Rynki ograniczają ryzyko przed weekendem. Obawy o Bliski Wschód rosną

Rynki obawiają się, czy weekend nie przyniesie eskalacji działań w konflikcie USA i Izraela z Iranem. Indeksy koniunktury w Europie pokazują znacznie mniejszy optymizm niż za oceanem. W tle słabsze dane z australijskiego rynku pracy ciążą tamtejszemu dolarowi.

Koniunktura na świecie

Wczoraj poznaliśmy indeksy koniunktury dla wielu głównych gospodarek świata. Optymizm w strefie euro spadł. W przemyśle wynik wyniósł 51,4 pkt, czyli o 0,5 pkt mniej od oczekiwań. Z kolei w usługach zobaczyliśmy poziom 46,4 pkt. To najsłabsza wartość od wielu lat. Po południu poznaliśmy z kolei dane z USA. Za oceanem lepiej wypadł wskaźnik dla przemysłu, który niespodziewanie wyskoczył aż do 55,3 pkt. To nie tylko najwyższy wynik od 4 lat, ale również rezultat o 1,3 pkt wyższy niż prognozowano. Symbolicznie słabiej wypadły natomiast usługi. Mimo odczytu o 0,1 pkt poniżej oczekiwań trzeba pamiętać, że 50,9 pkt to nadal powyżej granicy 50 pkt. Rozdziela ona przewagę odpowiedzi pozytywnych od negatywnych. Widać zatem wyraźniej, że ankietowani menedżerowie w USA patrzą w przyszłość dużo bardziej optymistycznie niż ich europejscy koledzy.

Na co czeka rynek?

We wtorek administracja prezydencka USA, pod presją państw arabskich, przedłużyła zawieszenie broni w Zatoce Perskiej o „2-3 dni, a może dłużej”. Taka niepewność mogłaby sugerować, że na rynkach zobaczymy panikę. Okazuje się, iż inwestorzy wierzą, że prowadzi to do trwałego porozumienia. Początek tygodnia przyniósł ceny ropy w okolicach 110 USD za baryłkę. Wraz ze wzrostem optymizmu surowiec wczoraj na chwilę spadł do 102 USD. Dzisiaj jednak znów idzie w górę i w momencie pisania tego tekstu jesteśmy przy poziomie 105 USD. Pokazuje to, że optymizm optymizmem, ale trzymanie otwartej pozycji na weekend jest jednak ryzykowne. Z tego powodu teraz rynek wraca trochę do ostrożniejszych wycen. Dlatego też po wczorajszych umocnieniach, kiedy złoty sięgnął 4,24 zł za 1 euro, dzisiaj mamy odbicie w górę europejskiej waluty.

Słabsze dane z australijskiego rynku pracy

Wczorajszy pakiet danych rozpoczął się od indeksów PMI. Koniunktura w Australii okazała się słabsza niż w kwietniu zarówno w przemyśle, jak i w usługach. Ważniejsze odczyty przyszły jednak chwilę później. Stopa bezrobocia wyskoczyła niespodziewanie z 4,3% do 4,5%. W tym kontekście nie dziwi, że zmiana zatrudnienia pokazała spadek, a nie wzrost liczby pracujących. Warto zauważyć, że rynek pracy w Australii jest mocno rozwarstwiony. Z jednej strony mamy wiele profesji fizycznych, gdzie brakuje pracowników. Do tego dochodzi presja polityczna na ograniczenie imigracji. Z drugiej strony w zawodach biurowych wraz z postępem technologicznym zachodzą coraz większe przeobrażenia. Jeżeli dodamy do tego duże uzależnienie gospodarki od wydobycia surowców, widzimy, że kraj ten czekają poważne zmiany albo poważne problemy. Dolar australijski po tych danych wyraźnie tracił na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Asseco Poland i Politechnika Poznańska łączą siły na rzecz rozwoju kompetencji przyszłości

0

Asseco Poland oraz Politechnika Poznańska podpisały porozumienie o współpracy, którego celem jest rozwój wspólnych inicjatyw w obszarze nowych technologii, badań oraz kształcenia przyszłych specjalistów IT. Partnerstwo zakłada połączenie doświadczenia biznesowego jednej z największych firm technologicznych w Europie z potencjałem naukowym i dydaktycznym jednej z czołowych uczelni technicznych w Polsce.

W ramach zawiązanej współpracy Asseco Poland oraz Politechnika Poznańska planują realizację projektów badawczo-rozwojowych, wymianę wiedzy i doświadczeń oraz wspólne działania związane z transferem oraz komercjalizacją technologii. Podpisane porozumienie obejmuje także możliwość organizacji praktyk i staży dla studentów oraz absolwentów Politechniki Poznańskiej, współpracę przy określaniu tematów prac dyplomowych, a także organizację wspólnych konferencji, seminariów oraz wydarzeń poświęconych nowoczesnym rozwiązaniom technologicznym.

Istotnym elementem partnerstwa będzie również wzajemne wykorzystanie zaplecza badawczego i technologicznego obu stron oraz współpraca w zakresie rozwoju innowacyjnych rozwiązań odpowiadających na potrzeby rynku i gospodarki cyfrowej.

Od wielu lat konsekwentnie rozwijamy współpracę ze środowiskiem akademickim, ponieważ wierzymy, że połączenie nauki i biznesu jest jednym z kluczowych elementów rozwoju innowacji. Uczelnie techniczne odgrywają niezwykle ważną rolę w budowaniu kompetencji przyszłości i przygotowywaniu młodych ludzi do pracy w dynamicznie zmieniającym się świecie technologii. Cieszymy się, że wspólnie z Politechniką Poznańską będziemy mogli realizować projekty, które łączą wiedzę naukową z praktyką biznesową” – mówi Adam Góral, Prezes Zarządu Asseco Poland.

Współpraca jest częścią realizowanej przez Asseco inicjatywy Asseco for the Future, w ramach której spółka angażuje się w działania wspierające rozwój młodych talentów, popularyzację nauki i nowych technologii oraz budowanie kompetencji cyfrowych przyszłych pokoleń.

„Współpraca z partnerami technologicznymi tej skali pozwala uczelni jeszcze skuteczniej odpowiadać na potrzeby współczesnej gospodarki i rynku pracy. Dla naszych studentów to możliwość kontaktu z praktyką biznesową, nowoczesnymi technologiami i ekspertami realizującymi projekty o międzynarodowej skali. Wierzymy, że wspólne inicjatywy z Asseco będą impulsem do rozwoju innowacyjnych projektów oraz kompetencji przyszłości” – podkreśla prof. dr hab. inż. Teofil Jesionowski, Rektor Politechniki Poznańskiej.

Porozumienie stanowi ramę dla dalszych wspólnych działań, których szczegółowy zakres będzie określany w odrębnych projektach i inicjatywach realizowanych przez obie strony.

Ofensywa deweloperów. Wzrost liczby rozpoczętych budów o blisko 28% r/r

Rozwój budownictwa mieszkaniowego napędzają w ostatnich miesiącach dwa wyraźne impulsy. W marcu skokowe odbicie liczby rozpoczynanych budów było zasługą gospodarstw domowych. W kwietniu na place budów z dużą siłą wróciły firmy deweloperskie. Według najnowszych danych GUS uruchomiły one budowę ponad 15,1 tys. lokali, co oznacza wzrost o 27,8% w ujęciu rocznym. Sytuację komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Najważniejsze informacje:

  • Mocne ożywienie firm deweloperskich: W kwietniu rozpoczęły one budowę 15,1 tys. mieszkań (+27,8% rok do roku).
  • Boom na pozwolenia na budowę lokali mieszkalnych: Od początku roku wydano ich 95 tys. (+15,8% rok do roku).
  • Spadek gotowych mieszkań: Pomimo fali nowych inwestycji, liczba lokali oddanych do użytku przez wszystkie grupy inwestorów spadła (w kwietniu o 3,7% rok do roku).

– Marcowe dane sugerowały przebudzenie rynku, ale to kwiecień udowadnia, że nie mamy do czynienia z jednorazowym zrywem. Wszystkie grupy inwestorów rozpoczęły budowę 24,9 tys. mieszkań, poprawiając wynik z ubiegłego miesiąca o 8,7%, a ten sprzed roku – o 24,3%. Szczególnie aktywne okazały się firmy deweloperskie. Liczba zainicjowanych przez nie budów wzrosła o 22,4% miesiąc do miesiąca. To zdecydowanie najlepszy tegoroczny rezultat tej grupy. Widzimy więc wyraźnie, że deweloperzy w szybkim tempie nadrabiają spokojniejszy początek roku – wyjaśnia Katarzyna Kuniewicz.

Ofensywa firm deweloperskich 2 Ofensywa firm deweloperskich

Rynek budownictwa wraca do formy z 2024 roku

Prawdziwą niespodzianką jest dynamika po stronie pozwoleń na budowę mieszkań. Jak wskazują dane GUS od stycznia do kwietnia 2026 w całej Polsce wydano ich 95 tys., co stanowi wzrost o 15,8% rok do roku. Co ciekawe, to wynik bardzo bliski poziomowi z analogicznego okresu 2024 roku (94,8 tys.). Za tegoroczny rezultat w 98% odpowiadają dwie grupy – gospodarstwa domowe i firmy deweloperskie. Inwestorzy indywidualni pozyskali urzędowe zgody na budowę blisko 28,9 tys. lokali mieszkalnych, co oznacza wzrost o 11,6% w ujęciu rocznym. Z kolei sami deweloperzy uzyskali ich ponad 64,2 tys., czyli o 22,5% więcej w skali roku.

– W samym tylko kwietniu wydano 27,5 tys. pozwoleń na budowę mieszkań, o 43% więcej niż rok temu. Należy jednak pamiętać, że wysoka liczba pozwoleń nie przekłada się automatycznie na nowe budowy. Różnica między pozwoleniami a uruchamianymi budowami utrzymuje się na poziomie ponad 20,7 tys. mieszkań, patrząc na skumulowane statystyki od początku roku – dodaje Katarzyna Kuniewicz.

pozwolenia na budowę pozwolenia na budowę

Czy na rynku będzie brakować gotowych mieszkań?

Na tle bardzo optymistycznych danych o rozpoczętych budowach i rosnącej puli pozwoleń, statystyki mieszkań oddanych do użytkowania przez wszystkie grupy inwestorów pozostają na niewielkim minusie. Zgodnie z danymi GUS, w kwietniu oddano do użytkowania ponad 15,3 tys. mieszkań (spadek o 3,7% rok do roku). Z kolei w ujęciu od stycznia do kwietnia na rynek trafiło łącznie 60,6 tys. lokali, co oznacza wynik o 2% słabszy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Obraz ten łagodzą jednak wyniki firm deweloperskich w ujęciu miesięcznym. W samym kwietniu oddały one 9,7 tys. lokali, wyraźnie poprawiając swój wynik z marca.

Liczba oddanych mieszkań w kwietniu 2026 roku:

  • Firmy deweloperskie: 9 751 lokali (wzrost o 8,9% m/m oraz spadek o 0,2% r/r).
  • Gospodarstwa domowe: 5 483 lokale (spadek o 13,2% m/m oraz spadek o 8,0% r/r).

– Niewielki spadek liczby mieszkań oddanych do użytkowania rok do roku jest zjawiskiem, którego można było się spodziewać. Dzisiejsze statystyki gotowych lokali to w rzeczywistości echo decyzji inwestycyjnych podejmowanych przez firmy deweloperskie kilkanaście miesięcy temu. Z całą pewnością jednak wybór dla kupujących wciąż pozostaje duży. Na siedmiu największych rynkach w ofercie deweloperów znajduje się około 60 tys. nowych mieszkań. Tylko w kwietniu wprowadzili oni do sprzedaży 4,3 tys. lokali, czyli o 19% więcej niż w marcu i o 24% więcej niż rok wcześniej – mówi dyrektorka badań rynku Otodom.

mieszkania oddane mieszkania oddane

Kwiecień w sklepach: używki i słodycze drożeją, tłuszcze tanieją

W kwietniu br. najbardziej podrożały rdr. używki – o 8,1%. W TOP5 drożyzny widać też słodycze i desery ze wzrostem rdr. na poziomie 7,6%, napoje – 5,8%, produkty sypkie – 5,6%, a także mięso – 4,8% rdr. Najmniej zdrożał nabiał, bo o 0,6% rdr. Z kolei spadki cen zanotowały produkty tłuszczowe – o 9,5%, jak również dodatki spożywcze – o 1,5% rdr. Tak wynika z analizy blisko 104 tys. cen detalicznych. Jej autorzy ostrzegają, że jeśli nie ustabilizuje się sytuacja geopolityczna, to w ciągu kilku miesięcy może utrzymać się szybki trend wzrostowy cen nie tylko ww. liderów.

Jak wynika z raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito, w kwietniu br. spośród 17 analizowanych kategorii najbardziej poszły w górę rdr. ceny używek – o 8,1% (w marcu – o 11,1%, w lutym – o 10,3%). W tej kategorii mamy m.in. herbatę, kawę, piwo i wódkę. Drugie miejsce na podium zajmują słodycze i desery, które zdrożały rdr. o 7,6% (w marcu – o 9,3%, w lutym – o 7,3%). Na trzeciej pozycji w rankingu znalazły się napoje ze wzrostem rdr. o 5,8% (wcześniej 2,2% i 4,5% na plusie).

– Liderami drożyzny są kategorie obciążone specyficznymi czynnikami. Surowce, z których pochodzą kawa i herbata, są wrażliwe na kursy walut i warunki klimatyczne, a alkohol podlega podwyżkom akcyzy. Efekt fiskalny nie zniknie w najbliższym czasie i będzie nadal podnosił koszty zakupu napojów alkoholowych. W przypadku słodyczy i deserów kluczową rolę odgrywa drożejące kakao. Choć na rynkach światowych tanieje, sklepy reagują na te spadki z dużym opóźnieniem – mówi dr Joanna Myślińska-Wieprow z Uniwersytetu WSB Merito.

Jak komentuje dr Artur Fiks z Uniwersytetu WSB Merito, wśród używek prym wiedzie herbata, która w ostatnim czasie dość radyklanie ciągnie średni wzrost cen w kategorii używek, drożejąc o ponad 20%. Jeśli chodzi o słodycze i napoje to tu duże znaczenie mają zmiany przede wszystkim ceny półproduktów i koszty produkcji oraz transportu, które rosną. Kategorie te już od dłuższego czasu utrzymują się w czołówce najmocniej drożejących, co też może mieć przyczyny w tym, że ich ceny były nieco niższe rok temu.

– Na tle pozostałych kategorii wyróżniają się także napoje. W ich przypadku widoczny wzrost dynamiki cen może być efektem jednoczesnego zwiększenia kosztów surowców, opakowań i logistyki. Dodatkowo producenci mogli w ostatnich miesiącach ograniczać skalę promocji, które wcześniej tłumiły wzrost cen detalicznych – dodaje ekspertka.

Wśród najbardziej drożejących kategorii w marcu uplasowały się też produkty sypkie ze wzrostem na poziomie 5,6% rdr. (wcześniej 4,3% i 0,8% na plusie). Zestawienie TOP5 drożyzny zamyka mięso, które podrożało o 4,8% rdr. (poprzednie wzrosty rdr. – 5,4% i 5,4%). – Wyniki obu kategorii są efektem wzrostu cen na światowych rynkach hurtowych. Może nie są one jeszcze spektakularne, ale mogą wskazywać na niekorzystne tendencje dla konsumentów. Jeżeli nie nastąpi stabilizacja sytuacji geopolitycznej, to w ciągu kilku miesięcy może utrzymać się szybki trend wzrostowy cen nie tylko tych, ale też innych produktów żywnościowych – ostrzega dr Artur Fiks.

Natomiast na samym końcu tabeli są produkty tłuszczowe, które potaniały rdr. o 9,5% (poprzednie spadki rdr. – 7,7% i 4,8%). Ta kategoria obejmuje masło, margarynę i olej itp. Ujemny wynik zanotowały też dodatki spożywcze. Staniały o 1,5% rdr. (w marcu 3,7% na minusie, a w lutym 5,1% na plusie rdr.). Tu są m.in. ketchupy, majonezy i musztardy. Natomiast najmniej zdrożał w całym zestawieniu nabiał, bo o 0,6% rdr. (w marcu na minusie 0,7%, a w lutym na plusie 2,3% rdr.).

– W przypadku produktów tłuszczowych obecne obniżki są w dużej mierze efektem wysokiej bazy z ubiegłego roku. W 2025 roku ceny masła wzrosły średnio o 11,5% rok do roku, dlatego dzisiejsze spadki są w pewnym sensie statystycznym odbiciem po wcześniejszych podwyżkach. Rynek tłuszczów mógł również osiągnąć chwilowe nasycenie, a dodatkowym czynnikiem sprzyjającym obniżkom były niższe ceny części surowców, mimo że notowania rzepaku nadal pozostają relatywnie wysokie – analizuje dr Joanna Myślińska-Wieprow.

Z kolei dr Artur Fiks przypomina, że ceny produktów tłuszczowych są ważnym elementem strategii stosowanych przez poszczególne sieci sklepów w wojnie cenowej. Prym wiedzie tutaj między innymi masło, którego promocje sięgają nawet kilkudziesięciu procent, co ewidentnie wpływa na wysoki poziom spadku cen w tej kategorii. W przypadku cen dodatków spożywczych sytuacja często bywa podobna, choć obniżki nie są aż tak spektakularne. Należy jednak pamiętać, że już zaczął się sezon grillowy, a zwiększony popyt może spowodować wzrost cen w tej kategorii.

– W kategorii dodatków spożywczych decydującą rolę odgrywa przede wszystkim silna konkurencja między producentami. Istotne są też działania promocyjne sieci handlowych. Produkty tego typu często wykorzystywane są jako element walki o klienta, ponieważ należą do artykułów kupowanych regularnie i szybko rotujących na sklepowych półkach. Obniżki cen są więc bardziej efektem strategii marketingowych i promocji niż konsekwencją trwałego spadku kosztów produkcji czy cen surowców – uzupełnia ekspertka.

Natomiast przyczyn tak niewielkich wzrostów cen nabiału dr Artur Fiks szuka we wzroście podaży mleka na rynkach i w efekcie spadku jego cen. Zgodnie z prognozami na ten rok, sytuacja ta powinna się utrzymać.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetu WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową (cen regularnych oraz w promocjach), notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z kwietnia 2026 r. i tego samego okresu z 2025 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą blisko 104 tys. cen detalicznych z przeszło 48 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Bliźniaki, domy jednorodzinne i szeregowce biją rekordy popularności. Nie zawsze zakup jest jednak dobrą decyzją

Polacy ruszyli po zakup nieruchomości. Ofert na rynku pierwotnym i wtórnym jest więcej niż w roku 2025, a podaż jest mniej więcej wyrównana z większym popytem. Co ciekawe, zainteresowanie nieruchomościami nie zamyka się tylko i wyłącznie do mieszkań i kawalerek, ale także do domów, segmentów poza dużymi miastami, a także do bliźniaków. Z czego wynika taka tendencja? – Czasem bliźniak w okolicach dużego miasta, opłaca się bardziej niż mieszkanie w centrum. Przykładem mogą być takie miasta jak Kraków, Wrocław, Poznań czy Szczecin. Oczywiście wszystko zależy od standardu, metrażu i lokalizacji, ale znam sytuacje, że rodziny zrezygnowały z zakupu dużego mieszkania, bo bliźniak pod miastem był lepszym pomysłem – przyznaje Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

Bliźniak pod Warszawą jest tańszy niż mieszkanie w stolicy. Tak jest w większości dużych miast

Trudno mówić o tendencjach, ale na pewno wybór mieszkania czy domku lub mieszkania w szeregowcu pod miastem, staje się coraz częstszy i coraz bardziej zasadny.

Dlaczego? Ceny mieszkań na rynku deweloperskim w dużych miastach są rekordowe i coraz częściej plasują się na poziomie powyżej 15 tysięcy złotych za metr kwadratowy.

– Nominalna cena domu pod miastem, domu w szeregowcu lub bliźniaka na pewno jest wyższa niż mieszania w mieście, ale jak przeliczymy to na metry kwadratowe to nagle okazuje się, że zakup obiektu poza miastem daje nam zdecydowanie lepszą ofertę. Jeżeli więc szukamy dobrej przestrzeni do życia, a budżet inwestycji nie jest priorytetem to zdecydowanie widzimy, że rodziny przychodzące do biur nieruchomości zastanawiają się i podejmują decyzje, by szukać i odwiedzać mniej standardowe lokalizacje – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

Przykłady?

– Dom w zabudowie szeregowej 110 metrów kwadratowych pod Szczecinem można kupić za 800 tysięcy złotych. Bliźniak 40 kilometrów od Poznania można kupić za milion złotych. Nawet na tak gęstym rynku jak Warszawa zdarzają się bliźniaki czy szeregowce o metrażu około 110 metrów za 1,5 czy 1,6 miliona złotych. Te ceny pokazują, że można mieć mieszkanie w klimacie domu, z małym ogródkiem, tarasem i zielenią za kwoty analogicznie, a w przeliczeniu na metr kwadratowy mniejsze niż mieszkania w centrach – przyznaje Mirosław Król.

Warto dodać, że podmiejskich ofert jest całkiem sporo, ale to liczba zdecydowanie mniejsza niż np. mieszkań w miastach. Mowa tutaj zarówno o rynku wtórnym jak i pierwotnym.

Wady i zalety mieszkania poza miastem

Czy wybór mieszkania czy domu poza miastem jest zawsze oczywisty? Może wydawać się, że dom czy bliźniak to gwarancja spokoju i komfortu, ale eksperci zawsze przestrzegają i zwracają uwagę, by każda taka decyzja była przemyślana.

– Mieszkanie poza miastem ma wiele zalet. Jeżeli ktoś poszukuje spokojniejszej przestrzeni, zieleni i odpoczynku od wielkomiejskich bodźców to jest to rozwiązanie idealne. Jeżeli jednak będziemy mieszkać poza miastem, a jednocześnie codziennie żyć w mieście to zawsze radzę, by zastanowić się czy codzienne dojazdy do pracy, do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne itp. Nie zabiorą nam radości z nowego domu. Takie sytuacje zdarzają się naprawdę często – przyznaje ekspert.

– Wykończenie domu poza miastem jest dużo droższe niż mieszkania w centrum. Mieszkanie w bliźniaku czy szeregowcu również nie daje nam niezależności np. od sąsiadów, a to czasem ważny argument. Tutaj jest wiele „za” i „przeciw” i na pewno każdy musi zastanowić się na jakie poświęcenia jest gotów, a na jakie nie – przyznaje ekspert.

– Najbardziej zachęcam do przemyśleń jeżeli planujemy zakup domu na rynku wtórnym, a ma on już swoje lata. Bardzo często atrakcyjna cena to jedno, a np. koszty remontu to drugie. Znam sytuacje, że remont instalacji, kuchni, łazienek, pokojów itp. Miał kosztować więcej niż sam dom. Takich decyzji musimy unikać, a przynajmniej być nich świadomi – dodaje ekspert.

Sprzedaż farb dekoracyjnych spada. Branża mierzy się z presją kosztową

Pierwszy kwartał 2026 roku potwierdził, że sektor farb dekoracyjnych w Polsce wkroczył w fazę korekty strukturalnej. Najnowsze dane z panelu SellFiK, wiodącego instrumentu monitoringu rynku prowadzonego przez Polski Związek Producentów Farb i Klejów, pokazują spadki w ujęciu wartościowym i ilościowym. Na te wyniki mają wpływ złożone czynniki makroekonomiczne, surowcowe i konsumenckie, które kształtują dziś warunki prowadzenia działalności w branży.

Wyniki z panelu SellFiK za pierwszy kwartał 2026 roku pokazują, że wartość sprzedaży całego rynku farb dekoracyjnych obniżyła się o 3,5% rok do roku. Jednocześnie spadek wolumenu sprzedaży okazał się głębszy niż spadek wartości, co stanowi istotny sygnał dla całej branży. Ta różnica może wskazywać, że część spadków sprzedaży jest kompensowana wyższymi cenami produktów, lecz te możliwości stopniowo się wyczerpują. Przyczyn należy szukać w uwarunkowaniach makroekonomicznych. Spowolnienie aktywności w sektorze budowlanym, będące pochodną wcześniejszego cyklu wysokich stóp procentowych, przełożyło się na wyraźne ograniczenie liczby realizowanych inwestycji i remontów. Choć realne dochody gospodarstw domowych wykazują poprawę, nie przekłada się to jeszcze na ożywienie w segmencie dekoracyjnym.

Kategorie produktowe i kanały dystrybucji: gdzie widoczne są największe zmiany?

Monitoring prowadzony w ramach panelu SellFiK pozwala nie tylko na ocenę kondycji całego rynku, lecz także na precyzyjną diagnozę jego poszczególnych segmentów. W pierwszym kwartale 2026 roku obraz ten jest wyraźnie zróżnicowany. Rozpiętość wyników między kategoriami jest znacząca, od ponad -12% wartościowo r/r w kategorii ochrony drewna (woodcare), która najmocniej odbiega od średniej rynkowej, aż po wzrosty w segmencie farb uniwersalnych i farb do metalu. Znaczące spadki dotknęły również farby emulsyjne (kluczową kategorię dla całego rynku) oraz grunty. Na tym tle relatywną odporność wykazują też koloranty, które utrzymały wzrostową dynamikę wartości sprzedaży. Odporność tych segmentów może wskazywać na preferencje konsumentów w kierunku produktów wielofunkcyjnych, oferujących lepszy stosunek wartości do ceny w warunkach ograniczonej siły nabywczej. W przekroju kanałów dystrybucji SellFiK rejestruje zbliżoną skalę trudności zarówno w kanale tradycyjnym (TRD), jak i kanale DIY, żaden z nich nie stanowi wyraźnej strefy wzrostu. Powszechność zjawiska świadczy o tym, że mamy do czynienia z systemową zmianą zachowań nabywczych, a nie efektem przesunięcia popytu między kanałami. Szczegółowe wyniki dla wszystkich kategorii produktowych oraz kanałów dystrybucji, w tym pełne zestawienie wyników wartościowych i ilościowych, dostępne są w raporcie SellFiK.

Nożyce kosztowe: kiedy podwyżki przestają być rozwiązaniem

Producenci farb mierzą się dziś ze spiętrzeniem presji kosztowej.  – Rynek jest pod presją z kilku stron jednocześnie. Ceny podstawowych komponentów wzrosły w nienotowanej dotąd skali: aceton i monomer VAM podrożały o około 300%, nafta o blisko 60%, a wybrane dyspersje o 80%. Do tego dochodzą rosnące koszty opakowań oraz logistyki, która podrożała o ok. 15%. Przy jednoczesnym ograniczeniu możliwości przenoszenia tych kosztów na ceny produktów końcowych, jest to wyzwanie, z którym branża nie mierzyła się dotąd w takiej skali – podkreśla Michał Czekaj, Prezes Zarządu Polskiego Związku Producentów Farb i Klejów (PZPFK).

Historycznie branże o charakterze procesowym (oparte na przetwarzaniu surowców chemicznych według stałych receptur, gdzie koszt komponentów stanowi o rentowności) reagowały na wzrosty kosztów surowców, przenosząc je na ceny produktów końcowych. Ta ścieżka jest dziś poważnie utrudniona: słabnący popyt i malejąca inflacja drastycznie zawężają przestrzeń do dalszych podwyżek bez ryzyka utraty wolumenu sprzedaży. Producenci stoją zatem przed realnym wyborem między ochroną marż a utrzymaniem udziałów rynkowych. Jak wskazuje Adrian Miałkowski, Dyrektor Zarządzający PZPFK, wyzwanie wykracza już poza wymiar czysto cenowy – To, co widzimy w wynikach za pierwszy kwartał, to nie jednorazowe odchylenie, a wyraźny sygnał zmiany strukturalnej. Coraz większym wyzwaniem staje się fizyczna dostępność surowców oraz brak przewidywalności dostaw, co bezpośrednio ogranicza możliwość stabilnego planowania produkcji. Producenci, którzy będą w stanie szybko odczytać, które segmenty zachowują odporność, a które wchodzą w głębszą korektę, zyskają realną przewagę. Strategiczne planowanie produkcji staje się dziś zatem równie istotnym obszarem zarządzania ryzykiem, co optymalizacja polityki cenowej.

Dane jako przewaga: rola rzetelnego monitoringu w zarządzaniu niepewnością

W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu zdolność do podejmowania decyzji opartych na twardych danych nabiera strategicznego znaczenia. Panel SellFiK, opracowywany przez PZPFK na podstawie informacji od czołowych producentów działających na polskim rynku, stanowi w tym zakresie unikalny zasób informacyjny. Dzięki temu kadra zarządzająca może rzetelnie oceniać pozycję rynkową firmy, weryfikować skuteczność działań sprzedażowych na tle dynamiki całego rynku oraz identyfikować kategorie i kanały, które w danym momencie wykazują relatywną odporność lub przyspieszenie. W praktyce oznacza to możliwość optymalizacji portfela produktowego w oparciu o kompleksowe dane, a nie wyłącznie na podstawie wewnętrznych wskaźników sprzedaży.

Perspektywy: stabilizacja przy niskim wolumenie jako nowe środowisko operacyjne

Sygnały płynące z danych SellFiK za pierwszy kwartał br. wskazują, że przed polskim rynkiem farb dekoracyjnych stoi perspektywa stabilizacji, jednak na niższym niż dotychczas poziomie popytu. Nie jest to scenariusz głębokiego kryzysu, lecz trwała normalizacja po latach relatywnie wysokiej aktywności rynkowej. W tych warunkach efektywność operacyjna, precyzja alokacji zasobów i trafność decyzji w zakresie portfolio stają się czynnikami różnicującymi pozycję rynkową. Dla podmiotów aspirujących do roli liderów sektora kluczowe będzie nie tylko zarządzanie kosztami, lecz także zdolność do szybkiego reagowania na zmiany zachowań w zakresie popytu, a to wymaga z kolei wiarygodnego, bieżącego obrazu rynku. Wyniki za kolejne kwartały, systematycznie monitorowane przez panel SellFiK, pokażą, czy korekta ma charakter przejściowy, czy utrwala się jako nowa norma dla branży.

KNF zatwierdziła prospekt Victoria Dom dotyczący programu emisji obligacji o wartości do 500 mln zł

Zatwierdzenie kolejnego prospektu przez Komisję Nadzoru Finansowego to pozyskanie dla Victorii Dom ważnego narzędzia umożliwiającego elastyczne kształtowanie finansowania działalności deweloperskiej na kolejne 12 miesięcy. Wpisuje się to w długoterminową strategię rozwoju Victoria Dom w zakresie pozyskiwania środków na nowe inwestycje, rozwój banku ziemi jak i refinansowanie części zapadających zobowiązań – mówi Waldemar Wasiluk, wiceprezes Victoria Dom. I dodaje, że po 4 miesiącach 2026 r. widzi także pozytywne sygnały płynące z rynku mieszkaniowego, które pozwalają z umiarkowanym optymizmem patrzeć w przyszłość.

Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt Victoria Dom S.A. sporządzony w związku z IV Publicznym Programem Emisji Obligacji o łącznej wartości nominalnej do 500 mln zł. Spółka planuje ubiegać się o wprowadzenie obligacji do alternatywnego systemu obrotu Catalyst organizowanego przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie.

Priorytetem rozwój i bank ziemi

Wiceprezes Victoria Dom podkreśla, że środki pozyskane z emisji mają wspierać dalszy rozwój działalności operacyjnej i inwestycyjnej spółki. Jednym z priorytetów pozostaje zabezpieczanie atrakcyjnych gruntów pod przyszłe projekty mieszkaniowe w Warszawie, Krakowie oraz Trójmieście.

Bank ziemi jest podstawą rozwoju każdego dewelopera. To dzięki niemu możemy planować inwestycje z kilkuletnim wyprzedzeniem i stabilnie rozwijać skalę działalności – podkreśla Waldemar Wasiluk.

Trzy kluczowe czynniki

Spółka zwraca uwagę, że sytuacja na rynku mieszkaniowym stopniowo się stabilizuje. Jak zaznacza wiceprezes Victoria Dom, rynek nieruchomości rozwija się wtedy, gdy spełnione są trzy kluczowe warunki: istnieją realne potrzeby mieszkaniowe, gospodarka zapewnia wzrost oraz bezpieczeństwo wynagrodzeń, a koszt pieniądza pozostaje na poziomie akceptowalnym dla kredytobiorców.

Potrzeby mieszkaniowe w największych aglomeracjach w Polsce nadal są bardzo duże. Jeśli ludzie mają poczucie stabilności finansowej i odpowiedni poziom dochodów, są gotowi podejmować decyzje o zakupie mieszkań i zaciągać kredyty hipoteczne. Trzecim elementem jest rozsądny koszt pieniądza. Gdy wszystkie te czynniki współgrają, rynek wraca do równowagi. Pierwsze miesiące tego roku właśnie takie były, co daje nadzieję na stabilizację rynku mieszkaniowego. Nie spodziewamy się  boomu, ale raczej zbalansowanego i przewidywalnego rozwoju – ocenia Waldemar Wasiluk.

Pozytywne sygnały

Victoria Dom zakończyła ubiegły rok z wynikiem sprzedażowym wyższym o 35 proc. rok do roku. Spółka sprzedała 1365 mieszkań, a – jak podkreśla zarząd – również pierwsze miesiące 2026 r. przynoszą pozytywne sygnały z rynku.

Victoria Dom to deweloper z 28-letnim doświadczeniem. Posiada rozbudowany bank ziemi i zgodnie z planem na 2026 r systematycznie wprowadza do oferty kolejne etapy rozbudowywanych inwestycji oraz nieruchomości w nowych lokalizacjach. W Polsce aktualnie realizuje projekty na terenie Warszawy, Krakowa i Trójmiasta. Spółka rozwija także działalność w Niemczech: w Berlinie i Lipsku.

Branża półprzewodników potrzebuje miliona nowych pracowników do 2030 roku

Światowa branża technologiczna mierzy się z krytycznym niedoborem kadr, który może zahamować tempo innowacji. Jak wynika z najnowszego raportu Manpower „Global Engineering World of Work Outlook 2026”, sam sektor półprzewodników musi pozyskać milion dodatkowych pracowników do 2030 roku, aby zaspokoić popyt na układy scalone. Kluczowym wyzwaniem jest też „srebrne tsunami”, czyli masowe odejścia doświadczonych pracowników na emeryturę. W ciągu najbliższej dekady, w skali globalnej z rynku pracy zniknie nawet 20% doświadczonej kadry.

Gwałtowny rozwój technologii cyfrowych sprawił, że półprzewodniki stały się zasobem o kluczowym znaczeniu. Jednocześnie w branży rośnie zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników, które przekracza zdolności ich pozyskania i rozwoju. Do 2030 roku sektor będzie potrzebować około 1 mln dodatkowych specjalistów na świecie, przy czym obecne niedobory obejmą ponad 100 tys. inżynierów w Europie oraz ponad 200 tys. w regionie Azji i Pacyfiku. Szczególnie trudna sytuacja dotyczy stanowisk specjalistów i starszych specjalistów, gdzie wymagane są zarówno zaawansowane kompetencje techniczne, jak i doświadczenie operacyjne.

„Srebrne tsunami” i przyszłość talentów

Kluczowym wyzwaniem jest „srebrne tsunami”, czyli masowe odejścia doświadczonych pracowników na emeryturę. W ciągu najbliższej dekady, w skali globalnej z rynku pracy zniknie nawet 20% kadry. Problem pogłębia kryzys mentoringu – aż 57% pracowników nigdy nie otrzymało wsparcia od bardziej doświadczonych współpracowników. Aby zachować ciągłość kompetencji, firmy muszą postawić na rozwój talentów inżynieryjnych, m.in. poprzez aktywizację kobiet oraz odejście od rekrutacji opartej wyłącznie na dyplomach na rzecz podejścia opartego na kompetencjach, w szczególności modelowania cyfrowych bliźniaków czy biegłości w pracy z AI.

Jak zaznacza Tomasz Walenczak, dyrektor generalny ManpowerGroup, Polska jest ważnym ośrodkiem na mapie globalnego łańcucha dostaw branży półprzewodników, głównie w obszarze R&D, projektowania układów, rozwoju oprogramowania. – W Polsce mamy silne kompetencje inżynierskie, softwarowe oraz rozwinięty sektor elektroniki. Jednocześnie w wyniku coraz większej globalizacji rynku pracy konkurujemy o tych samych ekspertów, co USA, kraje nordyckie czy Niemcy. A firmy rywalizują nie tylko wynagrodzeniem, ale też projektami i możliwościami rozwoju, środowiskiem pracy. W praktyce oznacza to, że odpływ doświadczonych specjalistów jest realnym ryzykiem dla firm nad Wisłą i pracodawcy muszą walczyć o ich utrzymanie. Z punktu widzenia rynku pracy kluczowe jest także to, że obecny już niedobór talentów dotyczy doświadczonych inżynierów. Na zbudowanie kompetencji na tym poziomie potrzeba około 5-10 lat. Żeby jednak skorzystać na boomie w branży półprzewodników potrzebujemy zwiększyć skalę kształcenia i przyciągać doświadczonych pracowników z zagranicy – dodaje szef ManpowerGroup.

Presja na energetykę i infrastrukturę

Szacuje się, że globalne zapotrzebowanie na moc w centrach danych podwoi się do 2030 roku, co czyni inżyniera elektryka jednym z najbardziej poszukiwanych zawodów na świecie. W nadchodzących latach światowe zapotrzebowanie na energię wzrośnie średnio o ponad 3,5% rocznie, co wymusi intensywny rozwój produkcji energii elektrycznej z OZE, gazu ziemnego i źródeł jądrowych.

Z kolei jak zaznacza Marta Szymańska, lider specjalizacji, ekspert rynku pracy w Manpower, skala inwestycji w infrastrukturę cyfrową i energetyczną przekłada się bezpośrednio na rynek pracy. – Dynamiczny rozwój centrów danych będących fundamentem rozwoju AI generuje dziś miliony miejsc pracy, jednak aż 58% operatorów ma trudności z obsadzeniem ról technicznych. Równocześnie rosnący popyt na energię, napędzany między innymi elektryfikacją transportu i gwałtownym wzrostem zapotrzebowania ze strony technologii cyfrowych, prowadzi do przyspieszonego tworzenia wyspecjalizowanych ról inżynieryjnych w obszarach takich jak systemy zasilania, efektywność energetyczna czy zarządzanie sieciami. W efekcie największe przyrosty zatrudnienia koncentrują się dziś w segmentach infrastrukturalnych obejmujących przesył, generację energii oraz optymalizację jej wykorzystania, które odpowiadają nawet za 75% nowych miejsc pracy powstających w ramach transformacji energetycznej – dodaje ekspertka.

Nowe podejście do wydajności

W obliczu niedoboru zasobów oraz wykwalifikowanych kadr branża musi szukać wsparcia w technologii i zrównoważonym planowaniu. Odpowiedzią na te wyzwania jest model „inżyniera wspomaganego technologią”, w którym automatyzacja zadań z wykorzystaniem AI pozwala zwiększyć produktywność nawet o 30-40%. Równolegle, sektor odchodząc od modelu liniowego na rzecz gospodarki obiegu zamkniętego, reaguje na rosnącą presję surowcową i skalę odpadów, które mogą sięgnąć 3,4 mld ton do 2050 roku. To nie tylko wyzwanie środowiskowe, ale też impuls dla rynku pracy – rośnie zapotrzebowanie na inżynierów i specjalistów tworzących zrównoważone rozwiązania.

– Zmienia się również sama natura pracy inżyniera. W sektorach najmocniej narażonych na wpływ sztucznej inteligencji rola ta ewoluuje z wykonawczej w kierunku projektowej i integracyjnej: inżynier staje się architektem rozwiązań, który potrafi wykorzystywać technologie cyfrowe do budowania bardziej złożonych systemów. Automatyzacja stopniowo eliminuje zadania rutynowe, jednocześnie znacząco zwiększając zapotrzebowanie na kompetencje wyższego rzędu, takie jak analiza danych, projektowanie systemów czy integracja rozwiązań technologicznych. W praktyce oznacza to przesunięcie środka ciężkości z pracy operacyjnej na strategiczną, gdzie kluczowe staje się łączenie wiedzy inżynierskiej, cyfrowej i biznesowej – uzupełnia Szymańska.

O raporcie
Raport „Global Engineering World of Work Outlook 2026”, opracowany przez Manpower, analizuje siedem kluczowych trendów, które do 2030 roku będą kształtować globalny rynek inżynieryjny.

Ukrainiec mieszka i pracuje w Polsce, ale podatki płaci w Ukrainie. Fiskus może się upomnieć o swoje

Od wybuchu wojny tysiące obywateli Ukrainy przeniosło swoje życie do Polski. Wielu nadal pracuje zdalnie dla ukraińskich firm – szczególnie w branży IT, finansach czy usługach specjalistycznych. Problem w tym, że część z nich wciąż rozlicza podatek wyłącznie w Ukrainie, zakładając, że skoro pracodawca jest z Kijowa, polski fiskus „nie ma nic do tego”. To jeden z najczęstszych i najdroższych błędów.

Doradcy podatkowi coraz częściej spotykają się z sytuacjami, w których po kilku latach pobytu w Polsce ukraińscy obywatele zgłaszają się do nich z zaległymi zeznaniami podatkowymi i naliczonymi odsetkami. Zdarza się, że są narażeni na ryzyko odpowiedzialności karno-skarbowej. Często o tym nie wiedzą, ale kluczowe znaczenie ma bowiem nie kraj pracodawcy, ale miejsce życia i wykonywania pracy.

Wielu Ukraińców żyje dziś w przekonaniu, że skoro podatek pobiera ukraiński pracodawca, to temat polskiego PIT ich nie dotyczy. Tymczasem po przekroczeniu 183 dni pobytu w Polsce albo przeniesieniu tutaj centrum interesów życiowych sytuacja podatkowa może zmienić się diametralnie – wskazuje Tomasz Prokurat, partner w kancelarii Litigato.

183 dni, które zmieniają wszystko

Polskie przepisy są w tej kwestii jasne. Rezydentem podatkowym w Polsce jest osoba fizyczna, która:

  • przebywa w Polsce dłużej niż 183 dni w roku lub
  • posiada tu centrum interesów życiowych, w szczególności mieszkanie, rodzinę, szkołę dzieci czy główne źródło dochodu, przy czym decydujący jest całokształt jej sytuacji.

Wystarczy spełnienie jednego z tych warunków, aby Polska mogła oczekiwać rozliczenia całego dochodu – również tego uzyskiwanego z pracy dla zagranicznego pracodawcy. W praktyce problem dotyczy często osób, które od 2022 r. mieszkają w Polsce niemal na stałe, wynajmują mieszkania, pracują zdalnie z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, ale formalnie nadal rozliczają się wyłącznie w Ukrainie.

Należy pamiętać, że organy podatkowe mogą skrupulatnie przeanalizować stan faktyczny danego rezydenta, czyli w jakim kraju posiada konta bankowe, gdzie opłacane są rachunki lub nawet z jakimi operatorami sieci komórkowych posiada umowy. Te z pozoru drobne aspekty mogą mieć zasadniczy wpływ na to, jaka rezydencja podatkowa faktycznie zostanie wpisana w rejestr – mówi Mateusz Zubik Project Manager w Smart Solutions HR.

Dla polskiego fiskusa istotne są dwa pytania: czy dana osoba jest polskim rezydentem podatkowym oraz gdzie faktycznie wykonywana jest praca. Jeżeli odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi „tak”, a na drugie: „w 100% z terytorium Polski”, to bez wątpliwości powstaje obowiązek rozliczenia podatku od tego wynagrodzenia w Polsce. Co więcej, opodatkowanie w Polsce będzie mieć miejsce również w wielu przypadkach, gdy tylko na jedno z tych pytań odpowiedź jest twierdząca. Polsko-ukraińska umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania przewiduje, że dochód z pracy najemnej wykonywanej w Polsce może być opodatkowany w Polsce, nawet gdy wykonuje ją osoba, która nie jest w niej rezydentem podatkowym, a Ukraina może nadal uważać taką osobę za swojego rezydenta. Od strony technicznej powinien zadziałać mechanizm eliminacji podwójnego opodatkowania, ale nie dzieje się to automatycznie – mówi Tomasz Prokurat, partner w kancelarii Litigato

Największe mity

Najczęściej problemy wynikają z błędnego przekonania, że skoro podatek został zapłacony w Ukrainie, polski fiskus nie może go ponownie zażądać. Zapisy w umowie o unikaniu podwójnego opodatkowania pozwalają ustalić, który kraj ma prawo opodatkować dochód w danej sytuacji, a jeśli wynika z nich, że prawo to mają obydwa kraje, wówczas dopiero zastosowanie znajdują mechanizmy unikania podwójnego opodatkowania: odliczenia lub zwolnienia. Aby uniknąć podwójnego podatku, trzeba prawidłowo rozliczyć dochód również w Polsce i ewentualnie wykazać podatek zapłacony za granicą. Brak działania może oznaczać podwójny problem: podatek pobrany w Ukrainie i zaległość podatkową w Polsce.

Sam fakt pracy w Polsce nie zawsze oznacza, że powstaje obowiązek pełnego rozliczania wszystkich dochodów w Polsce, jednak po przekroczeniu 183 dni pobytu lub przeniesieniu centrum interesów życiowych sytuacja podatkowa może się całkowicie zmienić. Z perspektywy agencji pracy tymczasowej to obecnie jeden z najczęstszych problemów przy rozliczeniach PIT pracowników z Ukrainy. Przykładowo, pracownik często mieszka i pracuje w Polsce przez większą część roku, ale nadal uważa, że rozlicza się wyłącznie na Ukrainie. W efekcie pojawiają się zaległości podatkowe, błędy w deklaracjach lub konieczność składania korekt. Kluczowe są również prawidłowa analiza rezydencji podatkowej, bieżąca kontrola dokumentów oraz edukacja pracowników już na etapie rozpoczęcia współpracy – mówi Mariana Zubryk Project Manager w Smart Solutions HR.

Inny rozpowszechniony mit to przekonanie, że dopóki pracodawca jest ukraiński, Polska nie ma prawa do podatku od dochodu. W polskim PIT kluczowe są przede wszystkim dwa czynniki: rezydencja podatkowa oraz miejsce faktycznego wykonywania pracy. Jeżeli ktoś pracuje fizycznie z terytorium Polski – nawet zdalnie, dla pracodawcy z Kijowa czy Lwowa, ale też z Berlina czy Londynu – to z perspektywy polskiego fiskusa jego wynagrodzenie ma bardzo silny związek z naszym krajem.

Konsekwencje braku rozliczenia w Polsce

Zaniedbanie obowiązków w Polsce może mieć kilka wymiarów. Po pierwsze, finansowy – powstają zaległości podatkowe powiększone o odsetki, często za kilka lat, co przy dobrze opłacanych zawodach w branży IT może oznaczać bardzo znaczące kwoty. Po drugie, karno-skarbowy – dłuższe nieujawnianie dochodów w Polsce, przy jednoczesnym stałym pobycie, może zostać ocenione jako przestępstwo lub wykroczenie skarbowe. Po trzecie, międzynarodowy – im dłużej trwa taki stan, tym trudniej odzyskać podatek zapłacony na Ukrainie albo prawidłowo go rozliczyć w Polsce.

Ryzyko dotyczy również ukraińskich firm. Jeżeli kluczowi pracownicy stale wykonują pracę z Polski, to polskie organy mogą uznać, że zagraniczna spółka prowadzi tu działalność poprzez tzw. zakład podatkowy. To może oznaczać obowiązek rozliczania CIT w Polsce również przez te ukraińskie firmy.

Co warto zrobić?

Najgorszym rozwiązaniem jest ignorowanie problemu. W pierwszej kolejności warto:

  • policzyć rzeczywisty czas pobytu w Polsce,
  • przeanalizować, gdzie znajduje się centrum interesów życiowych,
  • sprawdzić, czy nie powstał obowiązek złożenia zaległych deklaracji PIT,
  • uporządkować model współpracy z zagranicznym pracodawcą.

W wielu przypadkach możliwe jest ograniczenie ryzyka i uniknięcie sankcji, szczególnie jeśli podatnik sam podejmie działania, zanim zrobi to urząd skarbowy. W dobie pracy zdalnej granice państw mogą być mniej widoczne na co dzień, ale dla fiskusa nadal mają ogromne znaczenie. Jeśli życie i praca od lat toczą się w Polsce, samo przekonanie, że „podatek jest w Kijowie”, może okazać się bardzo kosztowne.

USA i Iran negocjują, ale najważniejsze punkty sporne pozostają nierozwiązane

Alfred Hitchcock zwykł mawiać, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Obecna sytuacja na linii USA–Iran pokazuje, jak ogromny potencjał filmowy ma ten konflikt. Wczoraj pojawiały się doniesienia medialne, że irańskie władze miały nakazać pozostawienie uranu w kraju, co zagroziło wizji jakiegokolwiek porozumienia. Prezydent Donald Trump zagroził, że USA dopilnują, aby Iran nie zdobył broni jądrowej, albo będą musiały podjąć „bardzo drastyczne” kroki. Chwilę później do opinii publicznej dotarła informacja o zarysie wstępnej umowy między krajami, którą następnie zdementowała strona irańska. Rozmowy między USA a Iranem pokazują więc, że przestrzeń do dyplomacji nadal istnieje, ale skala nierozwiązanych sporów pozostaje bardzo duża. Sygnały płynące z Teheranu sugerują, że najnowsza propozycja Waszyngtonu mogła częściowo zmniejszyć różnice między stronami, jednak nie oznacza to jeszcze realnego przełomu. Najważniejsze punkty sporne dotyczą irańskiego programu nuklearnego, przyszłości wzbogaconego uranu, bezpieczeństwa żeglugi przez cieśninę Ormuz oraz szerszego zakończenia walk w regionie.

Stanowiska obu stron pozostają odległe. USA oczekują, że Iran przekaże wzbogacony uran i wstrzyma proces wzbogacania na co najmniej dekadę. Dla Teheranu są to warunki politycznie bardzo trudne do zaakceptowania, co potwierdzają publiczne wypowiedzi irańskich przywódców. Prezydent Masud Pezeszkian deklaruje, że Iran „nigdy się nie cofnie”, co ogranicza pole manewru negocjatorów i zwiększa ryzyko fiaska rozmów. Z kolei Donald Trump utrzymuje presję na Teheran, ostrzegając, że USA mogą wznowić ataki, jeśli Iran nie zaakceptuje amerykańskich warunków. Taka retoryka wzmacnia niepewność, ponieważ dyplomacja toczy się równolegle z groźbą dalszej eskalacji militarnej.

Szczególne znaczenie ma spór o cieśninę Ormuz. Pomysł stałych opłat za przepływ przez ten akwen spotyka się ze sprzeciwem USA, ponieważ mógłby zwiększyć koszty transportu surowca i stworzyć niebezpieczny precedens dla globalnego handlu energią. Każde napięcie wokół cieśniny natychmiast przekłada się na rynek ropy, co widać po silnych wahaniach cen. Ropa Brent we wczorajszym najwyższym punkcie zyskiwała ponad 4%, a dzień zakończyła stratą w wysokości 2,32%, schodząc poniżej 102,60 USD za baryłkę. Dzisiaj znów znajduje się powyżej 105 USD i zyskuje 2,29%, co pokazuje, że inwestorzy reagują zarówno na groźbę eskalacji, jak i na nawet ograniczone sygnały dyplomatycznego postępu.

Ryzyko gospodarcze pozostaje wysokie, ponieważ cena ropy przekłada się na wzrost cen energii, presję inflacyjną i pogorszenie nastrojów na rynkach finansowych. Dodatkowym czynnikiem niepewności są malejące globalne zapasy ropy i produktów naftowych. Oznacza to, że światowy rynek surowcowy ma mniejszy bufor bezpieczeństwa na wypadek nagłego kryzysu podażowego.

Istotną rolę w całej układance odgrywa również Izrael, który pozostaje sceptyczny wobec ewentualnego porozumienia z Iranem. Izraelskie władze sugerują, że Teheranowi nie można ufać, a jego potencjał wojskowy powinien zostać jeszcze bardziej osłabiony. Taka postawa może utrudniać stabilizację sytuacji, zwłaszcza jeśli Izrael uzna, że dyplomacja nie daje wystarczających gwarancji bezpieczeństwa, i zdecyduje się na dalsze działania militarne.

Obecny etap rozmów należy więc oceniać ostrożnie. Z jednej strony pojawiły się sygnały, że dialog nie został zerwany i że propozycja USA w pewnym stopniu zmniejszyła dystans między stronami. Z drugiej strony najważniejsze kwestie pozostają nierozwiązane, a publiczne deklaracje przywódców ograniczają możliwość kompromisu. Dopóki USA i Iran nie zbliżą stanowisk w sprawie programu nuklearnego, a napięcie wokół cieśniny Ormuz i Izraela pozostanie wysokie, rynki będą funkcjonować w warunkach podwyższonej niepewności. Największym zagrożeniem gospodarczym pozostaje wzrost cen ropy, który mógłby ponownie wzmocnić inflację oraz zwiększyć presję na banki centralne i gospodarki importujące energię.