Roboty da Vinci trafią do Ukrainy. Synektik buduje lokalny zespół i spółkę

Synektik rozpoczyna działalność operacyjną na rynku ukraińskim. W Ukrainie powstała już lokalna spółka oraz zespół, który będzie odpowiadał za sprzedaż oraz serwis. Szkolenia tamtejszych lekarzy i personelu medycznego mają być prowadzone Polsce i Czechach. W perspektywie dwóch lat Synektik zamierza zainstalować w Ukrainie około 20 systemów robotycznych da Vinci.

Wejście na rynek ukraiński stało się możliwe dzięki zawartej w lutym br. umowie z Intuitive Surgical, producentem systemów robotycznych da Vinci, rozszerzającej zakres terytorialny współpracy dot. wyłącznej dystrybucji produktów tej firmy przez Grupę Synektik o kolejny rynek – Ukrainę.

– Ukraina to dla nas kolejny naturalny, duży rynek. Pod względem populacji – wyłączając tereny obecnie okupowane, a więc obszar, na którym faktycznie można dziś prowadzić działalność – to blisko 30 milionów mieszkańców, a więc kraj porównywalny z Polską. Penetracja chirurgii robotycznej jest tam wciąż na wczesnym etapie, a obserwowany popyt można określić jako duży. Jednocześnie startujemy w momencie, gdy dyskusja o tym czy chirurgia robotyczna jest potrzebna już dawno się zakończyła. Już teraz przyjmujemy w Polsce ukraińskich lekarzy, którzy chcą poznawać nasze systemy i zdobywać pierwsze doświadczenia. To dla nas ważny sygnał gotowości rynku – mówi Cezary Kozanecki, założyciel i prezes Synektika.

Synektik współpracuje z Intuitive Surgical na polskim rynku nieprzerwanie od 2018 roku, gdzie systemy robotyczne da Vinci stały się istotnym elementem nowoczesnej chirurgii. Od 2022 roku Grupa jest wyłącznym dystrybutorem tych systemów także w Czechach i Słowacji, a w 2024 roku zakres współpracy został rozszerzony o Litwę, Łotwę i Estonię. Wejście do Ukrainy to kolejny krok w budowie silnej, regionalnej platformy dystrybucji zaawansowanych technologii medycznych. Docelowo Synektik chce być obecny w Ukrainie z całym portfolio oferowanych technologii. Już wkrótce udostępni pełną ofertę robotów chirurgicznych oraz rozwiązań cyfrowych takich jak telementoring i teleproktoring.

Lokalna obecność, międzynarodowe wsparcie Synektik

W ocenie Synektika, pomimo trwającej wojny, rynek służby zdrowia w Ukrainie – zarówno prywatny, jak i publiczny – funkcjonuje prężnie, a logistyka działa sprawnie. Specyfika sytuacji wymaga jednak innego podejścia organizacyjnego niż na pozostałych rynkach, gdzie firma jest już obecna. W Ukrainie działać będzie lokalna spółka, z ukraińskim zespołem, który będzie stopniowo rozszerzany wraz z kolejnymi instalacjami. Jednocześnie na potrzeby szkoleń tamtejszych lekarzy i personelu medycznego będą wykorzystywane istniejące centra szkoleniowe Synektika w Polsce oraz w Czechach.

– Model lokalny jest dla nas kluczowy z dwóch powodów. Po pierwsze, w warunkach trwającej wojny zakładamy, że oddelegowywanie pracowników z Polski lub innych krajów może mieć oczywiste ograniczenia. Po drugie, postępowania przetargowe w Ukrainie rozliczane są w walucie lokalnej i premiują podmioty zarejestrowane na miejscu. Obecność operacyjna w Ukrainie jest więc dla nas praktyczną koniecznością – wyjaśnia Cezary Kozanecki.

Rynek porównywalny z polskim

W ocenie Synektika, tempo rozwoju ukraińskiego rynku robotyki chirurgicznej w najbliższych latach może być zbliżone lub nawet wyższe niż dynamika obserwowana wcześniej w innych krajach regionu. – Nasz plan zakłada około 20 instalacji systemów robotycznych da Vinci w Ukrainie w perspektywie najbliższych dwóch lat. Dla porównania, w Polsce, gdzie jesteśmy przedstawicielem Intuitive od siedmiu lat, do końca czerwca będziemy mieli zainstalowanych już 100 robotów da Vinci, a w całym regionie ponad 140. Naszą ambicją jest, aby Ukraina, podobnie jak Polska czy kraje bałtyckie, była rynkiem, gdzie dostarczamy nie tylko roboty, ale także szkolenia, serwis i instrumenty robotyczne. Ta część biznesu generuje powtarzalne przychody, stanowiące już ponad 50% sprzedaży naszej grupy – informuje Cezary Kozanecki.

Trzy uzupełniające się źródła finansowania

Zakupy sprzętu medycznego w Ukrainie mogą być, zdaniem Synektika, finansowane z trzech uzupełniających się źródeł. Pierwszym jest budżet państwa, drugim – równie istotnym – jest sektor prywatny, gdzie podobnie jak w Polsce i na innych rynkach gotowość do adaptacji i intensywnego wykorzystywania nowoczesnych technologii medycznych jest wysoka. – Widzimy, że placówki prywatne najszybciej wprowadzają nowe technologie, mają silną motywację, by przyciągać pacjentów i oczekują, że zainstalowany sprzęt zacznie szybko i intensywnie pracować. Podobnie było w Polsce, gdzie ekspansję z robotami da Vinci zaczynaliśmy właśnie od sektora prywatnego – komentuje Cezary Kozanecki.

Trzecim źródłem finansowania, specyficznym dla Ukrainy, są środki pomocowe na odbudowę i wsparcie systemu ochrony zdrowia oraz niektóre z programów obronnych. Część z nich obejmuje także chirurgię rekonstrukcyjną i potrzeby medycyny pola walki, czyli obszary, w których technologie oferowane przez Synektik znajdują realne zastosowanie.

Świetne wyniki Nvidii, ale rynek oczekuje perfekcji

Nvidia pozostaje jedną z najważniejszych spółek globalnego boomu na sztuczną inteligencję, ale jej najnowsze wyniki pokazują, że inwestorzy zaczynają patrzeć na firmę z większą ostrożnością. Spółka zaprezentowała bardzo mocne dane finansowe: przychody wzrosły o 85% rok do roku, do 81,6 mld USD, a segment centrów danych wygenerował 75,2 mld USD sprzedaży. Równie imponująca była prognoza na kolejny kwartał, zakładająca około 91 mld USD przychodów, czyli więcej niż oczekiwał rynek. Mimo to akcje Nvidii spadły w handlu posesyjnym, co dobrze pokazuje, że w przypadku tak wysoko wycenianej firmy same bardzo dobre wyniki przestają wystarczać.

Najważniejszym elementem historii Nvidii pozostaje dominacja w infrastrukturze AI. Firma nadal jest kluczowym dostawcą układów wykorzystywanych do trenowania i uruchamiania zaawansowanych modeli sztucznej inteligencji, a jej platforma Blackwell jest przedstawiana przez zarząd jako najszybciej rozwijany produkt w historii spółki. Jensen Huang buduje wokół Nvidii narrację o „fabrykach AI”, czyli nowej generacji infrastruktury obliczeniowej, która ma stać się fundamentem cyfrowej gospodarki. W tej wizji popyt na moc obliczeniową nie jest krótkotrwałym cyklem inwestycyjnym, lecz początkiem wieloletniej przebudowy globalnej infrastruktury technologicznej.

Jednocześnie Nvidia próbuje zmniejszyć zależność od największych operatorów centrów danych, czyli hyperscalerów. To ważny kierunek strategiczny, ponieważ obecnie duża część przychodów firmy jest powiązana z inwestycjami największych grup technologicznych. Spółka coraz mocniej liczy na popyt ze strony przedsiębiorstw, rządów oraz klientów przemysłowych, którzy będą wdrażać AI w produkcji, administracji, robotyce, automatyzacji i systemach autonomicznych. Taka dywersyfikacja mogłaby obniżyć ryzyko koncentracji przychodów i wydłużyć cykl wzrostu poza obecny boom na centra danych.

Rynek pozytywnie odebrał zwłaszcza sugestie Huanga, że sztuczna inteligencja wychodzi poza serwerownie i zaczyna przenikać do świata fizycznego. Koncepcja „physical AI”, obejmująca roboty, humanoidy i pojazdy autonomiczne, zwiększa potencjalny rynek adresowalny nie tylko dla Nvidii, lecz także dla szerokiego łańcucha dostaw. Dlatego komentarze szefa spółki wywołały silne wzrosty wśród azjatyckich producentów pamięci, chipów, elektroniki i komponentów. Rosły między innymi akcje Samsunga, SK Hynix, TSMC, Hon Hai Precision, SoftBanku oraz spółek związanych z robotyką, takich jak LG Electronics i Hyundai Mobis. To pokazuje, że inwestorzy zaczynają patrzeć na boom AI szerzej niż wyłącznie przez pryzmat jednej amerykańskiej spółki.

Azja ma w tej historii znaczenie fundamentalne. To właśnie tam znajduje się znaczna część łańcucha dostaw Nvidii: od produkcji półprzewodników, przez pamięci, po montaż sprzętu i komponenty elektroniczne. Jeżeli popyt na AI będzie dalej rósł, korzyści mogą odnieść nie tylko producenci najbardziej zaawansowanych układów, ale również firmy dostarczające tańsze chipy, pamięci, systemy chłodzenia, sprzęt sieciowy i rozwiązania wykorzystywane w automatyzacji. Z punktu widzenia rynku oznacza to, że inwestorzy szukają kolejnych beneficjentów trendu AI, zwłaszcza tam, gdzie wyceny mogą być niższe niż w przypadku samej Nvidii.

Nie oznacza to jednak braku ryzyk. Największą niewiadomą pozostają Chiny. Nvidia nie odnotowała w kwartale przychodów z chińskiego rynku centrów danych, mimo że potencjalny popyt na AI w tym kraju jest bardzo duży. Ograniczenia eksportowe USA sprawiają, że firma nie może w pełni wykorzystać tego rynku, a sama Nvidia wskazuje, że Chiny mogłyby potencjalnie generować nawet dziesiątki miliardów dolarów rocznych przychodów. Brak istotnego wkładu Chin w prognozie na kolejny kwartał pokazuje, że zarząd zachowuje ostrożność i nie zakłada szybkiego rozwiązania problemów regulacyjnych.

Drugim istotnym ryzykiem jest konkurencja. AMD, Broadcom i Google rozwijają własne rozwiązania, a najwięksi klienci Nvidii pracują nad autorskimi chipami, aby ograniczyć zależność od zewnętrznego dostawcy. Na razie przewaga Nvidii pozostaje bardzo duża, ponieważ spółka oferuje nie tylko układy graficzne, ale cały ekosystem obejmujący sprzęt, sieci, oprogramowanie, modele AI i kompletne systemy komputerowe. W dłuższym terminie presja klientów na obniżenie kosztów oraz rozwój własnych układów może jednak ograniczać tempo wzrostu marż lub zmieniać strukturę popytu.

Inwestorzy zwracają też uwagę na koszty. Nvidia nadal utrzymuje bardzo wysoką rentowność, a marża brutto wynosi około 75%, ale spółka zwiększa wydatki na pracowników, infrastrukturę i rozwój nowych produktów. Na obecnym etapie nie jest to jeszcze problem, ponieważ dynamika przychodów pozostaje imponująca. Rynek będzie jednak uważnie obserwował, czy koszty operacyjne nie zaczną rosnąć szybciej niż sprzedaż, zwłaszcza gdy tempo inwestycji w centra danych zacznie się normalizować.

Spółka wczoraj do zamknięcia zyskała 1,3%, względem poprzedniego dnia. Z kolei po ogłoszeniu wyników, na koniec fazy posesyjnej (post-market) straciła 1,26%. Ta reakcja rynku wydaje się być zrozumiała. Nvidia nie rozczarowała operacyjnie, lecz poprzeczka została zawieszona wyjątkowo wysoko. Kurs spółki wcześniej mocno rósł, dlatego część inwestorów mogła zrealizować zyski po publikacji danych. Spadek akcji mimo lepszych od oczekiwań wyników nie oznacza słabości fundamentów, lecz pokazuje, że rynek zaczyna wymagać od Nvidii nie tylko wzrostu, ale niemal perfekcyjnej realizacji scenariusza dalszej ekspansji.

W długim terminie historia Nvidii pozostaje bardzo silna. Spółka jest centralnym graczem rewolucji AI, posiada wyjątkową pozycję technologiczną i korzysta z ogromnego popytu na moc obliczeniową. Jednocześnie jej przyszła wycena będzie zależeć od odpowiedzi na kilka kluczowych pytań: czy popyt na AI utrzyma obecne tempo, czy nowe obszary, takie jak robotyka i physical AI, rzeczywiście staną się dużym źródłem przychodów, czy ograniczenia eksportowe wobec Chin nie będą trwale hamować wzrostu oraz czy konkurenci i najwięksi klienci nie osłabią przewagi spółki.

Nvidia pozostaje symbolem obecnej fali sztucznej inteligencji, ale rynek coraz wyraźniej przechodzi od bezwarunkowego entuzjazmu do bardziej selektywnej oceny. Fundamenty firmy są mocne, prognozy nadal bardzo ambitne, a potencjał długoterminowy ogromny. Jednocześnie przy tak wysokich oczekiwaniach nawet świetne wyniki mogą zostać uznane za niewystarczające, jeśli inwestorzy zaczną obawiać się spowolnienia wzrostu, presji konkurencyjnej lub problemów geopolitycznych. Dlatego Nvidia pozostaje liderem rewolucji AI, ale również spółką, wobec której rynek nie wybacza już żadnych oznak niepewności.

Digitree Group poprawia wyniki. EBITDA w Q1 2026 wyniosła 1,26 mln zł

  • Finalne wyniki za Q1 2026 potwierdziły dalszą poprawę sytuacji operacyjnej i finansowej Digitree Group. Notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa osiągnęła EBITDA na poziomie 1,26 mln zł, wobec ujemnego wyniku rok wcześniej, utrzymując jednocześnie wysoką dynamikę wzrostu biznesu.
  • W pierwszym kwartale 2026 r. skonsolidowane przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, rosnąc o 33,6% r/r. O 1,52 mln zł poprawił się również wynik netto. Na rezultaty pozytywnie wpłynęły zarówno efekty zakończonej restrukturyzacji, jak i konsolidacja Euvic Digital.
  • Digitree Group koncentruje się obecnie na dalszym skalowaniu najbardziej rentownych obszarów działalności, rozwoju poprzez akwizycje oraz uproszczeniu struktury organizacyjnej wokół dwóch filarów biznesowych – agencyjnego i technologicznego.

Digitree Group, notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa, w finalnym raporcie za pierwszy kwartał 2026 r. potwierdziła wyraźną poprawę wyników operacyjnych oraz dalszy wzrost skali działalności. Grupa utrzymała dodatnią rentowność EBITDA, jednocześnie notując istotny wzrost przychodów i poprawę wyniku netto rok do roku.

W pierwszych trzech miesiącach 2026 r. przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, wobec 15,84 mln zł rok wcześniej. EBITDA osiągnęła poziom 1,26 mln zł, poprawiając się r/r o 1,4 mln zł, natomiast wynik netto wzrósł o 1,52 mln zł rok do roku.

Opublikowane dane wyraźnie potwierdzają, że zakończony w poprzednich kwartałach proces zmian organizacyjnych i optymalizacji działalności przełożył się na poprawę jakości biznesu oraz większą stabilność operacyjną Grupy. – W poprzednich kwartałach koncentrowaliśmy się przede wszystkim na uporządkowaniu organizacji, poprawie jakości portfela projektów i zwiększeniu efektywności operacyjnej. Dziś widzimy już konkretne efekty tych działań w wynikach finansowych oraz rosnącej skali biznesu. W Q1 2026 osiągnęliśmy rekordowy poziom EBITDA w porównaniu do analogicznych okresów z ostatnich siedmiu lat – podkreśla Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group S.A.

Jednocześnie coraz większy wpływ na skalę działalności mają przeprowadzone akwizycje oraz rozwój najbardziej rentownych obszarów biznesowych. Istotny udział mają kompetencje oraz portfolio klientów rozwijane w ramach Euvic Digital. Spółki Euvic Digital, Euvic Organic Search oraz Euvic Buzz wspierały w pierwszym kwartale zarówno wzrost przychodów, jak i poprawę rentowności operacyjnej Grupy. Digitree Group pozostaje jednocześnie aktywna w obszarze dalszego rozwoju poprzez kolejne, potencjalne przejęcia i prowadzi rozmowy z kolejnymi podmiotami.

Jednocześnie Grupa pracuje nad dalszym uproszczeniem modelu operacyjnego oraz integracją kompetencji w ramach kluczowych obszarów biznesowych. Prowadzone działania mają wspierać dalszy wzrost efektywności organizacyjnej oraz zwiększać przejrzystość modelu biznesowego z perspektywy rynku i inwestorów. – Chcemy budować Grupę opartą o jasny i czytelny model kompetencyjny, który będzie wspierał dalszy wzrost oraz lepsze wykorzystanie synergii pomiędzy spółkami. Konsolidacja działalności wokół dwóch głównych filarów biznesowych agencyjnego i technologicznego jest jednym z ważnych elementów tego procesu – zaznacza Przemysław Marcol, członek zarządu Digitree Group S.A.

Strategia Digitree Group zakłada dalszy wzrost skali działalności, poprawę rentowności oraz osiągnięcie do końca 2027 r. poziomu ponad 10 mln zł EBITDA.

Przemysł drzewno-meblarski w kryzysie: branża czeka na systemowe działania państwa

Polski sektor drzewny i meblarski to jeden z filarów naszej gospodarki. To setki tysięcy miejsc pracy, miliardy złotych eksportu i innowacje, które wspierają rozwój wszystkich regionów kraju. Dziś ten filar kruszeje i znajduje się w poważnym zagrożeniu.

Rada ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego: pilne zadania państwa

6 maja odbyło się II posiedzenie Rady ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego przy Premierze RP, któremu przewodniczył sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii Michał Jaros. W spotkaniu uczestniczyły Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna oraz stowarzyszenia reprezentujące wszystkie branże przemysłu drzewnego.  Na posiedzeniu Rady przedstawiciele sektora podkreślili, że obecna sytuacja wymaga natychmiastowych działań.

Najważniejsze ustalenia spotkania obejmują:

  • Przygotowanie do połowy lipca przez Lasy Państwowe 10‑letniej prognozy pozyskania drewna z podziałem na gatunki i sortymenty.
  • Wypracowanie założeń ustawy traktującej drewno jako surowiec kluczowy.
  • Konieczność długofalowej strategii opartej na przewidywalności rynku, bezpieczeństwie surowcowym i partnerskim dialogu między administracją a przedsiębiorcami.

Wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli Piotr Wójcik podkreślił, że branża meblarska od lat buduje dodatnie saldo handlowe, tworzy dziesiątki tysięcy miejsc pracy i jest jednym z największych eksporterów mebli na świecie. Bez stabilnego dostępu do surowca i przewidywalnych warunków funkcjonowania firmy ograniczają produkcję, zwalniają pracowników i zamykają zakłady. Jeśli państwo nie podejmie interwencji, Polska straci nie tylko miejsca pracy, ale i jeden z filarów swojej gospodarki i eksportu.

Ograniczanie podaży drewna uderza w polską gospodarkę

Obecnie najważniejszym zagrożeniem dla stabilności przemysłu drzewnego w Polsce jest ograniczanie dostępności drewna. Wysokie ceny i brak surowca nie są przypadkiem – to konsekwencja decyzji kierownictwa Ministerstwa Klimatu i Środowiska, które zmniejszają podaż drewna. Do najważniejszych należą: wprowadzanie moratoriów na wyrąb bez wystarczających podstaw prawnych, wyznaczanie obszarów tzw. „starolasów”, „lasów społecznych” i rezerwatów czy modyfikacja metod użytkowania lasu.  Te ruchy, podejmowane bez rzetelnych analiz i konsultacji, powodują gwałtowny spadek podaży. Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe zapewniało w latach 2017‑2024 około 41 mln m³ drewna rocznie. Po decyzjach MKiŚ na rok 2025 zaplanowano sprzedaż ok. 38 mln m³, a w 2026 r. tylko 36 mln m³To  oznacza redukcję podaży o ponad 12%, co bezpośrednio przekłada się na wzrost cen i erozję konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Kryzys narasta

Z najnowszych analiz branżowych wynika, że polski przemysł meblarski i drzewny mierzy się z najpoważniejszym kryzysem od lat. Na kondycję sektora wpływają czynniki geopolityczne (wojna w Ukrainie, napięcia na Bliskim Wschodzie), spadek popytu i rosnąca niepewność gospodarcza. Jednocześnie koszty prowadzenia działalności – energii, wynagrodzeń, paliw, materiałów oraz surowca drzewnego – rosną lawinowo. Cena papierówki w niektórych RDLP przekroczyła już 540 zł za m³, a rosnący import mebli z Chin odpowiada za blisko 40% całego importu.

Dramatycznie spada też wartość produkcji sprzedanej mebli liczonej metodą podmiotową jako suma przychodów całego sektora – z 69,0 mld zł w 2022 r. do 62,1 mld zł w 2024 r., a prognozy mówią o dalszym spadku. Rentowność branży wynosi zaledwie około 4,4% i  wciąż się kurczy – w pierwszej połowie 2025 r. spadła do 3,8%, przy czym niemal 36% firm jest nierentownych. Zamówienia z rynku niemieckiego spadły w wielu firmach o 50–70%.

Przy malejących zamówieniach firmy są zmuszone do trudnych decyzji: w ciągu ostatnich czterech lat branża meblarska zredukowała około 27 tys. miejsc pracy, co oznacza spadek zatrudnienia o ponad 16%  ze średniego poziomu 165 tys. pracowników w 2022 roku do około 138 tys. w marcu 2026 roku. Lista zamykanych lub zmniejszających produkcję zakładów rośnie – od małych firm rodzinnych po duże, rozpoznawalne marki.

Kluczowe pytania do rządu – branża oczekuje konkretnych działań państwa:

  1. Kiedy zostanie przedstawiona kompleksowa strategia surowcowa gwarantująca stabilny dostęp do drewna, dzięki której firmy będą mogły utrzymać produkcję i planować inwestycje?
  2. Kiedy polski przemysł drzewno-meblarski będzie miał zapewnione przewidywalne i rynkowe ceny surowca drzewnego, stanowiące jeden z podstawowych warunków utrzymania konkurencyjności sektora?
  3. Jakie narzędzia ograniczą rosnące koszty energii i pracy? Utrzymanie konkurencyjności wymaga obniżenia kosztów prowadzenia działalności.
  4. W jaki sposób rząd zamierza chronić rynek przed nieuczciwymi praktykami importowymi oraz nadmierną presją producentów i dostawców spoza Unii Europejskiej?
  5. Czy przewidziano systemowe wsparcie finansowe dla przedsiębiorstw w utrzymaniu zatrudnienia i płynności, aby uniknąć fali bankructw i zwolnień?
  6. Jakie działania zostaną podjęte na rzecz ochrony miejsc pracy oraz lokalnych społeczności przed skutkami kolejnych zamknięć zakładów?

Sektor drzewny i meblarski nie ma czasu na kolejne miesiące strat i bierności. Chodzi o realne życie tysięcy Polek i Polaków, dla których praca w tej branży jest fundamentem bytu. Spadająca produkcja, rosnące koszty i zwolnienia pracowników nie mogą już dłużej czekać na reakcję. Jeśli państwo nie zareaguje natychmiast, znikną miejsca pracy i wpływy do budżetu, a Polska utraci przewagę eksportową.

Polski przemysł potrzebuje działania tu i teraz. Nie możemy pozwolić sobie na opieszałość – każdy kolejny miesiąc zwłoki oznacza dalsze redukcje zatrudnienia, utratę rynku i wzmocnienie zagranicznej konkurencji.

Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna wraz z całym środowiskiem branżowym apeluje do władz państwa o pilne i systemowe działania: stworzenie stabilnej, długofalowej strategii surowcowej, szybkie wsparcie finansowe i regulacyjne oraz ochronę miejsc pracy i lokalnych społeczności.

Polska i Polacy nie mogą pozwolić sobie na bierność. Teraz jest czas na decyzje – na odpowiedzialność i zaangażowanie ze strony organów państwa. Branża drzewno‑meblarska jest gotowa współpracować, dzielić się wiedzą i doświadczeniem, ale oczekuje konkretnych kroków, a nie deklaracji. Tylko w ten sposób uratujemy jeden z najważniejszych filarów polskiej gospodarki, zapewniając bezpieczną przyszłość pracownikom i ich rodzinom.

Kolejne posiedzenie Rady zaplanowano na połowę lipca – to szansa  dla przedstawicieli państwa, aby przedstawić konkretne propozycje działań.

Wyniki Nvidii testem dla hossy AI. W tle Fed, ropa i Bliski Wschód

Maj powoli zbliża się do końca, a rynki dalej żyją w cieniu bliskowschodniego napięcia. Trochę w tle, chociaż w dużym związku z konfliktem w Zatoce Perskiej, pojawiają się kolejne odczyty makro. Ciekawie zapowiada się również lektura protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC. Jednak wszystko to może zejść na dalszy plan po publikacji wyników największej spółki akcyjnej świata.

Zegar tyka, drony czekają

Naprawdę chciałoby się czasem całkowicie pominąć doniesienia z Bliskiego Wschodu, ale trudno to zrobić, kiedy wiele rynkowych wydarzeń wciąż jest interpretowanych przez ten pryzmat. Zasadniczo niewiele zmieniło się od wczoraj, kiedy pisałem, że napięcie wokół tego zawieszonego konfliktu rośnie. Kolejne media potwierdzają (zarówno te z USA, jak i z Izraela), że atak na Iran zasadniczo jest potwierdzony i tylko czekamy na godzinę zero. Zdecydowanie osłabł nawet optymizm pakistańskich pośredników w negocjacjach, którzy przestali już dostrzegać dobrą wolę po obu stronach. Mimo coraz bardziej jednoznacznego i powszechnego nastawienia do zbliżającej się eskalacji, w trakcie środowej sesji traderzy raczej trzymają palce uniesione nad klawiszami zleceń „sell”. Wcisną je i nie przestaną puszczać chyba dopiero w momencie, gdy niebo nad Bliskim Wschodem znowu zasłonią drony i rakiety. Czy już trochę klasycznie stanie się to w weekend?

Poprawa sentymentu bez fundamentu?

Mniej wprawni obserwatorzy rynków (czyli oczywiście nie nasi czytelnicy) mogliby ze środowego handlu wysnuć wniosek, że mamy do czynienia wręcz ze zniknięciem jakichś ryzyk. Przecież indeksy giełdowe ładnie rosną (dla tezy pominiemy azjatycką sesję), a główne europejskie parkiety zyskują ponad 0,5%. Jeszcze mocniej wyglądają rynki wschodzące, czego przykładem jest Warszawa, WIG20 stara się odrobić wczorajsze straty i rośnie ponad 1%. Na rynku długu w końcu chwila oddechu, rentowności obligacji dużej części państw dziś wyraźnie spadają (wystarczyło, że na napięcia w tym obszarze, o którym pisałem wczoraj, dziś uwagę zwróciła większość polskich analityków), a polskie 10-latki znowu są poniżej 6%. Najbardziej w coś (do końca w sumie nie wiadomo w co) chce w środę uwierzyć rynek ropy naftowej, główne odmiany tracą dziś ok. 3%, za lipcowy kontrakt na Brent trzeba płacić mniej niż 108 USD. Najmniej przekonany do kierunku pozostaje forex, gdzie za dobrą oznakę należy chyba uznać brak widocznego umocnienia dolara amerykańskiego. Kurs EUR/USD balansuje na psychologicznym 1,16 USD i pewnie zbiera siły przed dalszym marszem na południe. Taki układ ogranicza straty złotego, a kurs dolara nie przekracza 3,67 zł. Z kolei kurs euro pozostaje w pobliżu 4,25 zł, a kurs franka skorygował się do 4,64 zł.

All in Nvidia

Trochę w tle głównej osi rynkowych zainteresowań pojawiają się kolejne dane makro. W strefie euro potwierdzono wstępne dane inflacyjne za kwiecień, CPI w ujęciu rocznym wyniósł równe 3%. Trudno stwierdzić, czy taki rezultat zmieni podejście EBC już na najbliższym posiedzeniu, ponieważ decydenci mogą się zasłaniać wynikiem odczytu bazowego na poziomie 2,2% rdr. Rynek zdaje się coraz bardziej wierzyć w czerwcową podwyżkę stóp w strefie, ale wciąż trudno to dostrzec w wycenie wspólnej waluty… Pozytywne inflacyjne zaskoczenie nadeszło za to z Wielkiej Brytanii. Kwietniowy CPI w ujęciu rocznym został skorygowany z 3% do 2,8%. Jeszcze mocniej w dół zjechał bacznie obserwowany przez Bank Anglii wskaźnik cen detalicznych RPI, z 3,6% do 3% rdr. Mimo wszystko te publikacje nie zmieniają nastawienia do oczekiwanej w czerwcu podwyżki stóp w Zjednoczonym Królestwie. Nie widać też zmiany w nastawieniu do GBP, kurs funta jest blisko 4,91 zł. Już dziś wieczorem rynki dostaną kolejne silne impulsy. Najpierw o godz. 20 naszego czasu zostanie opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia amerykańskiej władzy monetarnej. W trakcie tego spotkania ujawniły się największe podziały w Komitecie od ponad 30 lat. Jednak jeszcze większą uwagę przyciągnie raport finansowy za pierwszy kwartał największej spółki na świecie (pod względem rynkowej kapitalizacji). Nvidia przyzwyczaiła już do bicia rekordów, więc sama publikacja (po zamknięciu Wall Street) może stać się świetnym sygnałem do realizacji zysków.

Polski rynek magazynowy przekroczył 37 mln mkw.

Według najnowszego raportu „Rynek magazynowo-przemysłowy w Polsce”, opublikowanego przez firmę doradczą Newmark Polska, w pierwszym kwartale 2026 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce przekroczyły 37 mln mkw. W tym czasie sześć głównych rynków regionalnych umocniło swoją przewagę nad pozostałymi regionami, skupiając prawie 70% nowej podaży, ponad 83% powierzchni w budowie oraz niemal 85% zarejestrowanego popytu. Średni wskaźnik pustostanów odnotował spadek nie tylko w ujęciu rocznym, lecz także drugi kwartał z rzędu.

Na koniec pierwszego kwartału 2026 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce przekroczyły 37,4 mln mkw., notując przyrost w ujęciu rocznym o nieco ponad 6,2%.

– Nowa podaż od początku roku wyniosła ok. 653 250 mkw., co stanowi wzrost o ponad 374% względem poprzedniego kwartału, ale jednocześnie spadek o niespełna 4% w porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 r. W trzech województwach deweloperzy oddali do użytku ponad 100 000 mkw. Łącznie przeszło 450 000 mkw. nowej powierzchni trafiło na sześć głównych rynków magazynowych kraju, co odpowiada prawie 70% całkowitej nowej podaży odnotowanej w pierwszym kwartale 2026 roku – mówi Jakub Kurek, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych w firmie doradczej Newmark Polska.

Pod koniec marca 2026 r. w budowie znajdowało się niecałe 1,46 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej, tj. o 18,6% mniej niż w czwartym kwartale 2025 r., ale o prawie 6% więcej niż w analogicznym okresie w 2025 r. Obecnie obiekty w budowie stanowią niecałe 4% całkowitych istniejących zasobów magazynowych w Polsce, co świadczy o stosunkowo niewielkiej aktywności deweloperów. Wskazuje to również na większą ostrożność inwestorów i deweloperów przy podejmowaniu decyzji o rozpoczynaniu nowych inwestycji oraz na stopniową stabilizację rynku po latach bardzo dynamicznego wzrostu.

– Liderem pod względem zarówno powierzchni w budowie, jak i udziału w całkowitym wolumenie realizowanych projektów pozostaje województwo mazowieckie (542 400 mkw.; 37,3%). Drugą pozycję zajmuje Górny Śląsk z wynikiem ponad 216 000 mkw., co stanowi ok. 15% powierzchni wszystkich magazynów pozostających w realizacji – dodaje Jakub Kurek.

Całkowity wolumen powierzchni wynajętej w pierwszym kwartale 2026 r. wyniósł prawie 1,58 mln mkw., co oznacza wzrost o ponad 46,8% rok do roku, ale spadek o 27,7% kwartał do kwartału. Był to jednocześnie najlepszy wynik dla pierwszego kwartału od 2021 roku.

– Biorąc pod uwagę wielkość polskiego rynku oraz aktywność najemców w ostatnich 12 miesiącach, możemy spodziewać się utrzymania zainteresowania wynajmem powierzchni magazynowo-przemysłowych w najbliższym czasie na stosunkowo wysokim poziomie. W efekcie całkowity popyt w tym roku może przekroczyć 6 mln mkw. – mówi Jakub Kurek.

W strukturze transakcji zawartych w pierwszym kwartale 2026 r. dominowały nowe umowy, które odpowiadały za 42% całkowitego popytu. Renegocjacje stanowiły 35,2%, natomiast pozostałe 22,8% przypadło na ekspansje (11,8%) oraz najem zwrotny (11,0%). Szczególnie duży udział transakcji najmu zwrotnego odnotowano w województwie podkarpackim (77,2% całkowitego popytu w regionie), lubelskim (44,8%) i wielkopolskim (43,2%). Warto również dodać, że w tym czasie najemcy wynajęli łącznie 91 950 mkw. na podstawie umów krótkoterminowych (zawieranych na okres do jednego roku).

Wśród największych transakcji sfinalizowanych w okresie od stycznia do końca marca 2026 r. znalazły się m.in. wynajem zwrotny 125 800 mkw. w magazynie dedykowanym firmie Raben w Poznaniu oraz dwie renegocjacje: w Prologis Park Janki na 72 000 mkw. i w Logistic City Piotrków Trybunalski na 68 300 mkw. Oba przedłużenia dotyczyły poufnych najemców z sektora handlowego.

Na koniec marca bieżącego roku udział niewynajętej powierzchni magazynowo-przemysłowej w całkowitych zasobach wyniósł 7,3%, co oznacza spadek o 0,1 p.p. kwartał do kwartału oraz o 1,2 p.p. rok do roku. Przekłada się to na ponad 2,7 mln mkw. dostępnej powierzchni w istniejących budynkach. Dla porównania inwestycje będące w trakcie realizacji oferują do wynajęcia 539 750 mkw., co stanowi nieco ponad 37% całkowitego wolumenu powierzchni pozostającej w budowie.

W pierwszym kwartale 2026 roku zaobserwowano dalszą polaryzację rynku pod względem czynszów ofertowych za powierzchnie magazynowe i przemysłowe.

– Obiekty wyposażone w zaawansowane rozwiązania technologiczne i ekologiczne, znajdujące się w najbardziej poszukiwanych lokalizacjach, odnotowały nieznaczne wzrosty stawek, natomiast właściciele magazynów o niższym standardzie mierzyli się z mniejszym zainteresowaniem najemców oraz koniecznością oferowania bardziej rozbudowanych pakietów zachęt. Najwyższe stawki czynszów na koniec marca roku nadal utrzymywały się w Warszawie (strefa I) oraz w województwie pomorskim – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

Pokolenie Z najczęściej odwiedza galerie handlowe, mimo cyfrowego stylu życia

0

Konsumenci wybierają tradycyjne zakupy przede wszystkim po to, by zobaczyć produkt na żywo – wskazuje tak 6 na 10 osób. Decydujemy się na nie również wtedy, gdy chcemy sprawdzić jakość produktu, zależy nam na czasie lub mamy ograniczone zaufanie do zakupów online, takie wnioski płyną z badania CBRE „Nowy konsument, nowe centra handlowe”. Galerie najczęściej odwiedzają osoby z pokolenia Z – trzy czwarte z nich pojawia się w centrach przynajmniej dwa razy w miesiącu.

Tradycyjne zakupy utrzymują swoje przewagi pomimo rozwoju e-commerce. Główną motywacją klientów do wyboru centrów handlowych jest chęć zobaczenia produktu na żywo – wskazało na to 60 proc. respondentów. Niewiele mniej, bo 56 proc. badanych, udaje się do galerii z potrzeby przymierzenia rzeczy lub zweryfikowania jej jakości. Istotną rolę odgrywa również czas – dla 36 proc. konsumentów kluczowa jest możliwość natychmiastowego zakupu i zabrania produktu ze sobą. Z kolei blisko co czwarty ankietowany (23 proc.) deklaruje, że po prostu lubi atmosferę towarzyszącą wizytom w sklepach. Co ciekawe, jedynie 8 proc. odpowiadających motywuje swoją decyzję brakiem zaufania do e-commerce.

Wyniki badania pokazują, że model omnichannel stał się dziś standardem. Konsumenci swobodnie przełączają się między zakupami online i offline, wybierając kanał najlepiej dopasowany do konkretnej potrzeby. E-commerce wygrywa przede wszystkim ceną i wygodą, umożliwiając szybkie porównanie ofert oraz komfort zakupów bez wychodzenia z domu. Z kolei handel stacjonarny pozostaje niezastąpiony tam, gdzie liczy się możliwość zobaczenia, dotknięcia czy przymierzenia produktu oraz jego natychmiastowa dostępność. Offline wygrywa doświadczeniem zakupowym, a online efektywnością i wygodą. Oba kanały się przenikają, szczególnie dla konsumentów z pokolenia Z, którzy choć żyją w cyfrowym świecie, centra handlowe odwiedzają najczęściej – mówi Anna Wysocka, szefowa działu handlowego, CBRE.

Kobiety i mężczyźni w centrum handlowym

Choć ogólne motywacje konsumentów obu płci do wizyt w galeriach handlowych są podobne, w pewnych aspektach widać istotne różnice. Kobiety wykazują bardziej praktyczne podejście do zakupów tradycyjnych. 59 proc. z nich wybiera sklepy stacjonarne by mieć możliwość przymierzenia lub osobistego sprawdzenia jakości asortymentu (w porównaniu do 52 proc. wśród panów). Kobiety częściej potrzebują również szybko otrzymać produkt (38 proc. vs. 34 proc.).

Dla mężczyzn atmosfera zakupów jest ważniejsza niż dla kobiet – na jej znaczenie wskazała jedna czwarta panów, w porównaniu jednej piątej pań. Co ciekawe, w grupie badanych mężczyzn odnotowano niemal dwukrotnie wyższy poziom sceptycyzmu wobec handlu elektronicznego niż wśród badanych kobiet. Brak zaufania do zakupów online jako powód wizyty w galerii handlowej wskazało 11 proc. mężczyzn i zaledwie 6 proc. kobiet.

– Kobiety i mężczyźni mają różne oczekiwania wobec centrów handlowych. Dla mężczyzn większe znaczenie ma gastronomia, rozrywka czy sama atmosfera zakupów. Kobiety doceniają możliwość przymierzenia produktów, oceny ich jakości i zrobienia zakupów w komfortowych warunkach. Bardziej niż mężczyźni cenią sobie także możliwość zwrotu zamówień złożonych online – dodaje Anna Wysocka, CBRE.

METODOLOGIA

Badanie przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie respondentów odwiedzających centra handlowe, liczącej N=2190 osób. Termin realizacji: od 27 lutego do 4 marca 2026. Metoda: CAWI.

Do 10% rocznego obrotu kary. UOKiK ma nowe narzędzie na e-sklepy już od czerwca

0

Od 19 czerwca 2026 roku każdy polski sklep internetowy musi mieć działający „przycisk odstąpienia od umowy”. Brak ulgi czasowej, brak preferencji dla mikrofirm, kary do 10% rocznego obrotu. W internecie krąży już lawina poradników i połowa z nich myli się co do podstaw. Co naprawdę zmienia dyrektywa (UE) 2023/2673 i dlaczego część sklepów ma już ten problem z głowy – wyjaśnia Michał Tykarski, członek zarządu IAI S.A., właściciela platformy IdoSell.

Mniej niż miesiąc. Tyle zostaje polskim przedsiębiorcom e-commerce do wejścia w życie dyrektywy (UE) 2023/2673, która zmienia sposób, w jaki klient może odstąpić od umowy zawartej online.

UOKiK może nałożyć do 2 mln kary dla osób zarządzających firmą, a w przypadku poważnych i powtórzonych uchybień sankcja sięga 10% rocznego obrotu przedsiębiorstwa.  Warto też pamiętać o tym, że niedopełnienie obowiązków informacyjnych skutkuje przedłużeniem terminu na zwrot z 14 dni do 12 miesięcy. Nowa ustawa wdraża szersze obowiązki informacyjne odnośnie zwrotów, a także bardziej reguluje funkcjonalności odstąpienia od umowy w sklepie.

To nie jest kolejna dyrektywa do „zanotowania na później”. Czerwiec 2026 to twarda data.

O co właściwie chodzi?

Dyrektywa (UE) 2023/2673, przyjęta przez Parlament Europejski i Radę 22 listopada 2023 roku, dodaje art. 11a do dyrektywy 2011/83/UE o prawach konsumentów. Główne założenie to, że rezygnacja z zakupu ma być równie prosta jak sam zakup. Jeśli klient mógł zawrzeć umowę jednym kliknięciem w sklepie, odstąpienie od niej także musi być dostępne elektronicznie, w tym samym środowisku.

Z perspektywy ostatnich dwóch lat i ciągu nowych aktów prawnych (w tym Omnibus, DSA, GPSR, WCAG) – widać, że środowisko e-commerce w Polsce żyje w stanie permanentnego dostosowywania się. Rozumiem, że dla wielu właścicieli sklepów to brzmi jak „znowu coś”. Ale ta zmiana akurat nie jest tak straszna, jak ją opisują. Wymaga konkretnej decyzji, konkretnej konfiguracji i nic więcej.

W praktyce oznacza to, że każdy sklep musi udostępnić wyraźny, łatwy do znalezienia przycisk „Odstąp od umowy tutaj” lub „Odstąp od umowy” w interfejsie zakupowym. Przycisk ten ma być dostępny przez cały czas trwania ustawowego prawa do zwrotu, czyli standardowo 14 dni od odbioru towaru lub zawarcia umowy.

Funkcja powinna być opisana w sposób jednoznaczny i zrozumiały, np. „Odstąp od umowy” albo „Odstąp od umowy tutaj”, lub innym równoważnym określeniem, które nie budzi wątpliwości co do swojego znaczenia.

Obowiązek dotyczy też informowania klienta o istnieniu i lokalizacji funkcji, czyli aktualizacji regulaminu i polityki zwrotów.

Kogo dotyczy?

Odpowiedź jest krótka: wszystkich sprzedawców B2C. Dyrektywa obejmuje towary fizyczne, usługi cyfrowe, treści cyfrowe, subskrypcje, VOD, a także usługi finansowe zawierane na odległość. Nie ma progu obrotów, nie ma wyjątku dla mikroprzedsiębiorców, nie ma kryterium liczby pracowników.

Jeśli prowadzisz sklep B2C i klient może przez Twój serwis zawrzeć umowę na odległość, dyrektywa Cię dotyczy. Bez wyjątków.

Mity i fakty

Słyszę dziś od sprzedawców, że muszą wydłużyć termin zwrotu z 14 do 30 dni, że dyrektywa zmusi ich do darmowych zwrotów, że trzeba budować nową bramkę zwrotów. To wszystko nie wynika z dyrektywy. Ona zmienia tylko jedno: sposób, w jaki klient z prawa do zwrotu może skorzystać. Termin pozostaje ten sam, koszty zwrotu według dotychczasowych zasad. Mity rosną szybciej niż obowiązki.

MITY KRĄŻĄCE W SIECI FAKTY
„Termin na zwrot wydłuża się z 14 do 30 dni.” Termin pozostaje 14 dni od otrzymania towaru – dyrektywa nie zmienia długości terminu, tylko sposób korzystania z prawa odstąpienia.
„Sklep musi pokrywać koszty zwrotu.” Zasady ponoszenia kosztów zwrotu nie zmieniają się – można je nadal przerzucać na konsumenta na obowiązujących regułach.
„Dyrektywa nie dotyczy mikrofirm.” Dotyczy wszystkich sprzedawców B2C – bez progów obrotów, transakcji, liczby pracowników.
„Wystarczy formularz PDF do pobrania.” Nie wystarczy. Wymagana jest funkcja online – przycisk i formularz w środowisku, w którym klient zawarł umowę. PDF może działać dodatkowo, ale nie zastępuje przycisku.
„Jest okres przejściowy – można wdrażać do końca 2026.” Obowiązek dotyczy wszystkich umów zawieranych od 19 czerwca 2026 roku.
„Wystarczy jeden klik – bez potwierdzenia.” Wymagane jest dwustopniowe potwierdzenie, żeby uniknąć przypadkowych odstąpień. Plus e-mail potwierdzający na trwałym nośniku.

 

Omnibus, DSA, GPSR, i teraz to

Według komentarzy, na które można trafić w mediach branżowych, właściciele polskich e-sklepów przeżywali już „katastrofy” związane z dyrektywą Omnibus (ceny i opinie), DSA (moderacja treści), GPSR (bezpieczeństwo produktów). Każda z tych regulacji wyglądała groźnie na papierze. Każda skończyła się jako element konfiguracji.

Pamiętam panikę przy Omnibusie i pamiętam panikę przy DSA. Za każdym razem rynek dramatyzował. Tymczasem zawsze okazywało się, że dobrze przygotowana platforma robiła to za sprzedawcę w tle. Z tą dyrektywą będzie tak samo, pod warunkiem, że ktoś za sprzedawcę myśli zawczasu.

Sklepy, które ten temat mają już z głowy

Różnica między modelami e-commerce w obliczu regulacji prawnych jest subtelna, ale ważna. W modelu SaaS, czyli abonamentowej platformy zarządzanej przez dostawcę, dostosowanie do nowych przepisów leży po stronie dostawcy, nie sprzedawcy.

Na platformach opartych na otwartym oprogramowaniu, takich jak WooCommerce czy PrestaShop, wdrożenie leży po stronie właściciela sklepu lub agencji. To oznacza koszt deweloperski, czas i ryzyko błędów.

W modelu SaaS taka regulacja wygląda inaczej niż na rynku open source. W IdoSell dostosowanie do dyrektywy 2023/2673 to jest nasz problem, nie sprzedawcy: w odpowiednim momencie funkcja włącza się w panelu, a nasi klienci dostają zgodne z prawem rozwiązanie bez kosztów deweloperskich, bez kupowania wtyczek, bez audytów. Tak działa profesjonalna platforma: bierze na siebie zmienność prawa, aby sprzedawca mógł skupić się na sprzedaży.

Jeśli mam coś poradzić właścicielowi sklepu, który dziś czyta o tej dyrektywie po raz pierwszy: nie panikuj, nie czekaj. Sprawdź, na jakiej platformie sprzedajesz i kto bierze odpowiedzialność za zgodność z prawem: Ty, agencja, czy dostawca. To jedno pytanie odpowiada na całą resztę.

Kontekst prawny:

Do 19 czerwca 2026 r. każdy sklep B2C w UE musi mieć wdrożone: widoczny i stale dostępny przycisk odstąpienia na stronie www, online’owy formularz z możliwością wyboru konkretnych produktów, dwuetapowe potwierdzenie, automatyczny e-mail zwrotny, zaktualizowany regulamin, a wszystko to bez dark patterns. Stawką jest do 10% rocznego obrotu, a także 12-miesięczne prawo zwrotu dla klientów.

Retail media rosną w polskim handlu. Ekrany w sklepach zauważa niemal co drugi klient

0

Prawie połowa klientów zauważa w sklepach reklamy na ekranach. Co trzeci konsument nie dostrzega ich. Z kolei jedna piąta osób tuż po wyjściu z placówki handlowej nie pamięta, czy je w ogóle widziała. Autorzy raportu oceniają ww. wyniki jako zadowalające dla marek, producentów i retailerów. I jak twierdzą, zebrane dane pokazują aktualny potencjał retail mediów w Polsce, ale też przestrzeń do pewnych korekt, które – w ich ocenie – branża musi ewidentnie wykonać. Raport daje również wyraźny sygnał retailerom, że sam ekran to za mało. Liczy się jego umiejscowienie, kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym.

Badacze z UCE RESEARCH w ramach raportu pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu” przeprowadzili bezpośrednie wywiady z prawie tysiącem konsumentów wychodzących ze sklepów. I tak z zebranych danych wynika, że 47,4% osób podczas zakupów zauważyło reklamy na ekranach. Według autorów raportu, to jest dobry wynik i poziom, który może na tym etapie rynkowym zadowalać marki, producentów i retailerów. W warunkach sklepowych, gdzie uwaga jest mocno rozproszona między listą zakupów, cenami i logistyką poruszania się po sklepie, niemal co druga osoba zauważyła reklamę. W praktyce oznacza to, że in-store retail media znajdują się w polu widzenia konsumenta, a nie są tylko elementem tła.

– Rynek retail media w Polsce dopiero się skaluje i uczy optymalizacji zarówno po stronie sieci, jak i reklamodawców. Powyższy wynik pokazuje potencjał, ale też przestrzeń do poprawy. To sygnał przede wszystkim dla retailerów, że sam ekran to za mało. Najważniejsze kwestie to jego umiejscowienie, kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym – komentuje Radosław Gołąb, ekspert rynku retail mediów i współautor raportu z MyShopTV.

Przede wszystkim retail media w sklepie wymagają takiego samego podejścia jak digital, czyli planowania, optymalizacji i mierzenia, co podkreśla ekspert. – Kluczowe jest planowanie ustawienia ekranów w kontekście realnej ścieżki klienta, tak aby komunikaty pojawiały się w momentach decyzyjnych, a nie przypadkowych. Kampanie in-store powinny być projektowane pod konkretne miejsce i moment, bo inaczej wygląda komunikacja przy wejściu, a inaczej – przy półce. Do tego dochodzi właściwe wykorzystanie danych oraz powiązanie ekspozycji z efektem sprzedażowym – wskazuje znawca rynku.

Z raportu wynika też, że co trzeci konsument nie zauważył tego typu reklamy – 31,3%. Według ekspertów z MyShopTV, powodem tego może być to, że sklep nie jest typowym medium. Klient przychodzi z konkretnym celem i filtruje bodźce. Jeśli komunikat nie jest osadzony w jego ścieżce zakupowej, fizycznie lub mentalnie, to po prostu go pomija. To nie jest problem samego formatu, tylko dopasowania do momentu i kontekstu.

– Właśnie dlatego tak ważne jest korzystanie z danych first party retailera i dostosowywanie komunikatu do profilu koszyka zakupowego czy prime time sprzedaży produktów z danej kategorii. Dopiero wtedy in-store retail media zaczynają działać jak trzeba, czyli skracają dystans między komunikatem a decyzją, zwiększają konwersję przy półce i realnie wpływają na sprzedaż w miejscu, gdzie ona faktycznie zapada – wyjaśnia Radosław Gołąb.

Do tego widać, że jedna piąta osób zaraz po wyjściu ze sklepu nie pamięta, czy w ogóle zauważyła tego typu reklamy – 21,3%. Jak tłumaczą autorzy raportu, to nie oznacza braku kontaktu, tylko raczej niepamięć. A to już kwestia jakości kreacji, powtarzalności i dopasowania komunikatu. W praktyce oznacza to, że reklama się wyświetliła, ale nie zostawiła żadnego śladu. I tutaj jest bardzo dużo czynników, które mogły mieć na to wpływ – od niewłaściwego dopasowania komunikatu, samej formy reklamy aż po wygląd kreacji.

– Wyniki pokazują, że fundament działa, czyli ekran generuje kontakt z reklamą. Natomiast efektywność nie będzie wynikać z samej obecności ekranów, tylko z tego, jak dobrze kampanie są dopasowane do zachowań konsumenta i jak precyzyjnie wpisują się w proces zakupowy. In-store retail media zaczynają przypominać media digitalowe, gdzie liczy się nie tylko zasięg, ale jakość dotarcia i moment ekspozycji – analizuje ekspert z MyShopTV.

Jak stwierdza Radosław Gołąb, klienci są otwarci na komunikację w sklepie, gdy zapadają ich decyzje. Natomiast ta otwartość trwa bardzo krótko i dotyczy tylko części kategorii. Jeśli komunikat odpowiada na aktualną potrzebę, to działa. Jeśli nie trafia w nią, wówczas znika w tle. Tylko niewielka część kupujących sztywno trzyma się swojej listy zakupów. Potwierdzają to inne badania rynkowe UCE RESEARCH, z których wyraźnie wynika, że polski konsument często zmienia zdanie w samym sklepie w kwestii konkretnego zakupu czy wyboru producenta.

– Skoro decyzje zmieniają się nawet w samym sklepie, to placówka handlowa staje się ostatnim, często decydującym punktem wpływu. In-store nie buduje lojalności w klasycznym sensie, ale bardzo skutecznie przechwytuje decyzję w momencie zakupu. Na samą zauważalność reklam w sklepach najbardziej wpływają takie czynniki, jak odpowiednia lokalizacja ekranu, kontekst kategorii i prostota komunikatu. Ekran przy wejściu działa inaczej niż przy półce. Kreacja do przeczytania przegrywa z komunikatem do zobaczenia w sekundę. Nadmiar bodźców oczywiście istnieje, ale problemem rzadziej jest ich liczba, a częściej brak dopasowania – mówi Radosław Gołąb.

W opinii współautora raportu, wyniki zrealizowanych w sklepach kampanii jednoznacznie pokazują, że reklama w miejscu sprzedaży działa i wpływa na decyzje zakupowe. Na pewno jest jeszcze pole do optymalizacji. Retail media w sklepach fizycznych są dokładnie w tym miejscu, w którym digital był kilkanaście lat temu. Potencjał jest ogromny, ale standardy w handlu dopiero się kształtują.

– Obecnie rynek w Polsce jest na etapie obecności ekranów w sklepach stacjonarnych, natomiast zmierza ku efektywności działań reklamowych. W najbliższych latach wygrają ci, którzy przestaną traktować placówkę handlową tylko jak miejsce emisji reklamy, a zaczną je postrzegać jako środowisko decyzji zakupowej, w którym warto być ze swoim przekazem. Sklep fizyczny stanie się pełnoprawnym kanałem mediowym, z własną logiką planowania i optymalizacji, opartą na danych first party retailera – podsumowuje Radosław Gołąb z MyShopTV.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Raport został oparty na specjalnym badaniu, które realizowano w bezpośrednim otoczeniu blisko 80 placówek handlowych, które w dniu badania posiadały ekrany wizyjne z wyświetlanymi reklamami. Zastosowano metodę wywiadów bezpośrednich z respondentami opuszczającymi sklep (tzw. intercept survey). Do udziału kwalifikowano osoby w wieku od 18 do 65 lat, które w danym momencie realizowały zakupy w analizowanej placówce. Łączna liczebność próby wyniosła blisko 1 tys. osób. Dobór próby miał charakter celowy i był związany z kontekstem sytuacyjnym (tj. dokonywania zakupów), co umożliwiało uchwycenie bezpośrednich deklaracji respondentów dotyczących ich doświadczeń zakupowych. Celem badania była analiza percepcji oraz poziomu zauważalności reklam wizyjnych emitowanych w przestrzeni sklepów detalicznych, a także ocena reakcji konsumentów na tego typu komunikaty w środowisku zakupowym. Badanie stanowi część szerszego projektu badawczego realizowanego w ramach raportu rynkowego pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu. Edycja 2026”.

Praca sezonowa w Polsce coraz bardziej opłacalna. Stawki sięgają nawet 52 zł za godzinę

Praca sezonowa w Polsce może dziś opłacać się bardziej niż wyjazd na saksy. Jak wynika z danych Grupy Progres, obecne stawki wahają się od 32 do nawet 52 zł brutto za godzinę. Firmy, walcząc o pracowników oferują też dodatkowe benefity — premie frekwencyjne, darmowe zakwaterowanie i wyżywienie, dopłaty do transportu czy elastyczne grafiki. Tegoroczny sezon przynosi również ważną zmianę dla zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych: wykonywanie takiej pracy zaczyna wliczać się do stażu pracy i przyszłej emerytury dzięki przepisom obowiązującym od początku 2026 r.

Jeszcze kilka lat temu praca sezonowa kojarzyła się głównie ze zbiorami owoców czy pracą w restauracjach zlokalizowanych w kurortach turystycznych. Dziś nie mniejsze zapotrzebowanie dotyczy magazynów obsługujących e-commerce, centrów logistycznych, festiwali muzycznych, parków rozrywki i całej branży hotelowej czy handlu. Sezon stał się dziś czasem, z którego korzystają niemal wszyscy, a jego wszechstronność sprawia, że rośnie liczba ofert pracy o coraz bardziej zróżnicowanym charakterze. Dzięki temu takie oferty obejmują nie tylko proste, monotonne zajęcia, ale również bardziej interesujące i dynamiczne role w różnych branżach.

Jedna z większych zmian, którą na przestrzeni lat obserwujemy w przypadku pracy sezonowej dotyczy różnorodności stanowisk. Coraz częściej nie są to już wyłącznie proste prace fizyczne, ale role wymagające podstawowych kompetencji cyfrowych, szybkiej adaptacji i umiejętności pracy w dynamicznym środowisku. Sezonowość zatrudnienia zaczyna przypominać elastyczny rynek projektowy, w którym pracownicy płynnie przechodzą między branżami w zależności od popytu i lokalnych wydarzeń. Do tego mają szansę na dość szybki zarobek mówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Rekordowe stawki i nowe benefity napędzają sezon 2026

Jak wynika z danych Grupa Progres, tegoroczne stawki w pracy sezonowej wahają się od 32 do 45 zł brutto za godzinę, choć w przypadku bardziej wymagających lub pilnych zleceń zdarzają się również oferty bardziej intratne sięgające 52 zł brutto. Zarobki części osób plasują się w środku tej stawki. Według statystyk Jooble dotyczących stanowisk zawierających określenie „sezonowa”, przeciętny pracownik w Polsce zarabia rocznie około 80 628 zł (stan na 13 maja 2026 r.). Przekłada się to na średnio 6 719 zł miesięcznie, 1 680 zł tygodniowo lub około 41,99 zł za godzinę. Jednocześnie analiza pokazuje zróżnicowanie wynagrodzeń – najniższe roczne stawki wynoszą około 77 640 zł, a najwyższe sięgają 83 508 zł.

Praca sezonowa ma swoją wartość

W gastronomii nadal dominują oferty dla kelnerów (ok. 32–40 zł/h + napiwki), barmanów (32–50 zł/h, w sezonie i klubach/eventach nawet 50–70 zł/h), baristów (32–45 zł/h), pomocy kuchennych (32–38 zł/h) i kucharzy (35–60 zł/h, w topowych lokalizacjach i kurortach więcej), ale coraz częściej pojawiają się także operatorzy food trucków (32–55 zł/h lub stawka dzienna + udział w obrocie), pracownicy cateringu eventowego (35–60 zł/h) oraz obsługa mobilnych stref gastronomicznych podczas koncertów i festiwali (40–70 zł/h, często z dodatkami za godziny nocne i pracę w weekendy).

W hotelach rekrutowani są nie tylko recepcjoniści i pokojowe (32–45 zł/h), ale też animatorzy dziecięcy (30–50 zł/h), opiekunowie stref wellness (35–60 zł/h), technicy basenowi (35–55 zł/h), concierge sezonowi dla apartamentów premium (40–70 zł/h, często wymagane języki obce) oraz osoby odpowiedzialne za obsługę rezerwacji online (30–50 zł/h, czasem system premiowy od wyników).

W logistyce i handlu sezonowym firmy szukają magazynierów (32–40 zł/h), operatorów kompletacji zamówień (32–45 zł/h), pracowników pakujących przesyłki e-commerce (32–40 zł/h), osób do inwentaryzacji (32–45 zł/h) oraz kierowców dostaw miejskich (35–55 zł/h + premie za kursy i godziny). Coraz więcej ofert dotyczy również obsługi automatów paczkowych i punktów odbioru zamówień w miejscowościach turystycznych (32–40 zł/h).

Bardzo dynamicznie rośnie sektor eventowy, gdzie poszukiwani są montażyści scen (35–60 zł/h), technicy światła i nagłośnienia (40–80 zł/h), stewardzi wydarzeń (32–45 zł/h), pracownicy stref VIP (35–70 zł/h) i osoby obsługujące zaplecze sanitarne podczas imprez plenerowych (32–40 zł/h). Pojawiają się też bardziej nietypowe stanowiska, takie jak operator dmuchańców (32–40 zł/h), opiekun stref relaksu (32–50 zł/h), tester escape roomów sezonowych (32–60 zł/h), kierownik kina letniego (40–70 zł/h) czy animator aktywności sportowych w hotelach i kurortach (32–55 zł/h).

W turystyce i rekreacji szukają instruktorów sportów wodnych (40–80 zł/h, często prowizje od zajęć), operatorów wypożyczalni rowerów elektrycznych (32–45 zł/h), obsługi parków linowych (32–50 zł/h), ratowników (35–60 zł/h + dodatki za odpowiedzialność) i przewodników miejskich (35–70 zł/h + napiwki). Z kolei branża beauty i wellness rekrutuje sezonowych masażystów (40–90 zł/h), kosmetyczki (40–80 zł/h), stylistki paznokci (40–85 zł/h) i recepcjonistów spa (32–50 zł/h). W miejscowościach turystycznych pojawiają się nawet oferty dla fotografów wykonujących zdjęcia turystom (32–70 zł/h lub prowizja od sprzedaży) oraz twórców materiałów do social mediów obsługujących profile hoteli i beach barów (35–80 zł/h lub stawki projektowe).

Praca sezonowa przestała być wyłącznie rozwiązaniem dla studentów szukających wakacyjnego zarobku. Dziś to pełnoprawny segment rynku pracy, w którym firmy rywalizują o kandydatów niemal tak samo jak przy rekrutacjach stałych. Coraz więcej pracodawców buduje markę wokół sezonu i wraca do tych samych pracowników co roku. Kandydaci zwracają uwagę już nie tylko na stawkę, ale też na warunki zatrudnienia, dodatki do pensji, grafik i atmosferę pracymówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Umowa nadal ma znaczenie. Najwięcej ofert na zlecenie, ale rynek się zmienia

Najpopularniejszą formą zatrudnienia pozostaje umowa zlecenie, szczególnie w gastronomii, turystyce i eventach. W logistyce oraz magazynach coraz częściej pojawiają się jednak umowy o pracę na czas określony, ponieważ firmy chcą ograniczyć rotację i szybciej szkolić pracowników do kolejnych sezonów. Pracodawcy próbują przyciągać kandydatów dodatkowymi benefitami: darmowym noclegiem, posiłkami pracowniczymi, premiami za brak absencji czy dopłatami do paliwa.

Duże zainteresowanie budzą także krótkie kontrakty weekendowe i mikrosezony trwające od dwóch do sześciu tygodni. To odpowiedź na zmieniające się podejście młodych pracowników, którzy coraz rzadziej deklarują gotowość do pracy przez całe wakacje. Popularne stają się również hybrydowe modele zatrudnienia – kilka dni pracy stacjonarnej i część zadań wykonywana zdalnie, np. przy obsłudze rezerwacji czy klienta online.

Nowe przepisy zmieniają rynek pracy sezonowej

Nowe przepisy obowiązujące od 2026 roku sprawiły też, że część osób zaczęła zwracać większą uwagę na legalność zatrudnienia i odprowadzanie składek. Zmiany pozwalają bowiem wliczać część okresów przepracowanych na zleceniu do stażu pracy, co może mieć znaczenie przy naliczaniu uprawnień pracowniczych, dodatków stażowych czy długości urlopu.

To pierwszy sezon, w którym kandydaci naprawdę pytają o składki i formalności. Jeszcze niedawno większość młodych ludzi interesowała wyłącznie stawka netto i liczba godzin. Dziś coraz częściej dopytują, czy umowa będzie zgłoszona do ZUS, czy pojawi się odprowadzanie składek i jak wygląda kwestia stażu pracy. To pokazuje, że świadomość rynku pracy rośnie szybciej, niż wielu pracodawców zakładało. W praktyce legalność zatrudnienia zaczyna być elementem przewagi konkurencyjnej podkreśla Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Rodzice wracają do procesu rekrutacji

Jednym z widocznych trendów tegorocznego sezonu jest obecność rodziców podczas rekrutacji. Młodzi kandydaci często przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne z mamą lub tatą, szczególnie jeśli praca wiąże się z wyjazdem do innego miasta albo zakwaterowaniem zapewnianym przez pracodawcę.

Rodzice pytają o standard noclegów, liczbę godzin pracy, bezpieczeństwo transportu i zapisy w umowie. Dla części firm to zaskoczenie, ale wiele organizacji zaczęło już przygotowywać specjalne informacje dla rodzin kandydatów. W branży hotelarskiej i gastronomicznej pojawiły się nawet dni otwarte dla rodziców pracowników sezonowych.

Wraz ze wzrostem liczby ofert rośnie również ryzyko nadużyć, dlatego szczególna czujność kandydatów jest jak najbardziej wskazana. Warto dokładnie weryfikować ogłoszenia – zwłaszcza te, które nie zawierają pełnych danych firmy, jasno określonych warunków zatrudnienia czy szczegółów dotyczących miejsca i formy pracy. Niepokój powinny budzić również nieprecyzyjne zasady dotyczące zakwaterowania, zbyt wysokie potrącenia za nocleg i wyżywienie, a także brak informacji o rzeczywistej liczbie godzin pracy czy systemie zmianowym – zaznacza Magda Dąbrowska. – Szczególnie ostrożnie należy podchodzić do ofert, które obiecują bardzo wysokie zarobki bez umowy lub bez jasno określonego sposobu rozliczeń. Transparentność w tych obszarach jest kluczowa – jej brak może świadczyć o potencjalnych nieprawidłowościach lub nieuczciwych praktykach. Dlatego przed podjęciem decyzji o wyjeździe lub zatrudnieniu warto każdą ofertę dokładnie sprawdzić i upewnić się, że warunki są jasno opisane i możliwe do zweryfikowania. Jeśli oferta wydaje się zbyt dobra, by była prawdziwa, lepiej podejść do niej z dystansem i w razie wątpliwości po prostu z niej zrezygnować – podsumowuje prezeska Grupy Progres.