Pomoc antykryzysową dla firm trzeba zwolnić z podatku – apel Pracodawców RP

Jedne instrumenty pomocowe są objęte podatkiem, inne nie, a nie ma żadnego powodu, by stosować wobec nich różne standardy – wynika z analizy Pracodawców RP. Dlatego należy zwolnić wszystkie instrumenty z podatku i skończyć z sytuacją, w której państwo wypłaca pieniądze z jednej kieszeni, a potem zabiera jako podatek do drugiej. 

W walce z gospodarczymi skutkami pandemii uchwalono już cztery Tarcze Antykryzysowe oraz Tarczę Finansową. Ich generalnym celem jest  przeciwdziałanie głębokiej recesji gospodarczej oraz likwidacji miejsc pracy. „Okazuje się jednak, że zależnie od tego, w jakiej tarczy znalazł się dany instrument pomocowy, jest lub nie jest on obłożony podatkiem” – mówi Łukasz Czucharski, ekspert podatkowy Pracodawców RP.

I tak ustawowe zwolnienie z podatku dochodowego obejmuje przede wszystkim umorzenie mikropożyczki wraz z odsetkami (art. 15 zzd ust. 10 specustawy COVID-19), świadczenia postojowe (art. 52m pkt 1 ustawy o PIT) czy zwolnienie z obowiązku płacenia składek (art. 31zo specustawy COVID-19).

Zgodnie z przekazaną do Senatu Tarczą Antykryzysową 4.0 również dopłaty do oprocentowania kredytów bankowych nie stanowią  przychodu w rozumieniu przepisów o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych.

Wsparcie a podatek dochodowy

Inaczej jednak wygląda kwestia wsparcia otrzymywanego w ramach Tarczy Finansowej, określanego jako subwencja finansowa. Subwencja ta co do zasady podlega zwrotowi, jednakże w określonych przypadkach może zostać umorzona nawet do wysokości 75 proc. Na stronach rządowych wskazuje się, że dla celów podatku dochodowego pomoc finansowa z PFR traktowana jest jak pożyczka. Przedsiębiorcy po otrzymaniu środków z Tarczy Finansowej nie zaliczają ich więc do przychodów podatkowych. „W obecnym stanie prawnym do przychodów zalicza się jednak wartość umorzonych zobowiązań, w tym z tytułu uzyskanego finansowania. Zatem umorzenie kwoty subwencji stanowić będzie przysporzenie dla przedsiębiorcy, co paradoksalnie, biorąc pod uwagę przeznaczenie przyznawanych środków, będzie się wiązać z powstaniem zobowiązania podatkowego i koniecznością zapłaty podatku z tego tytułu” – tłumaczy Łukasz Czucharski. „Podatek zmniejszy więc wydatnie faktyczną wartość pomocy, jaką dana firma otrzyma i może zniweczyć jej efekty” – dodaje.

Jego zdaniem biorąc pod uwagę cel działań osłonowych i potrzebę wsparcia przedsiębiorców w dobie kryzysu, zwolnienie z podatku powinno zostać wprowadzone jako ogólna zasada w odniesieniu do wszystkich instrumentów mających zapobiegać skutkom COVID-19. Trudno bowiem znaleźć uzasadnienie dla opodatkowywania środków wypłacanych w związku epidemią, których przeznaczeniem jest utrzymanie miejsc pracy i zapobieganie fali upadłości.

„Pracodawcy RP apelują więc do rządu o ujęcie wprost w ustawie zwolnienia z opodatkowania wszystkich środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku z przeciwdziałaniem skutkom pandemii COVID-19. Takie działanie wpłynie pozytywnie przede wszystkim na płynność finansową przedsiębiorstw, co jest kwestią fundamentalną w dobie kryzysu” – mówi Łukasz Czucharski.

Niezbędne w ocenie Pracodawców RP jest również wydanie przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej przepisów prawa podatkowego w zakresie opodatkowania środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku ze skutkami COVID-19 w celu jednoznacznego rozwiania wszelkich wątpliwości dot. rozliczeń z administracją skarbową. Pozwoli to uniknąć ewentualnych sporów z administracją w przyszłości i zapewni przedsiębiorcom poczucie pewności prawa.

Rzecznik MŚP zwraca uwagę na sytuację przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne

Uchwalona 4 czerwca 2020 r. ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o zmianie niektórych innych ustaw przewiduje m.in. (na dzień 8 czerwca 2020 r. trwają prace w Senacie RP) ograniczenie wysokości wypłacanych pracownikowi wynagrodzeń przez pracodawcę, u którego wystąpił spadek obrotów gospodarczych lub istotny wzrost obciążenia, w związku z rozwiązaniem umowy o pracę, do kwoty wynoszącej dziesięciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Powyższe rozwiązanie rozciągnięto na wypowiedzenie albo rozwiązanie umowy agencyjnej, umowy zlecenia (lub innej umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy dotyczące zlecenia), umowy o dzieło albo w związku z ustaniem odpłatnego pełnienia funkcji.

Rzecznik MŚP w związku z sygnałami otrzymanymi od przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne zwrócił się o dokonanie stosownych korekt i nierozciąganie na nich problematycznej regulacji.

Obecnie polski rynek składa się w przeważającej większości z agentów będących mikroprzedsiębiorcami, podczas gdy dającymi zlecenie są najczęściej duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Ponadto dysproporcje te znacząco utrudniają dochodzenie roszczeń agentom od ich kontrahentów. W efekcie przedmiotowa regulacja powoduje nie tylko rozciągnięcie na umowę agencyjną zasad, które dotyczyć mają docelowo stosunku pracy, co powodować może problemy interpretacyjne, ale także utrudnia już i tak niełatwą ścieżkę dochodzenia roszczeń przez agentów.

Rzecznik MŚP w swojej opinii z 2 czerwca 2020 r. oraz w wystąpieniu do Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Rozwoju zwrócił ponadto uwagę na długi czas tych ograniczeń (mają obowiązywać przez czas stanu epidemii lub stanu zagrożenia epidemicznego ogłoszonego z powodu COVID-19) oraz potencjalną niezgodność z regulacjami Unii Europejskiej.

Omni-commerce 2020

Rok temu, tj. w czerwcu 2019. roku zgodnie z wynikami badania „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, w Internecie zakupy robiło 57% polskich internautów. Dziś okazuje się, że od tego czasu zaszły ogromne zmiany na korzyść handlu elektronicznego.

Szturm na e-sklepy

Odsetek kupujących w sieci wzrósł o +15p.p. Oznacza to, że obecnie już 72% polskich internatów to e-klienci. Ruch w kierunku e-zakupów zaczął się już w marcu tego roku, gdy ogłoszono pandemię i konsumenci zostali poddani kwarantannie. W tamtym czasie, wyniki badania „E-commerce w czasie kryzysu 2020” pokazały, że 38% internautów zrobiło zakupy na czas kwarantanny w Internecie. Z kanału online skorzystała w tym celu niemal połowa badanych w wieku 35-44 lata. Również mieszkańcy mniejszych miast wybrali Internet w celu zaopatrzenia się w niezbędne produkty, przede wszystkim środki higieniczne lub detergenty. Oprócz chemii domowej i produktów spożywczych najczęściej kupowanymi kategoriami w Internecie w okresie kwarantanny były odzież i obuwie oraz produkty z kategorii zdrowie.

„Migracja kupujących z offline’u do e-commerce, to wyzwanie, ale i szansa dla rynku. Do sklepów online trafiła nowa grupa klientów – osoby, które do tej pory z różnych względów nie kupowały przez Internet. Restrykcje związane z COVID-19 zmusiły je do eksploracji tego kanału sprzedaży. Zaoferowanie tej grupie prostych, intuicyjnych i bezpiecznych procesów zakupowych oraz płatniczych, może sprawić, że częściej będą wybierać zakupy online również po pandemii. Także wielu sprzedawców, działających dotychczas offline, zdecydowało się na przeniesienie lub rozszerzenie dotychczasowej działalności o kanał online, co okazało się szansą na utrzymanie sprzedaży i pozyskanie klientów z dotychczas niewykorzystywanych obszarów.” – mówi Magdalena Grablewska, Marketing Manager w Przelewy24.

Shopping po pandemii

Okazuje się, że pomimo mniej restrykcyjnych zasad kwarantanny i etapowego zdejmowania zakazów dotyczących zakupów stacjonarnych, popularność e-zakupów nie spada. Wzrosła też wartość internetowych koszyków zakupowych. Co 4. Internauta kupuje w sieci więcej niż 5 razy w miesiącu, a co 3. 2-5 razy w miesiącu. Zwiększyła się także nieco liczba wykorzystywanych zakupowo miejsc w Intrenecie, choć wciąż Polacy w sieci kupują głównie w sklepach internetowych (52% vs 46% w 2019. roku) i na platformach zakupowych (38% vs 36% w 2019. roku). Restrykcje nałożone na sklepy stacjonarne spowodowały natomiast osłabienie zjawiska zakupów wielokanałowych. W procesie ostatniego zakupu 36% konsumentów wykorzystało przynajmniej 2 kanały zakupowe (offline / online / mobile). Jest to o -20p.p. mniej niż rok temu. Do 43% spadł udział internautów kupujących te same marki w wielu kanałach, tj. online, mobilnie bądź stacjonarnie. Rok temu 54% internautów wskazywało na takie omni-channelowe zakupy.

„Wyniki badania pokazują wyraźnie, że klienci zmienili swoje nawyki zakupowe. Pandemia koronawirusa ma na to ogromny wpływ. Kluczowe jest zachowanie bezpieczeństwa, a to dają zakupy przez Internet. Raport pokazuje również, że po powrocie do rzeczywistości sprzed COV-19, będziemy nadal starali się ograniczać nasze kontakty bezpośrednie prywatnie i zawodowo. W związku z tym, sektor e-handlu będzie nadal szybko rósł, ponieważ wiele osób, które przekonały się do zakupów przez Internet, będzie je kontynuować ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne, ale również bezpieczeństwo transakcji cyfrowej oraz wygodę i szybkość.” – mówi Patrycja Sass-Staniszewska, Prezes Zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej

Pełne e-koszyki

Zwiększa się skłonność do robienia w Internecie dużych zakupów. Już między 67% a 78% kupujących w sieci konsumentów (w zależności od kategorii) deklaruje, że wartość ich koszyka zakupowego jest taka sama lub wyższa niż offline. Oznacza to, że Polacy przestali bać się droższych e-zakupów. Najczęściej wciąż kupujemy w Internecie produkty modowe, elektronikę i produkty urodowe, ale to kategoria spożywcza – do tej pory będąca mocno na końcu internetowego peletonu – zyskała najbardziej. W związku z COVID-19 produkty spożywcze w sieci zaczęło kupować 14% internautów, a 34% osób, które kupowały dotychczas w sieci w innych kategoriach. Dodatkowo, ta właśnie kategoria, najlepiej – zdaniem internautów – poradziła sobie z nową sytuacją pandemii i ograniczeń z nią związanych. Podczas, gdy jeszcze w marcu tego roku, czyli na początku kwarantanny, badani wskazywali, że często nie mogą dokonać zakupów spożywczych online ze względu na braki produktowe i długie terminy dostawy, teraz są z tych aspektów zadowoleni. W marcu 59% internautów oceniało dostępność produktów spożywczych w e-sklepach źle lub bardzo źle. Obecnie aż 71% ocenia ją dobrze lub bardzo dobrze.

„Polscy konsumenci potrafią się bardzo szybko dostosować do nowej sytuacji. Obostrzenia związane z pandemią wyraźnie to pokazały. Zamknięci w domach Polacy zaczęli testować zakupy online. Jeszcze w marcu „początki” nie były łatwe. Wyniki badania „E-commerce w czasie kryzysu 2020” wyraźnie pokazały wtedy, że wiele osób było niezadowolonych
z dostępności towarów i długich czasów dostaw. Jednak dzięki dynamicznym działaniom po stronie marek i firm logistycznych ta sytuacja znacznie się poprawiła, a konsumenci chwalą sobie zakupy online, w szczególności spożywcze, do których tak ciężko było się im przyzwyczaić przez ostatnie lata.” – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzająca Mobile Institute.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Pandemia i zagrożenie koronawirusem spowodowały również zmiany w preferencjach dotyczących metod dostawy i płatności. Polscy konsumenci coraz częściej zamawiają towary do dedykowanych punktów odbioru – paczkomatów, coolomatów, lodówkomatów. W kontekście metod płatności, w stosunku do 2019. roku, wzrosła jeszcze popularność BLIKA
i szybkich przelewów, które są uważane za bezpieczniejsze i wygodniejsze.

„Odchodzenie od gotówki widoczne w okresie pandemii dotyczy także branży wymiany walut. Klienci rezygnowali z wymiany gotówkowej w kantorach stacjonarnych i przenosili się do internetu. Zauważyliśmy wzmożony ruch w naszych serwisach. Wiele osób, które wcześniej miały obawy przed wymianą walut w sieci, przełamały się i zdecydowały na wygodny i bezpieczny przelew waluty na swoje konto lub konto innej osoby.” – mówi Katarzyna Moszko-Stachowska, PR Manager Currency One, operatora serwisów Walutomat i InternetowyKantor.pl.

Zmieniły się też metody płatności w sklepach stacjonarnych. Następuje dalszy, wyraźny spadek płatności gotówkowych. Gotówką płaci 43% klientów sklepów stacjonarnych, kartą płatniczą – 30%, a zbliżeniowo – 26%. Płatności typu Apple Pay i Google Pay wykorzystuje co 8. badany. Ich popularność wzrosła o +3p.p. Zapytani o najwygodniejszą formę płatności w sklepach stacjonarnych, konsumenci zdecydowanie wskazują płatność zbliżeniową (54%), a gotówkową wybrało jedynie 17% (vs 29% w 2019 roku).

„Widoczny spadek płatności gotówkowych w coraz bardziej cyfrowym świecie sprawił, że właściciele firm, próbują zadowolić swoich klientów, oferując im wachlarz dostępnych metod płatności i upewniając się, że ich dane, oraz dokonywane przez nich płatności są bezpieczne. Dla wielu oznacza to długie i staranne poszukiwanie równowagi między bezpieczeństwem klientów a wygodą zakupów. Warto współpracować z wiarygodnymi firmami, które pomagają w przetwarzaniu płatności i utrzymywaniu bezpieczeństwa danych swoich klientów. Wybór odpowiedniego partnera płatności może pomóc w zminimalizowaniu ryzyka i zaspokojeniu potrzeb klientów w odpowiedni sposób.” – mówi Jakub Czerwiński, Wiceprezes ds. sprzedaży w Adyen.

Zagraniczne platformy zakupowe

Korzystanie z zagranicznych platform zakupowych deklaruje 12% internautów. Co ciekawe, koronawirus miał raczej pozytywny wpływ na zakupy na takich platformach. 27% klientów zadeklarowało, że w wyniku pandemii zwiększyli zakupy zagraniczne, a w przypadku 37% pozostały one bez zmian. Główne powody zakupów na platformach to możliwość kupienia produktów, których w Polsce nie ma (34%), konkurencyjny czas i koszty dostawy (31%) i atrakcyjne ceny (28%). Duży wybór produktów zachęca 24% kupujących, a atrakcyjne warunki zwrotów – 22%.

Partnerami głównymi raportu są Adyen oraz Przelewy24.

Partnerem raportu jest Walutomat.

Źródło: Dane pochodzą z badania i raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020” zrealizowanego na zlecenie Izby Gospodarki Elektronicznej przez firmę badawczą Mobile Institute. Badanie przeprowadzone zostało na próbie 2069 internautów. Opinie zebrano metodą CAWI, wykorzystując responsywne ankiety elektroniczne. Dane zostały zebrane w dniach 20-29 maja 2020 roku. Są reprezentatywne dla internautów w Polsce po względem struktury płci, wieku i wielkości miejsca zamieszkania. Raport jest do pobrania bezpłatnie na stronie Izby Gospodarki Elektronicznej pod adresem https://eizba.pl/wp-content/uploads/2020/06/Omni-commerce-Kupuje-wygodnie-2020.pdf

Koniec globalizacji? Nową rzeczywistość gospodarczą będą tworzyć egoizmy narodowe

Zaczynamy przyzwyczajać się do nowej normalności gospodarczej, ukształtowanej przez kryzys. Epidemia koronawirusa obnażyła słabe strony globalizacji. Gdy większość leków i substancji aktywnych, a także środków ochrony osobistej produkowanych jest w jednym miejscu na świecie – obrona przed epidemią w wielu krajach staje się dużo trudniejsza. Wiemy z doświadczenia, że rozprzestrzeniający się koronawirus uruchomił w wielu państwach gospodarkę egoistyczną – kraje zaczęły się ścigać i walczyć o dostęp do strojów ochronnych oraz przyrządów niezbędnych do testowania pacjentów. Francja i Niemcy zablokowały eksport środków ochrony osobistej do Włoch, by pozostawić je do dyspozycji swoim obywatelom. Takie unaradawianie gospodarek to efekt epidemii, który może pozostać z nami na dłużej.

– Nową rzeczywistość gospodarczą będą tworzyć egoizmy narodowe. Globalizacja niektórych sektorów powoduje długofalowe ryzyko. Będziemy obserwować rozproszenie produkcji w tych sektorach na więcej krajów – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – W sytuacjach kryzysowych, takich jak epidemia, zaczynamy się zastanawiać nad rzeczami, które są bezpośrednio związane z niebezpieczeństwem. Dotyczy to zarówno gospodarki państwowej, jak i zachowań konsumpcyjnych poszczególnych obywateli. Możliwe, że będziemy trochę mniej chodzić do kawiarni. Na pewno będziemy konsumować dużo mniej dóbr luksusowych i to jeszcze przez długi czas. Jesteśmy skonstruowani w ten sposób, że w sytuacji zagrożenia patrzymy na elementy niezbędne do przetrwania. To odegra swoją rolę w zachowaniach konsumenckich oraz w przyszłych decyzjach dotyczących gospodarki krajowej – przewiduje Roszkowski.

Najbardziej pożądani specjaliści IT. Zarobki. Oczekiwania. Wymagania

Oczekiwania płacowe pracowników IT rosną, a specjaliści nie narzekają obecnie na brak ofert pracy. Potwierdza to najnowszy raport portalu rekrutacyjnego No Fluff Jobs, z którego wynika, że najbardziej doświadczeni chcieliby zarabiać o 40 proc. więcej niż teraz, czyli nawet 27 tys. netto na fakturze i 15 tys. zł netto na umowie o pracę. W maju w stosunku do stycznia aż o 14 proc. wzrosła liczba ofert kierowanych do seniorów. Gorzej wygląda sytuacja juniorów – tu ofert pracy chwilowo jest mniej i utrzymuje się trend spadkowy.najpopularniejsze_kategorie

Zarobki

Portal rekrutacyjny No Fluff Jobs postanowił zbadać, jaka przyszłość czeka specjalistów IT zależnie od poziomu ich doświadczenia i kompetencji oraz jakie specjalizacje są obecnie najbardziej pożądane w branży. W IT zarobki uzależnione są od doświadczenia, lokalizacji, wielkości firmy oraz specjalizacji. Najwięcej zarabiają pracownicy seniorzy i eksperci, czyli specjaliści z ponad 8-letnim doświadczeniem. Już 39 proc. ankietowanych z tej grupy zaczęło przygodę z programowaniem w szkole podstawowej. To pokolenie dzisiejszych 30-35 latków.

Z analizy oczekiwań płacowych pracowników IT wynika, że seniorzy (czyli osoby z doświadczeniem powyżej 8 lat) jeszcze w lutym deklarowali, że chcieliby zarabiać ok. 40 proc. więcej niż dziś. Ich średnie zarobki wynoszą około 19,5 tys. zł netto na umowie B2B, a w przypadku umowy o pracę ponad 11 tys. zł netto. Tymczasem oczekiwania to odpowiednio 27 tys. i 19 tys. (uśrednione zarobki na umowach B2B i etacie). Nieco mniej doświadczeni (5-8 lat) przyznają się, że dostają na rękę 10 tys. zł, a oczekują 12 tys. zł. Osoby pracujące w branży 2-5 lat deklarują, że ich pensja netto wynosi 8 tys. zł, a chcieliby, aby wynosiła prawie 10 tys. zł.

Najwyższe zarobki zadeklarowały osoby pracujące w Backendzie oraz Mobile, czyli w najbardziej pożądanych specjalizacjach. Co ciekawe, średnie deklarowane zarobki netto w Backendzie wynoszą 11 tys. zł na umowie B2B. To ok. 10 proc. więcej niż we Frontendzie.

start_programowaniaCzy to koniec rynku dla juniorów?

Obecnie oferty niejuniorskie stanowią prawie 95 proc. wszystkich ogłoszeń w IT. Na rynku intensywnie poszukiwani są doświadczeni pracownicy IT*,  którzy  – najprościej rzecz ujmując – są w stanie pomóc firmom przejść na nowe technologie.

-Branża IT rozwija się dynamicznie i równie dynamicznie reaguje na kryzys. W No Fluff Jobs praktycznie natychmiast odczuliśmy wzrost liczby ofert dla programistów w takich sektorach jak ecommerce, mobile i gaming (bo poza zakupami, zamknięci w domach zapragnęliśmy też rozrywki). Spodziewam się, że w najbliższym czasie te gałęzie IT jeszcze bardziej zyskają na znaczeniu. Część przyzwyczajeń konsumenckich, które wykształciły się w trakcie lockdownu zostanie z nami na dłużej: chętniej będziemy kupować online, kształcić się online i jeszcze intensywniej korzystać z urządzeń mobilnych. To będzie miało swoje odzwierciedlenie w zapotrzebowaniu na wyspecjalizowanych pracowników. Obserwujemy znacznie większą ilość ofert pracy dla osób o większym doświadczeniu w branży IT (poziom mid, senior i ekspert).  To efekt zwiększonego zapotrzebowania na szybkie wdrożenia projektów i cyfrową transformację w sektorach, które do tej pory działały poza siecią lub które w związku z pandemią musiały przyspieszyć swoje plany rozwojowe. Nie oznacza to jednak, że ofert dla juniorów nie ma w ogóle. Kryzys to zwykle dobry sprawdzian kompetencji. Dla talentów w branży zawsze znajdzie się miejsce. W takiej sytuacji warto na pewno zadbać o swój rozwój, zdefiniować swoje słabe strony i dążyć do rozwoju kompetencji w tych dziedzinach. Warto również poszukać mentora lub przyjaznej grupy, która pomoże rozwiązać niektóre dylematy związane z tworzeniem kodu – mówi Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs.

Marzenia o karierze

Zdecydowana większość, bo aż 70 proc. ankietowanych przez No Fluff Jobs pracowników branży IT bardziej niż zarobki ceni sobie możliwość rozwoju i awansu. Aż 63 proc. ankietowanych pracowników IT awansowało w ciągu ostatnich kilku lat, ale tylko 41 proc. jest z tego faktu zadowolonych. Prawie co drugi ankietowany z ponad 8-letnim doświadczeniem pełni funkcję team leadera lub managera.

– Biorąc pod uwagę wciąż rosnącą liczbę pracowników IT na rynku nie dziwi mnie fakt, że ci z większym doświadczeniem (a tych jest zdecydowanie mniej na rynku) pełnią dziś funkcję menedżerskie. Szybko przyrasta liczba pracowników w IT, więc potrzebujemy zwiększonej ilości menedżerów. Ale nie jest to jedyna opcja dla senior deweloperów. Organizacje potrzebują wąsko-specjalizowanych profesjonalistów. Prowadzą innowacyjne projekty: chmura, bezpieczeństwo, wszechobecna potrzeba mikroserwisowania usług, pozbywanie się legacy kodu, itp., więc tworzy się przestrzeń dla architektów rozwiązań technologicznych. To równie atrakcyjna ścieżka rozwoju i potencjalnego awansu. Również finansowo korzystna, nie mniej niż menedżerska – komentuje Eliza Stasińska – Dyrektor Departamentu IT w mBanku.

W kierunku menedżerskim chce rozwijać się 40 proc. badanych i tu motywem jest też podwyżka: 51 proc. sądzi, że na stanowisku kierowniczym zarobi więcej. Co ciekawe, aż 60 proc. badanych uważa, że praca specjalisty jest pewniejsza.

Popularne technologie i języki IT

66 proc. ankietowanych pracowników IT w grupie z minimum 2-letnim doświadczeniem pracuje w czterech najbardziej rozpoznawalnych obszarach IT: Backend, Frontend, Fullstack oraz Testing. Największą grupę stanowią pracownicy programujący w technologiach Backendowych (26 proc.) oraz kolejno: Fullstack (18 proc.),  Frontend (14 proc.) i Testing (8 proc.). Co ważne ankietowani midzi (średniozaawansowani), seniorzy i eksperci znają średnio 5 języków programowania. Wśród najczęściej wymienianych pojawiają się języki, Java, Javascript, Python, PHP, SQL. Zadaniem przebadanych przez No Fluff Jobs seniorów technologie przyszłości  to zdecydowanie JavaScript, Python, Java i React.

W jakich sektorach gospodarki będzie praca dla Ukraińców – badanie Gremi Personal

Dla większości sektorów polskiej gospodarki brak strat do końca roku i przysłowiowe „wyjście na zero” uznano by za duży sukces. Istnieje jednak wiele branż, które są w nieco bardziej korzystnej sytuacji niż inne. Mówimy o przemyśle spożywczym, logistyce, obróbce drewna, produkcji sprzętu AGD. To w ich przypadku obecnie obserwuje się popyt na siłę roboczą z Ukrainy. Do takich wniosków doszło Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal, które przeprowadziło badanie ofert pracy dla pracowników na polskim rynku pracy.

Opracowanie oparte jest na danych uzyskanych z badania przeprowadzonego wśród klientów firmy, analizie ogólnodostepnych danych polskich stowarzyszeń przedsiębiorców branżowych, a także oficjalnych statystyk.

Biorąc pod uwagę dane z czerwca 2020 r. można przewidzieć, że do końca tego roku wolne miejsca pracy dla ukraińskich migrantów zarobkowych wyrażone procentowo pozostaną w następujących sektorach gospodarki:

  • Przemysł spożywczy – 38%
  • Logistyka – 17%
  • Przemysł drzewny i meblarski – 15%
  • Przemysł budowlany – 11%
  • Produkcja sprzętu AGD -10%
  • Sezonowe prace rolnicze – 10%
  • Działalność restauracyjna i hotelowa (HoReCa) – 5%

Przemysł spożywczy: produkcja i przetwórstwo jest liderem wśród branż gotowych zaoferować Ukraińcom największą liczbę wolnych miejsc pracy.

Wiele firm spożywczych odnotowało rekordową sprzedaż na początku pandemii, a także tradycyjnie wysoki popyt w okresie Wielkanocy. Według Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce produkcja niektórych produktów spożywczych wzrosła do prawie 200%. Dotyczyło to głównie produktów o długim okresie ważności – konserwy, płatki zbożowe i mąka. Teraz firmy spożywcze rozpoczęły już przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Fabryki przetwórstwa ryb i drobiu, fabryki słodyczy potrzebują rąk do pracy latem, ale nawet jesienią nie przewiduje się spadku popytu na siłę roboczą w przypadku drugiej fali pandemii.

W przypadku logistyki, znaczną liczbę wolnych miejsc pracy tłumaczy fakt, że pandemia zmieniła zachowanie konsumentów, a dla wielu firm internetowych nadeszły „złote czasy” handlu. Wiele sklepów i sieci spożywczych, które dotychczas koncentrowały się wyłącznie na tradycyjnych kanałach sprzedaży, zachęca klientów do zakupów online. Duże sieci spożywcze nadal otwierają centra dystrybucyjne, w których potrzebni są specjaliści z branży logistycznej, pracownicy magazynu lub operatorzy załadunku.

Zupełnie nieoczekiwanie przemysł meblarski i obróbka drewna zajęły trzecie miejsce pod względem nowych ofert pracy, ponieważ początkowo nastrój był znacznie bardziej pesymistyczny. Dzisiaj branża ma szansę wyjść na zero i nie ponieść strat. Polscy konsumenci zaczęli aktywnie kupować meble, ale taniej. Dlatego teraz branża poważnie koncentruje się na krajowym nabywcy, podczas gdy eksport pozostaje pod znakiem zapytania.

W branży AGD nastąpił również duży skok w tym obszarze ze względu na efekt odroczonego popytu. W rezultacie producenci osiągają nawet minimalny (0,5%) wzrost rocznie.

Sama produkcja była zasadniczo ukierunkowana na eksport. Ale polscy producenci mają nadzieję, że ich produkty będą bardziej konkurencyjne ze względu na niższe ceny w porównaniu do konkurentów z innych krajów UE.

Stabilna sytuacja pod kątem wolnych miejsc pracy dla Ukraińców panuje w branży budowlanej, która w znacznie mniejszym stopniu niż przemysł ucierpiała z powodu pogorszenia koniunktury gospodarczej. Inwestycje w infrastrukturę finansowaną ze środków publicznych i Unii Europejskiej stymulują branżę w tym okresie.

Nieoczekiwanie wolne miejsca dla ukraińskich pracowników pojawiły się w biznesie hotelowym i restauracyjnym. Sytuacja będzie stopniowo ulegać poprawie w okresie wakacyjnym w miejscowościach turystycznych – w obliczu trudności z wyjazdami zagranicznymi w tym roku Polacy preferują turystykę krajową. Odroczony popyt z powodu pandemii spowodował już boom turystyczny w czerwcu. W sezonie pracownicy będą potrzebni w obszarach wypoczynkowych do pracy w hotelach, pensjonatach, obiektach gastronomicznych (restauracje, kawiarnie, food trucki, lody i stragany z fast foodami), punktach wynajmu.

A sektor rolny zapewnia stabilne sezonowe oferty pracy. Ukraińcy stopniowo zaczęli wracać na pola, ale niedobór siły roboczej jest nadal znaczny. Teraz potrzebujemy pracowników do zbierania truskawek i jagód, warzyw i później jabłek.

Wyraźne odbicie w budownictwie mieszkaniowym po kwietniowych spadkach

Najnowsza informacja GUS, dotycząca wyników budownictwa mieszkaniowego w maju oraz w okresie pierwszych pięciu miesięcy bieżącego roku, zakomunikowała dość wyraźne odbicie statystyk inwestycyjnych pierwotnego rynku mieszkaniowego po kwietniowym załamaniu. Pytanie, czy to sygnał szybkiego odradzania się potencjału budownictwa mieszkaniowego, czy też tylko jednorazowe odreagowanie przed kontynuacją osłabienia.Infografika – wyniki deweloperów

Generalnie w majowych danych GUS widać istotną, bo dwucyfrową poprawę w relacji miesiąc do miesiąca zarówno w przypadku mieszkań oddanych, rozpoczętych, jak i nowych pozwoleń na budowę. Taki obraz rynku może robić jak najlepsze wrażenie i sugerować jedynie przejściowy charakter osłabienia związanego z pandemią. Tymczasem dokładniejsze wczytanie się w gusowskie dane już takim optymizmem nie napawa.

Statystyki GUS prezentujące wolumen mieszkań, których budowę rozpoczęto najlepiej obrazują stan bieżącej kondycji rynkowej. W tegorocznym maju inwestorzy ogółem ruszyli z budową 15 tys. lokali. Jest to zdecydowanie gorszy miesięczny wynik w relacji r/r o ponad 28 proc., ale wyraźnie lepszy – rzędu prawie 16 proc. – licząc m/m. Z kolei ilość mieszkań, których budowę rozpoczęto ogółem (indywidualne, przeznaczone na sprzedaż, spółdzielcze oraz pozostałe) w pierwszych pięciu miesiącach br., zamknęła się liczbą 81,2 tys., co oznacza regres względem wyniku osiągniętego w analogicznym okresie ub. roku o blisko 16 proc.

Co warte podkreślenia, na tak wyraźnym osłabieniu danych nowych inwestycji zaważył przede wszystkim powtórnie bardzo słaby miesięczny wynik deweloperów, którzy w tegorocznym maju ruszyli z budową zaledwie 6,2 tys. mieszkań, czyli aż o 45 proc. mniej niż w analogicznym miesiącu 2019 roku. Wynik ten bardzo mocno kontrastuje z nowymi budowami inwestorów indywidualnych, w przypadku których wpływ pandemii na wolumeny rozpoczynanych inwestycji wydaje się symboliczny.

Analogicznie wygląda sytuacja w przypadku statystyk dotyczących nowych pozwoleń na budowę bądź zgłoszeń z projektem budowlanym. Poziom ogółem 19,3 tys. decyzji administracyjnych w maju oznacza spadek rok do roku rzędu ponad 28 proc., przy 16-procentowym wzroście w stosunku do miesiąca poprzedniego. Tu także zanotowany regres wynika z dużo gorszego wyniku deweloperów na poziomie 10,7 tys. pozwoleń, co oznacza spadek w stosunku do maja ub. roku aż o 36 procent. A tego typu sytuacja zdecydowanie już daje do myślenia.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, a także najlepszym barometrem optymizmu inwestorów reprezentujących wszystkie formy budownictwa. Bieżące dane GUS wyraźnie więc sygnalizują perspektywę oczekiwanych trudności w utrzymaniu pozytywnych trendów rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie.

Jak się okazuje, perturbacje związane z zagrożeniem epidemicznym nie nadwyrężyły jedynie danych, na których dotychczas można było niezawodnie polegać, czyli tych dotyczących mieszkań oddanych do użytkowania. Szczególnie dobrze zaprezentowali się w tej kategorii statystyk deweloperzy, którzy w maju oddali 11,2 tys. lokali, czyli o ponad 21 proc. więcej licząc rok do roku. W sumie od stycznia do maja br. do użytkowania trafiło już bez mała 80 tys. mieszkań, co jest wynikiem niemal identycznym z wypracowanym w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Niestety gusowskie dane budownictwa mieszkaniowego za maj potwierdzają tendencję utrwalania stanu cyklicznego spowolnienia koniunktury inwestycyjnej w pierwotnym segmencie mieszkaniówki. Najwyraźniej widać to w przypadku deweloperów, którzy drugi miesiąc z rzędu niemal o połowę ograniczyli swoją aktywność w uruchamianiu nowych budów w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Statystyki inwestycyjne pierwotnego segmentu mieszkaniówki są bowiem w decydującym stopniu wypadkową koniunktury sprzedażowej nowych mieszkań, a ta w przewidywanej przyszłości nie rokuje najlepiej. Prawdopodobnie potwierdzeniem tego będą wyniki sprzedażowe deweloperów za II kwartał tego roku i całe pierwsze półrocze, które poznamy już w najbliższym czasie. Na ich podstawie będzie można nieco więcej powiedzieć o bieżącym stanie koniunktury rynkowej oraz jej perspektywach w bliższej i dalszej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Rusza rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth

  • Rozpoczyna się rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth– giełdowego programu, którego celem jest wsparcie rozwoju małych i średnich firm
  • Udział w programie wzmocni kompetencje liderów i pomoże wyznaczyć nowy kurs w rozwoju firm w czasach pandemii

23 czerwca rozpoczęła się rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth – programu wspierającego rozwój polskiego sektora MSP. GPW Growth należy do najważniejszych inicjatyw strategicznych zawartych w strategii rozwoju Grupy Kapitałowej GPW do 2022 roku.

Przed nami druga edycja Akademii GPW Growth. W trakcie poprzedniej edycji,  uczestnicy programu zostali zainspirowani do tworzenia dodatkowej wartości dla właścicieli, klientów, pracowników i społeczeństwa. Otrzymali też pakiet skutecznych narzędzi pozwalających zarządzać spółką dzięki wartościom.  Tysiące polskich przedsiębiorców, prezesów czy menedżerów z sektora MŚP wciąż potrzebuje wskazówek, jak w pełni wykorzystać potencjał organizacji, szczególnie w dobie obecnej pandemii. Akademia dostarczy uczestnikom wiedzy, umiejętności oraz sieci kontaktów biznesowych, które będą pomocne w pozyskiwaniu kapitału. – powiedział Marek Dietl, prezes GPW.

Uczestnicy Akademii będą mogli wymienić doświadczenia z zarządzania z uznanymi ekspertami biznesowymi, skorzystać z ich wiedzy, a wypracowane rozwiązania wprowadzić w swoich firmach.

Niesamowitym doświadczeniem związanym z Akademią, są – wplecione w program wykładowo-warsztatowy – spotkania „z ciekawymi osobowościami”. Są to zarówno teoretycy jak i praktycy, którzy częstokroć tworzyli swój biznes od małej rodzinnej firmy, aż po giganta giełdowego. Taka wymiana opinii oraz doświadczeń to świetna okazja do poszerzania wiedzy, ale – co nie mniej ważne – inspiracja do budowania własnych pomysłów i przyszłości biznesowej.  – powiedział Piotr Ferszka, uczestnik pierwszej edycji Akademii GPW Growth.

GPW Growth to kompleksowy program nastawiony na wspieranie rozwoju małych i średnich firm w oparciu o zidentyfikowane potrzeby przedsiębiorstw. W ramach projektu odbędą się spotkania networkingowe z ekspertami i praktykami biznesu, warsztaty, case studies, a także zagraniczne sesje wyjazdowe. Program jest adresowany do prezesów, członków zarządów i dyrektorów odpowiedzialnych za realizację kluczowych celów w firmach.

W pierwszej edycji Akademii GPW Growth uczestniczyło 21 uczestników z 13 spółek. Kolejna edycja programu obejmuje 110 godzin warsztatów i wykładów oraz liczne wydarzenia towarzyszące. W czerwcu 2021 roku, na zakończenie szkolenia, uczestnicy otrzymają certyfikat „Ready for Growth”.

Organizatorem inicjatywy jest GPW we współpracy z partnerami, wśród których znajdują się m.in: Polski Fundusz Rozwoju S.A., EY Academy of Business, Baker McKenzie Krzyżowski i Wspólnicy sp. k., Grabowski i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych Sp. k., NBS Communications, CFA Society, Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, Business Dialog.

Osoby zainteresowane szkoleniem mogą zgłaszać się do drugiej edycji Akademii pod adresem [email protected].

Więcej informacji: https://gpwgrowth.pl/

Akcje Apple rekordowo drogie. Nowy historyczne szczyty indeksu Nasdaq

Nowy zestaw publikacji optymistycznych danych gospodarczych i nowe deklaracje Donalda Trumpa stwierdzające, że umowa handlowa USA-Chiny pozostała w pełni nienaruszona, podnoszą rynki akcji po drobnym nieporozumieniu z interpretacją słów doradcy prezydenta USA Petera Navarro.

We wtorek indeksy giełdowe w USA otworzyły się wyżej, gdyż są napędzane optymizmem dotyczącym ponownego otwarcia gospodarki i postępami w umowie handlowej na linii USA-Chiny. Dow Jones Industrial Average na otwarciu zyskał 227 pkt lub 0,9 proc., aby otworzyć się blisko 26 252 pkt, podczas gdy S&P 500 wzrósł o 25 punktów lub 0,8 proc., otwierając się blisko 3 143 pkt. Indeks Nasdaq otworzył się około 10,131, zyskując 74 punkty lub 0,7 proc., ustanawiając nowy rekord w ciągu trwania sesji.

Tymczasem akcje Apple Inc. wzrosły do najwyższego poziomu w historii po udanej konferencji online. Dane rynkowe pokazują, że rozbieżność między Nasdaqiem a pozostałymi dwoma głównymi indeksami jest największa od 1983 r., odzwierciedlając opinie inwestorów, że firmy technologiczne oferują rozwiązania dla świata zarówno w czasie, jak i po pandemii.

Wracając do Apple, spółka powiedziała w poniedziałek, że planuje wyprodukować komputery Mac pod koniec tego roku ze stworzonymi przez siebie układami scalonymi, co stanowi zakończenie 15-letniej współpracy technologicznej z Intel Corp. Apple powiedział, że własne układy są bardziej wydajne i oferują wyższą wydajność grafiki.

Plan wpisuje się w szerszą strategię Apple polegającą na zastępowaniu wielu części innych firm komponentami zaprojektowanymi we własnym zakresie. Według Wayne Lam, niezależnego analityka technologicznego, gigant technologiczny produkuje obecnie około 42 proc. podstawowych komponentów w iPhone’ach. Jest to ogromny wzrost z około 8 proc. jeszcze pięć lat temu. Głównym mottem firmy staje się zatem własna produkcja zarówno firmware, jak i hardware.

Komponenty własne obniżyły koszty, zwiększyły wydajność i zwiększyły kontrolę Apple nad przyszłymi wersjami produktów. Nowy procesor Mac obniży koszty budowy komputera o 75 do 150 USD, oceniają analitycy, którzy twierdzą, że Apple może przekazać te oszczędności klientom i akcjonariuszom. Ta strategia, wywodząca się jeszcze z myśli Steve’a Jobsa może także chronić Apple przed chińskimi rywalami, którzy kupują powszechnie dostępne części.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Edukacja dzieci to jeden z głównych priorytetów dla polskich rodzin

Według 44% respondentów badania „Równy dostęp do edukacji dzieci i młodzieży” zrealizowanego przez Fundację Świętego Mikołaja i partnerów, edukacja jest najważniejszym czynnikiem określającym przyszłość dzieci. Wciąż jednak aż 43% respondentów uważa, że dzieci w Polsce nie mają równych szans edukacyjno-rozwojowych, z czego ponad 35% to respondenci z dwojgiem lub większą liczbą dzieci. Niestety według co drugiego respondenta, biorącego udział w badaniu szanse edukacyjne dzieci zależą przede wszystkim od dochodów rodziców.

Fundacja Świętego Mikołaja, która od 20 lat nieprzerwanie pomaga dzieciom w potrzebie, przeprowadziła wraz z partnerami ogólnopolskie badanie dotyczące równego dostępu do edukacji i rozwoju cztery lata po wprowadzeniu rządowego programu Rodzina 500+. Wnioski z raportu pokazują, że pieniądze z rządowego programu znacznie zmniejszyły wskaźniki biedy w polskiej rodzinie, ale wciąż niezamożnym rodzicom brakuje średnio 242 zł miesięcznie, aby sprostać wszystkim wydatkom edukacyjnym.

Raport z badania „Równy dostęp do edukacji dzieci i młodzieży”, którego inicjatorem jest fundacja prowadząca od 10 lat program Stypendia św. Mikołaja, wspierający dzieci i młodzież z niezamożnych rodzin pokazał, że pieniądze, które rodzice wydają na edukację i rozwój dzieci stanowią dużą część rodzinnego budżetu, także w rodzinach o niewielkich dochodach.

Pomimo trudnej sytuacji finansowej wielu polskich rodzin, rodzice priorytetowo traktują rozwój i potrzeby edukacyjne swoich dzieci. Środki z rządowego programu 500+ są ważne – 60% rodziców korzystających z programu deklarowało, że otrzymywane co miesiąc świadczenie stanowi znaczącą część budżetu domowego. Niektóre wydatki przerastają jednak niezamożnych rodziców. Zakup laptopa, opłacenie kursu językowego czy rozwój talentu dziecka – te koszty badani najczęściej wskazywali jako trudne do pokrycia.

Edukacja i rozwój zainteresowań kosztują

Mimo, że edukacja szkolna w Polsce jest bezpłatna, to jednak rodzice muszą ponosić dodatkowe koszty związane z nauką swoich dzieci, od podstawowych takich jak zakup niektórych książek, zeszytów, wszelkiego rodzaju przyborów do pisania, przez akcesoria sportowe, plastyczne, opłaty za wycieczki szkolne i bilety wstępu, aż po długofalowe wydatki związane z rozwojem indywidualnych predyspozycji, zainteresowań i pasji. – mówi Antonina Grządkowska z Fundacji Świętego Mikołaja, koordynator projektu Stypendia Św. Mikołaja.

Umożliwianie dostępu do rozwoju zarówno talentów, jak i pasji dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin wciąż pozostaje wyzwaniem. Odpowiednim narzędziem do poprawy sytuacji dzieci i młodzieży mogą być programy stypendialne, jak np. program Stypendia św. Mikołaja i budowanie nieodpłatnej oferty kursów i zajęć dla uzdolnionych dzieci. Są to niezmiernie pilne zadania – konieczne, aby dobrze przygotować kolejne pokolenia do podejmowania efektywnych, twórczych i innowacyjnych działań na polu nauki, sztuki, sportu czy biznesu. Jest to też nasza wspólna odpowiedzialność, aby szczególnie tym zdolnym dzieciom z niezamożnych rodzin, które wyróżnia wyjątkowy potencjał umożliwić harmonijny rozwój.

Budżet edukacyjny w niezamożnych rodzinach

Prawie połowa (46%) badanych niezamożnych rodziców uważa, że potrzeby edukacyjne stanowią podstawową pozycję budżetu, w tej grupie aż 38% to respondenci z dwojgiem lub więcej dzieci. Rodzice, bez względu na swoją trudną sytuację, faktycznie każdego miesiąca ponoszą opłaty na rozwój i edukację jednego dziecka w wysokości średnio 419 zł. Co więcej, wskazują, że w budżecie rodziny wciąż brakuje ok. 242 zł, aby uregulować wszystkie wydatki edukacyjne jednego dziecka.

Wnioski z zrealizowanego badania są dla nas jako fundacji, prowadzącej program stypendialny dla dzieci z niezamożnych rodzin niezwykle cenne. Potwierdzają, że średnie stypendium św. Mikołaja, które przyznajemy w wysokości 200 zł miesięcznie, wypłacanego uczniom przez cały rok szkolny, może skutecznie pomóc niezamożnym rodzicom, którym brakuje średnio 242 zł miesięcznie, aby sprostać wszystkim wydatkom edukacyjnym dzieci. Jesteśmy przekonani, że przyszłość dzieci to nasza wspólna sprawa, dlatego do programu Stypendia św. Mikołaja zapraszamy kolejne szkoły z całej Polski. – wyjaśnia Joanna Paciorek, dyrektor Fundacji Świętego Mikołaja.

Jak pokazały wyniki badania, rodzice twierdzący, że edukacja stanowi najważniejszy czynnik rozwoju dzieci i traktujący wydatki związane z edukacją priorytetowo, mają wielokrotnie problem z poniesieniem jednorazowego i niezaplanowanego wcześniej wydatku na rzecz dziecka. Umożliwianie dostępu do rozwoju zarówno talentów, jak i pasji dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin wciąż pozostaje wyzwaniem. Odpowiednim narzędziem do poprawy sytuacji dzieci i młodzieży mogą być programy stypendialne i budowanie nieodpłatnej oferty kursów i zajęć dla uzdolnionych dzieci.

*Fundacja Świętego Mikołaja zleciła realizację badania agencji 4P. Składało się ono z części ilościowej i jakościowej. Opracowanie zrealizował dr Bartosz Łukaszewski z Collegium Humanum i Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Podstawę badania stanowiła ogólnopolska próba celowa – rodzice dzieci w wieku 7-13 lat, w rodzinach, których dochód na osobę nie przekracza 1700 zł.