Radpol: Wahania cen surowców oraz restrukturyzacja wewnątrz grupy odbiły się na rentowności. Spółka szuka oszczędności i chce znacząco poprawić marże

CEO Magazyn Polska

Przychody spółki Radpol za pierwsze III kwartały 2015 roku wyniosły ponad 153 mln zł. Choć jest to wynik porównywalny z 2014 rokiem, to jednak wyraźnie obniżyła się rentowność prowadzonej działalności. Powodem są wahania na rynku surowców oraz duże nakłady na restrukturyzację grupy. Podjęte działania powinny wpłynąć jednak na obniżenie kosztów działalności i wzrost poziomu uzyskiwanych marży.

– Jeżeli porównamy przychody za trzy kwartały tego roku z przychodami za ubiegły rok, to zobaczmy, że odnotowaliśmy niewielki spadek. Natomiast cały czas mamy spadek rentowności zysku na sprzedaży, na który w III kw. największy negatywny wpływ miała dywizja wodno-kanalizacyjno-gazowa – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Daniel Dajewski, prezes zarządu spółki Radpol.

Spółka Radpol osiągnęła narastająco za pierwsze trzy kwartały 2015 roku przychody na poziomie 153,6 mln zł. Jest to o 2,5 proc. mniej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Zysk netto obniżył się przy tym do nieco ponad 3,4 mln zł co jest 3-krotnie słabszym wynikiem niż w 2014 roku.

– Ciągłe zmiany cen surowców i dynamika zarówno wzrostów w II kwartale, jak i spadków w III kwartale odbiła się negatywnie na naszych wynikach finansowych. Jeżeli jeszcze do tego dołożymy odczuwalny spadek popytu w energetyce czy w segmencie wod-kan-gaz, to powoduje to, że utrzymanie marż jest bardzo trudne – tłumaczy prezes Dajewski.

Utrzymanie przychodów na zbliżonym do poprzedniego roku poziomie pozwoliło spółce Radpol na zachowanie dotychczasowej pozycji na rynku w segmencie wod-kan-gaz. Spółka przyjęła strategię utrzymania wolumenów produkcji mimo osiąganych istotnie niższych marży. To wyprzedzające działania polegające na przygotowaniu pozycji rynkowej firmy do aplikowania w projektach z nowej perspektywy finansowej UE na lata 2014–2020.

– Wynik za II i III kwartał jest również mocno obciążony kosztami jednorazowymi związanymi z restrukturyzacją grupy, ze zmianą modelu działalności i  z przeniesieniem zakładu Finpol Rohr z Warszawy do Lublina – wyjaśnia rozmówca.

W tym okresie dokonano działań związanych z redukcją kosztów stałych, audytem usług zewnętrznych oraz reorganizacją zatrudnienia. Wszystkie podjęte kroki mają sprawić, że w przyszłości spółka Radpol będzie działała efektywniej.

– W każdej firmie, a szczególnie tak dużej jak nasza, czyli zatrudniającej prawie 600 osób w grupie i z pięcioma zakładami, można coś zaoszczędzić. Nie mówię tylko o oszczędnościach związanych chociażby z kosztami stałymi, ale mówię o oszczędnościach związanych z procesami, z ich szybkością, elastycznością – zauważa.

Prezes zarządu spółki Radpol informuje, że obecnie prowadzone są działania mające usprawnić przebieg procesów operacyjnych i doprowadzić do wygenerowania kolejnych oszczędności, m.in. w obszarze kosztów zmiennych. Celem programu jest przede wszystkim wzrost poziomu rentowności przedsiębiorstwa.

Tauron szykuje się do wielkich inwestycji. Kluczową jest budowa bloku węglowego w elektrowni Jaworzno III

CEO Magazyn Polska

Ceny energii w Polsce w przyszłym roku nie powinny wzrosnąć – uważa prezes Tauronu Jerzy Kurella. Firma ma dobre wyniki. To pomoże jej sfinansować gigantyczne inwestycje zaplanowane w koncernie na najbliższe lata. Zarząd liczy też na rynek obligacji oraz realizowane programy oszczędnościowe.

W 2016 roku Tauron będzie kontynuować prace związane ze sztandarową inwestycją spółki, jaką jest budowa bloku węglowego w elektrowni Jaworzno III. Jest ona obecnie zrealizowana w około 10 proc., do końca 2019 roku nakłady na nią mają sięgnąć 5,6 mld zł.

– Inwestycja ta jest kluczowa nie tylko dla samej grupy Tauron, lecz także dla krajowego systemu energetycznego oraz dla bezpieczeństwa energetycznego kraju – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jerzy Kurella, prezes zarządu Tauronu. Jednocześnie kontynuujemy nasze działania związane z dokończeniem inwestycji w EC Stalowa Wola, to jest nasz wspólny projekt realizowany razem z PGNiG. Na ukończeniu są inwestycje związane z modernizacją naszych instalacji energetycznych.

Tauron planuje też dalszą poprawę efektywności i bezpieczeństwa w zakładach górniczych spółki, m.in. budowę szybu Grzegorz oraz rozbudowę poziomu 800 w Zakładzie Górniczym Janina. Nakłady finansowe spółki w tym roku sięgają już ok. 2,8 mld zł. Firmę stać na to, bowiem może się pochwalić dobrymi wynikami finansowymi po 9 miesiącach obecnego roku. Jej zysk netto to 1,1 mld zł.

– Pozwala to grupie Tauron w sposób bezpieczny prowadzić inwestycje, przede wszystkim w sektorze wytwarzania, jak również w sektorze dystrybucji tak, żeby pokazać, że grupa Tauron jest wiarygodnym i mocnym partnerem i bardzo istotnym graczem na rynku energii w Polsce – mówi Jerzy Kurella.

Tauron prowadzi też w dalszym ciągu programy poprawy efektywności kosztowej. Pierwszy, w latach 2010–2012, przyniósł oszczędności na poziomie miliarda złotych.

– Program, który prowadzimy od 2013 roku, po 9 miesiącach 2015 roku przynosi już oszczędności na poziomie 1,1 mld zł – informuje prezes zarządu Tauronu. – Rzeczywiście jesteśmy na ostatnim etapie prac związanych z wprowadzeniem w ramach grupy Tauron trzeciego programu poprawy efektywności i mam nadzieję, że przy sprzyjających warunkach powinien przynieść pozytywny efekt dla grupy na podobnym poziomie jak dwa poprzednie programy.

Spółka stara się też pozyskać kapitał na inwestycje z rynku dłużnego. W przyszłym roku jej dotychczasowy program obligacyjny wygasa i Tauron chce go refinansować tak wcześnie, jak to możliwe. Dobre wyniki spółki mogą mieć wpływ na wynegocjowanie jak najlepszych warunków finansowania. To o tyle istotne, że w najbliższym czasie ceny energii utrzymywać się mają na takim poziomie jak w mijającym roku – ocenia prezes Jerzy Kurella.

– Choć otoczenie rynkowe poprawiło się w ciągu ostatniego miesiąca czy dwóch, to jednak nie są to jeszcze na tyle istotne zmiany, związane z podwyżką czy zwyżką cen, które by powodowały po naszej stronie jakiś bardzo duży optymizm czy zmianę podstawowych założeń. Nasze prognozy w zdecydowanej części są oparte na dotychczasowych, dosyć konserwatywnych założeniach.

Raport Fundacji UMCS: wybór oferty Airbus Helicopters to mniejsze wpływy do polskiej gospodarki o ponad 0,5 mld zł i utrata 3 700 miejsc pracy w regionie lubelskim

CEO Magazyn Polska

Wybór francuskiego samolotu Caracal produkcji Airbus Helicopters w przetargu na dostawę śmigłowców dla polskiej armii spowodowałby utratę 3 700 miejsc pracy na Lubelszczyźnie oraz o 580 mln zł mniejsze wpływy w 2030 roku do polskiej gospodarki niż w przypadku wyboru oferty PZL-Świdnik na śmigłowiec AW149 – wynika z raportu Fundacji UMCS o wpływie przetargu śmigłowcowego na rozwój przemysłu lotniczego w Polsce Wschodniej.

– Z naszych obliczeń wynika, że w perspektywie 2030 r., jeżeli przetarg byłby realizowany w PZL-Świdnik, moglibyśmy się liczyć z wpływami do szeroko rozumianej gospodarki rzędu 600 mln zł – mówi dr hab. prof. nadzw. Zbigniew Pastuszak, dziekan Wydziału Ekonomicznego UMCS w Lublinie.

Ekonomiści z UMCS dokonali analizy wpływu przetargu śmigłowcowego polskiego MON na rozwój przemysłu lotniczego w Polsce Wschodniej, biorąc pod uwagę różne warianty rozstrzygnięcia postępowania. Na potrzeby raportu przyjęto, że w Polsce odbywałby się montaż końcowy 50 caracali. Podobne założenia przyjęto dla PZL-Świdnik, szacując jednocześnie dodatkowe wpływy z tytułu ulokowania w zakładzie globalnego centrum produkcji i rozwoju śmigłowca AW149. Raport nie uwzględnia dotychczasowych inwestycji PZL-Świdnik w kwocie przekraczającej 600 mln zł oraz ich wpływu na gospodarkę. Porównywany jest jedynie efekt netto liczony od 2017 roku.

Według obliczeń Fundacji UMCS, jeśli MON zdecyduje się na ofertę Airbus Helicopters, to gospodarka polska de facto utraci 3700 miejsc pracy mimo pewnego przyrostu zatrudnienia przy montażu caracali i ich remontach w Łodzi.

Nie kwestionujemy woli firmy Airbus do utworzenia miejsc pracy, jednak nasze badania wyraźnie dowodzą, że straty dla gospodarki lubelskiej i całej Doliny Lotniczej będą znacznie większe niż drobne na tym tle korzyści w Łódzkiem – wyjaśnia prof. Pastuszak.

Analiza Fundacji UMCS pokazuje, że liczba miejsc pracy tworzonych przez PZL-Świdnik przy produkcji śmigłowców AW149 byłaby cztery razy większa niż przy montażu caracali. W raporcie zauważono, że utracone szanse Polski Wschodniej są znacznie większe i liczone są w setkach milionów złotych, przy czym straty dla regionu Podkarpacia wynikające z osłabienia pozycji PZL Mielec nie zostały ujęte w opracowaniu, a niewątpliwie ich uwzględnienie może wskazywać na jeszcze większy ubytek szans rozwojowych wschodniej Polski.

Jak podkreśla przedstawiciel świdnickiego urzędu miasta, konsekwencje dla regionu będą tym bardziej dotkliwe, że na wschodzie kraju bezrobocie jest stosunkowo wysokie.

– To jest ogromna strata, na którą nasze województwo nie może sobie pozwolić, bo jesteśmy wciąż regionem „goniącym czołówkę”, który wymaga wsparcia w nadrabianiu dystansu do najbogatszych. Decyzja o zakupie caracali nie tylko nie jest żadnym wsparciem dla regionu, lecz także istotnie podważa potencjał rozwojowy, który mamy – mówi Artur Soboń, sekretarz Urzędu Miasta Świdnik, poseł PiS nowej kadencji.

Dodaje, że dzięki PZL-Świdnik Lubelszczyzna ma największy w Polsce i unikalny w Europie potencjał do produkcji śmigłowców, z ponad 3 tysiącami pracowników, 650 inżynierami i specjalistami.

– Według dotychczasowych wyliczeń przy zakupie 70 śmigłowców w Świdniku powstałoby prawie 6 tys. miejsc pracy w firmie i u jej dostawców. Z analizy UMCS jasno wynika, że szkody, jakie dla polskiej gospodarki generuje wybór produktu firmy Airbus, są znacznie większe niż nieliczne korzyści, które obiecano w formie Wyżyny Lotniczej. Co więcej, twarde naukowe dane daleko odbiegają in minus od marketingowych deklaracji firmy – tłumaczy Artur Soboń.

Polityk jest zdania, że odrzucenie oferty polskiej firmy byłoby ciosem nie tylko dla gospodarki całego kraju, lecz także stratą dla polskiej armii. Bezpieczeństwo żołnierzy może zapewnić w jego ocenie jedynie dostawa sprzętu przez polskich producentów.

– Każda inna sytuacja, w której kto inny posiada kody źródłowe, a sprzęt jest importowany, nie daje państwu polskiemu gwarancji dostępu do tej technologii. Jest to potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju – zapewnia Soboń.

Decyzja MON o zakwalifikowaniu tylko Airbus Helicopters do kolejnych etapów postępowania przetargowego spotkała się z krytyką. Wielu ekspertów wskazywało na polityczne podłoże decyzji jako wzmocnienie sojuszu z Francją. Jeszcze w trakcie kampanii wyborczej będący wówczas w opozycji PiS wzywał do ponownego zweryfikowania procedury przetargowej, tłumacząc to szeregiem nieprawidłowości, które miały się pojawić w trakcie realizacji przetargu. Odrzucone z postępowania polskie zakłady PZL-Świdnik i PZL Mielec złożyły w tej sprawie pozwy sądowe.

– Obowiązkiem rządu jest dbanie o interesy własnej armii i przemysłu oraz o przestrzeganie prawa. Procedurę przetargową trzeba jak najszybciej zweryfikować, bo wątpliwości w tym postępowaniu jest zbyt wiele. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której nowy rząd nie zacząłby od wyjaśnienia tego w ramach programu modernizacji armii – stwierdza Soboń.

Szczegóły raportu Fundacji UMCS zostaną przedstawione podczas konferencji „Przemysł lotniczy szansą rozwoju Lubelszczyzny”, która odbędzie się 23 listopada w Lublinie.

Kwota wolna od podatku ma być powiązana z minimum egzystencji. To korzystna zmiana dla najbiedniejszych

0

CEO Magazyn Polska

Zakwestionowany przez Trybunał Konstytucyjny brak waloryzacji kwoty zmniejszającej podatek oznacza, że w przyszłości będzie ona rosnąć, co oznacza mniejszy podatek przynajmniej dla części społeczeństwa. Może to zmniejszyć wpływy do budżetu państwa i kas samorządów. Zdaniem ekspertów kwota wolna od podatku powinna rosnąć stopniowo, a powiązanie jej z minimum egzystencji ma być korzystne dla najbiedniejszych.

Trybunał Konstytucyjny zakwestionował brak mechanizmu waloryzacji kwoty zmniejszającej podatek, a więc kwoty, która od ponad siedmiu lat utrzymuje się na stałym poziomie, czyli 556,02 zł. To kwota, o którą każdy, kto płaci podatek progresywny, może zmniejszyć podatek w rocznym rozliczeniu z fiskusem – mówi agencji Newseria Biznes Anna Misiak, szef zespołu ds. podatków osobistych, doradca podatkowy w kancelarii Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy. – Ta kwota jest o tyle istotna, że ma przełożenie również na kwotę wolną od podatku.

Kwota wolna od podatku jest w Polsce jedną z najniższych w Europie. Od 2009 roku wynosi 3 091 zł, a ostatnia podwyżka wyniosła 2 zł. Z raportu „Praca w UE – podatki i składki” firmy PwC wynika, że w ponad połowie krajów Unii kwota ta jest wyższa. W przeliczeniu na euro w Polsce zwolnione z podatku jest 750 euro. To 21 razy mniej niż w Finlandii (ponad 16 tys. euro), 14 razy mniej niż w Wielkiej Brytanii (13,5 tys.) i ponad 11 razy mniej niż w Niemczech (8,3 tys.).

W ciągu dziesięciu lat w Polsce ceny wzrosły o ponad 32 proc., a kwota wolna od podatku – o 11 proc. Kiedy rozpoczęły się przemiany gospodarcze, była ona warta nawet osiem pensji minimalnych, po 10 latach – cztery, obecnie to mniej niż dwie.

Wyrok Trybunału oznacza dla podatników, że mogą spodziewać się w przyszłości waloryzacji kwoty zmniejszającej podatek. To oznacza również, przynajmniej dla części osób, że zapłacą mniej podatku. Może to dotyczyć wszystkich podatników, ale to będzie zależało od ostatecznej propozycji ustawodawcy – wskazuje Anna Misiak.

Dzięki uldze podatkowej w kieszeni każdego podatnika pozostaje 46,33 zł (przy podatku 18 proc.). Doradca podatkowy zaznacza jednak, że może zdarzyć się taka sytuacja, że na zmianach skorzystają wyłącznie najbiedniejsi.

Możliwy jest scenariusz, w którym zyskują osoby, które mają dochód na poziomie minimum egzystencji wynikający z ustawy o pomocy społecznej, a tracą lepiej zarabiający. Być może przyszłe propozycje, które przedstawi ustawodawca, będą polegały na tym, że z jednej strony będzie zwiększenie kwoty wolnej od podatku, a z drugiej wzrost stawek podatkowych i w efekcie niektórzy zapłacą więcej – tłumaczy Misiak.

Próg egzystencji określono w Polsce na poziomie 6 054 zł rocznie, czyli niemal dwukrotnie więcej, niż wynosi kwota wolna od podatku. Dlatego w Polsce podatek płacą także ci, którzy środki na przeżycie otrzymują od państwa. Jak podkreśla Misiak, należałoby zmienić cały mechanizm i dzięki temu usprawnić działania administracji.

Po pierwsze, oszczędzamy energię na składanie zeznań podatkowych przy dochodzie na poziomie minimum egzystencji, po drugie, eliminujemy problem, że organy zajmujące się udzielaniem pomocy społecznej muszą dokonywać świadczeń na rzecz osób, które mają minimalny poziom dochodu. Trzeba zapanować nad mechanizmem rozdzielania środków z budżetu i w ten sposób pomyśleć nad rozwiązaniem podatkowym, które usprawniałoby pracę administracji – przekonuje ekspertka.

Deklaracje Andrzeja Dudy z kampanii prezydenckiej mówiły o wzroście kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł. Eksperci Fundacji Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA obliczyli, że podwojenie obowiązującej dziś kwoty kosztowałoby budżet ponad 13 mld zł. Z drugiej strony ubytek mógłby być mniejszy, bo część środków wróciłaby do państwa w postaci np. akcyzy.

Taką opcję należy jednak zakładać, ponieważ wzrost kwoty wolnej od podatku przy utrzymaniu aktualnej skali podatkowej oznacza, że po prostu mniej podatku wpłynie do budżetu – wskazuje doradca podatkowy MDDP.

Ministerstwo Finansów oceniło, że straty samorządów w związku z podniesieniem kwoty do 8 tys. zł sięgną 9 mld zł, a tym samym może się zwiększyć liczba gmin i powiatów z deficytem. Powiaty stracą 1,8 mld zł, a województwa – 0,3 mld zł. Już w 2009 roku, po obniżce stawek podatkowych, dochody w gminach spadły o ok. 8 mld zł, wzrosło natomiast zadłużenie jednostek samorządowych. Ekspertka podkreśla, że rozwiązaniem, przy którym budżet nie odczuje radykalnej zmiany, może być stopniowe zwiększanie kwoty wolnej od podatku.

Perspektywa 2–3 lat byłaby odpowiednia i spowodowałaby, że zyskaliby podatnicy, a jednocześnie budżet państwa nie straciłby natychmiastowo. Natomiast dla wszystkich podatników najlepsze byłoby jak najszybsze urealnienie kwoty i umożliwienie wszystkim płacenia mniejszych podatków – przekonuje Anna Misiak.

Sukces polskich firm chemicznych jest możliwy tylko dzięki inwestycjom. Największe z nich zwiększają wydatki na badania i rozwój

CEO Magazyn Polska

Polski przemysł chemiczny ma dobre perspektywy. Wartość sprzedanej produkcji polskiej chemii systematycznie rośnie i w ubiegłym roku osiągnęła 137 mld zł. Branża w Europie rozwija się jednak wolniej niż w pozostałych częściach świata. Wpływ na to mają m.in. unijne regulacje dotyczące polityki klimatycznej. By wzrastała konkurencyjności europejskich i polskich firm, konieczne są inwestycje w badania i rozwój.

Globalne sukcesy polskich firm chemicznych są zależne od regulacji europejskich. Powodują one, że przemysł chemiczny w Europie jest mniej konkurencyjny niż w innych częściach świata. Inną kwestią jest sprawa energii, ale ta energia ma cenę, która również wynika z takiej, a nie innej polityki klimatycznej Unii Europejskiej – ocenia w rozmowie z agencją Biznes Jacek Socha, wiceprezes PwC w Polsce.

Branża podlega licznym regulacjom, przede wszystkim ze względu na duży wpływ na środowisko. Unia Europejska wprowadziła surowe normy certyfikowania produktów chemicznych, które mają duży wpływ na działalność firm – ustawy o substancjach i preparatach chemicznych, prawie farmaceutycznym, substancjach zubażających warstwę ozonową czy o zakazie stosowania azbestu w produkcji.

Z opracowania „Sektor chemiczny w Polsce” Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych wynika, że sektor chemiczny rozwija się stabilnie na całym świecie. Obecnie kluczowymi rynkami napędowymi są jednak Stany Zjednoczone i Azja, która do 2030 roku może odpowiadać za 2/3 światowego rynku.

Antidotum jest ucieczka do przodu, czyli przede wszystkim badania i rozwój. Każda inwestycja to też dodatkowo praca przynajmniej dla jednej osoby w usługach. Jeżeli więc Europa chce utrzymać zatrudnienie również w usługach, to musi nastąpić industrializacja i inwestycje. Te zaś będą możliwe tylko wtedy, gdy na badania i rozwój przeznaczana będzie odpowiednia kwota pieniędzy – podkreśla Socha.

Przemysł chemiczny ma ograniczone możliwości szukania oszczędności na ropie naftowej i gazie wykorzystywanym do produkcji, których ceny są kształtowane przez rynek, a w przypadku gazu – uzależnione od sytuacji międzynarodowej. Zwiększenie konkurencyjności jest więc możliwe tylko dzięki innowacjom. Na szczęście polskie koncerny przeznaczają na ten cel coraz więcej pieniędzy.

Synthos pokazał wyraźnie, że nadrabiamy lukę, która powstała po wielu latach nieobecności w światowej gospodarce. Na badania i rozwój przeznacza ponad 3 proc. obrotów. Podobnie jest w Grupie Azoty. Patrząc na polski rynek, widać, że mamy coraz lepiej zorganizowane podmioty działające w sektorze chemicznym, zarówno Synthos, jak i Anwil czy Grupa Azoty to liderzy i zostało to również zauważone za granicą – przekonuje wiceprezes PwC.

W tym roku tylko trzy największe firmy chemiczne wydadzą na inwestycje 2,3 mld zł, czyli ponad 70 proc. więcej niż w 2014 roku. Grupa Azoty zapowiedziała podwojenie wydatków do 1,1 mld zł. Synthos chce na inwestycje wydać ponad 662 mln zł, a Ciech – 530 mln zł.

Socha przypomina, że niższe ceny gazu w USA (kilkukrotnie niższe niż w Polsce) i taniejące surowce sprawiają, że aby konkurować na światowych rynkach, konieczne są inwestycje w niemal każdej dziedzinie.

Przemysł w Europie przez ostatnie lata się kurczył i jeżeli nie zrobimy kroku do przodu, to w 2030 roku spadnie znowu o ok. 20 proc. – podkreśla Jacek Socha. – Innowacje potrzebne są w każdym aspekcie. Nie można powiedzieć, że w takich wyrobach więcej, a w innych mniej. Badania i rozwój to podstawowy element rozwoju i strategii działania grup chemicznych w Polsce.

Inwestycjom sprzyjają również unijne środki, np. z programu Horyzont 2020, dzięki któremu tworzone są programy sektorowe. W Polsce wkrótce ruszy projekt Innochem – w grudniu NCBiR ma ogłosić konkurs, a nabór wniosków potrwa od 1 lutego do 1 marca 2016 roku. Ma on zmniejszyć ryzyko innowacyjnych przedsięwzięć, bo inwestycje mają być finansowane do 50 proc. Pula środków przeznaczonych na dofinansowanie projektów badawczo-rozwojowych wyniesie ok. 120 mln zł.

Ceny w sklepach internetowych spadają szybciej niż w tradycyjnych

CEO Magazyn Polska

Ceny w internecie zanotowały większe spadki niż w tradycyjnych sklepach – wynika z danych Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. W październiku ceny w sieci były średnio o 0,7 proc. niższe niż miesiąc wcześniej. Różnica w poziomie cen między sklepami online a offline nie przekracza jednak 1 pkt proc. 

– Zgodnie z naszymi szacunkami ceny produktów w internecie spadły o 0,7 proc. miesiąc do miesiąca. Odpowiadały za to ceny produktów spożywczych i napojów bezalkoholowych, przede wszystkim masła, mąki, jabłek, a także szynki. Dodatkowo wyraźnie spadły ceny odzieży, około 1,5 proc., głównie odzieży dziecięcej oraz damskiego obuwia – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Radzikowski, ekonomista z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE), niezależnej instytucji badawczej.

Z badania wynika, że w sieci najbardziej, bo o 1,9 proc., spadły ceny żywności i napojów bezalkoholowych. Mniej płacono za jabłka (o 6 proc.), mąkę (4 proc.), masło (2 proc.), tłuszcze roślinne (2 proc.) oraz produkty w kategorii podroby i przetwory podrobowe (o 4 proc.), a także za szynkę (o 2,1 proc.). Ceny w restauracjach i hotelach w październiku obniżono przeciętnie o 1,3 proc. Internetowe oferty hoteli były tańsze niż we wrześniu średnio o 9,1 proc.

Ceny w październiku wzrosły w kategorii transport (0,3 proc.), przede wszystkim ze względu na spadek wartości złotego i związane z nim wzrostu ceny paliwa (o 0,4 proc.).

Ceny internetowe reagują bardziej elastycznie niż ceny w realnej gospodarce – przekonuje ekspert CASE. – W Wielkiej Brytanii urząd statystyczny zbadał koszyk inflacyjny towarów spożywczych online i offline, różnice w ciągu 9 miesięcy to prawie 3 punkty procentowe. Produkty oferowane w internecie podlegają większej konkurencji, łatwiej jest je porównać. Zmiana cen w internecie jest także tańsza – menedżer sklepu internetowego może to zrobić jednym kliknięciem, natomiast zmiana oferty w całej sieci sklepów w Polsce wymaga fizycznej pracy wielu osób – tłumaczy.

W Polsce testowe pomiary w poprzednich miesiącach były zbieżne z danymi GUS. Różnica nie przekraczała 0,3 pkt proc., a tendencje zmian były identyczne. W październiku różnica była większa – o ile według CASE ceny spadły o 0,7 proc., o tyle dane GUS-u pokazały 0,1 proc. wzrost.

Należy też pamiętać o tym, że w naszym indeksie jest przewaga dóbr nad usługami względem GUS-u. Część z usług wciąż nie ma swoich reprezentantów w sieci. GUS uwzględnia też aspekt regionalizacji, ankieterzy badają ceny w 200 okręgach w całej Polsce. My takiej regionalizacji nie uwzględniamy, choć część portali dostarcza informacji także właśnie w przekroju geograficznym – ocenia Bartosz Radzikowski.

Metodologia badania indeksu CASE CPI jest porównywalna z indeksem CPI GUS-u, bazuje na jego koszyku inflacyjnym składającym się z 12 głównych kategorii. Główną różnicą jest źródło danych – dane Centrum pochodzą wyłącznie z internetu. Roboty w ciągu kilku godzin analizują ceny ok. 1,4 tys. reprezentantów produktów i usług, zbierając ok. 240 tys. obserwacji miesięcznie.

Nasz indeks inflacyjny to kombinacja oficjalnej metodologii GUS-u i danych internetowych. Staraliśmy się tę metodologię używaną przez urząd statystyczny wdrożyć, zmieniając tylko źródło danych na internet – wyjaśnia Radzikowski.

Polskie start-upy szybko się rozwijają. Co trzeci zwiększa przychody o połowę, a co piąty je podwaja

CEO Magazyn Polska

W Polsce działa ponad 2,4 tys. start-upów, głównie w dużych aglomeracjach. Ich główne źródło kapitału to własne oszczędności. Z tej opcji korzysta aż 60 proc. wszystkich podmiotów – wynika z badania „Polskie startupy. Raport 2015”. Młode innowacyjne firmy charakteryzują się bardzo wysoką dynamiką wzrostu. Średnio co piąta firma w ciągu roku podwaja swoje przychody. Lepiej radzą sobie te start-upy, które sprzedają również na rynkach zagranicznych.

Stworzyliśmy bazę polskich start-upów, w której mamy ponad 2,4 tys. podmiotów. Najwięcej start-upów powstaje w dużych ośrodkach miejskich. Pierwszym największym miastem jest Warszawa, zaraz potem Kraków i Gdańsk, gonią ich w tym rankingu Wrocław i Katowice – mówi agencji informacyjnej Newseria Eliza Kruczkowska, prezes fundacji Startup Poland, współautorka raportu.

Popularnymi ośrodkami, gdzie rozwijają się firmy, są także Poznań i Łódź.

Według badania „Polskie startupy. Raport 2015” (autorstwa A. Skali, E. Kruczkowskiej i M. Olczak) start-upy charakteryzują się wysoką dynamiką wzrostu. Przychody co trzeciego polskiego start-upu rosną w tempie 50 proc. rocznie, a kolejne 20 proc. notuje dynamikę wzrostu na poziomie 100 proc. Co drugi badany spodziewa się co najmniej pięciokrotnego wzrostu wyceny przedsięwzięcia w kolejnych dwóch latach.

Polskie podmioty nie ograniczają się jedynie do rynku krajowego. Raport pokazuje, że ponad połowa start-upów to eksporterzy, z czego co drugi realizuje zagranicą ponad 50 proc. sprzedaży. Wiodącymi rynkami są Stany Zjednoczone, Wielka Brytania oraz Niemcy. Z badania wynika, że start-upy, które eksportują, są zwykle większe, szybciej się rozwijają i tworzą więcej miejsc pracy niż firmy działające lokalnie.

Okazało się, że 60 proc. polskich start-upów finansuje się z własnych oszczędności. My to nazywamy rundą 3F, czyli family, friends and fools – wyjaśnia Eliza Kruczkowska.

Kolejne źródło kapitału to środki z UE w formie dotacji lub funduszu zalążkowego. Prawie 20 proc. badanych start-upów korzystało z polskich lub zagranicznych funduszy venture capital. Prawie tyle samo skorzystało z pomocy aniołów biznesu. Trzy czwarte badanych chce rozwijać się w oparciu o własne przychody ze sprzedaży, ponad połowa liczy na wsparcie inwestora, a tylko jedna czwarta chce korzystać z funduszy unijnych.

Ponad połowa z ponad 420 start-upów, które wzięły udział w badaniu, deklaruje, że oferowane przez nie rozwiązania są innowacyjne w skali globalnej. Jedna na cztery firmy przyznała się, że wzorem dla jej produktów są już istniejące technologie.

Najwięcej jest producentów oprogramowania działających w modelu software as a service [którzy operują najchętniej w branżach aplikacji mobilnych, handlu elektronicznego oraz usług internetowych – red.]. Największą grupą odbiorców rozwiązań start-upów jest tzw. biznes, czyli to B2B. Ponad 3/4 start-upów właśnie działa w tym sektorze – informuje prezes Fundacji Startup Poland.

Słabo wygląda natomiast współpraca z uczelniami wyższymi. Zaledwie 1/4 wszystkich podmiotów korzysta z akademickiego zaplecza, a w co szóstym założycielem jest osoba zaangażowana w pracę naukową. Zdaniem Elizy Kruczkowskiej na tym polu jest w Polsce jeszcze dużo do zrobienia. Tym bardziej że zgodnie z badaniami start-upy naukowców są skuteczniejsze w zdobywaniu finansowania zewnętrznego, zwłaszcza funduszy VC i środków UE oraz dużo częściej korzystają z inkubatorów, parków technologicznych i programów akceleracyjnych.

Tania złotówka to okazja do realizacji zysków

Z punktu widzenia polskiego inwestora bitcoin jest dziś o 33% droższy niż przed rokiem, a nieruchomości w USA zyskały w tym samym czasie na wartości aż 20%. Osiągnięcie tak dobrych wyników było możliwe jedynie dzięki przecenie złotówki wobec dolara – wynika z danych zebranych przez Lion’s Bank.

Oprocentowanie przeciętnej rocznej lokaty spadło już wyraźnie poniżej 2%. Najnowsze dane NBP sugerują, że osoba, która zaniosła we wrześniu do banku kwotę 100 tys. zł na roczną lokatę mogła liczyć na 1377 zł odsetek (netto – po uwzględnieniu podatku od zysków kapitałowych tzw. podatku Belki). Trudno więc się dziwić, że inwestorzy szukają alternatywy.

2015 11 10 wykres1

Czas realizacji zagranicznych zysków?

Dziś w dobrej sytuacji są ci, którzy swoje pieniądze zainwestowali w aktywa zagraniczne lub przynajmniej notowane w obcych walutach. Wszystko dlatego, że złotówka w ciągu ostatnich 12 miesięcy wyraźnie straciła na wartości wobec większości głównych walut (oprócz euro). W efekcie jeśli np. domy w największych miastach USA zyskały na wartości 5,1%, a dolar był na początku listopada o 14,4% droższy niż przed rokiem, to z punktu widzenia rodzimego inwestora zysk z inwestycji w dom w Stanach mógłby wynieść aż 20,2% (po przeliczeniu na złotówki). Oczywiście w tym przypadku pomijamy koszty transakcyjne.

Ciekawym przykładem wpływu zmian kursu walut na wynik inwestycji jest też złoto. Za żółty kruszec trzeba było na początku listopada br. płacić wyraźnie mniej niż przed rokiem (1135,9 USD za uncję względem 1169,8 USD za uncję). Jeśli jednak przeliczymy dolarowe notowania na złotowe, to okaże się, że nawet na taniejącym złocie rodzimy inwestor mógł sporo zarobić – około 11%.

2015 11 10 tabela 1

Oba te przykłady pokazują, że osoba, która rok temu zainwestowała w aktywa notowane w obcych walutach powinna sprawdzić czy po przeliczeniu na złotówki nie osiągnęła przypadkiem już dziś zadowalającego wyniku, który mógłby skłonić do realizacji zysków. Dla ułatwienia takich porównań Lion’s Bank przygotował zestawienie, które może pomóc podjąć taką decyzję.

Wirtualna waluta na szczycie

Najbardziej spektakularną stopę zwrotu mógł zrealizować rodzimy inwestor, który na początku listopada kupił wirtualna walutę bitcoin. Trzeba podkreślić, że jej notowania są bardzo zmienne, a w październiku doszło do bardzo mocnej aprecjacji. W efekcie na początku listopada za jedną monetę trzeba było zapłacić 379 dolarów. To o 16,3% więcej niż przed rokiem. Dodając do tego wzrost kursu amerykańskiej waluty (o 14,4%) rodzimy inwestor mógł zrealizować zysk na poziomie jednej trzeciej zainwestowanego przed rokiem kapitału.

O ponad jedną czwartą więcej może być też wart kupiony rok temu portfel funduszy ETF lub akcji amerykańskich spółek zgrupowanych w indeksie NASDAQ. Podobnie wzrosła też wartość portfela aut klasycznych, którego wyceny śledzi brytyjska firma HAGI. W tych wypadkach także spora część potencjalnych zysków pochodzi z deprecjacji złotówki, ponieważ nieuwzględniające zmian wartości złotego notowania NASDAQ były na początku listopada br. wyższe „tylko” o 10,5% niż rok wcześniej. W przypadku portfela aut klasycznych wyrażony w brytyjskich funtach progres wyniósł 13,8%.

Straty należą do rzadkości

Zebrane przez Lion’s Bank dane na temat notowań 22 różnych aktywów zagranicznych pokazują, że sytuacje, w których rodzimy inwestor w ostatnich 12 miesiącach nie zrealizowałby zysku są rzadkością. Dzięki drożejącym walutom nawet złoto czy srebro, za które trzeba było na początku listopada br. zapłacić mniej dolarów niż przed rokiem, są dziś po przeliczeniu na złotówkę warte więcej. Progres wynosi odpowiednio 11,1% dla złota i 8,9% dla srebra.

Deprecjacja rodzimej waluty nie uchroniła jednak przed stratami inwestorów, którzy wybrali przed rokiem miedź czy ropę. Notowania tych surowców są co prawda kwotowane w dolarze, ale spadki ich cen były w ostatnim czasie tak duże, że nawet po przeliczeniu na złotówkę, próżno liczyć na zysk. Za miedź rodzimy inwestor dostałby o 13,2% mniej złotówek niż przed rokiem, a w przypadku ropy stan posiadania zmalałby w ciągu roku o ponad jedną trzecią.

autor: Bartosz Turek, Lion’s Bank

Rynek walutowy. Przerwać flautę

Impulsów do handlu na rynku walutowym wciąż jest niewiele, stąd marginalne zmiany na rynku walutowym. USD systematycznie, ale powoli oddaje pola po zeszłotygodniowym umocnieniu. W czwartek wyróżnia się AUD na silnym raporcie z rynku pracy. Tymczasem EUR/PLN puka do 4,21.

W październiku w Australii stopa bezrobocia spadła do 5,9 proc. przy oczekiwanej stabilizacji na 6,2 proc. Zatrudnienie skoczyło o 58 tys. przy prognozie 15 tys. Wrześniowe dane o zatrudnieniu i bezrobociu otrzymały też pozytywną rewizję. Dane okazały się tak dobre, że od razu wzbudzają wątpliwości, na ile wpływ na odczyt mają zaburzenia statystyczne w sporządzaniu danych, którymi urząd statystyczny boryka się od ponad roku? Na tej podstawie ostrożnie podchodzimy do oczekiwania kontynuacji wzrostów AUD/USD, ale póki USD ma pauzę w swoim rajdzie aprecjacyjnym, inwestorzy szukają emocji tam, gdzie są. Oczekiwania na obniżkę stóp procentowych przez RBA w grudniu dalej spadają i na tej podstawie lepiej pozycjonować się pod relatywną siłę aussie względem innych walut surowcowych (głównie NZD), albo EUR.

Gdzie indziej otrzymaliśmy niewiele tematów do zaczepienia. Wystąpienia prezesa ECB Draghiego i prezesa Banku Anglii Carneya obyły się bez wzmianek o polityce monetarnej. Jednak sprawa dodatkowego luzowania ECB w grudniu staje się coraz gorętszym tematem, choć jak na razie opartym na spekulacjach. Wczoraj Reuters donosił, że bank może rozważyć kupowanie obligacji komunalnych, choć dla rynku walutowego kluczem będzie skala cięcia stopy depozytowej. Niemieckie obligacje dwuletnie handlują się już z rentownością poniżej 0,35 proc., implikując cięcie o przynajmniej 10 pb. Jeśli ECB chce utrzymać słabość euro, musi dokonać obniżki przynajmniej o tyle, jeśli nie o więcej.

Williams z Fed z San Francisco stwierdził wczoraj, że są „silne argumenty” za podwyżką w grudniu, ale jego jastrzębiość nie jest zaskoczeniem. Oczekiwania na ruch Fed za miesiąc pozostają wysoko (ok. 75 proc.), ale by poszły wyżej (i w efekcie pociągnęły USD) potrzeba czegoś więcej niż zapewnień bankierów. Dzisiejsze dane o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych z USA raczej niewiele zmienią w sytuacji dolara i większą uwagą będzie cieszyć się dopiero jutrzejszy raport o sprzedaży detalicznej. W międzyczasie mamy wysyp komentarzy przedstawicieli Fed. Bullard (15:15) i Lacker (15:45) powinny dostarczyć jastrzębich komentarzy, Yellen (15:30) ma tylko słowa wstępu na konferencji Fed, ale później weźmie udział w serii pytań i odpowiedzi razem z Evansem (16:15). W poniedziałek Evans zasugerował, że nie będzie się upierał przeciw podwyżce, więc rozwinięcie tego tematu może mieć znaczenie. Dziś mamy jeszcze Dudleya (18:10), a w nocy (0:00) Fischera.

Z innych wydarzeń inflacja CPI ze Szwecji (9:30) będzie mieć znaczenie dla SEK, za to produkcja przemysłowa z Eurolandu (11:00) już nie tak bardzo dla euro. Prezes Draghi przemawia przed PE od 9:30, ale małe są szanse na impulsy dla FX. EUR/USD pozostaje skazany na spadki w oparciu o kierunki polityki ECB i Fed, ale realizacja zysków na krótkich pozycjach wciąż jest krótkoterminowych zagrożeniem. Dziś warto też patrzeć na ropę naftową, która znowu przeżywa ciężkie czasy przez obawy o piętrzące się zapasy surowca w USA – dziś dane o zapasach wg DOE (17:00). Na krajowym podwórku złoty zgodnie z naszymi oczekiwaniami realizuje plan odrzucania presji politycznej i powrót do bardziej uzasadnionych fundamentalnie poziomów. EUR/PLN dotknął 4,21 w nocy, a CHF/PLN flirtuje z 3,90.

Sporządził: Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.