UOKiK ukarał sprzedawcę kursów językowych. Chodzi o fikcyjne dofinansowania i „darmowe” kursy

0

Prezes UOKiK wydał decyzję dotyczącą spółki Mobile Marketing Center, która sprzedawała multimedialne kursy języków obcych. Urząd uznał, że przedsiębiorca naruszał zbiorowe interesy konsumentów, m.in. poprzez sugerowanie nieistniejących dofinansowań, reklamowanie pozornie darmowych produktów oraz nieprawidłowości przy zawieraniu umów na odległość.

Na spółkę nałożono karę w wysokości 2,232 mln zł. Dodatkową sankcję finansową, w wysokości 420 tys. zł, otrzymała osoba zarządzająca, której UOKiK zarzucił umyślne dopuszczenie do naruszeń prawa. Decyzja jest prawomocna wobec Mobile Marketing Center, natomiast osoba zarządzająca odwołała się do sądu.

Kursy językowe z rzekomym dofinansowaniem

Mobile Marketing Center oferowała kursy językowe za pośrednictwem strony poliglotos.pl, a także telefonicznie. Spółka korzystała również z serwisu speakking.pl. Według ustaleń UOKiK konsumenci byli zachęcani do zakupu kursów poprzez komunikaty sugerujące możliwość skorzystania z publicznego wsparcia finansowego.

Szczególne wątpliwości urzędu wzbudziła domena funduszwsparcia.eu, na której przedsiębiorca posługiwał się nazwą „Europejski Fundusz Wsparcia Nauki Języków Obcych i Edukacji”. Konsumentom sugerowano, że dzięki takiemu programowi mogą kupić kursy z 87-procentową zniżką.

Postępowanie wykazało jednak, że wskazany fundusz nie istniał. Zdaniem UOKiK narracja o dofinansowaniu miała stworzyć wrażenie wyjątkowej okazji cenowej i skłonić konsumentów do podjęcia decyzji zakupowej.

„Darmowe” produkty wymagały zakupu

Urząd zakwestionował również sposób reklamowania ofert określanych jako darmowe. Konsumenci mogli odnieść wrażenie, że otrzymają bezpłatny kurs lub materiały edukacyjne. W praktyce warunkiem skorzystania z takiej oferty był zakup innego, pełnopłatnego produktu.

Według UOKiK informacja o tym warunku była podawana w sposób niejasny lub ukrywana. Tym samym konsument nie otrzymywał pełnej i rzetelnej informacji o rzeczywistych kosztach oferty przed podjęciem decyzji.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny ocenił, że spółka budowała swój model sprzedaży na dezinformacji i manipulacji. Jak wskazał, konsumenci byli kuszeni wizją atrakcyjnych, lecz nieistniejących dofinansowań oraz ofertami darmowymi, które w rzeczywistości wiązały się z koniecznością zapłaty.

Nieprawidłowości w sprzedaży telefonicznej

Istotna część zarzutów dotyczyła sprzedaży telefonicznej. Według ustaleń UOKiK konsultanci Mobile Marketing Center nie przekazywali konsumentom pełnych informacji wymaganych przy zawieraniu umów na odległość.

Chodziło m.in. o brak jasnego wskazania handlowego celu rozmowy, danych identyfikujących przedsiębiorcę oraz informacji o prawie do odstąpienia od umowy. Urząd zakwestionował także praktykę uznawania transakcji za zawarte już podczas rozmowy telefonicznej.

W przypadku umów zawieranych przez telefon przepisy wymagają, aby konsument potwierdził wolę zawarcia umowy na trwałym nośniku. Według UOKiK Mobile Marketing Center traktowała umowy jako skutecznie zawarte mimo braku takiego potwierdzenia.

Spór o prawo do odstąpienia od umowy

Kolejny zarzut dotyczył utrudniania konsumentom odstąpienia od umowy. Spółka miała odmawiać takiego prawa w przypadku kursów multimedialnych, argumentując, że aktywacja kodu dostępu do treści cyfrowej wyłącza możliwość rezygnacji.

UOKiK wskazał jednak, że konsument musi wcześniej otrzymać jasną informację o skutkach aktywacji treści cyfrowej. Jeżeli przedsiębiorca nie poinformuje go prawidłowo o utracie prawa do odstąpienia, nie może później powoływać się na taki skutek.

W ocenie urzędu praktyka stosowana przez Mobile Marketing Center mogła prowadzić do sytuacji, w której konsumenci byli pozbawiani możliwości skutecznej rezygnacji z umowy, mimo że nie zostali wcześniej właściwie poinformowani o konsekwencjach swoich działań.

Ponad 2,6 mln zł kar

Łączna wysokość kar finansowych w sprawie przekracza 2,65 mln zł. Na Mobile Marketing Center nałożono 2,232 mln zł kary za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów. Osoba zarządzająca spółką ma zapłacić 420 tys. zł za umyślne dopuszczenie do naruszeń.

Spółka została również zobowiązana do poinformowania konsumentów, z którymi zawarła umowy, o decyzji Prezesa UOKiK. Ma to umożliwić klientom zapoznanie się z ustaleniami urzędu i ocenę swojej sytuacji prawnej.

Sprawa pokazuje, że UOKiK coraz dokładniej analizuje nie tylko same treści reklamowe, ale również sposób prowadzenia sprzedaży telefonicznej, konstrukcję ofert promocyjnych oraz przestrzeganie obowiązków informacyjnych wobec konsumentów.

Konsument musi znać rzeczywistą cenę i warunki oferty

Decyzja dotycząca Mobile Marketing Center wpisuje się w działania UOKiK wymierzone w praktyki, które mogą zniekształcać decyzje zakupowe konsumentów. Szczególne znaczenie mają tutaj komunikaty o promocjach, dotacjach, zniżkach i darmowych produktach.

Z perspektywy konsumenta kluczowe jest, czy informacja o cenie, warunkach skorzystania z oferty i prawie do odstąpienia od umowy została przekazana w sposób jasny, widoczny i zrozumiały. Jeżeli przedsiębiorca eksponuje korzyść, a ukrywa koszt lub istotne ograniczenia, może naruszać przepisy o ochronie konsumentów.

W przypadku Mobile Marketing Center UOKiK uznał, że konsumenci mogli być wprowadzani w błąd na kilku etapach kontaktu z firmą: od reklamy internetowej, przez rozmowę telefoniczną, po realizację prawa do odstąpienia od umowy.

Mikrokawalerki znów na celowniku resortu. Rynek mieszkaniowy może stracić kolejną furtkę

Ministerstwo Rozwoju i Technologii po raz kolejny bierze na tapet mikrokawalerki. Najpierw zakazano budowy mieszkań mniejszych niż 25 mkw., później ograniczano możliwość obchodzenia tych przepisów poprzez lokale użytkowe, a teraz nowe warunki techniczne mają domknąć również furtkę wykorzystywaną przez mikroapartamenty w hotelach, aparthotelach czy akademikach. Problem polega jednak na tym, że za każdym razem rynek znajduje nowe obejście. Bo mikrolokale – niezależnie od regulacji – wciąż mają swoje wierne grono amatorów.

Według najnowszej wersji projektu rozporządzenia w sprawie warunków technicznych, nie będzie można projektować lokali mniejszych niż 25 mkw. także w budynkach zamieszkania zbiorowego. Zmiana ma ograniczyć praktykę budowania małych lokali formalnie użytkowych, które w rzeczywistości funkcjonują jako mieszkania.

– To kolejny etap trwającej od lat wojny regulatora z rynkiem – komentuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Od liberalizacji do uszczelniania

Paradoks całej historii polega na tym, że jeszcze dekadę temu kierunek myślenia administracji był dokładnie odwrotny niż dziś. W 2016 roku resort infrastruktury planował zniesienie norm dotyczących minimalnych powierzchni pomieszczeń mieszkalnych, uznając, że o parametrach lokali powinien decydować przede wszystkim rynek i preferencje nabywców.

Jak argumentowali wówczas eksperci portalu RynekPierwotny.pl, mikromieszkania nie były żadnym polskim wynalazkiem, lecz naturalnym elementem funkcjonowania największych światowych metropolii – od Nowego Jorku i Londynu po Paryż. W warunkach szybko rosnących cen nieruchomości i postępującej urbanizacji segment najmniejszych mieszkań miał stanowić jeden z elementów dywersyfikacji oferty deweloperskiej.

W tamtym okresie dominowało przekonanie, że rynek sam zweryfikuje skalę zjawiska.

Dwa lata później nastąpił jednak gwałtowny zwrot regulacyjny. Od 1 stycznia 2018 roku zaczęły obowiązywać przepisy zakazujące projektowania mieszkań o powierzchni mniejszej niż 25 mkw. Regulacja miała poprawić standard zamieszkiwania i ograniczyć najbardziej skrajne przypadki „upakowywania” ludzi na minimalnej przestrzeni.

I rzeczywiście – z punktu widzenia urbanistyki czy jakości życia trudno odmówić tym argumentom racjonalności.

Problem w tym, że rynek mieszkaniowy rzadko podporządkowuje się prostym administracyjnym zakazom.

Mikrokawalerki nie są żadnym nowym wynalazkiem

W publicznej debacie najmniejsze lokale często przedstawiane są jako stosunkowo nowy produkt „patodeweloperki”. Tymczasem mieszkania o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych funkcjonowały w Polsce od dekad – również w czasach PRL. Dla wielu osób były pierwszym krokiem do samodzielności mieszkaniowej.

Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu nikogo szczególnie nie dziwiły kawalerki o powierzchni 16, 18 czy 20 mkw., zwłaszcza w dużych miastach i atrakcyjnych lokalizacjach. Ich przewagą była relatywnie niska cena nominalna, dobra lokalizacja i możliwość samodzielnego zamieszkania bez konieczności wynajmowania większego lokalu.

Jak wynikało z analiz portalu RynekPierwotny.pl jeszcze sprzed wprowadzenia limitu 25 mkw., popyt na najmniejsze lokale utrzymywał się stabilnie na poziomie około 1–2 proc. całkowitego popytu na rynku pierwotnym. Segment miał więc charakter niszowy, ale trwały i wyraźnie obecny w strukturze rynku.

To właśnie ten stabilny popyt sprawił, że mimo regulacji mikrolokale nie zniknęły z rynku.

Popyt nie zniknął. Rynek znalazł obejście

Po wejściu nowych przepisów deweloperzy bardzo szybko zaczęli wykorzystywać alternatywne formuły prawne.

Ponieważ ograniczenia dotyczyły wyłącznie lokali mieszkalnych, na rynku zaczęły pojawiać się:

  • mikroapartamenty,
  • aparthotele,
  • condohotele,
  • prywatne akademiki,
  • lokale użytkowe pełniące funkcję mieszkań.

Formalnie nie były to mieszkania, lecz lokale użytkowe lub budynki zamieszkania zbiorowego. W praktyce jednak często funkcjonowały dokładnie tak samo jak klasyczne lokale mieszkalne.

Kupujący godzili się przy tym na liczne niedogodności:

  • wyższy, 23-procentowy VAT,
  • mniej korzystny status prawny,
  • ograniczenia meldunkowe,
  • problemy eksploatacyjne.

W zamian otrzymywali jednak produkt relatywnie tani w zakupie. Nawet jeśli cena za metr kwadratowy była bardzo wysoka, to niewielki metraż oznaczał dużo niższy próg wejścia kapitałowego niż w przypadku tradycyjnego mieszkania.

I właśnie w tym miejscu najlepiej widać fundamentalne zderzenie dwóch sposobów myślenia o rynku mieszkaniowym.

Zderzenie dwóch logik rynku mieszkaniowego

Zwolennicy podejścia rynkowo-liberalnego przekonują, że państwo nie powinno administracyjnie eliminować produktu, na który istnieje trwały popyt. Ich zdaniem mikrolokale są naturalną odpowiedzią rynku na wysokie ceny mieszkań, urbanizację oraz zmieniający się styl życia mieszkańców dużych miast.

W praktyce najmniejsze lokale trafiają najczęściej do:

  • studentów,
  • singli,
  • młodych pracowników migrujących do największych aglomeracji,
  • inwestorów szukających małych lokali na wynajem.

W wielu przypadkach nie chodzi nawet o wybór komfortu, lecz o wybór pomiędzy bardzo małym mieszkaniem a całkowitym brakiem możliwości zakupu własnego lokalu.

Z drugiej strony istnieje jednak równie silne podejście urbanistyczno-regulacyjne, które zwraca uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sam metraż, lecz obchodzenie prawa i rozbijanie logiki planowania przestrzennego.

Na ten aspekt zwraca uwagę m.in. Hanna Milewska-Wilk z Instytutu Rozwoju Miast i Regionów. Jak podkreśla ekspertka, budynki formalnie projektowane jako hotele, aparthotele czy obiekty usługowe w praktyce zaczynają pełnić funkcję mieszkaniową, co prowadzi do przeciążenia infrastruktury oraz chaosu urbanistycznego.

Gmina planuje bowiem:

  • określone natężenie ruchu,
  • zużycie mediów,
  • funkcje usługowe lub biurowe,
  • odpowiednią infrastrukturę techniczną.

Tymczasem w miejscu planowanego obiektu usługowego pojawia się budynek zamieszkany przez setki osób. W efekcie rozjeżdża się zarówno logika planowania przestrzennego, jak i realne funkcjonowanie miasta.

Resort próbuje zamknąć ostatnią furtkę

Nowe przepisy mają być odpowiedzią właśnie na ten mechanizm.

Nie chodzi już wyłącznie o sam zakaz projektowania mieszkań poniżej 25 mkw., ale o ograniczenie możliwości obchodzenia wcześniejszych regulacji poprzez budowę mikroapartamentów w budynkach zamieszkania zbiorowego.

To bardzo istotna zmiana, ponieważ przez ostatnie lata właśnie ten segment stał się głównym kanałem rozwoju najmniejszych lokali na rynku.

W praktyce oznacza to kolejny etap uszczelniania systemu:

  • najpierw zakazano mikrokawalerek jako mieszkań,
  • następnie rynek przeniósł się do lokali użytkowych,
  • potem do aparthoteli i akademików,
  • dziś regulator próbuje ograniczyć również tę ścieżkę.

Nowe przepisy nie walczą więc już z samą powierzchnią lokalu, lecz z mechanizmem obchodzenia wcześniejszych regulacji.

Wojna, która szybko się nie skończy

Historia mikrokawalerek pokazuje paradoks polskiego rynku mieszkaniowego. Państwo przez lata próbowało regulować segment, który jeszcze dekadę temu samo chciało liberalizować. Rynek odpowiadał jednak kolejnymi konstrukcjami prawnymi – od lokali użytkowych po aparthotele i condohotele.

Trudno zresztą oczekiwać, by było inaczej. Dopóki ceny mieszkań pozostaną wysokie, a część kupujących będzie poszukiwać możliwie najtańszego wejścia na rynek, zainteresowanie najmniejszymi lokalami prawdopodobnie nie zniknie.

– Pytanie brzmi raczej, czy segment ten będzie funkcjonował w przejrzystych i spójnych ramach prawnych, czy też nadal będzie wypychany do kolejnych legislacyjnych szarych stref – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.

Trend Capital chce podwoić skalę działalności. Firma celuje w czołówkę rynku pozabankowego finansowania dla MŚP

Trend Capital, polska firma oferująca finansowanie pomostowe dla małych i średnich przedsiębiorstw, poinformowała o przekroczeniu progu 70 mln zł wartości portfela pożyczkowego. Spółka deklaruje, że w najbliższych latach chce istotnie zwiększyć skalę działalności i znaleźć się wśród największych podmiotów na rynku pozabankowych pożyczek hipotecznych dla firm.

Według informacji przekazanych przez firmę, Trend Capital obsłużył dotychczas ponad 200 klientów, a obecnie współpracuje z blisko 100 aktywnymi przedsiębiorcami. Roczna wartość udzielanego finansowania wynosi około 35,6 mln zł. Średnia kwota pojedynczej pożyczki w ostatnich kwartałach zbliża się do 1 mln zł, natomiast maksymalne finansowanie może sięgać 4 mln zł.

Pozabankowe finansowanie jako odpowiedź na potrzeby firm

Spółka działa w segmencie finansowania pomostowego zabezpieczonego hipotecznie. Tego typu rozwiązania są kierowane przede wszystkim do przedsiębiorców, którzy potrzebują szybkiego dostępu do kapitału, na przykład w celu utrzymania płynności, realizacji kontraktu lub sfinansowania bieżących potrzeb rozwojowych.

Trend Capital wskazuje, że popyt na takie finansowanie rośnie m.in. w związku z wydłużonymi procedurami kredytowymi w bankach oraz ograniczoną dostępnością finansowania dla części branż. Według spółki klasyczne procesy bankowe mogą trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy, podczas gdy w finansowaniu pomostowym kluczowe znaczenie ma czas decyzji i wypłaty środków.

Z oferty Trend Capital korzystają firmy z różnych sektorów gospodarki, w tym deweloperzy, firmy produkcyjne, przedsiębiorstwa z branży medycznej, transportowej, technologicznej oraz gastronomicznej.

Ambicja wejścia do pierwszej trójki rynku

Strategia spółki zakłada podwojenie skali działalności operacyjnej w ciągu około dwóch lat. Trend Capital planuje również systematycznie zwiększać wartość aktywów o 20–30 mln zł rocznie. Zgodnie z deklaracjami firmy portfel pożyczek na koniec 2027 r. ma przekroczyć 110 mln zł.

Anna Kafel-Kwiatkowska, CEO i współzałożycielka Trend Capital, ocenia, że polski rynek pozabankowego finansowania przedsiębiorstw pozostaje rozdrobniony, ale jego wartość można szacować na 3–5 mld zł. Spółka chce wykorzystać rosnące zapotrzebowanie na szybki kapitał i wejść do pierwszej trójki największych podmiotów oferujących pozabankowe finansowanie przedsiębiorstw zabezpieczone hipotecznie.

Firma informuje jednocześnie, że prowadzi proces pozyskiwania dodatkowego finansowania, które ma umożliwić dalszy wzrost portfela pożyczkowego.

Model oparty na prowizji i analizie ryzyka

Trend Capital podkreśla, że jego model biznesowy opiera się na przejrzystych kosztach dla klienta. Według informacji spółki przy terminowej spłacie pożyczki firma nie stosuje oprocentowania, a kosztem finansowania jest z góry określona prowizja. Ma to odróżniać ofertę od mniej transparentnych modeli pożyczkowych funkcjonujących wcześniej na rynku.

Istotnym elementem działalności firmy jest również analiza ryzyka. Trend Capital korzysta z autorskiego systemu scoringowego stworzonego we współpracy z firmą technologiczną Algolytics. System ma automatyzować pracę analityków i pozwalać na szybkie przygotowanie oceny ryzyka po wprowadzeniu danych.

Spółka deklaruje, że dzięki takiemu podejściu utrzymuje zdrowy portfel pożyczkowy, a wskaźnik pożyczek z opóźnieniami w spłacie pozostaje na niskim poziomie. Nie podano jednak konkretnej wartości wskaźnika NPL.

Wsparcie inwestorów instytucjonalnych

Trend Capital zwraca uwagę także na strukturę finansowania swojej działalności. Od pięciu lat spółkę finansują m.in. fundusze zarządzane przez CVI Dom Maklerski, określany w materiale jako lider rynku private debt w Europie Środkowo-Wschodniej. Ich zaangażowanie w projekt ma wynosić 26 mln zł.

Działalność operacyjna grupy jest zarządzana przez Trend Capital Sp. z o.o., natomiast portfele pożyczkowe są lokowane w wyodrębnionych spółkach celowych. Według spółki taka struktura ma zwiększać przejrzystość oraz bezpieczeństwo inwestorów, a także ułatwiać tworzenie wehikułów finansowych dla funduszy instytucjonalnych i inwestorów prywatnych.

Rynek może rosnąć wraz z zapotrzebowaniem na szybki kapitał

Rozwój Trend Capital wpisuje się w szerszy trend profesjonalizacji rynku pozabankowego finansowania przedsiębiorstw. Segment ten pozostaje alternatywą dla finansowania bankowego, szczególnie w sytuacjach, gdy przedsiębiorcy potrzebują szybkiej decyzji lub nie mieszczą się w standardowych kryteriach bankowych.

Jednocześnie działalność tego typu instytucji wymaga ostrożnego zarządzania ryzykiem. Finansowanie zabezpieczone hipotecznie daje pożyczkodawcy dodatkową ochronę, ale nie eliminuje ryzyk związanych z kondycją finansową przedsiębiorców, jakością zabezpieczeń czy sytuacją na rynku nieruchomości.

Trend Capital deklaruje, że chce rosnąć przy zachowaniu konserwatywnego profilu ryzyka. Jeśli spółce uda się pozyskać dodatkowe finansowanie i utrzymać jakość portfela, może zwiększyć swoją pozycję w segmencie, który w Polsce pozostaje rozdrobniony, ale odpowiada na realne potrzeby wielu firm z sektora MŚP.

Samochody elektryczne w Polsce: więcej rejestracji, więcej ładowarek i rekord autobusów

Według danych z końca kwietnia 2026 r. w Polsce było zarejestrowane łącznie 147 596 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). Przez pierwsze cztery miesiące b.r. ich liczba zwiększyła się o 15 386 szt., czyli o 46% więcej niż w analogicznym okresie 2025 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Licznik_Elektromobilnosci_2026-04_grafika_800x450px

Pod koniec kwietnia 2026 r. po polskich drogach jeździły 273 122 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 135 413 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 137 709 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 13 044 szt. Stale rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec kwietnia b.r. składała się z 29 611 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 1 390 772 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 2 225 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 2 061 szt., zaś wodorowe 164 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec kwietnia 2026 r. w Polsce funkcjonowało 12 779 ogólnodostępnych punktów ładowania pojazdów elektrycznych. 48% z nich (6 183 szt.) stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 52% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W przypadku 21% punktów DC możliwe jest również alternatywne skorzystanie z ładowania AC.

Kwiecień to kolejny już miesiąc z rzędu, w którym odnotowaliśmy lepszy wynik rejestracji osobowych BEV niż w roku ubiegłym.  Pomimo wyczerpania budżetu programu „NaszEauto” na polskim rynku nadal dostępnych jest wiele atrakcyjnych ofert na „elektryki”. Średnie ceny szczególnie popularnych w Polsce elektrycznych SUVów segmentu C oraz D są o kilkanaście tys. niższe w porównaniu do 2025 r. Szykuje się nam również absolutnie rekordowy rok pod względem rozwoju zeroemisyjnego transportu publicznego. Od stycznia do kwietnia na drogi wyjechało ponad 330 autobusów bateryjnych – prawie tyle samo co w całym roku 2025 i o niemal 2/3 więcej niż w całym roku 2024. To m.in. konsekwencja kontynuacji dostaw pojazdów objętych dofinansowaniem z programu „Zielony Transport Publiczny” mówi Jan Wiśniewski, Dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.

– Analizując wyniki kwietnia b.r. możemy stwierdzić, że poziom rejestracji samochodów bateryjnych wrócił do poziomu sprzed wprowadzenia programu NaszEauto. Producenci pojazdów – aby spełnić ambitne cele klimatyczne – robią wszystko, aby zaoferować klientom szeroką gamę samochodów bateryjnych i   hybryd plug-in w bardzo atrakcyjnych cenach. Widać to szczególnie w przypadku hybryd plug-in, które nie są objęte żadnym programem dofinansowania, a których ilość w parku pojazdów jest praktycznie taka sama jak samochodów elektrycznych. Warto podkreślić, że konsekwentnie rośnie liczba publicznych punktów ładowania samochodów elektrycznych, a prawie połowa z nich to punkty szybkiego ładowania prądem stałym – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Agent zamiast listy linków. Google zapowiada największą zmianę w historii wyszukiwarki

Podczas dorocznej konferencji Google I/O 2026 w Mountain View technologiczny gigant ogłosił najbardziej radykalną przebudowę swojej sztandarowej usługi od niemal ćwierćwiecza. Skromne pole tekstowe, będące dla miliardów ludzi codzienną bramą do globalnej sieci, ulega gruntownej transformacji. Zamiast prostego katalogowania linków firma stawia na całkowicie przeprojektowane pole wyszukiwania o nazwie Intelligent Search Box oraz autonomicznych agentów opartych na sztucznej inteligencji. Ich zadaniem nie będzie już jedynie odpowiadanie na pytania użytkowników, lecz przede wszystkim samodzielne realizowanie wieloetapowych zadań w tle, co zwiastuje początek zupełnie nowej ery w komunikacji człowieka z maszyną.

Zmiany zaprezentowane przez Google trudno tym razem uznać za kosmetyczne. Ikoniczne, minimalistyczne okienko wyszukiwarki przestaje być jedynie przestrzenią do wpisywania krótkich, sztywnych fraz. Nowy mechanizm został zaprojektowany w taki sposób, aby dynamicznie rozszerzać się na ekranie w miarę wprowadzania dłuższych, naturalnych wypowiedzi. System, napędzany najnowszym modelem językowym Gemini 3.5 Flash, jest w pełni otwarty na komunikację multimodalną. Aby uzyskać pogłębioną, kontekstową analizę danego zagadnienia, obok tradycyjnego tekstu można przesyłać zdjęcia, materiały wideo, obszerne dokumenty, a nawet udostępniać aktywne karty przeglądarki Chrome. Maszyna uczy się odczytywać nie tylko słowa, lecz cały cyfrowy krajobraz, w którym w danej chwili operujemy.

Obserwujemy fundamentalne przesunięcie środka ciężkości z prostego wyszukiwania informacji na ich wielowymiarowe przetwarzanie. Przez ponad dwadzieścia lat to my musieliśmy uczyć się języka maszyny, redukując złożone myśli do prymitywnych zbitków słów. Dziś Google chce, abyśmy zaczęli traktować wyszukiwarkę jak partnera w dialogu, który bez trudu wychwytuje intencję ukrytą za chaotycznym, potocznym językiem – podkreśla Marcin Stypuła z Semcore. – To koniec żmudnego stukania w ekran przy wpisywaniu precyzyjnych haseł. W tej nowej cyfrowej architekturze liczy się przede wszystkim szeroki kontekst. Odejście od myślenia w kategoriach słów kluczowych wywraca do góry nogami zasady gry, które obowiązują od czasu, gdy internet był jeszcze w powijakach – dodaje ekspert ekspert.

Aplikacje na życzenie

Zmiany w Google nie ograniczają się jedynie do sposobu pozyskiwania informacji. Firma idzie o krok dalej, redefiniując również proces tworzenia oprogramowania i zamieniając wyszukiwarkę w interaktywne studio programistyczne. Napędzana technologią Google Antigravity usługa umożliwia generowanie, na podstawie naturalnych poleceń formułowanych w języku potocznym, dynamicznych interfejsów i aplikacji bezpośrednio w oknie przeglądarki. W praktyce oznacza to, że użytkownik nie musi już znać języków programowania, aby stworzyć funkcjonalne narzędzie dopasowane do własnych potrzeb. System potrafi samodzielnie zaprojektować, zakodować i uruchomić choćby spersonalizowany tracker fitness integrujący dane z kalendarza, prognoz pogody oraz lokalnych map, tworząc gotowe do użycia narzędzie, które można zapisać, udostępniać i rozwijać. Subskrybenci wersji AI Pro i Ultra będą mogli budować tzw. „superaplikacje” wspierające złożone, wieloetapowe procesy. Posiadacze podstawowej wersji – przynajmniej na razie – będą musieli zadowolić się prostymi wizualizacjami i symulacjami.

Google zadzwoni do fryzjera i umówi wizytę

Prawdziwym przełomem, na który zwracają uwagę analitycy branżowi, jest debiut tak zwanych Information Agents – agentów AI dostępnych na głównej stronie wyszukiwarki. Mowa o autonomicznych programach, które przypominają niestrudzonych wirtualnych lokajów, pracujących na zlecenie użytkownika bez względu na porę dnia. Agent może na przykład otrzymać polecenie nieustannego monitorowania rynku nieruchomości pod kątem bardzo precyzyjnych wymagań, śledzenia w tle promocji w sklepach odzieżowych czy analizowania subtelnych zmian na rynkach finansowych. Właściciel konta nie musi już odświeżać stron ani wertować portali informacyjnych – otrzymuje gotowy raport w czasie rzeczywistym, dokładnie wtedy, gdy pojawia się istotna z jego perspektywy zmienna.

Na tym nie kończą się ambicje giganta z Mountain View, co doskonale ilustruje funkcja Agentic Booking, w ramach której system samodzielnie zarezerwuje wizytę u fryzjera, dopilnuje realizacji harmonogramu napraw domowych, a w niektórych przypadkach wykona połączenia głosowe do firm, by samodzielnie dopytać o brakujące informacje w ofercie. Funkcjonowanie agentów informacyjnych wesprze usługa Personal Intelligence, która – za wyraźną zgodą użytkownika – integruje dane z jego prywatnego kalendarza, skrzynek pocztowych oraz archiwów zdjęć. Dzięki temu asystent dysponuje pełniejszym, bardziej intymnym obrazem życia swojego właściciela, co pozwala mu unikać konfliktów w harmonogramie i proponować rozwiązania skrojone na miarę.

Jeden koszyk dla wszystkich sklepów

Wisienką na torcie w prezentacji Google jest Universal Cart – koszyk zakupowy oparty na architekturze Google Wallet, który integruje usługi Search, Gemini, Google Pay, Gmail oraz YouTube. Fundamentem tej rewolucji jest Universal Commerce Protocol (UCP), czyli otwarty standard stanowiący wspólny język dla agentów AI, umożliwiający płynne dokonywanie zakupów u wielu sprzedawców jednocześnie. Dzięki temu użytkownik może sfinalizować transakcję kilkoma kliknięciami bezpośrednio przez Google Pay albo przejść na stronę wybranego sklepu. Już na starcie projekt przyciągnął potężnych partnerów, w tym Nike, Sephora, Target, Walmart, Wayfair oraz marki działające w ekosystemie Shopify, takie jak Fenty czy Steve Madden.

W tym wszystkim najciekawsze jest to, że uniwersalny koszyk zakupowy radykalnie upraszcza proces podejmowania decyzji konsumenckich: nie tylko zapamiętuje przeglądane produkty i monitoruje spadki ich cen, lecz także samodzielnie wyszukuje ukryte oszczędności, analizuje historię cen oraz informuje o ponownej dostępności towaru. Możliwości systemu sięgają jednak znacznie dalej – np. podczas kompletowania podzespołów do budowy komputera potrafi on automatycznie wykryć brak kompatybilności sprzętu i zaproponować odpowiednie zamienniki.

Nie mamy tu do czynienia z kolejną ciekawą funkcją, lecz z początkiem epoki Agentic Commerce, która może całkowicie zmienić układ sił w e-commerce. Dzięki integracji zakupów z ekosystemem Google proces zakupowy zostanie niemal całkowicie pozbawiony tarć związanych z logowaniem, płatnościami czy przechodzeniem między sklepami. Oznacza to znaczący spadek liczby porzuconych koszyków oraz możliwość finalizowania transakcji dokładnie w chwili pojawienia się intencji zakupowej, na przykład podczas oglądania recenzji produktu na YouTube. Jednocześnie ta wygoda niesie ze sobą istotne ryzyko dla samych sprzedawców. W modelu kontrolowanym przez platformę Google sklepy internetowe mogą zostać sprowadzone do roli anonimowych centrów logistycznych, tracąc bezpośredni kontakt z klientem, możliwość budowania lojalności wobec marki oraz dostęp do danych first-party. Proces decyzyjny i sama transakcja przenoszą się bowiem do interfejsu technologicznego giganta – uważa Marcin Stypuła z Semcore.

Ekspert ostrzega również, że rozwój agentów AI analizujących ceny i automatycznie wyszukujących najtańsze oferty może doprowadzić do brutalnej wojny cenowej i dalszej presji na marże. – Asystent zakupowy nie będzie promował produktów konkretnego sklepu, lecz po prostu wybierze najkorzystniejszą ofertę dostępna na rynku. To oznacza również osłabienie tradycyjnych strategii cross-sellingowych – prognozuje Stypuła.

Nowości przedstawione na konferencji Google I/O 2026 bazują na imponujących możliwościach obliczeniowych nowego modelu Gemini 3.5 Flash. Przedstawiciele firmy twierdzą, że poczynili milowy krok w kierunku stworzenia sztucznej inteligencji ogólnej, zdolnej do swobodnego rozumowania na poziomie ludzkim. Choć podstawowy wariant nowego silnika trafił właśnie do użytkowników na całym świecie, te najbardziej spektakularne, wielowątkowe zdolności agentów zostaną zarezerwowane dla płatnych subskrybentów planów Pro i Ultra, których premiera w USA planowana jest na lato 2026 r.

Sezonowe ożywienie nie ratuje finansów budownictwa. 45,6 tys. firm ma 1,85 mld zł zaległości

Polska branża budowlana weszła w drugi kwartał 2026 roku z większym ruchem na placach budów, ale bez wyraźnej poprawy kondycji finansowej. Sezonowe ożywienie nie zmienia faktu, że tysiące firm nadal zmagają się z zaległościami płatniczymi, rosnącymi kosztami i niską rentownością kontraktów. Według danych Krajowego Rejestru Długów 45 621 firm budowlanych ma przeterminowane zobowiązania finansowe, a ich łączna wartość wynosi 1,85 mld zł.

Prawie połowa wszystkich zaległości sektora przypada na firmy zajmujące się robotami budowlanymi specjalistycznymi. Ich łączny dług wynosi 846,2 mln zł. Drugie miejsce zajmują przedsiębiorstwa wznoszące budynki, które mają 758 mln zł zaległości. Pozostałe ponad 245 mln zł przypada na firmy budujące obiekty inżynierii lądowej i wodnej.

Najliczniejszą grupę dłużników stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Jest ich 29 740, a ich łączny dług wynosi 853,6 mln zł. Spółki prawa handlowego, choć mniej liczne, odpowiadają za wyższą kwotę zaległości, sięgającą blisko 996,1 mln zł. To właśnie w tej grupie znajduje się krajowy rekordzista zadłużenia – firma budowlana z województwa małopolskiego, która zalega firmie z tej samej branży niemal 18,5 mln zł.

Budownictwo jest branżą silnie powiązaną siecią zależności, dlatego zaległości jednej firmy rzadko pozostają jej indywidualnym problemem. Jeśli wykonawca nie otrzymuje zapłaty na czas, opóźnia płatności wobec podwykonawców, dostawców materiałów czy leasingodawców. Dane pokazują, że najmniejsi przedsiębiorcy są najliczniejszą grupą dłużników, ale największe kwoty zaległości generują większe podmioty. To szczególnie niebezpieczne, bo ich problemy płynnościowe mogą oddziaływać na cały łańcuch realizacji inwestycji – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Słabsza kondycja firm

Dobrze ilustruje to Analiza wiarygodności płatniczej KRD. Choć większość firm budowlanych nadal ma najlepsze oceny A+B+C, to ich udział jest niższy niż rok wcześniej. W marcu 2026 roku wyniósł 86,9 proc., wobec 87,9 proc. r/r. Jednocześnie wzrósł udział przedsiębiorstw z ocenami pośrednimi D+E: z 5,9 proc. w marcu 2025 roku do 6,7 proc. w marcu 2026 roku. Lekko wzrósł też (z 6,2 proc. do 6,4 proc.) udział firm, z którymi współpraca jest najbardziej ryzykowna (z kategorii F+G+H). Oznacza to pogorszenie wiarygodności płatniczej w sektorze budowlanym na przestrzeni ostatniego roku.

Kondycję sektora dodatkowo obciążają rosnące koszty. Według portalu WielkieBudowanie.pl, kwiecień, tradycyjnie już, przyniósł wzrost zamówień we wszystkich analizowanych segmentach usług budowlanych, choć skala poprawy była zróżnicowana. Najmocniejsze odbicie widoczne było w pracach terenowych, posadzkach betonowych oraz ociepleniach i elewacjach. Jednocześnie w kwietniu wzrosły ceny usług budowlanych – średnio o 4,2 proc. miesiąc do miesiąca, w usługach wykończeniowych o 5,7 proc., a w pracach terenowych o 5,1 proc. Dodatkowym obciążeniem pozostają ceny materiałów i sytuacja na rynkach surowców, które według szacunków portalu mogą przełożyć się na ok. 4-proc. wzrost kosztów budowy w skali roku.

Ożywienie ma głównie charakter sezonowy

Dane makroekonomiczne pokazują jedynie ograniczone odbicie po bardzo słabym lutym, ale nie wskazują jeszcze na trwałą poprawę kondycji rynku. Z najnowszego raportu GUS za marzec 2026 roku wynika, że produkcja budowlano-montażowa była o 0,4 proc. wyższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Skala wzrostu pozostaje więc symboliczna, szczególnie w zestawieniu z narastającymi problemami płynnościowymi firm. Wzrost odnotowano w budowie budynków, gdzie wyniósł 1,4 proc. oraz w robotach budowlanych specjalistycznych, które zwiększyły się o 0,2 proc. Spadek utrzymał się natomiast w budowie obiektów inżynierii lądowej i wodnej, gdzie produkcja była niższa o 0,2 proc. niż rok wcześniej.

Słabsze nastroje potwierdza również Barometr EFL. Subindeks dla budownictwa spadł w II kwartale 2026 roku do 47,1 pkt z 51,4 pkt kwartał wcześniej, schodząc poniżej neutralnego poziomu 50 pkt. To najniższy wynik od końca 2022 roku. Szczególnie mocno pogorszyły się oczekiwania dotyczące sprzedaży: jej wzrostu spodziewa się jedynie 3 proc. firm budowlanych, wobec 19 proc. w poprzednim kwartale.

Największym problemem pozostaje niska rentowność prac. Firmy funkcjonują pod presją rosnących kosztów pracy, paliw i wybranych materiałów, a jednocześnie silna konkurencja zmusza je do składania bardzo agresywnych ofert. To klasyczne „przekleństwo najniższej ceny”: kontrakt można wygrać, ale coraz trudniej na nim zarobić. Po okresie dekoniunktury głód zleceń sprawia, że część firm akceptuje stawki, które przy obecnych kosztach szybko stają się zagrożeniem dla płynności – mówi Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Wykonawcy czekają na zapłatę

Największa część długu firm budowlanych (565 mln zł) należy się zarządcom wierzytelności. Kolejna część zadłużenia to faktury nieopłacone wewnątrz samej branży. Dłużnicy zalegają innym podmiotom z sektora budowlanego na 296 mln zł. Na trzecim miejscu znajdują się leasingodawcy, którzy czekają na zwrot 133 mln zł.

Problemem branży nie jest już wyłącznie liczba nowych kontraktów, ale ich opłacalność oraz tempo przepływu pieniędzy między inwestorami, generalnymi wykonawcami, podwykonawcami i dostawcami. W takiej sytuacji nawet wzrost aktywności na rynku nie musi automatycznie oznaczać poprawy bezpieczeństwa finansowego firm.

Najmniejsze firmy budowlane to przeważnie wykonawcy i podwykonawcy, którzy często muszą kupić materiały, opłacić ludzi albo dojechać na budowę, zanim sami otrzymają pieniądze od kontrahenta. Dlatego szukają elastycznego dostępu do finansowania: czasem na krótki cykl realizacji zlecenia, a czasem na dłuższe rozłożenie kosztów. Z naszych danych wynika, że w ostatnim roku produktem pierwszego wyboru w tej branży stała się pożyczka, która wyprzedziła nawet finansowanie w faktoringu cichym i jawnym. Liczba firm korzystających z tego rozwiązania zwiększyła się o ponad 102 proc. rok do roku, a wartość finansowania wzrosła o ponad 120 proc. Średnia kwota pożyczki wynosi 7,7 tys. zł. Jednocześnie przy większych zleceniach firmy nadal chętnie sięgają po eFaktoring. Liczba mikroprzedsiębiorstw budowlanych korzystających z tego rozwiązania zwiększyła się o ponad jedną trzecią rok do roku, a średnia finansowana faktura to ok. 19 tys. zł. Dla dużych podmiotów to niewielkie sumy, ale dla małego wykonawcy mogą decydować o tym, czy przyjmie kolejne zlecenie, kupi materiały na czas i utrzyma płynność między jedną płatnością a drugąmówi Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Firmy budowlane nie tylko mają nieopłacone zobowiązania, ale same również czekają na zwrot 393 mln zł od swoich klientów i kontrahentów. Oprócz wewnętrznych długów branży, które stanowią lwią część zaległości, 44 mln zł są im również winne przedsiębiorstwa przemysłowe, a 22,6 mln zł – z branży nieruchomości.

Dealerzy samochodowi popierają projekt PSL. Chodzi o przewagę producentów i importerów

W dniu 19 maja 2026 roku w Sejmie odbyła się konferencja prasowa zorganizowana przez klub poselski Polskiego Stronnictwa Ludowego, na której zaprezentowano przełomowy projekt zmian w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów. Inicjatywa ta ma na celu radykalne zwiększenie ochrony małych i średnich przedsiębiorców w Polsce.

Projektowana nowelizacja wprowadza do polskiego porządku prawnego zupełnie nową instytucję – pojęcie „względnej pozycji dominującej”. Będzie to kluczowe narzędzie w rękach Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, pozwalające na skuteczną walkę z praktykami polegającymi na wykorzystywaniu rażącej dysproporcji w potencjale ekonomicznym oraz przewagi kontraktowej stron.

Zgodnie z projektem, nadużywanie względnej pozycji dominującej będzie surowo zakazane i obejmie m.in. narzucanie nieuczciwych cen, odległych terminów płatności, nieuzasadnionych warunków umownych czy stosowanie działań odwetowych. Co niezwykle istotne, czynności prawne będące przejawem takiego nadużycia będą w całości lub w odpowiedniej części nieważne z mocy prawa.

Szczegóły nowych przepisów podczas konferencji przedstawili:

• Krzysztof Paszyk – poseł i przewodniczący klubu parlamentarnego Polskie Stronnictwo Ludowe – Trzecia Droga,
• Jacek Tomczak – poseł i wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego Polskie Stronnictwo Ludowe – Trzecia Droga.

Problem nierównowagi sił jest szczególnie dotkliwy w branży dealerskiej. Dealerzy samochodowi, działający najczęściej jako sektor MŚP, regularnie stają w pozycji zależności od globalnych producentów i importerów. Ci drudzy mogą obecnie w sposób jednostronny narzucać wysokość marż, bonusów, rygorystycznych celów sprzedażowych oraz innych warunków drastycznie wpływających na stabilność biznesową polskich firm.

Projektowane przepisy wychodzą naprzeciw tym wyzwaniom, wprost wskazując, że zależność występuje wtedy, gdy przedsiębiorca jest zmuszony do zawarcia umowy z podmiotem posiadającym przewagę kontraktową lub gdy alternatywne rozwiązania byłyby dla niego nadmiernie uciążliwe.

„Jako branża dealerska jesteśmy żywo zainteresowani tymi zmianami i będą one bardzo korzystne dla ochrony interesów polskich dystrybutorów samochodów. W obecnym stanie prawnym jesteśmy „zblokowani”, bo w aktualnej definicji pozycji dominującej przedsiębiorca powinien mieć udział 40% rynku, a żadna z marek samochodów nie ma obecnie nawet 15%. Zaproponowana zmiana będzie miała ogromny wpływ na rynek, ponieważ w końcu firmy dealerskie będą objęte należytą ochroną. Zresztą, zyska na tym nie tylko nasza branża – nowymi przepisami objęte zostanie ponad 2 miliony przedsiębiorców będących MŚP w Polsce.”

— komentuje Paweł Tuzinek, Prezes Związku Dealerów Samochodów.

Inicjatywę wspierają także przedstawiciele innych branż, wśród których są m.in. najemcy w centrach handlowych zrzeszeni w Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.

„Nowelizacja stanowi szansę na naprawę relacji na linii najemca – wynajmujący. Dzięki nowym narzędziom prawnym UOKiK będzie mógł ingerować we wszystkie sytuacje, w których strona silniejsza nadużywa pozycji dominującej, zwłaszcza w stosunku do małych i średnich przedsiębiorców. W obecnym stanie prawnym najemcom pozostaje jedynie ścieżka sądowa, która – jak wiadomo – jest kosztowna i niezwykle czasochłonna. Mamy historyczny przykład jednego z małych najemców, który czekał na zwycięstwo w sądzie osiem lat.”

– mówi Waldemar Ciępka, dyrektor generalny Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.

Więcej rolników w dobrej niż złej kondycji finansowej, choć sytuacja jest złożona

Z niedawno opublikowanego raportu wynika, że największa grupa rolników (32,9%) ocenia swoją sytuację finansową jako przeciętną. Pozytywne opinie stanowią 36,6% (w tym 9,1% bardzo dobre i 27,5% raczej dobre), natomiast negatywne – 30,5% (19,3% raczej złe oraz 11,2% bardzo złe). Eksperci komentujący te wyniki podkreślają, że przewaga ocen neutralnych może świadczyć o braku finansowych rezerw i uzależnieniu od czynników zewnętrznych. Do tego widać, że około jedna trzecia gospodarstw ma trudności z utrzymaniem płynności lub odczuwa presję zadłużenia, co zwiększa ryzyko przy wahaniach cen. Swobodę inwestycyjną posiada jedynie niewielka część badanych rolników.

Według raportu pt. „Kondycja finansowa polskich rolników. 2026” (autorstwa UCE Research), największa grupa rolników ocenia swoją sytuację finansową na ani dobrą, ani złą – 32,9%. Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, ekspert w dziedzinie zadłużenia w sektorze rolniczym, jest zdania, że dominacja tej odpowiedzi nie oznacza stabilizacji w sensie ekonomicznego bezpieczeństwa, lecz funkcjonowanie gospodarstw w warunkach równowagi bilansowej, gdzie dochody pokrywają koszty, ale nie generują istotnych nadwyżek.

– To bardzo ważne, bo w praktyce oznacza to sektor, który działa na styk, bez buforów finansowych. Taki stan jest typowy dla gospodarek rolnych w okresach presji kosztowej – szczególnie przy wysokich cenach środków produkcji i ograniczonej przewidywalności przychodów. W tym sensie neutralność nie jest komfortem, lecz raczej ekonomicznym „punktem zerowym”, który jest względnie stabilny, ale tylko pozornie – mówi Adrian Parol.

Natomiast dr Paweł Kraciński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie (SGGW) stwierdza, że ww. wyniki należy interpretować jako złe. Skoro nie ma nadwyżek, to znaczy, że rolnicy nie zarabiają. Innymi słowy, nie osiągają odpowiedniego zysku. Raport wykazał też, że 30,5% respondentów negatywnie ocenia swoją sytuację (19,3% – raczej źle, a 11,2% – bardzo źle). Jak wyjaśnia dr Kraciński, to oznacza, że w znacznej części gospodarstw występują trudności z płynnością, a to poważny sygnał ostrzegawczy.

– W sektorze tak silnie uzależnionym od czynników zewnętrznych ww. odsetek negatywnych ocen przekłada się nie tylko na problemy jednostek, ale też na większą niestabilność całego rynku rolnego. To może skutkować ograniczeniem inwestycji, wzrostem zadłużenia oraz spadkiem zdolności gospodarstw do reagowania na kryzysy – komentuje Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z kancelarii GKPG.

W raporcie łącznie 36,6% ocen jest pozytywnych (9,1% bardzo dobrych i 27,5% raczej dobrych). – Niski udział ocen bardzo dobrych wskazuje na to, że tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. Sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – mówi Łukasz Goszczyński.

Prof. Jakub Piecuch z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie uważa, że względna równowaga między odpowiedziami wskazującymi na dobrą i złą sytuację finansową to dowód na brak stabilności i poczucia bezpieczeństwa rolników. – W mojej opinii, wyniki badania wskazują na niepewność sytuacji. Chcąc zgłębić analizę, warto byłoby uwzględnić sytuację makroekonomiczną rolników, czyli napływ produktów z Ukrainy, otwarcie wspólnego rynku w ramach umowy MERCOSUR, kontrakty z Australią itd. To wszystko powoduje, że presja odczuwana przez rolników jest coraz większa – zauważa prof. Piecuch.

Zdaniem Adriana Parola, obraz jest bardziej niejednoznaczny, niż mogłaby to sugerować sama dominacja kategorii neutralnej. Łącznie 36,6% pozytywnych ocen wskazuje na to, że ponad jedna trzecia gospodarstw funkcjonuje w warunkach stabilności lub nawet realnej zdolności inwestycyjnej. Z kolei aż 30,5% ocen negatywnych pokazuje, że niemal co trzecie gospodarstwo doświadcza realnych problemów finansowych, w części przypadków bardzo poważnych, związanych z utratą płynności lub ryzykiem zadłużeniowym. To w warunkach rolnictwa jest szczególnie istotne, bo ogranicza zdolność do inwestycji i zwiększa wrażliwość na wahania cen. To nie jest jeszcze obraz kryzysu systemowego, ale jest to poziom, który wrażliwie reaguje na pogorszenie otoczenia makroekonomicznego.

– Widać strukturę spolaryzowaną wokół środka, przy jednoczesnym istotnym udziale skrajnych napięć. Sektor jest rozciągnięty między stabilnością a kryzysem, bez wyraźnej dominacji jednego stanu. Tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. W praktyce oznacza to, że sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – uważa Adrian Parol.

Jak wyjaśnia ekspert z SGGW, dobra sytuacja garstki rolników wynika z prowadzenia specyficznej działalności, tj. produkcji niszowej. Są produkty czy gałęzie, które dają zysk, np. okresowo niektóre warzywa i owoce. – Nie oznacza to jednak, że za rok ci sami rolnicy nie znajdą się w złej sytuacji. Zmienność, zwłaszcza na małych rynkach, jest duża. Co gorsza, większość czynników makroekonomicznych oddziałuje negatywnie. Stopy procentowe nadal są wysokie w porównaniu do rentowności produkcji rolnej. Rynek pracy jest trudny, bo mało jest chętnych do pracy w rolnictwie, co pociąga za sobą wzrost kosztów wynagrodzeń, a nawet czasami konieczność rezygnacji czy reorganizacji produkcji – zwraca uwagę dr Paweł Kraciński.

W opinii Łukasza Goszczyńskiego, neutralne odpowiedzi w badaniu pokazują, że nawet niewielkie wstrząsy mogą przesunąć je w stronę ocen negatywnych. Dominujące nastroje w rolnictwie zależą głównie od stabilności kosztów produkcji, cen skupu oraz przewidywalności regulacyjnej. Obecnie najbardziej prawdopodobny jest scenariusz dalszej polaryzacji. Część gospodarstw będzie się rozwijać, a reszta – coraz mocniej odczuwać presję finansową. Do tego prof. Jakub Piecuch przewiduje, że sytuacja rolników będzie coraz trudniejsza, m.in. ze względu na zmiany klimatyczne, rosnące ceny nawozów i konkurencję ze strony producentów z krajów, w których produkcja rolna jest tańsza niż u nas.

Przełom dla małych firm. Po zmianie przepisów rośnie liczba „pojedynczych kontroli” L4

Nowelizacja przepisów dotyczących zwolnień lekarskich, która weszła w życie 13 kwietnia 2026 roku, po raz pierwszy dała możliwość samodzielnej kontroli L4 także firmom zatrudniającym poniżej 20 pracowników. Eksperci rynku pracy wskazują, że dla sektora MŚP to prawdziwy przełom. Dotychczas małe firmy były w praktyce uzależnione od działań ZUS, który prowadził kontrole stosunkowo rzadko. Dziś przedsiębiorcy coraz częściej sięgają po tzw. pojedyncze kontrole L4, które można zlecić w kilka minut i przeprowadzić nawet w ciągu 24-72 godzin na terenie całego kraju.

Jedno L4 potrafi sparaliżować małą firmę

Zdaniem ekspertów nowe przepisy szczególnie mocno zmieniają sytuację małych przedsiębiorstw, gdzie nawet pojedyncza absencja może wywołać poważne problemy organizacyjne.

– W dużej organizacji jedno L4 jest często jedynie elementem statystyki. W małej firmie może oznaczać realny kryzys operacyjny. Mówimy o sytuacjach, w których nagła nieobecność pracownika potrafi zatrzymać produkcję, sparaliżować realizację usług albo wymusić czasowe zamknięcie punktu – mówi Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy i prezes Conperio, polskiej firmy doradczej specjalizującej się w zarządzaniu absencją chorobową.

Jak wskazuje, po zmianie przepisów wyraźnie wzrosło zainteresowanie tzw. kontrolą pojedynczych zwolnień chorobowych.

– Jeszcze kilka miesięcy temu wielu małych przedsiębiorców było praktycznie bezradnych. Dziś mogą zlecić kontrolę w ciągu kilku minut i szybko zweryfikować, czy zwolnienie jest wykorzystywane prawidłowo. Widzimy wyraźny wzrost zainteresowania takimi pojedynczymi kontrolami – dodaje ekspert rynku pracy.

Największe ryzyko? Krótkie i nagłe L4

Najbardziej problematyczne dla sektora MŚP czy produkcji są dziś krótkie, niezaplanowane absencje, szczególnie jednodniowe zwolnienia pojawiające się w okolicach weekendów lub w okresach zwiększonego obciążenia pracą. To właśnie one są najtrudniejsze do organizacyjnego zabezpieczenia i często powodują największe straty operacyjne.

– Jednodniowe, nagłe L4 są dziś jednym z największych wyzwań dla zespołów. W praktyce przedsiębiorca bardzo często nie ma możliwości szybkiego zastąpienia pracownika, a każda taka absencja automatycznie zwiększa obciążenie pozostałych osób – wskazuje Mikołaj Zając.

Jak wynika z danych Barometru Absencji Chorobowej Conperio za 2025 rok, ponad 44 proc. jednodniowych zwolnień lekarskich przypada na dni bezpośrednio sąsiadujące z weekendami.

Kontrola L4 staje się usługą „na żądanie”

Nowe przepisy nie tylko rozszerzyły uprawnienia przedsiębiorców, ale również zmieniły sposób funkcjonowania rynku kontroli L4. Coraz częściej mają one charakter szybkiej, punktowej reakcji na konkretną sytuację w firmie.

Zdaniem ekspertów rok 2026 może przynieść dalszy wzrost zainteresowania kontrolami zwolnień lekarskich w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw.

To milowy krok dla MŚP. Po raz pierwszy mali przedsiębiorcy otrzymali realne narzędzie reagowania na nadużycia, które wcześniej pozostawały praktycznie poza ich kontrolą. Można się spodziewać, że liczba pojedynczych kontroli będzie systematycznie rosła, szczególnie w branżach najbardziej narażonych na problemy kadrowe i absencje – podsumowuje prezes Conperio.

Allianz Partners wdraża AI do automatyzacji likwidacji szkód

Allianz Partners wdrożył rozwiązanie firmy Minte.ai – narzędzie oparte na sztucznej inteligencji wspierające proces likwidacji szkód osobowych. System wykorzystywany jest w obsłudze roszczeń z tytułu następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW) w ramach produktów Allianz Zdrowie.

Zawarta umowa umożliwia Allianz Partners wykorzystanie technologii Minte.ai w procesie rozpatrywania zgłaszanych szkód osobowych. Narzędzie jest wykorzystywane przy obsłudze roszczeń z tytułu hospitalizacji oraz NNW, usprawniając proces likwidacji szkód i skracając czas podejmowania decyzji.

Szybsze decyzje i większa spójność dzięki AI

Wdrożenie Minte CLAIMS odpowiada na jedno z kluczowych wyzwań branży – konieczność szybkiej i precyzyjnej analizy obszernej dokumentacji medycznej oraz ograniczenia ryzyka niejednolitych ocen szkód.

Automatyzacja pozwala znacząco przyspieszyć proces oraz zwiększyć jego transparentność. System może dostarczyć wstępną ocenę roszczenia nawet w ciągu kilku minut, wspierając ekspertów w podejmowaniu decyzji oraz ograniczając konieczność manualnej analizy – komentuje Ewelina Nazarczuk, Kierownik ds. likwidacji szkód w Allianz Partners Polska.

– Współpraca z Allianz Partners potwierdza korzyści, jakie osiągają nowoczesne podmioty stawiając na gotowe, głęboko wyspecjalizowane komponenty. Sprostanie restrykcyjnym wymogom AI Act oraz RODO w automatyzacji roszczeń medycznych to duże wyzwanie produktowe. W Minte.ai łączymy ogólną technologię AI z własnymi, specyficznymi rozwiązaniami, dzięki czemu zapewniamy efektywność i pełną zgodność regulacyjną już od pierwszego dnia. Taki komplementarny model pozwala wewnętrznym zespołom technologicznym partnera uwolnić zasoby inżynieryjne i skupić się na innych polach budowania przewagi rynkowej – mówi Romuald Paprzycki, CEO Minte.ai.

Rozwiązanie Minte CLAIMS bazuje na wyspecjalizowanych modelach AI poświęconych analizie dokumentacji medycznej, które identyfikują m.in. diagnozy, przebieg leczenia, czy okoliczności uszczerbku oraz obliczają – zgodnie z warunkami umowy ubezpieczeniowej – wysokość świadczenia, np. poziom uszczerbku na zdrowiu. System pozwala na parametryzację produktów ubezpieczeniowych bez przeuczania modeli AI, co jest istotne przy różnorodności załączników do OWU i pozwala na pełną automatyzację procesu oceny roszczenia zgodnie z obowiązującą legislacją. Co istotne, technologia działa bez przesyłania danych do chmury obliczeniowej, co oznacza, że wrażliwe dane medyczne nie są przesyłane poza ściśle określoną infrastrukturę.

Kierunek: automatyzacja i lepsze doświadczenie klienta

Wdrożenie rozwiązania firmy Minte.ai wpisuje się w szerszy trend wykorzystania sztucznej inteligencji w ubezpieczeniach – nie tylko w celu optymalizacji kosztów, ale przede wszystkim poprawy doświadczenia klientów. Szybsze decyzje, większa przewidywalność procesu oraz przejrzystość rozliczeń stają się dziś kluczowe w ocenie jakości obsługi.