym Narodzeniem. W ujęciu kwartalnym budżety Lidla, Biedronki i Kauflandu były niższe o ok. 10 mln zł. Netto wydało ok. 5 mln zł mniej.
Sieci handlowe w cyberprzestrzeni
Instytut Monitorowania Mediów zbadał także przełożenie akcji reklamowych na wzmianki w sieci. W przypadku Lidla wydatki na reklamę były wprost proporcjonalne do intensywności dyskusji w sieci o tej marce (ponad 17 tys. publikacji).
– Nieco inna zależność jest była w przypadku sieci Tesco, której wydatki na reklamę były stosunkowo niewielkie, a mimo to sieć wzbudziła wśród internautów duże zainteresowanie [blisko 10 tys. publikacji – red.] – mówi Łukasz Jadaś. – Zarówno Lidl, jak i Tesco intensywnie promują się, prowadzą intensywne działania w sieciach społecznościowych, a co za tym idzie generują dodatkową treść: udostępnienia, komentarze i inne aktywności, co sprzyja dotarciu sieci do internautów – dodaje.
Najczęściej internauci dzielą się wiadomościami dotyczącymi promocji w sieci Biedronka. Często dyskutowali także o ofercie Tesco i Lidla. Mimo że Real zajmuje dopiero 10. miejsce pod względem wydatków na reklamę, to wśród internautów oferta sieci także cieszy się popularnością.
– Niektóre miejsca dyskusji w internecie na temat sieci handlowych są nietypowe. Na przykład w lutym zauważyliśmy wzmożoną aktywność na forach, blogach i fanpage’ach związanych z rozrywką elektroniczną. Jak się okazało, był to skutek rozpoczęcia promocji wyprzedaży gier wideo przez Biedronkę i firmę CD Projekt – mówi Łukasz Jadaś. – Co ciekawe, internauci dyskutują nie tylko o bieżących, korzystnych dla nich ofertach, lecz także prowadzą poważniejsze rozmowy na temat polityki handlowej i perspektyw rozwoju sklepów sieci.
Instytut Monitorowania Mediów zbadał wydatki reklamowe hipermarketów, supermarketów, dyskontów i sklepów convenience w I kwartale br. przy użyciu aplikacji Admonit. Analizie poddano reklamy w prasie, radiu i telewizji, a także ich oddźwięk w sieci. Zbadano ponad 56 tysięcy ogólnodostępnych wzmianek w internecie wraz z mediami społecznościowymi, w których pojawiały się nazwy sieci handlowych w kontekście niekomercyjnym.
40 proc. małych i średnich polskich firm handlujących z zagranicą nie zabezpiecza się przed ryzykiem kursowym, a niemal połowa osób zarządzających tymi przedsiębiorstwami w ogóle nie słyszała o takich możliwościach – wynika z badania firmy Akcenta. Jednocześnie co trzecia firma z sektora MŚP twierdzi, że zmiany kursów walut są największym niebezpieczeństwem dla jej biznesu. Powodem niechęci do zabezpieczeń walutowych jest niewiedza przedsiębiorców i obawa przed dużymi kosztami takich transakcji.
– To jest szczególnie zaskakujące, że firmy jeszcze o tej możliwości nie wiedzą. Myślą, że zabezpieczenie się przed ryzykiem kursowym jest zarezerwowane wyłącznie dla dużych firm, klientów korporacyjnych i banków – mówi Radosław Jarema, dyrektor zarządzający firmy Akcenta w Polsce.
Nawet w grupie firm, które stosują jakieś zabezpieczenia (37,6 proc. wszystkich firm objętych badaniem), aż 38,8 proc. nie potrafiło wskazać, w jaki konkretny sposób to robi. A co piąta z tych, które nie stosują żadnych ochron walutowych, twierdzi, że jest to zbyt drogie.
– Z badania wynika, że 20 proc. firm się nie zabezpiecza, myśląc, że koszty tego zabezpieczenia będą bardzo duże, a w naszym przypadku tego typu transakcje są darmowe, klienta to nic nie kosztuje. Jedyny wkład początkowy, jaki klient ponosi, to jest zabezpieczenie rzędu 2–10 proc.kwoty transakcji, ale jest to wliczane do kwoty transakcji, więc klient nie może tych środków stracić – twierdzi Jarema. – Ogólnym powodem niechęci do zabezpieczeń, co pokazuje raport, jest jednak niedoinformowanie klientów o tym, że mogą zawrzeć transakcje inne niż transakcje spot, niż transakcje natychmiastowe. Klienci o tych możliwościach nie wiedzą.
Dlatego najpopularniejszą – bo najprostszą – formą ochrony przed niekorzystną zmianą kursów jest ubezpieczenie – stosuje je 26,5 procent zabezpieczających się firm. Na drugim miejscu są transakcje terminowe – produkty nieco bardziej skomplikowane w swojej konstrukcji, ale w praktyce proste dla klienta, jak zapewnia Jarema. Polegają one na tym, że w chwili zawarcia kontraktu przedsiębiorca podpisuje umowę, zgodnie z którą w dniu realizacji kontraktu firma zabezpieczająca gwarantuje sprzedaż lub kupno waluty z tego kontraktu po z góry ustalonym kursie.
– Jeżeli ustali z nami, że euro sprzeda nam po 4,20 zł, to za 100 tys. euro dostanie 420 tys. złotych bez względu na to, jaki będzie aktualny kurs rynkowy – tłumaczy Jarema. – Czyli forward czy transakcje terminowe to nie jest narzędzie do spekulacji, do zwiększenia zysku, ale jest to narzędzie do spokojnego snu, do zabezpieczenia marży, którą sobie przedsiębiorca z góry założył.
Badania Akcenty przeprowadzono w grupie ponad 200 małych i średnich polskich przedsiębiorstw, zajmujących się eksportem i importem.
W ciągu ostatnich 5 lat obcokrajowcy nabyli w Polsce 1,8 mln metrów kwadratowych mieszkań, co odpowiada 30-40 tys. lokali przeciętnej wielkości. Deweloperzy tylko w ciągu roku oddają do użytku dwa razy tyle mieszkań, dlatego popyt ze strony cudzoziemców nie wpływa mocno na ceny – przekonuje Bartosz Turek z Lion’s Banku. Zagraniczni inwestorzy mogą silniej oddziaływać jedynie na wybrane rynki, takie jak aglomeracja warszawska. Znacznie ważniejszymi czynnikami powodującymi wzrost cen mieszkań są dostępność kredytów i wzrost wynagrodzeń.
– Znacznie łatwiej jest teraz wziąć kredyt niż na przykład 10 lat temu. Po drugie, znacznie więcej zarabiamy. Mniej więcej o 3/4 wzrosło przeciętne wynagrodzenie w ostatniej dekadzie. A dopiero na trzecim miejscu jak przyczynę wzrostu popytu na mieszkania postawiłbym zwiększony popyt ze strony nabywców z zagranicy. W ciągu 5 lat wszyscy cudzoziemcy w Polsce kupili mniej więcej połowę mieszkań, które deweloperzy budują w ciągu roku. Ta skala jest więc ograniczona – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Turek, analityk rynku nieruchomości Lion’s Banku.
Nieprzypadkowo zatem boom na rynku nieruchomości w Polsce wystąpił w okresie 2004–2007, kiedy szybko rosły wydatki i płace, napędzane silnym przyrostem kredytu. Późniejsza dekoniunktura w nieruchomościach trwała do 2013 r. – dopiero wtedy ceny przestały spadać. Mimo to w ostatniej dekadzie średnie ceny nieruchomości w centrum Warszawy wzrosły ponad dwukrotnie.
– W 2003 roku płacono za metr kwadratowy mieszkania w centrum Warszawy 3,7 tys. zł. Teraz jest to niewiele poniżej 10 tys. zł – mówi Turek.
Na świecie ceny mieszkań i domów są jednak bardzo mocno zróżnicowane w zależności od lokalizacji, typu nieruchomości, jej standardu itp. Duże różnice są widocznie nie tylko na poziomie państw i regionów, lecz także wewnątrz aglomeracji. Szczególnie drogie są nieruchomości w znanych kurortach i centrach metropolii o znaczeniu globalnym, takich jak Londyn. Niekiedy jednak wyceny nieruchomości w poszczególnych regionach lub miastach mogą silnie odbiegać od fundamentów ekonomicznych, co pokazało pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości w Irlandii, Hiszpanii, Bułgarii czy też Rumunii.
– Jeżeli spojrzymy na przykład na Monako, to tam za metr kwadratowy apartamentu trzeba zapłacić tyle, co za jedną skromną kawalerkę w Warszawie, to jest skala porównawcza. W centrum Londynu apartamenty kosztują kilkunastokrotnie więcej niż w Polsce. Ceny mogą być znacznie wyższe niż nad Wisłą, ale oczywiście są też kraje, gdzie ceny nieruchomości są znacznie niższe – Bułgaria, Rumunia, nawet Niemcy. Jeżeli spojrzymy na Berlin, to ceny są znacznie niższe niż w Warszawie – przekonuje analityk Lion’s Banku.
Pomimo tego, że Warszawa jest relatywnie droga w stosunku do innych dużych miast w Polsce, cieszy się największym zainteresowaniem wśród zagranicznych nabywców nieruchomości.
– Przede wszystkim cudzoziemcy kupują na terenie województwa mazowieckiego, a więc głównie w Warszawie. Jeżeli spojrzymy na pięć ostatnich lat, to mniej więcej 40 proc. powierzchni mieszkań kupionych przez cudzoziemców znajdowało się w województwie mazowieckim. Później mamy takie województwa, jak dolnośląskie, śląskie, małopolskie, wielkopolskie – one łącznie odpowiadają za mniejszy udział w zakupach niż samo województwo mazowieckie – twierdzi Bartosz Turek.
Wśród zagranicznych nabywców polskich nieruchomości zdecydowaną mniejszość stanowią nabywcy komercyjni, np. fundusze inwestycyjne. Według dostępnych danych, przeważają zakupy w celach prywatnych. Niewielka obecność nabywców instytucjonalnych zmniejsza presję na wzrost cen.
– Jeżeli spojrzymy na zakupy w rozbiciu na osoby fizyczne i osoby prawne, to w ostatnich pięciu latach mniej więcej 80 proc. mieszkań kupionych przez cudzoziemców było nabywanych przez osoby fizyczne, z dużą dozą prawdopodobieństwa na własne potrzeby – twierdzi Turek.
Najliczniejszą grupą obcokrajowców kupujących w Polsce nieruchomości są wciąż Niemcy. Od 2008 r. spada za to udział Brytyjczyków i Irlandczyków w liczbie nabytych metrów kwadratowych.
– Mniej więcej jedna nieruchomość na dziesięć kupowanych przez cudzoziemców jest nabywana przez Niemców. Na drugim miejscu są Brytyjczycy, ponad 100 tys. metrów kwadratowych mieszkań kupili w ostatnich pięciu latach. Ale ponad 50 tys. metrów kwadratowych kupili Włosi, Ukraińcy, Irlandczycy, Hiszpanie –mówi analityk rynku nieruchomości Lion’s Banku.
W ostatnim czasie rośnie liczba nabywców z Ukrainy i Rosji, co ma związek z trwającym na wschodzie Europy konfliktem zbrojnym. Bogaci Rosjanie starają się omijać sankcje i lokują swoje oszczędności w nieruchomościach, także w Polsce.
– Lokując kapitał przez jakieś firmy zarejestrowane w Wielkiej Brytanii czy w jakichś rajach podatkowych, mogą kupować nieruchomości anonimowo i dzięki temu zabezpieczać swój majątek – uważa Bartosz Turek.
Coraz więcej firm w Polsce decyduje się na wdrożenie mechanizmów obsługi klienta w serwisach społecznościowych. Tę formę komunikacji wybierają najchętniej firmy z branży IT oraz produkcji i sprzedaży artykułów szybko zbywalnych (FMCG). O poziom satysfakcji klienta w social mediach dbają także m.in. banki.
– Infolinia i poczta elektroniczna to nadal najczęściej wykorzystywane narzędzia komunikacji z klientami w Polsce, ale obserwujemy w tym segmencie rosnącą rolę serwisów społecznościowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Odkała, prezes Teleperformance Polska, firmy działającej w branży call center. – Z raportów jednego z naszych klientów wynika, że już 8 proc. wszystkich kontaktów z konsultantami firmy odbywa się za pośrednictwem Twittera czy Facebooka. To bardzo dobry wynik, szczególnie w grupie konsumenckiej – przekonuje.
Jego zdaniem na obsługę klienta w serwisach społecznościowych chętnie decydują się firmy z branż FMCG i IT, ale to także bardzo dobre środowisko dla podmiotów z branży finansowej czy telekomów.
Wzrost rynku, który prezes Teleperformance szacuje na 3-5 proc. w skali roku, będzie w dużej mierze uzależniony od strategii firm obecnych w social mediach.
– Istotną rolę odgrywa również zmieniająca się technologia. Być może za rok lub dwa na rynku pojawi się nowa platforma internetowa, która rozwinie mechanizmy kontaktu z klientem i wpłynie na rozwój rynku – zauważa Odkała.
Już dziś dla wielu konsumentów wygodniejsze staje się umieszczenie zapytania na fanpage’u firmy na Facebooku lub profilu na Twitterze, niż sięgnięcie po telefon. Są to także miejsca, w których klienci mogą spontanicznie wyrażać swoje uwagi.
– Najpopularniejsze są standardowe pytania o ofertę, ceny czy aktualne promocje, ale pojawiają się także bardziej spersonalizowane zapytania, np. o status naprawy produktu. Klienci bardzo chętnie zgłaszają także wszelkiego rodzaju usterki techniczne – wylicza Mariusz Odkała.
Prezes Teleperformance zwraca też uwagę na brak potencjalnych zagrożeń, charakterystycznych dla kontaktu z klientem np. za pośrednictwem Facebooka, co jest związane m.in. z brakiem przepływu poufnych danych, tak jak ma to miejsce przy obsłudze telefonicznej.
Jego zdaniem śledzenie publicznie dostępnych opinii w mediach społecznościowych i reagowanie na nie pomaga w budowie pozytywnego wizerunku firmy i rozwoju produktów. Bardzo istotne jest jednak zachowanie odpowiedniego dla medium charakteru komunikacji.
– Kluczem do sukcesu jest znalezienie odpowiednich pracowników do obsługi klientów w serwisach społecznościowych – uważa Mariusz Odkała. – Muszą to być ludzie, którzy rozumieją dzisiejszy język internetu, pełen skrótów, symboli i potrafią się nim sprawnie posługiwać, tak, aby nie tylko dostarczyć klientowi wyczerpujących informacji i pomóc w rozwiązaniu problemu, lecz także zadbać o pozytywny wizerunek marki w oczach konsumenta – dodaje.
Skandia planuje znaczne zwiększenie sprzedaży i liczby klientów. Pomóc w tym ma edukowanie klientów o konieczności oszczędzania na emeryturę w trzecim filarze. Duży nacisk spółka kładzie na współpracę z bankami, które są dystrybutorami produktów Skandii.
– Chcemy mieć określony wzrost w dwóch miejscach – zarówno pod względem liczby klientów, jak i sprzedaży urocznionych kontraktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Żukowski, dyrektor sprzedaży Skandia Życie Towarzystwo Ubezpieczeń.
Spółka planuje także rozwój sieci dystrybucyjnej.
– Pracujemy nad tym cały czas we wszystkich segmentach, i to zarówno w naszej sprzedaży własnej w oddziałach, jak i jeśli chodzi o segment bankowy. To samo dotyczy części multiagencyjnej, czyli u partnerów zewnętrznych, gdzie także poszukujemy nowych partnerów – mówi Żukowski.
Spółka szczególny nacisk chce położyć na dalszy rozwój współpracy z bankami.
– Stawiamy na bardzo bliską współpracę, co oznacza, że chcemy wspólnie z bankami konstruować ofertę, która będzie dopasowana do potrzeb klientów – mówi Żukowski. – Banki są naszymi dystrybutorami, często to w nich klienci kupują nasze produkty. Dlatego też uważamy, że bliska współpraca z nimi jest ważna – dodaje.
Jak zauważa dyrektor sprzedaży Skandia Życie, przy sprzedaży produktów finansowych istotną rolę odgrywa edukacja klienta.
– Tylko, jeśli klient dokładnie zrozumie cel programu oszczędnościowego, to ten program będzie miał szansę dotrwać do końca – mówi Żukowski. – Bez zwiększenia świadomości klienta trudno nam będzie zbadać jego potrzeby – dodaje.
Edukacja finansowa ma szczególną rolę do odegrania wobec zmian w systemie emerytalnym. Zdaniem Żukowskiego uświadomienie sobie przez klientów problemów demograficznych i związanych z nimi problemów ZUS powinno skłonić ich do samodzielnego oszczędzania na emeryturę.
– Sam wybór między OFE i ZUS-em nie jest tu najważniejszy – twierdzi rozmówca Newserii Biznes. – Musimy natomiast informować klientów i tłumaczyć im, że bez trzeciego filaru po prostu sobie nie poradzimy. Tę wiedzę krzewimy w Skandii w naszych oddziałach własnych oraz u partnerów, takich jak banki czy multiagencje – dodaje.
Obecnie na 1000 osób w wieku produkcyjnym przypada 260 osób w wieku poprodukcyjnym. Jednak za 30 lat proporcja ta będzie wynosić 1000 do 500. Z kolei w 2060 r. na 1000 osób w wieku produkcyjnym mają wg prognoz przypaść 772 osoby w wieku emerytalnym. Spowodowało to konieczność podniesienia wieku emerytalnego, który w 2040 r. ma wynieść 67 lat zarówno u kobiet, jak i mężczyzn. Eksperci są zgodni, że bez samodzielnego oszczędzania na emeryturę, Polacy będą za kilkadziesiąt lat otrzymywać świadczenia niewystraczające na życie.
Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla BOGDANKA, której jednostką dominującą jest Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. – najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, wypracowała w I kwartale 2014 roku dobre wyniki finansowe, pomimo trudnej sytuacji rynkowej. Przychody ze sprzedaży sięgnęły 481,5 mln zł (wzrost o 11,8%), EBITDA wyniosła 174,1 mln zł (wzrost o 0,9%) a wynik EBIT wyniósł blisko 86 mln zł (spadek o 4,2%). Zysk netto sięgnął natomiast 62,6 mln zł (spadek o 10,7%). Pomimo wpływu spadku cen węgla na rentowność, wskaźniki rentowności Spółki pozostają na ponadprzeciętnym dla branży poziomie, czego przykładem jest marża EBITDA sięgająca po I kwartale 36,2%.
Poziom produkcji węgla handlowego w I kwartale 2014 roku był zgodny z planem i sięgnął 2,24 mln ton, co oznacza, że był o 10,2% wyższy niż rok wcześniej i o 6,2% wyższy niż w
IV kwartale 2013 roku. LW BOGDANKA podtrzymuje założenia produkcyjne na cały 2014 rok na poziomie 9,3-10 mln ton.
Działalność Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Komisji Nadzoru Finansowego, Rzecznika Ubezpieczonych i powiatowych rzeczników konsumentów, choć prowadzona zgodnie z prawem, nie stwarzała klientom rynku finansowego dostatecznej ochrony. Z tego powodu utrzymywał się wysoki odsetek wadliwych wzorców umów oraz rosła liczba skarg na podmioty rynku finansowego. Niejasny podział kompetencji pomiędzy instytucjami odpowiedzialnymi za ochronę konsumentów zniechęcał poszkodowanych do dochodzenia swoich praw. Problemem było też praktycznie niefunkcjonujące sądownictwo polubowne. Według badań Komisji Europejskiej poziom zaufania konsumentów do instytucji publicznych, mających chronić konsumentów w Polsce, należał do najniższych w Unii Europejskiej.
Od lat rynek finansowy w Polsce rozwija się niezwykle dynamicznie. Wielość nowych usług i instrumentów finansowych oraz rosnący stopień ich skomplikowania sprawiają, że konsumenci często nabywają usługi i produkty finansowe, nie identyfikując zagrożeń, jakie wiążą się z ich wykorzystaniem. Skutkiem tego mogą być nieoczekiwane koszty lub straty. Podmioty działające na rynku finansowym zazwyczaj narzucają klientom warunki korzystania z oferowanych usług. Stosowane przez nie umowy mają charakter przystąpieniowy. Oznacza to, że najważniejsze warunki umowy określane są przez przedsiębiorców, a konsumenci mają minimalne możliwości negocjowania ich treści.
Konsumenci, którzy chcą dochodzić swoich praw mają do pomocy szereg instytucji publicznych. Podział kompetencji między nimi jest jednak rozproszony i niejasny dla nieprofesjonalnych uczestników rynku. Skutkuje to często wydłużeniem drogi uzyskania pomocy i zniechęca obywateli do podejmowania kolejnych działań.
Skontrolowane podmioty udzielały wsparcia klientom podmiotów rynku finansowego, rozpatrując składane przez nich skargi, w zakresie posiadanych kompetencji. W razie stwierdzenia nieprawidłowości, których eliminowanie leżało w gestii danej instytucji podejmowane były odpowiednie działania.
UOKiK, rzecznicy konsumentów, UKNF i Rzecznik Ubezpieczonych prowadzili działalność edukacyjną i informacyjną skierowaną do klientów rynku finansowego zgodnie ze swoimi uprawnieniami. Podmioty te prowadziły szkolenia, organizowały seminaria, wykłady i warsztaty, wydawały broszury informacyjne i publikacje, zamieszczały ważne informacje na swoich stronach internetowych i na Facebooku. Poza tym, instytucje objęte kontrolą prawidłowo wykonywały – w ramach posiadanych kompetencji – zadania związane z procesem legislacyjnym projektów aktów normatywnych zapewniających ochronę klientom podmiotów rynku finansowego.
Jednak system ochrony klientów rynku finansowego nie działał skutecznie. Skala nieprawidłowości na rynku przyczyniła się do znacznego spadku poziomu zaufania konsumentów do instytucji publicznych działających na rzecz ochrony ich praw. Według badań Komisji Europejskiej, w 2012 r. Polska była jednym z sześciu krajów Unii Europejskiej, które osiągnęły najniższe notowania w tym zakresie. Zaufanie deklarowało 46 proc. polskich respondentów, podczas gdy średnia dla całej Unii wyniosła 59 proc.
Według raportu PMR „Rynek usług dodanych i multimedialnych w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018” dynamika tego rynku w 2013 r. wyniosła 8%. W tym samym roku wartość rynku tradycyjnych usług telekomunikacyjnych wyraźnie spadła. W tej sytuacji nie dziwi rosnące zainteresowanie operatorów usługami spoza podstawowego portfolio – np. mobilną transmisją danych czy płatną telewizją.
Mobilne usługi dodane
Coraz większa penetracja mobilnej transmisji danych zmienia rynek usług dodanych w telefonii komórkowej w dwa sposoby. Nie tylko powoduje wzrost przychodów operatorów ze świadczenia samych usług, ale również promuje poszczególne segmentu rynku usług dodanych (np. segment gier czy aplikacji) degradując inne (np. płatności z pomocą SMS-a).
Pod względem swojej wartości, dla operatorów telefonii komórkowej najbardziej wartościowym segmentem rynku usług dodanych pozostają usługi mobilnego internetu. W 2013 r. rynek ten dynamicznie zwiększył swoją wartość. Główny powód to dynamiczne zwiększenie przychodów operatorów z segmentu telefonów. W ostatnich dwóch latach operatorzy prowadzili intensywne kampanie popularyzujące mobilną transmisję danych w urządzeniach przenośnych. W efekcie w 2013 r. baza klientów korzystających ze smartfonów osiągnęła na tyle wysoki poziom, że zdołała przełożyć się na wyraźną poprawę średnich przychodów na klienta w tym segmencie.
Pomimo wspomnianego dynamicznego wzrostu przychodów operatorów z segmentu telefonów, przychody operatorów z usług realizowanych z pomocą modemów nadal przeważają na polskim rynku mobilnego internetu. W 2013 r. segment ten stanowił ponad dwie trzecie wartości rynku.
W porównaniu do usług mobilnego internetu mniejszą wartość w 2013 r. zanotowały pozostałe usługi dodane świadczone przez operatorów komórkowych. Jest to bardzo rozdrobniony rynek obejmujący różnego rodzaju usługi – od tych wykorzystujących np. SMS Premium do np. rynku aplikacji czy usług lokalizacyjnych.
W 2013 r. rynek usług dodanych w telefonii komórkowej, nieuwzględniający segmentu mobilnego internetu osiągnął wartość od 1,5 mld zł, 10% więcej niż rok wcześniej. W wyniku powstania nowych form komunikacji opartych na usługach transmisji danych dochodzi do spadku przychodów operatorów z segmentów dotychczas wzrostowych (np. płatności za pomocą SMS czy z usług tzw. interaktywności w mediach) i wzrostu przychodów z segmentów do niedawna niszowych (np. aplikacje, gry czy muzyka mobilna).
Pomimo stagnacji w 2013 r. usługi obsługi płatności przez SMS pozostały wartościowo największym segmentem rynku mobilnych usług dodanych w Polsce. Wpływy operatorów sukcesywnie topnieją w przypadku innego istotnego segmentu – usług interaktywności w mediach, czyli loterii, konkursów, sond, głosowań, plebiscytów, akcje charytatywnych i czatów. Tymczasem segmentem, który zyskiwał na popularności w ubiegłym roku były gry mobilne. Pomimo, że na polskim rynku zdecydowanie przeważa model gier udostępnianych nieodpłatnie, z roku na rok zwiększa się odsetek osób płacących – czy to za pełną wersję gry, czy za określone zasoby z nią związane. Dwa inne, mniejsze, ale za to dynamicznie rozwijające się segmenty to rynek muzyki mobilnej oraz aplikacji. W nadchodzących latach oczekujemy ich znacznego wzrostu i w efekcie zwiększenia udziałów w rynku.
Rynek płatnej telewizji
Operatorzy telefonii komórkowej coraz większą uwagę poświęcają wspomnianym mobilnym usługom dodanym, w tym mobilnej transmisji danych. W przypadku operatorów stacjonarnych oraz telewizji kablowych kluczem jest konwergencja usług telekomunikacyjnych i medialnych. Oprócz tworzenia ofert pakietowych, umożliwiających związanie ze sobą klienta, wzrosty rynku płatnej telewizji w ostatnich latach działały na operatorów jak magnes. W 2013 r. jednak rynek płatnej telewizji w Polsce znalazł się w stagnacji. Wpłynęło na to nie tylko wysokie nasycenie usługami, ale i głośny medialnie start naziemnej telewizji cyfrowej. Wpłynęło to na spadek penetracji usługami płatnej telewizji w Polsce w 2013 r. Według naszych obliczeń w roku ubiegłym 72% gospodarstw domowych w Polsce korzystało z różnego rodzaju usług płatnej telewizji.
Podsumowanie
Polski rynek usług dodanych i multimedialnych obejmujący usługi płatnej telewizji, usługi dodane w telefonii komórkowej (włączając w to usługi mobilnego internetu) oraz usługi dodane w telefonii stacjonarnej zanotował w 2013 r. 8% wzrost. W obliczu spadku przychodów operatorów z usług tradycyjnych oznacza to dla nich diametralnie odmienne otoczenie. W efekcie poświęcają mu oni coraz większą uwagę, rozwijając istniejące usługi i wprowadzając nowe. Nie wszystkie podsegmenty rynku usług dodanych w równym stopniu odpowiadały w 2013 r. za jego stosunkowo wysoką dynamikę. Przed 2013 r. jedna z lokomotyw wzrostu i kluczowy podsegment – rynek płatnej telewizji, w ubiegłym roku jedynie minimalnie zwiększył swoją wartość. W tym samym czasie wartość rynku usług telekomunikacyjnych spadła. W efekcie, widoczna we wcześniejszych latach różnica pomiędzy dynamikami dwóch segmentów praktycznie się utrzymała. Z drugiej strony, w 2013 r., w odróżnieniu od 2012 r. rola płatnej telewizji zmieniła się. Segment ten, zamiast napędzania wzrostu połączonego rynku usług telekomunikacyjnych i płatnej telewizji, odpowiadał w roku ubiegłym głównie za jego stabilizację i ochronę przed głębszym spadkiem.
Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek usług dodanych i multimedialnych w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.
Drukarki 3D stają się komercyjnymi urządzeniami – coraz łatwiej dostępnymi, nawet na kieszeń i potrzeby domowego użytkownika. Popularne w sektorze MSP, gdzie wykorzystywane są głównie do tworzenia prototypów własnych produktów oraz makiet obrazujących autorskie projekty, rewolucjonizują podejście do biznesu wyznaczając nowe trendy sprzedaży i relacji z klientami.
Łatwiej pokazać niż opisać
Do tej pory drukarkę 3D łatwiej było pokazać niż opisać. Bo jak wyjaśnić fakt, że urządzenie zamiast drukować kartki, tworzy konkretne, fizyczne obiekty? Na tę chwilę sprzęt do druku przestrzennego trudno nazwać technologiczną nowinką. – Oczywiście, to świeża branża i nie można mówić o jej nasyceniu, niemniej stopniowa konsolidacja tego rynku powoduje, że dziś urządzenia do druku przestrzennego stają się sprzętem dostępnym, a zarazem przystępnym – tak w zakupie, jak i późniejszej eksploatacji – mówi Krzysztof Jackowiak, przedstawiciel generalnego dystrybutora marki DEXER.
Za pomocą drukarki 3D wydrukuje się dowolny obiekt – projekty tworzymy sami lub korzystamy z gotowych szablonów dostępnych za darmo w Internecie. Z druku przestrzennego korzystają architekci oraz producenci mebli wykonując w ten sposób makiety architektoniczne i inne rozwiązania konstrukcyjne. Swoje zastosowanie znajdują szeroko pojętym biznesie – tam, gdzie jest możliwość i potrzeba urzeczywistnienia projektów, których przekaz będzie czytelniejszy w momencie, gdy z deski kreślarskiej czy ekranu komputera zostaną przeniesione do trójwymiarowej rzeczywistości. Przykłady druków można zobaczyć na stronie www.drukarki3d-dexer.pl.
Open source dla biznesu
Praktycznie do 2011 roku zakup drukarki 3D wiązał się z koniecznością zapłacenia minimum 10 tysięcy Euro. Nie bez powodu urządzenia te były wykorzystywane wyłącznie przez duże korporacje – zazwyczaj do prototypowania produktów. Dopiero wejście na rynek open source spowodowało, że urządzenia stały się ogólnodostępne, w cenach przystępnych także dla małych i średnich firm oraz użytkowników domowych.
Drugim czynnikiem, który wpłynął na popularyzację drukarek 3D była konsolidacja tego rynku. Trend można zaobserwować na przykładzie polsko-niemieckiego projektu DEXER działającego od 2013 roku. W jego ramach pojawiła się drukarka biurkowa DEXER 3D mini. Jak mówią jej twórcy – to polska konstrukcja połączona z niemiecką precyzją, wsparta pakietem serwisowym trwającym 12 miesięcy.
DEXER 3D mini to urządzenie typu plug&print (gotowe do użycia zaraz po rozpakowaniu), z polem roboczym o wielkości 20x15x15 cm. Taka powierzchnia pozwala na tworzenie wielu mniejszych przedmiotów za jednym drukiem (jeżeli potrzebujemy większy element wystarczy druk partiami, które następnie łączymy ze sobą w jedną całość). Koszt drukarki dla biznesu to ok. 5-6 tys. zł netto. Sam wydruk nie jest drogi – za „tusz” (tzw. filament) zapłacimy ok. 50 zł/kg. Zatem nawet gdy z jakiegoś powodu stworzymy nieudany projekt, zniszczymy wydrukowany przedmiot, jego ponowny druk czy odtworzenie nie będą wiązać się z wysokim nakładem finansowym.
Dziś drukarki 3D z powodzeniem można wykorzystać także w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. To urządzenia do tworzenia przedmiotów praktycznych, centrum domowej rozrywki oraz narzędzie do budowy ciekawych i innowacyjnych ofert biznesowych – wszystko to dzięki możliwości przetwarzania każdej wizji w realne obiekty.
Przedsiębiorca pyta: Prowadzę działalność gospodarczą i chciałbym uruchomić działania marketingowe polegające na dystrybucji mailingów reklamowych do potencjalnych klientów. Nie posiadam żadnego zbioru, więc chcę wykorzystać kontakty znalezione w ogólnodostępnych miejscach w Internecie. Czy to działanie bezpieczne?
Aspekty prawne…
Wspomniane działanie narusza nie tylko przepisy ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, ale także zasady regulujące kwestie ochrony konsumentów (w momencie, gdy wiadomości będą kierowane do osób fizycznych). O zgodę na przesłanie oferty handlowej musimy pytać zawsze – niezależnie od tego czy chcemy wykorzystać adres mailowy zawierający dane osobowe odbiorcy (imię i nazwisko), czy ogólny – np. [email protected]. Nie ma też znaczenia pochodzenie kontaktu, czy uzyskamy go z książki telefonicznej, internetowego katalogu, strony www odbiorcy czy innego, ogólnodostępnego źródła.
Pamiętajmy – przesyłanie informacji handlowych za pomocą środków komunikacji elektronicznej, w szczególności poczty internetowej, bez otrzymania uprzedniej zgody odbiorcy będącego osobą fizyczną (w tym osobą fizyczną prowadzącą działalność gospodarczą) jest niedozwolone (art. 10 ust. 1 Ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną). Dokonując takiego wykroczenia narażamy się na karę grzywny (zgodnie z art. 24 ww. Ustawy).
Aspekty informatyczne…
Spamowanie to nie tylko konsekwencje prawne, ale także – teleinformatyczne. Rozsyłając niezamówione przesyłki ryzykujemy dopisaniem adresu serwera lub, co gorsza, domeny na tzw. czarne listy RBL – Real-time Blackhole List), czyli ogólnoświatowe mechanizmy uniemożliwiające wysyłanie korespondencji mailowej do osób korzystających z tej formy ochrony. Innym zagrożeniem jest ryzyko nałożenia blokady usług przez operatora hostingowego.
Jak wyjaśnia Artur Pajkert z Blink.pl, to opcja ważna szczególnie dla klientów korzystających z serwerów ze współdzielonym adresem IP, gdzie działania jednego mogą generować konsekwencje dla wszystkich pozostałych. Nic więc dziwnego, że operatorzy nie są pobłażliwi dla spamerów, chroniąc w ten sposób interesy uczciwych klientów.
Jak minimalizować ryzyko?
Przede wszystkim korzystając tylko z baz osób, które wyraziły formalną zgodę, a także ograniczając mailing do ewentualnego wystosowania grzecznego zapytania o zgodę na wysyłkę informacji handlowej, bez ujawniania szczegółów oferty. Warto też dodać informacje o źródle pozyskania kontaktu oraz dopisek, że mail nie stanowi oferty handlowej, choć oczywiście jest on pozbawiony sensu, jeśli z treści wynika inaczej.
Zauważmy, że takie działanie ochroni adresata przed zarzutami karnymi, jednak nie zagwarantuje odpowiedniego zabezpieczenia przed uznaniem maila jako spamu. Każdy użytkownik ma prawo do zgłoszenia swojemu operatorowi faktu otrzymania wiadomości mailowej będącej spamem i prosić o wpisanie adresu nadawcy na czarne listy. Właśnie dlatego tak ważne jest otrzymanie od odbiorcy zgody na przesłanie konkretnego rodzaju przesyłki.
– Jednym z wyróżników dobrej, uczciwej firmy jest transparentność oferty. Dlatego ważne jest, by operator w sposób jawny publikował informacje o wszystkich parametrach bezpieczeństwa, do których należą również limity liczby maili wychodzących – dzienne i godzinowe. Jeśli hosting współdzielony okazuje się niewystarczający – warto rozważyć rozwiązania VPS lub dedykowane – mówi Jakub Dwernicki, prezes poznańskiego Ogicom.
Jednym słowem – w hostingu warto stawiać na takiego partnera, który wprost komunikuje co jest dozwolone, a co nie. Niestety na polskim rynku wciąż można znaleźć firmy, które nie podają czytelnie tego rodzaju informacji, a w efekcie przedsiębiorca może poczuć się zaskoczony faktem, że jego maile zostają zablokowane.
Podwójna zgoda!
Skuteczną formą pozyskiwania kontaktów do potencjalnych klientów może być umieszczenie na stronie www formularza, poprzez który odbiorca może zgłosić chęć otrzymywania powiadomień od firmy. Warto w tym celu wykorzystać klauzulę double opt-in, czyli podwójnego wyrażenia zgody. Mechanizm jest prosty – system rejestruje każdy adres mailowy wpisany do formularza oraz weryfikuje jego poprawność poprzez wysłanie do odbiorcy prośby o potwierdzenie rejestracji (poprzez kliknięcie w wygenerowany w wiadomości link). Dopiero takie działanie w pełni upoważnia do wysłania informacji o charakterze, o którym uprzedziliśmy odbiorcę podczas procedury rejestracyjnej.
UWAGA: Aby zachęcić klienta do zapisania się na newsletter, warto zaproponować wartość dodaną, np.:
specjalny rabat,
darmowy poradnik,
darmowy raport z badań rynkowych,
bezpłatną dostawę,
rozszerzenie zakresu świadczonej usługi bez dopłat itp.
Dodajmy, że każdy użytkownik ma prawo wycofać udzieloną zgodę. Ustawa o ochronie danych osobowych dopuszcza możliwość zgłoszenia sprzeciwu, w konsekwencji którego tracimy prawo dalszego przetwarzania danych takiej osoby. Przedsiębiorca ma obowiązek zaprzestania wysyłek do zgłaszającego oraz usunięcia jego danych z posiadanych zbiorów.
Konsekwencje rozsyłania niezamówionych przesyłek mogą być dotkliwe. To ryzyko kary grzywny zgodnie z art. 24 Ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, blacklisting’u, czyli dopisania nadawcy na tzw. czarne listy oraz blokady usług przez operatora. Nie zapominajmy o startach wizerunkowych spowodowanych niechęcią odbiorców do firm wysyłających oferty bez uprzedniego zapytania o zgodę. A przecież istnieją o wiele bezpieczniejsze sposoby pozyskiwania kontaktów, wśród których newsletter to jeden ze skuteczniejszych i prostszych w obsłudze.
Dobiega końca multimedialna akcja organizowana w ramach kampanii społecznej „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”. Do sieci trafił ostatni ze spotów zachęcający do aktywnej postawy zawodowej i wzięcia udziału w finałowym wydarzeniu kampanii – imprezie biegowej „Biegiem na staż”. Jak zakończyły się losy stażysty Krzysia i co wspólnego mają one z bieganiem?
Kampania społeczna „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!” ma na celu zmotywowanie uczniów i studentów do świadomego kierowania swoją karierą. – Podczas kolejnych odsłon kampanii prezentujemy w prześmiewczej formie, jak nie powinien wyglądać staż czy praktyka. Szkoda tracić cenny czas na wykonywanie niekonstruktywnych zadań, dlatego apelujemy o taki wybór miejsca stażu czy praktyki, który przyniesie solidną edukację praktyczną i będzie gwarantem nabycia kompetencji istotnych z punktu widzenia pracodawców – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami, które jest organizatorem kampanii.
Finał kampanii – impreza biegowa „Biegiem na staż”, która odbędzie się 17 maja na Polu Mokotowskim ma na celu zwrócenie uwagi na problemy młodych na rynku pracy związane m.in. z niską jakością staży i praktyk. Bieg symbolizuje potrzebę aktywizacji zawodowej młodego pokolenia. Do podpisania się pod ideą nauki przez praktykę oraz wzięcia udziału w biegu zachęca ostatni z cyklu spotów zrealizowanych w ramach kampanii. Spot dostępny jest tutaj.
Organizatorem kampanii społecznej „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!” jest Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami. Mecenasami kampanii są: Nestlé, Orange, PZU oraz Siemens. Partnerem merytorycznym kampanii są Wyższe Szkoły Bankowe, z kolei Partnerem Technologicznym – eRecruiter.
Polskie firmy mogą liczyć na udział w rozwijającym się rynku indyjskim, głównie w górnictwie, transporcie, nowych technologiach i przemyśle spożywczym. Nasze przedsiębiorstwa są na dobrej drodze do podpisania kontraktów umożliwiających im eksport swoich produktów. Także indyjskie przedsiębiorstwa chcą inwestować w Polsce, czego dowodzi budowana przez firmę Uflex fabryka we Wrześni – inwestycja o wartości ok. 200 mln dolarów.
– Do obszarów, które mogą być perspektywiczne dla rozwoju współpracy między naszymi krajami, możemy zaliczyć przede wszystkim sektor górniczy w zakresie maszyn, urządzeń i technologii, szczególnie dla górnictwa głębinowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Lucyna Jaremczuk z Departamentu Promocji i Współpracy Dwustronnej w Ministerstwie Gospodarki.
Indyjska gospodarka rośnie w tempie 5-7 proc. rocznie, co zwiększa jej zapotrzebowanie na energię.
– Indie mają najbogatsze źródła kopalin węglowych, jednak brakuje im nowoczesnych technologii wydobywczych, których poszukują właśnie w naszym kraju – zauważa Jaremczuk.
Kopalnie w tym azjatyckim kraju są w 80 procentach własnością państwa. Największą z nich jest Coal India, która prowadziła już rozmowy na temat współpracy z Kompanią Węglową oraz z Jastrzębską Spółką Węglową. Także druga państwowa instytucja kopalniana – Mekong kontaktowała się z Polakami.
Według Jaremczuk Polacy mogą nawiązać współpracę z indyjskimi partnerami także w sektorze rolno-spożywczym, zwłaszcza jeśli chodzi o nabiał. Ponadto perspektywiczna może być współpraca w branży transportowej.
– Indyjskie miasta prężnie się rozwijają, a co za tym idzie, rozwija się też transport – zauważa Jaremczuk. – Możemy eksportować polskie autobusy i tramwaje. Pamiętajmy, że Indie przewidują w nadchodzącym projekcie programu rozwoju gospodarczego ogromne pieniądze na wzmocnienie i rozwój transportu miejskiego – dodaje.
Polacy mają także szansę na nawiązanie współpracy z Indiami w obszarze technologii informatycznych.
– Indie mają wysoki poziom rozwoju w obszarze IT, jednak z uwagi na ogromne potrzeby w tym kraju poszukują raczej technologii, które będą reprezentowałyby umiarkowany poziom cenowy – mówi Jaremczuk. – Wydaje się, że dysponujemy właśnie takimi technologiami.
Zdaniem Jaremczuk polskie przedsiębiorstwa z różnych branż są na dobrej drodze do finalizowania kontraktów. Firma TZMO z Torunia planuje budowę kolejnej fabryki materiałów opatrunkowych w Indiach. Rozmowy prowadzi także Solaris.
– Sądzę, że to kwestia niedalekiej przyszłości, choć sprawa jest skomplikowana z uwagi na odmienność kulturową i wielkość państwa. Polskie firmy muszą się odpowiednio przygotować do tych działań – zauważa Lucyna Jaremczuk.
Także indyjskie przedsiębiorstwa inwestują w Polsce.
– Ostatnio firma Uflex, produkująca rodzaj opakowań jednorazowych do chipsów, zainwestowała około 200 mln dolarów w fabrykę we Wrześni – mówi Jaremczuk. – Zakład został już częściowo uruchomiony. Myślę więc, że firmy indyjskie również postrzegają polski rynek jako ważny dla rozwoju swojej zamorskiej działalności – twierdzi rozmówczyni Newserii Biznes.
Polska waluta pozostaje stabilna w obliczu kryzysu politycznego na Ukrainie. Inwestorzy doceniają silne fundamenty polskiej gospodarki i jej niewielkie uzależnienie od eksportu na wschodnie i rozwijające się rynki, które doświadczają spowolnienia. Złoty może zyskiwać na stabilności także dzięki Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który rozważa podjęcie niestandardowych działań w celu zwiększenie inflacji. Ewentualne wprowadzenie ujemnych stóp depozytowych lub skup aktywów przez EBC osłabiłoby euro, także w stosunku do złotego.
– Polski złoty na tle innych walut rynków wschodzących wypada bardzo korzystnie. To przede wszystkim dlatego, że fundamentalnie polska gospodarka ma dużo lepszą pozycję niż inne kraje regionu, ostatnie dane makroekonomiczne to potwierdziły. Mamy zarówno spadek bezrobocia, wzrost zatrudnienia, jak i dobre wyniki produkcji, to wszystko będzie powodowało, że konsumpcja w najbliższym czasie będzie rosła. Powinno to przyciągać inwestorów zagranicznych do polskiej waluty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Leściorz, analityk City Index.
Poprawiająca się koniunktura zazwyczaj sprzyja umocnieniu krajowej waluty, ponieważ wraz z rozpędzającą się gospodarką rośnie prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych. Ekonomiści nie spodziewają się jednak zmian w polityce pieniężnej NBP przed pierwszym kwartałem 2015 r., ponieważ inflacja pozostaje poniżej celu NBP, na poziomie 2,5 proc. Nastroje w polskim przemyśle też okazały się nieco słabsze niż w marcu, choć wciąż wskazują na rozwój sektora.
W tej sytuacji decydujące dla kursu złotego są czynniki zewnętrzne, takie jak działania największych banków centralnych. Coraz częściej słychać głosy, że dotychczasowa polityka pieniężna EBC jest mało skuteczna, ponieważ nie przekłada się ona na wzrost kredytu dla przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Pokazuje to wskaźnik szerokiej podaży pieniądza M3 w strefie euro, który wzrósł w marcu zaledwie o 1,1 proc. w ujęciu rocznym, a według prognoz miał urosnąć o 1,4 proc. Stąd, zdaniem części ekonomistów, nawet pomimo nieco wyższej niż w marcu kwietniowej inflacji, EBC musi podjąć dodatkowe interwencje, by odsunąć scenariusz deflacji w strefie euro.
– Europejski Bank Centralny już w tej chwili powiedział, że planuje łagodzenie polityki monetarnej, być może uruchomi program luzowania ilościowego, a to wpływałoby na osłabianie się europejskiej waluty, no i tak naprawdę mogłoby być korzystne dla polskiego złotego – uważa Leściorz.
Złoty powinien pozostać stabilny względem dolara, ponieważ Rezerwa Federalna stopniowa ogranicza program skupu aktywów, który osłabiał amerykańską walutę. USD/PLN jest od połowy 2012 r. w trendzie spadkowym (co oznacza umacnianie się polskiej waluty). Według Macieja Leściorza, kurs USD/PLN powinien ustabilizować się w granicach 3,0-3,15, a ewentualne przebicie psychologicznego i technicznego poziomu 3 zł będzie krótkotrwałe.
– Jeżeli nastąpi większe umocnienie się polskiej waluty i spadnie dolar względem złotego do 2,90-2,85, bo takie poziomy również są możliwe, to będzie to efekt krótkotrwały i potem powrócimy mimo wszystko ponad tę psychologiczna barierę trzech złotych – prognozuje analityk City Index.
Inwestorzy na rynku walutowym coraz mniejszą uwagę zwracają na sytuację na Ukrainie. Prawdopodobnie rynek uwzględnił już w swoich wycenach bieżącą sytuację konfliktu. Krótkookresową wyprzedaż złotego mogłyby wywołać jedynie zdarzenia, które są uznawane przez większość inwestorów i analityków za mało realne, takie jak wkroczenie armii rosyjskiej na wschód Ukrainy.
– Na początku, kiedy konflikt na Ukrainie się pojawił, wówczas polski złoty, jak i waluty innych rynków wschodzących, mocno tracił. Tylko i wyłącznie jakieś większe zawirowania, jakaś eskalacja tego konfliktu może spowodować osłabienie się w krótkim terminie wartości polskiego złotego. Natomiast w dłuższym terminie wszystko powinno wrócić do normy i polski złoty wróci do łask – przewiduje Maciej Leściorz.
Wprowadzenie nowej ustawy o odnawialnych źródłach energii, zakładającej wprowadzenie systemu aukcyjnego, to zdaniem inwestorów krok w dobrą stronę. Przed Wielkanocą projekt ustawy przyjął rząd. Według osób związanych z branżą potrzebne jest jednak ustabilizowanie cen certyfikatów z wcześniejszych lat oraz wprowadzenie aukcji na farmy morskie wiatrowe. Najwcześniejszym realnym terminem wejścia w życie ustawy jest koniec 2016 r.
– Projekt ustawy o OZE daje pewną nadzieję na koniec bardzo dużej niepewności regulacyjnej, która była niekorzystna z punktu widzenia inwestycji w odnawialne źródła energii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Prokopowicz, wiceprezes zarządu Polenergii, należącej do Kulczyk Investments.
Rząd zaplanował wprowadzenie nowej ustawy w 2011 r. Od tej pory pojawiło się kilka projektów, z których żaden nie doszedł do skutku, co zahamowało inwestycje w źródła odnawialne. Według przyjętego przez rząd projektu ustawy nowy system wsparcia dla OZE oparty będzie na aukcjach. Będą one przeprowadzane w zależności od zapotrzebowania na energię odnawialną i rozpisywane przez rząd. Dofinansowanie otrzyma przedsiębiorstwo, które zaproponuje najniższą cenę.
– Oczywiście jest to na razie tylko decyzja rządu, przed nami droga parlamentarna i notyfikacja przez Unię Europejską – przypomina Prokopowicz. – Spodziewamy się, że operacyjnie nowe przepisy mogą wejść w życie najwcześniej z końcem 2016 roku lub na początku 2017 roku – dodaje.
Obecnie obowiązujący system zielonych certyfikatów wymaga od dystrybutorów energii osiągnięcia określonego poziomu udziału energii ze źródeł odnawialnych. Jeśli firma zrealizuje ten cel, otrzymuje zielony certyfikat, który może sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii. W przeciwnym razie płaci opłatę zastępczą. Przez 15 lat obydwa systemy mają współistnieć. Jak zauważa Prokopowicz, obecnie na rynku istnieje nadpodaż zielonych certyfikatów.
– Dotyczy to certyfikatów z lat poprzednich, gdyż obecnie system jest zbilansowany – mówi Prokopowicz. – Uważam, że trzeba zlikwidować tę nadwyżkę, tak, aby ceny certyfikatów mogły się ustabilizować. Stanowiłoby to pewną bazę do podjęcia decyzji inwestycyjnych – dodaje.
Jego zdaniem dążenie do przyjęcia ustawy to krok w dobrą stronę, jednak potrzebne są pewne poprawki. Jedną z nich jest wejście w życie zapisów dotyczących systemu certyfikacyjnego od razu po zatwierdzeniu ustawy przez parlament, a jeszcze przed notyfikacją przez UE.
– Po drugie, warto, by w ramach tej ustawy pojawiły się zapisy pozwalające na organizację aukcji w perspektywie 2016–2017 roku na morskie farmy wiatrowe lub inne istotne technologie – przekonuje Prokopowicz. – Chodzi o technologie, które wspomagałyby produkcję energii z odnawialnych źródeł. Zatem jako inwestorzy oczekujemy tych dwóch podstawowych zmian – dodaje rozmówca Newserii Biznes.
Zdaniem przedstawicieli branży pożyczkowej, prace legislacyjne nad rządową propozycją założeń do projektu ustawy regulującej rynek pożyczek pozabankowych są prowadzone bez dostatecznej konsultacji z zainteresowanymi podmiotami. Część ekspertów z branży zarzuca im sprzeczność z Konstytucją RP oraz regulacjami unijnymi, głównie przez nierówne traktowanie podmiotów działających na rynku. Branża zapowiada kontynuację kampanii wyrażającej sprzeciw wobec tych zmian prawnych.
– Zmiany są sprzeczne w szczególności z dyrektywami regulującymi rynek pożyczek pozabankowych, ponieważ posługują się wskaźnikami, o których nic nie mówią przepisy Unii Europejskiej, i wprowadzają w Polsce rozróżnienie bardzo niekorzystne dla określonego rodzaju pożyczek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stefan Cieśla radca prawny, specjalista ds. finansowych i pełnomocnik Profi Credit.
Stefan Cieśla w piśmie do Ministerstwa Finansów zwraca uwagę na to, że zgodnie z ustawą o działalności lobbingowej podmioty, których dana regulacja dotyczy, mają prawo do uczestniczenia w konsultacjach. Jednak według Cieśli prawa te są lekceważone. Jego zdaniem proponowany projekt ustawy dyskryminuje dwa z trzech rodzajów pożyczek pozabankowych, czyli większość rynku: tzw. chwilówki, czyli pożyczki na okres do trzech miesięcy, oraz pożyczki długoterminowe udzielane na okres powyżej 2 lat.
– Przyjęte przez rząd rozwiązania faworyzują pożyczki od 3 miesięcy do 2 lat i praktycznie eliminują z rynku pożyczki udzielane na dłużej niż 2 lata – twierdzi Cieśla.
Jego zdaniem jest to sprzeczne z zasadą równej konkurencji i utrudnia dostęp do finansowania pewnym grupom.
– Mamy w Polsce tzw. umowy śmieciowe, umowy zlecenia, umowy na czas określony, co sprawia, że ludzie nie mogą wykazać zdolności kredytowej i uzyskać kredytu w banku. Do tej pory korzystali z finansowania firm pożyczkowych, co może im zostać zabrane – twierdzi Cieśla.
Kolejną wadą rozwiązania jest wycofanie się z planu stworzenia rejestru firm pożyczkowych. W efekcie – jak przekonuje ekspert – cel ustawy, jakim jest zapewnienie klientowi bezpieczeństwa, nie zostanie osiągnięty. Przedstawiciele branży zapowiadają kontynuację działań mających na celu niedopuszczenie do ostatecznego przyjęcia ustawy w obecnym kształcie.
– Prowadzona jest szeroka akcja społeczna i podmioty udzielające pożyczek protestują przeciwko tego rodzaju rozwiązaniom – mówi Stefan Cieśla. – Przedstawiamy ekspertyzy i dokumenty świadczące m.in. o tym, że proponowane rozwiązania są sprzeczne także z naszą konstytucją, gdyż wprowadzają nierównomierne traktowanie podmiotów. Zobaczymy, jaki będzie rezultat tych działań – dodaje.
Globalne korporacje przenoszą na polski rynek zasadę compliance, czyli przejrzystości i działania w absolutnej zgodności z prawem, stosowaną szeroko w krajach rozwiniętych. Stopień jej funkcjonowania jest miarą dojrzałości rynku. Jeżeli większość przedsiębiorstw będzie działać zgodnie z prawem, zmaleje liczba nadużyć, a wzrośnie konkurencyjność gospodarki i pozytywne postrzeganie polskich firm przez kapitał zagraniczny. Zyskiem z korzystania z compliance będzie więc napływ dużego kapitału.
Za compliance, który wyłonił się z audytu i kontrolingu, uważa się zespół procedur, które mają za zadanie zapobiegać ryzyku prawnemu, stratom związanym z niepożądanymi, niekontrolowanymi procesami zachodzącymi w przedsiębiorstwie oraz dostosowywaniem się do wymagań przepisów prawa nałożonych przez regulatorów. Jego początki sięgają lat 90. ubiegłego wieku, kiedy to w USA wykrywano kolejne przestępstwa gospodarcze.
W Polsce to działania stosunkowo nowe, wprowadzane zazwyczaj przez globalne korporacje, których filie muszą się dostosować do reguł przyjętych w firmie matce. Ze względu na rosnące zainteresowanie w 2011 r. 49 członków założycieli reprezentujących banki, domy maklerskie, firmy prawnicze i doradcze powołało do życia Stowarzyszenie Compliance Polska, które rok później skupiało już ponad 100 członków i prawie 50 podmiotów.
– Korporacje globalne mają swoje własne systemy zarządzania ryzykiem compliance – mówi Marcin Gomoła, odpowiedzialny za dział compliance w T-Mobile Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Jeśli chodzi o oddziały czy firmy zależne od spółek zagranicznych, to właściwie większość, jeżeli nie wszystkie, posiada taką funkcję. Ważne jest, by tę funkcję zaczęły stosować również polskie przedsiębiorstwa, bo jest to taki wyznacznik dojrzałości rynku. Rynek dojrzały ma funkcje zgodności, bo ta z kolei przyciąga kapitał, który nie jest kapitałem o dużym apetycie na ryzyko, za to jest to bardzo duży kapitał.
Jego zdaniem funkcja compliance może być wyznacznikiem dojrzałości rynku, a dojrzały rynek przyciąga duży kapitał, który z reguły unika ryzyka, związanego z konfliktem interesów czy nieprawidłowościami prawnymi. Jeżeli większość przedsiębiorstw będzie działać zgodnie z prawem, zmaleje liczba nadużyć i wzrośnie konkurencyjność gospodarki, dzięki czemu polskie firmy zaczną być lepiej postrzegane przez kapitał zagraniczny.
– Bardzo łatwo zauważyć korelację pomiędzy wartością przedsiębiorstwa a istnieniem bądź nieistnieniem compliance – przekonuje Marcin Gomoła.
Spółki z aktywnym i działającym compliance mają wyższy rating i większą wartość rynkową. Ułatwia to podpisywanie kontraktów z inwestorami, zwiększa zaufanie akcjonariuszy.
Dodatkowo funkcja compliance jest brana pod uwagę przy finansowaniu dłużnym przez banki, które przy mniejszym ryzyku mogą zastosować niższą marżę i tym samym obniżyć koszty.
Trudno mierzyć kwotowo wprowadzenie compliance w przedsiębiorstwach. Wszystko zależy od branży, rynku, kraju. Jeśli rynek jest obarczony konfliktem interesów, korupcją, zależy w dużej mierze od zamówień publicznych, to wprowadzenie compliance będzie miało inne koszty niż na rynku, który jest ustabilizowany i dojrzały.
Kosztem organizacyjnym przy wprowadzaniu compliance jest konieczność powołania wewnątrz przedsiębiorstwa działu zajmującego się wyłącznie funkcją compliance i niezależnego od innych departamentów z wyjątkiem najwyższego kierownictwa.
– To musi być niezależny, odpowiednio wysoko umocowany organ, który raportuje do zarządu bądź do rady nadzorczej i korzysta z przywileju nietykalności w wyrażaniu opinii – podsumowuje Gomoła.
Google dzięki mechanizmowi aukcji słów kluczowych zarabia co roku miliardy dolarów. Firmy są gotowe płacić wysokie stawki za to, żeby pojawiać się na początku listy wyników wyszukiwania. Są jednak sposoby na poprawienie widoczności własnych treści bez wysokich nakładów na reklamę w wyszukiwarce.
– Google doskonale wie, jak czerpaćzyski z wyszukiwarki, uzależniając obecność w wynikach wyszukiwania od tego, ile dana firma jest w stanie zapłacić, aby być naprawdę wysoko. Mechanizm aukcyjny jest niezwykle skuteczny, ale jednocześnie jest to główne i jedno z niewielu źródeł wysokich przychodów Google – zauważa w rozmowie z Newserią Biznes Andrzej Garapich, prezes spółki Polskie Badania Internetu.
Skonsolidowane przychody internetowego giganta osiągnęły w 2013 r. poziom 59,8 mld dolarów i były wyższe aż o prawie 20 proc. niż rok wcześniej. Gros przychodów stanowiły wpływy reklamowe Google’a, które sięgnęły 55,5 mld dolarów.
– Google nie musi zatrudniać masy specjalistów od wyceny reklamy, tylko proponuje aukcję, która polega na tym, że ten, kto zapłaci najwięcej, pod danym hasłem jest najwyżej. W związku z tym to rynek wycenia, ile dana fraza, czyli to, co wpisujemy w wyszukiwarkę, jest naprawdę warta. A my jesteśmy gotowi zapłacić za to, żeby być na samej górze –przekonuje Andrzej Garapich.
Dodaje, że jednocześnie jest możliwa do osiągnięcia dobra pozycja w tzw. organicznych wynikach wyszukiwania, bez inwestowania środków w reklamę. Sprzyjają temu działania SEO, czyli search engine optimization.
–Jeżeli znamy odpowiednie mechanizmy SEO, możemy naszą stronę zoptymalizować pod kątem wyników wyszukiwania i ich obecności w dogodnych dla nas miejscach – przekonuje Andrzej Garapich, ale zwraca jednocześnie uwagę na ryzyko z tym związane. –To gra dwubiegunowa, bo z jednej strony kreujemy treści, które są atrakcyjne dla wyszukiwarki, ale to nie oznacza, że będą równie atrakcyjne dla samych użytkowników – zaznacza.
Prezes spółki Polskie Badania Internetu zwraca uwagę, że w wielu krajach – m.in. we Francji, Czechach czy Korei Południowej – Google mierzy się z bardzo silną konkurencją, która znacznie lepiej radzi sobie z językami o rozbudowanej gramatyce.
– W PolsceGoogle jest jednak niezagrożony – kończy Garapich.
W pierwszym kwartale roku 2014 internetowy gigant zwiększył przychody do niemal 15,5 mld dolarów z niespełna 13 mld dolarów przed rokiem. Na czysto zarobił w tym czasie 3,45 mld dolarów, o 106 mln dolarów więcej niż w pierwszych trzech miesiącach 2013 roku.
Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego stały się atrakcyjnym produktem oszczędnościowym dla osób zdecydowanych odkładać środki w III filarze. Stało się tak dzięki zmianom, które weszły w życie na początku roku – kwotowej wartości odpisu podatkowego i zryczałtowanej składce podatkowej. Jak jednak podkreślają eksperci, brakuje większego zaangażowania państwa w sferę edukacji społeczeństwa.
– Jesteśmy w trakcie istotnego wydarzenia dla II filaru emerytalnego, a mianowicie transferu środków z II filaru do ZUS-u. To w istotny sposób wskazuje, że niezbędne staje się posiadanie dodatkowych oszczędności na cele emerytalne i te dodatkowe oszczędności powinniśmy budować w formie regularnych wpłat – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Wójcik, dyrektor obszaru bancassurance i programów partnerskich z towarzystwa ubezpieczeń na życie AXA.– Regularność jest bardzo istotna, bo dzięki niej i wczesnemu rozpoczęciu oszczędzania można rzeczywiście zebrać istotną kwotę, która będzie naszym dodatkowym dochodem w trakcie emerytury.
Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego powstały na początku 2012 roku jako odpowiedź na obniżenie składki przekazywanej do OFE (z 7,3 procent pensji brutto do 2,3 procent). Klienci jednak, mimo przygotowanych ram prawnych, wciąż nie mają świadomości, że taki produkt w ogóle istnieje. Co więcej, nie mieli też świadomości, jak wprowadzone zmiany wpłyną na wysokość ich przyszłych emerytur, ile będzie niższa w stosunku do aktualnych zarobków.
– Gdy produkt został wprowadzony na rynek, rozpoczęliśmy współpracę z jednym z banków, a drugim kanałem sprzedaży była sieć agentów ubezpieczeniowych. Efekt tych dwóch rodzajów sprzedaży był taki, że agenci spędzali wiele godzin na edukacji. I tylko wówczas udawało się przekonać klienta, że warto mieć dodatkowe zabezpieczenie – zaznacza Mariusz Wójcik.
Do tej pory, czyli przez dwa lata obecności IKZE na rynku, założono zaledwie pół miliona kont. Co więcej, z danych KNF-u wynika, że w ciągu 2013 roku ich liczba zmalała o pół tysiąca. Wprowadzone w tym roku zmiany w funkcjonowaniu IKZE mogą pomóc tę liczbę zwiększyć.
– Przede wszystkim pojawiła się kwotowa wartość odpisu podatkowego. Wcześniej było to uzależnione od zarobków, teraz to konkretna kwota, taka sama dla wszystkich, która wynosi 4,5 tys. zł. Wprowadzono też zryczałtowaną stawkę podatkową w wysokości 10 procent. Tak naprawdę można powiedzieć, że z punktu widzenia samego produktu, jest to ciekawa propozycja dla klientów – ocenia Wójcik.
Mimo wprowadzenia korzystnych dla klientów zmian, wciąż brakuje edukacji społeczeństwa. Klienci nie mają świadomości potrzeby dodatkowego oszczędzania na emeryturę, a ponadto nie wiedzą, że taki produkt jak IKZE w ogóle istnieje.
– Z punktu widzenia instytucji finansowej zależy nam na tym, by państwo bardziej zaangażowało się w edukowanie i informowanie społeczeństwa– podsumowuje Mariusz Wójcik.
Polacy wydają na gry więcej niż na bilety do kina, teatru czy na zakup książek. Mimo to firmy nadal bardzo ostrożnie podchodzą do promocji swoich produktów w wirtualnej rzeczywistości. Poprawa sytuacji gospodarczej może jednak przełożyć się na większe budżety przeznaczane na tworzenie gier, które byłyby reklamami.
– Gry mają niesamowity potencjał marketingowy, który można wykorzystać. Największym wyzwaniem jest jednak przekonanie reklamodawców do zainwestowania w tę formę promocji i wskazanie im realnych korzyści płynących z ich decyzji – przyznaje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Kołak z domu mediowego Mindshare.
Przyznaje, że z 7 mld złotych wydawanych w Polsce na reklamę, na gry wędruje zaledwie kilka milionów złotych. Jego zdaniem jedną z przeszkód, które utrudniają rozwój rynku, jest podejście wielu producentów gier, którzy nie chcą umieszczać w swoich tytułach nośników reklamowych.
Nie pomaga także lansowany przez media stereotyp gracza jako nastolatka, a więc klienta nieatrakcyjnego z punktu widzenia korzyści marketingowych, bo niedysponującego dużymi sumami pieniędzy.
– Tymczasem aktualne badania pokazują, że średnia wieku graczy w Polsce oscyluje w okolicach 30 lat. Są to osoby z konkretnymi dochodami, których część inwestują w nowe produkcje – przekonuje Kołak i dodaje, że w Polsce rocznie konsumenci wydają na gry 1-1,5 mln zł. A to, jak podkreśla, więcej niż na bilety do kina, teatru czy na zakup książek.
Według przewidywań rynek będzie rozwijał się dynamicznie, w tempie kilkunastu procent rocznie. Jest to związane z faktem, że najaktywniejsza, najmłodsza grupa graczy powoli zbliża się do grupy docelowej większości marketerów.
– Na największe zyski mogą liczyć producenci najpopularniejszych gier pudełkowych, o których coraz częściej mówi się w mediach. Przez długi czas niedoceniane były gry społecznościowe, na Facebooku czy gry w telefonach komórkowych, a mają one ogromny potencjał i w mojej ocenią mogą liczyć na wzrost popularności, także wśród marketerów – przekonuje przedstawiciel domu mediowego Mindshare.
Jego zdaniem poprawa sytuacji gospodarczej w kraju może przełożyć się także na wysokość budżetów mediowych, obejmujących niestandardowe formy promocji, takie jak reklamy w grach.
–Przede wszystkim możemy stworzyć własną nową grę komputerową dla reklamodawcy, ten wariant jest najchętniej wybierany przez klientów.Popularny jest także product placement czy dynamiczne formy reklamy, wpisujące się w samą rozgrywkę – wylicza Kamil Kołak.
Najtańsze drukarki 3D kosztują około 2 tys. złotych, a projekty są dostępne za darmo lub za niewielką opłatą w internecie. Zapotrzebowanie na takie urządzenia dynamicznie rośnie przede wszystkim w segmencie biznesowym. Z raportu firmy konsultingowej IDTechEx pod tytułem „Druk 3D 2013–2025: Technologie, Rynek, Gracze” wynika, że do 2025 roku wartość rynku drukarek 3D wyniesie 4 miliardy dolarów.
– Drukarka 3D to takie urządzenie, które nanosi warstwa po warstwie materiał i dzięki temu powstają różne rzeczy. Możemy wydrukować śrubę, jakąś fajną figurkę, możemy też wydrukować protezy rąk dla ludzi – tłumaczy Bartłomiej Jarkiewicz z firmy MTT Polska, dystrybutora drukarek.
Choć drukowanie 3D wydaje się czynnością skomplikowaną, to produkcja przedmiotów z takich nowoczesnych drukarek nie wymaga dużych nakładów. Koszt samej drukarki 3D także nie jest wygórowany, choć zależy od rodzaju i przeznaczenia takiego sprzętu.
– Wystarczy model 3D pocięty na warstwy, przerobiony na język drukarki i ruszamy z produkcją. Gotowe projekty możemy otrzymać w internecie. Jest wiele stron, które je oferują. Nie ma z tym problemu, one są za darmo, niektóre za drobną opłatą. Najniższe ceny drukarek oscylują w granicach 2-3 tys. zł. Natomiast, jeśli chodzi o górną granicę – ona nie istnieje. Najbardziej zaawansowane technicznie drukarki kosztują nawet 1 mln – albo i więcej – dolarów. Tutaj rozpiętość jest ogromna – mówi Bartłomiej Jarkiewicz agencji informacyjnej Newseria.
Do warunków domowych wystarczy najtańszy model. Idea drukowania 3D w domu jest dość prosta.
– Rzeczy, których potrzebujemy na teraz, możemy jak najbardziej drukować na małych drukarkach. Breloczki do kluczy, wazoniki, najróżniejsze przedmioty użytku domowego, wyciskacz do cytryn. To są rzeczy, które możemy sami sobie zaprojektować, sami sobie wydrukować – zapewnia przedstawiciel MTT Polska. – Ma to działać w ten sposób, że ludzie, którzy mają drukarkę, będą w stanie wydrukować sobie przedmioty, które chcą, których potrzebują, bez wychodzenia z domu. Po prostu mają małą fabrykę u siebie na biurku.
Po drukarki 3D coraz chętniej sięgają firmy. Na polskim rynku to właśnie przedsiębiorstwa są głównym odbiorcą takiego sprzętu.
– To są architekci, którzy drukują potężne makiety za pomocą drukarki 3D, oszczędzając czas, materiał i pieniądze przy prezentacji rzeczy zaprojektowanych przez nich dla klienta. Rynek jest ogromny – mówi Bartłomiej Jarkiewicz.
Raport IDTechEx „Druk 3D 2013-2025: Technologie, Rynek, Gracze” zwraca uwagę na to, że w ciągu najbliższych 15 latach drukowanie 3D najbardziej rozwinie się w branżach projektowania i architektury oraz medycznej i stomatologicznej. Przykłady można mnożyć, zwłaszcza w miejscach gdzie koszt liczy się najbardziej.
– W tej chwili my drukujemy protezę dzioba dla pingwina z warszawskiego ZOO. Natomiast w Holandii została właśnie dokonana operacja wszczepienia czaszki, wydrukowanej na drukarce 3D. Osoba, która przyjęła przeszczep, dzięki temu może żyć normalnie. Wcześniej było to niemożliwe. W Sudanie z kolei drukowane są protezy rąk na drukarkach 3D. Jest to minimalny koszt, a te protezy są idealnie dopasowane do kikutów ludzi, którzy dostają te protezy – tłumaczy Jarkiewicz.
Do Sejmu wpłynął projekt ustawy, która umożliwi PGNiG automatyczne przeniesienie umów z odbiorcami końcowymi na wydzieloną z gazowego koncernu spółkę obrotu detalicznego. Sukcesja generalna umów ma być wzorowana na tej z 2007 roku na rynku energii elektrycznej i ma być kolejnym etapem liberalizacji rynku gazu. Dzięki powołanej spółce, która będzie poprzez giełdę kupować gaz od PGNiG, koncern wypełni narzucone w ubiegłym roku obligo gazowe, czyli obowiązek sprzedaży na Towarowej Giełdzie Energii określonej ilości surowca.
– Taka zmiana nie jest niczym nowym na rynku energii. W 2007 roku zmiana modelu rynku energii elektrycznej wymusiła podobny rodzaj sukcesji generalnej, z którą mamy do czynienia w tej chwili. Konkluzje z tej zmiany były na tyle pozytywne, że postanowiono przyjąć ten model dla dokończenia reformy na rynku gazu, która rozpoczęła się we wrześniu ubiegłego roku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego.
Przeniesienie, które umożliwi projekt złożonej do Sejmu ustawy, zakłada, że zmieni się strona w dotychczasowych umowach między PGNiG a odbiorcami końcowymi detalicznymi. Zostaną oni przekazani nowej spółce obrotu detalicznego, wydzielonej z koncernu.
– To wydzielenie powinno być neutralne dla odbiorców indywidualnych. Z punktu widzenia takiego odbiorcy zmieni się druga strona umowy. Czyli to już nie będzie PGNiG, tylko odrębna spółka. Z punktu widzenia praw odbiorcy taka zmiana nie może powodować pogorszenia jego sytuacji – podkreśla Zajdler.
Przede wszystkim po sukcesji generalnej nie mogą wzrosnąć ceny gazu ani pogorszyć się jego jakość. Odbiorcy muszą zostać przez nową spółkę poinformowani o zmianie i przysługujących im prawach. Jednym z nich jest wypowiedzenie umowy i zmiana dostawcy.
– Odbiorca ma możliwość wypowiedzieć taką umowę. Jeżeli nie zgodzi się z tym, że stroną jego umowy na dostawy gazu jest inna spółka niż PGNiG, odbiorca musi być poinformowany o tym, że w określonym terminie może umowę wypowiedzieć i znaleźć inny podmiot, który dostarczy mu gaz na rynku – tłumaczy Zajdler.
Powołanie nowej spółki było jednym z tematów Walnego Zgromadzenia, które odbyło się 24 kwietnia. Akcjonariusze wyrazili zgodę na wniesienie aportu do spółki PGNiG Obrót Detaliczny Sp. z o.o. w postaci zorganizowanej części przedsiębiorstwa spółki PGNiG pod nazwą „Segment Obrotu Detalicznego” poprzez przeniesienie składników majątkowych stanowiących zorganizowaną część przedsiębiorstwa na nową spółkę.
– Spółka będzie kupowała gaz na giełdzie dla swoich klientów, podobnie jak wszystkie inne spółki, które kupują gaz na rynku hurtowym, żeby go sprzedać swoim klientom na rynku detalicznym – tłumaczy ekspert. – W związku z tym powstanie strona popytowa rynku. Na gaz, który będzie oferowany przez PGNiG czy być może przez jakiś inny podmiot na giełdzie, dużo prościej będzie od strony technicznej znaleźć odbiorcę, gdyż będzie zapotrzebowanie na pewien wolumen gazu po stronie popytowej rynku.
Wydzielona ze struktury PGNiG spółka ma zająć się obrotem detalicznym, czyli sprzedażą gazu odbiorcom indywidualnym oraz małym i średnim przedsiębiorstwom. Będzie kupować od PGNiG surowiec poprzez Towarową Giełdę Energii, w ten sposób pomagając wypełnić obligo gazowe. Zgodnie z nim w ubiegłym roku gazowa spółka miała sprzedać poprzez giełdę 30 proc. wolumenu gazu ziemnego. W tym roku obligo wzrosło do 40 proc., a za rok wyniesie 55 proc. Do tej pory na ten gaz brakowało jednak chętnych – w zeszłym roku PGNiG sprzedało przez TGE jedynie kilka procent produkcji. Za niewypełnienie obliga PGNiG grożą kary nawet do 4,8 mld zł.
– Głównym problemem w realizacji obliga jest to, że nie ma podmiotów zainteresowanych kupnem gazu oferowanego przez PGNiG na giełdzie – tłumaczy Robert Zajdler. – Rynek nie był na tyle rozwinięty, żeby były na nim podmioty, które miałyby swoich klientów na takim poziomie, żeby podmioty te były zainteresowane kupnem gazu przez giełdę, a nie – jak dotychczas – w ramach transakcji dwustronnych.
Zajdler przypomina, że sama decyzja o utworzeniu spółki to dopiero pierwszy krok. Musi ona zdobyć koncesję, przedstawić taryfę, którą zatwierdzi Urząd Regulacji Energetyki, a także zostać organizacyjnie wydzielona ze struktur PGNiG.
Ministerstwo Finansów przygotowało pakiet działań, który ma zwiększyć stopień przestrzegania przepisów podatkowych i poprawić efektywność administracji podatkowej. Nowe przepisy mają wejść w życie od przyszłego roku, jednak część z nich wymaga zmian ustawowych, więc będą wdrażane w różnych terminach. Wśród najważniejszych zmian, jakie planuje ministerstwo, znalazło się utworzenie Centralnego Rejestru Dłużników oraz wprowadzenie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania.
Pakiet zmian ma realizować założenia Rady UE ds. ekonomicznych i finansowych i określa listę działań na lata 2014–2017. Planowane zmiany dotyczą czterech obszarów.
– Do pierwszego obszaru można zaliczyć działania, które mają na celu usprawnienie administracji podatkowej oraz informatyzację, koordynację działań w różnych dziedzinach. Do drugiego – działania mające na celu zwalczanie oszustw podatkowych, przede wszystkim przy rozliczaniu podatku VAT, podatku akcyzowego oraz cła. Trzecia grupa działań ma ograniczyć możliwości optymalizacyjne w podatkach dochodowych oraz obchodzenie prawa poprzez tworzenie sztucznych struktur optymalizacyjnych. Do czwartej należą działania, które mają skłonić podatników do dobrowolnego regulowania zobowiązań podatkowych – wyjaśnia agencji Newseria Biznes Karol Szelągowski, doradca podatkowy z kancelarii prawnej Chałas i Wspólnicy.
Jednym z działań, które ma poprawić przestrzeganie przepisów podatkowych i zwiększyć efektywność administracji podatkowej, jest utworzenie Centralnego Rejestru Dłużników. Ministerstwo zakłada, że zostanie on uruchomiony z początkiem 2016 roku, mają się w nim znaleźć informacje o dłużnikach, którzy posiadają zaległości nie tylko z tytułu podatków, lecz także należności ZUS czy mandatów.
– Kij ma dwa końce – wprawdzie napiętnowani zostaną nierzetelni podatnicy, ale z drugiej strony pojawiają się wątpliwości, na przykład natury konstytucyjnej, ponieważ konstytucja zezwala na udostępnianie danych o obywatelach tylko wtedy, gdy jest to niezbędne w demokratycznym państwie prawnym. Pojawia się też pytanie, czy na przykład mój kontrahent musi wiedzieć, że dostałem mandat z tytułu przekroczenia prędkości – mówi Szelągowski.
W rejestrze mają się znaleźć wszystkie długi, których wysokość przekracza 500 zł. Zdaniem Karola Szelągowskiego, należałoby podnieść tę kwotę.
Aby ograniczyć oszustwa w podatku VAT, ministerstwo planuje wprowadzić list ostrzegawczy. Ma on nie tylko zabezpieczyć Skarb Państwa przed utratą wpływów, lecz także wyeliminować z rynku oszustów i w ten sposób ochronić interesy polskich przedsiębiorców.
– Jest to zmiana idąca bez wątpienia w dobrym kierunku, ponieważ uczuli podatników, obecnie nieco zdezorientowanych, na kwestie oszustw podatkowych, zmusi ich do zachowania większej czujności przy dokonywaniu dostaw bądź nabywaniu niektórych towarów. Z drugiej jednak strony, podatnicy nadal nie będą w stanie określić, jakie działania mają podjąć w celu weryfikacji swoich kontrahentów – zaznacza Szelągowski.
Resort zamierza również wprowadzić zapisy, które pomogą ograniczyć optymalizację podatkową w podatku dochodowym. Do dochodu polskich rezydentów mają być zaliczane także dochody spółek kontrolowanych zagranicznych.
– Pierwszym warunkiem jest to, żeby polski podatnik miał minimum 25 proc. udziałów w zagranicznej spółce kontrolowanej. Drugim warunkiem jest osiąganie przez tę spółkę co najmniej 50 proc. tak zwanych przychodów pasywnych w strukturze całych przychodów, czyli przychodów z dywidend bądź jakichś odsetek. Właśnie te dochody spółek będą zaliczane do przychodów polskiej spółki – tłumaczy Szelągowski.
Skuteczniejsze ściganie oszustw podatkowych zakłada klauzula obejścia prawa podatkowego. Ma ona uprawnić organy administracji podatkowej do walki z agresywnym planowaniem podatkowym, czyli sposobem zawierania transakcji, który – choć teoretycznie zgodny z przepisami – zawierany jest tak, by obniżyć wysokość zobowiązania podatkowego. Klauzula jest obecnie na etapie założeń do projektu ustawy o zmianie ustawy o ordynacji podatkowej i wychodzi naprzeciw wymaganiom Trybunału Konstytucyjnego.
– Aby klauzula mogła obowiązywać, musi być dokładnie zdefiniowane pojęcie unikania i obchodzenia prawa podatkowego. Podmiotem właściwym do stosowania klauzuli powinien być minister finansów, ponieważ jej stosowanie powinno być ujednolicone na terenie całego kraju. Kolejnym warunkiem jest wstrzymanie wykonania decyzji, z której wynika zastosowanie tej klauzuli aż do momentu wydania prawomocnego orzeczenia sądowego, jeśli oczywiście zostanie ona zaskarżona. Jeśli nie, to do momentu, w którym upłynie termin do zaskarżenia decyzji – tłumaczy Karol Szelągowski.
Mechanizm klauzuli obejścia prawa podatkowego stosowany jest na świecie, a jej wprowadzenie zaleca Komisja Europejska. Polska jest jednym z nielicznych krajów, który tego typu rozwiązania jeszcze nie wprowadził. Ministerstwo planuje, że klauzula wejdzie w życie w połowie 2015 roku (z zachowaniem 6-miesięcznego okresu vacatio legis).
– To ma być taka hybryda interpretacji podatkowej oraz porozumienia transakcyjnego, w której będą się zawierały wspólne elementy: będzie możliwość uzyskiwania wstępnych opinii, dzięki czemu podatnicy będą mogli mieć pewność, że postępują właściwie i nie unikają opodatkowania – podsumowuje Szelągowski.
Gospodarki państw rozwiniętych – Stanów Zjednoczonych, UE i Japonii – mają przed sobą coraz lepsze perspektywy i powoli odrabiają straty, jakie przyniósł im światowy kryzys finansowy. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja tzw. państw BRIC, czyli Brazylii, Rosji, Indii oraz Chin. Od ponad roku ich gospodarki rozwijają się znacznie wolniej od wieloletniej średniej. W efekcie tego lokalne waluty oraz indeksy giełdowe zanotowały silne spadki.
– Prognozy głównych ekonomistów i banków inwestycyjnych mówią o wzroście gospodarczym w Stanach Zjednoczonych na poziomie 3 proc. W Europie jest on relatywnie nieduży, bo Europa dopiero wychodzi z recesji. Prognozy mówią o 1-1,5 proc., co jest i tak najlepszym wynikiem od kilku lat. Podobnie rzecz ma się w Japonii, która po tsunami także weszła na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Tak więc rynki rozwinięte zdecydowanie są w trendzie wzrostowym. Wydaje się, że świat wchodzi w nową fazę cyklu koniunkturalnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kamiński, członek zarządu Millennium TFI SA.
Świat nie składa się jednak z jednorodnych gospodarek, dlatego cykle koniunkturalne nie są w pełni zsynchronizowane. Szczególnie mocno zróżnicowana jest liczna grupa biedniejszych rynków, określanych mianem emerging markets. Inwestorzy często traktują ich problemy jako wspólne, jednak nawet w przypadku wąskiej, bo złożonej z czterech państw, grupy BRIC widać częściowo odmienne przyczyny spowolnienia gospodarczego. Przykładowo, niskie ceny surowców hamują wzrost PKB Rosji i Brazylii, natomiast sprzyjają gospodarce Chin, które są ich ogromnym importerem. Na to wszystko nakładają się problemy społeczne i polityczne, m.in. napięte stosunki między Chinami a Japonią, gwałtowne zamieszki w największych brazylijskich miastach i konflikt między Rosją a Ukrainą.
– Wiele się mówi o spowolnieniu wzrostu gospodarczego w Chinach, widzimy także spadek tempa wzrostu PKB w Brazylii i Rosji czy na innych głównych rynkach wschodzących. Chiny były i są znacznym konsumentem surowców, i w pewnym sensie oczekiwania co do wzrostu cen surowców w wyniku wzrostu gospodarczego Chin mogą być na razie odłożone. Z pewnością konflikt na Ukrainie miał negatywny wpływ na nastroje inwestorów, mieliśmy do czynienia z korektą na rynkach akcji i ze wzrostem awersji do ryzyka, czyli przesunięciem się inwestorów w stronę bezpiecznych aktywów, takich jak chociażby obligacje – mówi Kamiński.
Dalsze pogorszenie sytuacji na Ukrainie grozi nawet recesją w Rosji, z której odpłynęło od początku roku ponad 70 mld USD kapitału. Według ekonomistów PKB Ukrainy spadnie w tym roku co najmniej o kilka proc., a dokładne szacunki są utrudnione ze względu na trwający konflikt i rzeczywiste skutki programu MFW. Z kolei PKB Rosji wzrosnąć ma według szacunków tej instytucji zaledwie o 0,2 proc. zamiast wcześniej szacowanych 1,3 proc. Zdaniem Kamińskiego, jeżeli uda się uniknąć zaostrzenia sankcji, to kryzys polityczny na Ukrainie będzie oddziaływał głównie na Moskwę i Kijów, a pozostałe gospodarki w średniej perspektywie nie odczują jego skutków.
– Dopóki konflikt na Ukrainie nie będzie przybierał rozmiarów szerszych niż lokalny i nie będą towarzyszyły mu narastające sankcje, których konsekwencje będą miały negatywny wpływ na wzrost gospodarczy w Europie czy w Stanach Zjednoczonych, dopóty naszym zdaniem ten konflikt nie będzie miał istotnego znaczenia w dłuższym horyzoncie – prognozuje członek zarząduMillennium TFI SA.
Obok ryzyka wojny domowej na Ukrainie, na światowych rynkach coraz częściej mówi się o tzw. wojnie walutowej. W ten sposób określa się ekstremalnie luźną politykę pieniężną Fed, EBC i Banku Japonii, która prowadzi do osłabienia tych walut. Amerykańska Rezerwa Federalna zaczęła jednak ograniczać program skupu aktywów, co poprzez zmniejszenie dopływu dodatkowych sum pieniędzy do sektora finansowego doprowadziło do umocnienia dolara. Teraz w ślady Fed może pójść Europejski Bank Centralny, który osłabiając euro i zwiększając podaż płynności, mógłby odsunąć ryzyko deflacji w strefie euro. Jak na razie japoński bank centralny nie zapowiedział ograniczenia tzw. luzowania ilościowego, czyli skupu aktywów, co powinno sprzyjać osłabieniu jena, zwłaszcza w relacji do dolara.
– Na rynkach walutowych mamy ścieranie się interesów głównych banków: z jednej strony Bank Japonii prowadzący politykę osłabiania jena, z drugiej strony EBC, który w swoich przyszłych decyzjach może chcieć także doprowadzić do osłabienia euro w stosunku do dolara. To wszystko powoduje, że raczej myślimy o dolarze jako o silniejszej walucie, a o walutach, takich jak euro czy jen, myślimy jako o słabszych – uważa Krzysztof Kamiński.
Zmniejszenie liczby zakładów i pionizacja zadań w PKP Cargo ma pozwolić nawet na kilkanaście milionów złotych oszczędności. Jednocześnie zmiany nie będą wiązać się ze zmniejszeniem zatrudnienia. Obydwie operacje powinny zakończyć się w ciągu kilku miesięcy.
– Do tych dwóch zmian w PKP Cargo przygotowujemy się od dawna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Purwin, prezes PKP Cargo. – Są one bardzo istotne, bo wpływają na strukturę organizacyjną grupy.
Pierwsza ze zmian dotyczy liczby i granic zakładów. Spółka planuje redukcję liczby zakładów, dzięki czemu ich ogólna liczba zmniejszy się z 10 do 7. Nowe zakłady to: Centralny (powstały w wyniku połączenia zakładu Mazowiecko-Podlaskiego z Centralnym), Południowy (połączony Śląsko-Dąbrowski z Południowym), a także Zachodni (połączony Wielkopolski z Zachodniopomorskim). Mniejsze jednostki zostaną więc połączone z większymi i silniejszymi biznesowo.
– Pozwoli nam to być bliżej klienta i płynniej realizować proces przewozowy – twierdzi Purwin.
Druga zmiana dotyczy centralizacji niektórych funkcji i zadań PKP Cargo, czyli tzw. procesu pionizacji spółki.
– Jest to związane z procesem przewozowym, obsługą klienta, a także z funkcjami wsparcia – wyjaśnia Purwin. – Wszystkie te zmiany pozwolą na lepszą kontrolę procesów produkcyjnych i handlowych, a także na konkretne oszczędności. To one są podstawowym powodem, dla którego je realizujemy.
Spółka szacuje, że reformy pozwolą zaoszczędzić nawet do kilkunastu milionów złotych rocznie.
– To dla nas bardzo duże środki. Staramy się wykorzystywać każdą okazję do wygenerowania oszczędności, które w efekcie powiększą nasze przewagi konkurencyjne – dodaje.
Zdaniem prezesa PKP Cargo reformy powinny zostać zakończone już w najbliższych miesiącach.
– Proces łączenia zakładów jest już na zaawansowanym etapie. Jesteśmy po konsultacji z partnerami społecznymi – mówi Purwin. – Jeśli zaś chodzi o proces pionizacji, to mamy ułożony harmonogram działań i zamierzamy zasięgnąć opinii strony społecznej. Oceniamy, że ten proces powinien zakończyć się przed końcem II kwartału 2014 roku.
Jak zapewnia, zmiany te nie wpłyną na wielkość zatrudnienia – większość pracowników chroniona jest Pakietem Gwarancji Pracowniczych, który zapewnia zatrudnienie na 4 lata.
20 czerwca wygasną ostatnie kontrakty terminowe z mnożnikiem 10 zł. Od tej pory jedynym dostępnym dla inwestorów mnożnikiem będzie dwukrotnie wyższy przelicznik, czyli 20 zł. Oznaczać to będzie szansę na wyższe zyski, ale i ryzyko większych strat.
Od września ubiegłego roku na giełdzie funkcjonują dwie serie kontraktów na indeks WIG20: z mnożnikiem 10 zł i 20 zł. Po 20 czerwca pozostanie tylko ten wyższy.
– W tej chwili funkcjonują dwie serie kontraktów – z mnożnikiem 10 i 20 zł, a inwestorzy zdecydowanie częściej handlują tym starym kontraktem o mnożniku w wysokości 10 zł – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Bugaj, analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Można powiedzieć, że inwestorzy są przyzwyczajeni do starszych rozwiązań, pomimo że kosztowo bardziej efektywne są rozwiązania nowsze, z mnożnikiem wyższym.
Handel kontraktami na WIG20 z mnożnikiem 20 zł jest z punktu widzenia kosztów bardziej opłacalny, gdyż pomimo dwukrotnego wzrostu wartości nominalnej wygląda na to, że brokerzy pozostawili opłaty na niezmienionym poziomie (podobnie jak zrobiła to Giełda). To oznacza, że stosunek kosztów transakcyjnych do wartości kontraktu spada aż o 50 proc. To może zmienić sytuację wielu inwestorów, dając możliwość zarabiania nawet na najmniejszych ruchach cen kontraktów.
– Nie będę w stanie kupić ekwiwalentu jednego starego kontraktu, a tylko dwóch kontraktów. Dziś wielu inwestorów handluje jednym kontraktem, żeby mieć jak najmniejszą ekspozycję. To pokazuje plusy i minusy. Z jednej strony handel będzie bardziej efektywny kosztowo, ale z drugiej strony dźwignia z założenia będzie nieco większa – komentuje analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska.
Równolegle z wprowadzeniem kontraktów z mnożnikiem 20 zł pojawiła się możliwość oferowania przez brokerów depozytów intraday. Są to niższe depozyty, które mogą być pobierane od transakcji daytradingowych (transakcji otwieranych i zamykanych tego samego dnia). Poziom tego depozytu wyznaczony przez KDPW_CCP obecnie stanowi ok. połowę pełnego właściwego depozytu zabezpieczającego.
Prawie 4 mld złotych wydali polscy marketerzy na reklamę w telewizji, radiu i prasie w I kwartale 2014 r. – wynika z raportu Instytutu Monitorowania Mediów. Najwięcej środków na promocję przeznaczyły firmy z branży farmaceutycznej, a liderem wydatków był Aflofarm, który wydał na ten cel 240 mln zł. Najmniejsze wydatki na reklamę poniosły branża IT i administracja.
Branża farmaceutyczna na płatną promocję w mediach przeznaczyła przez trzy pierwsze miesiące roku ponad 860 mln zł.
– I kwartał roku cechuje się zawsze wysoką aktywnością promocyjną marketerów z branży farmaceutycznej, jest to bowiem okres zwiększonej liczby zachorowań – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Sanowski, prezes zarządu Instytutu Monitorowania Mediów. – Na reklamę w mediach tradycyjnych najwięcej wydała firma Aflofarm, bo aż 240 mln zł. To ponad jedna czwarta wydatków całej branży farmaceutycznej.
W pierwszej trójce najwięcej wydających na promocję branż znalazły się również branża spożywcza (prawie 515 mln zł) i handel detaliczny (ponad 470 mln zł). Do pierwszej piątki zaliczają się również media (303 mln zł) i sektor kosmetyczny (287 mln zł).
– Co ciekawe, zwykle wydaje nam się, że najwięcej wydają firmy z sektora finansowego, banki, firmy ubezpieczeniowe, fundusze, a one znalazły się dopiero na szóstym miejscu [ok. 270 mln zł – red.]. Poza pierwszą trójką znalazła się również branża telekomunikacyjna z operatorami telefonii komórkowej – mówi Paweł Sanowski. – Były też branże, które wyjątkowo mało pieniędzy przeznaczyły na ten cel. Do takich należy na przykład branża IT.
Z badania Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że sektor IT na reklamy w mediach wydał zaledwie 3,3 mln zł. Spośród badanych branż najmniej zainwestowała w promocję administracja (1,7 mln zł).
Dla porównania liderzy wydatków z branży spożywczej i handlu detalicznego – firmy Ferrero i Lidl – przeznaczyli na reklamę w telewizji, radiu i prasie odpowiednio ok. 50 i 85 mln zł.
– Marketerzy nadal najchętniej wybierają telewizję. W pierwszym kwartale 2014 r. budżety na reklamę w tym medium osiągnęły łącznie poziom ok. 2,5 mld zł. Stacje radiowe zarobiły prawie 800 mln zł, a prasa – ok. 630 mln zł – wylicza Sanowski.
Instytut Monitorowania Mediów za pomocą narzędzia Admonit zbadał wydatki reklamowe firm z 30 branż. Badanie objęło 30 kanałów telewizyjnych, 65 stacji radiowych oraz 470 tytułów prasowych. Admonit to autorskie narzędzie Instytutu Monitorowania Mediów, które daje dostęp do kreacji reklamowychw monitorowanych mediach i pozwala na analizę wydatków na reklamę poszczególnych firm, marek czy branż.
Jak podkreśla prezes IMM, inspiracją do sporządzenia raportu było badanie IAB Polska na temat wydatków na reklamę w internecie w ubiegłym roku. W kwietniu br. IMM dołączył do grona członków Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.
– Do IAB wnosimy nasz ekspercki potencjał i wsparcie w edukacji rynku w zakresie wykorzystania internetu. Nasze cele się pokrywają, współpracujemy na wielu wspólnych płaszczyznach, dlatego dołączenie do IAB było dla nas naturalnym posunięciem – argumentuje prezes IMM.
Notowane na GPW spółki energetyczne dla niektórych inwestorów mogą być łakomym kąskiem, szczególnie dla długoterminowych graczy. Wiele jednak zależy od takich czynników, jak regulacje prawne czy polityka właściciela, czyli Skarbu Państwa, wobec spółek. To są niektóre powody, które wymuszają na inwestorach ostrożność.
Prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (SII) podkreśla, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy akcje firm z sektora energetycznego (Energa, Enea, PGE i Tauron) są atrakcyjne dla inwestorów. Uważa, że należy zachować daleko idącą ostrożność przed podjęciem decyzji o zakupie akcji tych spółek energetycznych.
– Skarb Państwa, czyli główny akcjonariusz, nie zawsze postępuje rynkowo, a to ogranicza przewidywalność działań firm. Takiego zjawiska nie lubią inwestorzy na całym świecie. Do tego dochodzi niepewność związana z regulacjami prawnymi dotyczącymi energetyki, np. odnawialnych źródeł energii – wyjaśnia Jarosław Dominiak, prezes SII.
W przypadku OZE prace nad odpowiednimi regulacjami trwają – zostały już przyjęte przez rząd i trafiły do Sejmu. Ostateczny ich kształt może spowodować wzrost rentowności niektórych spółek lub wręcz przeciwnie – problemy z wypracowaniem przez nie zysków, które usatysfakcjonują inwestorów.
– Dodatkowym problemem spółek z tego sektora jest przerost zatrudnienia i wysokie odprawy. Tych czynników, które nakazują zachowanie ostrożności, można by było jeszcze dużo wymieniać – uważa prezes SII.
Jednocześnie są to spółki na tyle duże, że ich działalność i skala tej działalności są przewidywalne. A to z kolei pomaga w ocenie tego, jakie zyski mogą przynosić i jakie dywidendy wypłacać.
– Dlatego dla części osób inwestujących długoterminowo są łakomym kąskiem. Przynajmniej część swoich aktywów warto w takie spółki lokować po to, żeby czerpać dochody z dywidendy – stwierdza Jarosław Dominiak. – Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. One zadecydują, czy ci, którzy grają dziś pod dywidendę, dostaną extra bonus w postaci udziałów w spółkach, które mają potencjał wzrostowy. Czy jednak dywidenda będzie jedynym mocnym argumentem.
Energa, Enea, PGE i Tauron już zapowiedziały wypłatę dywidend za ubiegły rok w wysokości niemal 3 mld złotych. Ponad dwie trzecie tej kwoty wypłaci PGE.
Według Dominiaka, w każdej z tych spółek funkcjonuje inne podejście do inwestorów indywidualnych.
– W przypadku dużych inwestorów finansowych obowiązują standardy światowe, jednak w przypadku inwestorów indywidualnych – już niekoniecznie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prezes SII.
Jako przykład pozytywny pokazuje grupę Tauron Polska Energia, która w swojej strategii koncentruje się na dotarciu właśnie do drobnych inwestorów; z drugiej strony podaje przykład PGE.
– PGE otwarcie mówi, że koncentruje się na inwestorach finansowych i nie widzi potrzeby proaktywnego podejścia do inwestora indywidualnego – komentuje Jarosław Dominiak. – Mamy do czynienia z sektorem, w którym mamy najróżniejsze postawy, jeśli chodzi o wyjście i chęć zainteresowania inwestora, szczególnie indywidualnego, do inwestycji w swoje akcje.
W tym roku urządzenia mobilne będą dominować wśród prezentów komunijnych. Hitem ponownie będą tablety i smartfony, ale również przenośne audio oraz konsole. Branża oczekuje w najbliższych tygodniach wzmożonej sprzedaży zarówno w internecie, jak i sklepach stacjonarnych.
– Zdecydowanie największą popularnością cieszą się produkty mobilnej elektroniki. Wszystkie prezenty elektroniki użytkowej cieszą się dużym powodzeniem, szczególnym – tablety, telefony komórkowe i przenośne audio – mówi agencji informacyjnej Newseria Janusz Łapacz, kierownik grupy produktowej Media Saturn Holding Polska. – W okresie komunijnym są to także konsole. Sprzedają się konsole z bieżącego asortymentu, weszła również nowa konsola, która cieszy się dużym powodzeniem, pomimo ceny zaczynającej się od 2 tys. złotych.
Jak dodaje Janusz Łapacz, klienci kupują produkty za 2-3 tys. zł oraz droższe, kierując się podczas podejmowania decyzji jakością produktów, elementami takimi, jak matryca w tabletach czy nowinki technologiczne. Klienci zwracają również uwagę na to, jak długo firma obecna jest na rynku.
– Bardzo dynamicznie rośnie sprzedaż telefonów, szczególnie w grupie smartfonów, jest to najbardziej dynamicznie rosnąca grupa. Dużym powodzeniem cieszą się również produkty przenośnego audio, szczególnie są to przenośne głośniki wyposażone w technologię bluetooth – ocenia Janusz Łapacz.
Sklepy korzystają z tego trendu, ze wzmożoną intensywnością reklamując produkty nadające się na pierwszokomunijny prezent. Często dorzucają gratis drobniejszy sprzęt, by zachęcić do zakupu droższego.
– Promowane są tablety, są promocje na telefony komórkowe. Mamy również promocje w segmencie telewizorów, dodajemy do nich tablety, które są bardzo dobrym prezentem na komunię,który zwiększa popularność telewizorów – wyjaśnia Janusz Łapacz.
Jak podkreśla, dużym zainteresowaniem wśród klientów cieszą się również promocyjne karty podarunkowe. Także ich sprzedaż w okresie komunijnym znacząco wzrasta.
12 czerwca rozpoczną się w Brazylii piłkarskie mistrzostwa świata. Przygotowania przebiegają z dużymi problemami – wiele inwestycji jest opóźnionych, a FIFA twierdzi, że to najgorzej zorganizowane rozgrywki w historii. Napływ turystów i inwestycji winduje ceny, ale nie przekłada się to na wzrost siły nabywczej zwykłych Brazylijczyków. Korzystny wpływ mistrzostw na gospodarkę kraju stoi pod dużym znakiem zapytania.
– Mieszkańcy liczą na to, że świat zwróci swoje oczy na Brazylię, że będzie popularna, że to przyniesie wzrost dochodów z turystyki. Brazylia też liczy na to, że pokaże się od tej strony mocarstwowej, jako dobry organizator, że będzie miała więcej do powiedzenia na arenie międzynarodowej. Natomiast niewątpliwie koszty, które poniosła Brazylia, już w tej chwili są dużo wyższe niż zaplanowano – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Alicja Fijałkowska z Centrum Studiów Latynoamerykańskich.
Fijałkowska podkreśla, że plany i oczekiwania wszystkich krajów organizujących tak duże wydarzenia sportowe są podobne. Liczą na rozwój infrastruktury, turystyki oraz zbudowanie pozytywnego wizerunku. Podobnie było w Polsce podczas piłkarskich Mistrzostw Europy w 2012 r. Jednak zwykle koszty są większe od zakładanych.
W Brazylii problemy organizacyjne są szczególnie duże. Z uwagi na opóźnienia w uchwaleniu ustaw przedłużyły się inwestycje, wzrosły także ich koszty. Niektóre stadiony wciąż nie są gotowe. Nie brakowało też poważnych wypadków na budowach. Z części dużych projektów infrastrukturalnych, jak budowa szybkiej kolei, w ogóle zrezygnowano. Rosnące koszty i złe warunki pracy wywołały strajki i wielkie protesty w całym kraju, co pogorszyło wizerunek Brazylii.
– Na ile to wszystko się przełoży na korzyści zarówno gospodarcze, jak i PR-owe, zobaczymy już po turnieju – mówi Fijałkowska. – Sytuacja po olimpiadzie w Barcelonie pokazała, że takie wielkie imprezy ściągają ludzi. Przyjeżdżają często po raz pierwszy, jak to było w przypadku Polski, turystyka rzeczywiście nam wzrosła po Euro 2012. I w Brazylii też będzie podobnie, natomiast trudno jest to porównywać, bo do Brazylii już się jeździ, zawsze się jeździło, Rio i karnawał zawsze były magiczne.
Dodaje, że bardziej niż o przyciągnięcie turystów Brazylii może chodzić o pokazanie kraju jako rosnącej potęgi. Południowoamerykańska republika aspiruje do statusu stałego członka zreformowanej Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Rio de Janeiro będzie też gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich za dwa lata. Fijałkowska przypomina, że o organizację obydwu imprez Brazylia ubiegała się w trakcie bardzo szybkiego wzrostu PKB. Jednak światowy kryzys spowolnił rozwój tego kraju, co wymusiło ograniczenie planów inwestycyjnych. Duże programy socjalne wprowadzone przez byłego prezydenta Lulę wyhamowały w związku z rozwojem klasy średniej, a tempo wzrostu PKB spadło z nawet 9 proc. rocznie w 2010 r. do ok. 2 proc.
– W tej chwili ceny podskoczyły dramatycznie. W Rio de Janeiro obiad kosztuje kilka razy więcej niż w Paryżu, i nijak się to ma do zarobków. W związku z czym, jeżeli to będzie nawet fantastyczna infrastruktura, jeżeli ci wszyscy turyści przyjadą i zostawią potężne pieniądze w Brazylii, ale jednocześnie przeciętny Brazylijczyk nie będzie dysponował siłą nabywczą, to nie oszukujmy się – gospodarka nie będzie się rozwijała. Stąd są te wszystkie protesty – podkreśla Fijałkowska.
Dodaje, że duża część wzrostu gospodarczego związana jest z pracami sezonowymi i dotyczącymi przygotowania infrastruktury sportowej. Po mistrzostwach nie przełożą się one na trwały rozwój rynku pracy.
Problemy mogą być też z wykorzystaniem zbudowanej infrastruktury, zwłaszcza stadionów. Szczególnie w miastach takich jak Natal czy położone w sercu Amazonii Manaus, gdzie na co dzień nie ma wielkiego futbolu. Fijałkowska ocenia, że te stadiony nie będą po rozgrywkach dobrze wykorzystane. Trudnością są też olbrzymie odległości dzielące miasta gospodarzy mistrzostw oraz brak infrastruktury. Do Manaus brakuje nawet drogi – można tam się dostać jedynie samolotem.
Jednak z drugiej strony, jak ocenia Fijałkowska, projekty infrastrukturalne mogą pomóc rozwinąć te obszary gospodarki Brazylii, w których już teraz kraj stanowi regionalną potęgę. Dotyczy to zwłaszcza transportu lotniczego i autobusowego. Brazylia jest producentem Embraerów.
– To pomoże chociażby w transporcie, szczególnie że Brazylia specjalizuje się w przemyśle cięższym, typu samoloty, autobusy. Cała Ameryka Południowa jeździ autobusami brazylijskimi. Niewątpliwie cała rozbudowywana infrastruktura pomoże i wpłynie pozytywnie na produkcję – twierdzi Fijałkowska.
Grupa Kapitałowa Work Service odnotowała na koniec pierwszego kwartału 2014 roku zysk netto na poziomie 14,2 mln zł, co oznacza wzrost o 135% w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Przychody Spółki wzrosły o 83% do 345 mln zł, a zysk z działalności operacyjnej (EBIT) zwiększył się o ponad 78%, osiągając poziom 16,2 mln zł. Istotny wpływ na stabilny, wysoki wzrost wyników finansowych miały konsekwentnie prowadzona strategia organicznego rozwoju Grupy, a także z sukcesem zrealizowane akwizycje.
Grupa Kapitałowa Work Service konsekwentnie realizuje strategię dynamicznego rozwoju, zmierzając do objęcie pozycji lidera usług HR zarówno w Polsce, jak i w Europie Środkowo-Wschodniej. Spółka rośnie dzięki akwizycjom, ale także poprzez rozwój organiczny i stałe rozszerzanie zakresu oferowanych usług. W analizowanym okresie przychody z „działalności organicznej” Grupy wzrosły o ponad 1/3 ze 188,6 mln zł do 251,8 mln zł, a EBIT osiągnął poziom 9,33 mln zł w porównaniu z 9,09 mln zł w analogicznym okresie roku ubiegłego. Niewątpliwy wpływ na poziom zysku operacyjnego miały koszty akwizycji i procesów integracji całej Grupy Kapitałowej. Na koniec pierwszego kwartału 2014 r. koszty te wyniosły około 1 mln zł, pomniejszając tym samym dynamikę przyrostu EBIT Grupy.
Za nami kolejny bardzo udany kwartał. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami mamy znaczną poprawę wyniku finansowego. Podtrzymujemy dotychczasową strategię rozwoju Work Service, która nadal będzie oparta na dynamicznym rozwoju organicznym. Rozważamy też kolejne akwizycje, tym razem przyglądając się spółkom specjalistycznym. Stale szukamy nowych rozwiązań, które podniosą wartość Grupy a naszym Klientom zapewnią jeszcze większą satysfakcję i szerszy zakres usług – mówi Tomasz Hanczarek, prezes Zarządu Work Service SA.
W perspektywie długofalowej rozwój poprzez akwizycje jest najszybszym i najskuteczniejszym sposobem na ekspansję zagraniczną. Stawiamy na partnerstwo, dlatego wszystkie dotychczasowe przejęcia okazały się sukcesem. Wysoki wzrost przychodów to efekt udanych przejęć, ale i naszej skuteczności w rozwijaniu oferty produktowej. Osiągnięte wyniki pozwalają nam z optymizmem patrzeć na dalsze plany rozwoju Grupy Kapitałowej Work Service – dodaje Tomasz Misiak, prezydent Rady Nadzorczej Work Service SA.
Przychody wszystkich spółek, które dołączyły do Grupy Kapitałowej Work Service w wyniku akwizycji rosną na oczekiwanym i zadowalającym poziomie. Wzrost przychodów w minionym kwartale odnotowały następujące Spółki: Antal International +31%, Work Express +25%, ProHuman +57%. Na poziomie wyniku z działalności operacyjnej (EBIT) wypracowane zostały następujące wzrosty: Antal International +55%, Work Express +4%, ProHuman +62%. Łącznie wszystkie trzy wymienione wyżej Spółki odnotowały +37% wzrost przychodów w pierwszym kwartale w odniesieniu do roku ubiegłego i +45% wzrost wyniku na działalności operacyjnej EBIT, co stanowi 42% wyniku z działalności operacyjnej (EBIT) całej Grupy Kapitałowej. Warto podkreślić, że publikowane wyniki nie obejmują jeszcze konsolidacji wyników ostatniej akwizycji Grupy Kapitałowej – joint venture z niemiecką Grupą Kapitałową Fiege Logistik Stiftung & Co. KG.
W I kwartale 2014 r. Grupa Giełdy Papierów Wartościowych osiągnęła 86,5 mln zł przychodów ze sprzedaży – o 9 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wzrost wynika z poprawy sytuacji na rynku finansowym i towarowym. GPW liczy też na rozwój segmentu instrumentów pochodnych – ma temu służyć planowane na przyszły rok wdrożenie dedykowanego im systemu transakcyjnego – UTP-D. Warszawski parkiet chce również aktywnie wspierać budowę Warsaw Capital City – nowoczesnego centrum kapitałowego, które ugruntowałoby pozycję Warszawy jako najważniejszego rynku w regionie.
– Strumień zasilania rynku kapitałowego spółkami skarbu państwa już wysycha i nie możemy liczyć na źródło podaży akcji w formie nowych spółek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Musimy teraz jako rynek kapitałowy skoncentrować się na sektorze prywatnym. Potrzebujemy na to trochę czasu, musimy przestawić się na nowe tory, ale jestem optymistą – dodaje.
Zdaniem prezesa GPW do zrealizowania tego celu potrzebny jest jednak program rozwoju rynku kapitałowego.
– Niezbędne są zachęty dla spółek prywatnych do korzystania z finansowania na publicznym rynku kapitałowym – mówi Maciejewski. – Konieczne są także pewne uproszczenia w zakresie funkcjonowania na tym rynku, tak, aby spółki, które funkcjonują na publicznym rynku kapitałowym, mogły czuć się komfortowo i żeby efektywność ich działania była porównywalna lub wyższa niż efektywność spółek typowo prywatnych – dodaje.
Według Maciejewskiego ważnym obszarem rozwoju giełdy w najbliższych latach będzie sektor towarowy.
– Rynki towarowe rozwijają się bardzo dynamicznie w różnych obszarach – mówi Maciejewski. – Chodzi tu o obszar rynku energii elektrycznej, handlu surowcami takimi jak gaz oraz o rynki rolno-spożywcze. Już teraz mniej więcej 1/3 przychodów grupy kapitałowej giełdy pochodzi z rynków towarowych i myślę, że ten odsetek będzie wzrastał – dodaje.
Najbliższym wydarzeniem, które będzie miało na celu zachęcenie inwestorów do lokowania pieniędzy na giełdzie, ma być uruchomienie w przyszłym roku nowoczesnego systemu dedykowanego instrumentom pochodnym – UTP-D. Będzie on wymagał od domów maklerskich dostosowania swoich systemów, ale stworzy im też możliwości pomnożenia przychodów dzięki wprowadzeniu nowych instrumentów. Jak zapewnia prezes GPW, będą wsród nich, m.in. opcje na akcje.
– Myślę, że opcje na akcje to jest instrument, na który wielu inwestorów czeka. Pracujemy nad kilkoma nowymi, ale o tamtych nie chciałbym jeszcze mówić. Najpierw musimy zakończyć proces wprowadzania nowej technologii na warszawski parkiet – podkreśla prezes GPW.
Centrum kapitałowe w Warszawie
Jednym z priorytetów GPW jest utworzenie w Warszawie nowoczesnego centrum kapitałowego – Warsaw Capital City.
– Chodzi nam o to, żeby Warszawa stała się nie tylko rynkiem lokalnym, jeżeli chodzi o mobilizację kapitału, jego dystrybucję, lecz także centrum międzynarodowym – wyjaśnia Adam Maciejewski. – Chcemy dostarczać usług, z których korzystają nie tylko lokalne podmioty, lecz także cały region Europy Centralnej i Wschodniej.
Prace nad stworzeniem takiego centrum rozpoczęły się już z chwilą uchwalenia pierwszej strategii rynku kapitałowego w Polsce, czyli agendy Warsaw City 2010. Rozwinięcie tamtej koncepcji zapisano w przyjętej niedawno strategii giełdy GPW.2020. Zdaniem Adama Maciejewskiego trudno powiedzieć, ile czasu zajmie realizacja tego projektu.
– Nie wszystko zależy od rynku, jest to kwestia także odpowiednich programów legislacyjnych – mówi Maciejewski. – Wierzę, że jeśli ludziom biznesu będzie zależeć na budowie Warsaw Capital City, to zostanie ono zbudowane. Musimy jednak mieć do tego odpowiednie warunki i stymulatory. Aktualnie pracujemy nad nimi wspólnie z Ministerstwem Finansów i Ministerstwem SkarbuPaństwa – dodaje rozmówca Newserii Biznes.
Elementem budowy pozycji GPW w regionie jest planowana współpraca z CEESEG – grupą giełd z Wiednia, Pragi, Budapesztu i Lublany.
Marcowe dane o bezrobociu pokazały mocniejszy od oczekiwanego spadek. Na koniec ubiegłego miesiąca w Polsce było o 74 tys. mniej bezrobotnych niż pod koniec lutego. Zdaniem szefa resortu pracy, Władysława Kosiniaka-Kamysza, pod koniec roku wskaźnik ten może spaść poniżej 13 proc. Rynek pracy czeka na reformę urzędów pracy.
– Na pewno odwróciła się tendencja. Do tej pory od czasu kryzysu rok do roku mieliśmy na koniec roku wzrost bezrobocia. W 2013 ten wzrost został zahamowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.
Dalsza poprawa na rynku pracy widoczna jest w danych z początku 2014 r. Jak szacuje minister, poziom bezrobocia na koniec 2014 r. może spaść poniżej 13 proc., natomiast spadek bezrobocia w kwietniu powinien być jeszcze wyraźniejszy niż widać to było w danych marcowych.
– Widać, że i aura nam sprzyja, widać też, że ruszyło budownictwo – co nie zależało tylko od czynników pogodowych, lecz od czynników ekonomicznych, od popytu. Jest duża szansa na to, że nasze wskaźniki, o których mówiliśmy w ustawie budżetowej – 13,8 proc. bezrobocia na koniec roku – nie spełnią się, bo bezrobocie będzie poniżej 13 proc. – przewiduje Władysław Kosiniak-Kamysz. – Nie wiem jeszcze, jak bardzo poniżej, ale zrobimy wszystko, żeby te wartości były bliższe 12 proc. niż 13 proc.
Istotnym elementem polskiego rynku pracy są umowy śmieciowe. Nad projektem ws. oskładkowania tych umów trwają prace w Sejmie i według oceny ministra pracy, powinien on zostać szybko przyjęty. Z wyliczeń ekspertów wynika, że na umowach śmieciowych pracuje ok. 600 tys. osób.
Rynek pracy czeka również na reformę urzędów pracy, która powinna wejść w życie w maju. Zakłada on nie tylko zmiany w ich funkcjonowaniu (np. nagradzanie za efekty, profilowanie osób bezrobotnych), lecz także cały pakiet zmian dla osób poszukujących pracy i przedsiębiorcach.
– Są bony zatrudnieniowe, bony stażowe, bony migracyjne. Jest też wsparcie w otwarciu działalności gospodarczej, są niższe koszty pracy poprzez odprowadzanie składek, zarówno za młodych, jak i dojrzałych pracowników – mówi minister pracy i polityki społecznej.