Jakie są najpopularniejsze produkty finansowe? Co warto o nich wiedzieć?

Klienci banków i firm pozabankowych mają do wyboru wiele produktów finansowych, które pozwalają im na operowanie pieniędzmi. Jak się okazuje, coraz częściej za skorzystanie z tego rodzaju ofert można uzyskać ciekawe profity. Które produkty finansowe są wybierane najczęściej i jakie dają korzyści?

Konta bankowe – jakie są rodzaje?

Do najczęściej wybieranych usług finansowych należą konta bankowe. Zazwyczaj klient, który decyduje się na taką usługę, wiąże się z daną instytucją na dłużej. Z tego powodu warto wiedzieć, jakie są rodzaje kont oferowanych w bankach:

  • konto osobiste – należy do najczęściej wybieranych produktów tego typu. Zazwyczaj służy do przechowywania bieżących wpływów (np. wypłat). Nie jest oprocentowane, ale może być prowadzone za 0 zł. Niekiedy banki oferują też promocję, jaką jest cashback;
  • konto firmowe – służy do prowadzenia finansów przedsiębiorstwa. Wpływają na nie wynagrodzenia za wykonaną pracę. Z tego rachunku opłacane są też wszelkie zobowiązania firmy;
  • konto oszczędnościowe – służy do zbierania oszczędności. W zależności od banku można na nie przelewać samodzielnie kwoty lub ustawić odpowiednie opcje (np. pobieranie przez bank na rzecz oszczędności procentu od każdej transakcji dokonanej kartą płatniczą). Oprocentowanie na takim koncie powinno pozwolić na uzyskanie oszczędności na poziomie wyższym niż aktualnie panująca inflacja;
  • konto dla dziecka – celem tego konta jest nauczenie dziecka, jak odpowiedzialnie zarządzać pieniędzmi. Rodzić może przelewać na nie określone kwoty. Ma też kontrolę nad wydatkami dziecka (zatwierdza operacje);
  • konto młodzieżowe/studenckie – przeznaczone dla młodych użytkowników, powyżej 18 roku życia. Najczęściej można z niego korzystać do momentu ukończenia studiów. Zazwyczaj takie konto jest prowadzone całkowicie za darmo;
  • konto walutowe – to propozycja dla osób, które często dostają wynagrodzenie w obcej walucie lub wyjeżdżają poza granice kraju i chcą mieć możliwość płacenia wybraną przez siebie walutą.

Karty oferowane przez banki – na co mogą liczyć klienci?

Kolejnym produktem oferowanym przez banki są różnego rodzaju karty. Niemal każdy posiadacz konta osobistego ma kartę debetową, za pomocą której można płacić w sklepach, w sieci oraz wypłacać gotówkę z bankomatu. Coraz popularniejsze stają się również karty kredytowe. Pozwalają one na zakupy na kredyt. Jeżeli spłata nastąpi w określonym czasie (zazwyczaj okres spłaty wynosi 60 dni), nie są one oprocentowane.

W ostatnim czasie duże zainteresowanie wśród klientów budzą karty typu prepaid. Są często wybierane w przypadku kont dla dzieci, gdyż posiadacz takiej karty może wydać tylko tyle pieniędzy, ile znajduje się na danej karcie. Musi zostać wcześniej zasilona, aby można było z niej korzystać.

Jakie są najpopularniejsze rodzaje pożyczek i kredytów nie tylko z banku?

Obok kont oraz kart klienci banków chętnie korzystają także z różnego rodzaju pożyczek i kredytów. Również w tym przypadku można wyróżnić kilka podstawowych produktów. W przypadku pożyczek chodzi zazwyczaj o mniejsze kwoty, a ich celem jest pokrycie bieżących, zwiększonych potrzeb. Zaciągając pożyczkę, zwykle nie trzeba deklarować, na co zostanie przeznaczona. Inaczej jest w przypadku kredytu. Zazwyczaj jest on celowym zobowiązaniem finansowym. Do najczęściej wybieranych kredytów należą:

  • hipoteczne – na zakup nieruchomości, najczęściej domu lub mieszkania;
  • konsumpcyjne – kredyt najczęściej przeznaczany na zakup określonych dóbr, takich jak samochód lub sprzęt RTV, może również występować w formie kredytu ratalnego udzielanego za pośrednictwem sklepu;
  • inwestycyjne – mają one na celu sfinansowanie inwestycji pozwalających na przyszłe powiększenie majątku kredytobiorcy;
  • konsolidacyjne – pozwalają pokryć należności wynikające z innych zobowiązań finansowych. W ten sposób płaci się jedną (często niższą niż poprzednie) ratę.

 

Co ciekawe, obecnie pożyczki udzielane są nie tylko przez banki, lecz także inne instytucje finansowe. Mogą one oferować klientom tzw. szybkie pożyczki krótkoterminowe lub pożyczki ratalne.

Na które promocje za korzystanie z usług finansowych warto zwrócić uwagę?

Klienci decydujący się na skorzystanie z wyżej wymienionych usług często mogą liczyć na atrakcyjne promocje. Organizują je nie tylko banki, lecz także zewnętrzne programy lojalnościowe. Przykładem jest Program PAYBACK. Na stronie https://www.payback.pl/finanse znajdziesz specjalne kupony, które pozwolą ci na szybsze zbieranie punktów w Programie. Pamiętaj o aktywowaniu ich przed zawarciem umowy o dany produkt finansowy. Zapoznaj się dokładnie z warunkami, które trzeba spełnić, aby środki zostały doliczone do twojego konta. Jeżeli zdecydujesz się np. na zaciągnięcie pożyczki, sprawdź, na jaką kwotę musi opiewać umowa. Zgromadzone punkty PAYBACK wymień na atrakcyjne nagrody, np. wyposażenie kuchni, sprzęt RTV lub vouchery do partnerów Programu. Środki możesz też wykorzystać w inny sposób, obniżając nimi rachunki w sklepach partnerskich.

Za kilka dni Niemcy obejmują prezydencję w Unii Europejskiej. Stawiają na odnawialne źródła energii i zeroemisyjny transport

Kolejne miesiące w Unii Europejskiej będą upływać pod znakiem radzenia sobie z kryzysem gospodarczym. Ma to umożliwić ogromny pakiet pomocowy i inwestowanie w branże przyszłości, które napędzą wzrost PKB i powstawanie nowych miejsc pracy. Kierunek tych zmian wyznaczać będą Niemcy, które 1 lipca przejmą od Chorwacji przewodnictwo w UE i które same postawiły na przyszłościowe inwestycje. – Możemy się spodziewać dużych środków finansowych na inwestycje, które umożliwią przestawienie europejskiej gospodarki na napędy wodorowe – mówi  Marcin Korolec, były minister środowiska i prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

– Kształt pakietu stymulującego, który został zaproponowany przez niemiecki rząd, czyli m.in. masowe wsparcie elektryfikacji transportu i wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych, pokazuje, że najlepszym sposobem wychodzenia z kryzysu dzisiaj jest wsparcie dla branż, które będą silnikami wzrostu w przyszłości, dadzą Europie czy poszczególnym państwom członkowskim przewagi konkurencyjne w średnim i w długim okresie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Korolec.

W połowie czerwca niemiecki rząd przyjął pakiet naprawczy wart 130 mld euro, który pozostanie w mocy do końca 2021 roku. Obejmuje on m.in. wsparcie dla elektromobilności – pobudzenie (do dwukrotnie większego poziomu) sprzedaży pojazdów elektrycznych, typu plug-in i hybrydowych oraz inwestycji w infrastrukturę do ładowania. 7 mld euro trafi na stworzenie infrastruktury wodorowej, a rząd pracuje nad osobną strategią w tym zakresie. Niemcy chcą także inwestować w rozwój morskiej energetyki odnawialnej.

– Wsparcie niemieckiego rządu dla niemieckiej gospodarki dotkniętej kryzysem gospodarczym, który nastąpił w wyniku pandemii, jest bardzo istotną wskazówką, w jaki sposób nasz największy partner handlowy i gospodarczy będzie wychodził z kryzysu i jaka będzie w tej kwestii polityka Unii Europejskiej – zauważa prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Pod koniec maja Komisja Europejska zaprezentowała kompleksowy plan odbudowy unijnej gospodarki. Narzędzie Next Generation UE opiewa na kwotę 750 mld euro, co wzmocni przyszły budżet 2021-2027 do kwoty 1,85 bln euro. Szefowa KE Ursula von der Leyen podkreślała, że kluczem do sukcesu jest inwestowanie w przyszłość, a więc realizacja założeń Europejskiego Zielonego Ładu i towarzysząca jej cyfryzacja

– Unia Europejska przeznaczy znaczne fundusze na odnawialne źródła energii oraz transformację sektora transportu w stronę rozwiązań zeroemisyjnych, a w zasadzie w kierunku napędów elektrycznych – uściśla Marcin Korolec. – Bardzo duże środki trafią na inwestycje w wytwarzanie wodoru i na przestawianie gospodarki na napędy wodorowe.

Jego zdaniem rezygnacja z importu paliw kopalnych w Europie oznacza oszczędności na poziomie dziesiątków, a nawet setek miliardów euro. Wartość importu ropy naftowej do Polski tylko na potrzeby samochodów osobowych to ok. 12 mld euro rocznie.

– Przestawienie transportu w Polsce na elektryczny dałoby oszczędności na poziomie 12 mld euro, czyli 50 mld zł rocznie – przelicza prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych. – Kierunek zaproponowany przez niemiecki rząd to dobra strategia dla Polski. 2,5 mld euro zostało już zarezerwowane na finansowanie inwestycji w infrastrukturę ładowania, masowe wsparcie sprzedaży samochodów elektrycznych.

Jak podkreśla, Polska jest obecnie największym w Europie producentem baterii do samochodów elektrycznych i stymulacja tego rynku w UE i w Niemczech spowoduje wzrost zamówień w fabrykach, które w dużej części są zlokalizowane w Polsce.

– Liczymy także na to, że plany niemieckiego rządu dotyczące obniżki stawek VAT-u na samochody elektryczne zainspirują polskie Ministerstwo Finansów do podobnych działań i pomagania tym, którzy chcą kupować samochody nieemisyjne – dodaje Marcin Korolec.

Fundacja Promocji Pojazdów Elektrycznych wraz z Transport & Environment opracowały „Ekologiczną reformę podatkową. 16 propozycji nowej legislacji na rzecz elektromobilności”. Jak podkreślono w dokumencie, głównym celem proponowanych regulacji jest rozwiązanie problemu rosnącej emisji gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń powietrza pochodzących z samochodów osobowych. Rynek samochodów zero- i niskoemisyjnych nie rozwija się w Polsce tak szybko, aby można było liczyć na odwrócenie niekorzystnych trendów zagrażających środowisku. Jednym z postulatów jest obniżenie stawki VAT na samochody zero- i niskoemisyjne. Eksperci proponują zastosowanie preferencyjnej stawki VAT na samochody zeroemisyjne (5 proc.) i niskoemisyjne o zasięgu co najmniej 80 km przy użyciu wyłącznie zasięgu elektrycznego (7 proc.), możliwość odliczania 100 proc. VAT przy zakupie nowego samochodu elektrycznego oraz zmniejszenie wysokości odliczeń VAT na samochody spalinowe.

Infrastruktura ciepłownicza w polskich miastach wymaga modernizacji. Pandemia nie wpłynie na poziom inwestycji

Ciepłownictwo stoi przed koniecznością transformacji i dużych inwestycji w infrastrukturę, co wynika m.in. z coraz bardziej restrykcyjnych norm środowiskowych. Wytwórcy energii i ciepła współpracują z samorządami z całej Polski, by modernizować lokalne systemy ciepłownicze i budować nowe, bardziej proekologiczne źródła. W ubiegłym tygodniu spółka PGE Energia Ciepła podpisała z władzami Sanoka porozumienie, które dotyczy inwestycji w rozwój tamtejszej infrastruktury ciepłowniczej. Nowa inwestycja będzie ekologiczna i efektywna ekonomicznie, co przełoży się też na niższe ceny ciepła dla mieszkańców i poprawi jakość powietrza w regionie. Procesu inwestycyjnego w polskich miastach nie powstrzymała również pandemia koronawirusa.

– Pandemia dotknęła ciepłownictwo, podobnie jak każdą inną gałąź gospodarki. Wiele obiektów typu szkoły, internaty, akademiki zostało zamkniętych, a to są nasi odbiorcy ciepła. Jednak jesteśmy do tego przyzwyczajeni, bo każdego roku pogoda także rzutuje na wielkość naszych przychodów. Jedyny problem może się pojawić ze strony firm wykonawczych, ale obecnie nie mamy sygnałów, aby mogło to wpływać na prowadzone przez nas inwestycje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu, PGE Energia Ciepła.

Polska ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, liczącą prawie 21,5 tys. km. Ten sektor stoi jednak przed koniecznością transformacji i dużych inwestycji, co wynika zarówno z przestarzałej infrastruktury (według danych Forum Energii ok. 80 proc. sieci ciepłowniczych w Polsce jest nieefektywnych energetycznie), jak i coraz bardziej restrykcyjnych norm środowiskowych. Ciepłownictwo zużywa ok. 26 mln ton węgla rocznie, a Polska jest zobowiązana do uczestnictwa w osiąganiu wspólnych celów Unii Europejskiej i redukcji emisji gazów cieplarnianych w ciepłownictwie i energetyce o 43 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 2005 roku). Dlatego też udział OZE w polskim ciepłownictwie, który sięga na razie kilkunastu procent, ma stopniowo wzrastać, m.in. poprzez wykorzystanie biopaliw stałych, biogazy czy odpadów komunalnych.

– Cała nasza grupa zmierza w zielonym kierunku z poszanowaniem konwencjonalnej podstawy. Ciepłownictwo z natury rzeczy jest bardziej potrzebne zimą, przy mniejszym nasłonecznieniu, w związku z czym wciąż są potrzebne paliwa kopalne. Dlatego gaz jest przez nas traktowany jako paliwo przejściowe, ale oprócz tego do swojego miksu energetycznego włączamy również odnawialne źródła energii – mówi Przemysław Kołodziejak.

W ramach programu inwestycyjnego PGE Energia Ciepła współpracuje z samorządami z całej Polski w celu modernizacji lokalnych systemów ciepłowniczych i budowy nowych źródeł kogeneracyjnych. Ma to umożliwić mieszkańcom rezygnację z przydomowych instalacji grzewczych i podłączanie się do miejskiego systemu ciepłowniczego, co przyczyni się do znacznego ograniczenia emisji tlenków siarki, azotu oraz pyłów.

 Ciepło ma charakter lokalny, więc siłą rzeczy musimy współpracować z lokalnymi społecznościami, które z niego korzystają. Realizujemy zadanie własne gminy polegające na zaopatrzeniu w ciepło. Wytwarzamy je w sposób ekologiczny i bezpieczny, a ciepło systemowe jest bardzo wygodne w korzystaniu i nie niesie ze sobą żadnych zagrożeń – podkreśla p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła.

W ubiegłym tygodniu spółka podpisała list intencyjny z władzami Sanoka oraz Sanockim Przedsiębiorstwem Gospodarki Komunalnej. Porozumienie zakłada rozwój istniejącego systemu ciepłowniczego i zapewnienie bezpieczeństwa dostaw ciepła w mieście. Na jego podstawie PGE Energia Ciepła przygotuje analizę możliwości inwestycji w rozwój infrastruktury ciepłowniczej w Sanoku. Jednym z rozważanych przez nią scenariuszy jest budowa niskoemisyjnego źródła kogeneracyjnego, które będzie wytwarzać ciepło w skojarzeniu z energią elektryczną. To jedna z najbardziej ekologicznych metod, która przyczynia się do walki z problemem niskiej emisji.

 Obecna instalacja emituje ponad 25 tys. ton CO2 rocznie, dlatego widzimy potrzebę szybkiego przemodelowania wewnętrznych źródeł energii w kierunku OZE. Liczymy, że współpraca z PGE Energia Ciepła pozwoli nam osiągnąć ten cel i ograniczyć emisję CO2 oraz utrzymać ceny za ciepło na poziomie akceptowalnym dla mieszkańców – mówi Dominik Witek, prezes Sanockiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej.

Zakład ciepłowniczy w Sanoku wybudowano jeszcze w latach 70., do produkcji ciepła jest w nim wykorzystywany głównie węgiel. Emisja ok. 25 tys. ton dwutlenku węgla rocznie przekłada się na milionowe koszty, które muszą ponosić także mieszkańcy. Wzrost cen uprawnień do emisji CO2 spowoduje, że ceny za podgrzanie wody i centralne ogrzewanie dodatkowo wzrosną, dlatego miastu zależy, żeby nowa inwestycja była bardziej ekologiczna i efektywna ekonomicznie.

 Jako samorząd nie jesteśmy w stanie udźwignąć wielu inwestycji, część z nich już została zahamowana, a nasz budżet został uszczuplony o kolejne miliony przez sytuację z koronawirusem. Dlatego współpraca z takim potentatem jak PGE Energia Ciepła jest dla nas szansą dalszego rozwoju – podkreśla burmistrz Sanoka Tomasz Matuszewski. – Sanok jest bramą do Bieszczad i od zawsze jest kojarzony z czystym środowiskiem i czystym powietrzem. Chcemy, żeby był miastem ekologicznym, ale w tym celu musimy wprowadzać zieloną energię. W jej dostarczeniu może pomóc właśnie ta wspólna inicjatywa.

Jak dotąd spółka PGE Energia Ciepła podpisała już kilkanaście podobnych listów intencyjnych i porozumień dotyczących rozwoju lokalnej infrastruktury (m.in. w Biłgoraju, Chełmie, Kartuzach, Kołobrzegu, Nowym Sączu i Wadowicach). To element Strategii Ciepłownictwa Grupy Kapitałowej PGE na lata 2018–2023 z perspektywą do 2030 roku, zgodnie z którą grupa chce stać się liderem zmian środowiskowych w sektorze poprzez prowadzenie działań wspierających walkę o czyste powietrze w polskich miastach.

 Pakiet inwestycyjny w horyzoncie do 2024 roku liczy prawie 6 mld zł. W tej chwili największą naszą inwestycją jest budowa nowej elektrociepłowni w mieście Siechnice pod Wrocławiem. Jest to projekt wart ok. 800 mln zł – wskazuje Przemysław Kołodziejak.

Należąca do Grupy PGE spółka jest największym w Polsce producentem ciepła i energii elektrycznej wytwarzanych w procesie wysokosprawnej kogeneracji, z ok. 25-proc. udziałem w tym rynku. Należy do niej 13 elektrociepłowni i sieci ciepłownicze o długości ok. 609 km.

W maju 2020 r. rynek pożyczek skurczył się o 57,9% r/r

W maju 2020 r., w porównaniu do maja 2019 r. w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek na kwotę niższą
o (-57,9%), spadek w ujęciu liczbowym wyniósł (-45,5%). Łączna sprzedaż firm pożyczkowych współpracujących z BIK wyniosła w maju 2020 r. 255 mln zł w ujęciu wartościowym oraz 128,1 tys. w ujęciu liczbowym. Średnia wartość udzielonej w maju 2020 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 1994 zł i była niższa od średniej wartości pożyczki udzielonej w maju 2019 r. o (-23%).

Łącznie w okresie styczeń–maj 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 878,7 tys. pożyczek na łączną kwotę 2,006 mld zł. Firmy pożyczkowe udzieliły o (-24,1%) mniej pożyczek oraz udzieliły finansowania na kwotę niższą o (-32,8%) niż w analogicznym okresie zeszłego roku. W omawianym okresie, w ujęciu wartościowym 33% udzielonych pożyczek było na kwoty powyżej 5 tys. zł, zaś w ujęciu liczbowym stanowiły one jednak tylko 9% sprzedaży.

W pięciu pierwszych miesiącach br., w ujęciu liczbowym dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 40% liczby udzielonego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 tys. zł miały 10% udziału w sprzedaży. Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym oraz wartościowym w okresie styczeń–maj 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego powyżej 5 tys. zł (-40,9%) oraz 3–5 tys. zł (-32,5%).

Rząd chce wprowadzić nową opłatę od sprzętu elektronicznego. Ceny laptopów czy smartfonów mogą być nawet kilkaset złotych wyższe

Około 1 mld zł rocznie – taka kwota miałaby trafić do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi po wprowadzeniu nowej daniny, tzw. opłaty reprograficznej obejmującej smartfony, tablety czy laptopy. Prezes Federacji Konsumentów podkreśla, że wprost przełoży się to na wyższe ceny sprzętów elektronicznych. W przypadku laptopa ze średniej półki cenowej obłożenie go podatkiem w wysokości minimum 6 proc. spowoduje wzrost jego ceny o kilkaset złotych. Tymczasem konsumenci już w tej chwili są kilkukrotnie opodatkowani za korzystanie z treści w internecie.

 Przyjęliśmy z dużym niepokojem zapowiedzi wprowadzenia nowego podatku od urządzeń elektronicznych: smartfonów, tabletów, laptopów czy telewizorów z funkcją smart, czyli elektroniki, z której wszyscy na co dzień korzystamy w gospodarstwach domowych. To de facto jest podatek, chociaż nazywa się go opłatą reprograficzną – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.

Opłata reprograficzna w założeniu ma rekompensować twórcom straty ponoszone z powodu tego, że konsumenci zamiast kupować treści, kopiują je i przechowują na użytek własny. W Polsce ta danina jest doliczana do cen urządzeń i nośników służących do kopiowania treści, takich jak np. skanery czy płyty CD, i trafia do artystów za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Większość objętych nią urządzeń jest jednak przestarzała – opłata nie uwzględnia m.in. laptopów i smartfonów. Pod koniec kwietnia wicepremier Piotr Gliński zapowiedział, że zostanie ona zaktualizowana, ponieważ Polska jest jednym z ostatnich europejskich krajów, które nie mają jeszcze zaktualizowanej opłaty reprograficznej. Wedle zapowiedzi nowa danina będzie nie niższa niż 6 proc. wartości sprzętu elektronicznego.

– To bardzo duża kwota, zważywszy na to, jaki jest wolumen rynku smartfonów, telewizorów i laptopów. Do organizacji zbiorowego zarządzania miałoby trafić około 1 mld zł rocznie. To oznacza, że te pieniądze zostaną zabrane z naszych domowych budżetów. W sytuacji, w której wszyscy się teraz znaleźliśmy, kiedy jeden laptop w domu okazuje się niewystarczający, te sprzęty stały się dobrem pierwszej potrzeby. To już nie jest jakieś ekskluzywne dobro służące rozrywce, każde gospodarstwo domowe go potrzebuje – i to często więcej niż jednej sztuki. Uważamy, że sięganie do kieszeni Polaków w takiej sytuacji jest mocno niepokojące – podkreśla Kamil Pluskwa-Dąbrowski.

Jak ocenia, wprowadzenie nowej daniny spowoduje wzrost cen sprzętów elektronicznych. Marże na tym rynku już w tej chwili są bardzo niskie. Dlatego producenci czy importerzy nie wezmą na siebie nowej opłaty i przerzucą ją na konsumentów.

– W przypadku laptopa, który kosztuje 2,5 tys. zł, danina w wysokości 6 proc. przełoży się na wzrost rzędu 150 zł. To znaczy, że te towary staną się dla pewnych grup trudniej dostępne. Gospodarstwo domowe, które ma trójkę lub czwórkę dzieci w szkole i wszystkie muszą korzystać z laptopa, poniesie znaczący wydatek w domowym budżecie. Może to prowadzić do zjawiska ograniczenia dostępności tego sprzętu, przyczyniać się do wykluczenia cyfrowego. W obecnej sytuacji – kiedy nasze życie podczas pandemii stało się jeszcze bardziej cyfrowe niż dotychczas – wywoła to niekorzystne skutki społeczne – mówi prezes Federacji Konsumentów.

Podkreśla, że w czasie pandemii, zdalnej pracy i nauki zdalnej, na progu dużego kryzysu gospodarczego i trudnej sytuacji gospodarstw domowych obecny moment jest najgorszym możliwym na wprowadzanie nowej daniny, która nie ma zresztą żadnego uzasadnienia.

 Nie ma logicznego związku pomiędzy zakupem smartfona a szkodą, którą poniesie jakikolwiek artysta. Konsumenci używają laptopów czy smartfonów do zupełnie innych celów. Korzystają głównie z treści pobieranych online z internetu, komunikacji mailowej czy za pośrednictwem komunikatorów. To zastosowanie, o którym mówimy przy opłacie reprograficznej, jest marginalne. Potwierdza to szybki rozwój platform cyfrowych, które sprzedają content. W dzisiejszych czasach mało kto trzyma pliki muzyczne na swoim telefonie – przekonuje Kamil Pluskwa-Dąbrowski. – Środowisko, które proponuje to rozwiązanie, w ogóle nie uwzględnia tych argumentów. Opieramy się na stereotypie i opinii wyrobionej kilkanaście lat temu, kiedy nie mieliśmy powszechnego dostępu do internetu i kiedy podstawowym narzędziem był odtwarzacz MP3. Ale ta sytuacja się już zmieniła, świat się scyfryzował.

Obecnie każdy utwór muzyczny, film czy inny rodzaj twórczości artysty jest opatrzony licencją. Konsumenci za nią płacą, a platformy streamingowe rozliczają się z artystami. Dodatkowo wprowadzony został jeszcze podatek w wysokości 1,5 proc. dla tych platform, a na forum europejskim trwają rozmowy dotyczące tzw. podatku cyfrowego dla dużych podmiotów. To oznacza, że konsumenci już w tej chwili są kilkukrotnie opodatkowani za korzystanie z treści w internecie. Nakładanie na nich kolejnej daniny jest wątpliwe, tymczasem artyści i tak na niej nie skorzystają.

 Opłaty na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi ponosimy od bardzo dawna. Jest opłata reprograficzna na nośniki typu pendrive czy nawet na papier. Okazuje się, że zarządzanie tymi środkami jest po prostu nieefektywne. Na kontach organizacji zbiorowego zarządzania leżą nierozdysponowane miliardy złotych. W związku z pandemią i ryzykiem utraty dochodów organizacje zawodowe wprowadzają różne programy pomocowe dla swoich przedstawicieli, świadczenia na rzecz tych grup. Jednak artyści zostali zostawieni sami sobie. Dlatego uważamy, że w pierwszej kolejności należałoby usprawnić ten system i sprawić, żeby był bardziej przejrzysty, a dopiero potem szukać dodatkowych pieniędzy – mówi prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.

Nowy ład polskiej energetyki – mamy kompetencje i firmy, które chcą rozwijać zielone technologie

Finansowanie inwestycji zmieni się drastycznie od 2022 r. Wspieranie energetyki związanej z węglem jest nierealne. Polska gospodarka może na tym bardzo skorzystać, a opłacalność inwestycji będzie wyznaczać taksonomia.

Europejski Zielony Ład ma na celu przyspieszenie tempa transformacji krajów UE w kierunku gospodarki zeroemisyjnej, rozwijającej się bez wykorzystania paliw kopalnych. Jedną z prawdopodobnych implikacji jest wzrost celu redukcji emisji gazów cieplarnianych na rok 2030 z obecnego poziomu 40 proc. do ok. 55 proc. (względem 1990 r.). W tym kontekście kluczową koncepcją staje się tzw. łączenie sektorów energii, jak to ocenia Instytut Jagielloński, w swoim raporcie „Łączenie sektorów zielonej energii. Co to oznacza dla Polski? Elektryfikacja, decentralizacja, digitalizacja”.

Kierunek ten zakłada znaczny wzrost wykorzystania energii elektrycznej, pochodzącej z najtańszej formy jej pozyskiwania, tj. elektrowni wiatrowych i instalacji fotowoltaicznych, zasilania określonych sektorów gospodarki takich jak sektor transportowy, różne gałęzie przemysłu oraz ciepłownictwo systemowe i indywidualne ogrzewanie budynków, w celu minimalizacji zależności od paliw kopalnych.

Jak wynika z raportu Instytutu Jagiellońskiego najważniejszym wyzwaniem dla takiej przyszłości energetycznej państw jest z jednej strony rozproszenie przestrzenne (decentralizacja), a z drugiej strony zmienność i nieregularność wytwarzania warunkowana czynnikami pogodowymi. Rozwiązaniem są odpowiednie technologie wytwarzania i magazynowania – np. turbiny gazowe, wykorzystujące biogaz lub wodór w cyklu prostym, czy magazynowanie energii w bateriach, ale również odpowiednich technologii cyfrowych umożliwiających komunikację urządzeń i agregację – np. internet rzeczy czy sztuczna inteligencja oraz rozwiązań rynkowych – np. zarządzanie popytem (DSM) w celu chwilowej redukcji zapotrzebowania, czy odpowiednia konstrukcja tzw. usług systemowych, zapewniających utrzymanie częstotliwości i napięcia.

Unijna polityka finansowania inwestycji w sposób zrównoważony jest jedną z tych, której rola w kształtowaniu ram regulacyjnych transformacji energetyki znacząco rośnie. Obejmuje bardzo szeroki zakres podmiotów unijnych rynków finansowych – banki, zakłady ubezpieczeń, fundusze emerytalne, podmioty zarządzające aktywami, doradców inwestycyjnych i większość instytucji świadczących usługi finansowe na rynku kapitałowym.

Celem ostatnich reform jest przekierowanie strumienia środków finansowych na wsparcie inwestycji, które przyczyniają się do realizacji unijnej polityki klimatycznej. Zarządzanie ryzykiem finansowym będzie jeszcze bardziej związane z uwzględnieniem zmian klimatu, środowiska i kwestii społecznych, a także wsparcie przejrzystości działalności finansowej i gospodarczej w zakresie wpływu na zrównoważony rozwój. Służyć temu ma wdrażany obecnie przez państwa członkowskie pakiet legislacji, ustalony w ramach zaproponowanego w 2018 r. planu zrównoważonego finansowania. Dla przyszłości energetyki, najistotniejsze są te, które bezpośrednio wpłyną na przepływ kapitału, który finansuje inwestycje w tym sektorze. Chodzi nie tylko o duże inwestycje infrastrukturalne, lecz także małe i średnie projekty.

– Z tymi zmianami związana jest taksonomia, to nowy system jednolitej klasyfikacji działalności wszystkich podmiotów systemów finansowych, tj. banków europejskich, banków krajowych i banków komercyjnych. Unijne rozporządzenie wskazuje, które z finansowych działalności przyczyniają się do zrównoważonego rozwoju oraz w jakich obszarach takie inwestycje będą pozytywnie wpływać na środowisko – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Wróbel, ekspert Instytutu Jagiellońskiego.

System będzie obowiązywać od 2022 r., wówczas taksonomia będzie musiała być stosowana przez państwa członkowskie i Unię Europejską, uczestników rynku finansowego UE oferujących produkty finansowe, czy spółki objęte raportowaniem niefinansowym. Powinien być również stosowany na zasadzie dobrowolności przez innych uczestników rynku nieobjętych tym obowiązkiem. Unijne rozporządzenie zawiera mechanizm regularnej rewizji kryteriów w oparciu o raporty, które będą przygotowywane przez KE w trzyletnich odstępach. Mechanizm ma prowadzić również do rozszerzania stosowania taksonomii.

– Spodziewane wycofywanie się instytucji finansowych z zaangażowania w inwestycje niespełniające kryteriów określonych w taksonomii, w istotny sposób zdeterminuje rodzaj inwestycji w sektorze energetycznym, ponieważ niektóre inwestycje, jak np. konwencjonalne jednostki gazowe lub jednostki energetyki jądrowej, będą „niebankowalne” – ocenia Paweł Wróbel, współautor raportu Instytutu Jagiellońskiego.

W procesie tym bardzo ważną role odgrywać będzie Europejski Bank Inwestycyjny (EBI), ale też banki komercyjne i inne instytucje finansowe jeszcze bardziej w sposób zdecydowany wanny negować finansowanie „starej” energetyki.

We wszystkich przypadkach wsparcie inwestycji węglowych nie będzie możliwe. Również inwestycje gazowe, poza wyjątkami, nie będą wspierane. Na odstępstwa mogą liczyć, przede wszystkim, inwestycje w projekty strategiczne, wpisane na unijną listę PCI, tj. projektów wspólnotowego zainteresowania. Inwestycje gazowe, kluczowe z punktu widzenia rozwoju polskiej infrastruktury, które w 2019 r. zostały włączone na unijną listę projektów wspólnego zainteresowania (PCI), to połączenia gazowe Polski z Litwą i Słowacją, odcinek gazociągu z Polski do Danii w ramach projektu Baltic Pipe, a także planowany pływający terminal LNG w Gdańsku (FSRU). Wiele wskazuje na to, że są to ostatnie inwestycje gazowe, które będą mogły być współfinansowane ze wsparciem unijnego funduszu Connecting Europe Facility. Sytuację mogą czasowo zmienić działania antykryzysowe związane z pandemią COVID-19. Gdyby taki scenariusz się potwierdził, to zapewne polegałby na czasowej kontynuacji dotychczasowych zasad wsparcia dużych infrastrukturalnych projektów gazowych.

Coraz więcej banków centralnych dostrzega potrzebę wspierania unijnych regulacji. Znaczący jest choćby przykład listu otwartego szefów banków centralnych z Anglii oraz Francji opublikowany w 2019 r. Sygnatariusze wskazują na potrzebę uwzględnienia ryzyk w sektorze finansowym, które są związane z konsekwencjami zmian klimatu. Należy się spodziewać, że tym tropem pójdą wkrótce kolejne banki centralne i wiodące banki komercyjne, tym bardziej, że zawiązana została już międzynarodowa współpraca kilkudziesięciu banków pod nazwą „Network for Greening the Financial Services”, które podobnie postrzegają swoją przyszłą rolę. Są wśród nich banki centralne oraz organy nadzoru finansowego m.in. Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Finlandii, Grecji, Luksemburga, Łotwy, Litwy, Estonii, Cypru, Węgier, Irlandii, Malty, Danii, Holandii, Niemiec, Szwecji, Belgii, Malty, Słowenii, Austrii, a także kilkudziesięciu państw spoza UE m.in. Japonii, Kanady, Brazylii, Chin, Australii.

– Polska ma szanse, aby stać się beneficjantem, który bardzo skorzysta na tej transformacji – podsumowuje ekspert Instytutu Jagiellońskiego.

Pandemia stała się szansą dla Polski na przejęcie roli Chin w przetwórstwie rybnym. Rośnie popyt na produkty konserwowe i mrożone

Podczas lockdownu wzrosło zapotrzebowanie na produkty o długim terminie przydatności do spożycia. W przypadku ryb były to produkty mrożone i w puszkach. Wielu polskich przetwórców pod koniec marca i w kwietniu musiało zwiększyć produkcję i zatrudnienie. Sprzyjały im także zakłócenia w światowym łańcuchu dostaw, bo część zamówień z krajów europejskich i Ameryki zaczęła omijać Chiny i trafiać na inne rynki. Dla polskiego przetwórstwa ryb jest to szansa na nowych klientów.

 Nasi partnerzy, którzy od wielu lat mają przetwórstwo na bardzo wysokim poziomie i należą do programu certyfikacji MSC, mówią, że był bardzo duży popyt na ich produkty. Polska branża bardzo szybko zareagowała na zwiększoną produkcję, zatrudnienie nawet rosło. Bardzo ważne jest to, że od wielu lat trzymała standardy higieniczne, więc przebywanie w zakładzie nie niosło ze sobą dużego ryzyka zakażenia koronawirusem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Dębicka, dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej.

Pandemia spowodowała wzrost sprzedaży żywności. Od marca br. zanotowano zwiększone zakupy produktów mrożonych, przetworzonych i puszek zarówno w Polsce, jak i całej UE. Polskie firmy są głównym dostawcą tych towarów i udało im się dostosować do zwiększonego zapotrzebowania. W znacznie gorszej sytuacji znaleźli się dostawcy do gastronomii, która najpierw przez kilka tygodni musiała zupełnie zaprzestać działalności, a potem wróciła, ale w okrojonej formie – z ograniczeniem liczby klientów mogących jednocześnie przebywać w lokalu i mniejszym zainteresowaniem konsumentów, wynikającym zarówno z obaw o bezpieczeństwo, jak i oszczędności.

– Jesteśmy krajem, który produkuje przede wszystkim produkty przetworzone, mrożone, puszki, jesteśmy wręcz liderem tych produktów na rynku Unii Europejskiej – podkreśla Anna Dębicka.

Jednocześnie polscy przetwórcy zaczęli poszukiwać nowych możliwości. Jeszcze przed pandemią koronawirusa rozpoczęto rozmowy o współpracy ze Stanami Zjednoczonymi na temat przeniesienia części przetwórstwa z tego kraju do Polski, a obecna sytuacja, po chwilowym przestoju w negocjacjach, może na kolejnym etapie doprowadzić do realizacji tych planów.

Widzimy, że rynek globalny się zmienia. Wcześniej przetwórstwo było bardzo uzależnione od rynku chińskiego, w zasadzie większość połowów amerykańskich czy kanadyjskich była przetwarzana w Chinach i dopiero trafiała na rynek Unii Europejskiej, również do polskich przetwórców – mówi dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – W tej chwili światowi kupcy mają duży dystans do przetwórstwa w Chinach, chcą większej dywersyfikacji i tu jest ogromna szansa dla polskiego przetwórstwa, które już wcześniej prowadziło rozmowy z krajami Ameryki Północnej, żeby przetwórstwo tzw. pierwszego rzędu, czyli filetowanie ryb, przeprowadzić do Polski.

Według Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb nasz kraj ze swoją infrastrukturą i położeniem w bezpośrednim sąsiedztwie Niemiec może stać się istotnym elementem łańcucha dostaw, w którym główną rolę odgrywały dotąd Chiny.

– W Polsce mamy ponad 200 firm zarejestrowanych do handlu z Unią Europejską i to na bardzo wysokim poziomie. Mamy sygnały od polskich przetwórców, że ten globalny rynek trochę się rozprasza. Mamy nadzieję, że znajdą oni na nim swoją szansę dostarczenia wysokiej jakości bezpiecznych produktów na rynki europejskie, ale też światowe – mówi Anna Dębicka.

Zainicjowany w styczniu tego roku i realizowany przez stowarzyszenie projekt zakłada, oprócz zwiększenia spożycia mintaja, możliwość stworzenia w Polsce i rozwinięcia w UE rynku na dzikiego łososia, dorsza pacyficznego, pacyficzne ryby płaskie czy karmazyny pacyficzne – dzikie ryby pochodzące ze zrównoważonych i certyfikowanych połowów morskich.

Z uwagi na koronawirusa najbardziej ucierpiały kraje, które były bardzo blisko związane z turystyką i szeroko pojętą branżą HoReCa, czyli hotelarstwem, cateringiem, restauracjami. Takie państwa jak Włochy, Hiszpania, Portugalia czy Wielka Brytania były przyzwyczajone do tego, że rybę i owoce morza się je w restauracji, na ulicy, w hotelu, a to niestety zostało całkowicie zamrożone na kilkanaście tygodni – mówi dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – W tej chwili to powoli zaczyna się odradzać i wszyscy wierzą, że chęć spożywania zdrowego jedzenia, jakim są ryby, spowoduje odbicie się tej gospodarki w ciągu najbliższych miesięcy.

Nie brakuje głosów, że pandemia oprócz zagrożeń niesie ze sobą szansę na rewolucję ekologiczną. Jak podaje „Magazyn Przemysłu Rybnego”, w marcu 2020 roku, a więc już w trakcie pandemii, wzrosty sprzedaży żywności ekologicznej były wyższe niż żywności tradycyjnej. Dane te wskazują, że najważniejszym czynnikiem pobudzającym sprzedaż będzie dbałość o zdrowie.

Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że w ciągu trzech kwartałów 2019 roku produkcja w zakładach przetwórstwa rybnego, zatrudniających powyżej 49 osób, wyniosła 367,9 tys. ton i była o 5,7 proc. większa niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Najmocniej wzrosła produkcja całych ryb morskich mrożonych (o 51,7 proc., do 33,9 tys. ton) i ryb solonych (o 27,0 proc., do 6,9 tys. ton). Produkcja świeżych i chłodzonych filetów z ryb morskich była większa niż przed rokiem o 5,8 proc. (56,7 tys. ton), a przetworów i konserw – o 2,8 proc. (187,3 tys. ton), przy niewielkiej obniżce podaży ryb wędzonych (o 0,3 proc., do 56 tys. ton). Spadek produkcji odnotowano głównie w przypadku mrożonych filetów z ryb morskich (o 8,6 proc., do 18,9 tys. ton).

W okresie styczeń–wrzesień 2019 roku eksport produktów rybołówstwa wyniósł 409,3 tys. ton, a jego wartość sięgnęła 7,13 mld zł. Były to liczby większe odpowiednio o 11,7 proc. i 9,5 proc. niż w analogicznym okresie 2018 roku. Wywóz ryb wędzonych zwiększył się o 7,4 proc. do 42,9 tys. ton, przetworów i konserw z ryb – o 0,9 proc. do 109,5 tys. ton, a filetów i mięsa z ryb zmniejszył się o 4,4 proc. do 68,3 tys. ton. Największą wartość osiągnął eksport łososi (prawie 4 mld zł, wzrost o 8,5 proc.), śledzi (432 mln zł, spadek o 4,6 proc.), dorszy (424 mln zł, spadek o 8,9 proc.), pstrągów (286 mln zł, wzrost o 20,2 proc.) oraz mintajów (270 mln zł, wzrost o 34,6 proc.).

Co z polskim złotym? Czy czekają nas ujemne stopy procentowe?

Istnieje ryzyko, że RPP podejmie decyzję o obniżeniu stóp procentowych poniżej zera w celu wspierania niekonwencjonalnych działań banku centralnego. Podwyżki stóp procentowych nie wcześniej niż w listopadzie 2022 r.

Rada Polityki Pieniężnej na ostatnim posiedzeniu nie zmieniła stóp procentowych (stopa referencyjna wynosi 0,10%). W komunikacie po posiedzeniu oceniła, że w najbliższym czasie kontynuowane będzie ożywienie aktywności gospodarczej, wspierane przez dalsze znoszenie restrykcji związanych z pandemią oraz działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej.

Rada podtrzymała ocenę, zgodnie z którą skala oczekiwanego ożywienia aktywności może być ograniczana przez niepewność dotyczącą skutków pandemii, niższe dochody oraz słabsze niż w poprzednich latach nastroje podmiotów gospodarczych.

Zgodnie z komunikatem NBP będzie kontynuował skup skarbowych papierów wartościowych i dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku.

W komunikacie po posiedzeniu RPP na szczególną uwagę zasługuje fragment, w którym Rada wskazuje na zaniepokojenie faktem, iż kanał kursu walutowego w mechanizmie transmisji polityki pieniężnej jest niedrożny.

– Bank centralny w czasach kryzysu chciałby zobaczyć wyraźne osłabienie polskiej waluty ponieważ jest to jeden z ważnych kanałów oddziaływania polityki pieniężnej na realną sferę gospodarki, bo jeżeli kurs się osłabia, to zwiększa się opłacalność eksportu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista w Credit Agricole Bank Polski SA. – Do osłabienia kursu jednak początkowo nie doszło, ten kanał oddziaływania okazał się niedrożny, stąd najnowsze komentarze publikowane przez RPP i reakcja rynku w postaci osłabienia złotego.

W ocenie Credit Agricole BP wykorzystane przez Radę sformułowanie nie oznacza jednak zwiększonego prawdopodobieństwa interwencji walutowej zmierzającej do trwałego osłabienia kursu złotego.

Sygnalizowany przez Radę brak wyraźnego osłabienia kursu złotego w reakcji na silne pogorszenie perspektyw wzrostu gospodarczego stanowi wsparcie dla scenariusza, zgodnie z którym na lipcowym posiedzeniu Rada wprowadzi tzw. forward guidance, a więc zapowie utrzymywanie stopy referencyjnej NBP na poziomie zbliżonym do zera przez dłuższy czas.

– Podtrzymujemy ocenę, zgodnie z którą ewentualne dalsze łagodzenie polityki pieniężnej będzie miało niekonwencjonalny charakter – ocenia K.Jaworski z Credit Agricole Bank Polski. – Oczekujemy, że Rada wstrzyma się z decyzją o zastosowaniu kolejnych narzędzi niekonwencjonalnych co najmniej do jesieni br.

W przypadku wystąpienia drugiej fali epidemii COVID-19 i towarzyszącego jej wzrostu niepewności oraz pogorszenia klimatu inwestycyjnego Rada może zdecydować się na działania zmierzające do pobudzenia akcji kredytowej i popytu zbliżone do tych, które podejmowały w ostatnich latach banki centralne realizujące politykę pieniężną w warunkach zbliżonych do zera stóp procentowych.

W ocenie Credit Agricole BP istnieje ryzyko, że RPP podejmie decyzję o obniżeniu stóp procentowych poniżej zera w celu wspierania innych działań niekonwencjonalnych banku centralnego.

Natomiast pierwsza podwyżka stóp procentowych nastąpi nie wcześniej niż w listopadzie 2022 r.

Nowe technologie pomagają walczyć z koronawirusem. Coraz więcej firm sięga po sztuczną inteligencję, rozszerzoną rzeczywistość czy druk 3D

Pandemia koronawirusa sprawiła, że w szpitalach brakuje sprzętu ochronnego i medycznego. Pomóc w tym może druk 3D. Dlatego coraz więcej firm zajmujących się drukiem przestrzennym przestawia się na produkcję sprzętu ratującego życie. Polacy opracowali np. hełm do wentylacji, którego części zostały wydrukowane w 3D. W walce z koronawirusem pomaga też sztuczna inteligencja i rozszerzona rzeczywistość. Rozwija się również telemedycyna, na rynku pojawiły się np. testy do zdalnego wykrywania COVID-19.

– Wiele firm zwraca się z prośbą o możliwość wdrożenia jakichś elementów technologicznych opartych na druku 3D czy aplikacjach np. do monitorowania stanu pacjenta. Zaczęły się poszukiwania dobrych i tanich rozwiązań tego typu, których można użyć na dużą skalę i które umożliwiają również komunikację na pewną odległość – to rozwój telemedycyny, monitorowania pacjenta zdalnie. Ta gałąź zaczyna się mocno rozwijać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje anestezjolog Łukasz Wróblewski z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowe technologie pomagają walczyć z pandemią. Ponieważ osoby z objawami COVID-19 lub przebywające na kwarantannie powinny ograniczyć bezpośrednie kontakty z innymi, w tym personelem służby zdrowia, to usługi online, umożliwiające pacjentom np. konsultację z lekarzem przez telefon, wideo lub bezpośrednią wiadomość, stają się coraz popularniejsze.

Coraz więcej krajów wdraża aplikacje nadzorujące smartfony, zaś sztuczna inteligencja pomaga rozpoznać chorych i pozwala przyspieszyć badania nad szczepionką i lekami na koronawirusa. Przykładem może być jeden ze szpitali w Chinach, który korzysta z systemu opartego na sztucznej inteligencji do skanowania tomografii komputerowej płuc. Z kolei Barabasi Lab łączy uczenie maszynowe z nauką sieci, aby znaleźć potencjalne leki przeciwko wirusowi. Firma Qvetus opracowała zaś algorytm, który pomaga szpitalom lepiej zarządzać zasobami.

– Dużo trudniejsze jest użycie tych technologii do stworzenia urządzeń dla pacjenta. Technologie muszą mieć certyfikację medyczną. To, co wytworzymy, musi być bezpieczne dla pacjenta. Stąd na pewno proces adaptacji nowych technologii jest dłuższy i trudniejszy, aczkolwiek jak najbardziej będą one przydatne – zauważa Łukasz Wróblewski.

Wzrosło też zastosowanie druku 3D. Belgijska firma zaprojektowała otwieracz do drzwi, który nie wymaga użycia rąk, a można go wydrukować w 3D. Formlabs, twórca i producent technologii druku 3D, codziennie produkuje do 100 tys. zestawów do pobierania wymazów. W tej technologii powstają już kabiny do kwarantanny, respiratory czy proste przyłbice ochronne. Polacy opracowali prototyp hełmu do nieinwazyjnej wentylacji, który pomoże w leczeniu chorych z niewydolnością oddechową i może zmniejszyć liczbę pacjentów wymagających zastosowania respiratora. Co istotne, niektóre elementy hełmu drukowane są w 3D. 

– To jest pewna odpowiedź na to, że w obecnej chwili na naszym rynku nie ma takich rozwiązań, a możemy je samodzielnie wygenerować. Dosiedli się też inni inżynierowie, którzy powiedzieli: obudujmy to elektroniką. Zatem jest potrzeba i nagle chce się szukać takich rozwiązań, które nie tylko się sprawdzą, ale też w dłuższej perspektywie doprowadzą do produktu, który będzie sprzedawany nie tylko w Polsce – mówi anestezjolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rynek zautomatyzowanego druku 3D osiągnie do 2030 roku wartość blisko 10 mld dol. Analitycy ResearchandMarkets podają, że pomimo pandemii koronawirusa w najbliższych latach rynek ten będzie się rozwijał w tempie blisko 40 proc. średniorocznie.

Fotowoltaiczne innowacje zmienią oblicze nowoczesnego budownictwa. Pozwolą tworzyć zeroemisyjne hotele czy biurowce

Wejście na rynek fotowoltaiczny firmy Tesla zwróciło uwagę na potencjał tej technologii w branży mieszkaniowej. O wykorzystaniu paneli fotowoltaicznych w budownictwie coraz częściej myśli się już na etapie planowania, zwłaszcza w przypadku budynków dążących do zeroemisyjności. W realizacji tego przedsięwzięcia pomogą m.in. panele zintegrowane z dachówkami czy materiały nowej generacji, które pozwolą zainstalować systemy fotowoltaiczne na dachach pojazdów bądź w oknach biurowców.

– Wykorzystanie fotowoltaiki w budownictwie daje możliwość zastąpienia tradycyjnych paneli dachówką fotowoltaiczną, szybami fotowoltaicznymi czy farbą, która jest w stanie produkować energię. W związku z powyższym mówimy o rozwoju technologii, która będzie się wpisywała w sposób integralny w istniejącą architekturę budynków, jednocześnie przyczyniając się do ich zeroemisyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Skorupa, prezes Foton Technik Grupy Innogy.

SolarCity, spółka córka firmy Tesla, już w 2016 roku wprowadziła do sprzedaży pierwsze dachówki zintegrowane z panelami fotowoltaicznymi, a na przestrzeni czterech lat znacząco usprawniła proces produkcyjny. Dachówki nowej generacji mają być najtańszym domowym systemem fotowoltaicznym dostępnym na amerykańskim rynku. Według raportu Solar Energy Industries Association w pierwszym kwartale 2020 roku koszt instalacji paneli konsumenckich wynosił 2,83 dol. na jeden wat wyprodukowanej energii, zaś instalacja paneli od SolarCity to wydatek rzędu 1,89 dol./W.

Do popularyzacji paneli fotowoltaicznych włączyła się Unia Europejska, która widzi w zielonej energii narzędzie do walki z kryzysem klimatycznym. Unijne cele klimatyczno-energetyczne zakładają, że do 2030 roku udział OZE w produkcji energii elektrycznej w UE ma wzrosnąć do poziomu 32 proc. W osiągnięciu tego celu mają pomóc środki z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, które w Polsce rozdysponowywano m.in. za pośrednictwem programu Mój Prąd skierowanego do odbiorców indywidualnych.

– Kluczowe są dwie zmienne: legislacja oraz różnego rodzaju systemy wsparcia poprzez dotacje czy programy pożyczkowe redystrybuowane choćby przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. W sposób skokowy rośnie efektywność modułów fotowoltaicznych, a jednocześnie maleje tzw. cena za wat pik mocy zainstalowanej wyprodukowanej przez dany moduł – tłumaczy ekspert.

Na polskim rynku w instalacje fotowoltaiczne zintegrowane z budynkami inwestuje m.in. ML System. Firma wyspecjalizowała się w produkcji fotowoltaicznych systemów fasadowych, lamp, zadaszeń, świetlików, a także szyb nowej generacji, w tym szyb zespolonych ze zintegrowanym panelem. W upowszechnieniu się paneli fotowoltaicznych mogą pomóc programy partnerskie wdrożone m.in. przez Foton Technik. Firma daje swoim klientom gwarancję na obniżenie rachunków za zużycie energii elektrycznej i zobowiązuje się do zwrotu ewentualnej różnicy w opłacie za prąd.

Z raportu „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2020” autorstwa ekspertów Instytutu Energetyki Odnawialnej wynika, że do końca 2020 roku obrót na rodzimym rynku fotowoltaicznym może osiągnąć wartość 5 mld zł. Do rozkwitu tego sektora gospodarki miały przyczynić się m.in. ulgi podatkowe oraz programy unijne dofinansowujące domowe instalacje słoneczne.

– Dzisiaj tę technologię wykorzystuje się w normalnych oknach, szybach okiennych przy zastosowaniu technologii perowskitów. Jest to nowa technologia i istotnym elementem dla jej dalszej popularyzacji jest poprawa jej efektywności i sprawności produkcyjnej. Najbardziej popularne są tzw. carporty, czyli wykorzystanie ogniw fotowoltaicznych do pokrycia zadaszeń nad stanowiskami dla samochodów w celu zasilenia słupków do ładowania aut elektrycznych lub oświetlenia parkingowego – wskazuje Michał Skorupa.

Z perowskitami eksperymentują m.in. inżynierowie z firmy Panasonic, którzy planują wykorzystać ten przyszłościowy materiał do wytwarzania powlekanych paneli fotowoltaicznych o grubości nieprzekraczającej 2 mm. Ich efektywność szacowana jest na 16,1 proc. a dzięki niewielkiej wadze można zastosować je tam, gdzie nie sprawdzą się znacznie cięższe, klasyczne panele fotowoltaiczne.

Do inwestowania w perowskity zachęcają również eksperci z Europejskiej Inicjatywy Perowskitowej. Organizacja planuje powołać do życia ogólnoeuropejski program badawczo-rozwojowy, który pozwoli wdrożyć proces produkcji paneli nowej generacji na szeroką skalę. Dzięki temu możliwe będzie produkowanie rozwiązań z branży Building PV przy wykorzystaniu lokalnego, europejskiego kapitału.

– Coraz częściej widzimy, że takie obiekty jak hotele czy budynki zeroemisyjne szukają rozwiązań, które stałyby się integralnymi elementami tych budynków. Nie można tego rynku lekceważyć z perspektywy dynamiki rozwoju całego segmentu, w najbliższych latach będziemy obserwować apogeum rozwoju technologii Building PV – przewiduje prezes Foton Technik Grupy Innogy.

Według analityków Allied Market Research wartość rynku paneli fotowoltaicznych w 2026 roku wyniesie 223,3 mld dol. i wykaże średnioroczny wskaźnik wzrostu na poziomie 20,5 proc.