Podczas konferencji „Energia z Polski. Local First – Forum Dostawców Przemysłu Energetycznego i Obronnego” w Rzeszowie jednym z najczęściej powracających tematów była koncepcja local content. Minister Aktywów Państwowych Wojciech Balczun przedstawił ją nie jako kolejny program wsparcia przedsiębiorców, ale jako element szerszej strategii gospodarczej państwa, związanej z bezpieczeństwem, odpornością łańcuchów dostaw oraz budową krajowych kompetencji przemysłowych. (Gov.pl)
Dyskusja o local content jest jednak znacznie ciekawsza niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie chodzi bowiem wyłącznie o to, czy polskie firmy powinny otrzymywać więcej kontraktów. Prawdziwe pytanie brzmi: czy da się zmienić sposób myślenia uczestników rynku bez wprowadzania administracyjnych nakazów, kwot i ograniczeń, które często okazują się nieskuteczne albo wręcz szkodliwe?
Rząd przyjął definicję local content i zapowiedział stworzenie mechanizmów wspierających udział polskich przedsiębiorstw w strategicznych inwestycjach realizowanych w obszarze infrastruktury, energetyki, obronności czy cyfryzacji. Założeniem nie jest jednak formalne wykluczanie podmiotów zagranicznych, lecz zwiększenie udziału krajowego komponentu w realizowanych przedsięwzięciach. To podejście wydaje się rozsądne. Polska jest członkiem Unii Europejskiej i uczestnikiem wspólnego rynku. Wprowadzenie otwartych preferencji narodowych w zamówieniach publicznych byłoby nie tylko trudne prawnie, ale mogłoby wywołać reakcje odwetowe ze strony innych państw. Dlatego też rząd konsekwentnie podkreśla, że local content nie ma być protekcjonizmem, lecz zmianą sposobu myślenia o gospodarce. (PAP MediaRoom portal, Gospodarka Morska)
W tym miejscu pojawia się jednak zasadnicza wątpliwość. Czy rzeczywiście problemem polskiej gospodarki jest brak odpowiednich regulacji? A może problem leży gdzie indziej – w utrwalonych przez lata schematach decyzyjnych?
W wielu sektorach można zaobserwować zjawisko, które trudno nazwać inaczej niż gospodarczym konformizmem. Menedżer, urzędnik czy członek zarządu wybierający zagranicznego dostawcę często czuje się bezpieczniej niż wtedy, gdy decyduje się na firmę krajową, nawet jeśli parametry techniczne, doświadczenie i cena są porównywalne. Mechanizm jest prosty. W przypadku sukcesu decyzja nie budzi emocji. W przypadku problemów łatwo wskazać, że wybrano „uznanego międzynarodowego dostawcę”. Odpowiedzialność rozmywa się w renomie marki. Wybór polskiego przedsiębiorcy wymaga natomiast większej odwagi decyzyjnej. W razie niepowodzenia łatwiej postawić pytanie: dlaczego nie wybrano podmiotu zagranicznego?
To właśnie ten psychologiczny aspekt wydaje się jednym z największych wyzwań dla idei local content. Przez wiele lat Polska funkcjonowała jako rynek przyjmujący zagraniczne technologie, kapitał i know-how. Model ten przyniósł niewątpliwe korzyści. Dzięki niemu nastąpiła modernizacja wielu sektorów gospodarki. Jednocześnie utrwalił jednak przekonanie, że rozwiązania zagraniczne są z definicji lepsze, bezpieczniejsze i bardziej profesjonalne.
Dzisiaj sytuacja wygląda już inaczej. W wielu branżach polskie przedsiębiorstwa nie są podwykonawcami zagranicznych koncernów, lecz samodzielnymi uczestnikami globalnych łańcuchów dostaw. Dysponują własnymi technologiami, kompetencjami projektowymi i doświadczeniem zdobywanym na rynkach międzynarodowych. Mimo to w praktyce nadal często przegrywają nie z powodu jakości czy ceny, ale z powodu stereotypów.
Dlatego szczególnie interesująca wydaje się koncepcja kodeksu dobrych praktyk local content, o której coraz częściej mówi się w otoczeniu administracji publicznej i spółek z udziałem Skarbu Państwa. Założenie jest proste. Zamiast tworzyć kolejne obowiązki prawne, należy budować kulturę organizacyjną, w której analiza krajowego komponentu staje się naturalnym elementem procesu decyzyjnego. Pytanie jednak, czy to wystarczy. Historia gospodarcza pokazuje, że same deklaracje rzadko prowadzą do trwałej zmiany zachowań. Kodeksy etyczne, standardy ESG czy polityki compliance zaczynały przynosić efekty dopiero wtedy, gdy za deklaracjami pojawiały się mierzalne wskaźniki oraz realna odpowiedzialność kadry zarządzającej za ich realizację.
Podobnie może być z local content. Jeżeli koncepcja ma wyjść poza poziom konferencyjnych deklaracji, konieczne będzie regularne mierzenie udziału krajowego komponentu w strategicznych inwestycjach oraz publikowanie porównywalnych danych. Właśnie taki kierunek zapowiada Ministerstwo Aktywów Państwowych, wskazując na potrzebę monitorowania poziomu local content na różnych poziomach wykonawstwa. (Gospodarka Morska)
Kluczowe znaczenie będzie miała również zmiana sposobu oceny efektywności inwestycji. W Polsce nadal dominującym kryterium pozostaje cena bezpośrednia. Tymczasem coraz więcej państw analizuje również efekt mnożnikowy dla gospodarki, wpływ na rozwój kompetencji krajowych, odporność łańcuchów dostaw czy bezpieczeństwo strategiczne. (www.eecpoland.eu)
Nie oznacza to oczywiście, że każda polska firma powinna wygrywać z zagraniczną wyłącznie dlatego, że jest polska. Taki model szybko doprowadziłby do spadku konkurencyjności i jakości. Local content nie powinien być tarczą chroniącą słabszych uczestników rynku. Powinien być instrumentem umożliwiającym uczciwe konkurowanie tym przedsiębiorstwom, które posiadają odpowiednie kompetencje, ale przez lata pozostawały poza głównym nurtem dużych projektów inwestycyjnych.
Być może zatem najważniejszym wyzwaniem nie jest stworzenie kolejnych regulacji. Być może prawdziwym testem dla idei local content będzie odpowiedź na pytanie, czy polskie elity gospodarcze są gotowe porzucić utrwalony odruch, zgodnie z którym zagraniczne oznacza lepsze. Jeżeli odpowiedź będzie twierdząca, kodeks dobrych praktyk może okazać się początkiem trwałej zmiany. Jeżeli nie – nawet najbardziej rozbudowane definicje i wytyczne pozostaną jedynie kolejnym dokumentem, który dobrze wygląda w prezentacjach, ale nie zmienia rzeczywistości.
A właśnie od zmiany rzeczywistości, a nie od tworzenia kolejnych deklaracji, zależy powodzenie całego projektu local content.




